Sportowcy zachęcają dzieci do aktywności fizycznej. W ogólnopolskiej akcji bierze udział 200 podstawówek

Sportowcy zachęcają dzieci do aktywności fizycznej. W ogólnopolskiej akcji bierze udział 200 podstawówek 1

Zbliża się finał II edycji Drużyny Energii – ogólnopolskiego programu, który ma zachęcić uczniów polskich podstawówek do uprawiania sportu i zdrowego odżywiania. Wielki finał z udziałem gwiazd sportu odbędzie się 12 czerwca na gdańskim Stadionie Energa, gdzie trzy najlepsze w Polsce podstawówki odbiorą czeki na wyposażenie sal gimnastycznych i sprzęt sportowy.

Projekt Drużyny Energii był skazany na sukces. Trzeba było po prostu dobrać odpowiednich ludzi. Tutaj wszyscy tworzymy fajną paczkę, zgraną, uśmiechniętą, która ma przede wszystkim dobry kontakt z dziećmi. Tak naprawdę chodzi o to, żeby z nimi rozmawiać, zachęcać je do wyrzucenia na chwilę telefonów, komputerów i innych iPadów i poświęcenia chwili na to, żeby wyjść z domu i uprawiać sport – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ambasador akcji Bartosz Ignacik, dziennikarz sportowy Canal+.

Drużyna Energii to ogólnopolski program sportowo-edukacyjny skierowany do uczniów klas VI–VIII szkoły podstawowej, którego partnerami są Grupa Energa i New Balance. Jego głównym celem jest przekonanie młodzieży do większej aktywności fizycznej i zmiany nawyków żywieniowych.

Trwa druga edycja. W obu nadesłano łącznie kilkadziesiąt tysięcy filmików z ćwiczeniami wykonywanymi przez dzieci. Staraliśmy się stworzyć program, który będzie trwał nie kilka dni czy tygodni, ale cały rok szkolny. Po drugie, jest to program, który mocno angażuje dzieciaki poprzez urządzenia, z których na co dzień korzystają, czyli telefony komórkowe i tablety. Jesteśmy obecni w tym kanale, pokazujemy, dlaczego warto ćwiczyć i jak to robić, a dodatkowo wplatamy w tę komunikację ważne tematy związane ze zdrowym żywieniem – mówi Robert Leszczyński, dyrektor marketingu sportowego New Balance w Polsce.

Do angażowania młodzieży Drużyna Energii wykorzystuje internet i media społecznościowe. Program wspierają też znani i lubiani przez młode pokolenie ambasadorzy: piłkarz Marek Citko, siatkarz Krzysztof Ignaczak, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik, piłkarski freestyler Krzysztof Golonka, mistrzyni Europy w siatkówce Izabela Bełcik oraz najlepszy dunker świata Rafał Lipiński.

Cechą naszych czasów jest wykorzystanie odpowiednich środków przekazu. Dzieciaki spędzają w większości wolny czas, śledząc poczynania internetowych celebrytów czy ulubionych sportowców. Dzięki temu jesteśmy w stanie dotrzeć do nich również z wartościową treścią, przekazać sportowe emocje – mówi Krzysztof Golonka, mistrz świata trików piłkarskich.

Raz w miesiącu na stronie internetowej projektu ambasadorzy publikują cztery filmy z ćwiczeniami, które uczniowie muszą powtórzyć. Za każde wideo, w którym powtórzą trening mistrzów, szkoła otrzymuje punkty. Najlepsza podstawówka zyskuje miano zwycięzcy miesiąca i wygrywa wizytę ambasadorów, a także ma szansę na udział w wielkim finale.

W tym miesiącu zwycięską podstawówką, którą odwiedzili ambasadorzy Drużyny Energii, okazała się Szkoła Podstawowa nr 1 im. Bohaterów Warszawy w Kamienicy, 3-tysięcznej miejscowości w województwie małopolskim. O zwycięstwo w maju nie było łatwo, bo maksymalną liczbę filmów z ćwiczeniami przesłało aż 6 szkół. Ambasadorzy uznali, że uczniowie z Kamienicy wykazali się największą kreatywnością i starannością, dzięki czemu wygrała właśnie ta placówka. Nagrodą był wspólny trening z mistrzami sportu, połączony m.in. z konkursem i pokazem piłkarskich trików.

Sukces zawdzięczamy temu, że w naszej pracy nie ograniczamy się tylko do lekcji. Zapraszamy dzieci w czasie przerw, jedni grają w piłkę nożną, inni rzucają do kosza, jeszcze inni grają w siatkówkę, więc oni tutaj cały czas są w ruchu. Nie pozwalamy im siedzieć na korytarzach – mówi Janusz Piotrowski, nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 1 w Kamienicy.

Dzieci w naszej szkole generalnie chętnie uprawiają sport. Działa u nas klub sportowy, gdzie sekcją główną jest piłka nożna i piłka siatkowa. Często bierzemy udział w akcjach podobnych do tej i propagujemy sport na co dzień, czyli na placach sportowych, boiskach, dzieci wyjeżdżają na zawody sportowe. To zaraża całą szkolną społeczność, buduje sportową atmosferę – dodaje Danuta Kalicińska, nauczyciel wychowania fizycznego.

Ostatni miesiąc sportowej rywalizacji w II edycji Drużyny Energii potrwa do 2 czerwca. Uczniowie mierzą się w nim z zadaniami od ambasadorów, m.in. dwutaktem od Rafała Lipińskiego i żonglerką głową w parach od Marka Citki. Dla uczniów z całej Polski to już ostatnia szansa, żeby ambasadorzy odwiedzili właśnie ich szkołę. 12 czerwca na Stadionie Energa w Gdańsku spotkają się wszyscy zwycięzcy etapów. Trzy podstawówki z najlepszymi wynikami w rywalizacji sportowej odbiorą tam czeki na wyposażenie sal gimnastycznych w sprzęt sportowy, a najlepsza z nich otrzyma dodatkowo okazały Puchar Drużyny Energii.

Druga edycja Drużyny Energii powoli zbliża się do końca. Zostały nam do odwiedzenia jeszcze dwie szkoły, więc na horyzoncie widać już finał, który odbędzie się 12 czerwca w Gdańsku – mówi Bartek Ignacik.

Szykujemy dużą fetę na Stadionie Energa w Gdańsku. Poza częścią sportową będą niespodzianki w postaci występów artystycznych oraz wspaniałych, lubianych przez dzieciaki gości ze świata sportu i show-biznesu – zapowiada Robert Leszczyński.

Polacy boją się kleszczy i przenoszonych przez nie chorób. To ostatni moment, aby zaszczepić się przed wakacjami

Polacy boją się kleszczy i przenoszonych przez nie chorób. To ostatni moment, aby zaszczepić się przed wakacjami 2

Co trzeci Polak boi się kleszczy, a 25 proc. z tego powodu rezygnuje ze spacerów po lesie czy parku. Łagodniejszy klimat i wyższe temperatury sprawiają, że kleszcze pojawiają się w nowych miejscach, występują praktycznie na każdym terenie zielonym. Wraz ze wzrostem przypadków ukłuć przez kleszcze rośnie także liczba zachorowań na boreliozę czy bardzo niebezpieczne kleszczowe zapalenie mózgu. To dobry moment, żeby przed wakacyjnymi wyjazdami zaszczepić się przeciwko tej chorobie.

– U części Polaków strach przed kleszczami powoduje rzadsze wychodzenie na powietrze, niekorzystanie ze spacerów w lesie czy z parków. Czasami ten strach przybiera takie formy, że dzieci, które przyjeżdżają na zajęcia do lasu, nie chcą wyjść z autobusu. 1/4 badanych tak bardzo boi się kleszczy i chorób odkleszczowych, że nie wychodzi z dziećmi na dwór – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Anna Wierzbicka, zoolog, biolog, leśnik z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Kleszcze są aktywne od temperatury ok. +5 st. C, czyli mogą nas zaatakować od wczesnej wiosny aż do późnej jesieni. Jednak szczególnie narażeni na ukłucie przez te pajęczaki jesteśmy latem, kiedy podczas wakacyjnego wypoczynku spędzamy dużo czasu na świeżym powietrzu.

– Kleszcze czekają na swoje ofiary w trawach, paprociach czy niskich krzakach i drzewach. Nie wchodzą na wysokości wyższe niż półtora metra. Czekają, aż obok nich przejdzie coś, co ich zdaniem pachnie smakowicie i jest wystarczająco ciepłe. Wówczas przechodzą na swoje ofiary – tłumaczy Anna Wierzbicka.

– Te krwiożercze pasożyty coraz liczniej zamieszkują wszystkie tereny zielone, czyli łąki, krzaki, parki, lasy, a zwłaszcza pogranicza, czyli np. tereny między lasem a łąką. Tam kleszczy jest najwięcej. Czają się pod źdźbłami traw – wyjaśnia dr hab. n. med. Ernest Kuchar, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Kleszcze są czułe na bodźce cieplne oraz zapachowe, głównie zapach kwasu mlekowego obecnego w pocie człowieka. W ich ślinie znajdują się środki znieczulające, ukłucie jest więc bezbolesne, a samego kleszcza łatwo nie zauważyć.

Kleszcze doskonale radzą sobie nie tylko poza miastami. Żyją w dużych śródmiejskich lasach, ale też parkach czy przydomowych ogródkach. Ryzyko dotyczy więc wszystkich osób, które spędzają czas na łonie natury. Jest to szczególnie ważne w kontekście planowanych wyjazdów wakacyjnych.

 Nigdy nie mamy gwarancji, że kleszczy w danym miejscu nie ma. Nawet jeżeli parki poddawane są opryskom, to po jakimś czasie kleszcze przenoszone przez myszy, ptaki, gady wracają do nich z powrotem. W zasadzie każda aktywność na terenie zielonym wiąże się z ryzykiem narażenia na kleszcze –przekonuje dr hab. n. med. Ernest Kuchar.

Przed ukłuciem kleszcza nie można się skutecznie ochronić. W przypadku aktywności na terenach zielonych wskazane jest odpowiednie ubranie, zakrywające całe ciało i w jasnych kolorach, a także stosowanie repelentów, czyli środków odstraszających kleszcze. Jednak nie daje to 100-proc. ochrony.

Większa populacja kleszczy oznacza wzrost liczby zachorowań na boreliozę i przede wszystkim na groźne kleszczowe zapalenie mózgu. Obecnie nawet 15 proc. kleszczy może być nosicielami wirusa, który prowadzi do kleszczowego zapalenia mózgu.

 Wirus KZM jest wprowadzany już w momencie ukłucia przez kleszcza, bo znajduje się w jego ślinie. Przerwana zostaje pierwsza ochrona w postaci ciągłości skóry. Na tym etapie zakażenie może być wyeliminowane, jeżeli mamy dobrą odporność. Jeżeli jednak nasz organizm sobie z tym nie poradzi, może dojść do zachorowania w postaci objawów grypopodobnych – wskazuje prof. dr hab. n. med. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

U ponad połowy zakażonych (58 proc.) przebycie choroby wiąże się jednak z poważnymi powikłaniami – zapalenie mózgu i rdzenia kręgowego, porażeniem czy niedowładem. Mogą się też pojawić zaburzenia natury psychicznej.

Jeżeli wirus dostanie się do ośrodkowego układu nerwowego, zaczynają się najcięższe postaci choroby. Może to być zapalenie opon mózgowych, zapalenie mózgu i rdzenia, zapalenie korzeni nerwowych. Wariantów jest wiele, a część z nich stanowi zagrożenie dla życia – tłumaczy prof. Joanna Zajkowska.

Współczesna medycyna nie znalazła jeszcze leku na KZM, a stosowane leczenie jest tylko objawowe. Można się jednak chronić przed zakażeniem poprzez szczepienia. Ich wykonanie zaleca się wiosną, kiedy kleszcze zaczynają żerować, ale można to również zrobić później. Odporność nabywa się po mniej więcej dwóch tygodniach od ich przyjęcia. Przełom maja i czerwca jest więc ostatnim momentem na zaszczepienie się przed sezonem urlopowym.

W 2017 roku zachorowania odnotowano w 12 województwach, najwięcej w południowej i północno-wschodniej części kraju. Co roku zgłasza się od 200 do 300 przypadków zachorowań na KZM, jednak zdaniem ekspertów ich liczba jest znacznie niedoszacowana.

– W Polsce monitorowanie chorób odkleszczowych ma charakter bierny, czyli wiemy o chorobie dopiero wtedy, kiedy ktoś ją zgłosi. W takiej sytuacji zgłaszany jest tylko niewielki odsetek – około 10 proc. spośród wszystkich – mówi dr hab. n. med. Ernest Kuchar.

Zakażeń jest więcej. To zjawisko obserwowane nie tylko w Polsce, lecz także w krajach, gdzie kleszczowe zapalenie mózgu występuje z dużą intensywnością. To kraje nadbałtyckie, Niemcy, Austria, Słowacja i Czechy – wymienia prof. Joanna Zajkowska.

W Polsce świadomość na temat KZM wciąż nie jest wystarczająca. Z badania przeprowadzonego w ramach kampanii „Nie igraj z kleszczem” wynika, że co trzecia osoba nigdy nie słyszała o KZM. Wśród badanych, którzy mają wiedzę na temat tej choroby, co trzeci błędnie twierdzi, że można się przed nią ochronić antybiotykoterapią. Dwie trzecie wie, że skuteczne są tylko szczepienia ochronne.

Przystanki autobusowe wdrażane są do systemu inteligentnego miasta. Powstają wirtualne rozkłady jazdy i systemy śledzenia pozycji pojazdów

Przystanki autobusowe wdrażane są do systemu inteligentnego miasta. Powstają wirtualne rozkłady jazdy i systemy śledzenia pozycji pojazdów 3

Upowszechnienie się technologii GPS oraz rozwiązań z zakresu internetu rzeczy pozwoliło zerwać z przestarzałymi rozkładami jazdy. Miasta z całego świata zwracają się w stronę systemów inteligentnych, które pozwalają tworzyć dynamiczne, cyfrowe rozkłady jazdy bazujące na rzeczywistej pozycji poszczególnych pojazdów. Powstają także multimedialne przystanki ze zintegrowanymi biletomatami oraz systemami informacji publicznej.

– W Polsce dostępne są wyświetlacze dynamicznej informacji pasażerskiej SmartInfo, na których możemy wyświetlać linie, które będą odjeżdżały w danym momencie z przystanku, za ile minut odjedzie najbliższy tramwaj czy autobus. Dodatkowo, jeżeli miasta mają jakieś inne kryteria, możemy wyświetlić informację, czy przyjedzie pojazd np. niskopodłogowy lub czy jest możliwość płatności kartą – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mikołaj Kwiatkowski z Trapeze Poland.

Wyświetlacze SmartInfo opracowane przez inżynierów Trapeze wyróżniają się na tle klasycznych cyfrowych rozkładów jazdy technologią wyświetlania obrazu. W miejscu tradycyjnego ekranu zamontowano panel wykonany w technologii papieru elektronicznego, którzy charakteryzuje się skrajnie niskim zapotrzebowaniem na energię elektryczną. Pobiera ją wyłącznie wtedy, kiedy system odświeża obraz. Dzięki temu nadaje się do wykorzystania na tych przystankach, które nie mają dostępu do sieci elektrycznej i może być zasilany za pośrednictwem paneli słonecznych. Jeśli w trakcie pracy dojdzie do awarii zasilania – obraz nie zniknie, urządzenie zapamięta to, co ostatnio wyświetlało się na ekranie.

– Najnowsze urządzenie z serii SmartInfo to wyświetlacz w technologii e-papier. Pozwala on nam na zupełnie inne spojrzenie na urządzenia wyświetlające na przystankach. Jedno urządzenie może bowiem zastąpić zarówno wyświetlacz dynamicznej informacji pasażerskiej, jak i papierowe rozkłady jazdy, dzięki czemu wszelkie zmiany w rozkładach jazdy mogą być dokonywane online. Zaoszczędzimy w ten sposób i czas, i pieniądze na służbach, które tych zmian dokonują – mówi Mikołaj Kwiatkowski.

Podpięcie energooszczędnych paneli do systemu informacji pasażerskiej umożliwi wdrożenie dodatkowych funkcji, niespotykanych w tradycyjnych przystankach. E-papierowe rozkłady jazdy mogą być aktualizowane w czasie rzeczywistym, pasażer może być także informowany o nagłych zmianach trasy pojazdu, cenach biletów, możliwych przesiadkach czy okolicznych atrakcjach turystycznych.

– Niewielki panel solarny wystarczy do naładowania akumulatora, z którego wyświetlacz będzie czerpał energię w momencie, kiedy nie jest dostępne słońce. Jeżeli nie ma dostępu do bieżącej energii, wyświetlacz będzie wyświetlał ekran statyczny, np. rozkładu jazdy. W ten sposób pasażerowie zawsze będą poinformowani, a w momencie, kiedy jest dostępny prąd, możemy informować o dynamicznej informacji pasażerskiej – wyjaśnia ekspert.

O krok dalej poszli projektanci prototypowych inteligentnych przystanków Smart Bus Shelter zainstalowanych na Santa Monica Boulevard w Hollywood. Wyposażono je w wielofunkcyjne, samoobsługowe kioski, które wyświetlą informacje o rzeczywistym planowanym czasie przybycia autobusów i dadzą dostęp do informacji głosowej, która ułatwi planowanie podróży osobom niedowidzącym. Zainstalowano w nich także porty USB do ładowania urządzeń mobilnych, moduł Wi-Fi do komunikowania się z internetem oraz energooszczędne oświetlenie LED.

Na podobnej zasadzie będą działać przystanki opracowane przez francuską firmę JCDecaux, które staną się integralnym elementem systemu inteligentnego miasta w Sart City. Tu również zainstalowano kioski oferujące dostęp do darmowego, bezprzewodowego internetu, które sprawdzą się w roli interaktywnego rozkładu jazdy. Na ekranie będziemy można prześledzić położenie poszczególnych pojazdów komunikacji miejskich, wyświetlą się na nich także informacje dostarczane przez urząd miejski oraz przedstawicieli transportu publicznego.

– Wdrożenia SmartInfo możemy się spodziewać jeszcze w tym roku. Rozmawialiśmy już z wieloma miastami na temat zastosowania tej technologii. Najpierw chcemy jednak przeprowadzić pilotażowe wdrożenie w celu weryfikacji, jak one sprawdzają się w polskich warunkach. Do tej pory urządzenia były sprawdzane w szwajcarskim Neuhausen, gdzie taki wyświetlacz jest stosowany na linii autonomicznego autobusu oraz w Helsinkach. Tam przetrwały zimę, ciekawi jesteśmy, jak zniosą warunki polskie – mówi Mikołaj Kwiatkowski.

Inwestycje tego typu realizowane są już także w Polsce. Warto wspomnieć m.in. o inteligentnych przystankach montowanych w Świebodzinie, które zostaną wyposażone w biletomat, infokiosk oraz tablice informacji pasażerskiej. Te ostatnie będą w czasie rzeczywistym pobierały informacje o położeniu autobusów w oparciu o wskazania zamontowanych w nich modułów GPS. Dzięki temu operator będzie mógł na bieżąco uaktualniać rozkład jazdy. Dopełnieniem inwestycji będzie system monitoringu miejskiego, który zadba o bezpieczeństwo podróżnych.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku inteligentnych systemów komunikacyjnych do 2024 roku wzrośnie do 285 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie blisko 22,5 proc. w skali roku.

Oparta na mikrochipach spersonalizowana terapia da szansę wielu pacjentom na wyleczenie. Pozwoli opracowywać nowe leki bez wykorzystywania do badań zwierząt

Oparta na mikrochipach spersonalizowana terapia da szansę wielu pacjentom na wyleczenie. Pozwoli opracowywać nowe leki bez wykorzystywania do badań zwierząt 4

Terapia personalizowana oparta na mikrochipach umożliwi wyhodowanie tkanek zgodnych z organizmem chorego i przeprowadzenie na nich testu z podaniem leku. Polscy naukowcy opracowali innowacyjny model wytwarzania tkanek, dzięki czemu są one dużo bardziej zbliżone do rzeczywistych. Terapie personalizowane z użyciem mikrosystemów są ogromną szansą dla pacjentów onkologicznych. Mikrochipy usprawnią też wdrażanie nowych leków i pozwolą odejść od wykorzystywania zwierząt w tym procesie.

– Zaletą mikrosystemów w medycynie personalizowanej jest to, że możemy pobrać komórki od pacjenta i wyprowadzić hodowlę tkankową w mikroobjętościach wewnątrz takiego mikrosystemu, a następnie możemy przeprowadzić testy leków i wybrać najlepszą metodę leczenia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Roman Szafran z Politechniki Wrocławskiej.

W medycynie personalizowanej dostosowuje się strukturę leku do organizmu konkretnego pacjenta, co stanowić może ogromną szansę zwłaszcza dla chorych na raka. Precyzyjna onkologia często polega na leczeniu pacjentów pojedynczą, molekularnie dopasowaną terapią, ukierunkowaną na jedną mutację w guzie. W raporcie opublikowanym w kwietniu w „Nature Magazine” naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego ogłosili, że leczenie spersonalizowanymi terapiami skojarzonymi poprawiło wyniki u pacjentów z nowotworami opornymi na leczenie.

Wykorzystanie mikrochipów pozwoli jeszcze bardziej dopracować terapie personalizowane, tak by nie stanowiły ryzyka wynikającego z prób na organizmie, a zarazem nie wiązały się ze zużyciem dużej ilości substancji czynnych podczas testów. Hodowla tkankowa jest w nich prowadzona w mikroskopijnych komorach. Dzięki temu przeprowadzana jest z niewielkiej liczby pobranych od pacjenta komórek. Mikrochipy pozwolą także usprawnić opracowywanie zupełnie nowych leków.

– Mogą one w pewnym stopniu zastąpić modele zwierzęce. Wyobraźmy sobie, że taki mikrosystem po przygotowaniu takiego modelu, po przeprowadzeniu hodowli, możemy zamrozić w ciekłym azocie i potem wykorzystywać jako narzędzie. Możemy niejako wyciągnąć sobie go z lodówki i przeprowadzić testy. Jest to układ powtarzalny, co zdecydowanie przyspieszy nam całą procedurę badań nad nowymi lekami – twierdzi dr inż. Roman Szafran.

Tymczasem zespół naukowców kierowany przez Takanori Takebe z Centrum Medycznego Szpitala Dziecięcego w Cincinnati wszczepił układy RFID w organoidy, czyli wyhodowane z komórek macierzystych tkanki naśladujące narządy. Zespół przetestował swoją technikę na organoidach wątroby zawierających dostępne w handlu chipy RFID o wielkości 0,4 mm. Technologia ta może się przyczynić m.in. do poprawy monitorowania pacjentów po przeszczepach.

Pomysłów na zastosowanie mikrosystemów w medycynie personalizowanej jest wiele. Tym, co wyróżnia polskich naukowców, jest opracowanie odwrotnego modelu niż ten powszechnie stosowany.

– Nasze rozwiązanie jest oryginalne i opatentowane. Trochę inaczej podeszliśmy do tego zagadnienia. Zazwyczaj modele mikrofluidalne wytworzone są w ten sposób, że powierzchnia mikrokanałów powlekana jest od wewnątrz warstwą komórek, my natomiast hodujemy tkankę, w której wytwarzamy mikrokanały, a więc jest to taki odwrócony model. Jest on bliższy rzeczywistości, bliższy tkance organizmu żywego – zapewnia naukowiec.

Zgodnie z wynikami raportu BIS Research światowy rynek medycyny precyzyjnej osiągnął w minionym roku wartość niemal 79 mld dol. Do 2028 roku ma wzrosnąć do niemal 217 mld dol., czyli prawie trzykrotnie.

Nastała moda na jedzenie. Co to oznacza dla branży handlowej?

Tradycyjnie rozumiana sprzedaż detaliczna odchodzi do historii. Na rynku amerykańskim wyraźnie widać tendencję do kurczenia się ilości obiektów handlowych – wg wyliczeń Credit Suisse Group tylko w 2017 roku zamknięto tam 8640 sklepów stacjonarnych. Zmiany te częściowo wynikają z nowego stylu spędzania czasu przez konsumentów, którzy w centrach handlowych i mniejszych sklepach coraz częściej poszukują interesującej oferty gastronomicznej.

Na posiłki jedzone poza domem konsumenci wydają coraz więcej. Jak podaje raport „What’s on the Menu?” w Europie było to 700 milardów dolarów w 2006 roku i 900 w 2016. Szacuje się, że do roku 2026 ta kwota wzrośnie do 1200 miliardów dolarów.

Rynek gastronomiczny stale się rozwija, co powinno stanowić istotną wskazówkę dla retailerów. Nastała moda na jedzenie. Potwierdzają to nie tylko wyniki finansowe sektora, ale także wszechobecność tematyki kulinarnej w mediach tradycyjnych i społecznościowych – od programów telewizyjnych i specjalistycznych vlogów dotyczących zdrowej żywności, po efektowne zdjęcia posiłków na Instagramie.

Bogdan Łukasik, Prezes Zarządu Modern-Expo SA
Bogdan Łukasik, Prezes Zarządu Modern-Expo SA

Wykorzystując ten trend, detaliści powinni stawiać na rozbudowę stref kawiarnianych, wprowadzanie dedykowanych stoisk gastronomicznych, modernizację przestrzeni pod kątem tworzenia miejsc wypoczynku i spotkań. Takie rozwiązania wdrożyło już wielu zarządców centrów handlowych, a nawet sieci convenience store – doradza Bogdan Łukasik, Prezes Zarządu Modern-Expo SA.

W jednym z niemieckich punktów REWE, zaprojektowanych przez Modern Expo, wielofunkcyjna i dobrze zorganizowana przestrzeń łączy strefę handlową z miejscem na towarzyskie spotkanie przy stole. Nowego podejścia do przestrzeni handlowej nie boi się też znana w Polsce sieć sklepów odzieżowych H&M. Oprócz modnych ubrań i dodatków H&M oferuje chwilę wytchnienia po zakupach w Cafe „It’s Pleat”. Pierwsza kawiarnia powstała w Sztokholmie jeszcze w 2017 roku, kolejna zaś w Londynie rok później.

Nowa rola sklepów, które oprócz pełnienia podstawowej funkcji, jaką jest sprzedaż towarów, tworzą przestrzeń do nawiązywania kontaktów społecznych, daje detalistom kolejną okazję do zysku. Ostatnie badania przeprowadzone dla JLL z USA dowodzą, że konsumenci wydają nawet o 25% więcej podczas zakupów, gdy podczas pobytu w centrum handlowym spożywają posiłki. Inwestycja w atrakcyjny foodcourt lub foodcorner może wpłynąć na zwiększenie obrotów sklepu. Oferta gastronomiczna dostępna dla klientów sklepu zapewnia lepsze wrażenia z odwiedzin, wydłuża czas zakupów i w efekcie prowadzi do zwiększenia przychodów z handlu dla właściciela obiektu.Żeby efektywnie inwestować w rozwój stref gastronomicznych w przestrzeni handlowej warto skorzystać z fachowej wiedzy i pomocy ekspertów. Podczas tegorocznej edycji Kongresu Rynku FMCG, gdzie pod patronatem Modern-Expo wystąpią wybitni prelegenci z całego świata. Doświadczeni eksperci opowiedzą m.in. o wzajemnym przenikaniu się konceptów handlowych i gastronomicznych.

Bogdan Łukasik zachęca do wzięcia udziału w wydarzeniu – Jako współorganizator tegorocznej edycji, chcemy wzbogacić merytoryczną część Kongresu o tematy, które najbardziej interesują uczestników. Dlatego na nasz panel zaprosiliśmy polskich i zagranicznych gości, specjalizujących się w różnych dziedzinach, powiązanych z branżą handlową. Jesteśmy przekonani, że nasze doświadczenie na rynku oraz świeże spojrzenie zaproszonych prelegentów pomogą uczestnikom panelu „Droga do sklepu przyszłości” w jeszcze lepszym zarządzaniu swoim biznesem i przygotowaniu się na zmiany, które niesie przyszłość.

Kongres Rynku FMCG 2019, organizowany przez Wydawnictwo Gospodarcze (Wiadomości Handlowe, Wiadomości Kosmetyczne), odbędzie się w dniach 28-29 maja, w Warszawie w hotelu Double Tree by Hilton Warsaw, przy ul. Skalnicowej 21. Na panel Modern-Expo zapraszamy pierwszego dnia Kongresu do sali tematycznej nr 1. Prelekcje potrwają od godziny 14:30.

U tłumaczy przysięgłych bez zmian. Przynajmniej w kwestii wynagrodzeń

Od 14 lat stawki za wykonywanie tłumaczeń przysięgłych stoją w miejscu. Mimo interpelacji poselskich oraz zapowiedzi protestów, Ministerstwo Sprawiedliwości, któremu podlegają tłumacze przysięgli, nie pali się, by zająć się tą kwestią. Doprecyzowania wymaga także kwestia czasu uregulowania płatności oraz zapłaty za czas dojazdu na miejsce wykonania tłumaczenia.

tłumaczenia przysięgłeZ czym wiąże się zawód tłumacza przysięgłego

Czym różni się tłumacz przysięgły od „zwykłego” tłumacza? Ten pierwszy zajmuje się przekładami ważnych, oficjalnych dokumentów prawnych czy urzędowych, wystawionych przez instytucje. Aby móc to robić, musi mieć odpowiednie uprawnienia – a te uzyskuje, zdając egzamin przed resortem sprawiedliwości. Tłumacz przysięgły swoje przekłady poświadcza specjalną pieczęcią, otrzymywaną po pozytywnym wyniku egzaminu i zaprzysiężeniu. W ramach pracy może wykonywać tłumaczenia pisemne lub ustne. Te pierwsze dotyczą m.in. przekładów aktów sądowych, notarialnych, pełnomocnictw czy paszportów. Ustne tłumaczenia przysięgłe mają miejsce np. podczas rozpraw sądowych, przesłuchań czy zawierania związków małżeńskich. Co ważne, w ramach egzaminu przed komisją przy MS, osoba ubiegająca się o status tłumacza przysięgłego musi wykonać przekłady w obu tych formach. Każdy przedstawiciel tego zawodu widnieje w rejestrze resortu, a wszystkie jego prace muszą być odnotowane w repertorium czynności tłumacza przysięgłego.

Praca przy urzędowych czy sądowych dokumentach wiąże się z większą odpowiedzialnością niż w przypadku tradycyjnego tłumacza. Przysięgli wykonują bowiem pracę nie tylko na rzecz osób prywatnych, lecz także organów państwowych, jak sądy, policja czy prokuratura. Od ich właściwego przekładu zależy więc np. ważność postanowień czy treść wyroku sądowego. Tłumacze przysięgli ponoszą odpowiedzialność zawodową za niewykonanie lub nienależyte wykonanie obowiązków, które określa ustawa. Wówczas toczy się postępowanie przed Komisją Odpowiedzialności Zawodowej działającej przy MS. Może się ono zakończyć upomnieniem, naganą, karą pieniężną, a nawet zawieszeniem lub pozbawieniem prawa do wykonywania zawodu.

Zamrożone stawki

Stawki za pracę tłumaczy przysięgłych reguluje Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 24 stycznia 2005 r. w sprawie wynagrodzenia za czynności tłumacza przysięgłego (Dziennik Ustaw Nr 15 z 2005 r., poz. 131). Obowiązuje ono do dziś, co oznacza, że obowiązuje ono od 14 lat. W tym czasie rozporządzenie doczekało się kilku interpelacji i zapytań poselskich. Najnowsza została skierowana w czerwcu 2018 roku przez Stanisława Tyszkę. – Stawki wynagrodzeń dla tłumaczy przysięgłych nie uległy zmianie, niezależnie od średniego wskaźnika wynagrodzeń w gospodarce narodowej, wzrostu gospodarczego, inflacji, waloryzacji rent i emerytur itd. – uzasadnia Tyszka, i dodaje – Zgodnie z art. 15 ustawy z dnia 25 listopada 2004 r. o zawodzie tłumacza przysięgłego (Dz. U. z 2016 poz. 487, ze zm.): „Tłumacz przysięgły nie może odmówić wykonania tłumaczenia w postępowaniu prowadzonym na podstawie ustawy, na żądanie sądu, prokuratora, Policji oraz organów administracji publicznej, chyba że zachodzą szczególnie ważne przyczyny uzasadniające odmowę”. Opisana sytuacja powoduje w praktyce, że tłumacze przysięgli muszą przez znaczną część czasu pracy wykonywać zlecenia opłacane zdecydowanie poniżej stawek rynkowych.

Z takim podejściem zgadza się Katarzyna Tkaczenko – ekspert biura tłumaczeń 123tlumacz.pl, który uważa, że stawki urzędowe powinny ulec zmianie.

– To niesprawiedliwe, że przy zmieniających się warunkach gospodarczych i ekonomicznych nie bierze się pod uwagę dostosowania kwot obowiązujących przysięgłych. Urzędowe stawki są nierzadko o połowę niższe niż rynkowe. Szczególnie dotyka to przysięgłych z małych miejscowości, gdzie organy sądownicze czy urzędy są jedynymi zleceniodawcami. Skandaliczny jest też fakt, że niekiedy tłumacze muszą czekać na zapłatę 6 miesięcy, mimo że na zawołanie sądu, prokuratury czy policji trzeba stawiać się często niezwłocznie – mówi.

Tłumacze zabierają głos

W lutym 2018 zespół do przeglądu i oceny funkcjonowania ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego skierował pismo do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, w którym apelują o nowelizację rozporządzenia. Uzasadniają to faktem, że są jedyną grupą zawodową świadcząca usługi na rzecz organów ustawowych, której stawki pozostają niezmienione przez tak długi czas. – Sytuację tę środowisko tłumaczy przysięgłych jednoznacznie interpretuje jako dyskryminację członków naszego zawodu nieuchronnie prowadzącą do postępującej pauperyzacji tej grupy zawodowej. Dalsze niepodnoszenie stawek stanowiłoby również czynnik zachęcający tłumaczy do nieetycznego postępowania w postaci unikania realizacji ustawowego obowiązku współpracy z sądami i innymi organami administracji publicznej z uwagi na głodowe stawki – czytamy w liście do szefa MS.

Stawki proponowane za stronę tłumaczenia pisemnego (1125 znaków) przez przedstawicieli związków prezentują się następująco:

  • z j. angielskiego, niemieckiego lub francuskiego – 44 zł (zamiast dotychczasowych 23 zł),
  • z j. rosyjskiego, łaciny lub innego języka europejskiego – 48 zł (w przypadku j. rosyjskiego obecna stawka wynosi 23 zł, zaś pozostałych – 24,77 zł),
  • z języka pozaeuropejskiego posługującego się alfabetem łacińskim – 58 zł (zamiast 30,07 zł),
  • z języka pozaeuropejskiego posługującego się alfabetem niełacińskim lub ideogramami – 65 zł (zamiast 33,61 zł),
  • z j. polskiego na angielski, niemiecki lub francuski – 58 zł (zamiast 30,07 zł),
  • na inny język europejski i łacinę – 68 zł (zamiast 35,38 zł),
  • na język pozaeuropejski posługujący się alfabetem łacińskim – 79 zł (zamiast 40,69 zł),
  • na język pozaeuropejski posługujący się alfabetem niełacińskim lub ideogramami – 96 zł (zamiast 49,54 zł).

Obecnie za sporządzenie tłumaczenia w dniu zlecenia oraz w postępowaniu przyspieszonym wyżej wymienione stawki podwyższa się o 100 proc. Tłumacze chcą, aby zasada ta obowiązywała także przy zlecaniu przekładu na kolejny dzień roboczy. Przysięgli postulują zachowanie stawki za tłumaczenie tekstów zawierających frazeologię i terminologię specjalistyczną, sporządzonych pismem ręcznym oraz trudnych do odczytania ze względu na stopień zniszczenia tekstu lub ich kopii w złej jakości – wynosi ona 125 proc. Prace zawierające formularze, tabele arkusze kalkulacyjne oraz teksty wymagające zachowania określonej formy graficznej – nieujęte w rozporządzeniu z 2005 r. – mają być płatne w 130 proc., zaś teksty pisane żargonem, dialektem lub językiem archaicznym – 150 proc.

W przypadku tłumaczeń ustnych, stawka za każdą rozpoczętą godzinę obecności tłumacza powinna według związków wynosić 200 proc. kwoty obowiązującej za stronę tekstu, a nie, jak dotychczas – 130 proc. Z kolei w postępowaniu przyspieszonym oraz za wykonanie pracy w dniu zlecenia tłumacze proponują podwojenie wspomnianej wcześniej stawki.

W sugestiach związków zawodowych pojawiło się także doprecyzowanie czasu pracy tłumacza. Postulują oni, aby obejmował on także badanie dokumentów w celu zapoznania się ze sprawą lub ustalenia zakresu tłumaczenia. Wynagrodzenia ma wynieść wtedy 50 proc. stawki godzinowej za tłumaczenie ustne, jednak nie mniej niż za dwie godziny. Tłumacze ustni chcą również, by ich czas pracy nie przekraczał czterech godzin dziennie oraz by mieli prawo do co najmniej jednej przerwy.

Od wysłania listu do ministra minął ponad rok. Poprzednia odezwa do szefa MS spotkała się z odmową i brakiem żadnego uzasadnienia. Działania resortu sprawiedliwości, niezależnie od rządzącej opcji politycznej – podobnie jak stawki za tłumaczenia przysięgłe – pozostają wciąż zamrożone.

Sklep zarabiał podejrzanie mało. Urząd Skarbowy zrobił własne wyliczenia

Gdy organ podatkowy nie dysponuje danymi niezbędnymi do określenia podstawy opodatkowania, może ją określić w drodze oszacowania. Nie posiada jednak w tej kwestii dowolności. Powinien stosować metody oszacowania, które wskazuje mu Ordynacja podatkowa, a nie metodę opartą na fragmentarycznych wyliczeniach. „…oparcie wyliczeń tylko na wybranych dokumentach oznacza brak wszechstronnego i wyczerpującego rozpatrzenia materiału dowodowego” (Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Łodzi z 29 marca 2019 r., sygn. akt I SA/Łd 124/19).

Art. 23 § 3 Ordynacji podatkowej wskazuje sześć metod oszacowania, jakie organy podatkowe winny stosować w sytuacji braku ksiąg podatkowych albo innych danych, lub gdy wynikające z tych ksiąg, lub inne dane nie pozwalają na określenie podstawy opodatkowania, jak również, gdy podatnik naruszył warunki uprawniające do korzystania ze zryczałtowanej formy opodatkowania. Są to metody: porównawcza wewnętrzna, porównawcza zewnętrzna, remanentowa, produkcyjna, kosztowa oraz metoda udziału dochodu w obrocie.

Jak stanowi art. 23 § 5: „Określenie podstawy opodatkowania w drodze oszacowania powinno zmierzać do określenia jej w wysokości zbliżonej do rzeczywistej podstawy opodatkowania. Organ podatkowy, określając podstawę opodatkowania w drodze oszacowania, uzasadnia wybór metody oszacowania” (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926, ze zm.).

Sklep zarabiał podejrzanie za mało

Prowadząca sklep spożywczo-monopolowy podatniczka zadeklarowała osiągnięty w 2010 r. dochód z tytułu dokonanej za pośrednictwem tego sklepu sprzedaży w wysokości 11 315 zł. W opinii organów podatkowych wykazany dochód był zbyt niski, jak na tego typu działalność handlową, stąd zakwestionowały rzetelność prowadzonej księgi przychodów i rozchodów.

Na podstawie paragonów fiskalnych z listopada i grudnia 2010 r. fiskus sporządził zestawienie uwzględniające ilości i ceny sprzedaży brutto w odniesieniu do wybranych grup asortymentu towarów i wyliczył średnią cenę sprzedaży brutto w tych miesiącach. Zestawił to z dokonanymi przez podatniczkę zakupami towaru w całym 2010 r., co pozwoliło organom obliczyć osobno marżę dla poszczególnych kategorii asortymentu: piwa, wina, wódki, papierosów, napojów i soków. W końcowym rozrachunku organy oszacowały wartość dokonanej w 2010 r. sprzedaży netto na kwotę o ponad 140 000 zł wyższą od tej zadeklarowanej przez podatniczkę.

Organy nie kontrolowały, więc nie miały do czego porównać

Dokonane przez organy podatkowe ustalenia legły u podstaw uznania za nierzetelną prowadzoną przez podatniczkę księgę podatkową. Organ poinformował więc o konieczności zastosowania metody szacunkowej do określenia podstawy opodatkowania w podatku dochodowym od osób fizycznych. Wyjaśnił jednak, że z uwagi na nieprzeprowadzenie kontroli i nieustalenie wysokości obrotów za wcześniejsze okresy nie jest możliwe porównanie tych okresów do okresu objętego badaniem. Dlatego też organ zadecydował o braku możliwości zastosowania którejś z metod szacowania, ustanowionych w art. 23 § 3 Ordynacji podatkowej.

Kontrolerzy wybrali sobie tylko kilka dni do skontrolowania

Reprezentujący podatniczkę doradca podatkowy zaskarżył takie rozstrzygnięcie organów, podnosząc, że w sposób nieuzasadniony odrzuciły one możliwość zastosowania najwłaściwszej dla oszacowania obrotu wyrobami alkoholowymi metody porównawczej wewnętrznej, opierając takie stanowisko na fakcie nieprzeprowadzenia kontroli i określenia obrotów we wcześniejszych okresach.

Zdaniem strony skarżącej dokonane przez organy wyliczenia marży były nieprawidłowe, bo organy oparły je na zaewidencjonowanej za pośrednictwem kasy fiskalnej sprzedaży jedynie z ośmiu dni listopada i ośmiu dni grudnia 2010 r., podczas gdy podatniczka przekazała kontrolującym wydruki z kasy, dokumentujące sprzedaż za całe te miesiące. Skarżąca zarzuciła fiskusowi także błędy przy ustaleniu średniej ceny sprzedaży wyrobów alkoholowych, poprzez nieuwzględnienie tzw. wielopaków. W ich ramach bowiem paragon uwzględniał jedynie cenę 1 sztuki towaru danego asortymentu, podczas gdy faktycznie sprzedawanych było kilka towarów. To zniekształcało wyliczoną w zakresie tego towaru marżę.

Sąd pierwszej instancji przyznał rację organom

WSA w Łodzi wyrokiem z 22 marca 2016 r. odrzucił skargę (sygn. akt I SA/Łd 1114/15). Przyznał rację poczynionym przez organy ustaleniom i uznał za właściwie uzasadnione wyjaśnienia co do konieczności odrzucenia metody porównawczej wewnętrznej do oszacowania podstawy opodatkowania. Nie przychylił się również do drugiego z zarzutów skarżącej, stwierdzając, że nie przedstawiła ona argumentów, dlaczego obliczenie średniej ceny sprzedaży na podstawie paragonów z większej liczby dni dałoby inny wynik. Uznał też za niewiarygodne i sprzeczne z rozporządzeniem Ministra Finansów w sprawie kryteriów i warunków technicznych, którym muszą odpowiadać kasy rejestrujące, oraz warunków ich stosowania, ujmowania na paragonie fiskalnym sprzedaży jednej sztuki towaru, podczas gdy sprzedawano kilka.

Organowi znany był obrót we wcześniejszych okresach, nie podważał bowiem wcześniejszych deklaracji podatniczki

Podatniczka wniosła skargę kasacyjną, którą 28 listopada 2018 r. NSA uznał za zasadną. Przychylił się do zarzutu błędnego przyjęcia przez organy braku podstaw do dokonania oszacowania wg metod wskazanych w art. 23 § 3 Ordynacji podatkowej, z tego tylko powodu, że nie przeprowadzono wcześniej kontroli i nie określono wysokości obrotów za wcześniejsze okresy u tej podatniczki. NSA, przywołując głos orzecznictwa, stwierdził, iż: „…brak kontroli za poprzednie okresy rozliczeniowe nie jest wystarczający, aby stwierdzić, że obroty uzyskane przez podatnika w poprzednich okresach rozliczeniowych nie są znane, jeżeli obroty te zostały zadeklarowane, a organ podatkowy nie podważył opartego na nich rozliczenia podatkowego. Z art. 23 § 3 pkt 1) o.p. nie wynika, że obroty „znane” to obroty, których wysokość została zweryfikowana przez organy podatkowe” (sygn. akt II FSK 3326/16).

Lekcja prawa podatkowego

NSA w swoim wyroku zwrócił uwagę, że w czasie wydawania decyzji przez organy obowiązywał art. 23 § 4 O.p., który wyraźnie stanowił, iż organ podatkowy może stosować inne metody oszacowania niż wskazane w § 3, tylko w szczególnie uzasadnionych przypadkach. Ustawodawca nałożył więc na organy obowiązek bardzo starannego wyboru metody szacowania podstawy opodatkowania. Niedopełnienie tego obowiązku nie pozwoli zrealizować celu szacowania, o którym stanowi § 5 tego artykułu, czyli określenia podstawy opodatkowania w wysokości zbliżonej do rzeczywistej podstawy opodatkowania.

Naruszenie zasady prawdy obiektywnej

Związany wykładnią sądu kasacyjnego Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi uchylił decyzje organów, przyznając, że rację miała skarżąca, zarzucając im odrzucenie możliwości zastosowania priorytetowej – w świetle Ordynacji podatkowej – metody szacowania, bez należytego uzasadnienia. Niedokonanie kontroli w poprzednich okresach rozliczeniowych nie oznacza, że obroty dokonane przez podatniczkę w tych okresach nie są organom znane, skoro nie podważyły one złożonych przez nią za te wcześniejsze okresy rozliczeń.

WSA przywołał w swoim wyroku wszystkie wskazane przez NSA błędy organów, dotyczące wybiórczej oceny materiału dowodowego czy uśredniania cen grup asortymentowych, zamiast poszczególnych towarów. W zakończeniu uzasadnienia swojego wyroku powtórzył również pouczenie sądu wyższej instancji, że brak jest uzasadnionych przyczyn, dla których organy nie zastosowały drugiej ze wskazanych w art. 23 § 3 O.p. metod – metody porównawczej zewnętrznej. Polega ona na porównaniu wysokości obrotów w innych przedsiębiorstwach prowadzących działalność w podobnych warunkach i o podobnym zakresie.

„W ocenie sądu, oparcie wyliczeń tylko na wybranych dokumentach oznacza brak wszechstronnego i wyczerpującego rozpatrzenia materiału dowodowego. Skutkuje to ustaleniem, że organy podatkowe naruszyły zasadę prawdy obiektywnej, określoną w art. 122 O.p., której realizacji służy ustanowiony w art. 187 § 1 O.p. obowiązek organów podatkowych zebrania i w sposób wyczerpujący rozpatrzenia całego materiału dowodowego. (…) Odstąpienie od zastosowania tej metody (porównawczej – przyp.) może uzasadniać ustalenie, iż brak jest podmiotów, z których obrotami można wiarygodnie porównać obroty podatnika, nie zaś okoliczność, że nie zebrano danych w tym zakresie. Trudno zaś przyjąć, że w dużym mieście w okolicy, gdzie skarżąca prowadzi działalność gospodarczą, nie ma innych sklepów, w których sprzedawane są artykuły spożywcze, napoje, alkohole i papierosy” (sygn. akt I SA/Łd 124/19).

Licencja na zarabianie

Dlaczego organy nie stosują się do wskazań ustawy, która im właśnie powinna być najlepiej znana, i dokonują samodzielnego wyboru sposobu określenia podstawy opodatkowania? Bo „mogą”, przynajmniej do czasu poddania takiego postępowania organów kontroli sądu. Poza tym, gdyby podatniczka nie skorzystała z pomocy doradcy podatkowego, prawdopodobnie zgodziłaby się z wolą organu. Trzeba pamiętać, że podatki stanowią źródło dochodów Skarbu Państwa, na którego straży organy podatkowe stoją. A swoboda oszacowania pozwala na większą swobodę w wymiarze opodatkowania.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

50-proc. wzrost sektora elastycznej powierzchni biurowej w CEE do 2022 roku

– Według firmy Colliers do 2022 r. 750 tys. pracowników biurowych z regionu EMEA będzie pracowało w elastycznych powierzchniach biurowych –

W najbliższych latach fenomenalny wzrost sektora „flex” nie powinien zwolnić tempa. W regionie EMEA do 2022 roku przybędzie 50% elastycznej powierzchni biurowej, a liczba zajmujących ją pracowników wzrośnie do 750 tys. – wynika z danych Colliers International oraz opracowanego przez firmę raportu „Flexible Workspace Outlook Report 2019”.

Liczba operatorów elastycznych powierzchni biurowych w całej Europie wzrosła przez ostatnie cztery lata o 135%, natomiast liczba elastycznych centrów coworkingowych aż o 205%. Z uwagi na niesłabnące zapotrzebowanie na elastyczne powierzchnie ze strony najemców, badania Colliers wskazują, że popyt może ponownie podwoić się w ciągu najbliższych trzech lat w głównych miastach Europy. Spośród 22 głównych miast europejskich przeanalizowanych przez Colliers International, w ośmiu podaż elastycznej powierzchni biurowej podwoi się. Największy wzrost spodziewany jest między innymi w Berlinie, Bukareszcie, Monachium i Pradze.

— Rozwój sektora flex może mieć ogromny wpływ na wszystkie rynki regionu EMEA, gdzie obecnie stanowi on średnio 1,5 procenta całkowitego rynku powierzchni biurowych — mówi Tom Sleigh, dyrektor ds. doradztwa w zakresie elastycznych powierzchni biurowych i usług dla najemców w regionie EMEA. — Przewidujemy na przykład, że podaż elastycznej powierzchni biurowej w Londynie będzie się szybko zwiększała przez kolejne lata, by w 2022 roku stanowić już 10 procent rynku. To oznacza, że za trzy lata około 300 tys. pracowników biurowych w tym mieście może pracować w nowych, elastycznych przestarzeniach biurowych.

Raport firmy Colliers pokazuje jak właściciele nieruchomości odpowiadają na zmiany zachodzące na rynku. Część z nich, zwłaszcza w Londynie, tworzy własne elastyczne biura, jak na przykład L&G ze swoim Capsule, LandSec uruchamiający Myo czy British Land z ofertą Storey Club. Jednocześnie coraz więcej wynajmujących decyduje się na współdzielenie ryzyka i korzyści, realizując przedsięwzięcia typu joint venture z operatorami z większym doświadczeniem i sukcesami, szczególnie tymi, którzy mogą skusić najemców dodatkowymi udogodnieniami i atmosferą.

— Pomimo małej ilości niewynajętych powierzchni na londyńskim rynku biurowym, najemcy oczekują większej elastyczności i udogodnień. To sprawia, że wynajmujący zmieniają strategię, wprowadzając własne marki coworkingowe, albo wchodzą we współpracę z profesjonalnymi operatorami. Pojawiają się zatem dodatkowe możliwości dla poszukujących elastyczności najemców. Rosnąca oferta i różnorodność elastycznych powierzchni biurowych oznaczają większy wybór dla najemców, co powinno przekładać się na większe obłożenie, zwłaszcza w przypadku dużych korporacji, które aktywnie korzystają z zalet płynących z elastycznych rozwiązań — wyjaśnia Tom Sleigh.

— Coraz bardziej popularne podejście do powierzchni biurowej jako usługi, a nie produktu, jest chyba najważniejszym czynnikiem napędzającym popyt na elastyczne powierzchnie. U źródła tego podejścia znajduje się orientacja na klienta, dzięki której elastyczne przestrzenie biurowe jeszcze przez długi czas będą zmieniały krajobraz rynku.

Głośno mówi się jednak także o obawach związanych z nadmiernym wzrostem sektora flex. Najemcy z niektórych branż z niechęcią podchodzą do forsowania idei coworkingu, szczególnie w obliczu możliwego spowolnienia gospodarczego i malejącego wzrostu zatrudnienia.

Damian Harrington, dyrektor działu badań w regionie EMEA w Colliers podsumowuje: — Wyraźnie widać dynamiczny wzrost niszy elastycznych powierzchni biurowych od 2001 roku pod względem liczby lokalizacji, oferowanej powierzchni czy liczby operatorów działających w Europie. Jednak nawet w górnej części skali całkowity udział tych powierzchni w rynku biurowym ogółem jest znikomy, co sugeruje, że sektor ten nie rozwinął się jeszcze ponad miarę i nadal istnieją dla niego perspektywy wzrostu.

— Polski rynek elastycznych powierzchni biurowych rośnie w ogromnym tempie. W Warszawie sektor ten stanowił około 13% popytu w 2018 roku. Warszawa oferuje niemal 195 tys. m kw. powierzchni coworkingowej. Liderem warszawskiego rynku jest WeWork. Firma posiada pięć lokalizacji liczących w sumie prawie 40 tys. m kw. i zapowiada otwarcie pięciu nowych w ciągu półtora roku. Regus działa na polskim rynku od ponad dekady i aktualnie dysponuje 24 tys. m kw. w 17 miejscach w Warszawie. Są również obecni w innych dużych miastach w kraju — mówi Michał Mierzwa, ekspert w Dziale Powierzchni Biurowych Colliers International w Polsce.

— Elastyczne przestrzenie biurowe stanowią alternatywę dla najmu długoterminowego zarówno dla młodych przedsiębiorców, startupów i freelancerów, a coraz częściej także dla korporacji. W samej Warszawie operatorzy elastycznych powierzchni wynajęli 107 tys. m kw., z czego większość (75%) powierzchni znajduje się w okolicach centrum, gdzie obecnie najemcom trudno jest znaleźć lokale biurowe. Współczynnik niewynajętych powierzchni w Warszawie jest obecnie najniższy od III kw. 2012 roku. Powstała luka podażowa, sprzyjająca wynajmującym, utrzyma się do 2020 lub 2021 roku. Wynajem elastycznych powierzchni biurowych jest obecnie jednym z najlepszych sposobów na znalezienie biura w centrum Warszawy, dopóki na rynek nie dotrze nowa fala podaży — dodaje Michał Mierzwa.

Wyborcza Europa i polscy bezrobotni

W cieniu wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego ujrzeliśmy dane na temat stopy bezrobocia w Polsce. Po raz kolejny oglądamy najniższy wynik od czasu przemian ustrojowych i końca fikcji pełnego zatrudnienia. Wszystko wskazuje, że nie będzie to ostatni raz w tym roku.

Polski pejzaż powyborczy

Obecnie w mediach najczęściej komentowanym wydarzeniem jest wynik wczorajszych wyborów. Jednak na rynkach walutowych rezultat głosowania na razie nie odbił się szerokim echem. Zwycięstwo partii rządzącej było przewidywalne i widoczne w przedwyborczych sondażach, które zwyczajowo były delikatnie odchylone na korzyść liberałów (w porównaniu do ostatecznego osiągnięcia). Na kursie złotego właściwie nie widać reakcji. Na uwagę i status największego zaskoczenia zasługuje bardzo wysoka (jak na wybory do europarlamentu) frekwencja, która pokazuje, że coraz bardziej interesujemy się polityką i jej wpływem na życie zwykłego obywatela.

Wybory w Europie

Pewną niespodzianką są wysokie wyniki formacji skrajnie antyeuropejskich. Jednak jeśli przyjrzeć się bliżej lokalnym scenom politycznym, nie było to czymś wcześniej zupełnie nieprzewidywalnym. Ruchy te od dawna rosły w siłę, a europejskie głosowanie tylko potwierdziło kierunek zmian. Prawdziwym testem dla tych ugrupowań okażą się krajowe wybory parlamentarne. W Wielkiej Brytanii Partia Brexitu z wygraną na poziomie 31,7% jest dobrym przykładem i pokazuje jasno, że emocje mogą być dopiero przed nami, a obecny spadkowy ruch funta prawdopodobnie będzie kontynuowany. Z drugiej strony, pomimo tak dobrego wyniku, politycy są świadomi, że za partiami pro-Brexitowymi wcale nie stoi większość wyborców. Należy pamiętać, że formacje te dodatkowo różnią się wizją opuszczenia UE.

Pozytywny rekord bezrobocia

Zgodnie z oczekiwaniami poziom braku zatrudnienia w Polsce spadł do 5,6%, ustanawiając kolejny najniższy rezultat od początku transformacji. W ciągu roku stopa bezrobocia obniżyła się o 0,7%. Biorąc pod uwagę czynniki sezonowe, najprawdopodobniej jeszcze w tym roku zobaczymy następne rekordy. Spadki nie są co prawda tak szybkie, jak w ostatnich latach, ale należy zwrócić uwagę, że 5 lat temu, kiedy bezrobocie wynosiło 14%, było zwyczajnie łatwiej obniżać je w szybszym tempie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Marki własne w dużej mierze decydują o sukcesie sklepów dyskontowych

Porównując udziały wydatków nabywców na zakupy produktów  sprzedawanych pod markami własnymi zauważalne są duże dysproporcje pomiędzy poszczególnymi sieciami handlowymi. Biorąc pod uwagę dwie podstawowe kategorie towarów, czyli produkty spożywcze i chemiczno-kosmetyczne, największy udział wydatków na private labels osiągany jest w sklepach dyskontowych.

Dyskonty wiodą prym w markach własnych

Największe udziały wydatków na marki własne FMCG osiągają sklepy Lidl i Aldi, choć Biedronka ustępuje im tylko w niewielkim stopniu. W przypadku dwóch pierwszych sieci udziały te stanowią ponad 50 proc. Na taki stan rzeczy mają wpływ nie tylko znaczące udziały wydatków na private labels w kategorii art. spożywczych, ale także w kategorii produktów chemiczno-kosmetycznych szczególnie w sieci Aldi. Nieco niższe w porównaniu z sieciami Lidl i Aldi udziały w całości oferty FMCG mają marki własne w Biedronce. W kategoriach chemiczno-kosmetycznej i spożywczej stanowią niemal 45 proc. wydatków.

Dla porównania warto zaznaczyć, iż w innej liczącej się sieci, która również  jest właścicielem marek własnych, czyli Tesco, odsetek wydatków na artykuły sprzedawane pod marką własną wynosi od 11 proc. w przypadku kategorii chemiczno-kosmetycznej do 17 proc. w kategorii spożywczej.

75% nabywców przegląda gazetki reklamowe

Kolejnym ważnym narzędziem marketingowym w walce o klienta są gazetki reklamowe. Ponad ¾ nabywców przegląda gazetki reklamowe sieci sklepów detalicznych. Wśród tych osób zdecydowanie najpopularniejszą gazetką reklamową jest gazetka sieci Biedronka czytana przez 72 proc. nabywców. Po wydawnictwo Rossmanna sięga już zdecydowanie mniej osób, bo 31 proc., a Lidla 29 proc. – Zdecydowanie najważniejszym źródłem informacji o promocjach są gazetki reklamowe sieci sklepów, niemal 60 proc. nabywców deklaruje, że robi według nich zakupy przynajmniej od czasu do czasu. Wciąż szeroko rozumiana promocja cenowa odgrywa dla polskich nabywców ogromną rolę i na tego rodzaju promocje są najbardziej podatni. Dlatego dalsza inwestycja w gazetki promocyjne może mieć największy wpływ na zwiększenie świadomości oferty produktowej i promocyjnej sieci sklepów – komentuje Renata Twardowska, ekspertka GfK w dziale Consumer Panels & Services.

Rossmann liderem w kontekście aplikacji mobilnej

Innym ważnym narzędziem, które będzie zyskiwało na znaczeniu w komunikacji z konsumentami, jest aplikacja mobilna. Z aplikacji mobilnych korzysta obecnie 13 proc. ogółu nabywców, a zdecydowanym liderem w docieraniu z własnymi treściami jest Rossmann, którego aplikacja jest zainstalowana i wykorzystywana przez 90 proc. osób deklarujących korzystanie z aplikacji sieci handlowych.

Synerise otwiera biuro regionalne w Madrycie, celem rozwój w Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej

Synerise, dostawca platformy AI Growth Cloud, wspomagającej rozwój firm przez analizę i interpretację danych o klientach z pomocą sztucznej inteligencji, rozpoczął pierwsze wdrożenia dla klientów w Hiszpanii oraz planuje ekspansję w kierunku Ameryki Łacińskiej.

Synerise otwiera biuro regionalne w MadrycieOrange España, drugi największy dostawca usług telekomunikacyjnych na rynku regionalnym, został jedną z pierwszych hiszpańskich marek, które zdecydowały się zastosować Synerise AI Growth Cloud. Nastąpiło to po udanym wdrożeniu na innych rynkach, w tym w Polsce. Synerise wspomoże hiszpański oddział Orange w transformacji cyfrowej, m.in. umożliwiając personalizację oferty dla klientów w czasie rzeczywistym, dzięki technologii opartej na sztucznej inteligencji i zaawansowanej analityce.

Uczestnictwo Synerise w DES2019, jednym z największych na świecie wydarzeń technologicznych, połączone zostało z otwarciem biura regionalnego w Madrycie. Będzie nim kierować Tomasz Smardzewski, manager ds. transformacji cyfrowej z długoletnim doświadczeniem w pracy nad innowacyjnymi technologiami personalizacji dla światowych marek.

„Współczesne marki muszą dopasować się do trendów technologicznych by przetrwać, dlatego też wykorzystanie sztucznej inteligencji w działaniach zwiększających lojalność klienta będzie priorytetem na najbliższe lata. Pracując na wielu rynkach zauważyliśmy, że Hiszpania, a dalej Ameryka Łacińska, szybko dopasowuje się do nowego paradygmatu w biznesie – hiper-personalizacji, czyli budowania spersonalizowanego doświadczenia klienta w wielu obszarach, wielu kanałach, a przede wszystkim w czasie rzeczywistym”, mówi Tomasz Smardzewki, który koordynuje również zaawansowany kurs zarządzania w obszarze sprzedaży cyfrowej (Senior Management Program in Digital Sales) w ESIC Business & Marketing School przy instytucie ICEMD.

Jestem pełen optymizmu w związku z ostatnimi wydarzeniami na arenie międzynarodowej ekspansji Synerise. Długo oczekiwane otwarcie biura w Madrycie i utworzenie zespołu regionalnego nie tylko skonsoliduje naszą obecność na rynku hiszpańskim, z dużymi wdrożeniami dla liderów handlu detalicznego, e-commerce i telekomunikacji, ale także wzmocni lokalne partnerstwo strategiczne z Nae w Hiszpanii i całym regionem Ameryki Łacińskiej. Nasze zespoły sprzedażowe pracują równocześnie w Kolumbii, Meksyku, Kostaryce i Brazylii” – komentuje Krzysztof Blusz, Global Expansion Director Synerise.

Kraje hiszpańskojęzyczne rozwijają się dynamicznie zarówno w obszarze automatyzacji marketingu, jak i zaawansowanej analityki biznesowej. Rynek sztucznej inteligencji w Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej przeżywa szybki wzrost. Prognozuje się, że tylko w Hiszpanii do 2035 r. przyniesie on 189 miliardów dolarów zysku (wartość dodana brutto). W Brazylii wartość ta przekroczy 350 miliardów dolarów.

Partnerstwo strategiczne Nae i Synerise idealnie zgrywa się z naszymi ambicjami, aby wpłynąć na rynki i obszary biznesu zarówno w krajach, w których już jesteśmy mocno obecni, jak i w nowych regionach, czego przykładem może być ostatnie wdrożenie w Brazylii. Odpowiadając na wszystkie wyzwania każdej nowoczesnej marki i firmy poprzez unikalną kombinację najnowszych technologii AI i przełomowego doradztwa sprawia, że oferta Synerise jest tak atrakcyjna” – dodaje Cristóbal Escoda, CEO Nae.

Biuro Synerise w Madrycie jest drugą siedzibą zagraniczną otwartą w tym roku, zaraz po Dubaju (Zjednoczone Emiraty Arabskie).

Przedsiębiorstwa produkcyjne Nowoczesnej Gospodarki zatrudniają więcej niż sektor usługowy

W I kw. 2019 r. po raz pierwszy od III kw. 2017 r. dynamika wzrostu zatrudnienia w firmach produkcyjnych Nowoczesnej Gospodarki była większa niż w usługowych. Głównie za sprawą dużych przedsiębiorstw, które w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. przyjęły do pracy o 6,16 proc. więcej osób.

Raport ADP Polska: „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce w Q1 2019”, uwzględniający „Informację o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju w I kwartale 2019 r.” Głównego Urzędu Statystycznego.

Przedsiębiorstwa Nowoczesnej Gospodarki wciąż zatrudniają więcej niż ogół rynku. Z danych ADP Polska, wiodącego dostawcy rozwiązań do zarządzania kapitałem ludzkim, wynika, że innowacyjne firmy korzystające z nowoczesnych rozwiązań i outsourcingu w I kw. 2019 r. zatrudniły o 5,77 proc. więcej pracowników niż w analogicznym okresie 2018 r. Ogół rynku natomiast zwiększył zatrudnienie o 3,1 proc. w porównaniu do I kw. 2018 r. (wg Głównego Urzędu Statystycznego).

Koniec ubiegłego roku wskazywał na wyhamowanie dynamiki wzrostu zatrudnienia zarówno ogółu rynku, jak i w firmach Nowoczesnej Gospodarki. Po raz kolejny jednak potwierdziło się, że początek roku to czas wdrażania nowych strategii kadrowych, a co za tym idzie dodatkowych budżetów na działania rekrutacyjne. Niemniej jednak w obliczu niskiej stopy bezrobocia, która w marcu osiągnęła poziom 5,9 proc., pracodawcy mają coraz większą trudność nie tylko z pozyskaniem nowych pracowników, ale również z ich utrzymaniem. Z kwartału na kwartał rosną oczekiwania pracowników, którzy coraz aktywniej poszukują dla siebie nowych, lepszych rozwiązań, np. licytując warunki pracy. W wyniku tego pracodawcy muszą dynamicznie odpowiadać na potrzeby kadr, kładąc większy nacisk na przestrzegania work-life balance, czy zwiększając pakiet benefitów – ocenia Anna Barbachowska, Szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Produkcja zatrudnia więcej niż usługi

Co ciekawe, wyniki raportu wyraźnie wskazują, że za dobry wynik odpowiadają głównie produkcyjne firmy Nowoczesnej Gospodarki. W I kw. 2019 r., pierwszy raz od półtora roku, dynamika wzrostu zatrudnienia w firmach usługowych była mniejsza niż w produkcyjnych. W okresie styczeń-marzec 2019 r. sektor usługowy zatrudnił o 5,68 proc. więcej pracowników niż w I kw. 2018 r. Wyższą o 0,27 pproc. dynamikę wzrostu zatrudnienia odnotowano natomiast w przedsiębiorstwach produkcyjnych (+5,95 proc. vs I kw. 2018 r.). Istotny udział w wzroście zatrudnienia w sektorze produkcyjnym miały firmy zatrudniające ponad 500 pracowników (+6,16 proc. vs I kw. 2018 r.), które niezmiennie od III kw. 2018 r. utrzymują tendencję wzrostową.

– Na przewagę sektora produkcyjnego Nowoczesnej Gospodarki nad usługowym, obserwowaną w I kw. 2019 r., mogły wpłynąć dwa czynniki. Z jednej strony, duże firmy usługowe w obliczu niedoboru pracowników stawiają na innowacyjne rozwiązania z zakresu automatyzacji i robotyzacji pracy, ograniczając tym samym zapotrzebowanie na nowych pracowników. Z drugiej natomiast, obserwujemy dynamiczny wzrost zatrudnienia w dużych przedsiębiorstwach produkcyjnych, które znacznie lepiej niż małe firmy produkcyjne radzą sobie z odpływem na Zachód pracowników z Ukrainy. Wynika to przede wszystkim z możliwości operacyjnych większych przedsiębiorstw, mogących w obliczu trudnej sytuacji na rynku przyciągać pracowników atrakcyjniejszą ofertą płacową i bogatszym pakietem benefitów – ocenia Anna Barbachowska, Szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki

Firma ADP Polska, wiodący dostawca rozwiązań do zarządzania kapitałem ludzkim, aby obiektywnie ocenić kondycję firm Nowoczesnej Gospodarki, wprowadził do swojego raportu Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki. Bazuje on na analizie różnicy w poziomie zatrudnienia w przedsiębiorstwach Nowoczesnej Gospodarki i ogółu rynku. Dane do obliczenia wskaźnika otrzymywane są w wyniku analizy ADP oraz Głównego Urzędu Statystycznego. Wartość bazowa wskaźnika, wynosząca 100 przypadła na 1. stycznia 2019. Różnica w pierwszym kwartale roku wyniosła 2,67 pkt, co oznacza, że Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki na I kw. 2019 osiągnął poziom 102,67 pkt.

Dlaczego warto pracować z doradcą kredytowym?

Dlaczego warto pracować z doradcą kredytowymPodjęcie decyzji o wzięciu kredytu hipotecznego jest decyzją na wiele lat. Nie można jej zatem pozostawiać przypadkowi. Zanim zdecydujemy się na konkretną ofertę, warto przemyśleć to kilka razy. Wybór nieodpowiedniego banku może nas kosztować nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych, które moglibyśmy zaoszczędzić w innej placówce. Co zrobić, by wybrać najlepszy kredyt?

Prawda jest taka, że większość z nas jest zapracowana. Nie mamy zbyt wiele wolnego czasu, jednak w przypadku wyboru kredytu hipotecznego to właśnie czas jest kluczowy. Sprawdzenie wszystkich ofert wymaga cierpliwości i skrupulatności, a także sporej wiedzy na temat kredytów hipotecznych. Nie musimy tego jednak robić samodzielnie. Możemy sobie z tym poradzić znacznie szybciej, podejmując współpracę z doradcą kredytowym.

Wybór kredytu hipotecznego

Przy wyborze banku oraz kredytu hipotecznego pomoc doradcy kredytowego niekiedy okazuje się niezbędna. Z pewnością wielu z nas będzie w stanie samodzielnie odszukać najlepszą ofertę, jednak wymaga to poświęcenia ogromnej uwagi. Konieczne będzie sprawdzenie wszystkich ofert i porównanie ich ze sobą. Wymaga to wizyty w każdym banku, sprawdzenia tam swojej zdolności kredytowej i uzyskanie oferty dopasowanej do swoich potrzeb. Bez wątpienia zajmuje to wiele czasu. Mamy także drugą opcję. Możemy podjąć współpracę z doradcą kredytowym, który zrobi to za nas. Przygotuje kilka najlepszych ofert, a co najważniejsze – spotkanie będzie bezpłatne, ponieważ doradca kredytowy otrzymuje wynagrodzenie od banku, kiedy już pomoże nam uzyskać kredyt hipoteczny.

By poznać więcej szczegółów dotyczących współpracy z doradcą kredytowym, zajrzyj na: https://malychabusinessfinance.com/.

Formalności dotyczące kredytu hipotecznego

Formalności, które musimy dopełnić w procesie starania się o kredyt hipoteczny są naprawdę ogromne. Jednak podejmując współpracę z doradcą kredytowym możemy liczyć także na wsparcie w zakresie wypełniania wszelkich dokumentów. Zachęci nas on do złożenia więcej niż jednego wniosku. Dzięki temu zostaniemy zabezpieczeni, a ekspert kredytowy będzie miał większe pole do popisu podczas negocjacji.

Po złożeniu wniosków przychodzi czas na analizę kredytową. Zazwyczaj składa się z czterech kroków. Pierwszym z nich jest sprawdzenie dokumentów pod względem ich kompletności, ważności oraz poprawności wypełnienia. Następnie wykonywana jest analiza finansowo-osobista, w czasie której weryfikowana jest zdolność kredytowa. Następnie przychodzi czas na aspekty prawne, czyli akceptację wniosku pod względem regulacji obowiązujących w wybranym banku. Na końcu następuje wycena nieruchomości, gdzie bank określa stan techniczny oraz wartość nieruchomości.

Jak wybrać doradcę kredytowego?

Wybór profesjonalnego doradcy kredytowego nie jest łatwy, jednak warto poświęcić nieco czasu i uwagi, by znaleźć osobę godną zaufania. Najlepszym źródłem opinii na ten temat są z pewnością znajomi lub informacje w Internecie. Warto pamiętać, że dzisiaj doradcą kredytowym nie może zostać każdy. Musi to być osoba posiadająca zezwolenie od Komisji Nadzoru Finansowego, która została wpisana do rejestru doradców. Więcej informacji na ten temat dostępnych jest na: https://malychabusinessfinance.com/kredyt-hipoteczny-krok-kroku/.

Usługi opieki domowej – przyszłość starzejącego się społeczeństwa?

W Polsce rośnie odsetek ludzi w podeszłym wieku, w tym takich, którzy wymagają stałej opieki. Równocześnie nasze społeczeństwo staje się coraz bardziej majętne, przez co popularność zyskuje zlecanie firmom z zewnątrz nie tylko samego prowadzenia domu, ale również kompleksowej opieki nad starszymi i schorowanymi. Na czym polegają tak zwane usługi opieki domowej? Na to pytanie odpowiada Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work.

Mariusz Hoszowski -  Prezes firmy Smart Work
Mariusz Hoszowski –  Prezes firmy Smart Work

Polska posiada jedno z najszybciej bogacących się, lecz również i starzejących społeczeństw w Europie. W konsekwencji, z roku na rok rośnie liczba osób starszych i schorowanych, potrzebujących stałej opieki. Jak mówi Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work, z racji niewystarczających pokładów czasowych oraz trudności fizycznych, jak i psychologicznych, często tego typu pomoc staje się zadaniem ponad siły krewnych, co powoduje wzrost popytu na usługi specjalistycznej opieki nad osobami starszymi: „Ze względu na zachodzące procesy ekonomiczne i społeczne w Polsce, zauważalny jest bardzo dynamiczny rozwój usług opieki domowej. Dzięki nim klienci odciążani są od obowiązków związanych z pełnoetatową troską o osoby starsze lub z samym utrzymywaniem domu. Co więcej osoby starsze, kwalifikujące się do umieszczenia w domu opieki społecznej, nie muszą spędzać tam reszty życia. Opiekunowie zapewniają im kompleksową pomoc w ich własnych czterech ścianach, unikając przy tym stresu związanego ze zmianą miejsca zamieszkania.”

Alternatywa dla samotności

Opieka domowa jest doskonałą alternatywą dla ośrodków opiekuńczych dzięki możliwości dopasowania harmonogramu oraz warunków współpracy do wymagań seniora lub chorego. Dostarczani opiekunowie mogą wykonywać indywidualnie dopasowane zadania, bez potrzeby stałego zakwaterowania – choć takie rozwiązanie jest również możliwe. Ale czy powyższe usługi wykonywane w Polsce polegają na tym samym, co w Niemczech? „Usługi opieki domowej wykonywane z powodzeniem od wielu lat na Zachodzie nie odbiegają praktycznie od tych, które oferowane są aktualnie w Polsce. Jako, że jesteśmy jednym z państw z najniższym wskaźnikiem dzietności na świecie, obserwowane zmiany demograficzne wskazują na drastyczny wzrost ilości osób u progu starości, co w połączeniu z bogaceniem się naszego społeczeństwa daje podstawy do zwiększenia intensywności rozwoju rynku produktów oraz komercyjnych usług skierowanych do starszych osób.” – wyjaśnia Mariusz Hoszowski.

Opieka domowa – zakres obowiązków

Co konkretnie wchodzi w zakres opieki domowej? „Temat jest bardzo szeroki, ponieważ zależy od indywidualnych potrzeb lub schorzeń podopiecznego. Najczęściej wykonywanymi usługami w ramach opieki domowej jest pomoc w gospodarstwie domowym, czyli na przykład robienie zakupów, sprzątanie mieszkania, przygotowywanie posiłków, pranie, prasowanie lub po prostu umilanie czasu podopiecznemu w formie rozmów, czytania gazet lub wychodzenia na spacery. Rozwiązywane są także problemy z codziennymi formalnościami, takimi jak odbieranie dokumentów lub wysyłanie poczty. W przypadkach wymagających większego doświadczenia i zaangażowania, obowiązkiem opiekuna jest kontrolowanie zawartości apteczki, podawanie leków, pomoc w utrzymywaniu higieny osobistej oraz pomoc doraźna w formie dyżurów nocnych lub w nagłych przypadkach takich jak powrót chorego ze szpitala.” – mówi Mariusz Hoszowski.

Usługi opieki domowej świadczone są przez kadrę opiekuńczą, którą najczęściej stanowią kobiety w przedziale wiekowym od 40 do 60 lat. Jak wyjaśnia prezes firmy Smart Work, jest to związane przede wszystkim z dotychczasowym doświadczeniem życiowym takich kobiet, kwalifikacjami, umiejętnościami oraz gotowością do podjęcia określonych działań, pozwalających na pracę z osobami wymagającymi fachowej opieki oraz na zaangażowanie w ich codzienne funkcjonowanie – „Opieka domowa wymaga dużej odpowiedzialności oraz ciągłego kontaktu z podopiecznym, co wiąże się z trudnościami zarówno fizycznymi, jak i psychicznymi – i często sama pracowitość i empatia nie są tu wystarczające. Dlatego też więcej młodych osób jest chętnych do podjęcia się opieki tylko nad domem, niż nad osobą starszą.”

Rosnąca dysproporcja między grupą osób starszych a młodych w Polsce zdaje się wskazywać na perspektywy rozwoju dla nowego, popularnego zawodu – opiekuna osób starszych. Potwierdza to również Prezes firmy Smart Work: „Patrząc na sytuację na zachodzie Europy (zwłaszcza w Niemczech) i ogromny deficyt siły roboczej w branży opieki domowej w tamtych rejonach można śmiało twierdzić, iż popyt na usługi będzie bardzo dynamiczne rósł. Dzięki świadomości prawidłowego wykonywania zadań przez opiekuna, ale również zwiększającej się zamożności społeczeństwa przy jednoczesnym codziennym zapracowaniu i zabieganiu, rodziny będą coraz częściej sięgać po zewnętrzną, fachową pomoc do opieki nad seniorami.”

Czy branża telekomunikacyjna jest gotowa na wdrożenie technologii 5G?

Vertiv oraz firma analityczna 451 Research zaprezentowali raport na temat obecnej sytuacji dotyczącej wdrażania technologii komunikacji mobilnej w standardzie 5G. Uczestnicy badania, w tym firmy telekomunikacyjne działające w Polsce, byli bardzo optymistycznie nastawieni do perspektyw biznesowych niesionych przez technologię 5G i konsekwentnie realizują przyjęte wcześniej plany jej wdrożenia: 12% operatorów spodziewa się wdrożyć usługi 5G w 2019 r., a kolejne 86% zakłada, że stanie się to do 2021 r.

Według ankietowanych pierwsze usługi 5G będą naturalnym rozwinięciem i rozszerzeniem istniejących usług transmisji danych (96%) oraz umożliwią świadczenie nowych usług konsumenckich (36%). Około jedna trzecia respondentów (32%) spodziewa się, że utrzymana zostanie obsługa istniejących usług dla przedsiębiorstw, a 18% twierdzi, że spodziewa się pojawienia nowych tego typu usług.

Wraz z rozwojem sieci 5G i zwiększaniem jej zasięgu stanie się ona kluczowym czynnikiem dla zastosowań technologii przetwarzania na krawędzi sieci (edge computing), które wymagają transmisji danych o wysokiej przepustowości i niskiej latencji. Znajdą one zastosowanie w takich dziedzinach jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, przesyłanie materiałów wideo o wysokiej rozdzielczości ultra HD i HD, cyfrowa opieka zdrowotna oraz inteligentne domy, budynki, fabryki i miasta.

Jednak, aby zilustrować skalę wyzwania, większość respondentów (68%) nie spodziewa się osiągnięcia całkowitego pokrycia zasięgiem sieci 5G do 2028 r. lub nawet później. 28% twierdzi, że stanie się to do 2027 r., a tylko 4% – do 2025 r.

Przygotowując się do wdrożenia usług 5G, operatorzy telekomunikacyjni zwiększają liczbę wdrażanych stanowisk MEC (Multi-Access Edge Computing), dzięki którym możliwe będzie połączenie środowisk chmury obliczeniowej z urządzeniami komunikującymi się wyłącznie z wykorzystaniem technologii radiowej. 37% respondentów twierdzi, że już wdraża infrastrukturę MEC, jeszcze przed wdrożeniem sieci 5G, a kolejne 47% zamierza wdrożyć MEC wkrótce.

Wraz z rosnącą liczbą lokalizacji MEC i planami połączenia ich siecią 5G, do zapewnienia opłacalności całego projektu konieczne staje się umożliwienie zdalnego monitorowania sieci, której gęstość cały czas rośnie. W kontekście zdalnego zarządzania za najważniejszy element (55%) zostało uznane zarządzanie infrastrukturą centrum danych (Data Center Infrastructure Management, DCIM), zaś na kolejnym miejscu pojawiło się zarządzanie energią (49%). Znaczącą rolę będzie miało zdalne zarządzanie – raport sugeruje, że spowodowane przez 5G zagęszczenie sieci może wymagać od operatorów podwojenia w ciągu najbliższych 10-15 lat liczby lokalizacji zapewniających dostęp radiowy na całym świecie.

W ankiecie poproszono również respondentów, aby określili swoje plany dotyczące wyzwań związanych z energetyką – dziś i za pięć lat. Dziedzina ta będzie miała duże znaczenie, gdy sprawdzą się zapowiedzi, że 94% firm zwiększy pobór energii elektrycznej w wyniku korzystania z technologii 5G. Wśród najważniejszych ustaleń znalazły się:

  • Zmniejszenie konwersji napięcia przemiennego (AC) do stałego (DC) będzie nadal obszarem szczególnego zainteresowania, przy czym 79% respondentów twierdzi, że zagadnienie to ważne jest już dziś, zaś według 85% osób stanie się tak w ciągu najbliższych 5 lat.
  • W ciągu najbliższych pięciu lat powszechnie zaczną być stosowane nowe techniki chłodzenia. Nowatorskie metody są obecnie wykorzystywane przez 43% operatorów telekomunikacyjnych na całym świecie, a liczba ta ma wzrosnąć do 73% w ciągu 5 lat.
  • Postępuje wymiana akumulatorów kwasowo-ołowiowch (VRLA) na litowo-jonowe. Obecnie modernizacji dokonuje już 66% firm telekomunikacyjnych, a za 5 lat liczba ta ma wzrosnąć do 81%.

Wdrożenie technologii 5G będzie najtrudniejszym i wywierającym największy wpływ procesem usprawniania infrastruktury sieciowej, jakiego kiedykolwiek doświadczyła branża telekomunikacyjna – powiedział Brian Partridge, wiceprezes ds. badań w firmie 451 Research. – Skala tego wyzwania jest już powszechnie zauważana, podobnie jak potrzeba zapewnienia technologii i usług, których rentowność będzie zagwarantowana dzięki wydajnemu zarządzaniu coraz bardziej rozproszonymi sieciami i łagodzeniu skutków związanych ze zwiększonymi kosztami energii elektrycznej.

Dokument „Operatorzy dzielą się nadziejami i obawami branży: od kosztów energii po transformację związaną z przetwarzaniem brzegowym” zawiera wyniki szczegółowego badania przeprowadzonego wśród ponad 100 decydentów pracujących u globalnych operatorów telekomunikacyjnych, dotyczącego ich planów związanych z wdrożeniem technologii 5G. Przedstawiono także informacje o pierwszych usługach, które będą wykorzystywały sieć 5G oraz najważniejsze techniczne czynniki zapewniające sukces tej technologii.

Z treścią raportu można zapoznać się na stronie Vertiv.com/5Greport.

Czy wyniki eurowyborów wpłyną na rynki finansowe?

Czołowe partie proeuropejskie utrzymały wyraźną przewagę w europarlamencie (ok. 2/3 miejsc). Mieszanka eurosceptycznych i populistycznych ugrupowań może liczyć na ok. 28 proc. miejsc. To nieco mniej od obecnego stanu posiadania. Wynik wyborów może zatem delikatnie wesprzeć wycenę euro do innych walut.

Chociaż centroprawicowe i centrolewicowe koalicje utraciły kontrolę nad parlamentem (spadek do 44 proc. z 56 proc. w 2014 r.), to razem Liberałami (14 proc.) i Zielonymi (9 proc.) będą w stanie utrzymać politykę europejską na dotychczasowych torach. Stopniowa integracja strefy euro, kontynuacja polityki imigracyjnej, twarde stanowisko w sprawie brexitu, sprzeciw wobec protekcjonistycznej polityce handlowej USA oraz gotowość do nakładania sankcji na Rosję – paradygmaty w kwestiach gospodarczych powinny pozostać bez zmian. Oczywiście wzrost znaczenia sił liberalnych i Zielonych będzie utrudniał poszukiwanie konsensusu, ale nie doszło do radykalnego przetasowania układu sił.

Wyniki są zbliżone do oczekiwań, ale na przestrzeni tygodnia mogą być marginalnie pozytywne dla wspólnej waluty i europejskich rynków akcji. Nie powinien to być długotrwały impuls. To typowy rajd ulgi i okazja do korekty wyceny premii za ryzyko. Poza wyjątkowymi sytuacjami (Francja, Wielka Brytania) obserwowane jest bowiem zwycięstwo partii mainstreamowych i proeuropejskich. Przy najwyższej w historii frekwencji (51 proc.) pokazuje to, że eurosceptycyzm jest postawą pozostającą w mniejszości.

Gra o EBC

Dodatkowym elementem układanki, mającym długofalowe konsekwencje dla rynków finansowych, może okazać się dyskusja nad podziałem kluczowych stanowisk w Brukseli. Już jutro rozpoczną się rozmowy nad nominacjami m.in. na stanowisko szefa Komisji Europejskiej. Jeśli ta pozycja przypadnie Niemcowi (pod uwagę brany jest Manfred Weber), niemiecka kandydatura odpadnie z walki o fotel prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Przypomnijmy, że z końcem października upływa kadencja Mario Draghiego.

Jeśli osoba z innego kraju niż Niemcy stanie na czele Komisji Europejskiej, z dużą dozą prawdopodobieństwa szefujący od 2011 roku Bundesbankowi Jens Weidmann może liczyć na przyjęcie kontroli w EBC. Weidmann znany jest z tzw. jastrzębich poglądów, czyli jest orędownikiem bardziej restrykcyjnej polityki pieniężnej. Przejawia się to np. niską tolerancją dla zagrożenia wyższą od celu inflacją, większą niechęcią do wspierania koniunktury za pomocą nieortodoksyjnych narzędzi takich jak utrzymywane od kilku lat ujemne stopy procentowe, czy skup aktywów. Warto zaznaczyć, że w erze Draghiego bilans banku osiągnął równowartość ponad 41 proc. PKB Eurolandu.

W przypadku objęcia sterów w EBC przez Weidmanna można oczekiwać dążenia do możliwie jak najszybszej normalizacji parametrów polityki. Szef Bundesbanku niewątpliwie widzi neutralny poziom kosztu pieniądza na wyższym pułapie niż obecnie urzędujący prezes.

Licytacja na obietnice mniej prawdopodobna

Na krajowym rynku złoty rano pozostaje stabilny blisko 4,29 za euro. Wynik jest delikatnie pozytywny dla złotego i rodzimych obligacji. Po pierwsze, zmniejsza polityczną niepewność przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi. Po drugie, wygrana PiS w wyborach do europarlamentu powinna umniejszyć ryzyko zwiększenia ekspansji fiskalnej w przygotowaniach do jesiennych wyborów parlamentarnych. Nie istnieje zatem groźba jeszcze znaczniejszego zwiększenia się potrzeb pożyczkowych w przyszłości. Wynik nie jest zaskoczeniem, więc złotego nie powinno tyczyć odreagowanie premii za ryzyko. Mimo to rozliczenia na koniec miesiąca mogą mieć większe znaczenie dla zmienności i jeśli sentyment rynkowy nie ulegnie istotnemu pogorszeniu, możemy zobaczyć umocnienie złotego po bezowocnych próbach jego osłabienia w połowie maja.

Autor: Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz w TMS Brokers

Sklepy coraz więcej promują i sprzedają napoje energetyczne

W tym roku sieci handlowe zwiększyły promocję napojów energetycznych o ponad 40%. Największy przyrost odnotowano w sklepach typu convenience – o blisko 80%. Nieco mniejszy wzrost zauważono w hipermarketach – ponad 77%. W dyskontach był on na poziomie prawie 67%. Spadek nastąpił tylko w supermarketach – o przeszło 14%. Tak wykazała analiza międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland. Z danych rynkowych wynika, że sklepy nie tylko dużo promują, ale też coraz więcej sprzedają tego typu artykułów. Centrum Monitorowania Rynku (CMR) informuje, że energetyki są jednym z najczęściej kupowanych produktów w małoformatowych placówkach, mających do 300 m2. W całym ub. roku wystąpiły tam na prawie 4% paragonów. Na niemal co czwartym z nich nie było innych produktów.

napoje energetycznePorównując wyniki z I kwartału 2018 i 2019 roku, widać, że sieci handlowe zwiększyły promocję napojów energetycznych o 40,35%. Dla Marcina Lenkiewicza, wiceprezesa Grupy Mobilnej Qpony-Blix, tak duży wzrost nie jest zaskoczeniem. Ta kategoria produktowa wyraźnie się powiększyła o nowe warianty artykułów. Pojawiły się nieznane wcześniej smaki i opakowania, w tym m.in. limitowane edycje kultowych już napojów. Ponadto na rynek weszli kolejni producenci.

– Największy przyrost promocji zaobserwowaliśmy w sieciach typu convenience, bo aż na poziomie 79,66%. To jest najczęściej odwiedzany format przez głównych konsumentów napojów energetycznych. Wiele osób sięga po nie w drodze do pracy lub szkoły czy też w przerwie między zajęciami na uczelni – mówi Bartłomiej Domański, Data Analyst Manager z Hiper-Com Poland.

Zdaniem Marcina Lenkiewicza, sieć typu convenience to wręcz idealne miejsce dla producentów do prezentowania nowych wariantów smakowych przed roll-outem na cały rynek. Klienci odwiedzający takie sklepy mogą być bardziej zainteresowani napojami energetycznymi niż konsumenci korzystający z większych placówek.

– Sklepy nie tylko dużo promują, ale też coraz więcej sprzedają tego typu artykułów. Według naszych danych, energetyki są jednym z najczęściej kupowanych produktów w sklepach małoformatowych, mających do 300 m2. W całym ub. roku wystąpiły tam na prawie 4% paragonów. Na niemal co czwartym z nich nie było innych produktów. Nierzadko więc stanowiły jedyny powód wizyty w placówce – informuje Elżbieta Szarejko, analityk z Centrum Monitorowania Rynku (CMR).

Raport Hiper-Com Poland wykazał również, że hipermarkety i dyskonty zwiększyły zakres promocji o odpowiednio 77,20% i 66,67%. Jak podkreśla Bartłomiej Domański, do jednych i drugich sklepów klienci udają się na zaplanowane wcześniej zakupy. Mogą wkładać do koszyków całe zgrzewki energetyków, by mieć zapasy w domu lub w biurze. Niemniej tego typu artykuł raczej jest kupowany pod wpływem impulsu. Dlatego hipermarkety i dyskonty są w zestawieniu za kanałem convenience.

– Aktywność promocyjna zmniejszyła się jedynie w supermarketach, tj. o 14,39%. Trzeba wyraźnie jednak zaznaczyć, że to nie jest najbardziej typowy produkt dla tego formatu. A spadek wcale nie jest taki duży – z 396 do 339 promocji. Patrząc na same liczby, napoje te wciąż mają spory udział w gazetkach supermarketów – przekonuje Marcin Lenkiewicz.

Co ciekawe, w tym roku w styczniu i w lutym było ogółem zdecydowanie więcej promocji na rynku niż marcu. Według Bartłomieja Domańskiego, wyjaśnienie tego zjawiska jest proste. W samym środku zimy konsumenci częściej odczuwają brak energii, zwłaszcza o porankach, gdy jadą do pracy, a na dworze jest jeszcze ciemno. Chętnie sięgają wtedy po energetyki. Im bliżej wiosny, tym lepiej się czują i mniej myślą o napojach energetycznych. Sieci mogły dostrzec tę zależność i wykorzystać ją w br.

– Z danych wynika również, że od energetyków konsumenci nie oczekują już tylko pobudzającego działania, ale coraz częściej poszukują ciekawych smaków. W 2018 roku warianty smakowe odpowiadały za 19% wartości sprzedaży tej kategorii. Klienci chętnie sięgają też po napoje energetyzujące w wersji light, w której zredukowano zawartość cukru lub zastąpiono go inną substancją słodzącą – dodaje Elżbieta Szarejko.

Patrząc na pierwsze strony gazetek, widzimy, że w obu badanych okresach tylko sieci typu convenience promowały taki asortyment. I odnotowały przyrost na poziome blisko 52%. Z kolei supermarkety podniosły zerową liczbę promocji o prawie 10%. W opinii eksperta z Hiper-Com Poland, to naturalne, że format corner store zadziałał bardziej agresywnie, skoro produkt przyciąga klientów jak magnes do małoformatowych placówek.

– W zakresie pozostałych stron gazetek widać, że swoją aktywność promocyjną zwiększyły sieci typu convenience – o 10,04%, hipermarkety – o 8,24%, a także dyskonty – o 0,94%. W supermarketach odnotowano spadek o 2,43%. Mogło to być efektem przeniesienia części ofert z dalszych miejsc na front publikacji. Niewykluczone jest to, że format szuka najlepszej strategii na promowanie dynamicznie rozwijającej się kategorii – podsumowuje Marcin Lenkiewicz.

Gospodarka polska utrzymuje bardzo dobrą dynamikę

Miniony tydzień był bardzo interesujący z punktu widzenia statystyk makroekonomicznych. Poznaliśmy kwietniowe dane z polskiego rynku pracy, przemysłu oraz dla sprzedaży detalicznej. Patrząc na te wyniki można powiedzieć, że krajowa gospodarka rozpoczęła II kwartał w bardzo dobrej formie. Międzyroczny wzrost płac sięgnął 7,1%. Dane wykazały także umiarkowane spowolnienie wzrostu zatrudnienia na poziomie 2,9%. Produkcja przemysłowa w kwietniu wzrosła o 6,5% rok do roku, co potwierdza, że aktywność przemysłowa w Polsce pozostaje bardzo solidna i to pomimo słabego rozwoju przemysłu w Niemczech i polskiego indeksu PMI poniżej neutralnego poziomu 50 pkt. w tym roku. Sprzedaż detaliczna w kwietniu wzrosła międzyrocznie do solidnych 11,9%, a po odliczeniu efektu Wielkanocy jest oczywiste, że konsumpcja gospodarstw domowych będzie nadal kluczowym czynnikiem wzrostu PKB. Pozytywne kwietniowe wyniki zostały również docenione przez Prezesa NBP, A. Glapińskiego, który powiedział, że PKB w tym roku może wzrosnąć o ponad 4,5% (aktualna prognoza NBP wynosi 4%).

Złoty w ubiegłym tygodniu umocnił się i jego piątkowy kurs był na poziomie 4,29 EUR/PLN. Eurodolar na koniec minionego tygodnia wynosił 1,12 EUR/USD.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Hej Google, jak się ma rynek Smart Home? – Świetnie, a będzie jeszcze lepiej, donoszą analitycy z Parks Associates

Firmy już mają wystarczające zaplecze technologiczne, by zaoferować unikalne doświadczenia użytkownikom smart home – twierdzi firma analityczna Parks Associates. Jednocześnie wciąż stoją przed trudnym wyzwaniem — przekonania konsumentów, że ta technologia to coś więcej niż gaszenie światła za pomocą telefonu. By tak się stało — producenci smart home, muszą lepiej poznać swoich odbiorców. Ostatnie badanie na temat zwyczajów konsumenckich dobitnie pokazuje, że ludzie uwielbiają kupować inteligentne gadżety dla domu, mimo że nie do końca rozumieją w jaki sposób, wspomniane urządzenia działają.

Parks Associates, firma badawcza skupiająca się na trendach konsumenckich w ramach segmentu połączonych urządzeń i związanych z nimi usługami, opublikowała swoje kwartalne badania konsumenckie, przeprowadzone na grupie 10 tys. osób. Wyniki sondażu pokazują firmom nową perspektywę, dzięki której mogą projektować oraz budować produkty i usługi, zmieniające inteligentny dom z odległej futurystycznej koncepcji na istotną ludzką rzeczywistość.

Technologia w domu, dziś gotowa na wyzwania jutra!

Analiza przeprowadzona przez specjalistów z Parks w drugim kwartale 2019 r. wykazała, że 36% domów wyposażonych w łącza szerokopasmowe posiada co najmniej jedno podłączone urządzenie, co stanowi wzrost o 32% w porównaniu z wynikiem sprzed trzech lat. Taki sam odsetek domów uzbrojonych w łącze szerokopasmowe, posiada inteligentne głośniki, takie jak Amazon Echo lub Google Mini, które znacznie przyczyniły się do popularyzacji technologii dla inteligentnych domów – dla wielu osób to pierwsze zetknięcie z tą koncepcją.

  • “Konsumenci pokochali inteligentne głośniki, które wprowadzają pierwiastek science-fiction do każdego domu. Asystent głosowy wbudowany w urządzenie może przypomnieć o spotkaniu, sprawdzić pogodę na najbliższe 10 dni lub zamówić bilety w Flixbus na wakacyjny wyjazd, albo też obiad przez Pyszne.pl, gdyby okazało się, że pogoda pokrzyżowała nam plany i zamiast gofrów na piaszczystej plaży, wybraliśmy pizzę na miękkiej kanapie.” – tłumaczy fenomen inteligentnych głośników Marcin Kotarski Product Manager z Rettig Heating, które produkuje rozwiązania do inteligentnych domów pod marką Purmo.

Ale najpierw — poznajmy się lepiej

Brad Russell, dyrektor działu badań z Parks, zwrócił uwagę na fakt, że średnia liczba podłączonych urządzeń w domu szerokopasmowym również rośnie, osiągając 10,4 urządzeń w 2018 r.. Wśród podzbioru domów szerokopasmowych, które posiadają co najmniej jedno podłączone urządzenie, średnia liczba posiadanych urządzeń wynosiła aż sześć, co tylko potwierdza, że to coraz silniejsza grupa produktowa.

Badania Parksów nad czynnikami wpływającymi na decyzje zakupowe konsumentów wykazały, że najważniejszą kwestią, przytaczaną przez prawie dwie trzecie (64%) ankietowanych, było to, czy produkt współpracował z istniejącym inteligentnym głośnikiem obsługującym głos. Dobre recenzje znalazły się na drugim miejscu na poziomie 61%, a względy związane z marką były na ogół niższe. Wiadomo już, co motywuje konsumentów do zakupu, a co odstrasza?

  • “Biorąc pod uwagę liczbę połączonych urządzeń, można odnieść wrażenie, że rynek inteligentnego domu jest na dobrej drodze do dojrzałości. W rzeczywistości segment ten, znajduje się tuż za linią startu. Więc co powstrzymuje nas przed masową adopcją? Brak dostatecznej wiedzy, wiele osób wciąż nie potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie — jakie korzyści osiągną dzięki tej technologii.” – komentuje sytuację rynkową Emilia Dudek, Marketing Manager z Rettig Heating, firmy popularyzującej rozwiązania smart home w Polsce.

Potwierdzają to badania Parks Associates, które dowodzą, że głównym powodem, dla którego nie kupowano produktów z kat. inteligentnego domu, było to, że konsumenci, nie potrafili zrozumieć, jak taki zakup może korzystnie wpłynąć na zmianę ich stylu życia (54% ankietowanych). Na kolejnych miejscach uplasowały się: obawa przed nową technologią oraz dla zaledwie 1 na 4 osoby — obawy dotyczące prywatności i bezpieczeństwa.

  • Technologia ta oferuje wachlarz możliwości, które nie kończą się na tym, że domownik obsługuje oświetlenie z poziomu smartfona. Rozwiązanie to jest szczególnie przydatne, gdy właśnie nie ma nas w domu, a potrzebujemy np. otworzyć bramę dla kuriera, podlać trawnik lub ogrzać podłogę przed naszym powrotem. Idealnie wpisuje się to w koncepcję rozwiązań instalacyjnych wysokiej klasy.” – Katarzyna Kopycka, specjalista ds. marketingu z Rettig Heating.

Dzięki Toyocie i blockchain każdy będzie mógł swobodnie handlować energią

Wyobraź sobie, że jako właściciel mieszkania czy domu jesteś aktywnym graczem na giełdzie energii elektrycznej. Sztuczna inteligencja oraz technologia blockchain pracują dla ciebie, nie tylko aby obniżyć twoje rachunki za prąd, ale żeby przynosić ci zyski. Pomagają im w tym panele fotowoltaiczne na dachu, powerwall, czyli inteligentny akumulator na ścianie przedpokoju, a także ładowany z gniazdka samochód hybrydowy lub elektryczny w garażu. Toyota właśnie testuje taki system w Japonii.

Giełda energii dla każdego

Toyota we współpracy z Uniwersytetem Tokijskim i firmą TRENDE rozpoczynają testy systemu handlu energią elektryczną między indywidualnymi odbiorcami oraz prosumentami. Do systemu włączone są panele fotowoltaiczne na dachach prywatnych domów czy biurowców, systemy magazynowania energii, a także zelektryfikowane samochody i ładowarki w biurowcach dla pracowników. Transakcje zawierane będą bezpośrednio na zasadzie Peer to Peer w oparciu o technologię blockchain.

Test zostanie przeprowadzony w ośrodku badawczym Toyoty Higashi-Fuji Technical Center oraz w okolicach. Jest to pierwszy na świecie test systemu handlu elektrycznością między indywidualnymi użytkownikami, który wykorzystuje hybrydy plug-in jako magazyn i źródło prądu, a także prywatne panele fotowoltaiczne i akumulatorowe magazyny energii. Test będzie trwał od czerwca 2019 do maja 2020.

Czy to się opłaca

Celem programu jest sprawdzenie korzyści ekonomicznych z włączenia do systemu obrotu energią prosumentów, produkujących prąd i handlujących nim bezpośrednio z odbiorcami za pośrednictwem giełdy energii, po cenach odpowiadających bieżącej podaży i popytowi. Pilotaż pozwoli ocenić wykonalność dwukierunkowego, autonomicznego systemu dostarczania energii bezpośrednio między indywidualnymi użytkownikami, a nie tylko między prosumentem a zakładem energetycznym.

Czy to może działać

Kolejne kroki programu testowego Toyoty to stworzenie i wypróbowanie technicznych możliwości przesyłania prądu między prosumentami, takimi jak gospodarstwa domowe i prywatne firmy. Zostanie w nich zainstalowany oparty na sztucznej inteligencji system zarządzania przepływem i handlem energią, czyli tzw. wirtualny agent. Urządzenie to będzie automatycznie składało zamówienia sprzedaży lub zakupu na giełdzie energii, w oparciu o zużycie prądu oraz przewidywaną produkcję energii przez włączone do systemu panele fotowoltaiczne. Transakcje między indywidualnymi użytkownikami będą przeprowadzane na podstawie algorytmu, który dopasuje oferty kupna i sprzedaży złożone przez wirtualnych agentów każdego domu lub firmy. Ceny prądu w obrocie będą się wahać w zależności od aktualnego poziomu podaży i popytu.

Japonia stawia na prosumentów energii

Wraz z popularyzacją w Japonii takich rozwiązań jak panele fotowoltaiczne, akumulatorowe magazyny energii czy zelektryfikowane samochody, system energetyczny tego kraju przechodzi radykalną transformację, przestawiając się stopniowo z tradycyjnych, wielkoskalowych zakładów produkujących prąd na system prosumencki, w którym firmy i prywatni użytkownicy posiadają własne źródła energii. Nowy system Toyoty ma za zadanie zoptymalizowanie wydajności systemu energetycznego tego kraju.

Polska branża cyfrowa za wnioskiem rządu do TSUE ws. ACTA2

Związek Cyfrowa Polska, który reprezentuje największe firmy branży cyfrowej w Polsce popiera decyzję polskiego rządu, który zdecydował się na złożenie skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczącej Dyrektywy w sprawie praw autorskich, zwanej ACTA2. – Dobrze, że Polska nie potraktowała tej sprawy jako przegranej i wychodzi z inicjatywą, aby zatrzymać wprowadzanie szkodliwego prawa – ocenia prezes Michał Kanownik.

Związek Cyfrowa Polska wspólne z innymi polskimi organizacjami przedsiębiorców, konsumentów oraz reprezentujących środowiska start-upowe, studenckie i naukowe wielokrotnie apelowali do eurodeputowanych  w trakcie prac nad Dyrektywą w sprawie praw autorskich, aby nie wprowadzali w życie niektórych zapisów. – Cieszę się, że dla polskiego rządu, tak, jak i wcześniej dla części polskich eurodeputowanych wolność słowa w internecie jest ważna i nie ulegają lobbingowi największych koncernów medialnych – mówi Michał Kanownik. I podkreśla: – Ostrzegaliśmy, że nowe przepisy są za daleko idące. Mogą bowiem zagrażać wolności słowa, ograniczać dostęp do informacji, kultury i wszelkiego kontentu, który znajduje się w internecie.

Unijna dyrektywa w prawie praw autorskich ma zmienić zasady publikowania i monitorowania treści w internecie. Szczególne kontrowersje wzbudza artykuł, który zobowiązują serwisy internetowe do prewencyjnej kontroli wszystkich treści, jakie zamieszczają użytkownicy pod kątem praw autorskich, nawet wtedy, gdy nie zostały zgłoszone żadne naruszenie praw autorskich. A to w ocenie przeciwników Dyrektywy może doprowadzić do wprowadzenia cenzury prewencyjnej.

W obecnej sytuacji, zdaniem Michała Kanownika należy poczekać na decyzję TSUE i na razie nie śpieszyć się z implementacją przepisów – państwa UE mają dwa lata na wdrożenie przepisów.

Skarga do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej została złożona w piątek. Polski rząd podnosi zarzut naruszenia polskiej konstytucji oraz prawa unijnego – Karty Praw Podstawowych UE. Oba dokumenty gwarantują swobodę wypowiedzi. Tymczasem w przekonaniu polskiego rządu przyjęte przez Parlament Europejski rozwiązania mają charakter cenzury prewencyjnej i zagrażają wolności wypowiedzi w internecie.

Czy osoba niespłacająca zobowiązań finansowych może wziąć pożyczkę?

Niespłacone zobowiązania finansowe, nieuregulowane w terminie faktury, brak kontaktu z firmą windykacyjną lub z wierzycielem – to tylko kilka przykładowych sytuacji, przez które można zostać dopisanym na „listę dłużników”, czyli do rejestru prowadzonego przez jedno z Biur Informacji Gospodarczej (BIG). Jakie mogą być tego konsekwencje i jak się przed nimi ustrzec?

Gdy osoba zadłużona znajdzie się na takiej liście może mieć trudności z zaciągnięciem nowych pożyczek i kredytów, zakupem mieszkania, telewizora, czy telefonu na raty. Zdarza się, że przyczyną niepłacenia zobowiązań jest wypadek, choroba lub utrata pracy, a osoba zadłużona, która chce utrzymać płynność finansową, potrzebuje kolejnej pożyczki. Kiedy może liczyć na dodatkowe środki? Jak może zwiększyć szanse na uzyskanie kredytu? Oto kilka wskazówek.

Krok 1 – porozumienie z wierzycielem

Jeżeli konsument (lub firma) ma problemy ze spłatą zadłużenia, a chciałby zaciągnąć nową pożyczkę, powinien dobrowolnie porozumieć się z wierzycielem, by zapobiec upublicznieniu danych w rejestrach BIG. Warto przypomnieć, że firma, której kontrahent zalega z płatnościami może wpisać go do BIG bez wyroku sądowego, a jedynie na podstawie podpisanej umowy lub niezapłaconej mu faktury. Może to zrobić już po 30 dniach od powstania zaległości. Aby zgłosić osobę zadłużoną do BIG, osoba prywatna potrzebuje wyroku sądowego z klauzulą wykonalności. Kolejnym warunkiem dopisania zadłużenia do BIG jest kwota zaległości, która w przypadku konsumentów musi przekraczać 200 zł, a w przypadku przedsiębiorców – 500 zł.

Warto pamiętać, że wierzyciel (np. firma windykacyjna) przed wpisaniem konsumenta do bazy powinien go o tym poinformować. Przedsiębiorca, który chce dopisać do BIG zalegającą z płatnością firmę, ma obowiązek wysłać do niej (30 dni przed dokonaniem wpisu do rejestru) wezwanie do zapłaty. W wezwaniu powinna znaleźć się informacja, że w przypadku niespłacenia należności, informacja o zadłużeniu znajdzie się w konkretnym BIG-u. Podobnie jest, kiedy firma chce dopisać do BIG osobę prywatną. Wierzyciel powinien uzyskać wyrok sądowy z klauzulą wykonalności. Następnie ma obowiązek wysłać osobie zadłużonej wezwanie do zapłaty na 14 dni przed przekazaniem danych do rejestru. Takie zawiadomienie musi wysłać listem poleconym lub doręczyć je osobiście. Jeżeli wierzyciel dopisze zadłużenie do bazy dłużników, konsument może stracić szansę ubiegania się o pożyczkę nie tylko w banku, ale również w instytucjach pozabankowych. Dlatego warto rozmawiać z wierzycielem, zarówno pierwotnym (np. firmą telekomunikacyjną, spółdzielnią mieszkaniową), jak i wtórnym (np. firmą windykacyjną), ustalić dogodny harmonogram spłat oraz uregulować swoje zobowiązania. Dzięki temu można zapobiec wpisaniu do bazy dłużników.

Krok 2 – wykreślenie z rejestru

Co zrobić, jeśli wierzyciel już dopisał nas do rejestru? Raz na pół roku można nieodpłatnie sprawdzić swoje dane w bazach Biur Informacji Gospodarczej. W ten sposób można dowiedzieć się, czy na niej jesteśmy, kto nas do takiej bazy wpisał i z jakiego powodu oraz czy – w ciągu ostatniego roku – ktoś szukał w BIG informacji na nasz temat. Jeżeli osoba zadłużona została wpisana do BIG z negatywnymi informacjami o zadłużeniu, ale w międzyczasie spłaciła swoje zobowiązania, może w ten sposób dowiedzieć się, czy została wykreślona z rejestru. Każdy wierzyciel lub firma windykacyjna ma obowiązek zaktualizować dane dotyczące zadłużenia lub je usunąć, jeśli zostało ono spłacone.

Jeżeli przysłowiowy Kowalski trafił na listę BIG niesłusznie lub dane dotyczące jego zadłużenia są niewłaściwe, może wnioskować do wierzyciela o poprawę lub wykreślenie takich informacji. To bardzo ważne, by zwrócić się z tym do wierzyciela, a nie danego biura informacji gospodarczej, w którym znalazły się informacje o zadłużeniu. Jeśli tak się nie stanie, wtedy może złożyć reklamację i udowodnić, że znaleźliśmy się niesłusznie w BIG. Wtedy to BIG kontaktuje się i wyjaśnia sprawę z wierzycielem.

– Warto podkreślić, że nie ma żadnych podstaw, by informacja o zadłużeniu pozostawała w Biurach Informacji Gospodarczej, jeżeli zadłużony konsument ureguluje zaległe zobowiązania. W takim przypadku wierzyciel, który dokonał zgłoszenia ma 14 dni na usunięcie danych osoby lub firmy z rejestru. Jeżeli tego nie zrobi, grozi mu grzywna – mówi Andrzej Roter, Prezes Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych. – Niemniej istotna jest sytuacja, w której osoba zadłużona spłaciła część swoich zobowiązań. Takie zdarzenie również należy odnotować w bazie, a wierzyciel ma dwa tygodnie na dokonanie aktualizacji – dodaje.

Krok 3 – budowanie pozytywnej historii kredytowej

Biura Informacji Gospodarczej zbierają również dane pozytywne świadczące o tym, że konsumenci spłacają swoje zobowiązania rzetelnie i w terminie. Warto próbować odbudować dobrą opinię poprzez tworzenie pozytywnej historii płatniczej. Takie działania wpływają m.in. na zwiększenie zdolności kredytowej.

Warto pamiętać, że unikanie monitów z banku, czy wezwań do zapłaty z firmy windykacyjnej nie poprawi naszej sytuacji finansowej, wręcz przeciwnie – pogorszy ją. Dlatego trzeba rozmawiać z wierzycielem, odbierać telefony od firmy windykacyjnej, ustalić wspólnie plan spłaty zadłużenia – czy to w dogodnych ratach rozłożonych na dłuższy okres czasu, czy w inny sposób, który zaproponuje wierzyciel.

Kampania reklamowa dobrze ZAPROGRAMOWANA

Kampania reklamowa, która pojawia się tylko przy określonej pogodzie? Promocja produktów w momencie, gdy wzrasta sprzedaż konkurencji? Świat reklamy internetowej ulega ciągłym przeobrażeniom. Trendem, który rozpycha się na świecie, ale także w Polsce i zmienia układ sił na rynku reklamy internetowej jest tzw. programatyczny zakup reklam, czyli programmatic.

Kupowanie reklam w modelu programmatic to rynkowy trend.  Niewątpliwie dzieje się tak, ponieważ programmatic jest niezwykle efektywny. Krzysztof Czok z firmy Społeczności, tłumacząc zasady działania programmatic, podkreśla, że jest to narzędzie dość skomplikowane, które polega na kupowaniu i sprzedawaniu reklam na zasadzie zautomatyzowanych aukcji lub też bez aukcji, ale po stawkach wcześniej ustalonych z wydawcą. Reklamodawca określa, w jakich stawkach jest skłonny kupić reklamy i jaką grupą odbiorców jest zainteresowany. Na tej podstawie zostaje zaplanowana kampania. System szuka miejsc u wydawców, a gdy znajdzie odpowiednie, następuje automatyczna licytacja. Reklamy są sprzedawane w modelu eCPM (efektywny przychód z tysiąca wyświetleń).

Obecnie w Polsce najwięcej zakupów powierzchni reklamowej w modelu programmatic dokonują w imieniu klientów domy mediowe. Inaczej jest na zachodzie. Tam klienci coraz częściej tworzą w swoich firmach działy zakupów funkcjonujące w tym modelu. Nasz rynek też w niedalekiej przyszłości czeka podobna zmiana. Są już pierwsi reklamodawcy, którzy zdecydowali się na taki krok. Sytuację na rynku zmieniło także wprowadzenie RODO. Programmatic wykorzystuje dane, a reklamodawcy chcą mieć je u siebie. Klienci dbają o dane i nie chcą, by one „wędrowały” po rynku. Wolą mieć je pod kontrolą.

Programmatic zmienił reklamę online

W latach 90-tych, by kupić lub sprzedać akcje firm notowanych na warszawskiej giełdzie, musieliśmy się udać do biura maklerskiego. Zlecenia były wysyłane na przykład faksem. Dzisiaj nie musimy już tego robić. Możemy kupować akcje z całego świata, dzięki specjalnym aplikacjom udostępnianym przez banki. Wszystko mamy w telefonie. Analogiczne zmiany zaszły w reklamie internetowej. Całość działań dzieje się w czasie rzeczywistym. Możemy więc reagować na bieżąco. Powstały platformy do kupowania reklamy internetowej. Jest to system aukcyjny, polegający na tym, że kto zapłaci najwięcej, ten kupuje powierzchnię na reklamę. Wszystko jest zautomatyzowane, a kampania jest na bieżąco optymalizowana, co pozwala efektywniej wydawać budżet. W każdym momencie widzimy, które grupy użytkowników aktualnie lepiej konwertują, możemy więc na nie właśnie przesuwać środki z grup, które nie są aktywne. Oczywiście w innych rozwiązaniach także możemy optymalizować kampanie, ale kupujemy przeważnie kliki w określonym targecie lub konkretną powierzchnię reklamową. Natomiast w zakupie programatycznym kupujemy nie tylko wybranego odbiorcę, ale mamy dostęp do dodatkowej wiedzy o nim, np. o decyzjach zakupowych. Programmatic oferuje nam dużo większą ilość danych, które agreguje z bardzo wielu źródeł, np. mogą to być dane od wydawców. Baza targetowania jest bardziej rozbudowana niż w Google Ads. Dla skutecznych kampanii to bardzo ważne, by szczegółowo móc określać intencje zakupowe klientów. Możemy też tak uruchomić kampanię, by odnosiła się ona chociażby do pogody. Przykład – z dowolnym wyprzedzeniem możemy zaplanować w ten sposób skuteczną kampanię dla serwisu wymiany opon. Zawieramy w niej informację, że ma wystartować w momencie, kiedy spadnie śnieg. Kampania ruszy automatycznie, a my możemy się skupić na sprzedaży. Inny przykład – posiadamy zagregowane dane z sieci aptek. Widzimy, kiedy kupowana jest większa ilość leków na przeziębienie i w jakich regionach. I na podstawie takich danych możemy idealnie zaprogramować kampanię dla produktu wzmacniającego odporność.

Programmatic a Google Ads

– „W programmaticu korzystamy np. z bardziej zaawansowanych formatów reklamowych. To tak zwane rich-media. To kreacje, w których jest możliwa interakcja użytkownika, np. wideo, gra, ankieta, mapa, playlista czy też galeria produktów. Bardziej zaawansowana reklama skuteczniej przyciąga uwagę. W tym modelu możemy także kupować bardzo atrakcyjne miejsca reklamowe na jakościowych serwisach, nie mając dużego budżetu. Na rynku działa wiele platform do zakupu programatycznego. My stworzyliśmy narzędzie korzystające z technologii adserwerowej – tri-table, które pozwala sprzedawać powierzchnię w modelu programatycznym w ponad dwudziestu zintegrowanych platformach. W naszej sieci jest już ponad 420 witryn, dzięki czemu oferujemy dostęp do ponad 20 milinów realnych użytkowników” – tłumaczy Krzysztof Czok, Board Member, sieć reklamowa Społeczności.

Kampanie programatyczne mogą również mieć charakter wizerunkowy, co początkowo było problemem, bo dla kampanii wizerunkowej bardzo ważny jest zasięg. Dziś nie jest to już przeszkodą. Bardzo ważna jest elastyczność tego rozwiązania. Możemy dopasować je do każdej potrzeby. Z jednej strony wydawcy uzyskują dodatkowe przychody, gdyż ich powierzchnia jest sprzedawana w dobrych cenach, z drugiej reklamodawcy otrzymują odpowiednich jakościowo użytkowników.

Rozwiązanie tylko dla dużych firm?

Najwięcej reklam w tym modelu emitują duże firmy, ale nie oznacza to, że tylko one mogą sobie pozwolić na programatyczny zakup reklam. Z sukcesami mogą z niego korzystać również małe firmy lub instytucje, gdyż nie ma progu wejścia, np. minimalnego budżetu. Obecnie problemem może być właściwe zaplanowanie kampanii i dostęp do niezbędnych narzędzi, dlatego lepiej skorzystać z usług agencji reklamowej, która posiada media plannerów z niezbędną wiedzą i doświadczeniem. Jednak to również będzie się zmieniało i niedługo uruchomienie kampanii będzie prostsze, a dostęp do narzędzi większy.

Allen Waugerman prezesem i dyrektorem generalnym Lexmark

Zarząd firmy Lexmark jednogłośnie wybrał Allena Waugermana na stanowisko prezesa i dyrektora generalnego.

Allen Waugerman for Lexmark
Allen Waugerman for Lexmark, Monday Feb. 12, 2018 in Lexington, Ky. Photo by Mark Mahan

Allen Waugerman jest związany z Lexmark od momentu powstania firmy w 1991 roku. W tym czasie pełnił różne funkcje zarządcze, w tym czasowo kierował firmą podczas wakatu na stanowisku dyrektora generalnego. Od 2016 roku Waugerman pełnił w Lexmark funkcję starszego wiceprezesa i dyrektora ds. technologii.

Allen Waugerman został wybrany na obecne stanowisko po szeroko zakrojonych poszukiwaniach, w których wzięto pod uwagę wielu wysoko wykwalifikowanych kandydatów. Zastąpił Richa Gerusona, który odszedł z firmy w listopadzie 2018 roku.

„Mamy przyjemność powołać Allena na stanowisko prezesa i dyrektora generalnego”, powiedział Mickey Kantor, szef rady nadzworczej Lexmark. „Wnosi on silne przywództwo, uczciwość, głęboką wiedzę na temat technologii i udokumentowane osiągnięcia, co czyni go właściwą osobą do poprowadzenia firmy w kierunku dalszego globalnego rozwoju.”

Allen Waugerman uzyskał dyplom w dziedzinie elektrotechniki na Uniwersytecie w Kentucky. Jest członkiem Rady Doradczej Dziekana w University of Kentucky College of Engineering i zasiada w zarządzie YMCA Central Kentucky.

„Jestem dumny z ostatnich osiągnięć firmy Lexmark, w tym z największego w naszej historii wprowadzenia produktu na rynek oraz rozwoju nowych rozwiązań i usług, takich jak oferta usług
w chmurze”, powiedział Waugerman. „Z niecierpliwością czekam na wykorzystanie naszych mocnych stron i technologii do dalszego globalnego wzrostu i sukcesu w przyszłości.”

Bez powszechnego dostępu do analityki nie dojdzie do cyfrowej transformacji

W świecie biznesu cyfrowa transformacja jest jednym z najbardziej popularnych haseł ostatnich lat. Nikogo nie trzeba przekonywać o korzyściach, które niesie ze sobą wdrażanie nowych technologii. Zdaniem ekspertów SAS prawdziwe wyzwanie stanowi umiejętne wykorzystanie zarówno implementowanych rozwiązań, jak i danych, którymi dysponuje organizacja. Systemy analityczne stały się narzędziem pierwszej potrzeby, gdyż to one pozwalają na uzyskanie wiedzy niezbędnej do konkurowania na cyfrowym rynku. Rosnącej roli analityki i sztucznej inteligencji oraz wyzwaniom, którym muszą stawić czoła firmy przechodzące zmiany polegające na cyfryzacji procesów było poświęcone SAS Forum Polska 2019, jedno z najważniejszych spotkań ekspertów, praktyków i użytkowników analityki w Polsce.

Analityka przestała być narzędziem zarezerwowanym dla największych firm, które dysponują rozbudowanymi zespołami specjalistów na stanowiskach data scientist. Oferty dostawców systemów analitycznych są coraz bardziej elastyczne i dostosowane do potrzeb również mniejszych organizacji. Analityka wspiera budowanie relacji z klientami, pozwala optymalizować dostępność towaru w sieci, pomaga zapobiegać awariom maszyn i urządzeń. Jest także kluczowym narzędziem w prewencji nadużyć i zarządzaniu ryzykiem. Niestety na drodze do efektywnego jej wykorzystania stoją: niska jakość danych, którymi dysponują przedsiębiorstwa, brak wykwalifikowanych kadr czy wsparcia operacyjnego.

Bezużyteczne dane

Jak podaje Gartner, nawet 90% pozyskiwanych danych może być bezużyteczna, gdy przedsiębiorstwa nie wiedzą, w jaki sposób odpowiednio i efektywnie je analizować. Przeszkodę stanowi brak wiedzy pozwalającej zrozumieć, jak działają systemy analityczne. Trudno wtedy zaufać wygenrowanym przez nie wynikom i podejmować świadome decyzje biznesowe dotyczące kluczowych obszarów działania firmy. Kolejnym problemem jest zbyt duże rozproszenie technologii i brak narzędzi, które pozwalałyby na zarządzanie całym cyklem analitycznym.

Dostepne dziś narzędzia analityczne są na tyle intuicyjne, że zarówno przedstawciele biznesu, jak i działów IT mogą świadomie z nich korzystać. Wiele procesów, począwszy od zbierania i przygotowywania danych, po tworzenie, wdrażanie i zarządzanie modelami analitycznymi jest obecnie zautomatyzowanych. Dzięki temu nawet osoby, które nie posiadają wiedzy technicznej, są w stanie zrozumieć, w jaki sposób system wygenerował określone wyniki. Rozwija się nowa grupa użytkowników analityki, tzw Citizen Data Scientists – mówi Miłosz Trawczyński, Business Consulting Manager, SAS Polska.  

Eksperci podkreślają, że niezwykle ważne jest holistyczne podejście do kwestii analityki i wdrażnie systemów, które pozwolą na przetwarzanie również nieustrukturyzowanych informacji. Platforma SAS analizuje i aktualizuje dane pochodzące z różnych źródeł, w tym dokumentów tekstowych, zdjęć i obrazów czy mediów społecznościowych, co ważne również w czasie rzeczywistym. Ogromne znaczenie ma kompatybilność i otwartość na różnorodne rozwiązania w ramach środowiska analitycznego organizacji, również technologie open source.

 Polskie firmy dyskutują o analityce

Potrzeba powszechnego wykorzystania analityki była jednym z głównych tematów poruszanych podczas SAS Forum Polska 2019, które odbyło się w dniach 20 – 24 maja 2019 w SAS Innovation Hub, w Warszawie. Program obejmował 5 osobnych wydarzeń, poświęconych obszarom biznesowym, w których analityka ma ugruntowane zastosowanie. Eksperci SAS zaprezentowali nowoczesne narzędzia i najlepsze praktyki oraz dyskutowali wraz z zaproszonymi gośćmi o tym, jak dzięki powszechnemu wykorzystaniu analityki przedsiębiorstwa mogą kreować innowacje i optymalizować działania. Tegoroczna edycja SAS Forum obejmowała następujące bloki tematyczne:

  • AI & Analytics – Praktyczne zastosowania nowoczesnej analityki opartej o sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe we współczesnym biznesie.
  • Customer Intelligence – Nowoczesne strategie marketingowe wspierane przez sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe.
  • Fraud & Security – Wykrywanie nadużyć i nieprawidłowości w codziennych procesach biznesowych.
  • Risk & Compliance – Cyfryzacja procesów zarządzania ryzykiem.

Analityka w każdej branży

Trudno wskazać branżę, w której analityka nie odgrywałaby kluczowej roli. Podczas konferencji zostały zaprezentowane przykłady projektów zrealizowanych w sektorze bankowym, ubezpieczeniowym, telekomunikacyjnym, przemysłowym i publicznym. Lista prezentowanych zagadnień obejmowała między innymi tematy, takie jak: sztuczna inteligencja w praktycznych zastosowaniach, operacjonalizacja modeli analitycznych, wykorzystanie metod artificial intelligence i machine learning do optymalizacji kontaktów z klientami, real-time marketing, analityka kanałów cyfrowych, zdarzeń i ścieżek klienckich, wykrywanie nadużyć w czasie rzeczywistym, efektywna analiza śledcza, weryfikacja i optymalizacja procesów zakupowych w organizacji, optymalizacja łańcucha dostaw, governance, risk and compliance i wiele innych. W przerwach pomiędzy prezentacjami w Strefie Demo uczestnicy mieli okazję sprawdzić w praktyce możliwości najnowszych technologii analitycznych opartych m.in. o nową generację silnika analitycznego SAS Viya.

Partnerami SAS Forum Polska 2019 były firmy: Amazon Web Services, Billennium, Intel oraz VMware.

Prawa i obowiązki pracowników przy kontrolach zwolnień lekarskich

Pracownik przebywający na zwolnieniu chorobowym jest zobowiązany przez prawo do wykorzystywania go zgodnie z przeznaczeniem, co może być przedmiotem kontroli zleconej przez pracodawcę. Przepisy dotyczące trybu i zasad przeprowadzania kontroli oraz konsekwencji ich utrudniania przez pracownika objaśnia Justyna Szczepańska-Grygiel, radca prawny współpracujący z Conperio – najbardziej doświadczoną w problematyce absencji chorobowej firmą konsultingową na polskim rynku.

Prawo pracodawcy do kontroli zwolnień chorobowych

Zjawisko rosnącej absencji chorobowej w Polsce, którego wskaźniki przekraczają średnią europejską, coraz bardziej daje się we znaki nie tylko pracodawcom, ale i pracownikom. Nieobecność jednego członka załogi sprawia, że jego obowiązki spadają na innych. Generuje to napięcia, spory i poczucie niesprawiedliwości. Zwłaszcza, jeżeli zwolnienia lekarskie okazują się sposobem na przedłużenie urlopu, podjęcie dodatkowego zajęcia czy załatwienie prywatnych spraw w godzinach pracy. Poprawa wydajności firmy oraz budowa zaufania wewnątrz załogi w dużej mierze zależą od wprowadzenia efektywnych mechanizmów zarządzania problemem absencji chorobowej. Taki cel mają zewnętrzne kontrole prawidłowości wykorzystywania zwolnień lekarskich, z których coraz częściej korzystają firmy z wielu różnych branż.

Przepisy prawa w tej materii są jasne – pracodawca zatrudniający więcej niż 20 pracowników, który ma wątpliwości czy wykorzystują oni zwolnienia lekarskie zgodnie z ich celem np. czy nie wykonują w tym czasie innej pracy zarobkowej albo przedłużają urlop wypoczynkowy, może przeprowadzić kontrolę w tym zakresie – podkreśla Justyna Szczepańska-Grygiel, radca prawny współpracujący z firmą Conperio, specjalizującą się w zarządzaniu absencją chorobowa w przedsiębiorstwach. Ekspert dodaje, że kontrole muszą być przeprowadzane zgodne z obowiązującymi przepisami – Kontrolerzy nie powinni być przypadkowymi osobami – właściwe wykonanie czynności zależy od kompetencji osób kontrolujących oraz doświadczenia, pozwalającego na dobór właściwych narzędzi i przeprowadzenie kontroli w odpowiednim miejscu i czasie. – mówi Justyna Szczepańska-Grygiel.

Obowiązki pracownika podczas kontroli

Obowiązkiem pracownika jest natomiast poddanie się ewentualnym kontrolom i pełna współpraca z osobami, które je przeprowadzają. Wynika to z zasady lojalnego zachowania w stosunku do pracodawcy, a także w szczególności z art. 100 par. 2 ust. 4 Kodeksu pracy – nakazu dbałości pracownika o dobro zakładu pracy.

– Pracownik, który nie wypełnia takiego obowiązku i odmawia poddania się kontroli, naraża się na daleko idące konsekwencje, a mianowicie ryzyko uznania przez pracodawcę, że zwolnienie lekarskie jest przez niego wykorzystywane niezgodnie z jego celem. W takiej sytuacji w pierwszej kolejności, na podstawie art. 17 ustawy
o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby
i macierzyństwa, pracownik traci prawo do odpowiednio; wynagrodzenia chorobowego lub zasiłku chorobowego za cały okres choroby –
wyjaśnia Justyna Szczepańska-Grygiel. Radca prawny dodaje, że w zależności od okoliczności konkretnego przypadku, uniemożliwienie przeprowadzenia kontroli przez pracownika może skutkować zaistnieniem przesłanek uzasadniających rozwiązanie przez pracodawcę umowy o pracę z pracownikiem za wypowiedzeniem, a w sytuacjach rażących, przy zachowaniu nadzwyczajnej ostrożności przez pracodawcę, nawet zwolnieniem dyscyplinarnym.

Dobre praktyki przy kontrolach

Aby zmienić negatywne, stereotypowe postrzeganie kontroli przez pracowników, Justyna Szczepańska-Grygiel rekomenduje pracodawcom stosowanie dobrych praktyk w zakresie ich przeprowadzania. Po pierwsze, załoga powinna być w sposób rzetelny poinformowana o celach i podstawach prawnych kontroli. – Stosowne zapisy należy wprowadzić w szczególności do regulaminów pracy lub zarządzeń wewnętrznych – mówi współpracująca z firmą Conperio prawniczka. Po drugie, przed podjęciem ostatecznych decyzji w stosunku do pracownika, który nie poddał się kontroli, powinno się przyjąć od niego stosowne wyjaśnienia. Ekspert podkreśla również, że kontrole powinny być przeprowadzane w taki sposób, aby nie naruszać dóbr osobistych pracownika. – Niedopuszczalnym jest chociażby naruszanie tajemnicy lekarskiej, czyli dociekliwe dopytywanie o przebieg choroby lub zmuszanie do opisywania szczegółowo dolegliwości.

Kontrole zwolnień chorobowych, odpowiednio komunikowane i przeprowadzane, skutkują poprawą wydajności firmy oraz budową zaufania wewnątrz załogi. Ustawodawca określając obowiązki pracowników w zakresie prawidłowego wykorzystywania zwolnień lekarskich, jednocześnie zapewnia im ochronę prywatności i dóbr osobistych, nie ograniczając przy tym pracodawcy możliwości eliminowania patologii związanych z ich nadużywaniem..

Podstawa prawna przeprowadzania kontroli

Tryb i zasady przeprowadzania kontroli prawidłowości wykorzystania zwolnień lekarskich w sposób szczegółowy regulują:

– ustawa z dnia 25 czerwca 1999 r. o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa

– rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 27 lipca 1999 r. w sprawie szczegółowych zasad i trybu kontroli prawidłowości wykorzystywania zwolnień lekarskich od pracy

Henryk Orfinger: w eksporcie liczy się zaufanie i przezorność

Doświadczeni przedsiębiorcy ostrzegają, że działalność eksportowa w istotny sposób różni się od prowadzeniu firmy na rynku krajowym. Pracując z zagranicznymi klientami warto brać pod uwagę ryzyko związane z sytuacją gospodarczą i polityczną, która panuje w ich krajach. Stosunkowo wolny od ryzyka jest eksport na rynki zachodnioeuropejskie. To kraje poukładane i dobrze zarządzane, podobnie jak państwa Bałtyckie, czyli Litwa, Łotwa i Estonia. Współpraca z klientami bliskowschodnimi i afrykańskimi może się wiązać z większym ryzykiem. Chociaż obecnie sytuacja gospodarcza w tych krajach pozwala na owocną współpracę, warto zwracać uwagę na rozwój wydarzeń politycznych, które mogą mieć wpływ na działalność klientów.

–  Taki jest charakter współpracy z Rosją, której działanie można porównać do sinusoidy. Albo było super, albo zaczynał się dołek. Klient, który od nas kupował przez lata, nagle przestawał istnieć – powiedział serwisowi eNewsroom Henryk Orfinger, prezes zarządu Dr Irena Eris. – Prowadzenie eksportu wymaga dużej dyscypliny i dużego zaangażowania w kwestie związane z płynnością i zobowiązaniami klientów. Istnieją ubezpieczenia państwowe eksportu, ale nie dają gwarancji pomocy. Warto więc zabezpieczyć się samemu. Po pierwsze: z każdym nowym klientem zacząć od przedpłaty. Z klientami, z którymi współpracujemy już jakiś czas, połowę kwoty przyjmujemy w przedpłacie, połowę po terminie. Natomiast zakupy z płatnością odroczoną mogą realizować klienci, którzy spędzili z nami parę lat i mają już u nas zaufanie – zaleca Orfinger.

Kupuj teraz, płać później. Odroczone płatności w smartfonach

Co roku Polacy coraz chętniej pożyczają pieniądze „na raty”. Dane BIK wskazują, że dynamika tego rynku wynosi ok 14 proc. rocznie. Dzięki tej formie finansowania potrzeba konsumpcyjna jest realizowana tu i teraz, bez zakłócenia równowagi domowego budżetu. Jak przekonują eksperci ITMAGINATION rosnące zapotrzebowanie klientów na wygodne formy odroczonej płatności będzie coraz silniejszym trendem obejmującym szeroką grupę towarów – również w takich kategoriach, jak np. odzież. Potencjał rozwoju usługi „kup teraz, zapłać później” leży w przyzwyczajeniach klientów, ich potrzebie prywatności i nowych możliwościach aplikacji mobilnych dostępnych na nasze smartfony.

Wraz z rosnącą popularnością bankowości cyfrowej maleją kolejki w oddziałach banków. Coraz więcej czynności związanych z naszymi finansami wykonujemy zdalnie i mobilnie. Dotyczy to tak prostych, codziennych potrzeb jak płatność bezgotówkowa w sklepie oraz bardziej złożonych procesów jak uzyskanie kredytu gotówkowego czy ratalnego. Jak pokazało badanie przeprowadzone przez ITMAGINATION, Polacy chcą mieć możliwość kredytowania swoich potrzeb za pośrednictwem smartfona. Prawie jedna trzecia osób zarabiających powyżej 5000 zł netto zaciągnęłaby kredyt poprzez aplikację mobilną, gdyby miała taką możliwość.

Online nie będzie miał monopolu na klienta

Dziś, gdy klient potrzebuje konkretnego produktu, zawsze go znajdzie. Jeśli nie będzie on dostępny w sklepie stacjonarnym, najprawdopodobniej czeka w internetowym. Jeśli nie w sklepie krajowym, to z pewnością jest w zagranicznym. Wraz z rosnącym wachlarzem możliwości i sposobów dokonywania zakupów, rosną też potrzeby i oczekiwania konsumentów. Tak wobec e-commerce jak i tradycyjnych, naziemnych sieci.

Według badania przeprowadzonego przez L’Observatoire Cetelem BNP Paribas Personal Finance, nawet 60 proc. osób w wieku 18-35 lat, podobnie jak starsze pokolenia, przywiązuje dużą wagę do możliwości obejrzenia i dotknięcia produktu. Dlatego mimo możliwości jakie dają sklepy online, wciąż chętnie zaglądamy do punktów, gdzie z towarem możemy się zapoznać „w realu”.  Problem sklepów zaczyna się wówczas, gdy z powodu długich kolejek do kas konsumenci rezygnują z finalizacją zakupu.

Dodatkowym wyzwaniem, z którym muszą zmierzyć się sklepy stacjonarne, jest brak w portfelu klienta kwoty niezbędnej na dokonanie zakupu. Konsumenci powoli przyzwyczajają się do tego, że w sklepach internetowych dostępna jest oferta finansowania zakupionych towarów – np. poprzez program ratalny. W niektórych branżach, jak przykładowo elektronika czy AGD, jest ona wręcz nieodłącznym krokiem procesu. Im bardziej jesteśmy do tego przyzwyczajeni online, tym bardziej brakuje nam tego w sklepach tradycyjnych – przekonuje Adam J. Kępa, VP & Head of Growth ITMAGINATION.

Technologia w służbie prywatności

Dzisiaj, w handlu tradycyjnym skorzystanie z kredytu ratalnego nieodłącznie wiąże się z koniecznością rozmowy z pracownikiem punktu kredytowego na terenie sklepu. Mimo, że większość operatorów kredytów ratalnych jest w stanie bardzo szybko przeprowadzić proces oceny kredytowej, tak, aby klient mógł wyjść ze sklepu z pożądanym towarem kupionym na raty, w wielu przypadkach, z powodu kolejek do punktu kredytowego, klient obejdzie się smakiem.

Jak pokazuje badanie wykonane na zlecenie ITMAGINATION, co piąty Polak w wieku 30-39 lat skorzystałby z możliwości zaciągnięcia kredytu za pomocą aplikacji mobilnej, aby uniknąć konieczności rozmowy z pracownikiem banku – w oddziale lub np. w punkcie z ratami na terenie sklepu.

– Rozmowa o naszych zarobkach, posiadanych kredytach czy innych zobowiązaniach, jak np. alimenty to w gruncie rzeczy bardzo intymne i delikatne zagadnienie. Jeśli połączymy ten fakt z ryzykiem odmowy finansowania, nie dziwi nas, że dla wielu klientów sama myśl o przejściu procesu aplikacji o kredyt w publicznym miejscu, jakim jest sklep, jest odstraszająca. Szczęśliwie dostępne dziś technologie pozwalają sprzedawcom usunąć tą barierę – przekonuje Marzena Sokołowska z ITMAGINATION. Mowa o aplikacjach typu „Pay Later”.

 Kupuj teraz, płać później

Jak działa taka forma płatności? Po zeskanowaniu metki towaru w aplikacji mobilnej, stworzonej właśnie do robienia zakupów, klient od razu otrzymuje ofertę finansowania: w formie odroczonej płatności lub zapłaty w ratach.

– Tego typu oferty skierowane są przede wszystkim do osób młodych, tzw. „Millenialsów”, którzy wolą swoje codzienne potrzeby załatwiać w świecie cyfrowym i preferują rozwiązania wykorzystujące nowe technologie, również w finansach. W wielu przypadkach wybierają komunikację online, rezygnując z komunikacji „w realu” – co dotyczy również kontaktu z przedstawicielem banku – wyjaśnia Marzena Sokołowska.

Nie bez znaczenia jest też obawa przed nieuprawnionym wykorzystaniem naszych danych. Nawet 35 proc. ankietowanych przez ITMAGINATION Polaków nie zaciągnęłoby pożyczki lub kredytu nie mając pewności, kto będzie przechowywał ich dane.

Jak podkreślają eksperci ITMAGINATION udostępnienie przez bank lub sklep aplikacji umożliwiającej płatność w modelu „kup teraz, zapłać później” otwiera nowe możliwości i udogodnienia dla klientów.  Wyobraźmy sobie, że sklep online lub sklep stacjonarny daje klientowi możliwość dokonywania zakupów i co ważne również ich zwrotu w przeciągu np. 14 dni, bez konieczności dokonania zapłaty za towar w chwili zakupu. Klient płaci za wybrane produkty po dwóch tygodniach, ale tylko za te towary, które obejrzał, zmierzył, sprawdził i zdecydował się zatrzymać. Podstawą płatności jest jedna faktura. Dzięki temu mamy jedną a nie wiele transakcji. Pieniądze konsumenta nie są przetrzymywane przez sklep, a z kolei sam sprzedawca nie musi ponosić kosztów skomplikowanego procesu obsługi zwrotów i rozliczeń z klientami – wyjaśnia Marzena Sokołowska.

Finansowanie zakupów w modelu „pay later” jest dostępne w coraz większej grupie sklepów stacjonarnych. Możliwość odroczenia terminu płatności lub zapłaty za towar w ratach oferują m.in. tak popularne sieci, jak H&M, Topshop czy Dorothy Perkins. W Polsce z podobnej usługi można skorzystać np. w sklepie Duka natomiast w Wielkiej Brytanii czy USA takie usługi stają się głównym narzędziem w walce o pozyskanie klienta.

IATA: CPK to projekt strategiczny

Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) rozpoczyna współpracę z CPK. Powstał Komitet Konsultacyjny, który pomoże w zaplanowaniu nowego lotniska. Pierwsze spotkanie odbędzie się 18 lipca w Warszawie.

Airport Consultative Committee (ACC) został powołany przez IATA we współpracy ze spółką Centralny Port Komunikacyjny. W skład tego podmiotu wejdą przedstawiciele linii lotniczych, którzy planują korzystać z nowego lotniska. IATA zaprosiła do Komitetu wszystkich zainteresowanych przewoźników (także niezrzeszonych w tej organizacji). Oprócz linii dotychczas operujących z Lotniska Chopina takich jak m.in. LOT, British Airways, Air France, KLM, Alitalia, Lufthansa, Swiss, SAS, Norwegian, Finnair, TAP, CSA, Air Baltic, Aerofłot, UIA, Belavia, El Al, Air China, Turkish Airlines, Emirates, Qatar Airways – oraz innych sieciowych przewoźników będą to również tzw. linie niskokosztowe i cargo.

– Nasze działanie jest starannie przemyślane. Nie da się dobrze zaplanować lotniska, nie pytając się o zdanie tych, którzy będą z niego korzystać, czyli przede wszystkim przewoźników lotniczych. Konsekwentnie budujemy bazę wiedzy, która posłuży nam do przygotowania planu generalnego, czyli masterplanu Portu Lotniczego Solidarność  – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Inauguracyjne spotkanie zostało wyznaczone w Warszawie na 18 lipca, a jeszcze w tym roku odbędą się kolejne. Działalność ACC będzie miała na celu weryfikację założeń koncepcyjnych CPK, uzgodnienie ich z potrzebami przewoźników, wprowadzenie do koncepcji ewentualnych korekt oraz wstępną analizę kosztów i korzyści. Cel jest taki, żeby planowane rozwiązania były zgodne z oczekiwaniami i potrzebami przewoźników: technicznymi, operacyjnymi i finansowymi.

Bardzo cenimy wiedzę i doświadczenie ekspertów IATA, dlatego zależy nam na przeprowadzeniu jak najszerszych konsultacji z branżą przewoźników lotniczych. Chcemy, żeby ich efektem było powstanie nowego portu lotniczego między Warszawą i Łodzią, który uwzględnia potrzeby wszystkich jego klientów: przewoźników, firm działających w porcie i świadczących dla niego usługi, a przede wszystkim pasażerów – mówi Dariusz Sawicki, członek zarządu CPK ds. części lotniskowej inwestycji.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z bliskiej współpracy z CPK przy tym kluczowym projekcie dla transportu lotniczego w Europie. Według prognoz europejski popyt na podróże wzrośnie do 2037 r. o ok. 50 proc., dlatego niezbędna jest budowa infrastruktury, która będzie w stanie na to zapotrzebowanie odpowiedzieć. Cieszymy się, że poprzez projekt CPK możemy zaoferować pasażerom rozwiązanie, na które czekają – mówi Rafael Schvartzman, wiceprezes IATA odpowiedzialny za Europę.

Uzgodnione przez CPK i IATA zasady zarządzania projektem stanowią, że – poza zwyczajowo wybieranym przez uczestników ACC przewodniczącym Komitetu Konsultacyjnego –współprzewodniczącym będzie przedstawiciel CPK. Pozwoli to spółce na lepsze i bardziej efektywne prowadzenie całego procesu konsultacji.

ACC to kolejny krok w ramach konsultacji z partnerami CPK. Przypomnijmy, że w połowie kwietnia spółka CPK rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi. W inauguracyjnym spotkaniu wzięło udział ponad 60 przedstawicieli firm takich jak m.in. LOT, Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, Poczta Polska, Orlen, LOTOS, PERN, LOT AMS, LS Airport Services, Polski Holding Hotelowy, FedEx, DHL, UPS i TNT Express.

Inwestor CPK zapoznał partnerów z zakładanymi etapami inwestycji, przedstawił roboczy blokowy schemat realizacji projektu i założenia spółki CPK dotyczące formuły i zakresu współpracy. Do końca maja do CPK wpłynęło ponad 400 uwag i propozycji dotyczących  infrastruktury planowanego lotniska, m.in. obsługi samolotów, pasażerskiej, bagażowej, cargo, zaplecza technicznego itd.

W  tym roku CPK planuje wskazać doradcę strategiczno-technicznego, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. W tym roku CPK zleci też plan generalny Portu Lotniczego Solidarność, czyli tzw. masterplan. Będzie on zawierał m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury i wstępny plan jej ulokowania, etapowanie budowy i szczegółowy model biznesowy nowego portu lotniczego.

Rewolucja kraftowa na rynku alkoholi mocnych? Trwa zbiórka crowdfundingowa Mazurskiej Manufaktury Alkoholi

Mazurska Manufaktura Alkoholi – rodzinna firma produkująca wódki i nalewki kraftowe chce powtórzyć sukces działających na konkurencyjnym rynku browarów rzemieślniczych. W tym celu wyemitowała na portalu equity crowdfundingowym akcje o wartości 4 mln zł. Jak dotąd Spółka zebrała ponad 860 tys. zł, a wśród jej akcjonariuszy znalazła się m.in. Magda Gessler. Zbiórka kapitału zaplanowana jest do końca maja.

Zgodnie z wynikami badania zrealizowanego w 2019 roku przez agencję badawczą Puzzle Research, co piąty pijący respondent zmienił w ciągu ostatnich dwóch lat swoje zwyczaje dotyczące spożycia alkoholu. Wśród najważniejszych zmian wymienia się sięganie po jakościowe alkohole[1] – Polacy poszukują nowych smaków wśród oferty lokalnych, mniejszych producentów. Zwiększa się również znaczenie segmentu alkoholi premium. Jak wynika z badań Nielsena, udział segmentu alkoholi premium w całej kategorii wzrósł w ubiegłym roku aż o 9,4 proc. w ujęciu rocznym. Jednocześnie, udział trunków mainstreamowych stanowiących największy segment, wzrósł jedynie o 1 proc[2].

Debiut kraftowych alkoholi mocnych

Rosnącą świadomość polskich konsumentów, która ma odzwierciedlenie chociażby w trwającej w ostatnich latach piwnej rewolucji postanowiła wykorzystać Mazurska Manufaktura Alkoholi. To mała, rodzinna firma ze Szczytna, z siedzibą w historycznym browarze założonym w 1898 roku. To właśnie w tych zabytkowych budynkach produkowane było legendarne już piwo Jurand. Działająca od 2001roku Spółka została przejęta w październiku 2016 roku przez Jakuba Gromka, który rozpoczął trwającą niemal dwa lata gruntowną restrukturyzację firmy. Pozwoliła ona m.in. na zwiększenie możliwości produkcyjnych zakładu i rozszerzenie portfela produktowego o nieznane dotąd w Polsce wysokoprocentowe wyroby kraftowe. – W maju br. rozpoczęliśmy produkcję wódek i nalewek kraftowych. Tworzymy je metodami rzemieślniczymi, z najwyższej jakości spirytusu pszeniczno-żytniego i wody z mazurskich źródeł,  w małych partiach i w oparciu o tradycyjne receptury – mówi Jakub Gromek, główny akcjonariusz i pomysłodawca Mazurskiej Manufaktury Alkoholi.

W planach 1 proc. udziału rynku oraz giełda

Aby w pełni wykorzystać potencjał zmieniających się trendów rynkowych, firma rozpoczęła współpracę z platformą Beesfund.com, gdzie od kwietnia br. trwa kampania crowdfundingowa z ofertą akcji Spółki. W ramach finansowania społecznościowego Mazurska Manufaktura Alkoholi chce pozyskać 4 mln zł, co stanowi 12,5 proc. akcji przedsiębiorstwa. Firma wyemitowała łącznie niemal 143 tys. akcji, każda po 29,75 zł.  – Zebrany kapitał chcemy przeznaczyć na dalszy rozwój gamy wódek kraftowych, jak również na doposażenie i rozwój zakładu oraz dokończenie certyfikacji jakościowej IFS – mówi Jakub Gromek. – Celem emisji akcji jest także zbudowanie wokół naszej marki sieci ambasadorów – miłośników dobrych, jakościowych alkoholi – dodaje Gromek. Celem długoterminowym firmy jest uzyskanie 1 proc. udziałów wartościowych w rynku napojów spirytusowych w dwóch kategoriach: wódka oraz likiery, nalewki i smakowe napoje spirytusowe. W perspektywie pięciu lat spółka chce także wejść na New Connect lub Giełdę Papierów Wartościowych.

% dla Inwestorów

Każdy nowy Inwestor, który nabędzie co najmniej jedną akcję Spółki o wartości 29,75 zł otrzyma Certyfikat Akcjonariusza oraz zaproszenie na coroczne walne zgromadzenie akcjonariuszy. Mazurska Manufaktura Alkoholi przygotowała również dodatkowe niespodzianki dla osób, które zakupią większą liczbę akcji. W zależności od wartości pakietu (od 250, 500, 1000 lub 2000 zł), nowi akcjonariusze otrzymają także limitowane, dedykowane alkohole z gamy produktów Spółki. Inwestorzy, którzy zakupią akcje o wartości co najmniej 2 000 zł, zostaną ponadto uhonorowani imienną cegiełką w tzw. hall of fame stworzonym w historycznym browarze.

Spółka, w którą uwierzyła znana restauratorka

Jak dotąd, Mazurska Manufaktura Alkoholi zebrała ponad 860 tys. zł. Wśród nowych Inwestorów pojawiła się ceniona polska restauratorka Magda Gessler, która nabyła akcje o wartości 400 tys. zł i zaangażowała się w promocję emisji. – Tak duża inwestycja ze strony cenionego w branży kulinarnej autorytetu jest dla nas ogromnym wyróżnieniem, ale i potwierdzeniem, że nasza działalność i pomysł na rozwój mają ogromny potencjał – mówi Jakub Gromek. Przedstawiciele firmy podkreślają, że istotnym argumentem dla potencjalnych Inwestorów jest nie tylko atrakcyjny pomysł na biznes, ale fakt, że Mazurska Manufaktura Alkoholi nie jest debiutantem w swojej branży, ale dobrze prosperującą firmą rodzinną z wieloletnią tradycją. – Nasza sprzedaż w roku 2018 w stosunku do roku poprzedniego wzrosła z 178 tys. butelek rocznie do 477 tys. butelek. W roku 2019 przewidujemy ponad 2 mln sprzedanych butelek. Co więcej, dzięki restrukturyzacji zakładu możliwości produkcyjne przy pracy na jedną zmianę ocenia się na 12,5 mln butelek, co daje nam ogromne możliwości wzrostu – dodaje Gromek.

Zbiórka planowana jest do końca maja. Więcej informacji na jej temat można znaleźć na: https://mazurskamanufaktura.beesfund.com/

[1] http://www.portalspozywczy.pl/alkohole-uzywki/wiadomosci/polacy-lubia-zmieniac-zwyczaje-pijac-alkohole-szukaja-zroznicowania-i-lubia-testowac-badanie,171321.html

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wartosc-rynku-alkoholi-w-polsce

Grupa TAURON po pierwszym kwartale 2019 r.

  • Wzrost przychodów ze sprzedaży o 15 proc. r/r (do 5,3 mld zł)
  • EBITDA na poziomie 1,2 mld zł, marża EBITDA: 22,8 proc.
  • Nakłady inwestycyjne w wysokości 727 mln zł (wzrost o 20 proc. r/r). Wyższy capex w segmentach: Dystrybucja (351 mln zł) i Wytwarzanie (236 mln zł)
  • Zaawansowanie budowy bloku 910 MW w Jaworznie: powyżej 90 proc.
  • Długoterminowy rating na poziomie „BBB” z perspektywą stabilną potwierdzony przez agencję ratingową Fitch
  • Wskaźnik dług netto/EBITDA[1] na poziomie 2,74x

(wszystkie dane skonsolidowane za I kwartał 2019 r.)

Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia
23.01.2017 Warszawa,
n/z Filip Grzegorczyk prezes Tauron SA
fot. Piotr Waniorek

 W pierwszym kwartale 2019 r. Grupa TAURON osiągnęła bardzo dobre wyniki finansowe, które były wyższe od oczekiwanych przez rynek – mówi Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia. –Nasza największa inwestycja, blok o mocy 910 MW w Jaworznie, znajduje się w końcowej fazie realizacji. Na koniec pierwszego kwartału zaawansowanie tego projektu przekroczyło 90 proc. Blok będzie spełniał surowe normy z zakresu ochrony środowiska i pozwoli wyłączyć z eksploatacji nasze najstarsze jednostki wytwórcze. Chciałbym także podkreślić, że w I kwartale przyłączyliśmy do naszej sieci dystrybucyjnej 2,5 tys. odnawialnych źródeł energii o łącznej mocy blisko 35 MW, czyli ponad dwa razy większej niż rok wcześniej – dodaje Filip Grzegorczyk.

Marek Wadowski
08.02.2017 Warszawa,
n/z prez. Marek Wadowski TAURON
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl

– Sytuacja finansowa Grupy jest stabilna. Mamy zagwarantowane finansowanie na poziomie 4,6 mld zł.Nasza kondycja finansowa i płynnościowa została oceniona przez agencję ratingową Fitch, która potwierdziła długoterminowy rating na poziomie „BBB” z perspektywą stabilną – mówi Marek Wadowski, wiceprezes zarządu TAURON Polska Energia ds. finansów.

Dane operacyjne

Kluczowe parametry operacyjne J.m. I kwartał 2019 r. I kwartał 2018 r. Zmiana
Dystrybucja energii elektrycznej TWh 13,54 13,42 1%
Liczba klientów – Dystrybucja tys. 5 612 5 546 1%
Wytwarzanie energii elektrycznej (produkcja brutto Grupy), w tym: TWh 3,82 3,94 -3%
wytwarzanie energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych (biomasa, wiatr, woda) TWh 0,39 0,24 65%
Wytwarzanie ciepła PJ 4,76 5,68 -16%
Sprzedaż ciepła PJ 6,76 7,69 -12%
Sprzedaż detaliczna energii elektrycznej
(przez segment Sprzedaż i Wytwarzanie)
TWh 8,93 9,28 -4%
Produkcja węgla handlowego mln ton 1,26 1,42 -11%
Sprzedaż węgla handlowego mln ton 1,20 1,43 -16%

 

W pierwszym kwartale 2019 r. Grupa TAURON wyprodukowała 3,8 TWh energii elektrycznej, tj. o 3 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku (3,9 TWh). Zmniejszenie wolumenu produkcji energii było konsekwencją przyjętej strategii produkcyjno-handlowej oraz wysokiej generacji energii ze źródeł wiatrowych.

Produkcja ciepła osiągnęła poziom 4,8 PJ, a jego sprzedaż wyniosła 6,8 PJ. Na spadek produkcji i sprzedaży ciepła wpłynęły wyższe temperatury zewnętrzne i związane z nimi mniejsze zapotrzebowanie odbiorców na ciepło.

Grupa TAURON odnotowała 1-proc. wzrost wolumenu dystrybucji energii elektrycznej. Liczba klientów przyłączonych do sieci wzrosła o 66 tys. (do 5,6 mln). Zwiększenie wolumenu dostawy energii do klientów końcowych było wynikiem korzystnej koniunktury gospodarczej i wyższego poboru energii elektrycznej przez odbiorców przemysłowych.

W pierwszym kwartale 2019 r. sprzedaż detaliczna energii elektrycznej wyniosła 8,9 TWh i była o 4 proc r/r niższa niż w analogicznym okresie 2018 r.

Produkcja węgla handlowego osiągnęła poziom 1,3 mln ton, co oznacza spadek o 11 proc. r/r. Było to następstwem trudnych warunków geologicznych w ZG Janina oraz opóźnienia rozruchu jednej ze ścian w ZG Sobieski.

W pierwszym kwartale 2019 r. 49 proc. zapotrzebowania spółek segmentu Wytwarzanie na węgiel do produkcji energii elektrycznej i ciepła zostało pokryte surowcem pochodzącym z zakładów górniczych Grupy TAURON.

Wyniki finansowe

Kluczowe parametry finansowe
(w mln zł)
I kwartał 2019 r. I kwartał 2018 r. Zmiana
Przychody ze sprzedaży 5 313 4 637 15%
EBIT 728 875 -17%
EBITDA 1 212 1 326 -9%
Marża EBITDA 22,8% 28,6% -5,8 p.p
Zysk netto 525 637 -18%
Marża zysku netto 9,9% 13,7% -3,9 p.p.
Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej 524 636 -18%

W pierwszym kwartale 2019 r. przychody Grupy TAURON wzrosły do 5,3 mld zł, tj. o 15 proc. r/r. Wzrost przychodów ze sprzedaży był przede wszystkim konsekwencją uzyskiwania wyższych cen sprzedaży energii elektrycznej.

Grupa TAURON wypracowała EBITDA na poziomie 1,2 mld zł (spadek o 9 proc. r/r). Największy udział w łącznej EBITDA Grupy miał segment Dystrybucja (56 proc.), którego EBITDA wyniosła 681 mld zł i zanotowała 8 proc. wzrost r/r. Drugim najistotniejszym pod tym względem obszarem był Segment Wytwarzanie (32 proc. udział w EBITDA Grupy). EBITDA tego segmentu osiągnęła poziom 387 mln zł. Spadek EBITDA Grupy r/r spowodowany był przede wszystkim rozwiązaniem – w pierwszym kwartale 2018 r. – rezerwy na świadczenia pracownicze w wysokości 230 mln zł, co pozytywnie wpłynęło na wyniki finansowe tego okresu.

Zysk netto Grupy TAURON przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 524 mln zł (spadek o 18 proc. r/r).

Inwestycje

Nakłady inwestycyjne Grupy TAURON w pierwszym kwartale 2019 r. wyniosły 727 mln zł i były wyższe o 20 proc. w porównaniu z wydatkami poniesionymi w 2018 r. (606 mln zł). Na wzrost nakładów wpłynęły przede wszystkim wyższe inwestycje w obszarach: Dystrybucja (wzrost o 82 mln zł) i Wydobycie (wzrost o 42 mln zł). W segmencie Dystrybucja, w którym łączny capex wyniósł 351 mln zł, największe środki zostały przeznaczone na modernizację sieci dystrybucyjnej (200 mln zł) oraz budowę nowych przyłączy (126 mln zł). Natomiast nakłady w segmencie Wytwarzanie (236 mln zł) związane były głównie z budową bloku o mocy 910 MW w Jaworznie.

Zadłużenie i finansowanie

W pierwszym kwartale 2019 r. zobowiązania finansowe netto wzrosły do poziomu 10,2 mld zł, tj. o 8 proc. w porównaniu ze stanem na koniec 2018 r. Wskaźnik długu netto (bez zadłużenia wynikającego z wyemitowanych obligacji podporządkowanych w wysokości 1,96 mld zł) do EBITDA na koniec pierwszego kwartału osiągnął poziom 2,74x. Sytuacja finansowa Grupy TAURON jest dobra, co potwierdziła agencja Fitch Ratings utrzymując długoterminowy rating na poziomie BBB z perspektywą stabilną.

[1] Bez zadłużenia wynikającego z wyemitowanych obligacji podporządkowanych w wysokości 1,96 mld zł

Toyota DLA CIEBIE – nowy program leasingu konsumenckiego

Toyota wprowadziła nową ofertę finansowania, która umożliwia osobom prywatnym korzystanie z nowego samochodu przy bardzo niskiej racie. Toyota DLA CIEBIE to program skierowany do klientów indywidualnych na warunkach dostępnych dotychczas wyłącznie dla przedsiębiorców.

Program jest oparty na umowie leasingu operacyjnego i tak skonstruowany, by raty pokrywały użytkowanie samochodu, czyli jego utratę wartości w okresie objętym umową. Dzięki temu raty są znacznie niższe niż w przypadku standardowego kredytu. Po zakończeniu umowy samochód wraca do dealera, a użytkownik może podpisać umowę na nowy model. Program umożliwia korzystanie cały czas z nowego samochodu Toyoty oraz dostosowywanie co 2-3 lata wielkości i charakteru auta do aktualnych potrzeb.

Program Toyota DLA CIEBIE daje też możliwość wyboru wielu usług w jednej racie. Obok finansowania auta można wybrać pełną obsługę serwisową, pełne ubezpieczenie OC, AC i NW, zakup, przechowywanie i zmianę opon, opiekę Assistance oraz auto zastępcze. Przez cały czas umowy kierowca korzysta z kompleksowej obsługi autoryzowanych serwisów marki Toyota. Kiedy okres finansowania się skończy, można również wykupić auto po cenie rynkowej.

„Toyota DLA CIEBIE to oferta dla tych kierowców, którzy nie chcą się przywiązywać do jednego samochodu na długie lata, a nad posiadanie auta na własność przedkładają swobodę wyboru pojazdu co 2-3 lata. Atrakcyjne raty oraz komfort polegania we wszystkich sprawach związanych z samochodem na profesjonalnej obsłudze naszych dealerów i autoryzowanych serwisów dodatkowo uatrakcyjnia tą ofertę. Sprzedaż tej usługi rozpoczęliśmy w połowie lutego, a wyniki już zaskakują nas samych. Teraz klienci indywidualni mogą korzystać z formy finansowania oraz wsparcia posprzedażnego, które wcześniej były zarezerwowane dla dużych firm, dysponujących flotą kilkudziesięciu samochodów. Ta oferta pozwala z łatwością dostosowywać model samochodu do aktualnych potrzeb kierowcy bez problemów związanych ze sprzedażą poprzedniego pojazdu i przy maksymalnie uproszczonej procedurze nabycia nowego auta” – powiedziała Anna Burakowska, dyrektor Toyota Fleet Management Solutions w Toyota Motor Poland.

Zakup samochodu w programie Toyota DLA CIEBIE umożliwia dopełnienie wszystkich formalności w jednym miejscu oraz skorzystanie z uproszczonej procedury leasingowej, szybszej niż w kredycie. Klienci otrzymują więcej niż nowy samochód – płacą tylko za użytkowanie auta bez konieczności jego kupowania. Dzięki niskim ratom mogą sobie pozwolić na korzystanie z samochodu wyższej klasy. Toyota DLA CIEBIE to kompleksowa usługa w jednej niskiej racie oraz opieka przez 24 godziny na dobę.

Elemental Holding – wyniki finansowe za I kw. 2019 r.

Elemental Holding – europejski lider w recyklingu elektroniki i katalizatorów – w pierwszym kwartale 2019 roku osiągnął skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 500,34 mln zł. Wynik EBITDA wyniósł 17,18 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej 6,14 mln zł. Od 1 września 2019 roku wejdzie w życie obowiązkowy split-payment dla sektorów m.in. odpadów, surowców wtórnych i złomu.

Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding
Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding

Spodziewamy się, że bieżący rok będzie nadal trudny w sektorze recyklingu metali nieżelaznych – przygotowujemy się na spadek cen złomu na światowych rynkach oraz malejącą sprzedaż wyrobów stalowych. Sytuacji nie polepszają także decyzje dużych koncernów, które stopniowo ograniczają produkcję stali w Polsce. Stąd nasza coraz większa koncentracja na wysokomarżowych segmentach. Umacnianie pozycji w Europie – dzięki naszym zakładom w Wielkiej Brytanii, Skandynawii i na Litwie – wymaga budowania istotnych przewag, by efektywnie konkurować z wielomiliardowymi, międzynarodowymi korporacjami. Dlatego intensywnie pracujemy nad zwiększaniem możliwości operacyjnych spółek z naszej Grupy. Kluczowe jest dla nas zbudowanie silnego, światowego podmiotu – tym samym wymaga to inwestycji, a nie wyłącznie koncentracji na wynikach finansowych. Dodatkowo przygotowujemy się na obowiązek split-paymentu, który w naszej branży będzie wymagany pod karą sankcji od 1 września 2019 roku” – powiedział Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding SA.

W listopadzie 2018 Elemental Holding podpisał 3 listy intencyjne w sprawie sprzedaży zdolności produkcyjnych nowej fabryki do przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (WEEE), ze szczególnym uwzględnieniem recyklingu sprzętu chłodniczego. Spółka rozważa budowę nowej fabryki o rocznej zdolności około 30 000 ton. Listy intencyjne zostały zawarte z wiodącymi organizacjami odzysku sprzętu elektrycznego i elektronicznego w Polsce. Łączny wolumen popytu na usługi recyklingu, wynikający z zawartych listów przekracza 40.000 ton rocznie.

W lutym 2018 Elemental Holding sfinalizował zakup 85% udziałów niemieckiej spółki z branży przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych. Niemiecka spółka RECAT zbiera oraz przetwarza rocznie około 350 ton zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych, generując przychody na poziomie 20 mln EURO.

Grupa Elemental działa na 35 rynkach w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce, poza Polską w oparciu o własne oddziały (m.in. na Litwie, w Słowacji, Turcji, Emiratach Arabskich, Finlandii, Estonii i Wielkiej Brytanii) oraz przedstawicielstwa handlowe. Spółki Elemental Holding SA pozyskują złom metali nieżelaznych, odpady elektroniczne oraz zużyte katalizatory na ok. 50 rynkach na świecie.

W latach 2016-2017 roku Elemental Holding sfinalizował:

  • uruchomienie zakładu w Bydgoszczy – budowę linii samplingowej dla układów drukowanych oraz 4 -5 linii do przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych.
  • transakcję zakupu 100% udziałów w litewskiej spółce UAB „EMP recycling” – lidera na rynku krajów bałtyckich w branży ZEEE, świadczącego pełne portfolio usług obejmujących e-scrap, recykling zużytych katalizatorów samochodowych i złomu metali nieżelaznych.
  • umowę inwestycyjną z PFR TFI SA w ramach Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZ AN. W wyniku umowy Fundusz zakupił 49% udziałów w spółce zależnej UAB „EMP recycling”
  • zakup 51% udziałów w spółce AWT Recycling Ltd. z Wielkiej Brytanii, specjalizującej się w recyklingu katalizatorów samochodowych. Brytyjska spółka planuje osiągnięcie ok. 30-40% udziałów w rynku dzięki wzmocnieniu sieci zakupowej na terenie Anglii oraz dalszej ekspansji w Irlandii, Szkocji i Walii. 
  • zakup 51% udziałów w zakładach recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych i płytek drukowanych w fińskiej spółce Kat-Metal Oy z siedzibą w Tervajoki. Skandynawska firma planuje ekspansję w Estonii, Szwecji oraz pozyskanie strategicznych partnerów w Norwegii i Danii.
  • zakup 75% udziałów polskiej spółki Platinium M.M z branży recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych.

W Europie prawie po staremu

Czołowe partie proeuropejskie zachowały wyraźną przewagę w europarlamencie (ok. 2/3 miejsc), podczas gdy mieszanka anty-establishmentowych, eurosceptycznych i populistycznych partii może zyskać ok. 28 proc. miejsc, nieco mniej od posiadanych dotychczas. Taki jest główny przekaz po wynikach po przeliczeniu prawie wszystkich głosów i może oferować delikatny impuls dla umocnienia euro. Ale pewnie nie dziś, gdyż główne rynki pozostaną uśpione w obliczu święta w Wielkiej Brytanii i USA.

Chociaż centro-prawicowe i centro-lewicowe koalicje utraciły razem kontrolę nad parlamentem (spadek do 44 proc. z 56 proc. w 2014 r.), to razem Liberałami (14 proc.) i Zielonymi (9 proc.) będą w stanie utrzymać politykę europejską na dotychczasowych torach: stopniowa integracja strefy euro, kontynuacja polityki imigracyjnej, twarde stanowisko w sprawie brexitu, czy sprzeciw wobec protekcjonistycznie polityce handlowej USA. Wyniki są zbliżone do oczekiwań, ale na przestrzeni tygodnia mogą być marginalnie pozytywne dla EUR. Możliwy jest efekt ulgi, że ugrupowania antyeuropejskie nie uzyskują rosnącego poparcia. Poza wyjątkowymi sytuacjami (Francja, Wielka Brytania) obserwowane jest zwycięstwo partii mainstreamowych i proeuropejskich, co przy najwyższej w historii frekwencji (51 proc.) implikuje, że eurosceptycyzm wciąż jest w mniejszości. Dodatkowo czynnikiem ryzyka może okazać się dyskusja nad stanowiskami w Brukseli. Już jutro rozpoczną się rozmowy nad nominacjami m.in. na stanowisko szefa Komisji Europejskiej. Jeśli ta pozycja przypadnie Niemcowi (pod uwagę brany jest Manfred Weber), niemiecka kandydatura odpadnie z walki o fotel szefa EBC. W przeciwnej kombinacji szef Bundesbanku Weidmann może liczyć na przyjęcie kontroli w EBC, co sugeruje bardziej jastrzębią politykę w przyszłości. Dla EUR oznaczałoby osłabienie premii za ryzyko głębszego luzowania polityki monetarnej.

Na krajowym rynku złoty rano pozostaje stabilny blisko 4,29 za euro. Wygrana PiS w wyborach do europarlamentu powinna umniejszyć ryzyko zwiększeni ekspansji fiskalnej w przygotowaniach do jesiennych wyborów parlamentarnych. Wynik nie jest zaskoczeniem, więc złotego nie powinno tyczyć odreagowanie premii za ryzyko. Mimo to rozliczenia na koniec miesiąca mogą mieć większe znaczenie dla zmienności i jeśli sentyment rynkowy nie ulegnie istotnemu pogorszeniu, możemy zobaczyć umocnienie złotego po bezowocnych próbach jego osłabienia w połowie maja.

Poza tym w obliczu dnia wolnego w Wielkiej Brytanii i USA zapowiada się senny poniedziałek. W kalendarzu brakuje istotnych publikacji, a stopę bezrobocia z Polski taką nazwać nie można. Usłyszymy też komentarz od Coeure’a z EBC. Dalej w tygodniu rynek podtrzyma uwagę na sporze handlowym USA-Chiny i jego konsekwencjach dla globalnego ożywienia. Rośnie wrażliwość inwestorów na zaskoczenia w publikacjach makro z większą uwagą przypisywaną tym negatywnym. Szczególnie analizowane będą indeksy nastrojów konsumentów w strefie euro (wtorek) i USA (wtorek) oraz PMI z Chin (piątek).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

RAPORT: Prześwietlamy zarobki freelancerów w 2019 r.

Ile zarabiają wolni strzelcy w Polsce? Jakie usługi najlepiej świadczyć, aby uzyskiwać najwyższe wynagrodzenia? Jakim doświadczeniem i stażem trzeba dysponować, aby skutecznie pozyskiwać klientów? Ile można mieć urlopu, a ile trzeba pracować, żeby zarabiać kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie jako freelancer?

W Polsce wolni strzelcy świadczący elektroniczne usługi dla biznesu to już ponad 220 tysięczna armia, z czego 115 tysięcy utrzymuje się tylko i wyłącznie w  ten sposób. Ich wynagrodzenie w dużej mierze, zależy od branży, w której pracują. W przypadku copywriterów najczęściej trafia się dużo zleceń o niewielkiej wartości. Z kolei graficy zazwyczaj pracują przy kompleksowych projektach, których budżety są wyższe. Prym wiodą jednak programiści, których zarobki jako „wolnych strzelców” są najwyższe. Kto i ile zarabia w polskiej branży freelancingu? Najpopularniejsza w Polsce platforma dedykowana freelancerom – Useme.eu – przebadała ich w 2019 roku i przedstawia raport na temat zarobków polskich wolnych strzelców.

Z roku na rok więcej

Wynagrodzenia freelancerów, którzy świadczą elektroniczne usługi dla biznesu, tj. przede wszystkim prace związane z tworzeniem szeroko rozumianego contentu, w tym fotografii, wideo, animacji czy tłumaczenie tekstów (47% badanych), grafiki (24% respondentów) oraz usług IT i programowania (22% badanych osób), stopniową rosną przez ostatnie lata.

Liczba osób zarabiających powyżej 5 tys. zł na rękę urosła w 2019 r. w stosunku do roku ubiegłego o 5,3%, uzyskując wynik na poziomie 8,53%. Wśród nich jest wielu wolnych strzelców, których zarobki przekraczają 15 tys. zł netto miesięcznie. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu platformy Useme.eu.

Co miesiąc między 3 a 5 tys. zł na rękę otrzymuje wynagrodzenie blisko 13% respondentów, a 14,1% zarabia między 2 a 3 tys. zł. Dorabiając do etatu 21,9% wolnych strzelców otrzymuje od 1 do 2 tys. zł, a 42,2% do 1 tys. zł.

Oczywiście, najwięcej zarabiają freelancerzy oferujący usługi programistyczne i IT. W tej grupie powyżej 5 tys. zł co miesiąc zarabia aż 33% badanych, a pomiędzy 3 a 5 tys. zł 20%. Druga najlepiej zarabiającą „kastą” wśród wolnych strzelców są graficy. Powyżej 5 tys. zł otrzymuje miesięcznie 19% badanych, a w przedziale 3-5 tys. zł aż 43%.

W jaki sposób pozyskują i ilu klientów obsługują?

Większość wolnych strzelców bazuje przede wszystkich na trzech podstawowych metodach pozyskania klientów. Najwięcej (60,7%) współpracuje ze stałymi klientami, 58,3% respondentów korzysta z poleceń i rekomendacji, a blisko połowa (48,6%) korzysta także z portali ogłoszeniowych takich jak Useme.eu.

W celu uzyskania comiesięcznego wynagrodzenia, co trzeci badany (36%) podejmuje się realizacji od 1 do 3 zleceń w miesiącu, 22,3% od trzech do pięciu, a 13,6% od pięciu do dziesięciu. Co siódmy respondent (13,6%) podejmuje się powyżej 10 zleceń miesięcznie.

Jak rozliczają zlecenia?

Freelancerzy w Polsce korzystają przede wszystkim z czterech metod rozliczania się z klientami, z czego dwie pierwsze są tymi głównymi. Blisko co drugi z badanych wykorzystuje do tego celu platformę Useme.eu, a 46,2% pracuje na umowę o dzieło. Co czwarty wystawia fakturę VAT, a 17,7% pracuje na umowę zlecenie.

Wolni strzelcy, ale jednak dużo pracujący profesjonaliści

Typowy polski freelancer, to osoba która wiele godzin poświecą na pracę, a relatywnie mało odpoczywa. Ponad połowa badanych (58,15%) bierze w ciągu roku urlop, który trwa krócej niż tydzień (34,29%), odpoczywa tylko w weekendy lub deklaruje, że nie bierze urlopu w ogóle (23,86%). Nieco ponad 40% respondentów dysponuje 2 tygodniowym lub dłuższym wypoczynkiem. Oznacza to, że liczba freelancerów, którzy mogą sobie pozwolić na dłuższym urlop zwiększyła się w ciągu ostatniego roku o blisko 2%.

Coraz dłużej w branży

Większość, tj. 3/4 respondentów, to osoby pracujące jako wolni strzelcy krócej niż 5 lat. Jedynie co szósty (15,01%) zajmuje się tym fachem przez okres 5-10 lat. Blisko co dziesiąty (9,05%) badany pracuje dłużej niż 10 lat. Na uwagę zasługuje fakt, że w porównaniu z rokiem 2018, zmniejszyła się o blisko 4% liczba nowicjuszy w tej branży, tzn. osób które pracują w niej krócej niż rok. Wzrosła natomiast liczba wolnych strzelców, którzy pracują dłużej niż 1-2 lat o ponad 2% i 3-5 lat o ponad 3%. Widać zatem, że osoby które spróbowały tej formy zatrudnienia, jak i zupełnie nowego stylu życia – niezależności – praktykują ją dalej.

Największy przyrost freelancerów następuje w branży programistycznej i szeroko pojętych usługach IT, w tym tworzeniu stron internetowych i aplikacji mobilnych. –  mówi Przemysław Głośny  z Useme.eu. – Tu jednak następuje też największy odpływ wolnych strzelców, którzy są kuszeni bardzo dobrymi zarobkami na stałych posadach w firmach – coraz częściej na zdalnych stanowiskach pracy, jako mobilni specjaliści. Ogólny podział kategorii prac freelancerskich w Polsce nie odbiega od światowych trendów – ok. 80% wszystkich wolnych strzelców to programiści, graficy i osoby zajmujące się tekstami, np. copywriting, tłumaczenia, etc. – dodaje Głośny z Useme.eu.

W badaniu wzięło udział 1242 freelancerów i zostało ono przeprowadzone w okresie I–III 2019 roku metodą CAWI. Najliczniejszą grupę respondentów stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia (51,5%), pochodzące z dużych (38,0%) i średnich miast (21,7%). W bieżącym roku odpowiedzi udzieliło niemal tyle samo kobiet co mężczyzn (50,4% do 49,6%).

Polscy i amerykańscy lekarze badają możliwość wykorzystania krwi pępowinowej w leczeniu autyzmu. Wstępne wyniki są obiecujące

Polscy i amerykańscy lekarze badają możliwość wykorzystania krwi pępowinowej w leczeniu autyzmu. Wstępne wyniki są obiecujące 5

Krew pępowinową – cenne źródło komórek macierzystych – coraz częściej pobiera się w celu zamrożenia i późniejszego wykorzystania w leczeniu. Dotąd była stosowana głównie w hematoonkologii, ale polscy i amerykańcy naukowcy prowadzą badania nad jej wykorzystaniem w takich schorzeniach jak autyzm czy mózgowe porażenie dziecięce. – Wstępne wyniki są obiecujące, ale potwierdzenie skuteczności terapii wymaga prowadzenia dalszych prac – mówi prof. Joanne Kurtzberg, uważana na świecie za pionierkę przeszczepień komórek macierzystych z krwi pępowinowej.

Krew pępowinowa pozostaje w pępowinie i łożysku po narodzinach dziecka. Jest bogatym źródłem komórek macierzystych, które podobnie jak komórki szpiku mogą być przeszczepiane w celu odbudowy układu krwiotwórczego czy odpornościowego.

Krew pępowinową wykorzystywano początkowo jako źródło komórek macierzystych do przeszczepów w leczeniu chorób genetycznych dotyczących mózgu. W wyniku przeszczepu dziecko otrzymuje nowe komórki macierzyste dawcy, wolne od problemów, jakie występują w jego własnych komórkach. Zaobserwowaliśmy, że docierające do mózgu komórki z krwi pępowinowej mogą łagodzić stany zapalne, wspierać proces mielinizacji, czyli tworzenia osłonki wokół włókien nerwowych w mózgu, a także wspomagać pracę tego organu. Zaczęliśmy więc rozważać możliwość zastosowania krwi pępowinowej w postaci wlewu, szczególnie z wykorzystaniem komórek własnych dziecka, aby zweryfikować, czy jej działanie byłoby podobne w przypadku chorób nieuwarunkowanych genetycznie, jak MPD czy autyzm – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Joanne Kurtzberg z amerykańskiego Duke University.

Prof. Kurtzberg, uważana na świecie za pionierkę przeszczepień komórek macierzystych z krwi pępowinowej, podkreśla, że bez leczenia pacjenci z mózgowym porażeniem dziecięcym pozostają niepełnosprawni przez całe życie, wymagają specjalistycznej opieki i pomocy w poruszaniu się. W większości nigdy nie będą w stanie funkcjonować w pełni samodzielnie. To samo dotyczy dzieci autystycznych. Szacuje się, że w tej grupie chorych ok. 70 proc. przez całe życie będzie musiało mieszkać w różnego rodzaju placówkach opiekuńczych.

Mamy nadzieję, że terapie komórkami macierzystymi doprowadzą do poprawy wspomnianych statystyk. Wiemy na przykład, że w przypadku dzieci z MPD leczenie to zdecydowanie poprawia sprawność ruchową, a tym samym może zwiększyć poziom samodzielności. Jednak wciąż nie wiemy, kiedy najlepiej rozpocząć leczenie i czy można zastosować komórki dawców u dzieci, u których nie ma możliwości użycia komórek własnych. Nie wiadomo też, czy chorych należy leczyć w wieku wczesnodziecięcym czy można też później. Pozostaje więc jeszcze wiele kwestii do rozstrzygnięcia – mówi prof. Joanne Kurtzberg.

Jak podkreśla, badania dotyczące tego, czy autologiczna krew pępowinowa może pomóc dzieciom cierpiącym na mózgowe porażenie dziecięce, autyzm czy niedotlenienie okołoporodowe, dają jak na razie obiecujące wyniki, ale potwierdzenie skuteczności terapii wymaga prowadzenia dalszych badań.

U dzieci z autyzmem obserwujemy złagodzenie objawów tego zespołu. Część z nich staje się bardziej otwarta, lepiej się komunikuje, szczególnie jeśli chodzi o rozwój mowy, a część wykazuje mniejszą liczbę objawów obsesyjno-kompulsyjnych – mówi prof. Joanne Kurtzberg. – W leczeniu dzieci z autyzmem obserwujemy korzystne wyniki leczenia krótkoterminowego, trwającego 6–12 miesięcy. Nie wiemy jednak, czy te rezultaty będą długotrwałe, czy też konieczne będzie zastosowanie dodatkowego leczenia w przyszłości. Wciąż prowadzimy badania w tym zakresie.

W Polsce podobne prace dotyczące wykorzystania komórek macierzystych z krwi pępowinowej u dzieci z autyzmem prowadzą również lekarze z Wrocławskiego Uniwersytetu Medycznego.

W ramach eksperymentu medycznego wykonaliśmy dwa podania krwi pępowinowej u dzieci z autyzmem. W jednym przypadku była to krew allogeniczna [od dawcy – red.], w drugim autologiczna [krew własna biorcy – red.]. W przypadku dwójki pacjentów rodzice już zauważyli pewną poprawę. Jedno z dzieci miesiąc po zabiegu zaczęło wymawiać pojedyncze słowa, choć wcześniej nie mówiło – mówi prof. Krzysztof Kałwak z Wrocławskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jak podkreśla, trudno na razie mówić o magicznym efekcie działania substancji chemicznych zawartych we krwi pępowinowej, bo na szczegółowe analizy trzeba zaczekać około roku od jej podania, a dwójka pacjentów powinna zostać jeszcze oceniona przez neuropsychologów. Natomiast samo podanie komórek macierzystych z krwi pępowinowej jest zabiegiem bardzo prostym i w pełni bezpiecznym dla pacjenta.

– Podanie to nie wymaga chemioterapii, leków immunosupresyjnych. Wymaga tylko 3–4-godzinnego pobytu w ambulatorium kliniki mającej bank komórek krwiotwórczych, bo te komórki trzeba gdzieś przechować i muszą być zamrożone do momentu podania. Na tym polega cała filozofia – mówi prof. Krzysztof Kałwak.

Z danych PBKM wynika, że w Polsce na bankowanie krwi pępowinowej decyduje się około 2 proc. rodzących kobiet czy rodzin.

– Według statystyk amerykańskich banków wykorzystywana jest mniej więcej jedna porcja na tysiąc. Natomiast stopień wykorzystania będzie wzrastać wraz z upływem czasu – ocenia dr Tomasz Baran, członek zarządu Polskiego Banku Komórek Macierzystych.

Istotne znaczenie ma przy tym ilość pobranego materiału.

Ilość krwi pępowinowej ma znaczenie, a dokładniej zależy nam na komórkach macierzystych, które są w tej krwi zawarte. Panuje zasada „im więcej, tym lepiej”. W świetle dostępnych już badań widać, że zarówno w tych klasycznych wskazaniach do wykorzystania komórek z krwi pępowinowej w obszarze hematoonkologii, jak i w nowych wskazaniach, jak autyzm czy mózgowe porażenie dziecięce, potrzebna jest określona dawka, czyli 20–25 mln komórek na kilogram masy ciała. I efekt terapeutyczny koreluje z tą dawką – mówi dr Tomasz Baran.

Jak podaje PBKM, jeszcze do niedawna krew pępowinowa była traktowana jako odpad. W tej chwili coraz częściej pobiera się ją w celu wyizolowania komórek macierzystych do przechowywania i późniejszego wykorzystania w leczeniu.

Rodzice, którzy chcieliby wykorzystać pobraną wcześniej krew pępowinową, powinni się przede wszystkim zgłosić do swojego banku komórek macierzystych. My również możemy wskazać sposób, ewentualnie poinformować, jeśli takiej możliwości nie ma. Procedura wygląda w ten sposób, że po ustaleniu miejsca, gdzie komórki macierzyste będą wydane, my ustalamy logistykę bezpośrednio z tym ośrodkiem, szpitalem czy kliniką transplantologiczną i dostarczamy materiał dla pacjenta, który jest gotowy do terapii – dodaje dr Tomasz Baran.

Prof. Kurtzberg z amerykańskiego Duke University, uważana na świecie za pionierkę przeszczepień komórek macierzystych z krwi pępowinowej, przyjechała w maju do Warszawy na zaproszenie PBKM, żeby wygłosić wykład dotyczący wyników swoich badań nad wykorzystaniem krwi pępowinowej w leczeniu dzieci chorych neurologicznie. Wykład zainaugurował cykl konferencji medycznych „Cord blood an interdyscyplinary approach” skierowanych do środowiska medycznego.

Branża bankowa tnie zatrudnienie. Tradycyjne placówki tracą na znaczeniu

Branża bankowa tnie zatrudnienie. Tradycyjne placówki tracą na znaczeniu 6

W ciągu dekady zatrudnienie w bankowości spadło o blisko 20 tys. i zapowiadane są dalsze redukcje. Zdaniem ekspertów to przede wszystkim efekt zmieniających się preferencji klientów. Obecnie 17 mln osób regularnie korzysta z bankowości internetowej, a 11 mln – z mobilnej. Zamiast wizyty w oddziale banku wybierają kontakt elektroniczny. Dlatego banki inwestują w obsługę online. Dzisiaj nawet kwestie dotyczące zobowiązań i kredytów omawiane są online i mailowo – podkreśla Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres.

– Zatrudnienie w polskiej bankowości zmienia się bardzo dynamicznie, w zasadzie od dekady notujemy notoryczne spadki liczby etatów w tej branży. Od 2008 roku branża zredukowała około 20 tys. etatów, a w samym 2018 roku było to prawie 3 tys. etatów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres, oferującej usługi HR dla biznesu.

Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że na koniec lutego 2019 roku zatrudnienie w bankowości wynosiło 161 tys. osób. Dla porównania, w rekordowym 2008 roku, było to ponad 181 tys. osób. W ciągu dekady branża skurczyła się o ok. 11 proc. Zamykane są także placówki banków. Tylko w 2018 roku ich liczba zmalała o 527.

Trend redukcji liczby pracowników prawdopodobnie będzie się utrzymywał, także ze względu na fuzje i przejęcia zachodzące w sektorze. Santander Bank, który pod koniec 2018 roku przejął wydzieloną część Deutsche Bank Polska, zapowiadał, że do końca tego roku zwolni 1,4 tys. osób. BNP Paribas, który przejął część Raiffeisen Polbank, zredukuje zatrudnienie o 2,2 tys. Również Bank Pekao SA zapowiedział już, że zwolni blisko tysiąc osób, a kilkuset innym zmieni warunki zatrudnienia. Osoby z kompetencjami cyfrowymi mogą jednak być spokojne o pracę w sektorze.

– Banki z pewnością będą szukały osób, które z jednej strony mają wiedzę finansową, z drugiej strony świetnie poruszają się w świecie cyfrowym i nie mają problemów z tym, żeby korzystać z obszarów cyfryzacji. Myślę, że te osoby mogą być spokojne o zatrudnienie – podkreśla Cezary Maciołek. – Trzeba się charakteryzować umiejętnością przekwalifikowania i dopasowania do aktualnych potrzeb sektora.

Sytuacja na rynku jest wymuszana przez zmieniające się preferencje klientów.

– Zmienia się model obsługi klienta. Klient dzisiaj chce większość spraw załatwić mobilnie bądź za pośrednictwem infolinii. Zdecydowana większość banków poszła w tym kierunku i zaczęła budować huby obsługi klienta, gdzie można telefonicznie lub online załatwić zdecydowaną większość spraw – tłumaczy Cezary Maciołek.

Portal PRNews podaje, że na koniec 2018 roku 35 mln klientów miało z bankami podpisaną umową umożliwiającą korzystanie z bankowości elektronicznej, z czego aktywnie korzystało z tej możliwości 15 mln osób. Z kolei użytkowników bankowości mobilnej, którzy przynajmniej raz w miesiącu logują się do banku z urządzenia mobilnego, jest w Polsce już ponad 11 mln.

Dla millenialsów czy przedstawicieli pokolenia Y cyfryzacja i kontakt online są ważniejsze niż wizyta w tradycyjnej placówce. Dlatego przyszłością banków będą innowacyjne usługi. Serwis Finextra, który powołuje się na raport firmy badawczej AT Kearney, podaje, że zamykanie placówek jest w dłuższej perspektywie nieopłacalne, a rozwiązaniem mogłoby być łączenie usług bankowych z np. możliwością zrobienia zakupów.

– Placówki generalnie będą dużo bardziej mobilne, będą pojawiały się w miejscach, gdzie są duże skupiska ludzi, m.in. w centrach handlowych – mówi ekspert. – Banki powinny budować huby obsługi finansowej, co się zresztą dzieje. Widzimy to po współpracy z sektorem finansowym i trwających rekrutacjach. Chodzi o to, aby obsługiwać klienta online o różnej porze dnia i w każdej możliwej sprawie.

Przyczyną, dla której banki redukują zatrudnienie, jest też potrzeba cięcia kosztów. Podatek bankowy w połączeniu z obciążeniami na Bankowy Fundusz Gwarancyjny sprawiają, że rentowność sektora spada. Pokazują to już wyniki banków po I kwartale 2019 roku.

– Jeśli spada rentowność, to trzeba szukać optymalizacji i redukcji kosztów. Dzisiaj banki w dużym zakresie idą w kierunku budowania algorytmów, robotów, automatyzowania swoich procesów i załatwiania spraw online, tak jak dzisiaj funkcjonuje konsument – tłumaczy wiceprezes Grupy Progres.

Polscy producenci cementu walczą z emisją dwutlenku węgla. Są pod tym względem w światowej czołówce

Polscy producenci cementu walczą z emisją dwutlenku węgla. Są pod tym względem w światowej czołówce 7

Polityka klimatyczna i przydział darmowych alokacji dwutlenku węgla do produkcji cementu to dla branży historyczne wyzwanie, które może zagrozić konkurencyjności polskich producentów. Zwłaszcza że na polskim rynku rośnie import spoza Unii Europejskiej, a polskie cementownie nie są w stanie konkurować cenowo z cementem przywożonym z Białorusi czy Ukrainy, które nie są obciążone polityką klimatyczną. Branża wszelkimi dostępnymi sposobami stara się jednak redukować emisję i już w tej chwili polscy producenci należą do światowej czołówki pod względem ograniczania szkodliwego wpływu na środowisko.

Największym wyzwaniem jest dla nas redukcja emisji dwutlenku węgla i przydział darmowych alokacji dwutlenku węgla do produkcji cementu. Przemysł cementowy robi wszystko, żeby ograniczać emisję jednostkową, ale z drugiej strony przydziały darmowych alokacji są znacząco niższe niż nasze potrzeby produkcyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ernest Jelito, prezes Górażdże Cement SA i Stowarzyszenia Producentów Cementu w Polsce.

Jak podkreśla, może to doprowadzić do zachwiania konkurencyjności polskich producentów. Zwłaszcza w Polsce, bo krajowy rynek też jest narażony na import cementu z innych państw spoza UE, w których nie ma polityki klimatycznej i opłat za emisję dwutlenku węgla, np. z Białorusi czy Ukrainy.

Branża szacuje, że w tym roku uprawnienia do emisji będą kosztowały ok. 30 euro, a w kolejnych latach znacząco więcej.

To dla nas zagrożenie, ponieważ cena emisji dwutlenku węgla bardzo mocno wpłynie na nasze koszty produkcji. Trwają dyskusje na temat wielkości wskaźników redukcyjnych. Mimo że zrobiliśmy duży postęp w stosunku do 2000 roku, to jednak wskaźniki przewidywane na najbliższy okres alokacji są znacząco niższe, poniżej rzeczywistej emisji dwutlenku węgla na jednostkę produkcji – mówi Ernest Jelito. – Oczekujemy jednak, że w momencie, kiedy nastąpi zachwianie równowagi konkurencji, zostaniemy w jakiś sposób ochronieni przez rządzących, bo sami nie damy sobie rady.

Jak wynika z danych SPC, w Polsce cement wytwarzany jest w 14 zakładach należących do 9 producentów. Te bezpośrednio zatrudniają ok. 4 tys. osób, natomiast pośrednio generują ok. 25 tys. miejsc pracy. Dzięki dwóm dekadom i inwestycjom przekraczającym 10 mld złotych polskie zakłady cementowe należą do najnowocześniejszych w Europie.

Polski przemysł cementowy jest bardzo nowoczesny, w związku z tym nie potrzebujemy gwałtownych inwestycji w technologie. Natomiast przed nami jest digitalizacja, automatyzacja i produkty innowacyjne, żeby m.in. sprostać oczekiwaniom polityki klimatycznej, obniżyć emisję dwutlenku węgla – mówi Ernest Jelito.

Dane SPC pokazują, że od 2001 roku emisja dwutlenku węgla na 1 tonę klinkieru wynosiła 988 kg, natomiast w tej chwili jest na poziomie 807 kg, co oznacza 18-proc. redukcję. Około 2/3 emisji dwutlenku węgla z cementowni powstaje jednak podczas produkcji klinkieru – kiedy węglan wapnia jest rozkładany na tlenek wapnia i dwutlenek węgla, i tej emisji nie da się całkowicie wyeliminować.

Dzisiaj przemysł cementowy nie ma takiej technologii, którą w rewolucyjny sposób obniżamy emisję dwutlenku węgla. Natomiast staramy się to robić drobnymi krokami, które są dzisiaj w naszym zasięgu – staramy się obniżyć ilość klinkieru w cemencie, zużywać jak najwięcej biomasy. Szukamy też surowców, które już są zdekarbonizowane, czyli pozbawione dwutlenku węgla, i wykorzystujemy je w przemyśle cementowym. Dążymy też do obniżenia zużycia energii elektrycznej – wymienia Ernest Jelito.

Jak podkreśla, przemysł cementowy ma istotną rolę w zagospodarowaniu odpadów w Polsce. W formie paliw alternatywnych wykorzystuje on ok. 10 proc. odpadów komunalnych.

Jesteśmy znaczącym graczem na rynku paliw odpadowych, ale równocześnie zużywamy prawie 5 mln różnego typu surowców odpadowych czy produktów ubocznych, co mocno wpływa na gospodarkę tych materiałów w Polsce, obniżenie ich składowania czy też redukcję emisyjności – podkreśla Ernest Jelito.

Prezes Górażdże Cement podkreśla, że polskie cementownie w 100 proc. spełniają normy polityki klimatycznej UE i już w tej chwili należą do światowej czołówki pod względem redukcji wpływu na środowisko. Rozwijają m.in. technologię produkcji klinkieru, żeby zmniejszyć zużycie energii podczas produkcji.

– Z jednej strony rozumiemy politykę klimatyczną i robimy wszystko, żeby się w nią wpisać i obniżyć emisję dwutlenku węgla. Z drugiej strony podkreślamy też niską emisyjność wynikającą z używania betonu w budownictwie. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale beton w porównaniu do innych materiałów budowlanych charakteryzuje się niską emisyjnością i tzw. niskim śladem węglowym – mówi Ernest Jelito.

Polska jest w tej chwili 3. największym w Europie producentem cementu, po Niemczech i Włoszech. Branża jest w bardzo dobrej kondycji. Według danych GUS tylko w marcu produkcja zwiększyła się o 38,8 proc. w ujęciu rocznym i 82,8 proc. w ujęciu miesięcznym. W całym 2018 roku produkcja cementu w Polsce osiągnęła poziom 18,940 mln ton. To oznacza, że przekroczyła nawet rekordowy poziom z 2011 roku (18,7 mln ton), kiedy sprzedaż cementu napędzały inwestycje przed turniejem Euro 2012.

– Od dwóch lat mamy bardzo dobry rynek, zużycie cementu jest bardzo wysokie. Widzimy, że ten i przyszły rok będą na zbliżonym poziomie. Dziś mamy bardziej rozłożoną konsumpcję cementu na branżę budowlaną, infrastrukturę, również na prefabrykację, czyli jest stabilny wzrost we wszystkich sektorach –mówi Ernest Jelito. – Branża budowlana podąża za wzrostem gospodarczym, widzimy duże ożywienie w inwestycjach, nie tylko tych państwowych, infrastrukturalnych, lecz także w inwestycjach w różnego rodzaju powierzchnie magazynowe albo hale produkcyjne. Jesteśmy bezpośrednio związani ze wzrostem gospodarczym. Kiedy gospodarka się rozwija, przemysł cementowy tez to odczuwa.

Ziemniaki w sklepach muszą być znakowane symbolem flagi kraju pochodzenia. Weszły w życie nowe przepisy

Ziemniaki w sklepach muszą być znakowane symbolem flagi kraju pochodzenia. Weszły w życie nowe przepisy 8

Według rozporządzenia ministra rolnictwa przy sklepowych stoiskach z ziemniakami konsumenci powinni zobaczyć informację i flagę kraju, z którego pochodzą warzywa. Na razie dotyczy to tylko ziemniaków luzem, dla pakowanych regulacja zacznie obowiązywać od 2020 roku. Nowe przepisy mają wspierać konsumencki patriotyzm. Obowiązek znakowania i poinformowania klientów o kraju pochodzenia ziemniaków spoczywa głównie na sprzedawcach, ale na kolejne regulacje w zakresie znakowania żywności od 2020 roku muszą się przygotować też producenci.

 Konsumenci są coraz bardziej zainteresowani nie tylko tym, czy żywność jest zdrowa, lecz także tym, skąd pochodzi. Prawodawca mocno śledzi trendy konsumenckie i rzeczywiście – zarówno w Polsce, jak i innych krajach UE – wprowadzane są coraz to nowe regulacje w tym zakresie. Przykładowo, we Włoszech istnieje obowiązek informowania o  pochodzeniu ryżu albo mąki, z której został wyprodukowany makaron z pszenicy twardej. W Hiszpanii mamy obowiązek podawania pochodzenia mleka. Nasz prawodawca uznał, że dla polskiego konsumenta istotna jest informacja o pochodzeniu ziemniaków – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Szymecka-Wesołowska, prawnik, wspólnik w Centrum Prawa Żywnościowego.

26 maja br. weszła w życie nowa regulacja w zakresie znakowania pochodzenia ziemniaków w obrocie detalicznym. Odpowiednie rozporządzenie w tej sprawie pod koniec kwietna podpisał minister rolnictwa Krzysztof Ardanowski. Zmiana ma m.in. zapobiegać przepakowywaniu i sprzedawaniu zagranicznych warzyw jako polskie.

Nowe przepisy oznaczają, że we wszystkich sklepach i na straganach, przy stoiskach z ziemniakami, konsumenci powinni zobaczyć informację i flagę kraju, z którego pochodzą warzywa.

– W przypadku ziemniaków pakowanych ustawodawca daje trochę więcej czasu, ponieważ warzywa bez tej informacji na opakowaniu mogą być sprzedawane jeszcze do końca roku – mówi Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Obowiązek informowania o pochodzeniu ziemniaków będzie w głównej mierze ciążył na sprzedawcach. Ci muszą zadbać o to, żeby taka informacja znalazła się w dokumentach, które otrzymują od dostawców, a następnie przenieść ją na wywieszkę przy stoisku z warzywami.

– W przypadku ziemniaków pakowanych ta informacja powinna się znaleźć już bezpośrednio na opakowaniu – mówi Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Prawniczka ocenia, że celem nowych przepisów jest wspieranie konsumenckiego patriotyzmu, który coraz silnej zaznacza się na rynku żywności. Badanie Ipsos „Moda na polskość” pokazało, że 73 proc. Polaków stara się kupować krajowe produkty, a ponad połowa jest gotowa zapłacić więcej za produkt polski niż importowany.

 Ten nowy obowiązek nie wynika z tego, że polski ziemniak jest zdrowszy albo lepszej jakości niż ten pochodzący z Niemiec, Francji czy innego kraju. Chodzi bardziej o poinformowanie konsumenta, że to jest lokalny ziemniak. Są klienci, którzy zwracają na to szczególną uwagę – mówi Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Jak podkreśla, producenci na rynku spożywczym muszą się przygotować także na inne zmiany w zakresie deklarowania pochodzenia produktów. 1 kwietnia 2020 roku wchodzi w życie nowa regulacja, która wymusza obowiązek podawania pochodzenia podstawowego składnika produktu przetworzonego.

– Przykładowo, jeśli na sosie pomidorowym będziemy mieć informację: wyprodukowano w Polsce, bo rzeczywiście zakład przetwórczy przygotował ten sos w Polsce, ale pomidory pochodzą z Hiszpanii, to na etykiecie tego produktu producent powinien poinformować konsumenta o kraju pochodzeniu podstawowego składnika. Co ciekawe, producenci będą mieć tutaj kilka możliwości. Mogą napisać: „pomidory pochodzą z Hiszpanii”, „pomidory pochodzą z Unii Europejskiej”, albo „pomidory nie pochodzą z Polski”, więc wachlarz możliwości jest dość szeroki – mówi Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Ponad 2,3 mln odwiedzających Toruń. Przemysł turystyczny drugim największym pracodawcą w mieście

Ponad 2,3 mln odwiedzających Toruń. Przemysł turystyczny drugim największym pracodawcą w mieście 9

Toruń to nie tylko Kopernik i pierniki, o czym przekonuje się blisko 2 mln turystów. Ich liczba co roku rośnie. Sprzyja temu długi sezon turystyczny – choć szczyt przypada w sierpniu, goście odwiedzają Toruń praktycznie przez cały rok. Doceniają przede wszystkim atmosferę miasta – odrestaurowane zabytki, kamienice i ulice. Turyści chcą tu przyjeżdżać wielokrotnie, bo za każdym razem odkrywają coś nowego – podkreśla Szymon Wiśniewski, dyrektor Toruńskiej Informacji Turystycznej.

– Co roku do Torunia przyjeżdża ponad 2 mln turystów. Przede wszystkim są to Polacy, mniej więcej 20 proc. stanowią są goście z zagranicy. Co istotne, Toruń ma bardzo dobre opinie wśród turystów, którzy chętnie polecają miasto albo przyjeżdżają tutaj po raz kolejny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Wiśniewski, dyrektor Toruńskiej Informacji Turystycznej.

Z XIV edycji raportu Ośrodka Informacji Turystycznej z badań nad strukturą i wielkością przyjazdowego ruchu turystycznego wynika, że Toruń w 2018 roku odwiedziło 2,3 mln osób. Większość wyjeżdżała zadowolona – 97,7 proc. Polaków i 98,2 proc. osób zza granicy podało, że będzie rekomendować Toruń jako miasto, do którego warto przyjechać.

Przyjezdni zostawiają też w Toruniu coraz więcej pieniędzy – w 2018 roku było to średnio 251 zł (rok wcześniej – 218 zł). Zdecydowanie więcej, bo nawet 400 zł, zostawiają turyści spoza Polski.

Turystyka jest bardzo ważną gałęzią gospodarki w Toruniu. Według naszych szacunków przemysł turystyczny jest drugim największym pracodawcą w mieście po Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. To tysiące osób, które bezpośrednio są zaangażowane w pracy przy obsłudze ruchu turystycznego – wskazuje Szymon Wiśniewski.

GUS podaje, że w 2018 roku w Toruniu nocowało ponad 360 tys. osób. Według OIT ich liczba sięgała pół miliona. Rozwojowi turystyki sprzyja coraz szybciej rozwijająca się sieć noclegowa – obecnie dostępnych jest ok. 6 tys. miejsc noclegowych w 2,3 tys. pokoi. Coraz więcej jest apartamentów, zwłaszcza blisko centrum.

– Średnia długość pobytu w Toruniu to 1,56 dnia, czyli turyści z Polski spędzają tu średnio półtorej doby, natomiast zagraniczni – średnio prawie 3 doby. To jest zrozumiałe, przyjeżdżają tutaj z reguły raz, nie tak często jak Polacy i chcą tutaj spędzić więcej czasu, żeby lepiej poznać miasto – tłumaczy Szymon Wiśniewski.

Ponad 85 proc. turystów stanowią Polacy, zwłaszcza z województwa kujawsko-pomorskiego (35,2 proc.), mazowieckiego (12,5 proc.), pomorskiego (9,1 proc.), łódzkiego (7,7 proc.) i wielkopolskiego (7,6 proc.). Rośnie też liczba gości z zagranicy.

– Wśród gości zagranicznych, podobnie jak w całej Polsce, najczęściej mamy turystów z Niemiec. Stanowią oni ponad 40 proc. ogółu turystów zagranicznych odwiedzających Toruń – wskazuje Szymon Wiśniewski.

Goście przyjeżdżają niemal przez cały rok, choć jak przyznaje dyrektor TIT, szczyt sezonu przypada w lecie, przede wszystkim sierpniu.

– Sezon wydłużył się na przestrzeni ostatnich kilku lat. Możemy zauważyć, że zaczyna się w marcu, a kończy się około 11 listopada. Wszystko jest w dużej mierze uzależnione od pogody, ale generalnie sezon trwa od późnej zimy do końca jesieni – ocenia Wiśniewski.

Połowa turystów jako cel wizyty wskazała zwiedzanie. Większość z nich kojarzy Toruń z Mikołajem Kopernikiem i piernikami, ale największą zaletą miasta według odwiedzających jest jego atmosfera. Zwracają uwagę na odrestaurowane zabytki, kamienice i ulice.

 Magnesem przyciągającym do Torunia jest toruńska starówka, pierniki i Mikołaj Kopernik. Jedno z pytań, które zadajemy podczas ankiet, dotyczy tego, która to jest wizyta w Toruniu. Większość Polaków mówi, że to już jest dziesiąty raz i więcej. Zatem turyści ciągle chcą tu przyjeżdżać, bo ciągle odkrywają coś nowego – przekonuje Wiśniewski.

Jak podkreśla ekspert, Toruń to jednak nie tylko pierniki czy zabytki związane z Kopernikiem, lecz także szeroka oferta dla każdego.

 Planujemy dużą wystawę poświęconą dojrzewaniu młodzieży, która będzie częścią toruńskiego Młyna Wiedzy. To takie miejsce, gdzie można „dotknąć” nauki. Drugą inwestycją, której otwarcie jest planowane na wiosnę przyszłego roku, jest muzeum toruńskiej fortyfikacji – wymienia dyrektor TIT.