Dobra koniunktura w branży budowlanej trwa, potwierdzają to kwietniowe dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące produkcji budowlano-montażowej. Przekłada się ona również na powiązane branże, m.in. sprzedaż materiałów elektrotechnicznych, co potwierdzają rekordowe wyniki grupy TIM SA. Lider dystrybucji elektrotechniki w Polsce odnotował w I kwartale br. historycznie najlepsze wskaźniki finansowe, co w dużej mierze zawdzięcza sprzedaży online. Grupa zapowiada, że w kolejnych latach zamierza się uniezależnić od koniunktury w budowlance i do 2021 roku chce przekroczyć 1 mld zł ze sprzedaży.
Jak wynika z danych GUS, w kwietniu produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 17,4 proc. rdr., a w ujęciu miesięcznym była wyższa o 7,1 proc. Dobra koniunktura to m.in. efekt inwestycji infrastrukturalnych i wzrostów w budownictwie mieszkaniowym i przemysłowym.
– Dane GUS dotyczące sektora budowlanego wyglądają bardzo optymistycznie, ale w tym podsektorze, który jest kluczowy dla nas, czyli budynki, budowle, dynamika, maleje. Zauważam tę tendencję już od drugiego półrocza zeszłego roku i myślę, że ona będzie się pogłębiała. Nie sądzę, żeby zbliżała się recesja, ale dynamika wzrostu z kwartału na kwartał będzie coraz mniejsza – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Folta, prezes zarządu TIM SA.
Jak podkreśla Krzysztof Folta, grupa będzie kłaść duży nacisk na to, by uniezależnić się od sezonowości i koniunktury w budownictwie. Na razie dobra kondycja w tym sektorze przekłada się na inne, powiązane branże, w tym m.in. elektrotechnikę. Potwierdzają to rekordowe wyniki finansowe grupy TIM, która jest największym w Polsce dystrybutorem materiałów elektrotechnicznych.
– Pierwszy kwartał był rewelacyjny, po raz pierwszy w historii przekroczyliśmy 200 mln zł obrotów. Najważniejszym elementem jest wzrost sprzedaży o 7 proc. oraz prawie trzykrotny wzrost zysku ze sprzedaży. Z kolei zysk EBITDA grupy wzrósł ponad 2,5-krotnie. Głównym motorem wzrostu było poprawienie marży, która urosła nam o 2,9 pkt proc., co przy naszych obrotach oznacza bardzo duży skok – mówi Krzysztof Folta.
Za prawie 72 proc. obrotów odpowiada sprzedaż w internecie. Grupa TIM wprowadziła model online w 2014 roku.
– Już pod koniec ubiegłego roku pokazywaliśmy, że przejście z offline’u na online zaczyna działać. Po pięciu latach udało nam się przełamać złą passę w tym obszarze – model online’owy pozwala się nam rozwijać szybciej niż rynek i generuje zyski. Będziemy go rozwijać w najbliższym okresie – mówi Krzysztof Folta.
Jak podkreśla, grupa TIM była pionierem, wprowadzając online’owy model sprzedaży, ale w tym kierunku zacznie podążać niedługo cały rynek.
W kwietniu grupa przedstawiła również nową strategię rozwoju na lata 2019–2021. Dwa jej główne cele to osiągnięcie do 2021 roku rocznych przychodów na poziomie co najmniej 1 mld zł oraz rentowności EBITDA nie niższej niż 3,6 proc. W tym roku polski lider dystrybucji elektrotechniki prognozuje wzrost o 7 proc.
– Pierwszy kwartał potwierdził, że jesteśmy na dobrej drodze. Drugi element to nowe aktywności, których jeszcze nie uruchomiliśmy, ale chcemy to zrobić w tym roku, m.in. dropshipping, marketplace, segment B2B2C. Zakładamy, że te nowe aktywności przyniosą nam w 2021 roku 10 proc. sprzedaży. Myślę, że wszystkie cele zawarte w naszej strategii są realne, patrząc optymistycznie, możemy je nawet lekko przekroczyć – mówi Krzysztof Folta.
Do realizacji tych celów ma się przyczynić między innymi ekspansja geograficzna i produktowa grupy oraz większa rentowność sprzedaży, którą TIM zamierza osiągnąć m.in. dzięki poprawie obsługi klientów. Spółka będzie dalej rozwijać swój hybrydowy model biznesowy – oparty na połączeniu sprzedaży w e-commerce oraz tradycyjnej sieci, a także tworzyć alternatywne modele handlu materiałami elektrotechnicznymi. Te za dwa lata mają już odpowiadać za ok. 10 proc. całej sprzedaży grupy.
W ciągu dwóch najbliższych lat państwa członkowskie Unii Europejskiej muszą wdrożyć dyrektywę o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Przyjęta w połowie kwietnia regulacja wprowadza wiele zmian w zasadach publikowania treści w internecie oraz wzmacnia pozycję twórców względem globalnych koncernów, takich jak Facebook, YouTube czy Google. Ekspert kancelarii Gekko Taxens ocenia, że powody do zadowolenia będą mieć m.in. wydawcy, dziennikarze, twórcy czy artyści. W mniejszym stopniu natomiast operatorzy serwisów internetowych, dla których przyjęcie dyrektywy oznacza wzrost odpowiedzialności i dodatkowe obowiązki.
– Nowe przepisy jasno regulują kwestie związane z odpowiedzialnością poszczególnych uczestników obrotu prawami autorskimi. Przepisy te są z pewnością korzystne dla tych użytkowników, którzy korzystają z treści objętych prawami autorskimi w celach niezarobkowych, ponieważ ich obejmie licencja uzyskiwana przez operatorów serwisów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Pacuski, radca prawny w Gekko Taxens. – Licencja nie będzie pokrywała natomiast korzystania z treści objętych prawami autorskimi przez tych użytkowników, którzy korzystają z serwisów w celach zarobkowych.
Unijna dyrektywa o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym została przyjęta przez Parlament Europejski w ostatnim tygodniu marca br., a w połowie kwietnia zaakceptowana przez państwa członkowskie UE. Po opublikowaniu dyrektywy w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej państwa członkowskie – w tym Polska – będą miały dokładnie 24 miesiące na jej wdrożenie do krajowego ustawodawstwa.
Dyrektywa wprowadza wiele zmian w zasadach publikowania i monitorowania treści w internecie. Jak podkreśliła Komisja Europejska, nie dotyczy ona użytkowników korzystających z utworów w celach niezarobkowych. Ci – tak jak do tej pory – będą mogli wymieniać się treściami w mediach społecznościowych, zamieszczać memy i linkować łącza do stron internetowych i gazet. Regulacja ma przede wszystkim chronić interesy twórców i posiadaczy praw autorskich oraz praw pokrewnych w sieci, a także wzmocnić ich pozycję względem globalnych koncernów, takich jak Facebook, YouTube czy Google. Nie wprowadza natomiast żadnych nowych praw dla twórców i dziennikarzy – zapewnia im jedynie lepsze egzekwowanie praw już im przysługujących, takich jak np. prawo do wynagrodzenia za wykorzystanie ich utworów, prawo do żądania zablokowania i usunięcia utworu udostępnionego bez licencji.
Radca prawny Gekko Taxens podkreśla, że dyrektywa jest korzystna zarówno dla posiadaczy praw autorskich i praw pokrewnych – ponieważ oni będą głównymi beneficjentami opłat płynących z tytułu udzielenia licencji – jak i wydawców prasy.
– Dyrektywa daje wydawcom uprawnienie do wynagrodzenia za upublicznianie ich materiałów prasowych przez okres 2 lat od ich pierwszej publikacji – mówi Adam Pacuski.
Izba Wydawców Prasy oraz Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL w oficjalnym oświadczeniu poinformowały, że uchwalenie dyrektywy przez Parlament Europejski przyjęły z wielkim zadowoleniem i zadeklarowały chęć współpracy przy wdrożeniu nowych przepisów do polskiego ustawodawstwa.
Mniej powodów do zadowolenia będą mieć z kolei operatorzy serwisów internetowych, dla których przyjęcie dyrektywy oznacza wzrost odpowiedzialności i dodatkowe obowiązki.
– Przede wszystkim będą musieli informować, że w serwisach umożliwiają zapoznawanie się z twórczością chronioną prawem autorskim i prawami pokrewnymi. Następnie będą musieli spełnić obowiązek posiadania licencji, czyli zezwolenia uprawniających do tego, żeby takie treści w ich serwisach mogły być udostępniane – mówi Adam Pacuski.
Dyrektywa o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym modyfikuje zasady odpowiedzialności operatorów serwisów internetowych za treści objęte prawami autorskimi, które się na tych serwisach znajdują. Do tej pory operatorzy serwisów co do zasady nie ponosili za nie odpowiedzialności.
– Zasadniczo operatorzy serwisów internetowych będą zobligowani do posiadania licencji. Prawdopodobnie ta licencja nie obejmie wszystkich utworów, które będą w tych serwisach udostępniane. Stąd dyrektywa przewiduje, że jeżeli jakiś utwór nie jest objęty licencją, to operator serwisu będzie musiał wykazać, że dołożył należytych starań w celu jej uzyskania. Po drugie, będzie musiał wdrożyć procedury reagowania na zgłoszenie, że dany utwór nie jest taką licencją objęty. Po trzecie, będzie musiał wdrożyć procedury, które pozwolą mu zablokować korzystanie z tego utworu, a następnie usunąć go z serwisu na stałe – mówi radca prawny Gekko Taxens.
Dyrektywa Unii Europejskiej ma przystosować przepisy o prawach autorskich do nowych, cyfrowych realiów. Te są przestarzałe, przez co platformy internetowe i serwisy informacyjne są w uprzywilejowanej pozycji, podczas gdy prace artystów, wydawców wiadomości i dziennikarzy, którzy dostają za nie niewielkie wynagrodzenia, krążą bezpłatnie w sieci.
W ubiegłym tygodniu polski rząd zaskarżył nowe przepisy do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Dyrektywa jeszcze przed uchwaleniem budziła duże kontrowersje. Przez jej przeciwników, którzy obawiali się m.in. cenzury w internecie, została nazwana ACTA2. Najwięcej kontrowersji budziły art. 11. (wprowadzał obowiązek płacenia wydawcom za treści udostępniane przez globalne koncerny internetowe) oraz art. 13. dyrektywy (wprowadzał obowiązek filtrowania treści pod kątem praw autorskich). W końcówce ubiegłego roku organizacje z sześciu państw regionu Trójmorza, które reprezentują branżę cyfrową, wspólnie zaapelowały do rządów swoich krajów o zablokowanie propozycji zawartych w unijnej dyrektywie, które w ich opinii będą szkodliwe dla sektora kreatywnego i nowoczesnych technologii. Ostatecznie jednak ww. przepisom obok zmiany numerów porządkowych zmodyfikowano także redakcję, co pozwoliło lepiej oddać cel ich wprowadzenia i oddalić od nich krytykę wynikającą z niejasnej treści.
Technologie zmieniają przemysł lotniczy i turystykę. Klienci szukają destynacji, porównują ceny biletów albo robią rezerwacje już przede wszystkim online, więc linie lotnicze muszą się dostosowywać do tych nowych oczekiwań. Polskiego narodowego przewoźnika wspiera w tym Sabre – dostawca usług technologicznych dla ponad 400 linii lotniczych na całym świecie. Spółka podpisała właśnie z LOT-em strategiczne porozumienie, które dotyczy m.in. wspólnego rozwijania zaawansowanych rozwiązań technologicznych.
– W przemyśle lotniczym technologie informatyczne są dziś w centrum wszystkiego, co dzieje się w obszarze podróży. Nie tylko umożliwiają klientom znalezienie dobrych połączeń, lecz także dbają o to, żeby ich podróż była przyjemna i bez opóźnień. Mogą ją monitorować, mogą nią zarządzać, ich bagaż trafia we właściwe miejsce. Mogą też zarządzać swoimi rezerwacjami hotelowymi i to wszystko w ramach naszych systemów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Drzewiecki, dyrektor zarządzający Sabre w Polsce.
Sabre to wiodący dostawca technologii i rozwiązań IT dla branży lotniczej i turystycznej, który we wdrażaniu nowych rozwiązań wspomoże również polski LOT. W tym tygodniu spółka i narodowy przewoźnik odnowili partnerstwo strategiczne i podpisali porozumienie, które dotyczy m.in. umowy dystrybucyjnej oraz współpracy w zakresie wspólnego rozwijania zaawansowanych rozwiązań technologicznych.
– LOT współpracuje z Sabre od wielu lat. Podstawą naszej współpracy jest model dystrybucyjny Global Distribution System, który umożliwia nam sprzedaż biletów na ponad 60 rynkach na całym świecie. Korzystamy także z innych systemów, jak Sabre AirCentre Flight Plan Manager, który umożliwia optymalizację zasobów w organizacji podróży lotniczej, w planowaniu samolotów i szeregu innych elementów operacyjnych. Nasza współpraca została właśnie przedłużona i będzie rozwijana. Podpisaliśmy list dotyczący rozwoju nowych, innowacyjnych produktów, które mogą się przełożyć na większą przewagę konkurencyjną LOT-u – mówi Rafał Milczarski, prezes zarządu Polskich Linii Lotniczych LOT SA.
Przykładem rozwiązania, z którego korzysta narodowy przewoźnik, jest system Sabre Travel Network. Dostarcza on technologię w zakresie dystrybucji oferty LOT-u, czyli automatycznego połączenia taryf lotniczych, dostępności miejsc oraz rozkładu lotów. Pozwala to na sprzedaż biletów czy dodatkowych usług w najwyższych dostępnych standardach.
Jak podkreśla prezes LOT-u, technologie informatyczne już w tej chwili optymalizują tzw. customer journey na całym etapie podróży klienta, a w przyszłości będą odgrywać jeszcze większą rolę w rozwoju linii lotniczych. Ma to pomóc osiągnąć narodowemu przewoźnikowi strategiczne cele w najbliższej dekadzie.
– Docelowo chcemy być linią pierwszego wyboru dla całej środkowej Europy. W perspektywie 2030 roku chcemy bardzo istotnie rozwinąć skalę działalności i zacząć operować z Centralnego Portu Komunikacyjnego. Musimy być pionierami technologicznymi, żeby to wszystko osiągnąć. Potrzebujemy ogromu dobrze zintegrowanej technologii, ogromu pracy na big data, by to doświadczenie było naprawdę unikalne i by pasażerowie chcieli latać przez to lotnisko na pokładach LOT-u – podkreśla Rafał Milczarski.
– Dzięki jasnej strategii i silnemu zaangażowaniu zespołu, LOT osiągnął olbrzymi sukces na przestrzeni ostatnich kilku lat. Chcemy też odkrywać nowe obszary, gdzie za pomocą naszej technologii możemy wspierać rentowny wzrost i dalsze sukcesy LOT-u – podkreśla Sean Menke, prezes Sabre.
Sebastian Drzewiecki ocenia, że poziom cyfryzacji linii lotniczych na świecie jest w tej chwili satysfakcjonujący, ale wiele pozostaje jeszcze do zrobienia w obszarze doświadczeń klienta
– Już niedługo można będzie wyszukać cel podróży bez podawania destynacji, którą chcemy odwiedzić. Wystarczy podać np. że chcemy spędzić czas na plaży – mówi Sebastian Drzewiecki. – Linie lotnicze potrzebują dziś jeszcze lepszego dopasowania oferty dla klientów końcowych, żeby ci mogli spełniać swoje marzenia, nawet niekoniecznie wiedząc, kiedy, z kim i dokąd chcą podróżować.
W Krakowie od 2000 roku działa globalne centrum rozwoju oprogramowania Sabre Polska zatrudniające około 1 540 osób. Programiści z Polski odpowiadają za kluczowe projekty dla całej firmy, w tym za rozwiązania wspierające funkcjonalność linii lotniczych. Firma w najbliższym czasie planuje rozbudowanie krakowskiego centrum.
Leasing jest trzecią najczęściej wykorzystywaną przez małe firmy formą zewnętrznego finansowania. Jego popularność wzrosła o 8 pkt proc. na przestrzeni trzech ostatnich lat, a doświadczenie w korzystaniu z tej formy finansowania ma prawie co drugie przedsiębiorstwo – wynika z najnowszego badania Santander Leasing. Dla branży motorem napędowym pozostaje segment lekkich pojazdów, a na polskim rynku widać rosnące zainteresowanie finansowaniem typu captive, które wynika ze współpracy importera samochodów oraz instytucji finansowych.
– W grupie przedsiębiorstw zatrudniających do 49 pracowników, a więc w tej najważniejszej grupie z punktu widzenia polskiej gospodarki, leasing jest trzecim produktem wybieranym przez firmy do finansowania bieżącej działalności, zaraz po pożyczce bankowej i kredycie bankowym [tu odsetek wynosi 51 proc. – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Poręcki, dyrektor sprzedaży rynku vendorsko-dealerskiego w Santander Leasing.
Jak wynika z majowego raportu „Korzystanie z leasingu wśród małych firm w Polsce”, opracowanego przez Santander Leasing, 43 proc. firm deklaruje w tym roku doświadczenie bądź chęć skorzystania z produktu leasingowego. W tej grupie najaktywniejsze są firmy produkcyjne, wśród których zainteresowanie tego typu produktami wyraża 49 proc. Na drugim miejscu plasuje się branża budowlana (44 proc.) oraz handlowa (39 proc.). Leasing jest trzecią najczęściej wykorzystywaną przez małe firmy formą zewnętrznego finansowania, pod względem popularności wyprzedzając m.in. dotacje unijne i wsparcie zewnętrznych inwestorów.
– Tym, co nas niezwykle cieszy, jest dynamiczny rozwój zainteresowania przedsiębiorców produktami z naszej gamy. Porównując te wyniki do badania przeprowadzonego w 2016 roku, mamy wzrost zainteresowania o 8 pkt proc. Wtedy jedynie 35 proc. przedsiębiorców na polskim rynku wykazywało doświadczenie bądź zainteresowanie produktami leasingowymi – mówi Jakub Poręcki.
Z badania wynika też, że im większa firma, tym większa popularność leasingu – doświadczenie w korzystaniu z tej formy finansowania deklaruje 46 proc. firm zatrudniających od 10 do 49 pracowników, podczas gdy odsetek dla jednoosobowych działalności wynosi 37 proc.
Firmy raportujące do Związku Polskiego Leasingu sfinalizowały w ubiegłym roku transakcje o łącznej wartości 82,6 mld zł. Wzrost na poziomie 21,8 proc. roku do roku był najwyższy, jaki branża odnotowała od 11 lat. Natomiast łączna wartość umów obsługiwanych przez sektor leasingowy na koniec ubiegłego roku wyniosła 146,6 mld zł, co z kolei oznacza wzrost o 22,8 proc.
Główną kategorią finansowaną przez firmy leasingowe niezmiennie pozostają samochody osobowe do 3,5 tony. Ubiegły rok w tym segmencie był rekordowy – sfinalizowano transakcje o łącznej wartości przekraczającej 58,5 mld zł, co stanowiło prawie połowę polskiego rynku leasingowego. Do boomu w tym segmencie przyczyniły się m.in. zmiana od stycznia br. przepisów podatkowych w PIT i CIT, dotyczących używania samochodów w działalności gospodarczej.
– W segmencie samochodów lekkich ubiegły rok był również dla Santander Leasing bardzo dobry. Nasza dynamika wzrostów przekroczyła 45 proc. w porównaniu ze wzrostem całego rynku na poziomie 23 proc., tak więc samochody lekkie stanowią główne koło napędowe polskiego leasingu. Zaraz za tym segmentem jest transport ciężki, dalej natomiast maszyny i urządzenia – mówi Jakub Poręcki.
Na polskim rynku widać rosnące zainteresowanie finansowaniem typu captive, które jest efektem połączenia współpracy importera samochodów z instytucjami finansowymi. Santander Leasing chce się wpisać w ten rynkowy trend, w końcówce maja podpisał umowę, na mocy której został oficjalnym partnerem leasingowym marki Ford w Polsce. Dostarczy rozwiązania finansowe, narzędzia i obsługę dla sieci dealerskiej Forda w pełnym zakresie finansowania przedsiębiorców.
– Wierzymy, że ta współpraca przyniesie bardzo dużo korzyści, zarówno dla nas, jak i dla klientów finalnych. Dealerzy marki Ford będą obsługiwani przez zespół sprzedażowy Santander Leasing, zyskają dostęp do naszych elastycznych i bezpiecznych produktów finansowych oraz narzędzi do ich obsługi. Jestem głęboko przekonany, że te programy brandowe w najbliższym czasie będą się dynamicznie rozwijać – mówi dyrektor sprzedaży rynku vendorsko-dealerskiego w Santander Leasing.
W 2018 roku Polacy spędzili na zwolnieniach lekarskich blisko 243,7 mln dni. Najczęstszą przyczyną są infekcje dróg oddechowych i przewlekłe choroby układu ruchu. Koszty związane z nieobecnością w pracy liczone są w miliardach złotych, ponoszą je zarówno ZUS, jak i sami pracodawcy. Dzięki inwestycji w koordynowaną opiekę ambulatoryjną można je obniżyć nawet o 15,6 mld zł – wynika z raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013–2017” opracowanego przez Medicover Polska. Dla pracodawcy oznacza to oszczędność rzędu 1 tys. zł na każdego pracownika rocznie.
– Każda absencja kosztuje pracodawcę. W momencie, kiedy pracownicy nie przychodzą do pracy, jest to ewidentna strata dla pracodawcy. W związku z tym, jeśli zaopiekujemy się dobrze pracownikami i będą oni utrzymywani w zdrowiu, absencja będzie spadała, dzięki temu pracodawca będzie oszczędzał – podkreśla Artur Białkowski, Dyrektor Zarządzający Medicover Polska.
Z danych ZUS wynika, że w 2018 roku Polacy spędzili na zwolnieniach lekarskich 243,7 mln dni. Biorąc pod uwagę fakt, że liczba osób zatrudnionych sięga 17 mln, oznacza to, że przeciętny pracownik spędził na chorobowym ok. 14,3 dni. Wprawdzie chorujemy krócej, ale częściej – w ubiegłym roku lekarze wystawili rekordowe 20 mln zwolnień. Koszty absencji chorobowej i nieefektywnej obecności w pracy (tzw. prezenteizmu) liczone są w miliardach złotych. Części kosztów można byłoby uniknąć.
– Skoordynowana opieka medyczna, którą oferuje Medicover, powoduje, że pracodawca ma oszczędność rzędu 1 004 zł średnio na każdym pracowniku w skali roku – ocenia Artur Białkowski.
Z raportu Medicover Polska wynika, że gdyby wszyscy pracownicy mieli dostęp do koordynowanej opieki ambulatoryjnej, łącznie można byłoby zaoszczędzić 15,6 mld zł w skali roku. To wzrost o 4,6 mld zł, czyli 28 proc. w stosunku do poprzedniego raportu przybliżającego perspektywę 2012–2016.
– Absencja może być mniejsza, bo oferujemy coraz bardziej innowacyjne rozwiązania uzyskiwania porady medycznej, chociażby poprzez rozwiązania telemedyczne. Dzięki temu pracownik szybko uzyskuje konsultację medyczną, szybko zaczyna być leczony, więc jego absencja jest coraz krótsza – tłumaczy Artur Białkowski.
Efektywna opieka medyczna musi być dopasowana do realnych potrzeb polskich pracowników, to zaś wymaga lepszej współpracy na linii lekarz – pacjent i dostępu do koordynowanej opieki zdrowotnej. Istotne jest również przestrzeganie zaleceń przez pacjenta.
– Efektywna opieka nad pracownikiem, który ma problem zdrowotny, polega na tym, że analizujemy dokładnie, jaka jest jego potrzeba. Przy infekcjach oddechowych organizujemy krótkie wizyty z dużą dostępnością tak, żeby każda osoba, która ma katar, mogła szybko się do nas dostać i uzyskać oczekiwaną pomoc. U osób, które nie dostaną się do lekarza, rozwijają się powikłania, i to już nie jest efektywna opieka – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska, kierownik ds. profilaktyki i medycyny pracy w Medicover Polska.
W Polsce najczęstszą przyczyną nieobecności w pracy, które generują największe koszty, są infekcje górnych dróg oddechowych (26 proc. zwolnień). Powodują one liczne, krótkotrwałe zwolnienia lekarskie, głównie w sezonie jesienno-zimowym. Zwolnienia lekarskie z powodu infekcji dróg oddechowych w Medicover są średnio o 1/3 krótsze od zwolnień wystawianych w całej Polsce, a koszt choroby to 620 zł przy 807 zł w przypadku przeciętnego pracownika.
– Innym przykładem efektywnej opieki jest to, że pacjent z bólem pleców trafia bezpośrednio do rehabilitanta, fizykoterapeuty, który potrafi udzielić mu efektywnej pomocy. Nie trafia do lekarza, na rentgen, a potem w wiele innych miejsc, tylko bezpośrednio tam, gdzie pomoc jest najefektywniejsza – przekonuje dr Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska.
Przewlekłe choroby układu ruchu i urazy stanowią kolejne najczęstsze przyczyny zwolnień (po 8 proc.). Do najczęściej występujących chorób układu ruchu należą bóle pleców, choroba zwyrodnieniowa kręgosłupa oraz choroby zwyrodnieniowe stawów. W przypadku bólów pleców koszt na jednego pracownika pod opieką Medicover jest prawie 4 razy niższy niż w przypadku przeciętnego pracownika w Polsce (194 do 775 zł).
– W Medicover od wielu lat mamy wskaźniki jakości klinicznej dotyczące konkretnych chorób. Jeśli mamy osoby z nadciśnieniem, to są one dobrze leczone wtedy, kiedy mają prawidłowe wartości ciśnienia. Taki jest wskaźnik jakości klinicznej – tłumaczy dr Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska. – Nasze efekty, również kosztowe, są ściśle związane z jakością. Potrafimy pokazać, że jakość się opłaca.
W naszym Układzie Słonecznym krąży ok. 600 tys. asteroid. Spośród nich blisko 20 tys. to obiekty bliskie Ziemi, z których 861 znajduje się na liście ryzyka Europejskiej Agencji Kosmicznej. To zaś oznacza, że tych kilkaset asteroid jest obserwowanych bardzo uważnie, bo potencjalnie zderzenie z nimi może mieć katastrofalne skutki dla całej planety. Niedawno odkryta asteroida 2018XB4, o średnicy 70 metrów, może spaść na Ziemię 22 czerwca 2092 roku. Ryzyko wynosi 1 do niemal 7 tys., tym samym jest więc jedną z bardziej niebezpiecznych w najbliższej przyszłości.
– Pod koniec zeszłego roku naukowcy odkryli kolejną asteroidę, która może nam zagrażać – 2018XB4. Asteroidy są tak numerowane ze względu na to, że jest ich naprawdę dużo i trudno byłoby każdej z osobna nadawać nazwę, choć myślę, że ta niebawem zyska nową nazwę, która będzie imieniem jakiejś bogini, nawiązaniem do mitologii czy dawnych wierzeń, dlatego że to jest asteroida, która może nam poważnie zagrozić w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat – mówi agencji Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Centrum Nauki Kopernik.
Z danych europejskiej agencji kosmicznej ESA wynika, że obecnie w Układzie Słonecznym krąży blisko 600 tys. asteroid. Część z nich znajduje się na tyle blisko Ziemi, że potencjalnie mogą być niebezpieczne, choć ich trajektoria nie pozwala na razie sądzić, że zderzą się z naszą planetą. Na liście ryzykownych obiektów ESA znajduje się obecnie dokładnie 861 niebezpiecznych obiektów kosmicznych. Asteroida 2018XB4 znajduje się w czołówce, jednak nie jest jedyną, która może zagrozić przyszłości Ziemi.
– Prawdopodobieństwo, że ta asteroida w nas uderzy jest 1 do prawie 7 tys. Nam się wydaje, że to jest bardzo małe prawdopodobieństwo, bo z naszego punktu widzenia to naprawdę mała szansa. Ale z drugiej strony dla naukowców to ogromne zagrożenie, bo nie znają dokładnej trajektorii takiego obiektu, badają, sprawdzają, jak ona się porusza. Z czasem obliczenia są dokładniejsze i okazuje się, że rozrzut błędu jest dosyć duży, więc ten margines, jaki zachowują naukowcy, jest duży – tłumaczy Mateusz Borkowicz.
Już 12 października 2017 roku 20-metrowa asteroida minęła Ziemię zaledwie o 50 tys. kilometrów. Przez całe tygodnie dziesiątki astronomów z laboratoriów na całym świecie sprawdzało prędkość, szacowało trajektorię lotu, aby przygotować się na uderzenie i wyliczyć dokładnie miejsce, w które mogłaby uderzyć. W momencie odkrycia astronomowie wiedzieli, że w rzeczywistości nie stanowi ona zagrożenia dla Ziemi. Ale wykorzystali przelot jako ćwiczenie, aby przetestować zdolność astronomów do szybkiego koordynowania ogólnoświatowej kampanii obserwacyjnej.
– Szanse zderzenia z takimi obiektami są od 1 do kilku tysięcy, do 1 do wielu milionów, czyli naprawdę niewielkie. Ale potencjalnie takie obiekty mogą stanowić zagrożenie, gdyby zderzyły się z innymi obiektami i zmieniły trajektorię. Wtedy musimy je dokładnie badać i monitorować. Naukowcy odkrywają nowe asteroidy, w przyszłości musimy się na to przygotować. Bo statystycznie rzecz biorąc od czasów dinozaurów, przynajmniej raz coś powinno spaść na Ziemię, na tyle dużego, żeby nam naprawdę zagrozić – ocenia ekspert.
W 1972 roku 10-metrowa asteroida ominęła Ziemię w odległości zaledwie 57 km. W 2006 roku ogromny 100-metrowy głaz minął Tokio o nieco ponad 70 km. To, jakie straty może spowodować obiekt kosmiczny, przekonaliśmy się w 2013 roku, kiedy nad obwodem czelabińskim, po wejściu w ziemską atmosferę, 17 metrowy meteoryt rozpadł się na małe części. Powstała w wyniku przelotu i eksplozji silna fala uderzeniowa spowodowała znaczne straty.
Obecnie – według naukowców – najniebezpieczniejsza dla Ziemi jest zaledwie 9-metrowa asteroida 2010RF12, która może uderzyć w Ziemię 5 września 2095 roku, a prawdopodobieństwo wynosi aż 1 do 16. Jej odkrycie było możliwe dzięki coraz lepszym teleskopom i dokładniejszym zdjęciom.
– W przeszłości było to trudne do wykrycia. Trudno było wykryć obiekty, które mają średnicę kilku, kilkunastu kilometrów. Technologia postępuje, i kto wie, być może za 10 lat będziemy w stanie wykrywać odległe, bardzo małe asteroidy, tak małe, że w sumie nie będą nam wcale groziły, ale będziemy mogli przewidzieć zjawisko wejścia w atmosferę takiego meteoroidu. Będziemy mogli wtedy przewidzieć zjawisko bolidu, czyli bardzo jasnego meteoru na niebie – podkreśla Mateusz Borkowicz.
Kiedy mamy kilka kredytów, co miesiąc musimy pamiętać o spłacie kilku rat, które często są dużym obciążeniem domowego budżetu. Zaczynamy wówczas szukać rozwiązań, które ten budżet nieco odciążą a nam pozwolą odetchnąć. Jedną z takich możliwości jest kredyt konsolidacyjny, który polega na połączeniu w jedną ratę wszystkich posiadanych zobowiązań. Kredytem konsolidacyjnym możemy spłacić kredyt gotówkowy, hipoteczny, samochodowy, kredyty ratalne, zadłużenie na karcie kredytowej a także limit w koncie.
Kiedy mamy kilka kredytów, co miesiąc musimy pamiętać o spłacie kilku rat, które często są dużym obciążeniem domowego budżetu. Zaczynamy wówczas szukać rozwiązań, które ten budżet nieco odciążą a nam pozwolą odetchnąć. Jedną z takich możliwości jest kredyt konsolidacyjny, który polega na połączeniu w jedną ratę wszystkich posiadanych zobowiązań. Kredytem konsolidacyjnym możemy spłacić kredyt gotówkowy, hipoteczny, samochodowy, kredyty ratalne, zadłużenie na karcie kredytowej a także limit w koncie.
Co daje kredyt konsolidacyjny? – więcej porad na niskarata.org W sytuacji gdy miesięcznie mamy do spłaty kilka różnych zobowiązań, konsolidacja połączy je w jedno zobowiązanie, przez co zarządzanie domowym budżetem będzie znacznie łatwiejsze. Dużym plusem jest również obniżenie miesięcznej raty, czyli jedna rata będzie mniejsza niż suma wcześniejszych miesięcznych zobowiązań. Taką możliwość daje wydłużenie okresu kredytowania. Wiąże się to jednak z dodatkowymi kosztami, ponieważ dłuższy okres spłaty zobowiązania to równocześnie konieczność spłaty wyższych odsetek. Jeśli więc chcemy wykorzystać konsolidację aby zaoszczędzić, to niekoniecznie będzie to dobre posunięcie. Wszystko zależy od dokładnej analizy kosztów. Jednak gdy bardziej zależy nam na podreperowaniu domowych finansów i płacenie mniejszej raty kosztem dłuższego okresu spłaty, to konsolidacja na pewno będzie tutaj pomocna.
Na co bank zwróci uwagę? Procedury bankowe są zbliżone do innych procedur kredytowych. Z pewnością bank zacznie od analizy naszej sytuacji finansowej aby określić zdolność kredytową. Sprawdzi też historię kredytową i naszą rzetelność jako kredytobiorcy. Wszystkie niezbędne dane znajdzie w Biurze Informacji Kredytowej, więc nie warto nic ukrywać. Oprócz tego bank może poprosić o zaświadczenie o dochodach, które otrzymamy od pracodawcy, wyciąg z konta osobistego, jak również o umowy kredytowe zobowiązań, które chcemy skonsolidować.
Co jest ważne dla kredytobiorcy? Zanim zdecydujemy się na kredyt konsolidacyjny porównajmy kilka ofert z różnych banków. W dobie internetu wcale nie jest to trudne i czasochłonne. W ogóle nie musimy wychodzić z domu aby zapoznać się chociażby ze wstępnymi informacjami. Poza tym w każdym banku działa infolinia, dzięki czemu uzyskamy odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Im więcej będziemy wiedzieć, tym mniej nas później zaskoczy. Szczególną uwagę zwróćmy więc na wysokość raty po konsolidacji, całkowitą kwotę kredytu i wymagane zabezpieczenie. Z taką wiedzą możemy wybrać najkorzystniejszy kredyt konsolidacyjny.
Żyjemy w czasach nieustannie zmieniającej się przestrzeni miejskiej. Ma to bezpośredni związek z coraz częstszymi procesami rewitalizacyjnymi obejmującymi zasłużone miejsca i budynki. Powodem tego jest fakt, iż odnowa historycznych dzielnic dużych miast to proces o ogromnym potencjalne ekonomicznym i kulturowym. Działania prowadzone w wielu miastach pokazują, że dzięki rewitalizacji, możliwa jest poprawa jakości przestrzeni publicznej, która idzie w parze z zachowaniem klasycznego, historycznego charakteru miejsca, a także wprowadzeniem do wnętrz rewitalizowanych budynków nowych funkcji. Udowadnia to również gdańskie Młode Miasto, gdzie już niedługo w miejscu pierwszej przemysłowej fabryki chleba powstanie nowoczesny apartamentowiec Chlebova.
Na początek należy zadać fundamentalne pytanie: czym tak naprawdę jest rewitalizacja?
Wyrażenie to często niesie ze sobą skojarzenia, które nie są do końca słuszne lub nie oddają w pełni jego definicji. Rewitalizacja często utożsamiana jest z remontem, przez co jej charakter postrzegany jest jednostkowo – jako odnowa historycznego obiektu, który z biegiem czasu utracił swój urok, blask i koloryt oraz ponowne wprowadzenie w jego progi mieszkańców. Rzeczywistość pokazuje, że proces ten ma dużo bardziej złożony charakter.
Rewitalizację powinniśmy postrzegać jako całokształt procesów, które mają na celu przywrócenie do życia istniejących przestrzeni zurbanizowanych, np. odbudowę lub przebudowę niegdyś tętniących życiem obszarów miejskich, które zostały zdegradowane w wyniku działań wojennych lub też powojennych dewastacji, zaniedbań czy rozbiórek. Należy pamiętać również, że rewitalizacja to pojęcie odnoszące się bezpośrednio do funkcjonowania organizmu miejskiego w sferze ekonomicznej, ekologicznej, czy planistyczno-przestrzennej. Co za tym idzie, nie powinniśmy postrzegać jej jako procesu wyłącznie architektonicznego.
Niegdyś praktyką była jedynie odnowa fasad obiektu. Obecnie coraz częstszą praktyką jest diametralna zmiana jego pierwotnej funkcji. Przykładem są dawne fabryki czy browary zamieniane na ośrodki kultury, miejsca spotkań, budynki mieszkalne, a nawet centra biznesowe. Bywa, że rewitalizacja obejmuje również całe dzielnice, które posiadają wspaniałą historię, a przez ostatnie dekady były zaniedbywane. Dzięki temu historyczne części miast otrzymują zasłużone, nowe życie.
Tendencje pokazują, że rewitalizacja jest coraz częściej wykorzystywanym narzędziem poprawiającym jakość przestrzeni publicznej. Nie brakuje udanych inwestycji, które są połączeniem trzech aspektów – nowoczesności, historii i prestiżu. Również polskie pracownie coraz częściej pokazują jak wielką moc sprawczą niesie za sobą rewitalizacja.
Podejmując się stworzenia jakiegoś projektu, zawsze stawiamy na autentyczną opowieść, dlatego sięgamy do materiałów historycznych, ale też zwiedzamy skanseny, czy pozyskujemy informacje o danej kulturze. Swoiste łączenie starego z nowym wymaga pewnego estetycznego wyczucia – należy bardzo uważać, żeby nie przesadzić i nie przerysować takiego wnętrza, ponieważ w ten sposób powstanie coś na kształt teatru, a ludzie nie czują się dobrze w takich wnętrzach. – mówi Łukasz Koziana, architekt, założyciel pracowni Iliard Architecture & Interior Design.
Jestem zdania, że historyczne elementy powinny być zintegrowane z nową tkanką. Najlepiej w świeżej, zaskakującej funkcji czy odsłonie. Oczywiście są obiekty czy detale, które należy chronić jak zabytki. Mistrzowskie, moim zdaniem, przykłady integracji nowych rozwiązań w starych budynkach są autorstwa Normana Fostera. To, np. British Museum czy przebudowa Reichstagu – uważa Prezes Zarządu sopockiej pracowni architektonicznej Roark Studio.
Taka synteza wymaga od architektów nie tylko estetycznego wyczucia ale również ogromnych umiejętności. W końcu łączenie tradycji z nowoczesnością teoretycznie jest czymś w rodzaju spotkania dwóch przeciwstawnych światów. Praktyka pokazuje, że to spotkanie nie tylko jest możliwe ale również potrafi obudzić w miejscu uśpiony potencjał ekonomiczny oraz kulturalny. Nietrudno znaleźć przykłady udanych rewitalizacji. Za kolejny przykład udanej rewitalizacji może posłużyć dzielnica portowa Docklands we wschodnim Londynie.
Zniszczone w bombardowaniach podczas II wojny światowej i niezdolne do pomieszczenia większych statków doki postanowiono poddać rewitalizacji. W 1981r. całkowicie zmieniono charakter tego miejsca, a najbardziej zauważalnym efektem miało być Canary Wharf – największy kompleks biurowy w Wielkiej Brytanii. Dziś to miejsce jest siedzibą największych banków komercyjnych oraz przedsiębiorstw medialnych na świecie, przez co bez problemu konkuruje ze słynnym City of London o miano biznesowego centrum Londynu. Ta część miasta stała się również popularnym miejscem do życia, o czym najlepiej świadczy fakt, że w ciągu ostatnich 20 lat liczba mieszkańców Docklands podwoiła się.
Przykładów rewitalizacji nie brakuje również w Polsce. Tendencja, jaką możemy zauważyć, dotyczy przede wszystkim obszarów śródmiejskich m.in. w Krakowie, Warszawie, Gdańsku, czy Łodzi. Na uwagę zasługuje stolica, w której obszar rewitalizacji objął ponad 11% powierzchni, zamieszkałej przez blisko 31% mieszkańców miasta. Celem działań infrastrukturalnych i społecznych było nie tylko przywrócenie funkcji, które zostały utracone ale także stworzenie warunków sprzyjających dalszemu rozwojowi. Równolegle do prowadzonych prac remontowo-budowlanych, zaangażowano mieszkańców, stowarzyszenia, wspólnoty mieszkaniowe oraz przedsiębiorców. Dzięki pracom rewitalizacyjnym wiele obiektów i przestrzeni publicznych uzyskało nowe funkcje, a mieszkańcy mogą ponownie wykorzystywać ich potencjał.
Niezwykle emocjonująco zapowiadają się nowe inwestycje, które mają na celu połączenie nowoczesnego designu oraz tradycji. Przykładem swoistej reinterpretacji historii jest gdańskie Młode Miasto, które obejmuje poprzemysłowe obszary położone nad Motławą w bliskim sąsiedztwie Starego Miasta. Rewitalizacja Młodego Miasta ma obejmować 73 ha terenu po dawnej Stoczni Gdańskiej. Wykorzystanie dawnych hal stoczniowych oraz budowa obiektów hotelowych, biurowych i mieszkalnych ma sprawić, że nowa dzielnica Gdańska ma stać się nową wizytówką miasta.
Ważną zapowiedzią tego, co wydarzy się na terenie Młodego Miasta staje się inwestycja o nazwie Chlebova, prowadzona obecnie przez spółkę NDI Development. Za projekt odpowiada sopocka pracownia Roark Studio. Nowoczesny apartamentowiec stanie w miejscu Germania Brotfabrik, czyli pierwszej przemysłowej fabryki chleba w Gdańsku.
Przygotowywana inwestycja to z pewnością unikalny projekt. Znajduje się jednocześnie w centrum miasta i na uboczu zapewniającym kameralność. Bezpośredni kontakt z nabrzeżem z pewnością zainteresuje wszystkich, którzy kochają wodną rekreację. Pobliska przystań jachtowa pozwoli im spełnić marzenia o stałym dostępie do wody praktycznie o krok od ich miejsca zamieszkania. – mówi Arkadiusz Zalaszewski – kierownik ds. Inwestycji NDI Development.
Dodatkową wartością wnętrz budynku mają stać się zabytkowe elementy odzyskane podczas wyburzeń. Będą to m. in. cegły, lampy, elementy klatki schodowej, maszyn i komina. Każdy z nich opatrzony zostanie ciekawostkami lub opisami, które uwydatnią historyczny charakter miejsca.
Chlebova to nie tylko apartamenty. Na najniższej kondygnacji przewidziano lokale usługowe. Nieco wyżej, na pierwszym piętrze, znajdą się mniejsze mieszkania pod wynajem. Można tę strefę traktować jako miejsce dla klientów inwestycyjnych. Dopiero wyższe kondygnacje zaprojektowane zostały z myślą o większych metrażach. Chlebova to miejsce, które oferuje nie tylko prestiżową lokalizację ale również widok na Motławę, Muzeum II Wojny Światowej i inne symboliczne gdańskie budynki. To ukłon w stronę wszystkich klientów, którzy przywiązują wagę do historycznego charakteru Młodego Miasta. Wspaniała panorama Głównego Miasta będzie widoczna z perspektywy tarasu wypoczynkowego, który znajdzie się na najwyższej kondygnacji. W obiekcie planowana jest również bawialnia dla dzieci, strefa fitness oraz business lounge. Planowany termin oddania apartamentów do użytku to połowa 2020 r.
“Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia” – powiedzenie to często przywołują w pamięci osoby, które myślą o zmianie dotychczasowego zawodu. Wolnorynkowa rzeczywistość jest jednak brutalna, a żadne stanowisko samo z siebie nie gwarantuje nikomu poczucia spełnienia zawodowego. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: na nic przyda się wymarzona profesja, jeśli zatrudnimy się w firmie, której wartości i struktura organizacyjna mijają się z naszymi preferencjami.
Wielu ekspertów staje często przed nie lada dylematem: przymknąć oko na kulturę organizacyjną, czy może zaryzykować i szukać firmy, z którą od razu zaiskrzy? Dylemat ten oczywiście nigdy nie jest zerojedynkowy, a każdy z nas ma zróżnicowane motywacje i cele zawodowe. Niemniej jednak warto pamiętać, że rosnące w siłę zjawisko wypalenia zawodowego ma swoje źródło nie tylko w specyfice danej profesji, ale również wartościach firmy, w której ją wykonujemy. Na co zatem zwrócić uwagę podczas poszukiwania wymarzonej organizacji aby nie trafić do złotej klatki?
Kultura organizacyjna – jedyna rzecz, której nie można sfabrykować
Kultura firmy jest unikalna i nie sposób jej podrobić. Dzieje się tak dlatego, ponieważ jej rozwój zależy od wszystkich osób w organizacji i tworzy ją atmosfera pracy, charakter zatrudnionych osób, sposoby rozwiązywania konfliktów czy otwartość na zmiany. To właśnie z kulturą pracownicy się identyfikują, to dla niej są w stanie podejmować nowe wyzwania nawet wtedy, kiedy okazują się niezwykle wymagające. Warto pamiętać o tym, że ta specyficzna atmosfera po prostu rozchodzi się w powietrzu i jest wyczuwalna na korytarzach – intuicja zazwyczaj szybko podpowiada nam, czy znajdujemy się we właściwym miejscu i czy chcemy w nim związać swoje dalsze zawodowe losy.
Rozwój zawodowy, a więc i satysfakcjonująca praca to zdecydowanie coś więcej niż czterdziestogodzinny tydzień pracy i godna wypłata. Nikt z nas nie lubi mieć poczucia zmarnowanego czasu, tym bardziej w miejscu, któremu dedykuje tak ogromny kawałek życia. Dlatego też to właśnie firmy, w których od progu wyczuwalna jest pasja do tworzenia i brak zgody na bezproduktywne zmarnowanie choćby jednej godziny, są tak cenione przez najlepszych specjalistów.
– Od początku stawialiśmy sobie za cel stworzenie firmy, która chce stworzyć coś wielkiego, coś unikatowego i rozpoznawalnego w wybranym sektorze. Firmy, która skupia się na robieniu rzeczy SMART, czyli automatyzujących, wspomagających pracę i wypełniających nisze, które przez wielu są niedostrzegane. Stawialiśmy także na płaską strukturę, w której osoby pracujące mają bezpośredni kontakt z osobami zarządzającymi firmą, a ich zdanie wpływa na kierunek działania firmy. Dzięki temu istniejemy już 10 lat i wciąż się rozwijamy, bo wierzymy, że zawsze można spróbować zrobić coś lepiej, bardziej efektywnie, bo po prostu słuchamy ludzi, których zatrudniamy – tłumaczy Edyta Wojtas, wiceprezes i analityk biznesowy w BrainSHARE IT.
Nie jest również tajemnicą, że nawet najwyższe kompetencje pracownika przegrywają w zestawieniu z dopasowaniem do profilu firmy. Aby na linii specjalista – organizacja powstała swoista chemia, ludzie muszą do organizacyjnej kultury “pasować”. Tak do zespołu, w którym funkcjonują, jak i do wyznawanych wartości czy nawet sposobu pracy. Na nic zda się ekspercka wiedza i ponadprzeciętne umiejętności, kiedy firma nie będzie mogła ich w pełni wykorzystać. Taki nietrafiony wybór szybko rodzi także frustrację samego pracownika, który czuje się niezrozumiany.
Pracodawco, zauważ mnie!
Choć celem każdej firmy jest zarabianie pieniędzy, to warto jednak swój czas poświęcać tym organizacjom, dla których zespół to nie tylko “zasób” i które rozumieją złożoność ludzkiej natury. Każdy człowiek jest unikalny, ma umiejętności, mocne i słabe strony, a przede wszystkim posiada zestaw emocji. Właściwe zarządzanie to wybieranie odpowiednich osób do odpowiednich zadań. Nie ma osób dobrych we wszystkim i to jest w świecie najciekawsze. To co jednak jest wspólne dla tej całej masy pojedynczych jednostek, to chęć bycia zauważonym. W pracy może się to wyrażać poprzez pochwałę, liczenie się ze zdaniem danej osoby, a nawet zainteresowanie się stanem jej samopoczucia w danym dniu przez kolegę z pracy.
– Z punktu widzenia szefostwa jest to niezwykle trudne, aby nikt nie poczuł się „niewidzialny”. Kiedy nasza firma miała 6-8 pracowników wszyscy znaliśmy się bardzo dobrze. Relacja pomiędzy osobami była bardzo bezpośrednia i otwarta, co też bardzo ułatwiało nawet w sytuacjach kryzysowych, kiedy należało przekazać krytykę i ulepszyć proces, który zawiódł. Teraz, gdy firma liczy już 35 osób utrzymać to jest dużo trudniej. Bardzo dużo pracy wkładamy w to, aby współpracownicy czuli się widoczni i potrzebni, a ich zdanie miało znaczenie. I jak we wszystkim odnosimy w tym sukcesy i porażki – dodaje Edyta Wojtas z BrainSHARE IT.
Duma z produktu, czyli duch Google w MŚP
Niezależnie od tego, czy firma tworzy produkt niezwykle unikalny w skali kraju, czy zajmuje się np. doradztwem lub outsourcingiem, bardzo ważnym elementem jej działalności jest duma z tego, w czym się specjalizuje. Poczucie dumy integruje i wpływa na resztę pracowników, zwiększa ich zawodową pewność siebie. Trudno wyobrazić sobie zadowolonego pracownika, który musi sprzedawać produkt, w który po prostu nie wierzy.
Praca w organizacji, w której tylko zarząd podpisuje się pod jej główną wizją, to prosta droga do wypalenia zawodowego. Stworzenie firmy, w której pracownicy ekscytują się produktem, proaktywnie biorą udział w jego rozwoju i przede wszystkim są do niego absolutnie przekonani, jest bardzo trudne ale możliwe. Wpływa na to przede wszystkim kultura organizacyjna i atmosfera sprzyjająca tworzeniu oraz popełnianiu błędów, bez których rozwój całego przedsiębiorstwa nie ma racji bytu. To właśnie umiejętność szerszego spojrzenia na własny biznes oraz wspierania sugestii pracowników i klientów co do dalszego rozwoju jest miarą biznesowej dojrzałości.
• Na dzisiejszym posiedzeniu rząd ma zająć się projektem ustawy powołującej Rzecznika Praw Podatnika.
• Zdaniem Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan jego powołanie zasługuje na poparcie, ponieważ obecnie prawa podatników nie są odpowiednio chronione.
• Wątpliwości budzi umiejscowienie go de facto w strukturach organów podatkowych, czy prawo odwołania rzecznika, przysługujące ministrowi finansów, bowiem może ograniczyć to jego swobodę.
Projekt ustawy o Rzeczniku Praw Podatnika zakłada utworzenie profesjonalnej instytucji, której celem ma być ochrona szeroko pojętych praw podatników. Rzecznik ma przyczynić się do zwiększenia poczucia bezpieczeństwa podatników w kontaktach z administracją skarbową, wzmocnić ich pozycję, zniwelować dysproporcję pomiędzy uprawnieniami organów skarbowych a możliwościami obrony obywateli.
Przemysław Pruszyński, Konfederacja Lewiatan
– Pozytywnie oceniamy propozycję utworzenia instytucji Rzecznika Praw Podatnika. Ale niepokoi nas umiejscowienie go w strukturach organów podatkowych. Rzecznik powoływany będzie przez premiera na wniosek ministra finansów. Uważamy, że RPP powinien mieć zagwarantowaną niezależność od władzy wykonawczej – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.
To dobrze, że Ministerstwo Finansów zdecydowało się powołać instytucję kompetentną do interweniowania w sprawach podatkowych na korzyść podatników. Lepiej mieć RPP w takim kształcie, niż go w ogóle nie mieć. Dlatego dajmy mu szansę.
Znacznie łatwiej będzie po zidentyfikowaniu problemów działalności rzecznika naprawić błędy, które pojawią się w praktyce, niż nadal pozostawić podatników bez żadnej ochrony i instytucji, która ma interweniować w ich imieniu.
Zwykle kupując swoje pierwsze mieszkanie skupiamy się na jak najniższej cenie za całość lokalu. Takie podejście do transakcji sprawia, że przedmiotem zakupu może być kawalerka, której cena za metr kwadratowy może przyprawić o zawrót głowy.
Eksperci portalu RynekPierwotny.pl podczas analizowania sytuacji na największych rynkach deweloperskich sprawdzili między innymi średnie ofertowe ceny 1 mkw. nowych mieszkań w zależności od liczby pokoi. Na rynku pierwotnym zwykle można zauważyć zależność, zgodnie z którą najmniejsze mieszkania cechują się wyższą ceną 1 mkw. niż większe lokale o podobnym standardzie. – Wynika to z faktu, że w przypadku takich niewielkich lokali, koszty stałe ponoszone przez dewelopera rozkładają się na mniejszą liczbę metrów kwadratowych, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.
Mieszkania jednopokojowe najdroższe
Dane RynekPierwotny.pl z I kw. 2019 r. wskazują, że na największych rynkach deweloperskich rzeczywiście była widoczna wspomniana zależność między wielkością mieszkania oraz ceną 1 mkw. Na terenie wszystkich sześciu metropolii, mieszkania jednopokojowe cechowały się najwyższą średnią ceną 1 mkw. W zależności od lokalizacji, średnia ofertowa cena metra kwadratowego nowej kawalerki następująco różniła się od średniej stawki dla całego rynku deweloperskiego:
Warszawa – +34%/(średnia ofertowa cena M1: 12 273 zł/mkw., średnia ofertowa cena na całym rynku: 9142 zł/mkw.)
Kraków – +30%/(10 507 zł/mkw., 8 083 zł/mkw.)
Łódź – +11%/(6 454 zł/mkw., 5 817 zł/mkw.)
Wrocław – +18%/(8 802 zł/mkw., 7 465 zł/mkw.)
Poznań – +8%/(7 643 zł/mkw., 7 088 zł/mkw.)
Gdańsk – +28%/(9 526 zł/mkw., 7 466 zł/mkw.)
Fakt, że największe różnice odnotowano dla Warszawy, Krakowa i Gdańska z całą pewnością nie jest przypadkowy. – Wspomniane miasta cechują się bowiem najbardziej rozbudowanym rynkiem drogich lokali deweloperskich (w tym również jednopokojowych). Co więcej, od pewnego czasu można zauważyć rozbudowę oferty kosztownych kawalerek we wszystkich wymienionych metropoliach. Takie ekskluzywne mieszkania (nierzadko usytuowane w historycznym centrum miasta), skutecznie zawyżają średnie ceny ofertowe nowych M1, komentuje Andrzej Prajsnar z portalu RynekPierwotny.pl.
Jeżeli chodzi o nowe mieszkania dwupokojowe, to eksperci RynekPierwotny.pl w metropoliach zauważyli o wiele mniejsze odchylenia średniej ceny takich „M” od przeciętnej stawki obliczonej dla całego rynku deweloperskiego.
W zależności od miasta, wspomniane odchylenie ceny 1 mkw. wynosiło:
Warszawa – (-1%)/(średnia ofertowa cena M2: 9092 zł/mkw., średnia ofertowa cena na całym rynku: 9142 zł/mkw.)
Kraków – 1%/(8 152 zł/mkw., 8 083 zł/mkw.)
Łódź – 0%/(5 798 zł/mkw., 5 817 zł/mkw.)
Wrocław – 3%/(7 680 zł/mkw., 7 465 zł/mkw.)
Poznań – 0%/(7 110 zł/mkw., 7 088 zł/mkw.)
Gdańsk – (-3%)/(7 241 zł/mkw., 7 466 zł/mkw.)
Jak nietrudno zauważyć, nowe mieszkania dwupokojowe pod względem cenowym są znacznie bardziej zbliżone do rynkowej średniej niż kawalerki. Wynika to z faktu, że wśród M2 znajdziemy bardzo wiele lokali należących do segmentu popularnego i budowanych dla typowego klienta szukającego niedrogiego lokum o powierzchni 40 mkw. – 50 mkw.
Zakup kawalerki? Przemyśl dokładnie decyzję
Na rynku wtórnym różnice w cenie między średnią ceną mkw. mieszkań jednopokojowych a średnią dla całego miasta nie są tak duże jak na rynku pierwotnym. Jak zauważają eksperci sieciowej agencji nieruchomości Metrohouse, największe różnice mają miejsce w Krakowie i wynoszą 17%, w Gdańsku jest to 12%. Dla porównania w Warszawie jest to „zaledwie” 6 proc., a w Łodzi 9 proc. W tych przypadkach mowa jest o cenach transakcyjnych. Jak twierdzą specjaliści za każdym razem należy skrupulatnie wyliczyć opłacalność zakupu kawalerki. – Cena mkw. jest w dużym stopniu zależna od metrażu nabywanego mieszkania. Na rynku wtórnym 1 mkw. kawalerki jest i był zawsze najwyższy. Jeżeli kupując mieszkanie zwracamy uwagę tylko i wyłącznie na cenę za całość, możemy przeoczyć, że zakup takiego mieszkania jest zwyczajnie zupełnie nieopłacalny, ponieważ za niewiele większą kwotę możemy stać się właścicielami dwupokojowego lokalu, który umożliwi nam znacznie lepszy komfort zamieszkiwania, mówi Marcin Jańczuk, ekspert Metrohouse.
Aby lepiej zobrazować sytuację wystarczy przeanalizować dowolny przykład. W Gdańsku kupując kawalerkę na rynku wtórnym, klienci płacili w ostatnim czasie średnio 7744 zł za mkw. podczas, gdy cena mkw. mieszkań dwupokojowych była niemal o tysiąc złoty niższa (6781 zł). Standardowa kawalerka ma średnio 28 mkw., a nabywca płaci za nią 217 tys. zł., natomiast za standardowe niewielkie mieszkanie dwupokojowe o metrażu 36 mkw. – 244 tys. zł. – Oczywiście wyliczenia nie biorą pod uwagę lokalizacji i innych czynników, ale poglądowo pokazują, że zakup większego mieszkania może wiązać się z potrzebą dość nieznacznego zwiększenia budżetu – w tym przypadku o 27 tys. zł. Jak wyliczają eksperci Gold Finance różnica w wysokości miesięcznej raty pomiędzy zakupem ww. kawalerki a zakupem mieszkania dwupokojowego to zaledwie ok. 150 zł. Warto zatem zastanowić się, czy nie wybrać mieszkania, którego zakup będzie po prostu bardziej uzasadniony ekonomicznie, oczywiście w tych lokalizacjach gdzie różnice w cenie metra kwadratowego są najbardziej znaczące, mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse.
Na wybuchu afery mięsnej, ujawnionej z początkiem roku, straciła nie tylko ubojnia oferująca wołowinę pochodzącą od chorych lub martwych zwierząt. W trudnej sytuacji jest wiele zakładów mięsnych dystrybuujących mięso jak i gotowe wyroby mięsne, którzy korzystali z oferty nieuczciwego sprzedawcy. Zostali wprowadzeni w błąd – bo kupowane mięso posiadało odpowiednie oznaczenia. Teraz ponoszą konsekwencje zarówno wizerunkowe, jak i finansowe. Poprawy swojej sytuacji upatrują w systemie sprawiedliwości. O podejmowanych krokach prawnych mówi ekspert z Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.
Tło problemów
Po wybuchu afery mięsnej na początku tego roku, ujawnioną przez media, Państwowa Inspekcja Sanitarna skierowała pisma do zakładów, które kupiły wołowinę nienadającą się do spożycia. Firmy, które otrzymały feralne mięso musiały usunąć z obrotu nabyte w określonej ubojni partie oraz produkty je zawierające.
Działanie Państwowej Inspekcji Sanitarnej było zgodne z unijnym prawem, dokładnie art. 54 Rozporządzenia nr 882/2004 w sprawie kontroli urzędowych przeprowadzanych w celu sprawdzenia zgodności z prawem paszowym i żywnościowym oraz regułami dotyczącymi zdrowia zwierząt i dobrostanu zwierząt. Po otrzymaniu informacji o znajdujących się na rynku środkach spożywczych szkodliwych dla zdrowia lub życia, podjęła ona odpowiednie czynności. Producenci stanęli przed ogromnym wyzwaniem. Do nich należało powiadomienie klientów, odebranie towarów i ich utylizacja. Warto dodać, że odbyło się to na koszt zakładów. Szacunkowo musiały one przeznaczyć na ten cel nawet pięciokrotnie więcej niż na zakup mięsa – wskazuje Agata Jaczyńska, Associate, Adwokat w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.
Długofalowe konsekwencje
Zakłady mięsne poniosły straty finansowe nie tylko związane z koniecznością wycofania z obrotu partii wadliwego mięsa, ale także spadkiem zamówień. Przychody jednej z firm spadły dwukrotnie w porównaniu kwartał do kwartału. Do tego dochodzi jeszcze kwestia utraty dobrego wizerunku i zmiana podejścia dotychczasowych partnerów biznesowych. Odbiorcy nie chcąc narażać na szwank swojego dobrego imienia decydują się na współpracę z innymi partnerami.
Producenci kupując mięso w ubojni nie mieli świadomości jego rzeczywistego pochodzenia. Partie z chorych lub martwych krów były oznaczone w taki sposób, że można było zakładać, że przeszły kontrolę weterynaryjną. Zakłady mięsne domagają się odszkodowania od ubojni, od której pochodziło wadliwe mięso. Zostały wprowadzone w błąd i cały czas ponoszą tego konsekwencje – mówi Agata Jaczyńska, Associate, Adwokat w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.
Afera mięsna wpłynęła także na uczciwych hodowców i ubojnie działające zgodnie z prawem oraz dbające o jakość sprzedawanego towaru. Polska wołowina straciła na wartości na europejskich rynkach.
Sytuacja jest trudna nie tylko dla branży mięsnej, ale całego sektora spożywczego. Straty liczone są w milionach. Działania jednego podmiotu naruszającego prawo wpłynęły niekorzystanie na wiele innych. Producenci muszą dochodzić sprawiedliwości w sądach i odbudowywać utraconą reputację. To dla nich szansa na utrzymanie się na rynku, a w dalszej kolejności zwiększenie obrotów – podkreśla Jarosław Chałas, Partner Zarządzający w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.
Szkoła Biznesu Politechniki Warszawskiej nawiązała współpracę z MIT Enterprise Forum CEE, akceleratorem technologicznym przy najlepszej uczelni technologicznej na świecie – Massachusetts Institute of Technology. Tym samym studenci programu EMBA będą mieli dostęp do najnowszej wiedzy na międzynarodowym poziomie z zakresu startupów.
Od czego zacząć zakładając startup? Jak pozyskać finansowanie na jego rozwój? Jak udoskonalić procesy współpracy ze startupami w swojej firmie? Na te i wiele innych pytań odpowiedź znajdą studenci Executive MBA Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, podczas realizowanego w ramach studiów programu New Venture Project. Światowy poziom wiedzy gwarantowany jest przez partnera merytorycznego, jakim jest MIT Enterprise Forum CEE, jeden z czołowych w Europie Środkowo-Wschodniej akceleratorów dla startupów technologicznych.
Szkoła Biznesu Politechniki Warszawskiej jest jedyną w Polsce uczelnią kształcącą kadrę managerską, która sprofilowała swój program studiów EMBA na potrzeby uczestników w zakresie tworzenia, rozwijania i współpracy ze startupami. – „Nawiązaliśmy współpracę z MIT Enterprise Forum CEE, ponieważ jest to akcelerator technologiczny przy najlepszej uczelni technologicznej na świecie, czyli Massachusetts Institute of Technology. Daje to szansę naszym studentom Executive MBA na czerpanie wiedzy i poznawanie najlepszych światowych praktyk w zakresie budowania i rozwijania przedsięwzięć start-up’ owych. Myślenie startup’owe jest obecnie jednym z najważniejszych biznesowych trendów i z naszych doświadczeń wynika, że uczestnicy studiów Executive MBA są bardzo zainteresowani rozwijaniem własnych przedsięwzięć. Bardzo często jest to najlepszy moment w ich karierze na poszukiwanie nowych wyzwań i inspiracji, zarówno w celu stworzenia własnego biznesu, jak i start-up’ów realizowanych w ramach korporacji. Dzięki projektowi New Venture Project w Szkole Biznesu PW uzyskują niezbędne wsparcie, co już zaowocowało sukcesem wielu startupów technologicznych i nie tylko. Sztandarowym przykładem jest powstanie spółki PZU LAB” – komentuje Joanna Pęgier, Dyrektor Marketingu, Szkoła Biznesu Politechniki Warszawskiej.
Wiedza, wytrwałość, sukces
W ramach zajęć New Venture Project, studenci programu Executive MBA poznają tajniki zakładania własnych startupów i współpracy biznesowej z startupami w firmach. Zajęcia prowadzone przez ekspertów z MIT EF CEE będą oparte na metodologii 24 kroków przedsiębiorczości zdyscyplinowanej, opracowanej przez profesora Billa Auleta z Massachusetts Institute of Technology, który zanim rozpoczął pracę w MIT, przez 25 lat pracował w biznesie. Ważnym elementem programu New Venture Project w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej jest także praca studentów na „żywych organizmach”, czyli na własnych pomysłach biznesowych pod okiem mentorów z MIT EF CEE. Jak podkreśla Angelika Krawczyk, Chief Growth Officer MIT EF CEE oraz Wykładowca na studiach EMBA Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej: – „Sprawdzenie własnych pomysłów jest dobrym początkiem, od którego również wychodzimy w metodologii 24 kroków przedsiębiorczości zdyscyplinowanej Billa Auleta. Później liczy się wyłącznie twarda egzekucja i ciągła nauka. A statystyka nie pozostawia złudzeń – co trzecie przedsiębiorstwo nie przetrwa pierwszego roku działalności, po drugim roku tylko połowa pozostanie na rynku, a po pięciu latach od założenia pozostanie zaledwie tylko co trzecia organizacja. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele: od niedopracowanych koncepcji biznesowych, braku płynności finansowej, itp. Wbrew pozorom, sprzymierzeńcem startupów jest statystyka, która premiuje wytrwałość. „Systematyczni” przedsiębiorcy częściej osiągają sukces – im więcej razy spróbujesz, tym większe prawdopodobieństwo, że znajdziesz się w odsetku wygranych”.
Regułą po eurowyborach są zmiany w organach władzy wykonawczej państw członkowskich. Wiele partii odsyła do Strasburga zasłużone i znane nazwiska. W Polsce dotyczy to relatywnie małej liczby osób ważnych dla gospodarki. Znacznie istotniejsze przetasowania obserwujemy w Austrii, gdzie oprócz eurowyborów zostało także przegłosowane wotum nieufności dla rządu.
Zmiany w Radzie Ministrów
W najbliższych dniach możemy się spodziewać złożenia dymisji z funkcji w rządzie przez polityków, którzy uzyskali mandaty w Parlamencie Europejskim. Z punktu widzenia rynków nie będą to istotne zmiany. Gospodarczo znaczącym stanowiskiem jest zasadniczo tylko Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Na razie nie znamy nazwisk następców. W tle tej dyskusji pojawia się jednak Ministerstwo Finansów. Teresa Czerwińska wielokrotnie dawała do zrozumienia, że ostatnie programy socjalne nie są czymś, co chce firmować swoim nazwiskiem. Niewykluczone zatem, że przed krajowymi wyborami parlamentarnymi, które mogą być poprzedzone kolejnymi wydatkami, i tak zrezygnuje.
Wotum nieufności w Wiedniu
Po ostatniej aferze (związanej z propozycjami korupcyjnymi składanymi przez byłego już wicekanclerza) notowania austriackiego rządu wyraźnie osłabły. Wniosek o wotum nieufności był niemal pewny. Niespodzianką jest fakt, że zostało ono przegłosowane. W rezultacie rolę szefa rządu tymczasowo przejął minister finansów Hartwig Loeger. Nie będzie on jednak kierował rządem do momentu wyborów. Do tego czasu ma zostać wyłoniony kolejny tymczasowy kanclerz. Jednak te wydarzenia nie odbiły się na kursie euro. Po pierwsze, Austria nie jest aż tak dużym państwem w perspektywie całej unii walutowej. Po drugie, rynki czekają z reakcją do chwili, gdy przekonamy się, jak dokładnie będzie wyglądało nowe rozdanie. Opuszczenie rządu przez partię uważaną za skrajnie prawicową równoważy brak stabilności politycznej. Co ciekawe, bohater skandalu zwanego “Ibizagate”, pomimo całego zajścia, uzyskał mandat do europarlamentu.
Wraca hossa na kryptowalutach?
W weekend bitcoin podrożał o około 10%, ocierając się w szczycie ruchu o poziom 8900 dolarów. Wielu analityków znów mówi o hossie. Dlaczego? Od początku kwietnia podwoiła się wartość tej najpopularniejszej kryptowaluty. W świecie kryptowalut 100% przebicia nie jest szczególnie imponującym wynikiem. Jesteśmy już niemal w połowie drogi do poprzednich szczytów sprzed około półtora roku. Pytanie brzmi, czy znów będziemy świadkami rajdu w górę, czy też może podobnie jak to miało miejsce po załamaniu z 2013 roku, po pierwszym istotnym odbiciu zobaczymy pogłębienie dołków. Nie brakuje również głosów, że bitcoin już nigdy nie odzyska poziomów ze swych historycznych szczytów. Warto zwrócić uwagę, że wraz ze wzrostem zainteresowania tym środkiem płatniczym, rośnie także koszt transakcyjny. Jeszcze w marcu wysłanie przelewu kosztowało 10-30 centów, dzisiaj jest to już ponad 3 dolary. Powodem jest wyższa marża, zarówno w ułamku bitcoina przez większy ruch i ograniczone możliwości sieci oraz wyższą wartość samej kryptograficznej waluty. W szczycie z przełomu lat 2017/2018 koszt ten przekraczał 35 dolarów.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
16:00 – USA – Indeks zaufania konsumentów – Conference Board.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Jednym z największych trendów marketingowych ubiegłego roku niewątpliwie było pojawienie się Instagram TV – IGTV, czyli formatu pozwalającego na dodawanie dłuższych materiałów wideo, z możliwością ich przewijania. Niesłabnącą popularnością cieszyły się również stories znikających po 24 godzinach na Facebooku, Instagramie czy Whatsapp. Przykłady te pokazują, że aby zbudować solidną strategię marketingową, trzeba być na bieżąco z aktualnymi trendami marketingowymi, które wykorzystuje coraz więcej światowych marek.
Niesłabnąca popularność
Mariusz Maksymiuk, CEO Adexon
Filmy zawsze były najbardziej interaktywną i angażującą formą treści. Dlaczego zatem dopiero od kilku lat są jednym z najpopularniejszych i najefektywniejszych rozwiązań marketingowych? Powodem jest łatwy dostęp do wideo za pośrednictwem platform takich jak YouTube, Instagram czy Snapchat, czyli serwisów, które cały czas rozbudowują swoją ofertę oraz wprowadzają wiele nowości, aby urozmaicić przekaz treści. Każdego miesiąca, już ponad 180 mln użytkowników Internetu ogląda wideo online, a liczba ta nieustannie rośnie, co pokazuje, że w ostatnim czasie ten format stał się prawdziwym królem marketingu. Powodem może być również autentyczność, jaką zapewnia marce w dzisiejszym świecie pełnym fake newsów. Wideo marketing otwiera drogę interakcji między klientem a marką oraz zapewnia jej bardziej przyjazne postrzeganie przez konsumentów.
Budowanie relacji z odbiorcą
Powodów, dla których w dzisiejszych czasach nie należy rezygnować z przekazu audiowizualnego w swojej strategii marketingowej jest wiele. Jednym z nich jest przyciągający, interaktywny i angażujący charakter filmów. Według raportów Cisco, w 2019 wideo będzie generowało prawie 80% ruchu w Internecie. Filmy są najlepszą alternatywą dla treści tekstowych, co potwierdza prawie 3/4 internautów. W większości przypadków użytkownik woli obejrzeć objaśniające wideo dotyczące danego produktu niż o nim przeczytać. Animowany film będzie zatem najefektywniejszym sposobem na zaprezentowanie produktu lub usługi w sieci. Dlatego też, w ostatnim czasie wideo stało się najlepszym narzędziem pomagającym konsumentom w podejmowaniu decyzji zakupowych, pozwalającym użytkownikom być bliżej marki.
Trendy, o których nie można zapomnieć
Filmy są bez wątpienia najbardziej wciągającą i angażującą treścią dostępną online. Chcąc być na bieżąco z nowościami, należy stale śledzić zmieniające się trendy. To co było popularne w 2018, może nie być atrakcyjne dla konsumentów obecnie. Ważne jest zatem, aby wiedzieć, co nadal przyciąga klientów, a następnie wykorzystać te rozwiązania w swojej strategii.
Niesłabnącą popularnością cieszy się wykorzystanie w wideo marketingu wirtualnej rzeczywistości. VR wciąż otwiera przed marketerami nowe możliwości, jest niezwykle angażująca, wciągająca oraz umożliwia zaprezentowanie oferty w nietypowy, interaktywny, a nawet zabawny sposób. Zapewnia użytkownikom niezapomniane wrażenia, pokazując produkt lub usługę w bardzo rzeczywisty sposób. Wysoką pozycję zajmują również filmy wyświetlane na żywo oraz wideo 360 °. Transmisja na żywo cieszy się coraz większą popularnością na różnych platformach społecznościowych, takich jak Facebook, czy Instagram. 80% ludzi woli oglądać wideo na żywo niż czytać bloga, podczas gdy 82% preferuje live video w serwisach społecznościowych. Taki przekaz umożliwia interakcję z widzami w czasie rzeczywistym poprzez możliwość komentowania i zadawania pytań. Ta dodatkowa personalizacja sprawia, że widzowie pozostają z marką na dłużej.
Widzimy więc, że krajobraz marketingu wideo stale się zmienia i nadal pozostaje ważną częścią każdej skutecznej strategii marketingu cyfrowego. Filmy są wykorzystywane obecnie prawie we wszystkich obszarach: marketingu, sprzedaży, reklamie czy obsłudze klienta. Sposób, w jaki marketerzy wdrażają ten potężny trend, decyduje o sukcesie ich strategii marketingowej.
W poniedziałek 15 kwietnia 2019 r. w Dzienniku Ustaw ukazała się Ustawa z dnia 4 kwietnia 2019 r. o zmianie ustawy o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. 2019, poz. 694). Nowe prawo nadaje więcej uprawnień organom podatkowym i więcej obowiązków podmiotom i instytucjom zobowiązanym do raportowania informacji podatkowych.
Ustawa autorstwa rządu wprowadza modyfikacje zasad i trybu wymiany informacji podatkowych między polskimi organami a odpowiednimi organami państw będących drugą stroną umów, które mają na celu zapobieganie unikaniu podwójnego opodatkowania. Modyfikacji uległ również katalog obowiązków ciążących na instytucjach finansowych w zakresie wymiany tych informacji.
Przesłuchania, wgląd w dokumenty i inne dowody
Przepis art. 11 ust. 1. Ustawy z dnia 9 marca 2017 r. o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami stanowi, że: „Wniosek właściwego organu państwa członkowskiego wszczyna postępowanie w sprawie udzielenia informacji podatkowych” (Dz.U. 2017, poz. 648). Od 30 kwietnia 2019 r. w celu uzyskania tych informacji organy będą mogły przeprowadzić postępowanie dowodowe, a do udziału w nim mogą zostać dopuszczeni przedstawiciele organu państwa członkowskiego, który wystąpił z wnioskiem. Przedstawiciele ci będą mogli zadawać pytania świadkowi oraz stronie, przeglądać i utrwalać dokumenty i inne dowody związane ze sprawą.
Obecność przedstawicieli właściwego organu państwa członkowskiego Unii Europejskiej w toku postępowań w sprawie udzielenia informacji podatkowych, postępowań podatkowych i czynności kontrolnych umocowana będzie na podstawie porozumienia zawartego z Szefem Krajowej Administracji Skarbowej.
Dostosowaniu uległy przy okazji przepisy Ordynacji podatkowej, tak aby polska administracja skarbowa mogła udzielić informacji organowi innego państwa poprzez przesłuchanie świadka i przesłanie pozyskanych w tym przesłuchaniu informacji.
Rachunki raportowane, umowa renty, prawa z papierów wartościowych i trustu
Zmianie ulegną również definicje pojęć stosowanych przez ustawę zmienianą w zakresie automatycznej wymiany informacji o rachunkach raportowanych. Za objęte obowiązkiem raportowym aktywa finansowe uznawane będą od 30 kwietnia 2019 r.: udziały w prawach przysługujących osobie współuprawnionej z papieru wartościowego, umowy swapu, umowy ubezpieczenia lub umowy renty, a także rzeczywiste prawo własnościowe w truście. Zmodyfikowano też samą definicję umowy renty.
Większy ciężar spadnie na raportujące instytucje finansowe. Dotychczas, aby móc uznać niebędącego właścicielem beneficjenta pieniężnej umowy ubezpieczenia lub umowy renty, otrzymującego świadczenie z tytułu śmierci, za osobę raportowaną, traktującą posiadany rachunek finansowy jako rachunek raportowany, instytucja finansowa musiała wykazać, że posiada informację, iż beneficjentem jest osoba raportowana. Po wejściu w życie nowelizacji dla takiego uznania wystarczy, jeśli instytucja ta będzie wiedzieć lub mieć powody, aby sądzić, że beneficjentem jest osoba raportowana.
Beneficjent rzeczywisty trustu
Nowelizacja wprowadza też do ustawy o wymianie informacji podatkowych pojęcie trustu. Wskazuje, że należy je rozumieć zgodnie z definicją art. 2 ust. 2 pkt 24 ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, a przy rozpoznawaniu obowiązków ciążących na tak rozumianych trustach, uwzględniać przepisy CRS (ang. Common Reporting Standard). Trust zobowiązany będzie m.in. do stosowania procedur należytej staranności oraz identyfikacji rachunków raportowanych, a jako posiadacz rachunku, do rozpoznania trustu jako podmiotu podlegającego automatycznej wymianie informacji. Nowe przepisy określają przesłanki ustalenia, rezydentem którego państwa jest trust.
W świetle przepisów ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, a dokładnie definicji beneficjenta rzeczywistego, należy też rozumieć beneficjenta trustu. Zgodnie z dodawanym art. 24 ust. 1 pkt 38 lit. d:
„…w przypadku trustu będącego instytucją finansową – udział w kapitale rozumiany jako udział posiadany przez osobę traktowaną jako założyciel lub beneficjent trustu lub inną osobę fizyczną sprawującą ostateczną lub faktyczną kontrolę nad trustem; osoba raportowana będzie traktowana jako beneficjent trustu, jeżeli taka osoba raportowana posiada prawo do otrzymywania bezpośrednio lub pośrednio, w tym za pośrednictwem pełnomocnika, obowiązkowej wypłaty z trustu lub może otrzymywać, bezpośrednio lub pośrednio, wypłaty uznaniowe z trustu” (Dz.U. 2019, poz. 694).
Dodatkowa weryfikacja rezydencji podatkowej posiadaczy części rachunków
Polska instytucja finansowa o statusie raportującej zobowiązana będzie do 16 września 2019 r. do wystąpienia do posiadacza rachunku prowadzonego w dniu wejścia w życie ustawy zmieniającej, a otwartego w okresie od dnia 1 stycznia 2016 r. do dnia 30 kwietnia 2017 r. z żądaniem złożenia oświadczenia o rezydencji podatkowej. Oświadczenie to będzie musiało zawierać dane aktualne na dzień otwarcia rachunku.
Dodatkowa weryfikacja może objąć wszystkie istniejące rachunki, jeśli weryfikacji dokonywano na podstawie przepisów obowiązujących przed nowelizacją, niewymagających identyfikacji z uwzględnieniem kryterium rezydencji podatkowej posiadacza rachunku.
Większy rygor wobec przedsiębiorstw zbiorowego inwestowania
Polskie instytucje finansowe korzystające ze statusu zwolnionego przedsiębiorstwa zbiorowego inwestowania, emitujące certyfikaty inwestycyjne lub prawa uczestnictwa, zwolnione były z obowiązków raportowania, jeśli tylko spełniały jedną z trzech wskazanych w art. 32 ust. 7 przesłanek. Teraz katalog tych przesłanek został rozszerzony, a do zachowania statusu zwolnionego przedsiębiorstwa zbiorowego inwestowania niezbędne będzie spełnienie ich wszystkich.
Zmiana definicji grupy podmiotów
Ustawa o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami w dotychczasowym brzmieniu definiowała grupę podmiotów jako grupę kapitałową w rozumieniu przepisów ustawy o rachunkowości. Po nowelizacji zobowiązana do raportowania na temat grupy kapitałowej będzie jednostka dominująca, mająca siedzibę lub zarząd za granicą, wskazana przez polską jednostkę, lub jej spółki zależne. Będzie miała na to trzy miesiące od dnia zakończenia sprawozdawczego roku obrotowego grupy podmiotów. Dotąd termin ten upływał wraz z ostatnim dniem sprawozdawczego roku obrotowego.
Do realizacji obowiązków automatycznej wymiany informacji podatkowych o jednostkach wchodzących w skład grupy podmiotów zobligowane są te grupy kapitałowe, których skonsolidowane przychody w poprzednim roku obrotowym przekroczyły kwotę progową 750 000 000 euro. Nowelizacja określa równowartość tej kwoty w złotych polskich w wysokości 3 250 000 000 zł, a gdy rok obrotowy obejmuje okres inny niż 12 miesięcy, kwotę tę ustala się w wysokości 1/12 za każdy rozpoczęty miesiąc roku obrotowego.
Interpretacje podatkowe tylko dla obnażonych
Nowelizacja wprowadza również modyfikacje do procedury uzyskiwania interpretacji podatkowej. Podatnik występujący o jej wydanie będzie musiał wskazać miejsce zamieszkania osoby fizycznej, dane identyfikujące osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej lub państw czy też terytoriów, gdzie wystąpiły lub mogą wystąpić skutki transgraniczne.
Nowe prawo, kolejne sankcje
Ustawa z dnia 4 kwietnia 2019 r. o zmianie ustawy o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami oraz niektórych innych ustaw wprowadza jeszcze szereg innych zmian dotyczących polskich podatników w zakresie podatkowych obowiązków raportowych. Najważniejszymi z punktu widzenia prowadzenia działalności przez przedsiębiorców czy instytucji finansowych są te, określające sankcje za niedostosowanie do tej działalności nowych regulacji.
Zgodnie z dodawanym zdaniem drugim do art. 43 ust. 1 ustawy o wymianie informacji podatkowych oświadczenia o rezydencji podatkowej są składane pod rygorem odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych oświadczeń i zawierają klauzulę deklaracji świadomości tej odpowiedzialności. Złożenie podpisu pod tą klauzulą oznacza więc, że osoba podpisująca potwierdza prawidłowość danych zawartych w tym oświadczeniu. To na niej spoczywał będzie ciężar weryfikacji informacji wprowadzonych przez raportującą instytucję finansową.
Taką samą sankcję dodano do art. 19 ust. 5 Ustawy z dnia 9 października 2015 r. o wykonywaniu Umowy między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Stanów Zjednoczonych Ameryki w sprawie poprawy wypełniania międzynarodowych obowiązków podatkowych oraz wdrożenia ustawodawstwa FATCA (Dz.U. z 2017 r. poz. 1858).
Omawiana ustawa nowelizująca oznacza dla przedsiębiorców, podatników i instytucji finansowych nie tylko nowe obowiązki raportowania w zakresie wymiany informacji podatkowych między państwami. Niesie za sobą również zagrożenie sankcjami za niespełnienie wynikających z niej wymogów.
Przed negatywnymi tego skutkami może uchronić audyt prawny podległych transgranicznych struktur, holdingów spółek czy grup kapitałowych. Z kolei poszukujący sposobów ochrony majątku firmy przy wykorzystaniu zagranicznych struktur organizacyjnych, decydując się na to, powinni mieć na uwadze dokonaną nowelizację przepisów o wymianie informacji podatkowych. Prowadzenie przedsiębiorstwa w przyjaznych biznesowi jurysdykcjach, w wyniku zmiany rezydencji podatkowej czy choćby wykorzystując zagraniczne konta bankowe, stanowi wciąż najlepsze remedium na politykę rozbudowy biurokracji, zaostrzania restrykcji oraz zasad prowadzenia działalności gospodarczej.
Ustawa weszła w życie z dniem 30 kwietnia 2019 r.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Mija rok, odkąd 25 maja 2018 r. w Unii Europejskiej rozpoczęto stosowanie wyczekiwanego ogólnego rozporządzenia o ochronie danych (RODO). Związanych z tym było wiele obaw, niepewności i wątpliwości. Nadszedł jednak czas, aby w poświęconych RODO dyskusjach wyjść poza związany z nim szum i wspiąć się na wyższy poziom. Przepisy, które zastąpiły wcześniejszą dyrektywę o ochronie danych osobowych z 1995 r., wykazały w ciągu minionych dwunastu miesięcy dwie kluczowe cechy: konkretność i skuteczność.
Konsekwencją tych cech jest fakt, że ochrona danych stała się kwestią dostrzeganą na całym świecie, podobnie jak podstawowe prawa człowieka. Przedsiębiorstwa przetwarzające dane nie tylko powinny chcieć przestrzegać RODO, lecz także są teraz do tego zobowiązane przez UE. Można to uznać za dynamiczny krok naprzód i sukces dla branży – technologia nie może przecież osiągnąć swojego potencjału, jeśli konsumenci nie będą mieć niezbędnego zaufania w zakresie bezpieczeństwa i ochrony prywatności w odniesieniu do swoich danych.
Ochrona danych staje się konkretna
Jedną z najlepszych cech RODO jest konkretność tych przepisów. Wiadomo, komu służą, do kogo się odnoszą, co egzekwują i jakie są kary za ich nieprzestrzeganie. W związku z tym ludzie coraz częściej postrzegają ochronę danych jako podstawowe prawo człowieka, zbliżone do wolności słowa.
Przyczyną tej wyraźnej zmiany jest fakt, że RODO zwiększa świadomość zarówno na poziomie indywidualnym, jak i organizacyjnym. Tak jak tragiczne wydarzenia z 11 września 2001 r. przyniosły nam zablokowane drzwi do kabiny pilota, tak rozporządzenie RODO przyniosło konkretne, zasadnicze zmiany w sposobie zarządzania ochroną danych, jej regulowania i zgłaszania związanych z nią incydentów.
Z oficjalnych statystyk Komisji Europejskiej wynika, że obywatele wnieśli na podstawie RODO ponad 95 000 skarg, co uwidacznia, że ludzie są obecnie bardziej świadomi naruszania ich praw w zakresie danych osobowych. Dodatkowe statystyki wskazują na większe zrozumienie po stronie przedsiębiorstw, które samodzielnie zgłosiły 41 000 naruszeń.
Inne wymierne skutki, które można powiązać z RODO, to ograniczenie stosowania śledzących plików cookie innych firm na stronach internetowych i rosnąca nieufność w obrębie marketingowego łańcucha dostaw. W raporcie sporządzonym przez Instytut Studiów nad Dziennikarstwem Reutersa odnotowano, że na trzy miesiące po wprowadzeniu RODO stosowanie plików cookie spadło o 22 proc., a wydawcy, firmy z branży technologii reklamowych i agencje marketingowe modyfikują umowy, aby uniknąć udziału w naruszeniach ochrony danych.
Tak jak zablokowane drzwi kabiny pilota zwiększają bezpieczeństwo lotów bez negatywnego wpływu na latanie jako takie, tak konsekwencje RODO są niewidoczne, lecz istotne. Badanie firmy Cisco wykazało, że 75 proc. klientów odnotowuje większe korzyści ze swoich inwestycji w ochronę prywatności, jak choćby uzyskaną przez poprawę zarządzania danymi większą elastyczność i innowacyjność.
RODO szczerzy zęby
Jednym z głównych powodów, dla których rozporządzenie RODO wywołało takie poruszenie poza obszarami ochrony danych i korporacyjnych kwestii prawnych, są olbrzymie kary za jego nieprzestrzeganie. Komisja Europejska może nakładać na przedsiębiorstwa grzywny sięgające 20 mln EUR lub 4 proc. ich globalnych rocznych obrotów (zależnie od tego, która kwota jest wyższa), jeśli okaże się, że złamały jakikolwiek z zapisów rozporządzenia.
Co więcej, organy ochrony danych rzeczywiście te środki stosują — w statystykach Komisji Europejskiej widnieje 91 odnotowanych kar grzywny w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy obowiązywania RODO.
Najsłynniejszą z tych kar finansowych była grzywna w wysokości 50 mln EUR nałożona w styczniu 2019 r. na firmę Google przez francuską komisję ds. informatyki i wolności. Władze niemieckie wymierzyły z kolei za naruszenia rozporządzenia RODO ponad 40 niższych kar pieniężnych.
Oprócz sankcji finansowych, które mogą wręcz zrujnować mniejsze przedsiębiorstwa, mające mniej środków niż światowi giganci przetwarzający dane, ważny jest też bardziej subtelny aspekt odstraszający: ryzyko utraty reputacji. Ochrona danych jest coraz częściej postrzegana jako jedna z podstawowych swobód obywatelskich, dlatego przedsiębiorstwa każdej wielkości naprawdę nie mogą sobie pozwolić na piętno podmiotu naruszającego to prawo.
Jaka jest przyszłość RODO?
W najbliższym roku nie nastąpi żadne radykalne przesunięcie w zakresie samych przepisów. RODO po prostu działa. Możemy spodziewać się więcej ze strony organów regulacyjnych: więcej grzywien, surowszych kar i dalszych starań ukierunkowanych na ujawnianie niezgodności z przepisami.
Warto obserwować, czy rozmowy, do których RODO zmusza dyrektorów ds. informatycznych, doprowadzą do konsekwencji na szczeblu globalnym, zwłaszcza w odniesieniu do praktyk w zakresie ochrony danych w takich krajach jak Chiny i Stany Zjednoczone.
Komisja Europejska w dalszym ciągu będzie prężyć muskuły w obszarze ochrony danych, spodziewamy się też jednak zmian w sposobie korzystania z danych osobowych przez przedsiębiorstwa. W dobie cyfrowej dane są fundamentem firm — mimo przykładów niektórych podmiotów, które podeszły do RODO radykalnie i usunęły całe swoje bazy danych użytkowników.
Dane gromadzone dziś mogą być wykorzystywane do generowania analiz w przyszłości i posłużyć do zapewnienia użytkownikom lepszych doświadczeń, opracowywania produktów dostosowanych do realnych potrzeb rynku i nagradzania klientów za lojalność. Wraz ze wzrostem świadomości użytkowników spadać będzie tolerancja wobec firm, które gromadzą dane, lecz ich nie szanują.
Dlatego przedsiębiorstwa, które nie poradzą sobie z ochroną danych i nie włączą ochrony prywatności w swoją kulturę korporacyjną, muszą spodziewać się gwałtownej reakcji klientów i drakońskich kar ze strony regulatorów. Zdaniem firmy Veeam ochrona danych nie powinna być postrzegana jako coś, co trzeba odhaczyć lub co robi się wyłącznie z przymusu.
Osiąganie zgodności z RODO to ciągły proces, a sukcesu nie należy rozpatrywać w kategorii nieotrzymania kary ani tym bardziej nieponiesienia konsekwencji za popełnione naruszenie. Przedsiębiorstwa muszą traktować zrozumienie i ochronę swoich danych oraz zarządzanie nimi jako powód do dumy. Zgodność z przepisami jest tylko jednym z kroków na drodze do stworzenia przedsiębiorstwa opartego na danych, które nieustannie poszukuje nowych sposobów na wykorzystywanie informacji do tworzenia lepszych produktów, usług i doświadczeń dla klientów.
Autor: Danny Allan, wiceprezes ds. strategii produktowej w firmie Veeam
Jak wskazuje Capgemini, automatyzacja pracy za wszelką cenę to trend w fazie schyłkowej. Wykorzystanie robotów i sztucznej inteligencji przechodzi obecnie w humanoizację – czyli integrację zaawansowanych maszyn i algorytmów z ludzką tkanką organizacji. Na fali tych zmian powstają superinteligentne (hyperintelligent) przedsiębiorstwa, które łączą w sobie potencjał ludzi pracujących ramię w ramię z robotami.
Eksperci Capgemini wskazują, że stworzone na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat roboty nie doszły jeszcze do momentu, w którym mogą działać w pełni autonomicznie. Procesy uczenia maszynowego nie pozwalają na razie sztucznej inteligencji na dokonywanie wielu abstrakcyjnych analiz czy radzenie sobie z danymi wymagającymi interpretacji, a tym bardziej – na inteligencję emocjonalną.
Na fali doniesień o sztucznej inteligencji pokonującej człowieka wiele firm wyobraziło sobie, że jesteśmy w stanie tworzyć roboty na poziomie C-3PO z „Gwiezdnych Wojen”. Nic bardziej mylnego. To wciąż tylko w dużej ilości algorytmy, które tylko dobrze zintegrowane z organizacją i współpracujące z przygotowanymi do takiej współpracy ludźmi mogą zapewnić oczekiwane efekty. Przestaliśmy więc mówić o automatyzacji oderwanej od działań ludzkich, którą firmy chciały masowo i często na siłę, wprowadzać, a weszliśmy w fazę humanoizacji. Tworzymy roboty, które chcemy jak najbardziej upodobnić do ludzi, ale za którymi wciąż stoją i będą stali ludzie. – Wojciech Cichoń, Dyrektor Zarządzający Capgemini Business Services Europe
Według danych Capgemini, jednymi z najczęściej sięgających po automatyzację działów firm są obszary finansowo-kadrowe. Powstają więc wirtualne roboty do emulowania i automatyzowania ręcznych czynności związanych np. z tworzeniem i księgowaniem faktur, kopiowaniem i wklejaniem danych oraz ich uzgadnianiem, jak też wykonywaniem prostych i powtarzalnych obliczeń i manipulowaniem ciągiem tekstowym. Tworzone są również knowledge boty zajmujące się gromadzeniem wiedzy oraz voice boty, które już mogą przeprowadzić prawdziwą, prostą konwersację telefoniczną. Takie boty są wykorzystywane na przykład do wykonywania telefonów związanych z windykacją faktur. Zdejmują więc z ludzi nieprzyjemny i stresujący obowiązek, pozwalając na poświęcenie uwagi zadaniom o większej wadze.
Poprzez powierzenie prostych, ale czasochłonnych elementów procesów biznesowych robotom i połączenie ich z wyższą inteligencją ludzką osiągamy efekt superinteligencji, czy też hiperinteligencji przedsiębiorstw. Uwalniamy zasoby umysłu człowieka, które do tej pory były marnowane na powtarzalne czynności. Superinteligencja w rozumieniu science-fiction jest kojarzona raczej z formą sztuczną, ale przewyższającą ludzki umysł. Zapomnieliśmy jednak, że potencjał ludzkiego mózgu jest na razie niemożliwy do skopiowania i tylko połączenie człowiek-maszyna ma rację bytu. W biznesie mówimy o tym jako o zintegrowanej automatyzacji – Piotr Grzywacz, Vice President w Zespole Transformacji Biznesowej
Eksperci Capgemini wskazują, że wprowadzenie zintegrowanych, zhumanoizowanych rozwiazań automatyzacyjych wymaga dobrego przygotowania samej organizacji.
Nie dopasowujemy procesów do robotów, ale roboty do zespołów ludzkich funkcjonujących w ramach organizacji. Musimy przy tym sprawić, żeby pracownicy nie bali się bota i chcieli się z nim zaprzyjaźnić. Każdemu robotowi nadajemy więc imię, pokazujemy czym się dokładnie zajmuje i jakie są jego możliwości. Trzeba jednak pamiętać, że roboty sprawdzą się głównie w dojrzałych przedsiębiorstwach z dobrze wypracowaną kulturą organizacyjną. Żeby je wdrożyć, trzeba się więc najpierw przyjrzeć jak funkcjonuje obecnie dana firma, co można poprawić w jej już istniejących strukturach i i procesach i odpowiednio je zaprojektować. – Danuta Lipowska, Director w Zespole Transformacji Biznesowej
Biorąc pod uwagę pędzący wręcz postęp technologiczny oraz chęć zmian w samych przedsiębiorstwach, zdaniem Capgemini, wschodzący właśnie trend humanoizacji wejdzie wkrótce w kolejną fazę. Roboty prawdopodobnie zaczną wówczas dojrzałość, kiedy to faktycznie one będą proponowały rozwiązania ludziom. Ciągle jednak to człowiek będzie decydował o właściwej ich interpretacji.
Po okresie wzmożonej aktywności w Polsce Centralnej, zarówno deweloperzy, jak i najemcy poszukujący magazynów ponownie zwracają się w stronę Górnego Śląska. Na drugim największym rynku pod kątem dostępnej powierzchni przemysłowo-logistycznej w Polsce popyt wciąż utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, sięgając 160 tys. mkw. Jak wynika z oceny CBRE, działki inwestycyjne oraz przestrzenie magazynowe na tym terenie są jednymi z atrakcyjniejszych w kraju.
Górny Śląsk to region, który nie może narzekać na brak zainteresowania inwestorów. Jego niewątpliwym atutem jest strategiczna lokalizacja. Polska Południowa to obszar technologiczny Europy Środkowo-Wschodniej, który może pochwalić się bardzo dobrze rozwiniętą infrastrukturą drogową – zarówno już istniejącą, jak i tą w planach. Region skorzystał także na ustanowieniu Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej – obecnie działa w niej ponad 350 przedsiębiorstw, które łącznie zainwestowały około 34 mld złotych i stworzyły 76 tys. miejsc pracy[1].
Z kopalni do produkcji
Do niedawna Górny Śląsk kojarzył się głównie z górnictwem i hutnictwem, które były dominującymi gałęziami przemysłu w tym regionie. Obecnie można go nazwać polskim hubem motoryzacyjnym – to tutaj występuje największa koncentracja firm produkujących części dla branży automotive. Poza motoryzacją, rozwijają się tu także inne sektory przemysłu, takie jak energetyczny, informatyczny i spożywczy.
– Górny Śląsk wciąż dysponuje dużymi zasobami terenów inwestycyjnych, zwłaszcza dzięki rewitalizacji gruntów pogórniczych i poprzemysłowych, ukierunkowanej na tworzenie atrakcyjnych i nowoczesnych przestrzeni. Nadal obszary położone poza Aglomeracją Górnośląską są gorzej doinwestowane, ale szybko może zmienić to rosnące zainteresowanie deweloperów i najemców wynikające z ciągle udoskonalanej infrastruktury drogowej ułatwiającej transport do innych części kraju i Europy, oraz niezmiennie wysokiej dostępności pracowników w obszarach poza głównymi ośrodkami – komentuje Mikołaj Walkowski, Ekspert ds. Nieruchomości Magazynowych i Przemysłowych w regionie Śląska.
Szansa czy wyzwanie
Eksperci CBRE dostrzegają ogromny potencjał do rozwoju sektora magazynowo-logistycznego na Górnym Śląsku w najbliższych latach. Region dysponuje obecnie ponad 3 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, a zainteresowanie inwestorów potwierdza popyt przekraczający w 2018 r. 730 tys. mkw. Na jego terenie już teraz działa kilkadziesiąt parków przemysłowych i logistycznych, m.in. Prologis Park Chorzów, Panattoni Park Sosnowiec, Panattoni Park Gliwice, czy Segro Logistics Park Gliwice, a 568 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej jest obecnie w budowie. Największy powstający w regionie obiekt logistyczny to projekt w formule BTS firmy Panattoni w Gliwicach, którego powierzchnia po oddaniu do użytku będzie wynosiła 210 tys. mkw.
Ważny dla przyszłości Górnego Śląska jest także rozwój lotniska w Pyrzowicach, który ma szansę stworzyć alternatywę dla stołecznego portu. Istotny wpływ na ten region ma także rosnąca rola sektora automotive w Tychach i okolicy, co obrazuje wzmożone zainteresowanie dostawców z branży oraz ciągle zwiększająca się podaż – obecnie 70 tys. mkw. znajduje się w budowie, a kolejne 170 tys. mkw. oczekuje na pozwolenie na budowę. Oprócz pozytywnych prognoz na przyszłość, Górny Śląsk ma też przed sobą wiele wyzwań – przede wszystkim musi poradzić sobie z konkurencją ze strony zarówno sąsiednich państw – Czech i Słowacji, jak i sąsiednich regionów, takich jak Wrocław czy Centralna Polska.
Polski złoty cały czas pozostaje względnie stabilny. Z kolei wyraźnej wyprzedaży doświadcza funt brytyjski, któremu cały czas ciążą obawy związane z Brexitem.
Zeszłotygodniowa deklaracja Theresy May o rezygnacji ze stanowiska premier Wielkiej Brytanii stanowiła dla rynku walutowego ekwiwalent trzęsienia ziemi. Konsekwencją tej decyzji jest wewnętrzna rywalizacja o przewodnictwo w Partii Konserwatywnej i związany z tym ponowny wzrost niepewności w kontekście Brexitu. Dlatego funt brytyjski doświadczył wyraźnej wyprzedaży, będąc najgorzej radzącą sobie główną walutą w zeszłym tygodniu.
W przypadku zachowania reszty walut ciężko mówić o ogólnym trendzie. Dolar amerykański osłabił się względem większości walut, aczkolwiek deprecjacja waluty USA nie była zbyt dramatyczna. Wybory do europarlamentu ostatecznie nie zaszkodziły euro. Wynik wyborczy partii populistycznych był niższy od oczekiwań, za to wyraźnie wzrosła liczba mandatów proeuropejskich liberałów z ALDE oraz Zielonych.
Kalendarz ekonomiczny w nadchodzącym tygodniu nie obfituje w istotne publikacje makroekonomiczne, czy też decyzje najważniejszych banków centralnych. Oczekujemy zatem, że rynek walutowy będzie reagował głównie na zmiany sentymentu w kontekście Brexitu oraz na rozwój wydarzeń w kwestii konfliktu handlowego na linii USA-Chiny.
PLN
Zmienność na polskim złotym cały czas pozostaje niska. W ubiegłym tygodniu polska waluta odnotowała jedynie nieznaczne umocnienie w relacji do głównych walut. Na złotego cały czas największy wpływ mają czynniki zewnętrzne, jednak w minionym tygodniu otrzymaliśmy tak dużo danych z polskiej gospodarki, że nie można o nich nie wspomnieć.
Całkiem niezłe dane z rynku pracy i bardzo dobre – szczególnie w kontekście sytuacji w strefie euro – odczyty o produkcji przemysłowej w Polsce to nic przy zaskoczeniu dynamiką sprzedaży detalicznej. W kwietniu odnotowała ona dwucyfrowy wzrost, w ujęciu realnym wzrastając najszybciej od 2011 roku. Jeszcze mocniej zaskoczyły inwestycje firm w pierwszym kwartale roku, które po trzyletnim marazmie ostatecznie mocno odbiły. Wszystkie wspomniane odczyty wskazują na bardzo dobrą sytuację w polskiej gospodarce.
Ten tydzień rozpoczęliśmy od poniedziałkowego odczytu stopy bezrobocia w kwietniu, który pokazał naturalny i dość wyraźny spadek wskaźnika do najniższego poziomu od blisko 30 lat. Następnie w czwartek opublikowane zostaną „minutki” z ostatniego posiedzenia RPP. Makroekonomiczny tydzień zakończy publikacja rewizji szacunku dynamiki PKB w I kwartale, która powie nam, w jakim stopniu poszczególne składowe wzrostu ciągnęły w górę gospodarkę Polski na początku roku. Tak jak w minionym tygodniu, na polską walutę nadal w największym stopniu wpływać powinny jednak czynniki zewnętrzne.
GBP
Dane makroekonomiczne napływające z Wielkiej Brytanii w zeszłym tygodniu były całkiem dobre, co jednak nie miało dla rynków większego znaczenia w obliczu znacznie istotniejszej informacji o rezygnacji Theresy May ze stanowiska premier Wielkiej Brytanii. Dane o sprzedaży detalicznej w Zjednoczonym Królestwie utrzymały dobrą dynamikę, a inflacja bazowa niezmiennie utrzymuje się na poziomie niższym niż 2%. Pod względem publikacji ekonomicznych, najbliższy tydzień będzie dość spokojny. Rynek skupi uwagę na politycznym boju o stanowisko lidera Partii Konserwatywnej, jak i na konsekwencjach wyborów do Parlamentu Europejskiego, w których zarówno Laburzyści, jak i Torysi, poradzili sobie bardzo słabo. Coraz bardziej skłaniamy się w stronę poglądu, że impas w kwestii Brexitu nie zostanie rozstrzygnięty bez przeprowadzenia kolejnych wyborów parlamentarnych.
EUR
Zeszły tydzień przyniósł umiarkowanie dobre wieści dla wspólnej europejskiej waluty – poczynając od nieznacznej poprawy w danych o aktywności biznesowej PMI, a kończąc na wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wynik wyborczy eurosceptyków i populistów okazał się poniekąd słabszy od oczekiwanego. Za to wyraźny wzrost odnotowała grupa zdecydowanie proeuropejskich Liberałów oraz Zielonych. Tym samym z horyzontu znika ryzyko polityczne związane z wyborami. Zważywszy na to, jak i na fakt, że w kontekście Brexitu nie należy oczekiwać jakichkolwiek natychmiastowych rozstrzygnięć, oczekujemy, że euro powinno powrócić do środka korytarza wahań w parze z dolarem amerykańskim.
USD
W kontraście do informacji ze strefy euro, zeszłotygodniowe dane ze Stanów Zjednoczonych – mimo, że były to głównie publikacje drugorzędne – były stosunkowo słabe. Dotyczy to zwłaszcza wyników ankiet aktywności biznesowej PMI.
„Minutki” z ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej potwierdzają, że Fed nie widzi w najbliższym czasie konieczności podwyżek stóp procentowych. Z kolei rynki finansowe spodziewają się, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy FOMC zdecyduje się obciąć stopy procentowe. Jesteśmy zdania, że znajdujemy się jeszcze daleko od punktu, w którym Rezerwa Federalna zdecyduje się na poluzowanie polityki monetarnej. Stąd oczekujemy, że w najbliższym czasie stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych pozostaną na niezmienionym poziomie. Kalendarz ekonomiczny na ten tydzień nie obfituje w istotne publikacje – wyjątkiem są piątkowe dane o inflacji PCE w USA. Dane są istotne z uwagi na to, jak dużą uwagę do braku presji inflacyjnej do tej pory przywiązywali członkowie Fed.
Warmińska firma jest w trójce największych polskich producentów mebli łazienkowych. Jej przychód w 2018 roku wyniósł 71 mln zł i co roku powiększa się o 15 procent. Złożyło się na to m.in. 280 000 wyprodukowanych brył meblowych.
Krzysztof Ornowski, prezes ORiSTO
Meble łazienkowe produkowane w Montowie koło Grodziczna na Ziemi Lubawskiej znają już ludzie w 24 krajach świata. Produkty OEM (Original Equipment Manufacture) firmy ORiSTO najpopularniejsze są w Skandynawii (szczególnie w Szwecji) oraz w Niemczech. – Ale wraz ze zmianami organizacyjnymi u naszych Partnerów otwierają się przed nami nowe perspektywy – od Bałkanów aż po Republikę Południowej Afryki – podkreśla Krzysztof Ornowski, prezes ORiSTO.
Firma systematycznie powiększa również sprzedaż produktów własnej marki – i to nie tylko na rynku polskim, ale także u naszych sąsiadów: w Rosji, w Niemczech czy na Litwie. I wcale nie zamierza na tym poprzestawać. – Mamy też swoich odbiorców w Szwecji, Rumunii i w Wielkiej Brytanii, z którą wiązaliśmy duże nadzieje, ale na razie wizja Brexitu hamuje część inicjatyw – wylicza prezes firmy. – Prowadzimy też rozmowy we Francji, Norwegii, Danii i w Holandii – dodaje.
Żelazne zasady dążenia do sukcesu
Przychód ORiSTO od sześciu lat systematycznie rośnie o 15 procent. W roku 2018 roku osiągnął 71 mln zł. Taki wynik zapewniło wyprodukowanie 280 000 brył meblowych. Jak się udało to osiągnąć? Prezes Krzysztof Ornowski jednym tchem wylicza składowe tego sukcesu. Jak mówi, najważniejszą z nich są rodzinne tradycje rzemieślnicze, sięgające 1933 roku. Wtedy jego dziadek założył niewielki warsztat stolarski. W nim produkował konne wozy i koła do nich.
Kolejny z dynastii, czyli ojciec dzisiejszego prezesa, dostosował produkcję firmy do potrzeb swoich czasów: zaoferował klientom solidne, trwałe drzwi, okna i meble. Nie narzekał na brak zainteresowania…
– Jak widać, nie mogłem wybrać innej drogi, jak tylko kontynuować rodzinne tradycje. Choć dzisiaj ORiSTO to nie mały zakład, ale firma zatrudniająca około 300 osób, to nadal przyświecają nam w pracy wartości zaszczepione mi przez od moich przodków, czyli wysoka jakość połączona z trwałością oraz z szacunkiem należnym naszym klientom, kontrahentom i pracownikom – tłumaczy spadkobierca rzemieślniczej tradycji.
Według niego szalenie istotnym czynnikiem jest również zakorzenienie w ziemi, z którą jego rodzina jest związana od pokoleń. Jak twierdzi, to miejsce zawsze skupiało ludzi przedsiębiorczych, którzy kiedyś rozwijali tu handel i drobną wytwórczość, a w czasach dzisiejszych biznes na wielką skalę (rzecz jasna jak na tak niewielką miejscowość). Słysząc, że Polacy z innych stron kraju nazywają mieszkańców Ziemi Lubawskiej „ludźmi specyficznymi” uśmiecha się tylko, nie protestując.
– Faktycznie, jesteśmy specyficzni: mamy swoją gwarę (która niestety zanika…), jesteśmy szczerzy i gościnni. Potrafimy sobie wzajemnie pomagać. Lubawscy rzemieślnicy i przedsiębiorcy są ludźmi otwartymi na potrzeby innych, wspierają się wzajemnie i szanują. Te relacje każdy z nas przenosi na grunt zawodowy – zaznacza pan prezes.
Jakość nade wszystko
Jakość – to słowo szef ORiSTO odmienia przed wszystkie przypadki, opowiadając o produkcji mebli. Nie jest to, bynajmniej, jedynie rodzaj zaklęcia marketingowego, ale – jak mówi – podstawa wszystkiego. – Materiały wykorzystywane w produkcji są przez nas starannie testowane. Nie posługujemy się jednak tylko i wyłącznie wymaganiami stawianymi przez ogólnodostępne normy. Wewnętrzne testy opieramy na doświadczeniach i rzeczywistych wymaganiach ich użytkowników – wyjaśnia Krzysztof Ornowski.
Co intrygujące, do testowania lakierów używanych w produkcji w ORiSTO wykorzystywane są środki chemiczne powszechnie dostępne w sklepach osiedlowych i marketach. Czemu ma to służyć? Przede wszystkim klientom i ich realnym potrzebom – chodzi o to, by udało się precyzyjnie odwzorowywać sytuacje, w jakich meble są użytkowane na co dzień. Żeby tak się stało, trzeba sprawdzić, jak się zachowują w zetknięciu z wszystkim tym, czym ich właściciele posługują się w swoich domach.
Nie tracić zaufania ludzi!
Strategiczne cele ORiSTO są starannie zdefiniowane na pięć najbliższych lat. Obejmują m.in. ugruntowanie pozycji firmy na rynku meblarskim, w tym znaczące zwiększenie udziału marki własnej w obrotach. Są, rzecz jasna, również inne, ważne założenia. jakie? – Proszę wybaczyć, ale nie wszystkie plany chcemy udostępniać na zewnątrz – zastrzega. – Na pewno pragniemy, by ORiSTO było postrzegane przez Kontrahentów (zarówno odbiorców, jak i dostawców), jako najlepszy i godny zaufania partner w biznesie. Ponadto chcemy oddawać klientom produkt najwyższej jakości, który spełni wszelkie ich oczekiwania stylistyczne, jakościowe i ergonomiczne – dodaje.
Nie mniej ważne jest zdaniem przedsiębiorcy z Montowa to, żeby ORiSTO było najlepszym pracodawcą w całym regionie. Dlatego, oprócz pewności zatrudnienia, musi zapewniać pracownikom solidne pakiety socjalne i zdrowotne oraz liczne, wartościowe atrakcje sportowo-kulturalne. – Zasady szacunku dla pracowników, ich pracy i przekonań są stawiane zawsze na pierwszym miejscu – nie pozostawia wątpliwości Krzysztof Ornowski.
„U mnie słowo droższe pieniędzy”
Krzysztof Ornowski cieszy się z tego, że polskie meblarstwo stało się europejskim liderem branży. Ale, jak przestrzega, nie można popadać w samozachwyt – trzeba nieustannie, pracowicie umacniać pozycję. Problemów, rzecz jasna, nie brakuje: często pojawiają się trudności z dostępem do odpowiedniego surowca, ze znalezieniem nowych, wykwalifikowanych specjalistów, a koszty produkcji szybko rosną. To utrudnia rozwój. Dlatego niezbędne są działania „góry”.
– O dalsze perspektywy tego ważnego globalnie sektora powinni zadbać rządzący Polską. W przeciwnym razie klienci mogą znaleźć sobie partnerów w krajach, w których koszty są relatywnie niższe – mówi Krzysztof Ornowski.
Jednak wszelki biznesowe meandry, jak podkreśla szef ORiSTO, nie mogą powstrzymywać rozwoju. W pokonywaniu takich przeszkód pomaga mu ważna cecha, którą odziedziczył po przodkach: danego słowa trzeba bezwzględnie dotrzymywać.
– Jak mawiał bohater naszej narodowej komedii, Kazimierz Pawlak: „U mnie słowo droższe pieniędzy!”. Dla mnie stanowi ono taką samą wartość, jak umowa pisemna. Oczywiście, w dzisiejszych czasach lepiej zabezpieczyć umowę w formie pisemnej, ale wiem na pewno, że mając przed sobą dziadka i ojca, a teraz także dzieci pracujące z nami w firmie, niewiele rzeczy mogłoby nas pokonać – podsumowuje prezes Krzysztof Ornowski.
Aż trzy godziny zajmuje przeciętnie pracownikami zorganizowanie każdego wyjazdu służbowego. Dla polskich firm oznacza to straty czasu, dla podróżujących – dodatkowy stres. Właśnie został opublikowany pierwszy dokładny raport na temat podróży służbowych polskich pracowników. Na zlecenie firmy Hotailors przygotowała go agencja SW Research.
Hotailors ułatwia przedsiębiorstwom organizowanie i rozliczanie podróży służbowych. Partnerami biznesowymi start-upu są m.in. Vodafone, Google, Amadeus, Kiwi i EY.
Autor: Filip Błoch, prezes i współzałożyciel Hotailors
Hotailors opracowało dokładny raport o polskim rynku podróży służbowych, zawierający analizę błędów oraz rekomendacje dla firm, które chcą efektywniej organizować delegacje swoich pracowników. – Mam nadzieję, że ten raport pozwoli pracodawcom lepiej zrozumieć potrzeby osób podróżujących. Efektem może być wprowadzenie zmian, które zwiększą zadowolenie pracowników i efektywność delegacji oraz przyniosą wymierne korzyści biznesowe – mówi Filip Błoch, prezes i współzałożyciel Hotailors.
Z raportu wynika m.in.:
najbardziej niezadowoleni z wyjazdów służbowych są pracownicy firm zatrudniających ponad 150 osób,
organizacja formalności związanych z podróżą zajmuje przeciętnie ponad 1/3 dnia roboczego,
ponad połowa pracowników nie wie lub nie zna polityki podróży w swojej firmie – zasad organizacji wyjazdów służbowych,
z tego powodu ich delegacje są droższe, a organizacja wyjazdów zajmuje 20 proc. czasu więcej.
Skala straconych godzin i droższych wyjazdów jest ogromna. Ponad połowa pracowników podróżuje po Polsce, Europie i świecie. Wyjazd poza granice naszego kontynentu zazwyczaj kosztuje firmę 16 702 zł. Pracownik leci samolotem i jedzie do hotelu, gdzie zazwyczaj spędza sześć nocy. Podróże po Europie są tańsze (średnio 4 109 zł za trzy noce w hotelu i przelot) nie tylko dlatego, że podróż jest krótsza, ale też dlatego, że firmy wybierają zazwyczaj niższy standard hotelu i przelotu. Najtańsze i najkrótsze są delegacje w granicach naszego kraju. Firmy płacą średnio 619 zł za przejazd pracownika pociągiem i opłacają mu pobyt w hotelu na jedną noc.
Raport dla Hotailors analizuje bolączki, z którymi borykają się pracownicy i firmy podczas podróży służbowych. Pracownicy zazwyczaj lubią wyjazdy w delegacje, a nawet są one dla nich elementem podnoszącym atrakcyjność miejsca pracy. Jednak kiedy przychodzi do organizacji podróży, pojawiają się problemy. Największe z nich to właśnie planowanie wyjazdu, potrzeba pokrywania wydatków w całości z własnej kieszeni, a także rozliczanie ich po powrocie. Z punktu widzenia pracodawców to również poważny problem, bo cały proces planowania i rozliczania delegacji wyłącza pracownika ma trzy godziny z jego codziennych zadań. To mniej więcej jedna trzecia dnia pracy! Organizacja wyjazdów służbowych to problem, który będzie narastał. Bo zdaniem tylko 12 proc. respondentów będą oni podróżować mniej niż dotychczas. – W momencie zwiększania skali działania podróże służbowe stają się obszarem, który bez optymalizacji powoduje nie tylko ogromne obciążenia, ale jest również nieefektywny finansowo – zauważa Michał Szeksztełło, dyrektor operacyjny i współzałożyciel Hotailors.
Pracownicy zwracają uwagę, że zależałoby im na poprawie jakości bazy hotelowej oraz zniesieniu konieczności pokrywania całości wydatków. Bywa, że kiedy intensywność podróży wzrasta, stają się one dla pracowników źródłem stresu. – Można wówczas zauważyć u niektórych pracowników coś w rodzaju syndromu „zmęczenia podróżami służbowymi”, który przejawia się m.in. szukaniem zastępstw lub nawet braniem zwolnień lekarskich – mówi psychiatra dr Dawid Wiener z firmy Cogision.
– Rozwiązaniem wielu problemów polskich firm jest wykorzystanie nowych technologii w planowaniu i rozliczaniu podróży służbowych – mówi Filip Błoch.
Tytuł „Kobieta w Logistyce roku” przyznawany jest co roku od 8 lat podczas Forum Kobiet w Logistyce, konferencji dedykowanej menedżerkom, które pracują zarówno po stronie dostawcy, jak i odbiorcy usług logistycznych. Celem wyróżnienia jest promowanie kobiet pracujących w szeroko rozumianej logistyce, prezentacja ich dorobku zawodowego oraz zaangażowania w rozwój branży logistycznej, a przede wszystkim uhonorowanie ich sukcesów i działalności za rok poprzedni. Autorką i organizatorką Forum Kobiet w Logistyce oraz wyróżnienia „Kobieta w Logistyce roku” jest Beata Trochymiak, wydawca i redaktor naczelna portalu Pracujwlogistyce.pl.
20 maja 2019 roku, w trakcie 8. Forum Kobiet w Logistyce, które odbyło się w Janowie Podlaskim, ogłoszono laureatki tytułu „Kobieta w Logistyce 2018”. Tytuły i statuetki zostały wręczone w dwóch kategoriach Paniom:
Katarzynie Kędzierskiej, dyrektor obsługi klienta, łańcucha dostaw i logistyki w Europie Centralnej, BASF Polska – „Kobieta w Logistyce 2018 – odbiorca usług TSL”
oraz
Lidii Dziewierskiej, prezes zarządu Loconi Intermodal – „Kobieta w Logistyce 2018 – dostawca usług TSL”
Katarzyna Kędzierska – dyrektor obsługi klienta, łańcucha dostaw i logistyki w Europie Centralnej, BASF Polska
– z logistyką związana od ponad 10 lat. Samodzielnie reorganizowała i optymalizowała pracę działu logistyki i customer service w BASF Polska. Jak napisał jej zespół w zgłoszeniu do statuetki – to osoba na której wsparcie zawsze można liczyć i to zarówno w kwestiach operacyjnych jak i prawnych. Katarzyna Kędzierska inicjuje i znakomicie koordynuje wprowadzane zmiany dzięki szerokiemu spojrzeniu na problem i kompleksowemu podejściu do współpracy z innymi działami w BASF. Nigdy nie poddaje się atmosferze chaosu i nieustających problemów płynących z rynku usług logistycznych.
Chłodnym okiem błyskawicznie analizuje sytuację, układa i wdraża plan naprawczy albo usprawniający, licząc się przy tym z opiniami i sugestiami podwładnych oraz współpracowników, jednocześnie pokonując pewną bezwładność decyzyjną ogromnej korporacji. Wolne chwile Pani Kasia spędza z rodziną albo podróżuje poznając świat.
Lidia Dziewierska – prezes zarządu Loconi Intermodal
– z branżą logistyki kontenerowej związana od 2010 roku. To jedna z nielicznych kobiet, o ile nie jedyna w Polsce, na stanowisku prezesa zarządu firmy zajmującej się spedycją i transportem intermodalnym. Przeszła całą ścieżkę kariery od specjalisty ds. administracji i relacji inwestorskich aż po prezesa zarządu. Pani Lidia jest niesamowicie charyzmatyczną kobietą. To osoba nieustannie rozwijająca swoje kompetencje. Uczestniczyła w ponad 60 szkoleniach i kursach z zakresu zarządzania, finansów i relacji inwestorskich. W ciągu kilku lat pod jej kierownictwem firma Loconi Intermodal osiągnęła pozycję lidera na rynku operatorów intermodalnych w Polsce. Między innymi zawarła strategiczne porozumienie o współpracy z największym konkurentem polegające na wymianie strategicznych zasobów (terminali, wagonów, rozkładów jazdy). Dzięki niej powstało też kilka nowych terminali intermodalnych w Polsce, uzupełniających ogólnopolską sieć kontenerowych punktów przeładunkowych z torów na drogi. Wewnątrz firmy uruchomiła autorską platformę edukacyjną – Akademię Liderów Loconi, skierowaną do początkujących menedżerów Loconi oraz aspirujących do roli menedżerów młodych pracowników. Poza pracą zaangażowana jest w prowadzenie założonej przez siebie fundacji – Równe Szanse dla Dzieci i Rodzin, którą stworzyła w celu udzielania długoterminowego wsparcia dla wyrównywania szans kobietom, dzieciom i rodzinom poprzez np. podnoszenie kwalifikacji, uzyskiwanie niezależności, uzyskanie dostępu do edukacji, których wiele kobiet nie ma ze względu na środowisko lub złą sytuację materialną. Dla niej ważny jest człowiek, a w biznesie stawia na relacje. Prywatnie interesuje się historią, literaturą biograficzną i podróżniczą.
Świat ogarnia fala ataków hakerskich w sieci. Według firmy Check Point na całym świecie codziennie dochodzi do 50 mln ataków, choć większość z nich jest udaremniona dzięki rozwiązaniom systemowym i pracy działów bezpieczeństwa IT. Analitycy Cybersecurity Ventures oszacowali z kolei, że straty wynikające z działań hakerskich na świecie wzrosną z 3 mld USD w 2015 roku do 6 mld USD w 2021.
Wojciech Głażewski, Country Manager firmy Check Point Software Technologies w Polsce
– Strach przed kolejnymi atakami rośnie, a na rynku nadal brakuje specjalistów. W Europie Środkowej, w tym w Polsce – to ponad 140 tys. osób – podkreśla Wojciech Głażewski, Country Manager firmy Check Point Software Technologies w Polsce.
– Cyberbezpieczeństwo to obecnie jeden z najważniejszych obszarów IT, gdzie jednocześnie wciąż widać brak wystarczającej liczby specjalistów. Wiele firm prowadzi swoje własne „akademie” oferujące międzynarodowe programy certyfikacyjne. Podnoszenie kwalifikacji jest jednak kosztowne. Stąd możliwy brak odpowiedniej liczby osób na rynku – przedstawiciele firmy Executive Search.
W opinii firmy Infosecurity (ISC) obecnie na całym świecie brakuje ok 2,9 mln wykwalifikowanych specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa. Badania prowadzone przez instytut pokazały, że do końca 2022 roku niedobór ten powiększy się o kolejne 1,8 mln ekspertów! Na największe braki cierpieć będą rynki azjatyckie (zapotrzebowanie na 2,14 mln specjalistów bezpieczeństwa IT), Północna Ameryka (498.000), rejon Europy Środkowej z Polską (142.000) oraz Ameryka Łacińska (136.000).
Szacuje się, że w całej Unii Europejskiej deficyt ten może sięgać nawet 900 tys. ekspertów. Z kolei jak podaje dziennik Rzeczpospolita, w Polsce brakuje ich około 50 tys.
Ciekawostką jest wydłużający się czas poświęcany przez pracowników działów IT – zarówno w dużych jak i małych firmach – na zabezpieczanie firmowych sieci przed atakami cybernetycznymi. W ciągu ostatnich lat aż 25 proc. czasu przeznaczone było na sprawy związane z rozwiązywaniem skutków ataków zewnętrznych.
Badania Infosecurity pokazały dodatkowo, że prawie 2/3 firm na świecie (63 proc.) przyznaje się do problemów wynikających z braku specjalistów na rynku. To oznacza, że co najmniej połowa (według Infosecurity 59 proc.) firm jest podatna na skuteczne ataki ze strony cyberprzestępców. Stąd deklaracja 48 proc. badanych firm o potrzebie zwiększenia liczby specjalistów IT w ciągu najbliższych 12 miesięcy.
Kobiety coraz liczniejsze w gronie specjalistów IT
Badania pokazują dodatkowo ciekawy trend – rosnącą liczbą kobiet wśród ekspertów IT na rynku. Z badań wynika, że stanowią one już prawie ¼ pracowników branży na świecie (24 proc), co oznacza dwukrotny wzrost w ciągu zaledwie 4 lat (11 proc. w 2015).
Wraz z rosnącym zagrożeniem rosną wydatki firm na zabezpieczenia, w tym zatrudnienie doświadczonych pracowników w działach bezpieczeństwa IT. Według szacunków firmy Check Point wydatki firm na zabezpieczenia przed cyberterroryzmem przekroczyły już barierę 130 mld USD.
Dokładnie 700 000 zł od każdej instytucji ujętej w ewidencji PPK oraz dodatkowe 0,05% od jej aktywów tworzy koszty uruchomienia i funkcjonowania portalu Pracowniczych Planów Kapitałowych[1]. Doliczając do tego wydatki pracodawców na każdego uczestnika programu (pracownika), można spodziewać się, że w najbliższym czasie wzrosną różne koszty ponoszone przez przedsiębiorców i zatrudnionych w Polsce. Czy PPK to dobry pomysł? Czy wyniki wyborów coś zmienią?
Pracownicze Plany Kapitałowe zaczną obowiązywać od 1 lipca 2019r. Na początku program wystartuje u największych pracodawców (np. korporacji, uczelni wyższych z ponad 250 pracownikami).
Co dla pracodawcy?
– Trudno przewidzieć prawdziwe koszty PPK dla pracodawcy. Uzależnione jest to od różnych czynników (w tym liczby osób, które przystąpią do programu) – podkreśla Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o. Zwraca ona również uwagę na fakt, część składek na PPK płacona przez Skarb Państwa finansowana jest z Funduszu Pracy, czyli środków odprowadzanych przez pracodawcę: – Wdrożenie PPK oznacza też inne obowiązki po stronie pracodawcy. Takie rozwiązanie zwiększy koszty zatrudnienia w naszym kraju – podkreśla Marta Tomaszewska.
Pracodawca musi np. wybrać instytucję finansową, która będzie zarządzać PPK i zawrzeć z nią stosowną umowę. Porównanie ofert i dokonanie decyzji ma ułatwić m.in. wspomniany wcześniej portal internetowy.
Jak odczuje to pracownik?
– W najbliższym czasie płace powinny utrzymać się na obecnym poziomie – prognozuje Marta Tomaszewska z Kalasoft. Pracownicy już teraz powinni zainteresować się PPK. Automatyczne przypisanie do programu będzie odbywało się co 4 lata. To ważna informacja dla osób w wieku od 18 do 54 lat, które będą chciały wybrać inną formę oszczędzania. Warto zwrócić też uwagę na inne kwestie.
– Dopiero po min. 3 latach od wprowadzenia PPK skala oszczędności pracowników będzie możliwa do zauważenia. Wtedy pojawi się też czas na pytanie o sens całego programu. O przyszłości PPK zadecyduje także układ sił politycznych w Polsce – podsumowuje Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o. Ocenia ona, że program długoterminowego oszczędzania na przyszłe emerytury jest potrzebny, choć nie powinien on zastępować państwa, jako podmiotu zapewniającego wypłatę emerytur (a tym samym godną starość).
Na chwilę obecną ciężko ocenić całkowity zakres zmian, które odczują pracodawcy i pracownicy (po wejściu w życie PPK). O przyszłości systemu oraz innych rozwiązań emerytalnych zadecyduje wiele różnych czynników. Ważne, by program zachęcił (a nie zniechęcił) Polaków do poszukiwania sposobów oszczędzania na przyszłość.
[1] Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 22 lutego 2019r. w sprawie wysokości opłaty za utworzenie i prowadzenie portalu PPK oraz wysokości stawki opłaty za udział w tym portalu: http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20190000416/O/D20190416.pdf
Wczoraj, 27 maja 2019 r., Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych, po otrzymaniu przelewu od spółki GetBack wpłacił na rachunki uczestników środki za zakupione obligacje serii G i H zabezpieczone zastawem rejestrowym. Administratorem zastawu w przypadku obu grup była Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy.
Rok temu na żądanie Komisji Nadzoru Finansowego Giełda Papierów Wartościowych zawiesiła obrót akcjami i obligacjami GetBacku. Przyczyniło się to do trwającego obecnie procesu restrukturyzacji firmy.
Pod koniec kwietnia br. GetBack zapowiedział, że chce przedterminowo spłacić 8,58 mln zł z wartych 14,8 mln zł obligacji serii G oraz wykupić 1,74 mln zł z serii H o łącznej wartości 5,28 mln zł. Było to możliwe dzięki porozumieniu ze szwedzkim inwestorem Hoist Finance, który z końcem kwietnia sfinansował przejęcia aktywów GetBacku. Zgodnie z porozumieniem spółka przejęła portfele określone w umowie transakcji, w tym te stanowiące zabezpieczenie obligacji serii G i H.
Cieszymy się, że nasi klienci jako jedyni odzyskują 100% środków kapitału utraconego w wyniku inwestycji w obligacje spółki windykacyjnej GetBack – mówi mec. Jarosław Chałas z Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.
Obligacje GetBacku różnych serii posiada ponad 9 tys. osób fizycznych i 178 instytucji finansowych – wynika z ustaleń KNF.
Coroczne spotkanie w Berlinie: udziałowcy głosują w sprawie nowej struktury grupy
Zrównoważony rozwój jeszcze silniej wpisany w strategię firmy
dr Dieter Zetsche, przewodniczący zarządu Daimler AG i szef Mercedes-Benz Cars: – Wypracowaliśmy sobie silną pozycję lidera w procesie całkowitej transformacji branży motoryzacyjnej. W tym celu zapoczątkowaliśmy w naszej spółce zmiany historycznego kalibru. Transformacja trwa, a obejmuje ona zarówno nasze produkty i technologie, jak i model biznesowy i kulturę korporacyjną.
Zmiany na szczycie: Oli Kallenius następcą Dietera Zetsche
Manfred Bischoff, przewodniczący Rady Nadzorczej Daimler AG, dziękuje odchodzącemu prezesowi zarządu: – W osobie Dietera Zetsche opuszcza nas wyjątkowy lider. To on zaprowadził Daimler AG na szczyt, często pokonując niemałe przeszkody. Wraz z pracownikami stał się kołem napędowym fundamentalnej przemiany firmy. Pod jego wodzą Daimler położył fundamenty pod swoją przyszłość. Za to należy mu się nasza bezwarunkowa wdzięczność.
Udziałowcy głosują nad dywidendą 3,25 euro za akcję – drugiej najwyższej w historii firmy
Daimler potwierdza prognozy na rok 2019
Hauptversammlung der Daimler AG am 5. April 2018 in Berlin. Dr. Dieter Zetsche, Vorstandsvorsitzender der Daimler AG und Leiter Mercedes-Benz Cars und Dr. Manfred Bischoff, Vorsitzender des Aufsichtsrats der Daimler AG Annual General Meeting of Daimler AG on April 5, 2018 in Berlin. Dr Dieter Zetsche, Chairman of the Board of Management and Head of Mercedes-Benz Cars and Dr Manfred Bischoff, Chairman of the Supervisory Board of Daimler AG
Berlin – Podczas dorocznego spotkania udziałowców Daimler AG w Berlin Expo Center zapadły kluczowe decyzje strategiczne: Udziałowcy głosowali nad nową strukturą grupy, w której Daimler stanie się spółką-matką, a dywizje motoryzacyjne zyskają prawną niezależność. W czasie spotkania omówiono również dalsze kroki w transformacji firmy z producenta samochodów w dostawcę usług z zakresu mobilności oraz znaczenie zrównoważonego rozwoju dla zachowania skutecznego modelu biznesowego. Na koniec dr Dieter Zetsche, wieloletni prezes zarządu, przekazał ster grupy swemu następcy: Ola Kallenius będzie kontynuował prace nad nowym kształtem koncernu. Na dorocznym spotkaniu udziałowców, podobnie jak w roku minionym, pojawiło się ok. 6000 akcjonariuszy.
Sukces Daimlera opiera się na doświadczeniu w branży motoryzacyjnej i strategicznej dalekowzroczności. Ekologiczne rozwiązania z zakresu mobilności umożliwi klientom decyzje dołożenie własnej cegiełki na rzecz ochrony klimatu – powiedział Manfred Bischoff, przewodniczący Rady Nadzorczej Daimler AG. Najważniejsze jest pytanie o przyszłość indywidualnej mobilności. To jedno z głównych wyzwań, przed którymi stoi obecnie branża motoryzacyjna. Niezwykłe pojazdy z coraz nowocześniejszymi układami napędowymi to już za mało. Producenci samochodów muszą zaoferować zupełnie nowe rozwiązania z zakresu mobilności w środowisku miejskim.
W 2018 r., pomimo ogólnie trudnych warunków rynkowych, sprzedaż i przychód Daimler AG rosły. EBIT i zysk netto grupy osiągnęły dobry poziom. Dzięki wsparciu 298 683 pracowników (w 2017 r.: 289 321) sprzedaż pojazdów wzrosła o 2,4%, osiągając 3,4 mln (w 2017 r.: 3,3 mln), a cel wzrostu został osiągnięty. Przychód wyniósł 167,4 mld euro (w 2017 r.: 164,2 mld), EBIT uplasował się na poziomie 11,1 mld euro, znacznie niżej niż rok wcześniej (w 2017 r.: 14,3 mld). Zysk netto spadł do 7,6 mld euro (w 2017 r.: 10,6 mld), a zysk na akcję do 6,78 euro (w 2017 r.: 9,61).
Podczas dorocznego spotkania udziałowców zarząd i rada nadzorcza zaproponowały dywidendę w wysokości 3,25 euro za akcję (rok wcześniej: 3,65 euro). Całkowita wartość wypłaconych dywidend wyniesie 3,5 mld euro (rok wcześniej: 3,9 mld). Będzie to druga najwyższa dywidenda w historii firmy. Dywidendy zostaną wypłacone trzeciego dnia roboczego po zakończeniu corocznego spotkania, czyli 27 maja 2019 r., a obejmą wszystkich udziałowców na dzień 22 maja 2019 r.
W ostatnich latach Daimler wiele osiągnął, mimo iż wyniki z minionego kwartału i obecna cena akcji nas nie satysfakcjonują – powiedział w czasie spotkania Dieter Zetsche, prezes zarządu Daimler AG i szef Mercedes-Benz Cars. W retrospekcji widać, że firma przechodziła przez różne fazy. – Przez pewien czas aktywnie rozwiązywaliśmy problemy i ponownie skupiliśmy się na tym, w czym jesteśmy najlepsi: na samochodach, które są racjonalnie przekonujące i emocjonalnie inspirujące. Później przeszliśmy do ofensywy. Chcieliśmy, aby do 2020 r. Mercedes-Benz stał się liderem na rynku samochodów klasy premium. Byliśmy numerem jeden od 2016 r. W sektorze pojazdów komercyjnych mogliśmy wykorzystać wiodącą pozycję do dalszego rozwoju. Ofensywa nie była jednak celem samym w sobie. Dzięki niej zebraliśmy dość sił, aby stać się liderem w o wiele większym przedsięwzięciu: całkowitej transformacji branży motoryzacyjnej. W tym celu zapoczątkowaliśmy w naszej spółce zmiany historycznego
kalibru. Transformacja trwa, a obejmuje ona zarówno nasze produkty i technologie, jak i model biznesowy i kulturę korporacyjną.
PROJEKT PRZYSZŁOŚĆ do zatwierdzenia
Podczas dorocznego spotkania udziałowcy głosowali nad zmianami w strukturze korporacji (Project Future): połączenie działów samochodów osobowych i dostawczych oraz samochodów ciężarowych i autobusów, w dwa prawnie niezależne podmioty. Projekt wejdzie w życie, gdy reorganizacja zostanie wpisana do rejestru handlowego przez sąd okręgowy w Stuttgarcie.
W takim wypadku nowa struktura zaczęłaby obowiązywać od 1 listopada 2019 r. Od tego dnia Mercedes-Benz AG ma przejąć kontrolę nad dywizjami Mercedes-Benz Cars i Mercedes-Benz Vans, podczas gdy Daimler Trucks i Daimler Buses zostaną podporządkowane Daimler Truck AG. Z kolei Daimler Financial Services AG, która już funkcjonuje jako prawnie niezależna spółka, od 24 lipca 2019 r. zmieni nazwę na Daimler Mobility AG. Dwie nowe firmy, podobnie jak obecny Daimler AG czy przyszły Daimler Mobility AG, bedę spółkami akcyjnymi z partycypacją pracowniczą, z oficjalnymi siedzibami w Stuttgarcie.
Daimler AG jako notowana na giełdzie spółka-matka będzie odpowiadał za zarządzanie, strategię i nadzór, a także dostarczał usługi dla całej grupy. Z trzema silnymi podmiotami pod wspólnym dachem grupa stanie się jednocześnie bardziej elastyczna i skoncentrowana. Wprowadzając nową strukturę organizacyjną, Daimler chce dać poszczególnym dywizjom większą swobodę biznesową, wzmocnić nastawienie na rynek i konsumenta oraz ułatwić i przyspieszyć współpracę. Dzięki temu, że każda z nowych firm skupi się na własnych klientach, rynkach i podstawowych kompetencjach, możliwe stanie się wykorzystanie nowego potencjału wzrostu i poprawy zarobków. Ponadto wzmocnienie struktury dywizyjnej na dłuższą metę pomoże zachować obecnych inwestorów, a także pozyskać nowych inwestorów i partnerów.
Project Future ma szansę stać się najbardziej kompleksową reorganizacją w 130-letniej historii korporacji Daimler. Poza jednostkami niemieckimi obejmie też około 800 filii w przeszło 60 krajach. Biorąc pod uwagę przychody i całkowitą liczbę pracowników Daimler AG, będzie to przy okazji jedna z największych operacji reorganizacyjnych, jakie miały miejsce w Niemczech w ostatnich latach. Tylko w tym kraju do dwóch nowych firm zostanie przeniesione około
130 000 osób – oczywiście po udzieleniu pełnej i terminowej informacji, w zgodzie z regulacjami prawnymi dotyczącymi transferu pracowników.
– Daimler pragnie stać się liderem w nowej erze mobilności. Aby to osiągnąć, potrzebne są innowacyjność i elastyczność, które pozwolą szybko reagować na zmiany, wykorzystywać pojawiające się możliwości wzrostu i dalej odnosić sukcesy w przyszłości. Dzięki PROJEKTOWI PRZYSZŁOŚĆ grupa zyska strukturę organizacyjną dostosowaną do jej strategicznego kursu – powiedział Bischoff. Silne, zorientowane na klienta dywizje znacząco poprawią elastyczność i szybkość działania Daimlera w obliczu technicznych i finansowych wyzwań, przed jakimi stanęła obecnie branża.
Idea zrównoważonego rozwoju w strategii i systemie wynagrodzeń
Mając na uwadze przyszłe wyzwania i potrzebę społecznej akceptacji, Daimler postanowił jeszcze wyraźniej wpisać zrównoważony rozwój w swą strategię biznesową. – Nasz cel to odpowiedzialność w każdym obszarze działań, od oszczędzania zasobów naturalnych i spełniania wymogów środowiskowych po ochronę danych osobowych i praw człowieka. W tej chwili skupiamy się jednak na pojazdach niskoemisyjnych. Jest to sprawa priorytetowa, gdyż w wyniku globalnego popytu liczba samochodów na ulicach będzie ciągle rosnąć. W związku z tym należy jak najszybciej obniżyć emisję spalin. Nie tylko podporządkowujemy się paryskiemu porozumieniu klimatycznemu, ale wierzymy w nie całym sercem – powiedział Zetsche.
W ramach projektu „Ambicja 2039” dywizja Mercedes-Benz Cars postawiła sobie trudne, a jednocześnie osiągalne cele. Mercedes uważa, że idea zrównoważonego rozwoju powinna być wpisana w cały łańcuch wartości. Plan jest taki, by do roku 2039 wszystkie nowe samochody osobowe w ofercie były ekologiczne. Koncepcja ta uwzględnia też zagadnienia takie jak surowce i łańcuch dostaw, produkcja, użytkowanie oraz potencjał recyklingowy. W przygotowaniu są już podobne plany dla pojazdów użytkowych.
Aby stworzyć odpowiednie zachęty dla kadry kierowniczej do promowania zrównoważonego rozwoju, a jednocześnie jeszcze silniej popchnąć firmę w kierunku usług z zakresu mobilności,
model wynagrodzeń dla członków zarządu zostanie zmodyfikowany. – Najbardziej zależy nam na tym, aby powiązać zachęty, zwłaszcza roczne premie, z implementacją nowej strategii, transformacją mającą na celu zabezpieczenie przyszłości firmy i odpowiedzialnym rozwojem: Daimler AG chce pozostać czołowym producentem samochodów, a jednocześnie dążyć do bycia liderem w zakresie mobilności. Ponadto pragniemy, aby nasze kolektywne pozafinansowe cele i kryteria stały się jeszcze jaśniejsze. Planujemy też uprościć metodologię i osiągnąć większą przejrzystość – powiedział Bischoff. Za zgodą udziałowców rosnące znaczenie usług z zakresu mobilności zyska oddźwięk w akcie założycielskim spółki, do którego – jako nowy cel – zostaną wpisane „usługi oraz idee dotyczące mobilności i transportu”.
Zmiany w radzie nadzorczej
Dobiegły końca kadencje dwóch członków RN: Joe Kaeser i Bernd Pischetsrieder ustępują jako przedstawiciele udziałowców. Rada zaproponowała, aby obaj zostali ponownie wybrani na swoje stanowisko na okres kolejnych pięciu lat. Wolfgang Nieke, przedstawiciel pracowników i przewodniczący rady pracowniczej zakładu w Unterturkheim, na koniec minionego roku zrezygnował z miejsca w radzie nadzorczej. Zastąpił go Michael Haberle, który jest obecnie przewodniczącym rady pracowniczej zakładu w Unterturkheim.
Daimler spodziewa się dalszego wzrostu sprzedaży jednostkowej, przychodu i EBIT w 2019 r.
Daimler przewiduje, że w bieżącym roku zdoła nieco poprawić sprzedaż (w 2018 r.: 3,4 mln pojazdów) dzięki atrakcyjnej ofercie modeli we wszystkich dywizjach i utrzymującym się pozytywnym zmianom na rynkach motoryzacyjnych. W oparciu o prognozowany rozwój sprzedaży spodziewany jest dalszy wzrost przychodu. Pomimo zmiennych warunków, firma szacuje, że łączny EBIT całej grupy będzie dalej powoli szedł w górę.
Poszczególne dywizje spodziewają się następującego zysku ze sprzedaży:
Mercedes-Benz Cars: 6 do 8 procent,
Daimler Trucks: 7 do 9 procent,
Mercedes-Benz Vans: 0 do 2 procent,
Daimler Buses: 5 do 7 procent,
Daimler Financial Services: zwrot z kapitału własnego 17 do 19 procent.
Rok 2019 zaczęliśmy z umiarkowanym powodzeniem. Spodziewaliśmy się tego, co nie znaczy, że jesteśmy zadowoleni. Przede wszystkim nie satysfakcjonuje nas obecny poziom rentowności. Ogólnie rzecz ujmując, warunki nie staną się łatwiejsze. Obok czynników zewnętrznych odczuwamy też finansowe skutki zmian w firmie – powiedział Zetsche. W przeciągu ostatnich pięciu lat roczna wysokość naszych inwestycji wzrosła o przeszło 50 procent. W Mercedes-Benz Cars wydatki na badania i rozwój wręcz się podwoiły. Zadaniem grupy jest ograniczenie kosztu nowych technologii w oferowanym klientowi samochodzie. Aby to osiągnąć, musimy ciąć koszty i zwiększać wydajność w całej firmie.
Wszystko jest pod obserwacją: koszty stałe i zmienne, koszty materiałowe i kadrowe, projekty inwestycyjne, integracja wertykalna, a także oferta produktowa – powiedział Zetsche. Działania te mają sprawić, że do 2021 r. Mercedes-Benz Cars i Mercedes-Benz Vans ponownie wskoczą w widełki rentowności na poziomie 8-10 procent. Zaś co do Daimler Trucks i Daimler Busses cel to osiągnięcie stabilnych zwrotów w wysokości 8% i odblokowanie istniejącego potencjału.
Zmiany w zarządzie
Hauptversammlung der Daimler AG am 22. Mai 2019 in Berlin. Dr. Manfred Bischoff, Vorsitzender des Aufsichtsrats der Daimler AG (rechts), und Michael Brecht, Stellvertretender Vorsitzender des Aufsichtsrats und Gesamtbetriebsratsvorsitzender der Daimler AG.;EQC 400 4MATIC: Stromverbrauch kombiniert: 20,8 kWh/100 km; CO2-Emissionen kombiniert: 0 g/km. Stromverbrauch und Reichweite wurden auf der Grundlage der VO 692/2008/EG ermittelt. Stromverbrauch und Reichweite sind abhängig von der Fahrzeugkonfiguration. Weitere Informationen zum offiziellen Kraftstoffverbrauch und den offiziellen spezifischen CO₂-Emissionen neuer Personenkraftwagen können dem „Leitfaden über den Kraftstoffverbrauch, die CO₂-Emissionen und den Stromverbrauch” neuer Personenkraftwagen entnommen werden, der an allen Verkaufsstellen und bei der Deutschen Automobil Treuhand GmbH unter www.dat.de unentgeltlich erhältlich ist. Annual General Meeting of Daimler AG on May 22, 2019 in Berlin. Dr Manfred Bischoff, Chairman of the Supervisory Board of Daimler AG (on the right), with Michael Brecht, Deputy Chairman of the Supervisory Board and Chairman of the General Works Council of Daimler AG.;Annual Shareholder’s Meeting of Daimler AG on May 22, 2019 in Berlin EQC 400 4MATIC: Combined electric energy consumption: 20.8 – 19.7 kWh/100 km; combined CO2 emissions: 0 g/km*; *Electric energy consumption and range have been Determined on the basis of Regulation (EC) No. 692/2008. Electric energy consumption and range depend on the vehicle configuration
Podczas dorocznego spotkania udziałowców Dieter Zetsche, prezes zarządu Daimler AG i szef Mercedes-Benz Cars przez ponad 13 lat, ustąpił ze stanowiska. Na spotkaniu zaplanowanym na 2021, po dwuletniej przerwie (cooling-off period), rada nadzorcza zamierza zaproponować przyjęcie go w swe szeregi.
W osobie Dietera Zetschego opuszcza nas wyjątkowy lider. Jako wieloletni członek, a później prezes zarządu odegrał wyjątkową rolę w kształtowaniu losów Daimler AG, czy to w czasie niezbędnego rozłączenia z Chryslerem, czy to podczas walki z kryzysem z lat 2008-2009, czy przy przebudowywaniu oferty i designu naszych produktów. Potrafił nie tylko zmotywować całą firmę swoim hasłem „Chcemy znów stać się numerem 1 w segmencie samochodów premium”, ale także zdołał osiągnąć ten cel, wyznaczony na rok 2020, już w roku 2016 – powiedział Bischoff. Pewien niemiecki magazyn biznesowy słusznie nazwał Zetschego „jedynym światowej klasy przywódcą w branży motoryzacyjnej”. – To on zaprowadził Daimlera na szczyt, nieraz pokonując niemałe przeszkody. Wraz pracownikami stał się kołem napędowym transformacji firmy. Pod jego wodzą Daimler położył fundamenty pod lepszą przyszłość. Za to należy mu się nasza wdzięczność – podsumował Bischoff.
Zetsche rozpoczął karierę w Daimlerze w 1976 r. Z powodzeniem sprawował kolejne funkcje kierownicze. Obroniwszy doktorat z inżynierii elektrycznej, zajmował wysokie stanowiska w jednostkach zajmujących się pojazdami użytkowymi w Brazylii, Argentynie i Stanach Zjednoczonych, aż wreszcie, w 1995 r., dołączył do zarządu Mercedes-Benz AG jako szef działu sprzedaży, a później do zarządu dywizji pojazdów użytkowych. W 2000 przejął odpowiedzialność za Chryslera, obejmując stanowiska dyrektora generalnego i prezesa. Funkcje te sprawował do 2005 r., kiedy został szefem grupy Mercedes-Benz Car. W 2006 r. otrzymał stanowisko dyrektora generalnego Daimler AG.
Nowym prezesem zarządu Daimler AG i szefem Mercedes-Benz Cars na okres pięciu lat od zakończenia dorocznego spotkania udziałowców został wybrany Ola Kallenius. Na stanowisko prezesa zarządu i szefa Mercedes-Benz Cars mianujemy Olę Kalleniusa, który jako top manager zdobył już uznanie i międzynarodowe doświadczenie, osiągnął też niemałe sukcesy i pokazał, że potrafi stać się dla ludzi inspiracją. Przy okazji liczymy na to, że po raz kolejny sprawdzi się złożenie w jednych rękach odpowiedzialności za przewodzenie zarządowi i kierowanie największą dywizją Daimlera – powiedział Bischoff.
Kallenius dołączył do grupy w 1995 r., a od stycznia 2015 r., sprawdziwszy się wcześniej w wysokich funkcjach krajowych i międzynarodowych, został członkiem zarządu Daimler AG sprawującym pieczę nad sprzedażą i marketingiem w Mercedes-Benz Cars. W styczniu 2017 r. przejął też odpowiedzialność za wspólny dział badań grupy i dział rozwoju w Mercedes-Benz Cars.
Jego dotychczasowe miejsce w zarządzie zajmie Markus Schafer. Przez najbliższe pięć lat będzie on odpowiadał za wspólny dział badań grupy i dział rozwoju w Mercedes-Benz Cars. W zakres obowiązków Schafera wejdzie również dbanie o zaopatrzenie i jakość dostawców w Mercedes-Benz Cars. – Markus Schafer wykazał się znakomitymi umiejętnościami przywódczymi i wyczuciem strategicznym na różnych technicznych stanowiskach kierowniczych w dywizji Mercedes-Benz Cars – stwierdził Bischoff.
Bodo Uebber, wieloletni dyrektor finansowy grupy, opuści zarząd. – Bodo Uebber dołączył do grupy Daimler w 1989 r., a od 2004 r. z powodzeniem dbał o finanse Daimler AG. Przez lata mogliśmy na nim polegać jako na ekonomicznym sumieniu firmy. Przeprowadził też wiele cennych inicjatyw zarówno na własnym polu, jak i w całej grupie. Chcielibyśmy podziękować Bodo za ciężką i solidną pracę, a także życzyć mu wszystkiego najlepszego w przyszłości – powiedział Bischoff.
Następcą Uebbera został Harald Wilhelm, który do zarządu Daimler AG dołączył 1 kwietnia 2019 r., pierwotnie bez przydzielenia stałego zakresu obowiązków. Po dorocznym spotkaniu udziałowców Wilhelm obejmie pieczę nad działem finansów i kontroli finansowej, a także nad dywizją Daimler Financial Services. Kadencji udzielono mu na trzy lata. Harald Wilhelm był wcześniej dyrektorem finansowym oraz członkiem komitetu wykonawczego Airbusa. – Dzięki wieloletniemu międzynarodowemu doświadczeniu Harald Wilhelm zapewni Daimlerowi ogromne wsparcie podczas transformacji w dostawcę usług z zakresu mobilności, a także będzie dalej napędzał takie podejście strategiczne. Powierzając mu to odpowiedzialne stanowisko, mieliśmy na uwadze rosnące znaczenie rynków kapitałowych i inwestorów. Jednocześnie pragnęliśmy kontynuować pokoleniową zmianę warty w strukturach zarządu – stwierdził Bischoff.
W lutym 2019 r. rada nadzorcza ponownie mianowała Brittę Seeger członkinią zarządu odpowiedzialną za marketing i sprzedaż w Mercedes-Benz Cars. Jej kadencja potrwa pięć lat, zaczynając od 1 stycznia 2020 r.
– Jeżeli Daimler pod wieloma względami osiąga dziś więcej niż kiedykolwiek, to stało się to możliwe dzięki ciężkiej pracy całych pokoleń oddanych pracowników. To oni od 130 lat budują i rozwijają tę firmę, zarówno w dobrych czasach, jak i tych nie najlepszych. Przez przeszło cztery dekady miałem zaszczyt uczestniczyć, a potem przewodzić w tym chlubnym przedsięwzięciu. Wraz z wynalezieniem pierwszego automobilu ojcowie założyciele Daimlera poruszyli coś więcej niż ludzi i towary. Jeśli chcemy ponownie zmienić świat, i to na lepsze, Daimler musi również dalej się zmieniać. Z tego powodu mocno wierzę w obecną transformację – powiedział Zetsche.
Zgodnie z prawem, prowadząc bloga podróżniczego, modowego czy urodowego, można odpowiednio wrzucić w koszty cenę nabycia biletów lotniczych, ubrań, torebek czy kosmetyków. Dotyczy to też aktywności zawodowej w tzw. social mediach. Według niektórych doradców podatkowych, suma wydatków może nawet przekraczać uzyskiwane przychody. Znaczenie ma jedynie cel poniesienia kosztu, a nie faktyczna dochodowość biznesu. Jednak niektórzy eksperci uprzedzają, że w przypadku kontroli podatkowej liczy się realny pomysł na generowanie zysków z tego typu pracy. Czasem urzędnikom trudno jest zrozumieć koncepcję biznesu opartego na prowadzeniu bloga. I w tym tkwi cały problem. Warto wcześniej złożyć wniosek o indywidualną interpretację do Krajowej Informacji Skarbowej.
Jak zapewnia Barbara Filemonowicz, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii ADN Podatki, wszystkie wydatki zawodowego blogera, ponoszone w związku z prowadzeniem bloga, są jak najbardziej kosztami podatkowymi. Podstawą odliczenia jest art. 15 ust. 1 ustawy o CIT, jeśli twórca ma działalność w formie spółki kapitałowej. W pozostałych przypadkach, np. jednoosobowej działalności gospodarczej, jest to art. 22 ust. 1 ustawy o PIT. Natomiast Radosław Maćkowski z Kancelarii Doradztwa Podatkowego MVP TAX wskazuje, że art. 86 ustawy o VAT pozwala blogerowi odliczyć podatek naliczony wraz z zakupem towarów i usług pod warunkiem, że są one związane z czynnościami opodatkowanymi VAT. Ma on więc co do zasady takie same uprawnienia jak inni właściciele firm w Polsce.
– Mając bloga lifestylowego, podróżniczego, modowego czy urodowego, można wrzucić w koszty cenę nabycia kosmetyków, biletów lotniczych, noclegów w hotelach, ubrań, butów czy torebek. Dotyczy to też aktywności zawodowej w social mediach, np. prowadzenia konta na Instagramie. Co istotne, nie trzeba nawet generować z tego dochodu. Oznacza to, że suma wydatków może przekraczać uzyskiwane przychody, co jest często spotykane na początku działalności. Istotny jest jedynie cel poniesienia kosztu, a nie faktyczna dochodowość biznesu – mówi Barbara Filemonowicz.
Z kolei Radosław Maćkowski, doradca podatkowy i autor bloga „Podatki na zdrowie”, podkreśla, że brak związku tego typu działalności z przychodami może stanowić podstawę do zakwestionowania rozliczeń w zakresie podatków dochodowych. Dobrym pomysłem jest, aby twórca, który dopiero zaczyna działać jako przedsiębiorca, posiadał profesjonalnie skonstruowany biznesplan. Może w nim wskazać, na czym zamierza zarabiać i jak ma mu w tym pomóc blog. W przypadku kontroli podatkowej będzie mógł przedstawić swoje cele biznesowe i uzasadnić związek wydatków z przyszłymi lub faktycznymi zyskami. Powinien również umieć scharakteryzować swoich klientów oraz czytelników, czyli grupę docelową.
– Szerokie możliwości zaliczenia wydatków do kosztów oraz cienka granica między prywatnym a związanym z blogiem wydatkowaniem pieniędzy oczywiście nie podobają się fiskusowi. W mojej ocenie, stanowisko organów skarbowych jest w tym zakresie bezpodstawne i nadmiernie formalne. Wrzucając wydatki do kosztów, bloger ryzykuje, że do 6 lat później kontrola może zakwestionować jego rozliczenia i zażądać zaległego podatku wraz z odsetkami. A to zawsze jest bardzo bolesne – dodaje ekspert z Kancelarii ADN Podatki.
Według Radosława Maćkowskiego, bywa, że urzędnikom skarbowym trudno jest zrozumieć koncepcję biznesu opartego na prowadzeniu bloga. W tym tkwi cały problem. Barbara Filemonowicz uważa, że sądy wykazują w tej kwestii więcej rozsądku. I tak np. w wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach z dnia 10 lipca 2017 roku, o sygnaturze akt SA/Gl 287/17, uznano za nieprawidłowe stanowisko fiskusa, odmawiające blogerce urodowej prawa odliczenia m.in. wydatków na kosmetyki.
– Chociaż przepisy wprost nie zabraniają zaliczania wydatków związanych z tego typu działalnością w koszty, to jednak bloger musi umieć je dobrze uzasadnić. W przypadku kontroli podatkowej czy celno-skarbowej warto też, aby wykazał się współpracą z firmami, których produkty promuje na swojej stronie internetowej. Oczywiście w razie negatywnej decyzji będzie mógł złożyć odwołanie. Jednak lepiej zawczasu zminimalizować takie ryzyko – zaleca ekspert z Kancelarii Doradztwa Podatkowego MVP TAX.
Barbara Filemonowicz przypomina, że prawo wymaga jedynie, aby wydatek był poniesiony w celu uzyskania przychodów i należycie udokumentowany, np. fakturą. Warto więc gromadzić wszelkiego rodzaju dokumenty, które udowodnią zawodową aktywność. Korzystanie z odpłatnych usług związanych z hostingiem stron, profesjonalne sesje zdjęciowe czy zamieszczanie reklam – to wszystko może pomóc przekonać fiskusa do tego, że nasze blogowanie to faktycznie działalność gospodarcza.
– W mojej opinii, najlepszym zabezpieczeniem jest złożenie wniosku o indywidualną interpretację do Krajowej Informacji Skarbowej. Należy w nim dokładnie opisać zarówno dotychczasowe działania, jak i plany biznesowe. Warto zrobić to w sposób jak najbardziej wyczerpujący, tj. niedający podstaw do wezwań o uzupełnienie pisma czy też pozostawienie go bez rozpatrzenia. Opłata za analizę jednego stanu faktycznego lub przyszłego zdarzenia wynosi 40 zł. Koszt przygotowania wniosku przez doradcę podatkowego może sięgać kilku tys. zł. To zależy od indywidualnego cennika i rodzaju sprawy – informuje Radosław Maćkowski.
Trzeba też zaakceptować to, że każda działalność gospodarcza, w tym blogerska, wiąże się z pewnym ryzykiem, również podatkowym. Jak podsumowuje Barbara Filemonowicz, granica między wydatkiem prywatnym a związanym z działalnością jest płynna, a opiera się na obiektywnie ocenianej możliwości przyczynienia się wydatku do osiągnięcia przychodu. Pomocny może okazać się więc publicznie widoczny efekt. Fiskusowi trudno będzie zakwestionować wrzucenie do kosztów np. biletów lotniczych, jeśli twórca internetowy opublikuje post z podróży i podpisze kontrakt z siecią hoteli, obejmujący ich promocję.
Przeciętna cena benzyny bezołowiowej Pb-95 pod koniec maja to 5,27 zł/l. Tak drogiej benzyny nie widzieliśmy od niemal pięciu lat. Gdy zaczną się wakacje benzyna nie będzie tańsza.
Przez ostatnie trzy miesiące paliwo to podrożało o ponad 50 groszy na litrze. Natomiast na światowych rynkach cena ropy brent wzrosła do 69 USD za baryłkę. Powodem jest narastający konflikt pomiędzy USA i Iranem.
– Przez przypadek może dojść nawet do jakiegoś incydentu militarnego, co doprowadzi do zablokowania transportu ropy przez cieśninę Ormuz, to powoduje, że ropa jest droga, gdy dolar jest mocny – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Co najmniej na start wakacji paliwa na polskich stacjach będą drogie.
Z Barometru EFL za I kw. 2019 r. wynika, że najchętniej wybieranym przez MSP finansowaniem zewnętrznym jest leasing oraz kredyt.
Na znaczeniu zyskuje także faktoring, o czym świadczą dane finansowe firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów – ich obroty w 2018 r. wzrosły o 26,7 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.
Każdy przedsiębiorca w ofercie instytucji finansowych może znaleźć odpowiedni dla swojej firmy produkt, warto wiedzieć, które mogą być przydatne na różnych etapach jej funkcjonowania.
W 2018 r. powstało w Polsce ponad 377 tys. firm. Wśród spółek prowadzących działalność w Polsce aż 99 proc. stanowią małe i średnie przedsiębiorstwa. Podmioty te wytwarzają ponad 60 proc. krajowego PKB i zatrudniają 70 proc. spośród ogólnej liczby pracujących. Nie dziwi więc fakt, że instytucje finansowe tworzą coraz więcej produktów przeznaczonych właśnie dla MSP. Przedsiębiorca powinien wiedzieć, z jakich opcji może skorzystać na każdym etapie funkcjonowania firmy.
Pożyczki unijne na start lub rozwój działalności
W każdym województwie funkcjonują fundusze pożyczkowe zajmujące się udzielaniem firmom finansowania ze środków z Unii Europejskiej. Jeszcze kilka lat temu fundusze miały do dyspozycji jeden produkt, na jednym poziomie oprocentowania, a oferta skierowana była do jednej grupy odbiorców. Dziś ta oferta jest znacznie bardziej rozbudowana i mogą z niej skorzystać zarówno startupy, jak i funkcjonujące na rynku mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa.
– Z tego typu pożyczki mogą skorzystać firmy na każdym etapie rozwoju, jednak ze względu na możliwe do pożyczenia sumy, jest to finansowanie przeznaczone przede wszystkim dla małych firm i startupów. Kwoty zaczynają się zwykle od 25 tys. zł, a kończą nawet na 2 mln. Oprocentowanie pożyczki w niektórych województwach może wynieść nawet zaledwie 1 proc. Zaletą pożyczek unijnych jest także indywidualne podejście do sytuacji firmy i co szczególnie istotne w przypadku startupów, możliwość udzielenia finansowania na podstawie prognoz, a nie wyników – mówi Paweł Mazur z ANG Biznes.
Leasing vs. kredyt
Z Barometru EFL za I kw. 2019 r. wynika, że najchętniej wybieranym przez MSP finansowaniem zewnętrznym jest leasing oraz kredyt. Każdy z tych produktów może być dla przedsiębiorcy korzystnym rozwiązaniem, a wybór jednego z nich powinien zależeć od kilku czynników. Chcąc kupić samochód czy maszynę na kredyt, musimy przedstawić w banku dodatkowe zabezpieczenie, np. nieruchomość. Firmy leasingowe, ze względu na wyspecjalizowanie właśnie w tej dziedzinie, potrafią ocenić rynek wtórny i płynność, a co za tym idzie – taki przedmiot wystarczy jako jedyne zabezpieczenie. Dzięki temu formalności nie są aż tak uciążliwe dla klienta. Kredyt jest natomiast bardziej elastyczny w kwestii czasu umowy – można ją zawrzeć na 10 czy nawet 15 lat. W leasingu, okres umowy często determinowany jest stawką amortyzacji i jest ściśle związany z ustawą o rachunkowości. Inaczej wygląda natomiast kwestia cesji – jest to łatwiejsze w leasingu, gdzie zmiany korzystającego są zresztą bardzo popularne. Wybór finansowania powinien więc być poprzedzonym analizą potrzeb danej firmy.
Wynajem długoterminowy
Wynajem długoterminowy jest szczególnie atrakcyjny dla firm, w których samochody są bardzo eksploatowane. W branżach, takich jak catering, firma musi mieć stały dostęp do sprawnych samochodów. Przy wynajmie, w razie kłopotów z autem, to na firmie udostępniającej samochody ciąży obowiązek jego naprawy i zorganizowanie pojazdu zastępczego. Jednak to stałe miesięczne koszty są najczęściej podawaną przez przedsiębiorców zaletą najmu. Od początku obowiązywania umowy aż do jej zakończenia, przedsiębiorca płaci stałą sumę, którą wynegocjował z firmą. Najemca nie musi się martwić o nieprzewidziane wydatki, związane z naprawami czy o wysokie koszty ubezpieczenia. Istotną przewagą wynajmu nad leasingiem, szczególnie dla początkujących przedsiębiorców, jest brak konieczności wpłacania wkładu własnego, który wynosi zwykle 20 proc. wartości samochodu.
Faktoring
Ze względu na powszechne w Polsce zatory płatnicze, coraz większą popularnością wśród przedsiębiorców cieszy się także faktoring, o czym świadczą dane finansowe firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów – ich obroty w 2018 r. wzrosły o 26,7 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.
– Firma, która wystawia fakturę z odroczonym terminem płatności (np. 90 dni), może czekać na płatność, a może też taką fakturę, a dokładnie wierzytelność z niej wynikającą – sprzedać. Jeżeli te faktury wystawia cyklicznie i handluje np. meblami, to musi kupić surowiec ze swoich pieniędzy, wyprodukować meble, sprzedać je często z odroczonym terminem płatności. Przez to tworzą się zatory płatnicze. Wyjściem w takiej sytuacji jest właśnie faktoring. Przedsiębiorca może przekazać fakturę do faktora, który najczęściej następnego dnia (lub czasem nawet tego samego) wypłaci tzw. zaliczkę faktoringową. Standard rynkowy to wypłacanie 80 proc. wartości faktury. Kontrahent w terminie wskazanym na fakturze opłaca ją, a faktor kompensuje wypłaconą zaliczkę z tą wpłatą, a resztę środków przelewa na konto firmy – dodaje Paweł Mazur.
Ubezpieczenia
Świadomość zalet posiadania ubezpieczenia wśród przedsiębiorców rośnie. Dotyczy to zarówno ubezpieczenia posiadanego majątku, jak też ubezpieczenia OC związanego z możliwością wyrządzenia szkody osobom trzecim. Coraz częściej przedsiębiorcy decydują się również na Cyberochronę – ubezpieczenie od skutków ataku hakerskiego, którego efektem może być długotrwała destabilizacja działalności przedsiębiorstwa lub utrata danych stanowiących tajemnicę handlową czy patentową, a także wyciek danych osobowych klientów. Ubezpieczenie od cyberataku pokrywa m.in. koszty dodatkowe prowadzenia działalności związane z zastosowaniem rozwiązań prowizorycznych, w tym koszty przeniesienia danych na inne serwery, przywrócenia reputacji lub wizerunku, porady prawnej, usunięcia skutków utraty danych. Co równie ważne, ubezpieczeniem można objąć także odpowiedzialność cywilną z tytułu wyrządzenia szkody osobom trzecim w wyniku ataku hakerskiego.
W trakcie pierwszego terminu komorniczych licytacji nieruchomość cena wywołania wynosi 3/4 wartości oszacowanej przez biegłego sądowego, natomiast przy drugim terminie to już tylko 2/3 wartości. Wtedy traci i dłużnik, i wierzyciel.
Skuteczna egzekucja z nieruchomości jest w wielu przypadkach jedyną szansą na odzyskanie należnych wierzycielowi pieniędzy. Sam proces egzekucji z takiego składnika majątku dłużnika nie jest przy tym ani prosty ani krótkotrwały, dlatego też tak ważne jest aby wspomóc organy egzekucyjne w skutecznej sprzedaży nieruchomości.
Co jest przyczyną relatywnie niewielkiej skuteczności przeprowadzonych licytacji? – Bez wątpienia potencjalni nabywcy obawiają się długotrwałej procedury załatwienia sprawy i doprowadzenia do szczęśliwego finału, który zakończy się wpisem nowego nabywcy do księgi wieczystej. Dodatkowo zniechęca ich także obawa przed ewentualnymi działaniami dłużników, którzy mogą próbować za wszelką cenę ten proces wydłużyć. Jednakże największym problemem jest sposób informowania przez komornika sądowego o sprzedaży takiej nieruchomości w toku egzekucji – mówi w rozmowie z MarketNews24 Szymon Suchcicki, prawnik, adwokat w kancelarii Zięba&Partners .
Wskazane przez ustawodawcę sposoby poinformowania nabywców o zaplanowanej licytacji są mało efektywne, przez co krąg odbiorców takiego ogłoszenia jest nieduży. Zgodnie z nimi termin należy ogłosić co najmniej dwa tygodnie przed jej dniem na stronie internetowej i na tablicy ogłoszeń sądu sprawującego nadzór nad egzekucją z nieruchomości, w lokalu organu gminy właściwym ze względu na miejsce położenia nieruchomości oraz na stronie internetowej Krajowej Rady Komorniczej.
Strony mogą wnioskować o ogłoszenie sprzedaży nieruchomości w inny wskazany przez nie sposób. Pomocną organowi egzekucyjnemu może okazać się dyspozycja wyrażona w art. 955 § 2 k.p.c., która stanowi, że na wniosek i koszt strony, komornik może zarządzić ogłoszenie również w inny wskazany przez nią sposób, w szczególności w dzienniku poczytnym w danej miejscowości. O ile ogłoszenie w dzienniku poczytnym w danej miejscowości nie przyniesie raczej oczekiwanego rezultatu, o tyle ogłoszenie opublikowane na wniosek strony np. na ogłoszeniowych portalach internetowych może pozwolić na dotarcie do większej grupy potencjalnych nabywców. Co najważniejsze, z omawianego uprawnienia może skorzystać zarówno wierzyciel jak i dłużnik. Jednemu i drugiemu powinno przecież zależeć na jak najwyższej kwocie uzyskanej ze sprzedaży nieruchomości.
Kolejnym problemem samego ogłoszenia o sprzedaży jest jego treść. Zgodnie z przepisami prawa w ogłoszeniu w dzienniku wystarczy oznaczenie nieruchomości, czasu i miejsca licytacji, sumy oszacowania i ceny wywołania oraz wysokości rękojmi, jaką licytant powinien złożyć. Nie budzi chyba większych wątpliwości, że przy tak ważnej decyzji jaką jest zakup nieruchomości są to dane niewystarczające do zachęcenia potencjalnego nabywcy.
Jednak nic nie stoi na przeszkodzie by w treści ogłoszenia dokonywać bardziej szczegółowego opisu nieruchomości, zawierającego informacje o jej cechach, takich jak metraż czy rozkład oraz dodatkowych zaletach. Ważnym elementem takiego ogłoszenia niewątpliwie są również zdjęcia sprzedawanej nieruchomości.
– To wszystko pokazuje jak ważna jest aktywność stron przy tego typu egzekucji w celu zwiększenia jej efektywności – komentuje prawnik z Zięba&Partners.
Trans Polonia S.A., wiodący operator oferujący przewozy cysternowe paliw, płynnych surowców chemicznych i spożywczych oraz mas bitumicznych, w okresie styczeń-marzec 2019 roku wypracował 55,5 mln zł przychodów (+11,1 proc. r/r). Firma w I kwartale osiągnęła wyższe operacyjne przepływy pieniężne i rozpoczęła realizację dużego kontraktu transportowego dla LOTOS Paliwa. Na wyniki Grupy i bilans wpłynęły zmiany związane z wdrożeniem MSSF 16 w postaci wzrostu zysku EBITDA oraz zadłużenia leasingowego.
W I kwartale 2019 roku Trans Polonia odnotowała wzrost sprzedaży w każdym segmencie. Segment przewozów płynnych chemikaliów, asfaltów i produktów spożywczych wzrósł o 22,1 proc. i osiągnął przychody rzędu 19,8 mln zł, a transport paliw wypracował 34,4 mln zł (+5 proc. r/r). Skala przychodów z usług logistyki asfaltów wzrosła ponad trzykrotnie do 2,5 mln zł (vs. 0,7 mln zł r/r). Pozytywne dynamiki TPG osiągnęła także w przewozach produktów spożywczych (+19,9 proc. do 3,9 mln zł) i paliw silnikowych (+13,8 proc. r/r do 31 mln zł). Grupa zwiększyła skalę działalności zarówno w kraju (wzrost przychodów +5,8 proc. do 39,2 mln zł) oraz za granicą (+26,6 proc. do 16,3 mln zł).
–Zgodnie z założeniami strategicznymi zwiększamy pozycję rynkową TPG zobrazowaną w wyższej skali przychodów w poszczególnych grupach asortymentowych. W głównych obszarach jak przewozy paliw i płynnej chemii odnotowaliśmy istotne wzrosły będące skutkiem podjęcia współpracy z nowymi klientami i jej rozszerzeniem z obecnymi. Cieszą wysokie wzrosty w obszarze logistyki asfaltów w sezonowo słabszym I kwartale. Decyzja o nabywaniu w dużej skali nowych jednostek cysternowych do przewozów asfaltów okazała się słuszna i pozwoliła nam dobrze wykorzystać zaistniałą koniunkturę – mówi Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia S.A.
W okresie styczeń-marzec 2019 roku TPG osiągnęła 7,5 mln zł zysku EBITDA (+131 proc. r/r) i 4 tys. zł zysku netto (vs. 984 zł straty netto r/r). Na wynik EBITDA wpłynęła wyższa skala przychodów, niższe koszty ogólnego zarządu oraz implementacja przepisów MSSF 16. Dynamika wzrost zobowiązań finansowych (ujęcie długu pozabilansowego) wynikających z ww. regulacji była niższa wobec wzrostu zysku EBITDA i wyniosła 38,4 proc (dług odsetkowy wzrósł do 130,7 mln zł, wobec 94,4 mln zł r/r). MSSF 16 oznacza m.in. ujęcie w bilansie leasingów operacyjnych, spadek kosztów wynajmu w usługach obcych i wzrost amortyzacji prawa do użytkowania aktywa (nowa pozycja w bilansie). Na zysk netto dodatkowy wpływ miały wyższe przychody odsetkowe i niższa nadwyżka ujemnych różnic kursowych.
–Wzrost przepływów operacyjnych i kapitału obrotowego netto oraz stabilny stan środków pieniężnych w otoczeniu realizacji inwestycji flotowych to czynniki pozwalające korzystnie oceniać sytuację fundamentalną i bilansową Grupy. W ujęciu wynikowym i sprzedażowym liczymy na pozytywne odczyty w II i III kwartale, czyli zwyczajowo najlepszych okresach w branży cysternowych przewozów płynnych surowców i produktów – dodaje Dariusz Cegielski.
Przepływy z działalności operacyjnej wzrosły w I kwartale 2019 roku o 30,2 proc. do 2,5 mln zł. Na 30 marca br. Grupa dysponowała 44,1 mln zł środków pieniężnych, a aktywa obrotowe były o 64,6 proc. wyższe niż zobowiązania krótkoterminowe i wyniosły 111,9 mln zł.
Aktualnie duża ilość środków publicznych w Polsce jest przeznaczana na programy socjalne. Rząd kieruje do obywateli dużo propozycji pomocowych w formie dodatków i ulg oraz w formie finansowania działań przekładających się pośrednio na dobrobyt Polaków. Takie działania sprawiają, że w zakresie polityki socjalnej zaczynamy iść w kierunku rozwiązań stosowanych w bogatszych i bardziej rozwiniętych krajach Unii Europejskiej. Jednak trzeba pamiętać, że zwiększenie wydatków musi iść w parze z zabezpieczeniem wpływów. To może zaskoczyć polskiego podatnika.
– W tej chwili mamy dosyć dobrą sytuację gospodarczą. Gdy jednak koniunktura będzie niższa i zmniejszy się kwota podatków spływających z gospodarki, trzeba będzie zabezpieczyć dodatkowe środki na politykę socjalną. Wtedy będziemy potrzebowali albo podniesienia podatków, albo znalezienia dodatkowych źródeł zapłaty – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Obywatele mają prawo zakładać, że środki socjalne, na przykład zasiłki na dzieci, będą elementem trwałym w gospodarce. Dodatki, które pojawią się teraz, będą w naszej rzeczywistości gospodarczo-społecznej obecne przez wiele lat. I trzeba będzie znaleźć na nie pieniądze – zapowiada Soroczyński.
Silna pozycja zagranicznych firm wdrażających innowacyjne rozwiązania, rosnące koszty pracy i walka o marże, to wciąż największe problemy polskich firm informatycznych. Największe wyzwania stoją przed małymi przedsiębiorstwami, które ze względu na zatory płatnicze nie są w stanie konkurować wysokimi pensjami z międzynarodowymi korporacjami. Względy finansowe również wstrzymują możliwość prowadzenia szeroko zakrojonych działań marketingowych, które pozwoliłyby na umacnianie ich pozycji na rynku.
Walka o najlepszych
Rosnąca konkurencja ze strony dużych korporacji, prowadzi do podkupowania wykwalifikowanych pracowników, a wzrost zleceń spoza Polski do przyspieszania terminów realizacji. Stawia to małych przedsiębiorców, którzy pomimo, iż stanowią 95 proc. polskiego rynku IT, w trudnej sytuacji ponieważ nie są w stanie sprostać presji płacowej ze strony zagranicznych konkurentów, a co za tym idzie – utrzymać odpowiednio wykwalifikowane zespoły.
Polscy programiści od lat cieszą się bardzo dużym uznaniem na całym świecie, a biorąc pod uwagę koszt polskiego programisty na tle światowych stawek, rodzime firmy są nadal konkurencyjne.
– Młodych programistów ciągnie do dużych koncernów, ponieważ szukają wyzwań, chcą zdobywać doświadczenie i się rozwijać, aby później założyć własny biznes lub wyjechać za granicę. Kusi też wyższa pensja. Tym bardziej, że brak specjalistów jest coraz bardziej odczuwalny. Mniejsze firmy nie mają szans na konkurowanie z międzynarodowymi stawkami. Nie stać też ich na działania związane z umacnianiem marki, co jest niezbędne o skalowania biznesu, mówi Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.
Wyścig płac
Brak wyspecjalizowanych pracowników ogranicza realizację nowych projektów i zaostrza konkurencję. Z danych wynika, że aż 80 proc. rekruterów IT najbardziej narzeka na trudności ze znalezieniem kandydatów z odpowiednimi kwalifikacjami[1]. Najbardziej poszukiwani są specjaliści obsługujący JavęScript i Javę. Pracodawcy muszą oferować coraz lepsze warunki płacowe. W ubiegłym roku wzrost wynagrodzeń wyniósł 9 proc., ale niektóre podwyżki mogły być znacznie wyższe.[2]
– Na rynku utrzymuje się niedobór doświadczonych programistów, a firmy, które nie są w stanie zaoferować znaczących podwyżek, muszą liczyć się z ryzykiem odejścia pracowników. Dotyczy to głównie małych firm IT, które mają problem z płynnością finansową, utrudniającą im oferowanie wyższych płac, dodaje Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.
Programiści, testerzy i administratorzy nie wahają się przy możliwością zmiany pracy. Z danych wynika, że bardzo duże zainteresowanie zmianą pracy wskazuje 10 proc. badanych sektora, a w skali 1-10 pkt., na zainteresowanie zmianą pracy powyżej 5 pkt. wskazuje aż 45 proc. badanych, w tym 23 proc. respondentów określa swoją dyspozycyjność na 8-10 pkt[3].
Wyzwania dla działu HR
Rekruterzy mają problemy ze znalezieniem specjalistów z doświadczeniem, a z drugiej strony pracownicy IT, narzekają na brak wiedzy osób zajmujących się rekrutacją. Dla wielu firm oznacza to konieczność restrukturyzacji działu HR, co może być kolejnym wyzwaniem, również finansowym. Na niekompetencje rekruterów wskazuje aż jedna czwarta respondentów. Ankietowani zwracają też uwagę na różnice pomiędzy oczekiwaniami zamieszczonymi w ofercie a wymienionymi podczas rozmowy oraz na niezasadne pytania, niedociągnięcia lub brak konkretnej informacji o wynagrodzeniu[4].
Co roku w Polsce dochodzi nawet do miliona transakcji wynajmu nieruchomości. Ich właściciele, jak i przyszli lokatorzy stają przed trudnym zadaniem – jak w sposób rzetelny i wiarygodny oszacować wartość miesięcznego najmu? Zadanie komplikuje m.in. fakt, że dotychczas brakowało rzetelnego źródła wiedzy na temat zarówno aktualnych cen, nie licząc portali z ogłoszeniami, jak i historycznych. Za ile zatem wynająć mieszkanie lub dom?
Niezależnie od tego czy przyszły właściciel nieruchomości kupuje ją pod wynajem, czy na przykład otrzymał ją w spadku i zamierza wynająć, wielu z nich nurtuje pytanie – za ile takie lokum można wynająć? Z jednej strony każdy posiadacz mieszkania lub domu chciałby zarobić jak najwięcej, jednak z drugiej strony obowiązują realia rynkowe i najemcy nie lubią przepłacać. Zadanie to zatem nie należy do łatwych, a biorąc pod uwagę, że co roku do transakcji wynajmu dochodzi milion razy, należy uznać, że to duży problem i o sporym zasięgu. Brak rzetelnego źródła wiedzy na temat aktualnych i historycznych cen dla określonego typu nieruchomości w poszukiwanych lokalizacjach, dodatkowo komplikował sprawę. Jak zatem rzetelnie i błyskawicznie estymować wartość czynszu?
Dwa źródła
W przypadku wyceny mieszkania przed sprzedażą lub zakupem inwestor lub przyszły właściciel może skorzystać z pomocy specjalistów – rzeczoznawców, którzy przygotują tzw. operat szacunkowy. Jest on przygotowywany m.in. na podstawie danych nt. realnych cen transakcyjnych nieruchomości, zlokalizowanych w pobliżu danej nieruchomości, pochodzących z aktów notarialnych. Jednak w sytuacji wynajmu nieruchomości nie istnieje żadna, kompleksowa baza danych cen historycznych i aktualnych.
Właściciel lokum może skorzystać z dwóch źródeł informacji. Po pierwsze może szukać wsparcia wśród znajomych, którzy sami wynajmują mieszkania. Jednak szanse, że przyjaciele posiadają lokal o tych samych lub bardzo zbliżonych parametrach, tj. lokalizacja, metraż, liczba pokoi, piętro, standard wnętrza czy rok budowy jest praktycznie znikoma. A że wymienione powyżej elementy maja kluczowy wpływ na wiarygodną wycenę metodą porównawczą, zatem możliwości uzyskania rzetelnych kalkulacji w ten sposób jest dość ograniczona.
Drugim i najczęściej stosowanym źródłem wiedzy są internetowe portale ogłoszeniowe. Dzięki nim, właściciele nieruchomości mogą wyszukać zbliżone do własnych mieszkania i na tej podstawie kalkulować cenę najmu. Jednak zadanie to zazwyczaj jest pracochłonne, a także zabiera sporo czasu. Co więcej, może się także okazać, że w danej chwili na rynku nikt nie oferuje podobnego typu nieruchomości i ciężko jest uzyskać wiarygodne dane porównawcze. A bazy z danymi historycznymi dotychczas nie było.
Takie proste rozwiązanie
Aktualnie z pomocą w rozwiązaniu problemu z szybkim oszacowaniem czynszu przychodzi innowacyjna technologia. Wśród internetowych narzędzi, które pomagają właścicielom oszacować w sposób wiarygodny, szybki i z największą dozą prawdopodobieństwa, są platformy do automatycznego szacowania cen wynajmu nieruchomości.
– Rekomendowana cena wynajmu wyliczana jest na podstawie ofert podobnych nieruchomości w określonej okolicy. Algorytmy wyszukują lokale mieszkalne o zbliżonych parametrach zamieszczonych w aktualnych i historycznych ogłoszeniach prezentowanych na portalach ogłoszeniowych. – mówi Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io. – Dodatkowo, na podstawie wprowadzonych indywidualnych parametrów dotyczących danego lokum, nasze narzędzie do automatycznej wyceny estymuje i określa przeciętną cenę najmu dla tego typu nieruchomości w podanej lokalizacji. Dzięki temu, znacznie przyspieszony i ułatwiony zostaje proces zbierania ofert podobnych nieruchomości z okolicy i wyciągania na tej podstawie wniosków co do właściwej i najbardziej realnej ceny wynajmu lokum. – dodaje Bubiel z Rentier.io.
Kto oferuje?
Za granicą, na przykład w Stanach Zjednoczonych, na rynku działa wiele firm, które oferują takie funkcjonalności. W związku z tym, że tego typu usługa stała się tam już bardzo popularna, korzystanie z takich narzędzi jest już praktycznie standardem. Na polskim rynku dopiero od niedawna można skorzystać z takich rozwiązań. Niektóre z nich są dostępne odpłatnie – np. Urban.One oraz Szybko.pl. Od kilku tygodniu możliwość automatycznego szacowania ceny najmu całkowicie za darmo oferuje także portal Rentier.io.
– Dane są często dostępne, ale ich zebranie i analiza zajmuje dużo czasu stąd wiele osób opiera swoje decyzje dotyczące rynku najmu na opiniach znajomych lub na podstawie pobieżnej analizy cząstkowych danych rynkowych. Dzięki użyciu zaawansowanych rozwiązań technologicznych chcemy by ten proces był szybki i łatwy, tak aby wynajmujący, jak i najemcy mogli podejmować lepsze decyzje w oparciu o wiarygodne dane. – mówi Anton Bubiel z Rentier.io.
Automatyczne oszacowanie ceny najmu to przydatne narzędzie zarówno dla przyszłych lokatorów, jak i dla właścicieli mieszkań. Potencjalni najemcy mogą na podstawie automatycznej kalkulacji ustalić czy cena, którą proponuje właściciel jest powyżej czy poniżej cen podobnych nieruchomości w okolicy. Zaś, właściciele planujący wynajem nieruchomości mogą sprawdzić z jakimi cenami i ofertami na rynku będą konkurować. W efekcie końcowym, zarówno pierwsi, jak i drudzy zyskują informacje na temat właściwych cen, dodatkową wiedzę o lokalnym rynku nieruchomości oraz potencjalne argumenty negocjacyjne.
Krótkoterminowy wpływ wyniku wyborów do PE na euro powinien być lekko pozytywny. Ze względu na wczorajsze święto w Londynie i Nowym Jorku redukcja premii za ryzyko dobrego wyniku populistycznych ugrupowań eurosceptycznych może potrwać nieco dłużej. Nie jest to jednak tendencja o długofalowym potencjale.
Powoli mogą zacząć zapadać jednak także rozstrzygnięcia istotne w szerszym horyzoncie. Na nieformalnym szczycie UE rozpoczną się dziś rozmowy nad nominacjami m.in. na stanowisko szefa Komisji Europejskiej. Jeśli ta pozycja przypadnie Niemcowi (pod uwagę brany jest Manfred Weber), niemiecka kandydatura odpadnie z walki o fotel prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Przypomnijmy, że z końcem października upływa kadencja Mario Draghiego. Jeśli osoba z innego kraju niż Niemcy stanie na czele Komisji Europejskiej, z dużą dozą prawdopodobieństwa szefujący od 2011 roku Bundesbankowi Jens Weidmann może liczyć na przyjęcie kontroli w EBC. Weidmann znany jest z tzw. jastrzębich poglądów, czyli jest orędownikiem bardziej restrykcyjnej polityki pieniężnej. Przejawia się to np. niską tolerancją dla zagrożenia wyższą od celu inflacją, większą niechęcią do wspierania koniunktury za pomocą nieortodoksyjnych narzędzi takich jak utrzymywane od kilku lat ujemne stopy procentowe, czy skup aktywów. Nawet proste modele pozwalające obliczyć optymalną stopę procentową na podstawie kondycji rynku pracy i siły inflacji bazowej (tzw. reguła Taylora) sugerują, że obecnie, przy rekordowo niskim bezrobociu cykl podnoszenia stóp powinien być już zaawansowany a dla niemieckiej gospodarki zalecana w ostatnich latach byłaby zdecydowanie mniej akomodacyjna polityka. Z tego względu dalsze luzowanie przy obecnej kondycji gospodarki właściwie nie wchodziłoby w grę. Dla euro oznaczałoby osłabienie premii za ryzyko głębszego luzowania polityki monetarnej i byłoby długofalowo pozytywnym czynnikiem. Oczywiście, rynek nie będzie skory, żeby dyskontować ten czynnik już teraz, ale należy mieć go na uwadze.
W kontekście najbliższych tygodni największą szansą dla euro jest osłabienie danych w Stanach Zjednoczonych. Jego pierwsze jaskółki pozwoliły w ubiegłym tygodniu zawrócić kurowi EUR/USD z długoterminowych dołków tuz ponad 1,11 i odbić do 1,12. Pułap ten nie został jednak utrzymany. Z punktu widzeniu układu notowań definitywne ogłoszenie uformowania lokalnego dołka będzie możliwe dopiero po wyjściu notowań ponad 1,1260. Przy obecnej, niskiej zmienności droga do tego jest bardzo odległa… W środowisku sączącej się awersji do ryzyka i nierozstrzygniętego sporu handlowego pozostajemy negatywnie nastawieni do walut Antypodów. Ostatnie odbicia NZD/USD i AUD/USD postrzegamy w kategoriach korekty w ramach trendów spadkowych, które będą trudne do utrzymania w kontekście zbliżających się odczytów PMI z Chin (piątek) oraz danych o wydatkach przedsiębiorstw na inwestycje (CAPEX). Obniżająca się krzywa dochodowości długu USA sprawia, że widzimy także pole do umocnienia jena.
Brak postępów w ciągu kolejnych tygodni przed szczytem G20 będzie nasilał awersję do ryzyka i kierował kapitał w kierunku bezpiecznych aktywów. Z perspektywy rynku walutowego, ostatnia relatywna stabilność rynku akcji działa korzystniej dla USD względem JPY. Jednak pogorszenie danych makro z USA powoduje, że zaplecze fundamentalne staje się elementem, przez który teraz USD jest bardziej wrażliwy na rozczarowania w danych. W ubiegłym tygodniu szokiem dla rynków stały się publikacje przypominające o słabości rynku nieruchomości czy obniżenie się indeksów PMI do pułapów najniższych od 9 lat. W drugiej połowie maja indeks zaskoczeń w danych makro z USA przerwał trwającą od końca kwietnia serię lepszych od prognoz odczytów (indeks rośnie, gdy dane są lepsze od oczekiwań). To powinno tworzyć asymetrię reakcji USD/JPY z większym potencjałem do ruchu w dół. Jeszcze większą przestrzeń do zniżki mają zatem crossy takie jak AUD/JPY.
Na krajowym rynku złoty rano pozostaje stabilny blisko 4,29 za euro. Wynik niedzielnego głosowania jest delikatnie pozytywny dla złotego i rodzimych obligacji. Po pierwsze, zmniejsza polityczną niepewność przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi. Po drugie, wygrana PiS w wyborach do PE powinna umniejszyć ryzyko zwiększenia ekspansji fiskalnej w przygotowaniach do jesiennych wyborów parlamentarnych. Nie istnieje zatem groźba jeszcze znaczniejszego zwiększenia się potrzeb pożyczkowych w przyszłości. Rozstrzygnięcie nie jest zaskoczeniem, więc złotego nie powinno tyczyć odreagowanie premii za ryzyko. Mimo to przepływy typowe dla końca miesiąca mogą mieć większe znaczenie dla zmienności i jeśli sentyment rynkowy nie ulegnie istotnemu pogorszeniu, możemy zobaczyć skromne umocnienie złotego po bezowocnych próbach jego osłabienia w połowie maja.
Opublikowane przez GUS dane dotyczące rynku pracy wskazują na dalszy spadek bezrobocia rejestrowanego do 5,6% w kwietniu. Najwyższe bezrobocie utrzymuje się w województwie warmińsko – mazurskim 9,7%) i kujawsko – pomorskim (8,4%), choć te same województwa odnotowują największe spadki stopy bezrobocia w ciągu ostatniego roku (odpowiednio -1,3 pkt proc. i – 1 pkt proc., dla Polski wskaźnik ten spadł o – 0,7 pkt proc.). Najmniejszy odsetek bezrobotnych jest w województwach wielkopolskim (3,0%) oraz opolskim (4,2%). Zróżnicowania na poziomie powiatów są zdecydowanie wyższe, co zresztą jest cechą charakterystyczną polskiego rynku pracy.
Wśród przyczyn wyrejestrowania osób bezrobotnych z powiatowych urzędów pracy najczęstszą przyczyną w kwietniu 2019 było podjęcie pracy (dotyczyło 37,1% wyrejestrowań). Inne przyczyny to rozpoczęcie szkolenia lub stażu (11,95%) czy podjęcie pracy subsydiowanej, czyli takiej w której dopłaca się ze środków publicznych do wynagrodzenia pracownika (10,9%). Co ciekawe, że 18,4% wyrejestrowań było efektem niepotwierdzenia gotowości do pracy, co może oznaczać w praktyce bierność zawodową, pracę nierejestrowaną lub czasową emigrację.
Jak podaje GUS „mniej niż przed rokiem było zarówno osób, które podjęły pracę niesubsydiowaną (o 16,2%), jak i tych, które podjęły pracę subsydiowaną (o 2,8%)”. O ile w przypadku pracy subsydiowanej jest to m.in. pochodną wysokości środków Funduszu Pracy przeznaczanych na tą formę aktywizacji osób bezrobotnych, o tyle spadek liczby osób podejmujących pracę niesubsydiowaną wskazuje, że zasoby pracy w powiatowych urzędach pracy są na wyczerpaniu.
Liczba ofert pracy, które wpłynęły do powiatowych urzędów pracy w kwietniu wynosiła 118,8 tys. i była mniejsza zarówno w stosunku do marca, jak i do kwietnia roku ubiegłego. Nie należy traktować spadku liczby ofert jako wskaźnika spadku zapotrzebowania na pracę, gdyż to nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Wydaje się, że pracodawcy wykorzystują inne sposoby pozyskiwania pracowników, tym bardziej, że zasoby powiatowych urzędów pracy nie zawsze odpowiadają pod względem kompetencji zapotrzebowaniu pracodawców.
Widać wyraźnie, że w wyniku dużego zapotrzebowania na pracę coraz łatwiej jest znaleźć zatrudnienie – dane GUS wskazują, iż systematycznie zmniejsza się udział osób długotrwale bezrobotnych, spada również przeciętny czas poszukiwania pracy – dla osób zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy wyniósł on 9,3 miesiąca. Inne badania pokazują, że dla osób pracujących czas potrzebny na znalezienie nowego zatrudnienia jest znacząco krótszy.
Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności wskazuje, że liczba osób aktywnych zawodowo w I kwartale br. wyniosła 16 940 tys. osób i była niższa o 0,7% niż przed rokiem. Jest to wynikiem spadku zarówno liczby pracujących, jak i bezrobotnych. Według wyników badania – zmniejszyła się liczba pracujących kobiet (o 1,0%), przy niewielkim wzroście pracujących mężczyzn (wzrost o 0,1%). Wskaźnik zatrudnienia osób w wieku produkcyjnym (18 – 59/64 lata) wyniósł 73,3%, czyli o 0,3 pkt proc. mniej niż w poprzednim kwartale i o 0,6 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Spadek liczby pracujących kobiet może mieć związek zarówno z zapowiadanymi zmianami w kryteriach przyznawania świadczeń rodzicielskich, jak i ze wzrostem przeciętnych płac otrzymywanych przez partnerów, które – w niektórych okolicznościach – stają się wystarczające do utrzymania rodziny.
Pod względem finansowania nauki Polska jest dopiero 25. na świecie – podkreśla prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Mimo to są dziedziny, w których polscy naukowcy należą do światowej czołówki. To ich osiągnięcia stoją za większością zaawansowanych technologii, problem jednak w tym, żeby pozyskać na badania i komercjalizację środki oraz partnerów biznesowych. Jednym ze sposobów wsparcia młodych naukowców są stypendia programu START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Łącznie w ciągu 27 lat realizacji programu wsparcie otrzymało ponad 3 tys. badaczy, do których trafiło w sumie ponad 81,5 mln zł.
– Wszystkie badania i nowe produkty wysokiej technologii to osiągnięcia nauki. Zapotrzebowanie na badania naukowe jest bardzo duże, problem tylko polega na tym, żeby znaleźć wspólny język z firmami. Polscy naukowcy nie są najlepsi w przekonywaniu, że zrobili coś wielkiego i że to się może komuś przydać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Maciej Żylicz, prezes zarządu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Raport Technology Vision 2019 wskazuje, że w erze postcyfrowej innowacyjność firmy zależy od jej wpływu na świat i tego, czy jest w stanie w odpowiednim momencie dotrzeć ze swoimi produktami i usługami do klientów. Nowoczesne technologie są obecnie największą siłą napędową gospodarki, jednak ich wdrożenie zależy w dużej mierze od zdobyczy nauki i współpracy z biznesem. Zapotrzebowanie firm jest ogromne, więc wiele z tych technologii praktycznie sprzedaje się same. Jednak te nieco mniej medialne zdobycze nauki często przechodzą niezauważone. Kluczowy jest odpowiedni marketing, w dużej mierze ze strony samych naukowców. Ci zaś, choć są ekspertami w swojej dziedzinie, nie są przygotowani do myślenia w kategoriach biznesowych.
– U nas przez wiele lat pokutowało podejście, że my – naukowcy – jesteśmy tak mądrzy, że i tak nikt nie zrozumie, co mówimy. To jest absolutnie błąd. Po drugie, najpierw staraliśmy się przekonać polityków, że jesteśmy mądrzy i zrobiliśmy coś ciekawego. W Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych naukowcy na początku przekonują społeczeństwo, a później społeczeństwo przekonuje polityków, że należy dać pieniądze, i to jest właściwa droga – mówi prof. Maciej Żylicz.
Z badania przeprowadzonego przez instytut Millward Brown na zlecenie firmy Bayer wynika, że Polacy doceniają znaczenie badań naukowych. 77 proc. osób twierdzi, że dzięki nauce poprawia się komfort codziennego życia. Wpływ technologii informatycznych i komputerów na podniesienie jakości życia dostrzega 72 proc. osób, niewiele mniej badanych docenia wpływ nowoczesnych form komunikacji i dostęp do nowoczesnych leków oraz terapii. Wskazują też na konieczność finansowania badań, które pozwalają podnieść poziom innowacyjności. Taką funkcję mogą pełnić stypendia. Program START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej jest największym w Polsce programem stypendialnym dla młodych naukowców.
– Stypendiami START honorujemy badaczy, którzy, mimo młodego wieku, mają już na swoim koncie imponujące osiągnięcia naukowe. Są to jedni z najbardziej obiecujących młodych naukowców w Polsce – zapewnia prof. Żylicz. – Ważne jest to, co naukowcy osiągnęli, jakie jest osiągnięcie, czy jest dobrze opisywane i udokumentowane. To może być patent, prototyp jakiegoś urządzenia. Nie zamykamy się tylko w publikacjach, tylko patrzymy dużo szerzej.
Laureaci programu START otrzymują roczne stypendium w wysokości 28 tys. zł. W 27. edycji konkursu wybrano 100 badaczy z grona 899 kandydatów.
– Wykorzystałam rezonans magnetyczny do badania różnic w strukturze mózgu pomiędzy osobami intensywnie grającymi i niegrającymi w gry komputerowe. Gracze mają inną strukturę mózgu, szczególnie rozbudowane obszary, które są odpowiedzialne za zdolności wzrokowo-przestrzenne, pamięć wyobrażeniową czy spostrzegawczość. Otrzymane stypendium pozwoli mi dalej rozwijać ten temat w bardziej już zaawansowanych badaniach – podkreśla dr Natalia Kowalczyk z Uniwersytetu SWPS, jedna za laureatek programu START.
Z kolei dr inż. Rafał Szabla z Instytutu Fizyki PAN w Warszawie został nagrodzony za badania nad wpływem światła na DNA. Agata Perlińska z Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego otrzymała stypendium za badania nad bakteriami opornymi na antybiotyki.
W ramach programu START przyznawane jest również Stypendium im. Barbary Skargi. Otrzymują je osoby, których badania przekraczają granice między różnymi dziedzinami nauki i otwierają nowe perspektywy badawcze. W tym roku otrzymała je dr Joanna Rak z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu za badania nad przemocą polityczną. Pomogą one w zarządzaniu kryzysowym, kiedy niepokoje społeczne przeradzają się w walki uliczne.
– Otrzymałam stypendium za prowadzenie badań na temat ruchów protestu, które działały w państwach Strefy Euro, i wykorzystywały przemoc polityczną po to, aby realizować znaczące cele, tzn. zniesienie polityk surowości, które zostały nałożone i które spowodowały znaczące zubożenie społeczeństw – wskazuje dr Joanna Rak z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Program START mobilizuje do podejmowania kolejnych konkretnych, coraz to bardziej ambitnych zadań.
Uroczystość wręczenia dyplomów laureatom odbyła się 25 maja br. na Zamku Królewskim w Warszawie. Nabór wniosków do kolejnego konkursu START rozpocznie się jesienią br. Łącznie w ciągu 27 lat realizacji programu START wsparcie od Fundacji na rzecz Nauki Polskiej otrzymało ponad 3 tys. badaczy, do których trafiło w sumie ponad 81,5 mln zł.
Do oceny ryzyka kredytowego służą głównie dane o historii kredytowej, m.in. o zobowiązaniach i terminowej ich spłacie. Osoby, które wcześniej nie zaciągały kredytu, mają trudności z jego uzyskaniem. Żeby to zmienić, Biuro Informacji Kredytowej pracuje nad pozyskiwaniem i analizą innych danych, również ze źródeł zewnętrznych, takich jak media społecznościowe, przy ocenie zdolności kredytowej. Pomoże w tym sztuczna inteligencja.
– Poszukujemy sposobu na wzmocnienie naszych zasobów danych poprzez połączenie ich z innymi, zewnętrznymi źródłami informacji. Sztuczna inteligencja daje ogromne możliwości w szybkiej analizie i korelacji różnych źródeł danych i pozwala ocenić, czy dany zbiór jest dla nas interesujący, albo w drugą stronę – czy nasz zbiór danych jest interesujący dla naszego partnera. Oczywiście projekty badawcze prowadzimy na danych zanonimizowanych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Żurek, dyrektor Biura Architektury i Nowych Rozwiązań Biura Informacji Kredytowej.
Na świecie mamy już przykłady powszechnego zastosowania danych o historii kredytowej w innych obszarach. W sektorze finansowym już od kilku lat trwają badania nowych metod oceny zdolności kredytowej klientów. W połowie ubiegłego roku amerykański Kongres przyjął ustawę (The Credit Access and Inclusion Act), na mocy której, np. dostawcy mediów, operatorzy komórkowi czy wynajmujący nieruchomości mogą przesyłać do biur kredytowych informacje o tym, czy ich klienci regulują płatności w terminie i w jakiej wysokości mają zobowiązania. To znacznie poszerza zakres danych, które służą do wyliczania zdolności kredytowej. Co istotne, mogą na tym skorzystać osoby, które w ogóle nie mają historii kredytowej albo dane na ich temat są niewystarczające, przez co mają trudności z zaciągnięciem kredytu.
– Sztuczna inteligencja może wesprzeć i usprawnić procesy biznesowe. Zwłaszcza w naszym biznesie, który zajmuje się przede wszystkim danymi, możemy poszukiwać nowych korelacji, nowych związków, szukać nowych wskaźników, które pozwolą nam lepiej przewidywać różne zachowania – wyjaśnia dyrektor w Biurze Informacji Kredytowej.
Sztuczna inteligencja pomoże wesprzeć i usprawnić procesy bezpośrednio związane z obsługą klientów, z którymi współpracuje BIK – zarówno instytucjonalnych, jak i detalicznych.
– Stosujemy mechanizmy data miningu już od ponad 10 lat do oceny ryzyka kredytowego. Można więc powiedzieć, że ze sztuczną inteligencją mamy do czynienia od zawsze. Natomiast teraz chcemy rozszerzyć to na inne zastosowania, np. w obsłudze klienta, abyśmy mogli odpowiadać naszym klientom 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu, żeby te procesy były automatyczne i szybkie – mówi Paweł Żurek. – Sztuczną inteligencję zamierzamy także wykorzystać do wzmocnienia Platformy Antyfraudowej BIK, wyposażyć ją w rozwiązania związane z analizą zachowań użytkowników i identyfikacją urządzeń, maksymalizować jej efektywność.
Platforma Antyfraudowa jest narzędziem udostępnionym bankom, SKOK-om i firmom pożyczkowym, skutecznie wspiera w wykrywaniu i przeciwdziałaniu wyłudzeniom oraz zabezpiecza systemowo procesy kredytowe klientów.
Jak wskazuje PwC, branża finansowa jest jedną z tych, która najbardziej skorzysta na komercyjnym wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Autonomous Research prognozuje, że wdrożenia AI obniżą koszty funkcjonowania firm z branży finansowej o 20 proc.
Sztuczna inteligencja jest również tą technologią, która w nadchodzących latach będzie najczęściej wykorzystywana w projektach cyfrowej transformacji biznesu. W tym roku zamierza w nią inwestować 63 proc. firm globalnie i 60 proc. polskich przedsiębiorstw – wynika z ostatniego raportu Accenture Technology Vision 2019.
– Potrzebujemy praktycznych przykładów zastosowania, żeby przyśpieszyć wprowadzenie sztucznej inteligencji w biznesie. Już teraz nawet w codziennym życiu korzystamy z Google Translator, Spotify czy Google Assistant, czyli aplikacji, za którymi stoi sztuczna inteligencja. Dzięki konkretnym zastosowaniom jesteśmy w stanie wspierać rozwój AI. Uważam, że firmy powinny odważnie eksperymentować ze sztuczną inteligencją – podkreśla Paweł Żurek.
Jak wynika z badań Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie, większość młodych osób wybiera studia, kierując się przede wszystkim swoimi zainteresowaniami. Perspektywa atrakcyjnej pracy znalazła się na kolejnym miejscu. Ponad połowa studentów w swojej pierwszej pracy w zawodzie zadowoliłaby się wypłatą do 3 tys. zł netto. Choć nie mają bardzo wygórowanych oczekiwań finansowych, to jednak dużą wagę przywiązują do formy zatrudnienia. Niemal 90 proc. wskazuje, że umowa o pracę jest dla nich bardzo ważnym czynnikiem przy wyborze pracodawcy.
– Zapytaliśmy młodych ludzi o powody, którymi kierują się przy podejmowaniu decyzji o wyborze kierunku studiów. Większość z nich jako główny motyw wskazuje zainteresowania, które chcą na studiach rozwijać. Nieco mniej wskazuje na możliwość znalezienia atrakcyjnej pracy i dopiero na trzecim miejscu jako główny powód znalazło się przyszłe wysokie wynagrodzenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karol Cyrulik, kanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie.
Na realizację swoich pasji częściej stawiali studenci kierunków humanistycznych i artystycznych, społecznych oraz pedagogicznych.
– Studenci, którzy wybierają kierunki humanistyczne czy społeczne, bardziej koncentrują się na rozwijaniu swoich pasji. Natomiast ci, którzy wybierają kierunki techniczne, prawnicze czy ekonomiczne, mówią: „Dla mnie istotniejsze jest spojrzenie na moje perspektywy zawodowe” – stwierdza Karol Cyrulik.
Na kolejnych miejscach uplasowały się też czynniki takie jak prestiż uczelni oraz opinia rodziców i znajomych. Stawkę zamykają natomiast tradycje rodzinne (3,5 proc.) i moda (2,9 proc.), które miały dla studentów najmniejsze znaczenie. Z badania zrealizowanego przez WSB w Warszawie wynika również, że ponad połowa studentów (54,1 proc.) między 18 a 30 rokiem życia w swojej pierwszej pracy w zawodzie zadowoliłaby się wypłatą nieprzekraczającą 3 tys. zł netto.
– Tylko 6 proc. studentów wskazało 5 tys. zł netto jako oczekiwane pierwsze wynagrodzenie. Ale widzimy też taką zasadę, że im bliżej końca studiów, tym oczekiwania finansowe studentów są wyższe niż na początku – mówi Karol Cyrulik.
Studenci kierunków technicznych i prawniczych mają nieco wyższe oczekiwania dotyczące swojej pierwszej pensji, które mieszczą się w przedziale 3,5–4 tys. netto. Na taki pułap wskazało 30 proc. badanych.
– Wydaje się, że studenci dość realistycznie widzą swoją sytuację na rynku pracy, ponieważ większość z nich wskazuje właśnie 3 tys. zł netto jako oczekiwaną pierwszą pensję. To pokazuje, że dość twardo stąpają po ziemi i rozumieją, że wartość, jaką wniosą do przyszłego pracodawcy, będzie mieć kluczowe znaczenie. Tą wartością jest doświadczenie zdobywane już na etapie studiów, dlatego 9 na 10 studentów naszej uczelni pracuje w trakcie nauki – mówi Karol Cyrulik.
Studenci dużą wagę przywiązują do formy zatrudnienia. Niemal 90 proc. wskazuje, że umowa o pracę ma dla nich duże znaczenie i jest czynnikiem decydującym przy wyborze pracodawcy. Dla zdecydowanej większości ta forma zatrudnienia jest najbardziej pożądana.
– Tylko 10 proc. badanych wybiera wariant, w którym będą zarabiać nieco więcej, ale nie będą związani z pracodawcą umową o pracę. Bardzo nas to zastanawia, chcemy to zbadać w naszym kolejnym badaniu – mówi Karol Cyrulik.
Jeszcze mniej (3,3 proc.) zadeklarowało, że umowa o pracę nie ma dla nich żadnego znaczenia.
Kanclerz WSB w Warszawie ocenia również, że między obecną generacją studentów a wcześniejszymi pokoleniami widać kilka zasadniczych różnic.
– W mojej generacji obserwowałem coś takiego jak owczy pęd, tzn. robimy coś, bo wszyscy to robią, wybieramy studia, bo aktualnie są modne. Natomiast dla dzisiejszych nastolatków moda jest ostatnim kryterium wyboru. To pokazuje, że oni w większym stopniu kierują się własnymi przekonaniami – mówi Karol Cyrulik. – Dzisiejsi 40-latkowie nasłuchali się, że każdy z nas może być kim tylko zechce, jeśli będzie pracował dostatecznie ciężko. Tu zmiana pokoleniowa polega na tym, że dziś młodzi ludzie szukają rozwoju raczej w tym obszarze, w którym już są dobrzy, którym się interesują i w którym mają swoje mocne strony.