Zmiana proporcji udziału w zysku a rozliczenie roczne

Zgodnie z art. 8 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych przychody z udziału w spółce niebędącej osobą prawną u każdego podatnika określa się proporcjonalnie do jego prawa do udziału w zysku. Zasadę tę stosuje się również do rozliczania kosztów uzyskania przychodów, wydatków niestanowiących kosztów uzyskania przychodów oraz strat (art. 8 ust. 2 pkt 1 ustawy).

Powyższy przepis wyraża zasadę transparentności spółek osobowych, która oznacza, że spółki te nie są podatnikiem podatku dochodowego. W skutek tego dochód osiągany przez spółkę osobową podlega opodatkowaniu na poziomie każdego wspólnika tej spółki. Z powyższego wynika zatem, że podział przychodów i kosztów między wspólnikami spółki osobowej będącymi osobami fizycznymi powinien być dokonany jednolicie, w takiej proporcji, w jakiej poszczególni wspólnicy partycypują w zyskach tej spółki. Zatem proporcję, o której mowa w art. 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustala się w stosunku do przysługującego wspólnikowi udziału w przychodach i kosztach spółki osobowej, przy czym pod pojęciem udziału należy rozumieć udział w zyskach tej spółki.

Dodać należy, że zgodnie z konstrukcją przyjętą przez ustawodawcę, wspólnicy spółki są zobowiązani w trakcie roku do obliczania zaliczek na podatek dochodowy od osób fizycznych, proporcjonalnie do posiadanego przez nich wskazanego wcześniej udziału w zyskach spółki na moment uzyskania przychodów i poniesienia kosztów. Uwzględnić należy również zmiany w prawie do udziału w zysku w trakcie roku obrotowego.

Zmiana proporcji udziału w zysku

W praktyce gospodarczej dochodzi często do sytuacji, w której po zakończeniu danego roku obrotowego wspólnicy dokonują zatwierdzenia sprawozdania finansowego spółki za ubiegły rok obrotowy oraz podejmują uchwały o podziale zysku lub pokryciu straty. Dodatkowo wspólnicy mogą postanowić o zmianie wysokości udziału w zysku odnoszącego się już do zakończonego roku obrotowego.

W tym miejscu podkreślenia wymaga treść art. 52 § 1 Kodeksu spółek handlowych, zgodnie z którym wspólnik może żądać podziału i wypłaty całości zysku z końcem każdego roku obrotowego. Zatem z uwagi na fakt, że zysk jest kategorią roczną, na dzień 31 grudnia danego roku zysk za ten rok ulega podziałowi zgodnie z postanowieniem zawartym w umowie spółki, obowiązującym na dzień 31 grudnia.

Mając to na względzie, należy wyróżnić scenariusze:

  • udział w zysku przypisany wspólnikowi na podstawie proporcji obowiązującej w ciągu roku może być niższy niż udział w zysku na podstawie ostatecznej proporcji;
  • udział w zysku przypisany wspólnikowi na podstawie proporcji obowiązującej w ciągu roku może być wyższy niż udział w zysku przysługujący na podstawie ostatecznej proporcji.

W świetle powyższego może się okazać, że przez część roku podatkowego wspólnik odprowadzał zaliczki na podatek dochodowy według proporcji pierwotnej, zaś po zakończeniu roku jego udział w zysku wzrośnie i będzie odnoszony do zakończonego już roku obrotowego. Powstaje więc pytanie, czy taki wspólnik powinien zwiększyć podatek do zapłaty w zeznaniu rocznym.

Odpowiadając na nie, warto posłużyć się orzecznictwem organów podatkowych, które stanowią, że podatek dochodowy od osób fizycznych jest podatkiem rocznym, a uiszczane miesięcznie zaliczki stanowią jedynie wpłaty na poczet nie ostatecznego jeszcze zobowiązania podatkowego. Finalne ustalenie podstawy obliczenia podatku i tym samym zobowiązania rocznego następuje dopiero po roku kalendarzowym. Jest zatem częstą praktyką, że uiszczone zaliczki nie będą współmierne do wysokości należnego podatku za cały rok.

Ostatni wniosek dotyczy zatem rozpatrywanych powyżej scenariuszy. Jeśli bowiem wspólnik w trakcie roku rozliczał się, stosując proporcję udziału w zysku, która po zakończeniu roku wzrosła, to w takim przypadku wspólnik będzie niejako uprawniony do zysku, od którego „nie uiścił” podatku w odpowiedniej wysokości.

W świetle poczynionych rozważań można wnioskować, że w przypadku wspólników spółki osobowej podatek ten powinien zostać obliczony w oparciu o udział w zysku na koniec roku.

W konsekwencji w przypadku powstania różnicy pomiędzy sumą wpłaconych zaliczek a podatkiem należnym wspólnik powinien uiścić różnicę w rocznym zeznaniu podatkowym.

Podsumowanie

W przypadku spółek osobowych niezmiernie ważna jest każdorazowa weryfikacja skutków podatkowych związanych z modyfikacją prawa do udziału w zysku. Dzieje się tak w przypadku, kiedy zmiana ta następuje w trakcie roku, jak również po jego zakończeniu. Uwypuklić należy, że o wiele większą ostrożność powinni zachować wspólnicy, których udział po zakończeniu roku wzrasta, bowiem w ich przypadku może dojść do powstania zaległości podatkowej. Z drugiej zaś strony w sytuacji zmniejszenia udziału wspólnik będzie uprawniony do złożenia wniosku o stwierdzenie nadpłaty.

Należy również zwrócić uwagę na zagadnienie odsetek od zaliczek na podatek, które – z uwagi na wzrost prawa do udziału w zysku – zostały zapłacone w niższej wysokości. Z pomocą przychodzą tutaj sądy administracyjne, które racjonalnie wyjaśniają, że wpłacając zaliczki za okresy sprzed zmiany umowy spółki, wspólnik nie określa ich w niższej wysokości, niż to wynikało z ostatecznego uprawnienia do zysku. Orzecznictwo stanowi zatem, że zmiana umowy spółki powodująca dodatkowe roszczenie z mocą od początku roku nie może generować wniosku, iż wspólnik pozostaje w zwłoce we wpłacaniu zaliczek na podatek dochodowy. Tym samym brak jest obowiązku zapłaty odsetek od zaległości podatkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Niewypłacalność i upadłość firmy transportowej

transport samochodObecna tendencja w branży transportowej nie wróży nic dobrego dla wielu drobnych przedsiębiorstw. Duża podatność na wzrost cen paliwa, nieterminowe regulowanie płatności, braki kadrowe, wysokie koszty leasingu pojazdów, czy nowe regulacje prawne mogą prowadzić do problemów ekonomicznych przedsiębiorstwa trudniącego się przewozem towarów. Dodatkowo za opóźnienie w doręczeniu konkretnych dóbr niejednokrotnie naliczane są wysokie kary. Zdają się to potwierdzać dane statystyczne, które wskazują na wzrost upadłości firm w sektorze transportowym.

Tam gdzie występuje duże ryzyko jest też szansa na wysokie dochody. Jednak co należy robić w sytuacji, gdy przedsiębiorca traci płynność finansową i staje się osobą niewypłacalną? Upadłość firmy transportowej uzależniona jest przede wszystkim od tego, czy:

  • podmiot jest niewypłacalny;
  • posiada co najmniej dwóch wierzycieli;
  • majątek wystarczy na koszty postępowania upadłościowego i częściową spłatę wierzycieli.

Niewypłacalność można definiować dwojako. Po pierwsze, jest to stan utraty zdolności do regulowania wymagalnych zobowiązań pieniężnych przez dłużnika. W kontekście niewypłacalności na skutek utraty płynności finansowej można skorzystać z domniemania. Zakłada ono, że podstawa do złożenia wniosku o upadłość (niewypłacalność) występuje wtedy, gdy zaległości przekraczają co najmniej 3 miesiące. Po drugie, w kontekście osób prawnych i jednostek organizacyjnych nieposiadających osobowości prawnej, którym ustawa przyznaje zdolność prawną, niewypłacalność może wystąpić też na skutek tzw. nadmiernego zadłużenia. W celu oszacowania czy tego typu niewypłacalność występuje wobec danej firmy należy się odwołać do bilansu. Jeśli wartość zobowiązań przekracza wartość posiadanego majątku, a stan ten trwa co najmniej 24 miesiące, to także uznaje się, że zarząd firmy winien złożyć wniosek o upadłość. Stosowny dokument powinien trafić do sądu w terminie 30 kolejnych dni.

W przypadku przedsiębiorców przewidujących potencjalne problemy finansowe odpowiednio wcześnie, i wobec których występuje zagrożenie niewypłacalnością można skorzystać z dobrodziejstw prawa restrukturyzacyjnego. Restrukturyzacja firmy transportowej ma na celu zapobieżenie ogłoszeniu upadłości na skutek zawarcia układu z wierzycielami.

Kolejną z przesłanek ogłoszenia upadłości, obok niewypłacalności, jest wielość wierzycieli. Postępowanie upadłościowe wiąże się ze wspólnym dochodzeniem należności przez wierzycieli od niewypłacalnego dłużnika. Należy zatem pamiętać, że przedsiębiorca z jednym wierzycielem nie może ogłosić upadłości.

Ostatnim warunkiem niezbędnym do ogłoszenia upadłości firmy transportowej jest odpowiedni majątek. Musi on pokryć koszty postępowania sądowego, a także wystarczyć na częściową spłatę wierzytelności. Nieogłoszenie upadłości firmy, gdy brakuje majątku, jest niemalże regułą w stosunku do przedsiębiorców w skali mikro. Niemniej złożenie wniosku we właściwym terminie wpływa wielce korzystnie na możliwość ogłoszenia późniejszej upadłości konsumenckiej, gdy ta jest potrzebna do finalnego oddłużenia.

Co z licencją transportową, gdy sąd jednak ogłosi upadłość? Syndyk może prowadzić dalej przedsiębiorstwo korzystając z jej licencji.

Wrogiem nowego biznesu jest aktualny biznes

Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking
Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking

Sony, Kodak, Xerox te marki jako pierwsze dysponowały przełomowymi innowacjami, jednak przegapiły moment na ich wdrożenie. Jak to możliwe, że firmy o potężnym zapleczu intelektualnym poniosły tak srogą porażkę? — Wrogiem nowego biznesu jest aktualny biznes — tłumaczy Irek Piętowski z DT Makers.

Jedna z najbarwniejszych i jednocześnie niezwykle tragicznych historii z ignorancją i genialną innowacją w tle sięga czasów pierwszej wojny światowej, kiedy to brytyjski dowódca wojskowy John Frederick Charles Fuller opracował genialny plan wykorzystania nowej klasy czołgów, które osiągnęły jak na tamte czasy zawrotną prędkość 20 mil na godzinę, do błyskawicznego ataku na niemieckie centrum dowodzenia. Tim Harford, kolumnista Financial Times i autor książki “Fifty Things that Made the Modern Economy” w artykule “Why big companies squander good ideas” pochyla się nad losami tej genialnej taktyki. — Mózg niemieckiej armii oddalony był od linii frontu o wiele kilometrów. Nie było to jednak problemem, ponieważ pojazdy gąsienicowe Medium D mogły pokonać dystans 200 mil, a przedarcie się przez okopy i dotarcie do celu zajęłoby im około godzinę. W międzyczasie siły powietrzne miały zablokować niemieckie drogi i linie kolejowe, odcinając bazę od ewentualnego wsparcia — pisze dziennikarz.

Złe wieści wywołują dezorientację, a ta – panikę — twierdził Fuller. Jego plan, mający zapewnić “wygranie wojny jedną bitwą”, stał się najbardziej znanym niezrealizowanym planem bitewnym w historii. Tak przynajmniej uważał jego biograf, Brian Holden Reid. Nie jest to jednak prawdą, gdyż gros pomysłów Fullera w 1940 roku wykorzystali niemieccy naziści. To śmiech historii, że podwaliny pod Blitzkrieg położył brytyjczyk, konsekwentnie ignorowany przez krótkowzroczne dowództwo królewskiej armii.

Podobnych przypadków, w których władze dużych organizacji lekkomyślnie podchodzą do przełomowych idei, jest zaskakująco dużo. Jak to możliwe, że firmy i instytucje dysponujące potężnym zapleczem intelektualnym raz za razem popełniają podobne błędy? Według Tima Harforda, najprostsza odpowiedź, która nasuwa sięe na to pytanie, brzmi: “ludzie to idioci”. — Idiotyzm jest kuszącym wyjaśnieniem i nie bezpodstawnym. Najwyższy człowiek w armii brytyjskiej, feldmarszałek Sir Archibald Montgomery-Massingberd, zareagował na groźbę nazistowskiej militaryzacji, dziesięciokrotnie zwiększając wydatki na paszę dla koni. Oficerowie kawalerii zostali wyposażeni w dodatkowe konie. Otrzymali je również czołgiści. Jak mówię: ludzie są idiotami — wytyka dziennikarz, by kilka linijek dalej stwierdzić, że to niemożliwe, aby organizacje, którym udało się osiągnąć tak wiele, były zarządzane przez niekompetentnych i bezmyślnych ludzi.

Wspomnienie dawnej chwały

Jeszcze w 1975 roku 24-letni inżynier, Steven Sasson, stworzył pierwszą na świecie cyfrową kamerę. Wyczyn ten Sasson powtórzył w 1989, kiedy jako pracownik firmy Eastman Kodak wspólnie z kolegami opracował pierwszą współczesną lustrzankę cyfrową. Kodakowi udało się zarobić sporo na fotografii cyfrowej i na samym udostępnianiu związanych z nią patentów. Na krótką metę takie podejście mogłoby wydawać się słuszne, lecz hegemonowi amatorskiej fotografii zabrakło długofalowej strategii biorącej pod uwagę cyfrową rewolucję. Kodak nie potrafił wyobrazić sobie świata, w którym za pomocą każdego telefonu komórkowego można będzie zrobić zdjęcie. Nie zmienił więc modelu biznesowego, którego fundamentem była sprzedaż filmów do aparatów fotograficznych, co w konsekwencji doprowadziło do całkowitego upadku firmy.

Według Irka Piętowskiego, konsultanta innowacji w DT Makers, nie ma niczego dziwnego w tym, że firmy chętnie monetyzują produkty i usługi, które dobrze się sprzedają, i lokują większość zasobów w obsługę tego, co sprawdziło się na rynku. — Ogromne niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy bieżący sukces wywołuje arogancję i usypia czujność na to, co przyniesie jutro. Wystarczy przytoczyć pychę szefów Blackberry, którzy na początku wieku szczycili się tym, że jest to najpopularniejszy telefon wśród kadry menadżerskiej. Ba, nawet prezydent USA korzystał z Blackberry. Akcje firmy kosztowały 236 dolarów w sierpniu 2007 roku. Wtedy pojawił się iPhone. Sześć lat później akcje Blackberry można było kupić za 10 dolarów. Trudno o większą klęskę — uważa Piętowski.

Mniej tragiczna w konsekwencjach okazała się ignorancja zespołu zarządzającego firmą Xerox. W 1970 amerykański gigant z branży fotokopiarek powołał do życia Palo Alto Research Center. To właśnie tam opracowano pierwszy komputer osobisty z interfejsem graficznym, oknami, ikonami i myszką. Jak pisze Tim Harford, ich pracy z uwagą przyglądali się Steve Jobs i Bill Gates. Prowadzone przez nich firmy, Apple i Microsoft, zarobiły na innowacjach opracowanych w centrum badawczym PARC miliardy dolarów, podczas gdy Xerox wciąż czerpie większość swoich zysków ze sprzedaży fotokopiarek i drukarek.

Joshua Gans, ekonomista z Rotman School of Management w Toronto, przyczyny lekceważenia innowacji widzi w samym procesie decyzyjnym. Podejmowanie decyzji w oparciu o to, co kiedyś przyniosło firmie sukces, ma ją zamykać na nowe sposoby generowania przychodów. Czasem taka postawa może być gwoździem do trumny. Niewielkie podmioty, które nie odniosły jeszcze sukcesu i wciąż szukają sposobu na zawojowanie rynku, rzadziej kierują się utartymi schematami i częściej eksperymentują. Dlatego łatwiej im rozwijać nowe technologie, ponieważ budują na nich swoje modele biznesowe. — Dylemat innowatora polega na tym, że wrogiem nowego potencjalnego biznesu jest aktualny działający biznes — twierdzi Irek Piętowski. Podobnie jak Joshua Gans, uważa on, że największą przeszkodą we wdrażaniu innowacyjnych technologii nie jest brak dostępu do zasobów, a przywiązanie do aktualnych źródeł dochodu. — Większość użytkowników końcowych nie chce lub wręcz nie może być tzw. early adopterami, nie tylko z powodu wysokiej ceny najnowszych technologii, lecz również ze względu na to, że sami nie wiedzą, czy potrzebują danego rozwiązania. Obawiają się również ukrytego ryzyka, związanego z adaptacją innowacyjnych technologii. Większość z nich kupuje więc to, co zostało przez innych dokładnie sprawdzone i dobrze się przyjęło — zwraca uwagę ekspert z DT Makers.

Strukturalne hamulce

Studiując przypadki braku adaptacji zasłużonych firm do zmieniającej się koniunktury, Rebecca Henderson, profesor Harvard Business School, doszła do wniosku, że główną przyczyną niemocy jest ich architektura – szkielet, dzięki któremu do pewnego momentu udało im się funkcjonować i odnosić sukcesy.

W swoim centrum badawczym Xerox opracował większość elementów potrzebnych do stworzenia przyjaznego użytkownikowi komputera osobistego, brakowało mu jednak organizacyjnej architektury, która umożliwiłaby wytwarzanie i sprzedaż tego rodzaju sprzętu. Inny los spotkał wynalezioną w PARC drukarkę laserową. Xerox z łatwością wprowadził ją na rynek, ponieważ nie wymagało to znaczących zmian strukturalnych.

Brak odpowiedniej architektury organizacyjnej przyczynił się również do wielkiej porażki poniesionej przez Sony. Japoński gigant w 1999 roku wypuścił na rynek urządzenie o nazwie Memory Stick Walkman, jeden z pierwszych muzycznych odtwarzaczy cyfrowych. Pomimo tak silnej marki, jaką w tamtych czasach był Walkman, i zaplecza najlepszych na świecie inżynierów elektroniki przemysłowej, produkt nie odniósł sukcesu. Kilka lat później rynek odtwarzaczy multimedialnych zawojował Apple z działającymi na podobnej zasadzie iPodami. Managerowie Sony doskonale zdawali sobie sprawę z kierunku, w jakim zmierza rynek odtwarzaczy multimedialnych, jednak nie przeorganizowali szyków, traktując nową technologię po macoszemu. Tymczasem źródła, z których czerpała stara architektura organizacji, przenośne odtwarzacze płyt CD i MiniDisców, w ciągu kilku lat doszczętnie wyschły.

Profesor Clayton Christensen, światowej sławy guru w dziedzinie zarządzania, właściciel firmy konsultingowej Innosight i autor pojęcia disruptive innovation, który zasłynął książką “Innovator’s Dilemma”, uważa, że istnieje jeden sposób na to, aby nie wypaść z gry z powodu technologicznej ignorancji. Firma musi dokonywać przełomowych zmian sama, zaburzając istniejący porządek, zanim zmuszą ją do tego czynniki zewnętrzne. Zazwyczaj zalicza się do nich konkurencja, która zbudowała kapitał na modelu biznesowym opartym o nową technologię.

Gdy w grę wchodzą innowacje, potrzebna jest odrobina realizmu i świadomość, że część z nich na bank się nie przyjmie. — Zanim Apple wprowadziło iPada, próbowało pod koniec lat ‘90 z urządzeniem Newton. Był to rodzaj palmtopa, który biznesowo okazał się kompletnym niewypałem. Chodzi o to, aby umieć w możliwie najtańszy i najszybszy sposób testować nowe produkty i usługi. W każdej dużej firmie innowacja powinna być rutynowym działaniem, a nie serią nerwowych ruchów, wywołanych jakimś nowym trendem. Na tym właśnie polega moc metody design thinking, po którą sięga coraz więcej firm w Polsce i za granicą — kwituje Piętowski.

Marta Busłajew szefową marketingu i komunikacji w Globalworth Poland

Marta Busłajew dołączyła do Globalworth jako szefowa marketingu i komunikacji. Jej głównym celem w nowej roli jest stworzenie praktyki marketingowej dla największego instytucjonalnego inwestora i właściciela nieruchomości biurowych w kraju.

Marta Busłajew – dyrektor marketingu i komunikacji w Globalworth Poland
Marta Busłajew – dyrektor marketingu i komunikacji w Globalworth Poland

W portfelu Globalworth znajdują się obiekty o różnych cechach, osadzone w zdywersyfikowanych lokalizacjach i społecznościach. Moim celem jest zintegrowanie tych nieruchomości w ramach jednej marki, z jednoczesnym poszanowaniem ich odrębności oraz z uwzględnieniem potrzeb najemców. Tempo wzrostu i oddziaływanie Globalworth na tak dużą skalę to ogromna odpowiedzialność. Będziemy aktywnie komunikować nasze wartości oraz konsekwentnie budować pozycję partnera pierwszego wyboru dla wszystkich firm, które rozwijają się, planują ekspansję i poszukują najlepszych rozwiązań biurowych. Podejmuję się tego zadania wiedząc, że mam wsparcie jednego z najmocniejszych i najbardziej utalentowanych zespołów na rynku, który tworzy firmę o jasnej wizji, stawiającej sobie ambitne cele.

Marta Busłajew, dyrektor marketingu i komunikacji w Globalworth Poland

Marta Busłajew ma dwudziestoletnie doświadczenie zawodowe. Od 12 lat związana jest z  rynkiem nieruchomości komercyjnych. Wcześniej pracowała jako dyrektor ds. marketingu i obsługi klienta w Colliers International oraz senior marketing manager w międzynarodowej firmie doradczej CBRE. Przed dołączeniem do Globalworth przez trzy lata była szefową marketingu i komunikacji w HB Reavis. Odpowiadała m.in. za strategię marketingową i komunikacyjną takich projektów jak Varso Place i Forest.

Dimitris Raptis, Zastępca Dyrektora Generalnego oraz Dyrektor ds. Inwestycji w Globalworth
Dimitris Raptis, Zastępca Dyrektora Generalnego oraz Dyrektor ds. Inwestycji w Globalworth

Wierzę, że bogate doświadczenie Marty zdobyte na rynku nieruchomości oraz dogłębna wiedza z zakresu marketingu i PR będą miały wielką wartość dla naszej firmy. W rok Globalworth stał się silnym graczem i nadal rośnie. Mamy aspiracje i potencjał, by przez wiele lat przewodzić polskiemu rynkowi oraz stać się ważnym partnerem dla całej krajowej gospodarki. Chcemy jasno określić nasze wartości i zaoferować korzyści najemcom, a Marta jest właściwą osobą, która pomoże nam w realizacji tych założeń. Cieszę się, że mogę powitać ją w naszym zespole. – Dimitris Raptis, dyrektor generalny Globalworth Poland

RODO a prawo bankowe

Adw. Rafał Wojciechowski
Adw. Rafał Wojciechowski

Ustawa z dnia 21 lutego 2019 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z zapewnieniem stosowania rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE  (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, dalej zwana „Ustawą”) została podpisana przez Prezydenta w dniu 3 kwietnia 2019 roku.

Z nowych przepisów wynika, że bank powinien najpierw zidentyfikować kluczowe funkcje (w rozumieniu art. 22aa ust. 10 Prawa Bankowego) w banku wymagające spełniania warunków wskazanych w Ustawie. Identyfikacja ta powinna być uzasadniona i jest przeprowadzana w celu zapewnienia ostrożnego i stabilnego zarządzania bankiem.

Zgodnie ze znowelizowanym przepisem Kodeksu Pracy pracodawca może żądać innych danych osobowych niż te określone w Kodeksie Pracy w formie oświadczeń i ich udokumentowania, gdy jest to niezbędne do zrealizowania uprawnienia lub spełnienia obowiązku (art. 22(1) par. 4 Kodeksu Pracy). Taki obowiązek nakłada art. 22aa ust. 10 Prawa Bankowego w brzmieniu: „Bank zapewnia, że osoby pełniące te funkcje spełniają odpowiednio wymagania określone w ust. 1.” Zatem bank może żądać od pracownika odpowiednich oświadczeń dotyczących kwestii określonych w ust. 11 ww. przepisu Prawa Bankowego i ich udokumentowania.

Z nowego ust. 11 wynika, że bank będzie mógł żądać od kandydata na członka organów oraz od osoby ubiegającej się o pełnienie innej kluczowej funkcji w banku dokumentów i oświadczeń z zakresu wskazanego w nowym ust. 11 pkt. 1), natomiast w zakresie wskazanym w ust. 11 pkt. 2) wyłącznie informacji, bez dokumentów źródłowych, bowiem przepis Prawa Bankowego należy traktować jako lex specialis w stosunku do Kodeksu Pracy.

Należy pamiętać, że bank będzie mógł przy tym żądać wyłącznie informacji niezbędnych do oceny odpowiedniej wiedzy, umiejętności i doświadczenia oraz rękojmi pracowników oraz osób ubiegających się o pełnienie kluczowych funkcji. Z przepisów tych wynika, że bank powinien na podstawie otrzymanych informacji przeprowadzić ocenę spełniania powyższych wymagań. W celu przeprowadzenia tej oceny bank może także pozyskać informacje z publicznie dostępnych źródeł. Ocena powinna być rzetelna, udokumentowana i uzasadniona.

Wyniki oceny mogą mieć wpływ na zatrudnienie kandydata, albo odmowę zatrudnienia, jeśli osoba nie spełnia wymagań, gdyż w takim przypadku należy stwierdzić, że bank nie może zapewnić ostrożnego i stabilnego zarządzania bankiem.

W przypadku pracowników, którzy nie spełniają wymagań lub przestali je spełniać, również można wyciągnąć konsekwencje, tj. w zależności od okoliczności konkretnego przypadku zaproponować im stanowisko, na którym spełniają warunki, albo na którym spełnienie tych warunków nie jest wymagane, albo rozwiązać z takim pracownikiem umowę o pracę. Przy tym należy mieć na uwadze, że w przypadku usuwalnych braków wiedzy i umiejętności należy rozważyć skierowanie pracownika na odpowiednie szkolenie wewnętrzne lub zewnętrzne.

Decyzja rządu ws. OFE nie zaszkodziła polskim aktywom

Roman Ziruk, analityk Ebury
Roman Ziruk, analityk Ebury

Wczorajsza informacja o planowanym demontażu OFE wywołała poruszenie. Reakcja samych rynków finansowych była jednak dużo mniejsza. Rentowności polskich obligacji 10-letnich nieznacznie spadły, krajowe indeksy giełdowe pozostają względnie stabilne, z kolei polski złoty w parze z euro jest najsilniejszy od dwóch i pół miesiąca, notując jednocześnie bardzo niską zmienność.

Wygląda na to, że rynek niespecjalnie obawia się skutków wspomnianej decyzji, co można odczytać jako pozytywny sygnał. Z punktu widzenia rządu i finansów publicznych decyzja jest dobra: uwalnia dodatkowe środki w kwocie łącznej min. 24 mld zł w latach 2020-2021. Z punktu widzenia rynku kapitałowego skutki decyzji są mniej jednoznaczne i w głównej mierze zależą od tego, jak wielu przyszłych emerytów zdecyduje się nie przenosić środków na IKE, tylko do ZUS-u. Im więcej, tym lepiej dla rządu i jednocześnie tym gorzej dla rynku kapitałowego.

Obecnie jednak raczej nie zanosi się na szok. Mechanizmy związane z procesem likwidacji OFE (ustawienie IKE jako domyślnej opcji, likwidacja „suwaka”, rozłożenie opłaty przekształceniowej na dwa lata, bardzo stopniowo obniżany limit inwestycji w akcje przenoszonych środków oraz niemożność wypłacenia z IKE konwertowanych z OFE środków przed osiągnięciem wieku emerytalnego) powinny sprawić, że ewentualny niekorzystny efekt dla giełdy będzie dość niewielki. Co istotne, docelowo powinien być wyparty przez pozytywny efekt związany z wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych, które mają zasilać GPW nowymi środkami.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wczorajszy dzień nie przyniósł żadnych istotnych informacji ze strefy euro, co sprzyjało stabilizacji głównej pary. Dziś opublikowane, kwietniowe dane o nastrojach ekonomicznych w większości zaskoczyły na plus. Krótko po publikacji doszło jednak do wyprzedaży euro w relacji do głównych walut. Subindeks dotyczący bieżącej sytuacji w Niemczech wprawdzie spadł, co można powiązać z ostatnimi rozczarowującymi danymi z niemieckiego przemysłu. W ujęciu ogólnym dzisiejsze wskaźniki były jednak względnie dobre: główne indeksy ZEW opisujące nastroje ekonomiczne w Niemczech i strefie euro po raz pierwszy od wielu miesięcy znalazły się powyżej zera, rosnąc nieco powyżej oczekiwań.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,94-4,96. Brytyjska waluta zyskiwała jednak w relacji do głównych walut. W związku z czasowym odsunięciem Brexitu dane makroekonomiczne powinny nieco zyskać na znaczeniu i mieć większy wpływ na handel niż w ostatnich tygodniach. Dzisiejsza reakcja na odczyty z brytyjskiego rynku pracy była bardzo ograniczona, jednak było to związane z faktem, iż najważniejsze dane okazały się praktycznie w pełni zgodne z oczekiwaniami konsensusu. Brytyjska dynamika płac z uwzględnieniem premii od grudnia do lutego pozostawała na wysokim jak na gospodarkę rozwiniętą poziomie 3,5% w ujęciu rocznym, stopa bezrobocia z kolei utrzymuje się obecnie na poziomie 3,9%.

Dobra sytuacja na brytyjskim rynku pracy jest jednym z niewielu jednoznacznie pozytywnych punktów na ekonomicznej mapie kraju i powinna wspierać gospodarkę Wielkiej Brytanii w czasach niepewności związanej z Brexitem.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,78-3,79. Poniedziałek nie przyniósł istotnych informacji z USA, amerykańska waluta pozostawała względnie stabilna. W kontekście Stanów Zjednoczonych warto jedynie wspomnieć o wypowiedzi Erica Rosengrena z FOMC, który stwierdził, że amerykańska gospodarka radzi sobie „całkiem dobrze”. Takie sygnały ze strony członków banku centralnego są potrzebne – inwestorzy cały czas obawiają się o perspektywy m.in. gospodarki Stanów Zjednoczonych, co widać w ich oczekiwaniach zakładających obniżki stóp procentowych w USA. Dziś, w drugiej części dnia, poznamy dane o produkcji przemysłowej w USA w marcu, wieczorem przemawiać będzie kolejny członek FOMC, Robert Kaplan.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – dane o inflacji bazowej w Polsce w marcu
  • 15:15 – dane o produkcji przemysłowej w USA w marcu
  • 15:50 – przemawia Ewald Nowotny z EBC
  • 20:00 – przemawia Robert Kaplan z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Jak doładować Internet na kartę? Najwygodniejsze sposoby

email telefon smsKlienci, którzy korzystają z oferty internetowej na kartę w Orange, mogą doładować konto na wiele sposób – za pomocą przelewu on-line, wydruku z terminala czy tradycyjnej karty-zdrapki. Prezentujemy zestawienie dostępnych możliwości.

Doładowanie on-line

Internet na kartę w Orange możesz doładować za pomocą platformy https://doladowania.orange.pl/. Aby zasilić konto, wystarczy wypełnić krótki formularz. Uzupełniając go, podaj numer, z którego korzystasz oraz adres e-mail. Po wybraniu wysokości doładowania (5 zł, 10 zł, 25 zł, 40 zł, 50 zł, 100 zł lub 200 zł) określ metodę płatności. Możesz wybrać płatność BLIK-iem, kartą lub przelewem. Jeżeli wybierzesz ostatnią metodę, zostaniesz przekierowany do serwisu transakcyjnego Twojego banku. Po uregulowaniu płatności Twoje konto zostanie doładowane określoną przez Ciebie kwotą, a na podany wcześniej adres e-mail wysłane zostanie potwierdzenie dokonania operacji. Otrzymasz również wiadomość SMS z potwierdzeniem doładowania.

Przelew bankowy

Konto w Orange możesz doładować również za pomocą przelewu bankowego. Taką usługę udostępniło swoim klientom kilkanaście banków, m.in. mBank, ING, Bank Pekao, Santander, PKO, Alior Bank, Nest Bank, Millennium Bank, Deutsche Bank, Eurobank, Getin Bank, BOŚ, BGŻ. Po zalogowaniu się do serwisu transakcyjnego wybierz opcję doładowanie telefonu. Uzupełnił numer telefonu i kwotę doładowania oraz wybierz operatora Orange. W ciągu kilku sekund od momentu, w którym zatwierdzisz operację, Twoje konto zostanie doładowane. Wykonanie transakcji zostanie potwierdzone wiadomością SMS.

Bankomat

Internet na kartę w Orange możesz również doładować, korzystając z bankomatu. Aby to zrobić, wybierz opcję „Usługi GSM” lub „Inne usługi”, a następnie postępuj zgodnie z instrukcjami wyświetlanymi na ekranie urządzenia.

Wydruk z terminala lub karta zdrapka

Aby doładować Internet na kartę w Orange, możesz również wykorzystać jednorazowy czternastocyfrowy kod. Znajdziesz go na tradycyjnych kartach zdrapkach. Za jego pomocą możesz doładować konto kwotę 5 zł, 30 zł, 50 zł lub 100 zł. Kod może zostać wygenerowany również za pomocą terminala płatniczego. Taka usługa dostępna jest w hipermarketach, salonikach prasowych i innych punktach handlowo-usługowych. Zapłacisz za nią możesz BLIK-iem, kartą Visa lub MasterCard, a także gotówką.

Aby doładować Internet za pomocą kodu, na klawiaturze swojego telefonu wybierz następujący ciąg cyfr: *125*[kod doładowujący]# i zatwierdź go przyciskiem „zadzwoń”. Aby sprawdzić stan konta, wpisz na klawiaturze swojego telefon kod *124*#, następnie wybierz „zadzwoń’. W odpowiedzi otrzymasz informację o stanie i ważności konta.

Doładowanie z telefonu stacjonarnego

Konto w Orange doładować możesz również za pomocą telefonu stacjonarnego. Zrobisz to, dzwoniąc pod jeden z numerów:

  • 704 407 105 – koszt: 4,99 zł brutto, doładowanie Orange: 5 zł.
  • 703 900 900 lub 704 607 110 – koszt: 9,99 zł brutto, doładowanie Orange 10 zł.
  • 704 807 125 – koszt: 24,61 zł brutto, doładowanie Orange: 25 zł.

Aby doładować konto, postępuj zgodnie z instrukcjami lektora.

Doładowanie z innego telefonu na kartę

Internet na kartę w Orange możesz doładować również za pomocą usługi „Dzięki Tobie”. Pozwala ona doładować konto pomocą SMS-a wysłanego z innego numeru zarejestrowanego w dowolnej sieci.

Jak w ten sposób doładować Internet na kartę? Wyślij SMS-a pod numer 501 700 700, a w jego treści umieść w czternastocyfrowy kod z karty zdrapki lub wydruku z terminala oraz numer, który ma zostać doładowany. Numer należy podać dwukrotnie – np. 12345678901234 500 555 555 500 555 500.

Doładowanie z innego telefonu z rachunkiem w Orange

Z doładowania możesz skorzystać również z telefonu z rachunkiem. Jak to zrobić? Wystarczy, że włączysz taką usługę dla swojego telefonu w Mój Orange i wyślesz bezpłatnego SMS-a z telefonu z rachunkiem na numer 8088. W treści wiadomości powinno znaleźć się słowo „DOLADUJ”, kwota doładowania oraz numer telefonu, który chcesz wesprzeć, np. (DOLADUJ 50 510100100). To samo możesz wykonać dzwoniąc pod numer *500 postępując zgodnie z poleceniami lektora.

Nikt nie rodzi się dobrym menedżerem – kompetentny i skuteczny menedżer

praca pracownik managerBycie dobrym menedżerem nie jest proste – podobnie zresztą jak jednoznaczne określenie, jakie cechy powinna mieć taka osoba. Jedno jest jednak pewne: aby osiągać odpowiednie rezultaty, konieczne są lata nauki i zdobywania doświadczenia. Stwierdzenia typu: „dobrym menedżerem trzeba się urodzić” należy natomiast traktować z przymrużeniem oka.

Dobry menedżer, czyli jaki?

Nie da się jednoznacznie opisać, kim jest dobry menedżer. Wiadomo jednak, że powinien być osobą kompetentną, posiadającą odpowiednią wiedzę z danej branży, a przede wszystkim – potrafiącą zarządzać zarówno zespołem, jak i projektami. Skuteczny menedżer to też osoba, która jest zdyscyplinowana, ambitna, ale i potrafiąca wykazać się empatią i zrozumieniem, kiedy wymaga tego sytuacja. Rozumie, że wszystko zaczyna się i kończy na ludziach, czyli pracownikach, z którymi realizuje konkretne zadania. Umie podjąć szybką decyzję, ale potrafi też zorganizować burzę mózgów, którą będzie moderował. Co ważne – każdą z tych kompetencji da się wypracować. Podstawą jest jednak motywacja i możliwość nauki od osób mających odpowiednie doświadczenie.

Studia MBA to okazja do nauki od najlepszych w danej branży

Uczestnicy studiów MBA mają możliwość zdobycia cennej wiedzy od osób zajmujących stanowiska zarządcze w danej branży, a także od menedżerów i kierowników wyższego szczebla. Równie ważny jest networking –słuchacze mogą wymienić się doświadczeniami, i to nie tylko z innymi uczestnikami programu MBA, ale także z jego wykładowcami. Kontakt z ekspertami może zresztą znacząco wpłynąć na rozwój menedżera, zwłaszcza takiego, który stawia dopiero pierwsze kroki na stanowisku kierowniczym. Słuchacze otrzymują od swoich wykładowców mnóstwo wskazówek i porad, uczą się również, jak różne procesy wyglądają w innych firmach. Możliwość spojrzenia na poszczególne problemy z innej perspektywy również jest niezwykle cenna.

O tym, jak wygląda program MBA, oraz czego konkretnie będą uczyć się jego słuchacze, można dowiedzieć się na stronie  https://www.studiamba.wsb.pl/.

Silver tsunami – pracownicy 55+ poszukiwani

Na polskim rynku pracy aktywnych zawodowo pozostaje 34% osób między 50 a 64 rokiem życia. Pod względem zatrudniania starszych pracowników, Polska plasuje się na jednym z ostatnich miejsc wśród badanych krajów europejskich.* Liczba ta jednak z roku na rok się zwiększa, stawiając przed pracodawcami pytanie – jak w pełni wykorzystać zawodowy potencjał dojrzałych pracowników?

„Na rynku pracy spotykają się obecnie cztery zupełnie różne pokolenia. Z jednej strony Millenialsi i Pokolenie Z, czyli najmłodsi pracownicy. Przebojowi, otwarci na wyzwania i szukający w miejscu pracy przede wszystkim możliwości rozwoju. Z drugiej tzw. Baby Boomersi i Pokolenie X, ceniący sobie stabilizację i pewność zatrudnienia. Przed pracodawcą trudna droga – w jaki sposób pogodzić interesy różnych grup, by potencjał wszystkich pracowników został w pełni wykorzystany.” – mówi Jolanta Samul-Kowalska, Managing Director w Morgan Philips Group Polska.

Na rynku HR coraz częściej mówi się o zjawisku silver tsunami – obecności doświadczonych pracowników, którzy podczas swojej zawodowej ścieżki znaleźli się w różnych sytuacjach, które ukształtowały ich podejście do pracy. W tym dwucyfrowego bezrobocia, kiedy o etat musieli rywalizować z 10 innymi kandydatami, a utrzymanie zatrudnienia było priorytetem. Przełożyło się to na szereg umiejętności – efektywne zarządzanie swoim czasem, odnajdowanie się w stresowych sytuacjach, rozwiązywanie konfliktów. Z tymi kwestiami często radzą sobie lepiej niż młodsze pokolenia. Wykazują się również większą lojalnością wobec pracodawcy, ponieważ w przeciwieństwie do młodszych pracowników nie czują konieczności nieustannego poszukiwania nowych wyzwań.

Niedostosowanie rynku do dużej grupy pracowników 55+ to poważne straty dla polskiej gospodarki. „Według raportu Golden Age Index, zwiększenie poziomu zatrudnienia dojrzałych pracowników do poziomu takich krajów jak Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Szwecji (powyżej 40%) przyniosłoby w długoterminowej perspektywie wzrost PKB aż o maksymalnie 66 mld dolarów.** Na razie brak skutecznych programów wieloźródłowej aktywizacji tej grupy zawodowej, jednak pracodawcy powinni uważnie przyjrzeć się korzyściom wynikającym z zatrudniania różnorodnej wiekowo kadry.” – dodaje Samul-Kowalska.

Pracodawcy nie odwracają się od pracowników 55+. Coraz częściej zatrudniają osoby dojrzałe zawodowo, choć nie odnajdą się oni we wszystkich strukturach. „Bardzo popularne SSC to rynek młodego pokolenia, posługującego się biegle językiem angielskim i innym językiem obcym, gotowego na długotrwałe wyjazdy szkoleniowe i projektowe. Starsi pracownicy najczęściej uczyli się rosyjskiego, są też na innym etapie jeśli chodzi o życie rodzinne i niechętnie widzą przeprowadzki.” – dodaje Samul-Kowalska. „Natomiast są wartościowymi pracownikami w stabilnych obszarach produkcji i IT. Są również dobrze postrzegani na stanowiskach związanych z obsługą klienta.”           

Wszystkie pokolenia mogą wzajemnie się czegoś nauczyć. Pracownik 55+ wnosi do zespołu doświadczenie, pomysły i zaangażowanie w powierzone zadania. W odpowiedzi Millenialsi pokazują, jak usprawnić pracę poprzez doskonałą znajomość narzędzi. Dojrzali pracownicy często potrzebują więcej czasu na nauczenie się wykorzystania nowoczesnych narzędzi w pracy, jednak nie są do nich negatywnie nastawieni. Są zaangażowani, chcą się uczyć i rozwijać, najczęściej są już przystosowani do codziennej pracy. Doskonale sprawdzają się jako mentorzy i w dużej mierze mogą być wzorem dla młodszego pokolenia dzięki swojej wiedzy merytorycznej i umiejętności podejmowania odpowiedzialnych decyzji.

*GUS, raport Osoby powyżej 50. roku życia na rynku pracy w latach 2016-2017, 2018

**PwC, ranking Golden Age Index, 2018

Grupa MOL przejmuje Aurora Group*

  • Przejęcie jest zgodne z założeniami strategii MOL 2030, skupiającej się na rozszerzeniu portfolio petrochemicznego o produkty o wyższej wartości dodanej
  • Współpraca z Aurora wzmocni pozycję MOL jako dostawcy komponentów dla branży motoryzacyjnej
  • MOL i Aurora mają ambitne plany rozwoju biznesowego na terenie Niemiec, jednocześnie widzą potencjał w ekspansji na Europę Środkowo-Wschodnią
  • Ten strategiczny krok współgra z dotychczasowymi inicjatywami MOL w sektorze recyklingu

Grupa MOL ogłosiła podpisanie umowy przejęcia firmy Aurora, zajmującej się recyklingiem i produkcją tworzyw sztucznych w zakładach Baden-Württemberg w Niemczech, strategicznie zlokalizowanych w sąsiedztwie kompleksów zakładów obróbki tworzyw sztucznych oraz fabryk samochodów.

Aurora jest średniej wielkości niemiecką firmą, z siedzibą w Neuenstein, działającą w unikalnym modelu obiegu zamkniętego. Zajmuje się odzyskiem plastiku z odpadów przemysłowych oraz obróbką i przerobem tworzyw sztucznych, w które następnie zaopatruje m.in. przemysł motoryzacyjny. Oferta firmy składa się w dużym stopniu z tworzyw konstrukcyjnych oraz mieszanek polipropylenu na bazie surowców z odzysku.

Dzięki tej inwestycji, MOL poszerzy portfolio produktów o szeroką gamę wysokiej jakości poliamidu, polipropylenu oraz innych wyrobów na bazie surowców z odzysku. Firma uzupełni w ten sposób istniejącą ofertę czystego polipropylenu i polietylenu. Dzięki wykorzystaniu know-how Aurory w zakresie gospodarki obiegu zamkniętego, MOL umożliwi również klientom zwiększenie udziału surowców z odzysku w ich produktach końcowych.

Ferenc Horvath, MOL Group Executive Vice President w segmencie Downstream tak skomentował transakcję: „Zgodnie z założeniami strategii MOL 2030, chcemy stać się jednym z wiodących graczy na rynku chemicznym w Europie Środkowo-Wschodniej. Ta umowa stanowi kolejny krok w tym kierunku. Dzięki współpracy z Aurora możemy dalej rozwijać nasz biznes petrochemiczny, wzmacniając jednocześnie naszą pozycję, jako dostawcy surowców dla sektora motoryzacyjnego. Jako silny gracz na rynku polimerów, planujemy wykorzystać nasz zintegrowany model biznesowy, zachowując elastyczność Aurory, jako niezależnego dostawcy. Jednocześnie profil działalności Aurora jest spójny z naszymi działaniami w branży recyklingu i wzmacnia zaangażowanie MOL w ideę zrównoważonego rozwoju i gospodarki obiegu zamkniętego”.

Dr. György Bacsa, MOL Group Senior Vice President of Group Strategic Operations i Corporate Development dodał: „Cieszymy się z kolejnej inwestycji, która wzmocni naszą pozycję w sektorze petrochemicznym, wspierając realizację strategii rozwoju Groupy MOL. Jesteśmy pewni, że współpraca z naszym nowym partnerem będzie owocna oraz wierzymy w dalszy rozwój sukcesów Aurory jako części Grupy MOL”.

Gerhard Schweinle, założyciel i członek zarządu Aurora: „W Grupie MOL dostrzegamy partnera w dążeniu do zrównoważonego rozwoju i innowacji. Jesteśmy przekonani, że partnerstwo z MOL jest dla nas idealną okazją do rozwoju naszych ambicji w zakresie zrównoważonego rozwoju i ochrony środowiska. Jako część grupy MOL, jednego z wiodących europejskich dostawców polimerów, Aurora będzie poszerzać swoje kompetencje w zakresie przetwarzania tworzyw sztucznych. Nasza szeroka gama produktów wytwarzanych zgodnie z zasadami rozwoju zrównoważonego, połączona z wieloletnim doświadczeniem MOL, pozwolą nam działać na rzecz ochrony zasobów surowcowych i zmniejszenia obciążenia dla środowiska. Wspólnie z MOL będziemy kontynuować sukcesy Aurory i przyśpieszymy nasz rozwój”.

Jednym z fundamentów strategii Grupy MOL 2030 jest rozszerzenie petrochemicznego łańcucha wartości. W związku z tym, do końca następnej dekady MOL planuje zainwestować 4,5 mld USD w projekty petrochemiczne i chemiczne. Compounding oraz recykling tworzyw sztucznych należą do kluczowych obszarów określonych w strategii MOL 2030, natomiast branża motoryzacyjna stanowi sektor strategiczny, w którym zarówno MOL jak i Aurora dostrzegają rosnące zapotrzebowanie na wykorzystywanie materiałów z recyklingu.

Obecnie transakcja oczekuje na niezbędne zgody właściwych organów kontrolnych.

* Aurora Group składa się z Aurora Kunststoffe GmbH, Aurora Kunststoffe VS GmbH i Aurora Kunststoffe Walldürn GmbH.

Niewielka poprawa nastrojów w sektorze MŚP

Odczyt Barometru EFL na II kwartał 2019 roku, w odróżnieniu od wyników trzech poprzednich kwartałów, wskazuje na niewielką poprawę nastrojów w sektorze MŚP. Wyniósł on 54,5 pkt., co oznacza wzrost o 4,6 pkt. kw./kw., nieco wyższy od prognozowanego. Eksperci EFL wskazują, że dynamika wskaźnika nie jest zaskoczeniem, ponieważ od początku realizacji pomiarów (od 2015 roku) wyniki II kwartału są zawsze lepsze od pierwszych wyników rocznych. Jednocześnie zwracają uwagę, że pomiar jest mniej optymistyczny niż odczyty II kwartału z poprzednich lat, co może wskazywać, że miko, mali i średni przedsiębiorcy obawiają się wyhamowywania koniunktury.

Trwająca od II kwartału minionego roku tendencja spadkowa, która sprawiła, że w poprzednim pomiarze po raz pierwszy główny odczyt Barometru EFL spadł poniżej granicy OR[2] 50 pkt. (49,9 pkt.), została przerwana. Jednak pomimo wzrostu głównego indeksu Barometru EFL o 4,6 pkt. kw./kw., warto odnotować, że w porównaniu z II kw. 2018 roku, obecny wynik jest niższy o 6,7 pkt.

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

Prezes EFL podkreśla, że w porównaniu do analogicznych okresów rok do roku, wciąż utrzymuje się różnica ok. 6,8-6,9 pkt. – W tym roku, podobnie jak w latach poprzednich, obserwujemy wzrost nastrojów pomiędzy I kwartałem, najbardziej pesymistycznym, a kwartałem II, który jest najbardziej optymistyczny w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Obecny odczyt głównego indeksu Barometru EFL, który jest wyższy od prognozowanego, to zasługa przede wszystkim dobrych sygnałów płynących z polskiej gospodarki. Spowolnienie, o którym mówili ekonomiści powinno być znacznie łagodniejsze niż się wydawało. Podwyższona została prognoza PKB dla Polski z zapowiadanego poziomu 3,7 do 4,3 proc. Ponadto, już po pierwszym kwartale widzimy, że polski przemysł wykazuje się znaczącą odpornością na spowolnienie za granicą, co ma stabilizować koniunkturę w najbliższych miesiącach. Do tego pozytywnie zaskoczyły dane miesięczne dotyczące produkcji i sprzedaży detalicznej za pierwsze trzy miesiące – powiedział Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Jednocześnie dodaje: – Dla nas jednak kluczowe będą wyniki odczytów z nadchodzących kwartałów, aby stwierdzić, czy mamy do czynienia z chwilową poprawą nastrojów wśród przedsiębiorców czy stałym trendem. Tym bardziej, że dane historyczne wskazują na to, że wyniki III i IV kwartału są zazwyczaj niższe od wyników II kwartału – dodał prezes EFL.

Sprzedaż nakręca przedsiębiorców

O wzroście poziomu głównego indeksu Barometru EFL zdecydował wysoki odsetek przedsiębiorców spodziewających się wzrostu sprzedaży – jeden z trzech najwyższych w historii badania. Wynosi on 40 proc. , co oznacza, że jest niemal dwa razy wyższy od tego z I kwartału br. (17 proc.), ale równocześnie jest wciąż o 4,2 pkt. proc. niższy od rekordowego wyniku z początku ubiegłego roku.

Optymizm w kontekście sprzedaży deklarują wszystkie firmy z sektora MŚP. Przy czym należy zwrócić uwagę, że największy wykazują firmy średnie. Blisko 50 proc. (48,3 proc.) przewiduje wzrost sprzedaży. W przypadku małych firm na większe zamówienia liczy prawie 40 proc. (39,3 proc.), a w mikro 36 proc.

Inwestycje jeszcze nie ruszą

W przypadku oceny planowanych inwestycji odsetek optymistów wyniósł 21,2 proc.. Oznacza to blisko 3 pkt. wzrost w stosunku do poprzedniego kwartału i odwrócenie trwającej od II kw. 2018 roku tendencji spadkowej. Jednak nadal jest to jeden z najniższych wskaźników w historii badania. Porównując z najwyższym wskaźnikiem z IV kw. 2017 roku różnica ta wynosi ponad 20 pkt. (41,4 proc.). Największymi optymistami w kontekście inwestycji są firmy średnie (25,8 proc.), następnie firmy mikro (24,2 proc.). Firmy małe charakteryzują się najniższym odsetkiem optymistów (17 proc.).

Warto dodać, że największa część firm nie spodziewa się żadnych zmian w obszarze inwestycji (43,4 proc.), a co czwarta oczekuje ich zmniejszenia (28 proc.). Odsetek pesymistów jest największy wśród małych firm – taką deklarację złożyło blisko 40 proc. respondentów.

Złoty nie traci wigoru, kurs euro testował już 4,27

Początek nowego tygodnia przyniósł dalsze umocnienie złotego. Pozostając pod wpływem pozytywnych doniesień zarówno z kraju jak i globalnych, w poniedziałek kurs EUR/PLN otarł się o poziom 4,27 czemu sprzyjały notowania euro powyżej 1,13 USD.

Inwestorzy pozytywnie odnieśli się do informacji o możliwym zwiększeniu przez Chiny wymiany handlowej z krajami Europy Środkowej oraz komentarzy Sekretarza Skarbu USA, S.Mnuchina, który poinformował, że amerykańsko-chińskie negocjacje handlowe zbliżają się ku końcowi. Do tego chiński bank centralny poinformował, że w pierwszym kwartale pojawiły się sygnały wskazujące na poprawę kondycji gospodarki Państwa Środka i powtórzył zobowiązanie utrzymania ostrożnej polityki monetarnej i zagwarantowania płynności na rynku międzybankowym. Teraz rynki wyczekiwać będą na środową publikację dynamiki PKB Chin za pierwszy kwartał 2019 roku, chcąc przekonać się, czy potwierdzą one, że stymulacja fiskalna i monetarna władz w Pekinie rzeczywiście daje już o sobie znać.

W kraju GUS opublikował wczoraj ostateczne dane inflacyjne za marzec, potwierdzając wstępny odczyt CPI na poziomie 1,7% r/r. W ocenie ekonomistów Banku za wzrost cen odpowiadają komponenty bazowe, ale też ceny żywności i paliw. Dane o inflacji bazowej NBP opublikuje we wtorek. Choć oczekiwany wzrost inflacji bazowej (do 1,3% r/r z 1,0% r/r w lutym) będzie wspierał dalszy wzrost indeksu CPI, dla RPP nie będzie argumentem za zmianą obecnej polityki monetarnej, pomimo, że może ożywić dyskusję o podwyżkach stóp NBP. Czwartkowa publikacja minutes z kwietniowego posiedzenia RPP powinna potwierdzić możliwą stabilizację stóp na niezmanionym poziomie w najbliższych kwartałach (co najmniej do końca 2020 roku).

Na polskim rynku dłużnym obserwowaliśmy w poniedziałek tendencję spadkową rentowności obligacji skarbowych. Spadły również miary ryzyka kredytowego, gdzie ASW w sektorze 10-letnim powróciły poniżej 50 pb, zdecydowanie powyżej szczytów z drugiej połowy marca. Wśród czynników wspierających taki ruch znalazła się piątkowa ocena ze strony agencji S&P, która podobnie jak wcześniej Fitch, nie zdecydowała się na zmianę oceny, a ton komentarza nie wskazywał na rosnące obawy. Na piątek przegląd ratingu zaplanowała agencja Moody’s, gdzie również nie jest oczekiwana zmiana oceny z obecnego poziomu A2.

Negatywnego wpływu na rynek dłużny nie wywierały również informacje na temat założeń wobec wskaźników gospodarczych w 2019 roku. Jak poinformowała minister T.Czerwińska w zaktualizowanym planie konwergencji założono wzrost PKB o 4,0%, a deficyt fiskalny na poziomie 1,7%, podczas gdy w uchwalonej ustawie budżetowej wskaźniki te wynosiły odpowiednio 3,8% oraz 1,7%. Również planowane zmiany w systemie emerytalnym (transfer środków z OFE do IKE lub ZUS) może być postrzegany, jako sprzyjający wycenom obligacji skarbowych, w związku z możliwością alokacji środków również w instrumenty dłużne.

Wykres dnia: Notowania ASW odsunęły się od szczytów z marca.

Notowania ASW odsunęły się od szczytów z marca
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

„Dom pod ochroną” – raport o ubezpieczeniach nieruchomości

Polacy dbają o bezpieczeństwo własnych czterech kątów i coraz świadomiej podchodzą do wyboru ochrony ubezpieczeniowej dla domu lub mieszkania. Na zakup polisy wydają najczęściej między 100 a 200 zł rocznie – wynika z raportu „Dom pod ochroną” o ubezpieczeniach nieruchomości, przygotowanego na zlecenie Grupy Europa przez ARC Rynek i Opinia.

Ubezpieczanie własnego domu lub mieszkania jest już w Polsce standardem – taki wniosek płynie z badania „Dom pod ochroną”, które na zalecenie Grupy Ubezpieczeniowej Europa zrealizowała firma ARC Rynek i Opinia. Jego celem było sprawdzenie, jak właściciele nieruchomości podchodzą do ochrony ubezpieczeniowej własnych czterech kątów.

Raport wskazuje, że zdecydowana większość z nich – blisko 80 proc. – kupuje ubezpieczenia nieruchomości. Decyduje się na ten krok, bo ceni spokój i bezpieczeństwo, jaki daje dobra polisa – 81 proc. badanych przyznaje, że własny dom po prostu opłaca się ubezpieczyć. Dla 33 proc. motywacją do zakupu polisy jest obawa przed kosztami potencjalnej szkody, a 13 proc. w przeszłości miało szkodę mieszkaniową i po niej doceniło fakt posiadania zabezpieczenia finansowego w postaci ubezpieczenia. Natomiast 14 proc. właścicieli nieruchomości (ankietowani mogli wskazać więcej niż jedną odpowiedź) kupuje ubezpieczenie, bo potrzebuje go jako zabezpieczenia kredytu mieszkaniowego.

Mimo tych wszystkich zalet nadal co piąty właściciel domu lub mieszkania nie decyduje się na zakup polisy mieszkaniowej.  W tej grupie dominują osoby o najniższych dochodach, mieszkający na wsi i posiadający podstawowe wykształcenie. Jako główne powody braku polisy wskazują jej wysoką cenę oraz brak zaufania do instytucji ubezpieczenia.

Co ubezpieczamy w domu?

Właściciele nieruchomości, którzy decydują się na zakup ubezpieczenia, najczęściej chronią ruchomości domowe (81 proc. wskazań) oraz mury i stałe elementy wyposażenia (73 proc.). Ochronę ruchomości najchętniej wybierają osoby, mieszkające w lokalach spółdzielczych. Natomiast w przypadku właścicieli domów jednorodzinnych i mieszkań własnościowych w budynkach wielorodzinnych częściej wskazywanym elementem ubezpieczenia jest ochrona murów.

Inne, popularne rodzaje ochrony w polisie mieszkaniowej to OC w życiu prywatnym (posiada go 64 proc. badanych), które chroni właścicieli nieruchomości przed skutkami finansowymi szkód wyrządzonych osobom trzecim oraz home assistance (33 proc.), dające dostęp do fachowców w przypadku domowej awarii. Dla 47 proc. istotna jest także ochrona przed skutkami kradzieży z włamaniem. Połowa badanych wskazuje, że ich ubezpieczenie chroni od wszystkich najważniejszych dla nich ryzyk, czyli zalicza się do kategorii ubezpieczeń all-risk.

Z badania wynika, że posiadanie ubezpieczenia stało się już dobrym nawykiem. Ponad połowa badanych przyznaje, że ich cztery kąty są ubezpieczone nieprzerwanie od co najmniej ośmiu lat. 74 proc. właścicieli nieruchomości kupuje polisy mieszkaniowe na okres jednego roku. Pozostali korzystają z możliwości zawarcia ubezpieczenia na dłuższy okres – w tej grupie dominują osoby, zamieszkujące w lokalach spółdzielczych.

Jak kupujemy ubezpieczenie nieruchomości?

Podczas badania zapytaliśmy także właścicieli nieruchomości, gdzie kupują ubezpieczenie. Pod tym względem nie ma zaskoczenia – 69 proc. badanych, którzy posiadają polisę, wskazało agenta ubezpieczeniowego. Pozostali ubezpieczenie kupili: w Internecie (12 proc.), za pośrednictwem banku (7 proc.) lub spółdzielni mieszkaniowej (5 proc.).

Sprawdziliśmy, jakie kanały sprzedaży są najpopularniejsze wśród właścicieli domów, mieszkań w bloku oraz spółdzielców. 80 proc. właścicieli domów kupuje ubezpieczenie u agentów. W przypadku spółdzielców drugim najpopularniejszym – po agencie – kanałem sprzedaży jest spółdzielnia mieszkaniowa. Nabycia polisy za jej pośrednictwem deklaruje prawie 20 proc. ankietowanych spółdzielców. Właściciele mieszkań w domach wielorodzinnych także najchętniej kupują ubezpieczenie u agentów, ale co piąty z nich robi to już samodzielnie w Internecie. Na zakup on-line najczęściej decydują się osoby z dużych miast (25 proc. tej grupy ubezpiecza nieruchomość w sieci) oraz osoby o wyższych niż przeciętne dochodach (30 proc.).

Najczęściej na zakup ubezpieczenia właściciele nieruchomości wydają między 101 a 200 zł rocznie (29 proc. wskazań) oraz między 201 a 300 zł rocznie (27 proc.). Najmniej za ubezpieczenie płacą spółdzielcy, natomiast najwięcej właściciele domów jednorodzinnych – 34 proc. z nich na ubezpieczenie przeznacza 300-500 zł rocznie.

Kiedy korzystamy z polisy

Właściciele nieruchomości doceniają szeroki zakres ochrony, który oferują polisy mieszkaniowe. 60 proc. ankietowanych (i ponad 70 proc. osób mieszkających w budynkach wielorodzinnych) deklaruje, że ich ubezpieczenie najbardziej przyda się w przypadku zalania. Inne wskazywane rodzaje szkód to: pożar – 58 proc., kradzież z włamaniem – 47 proc., szkody spowodowane wichurami – 46 proc., przepięcia – 37 proc., powódź – 37 proc. oraz różnego rodzaju dewastacje – 31 proc. Właściciele domów jednorodzinnych najbardziej obawiają się pożarów oraz szkód spowodowane przez wichury. Natomiast na kradzieże z włamaniem najczęściej wskazują osoby mieszkające w lokalach spółdzielczych (55 proc.).

Z naszych doświadczeń wynika, że najczęściej zgłaszanymi szkodami z ubezpieczeń nieruchomości są zalania – zarówno własnego mieszkania, jak i sąsiadów – oraz szkody spowodowane przez silne, huraganowe wiatry, z którymi coraz częściej borykamy się w Polsce. Przy wyborze ubezpieczenia warto zwrócić uwagę na zakres ochrony i sprawdzić, czy odpowiada naszym potrzebom i chroni przez zdarzeniami, których się obawiamy
-– mówi Monika Ziółkowska, ekspert ds. ubezpieczeń nieruchomości w Grupie Europa.

W sierpniu 2018 roku Grupa Europa wprowadziła do oferty ubezpieczenia nieruchomości, które są dostępne na stronie internetowej: www.tueuropa.pl. Ubezpieczyciel oferuje pięć produktów mieszkaniowych: ubezpieczenie dla właścicieli domów jednorodzinnych MyHouse, ubezpieczenie dla właścicieli mieszkań w domach wielorodzinnych MyFlat i pakiet home assistance Home Experts. Rynkową nowością są produkty stworzone z myślą o osobach, kupujących mieszkania pod najem oraz osobach je najmujących (lokatorach).

Ubezpieczenie MyProperty to produkt stworzone z myślą o ochronie mieszkania przeznaczonego na wynajem. W wersji podstawowej oferuje ochronę wyposażenia nieruchomości oraz ruchomości do kwoty 250 tys. zł przed dewastacją, zdarzeniami losowymi czy pożarem. Klient może także ubezpieczyć całą nieruchomość (np. na potrzeby kredytu bankowego) do wartości 1,5 mln zł. W ramach opcji dodatkowych do wyboru ma m.in. ubezpieczenie OC wynajmującego, ubezpieczenie utraty zysku z najmu czy asystę prawną, która może być przydatna podczas potencjalnego sporu z lokatorami.

Ubezpieczenie MyRent to ochrona dla najmujących mieszkanie. Jej podstawowe elementy to ubezpieczenie wyposażenia nieruchomości i wszystkich ruchomości należących lokatora do kwoty 250 tys. zł. Przydatnym elementem jest także home assistance, dzięki któremu najemca ma dostęp do wsparcia ze strony np. hydraulika czy elektryka i w przypadku awarii nie musi w tym zakresie być uzależniony od dobrej woli i wolnego czasu wynajmującego. Podobnie jak MyProperty, ubezpieczenie MyRent oferuje szereg dodatkowych opcji, pozwalających dopasować poziom ochrony do potrzeb klienta. Najważniejsze z nich to: ubezpieczenie OC najemcy, ochrona szyb i innych szklanych przedmiotów oraz asysta prawna.

Badanie „Dom pod ochroną” zostało przeprowadzone w marcu 2019 roku metodą wywiadów internetowych CAWI na ogólnopolskiej próbie 535 osób. W badaniu uczestniczyły osoby, które ukończyły 25 lat, są właścicielami nieruchomości i podejmują decyzją o jej ubezpieczeniu.

Dassault Systèmes przejmuje elecworks od Trace Software

— Dassault Systèmes (Euronext Paris: #13065, DSY.PA) ogłosił podpisanie umowy, na mocy której nabędzie od firmy Trace Software International, producenta rozwiązań programowych i usług dedykowanych inżynierii przemysłowej, linię oprogramowania elecworks do projektowania elektrycznego i automatyki. Dzięki porozumieniu do Dassault Systèmes dołączy zespół 21 wykwalifikowanych specjalistów. Nabycie aktywów elecworks usprawni i wzmocni rozwój zintegrowanego rozwiązania mechatronicznego Dassault Systèmes na platformie 3DEXPERIENCE oraz pomoże użytkownikom SOLIDWORKS odpowiadać na wyzwania związane z projektem elektrycznym inteligentnych produktów.

Poprzez umowę przeniesienia aktywów Dassault Systèmes przejmie w 100% linię produktów Trace Software elecworks wraz z własnością intelektualną. Do Dassault Systèmes dołączy zespół 21 programistów, inżynierów wsparcia technicznego i inżynierów ds. zapewnienia jakości zajmujących się schematami elektrycznymi. Oprogramowanie elecworks umożliwi projektowanie schematów, elektrycznych paneli sterowania oraz okablowania, co stanowi podstawę aplikacji SOLIDWORKS Electrical od Dassault Systèmes. Umożliwi to mechanicznym i elektrycznym zespołom poprawę współpracy i dostarczanie wyższej jakości projektów. Zakup aktywów obejmuje także bibliotekę ponad pół miliona symboli elektrycznych i danych producentów, powszechnie używanych podczas projektowania komponentów elektrycznych.

Wraz ze wzrostem zapotrzebowania na inteligentne produkty, Dassault Systèmes zaspokaja potrzeby użytkowników SOLIDWORKS, integrując metody, które usprawnią projektowanie mechatroniki i pomogą  wykorzystać zalety platformy 3DEXPERIENCE – powiedział Gian Paolo Bassi, CEO, SOLIDWORKS, Dassault Systèmes. – Zespół programistów elecworks wnosi kompetencje, które już przyczyniły się do sukcesu aplikacji SOLIDWORKS Electrical. Cieszymy się, ponieważ dzięki nim adresujemy potrzeby rynku małych i średnich firm o szacowanej wartości 400 mln dolarów, które wprowadzają innowacje w dzisiejszym Renesansie Przemysłu.

Internet Doświadczeń – inteligentne i autonomiczne doświadczenia, które cyfrowo łączą produkty, naturę i życie w świecie rzeczywistym – zasilany jest przez rozwijający się rynek inteligentnych i połączonych urządzeń, których liczba szacowana jest na 30 mld do 2020 roku. Firmy z branży high-tech, urządzeń przemysłowych, energetyki i innych gałęzi przemysłu muszą zintegrować nowe czujniki, elementy sterujące i możliwości swoich inteligentnych produktów, aby z powodzeniem dostarczać te doświadczenia. Niespójny proces projektowania mechanicznego i elektrycznego może skomplikować rozwój produktu.

Dzięki elecworks, Dassault Systèmes może usprawnić rozwój aplikacji SOLIDWORKS Electrical i projektowanie nowych rozwiązań na platformie 3DEXPERIENCE poprzez łączenie najlepszych praktyk, technologii projektowania elektrycznego oraz aplikacji mechanicznych SOLIDWORKS w ramach spójnego zarządzania badaniami i rozwojem. Tysiące użytkowników SOLIDWORKS, którzy chcą korzystać z atrakcyjnych cenowo aplikacji projektowania elektroniki do cyfrowej transformacji procesu projektowania elektrycznego, skorzystają z rozszerzeń w obszarze schematów elektrycznych i dokumentowania, projektowania opartego na bazach danych, usprawnienia obiegu pracy aplikacji 3D i zarządzania zmiennymi projektów.

Trace Software International jest partnerem aplikacji SOLIDWORKS od 1997 r. oraz dostawcą oprogramowania do projektowania systemów elektrycznych dla klientów SOLIDWORKS. W 2012 r. Dassault Systèmes nawiązał z firmą strategiczne partnerstwo w celu integracji i sprzedaży technologii elecworks pod nazwą aplikacji SOLIDWORKS Electrical.

Transakcja przeniesienia aktywów zakończyła się w marcu  2019 r.

Najtańsze OC, AC, NNW w I kw. 2019 r. – ranking

Marzec 2019 r. to kolejny miesiąc, w którym porównywaliśmy koszt polis komunikacyjnych. Warto dowiedzieć się, czy początek wiosny przyniósł zmiany rankingowe. Dodatkowo prezentujemy wyniki z całego I kw. 2019 r.   Ubea ranking marzec 19 16.04 – infografika

Jak są porównywane zakłady ubezpieczeń?

Zwycięzcy rankingu Ubea.pl z marca 2019 roku, podobnie jak poprzednio musieli uzyskać największą liczbę punktów. Każdy zakład ubezpieczeń oceniono przyznając mu notę wynoszącą od 0,00 punktów do 5,00 punktów. „Najniższy wynik oznacza, że dany ubezpieczyciel we wszystkich pojedynczych porównaniach (uwzględniających tę firmę), ulokował się na ostatniej pozycji. Towarzystwo ubezpieczeń uzyskujące najwyższą liczbę punktów (5,00 pkt.), musiałoby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji z jego udziałem. Takie skrajne wyniki są jednak czysto teoretyczne. W rzeczywistości ubezpieczyciele osiągają zwykle wyniki na poziomie 2,00 punktów – 4,00 punktów” – tłumaczy Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Początek wiosny okazał się udany dla Avivy

Dzięki danym Ubea.pl można sprawdzić, którzy ubezpieczyciele na początku wiosny kusili kierowców najtańszymi polisami komunikacyjnymi. Pomiędzy 1 marca i 31 marca 2019 roku, na cenowe wyróżnienie zasłużyły następujące zakłady ubezpieczeń:

  • You Can Drive – 4,13 pkt. w rankingu polis OC
  • Link4 – 3,94 pkt. w rankingu pakietów OC + NNW
  • Aviva – 4,40 pkt. w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 4,39 pkt. w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Można stwierdzić, że marzec 2019 r. na pewno był miesiącem pomyślnym dla Avivy. Wspomniany ubezpieczyciel zdołał bowiem wyprzedzić Link4 w ważnej kategorii OC + AC. Jeżeli dodamy do tego pierwsze miejsce dotyczące pakietów OC + AC + NNW, to okaże się, że Aviva zdominowała marcowy ranking. „Opisywana sytuacja nie powinna wzbudzać zdziwienia bo ten zakład ubezpieczeń już od dawna utrzymuje się w rankingowej czołówce. Aviva zwykle nie lokuje się poniżej czwartego lub piątego miejsca” – dodaje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Oprócz awansu Avivy na pierwszą pozycję w rankingu OC + AC i spadku You Can Drive w rankingu OC + NNW na drugie miejsce (wcześniej pierwsza pozycja ex aequo), eksperci porównywarki Ubea.pl nie odnotowali ważnych marcowych zmian. Awanse lub spadki ubezpieczycieli w rankingowej klasyfikacji rzadko przekraczały jedną pozycję. „Taka sytuacja świadczy o rynkowej stabilizacji i pokrywa się z wynikami barometru Ubea.pl. Sugerują one, że marzec 2019 r. pod względem cenowym był na rynku obowiązkowego OC znacznie spokojniejszy od poprzedniego miesiąca” – komentuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

You Can Drive przoduje w ujęciu kwartalnym

Koniec kwartału zawsze stanowi dla analityków Ubea.pl dobrą okazję do podsumowania poprzednich trzech miesięcy. Takie podsumowanie polega na zsumowaniu wyników trzech miesięcznych rankingów. Po wykonaniu odpowiednich kalkulacji okazało się, że od stycznia do marca 2019 r. najwięcej punktów w poszczególnych kategoriach zebrały następujące zakłady ubezpieczeń:

  • You Can Drive – 12,46 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu polis OC
  • You Can Drive – 11,94 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 13,05 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 13,12 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Jeżeli chodzi o porównywalne wyniki dla poprzedniego kwartału (IV kw. 2018 r.), to zostały one zaprezentowane poniżej. Według danych Ubea.pl z października, listopada oraz grudnia 2018 roku, najwięcej punktów uzyskali następujący ubezpieczyciele:

  • You Can Drive – 12,74 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu polis OC
  • Aviva – 11,76 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 12,86 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC
  • Aviva – 12,87 pkt. na 15,00 pkt. możliwych do zdobycia w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Porównanie informacji dotyczących IV kw. 2018 r. oraz I kw. 2019 r. wskazuje, że szczególne powody do zadowolenia ma firma Ergo Hestia będąca właścicielem marki You Can Drive. To właśnie wspomniana marka okazała się nowym liderem w kategorii pakietów OC + NNW. Warto jednak pamiętać, że polisy OC oraz pakiety You Can Drive są dostępne tylko dla młodych kierowców. „Jeśli chodzi o ofertę dla wszystkich właścicieli aut, to warto wyróżnić Link4. Ten ubezpieczyciel po podsumowaniu kwartalnych wyników (I kw. 2019 r.) zajął bowiem drugie miejsce w kategoriach OC i OC + NNW” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Lekkie umocnienie dolara, złoty stabilny

Zmierzając ku Wielkanocy rynki finansowe pozostają w wąskich zakresach wahań. Na rynku walutowym widać lekkie umocnienie dolara, a także presję na AUD po gołębich minutkach RBA. Złoty jest stabilny blisko 3-miesięcznych szczytów względem euro. Po ubogim poniedziałku rozkręca się kalendarz publikacji makro.

Po tym, jak unijni liderzy uzgodnili odroczenie brexitu o ponad 6 miesięcy, zmienność na rynku funta wyraźnie się obniżyła. Z horyzontu zniknęło ryzyko natychmiastowego rozwodu z UE bez zatwierdzonych warunków, ale nadal pozostaje wielomiesięczna niepewność czy politycy w Wielkiej Brytanii dojdą do konsensusu. Zapas czasu do końca października podnosi nawet ryzyko, że w przypadku impasu brytyjski parlament zdecyduje się na rozpisanie nowych wyborów. Jest to ostateczne rozwiązanie, ale niepopularne, gdyż zmusza od udziału w wyborach do Europarlamentu. Wciąż wymarzonym rozwiązaniem jest wypracowanie porozumienia i opuszczenie UE przed 22 maja. Brytyjscy posłowie udali się na świąteczną przerwę w obradach, co odsuwa w cień temat brexitu przynajmniej do 23 kwietnia. Nadal jednak trwają międzypartyjne rozmowy premier May z liderem Partii Pracy Corbynem i choć osoby zbliżone do rozmów mówią o progresie, nic nie wiadomo, czy ten postęp to duże skoki czy drobne kroczki.

Ten tydzień pozwala na chwilę zapomnieć o politycznych gierkach i przeanalizować, jak przeciągana niepewność przekłada się na gospodarkę. Dziś otrzymamy raport z brytyjskiego rynku pracy, jutro – dane o CPI, a w czwartek – sprzedaż detaliczną. Rynek pracy prezentował się solidnie już od jakiegoś czasu. Zatrudnienie kwartalnie wzrastało o ok. 200 tys., stopa bezrobocia na 3,9 proc. jest poniżej poziomu równowagi, a liczba wolnych wakatów pozostaje w trendzie wzrostowym. Dynamika wynagrodzeń jest istotnie powyżej inflacji i stwarza ryzyko nasilenia presji na ceny. Ale ostatnio dane były ignorowane w oparciu o założenie, że nic nie będzie się liczyć, jeśli zdarzy się czarny scenariusz brexitu. Dziś może być inaczej i przy dobrych danych rynek znajdzie argumenty, by odłączyć od funta premię za ryzyko polityczne (przynajmniej do krótkoterminowej spekulacji). Albo to, albo pojawi się katalizator dla wycofania czerstwych krótkich pozycji, które zostały na rynku celem korzystania na panice wokół brexitu.

Poza danymi z Wielkiej Brytanii kalendarz we wtorek oferuje dużo więcej. W Niemczech indeks ZEW pokaże, czy inwestorzy widzą już światełko na końcu tunelu dla największej gospodarki Eurolandu. EUR buduje bazę do odbicia i każdy powód będzie skrzętnie wykorzystany. Z Polski inflacja bazowa prawdopodobnie przyspieszy do 1,3 proc. r/r z 1 proc., choć nie wzruszy to stanowiskiem RPP, a zatem i złotym. Z Kanady otrzymamy dane o produkcji sprzedanej przemysłu, a z USA odczyt produkcji przemysłowej. CAD będzie bardziej wrażliwy niż USD. W nocy w centrum uwagi będzie CPI z Nowej Zelandii. Oczekiwania przeważają po stronie gorszego odczytu, na co rynek już się nastawia wyceną 30 proc. szans cięcia stopy OCR na najbliższym posiedzeniu w maju. Zatem większym zaskoczeniem będzie mocny odczyt, który wyzwoliłby kapitulację inwestorów z krótkich pozycji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Amazon szansą dla polskiej branży kosmetycznej

Potencjał sprzedaży kosmetyków na brytyjskim Amazonie w 2019 r. to 264 mln funtów, tj. około 1,32 mld zł – wynika z raportu firmy EUBRAND, specjalizującej się we współpracy z producentami, którzy chcą rozwijać sprzedaż przez Amazon. Tymczasem polskie marki kosmetyczne nie wykorzystują szansy, jaką jest największy kanał handlu online w Europie i na świecie. Rodzime firmy z branży beauty w większości nie prowadzą samodzielnie sprzedaży na Amazon, nie kontrolują oferty produktowej, ani nie zajmują się prezentacją swoich marek. Obrót kosmetykami z Polski za pośrednictwem Amazon zazwyczaj prowadzą hurtownicy, którzy walczą ceną i nie skupiają się na wizerunku poszczególnych marek czy produktów.

– W Europie największym sprzedawcą online jest Amazon, a jego głównym rynkiem na kontynencie jest Wielka Brytania. Amazon.co.uk odpowiada za 33% brytyjskiej sprzedaży e-commerce, która w 2018 r. sięgnęła łącznie 178 mld euro. Jednocześnie wartość sprzedaży przez tę platformę przyrasta tak szybko, że według prognoz do 2021 r. ma się stać największym sprzedawcą na całym europejskim rynku detalicznym, a nie tylko online. Trudno więc myśleć o eksporcie na Europę nie uwzględniając w tych planach Amazona – mówi Urszula Nowicka, partner w EUBRAND.

Jedną z kluczowych kategorii na Amazon jest beauty, a jej potencjał w 2019 r. jest szacowany przez EUBRAND na blisko 264 mln funtów, w tym 88 mln funtów przypada na produkty do pielęgnacji włosów (hair care), 55 mln funtów to pielęgnacja skóry (skin care) oraz 32 mln funtów – kosmetyki do ciała (bath & body). W sekcji beauty są obecne również polskie marki – te najbardziej rozpoznawalne oraz młode, dopiero walczące o swój udział w rynku i portfelu klientów.

Krajowe marki kosmetyczne coraz lepiej radzą sobie za granicą. W zeszłym roku eksport w tej branży zwiększył się o 9,5%. Rodzimi producenci dbają o jakość, skład, opakowania. W efekcie zagraniczni konsumenci przekonują się do polskich marek, zwłaszcza, że te oferują dobrą relację jakości do ceny. W tym kontekście ogromną szansę stanowi rynek online, zwłaszcza wobec tradycyjnego handlu, w którym karty są rozdane między globalne koncerny kosmetyczne. W przeciwieństwie do niego Amazon jest bowiem kanałem dużo bardziej demokratycznym.

– W kategorii beauty jest duże rozproszenie marek. Poszczególne podkategorie charakteryzują się stosunkowo niską koncentracją i brakiem zdecydowanych liderów. W trakcie analizy top 100 produktów w kluczowych podkategoriach kosmetycznych naliczyliśmy ponad 1600 marek. To oznacza, że na Amazon każda marka ma szansę zaistnieć i dotrzeć do ogromnego rynku zbytu. Trzeba jednak wyróżnić się spośród tysięcy innych produktów. Sam Amazon daje  do tego narzędzia, ale większość polskich producentów  z nich nie korzysta, ponieważ są obecni na tej platformie jedynie poprzez dystrybutorów. Hurtownie zaś wystawiają setki produktów i najczęściej nie mają zasobów, know-how, ani też potrzeby, by dbać o wizerunek poszczególnych ofert. To przekłada się na niższą sprzedaż – stwierdza, Jakub Milewski, partner w EUBRAND.

Tymczasem brytyjski czy niemiecki klient, z portfelem zdecydowanie zasobniejszym od polskiego, kosmetyki kupuje chętnie i impulsowo. Ważna jest więc klarowna prezentacja produktu, ułatwiająca szybkie podjęcie decyzji. Poza tym liczy się miejsce w wynikach wyszukiwania, jako że dziewięć na dziesięć wyświetleń produktów to efekt użycia wyszukiwarki. Niestety przymierzając te kryteria do polskich marek obecnych na Amazon, wychodzi niezbyt optymistyczny obraz, prowadzący do konkluzji, że polskie marki nie wykorzystują potencjału tej platformy. Co mogą zrobić producenci, którzy będą chcieli zmienić ten stan rzeczy?

– Pierwszym krokiem jest zebranie danych, analiza kategorii i konkurencji. Jednocześnie producent powinien poznać sprzedawców swoich wyrobów i ceny. Wreszcie – zadbać o wizerunek swojej marki i produktów na platformie. Warto to uczynić, bo rynek europejski to apetycznie wyglądający tort i właśnie Amazon jest sposobem na jego ugryzienie. Od tego, w jaki sposób firma zabierze się za to zadanie zależy wielkość porcji, jaka przypadnie jej w udziale. Firmy i marki kosmetyczne powinny mieć więc strategię sprzedaży w tym kanale. Amazon wpływa bowiem bardzo mocno także na sprzedaż offline w kanałach tradycyjnych – podsumowuje Urszula Nowicka.

Ww. informacje i dane pochodzą z raportu przygotowanego przez EUBRAND pt. „Kosmetyki na Amazon. Analiza kategorii Beauty w UK”.

Nierzetelni partnerzy nie płacą i popychają do upadłości

W I kwartale tego roku 222 przedsiębiorstwa ogłosiły upadłość lub rozpoczęły restrukturyzację. To o 10 firm więcej niż na początku zeszłego roku. Choć widmo bankructwa to zwykle splot wielu zdarzeń, przedsiębiorcy przyznają, że są wśród nich opóźnienia lub brak płatności od kontrahentów. Co szesnaste przedsiębiorstwo stwierdziło, że w 2018 r. groziła im upadłość właśnie z tego powodu. Wśród firm usługowych na takie ryzyko była narażona  nawet co dziewiąta – wynika z badania wykonanego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

firmy w upadłości i restrukturyzacji
Źródło: Bisnode Polska

W pierwszych trzech miesiącach 2019 r. sądy gospodarcze ogłosiły 222 postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych przedsiębiorstw, o 10 więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego – wynika z danych zebranych przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska. Największa liczba bankructw i restrukturyzacji, przy niemal 50 proc. wzroście, przypadła na handel – 70 firm. Z kolei w największym stopniu, bo z 7 do 12 przybyło firm z problemami w transporcie. W budownictwie odnotowano liczbę upadłości zbliżoną do tej sprzed roku – 36 firm, wobec 35 w pierwszych trzech miesiącach 2018 r. Całkiem nieźle wiedzie się sektorowi produkcyjnemu , gdzie niemal we wszystkich gałęziach produkcji znacząco spadła liczba upadłości i restrukturyzacji firm. Z tego trendu wyłamała się jednak produkcja artykułów spożywczych oraz mebli.

Ilu z tych upadłości udałoby się uniknąć gdyby firmy miały za partnerów solidnych płatników?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale z badania przeprowadzonego przez Keralla Research na zlecenie BIG InfoMonitor wynika, że opóźnienia i brak płatności za sprzedane towary i usługi mogą mieć dramatyczne konsekwencje. Na pytanie zadane mikro, małym i średnim firmom: Czy zdarzyło się, aby z powodu opóźnień lub braku płatności od kontrahentów w ubiegłym roku Państwa firmie groziła upadłość? twierdząco odpowiedziało niemal 6 na 100 firm. – Choć 6 proc. to z pozoru niewiele, w przypadku być albo nie być firmy jest niepokojącą skalą ryzyka – uważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Wyniki te nie pozostawiają wątpliwości jak ważna jest ostrożność w zawieraniu kontraktów, sprawdzanie solidności płatniczej kontrahenta, a nawet zachowań i wiarygodności firm, które jemu płacą. Konieczne jest też posiadanie scenariuszy na wypadek, gdy odbiorca nie ureguluje swoich zobowiązań – dodaje.

Najczęściej, z powodu braku płatności i opóźnień widmo upadłości zaglądało w oczy właścicieli firm usługowych. Takie epizody miało niemal 11 proc. przedsiębiorstw z tej branży – wynika z badania. Niewiele lepiej wygląda to w transporcie. Opóźnienia lub brak płatności za wykonane usługi sprawiły, że o bankructwo otarło się co dziesiąte przedsiębiorstwo przewozowe. W handlu tak skrajne sytuacje zdarzyły się co dwudziestej piątej badanej firmie, a w budownictwie żadnej.

firmy w upadłości i restrukturyzacji z powodu zaległości
Źródło: BIG InfoMonitor

Niejednokrotnie zdarza się, że przedsiębiorcy skoncentrowani na wzroście sprzedaży, zdobywaniu kontraktów nie zastanawiają się, że z powodu umów bez pokrycia ich firmom może grozić upadłość – Wartość umowy i wysokość marży to nie wszystko, liczy się także czy kontrahent jest rzetelny w rozliczeniach. Na pewno nie można optymistycznie zakładać, że „mnie taki problem nie spotka”, bo nieterminowe regulowanie należności, to w Polsce powszechne zjawisko. Tylko w ostatnich 6 miesiącach, a nie w całym okresie życia firmy, problem miała połowa firm handlujących z odroczonym terminem płatności – tłumaczy Sławomir Grzelczak.

Przed każdym podpisaniem umowy należy sprawdzić kontrahenta. Warto poczytać o nim w internecie, sprawdzić jego dokumenty w e-KRS, zamówić raport z wywiadowni gospodarczej, zajrzeć do Rejestru Dłużników BIG. W Rejestrze BIG InfoMonitor obecnie jest wpisanych ponad 240 tys. firm, które wcześniej zobowiązały się komuś zapłacić, ale tego jednak nie zrobiły. Jeśli nie płaci, trzeba upominać się o pieniądze i to niezwłocznie. Dobrą praktyką jest jak najszybsze wysłanie wezwania do zapłaty, zapowiadającego wpis do rejestru dłużników BIG. Firma-dłużnik nie będzie chciała trafić na listę rejestru, bo utrudni jej to dostęp do kredytów, leasingu, faktoringu czy ofert telekomów, a gdy kontrahent również sprawdza BIG to dochodzą do tego również kłopoty z kontraktami zapewniającymi zbyt towarów i usług.

*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”. przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, luty 2019 r.

Wzrost cen żywności i paliw przyspieszyły inflację

Wzrost cen został zauważony przez posiadaczy samochodów, do których paliwa wzrosły na przestrzeni roku od 4,4%, benzyna do 13,2% w przypadku oleju napędowego.

W marcu 2019 inflacja wyniosła 1,7% r/r oraz  0,3% m/m. Wygląda na to, że po styczniowym minimum (0,7% r/r) inflacja konwerguje do celu inflacyjnego. To pierwszy raz od 5 miesięcy, kiedy mieścimy się w dopuszczalnym paśmie odchyleń.

Innymi słowy, nie ma technicznych podstaw, by w najbliższym czasie oczekiwać zmian stóp procentowych.

W horyzoncie rocznym dynamika cen usług była ponad dwukrotnie wyższa niż dynamika cen towarów (2,7% wobec 1,3%). Przykładowo, usługi związane z prowadzeniem gospodarstwa domowego odnotowały wzrost o 4, 8% w stosunku do marca 2019 r., fryzjerskie i kosmetyczne o 4,6%, lekarskie o 4,3%, związane z rekreacją o 3,2%, transportowe o 2,7%. W perspektywie miesiąca wzrost cen w usługach też jest odczuwalny. Wydaje się więc, że nawet wygasająca dynamika wynagrodzeń zdaje się odciskać piętno na cenach działalności pracochłonnej.

Na tle inflacji rzędu 1,7%, żywność odnotowała ponadprzeciętny wzrost cen (2,6% r/r), za co odpowiada drożejąca mąka i chleb (odpowiednio 9,2% i 9,6% r/r oraz 1% i 0,3% m/m), warzywa (16,6% r/r, 8,6% m/m) i cukier (11,2% r/r, 14,9% m/m). Na tym tle spadki cen mleka czy jaj w horyzoncie rocznym z perspektywy konsumenta mogą nie być odczuwalne, z kolei spadkowi cen owoców w perspektywie roku towarzyszył znaczny wzrost w skali miesiąca (-11,7% r/r, +8,3% m/m).

Użytkowanie mieszkania (domu) i nośniki energii wzrosły nieznacznie w ciągu roku (1%). Wzrosty te były napędzane przez coraz wyższe czynsze (5,1%), ceny wywozu śmieci (10,6%), gazu (5,2%). Natomiast ceny nośników energii elektrycznej spadły o 7% (bez zmian w porównaniu do lutego br.). Wzrost cen został z pewnością zauważony przez posiadaczy samochodów, do których paliwa wzrosły na przestrzeni roku od 4,4% (benzyna) do 13,2% (olej napędowy; tu 1,5% wzrost m/m). Nie zapowiada się, by trend wzrostowy na rynku paliw miał w najbliższym czasie się załamać.

Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Liczba pasażerów na polskich lotniskach w tym roku może wzrosnąć nawet o 10,5%

Liczba pasażerów na polskich lotniskach w tym roku może wzrosnąć nawet o 10,5%, co oznacza, że porty obsłużą ponad 50 mln osób – wynika z analizy przygotowanej przez ekspertów PwC „Prognozy dla rynku lotniczego 2019”. Polska branża lotnicza nadal wykazuje jeden z najsilniejszych potencjałów wzrostu w całej Europie – podkreślają autorzy raportu.

Z danych zebranych w raporcie PwC wynika, że ruch pasażerski na świecie w perspektywie najbliższych 20 lat będzie rozwijał się szybciej niż gospodarka światowa, osiągając wzrost na poziomie 4,4% średniorocznie. Liderami wzrostu w tym okresie będą rynki rozwijające się, głównie blisko- i dalekowschodnie, gdzie średnioroczny wzrost wyniesie 5,9% dla Bliskiego Wschodu oraz 5,5% dla Azji i Pacyfiku. W tym czasie rynek europejski zanotuje niższe tempo rozwoju niż globalnie, ze względu na mniejszą dynamikę PKB, która wyniesie 1,8% średniorocznie względem światowego wzrostu na poziomie 2,9%.

Eksperci PwC podkreślają, że polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie.

W poprzednim roku liczba pasażerów w polskich portach lotniczych wzrosła aż o 15% i przekroczyła 45 mln. Ze względu na prognozowane spowolnienie gospodarcze ten rok będzie nieco inny, ale w porównaniu z innymi rynkami Polska nadal będzie mogła pochwalić się dwucyfrowym wzrostem, który wyniesie ok. 10,5%, co oznaczałoby, że pokonamy kolejną granicę, tj. 50 mln osób obsłużonych na polskich lotniskach w ciągu 12 miesięcy. – Michał Mazur, partner PwC, lider zespołu ds. transportu i logistyki

W 2018 roku duże wzrosty zanotowała większość lotnisk regionalnych, z czego największy – port lotniczy Poznań-Ławica, w którym liczba pasażerów wzrosła o 34%. Warszawskie lotnisko Okęcie w minionym roku urosło o 13%, zbliżając się niemal do 18 mln obsłużonych pasażerów lotniczych.

Jak wynika z analizy PwC polski rynek lotniczy wciąż jest mocno skoncentrowany pod względem udziałów poszczególnych przewoźników. Aż 77% zajmują trzy linie lotnicze: Ryanair, LOT i Wizz Air.

Między innymi dzięki ekspansywnej polityce w minionym roku PLL LOT zdobył sporą część rynku, tym samym zbliżając się pod względem liczby pasażerów do dotychczasowego lidera, czyli Ryanair. LOT odważnie wychodzi poza granice Polski, rozbudowując połączenia długo- i krótkodystansowe. – Grzegorz Urban, dyrektor w zespole ds. transportu i logistyki PwC

Centralny Port Komunikacyjny – potencjał i wyzwania

Zdaniem ekspertów PwC budowa dużego hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. dynamiką wzrostu rynku oraz ograniczonymi możliwościami, jakimi obecnie dysponują lotniska na Okęciu i w Modlinie. Projekt CPK został już uwzględniony w nowej Strategii Rozwoju Transportu i obecnie prowadzone są plany prac w celu realizacji budowy portu.

Na Centralny Port Komunikacyjny musimy patrzeć w znacznie szerszej perspektywie niż tylko ruch lotniczy, i w znacznie dłuższym horyzoncie czasowym. W tym momencie w tej części naszego regionu istnieje pewna nisza. Efektywny operacyjnie i konkurencyjny kosztowo CPK ma szansę uwolnić potencjał ruchu lotniczego, stając się jednym z istotnych międzynarodowych hubów komunikacyjnych. Dla sukcesu tego scenariusza niezwykle ważne będzie właściwe zaprojektowanie pozostałych komponentów, tj. transportu kolejowego i drogowego. – Agnieszka Gajewska, partner w PwC, lider zespołu ds. finansowania projektów inwestycyjnych oraz sektora publicznego w Europie Środkowo-Wschodniej

Jak zauważają autorzy raportu projekty budowy lub rozbudowy infrastruktury lotniskowej o przepustowości powyżej 40 mln pasażerów są już realizowane w innych krajach, m.in. w Turcji czy w Rosji, a także w Niemczech. Zarówno przyszłe lotnisko CPK, jak i nowe lotniska w Stambule oraz rozbudowywane porty w Moskwie i w Monachium mają na celu zaspokojenie w dużej mierze dynamicznie rosnącego ruchu tranzytowego m.in. ze względu na położenie geograficzne.

Rozwój lotnisk w Stambule i w Moskwie idzie w parze ze strategią wzrostu narodowych przewoźników stawiających m.in. na ruch tranzytowy w swoich macierzystych miastach, co będzie też czynnikiem sukcesu w przypadku CPK.

Modele biznesowe linii lotniczych

Dane zebrane w raporcie PwC wskazują, że sytuacja finansowa przewoźników lotniczych w Europie pozostaje stabilna niezależnie od wybranego modelu biznesowego. Zarówno przewoźnicy funkcjonujący w modelu tradycyjnym, jak i niskokosztowym z roku na rok generują coraz wyższe przychody z usług dodatkowych.

W całości przychodów usługi dodatkowe zajmują obecnie niecałe 11%, co oznacza, że od 2010 r. podwoiły swój udział. Najbardziej dochodowe są wszelkie opłaty związane z bagażem, stanowią 27% przychodów z usług dodatkowych. Sporą część generują też opłaty takie jak priorytetowe wejście na pokład, a także usługi pokładowe. – Patryk Bednarz, ekspert w zespole ds. transportu i logistyki PwC

CPK: start konsultacji z partnerami branżowymi

Spółka Centralny Port Komunikacyjny rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi. Podczas inauguracyjnego spotkania, w którym wzięło udział ponad 60 przedstawicieli firm i instytucji zainteresowanych projektem, inwestor CPK przedstawił założenia koncepcji planowanego portu

Wśród uczestników Forum Interesariuszy CPK znalazły się m.in. Polskie Linie Lotnicze LOT, BARIP (Rada Przedstawicieli Linii Lotniczych w Polsce), Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, Poczta Polska, Orlen, LOTOS, PERN, Straż Graniczna, LOT AMS, LS Airport Services, LS Technics, Welcome Airport Services, Krajowa Administracja Skarbowa, Polski Holding Hotelowy, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, FedEx, DHL, UPS i TNT Express. Wydarzenie rozpoczęło cykl spotkań z partnerami biznesowymi CPK. To pierwsze w Polsce tak szerokie forum uczestników lotniskowego procesu inwestycyjnego.

Spółka zaprezentowała wstępną definicję portu lotniczego Programu CPK (tzw. model systemowy lotniska). W zakresie tzw. infrastruktury airside został w nim uwzględniony m.in. zakładany układ równoległych dróg startowych (dwóch w ramach etapu pierwszego oraz dodawanych etapowo i w zależności od zapotrzebowania kolejnych: z czterema w układzie docelowym) oraz dróg kołowania i płyt postojowych. Wśród elementów infrastruktury landside znalazły się np. terminale: pasażerski, cargo i general aviation, stacja kolejowa zintegrowana z terminalem pasażerskim oraz parkingi i drogi wewnętrzne. Definicja portu lotniczego uwzględnia też m.in. infrastrukturę utrzymania technicznego, paliwową, odladzania samolotów, Lotniskowej Straży Pożarnej, utrzymania pojazdów, a także przyłącza: energetyczne, gazowe i kanalizacyjne.

W trakcie spotkania przedstawiciele Komponentu Lotniskowego CPK zapoznali partnerów branżowych z zakładanymi etapami inwestycji, przedstawili roboczy blokowy schemat realizacji projektu i założenia spółki CPK dotyczące formuły i zakresu współpracy. Do końca kwietnia zaproszone firmy mają czas na zgłoszenie swoich uwag i oczekiwań.

Centralny Port Komunikacyjny (CPK) "Solidarność"Definicja części lotniskowej inwestycji stanowi pierwszy krok w procesie planowania, a później projektowania CPK. Na wstępnym schemacie lotniska uwzględniliśmy dotychczas ponad 60 elementów infrastruktury, które wejdą w jego skład. Następnie model będzie jeszcze modyfikowany w zależności od potrzeb interesariuszy, które chcemy określić i doprecyzować – mówi Dariusz Sawicki, odpowiedzialny w zarządzie CPK za część lotniskową inwestycji.

Lotniska nie da się wybudować bez wsłuchiwania się w głos tych, którzy będą  z niego korzystać i świadczyć dla niego usługi. Właśnie rozpoczęliśmy konsultacje koncepcyjnych założeń CPK z naszymi partnerami branżowymi. Powstanie bezcenna baza wiedzy, która posłuży nam do przygotowania planu generalnego Portu Lotniczego Solidarność z uwzględnieniem ich potrzeb operacyjnych – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.

To pierwsze z serii spotkań z podmiotami, które będą zaangażowane w proces tworzenia Portu Lotniczego Solidarność, a docelowo będą jego użytkownikami lub dostawcami usług na jego potrzeby. W ciągu najbliższych tygodni spółka planuje kolejne spotkania tego typu. Każdy z podmiotów uczestniczących w Forum Interesariuszy będzie mógł zadeklarować swoje wymagania i potrzeby dotyczące infrastruktury planowanego lotniska.

Za budową tego lotniska przemawiają liczby i potrzeby rynkowe, dlatego cieszy mnie rozpoczęcie kolejnego etapu przygotowań do jego zaprojektowania i realizacji – mówi Rafał Milczarski, prezes LOT-u. – Zakładam, że CPK może stać się dla pasażerów najwygodniejszym lotniskiem w Europie. Przepustowość na poziomie 45 mln pasażerów rocznie z możliwością dalszej modułowej rozbudowy da LOT-owi możliwość stworzenia dla pasażerów optymalnej oferty przesiadkowej, co na dochodzącym do granic przepustowości Lotnisku Chopina staje się dziś coraz trudniejsze.  CPK ma realne szanse zostać głównym hubem dla Europy Środkowo-Wschodniej, obszaru z ogromnym potencjałem pasażerskim. Pod względem lotniczym geograficzne położenie Polski jest po prostu idealne, dlatego już najwyższy czas, żeby z tego w pełni skorzystać – podkreśla.

Prezes LS Airport Services Marcin Opaliński twierdzi: – Ten wyjątkowy projekt to nie tylko szansa na powstanie nowoczesnego lotniska z perspektywy pasażerów, ale również możliwość stworzenia nowej jakości środowiska pracy dla pracowników obsługi naziemnej, bez których trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie jakiegokolwiek portu czy linii lotniczej. Dlatego tak bardzo cenne z naszej perspektywy największego pracodawcy w branży lotniczej w Polsce jest to, że możemy uczestniczyć w konsultacjach i pracach nad koncepcją powstania Portu Lotniczego Solidarność –  dodaje.

Jak podkreśla Paweł Przychodzeń, członek zarządu Poczty Polskiej ds. logistyki, rozwój infrastruktury jest niezbędny po to, by Polska zaczęła lepiej zarabiać na swoim położeniu, korzystając z rozwoju handlu transgranicznego. Do tego potrzebne są huby logistyczne, takie jak CPK: dobrze skomunikowane z infrastrukturą transportową: lotniczą, kolejową i drogową.

Poczta Polska obecnie przebudowuje swoją sieć logistyczną w związku z intensywnym rozwojem e-commerce krajowego i międzynarodowego. Chcemy dalej rozwijać się m.in. poprzez zwiększenie potencjału infrastrukturalnego, jaki da nam powstanie CPK. Nie ulega wątpliwości, że centralne lotnisko udrożni kanał dystrybucyjny. Inwestycja ta pozwoli na zwiększenie przepustowości obecnej infrastruktury, poprzez obsługę większej liczby połączeń lotniczych, w tym cargo, co w przypadku Poczty Polskiej wpłynie pozytywnie na rozwój obecnych, jak i nowych usług – mówi Paweł Przychodzeń z Poczty Polskiej.

Prezes DHL Express Poland Tomasz Buraś deklaruje: – DHL Express z chęcią podzieli się wiedzą i doświadczeniem z ekspertami Centralnego Portu Komunikacyjnego. Celem jest stworzenie bardzo istotnej dla polskiej logistyki strategii obsługi transportu ekspresowych przesyłek międzynarodowych typu cargo w planowanym porcie.

CPK to jeden z ważniejszych infrastrukturalnych projektów w Polsce w perspektywie najbliższych lat. Inwestycja przyczyni się do  rozwoju gospodarczego nie tylko z punktu widzenia transportu pasażerskiego, ale również jako hub importowo-eksportowy towarów – mówi Michał Róg, członek zarządu PKN ORLEN ds. handlu hurtowego i międzynarodowego. – Jesteśmy zainteresowani udziałem w tym przedsięwzięciu. Posiadamy doświadczenie w zarządzaniu strategiczną infrastrukturą paliwowo-naftową, wytwarzaniu paliwa lotniczego JET-A1 oraz świadczeniu paliwowych usług logistycznych i handlingowych w portach lotniczych. Ponadto w obrębie nowego portu możemy zagwarantować dostęp do nowoczesnych stacji paliw, punktów obsługi podróżnych czy stacji ładowania pojazdów elektrycznych – podkreśla.

Zebrane w ramach spotkań z partnerami branżowymi informacje posłużą do kolejnych etapów inwestycji, np. planowanej w tym roku weryfikacji założeń projektu CPK przez niezależnych specjalistów z obszarów projektowego i inżynieryjnego (tzw. Quick & Dirty Test). Efekty rozmów będą punktem wyjścia do zaplanowanego na ten rok zlecenia opracowania planu generalnego (masterplanu), który jest najważniejszym dokumentem z punktu widzenia przygotowania koncepcji i projektu portu lotniczego.

Masterplan to jeden z najważniejszych dokumentów przy planowaniu portów lotniczych, jeszcze bardziej rozbudowany i istotny przy planowaniu inwestycji typu „greenfield”. Przedstawia on prognozowany rozwój portu lotniczego, zwykle na przestrzeni ponad 20 lat. Zawiera szereg studiów wykonalności i  strategii, m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury i wstępny plan jej ulokowania, etapowanie budowy, plan organizacji przestrzeni powietrznej, strategię dojazdu do lotniska, strategię zrównoważonego rozwoju i wpływu na społeczności lokalne oraz szczegółowy model biznesowy planowanego lotniska – wylicza Dariusz Sawicki z zarządu CPK.

W  tym roku powinien zostać wskazany doradca strategiczno–techniczny, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. Zadaniem doradcy będzie współpraca ze spółką CPK i jej bieżące wsparcie merytoryczne. Tzw. Test Prywatnego Inwestora wykonany w tym roku przez jedną z wiodących firm konsultingowych wykazał, że stopa zwrotu z lotniskowej części tej inwestycji wynosi prawie 10 proc. TPI określa m.in. podstawowe parametry inwestycji i weryfikuje argumenty ekonomiczne przemawiające za jej budową. Wyniki wskazują na opłacalność budowy CPK z perspektywy potencjalnego inwestora prywatnego.

Rynki w zawieszeniu

Miniony tydzień możemy zaliczyć do tych spokojnych. Indeksy akcyjne zamknęły się na zbliżonych poziomach z otwarcia na początku tygodnia. Poza słowami prezydenta Donalda Trumpa o gotowości nałożenia kolejnych ceł, tym razem na Unią Europejską, rynki nie zachowywały się nerwowo. Posiedzenie EBC nie wniosło nic nowego, podkreślając wciąż aktualne ryzyka dla wzrostu. Protokół z marcowego posiedzenia FOMC również nie przedstawił żadnych nowych informacji, uzależniając dalszą politykę pieniężną od sytuacji w gospodarce. Dodatkowo, w poprzednim tygodniu zapadły decyzje w sprawie Brexitu. Termin wyjścia Wielkiej Brytanii z UE został przesunięty o sześć miesięcy do 31 października z opcją wcześniejszego opuszczenia Unii w przypadku zawarcia umowy Brexitowej.

Również na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie rynki nie obrały jednego, konkretnego kierunku. W skali całego tygodnia indeks szerokiego rynku WIG zyskał 0,35%, w tym największe spółki wzrosły o 0,66%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, 0,04% oraz -0,61%. W piątek, tak jak było to oczekiwane, agencja S&P potwierdziła rating Polski na poziomie „A-„ z perspektywą stabilną.

W tym tygodniu czeka nas sporo danych z krajowej gospodarki. We wtorek poznamy finalną wartość inflacji bazowej, w środę opublikowane zostaną dane z rynku pracy, zatrudnienie oraz przeciętne wynagrodzenie, natomiast w czwartek zobaczymy odczyt produkcji przemysłowej, inflacji PPI oraz opublikowany zostanie protokół z ostatniego posiedzenia RPP. Na globalnych rynkach najważniejsze mogą okazać się środowe odczyty z Chin (produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna oraz PKB), a także czwartkowe PMI z Europy oraz USA.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Polacy mają blisko 12 mld zł długów alimentacyjnych. Każdy z nich ma do spłaty średnio ok. 39 tys. zł

Polacy mają blisko 12 mld zł długów alimentacyjnych. Każdy z nich ma do spłaty średnio ok. 39 tys. zł 1

Alimentów nie płaci około 315 tys. rodziców. Łącznie mają oni do spłaty długi alimentacyjne o wartości ponad 12 mld zł – wynika z danych ERIF Biura Informacji Gospodarczej SA. Średnio każdy z nich zalega ze spłatą alimentów o wartości niemal 39 tys. zł. Zdecydowana większość dłużników alimentacyjnych to mężczyźni. Dzieci, które nie otrzymują alimentów od swoich rodziców, mogą otrzymać pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego. Od 2019 roku próg uprawniający do pobierania świadczenia wzrósł do 800 zł. Dzięki temu świadczenie może otrzymać o 60 tys. dzieci więcej.

– Po zakończeniu 2018 roku mieliśmy w bazie informacje o prawie 315 tys. osób, które nie płacą alimentów. To osoby, za które obowiązek płacenia świadczeń przejął Fundusz Alimentacyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Wilczak-Grzesik, kierownik Działu Klienta Instytucjonalnego w ERIF Biurze Informacji Gospodarczej SA.

Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty” wskazuje, że alimentów na dzieci nie płaci 84 proc. zobowiązanych do tego rodziców. Z danych ERIF BIG wynika, że obecnie jest niemal 315 tys. dłużników alimentacyjnych. Chociaż od końca 2017 roku do końca 2018 roku liczba ta nieznacznie się zmieniła, to aż o 1 mld zł wzrosła łączna wartość długów alimentacyjnych. W 2017 roku wynosiła ona prawie 11,4 mld zł. Z kolei na koniec 2018 roku rodzice zalegający ze spłatą alimentów mieli w sumie 420 tys. niespłaconych alimentów, których łączna wartość wyniosła ponad 12,2 mld zł. Na każdego niesolidnego rodzica przypada średnio niemal 39 tys. zł niespłaconych alimentów, czyli aż o 5 tys. więcej niż po zakończeniu 2017 roku. Nie brakuje jednak rekordzistów, którzy winni są swoim dzieciom nawet kilkaset tysięcy złotych. Największy dług alimentacyjny w wysokości niemal 1 mln zł ma 43-letni mężczyzna z województwa pomorskiego.

– Z roku na rok w bazie przybywa ponad 55–60 tys. dłużników rocznie. Nie są to już takie duże wzrosty, jak miały miejsce w roku 2015 i 2016 – ocenia Aleksandra Wilczak-Grzesik.

Na przyrost liczby dłużników w bazach biur informacji gospodarczej częściowo wpływa większa aktywność gmin, które od 2015 roku mają obowiązek przekazywać informacje o niesolidnych rodzicach do wszystkich BIG-ów działających w naszym kraju.

Należnych świadczeń nie otrzymuje nawet milion dzieci. Zdecydowana większość dłużników (95 proc.) to mężczyźni – w bazie ERIF BIG jest ich blisko 300 tys.

– Średnia wartość długu alimentacyjnego mężczyzny to jest prawie 30 tys. zł, a łączna wartość wszystkich długów alimentacyjnych mężczyzn to 11,8 mld zł – wskazuje Aleksandra Wilczak-Grzesik.

Choć statystyki są bezlitosne dla mężczyzn, to wśród dłużników alimentacyjnych nie brakuje też kobiet. Według danych ERIF BIG blisko 17,5 tys. matek nie płaci na swoje dzieci alimentów.

– Średnie saldo kobiety niepłacącej alimentów to 22,5 tys. zł, czyli znacznie mniej niż w przypadku mężczyzn, a łączna wartość długów alimentacyjnych kobiet to 460 mln zł – mówi ekspertka.

Jak wynika ze statystyk, często zaległości z tytułu alimentów to nie są jedyne niespłacane rachunki czy inne zobowiązania finansowe. Co drugi dłużnik alimentacyjny zalega też z opłatami na rzecz innych wierzycieli, jak np. operatorzy telekomunikacyjni i multimedialni, banki, firmy pożyczkowe czy sądy. Aż 16 tys. z nich ma też niezapłacone grzywny.

– Możemy stwierdzić, że jedną z przyczyn niepłacenia alimentów jest niska wypłacalność dłużników alimentacyjnych. Z naszych ostatnich danych po zakończeniu roku 2018 wynika, że dłużnicy alimentacyjni to najczęściej multidłużnicy – ocenia Wilczak-Grzesik.

Od 2019 roku weszły zmiany prawne, które mają ułatwić ściąganie pieniędzy od alimenciarzy. Organizatorzy prac publicznych mają w pierwszej kolejności zatrudniać dłużników alimentacyjnych, a urzędy pracy aktywizować bezrobotnych, zadłużonych rodziców, aby mogli płacić alimenty. Warto dodać, że od egzekucji komorniczej wolna pozostaje tylko połowa pensji. Dodatkowo pracodawca, który nie ujawnia informacji na temat dłużnika i nie przekazuje zajętego wynagrodzenia, może zapłacić 5 tys. zł grzywny.

Niepłacących rodziców z ich obowiązku alimentacyjnego w pewnym sensie wyręcza państwo. Fundusz Alimentacyjny wypłaca alimenty, jeśli uprawniony do ich pobierania nie jest w stanie wyegzekwować ich od drugiego rodzica. Grono osób, które mogą z niego skorzystać, jest bardzo okrojone. Wynika to z bardzo niskich progów dochodowych. Od tego roku limit wzrósł z 725 do 800 zł.

– Jest to bardzo istotne, ponieważ wpłynie w pewnym zakresie na to, że dostęp do tych świadczeń otrzyma większa liczba dzieci. Według rachunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej to jest około 60 tys. dzieci, które otrzymają te świadczenia w związku z podniesieniem progu dochodowego. Możemy się też spodziewać, że ta zmiana spowoduje zwiększenie liczby dłużników alimentacyjnych, którzy zostaną dopisani od 1 października 2019 roku do baz biur informacji gospodarczej – analizuje Aleksandra Wilczak-Grzesik.

PKP Cargo skupia się na międzynarodowej ekspansji. Inwestycja w słoweńskiego przewoźnika oraz partnerstwo z kolejami litewskimi i włoskimi umacnia jego pozycję w Europie

PKP Cargo skupia się na międzynarodowej ekspansji. Inwestycja w słoweńskiego przewoźnika oraz partnerstwo z kolejami litewskimi i włoskimi umacnia jego pozycję w Europie 2

Ekspansja międzynarodowa i transport intermodalny – to dwa główne kierunki rozwoju Grupy PKP Cargo na nadchodzące lata, zapisane w strategii do 2023 roku. Grupa będzie się rozwijać przede wszystkim w obszarze Trójmorza oraz w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Stąd m.in. zwiększone inwestycje, które w ubiegłym roku wzrosły o 60 proc. – Jako grupa chcemy się stać operatorem logistycznym. Odchodzimy od tradycyjnego modelu przewoźnika kolejowego. Rozwój segmentu intermodalnego, akwizycje, rozwój organiczny są podyktowane potrzebami rynku i oczekiwaniami klientów, i my się do tych trendów dostosowujemy – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo SA.

– Chcemy, żeby naszą główną specjalizacją w najbliższych latach był transport intermodalny. Dlatego w tym kierunku będą zmierzać nasze akwizycje i inwestycje rozwojowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes  Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo SA.

Transport intermodalny to przewożenie towarów różnymi środkami transportu – np. drogą morską i koleją – ale w tej samej jednostce ładunkowej, najczęściej w kontenerze. W ramach transportu intermodalnego można przewozić szeroki wachlarz towarów – od tekstyliów, poprzez urządzenia elektroniczne, aż po elementy maszyn. Brak konieczności przeładunku oznacza oszczędność czasu i pieniędzy, a zamknięte w kontenerach towary są mniej narażone na uszkodzenia. To zalety, które przekładają się na rosnące zainteresowanie klientów.

– Przewozy intermodalne są kluczowe dla systemu rozwoju przewozów, bo integrują ze sobą różne środki transportu, pozwalają dostarczać ładunki od drzwi do drzwi. W intermodalu te ładunki trafiają z miejsca na miejsce w odpowiednim czasie, w dobrej cenie i widząc ten trend, potrzeby klientów w tym zakresie, my taką ofertę przygotowujemy. Stajemy się już nie tylko przewoźnikiem kolejowym, lecz także operatorem logistycznym – mówi Czesław Warsewicz – Zarządzamy całym procesem przesyłki towaru, czyli przewozem, przeładunkiem, magazynowaniem i dostarczaniem. To jest potrzeba rynku. Stąd nasze inwestycje, nasz rozwój w kierunku zwiększenia udziału przewozów intermodalnych w naszej strukturze.

W Polsce segment intermodalny szybko rośnie i jest kluczowy dla rozwoju całego rynku. W 2018 roku przewieziono w ten sposób 1259 tys. jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-procentowy wzrost rok do roku. Natomiast w ostatnim kwartale ubiegłego roku wzrost wyniósł 22,5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej.

Liderem segmentu intermodalnego – z 54-procentowym udziałem – jest PKP Cargo. W ubiegłym roku spółka przewiozła blisko 677 tys. jednostek (w porównaniu z 564 tys. w 2017) i liczy na dalszy wzrost. Sprzyja mu cały szereg czynników, m.in.: rosnące przeładunki w portach, wzrost przewozów Nowym Jedwabnym Szlakiem, unifikacja światowej produkcji – która wymusza standaryzację produktów i opakowań, aby można je było łatwo przewieźć w kontenerach – oraz fakt, że polski rynek stopniowo upodabnia się do zachodnich, gdzie intermodal stanowi nawet 70 proc. przewozów, podczas gdy w Polsce ten odsetek nie przekracza jeszcze kilkunastu procent.

– Segment przewozów intermodalnych wykazuje bardzo dużą dynamikę wzrostu. W ostatnich latach ten wzrost był dwucyfrowy. Z kolei na przestrzeni ostatnich pięciu lat wolumen przewozów intermodalnych się podwoił. To pokazuje potencjał tkwiący w tym segmencie przewozów – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo – W najbliższych latach ta tendencja rozwoju przewozów intermodalnych będzie utrzymana, bo w tym kierunku zmienia się rynek, takie są oczekiwania klienta. My do tego się dostosowujemy. W strategii przyjętej w ubiegłym roku postawiliśmy na główną specjalizację w przewozach intermodalnych i dzisiaj ten rynek pozytywnie weryfikuje nasze założenia. W pierwszych miesiącach tego roku te przewozy już wykazują dużą dynamikę.

PKP Cargo jest obecnie drugim, największym przewoźnikiem w Europie. Ubiegłoroczna strategia zakłada dalszą ekspansję międzynarodową grupy. Temu celowi służy m.in. niedawna inwestycja w słoweńską spółkę Primol-Rail, która umacnia obecność PKP Cargo w regionie Trójmorza.

– Przewozy międzynarodowe to istotny element rozwoju grupy, bo jesteśmy podmiotem europejskim, globalnym. Bez rozwoju międzynarodowego trudno wyobrazić sobie rozwój PKP Cargo. W naszym przypadku ruch międzynarodowy to przede wszystkim przewozy intermodalne, kontenerowe, ponieważ wymiana handlowa między krajami generalnie jest oparta na wymianie kontenerowej. Na tym polu widzimy dla siebie miejsce, swoją rolę do odegrania – mówi Czesław Warsewicz.

Dla realizacji międzynarodowej ekspansji spółka zawarła też partnerstwa m.in. z Kolejami Litewskimi oraz włoską spółką Mercitalia Rail i ciągle inwestuje – w zeszłym roku nakłady inwestycyjne PKP Cargo sięgnęły 894 mln zł i były o prawie 60 proc. wyższe w ujęciu rocznym. Gros środków (ok. 89 proc. nakładów) został przeznaczony na rozwój taboru – spółka podpisała niedawno z Siemensem umowę na zakup 5 nowoczesnych lokomotyw wielosystemowych, 936 platform intermodalnych (umowa z Tatravagónką) i planuje dokupić jeszcze kolejnych 220 platform.

– Upatrujemy rozwoju w dwóch aspektach: we wzroście organicznym i wykorzystaniu naszego naturalnego potencjału, ale – zwłaszcza jeśli chodzi o rozwój międzynarodowy – chcemy rosnąć też poprzez akwizycje, zwieszające naszą konkurencyjność. Chcemy przejmować, tworzyć dużą i silną grupę, która będzie liderem w obszarze Trójmorza i europejskiej części Nowego Jedwabnego Szlaku – podkreśla Czesław Warsewicz.

Rozwój międzynarodowy w obszarze Trójmorza oraz w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku jest jednym z kierunków zapisanych w strategii PKP Cargo na lata 2019–2023. Polska – ze względu na swoje strategiczne położenie – ma się w przyszłości stać regionalnym hubem na trasie NJS, co oznacza ogromną szansę dla rynku przewozów towarowych.

– Polska jest głównym krajem na Nowym Jedwabnym Szlaku. Potwierdzeniem tego jest m.in. podpisany w tym tygodniu list intencyjny z Duisburgiem, największym portem rzecznym, który jest takim hubem końcowym na trasie NJS. W tej relacji Polska i PKP Cargo, jako główny podmiot, stanowią kluczowy element – mówi Czesław Warsewicz.

PKP Cargo jest w trakcie rozbudowy Terminalu Małaszewicze, który ze względu na położenie jest strategiczny dla międzynarodowego rozwoju grupy. Szczególnie w kontekście przewozów na Nowym Jedwabnym Szlaku. Małaszewicze, położone ok. 5 km od przejścia granicznego w Terespolu na granicy z Białorusią, to najważniejszy terminal kolejowy na NJS w Europie. PKP Cargo już w tej chwili odnotowuje wzrost liczby przejeżdżających przez niego pociągów z Chin. W 2018 roku było ich 2,2 tys. – w porównaniu z 17 w 2011 roku.

– Większość ładunków, które płyną z Chin, przepływa przede wszystkim przez Polskę. Stanowimy kluczowy element Nowego Jedwabnego szlaku i chcemy tę pozycję umacniać. Chcemy, żeby uprzywilejowaną pozycję dawało nam nie tylko położenie, lecz także nasza oferta: czas dotarcia, konkurencyjny koszt – mówi Czesław Warsewicz.

Transporty do i z Chin stanowią dziś ok. 18 proc. wszystkich kolejowych przewozów intermodalnych w Polsce. Choć większość ładunków z Chin nadal trafia do Unii Europejskiej drogą morską, proporcje powoli zmieniają się na korzyść kolei. Drogą lądową trafia około 24 proc. wszystkich kontenerów przewożonych do i z Chin (dla porównania w 2016 roku odsetek ten wynosił 16 proc).

Co istotne, przewozy Nowym Jedwabnym Szlakiem ciągle rosną, władze chińskie podają, że w 2017 roku przez szlak przewieziono koleją 350 tys. TEU, a w ubiegłym roku już 450 tys. Natomiast za około 10 lat pociągi mają przewieźć 1 mln TEU. Dobrą informacją jest też ekspansja gospodarcza Chin, które według WTO umacniają się na pozycji globalnego lidera pod względem wartości eksportu.

Dla PKP Cargo drugim, ważnym kierunkiem ekspansji zagranicznej jest też transport Północ–Południe, w regionie Trójmorza. Do 2023 roku spółka chce awansować na pozycję lidera na tym rynku. Co istotne, przewozy kolejowe w regionie Trójmorza będą również wpisywały się w koncepcję NJS – większość transportu na tym szlaku wciąż będzie odbywać się drogą morską, a z portów towary będą trafiać na platformy. Stąd istotny jest również rozwój transportu intermodalnego, w który inwestuje grupa.

– Mówiąc o planach na ten rok i na najbliższy czas, zwracamy uwagę na te segmenty, które rosną najbardziej dynamicznie. Ale poza tym oczywiście skupiamy się też na naszych tradycyjnych produktach, czyli przewozy towarów masowych. W tej chwili pik przewozowy kruszyw i materiałów budowlanych jest spowodowany realizacją inwestycji drogowych i kolejowych. To stwarza ogromny potencjał, w najbliższych 3–4 latach ten boom będzie ogromny i musimy mu sprostać – mówi Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo.

Jak podkreśla, wzrost gospodarczy i inwestycje infrastrukturalne sprzyjają rynkowi przewozów. W 2018 roku koleją przewieziono ok. 250 mln ton towarów – w porównaniu z niecałymi 240 mln ton rok wcześniej. W ciągu kilku nadchodzących lat PKP Cargo spodziewa się wzrostu masy przewożonych towarów, zwłaszcza w segmencie kruszyw i materiałów budowlanych, ale prognozuje też nieznaczny wzrost w segmencie węgla (m.in. ze względu na inwestycje w moce wytwórcze w elektrowniach Ostrołęce i w Opolu). Na polskim rynku PKP Cargo jest niekwestionowanym liderem kolejowych przewozów towarowych, z 43,5-procentowym udziałem w rynku (dla porównania udział drugiej największej w Polsce firmy DB Cargo Polska wynosi 16,41 proc.). Strategia grupy zakłada, że do 2023 roku ten udział wzrośnie już do 65 proc.

– Jako grupa chcemy się stać operatorem logistycznym. Odchodzimy od tradycyjnego modelu przewoźnika kolejowego. Ten rozwój segmentu intermodalnego, akwizycje, rozwój organiczny są podyktowane potrzebami rynku i oczekiwaniami klientów i my się do tych trendów dostosowujemy – podsumowuje Czesław Warsewicz, prezes zarządu PKP Cargo.

Zgubny wpływ małej wódki. Połowa pijących sięga po „małpkę” przed południem

„Małpki”, czyli wódki w butelkach o małych pojemnościach – 100 i 200 ml – są na rynku alkoholi oddzielną kategorią, mającą własne miejsce na półce, odrębną estetykę oraz ofertę smaków. Jak wynika z raportu pracowni badawczej Synergion, mała wódka to produkt bardzo atrakcyjny dla pijących – umożliwia picie w poczuciu bezpieczeństwa, w sytuacjach, w których wcześniej było to niemożliwe lub zbyt krepujące.

Dla konsumentów mogą się wydawać pozornie nieatrakcyjną propozycją: są droższe w przeliczeniu na litr, zazwyczaj zawierają mniej alkoholu i starczają na 2–3 łyki. Mimo to ich sprzedaż szybko rośnie, a „małpki” tworzą osobny, silny segment alkoholowego rynku. W 65 proc. małych sklepów zajmują więcej niż jedną półkę, a często trafiają nawet do specjalnych lodówek czy na dodatkowe stojaczki – wynika z najnowszego raportu pracowni badawczej Synergion, „Dokąd płynie mała wódka?”.

– „Małpki” bardzo dobrze pasują do tego, w jaki sposób Polacy chcą pić alkohol: bezpiecznie dla siebie, nie za dużo na raz, w chwilach krótkiego relaksu. Sytuacje takie często nadarzają się poza domem, w drodze do lub z pracy, w trakcie przerwy, na spacerze z psem. Dodatkowo to alkohol smaczny, w niewielkiej porcji, przez co wypicie jednej czy dwóch butelek nie powoduje upojenia, nie zakłóca funkcjonowania, może być wplecione pomiędzy różne zajęcia i zadania – mówi Michał Kociankowski, dyrektor generalny Synergion, autor raportu.

– „Małpki” pojawiły się jako coś nowego, kolorowego, wygodnego i taniego. Małe opakowania stwarzają złudzenie, że po ich spożyciu nic złego się nie stanie – nikt nie zauważy, nikt nie poczuje zapachu wódki. To jest pokusa dla osób, które w małej porcji alkoholu znajdują coś wartościowego dla siebie. Po wypiciu czują się spokojniej i pewniej. To jest chyba główny motyw sięgania po „małpki” – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Adam Kłodecki, psycholog kliniczny i psychoterapeuta uzależnień, superwizor psychoterapii.

Ponad 90 proc. sprzedawców zauważa, że klienci, którzy kupują „małpki”, w większości dobrze wiedzą, po jaki produkt przyszli. W 3/4 przypadków odbywa się to na zasadzie: „Poproszę to, co zwykle”. W większości przypadków zakupom małej wódki nie towarzyszą inne zakupy, a zatem jest ona jedynym powodem odwiedzenia sklepu.

– Wśród kupujących jest więcej mężczyzn, choć coraz częściej to produkt nabywany przez kobiety w różnym wieku. Po „małpki” sięgają zarówno ludzie młodzi, jak i emeryci. To świadczy o sukcesie tego produktu i o tym, że jest on dobrze dopasowany do potrzeb konsumentów. Można powiedzieć, że dokładnie trafił w potrzeby różnych grup – mówi Michał Kociankowski.

Wypicie małej ilości alkoholu, z dyskretnej butelki, niemal wszędzie pozostaje niezauważone. Dlatego dla wielu konsumentów małych wódek sama już możliwość używania ich w nowych sytuacjach jest atrakcyjna. Łatwo wnoszą małe butelki do kina, na stadiony, niektórzy nawet do teatru, a wielu również do pracy.

– Głównym motywem sięgania po „małpki” jest możliwość konsumowania alkoholu w wielu sytuacjach, gdzie jest to zabronione i możliwość ukrycia tej konsumpcji. Można je wnieść do klubu, do kina, na stadion, na koncert. Taka możliwość działania wbrew zasadom, bez konsekwencji, to jest coś, co przyciąga konsumentów do tego produktu – mówi, szef pracowni badawczej Synergion.

Jak podkreśla dr Adam Kłodecki, alkohol w małych butelkach jest złudnie postrzegany jako bezpieczny ze względu na jego niewielką ilość.

– Tymczasem wypijanie łatwo dostępnych, tanich „małpek” może prowadzić do trwałego uzależnienia. Niektórzy moi pacjenci sięgali po „małpki” jako wygodne lekarstwo na kaca i przez to utrwalali w sobie mechanizm uzależnienia. „Małpki” ze względu na niewielką porcję alkoholu stwarzały iluzję bezpieczeństwa i kontroli nad piciem – mówi dr Adam Kłodecki.

Volvo stawia na hybrydy i najwyższe technologie. Nowy model S60 wyposażono w system umożliwiający komunikację między samochodami

Volvo stawia na hybrydy i najwyższe technologie. Nowy model S60 wyposażono w system umożliwiający komunikację między samochodami 3

Na polski rynek wchodzi właśnie nowe Volvo S60 – średniej wielkości sedan i najbardziej sportowy model w ofercie tej marki. To pierwszy samochód produkowany w nowej fabryce Volvo w Południowej Karolinie – i jednocześnie pierwszy, który będzie oferowany bez wersji z dieslem. Tym samym marka potwierdza swoją wcześniejszą strategię przechodzenia na napędy hybrydowe, a w dalszej perspektywie – na samochody elektryczne. Nowe Volvo jest też naszpikowane nowymi technologiami – nowością jest system Car2Car Communication, który umożliwia komunikację pomiędzy samochodami i w przyszłym roku zostanie rozszerzony na wszystkie pozostałe modele Volvo.

– Volvo S60 to najbardziej sportowy model w ofercie marki i jednocześnie ostatni, który całkowicie odświeża gamę modelową, która od 2015 roku została całkowicie wymieniona. To także pierwsze Volvo, które będzie miało naklejkę „made in USA” i pochodzi z nowej fabryki zlokalizowanej w Karolinie Południowej. Jednocześnie jest to pierwszy model od kilkudziesięciu lat, który absolutnie celowo nie będzie miał silnika diesla. Będzie za to wyposażony w mocne silniki czterocylindrowe, silniki benzynowe, które będą także wspomagane silnikiem elektrycznym w topowej wersji hybrydowej – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Nowe Volvo S60 to sportowy sedan, którego premiera miała miejsce równolegle z otwarciem nowej fabryki koncernu w Ridgeville w Południowej Karolinie. Jest pierwszym samochodem produkowanym w USA, który ma też umocnić pozycję marki na rynku chińskim i amerykańskim. Na tym ostatnim Volvo S60 pojawiło się już w ubiegłym roku. Natomiast w marcu br. marka rozpoczęła eksport nowego modelu na rynki Europy.

– Volvo S60 jest naszym najmniejszym sedanem o najbardziej sportowym charakterze. Jest to ważny dla nas segment w Ameryce Północnej, w Azji, ale także w Europie i w Polsce, szczególnie wśród klientów biznesowych, dużych flot, więc tutaj liczymy na pokaźną sprzedaż. Zresztą historycznie pierwsza i druga edycja tego samochodu sprzedawała się bardzo dobrze. Konkurujemy z takimi samochodami niemieckich marek jak Audi A4, BMW serii 3, czy Mercedes C klasy – mówi Mariusz Nycz, dyrektor ds. marketingu Volvo Car Poland.

– Pierwsze egzemplarze S60 docierają właśnie do salonów w Polsce, zaczynamy realną sprzedaż tego samochodu. On trafia do bardzo wymagającego segmentu, jakim jest segment sedanów premium. Dlatego przygotowaliśmy ofertę, dzięki której ten samochód ma wejść na rynek z przytupem. W ramach początkowej serii, tzw. First Edition – której sprzedaż jest ograniczona tylko do tego roku – nowe Volvo S60 dostanie bardzo bogate wyposażenie dodatkowe, warte około 40–50 tys. zł. W cenie bazowej 165 tys. oferujemy silnik 190-konny, a także całą serię dodatków, jak skórzana tapicerka, automatyczna skrzynia biegów, czujniki cofania, nawigacja, elektryka lusterek i siedzeń i jeszcze mnóstwo, mnóstwo innych systemów – mówi Stanisław Dojs.

Pod koniec marca, podczas salonu samochodowego Geneva International Motor Show, model Volvo S60 został już zakwalifikowany do nagrody głównej World Car of the Year 2019. Poprzednio Samochodem Roku 2018 został luksusowy SUV XC60.

Volvo S60 został zaprojektowany tak, aby zapewnić kierowcy maksymalną wygodę, komfort jazdy i intuicyjne prowadzenie. Wygodnie pomieści pięciu pasażerów, oferuje też bagażnik o objętości 442 litrów, wygodne i luksusowe wnętrze oraz zaawansowane opcje connectivity i systemy zapewniające wsparcie i ochronę kierowcy.

– Pierwszą, która trafi na polski rynek, będzie seria R Design, która ma większe koła i mnóstwo stylistycznych smaczków, które wyraźnie pokazują, że jest to samochód usportowiony. W środku wszystkie przyciski zostały zastąpione centralnym ekranem dotykowym. Dostęp do setek funkcji zapewnia więc czytelny i estetyczny ekran, a nowe Volvo S60 to taka skandynawska wersja luksusu – „ładnie, ale nie za dużo” – mówi Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Jak podkreśla, nowe Volvo jest naszpikowane najnowszymi technologiami. Sterowanie funkcjami pojazdu odbywa się za pomocą ekranu dotykowego i systemu Sensus, który jest kompatybilny z Apple CarPlay, Android Auto i 4G. Aplikacje można wgrywać bezpośrednio do pokładowego systemu pojazdu. Do modelu S60 zostały też przeniesione zaawansowane rozwiązania technologiczne z większego modelu S90.

– Volvo S60 odziedziczy wraz z platformą podłogową SPA wszystkie najnowocześniejsze technologie bezpieczeństwa, które znamy z większych i droższych modeli. Będzie to m.in. system City Safety, który reaguje na rozmaite scenariusze drogowe i wykrywa inne pojazdy, rowerzystów, pieszych, nawet duże zwierzęta. Dołączamy też system zapobiegający temu, żeby samochód zjechał na przeciwny pas i minimalizujący do zera zderzenia czołowe. Dodatkowo w Volvo S60 pojawi się Car2Car Communication, czyli system umożliwiający komunikację pomiędzy samochodami. On zostanie rozszerzony również na pozostałe modele tak, żeby samochody bez naszej ingerencji ostrzegały się np. o śliskiej nawierzchni – mówi Stanisław Dojs.

– Car2Car Communication w przyszłym roku wdrożymy w standardzie zarówno w tym samochodzie, jak i we wszystkich nowych samochodach Volvo – dodaje Mariusz Nycz, dyrektor ds. marketingu Volvo Car Poland.

Nowe S60 będzie pierwszym modelem Volvo, które od samego początku będzie oferowane bez wersji z dieslem. Tym samym marka potwierdza swoją wcześniejszą strategię przechodzenia na napędy hybrydowe, a w dalszej przyszłości – na pojazdy elektryczne. Od przyszłego roku wszystkie modele Volvo będą wyposażone jakiś element napędu hybrydowego.

– Volvo kilka lat temu ogłosiło światu, że rezygnuje z silników 6- i 8-cylindrowych. To było szokujące, bo w segmencie premium takie silniki mają bardzo mocną pozycję. Wtedy uważano, że jest to szaleństwo i Volvo może na tym stracić. Teraz, kiedy okazuje się, że w 2021 roku będziemy mieli ostre normy dotyczące emisji dwutlenku węgla, nasi konkurenci nerwowo starają się zmodyfikować całą swoją gamę modelową w taki sposób, jak Volvo zrobiło to już kilka lat temu. Zatem czekają nas na pewno trochę mniejsze silniki, 1,5 czy 2-litrowe czy 1,5-litrowe. Volvo konsekwentnie uzupełnia też swoją gamę modelami hybrydowymi. Mamy hybrydy typu plug-in, ładowane z gniazdka, ale od tego roku mamy również delikatne hybrydy z silnikiem elektrycznym, delikatnie wspomaganym przez silnik spalinowy – mówi Stanisław Dojs.

Jak podkreśla, kierunek zmian w motoryzacji wyznaczają oczekiwania klientów, a na rynku wyraźnie widać spadek zainteresowania silnikami diesla.

– One nadal trzymają się mocno, nadal są ważną częścią naszej oferty, ale klienci coraz chętniej wybierają silniki benzynowe. To jest trend numer jeden. Drugim trendem jest to, że klienci oczekują, aby w samochodzie było coraz więcej elektroniki, np. takiej, która pozwala bezproblemowo zintegrować system pokładowy z systemem operacyjnym naszego smartfona. Zatem zarówno systemy apple’owskie czy androidowe są tym, na co samochody muszą być przygotowane – mówi Stanisław Dojs.

Z bankowych korytarzy do muzealnych sal. Kolekcja sztuki współczesnej PKO Banku Polskiego trafiła na wystawę w Muzeum Narodowym

Z bankowych korytarzy do muzealnych sal. Kolekcja sztuki współczesnej PKO Banku Polskiego trafiła na wystawę w Muzeum Narodowym 4

Ponad 30 prac ze zbioru dzieł polskiej sztuki współczesnej zgromadzonych przez PKO Bank Polski trafiło na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie. Wśród nich znajdują się obrazy i rzeźby artystów takich jak Stefan Gierowski, Krzysztof Bednarski, Tomasz Ciecierski, Edward Dwurnik, Marek Chlanda, Zofia Kulik czy Zbigniew Makowski. Wystawa jest elementem wieloletniej współpracy Muzeum Narodowego z PKO Bankiem Polskim, który jest jednym z największych w Polsce mecenasów kultury i sztuki.

PKO Bank Polski kojarzony jest głównie z nowoczesną instytucją finansową i największym bankiem w kraju. Słusznie, ale jesteśmy również zaangażowanym mecenasem sztuki. Wspieramy młodych artystów oraz wiele instytucji i wydarzeń kulturalnych w całej Polsce. W tym roku, z okazji obchodów 100-lecia PKO Banku Polskiego, postanowiliśmy – po raz pierwszy – zaprezentować szerokiej publiczności naszą kolekcję sztuki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Antczak, wiceprezes zarządu PKO Banku Polskiego. – Wystawa odbywa się w Muzeum Narodowym, z którym od lat współpracujemy, m.in. uczestniczyliśmy w rekonstrukcji obrazu „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki, jesteśmy mecenasem Galerii Sztuki Średniowiecznej i wspieramy wiele odbywających się tu wystaw.

Kolekcja sztuki PKO Banku Polskiego powstała w 1998 roku. Jej tworzeniem zajęła się Anda Rottenberg. Zbiór tworzą obrazy, fotografie, rysunki, grafiki i rzeźby ponad 30 polskich twórców.

Bankowa kolekcja liczy ponad 70 prac autorstwa ponad 30 artystów, którzy reprezentują trzy pokolenia polskiej sztuki powojennej. Począwszy od nestorów, takich jak Jan Tarasin i Jacek Sempoliński, poprzez Tomasza Ciecierskiego, Tomka Tatarczyka, aż po artystów tzw. Gruppy i skończywszy na Robercie Maciejuku, przedstawicielu najmłodszego pokolenia. Mamy rysunki, obrazy i rzeźby. Wśród nich jest „Drzewo wiadomości dobrego i złego” Magdaleny Abakanowicz wykonane na specjalne zamówienie – mówi Lidia Stefanowska, dyrektor zbiorów PKO Banku Polskiego.

Wystawa „Sztuka to wartość. Z kolekcji PKO Banku Polskiego” w warszawskim Muzeum Narodowym została zorganizowana z okazji 100-lecia powstania PKO Banku Polskiego. To idealna okazja, by pokazać i opowiedzieć o powstaniu jednej z pierwszych w Polsce komercyjnych kolekcji sztuki. Opracowanie jej koncepcji powierzono Andzie Rottenberg, krytykowi i historykowi sztuki.

– Kiedy dostałam tę propozycję, byłam zbudowana inicjatywą. Komercyjne kolekcje powstawały za granicą, ale w Polsce takich nie było. Uznałam więc, że powinna podkreślać polską tradycję malarstwa powojennego, która będzie widoczna w pracach artystów kolejnych pokoleń – opowiadała Anda Rottenberg.

Anda Rottenberg zwróciła się do przedstawicieli trzech pokoleń polskich artystów, najpierw do nestorów – Jana Tarasina, Stefana Gierowskiego i Zbigniewa Makowskiego, a także rzeźbiarki Magdaleny Abakanowicz. Kolejne pokolenie reprezentowali m.in. Tomasz Ciecierski i Łukasz Korolkiewicz. Wśród przedstawicieli wówczas młodego pokolenia byli Ryszard Grzyb i Jarosław Modzelewski. W efekcie udało się uchwycić osiągnięcia polskiej sztuki z końca XX wieku i pokazać je przekrojowo. W zbiorach znajdują się nie tylko obrazy, lecz także rysunki czy rzeźby.

Stałą kolekcję banku sztuki współczesnej wzbogacają także prace młodych twórców. Bank współpracuje z uczelniami artystycznymi w kraju i organizuje dla nich plenery oraz wystawy prac studentów.

Wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie można będzie oglądać do 30 czerwca br. Pierwszy raz można zobaczyć ten ciekawy zbiór prac wybitnych polskich artystów współczesnych. Na co dzień dzieła znajdują się w banku. Jest to więc jedyna taka okazja – mówi kurator wystawy Katarzyna Szydłowska-Schiller.

Wystawa „Sztuka to wartość” została podzielona na trzy odrębne części, według chronologii wyznaczanej przez daty uzyskania dyplomów przez prezentowanych na niej artystów. Ekspozycji będą towarzyszyć oprowadzania kuratorskie, warsztaty, pokazy filmowe. Muzeum zaplanowało również spotkania z artystami, których prace można oglądać na wystawie.

Pierwszy komercyjny lot rakiety SpaceX z sukcesem. Polacy także pracują nad rakietami kosmicznymi wielokrotnego użytku

Pierwszy komercyjny lot rakiety SpaceX z sukcesem. Polacy także pracują nad rakietami kosmicznymi wielokrotnego użytku 5

Rakieta Falcon Heavy firmy SpaceX Elona Muska wyniosła na orbitę satelitę Arabsat-6A, a następnie wszystkie trzy jej główne moduły po raz pierwszy w historii bezpiecznie wróciły na Ziemię. Tym samym rakieta, przy stosunkowo niewielkim koszcie renowacji, będzie mogła przetransportować na orbitę kolejny ładunek. Nad rakietami wielokrotnego użytku pracują także Polacy.

SpaceX wystrzelił 12 kwietnia swoją największą rakietę Falcon Heavy w celu wyniesienia na orbitę arabskiego satelity Arabsat-6A. Pierwsze wystrzelenie tej rakiety odbyło się w lutym 2018 roku i służyło wyniesieniu w kosmos samochodu Tesla Roadster. Kwietniowa misja to pierwsze komercyjne użycie tej rakiety, a zarazem pierwsza udana próba potrójnego lądowania, dzięki któremu na Ziemię bezpiecznie wróciły wszystkie trzy moduły maszyny. W zeszłorocznym starcie udało się sprowadzić tylko dwa elementy.

Choć w opracowywaniu technologii kosmicznej przodują zagraniczne przedsiębiorstwa z dużym kapitałem, to ambicje naszych naukowców również wiążą się z rozwijaniem rakiet wielokrotnego użytku.

– Projekt „Turbulencja” jest projektem pierwszej w Polsce rakiety zasilanej paliwem ciekłym. Aktualnie jesteśmy na etapie wytwarzania komponentów gotowej rakiety oraz przeprowadzania testów statycznych naszego silnika, które polegają na przeprowadzaniu próbnych odpaleń naszego silnika w symulowanych warunkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Przemysław Drożdż z AGH Space Systems.

Dotychczas wyniesienie jakiegoś ładunku na orbitę, takiego jak satelita, wiązało się ze zbudowaniem rakiety wartej kilkadziesiąt milionów dolarów, która po wykonaniu zadania ulegała destrukcji w atmosferze. Takie organizowanie transportu orbitalnego Jeff Bezos porównał do niszczenia samolotu klasy Boeinga 747 po zaledwie jednym locie.

– Nasza rakieta pracuje na takiej samej zasadzie, jak te większe rakiety. Jest wyrzutnia, jest launchpad i nasza rakieta startuje na odpowiedni, zadany przez nas pułap, następnie spada na spadochronie, dzięki czemu jest wielokrotnego użytku – tłumaczy Przemysław Drożdż.

Obecnie najbardziej zaawansowane rakiety wielokrotnego użytku posiadają Elon Musk i Jeff Bezos. Zarówno SpaceX Elona Muska, jak i Blue Origin Bezosa pracują więc nad rakietami, które po wyniesieniu ładunku na orbitę wracałyby na Ziemię w stanie pozwalającym na remont i ponowne użycie. Ograniczyłoby to koszty kolejnego transportu do zaledwie kilkuset tysięcy dolarów, z czego najwięcej kosztowałoby paliwo.

Tymczasem polscy naukowcy z AGH szykują się do testów swojej rakiety.

– Rakieta „Turbulencja” jest swoistego rodzaju demonstratorem technologii rakiet zasilanych na paliwo ciekłe. Wpisuje się bardzo dobrze w trend New Space, czyli sposób na wynoszenie niedużych ładunków tanim kosztem. Przyszłość zapowiada się ciekawie, w maju tego roku planujemy przeprowadzić testy lotne naszej rakiety – zapowiada Przemysław Drożdż.

Opracowywany przez polskich naukowców algorytm pozwoli przewidzieć wstrząsy sejsmiczne w kopalniach. Na podstawie zachowania skał oceni ryzyko i zagrożenia

Opracowywany przez polskich naukowców algorytm pozwoli przewidzieć wstrząsy sejsmiczne w kopalniach. Na podstawie zachowania skał oceni ryzyko i zagrożenia 6

Roboty wodne, ultraprecyzyjne sygnały sonarowe i systemy GPS pozwalają naukowcom lepiej przewidywać wstrząsy sejsmiczne. Znacznie trudniej jednak przewidzieć wstrząsy w kopalniach. Te zaś mogą prowadzić do poważnych uszkodzeń podziemnych instalacji oraz stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa i życia ludzi. Tylko w 2018 roku w kopalniach w Polsce zginęło ponad 20 górników. Dzięki algorytmowi, który opracowują polscy naukowcy, będzie można prognozować wystąpienia zjawisk sejsmicznych o określonej energii i kontrolować czas trzęsień ziemi, których uniknąć się nie da.

– Wstrząsy się zdarzają, nie zawsze daje się im zapobiec, pytanie, czy można je przewidzieć. Bo gdyby je można było przewidzieć, to z zagrożonego obszaru można by było usunąć ludzi, sprzęt i co najmniej istotnie ograniczyć straty. Jesteśmy w stanie mierzyć wstrząsy poprzedzające i to, co się próbuje robić, to szukać wzorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego Polskiej Akademii Nauk.

W marcu w Warszawie wystartował hackathon ESGI144, którego celem jest rozwiązanie problemów przedsiębiorstw. Jednym z nich jest ten zgłoszony przez KGHM, czyli możliwość prognozowania wstrząsów sejsmicznych w oparciu o dane na temat zachowania mas skalnych.

Zagrożenie tąpnięciami w kopalniach rud miedzi systematycznie rośnie. Coraz większa eksploatacja, głębsze wybieranie złoża czy powiększanie się powierzchni zrobów powodują, że wstrząsów jest coraz więcej. Aktywność sejsmiczna i tąpnięcia są powszechne wszędzie tam, gdzie wysokie naprężenia w skorupie ziemskiej i znaczna wytrzymałość skał prowadzą do ich dynamicznego niszczenia. Niesie to ze sobą katastrofalne skutki, może prowadzić do zniszczeń otoczenia, wpływa na bezpieczeństwo i życie ludzi.

– Sprawa jest dość ważna, bo ma znaczenie ekonomiczne, w sensie zniszczenie w kopalni, zniszczenie sprzętu. Chodzi o ludzkie życie, bo jesteśmy w stanie usunąć ludzi z zagrożonego obszaru, natomiast mimo kilkudziesięciu lat prac nikt tego problemu nie rozwiązał, i to nie jest kwestia nieudolności tych, którzy się tymi problemami zajmowali, ale dlatego, że to jest bardzo trudne. Tak więc to, co się może wydarzyć, to może powstanie lepszy model, który pozwoli lepiej prognozować wystąpienie tych wstrząsów – ocenia dr Kamil Kulesza.

Ludzie próbowali od wieków przewidywać trzęsienia ziemi. Starożytni Grecy sądzili, że węże i szczury uciekały ze swoich nor, gdy zbliżał się kataklizm. Inni szukali niezwykłych formacji chmur lub próbowali obliczyć, kiedy inne planety mogą się zrównać z ziemskimi płytami tektonicznymi. Obecnie metody są znacznie dokładniejsze.

Grupa badawcza ds. geofizyki stosowanej i środowiskowej na Uniwersytecie Keele zastosowała np. monitorowanie mikrosejsmiczne do prognoz wybuchów w kopalniach węgla w Wielkiej Brytanii i Australii. Dzięki temu można rejestrować, analizować i interpretować mniejsze wstrząsy w przypadku pękania i awarii materiałów geologicznych. Może to mieć miejsce w podziemnych wyrobiskach, np. kopalniach węgla kamiennego. Analiza trzech składowych danych mikrosejsmicznych może zapewnić lokalizację awarii.

Przydatna jest też sztuczna inteligencja – w Indiach naukowcy z Instytutu Technologii i Nauki Sinhgad w Pune badają, w jaki sposób uczenie maszynowe może pomóc pracownikom przewidzieć i przygotować się na trzęsienia ziemi w otoczeniu kopalni węgla.

– Matematycy czasami patrząc z zewnątrz, nie będąc specjalistami w dziedzinie, to znaczy nie badając np. przez 30 lat tego, jak zachowuje się górotwór i skąd wstrząsy się biorą, są w stanie spojrzeć na sprawy bardziej oryginalnie w stosunku do tego, co wiemy dzisiaj i znaleźć rozwiązania, o których inni wcześniej nie pomyśleli – ocenia ekspert Instytutu Matematycznego PAN.

Polscy naukowcy pracują nad algorytmem, który pozwoli prognozować dokładny czas wystąpienia wstrząsów, a także sprowokować w określonym czasie nieuniknione zjawiska sejsmiczne. Może to pozwolić uniknąć ogromnych kosztów, jakie niosą ze sobą wysokoenergetyczne wstrząsy sejsmiczne. Tylko w 2017 roku do kopalń Polskiej Grupy Górniczej wpłynęło prawie 5 tys. wniosków o naprawę szkód. W 2019 roku na naprawianie szkód firma przeznaczyła blisko 155 mln zł.

Wstrząsy stanowią też zagrożenia dla bezpieczeństwa i życia ludzi, także dla obiektów znajdujących się na powierzchni ziemi. Łącznie w ciągu 45 lat w polskim górnictwie węgla kamiennego doszło do ponad 20 poważnych katastrof i wypadków, w każdym z nich zginęło od kilku do ok. 30 osób, a w sumie życie straciło ponad 200 górników. Do największej katastrofy doszło w 1954 roku w kopalni Barbara-Wyzwolenie w Chorzowie, kiedy zginęło ponad 100 osób. Części ofiar można byłoby uniknąć, gdyby wcześniej udałoby się przewidzieć wstrząsy i przeprowadzić je w kontrolowany sposób.

– Świat coraz bardziej polega na matematyce. Można zaryzykować twierdzenie, że tak jak ostatnie 30 lat świat zmieniała rewolucja informatyczna, to powoli informatyka staje się standardem. Zaczynamy te wszystkie techniki cyfrowe i urządzenia traktować tak jak prąd elektryczny, który 100 lat temu też był przełomem. I coraz częściej trzeba zacząć myśleć nie tylko o tym, jakie urządzenia to zmierzą, jakie to policzą, lecz także o tym, w jaki sposób to policzymy, za pomocą jakiego modelu – przekonuje dr Kamil Kulesza.

30% transakcji na rynku nieruchomości odbywa przez agencje

Co roku w Polsce sprzedaje się i kupuje kilkaset tysięcy nieruchomości. Blisko jedna trzecia transakcji kupna-sprzedaży odbywa się za pośrednictwem agentów nieruchomości. Liczba aktywnych pośredników w Polsce wynosi blisko 10 tysięcy. Jak wybrać tego właściwego i na co zwrócić uwagę przy wyborze?

W Polsce jest ponad 14,5 miliona mieszkań o łącznej powierzchni przekraczającej 1,1 miliona m2, których szacowana wartość przekracza 3,2 biliona złotych, wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. Popyt na zakup mieszkań stanowi blisko 4/5 całego popytu na rynku nieruchomości i rozkłada się on na mieszkania: 2-pokojowe 42,44%,  3-pokojowe 33,59%,  1-pokojowe 16,15%,  4-pokojowe 7,61%,  5-pokojowe 0,2%, według Morizon. Na rynku nieruchomości mieszkaniowych, odsetek transakcji gotówkowych wynosi ponad 60%, a kredytów poniżej 40% – wynika z danych przedstawionych przez Emmerson Evaluation.

30% transakcji na rynku nieruchomości odbywa się przy pomocy pośredników – wynika z badań Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości (PFRN). Aktualnie ich liczba w Polsce, zarejestrowanych w PFRN, wynosi 4879. Jednak z analiz platformy Rentier.io wynika, że aktywnych agentów nieruchomości jest dwa razy więcej, tzn. około 10 000. Jak zatem, z tak dużej grupy, wybrać tego właściwego i na co zwrócić uwagę przy wyborze? Eksperci Rentier.io podpowiadają.

Dlaczego warto?

Dobry pośrednik to taki, który swojego klienta obsłuży nie tylko skutecznie, ale też sprawnie, tzn. szybko. Na pytanie „Dlaczego korzystał(a) Pan(i) z usług pośrednika” respondenci w najnowszych badaniach PFRN odpowiadali: oszczędność czasu, szybkość (35%), wygoda (20%), bezpieczeństwo i pewność (19%), trudność w znalezieniu odpowiedniej oferty (11%), szeroka oferta (10%), kompetentna i fachowa pomoc ze strony pośrednika (9%).

Kompleksowa obsługa, wielozadaniowość, praca pod presją zarówno czasu, jak i rosnących wymagań klientów czy konieczność permanentnego rozwoju – to charakterystyka pracy pośredników. Nie jest łatwo być agentem nieruchomości i ci najlepsi doskonale zdają sobie z tego sprawę. Korzystanie z aplikacji pomagających w organizacji czasu czy agregujących wszystkie nieruchomości, za które odpowiadają, to chleb powszedni dla profesjonalistów. Jeśli zatem pośrednik chce sprawnie i skutecznie działać , musi być dobrze zorganizowany i mieć kompleksową wiedzę na temat rynku, jak i poszczególnych nieruchomości.

Nowy typ klienta wspierany danymi rynkowymi

Coraz popularniejsze staje się inwestowanie w nieruchomości wśród Polaków. I mimo potrzeby większego nakładu czasowego oraz finansowego, w porównaniu do tradycyjnych narzędzi inwestycyjnych, np. lokaty bankowej czy bonów skarbowych, wiele osób decyduje się na zakup nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem. Co więcej, taki sposób inwestowania swojego kapitału wybierają coraz częściej osoby nie związane wcześniej z rynkiem nieruchomości. Mimo, że wiele z nich próbuje swoich sił w samodzielnym działaniu, znacząca część osób zwraca się o pomoc do profesjonalistów, w tym do pośredników nieruchomości.

Co więcej, także dane rynkowe zachęcają w dalszym ciągu do zainteresowania się tym rodzajem inwestycji. Analitycy rynku mieszkaniowego spodziewający się końca boomu na rynku nieruchomości wraz z przełomem roku zostali zaskoczeni dobrymi wynikami pierwszego kwartału 2019 r. Pod koniec ubiegłego roku dane wskazywały, że mamy do czynienia z ochłodzeniem koniunktury. Biuro Informacji Kredytowej (BIK) opublikowało informacje, że kredytodawcy przesłali zapytania opiewające na kwotę o niemal jedną czwartą niższą w ostatnim miesiącu 2018 r., w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r.

Dane napływające z rynku w pierwszym kwartale obecnego roku, okazały się  bardzo dobre. W marcu 2019 roku o kredyt hipoteczny aplikowało aż 45 tys. osób, wynika z najnowszych danych opublikowanych przez BIK. To o blisko 9,0 proc. więcej niż 12 miesięcy wcześniej. Średnia kwota wnioskowanego kredytu wzrosła o 11,1 proc., w stosunku do marca 2018 r., do poziomu 271 tys. zł. – mówi Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io. – Indykatorem utrzymującej się dobrej koniunktury na rynku mieszkaniowym jest też wynik BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe. W ostatnim miesiącu pierwszego kwartału 2019 r. banki i SKOK-i, w przeliczeniu na dzień roboczy, przesłały do BIK-u zapytania o kredyty hipoteczne na kwotę wyższą o 26,7 proc., niż rok wcześniej. Zatem, nie tylko nie mamy do czynienia z początkiem bessy mieszkaniowej, ale możemy uznać, że hossa na rynku nieruchomości trwa  – podsumowuje Bubiel z Rentier.io.

Oczywiście, inwestor jest zdecydowanie innym rodzajem klienta niż osoba szukająca wymarzonych czterech kątów dla siebie. Kieruje się innymi kryteriami wyboru nieruchomości. Nie przekona go wizualizacja mieszkania jako idealnego ogniska domowego czy dobra lokalizacja skomunikowana ze szkołą czy przedszkolem. W jego wypadku zdecydowanie chodzi o liczby i wskaźniki. Czy nieruchomość będzie rentowna? Jaki będzie zwrot z inwestycji? Na te pytania pośrednik musi być w stanie odpowiedzieć i to szczegółowo, ponieważ co najważniejsze w tym przypadku – klient inwestycyjny to klient powracający. Warto zatem zadbać o niego jak najlepiej.

Więcej, szybciej, skuteczniej

Jeżeli przy sprawach tak prostych jak organizacja dnia korzystamy z dodatkowych narzędzi, dlaczego pośrednik nie powinien zrobić tego samego przy procesach o wiele bardziej skomplikowanych? Z pewnością, każdy doświadczony agent nieruchomości jest w stanie ocenić swoim fachowym okiem czy dana nieruchomość jest atrakcyjna czy też nie. Jednak co w przypadku, gdy klient zada bardziej szczegółowe pytania? Porównanie stopy zwrotu z wynajmu nieruchomości z lokatą w określonym czasie? Jaki będzie miesięczny przychód, po uwzględnianiu podatków i opłat oraz okresu pustostanów? Ciężko będzie odpowiedzieć pośrednikowi na takie pytania nie będąc przygotowanym. Dzięki zautomatyzowanym, internetowym narzędziom jest to jednak możliwe. Wyszukują one najciekawsze oferty mieszkaniowe, a jednocześnie obliczają ponad 40 wskaźników dla nieruchomości i porównują je dla kilku mieszkań. Wspomagają pośredników przy tak ważnych klientach jak inwestorzy, oszczędzając czas, czyniąc pośrednika efektywniejszym, a tym samym pozwalają na budowanie dobrej, długofalowej relacji z klientem.

Takie aplikacje internetowe współdziałają z większością popularnych portali ogłoszeniowych oraz sprawnie generują raporty na temat wybranego mieszkania, który w sposób wygodny i przejrzysty pośrednik może zaprezentować klientowi. Od informacji o przychodach, po obliczenie ROI – wszystkie te dane i wskaźniki zostaną zaprezentowane w zgrabnej formie opatrzonej logo biura nieruchomości oraz danymi kontaktowymi pośrednika. W takiej postaci będą gotowe do zaprezentowania nawet najbardziej wymagającemu inwestorowi.

Coś, co agentom nieruchomości mogłoby niepotrzebnie zająć dużo czasu, przy pomocy narzędzia zajmuje chwilę, a równocześnie robi to precyzyjniej i automatycznie. Funkcjonalność aplikacji to nie tylko analiza inwestycyjna. Pozwala ona pośrednikom także na orientacyjną wycenę nieruchomości na podstawie obszernych baz danych podobnych ofert w okolicy. Oczywiście, każdy pośrednik mógłby starać się pozyskać dane we własnym zakresie, sprawdzać oferty konkurencji na portalach lub nawet zakupić całe bazy. Jednak jak wiadomo czas to pieniądz. Po co więc przedzierać się przez gąszcze rekordów, kiedy aplikacja może to zrobić za pośrednika?

Warto także podkreślić, że klient indywidualny na potrzeby jednej transakcji raczej nie będzie kupował dostępu do zaawansowanych narzędzi, a dobry pośrednik je ma i będzie korzystał z nich dla dobra klienta. To w połączeniu z wiedzą ekspercką agenta, uzasadnia płacenie pośrednikowi prowizji – podsumowuje Anton Bubiel z Rentier.io.

Oczywistym jest jednak, że praca agenta nieruchomości to coś więcej niż wyszukiwanie ofert i przenoszenie własności od jednej osoby do drugiej. Osoby, które zwracają się o pomoc do pośredników, oczekują kompleksowej, sprawnej obsługi, ale także pomocy i profesjonalnej porady od osoby, której będą w stanie zaufać. Zakup nieruchomości to nie decyzja, którą podejmuje się pochopnie, a znalezienie odpowiedniego mieszkania to nie lada wyzwanie. Poświęcenie i obowiązkowość to bardzo ważne cechy pośrednika. Automatyzacja procesów ma na celu wspomóc pośrednika, ale go nie zastąpi.

Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje nowy program gospodarczy

Federacja Przedsiębiorców Polskich przedstawiła nowy program gospodarczy. FPP proponuje w swoim programie rozwiązania systemowe – skupia się na gospodarczej stronie funkcjonowania państwa, mając na uwadze zarówno dobro przedsiębiorców, jak i ich znaczenie dla krajowego budżetu. W tegorocznych programach Federacji Przedsiębiorców Polskich znajdziemy sposoby i pomysły na to, jak zwiększyć wpływy do budżetu państwa – nie obciążając dodatkowo przedsiębiorców kosztami podatkowymi. Propozycje FPP skupiają się także na rozwiązywaniu kwestii fiskalnych, udogodnieniach dla przedsiębiorców czy problemach związanych z ubezpieczeniami społecznymi, które dotykają przedsiębiorców.

– Szacujemy, że wpływ z realizacji proponowanego programu gospodarczego na saldo sektora finansów publicznych wyniesie +4,6 mld zł rocznie. Program zakłada wpływy z wzrostów dochodów i ograniczenia wydatków na poziomie 13,7 mld zł – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący FPP. – Przygotowany przez nas program gospodarczy jest efektywnym narzędziem służącym poprawie warunków działalności przedsiębiorców oraz chroniącym dobro obywateli, także w przypadku pogorszenia koniunktury. Proponujemy wprowadzenie zmian, które nie tylko uporządkują otoczenie prawne działalności gospodarczej na przyszłość, ale również naprawią błędy przeszłości i spowodowane przez nie szkody – wyjaśnia Kowalski.

Upadłość konsumencka już nie tylko dla zamożnych

dług karta kredytowa windykacjaOgłoszenie upadłości konsumenckiej przez niewypłacalnego dłużnika wiąże się ze spełnieniem określonych warunków. Konsument ten powinien być osobą niewypłacalną, która nie przyczyniła się do powstania owego stanu na skutek rażącego niedbalstwa, czy umyślnego działania. Istotne jest też, aby nie dopuściła się pogłębiania tegoż stanu niewypłacalności w taki sam sposób. Wraz z ostatnią nowelizacją przepisów został zniesiony warunek, który zamykał drogę do oddłużenia – od początku 2015 roku brak majątku w upadłości konsumenckiej nie jest żadną przeszkodą.

Konieczność posiadania majątku występuje jedynie w kontekście przedsiębiorców, których aktywa winny pokryć koszty postępowania upadłościowego i częściowo spłacić wierzycieli. W postępowaniu upadłościowym osoby fizycznej, która nie jest przedsiębiorcą tzw. ubóstwo masy upadłościowej może nieść ze sobą pewne korzyści. Brak trudnych do zbycia składników majątkowych po stronie upadłego przekłada się krótszy czas postępowania. Do umorzenia zobowiązań rzetelnego dłużnika dochodzi zatem szybciej.

W myśl zasady: „nic nie ma za darmo”, powstaje pytanie kto pokrywa koszty postępowania upadłościowego? Regułą jest, że są one tymczasowo pokrywane ze środków Skarbu Państwa. Finalnie są one jednak regulowane przez samego upadłego, który na etapie planu spłaty wierzycieli zostaje obciążony okresowymi płatnościami, aby „oddać dług” Skarbowi Państwa. Dłużnik, który ma zamiar złożenia stosownego wniosku o upadłość powinien uregulować 30 zł tytułem opłaty sądowej. Jest to niewątpliwy ukłon w stron mniej zamożnych konsumentów, względem przedsiębiorców, którzy winni uiścić opłatę w kwocie 1 000 zł.

Jak działa upadłość konsumencka po uwzględnieniu wniosku przez sąd? Postępowanie przebiega według trzech etapów. W pierwszej kolejności dochodzi do wydania stosownego postanowienia przez sąd. Następnym etapie jest likwidacja majątku upadłego, pod warunkiem że on występuje. Trzeci w kolejności jest wcześniej wspomniany plan spłaty wierzycieli, by ostatecznie pozostałe zobowiązania zostały umorzone. Niewątpliwie najkorzystniejszym rozwiązaniem dla upadłego jest brak jakiegokolwiek majątku, a także możliwości podjęcia zatrudnienia (np. z powodu choroby). Wtedy w stosunkowo krótkim czasie dochodzi do umorzenia zobowiązań. Czym się kieruje sąd ustanawiając ewentualny plan spłat? W ogromnej mierze dochodami upadłego, a także kosztami życia jego i osób będących na jego utrzymaniu. W sporadycznych przypadkach dochodzi też do tego, że sąd decyduje się na ustalenie planu, gdy upadły nie ma pracy, lecz posiada możliwości jej podjęcia. Plan ten jest jednak formą „pokuty” i nie powinien być ustanowiony na poziomie niemożliwym do zrealizowania dla upadłego.

Recepta w genach

BadamyGeny.pl to nowatorski program, który został opracowany przez zespół Warsaw Genomics działający przy Uniwersytecie Warszawskim. Zespół kierowany jest przez prof. Krystiana Jażdżewskiego, Laureata nagrody Polskiej Rady Biznesu im. Jana Wejcherta, oraz dr hab. med. Annę Wójcicką, prezes Warsaw Genomics. Program „BadamyGeny.pl” jako pierwszy na świecie opracował metodę tanich testów genetycznych opartych na sekwencjonowaniu genomowym i pozwala szybko i wiarygodnie ocenić ryzyko zachorowania m.in. na raka piersi, prostaty i wielu innych nowotworów dziedzicznych.

Badanie obejmuje 14 genów, które odpowiadają za powstawanie raka piersi i prostaty, oraz 56 genów, odpowiedzialnych za pozostałe nowotwory dziedziczne. Każdy z badanych genów może być uszkodzony w kilku tysiącach miejsc. Dzięki metodzie opracowanej przez zespół Warsaw Genomics, można ocenić, czy w którymkolwiek z nich istnieje wada, która zwiększa ryzyko zachorowania na raka. W sumie badanych jest ponad 100 tys. potencjalnych uszkodzeń. Dodatkowo, każda wykryta zmiana chorobotwórcza jest potwierdzana inną metodą badania. Daje to niemal całkowitą pewność, że znaleziony u pacjenta wariant genetyczny jest prawdziwy. Koszt badania jest 20-krotnie niższy niż analogicznych badań przeprowadzanych za granicą.

Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów co trzeci Polak zachoruje na raka. Zapadalność na nowotwory rośnie na całym świecie. Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia, liczba nowych zachorowań w ciągu najbliższych dwóch dekad wzrośnie o około 70 proc. Najnowsze dane wskazują, że rak jest jedną z dwóch głównych – obok chorób układu krążenia – przyczyn śmierci w naszym kraju. Umiera na niego już co czwarty Polak. Lekarze są zgodni – nowotwór można wyleczyć, jeżeli dowiemy się o nim odpowiednio wcześnie. Program „BadamyGeny.pl” pozwala wykryć podwyższone ryzyko zachorowania na raka. W efekcie, dzięki odpowiednio wczesnej profilaktyce można zapobiec rozwojowi choroby lub rozpocząć jej leczenie w początkowym, często uleczalnym stadium.

Deloitte, wspólnie z Warsaw Genomics, przygotował raport „Recepta w genach. Korzyści gospodarcze z przesiewowych badań genetycznych”. – Staraliśmy się przygotować analizę ekonomiczną, która pokaże, jak przesiewowe badanie genetyczne może wpłynąć na gospodarkę – mówi w rozmowie z MarketNews24 Julia Patorska, lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.

Przeprowadzono badanie ekonomiczne kosztów i korzyści wprowadzenia powszechnego badania genetycznego dla populacji osób w wieku 25-34 lata, w ciągu najbliższych 20 lat. Koszty, które bezpośrednio z budżetu państwa trzeba będzie ponieść związane są z samym przeprowadzeniem badania, którego cena dziś wynosi 599 zł, ale także z prewencyjnym leczeniem tych osób, u których zdiagnozuje się mutację genową, wynoszą 36,7 mld zł.

– Myśląc o wydatkach, musimy też spojrzeć na sferę całej gospodarki. Choroba, to że człowiek nie jest w stanie pracować, przebywa na zwolnieniu, a także czasem kończy się to zgonem, powoduje realną stratę dla gospodarki, dla PKB – wyjaśnia J.Patorska. – Wyliczyliśmy, że uniknięcie chorób związanych z nowotworami, których ryzyko można wcześniej zdiagnozować, poprzez badanie genetyczne, umożliwi ograniczenie straty dla gospodarki w wysokości ponad 90 mld zł.

Jak wynika z raportu, korzyść dla gospodarki jest trzykrotnie większa od kosztów obciążających budżet państwa.

Specjaliści z Deloitte i działającego przy Uniwersytecie Warszawskim zespołu Warsaw Genomics przekonują, że badania genetyczne mogą przynieść znaczne korzyści nie tylko całemu społeczeństwu, ale także gospodarce.

Badanie genetyczne metodą opracowaną przez zespół Warsaw Genomics obejmuje w całości 70 genów, podczas gdy w standardowych badaniach wykonywanych w Polsce w celu określenia genetycznego ryzyka zachorowania na raka piersi lub jajnika, analizuje się jedynie kilka punktów w kilku genach. Jeżeli analizujemy wszystkie geny odpowiedzialne za zwiększone ryzyko zachorowania na raka, to potrafimy znaleźć każdą jedną mutację, która zagraża pacjentom. W 2020 r. Warsaw Genomics planuje zbadać 1 mln osób, co oznacza prawdopodobieństwo znalezienia ponad 50 tys. osób wymagających szczególnej opieki prewencyjnej i zabezpieczenia przed nowotworem.

Bliźniaczy deficyt zgubi Polskę

W ostatnich latach Polska zrobiła ogromny postęp zarówno w kontekście salda obrotów bieżących, jak i sektora finansów publicznych. Teraz jednak, z powodu zbyt szybkiego  przejadania owoców wzrostu, możemy popaść w poważne tarapaty — pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.  

Opublikowany pod koniec ubiegłego tygodnia przegląd polskiej wiarygodności kredytowej przygotowany przez S&P Global Ratings tylko pozornie jest optymistyczny. Wg prognoz agencji na kolejne lata na Polskę czyhają dwa poważne zagrożenia.

Jedno z nich to szybko pogarszający się bilans rachunku bieżącego (C/A) związany ze zbyt gwałtownym wzrostem importu w relacji do eksportu. Jeszcze w 2017 r. C/A był minimalnie dodatni (0,1 proc. PKB). Za trzy lata natomiast C/A będzie w poważnym deficycie wynoszącym 2,9 proc. PKB (ok. 75 mld złotych).

Równie szybko, jak nierównowaga zewnętrzna będzie rosnąć dziura w polskich finansach publicznych. Już w 2020 r. osiągnie poziom 2,6 proc. przyszłorocznego PKB (ponad 60 mld zł) i to bez uwzględnienia programu Emerytura plus, gdyż agencja w swoich szacunkach nie zakłada, by to świadczenie miało charakter stały. Gdyby uznać jednak, że świadczeniobiorcy otrzymają 13 emeryturę również w 2020 r., to deficyt można szacować na ok. 70 mld zł, czyli mniej więcej 3 proc. PKB. Dlaczego dla gospodarki, szczególnie takiej jak Polska, bliźniaczy deficyt (twin-deficit) jest takim zagrożeniem?

Sukces mimo trudnych początków

30 lat temu Polska nie miała kapitału (po PRL byliśmy bankrutami). Ponieważ bez kapitału nie ma wzrostu gospodarczego, kraj musiał go pozyskiwać za granicą. Udział zagranicznego kapitału na naszym rynku w przedsiębiorstwach produkcyjnych czy konsumpcyjnych oraz w obligacjach skarbowych powodują, że mamy ujemną pozycję inwestycyjną netto (różnica pomiędzy aktywami zagranicznego kapitału w Polsce i polskiego za granicą).

Od 2014 r. ujemna pozycja inwestycyjna wyraźnie się zmniejsza. Jest to efekt spektakularnego poprawienia się salda obrotów towarowych w latach 2012-2016 oraz wzrostu dodatniego salda usług (transport, podróże, usługi biznesowe). Spowodowało to, że Polska osiągnęła w 2017 r. nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących. To dzięki odwadze krajowych przedsiębiorców szukających okazji biznesowych za granicą i względnie niskim wynagrodzeniom pracowników zaczęliśmy spłacać zobowiązania wobec świata.

Kolejnym sukcesem minionych lat (2016-2018) była znaczna redukcja luki VAT, co pomogło finansom publicznym ograniczyć deficyt praktycznie do zera. Skuteczne działanie administracji skarbowej pozwoliło na osiągnięcie skumulowanego jednorocznego efektu uszczelnienia VAT na poziomie 21,7 mld zł (ok. 1,0 proc. PKB) w 2018 r. wg szacunków Polskiego Instytut Ekonomicznego (Policy Paper 3/2019).

Oba wydarzenia, czyli zbilansowanie rachunku bieżącego i sektora finansów publicznych mogą jednak szybko obrócić się wniwecz. Wynika to ze zbyt szybkiej konsumpcji owoców wzrostu. Przede wszystkim jest to związane z nienaturalnie hojnym systemem świadczeń społecznych, które w nowym kształcie utrudniają lub nawet mogą uniemożliwiać przyszły rozwój Polski.

Z dobrej sytuacji w bliźniaczy deficyt

W porównaniu do sytuacji z 2015 r. wydatki sektora finansów publicznych związane z programami społecznymi wzrosną o ponad 60 mld zł rocznie. Składają się na to świadczenia Rodzina 500 plus na każde dziecko i Wyprawka plus (ponad 40 mld zł), obniżenie wieku emerytalnego oraz trzynasta emerytura (ok. 20 mld zł).

Rozwój Polski i bogacenie się społeczeństwa uzasadniało pewną pomoc rodzinom, które tego potrzebowały. Ta pomoc w uproszczeniu powinna jednak być przede wszystkim skierowana do osób z dochodami poniżej mediany. To tam jest największe zagrożenie ubóstwem, zbyt małymi wydatkami na edukację czy zdrowie lub zbyt nisko wartościowym odżywianiem się. To kosztowałoby ok. 15-20 mld rocznie. Kilka miliardów wystarczyłoby także, by zaoferować adekwatną pomoc rodzinom emerytów czy rencistów.

Dodatkowo wydawanie ok. 40 mld każdego roku nie ma już większego przełożenia na budowanie przyszłego kapitału społecznego w kraju. Pieniądze przeznaczane są raczej na konsumpcję bardziej luksusowych dóbr i usług, a nie na poprawę edukacji czy zdrowia. Jeżeli rodzina uzyskująca dochody na poziomie 100 tys. rocznie nie zapewnia odpowiedniego rozwoju potomstwu to przy dochodach 106 tys. czy 112 tys. też prawdopodobnie tego nie zrobi.

Te dodatkowe 40 mld zł sprzyja więc wyższemu importowi. To z kolei pogarsza saldo handlowe (wg danych NBP za luty saldo obrotów towarowych miało wartość minus 25 mld zł za ostatnie 12 miesięcy, czyli najwięcej od 6 lat). Jak wynika z prognoz S&P, to saldo będzie się dalej wyraźnie pogarszać (do minus 3,7 proc. PKB w 2022 r. – czyli prawie 100 mld zł) zwiększając tym samym deficyt C/A.

Wydatki państwa znacznie przekraczające przychody (nawet uwzględniając uszczelnienie systemu podatkowego) będą oznaczać rosnący deficyt sektora finansów publicznych. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) dziura w polskich finansach osiągnie w przyszłym roku 3,1 proc., PKB, czyli ponad 70 mld zł.

Szczególne zagrożenie dla Polski

Jeżeli trzyprocentowy deficyt sektora finansów publicznych i rachunku bieżącego w sytuacji relatywnie dobrej koniunktury się zrealizuje, to będzie oznaczać poważne problemy dla Polski.

Znowu dojdzie do zwiększenia ujemnej międzynarodowej pozycji inwestycyjnej, gdyż ponownie zaczniemy importować kapitał, chociaż do rozwoju powinniśmy już posługiwać w znacznym stopniu swoim (tak jak to robią np. Czechy, które od 5 lat mają dodatnie saldo C/A).

Podwójny deficyt byłby także szczególnie groźny, gdyby doszło do niespodziewanego spowolnienia koniunktury globalnej czy recesji. W takiej sytuacji dziura budżetowa dramatycznie wzrośnie poprzez mniejsze przychody do budżetu i wyższe koszty finansowania długu. Z kraju dodatkowo uciekłby kapitał, co oznacza, że byłoby go jeszcze mniej na inwestycje. Konieczne wtedy byłoby drastyczne zaciskanie pasa, które obniża potencjalny wzrost gospodarczy. Tego wszystkiego doświadczyły Węgry w poprzedniej dekadzie. Spowodowało to opóźnienie rozwoju kraju o co najmniej 10 lat w porównaniu do wcześniejszej ścieżki czy wyników Polski oraz Czech (przypadek Węgier jest szeroko opisywany w opracowaniu Komisji Europejskiej „Macroeconomic imbalances — Hungary” z 2012 r.).

Silnie negatywny bilans strat do korzyści

Zbyt hojna polityka transferów socjalnych dla osób uzyskujących dochody powyżej mediany (idealnie to pokazuje np. Raport Przedwyborczy Cen EA 12/04/2019) będzie generować poważne wyzwania zarówno budżetowe, jak i w przypadku salda rachunku bieżącego, który jest miernikiem konkurencyjności kraju.

Przy mniejszych transferach unijnych, gorszych perspektywach globalnego wzrostu gospodarczego, niskich inwestycjach przedsiębiorstw prywatnych, negatywnych trendach demograficznych, rosnących obciążeniach w służbie zdrowia te dodatkowe 30-40 mld zł rocznie powinny służyć jako bufor rozwojowy w przypadku spowolnienia koniunktury. Obecnie natomiast te środki będą głównie spożytkowane na zbyt wysoką bieżącą konsumpcję importowanych dóbr i usług, co finalnie pogorszy długoterminowe perspektywy rozwoju kraju. W przypadku splotu negatywnych wydarzeń może to opóźnić nasz proces doganiania zamożnych gospodarek nawet o 10 lat, jak to miało miejsce w przypadku Węgier.

Dlaczego bez rządowego programu PPK nasze życie byłoby lepsze

Świat bez Pracowniczych Planów Kapitałowych byłby lepszy. Pomimo dobrowolnego uczestnictwa w PPK, 74 proc. obecnie żyjących ludzi traci na jego wprowadzeniu. Traci na wprowadzeniu rządowego programu aż 96 proc. emerytów.

Projekt PPK zakłada dodatkową i w praktyce obowiązkową składkę emerytalną. Dodatkową, bo składka do PPK nie zastępuje składek już istniejących. Obowiązkową, bo choć teoretycznie można dołożyć starań i zrezygnować z PPK, procedura ta jest złożona i trzeba ją cyklicznie powtarzać.

PPK nie rozwiązuje najważniejszego problemu przyszłych emerytów, bo nie pomaga odpowiedzieć na pytanie, jak rozłożyć oszczędności, aby na pewno starczyło nam na życie do ostatnich dni – oceniają naukowcy z GRAPE, który jest niezależnym, pozarządowym ośrodkiem badawczym, który został założony w 2011 r. PPK oferuje wypłatę rozłożoną na 10 lat. Zgodnie z projektem można co prawda wypłacić środki jednorazowo lub w transzach, ale obciążone jest to 30% uszczerbkiem wartości zgromadzonego majątku.

Dlaczego na wprowadzeniu PPK straci 74 proc. obywateli? Bo ulgi podatkowe (zwolnienie z podatku od dochodów kapitałowych) i dopłaty (powitalna i roczne) generują wystarczającą zachętę aby przekonać wszystkich do uczestniczenia w PPK. Jednak ulgi i dopłaty jednocześnie generują koszty fiskalne, które muszą zostać sfinansowane poprzez podniesienie podatków. Dodatkowe obciążenia fiskalne wymagać będą podniesienia VAT o 0.7 punkta procentowego wobec scenariusza status quo.

– Wprowadzane ulgi są wystarczającą zachętą, ale trzeba je jakoś sfinansować, a potencjalnym rozwiązaniem jest podniesienie opodatkowania konsumpcji – mówi w rozmowie z MarketNews 24 Oliwia Komada, główna ekonomistka GRAPE.

Wzrost oszczędności w gospodarce będzie jednocześnie znacznie niższy niż prognozowany w uzasadnieniu do projektu ustawy. Każda złotówka odprowadzona do PPK zostanie skompensowana zmniejszeniem dobrowolnych oszczędności własnych o 73 grosze.

Gdyby PPK zapewniały równe raty podczas życia na emeryturze (a nie 10-letnie raty), na wprowadzeniu rządowego programu wspierającego system emerytalny traciłoby znacznie mniej osób (ok 53%). Większa byłaby także skala redukcji ubóstwa.

– Dzisiaj przeciętny 65.-latek ma przed sobą 15 lat życia, a w przypadku kobiet przechodzących na emeryturę jest to okres dłuższy, to dlatego PPK w praktyce w niewielkim stopniu zmienią ubóstwo w starszym wieku – wyjaśnia Oliwia Komada.

Brexit opóźniony. Co dalej z kursem funta?

Kurs funta jest niski, co uderzyło w dochody tych Polaków, którzy pracują w Wielkiej Brytanii, a zarobki wysyłają do kraju. Jednak chaotyczny brexit staje się mniej prawdopodobny i kurs funta wobec złotego powinien rosnąć.

W ostatnich tygodniach kurs brytyjskiego funta ustabilizował się w okolicach 5 zł za funta. Kurs funta w niewielkim stopniu reagował na medialny chaos wokół brexitu.

– Jeśli prawdopodobieństwo chaotycznego brexitu zostanie wyeliminowane, to kurs funta wobec złotego powinien się wzmocnić do 5,15-5,20 zł – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Eksperci: Widać pierwsze oznaki spowolnienia na rynku nieruchomości

Firmy deweloperskie notują spadki sprzedaży mieszkań. Wynika to m.in. z coraz to bardziej zaostrzających się warunków dostania kredytów i podwyżek cen mieszkań. Czy rok 2019 będzie ciężki dla deweloperów?

– Zostały opublikowane dane z lutego dot. kredytów i one były dość zaskakujące dlatego, że wstępnie BIK podawał, że liczba złożonych wniosków bardzo mocno wzrosła, ale pokazał nam również dane ukazujące fatyczną wartość i liczbę udzielonych kredytów no i się okazały niespodzianką tzn. aż o 18% spadła liczba wypłaconych kredytów rok do roku, wartość spadła o 5% więc pojawiają się symptomy spowolnienia gospodarczego – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

Mieszkania są kupowane nie tylko przez osoby chcące w nich zamieszkać, ale także przez inwestorów, którzy chcą je wynajmować. Jak wygląda ich sytuacja na rynku?

– Ten trend spadkowy sprzedaży mieszkań zaczął się w zeszłym roku. Na razie jeszcze nie wiemy czy inwestorzy ogłosili odwrót, ale coraz więcej się mówi i pisze, że mieszkania na tyle podrożały, że rentowność wynajmu spada – mówi Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

– Firmy deweloperskie ogłosiły swoje plany sprzedażowe na 2019 rok prognozując, że będą mieli jeszcze zwyżki w stosunku do 2018 roku. Uważam, że będzie to trudne do zrealizowania – mówi Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

W sklepach nie widać większego ruchu przed świętami

Ponad połowa kasjerów zauważa mniejszy ruch przed tymi świętami niż rok temu. Tylko 13% badanych zdecydowanie twierdzi, że obecnie przychodzi więcej klientów. Zaledwie 7% nie potrafi tego ocenić. Najwięcej wątpliwości pod tym względem mają pracownicy dyskontów. W tych sklepach nie dostrzeżono większego oblężenia – 55%. Z kolei w hipermarketach najwięcej sprzedawców uważa, że ruch raczej nie powiększył się w porównaniu do zeszłorocznego okresu – 36%. W supermarketach łącznie aż 57% badanych stwierdza, że nie obsługuje więcej osób niż w ubiegłym roku. W sieciach convenience również nie zaobserwowano wzrostu liczby konsumentów – 59%. Tak wykazało badanie przeprowadzone przez międzynarodowy zespół Hiper-Com Poland i Grupę AdRetail.

Dr Andrzej Maria Faliński
Dr Andrzej Maria Faliński

Na początku kwietnia br. aż 54% wszystkich ankietowanych kasjerów zaobserwowało mniejszy ruch w sklepach w porównaniu do ubiegłorocznego okresu przedświątecznego. Jak twierdzi dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, to jest skutek polityki promocyjno-informacyjnej sieci. Produkty są na bieżąco mocno promowane, by zniwelować efekt zakazu handlu w niedziele. Luksusowy towar jest dostępny na co dzień w niskich cenach. A to zdecydowanie zmniejsza wrażliwość konsumentów na ofertę świąteczną. Ekspert podkreśla również, że widać to najwyraźniej w sklepach zakupów masowych, czyli w supermarketach, hipermarketach i dyskontach.

– Fakt, że większość kasjerów nie obserwuje wzmożonego ruchu, może raczej wynikać z dynamicznego rozwoju sieci, w szczególności dyskontów i sklepów convenience. Konsumenci mają do wyboru coraz więcej nowych placówek, przez co są bardziej rozproszeni. Ponadto wielu z nich zaczyna zamawiać zakupy do domu. Natomiast spadek liczby klientów w sklepach sam w sobie jest pozytywnym zjawiskiem. Nikt przecież nie lubi długich kolejek, zwłaszcza przed świętami, gdy każdy jeszcze bardziej niż zwykle się spieszy. Handel zyskuje, gdy kupujący są zadowoleni – mówi Karol Kamiński, Dyrektor Zarządzający w Grupie AdRetail.

Wśród tych osób, które zauważyły zwiększony ruch, więcej kasjerów mówiło, że raczej tak jest – 26%. Mocne zdecydowanie wyraziło 13%. Dr Faliński zwraca uwagę na to, że pracownik sieci handlowej nie ma możliwości dokładnego śledzenia ilości klientów i uogólnienia struktury zakupu. Pracuje szybko i wedle pewnej rutyny, nakierowanej na uniknięcie pomyłki i utrzymanie tempa sprzedaży. I dlatego więcej badanych wykazuje lekką niepewność.

– Łącznie tylko 7% ankietowanych zupełnie nie potrafiło ocenić natężenia ruchu w sklepach w porównaniu z zeszłym rokiem. Najwięcej niezdecydowanych osób było w dyskontach – 10%, a potem – w hipermarketach – 8%. W obu tych formatach kasjerzy często mają wśród swoich obowiązków takie, które nie dotyczą bezpośredniego obsługiwania kas. I przez to mogą mieć większy problem z oceną sytuacji. Poza tym hipermarkety mają największą powierzchnię, przez co najtrudniej tam zauważyć wszystkich klientów – wyjaśnia Karina Gręda, Country Manager z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland.

W hipermarketach w sumie 47% pracowników dostrzegło więcej klientów w swoich sklepach. Tych, którzy tego nie zaobserwowali, było 45%. Dr Faliński uważa, że to jest związane z możliwością zakupu najszerszej gamy towarów spośród wszystkich formatów. Ma to szczególne znaczenie przed świętami. Zwłaszcza w dyskontach trudno osiągnąć ten efekt. Zdaniem byłego dyrektora generalnego POHiD-u, tam chodzi głównie o kontakt z towarem dobranym w optymalny sposób.

– W dyskontach kasjerzy nie zauważyli większego ruchu. W sumie 55% tak zadeklarowało. Trzeba zaznaczyć, że w tego typu sklepach zakupy częściej są robione w ostatniej chwili. I bardziej można spodziewać się wzrostu liczby klientów na 2-3 dni przed świętami. Dlatego ponad połowa pracowników kas nie odczuła jeszcze większego oblężenia. Ale ich wrażenia mogą zdecydowanie się zmienić np. w piątek przed samą Wielkanocą – dodaje Karina Gręda.

Natomiast w supermarketach 57% respondentów nie zauważyło, żeby ruch był większy niż rok temu. Zwiększenie liczby klientów zaobserwowało 40% badanych. A tylko 3% nie miało na ten temat żadnego zdania. W ocenie Karola Kamińskiego, specyfika formatu daje nieco więcej czasu na obserwację, co się dzieje. Różnica w odczuciach pracowników może wynikać z tego, że pracują oni o innych porach. Zwiększenie ruchu w sklepie może następować tylko w pewnych godzinach.

– Dużą różnicę w odczuciach kasjerów odnotowano też w sieciach convenience. 59% badanych nie zauważyło większego ruchu. Natomiast 34% dostrzegło wzrost liczby klientów. Trzeba jednak zauważyć, że w tego typu placówkach jest najmniejsze tempo pracy. Zatem pracownicy mają więcej czasu na refleksje. Wrażenia są uwarunkowane porą dnia, czyli zależą od zmiany – porannej vs wieczornej. Poza tym ten format w najmniejszym stopniu dotknęło niedzielne ograniczenie handlu, co dało m.in. efekt faktycznego wzrostu sprzedaży – tłumaczy dr Maria Andrzej Faliński.

Z kolei ekspert z Hiper-Com Poland przypomina, że w sklepach typu convenience konsumenci raczej nie robią dużych przedświątecznych zakupów. Mogą tam wstępować w ostatniej chwili po pojedyncze składniki, których akurat im zabraknie, np. do pieczenia babki wielkanocnej czy też do ugotowania żurku. W opinii Kariny Grędy, pracownicy tego formatu mogą mieć jeszcze większe trudności z oceną ruchu klientów niż kasjerzy zatrudnieni w supermarketach.

– Moim zdaniem, handel nie musi martwić się odczuciami kasjerów, które są mocno związane z trybem pracy i rodzajem obsługiwanego sklepu. Sprzedaż rynku detalicznego wzrosła przecież w ostatnim roku o ok. 6%. Niemniej warto trzymać rękę na pulsie. Jeśli poza sezonem świątecznym występuje zbyt wiele promocji, to za rok czy za dwa lata oferty wielkanocne niemal przestaną się różnić od tych cotygodniowych – ostrzega dr Faliński.

Badanie zostało zrealizowane na terenie 10 dużych miast, tj. Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy, Białegostoku, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Katowic i Krakowa, a także ich najbliższych okolic, czyli 11 średnich i mniejszych ośrodków. Ankieta została przeprowadzona wśród kasjerów pomiędzy 1 a 8 kwietnia br. w sieciach handlowych, tj. w 83 dyskontach, 79 hipermarketach, 74 supermarketach i 72 sieciach convenience. Łącznie zbadano 308 placówek. W każdym sklepie zapytano o zdanie 2 pracowników (którzy wg deklaracji pracowali w zeszłym roku w sezonie przedświątecznym). W sumie w badaniu uczestniczyło 616 osób. Wśród nich było 58% kobiet i 42% mężczyzn.

Słabość dolara = mocniejsze waluty emerging markets

Rynki powoli budzą się do życia w przedświątecznym tygodniu. Niemniej jednak widoczny jest większy apetyt inwestorów na aktywa ryzykowne, w tym złotego. Z pewnością krajowej walucie pomogła decyzja S&P, która podtrzymała rating na wysokim poziomie A-.

S&P pozytywnie o Polsce

W piątek jedna z czołowych agencji ratingowych nie widziała potrzeby zmiany wiarygodności kredytowej dla Polski. S&P prognozuje stabilny wzrost polskiej gospodarki na poziomie 4%. Jeśli chodzi o pakiet fiskalny to agencja stwierdziła, że owszem przyniesie on wzrost deficytu ale zostanie utrzymany w ryzach, czyli na poziomie 3% PKB. W efekcie w relacji do głównych walut złoty zyskuje EUR/PLN spadł poniżej 4,28, a CHF/PLN poniżej 3,78. Kilka groszy tańszy jest też USD/PLN, który przebił wsparcie na 3,80 i oscyluje w okolicach 3,78.

Safe haven w odwrocie

Trzeba jednak zauważyć, że złotówce bardziej jednak sprzyjają wydarzenia na szerokim rynku, niż te bezpośrednio związane z krajowym rynkiem. Widoczny jest mocny spadek awersji do ryzyka obserwowany przez zainteresowanie inwestorów walutami uznawanymi za bezpieczne. EUR/CHF jest na miesięcznych minimach i notuje poziomy powyżej 1,13. Również w odwrocie jest jen japoński, który jest najtańszy w tym roku.

Słabość dolara = mocniejsze waluty emerging markets

Bez wątpienia walutom rynków wschodzących sprzyja sytuacja na EUR/USD gdzie kurs powrócił do znanej konsolidacji z dolnym ograniczeniem w okolicach 1,13. W piątek główna para walutowa notowana była nawet po 1,1325. Ruch w górę na tej parze pozwolił odetchnąć nieco złotemu w relacji do zielonego gdzie zeszliśmy poniżej 3,78.

Będzie się działo w Polsce

Tydzień nie powinien być nudny na rynkach. Poznamy cały szereg danych makro. Jeśli chodzi o krajowy rynek będą to dane o inflacji konsumenckiej w marcu, poznamy je we wtorek. W środę dane o zatrudnieniu a w czwartek produkcja przemysłowa. W WIelki Piątek ostatnia topowa agencja czyli Moody’s zaplanowała przegląd ratingu. Lepsze dane plus brak zmiany ratingu pozwolą utrzymać niskie poziomy na zestawieniach złotego z głównymi walutami.

Jak również za granicą na szerokim rynku

Wiele będzie się działo też na szerokim rynku. Jutro odczyt indeksu ZEW z Niemiec. W środę w nocy kluczowe dane z Chin a mianowicie PKB, produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna. Rynki od dawna przyglądają się sygnałom spowolnienia szczególnie z Państwa Środka mogą one więc zmienić pozytywny sentyment na rynkach jeśli okażą się gorsze. W czwartek z kolei porcja PMI z krajów strefy euro.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Dolar słabnie

Ubiegły tydzień przyniósł umocnienie polskiej waluty, co związane było z kwestiami zewnętrznymi. W tym tygodniu warto zwrócić uwagę na odczyty makroekonomiczne z Polski, które istotnością ustąpią jednak danym PMI dla strefy euro.

Kluczowym wydarzeniem zeszłego tygodnia wydaje się być porozumienie w kwestii przedłużenia okresu poprzedzającego Brexit do 31 października bieżącego roku. Jakkolwiek istotną była ta decyzja, nie przyczyniła się ona jednak do istotnej aprecjacji szterlinga. Konsensus rynku spodziewał się takiego obrotu spraw, stąd prawdopodobieństwo kolejnego przedłużenia było już uwzględnione w wycenie funta brytyjskiego. Ani kwietniowe spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego, ani publikacja „minutek” z marcowego spotkania Rezerwy Federalnej nie rzuciły również więcej światła na opinie któregoś ze wspomnianych banków centralnych odnośnie dalszych kroków w zakresie polityki monetarnej. Z kolei umiarkowana poprawa danych makroekonomicznych w strefie euro pozwoliła na umocnienie większości europejskich walut. A perspektywa zawarcia przez USA oraz Chiny umowy handlowej wspierała większość walut gospodarek wschodzących.

W kalendarzu ekonomicznym na następny tydzień warto wyróżnić odczyty kluczowych wskaźników aktywności biznesowej PMI, które poznamy już w czwartek. Spodziewamy się, że kursy większości z walut G10 będą zależały w pierwszej kolejności właśnie od tych danych. Publikacje makroekonomiczne w Stanach Zjednoczonych będą dotyczyć głównie mniej istotnych wskaźników, a Brexit na pewien czas został odsunięty na dalszy plan.

PLN

W parze z euro polski złoty w ubiegłym tygodniu umocnił się do najwyższego poziomu od przełomu stycznia i lutego. We wzroście złotemu pomogła wspomniana poprawa nastrojów na rynkach oraz wzrost głównej pary. W kontekście informacji z Polski, w ubiegłym tygodniu uwaga inwestorów skupiała się na kwestii rewizji oceny wiarygodności kredytowej kraju ze strony agencji S&P. Zgodnie z oczekiwaniami agencja potwierdziła ocenę wiarygodności kredytowej na poziomie A- z perspektywą stabilną. Agencja dość pozytywnie odnosiła się do sytuacji fiskalnej Polski i oczekuje jedynie bardzo niewielkiego wzrostu długu w relacji do PKB w kolejnych latach, pomimo ostatniego ogłoszenia nowej ekspansji fiskalnej w postaci tzw. piątki PiS.

Bieżący tydzień przyniesie serię odczytów makroekonomicznych z Polski. Szczególną uwagę warto zwrócić na wtorkowe wyliczenia dotyczące inflacji bazowej w marcu oraz czwartkowe dane o produkcji przemysłowej w tym samym miesiącu. Na koniec tygodnia przypadnie rewizja ratingu Polski ze strony agencji Moody’s. Podobnie jak w przypadku ostatniej rewizji ze strony agencji S&P i Fitch Ratings, ani my ani rynek nie oczekujemy zmian oceny wiarygodności kredytowej i perspektywy ratingu.

GBP

Theresa May wyraziła zgodę na przesunięcie terminu Brexitu na 31 października, co oznacza, że w maju Wielka Brytania weźmie udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Z uwagi na to, że perspektywa Brexitu na pewien czas straciła na znaczeniu, oczekujemy, że tym razem uwagę w Zjednoczonym Królestwie nareszcie zwrócą na siebie dane makroekonomiczne.  We wtorek światło dzienne ujrzy raport o rynku pracy, a w środę poznamy nowy odczyt o dynamice cen, które razem pozwolą nam (niestety z pewnym opóźnieniem) określić, jak brytyjska gospodarka radzi sobie w obliczu niepewności spowodowanej przez Brexit.

EUR

Brak jakichkolwiek istotnych ogłoszeń dotyczących polityki monetarnej podczas kwietniowego spotkania Europejskiego Banku Centralnego stanowił bardzo pożądane źródło wsparcia dla wspólnej europejskiej waluty. Retoryka EBC co prawda nadal była dość „gołębia”, niemniej, póki co wygląda na to, że brak nowych wieści dla euro oznacza dobre wieści. Europejską walutę wspierał też lepszy od oczekiwanego odczyt dynamiki produkcji przemysłowej we wspólnym bloku.

W naszym odczuciu kluczową publikacją makroekonomiczną następnego tygodnia w strefie euro będzie wstępny odczyt wskaźników aktywności biznesowej PMI w kwietniu. Spodziewamy się, że dane okażą się lepsze od oczekiwań konsensusu, a tym samym potwierdzą, że spowolnienie produkcji przemysłowej w pierwszym kwartale było tymczasowe.

USD

„Minutki” z marcowego spotkania Rezerwy Federalnej nie zdołały uzasadnić gwałtownej zmiany retoryki Fed na bardziej „gołębią”. Decydenci banku centralnego nadal są zdumieni niską dynamiką cen, a z zakłopotania tym bardziej nie wyciągnęło ich negatywne zaskoczenie publikacją danych o inflacji w marcu. Rezerwa Federalna, w dającej się do przewidzenia przyszłości, tym samym będzie wstrzymywać się od dalszych decyzji. Co w połączeniu ze stabilnym wzrostem gospodarki światowej, jak i niskimi stopami zwrotu w krajach rozwiniętych, powinno sprzyjać aprecjacji walut gospodarek wschodzących.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury