Mintos ogłasza utworzenie funduszu Mintos Impact Fund i akcję crowdfundingową

Mintos, globalna platforma do inwestowania w pożyczki, osiągnęła kwotę 2 mld EUR środków zainwestowanych za jej pośrednictwem. Spółka planuje, że do września 2019 r. kwota zainwestowanych poprzez platformę środków przekroczy 3 mld EUR. Mintos jest obecnie największą platformą do inwestycji w pożyczki w Europie. Każdego miesiąca rejestruje się na platformie ponad 8 000 nowych inwestorów z całego świata, a kwota miesięcznych inwestycji wynosi blisko 200 mln EUR.

Sukces ten zainspirował firmę Mintos do uruchomienia funduszu Mintos Impact Fund. Celem funduszu będzie wspieranie inicjatyw dotyczących oczyszczania Morza Bałtyckiego, które będą prowadzone wspólnie z Pasaules Dabas Fonds – łotewskim partnerem stowarzyszonym z organizacją World Wildlife Fund (WWF) oraz WWF Deutschland. W ramach pierwszej wspólnej inicjatywy, dzięki akcji crowdfundingowej, którą Spółka planuje przeprowadzić wśród 128 tys. inwestorów na Mintos, pozyskane zostanie 100 000 EUR. Planowane zakończenie akcji crowdfundingowej to wrzesień 2019 roku, czyli moment przekroczenia 3 mld EUR w inwestycjach na Mintos.

Polska jest jednym z wciąż rosnących krajów na platformie. Obecnie inwestuje na Mintos ponad 8000 polskich inwestorów. Inwestorzy polscy mają zapewnionych szereg udogodnień, m.in. polską wersję platformy, infolinię w języku polskim.

Martins Sulte współzałożyciel i Dyrektor Zarządzający Mintos
Martins Sulte współzałożyciel i Dyrektor Zarządzający Mintos

Tak szybkie osiągnięcie progu 2 mld EUR świadczy o tym, że dzięki wykorzystywaniu nowoczesnej technologii jesteśmy na właściwej drodze do ciągłego ulepszania usług finansowych. Nasze innowacyjne fintechowe środowisko umożliwia międzynarodowym inwestorom i firmom pożyczkowym wspólne realizowanie swoich wizji, bez względu na kraj z którego pochodzą. Osiągnięta dotychczas przez inwestorów średnia stopa zwrotu netto z inwestycji przed opodatkowaniem wynosząca 12% oraz łatwa w użyciu i przejrzysta platforma, sprawiły, że Mintos stał się preferowanym rynkiem dla dokonywania inwestycji w pożyczki w Europie oraz zdobywa kolejne rynki na świecie” – powiedział Martins Sulte współzałożyciel i Dyrektor Zarządzający Mintos.

Mintos to wiarygodny partner zarówno dla firm pożyczkowych, jak i inwestorów. Naszym celem jest i zawsze będzie bezpieczeństwo inwestowanych środków. Polscy inwestorzy są bardzo wymagający, dlatego cieszy nas, że ich liczba na Mintos wciąż rośnie, a tym samym mają oni swój udział w 2 miliardach EUR zainwestowanych poprzez platformę. Mam nadzieję, że już niedługo będę mógł poinformować o dalszym rozwoju naszej platformy w Polsce, czyli kolejnych firmach pożyczkowych, które dołączą do naszego rynku” – powiedział Maciej Hełmecki, Dyrektor Sprzedaży Mintos w Polsce.

Utworzenie funduszu Mintos Impact Fund – 100 000 EUR dla Morza Bałtyckiego

Osiągnięcie 2 mld EUR w środkach zainwestowanych na Mintos zainspirowało Spółkę do przeznaczenia środków na cel społeczny poprzez utworzenie funduszu Mintos Impact Fund i ustanowienie pierwszej inicjatywy na rzecz zrównoważonego rozwoju środowiska. Będzie to projekt realizowany wraz z Pasaules Dabas Fonds, łotewskim partnerem stowarzyszonym z organizacją World Wildlife Fund (WWF) oraz WWF Deutschland pod nazwą „TheFuture%”. Jego celem jest zapewnienie wsparcia dla ochrony i zachowania zagrożonego ekosystemu Morza Bałtyckiego i jego wybrzeży rozciągających się od Niemiec, przez Polskę, Danię, Estonię, Łotwę i Litwę, aż po Rosję, Finlandię i Szwecję.

Jesteśmy przekonani, że nadszedł czas, aby również firmy startupowe przystąpiły do intensywnych działań i zrobiły coś dobrego dla środowiska naturalnego. Mintos ma bardzo dużą bazę świadomych i krytycznie myślących inwestorów, którzy dostrzegają potrzebę działania na rzecz ochrony naszego świata – to właśnie pozwala nam połączyć się w tej inicjatywie na rzecz zrównoważonego rozwoju środowiska i uczynienia czegoś dobrego razem. Dlatego zdecydowaliśmy się na utworzenie Mintos Impact Fund i będziemy angażować się w ochronę Morza Bałtyckiego, nad którego wybrzeżem leży Ryga, stolica Łotwy i siedziba główna naszej Firmy. Środki na ten cel zostaną zebrane w ramach akcji crowdfundingowej prowadzonej pośród 128 tys. inwestorów na platformie, w której również my jako Mintos weźmiemy udział” – powiedział Martins Sulte.

Mintos spodziewa się, że akcja crowdfundingowa na platformie oraz zebranie 100 000 EUR zakończą się w momencie osiągnięcia przez platformę kolejnego miliarda euro inwestycji dokonanych w pożyczki. Dzięki temu, że inwestorzy w każdym miesiącu inwestują w pożyczki blisko 200 mln EUR, Mintos oczekuje, że kolejny miliard euro w środkach zainwestowanych na platformie, zostanie osiągnięty już we wrześniu 2019 roku.

Frank Bekkers, Mobile Vikings Polska: Chill ON, czyli oferta szyta na miarę

Wprowadzenie oferty Chill ON opartej na subskrypcji to kolejny krok w ewolucji wirtualnego operatora komórkowego Mobile Vikings Polska. „Wierzymy, że stworzyliśmy ofertę, którą polubią obecni Vikingowie i którą będą chcieli polecić swoim znajomym” – mówi Frank Bekkers, CEO Mobile Vikings Polska.

Oferta „Chill ON” jest dostępna w formie miesięcznej subskrypcji za 25 zł. W jej ramach klienci mają do dyspozycji nielimitowane rozmowy, SMS-y i MMS-y oraz pakiet 20 GB danych. Użytkownicy otrzymują również na start bonus w wysokości 10 zł do wykorzystania na dodatkowe usługi takie jak: roaming, połączenia międzynarodowe czy SMSy premium. Korzystanie z nich ułatwi inteligentny portfel – pierwsze tego typu rozwiązanie na rynku wyposażone w opcję automatycznego uzupełnienia środków.

Frank Bekkers, Mobile Vikings Polska
Frank Bekkers, CEO Mobile Vikings Polska

Nowa wersja aplikacji mobilnej Viking App

Pierwszym krokiem, jaki podjęliśmy, było gruntowne przebudowanie aplikacji mobilnej Viking App. W efekcie klienci otrzymali do dyspozycji wygodne narzędzie do kontroli stanu rachunku i zarządzania kontem

Inteligentny portfel

Już trzy lata temu jako pierwszy gracz na rynku udostępniliśmy klientom rozwiązanie nazwane przez nas „autodoładowaniem”, które do realizacji comiesięcznych   doładowań bez wysiłku użytkownika   wykorzystuje jego kartę płatniczą. Dziś korzysta z niego aktywnie blisko 50 proc. Vikingów. Inteligenty portfel jest kolejnym krokiem ułatwiającym doładowanie konta i stanowi integralny element oferty Chill ON. Jest to ważny wyróżnik naszej oferty, który będziemy sukcesywnie rozbudowywać, dodając do niego nowe usługi

Chill ON, czyli oferta szyta na miarę

Pracując nad parametrami Chill ON kierowaliśmy się faktycznym użyciem usług przez naszych klientów. 97 proc. Vikingów zużywa mniej niż 20 GB miesięcznie. Wierzymy, że stworzyliśmy ofertę, którą polubią obecni Vikingowie i którą będą chcieli polecić swoim znajomym, korzystając przy tym z benefitów naszego programu member get member

Frank Bekkers, CEO Mobile Vikings Polska

Znaczący odpływ inwestorów zagranicznych z rynku polskich obligacji

W ostatnich tygodniach inwestorów zaskoczyło parę dosyć przykrych informacji. Po pierwsze, motywem przewodnim rozpoczynającej się kampanii wyborczej w Polsce stały się nieoczekiwanie hojne obietnice zwiększenia świadczeń socjalnych oraz obniżenia podatków. Po drugie, opublikowano dane wskazujące na znaczący odpływ inwestorów zagranicznych z krajowego rynku obligacji. Czy należy się martwić?

Michał Oleszkiewicz, CFA, Zarządzający portfelem Franklin Local Asset Management, Templeton Asset Management (Poland) TFI S.A.
Michał Oleszkiewicz, CFA, Zarządzający portfelem Franklin Local Asset Management, Templeton Asset Management (Poland) TFI S.A.

Jeszcze w połowie listopada wydawało się, że rok 2018 okaże się dla rynku polskich obligacji wyraźnie gorszy od poprzedniego. W kolejnych tygodniach na rynku nieoczekiwanie zagościła hossa. Za główną przyczynę wzrostu cen należy uznać wydarzenia na rynku amerykańskim, gdzie w obliczu niepewności dotyczącej perspektyw globalnej koniunktury praktycznie wygasły oczekiwania na podwyżki stóp procentowych po 2018 roku. Rentowność spadała również na rynkach długu strefy euro, gdzie zauważalne było spowolnienie wzrostu. W Polsce z kolei, mimo wysokiej dynamiki PKB, pogorszeniu uległy odczyty wskaźników koniunktury, a inflacja nieoczekiwanie ukształtowała się głęboko poniżej celu NBP. Wydarzeniom tym początkowo towarzyszył głęboki spadek notowań ropy naftowej.

W styczniu i lutym na polskim rynku obligacji przeważała już opinia, że w obliczu oczekiwanego spowolnienia gospodarczego i niskiej inflacji nie jest oczywiste, że kolejną decyzją władz monetarnych odnośnie stóp procentowych będzie ich podwyżka. Dodatkowych argumentów dostarczył rząd, zamrażając ceny energii elektrycznej i unieważniając tym samym projekcję inflacyjną NBP z listopada, zgodnie z którą ceny towarów i usług konsumpcyjnych miały wzrosnąć w 2019 o 3,2%. W tę prognozę nie wierzył zresztą chyba nawet sam bank centralny, ostatecznie w marcu obniżając ją do 1,7% w kolejnym wydaniu projekcji.

Jednym z większych zaskoczeń w roku 2018 była bardzo dobra sytuacja budżetu państwa. Deficyt, planowany początkowo w kwocie 41,5 mld zł, według wstępnych szacunków wyniósł zaledwie 10,4 mld zł, do czego przyczyniły się przede wszystkim wyższe niż planowano wpływy z podatków oraz niższy deficyt w sektorze ubezpieczeń społecznych, skutkujący obniżoną dotacją na rzecz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Nie ma wątpliwości, że do tak dobrej kondycji finansów publicznych przyczynił się nieoczekiwanie wysoki wzrost gospodarczy w 2018 roku. Trudno jednak nie dostrzec wysiłków rządu na rzecz poprawy ściągalności podatków. Reasumując, obraz polskiej gospodarki w tym czasie można było podsumować następującymi hasłami: niska inflacja, spadająca, choć wciąż wysoka dynamika PKB, deficyt budżetowy pod kontrolą, niskie stopy procentowe przez kolejne kilka lat. Krótko mówiąc, dosyć zachęcające środowisko do inwestowania w obligacje skarbowe.

Ogłoszenie obietnic wyborczych rządzącej partii pod koniec lutego okazało się przykrą niespodzianką dla inwestorów. O ile rynek był przygotowany na pewne poluzowanie polityki budżetowej, o tyle propozycje zwiększenia świadczeń socjalnych, wypłaty dodatkowych emerytur, zmian w podatkach oraz dodatkowych wydatków na transport publiczny, skutkujące kosztami rzędu 20 mld zł w tym roku i 40 mld zł w latach kolejnych, przekraczały oczekiwania inwestorów. Trzeba tutaj wspomnieć, iż po roku 2013 rynki przyzwyczaiły się, iż polityka fiskalna stanowiła źródło raczej pozytywnych zaskoczeń. Tymczasem po lutowych zapowiedziach rządu wydaje się, że o ile w 2019 roku deficyt budżetowy nie powinien znacząco wzrosnąć, o tyle w kolejnych latach, kiedy skutki finansowe wprowadzenia pakietu fiskalnego będę już w pełni odczuwalne, ujemne saldo sektora finansów publicznych może niebezpiecznie zbliżyć się do 3% PKB.

Kolejna niekorzystna informacja, jaką opublikowano w ostatnich tygodniach, dotyczyła zaangażowania inwestorów zagranicznych na krajowym rynku skarbowych papierów wartościowych. Spadło ono w styczniu i lutym aż o 19,1 mld zł, do kwoty 172,3 mld zł, stanowiącej 26,0% zadłużenia w tego rodzaju papierach. Czy spadek tego rzędu należy uznać za duży? Raczej tak, ponieważ przez cały 2018 rok zagranica pozbyła się obligacji wartości 11,3 mld zł. Warto również spojrzeć na historię tego rodzaju inwestycji z nieco dłuższej perspektywy. Jeszcze w 2008 roku, w apogeum światowego kryzysu finansowego, w portfelach zagranicznych utrzymywane były skarbowe papiery wartościowe o wartości 55,9 mld zł, co stanowiło 13,3% całości emisji skarbowego długu emitowanego w kraju. W kolejnych latach zaangażowanie inwestorów zagranicznych rosło, sięgając 211,8 mld zł w czerwcu 2017 roku, co stanowiło 33,8% emisji. W ujęciu procentowym najwyższe zaangażowanie nierezydentów, 41,9%, zanotowano już w czerwcu 2014 roku, było ono jednak wyjątkowo wysokie w wyniku przeprowadzonego w lutym przejęcia i umorzenia większości obligacji skarbowych z portfeli otwartych funduszy emerytalnych. Ogólnie rzecz biorąc, po roku 2012 zaangażowanie inwestorów zagranicznych w polskie obligacje, zarówno w ujęciu kwotowym, jak i procentowym, wyraźnie się zmniejszyło. Rolę głównych kupujących przejęły krajowe banki, w jakiejś mierze przymuszone do tego fiskalnym bodźcem w postaci podatku od aktywów, nieobejmującego akurat inwestycji w dług skarbowy. Tej zmiany w strukturze inwestorów nie trzeba oceniać jednoznacznie źle – niższy udział zagranicznych wierzycieli oznacza również mniejszą zależność od zawirowań rynkowych poza granicami kraju. Z drugiej strony, akurat w styczniu i lutym polskie obligacje wyprzedawane były przede wszystkim przez azjatyckie banki centralne, czyli stabilnych, długoterminowych inwestorów, na których powinno emitentowi zależeć.

Co zatem dalej z obligacjami? Celowo pominę tutaj kwestię wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Niepewność z związana tym procesem jest bardzo duża, a ostateczne decyzje mogą wpłynąć na rynki obligacji zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Niezależnie od powyższego, wydaje się, że po ogłoszeniu planów wydatkowych polskiego rządu trudno liczyć na kontynuację hossy w skali porównywalnej z wydarzeniami z ostatnich tygodni minionego roku. Można oczekiwać, że czas pozytywnych zaskoczeń w odniesieniu do kondycji finansów publicznych mamy już za sobą. W odniesieniu do cen energii elektrycznej, realistyczny wydaje się scenariusz, w którym rząd ograniczy interwencję na tym rynku w kolejnych latach, co z kolei powinno przyczynić się do wzrostu inflacji. Za dodatkowy argument można przyjąć fakt, iż obecnie dynamika cen towarów i usług konsumpcyjnych kształtuje się powyżej celu prawie we wszystkich krajach bezpośrednio sąsiadujących z Polską, co kontrastuje nieco z pesymistycznym przekazem z konferencji prasowych Europejskiego Banku Centralnego. Najprawdopodobniej stopy procentowe w Polsce pozostaną jednak niezmienione nie tylko w tym, ale również w następnym roku, co stanowić będzie pewne ograniczenie dla ewentualnych wzrostów rentowności. Niskie stopy i rosnąca inflacja mogą z kolei uzasadniać utrzymywanie w portfelu obligacji indeksowanych inflacją. Ostatnie miesiące okazały się niezwykle trudnym czasem dla inwestujących w długoterminowe papiery o zmiennym oprocentowaniu, co w dużej mierze wynikało z sytuacji płynnościowej kilku dużych inwestorów, zmuszonych do wyprzedaży swych portfeli. O ile w obliczu rosnącego deficytu budżetowego instrumenty te mają zapewne swój najlepszy czas już za sobą, wydaje się, po wielu miesiącach spadku notowań, że ich wycena może być uznana za zachęcającą. Ogólnie rzecz biorąc, bieżący rok zapowiada się bardzo ciekawie. Zdywersyfikowany i aktywnie zarządzany portfel obligacji skarbowych, uzupełniony o interesujące okazje spośród obligacji korporacyjnych i zagranicznych, może w dłuższym okresie stanowić atrakcyjną alternatywę dla utrzymywania środków na nisko oprocentowanych lokatach bankowych.

Ile kosztuje wynajęcie biura w Warszawie?

Stawki czynszowe za wynajem powierzchni w warszawskich budynkach biurowych klasy A są średnio ponad 30 proc. wyższe niż w biurowcach klasy B, wynika z raportu Walter Herz, w którym przeanalizowanych zostało 500 obiektów biurowych w Warszawie  

Bartłomiej Zagrodnik - Walter Herz.
Bartłomiej Zagrodnik – Walter Herz

Opracowanie zawiera szczegółowy opis zasobów, jakimi aktualnie dysponuje warszawski rynek biurowy, obrazując jego potencjał. – W raporcie zawarte zostały gruntowne dane dotyczące wysokości wywoławczych stawek czynszowych i kosztów eksploatacyjnych, obowiązujących w poszczególnych budynkach biurowych w Warszawie, jak również opisane czynniki, które mają wpływ na ich wysokość w korelacji z lokalizacją, powierzchnią, datą ukończenia i klasą budynków, czy posiadanymi certyfikatami. Poza dogłębną analizą oferty obiektów zlokalizowanych na rynku warszawskim, atutem publikacji są mapy przedstawiające zagęszczenie powierzchni, dostępnych w poszczególnych dzielnicach – informuje Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Studium dostarcza szczegółowej wiedzy na temat oferty biurowej w aglomeracji warszawskiej, która oferuje dziś 5,65 mln mkw. powierzchni. Według szacunków analityków Walter Herz, w ciągu najbliższych 2-3 lat w Warszawie oddane zostanie około 850 tys. mkw. biur. Większość dużych inwestycji, pozostających w trakcie realizacji skupiona jest w centralnej części miasta, a najwięcej z nich powstaje u zbiegu ulicy Prostej z Towarową, w okolicy ronda Daszyńskiego. Jednocześnie, deficyt atrakcyjnych gruntów w centralnej części Warszawy stymuluje proces zastępowania starszych budynków nowoczesnymi obiektami biurowymi.

Warszawski rynek nigdy dotąd nie cieszył się większym zainteresowaniem. Popyt na stołeczne biura jest dwukrotnie większy niż nowa oferta deweloperów. Chłonność rynku jest tak duża, że współczynnik pustostanów spadł w Warszawie do poziomu 8,6 proc., osiągając najniższą wartość od 7 lat i nadal się obniża, ponieważ budowa większości realizowanych teraz projektów potrwa jeszcze przeszło rok.

Niedobór nowej podaży powoduje, że średnie stawki czynszowe idą powoli w górę. Na podwyżki wpływ ma także niespotykane dotąd w historii warszawskiego rynku zapotrzebowanie na biura. Na przeciętną wysokość stawek czynszowych rzutuje również jakość oddawanych powierzchni. Jak wskazują dane zebrane w raporcie Walter Herz, w warszawskich biurowcach klasy A i A+, które przede wszystkim wchodzą teraz na rynek, ceny za wynajem powierzchni są o 30,7 proc. wyższe niż w obiektach klasy B i B+.

Ponadto, większość z oddawanych w ostatnich latach biurowców to budynki certyfikowane. W takich projektach, jak wynika z opracowania, opłaty eksploatacyjne są wprawdzie o około 5 proc. niższe, ale stawki czynszowe o 13 proc. wyższe niż w biurowcach nie posiadających certyfikatu. Starsze budynki, które zwykle oferują niższy standard niż nowe, charakteryzują się natomiast niższym poziomem czynszów, ale znacznie wyższymi kosztami eksploatacyjnymi.

Analitycy Walter Herz prognozują, że ceny za wynajem powierzchni biurowych w Warszawie w najbliższym czasie będą utrzymywały się nadal w trendzie wzrostowym. Dobra koniunktura gospodarcza w naszym kraju, czy zaklasyfikowanie Polski do krajów rozwiniętych według FTSE Russell podbija zainteresowanie zachodnich oraz globalnych firm naszym rynkiem. To z kolei przekłada się na wzrost zainteresowania wynajmem powierzchni biurowych w największych ośrodkach biurowych w kraju i w konsekwencji wzrostem stawek czynszowych, co szczególnie dotyczy najatrakcyjniej zlokalizowanych, wyjątkowych pod względem architektonicznym obiektów.

Fiskus nie może odbierać spadkobiercom praw, które przysługiwały spadkodawcy

„(…) z art. 97 § 1 O.p. wynika, iż „spadkobiercy podatnika z zastrzeżeniem § 2, przejmują przewidziane w przepisach prawa podatkowego majątkowe prawa i obowiązki spadkodawcy”. Prawem podatnika (tu: spadkodawcy) przejmowanym przez spadkobierców było prawo do wyłączenia przychodu uzyskanego z odpłatnego zbycia nieruchomości (z opodatkowania – przyp. autora). (…) Nie mogą więc oni znaleźć się w sytuacji prawnej gorszej, niż ich poprzednik prawny” – orzekł 28 lutego 2019 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi, uchylając interpretację organu podatkowego odmawiającą małżonce prawa do skorzystania przy sprzedaży nieruchomości z przysługującego jej zmarłemu mężowi zwolnienia podatkowego (sygn. akt I SA/Łd 790/18).

Zgodnie z art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. a) ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80, poz. 350, ze zm.) podlegającego opodatkowaniu PIT źródła przychodu nie stanowi odpłatne zbycie nieruchomości, jeśli zostało dokonane po upływie 5 lat liczonych od końca roku kalendarzowego, w którym nastąpiło nabycie. Natomiast jak stanowi treść art. 97 § 1 Ordynacji podatkowej: „Spadkobiercy podatnika (…) przejmują przewidziane w przepisach prawa podatkowego majątkowe prawa i obowiązki spadkodawcy” (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926, ze zm.).

Śmierć sprzedającego po zawarciu przedwstępnej umowy sprzedaży nieruchomości

Właściciel nabytej w 1995 r. nieruchomości w styczniu 2017 r. zawarł z jedną ze spółek z o.o. przedwstępną umowę sprzedaży tej nieruchomości. Strony ustaliły, że zawarcie przyrzeczonej umowy przenoszącej własność nastąpi najpóźniej do dnia 30 czerwca 2018 r. Z uwagi na upływ 5-letniego terminu pomiędzy nabyciem a sprzedażą nieruchomości właścicielowi przysługiwało zwolnienie z obowiązku zapłaty podatku dochodowego w zakresie tej transakcji.

W miesiąc po zawarciu przedwstępnej umowy sprzedaży, w lutym 2017 r. właściciel zmarł. Jego małżonka nabyła po nim na mocy testamentu spadek w całości z dobrodziejstwem inwentarza. 27 czerwca 2018 r. w wykonaniu umowy przedwstępnej, jako następca prawny zmarłego, małżonka przeniosła własność nieruchomości na spółkę.

Wykonanie umowy przez następcę prawnego

Małżonka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej w zakresie zobowiązania w podatku dochodowym od osób fizycznych z tytułu sprzedaży przedmiotowej nieruchomości. Zdaniem małżonki po śmierci męża – właściciela nieruchomości, który nie podlegał w związku z jej sprzedażą obowiązkowi podatkowemu w PIT, jako spadkobierczyni wstąpiła w jego prawa i obowiązki. Biorąc więc za podstawę przepisy art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. a) ustawy o PIT oraz art. 97 § 1 Ordynacji podatkowej, stała na stanowisku, że nie jest zobowiązana do zapłaty tego podatku. O sprzedaży nabytej w drodze spadku nieruchomości nie zadecydowała sama, a była do tego zobligowana na podstawie zobowiązania wynikającego z umowy przedwstępnej, zawartej przez spadkodawcę, który gdyby dożył terminu realizacji umowy przyrzeczonej, nie byłby tym podatkiem obciążony.

Naczelną zasadą jest opodatkowywanie wszystkich dochodów

Dyrektor KIS uznał stanowisko wnioskodawczyni za nieprawidłowe. Wskazał na art. 9 ust. 1 ustawy o PIT, zgodnie z którym poza kilkoma określonymi w ustawie wyjątkami opodatkowaniu podatkiem dochodowym podlegają wszelkiego rodzaju dochody. Aby móc uwolnić się spod tego zobowiązania na podstawie art. 10 ust. 1 pkt 8 ustawy o PIT, należy spełnić wskazane w nim przesłanki. Takiego spełnienia Dyrektor KIS nie dostrzegł w przestawionym przez wnioskodawczynię stanie faktycznym. Stwierdził, że ustawodawca posłużył się w konstrukcji tego przepisu terminem „zbycie”. Z kolei jak stanowi Kodeks cywilny, przychód z odpłatnego zbycia nieruchomości powstaje dopiero z chwilą zawarcia umowy przenoszącej jej własność, a nie z chwilą zawarcia umowy przedwstępnej.

„(…) zbywcą przedmiotowych nieruchomości (…) po śmierci spadkodawcy była wnioskodawczyni i to ona jest podatnikiem podatku dochodowego od osób fizycznych (…) W świetle powołanych przepisów bez znaczenia jest przy tym to, że zawarcie umów przenoszących własność ww. nieruchomości przez spadkobiercę, jest skutkiem wykonania zobowiązań umownych, których stroną był spadkodawca, gdyż jak wyżej wskazano, zbywcą jest wnioskodawczyni” (sygn. akt I SA/Łd 790/18).

Tym samym organ poinformował, że wskutek braku upływu 5-letniego terminu pomiędzy nabyciem przez spadkobierczynię nieruchomości a jej sprzedażą, uzyskany z tego tytułu dochód będzie podlegał opodatkowaniu 19% podatkiem dochodowym.

Interpretacja organu narusza zasady prowadzenia postępowania podatkowego i Konstytucję

Spadkobierczyni wniosła skargę do sądu, wskutek czego Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi uznał ją za zasadną. Powołując się na uchwałę składu siedmiu sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego z 17 listopada 2014 r. (sygn. akt II FPS 3/14) i wskazane tam regulacje Kodeksu cywilnego, podkreślił, że z chwilą otwarcia spadku co do zasady spadkobiercy wstępują we wszelkie prawa majątkowe przysługujące w chwili śmierci spadkodawcy. Z uwagi na treść art. 97 § 1 Ordynacji podatkowej, by spadkobierca mógł przejąć przysługujące podatnikowi prawa majątkowe, muszą być to prawa „przewidziane w przepisach prawa podatkowego”. Za takie można więc uznać prawa, które za życia spadkodawcy kształtowały jego sytuację majątkową. Nie ma wątpliwości, że wpływ na tę sytuację ma uprawnienie do zmniejszenia, a tym bardziej do całkowitego wyeliminowania ciężaru podatkowego.

Sąd odniósł się także do samej deklaracji organu, który poinformował podatniczkę, że gdyby umowę przedwstępną wykonał spadkodawca, to podatku by nie żądał. Uchylając wydaną przez organ interpretację, orzekł, że odmienne traktowanie spadkobierczyni narusza nie tylko zasady postępowania podatkowego, ale i zasady gwarantowane Konstytucją RP.

„(…) w omawianej sprawie prawem podatnika (spadkodawcy) przejmowanym przez spadkobiercę (skarżącą) było prawo do wyłączenia przychodu uzyskanego z odpłatnego zbycia nieruchomości (…) nie powodującym powstania obowiązku podatkowego z tytułu odpłatnego zbycia. Nie może więc ona znaleźć się w sytuacji prawnej gorszej niż jej poprzednik prawny. Odmienna interpretacja art. 389, art. 390 K.c. w związku z art. 97 § 1 O.p. i art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. a) u.p.d.o.f. prowadziło do naruszenia art. 121 § 1 O.p. Tym samym wykładnia pojęcia „odpłatne zbycie” jaką przedstawił organ oznacza również naruszenie zasady równości i niedyskryminacji. Z art. 32 ust. 1 Konstytucji RP wynika bowiem nakaz jednakowego traktowania podmiotów znajdujących się w zbliżonej sytuacji oraz zakaz różnicowania w tym traktowaniu bez przyczyny znajdującej należyte uzasadnienie w przepisie rangi co najmniej ustawowej” (sygn. akt I SA/Łd 790/18).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Przypadek Pracowni Nowych Technologii, czyli dlaczego należy zachować ostrożność podczas inwestowania w moc obliczeniową

Pracownia Nowych Technologii to działająca globalnie polska marka zajmująca się poszukiwaniem i rozwijaniem innowacyjnych rozwiązań dla energetyki w oparciu o blockchain – technologię przyszłości. Niestety, niedawny krach na rynku mocy obliczeniowej oraz miningu cyfrowego sprawił, że firma musi mierzyć się z wyzwaniami rynkowymi jak i nieprawdziwymi zarzutami inwestorów.

Fałszywe informacje na temat aktywności spółki oraz insynuacje działań na szkodę inwestorów pojawiły się na przestrzeni ostatnich miesięcy w różnych mediach branżowych. PNT wielokrotnie występowało o sprostowania apelując o rzetelność publikowanych materiałów. Jak twierdzi zarząd spółki, warto ją podkreślać, aby mogła być cenną wiedzą dla osób pragnących działać na rynku miningu cyfrowego i zostać inwestorami. Wszystko wskazuje na to, że zbliża się wzrost wartości najpopularniejszych walut cyfrowych, dlatego mimo iż jest to inwestycja obarczona sporym ryzykiem, warto poznać casus Pracowni Nowych Technologii, aby uniknąć w przyszłości niejasności wynikających z nieostrożnego inwestowania.

Bitcoin w dół, a prąd w górę

Na bieżące problemy Pracowni Nowych Technologii złożył się krach w branży miningu cyfrowego skutkujący m. in. spadkiem cen mocy obliczeniowej i w konsekwencji wartości urządzeń. Dodatkowo na pogorszenie warunków prowadzenia tego typu działalności wpłynęły drastyczne podwyżki cen energii elektrycznej w Polsce. Sytuacja ta odbiła się na całej branży w naszym kraju. Wiele podobnych firm musiało ogłosić upadłość, a te, które jeszcze działają musiały poszukiwać błyskawicznych rozwiązań przywracających rentowność serwerowni. Z powodu tych wydarzeń, zarząd PNT zaproponował w styczniu 2019 roku przekształcenie spółki, aby stworzyć najkorzystniejszą z perspektywy podatkowej formę inwestycji dla wspólników. Przeprowadzenie procesu restrukturyzacji ma chronić spółkę przed upadłością, która może być wynikiem działań podjętych przez niektórych komandytariuszy – obecnie jedynymi wierzycielami spółki mogącymi doprowadzić do jej upadku są jej właściciele czyli inwestorzy.

Głównym założeniem modelu biznesowego PNT było zbudowanie, rozwój i eksploatacja wyspecjalizowanej serwerowni, a wspólnicy biorący udział w inwestycji wynagradzani mieli być proporcjonalnie do wypracowanego zysku. Wszystkie opłaty, które jak podkreślają media, były w tym wypadku wygórowane, zostały uwzględnione w umowie i nie odbiegały od stawek rynkowych. PNT nigdy nie ukrywało ryzyka płynącego z inwestowania na tak młodym i niestabilnym rynku przed inwestorami, którzy wpłacili pieniądze do spółki – Pracownia Nowych Technologii uczulała ich w temacie dotyczącym wysokości ryzyka i możliwości zmiany koniunktury na rynku kryptowalut.

Przed wystąpieniem problemów finansowych związanych z wcześniej wspomnianymi zmianami na rynku miningu i rynku energii elektrycznej, PNT wypłacała zobowiązania i zyski przez cały 2017 i 2018 rok zgodnie z wymagalnością pożyczek, nadpłacając raty w styczniu 2018 roku, aż do czasu drastycznych zmian w branży i spadków cen mocy obliczeniowej. Na pogłębienie problemów finansowych spółki wpłynął fakt, że – jak pokazał czas – Blckchain Data Center było budowane w okresie, w którym sytuacja na rynku miningu cyfrowego powodowała, iż ceny sprzętu były najwyższe z możliwych, podczas gdy teraz jest on wart co najmniej dziesięciokrotnie mniej. Spowodowane jest to wycenianiem sprzętu metodą dochodową – jest on wart tyle, ile jest w stanie zarobić. Właśnie dlatego w konsekwencji spadku cen walut cyfrowych, diametralnie spadła także wartość serwerowni.

Spółka notuje zyski

Wszystko to sprawiło, że wysokie ryzyko inwestycyjne stało się realne i nikogo nie powinna dziwić sytuacja spółki. Większość firm z branży ogłosiła upadłość, natomiast Pracownia Nowych Technologii zorganizowała relokację sprzętu do zagranicznych lokalizacji. W styczniu, pomimo nadal utrzymującej się sytuacji niskich cen mocy obliczeniowej, spółka zanotowała zysk z działalności operacyjnej, właśnie za sprawą przeniesienia Blockchain Data Center do lokalizacji zagranicznej.

Pracowni Nowych Technologii zależy na tym, aby nie poddawać się spekulacjom, dlatego reaguje na wszystkie fałszywe informacje i nieprawdziwe treści pojawiające się na temat działań spółki w doniesieniach medialnych. Przez cały proces współpracy z PNT, inwestorzy byli informowani o wysokim ryzyku, a zapisy dotyczące ryzyka zostały uwzględnione w umowach. Na żadnym etapie kryzysu spółka nie odmawiała wspólnikom wglądu do dokumentów, wielu inwestorów korzystało i korzysta z tego prawa regularnie. W samym 2018 roku spółka zorganizowała sześć zgromadzeń wspólników,
publikowała cykliczne raporty oraz organizowała wideokonferencje, na których odpowiadała na pytania wspólników.

Priorytetem Pracowni Nowych Technologii jest obecnie ścisła współpraca z inwestorami nad poprawą bieżącej sytuacji, tak, aby wspólnie podjąć decyzje najlepsze dla przyszłości spółki. Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie sytuacja na rynku mocy obliczeniowej ulegnie zmianie, a kryptowaluty zyskają na wartości, co w połączeniu z przeniesieniem serwerowni PNT za granicę, w miejsca z korzystnymi cenami energii elektrycznej pomoże odzyskać wiatr w żagle i ostatecznie zażegnać kryzys, z którym zmaga się firma.

VoD przyszłością cyfrowej reklamy

Mariusz Maksymiuk
Mariusz Maksymiuk, CEO Adexon

Obecnie 70% osób w wieku od 18 do 34 lat ogląda telewizję w Internecie. Tylko 33% z nich przyznaje, że zdarza im się oglądać program w telewizji na żywo. Dotyczy to głównie ważnych wydarzeń, np. sportowych. To wyraźny znak, że tradycyjna telewizja za kilka lat przeniesie się do cyfrowego świata na dobre.

Transformacja telewizji

Od początku późnych lat 20. telewizja przeszła wiele transformacji: nadejście koloru, dźwięku i tę największą – Internetu. To właśnie Internet całkowicie zmienił jej format. Dziś nikt z nas nie musi siadać na kanapie o określonej porze, aby obejrzeć ulubiony serial. Teraz to my, odbiorcy decydujemy o tym co i kiedy oglądamy, wybierając  platformy takie jak Netflix, YouTube, Player, Ipla, HBO GO i wiele innych. Z tych największych serwisów w Polsce korzysta już kilka milionów użytkowników miesięcznie. Dotyczy to szczególnie osób w wieku 18-34. To właśnie im nieobce są nowości technologiczne oraz najlepsze zagraniczne produkcje.

Na żądanie odbiorców

Internet nieodwracalnie zmienił otaczającą nas rzeczywistość. Łatwy i szybki dostęp do informacji oraz ich różnorodność stała się standardem dla użytkowników. Tak właśnie powstały usługi umożliwiające odbiorcom dostęp do przekazu w wybranym przez nich czasie. Jedną z nich jest tzw. wideo na żądanie. Cenią to przede wszystkim ci, którzy mogą oglądać ulubiony serial czy dokument na urządzeniu mobilnym w komunikacji miejskiej, czy czekając w kolejce. 24- godzinny dostęp z możliwością zatrzymywania i przewijania w dowolnym momencie stał się niezwykle cennym ułatwieniem.

Rozwiązanie to jest także wygodne dla rodzin, które cenią sobie możliwość obejrzenia nowego filmu czy wydarzenia sportowego w domowym zaciszu. Okazuje się też, że dzięki VOD jesteśmy w stanie dużo zaoszczędzić. Bilety do kina dla kilkuosobowej rodziny mogą kosztować nawet dziesięć razy więcej niż kilkumiesięczny dostęp do danej platformy.

VOD dla reklamodawców

Dziś VOD, za sprawą preferencji Internautów, którzy najczęściej sięgają po content video jest jednym z najszybciej rosnących trendów. Do wzrostu popularności tych serwisów przyczynia się także technologia, która daje nam coraz to nowsze możliwości. To właśnie dzięki niej mamy dostęp do niezliczonej liczby materiałów na dowolnym urządzeniu.

Oglądając telewizję w Internecie nie omija nas oglądanie reklam. Coraz więcej marek przenosi się z tradycyjnej telewizji do tej cyfrowej. To naturalne – reklamodawcy podążają za swoją grupą docelową.

Według najnowszych badań, w 2018 roku przed oraz w trakcie programów dostępnych w serwisach VOD średnio w ciągu jednej godziny reklamy były wyświetlane przez około 9,5 minuty. To o 2,5 miliona więcej niż w roku 2017. Te dane mówią, że liczba reklam wyświetlanych w serwisach cyfrowych coraz bardziej zbliża się do telewizji tradycyjnej. Badania Zeniht pokazują, że w 2020 roku, w Polsce, średni czas oglądania wideo online wzrośnie do godziny dziennie.

Wideo na żądanie jest odpowiedzią na potrzeby współczesnych odbiorców, którzy najbardziej cenią sobie możliwość wyboru tego co oglądają, kiedy oraz na jakim nośniku. Natomiast stale rosnący wskaźnik konsumpcji treści wideo oraz liczby użytkowników platform VOD sprawia, że reklamodawcy coraz częściej i chętniej wykorzystują online video do budowania zasięgów kampanii, chcąc dotrzeć do tych użytkowników, którzy oglądają telewizję sporadycznie lub nie robią tego wcale.

Czy benzyna podrożeje? Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcy

Bartosz Sawicki, Dyrektor Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers
Bartosz Sawicki, Dyrektor Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers

Kurs ropy jest najwyżej od około pięciu miesięcy, w przypadku brent oznacza to ceny baryłki powyżej 71 USD, w przypadku WTI bliskie 65 USD. Po stronie podażowej układ sił się nie zmienia.

Wykres dzienny ropy WTI i BRENT.

Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcyŹródło: Bloomberg

Arabia Saudyjska wydobywa mniej ropy niż planowała. Zapaść gospodarcza i przerwy w dostawach prądu w Wenezueli również ograniczają produkcję pogłębiając jednocześnie kryzys w tym państwie. Jednocześnie rynek nie wierzy, że trwale zostało przywrócone wydobycie na największym libijskim polu naftowym El Sharara.

Wydobycie ropy w Arabii Saudyjskiej.

Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcy 2Źródło: Bloomberg

Utrzymanie dziennej produkcji na poziomie 1,1 mln baryłek jest poddawane pod wątpliwość ze względu na ofensywę sił partyzanckich w kierunku Trypolisu. Potencjalne przerwanie dostaw z tego kraju skutkowałoby zwiększeniem groźby deficytu surowca. Ważną kwestią jest także przedłużenie wyjątków od sankcji na Iran – wygasną one na początku maja. Z jednej strony USA chciałyby dalej ograniczać eksport z tego kraju. Z drugiej strony Donald Trump chciałby niższych cen paliw i w powietrzu wiszą kolejne próby wywierania nacisków na OPEC.

Wydobycie ropy w Libii.

Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcy 3Źródło: Bloomberg

To wszystko są jednak dobrze znane elementy układanki. W ostatnich dniach do wykrzesania nowego impulsu wzrostowego (w kwietniu WTI podrożała o ponad 5 proc. a od początku roku o 40 proc.) przyczyniły się lepsze dane makroekonomiczne (zwłaszcza z Chin), które oddalają perspektywę obniżenia prognoz ogólnoświatowego zapotrzebowania na surowce energetyczne. Globalna gospodarka nadal pozostaje chimeryczna i nawet zakładając pozytywny scenariusz jej przyśpieszenia, należy zakładać, że będzie to wyboista droga – sygnały ze sfery realnej powinny pozostawać jeszcze przez jakiś czas niejednoznaczne. Dlatego też rajd cen jest zagrożony: w obecnej sytuacji pozytywne informacje są zdyskontowane.

Sezonowość zapasów ropy w USA.

Kurs ropy najwyższy od 5 miesięcy 4Źródło: Bloomberg

Obok pogorszenia danych z gospodarek, impuls do korekty powinien przychodzić pod postacią przyrostów zapasów surowca – ostatnie tendencje w tym zakresie są sprzeczne z obserwowanymi szablonami sezonowymi. Dodatkowo nie można bagatelizować aktywności Trumpa na Twitterze: każdy silny wzrost, każdy nowy wielomiesięczny szczyt podnosi ryzyko reakcji.

Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz w TMS Brokers

5G to nie tylko kolejne „G”, czyli co nowa generacja sieci oznacza dla biznesu

Internet działający jak nigdy wcześniej, leczenie na odległość, szeroka adaptacja Internetu Rzeczy i oczywiście SI – to wszystko wydarzy się już niebawem. Zawsze jednak, gdzieś w tle, majaczy technologia 5G. Przyszłość trudno wyobrazić sobie bez nadchodzącej sieciowej rewolucji, a rok 2019 z pewnością jest momentem przełomowym dla technologii 5G.

Dla firm z branży telekomunikacyjnej czy dostawców usług komunikacyjnych nadszedł idealny moment, by rozwinąć zdolność dostarczania nowych usług od ręki, w sposób niemożliwy jeszcze jakiś czas temu. Wykorzystanie technologii 5G to okazja, by w walce o serca i zadowolenie klientów wykorzystać Internet Rzeczy, chmury obliczeniowe i edge computinig. Choć o 5G na razie więcej się mówi niż realnie wykorzystuje, biznes musi zacząć planować działania już teraz.

Jean Pierre Brulard, wiceprezes i dyrektor generalny VMware w regionie EMEA
Jean Pierre Brulard, wiceprezes i dyrektor generalny VMware w regionie EMEA

Wpływ tych zawczasu podjętych decyzji na finansowe i operacyjne ramy działania firm z branży telco będzie ogromny. Firmy muszą być gotowe do walki z konkurencją. Bronią jest swoboda tworzenia nowych usług oraz stopniowo zwiększana wydajność i przepustowość sieci operatorskich – komentuje Jean Pierre Brulard, wiceprezes i dyrektor generalny VMware w regionie EMEA. Ograniczanie 5G jednak do rozwoju branży telco to jednak poważny błąd. Każda organizacja, która w swojej działalności wykorzystuje sieć, powinna poważnie pomyśleć, jak technologia 5G może pomóc jej w osiągnięciu celów biznesowych. Nie ma znaczenia czy dana organizacja działa w sektorze handlowym, logistycznym, publicznym czy prywatnym. 5G to okazja, by całkowicie przemodelować biznes i sposób komunikacji z konsumentami – dodaje.

Zdaniem Åsy Tamsons, szefowej działu rozwoju biznesu w Ericssonie, wiele firm oraz instytucji na całym świecie uważa nadal, że technologia 5G to tylko kolejna „sieć. Takie podejście jest poważnym hamulcem inwestycyjnym. Osoby odpowiedzialne za rozwój biznesu muszą więc wiele sie natrudzić, by przekonać zarządy firm oraz akcjonariuszy, że wydatki na wdrożenia 5G są jak najbardziej potrzebne w czasach, które nadchodzą.

Jedna sieć, bogactwo możliwości

Jeśli biznes pyta – po co nam kolejna sieć, o co chodzi z tym cały oznakowaniem „coś tam G” należy odpowiedzieć wprost – 5G to większa szybkość, niższe opóźnienia i znacznie wyższa gęstość sieci niż w przypadku technologii 4G, inaczej LTE. Jeśli organizacja chce choćby marzyć o usługach opartych na potencjale IoT, o sprzedaży autonomicznych pojazdów, o telemedycynie czy o stworzeniu smart city, każdy z tych elementów musi być w grze.

Szybkość to sprawa nader oczywista. 5G umożliwi konsumentowi ściągnięcie całego filmu w wysokiej jakości w ciągu nawet 10 sekund. Dzisiaj trwać to może nawet godzinę. Przepustowość determinuje z kolei w jakim czasie dane pokonują odległość miedzy dwoma punktami. Obecne sieci sprawiają, że transfer danych zawsze jest obarczony opóźnieniem, choćby liczonym w milisekundach. W przypadku operacji chirurgicznej to czas mający nie lada znaczenie – wyjaśnia Jean Pierre Brulard z VMware. Gęstość sieci decyduje z kolei o jej wydajności pod kątem ilości urządzeń zalogowanych do niej w tym samym czasie. Już teraz na świecie działa ponad 23 mld urządzeń sieciowych. A liczba ta będzie rosnąć. Każdy z nas doświadczył sytuacji, że szybkość połączenia drastycznie spadała, wraz z kolejnymi logowaniami nowych urządzeń. To wyraźnie pokazuje, że potrzebujemy technologii, która obsłuży znacznie więcej narzędzi na raz – dodaje.

W każdym tym aspekcie technologia 5G może spisać się lepiej i efektywniej niż obecne sieci 4G, umożliwiając organizacjom podjęcie działań, która definiują nowy, cyfrowy świat. Dzięki niezawodnej i szybkiej sieci 5G chirurg będzie np. w stanie przeprowadzić operacje na odległość, dzięki podłączonemu do sieci robotowi. Jak to jest możliwe, co czyni 5G lepszym od 4G?

Obecna sieć składa się z różnorodnych urządzeń, która działając w ramach jednej sieci to łączą się z nią w jeden sposób. W przypadku 5G sieć podzielona będzie na swego rodzaju plastry. Każdy z nich będzie odpowiadał za inne funkcje sieci. Przy tym podejściu, jeden taki plaster będz ie np. odpowiedzialny za komunikację bez opóźnień, inny za przesyłanie obrazu i dźwięku wysokiej jakości, a jeszcze inny za dostępność usługi na czas wykorzystania danego rozwiązania. Dzięki temu chirurg będzie mógł przeprowadzić operację, bez ryzyka, że inni użytkownicy sieci wpłyną na jego działania – tłumaczy Jean Pierre Brulard z VMware.

Handel na miarę cyfrowych czasów

Według Gartnera do 2020 r. 100 mln konsumentów będzie robiło zakupy z wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości lub wirtualnej rzeczywistości. Zastosowanie tych, niszowych do tej pory, technologii stanie się możliwe na szerszą skalę właśnie dzięki technologii 5G. Branża detaliczna do sieci nowej generacji coraz bardziej przekonuje się nie tylko jednak ze względu na możliwości rozwiązań VR/AR.

Wielokrotnie już słyszeliśmy, że wielkie firmy detaliczne planują dostarczać paczki z pomocą dronów. Jak na razie nie widać na niebie rojów maszyn z pakunkami w mechanicznych łapkach. Ale ta wizja dzięki 5G może stać się czymś więcej niż tylko projekcją biznesowych marzeń – przekonuje Jean Pierre Brulard z VMware.

Dzięki znacznie większej gęstości sieci przyszłości będą w stanie „obsłużyć” ogromną ilość latających urządzeń, umożliwiając ich operatorom koordynować ich trasy, tak by nie doszło do żadnych kolizji. Taka technologia umożliwi dostawy do obszarów, do tej pory niedostępnych ze względu na brak odpowiedniej infrastruktury drogowej.

Bez inwestycji nie ma zysku

Osiągniecie efektów jakie daje technologia 5G wymagać będzie oczywiście od firm dużych nakładów finansowych w rozwój infrastruktury sieciowej. Dla dostawców usług komunikacyjnych inwestycja taka to swoiste rynkowe być albo nie być. Najprawdopodobniej w najbliższych latach firmy te nie wdrożą jednak czystej oferty opartej tylko na 5G. Konsumenci raczej otrzymają mieszane podejście. Sieci LTE dla podstawowych usług i 5G dla tych dodatkowych, bardziej innowacyjnych.

W najbliższym czasie więc popularnością będą się cieszyć chmury telekomunikacyjne. Bazująca na oprogramowaniu infrastruktura pozwala łatwo łączyć rozwiązania 4G z fundamentem pod przyszłe wdrożenia sieci 5G. Takie podejście testuje obecnie m.in. firma Vodafone. Jej dyrektor generalny ds. technologii, Johan Wibergh tłumaczy, że w procesie automatyzacji operacji sieciowych i zarządzania nimi wymagana jest znaczna elastyczność działania, która umożliwia jedynie infrastruktura programowa. Dzięki inwestycjom w chmurą telekomunikacyjna i technologię NFV osiągnęliśmy znacznie korzyści finansowe i jednocześnie przyspieszyliśmy nasze działania rynkowe.

Bez wątpienia dzięki technologii 5G wdrażanie najnowszych osiągnieć technologicznych np. Internetu Rzeczy, sztucznej inteligencji, edge computing stanie się szybsze i sprawniejsze. W oparciu o programowo-definiowaną infrastrukturę sieć nowej generacji będzie miała potencjał całkowicie przeobrazić krajobraz biznesowy.

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić nawet skalę tych przeobrażeń. Jeszcze wiele musi się wydarzyć zanim 5G całkowicie wyprze poprzednie sieci. O zmianach musimy jednak myśleć tu i teraz. Przedsiębiorstwa muszą opracować plan działania, jak mogą wykorzystać moc tej nowej sieci dla własnych potrzeb biznesowych. Myśląc że 5G to tylko kolejne „jakieś tam G”, firma ryzykuje, że prześpi okazję do wyprzedzenia konkurencji.  Każda organizacja, która nie wykorzysta tej możliwości, już wkrótce będzie walczyć o przetrwanie w cyfrowym świecie – puentuje Pierre Brulard z VMware.

Inflacja rośnie zgodnie z planem – ceny żywności oraz paliw w górę

Potwierdziły się wstępne szacunki GUS, zakładające wzrost inflacji w marcu do 1,7 proc. Mocniej w górę poszły ceny żywności oraz paliw.

W marcu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych był wyższy niż przed rokiem o 1,7 proc. Oznacza to przyspieszenie inflacji w skali zgodnej zarówno z wcześniejszymi szacunkami, jak i z oczekiwaniami ekonomistów. Jest ona najwyższa od października ubiegłego roku. Jednocześnie w marcu ubiegłego roku ceny wzrosły jedynie o 1,3 proc. W minionym miesiącu mocniej w górę poszły ceny żywności i były wyższe niż przed rokiem o 2,6 proc. (w lutym wzrost wyniósł 2,1 proc.). Ceny związane z transportem przyspieszyły zwyżkę z 2,5 proc. w lutym do 3,5 proc. Złożył się na to sięgający 7,3 proc. wzrost cen paliw, w tym olej napędowy zdrożał aż o 13,2 proc. a benzyna o 4,4 proc. W lutym wzrost był wyraźnie niższy i wynosił odpowiednio 10,8 i 3,1 proc.

Spośród pozostałych głównych kategorii wydatków nadal silniej zwyżkowały koszty związane ze zdrowiem, które poszły w górę o 2,9 proc. (w lutym wzrosły o 2,6 proc.). Koszty dotyczące edukacji zwiększyły się o 3,1 proc. w porównaniu do marca 2018 r., a wysokie tempo wzrostu w tym przypadku utrzymuje się już od kilku miesięcy. O 3,6 proc. więcej trzeba było płacić w hotelach i restauracjach. Tradycyjnie już taniała odzież i obuwie, tym razem o 2,4 proc. oraz wydatki związane z łącznością, których ceny spadły o 2,5 proc. (ceny sprzętu telekomunikacyjnego obniżyły się aż o 11 proc.). Z 2,3 proc. w lutym do 2,7 proc. w marcu przyspieszył wzrost cen usług, co ma związek z rosnącymi płacami i dużym udziałem kosztów wynagrodzeń w tym sektorze. Ponownie nieco zwiększyły się koszty związane z użytkowaniem mieszkania, z 0,6 proc. w lutym do 1 proc. w marcu. Najmocniej, bo aż o 10,6 proc. zwiększyły się koszty wywozu śmieci. Ceny energii elektrycznej były niższe niż przed rokiem aż o 7 proc., ale o 5,2 proc. zdrożał gaz.

Wśród najbardziej popularnych artykułów żywnościowych nadal silnie drożeje pieczywo, za które w marcu trzeba było płacić o 9,6 proc. więcej niż przed rokiem (w lutym zwyżka sięgała 9,3 proc.). O 2,4 proc. w górę poszły ceny mięsa drobiowego, ale za to o 2,7 proc. mniej trzeba było płacić za wieprzowinę. Niewiele, bo o 0,7 proc. staniały mleko, sery i jaja, w tym mleko o 2,5 proc., a jaj aż o 10,6 proc. Producenci sygnalizują dużą nadpodaż jaj i zbliżające się święta niewiele im pomogą, zaś konsumenci za ten składnik tradycyjnego koszyczka będą płacić mniej. Z kolei o 1,3 proc. zdrożały wędliny. Nadal silnie rosną ceny warzyw, przyspieszając z 15,8 proc. w lutym do 16,6 proc. w marcu. Dość niespodziewanie, aż o 11,2 proc. podrożał cukier. Z 1,8 do 2,1 proc. wzrosła dynamika cen napojów alkoholowych.

Dość powszechne, zarówno ze strony ekonomistów, jak i konsumentów, jest oczekiwanie umiarkowanego wzrostu inflacji w kolejnych miesiącach. Proinflacyjnie powinien oddziaływać utrzymujący się dynamiczny wzrost średnich płac i zapowiadane transfery socjalne oraz wciąż bardzo dobra z punktu widzenia pracowników sytuacja na rynku pracy. Z kolei na inflację hamująco może działać perspektywa spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego. Zagadką pozostają natomiast notowania ropy naftowej oraz sytuacja na rynku produktów rolno-spożywczych. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się wzrost wskaźnika cen o około 2 proc. na koniec roku, jednak możliwe są odchylenia zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Warto zwrócić uwagę, że najnowsza prognoza Banku Światowego zakłada na ten rok inflację w wysokości aż 3 proc., Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewa się wzrostu o 2 proc. Z kolei agencja ratingowa Fitch obniżyła niedawno swoją prognozę inflacji na ten rok z 2,7 do 1,7 proc.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

MFW zwiększył swój szacunek dla wzrostu polskiego PKB w tym roku

W minionym tygodniu nie poznaliśmy zbyt wielu nowych danych dla polskiej gospodarki. Warta uwagi jest jednak nowa prognoza Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), wg której w tym roku polska gospodarka wzrośnie o 3,8%, a więc o 0,3 p.p. więcej w porównaniu z poprzednią prognozą. Polska jest jednym z nielicznych krajów, dla których MFW podniósł szacunki wzrostu PKB w tym roku. Dla porównania dla największych gospodarek światowych, jak USA, Niemcy czy Japonia, MFW znacznie je obniżył. Przyczyną podwyższenia prognoz dla rozwoju PKB w Polsce jest głównie ekspansywna polityka fiskalna polskiego rządu. Jednakże, podczas gdy ekspansja fiskalna wspiera szybszy wzrost PKB, to negatywnie odbija się na polskich finansach publicznych. Wg MFW deficyt budżetu państwa wzrośnie w tym roku do 2,2%, z szacowanych wcześniej 0,5%.

W bieżącym tygodniu zostaną opublikowane interesujące

statystyki z polskiego rynku pracy oraz wyniki marcowej produkcji przemysłowej. Dane te nie powinny zmienić fundamentów złotego. Rynki zdążyły się już przyzwyczaić do dobrej sytuacji i wyników polskiej gospodarki. Paradoksalnie, większy potencjał wpływu na złotego ma rozwój w strefie euro. Tutaj nie oczekuje się jednak znaczących zmian. Po odroczeniu Brexitu sytuacja na pewien czas się uspokoi, a na zasadnicze zmiany rozwoju gospodarczego w Niemczech jest jeszcze wcześnie.

Złoty w ubiegłym tygodniu umocnił się i tydzień zakończył na poziomie 4,28 EUR/PLN. Kurs eurodolara w piątek wynosił 0,03 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Bezpieczeństwo firmowej chmury

Rozwiązania chmurowe stale zyskują na popularności. Według firmy badawczej Forrester całkowity rynek chmury publicznej osiągnął w 2018 roku wartość 178 miliardów dolarów – to ponad o 32 miliardy więcej niż rok wcześniej. Z kolei analitycy IDC przewidują, że 90% przedsiębiorstw będzie korzystać z co najmniej kilku usług i platform w chmurze do 2020 roku.

Zalety przetwarzania danych w chmurze są widoczne dla wielu firm i organizacji. Równocześnie wyraźne stają się zagrożenia i poważne wyzwania związane z chmurą publiczną, prywatną i hybrydową.  Monitorowanie tych wszystkich środowisk jest coraz trudniejsze, dlatego warto przyjrzeć się trzem aspektom zapewnienia bezpieczeństwa chmury opracowanym przez ekspertów Fortinet.

1) Środowisko wielochmurowe pojawia się spontanicznie

Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce
Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce

Zazwyczaj systemy wielochmurowe powstają w firmach spontanicznie, korzystanie z nich nie jest dokładnie zaplanowane, a ich jakiekolwiek zabezpieczenia są wdrażane po fakcie. – Wystarczy, że pracownicy zaczną korzystać z Dropboxa, Google Drive czy Office 365 i nagle firma staje się użytkownikiem wielu różnych dostawców usług w chmurze – zauważa Jolanta Malak, dyrektor Fortinet w Polsce. – Takie sytuacje ograniczają kontrolę nad danymi, które wpływają do firmy i ją opuszczają. Każda z wykorzystywanych usług ma odrębną, często niezbyt jasną politykę zabezpieczeń, co w efekcie zwiększa ryzyko naruszenia poufności danych.

Należy pamiętać, że zabezpieczenia są tak silne, jak ich najsłabsze ogniwa. Wystarczy, że pracownicy zaczną korzystać z tych samych haseł do różnych aplikacji w chmurze, a ryzyko automatycznie rozszerzy się o obszary niekontrolowane przez zespół IT firmy. Brak informacji o tym, jakie dane są przechowywane oraz gdzie i komu są udostępniane sprawi, że poziom zagrożeń będzie trudny do określenia, ale niemal na pewno się zwiększy. Nie pomaga też fakt, że każda platforma jest podatna na inne rodzaje ataków.

2) Praktyczne rozwiązania lepsze niż ograniczenia

Zatrudnieni w firmie specjaliści od bezpieczeństwa powinni skupić się na promowaniu wśród pracowników dobrych praktyk, zaczynając np. od założenia przeznaczonych do użytku służbowego kont Dropbox i aplikacji Google. Nie rozwiąże to wszystkich problemów, ale w dalszej perspektywie ułatwi centralne zarządzanie tymi usługami i zmniejszy ryzyko.

Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet
Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo danych w chmurze ostatecznie leży po stronie użytkownika. Dostawcy usług wielochmurowych zazwyczaj zapewniają szczegółową dokumentację informującą o warunkach i zagrożeniach związanych z ich wykorzystywaniem – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce. – Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa muszą więc ustalić granicę, gdzie zaczyna się ich odpowiedzialność, a kończą obowiązki dostawcy. Dopiero wtedy można zacząć opracowywać strategię zabezpieczeń, włączając w to szyfrowanie danych i ustalanie odpowiednich wymagań poufności.

3) Bezpieczeństwo w chmurze

Przedsiębiorstwa oraz ich zespoły IT muszą przygotować się na to, że pracownicy będą korzystać z wielu środowisk w chmurze. Aby zapewnić odpowiednią ochronę i widoczność, konieczna będzie integracja zabezpieczeń i stworzenie odpowiedniej polityki reagowania na zagrożenia. Takie podejście pozwoli na bezpieczną komunikację w chmurze pomiędzy aplikacjami a urządzeniami końcowymi (komputerami, smartfonami), zaś firma będzie mogła czerpać korzyści z zalet przetwarzania danych w chmurze, jednocześnie unikając potencjalnych niebezpieczeństw.

Trójmiasto z najniższym od dekady poziomem pustostanów

W 2018 r. łączne zasoby biurowe Gdańska, Gdyni i Sopotu sięgnęły 775 tys. mkw., co plasuje je na trzecim miejscu wśród rynków regionalnych. Na koniec 2018 roku w Trójmieście było w sumie 145 tys. mkw. biur w budowie. Jednocześnie odnotowano najniższy od blisko dekady poziom pustostanów na poziomie 6,1%.

W minionym roku w trójmiejskiej aglomeracji oddano do użytku 77 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej w ramach trzech projektów: Olivia Star (43,7 tys. mkw.) i Olivia Prime A (29,4 tys. mkw.) w Gdańsku oraz Centrum Sportowa C w Gdyni (3,8 tys. mkw.).

Wśród największych budynków w fazie realizacji są m.in. IV etap kompleksu biurowego Alchemia – Neon (niemal 34 tys. mkw.), kolejny budynek w kompleksie Olivia Business Centre (26 tys. mkw.), budynek A w kompleksie biurowym WAVE (22,6 tys. mkw.), Heweliusza 18 (10 tys. mkw.) czy biurowiec GATO – w ramach projektu Garnizon (10 tys. mkw.).

2018 rok pod znakiem nowych umów i relokacji

Popyt brutto na powierzchnię biurową w Trójmieście zmniejszył się w 2018 roku o 25% w porównaniu do 2017 roku i wyniósł 84 tys. mkw. Dominującą częścią wszystkich transakcji były nowe umowy i relokacje, których udział wyniósł 60%, co świadczy o nieustającej, wysokiej dynamice lokalnego rynku. Ekspansje dotychczasowych najemców stanowiły 20%, a renegocjacje i przedłużenia 19% całkowitego wolumenu. Poziom transakcji pre-let odnotowany w 2018 roku stanowił 28% łącznego popytu.

Sektor IT i telekomunikacji z przewagą na rynku

Ze względu na wysoką jakość życia, wyjątkowe położenie, jak również dostępność wykwalifikowanej kadry ze szczególnymi umiejętnościami, jak np. znajomość języków skandynawskich, Trójmiasto niezmiennie pozostaje atrakcyjną lokalizacją zarówno dla nowych firm, jak również dotychczasowych najemców, którzy z sukcesem rozwijają tu swoją działalność.

Błażej Kucharski, dyrektor regionalny Colliers International w Gdańsku
Błażej Kucharski, dyrektor regionalny Colliers International w Gdańsku

— Pod względem aktywności najemców z poszczególnych branż w 2018 r. dominowały firmy z sektora IT i Telekomunikacji (39%), w tym największy na rynku trójmiejskim – bank Nordea, należący do grona naszych klientów. W ostatnim czasie doradzaliśmy spółce przy umowach najmu blisko 25 tys. mkw. w Gdańsku i Gdyni. Wśród firm, z którymi mieliśmy okazję w ubiegłym roku współpracować znalazły się też polskie i międzynarodowe korporacje reprezentujące branżę usług profesjonalnych, medyczną, jak również startupy — mówi Błażej Kucharski, dyrektor regionalny Colliers International w Gdańsku.

Na drugim miejscu, tuż za sektorem IT i telekomunikacji, znalazł się sektor handlowy, a na trzecim branża finansowa (odpowiednio 14% i 12%). Wśród największych transakcji na rynku należy wymienić m.in. nową umowę Sii w Olivia Prime A w kompleksie Olivia Business Centre (10,1 tys. mkw.), renegocjację i ekspansję firmy Bayer w budynkach Olivia Point i Olivia Tower w tym samym kompleksie (niecałe 6 tys. mkw.) oraz renegocjację i ekspansję LPP w Waterside (5,2 tys. mkw.).

Popyt i czynsze

Zdaniem ekspertów Colliers International w Trójmieście mamy aktualnie do czynienia z rynkiem neutralnym. Popyt oraz aktywność deweloperów znajdują się na wysokim poziomie, jednak utrzymujący się niski wskaźnik pustostanów może odmienić tę sytuację na korzyść właścicieli – w 2018 roku utrzymywał się on na poziomie 6,1%. W najbliższych kwartałach wskaźnik może stopniowo wzrastać, w miarę oddawania do użytku kolejnych projektów.

W najlepszych budynkach klasy A czynsze za powierzchnię biurową wynoszą od 12 do 15,5 euro za mkw. miesięcznie. W starszych budynkach klasy B/B+ stawki miesięczne są niższe i wynoszą 10-12 euro za mkw.

Dominujący Gdańsk

Najwięcej istniejącej powierzchni biurowej w Trójmieście jest w Gdańsku – 75%, pozostałe 21% w Gdyni i 4% w Sopocie. Ich koncentracja występuje wzdłuż trasy Szybkiej Kolei Miejskiej, Drogi Gdyńskiej oraz alei Grunwaldzkiej. Projekty biurowe występują też w okolicach gdańskiego lotniska oraz w centrum Gdańska.

— Według naszych szacunków aktywność deweloperów i popyt na nowe biura będą się utrzymywały w kolejnych latach na wysokim poziomie. W budowie znajduje się rekordowa ilość powierzchni biurowej, a oprócz lokalnych deweloperów, niezmiennie stanowiących największy udział w trójmiejskim rynku biurowym (Allcon, Olivia Business Centre, Torus), realizację inwestycji w najbliższym czasie deklarują również międzynarodowi gracze jak Skanska, Vastinst czy Cavatina — podsumowuje Błażej Kucharski

Tomasz Owczarek nowym dyrektorem sprzedaży w Mastercard

15 kwietnia 2019 r. rolę dyrektora sprzedaży w polskim oddziale Mastercard Europe obejmuje Tomasz Owczarek. W swojej nowej roli będzie odpowiadał za współpracę z bankami w Polsce oraz strategię i koordynację projektów.

Tomasz Owczarek - nowy dyrektor sprzedaży w Mastercard
Tomasz Owczarek – nowy dyrektor sprzedaży w Mastercard

Tomasz Owczarek dotychczas w polskim oddziale Mastercard Europe odpowiadał za rozwój strategii i koordynację projektów kluczowych, prowadząc m.in. inicjatywy związane z open banking.

Wcześniej Tomasz pracował w banku Citi Handlowy i firmie konsultingowej McKinsey. Posiada 15-letnie doświadczenie w bankowości detalicznej i branży płatniczej. Obejmuje ono bezpośrednie doświadczenie operacyjne w zakresie zarządzania produktami płatniczymi oraz zarządzania sprzedażą w bankowości detalicznej. Ponadto był konsultantem strategicznym zaangażowanym w rozwój strategii oraz przy okazji przekształceń dla kluczowych graczy branży finansowej. Jest absolwentem wydziału międzynarodowych stosunków gospodarczych Akademii Ekonomicznej w Katowicach.

Tomasz Owczarek objął stanowisko po Piotrze Domaszewskim, który awansował w międzynarodowych strukturach Mastercard i od kwietnia tego roku jest odpowiedzialny za strategię firmy w zakresie kart kredytowych dla klientów indywidualnych na rynku amerykańskim.

System kaucyjny jedynym rozwiązaniem dla rynku butelek plastikowych

Już wkrótce Rada Unii Europejskiej zatwierdzi dyrektywę w sprawie ograniczenia wpływu niektórych produktów z tworzyw sztucznych na środowisko. Zdaniem ekspertów Deloitte zawarte w tym dokumencie ambitne cele ograniczające stosowanie plastiku nie będą możliwe bez wprowadzenia systemu kaucyjnego. Z 5 mln 565 tys. ton opakowań wprowadzonych na rynek w Polsce w 2017 roku, około 2,5 mln ton (45 proc.) trafiło do gospodarstw domowych. System depozytowy dotyczyłby jedynie około jednej trzeciej tych opakowań, a więc około 740 tys. ton rocznie. Kraje, w których został on wdrożony, odnotowują korzyści w postaci wzrostu poziomu recyklingu odpadów opakowaniowych, poprawy jakości surowca czy większej świadomości środowiskowej społeczeństwa. Z drugiej strony, wprowadzenie dobrze funkcjonującego systemu wymaga odpowiedzi na wiele pytań, by jego finalny kształt uwzględniał aspekty funkcjonowania wszystkich podmiotów.

Dyrektywa „Single-Use Plastics” od 2021 roku przewiduje różne rodzaje działań mających na celu ograniczenie negatywnego wpływu odpadów z tworzyw sztucznych na środowisko. Zakaz wprowadzenia do obrotu części produktów jednorazowego użytku będzie dotyczył patyczków higienicznych, sztućców, talerzy, słomek, mieszadeł do napojów oraz patyczków do balonów. Produkty te będą musiały zostać zastąpione przez biodegradowalne alternatywy. Inne artykuły, takie jak opakowania na żywność, paczki i owijki na butelki, pojemniki na napoje, kubki na napoje, wyroby tytoniowe z filtrami, chusteczki nawilżane, balony i lekkie torby plastikowe nadal będą mogły być wprowadzane do obrotu, ale w stosunku do nich zostaną wzmocnione mechanizmy rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). Poza tym od 2025 roku nakrętki i wieczka plastikowe będzie można wprowadzić do obrotu tylko pod warunkiem, że będą one przymocowane na stałe do butelek i pojemników. Od tego samego roku wszystkie butelki PET muszą być wykonane co najmniej w 25 proc. z surowca wtórnego, a od 2030 wszystkie butelki plastikowe (niezależnie od rodzaju tworzywa) – w 30 proc. Co więcej, do końca 2025 roku poziom zbiórki i recyklingu opakowań plastikowych po napojach ma wynieść 77 proc., a do 2029 r. – 90 proc. – Osiągnięcie tych celów nie będzie możliwe bez efektywnego systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta, którego uzupełnieniem może być system kaucyjny. Pewne jest, że depozytu nie należy traktować jako rozwiązania problemu zbiórki i zagospodarowania wszystkich odpadów komunalnych, ale jako sposób na wzrost poziomu recyklingu wybranych frakcji – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.

System kaucyjny w Europie

Obecnie z depozytu korzysta 133,1 mln ludzi w Europie, czyli nieco ponad jedna czwarta populacji. System funkcjonuje w dziesięciu europejskich krajach: Chorwacji, Danii, Estonii, Finlandii, Niemczech, Holandii, Norwegii, Szwecji, Islandii i na Litwie. Z uwagi na restrykcyjne wymogi prawne w zakresie odpadów opakowaniowych jego wprowadzenie rozważa coraz więcej państw, m.in. Austria, Belgia, Francja, Łotwa czy Wielka Brytania.

Efektywność systemów działających w poszczególnych państwach jest zbliżona, a średni poziom zbiórki odpadów włączonych w system kształtuje się na poziomie 91 proc. – Co do zasady system kaucyjny przyczynia się do podniesienia ogólnych poziomów recyklingu odpadów opakowaniowych. Trend ten zaobserwować można na przykładzie Danii, Holandii i Niemiec.  Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że Belgia, Czechy czy Hiszpania osiągają zbliżone wyniki w zakresie poziomów recyklingu, choć nie wprowadziły systemu depozytowego. Bardzo efektywnie natomiast działa w tych krajach zasada rozszerzonej odpowiedzialności producenta, za pośrednictwem której producenci wprowadzający opakowania na rynek w całości lub części pokrywają koszty gospodarki odpadami opakowaniowymi– mówi Julia Patorska.

To nie jest kwestia „czy” ale „jak” wprowadzić system kaucyjny

Do gospodarstw domowych trafia 45 proc. wszystkich opakowań – w przybliżeniu 2,5 mln ton rocznie.  Butelki PET i szklane, puszki aluminiowe oraz opakowania wielomateriałowe do płynnej żywności to około 30 proc. wszystkich opakowań wprowadzonych do gospodarstw domowych.  Przy założeniu zbiórki na poziomie 91 proc. odpady te stanowiłyby zaledwie ok. 6 proc. wszystkich zebranych odpadów komunalnych. To pokazuje, że system kaucyjny jest rozwiązaniem fragmentarycznym i nie rozwiązuje całościowo problemu zagospodarowania odpadów, w szczególności tych problematycznych, takich jak opakowania wielomateriałowe, tacki, owijki na butelki, kubeczki na jogurty czy folie.

Jak wskazują eksperci Deloitte, system ROP jest rozwiązaniem, które może przynieść korzyści w odniesieniu do poziomów zbierania i recyklingu wszystkich typów odpadów opakowaniowych i powinien stanowić podstawę działań w tym zakresie. Tym bardziej, że system kaucyjny może stanowić jego skuteczne uzupełnienie, jak dzieje się to m.in. w Holandii i Niemczech, które są wśród pięciu krajów z najwyższymi poziomami recyklingu.

Wdrożenie sprawnie funkcjonującego systemu kaucyjnego jest zawiłym i skomplikowanym procesem. Na drodze do jego wprowadzenia pojawia się szereg pytań odnośnie kształtu, kosztów, zasad funkcjonowania i wpływu na obecnie istniejące zależności. Pytania te odnoszą się do niemal każdego z potencjalnych interesariuszy systemu – od wprowadzających produkty w opakowaniach na rynek, poprzez handel, konsumentów, aż po firmy zaangażowane w transport i recykling opakowań, a także pośrednich uczestników systemu – gminy i organizacje odzysku.

Julia Patorska
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Jednym z najistotniejszych czynników do rozważenia, decydującym o kosztach systemu kaucyjnego i jego funkcjonalności, jest to, czy będzie on automatyczny czy manualny. Różnica dotyczy przede wszystkim liczby czynności związanych z odbiorem i segregacją opakowań, które musi wykonać pracownik sklepu lub automat, a tym samym czasu jaki cały proces zajmuje. Gdy małe sklepy, nie chcąc angażować dodatkowego pracownika, zdecydują się na zbiórkę automatyczną, podniesie to koszty inwestycyjne całego systemu. – Jego automatyzacja i objęcie nim wszystkich sklepów jest wariantem bardzo kosztownym. Jak wynika z naszych obliczeń, nawet przy założeniu, że automaty trafią tylko do dużych sklepów, kwota potrzeba na sfinansowanie przedsięwzięcia to ponad miliard zł. Koszty inwestycyjne związane z wprowadzeniem systemu kaucyjnego będą w znaczny sposób wpływać na jego funkcjonalność i wygodę dla poszczególnych uczestników. To z kolei będzie decydującym czynnikiem kształtującym jego efektywność – mówi Julia Patorska.

Choć dyskusja na temat słuszności wprowadzania systemu kaucyjnego trwa od lat, żaden kraj dotąd nie opracował rozwiązania idealnego, na którym inne państwa mogłyby się wzorować. Przed ewentualnym przystąpieniem do systemu depozytowego warto przeprowadzić szeroką akcję informacyjno-edukacyjną w zakresie selektywnego zbierania odpadów, w szczególności tych, których właściwe posortowanie stanowi problem dla gospodarstw domowych.

Ile uda się wykrzesać przed Świętami Wielkanocnymi?

Na mierniku rynkowego sentymentu wskaźnik wychylił się w piątek w stronę risk-on, przez co bezpieczne USD, CHF i JPY traciły, a siła była po stronie walut surowcowych i rynków wschodzących. Trudno wskazać jednoznaczny powód i nawet ja osobiście spodziewałem się kontynuacji marazmu z czwartku. Jednak niezdecydowanie inwestorów ma to do siebie, że czasami potrzeba niewiele, by skierować wszystkich w jednym kierunku.

Jako jeden z powodów optymizmu wskazywano lepsze dane z Chin, ale tutaj każdy może zobaczyć to, co chce. Bez wątpienia przyspieszenie dynamiki nowych kredytów do wieloletniego szczytu (1,3,7 proc. r/r) jest pozytywną informacją wskazującą, że ekspansja monetarna przynosi rezultaty, ale już dane z handlu nie są już tak proste w interpretacji. W marcu eksport wyraźnie przyspieszył (14,2 proc. r/r, prog. 6,5 proc.) i odwrócił spadek o 20,8 proc. z lutego, ale już import silnie się obniżył o 7,6 proc. (prog. 0,2 proc.). Słaby popyt wewnętrzny może być oznaką słabości gospodarki i jeszcze nie daje pewności, że dołek został minięty. Z drugiej strony ożywienie eksportu pomaga ukoić obawy o globalna wymianę handlową – coś, co jest kluczowym czynnikiem ryzyka do miesięcy. Zatem pesymiści i optymiści mogą czytać dane na swój sposób, ale zachowanie rynków w piątek wskazuje, że więcej jest tych, którzy chcą widzieć szklankę do połowy pełną. Na papierze mamy osłabioną (ale nierecesyjną) globalną gospodarkę przy bankach centralnych skręcających w gołębią stronę. Z tego można rozbudzić rajd ryzyka, potrzebne jest tylko lekkie pchnięcie. Być może z takim mieliśmy do czynienia w piątek.

Ile z tego uda się wykrzesać w tygodniu przed Świętami Wielkanocnymi? Kalendarz publikacji jest w zasadzie spakowany do czterech dni, ale też i dziś nie ma zbyt wiele do obserwowania (CPI z Polski, NY Empire State). W kolejnych dniach obniżoną zmienność mogą przebudzić PKB z Chin (środa) i indeksy PMI z Eurolandu (czwartek) – będą najistotniejsze pod kątem oceny siły globalnej gospodarki. Poza tym z czołowych gospodarek nie będzie brakować standardowych odczytów produkcji, sprzedaży detalicznej i danych z rynku pracy.

W piątek Polska otrzymała laurkę od agencji S&P. Rating i perspektywa zostały bez zmian (A-, stabilna), ale ocena sytuacji gospodarczej była pozytywna. Agencja przewiduje, że w długim terminie wzrost PKB będzie zmierzał do 2,8 proc., ale obecnie przejściowo pozostaje wyższy, w czym pomaga zdywersyfikowana gospodarka, wykształcona siła robocza, członkostwo w UE, możliwe do obsłużenia poziomy długu publicznego i prywatnego, solidne wskaźniki dotyczące pozycji zewnętrznej gospodarki oraz relatywnie głęboki krajowy rynek kapitałowy. Co istotne, impuls fiskalny (szacowany na 1,6 pkt proc. w 2019 i 2020 r.) nie doprowadzi do przekroczenia 3 proc. deficytu/PKB. To ważna wskazówka dla inwestorów zagranicznych, którzy analizują politykę fiskalną. Jednocześnie jest mało prawdopodobne, aby opinia S&P (czy każdej innej agencji) miała teraz dużą siłę oddziaływania – wysokie zadłużenie i ryzyko bankructwa nie są już głównymi czynnikami ryzyka. EUR/PLN zaczyna tydzień pod 4,28, ale więcej tutaj wpływu generalnej poprawy sentymentu na rynkach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Programy lojalnościowe w erze cyfrowej

Według badania przeprowadzonego przez Comarch i Kantar TNS ponad 70% polskich konsumentów należy przynajmniej do jednego programu lojalnościowego. Coraz częściej klienci oczekują jednak natychmiastowej gratyfikacji i jeszcze więcej cyfrowych rozwiązań. W jaki sposób zwiększyć ich entuzjazm, który przełoży się na realizację celów sprzedażowych?

Coraz więcej osób korzysta z programów lojalnościowych dostępnych z poziomu aplikacji mobilnych. Dlaczego? – Zapewniają one łatwą i szybką rejestrację, często nawet w czasie zakupów. Ich główną zaletą jest brak konieczności posiadania przy sobie plastikowej karty – stwierdza Izabela Kaczmarska, Strategic Planner w agencji reklamowej PA. – Kolejnym atutem takiego rozwiązania jest także to, że telefon komórkowy praktycznie zawsze mamy przy sobie, a co za tym idzie, możemy na bieżąco sprawdzać stan transakcji. Wirtualne karty lojalnościowe to także podstawowe źródło wiedzy o zachowaniach konsumentów. Na podstawie takich danych marketerzy mogą z łatwością wysyłać do zarejestrowanych użytkowników spersonalizowane treści, które są obecnie integralną częścią strategii oferty i produktu – dodaje Kaczmarska.

Karty lojalnościowe, ale w aplikacji mobilnej

Standardowe funkcjonalności programów lojalnościowych zmieniają swoją funkcję i rolę. Plastikowa karta powoli ustępuje miejsca aplikacjom mobilnym, które dzięki ogólnej  dostępności Internetu, pozwalają szybciej nawiązać interakcję z klientem. Za pomocą powiadomień push można na bieżąco informować o promocjach i dodatkowych rabatach, tworząc do tego jednocześnie spersonalizowany przekaz reklamowy. Z kolei aktywność użytkowników w aplikacji stanowi niezwykle przydatne narzędzie dla marketerów. Zbierają oni w ten sposób bazę kontaktów, pozwalającą na późniejszą automatyzację i optymalizację działań marketingowych. Stale aktualizowany i wygodny dostęp do konta to tylko jeden z czynników, który wpływa na budowanie zaufania wśród konsumentów.

Klasyczne mechanizmy programów lojalnościowych ewoluują i nie ograniczają się już jedynie do zbierania punktów i ich wymiany na nagrody. Klienci poszukują bodźca, który dodatkowo pobudzi ich do działania, dlatego coraz częściej w nowoczesnych strategiach partnerskich programów, stosowana jest grywalizacja i storytelling. Zastosowanie tych działań okazuje się znacznie skuteczniejszym sposobem na zaangażowanie użytkowników – dodaje Kaczmarska z PA.

Stworzenie aplikacji mobilnej ma także pewne ograniczenia. Najczęściej związane są one z kosztami, przekraczającymi często budżety marketingowe małych firm, które nie mają wystarczającego zaplecza finansowego, aby stworzyć dwie platformy opierające się na systemach operacyjnych iOS i Android. Istnieją jednak alternatywne sposoby, np. Progressive Web Application (PWA), czyli strony internetowe dające wrażenie działania jak aplikacje natywne. Czas potrzebny do ich realizacji i wdrożenia jest zdecydowanie krótszy i znacznie tańszy w produkcji.

Influencer marketing w programach lojalnościowych

Pozytywna rekomendacja w mediach społecznościowych jest w dzisiejszych czasach bardziej wartościowa od wysokobudżetowych kampanii reklamowych. Zaangażowanie influencerów staje się więc nieocenione w procesie tworzenia i promocji programów lojalnościowych. Marka Diesel stworzyła program i zachęca wszystkich swoich followersów do założenia cyfrowego sklepu. W ramach platformy SIDE: BIZ, każdy może zostać ambasadorem i zdobywać nagrody. Za utworzenie konta na stronie tego producenta można otrzymać rabat na pierwsze zakupy, jak również dostać personalizowany kod. Im więcej osób skorzysta z unikalnego linku, tym jego właściciel będzie mógł skorzystać z większej zniżki.

Programy lojalnościowe są inwestycją, która z pewnością zaprocentuje w przyszłości. Odpowiednio dopasowane narzędzia i niestandardowe funkcjonalności wpłyną na odmienne doświadczenia konsumenckie i przewagę konkurencyjną. Świadomość społeczeństwa i ich oczekiwania wychodzą poza ofertę produktową, oczekują oni nie tylko rzetelności i wiarygodności marki, ale także natychmiastowej gratyfikacji, która wywoła w nich pozytywne uczucia.

Ayming Polska: Firmy tracą na zawyżonej składce wypadkowej

Z analiz Ayming wynika, że jedynie 2 proc. przedsiębiorstw ma ustaloną stopę procentową składki wypadkowej na minimalnym poziomie dopuszczonym przez ustawodawcę. Choć składka wypadkowa jest w stu procentach finansowana przez pracodawcę, temat kosztów z nią związanych nie jest tak ściśle monitorowany przez działy finansowe jak inne koszty operacyjne. Tymczasem weryfikacja składki może przynieść znaczące oszczędności. Za 65 proc. z nich odpowiada prawidłowe zidentyfikowanie czynników zagrożenia i ograniczenie ryzyk z nimi związanych – czytamy w raporcie Ayming „Składka wypadkowa. Nieoczywisty koszt, ukryte oszczędności”.

Pod koniec marca pracodawcy otrzymali od ZUS-u zawiadomienie o wysokości stopy procentowej składki wypadkowej w 2019 r. Nowe stawki obowiązują od kwietnia. To dobry moment, aby przyjrzeć się wysokości swoich zobowiązań oraz zweryfikować poprawność naliczenia stopy procentowej. Z analiz Ayming wynika, że 75 proc. przedsiębiorstw płaci składkę wyliczoną w oparciu o wyższą stopę procentową niż to wynika z ich kodu PKD.

Składka wypadkowa to jedyna składka w polskim systemie ubezpieczeń społecznych, która jest zależna od wielu czynników i ruchoma. Oznacza to, że ustawodawca nie narzuca z góry jednakowej stawki dla wszystkich płatników, jak ma to miejsce w przypadku składki emerytalnej czy rentowej. Składka wypadkowa jest ustalana indywidualnie z uwzględnieniem ryzyk występujących u danego pracodawcy. Jeśli dochodzi do wielu wypadków i zidentyfikowano liczne warunki zagrożenia, jej wysokość automatycznie rośnie. Ale jeśli pracodawca dba o bezpieczeństwo pracowników, płaci mniejszą składkę wypadkową.

Składka poza kontrolą

Wielu przedsiębiorców nie ma świadomości, że wysokością składki wypadkowej można zarządzać w takim samym stopniu, jak innymi kosztami operacyjnymi i zgodnie z prawem obniżać jej wysokość. Tymczasem firmy mogą zweryfikować obciążenia z tytułu składki wypadkowej i odzyskać nadpłacone środki nawet za 5 lat wstecz. Uzyskana kwota może być na tyle znacząca, że wpłynie na poprawę wyniku finansowego firmy. Należy podkreślić, że nie wystarczy raz ustalić wysokość składki – trzeba ją weryfikować co roku.

Zazwyczaj składka wypadkowa znajduje się w obszarze kompetencji wielu działów, począwszy od działu BHP i HR, poprzez finanse i księgowość, a na dziale prawnym kończąc. Każdy z tych działów ma inne podejście do kwestii ubezpieczenia wypadkowego. Dla przykładu, działy kadr patrzą na składkę wypadkową zazwyczaj pod kątem liczby ubezpieczonych, zaś inspektorzy BHP mają na względzie przede wszystkim bezpieczeństwo pracowników. Do ustalenia prawidłowej wysokości składki wypadkowej niezbędne jest uwzględnienie wszystkich perspektyw i ścisła współpraca wymienionych działów.

Ukryte oszczędności

Na dużą rozpiętość stopy procentowej składki wypadkowej (od 0,67 do 5,00 proc.) mają wpływ m.in. liczba zatrudnionych w warunkach zagrożenia i poszkodowanych w wypadkach przy pracy oraz charakter działalności przedsiębiorstwa i związana z nią kategoria ryzyka. Weryfikacja wszystkich czynników, które wpływają na części zmienne w wyliczaniu indywidualnej dla każdego płatnika wysokości składki, może wskazać zawyżanie opłat z tego tytułu. Przyczyny nadpłat zależą od specyfiki danej branży, a ich zniwelowanie wymaga indywidualnego podejścia. Uzyskane środki mogą stanowić nawet 3 proc. rocznej masy wynagrodzeń.

Obecnie przedsiębiorcy zmagają się z wyższymi kosztami zatrudnienia i muszą stawić czoło rosnącym kosztom operacyjnym. Nowe obciążenia finansowe mogą zostać częściowo zrekompensowane poprzez weryfikację wysokości składki na ubezpieczenie wypadkowe. Przykładowo, sprawdzenie poprawności rozliczenia składki w przedsiębiorstwie budowlanym zatrudniającym 1500 osób może przynieść oszczędności w wysokości ponad 2 mln zł. Odzyskane nadpłaty mogą więc realnie wpłynąć na wynik finansowy przedsiębiorstwa – tłumaczy Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzająca Ayming Polska.

Bezpieczeństwo się opłaca

Wnioski płynące z systematycznych kontroli składki wypadkowej mogą przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa pracowników, a w konsekwencji do obniżenia jej wysokości. Z analiz Ayming wynika, że działania podejmowane w kierunku identyfikacji i ograniczania czynników zagrożenia oraz liczby wypadków odpowiadają za 91 proc. oszczędności uzyskiwanych przez firmy w ramach składki wypadkowej. Przy czym szczególnie należy zwrócić uwagę na kategorię „warunki zagrożenia”, która średnio odpowiada za 65 proc. nadpłat. W przypadku branży górniczej jest to aż 72 proc., metalurgicznej – 70 proc., a przetwórstwa przemysłowego – 68 proc.

Z kolei 26 proc. oszczędności z tytułu weryfikacji składki wypadkowej wynika z wypadkowości. Według danych GUS w pierwszych trzech kwartałach 2018 r. główną przyczyną wypadków w Polsce było nieprawidłowe zachowanie się pracownika. Inwestując w poprawę bezpieczeństwa pracowników, przedsiębiorcy
w długofalowej perspektywie mogą uzyskać oszczędności z tytułu zmniejszonej wysokości składki wypadkowej.

Działania w kierunku zmniejszenia liczby wypadków i minimalizacji czynników zagrożenia nie muszą wymagać ogromnych nakładów finansowych. Czasem wystarczą proste akcje informacyjne czy cykliczne szkolenia BHP, aby wykluczyć najczęściej występujące ryzyka. Gdy konieczne jest poniesienie większych nakładów, np. związanych z przeprowadzeniem specjalistycznych pomiarów lub zakupem dodatkowego sprzętu, koszt ten prędzej czy później zwróci się w postaci obniżonej stopy procentowej składki wypadkowej – wyjaśnia Piotr Radko, Dyrektor Obszaru Kosztów Pracy w Ayming Polska.

Udział poszczególnych obszarów w oszczędnościach

Udział poszczególnych obszarów w oszczędnościachŹródło: raport Ayming „Składka wypadkowa. Nieoczywisty koszt, ukryte oszczędności”

Włodzimierz Ehrenhalt: Jak będzie wyglądała przyszłość energetyki?

Energetyka rozproszona jest przyszłością energetyki światowej. Powoli kończy się czas koncernów energetycznych w postaci gigantycznych elektrowni węglowych czy atomowych. W zastępstwie pojawia się generowanie energii w systemie rozproszonym. Rozwiązaniem tym są przede wszystkim odnawialne źródła energii. Jednym z nich jest wiatr – szczególnie ten na lądzie, jako najtańsze źródło – chociaż ceny wiatru na morzu również maleją. To także fotowoltaika, która daje ogromne możliwości w rejonach o dużym nasłonecznieniu, które również znajdują się w Polsce. Oprócz tego stosowane są także bloki biomasowe wykorzystujące odpady leśne i rolnicze. Energetyka rozproszona to także energetyka zakładowa. Wielkie fabryki mają swoje elektrownie i mogą sprzedawać nadwyżki prądu i ciepła. Na świecie sektor ten odnotowuje ogromny rozwój. Stopień inwestycji to ponad 300 miliardów dolarów rocznie. Głównie środki te są przeznaczane na odnawialne źródła energii. Oznacza to szansę dla przemysłu, który w przyszłości będzie odczuwał zmniejszone zapotrzebowanie na wytwarzanie części i serwis dla energetyki węglowej. Jej rolę zajmie branża OZE.

– Choć dla Polski oznaczałoby to dużą szansę, na razie nasz kraj zmierza w odwrotnym kierunku. Nad ekonomią i rozsądkiem górę wzięła polityka – powiedział serwisowi eNewsroom Włodzimierz Ehrenhalt, wiceprezes zarządu Stowarzyszenia Energetyki Odnawialnej (SEO) – Rozwój odnawialnych źródeł został zahamowany na 3 lata. Obecnie poziom pochodzącej z nich energii wynosi 11, a nie 15 proc. jak zakładano. Jeżeli wymagany wynik nie zostanie osiągnięty – Polska zapłaci kary. Tym samym szanse i zagrożenia dla naszego przemysłu są ogromne. Dziś większość światowych producentów mebli, samochodów, czy części chwali się swoją ekologiczną działalnością, która oparta jest na zielonej energii. Europa przygotowuje się do wprowadzenia obowiązkowego znakowania produktów tzw. śladem węglowym. Czarny znak na polskim produkcie sprawi, że zagranicą – w Niemczech czy Szwecji, spadnie zainteresowanie konsumentów, a w konsekwencji sprzedaż. Polska musi zwiększać ilość zielonej energii, aby nasz przemysł i gospodarka były konkurencyjne w Europie. Musimy wprowadzać inny niż dotychczas podział pracy w ramach koncepcji Przemysłu 4.0. W tej chwili należy skupić się na tym, aby wykorzystać szansę i wypełnić lukę w tym zakresie. W przyszłości zostaniemy zmuszeni do inwestowania w energetykę rozproszoną, nie tylko zieloną. Specyficzna sytuacja energetyczna Polski wymaga jednak ochrony posiadanego węgla, jednocześnie nie wykraczając poza ekonomiczną logikę. Należy wydobywać tylko tyle własnego surowca, aby było to opłacalne. Polskie elektrownie węglowe będą musiały pracować jeszcze przez wiele lat. Nastąpi jednak odwrócenie ról. Głównym źródłem prądu staną się źródła rozproszone. Energetyka zawodowa – konwencjonalna, węglowa będzie włączana w razie potrzeby. Kończą się czasy produkowania energii bez względu na zapotrzebowanie. Staje się ona towarem, który musi być dostarczany tam, gdzie jest potrzebny – po cenie rynkowej – wskazał Ehrenhalt.

SYNERGA.fund S.A. pracuje nad połączeniem z ALL IN! GAMES

SYNERGA.fund S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2011 r., kontynuuje proces połączenia ze spółką ALL IN! GAMES Sp. z o.o. zajmującą się działalnością wydawniczą na rynku gier komputerowych. W marcu br. Sąd zarejestrował scalenie akcji Emitenta w stosunku 100:1.

W marcu 2019 r. SYNERGA.fund S.A. (Spółka przejmująca) oraz ALL IN! GAMES Sp. z o.o. (Spółka przejmowana) podpisały Term Sheet, zgodnie z którym obie spółki będą dążyły do przeprowadzenia procesu połączenia. Ma ono nastąpić poprzez przeniesienie całego majątku Spółki przejmowanej na Spółkę przejmującą za akcje, które Spółka przejmująca wyda Udziałowcom Spółki przejmowanej. Po połączeniu Spółka będzie działała pod nazwą ALL IN! GAMES S.A. lub inną wskazaną przez Spółkę przejmowaną, co zostanie określone w Planie Połączenia. Podstawę do określenia parytetu wartości obu spółek będzie stanowiła ich wartość określona przez niezależnego, wybranego przez oba podmioty, biegłego rewidenta. Spółka po połączeniu będzie prowadziła działalność w branży gier komputerowych jako wydawnictwo różnorodnych projektów przeznaczonych na konsole i komputery osobiste.

„Zgodnie z podpisanym przez obie spółki porozumieniem o podstawowych warunkach transakcji (Term Sheet) pracujemy obecnie nad realizacją kolejnych etapów całego procesu połączenia. Będziemy na bieżąco informowali rynek o postępach w przeprowadzanej fuzji. Zależy nam na jak najlepszym przygotowaniu transakcji od strony formalno-prawnej, aby móc płynnie realizować kolejne etapy. Jestem przekonany, że dzięki zmianie profilu działalności na prowadzenie wydawnictwa gier komputerowych i wykorzystaniu obecności na rynku NewConnect, Spółka będzie w stanie dynamicznie zwiększać swoje przychody i osiągać coraz lepsze wyniki finansowe, budując w ten sposób wartość dla swoich Akcjonariuszy.” wyjaśnia Tomasz Wykurz, Prezes Zarządu Spółki SYNERGA.fund S.A.

ALL IN! GAMES Sp. z o.o. jest wydawnictwem różnorodnych gier przeznaczonych na konsole oraz komputery osobiste i pozyskało dotychczas aż 16 tytułów tworzonych przez znanych polskich oraz zagranicznych deweloperów, m.in. Destructive Creations, PolyAmorous, w tym także zagraniczne produkcje, takie jak „Fort Triumph” tworzony przez zespół deweloperski z Izraela. W tym roku podmiot ten zamierza wydać przynajmniej 6 gier, a w 2020 r. minimum 10 produkcji. Gra „Fort Triumph” znajdująca się w fazie Early Access będzie pierwszą produkcją ALL IN! GAMES, która pojawi się w sprzedaży poprzez przypisanie jej oficjalnie do Wydawnictwa, co powinno nastąpić na początku drugiej połowy kwietnia br. Przedstawiciele ALL IN! GAMES uczestniczyli w największej na świecie konferencji Game Developers Conference (GDC) w San Francisco, a trzy wydawane gry zostały zaprezentowane podczas targów PAX East w Bostonie. Wydawnictwo przystąpiło również do programu partnerskiego z Epic Games uzyskując w ten sposób dostęp do wsparcia merytorycznego oraz możliwość prezentowania przez ten podmiot wydawanych gier na wielu targach i konferencjach oraz wydarzeniach branżowych. ALL IN! GAMES prowadzi też działania biznesowe mające na celu pozyskanie kolejnych trzech tytułów do portfela wydawanych gier.

„Wydawnictwo ALL IN! GAMES posiada już imponujące i zróżnicowane portfolio gier, które będą przez nie wydawane. W dalszym ciągu pracuje jednak nad jego rozbudową i prowadzi negocjacje z kolejnymi studiami. Spółka nawiązała również współpracę z Epic Games, która bardzo dobrze rokuje i otwiera przed Wydawnictwem nowe możliwości. ALL IN! GAMES uczestniczy w wydarzeniach branżowych, co pozwala zarówno na pozyskiwanie kolejnych gier do portfela wydawniczego, jak i wymianę doświadczeń z innymi uczestnikami rynku.” – zakończył Prezes Wykurz.

W marcu 2019 r. SYNERGA.fund S.A. poinformowała o zarejestrowaniu przez Sąd scalenia akcji w stosunku 100:1. Obecnie kapitał zakładowy Spółki wynosi 27.310.000,00 zł i dzieli się na 2.731.000 akcji o wartości nominalnej 10,00 zł każda. Emitent podejmie działania mające na celu dokonanie scalenia akcji w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych.

KUKE: Ubezpieczyciele objęli ochroną rekordową wartość światowego handlu i inwestycji

Transakcje handlowe i inwestycje o rekordowej kwocie 2,5 biliona dolarów zostały w 2018 roku wsparte przez instytucje skupione w Unii Berneńskiej1, do której należy KUKE. Oznacza to wzrost o 7 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. W KUKE pokryty ubezpieczeniem i gwarancjami biznes zwiększył się w 2018 roku o 20 proc. do wartości 49 mld zł.

Unia Berneńska poinformowała, że agencje ubezpieczeń kredytów eksportowych w niej zrzeszone w 2018 roku ubezpieczyły transakcje handlowe i inwestycje na kwotę 2,48 bln dolarów. To aż 13 proc. światowych obrotów handlowych. Z tej kwoty 2,37 bln dolarów przypada na ubezpieczenie kredytu kupieckiego; 193 mld dolarów na ubezpieczenie średnio- i długoterminowych kredytów eksportowych, a 46 mld dolarów na ubezpieczenie inwestycji zagranicznych przed ryzykiem politycznym związanym m.in. z konfliktami zbrojnymi, wywłaszczeniem czy ograniczeniem wymienialności waluty.

W KUKE łączna wartość ubezpieczonego obrotu i udzielonych gwarancji ubezpieczeniowych wyniosła w 2018 roku rekordowe 48,9 mld zł i była o 19,9 proc. wyższa niż rok wcześniej. Wolumen objętych ochroną krótkoterminowych należności eksportowych i krajowych wyniósł 45,8 mld zł (wzrost o 19 proc. w skali roku), a wartość ubezpieczeń średnio- i długoterminowych sięgnęła 2,1 mld zł (wzrost o 58 proc.).

Janusz Władyczak, prezes KUKE
Janusz Władyczak, prezes KUKE

„Z zebranych przez Unię Berneńską danych wynika, że z roku na rok zwiększa się rola ubezpieczeń w międzynarodowym handlu i inwestycjach zagranicznych. To – jak w przypadku Polski – gdzie biznes KUKE rośnie dużo szybciej niż średnio na świecie, efekt większej świadomości przedsiębiorców co do konieczności stosowania różnych instrumentów zabezpieczających obrót handlowy. Ale niestety to również konsekwencja stanu globalnej gospodarki, większej niepewności politycznej, zmienności na rynkach, obserwowanego spowolnienia wzrostu. Polskie firmy są w przeważającej mierze uzależnione od koniunktury w krajach Unii Europejskiej, gdzie trafia 80 proc. naszego eksportu, a jednocześnie perspektywy pozostają mocno zamglone. Zadaniem KUKE jest przeprowadzić polskie przedsiębiorstwa przez ten okres niepewności u naszych głównych partnerów, a jednocześnie podpowiadać i wspierać w ekspansji na te rynki, gdzie szanse wzrostu są bardziej obiecujące i marże cały czas wysokie” – powiedział Janusz Władyczak, prezes KUKE.

Najszybszy wzrost ubezpieczanego handlu i inwestycji zanotowano w Afryce, co również może być wskazówką dla polskich firm co do kierunku ekspansji. Europa Środkowa i Południowa oraz Azja Południowowschodnia odpowiadały w 2018 roku za 20 proc. nowego biznesu pokrytego ubezpieczeniem i gwarancjami, Europa Zachodnia to 27 proc., Stany Zjednoczone 11 proc., a Azja Wschodnia 10 proc.

Wypłacone przez instytucje skupione w Unii Berneńskiej odszkodowania wyniosły w ubiegłym roku 6,4 mld dolarów, rosnąc o 3 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. To aż o 17 proc. więcej niż kwota odszkodowań z 2009 roku, gdy globalna gospodarka przeżywała najtrudniejsze chwile wywołane załamaniem systemu finansowego rok wcześniej. Unia Berneńska zwraca uwagę, że ponownie zaczyna rosnąć udział odszkodowań wywołanych czynnikami politycznymi, stanowiąc już 32 proc. całości, po podwojeniu się ich kwoty wobec 2017 roku. Jeszcze w 2016 roku ich odsetek wynosił zaledwie 9 proc.

Badania SAP: Czy Polacy potrzebują „fizycznych” sklepów?

50 mld złotych – tyle według raportu Interaktywnie.com wydamy na zakupy online w 2019 roku. Jak podają Ecommerce Europe i SAP, już 49% Polaków robi regularnie zakupy online. Inne badania SAP pokazują, że tyle samo Polaków wciąż chce testować produkty „na żywo”. Priorytetem staje się więc budowa spójnych doświadczeń klientów – niezależnie od wybranej formy kontaktu z marką. Z pomocą w tym procesie przychodzą rozwiązania IT dla branży retail.

Polscy konsumenci poszukują spójnych, zintegrowanych doświadczeń zakupowych – przekonywali eksperci SAP podczas najnowszej, kwietniowej edycji wydarzenia SAP Intelligent Enterprise Truck w Warszawie. Prezentacja rozwiązań z pakietu C/4 HANA pokazała, jak ważne jest wdrożenie wielokanałowej strategii kontaktu z klientem. Szczególnie w Polsce, gdzie konsumenci charakteryzują się specyficznymi oczekiwaniami wobec firm.

Tomasz Niebylski, dyrektor ds. wsparcia sprzedaży w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w SAP
Tomasz Niebylski, dyrektor ds. wsparcia sprzedaży w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w SAP

Infografika_SAP_1Nad Wisłą obserwujemy rosnącą popularność modelu e-commerce, połączoną jednak z wyróżniającą się na tle innych krajów chęcią dostępu do fizycznych placówek. Wskazuje to na potrzebę rozwijania przez firmy w Polsce wielokanałowych strategii i narzędzi budowy relacji z klientami. Niezależnie od tego, czy wchodzą oni w interakcje z marką poprzez sklep internetowy, punkt w centrum handlowym czy rozmowę z konsultantem, Polacy chcą, aby oferta była dopasowana do ich potrzeb i gwarantowała szybki proces zakupowy
— przekonuje Tomasz Niebylski, Dyrektor Rozwoju Sprzedaży w SAP Polska.

Polacy: z miłością do sieci i …sklepów

Opinie ekspertów potwierdzają wyniki Consumer Propensity Report przygotowanego ostatnio przez SAP – największego globalnego dostawcę oprogramowania dla biznesu. Firma przebadała 20 000 osób w 24 krajach. Zgodnie z raportem, Polska znajduje się wśród państw, w których możliwość przetestowania produktów w „fizycznym” sklepie jest szczególnie ważna – zależy na niej 49% Polaków. Wyprzedzają nas tylko Rosjanie (56%). Dla porównania, podobną potrzebę wyraża np. tylko 29% Niemców, 34% Brytyjczyków czy 38% Francuzów.

Na co jeszcze zwracają uwagę Polscy konsumenci przebadani przez SAP? W ramach relacji z markami szukają spójności i szybkiego wsparcia. Jak pokazały wcześniejsze badania SAP (SAP Consumer Insights 2017), 4 na 10 Polaków zrezygnuje z usług firmy, jeśli dostrzeże różnice w cenach między sklepem internetowym, a fizyczną placówką. Z kolei we wspomnianym wcześniej, najnowszym raporcie najczęściej oczekiwaną przez Polaków zaletą kontaktu z marką jest prosta ścieżka wymiany lub zwrotu towaru – zwraca na nią uwagę 62% badanych. Blisko połowa konsumentów (47%) za ważny uważa dostęp do porównywarek produktów.

Przy tym wszystkim Polska należy jednocześnie do krajów, w których konsumenci są najbardziej konsekwentni, kupując online. Zakup produktów wrzuconych do wirtualnego koszyka zdarzyło się porzucić przed zapłatą 64% badanych Polaków – dla porównania, taką deklarację składa aż 8 na 10 Brytyjczyków czy 79% Włochów, Francuzów i Niemców.

Inteligentnie w sklepie

Badania SAP pokazują, że Polacy szukają wielokanałowych relacji z markami, na które składają się zarówno narzędzia cyfrowe, jak i dostęp do doświadczeń offline – w fizycznych sklepach. W jaki sposób integrować te dwa kanały? Za przykład mogą służyć wdrożenia zrealizowane przez SAP w Polsce i zagranicą. Firma w 2018 roku ogłosiła stworzenie pakietu C/4 HANA – przełomową integrację swoich rozwiązań wspierających budowę relacji zarówno w kanale B2B, jak i B2C.

Przykładem wykorzystania potencjału tego pakietu jest wdrożenie platformy SAP Marketing Cloud w SPAR Switzerland – sieci 160 sklepów spożywczych. Jej program lojalnościowy SPAR Friends w ciągu tygodnia od uruchomienia przyciągnął 20 000 klientów, a w kolejnych kilku miesiącach – łącznie ponad 100 000.

Jak tego dokonano? Każdy z uczestników programu ma okazję na pełną refundację zakupów – dotyczy ona co tysięcznej transakcji. O zwycięstwie klient dowiaduje się już przy kasie, dzięki analizie danych w czasie rzeczywistym. Do skorzystania z programu wystarczy konsumentowi aplikacja na smartfon. Sieć zbudowała w ten sposób szybko bazę danych o klientach, dostosowaną już do przepisów GDPR. Co więcej, stworzyła fundamenty pod rozszerzenie funkcji platformy o mechanizmy machine learning, umożliwiające tworzenie jeszcze bardziej spersonalizowanych ofert. Połączyła w ten sposób „fizyczne” doświadczenia konsumentów z analizą cyfrowych danych
-– tłumaczy Tomasz Niebylski.

W nieco inny sposób tradycyjne placówki z narzędziami e-commerce łączy Vision Express. Wykorzystując narzędzia SAP Commerce Cloud, sieć umożliwiła klientom umawianie badań wzroku oraz wizyt bez fizycznej obecności w sklepie, a także łatwą lokalizację najbliższych salonów. System umożliwia także rezerwację wymarzonych oprawek okularów online – co jest szczególnie ważne w wypadku bardziej popularnych czy limitowanych modeli.

Jeden kontakt, wiele kart

Czasem jeden kanał kontaktu w zupełności wystarczy. Dowodzi tego projekt zrealizowany przez sieć komórkową Play przy wsparciu firmy enginiety. Wykorzystując platformę SAP Hybris (obecnie stanowi część pakietu C/4 HANA) Play wdrożył do swojego systemu e-commerce możliwość sprzedaży end-to-end ofert multiSIM – czyli umów na wiele kart SIM. W momencie rozpoczęcia wdrożenia (początek 2017 roku) tego typu możliwości oferowali tylko operatorzy poza Polską, np. w Stanach Zjednoczonych.

W innych polskich sieciach proces sprzedaży multiSIM musiał być finalizowany przez call center lub w fizycznej placówce. Dzięki wykorzystaniu rozwiązań SAP, cały proces mógł być przeprowadzony online. Konsultanci pomagali nabywcom m.in. w ramach funkcji Assisted Service, mając dostęp do ekranu klienta w e-sklepie. Dzięki zastosowaniu tego rozwiązania, czas potrzebny do konfiguracji umowy grupowej został skrócony z 40 do 3 minut. O 10% wzrosła także średnia wartość zamówień realizowanych online.

End-to-end: but mówi pas

Wielokanałowe, spersonalizowane kontakty coraz częściej mogą być budowane przez… urządzenia podłączone do sieci. Na przykład buty do biegania, wyposażone w sensory zintegrowane z odpowiednim systemem. Takie obuwie poinformuje nas, gdy przekroczymy standardową liczbę kilometrów, po których powinniśmy rozważyć ich zmianę na nowe, jeśli nie chcemy złapać kontuzji.

System SAP działający na platformie S/4 HANA i wspierany przez narzędzia z pakietu C/4 HANA przeanalizuje nasze zwyczaje zakupowe, bieżące zasoby magazynowe i trendy, odsyłając spersonalizowaną ofertę nowych butów. Konsument otrzyma do wyboru różne ścieżki zakupu – np. możliwość 5% zniżki przy odbiorze osobistym w sklepie. Klient płaci mniej, a firma uzyskuje szansę zaoferowania dodatkowych usług. Na miejscu nowe obuwie zostanie wpisane do systemu, który zacznie mierzyć przebyte przez klienta kilometry. Po takie rozwiązanie sięgnęła np. firma Under Armour – jeden z liderów rynku odzieży sportowej.

Klient jest wszędzie

O czym świadczą przedstawione case studies? Zadaniem marek jest budowanie trwałych relacji z konsumentami. Niezależnie od czasu i sposobu kontaktu z nimi firmy powinny udowadniać, że rozumieją ich potrzeby. Wszystkie interakcje – np. w fizycznym sklepie, na platformie online, za pośrednictwem botów czy innych narzędzi – są źródłami informacji o klientach. Jeśli są one dobrze wykorzystane – potrafią przyciągnąć klientów wiernych na lata. Technologie wspierające wielokanałowe relacje paradoksalnie mogą pomagać firmom wspierać klientów w bardziej ludzki, spersonalizowany sposób.

Grupa Mex Polska ponownie oceniona przez Dom Analiz SII

Dom Analiz SII dokonał aktualizacji rekomendacji dla akcji Mex Polska, podtrzymując wcześniejsze zalecenie „kupuj”. Nowa 12-miesięczna cena docelowa dla tych walorów została ustalona na poziomie 7,07 zł.

Grupa Mex Polska rozwija na terenie Polski sieć lokali gastronomicznych pod szyldami m.in.: „The Mexican”, „Pijalnia Wódki i Piwa” oraz „PanKejk”.

Jak przewidzieliśmy w poprzednim naszym raporcie, plany Zarządu Spółki co do liczby otwarć nowych lokali oraz idącej za tym znaczącej poprawy wyników okazały się zbyt ambitne. W 2018 roku powstały 2 kolejne restauracje „PanKejk” (spośród średnio 3 planowanych rocznie), jeden lokal „Klubokawiarnia”, a także 3 bistra „Pijalnia Wódki i Piwa” (spośród średnio 5 planowanych rocznie). Jednocześnie wszystkie wspomniane wyżej placówki „Pijalnia Wódki i Piwa” otwarte zostały nie jako lokale własne, ale w modelu franczyzowym, a dodatkowo w I półroczu zamknięta została jedna z restauracji „The Mexican”. W konsekwencji przychody ze sprzedaży Grupy zwiększyły się w 2018 roku tylko o 3,3% rdr do poziomu 66,5 mln zł. Wynik EBITDA w tym samym okresie wzrósł o 2,7% rdr do 6,1 mln zł, a wynik netto spadł o 14,2% rdr do 3,2 mln zł, przy czym zwrócić należy uwagę na zdarzenia jednorazowe, m.in. w postaci rozwiązania części aktywa na podatek odroczony w związku z ustawowym obniżeniem stawki podatku CIT z 15% na 9% (negatywny wpływ na wynik netto równy 0,72 mln zł) – podsumowano w raporcie.

Zgodnie z prognozami Domu Analiz SII w 2019 roku przychody ze sprzedaży Grupy Mex Polska przekroczą poziom 70 mln zł wobec 66,5 mln zł rok wcześniej. Jednocześnie, nie uwzględniając wpływu implementacji nowego standardu MSSF 16, skonsolidowany wynik operacyjny wzrośnie o 3,4% rdr do 4,8 mln zł, a wynik netto o 22,8% rdr do 3,9 mln zł.

Jak przewiduje Dom Analiz SII, do poprawy wyników restauracyjnej Spółki w kolejnych latach może przyczynić się dynamiczny rozwój sieci franczyzowej lokali „Pijalnia Wódki i Piwa”, a także ustawowe obniżenie stawki podatku CIT dla małych podatników.

Naszym zdaniem motorem napędowym wyników Grupy może stać się dynamiczny rozwój sieci franczyzowej, który mocno przyspieszył w ostatnich miesiącach – w konsekwencji zakładamy, że liczba placówek franczyzowych zwiększy się z obecnych 8 do 24 w 2023 roku. Zwracamy przy tym uwagę, że model ten charakteryzuje się co do zasady niższym ryzykiem (choć potencjalne zyski są ograniczone do otrzymywanych opłat franczyzowych). Jednocześnie założyliśmy, że pozytywny wpływ na wyniki Grupy Mex Polska od 2019 roku będzie miało obniżenie stawki podatku CIT z 15% do 9% – dodano.

W prognozach założono także dalsze stopniowe zwiększanie placówek własnych, choć konserwatywnie przyjęto, że rozwój ten będzie przebiegał nieco wolniej niż przewiduje Zarząd Spółki.

W naszych prognozach pozostajemy ostrożni co do szacowanego tempa rozwoju lokali własnych Grupy. Do końca 2023 roku założyliśmy zwiększenie liczby restauracji „PanKejk” z obecnych 4 do 8 placówek oraz nowego konceptu „Prosty Temat” z 1 do 3 placówek. Jednocześnie konserwatywnie przyjęliśmy tylko jedno otwarcie lokalu własnego „Pijalnia Wódki i Piwa” w okresie prognozy – wskazano w raporcie.

Rekomendacja została wydana 15 kwietnia 2019 roku o godz. 7:50. Moment pierwszego rozpowszechnienia rekomendacji to 15 kwietnia 2019 roku, godz. 8:00. Autorem raportu jest Paweł Juszczak. Dom Analiz SII zawarł ze Spółką Mex Polska umowę o przygotowanie niezależnej rekomendacji inwestycyjnej.

Rekordowo wysoka liczba niewypłacalności w I kw. 2019 r.

  • W I kwartale 2019 opublikowano informację o 285 niewypłacalnych przedsiębiorstwach wobec 260 w I kwartale 2018 roku – wzrost o 10% w porównaniu r/r, dynamika z ub. roku nie zmniejsza się.
  • Jest to aktualnie czwarty rok z rzędu wzrostu liczby niewypłacalności polskich firm, a tym samym kwartał z najwyższa liczbą niewypłacalności w ciągu dekady.
  • W marcu opublikowano informację o niewypłacalności 100 firm wobec 102 w marcu 2018 roku.
  • Na czele sektorów o największej liczbie/wkładzie w tempo wzrostu niewypłacalności były budownictwo, sektor produkcyjny, handel i usługi, ponownie sektor produkcyjny. Potwierdza to wspólną przyczynę kłopotów polskich firm (obok specyficznych trendów koniunkturalnych) – trwałą słabość finansową, niezwiększanie bazy kapitałowej współmiernie do skali sprzedaży.
  • Największa liczba niewypłacalności miała miejsce w sektorze produkcyjnym (69 firm w I kwartale 2019 r.), usług (67 firm) i w dystrybucji hurtowej (57 niewypłacalności)
  • Branżowa mapa ryzyka nie jest jednolita – nie wszędzie dominowały w I kwartale w tym samym stopniu kłopoty firm handlowych, produkcyjnych i usługowych

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W I kwartale 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 285 przypadkach niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 260 w I kwartale 2018 roku.

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Rekordowo wysoka kwartalna liczba niewypłacalności polskich firm

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Zmienność branż przeżywających kłopoty na największa skalę …

W poszczególnych miesiącach I kwartału zmianie ulegały branże, w których wzrost niewypłacalności r/r przyczyniał się do utrzymania a nawet wzrostu ich liczby r/r. W styczniu były to sektory produkcyjny i budowlany, w lutym handel i usługi a w marcu ponownie handel, ale tym razem obok sektora produkcyjnego. Transport doświadczył wzrostu liczby niewypłacalności o 67% r/r, przed handlem (+46%). Wysoka ich liczba w skali kwartału była także w sektorze usług czy w budownictwie, gdzie nawet jeśli już nie rosła r/r, to oznaczała powrót do skali ryzyka z 2017r. , gdy liczba niewypłacalności w ewidentny sposób już rosła (+59% r/r w stosunku do 2016r).

Efekt jest jeden – najwyższa liczba niewypłacalności nie tylko w I kwartale czy w ogóle w ostatnim dziesięcioleciu, ale zapewne także od czasu przemian ustrojowych.

… i jedna ich wspólna przyczyna

Jest wiele specyficznych dla poszczególnych branż trendów, stojących za kłopotami firm do nich zaliczanych, ale zmiany sektorów przodujących w zestawieniu niewypłacalności świadczą o szerszych, wspólnych dla całej gospodarki ich przyczynach. Wzrost wynagrodzeń najmocniej dotyka budownictwa i sektora usług mających najwyższy procentowy ich udział strukturze kosztów, wyższe ceny nośników energii z kolei najboleśniej odczuwa przemysł i transport, zakaz handlu… We wszystkie branże uderza zaś wzrost obciążeń podatkowych – czy to wskutek nowych przepisów (jak np. odwrócony VAT czy PPK), czy nawet bardziej jako efekt zmian w ich interpretacji i egzekucji, ale jednak w różnym stopniu i niejednocześnie.

Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.

Wymienione czynniki nie wyczerpują całej listy przyczyn negatywnie odbijających się na finansach polskich przedsiębiorstw, które same w sobie są po prostu… słabe – ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka.  To dlatego wzrost zamówień i obrotów jest nie tylko szansą, ale i jednocześnie zagrożeniem – wymaga bowiem większego wysiłku kapitałowego (np. nakładów na materiały i wspomniane koszty pracy w budownictwie). Każde zachwianie i tak niskiej rentowności w tej sytuacji burzy misternie budowany przez dyrektorów finansowych polskich firm domek z kart.

Jak dodaje:Niski poziom finansowania zewnętrznego, przede wszystkim kredytem bankowym niekoniecznie jest więc powodem do zadowolenia z zaradności czy organicznego wzrostu sektora MSP, ale w tej sytuacji jawi się raczej jako świadectwo ich niskiej wiarygodności w oczach banków – gotowych udzielać kredytów, ale nie tym firmom, które by ich potrzebowały. To dlatego niski koszt pieniądza nie pobudza akcji kredytowej i w efekcie polskiej gospodarki w takim stopniu, jak w wysoko rozwiniętych gospodarkach zachodnioeuropejskich czy w Stanach Zjednoczonych. Wzrost zapotrzebowania na kapitał jest realizowany zaś kosztem dostawców – są oni z reguły mniej wymagający i gorzej zabezpieczeni niż instytucje finansowe, ale niestety w efekcie opóźnienia płatności i niewypłacalności wywołują efekt domina całych łańcuchów firm.

Spektakularna skala / liczba niewypłacalności firm wytwórczych i dystrybucyjnych

I kwartał to swoiste „sprawdzam” w handlu, gdy okazuje się komu udało się zarobić na najgorętszym okresie roku – sezonie świątecznym. Widoczne jest, iż wzrost dochodów (skutek czy to transferów socjalnych, czy wyższych zarobków), wysoki optymizm konsumencki i w efekcie wzrost konsumpcji nie zatrzymuje, a nawet potęguje skalę wzrostu liczby niewypłacalności w handlu hurtowym.

Rekordowo wysoka kwartalna liczba niewypłacalności polskich firm 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

W tym samym czasie przemysł zakończył zapełniać magazyny, wzrost ich stanów po spadku zamówień nie będzie zwiększał dynamiki PKB. Ciekawe, iż wspomniane spadki zamówień w eksporcie nie wiążą się (przynajmniej wprost) z niewypłacalnościami – profil i skala produkcji dotkniętych nimi firm wskazuje w zdecydowanej większości przypadków na krajowy profil ich sprzedaży (art. budowlane, odzież i obuwie czy żywność, w tym mięso). Kolejny argument za tym, iż koniunktura nie decyduje o wszystkim, bo tej akurat w tych sektorach na rynku krajowym nie zabrakło.

Branżowa mapa ryzyka nie jest jednolita

Nie wszędzie dominowały w I kwartale w tym samym stopniu kłopoty firm handlowych, produkcyjnych i usługowych. W samym marcu w Małopolsce 4 z 7 niewypłacalności to firmy handlowe, nie było za to wśród nich firm produkcyjnych (pomimo panoramy gospodarczej regionu, w której przemysł, m.in. ma niepoślednie miejsce). Śląsk – również w tym województwie najliczniejsze w ubiegłym miesiącu były niewypłacalności firm handlowych (w marcu – 6 z 16), ale ponadto ewidentne były też problemy budownictwa i firm produkcyjnych. Usługi – niewypłacalności w tej branży aktualnie stosunkowo liczne były w woj. łódzkim, mazowieckim, dolnośląskim i małopolskim.Rekordowo wysoka kwartalna liczba niewypłacalności polskich firm 3 Rekordowo wysoka kwartalna liczba niewypłacalności polskich firm 4 Rekordowo wysoka kwartalna liczba niewypłacalności polskich firm 5 Rekordowo wysoka kwartalna liczba niewypłacalności polskich firm 6

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Tylko co dziesiąta polska firma korzysta z chmury. Orange i Google chcą to zmienić

Tylko co dziesiąta polska firma korzysta z chmury. Orange i Google chcą to zmienić 1

Migracja do chmury zapewnia elastyczność, usprawnia pracę i optymalizuje koszty, dlatego na taki krok decyduje się coraz więcej firm. Polski rynek wciąż ma jednak ogromne możliwości rozwoju, bo – jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego – z usług chmurowych korzysta na razie tylko 11,5 proc. rodzimych firm, z czego 1/3 stanowią wciąż te duże. Ten potencjał chce zagospodarować Orange – już teraz własne usługi chmurowe świadczone prze Orange Polska rosną w tempie ok. 30 proc. rocznie. Operator liczy, że ten trend jeszcze przyspieszy dzięki rozszerzonej właśnie współpracy z Google.

– Chmura staje się jednym z najważniejszych elementów transformacji biznesu. Transformacja, którą przechodzi w tej chwili większość firm, sprowadza się do tego, żeby oferować swoim klientom rozwiązania bardziej elastyczne, dostosowane do zmieniających się potrzeb. Zatem firmy, przenosząc swój biznes, swoje dane i przetwarzając je w chmurze, uzyskują przewagę konkurencyjną, nowe możliwości reagowania na bardzo szybko zmieniające się potrzeby klientów w świecie cyfrowym. Ponieważ taka jest potrzeba naszych czasów, spodziewamy się eksplozji chmury i przechodzenia przedsiębiorstw na rozwiązania chmurowe. Dane Instytutu IDC pokazują, że ten wzrost będzie dwukrotny w ciągu nadchodzących 3 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bożena Leśniewska, wiceprezes zarządu Orange Polska.

Migracja do chmury jest jednym z kluczowych elementów rozwoju i cyfrowej transformacji przedsiębiorstw. To także jeden z najgorętszych trendów w IT. Według prognoz Gartnera za kilka lat firmy niewykorzystujące rozwiązań chmurowych będą tak rzadkie jak te, które dziś nie wykorzystują w swojej działalności internetu. W globalnej skali prognozy Gartnera zakładają, że w 2019 roku rynek usług chmury publicznej wzrośnie o 17,3 proc., osiągając wartość 206,2 mld dol. (w porównaniu z 175,8 mld dol. i 21-proc. wzrostem w 2018 roku).

Natomiast w Polsce – jak wynika z raportu PMR „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2018. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2018–2023” – rośnie on w tempie 5–6-krotnie wyższym niż cały rynek IT. Według prognoz przytaczanych przez Orange do 2022 roku rynek chmury w Polsce podwoi swoją wartość w stosunku do roku 2018 i osiągnie wartość 593,5 mln dol.

– Rozwiązania chmurowe dają biznesowi przede wszystkim elastyczność, pozwalają przenosić swoje dane. Przetwarzanie tych danych odbywa się poza firmą, co pozwala obniżać koszty IT, optymalizować koszty infrastruktury. W przypadku skorzystania z usług jako serwis (model IaaS, Infrastructure as a Service) płaci się tylko za faktycznie wykorzystywaną przestrzeń dyskową – mówi Bożena Leśniewska.

Chmura oznacza dla firm przede wszystkim wygodę, oszczędności i bezpieczeństwo. Usługi Infrastructure as a Service i Platform as a Service oznaczają, że klient otrzymuje własną przestrzeń na serwerze, gdzie instaluje swoje oprogramowanie i nie musi się troszczyć o utrzymanie serwerowni, połączenia sieciowe, bezpieczeństwo fizyczne. Cechą chmury jest rozliczanie kosztów tylko za te zasoby i platformy, z których klient faktycznie korzysta, co z kolei przekłada się na efektywne wykorzystanie budżetów. Firmy korzystają z rozwiązań cloudowych również po to, żeby umożliwić pracownikom zdalny dostęp do poczty czy zasobów plikowych, co z kolei przekłada się na elastyczność i wydajność pracy.

– Jeżeli firmy chcą oferować swoim klientom jakieś usługi w czasie rzeczywistym, to posiadanie i przetwarzanie danych w chmurze daje dużo większe możliwości w tym zakresie. Pozwala reagować w czasie rzeczywistym, tworzyć spersonalizowane oferty i produkty. Biznes szuka obecnie tego rodzaju rozwiązań dla swoich klientów. Chmura stwarza takie możliwości. Nie mówiąc już o takich jej zaletach, jak usprawnianie całego środowiska pracy, uczynienie go lżejszym, bardziej mobilnym – mówi Bożena Leśniewska, wiceprezes zarządu Orange Polska.

Chmura obliczeniowa to technologia obok której biznes nie może przejść obojętnie. Dzisiaj każda firma, która planuje rozwijać się na rynku, potrzebuje nowoczesnych technologii, te z kolei w większości budowane są na platformach cloudowych. Model chmury obliczeniowej otwiera drogę do optymalizacji procesów, a w przypadku wielu daje także możliwość wprowadzenia na rynek nowych rodzajów usług. Właściwie rozwiązania software’owe nie powstają już w takiej tradycyjnej wersji on-premise – wszystko tworzone jest już w oparciu o technologie chmurowe. Umożliwiają one uniezależnienie się od posiadania własnej infrastruktury i co ważne, są w pełni skalowalne. Dlatego każde przedsiębiorstwo, które chce odnieść sukces na rynku, musi dzisiaj podłączyć się do tego wielkiego silnika zarządzającego danymi, i to jest właśnie taka metafora chmury publicznej – dodaje Magdalena Dziewguć, Territory Manager Central Europe, Google Cloud.

Jak wynika z ubiegłorocznych danych GUS, w Polsce rozwiązania chmurowe wykorzystuje 11,5 proc. przedsiębiorstw, z czego jedną trzecią (ok. 37 proc.) stanowią wciąż duże firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników. Większość firm korzysta z usług w chmurze za pomocą serwerów współdzielonych (77,1 proc. firm korzystających z chmury) lub serwerów dedykowanych do ich potrzeb (44,1 proc.). Polskie przedsiębiorstwa decydują się też głównie na podstawowe funkcjonalności, spośród usług oferowanych w chmurze w ubiegłym roku najczęściej kupowane były te związane z udostępnianiem poczty e-mail.

Dla porównania według danych Eurostatu z ubiegłego roku z usług chmurowych korzysta ponad połowa przedsiębiorstw w Finlandii (65 proc.), Szwecji (57 proc.) i Danii (56 proc.), co oznacza, że polski rynek wciąż ma ogromny potencjał rozwoju.

– W Orange oferujemy rozwiązania chmurowe oparte na własnej infrastrukturze, czyli jest to chmura prywatna, i w ostatnich latach obserwujemy dynamiczne, ponad 30-procentowe wzrosty. To potwierdza, że klienci zdecydowanie przeformatowują, zmieniają swoje modele biznesowe, zmieniają sposób korzystania z infrastruktury. Czynią swoje IT „lżejszym”, dzięki czemu uzyskują oszczędności i większą elastyczność w korzystaniu z rozwiązań, które następnie oferują również swoim klientom – mówi Bożena Leśniewska, wiceprezes zarządu Orange Polska.

Usługi oparte na technologiach chmurowych świadczy Integrated Solutions, integrator należący do Orange. W ramach pakietu udostępniania i zarządzania infrastrukturą IT zapewnia podstawowe, klasyczne funkcjonalności infrastruktury. W rozwiązaniach chmury publicznej oferuje ponad sto funkcjonalności, w tym zaawansowane rozwiązania big data, z których mogą korzystać klienci o specjalistycznych potrzebach. Już teraz własne usługi chmurowe świadczone prze Orange Polska rosną w tempie ok. 30 proc. rocznie. Operator liczy, że ten trend jeszcze przyspieszy dzięki nawiązanej właśnie współpracy z Google.

– Partnerstwo Google Cloud i Orange to szansa dla polskich firm. Dzisiaj największym ograniczeniem szybkiej adopcji nowych usług opartych o chmurę jest ich dostępność. Migracja do chmury jest dzisiaj jednym z kluczowych elementów rozwoju i cyfrowej transformacji przedsiębiorstw. Dlatego będziemy wspierać konsultantów i wdrożeniowców w ich działaniach. Będziemy dzielić się wiedzą i know-how tak, żeby wdrażania usług chmurowych następowały szybciej – mówi Magdalena Dziewguć, Territory Manager Central Europe, Google Cloud.

Partnerstwo z globalnym gigantem technologicznym pozwoli Orange i Integrated Solutions zaoferować firmom rozwiązania, które mogą sprawnie adaptować do swoich potrzeb we wszystkich modelach chmury publicznej, hybrydowej lub prywatnej. Google wesprze też szczególnie ważne dla Orange Polska obszary, jak big data i analiza danych, uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja, internet rzeczy, IoT, M2M, robotyzacja i automatyzacja procesów czy szeroko rozumiany obszar aplikacji internetowych i mobilnych.

Operator zapowiada, że będzie dalej rozwijać segment chmurowy, wprowadzając kompleksowe pakiety end-to-end i dostarczając klientom kompletne rozwiązania, składające się z optymalnego modelu chmury, oprogramowania biznesowego, dopasowanych opcji sieciowych oraz usług związanych z bezpieczeństwem danych i sieci. Przykładem takiego rozwiązania mogą być kompleksowe platformy internetu rzeczy, przygotowywane np. dla logistyki czy samorządów w ramach smart city.

Umowa o strategicznym partnerstwie Orange Polska i Google ogłoszona została podczas Innovation Gardens Summit 2019 w Warszawie. To konferencja technologiczna inspirowana Mobile World Congress w Barcelonie. Do dyskusji o trendach i wyzwaniach w świecie cyfrowej transformacji Orange Polska zaprosił 19 swoich partnerów – kluczowe firmy na rynku technologii. Oprócz Google uczestniczą w nim m.in. Integrated Solutions, Comarch, Ericsson, Nokia, Cisco, ZTE, Huawei, Samsung, Xiaomi, Linux Polska, Arbor, Motorola, Salesforce, Corning, FancyFon. Partnerzy Orange zaprezentowali nowości technologiczne i rozwiązania, które właśnie wkraczają na polski rynek lub wkrótce się na nim pojawią.

Citi rozszerza działalność w Polsce. W nowym centrum bankowości transakcyjnej pracę znajdzie 100 osób

Citi rozszerza działalność w Polsce. W nowym centrum bankowości transakcyjnej pracę znajdzie 100 osób 2

W centrum usług wspólnych Citi Service Center Poland pracuje już przeszło 4 tys. specjalistów. Bank zdecydował właśnie o rozszerzeniu jego zakresu działalności, dodając nowy obszar: TTS Hub, czyli centrum transakcyjno-rozliczeniowe na region Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. W ciągu dwóch lat planuje stworzyć około 100-osobowy zespół, składający się m.in. ze specjalistów w zakresie zarządzania projektami i rozwoju produktów oraz fachowców od nowych technologii, w tym SAP i API. Jak podkreśla szef implementacji bankowości transakcyjnej Citi na region EMEA Mark McAteer – dotychczasowe dobre doświadczenia w Polsce i dostęp do wykwalifikowanej kadry naturalnie przesądziły o wyborze lokalizacji.

– Citi wybrało Warszawę na siedzibę swojego centrum obsługi klienta dla bankowości transakcyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mark McAteer, szef implementacji bankowości transakcyjnej Citi na region EMEA.

W Polsce działa już Citi Service Center Poland – centrum usług wspólnych, które rozpoczęło pracę w 2005 roku, zatrudniając na początek 57 pracowników. Teraz w CSC pracuje już ponad 4 tys. pracowników i jest to największy z tego typu zespołów Citi w regionie EMEA. W lokalizacjach w Warszawie i Olsztynie realizowane są wyspecjalizowane usługi dla klientów Citi w 94 krajach Europy, Azji, Afryki, Australii oraz obydwu Ameryk.

Bank postanowił właśnie rozszerzyć swoją obecność Polsce i rozbudować Citi Service Center Poland o nowy obszar: TTS Hub – czyli centrum transakcyjno-rozliczeniowe na region EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka). Będzie to zarazem pierwsze w Polsce centrum z tą specjalizacją. W ramach TTS Citi prowadzi operacje bankowości transakcyjnej i jest liderem tego sektora. Ma oddziały w ponad 100 krajach i każdego dnia obsługuje transakcje o wartości ponad 4 bln dol.

– Citi już od dawna prowadzi działalność na terenie Polski. Nasze centrum usług wspólnych, które znajduje się tu już od ponad 10 lat, zatrudnia ponad 4 tys. pracowników. Zatem rozszerzenie go o centrum obsługi klienta wydało się dla nas czymś zupełnie naturalnym – mówi Mark McAteer – Mamy bardzo pozytywne doświadczenia związane z prowadzeniem działalności w Polsce, mamy tu dostęp do dużej liczby dobrze wykształconych pracowników, którzy są nastawieni na wykonywanie swojej pracy na wysokim poziomie.

W związku z rozszerzeniem zakresu działalności swojego centrum Citi prowadzi już rekrutację pracowników. W TTS Hub powstaną nowe stanowiska m.in. w zakresie zarządzania projektami, prowadzenia rachunków i opracowywania produktów. W tym momencie w TTS Hub pracuje już 30-osobowy zespół, ale w ciągu dwóch lat liczba zatrudnionych ma już wzrosnąć do setki.

– Część z tych stanowisk zostanie obsadzona pracownikami przeniesionymi z naszego centrum obsługi w Londynie. Pozostałe obejmą nowi pracownicy. Będziemy poszerzać naszą pulę fachowców, zatrudniając specjalistów od nowych technologii, takich jak API – mówi Mark McAteer.

Do TTS Hub Citi poszukuje także w większości pracowników działu obsługi klienta, w tym specjalistów z zakresu zarządzania projektami, opieki nad klientem i rozwoju produktów.

– Pod kątem wymaganych przez nas umiejętności nie szukamy tutaj stricte osób z wykształceniem bankowym. Chcemy jednak przyjąć doświadczonych specjalistów dysponujących, zależnie od pozycji, na którą aplikują, różnymi umiejętnościami, w tym m.in. z zakresu zarządzania projektami, obsługi klienta oraz komunikacji. Na bardziej techniczne stanowiska szukamy znajomości SAP, XML oraz API – mówi Mark McAteer.

Jak podkreśla, Citi to duża, zróżnicowana i globalna organizacja o ugruntowanej pozycji w przeszło 100 krajach, co czyni z niej perspektywiczne miejsce pracy.

– Inwestujemy znaczne środki w technologię i infrastrukturę, a co jeszcze bardziej istotne – także w nasz personel i nowych pracowników. W obszarze bankowości transakcyjnej jest bardzo duża konkurencja. TTS to zdecydowany lider rynku, ale żeby utrzymać naszą przewagę – musimy wdrażać prawdziwe innowacje i ciągle inwestować w prowadzoną działalność. Myślę, że kultura innowacji, którą obserwujemy w Warszawie, przyciąga nową generację pracowników do sekcji obsługi klienta – mówi Mark McAteer, szef implementacji bankowości transakcyjnej Citi na region EMEA.

Citi stawia mocny akcent na politykę różnorodności i wspieranie rozwoju zawodowego kobiet. Wśród 7,8 tys. pracowników Citi w Polsce, dokładnie 51,75 proc., stanowią kobiety. W warszawskim centrum usług biznesowych Citi obsadzają 16 proc. z 1,2 tys. pracowników działów IT, ale organizacja prowadzi działania, które mają podwoić ten odsetek w ciągu najbliższych 2–3 lat. Ponadto w CSC co dziesiąty z ponad 4 tys. pracowników jest obcokrajowcem, a specyfika pracy świadczonej w 27 językach, dla klientów w ponad 90 krajach świata tworzy międzynarodowy klimat. Citi wspiera go m.in. dzięki szerokiej ofercie grup networkingowych i wewnętrznym inicjatywom ukierunkowanym na różnorodność.

Rynek centrów biznesowych w Polsce jest jednym z najszybciej rosnących w całej Europie. Cechuje go zarówno szybki rozwój, jak i regularny wzrost zatrudnienia. Z danych ABSL wynika, że w I kwartale 2018 roku na polskim rynku działało ponad 1,2 tys. centrów usług dla biznesu, zatrudniających 279 tys. osób (ponad 80 proc. pracuje w centrach zagranicznych). Licząc od 2016 roku, całkowity przyrost nowych miejsc sięgnął aż 30 proc. To oznacza, że w ciągu dwóch lat w branży przybyło 65 tys. nowych miejsc pracy. ABSL szacuje, że w optymalnym scenariuszu już na początku przyszłego roku zatrudnienie w centrach usług biznesowych sięgnie 340 tys. osób. W Radzie Strategicznej ABSL – które jest prestiżowym, największym branżowym stowarzyszeniem skupiających inwestorów z tego sektora – od 2017 roku zasiada Iwona Dudzińska, kierująca Citi Service Center Poland.

Działania społeczne przestają być domeną dużych koncernów. Inwestuje w nie coraz więcej małych i średnich polskich firm

Działania społeczne przestają być domeną dużych koncernów. Inwestuje w nie coraz więcej małych i średnich polskich firm 3

Do społecznej odpowiedzialności (CSR) przykłada wagę coraz więcej polskich firm, w tym małych i średnich. Działania takie przekładają się na zaufanie i lojalność klientów, większe zaangażowanie pracowników i lepsze relacje z inwestorami czy dostawcami. Na takie działania postawił ubezpieczyciel Vienna Life. Są one nakierowane przede wszystkim na wsparcie lokalnych społeczności. Firma startuje właśnie z kampanią, która ma zwrócić uwagę na problemy, z jakimi borykają się dzieci oraz opiekunowie świetlic i poradni środowiskowych. 

– Rozwój CSR-u w Polsce od wielu lat postępuje bardzo dynamicznie, powstaje coraz więcej programów z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu. Dotyczą one już nie tylko ludzi, lecz także całego otoczenia, środowiska, w którym żyjemy. Bardzo wiele mówi się obecnie m.in. o ekologii. Myślę, że dzięki działaniom CSR-owym jako społeczeństwo będziemy bardziej świadomi, a firmy w pewnym sensie odnajdą w tym sens funkcjonowania na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes f, prezes zarządu Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group.

Społeczna odpowiedzialność biznesu (ang. corporate social responsibility, CSR) to filozofia prowadzenia biznesu, zgodnie z którą firma bierze odpowiedzialność za wpływ, jaki wywiera na swoich klientów, pracowników, dostawców i środowisko. Zakłada, że przedsiębiorstwo musi znaleźć równowagę pomiędzy zyskiem a pożytkiem społecznym i realizować swoje cele biznesowe z poszanowaniem środowiska i dbałością o relacje z otoczeniem i różnymi grupami społecznymi, zwłaszcza na poziomie lokalnym.

Taka strategia zarządzania ma wiele korzyści, przede wszystkim buduje pozytywny wizerunek firmy w oczach jej pracowników, klientów i potencjalnych inwestorów. Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej” – 40 proc. firm zrzeszonych w Izbie, które prowadzą działalność na polskim rynku, ma długofalową strategię CSR. Dla 75 proc. z nich motywacją do działań w tym obszarze było wzmocnienie wizerunku organizacji, ale 1/3 wskazała także na chęć pozyskania klientów i ich zaufania oraz zwiększenie zaangażowania pracowników.

– Dzięki działaniom CSR-owym pracownicy są zdecydowanie bardziej zaangażowani, świadomi funkcjonowania firmy na rynku. Tworzą pewien kolektyw, który się wspiera, któremu łatwiej jest stawiać czoła wyzwaniom i dostają background, który daje im pewność siebie, pomaga przejść przez trudne momenty – mówi Paweł Ziemba.

W Polsce CSR jest obecny od kilkunastu lat i wciąż mocno zyskuje na popularności. Początkowo był domeną dużych przedsiębiorstw, koncernów i oddziałów zagranicznych firm, które przejęły dobre praktyki z centrali. W tej chwili coraz więcej działających w Polsce firm – poza realizacją strategii biznesowej – wdraża projekty z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu. W Polsce CSR jest już ideą rozpoznawalną już na tyle, że przestał być mylony z PR-em, a firmy – inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu – nie postrzegają już takich działań jako elementu marketingu.

Trudno o dokładne dane pokazujące skalę zaangażowania polskich firm w działania CSR-owe. Jednak ostatnie raporty Forum Odpowiedzialnego Biznesu pokazują, że z każdym rokiem jest ono coraz większe. Ubiegłoroczna edycja zgromadziła 1 190 projektów z zakresu społecznej odpowiedzialności i zrównoważonego rozwoju (o 330 więcej niż jeszcze w roku poprzednim), realizowanych przez blisko 180 firm, w tym 50 małych i średnich. To pokazuje też, że CSR przestaje być zarezerwowany tylko dla dużych graczy.

– Działalność CSR tworzy świadomość funkcjonowania spółki oraz świadomość funkcjonowania pracowników w spółce. Poza informacjami codziennymi, związanymi z działalnością firmy, zwracamy też uwagę na to, co dzieje się dookoła nas, na potrzeby, wyzwania, przed jakimi stoi dzisiejsze społeczeństwo. Myślę, że każda firma jest również instytucją, która kształtuje nas jako ludzi, bo spędzamy w pracy znacznie więcej czasu niż w domu. I ważne jest, żebyśmy potrafili przeznaczać też trochę czasu na inne sprawy – mówi Paweł Ziemba.

W ramach społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstwa najczęściej angażują się w projekty dotyczące edukacji, ochrony środowiska, wspierania lokalnych społeczności czy rozwoju swoich pracowników. Działania CSR-owe Vienna Life są nakierowane między innymi na wsparcie lokalnych społeczności.

– CSR stanowi istotną część naszego funkcjonowania na rynku. Jesteśmy towarzystwem ubezpieczeniowym, pracujemy z indywidualnymi klientami na co dzień, podnosimy świadomość. Tym bardziej istotne jest dla nas to, żeby prezentować pewne postawy, takie jak empatia, umiejętność wsłuchania się w czyjeś potrzeby, umiejętność rozumienia ludzi. I taką właśnie funkcję również przypisujemy działaniom CSR-owym – mówi Paweł Ziemba, prezes Vienna Life – Od wielu lat firma wspiera różnego rodzaju działania skierowane do środowiska społecznego. Współpracujemy m.in. z domem dziecka, wspierając zarówno dzieci, jak i wychowawców, organizując różnego rodzaju wyjazdy.

– Chcemy dać coś od siebie społecznościom, w których funkcjonujemy. Organizujemy m.in. obozy letnie dla dzieci. W ramach tej inicjatywy każdego lata zapraszamy do Austrii 500 dzieci z 25 różnych krajów, które uczestniczą w obozach, wspólnie się bawią i zbierają doświadczenia. Angażujemy je również w działania społeczne. Do przykładów należą wizyty w domach spokojnej starości, w których uczestnicy obozów dają pokazy taneczne, organizują przedstawienia lub innego rodzaju działania dla osób starszych. Dzieciaki to uwielbiają, dlatego w bieżącym roku obóz zostanie zorganizowany już po raz dziesiąty – mówi Barbara Grötschnig, kierownik ds. sponsoringu Vienna Insurance Group.

Jedną ze sztandarowych inicjatyw jest też  „Dzień Aktywności Społecznej”, w ramach którego pracownik może przeznaczyć jeden dzień roboczy na dowolną działalność realizowaną na zasadzie wolontariatu. W 2017 roku w projekcie wzięło udział w sumie ponad 5 tys. pracowników grupy.

– Wszystkie te działania są dla nas istotne, ale najważniejsze jest okazywanie szacunku naszym partnerom społecznym i promowanie społeczności opartych na zasadach uczciwości i sprawiedliwości we wszystkich krajach, w których działamy – podkreśla Barbara Grötschnig.

W Polsce od ubiegłego roku Vienna Life współpracuje z Powiślańską Fundacją Społeczną, która wspiera rodziny z trudną sytuacją materialną i życiową z warszawskiego Śródmieścia. Pracownicy firmy dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem z podopiecznymi fundacji w ramach warsztatów w świetlicach, organizowanych dla dzieci i młodzieży. W ubiegłym roku brali też udział w licznych akcjach mających na celu wsparcie fundacji i jej podopiecznych. Wolontariusze pomagają m.in. w pracach porządkowych czy działaniach promocyjno-marketingowych. W 2018 roku w działania na rzecz wsparcia Powiślańskiej Fundacji Społecznej zaangażowało się prawie 30 proc. wszystkich pracowników Vienna Life.

– Fundację wspieramy od roku i jest to przedsięwzięcie bardzo ważne, ponieważ angażuje dużą część pracowników. Nie tylko finansowo, ale przede wszystkim poprzez bezpośrednie zaangażowanie, prowadzenie warsztatów, spotkania, różnego rodzaju zbiórki czy rozmowy z dziećmi – mówi Paweł Ziemba, prezes zarządu Vienna Life TU na Życie.

– Firma nagradza pracowników, którzy działają w ramach wolontariatu. W ubiegłym roku zorganizowaliśmy szereg projektów wspierających fundację i jej podopiecznych. Zamierzamy dalej planować takie inicjatywy, które jak najlepiej odpowiadają ich potrzebom, warsztaty, zajęcia integracyjne, pomoc w odrabianiu zajęć domowych czy też wsparcie finansowe albo zbiórki pieniędzy na wakacyjny wypoczynek dla dzieciaków – dodaje Agnieszka Książek, dyrektor ds. marketingu, Vienna Life TU na Życie – Razem z fundacją przygotowaliśmy także kampanię społeczną pod hasłem „Zauważaj”. Dzięki temu przesłaniu chcemy zwrócić uwagę na to, jak ważna jest każda pomoc na rzecz fundacji i jej podopiecznych, żeby dzieci miały zapewnione ciepłe posiłki, godne miejsce do zabawy, do nauki i wypoczynku. Zatrzymajmy się na chwilę i zauważmy problemy społeczności lokalnej.

Głównym celem kampanii „Zauważaj” jest zwrócenie uwagi na problemy, z jakimi borykają się dzieci oraz opiekunowie świetlic i poradni, oraz podkreślenie jak ważna jest pomoc i zaangażowanie innych. Akcja ma też zaakcentować to, że każde dziecko powinno mieć prawo do miłości, uwagi i poczucia bezpieczeństwa. Główny element kampanii to film przygotowany wspólnie z Powiślańską Fundacją Społeczną, którego premiera odbyła się na początku kwietnia. Produkcja w założeniu ma pokazać, na czym polega działalność fundacji, z jakimi wyzwaniami mierzą się pracownicy i jakiej pomocy potrzebują.

Autonomiczne mikropojazdy elektryczne to przyszłość komunikacji w miastach. Już za kilka lat w polskich miastach mogą się pojawić pierwsze takie rozwiązania

Autonomiczne mikropojazdy elektryczne to przyszłość komunikacji w miastach. Już za kilka lat w polskich miastach mogą się pojawić pierwsze takie rozwiązania 4

Już teraz średnio co tydzień do miast przeprowadza się 1,5 mln ludzi. W 2040 roku nawet 65 proc. populacji będzie mieszkało w miastach o ograniczonej przepustowości, ze zbyt małą liczbą miejsc parkingowych. Przyszłością transportu będzie mikromobilność. To nie tylko odpowiednie pojazdy, lecz także opracowanie całego systemu komunikacji opartego na lekkich pojazdach zasilanych prądem. Dlatego SEAT stawia na strategię dotyczącą miejskiej mikromobilności i elektryczności. – Chcemy zmienić sposób mobilności w miastach i być liderem tej rewolucji – zapowiada Jakub Góralczyk, PR manager SEAT i CUPRA.

– Każdego roku ludzi na świecie jest 83 mln więcej. Każdego tygodnia ponad 1,5 mln ludzi przenosi się do miast. Coraz więcej estymacji socjologicznych mówi też o tym, że w 2040 roku będziemy mieli 43 megamiasta, czyli takie megapolis o ludności powyżej 10 mln. Na razie jest to 31 takich ośrodków, czyli o 12 mniej. W 2040 roku już 65 proc. ludności całego świata będzie zamieszkiwała miasta. Dlatego też tak bardzo ważne jest odciążenie ruchu w miastach i przede wszystkim skupienie się na właśnie tym aspekcie mobilności elektrycznej, która jest bardziej przyjazna środowisku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Góralczyk, PR manager SEAT i CUPRA.

Z danych ONZ wynika, że obecnie na świecie jest ponad 30 miast, w których mieszka powyżej 10 mln osób. Już w 2030 roku miast z liczbą mieszkańców powyżej 10 mln będzie 41 i 63 miasta z liczbą mieszkańców 5–10 milionów. Miast z przedziału 1–5 mln osób będzie zaś 558. Obecnie w miastach o zaludnieniu 10 mln lub więcej mieszka ponad 500 mln osób. W 2030 r. będzie to już 730 mln. Coraz większa liczba metropolii i ich mieszkańców sprawia, że konieczne staje się poszukiwanie alternatywnych form transportu. Zwłaszcza że największe miasta już teraz mają ograniczoną przepustowość, a bolączką jest też zbyt mała liczba miejsc parkingowych.

– Bardzo ciasna zabudowa w większości przypadków uniemożliwia rozszerzanie dróg. Dlatego też miasta szukają innych sposobów na mobilność. Już niedługo, bo to już jest kwestia najbliższej przyszłości, będziemy w stanie skorzystać z aplikacji, takiego naszego personalnego doradcy transportowego, który nam podpowie, że np. jadąc z punktu A poza miastem do punktu B w mieście efektywnie jest przedostać się np. do parkingu poza miastem samochodem, tam wziąć elektryczną hulajnogę, wsiąść w metro, na odpowiedniej stacji przesiąść się na elektryczną hulajnogę czy skorzystać z mikrosamochodu na platformie carsharingowej i przedostać się do punktu B – tłumaczy Jakub Góralczyk.

Przyszłością jest nie tylko mikromobilność, lecz także pojazdy zasilane prądem. Według badań McKinsey Center for Future Mobility około 60 proc. podróży samochodami na całym świecie to przejazdy na dystansie mniejszym niż 8 kilometrów. Dlatego rozwiązaniem przy ograniczonej przepustowości może być carsharing. W połączeniu z systemem komunikacji miejskiej może nie tylko przyspieszyć przejazdy, lecz także ograniczyć szkodliwy wpływ transportu na środowisko. Już teraz dane pokazują, że carsharing i kicksharing, czyli współdzielone mikromobilne platformy, np. hulajnogi, stają się coraz popularniejsze.

– To także bardzo pozytywne aspekty bezpieczeństwa, bo jednak ta prędkość jest troszeczkę inna, ruchu jest mniej, więc też to bezpieczeństwo wzrasta w centrum miasta. E-mobilność to są bardzo ciche pojazdy, więc centra miast automatycznie stają się bardzo ciche i komfortowe, a my jesteśmy w stanie szybko i efektywnie przedostać się do odpowiedniej lokalizacji, nie stojąc w korkach, nie szukając przez długi czas miejsca do zaparkowania, ten komfort podróży jest nieporównywalnie większy – przekonuje ekspert.

SEAT rozwija strategię mikro- i elektromobilności. W 2020 roku na rynek ma trafić sześć modeli z alternatywnym napędem – hybryd i samochodów elektrycznych. Model el-Born to pierwszy w pełni elektryczny pojazd, który łączy w sobie kluczowe rozwiązania przyszłości, jak napęd elektryczny, system autonomicznej jazdy, potrzeby shared mobility oraz łączność z siecią. Hybrydowy Formentor to z kolei pierwszy autorski samochód Cupry, a Minimó to pierwszy pojazd w portfolio SEAT-a, który wpisuje się w ideę mikromobilności.

– Będziemy dla Grupy Volkswagen liderem, jeżeli chodzi o wprowadzenie w mikromobilność. Będziemy też pracować nad nową platformą, tzw. mniejszą platformą MEB, przeznaczoną dla miejskich samochodów elektrycznych – zapowiada Jakub Góralczyk. – Chcemy absolutnie zmienić oblicze mobilności w miastach, wprowadzić rewolucję i być jej liderem. Widzimy naszą sprawczość, nie tylko odpowiadamy na wyzwania przyszłości, lecz także ją kreujemy.

W edukacji finansowej dzieci są ogromne luki. Potrafią korzystać z nowych technologii, ale nie rozumieją pojęcia pieniądza

W edukacji finansowej dzieci są ogromne luki. Potrafią korzystać z nowych technologii, ale nie rozumieją pojęcia pieniądza 5

Dzieci na co dzień nas obserwują i naśladują, dlatego jeśli chcemy nauczyć dziecko oszczędzania, sami powinniśmy oszczędzać. Jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci podejmowały racjonalne decyzje zakupowe, sami nie powinniśmy ulegać zachciankom – mówi Paulina Wołosz-Sitarek, członek zarządu Fundacji Banku Millennium. Jak podkreśla, w edukacji finansowej najmłodszych są duże luki, a przysłowiowe trzy grosze dokładają rodzice, którzy popełniają przy tym wiele błędów, m.in. w ogóle nie rozmawiają z dziećmi o pieniądzach i nie uczą oszczędzania.

– Wiele badań wskazuje na lukę w wiedzy finansowej dzieci i młodzieży. Generalnie również wiedza całego naszego społeczeństwa na temat finansów jest bardzo niska. I trudno się dziwić, bo nikt nas zarządzania pieniędzmi nie uczy. Badania pokazują, że dzieci w wieku przedszkolnym w zasadzie nie wiedzą, skąd biorą się pieniądze, nie kojarzą posiadania pieniędzy z pracą. Zakupy traktują bardziej jako rytuał i nie rozumieją, że jest to wymiana towaru na pieniądz. Nie rozumieją też wartości pieniądza. Choć ogólny poziom kompetencji dzieci wzrasta, dzieci bardzo chętnie korzystają z nowinek technologicznych i nawet 3-latek potrafi obsłużyć smartfon, nie idzie to w parze z wiedzą finansową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Wołosz-Sitarek, członek zarządu Fundacji Banku Millennium.

Zarządzanie pieniędzmi to jedna z podstawowych, życiowych umiejętności. Im wcześniej dzieci zaczynają rozumieć podstawy świata finansów, tym sprawniej będą się poruszać w nim jako dorośli. Tymczasem w edukacji finansowej dzieci i młodzieży są duże luki. Przedszkolaki w ogóle nie rozumieją pojęcia pieniądza, dzieci dość powszechnie sądzą też, że pieniądze biorą się z bankomatu, nie wiążąc ich pochodzenia z pracą. Tym samym nie rozumieją, że trzeba na nie zapracować.

– Dorośli popełniają trzy główne błędy w edukacji finansowej swoich dzieci. Po pierwsze, nie rozmawiają z nimi o finansach w ogóle. Po drugie, nie wykorzystują naturalnych okazji, bo np. codzienne zakupy, planowanie budżetu domowego, opłacanie rachunków za prąd, gaz czy wodę może być dobrym momentem, żeby wprowadzić dziecko w sprawy finansowe, nauczyć je przedsiębiorczości. Polacy również niechętnie dają dzieciom kieszonkowe. Z badań wynika, że tylko 60 proc. dzieci w wieku szkolnym dostaje je regularnie. Przez to trudno jest nauczyć dzieci zarządzania pieniędzmi, jeśli one nie mają swoich pieniędzy. Trzecim największym błędem rodziców jest to, że nie uczymy dzieci oszczędzania – a to jest najważniejszy nawyk, który powinniśmy w nich wyrobić – mówi Paulina Wołosz-Sitarek.

Jak podkreśla, dobrym momentem na rozpoczęcie edukacji finansowej jest już przedszkole. Na tym etapie trzeba zacząć rozmawiać z dzieckiem o pieniądzach, wprowadzać podstawowe pojęcia, wykorzystywać naturalną dla przedszkolaków ciekawość, dociekliwość i chęć poszukiwania odpowiedzi na trudne pytania. Przede wszystkim trzeba wzbudzić w dziecku świadomość, że pieniądze nie rosną na drzewach, a każda, nawet najmniejsza rzecz, ma swoją wartość. Można zacząć od wytłumaczenia dziecku, dlaczego za jedną monetę nie można kupić wszystkiego, a pieniędzy z bankomatu nie można wyjmować bez końca.

– Warto z dziećmi rozmawiać i wykorzystywać codziennie sytuację do tego, żeby wprowadzać dzieci w świat finansów. Bezwzględnie już od najmłodszych lat trzeba pokazywać, że życie kosztuje, że płacimy za wodę, za gaz, za prąd. Dlatego warto zachęcać dzieci np. żeby gasiły światło, kiedy wychodzą na dłużej z pokoju albo zakręcały wodę w kranie, kiedy myją zęby – mówi Paulina Wołosz-Sitarek.

Od najmłodszych lat warto też dawać dzieciom własne, drobne pieniądze, żeby mogły gospodarować swoim budżetem, podejmować decyzje i uczyć się na błędach. Nie muszą to być duże kwoty, na początek wystarczy złotówka bądź dwie. Przedszkolak może na nie zapracować np. sprzątając zabawki lub zanosząc coś na miejsce. Dzieci, które dostają kieszonkowe i zdobywają własne doświadczenia z gospodarowaniem pieniędzmi, szybciej przyswajają pojęcia ekonomiczne.

Do nauki oszczędzania dobrą pomocą naukową jest z kolei z pewnością skarbonka, którą można zrobić samodzielnie, z puszki, pudełka lub słoika. Najlepiej, gdyby jej ścianki były przeźroczyste – wtedy dziecko będzie obserwować rosnące oszczędności i tym chętniej odkładać otrzymane od rodziny pieniądze.

– Trzeba pamiętać, że dzieci uczą się poprzez obserwację. One na co dzień nas obserwują i naśladują, dlatego jeśli chcemy nauczyć dziecko oszczędzania, sami powinniśmy oszczędzać. Jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci podejmowały racjonalne decyzje zakupowe, sami nie powinniśmy ulegać zachciankom – mówi Paulina Wołosz-Sitarek – Warto też wykorzystać naturalną potrzebę dziecka do eksperymentowania i proponować zabawy, przez które będziemy uczyć dzieci obchodzenia się z pieniędzmi. Dobrym pomysłem jest wspólna zabawa w sklep, w trakcie której można nauczyć dziecko wartości pieniądza.

W odpowiedzi na luki w edukacji finansowej najmłodszych Fundacja Banku Millenium uruchomiła też projekt Finansowy Elementarz, cykl bezpłatnych warsztatów w przedszkolach w całej Polsce.

– Aby dotrzeć do kilkuletniego, bardzo wymagającego odbiorcy, powołaliśmy do życia dziecięcych bohaterów: psa Sebastiana i młodocianych przyjaciół, którzy wypełnili serię książeczek swoimi przygodami. Przeżywając różne przygody, wprowadzają dzieci w skomplikowany świat finansów, uczą, czym jest pieniądz, skąd się biorą pieniądze, do czego służy karta kredytowa, jak wyglądają banknoty i monety – mówi Paulina Wołosz-Sitarek.

Do tej pory w ramach projektu Finansowy Elementarz zostało przeprowadzonych 1,3 tys. warsztatów z edukacji finansowej w 400 przedszkolach w całej Polsce. W zajęciach wzięło dotąd udział już 33 tys. dzieci.

– Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że takie projekty nie wypełnią luki edukacyjnej, ale stanowią na pewno pierwszy krok do tego, aby wychować nasze dzieci na dojrzałych i odpowiedzialnych dorosłych. Projekt jest zauważany i doceniany. Między innymi otrzymaliśmy pierwszą nagrodę w konkursie „Złoty Bankier” w kategorii „Bank wrażliwy społecznie”. To pokazuje, że naszą misję, jaką jest edukacja finansowa najmłodszych, realizujemy z powodzeniem – mówi Paulina Wołosz-Sitarek, członek zarządu Fundacji Banku Millennium.

Już wkrótce rośliny będą mogły bez przeszkód rosnąć w Kosmosie. Kolonizacja innych planet staje się coraz bardziej realna

Już wkrótce rośliny będą mogły bez przeszkód rosnąć w Kosmosie. Kolonizacja innych planet staje się coraz bardziej realna 6

Wegetacja roślin w Kosmosie jest możliwa. W przestrzeni kosmicznej wyrósł i zakwitł kwiat, a amerykańskim astronautom udało się wyhodować pszenicę. Niedawno Chińczycy wyhodowali pierwszą biologiczną materię na Księżycu. Dopracowanie możliwości wzrostu roślin otworzy drogę do dalszej eksploracji Kosmosu i wypraw na Marsa, bez tego wyprawy byłyby zależne od dostaw z Ziemi. Naukowcy chcą się w szczególności przyjrzeć skutkom wpływu stanu nieważkości i promieniowania kosmicznego na komórki roślinne. Trwają też prace nad technologią regeneracyjną do wspomagania życia w przestrzeni kosmicznej.

Możliwość wzrostu roślin w Kosmosie to konieczny warunek, by możliwe były podróże i dalsza eksploracja Kosmosu. Pierwsze sukcesy już są. Na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej hodowla roślin jest już możliwa. Dzięki komorze badawczej na ISS udało się już wyhodować pszenicę. W komorze można uprawiać nie tylko pojedyncze małe rośliny, lecz także badać pełen cykl uprawowy. Tym samym z jednego nasiona może już wkrótce udać się stworzyć całą plantację. Uprawa roślin w Kosmosie niesie jednak ze sobą wiele wyzwań, a badania mogłyby potrwać dziesiątki lat. Dzięki wolontariuszom i programowi AstroPlant ten proces można znacznie przyspieszyć.

– AstroPlant to zestaw pozwalający na uprawę warzyw w sztucznych warunkach. W ten sposób zyskujemy sporo danych dotyczących tego, w jaki sposób rośliny rosną i dojrzewają, a na podstawie zgromadzonych informacji jesteśmy w stanie opracować protokoły uprawy, które wskazują najlepsze warunki dla wzrostu roślin. Dane te są przekazywane do ESA w celu dostarczenia naukowcom informacji na temat tego, jak stworzyć zamknięte systemy podtrzymywania życia – mówi agencji Newseria Innowacje Sebastian Veldman z Mobgen.

W oparciu o specjalną metodę, opracowaną w laboratoriach Orbital Technologies Corp, w kosmosie udało się wyhodować już kwiat czy sałatę. Chińska Agencja Kosmiczna (CLEP) wyhodowała niedawno na Księżycu pierwszą biologiczną materię. Eksperyment chińskiej załogi kosmicznej obejmował nasiona ziemniaków, pomidorów, a także jaja jedwabników. Systemy środowiskowe utrzymywały pojemnik w warunkach zbliżonych do ziemskich, z wyjątkiem niskiej grawitacji księżycowej. Gdyby jaja wylęgły się, larwy wytworzyłyby dwutlenek węgla, a kiełkujące rośliny tlen przez fotosyntezę. Ostatecznie hodowla obumarła, ale pierwsze dni pokazały, że rośliny mogą rosnąć nie tylko na stacjach kosmicznych, lecz także w Kosmosie.

AstroPlant pozwala ocenić, jakie warunki muszą być koniecznie spełnione, aby rośliny mogły rosnąć i czym zastąpić ziemskie warunki. Dzięki pracy wolontariuszy i trwającym projektom informacje przekazywane są bezpośrednio do NASA.

– Mobgen włączyło się do projektu, ponieważ wykorzystywana w urządzeniu tablica z wynikami badań nie dostarczała wszystkich niezbędnych informacji. Wykorzystując nasze doświadczenie, zaczęliśmy pracować nad prototypem, który pozwala tworzyć unikalne cyfrowe doświadczenie hodowli roślin, zachęcające do podejmowania wielu różnych wyzwań czy misji w ramach prowadzonych badań oraz porównywania swoich wyników z wynikami uzyskanymi przez inne osoby zaangażowane w ten projekt – mówi ekspert.

Uzyskanie potrzebnych danych zajęłoby lata, ponieważ naukowcy musieliby sami hodować każdą roślinę. Korzystanie z takiej inicjatywy obywatelskiej nauki ma ogromny potencjał. Dzięki specjalnej aplikacji opracowanej przez Mobgen praca wolontariuszy przebiega sprawniej.

– Urządzenie to jest prototypem i nie zostało jeszcze udostępnione. Naszym celem jest pozyskanie wiedzy na temat uprawy warzyw i dostarczenie jej naukowcom, by promować eksplorację przestrzeni kosmicznej – wskazuje Sebastian Veldman.

Według prognoz Research and Markets globalny rynek technologii kosmicznych w 2026 r. osiągnie wartość 560 mld dol.

Sieć 5G pozwala na uzyskanie superszybkiego internetu w pociągach jadących z prędkością nawet 250 km/h. Przyczyni się też do rozwoju samochodów autonomicznych

Sieć 5G pozwala na uzyskanie superszybkiego internetu w pociągach jadących z prędkością nawet 250 km/h. Przyczyni się też do rozwoju samochodów autonomicznych 7

Wdrożenie sieci 5G w transporcie zapewni opóźnienia w odbieraniu sygnałów nieprzekraczające 10 milisekund. Oznacza to przede wszystkim gigantyczną poprawę bezpieczeństwa samochodów autonomicznych, które informacje z drogi i otoczenia będą mogły otrzymywać w czasie rzeczywistym. Superszybka sieć sprawdzi się również w innych rodzajach transportu. Wdrożenie jej w pociągach znacznie poprawi komfort podróżnych i ułatwi zarządzanie siecią kolejową.

Obecnie technologię 5G testuje się w wielu rodzajach zastosowań. Jednym z nich jest transport, gdzie główną barierą w dostępie do internetu jest przede wszystkim prędkość, z jaką poruszają się pojazdy takie jak pociągi. Rozwiązania z zakresu superszybkiej sieci testowane są przez AutoAir, grupę przedsiębiorstw finansową przez brytyjski rząd. Konsorcjum skutecznie przeprowadziło testy sieci 5G w jadącym z prędkością ponad 250 kilometrów na godzinę samochodzie.

– Na dachu samochodu marki McLaren umieściliśmy antenę, dzięki której pojazd pędzący z prędkością 250 km/h jest podłączony do bezprzewodowej sieci. W testach uzyskaliśmy już przepustowości rzędu 1 Gb/s. Nasze rozwiązanie nie jest przeznaczone wyłącznie dla samochodów. Przewidujemy raczej jego zastosowanie w pociągach, jednak jego testowanie w pociągach nastręcza wiele trudności, ponieważ trudno jest uzyskać dostęp do linii kolejowych. Z tego względu rozwiązania testujemy na szybkich samochodach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Peter Claydon z firmy Airspan Networks.

Technologia 5G może zrewolucjonizować transport zarówno samochodowy, jak i publiczny. Dostęp do superszybkiej sieci może znacząco poprawić komfort podróżowania koleją.

Na początku roku FirstGroup i Blu Wireless ogłosiły projekt mający na celu znaczne podniesienie jakości łączności w brytyjskich pociągach, dzięki pionierskiemu wykorzystaniu technologii 5G na kolei. Nowa technologia umożliwi niezawodne przesyłanie strumieniowe, szybkie przeglądanie i łączność z aplikacjami w chmurze, takimi jak Office 365. Twórcy projektu opracowali opłacalne ekonomicznie, kompleksowe rozwiązanie 5G, które może przetwarzać wolumeny danych 100 razy większe niż obecnie jest to możliwe dzięki technologii 4G. W praktyce oznacza to, że ​​klientom łatwiej będzie uzyskać spójne i szybkie połączenie Wi-Fi w pociągu.

Nowy standard pozwala osiągnąć opóźnienia w wysyłaniu sygnałów sięgające 10 milisekund, które w przypadku LTE wynoszą co najmniej 26 ms. Krótsze opóźnienie oznacza szybszą reakcję w przypadku wystąpienia zagrożenia. Szybkość i niezawodność przesyłania danych będzie więc kluczowym elementem w budowaniu bezpieczeństwa ruchu z udziałem samochodów autonomicznych. By jednak w pełni skorzystać z nowej technologii, niezbędna jest odpowiednia infrastruktura na drogach.

– Tradycyjne wdrożenie sieci wiąże się z postawieniem dużego masztu, który gwarantuje przepustowość sieci w zakresie od 1 do 5 gigabitów na sekundę, do której dostęp mogą mieć tysiące samochodów. My pracowaliśmy nad nowym modelem, który przewiduje rozstawienie niewielkich stacji bazowych wzdłuż dróg co 400–500 metrów. Przy założeniu, że każda stacja ma przepustowość 1–5 Gb/s, ich zasięg pozwoliłby objąć od 10 do 100 samochodów, które dzięki temu miałyby dostęp do sieci o świetnych parametrach – tłumaczy Peter Claydon.

Dostęp do superszybkiej sieci może być kluczowe przede wszystkim dla upowszechnienia się pojazdów autonomicznych.

– Opracowywany przez nas system sprawdziłby się doskonale przy monitorowaniu pojazdów autonomicznych. Parametry te byłyby wystarczające do śledzenia zdarzeń drogowych, umożliwiając rejestrowanie i dokumentowanie wszelkich zajść – przekonuje Peter Claydon.

Według analityków z MarketsandMarkets wartość rynku usług 5G będzie sięgała w 2020 roku kwoty niemal 54 mld dol. W najbliższych latach ma rosnąć w tempie 18 proc. średniorocznie, by osiągnąć w 2025 r. wartość ponad 123 mld dol.

RODO a rejestracji wejść i wyjść

Podmioty, które weryfikują tożsamość oraz utrwalają dane osób wchodzących do budynku, są zobowiązane do spełnienia obowiązku informacyjnego wynikającego z art. 13 RODO. Utrwalanie danych w ewidencji wejść i wyjść nie zawsze musi mieć miejsce, jeżeli jednak ma następować, to przetwarzanie danych osobowych w tym celu musi odpowiadać wymogom określonym w przepisach o ochronie danych osobowych.

Do Prezesa UODO napływają informacje o tym, że od osób wchodzących na teren firm prywatnych czy instytucji publicznych wymaga się podawania danych osobowych, nie realizując przy tym jednego z podstawowych obowiązków administratora, jakim jest informowanie osób o przetwarzaniu dotyczących ich danych. Tymczasem w takich sytuacjach osoby te powinny zostać poinformowane już na etapie gromadzenia danych m.in.:

  • kto przetwarza ich dane osobowe (art. 13 ust. 1 lit. a RODO)
  • w jakim celu i na jakiej podstawie prawnej to robi (art. 13 ust. 1 lit. c RODO)
  • kim są odbiorcy danych osobowych (art. 13 ust. 1 lit. e RODO)
  • jaki jest okres przechowywania danych osobowych (art. 13 ust. 2 lit. a RODO)
  • o prawie dostępu do danych (art. 13 ust. 2 lit. b RODO)
  • o prawie do sprostowania danych (art. 13 ust. 2 lit. b RODO)
  • o prawie do usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych (art. 13 ust. 2 lit. b RODO)
  • o prawie do wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania danych (art. 13 ust. 2 lit. b RODO)
  • o prawie do wniesienia skargi do UODO (art. 13 ust. 2 lit. d RODO).

Informacja dotycząca spełnienia przez administratora obowiązku informacyjnego wobec osoby wchodzącej na teren budynku musi być czytelna i znajdować się w miejscu odbierania danych, tak żeby osoba mogła się bez problemu z nią zapoznać np. na kontuarze recepcyjnym lub tablicy umieszczonej tuż nad nim.

Prowadzenie ewidencji wejść i wyjść w celu np. zapewnienia bezpieczeństwa osób przebywających w budynku lub znajdującego się w budynku mienia może dotyczyć wielu administratorów, realizujących to zadanie na podstawie różnych przepisów prawa. W określonych przypadkach, przetwarzanie danych może być niezbędne w celu wykonania zadania realizowanego w interesie publicznym lub w ramach sprawowania władzy publicznej powierzonej administratorowi (art. 6 ust. 1 lit. e RODO). Przykładem zadań, o których mowa w tej przesłance są zadania określone w ustawie o zasadach zarządzania mieniem państwowym, gdzie dla zapewnienia bezpieczeństwa mienia możliwe jest stosowanie zabezpieczeń na terenie nieruchomości i w obiektach budowlanych stanowiących mienie państwowe (art. 5a ustawy o zasadach zarządzania mieniem państwowym). Innym przykładem może być ogólny  obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa w szkole (art. 1 pkt 14 ustawy prawo oświatowe), który wskazuje, iż system oświaty zapewnia utrzymywanie bezpiecznych i higienicznych warunków nauki, wychowania i opieki w szkołach i placówkach. W innych przypadkach, przetwarzanie danych może być niezbędne do wypełnienia obowiązku prawnego ciążącego na administratorze (art. 6 ust. 1 lit. c RODO) np. obowiązku wynikającego z przepisów ustawy o ochronie informacji niejawnych w zakresie kontroli wejść i wyjść do/z określonych stref ochronnych (art. 46 pkt 1 ustawy o ochronie informacji niejawnych). Przepisy ustawy o ochronie osób i mienia dają podstawę pracownikom ochrony do przetwarzania danych osób wchodzących do budynku czy na teren przedsiębiorcy (art. 36 ust. 1 ustawy o ochronie osób i mienia). Przesłanką przetwarzania danych osobowych w ewidencji wejść i wyjść może być także  prawnie uzasadniony interes administratora (art. 6 ust. 1 lit. f RODO).

Wprowadzenie ewidencji wejść i wyjść rodzi również po stronie administratora szereg innych obowiązków wynikających z przepisów o ochronie danych osobowych. Administrator musi wypracować wewnętrzne procedury, w których precyzyjnie określi, w jaki sposób będzie on gromadzić, a następnie w jaki sposób i jak długo  – przechowywać dane osobowe w związku z przedmiotową ewidencją. Starannego przemyślenia wymaga również ustalenie, w jaki sposób dokonywana będzie weryfikacja tożsamości danej osoby, która zamierza wejść do określonej przestrzeni. Administrator zobowiązany jest precyzyjnie określić zakres danych osobowych i przetwarzać jedynie takie dane, które są niezbędne do osiągnięcia zamierzonego celu (zasada „minimalizacji danych”, art. 5 ust. 1 lit. c RODO). Pozyskiwanie danych osobowych przez zarządców czy właścicieli budynków, będzie działaniem dopuszczalnym, jeżeli będzie ograniczone do niezbędnych danych, tj. obejmujących imię, nazwisko oraz numer dokumentu tożsamości wraz z jego nazwą.

Administrator powinien każdorazowo pamiętać o tzw. zasadzie „ograniczenia przechowywania”, czyli gromadzeniu danych przez okres nie dłuższy, niż jest to niezbędne do celów, w których dane te są zebrane (art. 5 ust. 1 lit. e RODO). Innymi słowy, w sytuacji zrealizowania przez administratora zamierzonego celu, dane powinny zostać usunięte.

Niezmiernie istotne jest również zagwarantowanie odpowiedniego zabezpieczenia danych osobowych zawartych w ewidencji, w tym przed dostępem osób nieupoważnionych przez administratora. Administrator lub podmiot przetwarzający zobowiązany jest bowiem – uwzględniając stan wiedzy technicznej, koszt wdrażania oraz charakter, zakres, kontekst i cele przetwarzania oraz ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych o różnym prawdopodobieństwie wystąpienia i wadze zagrożenia – wdrożyć i zapewnić skuteczne funkcjonowanie odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych, aby zapewnić stopień bezpieczeństwa danym osobowym (art. 24 i art. 32 ust. 1 RODO). Innymi słowy administrator ma  obowiązek zorganizowania bezpieczeństwa procesu przetwarzania danych osobowych, w sposób odpowiadający obowiązującym przepisom w zakresie przetwarzania danych osobowych i  dokonania tego w taki sposób, który odpowiadał będzie zagrożeniom oraz kategoriom przetwarzanych danych.

Deficyt największy od 7 lat i będzie się powiększać

Dane NBP o bilansie płatniczym za luty pokazują niebezpieczną tendencję. Rośnie wyraźnie deficyt w obrotach handlowych Polski z zagranicą. Może to oznaczać, że krajowa gospodarka przestaje być konkurencyjna na rynku globalnym. Powód? Zbyt szybki wzrost konsumpcji zagranicznych dóbr — pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Tylko w lutym br. deficyt w obrotach towarowych Polski z zagranicą osiągnął 1,3 mld euro (5,7 mld  mld zł) według danych NBP. Była to największa przewaga importu nad eksportem od grudnia 2011 r., czyli od ponad siedmiu lat. Czasami na przełomie roku zmiany w handlu zagranicznym mają dość chaotyczny przebieg i jednorazowe wahania nie muszą być wyrazem zagrożenia. Teraz jednak wiele wskazuje, że mamy  po prostu do czynienia negatywnym długoterminowym trendem.

25 mld zł pod kreską

Rosnący szybciej od eksportu import pokazuje, że Polska może stracić konkurencyjność. Jeszcze pod koniec 2017 r. za okres 12 miesięcy (od grudnia 2016 r. do listopada 2017 r.) miała nadwyżkę w obrotach towarowych na poziomie ponad 10 mld zł. Teraz dane skumulowane za ostatnie 12 miesięcy (od marca 2018 r. do lutego 2019 r.) pokazują deficyt na poziomie 25 mld zł według wyliczeń NBP. To najwięcej od 6 lat.

Mniejszy problem, jeżeli wzrost importu stanowią przede wszystkim dobra inwestycyjne. Tak jednak prawdopodobnie nie jest. Według danych GUS i klasyfikacji BEC (Broad Economic Categories) wzrost importu dóbr inwestycyjnych z wyłączeniem środków transportu wzrósł o 6,7 proc., podczas gdy ogółem import wzrósł o 9,3 proc. w całym 2018 r.

Bardzo szybko rośnie import dóbr konsumpcyjnych. W przypadku samochodów osobowych wyniósł prawie 13 proc. w zeszłym roku, a towarów konsumpcyjnych trwałego użytku (np. telewizory, lodówki, zmywarki) o 18.1 proc. Z kolei sprzedaż detaliczna w kategorii meble, RTV, AGD rośnie w tempie 14,3 proc. r/r według danych za luty.

Dane NBP są mniej szczegółowe niż publikacje GUS dotyczące handlu. Jednak wzrost wartości importu r/r jest potężny i wynosi 17,4 proc. Jak przedstawił bank centralny, jest on związany ze wzrostem wartości ropy naftowej, części komputerowych oraz nowych samochodów.

Sytuacja będzie się pogarszać

Biorąc pod uwagę zaplanowaną stymulację fiskalną i spowolnienie koniunktury poza granicami Polski, trend rosnącego deficytu w handlu zagranicznym może jeszcze przyspieszyć.

Dodatkowe pieniądze z programu 500 plus na każde dziecko trafią w większej części do osób, które uzyskują dochody powyżej mediany (ci, którzy teraz mają świadczenie Rodzina 500 plus na pierwsze dziecko, nie otrzymają dodatkowego wsparcia). Może być to zachętą do wymiany dóbr trwałego użytku przez gospodarstwa domowe na te z wyższej półki, a także do wyjazdów zagranicznych (co z kolei pogorszy saldo usług). Podobnie może wyglądać sytuacja ze środkami z programu emerytura plus. W tym przypadku nie ma kryterium dochodowego, więc dodatkowe świadczenia dostaną również zamożne gospodarstwa domowe.

Ujemne saldo obrotów towarowych w kolejnych miesiącach może się więc zwiększać i generować silnie negatywny wkład eksportu do PKB. Będzie więc to naturalnie obniżać wzrost gospodarczy związany z nowymi programami socjalnymi. Zbyt duże transfery społeczne w relacji do możliwości państwa także będą oznaczać, że w przyszłości zabraknie środków na badania i rozwój oraz inwestycje infrastrukturalne, co z kolei będzie pogarszać nasz potencjał eksportowy i sprzyjać jeszcze większemu deficytowi handlowemu.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Obniżona zmienność na rynkach finansowych może uśpić czujność i zwiększa wrażliwość walut na nieprzywdziane wydarzenia. Przy wyciszeniu ryzyk politycznych (rozmowy USA-Chiny, brexit), na ważności mogą zyskać dane makro. PKB z Chin i indeksy PMI z Eurolandu będą najistotniejsze pod kątem oceny siły globalnej gospodarki. Poza tym z czołowych gospodarek nie będzie brakować standardowych odczytów produkcji, sprzedaży detalicznej i danych z rynku pracy.

Przyszły tydzień: produkcja/sprzedaż/indeksy koniunktury z USA, ZEW/PMI z Eurolandu, CPI z Wielkiej Brytanii/NZ/Kanady, PKB z Chin, rynek pracy z Australii

USA

W ostatnich dniach USD w pewnym sensie przestał być kowalem własnego losu, gdyż ogólnorynkowy sentyment decyduje, czy bezpieczna przystań w USD jest potrzebna inwestorom czy nie. W rezultacie lepsze dane z USA mogą niekoniecznie wspierać dolara, jeśli jednocześnie pomogą wzmocnić apetyt na ryzyko. Inwestorzy będą poszukiwać oznak poprawy aktywności gospodarczej w indeksach koniunktury: NY Empire State (pon), Philly Fed i PMI (czw). Po produkcji przemysłowej (wt) oczekuje się odreagowania marazmu z poprzednich miesięcy. Na tej samej podstawie prognozy zakładają silną sprzedaż detaliczną (czw). Pogorszenie w bilansie handlowym (śr) może obudzić gniew prezydenta Trumpa w stosunku do partnerów handlowych.

Strefa euro

W Eurolandzie dostaniemy odświeżenie indeksów PMI dla przemysłu i usług (czw). Może być jeszcze za wcześnie na odbicie w sektorze przemysłowym, więc pozytywnych zaskoczeń prędzej trzeba będzie szukać w usługach. Marne to pocieszenie dla EUR. Więcej optymizmu może się ujawnić w badaniu ZEW (wt). Bez solidnego wsparcia w poprawie danych widzimy ograniczony potencjał do umocnienia EUR.

Wielka Brytania

Ryzyko bezumownego brexitu zostało oddalone na kilka miesięcy, a brytyjscy politycy udają się na przerwę w obradach, co przynajmniej na chwilę powinno pozwolić na przerzucenie uwagi na dane makro. Rynek pracy (wt) pozostaje silny, a dane o sprzedaży detalicznej (czw) mogą być zaburzone przez odreagowanie silnych figur ze stycznia i lutego. CPI (śr) będzie podbity wahaniami cen ropy naftowej (spadek w marcu ub.r.) i sezonowymi przesunięciami z tyt. Wielkanocy. Jeśli wewnętrzny trend pozostanie mocny, to przy odsunięciu ryzyka brexitu możliwe jest przebudzenie dyskusji o szybszym powrocie Banku Anglii do podwyżek. GBP może znaleźć w danych punkt zaczepienia dla krótkoterminowego wzrostu.

Polska

Każdy dzień poza piątkiem przynosi odczyty z polskiej gospodarki (CPI, inflacja bazowa, rynek pracy, produkcja przemysłowa i PPI), ale szanse na to, że znajdą odzwierciedlenie w kursie złotego, są raczej niewielkie. Potrzeba niepohamowanego rajdu ryzykownych aktywów, by rynek złotego mógł z tego uszczknąć coś dla siebie, gdyż pierwsza fala kapitału trafi na rynki, gdzie potencjał dyskonta aktywów jest większy.

Chiny

Tydzień przynosi dane o PKB z Chin w otoczeniu marcowych szacunków sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej (śr). Wydaje się zbyt wcześnie, by twarde dane wykazały pozytywny wpływ stymulacyjnych działań rządu, za to bardzo prawdopodobny jest rezydualny wpływ spowolnienia z IV kw. Rynek zbytnio nie przejmie się słabszymi danymi, gdyż inwestorzy patrzą już w przyszłość, która wygląda lepiej chociażby przez pryzmat odbicia w indeksach PMI.

Australia

W Australii dane z rynku pracy (czw) prawdopodobnie ponownie potwierdzą solidność zatrudnienia i stabilizację stopy bezrobocia. Raport nie powinien zaszkodzić AUD, ale też nie daje podstaw do pozytywnego zaskoczenia. Rynkowe oczekiwania tych, którzy liczą na obniżki stopy procentowej RBA, raczej nie ulegną zmianie. AUD pozostaje skakanym na podążanie za sentymentem rynkowym.

Nowa Zelandia

W Nowej Zelandii w centrum uwagi będzie CPI (śr). Oczekiwania przeważają po stronie gorszego odczytu, na co rynek już się nastawia wyceną 30 proc. szans cięcia stopy OCR na najbliższym posiedzeniu w maju. Zatem większym zaskoczeniem będzie mocny odczyt, który wyzwoliłby kapitulację inwestorów z krótkich pozycji.

Kanada

Pełen wydarzeń dzień w Kanadzie z produkcją przemysłową (wt), bilansem handlowym, CPI (śr) i sprzedażą detaliczną (czw). Dwa ostanie raporty będą najważniejsze, gdyż na nie Bank Kanady patrzy najuważniej. Lepsze odczyty wzmocniłyby dyskusje o szybszym powrocie BoC do zaostrzania polityki i pozwoliłyby CAD skorzystać z rajdu ryzyka obecnego na innych klasach aktywów. Bez tego USD/CAD pozostaje zamknięty w paśmie 1,3250-1,3470.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

„Registry lock” – domenę .pl można teraz zabezpieczyć przed kradzieżą

Grupa H88 zaoferowała we współpracy z NASK usługę „registry lock” dla domen z rozszerzeniem .pl. Umożliwia to zabezpieczenie domeny z poziomu rejestru przed nieautoryzowanymi bądź przypadkowymi zmianami administracyjnymi, w tym próbami usunięcia lub przejęcia domeny. Usługa jest już dostępna we wszystkich markach hostingowych należących do grupy H88, w tym Domeny.pl, Hekko.pl, Kei.pl czy Linuxpl.com.

Po aktywowaniu opcji „registry lock” dla domeny, nie będzie już możliwe wprowadzenie kluczowych zmian w jej właściwościach na podstawie jedynie zgłoszenia online. Dotyczy to m.in. zmiany abonenta czy jego danych, transferu domeny do innego rejestratora, czy też usunięcia domeny. Dokonanie takich zmian będzie wymagało bezpośredniego kontaktu z właścicielem domeny ze strony rejestratora. Dzięki temu właściciel domeny będzie miał pewność, że jego domena nie zostanie zmieniona przez niepowołane do tego osoby w sposób, który może spowodować ogromne konsekwencje dla jego biznesu.

„Przykładem takiego niepożądanego działania może być wytransferowanie domeny do własnego rejestratora przez jednego ze wspólników w spółce. Staje się on w ten sposób faktycznym dysponentem domeny, co niekoniecznie jest zgodne z interesem pozostałych wspólnikom. Podobnie w dużych firmach, o rozproszonej strukturze, zawsze istnieje zagrożenie, że trafi się nieuczciwy pracownik, który wykorzysta przyznane mu hasła dostępu do transferu domeny, modyfikacji jej właściwości lub wręcz jej usunięcia” – tłumaczy Elżbieta Kornaś, Brand Director w serwisie Domeny.pl.

Według przedstawiciela Domeny.pl, takie działania mogę przynieść firmom kolosalne straty, bo dla wielu z nich domena stanowi kluczową wartość ich majątku. Wycena domeny jest obecnie często ujawniana w sprawozdaniach finansowych spółek i może sięgać wielu milionów złotych.

Dziś Polskę oceni kolejna agencja ratingowa

Już dziś wieczorem, dwa tygodnie po tym jak zrobiła to agencja Fitch Ratings, nad wiarygodnością kredytową Polski pochyli się S&P, czyli kolejna agencja tzw. Wielkiej Trójki.

Tak jak w przypadku agencji Fitch, tak i teraz: zarówno my, jak i rynkowy konsensus, nie spodziewamy się zmiany ani perspektywy ratingu, ani tym bardziej oceny wiarygodności kredytowej kraju. Silne fundamenty gospodarcze i perspektywy lepsze niż można było oczekiwać jeszcze kilka miesięcy temu – a to pomimo dość dużej zewnętrznej niepewności – powinny zagwarantować brak działań ze strony agencji. Na jakiekolwiek zmiany jest po prostu za wcześnie, a agencje ratingowe, zazwyczaj starają się nie działać zbyt pochopnie.

Niemniej, ostatnio ogłoszone plany rządu, oprócz swojego prowzrostowego charakteru, będą wiązały się z konsekwencjami w postaci wzrostu deficytu, co ograniczy potencjał poprawy sytuacji fiskalnej w Polsce. W kontekście tego, warto będzie zwrócić uwagę na retorykę agencji. Ostatnio Międzynarodowy Fundusz Walutowy zmienił prognozę deficytu sektora finansów publicznych, który zdaniem MFW w 2020 r. ma dobić do poziomu 3,1% PKB, tym samym nieznacznie przekraczając limit Komisji Europejskiej. W przypadku realizacji tego scenariusza Polsce groziłoby uruchomienie procedury nadmiernego deficytu. Realizacja tego niekorzystnego scenariusza nie byłaby obojętna agencjom ratingowym. Warto więc już teraz wypatrywać wszelkich sygnałów sugerujących, iż S&P się go obawia.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w okolicy poziomu 4,28. W parze z dolarem amerykańskim wczoraj euro nie radziło sobie zbyt dobrze. Dziś jednak waluta doświadcza wyraźnej aprecjacji, po raz pierwszy od dwóch tygodni przebijając poziom 1,13. W umocnieniu euro pomagają m.in. dobre dane makro. Dynamika produkcji przemysłowej we wspólnym bloku wprawdzie spadła, tak w miesięcznym, jak i rocznym ujęciu, niemniej był to spadek wyraźnie mniejszy od oczekiwań konsensusu. Może to sugerować, że obawy o sytuację w gospodarkach strefy euro – związane przede wszystkim z sytuacją sektora – które w ostatnim czasie ściągały kurs EUR/USD w dół były przesadzone.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,96-4,97. Inwestorzy przyzwyczajają się do tego, że Brexit po raz kolejny został odsunięty w czasie. Widać wyraźny spadek oczekiwanej zmienności kursu GBP/USD, co widoczne jest w zmianie cen opcji. W kontekście Brexitu obecnie kluczową kwestią jest to, czy premier May i Jeremy Corbyn dojdą do porozumienia ws. unii celnej po Brexicie. Corbyn jest jej zwolennikiem z kolei May zdaje sobie sprawę z opozycji względem niego ze strony „twardych” zwolenników Brexitu w Partii Konserwatywnej.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 3,79-3,81. Wczoraj dolara amerykańskiego wspierały m.in. dobre dane makroekonomiczne. Szczególną uwagę warto zwrócić na cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych. Liczba wniosków o zasiłki w ostatnim tygodniu spadła do najniższego poziomu od 1969 roku, potwierdzając siłę amerykańskiego rynku pracy. Dziś z kolei opublikowany zostanie indeks zaufania konsumentów w USA Uniwersytetu Michigan, jego znaczenie powinno być jednak ograniczone.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

16:00 – indeks zaufania konsumentów według Uniwersytetu w Michigan w USA w kwietniu

Godziny wieczorne – decyzja agencji S&P ws. ratingu Polski

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Czarne złoto w górę. Niemiecka gospodarka zwalnia

Poznaliśmy wstępne odczyty na temat wzrostu PKB w Niemczech. Jest słabiej niż wcześniej prognozowano, ale to wciąż wzrost. Kolejny tydzień wzrostu cen ropy naftowej.

Niemiecka gospodarka zwalnia

Wstępne prognozy wzrostu gospodarczego na ten rok u naszych zachodnich sąsiadów zmierzają do 0,5%. Jest to spowodowane znacznie gorszą kondycją eksportu w związku z wojną handlową USA. Co ciekawe prognozy nie przewidują większego kryzysu, gdyż na 2020 rok zapowiadanych jest już 1,5% wzrostu gospodarczego. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na kalendarz gdzie aż cztery święta mają wypaść w weekendy. W rezultacie spora część tego wzrostu to po prostu większa ilość dni pracy. Inwestorzy spodziewali się słabszej informacji stąd podchodzą do niej spokojnie. Oficjalne dane mają się pojawić co prawda dopiero w środę, ale wątpliwe jest by były one istotnie różne od tych. To najprawdopodobniej dopiero na nie jednak zareagują waluty.

Ropa naftowa wciąż w górę

Rynki zapomniały już o przecenie czarnego złota z końca 2018 roku, kiedy to surowiec spadał w okolice 50 dolarów za baryłkę. Obecnie po 6 tygodniach wzrostów jest niemal 20 dolarów wyżej. Co powoduje nagłe zmiany nastawienia inwestorów do ropy? Po pierwsze konflikt handlowy Chiny-USA do grudnia eskalował. W grudniu doszło jednak do tzw. “zawieszenia broni”. W tym czasie rozmowy okazały się wystarczająco konstruktywne by inwestorzy zaczęli wierzyć w łagodzenie konfliktu a nie jego eskalację. W rezultacie popyt na ropę zaczął rosnąć co w połączeniu z sankcjami oraz spadkiem produkcji u kilku ważnych producentów spowodowało, że ceny rozpoczęły marsz w górę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Katowicki Supersam dobrze rozpoczął rok

Katowicki Supersam

Katowicki Supersam ma za sobą udany początek roku. Pomimo dziesięciu niehandlowych niedziel, w I kw. 2019 r. obiekt odnotował wzrost liczby odwiedzających. To efekt uzupełnienia oferty handlowej wydarzeniami i akcjami organizowanymi w odnowionych przestrzeniach domu handlowego.

Supersam, nowoczesny wielofunkcyjny budynek zlokalizowany w centrum Katowic, przez pierwsze trzy miesiące 2019 r. odwiedziło ponad półtora miliona klientów, co stanowi kilkuprocentowy wzrost w porównaniu z zeszłym rokiem. Taki wynik pokazuje, że ciekawe projekty wielofunkcyjne przyciągają odwiedzających mimo rozszerzenia zakazu handlu w niedziele.

Wzrost frekwencji to wynik przemyślanych i konsekwentnie realizowanych działań. Uzupełniliśmy ofertę handlową licznymi wydarzeniami charytatywnymi, warsztatami i spotkaniami. Rozwijamy również Strefę Rozrywki, gdzie już działa sala do gry w tenisa stołowego, uruchomiliśmy Strefę Bajek i kącik zabaw dla dzieci. Rozszerzenie zakazu handlu w niedziele to wyzwanie, z którym aktualnie mierzy się cała branża. My staramy się wyjść mu naprzeciw, a ponad półtora miliona odwiedzających pokazuje silną markę, jaką jest Supersam na lokalnym rynku. – Remigiusz Królikowski, Head of Property and Asset Management w firmie Globalworth Poland, która jest właścicielem i zarządcą kompleksu

Supersam zdobył tytuł „Przyjaciela dzieci 2018 r.” za cykliczną współpracę ze Stowarzyszeniem Dom Aniołów Stróżów. To nie jedyne działania z zakresu CSR, które podejmuje zespół najbardziej znanego obiektu wielofunkcyjnego na Górnym Śląsku. Na terenie Supersamu organizowane są bezpłatne badania medyczne, spotkania czytelnicze oraz akcje promujące ekologię i ochronę zwierząt. Część handlowa kompleksu przyciąga odwiedzających konkursami i loteriami. W grudniu ur. wprowadzono również program lojalnościowy – stali klienci mogą korzystać ze zniżek dzięki aplikacji mobilnej.

Supersam oferuje łącznie prawie 25 000 mkw.  powierzchni,  z czego większość (ponad 18 000 mkw.) zajmuje część handlowa. Wśród najemców znajdują się popularne marki, takie jak Rossmann, Hebe, Empik, sklepy grupy LPP, CCC, Smyk, Media Expert, Aldi oraz klub fitness Calypso i internetowy sklep sportowy SportsDirect. Na początku kwietnia do tego grona dołączył również salon komputerowy X-com, który zajmuje ponad 300 mkw. powierzchni na pierwszym piętrze budynku.

Planujemy dalszy rozwój funkcji handlowej, ponieważ Supersam to miejsce kultowe, położone w samym centrum Katowic – sercu aglomeracji śląskiej, w tradycyjnie handlowej części miasta, niedaleko rynku. Lokalizacja obiektu jest nieprzypadkowa, bo w tym właśnie miejscu mieszkańcy miasta i regionu robią zakupy już od ponad 70 lat. – Remigiusz Królikowski, Head of Property and Asset Management w firmie Globalworth Poland, która jest właścicielem i zarządcą kompleksu

galeriaW pozostałej części kompleksu znajdują się biura wynajęte przez takie firmy jak: Groupon, CitySpace oraz Jamf. Właścicielem i zarządcą Domu Handlowego Supersam jest Globalworth Poland.

Druk w erze cyfrowej transformacji. Jak zmieni się jego rola?

87% przedsiębiorców uważa, że w ciągu najbliższych dwóch lat[1] druk pozostanie ważny dla ich działalności, natomiast 64% wskazuje na jego dominującą rolę aż do 2025 roku[2]. Digitalizacja jednak postępuje, a od 1 stycznia br. działy kadr w polskich firmach mogą przejść całkowicie na elektroniczne akta osobowe[3]. Jak cyfryzacja zmieni druk?

Cyfrowe połączenie

Rosnące znaczenie big data czy korzystanie przez pracowników z urządzeń mobilnych wymusza rozwój firmowych systemów IT. Wprowadzając zmiany wiele organizacji nie uwzględnia jednak drukarek czy skanerów – w efekcie nie współpracują one ze sobą ani z pozostałymi urządzeniami.

Marta Kudła, menedżer ds. rozwiązań biznesowych w firmie Konica Minolta
Marta Kudła, menedżer ds. rozwiązań biznesowych w firmie Konica Minolta

Brak kontroli nad drukiem i obiegiem informacji stwarza ryzyko wycieku lub kradzieży danych, obniża wydajność organizacji i dodatkowe koszty oraz stratę czasu, jaki pracownicy poświęcają na szukanie dokumentów. W dobie cyfryzacji konieczne staje się włączanie druku w szerszy proces zarządzania sprzętem, oprogramowaniem i IT firmy. Ułatwia to kontrolę systemu obiegu dokumentów i przepływ pracy, w efekcie zwiększając jej efektywność. Pozwala także w pełni korzystać z możliwości nowych technologii i dopasowywać je do ewoluujących potrzeb – wskazuje Marta Kudła, menedżer ds. rozwiązań biznesowych w firmie Konica Minolta.

Skala ma znaczenie

W biurach samej Grupy BMW w 44 krajach zarządza się ponad 11 tys. urządzeń drukujących. Dzięki połączeniu wielofunkcyjnych drukarek z inteligentnym oprogramowaniem i rozwiązaniami Konica Minolta, firma znacznie obniżyła koszty, zminimalizowała emisję CO2 i zwiększyła efektywność obiegu informacji na całym świecie. Różnicę odczuwa nie tylko przedsiębiorstwo, ale i środowisko.

Druk wspierany digitalizacją

Łączenie papierowych i cyfrowych procesów przetwarzania dokumentów umożliwiają usługi zarządzania drukiem (ang. Managed Print Services, MPS). Poza sprzętem i jego serwisowaniem, obejmują także śledzenie sposobu korzystania z floty drukarek, faksów, kopiarek i urządzeń wielofunkcyjnych oraz integrowanie ich z systemami IT, rozwiązaniami z zakresu cyberbezpieczeństwa czy procesami przepływu pracy. Już niemal co czwarty przedsiębiorca (23%) uważa, że usługi MPS odgrywają bardzo ważną rolę w transformacji cyfrowej, a ponad połowa (54%) oczekuje, że stanie się tak w ciągu dwóch lat[4].

– Wdrożenie usług zarządzania drukiem pomaga uprościć i zoptymalizować obieg dokumentów cyfrowych oraz drukowanych dzięki integracji środowisk druku i IT. Wdrażanie sprzętu i oprogramowania jest uzupełniane doradztwem w zakresie zarządzania procesami całej organizacji. Model „pay-as-you-use”, czyli opłat według faktycznego korzystania z usługi, zapewnia stabilność finansową i redukuje ponoszone przez firmę koszty podsumowuje Marta Kudła.

[1] https://quocirca.com/wp-content/uploads/2019/02/Quocirca-Print-Security-Feb-2019-Final-Web.pdf

[2] Źródło: Quocirca’s Global Print 2025 – 7 trends that will redefine the print industry in 2019, https://quocirca.com/content/7-trends-that-will-redefine-the-print-industry-in-2019/

[3] https://www.infor.pl/akt-prawny/DZU.2018.031.0000357,ustawa-o-zmianie-niektorych-ustaw-w-zwiazku-ze-skroceniem-okresu-przechowywania-akt-pracowniczych-oraz-ich-elektronizacja.html

[4] Quocirca “Managed Print Services Landscape 2018”,

https://quocirca.com/wp-content/uploads/2018/09/Quocirca-MPS-2018-Summary-Report-Web.pdf

Polski biznes z potencjałem na otwarte oprogramowanie

Open source, czyli otwarte oprogramowanie rozwijane przez społeczności, obchodzi w tym roku swoje 21-lecie. Choć na początku kojarzony był głównie ze słabo działającymi pakietami biurowymi i nie wróżono mu sukcesu, z czasem zyskał zwolenników, a jego globalna wartość ma – według prognoz – osiągnąć w 2022 r. kwotę nawet 32,95 mld. dolarów[1]. Mało kto wie, ale obecnie programiści pracujący nad rozwojem nowych aplikacji nawet w 80-90 proc. bazują na otwartych komponentach[2]. Z kompletnych rozwiązań, zaprojektowanych w duchu „wolnego oprogramowania”, korzystają dziś także np. administracje Rzymu czy Barcelony. A świadomie lub nie z oprogramowania typu open source korzystamy wszyscy. Jak jednak pokazuje badanie OVH – mimo że polscy programiści są świadomi zalet rozwiązań open source, to osoby decyzyjne w aż co piątym polskim przedsiębiorstwie są nadal na nie obojętne lub ich nieświadome.

Open source, czyli know-how wystawione na kradzież

Nazwą „open source” określamy oprogramowanie, którego kod źródłowy jest udostępniony do powszechnego użytku, dzięki czemu mogą nad nim pracować programiści z całego świata. Do powstania tej filozofii przyczyniło się ponad dwie dekady temu upublicznienie przez firmę Netscape kodu źródłowego bardzo popularnej przeglądarki internetowej Netscape Navigator. To był prawdziwy wstrząs. W tamtych czasach bowiem duże firmy trzymały kody swoich sztandarowych rozwiązań pod kluczem, pilnie strzegąc przed konkurencją i przestępcami. Początkowe obawy o ujawnianie swojego know-how stopniowo jednak malały. Stopniowo do grona wspierającego open source zaczęli dołączać także inni globalni gracze, włączając do wspólnej puli, jak OVH, autorskie patenty. Trend ten wciąż jest rozwojowy i niedawno jeden z gigantów uwolnił około 60 tysięcy patentów związanych z Linuksem.

Koncepcji open source udało się w ciągu dwóch dekad rozkwitnąć, ponieważ okazało się, że zalet społecznościowego opracowywania oprogramowania jest znacznie więcej niż wad. W efekcie, za pośrednictwem samego GitHub’a i w samym tylko 2018 roku, nad setkami tysięcy projektów pracowały ponad 24 miliony programistów z ponad 200 krajów. Niektóre z tych projektów są dopracowywane do końca, a część służy jako element składowy większych lub bardziej zaawansowanych rozwiązań. Dzięki open source powstało ponadto wiele popularnych programów, takich jak pakiet biurowy LibreOffice, legendarny edytor grafiki GIMP czy najpopularniejszy darmowy edytor audio – Audacity. Prace na otwartym kodzie doprowadziły też do powstania systemu operacyjnego Ubuntu oraz elementów innego – Android OS, z którego korzysta około 2 miliardów użytkowników smartfonów. Wreszcie przyjęło się uważać, że open source jest jednym z motorów rozwoju innowacji w IT.

Otwarte oprogramowanie, nieskończone możliwości

Open source to jednak nie tylko aplikacje dla konsumentów. Otwarte oprogramowanie to przede wszystkim spektrum nieskończonych możliwości rozwoju kodu źródłowego przez programistów w skali globalnej. Z rodowodem otwartego oprogramowania funkcjonuje więc też bardzo wiele krytycznych obecnie rozwiązań IT. Obecnie korzystanie z otwartego oprogramowania deklaruje aż 9 na 10 polskich firm z sektora technologii[3]. Jak pokazało badanie przeprowadzone przez OVH – specjaliści, inżynierowie i osoby zarządzające projektami IT największych przewag open source upatrują w niskich kosztach zakupu i utrzymania tego typu rozwiązań. Doceniają też niezależność od wielkich dystrybutorów, a także elastyczność w tworzeniu oprogramowania na własne potrzeby.

Właśnie ta ostatnia zdaje się przemawiać najgłośniej do innowatorów IT. Open source dostarcza bowiem doskonałe, łatwo dostosowywalne komponenty do budowy własnych, oryginalnych rozwiązań. Ktoś oparł na otwartym oprogramowaniu mobilny system operacyjny, ktoś inny rozwiązania cloud.

Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH, Polska
Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH, Polska

Jak mówi Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH Polska: open source to model, który się nie starzeje, dlatego jest także głęboko wpisany w DNA firmy OVH. Opieramy na nim m.in. naszą chmurę publiczną czy usługę zarządzania kontenerami. Lata praktyki pokazują, że moc tkwi w kooperacji i współdzieleniu wiedzy, dlatego chętnie włączamy się w działania propagujące ruch na rzecz otwartego programowania. Wierzymy, że to podejście definiuje przyszłość innowacji IT.

Otwarty, czyli niebezpieczny?

Idea open source ma też jednak grono przeciwników. Jednym z argumentów, który często pojawia się w ustach krytyków jest ten, że otwartość może ułatwiać hakowanie. Jak tłumaczy Robert Paszkiewicz, OVH: Już samo słowo „otwarty” może sugerować, że kod dostępny do wglądu dla każdego łatwo może stać się pożywką także dla przestępców. W praktyce jednak to właśnie w otwartości tkwi siła open source – dzięki temu, że kod jest wciąż rozwijany i mają do niego dostęp użytkownicy z całego świata, a nie tylko zamknięta grupa programistów, jak ma to miejsce w przypadku rozwiązań komercyjnych. Wszelkie luki mogą zostać łatwiej znalezione i – co za tym idzie – szybciej załatane. Nie jest także prostym wprowadzenie tzw. „backdoor’a” (luka w zabezpieczeniach systemu utworzona umyślnie w celu późniejszego wykorzystania) właśnie z uwagi na monitoring wielu osób.

Jako najpoważniejszą wadę otwartego oprogramowania ankietowani przez OVH wymienili brak gwarancji profesjonalnego wsparcia technicznego – sytuacja ta jednak odchodzi do lamusa. Początkowo użytkownicy open source rzeczywiście mogli liczyć głównie na pomoc społeczności, co jednak sukcesywnie zmienia się wraz z angażowaniem się w ruch otwartego oprogramowania dużych korporacji. Niektórzy z zapytanych przez OVH jako wadę open source wymieniali także problemy z kompatybilnością wsteczną.

Zamknięci na otwarte, zamknięci na przyszłość

Jak pokazują doświadczenia z całego świata, oprogramowanie bazujące na wolnej licencji to już rzeczywiste poligony doświadczalne, generujące impuls rozwojowy dla takich kluczowych gałęzi, jak data science czy uczenie maszynowe (przykładowo na GitHub’ie znajduje się już 295 repozytoriów). Jak natomiast wynika z badań OVH, polskie firmy IT wciąż stronią od korzystania z open source, i to kierując się powielanymi, stereotypowymi argumentami – prawie 19 proc. zapytanych przez OVH specjalistów IT uważa, że firma, w której pracuje, nie korzysta w sposób świadomy z tego modelu. Wiele jest więc jeszcze do zrobienia.

[1] https://www.marketsandmarkets.com/PressReleases/open-source-services.asp

[2] według firmy doradczej Forrester

[3] https://linuxpolska.pl/aktualnosci/badanie-polski-rynek-open-source-2018/