Ustawa o postępowaniu egzekucyjnym w administracji – ważne zmiany

Robert Nogacki Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki -Kancelaria Prawna Skarbiec

Uproszczenie procedur obowiązujących w egzekucji administracyjnej to główny cel projektu ustawy o zmianie ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji oraz niektórych innych ustaw (nr z wykazu UD326) autorstwa Ministra Finansów, opublikowanych 25 lutego 2019 r. Nowelizacja stanowi gruntowną przebudowę procedury egzekucyjnej, wprowadzając liczne zmiany m.in. w zakresie egzekucji z majątku wspólnego małżonków, zasadach dochodzenia roszczeń z przedmiotu hipoteki przymusowej lub zastawu skarbowego, czy w procedurze licytacji elektronicznej.

W uzasadnieniu nowelizacji Minister Finansów wskazał, że: „Projekt ustawy obejmuje głównie zmiany w zakresie przepisów regulujących środki zaskarżenia, egzekucję z majątku wspólnego małżonków, egzekucję z majątku dłużnika rzeczowego, zbieg egzekucji, egzekucję z pieniędzy, egzekucję z ruchomości, egzekucję z rachunków bankowych oraz wykonywanie przez naczelników urzędów skarbowych postanowień o zabezpieczeniu majątkowym wydanych przez prokuratora lub są w postępowaniu karnym lub karnym skarbowym” (Uzasadnienie projektu ustawy z dnia 30 stycznia 2019 r. o zmianie ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji oraz niektórych innych ustaw). Projekt jest bardzo obszerny, jego uzasadnienie liczy 84 strony.

Zeznanie o stanie majątkowym na żądanie wierzyciela

Sporządzenie protokołu o stanie majątku dłużnika leży w gestii organu egzekucyjnego. Proponowane zmiany mają ten stan zmodyfikować, nadając wierzycielowi prawo żądania od dłużnika podania informacji o posiadanym stanie majątkowym pod rygorem odpowiedzialności karnej za złożenie fałszywego oświadczenia. Taka sama odpowiedzialność ma obowiązywać, gdy do ujawnienia składników majątkowych i źródeł dochodu wzywa organ egzekucyjny.

Skuteczne doręczenie mimo zmiany adresu

Dłużnik zostanie zobowiązany do zawiadomienia wierzyciela oraz organu egzekucyjnego o każdej zmianie adresu miejsca zamieszkania lub siedziby. Pouczenie o tym będzie zawarte w pisemnym upomnieniu, które wierzyciel przesyła zobowiązanemu dłużnikowi zgodnie z art. 15 § 1 ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji (dalej: u.p.e.a.): „Egzekucja administracyjna może być wszczęta, jeżeli wierzyciel, po upływie terminu do wykonania przez zobowiązanego obowiązku, przesłał mu pisemne upomnienie, zawierające wezwanie do wykonania obowiązku z zagrożeniem skierowania sprawy na drogę postępowania egzekucyjnego, chyba że przepisy szczególne inaczej stanowią. Postępowanie egzekucyjne może być wszczęte dopiero po upływie 7 dni od dnia doręczenia tego upomnienia” (Dz.U. 1966 nr 24, poz. 151, ze zm.).

Proponowane zmiany mają przyspieszyć tok postępowania egzekucyjnego, uznając w braku informacji od dłużnika o zmianie adresu za skutecznie doręczoną pod dotychczasowy adres korespondencję związaną z toczącą się egzekucją.

Egzekucja ze zdwojoną mocą

Do dokonywania czynności egzekucyjnych powierzonych naczelnikowi urzędu skarbowego według właściwości miejscowej, minister właściwy ds. finansów publicznych będzie mógł upoważnić i delegować naczelnika innego urzędu skarbowego. Upoważnienie będzie mogło zostać udzielone zarówno do określonych czynności, jak i na stałe. Co najistotniejsze, upoważniony organ będzie mógł podejmować czynności egzekucyjne niezależnie, obok czynności przeprowadzanych przez naczelnika właściwego miejscowo.

Nadzór nad egzekucją należności niepieniężnych

Obowiązujący art. 25 u.p.e.a. statuuje zwierzchnictwo ministra właściwego ds. finansów publicznych nad przestrzeganiem przez wierzycieli i organy egzekucyjne w toku prowadzonej egzekucji przepisów u.p.e.a. w zakresie egzekucji należności pieniężnych. W ustawie ma zostać dodany zapis, który takie zwierzchnictwo powierzy ministrowi właściwemu ds. administracji publicznej w zakresie egzekucji należności niepieniężnych.

Moment wszczęcia egzekucji – nowe zasady

Wszczęcie egzekucji administracyjnej następuje dopiero z chwilą doręczenia zobowiązanemu odpisu tytułu wykonawczego, chyba że przed nim nastąpiło doręczenie zawiadomienia o zajęciu wierzytelności lub innego prawa majątkowego – wówczas wszczęcie egzekucji następuje już z chwilą doręczenia tego zawiadomienia. Po zmianach za moment wszczęcia egzekucji uznana zostanie również chwila podpisania protokołu zajęcia ruchomości przez pracownika obsługującego organ egzekucyjny oraz ujawnienie wpisu w księdze wieczystej o wszczęciu egzekucji z nieruchomości lub złożenie wniosku o wpis o wszczęciu egzekucji z nieruchomości do zbioru dokumentów. Niemniej obowiązek doręczenia tytułu wykonawczego pozostaje w każdym przypadku obligatoryjny.

Łatwiej o egzekucję z majątku małżonka i przedmiotu hipoteki lub zastawu

Nowe przepisy mają utrudnić dłużnikom ochronę majątku. We wskazanych w ustawie przypadkach dokonanie przeniesienia własności składników majątkowych na inny podmiot nie zapewni skutecznej ochrony przed ich egzekucją.

Zgodnie z projektowanym art. 27e § 3: „Zawarcie umowy majątkowej małżeńskiej lub zaistnienie innego zdarzenia skutkującego ograniczeniem, zniesieniem, wyłączeniem lub ustaniem wspólności majątkowej po powstaniu należności pieniężnej nie stanowi przeszkody do prowadzenia egzekucji ze składnika majątkowego, który należałby do majątku wspólnego, gdyby nie zawarto umowy majątkowej małżeńskiej lub nie wystąpiło inne zdarzenie prawne. Składnik ten uznaje się za wchodzący w skład majątku wspólnego”.

Podobne rozwiązanie zastosowano w odniesieniu do egzekucji z rzeczy lub prawa majątkowego, obciążonych zastawem skarbowym lub hipoteką przymusową: „Jeżeli rzecz lub prawo majątkowe obciążone zastawem skarbowym lub hipoteką przymusową zabezpieczającymi należność pieniężną i odsetki z tytułu niezapłacenia jej w terminie zostało przeniesione na inny podmiot, tytuł wykonawczy wystawiony na zobowiązanego obejmujący tę należność jest podstawą do prowadzenia egzekucji z tej rzeczy lub prawa majątkowego” (art. 27i § 1 projektu ustawy).

Zarzuty w sprawie egzekucji

Zobowiązanemu będzie również przysługiwało prawo do wniesienia zarzutów w sprawie egzekucji administracyjnej do wierzyciela za pośrednictwem organu egzekucyjnego. Ustanowione zostaną zasady co do formułowania treści wnoszonego przez dłużnika zarzutu. Jej niezbędnymi elementami będą: określenie istoty i zakresu żądania oraz dowody uzasadniające to żądanie. Odpowiedź wierzyciela na zarzuty wydawana będzie w formie postanowienia. To z kolei implikuje konieczność zmiany ustawy – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (Dz.U. 2002 nr 153, poz. 1270, ze zm.), poprzez wprowadzenie sądowej kontroli postanowienia wierzyciela o nieuznaniu zarzutów.

Kupując rzecz, można stać się dłużnikiem

Rozporządzenie przez dłużnika zajętym już przez organ egzekucyjny prawem majątkowym lub rzeczą nie przeszkodzi w kontynuowaniu egzekucji z tego prawa lub rzeczy, tak jakby do rozporządzenia nie doszło. Oznacza to, na przykładzie transakcji sprzedaży domu, że podejmowane czynności egzekucyjne będą skuteczne nie tylko wobec zobowiązanego sprzedającego, ale też wobec nabywcy nieruchomości.

Przesłanki umorzenia postępowania egzekucyjnego

Zmianie uległ art. 59 u.p.e.a, zawierający katalog przesłanek umorzenia postępowania egzekucyjnego. Choć w praktyce większość z nowo sformułowanych przesłanek stanowi odpowiednik aktualnie obowiązujących lub została wprost powtórzona, to pojawią się również nowe, jak np. przesłanka z projektowanego art. 59 § 1 pkt 4 – niespełnienie w tytule wykonawczym wymogów określonych w art. 27, a w przypadku zagranicznego tytułu wykonawczego, niespełnienie wymogów określonych w art. 102 ustawy o wzajemnej pomocy. Podstawą umorzenia postępowania egzekucyjnego będzie więc wystawienie tytułu wykonawczego niezgodnie z przepisami ustawy.

Uzupełnieniu ulegnie przesłanka umorzenia w związku ze śmiercią zobowiązanego. Umorzyć postępowanie egzekucyjne będzie można także w przypadku dochodzenia obowiązku, który nie jest ściśle związany ze zobowiązanym, ale w postępowaniu egzekucyjnym nie zajęto rzeczy lub prawa majątkowego lub też zajęto rzecz lub prawo majątkowe, które wygasło wskutek śmierci zobowiązanego.

Z katalogu podstaw umorzenia usunięto przesłankę zastosowania w postępowaniu niedozwolonego środka egzekucyjnego. Jak wyjaśnia ustawodawca w uzasadnieniu, zastosowanie niedopuszczalnego środka egzekucyjnego powinno skutkować jedynie jego uchyleniem, a nie umorzeniem całego postępowania.

Zbieg egzekucji

Nowelizacja uzupełnia także regulację w zakresie zbiegu egzekucji. Zgodnie z dodawanym art. 62 § 3: „w przypadku zbiegu egzekucji administracyjnej i egzekucji sądowej należności alimentacyjnych lub innych świadczeń powtarzających się albo należności pieniężnej, której egzekucja następuje w walucie obcej, egzekucje do rzeczy albo prawa majątkowego, do którego nastąpił zbieg egzekucji, przejmuje sądowy organ egzekucyjny, który prowadzi postępowanie egzekucyjne jednej z ww. należności” (Uzasadnienie projektu ustawy z dnia 30 stycznia 2019 r. o zmianie ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji oraz niektórych innych ustaw).

Nowe brzmienie regulacji o licytacji elektronicznej

Całkowicie na nowo został zbudowany przepis art. 107e u.p.e.a. regulujący procedurę elektronicznej licytacji przeprowadzanej przez organ egzekucyjny. Stanowi on, że organ może przeprowadzać licytację przy pomocy wybranego przez siebie systemu teleinformatycznego (np. OLX czy Allegro) na zasadach określonych w regulaminie podmiotu, do którego ten system należy. O zamiarze sprzedaży zajętej rzeczy za pośrednictwem wybranego podmiotu w trybie licytacji elektronicznej organ zobowiązany jest powiadomić dłużnika. Licytację może rozpocząć wówczas nie wcześniej niż po upływie 3 dni od dnia doręczenia zawiadomienia. Licytacja w tym trybie musi potrwać co najmniej 7 dni, a nie można jej przeprowadzać w zakresie ruchomości łatwo ulegających zepsuciu oraz ruchomości, której sprzedaż wymaga specjalnego zezwolenia.

Zabezpieczenie majątku firmy

Ustawa o zmianie ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji oraz niektórych innych ustaw przewiduje zmiany i wprowadzenie nowych regulacji jeszcze w wielu elementach administracyjnej procedury egzekucyjnej, jednocześnie niosąc ze sobą konieczność zmian wielu innych ustaw. Poza nowelizacją ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji projekt autorstwa Ministra Finansów dokonuje zmiany w: Kodeksie postępowania cywilnego, Kodeksie karnym wykonawczym, Kodeksie postępowania karnego, ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych, Prawie o postępowaniu przed sądami administracyjnymi oraz w ustawie o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych.

Ilość wprowadzonych zmian wymusza na przedsiębiorcach i innych zobowiązanych, którzy mogą stać się podmiotem administracyjnego postępowania egzekucyjnego, konieczność przeprowadzenia audytu prawnego prowadzonej działalności. Z kolei nowe zasady egzekucji implikują potrzebę rewizji posiadanych struktur organizacyjnych z punktu widzenia ochrony majątku firmy czy też własnego. Dokonane zawczasu zabezpieczenie majątku może skutecznie ochronić jego składniki przed zagrażającymi mu roszczeniami osób trzecich.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Miliardowa sprzedaż obligacji skarbowych

Z informacji Ministerstwa Finansów wynika, że w marcu posiadacze oszczędności kupili obligacje skarbowe o wartości ponad miliarda złotych. To o prawie 17 proc. więcej niż rok wcześniej. Okazuje się więc, że niewielki spadek zainteresowania tymi papierami w lutym był zjawiskiem przejściowym.

Największym powodzeniem cieszyły się papiery o najkrótszym, 3-miesięcznym terminie wykupu i najniższym oprocentowaniu, wynoszącym 1,5 proc. Na ich zakup przeznaczono nieco ponad 380 mln zł, czyli niemal 38 proc. wszystkich środków wydanych na obligacje detaliczne w marcu. Spadek inflacji w pierwszych miesiącach obecnego roku skłonił również sporą część posiadaczy wolnej gotówki do zakupów obligacji dwuletnich o stałym, wynoszącym 2,1 proc oprocentowaniu w skali rocznej. Wartość sprzedaży tych papierów sięgnęła 301,5 mln zł, czyli prawie 30 proc. całej oferty obligacji skarbowych. Niższa inflacja przyczyniła się do niewielkiego spadku zainteresowania obligacjami czteroletnimi, których oprocentowanie zależne jest od wskaźnika wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych. Wydano na nie 244,4 mln zł, czyli 22,2 proc. środków przeznaczonych na papiery skarbowe w marcu. To udział najniższy od czerwca ubiegłego roku, gdy inflacja sięgała 2 proc. Oszczędzający z pewnym opóźnieniem reagują na zamiany poziomu inflacji, a więc należy się spodziewać, że w kolejnych miesiącach papiery indeksowane wskaźnikiem inflacji staną się bardziej popularne. Po wzroście w pierwszych dwóch miesiącach roku zainteresowania obligacjami dziesięcioletnimi (EDO), zwanymi emerytalnymi, ich udział w sprzedaży ponownie obniżył się w marcu do 8,7 proc. Na początku roku oszczędzający korzystający z Indywidualnych Kont Emerytalnych zwykle dokonują wpłat na nie, a za wpłacone pieniądze kupują dające najwyższe odsetki (2,7 proc. w pierwszym, rocznym okresie odsetkowym) obligacje dziesięcioletnie. W kolejnych miesiącach zainteresowanie nimi zdecydowanie maleje.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Pracodawcy RP: Kres elastycznego zatrudnienia

Umowy o pracę staną się mniej elastyczne i mogą być rzadziej zawierane, jeśli propozycja zmian w prawie pracy, jaka trafiła do senackiej Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji, zostanie zrealizowana. Zmusi ona bowiem pracodawców do podawania przyczyn wypowiedzenia w przypadku umów zawartych na czas określony dłuższy niż 6 miesięcy.

Kodeks pracy w art. 30 § 4 nakłada na pracodawcę obowiązek wskazania przyczyny uzasadniającej rozwiązanie umowy o pracę w dwóch przypadkach: gdy chodzi o rozwiązanie umowy bez wypowiedzenia (niezależnie od rodzaju umowy) oraz w razie wypowiedzenia umowy o pracę zawartej na czas nieokreślony. Przepis ten nie przewiduje natomiast konieczności uzasadniania przez pracodawcę wypowiedzenia umowy o pracę zawartej na czas określony.

Elastyczność rynku pracy osiąga się m.in. właśnie poprzez zróżnicowanie form zatrudnienia. Wybór formy zatrudnienia, w tym rodzaju umowy, umożliwia objęcie kodeksową ochroną zatrudnienia pracowniczego większej grupy osób. Funkcję ochronną pracownika realizuje umowa o pracę na czas określony, nie gwarantuje jej natomiast zatrudnienie cywilnoprawne.

Wprowadzenie wymogu podawania przyczyny przy rozwiązaniu umowy o pracę na czas określony zawartej na co najmniej 6 miesięcy podważy jednak ustawowy cel rozróżnienia rodzajów umowy o pracy, a także sprzeciwi się elastyczności terminowego zatrudnienia pracowniczego. Samo zrównanie okresów wypowiedzenia tych umów zmniejszyło już występujące między nimi różnice, a wprowadzenie obowiązku uzasadniania wypowiedzenia umowy na czas określony w zasadzie całkowicie je zniweluje.

Tymczasem duży odsetek zawieranych umów o pracę stanowią umowy na czas określony, a efektem wprowadzenia zmiany będzie zmniejszenie liczby umów na czas określony powyżej 6 miesięcy. W efekcie może to spowodować popularyzację zatrudnienia na czas określony poniżej 6 miesięcy, których nie dotyczy proponowana zmiana. Skutki takiego działania nie odczują tylko pracodawcy, ale też sami pracownicy. Pracodawcy RP zwracają uwagę, że zbytnie usztywnienie systemu prawa pracy, w szczególności zasad rozwiązywania umów na czas określony może spowodować skutki odwrotne od zamierzonych – zamiast przyczynić się do szerszego stosowania umów o pracę, doprowadzi do wzrostu zatrudnienia pozapracowniczego.

ORLEN – do Polski sprowadzamy 50 procent ropy spoza Rosji

Blisko połowa ropy naftowej sprowadzanej do Polski przez PKN ORLEN pochodzi już spoza Rosji. To efekt dywersyfikacji dostaw surowca i systematycznego poszerzania współpracy biznesowej z firmami spoza Europy, między innymi z Saudi Aramco Oil Company. Podejmowane działania w tym zakresie umożliwiają uzyskanie korzystnego z punktu widzenia PKN ORLEN miksu rop, prowadzącego do optymalizacji produkcji i pozytywnego wpływu na finalną jakość i cenę produktów dla klientów PKN ORLEN oraz stabilność na rynku. Miesięcznie do płockiej rafinerii trafia ok. 1,4 mln ton ropy naftowej, z czego średnio ok. 700 tys. ton z kierunków alternatywnych, w tym z Arabii Saudyjskiej.

Współpraca z Saudi Aramco poszerza się. Świadczą o tym zawarte nowe umowy handlowe ze spółkami zależnymi koncernu, np. kontrakt z Saudi Aramco Products Trading Company na dodatkowe dostawy saudyjskiej ropy do rafinerii PKN ORLEN , a także  na zakup przez saudyjskiego partnera ciężkiego oleju opałowego produkowanego przez ORLEN Lietuva.  O kolejnych obszarach biznesowych i wzmacnianiu wzajemnych relacji rozmawiali Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN i Amin Nasser, Prezes Zarządu Saudi Aramco. Spotkanie na szczycie, w którym uczestniczył również Abdulaziz Al-Judaimi pierwszy wiceprezes, odpowiedzialny za segment Downstream, odbyło się 11 kwietnia br. w Arabii Saudyjskiej.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Dobrej jakości ropa naftowa, którą możemy kupić na korzystnych warunkach cenowych i bezpieczeństwo dostaw surowca są ważne dla dalszego rozwoju PKN ORLEN. W naszym interesie leży poszerzanie relacji biznesowych z takimi firmami jak Saudi Aramco. Mam satysfakcję, że w ramach dotychczasowej współpracy zrobiliśmy przełomowy krok naprzód. Poszerzamy współpracę i podpisujemy umowę „produkt za ropę”. To pierwsza tego typu umowa w historii ORLENu i dodatkowy biznes dla naszych rafinerii. Liczę, że znajdą się kolejne obszary do robienia dobrych interesów – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Przedstawiciele PKN ORLEN podczas pobytu w Arabii Saudyjskiej prowadzili również rozmowy w centrum Eksploracji i Inżynierii Naftowej oraz Centrum Rozwoju Wydobywczego. Spotkali się z przedstawicielami Saudi Aramco Trading Products Company.

Relacje handlowe z saudyjskim koncernem PKN ORLEN nawiązał w 2016 roku, podpisując pierwszą umowę na dostawy ropy w ramach kontraktu długoterminowego. W kwietniu 2018 r., w ramach polityki dywersyfikacji kierunków dostaw prowadzonej przez PKN ORLEN, firmy podpisały aneks do umowy, który zwiększył dostarczany wolumen ropy saudyjskiej do 300 tys. ton surowca miesięcznie. W ciągu 2018 roku z Arabii Saudyjskiej PKN ORLEN kupił ponad 3,5 mln ton surowca.

Podpisana właśnie umowa umożliwi zakup GK ORLEN dodatkowo ok. 800 tys. ton ropy saudyjskiej, co oznacza, że wolumen sprowadzanej ropy saudyjskiej wzrośnie do ok. 400 tys. ton surowca miesięcznie. Zgodnie z kontraktem PKN ORLEN będzie mógł sprowadzić sześć ładunków saudyjskiej ropy. Wolumen będzie każdorazowo ustalany z producentem w zależności od bieżących potrzeb Koncernu. W zależności od potrzeb surowiec będzie dostarczany zarówno do Naftoportu w Gdańsku, jak i terminalu w Butyndze. Z kolei w ramach terminowej umowy handlowej, PKN ORLEN zagwarantował odbiór całości, czyli do 160 tys. ton miesięcznie ciężkiego oleju opałowego z rafinerii w Możejkach, przeznaczonego do sprzedaży morskiej. W ten sposób zabezpieczono fizyczną sprzedaż produktu w początkowym okresie perturbacji rynkowych związanych z wejściem w życie od 1 stycznia 2020 roku nowych globalnych regulacji dla paliw bunkrowych, ograniczających zawartość siarki – IMO 2020. Ich wprowadzenie ma bowiem wpływ na popyt na ciężki olej opałowy sprzedawany przez litewską spółkę Grupy ORLEN.

Dzięki realizowanej polityce dywersyfikacji kierunków dostaw prowadzonej przez Grupę PKN ORLEN obecnie 30% ropy przerabianej ropy przez wszystkie rafinerie (Polska, Litwa, Czechy) pochodzi spoza kierunku rosyjskiego. Natomiast znacząco więcej, bo prawie 50 procent ropy naftowej sprowadzanej do Polski pochodzi z innych kierunków niż rosyjski. Obecnie do rafinerii w Płocku oprócz rosyjskiej ropy sprowadzana jest ropa z Norwegii, Angoli, Nigerii i właśnie Arabii Saudyjskiej.

Badanie NASK I PBS: uczniowie najchętniej korzystają z sieci w domu

Jak wynika z najnowszej analizy przeprowadzonej przez NASK we współpracy z PBS, globalna sieć jest codziennie eksplorowana przez 96% polskich nastolatków. Każdego dnia spędzają oni w Internecie średnio 4 godziny, nierzadko traktując go jako przydatne narzędzie edukacyjne.

Wnioski zawarte w powyższym opracowaniu przekonują, że Internet stał się nieodłącznym elementem życia uczniów, którzy deklarują korzystanie z jego zasobów nie tylko w celach rozrywkowych czy społecznych, ale wykorzystują go w dużej mierze także na potrzeby swojej edukacji.

Sieciowi domownicy

O ile zaskakujący nie jest nieznaczny odsetek nastolatków, którzy deklarują użytkowanie Internetu rzadziej niż raz dziennie, o tyle interesująco przedstawiają się odpowiedzi na pytanie gdzie robią to na najczęściej. Zdecydowana większość – a dokładnie aż 95% respondentów – największą część swoich „sieciowych podróży” po bezkresach Internetu odbywa w domu. 60% ankietowanych przyznała, że z korzysta z sieci w trakcie codziennych dojazdów do szkoły, zaś nieco ponad 41% wskazała na użytkowanie Internetu w swojej placówce edukacyjnej. Pomimo szerokiej i powszechnej dostępności urządzeń mobilnych, w tym szczególnie smartfonów, korzystających z łączności 3G, 4G czy LTE, młodzi internauci szczególnie chwalą sobie eksplorowanie Internetu w domu. Być może wpływ na taki stan rzeczy mają koszty pakietów Internetu mobilnego bądź jego wciąż ograniczone zasięgi.

Partner dydaktyczny

Nieco ponad połowa uczestników badania przyznała, że korzysta z dobrodziejstw globalnej sieci w celach edukacyjnych – w tym szczególnie traktując Internet jako narzędzie wsparcia w odrabianiu lekcji. Co piąty uczeń stwierdził natomiast, że wykorzystuje jego zasoby w przygotowywaniu się do kartkówek czy sprawdzianów.

Głównym celem, który przyświeca młodym Internautom przy uruchamianiu internetowych przeglądarek jest jednak chęć korzystania z serwisów rozrywkowo – kulturalnych. Młody użytkownik sieci stawia przede wszystkim na relaks. Filmy i seriale na platformach streamingowych, słuchanie podcastów lub piosenek z serwisów na żądanie oraz gry video – to dominuje. Wielu naszych klientów działa w branży e-commerce. Wiemy od nich, że uczniowie liceów i techników regularnie przeglądają strony sklepów internetowych i dokonują tam zakupów. Dodałbym do tego jeszcze media społecznościowe. Nastolatkowie uwielbiają dzielić się w Internecie swoim życiem prywatnym. Każdego dnia umieszczają wpisy, dodają zdjęcia, linkują do interesujących treści. Na szczęście rośnie też świadomość potencjalnych zagrożeń. Młodzi ludzie coraz częściej zwracają uwagę na phishing, próby włamań oraz ataki hakerskie. Czytają o tym, dopytują i zwiększają tym samym swoje bezpieczeństwo w sieci – komentuje Bartosz Gadzimski, właściciel firmy hostingowej Zenbox.

Według badania polski nastolatek spędza codziennie przed ekranem komputera lub smartfona średnio 4 godziny i 12 minut. To wzrost o ponad pół godziny w porównaniu z poprzednim zestawieniem.

FLYO Boards reprezentantem Polski w Wielkim Finale konkursu PowerUp! podczas Impact’19

To właśnie w FLYO Boards jury polskiego finału konkursu PowerUp! 2019 dostrzegło największy potencjał rozwojowy i przyznało mu tytuł zwycięzcy, będący jednocześnie biletem na Wielki Finał. Już 21 maja w Krakowie, podczas konferencji Impact’19, zwycięski start-up zmierzy się z pozostałymi laureatami finałów krajowych i powalczy o główną nagrodę.

Winners_fotoWiktor Kitzman, CEO FLYO Boards, od wielu lat pasjonuje się windsurfingiem, co można było zaobserwować podczas jego występu na scenie, gdzie z zapałem opowiadał o swoim innowacyjnym produkcie – lewitującej desce surfingowej FLYO. Urządzenie wyposażone jest w napęd elektryczny, dzięki któremu może unosić się ok. metra nad powierzchnią wody, a także pilota, umożliwiającego zdalne sterowanie. Konstrukcja deski, a szczególnie wbudowane w nią autorskie skrzydło, sprawiają, że sprzęt nie tylko wygląda efektownie, ale także jest bezpieczny w użytkowaniu.

„FLYO to zupełnie nowy środek transportu. Chcąc porównać nasz produkt do czegoś, co już znamy, możemy powiedzieć, że to rodzaj elektrycznej wodnej hulajnogi, która potrafi unosić się w powietrzu. Naszym marzeniem jest, żeby każdy człowiek mógł przemieszczać się z punktu A do B, zupełnie jak na Segwayu, jednak nie tylko po drogach, ale również po wodzie. Jesteśmy pewni, że konkurs PowerUp! umożliwia nam rozwinięcie skrzydeł! – mówi prezes Electric Foil Sp z. o o Wiktor Kitzman

Drugie miejsce w konkursie przyznano Eco Bean, projektowi naukowców z Politechniki Warszawskiej. Opracowana przez nich unikatowa technologia wykorzystuje zużyte fusy po kawie i pozwala produkować z nich brykiety, stanowiące „zieloną” alternatywę dla tradycyjnych materiałów opałowych. Trzecią lokatę zajął start-up Hyper Poland z obszaru mobility, który zaprezentował platformę logistyczną składającą się z autonomicznych, w pełni elektrycznych pojazdów, opartych na ekologicznym systemie magnetycznym.

5 edycji, 24 kraje, niemal 900 uczestników

Audience_fotoPowerUp! to największy konkurs dla start-upów z 24 krajów Europy Środkowo-Wschodniej, organizowany przez InnoEnergy. Do tegorocznej, piątej już edycji zgłosiło się niemal 300 zespołów, prezentujących rozwiązania dla przemysłu z obszaru energii, mobilności, technologii czystego powietrza, ciepłownictwa, cleantech i szeroko rozumianych technologii smart. Już kolejny rok rekordzistą pod względem liczby zgłoszeń okazała się Polska, z której nadesłano 46 aplikacji.

Podczas regionalnej gali finałowej w Warszawie przed jury oraz publicznością swoje produkty i usługi zaprezentowało 10 najbardziej obiecujących polskich start-upów.

Świadomość biznesowa zespołu oraz potencjał rynkowy projektu przepisem na sukces

„Możliwość globalnego zastosowania innowacji oraz widoczna perspektywa jej rozwoju były głównymi kryteriami naszej oceny. Start-upy biorące udział w finale krajowym zaprezentowały różnorodne rozwiązania, jednak to w FLYO Boards dostrzegliśmy największy potencjał. Firmę czekają teraz przygotowania do Wielkiego Finału, gdzie będą reprezentować nasz kraj. A jest o co walczyć, ponieważ dostęp do wiedzy i sieci kontaktów InnoEnergy, które zainwestowało między innymi w Skeleton Technologies oraz Ferroamp Elektronik AB listowaną na Nasdaq Frist North, to niepowtarzalna szansa na globalną ekspansję biznesu.” – mówi przewodniczący jury, Sebastian Siuchta, Business Creation Officer w InnoEnergy Central and Eastern Europe.

Michał Maćkowiak, Head of Innovation w RAFAKO S.A. będącym już po raz kolejny Gold Partnerem konkursu, a także członek jury, dodaje:

„Tegoroczna edycja PowerUp!, co bardzo mnie cieszy, wyniosła poziom konkursu na kolejny, wyższy poziom. Cieszy przygotowanie i jakość projektów, wzrastająca z roku na rok, a RAFAKO, będąc sponsorem tego wydarzenia już trzeci rok z rzędu, może o tym najlepiej zaświadczyć. W tegorocznej edycji swoją ocenę skupiłem na trzech kryteriach: pierwszym jest zbieżność prezentowanych innowacji z rozwiązaniami poszukiwanymi przez RAFAKO. Drugim jest rynkowa wartość projektu i jego skalowalność. Trzecim kryterium natomiast jest sposób i forma prezentacji. Uważam, że zwycięzca tegorocznej edycji spełniał wyżej wymienione kryteria w największym stopniu i z ciekawością będę obserwował dalsze losy tego ambitnego zespołu.”

W tym roku do grona Supporting Partners konkursu PowerUp! dołączyło Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Przedstawiciel instytucji, Maciej Martyniuk, Dyrektor Działu Rozwoju Innowacyjnych Metod Zarządzania Programami w NCBR, zasilił skład jury.

„Oferta Narodowego Centrum Badań i Rozwoju kierowana jest do przedsiębiorców różnej wielkości. W naszym portfolio nie brakuje więc programów kierowanych do zespołów, których pomysły są dopiero w fazie preseed lub seed, a także na etapie startupu – mówi prof. Maciej Chorowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Wierzymy, że połączenie entuzjazmu ze znajomością nowych technologii, które wyróżnia młodych ludzi jest wartościowym źródłem innowacji.

Obok RAFAKO w gronie Gold Partners znalazł się również DTEK, dla którego konkurs PowerUp! to  szansa na odkrycie innowacyjnych produktów i usług.

“Szukamy rozwiązań w zakresie produkcji gazu i węgla, wytwarzania ciepła, energii odnawialnej, budowy sieci, e-mobilności, efektywności energetycznej i obsługi klienta.” – wylicza Emanuele Volpe, DTEK Chief Innovation Officer.

Prezentacjom uczestników przyglądali się także przedstawiciele mediów oraz inwestorzy. W roli keynote speakera wystąpił Greg Albrecht, doradca i inwestor związany z szeroko pojętym rynkiem biznesu i start-upów, który pierwsze nowe marki i produkty wprowadził na rynek w wieku 19 lat.

Pojedynek 14 najlepszych europejskich start-upów już w maju, podczas Impact’19

FLYO Boards wraz ze zwycięzcami pozostałych 13 finałów krajowych (odbywających się m.in. w Grecji, Czechach czy Estonii) powalczy o główną nagrodę pieniężną 50 000€ i szansę na finansowanie do wysokości €150 000 w prestiżowym akceleratorze biznesu Highway® by InnoEnergy. Laureat piątej edycji PowerUp! zostanie wyłoniony 21 maja w Krakowie podczas Impact’19 – jednego z najważniejszych wydarzeń gospodarczych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Wyciszenie

Po bogatej w wydarzenia środzie rynki wróciły do fazy wyczekiwania i poszukiwania kierunku. Zmienność ponownie gaśnie, a przed weekendem raczej wiele się nie zmieni. Gołębie wzmianki z Fed pomagają w cofnięciu USD, a plotki o potencjalnej transakcji między bankami z Japonii i Niemiec podbijają EUR/JPY. Złoty kontynuuje płaski dryf przed decyzją S&P ws. ratingu, po której nie spodziewamy się zmian.

Brexit został odroczony o 7 miesięcy, EBC jest gołębi, ale nie bardziej gołębi, a Fed nie zamierza wracać do podwyżkę stóp procentowych. Z perspektywy rynków finansowych jesteśmy pozbawieni nowych szoków (przynajmniej w krótkim terminie), co niestety oznacza, że inwestorzy nie mają punktu zaczepienia do handlu, więc zmienność rynkowa siada. Podskórny optymizm nie ma siły przebicia, gdyż potrzebuje potwierdzenia w danych, a po tym tygodniu jedyne, co jest godne zapamiętania, to obniżone prognozy MFW dla globalnego wzrostu. Co chroni rynek akcji i inne aktywa ryzykowne, to powtarzana przez członków Fed gołębia retoryka. W nocy Neel Kashkari z Fed w Minneapolis przypomniał, że nie widzi potrzeby „zaciągania hamulca” dla ożywienia, a stopy procentowe są bliku poziomu neutralnego. Richard Clarida z zarządu banku poszedł dalej i przyznał, że obniżki nie zawsze muszą mieć miejsce przy recesji. Wynika z tego jasno, że Fed nie będzie blokadą dla rajdu ryzyka, o ile taki wreszcie się rozwinie.

Na rynku walutowym jedyny istotny ruch w ostatnich godzinach miał miejsce na EUR/JPY w związku ze spekulacjami o szykowanej transakcji przejęcie części biznesu przez japoński bank od niemieckiego kredytodawcy. Wstrząsy wtórne rozniosły się po EUR/USD i USD/JPY. Dawno nie widziałem, aby dyskusje nt. transakcji M&A były w stanie zachwiać eurodolarem, co trochę mówi o warunkach płynnościowych. Może to jednak tylko pretekst, by potwierdzić coś, o czym wspominałem od dawna – rynek nie ma siły albo przekonania do pociągnięcia EUR/USD pod 1,12, więc jedynym rozsądnym wyjściem jest odbicie w górę. Jednocześnie nie widzę, aby znaleźli się zapaleńcy, by istotnie windować kurs bez wsparcia fundamentów (których nie dają słabe dane i gołębi EBC), więc wypchnięcie ponad 1,13 będzie płytkie.

Niegasnący apetyt na ryzyko jednak sprzyja EUR, a także przynosi odpływ kapitału od bezpiecznego USD. Na tej samej fali defensywnie mogą zachowywać się JPY i CHF. Uwagę przyciąga EUR/CHF, który wrócił ponad 1,13 i wymazał całe załamanie z przełomu marca i kwietnia. Pewnym zgrzytem w pro-ryzykownych trendach jest wyparowanie siły AUD. AUD/USD jest takim nowym EUR/USD – zamknięty w nudnej konsolidacji, tutaj: 0,70-0,72. W środę zwyżka nie dotarła nawet do górnej bandy, a brak świeżych wieści znad stołu negocjacyjnego USA-Chiny skłania do realizacji zysków. We własnym świecie żyje natomiast GBP, który dalej boryka się z premią za niepewność. Co z tego, że można na kilka miesięcy wykluczyć bezumowny brexit, jeśli w międzyczasie Wielką Brytanię mogą czekać nowe wybory (na szefa Partii Konserwatywnej lub parlamentarne), po których wszytko może być inaczej? Funt dziś traci, gdyż inwestorzy przygotowują się na krytyczną ofensywę brytyjskiej weekendowej prasy.

A co na złotym? Nic. Powiem optymizmu z rynków zewnętrznych wystarczył, by ściągnąć EUR/PLN do 4,28, ale potem handel jakby zamarł. Potrzeba niepohamowanego rajdu ryzykownych aktywów, by rynek złotego mógł z tego uszczknąć coś dla siebie, gdyż pierwsza fala kapitału trafi na rynki, gdzie potencjał dyskonta aktywów jest większy. Wcześniej przed Polską są gospodarki azjatyckie, Meksyk, Rosja. Z kolei przecenę walut rynków wschodzących najlepiej rozgrywa się poprzez problemy lokalne, a w Polsce jest za dobrze, by rozgrywać spekulacyjne próby osłabienia. O tym wie też agencja ratingowa S&P, która dziś powinna potwierdzić rating i perspektywę dla Polski.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Raport Oxford Economics: detalisto, tylko sztuczna inteligencja pozwoli Ci przetrwać na rynku

Według raportu instytutu analitycznego Oxford Economics, retailerzy muszą inwestować w chatboty i algorytmy uczenia maszynowego, by przetrwać na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Takiego zdania jest 72 proc. przedstawicieli amerykańskiej branży handlowej. Ich zdaniem w ciągu najbliższych pięciu lat technologie sztucznej inteligencji będą miały decydujący wpływ na kształt całego sektora. Ich wdrożenie rozsądzi – kto zostanie liderem branży, a kto będzie skazany na walkę o przetrwanie.

Dynamiczny rozwój handlu internetowego sprawił, że tradycyjne fizyczne sklepy, znalazły się w bardzo trudnym ekonomicznie położeniu. Wiele z nich podjęło jednak wyzwanie i zaczyna inwestować w nowe technologie, by przyciągnąć klientów spragnionych cyfrowych doznań. Według badań Oxford Economics, sztuczna inteligencja już jest jednym z popularniejszych narzędzi, które umożliwia detalistom m.in. automatyzację logistyki czy personalizację doświadczeń zakupowych.

Handel na miarę cyfrowych czasów

Według Oxford Economics, 40 proc. amerykańskich detalistów obecnie wspiera swoje działania chatbotami. Prawie połowa z nich zamierza w ciągu 3 lat wdrożyć kolejne technologie SI do planowania dostaw, kontroli jakości, analizowania trendów rynkowych czy optymalizacji kampanii marketingowych. Ankietowani już teraz dostrzegają szereg zmian.

Co drugi ankietowany (55 proc.) stwierdził, że sztuczna inteligencja znacznie poprawiła szybkość rozwiązywania skarg zgłaszanych przez klientów, a ponad połowa zgłosiła wzrost przychodów – komentuje wyniki Matthew Reynold, szef działu analiz w Oxford Economics.

SI to jednak nie jedyna nowinka kusząca detalistów. Branża na całym globie bardzo odważnie inwestuje w wiele innych innowacyjnych rozwiązań. Wszystko po to, by przyciągnąć i przywiązać do siebie coraz bardziej wymagających klientów. Przykładowo, według Gartnera do 2020 r. 100 mln konsumentów będzie robiło zakupy z wykorzystaniem rozszerzonej rzeczywistości lub wirtualnej rzeczywistości.

Zastosowanie tych, niszowych do tej pory, technologii stanie się możliwe na szerszą skalę głównie dzięki nadchodzącej wielkimi krokami technologii 5G. Ten nowy standard komunikacji jest bowiem fundamentem wdrażania wszystkich nadchodzących nowinek technologicznych – przekonuje Jean Pierre Brulard, wiceprezes i dyrektor generalny w VMware na region EMEA. I nie chodzi tutaj tylko o SI czy IoT. Wielokrotnie już słyszeliśmy, że wielkie firmy detaliczne planują dostarczać paczki z pomocą dronów. Jak na razie nie widać na niebie rojów maszyn z pakunkami w mechanicznych łapkach. Jednak dzięki 5G ta wizja już niebawem może stać się czymś więcej niż tylko projekcją biznesowych marzeń.

Jak przekonuje ekspert VMware, sieci przyszłości, oparte na technologii 5G, będą w stanie „obsłużyć” ogromną ilość latających urządzeń, umożliwiając ich operatorom koordynowanie trasy, tak by nie doszło do kolizji. Taka technologia umożliwi choćby dostawy produktów do obszarów, do tej pory niedostępnych ze względu na brak odpowiedniej infrastruktury drogowej lub centrów logistycznych.

5G to epokowa okazja, a nie tylko kolejne „G”

Rok 2019 w wielu środowiskach okrzyknięto momentem przełomowym dla technologii 5G. W wielu branżach, nie tylko handlowej czy telekomunikacyjnej, można dostrzec pewne związane z tym poruszenie. Zdaniem Åsy Tamsons, szefowej działu rozwoju biznesu w firmie Ericsson, wiele firm oraz instytucji na całym świecie nadal niestety uważa, że technologia 5G to tylko kolejna „sieć”. Eksperci VMware przekonują jednak, że takie myślenie to poważny błąd, który może kosztować firmy nie lada straty.

Myśląc, że 5G to tylko kolejne „jakieś tam G”, biznes może przespać okazję do wyprzedzenia konkurencji.  Każda organizacja, która nie wykorzysta tej możliwości już wkrótce będzie walczyć o przetrwanie w cyfrowym świecie – przekonuje Jean Pierre Brulard z Vmware.  Firma, która w swojej działalności wykorzystuje sieć, powinna poważnie pomyśleć, jak technologia 5G może pomóc jej w osiągnięciu celów biznesowych. Nie ma znaczenia czy dana organizacja działa w sektorze handlowym, logistycznym, publicznym czy prywatnym. 5G to okazja, by całkowicie przemodelować biznes i sposób komunikacji z konsumentami – dodaje.

Bez inwestycji nie ma zysku

Osiągniecie efektów jakie daje technologia 5G będzie wymagało oczywiście od firm dużych nakładów finansowych w rozwój infrastruktury sieciowej. Według badań McKinsey’a, w Europie wydatki inwestycyjne związane z siecią mogą wzrosnąć o 60 procent, począwszy od 2020 r. do 2025 r., w przybliżeniu podwajając TCO w tym okresie.

Taka inwestycja to swoiste rynkowe być albo nie być, przede wszystkim dla dostawców usług komunikacyjnych. Najprawdopodobniej w najbliższych latach firmy te nie wdrożą jednak czystej oferty 5G. Konsumenci raczej otrzymają mieszane podejście. Sieci LTE dla podstawowych usług i 5G dla tych dodatkowych, bardziej innowacyjnych – komentuje Jean Pierre Brulard z VMware. W najbliższym czasie więc popularnością będą się cieszyć chmury telekomunikacyjne. Bazująca na oprogramowaniu infrastruktura pozwala bowiem łatwo łączyć rozwiązania 4G/LTE z fundamentami systemowymi pod przyszłe wdrożenia technologii  5G – dodaje.

Jak podaje Ministerstwo Cyfryzacji, nakłady inwestycyjne niezbędne do wdrożenia sieci 5G w Polsce wynieść mogą nawet 20,3 mld zł i nie będą uwzględniały nakładów związanych z rezerwacją częstotliwości dla sieci nowej generacji.  Według analityków, z sieci 5G w Polsce w pełni będzie można korzystać w ciągu następnych 6-8 lat.

Pieniędzy dla nauczycieli nie trzeba daleko szukać. Część leży w Funduszu Pracy

Dr Wojciech Warski, Business Centre Club
Dr Wojciech Warski, Business Centre Club

Organizacje pracodawców popierają wprowadzenie wyższych wynagrodzeń dla tej grupy zawodowej. Przedsiębiorcy przedstawiają rządowi propozycję, która może rozwiązać patową sytuację. Część środków na sfinansowanie podwyżek w br. można pobrać z Funduszu Pracy. Przewiduje się, że będzie to nie więcej niż 2 miliardy złotych. Pomysłodawcy ww. rozwiązania dodają, że ten ruch nie spowoduje zachwiania płynności FP, w którym obecnie znajduje się ok. 10 miliardów złotych. Natomiast w kolejnych latach wyższe pensje powinny być uwzględnione w budżecie. Wówczas wydatki staną się łatwe do przewidzenia.  

Od początku protestu strona rządowa przekonuje, że w budżecie nie ma środków na wyższe pensje dla nauczycieli. Organizacje pracodawców, takie jak BCC, Konfederacja Lewiatan, Pracodawcy RP oraz Związek Rzemiosła Polskiego, są zwolennikami znaczącej podwyżki kwoty bazowej wynagrodzenia. I dlatego zaproponowały, aby w tym roku wykorzystać część środków zgromadzonych w Funduszu Pracy. Zebrane w nim pieniądze mają łagodzić skutki bezrobocia, promować zatrudnienie i służyć aktywizacji zawodowej. Jednak są też przeznaczane na inne cele, o czym można było się przekonać w ostatnich tygodniach.

– W tym roku podobno tych pieniędzy nie ma, chociaż znalazły się 42 miliardy złotych na tzw. Piątkę Kaczyńskiego. Rząd pobiera środki z Funduszu Pracy, jak i kiedy chce, również na cele niezwiązane z jakąkolwiek działalnością zawodową. Teraz dołożył z niego kilkaset milionów złotych do trzynastej emerytury. Jako organizacje pracodawców zgłosiliśmy propozycję, że część pieniędzy brakujących do sfinansowania podwyżek w tym roku może trafić właśnie z tego miejsca. Podkreślam, że chodzi tylko o ten rok – mówi dr Wojciech Warski, wiceprezes BCC i wiceprzewodniczący Rady Dialogu Społecznego, który jako obserwator pracodawców uczestniczył w rozmowach ze stroną rządową.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej rządzi Funduszem Pracy, który jest finansowany przez pracodawców. Ich przedstawiciele wyobrażają sobie, że z FP mogłaby trafić kwota nie większa niż 2 miliardy złotych. To jednak zależy od dalszego przebiegu negocjacji.

– Nasza propozycja jest jak najbardziej do zrealizowania. Fundusz Pracy ma w tej chwili ponad 10 miliardów złotych. W związku z tym nawet wydatek dwóch miliardów złotych nie spowoduje jakiegoś zachwiania jego płynności. To nie może być stałe obciążenie, bo FP nie wytrzymałby tego. My zaoferowaliśmy, aby zasilenie nastąpiło tylko w tym roku – zaznacza ekspert BCC.

Jednocześnie organizacje pracodawców przekonują, że w kolejnych latach nie będzie potrzeby korzystania z Funduszu. Środki na wyższe wynagrodzenia nauczycieli będą normalną pozycją budżetową. Ten sztywny wydatek stanie się do przewidzenia.

– Pracodawcy traktują to jako inwestycję, która ma szerszy charakter. Oczywiście widzimy również nasz interes w tym, żeby nauczyciele przyszłych pracowników zarabiali pieniądze adekwatne do ich zawodu. I staramy się to po prostu wspierać. Można by to szumnie nazwać postawą obywatelską – stwierdza dr Warski.

Pracodawcom zależy na wysokiej jakości kształcenia kadr, czyli na kompetentnych nauczycielach.  Przedstawiciele tego zawodu powinni być dowartościowani, również finansowo. Zwłaszcza, że ranga tej profesji mocno spadła w ostatnich latach. Nasz naród ma tendencję do postrzegania czy wartościowania ludzi i wykonywanych przez nich zawodów w kontekście zarobków. I z tego też powodu nauczyciele są tak właśnie małostkowo traktowani.

– W tej chwili jest pięć organizacji reprezentatywnych w Radzie Dialogu Społecznego. Cztery z nich bez żadnych dyskusji wspólnie przedstawiły propozycję. Natomiast Związek Pracodawców i Przedsiębiorców powiedział, że się pod nią nie podpisze, nie podając argumentów. Traktowanie nauczycieli trzeba skokowo zmienić, bo to jest w interesie narodowym. A który wariant podwyżek zostanie zrealizowany, to już tylko zmartwienie rządu, a nie organizacji pracodawców – podsumowuje wiceprezes BCC i wiceprzewodniczący Rady Dialogu Społecznego.

Fundusz Black Pearls VC inwestuje w Prosoma

Założona przez polskich innowatorów i naukowców Prosoma pomaga chorym na nowotwory w walce lękiem i depresją łącząc terapię behawioralną i technologię wirtualnej rzeczywistości. Spółka właśnie pozyskała inwestora – fundusz Black Pearls VC, który wesprze rozwój unikatowej metodologii terapeutycznej kwotą 1,2 mln złotych. Współzałożycielem Prosoma jest Marek Ostrowski, twórca sukcesu Luxon LED.  

Prosoma została stworzona z myślą o potrzebach psychologicznych pacjentów cierpiących na choroby nowotworowe. Projekt łączy techniki obrazowe i poznawczą terapię behawioralną w środowisku wirtualnym z analizą danych określających skuteczność terapii. Wszystko po to, aby obniżyć u pacjentów onkologicznych poziom stresu i lęku oraz zapewnić im psychoedukację, a także badać efektywność wsparcia psychoterapii w walce z nowotworem.  Badania pokazują, że techniki obrazowania stosowane u pacjentów z rakiem nie tylko zmniejszają stres, a tym samym lęk i depresję, ale także poprawiają funkcjonowanie układu odpornościowego. Właśnie w tym obszarze Prosoma wnosi zupełnie nową wartość.

Psychoterapia behawioralna to obecnie najskuteczniejsza i najbardziej powszechna forma wsparcia psychologicznego dla pacjentów onkologicznych. Wzbogacamy ten obszar o najnowsze osiągnięcia technologiczne tworząc interaktywną, wirtualną przestrzeń do pracy z pacjentem. Jesteśmy głęboko przekonani, że w ten sposób przyczynimy się do podniesienia efektywności terapii nowotworowych i poprawy jakości życia pacjentów. – Ema Kufel, CEO w Prosoma

Za projektem Prosoma stoi interdyscyplinarny zespół certyfikowanych psychoonkologów, psychologów klinicznych, psychoterapeutów behawioralnych, oraz inżynierów oprogramowania. W projekt zaangażowani są także światowej klasy eksperci z obszarów onkologii i psychoterapii: prof. Afaf Girgis z Uniwersytetu Nowej Walii Południowej (Sydney, Australia), dr Luzia Travado z Uniwersytetu w Lizbonie, dr Tit Albreht z Uniwersytetu w Amsterdamie, czy dr Mariusz Wirga z Todd Cancer Institute w Centrum Medycznym Long Beach (USA).

Jeśli naprawdę chcemy zapewnić opiekę skoncentrowaną na pacjencie, musimy zaoferować pacjentom pewną elastyczność w tym kiedy i jak mogą uzyskać dostęp do tej opieki. Wykorzystanie technologii cyfrowych w terapii daje pacjentom możliwość zajęcia się swoimi potrzebami psychologicznymi w zaciszu własnego domu, w czasie, który najbardziej im odpowiada. Jest to bardzo ważne zwłaszcza dla pacjentów mieszkających poza dużymi miastami, gdzie usługi psychologiczne bezpośrednio z terapeutą mogą być znacznie bardziej ograniczone. Pomimo znacznych postępów w leczeniu onkologicznym, wielu pacjentów nadal doświadcza znacznego stresu. Musimy zaoferować pacjentom pomoc, zanim brak opieki psychologicznej i wzrastający poziom stresu doprowadzą do stadium kryzysowego, ponieważ może to negatywnie wpłynąć na ich ogólny powrót do zdrowia i leczenie farmakologiczne. – prof. Afaf Girgis z Uniwersytetu Nowej Walii Południowej w Australii

Black Pearls VC zainwestował w Prosoma 1,2 mln złotych z funduszu LQT Fund II, utworzonego w ramach programu BRIdge Alfa Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Ze strony funduszu, transakcję realizował Maciej Skórkiewicz (Partner) i Aleksander Dobrzyniecki (Menedżer Inwestycyjny).

Prosoma to unikatowy projekt naukowy z polskimi korzeniami, który dzięki zaangażowaniu ekspertów o światowej renomie i doświadczeniu biznesowemu jego twórców, przekracza granice polskiego świata naukowego. Jest to przede wszystkim projekt o dużym międzynarodowym potencjale, ponieważ zapotrzebowanie na narzędzia wsparcia psychologicznego dla pacjentów onkologicznych występuje w skali globalnej.  – Maciej Skórkiewicz, Partner w Black Pearls VC

Największe wyzwania energetyczne Europy

EIT InnoEnergy, największy w Europie fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, na nowo zdefiniował największe wyzwania energetyczne Europy, obejmujące mobilność i przejście na gospodarkę obiegową.

Ponieważ transport odpowiada za około 25% emisji dwutlenku węgla w Europie, kluczowe znaczenie ma dekarbonizacja transportu ludzi i towarów. Ponadto, znaczący postęp można uzyskać przyjmując holistyczne podejście do pełnego obiegu energetycznego, uwzględniając badanie wzajemnych powiązań między wykorzystywanymi zasobami, ich transportem, konwersją, magazynowaniem, dystrybucją oraz sposobem ich utylizacji.

Aby w pełni sprostać tym wyzwaniom, InnoEnergy uruchomiło dwa nowe obszary tematyczne: energia dla gospodarki obiegowej oraz energia dla transportu i mobilności. Specjalizacje te skupiają przedsiębiorców, start-upy, przedstawicieli branżowych oraz uczelnie wyższe w celu opracowania kolejnych innowacyjnych rozwiązań w kluczowych obszarach tematycznych, takich jak inteligentne miasta i sieci, magazynowanie, efektywność energetyczna i technologie odnawialne.

InnoEnergy zaprasza innowatorów i przedsiębiorców, którzy opracowali sprawdzone rozwiązania technologiczne do aplikowania do Rundy Inwestycyjnej – inicjatywy mającej na celu skrócenie czasu wprowadzenia na rynek innowacyjnych rozwiązań energetycznych. Oprócz finansowania, InnoEnergy zapewnia również dostęp do wiedzy i zasobów oraz zapewnia przedsiębiorstwom o każdej wielkości dostęp do rynku i możliwość komercjalizacji w całej Europie, dzięki sieci ponad 430 partnerów branżowych.

Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe
Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe

Runda Inwestycyjna wspiera projekty mogące sprostać najbardziej palącym wyzwaniom, przed którymi stoi obecnie nasz system energetyczny, jakimi są między innymi magazynowanie energii i elektromobilność, pozwalające jednocześnie ograniczyć zanieczyszczenie powietrza. Stworzenie zrównoważonego łańcucha dostaw baterii jest kluczowym wymogiem do spełnienia. Dlatego zainwestowaliśmy 3,5 mln euro w utworzenie pierwszej w Europie dużej fabryki baterii. Opierając się na dotychczasowych sukcesach, oczekujemy zgłoszeń nowych start-upów, którym możemy zaoferować wsparcie poprzez połączenie finansowania z zasobami technicznymi i wsparciem rynkowym – komentuje Jakub Miler, CEO w InnoEnergy Central Europe

Senior housing w Polsce

Jedna z polskich firm zamierza wybudować w Palm Beach na Florydzie luksusowy dom spokojnej starości.[1] W kompleksie dla seniorów, który będzie pozbawiony barier architektonicznych znajdzie się ponad 100 apartamentów, zarówno dla osób samodzielnych, jak i tych, które potrzebują opieki. W Stanach Zjednoczonych liczba takich obiektów wciąż rośnie, a tzw. „senior housing” jest segmentem rynku nieruchomości, który wciąż się rozwija. Staje się również coraz bardziej atrakcyjny dla inwestorów. Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM przekonuje, że polski rynek jest gotowy na najwyższy poziom opieki nad seniorami. Problemem wciąż pozostają jednak pieniądze. Polskie emerytury są tak niskie, że wielu emerytów nie stać na codzienne leczenie, rehabilitację czy ośrodek spokojnej starości o umiarkowanym standardzie, nie mówiąc o tym luksusowym.

Wynajęcie apartamentu w ośrodku z podstawową opieką to wydatek rzędu ok. 3-4 tys. zł miesięcznie.  Za wzmożoną opiekę (tzw. intensywną asystę) trzeba zapłacić ok. 7-8 tys. zł. Luksusowy dom spokojnej starości to nie tylko specjalnie zaprojektowane apartamenty, ale również strefa rehabilitacji, basen, kino czy możliwość zamówienia różnego rodzaju usług np. sprzątania lub fryzjera. Oddzielną kwestię stanowi profesjonalna opieka medyczna, zarówno dla seniorów, którzy są samodzielni, jak i tych, którzy potrzebują stałego nadzoru. W Polsce obiektów w wysokim standardzie jest jeszcze niewiele. Na rynku nieruchomości królują w tej chwili biurowce i magazyny, ale za to rynek powierzchni handlowych jest coraz bardziej nasycony, dlatego wielu inwestorów zaczyna szukać alternatyw takich jak domy studenckie, mieszkania na wynajem, czy domy spokojnej starości. Czy polskich seniorów stać na taki wydatek? Czy są skłonni przeprowadzić się na stare lata?

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM fot. Adam Cisowski
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

Komentarz Roberta Majkowskiego, Prezesa Funduszu Hipotecznego DOM

W pełni rozumiem zainteresowanie, jakie budzą luksusowe domy spokojnej starości. Liczba emerytów wciąż rośnie. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że już w 2017 roku żyło w Polsce ponad 9 mln osób w wieku 60 lat i więcej. Prognozy na kilkanaście lub kilkadziesiąt lat wskazują, że społeczeństwo starzeje się i będzie się starzeć. Według analiz MRPiPS w 2050 roku będzie 13,7 mln seniorów i będą oni stanowić ponad 40 proc. ogółu ludności. Powstawanie kolejnych domów opieki dla seniorów wydaje się być naturalną koleją rzeczy. Z jednej strony powstają placówki o umiarkowanym standardzie, z drugiej strony – rośnie zainteresowanie usługami z wyższej półki.

W Stanach Zjednoczonych „senior housing” jest jednym z najszybciej rozwijających się segmentów rynku nieruchomości. W tej chwili polskie ośrodki znacznie odbiegają standardem od tych amerykańskich, czy europejskich. Polacy są jednak gotowi na usługi wysokiej jakości zarówno mieszkaniowe (np. apartamenty dla aktywnych seniorów) jak i medyczne, czy opiekuńcze. Dobrym pomysłem mogą być również profilowane ośrodki specjalizujące się w różnych zaburzeniach pojawiających się z wiekiem (np. demencją).

Pomimo dobrych prognoz oraz analiz dotyczących starzejącego się społeczeństwa dostrzegam dwie bariery, które mogą mieć wpływ na „senior housing” w Polsce. Po pierwsze – stereotypy i postrzeganie zarówno samych domów spokojnej starości, jak i pobytu w tychże ośrodkach. W Polskich obiektach, które często nie mogą pochwalić się wysokim standardem, brakuje niejednokrotnie profesjonalnej opieki medycznej, czy nowoczesnego sprzętu rehabilitacyjnego, a jedyną rozrywką wydaje się być telewizor zamontowany w sali. Być może dlatego domy spokojnej starości są po prostu określane jako „domy starców”, a pobyt w takich miejscach kojarzy się seniorom z najwyższą koniecznością. Dla takich warunków, bezradności oraz samotności seniorzy nie chcą opuszczać swoich mieszkań, kierując się zasadą, że „starych drzew się nie przesadza”. Drugą barierą są niskie emerytury. Z danych GUS wynika, że średnia emerytura w Polsce oscyluje na poziomie ok. 2500 zł brutto, a to oznacza, że polskich seniorów zwyczajnie nie stać na wydatek rzędu 3-4 tys. zł miesięcznie, nie mówiąc o 7-8 tys. zł. Polskich seniorów nie stać często nawet na leki.

A może dostosowywanie mieszkań do potrzeb osób starszych?

Co ciekawe – analizując szereg badań na temat jakości życia seniorów i długoterminowej opieki – można wyciągnąć wnioski, że w krajach Unii Europejskiej zamiast idei „assited living”, czyli przeprowadzki do domów opieki, promowana jest idea „ageing in place”, czyli takiego przygotowania obecnego miejsca zamieszkania seniora, aby spełniało on potrzeby wieku emerytalnego. Ze względu na możliwości finansowe polskiego seniora bardziej realna i o zdecydowanie większym potencjale wydaje się właśnie koncepcja adaptacji mieszkań. Amerykańscy seniorzy z tzw. pokolenia ‘baby boomers” przeważnie są właścicielami domów wolnostojących, których prowadzenie – na stare lata – jest często wręcz fizycznie niemożliwe. W Polskich realiach większość seniorów jest właścicielami mieszkań i dlatego model dostosowania, „ageing in place”, wydaje się być racjonalniejszy, a poza tym niweluje barierę konieczności przeprowadzki.

Dobrym pomysłem na adaptację nieruchomości do potrzeb seniora może być skorzystanie z pieniędzy zamrożonych w mieszkaniu, czyli z renty dożywotniej lub tzw. hipoteki odwróconej. W zamian za przekazanie prawa własności do nieruchomości senior otrzymuje dodatkowe pieniądze, ale nadal może korzystać z zamieszkiwanego lokalu aż do swojej śmierci. Może podjąć decyzję, czy będzie w nim nadal mieszkał (a otrzymane środki przeznaczy na modernizację mieszkania), czy przeniesie się do domu spokojnej starości, który będzie finansował np. z emerytury oraz comiesięcznej renty dożywotniej lub wynajmowania posiadanego mieszkania. W przypadku przeprowadzki do domu opieki seniora nadal będzie miał świadomość, że ma plan B. Będzie wiedział, że jego mieszkanie na niego czeka i zawsze może do niego wrócić. A to dla seniorów ważna perspektywa.

[1] Polska firma Metropolitan Investment (MI) chce wybudować kompleks dla seniorów w miejscowości Tequesta, w hrabstwie Palm Beach na Florydzie. Źródło: Puls Biznesu, Amerykański sen o seniorach, 21.03.2019

Biuro Inwestycji Kapitałowych sprzedaje dwa parki logistyczne za ok. 90 mln zł

Biuro Inwestycji Kapitałowych podpisało przedwstępne umowy sprzedaży Śląskiego Centrum Logistycznego w Sosnowcu oraz Centrum Logistycznego Kraków II. Finalizacja obu transakcji opiewających łącznie na blisko 21 mln euro netto (ok. 90 mln zł), planowana jest do 28 czerwca br.

Biuro Inwestycji Kapitałowych, działając przez podmioty zależne, zawarło umowy przedwstępne z „MIR Poland” Sp. z o.o., spółką celową funduszu „Exeter Property Group”, dotyczące sprzedaży dwóch parków logistycznych. Wartość obu transakcji została ustalona na łącznym poziomie blisko 21 mln euro netto (ok. 90 mln zł). Kwota zostanie powiększona o należny podatek VAT. Śląskie Centrum Logistyczne w Sosnowcu składające się z hali nr 1, 3 i 4 zostało wycenione na blisko 15,2 mln euro netto. Z kolei za Centrum Logistyczne Kraków II nabywca gotowy jest zapłacić około 5,8 mln euro netto. Sfinalizowanie obu transakcji planowane jest do 28 czerwca br.

„Konsekwentnie realizujemy naszą długoterminową strategię, zgodnie z którą obiekty dobrze skomercjalizowane i o ugruntowanej pozycji na swoich rynkach, będą sprzedawane po wartościach gwarantujących akcjonariuszom ponad przeciętną stopę zwrotu. Kwoty uzyskane za te dwa parki w pełni spełniają oczekiwania akcjonariuszy. Na pewno sporą część środków przeznaczymy na inwestycje, przede wszystkim w nowe projekty logistyczne, również w projekt we Wrocławiu ale mamy zamiar również poszerzać naszą ofertę Retail Parków” – podkreślił Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Śląskie Centrum Logistyczne w Sosnowcu jest największym przedsięwzięciem inwestycyjnym zrealizowanym przez Biuro Inwestycji Kapitałowych. Na powierzchni 9,5 ha zbudowane zostały dotychczas hale magazynowe o łącznej powierzchni 46,5 tys. m2, z czego 2 tys. m2 przeznaczone jest na powierzchnie biurowo – socjalne.

Z kolei Centrum Logistyczne Kraków II zlokalizowane jest w przemysłowej części Krakowa – w dzielnicy Rybitwy, zaledwie 1,5 km od wschodniej obwodnicy Krakowa. Powierzchnia budynku liczy 11 tys. m2, z czego na cele magazynowe wykorzystywane jest 10 tys. m2, a pozostałe blisko 1 tys. m2 mkw. przeznaczone jest na cele socjalno-biurowe.

Grupa BIK zarządza aktualnie trzema parkami logistycznymi: Centrum Logistycznym Kraków I, Centrum Logistycznym Kraków II oraz Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu o łącznej powierzchni najmu wynoszącej 67,8 tys. m2. W ramach dywersyfikacji działalności zajmuje się także budową i wynajmem nowoczesnych powierzchni handlowych w segmencie parków handlowych (retail parków). Obecnie w portfelu spółki jest Retail Park Karpacka w Bielsku – Białej o powierzchni najmu prawie 7,0 tys. m2 oraz Galeria Nad Potokiem w Radomiu oferująca 5,2 tys. m2 powierzchni użytkowej.

Prezent dla szefa? Kilka ciekawych propozycji

Prezent dla szefaO niemałym szczęściu mogą mówić pracownicy lubiący swojego szefa. Nie zawsze bowiem (są tacy, co mówią, że nader rzadko) szefami zostają ludzie nie tylko kompetentni, ale też umiejący zarządzać pracą i ludźmi, życzliwi, sprawiedliwi i cieszący się autorytetem u podwładnych. Bywa, że są to osoby powszechnie nielubiane, których pracownicy unikają jak ognia. Takim przełożonym z wielu przyczyn nie kupuje się prezentów.

Kiedy jednak szef to ktoś, kogo wszyscy cenią, a ponadto da się lubić – zdarzają się okazje do wyrażenia sympatii czymś więcej niż tylko dobre słowo. Mogą to być urodziny szefa, świętowanie jakiegoś jego sukcesu, pożegnanie, mikołajki albo święta Bożego Narodzenia. Kolektyw zastanawia się wtedy, czym można by szefowi sprawić radość. Zadanie nie jest łatwe, bo gusta przełożonego mogą być jego tajemnicą i nietrudno o prezent nietrafiony.

Lepiej unikać prezentów ryzykownych

Dość ryzykowne są prezenty wręczane trochę na zasadzie żartu: na rynku pełno jest śmiesznych gadżetów, które jednak nie zawsze są w dobrym guście, a i poczucie humoru szefa może być nieco odmienne od wyobrażeń jego pracowników. Lepiej nie ryzykować. Podobnie jest z alkoholem: nie zawsze wiadomo, czy szef ma w tym zakresie jakieś preferencje, a nawet najlepszy koniak kupiony komuś, kto pije tylko piwo albo żadnego alkoholu nie uznaje, będzie strzałem chybionym. Mniej ryzykowny jest prezent elegancki, np. w postaci dobrej marki pióra wiecznego do podpisywania dokumentów. Wytworny notes lub organizer też nie spowoduje konsternacji, nawet jeżeli nie będzie potem używany.

Przeżycia zamiast przedmiotów

Zamiast przedmiotów można jednak zafundować szefowi jakieś przeżycie, o ile wiadomo, co szef lubi lub co mu się marzy, a składających się na prezent pracowników jest tylu, że wystarczy na pokrycie kosztów. Rozmaite prezenty dla szefa sugeruje strona http://prezentmarzen.com/dla-szefa/. Czy jest tam coś godnego uwagi? Jak najbardziej, choć powtórzmy raz jeszcze: trzeba wiedzieć, co szef lubi. Jeśli jest zwolennikiem weekendowego wypoczynku, może go ucieszyć weekend w luksusowym domku na wodzie w Mielnie nieopodal Koszalina. Tamże czekają również domki na plaży i w drzewach.

Jazda czymś, co jest poza zasięgiem

Interesującym, a bezpiecznym prezentem może być okazja do przejażdżki czymś, do czego większość zwykłych śmiertelników nie ma dostępu. Może to być szybki samochód marki Lamborghini Gallardo, McLaren 650s, Ferrari California lub Audi R8 V8, ale też czołg T-55, wojskowa amfibia gąsienicowa, haubica samobieżna Goździk, transporter opancerzony SKOT albo… ciągnik. Niejeden szef w firmach budowlanych nie wie zapewne, jak to jest być operatorem koparko-ładowarki, a za sprawą swoich podwładnych może się o tym bezpiecznie przekonać.

Loty, rejsy i strzelanie

Być może szef marzy o pilotażu – można wtedy zafundować mu krótki kurs pilota połączony z samodzielnym trzymaniem sterów, oczywiście w towarzystwie doświadczonego instruktora. Czekają też loty balonem, szybowcem i śmigłowcem. Jeżeli nie ciągnie go w przestworza, to być może ucieszy go indywidualny rejs jachtem po Zalewie Zegrzyńskim albo tydzień pod żaglami na Mazurach. Kto wie, może szef chciałby sobie postrzelać z broni palnej albo z kuszy? To też jest możliwe. Atrakcji jest bez liku, byleby tylko dobrze wybrać, a z pewnością obdarowany w taki sposób szef będzie miał się czym nacieszyć.

Użytkownicy mobilnego internetu wykorzystali już 3 mld GB danych. Pojemność istniejących sieci za 2–3 lata się wyczerpie

Użytkownicy mobilnego internetu wykorzystali już 3 mld GB danych. Pojemność istniejących sieci za 2–3 lata się wyczerpie 1

Tylko w ubiegłym roku polscy użytkownicy wykorzystali w sumie ponad 3 mld GB danych – to ponad dwa razy więcej niż jeszcze w 2016 roku. Do 2025 roku średnie miesięczne użycie danych w mobilnym internecie w Polsce wzrośnie już prawie 25-krotnie. Aby zaspokoić rosnące zapotrzebowanie, operatorzy muszą zwiększać pojemność sieci, co zdaniem ekspertów nie jest możliwe przy obecnie obowiązujących, archaicznych normach pól elektromagnetycznych (PEM). Te wymagają pilnych zmian, bez których pojemność istniejących sieci wyczerpie się już za 2–3 lata – wynika z symulacji przeprowadzonych przez Instytut Łączności.

Internet mobilny ma 14-procentowy udział w całkowitym ruchu internetowym w Polsce, przy średniej europejskiej na poziomie 6 proc. – wynika z raportu opracowanego przez Instytut Łączności na zlecenie Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Tylko w ubiegłym roku polscy użytkownicy wykorzystali w sumie ponad 3 mld GB danych, to ponad dwa razy więcej niż jeszcze w 2016 roku. 21 proc. danych w sieciach mobilnych jest przesyłanych na obszarach wsi i mniejszych miast – czyli tam, gdzie dostęp do szerokopasmowego internetu przewodowego bywa ograniczony.

Przytaczane przez Instytut prognozy Cisco pokazują, że w 2022 roku udział mobilnego internetu w całkowitym ruchu w Polsce wzrośnie już do 22 proc. (i do 10 proc. w Europie), natomiast prędkość mobilnego internetu wzrośnie z 11,3 Mb/s do zaledwie 33 M/s. Dla porównania w tym samym czasie Europa zanotuje skok z 16 Mb/s do 50 Mb/s. Instytut szacuje też, że do 2025 roku średnie miesięczne użycie danych w mobilnym internecie w Polsce wzrośnie prawie 25-krotnie.

– Jeżeli konsumpcja danych będzie nadal rosła w dotychczasowym tempie, a operatorzy będą chcieli zaspokoić to zapotrzebowanie, to będą po prostu zmuszeni zwiększać pojemność sieci. Natomiast zwiększanie pojemności sieci w dzisiejszych technologiach i dzisiejszymi metodami musi się wiązać z tym, że w wielu miejscach wartości normatywne PEM będą musiały zostać przekroczone. W świetle obecnych regulacji byłoby to złamania prawa – mówi dr inż. Jerzy Żurek, dyrektor Instytut Łączności.

Polska ma obecnie jedne z najbardziej wyśrubowanych w Europie norm poziomów pól elektromagnetycznych (PEM), zarówno w zakresie poziomu pól, jak i sposobu ich pomiaru, obowiązujące od prawie 40 lat. Dopuszczalne 0,1 W/mkw. to gęstość mocy nadajników nawet stukrotnie mniejsza niż w wielu innych krajach UE, gdzie limity dosięgają 10 W/mkw. Obowiązujące w Polsce normy opracowano w oparciu o założenia sprzed okresu dostępności telefonii komórkowej, kiedy dysponowano znacznie mniejszą niż obecnie wiedzą na temat pól elektromagnetycznych. Teraz archaiczne regulacje uniemożliwiają rozbudowę nowoczesnej infrastruktury dla mobilnego internetu.

W efekcie hamuje to rozwój gospodarki i powoduje trudności m.in. w zaprojektowaniu sieci 5G. Ze względu na zbyt niskie normy PEM niemożliwe jest zastosowanie gęstej sieci mikro- i pikokomórek. Typowa wysokość zawieszenia anten w takich przypadkach to kilka, kilkanaście metrów, a obowiązujący limit PEM wymaga zachowania znacznie większych odległości. To powoduje, że budowa sieci następnej generacji będzie praktycznie niemożliwa.

– Jeżeli nie zaadresujemy tego problemu – operatorzy nie będą mogli rozbudowywać sieci. Tym samym z punktu widzenia użytkownika końcowego dostęp do internetu mobilnego będzie coraz wolniejszy, jeżeli nie podejmiemy żadnych działań. Z naszych symulacji wynika, że ten punkt, w którym zaczniemy wyraźnie doświadczać spadku szybkości transmisji, nastąpi już za 2 lata.

Według Instytutu Łączności już obecnie, nawet przy stosunkowo niskim zagęszczeniu stacji bazowych, poziomy pola elektromagnetycznego (PEM) w wielu miejscach w Polsce są bliskie obowiązującym limitom. To w praktyce oznacza brak możliwości rozbudowy istniejących sieci zarówno na obszarach wielkomiejskich, jak i wiejskich. Z szacunków Instytutu wynika, że już za 2–3 lata obecna konfiguracja sieci nie będzie w stanie obsłużyć prognozowanego ruchu, a na obszarach wiejskich pojemność istniejących sieci wyczerpie się w 2019 roku. Stąd konieczne jest co najmniej podwojenie liczby stacji bazowych i dodanie nowych zasobów częstotliwości (pasma 700 MHz, 2,6 GHz, 3,6 GHz).

– Patrząc na stację bazową sieci komórkowej, widzimy antenę, najczęściej o rozmiarach 2,4 m na 60 cm, ale mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że energia emitowana przez tę antenę w formie fali elektromagnetycznej wynosi ok. 50 W. Można to porównać do 50-watowej żarówki. Nasza norma nie pozwala nam się zbliżyć do tej anteny z odległości 100 m. Zmniejszenie tej normy spowoduje, że zgodnie z prawem anteny urządzeń nadawczych będą bliżej ludzi. Według wszelkich badań naukowych nie jest to w żaden sposób szkodliwe. Natomiast dzięki temu będzie można zapewnić o wiele większą i lepszą jakość sygnału i zaadresować problem szybkości transmisji. Tak to działa w Europie Zachodniej – mówi dr inż. Jerzy Żurek, dyrektor Instytut Łączności.

Jak wynika z szacunków Instytutu, operatorzy mogą zadziałać doraźnie, stosując wyższe modulacje (256 QAM) oraz wydajniejszą konfigurację transmisji (MIMO 4×4). Jednak to nie rozwiąże problemu, a tylko odsunie go w czasie o około 2–3 lata. Rozbudowa istniejących sieci i budowa 5G – które mają obsłużyć prognozowany do 2025 roku ruch telekomunikacyjny oraz nowe usługi, jak choćby internet rzeczy – będą możliwe tylko, jeżeli zmienią się obowiązujące w Polsce limity PEM.

Co piąta branża ma problemy ze znalezieniem pracowników. Konieczna większa mobilność pracowników i zaktywizowanie osób starszych

Co piąta branża ma problemy ze znalezieniem pracowników. Konieczna większa mobilność pracowników i zaktywizowanie osób starszych 2

Zdaniem ekspertów tylko ekonomiści mogą mieć problem ze znalezieniem pracy w swoim zawodzie. Pozostałe branże mają problem ze znalezieniem pracowników, z biegiem czasu coraz większy. Najgorsza sytuacja panuje w branży budowlanej i produkcyjnej. Choć pracodawcy narzekają na problemy z zapełnieniem wakatów, to w rejestrach urzędów pracy figuruje 986 tys. osób, z czego blisko połowa to długotrwale bezrobotni. Rozwiązaniem może być aktywizacja osób biernych zawodowo czy wykorzystanie potencjału osób 50+. Kluczowe jest też optymalne wykorzystanie absolwentów uczelni i szkół zawodowych.

– Już od pewnego czasu rynek boryka się z niedoborami pracowników, w szczególności w segmencie produkcyjnym. To bardzo wyraźny trend, na który wpływa wiele czynników. Jeśli chodzi o dostępność samych miejsc pracy, tu na szczęście jest dobrze, widać to także po wskaźniku bezrobocia. Ale problemem są bardzo subtelne, lokalne kwestie, jak same lokalizacje miejsc, w których pracownicy mają podjąć pracę i też dosyć twarde rzeczy takie jak dostępność wykwalifikowanych pracowników – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Glogier-Osiński, dyrektor marketingu w Grafton Recruitment.

Z najnowszej prognozy Barometru zawodów na 2019 rok wynika, że coraz więcej branży ma problem ze znalezieniem wykwalifikowanej kadry. Przybędzie zawodów deficytowych, a więc takich, w których ofert pracy będzie więcej niż pracowników chętnych do jej podjęcia i spełniających kryteria rekrutacyjne. W 2018 roku deficytowe profesje stanowiły 16 proc. ogółu analizowanych zawodów, obecnie to już 19 proc. Problem mają branża budowlana, produkcyjna, transportowa czy gastronomiczna.

– Zmagamy się z niedoborami zarówno pracowników niewykwalifikowanych, i tutaj coraz większy odsetek pracowników w tym segmencie zajmują pracownicy spoza granic Polski, jak i pracowników wykwalifikowanych – wskazuje Rafał Glogier-Osiński.

Najnowsze statystyki resortu pracy mówią o tym, że bezrobocie w marcu spadło do 5,9 proc. wobec 6,1 proc. w lutym. Na koniec marca w urzędach pracy zarejestrowanych było 986 tys. bezrobotnych, o ok. 31 tys. mniej niż miesiąc wcześniej. Zdaniem ekspertów zapotrzebowania na pracowników nie będą jednak w stanie wypełnić bezrobotni zarejestrowani w urzędach pracy. Problemem jest też duże zróżnicowanie rynku pracy w całym kraju.

– Rynek pracownika oglądany z perspektywy makro- i średnich statystyk to jest jedna rzecz, a bardzo lokalny rynek pracownika, ten, z którym na co dzień spotyka się statystyczny Kowalski, to jest zupełnie inna sprawa. I to jest główna różnica pomiędzy statystykami oficjalnie komunikowanymi a rzeczywistością – przekonuje ekspert.

Dane resortu wskazują, że najgorsza sytuacja panuje w warmińsko-mazurskim, gdzie pracy nie ma ponad 10 proc. mieszkańców. O zatrudnienie nie jest łatwo też w kujawsko-pomorskim, podkarpackim, świętokrzyskim i lubelskim (ponad 8 proc. bezrobocia). Z kolei w przypadku województwa dolnośląskiego, lubuskiego i wielkopolskiego żadna z grup zawodowych nie została zaklasyfikowana jako nadwyżka poszukujących pracy.

– Polski kandydat i polski pracownik jest średnio migrującym pracownikiem, trudno się też dziwić, bo Polska na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej jest dosyć duża i każde miasto jest innym ekosystemem rynku pracy. Biorąc pod uwagę dominantę wynagrodzeń w Polsce, gdzie najczęściej występuje kwota zdecydowanie niższa od średniego wynagrodzenia krajowego, nie jest to dostateczny motywator i nie pozwala też na zapewnienie bezpieczeństwa finansowego w typowym poszukiwaniu pracy daleko poza miejscem zamieszkania – tłumaczy Glogier-Osiński.

W regionach o największym deficycie pracowników, bezrobotni i nieaktywni zawodowo nie zawsze mogą uzupełnić lukę. Jednym z rozwiązań, które mogą pomóc pracodawcom zapełnić luki kadrowej, jest przekwalifikowanie pracowników, gdzie wsparciem dla pracodawców w tym zakresie jest Krajowy Fundusz Szkoleniowy. Pracodawcy mogą się starać o uzyskanie refundacji części lub całości kosztów szkoleń. W 2019 roku na ten cel trafi 228 mln zł. Brakuje jednak programów, które pomogłyby w lepszym wykorzystaniu potencjału młodych osób – absolwentów szkół zawodowych czy uczelni wyższych.

– Uważam, że na polskim rynku pracy są zasoby, do których możemy sięgnąć. Na pewno jest to pula absolwentów i studentów, ale też jest to pula uczniów szkół zawodowych. Choć system szkolnictwa zawodowego nie tkwi w miejscu i jednym z pierwszych impulsów do dosyć dużych zmian było otwarcie niemieckiego rynku pracy ładnych parę lat temu, to w dalszym ciągu jest tutaj jeszcze dosyć duże pole do poprawy. Więc ta pula istnieje i jest statystycznie interesująca, bo samych studentów i absolwentów w ubiegłym roku akademickim było ponad 1,2 mln osób w Polsce – zauważa ekspert.

Z raportu Global Talent Competitiveness Index przygotowanego przez Adecco, INSEAD i Tata Communications wynika, że pod względem pozyskiwania utalentowanych pracowników Polska zajmuje dopiero 42. miejsce i stopniowo spada w tym rankingu. Problemem jest wciąż zbyt mała liczba osób, które decydują się na szkolnictwo zawodowe.

– Pytanie, czy ten zasób rynku pracy jest optymalnie wykorzystywany, to oczywiście wiąże się z faktem, w jakim kierunku kształcą się ci studenci i absolwenci, czy w poinformowany sposób dokonują swoich wyborów edukacyjnych, a co za tym idzie – zawodowych – zaznacza Glogier-Osiński.

Zaktywizowania wymaga też grupa kobiet, które zrezygnowały z pracy w związku z programem 500+, oraz osoby starsze – obecnie co trzecia jest aktywna zawodowo.

– Osoby po 50. roku życia mają oczywiście zupełnie inny zestaw kompetencji niż w momencie wchodzenia na rynek pracy. I pytanie, czy te osoby są w dosyć dużym stopniu rozpoznawane jako atrakcyjne przez pracodawców na rynku pracy – analizuje Rafał Glogier-Osiński

Ostatni dzwonek dla największych firm na przygotowanie się do PPK. Brak umowy lub jej naruszenie mogą oznaczać karę nawet miliona złotych

Ostatni dzwonek dla największych firm na przygotowanie się do PPK. Brak umowy lub jej naruszenie mogą oznaczać karę nawet miliona złotych 3

Od lipca 2019 roku do Pracowniczych Planów Kapitałowych mają przystąpić najwięksi pracodawcy, zatrudniający powyżej 250 pracowników. Docelowo od 2021 roku PPK mają być obowiązkowe we wszystkich firmach. Blisko 3 tys. największych firm już teraz muszą ustalić wspólnie z pracownikami, kto będzie obsługiwał nowy program i przygotować rezerwy na składki. Za nakłanianie do nieoszczędzania i niewdrożenie w określonym terminie PPK przedsiębiorcy grozi kara grzywny do 1,5 proc. funduszu wynagrodzeń. Brak wpłat do umówionej instytucji może zaś oznaczać nawet milion złotych kary.

– Od 1 lipca 2019, pracodawcy, którzy na koniec 2018 roku zatrudniali co najmniej 250 pracowników, będą musieli przystąpić i zawrzeć umowy o zarządzanie z wybraną instytucją finansową. To oznacza, że już teraz powinni rozpocząć kampanie informacyjną wśród pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Renata Bugiel, adwokat, partner w Kancelarii GKR Legal.

Po wejściu w życie ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych docelowo każda firma musi utworzyć PPK dla swoich pracowników. Od lipca 2019 obowiązek zapisania pracownika do PPK spoczywa na przedsiębiorstwach zatrudniających minimum 250 pracowników. Co istotne, liczy się liczba pracowników na koniec 2018 roku. Nawet jeśli obecnie ich liczba jest mniejsza, nie zwalnia to przedsiębiorstwa z obowiązku wprowadzenia PPK.

– Instytucja finansowa musi być wybrana w porozumieniu z pracownikami, w porozumieniu ze związkiem zawodowym, jeżeli nie działa związek zawodowy, z wybraną reprezentacją pracowników w trybie ustalonym u danego pracodawcy. Zatem nie możemy sami decydować, czy to będą wybrane zakłady ubezpieczeń na życie czy TFI. Po prostu decydujemy o tym wspólnie z pracownikami – podkreśla Renata Bugiel.

Docelowo taką umowę będzie musiała zawrzeć każda firma. Co do zasady umowę o zarządzaniu można podpisać z instytucją, która zagwarantuje gospodarowanie środkami i spełnia wszystkie wymogi.

Od 2020 roku taki obowiązek będą miały przedsiębiorstwa zatrudniające co najmniej 50 pracowników, od 1 lipca 2020 – co najmniej 20 pracowników, a z początkiem 2021 roku już wszystkie firmy, nawet zatrudniające jedną osobę, będą musiały podpisać umowę na prowadzenie PPK.

– Wszyscy pracodawcy muszą te umowy zawrzeć, gdyż założenia są długoterminowe. To forma oszczędzania na emeryturę, pozyskania oszczędzania, dodatkowych środków. I w tej perspektywie wszyscy pracodawcy będą musieli te umowy zawrzeć – przypomina ekspertka.

Ustawa zakłada też kary, które mogą spotkać przedsiębiorcę działającego niezgodnie z prawem. Niedopełnienie obowiązku zawarcia umowy o zarządzanie PPK w przewidzianym terminie podlega karze grzywny w wysokości do 1,5 proc. funduszu wynagrodzeń za rok poprzedzający.

– Kara grzywny jest uzależniona od wielkości przedsiębiorstwa, od liczby zatrudnionych osób, bo ten fundusz wynagrodzeń oczywiście jest zdeterminowany liczbą osób i funduszami, jakie na wynagrodzenia pracodawca przeznacza – mówi Bugiel.

Z kolei niedopełnienie przez pracodawcę obowiązku zawarcia umowy o prowadzenie PPK, niedopełnienie obowiązku dokonywania wpłat, niezgłaszanie lub zgłaszanie nieprawdziwych danych czy brak prowadzenia dokumentacji związanej z obliczaniem wpłat jest zagrożone karą od tysiąca do miliona złotych.

– Zwracam również uwagę na to, że kara grzywny grozi pracodawcom również za zniechęcanie pracowników, osób zatrudnionych do uczestnictwa w PPK. I na to zwróćmy szczególną uwagę, aby wszelkie komunikaty, e-maile informujące pracowników o tym programie, nie przekroczyły takiej granicy dozwolonej informacyjnej i nie zostały uznane za zniechęcanie osób zatrudnionych do rezygnacji – podkreśla adwokat.

Pracownicze Plany Kapitałowe mają podnieść jakość życia Polaków po zakończeniu zawodowej aktywności. Pieniądze zgromadzone w PPK będą pochodziły zarówno od pracowników, jak i pracodawców, a wysokość wpłaty podstawowej została określona na 2 proc. wynagrodzenia pobieranego od pracownika oraz 1,5 proc. od pracodawcy.

– Jeżeli pracownik pozyskuje środki z różnych źródeł, jednak w końcowym efekcie wynagrodzenie, które otrzymuje, nie przekracza kwoty 2,7 tys. zł, może złożyć do pracodawcy deklarację o obniżenie jego wpłaty podstawowej, która pochodzi od pracownika, ale nie mniej niż 0,5 proc. – zaznacza Bugiel.

Obie strony mogą też zadeklarować wpłaty dodatkowe (do 2 proc.), co oznacza, że na konto PPK pracownika może wpływać w sumie od 3,5 proc. do maksymalnie 8 proc. wynagrodzenia.

– Ustawodawca przewidział też dopłaty roczne sfinansowane ze Skarbu Państwa, czyli 250 zł. Jeżeli uczestnik zrezygnuje, to tej dopłaty rocznej nie otrzymuje. I też w tej deklaracji, jeżeli pracownik będzie rezygnował, też musi potwierdzić, że jest świadomy tego, że ta dopłata roczna ze strony Skarbu Państwa, z Funduszu Pracy nie zostanie mu doliczona – mówi Renata Bugiel.

Choroba Leśniowskiego-Crohna wyklucza młodych z pracy i normalnego życia. Szansą może być wczesne rozpoczęcie skutecznych terapii

Choroba Leśniowskiego-Crohna wyklucza młodych z pracy i normalnego życia. Szansą może być wczesne rozpoczęcie skutecznych terapii 4

Na chorobę Leśniowskiego-Crohna, należącą do  nieswoistych chorób zapalnych jelit, cierpi w Polsce około 10–15 tys. pacjentów, w tym większość to chorzy poniżej 35 roku życia. Ze względu na nierzadko agresywny przebieg choroba często zmusza ich do rezygnacji z pracy zawodowej, utrudnia normalne funkcjonowanie, a w długim okresie może prowadzić do kalectwa. Wczesne rozpoczęcie skutecznych terapii i dostęp do nowoczesnych leków jest szansą na powrót do normalności, ograniczenie cierpienia pacjentów i zredukowanie kosztów dla budżetu państwa – zarówno bezpośrednich, związanych z leczeniem, jak i pośrednich, z tytułu rent oraz utraconej produktywności i niezdolności do pracy.

Największym problemem, z jakim borykają się pacjenci z chorobą Leśniowskiego-Crohna w Polsce, jest dostępność do wszystkich nowoczesnych form leczenia. Zwłaszcza chodzi tutaj o dostęp do najnowszych leków biologicznych, takich jak np. vedolizumab, który zarejestrowany został już w 2014 roku, czy ustekinumab, który został zarejestrowany w 2016 roku, a nadal nie jest powszechnie dostępny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Piotr Eder z Katedry i Kliniki Gastroenterologii, Dietetyki i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

ChLC objawia się m.in. biegunką, ostrymi bólami brzucha, gorączką, nagłym spadkiem masy ciała, osłabieniem i przewlekłym zmęczeniem. Pacjenci mają zajęte stanem zapalnym różne odcinki przewodu pokarmowego, ale choroba może obejmować swym zasięgiem też inne narządy, m.in. wątrobę, oczy czy skórę, są to tzw. manifestacje pozajelitowe choroby. Choroba Leśniowskiego-Crohna jest przewlekła i nieuleczalna. Może prowadzić do przetok i perforacji jelit wymagających leczenia operacyjnego, a nieprawidłowo leczona może skończyć się trwałym kalectwem.

Sytuacja pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna w jej najbardziej zaawansowanym stadium jest dość skomplikowana. Oni wymagają wielospecjalistycznej opieki. To są pacjenci, którzy często przebyli już szereg interwencji chirurgicznych, mają w wywiadzie mnóstwo prób zastosowania różnych leków. Nierzadko zdarza się, że mamy duży problem, aby zaoferować takiemu pacjentowi jakieś nowe leczenie, które diametralnie zmieni jego sytuację – mówi dr hab. Piotr Eder. – W najtrudniejszej sytuacji są na pewno pacjenci z powikłaniami choroby Leśniowskiego-Crohna, takimi jak przetoki, w tym przede wszystkim przetoki okołoodbytnicze. Szansy dla nich upatrujemy w nowoczesnych lekach.

Jak ocenia, w ostatnich latach w Polsce systematycznie poprawia się dostęp do tzw. leków anty-TNF-α – leków biologicznych znanych na świecie już od ponad 20 lat.

Aktualnie jesteśmy w erze leków biopodobnych, co powoduje, że cena leku spada i jego dostępność jest większa. W tym zakresie dokonuje się duży postęp. Możemy też leczyć pacjentów tymi lekami lepiej, intensyfikować dawkowanie, co jeszcze do niedawna było w Polsce niemożliwe – mówi dr hab. n. med. Piotr Eder. – Mamy też coraz lepsze kryteria włączenia do programów leczenia biologicznego. Natomiast ciągle jest wiele ograniczeń wynikających chociażby z faktu, że nie zawsze możemy stosować leki anty-TNF-α  tak długo, jak wymaga tego sytuacja kliniczna.

Poza zasięgiem polskich pacjentów z chorobą Leśniowskiego-Crohna wciąż pozostają najnowsze leki, zarejestrowane w Unii Europejskiej już kilka lat temu: vedolizumab i ustekinumab. Dają bardzo dobre efekty terapeutyczne zwłaszcza w ciężkich przypadkach choroby i są już powszechnym standardem leczenia na świecie. Substancje te są najbardziej potrzebne chorym, u których nie powiodła się terapia lekami anty-TNF-α. W Polsce pacjenci wciąż czekają na ich refundację.

Dostępność do starszych leków jest już całkiem niezła, aczkolwiek bardzo byśmy chcieli, żeby decyzja o tym, jak długo i w jaki sposób stosować to leczenie, była przede wszystkim decyzją lekarza w porozumieniu z pacjentem, opartą o aktualne algorytmy i najnowszą wiedzę – podkreśla dr hab. n. med. Piotr Eder.

Jak podkreśla, zastosowanie nowoczesnych leków i skoordynowanej, wielospecjalistycznej opieki we wcześniejszych etapach choroby Leśniowskiego-Crohna to dla pacjentów szansa, żeby nie dopuścić do groźnych powikłań i rozwinięcia zaawansowanej formy choroby.

Celem leczenia jest to, żeby pacjent nie miał dolegliwości. To jednak za mało – chcemy doprowadzić do remisji nie tylko objawów choroby, lecz także stanu zapalnego w przewodzie pokarmowym, czyli do tzw. remisji śluzówkowej czy remisji obserwowanej w badaniach obrazowych. To jest cel leczenia, który przekłada się na najbardziej pozytywne rokowanie dla pacjentów. Dla samych pacjentów natomiast najważniejsze jest to, żeby leczenie było skuteczne i bezpieczne – mówi dr hab. n. med. Piotr Eder.

Ze względu na agresywny przebieg choroba Leśniowskiego-Crohna utrudnia normalne funkcjonowanie i często zmusza do rezygnacji z pracy zawodowej. Pacjenci chorzy na ChLC zmagają się z bólami brzucha, biegunką i rytm ich życia często wyznacza możliwość dostępu do toalety. Wczesne rozpoczęcie skutecznego leczenia i dostęp do nowoczesnych leków to szansa na powrót do normalności, uniknięcie kalectwa i zredukowanie kosztów dla budżetu państwa – zarówno bezpośrednich, związanych z leczeniem, jak i pośrednich, z tytułu rent oraz utraconej produktywności i niezdolności do pracy.

Na ChLC chorują młodzi ludzie, nastolatkowie, którzy wchodzą w dorosłość. Oni chcą się uczyć, podejmować pracę, zakładać rodziny i nagle się pojawia bardzo poważne, nieuleczalne schorzenie, które to życie zaburza. Powoduje, że zamiast zakładać rodziny i odnajdywać się na rynku pracy, borykają się oni z codziennymi problemami wynikającymi z przewlekłej choroby. Związane z tym koszty pośrednie są ponad wszelką wątpliwość bardzo dużym obciążeniem dla budżetu państwa. Dlatego finalnie bardziej się opłaca wydać te pieniądze na optymalne leczenie czy wręcz zapobieganie niepełnosprawności – podkreśla dr hab. n. med. Piotr Eder.

Jak wynika z raportu, który w 2017 roku opracowała Uczelnia Łazarskiego, w 2015 roku NFZ przeznaczył około 70 mln zł na leczenie choroby Leśniowskiego-Crohna. Natomiast wydatki ZUS na świadczenia związane z niezdolnością do pracy na skutek tej choroby wyniosły ok. 20 mln zł. W tej kwocie 50 proc. stanowiły renty, a 35 proc. to koszty 102 tys. dni absencji chorobowej. Co roku przybywa młodych rencistów z chorobą Leśniowskiego-Crohna, a w gronie pacjentów, którym przynajmniej raz wystawiono L4 z powodu tego schorzenia, aż 63 proc. stanowili młodzi ludzie w wieku 20–39 lat.

Wakacje all inclusive już nie tylko w hotelach. Rośnie zainteresowanie dłuższymi wyjazdami z noclegami w apartamentach

Wakacje all inclusive już nie tylko w hotelach. Rośnie zainteresowanie dłuższymi wyjazdami z noclegami w apartamentach 5

Polacy mają coraz wyższe oczekiwania dotyczące warunków wypoczynku. W ubiegłym roku największym powodzeniem cieszyły się hotele o wysokim standardzie, a ponad 3/4 zdecydowało się na opcję all inclusive – wynika z raportu Polskiej Izby Turystyki. Biura podróży zauważają także, że rezerwowane są dłuższe wyjazdy i z coraz większym wyprzedzeniem. W tegorocznej ofercie Rainbow Tours stawia na egzotyczne kierunki, loty z nowych lotnisk i pobyty w apartamentach. W lipcu firma otworzy też trzeci hotel własny na greckiej wyspie Zakynthos.

– Nasi klienci nadal chętnie wybierają objazdy, czyli zwiedzanie połączone z wypoczynkiem. Notujemy natomiast bardzo duży wzrost zainteresowania dłuższymi wyjazdami, w trakcie których klienci mogą przez tydzień zwiedzać i przez tydzień wypoczywać. Coraz większą popularnością cieszą się też pobyty w apartamentach – tutaj możemy się pochwalić bardzo dobrym produktem, zwłaszcza w Grecji. W tym roku apartamenty pojawią się w naszej ofercie chociażby na wyspie Lesbos – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edyta Romanowska, rzecznik prasowy Rainbow Tours.

Jak podkreśla, turyści wybierający wypoczynek w apartamentach to grupa, która ceni sobie spokój i ucieka od hałasu dużych hoteli. Szuka za to lokalnych atrakcji i regionalnej kuchni, korzysta z oferty lokalnych restauracji.

Z raportu „Zagraniczne wakacje Polaków 2018” Polskiej Izby Turystyki wynika, że Polacy mają coraz większe oczekiwania dotyczące warunków wypoczynku. W ubiegłym roku 95 proc. wybrało transport lotniczy, a największym powodzeniem cieszyły się hotele o wysokim standardzie. 75 proc. klientów zdecydowało się na formułę wyżywienia all inclusive, a 49 proc. – na pobyt w hotelu czterogwiazdkowym. W sumie obiekty cztero- i pięciogwiazdkowe wybiera już 2/3 klientów biur podróży i ten odsetek z roku na rok rośnie. Turyści zwracają uwagę na położenie i standard hotelu, dodatkowe atrakcje czy wyżywienie. Oczekują też dostępu do wi-fi, leżaków na plaży i przy basenie oraz bogatej oferty wycieczek fakultatywnych. Autorzy raportu podkreślili, że all inclusive staje się już standardem, nie luksusem.

W 2018 roku Polacy najchętniej decydowali się na wakacje w Grecji (30-proc. udział w rynku, choć dynamika popularności tego kierunku jest coraz mniejsza), Turcji, Bułgarii, Hiszpanii i Egipcie. Coraz popularniejszym kierunkiem śródziemnomorskim staje się Albania, przyciągając klientów korzystną ceną. W pierwszej dziesiątce najpopularniejszych destynacji w ubiegłym roku uplasowały się też Włochy, Tunezja, Chorwacja i Cypr.

– Na lato 2019 przygotowaliśmy nowości polegające przede wszystkim na rozszerzeniu liczby lotnisk, z których będzie można wylecieć na wakacje. Ze Szczecina po raz pierwszy polecimy do Turcji, a z Łodzi – do Bułgarii, Turcji czy na grecką wyspę Zakynthos. Mamy również w ofercie egzotyczne kierunki cieszące się coraz większą popularnością, jak Chiny czy Japonia – mówi Edyta Romanowska. – Dzięki współpracy z dużymi liniami lotniczymi w tej chwili jesteśmy w stanie zaoferować egzotyczne kierunki, chociażby Karaiby, Bliski Wschód czy Azja na lotach bezpośrednich, czyli bez konieczności przesiadki ani międzylądowania.

Polacy rezerwują swoje wakacje z coraz większym wyprzedzeniem. Według ekspertów Travelplanet w 2018 roku formuła last minute przegrywała z wczesnymi rezerwacjami. Wybierają je przede wszystkim rodziny, które planując wypoczynek z dziećmi, stawiają głównie na obiekty dostosowane do ich potrzeb. Korzyścią rezerwacji firm minute są też spore oszczędności, bo rabaty przy wcześniejszej rezerwacji sięgają nawet 50 proc.

– Chcielibyśmy, żeby nasi klienci korzystali z promocji, kupowali jak najwcześniej przed wyjazdem i nie czekali na ostatnią chwilę. Stąd przygotowaliśmy bardzo wiele korzyści dla klientów decydujących się na wcześniejszy zakup – mówi Edyta Romanowska.

Jak wynika z badania „Trendy na rynku turystycznym”, prezentowanego w ubiegłym roku przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinie, 60 proc. Polaków twierdzi, że lubi odkrywać nowe miejsca, w których nie ma turystów. Natomiast 24 proc. ankietowanych nie zależy na zwiedzaniu i preferują bierny wypoczynek.

Rainbow Tours to jedno z trzech największych na polskim rynku biur podróży. Jednym z elementów jego strategii na kolejne lata jest inwestowanie w rozwój sieci własnych hoteli. Grecka spółka touropertaora, White Olive Hotels (WOH), ma w tej chwili na greckiej wyspie Zakynthos dwa obiekty czterogwiazdkowe (razem 270 pokoi) i buduje kolejny, pięciogwiazdkowy (200 pokoi), którego otwarcie planowane jest w lipcu br. W lutym Rainbow pozyskał już inwestora do rozbudowy sieci hoteli własnych w Grecji. Spółka WOH podpisała umowę inwestycyjną z Funduszem Ekspansji Zagranicznej (FEZ współfinansuje zagraniczne przedsięwzięcia polskich firm), dzięki czemu pozyskała na ten cel 9 mln euro (z opcją zwiększenia finansowania do 12,5 mln euro).

– Na kolejne lata planujemy rozwój naszej sieci hoteli własnych, będą to kolejne obiekty na greckich wyspach, tych, które się cieszą największą popularnością wśród turystów – mówi rzecznik prasowy Rainbow Tours. – Rozwój sieci hoteli własnych White Olive Hotels planowany jest na lata 2020–2021. Chcemy rozszerzyć sieć o kolejne 2 do 4 obiektów, w standardzie cztero- i pięciogwiazdkowym. 

Sztuczna inteligencja wkrótce może wydawać wyroki w sądach. Specjalne algorytmy przyspieszą także pracę prawników

Sztuczna inteligencja wkrótce może wydawać wyroki w sądach. Specjalne algorytmy przyspieszą także pracę prawników 6

Technologia uczenia maszynowego wkracza do branży prawniczej. Dzięki sztucznej inteligencji adwokaci będą mogli zautomatyzować powtarzalne czynności i przyspieszyć proces analizowania stanu prawnego. Powstały już pierwsze aplikacje potrafiące przetwarzać akty normatywne czy ułatwiać klientom składanie wniosków odszkodowawczych. Wkrótce sztuczna inteligencja może nawet rozstrzygać najprostsze sprawy cywilne. Prawnicy chętnie oddadzą część zadań maszynom, jednak sądzić oskarżonego i bronić klienta musi człowiek.

– Sztuczna inteligencja nie ma wyręczyć prawników, ona ma ich wspomóc w pracy, czyli dać gotowe rozwiązania, dokonać analizy predykcyjnej, która pozwoli też na określenie pewnego ryzyka zastosowania. Natomiast absolutnie nie chodzi o to, żeby ich wyręczać, bardziej, żeby wspomagać – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamil Stępniak, twórca projektu SalIN.

Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję, które mają usprawnić pracę wymiaru sprawiedliwości. Systemy uczenia maszynowego i analizy big data takie jak OpenText Magellan pozwalają zautomatyzować proces weryfikacji informacji. Firma Pillsbury Winthrop Shaw Pittman LLP wykorzystała tę platformę do stworzenia wirtualnego asystenta, który przyspiesza wstępną analizę dokumentów. Równie przydatne mogą się okazać narzędzia takie jak Kira, platforma sztucznej inteligencji zaprojektowana do identyfikowania powiązań pomiędzy poszczególnymi dokumentami. Oprogramowanie wyspecjalizowano w rozpoznawaniu i wyodrębnianiu danych kluczowych takich jak klauzule czy pojęcia prawne.

Polski projekt System of Artificial Legal Intelligence (SalIN) powstał po to, aby w oparciu o technologię sieci neuronowych skonstruować narzędzie do przetwarzania i analizy aktów normatywnych oraz dokonywania wykładni w oparciu o założenia teoretyczne. Zadaniem SalIN będzie zaproponowanie wstępnych rozwiązań prawnych oraz oszacowanie ryzyka ich zastosowania. System zmieni zakres obowiązków prawników, ale nie pozbawi ich pracy.

– SalIN ma uwydatnić pracę prawników. Pomoże tworzyć analizy prawne i analizować stan prawny. Uwydatni prawników i ograniczy ryzyko stosowania przez nich prawa, czyli zapewni bezpieczeństwo prawne dla klientów. Sam program polega na ciągłej analizie stanu prawnego, pozwala na dokonanie wykładni norm prawnych, uwzględnia różne czynniki pozanormatywne, aksjologiczne i wartościujące normy generalne, a na koniec zebrane dane zostaną poddane analizie – tłumaczy Kamil Stępniak.

Twórcy programu CaseCrunch Alfa udowodnili, że sztuczna inteligencja lepiej sprawdza się np. w procesie predykcji rezultatów sporów prawnych. Programiści poprosili grupę stu londyńskich prawników pracujących dla dużych korporacji o przewidzenie wyniku ponad 750 spraw dotyczących prawa dochodzeniowego oraz wierzytelności. Prawnicy prawidłowo przewidzieli, jak zakończyło się 66,3 proc. spraw, zaś sztuczna inteligencja wykazała się znacznie wyższą skutecznością rzędu 86,6 proc.

Estońskie Ministerstwo Sprawiedliwości planuje z kolei usprawnić działanie sądów poprzez wdrożenie do użytku automatycznych sędziów. Program wykorzystywałby systemy uczenia maszynowego oraz sztuczną inteligencję do wydawania wyroków w najprostszych sprawach dotyczących roszczeń nieprzekraczających wartości 7 tys. euro. Wyroki wydawane przez automatycznego sędziego nie byłyby ostateczne, strony mogłyby się od nich odwołać. Ponadto na każdym etapie procesu istniałaby możliwość weryfikacji postępowania algorytmu.

– Są na świecie projekty, które dążą do tego, żeby np. sądził nas komputer czy algorytm. Jestem od tego daleki. Przede wszystkim dlatego, że komputera nigdy nie nauczymy sprawiedliwości. Myślę, że oddanie sprawiedliwości w ręce komputera wiązałoby się z różnymi implikacjami niekoniecznie pożądanymi dla klienta czy dla osoby, która jest sądzona – twierdzi ekspert.

Na rynku funkcjonują już aplikacje, które w niektórych przypadkach mogą zastąpić prawników. Dobrym przykładem są tu wirtualni adwokaci z aplikacji AirHelp wyspecjalizowani w prowadzeniu spraw dotyczących rekompensaty za anulowane loty. Prawnik Herman został zaprojektowany do dobierania optymalnych kroków prawnych w oparciu o Regulacje WE261. Z kolei Lara wykorzystuje technologię uczenia maszynowego w procesie oceny merytorycznej zasadności wniosków o odszkodowanie.

Warto jednak zauważyć, że wdrożenie wysoce zaawansowanych projektów pokroju SalIN na szeroką skalę wymaga czasu. Opracowanie podstaw teoretycznych systemu to dopiero początek drogi ku jego upowszechnieniu. Proces finansowania i testowania projektu może się rozciągnąć na kilka lat. Powszechność systemów automatycznego przetwarzania danych w branży prawniczej może znacząco przyspieszyć prowadzenie spraw sądowych.

– To ma być narzędzie pomocnicze, które pozwoli wspierać prawników i pracować im bardziej efektywnie. Analizy pokazują, że około 75 proc. czasu zostanie zaoszczędzonego przez prawnika, czyli będzie w stanie obsługiwać większą liczbę spraw – przekonuje Kamil Stępniak.

Według Allied Market Research, wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji wzrośnie z 4 mld dol. w 2016 roku do 169,4 mld w 2025 roku, wykazując średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 55,6 proc.

Przetwarzanie brzegowe zmieni sposób zbierania i analizy informacji. Zyskają na nim rynek finansowy, medycyna, a także inteligentne miasta

Przetwarzanie brzegowe zmieni sposób zbierania i analizy informacji. Zyskają na nim rynek finansowy, medycyna, a także inteligentne miasta 7

Rozwój internetu rzeczy przyczynił się do powstania usług przetwarzających informacje w ramach cloud computingu. Jednak moc obliczeniowa chmur danych nie jest wystarczająca, aby w czasie rzeczywistym analizować wszystkie dane podłączone do internetu rzeczy. Z pomocą przyjdzie nowe rozwiązanie – brzegowe przetwarzanie informacji. Dzięki zaawansowanym systemom sztucznej inteligencji dane będą mogły być analizowane tam, gdzie powstają, co znacząco przyspieszy proces przetwarzania informacji w ramach internetu rzeczy. Nowa technologia pozwoli lepiej przewidzieć zachowania rynku finansowego, usprawni wykrywanie nowotworów czy funkcjonowanie systemów inteligentnego miasta.

Postępująca cyfrowa transformacja społeczeństwa wymusiła opracowanie nowych metod gromadzenia, selekcji oraz analizy dużych zasobów informacji. Powstanie usług działających w oparciu o technologię przetwarzania w chmurze ułatwiło zautomatyzowanie części czasochłonnych procesów. To jednak dopiero pierwszy krok na drodze do upłynnienia przepływu danych w ramach internetu rzeczy. Kolejnym będzie upowszechnienie mechanizmów brzegowego przetwarzania informacji przy wykorzystaniu algorytmów sztucznej inteligencji.

– Życie danych przenosi się ze środowisk scentralizowanych, przechodzimy do mocnej decentralizacji. I my to właśnie nazywamy edge, czyli działanie na brzegu. To jest to miejsce, gdzie dane powstają, są zbierane i gdzie najszybciej możemy je przeanalizować. Przez edge computing rozumiemy nie tylko access pointy i rozwiązania bezprzewodowe, które pozwalają nam się zalogować np. do sieci, lecz przede wszystkim zaczynamy to rozumieć jako moc przetwarzania danych w miejscu. Dzięki temu unikamy przesyłania ich na duże odległości, co powoduje stratę czasu i możliwości biznesowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Zajączkowski, prezes zarządu Hewlett Packard Enterprise

Już teraz powstają przemysłowe rozwiązania funkcjonujące w oparciu o edge computing. Satelita Intuition-1 stworzony w ramach konsorcjum FP Space jest wyposażony w instrument hiperspektralny fotografujący Ziemię w świetle widzialnym i podczerwieni. Przesłanie wszystkich danych pozyskanych przez sondę byłoby zbyt czasochłonne, dlatego informacje poddawane są wstępnej selekcji przez pokładową sztuczną inteligencję. Do naukowców docierają wyselekcjonowane, najbardziej wartościowe dane.

Potencjał edge computing wykracza poza projekty naukowe. Technologia ta może się przyczynić także do usprawnienia codziennego życia. Według analiz przeprowadzonych przez firmę badawczą Gartner, aż 70 proc. danych wygenerowanych w ramach internetu rzeczy nie trafia do centrum danych, co oznacza, że można przetwarzać je na urządzeniu, które je wytwarza.

Firma Hewlett Packard Enterprise wykorzystała tę wiedzę do stworzenia HPE Edgeline, komputerów wyspecjalizowanych w analizie dużych zasobów informacji pochodzących z urządzeń funkcjonujących w ramach internetu rzeczy. HPE Edgeline w czasie rzeczywistym analizują dane spływające z najróżniejszych czujników IoT. Dzięki temu potrafią szybciej wyłapać usterkę bądź nieprawidłowości w działaniu systemu, jeszcze zanim dane zostaną przetworzone przez chmurę obliczeniową.

– Edge computing działa w hotelach, szpitalach, rolnictwie. We wszystkich branżach, w których mamy jakikolwiek kontakt z technologią, ale też tam, gdzie firmy mają interakcje ze swoimi klientami. Banki w oddziałach bankowych, fabryki, w których możemy na bieżąco sprawdzać stan maszyn i w predykcyjny sposób wykrywać potencjalne awarie. To jest wielka i szeroka branża, dotyka w zasadzie każdego aspektu życia, nie tylko tego biznesowego, lecz także tego prywatnego – wskazuje Michał Zajączkowski.

W rozwój technologii przetwarzania brzegowego zaangażowała się także firma Nvidia. Inżynierowie korporacji wyspecjalizowali się w projektowaniu systemów sztucznej inteligencji automatyzujących i usprawniających wykonywanie najbardziej wymagających obliczeń. Nvidia współpracuje m.in. z zespołami medycznymi zajmującymi się procesem identyfikacji komórek nowotworowych czy firmami wykorzystującymi technologię rozpoznawania i wykrywania obiektów za pośrednictwem kamer. Dzięki sztucznej inteligencji procesy te mogą być przeprowadzane w miejscu, w którym dane są gromadzone, bez potrzeby wysyłania ich do chmury obliczeniowej, co znacząco przyspiesza ich przetwarzanie.

Rozwiązaniami z zakresu edge computing interesują się także producenci systemów bezpieczeństwa IT. Firma Rittal stworzyła szereg sejfów komputerowych dla przemysłu, branży motoryzacyjnej czy zdrowotnej. Micro Data Center Level E to sejf do ochrony serwerów i pamięci masowych, wykorzystywanych w diagnostyce obrazowej. Level E mają umożliwiać błyskawiczne przetwarzanie danych i chronić informacje przed dostępem osób niepowołanych czy pożarem.

Z myślą o rozwoju technologii edge computingu Intel z kolei przeprojektował swoje procesory z linii Xeon, przystosowując je do pracy z dużą liczbą informacji przetwarzanych na obrzeżach internetu rzeczy. Serwery z linii Xeon D-2100 będą bardziej energooszczędne niż klasyczne procesory serwerowe i lepiej przygotowane do działania w niesprzyjających warunkach atmosferycznych. Dzięki temu sprawdzą się np. w systemach zarządzania inteligentnym miastem.

Ta nowa technologia wymaga zmiany samego podejścia do sposobu przetwarzania informacji. To dlatego korporacja Hewlett Packard Enterprise wykupiła firmy Aruba Networks oraz IntroSpect, wyspecjalizowane w edge computingu. Przejęcia te pozwoliły wykorzystać know-how w konstrukcji wydajnych systemów łączności bezprzewodowej oraz projektowania bezpiecznych systemów wymiany danych.

– Hewlett Packard Enterprise w ciągu najbliższych 4 lat planuje zainwestować 4 mld dol. w przetwarzanie na brzegu sieci, analizę danych, które tam są zbierane, i algorytmy sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego po to, żeby te dane na miejscu również przeanalizować i móc podjąć decyzję jak najszybciej. Wierzymy w to, że edge computing to przyszłość biznesu, że to jest to miejsce, w którym tak naprawdę 75 proc. danych jest przetwarzane i będzie przetwarzane. Te dane nigdy nie zobaczą serwerowni – przekonuje ekspert.

Według firmy badawczej Orbis Research wartość globalnego rynku edge computingu do 2023 roku wzrośnie do 8,96 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 32,6 proc. w skali roku.

Początek II kwartału ze spadkami

  • Realizacja obietnic rządowych będzie problemem dla budżetu państwa
  • Zagraniczni inwestorzy sprzedają polskie obligacje
  • Rynek wycenia, że FED obniży stopy procentowe
  • Zamieszanie z turecką walutą skutkuje wycofywaniem inwestycji zagranicznych
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI

Krzysztof Izdebski, Zarządzający funduszami dłużnymi Union Investment TFI

Po dobrym pierwszym kwartale obecnie na rynku notujemy spadki rentowności na najważniejszych obligacjach skarbowych. Jednym z powodów są przeciągające się polityczne spory wokół opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej.

W kraju gorącym tematem jest wciąż tzw. Piątka PiS. Realizacja obietnic rządowych będzie problemem dla budżetu. Minister Finansów mówi jednak, że nie będzie  jego nowelizacji, ale opinia rynków jest inna. Analitycy są zgodni, większe o 20 mld zł wydatki od planowanych przełożą się na wzrost długu. Ministerstwo Finansów planuje w II kw. roku przetargi nowych obligacji na kwotę ok. 15-25 mld zł i zapowiedziało też przetargi zamiany, które powinny pokryć lukę finansową. Oficjalne komunikaty płynące z ministerstwa mówią, że rząd nie jest zdeterminowany sprzedawać obligacje za wszelką cenę, ale rynki nie są co do tego przekonane.

Zaangażowanie inwestorów zagranicznych w polskie papiery skarbowe spadło
w lutym o 9,2 mld zł do poziomu 172,3 mld zł.  To spadek o ok. 20 mld zł w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, podczas gdy w całym 2018 r. zagranica sprzedała tylko 10 mln zł polskiego długu. Pomimo tego polskie obligacje cieszą się dużym zainteresowaniem ze strony krajowych banków, które w pierwszych dwóch miesiącach roku kupiły obligacje o wartości 30 mld zł. Pokazuje to, że rynek jest płynny i był w stanie zaabsorbować tę podaż, a polski rynek długu jest relatywnie mocny.

Tuż przed wyborami mieliśmy do czynienia z atakiem spekulacyjnym na turecką walutę.  W ciągu dwóch dni doszło najpierw do osłabienia liry, po czym nastąpiło jej wyraźne umocnienie. Wpłynęło to znacząco na sprzedaż obligacji tureckich i odpływ inwestycji zagranicznych po ok. 500-600 mld USD tygodniowo oraz spowodowało wzrost rentowności tureckich obligacji.

Na świecie rynek wycenia, że FED obniży stopy procentowe. Jest to dość niespodziewane biorąc pod uwagę, że jeszcze w listopadzie mówił o podwyżkach stóp, a w marcu br. o ich zatrzymaniu na obecnym poziomie.  W opinii rynku to byłaby gwałtowna reakcja, ale jesteśmy w okresie szybkich zmian.

Dobra kondycja rynków akcji utrzymuje się

  • Inwestorzy korzystają z ubiegłorocznej reformy podatkowej w USA
  • Pozytywne oczekiwania odnośnie rozmów USA-Chiny
  • Zatrzymanie lub spowolnienie spadku wskaźników PMI
UI TFI – Michał Milewski
Michał Milewski, Zarządzający Funduszami Union Investment TFI

Michał Milewski, Zarządzający Funduszami Union Investment TFI

Rynki akcji w Stanach Zjednoczonych są bardzo silne, obserwujemy wzrosty od początku roku. Indeks S&P500 w I kwartale roku urósł już o 15%.

Bieżący kwartał 2019 r. może być jeszcze mocny, ale druga połowa roku powinna  przynieść ochłodzenie nastrojów. Istotny będzie tu efekt bazy, bo trzeba pamiętać o tym, że w 2018 r. w Stanach Zjednoczonych miała miejsce reforma podatkowa, która poprawiła pozycje gotówkowe spółek przez obniżenie podatku dochodowego. Dziś te spółki przeznaczają dodatkowe zyski na skupy akcji. Nie umknęło to uwadze inwestorów, którzy zaczęli lokować kapitał w fundusze. Mocne napływy do funduszy typu ETF były widoczne np. w ubiegłym tygodniu.

Pomimo pozytywnych sygnałów w krótkim terminie trzeba równocześnie pamiętać o ryzyku. W ub. tygodniu szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde zwróciła uwagę, że ewentualne bardzo szybkie odbicie gospodarek w II półroczu 2019 r. nie jest pewne. Tego typu wypowiedź może mieć negatywny wpływ na rynki akcji. Dodatkowo wskaźniki wyprzedzające (np. przemysłowe PMI) są słabe, ale już widzimy, że tempo tych spadków nie powinno być wysokie. Wyjątkiem są Niemcy, gdzie przemysłowe PMI utrzymuje się na niskich poziomach, nie widzianych od 2012 r. Pozostałe wskaźniki PMI spadły, ale nie obniżają się dalej. Jedynie w sektorze usług obserwujemy dalsze spadki.

W Chinach zaczyna działać stymulus fiskalny. Rynkom akcji może pomóc porozumienie w rozmowach handlowych pomiędzy Washingtonem a Pekinem. Doniesienia o trwających negocjacjach są pozytywne (np. przedstawiciele Chin po raz pierwszy przyznali, że mogą rozpocząć rozmowy o prawach własności intelektualnej, czego wcześniej konsekwentnie odmawiali). Na decydujące rozstrzygnięcia w negocjacjach jeszcze jednak musimy poczekać. Gdy decyzje już zapadną, ważna będzie właściwa ocena ich wpływu na gospodarkę, czyli tego, czy sankcje zostaną zniesione i wrócimy do stanu sprzed ich wprowadzenia, czy np. przyjęte rozwiązania będą polegały na jakiejś formie automatyzacji uruchamiania sankcji.

W ostatnich tygodniach na rynki akcji wpływa też wolta w polityce pieniężnej FED. Decyzje banków centralnych wpływają na wszystkie klasy aktywów i tak było też w tym przypadku – obserwowaliśmy wzrosty zarówno obligacji, jak też akcji i cen surowców.

Dla europejskich rynków akcji ważne są wydarzenia związane z brexitem. W tym przypadku istotna jest data 12 kwietnia, jednak większość rynku przewiduje przedłużenie terminu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej o rok. Potencjalny hard brexit (opuszczenie przez Wielką Brytanię UE bez umowy) wpłynie negatywnie na gospodarki wszystkich krajów, przynajmniej do czasu, gdy nie zostaną ustrukturyzowane i zawarte odpowiednie umowy handlowe z Wielką Brytanią.

Ulgi dla pracowników, czyli wyższa kwota uzyskania przychodu

Obecnie na rynku pojawia się nacisk na zmniejszenie kosztów pracy i zwiększenie środków w kieszeniach pracowników. Warto podjąć działania w kwestii nakładanych na nich obciążeń. Jednym z omawianych elementów, który miałby pozwolić na ich zmniejszenie, jest uznanie większej kwoty związanej z kosztami. Dotychczas było to ponad sto złotych miesięcznie, w zależności od pracownika. To rozsądne stawki, ale w odniesieniu do realiów z czasów ich ustanawiania. Od wielu lat nie były waloryzowane. Koszt uzyskania przychodu na takim poziomie odpowiada co najwyżej cenie biletu komunikacyjnego, dzięki któremu zatrudniony dociera do pracy.

– Funkcjonowanie w sferze zawodowej wymaga jednak o wiele większych nakładów – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG –  Wydatki te obejmują wiele elementów – od odpowiedniej odzieży, po inwestowanie w rozwój i materiały naukowe – fachowe czasopisma czy książki branżowe. To także kwestia dodatkowej nauki języków obcych, której koszt nie zawsze pokrywa pracodawcaZaistnienie na rynku pracy wymaga odpowiednich środków. Pracownik ponosi więc spore koszty, a państwo do tej pory ich nie dostrzegało. Nie wprowadzano zmian, jakie miałyby nadgonić sytuację gospodarczą. Korzystano z sytuacji, aby podnieść fiskalizm. Próba uporządkowania tego obszaru wymaga dalszego rozważenia. Wszystkie działania powinny prowadzić do zbalansowania budżetu. Ulgi dla pracowników powinny jednak pozostawić kilkadziesiąt, być może nawet sto złotych miesięcznie w kieszeni zatrudnionych. To rozwiązanie korzystne także dla pracodawców, którzy będą mogli pokazać, że pensje netto są wyższe niż do tej pory. Pozwoli to choć trochę zahamować presję płacową – podkreślił Soroczyński.

Rośnie potencjał logistyczny Polski zachodniej

Rośnie potencjał logistyczny Polski zachodniej – firmy coraz częściej dostrzegają walory regionu i chętniej lokują tam obiekty magazynowe. Wzrost liczby nowych inwestycji powodowany jest nie tylko zwiększeniem popytu i rekordowo niskim, bliskim zera wskaźnikiem pustostanów, ale również dobrą koniunkturą w Polsce. Inwestorzy zachęceni stabilną sytuacją gospodarczą kraju oraz sukcesem innych inwestycji w regionie chętniej lokują w nim swój kapitał. Ponadto, województwo lubuskie zapewnia im dobrą infrastrukturę drogową oraz bliskość niemieckiego rynku. Jak wynika z najnowszego raportu CBRE „Poland Industrial Destinations 2019”, szczególnie widoczny jest wzmożony rozwój nowych lokalizacji przemysłowo-logistycznych w rejonie Zielonej Góry, Świebodzina, Nowej Soli czy Sulechowa.

Województwo lubuskie posiada ponad 351 tys. mkw. nowoczesnej przestrzeni magazynowej. Tylko w 2018 r. popyt kształtował się tam na poziomie przeszło 74 tys. mkw., a każda dodatkowa powierzchnia cieszyła się ogromnym zainteresowaniem inwestorów. Aktualnie wskaźnik pustostanów jest bliski zeru. W budowie jest niemal 17 tys. mkw. nowych magazynów, na które podpisane są już umowy najmu.

Wszechstronny potencjał

Zachodni region Polski w ostatnich latach bardzo dynamicznie się rozwija. Dzięki stosunkowo wysokiej dostępności pracowników oraz ośrodkom akademickim zlokalizowanym w Gorzowie i Zielonej Górze, inwestorzy mają łatwy dostęp do wykwalifikowanej kadry pracowniczej, w porównaniu np. do Poznania czy Wrocławia. Istotne znaczenie ma również bliskość niemieckiej granicy, co ułatwia dystrybucję na tamtejszy rynek. Co więcej, region może się pochwalić dobrze rozwiniętą siecią dróg ekspresowych i autostrad. Zmodernizowana i rozbudowana infrastruktura transportowa jest jednym ze elementów wpływających w znaczny sposób na rozwój gospodarczy regionu zachodniego – przebiegają tu dwa ważne szlaki transportowe: północ-południe (S3) oraz wschód-zachód (A2). Obszar ten jest bardzo różnorodny pod względem znajdujących się tutaj ośrodków przemysłowych. Główne gałęzie to: chemiczna, elektroniczna, meblarska, tekstylno-konfekcyjna, przetwórstwa spożywczego i drzewna.

Wyzwania rynku

Aleksander Kuźniewski, CBRE
Aleksander Kuźniewski, CBRE

– Ten mały, z punktu widzenia dostępności powierzchni magazynowych, region o wielkim potencjale ma przed sobą wiele wyzwań. Jednym z nich jest sąsiedztwo bardziej rozwiniętych rynków – aglomeracji Wrocławia, Poznania i Szczecina. Jednak to nie odstrasza ani rodzimych, ani zagranicznych inwestorów. Zainteresowanie tym obszarem nie słabnie przede wszystkim ze względu na dogodną lokalizację i połączenie drogą ekspresową z autostradą A2, co znacząco ułatwia transport. Potencjał województwa lubuskiego potwierdza także obecność międzynarodowych firm takich jak TPV Polska, SC Johnson, czy Borne Furniture – zauważa Aleksander Kuźniewski, Dyrektor w Dziale Powierzchni Magazynowych i Przemysłowych na północną i zachodnią Polskę.

W nadchodzących latach region zachodni ma szansę na jeszcze szybszy przyrost powierzchni magazynowej, napędzanej dużym popytem. Każdy nowy obiekt cieszy się zainteresowaniem ze strony najemców i inwestorów, dlatego prognozy nie wydają się być tworzone na wyrost. Dodatkowo, na terenie Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej inwestorzy mogą skorzystać z pomocy publicznej i zwolnienia z podatków jeśli spełnią odpowiednie kryteria prawne.

Blisko połowa Polaków nie dostaje wynagrodzenia za nadgodziny

  • Aż 43,3 proc. Polaków pracuje ponad wyznaczony czas pracy za darmo
  • Sytuacja w Europie jest jeszcze gorsza – na brak wynagrodzenia za nadgodziny narzeka niemal 60 proc. Europejczyków
  • W najgorszej sytuacji są Niemcy, Hiszpanie i Brytyjczycy

Niemal dwie trzecie pracowników w Europie (60 proc.) deklaruje, iż nie otrzymuje wynagrodzenia za nadgodziny – wynika z najnowszego badania „Workforce View in Europe” przeprowadzonego przez ADP. W Polsce ten wskaźnik jest niższy, jednak wciąż niepokojący – aż 43,3 proc. polskich pracowników przyznaje, że zdarza im się pracować poza standardowymi godzinami zupełnie za darmo.

Europejscy pracownicy spędzają w pracy przeciętnie niemal o 5 godzin (4 godziny 47 minut) tygodniowo ponad ustawowy czas pracy – nie otrzymując za to wynagrodzenia. Wynika tak z badania ADP „Workforce View in Europe 2019” przeprowadzonego pośród ponad 10 tys. pracowników z ośmiu państw europejskich. Niemal co trzeci respondent wyrabia za darmo 6-10 nadgodzin (27,2 proc.), natomiast 12,2 proc. pracuje bez wynagrodzenia średnio ponad 10 godzin każdego tygodnia.

W zestawieniu z wynikami europejskimi sytuacja polskich pracowników prezentuje się znacznie lepiej. Polacy przepracowują za darmo średnio 3,5 godziny ponad standardowy czas 40 godzin tygodniowo. Natomiast powyżej 10 godzin tygodniowo, bez dodatkowego wynagrodzenia, pracuje zaledwie 8,5 proc. polskich pracowników.

Mimo, iż od wielu miesięcy toczy się debata publiczna dot. trudnego rynku pracy, na którym panuje deficyt pracowników, wielu pracodawców zawodzi w najbardziej podstawowej kwestii sprawiedliwego wynagradzania za przepracowany czas. To niepokojąca tendencja, która w dłuższej perspektywie wiąże się z wypaleniem zawodowym i utratą motywacji pracowników, a to najczęściej oznacza obniżenie wydajności, motywacji lub zmianę pracodawcy – komentuje wyniki badań Anna Barbachowska, HR Business Partner ADP Polska.

Pracodawcy od wielu lat dostrzegali konieczność zapewnienia swoim pracownikom możliwości wypoczynku i utrzymania równowagi między pracą, a życiem prywatnym. Wyniki sugerują jednak, że przed pracownikami wciąż stawiane są nierealne wymagania. To sprawia, że pracują oni dłużej, niż przewiduje to umowa i nie są za to wynagradzani.

Rolą liderów i managerów jest wyznaczanie realistycznych terminów realizacji zadań. Ważne jest też adekwatne wsparcie i zasoby umożliwiające osiąganie wyznaczonych celów w trakcie standardowych godzin pracy – mówi Anna Barbachowska. – Większa ilość pracy często przekłada się na niższą jakość jej wykonania, co może negatywnie wpływać na samych pracowników. To praca o wysokich standardach, zgodna z misją firmy, angażuje nas i motywuje. Jeśli natomiast nadgodziny naprawdę są konieczne – pracodawca powinien dodatkowo docenić i wynagrodzić to ponadstandardowe zaangażowanie zespołu – kontynuuje Anna Barbachowska.

Europejscy pracownicy oświaty to osoby, którym zdarza się najczęściej przepracowywać przynajmniej 5 godzin tygodniowo za darmo (69,2 proc.). Jednak najdłuższe godziny pracy występują w sektorze usług informatycznych i telekomunikacyjnych oraz w sektorze usług finansowych. To tam najwięcej pracowników przepracowuje ponad 10 dodatkowych godzin tygodniowo.

Problem jest powszechny szczególnie w Niemczech (71,1 proc.), Hiszpanii (66,9 proc.) i Wielkiej Brytanii (65,9 proc.), a najmniej w Polsce (43,3 proc.). Niemal jedna czwarta (22,3 proc.) pracowników w Wielkiej Brytanii uważa, że przepracowuje przynajmniej 10 dodatkowych godzin, nie otrzymując wynagrodzenia. To ponad dwa razy więcej niż w innych krajach europejskich. Zjawisko nieopłacania nadgodzin rośnie znacząco również wśród najmłodszych pracowników. 16,8 proc. europejskich pracowników w wieku od 16 do 24 lat twierdzi, że przepracowuje w ten sposób ponad 10 godzin tygodniowo.

W badaniu ADP „Workforce View in Europe 2019” przeprowadzono ankiety dotyczące bieżących problemów w miejscu pracy wśród 10.000 pracowników we Francji, Niemczech, Włoszech, Holandii, Polsce, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii.

Wydatki na badania i rozwój (B+R) w zeznaniu rocznym PIT-BR

Wydatki na badania i rozwój, które zostały ujęte w firmowych kosztach, mogą być ponownie odliczone jako ulga podatkowa. Przedsiębiorca, który chce z niej skorzystać, musi do rozliczenia PIT za 2018 r. dołączyć druk PIT-BR.

Ulga na działalność badawczo-rozwojową (B+R) została wprowadzona w 2016 roku, zastępując wcześniej istniejącą ulgę technologiczną. Wciąż bardzo mały odsetek przedsiębiorców korzysta jednak z tej ulgi. Część z nich nie identyfikuje u siebie działalności badawczo-rozwojowej, mimo że mogłaby. Część natomiast w ogóle nie słyszała o uldze B+R. Sprawę dodatkowo komplikuje to, że do rozliczeń za 2018 rok należy stosować przepisy w postaci zmienionej pod koniec 2017 roku.

Czym więc jest ulga B+R i jaki jest jej mechanizm?

Cztery przesłanki

Na podstawie ustawy o PIT można stwierdzić, że działalność B+R:

  1. obejmuje swoim zakresem badania naukowe albo prace rozwojowe,
  2. ma twórczy charakter,
  3. jest podejmowana w sposób systematyczny,
  4. jest podejmowana w celu zwiększenia zasobów wiedzy oraz wykorzystania zasobów wiedzy do tworzenia nowych zastosowań.

Mimo iż na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wskazane wyżej przesłanki są trudne do spełnienia, a ulga B+R będzie miała zastosowanie w bardzo ograniczonej liczbie przypadków, to jest to wrażenie mylne. Kryteria te nie są nadmiernie wygórowane, a ww. przesłanki wystarczy zrelatywizować do danego przedsiębiorcy, a nie do całego kraju czy całego świata.

Należy jednak mieć na uwadze, że prac badawczo-rozwojowych nie stanowią w szczególności rutynowe oraz okresowe zmiany wprowadzane do produktów, istniejących usług oraz innych operacji w toku, nawet jeżeli takie zmiany mają charakter ulepszeń.

Koszty kwalifikowane

Wraz z wprowadzeniem ulgi badawczo-rozwojowej, pojawiło się również pojęcie kosztów kwalifikowanych. Koszty kwalifikowane to nic innego jak koszty uzyskania przychodów poniesione na działalność badawczo-rozwojową. Koszty te są odliczane od przychodu, a więc zmniejszają podstawę opodatkowania. Muszą one być wyodrębnione w prowadzonych przez podatnika księgach podatkowych.

W najczęstszych przypadkach, możliwość odliczenia kwalifikowanych kosztów uzyskania przychodów istnieje przy spełnieniu następujących warunków:

  • koszty nie zostały podatnikowi zwrócone w jakiejkolwiek formie;
  • koszty nie zostały już odliczone od podstawy obliczenia podatku;
  • działalność nie jest prowadzona w specjalnej strefie ekonomicznej;
  • ulga mieści się w ramach limitów przewidzianych w ustawie.

Co ważne, od 2018 roku w życie weszły zmiany, które

  1. rozszerzyły katalog kosztów uznawanych za koszty kwalifikowane,
  2. poszerzyły krąg podmiotów uprawnionych do skorzystania z niektórych odliczeń oraz
  3. podniosły wysokość dostępnego odliczenia.

Zmiany te powodują, że ulga na działalność badawczo-rozwojową staje się coraz bardziej atrakcyjna dla podatników.

Poszerzony katalog…

W pierwszej grupie najważniejsze są trzy zmiany. Po pierwsze, obok wynagrodzeń wypłacanych pracownikom zatrudnionym na umowę o pracę, wprowadzono możliwość zaliczenia do kosztów kwalifikowanych również wynagrodzeń wypłaconych pracownikom z tytułu umowy zlecenie lub umowy o dzieło. Po drugie, katalog kosztów kwalifikowanych został poszerzony o nabycie niebędącego środkami trwałymi sprzętu specjalistycznego wykorzystywanego bezpośrednio w prowadzonej działalności B+R, takiego jak np. przybory laboratoryjne. Po trzecie, w przypadku wartości niematerialnych i prawnych w postaci kosztów prac rozwojowych zakończonych pozytywnym wynikiem, dodano możliwość zaliczenia do kosztów kwalifikowanych odpisów amortyzacyjnych w proporcji w jakiej w jej wartości początkowej pozostają wskazane w ustawie koszty kwalifikowane (np. koszty pracownicze).

…i krąg uprawnionych

W drugiej grupie zmian najważniejsza to możliwość skorzystania z kosztów patentowych przez wszystkich przedsiębiorców, a nie jak dotychczas tylko przez mikroprzedsiębiorców, małych oraz średnich przedsiębiorców.

Wyższe kwoty

Jeżeli chodzi o wysokość dostępnych odliczeń, to zostały one podwyższone dla wszystkich rodzajów kosztów kwalifikowanych. Pozostają one jednak różne dla poszczególnych rodzajów kosztów. Przykładowo, w rozliczeniu podatkowym za 2017 rok mikroprzedsiębiorcy mogli odliczyć 50 proc. kosztów pracowniczych jako koszty kwalifikowane. Obecnie mogą odliczyć 150 proc. takich kosztów.

Podwójna korzyść

Mechanizm zastosowany przy uldze badawczo-rozwojowej polega na tym, że koszty związane z działalnością badawczo-rozwojową dwukrotnie wpływają na wysokość podstawy obliczenia podatku dochodowego. Po raz pierwszy koszty te podlegają odliczeniu jako koszty uzyskania przychodów. Po raz drugi podlegają odliczeniu w momencie odliczenia od podstawy opodatkowania w ramach ulgi B+R (np. dla dużych przedsiębiorców w kwocie 100 proc. w przypadku kosztów pracowniczych).

Jeżeli przedsiębiorca decyduje się na odliczenie kosztów B+R, to powinien do zeznania podatkowego dołączyć załącznik PIT/BR.

Przykład: 
W 2018 r. koszty pracownicze zaliczone do kosztów uzyskania przychodów wynosiły dla mikroprzedsiębiorcy 100 tys. zł (możliwe odliczenie: 150 proc.). W zeznaniu rocznym mikroprzedsiębiorca może więc odliczyć od podstawy opodatkowania 150 tys. zł.
KONIEC PRZYKLADU

Strata i zwrot bezpośredni 
Gdy podatnik w 2018 r. poniósł stratę albo gdy podstawa opodatkowania jest niższa od przysługujących odliczeń, istnieje możliwość rozliczenia straty podatkowej w zeznaniach za kolejno następujące po sobie sześć lat podatkowych. 
Bezpośredni zwrot wydatków na działalność B+R jest przewidziany dla przedsiębiorców w roku rozpoczęcia działalności gospodarczej oraz dla małych, średnich i mikroprzedsiębiorców także w drugim roku podatkowym prowadzenia działalności. Kwota zwrotu bezpośredniego wynosi 18 proc. nieodliczonej kwoty w przypadku przedsiębiorców opodatkowanych na zasadach ogólnych oraz 19 proc. w przypadku przedsiębiorców opodatkowanych podatkiem liniowym. Zwrot bezpośredni, tak jak w przypadku samej ulgi B+R, wykazuje się podczas składania rocznego zeznania podatkowego w załączniku do zeznania rocznego PIT/BR.

Przykład:

Dużemu przedsiębiorcy opodatkowanemu na zasadach ogólnych przysługiwało prawo do odliczenia kosztów patentowych w wysokości 100 tys. złotych, ale mógł odliczyć tylko 50 tys. złotych. Pozostałe 50 tys. zł należy przemnożyć przez współczynnik limitu kosztów (100 proc.) oraz 18 proc., co daje zwrot bezpośredni w wysokości 9 000 zł.

KONIEC PRZYKLADU

Podsumowując, istotą ulgi B+R jest odliczenie wydatków na działalność badawczo-rozwojową od dochodu. Wydatki zaliczone do kosztów uzyskania przychodów mogą być ponownie odliczone jako ulga podatkowa. Systematyczne podnoszenie przez ustawodawcę progu kosztów kwalifikowanych możliwych do odliczenia w ramach działalności badawczo-rozwojowej prowadzi do wzrostu atrakcyjności ulgi B+R.

Autor: Sebastian Kałuża jest aplikantem adwokackim, ekspertem w zespole Global Mobility Services – PIT w KPMG w Polsce

Podstawa prawna:
art. 26e ustawy z 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (tekst jedn. Dz.U z 2018 r. poz. 1509 ze zm.)

Źródło: Artykuł pt. „Ulgę B+R rozlicza się w zeznaniu rocznym ukazał się w dzienniku Rzeczpospolita 8 kwietnia 2019 r.

Jakich pracowników szukali rekruterzy w I kwartale 2019 roku?

Już na początku 2019 roku pracodawcy rozpoczęli intensywne poszukiwania nowych pracowników do swoich zespołów. Jednym ze skutecznych sposobów dotarcia do kandydata jest metoda direct search, czyli bezpośredni kontakt z potencjalnym pracownikiem. W I kwartale roku za pośrednictwem Wyszukiwarki Kandydatów wiadomość od rekrutera otrzymało 66 230 osób posiadających profil zawodowy w serwisie GoldenLine. Najczęściej poszukiwani byli specjaliści z obszarów: IT – rozwój oprogramowania, Inżynieria, Finanse/Ekonomia, Sprzedaż oraz Produkcja. Najwięcej wiadomości rekruterzy wysłali do osób mieszkających w województwie mazowieckim, śląskim i dolnośląskim oraz do tych w wieku 27-36 lat.

Kogo szukali rekruterzy za pomocą Wyszukiwarki Kandydatów na GoldenLine?

Wyszukiwarka Kandydatów jest narzędziem umożliwiającym bezpośrednie dotarcie do odpowiednich kandydatów. W I kwartale 2019 roku wiadomość od rekrutera z zaproszeniem do procesu rekrutacji za pośrednictwem GoldenLine otrzymało 66 230 użytkowników posiadających profil zawodowy w serwisie. Jak wynika z analiz GoldenLine, wśród osób, które otrzymały wiadomość od rekrutera, 14% miało zaznaczoną na profilu specjalizację IT – rozwój oprogramowania. Na drugim miejscu znaleźli się kandydaci z zaznaczoną specjalizacją Inżynieria (13%), na trzecim zaś Finanse/Ekonomia (10%). Tuż za podium uplasowały się osoby ze specjalizacją Sprzedaż (10%) oraz Produkcja (9% osób, które otrzymały zaproszenie do procesu rekrutacji, miało zaznaczoną na profilu tę specjalizację).

Jaki jest wiek poszukiwanych pracowników?

W I kwartale 2019 roku rekruterzy wysłali najwięcej ofert pracy do kandydatów pomiędzy 27. a 36. rokiem życia – w tym wieku było 53% osób, które otrzymały zaproszenie do procesu rekrutacji. 25% osób, z którymi skontaktowali się rekruterzy, znalazło się w przedziale wiekowym 37 – 44 lata . Natomiast 7% osób, które otrzymały wiadomość rekrutacyjną za pośrednictwem serwisu GoldenLine, było w wieku 18 – 26 lat.

Z jakich województw pochodzą najczęściej poszukiwani pracownicy?

W I kwartale najwięcej wiadomości od rekrutera otrzymały osoby mieszkające w województwie mazowieckim (24%), śląskim (13%), dolnośląskim (11%), wielkopolskim (11%) i małopolskim (10%). Przy tym największe zapotrzebowanie rekrutacyjne jest w dużych miastach – spośród osób, które otrzymały w ubiegłym miesiącu wiadomość od rekrutera, 16% mieszka w Warszawie, 7% w Krakowie, 6% we Wrocławiu, 6% w Poznaniu oraz 4% w Łodzi.

Znajomość języków obcych – kogo szukali rekruterzy?

Znajomość języków obcych również jest istotna dla rekruterów. Wśród 66 230 osób, które otrzymały na GoldenLine zaproszenie do procesu rekrutacji bezpośrednio od pracodawcy, 77% włada językiem angielskim na poziomie podstawowym, dobrym lub biegłym. Innym często występującym językiem jest język niemiecki (zna go 29% użytkowników, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera) oraz rosyjski (10% użytkowników). Język francuski zna 5% osób, które dostały zaproszenie do procesu rekrutacji, a język hiszpański 4%.

Jakich pracowników poszukiwali rekruterzy za pośrednictwem ogłoszeń o pracę?

W I kwartale 2019 roku pracodawcy zamieścili w serwisie GoldenLine 7 528 ogłoszeń. Większość z nich została skierowana do kandydatów zamieszkujących województwo mazowieckie (19%), dolnośląskie (10%), śląskie (10%), małopolskie (8%) oraz łódzkie (7%).

Jak wynika z analiz GoldenLine, największa liczba ofert była skierowana do osób pracujących w obszarze Produkcja i objęła 23% wszystkich opublikowanych ogłoszeń. Na kolejnych miejscach znalazły się: Sprzedaż (18%), Obsługa klienta/Call Center (15% wszystkich ofert), Inżynieria/Elektronika/Technologia (12% ofert) oraz Budownictwo/Geodezja (8%).

Jak popularne są inteligentne domy w Polsce?

Polacy, mimo że w znacznej większości znają rozwiązania smart home, to wciąż rzadko się na nie decydują – wynika z najnowszego badania Oferteo.pl. Urządzenia z kategorii inteligentnego domu znalazły zastosowanie rzadziej niż w co czwartym domu budowanym w 2018 roku.

Co czwarty dom w Polsce jest „inteligentny”?

Czy zdecydowali się Państwo na rozwiązania smart homePonad połowa ankietowanych przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących towarów i usług z ich dostawcami, zadeklarowała, że zna pojęcie smart home, ale nie zdecydowała się na zastosowanie ich w budowanych przez siebie domach.

Na wdrożenia smart home zdecydowało się 23% ankietowanych, którzy w 2018 roku budowali dom. Jest to taki sam odsetek, jak w ubiegłorocznym badaniu. Z kolei 18% badanych przyznało, że nie wie, czym są systemy inteligentnego domu.

– Planując wdrożenia systemów smart home warto zwrócić się o pomoc do fachowej firmy, która doradzi, jakie rozwiązania i od którego producenta wybrać – radzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Podobnych specjalistów jest coraz więcej, a popyt na ich usługi będzie wzrastał razem z rozwojem rynku smart home w Polsce.  

Jaki rodzaj urządzeń wybierają Polacy?

Na jakie urządzeniaNajwiększą popularnością wśród polskich użytkowników smart home cieszyły się w 2018 roku urządzenia mające zapewnić bezpieczeństwo. Były to zwłaszcza różnego rodzaju inteligentne czujniki (np. tlenku węgla, dymu, a także czujniki ruchu), alarmy i kamery monitoringu. Jednak na inteligentne zamki zdecydowało się już tylko 18% badanych przez Oferteo.pl.  Wśród najczęściej wybieranych urządzeń znalazły się także zdalnie sterowane termostaty.

Stosunkowo rzadko wybierane były rozwiązania służące dostarczeniu rozrywki, jak inteligentne systemy audio, a także – co może zaskakiwać, biorąc pod uwagę jakość powietrza w Polsce – oczyszczacze powietrza. Relatywnie niewiele osób zdecydowało się także na smart klimatyzatory.

– Wyniki badania pokazują, że największym zainteresowaniem cieszą się produkty zwiększające bezpieczeństwo i komfort oraz pozwalające na dodatkowe oszczędności. Oznacza to, że użytkownicy są coraz bardziej świadomi, że automatyzacja domowych zadań ułatwia życie – mówi Fred Potter, założyciel firmy Netatmo – producenta rozwiązań inteligentnego domu. –  Z pewnością przełoży się to na wzrost rynku rozwiązań inteligentnego domu w Polsce w perspektywie kolejnych kilku lat.

Google Home przed Fibaro

Użytkownicy urządzeń smart home najczęściej korzystali z pojedynczych, niescentralizowanych urządzeń (24% odpowiedzi). Natomiast najczęściej używanymi centralnymi systemami sterowania były: Google Home (15%), Fibaro i Samsung SmartThings (po 13%). Na ich tle wyraźnie odstaje system Apple HomeKit, na który zdecydowało się tylko 5% badanych oraz Amazon Alexa z 3% odpowiedzi.

Analizując powyższe wyniki warto mieć na uwadze, że aż 22% ankietowanych nie wiedziało, jakiego systemu sterującego używa.

Czym są systemy smart home?

Systemy inteligentnego domu (ang. smart home) umożliwiają zdalne sterowanie urządzeniami podłączonymi do domowej sieci internetowej. Za ich pomocą, wykorzystując aplikację zainstalowaną na smartfonie lub tablecie, można sterować np. oświetleniem lub ogrzewaniem. W ramach inteligentnego domu można również uzyskać zdalny dostęp do obrazu z kamer monitoringu, pomiarów jakości powietrza i temperatury czy też skorzystać z czujników ruchu w pomieszczeniach. Smart home pozwala także na automatyzację poleceń na bazie określonych warunków.

Metodologia badania

Przedstawione w „Raporcie o budowie domów w Polsce” dane pochodzą z analizy ponad 17 tysięcy zapytań ofertowych złożonych w 2018 roku w serwisie Oferteo.pl przez osoby poszukujące towarów i usług związanych z budową domów oraz z badania ankietowego przeprowadzonego w styczniu 2019 roku metodą CAWI na próbie 600 osób, które w 2018 roku budowały dom.

Upadłość konsumencka – lekkomyślność i niedbalstwo dłużnika przesłanką oddalenia wniosku

31 marca 2019 r. upłynęło równo 10 lat odkąd można w Polsce ogłosić upadłość konsumencką. Wniosek w tej sprawie osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej mogą składać raz na 10 lat. Wniosek zostanie jednak oddalony, jeśli niewypłacalność dłużnika nastąpiła wskutek jego rażącego niedbalstwa. Jak potwierdził Sąd Okręgowy w Toruniu w postanowieniu z 14 lutego 2019 r., za taki przejaw rażącego niedbalstwa uznać należy zaciąganie nowych zobowiązań, bez gwarancji spłaty już zaciągniętych (sygn. akt VI Gz 251/18).

Przepis art. 491⁴ ust. 1 Ustawy z dnia 28 lutego 2003 r. – Prawo upadłościowe (dalej: p.u.) stanowi: „Sąd oddala wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli dłużnik doprowadził do swojej niewypłacalności lub istotnie zwiększył jej stopień umyślnie lub wskutek rażącego niedbalstwa” (Dz.U. 2003 nr 60, poz. 535, ze zm.).

Kredyt we frankach za zgodą małżonki

Nieprowadząca działalności gospodarczej małżonka prowadzącego firmę transportową przedsiębiorcy złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości. Powodem były problemy finansowe, które dotknęły małżeństwo w 2015 r. wskutek nagłego wzrostu kursu franka szwajcarskiego. Mąż wnioskodawczyni zaciągnął bowiem za jej zgodą kredyt we frankach na zakup aut na potrzeby firmy.

Tytułem prowadzonych już przeciw wnioskodawczyni postępowań egzekucyjnych po potrąceniach komorniczych pozostawało jej miesięcznie do dyspozycji niewiele ponad 770 zł. Łącznie zobowiązania wnioskodawczyni przekraczały sumę 420 000 zł.

Rażące niedbalstwo, czyli lekkomyślność

We wrześniu 2018 r. Sąd Rejonowy w Toruniu oddalił wniosek dłużniczki o ogłoszenie upadłości konsumenckiej. Sąd stwierdził, że wypełniła się negatywna przesłanka z art. 491⁴ ust. 1 p.u., tj. „dłużniczka doprowadziła do swojej niewypłacalności lub istotnie zwiększyła jej stopień wskutek rażącego niedbalstwa” (postanowienie z 06.09.2018 r., sygn. akt V GU 183/18). Ustaleń takich sąd dokonał na podstawie zarówno dokumentów, jak i samych oświadczeń dłużniczki i jej zeznań. Sąd wskazał m.in. na zaciągnięcie przez wnioskodawczynię kredytu w wysokości ponad 58 000 zł w 2016 r., czyli już po wystąpieniu problemów finansowych jej i małżonka. Dodatkowo, jak wnioskodawczyni przyznała, środki z kredytu przeznaczyła na własne potrzeby, których nie potrafiła bliżej sprecyzować, ograniczając się, poza wskazaniem na zakup obuwia i odzieży, do stwierdzenia, że pieniądze po prostu „się rozeszły”.

„Rażące niedbalstwo, zwane w języku prawniczym także lekkomyślnością, to kwalifikowana postać tzw. winy nieumyślnej, polegającej na niedołożeniu należytej staranności wymaganej w danych okolicznościach (…) Zaciągając zobowiązanie dłużnik znała swoją sytuację finansową i powinna sobie zdawać sprawę, że spłata kredytu w wysokości ponad 50 tysięcy złotych będzie wyjątkowo trudna. O niedbalstwie dłużnika świadczy w tym przypadku również to, że dłużniczka tak naprawdę nie potrafiła sprecyzować na co konkretnie przeznaczyła uzyskane z kredytu pieniądze” (sygn. akt V GU 183/18).

Celem zaciąganych przez dłużnika nowych zobowiązań powinna być spłata starych

Dłużniczka wniosła zażalenie. Nie zgodziła się m.in. z ustaleniem sądu, aby do jej niewypłacalności miały doprowadzić własne rażące zaniedbania, podczas gdy stan ten wystąpił wskutek niezależnych od niej zdarzeń losowych. Jak zarzuciła sądowi pierwszej instancji, odmiennie należało ocenić przede wszystkim jej zeznania.

Rozpoznający zażalenie Sąd Okręgowy w Toruniu zawarł w swym postanowieniu pouczenie, że zarzut naruszenia granic swobodnej oceny dowodów nie może się obronić, mając oparcie jedynie w odmiennej, subiektywnej ich ocenie przez stronę. Wzrost kursu franka szwajcarskiego nie można uznać za zdarzenie losowe wpływające na odmienną ocenę postępowania skarżącej w doprowadzeniu się do niewypłacalności. Skarżąca w żaden sposób nie wykazała bowiem, że zaciągnięty przez nią po 2015 r. kredyt został przeznaczony na spłatę kredytów zaciągniętych przez jej męża we frankach. Zgodził się z sądem pierwszej instancji, że na niekorzyść wnioskującej o ogłoszenie upadłości działa przeznaczenie przez nią środków z kredytu na bliżej nieskonkretyzowane potrzeby własne, nawet jeśli jedną z nich byłoby bieżące utrzymanie siebie i męża. Co istotne, sąd odwoławczy stwierdził, że nawet częściowa spłata zobowiązań kredytowych i wyrażona przez dłużnika chęć spłaty ciążących na nim zobowiązań, w braku posiadania realnych do tego możliwości, nie może wpłynąć na uwzględnienie wniosku o ogłoszenie upadłości.

„Ratio legis art. 4914 ust. 1 p.u. należy upatrywać w powstrzymaniu się od takich zachowań przez dłużnika, którymi wpędza się on w spiralę pogłębiającego się nadmiernego zadłużenia. Przykładem takiego zachowania jest zaciąganie nowych zobowiązań o znacznej wartości w stosunku do dochodów dłużnika w sytuacji, gdy nie spłaca już wcześniejszych zobowiązań” (sygn. akt VI Gz 251/19).

Zarządzanie sytuacjami kryzysowymi

Pierwszym krokiem do skutecznego ogłoszenia upadłości jest przygotowanie wniosku o upadłość. Należy w nim wskazać rzetelne uzasadnienie celowości ogłoszenia upadłości. Pomocne jest również przedstawienie dowodów uwiarygadniających wystąpienie niezawinionych przez dłużnika przyczyn jego niewypłacalności, jak np. szpitalny wypis czy zaświadczenie lekarskie. Jak widać na przykładzie niniejszej sprawy, przemawiającym na korzyść dłużnika argumentem może być wykazanie przeznaczenia zaciąganych przez niego nowych zobowiązań na spłatę już istniejących, będących przyczyną jego złej sytuacji majątkowej. Ma to znaczenie zwłaszcza dla przedsiębiorstwa. W sytuacjach kryzysowych przedsiębiorca powinien bowiem wiedzieć nie tylko, jak pozyskać środki na bieżącą działalność i w jaki sposób ochronić posiadany majątek. Powinien przede wszystkim wiedzieć, jak w tej kryzysowej dla firmy sytuacji posiadanym majątkiem zarządzać, aby ta ochrona okazała się jak najbardziej skuteczna.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wzrost płac zatrzyma Ukraińców w Polsce

Aż 70 proc. ukraińskich migrantów zarobkowych pozytywnie ocenia doświadczenie pracy w Polsce, a 61 proc. chciałoby zamieszkać u nas na stałe – wynika z raportu opracowanego przez Polsko-Ukraińską Izbę Gospodarczą. 40 proc. badanych zdecyduje się na długotrwałe zatrudnienie w Polsce pod warunkiem, że wzrosną płace. Czynnikiem przyciągającym do pozostania w naszym kraju będą również: możliwość kupna mieszkania oraz kursy językowe.

Badanie zrealizowane wśród ukraińskich migrantów zostało oficjalnie przedstawione podczas odbywającego się od 10 kwietnia w Świnoujściu 11. Baltic Business Forum, największego wydarzenia gospodarczego na Pomorzu Zachodnim. Jak wynika z przedstawionego podczas Forum raportu, Ukraińcy pomimo tego, że od 2020 r. będą mieli otwartą drogę do legalnego podjęcia pracy w Niemczech, deklarują chęć pracy, a nawet stałego zamieszkania w Polsce. Warunek? Wynagrodzenia w Polsce za ich pracę muszą wzrosnąć. Dodatkowo 13 proc. ukraińskich migrantów chciałoby mieć możliwość nabycia w Polsce nieruchomości. Ważnym czynnikiem warunkującym pozostanie w Polsce jest również znajomość języka.

Z badania wynika, że aż dla 27 proc. ukraińskich migrantów zarobkowych trudności podczas pracy w Polsce powodowała nieznajomość języka. Na ciężkie warunki pracy i złe warunki zamieszkania narzeka 25 proc. badanych. Dla 30 proc. pracowników z Ukrainy właśnie to stało się powodem do rezygnacji z pracy.

Potrzebne regulacje ułatwiające pracę i życie Ukraińców w Polsce

Zdaniem prezesa Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej Jacka Piechoty, by poprawić sytuację, potrzebne jest wdrożenie regulacji prawnych, które pomogłyby cudzoziemcom nie tylko podejmowania pracy w Polsce, ale ułatwiałyby ich życie codzienne w naszym kraju. – Np. bezpłatne kursy językowe, ułatwienie procesu legalizacji, dostępne porady prawne oraz infolinia w języku ukraińskim – to pozwoliłoby pracownikom z Ukrainy czuć się w Polsce bardziej komfortowo i eliminowałoby patologie, występujące po obu stronach granicy – mówi Jacek Piechota.

W opinii prezes Fundacji „Nasz Wybór” Myroslavy Keryk zarówno Polska, jak i Ukraina zyskują na tym, że obywatele Ukrainy pracują w naszym kraju. – Konieczne jest, aby oba państwa zaangażowały się w informowanie obywateli ukraińskich o ich prawach i obowiązkach za granicą – powiedziała prezes Keryk podczas debaty na Baltic Business Forum w Świnoujściu.

Partnerstwo i zatrudnienie

Badanie zostało przeprowadzone na grupie 1025 osób badania migrantów zarobkowych z Ukrainy na zlecenie Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej oraz Foreign Personnel Service przez Centrum Badań Społecznych Narodowego Uniwersytetu „Akademia Ostrogska” w ramach kampanii społecznej „Partnerstwo i Zatrudnienie”, zainaugurowanej w kwietniu 2018 r. podczas 10. Baltic Business Forum w Świnoujściu. Jej głównym celem jest przeciwdziałaniu patologiom po ukraińskiej i polskiej stronie rynku pracy, a także upowszechnianie dobrych praktyk w zatrudnieniu. W ramach kampanii Polsko-Ukraińska Izba Gospodarcza wspólnie z partnerami pracuje nad upowszechnianiem dobrych praktyk w zatrudnianiu i wprowadzeniem rozwiązań, które pomogłyby Ukraińcom przybywającym do Polski w poszukiwaniu pracy.

Wsparcie w polityce informacyjnej skierowanej do obywateli Ukrainy deklaruje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Radca minister Elżbiety Rafalskiej, Magdalena Sweklej przypomniała podczas debaty w Świnoujściu, że na początku 2018 r. weszły w życie zmiany przepisów w zatrudnianiu obcokrajowców, które – w jej opinii – znacznie poprawiły sytuację cudzoziemców pracujących w Polsce. Przyznała również, że w najbliższym czasie rząd nie zaskoczy pracodawców nowymi przepisami w tym zakresie. – Natomiast pracujemy nad nową polityką migracyjną, której elementem jest polityka integracyjna. W jej ramach zostaną wygospodarowane pieniądze, które posłużą do prowadzenia kampanii informacyjnej skierowanej do zagranicznych obywateli znajdujących zatrudnienie w Polsce – zapowiedziała Magdalena Sweklej.

Rynek Pracy Specjalistów Q1 2019. Rekrutacja na rynku wciąż mocna

W I kwartale 2019 firmy zamieściły na Pracuj.pl 152 576 ofert zatrudnienia – o 4% więcej, niż przed rokiem. Rekrutacja online cieszyła się niesłabnącym zainteresowaniem – mimo prognoz części ekspertów, dotyczących mniejszej aktywności pracodawców w zakresie zatrudnienia. W specjalnej sekcji raportu – „W centrum uwagi” – przyglądamy się uważniej ofertom z zakresu obsługi klienta – drugiej najpopularniejszej specjalizacji na portalu.

  • Handlowcy, obsługa klienta i IT to najpopularniejsze specjalizacje
  • Lekki spadek udziału handlowców i sprzedawców w ogóle ofert
  • Najwięcej ofert na 1000 mieszkańców w woj. mazowieckim i dolnośląskim
  • Najwięcej ofert branżowych w bankowości, handlu i produkcji
  • Rosnące zainteresowanie pracownikami fizycznymi

OFERTY: kolejny stabilny wzrost

W pierwszym kwartale 2019 roku liczba ofert na Pracuj.pl ponownie osiągnęła historyczny pułap. Po raz pierwszy pracodawcy zamieścili na początku roku ponad 150 000 ogłoszeń. Wzrost liczby ofert wyniósł 4% i był nieco mniejszy, niż przed rokiem (6,2%). Dane pokazują, że na rynku rekrutacji online na początku roku nie było widać wyraźnych symptomów spowolnienia gospodarczego, prognozowanych przez część ekspertów.

Warto zwrócić uwagę na wyraźnie największą aktywność pracodawców w pierwszym miesiącu roku. W styczniu zamieszczonych zostało 37% ogłoszeń z całego kwartału. Dane te dają argumenty na potwierdzenie tezy, że początek roku jest okresem szczególnie intensywnych działań rekrutacyjnych części firm – m.in. dzięki wdrażaniu nowych strategii kadrowych czy uwolnieniu dodatkowych budżetów na rekrutację.

SPECJALIZACJE: Liderzy wciąż silni

Blisko co trzecie ogłoszenie (30%) na Pracuj.pl w I kwartale 2019 roku dotyczyło specjalistów ds. handlu i sprzedaży – podobnie, jak w minionych latach była to najpopularniejsza grupa pracowników. Jednocześnie jednak udział sprzedawców i handlowców w ogólnej liczbie ofert spadł o 3,6% rok do roku – co może mieć związek z krokami części pracodawców podjętymi w związku z regulacjami wprowadzonymi w 2018 roku, m.in. z zakazem handlu w niedzielę.

W I kwartale 2019 pracodawcy aktywnie poszukiwali także specjalistów od obsługi klienta (22%). To jedna z najbardziej stabilnych specjalizacji pod względem zainteresowania pracodawców – od kilku lat dotyczy jej około 1/5 ofert na portalu. W sekcji „W centrum uwagi” przyglądamy się tej specjalizacji bardziej szczegółowo.

Trzecią najpopularniejszą grupę stanowili eksperci ds. IT (15% ofert). Dużym zainteresowaniem cieszyli się także finansiści (13%), inżynierowie (11%) i logistycy (8%). Ta ostatnia grupa specjalistów odnotowała także największy wzrost liczby zamieszczanych ofert w stosunku do ubiegłego roku – o 17%.

Podobnie jak w kilku ostatnich kwartałach, znacząco wzrosła liczba ogłoszeń kierowanych do pracowników fizycznych (niezależnie od specjalizacji). Łącznie kierowane było do nich 13% ogłoszeń w I kwartale 2019 roku.

BRANŻE: Bankowość, handel i produkcja na czele

W I kwartale 2019 w czołówce branż rekrutujących na Pracuj.pl znalazło się kilka, które generowały podobną liczbę ofert. Najwięcej ogłoszeń pochodziło z branży bankowo-finansowej (10%), niemal tyle samo – z branży handlu detalicznego / sprzedaży B2C (10%). Tuż za nimi uplasowała się produkcja FMCG (9%). Aktywnie rekrutowały także firmy o profilu handel / sprzedaż B2B oraz pracodawcy IT (po 7%).

WOJEWÓDZTWA: Gdzie najwięcej ofert na mieszkańca?

Wśród województw liderem niezmiennie pozostaje województwo mazowieckie – pochodziło z niego niemal co czwarte ogłoszenie opublikowane w I kwartale 2019. Drugie miejsce zajęło województwo dolnośląskie (10,4%), a trzecie – ex aequo śląskie i małopolskie (oba po 9,4%). Niewiele mniej ofert dostępnych było w woj. wielkopolskim (8,6%).

Co jednak ciekawe, duża liczba ofert nie zawsze jest równoznaczna  równie dużemu wyborowi ofert dla każdego mieszkańca. Czołówka województw pod względem liczby ogłoszeń różni się od czołówki dysponujących największą liczbą ofert na 1000 mieszkańców. Liderami są pod tym względem nadal woj. mazowieckie (6,9 ofert) i dolnośląskie (5,5), ale na trzecim miejscu uplasowało się pomorskie (4,5) – nieobecne w top 5 pod względem ogólnej liczby ofert.

W CENTRUM UWAGI: 

Obsługa klienta

W kolejnej edycji sekcji „W centrum uwagi” przyglądamy się tym razem specjalistom ds. obsługi klienta. To grupa, która od lat utrzymuje się na drugim miejscu pod względem liczby ofert pracy zamieszczanych na Pracuj.pl.

Specjalizacja ta obejmuje szerokie spektrum stanowisk w niemal wszystkich branżach na rynku. Za każdym razem wymaga jednak podobnego podstawowego zestawu kompetencji. Składają się na niego zdolności negocjacyjne, empatia, elastyczność, a w wielu wypadkach także żyłka do biznesu. W gronie tym znajdują się zarówno osoby wspierające pierwszą linię kontaktu z klientem, jak i m.in. doradcy i konsultanci biznesowi czy opiekunowie klienta.

Obsługa klienta w ostatnich kwartałach

Zarówno w ostatnich kwartałach, jak i latach specjaliści ds. obsługi klienta odnotowują stabilne zainteresowanie pracodawców. Do tej grupy kierowane jest co piąte ogłoszenie na Pracuj.pl. Pomijając nieco słabszą końcówkę 2018 roku, liczba ofert w ostatnich kwartałach utrzymuje się na poziomie około 32-33 tysięcy ofert.

Kiedy rekrutowano najczęściej?

Dane o ogłoszeniach dotyczących obsługi klienta dają kolejne potwierdzenie tezy o większej aktywności rekruterów na początku roku. I kwartał 2019 roku przyniósł najwięcej ofert w tej kategorii od końca 2017. Szczególną aktywność można było zauważyć w styczniu – pojawiło się w nim 38% wszystkich ogłoszeń z I kwartału. Z drugiej strony zauważalna jest także wyraźnie mniejsza aktywność rekruterów w grudniu – zamieszczano wówczas najmniej ogłoszeń zarówno w 2018, jak i 2017 roku.

Komentarz eksperta:

Rafał Stępień, Customer Relations Manager w Grupie Pracuj

Obsługa klienta to – jak zaznaczamy w naszym raporcie – jedna z najważniejszych i jednocześnie najmniej jednorodnych grup specjalistów, poszukiwanych przez rekruterów. Niezależnie, czy mówimy o pracowniku dużego centrum obsługi, doradcy w fizycznej placówce czy ekspercie wyższego szczebla, każda z tych osób tworzy wizerunek swojej firmy. Jakość usług oraz relacje z marką, budowane poprzez działania pracowników obsługi klienta, są obok produktu drugim kluczowym czynnikiem wpływającym na efekty osiągane przez biznes. Mając tego świadomość, w Grupie Pracuj przykładamy bardzo dużą wagę do rekrutacji osób, które zajmą się obsługą naszych Klientów.

Czy rola specjalistów ds. obsługi klienta będzie się zmieniać? Oczywiście. Według danych firmy EY, 79% działań realizowanych w ramach obsługi klienta w Stanach Zjednoczonych ma potencjał do automatyzacji. Nie dysponujemy podobnymi danymi dla Polski, lecz pewne jest, że rozwój „sztucznej inteligencji” będzie miał istotny wpływ na wiele aspektów pracy specjalistów ds. obsługi klienta. Przykładem mogą być m.in. boty wspierające Klientów w podstawowych procesach obsługi czy odpowiedziach na najczęściej zadawane pytania.

Jednocześnie, dane Pracuj.pl pokazują, że choć temat robotyzacji przetacza się w dyskusjach o customer service od wielu lat, zapotrzebowanie na kadry o tym profilu utrzymuje się na stabilnym, wysokim poziomie. Stopniowo jednak zmieniają się kompetencje oczekiwane od pracowników obsługi klienta i poszukiwane przez pracodawców obecnych na Pracuj.pl. Rośnie nacisk na zdolności technologiczne kandydatów oraz na ich umiejętności odnalezienia się w mniej przewidywalnych zadaniach, które są jednocześnie trudniejsze do zautomatyzowania.

Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że o ile na rynku wciąż obserwowane jest podobne zainteresowanie specjalistami ds. obsługi klienta, przed grupą tą wiele wyzwań. W bliskiej przyszłości prawdopodobnie nastąpią kolejne zmiany kluczowych kompetencji oraz profilu pracownika poszukiwanego przez pracodawców.

Rafał Nachyna
Rafał Nachyna,
Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl

Na przełomie 2018 i 2019 roku na rynku toczyła się dyskusja o potencjalnym spowolnieniu gospodarczym w Polsce. Niektórzy eksperci spodziewali się odczuwalnego wpływu zmian w gospodarce na popyt na pracowników już na początku roku. Nasze dane za ostatnie trzy miesiące nie potwierdzają tych prognoz – pracodawcy zamieścili w tym czasie na Pracuj.pl ponad 152 tysiące ofert zatrudnienia. 

W porównaniu do analogicznego okresu w ub.r. liczba ogłoszeń wzrosła o 4%, osiągając najwyższy wynik w I kwartale w historii portalu.​ Nie oznacza to jednak, że nie warto czujnie przyglądać się ważnym zjawiskom na różnych polach rekrutacji.

Przyglądając się kontekstowi sytuacji pracodawców, można zauważyć, że zatrudnienie wciąż utrzymuje się na bardzo wysokim pułapie. Według Ministerstwa Pracy stopa bezrobocia osiągnęła w marcu poziom 5,9%. Według ostatnich przewidywań Narodowego Banku Polskiego, wzrost gospodarczy w 2019 roku powinien osiągnąć poziom 4,5%, rok później zwalniając jednak do około 3,7%. Pracodawcy borykają się także z dużą presją w kwestii utrzymania pracowników – 63% specjalistów badanych przez Pracuj.pl rozgląda się za nową pracą, a według raportu Work Service 62% z ankietowanych polskich pracowników oczekuje w najbliższych miesiącach podwyżki. Według tego samego raportu połowa pracodawców ma problemy z rekrutacją odpowiednich kandydatów, a wynagrodzenia chce zwiększyć tylko 27% firm.

W działaniach pracodawców powinna być więc uwzględniania zarówno wysoka liczba rekrutacji na rynku, jak też rosnące oczekiwania pracowników oraz możliwość wystąpienia wkrótce lekkiego spowolnienia koniunktury. W rozmowach z wieloma naszymi klientami, prowadzonych w I kwartale 2019 roku, dostrzegliśmy z jednej strony chęć jeszcze bardziej dynamicznej rekrutacji, a z drugiej – potrzebę dalszego rozwoju działań HR w kierunku automatyzacji, wzrostu efektywności, doboru trafnych narzędzi. To ważne sygnały także dla naszego działu rozwoju produktu, testującego kolejne nowe funkcje Pracuj.pl. Wszystkie te tendencje będą miały wpływ na rekrutację także w następnych kwartałach 2019.

Polacy już nie chcą żyć w ciasnych mieszkaniach i szukają większych metraży

Błyskawicznie rozwijający się rynek nieruchomości nie przestaje zaskakiwać. Zgodnie z szacunkami Eurostatu ponad 40 proc. Polaków żyje w zbyt ciasnych mieszkaniach, a Polska znajduje się w czołówce rankingu europejskich państw jeśli chodzi o przeludnienie. Jak informuje  Domiporta.pl, w marcu br. pierwszy raz od 6 lat użytkownicy serwisu najchętniej przeglądali oferty mieszkań trzypokojowych. W porównaniu do stycznia wzrost zainteresowania większym metrażem wyniósł aż 40 proc. kosztem mniej popularnych kawalerek.

Boom w budownictwie mieszkaniowym wciąż trwa, co realnie może wpłynąć na zniwelowanie problemu przeludnienia w naszym kraju, które obecnie jest ponad dwukrotnie wyższe niż unijna średnia. Dla porównania w Wielkiej Brytanii wynosi ono zaledwie 8 proc. a w Niemczech 7,2 proc.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

– Gorszą sytuację mieszkaniową niż w Polsce odnotowano tylko w czterech państwach: Rumunii Łotwie, Bułgarii i Chorwacji. Przeludnienie w naszym kraju w dużym stopniu spowodowane jest tym, że znaczna część Polaków zajmuje lokale wybudowane jeszcze w poprzednim ustroju, kiedy niewielki metraż był na porządku dziennym – zauważa Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem.

Powodów zmian preferencji mieszkaniowych w ostatnim czasie może być kilka. Na pewno istotny jest dynamiczny rozwój gospodarczy – jesteśmy jednym z najszybciej i najlepiej rozwijających się krajów Europy Wschodniej. Potwierdzają to min. systematyczne wzrosty zarobków, co niewątpliwie przekłada się na lepszą kondycję gospodarstw domowych. Znacząca jest także obecna niska stopa bezrobocia, która utrzymuje się na poziomie 6,1 proc.

– Do tej pory najczęściej poszukiwane były lokale dwupokojowe, co widać również w preferencjach wynajmujących Funduszu Mieszkań na Wynajem. W związku z poprawą jakości życia, Polacy zarówno na zakup, jak i wynajem, szukają lokali o większych metrażach.  To, czy trend się utrzyma czy okaże chwilowym zjawiskiem, zależy od dalszych wzrostów pensji i cen mieszkań w kolejnych miesiącach. A te drugie wciąż rosną, głównie za sprawą systematycznie drożejących materiałów, rosnących kosztów robocizny i windujących cen gruntów pozyskiwanych pod inwestycje – komentuje Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem.

Duże w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, a mniejsze w Łodzi i Gdańsku

Z danych innego serwisu nieruchomościowego Morizon.pl wynika, że mieszkań trzypokojowych poszukuje już ponad 30 proc. jego użytkowników, natomiast jak pokazują badania agencji nieruchomości Metrohouse, osoby zamieszkałe w Warszawie preferują zakup mieszkań o metrażu przekraczającym 60 mkw. Podobnie sytuacja wygląda w Krakowie. We Wrocławiu minimalny metraż poszukiwanych mieszkań wynosi 50 mkw, natomiast inaczej sytuacja wygląda w Łodzi i Gdańsku. Najwięcej łodzian preferuje zakup lokalu o małym metrażu, zazwyczaj do 39 mkw. W Gdańsku lokali do 29 mkw. poszukuje 28 proc. przyszłych nabywców. Podobny odsetek osób zainteresowanych jest metrażem 40-49 mkw.

Lokalne rynki mieszkaniowe rozwijają się w błyskawicznym tempie. Fundusz widząc ten potencjał powiększył w styczniu br. swoją ofertę mieszkaniową i udostępnił do wynajęcia prawie 80 lokali w swojej nowej inwestycji w Gdańsku przy ul. Kołodzieja. W ofercie znalazły się mieszkania o powierzchni od 31 mkw. do 57 mkw. – mówi Rafał Malik z Funduszu.

Jak wynika z najnowszych danych GUS, w lutym br. oddano do użytkowania o 6,9 proc. więcej mieszkań niż jeszcze przed rokiem. O  13,2 proc. zwiększyła się też liczba mieszkań zrealizowanych w budownictwie przeznaczonym na sprzedaż lub wynajem. W styczniu i lutym oddano do użytkowania ogółem ponad 32 tys. mieszkań. Względem roku 2018 to wzrost rzędu 7,8 proc.

Kurs euro blisko 4,28, złoty stabilny, dobre perspektywy forinta

Brexit to proces iście koszmarny i po unijnym szczycie wszystko wskazuje, że może mieć on finał 31 października, czyli w Halloween. May chciała krótszego odroczenia, strona unijna (z wyjątkiem Francji) dążyła do dłuższego, więc można mówić o pewnym kompromisie. Funt ledwo zareagował na taki rozwój wypadków, co świadczy o liczbie wątpliwości uczestników rynku i braku wiary w przełom.

Jeśli tylko w brytyjskim parlamencie zostanie poparta umowa wynegocjowana przez May, to możliwy jest wcześniejszy rozwód. Z góry nie zostało ustalone ani czy Wielka Brytania będzie uczestniczyć w wyborach do Parlamentu Europejskiego, niejasna jest też przyszłość May. Na razie deklaruje ona chęć kontynuowania swojej misji. W wycenie funta wciąż jest sporo premii za ryzyko, ale brak klarowności będzie hamować jest rozładowanie.
Posiedzenie ECB znika za horyzontem – groźba dalszego pognębienia euro przez władze monetarne chwilowo znika. Kurs EUR/USD ma jednak wyraźny problem ze sforsowaniem 1,13. Mimo to naszym scenariuszem bazowym pozostaje stopniowy wzrost eurodolara na wyższe pułapy wraz z poprawą danych napływających z europejskich gospodarek. Zmienność notowań jest jednak minimalna i nie należy spodziewać się szybkiej akceleracji zwyżek.

Z kolei w protokole z marcowego posiedzenia FOMC nie odnajdujemy nic przełomowego. Sceptycznie należy podchodzić do nadziei na to, że jeszcze w tym roku możliwa jest dodatkowa podwyżka stóp. Widać też jednoznacznie, że decydenci w tej chwili poważnie nie rozważają możliwości redukcji kosztu pieniądza i trzymają się oceny, że problemy leżą na zewnątrz a gospodarka USA jest silna.

W gronie głównych walut pozytywnie postrzegamy perspektywy dolara nowozelandzkiego. Ostatnia przecena była zbyt mocna. Obrona dolnego ograniczenia wielomiesięcznego przedziału wahań przy jednoczesnym utrzymywaniu się pozytywnych nastrojów na rynkach ryzykownych aktywów daje szansę na korektę. Mniej pozytywnie postrzegamy dolara kanadyjskiego, któremu może zagrozić wisząca w powietrzu korekta notowań ropy naftowej. W tym tygodniu rekomendowaliśmy kupno EUR/CAD. Złoty pozostaje stabilny, EUR/PLN jest blisko 4,28. W przypadku rodzimej waluty nie widzimy dużej przestrzeni do umocnienia i wyrwania się z rekordowo niskiej zmienności. W koszyku CEE3 pozytywnie rysują się natomiast perspektywy forinta. EUR/HUF zdecydowanie ma przestrzeń do odrabiania ostatniej słabości.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Za 30 lat może zabraknąć czekolady

Za trzydzieści lat może zabraknąć czekolady. Światowe zasoby kakaowca gwałtownie maleją, o czym alarmują Mars i Barry Callebaut1. Według ich szacunków pokłady kakao zmniejszają się z roku na rok. W 2018 r. na świecie zużyto o 70 tysięcy ton więcej niż wyprodukowano. Giganci spożywczy zapowiadają, że w 2020 r. deficyt może sięgnąć miliona ton2.

Obecnie większość światowej produkcji kakao pochodzi z Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej3. Tamtejszym plantacjom zagraża jednak susza spowodowana zmianami klimatu oraz pasożyty i nieodpowiednie gospodarowanie gruntem. Kakaowiec to roślina wymagająca: potrzebuje dużo słońca, ale też odpowiedniego poziomu wilgotności. Miejsc dogodnych do uprawy wciąż ubywa. Dlatego z roku na rok produkcja czekolady spada, choć popyt na nią stale rośnie. Być może rozwiązanie przyniesie nauka. Mars już nawiązał współpracę z badaczami z Uniwersytetu Kalifornijskiego, którzy prowadzą próby genetycznej modyfikacji kakaowca tak, by uzyskać odmianę bardziej odporną na suszę.

Coraz głośniej w kontekście czekolady podnoszona jest też kwestia etyki produkcji i sprawiedliwego handlu. Rolnicy pracujący na afrykańskich plantacjach w bardzo trudnych warunkach zarabiają kilka dolarów dziennie. Szacuje się, że w Afryce zostaje zaledwie 5% przychodów ze sprzedaży czekolady. Zdecydowana większość zysków zasila budżet światowych gigantów czekoladowej branży – Nestle, Ferrero, Barry Callebaut oraz wspomnianego już Marsa.

dr Aleksandra Drzał-Sierocka, kulturoznawczyni, School of Ideas Uniwersytet SWPS
dr Aleksandra Drzał-Sierocka, kulturoznawczyni, School of Ideas Uniwersytet SWPS

Okazuje się zatem, że w każdej kostce czekolady – nawet tej najsłodszej – kryje się sporo goryczy. Zresztą, cała jej licząca kilka tysięcy lat historia naznaczona jest sporami i społecznymi nierównościami. – dr Aleksandra Drzał-Sierocka, kulturoznawczyni, School of Ideas Uniwersytet SWPS

Przygotowywany na bazie ziaren kakaowca napar Majowie uznawali za napój bogów. Słowo cacahuaquchtl oznaczające w ich języku drzewo kakaowca, można przetłumaczyć jako „drzewo bogów”. Majowie kakaowy wywar pijali z dodatkiem ostrej papryki, muszkatu i miodu, a czasami zagęszczali mąką kukurydzianą. Aztekowie wierzyli, że czekolada zapewnia pijącemu siłę. Ziaren kakaowca używali także jako środek płatniczy. Na słodko czekoladę zaczęto podawać dopiero w Europie, gdzie trafiła za sprawą hiszpańskich konkwistadorów w drugiej dekadzie XVI wieku.

Smakołyk szybko zyskiwał popularność, stając się powodem zachwytów, ale też sporów. Papież Klemens VIII jako pierwszy – ale nie ostatni – musiał się zmierzyć z dylematem, czy spożycie czekolady narusza post. Zgodności w tym zakresie nie udało się osiągnąć przez kolejne dekady. Ryzyko grzesznej przyjemności nie zmniejszało grona fanów czekolady, która w XVII wieku szczególnie popularna była we Francji. Właśnie tam powstała prawdopodobnie pierwsza na świecie czekoladziarnia, założona przez Davida Chaliona w Paryżu w maju 1659 roku, oraz pierwsza fabryka czekolady (1770).

Jeśli dziś z czekoladą kojarzona jest przede wszystkim Szwajcaria, to głównie za sprawą Daniela Petera, który w 1875 roku opracował recepturę na mleczną czekoladę – obecnie zapewne najpopularniejszą wśród smakoszy.

1 Washington Post

2 https://www.forbes.pl/csr/7-rzeczy-ktorych-na-ziemi-niedlugo-moze-zabraknac-kawa-czekolada-wino/f8pekct#slide-5

3 Edyta Bryła, Produkują większość światowego kakao, a ze sprzedaży czekolady dostają ledwie 5 proc. Afrykańskie kraje mają pomysł, „Gazeta Wyborcza” 29 września 2017.

Orlen składa ofertę kupna 100 proc. akcji Ruch SA

PKN ORLEN SA złożył ofertę finansowania w związku z zamiarem przejęcia pakietu 100 proc. akcji Ruch SA. Decyzję poprzedziło badanie due dilligence spółki. Inwestor zakłada restrukturyzację i wykorzystanie synergii pomiędzy dotychczasowym modelem biznesowym Ruchu, a dynamicznie rozwijającym się segmentem detalicznym PKN ORLEN. Sfinalizowanie  oferty zależeć będzie od decyzji wierzycieli Ruchu oraz pozostałych podmiotów zaangażowanych w proces.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Ten projekt ma dla nas potencjał, zwłaszcza w kontekście wyników osiąganych przez segment detaliczny ORLENu, które potwierdzają nasze kompetencje i ambicje biznesowe w tym obszarze. Nasze analizy pokazują, że możemy mieć synergie z działalnością spółki Ruch i przy konsekwentnie realizowanym programie restrukturyzacyjnym możemy odnieść sukces. To dobra perspektywa biznesowa dla wszystkich zainteresowanych stron. Zdajemy sobie sprawę, że spółka znajduje się obecnie w trudnym położeniu, mamy jednak plan jej rozwoju, który, pozwoli Ruchowi wyjść na prostą. Po złożeniu oferty oczekujemy na decyzje  wierzycieli spółki  – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Rozwój segmentu detalicznego PKN ORLEN, który z roku na rok osiąga bardzo dobre wyniki finansowe, jest jednym z filarów zaktualizowanej w ubiegłym roku strategii Koncernu. Strategia zakłada m.in. rozwój oferty pozapaliwowej, w tym również w ramach formatów funkcjonujących poza stacjami paliw. Podobną strategię realizuje na rynkach zagranicznych m.in. MOL i Circle-K. Analizy rynkowe przeprowadzone przez Koncern wskazały na potencjał rozwoju takiego formatu z wykorzystaniem aktywów spółki Ruch. Doświadczenie i know-how ORLENu w zakresie budowania relacji z klientami i sprzedaży produktów FMCG będzie stanowiło podstawę do poprawy efektywności działalności spółki Ruch, zakładającej utrzymanie kolportażu prasy.

Rynek reklamy w modelu programmatic czekają zmiany

W ubiegłym roku wdrożenie RODO rozpoczęło rewolucję na rynku reklamy internetowej. Dotyczy to także modelu programmatic, którego wciąż czeka szereg zmian. Co jeszcze wpłynie na jego kształt?

Paweł Treściński, Wiceprezes YieldRiser
Paweł Treściński, Wiceprezes YieldRiser

Wprowadzenie unijnej dyrektywy o ochronie danych osobowych spowodowało wiele zawirowań. Pomimo tego, reklamodawcy wciąż są skłonni inwestować w programmatic. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Zenith, marketerzy planują przeznaczyć 65% budżetów z reklamy cyfrowej na programmatic. Tym samym, wydatki na reklamę programatyczną wzrosną z 70 miliardów USD w 2018 roku do 84 mld w 2019 roku. Niemniej jednak nie jest tajemnicą, że w najbliższym czasie przejdzie ona szereg zmian. Oto pięć najważniejszych kwestii, które ukształtują ten model w najbliższym czasie:

RODO przestanie wpływać na decyzyjność i działanie. W ubiegłym roku po wejściu tego rozporządzenia, reklamodawcy zmniejszyli użycie programmatic o 20 – 50%. Mimo czasu który upłynął, rynek wciąż obawia się wysokich kar. Dlatego też 2019 ma przynieść pełną przejrzystość prawną w tym zakresie.

Sztuczna inteligencja umocni pozycję

AI pomaga w prowadzeniu aukcji oraz optymalizacji, umożliwiając wydawcom i twórcom bardziej kreatywne i produktywne rozwiązania. Sztuczna inteligencja jest wykorzystywana w remarketingu oraz mechanizmie targetingu — look-alike, aby jeszcze dokładniej personalizować przekaz. Pomaga także w procesie zakupu mediów, przewidując prawdopodobieństwo, czy klient zareaguje na reklamę i zacznie ją licytować.

Blockchain i Ads.txt przyjdą na ratunek

– w samym 2018 roku z powodu oszustw reklamodawcy stracili 19 miliardów dolarów. Z tego powodu branża stale nadzoruje kwestię przejrzystości transakcji oraz eliminuje nieuczciwe podmioty. Reklamodawcy pokładają nadzieję w rozwiązania BlAdTech (Blockchain + AdTech). Oparte na zasadzie decentralizacji rozwiązują najczęstsze problemy, z którymi borykają się reklamodawcy i wydawcy. Produkty oparte na technologii blockchain są w stanie zwalczyć oszustwa reklamowe poprzez usuwanie fałszywych domen, weryfikację legalności wydawców oraz możliwość transakcji za pomocą kryptowalut. Innym sposobem na nieautoryzowaną sprzedaż jest ads.txt. To umieszczony na stronie plik z listą firm, którym wolno sprzedawać zasoby danego wydawcy.

5G przyśpieszy rozwój wideo

– piąta generacja telefonów komórkowych, tj. 5G została w niedawnym czasie poddana pierwszej fazie komercjalizacji. Przepustowość sieci 5G to 1000 Mb/s, czyli 10 razy więcej niż poprzedniej – 4G. Wysokie łącze nowej sieci umożliwi szybsze ładowanie reklam zmniejszając milisekundowe opóźnienia, które zwykle powodują zamknięcie strony przez użytkownika. Ponadto, wzrost liczby wideo daje reklamodawcom doskonałą okazję do dostarczenia odbiorcom wysokiej jakości reklam 4k.

Moc omnichannelu

– marketerzy przechodzą powoli z marketingu wielokanałowego na omnichannel, ponieważ stają się bardziej świadomi zachowań i preferencji grupy docelowej. Obecnie jeden użytkownik cyfrowy posiada średnio 3,2 urządzenia z dostępem do Internetu. W tym przypadku reklamodawcy, aby dotrzeć do użytkownika bez względu na to gdzie się znajduje, muszą być obecni na smartfonach, desktopach, telewizorach, tabletach czy różnego rodzaju cyfrowych asystentach. Przewiduje się, że w tym roku omnichannel osiągnie szczytowy potencjał.

Pomimo trudnej sytuacji z jaką zamknęliśmy poprzedni rok, reklama programmatic ma się dobrze. Stabilizacja sytuacji jest już widoczna, a jej pozycję dodatkowo umacnia rozwój wspomnianych wyżej technologii. Który kierunek ukształtuje ten model? Wyborów jest kilka ale na ich rezultaty musimy jeszcze poczekać.

Paweł Treściński – wiceprezes i dyrektor sprzedaży YieldRiser

AgriTech Hub inwestuje w Pethelp – abonamenty weterynaryjne dla zwierząt

Startup Pethelp chce upowszechnić profilaktykę zdrowotną zwierząt domowych, oferując pakiety medyczne dla psów i kotów jako nową formę benefitów pracowniczych. Fundusz venture capital AgriTech Hub właśnie zainwestował w projekt 400 tys. zł.

Obecnie już ponad połowa Polaków posiada przynajmniej jedno zwierzę domowe i często traktuje je jak członka rodziny. Z badań przeprowadzonych przez Pethelp wynika jednak, że aż 40 proc. ankietowanych musiało odłożyć wizytę u weterynarza z powodu braku pieniędzy, a zapytani przez startup lekarze przyznali zgodnie, że przynajmniej raz musieli uśpić zwierzę ponieważ właściciel nie miał środków na jego dalsze leczenie. Okazuje się również, że początkowe wysokie koszty jednorazowe, stanowią istotną barierę adopcji zwierzęcia. Odpowiedzią na te wyzwania jest usługa oferowana przez Pethelp w postaci abonamentów weterynaryjnych dla właścicieli zwierząt.

Profilaktyka jest tańsza niż leczenie – naszym celem jest jej upowszechnienie poprzez zniwelowanie bariery finansowej. Dzięki stałym, dostosowanym do potrzeb opłatom miesięcznym, niemal każdy będzie mógł pozwolić sobie na regularne wizyty w placówce weterynaryjnej. To z kolei przyczyni się do polepszenia jakości i wydłużenia życia psów oraz kotów, tak aby właściciele mogli cieszyć się ich obecnością jak najdłużej – wyjaśnia Sławomir Wiatr, Prezes Zarządu Pethelp.

Startup oferuje pierwsze w Polsce pakiety opieki weterynaryjnej dla psów i kotów, które można zrealizować w placówkach w Warszawie, Krakowie oraz Łodzi. Oferta skierowana jest głównie do firm i korporacji, które mogą wzbogacić o Pethelp swoją ofertę benefitów pracowniczych.

Pieniądze od  inwestora zostaną przeznaczone na  rozbudowaniu programu gamifikacyjnego, którego celem jest zachęcenie klientów do dbania o zdrowie, bezpieczeństwo, wychowanie oraz dobrą zabawę zwierzaka. W dalszej kolejności w planach jest rozwój aplikacji mobilnej.

Do wejścia w inwestycję przekonały nas ambitne plany rozwojowe spółki oraz model biznesowy, łączący działania na rynku usług weterynaryjnych z usługami B2B. Projekt charakteryzuje istotny pierwiastek innowacyjności, który zespół chce w najbliższym czasie mocno rozwijać, szczególnie w obszarze gamifikacji i wykorzystania nowych technologii w rozwoju profilaktyki chorób u zwierząt. Ta perspektywa i zaangażowanie zespołu szczególnie przekonały nas do inwestycji w rozwój Pethelp – wyjaśnia Marcin Woźniak, Prezes  Zarządu funduszu AgriTech Hub.

Inwestycja została przeprowadzona w ramach działania BRIdge Alfa, współfinansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Przebadano 90 tys. programistów. Wiemy o nich (prawie) wszystko

Znamy wyniki największego badania o programistach z 2019 roku. Tym razem ceniona analiza Stack Overflow Developer Survey objęła aż 90 tys. pracowników IT na całym świecie. Jak wypadają Polacy?

  • Najszybciej zyskującym popularność językiem programowania jest Python. Wyprzedził już Javę, a szybciej rośnie tylko Rust.
  • Stereotypy o świecie IT niestety nie biorą się znikąd: ok. 90 proc to mężczyźni, ok. 70 proc. to biali Europejczycy.
  • Większość z aktywnych zawodowo kodować zaczyna naprawdę wcześnie: w wieku nastoletnim.
  • Programiści z Europy są największymi pesymistami, optymistów najłatwiej znaleźć w Chinach.

Inicjacja programisty

Na świecie większość programistów zaczęło swoją przygodę z kodowaniem jako nastolatkowie. Ponad połowa programistów pierwsze linijki kodu napisała w wieku 12-17 lat. Autorzy badania zwracają jednak uwagę na to, że dane zawyżają programiści z krajów wysoko rozwiniętych, jak Australia czy Wielka Brytania. W Indiach czy Brazylii przygoda z programowaniem następuje znacznie później. Niestety później niż mężczyźni zaczynają też kodować kobiety.

Z drugiej strony – mimo statystycznie wczesnego startu – “ponad 40 proc. praktykujących w zawodzie ma krótsze, niż 5-letnie doświadczenie koderskie”, czytamy w raporcie.

Pasje? Programowanie 

Specyfikę świata IT pokazuje kolejna dana: dla ponad 80 proc. przebadanych programowanie to… pasja! – Powiem więcej: tylko takie osoby tak naprawdę sprawdzą się w świecie IT. Jeśli dla kogoś jedyną motywacją są wysokie zarobki, które po kilku latach od startu kariery rzeczywiście przyjdą, to nie zajdzie zbyt daleko – uważa Marcin Tchórzewski, założyciel Coders Lab, największej szkoły IT w Polsce.

Z tego może wynikać, że przygniatająca większość programistów (85 proc.) na własną rękę uczy lub uczyło się nowych języków czy środowisk programowania. Sześciu na dziesięciu ankietowanych brało udział w oficjalnych kursach online, a czterech na dziesięciu ma swój wkład w tzw. open-source’owe oprogramowanie.

Najpopularniejszym językiem programowania wciąż jest JavaScript (programuje w nim prawie siedmiu na dziesięciu programistów), który wyprzedza HTML/CSS (63 proc.) i SQL (54 proc.). Python uzyskał największe zainteresowanie wśród programistów w zeszłym roku, wyprzedzając Javę. Wysoko w zestawieniu pozostaje PHP, C++ i C#.

Ciekawą obserwacją twórców badania jest to, że programiści z Europy Zachodniej należą do najbardziej pesymistycznych. Optymizm bije za to od chińskich specjalistów IT. Jak zmierzono tę zmienną? Zapytano, czy osoby urodzone dzisiaj będą miały lepszą przyszłość, niż ich rodzice.

Co najbardziej uwiera programistów w pracy? Tu odpowiedzi znacznie różnią się w zależności od płci. Mężczyźni nie znoszą zlecania im zadań, które nie wiążą się bezpośrednio z kodowaniem. Kobiety wskazują natomiast na toksyczne relacje i niesprzyjające otoczenie w pracy.

Programista = biały mężczyzna pochodzący z Europy?

Świat IT nie jest wolny stereotypów, które wciąż znajdują swoje potwierdzenie w liczbach. Znaczna większość przebadanych programistów to mężczyźni białej rasy.

W badaniu Stack Overflow tylko 11 proc. ankietowanych stanowią kobiety, natomiast platforma zwraca uwagę, że wg amerykańskiej Bureau of Labor Statistics, kobiet w IT (przynajmniej w Stanach Zjednoczonych) jest ok. 20 proc. – Jeśli zobaczymy porównanie wszystkich respondentów najnowszego badania i studentów, którzy też zostali przebadani, to jasne jest, że w ciągu kilku-kilkunastu lat proporcje się nieco zrównają. Będziemy mieli więcej reprezentantów branży m.in. z Azji i Bliskiego Wschodu – tłumaczy Marcin Tchórzewski, prezes szkoły Coders Lab.

A jak jest w Polsce? – W roku akademickim 2017/18 udział kobiet wśród studentów kierunków informatycznych wyniósł 14,3 proc. Choć to wciąż znaczna mniejszość, z raportu „Kobiety na politechnikach 2018. Rewolucja informatyczek?” wynika, że wzrost tego odsetka wyniósł jedną ósmą. Oznacza to, że ponad 1,1 tys. więcej dziewczyn zostało przyjętych na studia w roku 2017 niż w 2016. Sami też robimy wszystko, żeby propagować równość w branży IT. W 2013 roku, kiedy powstała szkoła Coders Lab, 100 proc. absolwentów stanowili mężczyźni. Rok później odsetek kobiet wynosił 20 proc., w 2018 roku już 30 proc. naszych absolwentów to kobiety – mówi Tchórzewski.

Kobiety stanowiły zaledwie 6 proc. wszystkich programistów z Polski biorących udział w badaniu Stack Overflow.

Kogo przebadano?

Wśród 90 tys. respondentów z całego świata najwięcej zajmowało się full-stack’iem (ok. 52 proc.), na drugim miejscu znalazł się back-end (50 proc.), a na trzecim front-end (33 proc.) – procenty nie sumują się, bo wypełniający ankietę zaznaczali wszystkie opcje, które ich dotyczą. Większość respondentów pochodzi z Europy (35 tys.), Ameryki Północnej (25 tys.) i Azji (18 proc.), ale nie zabrakło przedstawicieli Ameryki Południowej, Australii i Oceanii oraz Afryki (zbliżona liczba badanych – od 2,5 do 3,5 tys.). Wśród Polaków średni wiek badanych wyniósł 28,4 lat. Pełne wyniki dostępne są na blogu Coders Lab oraz na StackOverflow.com.

Nowe urządzenia, stare metody. IoT wciąż na celowniku hakerów

Liczba zagrożeń związanych z Internetem rzeczy[1] podwoiła się w 2018 r.[2] Jak wynika z analizy firmy F-Secure, cyberprzestępcy nadal stosują znane i sprawdzone metody – aż 87% ataków wykorzystuje luki w zabezpieczeniach urządzeń lub słabe hasła.

Według prognoz poza smartfonami, tabletami i komputerami przeciętny Amerykanin do 2020 roku będzie miał 14 urządzeń połączonych z siecią, a mieszkaniec Europy Zachodniej – dziewięć[3]. Już w ubiegłym roku Interpol i FBI ostrzegały o konieczności zabezpieczania urządzeń IoT takich jak routery czy kamerki internetowe w stopniu równym komputerom[4]. Podatności, które także bez wiedzy użytkownika mogą wykorzystać cyberprzestępcy, posiada nawet 83% routerów[5].

Znane metody, niebezpieczne urządzenia

Liczba zagrożeń związanych z IoT zaobserwowanych przez analityków F-Secure Labs w 2018 r. wzrosła z 19 do 38 w porównaniu z rokiem poprzednim. W 87% odnotowanych przypadków przestępcy wykorzystali luki w urządzeniach oraz słabe hasła lub ich całkowity brak.

Giganci tacy jak Google czy Amazon poprawiają zabezpieczenia swoich inteligentnych urządzeń m.in. dzięki etycznym hakerom. Tak było w przypadku analityka firmy MWR Infosecurity, Marka Barnesa, który w 2017 r. jako pierwszy znalazł sposób na włamanie się do Echo. Na rynku ciągle jest jednak ogromna liczba urządzeń podatnych na ataki – ostrzega konsultant firmy F-Secure, Tom Gaffney.

Botnet wciąż żywy

Zagrożenia związane z Internetem rzeczy nie były powszechne aż do 2014 roku, gdy upubliczniono złośliwy kod źródłowy Gafgyt[6]. Jego cel stanowiły m.in. urządzenia BusyBox, telewizja przemysłowa czy cyfrowe rejestratory wideo. Niedługo potem kod został rozwinięty w złośliwe oprogramowanie Mirai, które w 2016 roku zainfekowało 2,5 mln inteligentnych urządzeń[7]. Według analiz wciąż może ono być groźne. Około 59% ataków wykrytych przez honeypoty[8] F-Secure w 2018 r. było charakterystycznych dla sposobu rozprzestrzeniania się Mirai[9]. W ostatnich miesiącach posłużył on przestępcom m.in. do kopania kryptowalut (cryptojacking)[10].

 

Świadomi, ale nieostrożni

Coraz więcej korzystających z urządzeń IoT użytkowników ma obawy związane ze złośliwym oprogramowaniem czy prywatnością. We Francji wyraża je już 75% konsumentów, a w USA nawet 80%[11].

Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w firmie F-Secure
Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w firmie F-Secure

Często popełnianym błędem jest zostawianie domyślnych, standardowych ustawień, jak np. konto administratora, w posiadanych urządzeniach. Użytkownicy powinni przede wszystkim zadbać o silne hasło oraz o regularne instalowanie aktualizacji. W przypadku zainfekowania danego systemu należy natychmiast zresetować urządzenie, zmienić dane uwierzytelniające oraz skontaktować się z dostawcą usług. W każdym przypadku warto jednak najpierw zastanowić się, czy podłączanie danego sprzętu do Internetu jest w ogóle konieczne – radzi Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w firmie F-Secure.

[1] Ang. Internet of Things, IoT

[2] Źródło: raport F-Secure Labs IoT Threat Landscape: Old Hacks, New Devices, 2019.

[3] Źródło: https://www.mediapost.com/publications/article/302663/north-american-consumers-to-have-13-connected-devi.html

[4] Źródło: https://blog.f-secure.com/fbi-echoes-interpol-secure-iot-devices/

[5] Według raportu American Consumer Institute z 2018 roku: https://www.theamericanconsumer.org/wp-content/uploads/2018/09/FINAL-Wi-Fi-Router-Vulnerabilities.pdf

[6] Rodzaj złośliwego oprogramowania wykrywającego i zarażającego słabo zabezpieczone urządzenia z zakresu internetu rzeczy, a następnie przekształcającego je w botnety służące do przeprowadzania cyberataków.

[7]  https://www.wired.com/story/reaper-iot-botnet-infected-million-networks/

[8] Sieć udających łatwy cel serwerów, które stanowią przynętę dla hakerów i ułatwiają ekspertom analizę złośliwego kodu.

[9] Źródło: raport F-Secure Labs IoT Threat Landscape: Old Hacks, New Devices, 2019.

[10] Wykorzystywanie mocy obliczeniowej zainfekowanego komputera do wykopywania kryptowalut.

[11] Źródło: https://blog.f-secure.com/privacy-concerns-cooling-iot-adoption-us-europe/