Na chorobę Parkinsona cierpi w Polsce ok. 100 tys. osób. Dotyka ona całe rodziny

Choroba Parkinsona postępuje powoli, latami. Chory staje się w tym czasie coraz mniej samodzielny – trudnością jest dla niego spożywanie posiłków, ubieranie się czy pokonywanie krótkich dystansów. Ciężar opieki przenosi się na barki rodziny i najbliższych, którzy nierzadko muszą całkiem zrezygnować z pracy zawodowej. Polskie Towarzystwo Neurologiczne podkreśla, że od strony medycznej sytuacja pacjentów chorych na chorobę Parkinsona jest dobra, jednak brakuje skoordynowania opieki – dlatego postuluje utworzenie specjalnych ośrodków, które zajęłyby się kompleksową terapią i rehabilitacją

Choroba Parkinsona – nazywana inaczej drżączką poraźną – jest najczęstszym zaburzeniem neurodegeneracyjnym. W Polsce dotyka blisko 100 tys. osób, a jej zaawansowaną postać ma ok. 20 proc. pacjentów. Postęp choroby jest powolny i trwa latami, a u chorego dochodzi w tym czasie do obumierania komórek mózgowych produkujących dopaminę, jeden z neuroprzekaźników.

Choroba Parkinsona jest chorobą całego ciała i wszystkich mięśni. Kiedy staje się już zaawansowana, dochodzą również problemy psychiczne. Opiekunowie muszą czuwać nad chorym 24 godziny na dobę, ponieważ on cierpi nie tylko w dzień, lecz także jego sen często jest zaburzony. Chory ma też mnóstwo innych problemów, np. urologicznych bądź z jedzeniem, dlatego w zaawansowanej chorobie nie rozstaje się z opiekunem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Machajek z Fundacji Parkinsona.

Główne objawy choroby Parkinsona to chwiejny chód i spowolnienie ruchów, drżenie rąk, słabsza mimika twarzy i trudności z wyrażaniem emocji czy zaburzenia mowy – chory mówi cicho i monotonnie. Zmienia się również jego charakter pisma. Charakterystycznym symptomom często towarzyszą dodatkowe dolegliwości i objawy, takie jak zaburzenia depresyjne, wzrokowe i snu, apatia, problemy z oddawaniem moczu czy nadmierne ślinienie się. Choroba Parkinsona nie jest uleczalna i nie ma na nią jednego lekarstwa. Początkowe leczenie farmakologiczne daje chwilową poprawę, ale ten okres trwa krótko, od 3 do 5 lat, i jest nazywany „miodowym miesiącem”. Dopiero później, w zaawansowanym stadium, choroba pokazuje prawdziwe oblicze.

Parkinson dotyka całe rodziny, ponieważ to na barkach partnerów, dzieci i najbliższych spoczywa opieka nad chorym, który staje się coraz mniej samodzielny. Trudnością staje się dla niego spożywanie posiłków, samodzielne ubieranie się czy pokonywanie krótkich dystansów. Dlatego choroba uderza nie tylko w pacjenta, lecz także w pozostałych członków jego rodziny, którzy poświęcają mnóstwo czasu albo całkiem rezygnują z pracy zawodowej, żeby móc otoczyć go opieką.

– Rytm dnia wyznaczają pory brania leków, które powodują, że wiemy, kiedy chory może jeść, a kiedy nie powinien – mówi Wojciech Machajek.

Pierwsza i najważniejsza rzecz to nauczenie się przez opiekunów radzenia sobie z emocjami. One są tak trudne do przeżywania i zaakceptowania, że opiekunowie bardzo często się poddają. Pojawia się agresja, która ujawnia niemoc i bezsilność chorego, ale przyjmowania tej trudnej emocji można się nauczyć. Trzeba dać choremu prawo do tego, że może płakać, żalić się, mieć poczucie krzywdy – dodaje dr Krystyna Teresa Panas, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

Opieka nad pacjentem z chorobą Parkinsona wymaga dużo czasu i jeszcze więcej cierpliwości. Dlatego opiekun może poszukać pomocy, np. wśród nowych technologii, które ułatwiają komunikację, czy w grupach wsparcia. Powinien też znaleźć osobę, która zastąpi go w razie potrzeby. To ułatwi codzienne funkcjonowanie. Z drugiej strony ważne jest, żeby nie ubezwłasnowolniać podopiecznego i pozwolić mu wykonywać wszystkie czynności, którymi zajmował się przed chorobą, nawet jeżeli robi to niezdarnie. W parze z leczeniem objawów choroby Parkinsona powinna iść pomoc psychoterapeutyczna zarówno dla pacjenta, jak i jego opiekunów.

Często traktujemy chorego jak dziecko, które trzeba umyć, zadecydować za niego. Tymczasem to są dorośli ludzie, którzy funkcjonowali już w społeczeństwie i jest im bardzo trudno się w takiej sytuacji odnaleźć, zaakceptować, że ktoś ustawia im całe życie, które w dodatku nie wiadomo jak długo jeszcze potrwa – mówi dr Krystyna Teresa Panas.

W Polsce od dwóch lat dostępne są trzy nowoczesne terapie w leczeniu zaawansowanej postaci Parkinsona: DBS, głęboka stymulacja mózgu, lewodopa podawana dojelitowo oraz apomorfina w postaci wlewów podskórnych podawanych za pomocą pompy. Jak podkreślają eksperci, to duży krok naprzód.

W kwestii zaawansowanych terapii nie jest najgorzej, ale problemem jest organizacja tych świadczeń, rozproszenie ich na bardzo wiele różnych ośrodków, które niekoniecznie mają doświadczenie w tym leczeniu – mówi prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego – Wydajemy niepotrzebnie dużo pieniędzy, które można by skoncentrować w tzw. centrach referencyjnych, oferujących kompleksową i skoordynowaną opiekę. Obejmowałaby ona tradycyjną farmakoterapię, terapie zaawansowane, leczenie operacyjne i rehabilitację, która w Polsce jest zupełnie zaniedbana w chorobie Parkinsona.

Jak ocenia, w Polsce jest 10 do 15 ośrodków zdolnych do prowadzenia takiej zintegrowanej terapii pacjentów chorych na chorobę Parkinsona i to w nich powinny się koncentrować środki przeznaczone na leczenie. To istotne o tyle, że choroba ta wymaga współpracy i zaangażowania wielu specjalistów, w tym m.in. fizjoterapeutów, dietetyków, logopedów, psychologów i psychiatrów.

Przedstawiliśmy już taki zintegrowany program opieki nad pacjentem, który jest bardziej wydajny od strony ekonomicznej, czyli nie marnuje środków, a jednocześnie bardziej przyjazny pacjentowi, ponieważ w jednym miejscu skupia ofertę terapeutyczną na najwyższym poziomie, jaki możemy w tej chwili w Polsce zaoferować – mówi prof. Jarosław Sławek.

Połowa piętnastolatków zetknęła się z hejtem w sieci. Rusza kampania, która pomoże walczyć z tym zjawiskiem

0

Połowa piętnastolatków zetknęła się z hejtem w sieci. Rusza kampania, która pomoże walczyć z tym zjawiskiem 1

Hejt w internecie urasta do rangi potężnego problemu społecznego. Dotyka nawet dzieci i nastolatków – więcej niż co trzeci zetknął się już w sieci z mową nienawiści. Hejterzy i trolle są jednak w mniejszości, stanowią zaledwie 5–6 proc. internautów. Fundacja Orange rusza z kampanią, która ma pokazać, że są oni w mniejszości i da się z nimi walczyć. W ramach akcji pokazuje, jak reagować na hejt w sieci i emocjonalnie sobie z nim radzić. Symbolem kampanii HASHjestnaswiecej jest pomarańczowa sznurówka.

– Chyba każdy z nas spotykał się w sieci z falą negatywnych komentarzy i obraźliwych tekstów, często w ogóle niczym nieuzasadnionych. Niestety, ten problem dotyczy szczególnie młodego pokolenia. Z badań, które realizowaliśmy, wynika, że aż 1/3 polskich nastolatków doświadczyło hejtu – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Krupa, prezeska Fundacji Orange.

Z polskiej edycji badania EU Kids Online 2018 wynika, że w grupie wiekowej 15–16 lat aż 50 proc. młodzieży przynajmniej raz w ciągu ostatniego roku spotkało się w internecie z mową nienawiści lub poniżającymi treściami kierowanymi do innych internautów. Hejt wśród młodzieży jest problemem i może mieć poważne, realne skutki, ale stoi za nim stosunkowo niewielka grupa sprawców – zaledwie 5,1 proc. nastolatków. To oznacza, że hejterzy i trolle są w zdecydowanej mniejszości.

– Co ważne, internet sam w sobie nie jest źródłem hejtu – on jest przestrzenią publiczną, w której te negatywne treści występują. Hejt staje się poważnym problemem społecznym, bo rzutuje na psychikę dzieciaków, na ich poczucie własnej wartości. I dlatego wyraźnie chcemy powiedzieć temu zjawisku „stop” –podkreśla Ewa Krupa.

Hejt najczęściej przybiera formę wiadomości, ale może być też obraźliwą grafiką, filmem czy utworem muzycznym. Nie musi zawierać wulgaryzmów, żeby upokarzać czy wyśmiewać inną osobę. Zjawisko hejtu dotyka wszystkich, ale najmłodszym najtrudniej jest poradzić sobie z atakiem. Zwłaszcza że – jak wynika z badania EU Kids Online – 38 proc. nastolatków, którzy doświadczyli czegoś nieprzyjemnego w sieci, nie wskazało żadnej osoby, z którą by o tym rozmawiali. To oznacza, że wielu młodych ludzi nie ma wsparcia i musi samodzielnie radzić sobie z konsekwencjami szkodliwych zjawisk w internecie. Najpowszechniejszą reakcją jest zignorowanie problemu (56,7 proc.) i zamknięcie okna w przeglądarce lub aplikacji (61,8 proc.).

– Młodzi ludzie rzadko rozmawiają na ten temat z dorosłymi, nawet z własnymi rodzicami. Najczęściej poruszają go w rozmowie z rówieśnikami, ale to nie jest profesjonalna porada – mówi Ewa Krupa. – Przez ten brak reakcji budujemy taki obraz, że hejterzy są wszędzie. Dlatego ważne, żebyśmy jednak opowiedzieli się za tą pozytywną stroną internetu, żebyśmy reagowali, temu ma służyć kampania HASHjestnaswiecej.

Symbolem akcji jest pomarańczowa sznurówka – noszą ją już muzycy zespołu Afromental Tomson i Baron, którzy zostali ambasadorami kampanii HASHjestnaswiecej. Akcja ma podkreślić, że w internecie jest zdecydowanie więcej osób, które zachowują się w porządku, i warto, żeby aktywnie zabierały głos w sprawie hejtu. Każdy może stanąć w obronie atakowanych w sieci, używając hasztagu HASHjestnaswiecej.

– Każdy powinien zamanifestować swój sprzeciw wobec hejtu. Włączcie się do kampanii, róbcie zdjęcia w mediach społecznościowych z pomarańczową sznurówką. Pokażmy, że wszystkim nam zależy na lepszej przestrzeni do dyskusji i pozytywnym internecie nas samych – mówi Ewa Krupa.

Kampania jest adresowania nie tylko do internautów, lecz także do szkół. Na stronie www.jestnaswiecej.pl znajdują się praktyczne porady i informacje o tym, jak reagować na hejt. Przygotowano także scenariusz zajęć z młodzieżą. Placówka, która zgłosi chęć ich przeprowadzenia i wypełni formularz, otrzyma też pakiet sznurówek dla uczestników i plakat o akcji.

 Uruchomiliśmy stronę internetową, gdzie znajdują się różne materiały, które pomogą reagować w sytuacji zetknięcia się z hejtem i pokaż, jak wyrażać swoje emocje, jak zwrócić uwagę hejterowi i zaprzestać bezsensownej dyskusji z nim. Jest szereg materiałów dla rodziców i scenariusze zajęć dla nauczycieli, które pokazują, jak przeprowadzić rozmowy czy lekcje na ten temat – mówi prezeska Fundacji Orange.

Nauczyciele WF-u zyskują sprzymierzeńca. Media społecznościowe pomagają propagować sport wśród najmłodszych

0

Nauczyciele WF-u zyskują sprzymierzeńca. Media społecznościowe pomagają propagować sport wśród najmłodszych 2

Internet to dla współczesnych dzieci naturalne środowisko, dlatego znani sportowcy i youtuberzy chcą to wykorzystać do promowania aktywności fizycznej. W ramach programu Drużyna Energii nagrywają treningi i publikują je w mediach społecznościowych, a uczniowie muszą je powtórzyć, wykazując się kreatywnością i nagrywając z tego film. Druga edycja programu cieszy się rekordową popularnością. Uczestniczy w niej 200 szkół i kilkadziesiąt tysięcy uczniów z całej Polski, rywalizując o główną nagrodę i wyposażenie sal gimnastycznych. 

– Jest wiele sposobów, żeby skutecznie zachęcić dzieci do sportu. My wybraliśmy dotarcie do dzieciaków znanymi im kanałami komunikacji. Angażujemy się w pokazywanie ćwiczeń i zasad zdrowego żywienia poprzez tablety, telefony, aplikacje typu Instagram, Facebook czy TikTok. Widzimy, że to przynosi rezultaty – nie tylko po obecności uczniów na eventach, lecz także po tysiącach nadsyłanych co miesiąc filmów nagrywanych przez uczniów i ich nauczycieli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Leszczyński, dyrektor marketingu sportowego New Balance.

Drużyna Energii to ogólnopolski program sportowy, zainicjowany przez Grupę Energa i skierowany do uczniów klas VI–VIII szkoły podstawowej. Jest odpowiedzią na niepokojące statystyki, które pokazują, że polskie dzieci są mało aktywne, a co piąte cierpi na otyłość. W ramach programu uczniowie nagrywają filmiki, na których wykonują ćwiczenia zadane przez ambasadorów akcji – znanych sportowców i youtuberów. Za każde nagranie, w którym powtórzą trening mistrzów, szkoła otrzymuje punkty liczące się w walce o główną nagrodę.

Szkoła, która w danym miesiącu prześle najciekawsze nagranie, może liczyć na odwiedziny ambasadorów i wspólny trening. W marcu zwycięska okazała się Szkoła Podstawowa im. Marii Zientary-Malewskiej z Oddziałami Dwujęzycznymi w Dywitach w województwie warmińsko-mazurskim. Ewa Lewandowska, nauczyciel wychowania fizycznego w placówce, podkreśla, że nastawienie uczniów do aktywności fizycznej zmieniło się znacznie pod wpływem rywalizacji i uczestnictwa w Drużynie Energii.

– One nie wierzyły w siebie, w to, że mogą wygrać taki program. Tymczasem przystąpiliśmy do niego już w ubiegłym roku i tak naprawdę otarliśmy się o wygraną. W tym roku bardziej uwierzyli w swoje siły, są bardzo zaangażowani i zadowoleni, podobnie jak ich rodzice – mówi Ewa Lewandowska.

Szkoła z 11-tysięcznej miejscowości wykazała się kreatywnością i była jedną z tych, które nadesłały największą liczbę filmów z uczniami wykonującymi ćwiczenia od ambasadorów. Ogółem w pierwszym etapie akcji nauczyciele wraz ze swoimi podopiecznymi ze szkół w całej Polsce nagrali ich w sumie 6 968.

– To bardzo fajna inicjatywa na poziomie szkół podstawowych. Dzieci bardzo entuzjastycznie przyjęły propozycję uczestnictwa. W tym roku mamy cztery dyscypliny sportowe, cztery gry zespołowe, dzięki czemu poprzez zabawę możemy stworzyć fajną atmosferę na zajęciach – dodaje Krzysztof Sieradzki, nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Dywitach.

Dla uczniów z SP w Dywitach, którzy pokonali w rywalizacji 200 innych szkół uczestniczących w II edycji Drużyny Energii, nagrodą za zaangażowanie była aktywna zabawa i wspólny trening z Izabelą Bełcik, Markiem Citko, Bartoszem Ignacikiem, Krzysztofem Ignaczakiem i Rafałem Lipińskim. Atrakcją dla najmłodszych był pokaz freestyle football w wykonaniu Krzysztofa Golonki i konkurs, w którym dwudziestka reprezentantów szkoły zmierzyła się w zadaniach z zakresu piłki nożnej, siatkówki i koszykówki.

– Aktywność ruchowo-sportowa dzieciaków, które odwiedzamy i które uczestniczą w drugiej edycji Drużyny Energii, zmienia się bardzo. Wiemy już, że pierwsza edycja przyniosła bardzo duży sukces i staramy się, żeby ta była przynajmniej porównywalna. Wszystko zmierza w dobrym kierunku, jesteśmy w stanie połączyć aktywność sportową z szeroko rozumianą aktywnością internetową – mówi Bartosz Ignacik, dziennikarz sportowy.

Internet to dla dzisiejszych dzieci naturalne środowisko, dlatego ambasadorzy Drużyny Energii nagrywają treningi i publikują je w mediach społecznościowych. W ten sposób propagują sport za pośrednictwem kanału, z którego najchętniej korzystają dzieci i młodzież.

Aktualnie uczniowie mierzą się z drugim zestawem ćwiczeń od ambasadorów, a filmy można przesyłać do 31 marca. Natomiast w czerwcu zwycięzcy wszystkich etapów sportowej rywalizacji spotkają się na Wielkim Finale na stadionie Energa w Gdańsku, gdzie trzy najlepsze szkoły odbiorą czeki na wyposażenie sal gimnastycznych.

– Sport to rywalizacja i emocje, więc wykorzystujemy to w projekcie Drużyna Energii. Rywalizacja przebiega na kilku poziomach. Najpierw szkoły rywalizują o to, aby znaleźć się w wybranej setce, następnie o to, aby event miesiąca odbył się u nich i o udział w finale. Myślę, że rywalizacja napędza ten projekt i powoduje, że on się rozwija – mówi Robert Leszczyński.

Łącznie w akcji bierze udział kilkadziesiąt tysięcy uczniów. W pierwszej edycji programu zostało nadesłanych ponad 20 tys. filmów, a ambasadorzy Drużyny Energii przejechali w sumie 2,2 tys. kilometrów, odwiedzając szkoły w Olszynach, Żorach, Gdyni, Kętrzynie i Łęgu Probostwie.

Pogłębiające się globalne ocieplenie może spowodować miliony zgonów z powodu upałów czy groźne choroby tropikalne w Europie. To ostatni moment na odwrócenie zmian

Pogłębiające się globalne ocieplenie może spowodować miliony zgonów z powodu upałów czy groźne choroby tropikalne w Europie. To ostatni moment na odwrócenie zmian 3

Obecnie z powodu upałów w Europie co roku umiera niemal 3 tys. osób. Przy dalszym ocieplaniu klimatu i rosnących temperaturach pod koniec stulecia może to być już 150 tys. Klęski żywiołowe będą dotykać już 2/3 Europejczyków. Do 2100 roku poziom mórz może z kolei wzrosnąć aż o 90 cm, co w efekcie doprowadzi do zalania terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata. Tylko jeżeli włączymy hamulce emocjonalne, ekonomiczne i przyzwyczajeniowe, może się udać przyhamować zachodzące zmiany – oceniają klimatolodzy.

– Obawiam się, że obserwowane obecnie zmiany klimatu są nieodwracalne. Jeżeli patrzymy na nastawienie ludzi, a zwłaszcza polityków, do tego problemu, to wydaje się, że jest on traktowany zbyt lekką ręką. Chociażby wycofanie się prezydenta Trumpa z Porozumienia Paryskiego, które zakładało, że każdy kraj poczyni wysiłki, żeby zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych. Jeżeli tacy politycy będą się zdarzali także i w innych krajach, zwłaszcza tam, gdzie emisja tych gazów jest największa – Chiny, Rosja, Indie czy Europa Zachodnia, to niestety może być trudno te zmiany zahamować – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN.

Raport Intergovernmental Panel on Climate Change wskazuje, że przekroczenie granicy bezpiecznego wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie do 1,5°C do końca wieku grozi nieodwracalnymi zmianami i szkodliwymi konsekwencjami dla całego społeczeństwa. Opracowanie naukowców z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) potwierdza zaś, że obecna średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. W tym tempie do końca stulecia temperatura może być wyższa o 4°C. To zaś oznacza częstsze i bardziej intensywne susze w lecie, nawałnice, huragany czy trąby powietrzne.

WHO ocenia, że obecnie zmiany klimatu odpowiadają bezpośrednio za ponad 140 tys. zgonów rocznie, przede wszystkim w Afryce i Południowo-Wschodniej Azji. Do 2030 roku liczba ta ma wzrosnąć do 250 tys. (dane z raportu „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie” Koalicji Klimatycznej i Heal Polska).

– Jest mało realne, żeby natura wróciła do stanu sprzed tzw. rewolucji przemysłowej, czyli końcówki XIX wieku. To, co już się wydarzyło, to, co człowiek dołożył do atmosfery, i zmiany, które są wynikiem naszej działalności, są zbyt silne – wskazuje prof. Krzysztof Błażejczyk.

Z danych IPCC wynika, że wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C spowoduje, że średni poziom mórz do 2100 roku podniesie się o 90 cm, co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata. Przestaną istnieć wyspy na Oceanie Spokojnym, miliony ludzi będą musiały zmienić miejsce zamieszkania.

Przykładem tego, jakie straty może nieść ze sobą dalsze podwyższanie się lustra mórz, może być huragan, który w 2012 roku przeszedł nad wybrzeżem USA. Po przejściu huraganu Sandy straty oszacowano na 70 mld dol. Tym samym katastrofa była jedną z dziesięciu najbardziej kosztownych we współczesnej historii. Straty byłyby zdecydowanie niższe, gdyby nie wyższy poziom wody – u wybrzeży Nowego Jorku to ok. 30 cm wyżej niż w 1900 roku, a przybór sztormowy osiąga ponad 1 m wyżej niż w czasach przedindustrialnych.

– Jeżeli jednak włączymy hamulce emocjonalne, ekonomiczne i takie przyzwyczajeniowe, to może się udać przyhamować te zmiany. A czy je się uda odwrócić, tu musimy chyba jeszcze poczekać ze 20 lat, żeby się tego dowiedzieć. Jak już je przyhamujemy, to jest szansa na to, że wrócimy do tego stanu, może nie pierwotnego, ale jakiegoś takiego rozsądnego, który miał miejsce jeszcze 30–50 lat temu – przekonuje ekspert.

Czarnego scenariusza można uniknąć, ale potrzebne są natychmiastowe działania. Aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa, IPCC podaje, że do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, natomiast do 2050 roku musimy całkowicie zrezygnować ze spalania węgla na rzecz odnawialnych źródeł energii.

– Optymistyczne scenariusze zakładają, że po roku 2050–2060 następuje przyhamowanie tego wzrostu, a niektóre, te najbardziej optymistyczne, że pod koniec tego wieku nastąpi lekkie złagodzenie, a nawet obniżenie temperatury. Nie w stosunku do tego, co mamy w tej chwili, ale w stosunku do tego półwiecza, które jest jeszcze przed nami. Natomiast ten środek powinien być jeszcze cieplejszy i z tymi wszystkimi negatywnymi konsekwencjami klimatyczno-pogodowymi – przewiduje prof. Krzysztof Błażejczyk.

Popularni blogerzy i vlogerzy są dla marek coraz lepszą formą reklamy. Ponad połowa internautów kupuje produkt pod ich wpływem

Popularni blogerzy i vlogerzy są dla marek coraz lepszą formą reklamy. Ponad połowa internautów kupuje produkt pod ich wpływem 4

Blisko połowa internautów w Polsce ma zainstalowane aplikacje blokujące reklamy, które skutecznie ograniczają widoczność marek. W takiej sytuacji niezastąpieni stają się influencerzy. Pozwalają skuteczniej, a przede wszystkim w sposób atrakcyjny i bardziej autentyczny trafiać z komunikacją marketingową do odbiorców, szczególnie tych młodych – przekonuje Konrad Traczyk, prezes Hash.fm. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań i narzędzi, które ułatwiają współpracę blogerów i vlogerów z markami. Jednym z nich jest sklep przeznaczony tylko dla influencerów – Fameshop.

– Zainteresowanie influencer marketingiem przez reklamodawców wynika z tego, że spada efektywność tradycyjnych formatów reklamy, nie tylko telewizji czy prasy, lecz także tej teoretycznie nowoczesnej reklamy internetowej. Influencerzy, twórcy internetowi mocno zyskują na popularności w ostatnich latach, co jest powiązane też z szybkim rozwojem platform social mediowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Traczyk, prezes Hash.fm.

Raport agencji mediowej Starcom wskazuje, że wartość rynku reklamowego w Polsce w 2018 roku wyniosła 9,5 mld zł. Najszybciej, bo o ponad 13 proc., wzrosły wydatki na reklamę internetową. Ta jednak jest coraz mniej skuteczna. Z raportu „Zjawisko blokowania reklam” IAB Polska wynika, że 42 proc. internautów korzysta z adblocków. Oznacza to, że 8,8 mln polskich internautów blokuje reklamy na odwiedzanych stronach. W latach 2012–2017 liczba użytkowników adblocków wzrosła o 192 proc. Na tym zyskują influencerzy. W Stanach Zjednoczonych influencer marketing wykorzystuje już 65 proc. marek. W Polsce do tej formy promocji przekonuje się coraz więcej firm.

 Influencer marketing jest jednym z najszybciej rosnących kanałów marketingowych, jeżeli chodzi o wydatki, więc zainteresowanie tego typu usługami jest coraz większe. Bardzo szybko rośnie i nie wygląda na to, żeby w następnych latach miało się zmniejszyć – ocenia Konrad Traczyk.

Z raportu Whitepress „Influencer marketing – praktycznie” wynika, że ponad połowa (53 proc.) odbiorców blogów i vlogów kupiła produkt pod wpływem influencerów. Blisko dwie trzecie (60 proc.) stałych odbiorców dzięki nim robi świadome zakupy, a dla 72 proc. internautów to właśnie blogerzy i vlogerzy są pierwszym źródłem informacji o produktach, a ich opinia jest ważniejsza niż zdanie rodziny i znajomych.

Na rynku przybywa rozwiązań, które łączą marki z influencerami. Jednym z nich jest Fameshop, czyli pierwszy sklep wyłącznie dla influencerów.

 Twórcy internetowi, influencerzy, instagramerzy mogą zamawiać produkty w zamian za publikację w swoich social mediach. Od strony biznesowej jest to platforma łącząca reklamodawców z twórcami internetowymi, natomiast pozycjonowana jest jako sklep dla influencerów i dokładnie w ten sam sposób działa. Czyli mamy witrynę Fameshop.fm, która wygląda i działa jak sklep z taką różnicą, że nie płaci się złotówkami, a swoją sławą, zasięgiem, zaangażowaniem wygenerowanym w social mediach – tłumaczy prezes Hash.fm.

Zgodnie z założeniem twórcy internetowi mogą się zgłaszać po wystawione w sklepie produkty i otrzymać je bezpłatnie w zamian za publikacje w kanałach społecznościowych. Influencerzy sami decydują, jaki produkt będzie odpowiedni dla ich kanału, ale zanim otrzymają produkt, zespół Fameshop weryfikuje jakość contentu, liczbę obserwujących, współczynnik zaangażowania czy strukturę i demografię zgromadzonej społeczności.

 Mamy dowody na to, że działania w kanale influencer marketing radykalnie zwiększają pozytywne postrzeganie produktów i marek, szczególnie w młodych grupach docelowych. Tu nie ma alternatywy. Jeżeli marka chce być przez młodych ludzi postrzegana jako atrakcyjna, to w zasadzie tylko przez influencer marketing może to osiągnąć. Natomiast też mamy dowody na to, że konkretne działania z konkretnymi twórcami internetowymi potrafią przekładać się na bezpośrednio sprzedaż mierzoną w wydatkach, np. w sklepach online – przekonuje Traczyk.

Z danych z połowy lutego wynika, że kampanie z wykorzystaniem Fameshopu zrealizowały największe marki, m.in. L’Oréal, Home&You czy Ochnik. Łącznie to ponad 50 różnych akcji, które wygenerowały ponad 1,4 tys. publikacji o produktach.

– Jako Hash.fm już od wielu lat prowadzimy agencję influencer marketingu wyspecjalizowaną w prowadzeniu kampanii szytych na miarę z twórcami internetowymi. Doświadczenia, które zebraliśmy przez te wszystkie lata, pozwalają nam myśleć o tego typu progresywnych produktach, które naszym zdaniem podnoszą poprzeczkę o poziom wyżej, ale także przyspieszają rozwój tego rynku – zarówno od strony influencerów, jak i marketerów – ocenia Konrad Traczyk.

Coraz chętniej dzielimy się danymi osobowymi. Dzięki analizie big data przez sztuczną inteligencję można usprawnić transport publiczny i zmniejszyć kolejki do lekarzy

Coraz chętniej dzielimy się danymi osobowymi. Dzięki analizie big data przez sztuczną inteligencję można usprawnić transport publiczny i zmniejszyć kolejki do lekarzy 5

W dobie powszechnego dostępu do urządzeń mobilnych oraz rozwoju branży sztucznej inteligencji umiejętność właściwego wykorzystania rozwiązań z zakresu big data stanowi kluczowe wyzwanie dla firm oraz start-upów. Dzięki narzędziom do analizy dużych zasobów informacji można stworzyć innowacyjne rozwiązania technologiczne wykorzystujące algorytmy uczenia maszynowego. Analiza big data pozwoli usprawnić funkcjonowanie inteligentnych miast, rozwinąć usługi działające w ramach internetu rzeczy i dostosować funkcjonowanie aplikacji oraz serwisów do indywidualnych potrzeb klienta.

– Dane są paliwem, które napędza wiele branż i aplikacji, szczególnie związanych ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. Wydaje się, że dystrybucja danych i dostęp do nich są w stanie napędzić wiele zastosowań sztucznej inteligencji, które na chwilę obecną nie są możliwe ze względu na to, że dane nie są dostępne w publicznej domenie ani też nie są dostępne dla wszystkich zainteresowanych nimi firm oraz organizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Tomasz Trzciński, dyrektor naukowy w firmie Tooploox.

Coraz chętniej udostępniamy swoje dane podmiotom zewnętrznym. Z badań przeprowadzonych na początku roku przez Center for Data Innovation wynika, że aż 58 proc. Amerykanów jest skłonnych podzielić się danymi biometrycznymi, medycznymi czy informacjami o swojej lokalizacji, aby korzystać z aplikacji oraz serwisów internetowych. Z badań Experian, przeprowadzonych na skalę globalną wynika z kolei, że aż 70 proc. konsumentów dóbr cyfrowych jest skłonnych udostępniać firmom technologicznym więcej danych niż dotychczas, jeśli dzięki temu zyskają większe bezpieczeństwo lub zwiększy się ich wygoda korzystania z konkretnej usługi.

W analizie big data tkwi ogromny potencjał. Technologia ta pozwala wykorzystać spersonalizowane informacje na temat użytkowników do zoptymalizowania działania aplikacji oraz usług.

– Dane osobiste, takie jak dane medyczne, dane dotyczące naszego korzystania z transportu publicznego czy infrastruktury telekomunikacyjnej, mogą być wykorzystywane np. do przyspieszenia obsługi pacjentów w placówkach medycznych albo do ulepszenia warunków transportu w metrze czy w tramwajach w oparciu o informacje o lokalizacji pasażerów – mówi dr Tomasz Trzciński.

Samo pozyskanie informacji to nie wszystko. Po wycieku prywatnych danych użytkowników Facebooka w aferze Cambridge Analytica coraz głośniej mówi się o konieczności etycznego i bezpiecznego przetwarzania wrażliwych informacji. Brytyjska agencja National Cyber Security Centre stworzyła specjalne narzędzie, które ma ułatwić komunikację pomiędzy szefami firm a zespołami wsparcia technicznego. Board Toolkit wprowadzi osoby zarządzające do tematyki cyberbezpieczeństwa i pozwoli tak zaplanować rozwój usług cyfrowych, aby działały z poszanowaniem prywatności klientów.

Tematyką bezpieczeństwa w zakresie przetwarzania dużych zasobów informacji zajmuje się również firma Tooploox. Opracowała m.in. metodę anonimizacji danych biometrycznych wykorzystywanych w systemie rozpoznawania twarzy. Metoda ta zabezpieczy informacje o charakterze wrażliwym, umożliwiając jednocześnie wykorzystanie ich np.w  systemach autoryzacji użytkownika.

– Firmy boją się już wykorzystywać dane osobowe bez poinformowania o tym użytkownika. Wydaje się, że coraz więcej dba się o to, żeby dane były odpowiednio chronione i żeby użytkownicy w swoim dzieleniu się nimi skupiali się głównie na polepszaniu standardu życia, a nie dzieleniu się informacjami np. o tym, jaką kto ma preferencję związaną z wyborem perfum czy jak długo będziemy żyli. To są dane bardzo istotne z indywidualnej perspektywy i je staramy się zabezpieczać – tłumaczy ekspert.

Mimo że przetwarzanie big data wymaga skrupulatnego zabezpieczenia oprogramowania, firmy, nie tylko z branży technologicznej, coraz częściej sięgają po rozwiązania bazujące na algorytmach uczenia maszynowego. Żabka zorganizowała konkurs „Ogarnij Big Data”, który ma zachęcić studentów specjalizujących się w uczeniu maszynowym oraz sztucznej inteligencji do opracowania rozwiązań wykorzystujących analizę dużych zasobów danych. Celem jest stworzenie projektów, które pomogą usprawnić działanie firmy lub wykorzystają dane do poprawy funkcjonowania miasta.

Potencjał technologii doceniła także chińska firma e-commerce JD.com, która powołała do życia markę JD iCity. Jej celem jest promowanie rozwiązań z zakresu inteligentnego miasta, które wykorzystują sztuczną inteligencję oraz analizę big data. Użytkownicy JD.com w zamian za udostępnienie danych do analizy zostaną wynagrodzeni punktami Kredytu Socjalnego, a pozyskane informacje posłużą do usprawnienia działania usług miejskich.

– Świat bez danych i bez dostępu do nich rozwijałby się wolniej. Tak naprawdę jesteśmy beneficjentami danych. Jest wiele jeszcze sektorów, które tego typu dostępu do danych nie mają. Sektor związany z produkcją czy przemysłowy nie dzielą się danymi tak często jak firmy informatyczne. I być może dlatego wyzwania, które stoją przed tym sektorem, są wciąż tak nieosiągalne – twierdzi dr Tomasz Trzciński.

Według SNS Telecom & IT globalna wartość branży big data w 2018 roku wynosiła 65 mld dol. Szacuje się, że do 2022 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie na poziomie 14 proc.

Jak samochody autonomiczne zmienią nasze miasta?

Samochody autonomiczne mogą całkowicie zmienić sposób przemieszczania się po miastach. Nie jest to odległa perspektywa – badanie przeprowadzone na zlecenie Renault Polska przez Kantar TNS wykazało, że większość mieszkańców polskich miast uważa, iż takie pojazdy wyjadą na ulice już w ciągu najbliższych 10-15 lat lub wcześniej*. Pojawienie się takich samochodów może mieć znaczenie szczególnie dla osób, które nie potrafią prowadzić samochodu, np. młodzieży czy osób starszych, ale także może przyczynić się do zmniejszenia liczby potrzebnych miejsc parkingowych.

Aż 58% mieszkańców polskich miast przewiduje, że samochody autonomiczne pojawią się na ulicach w ciągu najbliższych 10-15 lat lub wcześniej – w tym według 11% stanie się to już w ciągu 5 lat. Samochody autonomiczne są ważnym elementem w procesie tworzenia transportu przyszłości i mogą stanowić odpowiedź na wiele problemów w dziedzinie mobilności, z którymi obecnie borykają się miasta.

Łatwiejsza mobilność dla wielu grup społecznych

Wśród największych zalet pojazdów autonomicznych połowa badanych wskazuje większą mobilność osób, które nie potrafią prowadzić samochodu, np. młodzieży i osób starszych. Auta bez kierowcy mogą odebrać te osoby z dogodnego miejsca, bez konieczności pokonywania drogi na przystanek, co może być uciążliwe zwłaszcza w przypadku seniorów czy osób z niepełnosprawnością. Mobilność na żądanie może pomóc takim osobom zachować niezależność i swobodnie przemieszczać się po miejscu zamieszkania. To ważne w obliczu przewidywań Eurostatu, które wskazują, że w 2060 r. co trzecia osoba w Polsce będzie w wieku senioralnym (65+).

Jednocześnie rozwój samochodów autonomicznych może ułatwić podróżowanie po mieście młodzieży, która nie posiada prawa jazdy i własnego samochodu, a także rodzicom z małymi dziećmi. Komunikacja miejska nie zawsze sprawdza się w przypadku przejazdu z dzieckiem w wózku ze względu na bariery architektoniczne oraz tabor, który nie wszędzie jest dostosowany do potrzeb takich osób, np. do wielu autobusów czy tramwajów można dostać się jedynie po schodach. Pojazdy autonomiczne takie jak Renault EZ-GO będą oferować łatwy dostęp do transportu dla wszystkich użytkowników.

Czy miejsca parkingowe staną się zbędne?

Drugą w kolejności zaletą pojazdów autonomicznych wybraną przez ankietowanych jest redukcja miejsc parkingowych (21% odpowiedzi). Auta krążące w poszukiwaniu miejsca parkingowego odpowiadają obecnie za znaczącą część emisji zanieczyszczeń, przyczyniają się również do zwiększenia natężenia ruchu drogowego. Jeśli samochód autonomiczny po dotarciu do celu sam wróci do garażu właściciela albo, jak w przypadku pojazdów współdzielonych, pojedzie odebrać kolejną osobę, nie będzie on potrzebować miejsca parkingowego w centrum miasta – dłuższy postój będzie mógł się odbywać w innej przestrzeni, np. garażu podziemnym na przedmieściach. Oprócz tego upowszechnienie mobilności współdzielonej może sprawić, że wiele osób zrezygnuje z jazdy własnym samochodem właśnie na rzecz samochodów autonomicznych.

Ułatwienie dla kierowców

Samochody autonomiczne mają jeszcze inną zaletę: gdy zniknie konieczność prowadzenia auta, kierowcy zyskają dodatkowy czas dla siebie. W badaniu opinii 8% mieszkańców miast wskazało, że takie pojazdy zapewnią możliwość odpoczynku albo przeciwnie – pracy podczas podróży (2% odpowiedzi). Bardziej efektywne wykorzystanie czasu będzie jednocześnie oznaczać poprawę jakości życia użytkowników autonomicznych samochodów.

Bez stresu, cicho i ekologicznie

Mobilność autonomiczna może również sprawić, że użytkownicy aut staną się… zdrowsi i spokojniejsi. Prowadzenie auta w zatłoczonym mieście może być źródłem stresu. Tymczasem w przypadku samochodów autonomicznych o wszystko zatroszczy się sam pojazd. Jednocześnie dzięki temu, że jedno auto będzie mogło być użytkowane przez wiele osób, możliwa będzie redukcja korków w miastach.

Dodatkową zaletą elektrycznych pojazdów autonomicznych jest brak emisji spalin i hałasu, bez ograniczenia swobody przemieszczania się. To bardzo ważne zarówno dla zdrowia i jakości życia mieszkańców miast, jak i dla środowiska naturalnego.

Transport dla każdego

Obecnie korzystanie z samochodu wiąże się z kosztami takimi jak zakup samochodu, eksploatacja, opłaty za ubezpieczenie czy przeglądy. Inaczej jest w przypadku usług jak carpooling czy carsharing. Dzięki oszczędności energii i współdzieleniu kosztów eksploatacji wygodna mobilność w miastach będzie dostępna dla wszystkich.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W ostatnim tygodniu marca rynki będą zmagać się z dylematem, czy pasywność głównych banków centralnych (w tym Fed) to wystarczający argument rajd ryzykownych aktywów, czy jednak konieczne jest potwierdzenie odbicia w danych aktywności gospodarczej? W poszukiwaniu odpowiedzi pomocne będą niemiecki Ifo, indeks zaufania konsumentów USA oraz PKB z Wielkiej Brytanii i Kanady. Poza tym sentyment kształtować będą nowe doniesienia w sprawie brexitu i negocjacji handlowych USA-Chiny.

Przyszły tydzień: indeks nastrojów konsumentów, rynek budowlany z USA, Ifo z Niemiec, HICP z Eurolandu, brexit, RBNZ, PKB z Kanady

USA

W USA w danych będzie poszukiwanie potwierdzenia dla gołębiego zwrotu Fed. Jeśli takie się nie pojawi, a na horyzoncie nie ma zagrożenia podwyżek stóp procentowych, tworzą się idealne warunki dla podtrzymania hossy na rynku akcji. Sentyment wśród konsumentów (wt) będzie kluczowy, ale ważne też, czy rynek budownictwa mieszkaniowego (wt) będzie w stanie wskazać na odbicie po ostatnich miesiącach. Dane o bilansie handlowym (śr) mają większe znacznie polityczne, jeśli pokażą wzrost importu z Chin i wówczas mogą podgrzać atmosferę wokół kolejnej rundy rozmów handlowych, która będzie miała miejsce w przyszłym tygodniu. Wreszcie PCE Core (pt) będzie uzupełniającą informacją o trendach inflacyjnych. Paradoksalnie dla samego USD większa korzyść może być w gorszych danych, biorąc pod uwagę jego status bezpiecznej przystani i blokadę w postaci biernej postawy Fed.

Strefa euro

W strefie euro interesujące będzie, czy niemiecki indeks Ifo (pon) pokaże takie samo załamanie nastrojów wśród przedsiębiorstw, jak wynika z badania PMI? W lutym indeks znalazł się najniżej do trzech lat, więc dalszy spadek będzie oddziaływał na wyobraźnie inwestorów i sentyment nie tylko wobec EUR. W drugiej części tygodnia otrzymamy szersze badanie nastrojów dla całego Eurolandu (czw) oraz szybki szacunek inflacji HICP (pt). Wyższe ceny ropy będą głównym motorem przyspieszenia inflacji do 1,6 proc. r/r z 1,5 proc. Silniejsza dynamika cen mogłaby oznaczać przenikanie presji płacowej, ale przy spowolniającej gospodarce efekt ten wydaje się mało realny.

Wielka Brytania

W przypadku funta niewiele się zmieniło. Wciąż nie wiemy, kiedy dojdzie do brexitu i jaką przyjmie on formę. W następnym tygodniu ma odbyć się trzecie głosowanie nad planem May i jego odrzucenie przywróci wizję bezumownego brexitu – tym razem po 12 kwietnia. Rynek funta jest pobojowiskiem bez zwycięzców, gdzie trudno jest utrzymać pozycję. Rozsądek podpowiada, że najczarniejszy scenariusz nikomu nie jest na rękę, ale polityka rządzi się innymi prawami. Dane o PKB (pt) schodzą na dalszy plan.

Polska

Nie oczekujemy istotnych impulsów dla złotego ze strony krajowych danych. Stopa bezrobocia (pon) prawdopodobnie potwierdzi stabilizację na 6,1 proc., podczas gdy wyższe ceny energii pozwolą na przyspieszenie inflacji CPI do 1,5 proc. r/r (pt). Złoty pozostaje zakładnikiem czynników zewnętrznych i ostatnie złe informacje z Eurolandu (PMI) budują nerwowość wokół sytuacji w krajach ościennych, w tym w Polsce. Trzymamy się zdania, że EUR/PLN na 4,30 jest sprawiedliwie wyceniony.

Japonia

Z Japonii otrzymamy dane o inflacji CPI, produkcję przemysłową i stopę bezrobocia, ale implikacje dla polityki monetarnej będą znikome. Obecnie o normalizacji nie może być mowy, ale też trudno wskazać pole, gdzie Bank Japonii mógłby rozszerzyć ekspansję monetarną. Jen pozostanie funkcją nastawienia inwestorów do ryzyka, ale przy powrocie przeceny na rynek akcji i silnym obniżeniu rentowności długu USA, USD/JPY wchodzi w trajektorią spadkową.

Australia i Nowa Zelandia

Na Antypodach cała uwaga będzie na Nowej Zelandii. RBNZ (śr) powinien utrzymać główną stopę OCR na 1,75 proc., ale wydźwięk komunikatu może być gołębi, biorąc pod uwagę zmiany w globalnej gospodarce. Wzrost PKB jest stabilny, ale 0,6 proc. k/k w IV kw. był poniżej prognoz banku centralnego (0,8 proc.). W ostatnim czasie NZD trzymał się mocno i złagodzenie stanowiska RBNZ może wypłoszyć inwestorów z długich pozycji. W Australii mamy spokojny tydzień bez ważnych informacji, ale AUD będzie wrażliwy na wahania sentymentu. Im większe obawy o globalne ożywienie, tym większe przekonanie rynku o obniżkach stopy procentowej RBA z negatywnymi implikacjami dla Aussie.

Kanada

W Kanadzie mamy bilans handlu zagranicznego (śr) i PKB za styczeń (pt). Słaby odczyt styczniowej sprzedaży detalicznej podnosi ryzyko po stronie negatywnego zaskoczenia w danych o wzroście gospodarczym, podkreślając problemy gospodarki na początku roku i uzasadniając złagodzenie nastawienia BoC. Dopóki w danych nie zobaczymy poprawy, plan dalszego zacieśniania polityki musi zostać odstawiony na bok, a przy nerwowym otoczeniu inwestorom może być łatwiej ciągnąć USD/CAD wyżej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Prezydencka pomoc dla frankowiczów. O co chodzi tym razem?

Fundusz wsparcia kredytobiorców może kosztować banki 2-3 mld zł rocznie. Koszty te znowu pokryją przede wszystkim posiadacze lokat. Tak było po wprowadzeniu podatku bankowego.

Parlament pracuje nad prezydenckim projektem nowelizacji ustawy o wsparciu kredytobiorców. Chodzi o mechanizm, dzięki któremu osoby, które popadły w finansowe kłopoty, mogą liczyć na pomoc w spłacie rat kredytów. Nowelizacja zakłada łatwiejszy dostęp do systemu wsparcia oraz znacznie hojniejsze wypłaty (szczegóły poniżej). Mało tego, pieniądze wpłacane przez banki mają być wykorzystywane do konwersji kredytów walutowych na złotowe.

O co chodzi? Jeśli na przykład ktoś ma do spłacenia równowartość 400 tysięcy złotych, ale we franku szwajcarskim, to bank może zmienić ten dług na 300 czy 350 tysięcy złotych kredytu w rodzimej walucie. Umorzoną część bank ma dostać z powrotem z funduszu, na który wcześniej się złożył. Mechanizm ten ma doprowadzić do szybszego pozbycia się walutowych kredytów mieszkaniowych z systemu bankowego.

– Na banki może zostać nałożona dodatkowa danina, tak jak trzy lata temu było to z podatkiem bankowym, a efekt nowych regulacji może być podobny: w 2016 roku bezpośrednio po wprowadzeniu nowej daniny banki wyraźnie obniżyły oprocentowanie lokat – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance.

Dlaczego to deponenci dostali po kieszeni, a nie posiadacze kredytów, skoro podatek naliczany jest od aktywów banku, czyli między innymi kredytów? Powód jest prosty, banki nie mogły zmienić marż milionów kredytów już udzielonych. Musiały poszukać pieniędzy na podatek gdzieś indziej. Mogły podrożeć nowo udzielane kredyty, ale tych w całej masie już spłacanych długów było relatywnie mało, a więc i efekt był skromny. Można też było podnieść opłaty i prowizje bankowe, ale też – co okazało się najprostszym rozwiązaniem – obniżyć oprocentowanie lokat.

– Jeśli oprocentowanie lokat spadnie, to znowu miliardy trzymane przez Polaków w bankach zaczną stopniowo z rachunków odpływać – przewiduje Bartosz Turek. – Jedni pieniądze po prostu wydadzą, stymulując konsumpcję, a więc i dynamikę wzrostu PKB. Inni zaczną gorączkowo szukać solidniejszych zysków niż 10-12 zł odsetek z rocznej lokaty założonej na tysiąc złotych. Kierunki są w miarę łatwe do przewidzenia. Jeszcze więcej osób kupi obligacje skarbowe, mieszkania na wynajem, jednostki mniej ryzykownych funduszy inwestycyjnych czy złoto.

Dla przypomnienia, propozycja prezydenckiej ustawy oznacza dla kredytobiorców zmianę ryzyka walutowego i ryzyka szwajcarskiej stopy procentowej na ryzyko rodzimej stopy procentowej.

Kto wydaje więcej niż zarabia – Rumunia

Jak ze stabilnej gospodarki zrobić kraj chorobliwie uzależniony od importu, zmagający się ze zbyt szybko rosnącymi cenami i z zagrożonym inwestycyjnym ratingiem? Wystarczy skopiować bieżące działania rumuńskiego rządu, który osaczony przez niezadowolone społeczeństwo postanowił zamknąć usta obywatelom, fundując im każdego roku olbrzymie wzrosty wynagrodzeń niezależnie od możliwości finansowych państwa – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W drugiej połowie 2015 r. Rumunię zmieniły dwa wydarzenia. Pierwszym z nich było postawienie w stan oskarżenia byłego premiera Victora Ponty, pochodzącego z obozu socjaldemokratycznego (PSD). Drugim zaś rozległy pożar w jednym z bukaresztańskich klubów, który pochłonął ponad 60 ofiar.

Oba przypadki łączyły kwestie korupcyjne i oba przyczyniły się też do masowych protestów społecznych, które trwają praktycznie do dziś. Te protesty nie zmieniły jednak znacznie składu parlamentu. Po wyborach w 2016 r. nadal na szczeblu centralnym rządzi socjaldemokratyczna PSD, skonfliktowana z centroprawicowym prezydentem, a nawet Komisją Europejską, mimo że Rumunia obecnie przewodniczy przecież w UE. Jak jednak udało się utrzymać władzę PSD, która nie tylko straciła w 2015 r. premiera, ale również jej obecny jej lider nie może zajmować rządowych stanowisk ze względu na korupcyjne wyroki?

Deszcz gotówki

W latach 2016-2018 pensje w rumuńskim sektorze publicznym rosły w tempie przekraczającym 20 proc. każdego roku – według danych rumuńskiego banku centralnego. Przy niskim bezrobociu popchnęło to w górę również wynagrodzenia w sektorze prywatnym o kilkanaście proc. rocznie.

Jeszcze w styczniu 2015 r. przeciętne wynagrodzenie netto wyniosło w Rumunii 1740 lei, czyli po kursie sprzed czterech lat ok. 1635 zł na rękę. W pierwszym miesiącu 2019 r. przeciętne wynagrodzenie rumuńskiego pracownika wyniosło 2936 lei (2640 zł netto). Poza wzrostem wynagrodzeń obniżono również VAT – podstawowa stawka spadła z 24 do 19 proc., co znacznie zmniejszyło przychody państwa.

Dodatkowo władze były również hojne dla emerytów. Według danych MFW wydatki na świadczenia emerytalne wzrosły z 51 mld lei do 68 mld przez cztery lata, czyli o ponad 30 proc. Inne świadczenia społeczne od państwa wzrosły o ponad połowę – z 24 do 38 mld lei.

Silne wzrosty wynagrodzeń, poprzez konsumpcję doprowadziły do olbrzymiego wzrostu PKB – o 7,0 proc. w 2017 r. W tym roku wysoka również była inflacja – 4,0 proc. Ale to nie wzrost cen jest największym zagrożeniem dla Rumunii. Przy otwartych granicach popyt konsumentów został zaspokojony przez import, drastycznie pogarszając saldo wymiany handlowej i bilans rachunku bieżącego.

Import zaspokaja potrzeby

Dane MFW pokazują, że od 2007 r. do 2015 r. wydajność rumuńskiej gospodarki rosła mniej więcej zgodnie z wynagrodzeniami. Jednak już na początku 2018 r. wynagrodzenia były o ok. 20 proc. zawyżone w porównaniu do możliwości produkcyjnych gospodarki. Teraz prawdopodobnie trzeba do tego dołożyć kolejne 10 pkt proc., biorą pod uwagę dane banku centralnego dotyczące jednostkowych kosztów pracy za trzy pierwsze kwartały 2018 r.

W rezultacie wynagrodzenia Rumunów mogą być nawet o 30 proc wyższe, niż wynika to z ich ogólnej wydajności pracy. Ponieważ gospodarka nie jest w stanie wypełnić potrzeb konsumpcyjnych czy inwestycyjnych, kraj posiłkuje się importem.

Pod koniec 2014 r. deficyt w wymianie towarowej Rumunii ze światem był umiarkowany i wynosił ok. 6 mld euro, a saldo obrotów bieżących dzięki pozytywnemu wkładowi usług było w pierwszym kwartale 2015 r. nawet dodatnie (0,24 proc. PKB). Teraz deficyt wymiany towarowej wyliczany jako suma ostatnich 12 miesięcy sięgnął w styczniu 2019 r. 15,5 mld euro, czyli prawie 8 proc. PKB. Pokazuje to olbrzymią nierównowagę zewnętrzną kraju, która jest przede wszystkim rezultatem wzrostu wynagrodzeń i mało produktywnej konsumpcji.

Zakupowa bonanza dobiega końca

Oparte wyłącznie na zbyt mocno stymulowanej konsumpcji perspektywy wzrostu gospodarczego nie mogą być trwałe. Poza silnym wzrostem deficytu w obrotach towarowych kraj ma coraz większe problemy ze zbilansowaniem budżetu.

S&P Global Ratings ocenia, że deficyt sektora finansów publicznych będzie w każdym z najbliższych czterech lat przekraczał 3 proc. PKB, czyli kraj wejdzie w procedurę nadmiernego deficytu. Jeszcze bardziej pesymistyczna była Komisja Europejska w listopadzie, oceniając, że dziura w budżecie sięgnie 4,6 proc PKB w 2020 r.

Rząd ratuje się obecnie wprowadzeniem dodatkowych podatków (od hazardu, akcyzy) czy liczy na wyższą dywidendę od spółek skarbu państwa. Z drugiej strony władze Rumunii musiały się wycofać z absurdalnie skonstruowanego podatku bankowego, który miał być zależny od rynkowych stóp procentowych. S&P, uwzględniając tę decyzję, cofnął negatywną perspektywę ratingu dla Rumunii. Wiarygodność kredytowa dla tego kraju jest obecnie na najniższym poziomie inwestycyjnym, czyli BBB-.

Niezależnie jednak już od bieżących decyzji Rumunia powinna szykować się na poważne problemy. Koniec szaleńczego wzrostu wynagrodzeń i dziura w budżecie przełoży się szybko na ograniczenie inwestycji i znaczne spowolnienie wzrostu PKB. Gospodarka przez ostatnie lata stała się także znacznie mniej konkurencyjna, czego dowodem jest olbrzymi wzrost deficytu handlowego. Rumunię czeka więc twarde lądowanie, a z okresem prosperity kraj może się pożegnać na wiele, wiele lat.

Kiedy Brexit?

Wszystkie nowe uzgodnienia mogą znów szybko stać się nieaktualne. Za 2-3 lata może dojść do ponownego referendum.

Wprawdzie brytyjska premier Theresa May zwróciła się do przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska z wnioskiem o wydłużenie procesu wyjścia z UE do 30 czerwca, a stwierdziła przy tym, że sprzeciwia się dłuższemu opóźnieniu brexitu, ale to jeszcze nie oznacza, że finał tego sporu jest przesądzony, albo bardzo prawdopodobny.

– Unia Europejska zaczyna grać na taki scenariusz, że do brexitu prawdopodobnie nie dojdzie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Jeżeli brexit będzie się znów opóźniał, to za 2-3 lata może dojść ponownie do rozpisania referendum.

– Taki scenariusz też będzie miał swoje koszty, bo UE zamiast zajmować się gospodarką będzie się koncentrować przez ten czas na brexicie – komentuje ekspert.

Koniunktura wraca na ścieżkę wzrostów

Dzisiejszy komunikat GUS dostarcza optymistycznych informacji o przebiegu spowolnienia w gospodarce. Ogólny wskaźnik syntetyczny koniunktury w marcu 2019 r. wyniósł 105,2, więc nieco lepiej niż w lutym (104,8) i wyraźnie lepiej niż w styczniu (104,1). Pozostajemy daleko od szczytów obserwowanych na początku 2018 roku (sięgających nawet 114).

Widoczne jest jednak lekkie odbicie po kiepskim styczniu i trwałe pozostawanie indeksu powyżej średniej długookresowej (27. miesiąc z rzędu). Inaczej niż w UE, po małym tąpnięciu koniunktura wraca na starą ścieżkę wzrostów. To cieszy, ponieważ optymizm przedsiębiorców obserwowany we wskaźnikach koniunktury i potwierdzony w danych o produkcji przemysłowej, budowlano-montażowej czy sprzedaży detalicznej pozytywnie weryfikuje nasze oczekiwania łagodnego przebiegu spowolnienia w 2019 r.

Poprawa dotyczy jednak sektorów i branż w różnym stopniu i w różnych aspektach. Na tle ogólnego wskaźnika syntetycznego dla gospodarki relatywnie najlepiej kształtuje się koniunktura w budownictwie (115,7), która jednak w 2019 r. ulega niewielkiemu osłabieniu. Za dobry wynik odpowiada pozytywna i rosnąca ocena bieżącego portfela zamówień.

Przetwórstwo przemysłowe (110,0) wraca do poziomów z grudnia 2018 r. i przebija wyniki z przełomu września czy października. Bieżący portfel zamówień oceniany jest lepiej niż w styczniu czy w lutym, coraz bardziej dotkliwy robi się niedostatek zapasów, ale prognozy produkcji ulegają systematycznemu pogorszeniu, co zapewne najsilniej odczuwają polskie firmy eksportujące do hamującej w ostatnich kwartałach Europy Zachodniej (o czym świadczą chociażby publikowane dziś wskaźniki PMI dla strefy euro).

W handlu detalicznym sprzedaż towarów rośnie (106,6), a prognozy sprzedaży utrzymują się na stałym poziomie. Na tym tle najsłabszą koniunkturę deklarują usługi (96,9), które odbijają wolniej niż inne branże, za sprawą pogarszających się przewidywań, co do wielkości przyszłego popytu i braku znaczącej poprawy oceny ogólnej sytuacji biznesowej czy bieżącego popytu.

Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Fiskus nadal stosuje „sztuczki”, aby przerywać bieg przedawnienia

Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców
Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców

Urzędnicy wszczynają postępowania karnoskarbowe tuż przed terminem przedawnienia zobowiązań podatkowych, czym zawieszają jego bieg. Przedsiębiorcy skarżą się na to Rzecznikowi MŚP. Działania fiskusa są legalne, ale eksperci dostrzegają nadużywanie prawa. Resort Finansów zna problem i jest przeciwny stosowaniu takich praktyk. Jednak urzędnicy w terenie niewiele sobie z tego robią. Zmiany w tym zakresie wydają się być nieuniknione. Powstał już nowy projekt Ordynacji podatkowej. Natomiast, według znawców tematu, nie rozwiązuje on najważniejszych kwestii. A nawet w niektórych przypadkach zawiera mniej korzystne zapisy w zakresie przedawnienia niż te obecnie obowiązujące.

Problem pod lupą

Rzecznik MŚP ostatnio analizował różnego rodzaju zgłoszenia, przesłane przez przedsiębiorców dot. praktyk, które stosuje aparat skarbowy. I wychodzi na to, że jednym z większych problemów jest wszczynanie postępowania karnoskarbowego tuż przed upływem terminu przedawnienia danego zobowiązania podatkowego. To częste działanie organów podatkowych i celno-skarbowych, umożliwiające zawieszanie biegu takiego terminu. Dzieje się tak pomimo, że częstokroć takie postępowania są później wobec podatników umarzane.

– Słyszałem już wcześniej o podobnych przypadkach. Informacje te docierały bezpośrednio do mnie, pojawiały się także w mediach. Dane, które przekazali mi przedsiębiorcy, dowodzą, że przez instrumentalne wykorzystanie prawa karnego skarbowego, urzędnicy skutecznie zawieszali bieg terminu przedawnienia zobowiązań podatkowych w ich sprawach – mówi Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Działania fiskusa są legalne, co zaznacza prof. Witold Modzelewski. Były wiceminister finansów nie ma jednak wątpliwości, że dochodzi do nadużycia prawa. Wszczyna się postępowanie karnoskarbowe tylko po to, żeby przerwać bieg przedawnienia. Z punktu widzenia aksjologii prawa to jest skandal i patologia. Mówimy o wykorzystywaniu instrumentu najcięższego kalibru. Podatnikowi przypisuje się podejrzenie popełnienia przestępstwa, aby osiągać prymitywne efekty.

– Dlaczego akurat przed samym terminem przedawnienia zobowiązań podatkowych urzędnicy przypominają sobie o zaległościach? Być może maskują w ten sposób swoją nieudolność, nieskuteczność, a czasem zwyczajną bierność w ostatnich 5-6 latach, gdy można było kontrolować rozliczenia podatnika i na bieżąco reagować na sytuację. Skoro istnieje instytucja przedawnienia zobowiązań podatkowych to powinna być traktowana przez fiskusa poważnie – podkreśla Rzecznik MŚP.

dr Jacek Matarewicz, Lider Praktyki VAT, Akcyzy i Ceł w Kancelarii Ożóg Tomczykowski
dr Jacek Matarewicz, Lider Praktyki VAT, Akcyzy i Ceł w Kancelarii Ożóg Tomczykowski

Z kolei, jak informuje dr Jacek Matarewicz, adwokat i doradca podatkowy, ekspert BCC, takie sytuacje zdarzały się już w przeszłości. Jednak teraz niepokojące jest to, że postępowania są wszczynane na bardzo wczesnym etapie kontroli. Działania te mają zmierzać do wniesienia docelowo aktu oskarżenia albo innej procesowej formy ukarania „podatnika” np. poprzez dobrowolne poddanie się odpowiedzialności. KKS zakłada pierwszeństwo kary finansowej. Można więc to uznać za kolejne narzędzie pozwalające na gromadzenie środków publicznych, żeby zrealizować jakieś programy społeczne.

– Nie można mówić o stabilności prawa, gdy organ skarbowy sztucznie i celowo wydłuża bieg przedawnienia zobowiązań podatkowych. Jako Rzecznik MŚP zostałem powołany po to, by zapisy Konstytucji Biznesu były realizowane właśnie w codziennej praktyce administracji publicznej. Natomiast takie nadużycia urzędników są kompletnie wbrew jej zasadom. Przedsiębiorca ma być partnerem w kontaktach z administracją publiczną, a nie jej petentem – komentuje Adam Abramowicz.

Jak dodaje dr Matarewicz, wszczynane są postępowania w sprawach, w których do tej pory ich nie prowadzono. Dotyczy to m.in. błędów klasyfikacyjnych czy stawkowych, gdzie de facto można natrafić na odmienne interpretacje. Postępowania te są prowadzone, mimo że przedsiębiorcy przedstawiają 2 sprzeczne stanowiska wynikające z niejednolitego orzecznictwa sądowego, interpretacyjnego, czy podejścia ekspertów podatkowych. Zasadą odpowiedzialności karnej, w tym karnoskarbowej, jest wina sprawcy. Podstawą do wszczęcia postępowania powinno być uzasadnione i niebudzące wątpliwości podejrzenie popełnienia przestępstwa, a nie zastosowanie się do jednej z wielu możliwych i uzasadnionych prawnie wykładni przepisu.

Czas na zmiany

– Jeśli okaże się, że w zgłoszeniach są ewidentne naruszenia Konstytucji Biznesu, będę podejmował stosowne interwencje w sprawach przedsiębiorców. Ministerstwo Finansów zna sprawę wszczynania postępowań karnoskarbowych na chwilę przed upływem terminu przedawnienia, w celu jego przerwania. Jest przeciwne stosowaniu tego typu praktyk przez urzędników. Apelowało do dyrektorów Izb Administracji Skarbowej, aby w tej kwestii wzmocnili nadzór procesowy. Zwróciło także uwagę na to, by urzędnicy bardzo dokładnie ustalali podstawy wszczęcia postępowań karnych i skarbowych – opisuje Rzecznik MŚP.

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

Według prof. Modzelewskiego, patologia wynika z tego, że w Polsce jest bardzo krótki okres przedawnienia zaległości podatkowych. Obecnie wynosi on 5 lat od końca roku, w którym upłynął termin płatności. W opinii eksperta, powinien być 2 razy dłuższy. Jednocześnie trzeba zdecydowanie ograniczyć przerywanie i zawieszanie biegu przedawnienia. Wyjątkiem mogłyby być postępowania przed sądami administracyjnymi. Były wiceminister finansów przekonuje, że takie zmiany są realne.

– Jeżeli chodzi o zmiany dotyczące przedawnienia zobowiązań podatkowych, to pięcioletni okres w zupełności wystarczy. Dzisiaj organy podatkowe mają odpowiednie narzędzia, np. JPK, które pozwalają szybko zidentyfikować większość nieprawidłowości. Wykorzystywana analityka jest bardzo profesjonalna i szczegółowa, umożliwiając wytypowanie podmiotów i błędów w taki sposób, aby kontrola była efektywna – przekonuje ekspert BCC.

Natomiast Adam Abramowicz podkreśla, że jest już gotowy nowy projekt Ordynacji podatkowej. Usunięto z niego przesłankę zawieszania biegu terminu przedawnienia w związku z wszczęciem postępowania karnoskarbowego. Zdaniem Rzecznika MŚP, Ministerstwo Finansów proponuje przyjazne i przejrzyste dla podatnika rozwiązania. Mają to być zapisy, które będą równoważyć interesy podatnika i fiskusa. I jak dodaje Rzecznik MŚP, zmiany mogą zacząć obowiązywać już od przyszłego roku.

– Niestety, projekt Ordynacji podatkowej pod wieloma względami jest niezmiernie zachowawczy. Powtarza to, co do tej pory jest, czyli nie rozwiązuje tego najbardziej palącego problemu związanego z przerywaniem biegu przedawnienia. Pięcioletni okres pozostaje nierealistyczny w naszych warunkach. Zmiana jest konieczna, ale wymaga tzw. pozytywnej debaty – analizuje prof. Modzelewski.

W opinii dr. Matarewicza, proponowane w projekcie nowej Ordynacji podatkowej przepisy dotyczące przedawnienia są mniej korzystne niż obecnie obowiązujące. Dopuszczają możliwość egzekwowania należności publicznoprawnej nawet po 25 latach od powstania obowiązku podatkowego. Jednak według eksperta z BCC zasada pewności prawa wymaga wprowadzenia krótszego terminu.

Rynek magazynowy w Polsce Centralnej bez tajemnic – RAPORT AXI IMMO

Ze względu na strategiczne położenie regionu od początku formowania się polskiego rynku magazynowego rejon Polski Centralnej znajdował się wśród lokalizacji z największym potencjałem rozwoju. W 2009 r. podaż w regionie oscylowała w granicach 875 tys. mkw., niecałą dekadę później – w 2018 r. przekroczyła 2,55 mln mkw., a rynek z popytem na poziomie 690 tys. mkw. jest w doskonałej kondycji – wynika z raportu przygotowanego przez AXI IMMO.

W 2018 r. wynajęto ponad 690 tys. mkw. powierzchni magazynowej, z czego 87% to nowe umowy najmu. Deweloperzy realizują kolejne inwestycje, czego efektem jest 720 tys. mkw. oddanych do użytku 2018 i 465 tys. mkw. w budowie na koniec grudnia 2018.  Dziesiątki tysięcy mkw. powstają w nowych lokalizacjach regionu – czytamy w raporcie AXI IMMO. Analiza danych rynkowych z lat 2008 – 2018 przygotowana przez firmę doradczą pokazuje jednak, że w ostatniej dekadzie Polska Centralna jako hub logistyczny miała dwa momenty krytyczne.

Z danych zawartych w raporcie AXI IMMO wynika, iż w 2013 r. odnotowano wyraźne zmiany w zestawieniu najpopularniejszych lokalizacji magazynowo-przemysłowych. Podaż na rynku Polski Centralnej przekroczyła wtedy 1 mln mkw., ale pod kątem dynamiki podaży oraz popytu wyraźnie wyprzedzał ją Poznań. Polska Centralna przestała być 3. największym rynkiem magazynowym w Polsce i rywalizowała z rosnącym rynkiem wrocławskim o 4. miejsce. W Łodzi i okolicach był wówczas najwyższy w kraju poziom pustostanu – 15,8%, a stawki efektywne czynszów spadały. Sytuacja wróciła do normy po dwóch latach – w 2015 roku, kiedy odnotowano w tym regionie poziom popytu przekraczający 550 tys. mkw. Wystąpił wówczas znaczny spadek powierzchni dostępnej od zaraz – do 3,7%. Ze względu na zmiany przepisów związanych z obrotem gruntami rolnymi i idące za nimi trudności z pozyskaniem działek pod budowę nowych inwestycji, poziom pustostanów sukcesywnie spadał i nastąpił wzrost stawek czynszów. W rekordowym pod względem popytu 2017 roku (960 tys. mkw. wynajętej powierzchni) poziom pustostanów osiągnął najniższą wartość w kraju – 0,2%, wynajęte zostały nawet długo dostępne na rynku powierzchnie w Piotrkowie Trybunalskim. Dopiero w 2018 r. deweloperzy dostarczyli na rynek blisko 720 tys. mkw. nowej powierzchni, co ustabilizowało sytuację na rynku.

Rynek magazynowy Polski Centralnej w 2018 r.

Popyt: Duże umowy zmieniają rozkład geograficzny popytu

W 2018 r. region Polski Centralnej cieszył się dużym zainteresowaniem najemców osiągając wynik 690 tys. mkw. wynajętej powierzchni, z czego 87% objęły nowe umowy najmu. Rezultat ten plasuje Polskę Centralną na drugim miejscu w rankingu najbardziej pożądanych lokalizacji logistycznych w kraju.

W 2018 r. zainteresowanie trzema głównymi lokalizacjami w regionie rozkładało się relatywnie proporcjonalnie, a uwagę najemców przyciągnęły też mniej popularne dotychczas lokalizacje regionu. Udział Łodzi w całkowitym wolumenie wynajętej powierzchni w regionie wyniósł w 2018 r. 32 %, a Strykowa i Piotrkowa Trybunalskiego odpowiednio – 21% i 22%. W pozostałych lokalizacjach regionu podpisano umowy najmu obejmujące 25% powierzchni.

Hubert Wojtera, Senior Consultant Industrial & Logistic w AXI IMMO
Hubert Wojtera, Senior Consultant Industrial & Logistic w AXI IMMO

Hubert Wojtera, Senior Consultant Industrial & Logistic w AXI IMMO wyjaśnia: Transakcje poza głównymi rynkami Polski Centralnej dotyczyły głownie projektów „szytych na miarę”,  w tym BTS dla Leroy Merlin budowane przez Panattoni Europe w miejscowości Piątek. Duży kontrakt na budowę prawie 124 tys. mkw. znacznie przyczynił się do zmiany rozkładu geograficznego popytu na rzecz alternatywnych lokalizacji. Ich atutem jest m.in. większa dostępność rąk do pracy w porównaniu do Łodzi czy Strykowa, gdzie dziś coraz trudniej jest pozyskać pracowników.

Region przyciąga głównie duże firmy logistyczne i sieci handlowe, które zgłaszają zapotrzebowanie na nowoczesne powierzchnie magazynowe, przystosowane do obsługi operacji logistycznych m.in. dla sektora e-commerce. Aktywne na rynku są również podmioty działające w branżach elektroniki i budownictwa.

Podaż:  Polska Centralna nieustannie na celowniku deweloperów

W 2018 r. podaż powierzchni magazynowej w Polsce Centralnej przekroczyła 2,55 mln mkw., co stanowi 16,2% istniejącej powierzchni dostępnej w Polsce. W całym regionie do użytkowania oddano niemalże 720 tys. mkw. powierzchni magazynowej. Wynik ten stanowi ponad 32% nowej podaży w Polsce.

Najwięcej nowej powierzchni oddano do użytkowania w Łodzi – 278 tys. mkw., co stanowi 39% nowej podaży regionu. W Strykowie i Piotrkowie Trybunalskim nowa podaż wyniosła odpowiednio 187,1 tys. mkw. (26% nowej podaży regionu) i ponad 33,8 tys. mkw. (5% nowej podaży regionu). Znaczny udział w nowej podaży – na poziomie 30% odnotowały lokalizacje poza głównymi subrynkami.

Na koniec 2018 r. w Polsce Centralnej w budowie znajdowało się 465 tys. mkw., co stanowi 21% budowanej powierzchni magazynowej w kraju. 89% tej powierzchni stanowią projekty typu pre-let i BTS, zaś projekty spekulacyjne – 11%. Rozpoczęte budowy z powierzchniami spekulacyjnymi w regionie na koniec grudnia 2018 r. znajdowały się w Łodzi, a także w Kutnie, gdzie deweloper Hillwood w pierwszej połowie 2019 r. dostarczy na rynek inwestycję o powierzchni 32 tys. mkw.

Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO
Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO

Region cieszy się dużym zainteresowaniem deweloperów, którzy aktywnie poszukują tam gruntów. Szczególnie koncertują się oni na Łodzi, gdzie chcą rozwijać miejskie formaty do obsługi tzw. . „logistyki ostatniej mili”, ale ich uwagę przyciągają także dotąd mniej popularne lokalizacje w województwie łódzkim z dobrym zapleczem infrastrukturalnym, gdzie łatwiej pozyskać grunty inwestycyjne – komentuje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

Wśród deweloperów największy udział w nowej podaży miała firma Panattoni Europe – 64%, następnie deweloperzy Hillwood – 21% i Segro – 8,6%.

Wskaźnik pustostanów i czynsze: Nowe projekty sukcesywnie zapełniły lukę podażową, czynsze z trendem wzrostowym

Średni wskaźnik pustostanów dla Polski Centralnej wyniósł 5,3%, co oznacza wzrost o 5,1% p.proc. rok do roku.  Wskaźnik pustostanów dla poszczególnych subregionów na koniec 2018 r. kształtował się następująco: Łódź – 2,3%, Stryków 11,3%, Piotrków Trybunalski – 5%. W roku 2019 spodziewane są wyraźne zmiany tych wskaźników ze względu na planowane relokacje najemców do nowobudowanych obiektów oraz planowane oddanie do użytkowania powierzchni spekulacyjnych.

Najwyższe czynsze efektywne za wynajem metra kwadratowego powierzchni magazynowej odnotowuje się w Łodzi – 2,50-2,90 EUR/mkw. Czynsze w stolicy regionu od dłuższego czasu pozostają na stabilnym poziomie. W Strykowie i Piotrkowie Trybunalskim, lokalizacjach o większej elastyczności pod tym względem, stawki efektywne oscylowały w granicach odpowiednio 2,20-2,60 EUR/mkw. oraz 2,10-2,50 EUR/mkw.

Prognozy: Powrót inwestycji z komponentem spekulacyjnym

Dalszy dynamiczny rozwój rynku magazynowego w Polsce Centralnej będzie podporządkowany trendom sektora e-commerce. Spodziewany jest dalszy wzrost liczby projektów typu pre-let oraz BTS dla e-handlu oraz obsługujących ten kanał sprzedaży operatorów logistycznych.

Spodziewany jest wzrost różnorodności projektów oferowanych przez deweloperów. Obok wzrostu udziału obiektów BTS i BTO w wolumenie transakcji, zauważalne staną się inwestycje miejskie SBU oraz formaty dedykowane do obsługi „logistyki ostatniej mili”.

Wysoka aktywność deweloperów i relatywnie duży wolumen inwestycji z komponentem spekulacyjnym spowodują, że dostępność powierzchni magazynowych będzie rosła. Prognozowane jest utrzymanie się dotychczasowych poziomów średnich stawek za wynajem powierzchni w regionie.

Wyzwaniem dla regionu Polski Centralnej będą rozciągnięte w czasie procesy inwestycyjne spowodowane ograniczeniem dostępności firm budowlanych oraz rosnące koszty pracy. Wciąż dotkliwy będzie deficyt pracowników, w szczególności w Łodzi i Strykowie, co wpłynie na wzmożony rozwój rynku poza głównymi subregionami. Szlaki przetrze oddany w 2019 r. park magazynowo-logistyczny Hillwood Kutno.

Inwestycja w mieszkania na wynajem – czy to się jeszcze opłaca?

Ceny mieszkań w dużych miastach, a szczególnie w Warszawie, osiągnęły tak wysoki poziom, że teraz mogą już tylko spadać – tak twierdzą niektórzy eksperci. Również ceny wynajmu mieszkań są obecnie wysokie. Ryzyko, że to już koniec wzrostów, może hamować inwestorów – ale czy słusznie?

Średnia cena za 1m2 mieszkania dostępnego na wolnym rynku w Warszawie w IV kwartale 2018 roku mieściła się w granicach od 8 tys. zł do 9,5 tys. zł w Warszawie w zależności od powierzchni nieruchomości. Natomiast uśredniona cena ofertowa za wynajem mieszkania w Warszawie, w grudniu 2018 roku wynosiła ok. 4,5 tys. zł miesięcznie. Trzeba jednak mieć na uwadze, że średnie ceny obejmują lokale o rozmaitym standardzie i w praktyce zakup lub wynajem mieszkania w dobrym stanie i w atrakcyjnej lokalizacji praktycznie zawsze będzie się wiązał z wyższymi kosztami.

– Większość inwestorów, z którymi pracuję, traktuje mieszkania jako źródło pasywnego dochodu. Mieszkania nadal dają kilkakrotnie wyższe stopy zwrotu niż lokata bankowa. Myślę, że realna stopa zwrotu z najmu, jeśli chodzi o mieszkania w Warszawie, i to nawet po odliczeniu kosztów współpracy z firmą zewnętrzną, to 6-8% w skali roku. A stopa ta nie bierze pod uwagę wzrostu cen mieszkania w czasie. Co ważne, ze względu na obecną płynność rynku nieruchomości, w razie potrzeby mieszkanie można szybko i korzystnie odsprzedać – mówi Marta Bocheńska-Pachuta z firmy Baransu, która przygotowuje mieszkania na wynajem na zlecenie osób prywatnych.

Szybki wynajem – trudniejszy zakup

Na razie z rynku nie dochodzą wyraźne sygnały, które świadczyłyby o ewentualnym kryzysie. Owszem, w styczniu 2019 roku średnia cena ofertowa mieszkania na wynajem w Warszawie spadła w stosunku do grudnia, jednak kilkuprocentowe wzrosty i spadki w poszczególnych miesiącach roku są normalne i nie muszą świadczyć o jakimkolwiek trwałym trendzie.

Najlepszy przykład, to że czas od zamieszczenia ogłoszenia o mieszkaniu na wynajem, do znalezienia najemcy wynosi ok. 1-2 dni. Różnica jest jedynie taka, że dziś już (inaczej niż jeszcze kilkanaście miesięcy temu) nie dotyczy to dowolnej oferty, ale nieruchomości, która została wyremontowana, odpowiednio urządzona, wyposażona, a do tego znajduje się w dobrej lokalizacji.

Rynek wynajmu coraz bardziej się profesjonalizuje, w związku z czym rosną też oczekiwania najemców. Już na etapie analizowania ogłoszeń, zwracają oni uwagę na dobrej jakości zdjęcia, na standard lokalu, jego funkcjonalność czy umeblowanie. Jeśli mamy do dyspozycji mieszkanie, które już samym wyglądem pozytywnie przykuwa uwagę, z wynajmem nie powinno być problemu.

– Zauważalnie trudniej jest z dostępnością mieszkań do zakupu i inwestycji. Jest ich coraz mniej i coraz trudniej o okazyjną cenę. Najlepsze lokale sprzedawane są w kilka dni, a czasem nawet w jeden dzień. Obecnie rynek nieruchomości w Warszawie przypomina dżunglę, w której osoba bez doświadczenia może się łatwo zgubić – mówi Marta Bocheńska-Pachuta.

W co inwestować?

Inwestowanie w nieruchomości w największych miastach w Polsce, a szczególnie w Warszawie, nadal wydaje się stosunkowo bezpieczne. Rozwój rynku jest bowiem zgodny z globalnymi trendami w zakresie rozwoju metropolii. Warszawa, jako miasto o największym znaczeniu biznesowym w Polsce i o coraz mocniejszej pozycji na mapie Europy, prawdopodobnie nie wyłamie się z tego trendu. Do stolicy nie tylko przeprowadzają się Polacy z innych regionów kraju, ale przyjeżdżają też obcokrajowcy – również ci o dobrej sytuacji materialnej. W efekcie zainteresowanie mieszkaniami, które można kupić lub wynająć powinno być długotrwałe, a inwestowanie w nieruchomości – pozbawione większego ryzyka.

Oczywiście, kupowanie mieszkań na wynajem to nie jedyny sposób, w jaki można inwestować w nieruchomości. Jeśli mamy czas, możemy zainteresować się tzw. flipami, czyli mieszkaniami do odsprzedaży. Możemy np. poszukiwać zaniedbanych (i przez to tańszych) mieszkań, kupować je, remontować, a następnie odsprzedawać z dużym zyskiem.  Musimy jednak pamiętać, że będzie się to wiązało z dużymi nakładami sił i środków. Niestety, niedoświadczony inwestor może łatwo w takiej inwestycji „umoczyć” oszczędności swojego życia (lub co gorsza – pieniądze z kredytu). Może się zdarzyć, że po kosztownym remoncie, na rynku nie znajdziemy nabywców gotowych zapłacić nam taką cenę, jakiej się spodziewaliśmy. Wynajem bywa pod tym względem pewniejszy, a cenę najmu można modyfikować w czasie, stosownie do sytuacji na rynku.

A skoro wynajem ma sens, to może warto zdecydować się na wynajem krótkoterminowy, dla turystów oraz osób odwiedzających duże miasta służbowo? To też może być ciekawy pomysł, ale – przynajmniej w Warszawie – na obecną chwilę nie zawsze najkorzystniejszy. Przy cenie 200 zł za dobę i obłożeniu na poziomie 20 dni w miesiącu, z wynajmu krótkoterminowego otrzymamy 4.000 zł. Od tego należy odliczyć podatki i rozmaite koszty, takie jak m.in. prowizja dla portalu z rezerwacjami, koszty sprzątania lokalu po każdym gościu, czy też uzupełniania wyposażenia. Do tego dochodzi konieczność bardziej czasochłonnej obsługi klienta – odpowiadania na pytania, rozwiązywania rozmaitych problemów oraz większe ryzyko, że wśród dużej liczby najemców nie wszyscy będą zachowywali się odpowiednio, szanując spokój sąsiadów oraz naszą własność.

 

Tymczasem przy wynajmie długoterminowym korzyści finansowe mogą być podobne przy znacznie mniejszym zaangażowaniu czasu oraz przy mniejszym ryzyku problemów z najemcami. W tym przypadku jeden klient może korzystać z danej nieruchomości nawet przez kilka lat – a nie przez kilka dni.

Ryzyko można ograniczyć

Wszelkie przewidywania na temat tego, jak zachowa się rynek w przyszłości, obarczone są sporym ryzykiem błędu. Załóżmy jednak, że obecna sytuacja – choć to mało prawdopodobne – faktycznie ulegnie pogorszeniu z punktu widzenia inwestorów. Czy biorąc pod uwagę takie ryzyko, nadal warto interesować się mieszkaniami na wynajem?

– Zdecydowanie, tak. Piękne mieszkania w doskonałych lokalizacjach zawsze się wynajmą i potencjalny kryzys dotknie je najmniej. Być może w trudniejszym okresie czekanie na najemcę będzie trwało dłużej, być może ceny będą okresowo niższe, ale w porównaniu np. z lokatami bankowymi, inwestowanie w nieruchomości nadal pozostanie znacznie korzystniejsze – uważa Marta Bocheńska-Pachuta.

Sekret tkwi w tym, by inwestować w mieszkania w odpowiednich lokalizacjach i o podwyższonym standardzie – to najlepszy sposób na ograniczenie ryzyka. W tym znaczeniu wyszukiwanie korzystnych cenowo lokali w dzielnicach Warszawy, które w sondażach są wskazywane przez wynajmujących jako mało atrakcyjne (np. Rembertów, Białołęka, Wesoła) jest obarczone większym ryzykiem niż kupowanie lokali droższych, ale w chętniej wybieranych dzielnicach (Śródmieście, Mokotów, Ursynów).

– Warszawa to stolica europejska, która szybko nadrabia braki. W związku z tym nieruchomości w Warszawie drożeją, a największych wzrostów należy się spodziewać w dzielnicach centralnych. Obecnie można jeszcze czasem znaleźć jakąś „perełkę”, tzn. nieruchomość w dobrej lokalizacji i w cenie niewiele wyższej niż na obrzeżach miasta.  Ale za 10 lat znalezienie takich lokali będzie dużo trudniejsze. Dlatego na razie jeszcze wciąż jest dobry czas na zakup nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem – podkreśla przedstawicielka Baransu.

Wyższy standard – większy zysk

Warto przy tym zauważyć, jak zróżnicowana jest sytuacja w centralnych dzielnicach największych miast. Cena najmu może się diametralnie różnić w zależności od typu budynku i standardu wyposażenia. Np. w Warszawie – 2-pokojowe mieszkanie w Śródmieściu możemy wynająć za 2 tys. (niski standard), za 4 tys. (dobry standard), a nawet za 10 tys. zł (w prestiżowych budynkach typu Cosmopolitan, czy Złota 44).

Różnice dla właściciela lokalu, szczególnie gdy spojrzymy na nie w skali roku – ogromne! Tymczasem samo podwyższenie standardu lokalu nie musi być szczególnie kosztowne.  Biorąc pod uwagę dostępność materiałów i umeblowania oraz wyszukując korzystne oferty w internecie, możemy stosunkowo niedrogo wyposażyć mieszkanie w taki sposób, by jego wartość w oczach najemców wzrosła.

I choć mieszkanie w zwykłym bloku lub kamienicy zapewne nie osiągnie przez to prestiżu Cosmopolitana, to jednak zysk inwestora z inwestycji może być wyższy, niż w przypadku wynajęcia przysłowiowych „czterech ścian” bez wyposażenia lub z PRL-owską meblościanką. Tak naprawdę wiele zależy od inwencji i zaangażowania samego inwestora. Ma on ogromny wpływ na to, czy inwestycja w wynajem okaże się opłacalna i jak duży zwrot przyniesie.

Długoterminowa prognoza kursu forinta węgierskiego (HUF)

Polak, Węgier, dwa bratanki? Analizując wymianę handlową między Polską a Węgrami, z pewnością tak właśnie jest. Od ponad dziesięciu lat rośnie zarówno eksport, jaki i import, Polski w kontaktach z Madziarami. Dlatego tym razem Ebury postanowiło prześwietlić gospodarkę i walutę Węgier. Zwłaszcza, że waluta Węgier jest jedną z lepiej radzących sobie w Europie Środkowo-Wschodniej.  

Po gwałtownej deprecjacji w pierwszej połowie 2018 roku, która była związana z ogólnym pogorszeniem sentymentu rynkowego do walut gospodarek wschodzących, forint węgierski (HUF) doświadczył umocnienia i zbliżył się do poziomu, który prognozowaliśmy od dłuższego czasu. Ostatnie umocnienie forinta jest skutkiem oczekiwań rynku, który obecnie wypatruje podwyżek stóp procentowych Narodowego Banku Węgier.

Kurs euro do forinta EUR/HUF (marzec ’18-marzec ’19)

kurs Forint węgierskiŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 11/03/2019

Analiza makroekonomiczna Węgier

Jak wspominaliśmy powyżej, pierwsza połowa ubiegłego roku nie była zbyt dobra dla waluty Węgier. Nie było to jednak spowodowane warunkami gospodarczymi. Sytuacja ekonomiczna Węgier jest bardzo dobra, a samo tempo wzrostu gospodarki jest jednym z najszybszych w regionie. W 2018 roku węgierski PKB rósł o 4,9%, do czego przyczyniła się dobra sytuacja na rynku pracy – w tym dwucyfrowy wzrost wynagrodzeń. Tak jak w przypadku pozostałych gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej, również w przypadku Węgier konsensus ekonomistów spodziewa się wolniejszej ekspansji w 2019 roku. Na ograniczone tempo wzrostu mają wpłynąć m.in. mniejszy popyt zagraniczny i efekt bazy. Węgierski popyt wewnętrzny jest jednak spory, co pozwoli na jedynie stopniowe ograniczenie wzrostu gospodarczego. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że w najbliższym roku wzrost PKB w ujęciu rocznym wyniesie ok. 3%.

Wzrost PKB na Węgrzech w ujęciu rocznym (2010-2018)

Wzrost PKB na WęgrzechŹródło: Thomson Reuters Datastream               Data: 11/03/2019

Wyższa aktywność gospodarcza, jak i dobra sytuacja na rynku pracy, przyczyniły się również do wzrostu cen. Przez znaczną część ubiegłego roku dynamika cen na Węgrzech znajdowała się w widełkach celu inflacyjnego (3% +/-1%). Co istotne, w drugiej połowie roku przyspieszyła również inflacja bazowa. W lutym wskaźnik ten wyniósł 3,5%, co jest jego najwyższym poziomem od końca 2013 roku. Zważywszy na bardzo „ciasny” rynek pracy na Węgrzech, bazowy wskaźnik dynamiki cen najpewniej utrzyma się blisko obecnego poziomu.

Inflacja na Węgrzech (2012-2019)

Inflacja na WęgrzechŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 11/03/2019

Stopy procentowe węgierskiego banku centralnego pozostają stabilne od maja 2016 roku (0,9%). Dotychczas decydenci byli niechętni do zacieśniania polityki monetarnej, co nie jest zaskakujące, ponieważ ostatecznie 3-procentowy cel inflacyjny Narodowego Banku Węgier jest dość wysoki w porównaniu z innymi bankami centralnymi regionu. Niechęć banku centralnego do podwyżek stóp procentowych jest jednym z głównych czynników, które przeszkadzały forintowi węgierskiemu w aprecjacji.

Podczas ostatniego spotkania decydenci banku centralnego zmienili ton na bardziej „jastrzębi”. W lutym przewodniczący Narodowego Banku Węgier, Gyorgy Matolcsy, stwierdził, że bank będzie przechodził do „etapu normalizacji”. Rynki wyceniają obecnie prawdopodobieństwo około trzech podwyżek o 25 punktów bazowych w 2019 roku. W takim scenariuszu główna stopa referencyjna na Węgrzech wyniosłaby 1,65%. O ile wysokie prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych jest już w większości uwzględnione w obecnej wycenia forinta, o tyle sam proces normalizacji polityki monetarnej powinien stanowić źródło wsparcia dla forinta węgierskiego. Zwłaszcza, jeżeli stosunkowo wysoka dynamika cen pozwoli na szybsze tempo podwyżek stóp procentowych, niż obecnie zakłada konsensus.

To nie koniec aprecjacji

Jesteśmy optymistycznie nastawieni względem perspektyw walut rynków wschodzących w 2019 roku, zwłaszcza tych o silnych fundamentach gospodarczych. Wysoka aktywność gospodarcza na Węgrzech, razem z oczekiwanymi podwyżkami stóp procentowych powinny, naszym zdaniem, zapewniać wsparcia dla forinta. Prognozujemy zatem dalszą, stopniową aprecjację waluty Węgier w stosunku do euro do końca 2019 roku.

  USD/HUF EUR/HUF HUF/PLN*
Q2-2019 270 310 1,38
Q3-2019 270 310 1,38
E-2019 270 310 1,37
E-2020 260 308 1,36

*groszy

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, analitycy Ebury

Potrzeba zaufania do danych – Blockchain korporacyjny

W ciągu ostatnich kilku lat wyprodukowaliśmy więcej danych niż od początku istnienia ludzkości. Bardzo duża część z nich jest generowana przez działalność gospodarczą. Przy dużej liczbie danych wytwarzanych bez żadnej kontroli pojawia się problem oceny, które są prawdziwe oraz potencjalnie wartościowe, a które są zwyczajnym szumem informacyjnym. Dane produkowane są w różnych celach, natomiast umiejętne manipulowanie nimi może przyczynić się do przewagi konkurencyjnej. Nawet w przypadku współpracujących podmiotów zaufanie do danych generowanych przez zewnętrznych dostawców jest często ograniczane.

Przewaga blockchain

Blockchain to technologia, która wprowadziła zaufanie, nawet pomiędzy nieznających się dotychczas użytkowników. Zapewnia wgląd w historię danych, brak możliwości ich usunięcia, a poprzez rozproszenie danych w wielu miejscach zabezpiecza kopię bezpieczeństwa. Czym różni się to od bazy informacji, do której ma dostęp kilka firm?

Blockchain nie ma centralnego zarządcy, dane są własnością wszystkich uczestników sieci i są wprowadzane do bazy tylko jeśli zostaną zweryfikowane przez odpowiednie podmioty. Pojedynczy podmiot nie ma możliwości wpływania na dane, nawet jeśli jest ich właścicielem. Przykładem mogą być 3 firmy: A, B i C. Firma A ufa firmie B, lecz nie ufa firmie C. Podobnie, firma C nie ufa A, ale ufa B. Jeśli podmiot B będzie potwierdzał autentyczność danych wprowadzanych do systemu, każda z firm im zaufa, pomimo że nie ufa podmiotom, które je tworzą. B w takim wypadku może być zaufaną trzecią stroną lub regulatorem.

Najbardziej znanym przykładem wykorzystania tej technologii jest prowadzenie wspólnego rejestru transakcji „finansowych”, dostępnego dla każdego zainteresowanego, znanego dziś głównie jako kryptowaluty i niecieszącego się dobrą opinią. Pomimo sceptycyzmu wobec krypto technologia ta staje się coraz częściej używana przez firmy w celu zapewnienia przejrzystej wymiany danych pomiędzy firmami i regulatorami.

Blockchain może zostać wykorzystany do śledzenia łańcucha dostaw w celu weryfikacji poszczególnych kontrahentów. Wyobraźmy sobie, że cała historia budowy pojazdu wraz z testami homologacyjnymi jest przechowywana w takim systemie, który jest dostępny również dla urzędników kontrolujących. W przyszłości, w przypadku rozbieżności pomiędzy danymi deklarowanymi przez producenta a rzeczywistymi, można by bardzo precyzyjnie określić, gdzie został popełniony błąd w testach lub kiedy specyfikacja pojazdu uległa zmianie w procesie produkcji. Być może w takim środowisku nie mielibyśmy do czynienia z nadużyciami jak np. afera paliwowa.

Posiadanie wysokiego zaufania do danych, którego często boją się współczesne firmy, może przyczynić się do budowy nowych przewag konkurencyjnych, jak np. szybsze podejmowanie decyzji bez konieczności prowadzenia drogich audytów, obniżenie kosztów spełnienia wymogów ustawowych do przechowywania danych czy eliminacja podmiotów działających na granicy prawa.

Źródło: materiały prasowe JMMJ

ORLEN wzmacnia relacje z Saudi Aramco

Maksymalnie ok. 800 tys. ton ropy saudyjskiej w ciągu sześciu miesięcy może sprowadzić PKN ORLEN na mocy umowy podpisanej z Saudi Aramco Products Trading Company – spółką córką saudyjskiego producenta. To ważny krok gwarantujący stabilność dostaw do europejskich rafinerii Koncernu. Na mocy odrębnej umowy handlowej, dostawca z Arabii Saudyjskiej zobowiązał się także do zakupu ciężkiego oleju opałowego produkowanego przez ORLEN Lietuva. W ten sposób PKN ORLEN poprzez litewską spółkę z Grupy ORLEN wzmacnia strategiczną współpracę z Saudi Aramco, także w zakresie handlu ciężkim olejem opałowym.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Umowy ze spółką córką Saudi Aramco to nowa forma współpracy dwustronnej polegającej na dostawie surowca i odbiorze gotowych produktów. Testujemy różne możliwości zaopatrzenia, a przy okazji budujemy strategiczne partnerstwo z dostawcą z Arabii Saudyjskiej. Podejmowane działania wynikają przede wszystkim z globalnych uwarunkowań, w tym ze zwiększonego popytu na gotowe produkty naftowe, m.in. diesla. Umacniając relacje w rejonie Zatoki Perskiej  realnie przyczyniamy się więc do wzrostu bezpieczeństwa energetycznego Polski – podkreślił Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN. Na bazie budowanych relacji handlowych udało nam się również wypracować mechanizm, który zagwarantuje ORLEN Lietuva sprzedaż ciężkiego oleju opałowego w przededniu wejścia nowych globalnych regulacji dla paliw bunkrowych. W ten sposób wzmacniamy pozycję naszej litewskiej rafinerii w regionie – dodał Prezes Obajtek.

W związku z tym PKN ORLEN będzie mógł sprowadzić sześć ładunków ropy saudyjskiej od maja do października br. Finalny wolumen dostarczanego surowca będzie każdorazowo elastycznie ustalany z producentem, w zależności od bieżących potrzeb Koncernu. Wynegocjowana elastyczność handlowa umożliwi skierowanie dostaw zarówno do Naftoportu w Gdańsku lub terminalu w Butyndze.

Z kolei w ramach terminowej umowy handlowej, PKN ORLEN zagwarantował odbiór całości, czyli do 160 tys. ton miesięcznie ciężkiego oleju opałowego z rafinerii w Możejkach, przeznaczonego do sprzedaży morskiej. W ten sposób zabezpieczono fizyczną sprzedaż produktu w początkowym okresie perturbacji rynkowych związanych z wejściem w życie od 1 stycznia 2020 roku nowych globalnych regulacji dla paliw bunkrowych, ograniczających zawartość siarki – IMO 2020. Ich wprowadzenie ma bowiem wpływ na popyt na ciężki olej opałowy sprzedawany przez litewską spółkę Grupy ORLEN.

W ramach realizowanej dywersyfikacji dostaw ok. 30% ropy przerabianej obecnie w Grupie ORLEN pochodzi z kierunków alternatywnych. Koncern wzmacnia m.in. zakupy z Zatoki Perskiej, m.in. poprzez długoterminowe relacje z Saudi Aramco.  W kwietniu 2018 r. firmy podpisały aneks do umowy, który zwiększył dostarczany wolumen ropy saudyjskiej do 300 tys. ton surowca miesięcznie. PKN ORLEN pozytywnie ocenia potencjał dostaw z Zatoki Perskiej i pozostaje otwarty na współpracę z producentami z tego regionu, czego najlepszym przykładem jest obecna umowa na sześć dostaw spot.

Kompleksowa organizacja eventów w rozumieniu organów administracyjnych

W ramach działalności gospodarczej przedsiębiorcy organizują różnego rodzaju spotkania o charakterze marketingowym lub szkoleniowym, a także konferencje przeznaczone dla pracowników, kontrahentów, partnerów biznesowych oraz dziennikarzy. Powyższe działania są wykonywane najczęściej przez podmioty trzecie (np. agencje marketingowe). Konsekwencje podatkowe nabywania kompleksowych usług organizacji różnego rodzaju wydarzeń o charakterze marketingowym lub motywacyjnym są różne, a każda usługa powinna być analizowana odrębnie.

Usługi kompleksowe

Przedsiębiorca nabywający usługi organizacji wydarzenia od podmiotu trzeciego jest zasadniczo zainteresowany nabyciem kompleksowego świadczenia obejmującego różne składowe. Zasadniczo świadczenia dla celów opodatkowania podatkiem od towarów i usług powinny być traktowane jako odrębne i niezależne. Jeżeli jednak jedna usługa obejmuje kilka świadczeń, nie powinna być ona sztucznie dzielona dla celów podatkowych. Warunkiem jest istnienie związku pomiędzy czynnościami tworzącymi obiektywnie w aspekcie gospodarczym jedną całość, której rozdzielenie miałoby sztuczny charakter (tak w wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z dnia 27 października 2005 r. w sprawie C-41/04 – Levob Verzekeringen BV, OV Bank NV przeciwko Staatssecretaris van Financiën; wyroku TSUE z dnia 11 czerwca 2009 r. w sprawie C-572/07 – RLRE Tellmer Property s.r.o przeciwko Finanční ředitelství v Ústí nad Labem). Co do zasady z ekonomicznego punktu widzenia usługi nie powinny być dzielone dla celów podatkowych, jeżeli dla nabywcy tworzą jedną usługę złożoną obejmującą kilka świadczeń pomocniczych. Dopiero, jeżeli w skład świadczonej usługi wchodzić będą czynności mające charakter samoistny tj. takie, które nie służą wyłącznie wykonaniu czynności głównej, zasadniczej, lecz mogą również go mieć, to wówczas nie ma podstaw dla traktowania ich jako elementu usługi złożonej.

Podejście organów podatkowych

Powyższy opis zasad opodatkowania podatkiem VAT oraz orzecznictwo TSUE nie zawsze stoją w jednej linii z interpretacjami podatkowymi fiskusa. Przykładowo w interpretacji z dnia 17 grudnia 2018 r. nr 0114-KDIP1-34012.598.2018.1.ISK organ stwierdził, że dodatkowe atrakcje nie są niezbędne do zorganizowania wydarzenia przez organizatora. Wydając taką interpretację, organ w znikomym stopniu odniósł się do (i) ekonomicznego punktu widzenia oraz (ii) gospodarczej perspektywy nabywcy. Innymi słowy, organ nie pochylił się nad kwestią, jakie znaczenie mają dla nabywcy poszczególne świadczenia w ramach świadczenia złożonego; czy któreś ze świadczeń, gdyby było dostarczane odrębnie, nadal miałoby ekonomiczny sens dla nabywcy.

Można zauważyć, że działanie organu w toku wydawania powyższej interpretacji sprowadzało się do próby sztucznego dzielenia świadczenia, które samoistnie nie przedstawiałoby dla nabywcy żadnej ekonomicznej wartości. Trudno bowiem uznać ekonomiczny sens wydzielenia usług w zakresie organizacji wydarzeń, w części obejmującej organizację dodatkowych atrakcji od pozostałych usług. Potwierdzeniem takiego podejścia jest fakt, że organizator będzie wystawiał nabywcy faktury dokumentujące wynagrodzenie za usługę, na których nie będzie rozbicia na poszczególne jej elementy. Faktury te będą zawierały jedną pozycję dot. organizacji wydarzenia wraz z łączną kwotą wynagrodzenia za całą usługę.

W szczególności z perspektywy nabywcy dodatkowe atrakcje nie są celem samym w sobie, ale zachętą, uatrakcyjnieniem programu wydarzenia. Chodzi o to, aby osoby będące w grupie docelowej na dane wydarzenie chętniej w nim uczestniczyły. Same atrakcje nie przedstawiają wartości, ponieważ nie pozwalają na osiągnięcie założonych celów związanych np. z intensyfikacją sprzedaży. Są jednak ważne jako element wydarzenia, gdyż oprócz efektu zachęty do uczestnictwa dają również możliwość bliższego poznania się uczestników i zacieśnienia kontaktów biznesowych.

Podobnie negatywnie dla podatników wypowiedział się organ w interpretacji z dnia 13 stycznia 2017 r. nr 1462-IPPP3.4512.977.2016.1.PC, uznając, że organizacja rozgrywek w czasie wolnym w trakcie konferencji jest świadczeniem samoistnym.

Niejednolite podejście

W praktyce organów podatkowych można spotkać jednak także odmienne stanowisko, w ramach którego organ przyznał prawo do odliczenia podatku naliczonego wynikającego z nabycia usługi kompleksowej, w skład której wchodziło zapewnienie oprawy artystycznej (Interpretacja Indywidualna Dyrektora Krajowej Izby Skarbowej w Warszawie z 30.07.2015 r., sygn. Akt IPPP2/45-12/492/15-2/AO, Interpretacja Indywidualna Dyrektora Krajowej Izby Skarbowej w Warszawie z 30.07.2015 r., sygn. akt IPP2/4512-492/15-3/AO) bądź której koszt stanowiły koszty zaproszonych gwiazd i osób przedstawiających występy artystyczne (Interpretacja Indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 19.09.2017, sygn. akt 0112-KDIL1-1.4012.294.2017.1.AK).

Podobne stanowisko prezentują sądy administracyjne. Przykładowo w wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 22 marca 2018 r., sygn. akt III SA/Wa 1789/17, Sąd przyznał prawo do odliczenia podatku naliczonego także od organizacji rozrywek podczas czasu wolnego.

Z powyższej analizy wynika, że tematyka kompleksowości usług jest bardzo złożona i w każdym przypadku powinna być analizowana odrębnie. Warto, aby na etapie planowania wydarzenia firmowego podatnik już wcześniej zebrał argumenty dotyczące kwalifikacji podatkowej świadczeń. Istotne jest także, aby na fakturze została wykazana jedna pozycja jako usługa kompleksowa organizacji wydarzenia. W przeciwnym wypadku, tj. jeżeli na fakturze znajdą się wyspecyfikowane pozycje dotyczące różnych świadczeń, organy stwierdzą, że każda usługa jest usługą niezależną (samoistną) i nie ma charakteru pomocniczego. Stanowisko organu w tym zakresie jest już ugruntowane, pomimo że z ekonomicznego punktu widzenia zakres świadczeń może być podobny.

Autor:radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Płace w Polsce nadal szybko rosną

W tym tygodniu pojawiło się wiele ciekawych danych dla polskiej gospodarki. We wtorek poznaliśmy wyniki z rynku pracy. Płace w lutym br. były wyższe o 7,6% w ujęciu rok do roku. Dynamika wzrostu wynagrodzeń w Polsce cały czas utrzymuje się na wysokim poziomie. Wyższe jest również zatrudnienie, które wzrosło o 2,9% r/r. Wyniki sprzedaży detalicznej w lutym były słabsze niż w styczniu br., ale w rocznym porównaniu urosły o 6,5%. W środę zostały opublikowane również wyniki produkcji przemysłowej, która biorąc pod uwagę korektę sezonową, wykazała wzrost o 6,5%. Na podstawie wymienionych danych można wnioskować, że spowolnienie wzrostu gospodarczego w Niemczech praktycznie nie ma wpływu na sytuację w Polsce. Jednak i u naszych zachodnich sąsiadów zanotowano pozytywne sygnały dla gospodarki, jak wzrost indeksu ZEW z -13,4 pkt. na -3,6 pkt. W przypadku Niemczech i Polski znaczącą rolę odegra w najbliższych miesiącach rozwój negocjacji między UE i Wielką Brytanią. Exodus Wielkiej Brytanii został przełożony do co najmniej 12 kwietnia br., jednak wciąż pozostaje możliwa opcja twardego Brexitu.

Wśród globalnych wydarzeń intersujące było posiedzenie Fed, na którym zmieniono prognozę dla podwyżek stóp procentowych. W tym roku już nie powinny zostać podwyższone, a w przyszłym roku zapowiadana jest tylko jedna ich zmiana. Aktywność gospodarcza w USA spadła, a z nią i prognoza wzrostu PKB, która została obniżona do 2,1%.

W piątek rano złoty się umocnił i jego kurs utrzymywał się na poziomie 4,28 EUR/PLN. Eurodolar wzrósł na poziom 1,14 EUR/USD.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY, instytucji płatniczej rozliczającej i zabezpieczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów z Europy Środkowej.

W kierunku budownictwa ekologicznego

60% Polaków słyszało o wykorzystaniu materiałów wtórnych w budowie domów i mieszkań, a prawie 35% byłoby skłonnych zapłacić więcej za dom lub mieszkanie wykonane z ekologicznych materiałów. To ciekawe wyniki, szczególnie w kontekście wyzwań, przed którymi stoi branża budowlana oraz zmieniających się oczekiwań konsumentów.

Czy Polacy chcą mieszkać w budownictwie ekologicznym?

budownictwo ekologiczne (2)W zrealizowanym niedawno badaniu zapytaliśmy Polaków, czy słyszeli o wykorzystaniu materiałów wtórnych, czyli odpadów produkcyjnych lub zużytych produktów, które mogą być ponownie użyte w budowie mieszkań i domów. Prawie 60% Polaków odpowiedziało, że tak. Ponadto 40% badanych odpowiedziało, że podczas zakupu mieszkania lub domu zwraca uwagę, czy jest on wykonany z wtórnych materiałów.budownictwo ekologiczne (3)

Wykorzystanie materiałów wtórnych w budownictwie to duża szansa dla firm. Warto w komunikacji wskazywać na aspekt inwestycyjny czy zdrowotny. Wykorzystanie ekologicznych rozwiązań to nie tylko ochrona środowiska, ale także możliwość zmniejszenia kosztów utrzymania budynku czy też szansa na poprawę jakości zdrowia i życia. O ile np. „zielone” budownictwo na przestrzeni ostatnich lat stało się standardem w komunikacji w segmencie biurowym, o tyle w budownictwie mieszkaniowym jest nadal wiele do zrobienia.budownictwo ekologiczne (4)

A czy Polacy są w stanie zapłacić więcej za nieruchomość, w której wykorzystano materiały ekologiczne? Okazuje się, że w tej kwestii jesteśmy podzieleni na trzy podobne grupy: 1/3 deklaruje, że byłaby skłonna zapłacić w takiej sytuacji więcej, kolejna 1/3 nie byłaby temu przychylna, z kolei ostatnia grupa nie ma zdania na ten temat. Wyniki te pokazują, że w budownictwie, podobnie jak w innych branżach takich jak chociażby kosmetyczna czy odzieżowa, trend ekologiczny w coraz większym stopniu będzie przekładał się na decyzje zakupowe. Pochodzenie materiałów oraz ich zastosowanie mogą w perspektywie kilku lat stać się dla klientów, szczególnie tych najmłodszych, podstawową informacją decydującą o wyborze miejsca do mieszkania.budownictwo ekologiczne (5)budownictwo ekologiczne (1)

3xR: reduce – reuse – recycle

W związku z problemem coraz większej ilości wytwarzanych odpadów regulacje Unii Europejskiej mają walczyć z tą kwestią poprzez ograniczanie powstawania odpadów (reduce). Proponuje się ponowne wykorzystanie materiałów, surowców, produktów (reuse), takich jak na przykład kontenery stalowe, pierwotnie stosowane w transporcie morskim, drewniane palety i skrzynki (np. jako meble) czy skrzydła drzwiowe i drewniane blaty stołów. Na całym świecie coraz częściej podkreśla się również istotę i znaczenie recyklingu (recycle)[1]. Mamy świadomość, że jeżeli natężenie budownictwa utrzyma się na obecnym poziomie, to zachowanie obecnego stanu środowiska i zasobów naturalnych dla przyszłych pokoleń będzie niemożliwe. Wobec tego, tak ważne jest opracowanie strategii oraz rozwój innowacyjnych technologii, które zwiększą możliwości pozyskania surowców wtórnych i zmniejszenia ilości odpadów generowanych przez budownictwo.

Liderem we wdrażaniu koncepcji GOZ i recyklingu pozostają kraje skandynawskie, głównie Szwecja. Polska wciąż ma jeszcze przed sobą daleką drogę do pokonania, ale być może wprowadzone niedawno zmiany w przepisach okażą się krokiem ku lepszemu zrozumieniu idei gospodarki cyrkularnej.

Nowelizacja ustawy o gospodarowaniu odpadami

Od września 2018 r. w Polsce obowiązuje nowelizacja ustawy o odpadach, której wprowadzenie ma pomóc w odpowiedzialnym gospodarowaniu odpadami. Zmiany nie dotyczą jedynie, jak mogłoby się wydawać, firm odbierających i składujących odpady, ale również tych przedsiębiorstw, które odpady wytwarzają i mają na to pozwolenie. Zgodnie z nowelizacją spoczywa na nich między innymi obowiązek:

  • monitoringu w czasie rzeczywistym miejsca magazynowania lub składowania odpadów,
  • sporządzenia operatu przeciwpożarowego w przypadku pozwolenia na wytwarzanie i magazynowanie odpadów palnych.

Konieczność wskazania miejsca i sposobu magazynowania oraz rodzaju składowanych odpadów jest szczególnie istotna dla branży budowlanej. Ponadto, przedsiębiorstwa muszą określić największą masę odpadów, które mogłyby być magazynowane w tym samym czasie w obiekcie budowlanym lub jego części, jak i również całkowitą pojemność obiektu budowlanego, jego części bądź innego miejsca trzymania odpadów[2].

Aby wymóc na podmiotach stosowanie się do regulacji, wprowadzono również:

  • restrykcyjne kontrole inspektorów, którzy nie muszą powiadamiać przedsiębiorców o planowanej kontroli,
  • nowe kary pieniężne za prowadzoną działalność bez numeru rejestrowego na sporządzanych dokumentach.

Branża budowlana a GOZ

Szacuje się, że sektor budowlany generuje aż połowę odpadów wytwarzanych na świecie. W Polsce to około 1/3 wytwarzanych odpadów, kolejne 30% to odpady z górnictwa i energetyki, a tylko 7-8% to odpady komunalne[3].

Każdy etap życia budynku – budowa, użytkowanie czy likwidacja – wiąże się z powstawaniem dużej ilości odpadów. Wiele z nich można wprowadzić ponownie do obiegu, w tym wykorzystać po raz kolejny w budownictwie. Jest to zgodne z ideą gospodarki obiegu zamkniętego (circular economy), która wszelkie powstałe odpady traktuje jako cenne surowce, które można poddać recyklingowi i ponownie wykorzystać w kolejnym cyklu życia.

Gospodarka obiegu zamkniętego stanowi nie tylko jeden z ważniejszych trendów we współczesnej gospodarce, ale działanie zgodne z jej założeniami staje się wymogiem prawnym w wielu sektorach, również budowlanym. Można zakładać, że wdrażanie założeń gospodarki cyrkularnej przyczyni się do wzrostu innowacyjności i rozwoju nowych technologii, po które będą sięgać deweloperzy i architekci i które znajdą swoje zastosowanie w budownictwie. Ekologiczne budownictwo może stać się ważnym aspektem i odpowiedzią na wyczerpywanie się surowców naturalnych, wzrost ich cen oraz zanieczyszczenie i eksploatację środowiska. Już dziś wiele firm deweloperskich i budowlanych prowadzi ciekawe inicjatywy wspierające ochronę środowiska poprzez zmniejszanie liczby odpadów, wykorzystywanie surowców wtórnych, ale również prowadząc działania edukacyjne, wspierając NGO’s czy aktywizując lokalne społeczności. Niestety wiele z tych inicjatyw nie jest znanych szerszej publiczności, a z wielu powodów warto je pokazać.

#1 PROEKOLOGICZNE DZIAŁANIE TO INWESTYCJA W WIZERUNEK

Inwestycje w ekologiczne rozwiązania nie tylko realizują założenia polityki CSR, ale również silnie przekładają się na wizerunek firmy. Proekologiczny sposób działania czy poszukiwanie nowych przyjaznych środowisku rozwiązań może stać się ważnym wyróżnikiem firmy w relacjach z klientami, kontrahentami, ustawodawcą czy lokalnymi społecznościami. Aby podejmowane działania realnie wpłynęły na wizerunek firmy, kluczowa jest spójność i atrakcyjność komunikacji, która wyróżni się na tle konkurentów i zwróci uwagę odbiorców. To istotne i wbrew pozorom niełatwe ze względu na fakt, że firmy komunikują się w wielu kanałach jednocześnie.

#2 EKOLOGIA TO WAŻNE NARZĘDZIE REALIZACJI STRATEGII KOMUNIKACJI

Kwestie związane z ekologią czy zrównoważonym rozwojem są elementem niemal każdej strategii komunikacji. Kluczowe jest przełożenie ich na właściwe narzędzia, które będą tę strategię realizowały. Aby promować swoje programy, warto wykorzystać narzędzia nie tylko z obszaru public relations, ale również content marketingu oraz komunikacji wizualnej – wideo, animacje, grafiki. Warto również włączyć w komunikację przyszłych mieszkańców na przykład poprzez zaproszenie do wspólnego dzielenia się swoimi pomysłami w formie konkursów czy hackatonów. Takie inicjatywy często okazują się niezwykle cennym źródłem pomysłów i inspiracji i polem do budowania relacji z potencjalnymi klientami.

#3 EKOLOGIA JAKO ELEMENT EMPLOYER BRANDING

Z każdym rokiem komunikacja wartości proekologicznych jest coraz silniej widoczna w komunikacji firm jako pracodawców. To ważne dla wielu pracowników, szczególnie tych najmłodszych, dla których poszanowanie środowiska jest stylem życia i nieodłączną wartością w codziennych wyborach. Warto podkreślać w komunikacji do pracowników ekologiczne aspekty działania, wprowadzane rozwiązania i innowacje czy plany w tym zakresie. Obserwując rynek pracowników, możemy założyć, że w niedługim czasie ekologiczne działanie nie będzie już ciekawym wyróżnikiem pracodawcy, ale warunkiem koniecznym w oczach kandydata do pracy.

Znaczenie działań ukierunkowanych na ekologię i skierowanych do różnych grup interesariuszy potwierdza ubiegłoroczna edycja festiwalu w Cannes, podczas której większość najbardziej prestiżowych nagród zdobyły kampanie dotyczące właśnie ekologii. Wykorzystanie ekologicznego trendu w komunikacji może pomóc firmie dotrzeć do konsumenta, który, jak pokazują wyniki badania, chce mieszkać w „zielonych” domach i mieszkaniach, ale również szeroko rozumianego otoczenia spółki – partnerów biznesowych, inwestorów, decydentów.

W sektorze budowlanym dzieje się wiele dobrego, jeśli chodzi o surowce wtórne. Firmy na polskim rynku proponują rozwiązania w tym zakresie, natomiast często barierą w ich zastosowaniu jest brak wiedzy po stronie decydentów, co skutkuje nieadekwatnymi rozwiązaniami prawnymi, ale także wśród firm w całym łańcuchu dostaw. Pokazuje to, że istnieje potrzeba szerszej debaty odnośnie wykorzystania surowców wtórnych w szerokim gronie interesariuszy. Mamy nadzieję, że coraz więcej firm będzie włączało się w tą dyskusję.

Metodologia badania

Badanie zrealizowane na zlecenie On Board Think Kong w dniach 2-4.10.2018 r. przez agencję SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W badaniu wzięło udział 1154 Polaków będących powyżej 18 roku życia.

[1] https://plgbc.org.pl/odpady/ [dostęp: 8.03.2019 r.]

[2] http://orka.sejm.gov.pl/proc8.nsf/ustawy/2661_u.htm [dostęp: 12.03.2019 r.]

[3] https://plgbc.org.pl/odpady/ [dostęp: 8.03.2019 r.] Zobacz także: https://www.portalsamorzadowy.pl/gospodarka-komunalna/gospodarka-obiegu-zamknietego-to-rewolucja-takze-dla-biznesu,102544.html [dostęp: 13.03.2019 r.]

Polskie domy maklerskie masowo tracą klientów na rzecz zagranicznych brokerów

Interwencja produktowa ESMA nie poprawiła wyników inwestorów na rynku OTC. Polskie domy maklerskie masowo tracą klientów na rzecz zagranicznych brokerów, którzy oferują lepsze warunki transakcyjne.

Interwencja produktowa ESMA na unijnym rynku OTC nie poprawiła wyników inwestorów – obecnie aż 36% traderów deklaruje, iż notują gorsze wyniki z inwestycji. W związku z arbitrażem regulacyjnym krajowe domy maklerskie tracą klientów – co drugi doświadczony inwestor przeniósł już swój rachunek maklerski do brokerów spoza Unii Europejskiej, którzy oferują lepsze warunki transakcyjne, w tym wyższą dźwignię. To wyniki pierwszego Badania wpływu interwencji produktowej ESMA na inwestorów przeprowadzonego przez Izbę Domów Maklerskich.

Po wprowadzeniu interwencji produktowej ESMA, aż 80% inwestorów osiąga takie same lub gorsze wyniki z inwestycji na rynku OTC. Co drugi doświadczony inwestor przeniósł swój rachunek maklerski poza Unię Europejską. Naraża to krajowych klientów na większe ryzyka inwestycyjne związane z korzystaniem z oferty podmiotów spoza nadzoru KNF. Jeżeli nie podejmiemy zdecydowanych kroków w celu poprawy konkurencyjności krajowej branży maklerskiej, może dojść do marginalizacji tej istotnej części rynku finansowego w Polsce na korzyść zagranicznych podmiotów, mówi Marek Wołos, ekspert Izby Domów Maklerskich ds. rynków OTC.

BEZ POPRAWY WYNIKÓW INWESTORÓW NA RYNKU OTC PO WDROŻENIU INTERWENCJI ESMA

1 sierpnia 2018 r. europejski regulator ESMA wprowadził na rynek OTC interwencję produktową, która m.in. znacząco obniżyła poziom dźwigni finansowej dostępnej dla inwestorów indywidualnych. Dźwignia finansowa stanowi największą zaletę inwestowania na rynku forex. Według 66,4% ankietowanych pożądany poziom lewara dla najpopularniejszych instrumentów CFD to 100:1.

W wyniku wprowadzonych zmian, aż 11% traderów przestało inwestować na rynku forex. Po wprowadzeniu interwencji wyniki 36% inwestorów pogorszyły się, a 47% traderów nie zauważyło zmian wyników swoich inwestycji.

POGORSZENIE WARUNKÓW TRANSAKCYJNYCH DLA KLIENTÓW – ARBITRAŻ REGULACYJNY – ODPŁYW KLIENTÓW DO BROKERÓW POZA UE

Połowa aktywnych i doświadczonych traderów, po wprowadzeniu interwencji produktowej ESMA, zdecydowała o przeniesieniu swojego rachunku maklerskiego do kraju spoza Unii Europejskiej.

Wprowadzone przez ESMA przepisy przyczyniły się do migracji inwestorów do krajów spoza UE. Ucieka najbardziej aktywny klient – inwestor świadomy i doświadczony, akceptujący podwyższone ryzyko w zamian za możliwość osiągnięcia wysokich zysków. Tego typu klienci nie są w stanie skalibrować swoich strategii do wymogów narzuconych przez ESMA, mówi Marek Wołos.

Powodem przeniesienia rachunku maklerskiego do krajów nie objętych interwencją produktową ESMA dla 99,6% inwestorów była możliwość wykorzystania wyższej dźwigni finansowej. Wśród powodów, dla których inwestorzy decydowali się na zmianę brokera na zarejestrowanego w innym państwie Unii Europejskiej wskazywano możliwość uzyskania w tym państwie statusu klienta profesjonalnego, a co za tym idzie możliwość wykorzystania wyższego lewara. W związku z krajową interpretacją wartości transakcji, uzyskanie w Polsce statusu klienta profesjonalnego jest trudniejsze niż w innych krajach UE. Krajowe firmy inwestycyjne, odwrotnie do zagranicznych, zobowiązane są do traktowania wartości depozytu zabezpieczającego jako wartość transakcji.

KRAJOWI BROKERZY I ZMIANY, KTÓRE ZWIĘKSZAJĄ BEZPIECZEŃSTWO INWESTORÓW

Krajowe domy maklerskie wiedzą jakie znaczenie dla ochrony interesów klientów ma ich edukacja oraz przekazywanie rzetelnych informacji o produktach dostępnych na rynku finansowym. Dlatego już w 2017 r. IDM opracował Standardy w zakresie dobrych praktyk komunikacji i działań marketingowych na rynku OTC.

Na długo przed obowiązywaniem interwencji produktowej ESMA, krajowe firmy inwestycyjne wprowadziły także ochronę przed ujemnym saldem na rachunkach maklerskich swoich klientów.

84% inwestorów popiera wprowadzenie zabezpieczenia przed ujemnym saldem na rachunku maklerskim, a 40% traderów wprowadzenie ujednoliconego ostrzeżenia o ryzyku. To potwierdza, że kierunek działań krajowych domów maklerskich w celu zwiększenia bezpieczeństwa inwestorów na krajowym rynku OTC był dobry, podkreśla ekspert IDM.

***

Badanie zostało zrealizowane przez Izbę Domów Maklerskich we współpracy z portalem Comparic.pl. Ankietę przeprowadzono w dniach 20 lutego – 12 marca br. Kwestionariusz składał się z 12 pytań, których celem było sprawdzenie, jak na rynek OTC wpłynęła interwencja produktowa ESMA. W badaniu udział wzięło 459 inwestorów, z których 66,8% inwestuje na rynku forex więcej niż 2 lata i przeznacza na to środki do 10 tys. zł.

Gdzie Ci programiści? Prawdziwi tacy…

Unia Europejska zmaga się z niedoborem specjalistów w dziedzinie programowania.  Najnowsze szacunki mówią, że chodzi o ponad pół miliona wakatów. Chętni do pracy są, ale często ich umiejętności nie idą w parze z oczekiwaniami pracodawców.

Programiści to najlepiej zarabiająca grupa spośród wszystkich speców w branży IT. Zaczynając pracę po studiach można liczyć na zarobki w wysokości 3000 zł, im dłuższy staż w zawodzie tym wyższa pensja, sięgająca nawet 20 000 zł. Bardzo kusząca perspektywa.

Według ostrożnych szacunków, do 2020 r. deficyt programistów w Polsce wyniesie 50 000, w Europie – 900 000. Remedium na te braki może być rynek bootcampów. W naszym kraju jego wartość jest szacowana na 50 mln zł i rośnie w tempie 100% rocznie. Dla porównania, światowy rynek nauki programowania wart jest przeszło 450 mln dolarów. Podczas nauki wykorzystywana jest funkcja trenera-mentora, który czuwa nad wykonywaniem zadań i pomaga w sytuacjach problemowych. Szkolenie zazwyczaj odbywa się w trybie online. Taka forma sprzyja edukacji osób, które są dopiero na początku swojej drogi programisty.

Z debetem na rynku programowania zmagają się m.in. kraje skandynawskie. Jest to o tyle zaskakujące, że zazwyczaj Szwecja, Norwegia, Finlandia i Dania znajdują się w czołówce zestawień krajów pod kątem poziomu edukacji i warunków do rozwijania biznesu. W Finlandii już teraz brakuje 7 000 programistów. Do 2020 roku ta liczba się podwoi. W Danii szacuje się, że do 2030 roku będzie 30 000 wakatów w branży IT. Paradoksalnie nie zraża to gigantów biznesu, takich jak Uber, Microsoft i IBM, którzy bardzo chętnie rozwijają swoje placówki na północy Europy. W czym więc problem? Skandynawski system szkolnictwa wyższego nie jest w stanie „wyprodukować” odpowiedniej liczby specjalistów. Każdego roku fińskie uczelnie o profilu informatycznym i technologicznym kończy około 1100 absolwentów. Tylko 1/3 z nich specjalizuje się w tworzeniu oprogramowania. Ponadto 30% studentów Politechnik w Finlandii to obcokrajowcy, którzy po obronieniu dyplomu zazwyczaj wracają do swoich krajów.

Braki w branży IT to nie tylko przypadłość Starego Kontynentu. W Stanach Zjednoczonych programiści od 10 lat są w czołówce listy najbardziej poszukiwanych pracowników. Według raportu firmy Forrester amerykańscy pracodawcy chcąc skusić odpowiednio wykwalifikowanych programistów oferują im o 20% wyższe zarobki niż obowiązujące stawki rynkowe. Problemem, podobnie jak w Skandynawii, jest brak odpowiednio wykwalifikowanych kadr. Kandydatom brakuje doświadczenia zawodowego, odpowiednich umiejętności i kompetencji, a ich wymagania finansowe są bardzo wysokie.

Wróćmy na nasz grunt. Według Komisji Europejskiej w Polsce brakuje obecnie od 30 do 50 tys. programistów. Wakaty czekają zarówno w dużych korporacjach branży IT jak i mniejszych firmach budowanych przez polskich speców od informatyki. Jesteśmy firmą hostingową, która mieści się w Częstochowie i dla nas problem braku specjalistów jest odczuwalny na każdym kroku. Większość naszych pracowników zatrudniana jest zdalnie ponieważ okazało się, że praktycznie niemożliwe jest pozyskiwanie fachowców lokalnie. Dotyczy to programistów, administratorów serwerów i technicznej obsługi klienta. Większość dobrze rokujących młodych ludzi wyjeżdża do ośrodków akademickich gdzie rozwijają swoje umiejętności i zdobywają doświadczenie. Zazwyczaj kończąc naukę mają już interesującą pracę i nie wracają w rodzinne strony – komentuje Bartosz Gadzimski, właściciel firmy hostingowej Zenbox.

Kolejnym wyzwaniem są potentaci działający m.in. w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu czy Krakowie i stawki wynagrodzenia, które proponują. Korporacje zazwyczaj są wstanie zaoferować dwa razy więcej pieniędzy za podobne stanowisko. Co więc zrobić, aby ten niekorzystny trend zmienić? Doraźnie można zatrudniać ludzi zdalnie. To wtedy firma z mniejszego ośrodka miejskiego musi przeorganizować swoje zarządzanie i system pracy dostosowując się do pracownika. Taki trend to również odpowiedź na pokolenie Millenialsów, które jest wygodne – im taki system pracy po prostu bardzo pasuje. Dostrzegam też metodę długofalową. Stawiałbym na uruchamianie wewnętrznych procesów pomagających jak najwcześniej lokalnie wyłapywać tych najzdolniejszych. Mam tu na myśli młodych ludzi po liceach i na początku studiów. Zdaje sobie sprawę, że to bardzo wcześnie i takie działanie raczej przypomina sportowy scouting niż rynek pracy, ale musimy mieć z tyłu głowy myśl, że sensowne osoby w tej branży już na trzecim roku studiów podejmują zatrudnienie. Później jest bardzo trudno ich przechwycić – podsumowuje Gadzimski. Według najnowszego raportu firmy rekrutacyjnej Michael Page 2/3 specjalistów IT stawia na pracę zdalną. Choć w Polsce formuła takiego wykonywania swoich obowiązków wciąż nie jest tak powszechna jak na Zachodzie, z badań wynika, że co trzeci ankietowany (33 proc.) korzysta z tego przywileju co najmniej cztery razy w miesiącu, a 35 proc. nie pojawia się w biurze średnio raz w miesiącu bądź rzadziej. Z badań przeprowadzonych przez szwajcarską firmę IWG wspierającą m.in. wydajność w przedsiębiorstwach wynika, że model, który dla wielu pracodawców jeszcze niedawno był nie do zaakceptowania, powoli staje się standardem. Po przebadaniu 18 tys. osób z niemal stu międzynarodowych przedsiębiorstw okazało się, że ponad połowa z nich może pracować z domu przez większość tygodnia.

Firmy IT coraz chętniej inwestują w tworzenie platform e-learningowych wspomagających rozwój młodych programistów. To jednocześnie narzędzie dla pracodawców do pozyskiwania dobrze rokujących na przyszłość studentów, uczniów i licealistów. Systemy pozwalają na uporządkowany i obiektywny pomiar, za pomocą sztucznej inteligencji, poziomu kwalifikacji zawodowych oraz ogólnych kompetencji, takich jak szybkość uczenia się, umiejętność pracy w zespole i zarządzania czasem.

Komisja Europejska prognozuje, że w Polsce (obok Francji i Portugalii) w ciągu najbliższych dwóch lat powstanie najwięcej stanowisk pracy w branży IT. I choć liczba specjalistów technologii informacyjnych wzrosła w ciągu ostatnich czterech lat o 15% to według branżowych ekspertów nawet w bardzo optymistycznym scenariuszu dopiero ok. 2030 r. w Polsce uda się załatać lukę związaną z niedoborem programistów. Nawet jednak w tym scenariuszu jest ważne zastrzeżenie. Do tego czasu nie może drastycznie wzrosnąć globalne zapotrzebowanie na polskich specjalistów.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. podsumowała wyniki za 2018 r.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., zakończyła 2018 r. skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości ponad 1,06 mln zł wobec 0,87 mln zł rok wcześniej. Grupa Kapitałowa rozwija spółki wchodzące w jej skład i poprzez wzrost wszystkich segmentów biznesowych utrzymuje dywersyfikację źródeł przychodów.

Spółka wypracowała w 2018 r. wysoki zysk na poziomie skonsolidowanym dzięki dynamicznemu rozwojowi poszczególnych obszarów biznesowych. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. realizuje plan ekspansji w zakresie nabywania wierzytelności masowych i jak dotąd zakupił pakiety wierzytelności konsumenckich o łącznej wartości nominalnej w kwocie ponad 20,86 mln zł. W ramach outsourcingu windykacyjnego wierzytelności masowych Emitent obsługuje pakiety o wartości nominalnej sięgającej 21,1 mln zł. Z kolei wartość nominalna obsługiwanych usługowo przez Spółkę wierzytelności B2B wynosi 99,61 mln zł. W ten sposób całkowita wartość posiadanych oraz obsługiwanych na zlecenie pakietów wierzytelności przekracza 141 mln zł, co świadczy o znaczącej pozycji Grupy WEC w tej branży. Zarząd Spółki będzie dążył do utrzymania wzrostu wszystkich segmentów działalności przy zachowaniu bezpiecznego modelu finansowania.

„Wyniki finansowe osiągnięte przez Spółkę i całą Grupę Kapitałową potwierdzają jej stabilny rozwój. Rok 2018 był rokiem intensywnego rozwoju segmentu windykacji wierzytelności masowych w Spółce, co przejawiało się inwestycjami w zakupy portfeli i miało na celu pozyskanie jak najlepszej bazy do działań w kolejnych latach. Dysponując aktualnie wierzytelnościami masowymi o wartości 21 mln zł, Spółka będzie dążyła do zwiększenia przychodów w tym obszarze działalności. Jednocześnie łączna wartość 141 mln zł obsługiwanych wierzytelności stawia Spółkę w rzędzie znaczących w skali kraju podmiotów zarządzających wierzytelnościami.” – ocenia Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. rozwija również segment usług faktoringowych oraz pożyczek i zanotowała w tym obszarze w 2018 r. przychody w kwocie ponad 505 tys. zł. Poprzez rozwijanie wielu obszarów biznesowych Spółka przekształciła się z podmiotu windykacyjnego w Grupę Kapitałową świadczącą komplementarne usługi dla firm m.in. prawne, księgowe, audytorskie finansowe. Emitent chce nadal umacniać swoją pozycję rynkową w branży dzięki efektywnemu wykorzystaniu posiadanego potencjału oraz rozszerzaniu współpracy z nowymi partnerami. Dla Zarządu Spółki bardzo istotna pozostaje kooperacja pomiędzy podmiotami wchodzącymi w skład Grupy Kapitałowej, która pozwala na wykorzystanie efektów synergii.

„Jako Grupa będziemy dalej dywersyfikować źródła przychodów w celu zapewnienia zrównoważonego rozwoju. Zwiększając komplementarność świadczonych usług jesteśmy dla naszych klientów coraz bardziej atrakcyjnym partnerem, co uważamy, że znajdzie dalsze przełożenie we wzroście przychodów całej Grupy w roku 2019 i w kolejnych latach.” – zakończył Prezes Brzeziński.

Pierwszy kwartał tego roku obfituje w ważne zdarzenia biznesowe dla Spółki. Zawarła ona ostatnio umowę zakupu wierzytelności z tytułu niewypowiedzianych pożyczek z podmiotem z branży usług pożyczkowych i sprzedaży ratalnej. Ich całkowita wartość przekracza 8.690 tys. zł, a szczegółowe warunki umowy są standardowe dla tego typu transakcji. Jest to zarazem pierwsza firma pożyczkowa, która nawiązała współpracę z Emitentem.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. cały czas rozszerza działalność w zakresie obsługi wierzytelności pozyskując nowe pakiety z kolejnych branż. Na początku marca br. Spółka podpisała umowę na zakup wierzytelności konsumenckich od operatora telefonii komórkowej o łącznej wartości nominalnej wynoszącej ponad 0,3 mln zł. Jest to także pierwszy podmiot z branży telekomunikacyjnej, który zdecydował się na współpracę z Emitentem.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. otrzymała również od podmiotu działającego w sektorze energetycznym, z którym rozpoczęła współpracę w grudnia 2018 r., zlecenia na obsługę windykacyjną wierzytelności z segmentu B2B na kwotę ok. 6,8 mln zł. Spółka z tytułu świadczenia usług otrzyma wynagrodzenie prowizyjne na każdym etapie postepowania, a na etapie sądowym oraz egzekucyjnym koszty zastępstwa procesowego.

W tym roku Emitent zawarł już kilka istotnych umów. Można do nich zaliczyć m.in. umowę na obsługę windykacyjną wierzytelności z tytułu niedopełnienia przez podróżnych obowiązku uiszczenia należności przewozowych. Całkowita wartość obsługiwanego pakietu przekracza 18,7 mln zł. Spółka na początku tego roku dokonała także nabycia wierzytelności z tytułu opłat dodatkowych od podmiotu z branży kolejowej, których całkowita wartość nominalna przekracza 1.777 tys. zł.

W listopadzie 2018 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. terminowo wykupiła zabezpieczone obligacje serii A, których łączna wartość nominalna wynosiła 823 tys. zł. Wykup obligacji został sfinansowany przez Spółkę ze środków własnych. Kapitał pozyskany z emisji obligacji serii A został przeznaczony w całości na finansowanie zakupu nieprzeterminowanych wierzytelności gospodarczych sektora B2B.

Nowe daty, stary bałagan, dotkliwe skutki uboczne

Komisja Europejska wyznaczyła Wielkiej Brytanii nowe terminu na rozstrzygnięcia kwestii brexitu, jednak prócz tego, że pod koniec tego miesiąca brexit nie wystąpi, cała reszta pozostaje niewiadomą. Funt w żadnym razie nie jest w pozycji, by reagować pozytywnie. Gdzie indziej przecena dolara nie ruszy, jeśli EUR/USD nie nada kierunku, a ten zostaje dziś strącony przez szokujący PMI z Niemiec.

Komisja Europejska zgodziła się na odroczenie brexitu do 22 maja 2019 r., by dać Wielkiej Brytanii czas na implementację przepisów brexitu, pod warunkiem jednak, że Izba Gmin zaakceptuje plan May. Jeśli brytyjski parlament odrzuci w przyszłym tygodniu wersję porozumienia, odroczenie zostanie skrócone do 12 kwietnia. Wtedy Wielka Brytania będzie miała dwa wyjścia: bezumowny brexit albo przeprowadzenie wyborów do Europarlamentu i odroczenie o kolejne 9 miesięcy. Tak naprawdę rynek widzi tylko dłuższe odroczenie, gdyż nie ma złudzeń, aby May udało się przeforsować swój plan, który wcześniej dwukrotnie został odrzucony ogromna ilością głosów. Każde oddalenie tragicznego brexitu jest pozytywną informacja dla GBP, ale czy rzeczywiście jest to podstawa do kupna. Uważam, że nie. Chaos, jaki zgotowali brytyjscy politycy, podnosi tyko ryzyko, że w kolejnych dniach pojawi się nowy pomysł, jak jeszcze bardziej skomplikować proces decyzyjny. Jakkolwiek brexitowcy nie chcą bezumownego rozstania z UE, nie chce też przystać na warunki aktualnego porozumienia, ale tak samo nie chcą przeciągać negocjacji w nieskończoność z ryzykiem anulacji całego procesu. Problem w tym jednak, że nie ma czwartej drogi (na razie). Jeśli premier May przegra ponownie głosowanie, będzie musiała się zwrócić do parlamentu z zapytaniem, czego politycy chcą po 12 kwietnia? Kalka wniosków z serii głosowań z ubiegłego tygodnia wydaje się nieuzasadniona. Stąd premia za ryzyko ujęta w GBP musi pozostać.

Ktoś może uznać, że zawsze istnieje szansa na złagodzenie stanowiska przez unijnych liderów, choć mama wrażenie, że jest odwrotnie i cała sprawa przyprawia ich o dodatkową frustrację. A dziś ta frustracja raczej wzrośnie, gdyż najnowsze dane z Euroland wysyłają jasny przekaz, że zamieszanie wokół brexitu szkodzi europejskiej gospodarce. Wstępne szacunki marcowych indeksów PMI odkrywają ponury obraz przemysłu, a komentarz do danych wskazuje, że jednym z kluczowych problemów jest niepewność wokół brexitu. Dane też przywracają uśpione obawy o perspektywy globalnego ożywienia i nie tylko są ciosem dla EUR, ale ogólnie dla ryzyka. EUR/USD wrócił do 1,13 (150 pipsów niżej od szczyt po Fed), a za nim w dół ciągną inne crossy z dolarem, gdyż nawet pomimo gołębiej decyzji Fed USD wciąż jest walutą pierwszego wyboru w momentach wzrostu awersji do ryzyka. Jeśli gołębiość będzie trendem dla wszystkich głównych banków centralnych, to netto USD wygrywa relatywnie wyższymi stopa procentowymi. Odwrót od dolara będzie trwały, jeśli globalna gospodarka pokaże odbicie do dołka i da podstawy do rajdu ryzyka. Dziś nic na to nie wskazuje.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zmiany w prawie 2019 – najkorzystniejsze i najbardziej problematyczne zdaniem przedsiębiorców

Aż 94% mikroprzedsiębiorców ankietowanych przez inFakt deklarowało, że wprowadzone w 2018 roku zmiany prawne nie wywarły wpływu na prowadzenie przez nich działalności gospodarczej. Czy zatem nowe rozwiązania dostępne od 2019 roku, takie jak ZUS od przychodu lub rozliczanie wynagrodzenia współmałżonka w kosztach działalności, ułatwią życie polskim przedsiębiorcom?

NAJLEPSZE ZMIANY PRAWNE 2019

Najlepiej oceniane zmiany prawne 2019Największe nadzieje pokładane w ZUS od przychodu

Najwięcej przedsiębiorców, którzy wzięli udział w badaniu przeprowadzonym przez inFakt, firmę oferującą nowoczesne rozwiązania księgowe, pozytywnie ocenia wprowadzenie możliwości wyliczania składek ZUS w zależności od przychodu oraz uwzględnienie wynagrodzenia małżonka w kosztach działalności gospodarczej.

Trzeba jednak pamiętać, że ZUS od przychodu nie jest rozwiązaniem adresowanym do wszystkich. Ustawodawca zastosował sporo wykluczeń, jak np. limit przychodu 63 000 zł netto w skali roku czy limit czasu prowadzenia działalności (ze składek od przychodu mogą skorzystać jedynie osoby, które w roku wcześniejszym prowadziły działalność przynajmniej przez 60 dni; poza tym przelicza się go proporcjonalnie do liczby dni prowadzenia działalności w ciągu roku, jeśli była ona prowadzona tylko przez pewien czas).

Wynagrodzenie małżonka w kosztach

Kolejna dobrze oceniana nowość dotyczy wynagrodzeń członków rodziny. Mianowicie od 2019 r. można w kosztach działalności rozliczyć wynagrodzenie małżonka i małoletnich dzieci. Do tej pory nie było to możliwe. Ustawodawca wskazał, że wynagrodzenie musi być wypłacone i otrzymywane na podstawie np. umowy o pracę lub zlecenie, w której określona jest jego wysokość. Jeśli wynagrodzenie nie zostanie wypłacone, to przedsiębiorca nie będzie mógł tego kosztu rozliczyć. Co ważne, ustawodawca nie wskazał, w jaki sposób ma być wypłacane. Można zatem małżonkowi wypłatę przekazać na konto lub do rąk własnych – przy czym przy wypłacie gotówkowej należy mieć potwierdzenie odebrania środków np. podpis pracownika – małżonka na liście płac.

Elektroniczne dane osobowe

Co piąty badany uznał, że korzystną zmianą jest możliwość prowadzenia elektronicznej dokumentacji pracowniczej, w tym akt pracowniczych. Jest to zmiana, która ma na celu głównie ograniczenie kosztów pracy. Do tej pory pracodawcy musieli bowiem gromadzić znaczne ilości papierowych dokumentów w zabezpieczonych biurach lub archiwach, co generowało dodatkowe koszty działalności. W dodatku według nowych przepisów można będzie skrócić czas przechowywania tych dokumentów z 50 do 10 lat. Będzie to możliwe w przypadku pracowników zatrudnionych u danego pracodawcy od 1 stycznia 1999 r. do 31.12.2018 włącznie. Warunkiem skrócenia okresu przechowywania jest dostarczenie do ZUS dwóch dokumentów: ZUS OSW oraz ZUS RIA. W przypadku pracowników zatrudnionych od 1 stycznia 2019 r. z automatu będzie obowiązywał dziesięcioletni okres.

Jednorazowe rozliczenie straty poniżej 5 milionów złotych

Od 2019 r. istnieje możliwość jednorazowego rozliczenia straty, której wartość nie przekracza 5 mln złotych. Opcja ta będzie dostępna dla strat wygenerowanych od 2019 r, co oznacza że straty z lat poprzednich będą rozliczane na dotychczasowych warunkach – minimum przez 2 lata, maksymalnie przez 5 lat. Jeśli podatnik w 2019 r. wygeneruje stratę w wysokości 6 mln, to w 2020 r. będzie mógł rozliczyć maksymalnie stratę w wysokości 5 mln. Pozostała kwota (1 mln) podlega rozliczeniu w pozostałych latach – minimalnie dwóch (50%), a maksymalnie w ciągu pięcioletniego okresu.

Wśród pięciu najlepiej ocenianych zmian znalazły się także nowe regulacje dotyczące rozliczania kryptowalut w działalności gospodarczej (7%), jednak więcej przedsiębiorców wskazało je jako jedną ze zmian najgorszych (11%). Warto też zauważyć, że prawie co piąty przedsiębiorca ankietowany przez inFakt żadnej z nowości prawnych nie ocenił pozytywnie.

NAJGORSZE ZMIANY PRAWNE 2019

Najgorzej oceniane zmiany prawne 2019Rozliczanie samochodów pod ostrzałem

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Najwięcej negatywnych emocji wśród przedsiębiorców wzbudziły zmiany dotyczące rozliczania pojazdów w działalności gospodarczej. Krytyce została poddana przede wszystkim zmiana limitu amortyzacji przy pojazdach osobowych (39%). – Jest to dość zaskakująca opinia, bo od 2019 r. ten limit został podniesiony z 20 000 EUR do 150 000 zł i z pewnością jest to korzystna zmiana dla podatników, którzy pojazdy amortyzują lub będą amortyzować – komentuje Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-podatkowy w firmie inFakt. – W mojej opinii niezadowolenie podatników wynika z generalnej zmiany sposobu rozliczania kosztów pojazdów. Podatnicy skupili się przede wszystkim na kwestii ograniczenia rozliczania kosztów pojazdów. Od 2019 r. większość podatników może rozliczyć 75% kosztów związanych z pojazdem. Jeszcze mniej, bo 20% kosztów pojazdu mogą rozliczać osoby, które użytkują własne pojazdy prywatne do celów działalności.

Ponadto przedsiębiorcy byli szczególnie krytyczni wobec zmian dotyczących rozliczania leasingu pojazdów w PIT (36%) oraz kilometrówki (33%). Wyniki badania pokazują również, że wiele kontrowersji budzi temat ZUS od przychodu. Z jednej strony jest to ten przepis, który przedsiębiorcy oceniają najlepiej, z drugiej strony istnieje spora grupa (21%), która ma o nim negatywne zdanie. – ZUS od przychodu został zaprezentowany jako doskonałe rozwiązanie dla zarabiających mniej. Pewnym rozczarowaniem dla przedsiębiorców były ograniczenia i dezinformacja, np. w zakresie wolnych zawodów, twórców i artystów – wyjaśnia Aneta Socha-Jaworska. – Według mnie przedsiębiorcy w tym rozwiązaniu upatrują oszczędności, bo składki mogą faktycznie być sporo niższe. W wielu przypadkach pozwoli to na zachowanie płynności finansowej firmy i to może być przez nich dobrze oceniane. Z drugiej zaś strony stresujące było to, że przerejestrowania w ZUS, aby opłacać składki od przychodu, trzeba było dokonać w terminie nieprzekraczalnym do 8 stycznia. Dla przedsiębiorców prowadzących działalność przez część roku nie lada wyzwaniem było też wyliczenie proporcjonalnego limitu przychodów.

Zmiany w rozliczeniu kryptowalut

Jak się okazuje, również rozliczanie przychodów z kryptowalut w działalności gospodarczej wzbudza wśród przedsiębiorców kontrowersje. Od 2019 roku przychody uzyskane z odpłatnego zbycia waluty wirtualnej będą zaliczane do źródła przychodów z kapitałów pieniężnych. Oznacza to, że przedsiębiorcy nie będą mogli rozliczać transakcji związanych z kryptowalutami w działalności gospodarczej. Przychody będzie trzeba wykazać w składanym zeznaniu rocznym PIT-38, którego termin złożenia mija 30 kwietnia. Z kolei przedsiębiorca, który w 2018 roku wygenerował stratę z kryptowalut w działalności gospodarczej, nie będzie miał prawa do rozliczenia straty w źródle „Kapitały pieniężne”. Oznacza to, że kryptowalut nabytych do końca 2018 roku, sprzedanych w 2019 roku, nie będzie można rozliczyć w kosztach.

Co czwarty przedsiębiorca nie wie, co go czeka w 2019 roku

Warto zauważyć, że 28% badanych przedsiębiorców stwierdziło, że nie zna żadnej z planowanych w bieżącym roku zmian. – Przedsiębiorcy koncentrują się na prowadzeniu biznesu, a te wyniki pokazują raczej, że kwestie podatkowe pozostawiają swoim księgowym – zauważa Joanna Swatowska-Rybak z firmy inFakt, kierownik badania. Wciąż zmieniające się prawo i konieczność nadążania za nowymi regulacjami jest uważane za jedno z największych obciążeń w prowadzeniu biznesu w Polsce. Deklarowało tak 44% przedsiębiorców[1]. Wygląda więc na to, że przedsiębiorcy potrzebują nie tylko dobrego prawa, ale również stabilizacji.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone przez firmę inFakt od 18 stycznia do 2 lutego 2019 metodą CAWI (Computer Web Assisted Interviews) na reprezentatywnej grupie 673 przedsiębiorców z całej Polski.

[1] Badanie Polskiej Mikroprzedsiębiorczości, inFakt, 2018

Jak technologie komunikacyjne zmieniają banki?

Coraz rzadziej atutem danego banku będzie sama możliwość mobilnego zarządzania finansami. Do gry wejdą niuanse, szczegóły, które będą budowały doświadczenie użytkownika. Spodziewam się, że klienci będą stale podnosić poprzeczkę bankom, jeśli chodzi o funkcjonalność rozwiązań oraz komunikację – pisze Kamila Górna, dyrektor ds. Rozwoju w firmie Infobip specjalizującej się w komunikacji mobilnej.

Co z oddziałami banków?

Dawno, dawno temu, był tylko jeden sposób na obsługę klientów banku – w oddziale. Rozwój narzędzi umożliwiających zdalne bankowanie, zarówno online, jak i telefonicznie jednak poważnie zakłócił ten model. Dzisiaj ​​eksperci mają coraz więcej wątpliwości czy oddziały fizyczne w ogóle mają rację bytu?

W Wielkiej Brytanii każdego miesiąca zamyka się około 60 oddziałów banków. Podobny trend obowiązuje również w innych częściach świata. Dotyczy to zwłaszcza krajów, gdzie bankowość mobilna cieszy się największym zainteresowaniem. W Polsce centra miast wciąż są mocno nasycone placówkami bankowymi, ale czy klienci instytucji mają czas i ochotę do nich zaglądać? Spadek zainteresowania obsługą w oddziale powinien zachęcać banki do zmiany strategii. Jeśli oddziały fizyczne mają mieć przyszłość, modyfikacji musi ulec ich oferta oraz podejście do klientów, którzy je odwiedzają.

Klienci coraz częściej oczekują tej samej wygody, usług i płynnych transakcji, do których mają dostęp online. Właśnie płynność jest jedną z głównych cech charakteryzujących obsługę w kanale mobilnym. Bez kolejek, bez czekania i zbędnych nerwów. Wszystkie informacje na jedno lub dwa kliknięcia. W tym kontekście ciekawie wygląda przykład amerykańskiego banku CapitalOne, który już w 2017 roku stworzył koncepcję „Capital One Cafe”. Te placówki zdecydowanie bardziej przypominają kawiarnie niż tradycyjne odziały banków.

W ich nowoczesnych, ale przytulnych wnętrzach klienci mogą znaleźć zaawansowaną technologię, która pozwala zarządzać pełnym spektrum bankowości w jednym miejscu. Wszystko odbywa się w środowisku i warunkach, w których klienci czują się bezpiecznie i komfortowo.

Dzięki temu innowacyjnemu podejściu Capital One może kompletnie zmienić doświadczenie, które jest udziałem osób odwiedzających taki oddział. Wchodzą do środka jako klienci, a wychodzą jako przyjaciele marki i fani nowego sposobu załatwiania spraw, który jeszcze do niedawna przypominał im wizytę w urzędzie.

Czy dogadujesz się z generacją FANG?

Dzisiejsi konsumenci będący fanami technologii są często nazywani „Generacją FANG”. To skrót pochodzący od nazw 4 największych firm cyfrowych na świecie – Facebook, Amazon, Netflix i Google. Platformy te wyznaczają niezwykle wysokie standardy w zakresie cyfrowych doświadczeń użytkowników.  Te rozwiązanie działają bardzo sprawnie i wielu użytkowników oczekuje, że pozostałe marki będą oferować równie responsywną obsługę w swoich kanałach cyfrowych.

Trzech na pięciu Amerykanów korzysta obecnie z bankowości mobilnej, a 83% loguje się przynajmniej raz w tygodniu. Z kolei jak wynika z raportu PRNews.pl na koniec września ubiegłego roku liczba użytkowników bankowości mobilnej w Polsce przekroczyła 10,5 mln. W ujęciu rok do roku mówimy o wzroście o 2,2 miliona osób bankujących mobilnie.

Coraz rzadziej atutem danego banku będzie sama możliwość mobilnego zarządzania finansami. Do gry wejdą niuanse, szczegóły, które będą budowały doświadczenie użytkownika. Spodziewam się, że klienci będą stale podnosić poprzeczkę bankom, jeśli chodzi o funkcjonalność rozwiązań oraz komunikację.  Będą oczekiwać, że coraz więcej operacji będzie można wykonać online, bez konieczności odwiedzania oddziału.

Personalizacja to konieczność

Nie istnieje coś takiego, jak uniwersalna strategia komunikacji w branży finansowej. Klienci chcą, aby bank ich znał, rozpoznawał i potrafił zaoferować lepszą obsługę niż jakikolwiek inny.

Z naszych ustaleń wynika, że banki inwestujące w personalizację komunikacji mogą oczekiwać zwrotu z tej inwestycji nawet na poziomie 30-40%. Automatyzacja jest coraz bardziej wyrafinowana i może pomóc w dostarczaniu personalizowanych wiadomości na większą skalę – bez potrzeby wykonywania czasochłonnej pracy. Dostawcy rozwiązań dla firm takich jak Infobip wiedzą, że marketingowcy nie mają dużo czasu na operacyjne zarządzanie wysyłką, dlatego np. procesy na platformie mGate wykonuje się przy użyciu prostej metody „przeciągnij, upuść”.

Po co nam czatboty i sztuczna inteligencja?

Sztuczna inteligencja jest jednym z dominujących trendów technologicznych naszych czasów, a jej potencjał jest naprawdę ekscytujący. Weźmy na przykład chatboty. W dobie mediów społecznościowych i komunikacji w czasie rzeczywistym klienci oczekują doskonałej obsługi i – co najważniejsze – szybkich, a najlepiej natychmiastowych odpowiedzi. Nie mają ochoty spędzać minut i godzin na infoliniach czekając, aż ktoś podniesie telefon lub szybko załatwi ich sprawę.

Wyrafinowane narzędzia sztucznej inteligencji coraz częściej potrafią interpretować komunikaty klientów i wyświetlać najbardziej trafną odpowiedź. W kontekście bankowym służy to kilku ważnym celom; po pierwsze, daje klientom większą szansę na rozwiązanie swoich problemów i udzielenie odpowiedzi niezależnie i szybko. Po drugie, bank odciąża w ten sposób infolinię i zapobiega niepotrzebnym wizytom w oddziale zirytowanego słabą obsługą klienta.

Nadchodzi technologiczna rewolucja

Wejście w życie unijnej dyrektywy PSD2 regulującej rynek usług płatniczych to dobry przykład pokazujący, jak technologie wymuszają zmiany w przepisach. W dużym skrócie dotychczasowe regulacje bankowe nie uwzględniały nowych rozwiązań technologicznych, które rozwijają coraz prężniej działające spółki fintechowe. Nadszedł czas, aby pogłębić rynek usług finansowych i pozwolić na nim operować innym podmiotom niż banki.

Na mocy dyrektywy banki udostępnią funkcjonalne interfejsy API do swoich systemów firmom i instytucjom fintech, które zgodnie z nowymi przepisami uzyskają status TPP (Third Party Provider). Podmioty te będą mogły za zgodą klientów uzyskać wgląd w ich rachunki w bankach oraz inicjować i realizować płatności w ich imieniu.

W praktyce za pośrednictwem nie bankowych instytucji będzie można m.in. zapłacić za cyfrowe publikacje, bilety na różne wydarzenia czy miejsce parkingowe. To wszystko będzie możliwe już za niecałe pół roku. Tydzień temu polskie banki otworzyły środowiska testowe przygotowane dla TPP. Aktualnie trwają testy sprawności interfejsów, 14 września cały system zostanie uruchomiony komercyjnie.

Co to oznacza dla klientów? Wiele korzyści, ponieważ należy spodziewać się, że banki zaczną walkę z fintechami i innymi bankami o ich lojalność. Jak wiadomo ma ona swoją cenę, dlatego inwestycje w infrastrukturę oraz innowacyjne rozwiązania wydają się jeszcze bardziej konieczne.

Grupa ROBYG zakłada przyspieszenie ekspansji w 2019 r.

Grupa ROBYG w 2019 roku zamierza zwiększyć zarówno liczbę sprzedanych lokali – do około 2700, jak i przekazanych klientom – do nawet 2800-3000 jednostek. Jednocześnie wobec dynamicznie rozpoczętej sprzedaży we Wrocławiu, spółka zakłada zwiększenie swojego udziału na tym rynku oraz rozszerzanie portfolio i rozważa ekspansję do kolejnego dużego polskiego miasta. Strategia ekspansji jest odpowiedzią na potrzeby rynku i bazuje na potencjale międzynarodowego inwestora strategicznego – Bricks Acquisitions Limited – podmiotu z grupy The Goldman Sachs Group Inc.

Grupa ROBYG w 2018 roku – z uwzględnieniem rezygnacji – zakontraktowała 2520 lokali (o łącznej wartości ok. 1 mld zł.) i uwzględniła w wynikach finansowych ponad 2700 lokali.

„Grupa ROBYG odznacza się stabilnością i realizowaniem powziętych wobec rynku i klientów zobowiązań. W 2018 roku spółka zrealizowała cel sprzedażowy i rozszerzyła działalność o rynek wrocławski, którego przedsprzedaż kształtuje się coraz bardziej dynamicznie. Na podstawie analiz Grupy ROBYG, sytuacji makroekonomicznej oraz przewidywanego harmonogramu realizacji inwestycji spółka przewiduje, że rok 2019 pod względem sprzedaży, jak i przekazań lokali klientom będzie lepszy niż rok 2018.Konsekwentnie realizowane są cele strategiczne – jak chociażby ekspansja do kolejnych miast i tworzenie dużych, kompleksowych inwestycji. Biorąc pod uwagę te czynniki jesteśmy przekonani, że realne jest dalsze zwiększanie skali działalności i umacnianie pozycji na polskim rynku deweloperskim” – powiedział Oscar Kazanelson, Przewodniczący Rady Nadzorczej ROBYG SA.

Grupa ROBYG działa w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu. ROBYG to ponad 15 lat doświadczenia, ponad 20 000 sprzedanych lokali i 60 000 zadowolonych klientów. Grupa ma mocną pozycję w kraju – obecnie w budowie ROBYG ma około 5500 lokali, a pełna oferta w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu łącznie to ponad 2200 mieszkań, co oznacza szeroki wybór dla klientów.

Oscar Kazanelson, przewodniczący rady nadzorczej ROBYG SA.
Oscar Kazanelson, przewodniczący rady nadzorczej ROBYG SA.

„Wszystkie sygnały z rynku wskazują, że rok 2019 będzie kontynuacją trendów z 2018 roku. Obserwowane są zwyżki cen lokali mieszkalnych – związane m.in. z rosnącymi cenami gruntów i wykonawstwa, przy wciąż wysokim popycie. Jednocześnie w najbliższych miesiącach oczekiwane jest utrzymanie stóp procentowych na dotychczasowym, dość niskim poziomie – co dodatkowo zachęca do zakupów. Co istotne, dzięki kompleksowemu planowaniu Grupa ROBYG oferuje lokale w atrakcyjnych dla nabywców cenach przy zachowaniu dobrych marż” – dodaje Oscar Kazanelson.

W listopadzie 2018 roku Grupa ROBYG – zgodnie z deklaracjami – rozpoczęła działalność we Wrocławiu. W inwestycji ROBYG Jagodno – w ramach wszystkich etapów – powstanie około 50 000 m2, czyli ponad 900 mieszkań w zróżnicowanej zabudowie: kameralne szeregowce, domy atrialne i nowoczesne budynki wielorodzinne. Grupa ROBYG jest pierwszym deweloperem na rynku wrocławskim, który oferuje system Smart House w standardzie, bez dodatkowych kosztów.

Ile zarabiają absolwenci? Pensje „na start” w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu

5 700 zł brutto – to najwyższe przeciętne zarobki „na start” w woj. mazowieckim, małopolskim i dolnośląskim. Na takie pensje mogą liczyć początkujący programiści. Dane serwisu zarobki.pracuj.pl potwierdzają dobre warunki pracy w IT w tych regionach, ale także wysokie wynagrodzenia „na start” dla pracowników w innych trudnych specjalizacjach.

Pierwsze dwa lata na rynku pracy to zazwyczaj okres nabywania doświadczeń, które procentują w następnych latach. W Polsce nie brak jednak zarówno branż, w których zarobki są wyjątkowo wysokie już „na start”, jak i tych w których widać wyraźny wzrost wysokości pensji po awansie ze stanowisk juniorskich. Z okazji zakończonego niedawno Festiwalu Pracy JOBICON analitycy serwisu zarobki.pracuj.pl przyjrzeli się pod tym kątem wynagrodzeniom absolwentów w woj. mazowieckim, małopolskim i dolnośląskim. To trzy województwa, z których pochodziło najwięcej ogłoszeń na Pracuj.pl w 2018 roku.Pracuj.pl_Pensje na start_różnice Pracuj.pl_Pensje na start_porównanie

Rafał Nachyna
Rafał Nachyna,
Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl

Napływ młodych talentów do firm jest jednym z najważniejszych wyzwań pracodawców. Jak przewidują eksperci PwC, w ciągu kilku lat na naszym rynku pracy może zabraknąć 1,5 miliona osób, by zaspokoić potrzeby kadrowe przedsiębiorstw. Niedobór kadr z jednej strony, a luka kompetencyjna z drugiej – to dwa zjawiska napędzające poszukiwania talentów. Mają one także zauważalny wpływ na politykę płacową w branżach z wyraźnym deficytem kadr w tych trzech regionach
— mówi Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

Najwyższe pensje i wzrosty płac

Co łączy, a co dzieli badane województwa? We wszystkich trzech na najwyższe pensje „na start” mogą liczyć specjaliści od rozwoju oprogramowania. Ich wysokość jest do siebie zbliżona w każdym z nich (5500-5700 zł brutto). Podobną sytuację odnotować można np. w przypadku pensji finansistów, inżynierów czy specjalistów HR (od 100 do 300 zł różnicy między regionami). Znaczące różnice w wynagrodzeniach między woj. mazowieckim, a małopolskim i dolnośląskim ujawniają się natomiast w przypadku innych ciekawych specjalizacji: badań i rozwoju (R&D), marketingu, bankowości czy zakupów. Na przykład, w przypadku R&D mieszkańcy regionu ze stolicą w Warszawie mogą liczyć o nawet 1200 złotych więcej, niż w woj. małopolskim.

A jak wyglądają w regionach różnice między pensją „na start”, a zarobkami bardziej doświadczonych specjalistów, mających powyżej 2 lat doświadczenia zawodowego? Największe wzrosty wysokości wynagrodzeń widać znów w przypadku programowania – w woj. mazowieckim różnica wynosi aż 82%, w małopolskim – 78%, a w dolnośląskim – 68%. Spore wzrosty widoczne są w przypadku administracji IT (najwięcej – 58% w woj. dolnośląskim) i inżynierii (58% w Mazowieckim).

Warto zwrócić uwagę na doświadczonych specjalistów w kategorii internet/e-commerce (61% różnicy w Mazowieckim) czy marketingowców – w każdym z województw zarabiają oni o około połowę więcej, niż początkujący specjaliści.

Małopolskie: technologie i finanse na czele

W woj. małopolskim najwyższymi zarobkami „na start”  mogą pochwalić się eksperci od technologii, a także początkujący finansiści i bankowcy, pracownicy działów zakupów czy inżynierowie. Na najwięcej mogą liczyć przeciętnie programiści z najwyżej 2-letnim doświadczeniem – 5 500 zł brutto. W ścisłej czołówce znaleźli się administratorzy IT i pracownicy branży finansowej (4400 zł) oraz specjaliści od zakupów, inżynierowie i bankowcy (4300 zł).

Mazowieckie: BI cenione jak programowanie

A jak to wygląda w woj. mazowieckim? Najlepszymi zarobkami wśród pracowników posiadających do 2 lat doświadczenia zawodowego mogą pochwalić się w nim eksperci od technologii oraz – co ciekawe – doradztwa biznesowego. Obok programistów to właśnie początkujący specjaliści od strategii i business intelligence mogą liczyć na przeciętną pensję „na start” wynoszącą 5 700 zł brutto.  Niewiele mniejsze pensje otrzymują eksperci od doradztwa i konsultingu (5500) oraz badań i rozwoju (5300). Po 5000 zł podczas pierwszych 2 lat pracy można otrzymać w roli marketingowca, bankowca, energetyka czy specjalisty działu zakupów.

Dolnośląskie: IT, e-commerce i zakupy

W woj. dolnośląskim zestawieniu najlepiej wynagradzanych specjalizacji „na start” również dominują programiści (5700 zł brutto). Co ciekawe, na drugim miejscu uplasowali się specjaliści od internetu/e-commerce (4700 zł) – na co wpływ może mieć duża aktywność firm z tej branży w mieście. Na podium zmieściły się także administracja IT i specjaliści od procesów zakupowych (4500 zł). Niewiele niższe zarobki na początku kariery otrzymują w woj. dolnośląskim inżynierowie (4 400 zł), specjaliści od R&D czy bankowości (4300 zł) oraz marketingowcy i finansiści ( 4200 zł).

Michał Krajczewski z BM BGŻ BNP Paribas Analitykiem Roku

Michał Krajczewski, Kierownik Zespołu ds. Doradztwa Inwestycyjnego w BM BGŻ BNP Paribas
Michał Krajczewski, Kierownik Zespołu ds. Doradztwa Inwestycyjnego w BM BGŻ BNP Paribas

Michał Krajczewski, Kierownik Zespołu ds. Doradztwa Inwestycyjnego w BM BGŻ BNP Paribas otrzymał tytuł Analityka Roku i statuetkę „Byka i Niedźwiedzia”. Michał uzyskał pierwsze miejsce w rankingu analityków technicznych osiągając w 2018 r. stopę zwrotu w wysokości 52%. Wyróżnienie zostało przyznane przez redakcję „Parkietu”, która w tym roku świętuje 25-lecie tego najstarszego w Polsce dziennika gospodarczego.  Krajczewski odpowiedzialny jest za selekcję spółek w ramach usługi doradztwa inwestycyjnego. Nadzoruje także przygotowanie analiz dotyczących funduszy inwestycyjnych, produktów strukturyzowanych oraz komentarzy dotyczących bieżącej sytuacji rynkowej. Posiada międzynarodowy tytuł CFA oraz krajową licencję doradcy inwestycyjnego (nr 635).

Wypracowane metody obserwacji rynku i wyboru spółek pozwoliły na osiągnięcie trzeciego miejsca w rankingu analityków technicznych Gazety Parkiet w 2013 r  (40,7% stopy zwrotu), drugie miejsce w 2016 r. (25,0% stopy zwrotu) oraz na zwycięstwo w 2014 r.(37,8% stopy zwrotu).

Nintendo Switch napędza przychody QubicGames

O ponad 245% wzrosły przychody ze sprzedaży QubicGames w 2018 r. Bieżący rok zapowiada się równie spektakularnie. Od 17 grudnia ubiegłego roku spółka sprzedała ponad 400 000 kopii gier na Nintendo Switch, a przychody ze sprzedaży gier i praw do gier za ten okres przekroczyły 2 miliony złotych. Wraz z przypadającym w bieżącym roku 15-leciem spółki, QubicGames przedstawi strategię na najbliższe lata.

Wyraźny wzrost przychodów to efekt stopniowej transformacji z producenta gier do roli globalnego wydawcy gier premium na konsole. Dotychczas spółka wydała 20 tytułów na konsole Nintendo Switch (14 w 2018 r.), a plany na ten rok są jeszcze bardziej ambitne. – Rok 2018 r. zakończyliśmy przychodami na poziomie niespełna 3.5 mln zł, ale tak naprawdę kluczowy dla nas był okres świąteczny. Od 17 grudnia sprzedaliśmy ponad 400 000 płatnych gier w sklepie eShop, a przychody ze sprzedaży gier i praw do gier za ten okres przekroczyły 2 mln zł. To efekt dużej liczby wydanych gier jak i serii udanych promocji. Bieżący rok zapowiada się naprawdę dobrze- komentuje Jakub Pieczykolan, prezes QubicGames.

            Duża liczba sprzedanych gier oraz wprowadzenie pierwszej gry bezpłatnej, przełożył się na znaczny wzrost bazy graczy, co z kolei pomaga w pozyskiwaniu kolejnych tytułów do wydania jak sprzedaż samych gier. – Szacujemy, że obecnie gry wydane przez QubicGames na Nintendo Switch posiada około miliona unikalnych graczy – podkreśla prezes.

W najbliższych tygodniach QubicGames przedstawi strategię na najbliższe lata. – Kończymy prace z tym związane i przekażemy je rynkowi już w kwietniu. Ponadto w związku z 15 – leciem szykujemy również sporo niespodzianek dla graczy – zapowiada Jakub Pieczykolan.

Prywatna opieka medyczna pozwala zaoszczędzić pracodawcom nawet 1004zł

1004 zł – tyle można zaoszczędzić na kosztach choroby pracowników w skali roku zapewniając im wysokiej jakości kompleksową opiekę zdrowotną, wynika z najnowszego raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013-2017” przygotowanego przez Medicover Polska. Jest to kwota o 278 zł wyższa w porównaniu z danymi z poprzedniego raportu. Ponad ¾ tej kwoty można uzyskać dzięki inwestycjom w terapię infekcji dróg oddechowych oraz bólów pleców dolegliwości generujących największe wydatki na leczenie wśród osób czynnych zawodowo.

To już piąta odsłona raportu prezentującego stan zdrowia pracujących Polaków. Tegoroczna analiza objęła ponad 295 000 osób w wieku 18-67 lat, z czego 40 proc. stanowiły osoby pomiędzy 30. a 39. rokiem życia. Raport pokazuje konieczność inwestowania w zdrowie osób aktywnych zawodowo, których problemy zdrowotne niosą ze sobą ryzyko obniżenia wydajności pracy, a co za tym idzie rosnące koszty pracodawcy – komentuje Artur Białkowski, wiceprezes zarządu Medicover Polska.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w czwartym kwartale 2017 roku, liczba osób zatrudnionych w Polsce przekroczyła 17 mln. W oparciu o te dane autorzy raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013-2017” wyliczyli, że można zaoszczędzić przeszło 15,6 mld zł rocznie, gdyby umożliwić pracownikom dostęp do koordynowanej opieki ambulatoryjnej. To wzrost w porównaniu
z poprzednim raportem o 4,6 mld zł.

Wyniki dobitnie pokazują, że oszczędności pracodawcy, mogą z tego tytułu wynosić niemal 28 proc. więcej, w porównaniu z poprzednim raportem przybliżającym perspektywę 2012-2016 – dodaje Artur Białkowski.

Infekcje oddechowe oraz przewlekłe choroby układu ruchu (w tym bóle pleców) są jednymi
z najczęstszych przyczyn nieobecności w pracy – odpowiednio 26 proc. i 8 proc. osób otrzymuje od lekarza zwolnienie lekarskie z powodu tych dolegliwości. To właśnie one generują największe koszty opieki zdrowotnej. Jednak eksperci Medicover Polska podkreślają, że właściwie dopasowana opieka medyczna umożliwia zredukowanie wydatków ponoszonych zarówno przez pracodawców, jak i cały system zdrowotny.

Koszt leczenia infekcji dróg oddechowych przypadający na jednego pracownika objętego efektywną opieką lekarską można zredukować o 187 zł. Natomiast w przypadku bólów pleców jest to jeszcze bardziej zauważalna oszczędność. Doświadczenie Medicover Polska pokazuje, że koszt tego rodzaju dolegliwości przypadający na jednego pracownika pozostającego pod naszą opieką może być nawet

4 razy niższy niż w przypadku przeciętnego pracownika w Polsce – komentuje dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska – ekspert Medicover Polska, Kierownik ds. Profilaktyki i Medycyny Pracy, współautorka raportu. Tymczasem redukcja środków przeznaczanych na leczenie osób czynnych zawodowo jest istotna dla nas wszystkich, ponieważ to właśnie budżet państwa jest źródłem finansowania ich absencji w miejscu pracy oraz kosztów leczenia – dodaje.

Kluczowym aspektem, na który zwracają uwagę autorzy raportu, jest jakość oferowanej opieki zdrowotnej.

Brak lub niewłaściwe leczenie nadciśnienia tętniczego, na które w Polsce cierpi blisko 4,5 mln osób powyżej 50 roku życia[1], może doprowadzić do innych chorób układu sercowo-naczyniowego lub udaru mózgu – komentuje dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska.

Tymczasem, jak wynika z raportu, pacjenci Medicover Polska są skutecznej leczeni na nadciśnienie od pacjentów z innych placówek ochrony zdrowia w Polsce – aż 62 proc. z nich osiąga prawidłowe wartości ciśnienia tętniczego (o 22 proc. więcej od pacjentów z innych placówek).

Autorzy raportu wskazują, że spadek wydajności pracy spowodowany problemami zdrowotnymi może zostać zahamowany dzięki wdrażaniu długofalowych i wielowymiarowych programów profilaktyczno-leczniczych. Specjaliści Medicover – po zdiagnozowaniu najczęstszych przyczyn absencji w pracy – zaoferowali swoim pacjentom rozwiązania adresowane do ich najpilniejszych potrzeb:

  • Medicover Express przeznaczony dla osób z prostymi infekcjami oddechowymi,
  • Poradnie Bólu Pleców, gdzie pacjent trafia pod opiekę fizjoterapeutów
  • Poradnie Układu Ruchu zajmujące się chorobami stawów.

– Zwłaszcza skoordynowana opieka nad pracownikami z bólami pleców wdrożona w Medicover trzy lata temu okazała się być istotnym czynnikiem wpływającym na redukcję kosztów leczenia – podsumowuje dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska.

Raport „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013-2017” został przygotowany w oparciu o dane Medicover  Polska oraz ogólnodostępne raporty ZUS i GUS.

[1] Nadciśnienie tętnicze 2013: Polska na tle świata. Narkiewicz K. Katedra Nadciśnienia Tętniczego i Diabetologii. Gdański Uniwersytet Medyczny

Michał Podulski w Radzie Rynku Pracy

Michał Podulski wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ) otrzymał nominację do Rady Rynku Pracy na kadencję 2019-2023 w czasie posiedzenia inauguracyjnego, które odbyło się 20 marca 2019 r.

Nominacja Michał Podulski– Chcę przede wszystkim, jak najszybciej skoncentrować się na kwestiach związanych z uporządkowaniem polityki migracyjnej Rzeczpospolitej Polskiej. To sprawa bardzo pilna, bo już dziś potrzebujemy pracowników z innych państw. Szacuje się, że obecnie na rynku pracy brakuje około 140 tysięcy pracowników i ułatwienie zatrudnienia cudzoziemców uważam za najważniejsze stojące przede mną zadanie. W tej chwili kompetencje związane z realizacją przepisów są ulokowane w wielu różnych urzędach, przez co przedsiębiorcom bardzo trudno jest się w tym gąszczu poruszać – mówi Michał Podulski. – Wiem, że jest już tworzony projekt dokumentu, który ma całościowo zająć się zagadnieniami związanymi z polityką migracyjną. Chciałbym aktywnie włączyć się w prace w tym obszarze, by jak najbardziej ujednolicić i usprawnić procedury, jakie będą w nim obowiązywać – dodaje.

Nominacje nowo powołanym członkom wręczył Minister Stanisław Szwed. Przewodniczącym Rady został Jarosław Lange – przedstawiciel Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, a wiceprzewodniczącą Katarzyna Włodarczyk-Niemyjska ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Rada Rynku Pracy jest organem opiniodawczo-doradczym ministra właściwego do spraw pracy w sprawach polityki rynku pracy. Została utworzona w miejsce dotychczasowej Naczelnej Rady Zatrudnienia, na mocy przepisów znowelizowanej ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która obowiązuje od 27 maja 2014 r.

Strajk oświaty przede wszystkim uderzy w samorządy. Dzienne „straty” to nawet 195 mln zł

W 2017 roku finansowanie oświaty pochłonęło ponad 74 mld zł. Lwią część – 70 mld – poniosły samorządy. Na działalność szkół i przedszkoli dziennie wydaje się ok. 195 mln zł. Zapowiadany strajk nauczycieli będzie słono kosztował. Ile? To zależy od tego, jak długo potrwa i od liczby placówek, które wezmą w nim udział. Maksymalnie może ich być ok. 35 tys. Jednak w przypadku sektora edukacji publicznej z zasady niesłużącej przynoszeniu zysków trudno mówić o stratach powodowanych przez protest. To raczej nieefektywnie wydawane pieniądze w czasie, gdy nie ma lekcji. O kosztach związanych z planowaną akcją mówi prof. Antoni Jeżowski, prezes Instytutu Badań w Oświacie.

Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) zapowiada bezterminowy strajk nauczycieli w całej Polsce. W jaki sposób można oszacować jego koszty dla budżetu? W przypadku przedsiębiorstw liczone są np. dni utraconych przychodów ze sprzedaży towarów czy usług, a także wydatki na utrzymanie zakładów. Jak to wygląda w oświacie?

Nie do końca wiemy, ile z około 35 tys. placówek weźmie udział w planowanym strajku – inne dane podaje Związek Nauczycielstwa Polskiego, a inne, znacznie niższe, Ministerstwo Edukacji Narodowej. Może to być ok. 70-80% lub jedynie 40%. A od tego będą zależeć koszty protestu. Takie obliczenia są nadzwyczaj trudne, ponieważ brakuje prostych mierników. Prawdopodobnie nikt na świecie nie wymyślił jeszcze odpowiedniej metody. Możemy jedynie szacować te wartości na podstawie danych dotyczących nakładów na szkolnictwo z 2017 roku. Nowsze podsumowania pojawią się dopiero w najbliższych miesiącach. Z dostępnych informacji wynika, że na edukację samorządy wydały dwa lata temu ponad 70 mld zł, a państwo – ok. 4,2 mld zł. Już z tych danych widać, że z powodu strajków finansowo najwięcej stracą samorządy.

Ale główni gracze to ZNP i MEN…

To pokazuje pewien absurd, bo o tym, czy dojdzie do strajku, decyduje przecież państwowy resort edukacji. Ministerstwo albo zdoła porozumieć się z nauczycielami, albo nie. Ale największe problemy będą miały samorządy, które w tym przypadku nie mają nic do powiedzenia, choć praktycznie samodzielnie utrzymują oświatę. Rząd jest z jednej strony głuchy na opinie ich przedstawicieli, np. Związku Miast Polskich, a z drugiej – oskarża je o skąpienie na nauczycielach i wykorzystywanie subwencji niezgodnie z założeniami władz centralnych. Nie ma symetrii między tymi trzema podmiotami – szkolnictwo, samorządy i administracja państwa. Władze państwowe zaczynają wciągać w spór także rodziców.

Wróćmy do kosztów. Edukacja publiczna nie generuje zysków, jednak wymaga nakładów na kształcenie i utrzymanie infrastruktury. Czy na podstawie kwot przeznaczanych rocznie na szkoły i przedszkola jest możliwe oszacowanie wydatków ponoszonych w trakcie protestów?

Zgrubnego oszacowania kosztów strajków można dokonać, dzieląc roczne nakłady na oświatę przez wszystkie dni w roku. Wynika z niego, że jeden dzień strajków to pieniądze rzędu 195 mln zł. Przy tym ten rachunek dotyczy całej oświaty, czyli wszystkich placówek. Będzie proporcjonalnie niższy, jeśli do protestu dołączy mniej szkół i przedszkoli. W przypadku połowy placówek wyniesie poniżej 100 mln zł dziennie. Nie należy ich jednak nazywać stratą. To środki wydane nieefektywnie. Szkoły będą utrzymywane, nauczyciele otrzymają swoje pensje, ale w tym czasie nie będą pracować.

ZNP domaga się podwyżki w wysokości ok. 1 tys. zł dla nauczycieli i pracowników szkół i przedszkoli? Ile pieniędzy potrzeba na to z budżetu państwa?

Ten 1 tys. zł ma zwiększyć podstawę wynagrodzenia, czyli pensję stażysty. Tak przeprowadzona podwyżka w przypadku nauczyciela dyplomowanego daje już 1,8 tys. zł. W ten sposób dochodzimy do astronomicznych kwot. Według resortu edukacji, sięgną one 15 mld zł rocznie.

To ogromna suma. Czy możliwe jest inne rozwiązanie?

We wrześniu ubiegłego roku było 690 tys. etatów nauczycielskich. Gdyby do każdego dołożyć średnio po 1 tys. zł (kwotowo), to po uwzględnieniu kosztów takich jak składki ubezpieczeniowe, dałoby to wartość ok. 11 mld zł brutto rocznie. Z tytułu zapłaconych podatków do kasy państwa wróciłyby mniej więcej 2 mld zł. Jednak takie rozwiązanie nie jest dobrze postrzegane przez samych zainteresowanych. Uważają oni, że nie można każdemu pracownikowi dać tyle samo, niezależnie od stopnia zawodowego. Bez względu na sposób wprowadzania podwyżek mamy do czynienia ze wzrostem o ponad 14% w stosunku do ubiegłego roku, co dla budżetu państwa będzie poważnym problemem. Z drugiej strony, trudno się dziwić postulatom nauczycieli, skoro na inne formy wsparcia rząd jest gotów przeznaczać 40 mld zł rocznie, a podwyżki już wywalczyli pracownicy niektórych sektorów budżetowych, np. policjanci.

Po decyzji Fed: obawy o globalną gospodarkę mogą osłabiać złotego

Fed zapowiedział, że będzie ostrożny przy podejmowaniu decyzji o ewentualnych, dalszych podwyżkach stóp procentowych, a także podał termin zakończenia procesu „zacieśniania ilościowego”. „Gołębia” postawa spowodowała wyprzedaż USD i umocniła PLN.

W dłuższym terminie obawy globalnych inwestorów o powody, dla których amerykański bank centralny łagodzi swoją politykę, mogą jednak powodować odpływ kapitału od walut rynków wschodzących, w tym PLN.

– Pojawiają się obawy, że spowolnienie gospodarcze, które już staje się faktem, będzie się pogłębiało, co nie będzie korzystne dla giełd i walut na rynkach wschodzących – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Dlatego w najbliższych miesiącach możemy to odczuć jako niewielkie osłabienie polskiej waluty.

Jeśli inwestorów ogarnie pesymizm, co do perspektyw dla globalnej gospodarki, mogą oni wyprzedawać aktywa uważane za bardziej ryzykowne. To może pociągnąć w dół notowania PLN. – Kurs złotego wobec euro wydaje się stabilny, ale może zmierzać w kierunku 4,30-4,35 – ocenia M.Leściorz.

W przypadku dolara zatrzymanie procesu zacieśniania polityki monetarnej przez Fed może sprawić, że zmiany notowań USD/PLN nie będą bardzo dynamiczne. – W razie utrzymania się awersji do ryzyka, dolar może być jednak górą, ponieważ jest uważany za „bezpieczną przystań”. Dlatego poziomy 3,85 na USD/PLN mogą być naruszone – dodaje ekspert CMC Markets.

Warszawa najszybciej rozwijającym się rynkiem powierzchni flex w Europie

3,5 mln mkw. – tyle elastycznej powierzchni biurowej oferują operatorzy na 20 największych europejskich rynkach biurowych. Warszawa zajmuje w tym zestawieniu wysoką 9. pozycję, a w ubiegłym roku odnotowała największy przyrost podaży powierzchni elastycznych w Europie.

WARSZAWA, 21 marca 2019 r. – Rozkwit elastycznych powierzchni do pracy to jeden z najważniejszych trendów na rynkach biurowych Starego Kontynentu. Jak wynika z analiz JLL, ten napędzany rosnącymi oczekiwaniami najemców i zmieniającymi się potrzebami pracowników segment rynku biurowego, w ciągu następnych 5 lat ma szansę się potroić z 3,5 mln mkw. powierzchni do nawet 10 mln mkw. Biura flex szturmem podbijają również polski rynek nieruchomości.

Młody segment, duży potencjał
Segment powierzchni flex powstał na początku lat 80. – wówczas w Europie pojawiły się biura serwisowane, będące pierwszymi dostawcami elastycznych rozwiązań biurowych. W miarę rozwoju rynku, gdy coraz liczniej zaczęły pojawiać się start-upy, na popularności zyskały koncepty coworkingowe, a następnie – hybrydowe.

Adam Lis, Flexible Office Solutions Manager, JLL
Adam Lis, Flexible Office Solutions Manager, JLL

„Model hybrydowy, który obecnie dominuje na rynku biur flex, pomiędzy 2016 i 2018 rokiem wykreował dodatkowe 1,1 mln mkw. przestrzeni biurowej na 20 największych rynkach europejskich. Ekspansja elastycznych powierzchni do pracy nie pozostaje bez wpływu również na nieruchomości handlowe, które coraz częściej oferują przestrzeń zaadaptowaną z myślą o takich biurach. Z naszych prognoz wynika, że ten segment w samych tylko Stanach Zjednoczonych będzie rósł w tempie 25% rocznie do 2023 roku. Podobnej dynamiki możemy spodziewać się w najbliższym czasie również w Europie”, tłumaczy Adam Lis, Flexible Office Solutions Manager, JLL.

Oferowane przez operatorów elastyczne umowy członkowskie, a także popularyzacja pracy zdalnej i rosnąca liczba freelancerów, sprzyjają rozwojowi tego segmentu rynku biurowego. Co ciekawe, fenomen elastycznych powierzchni do pracy dotknął także sektora hotelowego.

„Lifestylowe koncepty, takie jak wiedeński Schani czy amsterdamski The Student Hotel, oferują swoim gościom strefy do pracy, przypominające najwyższej klasy przestrzenie znane z kreatywnych wnętrz Spaces czy WeWork. Ciekawym pomysłem, który nieśmiało pojawia się na rynku, są hybrydowe projekty z pogranicza colivingu i coworkingu. Sztandarowym przykładem tego trendu jest wywodzący się z Amsterdamu koncept Zoku, który oferuje miejsce do zamieszkania na dłużej – od kilku dni do nawet kilku miesięcy – dedykowane podróżującym profesjonalistom”, dodaje Adam Lis.

Potencjał na 7 mln mkw. powierzchni flex

Segment elastycznych biur rośnie bardzo szybko, a wraz z nim zwiększa się liczba działających w Europie operatorów. Z danych JLL wynika, że na 20 największych europejskich rynkach funkcjonuje około 725 różnych dostawców, z których co piąty otworzył swoją pierwszą lokalizację w ciągu ostatnich 3 lat.

Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

„Od 2015 całkowity wolumen elastycznych powierzchni biurowych na 20 największych rynkach podwoił się i na koniec 2018 roku operatorzy flex oferowali już 3,5 miliona mkw. elastycznych powierzchni do pracy. Potencjał do dalszego wzrostu tego segmentu jest nadal bardzo duży. Według naszych szacunków, podaż elastycznych biur w ciągu kolejnych 5 lat może wzrosnąć nawet do 10 mln mkw., a do 2022 roku na europejskim rynku będzie działać już 30 000 tego typu lokalizacji”, komentuje Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Aktualnie prawie połowa wolumenu elastycznych biur w Europie znajduje się w Londynie, Amsterdamie i Paryżu. Warszawa sklasyfikowana na wysokiej 9. pozycji, uzyskała w ubiegłym roku pozycję lidera, jeśli chodzi o dynamikę wzrostu segmentu powierzchni flex.

„Boom na elastyczne biura na stołecznym rynku naturalnie pociąga za sobą rosnący udział przestrzeni elastycznych w całkowitych zasobach biurowych. Pod tym względem Warszawę wyprzedza jedynie Amsterdam, Londyn i Dublin”, dodaje Łukasz Dziedzic.

Flexy na podbój Polski

Popyt na biura elastyczne, choć największy w Warszawie, rośnie również na największych rynkach regionalnych – w Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Katowicach, Poznaniu i Łodzi. Łączny wolumen elastycznych powierzchni w Polsce osiągnął przeszło 250 000 mkw., z czego na już działające lokalizacje przypadło 166 000 mkw., a kolejne 87 000 mkw. znajduje się w ramach podpisanych już kontraktów. Łączny wolumen powierzchni flex odpowiada czterem wieżowcom Warsaw Spire.

„Aż 76% zasobów elastycznych powierzchni biurowych w kraju znajduje się w Warszawie, oferując dziś 17 000 stanowisk pracy. Potwierdzone umowami najmu jest kolejne 9 000 stanowisk do końca 2020 r., a niedługo będziemy świadkami kolejnych transakcji. Wysoka aktywność jest rezultatem dużej różnorodności najemców działających na stołecznym rynku. Elastycznej przestrzeni do pracy poszukują już nie tylko start-upy i małe czy średnie przedsiębiorstwa, ale także duże międzynarodowe korporacje. Ta ostatnia grupa zazwyczaj decyduje się na rozwiązania elastyczne poszukując dodatkowej powierzchni w momencie nieplanowanej ekspansji, adresując potrzeby projektowe czy chcąc zaoferować swoim pracownikom kreatywne i inspirujące miejsce pracy”, wyjaśnia Adam Lis.

Skuszeni dużym potencjałem rynku, w stolicy pojawiają się nowi operatorzy. W 2018 swoje podwoje otworzyły tutaj takie marki, jak BeYOURSeLF, Solutions.Rent, Spaces, the Nest, WeWork i Workin.

„Trzech na czterech respondentów naszego badania, wśród których znaleźli się najwięksi operatorzy przestrzeni elastycznych w Polsce, stwierdziło, że w Warszawie nadal jest miejsce dla dalszego rozwoju segmentu flex. Dowodzi to bardzo dużego potencjału i chłonności stołecznego rynku, zwłaszcza w momencie chwilowego spadku podaży tradycyjnej powierzchni biurowej i coraz szybciej zmieniających się potrzeb najemców”, podsumowuje Adam Lis.

Czy koniunktura inwestycyjna w mieszkaniówce zwalnia?

Najnowsza informacja GUS, zawierająca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego w okresie styczeń – luty bieżącego roku, komunikuje pierwsze, choć na razie nie potwierdzone sygnały przesilenia koniunktury inwestycyjnej na pierwotnym rynku mieszkaniowym.

Po zaledwie dwóch pierwszych miesiącach roku zazwyczaj dość trudno jest na podstawie GUS – owskich danych wyciągać jakieś wiarygodne i daleko idące wnioski co do perspektyw pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki w bliższej czy dalszej perspektywie. W początkowych tygodniach każdego roku rynek mieszkań z pierwszej ręki inwestycyjnie przygotowuje się do wiosennego ożywienia, mniej lub bardziej odbijając w statystykach po okresie ich osłabienia w końcówce poprzedniego roku. Tym samym trudno jest w tym okresie oczekiwać jakiś większych niespodzianek o znaczącej dla koniunkturalnych rokowań wymowie.

Tym razem jest nieco inaczej, a bardzo ciekawym elementem GUS – owskiej informacji jest wyraźnie zarysowana dywergencja, która wystąpiła na wykresach mieszkań rozpoczętych oraz uzyskanych od początku roku nowych pozwoleń na budowę.

Jak się okazuje tych pierwszych ogółem było 30,1 tys., a więc aż o 8,4 proc. więcej niż w analogicznym okresie ub. roku. Ale to nie wszystko. Co bardzo ciekawe, jest to absolutnie najlepszy początek roku (styczeń – luty) w historii krajowego rynku pierwotnego pod względem ilości mieszkań rozpoczętych. W dwóch pierwszych miesiącach br. doskonale wypadli pod tym względem zarówno inwestorzy indywidualni (9,3 tys.), jak i deweloperzy z wynikiem 20,1 tys. rozpoczętych lokali. Czyżby więc euforii inwestycyjnej ciąg dalszy?

Tymczasem przedmiotowa dywergencja polega na tym, że dynamicznej zwyżce nowych inwestycji towarzyszył w omawianym dwumiesięcznym okresie równie dynamiczny spadek nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym. W okresie styczeń – luty ich wolumen wyniósł ogółem 37,5 tys., co oznacza wynik gorszy r/r o blisko jedną dziesiątą. Co więcej, wynik ogółem za miesiąc luty na poziomie 16,7 tys. jest najgorszy od stycznia 2017 roku, a więc od dokładnie 2 lat. Za tak silną zniżkę w całości odpowiadają deweloperzy, którzy w lutym br. pozyskali zaledwie 10 tys. nowych pozwoleń, czyli 22 proc. mniej niż przed rokiem i aż 28 proc. mniej niż w poprzednim miesiącu styczniu.

Statystyki pozwoleń na budowę i zgłoszeń z projektem budowlanym są podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez inwestorów, zwłaszcza tych budujących mieszkania na sprzedaż. Tak słaby wynik deweloperów może więc świadczyć o tym, że zaczyna im brakować gruntów pod kolejne inwestycje lub wiary w kontynuację sprzedażowej prosperity, albo – co gorsza – i jednego i drugiego. Sama zaś dywergencja dotychczas mocno skorelowanych wskaźników aktywności inwestycyjnej pierwotnego segmentu mieszkaniówki, to prawdopodobny, acz wymagający jeszcze potwierdzenia sygnał zmiany trendu z rosnącego na spadkowy.

Natomiast wciąż bardzo dobrze prezentują się statystyki mieszkań oddanych do użytkowania, choć i tu pojawiają się pierwsze symptomy słabnięcia dotychczasowej tendencji. Oto bowiem w styczniu i lutym oddano ogółem aż 32,3 tys. lokali, co daje wynik lepszy r/r o blisko 8 proc. Sami deweloperzy oddali w tym okresie prawie 20 tys. mieszkań, poprawiając wynik analogicznego okresu ub. roku o blisko 17 proc. Tymczasem tak optymistyczną wymowę tej kategorii danych zdecydowanie zakłócają inwestorzy indywidualni, którzy z wynikiem 11,6 tys. domów uzyskali wynik wyraźnie gorszy rok do roku o 4,4 proc.

Już za dwa tygodnie, a więc w pierwszych dnach kwietnia poznamy wyniki sprzedażowe deweloperów mieszkaniowych notowanych na GPW za pierwszy kwartał br. Jeżeli okażą się ponownie choćby tylko nieco słabsze od uzyskanych w analogicznym okresie 2018 roku, czy też w okresie poprzedniego kwartału, wejście pierwotnego rynku mieszkaniowego w fazę cyklicznego spowolnienia zyska ostateczne potwierdzenie. A to niestety powinno spowodować dalszą eskalację regresu jego statystyk inwestycyjnych.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

80 miliardów na infrastrukturę może zostać niewykorzystane – kryzys w branży budowlanej

W branży budowlanej nastał kryzys. To kolejny raz na przestrzeni 6 lat.Ta sytuacja pokazuje, że Polska nie potrafi uczyć się na błędach. Pomyłki z przeszłości są obecnie powtarzane. Kiedyś źle zakontraktowane inwestycje budowlane doprowadziły do upadku wielu firm z branży. Dzisiaj zagrożenie jest jeszcze większe. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że fundusze unijne nie zostaną wykorzystane. Jedynym rozwiązaniem jest przyspieszenie postępowań przetargowych. Należy także uregulować wcześniejsze zobowiązania wobec firm budowlanych oraz dokonać waloryzacji uzgodnionych w przeszłości kwot.

– Nie mówimy już tylko o upadłości firm budowlanych, ale i o niewykorzystaniu środków unijnych, które powinny zostać przeznaczone na nowe trakcje kolejowe i drogi – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Zbliża się perspektywa 2023 roku. To termin, w którym Polska powinna wykorzystać fundusze. Obecnie to jeszcze ok. 64 miliardy złotych na budowę infrastruktury kolejowej i ponad 20 miliardów złotych na inwestycje drogowe. Tymczasem sama procedura przetargowa trwa powyżej 375 dni – wskazał Kowalski.

Minister zdrowia: Nowy model opieki zdrowotnej będzie stawiać na jakość usług. Pomoże w tym cyfryzacja

Minister zdrowia: Nowy model opieki zdrowotnej będzie stawiać na jakość usług. Pomoże w tym cyfryzacja 6

Stopniowa informatyzacja systemu opieki medycznej usprawni obieg informacji, dzięki czemu zmniejszą się obciążenia lekarzy i liczba wykonywanych niepotrzebnie badań. To oznacza, że pacjent szybciej otrzyma świadczenie i opiekę, których potrzebuje. Temu służyć ma także analiza dużych zbiorów danych na temat pacjentów, której uczą się placówki w Polsce. – Odchodzi wizja medycyny jako działalności usługowej. Teraz patrzymy bardziej całościowo, nie tylko na koszty NFZ, lecz także na koszty społeczne, absencje chorobowe i jakość życia, co przekłada się na całą gospodarkę – mówi minister zdrowia Łukasz Szumowski.

– Będziemy szukali narzędzi z dziedziny informatyzacji, cyfryzacji, które dają nam podstawy do mierzenia efektu, czy ktoś jest leczony dobrze, czy ten efekt widać w krótkim terminie i po wielu latach. Patrzymy na to z punktu widzenia całościowego, kosztów ogólnych, absencji chorobowej i jakości życia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Szumowski, minister zdrowia.

Szczególnie ważna jest analiza big data, czyli dużych zbiorów danych na temat pacjentów, ich stanu fizycznego i psychicznego, nawyków i trybu życia. Te informacje przyczyniają się do tego, że lekarz może szybciej i trafniej postawić diagnozę, skierować na leczenie i wybrać odpowiednią ścieżkę terapeutyczną dla konkretnego pacjenta. Pozwolą także przewidywać ryzyko wystąpienia określonych schorzeń.

– Dzięki osiąganiu kolejnych stopni dojrzałości cyfrowej systemów ochrony zdrowia mamy możliwość budowania opieki zdrowotnej opartej na wartościach. Dane i wiedza są fundamentem do realizacji tego ambitnego zadania. Mamy również możliwość generowania konkretnych oszczędności, np. poprzez zdalne realizowanie świadczeń – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare.

Jest to jeden z głównych aspektów modelu Connected Care, łączącego internet rzeczy i telemedycynę w opiece nad chorym. Raport „Connected Care in Europe” przygotowany przez Berg Insight wskazuje, że w 2022 roku z systemów telemedycznych będzie korzystać już 16,5 mln Europejczyków. Dla porównania w 2016 roku było to niespełna 6 mln.

– W Connected Care wszystkie szczeble opieki zdrowotnej są ze sobą połączone rozwiązaniami cyfrowymi, dzięki czemu informacja podąża za pacjentem na każdym etapie – wyjaśnia Michał Kępowicz. – Pacjent może mieć dostęp do wielu świadczeń zdalnie, z domu czy miejsca pracy, czyli nie musi przyjeżdżać do szpitala. Lekarz będzie widział wszystkie dane w jednym miejscu i nie będzie musiał produkować kolejnych dokumentów.

Budowaniu dojrzałości cyfrowej służą m.in. takie projekty, jak e-zwolnienia, e-recepty czy Internetowe Konto Pacjenta wdrażane przez Ministerstwo Zdrowia.

Naszym zadaniem jest jeszcze usprawnienie funkcjonowanie systemu, czyli zwiększenie jego efektywności kosztowej i zapewnienie właściwego zarządzania systemem. Żeby to stworzyć, musimy wypracować bardzo konkretne instrumenty. Od niedawna mamy e-zwolnienie, e-receptę, za chwilę będziemy mieć e-skierowanie. To są rzeczy, które pozwolą nam zarządzić ruchem pacjenta, zobaczyć, jak on przebiega, w którym momencie nie jest właściwy, jak ta ścieżka pacjenta powinna przebiegać – mówi Radosław Sierpiński, doradca i pełnomocnik ministra zdrowia ds. utworzenia Agencji Badań Medycznych.

Telemedycyna i rozwój nowych technologii mogą się przełożyć na znaczne oszczędności. Resort zdrowia ocenia, że elektronizacja medycyny pozwoli zmniejszyć koszty o 0,35 proc. PKB. Dla lekarzy nowoczesne technologie to z kolei mniej biurokracji – w Wielkiej Brytanii zastosowanie systemów telemedycznych spowodowało skrócenie czasu wypełnienia dokumentacji medycznej o kilkadziesiąt procent. To także korzyści dla pacjentów, którzy dzięki zintegrowanej opiece mogą liczyć na większą kompleksowość i wygodę.

To też jeden z etapów budowania Value-Based Care, czyli modelu opieki opartego na efektach, nakierowanego na wartość, jaką jest dobrostan pacjentów.

– Chodzi o to, żeby nasze działania – lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów, diagnostów, całych zespołów klinicznych – były nakierowane na to, żeby pacjent się dobrze czuł. Nie na to, żeby tylko wyleczyć zapalenie płuc albo migotanie przedsionków, albo wycięcie wyrostka. Chodzi o to, żeby nawet jeżeli nie poprawimy stanu zdrowia w 100 proc., dać pacjentowi największy komfort – wyjaśnia Łukasz Szumowski.

– W Value-Based Care akcent jest położony nie na ilość, a na jakość, czyli myślimy nie o tym, ile dostarczyć świadczeń, tylko jakie świadczenia, w jaki sposób, o jakiej wartości, żeby pacjent był zadowolony i żeby jak najszybciej trafił do środowiska domowego, bo ono jest najbardziej przyjazne dla niego –mówi Michał Kępowicz.

Polskie start-upy wciąż w tyle za zachodnioeuropejskimi. Różni je doświadczenie założycieli i dostęp do kapitału

Polskie start-upy wciąż w tyle za zachodnioeuropejskimi. Różni je doświadczenie założycieli i dostęp do kapitału 7

Wciąż różnią się polskie start-upy od zachodnioeuropejskich czy izraelskich pod względem doświadczenia zespołu i dostępu do kapitału – ocenia Grzegorz Borowski, dyrektor zarządzający Infoshare. W Polsce jest też mniej rozwiązań dotyczących infrastruktury informatycznej, trudniejszych do wprowadzania na rynek, bo wymagają one więcej kapitału w fazie badań i rozwoju. Specjalizacją polskich start-upów jest za to e-zdrowie, fintech, big data, internet rzeczy czy rozwiązania oparte na platformach sprzedażowych. Najlepsze młode spółki powalczą w maju o główną nagrodę na Infoshare 2019, największej i najbardziej prestiżowej imprezie start-upowej w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Widzimy wyraźnie kilka podstawowych różnic pomiędzy start-upami pochodzącymi z Polski a tymi z Europy Zachodniej czy innych, bardziej dojrzałych gospodarczo części świata. Pierwszą jest poziom doświadczenia założycieli. Często jest on dużo większy i lepiej zbalansowany w start-upach pochodzących z dojrzalszych rynków. Wśród teamu zarządzającego znajdują się zarówno naukowcy, jak i ludzie biznesu, a także praktycy z bardzo dużym doświadczeniem w danym segmencie rynku, co jest bardzo istotne w kontekście późniejszego wprowadzenia produktu na rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Borowski, dyrektor zarządzający Infoshare.

Potwierdzają to wnioski z ostatniego raportu Fundacji Startup Poland, z którego wynika, że tylko 18 proc. polskich start-upów ma wśród założycieli naukowca i ten odsetek od kilku lat oscyluje na zbliżonym poziomie. Co istotne, doktorat lub studia podyplomowe CEO przekładają się na większe zyski – takie spółki sięgają po większe rundy finansowania i sprzedają więcej za granicą. Naukowcy częściej sięgają po środki z programów PARP czy NCBR i korzystają z akceleracji, stąd przodują w zdobywaniu finansowania na najwcześniejszym etapie rozwoju (pre-seed), a przy tym chętniej patentują i – dzięki kontaktom w branży naukowej – częściej mają własne laboratoria i współpracują z uczelniami bądź ośrodkami B+R.

Z drugiej strony, przeciętny polski start-upowiec to dziś raczej trzydziestokilkulatek z doświadczeniem w biznesie większym niż stereotypowy, dwudziestoletni student. 76 proc. założycieli ma dyplom uczelni wyższej, tylko 4 proc. jest nadal w trakcie studiów. Prawie co drugi ma już doświadczenie w prowadzeniu własnej lub rodzinnej firmy, a więcej niż 1/3 ma udziały start-upów, które prowadzili już wcześniej.

Dyrektor zarządzający Infoshare ocenia, że kolejną różnicą między polskimi a zagranicznymi start-upami jest dostęp do kapitału. W Polsce fundusze w dużej mierze bazują na publicznych środkach. Natomiast w Europie Zachodniej czy Izraelu – czyli na bardziej dojrzałych rynkach – jest wyraźnie więcej kapitału prywatnego.

Również kapitał publiczny jest na Zachodzie dużo bardziej dostępny. Zachodnioeuropejski start-up, np. prowadząc pierwszą fazę badań rynkowych czy budując prototyp swojego produktu, ma dużo więcej możliwości otrzymania różnego rodzaju grantów finansowych, które pozwalają mu ten produkt zbudować. Dopiero później szuka rundy finansowania pochodzącej od funduszu, private equity albo venture capital, żeby swój produkt wprowadzić na rynek – mówi Grzegorz Borowski.

Jak ocenia, w efekcie na dojrzalszych rynkach więcej jest produktów, które bazują na rozwiązaniach dotyczących infrastruktury informatycznej niż na systemach, aplikacjach software’owych. Są trudniejsze do rozwijania i wprowadzania na rynek, bo wymagają więcej kapitału w fazie badań i rozwoju.

W połączeniu z doświadczeniem, lepszą współpracą między światem nauki a biznesem ten kapitał powoduje, że bardziej dojrzałych produktów na dojrzałych rynkach jest więcej niż w Polsce. Na naszym rynku więcej jest natomiast oprogramowania, aplikacji, czyli rozwiązań charakteryzujących się niższym progiem wejścia, ale przez to także łatwiejszych do skopiowania przez konkurencję – mówi Grzegorz Borowski.

Technologię z elementami hardware rozwija tylko 24 proc. polskich start-upów. Tym trudniej jest osiągnąć regularność przychodów – 2/3 z nich zarabia nieregularnie lub wcale, podczas gdy w branży software comiesięczne wpływy osiąga 44 proc. młodych spółek. Natomiast co drugi hardware’owy start-up, który osiąga regularne przychody, wypracował je dopiero po ponad roku od rozpoczęcia działalności.

Dane Fundacji Startup Poland pokazują też, że specjalizacją polskich start-upów jest głównie big data, internet rzeczy oraz analityka i narzędzia dla programistów i deweloperów. Ok. 11 proc. polskich start-upów to fintechy rozwijające usługi finansowe. W gronie najpopularniejszych branż jest też martech, czyli technologie marketingowe.

Z naszych analiz wynika, że dynamicznie rozwija się digital health, popularne są też rozwiązania fintechowe i marketplace’owe, łączące różne strony rynku. Widzimy dużą potrzebę, żeby te rozwiązania charakteryzowały się wysokim poziomem bezpieczeństwa. Stąd wiele z nich wykorzystuje technologię blockchain, żeby konsument czy odbiorca widział, skąd pochodzi transfer pieniędzy czy licencja na oprogramowanie, którego używa – mówi Grzegorz Borowski. – Drugim dużym trendem jest automatyzacja różnego rodzaju procesów, w dużej mierze oparta na mechanizmach sztucznej inteligencji i machine learningu.

Również dane Fundacji Startup Poland pokazują, że uczenie maszynowe szybko zdobywa popularność wśród polskich start-upów. Wyprzedza pozostałe dziedziny w pozyskiwaniu finansowania zewnętrznego – wśród wszystkich branż to jedyna, w której ponad połowa start-upów (55 proc.) znalazła inwestora lub zdobyła środki publiczne.

W tym roku 8–9 maja w Gdańsku odbędzie się 13. edycja Infoshare 2019 – największej i najbardziej prestiżowej imprezy dla start-upów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, w której bierze udział kilka tysięcy inwestorów i start-upowców z kilkudziesięciu państw świata. Częścią konferencji jest Startup Contest, konkurs dla start-upów z całego świata, w którym pula nagród sięga 30 tys. euro w gotówce. Najlepsza dwudziestka pojedzie w maju do Gdańska, żeby zaprezentować swój pomysł inwestorom, przedstawicielom funduszy VC i reprezentantom największych korporacji.

Infoshare zakończyło już weryfikację aplikacji – w tym roku do konkursu zgłosiło się 601 start-upów z 58 krajów (w ubiegłym roku było ich 493 z 45 państw). Ok. 20 proc. (120 aplikacji) pochodzi z Polski, dalej najwięcej jest zgłoszeń z bardziej rozwiniętych start-upowych rynków, tzn. z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch, Francji i Izraela.

Projekty z tych krajów są trochę inne, dojrzalsze, ale główne gałęzie, które reprezentują start-upy z Polski i zagranicy, są podobne. Najpopularniejszy jest obszar digital health, medtech, wellbeing, czyli wszystkie rozwiązania, które mają pomóc ludziom w kontekście ich zdrowia i samopoczucia. Drugą grupą są start-upy fintechowe, nakierowane głównie na dostarczanie usług dużym organizacjom finansowym i klientom indywidualnym. Trzecia gałąź to różnego rodzaju marketplaces, czyli start-upy próbujące łączyć dostawców usług i potencjalnych ich odbiorców – mówi dyrektor zarządzający Infoshare.

Zwycięzca zostanie wyłoniony na koniec drugiego dnia konferencji. W zeszłym roku nagroda główna w Startup Contest trafiła do ThinAir Water, autorów projektu z Wielkiej Brytanii zajmujących się pozyskiwaniem wody z atmosfery i uzdatnianiem jej do picia. W tym roku do najlepszego start-upu trafi 20 tys. euro, a drugie i trzecie miejsce otrzymają kolejno 7 i 3 tys. euro.