Sztuczna inteligencja w bankach – jak algorytmy zmieniają doświadczenia klientów

Największe banki w Polsce i na świecie wykorzystują obecnie tylko część możliwości, jakie dają narzędzia oparte na sztucznej inteligencji (AI), wynika z raportu międzynarodowej firmy doradczej Kearney. Rozwiązania AI zdecydują o przyszłości sektora i pozycji konkurencyjnej banków i fintechów.

Eksperci Kearney zidentyfikowali siedem obszarów, w których AI może poprawiać jakość i efektywność obsługi: zdalna aktywacja kont w ciągu kilku minut, prostszy proces oceny klienta zgodnie z zasadami „poznaj swojego klienta” (KYC) i przeciwdziałania praniu pieniędzy (AML), wsparcie decyzji finansowych, personalizowanie i rozszerzanie usług, sprzedaż oparta o wydarzenia w życiu klienta, precyzyjna i szybka obsługa dostępna całodobowo oraz interfejs głosowy w aplikacji mobilnej.

Polskie banki – pionierzy w Europie w korzystaniu ze zdobyczy nowych technologii – osiągnęły już wysoki poziom zaawansowania w zdalnej aktywacji kont. Wykorzystują do tego selfie, OCR (przetwarzanie obrazów na tekst), e-dowody, a w niektórych przypadkach także automatyczną analizę dokumentów.

– Polskie banki uważane są za innowacyjne i nowoczesne – to efekt rozwiązań wdrażanych konsekwentnie przez sektor w ostatnich dwudziestu latach. Pod względem zaawansowania usług cyfrowych i mobilnych wyprzedzają wiele banków w innych krajach rozwiniętych – mówi Krystian Kamyk, partner i dyrektor zarządzający Kearney w CEE oraz współautor raportu. – Przejście na wyższy poziom i utrzymanie dotychczasowego tempa rozwoju będzie wymagało od polskich banków zastosowania algorytmów, które analizowałyby zachowania klienta w czasie rzeczywistym.

Algorytmy sztucznej inteligencji pozwalają proaktywnie proponować klientom skorzystanie z dostępnych w ofercie możliwości, a następnie udoskonalają swoje sugestie na bazie historii interakcji.

Eksperci Kearney zwracają uwagę na korzyści wynikające z użycia narzędzi AI, dzięki którym banki mogą podnieść poziom bezpieczeństwa oraz lepiej dopasować ofertę do potrzeb klienta. Algorytmy mogą na bieżąco analizować profil ryzyka klienta, samodzielnie prosić o aktualizację danych lub przesłanie dodatkowych dokumentów. Próby oszustw mogą być wykrywane w czasie rzeczywistym. Pozwalają na to techniki biometrii behawioralnej, które analizują tempo i kolejność wpisywania danych lub wykorzystywane urządzenia i wykrywają odstępstwa od normy.

Narzędzia AI mogą też wspierać klienta w zarządzaniu finansami. W oparciu o analizę wydatków, wpływów i zobowiązań algorytmy mogą w czasie rzeczywistym sugerować konkretne działania takie jak przesunięcie środków, rozłożenie większego wydatku na raty lub ostrzegać o ryzyku przekroczenia budżetu. Spersonalizowana analiza w połączeniu z poszerzaniem usług oferowanych przez banki sprawia, że bankowe aplikacje stają się narzędziem wspierającym codzienne aktywności klientów. Za ich pomocą klienci mogą szybciej i łatwiej dokonywać drobnych płatności – doładowań telefonu, opłat za subskrypcje, bilety miejskie i parkingi, a także przyspieszyć płatności za e-zakupy.

Ponadto narzędzia AI monitorują zachowania i zdarzenia życiowe klienta, by trafnie przewidywać jego potrzeby produktowe i we właściwym momencie rekomendować konkretne oferty, takie jak karta kredytowa, kredyt gotówkowy, lokata czy ubezpieczenie. Propozycje są wyświetlane w sposób zautomatyzowany, często z opcją natychmiastowej akceptacji w aplikacji mobilnej.

Tego rodzaju rozwiązania są nadal na początkowym etapie rozwoju w polskich bankach, jak wynika z analiz Kearney. Dostępne są narzędzia do kategoryzacji wydatków i podstawowej analizy finansowej, jednak wsparcie decyzyjne oparte na AI, w szczególności rekomendacje lub ostrzeżenia kontekstowe, są dopiero w fazie koncepcji. Znaczna część banków rozwija swoją ofertę produktów, natomiast wdrożenia algorytmów opartych o analizę zachowań i kontekstu zdarzeń, takich jak na przykład propozycja oferty ubezpieczenia związana z zakupem biletu lotniczego, jest nadal sporadyczna.

– Tak zwany lifestyle banking, w którym usługi finansowe w aplikacji stają się centrum zarządzania codziennymi sprawami klienta, można dzięki nowoczesnym technologiom udoskonalić zwiększając personalizację oferty – mówi Karolina Leśkiewicz, dyrektorka w warszawskim biurze Kearney i współautorka raportu. – Narzędzia AI kształtują trendy współczesnej bankowości i pomagają budować przewagę konkurencyjną podmiotów, które z nich korzystają.

Narzędzia AI mogą być wykorzystane również, by zwiększać efektywność obsługi – klient może mieć całodobowo kontakt z bankiem bez konieczności czekania. AI może przejąć kontakt z klientem w kanałach takich jak czat, połączenie głosowe czy e-mail, automatyzując odpowiedzi i przekierowując sprawy do konsultantów tylko w razie potrzeby. Kluczowe dla banków jest wykorzystanie algorytmizacji do zwiększenia precyzji i poprawności odpowiedzi oraz zakresu spraw wymagających obsługi możliwych do załatwienia zdalnie. Dla klientów starszych lub preferujących proste i tradycyjne formy komunikacji sprawdza się zwłaszcza interfejs głosowy – użytkownik może sterować aplikacją mobilną i wykonywać operacje za pomocą poleceń wydawanych w rozmowie.

Z analiz Kearney wynika, że niektóre banki wdrożyły voiceboty na infoliniach, jednak nie pełnią one jeszcze roli pełnoprawnych asystentów. Natomiast funkcjonalność głosowa w aplikacjach mobilnych została wdrożona w części banków, ale jest traktowana jako rozwiązanie dodatkowe, a nie główny kanał interakcji.

Jak wynika z raportu Kearney, klienci banków, którzy w ostatnim roku uruchamiali konta lub nowe usługi w zdecydowanej większości mieli świadomość, że ich obsługa przebiega ze wsparciem narzędzi AI. Eksperci zwracają uwagę jednak na niską gotowość klientów na kontakt z AI – blisko co trzeci deklaruje brak lub bardzo niską otwartość na korzystanie z tych rozwiązań, a niemal połowa nie jest do nich w pełni przekonana.

Jak polskie przedsiębiorstwa wdrażają AI? Wyniki badania Bilans Kapitału Ludzkiego

Coraz więcej firm w Polsce dostrzega potencjał sztucznej inteligencji, ale wiele z nich wciąż nie potrafi przekuć go w konkretne działania. Najnowsze badanie przeprowadzone w ramach projektu Bilans Kapitału Ludzkiego pokazuje, jak firmy podchodzą do wdrażania AI, gdzie już ją stosują, co je blokuje oraz jakie kompetencje będą kluczowe w erze cyfrowej transformacji.

Badanie jakościowe ujawniło, że sztuczna inteligencja znajduje zastosowanie w pięciu głównych obszarach:

  • obsłudze klienta,
  • sprzedaży,
  • rozwoju produktów i usług,
  • planowaniu/logistyce,
  • zarządzaniu ryzykiem.

Badani przedsiębiorcy najchętniej wdrażają AI w procesach powtarzalnych, łatwych do standaryzacji i niewymagających skomplikowanego nadzoru – mówi Robert Zakrzewski z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości – Firmy podkreślają, że AI najlepiej sprawdza się tam, gdzie człowiek wykonuje czasochłonne, rutynowe zadania.

O czym świadczy takie podejście?

To pokazuje, że bardzo minimalizujemy jeszcze ryzyka. Powtarzalne, rutynowe, nieskomplikowane, ale czasochłonne zadania – to na tym uczą się polskie firmy. Nie

eksperymentujemy jeszcze za często w obszarach, które jawią się jako bardziej ryzykowne. Ciekawe jest też to, że firmy z blizniaków bez AI dostrzegają mniej możliwości wdrożeń i mniej potencjalnych korzyści, co wynika z ograniczeń w wiedzy. A jak nie wiedzą, nie mają motywacji do próbowania – dodaje Anna Szczucka z Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych UJ.

Kto już korzysta z AI?

Spośród badanych firm, największy postęp w zakresie wdrażania narzędzi AI widać w dużych i średnich przedsiębiorstwach. To organizacje dysponujące zespołami IT i budżetami, które pozwalają budować zintegrowane z systemami zarządczymi działającymi w firmach rozwiązania. Przebadane mikro i małe firmy sięgają najczęściej po gotowe aplikacje typu plug&play takie jak chatboty, narzędzia do automatyzacji marketingu czy analizy danych. Ich zaletą jest niska bariera wejścia – zarówno finansowa, jak i technologiczna.

AI jako wsparcie i inspiracja

Firmy, które już korzystają z AI, wskazują na konkretne korzyści:

  • oszczędność czasu,
  • poprawę efektywności,
  • odciążenie pracowników od żmudnych zadań,
  • lepsze dopasowanie produktów i usług do potrzeb klientów.

Dla wielu z nich sztuczna inteligencja staje się nie tylko narzędziem operacyjnym, ale również źródłem inspiracji do tworzenia nowych rozwiązań czy eksplorowania danych. W niektórych przypadkach wdrożenie AI wpłynęło też na zmianę kultury organizacyjnej – przyspieszyło cyfryzację i otworzyło zespoły na eksperymenty z nowymi modelami pracy.

Sztuczna inteligencja to dziś nie tylko zaawansowana technologia, ale przede wszystkim katalizator zmiany sposobu myślenia o procesach i organizacji pracy. W firmach, które  aktywnie i refleksyjnie wdrażają te rozwiązania, obserwuje się wzrost innowacyjności oraz gotowości do uczenia się i zdolności adaptacyjnych – mówi Anna Szczucka z Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych UJ.

W zależności od branży firmy zauważają różne korzyści:

  • dostosowanie do oczekiwań klientów (m.in. medycyna, IT/OT, finanse, budownictwo),
  • poprawa jakości produktów i usług (handel, marketing, life sciences),
  • wpisanie się w trendy technologiczne (transport, logistyka, IT/OT).

Co powstrzymuje firmy przed wdrożeniem AI?

Choć badani przedsiębiorcy, którzy jeszcze nie wdrożyli rozwiązań opartych na AI dostrzegają ich potencjał, to wielu z nich nie wie, od czego zacząć jej wdrażanie w firmie. Główne bariery to:

  • brak wiedzy o dostępnych narzędziach,
  • obawy o bezpieczeństwo danych,
  • niepewność co do odpowiedzialności za błędy AI,
  • niedopasowana infrastruktura IT,
  • brak kompetencji cyfrowych i trudności w pozyskaniu specjalistów.

Część badanych przedsiębiorców dostrzega potencjał AI i wie, że można ona im pomóc w różnych aspektach działalności. Brakuje im jednak wiedzy, jak i od czego zacząć – komentuje Iwona Krysińska z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Klucz do wdrożeń? Kompetencje i edukacja

Wyniki badania podkreślają wagę kompetencji, takich jak: umiejętność komunikowania się z AI (np. prompt engineering), analityka danych, elastyczność i zdolność adaptacji, umiejętność doboru odpowiednich narzędzi do potrzeb firmy.

Firmy, które już korzystają z AI, znacznie lepiej oceniają swoje kompetencje cyfrowe niż te, które jeszcze nie podjęły takich działań.

Gotowi na przyszłość?

Nowe technologie redefiniują sposób działania firm – niezależnie od ich wielkości. Aby

skorzystać z potencjału AI, firmy w Polsce muszą inwestować nie tylko w narzędzia, ale przede wszystkim w ludzi i kompetencje. Trwa kolejny etap badania – badanie ilościowe, które pozwoli uszczegółowić i poszerzyć zakres wiedzy zdobytej na poprzednich etapach badania oraz przeprowadzić analizy na poziomie ogółu przedsiębiorstw reprezentujących wytypowane do badania branże (mające największy potencjał wykorzystania AI).

Dane pochodzą z badania jakościowego, którego częścią  były pogłębione wywiady z 25 parami „bliźniaczych” firm (o zbliżonej charakterystyce, m.in. tej samej branży i wielkości, z których jedna wykorzystuje AI, a druga nie, podobnej skali i branży – jedna korzystająca z AI, druga jeszcze nie). Przeprowadzono ponad 50 wywiadów z przedstawicielami zarządów firm, dyrektorami IT, właścicielami przedsiębiorstw, czyli kluczowymi osobami w firmach.

O badaniu:

Badanie zostało zrealizowane w ramach tematycznego modułu projektu Bilans Kapitału Ludzkiego AI – inicjatywy Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości i Uniwersytetu Jagiellońskiego. To jedno z największych źródeł danych o rynku pracy w Polsce, prowadzone od 2009 roku. Projekt łączy badania przekrojowe i tematyczne, odpowiadające na aktualne wyzwania rynku i gospodarki.

Koszty pracy biją rekordy – 43% firm rezygnuje z kandydatów o zbyt wysokich oczekiwaniach

Zatrudnienie pracownika w Polsce jeszcze nigdy nie było tak wymagające finansowo. W 2015 roku całkowity koszt obsadzenia jednego etatu w sektorze przedsiębiorstw wynosił przeciętnie 5 349 zł miesięcznie. Dziś, w połowie 2025 roku, ten sam wskaźnik przekroczył już 10 000 zł, co oznacza wzrost o 100% w ciągu dziesięciu lat, wynika z danych GUS. Taka dynamika wzrostu sprawia, że przyjęcie do zespołu nowej osoby staje się coraz większym wyzwaniem dla przedsiębiorców. Według badania Grupy Progres, aż 43% firm rezygnuje z zatrudnienia kandydata, jeśli jego oczekiwania finansowe są zbyt wysokie, a dla 37% pracodawców największym wyzwaniem są właśnie rosnące oczekiwania płacowe obecnej kadry.

Koszty związane z zatrudnianiem pracowników w Polsce osiągają coraz wyższe – dla wielu firm wręcz zaporowe – poziomy, co wyraźnie widać na przestrzeni ostatnich lat. W 2015 r. przeciętny całkowity wydatek brutto na jedną osobę wynosił 5 349 zł miesięcznie. Pięć lat później, w 2020 r., wzrósł do 7 042 zł. Kolejne lata przyniosły dalsze podwyżki: w 2022 r. było to już 8 641 zł, a w 2023 – 9 665 zł. Równolegle zwiększały się również koszty jednej godziny pracy: z 38 zł w 2015 r., przez 51 zł w 2020, do 61 zł w 2022 i 69 zł w 2023. Obecnie obsadzenie etatu staje się jeszcze poważniejszym wyzwaniem finansowym dla przedsiębiorców.

Tylko w czerwcu 2025 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 9% względem analogicznego miesiąca poprzedniego roku, osiągając poziom 8 881,84 zł. Oznacza to, że całkowite obciążenia związane z utrzymaniem etatu – uwzględniające składki społeczne, fundusze pracownicze, szkolenia, delegacje czy koszty rekrutacji – przekroczyły próg 10 000 zł miesięcznie na osobę. Jednostkowe koszty pracy, według danych z I kwartału tego roku, osiągnęły poziom 170,93 punktów, co potwierdza nasilającą się presję finansową, z jaką mierzą się polscy przedsiębiorcy. Od stycznia 2026 r. przewidywana jest kolejna podwyżka – płaca minimalna wzrośnie do 4 806 zł brutto, a stawka godzinowa do 31,40 zł, co pociągnie za sobą wyższe składki na ZUS, Fundusz Pracy oraz inne obowiązkowe należności.

– Pracownik to dziś inwestycja z wysokim progiem wejścia – mówi Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres. Nie każdy jest w stanie przeskoczyć ten pułap, bo koszty zatrudnienia rosną nie tylko w wyniku podwyżek płac, ale także z powodu coraz większych obciążeń związanych z podatkami, składkami i innymi kosztami dodatkowymi. To zróżnicowanie wymusza na firmach bardziej strategiczne i zindywidualizowane podejście do planowania zatrudnienia oraz zarządzania budżetem przeznaczonym na wynagrodzenia. Szczególnie, że pod tym względem pracownicy i kandydaci mają coraz wyższe oczekiwania, często są one uzasadnione, jednak nie każda firma jest w stanie im sprostać – dodaje Cezary Maciołek.

W praktyce oznacza to, że wielu pracodawców musi podejmować trudne decyzje dotyczące procesu rekrutacji i polityki wynagrodzeń, co potwierdzają wyniki najnowszego badania Grupy Progres. Aż 43% firm rezygnuje z przyjęcia kandydata, jeśli jego oczekiwania finansowe przekraczają ich możliwości budżetowe. Dla 37% największym wyzwaniem są rosnące wymagania płacowe obecnej kadry, które istotnie obciążają finanse przedsiębiorstwa. Dodatkowo, 24% wskazuje na wysokie koszty szkoleń i benefitów jako czynnik znacznie zwiększający całkowite wydatki personalne. Tyle samo firm postrzega proces rozstawania się z pracownikami jako kosztowny i problematyczny, co jeszcze bardziej komplikuje zarządzanie zespołem.

Branżowe różnice w wydatkach

Jak wynika z danych GUS („Mały rocznik statystyczny Polski”), w 2023 roku koszty pracy znacząco różniły się w zależności od branży. W sektorze informacji i komunikacji miesięczne obciążenie związane z zatrudnieniem jednego pracownika wynosiło aż 17 101 zł brutto, przy godzinowym koszcie pracy sięgającym 117 zł. Podobne wartości odnotowano w górnictwie i wydobywaniu — 17 114 zł miesięcznie i 119 zł za godzinę.

Wysoko plasował się również sektor finansów i ubezpieczeń, gdzie całkowity koszt pracy wynosił przeciętnie 14 868 zł (103 zł/h). W energetyce i gazownictwie firmy ponosiły wydatki rzędu 14 555 zł miesięcznie, co dawało 103 zł za godzinę.

Branże specjalistyczne, takie jak działalność profesjonalna, naukowa i techniczna, generowały średni koszt na poziomie 13 108 zł miesięcznie i 90 zł za godzinę pracy. W administracji publicznej i obronie narodowej obciążenie wynosiło 10 731 zł oraz 76 zł/h, a w rolnictwie, leśnictwie, łowiectwie i rybactwie koszt średnio 10 266 zł miesięcznie i 70 zł za godzinę.

W sektorze opieki zdrowotnej i pomocy społecznej średni koszt pracy kształtował się na poziomie 9 979 zł miesięcznie (71 zł/h), a w transporcie i magazynowaniu – 9 626 zł i 65 zł za godzinę. Dla handlu i napraw pojazdów wartości te wynosiły odpowiednio 8 439 zł i 58 zł.

W edukacji wynosił on 8 606 zł, przy godzinowym na poziomie 80 zł. Działalność kulturalna, rozrywkowa i rekreacyjna generowała 8 288 zł miesięcznie i 58 zł/h. Przetwórstwo przemysłowe oraz budownictwo notowały zbliżone obciążenia: odpowiednio 8 736 zł i 8 742 zł miesięcznie, przy godzinowym koszcie pracy wynoszącym 60 i 58 zł. W obsłudze rynku nieruchomości całkowity koszt zatrudnienia sięgał 9 420 zł miesięcznie (66 zł/h), a w działalności administracyjnej i wspierającej — 7 430 zł (51 zł/h).

Najniższe wartości odnotowano w branży zakwaterowania i gastronomii, gdzie miesięczny koszt utrzymania pracownika wynosił 6 510 zł, a godzinowy – 44 zł.

Mimo rosnącego znaczenia kosztów pracy dla gospodarki, świadomość Polaków na temat rzeczywistej struktury tych obciążeń wciąż pozostaje ograniczona. Większość pracowników utożsamia całkowite nakłady ponoszone przez firmę jedynie z pensją netto, pomijając dodatkowe elementy, takie jak składki ZUS, fundusze świadczeń, rekrutacja, szkolenia czy zapewnienie bezpieczeństwa pracy. Brak pełnej wiedzy w tym zakresie utrudnia podejmowanie świadomych decyzji zarówno po stronie pracowników, jak i pracodawców – zwłaszcza w kontekście szybko zmieniających się przepisów i rosnących zobowiązań finansowych.

– Narastające braki kadrowe i rosnące wydatki związane z zatrudnieniem mogą stać się mieszanką o bardzo poważnych konsekwencjach dla rynku pracy i kondycji firm. Niewiedza na temat rzeczywistych kosztów i wyzwań związanych z zatrudnieniem dodatkowo utrudnia podejmowanie skutecznych decyzji. W tej sytuacji konieczne jest poszukiwanie nowych, innowacyjnych rozwiązań, które pozwolą lepiej zarządzać zasobami ludzkimi, optymalizować wydatki i jednocześnie odpowiadać na zmieniające się potrzeby rynku oraz pracowników. Niestety na znaczące obniżki czy spadek kosztów zatrudniania nie ma co liczyć, dlatego wdrażanie efektywnych strategii jest dziś nie tylko wskazane, ale wręcz niezbędne – podsumowuje Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres.

***

Badanie Grupy Progres zostało zrealizowane metodą CAWI, w terminie od 1 do 14 czerwca 2025 roku. Wzięło w nim udział 500 respondentów – przedsiębiorców oraz przedstawicieli firm, którzy są osobami decyzyjnymi w zakresie zatrudnienia i polityki płacowej. Próba miała charakter celowy i objęła firmy z różnych branż oraz o różnej wielkości – od mikro i małych, przez średnie, aż po duże przedsiębiorstwa. Zakres geograficzny badania obejmował całą Polskę. Celem było zebranie opinii przedsiębiorców dotyczących kosztów pracy, procesów rekrutacyjnych, wynagrodzeń oraz aktualnych wyzwań związanych z zatrudnianiem i utrzymaniem pracowników.

ZUS i składka zdrowotna wzrosną w przyszłym roku. Przedsiębiorcy: obciążenie małych firm jest za duże

Przedsiębiorcy: składki ZUS i zdrowotna przygniatają małych przedsiębiorców. Kilkaset złotych więcej od 2026 roku.

– Polityka gospodarcza rządu powinna zmierzać w stronę ograniczania obciążania małych i średnich firm. Od miesięcy mówimy o tym, że sytuacja przedsiębiorców nie jest najlepsza, a wielu przedsiębiorców niemal codziennie zgłasza nam, że bieżące koszty i obciążenia pożerają zyski – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Zwiększenie comiesięcznych składek ZUS najbardziej dotyka najmniejsze firmy – dodaje Hanna Mojsiuk.

Przedsiębiorcy czują się przytłaczani

W 2026 roku comiesięczne składki przedsiębiorców na ZUS wzrosną o niemal 153 zł, co w skali roku oznacza dodatkowy wydatek rzędu 1836 złotych. Do tego dochodzi wzrost minimalnej składki zdrowotnej, koszt płacy minimalnej, wzrost opłat za media czy coraz częściej zgłaszany przez przedsiębiorców koszt użytkowania nieruchomości. Od roku 2026 przedsiębiorcy będą więc płacić kilkaset złotych miesięcznie więcej.

– Apelujemy do rządzących oraz ministrów zajmujących się gospodarką, by przyjrzeli się temu, jak mocno obciążani są kosztami mali i średni przedsiębiorcy. Wiele mówimy o deregulacji, o wzroście konkurencyjności, o tym, by budować silną gospodarkę. Tymczasem zauważamy, że wielu przedsiębiorców nie jest w stanie utrzymać małej firmy, bo bieżące koszty rosną. Ostatnio rozmawiałam z jednym z restauratorów ze Szczecina, który powiedział mi wprost: mam klientów, ale wszystkie zyski są pożerane przez wzrost kosztów. Tak się po prostu nie da bezpiecznie funkcjonować – mówi Hanna Mojsiuk.

Przedsiębiorcy apelują, by ograniczyć wzrost obciążeń wynikających ze składek zdrowotnych i ubezpieczeniowych dla sektora MŚP oraz wrócić do tematu obniżenia składki zdrowotnej dla przedsiębiorców.

– Przedsiębiorcy potrzebują tego jak powietrza. Zmniejszajmy obciążenia firm. Dajmy im rosnąć, a nie przytłaczajmy kosztami – mówi Hanna Mojsiuk.

– Dla małych przedsiębiorców każda kolejna podwyżka ZUS to realny problem. Wbrew pozorom nie wszyscy prowadzący firmy osiągają wysokie zyski – bardzo wielu przedsiębiorców działa na granicy opłacalności. Każdy dodatkowy koszt to ogromne wyzwanie. Małe firmy nie mają zaplecza finansowego wielkich korporacji. Kolejna podwyżka składek to nie tylko obciążenie, ale także realne ryzyko likwidacji i miejsc pracy i wykreślenie przedsiębiorcy z bazy CDEiG – dodaje Katarzyna Rogoźnicka, doradca gospodarczy.

Eksperci: „Mobilizacja jest potrzebna do rozwoju, a nie do wniosków o upadłość”

Początek roku dla małych i średnich firm jest bardzo trudny. W czerwcu 2025 roku 39 firm ogłosiło upadłość, co stanowi drugi najwyższy wynik w tym roku. Jednocześnie rozpoczęto 407 nowych postępowań restrukturyzacyjnych. Wiele firm przyznaje, że I i II kwartał rozczarował jeżeli chodzi o ilość klientów. Problem ma handel, gastronomia, sektor usługowy. Wciąż nie ma także ożywienia w transporcie, budownictwie czy w przemyśle.

– Każde obciążenie dla przedsiębiorców sektora MŚP jest odczuwalne. Jeżeli połączymy każdy z tych składników w comiesięczną całość to okaże się, że wypracowanie zysku dla jednoosobowej działalności gospodarczej czy małej firmy okazuje się trudnym zadaniem. Przedsiębiorcy są mocno obciążani kosztami mediów, wzrostu cen surowców, a daniny podatkowe powinny być tak regulowane, by nie przygniatać małych firm. Wzrost składki ZUS prognozowany na bazie średniej krajowej w sektorze przedsiębiorstw najbardziej krzywdzący jest właśnie dla małych firm, które często nie są w stanie wypracować zysku na poziomie bazy wyjściowej wyliczania składki. Rząd przyjmuje bowiem, że średnia krajowa to ok. 9,5 tysiąca złotych – mówi Paweł Skotnicki, ekspert gospodarczy i ubezpieczeniowy.

Byliśmy bardzo zadowoleni prowadząc obsługę prawną małych i średnich podmiotów gospodarczych, że udało się naszym klientom przetrwać pandemię i jej negatywne ekonomiczne skutki. A teraz systematycznie dokładane są kolejne znaczne obligatoryjne koszty i wiele firm będzie walczyć o przetrwanie. To nie tylko dodatkowe koszty ZUS w 2026 roku ale także wzrost minimalnego wynagrodzenia a tym samym roszczenia pozostałych pracowników o kolejne podwyżki wynagrodzeń. To za duże obciążenia dla małych i średnich przedsiębiorców, którzy wspierają naszą gospodarkę. Nie wystarczy tylko zmniejszenie formalnych obowiązków przedsiębiorców, ale potrzebna jest realna pomoc Państwa mobilizująca przedsiębiorców do rozwoju firm a nie do wniosków o upadłość – komentuje mecenas Grażyna Wódkiewicz, prawnik i partner w kancelarii Wódkiewicz Sosnowski Jarosiewicz.

Transformacja rynku pracy pod wpływem AI: co czeka pracowników i pracodawców?

AI nie oznacza końca pracy, lecz jej głęboką przemianę. To narzędzie o ogromnym potencjale – zarówno zagrożeń, jak i szans. Przyszłość zależy od tego, czy uda się zapewnić sprawiedliwy i inkluzywny model transformacji.

Postępujący rozwój technologii opartych na sztucznej inteligencji (AI) wywiera coraz silniejszy wpływ na globalny rynek pracy. Według raportu World Economic Forum (WEF), do 2030 roku transformacji ulegnie około 22 proc. obecnych stanowisk pracy¹. Zmiany te obejmują zarówno eliminację zawodów o charakterze rutynowym i administracyjnym, jak i powstawanie nowych ról, m.in. w sektorze opieki zdrowotnej, edukacji, zielonej energii oraz technologii cyfrowych².

W obliczu tych przemian kluczowego znaczenia nabierają kompetencje pracowników. Szacuje się, że aż 39 proc. aktualnych umiejętności zawodowych stanie się przestarzała jeszcze przed końcem obecnej dekady³. Polska, podobnie jak wiele innych państw, boryka się z niedoborem zarówno specjalistów tworzących systemy AI, jak i użytkowników zdolnych do ich efektywnego wykorzystywania. Bez szeroko zakrojonych działań systemowych w obszarze edukacji i polityki rynku pracy może dojść do sytuacji, w której nowe miejsca pracy pozostaną nieobsadzone⁴.

Według szacunków WEF, nawet 59 proc. pracowników będzie wymagało przekwalifikowania, z czego 11 proc. może nie uzyskać niezbędnych kompetencji⁵. Jednocześnie Międzynarodowa Organizacja Pracy (ILO) wskazuje, że jedynie około 2,3 proc. stanowisk na świecie ma potencjał do pełnej automatyzacji przy użyciu technologii AI⁶. Oznacza to, że większość zawodów zostanie raczej przekształconych niż całkowicie zlikwidowanych.

Zróżnicowanie wpływu AI jest jednak znaczące. Pracownicy administracyjno-biurowi, szczególnie kobiety, są znacznie bardziej narażeni na automatyzację – 24 proc. ich zadań charakteryzuje się wysoką ekspozycją na AI, a 58 proc. średnią⁷. ILO szacuje, że globalnie 3,7 proc. miejsc pracy kobiet może zostać zautomatyzowanych, w porównaniu z 1,4 proc. w przypadku mężczyzn⁸. Dysproporcje te są szczególnie widoczne w krajach wysoko rozwiniętych.

Różnice geograficzne są równie istotne. Choć AI może zwiększać produktywność i eliminować monotonne czynności, jej wdrożenie wymaga odpowiedniej infrastruktury cyfrowej i kompetencji, których brakuje w wielu krajach Globalnego Południa⁹. Przykładowo, w Ameryce Łacińskiej niemal połowa zawodów, które mogłyby być wspomagane przez AI, nie wykorzystuje nawet komputerów w codziennej pracy¹⁰.

Warto zwrócić uwagę, że wiele systemów AI, mimo że pozornie zautomatyzowanych, wymaga znacznego wkładu człowieka – zarówno na etapie trenowania modeli, jak i w bieżącej obsłudze¹¹. Co więcej, nowe technologie rodzą zapotrzebowanie na zawody, które jeszcze dekadę temu nie istniały, jak np. specjaliści ds. zarządzania danymi czy trenerzy modeli językowych¹².

Wobec szybkiego tempa zmian technologicznych niezbędne staje się promowanie kształcenia ustawicznego (lifelong learning) jako filaru nowoczesnej polityki edukacyjnej. Pracownicy powinni mieć możliwość ciągłego uzupełniania kwalifikacji, szczególnie w zakresie kompetencji cyfrowych i AI. W Polsce konieczna jest nie tylko rozbudowa programów przekwalifikowania, ale także gruntowna reforma systemu nauczania – zarówno w szkołach, jak i na uczelniach wyższych. Zgodnie z unijnymi rekomendacjami, edukacja powinna obejmować nie tylko aspekty techniczne, lecz także etyczne i społeczne wykorzystania AI¹³. Komisja Europejska, m.in. w ramach AI Act i Digital Education Action Plan, wskazuje na potrzebę rozwijania tzw. AI literacy, promowania interdyscyplinarności oraz wdrażania AI do programów nauczania, np. poprzez wspieranie kierunków łączących informatykę z prawem, psychologią czy etyką¹⁴. Wysokie ryzyko związane z zastosowaniem AI w edukacji (np. w procesach oceniania lub rekrutacji) wymaga szczególnej odpowiedzialności instytucji szkolnictwa wyższego, które powinny również aktywnie wspierać nauczycieli akademickich w zdobywaniu nowych kompetencji¹⁵.

AI nie oznacza końca pracy, lecz jej głęboką przemianę. To narzędzie o ogromnym potencjale – zarówno zagrożeń, jak i szans. Przyszłość zależy od tego, czy uda się zapewnić sprawiedliwy i inkluzywny model transformacji, który umożliwi ludziom nabycie nowych kompetencji, a firmom – pełne wykorzystanie możliwości technologii. Bez świadomych, systemowych działań cyfrowa rewolucja może pogłębić już istniejące nierówności – zamiast je niwelować.

Autor: Jacek J. Wojciechowicz
————————-
Autor jest członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich i prezesem Ai4smart sp. z o.o.

Rynek inwestycji private equity traci impet – czy okres niepewności to czas na okazje?

0

Globalne ożywienie na rynku private equity, które zaczęło się w ubiegłym roku i utrzymało pozytywną tendencję w pierwszym kwartale 2025 roku, słabnie. Z raportu Bain & Company, podsumowującego pierwsze półrocze, wynika że do zmiany trendu przyczyniają się narastające trudności rynkowe i gospodarcze, w tym niepewność związana z cłami.

Wpływ polityki celnej na transakcje private equity wciąż nie jest w pełni znany, jednak wstępne sygnały o spowolnieniu w drugim kwartale jeszcze bardziej komplikują sytuację funduszy, które już od wielu kwartałów odczuwają presję na szybsze wyjścia z inwestycji, zwrócenie kapitału inwestorom i pozyskanie nowych środków na inwestycje.

Z danych Bain & Company wynika, że w kwietniu pojawiły się wyraźne oznaki spowolnienia w obszarze wykupów – wartość transakcji zmniejszyła się o 24% w porównaniu do średniej z pierwszego kwartału, a liczba zawieranych umów spadła o 22%. Spowolnienie objęło również procesy wyjść z inwestycji, zwłaszcza w kontekście planowanych IPO, gdzie wiele projektów zostało przesuniętych lub całkowicie anulowanych.

Najnowsze dane wyraźnie kontrastują z optymistycznymi trendami obserwowanymi w pierwszym kwartale, który zapowiadał silny rok pod względem aktywności transakcyjnej. Wówczas rynki kredytowe były otwarte, inflacja była pod kontrolą, a stopy procentowe spadały. Wartość transakcji osiągnęła wtedy 189 miliardów dolarów – najwyższy poziom od drugiego kwartału 2022 roku, niemal dwukrotnie przewyższając dane z pierwszego kwartału 2024 roku, kiedy wartość transakcji wyniosła 95 miliardów dolarów.

Spowolnienie obserwowane w drugim kwartale jest bezpośrednim skutkiem niepewności towarzyszącej zmienności ceł, które zaburzyły długoterminowe plany inwestorów private equity w momencie, gdy ich zaufanie zaczynało się odbudowywać – wynika z analizy Bain. Choć w krótkim okresie ograniczenia w transakcjach mogą się utrzymywać, autorzy raportu sugerują, że odnoszące sukcesy fundusze private equity powinny wykorzystać trwający okres niepewności, szukając okazji do inwestycji. Ponadto eksperci Bain zwracają uwagę na rosnącą presję na fundusze, aby te przyspieszyły realizację transakcji, bo na ich kontach zalega 1,2 biliona dolarów od inwestorów. Niemal 25% z tej kwoty pozostaje niewykorzystana od ponad czterech lat, co dodatkowo motywuje fundusze do podejmowania decyzji inwestycyjnych.

Obecne zawirowania nie uniemożliwiają realizacji przejęć. Na rynku nadal są obecni zarówno kupujący, jak i sprzedający zainteresowani przeprowadzeniem transakcji, a historia pokazuje, że nabywcy z jasno określonymi celami M&A pozostają aktywni nawet w trudnych czasach. Każda taka sytuacja ma swoich zwycięzców i przegranych, a najlepsze okazje często pojawiają się właśnie w momentach największej niepewności. Ta zasada pozostaje aktualna również w 2025 roku. Jeśli niepewność związana z polityką celną ustąpi, optymizm może powrócić szybciej, niż się spodziewamy. Firmy, które będą przygotowane na ten moment, zyskają przewagę – mówi Paweł Szreder, partner w Bain & Company.

W zbudowaniu przewagi w obecnie zmiennym otoczeniu kluczowe dla firm private equity będzie proaktywne podejście do transakcji oraz szczegółowa analiza możliwości inwestycyjnych – tak, aby wykorzystać niepewność rynkową na swoją korzyść.

 – Niezależnie od rozwoju obecnej sytuacji, fundusze private equity muszą wykazywać się kreatywnością w podejściu do transakcji, skrupulatnością w realizacji analiz due diligence i dostosowaniu strategii spółek portfelowych, aby maksymalnie wykorzystać najlepsze okazje, które rodzi dzisiejsza niepewność dodaje Paweł Szreder. – Nie chodzi tu wyłącznie o ocenę krótkoterminowego wpływu ceł na popyt, konkurencyjność czy marże spółek, ale o zdolność do spojrzenia szerzej – na długoterminowy potencjał adaptacyjny spółek portfelowych w nowej, post-globalistycznej erze. Zwycięzcami w tych warunkach będą fundusze, które potrafią działać proaktywnie w celu wzmacniania pozycji konkurencyjnej spółek portfelowych w warunkach niepewności. W sytuacji, gdy wielu inwestorów przyjmuje postawę „czekać i obserwować”, pojawia się możliwość wyróżnienia się przez zdecydowane działania. Ponieważ rynek pozostaje nieprzewidywalny, wdrażanie strategii i modeli operacyjnych umożliwiających szybkie działania korygujące będzie kluczem do sukcesu.

Niepewność rynkowa nową rzeczywistością

Eksperci Bain zwracają uwagę, że zmienność obserwowana w ostatnich miesiącach znacząco utrudnia precyzyjne prognozowanie. Branża private equity musi jednak zaakceptować nową rzeczywistość, w której globalne wzorce handlowe oraz geopolityka przechodzą głęboką i trwałą transformację. Oznacza to, że dotychczasowe modele biznesowe firm portfelowych, oparte na stabilnych łańcuchach dostaw i przewidywalnych warunkach rynkowych, tracą na aktualności.

W mniej sprzyjającym otoczeniu rynkowym fundusze private equity muszą skoncentrować się na poprawie wyników finansowych swoich spółek portfelowych, łącząc rygorystyczną kontrolę kosztów z efektywnością działań sprzedażowych. Kluczową rolę odegra wykorzystanie generatywnej sztucznej inteligencji, która umożliwia wdrażanie rozwiązań zwiększających efektywność operacyjną. Ponadto istotne będzie zwiększenie dźwigni operacyjnej – tak, aby wzrost przychodów przekładał się na wyższe marże. Wreszcie, główni uczestnicy rynku powinni rozważyć aktualizację planów rozwoju dla swoich firm portfelowych, kładąc szczególny nacisk na wykazanie realnego potencjału wzrostu EBITDA, co pozwoli udowodnić ich atrakcyjność i stabilność na przyszłość.

AI napędza transformację przemysłu – 93% liderów widzi w niej przewagę konkurencyjną

Sektor przemysłowy wkracza w nową erę – inteligentnej produkcji, w której sztuczna inteligencja (AI) staje się nie tylko narzędziem automatyzacji, lecz integralną częścią strategii biznesowej. Aż 93% światowych liderów branży przemysłowej widzi w pełnej integracji AI źródło przewagi konkurencyjnej, a 96% firm biorących udział w badaniu już odnotowało poprawę efektywności operacyjnej – wynika z raportu KPMG pt. „Intelligent manufacturing. A blueprint for creating value through AI-driven transformation”. Największym wyzwaniem w trakcie wdrażania AI w przemyśle pozostaje jakość i integracja danych, luka kompetencyjna oraz obawy pracowników wobec zmian.

Od automatyzacji do transformacji

Globalny przemysł produkcyjny w dużej mierze przekroczył etap pilotażowych wdrożeń rozwiązań opartych na AI. Obecnie liderzy rynku przechodzą do fazy, w której sztuczna inteligencja jest trwale osadzona w strukturach operacyjnych. AI staje się częścią codziennej pracy zespołów integrując się z systemami zarządzania produkcją  (ang. Manufacturing Execution Systems, MES), robotyką przemysłową czy cyfrowymi bliźniakami (ang. digital twins).

W efekcie przedsiębiorstwa o wyższym poziomie dojrzałości technologicznej rozwijają zaawansowane zastosowania AI, inwestując w inteligentne ekosystemy produkcyjne, przekształcając modele biznesowe i rozszerzając ofertę o usługi oparte na danych – takich jak Product-as-a-Service.

W polskim przemyśle dostrzegamy dużą różnorodność podejść – są firmy rodzinne, które dopiero zaczynają swoją przygodę z automatyzacją, jak i globalni gracze, którzy testują zaawansowane rozwiązania AI w swoich centrach kompetencyjnych. Wyzwania są jednak często podobne: brak interoperacyjności systemów, ograniczona dostępność danych produkcyjnych w czasie rzeczywistym i niedobór kompetencji cyfrowych na poziomie operacyjnym. Z drugiej strony rosnące oczekiwania związane z dekarbonizacją, zwiększającymi się kosztami energii i niepewnością łańcuchów dostaw sprawiają, że inwestycje w AI mogą być nie tylko szansą na wzrost, ale też koniecznym warunkiem przetrwania i konkurencyjności na rynku – mówi Anna Sińczuk, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider doradców dla branży produkcyjnej w KPMG w Polsce.

Szybsze podejmowanie decyzji, mniejsze ryzyko biznesowe i redukcja kosztów

Wyniki badania pokazują, że sztuczna inteligencja w przemyśle produkcyjnym przynosi przede wszystkim korzyści operacyjne. Respondenci najczęściej wskazywali na szybsze podejmowanie decyzji opartych na danych (42%), lepszą zgodność regulacyjną i redukcję ryzyk (37%) oraz wzrost efektywności i obniżenie kosztów (36%). Znacznie rzadziej ankietowani wskazywali na rozwój nowych produktów czy zdobycie przewagi konkurencyjnej (po 23%), co sugeruje, że w produkcji przemysłowej AI jest dziś wykorzystywana głównie jako narzędzie usprawniające procesy, a nie jako katalizator innowacji. To pokazuje, że wiele firm wciąż stoi przed szansą przekształcenia AI z rozwiązania operacyjnego w element przewagi strategicznej.

Sektor przemysłowy wkracza w nową erę – inteligentnej produkcji

Wdrażaniu AI nadal towarzyszą istotne wyzwania. 56% globalnych światowych producentów zmaga się z jakością i integracją danych, a 40% wskazuje na lukę kompetencyjną i opór wobec zmian. W odpowiedzi na te wyzwania, 80% organizacji z sektora produkcyjnego inwestuje w rozwój kompetencji pracowników, m.in. poprzez szkolenia z zakresu AI.

Wdrażanie sztucznej inteligencji w przemyśle przestało być innowacją – to dziś strategiczna konieczność. AI nie tylko automatyzuje zadania, ale umożliwia podejmowanie decyzji w czasie rzeczywistym, co przekłada się na realne korzyści: większą elastyczność, lepsze prognozowanie i optymalizację produkcji. Kluczowe znaczenie ma jednak jakość danych – bez spójnej, zintegrowanej infrastruktury nawet najbardziej zaawansowane modele AI nie zrealizują swojego potencjału. Dlatego tak ważne jest, by firmy budowały kompetencje nie tylko w obszarze technologii, ale też zarządzania danymi i zmianą organizacyjną. W Polsce obserwujemy duże zainteresowanie AI wśród producentów działających w sektorze motoryzacyjnym, FMCG czy przemyśle ciężkim. Jednak często towarzyszy temu podejście punktowe, ograniczone do pojedynczych wdrożeń, np. predykcyjnego utrzymania ruchu. Przed nami jeszcze sporo pracy w obszarze budowania zaufania do algorytmów, przełamywania silosów organizacyjnych oraz inwestycji w nowoczesne platformy danych – mówi Leszek Ortyński, Dyrektor, Lider ds. AI i Data Science w KPMG w Polsce.

O raporcie:

Raport KPMG pt. „Intelligent manufacturing” powstał w ramach serii publikacji „Intelligent Industries”, która pokazuje jak producenci mogą wykorzystać AI do zwiększenia efektywności operacyjnej, przyspieszenia innowacji oraz budowy odpornych i zrównoważonych ekosystemów przemysłowych.

Seria raportów „Intelligent Industries” obejmuje osiem kluczowych raportów sektorowych, których wnioski opierają się na pogłębionym badaniu z wykorzystaniem zróżnicowanych metod badawczych:

  • Ilościowe badanie ankietowe przeprowadzone wśród 1 390 decydentów, w tym 163 liderów wyższego szczebla z sektora produkcji przemysłowej. Respondenci pochodzą z ośmiu globalnych rynków: Australii, Chin, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Kanady, Francji, Japonii oraz Stanów Zjednoczonych.
  • Wywiady z ośmioma ekspertami w dziedzinie sztucznej inteligencji, obejmujące obszary technologii AI, regulacji rządowych oraz zastosowań przemysłowych, uzupełnione konsultacjami z ekspertami sektorowymi KPMG.
  • Po dziesięć wywiadów dla każdego z ośmiu sektorów z profesjonalistami specjalizującymi się w wykorzystaniu AI w danej branży.

Sztuczna inteligencja zmienia polski przemysł – 30% firm już wdrożyło AI

Prawie co trzecia średnia i duża firma z sektora produkcji (30%) dokonała już pierwszych wdrożeń technologii AI, a kolejnych 37% jest w trakcie tego procesu. Aż 79% podmiotów wskazało, że osiągnęło zamierzone korzyści dzięki sztucznej inteligencji. Równocześnie coraz więcej przedsiębiorstw (40%, +14 p.p. r/r.), w związku z wdrożeniem AI, decyduje się też na redukcję liczby rekrutacji na stanowiska niewymagające doświadczenia. Wyzwaniem pozostaje kwestia cyberbezpieczeńśtwa – chociaż 94% firm deklaruje weryfikacje tej kwestii przed wdrożeniem sztucznej inteligencji, to zaledwie co trzeci (34%) dokonuje realnych inwestycji.

Jak wynika z badania EY – Jak polskie firmy wdrażają AI – sektor produkcji był obszarem, w którym najwięcej firm dokonało już pierwszych wdrożeń AI. Zrobił to prawie co trzeci średni i duży podmiot (30%), co stanowi wyższą wartość niż w usługach (24%) i handlu (10%). Widoczny jest też znaczny przyrost – w badaniu realizowanym rok wcześniej na tym etapie było 21% firm działających w tej branży. Kolejne 37% podmiotów podało natomiast, że jest właśnie w trakcie procesu wdrożenia.

Produkcja to sektor, w którym najwięcej (23%) firm wskazało, że ich priorytet dla rozwiązań AI jest „bardzo wysoki” (względem 16% w usługach i 7% w branży handlowej). Aż 41% przedsiębiorstw z tej gałęzi gospodarki zaznaczyło też, że jest „zdecydowanie gotowych” na implementację rozwiązań AI (dla handlu wartość ta wyniosła 24%, a w sektorze usług 36%). Jednocześnie zmniejszają się bariery w podjęciu decyzji o wprowadzeniu sztucznej inteligencji. Największymi wciąż pozostają wyzwania procesowe (26% wskazań) i jest to o 1 p.p. więcej niż rok temu, ale już trudności technologiczne zmniejszyły się to poziomu 16% (-15 p.p. r/r.), a na problem wysokich kosztów wskazuje tylko 10% (-10 p.p. /r.) badanych.

– W ciągu zaledwie roku odsetek firm produkcyjnych zdecydowanie gotowych na implementację AI wzrósł o ponad 10 p.p., podobnie jak tych, dla których sztuczna inteligencja jest bardzo wysokim priorytetem. To potwierdza, że sektor ten dostrzega ogromny potencjał AI w optymalizacji procesów biznesowych. Już teraz produkcja przewodzi pod kątem liczby wdrożeń, a dane wskazują, że wiele firm wciąż jest na etapie adaptacji strategii i badania możliwości. Widzimy, jak sztuczna inteligencja staje się kluczowym narzędziem do podnoszenia efektywności łańcucha dostaw, redukcji kosztów i wspierania zrównoważonych praktyk. To daje sygnał, że jeszcze przez długi czas sektor produkcyjny będzie liderować, jeżeli chodzi o implementację AI – mówi Marta Cicholska, Partnerka EY, Liderka Zespołu Supply Chain & Operations.

Sztuczna inteligencja przynosi produkcji korzyści

Większość, bo 79% firm produkcyjnych, wskazało, że osiągnęła zamierzone korzyści dzięki rozwiązaniom opartym na AI. Co trzeci podmiot (33%) odnotował wzrost wydajności na poziomie od 11% do 20%, a 30% z nich wskazało na wartość od 21 do 40%. Najczęściej wymienianą wśród przedsiębiorstw produkcyjnych zmianą była poprawa jakości usług (40%), zwiększenie skali działania (37%) i wzrost przychodów (35%), który był zauważalnie częściej wspominany niż w przypadku branż usługowych i handlowych (oba po 22%). Sektor produkcji najchętniej implementował sztuczną inteligencję w ramach funkcji IT (41%), marketingu (37%) oraz sprzedaży i obsługi klienta (po 36%).

Czy AI zabierze pracę w produkcji?
Ze względu na wzrost znaczenia narzędzi opartych na sztucznej inteligencji, 40% firm produkcyjnych zdecydowało się zredukować liczbę rekrutacji na stanowiska niewymagające doświadczenia (+14 p.p. r/r.), podczas gdy w sektorze handlowym jest to jedynie 22%. Produkcja lideruje też, jeżeli chodzi o wprowadzanie zmian w modelu operacyjnym strukturach i procesach ze względu na AI. Dziś zrobiło to już 48% przedsiębiorstw, co stanowi znaczy wzrost względem 31% w poprzedniej edycji.

– Sztuczna inteligencja zmienia model zatrudnienia, a firmy muszą postawić pracowników w centrum tych zmian. Obecnie rynek jest podzielony: 36% pracowników widzi konieczność adopcji AI, 21% jest sceptycznych, a 19% obawia się utraty pracy. Te różnice pogłębiają lukę kompetencyjną AI – często pomijany problem, który grozi brakiem wykwalifikowanych w temacie sztucznej inteligencji pracowników. Wdrażanie AI to nie tylko technologia, ale przede wszystkim inwestycja w rozwój osób w firmie i nabywanie przez nich nowych kompetencji. Pokazując, że AI to narzędzie zwiększające efektywność, możemy zminimalizować tzw. AI Gap i zabezpieczyć przyszłość organizacji – mówi Katarzyna Ellis, Liderka Zespołu People Consulting, EY Polska.

Bezpieczeństwo bardzo pomijanym aspektem

Aż 94% firm przyznaje, że weryfikowało kwestie bezpieczeństwa przy wdrażaniu AI przynajmniej w ograniczonym aspekcie, a odsetek przedsiębiorstw które deklarują pełną analizę wzrósł o 12 p.p. Jednocześnie, realne inwestycje w zabezpieczenie systemów sztucznej inteligencji deklaruje zaledwie co trzeci podmiot (34%), a tylko 18% firm łączy zabezpieczenia proceduralne i narzędziowe do uzyskania kompletnej ochrony. W przypadku sektora przemysłowego zabezpieczenia te odpowiadają nie tylko za poprawne działanie sfery IT, ale i OT – Operational Technology – czyli samej strefy produkcyjnej, w której sztuczna inteligencja odpowiada m.in. za poprawne działanie robotów i maszyn przemysłowych. Naruszenie bezpieczeństwa w tym obszarze może więc skutkować wstrzymaniem całej produkcji. Wyraźny rozdźwięk pomiędzy deklaracjami, a działaniami wskazuje na to, że wiele firm poprzez wdrażania AI realnie zmniejsza swoje cyfrowe bezpieczeństwo.

– Produkcja od lat jest najczęściej atakowanym sektorem, a złożoność tych ataków jest większa niż kiedykolwiek, co potwierdzają głośne incydenty bezpieczeństwa w Polski i zza granicą. Brak zabezpieczenia systemów sztucznej inteligencji wspierających procesy produkcyjne może doprowadzić do szeregu bardzo poważnych konsekwencji. Naruszenie integracji danych wejściowych, na których pracuje AI, może przykładowo doprowadzić do nieefektywnego planowania procesu produkcji, nadmiarowych postojów, czy nawet w niektórych wdrożeniach wpłynąć na jakość produktu końcowego. Ze względu na charakter działania modeli sztucznej inteligencji odnalezienie przyczyny może być dużo bardziej skomplikowane, niż w przypadku systemów OT stosujących tradycyjne algorytmy – mówi Leszek Mróz, Partner EY w centrum kompetencji EY dla usług bezpieczeństwa OT/IoT.

O badaniu
Druga edycja badania – Jak polskie firmy wdrażają AI – została opracowana na zlecenie EY Polska przez Cube Research w ostatnim kwartale 2024 roku na próbie 501 dużych i średnich przedsiębiorstw działające w branżach produkcyjnej, usługowej i handlowej.

Na UW opracowano proekologiczny materiał polimerowy dla przemysłu

Na Uniwersytecie Warszawskim opracowano metodę wytwarzania nowego typu polimerów koordynacyjnych do zastosowania w przemyśle. Nowy materiał pochłania dwutlenek węgla i jednocześnie funkcjonuje jako ekologiczny katalizator reakcji chemicznych. Podczas takich reakcji skumulowany w kryształach polimeru dwutlenek węgla jest utylizowany, stając się substratem do produkcji organicznych węglanów.

Na Wydziale Chemii UW, pod kierownictwem dr hab. Elżbiety Megiel, prof. ucz., odkryto sposób wytwarzania nowych materiałów polimerowych zdolnych do absorpcji dwutlenku węgla i jednocześnie posiadających właściwości katalityczne. Materiały te należą do grupy polimerów koordynacyjnych (MOF – z ang. metal-organic frameworks) o wysokiej porowatości. Twórczynie technologii wiedzą, jak wytwarzać je prostą metodą, używając powszechnie dostępnych i niedrogich substratów.

Ekologiczny materiał dla producentów węglanów

Opracowaliśmy nowy materiał, który jest katalizatorem reakcji chemicznych. Przy zastosowaniu różnego rodzaju epoksydów pozwala on wytwarzać w prosty sposób cenne dla przemysłu organiczne węglany, bez konieczności użycia toksycznych substancji. To oznacza pewien przełom, ponieważ dotychczas w przemysłowe procesy produkcji organicznych węglanów wpisane były metody szkodliwe dla środowiska. Nasz nowy materiał może umożliwić odejście od tych praktyk i pozyskiwanie w przyszłości węglanów w ekologiczny i bezpieczny sposób – mówi dr hab. Elżbieta Megiel, prof. ucz. Z Wydziału Chemii UW.

Twórcy technologii podkreślają, że zastosowana w utylizacji CO2 reakcja chemiczna charakteryzuje się 100% efektywnością atomową, a to oznacza, że jako metoda bezodpadowa jest wyjątkowo ekologiczna. Dzięki zastosowaniu opracowanych katalizatorów, które są wysoce selektywne, pozwala uzyskiwać produkty o bardzo wysokiej czystości. Chodzi tu między innymi o organiczne węglany produkowane obecnie na skalę przemysłową do wielu zastosowań. między innymi takich jak elektrolity w bateriach litowo-jonowych, składniki preparatów kosmetycznych i farmaceutycznych i substraty do otrzymywania biodegradowalnych polimerów.

Utylizacja CO2

W odkrytej technologii kluczowy jest aspekt ekologiczny. Materiały o tak wysokiej porowatości (ich powierzchnia właściwa wynosi od 400 do 700 metrów kwadratowych na każdy gram substancji) silnie adsorbują dwutlenek węgla. Można to porównać do wchłaniania wody przez gąbkę. Kryształy tych polimerów adsorbując CO2 nie tracą swoich właściwości katalitycznych. Można je więc użyć jako katalizatory w reakcjach, w których CO2 staje się substratem i jest zutylizowany.

Te nanostruktury, które mają postać proszku lub sprasowanych, pastylek, można użyć już po pochłonięciu CO2, w reaktorach chemicznych, gdzie uwięziony dwutlenek wchodzi w reakcję z epoksydami węgla i tworzy organiczne węglany. Tym samym następuje jego utylizacja. Jeśli zastosujemy epoksyd pozyskiwany z materiałów odnawialnych np. tlenek etylenu, tlenek limonenu czy tlenek α-pinenu, które mogą być pozyskiwane z biomasy, to trudno o bardziej ekologiczny rezultat. Wykorzystujemy w ten sposób odpadowy CO2 w oparciu o zasady zrównoważonego rozwoju – wyjaśnia dr hab. Elżbieta Megiel.

To jaki węglan organiczny powstanie w wyniku zastosowania opracowanych katalizatorów, zależy od tego, jaki epoksyd posłuży za podstawę reakcji chemicznej. Ważne jest to, iż po zakończeniu reakcji katalizator można w łatwy sposób w pełni odzyskać do ponownego użytku, nie traci on bowiem swoich właściwości katalitycznych po kilkukrotnym zastsowaniu. W trakcie badań rozwojowych zespół twórców potwierdził stabilność odkrytych nanomateriałów do temperatury 400oC. Można je przechowywać w normalnej atmosferze i szerokim zakresie temperatur. Można z nich też wielokrotnie korzystać.

Komercjalizacja

Technologia została objęta ochroną patentową w Polsce i zagranicą. Jej komercjalizację prowadzi Centrum Transferu Technologii i Wiedzy UW. Twórcy planują nawiązać współpracę z przedstawicielami przemysłu, by dokonać dalszych testów i docelowo wdrożyć rozwiązanie do użytku.

Na tym etapie zależy nam na podniesieniu gotowości technologicznej wynalazku. Wykazuje on wysoką efektywność w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych, natomiast do przeprowadzenia pełnych testów w skali przemysłowej potrzebny nam jest partner z zewnątrz. Zespół twórców gotowy jest współpracować z partnerami na dalszych etapach prac badawczych i wdrożeniowych – mówi dr hab. inż. Przemysław Dubel, prof. ucz., dyrektor CTTW UW.

Pochłaniacz CO2?

Ze względu na to, że odkryte materiały adsorbują z powietrza dwutlenek węgla, potencjalnie można je wykorzystywać jako pochłaniacze tego cieplarnianego gazu. Twórcy technologii zastrzegają jednak, iż raczej materiał ten należy rozpatrywać jako jedną z wielu dostępnych opcji, ponieważ na rynku istnieją materiały i substancje o wyższej skuteczności w pochłanianiu CO2, jak na przykład polietylenoimina oraz etylenodiamina. Jednakże w przypadku amin nie jest możliwa utylizacja CO2 bezpośrednio do użytecznych produktów, jakimi są w przypadku opracowanej na UW metody cykliczne węglany organiczne.

Mogę sobie wyobrazić, że docelowo nasza technologia jest wykorzystywana do adsorbcji CO2 na przykład z gazów odlotowych pochodzących z produkcji przemysłowej czy produkcji energii, a następnie materiał ten trafia na linie produkcyjne organicznych węglanów. Z technicznego punktu widzenia nie ma przeciwwskazań czy ograniczeń, by tak się stało. Dziś jednak ważne jest to, by nową technologią zainteresowali się potencjalni partnerzy, którzy poddadzą ją testom w skali przemysłowej i pomogą ją wdrożyć do powszechnego zastosowania – dodaje dr hab. Elżbieta Megiel.

Więcej o nowym materiale polimerowym

Nowe materiały polimerowe powstają w wyniku połączenia kwasu 1,4 naftalenodikarboksylowego, 4-aminotriazolu lub 5-aminotetrazolem z klastrami jonów glinu. Mają one postać wysoko-porowatego krystalicznego materiału stałego.

Surowce niezbędne do produkcji tych polimerów są powszechnie dostępne i niedrogie. Samo wyprodukowanie nowych polimerów odbywa się w ramach prostej, bezpiecznej dla środowiska i również nisko-kosztowej syntezy. Nowe polimery w procesie karboksylacji epoksydu służą jako wysoce selektywne katalizatory reakcji, w wyniku której z epoksydu oraz zaadsorbowanego dwutlenku węgla powstaje użyteczny organiczny węglan.

Nie tylko wojny celne i inflacja. Coface ostrzega przed trudną sytuacją gospodarczą w latach 2025-2026

W obliczu narastających napięć geopolitycznych i nieprzewidywalnych decyzji handlowych światowa gospodarka wyraźnie hamuje. W najnowszym Coface Risk Review eksperci ostrzegają, że lata 2025–2026 upłyną pod znakiem spowolnienia gospodarczego i eskalacji kryzysów międzynarodowych. Na liście zagrożeń dominują taryfy celne w USA oraz konflikty na Bliskim Wschodzie. Uwzględniając obecne warunki oraz wdrożone środki, Coface obniżyło ocenę ryzyka dla 23 sektorów i 4 krajów.

Powrót Donalda Trumpa do Białego Domu, nowe taryfy celne i eskalujące konflikty zbrojne – to dziś główne siły kształtujące światową gospodarkę. USA prowadzą konfrontacyjną politykę handlową, w tle rośnie napięcie na Bliskim Wschodzie, a Unia Europejska z kolei zmaga się z utratą konkurencyjności i koniecznością szybkich reform. Jakie konsekwencje dla światowej gospodarki – i dla Polski – mogą mieć zagrożenia wskazane w Coface Risk Review?

Gospodarka światowa – niepewność to nowa norma

Perspektywy dla światowej gospodarki są bardziej niepewne niż kiedykolwiek wcześniej. Wszystko zależy od sytuacji geopolitycznej i decyzji handlowych prezydenta USA. Donald Trump przedłużył termin negocjacji z partnerami handlowymi chcącymi uniknąć wyższych ceł – nową, ostateczną datą wejścia w życie tzw. taryf wzajemnych oraz nowych, 50% ceł na miedź jest 1 sierpnia. W trakcie 90-dniowego zawieszenia USA ogłosiły wstępne warunki porozumień z Wielką Brytanią, Chinami i Wietnamem. Jeśli jednak do porozumień nie dojdzie, ponowne wdrożenie ceł może mocno uderzyć w globalny wzrost gospodarczy. Prognozy ekspertów Coface przewidują wyraźne spowolnienie – wzrost na poziomie 2,2% w 2025 r. i 2,3% w 2026 r., ale jeśli napięcia będą się nasilać, wzrost może spaść poniżej 2%.

Niepewność dotyczy również inflacji. Obecnie sytuacja wydaje się stabilna, ale może się to szybko zmienić – zwłaszcza jeśli wzrosną ceny energii. W USA inflacja może sięgnąć 4% do końca 2025 r. Banki centralne prawdopodobnie będą ostrożne z dalszymi decyzjami. Eksperci Coface twierdzą jednak, że jeśli inflacja w USA zostanie opanowana, Rezerwa Federalna może zacząć obniżać stopy już jesienią 2025 r. Z kolei Europejski Bank Centralny wskazuje, że zbliża się do zakończenia cyklu obniżek stóp procentowych. Natomiast silny kurs euro względem dolara może skłonić do realizacji jeszcze jednej obniżki w tym roku.

W Europie sytuacja jest jeszcze bardziej nieprzewidywalna – możliwe, że wreszcie zostaną wprowadzone opóźnione reformy finansów publicznych. Niemcy uruchomiły program stymulacyjny, ale jego skali nie da się jeszcze oszacować.

Mieszanka odporności i słabości w krajach rozwiniętych

Gospodarka USA mierzy się z dwiema niewiadomymi – jak wysokie będą taryfy celne i jak rynek sobie z nimi poradzi. Choć zaufanie konsumentów spada, rynek pracy pozostaje silny. Spadek PKB w I kwartale (-0,2%) był wynikiem zapobiegawczego gromadzenia zapasów przez firmy.

W Europie Niemcy odnotowały niewielki wzrost, gospodarka Francji pozostaje w stagnacji, Włochy mogą wkrótce wyhamować, a Hiszpania utrzymuje dynamikę dzięki turystyce
i funduszom unijnym. Jednocześnie Polska na początku 2025 roku osiągnęła jeden
z najlepszych wyników gospodarczych, pomimo stagnacji naszych zachodnich sąsiadów. Coface prognozuje dalsze przyspieszenie wzrostu gospodarczego w naszym kraju w latach 2025 i 2026.

– Kluczowym czynnikiem napędzającym ten wzrost będą inwestycje wspierane przez zwiększoną absorpcję funduszy unijnych oraz stopniowe łagodzenie polityki pieniężnej – mówi dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. – Chociaż wpływ środków unijnych na gospodarkę jest opóźniony, bazowym scenariuszem dla polskiej gospodarki pozostaje wyraźny wzrost dynamiki inwestycji w drugiej połowie 2025 roku oraz na początku 2026 roku – dodaje ekspert.

Bliski Wschód i nadpodaż – rynek ropy balansuje na krawędzi

Konflikt między Izraelem a Iranem ponownie wzbudził obawy o stabilność rynku ropy naftowej. Pomimo znaczącej deeskalacji po interwencji Stanów Zjednoczonych, ryzyko ponownego zaostrzenia sytuacji pozostaje wyraźne. Świadczą o tym konsekwentne deklaracje Iranu dotyczące kontynuacji programu wzbogacania uranu. W rezultacie ceny ropy utrzymują się na poziomie wyższym niż przed eskalacją konfliktu, dyskontując obecne ryzyko geopolityczne.

Poza tym zagrożeniem geopolitycznym podstawowe czynniki rynkowe wskazują na spadek cen. Rośnie produkcja w krajach spoza OPEC+, popyt słabnie przez napięcia handlowe, a państwa OPEC+ wracają z dodatkowymi wolumenami (2,2 mln baryłek dziennie). Eksperci Coface przewidują, że jeśli nie wybuchnie poważny kryzys, ceny prawdopodobnie będą się dynamicznie zmieniać, ale utrzymają się w przedziale 65–75 USD za baryłkę.

Coface obniża ocenę ryzyka 4 krajom i 23 sektorom

W raporcie Coface Risk Review wskazano również kraje i sektory, którym Coface obniżył ocenę ryzyka, sygnalizując pogarszające się warunki gospodarcze i biznesowe. Wśród nich znalazły się Malezja (obniżenie z A3 do A4), Singapur (obniżenie oceny z A2 do A3), Rumunia (obniżenie oceny z A4 do B) oraz Tajlandia (z oceny A4 do B).

Coface obniżyło również oceny ryzyka dla 23 branż – w tym dla metalurgii, budownictwa, transportu, sektora chemicznego, tekstyliów i maszyn.

Sytuacja Polski w obliczu globalnych napięć

Wśród rosnącej niepewności gospodarczej i obniżek ocen ryzyka Polska wyróżnia się stosunkowo stabilną pozycją. Jednak obecne warunki geopolityczne cechuje wysoka nieprzewidywalność.

– Decyzje polityczne, w szczególności te podejmowane przez prezydenta USA, znacząco wpływają na poziom niepewności wśród przedsiębiorstw na całym świecie. Polska od dawna jest znaczącym beneficjentem bezpośrednich inwestycji zagranicznych, które odegrały kluczową rolę w historycznym wzroście gospodarczym kraju – tłumaczy dr Mateusz Dadej. – Jednak w obliczu obecnej niestabilności globalnej, skłonność inwestorów do podejmowania nowych projektów może zostać ograniczona. Wielomilionowe inwestycje zagraniczne, często planowane z kilkuletnim wyprzedzeniem, stają się ryzykowne w sytuacji braku przewidywalności polityki handlowej. Polska – rynek wciąż klasyfikowany jako „wschodzący” – może nie spełniać obecnych kryteriów ryzyka przyjmowanych przez globalne przedsiębiorstwa – dodaje ekspert.

Coface Risk Review jasno pokazuje, że globalna gospodarka wchodzi w fazę zwiększonego ryzyka. Wojny handlowe, napięcia geopolityczne i presja inflacyjna ograniczają inwestycje
i spowalniają wzrost gospodarczy. Nawet kraje z solidnymi fundamentami muszą działać ostrożnie i szybko dostosowywać się do zmiennych warunków.

Ekspert BCC o restrukturyzacji rządu: „Czas na merytoryczne i skuteczne decyzje”

Zmiany w rządowej strukturze gospodarczej budzą nadzieję na bardziej efektywną i spójną politykę ekonomiczną. Maciej Stańczuk, ekspert BCC ds. energetyki i transformacji energetycznej oraz przewodniczący Komisji BCC ds. Transformacji Energetycznej, ocenia je bardzo pozytywnie. Nowe superministerstwo łączące finanse z gospodarką oraz dedykowane ministerstwo energetyki mogą przynieść długo oczekiwany impuls dla polskiej gospodarki i transformacji energetycznej.

Środowiska biznesowe od dawna monitowały brak centrum gospodarczego rządu, rozłożenie kompetencji decyzyjnych w sprawach gospodarczych na wiele ministerstw. Nie rozumieliśmy sensu istnienia np. ministerstwa przemysłu, trudno wymienić choćby jedną inicjatywę tego ministerstwa, która byłaby wdrożona i zakończyła się sukcesem. Jeśli coś zapamiętamy, to tylko liczne faux pas b. Pani Minister na konferencjach prasowych. W szczególności trudno było uprawiać slalom decyzyjny w sektorze energetycznym, którego kompetencje rozłożone były między 4 ministerstwami. Teraz to się z dużym prawdopodobieństwem powinno zmienić.

Mamy nowe superministerstwo łączące finanse z gospodarką pod kierownictwem jednej z najjaśniejszych postaci tego rządu – pracowitego i merytorycznego A. Domańskiego.

Bardzo liczymy na Pana Ministra w drugiej połowie obecnej kadencji. Ponadto mamy wreszcie ministerstwo energetyki, które powinno skupić kompetencje dotychczas rozproszone w wielu miejscach. Liczymy, że pod kierownictwem min. Motyki, ten resort nada transformacji energetycznej Polski nowego impulsu, którego dotychczas tak nam brakowało. Ponadto zlikwidowanych zostało kilka innych resortów, o których działalności i tak mało kto słyszał. Mamy nadzieję, że wkrótce ustawy deregulacyjne skierowane zostaną na ścieżkę legislacyjną, a zadba o nie sam Pan Premier.

Generalnie dzień dzisiejszy należy ocenić z punktu widzenia polskiej gospodarki jako obiecujący. Bardzo mocno trzymamy kciuki za jego powodzenie!

Maciej Stańczuk ekspert BCC ds. energetyki i transformacji energetycznej. przewodniczący Komisji BCC ds. Transformacji Energetycznej

Geopolityczne napięcia nadal wpływają na zmienność cen ropy i paliw

W ciągu ostatniego tygodnia ceny benzyny 95 i oleju napędowego ponownie wzrosły, niemal w takim samym stopniu jak tydzień wcześniej. Cena benzyny 95 wzrosła o 1 grosz za litr, a cena diesla o 4 grosze.

Cena ropy Brent na giełdzie w Rotterdamie pozostała stosunkowo stabilna. W piątek, 11 lipca, utrzymywała się nieco powyżej psychologicznego poziomu 70 dolarów za baryłkę, jednak w poniedziałek, 14 lipca, spadła poniżej tej granicy i pozostała na tym poziomie przez resztę tygodnia. W porównaniu ze średnią z czerwca, wynoszącą 62,75 dolara, cena nieznacznie wzrosła, ale w ujęciu rocznym jest o ponad 14% niższa niż ubiegłoroczna wartość 81,20 dolara. W ciągu ostatniego miesiąca cena spadła o niemal 9%. Na kształtowanie się cen wpływa obecnie kilka kluczowych czynników.

W ostatnich miesiącach organizacja OPEC+ zmieniła swoją strategię – odchodzi od krótkoterminowego manipulowania cenami na rzecz długofalowego utrzymywania i stopniowego zwiększania udziału w rynku. Dzięki pozycji największego i najtańszego producenta z największymi rezerwami, OPEC+ może elastycznie reagować na zmiany rynkowe. Nowa strategia ma na celu znalezienie równowagi między maksymalizacją przychodów (poprzez wyższe ceny), a utrzymaniem udziału w rynku. Przejawem tej zmiany jest zaplanowane zwiększenie produkcji – niespodziewany wzrost o 548 000 baryłek dziennie od sierpnia oraz zniesienie dotychczasowego limitu produkcyjnego wynoszącego 2,2 mln baryłek dziennie od września.

W ramach 18. pakietu sankcji UE obniżono pułap cenowy na ropę z Rosji ze 60 do 47,60 dolarów za baryłkę, aby ograniczyć przychody tego kraju. Limit ten będzie dynamicznie dostosowywany do cen rynkowych. Sankcje obejmują również zakaz importu rosyjskich produktów naftowych z krajów trzecich oraz działania wymierzone w tzw. „flotę cieni” tankowców. Skuteczność tych środków pozostaje jednak niepewna – Stany Zjednoczone nie przyłączyły się do obniżonego limitu, a Rosja wciąż eksportuje ropę do Chin i Indii. Ten krok może spowodować niewielki wzrost cen, jeśli inni producenci nie zrekompensują zmniejszonej podaży.

Kolejnym istotnym czynnikiem jest prawdopodobne niedoszacowanie przez rynek rezerwowych mocy produkcyjnych OPEC. W swojej analizie Standard Chartered wskazuje, że rzeczywiste moce są znacznie mniejsze, niż powszechnie się zakłada, co może doprowadzić do wzrostu cen ropy nawet o 15 dolarów za baryłkę. Goldman Sachs również podniósł swoją prognozę – dla Brent do 66 dolarów, a dla WTI do 63 dolarów za baryłkę w drugiej połowie 2025 roku, powołując się na niskie zapasy ropy w krajach OECD, ograniczone możliwości produkcyjne Rosji i ryzyko zakłóceń w dostawach. Prognoza ta sugeruje możliwość wzrostu cen w dłuższej perspektywie, choć w krótkim okresie rynek może pozostawać pod presją spodziewanej nadpodaży w 2026 roku.

Napięcia geopolityczne wciąż stanowią ryzyko dla rynku ropy. Choć konflikt między Izraelem a Iranem w ostatnich tygodniach nieco przycichł, nadal istnieje zagrożenie zakłóceń w kluczowych szlakach transportowych, takich jak Cieśnina Ormuz. Każda eskalacja mogłaby prowadzić do krótkoterminowych wahań cen.

Jeśli ceny ropy utrzymają się na obecnym poziomie, prawdopodobna jest stabilizacja cen paliw. W dłuższej perspektywie kierunek zmian będzie zależny od opisanych powyżej czynników.

Komentarz przygotował Marcin Wawrzkiewicz, Country Manager Malcom Finance w Polsce

Sąd oddala skargę Panek SA w sprawie kary za naruszenie RODO

0

W maju 2025 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie oddalił skargę spółki Panek SA na decyzję Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO) dotyczącą nałożenia wysokiej kary pieniężnej za naruszenie przepisów o ochronie danych osobowych. Sprawa dotyczy incydentu z 2020 roku, kiedy to podczas wdrażania nowej wersji strony internetowej firmy doszło do nieuprawnionego ujawnienia danych osobowych.

Incydent z 2020 roku – ujawnienie danych osobowych

W kwietniu 2020 r. Panek SA zgłosił do UODO, że podczas uruchamiania nowej witryny internetowej doszło do wycieku danych osobowych. Problem polegał na ujawnieniu folderu z plikami pochodzącymi z poprzedniej wersji strony, które zostały zaindeksowane przez robota Google. Zawierały one dane ponad 7 tysięcy osób, m.in. imiona, nazwiska, adresy e-mail, adresy zamieszkania, numery telefonów, hasła dostępu do panelu klienta, a także w ograniczonym zakresie numery PESEL (które jednak nie zostały szerzej ujawnione).

Decyzja Prezesa UODO i nałożone kary

Prezes UODO, Mirosław Wróblewski, nałożył na Panek SA karę pieniężną w wysokości ponad 1,5 mln zł za naruszenie artykułów 32 i 28 RODO dotyczących bezpieczeństwa przetwarzania danych osobowych oraz obowiązków administratora i podmiotu przetwarzającego. Dodatkowo na podmiot przetwarzający dane na rzecz Panek SA nałożono karę ponad 20 tys. zł.

Zarzuty i skarga Panek SA

Spółka odwołała się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, zarzucając m.in. niewłaściwe przeprowadzenie postępowania przez organ nadzorczy, brak rzetelnego wyjaśnienia przyczyn incydentu, błędną interpretację przepisów RODO oraz nieuzasadnioną odpowiedzialność za działania podmiotu przetwarzającego. Panek SA kwestionowała również sposób ustalenia wysokości kary.

Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego

WSA potwierdził zasadność decyzji Prezesa UODO. Sąd podkreślił, że kluczowym zagadnieniem była kwestia zapewnienia przez administratora danych odpowiednich środków techniczno-organizacyjnych oraz skutecznego nadzoru nad podmiotem przetwarzającym. Zdaniem sądu Panek SA nie wykazał, że wypełnił obowiązki w zakresie zarządzania ryzykiem i monitorowania bezpieczeństwa danych.

WSA wskazał, że zgodnie z rozporządzeniem 2016/679 (RODO) to na administratorze spoczywa obowiązek rzetelnej analizy ryzyka, dokumentowania zabezpieczeń i nadzorowania podmiotów przetwarzających dane. Brak takich działań oznacza naruszenie obowiązków ochrony danych osobowych.

Dodatkowo sąd uznał, że wysokość nałożonej kary mieści się w ramach prawnych i została obliczona z uwzględnieniem wytycznych Europejskiej Rady Ochrony Danych, co eliminuje podejrzenia o arbitralność decyzji.


Sygnatura wyroku: II SA/Wa 45/25

Źródło: Urząd Ochrony Danych Osobowych (UODO)

Stabilizacja zatrudnienia i rosnące płace w przemyśle i logistyce – raport Gi Pro 2025

W przemyśle i logistyce zatrudnienie pozostaje stabilne, przy czym firmy nadal ostrożnie podchodzą do rekrutacji. Stawiają na kluczowe kompetencje i specjalistyczne role, takie jak operatorzy maszyn, technicy utrzymania ruchu czy specjaliści ds. logistyki. W obliczu niepewnej koniunktury gospodarczej szukają też bardziej elastycznych form zatrudnienia, które pozwalają utrzymać efektywność przy zwiększających się kosztach, wynika z raportu Gi Pro „Wynagrodzenia w produkcji i logistyce: stanowiska niższego i średniego szczebla”. Pensje rosną – zgodnie z danymi GUS w I kwartale tego roku średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw przekroczyła 8 600 zł brutto, o 8,4% więcej niż rok temu.

Zróżnicowanie nastrojów – przemysł ostrożny, logistyka coraz pewniejsza

W czerwcu 2025 roku wskaźnik koniunktury spadł do -7,7 wobec -6,4 w maju, choć nadal utrzymuje się na wyższym poziomie niż przed rokiem (-10,1), wynika z danych GUS. Przedsiębiorstwa mierzą się z ograniczonym popytem i rosnącymi kosztami, co skłania je do dalszej optymalizacji działalności. Z kolei w branży transportu i logistyki czerwcowy wskaźnik koniunktury wyniósł -0,8, co świadczy o stopniowej poprawie nastrojów. Firmy coraz lepiej oceniają swoją bieżącą sytuację ekonomiczną, choć prognozy na nadchodzące kwartały pozostają ostrożne.

Zatrudnianie z kalkulatorem w ręku – tylko konkretne kompetencje i kluczowe role

W czerwcu 2025 roku w sektorze przedsiębiorstw pracowało 6,43 mln osób, co oznacza spadek o 0,8% w porównaniu do roku ubiegłego. W przetwórstwie przemysłowym na koniec marca br. było 21,6 tys. wakatów, a najczęściej poszukiwano robotników i rzemieślników (43,8%), a także operatorów oraz monterów maszyn i urządzeń (22,9%). Z kolei w transporcie i logistyce wolnych etatów było nieco ponad 10 tys., wynika z danych GUS.struktura wolnych miejsc pracy

Jeszcze nie tak dawno brak rąk do pracy był problemem w większości zakładów produkcyjnych i centrów logistycznych. Obecnie trudności rekrutacyjne wciąż są zauważalne, jednak coraz częściej dotyczą konkretnych, wyspecjalizowanych stanowisk. Firmy podchodzą do zatrudniania z większą ostrożnością, skupiając się na obsadzeniu kluczowych ról, a rekrutacje mają na celu przede wszystkim uzupełnienie wakatów – podkreśla Agnieszka Żak, Dyrektor Regionalna Gi Group.

Z raportu Gi Pro „Wynagrodzenia w produkcji i logistyce: stanowiska niższego i średniego szczebla” wynika, że popyt na pracowników jest zróżnicowany, a nowe miejsca pracy powstają głównie tam, gdzie istnieje wyraźne zapotrzebowanie. Pracę najłatwiej znajdują operatorzy maszyn, automatycy i mechanicy, czyli pracownicy z kompetencjami technicznymi. Poszukiwane są także osoby mające uprawnienia UDT i doświadczenie w obsłudze wózków widłowych, specjaliści ds. planowania logistyki i zarządzania magazynem oraz specjaliści ds. kontroli jakości. Jednocześnie w wielu zakładach zapotrzebowanie na pracowników niewykwalifikowanych wyraźnie się ustabilizowało, a w niektórych wręcz zmalało. To efekt postępującej automatyzacji oraz ostrożniejszego podejścia do planowania zatrudnienia. W logistyce liczba ofert spadła także z powodu stabilizacji wolumenów w e-commerce.

Część dużych przedsiębiorstw, zwłaszcza w branży motoryzacyjnej i AGD, czeka na rozwój sytuacji, ograniczając nadgodziny, wstrzymując dodatkowe rekrutacje, a także w większym stopniu korzystając z pracowników tymczasowych oraz outsourcingu. Po te rozwiązania sięgają także mniejsze firmy.

– Wzrost kosztów pracy oraz wahania popytu zmuszają firmy do szukania elastycznych rozwiązań kadrowych. Współpraca z agencjami pracy czy outsourcing wybranych procesów pozwala zachować płynność operacyjną bez nadmiernego obciążania budżetu – dodaje Agnieszka Żak, Dyrektor Regionalna Gi Group.

Trudności rekrutacyjne

Z danych tegorocznego „Barometru rynku pracy” Gi Group Holding wynika, że większość firm z branży przemysłowej oraz sektora transportu i logistyki napotyka trudności w pozyskiwaniu pracowników na różnych poziomach struktury organizacyjnej. W przemyśle największy problem dotyczy rekrutacji wykwalifikowanej kadry średniego szczebla (19%), z kolei w transporcie i logistyce – wykwalifikowanej kadry wyższego szczebla (19%). Jednocześnie podobna grupa pracodawców (17% w przemyśle i 19% w transporcie i logistyce) mówi o barierach w obsadzeniu stanowisk na wszystkich szczeblach.

Choć trudności występują w obu branżach, ich przyczyny są odmienne. W przemyśle najczęściej są to wygórowane oczekiwania finansowe aplikujących oraz trudne warunki pracy (po 36%). Co trzecia firma wskazuje na wycofywanie się kandydatów z rekrutacji. Częstszym problemem jest niedopasowanie kompetencji (30%) niż brak zainteresowania ofertami (21%). W transporcie i logistyce natomiast głównym wyzwaniem jest rezygnacja z udziału w rekrutacji – wskazało na to aż 44% pracodawców oraz niedopasowanie lub niedobór kompetencji (41%), w dalszej kolejności brak kandydatów (33%). Co ciekawe, oczekiwania finansowe kandydatów są w tym sektorze najmniej problematyczne – tylko 26% firm uznało je za przeszkodę, co jest najniższym wynikiem wśród wszystkich badanych branż.

Polska dysponuje najmniejszym w Europie niewykorzystanym potencjałem rynku pracy, a to oznacza, że nie możemy liczyć na łatwe uzupełnienie braków kadrowych. Mimo to są jeszcze rezerwy, po które warto sięgnąć. Warto podkreślić, że jedynie 14% osób w wieku 20–24 lata w Polsce łączy pracę z nauką, podczas gdy średnia w Unii Europejskiej wynosi 21%. Z kolei wskaźnik zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami w naszym kraju to zaledwie około 34%, wobec unijnej średniej na poziomie 55%. Nadal też nie w pełni wykorzystujemy potencjał pracowników 50+ oraz możliwości, jakie daje praca w niepełnym wymiarze godzin – tłumaczy Agnieszka Zielińska, Dyrektor Polskiego Forum HR.

Płace rosną, ale…

Zgodnie z danymi GUS w maju br. przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 8670 zł brutto, co oznacza wzrost o 8,4% rok do roku. W przetwórstwie przemysłowym osiągnęło ono 8302 zł, a w transporcie i gospodarce magazynowej – 8430 zł. Mediana płac, która lepiej odzwierciedla realny poziom wynagrodzeń, jest niższa. W styczniu 2025 roku wynosiła ona 6500 zł w przetwórstwie przemysłowym oraz 6708 zł w logistyce, podczas gdy ogólnokrajowa mediana wyniosła 6883 zł brutto. Największe podwyżki odnotowano na stanowiskach niższego szczebla, głównie z powodu podniesienia płacy minimalnej.

Na przestrzeni ostatnich miesięcy obserwujemy dalszy wzrost wynagrodzeń w sektorze produkcyjnym i logistycznym, choć nie wszędzie przebiega on w równym tempie. Najbardziej zauważalne zmiany dotyczą stanowisk niższego szczebla, głównie ze względu na podwyżki płacy minimalnej. W przypadku pozostałych stanowisk wzrosty, choć stabilne, były już dużo mniej dynamiczne, co przekłada się na dalsze spłaszczanie siatek płac. To zjawisko staje się coraz większym wyzwaniem, zarówno w kontekście zaangażowania pracowników, jak i ich utrzymania – wyjaśnia Beata Oczkowicz, Dyrektor ds. rekrutacji stałych w Gi Group.

Wynagrodzenia w kluczowych rolach w produkcji i logistyce w 2025 roku odzwierciedlają rosnącą selektywność rynku. Technicy ds. utrzymania ruchu zarabiają średnio od 7200 zł do 11500 zł  brutto – wysokość wynagrodzeń wynika z ograniczonej dostępności specjalistów oraz rosnącej złożoności technologii wykorzystywanych w zakładach produkcyjnych, która wymaga zarówno wiedzy, jak i doświadczenia. Z kolei pracownicy kontroli jakości w produkcji otrzymują pensje w wysokości 5500 – 9000 zł brutto, co plasuje je na średnim poziomie w branży. Planiści produkcji zarabiają od 7000 do 11000 zł brutto, w zależności od doświadczenia i złożoności procesów. Pracownicy produkcyjni z uwagi na niższą barierę wejścia najczęściej otrzymują między 4700 zł a 7000 zł brutto.

W logistyce specjaliści mogą liczyć na wynagrodzenie w granicach 6500–9500 zł brutto, przy czym w największych ośrodkach przemysłowych – takich jak Warszawa, Wrocław czy Katowice – pensje sięgają górnych granic tego przedziału. W pozostałych regionach najczęściej oferowane stawki oscylują wokół 6500–8000 zł. Wyższe wynagrodzenia dotyczą głównie specjalistów zajmujących się planowaniem transportu lub zarządzaniem dużymi magazynami, czyli stanowisk wymagających wysokich kompetencji organizacyjnych i analitycznych.wynagrodzenia wynagrodzenia wynagrodzenia

Jak wynika z raportu Gi Grup Pro, w regionach o wysokim stopniu uprzemysłowienia i dużej liczbie inwestycji – takich jak Mazowsze, Dolny Śląsk czy Pomorze – pensje są średnio o 10–15% wyższe niż w reszcie kraju. Z kolei w mniej rozwiniętych obszarach, jak Podkarpacie czy Lubuskie, wynagrodzenia bywają niższe o 5–10%. Różnice te wynikają m.in. ze skali aktywności gospodarczej w danym regionie, konkurencyjności lokalnego rynku pracy oraz kosztów życia, które wpływają na oczekiwania płacowe kandydatów.

– Rynek produkcji i logistyki w 2025 roku charakteryzuje się równowagą – nie ma masowych zwolnień, ale również nie ma wyraźnych wzrostów zatrudnienia. Firmy koncentrują się na optymalizacji kosztów i ostrożnym planowaniu przyszłości – podsumowuje Anna Wesołowska, Dyrektor Zarządzająca Gi Group.

O raporcie

Analiza rynku pracy została przygotowana na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) oraz ofert pracy opublikowanych na jednym z największych portali ogłoszeniowych w Polsce. Suma wszystkich ogłoszeń z wybranego okresu to 2 011 763, w tym 225 955 z sektora przemysłowego i 111 320 z logistyki i prac magazynowych. Tabele wynagrodzeń zostały opracowane przez ekspertów ds. rekrutacji Gi Group na podstawie analizy wynagrodzeń w II kwartale 2025 roku – objęła ona 12 028 rekordów kandydatów oraz budżety wynagrodzeń 191 firm przemysłowych, z czego 89% zatrudniało do 250 pracowników na pełen etat. Raport prezentuje miesięczne wynagrodzenia brutto w PLN wraz z premiami.

Kuehne+Nagel zwiększa udział w rynku w pierwszej połowie 2025 r. w segmentach logistyki morskiej i lotniczej

  • Strategiczne działania sprzedażowe napędzają znaczny wzrost obrotu netto i zysku brutto
  • Zwiększone wolumeny, szczególnie w logistyce lotniczej
  • Skutki wahań kursów walut negatywnie wpłynęły na EBIT o 24 mln CHF w pierwszej połowie 2025 roku
  • Znaczny wzrost wolnych przepływów pieniężnych do 295 mln CHF w pierwszej połowie 2025 roku
CHF million H1 2025 H1 2024 Δ Δ* Q2 2025 Q2 2024 Δ Δ*
Obrót netto 12,479 11,554 8% 12% 6,149 6,046 2% 8%
Zysk brutto 4,424 4,273 4% 7% 2,187 2,197 -1% 6%
EBITDA 1,193 1,185 1% 4% 566 609 -7% -1%
EBIT 744 778 -4% -1% 342 402 -15% -9%
Zyski za okres 555 576 -4% -1% 252 298 -15% -10%

*skorygowane o wpływ kursów walut

Pomimo szerokiego spektrum zewnętrznych wyzwań, Grupa Kuehne+Nagel osiągnęła solidne wyniki operacyjne w pierwszej połowie 2025 roku. Obrót netto wzrósł o 8% rok do roku do 12,5 mld CHF, lub o 12% po uwzględnieniu skutków wahań kursów walut. EBIT wyniósł 744 mln CHF, a zysk 555 mln CHF. Wolumeny znacząco wzrosły, szczególnie w dywizji logistyki lotniczej.

Zyski w pierwszej połowie 2025 roku zostały obciążone negatywnymi efektami walutowymi w wysokości 3% (24 mln CHF) oraz jednorazowymi wydatkami w logistyce kontraktowej w wysokości 16 mln CHF (zaksięgowane w drugim kwartale).

Największe niekorzystne efekty walutowe wystąpiły w segmencie logistyki morskiej, ponieważ jest to działalność rozliczana w dolarach amerykańskich, a następnie w logistyce lotniczej i innych jednostkach biznesowych.

Podstawowe oceny wyników finansowych i prognozy na rok 2025 pozostają bez zmian. Biorąc pod uwagę wyłącznie niekorzystne zmiany kursów walut, firma Kuehne+Nagel oczekuje obecnie, że EBIT wyniesie od 1,45 mld CHF do 1,65 mld CHF.

Stefan Paul, Prezes Zarządu Kuehne+Nagel International AG:

„Solidne wyniki operacyjne w pierwszej połowie 2025 roku po raz kolejny wykazały naszą odporność w trudnym środowisku rynkowym. Realizacja strategicznych inicjatyw sprzedażowych okazuje się bardzo skuteczna. W logistyce morskiej zwiększyliśmy wolumeny o 2%, a w logistyce lotniczej o 7% – to znacznie więcej niż ogólny wzrost rynku. Dzięki tym działaniom położyliśmy fundamenty pod dalsze zwiększanie udziału w rynku, szczególnie w logistyce morskiej i lotniczej”.

Logistyka morska

CHF million H1 2025 H1 2024 Δ Δ* Q2 2025 Q2 2024 Δ Δ*
Obrót netto 4,711 4,057 16% 20% 2,212 2,131 4% 11%
Zysk brutto 1,093 1,017 8% 11% 516 514 8%
EBIT 368 397 -7% -5% 158 200 -21% -16%

*skorygowane o wpływ kursów walutowych

W pierwszej połowie 2025 r. obrót netto w jednostce biznesowej logistyki morskiej wzrósł o 16% rok do roku, osiągając 4,7 mld CHF. EBIT wyniósł 368 mln CHF, znacznie obciążony negatywnymi efektami walutowymi. Współczynnik konwersji wyniósł 34%. W pierwszej połowie 2025 r. wolumen kontenerów wzrósł o 2% rok do roku do 2,1 mln TEU. Szczególnie godne uwagi są znaczące wzrosty udziału w rynku Kuehne+Nagel na trasie handlowej z Azji do Europy.

„Dzień wyzwolenia” oznaczał punkt zwrotny w drugim kwartale 2025 r.  Po nim dolar amerykański wszedł w wyraźną fazę osłabienia, a niepewność wokół ceł znacznie wzrosła. Popyt i stawki za usługi logistyki morskiej były odpowiednio zmienne. W tym środowisku Kuehne+Nagel z powodzeniem zrekompensowało spadające wolumeny do i z USA wzrostami na innych rynkach.

Logistyka lotnicza

CHF million H1 2025 H1 2024 Δ Δ* Q2 2025 Q2 2024 Δ Δ*
Obrót netto 3,649 3,392 8% 11% 1,867 1,809 3% 10%
Zysk brutto 874 822 6% 9% 435 430 1% 8%
EBIT 230 210 10% 13% 114 116 -2% 5%

*skorygowane o wpływ kursów walutowych

Obrót netto segmencie logistyki lotniczej wzrósł o 8% rok do roku w pierwszej połowie 2025 r. do 3,6 mld CHF. EBIT wzrósł w szybszym tempie, zwiększając się o 10% do 230 mln CHF. Współczynnik konwersji wyniósł 26%. W pierwszej połowie 2025 roku wolumeny frachtu lotniczego wzrosły o 7% rok do roku do 1,1 mln ton.

 

Jednostka biznesowa logistyki lotniczej osiągnęła szczególnie silny wzrost w segmentach produktów łatwo psujących się, półprzewodników i infrastruktury chmurowej (hyper scalers) – obiecującej dziedziny, którą Kuehne+Nagel aktywnie rozwija.

Logistyka drogowa

CHF million H1 2025 H1 2024 Δ Δ* Q2 2025 Q2 2024 Δ Δ*
Obrót netto 1,752 1,770 -1% 2% 881 910 -3% 1%
Zysk brutto 668 670 2% 337 345 -2% 2%
EBIT 47 66 -29% -26% 28 36 -22% -17%

*skorygowane o wpływ kursów walutowych

W pierwszej połowie 2025 roku obrót netto w segmencie logistyki drogowej wyniósł 1,8 mld CHF przy EBIT na poziomie 47 mln CHF. Sieć drogowa pozostała niedostatecznie wykorzystana z powodu osłabionego popytu na rynkach europejskich.

Dzięki przejęciu hiszpańskiego dostawcy logistyki drobnicowej TDN, Kuehne+Nagel dodatkowo wzmocniło swoją obecność na Półwyspie Iberyjskim i znacznie rozszerzyło regionalny zasięg dla klientów. Transakcja została sfinalizowana pod koniec drugiego kwartału 2025 r.

Logistyka kontraktowa

CHF million H1 2025 H1 2024 Δ Δ* Q2 2025 Q2 2024 Δ Δ*
Obrót netto 2,367 2,335 1% 5% 1,189 1,196 -1% 5%
Zysk brutto 1,789 1,764 1% 5% 899 908 -1% 5%
EBIT 99 105 -6% -2% 42 50 -16% -10%

*skorygowane o wpływ kursów walutowych

W pierwszej połowie 2025 roku obrót netto w jednostce biznesowej logistyki kontraktowej wyniósł 2,4 mld CHF przy EBIT na poziomie 99 mln CHF. Wynik został obciążony nadzwyczajną rezerwą w wysokości 16 mln CHF związaną z trwającym dochodzeniem międzybranżowym we Włoszech. Z punktu widzenia operacyjnego, drugi kwartał 2025 r. był najsilniejszy w historii tej dywizji.

W czerwcu 2025 r. logistyka kontraktowa rozszerzyła swoją długoletnią współpracę z Louis Vuitton i otworzyła nowe centrum dystrybucji w Tokio, aby obsługiwać rynek japoński.

Dr Joerg Wolle, Przewodniczący Rady Dyrektorów Kuehne+Nagel International AG:

„W pierwszej połowie 2025 r. Kuehne+Nagel po raz kolejny osiągnęło silne wyniki operacyjne w środowisku naznaczonym niepewnością geopolityczną. Wzrost obrotów wyraźnie przewyższył średnią rynkową, potwierdzając strategiczny kierunek spółki. Kuehne+Nagel jest na dobrej drodze do dalszego wzmocnienia swojej pozycji rynkowej”.

Lekarze i informatycy dominują wśród ubezpieczonych od utraty dochodu [RAPORT]

  • Branża medyczna i IT to najczęściej ubezpieczane grupy zawodowe od utraty dochodu w Polsce – wynika z najnowszych danych Leadenhall Insurance.
  • Z analizy firmy wynika też, że średni miesięczny przychód ubezpieczonych wynosi prawie 17 tys. zł, ale połowa klientów zarabia poniżej 13 tys. zł miesięcznie.
  • Ubezpieczenie często kupują osoby prowadzące działalność gospodarczą, które w przypadku niezdolności do pracy nie mogą liczyć na wysokie świadczenia z ZUS-u.
  • Wypłata z polisy sięga do 80% utraconych w związku z chorobą lub wypadkiem zarobków.

Analiza Leadenhall Insurance powstała w oparciu o dane z prawie 7,5 tys. aktywnych polis ubezpieczenia od utraty dochodu (stan na kwiecień 2025 r.). Statystyki firmy pokazują, że najbardziej zainteresowani ochroną są przedstawiciele dwóch branż: medycznej i technologicznej. Lekarze wszystkich specjalizacji stanowią 34% ubezpieczonych, a specjaliści IT kolejne 12%. W grupie medyków najczęściej po ochronę sięgają anestezjolodzy (7,4% wszystkich polis), lekarze chorób wewnętrznych i kardiolodzy (5,9%) oraz chirurdzy różnych specjalizacji (5,2%). Wśród specjalistów IT dominują programiści (78% tej grupy), a także analitycy systemów, architekci oprogramowania i kierownicy projektów IT.

Duży udział lekarzy wśród ubezpieczonych od utraty dochodu nie dziwi. Ich praca wymaga precyzji i sprawności fizycznej, a nawet drobne problemy zdrowotne mogą uniemożliwić wykonywanie zawodu. Ale ubezpieczenie od utraty dochodu to nie tylko produkt dla lekarzy czy programistów. Sięgają po nie przede wszystkim osoby pracujące na kontraktach B2B, które w razie poważnych problemów ze zdrowiem dotyka niski ZUS czy zaburzona ciągłość przychodów. Coraz większe zainteresowanie widzimy wśród menadżerów z różnych sektorów, kierowców i kurierów, „złotych rączek” – fachowców od drobnych napraw i remontów, a także w branży beauty, np. barberzy czy kosmetyczki mówi Rajmund Rusiecki, Prezes Zarządu w Leadenhall Insurance.

Ile trzeba zarabiać, żeby ubezpieczyć się od utraty dochodu?

Statystyki pokazują, że większość kupujących polisy zarabia kilkanaście tysięcy złotych na rękę miesięcznie. Ale z ochrony mogą korzystać też osoby o niższych czy wręcz małych dochodach. Średnie miesięczne zarobki ubezpieczonych wynoszą 16,7 tys. zł brutto. Z analizy wynika, że 12,9% ubezpieczonych zarabia do 7 tys. zł miesięcznie, kolejnych 28,9% osiąga dochód w przedziale 7-13 tys. zł, a 58,2% przekracza próg 13 tys. zł miesięcznie.

Dane pokazują, że ubezpieczenie od utraty dochodu to nie tylko produkt dla zamożnych. Ponad 40% naszych klientów zarabia poniżej 13 tys. zł miesięcznie. To często młodzi specjaliści, początkujący przedsiębiorcy czy osoby z mniejszych miejscowości, które nie mają oszczędności i dobrze zdają sobie sprawę z ryzyka utraty dochodów dodaje Rajmund Rusiecki z Leadenhall Insurance.

Najwięcej ubezpieczeń zawierają osoby z woj. śląskiego (13%), wielkopolskiego (12,1%) i mazowieckiego (11,6%). Na drugim końcu zestawienia znalazły się woj. podlaskie (1,2%), świętokrzyskie (1,3%) i lubuskie (1,8%). Ubezpieczenie od utraty dochodu częściej wybierają mężczyźni, którzy stanowią 63% wszystkich ubezpieczonych.

Jak działa ubezpieczenie od utraty dochodu?

Zadaniem ubezpieczenia jest rekompensata zarobków utraconych w wyniku nieszczęśliwego wypadku lub choroby. Główne ryzyko, które obejmuje polisa, to całkowita czasowa niezdolność do pracy – sytuacja, w której ubezpieczona osoba po leczeniu może powrócić do swojego zawodu. Wsparcie wynosi nawet 80% średniego miesięcznego przychodu i wypłacane jest przez czas niezdolności do pracy – standardowo do maksymalnie 24 miesięcy. Świadczenie obliczane jest na podstawie zarobków z 12 miesięcy przed zakupem ochrony. Polisa może również objąć trwałą niezdolność do pracy. W tym przypadku świadczenie może wynosić nawet 10-krotność rocznych przychodów.

Niezdolność do pracy obejmuje wykonywanie konkretnego zawodu wskazanego w polisie, a nie jakiejkolwiek pracy. Dlatego ubezpieczony nie ma obowiązku przekwalifikowania się, czego wymaga ZUS. To kluczowa różnica, szczególnie dla specjalistów, którzy nie mogliby wykonywać swojego zawodu, ale teoretycznie mogliby pracować w innej profesji – wyjaśnia Rajmund Rusiecki z Leadenhall Insurance.

Ubezpieczenie od utraty dochodu – przykłady szkód

  • Chirurg przeszedł udar niedokrwienny mózgu, który spowodował ubytki neurologiczne i całkowitą okresową niezdolność do pracy. 58-latek przez 24 miesiące otrzymywał świadczenie w wysokości 8 tys. zł miesięcznie łącznie 192 tys. zł.
  • Lekarka zachorowała na złośliwego raka piersi. Przeszła operację oraz chemio- i radioterapię. Przez 16 miesięcy niezdolności do pracy otrzymała z ubezpieczenia około 110 tys. zł.
  • Kierownik budowy doznał skomplikowanego złamania podudzia w wypadku w pracy. Po leczeniu operacyjnym i ponownej operacji usunięcia śrub dwukrotnie orzeczono u niego okresową niezdolność do pracy. Otrzymywał świadczenie w wysokości 6,5 tys. zł miesięcznie.

 

Elektryki na celowniku hakerów. Jak realne są zagrożenia cybernetyczne dla właścicieli aut elektrycznych

Rynek samochodów elektrycznych na świecie i w Polsce dynamicznie rośnie. Ich liczba wkrótce przekroczy 100 tys szt. Łączą się z chmurą, aktualizują zdalnie oprogramowanie, są wyposażone w dziesiątki aplikacji i rozbudowane systemy infotainment. Coraz mniej przypominają klasyczne pojazdy, a coraz bardziej… komputery na kołach. I dlatego stają się celem hakerów.

Samochody elektryczne są wyjątkowo narażone na cyberataki – głównie z powodu swojej architektury opartej na oprogramowaniu i stałej łączności z siecią. Jak zauważa Antoinette Hodes, ekspertka firmy Check Point, właściciele powinni zachować czujność, ale nie popadać w panikę. Samochody elektryczne są dziś znacznie bardziej połączone i zależne od oprogramowania niż tradycyjne pojazdy, co poszerza ich powierzchnię podatności na ataki – mówi Hodes.

Zagrożenie dotyczy głównie komunikacji bezprzewodowej (Wi-Fi, Bluetooth, GPS) oraz infrastruktury chmurowej, na której opiera się większość funkcji EV. Hakerzy mogą zaatakować przez systemy infotainment, łączność zdalną, a nawet przez… ładowarki.

Ładowarka jako „brama” do cyberataku

Największym zagrożeniem nie są same samochody, lecz domowe systemy ładowania – ostrzega Daniel dos Santos, szef działu badań w firmie Forescout. Właściciele EV często mają w domu nie tylko ładowarki, ale też panele słoneczne i magazyny energii. Wszystkie te urządzenia są zdalnie zarządzane i połączone z internetem, co czyni je atrakcyjnym celem – podkreśla ekspert.

Badania Forescout z marca 2025 roku wykazały, że hakerzy byli w stanie przejąć kontrolę nad falownikami słonecznymi oraz ładowarkami od tego samego producenta. Efekty? Możliwość kradzieży energii, wyłudzania opłat lub przechwytywania danych osobowych. Jeszcze groźniejszy scenariusz, który na razie pozostaje teoretyczny, to tzw. cyber-robak, który rozprzestrzeniałby się między samochodami przez publiczne punkty ładowania – mówi dos Santos. – Zainfekowane auto mogłoby przenieść wirusa do ładowarki, ta do kolejnych pojazdów i tak dalej. W przypadku ataku przez łańcuch dostaw, skutki byłyby katastrofalne.

Tesla, chińskie auta i konferencje hakerskie: kto jest na celowniku?

W 2016 roku podczas prestiżowej konferencji Black Hat, hakerzy zademonstrowali skuteczny atak na Teslę. W tym samym roku australijski ekspert Troy Hunt przejął kontrolę nad Nissanem Leaf za pomocą aplikacji, regulując zdalnie system klimatyzacji. Dziś największe obawy budzą niektóre chińskie marki, które oferują atrakcyjnie wycenione auta elektryczne – często z mniej zabezpieczonym oprogramowaniem. W Wielkiej Brytanii na początku 2025 roku, firmy z branży obronnej ostrzegły swoich pracowników przed łączeniem służbowych urządzeń z chińskimi samochodami – z obawy przed wyciekiem danych.

James McQuiggan z KnowBe4 podkreśla, że prawdziwe zagrożenie nie polega wyłącznie na zdalnym przejęciu pojazdu, ale również na prywatności danych, podatności aplikacji oraz zagrożeniach w łańcuchu dostaw. Samochód elektryczny to rozbudowany ekosystem elektroniczny, wymagający takiej samej higieny cyfrowej jak każde inne urządzenie z dostępem do internetu – dodaje McQuiggan.

Antoinette Hodes z firmy Check Point zaznacza, że ochrona samochodu elektrycznego nie różni się od zabezpieczania komputera czy telefonu. Najważniejsze zasady to: regularne aktualizowanie oprogramowania, ostrożność przy podłączaniu do nieznanych sieci i urządzeń, traktowanie pojazdu jak każdego innego podłączonego do internetu sprzętu. Wraz z rosnącą autonomicznością i połączeniami z siecią, wzrasta ryzyko ataków zdalnych – mówi Hodes. Dlatego właściciele powinni wdrażać dobre praktyki cyberbezpieczeństwa.

Żródło: Na podstawie Yahoo.com

Robotaksówki i AI – ambitna wizja Tesli w cieniu pogarszających się fundamentów

Przed Teslą wciąż otwiera się droga rozwoju, jednak obecnie Tesla porusza się wolnym pasem — zmaga się z rozczarowującą sprzedażą pojazdów, jednocześnie promując ambitne wizje związane z robotaksówkami, sztuczną inteligencją i przyszłą dominacją w sektorze energii.

Przychody spadły o 12 proc. rok do roku — to największy kwartalny spadek od ponad dekady. Skorygowany zysk na akcję wyniósł 40 centów i nie sprostał nawet obniżonym prognozom Wall Street, a wolne przepływy pieniężne spadły aż o 89 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

Tesla podkreśla, że segmenty energii i sztucznej inteligencji są dziś „ważniejsze niż kiedykolwiek”, jednak inwestorzy otrzymują niewiele konkretnych informacji — zarówno co do harmonogramu, jak i wpływu tych obszarów na wyniki finansowe spółki.

Nowy, bardziej przystępny cenowo model Tesli wszedł w fazę wczesnej produkcji, ale zwiększenie wolumenu oczekiwane jest dopiero pod koniec 2025 roku. W efekcie jego realny wpływ na wyniki przesuwa się raczej na 2026 rok, a brak zaktualizowanych prognoz dostaw dodatkowo potęguje niepewność.

W szerszej perspektywie Tesla pozostaje firmą technologiczną, a nie wyłącznie producentem samochodów. Jednak przy malejących zyskach z działalności motoryzacyjnej, firma musi zacząć realizować swoje ambitne plany, a nie jedynie je zapowiadać. Spokojny, niemal wycofany ton Elona Muska podczas konferencji mógł rozczarować inwestorów — był to raczej „Musk wyciszony” niż „Musk-wizjoner”, zwłaszcza w momencie, gdy oczekiwano zdecydowanego i pewnego przywództwa.

Tesla nadal rozwija swoją długoterminową wizję, obejmującą wdrożenie platformy robotaksówek, rozwój AI i robotyki oraz wprowadzenie tańszych modeli. Jednak w krótkim okresie, przy pogarszających się fundamentach, rozproszeniu uwagi zarządu i utrzymujących się problemach z dostawami, presja na kurs akcji prawdopodobnie nie ustąpi.

Autor: Josh Gilbert, analityk eToro

Zagraniczne kasyna online i polski fiskus — co warto wiedzieć o podatkach i prawie?

W dobie globalizacji i łatwego dostępu do zagranicznych platform hazardowych online coraz więcej osób decyduje się na grę w kasynach internetowych działających poza granicami kraju. Jednak zanim zdecydujesz się na taki krok, warto dobrze zrozumieć, jakie konsekwencje podatkowe i prawne może to za sobą nieść.

Czy granie w zagranicznym kasynie online jest legalne?

Zgodnie z polskim prawem (art. 29a ust. 2 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych, t.j. Dz. U. z 2025 r. poz. 595), uczestnictwo w grach hazardowych przez Internet, organizowanych przez podmioty inne niż wykonujące monopol państwa w tym zakresie, jak np. Totalizator Sportowy, jest zasadniczo nielegalne. Blokowane są nawet strony internetowe zagranicznych kasyn przez polskich dostawców Internetu (blokują adresy IP nielegalnych platform hazardowych). Dodatkowo, art. 107 § 2 Kodeksu karnego skarbowego przewiduje karę grzywny za sam udział w zagranicznej grze hazardowej online, niezależnie od osiągnięcia korzyści majątkowej.

Zgodnie z art. 30 § 5 KKS, sąd jest zobowiązany do orzeczenia przepadku korzyści majątkowej uzyskanej z czynu zabronionego polegającego na uczestnictwie w nielegalnej grze hazardowej. Oznacza to, iż środki finansowe pozyskane z tytułu wygranych w nielegalnie działających kasynach, nawet po ich wypłacie i wprowadzeniu do obrotu gospodarczego, podlegają zajęciu na rzecz Skarbu Państwa.

Co istotne, na gruncie art. 2 ust. 1 pkt 4 ustawy o PIT, wygrane takie nie podlegają opodatkowaniu, gdyż pochodzą z czynności niebędących przedmiotem prawnie skutecznej umowy. Niemniej jednak, brak obowiązku podatkowego nie stanowi legitymizacji tak pozyskanych środków, ani nie wyłącza odpowiedzialności karnej.

Należy podkreślić, że przepis art. 107 § 2 KKS w sposób wyraźny penalizuje samo uczestnictwo w zagranicznej grze hazardowej, bez konieczności osiągnięcia jakiejkolwiek korzyści majątkowej. Zakaz ten obejmuje wszystkie podmioty prowadzące działalność hazardową na terytorium RP bez wymaganej koncesji, niezależnie od ich siedziby czy miejsca rejestracji.

W konsekwencji, udział w grach organizowanych przez podmioty nieposiadające koncesji wydanej przez Ministra Finansów RP stanowi czyn zabroniony, co pociąga za sobą ryzyko odpowiedzialności karnej oraz utraty pozyskanych w ten sposób środków finansowych.

A co, jeśli gram za granicą?

Kluczowe znaczenie ma miejsce, z którego podatnik gra. Jeśli znajduje się fizycznie poza terytorium Polski, np. przebywa na wakacjach w kraju UE i gra w legalnie działającym w tym państwie kasynie internetowym, to nie podlega pod polski zakaz uczestnictwa w grach hazardowych przez Internet. W takiej sytuacji bardzo ważne jest posiadanie dowodów potwierdzających pobyt poza Polską w momencie gry i wygranej. Mogą to być:

  • bilety lotnicze,
  • rezerwacje i faktury za noclegi,
  • faktury za paliwo lub zakupy za granicą,
  • potwierdzenia transakcji kartą.

Dobrze udokumentowany pobyt zagraniczny może stanowić skuteczną obronę przed ewentualnymi sankcjami skarbowymi.

Kiedy wygrana z zagranicznego kasyna jest zwolniona z podatku?

Zgodnie z art. 21 ust. 1 pkt 6 ustawy o PIT, wolne od podatku dochodowego są wygrane w kasynach gry oraz w grach bingo pieniężne i fantowe, urządzanych i prowadzonych przez uprawniony podmiot na podstawie przepisów o grach hazardowych obowiązujących w państwie członkowskim Unii Europejskiej lub w innym państwie należącym do Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Uwaga: Zwolnienie to NIE DOTYCZY internetowych kasyn, nawet jeśli są legalne w kraju, z którego działają, a podatnik gra z Polski. Jednak jeśli podatnik gra z terytorium tego kraju (np. przebywa we Francji i gra w licencjonowanym kasynie francuskim), można bronić się przed zarzutem nielegalnego uczestnictwa oraz można skorzystać ze zwolnienia z PIT, pod warunkiem odpowiedniego udokumentowania sytuacji.

W interpretacji indywidualnej wydanej przez DKIS z dnia 8 listopada 2017 r., nr: 0111-KDIB2-3.4011.172.2017.1.AB rozstrzygnięto kwestię opodatkowania wygranych osiąganych przez polskiego rezydenta podatkowego w turniejach i grach pokera organizowanych na terytorium Francji. Wnioskodawca, będący studentem na stałe zamieszkałym w Polsce, zamierzał brać udział zarówno w stacjonarnych turniejach pokerowych we Francji, jak i w grach online prowadzonych przez licencjonowane francuskie podmioty.

Kluczowym elementem sprawy było ustalenie, czy wygrane osiągane we Francji podlegają opodatkowaniu w Polsce oraz czy kwalifikują się do zwolnienia z podatku dochodowego. Wnioskodawca argumentował, że zgodnie z umową o unikaniu podwójnego opodatkowania między Polską a Francją (UPO), dochody z tytułu wygranych w grach hazardowych nie są wymienione w szczególnych przepisach tej umowy, co oznacza, że podlegają opodatkowaniu wyłącznie w państwie rezydencji, czyli w Polsce.

Jednocześnie powołał się na art. 21 ust. 1 pkt 6 ustawy o PIT, który przewiduje zwolnienie
z opodatkowania wygranych w kasynach gry oraz grach bingo, pod warunkiem że są one organizowane przez podmioty posiadające odpowiednie licencje w państwach UE lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Ponieważ francuscy organizatorzy gier pokerowych działali legalnie na podstawie lokalnych przepisów hazardowych, a Polska i Francja mają podpisaną umowę umożliwiającą wymianę informacji podatkowych (UPO), spełnione zostały wszystkie warunki do zastosowania tego zwolnienia.

KIS uznał stanowisko wnioskodawcy za prawidłowe, potwierdzając, że wygrane w pokerze osiągane na terytorium Francji nie podlegają opodatkowaniu w Polsce na mocy art. 21 ust. 1 pkt 6 ustawy o PIT. Dodatkowo, skoro dochody te są zwolnione, nie ma obowiązku wykazywania ich w rocznym zeznaniu podatkowym.

Jak udokumentować wygraną?

Aby uniknąć problemów z organem skarbowym, podatnik powinien posiadać:

  • zaświadczenie o wygranej wystawione przez kasyno (to jedyny oficjalny dowód),
  • dokumenty potwierdzające legalność kasyna i organizatora,
  • dokumenty potwierdzające pobyt za granicą w czasie gry.

Wyrok NSA z dnia 15 maja 2008 r., sygn.: II FSK 393/07, potwierdza, że tylko formalne zaświadczenie z kasyna jest wystarczające dla celów podatkowych.

Ryzyko w przypadku braku dokumentów

Jeśli podatnik nie posiada dokumentów potwierdzających legalne źródło dochodu, organ podatkowy może uznać wygraną za przychód z nieujawnionych źródeł i opodatkować go sankcyjną stawką 75%. Dodatkowo, brak dowodów może skutkować orzeczeniem przepadku wygranej.

Wygrane w nielegalnych kasynach – co trzeba wiedzieć?

Jeżeli podatnik korzysta z nielegalnych kasyn działających na polskim rynku, sytuacja prawna jest znacznie bardziej skomplikowana niż w przypadku legalnych gier hazardowych. Zgodnie z art. 2 ust. 1 pkt 4 ustawy o PIT, przepisów tej ustawy nie stosuje się do przychodów wynikających z czynności, które nie mogą być przedmiotem prawnie skutecznej umowy. Oznacza to, że wygrane osiągnięte
w nielegalnych kasynach teoretycznie nie podlegają opodatkowaniu podatkiem dochodowym, ponieważ sama umowa pomiędzy graczem a nielegalnym operatorem jest nieważna z punktu widzenia prawa.

Jednakże brak obowiązku podatkowego nie oznacza, że taka działalność jest dozwolona. Uczestnictwo w nielegalnych grach hazardowych może narazić podatnika na poważne konsekwencje prawne, w tym na odpowiedzialność karną. Polskie prawo przewiduje kary za udział w nielegalnym hazardzie, a ponadto organy ścigania mogą skonfiskować nielegalnie uzyskane środki. W praktyce oznacza to, że nawet jeśli podatnik nie musi odprowadzać podatku od takich wygranych, to i tak ryzykuje utratę tych pieniędzy oraz poniesienie sankcji karnych.

Podsumowanie

Granie w zagranicznych kasynach online z Polski jest nielegalne i grozi karą grzywny oraz przepadkiem wygranych na rzecz Skarbu Państwa – mimo że takie dochody nie podlegają opodatkowaniu podatkiem dochodowym. Paradoks polskiego prawa sprawia, że podatnicy nie muszą płacić PIT od nielegalnych wygranych, ale mogą stracić wszystkie pieniądze i ponieść konsekwencje karne. Wyjątkiem są sytuacje, gdy gramy fizycznie przebywając za granicą w legalnym kasynie – wtedy wygrane mogą być całkowicie zwolnione z podatku, pod warunkiem odpowiedniego udokumentowania.

Autor: Robert Nogacki, partner zarządzający, radca prawny w Kancelarii Prawnej Skarbiec, specjalizującej się w doradztwie prawnym, podatkowym i strategicznym dla przedsiębiorców

Polski rynek prywatnych akademików dynamicznie rośnie – liczba łóżek wzrośnie o 70% do 2027 roku

Polski rynek prywatnych akademików (PBSA – purpose-built student accommodation) dynamicznie się rozwija, odpowiadając na rosnące zapotrzebowanie wynikające z deficytu miejsc noclegowych oraz systematycznego wzrostu liczby studentów – zarówno krajowych, jak i zagranicznych. W ciągu najbliższych dwóch lat liczba łóżek w prywatnych akademikach zwiększy się aż o 70%, a Warszawa stanie się największym rynkiem w kraju.

Zdaniem  Doroty Lachowskiej, dyrektor działu badań rynku w Knight Frank –  „wskaźnik dostępności miejsc w akademikach w Polsce wynosi zaledwie 8,9%, co oznacza, że na jedno łóżko przypada aż 12 studentów. Dla porównania, średnia europejska jest znacznie wyższa. Ta strukturalna luka tworzy bardzo silne fundamenty pod rozwój prywatnych akademików.”

Obecnie w Polsce działa 443 akademików oferujących łącznie ok. 115 200 miejsc. Zaledwie 13% tej liczby stanowią prywatne domy studenckie. W nadchodzących latach ten udział będzie rósł – tylko do 2027 roku na rynek trafi niemal 8 800 nowych łóżek w PBSA.

Największym rynkiem prywatnych akademików pozostaje Kraków z niemal 3 650 łóżkami, ale liderem stanie się Warszawa, która do roku akademickiego 2026/2027 zyska blisko 5 000 nowych miejsc noclegowych. Dynamiczny rozwój notują również Trójmiasto, Poznań oraz Wrocław.

„Wzrost zasobów PBSA jest nie tylko reakcją na deficyt podaży, ale również efektem zmieniających się oczekiwań studentów. Szukają oni komfortowych warunków, prywatności i bogatej oferty usług dodatkowych, które coraz częściej oferują właśnie akademiki prywatne,” – dodaje Adam Kotarski, młodszy analityk w dziale badań rynku w Knight Frank.

Na rynku dominują duzi operatorzy tacy jak Student Depot (4 200 łóżek) czy Xior Student Housing (3 600 łóżek). Do grona aktywnych graczy dołączyły także nowe marki, m.in. StudentSpace – platforma stworzona przez Signal Capital Partners, Griffin Capital Partners i Echo Investment, która do końca 2025 roku odda dwa obiekty w Krakowie z 1 200 łóżkami.

Pomimo wzrostu podaży, popyt wciąż przewyższa dostępność. Tylko w ciągu ostatniego roku liczba studentów w Polsce wzrosła o 35 000, przekraczając 1,28 mln osób. Ponadto, w roku akademickim 2024/2025 w Polsce studiowało ponad 108 600 obcokrajowców – o niemal 50% więcej niż w 2018 roku.

W największych miastach dostępność miejsc w PBSA wynosi zaledwie od 0,7% do 3,0%. Największe niedobory występują w Warszawie i Poznaniu, gdzie na jedno łóżko przypada odpowiednio 145 i 135 studentów.

„Wysoki poziom obłożenia, sięgający 98%, sprawia, że studenci rezerwują miejsca z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Jest to sektor o bardzo niskim ryzyku pustostanów, co stanowi istotną zaletę z punktu widzenia inwestorów,” – wyjaśnia Sylwia Jankowska, ekspertka rynku PRS i PBSA w Knight Frank.

Prywatne akademiki oferują wyższy standard niż tradycyjne domy studenckie. Do dyspozycji mieszkańców są przestrzenie wspólne, siłownie, pralnie, miejsca do nauki czy strefy chilloutu. To właśnie ten dodatkowe udogodnienia przyciąga młodych ludzi, którzy coraz częściej wybierają komfort i jakość.

Czynsze w PBSA różnią się w zależności od lokalizacji i standardu. Najniższe stawki obowiązują w Łodzi (od 1 200 zł za łóżko w pokoju dwuosobowym), najwyższe – w Warszawie (od 2 500 do nawet 4 650 zł za pokój jednoosobowy).

Zainteresowanie inwestorów rośnie. Największą dotychczas transakcją był zakup przez Xior Student Housing trzech akademików BaseCamp w Polsce za 108 mln euro. W 2025 roku firma nabyła kolejny obiekt – Basecamp Wrocław z 775 jednostkami.

„Polski rynek PBSA oferuje jedne z najwyższych stóp kapitalizacji w Europie – na poziomie ok. 6%, podczas gdy w Europie Zachodniej są one niższe, w przedziale 4,25–5%. To sprawia, że Polska staje się atrakcyjnym kierunkiem dla inwestorów instytucjonalnych,” – podsumowuje Sylwia Jankowska.

Wszystko wskazuje na to, że sektor prywatnych akademików w Polsce wchodzi w fazę szybkiego wzrostu – z ogromnym potencjałem długoterminowego rozwoju.

Euro próbuje odbicia po decyzji EBC – mieszane dane PMI wspierają wspólną walutę

Europejski Bank Centralny podjął decyzję zgodną z oczekiwaniami, ale po jej ogłoszeniu euro próbuje znowu nabrać wiatru w żagle. Mieszane wskaźniki PMI ze Starego Kontynentu ostatecznie także można interpretować jako wspierające wspólną walutę. Polski złoty stara się utrzymywać dobrą pozycję, ale rynek wywiera na nim lekką presję.

Not great, not terrible

Wskaźniki wyprzedzające (badające nastroje w przedsiębiorstwach) ze Starego Kontynentu wypadły mieszanie. Duża część z nich znalazła się poniżej granicy 50 pkt, czyli po stronie recesyjnej, ale łatwo równocześnie odnaleźć wśród nich pozytywy. Ale po kolei. Zacznijmy od Francji, gdzie PMI przemysłowe po słabym czerwcu wróciło do tendencji wzrostowej, ale zatrzymało się na poziomie 48,4 pkt, czyli minimalnie poniżej prognoz. Natomiast usługi zgodnie z oczekiwaniami wykazały 49,7 pkt, znajdując się tym samym bardzo blisko granicy ekspansji. Jeszcze lepiej prezentuje się największa gospodarka UE, gdzie indeks dla przemysłu co prawda nie wypełnił konsensusu, ale potwierdził trend zwyżkowy, osiągając 49,2 pkt. Niemieckie usługi tym razem symbolicznie przebiły prognozy i kluczowy poziom, wykazując 50,1 pkt. Wreszcie cała strefa euro, gdzie PMI przemysłowe jeszcze znajduje się po stronie spowolnienia. Jednak wynik 49,8 pkt nie tylko potwierdza pozytywny kierunek, ale równocześnie jest najlepszym rezultatem od prawie trzech lat. Na koniec najmocniejszy odczyt naszego zestawienia, czyli usługi na terenie unii walutowej to już 51,2 pkt, co wyraźnie przekroczyło rynkowe oczekiwania. Chociaż powyższe dane powinniśmy uznać za istotne i ostatecznie całkiem pozytywne dla EUR, to w trakcie czwartkowej sesji nie stanowiły one najważniejszego impulsu. Ten miał nadejść po południu wraz z decyzją Rady Prezesów Europejskiego Banku Centralnego.

EBC postoi i poczeka

Zgodnie z oczekiwaniami decydenci strefy euro pozostawili koszt pieniądza na niezmienionym poziomie, co w przypadku stopy refinansowej oznacza 2,15 %, a depozytowej 2%. Komunikat po posiedzeniu można uznać za bardzo lakoniczny, ale też nie jest to żadną niespodzianką. Rada Prezesów zwraca uwagę, że inflacja aktualnie znajduje się w średnioterminowym celu banku centralnego określonym na 2%. Presja inflacyjna w dalszym ciągu się zmniejsza, a pensje rosną wolniej. EBC twierdzi również, że zgodnie z założeniami wcześniejszych obniżek, europejska gospodarka pozostaje odporna na zawirowania. Jednak równocześnie decydenci podkreślają, że ryzyka pozostają w mocy, ze szczególnym uwzględnieniem napięć geopolitycznych i handlowych. Dlatego Rada pozostaje ostrożna w swoim podejściu i nie określa dalszej ścieżki postępowania, a decyzje będą podejmowane na każdym posiedzeniu zgodnie z napływającymi danymi. Czyli w zasadzie dostaliśmy klasycznie ostrożne podejście EBC, co przynajmniej w teorii powinno wspierać EUR. Już od jutra uwaga przeniesie się za Atlantyk, gdzie w przyszłym tygodniu swoją decyzję ogłosi amerykański Komitet Otwartego Rynku. Rynek oczekuje, że także w tym przypadku stopy zostaną utrzymane, co tylko podgrzeje spekulacje wobec następnych, czyli już wrześniowych posiedzeń najważniejszych banków centralnych.

Kurs EUR/USD znowu przy 1,175 $

Już wczoraj wieczorem kurs EUR/USD po raz pierwszy od dwóch tygodni na dłużej przebił opór przy 1,175 $. W trakcie czwartkowej sesji doszło jednak do korekty, która próbowała zawrócić eurodolara poniżej tego poziomu, ale po decyzji EBC obserwujemy ponowną próbę wyjścia wyżej. W krótkim terminie trudno przesądzać o kierunku głównej pary świata, ponieważ, oprócz decyzji monetarnych i związanych z nimi narracji, uwaga ogniskuje się wokół polityk handlowych USA. Komunikaty dotyczące możliwej umowy Stanów z UE są w dalszym ciągu niejednoznaczne i nieoficjalne. Jednak także termin wprowadzenia zaporowych ceł przez prezydenta Donalda Trumpa był już tyle razy przesuwany, że można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Wracając do polityki pieniężnej, oczywistym pozostaje, że przestrzeń do dalszego luzowania jest zdecydowanie większa po amerykańskiej stronie, co w dłuższym terminie powinno stanowić obciążenie dla USD. Złoty radzi sobie względnie dobrze w trakcie dzisiejszej sesji, chociaż pozostaje pod lekką presją. Kurs EUR/PLN próbuje testować 4,26 zł, a kurs USD/PLN wraca powyżej 3,62 zł.

Autor: Adam Fuchs, analityk walutowy Walutomat.pl

Europejski Bank Centralny utrzymuje stopy procentowe. Lekko jastrzębia Lagarde wspiera euro

Zgodnie z oczekiwaniami, Europejski Bank Centralny utrzymał dziś stopy na niezmienionym poziomie, dokonując pierwszej od przeszło roku pauzy. Ruch uzasadnić można zarówno podwyższoną niepewnością, którą prezeska Lagarde niejednokrotnie akcentowała podczas wieńczącej posiedzenie konferencji prasowej, jak i skalą ostatnich obniżek, obecny poziom stóp można bowiem rozważać w kontekście “docelowego”. Wspominamy o tym zresztą nieprzypadkowo, po umiarkowanie jastrzębich w naszej opinii komunikatach prezeski Lagarde, rynek przestał w pełni wyceniać kolejne cięcie stóp – nie tylko w tym roku, ale i w przyszłym.

Prezeska Lagarde – do czego zdążyła nas już przyzwyczaić – wiele mówiła o zależności od danych, unikając przy tym deklaracji wobec dalszych ruchów banku. Wprawnie wyminęła pytanie dotyczące cięcia stóp na jesieni, które wpisywało się w bazowy scenariusz banku w czerwcu. Niejednokrotnie podkreślała dobre odczyty inflacyjne, które wykazują, że presja inflacyjna znajduje się u celu i powinna w nim w średnim terminie pozostać, akcentowała jednak kwestie związane z gospodarką, która w opinii banku pozostaje odporna. Stanowiło to spore zaskoczenie w obliczu słów wiceprezesa De Guindosa podczas Forum w Sintrze, zaznaczał on bowiem, że wzrost pozostaje słaby, a Q2 i Q3 przyniosą w jego opinii płaski wzrost.

Czołową różnicą w zakresie komunikatu prasowego względem tego, który otrzymaliśmy w czerwcu, była “niepewność” i to ją uznajemy za kluczowy motyw lipcowego posiedzenia. Bank pozostaje uważny na to w jaką stronę zmierzają negocjacje dot. porozumienia handlowego między UE i USA. Zważając na ostatnie doniesienia prasowe, osiągnięcie konsensusu między stronami stało się bardziej prawdopodobne, we wrześniu przekaz banku może być już więc nieco bardziej precyzyjny.

Po początkowym osłabieniu, które, nawiasem mówiąc, przypisujemy w dużej mierze kolejnemu silnemu odczytowi z amerykańskiego rynku pracy, kurs EUR/USD wzrósł o blisko 0,5%.

Autor: Michał Jóźwiak – analityk Ebury

Biuro do wynajęcia w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu? Ranking biznesowych lokalizacji

Wybór biura to decyzja o wadze strategicznej, daleko wykraczająca poza sam adres w stopce maila. To inwestycja w DNA firmy, jej wizerunek, efektywność zespołu i zdolność do przyciągania największych talentów. Na polskiej mapie komercyjnej od lat dominują trzej giganci: Warszawa, Kraków i Wrocław. Każde z tych miast oferuje unikalny ekosystem biznesowy, ale które z nich okaże się najlepszym fundamentem dla Twojej historii sukcesu?

Odpowiedź jest bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać. To, co idealne dla międzynarodowej korporacji finansowej, może być nieoptymalne dla zwinnego startupu technologicznego. Zamiast powierzchownego porównania, przeprowadzimy analizę, która uwzględnia twarde dane, specyfikę rynku i czynniki, o których często zapomina się w ferworze poszukiwań.

Warszawa: gdzie bije serce polskiego biznesu

Warszawa to bezdyskusyjny lider, biznesowy tygiel, w którym mieszają się największy kapitał, ambicje i możliwości. Rynek biurowy w stolicy jest jak jej puls – dynamiczny, czasem przytłaczający, ale zawsze wyznaczający kierunek. To tutaj swoje centrale lokują globalni gracze, a decyzje mają największy ciężar gatunkowy.

  • Śródmieście i Wola: To epicentrum polskiego biznesu. Nowoczesne wieżowce stały się symbolem sukcesu, a lokalizacja w sercu miasta to przede wszystkim prestiż. Klastry firm z sektora finansowego, doradczego i prawnego dominują w tej części miasta. Jednak za ten status trzeba zapłacić. Stawki czynszu za powierzchnie klasy A w centralnych lokalizacjach oscylują w przedziale 22-28 €/m², a dla klasy B rzadko spadają poniżej 16-19 €/m².
  • Mokotów (Służewiec): Legendarny „Mordor”, niegdyś synonim korporacyjnego zagłębia, przechodzi transformację. Choć wciąż jest to ogromne centrum biurowe, popularne wśród firm telekomunikacyjnych i outsourcingowych, oferuje bardziej konkurencyjne stawki. To wybór dla firm szukających skali i optymalizacji kosztów.

Decydując się na biura do wynajęcia Warszawa, trzeba być gotowym na wysoką konkurencję i najwyższe w kraju koszty. W zamian otrzymuje się dostęp do niezrównanego rynku i możliwości. To miasto dla graczy o najwyższych aspiracjach.

Kraków: Smocza Jama dla talentów i technologii

Kraków to miasto o dwóch obliczach. Z jednej strony historyczna stolica z unikalną atmosferą, z drugiej – potężny ośrodek akademicki, który stał się kuźnią talentów dla sektorów IT, SSC/BPO i gamingu. To właśnie ta mieszanka przyciąga firmy jak magnes.

  • Strefy Biznesowe (np. Bonarka, Quattro Business Park): Tutaj lokują się głównie duże centra usług wspólnych (SSC/BPO), doceniające dostęp do nowoczesnej powierzchni klasy A i bliskość uczelni.
  • Podgórze i Zabłocie: Postindustrialne dzielnice, które stały się kreatywnym sercem miasta. W starych fabrykach swoje miejsce znalazły software house’y, agencje marketingowe i startupy, tworząc unikalny, twórczy ekosystem.
  • Centrum i okolice: Prestiżowe, kameralne biura w odrestaurowanych kamienicach to domena kancelarii i butikowych firm doradczych.

Kraków to strategiczny wybór dla firm, dla których największym kapitałem są ludzie. Stawki czynszu są tu bardziej przystępne niż w stolicy – za powierzchnię klasy A płaci się średnio 14-17 €/m². Wybierając biura do wynajęcia Kraków, inwestuje się przede wszystkim w kapitał ludzki.

Wrocław: dynamika i innowacja z widokiem na Odrę

Wrocław często określany jest mianem „polskiej Doliny Krzemowej”. Miasto od lat konsekwentnie stawia na innowacje, przyciągając gigantów z branży IT i centra badawczo-rozwojowe (R&D). Jego rynek biurowy jest nieco mniejszy, ale nadrabia dynamiką wzrostu i doskonałą atmosferą do życia.

Zachodnie Centrum Biznesu, w rejonie Placu Strzegomskiego, to najszybciej rozwijający się hub biznesowy. Nowoczesne biurowce tworzą spójną tkankę, dobrze skomunikowaną z resztą miasta. Wrocław oferuje świetny kompromis między kosztami a jakością życia. Czynsze za nowoczesne powierzchnie kształtują się na poziomie zbliżonym do Krakowa, czyli 14-16,5 €/m². To miasto przyciąga firmy technologiczne, które szukają nie tylko pracowników, ale i miejsca, w którym ci pracownicy będą chcieli zostać na dłużej.

Cena to nie wszystko. Na co naprawdę trzeba zwrócić uwagę?

Wybór miasta to dopiero preludium. Analizując konkretne oferty, łatwo wpaść w pułapkę patrzenia wyłącznie na stawkę czynszu za metr kwadratowy. To fundamentalny błąd. Prawdziwy koszt i wartość biura kryją się w szczegółach.

  • Całkowity koszt najmu: Stawka bazowa to nie wszystko. Należy doliczyć opłaty eksploatacyjne (średnio 18-25 PLN/m²), które pokrywają utrzymanie części wspólnych, ochronę czy podatki. Do tego dochodzi współczynnik powierzchni wspólnych (add-on factor), oznaczający, że wynajmując 100 m² biura, płacimy realnie za 108-115 m², wliczając w to nasz udział w korytarzach czy recepcji.
  • Elastyczność umowy: Standardem są umowy na 3, 5 lub 7 lat. Ale co, jeśli firma szybko rośnie lub działa w zmiennym otoczeniu? Rynek coraz mocniej otwiera się na biura serwisowane i coworkingi, które oferują elastyczne warunki i gotową infrastrukturę. To idealne rozwiązanie na start lub dla projektów o niepewnej przyszłości.
  • Pakiety zachęt: Na rynku najemcy, charakteryzującym się wysokim poziomem pustostanów, można wynegocjować atrakcyjne warunki. Do standardu należą wakacje czynszowe (rent-free periods), czyli kilka miesięcy bez opłat, oraz kontrybucje finansowe (fit-out contribution) na aranżację powierzchni. Znajomość tych mechanizmów to klucz do optymalizacji kosztów.

Kompleksowy wynajem biur to proces, w którym diabeł tkwi w szczegółach.

Przyszłość jest zielona: ESG i certyfikacje

Współczesny biznes to nie tylko zysk. Coraz większą rolę odgrywa zrównoważony rozwój i dbałość o dobrostan pracowników. Certyfikaty takie jak BREEAM czy LEED (oceniające ekologiczny charakter budynku) oraz WELL (skupiony na zdrowiu i komforcie użytkowników) przestają być marketingowym dodatkiem. Dla międzynarodowych korporacji i firm budujących wizerunek odpowiedzialnego pracodawcy, stają się one wymogiem. Nowoczesne biurowce w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu w dużej mierze spełniają te najwyższe standardy.

Ranking biznesowych lokalizacji: porównanie w pigułce

Choć każdy wybór jest indywidualny, poniższa tabela może pomóc w usystematyzowaniu kluczowych różnic między trzema największymi miastami w Polsce:

Kategoria Warszawa Kraków Wrocław
Średni koszt (Klasa A) ★☆☆☆☆ (najwyższy) ★★★☆☆ (średni) ★★★☆☆ (średni)
Dostęp do talentów IT ★★★★☆ ★★★★★ ★★★★★
Dostęp do talentów Finanse/SSC ★★★★★ ★★★★★ ★★★★☆
Prestiż lokalizacji ★★★★★ ★★★★☆ ★★★★☆
Jakość życia ★★★☆☆ ★★★★☆ ★★★★★

A co, jeśli nie „Wielka Trójka”?

Choć Warszawa, Kraków i Wrocław dominują, warto obserwować rosnący potencjał rynków wschodzących. Trójmiasto, z unikalnym dostępem do portów i skandynawskiego kapitału, Poznań jako centrum logistyczne i targowe, a także Łódź i Katowice, które przechodzą spektakularne rewitalizacje, stają się coraz ciekawszą alternatywą, oferując niższe koszty i nienasycony rynek pracy.

Kluczowe informacje

  • Decyzja o wyborze lokalizacji biura uznawana jest za strategiczny element rozwoju przedsiębiorstwa, mający bezpośredni wpływ na budowanie wizerunku, efektywność operacyjną zespołu oraz potencjał w zakresie pozyskiwania i utrzymywania wykwalifikowanych talentów.
  • Polski rynek biurowy zdominowany jest przez Warszawę, charakteryzującą się najwyższymi stawkami i prestiżem, oraz Kraków i Wrocław, które stanowią atrakcyjne ośrodki dla sektorów IT i SSC/BPO, oferując bardziej konkurencyjne koszty najmu.
  • Analiza całkowitych kosztów najmu wykracza poza stawkę bazową, wymagając uwzględnienia opłat eksploatacyjnych oraz współczynnika powierzchni wspólnych. Istnieje możliwość negocjowania warunków, takich jak wakacje czynszowe czy kontrybucje finansowe na aranżację powierzchni.
  • Rynek biurowy coraz częściej oferuje elastyczne formy najmu, jak biura serwisowane i coworking, odpowiadając na potrzeby dynamicznie rozwijających się firm. Ponadto, rośnie znaczenie certyfikacji ESG (BREEAM, LEED, WELL), co jest wymogiem dla przedsiębiorstw dążących do zrównoważonego rozwoju i poprawy dobrostanu pracowników.

Rejestracja firmy internetowej – jak uniknąć błędów?

Wzrost popularności e-commerce sprawia, że coraz więcej osób decyduje się na zakładanie firmy dla ecommerce, widząc w tym sektorze szansę na szybki rozwój i szeroki zasięg sprzedaży. Choć prowadzenie sklepu internetowego wydaje się dostępne i atrakcyjne, sama rejestracja firmy internetowej wymaga dokładności i znajomości przepisów. Już na tym etapie pojawiają się kluczowe decyzje, które mają wpływ na późniejszą księgowość e-commerce, rozliczenia podatkowe i obsługę formalności w zakresie VAT-UE czy VAT OSS. Warto współpracować z biurem rachunkowym, które specjalizuje się w obsłudze księgowości dla sklepów internetowych i może doradzić, jak prawidłowo przejść proces rejestracji firmy tak, aby uniknąć błędów mogących skutkować dodatkowymi kosztami czy opóźnieniami.

Wybór formy prawnej i jego konsekwencje dla księgowości e-commerce

Jednym z pierwszych kroków przy rejestracji firmy internetowej jest wybór odpowiedniej formy prawnej działalności. Najczęściej osoby rozpoczynające działalność w e-commerce decydują się na jednoosobową działalność gospodarczą lub spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Każda z tych form wiąże się z odmiennymi obowiązkami w zakresie księgowości e-commerce, odpowiedzialności majątkowej i obciążeń podatkowych. Biuro rachunkowe obsługujące księgowość dla e-commerce pomoże ocenić, która forma prawna będzie najkorzystniejsza w kontekście rodzaju działalności, skali planowanej sprzedaży oraz potrzeb w zakresie optymalizacji podatkowej. Dzięki temu właściciel sklepu internetowego uniknie błędu wyboru nieodpowiedniej formy prawnej, który w przyszłości mógłby ograniczać rozwój firmy lub generować wyższe koszty prowadzenia działalności.

Dobór odpowiednich kodów PKD przy rejestracji firmy dla ecommerce

Przy rejestracji firmy internetowej konieczne jest także wskazanie odpowiednich kodów PKD, które definiują przedmiot działalności gospodarczej. Księgowość dla sklepów internetowych powinna uwzględniać przede wszystkim kod PKD 47.91.Z – sprzedaż detaliczna prowadzona przez domy sprzedaży wysyłkowej lub Internet, jako podstawowy kod dla e-commerce. W przypadku działalności dodatkowej, takiej jak dropshipping czy sprzedaż hurtowa, biuro rachunkowe specjalizujące się w księgowości dla dropshipping może doradzić, jakie dodatkowe kody PKD uwzględnić w rejestracji. Błędny wybór lub pominięcie odpowiednich kodów PKD na tym etapie może skutkować problemami przy rozliczeniach podatkowych lub w trakcie kontroli skarbowych.

Rejestracja do VAT i VAT-UE – jak uniknąć formalnych pomyłek

Podczas rejestracji firmy internetowej często pojawia się pytanie o konieczność rejestracji jako podatnik VAT lub VAT-UE, szczególnie gdy sklep internetowy zamierza prowadzić sprzedaż do innych krajów Unii Europejskiej. Księgowość dla e-commerce obejmuje obowiązek rozliczania VAT według odpowiednich stawek właściwych dla kraju konsumenta, a w przypadku sprzedaży transgranicznej warto rozważyć przystąpienie do procedury VAT OSS. Biuro rachunkowe obsługujące księgowość dla dropshipping i sklepów internetowych może przeprowadzić właściciela firmy przez procedurę rejestracyjną, minimalizując ryzyko błędów formalnych, takich jak niewłaściwy moment zgłoszenia czy brak wymaganych dokumentów. Dzięki temu przedsiębiorca zyskuje pewność, że wszystkie obowiązki podatkowe zostaną spełnione prawidłowo od początku działalności.

Automatyzacja jako element wsparcia już przy zakładaniu firmy

Już w momencie rejestracji firmy internetowej warto myśleć o automatyzacji procesów księgowych. Nowoczesne biuro rachunkowe specjalizujące się w księgowości e-commerce potrafi nie tylko doradzić w zakresie doboru PKD czy formy opodatkowania, ale także wdrożyć systemy automatyzujące ewidencję sprzedaży, rozliczenia VAT i przygotowywanie deklaracji podatkowych. Automatyzacja księgowości pozwala oszczędzić czas, zmniejszyć ryzyko błędów i zapewnić właścicielowi sklepu internetowego stały wgląd w dane finansowe w czasie rzeczywistym. To rozwiązanie szczególnie istotne w przypadku działalności w modelu dropshipping, gdzie liczba transakcji jest bardzo duża i ręczne prowadzenie księgowości byłoby nieefektywne.

Najczęstsze błędy przy rejestracji firmy internetowej i jak ich uniknąć

Do najczęstszych błędów popełnianych przez przedsiębiorców zakładających firmę internetową należą: niewłaściwy wybór formy prawnej, brak odpowiedniego kodu PKD, pominięcie obowiązku rejestracji VAT lub VAT-UE, a także nieprawidłowe przygotowanie dokumentów rejestracyjnych. Biuro rachunkowe specjalizujące się w księgowości dla sklepów internetowych zna te problemy i potrafi im zapobiec, prowadząc przedsiębiorcę krok po kroku przez cały proces formalny. Współpraca z takim partnerem pozwala uniknąć dodatkowych kosztów, opóźnień w rozpoczęciu działalności i problemów z późniejszym rozliczaniem podatków.

Jak prawidłowa rejestracja firmy wpływa na sprawne prowadzenie księgowości e-commerce

Prawidłowa rejestracja firmy internetowej jest fundamentem sprawnego prowadzenia księgowości e-commerce. Dzięki wsparciu biura rachunkowego, które rozumie specyfikę branży online i oferuje usługi dostosowane do potrzeb księgowości dla dropshipping i księgowości dla sklepów internetowych, przedsiębiorca może już od początku działalności uniknąć formalnych błędów i w pełni skoncentrować się na rozwoju swojego biznesu. Automatyzacja procesów księgowych, właściwy dobór kodów PKD, prawidłowa rejestracja VAT i VAT-UE oraz wsparcie w analizie obowiązków podatkowych pozwalają prowadzić sklep internetowy zgodnie z przepisami, minimalizując ryzyko błędów i kosztownych korekt. W obliczu zmian w prezentacji treści w Google, takich jak AI Overviews czy AI Mode, rzetelna księgowość staje się również elementem budowania wiarygodności i profesjonalnego wizerunku firmy w oczach klientów i partnerów biznesowych. Dlatego warto już przy rejestracji firmy internetowej postawić na profesjonalne doradztwo księgowe i unikać błędów, które mogą spowolnić rozwój e-commerce.

Transport przyszłości, nowe technologie zmieniające logistykę i przewozy

Branża transportowa i logistyczna stoi przed licznymi wyzwaniami. W uporaniu się z nimi pomagają przedsiębiorcom innowacje technologiczne, które w ogromnym stopniu zmieniają logistykę oraz przewozy. Sprawdźmy, jak wygląda transport przyszłości.

Innowacje technologiczne kształtują obecnie ludzkie życie – zarówno codzienne aktywności, jak i poszczególne dziedziny gospodarki. Nowe technologie w transporcie wspomagają całą branżę TSL, pomagając przedsiębiorcom dostosować się do wyzwań stawianych przez rynek, regulacje prawne czy rosnące oczekiwania klientów. Miejscem, gdzie prezentowane są nowoczesne technologie w transporcie oraz innowacje logistyczne, jak też sposoby wykorzystania ich w branży TSL, są targi transportowe TransLogistica Poland.

Sztuczna inteligencja, elektryfikacja, roboty magazynowe – TSL przyszłości

Nowoczesne technologie w transporcie w znacznym zakresie związane są z rozkwitem szeroko pojętych rozwiązań informatycznych. Transport przyszłości najprawdopodobniej kształtowany będzie przez rozwój sztucznej inteligencji.

Systemy FMS

Już teraz wyliczać można rozwiązania w tej dziedzinie, jakie wpływają na pracę przedsiębiorstw z branży TSL, pomagając im radzić sobie z wyzwaniami naszych czasów oraz działać coraz efektywniej. Dla przykładu, systemy FMS pozwalają na automatyczne układanie tras czy grafików. W znacznej mierze przyspiesza to cały proces pracy nad nimi, usprawniając działanie firmy.

TransLogistica

Wraz z telematyką i coraz lepszymi systemami GPS, rozwiązania te pomagają wytyczać takie trasy, po których pojazdy poruszały się będą szybciej i bezpieczniej. To z kolei usprawni dostarczanie towarów do klientów, a kierowcom zapewni lepsze warunki pracy. Dzięki nowym technologiom, trasy planować można w taki sposób, aby zużycie paliwa było jak najniższe, co pozytywnie przełoży się na wyniki finansowe i poprawi przyjazność dla środowiska naturalnego.

IoT

Bardzo wiele możliwości dla transportu, spedycji i logistyki oferuje Internet rzeczy (IoT). Rozwiązania z jego zakresu pozwalają nie tylko na śledzenie przesyłek w czasie rzeczywistym, ale też na

  • optymalizację tras,
  • zarządzanie flotą,
  • monitorowanie warunków transportu (np. dzięki czujnikom temperatury, wilgotności, itd.)
  • zwiększenie poziomu bezpieczeństwa (monitorowanie stanu technicznego pojazdów, identyfikowanie potencjalnych problemów, zapobieganie wypadkom, śledzenie oraz zabezpieczanie ładunków, itp.).

Widocznym już teraz trendem, który w nadchodzących latach będzie się rozwijał ze względu na wymogi prawne oraz oczekiwania klientów odnoście ochrony środowiska, będzie elektryfikacja flot. Elektryczne pojazdy dostawcze są coraz częściej spotykane na drogach i należy przypuszczać, że w najbliższym czasie e-furgonetki czy elektryczne chłodnie wyprą spalinowe odpowiedniki.

Jeśli chodzi o nowe technologie w logistyce, to z pewnością rozwijała się będzie automatyzacja magazynów. Chodzi tu nie tylko o coraz lepsze systemy komputerowe, ale też chociażby o roboty służące do kompletowania zamówień.

To oczywiście tylko przykłady trendów technologicznych, jakie prawdopodobnie kształtowały będą branżę TSL w przyszłości. Te i wiele innych rozwiązań w nowoczesnych wydaniach zaprezentować można na Międzynarodowych Targach Transportu i Logistyki TransLogistica Poland.

TransLogistica

TransLogistica Poland – dlaczego warto wziąć udział?

Międzynarodowe Targi Transportu i Logistyki TransLogistica Poland to jedno z największych tego typu wydarzeń w Europie Środkowej. Odbywają się co roku w Warszawie, a w ich trakcie prezentowane są produkty i usługi związane z sektorem TSL, w tym oczywiście innowacje technologiczne.

Wystawcy zyskują szansę zaprezentowania najlepszych technologii dla branży, nawiązać wartościowe kontakty i pokazać się przed najważniejszymi graczami rynkowymi. Odwiedzający z kolei mogą znaleźć najlepsze rozwiązania, produkty oraz usługi, jakie pomogą skrócić łańcuch dostaw, zoptymalizować czas i działania firmy, a także przynieść wymierne korzyści finansowe.

Mówiąc krótko, targi TransLogistica Poland to najlepsze miejsce, aby przekonać się, jak będzie wyglądał transport przyszłości.

USA i Japonia zawierają przełomowe porozumienie handlowe: stawki celne obniżone, fundusz 550 mld USD na inwestycje

Stany Zjednoczone i Japonia osiągnęły przełomowe porozumienie handlowe, które zapowiada nową erę we wzajemnych stosunkach gospodarczych, zwiastując jednocześnie szersze implikacje dla globalnej polityki handlowej. Prezydent Donald Trump, po intensywnych negocjacjach, ogłosił uzgodnienie obniżenia planowanej stawki celnej na import japońskich produktów, w tym kluczowych dla japońskiej gospodarki samochodów, z pierwotnie zakładanych 25% do poziomu 15%. Decyzja ta, będąca owocem 75-minutowej rozmowy w Gabinecie Owalnym, została oficjalnie uwieńczona ustaleniem szczegółowych warunków współpracy między obiema stronami.

Kluczowym, integralnym elementem tego porozumienia jest ambitne utworzenie funduszu inwestycyjnego o imponującej wartości 550 miliardów dolarów. Celem tego funduszu jest napędzanie rozwoju infrastruktury oraz intensywne tworzenie miejsc pracy na terenie Stanów Zjednoczonych. Środki te nie tylko mają za zadanie znacząco wzmocnić amerykańską gospodarkę, ale także posłużyć jako strategiczne narzędzie do budowania długofalowej, stabilnej współpracy inwestycyjnej między USA a Japonią, co może umocnić ich sojusz gospodarczy w perspektywie globalnej.

Informacja o zawarciu umowy wywołała natychmiastową i wyraźnie pozytywną reakcję na japońskim rynku kapitałowym. Szczególnie spektakularny wzrost odnotowały notowania akcji producentów samochodów, co odzwierciedla ulgę i optymizm branży najbardziej narażonej na potencjalne cła. Analitycy zgodnie oceniają, że porozumienie zostało odebrane jako znacznie bardziej znaczący i stabilizujący impuls gospodarczy niż bieżąca niepewność polityczna w Japonii, gdzie ewentualna zmiana premiera po nadchodzących wyborach do wyższej izby parlamentu budziła wcześniej pewne obawy. Japoński Nikkei225 wzrósł o ponad 3% i jest obecnie na poziomie 41 090 pkt.

Zawarte porozumienie wpisuje się w szerszy kontekst globalnej polityki handlowej administracji Trumpa, konsekwentnie opartej na zasadzie tzw. „taryf wzajemnych” – czyli dążeniu do wyrównywania barier celnych w relacjach z kluczowymi partnerami handlowymi. Dla przemysłu motoryzacyjnego, a także dla złożonych łańcuchów dostaw w całym regionie Azji, porozumienie to oznacza znacznie większą przewidywalność. Taka stabilizacja może skutecznie ograniczyć wcześniejsze napięcia handlowe i niepewność, które hamowały inwestycje i rozwój.

Obniżenie stawki celnej do 15% to wprawdzie wciąż koszt dla importerów japońskich produktów, jednak jest to wartość wyraźnie niższa niż pierwotnie zapowiadane 25%. Ta redukcja może znacząco sprzyjać zwiększeniu wolumenu handlu między oboma krajami, stymulując wymianę towarów. Z kolei utworzenie potężnego funduszu inwestycyjnego stanowi potężny impuls do rozwoju sektora infrastrukturalnego w USA, co jest zgodne z priorytetami administracji. Jego skuteczne wdrożenie może pogłębić optymizm, który jest już wyraźnie widoczny na rynkach finansowych, zwiastując dalsze inwestycje i wzrost. Poza oczywistymi korzyściami ekonomicznymi, porozumienie to może również przyczynić się do poprawy stabilności polityczno-gospodarczej w regionie Azji i Pacyfiku, wzmacniając pozycję obu partnerów w obliczu globalnych wyzwań. USDJPY obecnie znajduje się powyżej wczorajszego zamknięcia z wyceną na poziomie 146.874. Natomiast rentowność 10-letnich obligacji japońskich wzrosła do 1.59%.

Autor: Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

ChatGPT jako sklep przyszłości – jak AI zmienia zasady handlu online

OpenAI ogłosiła plany wprowadzenia prowizji od sprzedaży dokonywanej za pośrednictwem swojego flagowego chatbota. To strategiczne posunięcie, które ma na celu monetyzację ogromnego ruchu użytkowników, zmienia krajobraz e-commerce i stawia nowe wyzwania zarówno sprzedawcom, jak i technologicznym gigantom czerpiącym zyski z handlu w internecie. Podobne rozwiązanie wprowadziła Perplexity, zmieniając sztuczną inteligencję z doradcy w sprzedawcę. Czy to początek końca sklepów internetowych, jakie znamy?

Jak donosi „Financial Times”, OpenAI planuje zintegrować system finalizacji zakupów bezpośrednio w ChatGPT, umożliwiając użytkownikom realizowanie transakcji bez opuszczania interfejsu czata. Sprzedawcy, którzy realizują zamówienia za pośrednictwem tego systemu, będą płacić prowizję na rzecz OpenAI. To znaczący krok w kierunku dywersyfikacji źródeł przychodów firmy. – OpenAI nie musi budować magazynów ani własnej platformy, by rozdawać karty w e-commerce. ChatGPT, zintegrowany z koszykiem i płatnościami, może stać się doradcą prowadzącym klienta od rekomendacji po zakup. Transakcje realizowane będą u zewnętrznych partnerów, a OpenAI pobierze prowizję od każdej z nich. To osadzony w rozmowie model podobny do afiliacji, w którym OpenAI zarabiać będzie na ogromnej skali sprzedaży tłumaczy Piotr Szewczyk z agencji marketingowej Get Noticed Agency.

Obecnie OpenAI generuje przychody przede wszystkim z trzech źródeł: dostępu do API (dla firm i deweloperów), subskrypcji konsumenckich (ChatGPT Plus i ChatGPT Pro) oraz umów licencyjnych i partnerskich, m.in. z Microsoftem – który zyskuje prawo do 20% przychodów firmy – oraz sprzedaży usług dla przedsiębiorstw. OpenAI poinformowała, że jej roczna skala przychodów (annualized revenue run rate) wzrosła w czerwcu do 10 miliardów dolarów. Dla porównania, w grudniu 2024 roku wynosiła ona 5,5 miliarda dolarów. Mimo to w ubiegłym roku start-up odnotował straty na poziomie około 5 miliardów dolarów, a według prognozy opublikowanej przez The Information do 2026 mogą one wzrosnąć do 14 mld rocznie. Osiągnięcie rentowności firma przewiduje dopiero w 2029 roku.

Współpraca z Shopify rozkwita

Nie jest tajemnicą, że OpenAI intensyfikuje poszukiwania nowych źródeł przychodów, testując kolejne sposoby monetyzacji swoich narzędzi. W kwietniu 2025 roku spółka kierowana przez Sama Altmana nawiązała współpracę z platformą e-commerce Shopify, co umożliwiło wprowadzenie zaawansowanych funkcji zakupowych w ChatGPT. Użytkownicy już teraz mogą przeglądać produkty, porównywać ceny i czytać recenzje, a wkrótce będą mogli również finalizować zakupy w ramach jednego płynnego procesu. Nowe ciągi kodu, takie jak „buy_now” czy „shopify_checkout_url”, odkryte w publicznych plikach ChatGPT, sugerują rychłe zmiany.

Integracja zakupowa w ChatGPT to kolejny cios dla tradycyjnych modeli biznesowych. Jak zauważa „Financial Times”, konsumenci coraz częściej zwracają się do chatbotów AI w celu wyszukiwania produktów i zakupów, co stanowi zagrożenie dla firm zarabiających na reklamach i przekierowaniach na strony sprzedawców, takich jak Google. OpenAI, idąc o krok dalej, planuje stworzenie własnej przeglądarki, co może jeszcze bardziej zagrozić pozycji giganta z Mountain View.

Co więcej, partnerstwo z Shopify, które umożliwia płynne zakupy w ramach jednego interfejsu, może gruntownie zmienić sposób, w jaki konsumenci dokonują zakupów online. – Zamiast przeszukiwać wiele stron internetowych, użytkownik zada pytanie ChatGPT i otrzyma spersonalizowane rekomendacje. Na ich podstawie dokona zakupu w kilka sekund. To wizja concierge shopping, w której sztuczna inteligencja pełni rolę osobistego asystenta zakupowego, zdolnego do zrozumienia naszych preferencji i dostosowania oferty w czasie rzeczywistym tłumaczy Piotr Szewczyk. Jego zdaniem, dzięki ogromnej bazie użytkowników OpenAI ma szansę przekształcić ChatGPT w marketplace, konkurujący z takimi gigantami jak Amazon czy Google Shopping. – W przyszłości może się okazać, że sklepy internetowe i wielkie platformy sprzedażowe staną się zbędne, a ich rolę przejmą chatboty. Już dziś coraz częściej mówi się o tym, że za jakiś czas zastąpią one większość aplikacji stając się centrum dowodzenia naszym cyfrowym życiem. Sklepy internetowe muszą być na tę zmianę gotowe. Sytuacja, w której zamiast tworzyć opisy na Allegro sprzedawcy wprowadzają informacje o produktach bezpośrednio do baz danych sztucznej inteligencji, przestaje być abstrakcją mówi ekspert z Get Noticed Agency.

Podobnego zdania jest Daniel Kędzierski z FastTony, firmy dostarczającej narzędzia do automatyzacji marketingu dla małych i średnich przedsiębiorstw, która niedawno wypuściła własny model językowy. – Prawda jest taka, że to tylko faza przejściowa. Ostateczny cel jest taki, żeby użytkownicy w ogóle nie opuszczali ekosystemu OpenAI. Obecnie sporym problemem, z jakim boryka się branża, jest atrybucja sprzedaży, czyli przypisanie jej odpowiedniemu kanałowi. Chodzi o to, żeby wiedzieć, czy klient zakupił produkt dzięki reklamie na Facebooku, mailingowi, wyszukiwarce Google, czy może kampanii z influencerem. Dawniej było to prostsze, bo firmy mogły dokładnie śledzić użytkowników w sieci, ale przepisy takie jak RODO ograniczyły możliwość śledzenia internautów bez ich świadomej zgody. W interesie Sama Altmana jest, aby cały proces sprzedażowy odbywał się w oknie czata tłumaczy Kędzierski i dodaje, że pójście OpenAI w tym kierunku było oczywiste dla każdego, kto uważnie obserwuje rozwój jej API i bierze udział w programach partnerskich. – W FastTony od kwietnia 2024 roku przygotowujemy technologię zintegrowaną z budowanym przez OpenAI kanałem sprzedaży. Pracy jest jeszcze wiele, ale Agentic AI i zapowiedź wprowadzenia nowego kanału sprzedaży to jasne sygnały, że OpenAI przekroczyło półmetek i coraz szybciej zbliża się do celu, a my biegniemy w tym wyścigu razem z nią mówi Daniel Kędzierski.

Dla sprzedawców korzystających z platformy Shopify, integracja z flagowym narzędziem OpenAI już dziś otwiera nowe możliwości skalowania sprzedaży. Ich produkty mogą być automatycznie wyświetlane milionom użytkowników ChatGPT, co zwiększa widoczność i potencjalne zyski. Jednak prowizje, które OpenAI planuje pobierać, mogą stanowić wyzwanie, szczególnie dla mniejszych marek o ograniczonych marżach.

Sprzedaż za pośrednictwem sztucznej inteligencji to nie tylko benefity, lecz również wyzwania. – Sprzedawcy będą musieli dostosować się do nowej rzeczywistości, w której tzw. AIO, czyli optymalizacja pod kątem sztucznej inteligencji staje się równie ważna, co tradycyjne SEO. Marki, które zadbają o dostarczanie szczegółowych danych produktowych, takich jak opisy, ceny, rozmiary czy opinie, mają większe szanse na pojawienie się w rekomendacjach popularnych chatbotów uważa Piotr Szewczyk.

Konkurencja nie śpi

OpenAI nie jest jedyną firmą, która dostrzega potencjał w AI-driven commerce. Microsoft, partner OpenAI, wprowadził w kwietniu 2025 roku program Copilot Merchant, umożliwiający sprzedawcom tworzenie wirtualnych sklepów w swoim asystencie AI. Perplexity AI oferuje funkcję „Buy With Pro”, a Amazon eksperymentuje z asystentem zakupowym „Buy for Me”. Ta rywalizacja wskazuje na rosnący trend w kierunku „agent-led commerce”, gdzie sztuczna inteligencja nie tylko odpowiada na pytania, ale aktywnie prowadzi użytkownika przez cały proces zakupowy. – Czy ChatGPT stanie się nowym Amazonem czy Google Shopping? Czas pokaże. Jedno jest pewne, eldorado darmowych usług AI właśnie się kończy, a przyszłość należy do tych, którzy potrafią wykorzystać potencjał sztucznej inteligencji w handlu internetowymkwituje przedstawiciel Get Noticed Agency.

Rynki czekają na reformy – czy rekonstrukcja rządu przyniesie oczekiwane zmiany?

Rekonstrukcja rządu zaproponowana przez Donalda Tuska to odpowiedź na wyzwania polityczne oraz gospodarcze, ale najprawdopodobniej jest podyktowana chęcią utrzymania koalicji w nadchodzącym trudnym okresie dla rządzących. W sierpniu stanowisko prezydenta obejmuje Karol Nawrocki, którego współpraca z rządem stoi pod dużym znakiem zapytania, przede wszystkim w kontekście próby zdobycia większych środków z Unii Europejskiej i jednoczesnego zmniejszania ogromnego deficytu, który utrzymywany jest na nadmiernie wysokich poziomie.

Najważniejszą zmianą w rządzie jest utworzenie superresortu finansów i gospodarki, co z perspektywy rynku wydaje się być ciekawym posunięciem. Z pewnością utrzymanie władzy dotyczącej dalszego rozwoju w rękach osoby respektowanej przez rynki finansowe jest dobrym posunięciem, biorąc pod uwagę ogromne potrzeby pożyczkowe polskiego rządu. Równoczesne utrzymanie władzy w dwóch ministerstwach: w resorcie finansów dążącym do dyscypliny budżetowej i oszczędności oraz gospodarki, która zależna jest od wydatków publicznych — często prowadzi do napięć oraz pozornie wykluczających się celów. Niemniej ruch ten może być związany z chęcią zakończenia stagnacji z braku kluczowych reform dotyczących polityki fiskalnej i budowania podstaw dalszego wzrostu gospodarczego.

Nowy resort ma być czytelnym punktem kontraktowym dla inwestorów krajowych oraz zagranicznych, jak i dla partnerów instytucjonalnych, co powinno poprawić klimat inwestycyjny. Władza w jednym ręku ma usprawnić proces decyzyjny, który wyglądał na bardzo ospały w ostatnich miesiącach. Ostatecznie jednak należy pamiętać, że o kluczowych zmianach będzie decydować cała koalicja.

Głównym wyzwaniem dla nowego ministerstwa jest nadmierny deficyt fiskalny, który wyraźnie przekracza poziom 6%, co stawia Polskę wśród krajów o największej luce finansów. Oczywiście można to wiązać z nadzwyczajnymi wydarzeniami związanymi z Covidem kilka lat temu czy również wojną na Ukrainie, która przestawiła pewne priorytety dotyczące wydatków w Polsce.

Warto pamiętać, że tak duży resort może wcale nie zmniejszyć napięcia między rządem oraz nowym prezydentem wywodzącym się z opozycji, co teoretycznie i prawdopodobnie praktycznie może utrudnić konsolidację fiskalną oraz wdrażanie reform.

Warto również zauważyć powstanie Ministerstwa Energii. Jest to zmartwychwstanie po jego zamknięciu w 2019 roku i przekazaniu kompetencji do ministerstwa aktywów państwowych czy klimatu. Teoretycznie ma to być krok w kierunku nacisku na dalszą transformację energetyczną w Polsce, która stanowi kluczowy problem w kontekście długoterminowego rozwoju i zachęcania zagranicznych inwestorów nie tylko do inwestowania, ale również pozostania w Polsce.

Rynki w zasadzie nie zareagowały na ogłoszone zmiany. Złoty traci dzisiaj minimalnie, natomiast jest to powiązane z umocnieniem dolara na szerokim rynku. Indeksy na GPW zyskują, ale głównie dzięki fali optymizmu wobec negocjacji handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Jednym z problemów obecnej rekonstrukcji może być fakt, że minister Domański będzie miał teraz mniej czasu na pewne zmiany, o które proszą inwestorzy już od dłuższego czasu. Chodzi oczywiście o podatek od zysków kapitałowych. Choć Ministerstwo Finansów wielokrotnie zapowiadało nadchodzące zmiany, to na ten moment można zauważyć, że jedynie na zapowiedziach całe potencjalne zmiany się zakończyły.

Autor: Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz XTB

Lagarde zapowiada pauzę w luzowaniu polityki monetarnej EBC – rynek czeka na sygnały w sprawie przyszłych cięć

Dla wielu lato jest czasem na odpoczynek. EBC najprawdopodobniej podąży tym tropem, utrzymując w czwartek stopy na niezmienionym poziomie i nie dzieląc się planami na przyszłość.

Kluczowe punkty:

  • EBC utrzyma w czwartek stopy na niezmienionym poziomie.
  • Słaby wzrost sugeruje dalsze luzowanie.
  • Perspektywy gospodarcze są niejasne przez niepewność dot. ceł.
  • Lagarde w dużej mierze powtórzy komentarze z czerwca.
  • W tym miesiącu nie ma projekcji gospodarczych.
  • Spodziewamy się jeszcze jednego cięcia EBC, zapewne w dalszej części tego roku.

Jak powszechnie oczekiwano, Rada Prezesów zdecydowała się w czerwcu na ósmą z rzędu obniżkę stóp procentowych, w wyniku której stopa depozytowa wynosi 2%. Inflacja jest obecnie tuż powyżej docelowego poziomu 2%, a wzrost gospodarczy jest powolny, bank centralny może więc zaangażować się w dalsze rozluźnianie polityki monetarnej. Jastrzębi zwrot w komunikatach Europejskiego Banku Centralnego w czerwcu w połączeniu z podwyższoną niepewnością handlową oznaczają jednak, że pauza w tym tygodniu jest właściwie pewna.

Wykres 1: Stopa depozytowa EBC (2020 – 2025)Bieżące obawy koncentrują się na nowych groźbach celnych Trumpa i potencjalnym wpływie amerykańskiego protekcjonizmu na europejską gospodarkę. Koszt kredytu schodzi na dalszy plan. Jeśli USA i UE nie dojdą do porozumienia, od 1 sierpnia cła dla Wspólnoty wzrosną do 30%. Problemem dla decydentów jest to, że niezwykle trudno określić zarówno to, czy uda się osiągnąć konsensus, jak i to jak poważne dla gospodarki będą konsekwencje ceł, szczególnie biorąc pod uwagę nieprzewidywalną i zmienną naturę Trumpa.

Z racji na niezwykle wysoką niepewność, prezeska Christine Lagarde nie powinna być skora do dzielenia się wskazówkami dotyczącymi dalszej ścieżki stóp procentowych, do czego zdążyła nas już przyzwyczaić. Zamiast tego prawdopodobnie powtórzy w dużej mierze swoje komentarze z czerwca, kiedy stwierdziła, że polityka monetarna jest „w dobrym miejscu”, a EBC zbliża się do końca cyklu obniżek. Jednocześnie raczej nie zamknie drzwi do dalszych cięć, szczególnie że wzrost ceł może mieć dla strefy euro dezinflacyjne implikacje. W „drastycznym” scenariuszu, który zakłada wyższe cła i niepewność handlową, EBC spodziewa się niższej presji cenowej, szczególnie w długim terminie.

Nawet pomijając utrzymującą się niepewność handlową, uważamy, że odczyty nie dają EBC przekonujących argumentów, by ponownie obniżać stopy procentowe już teraz, szczególnie że na czerwcowym posiedzeniu decydenci postawili poprzeczkę dla cięć bardzo wysoko. Można by argumentować, że niedawna aprecjacja wspólnej waluty i wzrost globalnych cen ropy mogą zwiększyć presję na Radę Prezesów, by ponownie obniżyć stopy. Niemniej, uważamy, że wpływ tych czynników na perspektywy inflacji w średnim terminie jest raczej minimalny i nie zmusi banku do podjęcia działań w tym tygodniu.

Wykres 2 Inflacja w strefie euro (2019 – 2025)Uważamy, że komunikaty EBC nie będą miały dużego wpływu na euro – Lagarde zapewne w miarę możliwości nie będzie się do niczego zobowiązywać, a dalsza ścieżka stóp procentowych w strefie euro pozostanie niejasna. Biorąc jednak pod uwagę, że rynki są obecnie podzielone w kwestii terminu kolejnego cięcia (jego prawdopodobieństwo we wrześniu jest wyceniane w ok. 45%), możliwa jest pewna zmienność, jeśli słowa Lagarde przechylą szalę na którąś stronę. Kolejna obniżka stóp procentowych EBC jest naszym zdaniem prawdopodobna, może jednak zostać odroczona do dalszej części roku, chyba że dojdzie do znacznego pogorszenia relacji handlowych między Unią Europejską i USA. Sygnały dotyczące negocjacji w owej sprawie pozostaną w nadchodzących tygodniach w centrum uwagi, po części przez ich potencjalnie duży wpływ na decyzje EBC.

Decyzja w sprawie polityki EBC zostanie ogłoszona w czwartek (24.07) o godz. 14:15, a konferencja prasowa prezeski Lagarde rozpocznie się 30 minut później.

Autorzy: Matthew Ryan, CFA; Roman Ziruk – analitycy Ebury

Górny Śląsk utrzymuje pozycję lidera w sektorze magazynowo-przemysłowym w Polsce

0

Według najnowszego raportu firmy doradczej Savills, Górny Śląsk niezmiennie pozostaje jednym z najważniejszych hubów magazynowo-przemysłowych w Polsce. Na koniec pierwszego kwartału 2025 roku całkowite zasoby powierzchni magazynowej w regionie osiągnęły 5,86 mln m kw., co oznacza wzrost o 6% r/r. W okresie od stycznia do marca br. podaż nowej powierzchni wyniosła 118 100 m kw., niemal podwajając wynik z analogicznego okresu 2024 roku.

– Chociaż odnotowany wolumen nowej podaży był jednym z najwyższych kwartalnych wyników w okresie ostatnich 2 lat, nie jest on sygnałem formowania się nowego trendu.  W kolejnych kwartałach 2025 r. przyrost powierzchni magazynowej w regionie, będzie zdecydowanie poniżej tego poziomu. W rezultacie, spodziewamy się tendencji spadkowej tymczasowo podwyższonego wskaźnika pustostanów. Równocześnie rosnący udział obiektów realizowanych w formule BTS oraz duże wolumeny przednajmu, potwierdzają dojrzałość i elastyczność sektora – mówi Patrycja Dzikowska, Associate Director, Research, Savills.

Na tym drugim, po warszawskim, największym rynku logistycznym, ponad połowa zasobów została wybudowana w ciągu ostatnich pięciu lat, co gwarantuje wysoki standard techniczny. Niezmiennym atutem regionu pozostaje strategiczna lokalizacja, na przecięciu głównych arterii komunikacyjnych – autostrad A1 i A4, co czyni go istotnym węzłem transportowym zarówno dla krajowych, jak i międzynarodowych przepływów towarowych. Wartością dodaną jest również obecność Euroterminala Sławków, istotnego ogniwa w europejsko-azjatyckim łańcuchu dostaw.

Popyt całkowity z wolumenem 228 300 m kw. zawartych umów najmu, odnotował delikatną tendencję wzrostową w porównaniu z analogicznym kwartałem 2024 r. Jednocześnie uwagę zwraca znacząco wyższy niż zazwyczaj udział odnowień umów w strukturze najmu, zgodny z obserwowanym trendem ogólnopolskim. W świetle wyzwań stawianych przez ograniczone zasoby pracowników, zwłaszcza na rynkach o bardzo niskim poziomie bezrobocia, najemcy wykazują ostrożną postawę wobec relokacji aktywności do nowych inwestycji.

W budowie znajduje się obecnie 270 000 m. kw., z czego ponad połowa (52%) została już zabezpieczona umowami najmu na koniec I kwartału br. Największe realizowane projekty to m.in.: Booster Zabrze LemonTree (108 600 m kw.) oraz Panattoni Park Sosnowiec Expo (62 100 m kw.). W I kwartale br. oddano do użytku obiekty m.in. w Rudzie Śląskiej (Prologis Park Ruda Śląska) i Zabrzu (Fortress Logistic Park Zabrze).

– W ostatnich trzech latach wysoki poziom popytu, średnio prawie 1 mln m kw. rocznie, potwierdza atrakcyjność Górnego Śląska jako lokalizacji dla inwestycji magazynowych i produkcyjnych. Dzięki silnym tradycjom i zapleczu przemysłowemu, region niezmiennie przyciąga firmy zainteresowane rozwojem działalności – komentuje Michał Chodecki, Head of Industrial, Savills.

Czynsze bazowe za powierzchnie o standardowej specyfikacji technicznej kształtują się w przedziale 4,20-5,30 euro/m kw./miesiąc, natomiast stawki efektywne są odpowiednio niższe w zależności od zastosowanych pakietów zachęt dla najemców i wynoszą od 2,90 do 4,75 euro/m kw./miesiąc.

Ceny gruntów inwestycyjnych o dużym areale, spełniających wymagania infrastrukturalne wynoszą od 200 do 400 PLN/m kw. w zależności od lokalizacji.

Chociaż regionalny rynek przemysłowo – logistyczny charakteryzuje się wysokim stopniem rozwoju i coraz bardziej ograniczoną dostępnością dobrze przygotowanych gruntów pod nowe magazyny, nadal przyciąga inwestorów dzięki silnemu zapleczu przemysłowemu i rozwiniętej infrastrukturze. Zrównoważony rozwój, wysoki standard nowo powstających obiektów i dbałość o atrakcyjność lokalizacji sprawiają, że Górny Śląsk pozostaje kluczowym rejonem w krajowym krajobrazie logistycznym.

Jak amerykańskie cła na miedź zmieniają globalne kierunki handlu i ceny surowca?

Przy obecnym rozwoju sztucznej inteligencji czy zielonej energii, zapotrzebowanie na miedź będzie rosnąć jeszcze mocniej i sektor ten będzie kluczowym pod względem całego popytu. Stąd też zainteresowanie inwestorów finansowych.

Wobec tego wprowadzenie przez D.Trumpa 50% ceł na import miedzi do USA oznacza przełomowy moment dla globalnego rynku tego strategicznego metalu. Główną motywacją wprowadzenia ceł na miedź jest chęć odrodzenia amerykańskiego przemysłu miedziowego oraz zapewnienia bezpieczeństwa dostaw tego krytycznego materiału. Miedź jest jednym z najważniejszych metali na świecie, wykorzystywanym w szerokim zakresie, od kabli elektrycznych i rur po pojazdy elektryczne i systemy energetyczne.

Przedstawiciele amerykańskiego rządu argumentują, że dumping i nadprodukcja na globalnym rynku osłabiły krajową produkcję miedzi, pozostawiając Amerykę zależną od zagranicznych źródeł metalu dla kluczowych przemysłów, takich jak produkcja broni. Podczas gdy USA posiadają znaczące kopalnie, produkujące ok. 1,1 mln ton miedzi w 2024 roku (a rafinuje się mniej na poziomie 890 tys. ton), zużycie rafinowanego metalu osiągnęło 1,6 miliona ton, co oznacza, że import jest niezbędny do wypełnienia luki.

Dostęp do taniej miedzi z Ameryki Południowej, Afryki lub Chin spowodował, że produkcja miedzi w USA stała się w mniejszym stopniu opłacalna. Wobec tego przez lata obserwowaliśmy upadek amerykańskich zdolności przetwórczych miedzi. Jak wskazuje lutowe rozporządzenie wykonawcze Trumpa, USA mają obfite rezerwy miedzi, ale nasze zdolności topienia i rafinacji znacznie odbiegają od globalnych konkurentów.

– Stany Zjednoczone posiadały kilka działających hut pod koniec lat 90., ale dziś aktywne są tylko dwie, jedna w Arizonie i druga w Utah. Ten spadek nastąpił w miarę jak Chiny budowały coraz większe ilości hut – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz w XTB. – Obecnie pod względem rafinacyjnym Chiny są absolutną potęgą na świecie z produkcją na poziomie 12 mln ton. Jedynie 2 kraje w 2024 r. przekroczyły produkcję na poziomie 1 mln ton. Było to Chile z produkcją na poziomie 1,9 mln ton oraz Japonia na poziomie 1,6 mln ton.

Zapowiedzi ceł spowodowały bezprecedensowy wzrost różnicy cenowej między amerykańską giełdą COMEX a londyńską LME. Spread między tymi rynkami wzrósł z około 300 USD za tonę na początku 2025 r. do ponad 2500 USD za tonę po ogłoszeniu 50% ceł. Co więcej, jednodniowy wzrost cen miedzi na COMEXie był największym od kilkudziesięciu lat.

Ogłoszenie ceł spowodowało masowe przekierowanie dostaw miedzi do amerykańskich portów przed wejściem w życie ceł. Prowadziło to również do niedoboru miedzi na innych giełdach, co prowadziło do zwyżki na szerokim rynku. Niewiele jest nabywców w Azji, którzy chcą dostarczać miedź do USA.

Miedź w USA musi być obecnie ponad 50% droższa, jeśli miałoby się opłacać w dalszym ciągu kierować miedź na tamten rynek, stąd bardzo duży wzrost na COMEXie. Jednocześnie ceny nie są aż tak wysokie, a Stany Zjednoczone potencjalnie mogłyby w kolejnych latach osiągnąć niezależność od dostawców. Kraje takie jak Peru, Chile czy Kongo będą musiały znaleźć inne rynki pod względem wysyłki rudy. To samo tyczy się miedzi rafinowanej, przede wszystkim z Chin.

– Dla polskiego giganta miedziowego KGHM sytuacja prezentuje się dwojako. Firma może w tym momencie korzystać z wyższych światowych cen miedzi oraz potencjalnego przekierowania dostaw z USA na inne rynki – wyjaśnia ekspert XTB. – Od kwietniowego dołka akcje spółki wzrosły nawet o 30%. Spółka pozostaje jednak wyraźnie poniżej ostatnich lokalnych szczytów cenowych z 2024 r., czy historycznych szczytów z 2021 r. powyżej 200 zł za akcję.

Dla światowych liderów jak BHP, Codelco czy Glencore sytuacja jest bardziej skomplikowana. Mogą skorzystać z potencjalnie wyższych światowych cen miedzi, jednocześnie tracą dostęp do lukratywnego amerykańskiego rynku.

– Wzrost cen na amerykańskim COMEXie pokazuje jak mocne perspektywy w dłuższym terminie stoją przed globalnym rynkiem miedzi w przypadku braku rozwoju podaży w niedalekiej przyszłości – komentuje M.Stajniak z XTB. – Jednocześnie ogromna niepewność związana z cłami, nie będzie zachęcać spółek globalnych do inwestycji.

Polski rynek elektromobilności rośnie – samochody w pełni elektryczne stanowią już 7,6% nowych aut

  • Na koniec czerwca 2025 r. łączna liczba zarejestrowanych w Polsce samochodów całkowicie elektrycznych (BEV) wynosiła 98 583 szt.
  • Liczba ogólnodostępnych punktów ładowania w ubiegłym miesiącu wzrosła do 10 255, z czego 3 396 stanowiły punkty DC
  • W czerwcu 2025 r. udział ogłoszeń BEV w łącznej liczbie ofert pojazdów używanych na portalu OTOMOTO wyniósł 1,1%
  • Polish EV Outlook Index (PEVO Index) to comiesięczne zestawienie kluczowych danych i statystyk sektora e-mobility w Polsce

Samochody elektryczne

Na koniec czerwca 2025 r. flota osobowych, dostawczych i ciężarowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV) w Polsce liczyła 98 583 szt. Park osobowych BEV składał się z 89 407 szt. (+45% r/r), a liczba rejestracji nowych pojazdów tego typu wyniosła 3 779 szt. (wzrosła o 79% rok do roku). Na koniec czerwca 2025 r. flota całkowicie elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych zwiększyła się do 9 176 szt. (+35% r/r). Park osobowych, wodorowych FCEV liczył 488 szt. (+112% r/r). Najpopularniejszymi, nowymi osobowymi modelami BEV w czerwcu 2025 r. były Tesla Model 3 (366 zarejestrowanych szt.), Tesla Model Y (333 szt.) oraz Ford Explorer (199 szt.). Na podium wśród marek znalazły się Tesla, BMW oraz Ford. Udział BEV na rynku nowych samochodów osobowych w czerwcu 2025 r. wyniósł 7,6%, co stanowi kolejny z rzędu rekord na polskim rynku elektromobilności.

Infrastruktura ładowania

W Polsce na koniec czerwca 2025 r. funkcjonowało 10 255 (+40% r/r) ogólnodostępnych punktów ładowania, w tym 6 860 AC (+28% r/r) oraz 3 396 DC (+61% r/r). Wzdłuż sieci TEN-T było dostępne 986 punktów ładowania, czyli o 29% więcej niż w czerwcu 2024 r. „PEVO Index” zawiera ponadto informacje na temat miast o najlepiej rozwiniętej infrastrukturze dla pojazdów zeroemisyjnych. Pierwsza jest Warszawa (795 punktów w czerwcu 2025 r.), a kolejne miejsca zajmują Gdańsk (348), Kraków (311) Poznań (294) oraz Szczecin (286).

Dane do „PEVO Index” dostarczają: PSNM, IBRM Samar oraz OTOMOTO.

Kurs dolara słabnie na fali spekulacji o obniżkach stóp procentowych

Od kilku dni widzimy kolejny odwrót od dolara amerykańskiego. Kanada pokazuje, że po obniżkach stóp procentowych, ceny wcale nie znajdują się wciąż pod tak silną kontrolą. W tle wzrost cen kakao i blady strach padający na miłośników czekolady.

Słabszy klimat dla dolara

Ostatnie dni ponownie przyniosły kilka słabszych sygnałów dla dolara amerykańskiego. Z jednej strony obserwujemy niższe od oczekiwań wyniki indeksów Conference Board – wczoraj spadek wyniósł 0,3%, wobec prognozowanego 0,2%, co wskazuje na stopniowe pogarszanie się nastrojów. Z drugiej strony, jak bumerang powraca temat większych szans na wrześniową obniżkę stóp procentowych. Rosnące prawdopodobieństwo takiego ruchu zazwyczaj osłabia walutę. Gospodarka USA ma obecnie wyraźnie wyższe stopy procentowe niż strefa euro, więc jest zdecydowanie przestrzeń na ten krok. Presja na FED wywołuje jednak kolejne konflikty, które znów działają na niekorzyść dolara.

Co z Kanada?

Kanada obniżyła stopy procentowe znacznie szybciej niż jej jedyny lądowy sąsiad. Wielu analityków zadaje sobie pytanie, czy nie zbyt szybko. Główny wskaźnik wynosi bowiem 2,75%, a inflacja w czerwcu wzrosła do 1,9%. Powoduje to, że realne stopy, po uwzględnieniu inflacji, znalazły się na poziomie niecałego procenta. Wczorajsze dane o inflacji producenckiej pokazują, że temat zmian cen może wcale nie być pod kontrolą. Tylko w czerwcu rosły one, nie to 0,1%, ale o 0,4%. To sugeruje, że wkrótce ze strony producentów możemy doświadczyć presji na podwyżki. Taki scenariusz w dłuższej perspektywie umacnia dolara kanadyjskiego, gdyż nie tylko oddala szanse obniżek stóp procentowych, ale stawia pytanie o ewentualnie podwyżki.

Czy znów powinniśmy się bać cen czekolady?

Ostatnie miesiące wydawały się korzystne dla łasuchów. Hurtowa cena kakao spadła z ponad 11 000 dolarów za tonę do niewiele ponad 7 000 dolarów. Problem w tym, że w ostatnim tygodniu widzimy ponad 10% odbicia w górę od dołków. Jest tutaj kilka powodów. Z jednej strony wydłużająca się pora sucha powoduje, że zbiory na Wybrzeżu Kości Słoniowej mogą okazać się niższe, niż oczekiwano. W efekcie już teraz producenci zaczęli wstrzymywać się ze sprzedażą, licząc na dalszy wzrost cen, co zresztą ma miejsce. Nie bez znaczenia jest też sytuacja na walutach. Słabnący dolar, w którym wyrażone są kontrakty terminowe, powoduje, że lokalni producenci dostawaliby mniej. Dostawaliby, gdyby nie podnieśli cen…

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Autor: Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Koniec z „dożywotnim” prawem wykonywania zawodu – czas na okresową ocenę lekarzy

Weryfikacja lekarzy w Polsce – pilna konieczność dla bezpieczeństwa pacjentów i zaufania publicznego. Brak działającego systemu rewalidacji zagraża pacjentom.

Obecnie w Polsce praktycznie nie funkcjonuje efektywny system rewalidacji lekarzy – czyli okresowej weryfikacji uprawnień i kompetencji). Po uzyskaniu prawa wykonywania zawodu lekarze nie podlegają regularnej ocenie jakości swojej pracy ani obowiązkowej recertyfikacji. Choć formalnie istnieje obowiązek ustawicznego kształcenia i zbierania tzw. punktów edukacyjnych, to w praktyce nikt tego nie egzekwuje. W rezultacie – jak alarmują eksperci – dziesiątki, a nawet setki polskich lekarzy od lat nie uczestniczyły w żadnych szkoleniach czy konferencjach, prowadząc praktykę medyczną na poziomie sprzed kilkudziesięciu lat. Taki stan rzeczy sprawia, że spadek kompetencji lub braki w aktualnej wiedzy często wychodzą na jaw dopiero przy łóżku pacjentów, narażając ich zdrowie i życie.

Brak systemowej weryfikacji umiejętności lekarzy przekłada się bezpośrednio na pogorszenie bezpieczeństwa pacjentów. Profesor Adam Dziki zwraca uwagę, że Polska należy do krajów o jednej z najwyższych śmiertelności z powodu raka jelita grubego w Europie – jedną z przyczyn jest fakt, że wielu chirurgów nie doskonali swoich umiejętności i operuje przestarzałymi metodami. Innymi słowy, brak ciągłego doskonalenia zawodowego oznacza gorsze wyniki leczenia. Nawet najlepsze leki czy sprzęt nie uratują pacjenta, jeśli zabieg zostanie wykonany niezgodnie z aktualnymi standardami. Pomimo tego obecne przepisy nie przewidują żadnych sankcji za zaniedbanie doskonalenia zawodowego – lekarz, który nie zbiera wymaganych punktów edukacyjnych, wciąż bez przeszkód wykonuje zawód. Taki dziurawy system uniemożliwia również identyfikację lekarzy mających problemy (np. wypalonych zawodowo, z trudnościami w pracy czy w życiu osobistym), którym należałoby zapewnić wsparcie lub czasowe ograniczenie praktyki. W efekcie brak mechanizmu rewalidacji oznacza, że dopóki nie dojdzie do poważnego błędu lub skargi pacjenta – nikt nie weryfikuje jakości pracy lekarza.

Zawód lekarza to szczególna odpowiedzialność i publiczne zaufanie

Lekarz należy do zawodów zaufania publicznego, co potwierdza Konstytucja RP i przepisy prawa. Społeczeństwo oczekuje od osób wykonujących ten zawód najwyższych kwalifikacji, etycznej postawy oraz pełnej odpowiedzialności za swoje działania. Nie bez przyczyny mówi się o etosie lekarza – przedstawiciele tej profesji mają bezpośredni wpływ na zdrowie i życie obywateli, służą ochronie fundamentalnych wartości społecznych. Aby sprostać temu wyjątkowemu zaufaniu, lekarze muszą być transparentni w swojej praktyce, w pełni odpowiedzialni za decyzje i godni zaufania każdego dnia. Niestety, długotrwały brak systemowej kontroli jakości opieki medycznej przyczynił się do kryzysu zaufania społecznego. Oznacza to, że miliony ludzi nie wierzą, iż lekarze zawsze postępują profesjonalnie i rzetelnie. Tego zaufania nie da się odbudować samymi kampaniami wizerunkowymi –konieczne są realne działania, które pokażą społeczeństwu, że środowisko lekarskie dba o utrzymanie najwyższych standardów i nie toleruje zaniedbań.

Zawód lekarza to powołanie, które wymaga stałej pracy nad sobą. Medycy, bardziej niż przedstawiciele wielu innych profesji, powinni pozostawać otwarci na ocenę i informację zwrotną – zarówno od pacjentów, jak i kolegów z zespołu. Taka kultura transparencji i odpowiedzialności w medycynie leży w interesie całego społeczeństwa. Pacjent ma prawo oczekiwać, że lekarz regularnie aktualizuje swoją wiedzę i umiejętności, a jeśli tego nie robi – że zostanie to wychwycone odpowiednio wcześnie.

Dlatego wprowadzenie systemu rewalidacji lekarzy nie jest atakiem na autonomię profesji, lecz przeciwnie – niezbędnym warunkiem utrzymania prestiżu i wiarygodności tego zawodu.

Efektywne modele istnieją – czas na polską reformę

W wielu krajach na świecie zawód lekarza podlega okresowej ocenie i odnowieniu uprawnień. Są państwa, w których lekarz co kilka lat musi udowodnić, że nadal spełnia wymogi do wykonywania zawodu – przedstawiając dowody doskonalenia zawodowego i pozytywne opinie, a brak takiego potwierdzenia skutkuje nawet utratą prawa wykonywania zawodu. Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że taki system rewalidacji działa skutecznie, podnosząc jakość opieki i eliminując z praktyki osoby, które nie powinny już samodzielnie leczyć pacjentów. Nie musimy jednak kopiować żadnego modelu wprost. Możemy stworzyć rozwiązanie dostosowane do polskich realiów – ważne jednak, by nabrało ono mocy prawnej i faktycznie działało, a nie było kolejnym martwym przepisem.

Samorząd lekarski oraz decydenci od lat dyskutują o zapewnieniu jakości w ochronie zdrowia. Pora przejść od dyskusji do czynów. Rewalidacja medyków nie musi oznaczać biurokratycznej szykany – jeśli zostanie zaprojektowana mądrze, stanie się narzędziem rozwoju zarówno dla lekarzy, jak i dla całego systemu opieki zdrowotnej. Ważne, by wdrażając reformę uwzględnić głos środowiska lekarskiego i stworzyć mechanizmy wsparcia – np. dla tych, którzy wymagają doszkolenia, a nie wyłącznie karania. Celem jest podnoszenie jakości, a nie piętnowanie lekarzy. Dobrze zaplanowany program rewalidacji będzie przede wszystkim służył społeczeństwu : bezpieczeństwu pacjentów i wzmocnieniu prestiżu polskiej medycyny.

Proponowany model okresowej rewalidacji lekarzy

Aby rewalidacja była skuteczna, powinna opierać się na ciągłym procesie oceny i doskonalenia – rozłożonym na powtarzalne cykle pięcioletnie. Każdy lekarz, niezależnie od specjalizacji, co 5 lat odnawiałby prawo wykonywania zawodu po spełnieniu jasno określonych kryteriów jakościowych. Poniżej kluczowe założenia takiego modelu:

  • Pięcioletni cykl rewalidacji: Co 5 lat kompleksowa ocena lekarza, kończąca się potwierdzeniem prawa wykonywania zawodu na kolejny okres (lub – w skrajnych przypadkach – decyzją o jego zawieszeniu lub cofnięciu). Pięć lat to okres na tyle długi, by lekarz mógł zrealizować zaplanowany rozwój, a jednocześnie na tyle krótki, by nie dopuścić do utrwalania się złych nawyków lub zaległości.
  • Coroczne rozmowy rozwojowe (oceny okresowe): W każdym roku cyklu lekarz odbywa jedną formalną rozmowę podsumowująco-rozwojową z wyznaczonym doświadczonym kolegą (mentorem lub koordynatorem ds. rewalidacji). Taka przyjazna ocena pracy ma na celu omówienie osiągnięć i ewentualnych trudności, wskazanie obszarów do poprawy oraz zaplanowanie dalszego rozwoju zawodowego na kolejny rok. Regularne rozmowy zapewnią bieżącą informację zwrotną – lekarz nie będzie zaskoczony wymaganiami, a w razie potrzeby otrzyma wsparcie (np. rekomendację szkoleń, staży, konsultacji).
  • „Teczka zawodowa” lekarza (portfolio rozwoju): Każdy medyk prowadziłby indywidualną dokumentację doskonalenia zawodowego, w której gromadziłby dowody swojego rozwoju. Mogą to być certyfikaty zrealizowanych kursów, szkoleń, warsztatów, zaświadczenia o uczestnictwie w konferencjach, kongresach naukowych, potwierdzenia lektury istotnych publikacji (np. udział w e- learningach, zaliczenie testów wiedzy), opisy przeanalizowanych trudnych przypadków lub komplikacji, prace naukowe, osiągnięcia w miejscu pracy itp. Celem „teczki” jest wykazanie, że lekarz stale podnosi swoje kwalifikacje i utrzymuje aktualną wiedzę – czyli realizuje w praktyce ideę ustawicznego kształcenia. Teczka będzie oceniana podczas rewalidacji, ale też stanowi narzędzie samokontroli dla samego
  • Informacja zwrotna od pacjentów: Integralną częścią oceny są opinie pacjentów. Co pięć lat (przed decyzją rewalidacyjną) pacjenci anonimowo wypełnialiby ankiety oceniające komunikację, zaangażowanie i sposób leczenia przez danego lekarza. Dodatkowo pacjenci mieliby stałą możliwość zgłaszania uwag lub pochwał na temat opieki – np. przez specjalny portal samorządu lekarskiego. Taka wielostronna informacja zwrotna pozwoli dostrzec mocne strony lekarza (np. empatię, umiejętność tłumaczenia chorób) oraz sygnały ostrzegawcze (np. powtarzające się skargi na brak komunikacji czy szacunku). Ważne, by opinie pacjentów służyły głównie rozwojowi – np. gdy pacjenci wskazują, że chcieliby lepszych wyjaśnień, lekarz może doskonalić kompetencje komunikacyjne.
  • Informacja zwrotna od zespołu medycznego: Ocena koleżeńska to kolejny filar rewalidacji. W ramach procesu co 5 lat współpracownicy lekarza (inni lekarze, pielęgniarki, przełożeni) przekazują anonimowo swoje spostrzeżenia. Chodzi o kwestie takie jak praca zespołowa, przestrzeganie procedur, dzielenie się wiedzą, kultura pracy. Często to właśnie inni medycy najwcześniej dostrzegają, że kolega ma np. trudności z jakąś techniką albo przeciwnie – wyróżnia się świetnym podejściem do trudnych przypadków. Ustrukturyzowana informacja od współpracowników pomoże wychwycić zarówno sygnały alarmowe (np. lekceważenie standardów, konflikty w zespole), jak i dobre praktyki warte upowszechnienia.
  • Obowiązek ciągłego podnoszenia kwalifikacji: Samorząd lekarski wraz z instytucjami zdrowia powinien jasno określić, ile aktywności rozwojowych musi podjąć lekarz w każdym cyklu i jak będą one punktowane. Udział w kursach doskonalących, zdobywanie dodatkowych umiejętności (np. certyfikaty z wąskich dziedzin), udział w projektach badawczych czy publikacje naukowe – wszystko to powinno być promowane i wymagane. Ustawiczne kształcenie musi stać się realnym obowiązkiem, a nie pustym hasłem. W praktyce oznacza to np. minimalną liczbę godzin szkoleń rocznie czy określoną pulę punktów edukacyjnych do zdobycia w ciągu 5 lat (z zachętą do przekraczania minimum). Ważne, by system punktów był prosty i przejrzysty, a ich zbieranie łatwo weryfikowalne. Lekarz zmotywowany do nauki to lekarz leczący nowocześnie i bezpiecznie.
  • Całościowa ocena i decyzja o prawie wykonywania zawodu: Po upływie 5 lat zebrane zostają wszystkie elementy – wyniki corocznych rozmów rozwojowych, zawartość „teczki” (czy wymagane aktywności zostały zrealizowane), opinie pacjentów i zespołu, ewentualnie dodatkowe sprawdzenie kompetencji (np. analiza losowo wybranej dokumentacji medycznej prowadzonej przez lekarza). Komisja rewalidacyjna – złożona z przedstawicieli samorządu lekarskiego i ekspertów – dokonuje kompleksowej oceny zawodowej lekarza. Jeśli wszystko jest w porządku, odnawia pełne prawo wykonywania zawodu na kolejny pięcioletni okres. Jeśli są braki – lekarz otrzymuje zalecenia (np. uzupełnienie pewnych szkoleń w określonym terminie, dodatkowa weryfikacja za rok). W skrajnych sytuacjach, gdy zaniedbania są poważne lub stwierdzono niebezpieczne praktyki – możliwe jest zawieszenie lub ograniczenie prawa wykonywania zawodu do czasu poprawy. Decyzja komisji musi opierać się na obiektywnych kryteriach i dowodach z całego cyklu. Taki mechanizm na zakończenie cyklu gwarantuje, że prawo do wykonywania zawodu lekarza będzie faktycznie potwierdzeniem odpowiednich kompetencji, a nie tylko formalnością nadaną raz na zawsze.

Cele wprowadzenia systemu rewalidacji

Proponowany system okresowej rewalidacji lekarzy ma przynieść wymierne korzyści dla pacjentów, lekarzy i całego systemu ochrony zdrowia. Do najważniejszych celów takiej reformy należą:

  • Zwiększenie bezpieczeństwa pacjentów: Regularna weryfikacja kompetencji i doskonalenia zawodowego przełoży się na wyższy poziom opieki. Pacjent zyska pewność, że jego lekarz praktykuje według aktualnej wiedzy medycznej i podlega nadzorowi jakości. Mniej będzie błędów wynikających z przestarzałych metod czy zaniedbań w edukacji, co bezpośrednio oznacza ochronę zdrowia i życia chorych.
  • Wychwytywanie lekarzy potrzebujących wsparcia: System rewalidacji zadziała jak sito, które pozwoli wcześnie zidentyfikować tych lekarzy, którzy mają trudności – czy to z nadążaniem za postępem wiedzy, czy np. z powodu osobistych problemów przekładających się na pracę. Zamiast czekać na skargi pacjentów lub tragiczne zdarzenia, będzie można reagować zawczasu: kierować takich lekarzy na dodatkowe szkolenia, staże doskonalące, mentoring albo – jeśli to konieczne – czasowo ograniczyć zakres ich działań dla dobra pacjentów. Nikt nie zostanie pozostawiony sam sobie – nawet najlepsi profesjonaliści mogą czasem potrzebować korekty kursu lub pomocy i ten system im to umożliwi.
  • Wzmocnienie jakości opieki medycznej: Kumulatywnym efektem rewalidacji będzie ogólny wzrost jakości usług zdrowotnych. Standaryzacja wymagań co do doskonalenia sprawi, że każdy lekarz w Polsce będzie zmotywowany trzymać wysoki poziom. To oznacza bardziej skuteczne leczenie, aktualne procedury, mniej powikłań. Poprawa jakości będzie widoczna w statystykach zdrowotnych – krótszym czasie hospitalizacji, lepszych wynikach terapii, wyższym zadowoleniu pacjentów.
  • Odbudowa zaufania społecznego do lekarzy: Wprowadzenie transparentnego, sprawiedliwego systemu oceny pokaże społeczeństwu, że środowisko lekarskie rozlicza się z własnych obowiązków wobec pacjentów. Gdy pacjenci zobaczą, że lekarz nie otrzymuje „dożywotniego glejtu”, lecz co kilka lat musi wykazać się aktualnością wiedzy oraz dobrą opinią – ich zaufanie zacznie wracać. Społeczny odbiór zawodu lekarza się poprawi, bo każdy będzie wiedział, że za tytułem „doktor” stoi realna, świeża wiedza i weryfikowane kompetencje. To z kolei przełoży się na lepszą współpracę pacjent – lekarz, większy szacunek i poprawi wizerunku lekarzy w oczach opinii publicznej.
  • Wzmocnienie kultury odpowiedzialności i samodoskonalenia wśród lekarzy: Obowiązkowa rewalidacja z naturalnych względów zachęci lekarzy do stałego rozwoju – nie tylko ze strachu przed utratą uprawnień, ale przede wszystkim dlatego, że stanie się to normą zawodową. Młodzi lekarze od początku kariery będą świadomi, że ciągła nauka i podleganie ocenie to element profesjonalizmu. Starsi lekarze zyskają bodziec, by nie osiadać na laurach. Całe środowisko lekarskie stopniowo przejdzie zmianę mentalną: powstanie kultura ciągłego doskonalenia, dzielenia się wiedzą, refleksji nad własną praktyką. Będzie to również kultura wzajemnego wspierania się i rozliczania – gdzie koledzy motywują się nawzajem do zachowania najwyższych standardów. Taka postawa wzmocni jedność środowiska i jego autonomiczną odpowiedzialność (samorząd lekarski pokaże, że potrafi zadbać o jakość w swoim gronie).
  • Przywrócenie dumy z zawodu lekarza jako powołania: Wreszcie, system rewalidacji może paradoksalnie stać się źródłem dumy dla samych lekarzy. Dlaczego? Bo każde pozytywne przejście procesu oceny będzie świadectwem ich profesjonalizmu. Lekarze, którzy ciężko pracują nad sobą, będą mieli oficjalne potwierdzenie swoich kompetencji – coś na kształt „certyfikatu zaufania” od społeczeństwa. To poczucie docenienia i jasnego określenia standardów podniesie prestiż zawodu. W publicznej narracji lekarz znów stanie się synonimem najwyższej wiedzy, etyki i odpowiedzialności, a nie (jak niestety bywa teraz) obiektem nieufności czy krzywdzących uogólnień. Duma z bycia lekarzem powróci, gdy cała grupa zawodowa pokaże, że traktuje swoją misję serio i potrafi sama wymagać od siebie więcej niż ktokolwiek inny.

Wezwanie do działania – wspólna odpowiedzialność lekarzy i władz

Opisany powyżej program rewalidacji lekarzy to nie zbiór abstrakcyjnych postulatów, lecz konkretna propozycja naprawy polskiego systemu ochrony zdrowia u jego fundamentów. Teraz potrzebna jest odwaga i determinacja , by wcielić ją w życie. Apelujemy do całego środowiska lekarskiego – do samorządu lekarskiego, izb i stowarzyszeń, liderów opinii – o głośne wsparcie tej reformy. To właśnie lekarze powinni stać na czele zmian, które przywrócą należny szacunek ich zawodowi. Nie bójmy się wymagających standardów – one służą nam wszystkim. Pokażmy pacjentom, że potrafimy rozliczać się ze swojego powołania i że każdy prawdziwy lekarz chce być lepszy każdego dnia.

Władze publiczne oraz decydenci systemowi – Ministerstwo Zdrowia, uczelnie medyczne, Narodowy Fundusz Zdrowia – również muszą wziąć odpowiedzialność za wdrożenie tej reformy. Konieczne będą zmiany prawne – nowelizacja ustawy o zawodach lekarza, wprowadzenie aktów wykonawczych ustanawiających procedury rewalidacji. Niezbędne będzie też zapewnienie środków i infrastruktury: system informatyczny do prowadzenia „teczek” i ankiet, szkolenia dla mentorów prowadzących rozmowy rozwojowe, mechanizmy finansowania doskonalenia (np. dofinansowanie kursów dla lekarzy). To inwestycja, która zwróci się wielokrotnie w postaci uniknionych błędów medycznych, zdrowszego społeczeństwa i bardziej efektywnego systemu. Nie można dłużej odkładać tych decyzji – każdy rok zwłoki to kolejne niepotrzebne tragedie i dalsza erozja zaufania.

Na koniec warto podkreślić: medycyna to nie zwykły zawód – to służba i powołanie. By to powołanie wypełniać godnie, nie wystarczy jednorazowy dyplom. W świecie postępującej wiedzy naukowej tylko ciągły rozwój gwarantuje najwyższą jakość opieki. Dlatego raz jeszcze zwracamy się do Koleżanek i Kolegów lekarzy oraz do naszych reprezentantów w samorządzie – czas na odważną zmianę! Wdrożenie skutecznego programu rewalidacji lekarzy powinno stać się naszym wspólnym priorytetem. Zróbmy to dla dobra pacjentów, dla przyszłości naszego zawodu i dla własnego sumienia. Polska medycyna może znów stać się powodem do dumy – jeśli sami zadbamy o to, by każdy lekarz był przejrzysty, odpowiedzialny i godny zaufania, na miarę oczekiwań tego wyjątkowego zawodu zaufania publicznego. Nie czekajmy – działajmy teraz, bo zdrowie Polaków nie może dłużej czekać!

Autor: dr Łukasz Rakasz, Ordynator Oddziału Neurochirurgii Dziecięcej w Szpitalu Dziecięcym przy ul. Niekłańskiej, Forum Ekspertów Ad Rem

Leki onkologiczne nie pojawiają się z dnia na dzień: co tak naprawdę jest potrzebne do opracowania terapii przeciwnowotworowej

Leki onkologiczne nie powstają z dnia na dzień. Ich rozwój to złożony, wieloetapowy proces – od identyfikacji celów molekularnych, przez modelowanie struktur białkowych, po testowanie precyzyjnych terapii komórkowych. Dr Ioannis Papasotiriou, założyciel RGCC International, wyjaśnia, co tak naprawdę kryje się za nowoczesną farmakologią onkologiczną i jak walka z rakiem coraz bardziej zależy od ukierunkowanych, spersonalizowanych rozwiązań.

Rozwój nowego leku, zwłaszcza w onkologii, to złożony i wieloaspektowy proces. Mówiąc o „leku”, należy pamiętać, że odnosi się on do czegoś więcej niż tylko zwykłej tabletki czy zastrzyku. Leki to zazwyczaj substancje (często chemiczne) zaprojektowane w celu celowania i zwalczania mechanizmów chorobowych, ale w onkologii wyzwanie jest znacznie bardziej złożone.

W leczeniu raka lek musi oddziaływać na mechanizmy obecne nie tylko w komórkach nowotworowych, ale także w normalnych, zdrowych komórkach. Ponadto komórki nowotworowe znane są ze swojej zdolności adaptacji do leczenia w miarę upływu czasu, co komplikuje opracowywanie skutecznych terapii. Co więcej, rak nie jest pojedynczą chorobą, ale obejmuje wiele podgrup, które zachowują się odmiennie w różnych guzach, a nawet w różnych obszarach tego samego guza. Ta różnorodność podkreśla potrzebę precyzyjnego i spersonalizowanego podejścia w onkologii.

Aby skutecznie leczyć raka, niezbędne są zaawansowane terapie. Obejmują one produkty inżynierii genetycznej, modyfikowane produkty komórkowe lub specjalnie wyszkolone komórki, zaprojektowane do bardziej precyzyjnej walki z rakiem.

Niezależnie od rodzaju nowego leku lub zaawansowanej terapii, proces rozwoju leku przebiega według określonych etapów. Pierwszym krokiem jest głębsze zrozumienie podstawowego mechanizmu napędzającego progresję choroby. Ten etap nazywa się identyfikacją celu. W tym celu opieramy się na danych uzyskanych z próbek pobranych od pacjentów lub za pomocą modeli komórkowych opracowanych w laboratorium, zwanych guzami nowotworowymi. Obserwując ten sam mechanizm konsekwentnie występujący w tym samym typie nowotworu na określonym etapie choroby, możemy zidentyfikować potencjalny cel.

Następnym krokiem jest weryfikacja znaczenia celu. Zazwyczaj celem jest białko o nadmiernej ekspresji lub mutacji. Na tym etapie weryfikujemy rolę celu w progresji choroby, często poprzez eksperymenty, takie jak „knockdowny”. Można również zastosować dodatkowe techniki, takie jak klonowanie w modelach komórkowych. Następnie koncentrujemy się na kompleksowym zrozumieniu cech białka docelowego, w tym jego struktury i funkcji. Na podstawie tych cech, w tym jego lokalizacji i roli w chorobie, określamy, czy należy opracować cząsteczkę chemiczną, biocząsteczkę czy produkt komórkowy, który będzie ukierunkowany na to białko.

Jeśli struktura białka na to pozwala, możemy przystąpić do odkrywania leków poprzez opracowanie małych cząsteczek organicznych, które mogą hamować jego funkcję. Jeśli białko ma potencjał antygenowy, możemy rozważyć opracowanie przeciwciała monoklonalnego, które będzie je blokować.

W przypadku białek o bardziej złożonych funkcjach możemy rozważyć opracowanie produktów inżynierii genetycznej lub terapii komórkowych.

Na tym etapie powinniśmy mieć związek wiodący lub lek kandydacki. Następnie kandydaci ci są oceniani pod kątem skuteczności i toksyczności w hodowlach komórkowych i modelach zwierzęcych. Dane zebrane w tych testach są gromadzone w dokumentacji technicznej, która potwierdza kliniczny potencjał i bezpieczeństwo leku. Jeśli dane te uzasadniają korzyści kliniczne i bezpieczeństwo, podejmujemy decyzję o kontynuowaniu badań na ludziach. W Europie decyzję o rozpoczęciu badań na ludziach podejmują albo krajowe organy kompetentne, albo Europejska Agencja Leków (EMA), o ile wniosek jest rozpatrywany zgodnie ze scentralizowaną procedurą. Na tym etapie lek jest określany jako Badany Produkt Leczniczy (IMP).

O autorze:

Dr Ioannis Papasotiriou urodził się w Monachium w Niemczech i jest absolwentem Wydziału Medycznego Uniwersytetu w Salonikach w Grecji. Specjalizował się zarówno w genetyce człowieka (Uniwersytet w Zurychu), jak i hematologii onkologicznej (MLU/UKH/Halle/Saale). Uzyskał tytuł magistra biologii molekularnej na Uniwersytecie Westminsterskim oraz drugi tytuł magistra onkologii na Uniwersytecie w Nottingham.

Uzyskał stopień doktora (MD, Ph.D.) na Uniwersytecie MLU, koncentrując się na inhibitorach kinazy tyrozynowej (TKI) w ludzkich liniach komórkowych raka. W latach 2001–2004 założył i pełnił funkcję dyrektora Arzt Genetik Zentrum w Salonikach.

Rynek mieszkaniowy w Polsce: nasycenie ofertą i spadek nowych inwestycji w I połowie 2025 r.

Czerwcowe dane Głównego Urzędu Statystycznego potwierdzają ostrożność deweloperów w rozpoczynaniu nowych projektów mieszkaniowych. Liczba uruchomionych inwestycji spadła poniżej 9 tys., a w całym pierwszym półroczu była niższa o ponad 15 proc. niż przed rokiem.

Wzrost oferty, przeciętny popyt i ograniczona dostępność kredytów skłaniają inwestorów do ostrożności. To rynek, który nie tyle słabnie, co szuka równowagi.

Rozpoczęte budowy

Opublikowane przez GUS dane dotyczące budownictwa mieszkaniowego za czerwiec potwierdzają prognozowane uprzednio przez analityków, powolne obniżanie się wolumenu nowych inwestycji. O ile w kwietniu i maju miesięczny poziom nowych mieszkań w uruchamianych inwestycjach deweloperskich przekraczał 11 tys., o tyle wartość ta spadła w czerwcu do 8,8 tys.

– Gdyby natomiast porównać wyniki pierwszego półrocza do analogicznego okresu w 2024 r., deweloperzy zainicjowali o ponad 15 proc. mniej budów nowych lokali mieszkalnych niż rok wcześniej. Warto wspomnieć jednak o bardzo wysokiej zeszłorocznej bazie, gdy deweloperzy uruchamiali inwestycje z przekonaniem o potencjalnym przedłużeniu programu ułatwiającego dostęp do kredytów hipotecznych, co nie doszło jednak do skutku – komentuje Patryk Kozierkiewicz, radca prawny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

W ujęciu kwartalnym, okres kwiecień-czerwiec był najsłabszym kwartałem pod względem nowych inwestycji deweloperskich od czasu II kwartału 2023 r.

Sytuacja ta nie oznacza bynajmniej nagłego osłabienia kondycji sektora. Jest raczej wynikiem pragmatyzmu związanego z bardzo wysoką ofertą dostępnych mieszkań, która w największych siedmiu miastach wynosi dziś 62 tys. i rośnie nieprzerwanie od września 2023 roku (dane: Otodom Analytics).

– Nasycenie dostępnymi lokalami i przeciętny popyt, skłaniają inwestorów do ograniczenia kosztów oraz ryzyka – uważa Patryk Kozierkiewicz. Tym samym zmniejszają oni swoją aktywność, dopasowując ofertę do aktualnych warunków rynkowych. Stąd obserwowane bardzo stopniowe wyhamowywanie nowych projektów.

– W niedalekiej przyszłości wspomniany trend mogą odwrócić dalsze obniżki stóp procentowych, które z pewnością przyczyniłyby się do liczniejszych odwiedzin klientów w biurach sprzedaży – podkreśla radca prawny PZFD.

Pozwolenia na budowę

Jeszcze większy trend spadkowy zaobserwować możemy w zakresie pozwoleń na budowę udzielonych inwestorom. W okresie od stycznia do czerwca br. deweloperzy uzyskali w urzędach zgody na budowę 75,8 tys. lokali, co stanowi spadek o nieco ponad 25 proc. względem pierwszego półrocza 2024 r.

Gdyby takie samo tempo utrzymało się w drugiej połowie roku, mówilibyśmy o najsłabszym wyniku w zakresie uzyskanych pozwoleń od 2017 r.

– Powodem tego jest, częściowo, zapas pozwoleń uzyskanych w ubiegłych latach oraz wspomniane wcześniej planowane obniżenie wolumenu nowych inwestycji w związku z niską dostępnością do kredytów hipotecznych – zauważa Patryk Kozierkiewicz.

Pozwolenia na użytkowanie

Największą stabilizację widzimy natomiast w zakresie mieszkań oddanych do użytkowania, których liczba spadła względem pierwszego półrocza 2024 r. o zaledwie 2,9 proc. i wyniosła w sektorze deweloperskim 57 tys.

– Z perspektywy ostatnich 7-8 lat, nie można uznać takiego wyniku za zadowalający. Budowa mieszkań oddawanych do użytkowania w ostatnich dwóch latach rozpoczynała się bowiem w okresie niżu inwestycyjnego z lat 2022-2023, wywołanego inflacją, wysokimi stopami procentowymi i pełnoskalową wojną za wschodnią granicą. Mając na uwadze ok. 2-letni okres budowy, obecnie do użytkowania oddawane są właśnie te lokale z czasów mniejszej aktywności inwestycyjnej – komentuje radca prawny PZFD.

Z uwagi na wysokie ożywienie aktywności rynkowej wywołanej okresem obowiązywania programu Bezpieczny Kredyt 2 proc., trend ten powinien ulegać w najbliższych dwóch latach stopniowemu odwróceniu.

Ransomware uderza nie tylko w dane firm, ale też w morale pracowników

W ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrosła liczba ataków ransomware bazujących na metodach socjotechnicznych – wynika z badania „State of Ransomware 2025” przeprowadzonego przez firmę Sophos. Co więcej, zespoły odpowiadające za bezpieczeństwo informatyczne w firmach coraz częściej mierzą się z konsekwencjami ataków wykraczającymi poza kwestie techniczne. Z każdym z tych incydentów wiążą się nie tylko koszty operacyjne, ale także stres, nieobecności w pracy czy nawet zwolnienia pracowników działów IT.

Raport firmy Sophos wskazuje, że kradzież danych uwierzytelniających to wciąż jedna z najczęstszych na świecie przyczyn umożliwiających prowadzenie ataków ransomware na przedsiębiorstwa. Chociaż jej udział w 2025 r. spadł do 23% (z 29% w roku ubiegłym), nadal stanowi istotny wektor ataku na systemy IT. Szczególnie narażone są średnie firmy (zatrudniające do 250 pracowników) – w ich przypadku aż 30% wszystkich ataków ransomware w ostatnich 12 miesiącach zaczęło się od przejęcia danych uwierzytelniających. Istotne zagrożenie stanowią również ataki wykorzystujące techniki socjotechniczne. Wiadomości e-mail zawierające złośliwe oprogramowanie były źródłem 19% ataków na firmy na świecie, a phishing odpowiadał za 18% przypadków (wzrost o 7 punktów procentowych r/r).

Jednym z najważniejszych działań prewencyjnych w firmach jest edukacja. Zespół powinien być dobrze przygotowany, znać potencjalne zagrożenia, umieć rozpoznawać sygnały ostrzegawcze oraz odpowiednio reagować. Jednak samo przygotowanie techniczne do walki z cyberatakami to dziś za mało. Ataki ransomware silnie uderzają w ludzi, którzy znajdują się w ich centrum, czyli przede wszystkim w zespoły ds. IT i cyberbezpieczeństwa. Dlatego firmy powinny uzupełniać szkolenia z cyberhigieny o rozwijanie umiejętności radzenia sobie ze stresem, a także rozważyć zapewnienie wsparcia psychologicznego dla swoich zespołów – wskazuje Chester Wisniewski, dyrektor ds. technologii w firmie Sophos.

Stres ukrytym kosztem cyberataku

Wszystkie firmy, których dane zostały zaszyfrowane w wyniku ataku ransomware, zaobserwowały negatywne konsekwencje wśród personelu ds. IT oraz cyberbezpieczeństwa. Oprócz wyzwań związanych z przywracaniem sprawności systemów, mierzyli się oni także z obciążeniem psychicznym. Aż 41% respondentów wskazało na wzmożony stres i lęk przed kolejnym atakiem. Z kolei jedna trzecia zwróciła uwagę na pojawienie się poczucia winy związanego z tym, że nie udało się zatrzymać incydentu na czas.

Problemy te miały też wymiar praktyczny – aż 31% respondentów zgłosiło nieobecności pracowników działów IT spowodowane stresem lub pogorszeniem zdrowia psychicznego po incydencie. Ransomware stanowi więc nie tylko zagrożenie dla danych czy ciągłości działania przedsiębiorstwa. Jest również czynnikiem wpływającym na kondycję psychiczną osób odpowiedzialnych za cyfrowe bezpieczeństwo.

Utracone zaufanie czy szansa na poprawę?

40% respondentów odnotowało zwiększoną presję ze strony kadry kierowniczej na działy IT po incydencie. Co czwarty badany wskazuje, że w jego firmie doszło do wymiany lidera ds. bezpieczeństwa. To pokazuje, że część firm reaguje poprzez wywieranie presji lub personalne rozliczenia za ataki, co może dodatkowo pogłębiać stres w zespole.

Warto pamiętać, że ludzki błąd czy luka w zabezpieczeniach nie zawsze wynikają z zaniedbania czy złych intencji pracownika. Często są skutkiem posiadania ograniczonych zasobów, niewystarczających zabezpieczeń czy zbyt dużej liczby równolegle wykonywanych zadań. W zarządzaniu sytuacją po incydencie kluczowa jest analiza jego źródłowych przyczyn i wspólne wyciąganie wniosków. Pozwoli to nie tylko zidentyfikować luki w zabezpieczeniach, ale również wypracować skuteczniejsze procedury cyberbezpieczeństwa oraz wzmocnić zaufanie w zespole – komentuje Chester Wisniewski.

Ataki ransomware stanowią nie tylko próbę złamania zabezpieczeń IT w firmach, ale testują również kulturę organizacyjną oraz podejście do pracowników. Od tego, jak przedsiębiorstwo reaguje na kryzys, zależy nie tylko jego reputacja, ale i to czy utrzyma w zespole doświadczonych specjalistów. Dlatego tak ważne jest, aby mówić o potrzebie budowania bezpieczeństwa w przedsiębiorstwach uwzględniając zarówno kwestie techniczne, jak i wsparcie dla pracowników, którzy są za nie odpowiedzialni.

O raporcie

Dane z raportu „State of Ransomware 2025” pochodzą z badania przeprowadzonego wśród 3,4 tys. liderów IT oraz cyberbezpieczeństwa w okresie od stycznia do marca 2025 roku. Badanych pytano o ich doświadczenia związane z ransomware w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Respondenci pochodzili z 17 krajów z obu Ameryk, Europy, Azji i rejonu Pacyfiku. Badane firmy zatrudniały od 100 do 5 tys. pracowników, a ich roczne przychody wahały się od 5 milionów dolarów do ponad 50 miliardów dolarów.

UDW – co to oznacza w kontekście wiadomości e-mail?

W komunikacji e-mailowej istnieją pewne funkcje, które są w stanie znacząco wpłynąć na poziom prywatności i poufności korespondencji. Jedną z nich jest tzw. ukryta kopia wiadomości, oznaczana skrótem UDW. Mimo tego, że codziennie wymieniamy dziesiątki e-maili, to wiele osób albo wcale nie zna tej funkcji, albo nie wie, jak ani po co z niej korzystać. Odpowiedź na pytanie, UDW mail co to znaczy, powinna więc stać się częścią każdego szkolenia z zakresu komunikacji elektronicznej w firmie.

Czym jest ukryta kopia wiadomości e-mail i jak działa?

Ukryta kopia, oznaczona skrótem UDW (od ang. skrótu BCC, czyli Blind Carbon Copy), jest funkcją pozwalającą na wysłanie wiadomości e-mail do wybranych odbiorców bez ujawniania ich adresów pozostałym adresatom. W praktyce, osoby znajdujące się w polu „UDW” otrzymują przesłaną wiadomość, lecz ich obecność na liście odbiorców nie jest widoczna ani dla głównych adresatów, ani dla siebie nawzajem.

Zastosowanie tej funkcji pozwala przede wszystkim zapewnić odbiorcom korespondencji lepszy poziom ochrony danych osobowych. Korzystając z niej, można bowiem w łatwy sposób chronić prywatność adresatów, co szczególnie przydaje się w sytuacjach, kiedy wysyłka wiadomości obejmuje większą liczbę osób pochodzących z różnych środowisk lub organizacji.

Kiedy warto korzystać z funkcji UDW i jakie wiążą się z tym korzyści?

Pytanie UDW mail co to znaczy i do czego służy, jest bardzo często zadawane przez osoby zarządzające korespondencją firmową. Funkcja ukrytej kopii znajduje zastosowanie w wielu codziennych sytuacjach – zarówno w komunikacji służbowej, jak i prywatnej. Warto z niej korzystać, kiedy wysyłamy wiadomość do dużej grupy odbiorców, którzy nie znają się nawzajem lub gdy zależy nam na zachowaniu poufności poszczególnych danych kontaktowych.

Jednym z najważniejszych argumentów przemawiających za korzystaniem z ukrytej kopii jest ochrona prywatności. Wysyłając wiadomość bez UDW do wielu osób, narażamy bowiem ich adresy e-mail na ujawnienie innym odbiorcom, co może być nie tylko postrzegane jako nieprofesjonalne, lecz również naruszać aktualnie obowiązujące przepisy dotyczące ochrony danych. W firmach, które komunikują się z klientami lub kontrahentami, brak stosowania ukrytej kopii w wiadomości e-mail może prowadzić do nieuprawionego udostępniania danych osobowych i co za tym idzie, nieść za sobą konsekwencje nie tylko wizerunkowe, ale i prawne.

Kolejną istotną zaletą funkcji UDW jest możliwość informowania wybranych osób o wymienianej korespondencji bez wiedzy innych uczestników. Może to być przydatne np. w relacjach służbowych, kiedy chcemy, aby przełożony był włączony w rozmowę, lecz bez wpływu na dynamikę komunikacji i ujawniania jego uczestnictwa innym uczestnikom e-mailowej rozmowy.

Wszystko to sprawia, że znajomość oraz umiejętne korzystanie z funkcji UDW stanowi jeden z kluczowych elementów wchodzących w skład profesjonalnej komunikacji e-mailowej. Odpowiadając na pytanie UDW mail co to znaczy, warto podkreślić, że chodzi tu przede wszystkim o skuteczne zarządzanie poufnością w elektronicznej korespondencji.

Sankcja kredytu darmowego – czy Sąd Najwyższy przyniesie porządek w orzecznictwie?

W pierwszych sześciu miesiącach br. do Rzecznika Finansowego wpłynęło więcej wniosków w kwestii podjęcia interwencji czy przedłożenia istotnych poglądów w sprawach sądowych dotyczących sankcji kredytu darmowego (SKD) niż w całym 2024 roku. Jeszcze większy wzrost widać w przypadku liczby interwencji dotyczących SKD. Jak przekonują prawnicy, orzecznictwo jest zróżnicowane, zapadają wyroki zarówno korzystne, jak i nieprzychylne dla kredytobiorców. Ewentualna uchwała Sądu Najwyższego mogłaby przyczynić się do większej spójności w orzekaniu. Eksperci prognozują również, że w najbliższych miesiącach znacznie wzrośnie liczba zgłoszeń z tego zakresu kierowanych do Rzecznika Finansowego.

Wnioski i interwencje

Jak wynika z danych za pierwsze półrocze 2025 roku (stan na 30 czerwca 2025 r.), 932 wnioski wpłynęły do Rzecznika Finansowego w kwestii przedłożenia istotnych poglądów w sprawach sądowych dotyczących SKD. Natomiast w całym 2024 roku było ich 901, a w 2023 roku – 28. Adrian Goska, radca prawny z Kancelarii SubiGo, nie dziwi się, że liczba wniosków kierowanych do Rzecznika rośnie tak dynamicznie. Zdaniem eksperta, SKD jako instytucja prawna ma ogromny potencjał do ochrony konsumentów. Wielu z nich kieruje się do Rzecznika po tym, jak ich reklamacje zostały odrzucone przez instytucje finansowe w sposób automatyczny, bez pogłębionej analizy. To poczucie lekceważenia swoich racji często prowadzi do dalszego zaangażowania się w sprawę i eskalacji sporu. Obecnie mamy do czynienia nie z „modą” na SKD, ale z uzasadnionym ruchem konsumenckim.

– Wzrost liczby składanych wniosków wynika przede wszystkim z faktu, że temat możliwości skorzystania z SKD stał się medialny. Konsumenci dowiedzieli się, że ich umowy kredytu lub pożyczki mogą zawierać wady prawne, które umożliwiają zastosowanie tej instytucji. W tej kwestii istotne znaczenie miał również wyrok TSUE z 13 lutego 2025 roku, wydany w sprawie o sygn. akt C-472/23 – komentuje radca prawny Agnieszka Dudek, wykładowca Uniwersytetu WSB Merito.

Według stanu na 30 czerwca, w 2025 roku liczba interwencji dotyczących SKD wyniosła 2783. W całym 2024 roku było ich 2134, a w 2023 roku – 240. Jak przekonuje adwokat Milena Mocarska z Kancelarii MBM Legal, ten wzrost nie świadczy o narastaniu problemu związanego z wadliwością umów kredytowych, ponieważ wnioski zazwyczaj nie dotyczą zobowiązań zaciąganych w ostatnim czasie, tylko kilka lat wcześniej. Ekspertka zaznacza, że interwencji Rzecznika Finansowego jest więcej, gdyż przybywa wniosków ze strony konsumentów. Ta postawa kredytobiorców wynika z coraz większej ich świadomości w zakresie przysługujących im praw.

– Widzimy zjawisko o charakterze wręcz lawinowym. Jego skala jest niepokojąca, bo dochodzi do systemowego i masowego naruszania przepisów o kredycie konsumenckim. Gdyby instytucje finansowe rzetelnie przestrzegały prawa – w szczególności w zakresie informowania o rzeczywistej rocznej stopie oprocentowania, kosztach dodatkowych i zasadach wcześniejszej spłaty – SKD byłaby narzędziem stosowanym incydentalnie. Tymczasem staje się ona jednym z głównych sposobów dochodzenia sprawiedliwości przez konsumentów, co jest wyraźnym sygnałem dla regulatorów i rynku, że coś w tym systemie nie działa – zwraca uwagę mec. Adrian Goska.

Zróżnicowane orzecznictwo

Na początku roku w przestrzeni publicznej pojawiła się informacja, że Rzecznik Finansowy rozważa wystąpienie do Sądu Najwyższego z wnioskiem o podjęcie uchwały dotyczącej SKD. Jednakże wobec prac Doradczego Komitetu Naukowego i procedowania projektu nowej ustawy o kredycie konsumenckim, podjęcie tego kroku jest wciąż analizowane. Radca prawny Agnieszka Dudek podkreśla, że uchwały podejmowane przez SN odgrywają istotną rolę w procesie ujednolicania i kształtowania linii orzeczniczej. Jak dodaje ekspertka, obecnie masowe pozwy dotyczące SKD są nowym zjawiskiem w polskich sądach. Na ten moment orzecznictwo w tym zakresie jest bardzo zróżnicowane. Zapadają zarówno wyroki korzystne dla kredytobiorców, jak i rozstrzygnięcia nieprzychylne. Potencjalna uchwała SN mogłaby wskazać kierunek i przyczynić się do większej spójności w orzekaniu.

– Co do zasady podjęcie przez SN uchwały dotyczącej przesłanek do stosowania SKD jest – w mojej ocenie – potrzebne. Mogłoby to rozwiązać problem dużej rozbieżności w orzecznictwie sądów powszechnych w tego rodzaju sprawach. Należy bowiem mieć na uwadze, że obecnie nie ma jednolitego stanowiska co do sposobu wykładni przepisów ustawy w zakresie poszczególnych przesłanek do skorzystania z ww. sankcji – dodaje adwokat Milena Mocarska.

Rzecznik Finansowy prowadzi analizy dotyczące bieżących zagadnień związanych z SKD. Obecnie trwa etap prac wewnętrznych, które stanowią element szerszych działań realizowanych w ramach Doradczego Komitetu Naukowego. Wyniki oraz wnioski z tych analiz zostaną zaprezentowane po zakończeniu całego procesu, który znajduje się już w mocno zaawansowanej fazie. W tej chwili trudno wskazać orientacyjny termin zakończenia prac.

– Dotychczasowa działalność Rzecznika Finansowego pozwala przypuszczać, że raport będzie szczegółowo i rzetelnie opisywał kwestie związane z bieżącymi zagadnieniami dotyczącymi SKD. Prace powinny odbywać się w tempie, które pozwoli na zachowanie wspomnianego standardu rzetelności. Niemniej jednak, mając na uwadze interes osób, które zaciągnęły kredyt konsumencki, upływ czasu nie działa na ich korzyść. Kredytobiorcy mają bowiem możliwość złożenia oświadczenia o skorzystaniu z SKD w okresie do jednego roku od dnia całkowitej spłaty kredytu lub pożyczki – informuje ekspertka z MBM Legal.

Jeszcze więcej zgłoszeń

Jak podaje Rzecznik Finansowy, trudno w tym momencie precyzyjnie określić liczbę spodziewanych w 2025 roku wniosków interwencyjnych dotyczących SKD, ponieważ jest to uwarunkowane od kilku niezależnych od tej instytucji czynników. Po pierwsze, będzie to uzależnione od postępowania kredytodawców – w szczególności od tego, czy na rynku w dalszym ciągu będą pojawiały się umowy zawierające wady prawne oraz jak kredytodawcy będą reagować na zgłaszane reklamacje. Po drugie, znaczenie będzie miała także aktywność samych kredytobiorców oraz podmiotów ich reprezentujących, takich jak pełnomocnicy czy kancelarie odszkodowawcze, a dokładniej – ich skłonność do kierowania spraw do Rzecznika Finansowego po nieuwzględnieniu reklamacji przez instytucje finansowe.

– Można założyć, że w 2025 roku liczba wniosków o pogląd prawny przekroczy poziom 2000, a próśb o interwencję będzie powyżej 5000. Wszystko będzie zależeć od tego, jak będą reagować kredytodawcy. Jeżeli nadal będą masowo odrzucać reklamacje, nie wdrażając zmian w procedurach i nie dostosowując treści umów do wymogów ustawowych, wówczas konsumenci będą zmuszeni do dalszego kierowania spraw do Rzecznika. Równie istotna jest jakość składanych wniosków. Jeżeli pełnomocnicy będą skrupulatnie przygotowywać zgłoszenia, zawierające jasne i rzeczowe argumenty prawne, liczba skutecznych interwencji może rosnąć szybciej niż liczba samych wniosków. W przeciwnym razie Rzecznik może być zalewany wnioskami o niskiej jakości, co spowolni cały proces – dodaje radca prawny Adrian Goska.

Z kolei według Agnieszki Dudek, w bieżącym roku można spodziewać się znacznego wzrostu liczby wniosków kierowanych do Rzecznika Finansowego w sprawach interwencji dotyczących SKD. Ekspertka przekonuje, że skala zgłoszeń będzie w dużej mierze uzależniona od liczby przypadków, w których banki odrzucą oświadczenia konsumentów o skorzystaniu z sankcji, a także od treści wyroków zapadających w tych sprawach przed sądami.

– Liczba wniosków kierowanych do Rzecznika Finansowego z pewnością będzie rosła. Kwestia kredytów konsumenckich i ich wadliwości jest coraz szerzej komentowana w mediach. Z mojego doświadczenia wynika, że reakcje kredytodawców na zgłaszane reklamacje są zawsze takie same. To znaczy, reklamacje nie są uwzględniane i konieczne jest wystąpienie na drogę postępowania sądowego – podsumowuje adwokat Milena Mocarska.

Deweloperzy hamują z nowymi inwestycjami, ale podaż mieszkań wciąż rośnie. Ceny stabilne

Czerwiec, podobnie jak drugi kwartał tego roku, przyniósł spadek sprzedaży nowych mieszkań w większości największych metropolii. Zmniejszyła się tam również aktywność inwestycyjna firm deweloperskich. Jednak jeszcze nie na tyle, by zatrzymać wzrost liczby mieszkań w ofercie. Jaki to miało wpływ na ich ceny?

Czerwcowe wyniki sprzedażowe firm deweloperskich okazały się dla wielu z nich wyjątkowo zimnym prysznicem – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Łodzi, Poznaniu i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii deweloperzy znaleźli chętnych na łącznie ok. 3,8 tys. mieszkań, czyli o 14% mniej niż w maju. O 5% słabszy był też wynik sprzedażowy firm deweloperskich w drugim kwartale. Można to uznać za niespodziankę wszak poprawiła się w tym okresie zdolność kredytowa potencjalnych nabywców mieszkań. Logika podpowiada, że powinien więc wzrosnąć popyt na nie. I wzrósł, ale tylko w dwóch metropoliach. Warto zauważyć, że trzeci kwartał z rzędu wzrosły wyniki sprzedażowe deweloperów działających w Trójmieście (+6%) i miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (+4%).Wyk.1 - Mieszkania sprzedane przez deweloperów w Q2 2025

W pozostałych pięciu metropoliach miał miejsce spadek liczby zawartych umów deweloperskich w drugim kwartale. O tąpnięciu możemy mówić w przypadku Poznania (-23%) i Łodzi (-18%). W Krakowie sprzedanych nowych mieszkań było w drugim kwartale o 8% mniej niż w pierwszym. Z kolei w Warszawie, gdzie tradycyjnie sprzedaż była największa – o 3%, a we Wrocławiu – o 1%.

–  Na początku lipca Rada Polityki Pieniężnej po raz drugi obniżyła stopy procentowe, a na horyzoncie są kolejne obniżki. Pierwsza być może już nawet we wrześniu. Ci, którzy rozważają zaciągnięcie kredytu o przejściowo stałej stopie procentowej, która nie zmieni się przez pięć lat, najpewniej zwlekają z decyzją. Tym bardziej, że zdają sobie oni sprawę, że oferta mieszkań jest tak duża, że nie trzeba podejmować decyzji zakupowej pod presją czasu. Zwłaszcza, jeśli gra on na korzyść kupujących. A tak było do tej pory – komentuje Marek Wielgo.

Co prawda w siedmiu metropoliach deweloperzy wprowadzili do sprzedaży w drugim kwartale łącznie niespełna 13,8 tys. mieszkań, czyli o 12% mniej niż w pierwszym kwartale tego roku.  Warto jednak zwrócić uwagę na lokalne różnice. We Wrocławiu i Trójmieście deweloperzy rzucili w drugim kwartale na rynek po ponad 2,5 tys. mieszkań, czyli o odpowiednio 15% i 34% więcej niż w poprzednich trzech miesiącach.Wyk.2 - Mieszkania wprowadzone przez deweloperów w Q2 2025

W pozostałych metropoliach widać wyraźne hamowanie nowej podaży. W porównaniu z pierwszym kwartałem najbardziej skurczyła się ona w Poznaniu (-48%) i Łodzi (-45%), a więc w metropoliach, które doświadczyły największego spadku sprzedaży mieszkań. W Krakowie deweloperzy wprowadzili w drugim kwartale na rynek o 19% mniej lokali niż w pierwszym, w Warszawie – o 16%, a Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – o 14% mniej.

W Łodzi już od roku deweloperzy wprowadzają do sprzedaży z każdym kwartałem coraz mniej mieszkań (z odbiciem w pierwszym kwartale tego roku). W Krakowie to już trzeci z rzędu kwartał spadku liczby mieszkań wprowadzonych do sprzedaży, zaś w Warszawie i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – drugi. Z odwrotną sytuacją mamy do czynienia we Wrocławiu, gdzie od dwóch kwartałów nowa podaż rośnie.

Istotne jest też jednak to, czy nowa podaż nadal przewyższała popyt. W drugim kwartale ten korzystny z punktu widzenia potencjalnych nabywców mieszkań trend utrzymał się w Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Natomiast w Warszawie , Łodzi i Poznaniu deweloperzy wprowadzili do sprzedaży mniej mieszkań niż sprzedali. Mimo to we wszystkich metropoliach wzrosła ich liczba w ofercie. Po prostu wróciły do niej mieszkania, z których cześć nabywców zrezygnowała. W efekcie oferta firm deweloperskich urosła do rekordowych rozmiarów. W Warszawie pod koniec czerwca można było przebierać wśród blisko 17 tys. lokali, w Krakowie – 11,3 tys., Wrocławiu – ponad 11,1 tys., Trójmieście – blisko 8,8 tys.,  Łodzi – ok. 10,1 tys., Poznaniu – ponad 8,3 tys., a w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – ok. 11,1 tys. Dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na zakup nowego M sytuacja wydaje się więc komfortowa.Wyk.3 - Oferta mieszkań od deweloperów w Q2 2025

Tak więc do tej pory czas grał na korzyść kupujących nowe mieszkania. W tych rejonach metropolii, w których inwestycji deweloperskich jest najwięcej, mogą oni liczyć na spore opusty cenowe. Nie miało to jednak większego wpływu na średnią cenę metra kwadratowego mieszkań oferowanych przez deweloperów. Także drugi kwartał tego roku upłynął w większości metropolii pod znakiem stabilizacji średniej ceny metra kwadratowego nowych mieszkań. Oczywiście zdarzały się jej wzloty.

Pamiętajmy jednak, że dzieje się tak nie tylko wtedy, gdy deweloperzy podnoszą ceny mieszkań. Ten sam efekt może przynieść pojawienie się na rynku droższych lokali, wyprzedaż najtańszych lokali albo kombinacja obydwu czynników – zauważa Marek ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Dodatkowo, w czerwcu, taka sytuacja miała miejsce np. w Łodzi. W sprzedaży pojawiła się tam duża pula nowych mieszkań, których średnia cena metra kwadratowego wyniosła ponad 13,8 tys. zł za metr kwadratowy. To sporo, jak na ten rynek. W dodatku kupujący wybierali częściej lokale z dolnej i średniej półki cenowej – średnio po ok. 11 tys. zł za metr.  Średnia cena metra kwadratowego wszystkich mieszkań w ofercie łódzkich deweloperów wzrosła więc o 1%.  Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w Krakowie. Zaś na 1% zwyżkę w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii decydujący wpływ miał raczej drugi czynnik, czyli wyprzedaż stosunkowo tanich mieszkań.

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w drugim kwartale średnia cena metra kwadratowego utrzymała się na stałym poziomie we Wrocławiu (ok. 14,7 tys. zł/m kw.), zaś tylko o 1% w stosunku do marca wzrosła w Warszawie (ok. 18 tys. zł/m kw.), Krakowie (ok. 16,8 tys. zł/m kw.), Łodzi (ok. 11,6 tys. zł/m kw.) i Poznaniu (ok. 13,5 tys. zł/ m kw.). Jednak w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (ok. 11,3 tys. zł/m kw.) i Trójmieście (blisko 16,9 tys. zł/ m kw.) podwyżka była bardziej zauważalna, bo średnia wzrosła w tym czasie o odpowiednio 2% i 3%.Wyk.4 - Ceny nowych mieszkań w Q2 2025 - zmiana kdk

Przy czym na podwyżkę w Trójmieście zapracował Gdańsk, o którym wielokrotnie pisaliśmy, że jest specyficzną metropolią. Ze względu na jej atrakcyjność turystyczną powstaje tu dużo drogich mieszkań w projektach ulokowanych m.in. w pobliżu Zatoki Gdańskiej oraz Śródmieścia. Warto odnotować, że w drugim kwartale Trójmiasto zepchnęło Kraków na trzecie miejsce w rankingu najdroższych metropolii, zaś w stolicy średnia cena metra kwadratowego przebiła symboliczny pułap 18 tys. zł.

Porównując średnie ceny metra kwadratowego nowych mieszkań z czerwca tego roku i analogicznego okresu roku ubiegłego warto zwrócić uwagę, że był to kolejny miesiąc, w którym w większości metropolii stopniała różnica. Np. we Wrocławiu jeszcze w styczniu tego roku wynosiła ona 12%, zaś w czerwcu – 5%. Na drugim biegunie jest Trójmiasto, w którym średnia cena metra kwadratowego była w czerwcu o 10% wyższa niż rok temu, podczas gdy w styczniu różnica wynosiła 8%.

Po sześciu miesiącach największe szanse na tytuł najbardziej stabilnej cenowo metropolii w 2025 r. zachowuje Warszawa. Zmiana średniej ceny metra kwadratowego nowych mieszkań w okresie 12 miesięcy wynosiła tu w czerwcu tylko 2%. Z kolei w Krakowie, Łodzi i Poznaniu było to 3%, a w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – 5%.Wyk.5 - Ceny nowych mieszkań w Q2 2025 - zmiana rdr

Ten niewielki na przestrzeni ostatnich lat wzrost średniej ceny metra kwadratowego jest w dużym stopniu efektem rosnącej liczby mieszkań w segmencie popularnym, czyli z bardziej przystępnymi cenami. Np. w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście i Poznaniu do tego segmentu zaliczyliśmy mieszkania z ceną mieszczącą się w przedziale 12-15 tys. zł za metr kwadratowy, natomiast w Łodzi i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – w przedziale 9-12 tys. zł za metr.

I tak, w Krakowie, w czerwcu, kupujący mieli do wyboru blisko 2,9 tys. mieszkań z ujawniona ceną 12-15 tys. zł za metr kwadratowy, czyli aż o 53% więcej niż rok wcześniej. Więcej niż przed rokiem mieszkań w segmencie popularnym jest też w  Warszawie (o 51%), Wrocławiu (o 47%), Poznaniu (o 29%) i Trójmieście (o 8%). Choć w tej ostatniej metropolii drugi kwartał przyniósł spadek oferty o 14%. I najpewniej to dlatego średnia cena metra kwadratowego poszybowała w tym czasie górę aż o 3%.

Także w Łodzi i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii przybyło mieszkań z ceną 9-12 tys. zł za metr kwadratowy. W tej pierwszej metropolii oferta zwiększyła się w ciągu roku z ok. 3,6 tys. do ponad 4,6 tys., czyli o 28%, zaś w drugiej – z ok. 2,6 tys. do blisko 4,6 tys., czyli o 73%.

Czy stabilizacja cen może utrzymać się także w kolejnych miesiącach? Podpowiedzią może być wskaźnik średniego czasu wyprzedaży mieszkań w ofercie firm deweloperskich.  W drugim kwartale wzrósł on we wszystkich metropoliach. W Łodzi i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii ponad dwa lata trwałaby wyprzedaż mieszkań przy założeniu, że deweloperzy nie wprowadzaliby w tym czasie kolejnych. Dodajmy, że osiem kwartałów to granica, powyżej której mówimy o nadpodaży mieszkań, co oznacza presję na spadek cen.  Z odwrotną sytuacją mamy do czynienia wtedy, gdy wskaźnik wyprzedaży nie przekracza czterech kwartałów. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia jeszcze rok temu w Trójmieście, Krakowie i  Warszawie. Obecnie w tych trzech metropoliach, ale też we Wrocławiu i Poznaniu mamy okres równowagi rynkowej, co oznacza, że mieszkania w ofercie wyprzedałyby się w czasie od roku do dwóch. Jednak przy wyprzedaży powyżej półtora roku przekroczona zostaje strefa wysokiej podaży, co oznacza to, że konkurencja na rynku mocno się zaostrza. Z taką sytuacją mamy obecnie do czynienia zwłaszcza w Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu.Wyk.6 - Wskaźnik popytu na nowe mieszkania w Q2 2025

Popyt nie pozostanie jednak obojętny na poprawiającą się dostępność kredytów mieszkaniowych i jesienią sprzedaż mieszkań prawdopodobnie wyraźnie się ożywi. Oczywiście, o ile w gospodarce, a w konsekwencji na rynku pracy, nie wydarzy się nic, co mogłoby zgasić optymizm nabywców kredytowych – prognozuje ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Pojawia się też pytanie, czy przy takiej perspektywie deweloperzy nie powrócą do wysokiego tempa wprowadzania nowych projektów licząc na żniwa sprzedażowe.