Polscy producenci mebli sprzedają na świecie dużo, ale tanio. Ich dominacji zagrozić może brak pracowników

O 14 proc. wzrósł w ubiegłym roku eksport mebli. Wprawdzie za część wzrostów odpowiadają koncerny zagraniczne, które przenoszą produkcję do Polski, ale krajowi producenci też świetnie sobie radzą za granicą. Dobrej pozycji branży mogą jednak zagrozić problemy z kadrą.

Od kilku lat Polska należy do czwórki największych eksporterów mebli na świecie (4,5-proc. udział). Wartość eksportu w ubiegłym roku wyniosła ponad 8 mld euro, czyli ponad 33 mld zł. Wyprzedzają nas pod tym względem tylko Chiny, Włochy i Niemcy.

Średnio 14-proc. wzrost eksportu w 2014 roku w porównaniu z 2013 roku i dane mówiące o blisko dwukrotnym wzroście eksportu od wejścia Polski do UE wskazują na bardzo dobrą tendencję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Respondek, wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. – Musimy jednak pamiętać, że znaczna część tych przyrostów wiąże się z przenoszeniem do Polski części produkcyjnej zakładów z Europy Zachodniej, gdzie koszty wytworzenia są o wiele wyższe.

Dlatego, jak podkreśla, dwucyfrowe wzrosty eksportu nie są jednoznaczne ze wzmocnieniem branży, lecz raczej z rosnącą liczbą producentów.

Siłą polskich fabryk są niskie ceny, ale jest to dla nich również problemem, bo takiego stanu rzeczy nie da się długo utrzymywać. Marki znane w kraju nie są rozpoznawalne na światowych rynkach, a polscy producenci bazują na zamówieniach od zachodnich sieci sklepów. Tymczasem nasze możliwości taniej produkcji się wyczerpują, coraz trudniej bowiem o pracowników.

– Jeśli tempo wzrostu eksportu będzie się utrzymywać, to ktoś to musi wyprodukować – podkreśla Tadeusz Respondek. – Polski pracownik, w szczególności ten zdolny, ma przed sobą otwarte rynki europejskie. Liczba potencjalnych pracowników wynikająca z demografii maleje, wyż już mamy za sobą, a liczba miejsc pracy na polskim rynku rośnie. Już teraz widzimy w niektórych ośrodkach brak rąk do pracy, sięgamy po pracowników z Ukrainy i innych ośrodków, gdzie są ludzie skłonni przyjechać i pracować.

Przeciętne ceny w eksporcie w 2013 roku wyniosły w Polsce 337 dolarów za 100 kg. W Wielkiej Brytanii, która jest liderem zestawienia, osiągnęły one poziom 1115 dolarów.

Nie bez końca możemy utrzymać ten poziom płac. Zresztą ta kwota za 100 kg wyeksportowanego mebla w Polsce pokazuje, że mamy niewiele po pokryciu kosztów – podkreśla wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

Meble można sprzedawać drożej, gdy stoi za nimi silna marka, kojarząca się klientom z jakością i prestiżem. Polskie meble trafiają głównie do krajów niemieckojęzycznych, gdzie wśród konsumentów promowane są raczej marki sieci handlowych, a nie producentów. Na polskim rynku konsumenci przykładają do marek producenckich znacznie większą rolę.

Jest wiele firm, jak choćby Klose i Kler, które mają własną markę. Charakterystyczne jest to, że my, meblarze, podążamy za przemysłem samochodowym, czyli nie produkujemy pod hipotetycznego klienta mebli, tylko czekamy na zamówienie i w oparciu o już zamówienie produkty realizujemy dostawę. Jest to tzw. mebel skrojony pod klienta. Klient może decydować o tym, jaki zestaw mebli wybiera i jakie będą one pełniły funkcje – mówi Tadeusz Respondek.

Ruch lotniczy w Polsce nadal będzie rósł. W tym roku co najmniej o 6 proc.

O przynajmniej 6 proc. wzrośnie w tym roku ruch lotniczy w Polsce – ocenia Emilia Osewska-Mądry, dyrektor wykonawcza Rady Przedstawicieli Linii Lotniczych w Polsce (BARiP). W zakończonym roku linie lotnicze przewiozły w naszym kraju niemal 9 proc. więcej osób niż w 2013 r., ale nadal jest potencjał do dynamicznego rozwoju. By dogonić Zachód, Polacy musieliby latać trzy razy częściej.

W 2014 roku obserwowaliśmy tendencje wzrostowe. Znacznie urósł rynek przewozów cargo oraz przewozów czarterowych. Po spadkach w dwóch poprzednich latach ten rok był bardzo dobry dla czarterów. Myślę, że 2015 rok będzie podobny, tendencje wzrostowe będą się utrzymywać. Trudno powiedzieć dokładnie, jaki to będzie procent, ale myślę, że nie będzie mniej niż 6 proc. wzrostu ruchu pasażerskiego z Polski – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Emilia Osewska-Mądry, dyrektor wykonawcza BARiP.

W 2014 r. na polskich lotniskach odprawiono łącznie niemal 27,2 mln pasażerów. To wzrost o 2,2 mln, czyli 8,7 proc. w porównaniu z 2013 r., a równocześnie najlepszy wynik w historii. Osewska-Mądry podkreśla jednak, że wciąż jest duże pole do rozwoju, bo jak wynika z danych IATA (Międzynarodowego Stowarzyszenia Transportu Lotniczego) częstotliwość latania Polaków jest trzy razy niższa niż w krajach Europy Zachodniej.

Do tego linie lotnicze z niecierpliwością oczekują końca inwestycji na polskich lotniskach. W przebudowie są cztery największe porty lotnicze kraju. Na warszawskim Lotnisku Chopina wiosną otwarty zostanie przebudowany terminal, w porcie lotniczym w Krakowie na ukończeniu jest budowa zupełnie nowego budynku pasażerskiego. Terminal powiększa także lotnisko w Gdańsku, a nowy budynek do obsługi przylotów powstaje w Katowicach.

Dla nas jako dla linii lotniczych jest to bardzo ważny moment, ponieważ będziemy chcieli w pełni wykorzystywać tę infrastrukturę, którą dają porty lotnicze, żeby móc świadczyć jeszcze lepszy serwis naszym pasażerom, ponieważ pasażer postrzega nas w całości. To, co dzieje się od momentu zakupu biletu, aż do wyjścia w porcie docelowym, to wszystko jest serwis linii lotniczej. Również to, co dzieje się na lotniskach, jest dla nas bardzo istotne i mamy nadzieję, że będzie to sprzyjało rozwojowi ruchu lotniczego w 2015 roku – podkreśla Osewska-Mądry.

Ocenia, że ruch zwiększy się na obydwu lotniskach w aglomeracji warszawskiej, które razem obsłużyły w ubiegłym roku ponad 12 mln pasażerów. Kluczowy jest jednak rozwój portów regionalnych, które zwiększają dostępność lotniczą Polski. W poprzednim badaniu IATA z lat 2005-2009 nasz kraj znalazł się dopiero na 86. miejscu na świecie w tej klasyfikacji, ale dzięki rozwojowi portów regionalnych powinno się to poprawić.

Rozwój portów regionalnych ma też duże znaczenie dla linii niskokosztowych. Po trzech kwartałach 2014 r. ich udział w polskim rynku przekraczał 54 proc. Jak przypomina Osewska-Mądry, to właśnie wejście do Polski low costów ożywiło ruch w regionach. Udział lotnisk centralnych (Warszawa i Modlin) to już od kilku lat poniżej 50 proc. całego ruchu w Polsce.

Lotniska regionalne nabierają coraz większego znaczenia. Tym bardziej że infrastruktura na tych lotniskach będzie na coraz wyższym poziomie – podkreśla Osewska-Mądry. ‒ W tej chwili udział linii niskokosztowych jest procentowo wyższy niż tradycyjnych i myślę, że jeszcze w 2015 roku będziemy obserwować tę samą tendencję. Na światowych rynkach już widać, że w pewnych krajach rynek niskokosztowy się wysyca, ale w Polsce to jeszcze nie będzie miało miejsca w najbliższym czasie.

Dodaje, że linie niskokosztowe w Polsce nie tyle odbierają pasażerów konkurentom, co tworzą zupełnie nowy rynek. To właśnie dlatego ich znacznie dla wzrostu mobilności Polaków jest tak duże.

Poza infrastrukturą dla przewoźników ważne jest też otoczenie regulacyjne. Prawo powinno być proste, a przede wszystkim nie ograniczyć ich działalności. Nie bez znaczenie są także koszty – BARiP apeluje m.in. o większą dywersyfikację dostawców paliw na lotniskach, bo konkurencja obniżyłaby koszty serwisu.

Staramy się utrzymywać bliski kontakt z władzami portów lotniczych, by ustalać jak najlepsze warunki działania dla linii lotniczych. Zależy nam na tym, aby opłaty lotniskowe były jak najmniejsze, bo to wpływa bezpośrednio na ceny biletów lotniczych. Staramy się również utrzymywać bliski kontakt z takimi podmiotami jak Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, ponieważ to od niej również zależy, jakie koszty ponoszą linie lotnicze – dodaje Osewska-Mądry.

8% wzrost rynku drzwi i okien w 2015 r.

Na potrzeby raportów na temat rynków drzwi oraz okien w Polsce, analitycy PMR przeanalizowali wyniki finansowe i sprzedażowe 50 wiodących przedsiębiorstw działających w tych sektorach. Okazuje się, że wśród czołowych 50 firm aż 33 podmioty to firmy specjalizujące się w produkcji zarówno drzwi jak i okien. Jednak liderami rynkowymi w swoich branżach są firmy, które postawiły na specjalizację i skupiają się tylko na jednym segmencie działalności.

Według najnowszych raportów firmy badawczej PMR zatytułowanych „Rynek drzwi w Polsce 2015 – Prognozy rozwoju na lata 2015-2020” oraz „Rynek okien w Polsce 2015 – Prognozy rozwoju na lata 2015-2020”, dzięki wzrastającemu eksportowi oraz odżywającemu po kilku latach stagnacji rynkowi krajowemu, rok 2014 zakończył się wzrostami zarówno na rynku drzwi jak i okien. Analitycy PMR szacują, że dynamika produkcji okien była nieco wyższa niż w przypadku drzwi (odpowiednio 10% i 8%), głównie z uwagi na większy udział sprzedaży na eksport. Natomiast sprzedaż okien i drzwi wyłącznie na rynku krajowym wzrosła odpowiednio o 8% i 6%.

W roku 2015 spodziewać się można dalszej poprawy w obu segmentach, w rezultacie czego sprzedaż krajowa w obu segmentach wzrośnie o ok. 8%. Kluczowe czynniki wpływające na dobre perspektywy dla branży to: poprawiająca się kondycja polskiej gospodarki, rosnąca liczba rozpoczynanych inwestycji mieszkaniowych, większa popularność droższych produktów energooszczędnych, rosnący popyt ze strony rynku wtórnego a także duża popularność niestandardowych produktów na zamówienie indywidualne.

Długofalowy rozwój sektora drzwi i okien możliwy jest także dzięki współfinansowanym z UE inwestycjom dokonanym w ostatnich latach przez wiodące firmy w sektorze. W latach 2007-2013 środki unijne pozwoliły zarówno na wsparcie rozbudowy zakładów, jak i zakup linii technologicznych czy promocję firm na rynkach międzynarodowych. Okazuje się, że w minionych latach więcej dotacji unijnych pozyskali producenci okien – czołowe 50 firm pozyskało blisko 100 mln zł dofinansowania, podczas gdy producenci drzwi zdołali pozyskać nieco ponad 80 mln zł.

W ocenie graczy rynkowych, prognozy na 2015 r. są najlepsze dla segmentu aluminium. W tym sektorze dynamicznie rośnie zarówno produkcja krajowa, jak i handel zagraniczny. Nieco mniejszy wzrost ma odnotować segment PCV, drewna i stali. Biorąc pod uwagę obecną poprawę w branży budowlanej, szacuje się, że wzrosty wystąpią we wszystkich segmentach rynku.

Jak pokazuje przeprowadzona analiza, główni udziałowcy wśród 50 wiodących firm sektora okien i drzwi pochodzą z Polski – taka sytuacja występuje w przypadku 86% przedsiębiorstw na rynku okien oraz 78% firm w przypadku drzwi. Natomiast po przeważeniu liczby firm przez wielkość przychodów ze sprzedaży, dominacja firm krajowych redukuje się do ok. 75% w przypadku obu sektorów.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszych raportach firmy PMR pt. “Rynek drzwi w Polsce 2015 – Prognozy rozwoju na lata 2015-2020” oraz “Rynek okien w Polsce 2015 – Prognozy rozwoju na lata 2015-2020”.

W styczniu sądy opublikowały informacje o upadłości 61 polskich przedsiębiorstw

Euler Hermes, spółka z Grupy Allianz, na podstawie oficjalnych danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego przeanalizowała sytuację polskich firm w kontekście bankructw – w styczniu 2015 roku oficjalnie opublikowano informację o upadłości 61 przedsiębiorstw, wobec 62 w styczniu roku ubiegłego. 

–    Upadały firmy mniejsze (chociaż nie małe!) – tzn. o mniejszym obrocie niż w roku ubiegłym, co jest wynikiem zauważalnego spadku ich obrotów w ostatnich 2-3 latach.
–    Efekt gorszego drugiego półrocza ub. roku w budownictwie? Wzrost liczby upadłości w tym sektorze gospodarki.
–    Mniej upadłości firm produkcyjnych – a wśród tych, które upadły najliczniejsze były firmy zaopatrujące budownictwo.
–    Lepiej w handlu, natomiast poprawa koniunktury omija sektor usług – problemy mają firmy obsługujące przedsiębiorstwa (obsługa inwestycji, nieruchomości, transport) jak i świadczące usługi na rzecz ludności (w tym np. z sektora ochrony zdrowia).
–    Liczba upadłości jest wyższa niż przed rokiem w tych samych regionach kraju: przede wszystkim w Polsce południowo-wschodniej, ale także ponownie w woj. pomorskim i kujawsko-pomorskim oraz w woj. dolnośląskim.

Upadały firmy mniejsze niż przed rokiem, ale – o relatywnie dużym zatrudnieniu
Jak ocenia sytuację Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka: – Firmy, o których upadłości opublikowano w styczniu 2015 roku oficjalne obwieszczenia miały ostatnie znane obroty łącznie na poziomie ok. 310 mln. złotych. Nie były to więc firmy największe, ale wiele z nich przynajmniej w skali swojego regionu było ważnymi podmiotami, o obrotach kilkunastu-kilkudziesięciu milionów złotych (zwłaszcza firmy produkcyjne i budowlane), liczącymi się kontrahentami lokalnego biznesu. Ich upadłość jest też ważnym wydarzeniem społecznym, zatrudniały one bowiem łącznie ok. 1500 osób.

Jaka była przyczyna ich problemów? Oczywiście każdy przypadek jest indywidualnym splotem różnych czynników, ale patrząc na tę grupę firm da się zauważyć jedną prawidłowość – poza kilkoma wyjątkami ich obroty gremialnie zmniejszały się rokrocznie w ciągu ostatnich trzech lat. W 2011r. zsumowany obrót tych firm był większy o przeszło 150 mln złotych (czyli w ciągu trzech lat spadł o 30%)! Można więc mówić o popytowej przyczynie większości upadłości. Zapewne w części przypadków zmniejszenie obrotów mogło być zamierzone – jako efekt restrukturyzacji i skupienia się na podstawowej, najbardziej dochodowej działalności firmy, ale jednak nieudanej sądząc po upadłości…

Budownictwo – (chwilowy?) wzrost liczby upadłości jako efekt mniejszej wartości prac realizowanych na jesieni?

W styczniu mieliśmy do czynienia z większą niż przed rokiem liczba opublikowanych upadłości firm budowlanych. Jak ocenia Michał Modrzejewski, dyrektor Analiz Branżowych w Euler Hermes: – Wartość prac realizowanych w okresie wrzesień-listopad 2014 r .była niższa niż w analogicznym okresie roku poprzedniego, a co za tym idzie mniejszy był strumień środków zasilających firmy budowlane (i ich dostawców – o czym za chwilę). Wśród firm upadających nadal jednak najwięcej jest tych wyspecjalizowanych w realizacji inwestycji infrastrukturalnych – prac drogowych i towarzyszących. Przypadki ich upadłości zaczęły być liczniejsze w ciągu ubiegłego roku wraz ze… zwiększeniem się wartości inwestycji publicznych, problemem tych firm jest więc nadal bardzo niska rentowności realizowanych prac (jako efektu walki cenowej o zlecenia – cena wciąż jest decydującym kryterium), chociaż przyznać trzeba, iż w końcówce roku było zdecydowanie mniej nowo rozpoczynanych inwestycji.

Drugą najliczniejszą grupą firm budowlanych, których problemy doprowadziły do ich bankructwa były firmy wykończeniowe – instalacyjne, posadzkarskie itp. Tylko dwie firmy budowlane spośród tu analizowanych przypadków upadłości ze stycznia specjalizowały się we wznoszeniu budynków.

Produkcja – problemy firm dostarczających na potrzeby budownictwa a także…
Wśród firm produkcyjnych osiem w mniejszym lub wyłącznym stopniu dostarczało wyroby na potrzeby budownictwa (wyroby z betonu, stolarskie, stalowe, z tworzyw sztucznych etc.). Nie ma za to praktycznie w statystyce upadłości firm eksportujących wyroby inwestycyjne (maszynowe) a także konsumenckie (np. meble), które licznie upadały jeszcze w roku ubiegłym wraz ze zmniejszającą się wtedy dynamiką wzrostu eksportu. Także rzadkością są obecnie w statystyce upadłości firmy z branż, które były w niej często w roku ubiegłym reprezentowane: produkujący w dużym stopniu na rynek krajowy odzież czy obuwie oraz dystrybutorzy tych artykułów. Można po tym sądzić, iż polski eksport artykułów przemysłowych ma się ponownie lepiej, lepiej sobie także radzą firmy skupione na niektórych segmentach rynku wewnętrznego (dobra podstawowe – np. odzież).  Gospodarka to system naczyń połączonych – osłabienie koniunktury na prace budowlane znajduje od razu odzwierciedlenie w gorszej kondycji firm zaopatrujących tę branżę – zauważa Michał Modrzejewski.

Największe upadłości dotyczyły sektora spożywczego

Wśród upadających firm produkujących na rynek konsumencki widać rzadko spotykane w tej firmy piekarnicze (z reguły małe firmy rodzinne nie kończą działalności na drodze sądowo orzeczonej upadłości), o których upadłości informację opublikowano w styczniu. Nie jest to imponująca liczba w odniesieniu do tysięcy piekarń, ale sygnalizować może pewne zjawisko – co potwierdza fakt, iż największą firmą, która upadła w styczniu był dystrybutor zbóż (korzysta z nich nie tylko piekarnictwo, ale też np. wytwórcy pasz). Spożycie pieczywa systematycznie spada, ale rynek także ulega szybkiej koncentracji, a rosnącym konkurentem tradycyjnych piekarni są także sieci i dyskonty wypiekające same pieczywo. Wcześniej konkurencję tą odczuły firmy z branży mięsnej – o tym, iż wciąż obecna jest w niej dużą presja cenowa w wyniku zamknięcia wielu rynków eksportowych świadczy to, iż druga pod względem obrotów firma, która upadła w styczniu działała właśnie w sektorze mięsnym.

Maleją obecnie szanse na skuteczną restrukturyzację układową?

– Dużo mówi i pisze się o poprawie różnego rodzaju wskaźników nastrojów wśród przedsiębiorców czy menedżerów. Jak jednak pogodzić ten fakt z tym, iż wierzyciele nie są tak optymistycznie nastawieni do przyszłości i nie sprzyjają tak chętnie (na co wpływ ma także zapewne bieżąca koniunktura) postepowaniom restrukturyzacyjnym? mówi Maciej Harczuk, Prezes Zarządu Euler Hermes Collections. W styczniu liczba nowo rozpoczynanych postepowań układowych (dziesięć) była równa liczbie tych, które były nieudane i zamieniane na upadłość likwidacyjna dłużnika…

Koniunktura transgraniczna wciąż wpływa na liczbę upadłości w Polsce południowo-wschodniej. Poprawa w Wielkopolsce

Zwłaszcza w woj. podkarpackim widać efekty spadku obrotów w handlu przygranicznym – to on dominuje tam w statystyce upadłości. W Małopolsce widać już inną prawidłowość – upadają tam także firmy usługowe, z kolei w województwie dolnośląskim najczęściej problemy kończyły się upadłością firm budowlanych i produkujących na potrzeby tej branży. Także w Wielkopolsce największe dwie upadłości (30-50 mln obrotu) dotyczyły w styczniu firm budowlanych, jednak nie było ich tu już tyle, ile w poszczególnych miesiącach ubiegłego roku.

Inea chce mieć w sieci połowę mieszkańców Wielkopolski. Spółka inwestuje w budowę łączy, by dostarczać usługi multimedialne

0

CEO Magazyn Polska

Inea, największy w Wielkopolsce regionalny dostawca multimediów, zamierza w tym roku inwestować w budowę sieci dostępowych, które pozwolą mu zwiększyć grono abonentów. Firma liczy, że w ciągu trzech lat uda się potroić ich liczbę.

– 31 grudnia skończyliśmy budowę sieci pasywnej WSS – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Kosiński, prezes zarządu Inea. – To sieć długości 4600 km opasająca całą Wielkopolskę, łącząca wszystkie istotniejsze miejscowości. To jest ponad 560 punktów, do których ta sieć odchodzi. Ale to jest tylko szkielet i dystrybucja, nie ma sieci dostępowej.

Inea podaje, że według Polskiej Izby Komunikacji Elektronicznej, jest jednym z czterech największych operatorów kablowych w kraju i największym w Wielkopolsce. W zasięgu sieci zbudowanej przez spółkę jest ponad 400 tys. gospodarstw domowych. Z usług spółki korzysta 0,5 mln mieszkańców regionu. W ciągu trzech lat firma chce potroić tę liczbę, tak by w zasięgu jej sieci był co drugi z 3,5 mln mieszkańców województwa.

W tym roku będziemy koncentrować się na budowie sieci dostępowych i myślę, że lata następne i perspektywa unijna lat następnych będzie pod tym hasłem – zapowiada Janusz Kosiński. Te wszystkie sieci regionalne, które powstały, w tym wielkopolska sieć szerokopasmowa, powstały po to, by światłowód dotarł pod strzechy, czyli wszędzie tam, gdzie dziś nie ma nawet miedzi.

Inea przyznaje, że z czasem nie wyklucza rozpoczęcia inwestycji w ościennych województwach. Najpierw jednak chce zakończyć prace w Wielkopolsce, dostrzegając możliwość szybszego rozwoju w ramach regionu. Dzięki temu może bowiem prowadzić działania marketingowo-promocyjne skierowane do potencjalnych klientów i odwołujące się do ich szczególnych potrzeb.

Dzięki temu, że jesteśmy tylko w Wielkopolsce, mogliśmy stać się sponsorem nazwy stadionu Lecha, czego pewnie nie moglibyśmy zrobić, gdybyśmy działali w całej Polsce – ocenia prezes zarządu Inea. Dzięki temu, że jesteśmy tylko w Wielkopolsce, możemy być sponsorem programów o Wielkopolsce, które są unikalnymi programami o miejscowościach z tego regionu. 

Spółka liczy też na to, że już w tym roku cała branża odczuje skutki polityki unijnej. Bruksela chce, by w ciągu najbliższych pięciu lat wszyscy obywatele wspólnoty zyskali dostęp do szerokopasmowego internetu. Na realizacje tego celu tylko w Polsce zamierza wyasygnować z budżetu ponad 1 mld euro. Ponieważ skala wyzwania jest gigantyczna i oznacza, że trzeba podłączyć do nowoczesnej sieci jeszcze ponad 16 mln Polaków, prace powinny się rozpocząć jak najszybciej.

To będzie rok wzrostów – uważa prezes Inea Janusz Kosiński. Przynajmniej ja oceniam, że dla wszystkich spółek telekomunikacyjnych, które będą realizowały strategię, która jest nakreślona w świecie i którą Unia Europejska narzuciła swoim planem w perspektywie 2020, to powinny być wzrost.

Grecja chce redukcji długów, by znowu pożyczać pieniądze. Brak kredytów uniemożliwi spełnienie wyborczych obietnic

Grecki budżet zostałby zrównoważony, gdyby ten kraj nie musiał spłacać swoich długów. Nowa władza w Grecji domaga się więc oddłużenia. Problem w tym, że część państw, np. Francja czy Niemcy, już zapowiedziała, że nie ma zamiaru darować Grecji długów. Zresztą do spełnienia obietnic wyborczych pieniędzy i tak zabraknie, i będzie trzeba znowu je pożyczyć.

Greckie długi są dziś dwukrotnie wyższe od PKB tego kraju. Reformy, jakie wymusiła na Atenach Unia Europejska, sprowadzają się do zaciskania pasa, czyli do ograniczenia wydatków budżetu dzięki zmniejszeniu liczby urzędników oraz ich wynagrodzeń, a także do zwiększenia dochodów przez prywatyzację i lepszą ściągalność podatków. Obywatelom się to nie spodobało. Odebrali władzę reformatorom i oddali ją Syrizie.

W przypadku Grecji problem jest to, że budżet de facto jest pusty mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ. – Może nie dosłownie, ale napływy nie bilansują się z wypływami. Na szczęście sytuacja nie jest tak napięta, jak to było wcześniej, ponieważ budżet ma pierwotną nadwyżkę. Co to jest pierwotna nadwyżka? To polega na tym, że wpływy i wydatki bilansują się wtedy, kiedy nie uwzględnimy obsługi zadłużenia. Czyli gdyby w tym momencie Grecja przestała obsługiwać zadłużenie, budżet byłby zbilansowany.

Czyli dzięki zaciskaniu pasa przez ostatnie lata Grecy są w stanie zarabiać tyle, ile wydają. Kłopot w tym, że Syriza nie wygrała wyborów dzięki zapowiedziom kontynuacji reform. Przeciwnie, obiecała wstrzymanie prywatyzacji, zapowiedziała przyjęcie do pracy zwolnionych urzędników, podwyżki płac i przywrócenie przywilejów socjalnych, czyli wzrost wydatków.

Negocjacje, które się rozpoczną, na pewno będą bardzo trudne i na chwilę obecną nie można powiedzieć, jaki będzie ich wynik uważa Łukasz Bugaj. – Pewnie trzeba będzie dojść do jakiegoś porozumienia, ale jak ono będzie wyglądało, nie wiemy. Wydaje się, że z czysto ekonomicznego punktu widzenia nie możemy w dłuższym okresie utrzymywać takiego wysokiego poziomu zadłużenia. Jeżeli nie obniżymy go teraz, to będziemy musieli to zrobić w przyszłości.

Gorzej, że do spełniania oczekiwań Greków oddłużenie nie wystarczy. Nawet gdyby państwa zachodnie zrezygnowały z pieniędzy pożyczonych Atenom i gdyby pogodzili się z tym obywatele Niemiec, Francji, Holandii czy Finlandii, którzy za to zapłacą ze swoich podatków, to Grekom i tak zabraknie pieniędzy.

To byłby pewien paradoks, że gdyby spadło zadłużenie w tym momencie, to rząd uzyskałby pewną przestrzeń do dalszego zadłużenia się podkreśla analityk DM BOŚ. Ważne jest to, by dalszy wzrost nie był właśnie na poczet długu, tylko na poczet reformowania gospodarki. I teraz pojawia się pytanie, czy zostaną podjęte pewne reformy, które zmieniłyby strukturę całej gospodarki Grecji.

Grecja to też problem o charakterze politycznym i wizerunkowym. Jeżeli dostanie to, czego chce, może zarazić takim sposobem myślenia inne kraje. Już mówi się o tym, że w ślady Syrizy może pójść hiszpańska partia Podemos.

To może być pierwszy krok do zmiany władzy w innych krajach europejskich, gdzie po władzę sięgną partie, które wcześniej nie miały do czynienia z władzą zwraca uwagę Łukasz Bugaj analityk DM BOŚ. – Jest to wyraz pewnego zaniepokojenia ludności i chęć pokazania dotychczasowym rządzącym, że sytuacja jest na tyle trudna, że chcemy wybrać osoby, które głoszą bardzo skrajne poglądy i które może się sprawdzą, ponieważ wcześniej nie mogły się skompromitować.

Biomed-Lublin buduje fabrykę frakcjonowania osocza. Spółka ocenia, że na polskim rynku nie ma już miejsca na kolejną

0

CEO Magazyn Polska

Lubelska Wytwórni Surowic i Szczepionek Biomed, która w ubiegłym tygodniu zadebiutowała na rynku głównym GPW, liczy na to, że pozostanie monopolistą na polskim rynku. W ocenie spółki w kraju wielkości Polski nie ma miejsca na wybudowanie konkurencyjnej fabryki frakcjonowania osocza.

Pod koniec stycznia Biomed-Lublin z sukcesem zadebiutował na głównym rynku warszawskiej giełdy, opuszczając tym samym rynek NewConnect. Akcje spółki pierwszego dnia notowań zyskały 6 proc., a zainteresowanie inwestorów było spore.

– Jest to z jednej strony kontynuacja uczestniczenia w rynku kapitałowym, a zarazem nowe możliwości, które daje główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych, czyli pozyskanie nowych inwestorów i pokazanie się większemu gronu graczy rynku kapitałowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Waldemar Sierocki, prezes zarządu Biomedu-Lublin Wytwórni Surowic i Szczepionek. – Nasze przedsięwzięcie wymaga zastrzyku finansowego, poza tym jesteśmy atrakcyjną spółką, którą warto się zainteresować

Biomed, który planuje spore inwestycje, rozbudowuje fabrykę szczepionek w Lublinie. Chce także uruchomić w Mielcu zakład frakcjonowania osocza, liczy na zainteresowanie inwestorów. Wysyła jednocześnie sygnał do konkurentów, by nie brali się za podobną działalność.

– Uważamy, że powinniśmy być dzisiaj jedyną spółką na polskim rynku, która zajmuje się frakcjonowaniem osocza – podkreśla Waldemar Sierocki. – Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma potrzeby, by pojawił się na rynku drugi gracz. Dlaczego? Bo w każdym z państw wielkości Polska jest tylko jeden frakcjonator.

W ciągu trzech pierwszych kwartałów zeszłego roku przychody spółki wzrosły o prawie 2 mln zł, przekraczając 28,5 mln zł. Mimo to spółka miała w tym czasie prawie 2 mln zł straty netto przy 1,8 mln zysku w 2013 roku. Wynikało to jednak, jak wynika z raportu, z wydarzeń jednostkowych, m.in. spadku przychodów ze sprzedaży wyrobów krwiopochodnych oraz odpisów aktualizacyjnych. Mimo tego Biomed-Lublin podkreśla, że umacnia swój udział w polskim rynku leków i wyrobów medycznych.

Rynek farmaceutyczny w Polsce jest ciekawym rynkiem – ocenia prezes zarządu Biomedu-Lublin Wytwórni Surowic i Szczepionek.  To Polacy po wojnie zajmowali się farmacją. To także historia spółek, które kiedyś były państwowe, a dzisiaj są już sprywatyzowane. Potencjał rynku polskiego, czyli spółek takich jak nasze, jest jednak duży.

Prezes Biomedu zaznacza, że spółka nie wybrała jeszcze partnera kapitałowego. Jest na etapie jego poszukiwań. Na polskim rynku farmaceutycznym dostrzega też spółki, z którymi zamierza współpracować.

W zeszłym roku debiutowała jednak z większych spółek, którą uważam za potencjalnego partnera. Zajmuje się ona m.in. wdrażaniem pomysłów technologicznych i świadczeniem usług. Mówię tutaj o Selvicie. Jest jeszcze prę tego typu podmiotów, z którymi możemy jeszcze dzisiaj współpracować, nie musząc konkurować – zaznacza prezes Waldemar Sierocki .

W maju zmienią się zasady finansowania polskich badań naukowych. Ma być więcej pieniędzy na dobre projekty

Trwają prace nad nowym systemem oceniania jednostek naukowych, który będzie przede wszystkim premiował jakość, innowacyjność i wdrażanie projektów do przemysłu. Nowy system pozwoli skuteczniej wspierać działalność badawczą najlepszych instytutów. W maju br. wejdą też w życie przepisy zmieniające zasady finansowania współpracy międzynarodowej oraz inwestycji w infrastrukturę badawczą.

Jednostki naukowe i badawcze otrzymują z budżetu państwa dotację na utrzymanie potencjału badawczego, przyznawaną w ramach finansowania działalności statutowej. Dotychczas przy obliczaniu kwoty wsparcia uwzględniano m.in. wysokość dofinansowania z ubiegłego roku. W 2014 roku stała przeniesienia wynosiła 77 proc. dotacji otrzymanej w 2013 r.

To się stało zupełnie nieskuteczne i nieefektywne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Niektóre instytuty zaczęły być bardzo dobre, a otrzymywały niewielką sumę, nieadekwatną do swoich osiągnięć. W 2015 roku zaczynamy nowy sposób finansowania oparty o oceny. Te jednostki, które dostaną wysoką ocenę (A+, A), będą otrzymywały dużo więcej środków niż te, które dostaną niższą.

Nowy system finansowania nauki zaczął obowiązywać od początku roku. Rezygnacja ze stałej przeniesienia i uzależnienie wysokości dotacji od kategorii naukowej ma premiować rzeczywiste osiągnięcia naukowe i jakość prowadzonych prac badawczych. To jednak wymaga również zmiany zasad przyznawania ocen. Jak podkreśla prof. Kolarska-Bobińska, naukowcy narzekali, że dotychczasowy system ocen jest zbyt formalny i nie uwzględnia zmieniających się realiów.

W związku z tym poprosiłam Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych, żeby dostosował nowy system ocen do wymogów życia oraz do celów, jakie stawiamy sobie w ministerstwie, żeby premiować jakość, współpracę międzynarodową, innowacyjność i wdrażanie projektów do przemysłu – wyjaśnia prof. Lena Kolarska-Bobińska. – Mam nadzieję, że nowy system ewaluacji naukowej, spotka się z uznaniem naukowców. Będzie on przedyskutowany w lutym.

Żeby złagodzić ewentualne negatywne skutki gwałtownej zmiany wysokości dotacji, w okresie przejściowym do 2017 r. wprowadzono przepisy określające limity kwot, o jakie może się zmniejszyć lub zwiększyć dotacja dla jednostki naukowej.

To nie koniec zmian w finansowaniu polskiej nauki. Wchodząca w życie w maju br. ustawa uprości procedury administracyjne przy przyznawaniu dotacji na utrzymanie potencjału badawczego i umożliwi przeznaczanie dotacji na działania związane z komercjalizacją wyników działalności badawczo-rozwojowej. Przepisy zmienią również zasady finansowania dużej i strategicznej infrastruktury badawczej, inwestycji budowlanych, a także zasady finansowania współpracy międzynarodowej.

Ustawa pozwala nam również finansować nasze ważne cele. Wprowadziliśmy nagrody dla badaczy, którzy otrzymają grant z programu Horyzont 2020. Komisja Europejska tak zaplanowała zasady tego programu, że naukowcy nie mogą otrzymać wynagrodzenia z tych grantów, ponieważ uznano, że to nie jest potrzebne. Tymczasem w przypadku wielu instytutów w Polsce to jest niezbędne, bo naukowcy muszą rezygnować bądź ograniczać dydaktykę i inne prace. Chcemy więc wspomóc ich tymi nagrodami – mówi minister nauki i szkolnictwa wyższego.

W tym roku z polskiego budżetu na naukę trafi prawie 7,5 mld zł, czyli o przeszło 10 proc. więcej niż w 2014 r.

Wyjściem dla frankowiczów mogą być pozwy zbiorowe

Ratunkiem dla osób spłacających kredyty we frankach mogą być pozwy zbiorowe przeciwko bankom. Wyrok Sądu Najwyższego z końca stycznia potwierdził, że pozwy zbiorowe powinny być dopuszczane znacznie częściej niż do tej pory. Najpierw jednak zadłużonym w szwajcarskiej walucie mogą pomóc działania UOKiK-u i KNF-u.

Jeżeli pomoc UOKiK-u, który ma badać działania banków, czy KNF-u, który wychodzi z jakimiś propozycjami, jak na przykład kwestia przewalutowania, nie doprowadzi do rozładowania napięcia i rozwiązania problemu, to oręż w postaci pozwów zbiorowych, który już zresztą sprawdził się w relacji z bankami, będzie na pewno używany częściej i w mojej ocenie będzie to skuteczne rozwiązanie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Iwo Gabrysiak, adwokat i partner w Kancelarii Wierzbowski Eversheds.

Pozwy zbiorowe pojawiły się w polskim prawie pod koniec 2009 r., a mogą być stosowane od lipca 2010 r. Jednym z impulsów do uchwalenia odpowiedniej ustawy było zawalenie hali targowej w Katowicach w styczniu 2006 r. Zginęło wtedy 65 osób.

Stosowanie pozwów zbiorowych było jednak do tej pory bardzo ograniczone.

Przez ostatnie cztery lata złożonych w sumie ponad 170 pozwów zbiorowych w polskich sądach. Bardzo duża część z nich została odrzucana ze względu na braki formalne – przypomina Gabrysiak.

Nawet rodzinom osób, które zginęły w katastrofie hali w Katowicach, nie udało się wykorzystać tej instytucji. Pierwszy pozew zbiorowy został odrzucony, bo ustawa wyklucza stosowanie tego typu rozwiązań przy dochodzeniu roszczeń o ochronę dóbr osobistych. Również drugi pozew został na początku uznany za niedopuszczalny – rodziny poszkodowanych chciały jedynie stwierdzenia, że za katastrofę odpowiada Skarb Państwa. Sądy przekonywały jednak, że z uwagi na różne sytuacje życiowe powodów nie można rozpatrywać ich razem.

Pod koniec stycznia tę argumentację odrzucił jednak Sąd Najwyższy, który nakazał ponowne rozpatrzenie pozwu zbiorowego o ustalenie odpowiedzialności Skarbu Państwa za katowicką tragedię.

Dla tych wszystkich, którzy zamierzali złożyć pozew zbiorowy, to w istocie oznacza dodanie im wiary w to, że może się udać. Sąd Najwyższy powiedział, że ustawa nie jest doskonała, dodatkowo została nieco zepsuta przez Senat w końcówce procesu legislacyjnego. Ale w tych okolicznościach należy interpretować to prawo zgodnie z jego celem, nie ograniczając się tylko do języka ustawy – przewiduje Gabrysiak. – Pozwów zbiorowych będzie więcej, to na pewno wpłynie na rozwój tej instytucji. W mojej ocenie będzie coraz mniej odrzuceń tych pozwów przez sądy.

To dobra wiadomość dla osób z kredytami we frankach. Jak podkreśla Gabrysiak, wiele umów kredytowych z bankami zawiera niedozwolone, niezgodne z prawem klauzule, zaś samo wykonywanie umów też budzi wątpliwości klientów i prawników.

Najpierw problem umów na kredyty we frankach powinny rozwiązać takie instytucje, jak UOKiK i KNF, a także same banki. Związek Banków Polski już mówi o chęci podjęcia działań na rzecz frankowiczów.

Gabrysiak podkreśla jednak, że jeśli te działania nie rozwiążą problemu osób zadłużonych we frankach, a umowy nadal będą zawierały niedozwolone klauzule, to pozwy zbiorowe kredytobiorców mogą się okazać bardzo skutecznym narzędziem walki z sektorem bankowym.

Rok 2015 będzie trudnym okresem dla banków spółdzielczych – nowe regulacje i wyższe koszty

Dla banków spółdzielczych ten rok może być wyjątkowo trudny. Powodem są nowe wymagania ustawowe związane m.in. z koniecznością budowy funduszy pomocowych oraz minimum depozytowego, a także znaczące koszty opłat zewnętrznych. W porównaniu z 2010 rokiem koszty niezwiązane z działalnością operacyjną banków wzrosną w tym roku nawet o kilkaset procent.

Jak ocenia KZBS, obecna sytuacja finansowa banków spółdzielczych jest dobra, są bankami bezpiecznymi, o stabilnej pozycji, w których ryzyko jest dobrze zrównoważone. 2015 rok będzie jednak dla nich czasem pełnym wyzwań.

Ten rok będzie wyjątkowo trudny dla banków spółdzielczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystyna Majerczyk-Żabówka, prezes zarządu Krajowego Związku Banków Spółdzielczych (KZBS). – Po pierwsze, z powodów regulacji ustawowej, która obliguje je do stworzenia systemów, które w Europie już funkcjonują. Znaczące nakłady będziemy musieli ponieść przede wszystkim z powodu utworzenia jednostek zarządzających, wewnętrznych funduszy pomocowych oraz stworzenie tzw. minimum depozytowego. To istotne elementy, które będą generowały znaczne koszty.

W 2015 r. wzrosną również koszty niezależne od działalności operacyjnej banków spółdzielczych, związane z opłatami zewnętrznymi. Z danych KZBS wynika, że w ciągu pięciu lat wzrosły one kilkukrotnie. Cały sektor jest zobowiązany odprowadzić w tym roku ok. 200 mln zł składek na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Kwota, która jest naliczona w ramach składek, znacząco obciąża ten sektor, co spowoduje, że wyniki za 2015 r. – przy analizach wstępnych, które już mamy – będą niestety gorsze – mówi Krystyna Majerczyk-Żabówka. – Przy w miarę stabilnym wzroście sumy bilansowej i utrzymywaniu się wyniku finansowego na podobnym poziomie te koszty rosną nieproporcjonalnie, co oznacza, że ten rok będzie trudny. Trzeba jeszcze mieć na uwadze to, że działamy w otoczeniu niskich stóp procentowych.

Jak ocenia, łącznie na opłaty zewnętrzne, niezwiązane z działalnością operacyjną banków – na KNF, BFG, audyty, sprawozdania finansowe, związki rewizyjne i izby gospodarcze – sektor musi przeznaczyć ok. 20 proc. wyników finansowych.

Trzecim istotnym elementem wzrostu kosztów prowadzenia banków spółdzielczych będą zmiany organizacyjne wymagane nowymi przepisami.

To będzie pochłaniało znaczące zasoby kadrowe, które są zobligowane pracować nad przygotowaniem sektora do wdrożenia rozwiązań wynikających z dyrektywy CRD IV i rozporządzenia UE 575/2013. Poza tym sektor banków spółdzielczych niczym się nie różni od sektora komercyjnego. Naszym obowiązkiem jest stosować, przygotowywać i wdrażać takie same regulacje nadzorcze i rekomendacje, więc dostosowanie się do tego wszystkiego jest kolejnym wielkim wyzwaniem – mówi prezes KZBS.

Wyższe koszty oznaczają, że banki mają mniej środków na finansowanie przedsięwzięć swoich członków, a to wpływa na ich konkurencyjność na rynku bankowym w kraju. Sektor rozwija ofertę dla wszystkich grup klientów – w miarę możliwości kapitałowych i wynikających z ograniczeń nadzorczych, tak by móc skutecznie konkurować z bankami komercyjnymi. Dziś udział banków spółdzielczych to 8-9 proc. aktywów całego sektora bankowego w Polsce. W 2013 r. banki spółdzielcze zwiększyły udział w finansowaniu przedsięwzięć małych i średnich firm.

Podejmujemy współpracę z wieloma partnerami, chociażby z Inicjatywą Firm Rodzinnych. Okazuje się, że wielu takich przedsiębiorców korzysta z usług banków spółdzielczych, bardzo pozytywnie ocenia ich działalność i jest zainteresowana jej rozwijaniem – podkreśla Krystyna Majerczyk-Żabówka. – Cała rzecz polega na tym, żebyśmy przede wszystkim mogli skupić się na działalności biznesowej. Liczne zmiany w przepisach powodują, że równocześnie trzeba realizować inne zadania. To powoduje, że musimy pozyskiwać dodatkowy kapitał, np. poprzez zwiększanie liczby członków banków spółdzielczych.

W czerwcu zacznie działać największy akcelerator biznesu w Europie. Polska ma być regionalnym centrum start-upów

W czerwcu ma ruszyć Business Link Narodowy. Największy akcelerator biznesu w Europie ma pomieścić nawet 850 start-upowców. Pomysłodawcy oceniają, że może on pomóc w zwiększeniu dynamiki rozwoju start-upów w Polsce i przyciągnąć młodych ludzi z zagranicy. Chcą, by Polska stała się największym centrum przedsiębiorczości w Europie Środkowej.

Business Link Narodowy ma być największym w Europie akceleratorem biznesu, gdzie młodzi przedsiębiorcy będą mogli pracować nad swoimi projektami, mając dostęp do serwerów czy laboratoriów.

To ponad 5 tys. mkw. dla najlepszych polskich start-upów. Chcemy dać im najlepsze wsparcie i możliwość wyjazdu na programy globalne. Będzie to takie miasteczko start-upów na Stadionie Narodowym i nowa wizytówka naszego kraju – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Żuk, prezes Polski Przedsiębiorczej i współzałożyciel Business Link Narodowy.

Polska już jest liderem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby start-upów, a także warunków do ich rozwoju, bo sieć inkubatorów jest największa w Europie. Na polskim rynku działa 50 Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości. Od 2004 roku dzięki nim powstało 7 tys. firm, a obecnie funkcjonuje w nich ponad 1,5 tys. start-upów.

Chcemy, żeby nasz kraj kojarzył się ze start-upami, technologiami i nowoczesnością. Mam nadzieję, że dzięki akceleratorowi Business Link uda się nam choć w części to osiągnąć – mówi Żuk.

Celem rozbudowy ekosystemu dla start-upów jest nie tylko zachęcanie młodych Polaków do wchodzenia na rynek ze swoimi innowacyjnymi pomysłami, lecz także przyciąganie do kraju zdolnych i ambitnych ludzi z zagranicy. W ramach AIP są już projekty z Białorusi, Ukrainy czy Rumunii, był także projekt z Hiszpanii.

Chcemy, aby Polska była liderem w tej części Europy i przyciągała nowe projekty dzięki najlepszemu ekosystemowi, chociażby dzięki Stadionowi Narodowemu, sieć inkubatorów i akceleratorów, oraz dzięki kapitałowi i możliwości wyjścia dalej, na inne globalne rynki, np. do Doliny Krzemowej, Chin czy Indii – podkreśla Dariusz Żuk.

Business Link wspiera najlepsze firmy w ekspansji na zagraniczne rynki. Program Ready To Go! pozwala na wyjazd do Doliny Krzemowej, a od października 2014 roku również do Szanghaju i Londynu. Jak podkreśla Żuk, do tej pory ok. 20 start-upów wyjechało do USA, dwa z nich mają swoje biura w Dolinie Krzemowej, a jeden z nich pozyskał inwestora.

Jak wynika z raportu Business Link „25 lat przemian dla start-upów”, 60 proc. projektów współpracuje między sobą. Środowisko młodych ludzi, którzy ruszają ze swoimi inicjatywami, kształtuje się wokół inkubatorów przedsiębiorczości, akceleratorów biznesu, parków technologicznych oraz innych instytucji otoczenia biznesu. Według ankietowanych plusem takiej współpracy jest możliwość zdobycia ciekawych kontaktów (47 proc.), a także szansa na poszerzanie kompetencji biznesowych (50 proc.).

Nawiązanie kontaktów między młodymi przedsiębiorcami i wymiana doświadczeń mogą w przyszłości przyczynić się do powstania kolejnego projektu. Dlatego zgromadzenie tak dużej liczby start-upów w jednym miejscu pomoże jeszcze zwiększyć dynamikę ich rozwoju.

Dzięki Business Link start-up może się szybko rozwinąć, ponieważ nie ma wieloletnich zobowiązań w postaci umów, czynszów czy dużych kosztów związanych z inwestycją – zaznacza Żuk.

Zgodnie z badaniem Business Link statystyczny polski start-upowiec to 27-latek z trzecim pomysłem biznesowym, którym zarządza 16 miesięcy. Jak podkreślają ankietowani do dalszego rozwoju potrzebne jest im przede wszystkim poszerzenie grona klientów (54 proc.), wsparcie finansowe (38 proc.) i pozyskanie parterów biznesowych (32 proc.).

W Polsce dziewięć razy mniej wniosków o upadłość niż w Niemczech

W wyniku postępowań upadłościowych wierzyciele odzyskują średnio 17 proc. swoich należności. Między innymi dlatego w Polsce wszczyna się niewiele tego rodzaju procedur – ok. 30 tys. w ciągu sześciu lat, czyli aż dziewięć razy mniej niż w Niemczech. Przyczyniają się do tego także przepisy prawne, wynika z nich bowiem, że wierzyciele prywatno-prawni uczestniczą w podziale funduszów masy upadłości w ostatniej kolejności i zazwyczaj nic już nie odzyskują. Sytuację w tym zakresie być może poprawi znowelizowane prawo upadłościowe.

W Szkole Głównej Handlowej przeprowadziliśmy badania postępowań upadłościowych w latach 2004-2010. Zbadaliśmy sądy rejonowe w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie oraz Białymstoku. Wyniki badań nie były zadowalające. Po pierwsze razi liczba zgłoszonych wniosków o ogłoszenie upadłości. W skali całego kraju jest ona niezwykle niska. Mówmy tu o zaledwie 27 tys. zgłoszeń w ciągu sześciu lat, dla porównania w Niemczech jest to 45 tys. wniosków rocznie, czyli prawie dziewięć razy więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Sylwia Morawska ze Szkoły Głównej Handlowej oraz Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury.

W poszczególnych miastach i regionach kraju wskaźnik ten jest jednak różny. Najmniej, około 10 proc. są w stanie odzyskać wierzyciele w postępowaniach przed sadami rejonowymi w Warszawie, Krakowie oraz Białymstoku. Najwyższy wskaźnik odnotowano we Wrocławiu, gdzie ponad jedna trzecia (35 proc.) należności wraca do wierzyciela.

Badania wykazały, że bardzo dużą część masy upadłości [średnio ponad 40 proc. – red.] pożerają koszty postępowań, które przeciętnie trwają około dwóch lat – wyjaśnia prof. Morawska.

To może być jeden z powodów, dla którego liczba zgłaszanych wniosków o ogłoszenie upadłości jest niewielka. Poza tym badania SGH wskazały, że wnioski składają w Polsce głównie dłużnicy, a nie wierzyciele.

– Prawdopodobnie wynika to z tego, że wierzyciele prywatno-prawni uczestniczą w podziale funduszów masy upadłości w ostatniej kolejności, jako pretendenci do odzyskanych środków przez syndyka. W związku z tym w praktyce niczego nie odzyskują albo odzyskują bardzo niewiele – tłumaczy prof. Sylwia Morawska. – W pierwszej kategorii są koszty postępowania, wynagrodzenia i świadczenia o charakterze publiczno-prawnym, a na końcu sami wierzyciele prywatnoprawni, dlatego są kompletnie niezainteresowani składaniem wniosków o ogłoszeniu upadłości dłużnika.

Ekspertka przyznaje, że wyniki tego badania nie pokrywają się wynikami raportu „Doing Business”. Z danych Banku Światowego wynika bowiem, że wierzyciele odzyskują w Polsce przeciętnie 50 proc. swoich należności, postępowania trwają trzy lata, a koszty zarządzania masą upadłości wynoszą około 20-30 proc.

Być może chodzi o metodykę badań – podkreśla prof. Morawska. – Bank Światowy przeprowadza wywiady, czyli pyta respondentów o to, ile według ankietowanych wierzyciele odzyskują. My natomiast prowadziliśmy tzw. badania aktowe, czyli prace na podstanie rzeczywistych postępowań upadłościowych.

Zagadnienia związane z likwidacją przedsiębiorstw reguluje obecnie głównie Ustawa z 28 lutego 2003 roku Prawo upadłościowe i naprawcze, która jak podkreślają eksperci, bardziej koncentruje się na likwidacji niż na restrukturyzacji przedsiębiorstw. Trwają jednak prace nad nowelizacją przepisów, które mogą poprawić statystyki.

W obecnym stanie prawnym jest automatyzm prawny. Jeśli zaistnieją przesłanki do ogłoszenia upadłości, sąd ma obowiązek ją ogłosić. To też powoduje pewne zniechęcenie ze strony przedsiębiorców, którzy udawali się do sądu po pomoc w restrukturyzacji, a sąd nie miał wyboru, musiał ogłosić upadłość likwidacyjną – mówi prof. Morawska.

Zgodnie z założeniami ustawy, która ma wejść w życie 1 czerwca br. firmy znajdujące w trudnej sytuacji finansowej będą mogły skorzystać z szeregu procedur restrukturyzacyjnych. Mają one pomóc w opanowaniu problemów z płynnością i uniknięciu likwidacji poprzez m.in. zmiany w strukturze majątku, zobowiązaniach oraz zatrudnieniu.

Nowe prawo jest szansą na poprawę sytuacji – ocenia prof. Morawska. – Ustawa wprowadza także dużo procedur o charakterze układowym, na przykład możliwość ułożenia się z wierzycielami przed sądem, który tylko akceptuje ugodę dłużnika z wierzycielami. Postępowania sanacyjne mają być wreszcie dostępne również dla dłużników, którzy znajdują się w stanie niewypłacalności.

Potrzeba 18 mld zł na inwestycje w sieć wodociągowo-kanalizacyjną i oczyszczalnie

Polska branża wodociągowo-kanalizacyjna potrzebuje inwestycji za 18 mld zł. Choć w ciągu ostatnich 25 lat udało się zbudować ponad tysiąc nowych oczyszczalni, a ponad 300 zmodernizować, wciąż potrzebne są nowe inwestycje. Problemem jest zadłużenie samorządów, których nie stać na takie wydatki, dlatego trzeba sięgnąć po finansowanie z UE lub skorzystać z krajowego wsparcia ochrony środowiska.

Szacunkowo potrzebujemy jeszcze około 18 mld zł. Szczegółową kwotę będziemy znali po zakończeniu prac nad czwartą aktualizacją Krajowego Programu Oczyszczania Ścieków Komunalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Dorota Jakuta, prezes Izby Gospodarczej „Wodociągi Polskie”. ‒ Na pewno musimy jeszcze wybudować około 300 nowych oczyszczalni ścieków. Mamy też oczyszczalnie do zmodernizowania oraz sieci wodociągowo-kanalizacyjne do wybudowania – wymienia.

Prace nad aktualizacją Krajowego Programu Oczyszczania Ścieków Komunalnych są obecnie na etapie zbierania uwag z województw. Po ich zebraniu Ministerstwo Środowiska, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej wspólnie określą dokładne potrzeby inwestycyjne.

Jakuta przypomina, że w ciągu ostatnich 25 lat powstały tysiące kilometrów nowych sieci wodociągowych i kanalizacyjnych, a także ponad tysiąc nowych oczyszczalni. 300 obiektów tego typu zostało zmodernizowanych. Powstały także nowoczesne stacje uzdatniania wody i laboratoria.

Do realizacji dalszych niezbędnych inwestycji potrzebne jest jednak finansowanie. Jak przypomina Jakuta, wiele polskich samorządów jest bardzo zadłużonych, przez co nie stać ich na duże wydatki na modernizację lub rozbudowę sieci wodociągowo-kanalizacyjnej. Jakuta zwraca jednak uwagę na to, że polski system finansowania tego typu inwestycji jest bardzo sprawny, więc fundusze powinny się znaleźć.

Mamy jako branża wodociągowo-kanalizacyjna swoje miejsce w regionalnych programach operacyjnych, w Programie Infrastruktura i Środowisko. Tam są środki przeznaczone na gospodarkę wodno-ściekową i musimy przygotować się do jak najbardziej sprawnego aplikowania o te środki – podkreśla Dorota Jakuta. ‒ Trzeba będzie się zastanowić, jak pozyskać inne źródła finansowania. Mogą to być oczywiście źródła krajowe, przecież mamy znakomicie funkcjonujący system finansowania poprzez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, wojewódzkie fundusze ochrony środowiska czy Bank Ochrony Środowiska.

Dodaje, że o ile finansowanie jest wyzwaniem, o tyle na polu regulacyjnym sytuacja jest lepsza. Prawo unijne zostało dobrze wdrożone w Polsce, w tym ramowe dyrektywy wodna i ściekowa oraz dyrektywa osadowa.

Ale to nie oznacza, że zrobiliśmy wszystko. Mamy świadomość wyzwań, które stoją przed nami. Nowe oczyszczalnie ścieków powodują, że wzrasta nam ilość wyprodukowanych osadów ściekowych. W związku z tym rząd musi opracować krajowy Program Zagospodarowania Osadów Ściekowych. Głos izby został w tym obszarze wysłuchany i Ministerstwo Środowiska przystępuje teraz do opracowania takiego strategicznego dokumentu – zdradza Jakuta.

Dodaje, że Izba Gospodarcza „Wodociągi Polskie” działa też na rzecz stanowienia dobrego dla branży prawa krajowego. Brakuje ustawy o korytarzach przesyłowych. Nad ustawą, której nazwa została zmieniona na ustawę o strategicznych inwestycjach celu publicznego, pracuje rząd, a przyjęcie projektu przez Radę Ministrów może nastąpić w pierwszej połowie br. Jakuta podkreśla także znaczenie nowego prawa budowlanego oraz rozporządzenia wykonawczego do prawa budowlanego określającego warunki techniczne dla realizacji sieci wodociągowo-kanalizacyjnych.

Dużym problemem, który trzeba rozstrzygnąć, jest kwestia zagospodarowania wód opadowych i roztopowych – dodaje prezes Izby.

Polskie traktory wyruszą na pola Etiopii. Ursus finalizuje kontrakt i liczy na kolejne

0

CEO Magazyn Polska

Ursus stawia na Afrykę. W 2015 roku do Etiopii może trafić nawet 5 tys. polskich ciągników. Spółka liczy na to, że pomyślna finalizacja umowy przyniesie kolejne zamówienia z tego kontynentu.

Obecnie polski producent realizuje kontrakt na dostawę traktorów za 100 mln dolarów.

– Zrealizowaliśmy już większość pierwszej części kontraktu, która opiewała na 50 mln dol. Nasi klienci są zadowoleni – mówi agencji informacyjnej Newseria Wojciech Zachorowski, członek zarządu Ursusa. – Pierwsze ciągniki trafią wkrótce na pola Etiopii. Realizujemy program zgodnie z założeniami i naszą strategią na rynku etiopskim. Mamy nadzieję, że to zapoczątkuje współpracę z innymi krajami wschodniej i zachodniej Afryki.

Ta część umowy ma się wkrótce zakończyć, jednak szefowie Ursusa liczą na to, że uda im się pójść za ciosem.

– Myślę, że pierwszą część kontraktu zrealizujemy do końca I kwartału 2015 roku, zobowiązaliśmy się w niej do dostarczenia 3,5 tys. sztuk ciągników, a do końca 2015 roku zakończymy drugą część, czyli przekażemy jeszcze 1,5 tys. sztuk – zapowiada Wojciech Zachorowski.

Jak podkreśla, kontakty z Afryką dzięki wsparciu ze strony rządu, resortu spraw zagranicznych oraz gospodarki, a także Państwowej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych są bardzo obiecujące.

Walczymy z pewnymi stereotypami na temat Afryki, które funkcjonują ciągle w niektórych środowiskach. Mamy zbyt mało informacji oraz zbyt mało kontaktów gospodarczych i kulturalnych. Trzeba z tym wszystkim walczyć, bo XXI wiek to wiek Afryki. Jest duże wsparcie dla tego kierunku ze strony zarówno polskich organizacji i instytucji państwowych, jak i międzynarodowych, m.in. OECD, Banku Światowego, FAO etc.

Przedstawiciel Ursusa ocenia, że zarówno polski rząd, jak i rządy krajów afrykańskich, które chcą rozwijać i mechanizować swoje rolnictwo, tworzą dobrą atmosferę do rozwoju biznesu. Oczywiście jak zaznacza jedną z głównych barier są pieniądze, ale i ten problem udaje się rozwiązać.

Nie chcemy, żeby nasza oferta ograniczała się do czystej sprzedaży produktów Ursusa, staramy się rozmawiać o długoletniej współpracy przemysłowej, czyli uruchamiać montaż, przeprowadzać szkolenia w Polsce i u naszych afrykańskich partnerów – deklaruje członek zarządu Ursusa. – Bardzo ważne dla naszych klientów jest to, co oferujemy już na wstępie zapewniamy pomoc w serwisie, ale przede wszystkim odpowiednią liczbę części zamiennych wystarczających na standardową obsługę naszych produktów w terminie.

Choć rozmowy Ursusa z państwami z kontynentu afrykańskiego są dziś najbardziej zaawansowane, to przedstawiciele firmy zaznaczają, że rynków zbytu dla polskich traktorów poszukują także w innych regionach.

Rzeczywiście rynek afrykański jest w tej chwili w czołówce ważnych dla nas krajów, ale oczywiście nie zaniedbujemy innych regionów, np. Bliskiego i Dalekiego Wschodu – informuje Wojciech Zachorowski. – Ameryka Łacińska też jest potencjalnie dla nas bardzo dużym wyzwaniem.

Najnowszy model Volkswagena ma dziś w Polsce światową premierę. Wysoka pozycja Międzynarodowych Targów Poznańskich

Międzynarodowe Targi Poznańskie wyrosły na europejskiego lidera. To dziś największy w regionie organizator różnego rodzaju imprez wystawienniczych, kongresów i konferencji. Potwierdza to decyzja Volkswagena, który swój najnowszy model – Caddy czwartej generacji – zaprezentuje dziś, właśnie na terenie MTP.

Targi poznańskie są największym organizatorem wystaw, targów oraz eventów w Europie Środkowo-Wschodniej. Wyprzedziły Brno i Budapeszt. Organizują 90 cyklicznych imprez targowych. W rynku polskim mają 55 proc. udziału.

– Międzynarodowe Targi Poznańskie zmieniły się pod względem swojej działalności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Kobierski, wiceprezes zarządu Międzynarodowych Targów Poznańskich. – Poza organizacją targów jesteśmy największym w Polsce centrum kongresowym: 2200 kongresów i konferencji rocznie, włącznie z bardzo dużymi konferencjami związanymi np. z szeroko pojętą branżą medyczną czy motoryzacyjną. Ewenementem jest światowa premiera Volkswagena Caddy. Cały świat przyjeżdża do Poznania na teren Targów Poznańskich, by podziwiać nowy model tego samochodu.

Największe i najbardziej znane imprezy targowe organizowane w Poznaniu dla odbiorców profesjonalnych to m.in. Budma, Targi Mebli czy Polagra Food. Pojawia się też coraz więcej wydarzeń kierowanych do nieco węższych grup pasjonatów, jak np. Targi Sprzętu Pływającego i Sportów Wodnych czy Targi Myślistwa i Strzelectwa Sportowego, które odbędą się w dniach 6-8 lutego.

To również Rybomania czy Cavaliada, gdzie prezentujemy wszystko, co jest związane z końmi i jeździectwem. Na każdej takiej imprezie bywa ponad 50 tys. osób. Targi motoryzacyjne gromadzą blisko 120 tys. osób, to ewenement w Polsce – podkreśla Tomasz Kobierski.

Dzisiaj Targi Poznańskie mają w swoim portfelu 90 imprez targowych. Większość z nich jest w Poznaniu, ale niektóre z nich odbywają się w Lublinie, na Śląsku, w Katowicach czy Warszawie.

Na targach około 20 proc. wystawców pochodzi z zagranicy. Chiny, Niemcy i Włochy to dziś najsilniejsi partnerzy MTP, najsilniej reprezentowani podczas polskich imprez. Przybywa też zwiedzających z zagranicy.

W przypadku targów kontraktacyjnych, w przypadku branż, w których Polska jest rzeczywiście dużym producentem, nawet do 40 proc. zwiedzających pochodzi z zagranicy – wyjaśnia wiceprezes Międzynarodowych Targów Poznańskich. – W przypadku eventów zabawowych większość stanowią polscy zwiedzający, chociaż coraz częściej przyjeżdżają także Niemcy. Odległość między Poznaniem i Berlinem jest tak niewielka, że jeżeli mamy dobrą ofertę, to pojawi się wielu odwiedzających z Niemiec.

MTP angażuje się również w promocję polskich produktów i branż poza granicami kraju.

Współpracujemy blisko z izbami, ze stowarzyszeniami czy podmiotami publicznymi. Prowadzimy program promocji branży meblarskiej, odzieżowej, polskich gier wideo, promowaliśmy je Polskę w Kanadzie, Brazylii, Turcji czy Kazachstanie – wymienia Kobierski.

Imprezy targowe mają z punktu widzenia wystawców jeden główny cel – pozyskać nowych klientów, zainteresować ich danym produktem czy usługą. Różni je, w zależności od tematyki, charakter oraz strategia osiągania sukcesu.

W przypadku targów dóbr konsumpcyjnych, kontrakty są podpisywane podczas targów – opowiada Tomasz Kobierski. – W przypadku dóbr inwestycyjnych, gdzie są maszyny, które są robione indywidualnie dla każdego zakładu, na targach ma miejsce pierwszy kontakt, a domkniecie kontraktów następuje poza targami. Druga grupa targów to targi zabawowe w formule do finalnego konsumenta, gdzie nasi zwiedzający dobrze się bawią. Mają mnóstwo atrakcji w postaci wystaw, zawodów sportowych czy konkurencji, w których mogą uczestniczyć.

Jak podkreśla, oferta targów musi być na najwyższym poziomie, żeby zapewnić tłumy zwiedzających. Tym bardziej że konkurencją jest internet, choć zdaniem  Kobierskiego w ostatnim czasie nie jest ona tak silna.

Internet jest uzupełnieniem, targi żyją po targach przez 365 dni dzięki sieci i portalom społecznościowym. Ludzie lubią się spotykać, a pokazywanie się na targach buduje wiarygodność firm. Zwiedzający stają się jednak bardziej wymagający. Jeżeli już zdecydują się wyjść z biura i udać się w podróż, to rzeczywiście wydarzenia, w których będzie brał udział, powinny być na światowym poziomie, z atrakcjami, muszą pokazywać nowości, trendy i mówić o przyszłości. Takie są dzisiaj nowoczesne targi – mówi Tomasz Kobierski.

Firmy stawiają na komunikację z klientem w sieci. Budżety na ten cel są coraz większe

Firmy chcą być coraz bardziej obecne w internecie i social media, niekiedy kosztem tradycyjnych kampanii reklamowych. Stawiają przede wszystkim na interakcję z konsumentem – do skutecznej komunikacji nie wystarczy dziś monitorowanie reakcji klientów, ale potrzebna jest analiza ich emocji i odpowiedź na nie. Eksperci podkreślają, że bardziej od wielkości budżetu liczy się sam pomysł i całościowe podejście do promocji w mediach elektronicznych.

Nasi klienci widzą realną wartość w tym, żeby pewne środki przeznaczać na działania interaktywne, internetowe, mobilne, czasami być może kosztem tradycyjnych kampanii, czyli telewizji czy outdooru – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Sulima, dyrektor zarządzający kreatywnej agencji Elchupacabra. – Chcą coraz mocniej zaznaczać swoją obecność w mediach elektronicznych.

Zależy im szczególnie na obecność w mediach społecznościowych, o tzw. content marketing, czyli marketing treści, polegający na publikowaniu nie materiałów reklamowych, lecz tekstów informacyjnych na temat danej branży. Jak podkreśla Piotr Sulima, dużą dynamikę odnotowuje też segment wideo.

Przechodzimy od blogów, od pisania tekstów ex cathedra czy angażowania poprzez wpisy na Twitterze, do krótkich form wideo, które później na zasadzie cross-sellingu staramy się promować poprzez różne kanały komunikacji i w ten sposób budować zaangażowanie konsumentów – wyjaśnia dyrektor zarządzający Elchupacabra.

Wartość rynku reklamy internetowej w Polsce jest szacowana na 1,2 mld zł. Już teraz firmy przeznaczają ok. 17 proc. budżetów marketingowych na tego rodzaju promocję, a udział ten ma stopniowo wzrastać. Firmy w Polsce przeznaczają więc coraz większe budżety. Zdaniem Sulimy nie to jest jednak najważniejsze w tym segmencie rynku.

Kluczem do sukcesu nie jest wielkość budżetu, tylko pomysł. Może się on narodzić nie tylko dzięki analizie tego, co się dzieje na rynku, lecz także poprzez dokładne wyciąganie wniosków. Już nie wystarczy prowadzić monitoringu internetu, już nie wystarczy wiedzieć, że mamy 50 proc. opinii pozytywnych i 40 proc. negatywnych. Dziś trzeba patrzeć, jakie emocje wyrażają nasi klienci, co mówią nasi zwolennicy i krytycy, jaki tam jest ładunek emocjonalny, jakie argumenty podnoszą, trzeba ich słuchać – dodaje Sulima.

Dlatego skuteczna komunikacja w sieci musi być dialogiem, w przeciwieństwem do wielu tradycyjnych kampanii. Jak podkreśla ekspert, potrzebne jest również długotrwałe budowanie relacji z klientem. A do tego potrzebna jest długofalowa strategia obecności w mediach i zaplanowanie całościowej kampanii w tym zakresie.

Kampanie internetowe przynoszą firmie korzyści na kilku płaszczyznach. To przede wszystkim zwiększenie świadomości marki i zaproszenie konsumentów do dyskusji, dzięki czemu otrzymujemy od nich informację zwrotną na temat naszych działań. To w Polsce jest często niedoceniane, ale na dojrzałych rynkach zachodnich widzimy coraz więcej pomysłów i coraz większe budżety na komunikację z rynkiem – mówi Sulima.

Wybór nowego szefa GIODO ważny dla rozwoju innowacyjnej gospodarki

Konfederacja Lewiatan, Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska, Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji oraz Polska Izba Komunikacji Elektronicznej wystosowały do decydentów wspólny list, w którym zwracają uwagę, że wybór nowego Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych jest ważny nie tylko dla obywateli, ale również dla polskiego biznesu.

W ostatnich dniach jednym z głównych tematów debaty publicznej stał się wybór nowego Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. W związku z tym, że realizacja wyzwań stojących przed GIODO w najbliższej kadencji będzie miała kluczowy wpływ na rozwój polskiej gospodarki, organizacje reprezentujące przedsiębiorców postanowiły wspólnie zabrać głos w tej dyskusji.

– Jednym z najważniejszych wyzwań, którym będzie musiał sprostać nowy GIODO, będzie znalezienie równowagi między ochroną prywatności obywateli, a umożliwieniem dalszego rozwoju innowacyjności gospodarki. Od lat rynek cyfrowy stanowi główną lokomotywę napędzającą wzrost gospodarczy i jego swoboda jest konieczna, aby Polska pozostała zieloną wyspą na mapie Europy. Ta kwestia jest kluczowa zarówno z punktu widzenia przedsiębiorców, jak i obywateli, którzy są głównymi beneficjentami wzrostu gospodarczego. W związku z tym uważamy, że wybór GIODO jest jednym z najważniejszych wyborów na najbliższe lata – tłumaczy Włodzimierz Schmidt, Prezes Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.

– Za najważniejsze wyzwania stojące przed GIODO uważamy zmiany związane z wejściem w życie unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych oraz uczestnictwo w procesie dostosowania do niego polskich przepisów. Rolą GIODO będzie również wspieranie przedsiębiorców poprzez właściwe interpretacje i zapewnienie jasności prawa oraz wspieranie administratorów danych w zagwarantowaniu odpowiedniej ochrony przetwarzanych danych. Zadaniem GIODO będzie także wspieranie wyważonych rozwiązań regulacyjnych, które zagwarantują skuteczną realizację praw obywateli, a jednocześnie umożliwią firmom rozwój innowacyjnych usług i udział w budowaniu jednolitego rynku cyfrowego – podkreśla Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

– Aby móc sprostać tym wyzwaniom nowy szef GIODO powinien posiadać odpowiednią wiedzę i doświadczenie, ze szczególnym uwzględnieniem wymaganej ustawowo wiedzy prawniczej, ale także zagadnień ekonomicznych i informatycznych – dodaje Magdalena Piech, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Zdaniem przedsiębiorców tylko dobre zrozumienie aspektów techniczno-organizacyjnych przetwarzania danych i otwartość na dialog ze wszystkimi uczestnikami rynku pozwoli na skuteczną ochronę danych osobowych.

Konfederacja Lewiatan

 

Lewiatan ocenia dyrektywę dotyczącą ładu korporacyjnego

Konfederacja Lewiatan popiera przyjęcie rozwiązań pozwalających na stworzenie nowoczesnych i skutecznych ram ładu korporacyjnego dla europejskich przedsiębiorstw, inwestorów i pracowników. Poważne wątpliwości pracodawców budzą jednak niektóre propozycje przedstawione przez Komisję Europejską.

Konfederacja Lewiatan przedstawiła uwagi do projektu dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie stosowania zasad ładu korporacyjnego. Zaproponowane przepisy stwarzają niebezpieczeństwo nieuzasadnionej ingerencji w sposób podejmowania decyzji w spółkach. Sprzeciw budzi także stopień szczegółowości zapisów, które w rzeczywistości mogą nie doprowadzić do osiągnięcia zamierzonych celów, a jedynie nałożą dodatkowe obciążenia administracyjne na notowane firmy, inwestorów i samych akcjonariuszy. Należy liczyć się ze skutkami negatywnego wpływu regulacji na atrakcyjność i kondycję rynku regulowanego i pośrednio na ogólną sytuację gospodarczą kraju. Brak także zsynchronizowania przepisów dyrektywy z uregulowaniami sektorowymi, którym również podlegają spółki będące podmiotem projektu.

Dyrektywa zakłada wprowadzenie obowiązku zapewnienia akcjonariuszom prawa głosu w sprawie polityki wynagrodzeń w odniesieniu do dyrektorów. Spółki będą mogły wypłacać wynagrodzenie swoim dyrektorom wyłącznie zgodnie z taką polityką, po uprzednim zatwierdzeniu jej przez akcjonariuszy. Przepis określa ponadto szczegółowo wymagania, jakie powinna taka polityka spełniać. Zdaniem Konfederacji Lewiatan nie znajduje uzasadnienia regulacja na poziomie unijnym wymogu zatwierdzania polityki wynagrodzeń na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. Decyzja czy kwestia ta powinna być regulowana w aktach prawnych czy, jak do tej pory, w kodeksach korporacyjnych, powinna być pozostawiona decyzji państw członkowskich.

Kolejnym aspektem, który nie sposób pominąć jest konstrukcja tymczasowego przyznania wynagrodzenia. Zgodnie z polskim kodeksem pracy, wynagrodzenie jest obligatoryjnym świadczeniem pracodawcy na rzecz pracownika, zatrudnionego u niego na podstawie umowy o pracę. Stanowi ono, co do zasady, podstawowe źródło utrzymania dla pracownika oraz jego rodziny. Z tego względu zasługuje na szczególną ochronę. Kodeks pracy przewiduje szereg instrumentów, które mają spełniać funkcję ochronną, między innymi: wyłączenie zrzeczenia się prawa do wynagrodzenia, wskazanie terminu, miejsca i czasu jego wypłaty, określenie formy wynagrodzenia za pracę, ograniczenie możliwości dokonywania potrąceń z wynagrodzenia za pracę. Nadanie mu przymiotu tymczasowości sugeruje pewien brak stałości, a nawet może przywodzić na myśl sytuację, w której możliwe będzie żądanie zwrotu wypłaconego pracownikowi wynagrodzenia, co w świetle obowiązujących przepisów prawa, a także zasad współżycia społecznego, wydaje się być niedopuszczalne. Konfederacja Lewiatan wskazuje więc na konieczność doprecyzowania, co należy rozumieć pod pojęciem tymczasowego przyznania pracownikowi wynagrodzenia.

Komisja Europejska proponuje wprowadzenie obowiązku sporządzania raportu przedstawiającego przegląd wynagrodzenia poszczególnych dyrektorów. Oprócz szczegółowej listy wymogów formalnych raportu, przepis nakłada dodatkowy obowiązek jego zatwierdzenia przez akcjonariuszy.

Konfederacja Lewiatan popiera politykę przejrzystości w wynagradzaniu pracowników na stanowiskach dyrektorskich. W związku z tym nie widzi problemu we wprowadzeniu obowiązku wskazania stosunku wynagrodzenia dyrektorów wobec średniego wynagrodzenia pracowników zatrudnionych na umowę o pracę. Zapis wprowadzający obowiązek podania do publicznej wiadomości pełnej informacji o zarobkach poszczególnych dyrektorów jest zdaniem Lewiatana nieuzasadniony i nieproporcjonalny w stosunku do celu jakiemu ma służyć oraz funkcji pełnionych przez podmioty nim objęte. W aktualnym brzmieniu przepis nie zapewnia anonimowości ani nie zabezpiecza wystarczająco ochrony danych osobowych dyrektorów. Na przykładzie ustawodawstwa krajowego, w spółkach o zdecydowanie bardziej wrażliwym kapitale, oświadczenia majątkowe osób zarządzających są składane wyłącznie do organu nadzorczego (Komisji Nadzoru Finansowego).

Lewiatan sugeruje bardziej ogólny zapis np. wskazujący na kategorię dyrektorów, oraz wykreślenie obowiązku wyjaśnienia stosunku pomiędzy wynagrodzeniem dyrektorów a wynagrodzeniem średniego szczebla pracowników zatrudnionych na umowę o pracę.

Konfederacja Lewiatan

Księgować samodzielnie czy przez biuro?

Osoby rozpoczynające działalność gospodarczą, jeśli chcą, mogą powierzyć wszystkie sprawy rozliczeniowe biuru rachunkowemu, ale do wyboru mają także samodzielne księgowanie przy wykorzystaniu odpowiedniego oprogramowania lub korzystanie z systemów internetowych. Co wybrać?

Teoretycznie przedsiębiorca może w dowolnej chwili powierzyć księgowanie dokumentów firmie rachunkowej lub przejść na dowolnie wybrany program do księgowania. W praktyce jednak zmiany w tym zakresie są bardzo kłopotliwe – wiążą się z koniecznością przeniesienia danych do nowego systemu, a to z kolei może wiązać się z komplikacjami natury zarówno technicznej, jak i organizacyjnej. Dlatego takiego wyboru najlepiej dokonać raz a dobrze.

Biuro rachunkowe

Wielu osobom rozpoczynającym działalność gospodarczą najbardziej oczywistym rozwiązaniem wydaje się powierzenie całości dokumentacji księgowej biuru rachunkowemu. Wynika to ze zdroworozsądkowego podejścia. Wielu przedsiębiorców myśli następująco: „skoro nie jestem specjalistą od księgowości, sprawy rachunkowe przekażę profesjonalistom”. Biura rachunkowe świadczą usługi w cenach już od kilkuset złotych miesięcznie i zazwyczaj chętnie prowadzą całość spraw księgowych, a czasem mogą nawet wystawiać faktury z upoważnienia przedsiębiorcy.

Z drugiej strony, osoba zakładająca firmę nie może całkowicie zrezygnować z myślenia o finansach firmy. Tak czy inaczej będzie musiała poznać podstawowe przepisy określające jej prawa i obowiązki jako przedsiębiorcy czy też pracodawcy. Poza tym wykonywanie podstawowych czynności rachunkowych, takich jak wystawianie faktur, będzie przebiegało znacznie szybciej, jeśli przedsiębiorca będzie to robił samodzielnie.

Pewnym utrudnieniem w kontaktach z biurem rachunkowym może być konieczność dostarczania dokumentów przynajmniej raz w miesiącu. Jeśli do firmy część faktur wpływa w postaci papierowej, a część elektronicznie, kontakt e-mailowy nie będzie wystarczający.

Poza tym przedsiębiorca nie będzie miał bieżącego dostępu do wszystkich swoich danych finansowych, statystyk, faktur. Za każdym razem, kiedy będzie ich potrzebował, konieczne okaże się zwrócenie w tej sprawie do księgowych.

Samodzielna księgowość

Biorąc pod uwagę powyższe niedogodności, warto się zastanowić, czy nie korzystniej zająć się księgowością całkowicie samodzielne lub przynajmniej z wykorzystaniem gotowych programów. W przypadku uproszczonej księgowości nie będzie to bardzo trudne, choć zarówno na naukę obsługi programu, jak i na wprowadzanie wszystkich danych przedsiębiorca musi znaleźć czas.

Zaletą okaże się jednorazowy koszt, zazwyczaj kilkusetzłotowy. To jednak nie wszystko, ponieważ okresowo programy mogą wymagać dodatkowo płatnych aktualizacji. Korzystanie z nich jest jednak niezbędne, aby program był zgodny z obecnym stanem prawnym. Warto także na bieżąco wykonywać kopie zapasowe, dzięki którym nie stracimy danych nawet w przypadku awarii komputera. Zaniedbanie tego obowiązku może się zemścić w najmniej oczekiwanym momencie.

System on-line

Jeszcze inne możliwości dają programy księgowe dostępne przez internet, choć i one mają wady. Najbardziej charakterystyczną stanowi fakt, że aby z nich korzystać, trzeba być podłączonym do sieci. W przypadku współczesnych komputerów nie jest to już jednak żadne ograniczenie. Niedogodnością może być natomiast koszt. Dostęp do programu rozliczany jest zazwyczaj miesięcznie, w formie niewielkiego abonamentu (czasem w wysokości zaledwie kilkunastu złotych), ale w perspektywie 10 lub 20 lat łączne koszty mogą okazać się wyższe niż w przypadku programu z pudełka.

Warto jednak zwrócić uwagę, że w przypadku systemu on-line nie musimy martwić się o aktualizacje (zadba o nie administrator systemu), a dostęp do programu możemy uzyskiwać z dowolnego komputera bez instalacji. Program jest umieszczony na serwerze zewnętrznym, ale dzięki protokołowi HTTPS każde połączenie jest szyfrowane, a więc dane firmy są bezpieczne.

Dodatkowo, w najbardziej rozbudowanych systemach możemy ustalić konkretne adresy IP, z których połączenie będzie akceptowane przez program. Dzięki temu ktoś, kto pracuje z dokumentami księgowymi zawsze w tej samej lokalizacji zyska dodatkowe zabezpieczenie przed nieuprawnionym dostępem.

W zależności od oczekiwań, przedsiębiorcy mogą wybierać spośród wielu różnych programów. Do najpopularniejszych na rynku należą systemy InFakt.pl, wFirma.pl, a wśród bardziej rozbudowanych – Systim.pl. Ten ostatni, poza księgowaniem i wystawianiem faktur, posiada także funkcje drukowania paragonów fiskalnych, obsługi magazynu, zamówień, zarządzania relacjami z klientami (CRM) oraz integrację z Allegro.

Decydując się na program tego typu, warto sprawdzić, czy w przyszłości umożliwi on dostęp do systemu kilku pracownikom. Nawet jeśli w chwili rozpoczynania działalności przedsiębiorca decyduje się na samodzielne wykonywanie wszystkich operacji, w przyszłości być może postanowi scedować zadania księgowe na pracowników – warto, aby miał wtedy taką możliwość.

A gdyby tak połączyć siły?

Pamiętajmy, że zarówno program z pudełka, jak i dostępny przez internet będzie wymagał od przedsiębiorcy (lub jego pracowników) systematyczności w wykonywaniu bieżących operacji. Wystawiania faktur, monitorowania wpłat od klientów czy tym bardziej obowiązków podatkowych nie można zaniedbać. I pod tym jednym względem nawet najnowocześniejsza technika nie wygra z prawdziwym, skrupulatnym księgowym z krwi i kości.

Istnieje jednak możliwość połączenia korzyści wynikających z posiadania dostępu do aplikacji on-line i jednocześnie ze współpracy z biurem rachunkowym. Pracę z programem można zorganizować w ten sposób, aby przedsiębiorca samodzielnie wykonywał podstawowe czynności, np. wystawiał faktury, uzupełniał „kilometrówkę”, a księgowa, mając również dostęp do aplikacji, może je księgować i realizować bardziej złożone operacje. Wszystko to może odbywać się w tym samym programie, bez przenoszenia i przepisywania danych.

W ten sposób możemy wyeliminować większość problemów wynikających z opisanych powyżej metod księgowania stosowanych pojedynczo. Warto podkreślić, że dzięki takiemu rozwiązaniu, zarówno przedsiębiorca, jak i pracownik biura rachunkowego ma dostęp do wszystkich danych finansowych firmy w czasie rzeczywistym.

Bierzesz kredyt hipoteczny? Potrzebujesz więcej gotówki

Od stycznia ten, kto chce kupić mieszkanie na kredyt, musi wnieść co najmniej 10% wkładu własnego. Jest to dwukrotnie więcej niż w roku ubiegłym. To jednak nie koniec wzrostu wkładu własnego – w 2016 r. będzie on wynosił 15%, a w 2017 – aż 20.

„Warto pamiętać, że wkład własny to niejedyna gotówka, której potrzebujemy, gdy kupujemy mieszkanie na kredyt. Trzeba też uwzględnić koszty okołotransakcyjne i okołokredytowe: wszelkiego rodzaju opłaty notarialne, opłaty sądowe, podatek od czynności cywilnoprawnych, prowizje dla banku, ubezpieczenie itd. Tak naprawdę, jeżeli ktoś kupuje mieszkanie na rynku wtórnym, to w tej chwili, żeby zaciągnąć kredyt, musi mieć w gotówce nie 10, ale prawie 20% wartości nieruchomości” – mówi serwisowi infoWire.pl Marcin Krasoń z Home Broker.

W kolejnych latach zaciągnięcie kredytu hipotecznego – z powodu dalszego wzrostu wkładu własnego – będzie jednak jeszcze trudniejsze. Część osób zapewne zdecyduje się poszukać mieszkania na rynku najmu. Na szczęście kwotę powyżej 10% wkładu własnego będzie można ubezpieczyć, więc obowiązkowa minimalna gotówka już nie wzrośnie (choć będzie trzeba oczywiście zapłacić za ubezpieczenie) – informuje analityk rynku nieruchomości.

Czy wprowadzona zmiana sprawi, że Polacy będą w tym roku sięgać po kredyty hipoteczne rzadziej niż w ubiegłym? Zdaniem Marcina Krasonia żadnej rewolucji nie należy się spodziewać. Co prawda popyt na kredyty może być mniejszy w pierwszych miesiącach roku, ale później rynek przyzwyczai się do nowej sytuacji i wszystko powinno wrócić do normy.

Na czym polskie firmy mogą zaoszczędzić w 2015 roku dzięki informatyce przemysłowej?

W 2015 roku polskie przedsiębiorstwa będą zainteresowane głównie narzędziami pozwalającymi na obniżenie kosztów posiadania infrastruktury oraz produkcji i szybsze podejmowanie decyzji biznesowych – prognozują analitycy firmy ASTOR, która zaopatruje w specjalistyczne oprogramowanie już 1/3 polskich firm przemysłowych. Eksperci przewidują, że sektorami najczęściej sięgającymi po tego typu rozwiązania będą: energetyka, przemysł petrochemiczny, branża hutnicza, branża spożywcza oraz jednostki infrastrukturalne.

Z podsumowania roku, przeprowadzonego przez analityków ASTOR, firmy działającej w branży automatyki, robotyki i IT dla przemysłu wynika, że w 2014 roku polskie przedsiębiorstwa chętnie inwestowały w rozwiązania, które pozwalały im na obniżenie całkowitego kosztu posiadania infrastruktury oraz narzędzia analityczne przyczyniające się do szybszego podejmowania decyzji biznesowych i redukcji kosztów produkcji. Tendencja ta utrzyma się także w 2015 roku, a w orbicie zainteresowań przedsiębiorców z branż takich jak m.in. energetyka, petrochemia, hutnictwo czy sektor spożywczy, znajdą się dodatkowo: specjalistyczne urządzenia i rozwiązania mobilne, a także systemy eksperckie, wspierające pracowników w rozwiązywaniu złożonych zagadnień z pogranicza techniki, biznesu, jakości produktów, oczekiwań klientów i finansów – prognozują specjaliści.

Niższe koszty posiadania infrastruktury – pomoże telemetria

Pod pojęciem „rozwiązania, które obniżają całkowity koszt posiadania infrastruktury” kryje się cały zestaw gotowych i dedykowanych narzędzi, po które sięgać mogą zarówno firmy usługowe, jak i produkcyjne. Te ostatnie, coraz częściej interesują się m.in. monitoringiem mediów produkcyjnych. Odpowiednio skonfigurowany system z tego zakresu pozwala na znaczne oszczędności energii wykorzystywanej przez maszyny, podzespoły i całe linie produkcyjne. Inną metodą na realne oszczędności, dostępną także dla firm usługowych, jest zainstalowanie rozwiązań pozwalających na obniżanie kosztów utrzymania infrastruktury budynkowej. Tzw. inteligentne budynki to obecnie już nie tylko nowoczesne inwestycje powstające od podstaw, ale także np. starsze biurowce, w których zainstalowano rozwiązania z zakresu automatyki budynkowej. W 2014 roku polskie firmy często sięgały także po systemy zdalnego monitoringu i sterowania, pozwalające m.in. na obniżenie kosztów awarii i zapewnienie ciągłości pracy. Zdaniem ekspertów – w 2015, wiele nowych rozwiązań tego typu będzie powstawało przy udziale telemetrii:

– W rozproszonych geograficznie instalacjach, istotnym zagadnieniem jest kontrola obiektów i urządzeń. Dla takich aplikacji powstają nowoczesne systemy monitoringu i zdalnego sterowania, opracowane w oparciu o najnowsze technologie z dziedziny informatyki, automatyki oraz telemetrii. Mogą one działać zarówno niezależnie, jako lokalny układ sterowania i monitoringu, jak również współpracować z istniejącymi już w przedsiębiorstwie aplikacjami tego typu. Tym samym powstaje rozproszony system z funkcją zdalnego sterowania i gromadzenia danych telemetrycznych z oddalonych obiektów – mówi Stefan Życzkowski, prezes ASTOR.

W praktyce, takie rozwiązania pozwolą nie tylko na oszczędności w sferze kosztów produkcji, ale także m.in. logistyki, dzięki eliminacji konieczności wyjazdów do obiektów technologicznych w celach kontrolnych lub pomiarowych. W Polsce funkcjonują już setki takich systemów monitoringu i zdalnego sterowania, m.in.: w branży wodno-kanalizacyjnej, energetyce, górnictwie, produkcji i transporcie.

Podejmowanie decyzji biznesowych przyspiesza

Ze względu na rosnący poziom automatyzacji polskich fabryk, coraz większą rolę w 2015 roku będą także odgrywały systemy pozwalające na automatyczne pozyskiwanie danych o produkcji wprost z maszyn i urządzeń produkcyjnych, takie jak Wonderware MES. Już od dłuższego czasu dynamicznie rośnie także ilość danych i informacji dostarczanych osobom odpowiedzialnym za prowadzenie analiz. Konsekwencją tego – jest wzrost popularności systemów klasy Business Intelligence, pozwalających na sprawne zapanowanie nad dużymi wolumenami danych i podejmowanie szybszych i trafniejszych decyzji. Specjaliści podkreślają, że kolejnym etapem będzie wykorzystywanie systemów klasy EMI, umożliwiających szybki dostęp do wiarygodnych danych produkcyjnych i osadzenie ich w kontekście innych informacji np. związanych z kosztami.

Rok 2015 to także – według ekspertów ASTOR – czas, gdy papierowe formy raportowania oraz gromadzenia dokumentacji będą coraz bardziej odchodzić w niepamięć, także w działach utrzymania ruchu. Coraz śmielej, wkraczać będą bowiem do nich przemysłowe systemy informatyczne. Elastyczne rozwiązania CMMS takie jak np. Profesal Maintenance pozwolą na lepsze zapanowanie nad parkiem maszynowym oraz zwiększenie efektywności pracowników utrzymania ruchu, dzięki przyspieszonemu dostępowi do informacji o harmonogramach przeglądów, awariach, stanach magazynu części zamiennych czy dokumentacji w postaci cyfrowej.

Jaki będzie 2015 rok dla rynku e-booków?

Utrzymanie dwucyfrowej dynamiki wzrostu rynku e-booków, wartość sprzedaży na poziomie 60 mln złotych w 2015. Virtualo, największy dystrybutor e-książek prognozuje, iż bieżący rok przyniesie dalszy dynamiczny rozwój polskiego rynku książek elektronicznych.

Patrząc na obecny rok z perspektywy 2014, który zdecydowanie wzmocnił pozycję e-booków na rynku książki w Polsce, prognozy dalszego rozwoju rynku e-książek są optymistyczne. Według szacunków Virtualo, sprzedaż netto na rynku e-booków w Polsce w 2016 roku ma szansę osiągnąć poziom nawet 80 mln złotych. Dobra dynamika wzrostu sprzedaży, rosnąca dostępność tytułów w wersji elektronicznej i coraz większa popularność e-książek,  tak ma wyglądać 2015 rok dla polskiego rynku e-booków.
„Rok 2015 planujemy zakończyć jeszcze lepszym wynikiem niż 2014. Chcemy jeszcze aktywniej niż do tej pory promować e-czytelnictwo i przekonywać tych, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z e-bookami, że warto sięgnąć po e-książki, gdyż to, co naprawdę się liczy to treść, a nie forma. Czekają nas nowe projekty i nowe wyzwania, którymi chcielibyśmy zaskoczyć e-czytelników. Liczymy również, że 2015 r. przyniesie zmiany na lepsze w kwestii zmniejszenia VATu na e-booki„ – komentuje Robert Rybski, Prezes Virtualo. 

Aby weryfikować jak zmienia się polski rynek e-booków i jakie ma dalsze perspektywy, firma Virtualo na podstawie danych z lat 2010-2014 przygotowała raport opisujący rozwój i zmiany na rynku e-booków. Analizując e-czytelnictwo oraz dynamikę sprzedaży powstał dokument, w którym znalazły się najważniejsze dane na temat powstania i wzrostu polskiego rynku e-książki. Raport został objęty patronatem merytorycznym Biblioteki Analiz. Do współpracy w jego powstaniu zaproszono przedstawicieli znanych polskich wydawnictw oraz blogerów i właścicieli najpopularniejszych serwisów zajmujących się e-książkami.W raporcie Virtualo przedstawiono najważniejsze tematy związane z rynkiem e-booków w Polsce m.in.: aspekt ceny, dostępność nowości i backlisty, piractwo internetowe, stawkę VAT oraz ofertę e-czytników i liczbę e-czytelników.

Mimo iż ostatni rok nie przyniósł technologicznej rewolucji na rynku e-książki ani zrównania stawki VAT na e-booki i książki papierowe to, jak pokazują prognozy sprzedażowe Virtualo, bieżący rok ma być dobry dla e-booków.

Są pieniądze na zakładanie firm w 2015 roku. Duże pieniądze

Masz pomysł na biznes, ale brakuje Ci kapitału na jego realizację? Wbrew utartym stereotypom możliwości sfinansowania startu w biznesie nie brakuje. Blisko 27 tys. nowych firm może powstać w 2015 roku tylko z puli przygotowanej na bezzwrotne dotacje z urzędów pracy – wynika z danych, do których dotarł Bankier.pl. A to tylko jeden z wielu sposobów zdobycia środków na założenie firmy w tym roku.

Są pieniądze dla przedsiębiorczych i wystarczy trochę wysiłku, by po nie sięgnąć. Obok popularnych bezzwrotnych dotacji z urzędu pracy, na młodych przedsiębiorców czeka w tym roku pula ponad 150 mln zł preferencyjnych pożyczek na zakładanie biznesów. W ramach programu „Pierwszy biznes – wsparcie w starcie”, studenci i absolwenci mogą sięgnąć po maksymalnie 75 tys. zł.

Osoby z pomysłami w sektorze IT mogą po pieniądze wybrać się do inkubatorów technologicznych. Podmioty te w jeden pomysł mogą zainwestować nawet 200 tys. euro, obejmując nie więcej niż 50% udziałów. Jak dowiedział się Bankier.pl pulą wolnych środków na inwestycje w perspektywiczne startupy wciąż dysponują takie podmioty jak AIP Seed Capital, Akcelerator Innowacji NOT czy IdeaLab. Na ciekawe pomysły czekają także inwestorzy zrzeszeni w sieciach aniołów biznesu. Są to osoby fizyczne lub przedsiębiorcy, którzy inwestują w przedsięwzięcia na wczesnym etapie ich rozwoju. Tylko w ramach PSAB-I aniołowie biznesu zadeklarowali około 300 mln zł na inwestycje w start-upy o wysokim potencjale wzrostu – wynika z danych uzyskanych przez Bankier.pl. Młodych przedsiębiorców zapraszają do zgłaszania projektów także przedstawiciele sieci AMBER czy Lewiatan Business Angels.

– Przyznanie wsparcia dla początkującego przedsiębiorcy i jego wysokość zależy od wielu czynników. Dla anioła biznesu obok pomysłu najważniejsze są kompetencje zespołu, który ma ideę wcielić w życie. Nawet najbardziej innowacyjny projekt jest bowiem niewiele wart bez odpowiednich ludzi – tłumaczy Grzegorz Marynowicz. – Paleta możliwości dla osób przedsiębiorczych jest duża, toteż zarówno twórca innowacyjnej technologii, jaki i pomysłodawca przysłowiowego warzywniaka mają szansę na pozyskanie w 2015 roku finansowego zastrzyku – mówi Grzegorz Marynowicz, analityk portalu Bankier.pl.

Czy już niedługo będziemy jeździli wyłącznie elektrykami?

Nowe preferencje konsumentów – tzw. pokolenia Y – oraz moda na ekologię, w połączeniu z regulacjami rządowymi wpływają na rozwój innowacji i technologii w motoryzacji. Jednym z najbardziej zauważalnych obecnie trendów jest rozwój segmentu aut elektrycznych, które do roku 2020 stanowić mogą około 1/3 sprzedaży na rynkach rozwiniętych i około 1/5 sprzedaży w miastach krajów rozwijających się.

Globalny rynek samochodowy

Globalny zasięg produkcji i sprzedaży samochodów, z którym mamy dzisiaj do czynienia wymusza procesy konsolidacyjne (np. Fiat przejął Chryslera, a Volkswagen Porsche). Obecnie dziesięciu głównych producentów samochodów wytwarza ponad 77 proc. łącznej światowej produkcji aut. Rozwój rynku w Chinach i Indiach wymusi dalszą konsolidację producentów i możliwe, że do 2020 r. obecny poziom koncentracji głównych grup producenckich będzie o połowę większy i będzie wynosił 5-6 grup.

Powiększać się też będzie regionalne rozwarstwienie klientów – na rynkach wschodzących wzrośnie popyt na auta wyższych klas kosztem aut najtańszych, z kolei na rynkach rozwiniętych będzie rósł popyt na auta zaawansowane technologicznie (skomputeryzowane, zintegrowane ze smartfonem). Na zmiany w preferencjach będą też silnie wpływać nowe pokolenia klientów, o często innych niż dzisiaj oczekiwaniach wobec samochodów, rodzaju ich napędu czy wyposażenia.

Czas na zielone auta / Eco-Friendly Cars

Nowe preferencje konsumentów (por. Pokolenie Y wyzwaniem dla branży motoryzacyjnej), w połączeniu z regulacjami rządowymi wpływają na rozwój innowacji w motoryzacji. Jednym z dostrzegalnych już obecnie trendów jest pojawie się aut elektrycznych. Szacunki Deloitte wskazują (raport „A new era. Accelerating toward 2020 – an automotive industry transformed”), że do 2020 r. „zielone auta” stanowić będą około 1/3 sprzedaży na rynkach rozwiniętych i około 1/5 sprzedaży w miastach krajów rozwijających się.

Obecnie hybrydy i elektryki stanowią ułamek procenta sprzedaży nowych aut. Na przykład w Niemczech w 2009 r. z 49,6 mln sprzedanych aut hybryd sprzedano jedynie nieco ponad 22 tys., a elektryków tylko 1,5 tys. Największą barierą dla tych ostatnich jest koszt, zasięg, brak infrastruktury i zachęt regulacyjnych (korzystanie w centrach miast) oraz bodźców podatkowych. Jednak pojawianie się nowych, coraz efektywniejszych modeli aut elektrycznych oraz zachęty podatkowe będą w nadchodzących latach silnym bodźcem do ich zakupów w krajach Europy Zachodniej i USA, początek tego trendu możemy już obecnie obserwować w Norwegii” – mówi Paweł Wójtowicz,Kierownik Biura Przemysłu Wytwórczego i Motoryzacyjnego w Banku DNB Polska.

W produkcji elektryków zderzają się ze sobą dwa nurty – auta z ograniczonym zasięgiem do korzystania w miastach, będące substytutem drugiego auta w gospodarstwie domowym lub auta w pełni porównywalne z samochodami spalinowymi. Pierwszy typ zdają się preferować firmy niemieckie, francuskie i japońskie (Daimler, BMW, Nissan, Toyota), a drugi – firmy amerykańskie (a właściwie jedna firma – Tesla)” – mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Co nas czeka?

Produkcja samochodów z alternatywnymi wobec elektrycznego (i spalinowego) źródłami napędu również ma wysoką dynamikę, a sprzedaż aut hybrydowych, na biopaliwa czy gaz znacząco przewyższa auta elektryczne. Istnieje tu jednak lokalna specyfika, np. floty samochodów ciężarowych w USA przestawiają się na korzystanie z gazu łupkowego, a samochodów pasażerskich i ciężarowych w Brazylii na biopaliwo – z trzciny cukrowej. W obu przypadkach powodem jest różnica w cenie w porównaniu z paliwami ropopochodnymi.

Natomiast produkcja samochodów na rynki rozwijające się będzie nadal zdominowana przez auta spalinowe, co spowodowane jest niższą ceną paliwa niż w krajach rozwiniętych (gdzie podatki stanowią połowę ceny), słabszych wymogów regulacyjnych, rosnącej efektywności silników spalinowych oraz spadających cen ropy i gazu.

W ostatecznym rozrachunku to klienci dokonają świadomego wyboru środka transportu i preferowanej marki samochodu. Jak pokazała historia masowej motoryzacji, która liczy sobie przecież zaledwie 100 lat, bardzo wiele może się jeszcze zmienić, oprócz tego, że ludzie chcą coraz więcej i wygodniej się przemieszczać. A do tego konieczny jest samochód, taki jaki dzisiaj znamy, przynajmniej jeszcze przez pierwszą połowę XXI wieku” – dodaje Paweł Wójtowicz.

Boruta-Zachem liczy na duży wzrost przychodów dzięki nowej inwestycji. Spółka chce przyspieszyć uruchomienie linii produkcyjnej biosurfaktantów

0

CEO Magazyn Polska

Boruta-Zachem zamierza przyspieszyć uruchomienie nowej linii produkcyjnej biosurfaktantów. Inwestycja, która ma zwielokrotnić przychody spółki, może ruszyć w lipcu br. W tym samym czasie spółka chce przenieść się na główny parkiet GPW.

Chemiczna spółka Boruta-Zachem od połowy 2014 roku notowana jest na NewConnect, jednak dla firmy to jedynie etap w drodze na główny rynek warszawskiej giełdy. Jej udziałowcy zdecydowali, że doradcą i instytucją, która napisze prospekt emisyjny, będzie Mercurius Dom Maklerski. Debiut Boruty-Zachem na głównym parkiecie GPW planowany jest w połowie roku.

Jednym z powodów jest możliwość pozyskiwania większych pieniędzy, gdyż mamy dosyć bogate portfolio projektów, które chcemy realizować w najbliższych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Pawlikowski, wiceprezes zarządu Boruty-Zachem. – Ważna jest też wiarygodność spółki oraz to, że rynek regulowany jest zdecydowanie mniej podatny na różnego typu zawirowania. Natomiast NewConnect jest, co można zaobserwować po naszej spółce, dość chwiejnym rynkiem.

Na razie Boruta-Zachem finalizuje budowę linii produkcyjnej biosurfaktantów z biomasy rzepakowej. To bardzo nowoczesna technologia używana przy wytwarzaniu preparatów czyszczących, stosowanych zarówno w gospodarstwach domowych, jak i w przemyśle. Dzięki szczególnym właściwościom biosurfaktanty stosowane są m.in. do czyszczenia cystern i statków oraz zmniejszania szkód powstałych w wyniku wycieków ropy naftowej.

Zgodnie z harmonogramem w umowie z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości inwestycja powinna być zakończona z końcem tego roku. Natomiast widzimy możliwość zakończenia jej znacznie wcześniej, nawet w lipcu, może w sierpniu tego roku podkreśla Marcin Pawlikowski.

Jak zaznacza, inwestycja finansowana jest ze środków unijnych oraz własnych. Pieniądze od inwestorów giełdowych nie są więc spółce niezbędne.

Na razie się przyglądamy zaznacza wiceprezes zarządu Boruty-Zachem. Mamy zapewnione finansowanie. Do tej pory wkład własny jest w formie pożyczki od akcjonariuszy spółki. Będziemy chcieli na pewno przeprowadzić emisję, natomiast nie mamy pośpiechu, gdyż spółka nie posiada żadnych kredytów i żadnego długu poza tą pożyczką, dlatego najpierw chcemy pokazać inwestorom naszą inwestycję oraz to, jakie przełożenie ma ta inwestycja na nasze wyniki, a dopiero później ewentualnie rozmawiać o podwyższeniu kapitału i emisji.

W ciągu trzech pierwszych kwartałów zeszłego roku spółka osiągnęła niemal 15,9 mln zł przychodu oraz ponad 0,5 mln zł zysku netto. Przychody w całym 2013 roku przekraczały 19,8 mln zł, a zysk netto 1,3 mln zł. Boruta-Zachem oczekuje, że w związku z nową inwestycją wyniki spółki zdecydowanie się poprawią.

 Do tej pory nie raportowaliśmy żadnych prognoz – deklaruje  wiceprezes Marcin Pawlikowski z zarządu Boruty-Zachem.Jeżeli będziemy raportować prognozy, to oczywiście zrobimy to za pomocą raportu bieżącego. Inwestycja jest znacząca dla naszej spółki, bo do tej pory przynosiła Borucie-Zachem przychód rzędu 20 mln zł rocznie. Jest to inwestycja ponad 30 mln zł netto i ona ma zwielokrotnić przychody. Mamy wejść na zupełnie inne poziomy, jeżeli chodzi o wyniki finansowe.

City Index: Ceny surowców mogą jeszcze spaść

CEO Magazyn Polska

Obawy o niski globalny wzrost gospodarczy i tendencje deflacyjne spychają notowania surowców w dół. Ropa naftowa w ciągu roku staniała o ponad 50 proc., węgiel o 25 proc., a miedź o ponad jedną piątą. Ze względu na inwestycyjny charakter miedzi oraz wysoki popyt w Chinach jest ona bezpieczniejszym aktywem, choć niewykluczone, że jej wartość może się trochę obniżyć.

Na rynku surowców mamy olbrzymi ruch. Osoby, które w zeszłym roku zdecydowały się otwierać pozycje na spadek ropy naftowej i węgla, mogły naprawdę zarobić krocie. Miedź spadła o 20 proc., ropa – 50 proc. A to wszystko ma związek z tendencjami deflacyjnymi na świecie i można założyć, że one będą się utrzymywać albo przynajmniej będą kłopoty z tym związane – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający City Index, firmy oferującej zawieranie transakcji na rynku Forex i kontraktów CFD.

Wyrównany sezonowo grudniowy odczyt inflacji CPI w ujęciu miesięcznym w Stanach Zjednoczonych wyniósł -0,4 proc., w Wielkiej Brytanii wzrósł o 0,5 proc., a w Niemczech 0,2 proc – to najniższy odczyt od 14 lat. Z kolei dla całej strefy euro ceny konsumencie w ostatnim miesiącu 2014 roku spadły o 0,3 proc. Nawet Chiny notują przynajmniej słabsze tempo wzrostu cen. W grudniu 2013 r. było to +2,5 proc. rok do roku, a 12 miesięcy później już 1,5 proc. w ujęciu rocznym.

Wardyn uzupełnia, że innym powodem niekorzystnych notowań surowców są obawy o wzrost gospodarczy na świecie. Bank Światowy niedawno obniżył globalny wzrost gospodarczy w 2015 roku z 3,4 proc. do 3 proc., z kolei MFW również dokonał korekty w dół do 3,5 proc. (spadek o 0,3 proc.).

Wzrost gospodarczy to kolejny argument za tym, żeby jednak ceny surowców były niższe. Słabnie import w Chinach, więc to są czynniki przemawiające za tym, że obecne na świecie presje deflacyjne będę wywoływać słabość surowców – prognozuje ekspert.

Zdaniem przedstawiciela City Index sytuacja nie jest korzystna na wielu rynkach, m.in. ropy czy węgla. Notowania miedzi mogą zachowywać się nieco lepiej ze względu na inwestycyjny charakter tego aktywa oraz jego uzależnienie od rynku chińskiego. Jak podaje agencja Bloomberg, w grudniu Chiny sprowadziły prawie 90 mln ton rud żelaza, co stanowi najwyższy wskaźnik w historii. Mimo to i ten surowiec może jeszcze trochę potanieć.

Nasi analitycy zwrócili uwagę na miedź. Po zmianie prognoz Banku Światowego co do wzrostu gospodarczego i przy obecnym cyklu rosnących zapasów i historycznych ruchach tego surowca jest jeszcze miejsce nawet na 15-proc. spadek – mówi Łukasz Wardyn.

W ostatnich kilkunastu dniach ceny miedzi poruszają się w korytarzu 5,5-5,7 tys. dolarów za tonę. Analityk zaznacza jednak, że przy tak niestabilnych rynkach nie istnieje możliwość ich racjonalnej prognozy i oceny.

Stara praktyka spekulanta mówi, żeby trzymać się trendu, trend jest twoim przyjacielem, a w tym momencie jest on spadkowy, więc myślę, że lepiej nie szukać dna, bo to po prostu może za dużo kosztować – podsumowuje dyrektor zarządzający City Index.

Rozpoczęła się sprzedaż pierwszego modelu wirtualnej rzeczywistości. W ciągu kilkunastu miesięcy nastąpi boom

Wirtualna rzeczywistość trafia pod strzechy – od grudnia w sprzedaży są pierwsze wirtualne gogle, co dla sektora wysokich technologii stanowi kamień milowy. W 2016 roku podobne produkty mogą być już powszechne, co starają się wykorzystać także polskie firmy, takie jak Immersion. Spółka działa 8 miesięcy na rynku, otworzyła przedstawicielstwa w Turcji i Izraelu i obecnie poszukuje inwestora branżowego, który pozwoliłby jej na podwyższenie kapitału i dalszy rozwój. 

Na rynku wirtualnej rzeczywistości (czyli specjalnych gogli pozwalających m.in. odbyć wirtualny spacer po wybranym hotelu, muzeum czy obiekcie turystycznym, a w przypadku fanów gier komputerowych – przenieść się w świat gier online) kilka tygodni temu Samsung wprowadził do sprzedaży swój pierwszy komercyjny produkt – Gear VR (w cenie 200 dolarów), który dla branży jest momentem przełomowym.

Do tej pory pracowaliśmy na prototypach, czyli urządzeniach typu Oculus Rift, które były dostępne tylko dla wąskiej liczby testerów. Mogliśmy je sprowadzać w bardzo ograniczonej ilości, więc to były rozwiązania, które mogliśmy tylko umieścić w punkcie sprzedaży, na targach czy w salonie samochodowym – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Baczyński, prezes firmy Immersion, zajmującej się rozwojem nowych technologii. – Teraz to się zmienia, ponieważ użytkownicy zaczynają mieć te urządzenia u siebie w domach. Teraz możemy tworzyć aplikacje, które sprzedajemy bezpośrednio do użytkownika końcowego za pomocą sieci sprzedażowych, takich jak Play firmy Google bądź Apple Store.

Konkurencja w sektorze rozwoju wirtualnej rzeczywistości to przede wszystkim firmy tworzące gry i firmy istniejące w branży rozrywkowej. Podmiotów, które robią aplikacje użytkowe, jest mniej. W Polsce istnieje już kilkanaście –  w większości młodych – firm, które działają w podobnym profilu rynkowym jak Immersion. To m.in. Vrizzmo, a z konkurentów zza granicy francuski Archos, czy amerykański Oculus VR.

– Prawdziwy boom na tym rynku, który przełoży się na powstanie wielu firm tego typu, to moment, w którym takie urządzenia jak Oculus Rift będą już dostępne w sklepach, czyli nie będą już prototypami, które trzeba sprowadzać na przykład ze Stanów Zjednoczonych – przekonuje Piotr Baczyński. – Technologia ta może być powszechna już w 2016 roku, co zwiększy liczbę klientów końcowych, ale przyczyni się także do tego, że fascynacja takimi produktami wśród ludzi będzie stopniowo spadać.

W jego ocenie 2015 rok dla Immersion będzie dobry. Firma kończy drugi etap finansowania poprzez zwiększenie kapitału spółki. Baczyński widzi zainteresowania inwestorów zarówno z Polski, jak i Stanów Zjednoczonych oraz wierzy w duży wpływ firmy w rozwój technologii wirtualnej rzeczywistości w Europie.

Każdego miesiąca nowe branże zwracają się do nas i my także wyszukujemy partnerów z bardzo różnych obszarów rynku. Natomiast nasze plany na najbliższy rok koncentrują się na pierwszych komercyjnie dostępnych wyświetlaczach wirtualnej rzeczywistości – zaznacza prezes spółki Immersion. – W ciągu pierwszych 8 miesięcy działalności udało nam się podpisać kontrakty z wieloma największymi deweloperami oprogramowania w Europie. Mamy otwarte przedstawicielstwo w Turcji i Izraelu, jesteśmy też coraz bliżej otwarcia przedstawicielstwa w Stanach Zjednoczonych

Firma technologiczna potrzebuje przede wszystkim kapitału, który jest konsumowany głównie przez wysokiej jakości oprogramowanie, sprzęt oraz programistów, wywodzących się często z branży gier komputerowych.

Na rynku kapitału jest teraz sporo i w większości przedstawiciele funduszy inwestycyjnych venture capital sami wyszukują spółki z branży technologicznej. Jest to ciekawa współpraca i bardzo dobry okres do prowadzenia innowacyjnej działalności – mówi Baczyński.

Dla Immersion przy wyborze inwestora najważniejsza jest wartość dodana, którą może on wnieść do spółki. Kapitał pozostaje na drugim miejscu.

Nasza spółka jest tworzona przez młodych ludzi, nie mamy doświadczenia w wielu aspektach działań biznesowych, więc osoby z rozbudowaną siecią kontaktów, know-how i doświadczeniem są u nas mile widziane. Ważne są także osoby, które stają się partnerami, które nam pomagają rozwinąć firmę to są właśnie inwestorzy, których szukamy – podsumowuje prezes firmy Immersion.

Lasy Państwowe wydadzą 700 mln zł na inwestycje. Większość pójdzie na drogi

700 mln złotych planują wydać w 2015 roku na inwestycje Lasy Państwowe. Niemal drugie tyle mają nadzieję pozyskać w najbliższych latach z budżetu Unii Europejskiej. Gros pieniędzy zostanie przeznaczone na budowę dróg leśnych.

– W 2015 roku planujemy przeznaczyć około 700 mln zł na inwestycje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Wasiak, dyrektor generalny Lasów Państwowych.Tradycyjnie od kilku lat 70 proc. inwestycji to budownictwo drogowe, które służy ochronie przeciwpożarowej i lepszemu wykorzystaniu dróg do transportu drewna, ale też służy społeczeństwu, bo daje możliwość uczęszczania do lasu, korzystania z dróg leśnych, które równocześnie mogą być i ścieżkami rowerowymi, i miejscami do spacerów.

W ubiegłym roku Lasy Państwowe zmniejszyły swoje inwestycje z 1 mld zł do ok. 700 mln ze względu na ustawowy wymóg przekazania do budżetu państwa 800 mln zł. W Polsce powierzchnia lasów jest systematycznie powiększana. Zalesienie kraju zostało zwiększone z 21 proc. w roku 1945 do ponad 29 proc. obecnie. Zgodnie z „Krajowym programem zwiększania lesistości” w roku 2020 lasy mają zajmować 30 proc. powierzchni Polski. 30 lat później ta powierzchnia ma wzrosnąć do 33 proc. Jednak drogi i zalesianie to nie jedyne wydatki.

Mamy też dużą substancję mieszkaniową i 500 budynków administracyjnych. To pociąga rokrocznie inwestycje w granicach 100 mln zł w zakresie ich utrzymania czy modernizacji – przyznaje Adam Wasiak. – Pozostałe planowane kwoty to około 200 mln zł na wspólne przedsięwzięcia z samorządami, również na inwestycje drogowe, oraz współfinansowanie inwestycji, na które mamy nadzieję otrzymać pieniądze z Unii Europejskiej. Myślę tu przede wszystkim o małej retencji nizinnej.

Mała retencja nizinna, czyli gromadzenie wody na terenach nizinnych, to bardzo istotny program i dla różnorodności biologicznej w lasach, i dla ochrony przed powodziami. Dlatego współfinansować go będzie Unia Europejska.

We wstępnych analizach na cały okres programowania chcielibyśmy pozyskać z Unii od 500 do 600 mln zł z nowej perspektywy – podkreśla dyrektor generalny Lasów Państwowych.Jeżeli to się uda, to myślę, że będzie to duży sukces i Lasów Państwowych, i naszego kraju.

Pieniądze z Unii Europejskiej w ramach perspektywy 2014-2020 zasilać będą polską gospodarkę w ramach wielu programów. Do Lasów Państwowych mogą trafić środki przeznaczone zarówno na ochronę środowiska, modernizację zaniedbanych regionów, jak i usprawnienie transportu czy nowe technologie.

Jesteśmy na etapie podpisywania umów w tym zakresie. Przygotowujemy się na duży program termomodernizacji naszych budynków, połączony z ich adaptacją do odnawialnych źródeł energii – deklaruje Adam Wasiak. – To również jeden z dużych programów unijnych, w którym zamierzamy uczestniczyć. Jak w poprzedniej perspektywie aktywnie bierzemy udział we wszelkich przedsięwzięciach z zakresu ochrony przyrody na terenie Lasów Państwowych, mówię  tu o ochronie żubrów i restytucji populacji głuszca – działania w tym zakresie są dla nas bardzo ważne.

Lasy zajmują 29,2 proc. terytorium Polski, rosną na obszarze 9,1 mln ha. Z tego prawie 7,6 mln ha zarządzane jest przez Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe.

Rok po pełnym wprowadzeniu ustawy śmieciowej resort środowiska zadowolony z efektów

Od roku w całym kraju obowiązuje nowy system gospodarowania śmieciami. Z punktu widzenia resortu środowiska reforma zakończyła się sukcesem, choć pojawiły się problemy związane z monopolistyczną pozycją niektórych regionalnych instalacji przetwarzania odpadów komunalnych. Ministerstwo nie planuje w tym roku kolejnych nowelizacji ustawy, ale liczy na działania ze strony UOKiK-u.

Na pewno sama idea przekazania władztwa nad odpadami samorządom okazała się dobrym pomysłem – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Ostapiuk, wiceminister środowiska. Dodaje: ‒ Dzisiaj występuje bardzo nieprzewidywalny aspekt, a mianowicie niektóre regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych (RIPOK), niestety, ustalają zbyt wysokie ceny za swoje usługi. W sposób nieuzasadniony podnoszą ceny za przetwarzanie odpadów.

Przekazanie gospodarowania odpadami komunalnymi do samorządów nastąpiło w całym kraju 1 lipca 2013 r. Tylko w Warszawie okres przejściowy zakończył się 1 lutego 2014 r.

Ostapiuk podkreśla, że tylko w niewielkiej części gmin pojawiły się problemy ze zorganizowaniem systemu odbioru odpadów oraz uchwaleniem stawek. W większości samorządów podjęto rozsądne decyzje dotyczące wyceny tej usługi. Jak zwraca uwagę wiceminister, z punktu widzenia systemu oraz dobra obywateli tak samo groźne były zbyt wysokie stawki, jak i zbyt niskie, które najczęściej oznaczały bardzo niską częstotliwość odbioru odpadów.

Średnie stosowane ceny są aprobowane przez ludzi. W wielu przypadkach ceny są niższe, aniżeli były w przeszłości, kiedy obywatele mieli umowę podpisaną bezpośrednio z przedsiębiorstwami – twierdzi Ostapiuk.

Innego zdania są jednak eksperci z Instytutu Sobieskiego, którzy wyliczyli w listopadzie ubiegłego roku, że po zmianie systemu gospodarowania odpadami średnie ceny za ich wywóz wzrosły średnio o 30 proc.

Te zbyt wysokie stawki to są jednak pojedyncze, sporadyczne przypadki. Myślę, że najbliższe zmiany w gminach, weryfikacje planów gospodarki odpadami i uchwał lokalnych spowodują, że te stawki będą się normalizować – zapowiada Ostapiuk.

Przyznaje jednak, że po wprowadzeniu nowych przepisów ujawnił się nieprzewidziany przez ustawodawcę problem. Dotyczy on jednak bardziej prawa konkurencji i kompetencji UOKiK-u niż ustawy, za którą odpowiada Ministerstwo Środowiska.

Ustawa nakazuje wywóz odpadów w danym regionie do lokalnego RIPOK-u. W regionach, gdzie takich instalacji jest kilka, konkurencja prowadzi do spadku cen i lepszej jakości usług. Są jednak w Polsce takie gminy, gdzie jest tylko jeden lub dwa RIPOK-i. Tam, jak przyznaje Ostapiuk, spółki zarządzające instalacjami często dyktują bardzo wysokie ceny. Prawo zabrania jednak samorządom szukania tańszej oferty w innych regionach.

Nie chcę mówić o zmowach cenowych czy celowym działaniu, bo tego jeszcze nie udowodniliśmy, ale takie przypadki występują – mówi wiceminister środowiska.

Dodaje, że pojawiła się również rywalizacja między samorządami. Gminy zakładają spółki, które walczą o zamówienie na wywóz śmieci w sąsiednich regionach. To działanie nie jest zakazane prawem, o ile odpady trafiają do właściwego RIPOK-u. Ostapiuk wyjaśnia, że samorządy niechętnie jednak godzą się na taką konkurencję ze strony sąsiadów. Nie mogą jej zakazać, ale starają się narzucać jak najbardziej niekorzystne dla nich warunki realizacji odbiorów i płatności.

Resort chce wdrożyć działania, które mają rozwiązać obydwa problemy. Będzie to się jednak działo poprzez współpracę z UOKiK-iem i rozporządzenia, a nie kolejną nowelizację ustawy. Ta ma pozostać w swoim obecnym kształcie, podpisanym przez prezydenta pod koniec 2014 r.

Nie chciałbym, żebyśmy w 2015 r. dalej grzebali przy nowelizacji ustaw okołoodpadowych, mimo że z pewnością znalazłyby się sprawy do przedyskutowania, bo życie niesie bezustanne sugestie i propozycje – mówi Ostapiuk. ‒ Bardzo bym chciał, żeby 2015 r. był okresem stabilności prawa, tym bardziej że na podstawie drugiej nowelizacji, a mianowicie ustawy o odpadach, samorządy wojewódzkie, i urzędy marszałkowskie muszą dokonać weryfikacji wojewódzkich planów gospodarki odpadami.

Jak podkreśla, weryfikacja tych planów jest warunkiem koniecznym, narzuconym przez Komisję Europejską, otrzymania unijnych pieniędzy na gospodarkę odpadami. Chodzi przede wszystkim o równomierne rozłożenie na terenie kraju instalacji do przetwarzania odpadów. Może to oznaczać, że w jednych regionach niektóre instalacje zostaną zlikwidowane, a w innych będą budowane nowe.

Rośnie popularność walut skandynawskich w rozliczeniach handlowych. Przedsiębiorcy szukają alternatywy dla UE i Rosji

Polskie firmy, handlując z krajami skandynawskimi, coraz częściej rezygnują z rozliczeń w dolarach czy euro i wybierają lokalne waluty, np. koronę szwedzką i norweską. To wynik zwracania większej uwagi na rynki północnej Europy oraz spadku dysproporcji między wahaniami dolara bądź euro w stosunku do mniej popularnych walut. Firmy z sektora MSP miesięcznie wymieniają nawet milion koron.

W najbliższych miesiącach zamierzamy rozszerzać ofertę walut skandynawskich. W tym momencie w odpowiedzi na oczekiwania klientów wprowadziliśmy koronę norweską, w planach jest także korona szwedzka ‒ wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange.

Jak dodaje, poza koroną szwedzką firma planuje także zaoferować walutę czeską, co wynika ze wzrostu aktywności przedsiębiorstw w państwach ościennych, w Skandynawii i Czechach. Firmy dokonują transakcji w walucie lokalnej, dlatego muszą dostosować swój handel zagraniczny do wymiany takich walut.

Korony norweskie i szwedzkie są w pewnym sensie walutami bezpieczniejszymi od złotówki, bo dotyczą bardziej rozwiniętych gospodarek. Jednakże są tak samo narażone na czynniki zewnętrzne, gdyż gospodarki tych krajów są dużo mniejsze niż gospodarka UE, która mimo to  cały czas przeżywa kryzys ‒ zauważa Paciorkowski.

Korona norweska została wprowadzona na przełomie listopada i grudnia, a w I kwartale 2015 roku w ofercie firmy znajdą się pozostałe planowane waluty. Aforti Exchange rozważa również posiadanie w swoim portfelu rubla rosyjskiego. Nie są to jednak najbliższe plany, ze względu na niestabilną sytuację w Rosji.

Dłuższy plan związany z wprowadzeniem rubla wynika z tego, że mieliśmy do czynienia z bardzo silnym osłabieniem tej waluty. Zakładamy, że to było mocno spekulacyjne zachowanie rynku. Już widać pewną stabilizację i najbliższy kwartał pokaże nawet w technicznym aspekcie, jaka jest realna wycena tej waluty ‒ mówi Paciorkowski. ‒ Przedsiębiorstwa muszą dostosować swój biznes do tego typu zachowania waluty, dlatego dużo wcześniejsze wejście jest jeszcze po prostu zbyt ryzykowne.

Jak tłumaczy ekspert, zapotrzebowanie na korony norweskie i szwedzkie to łącznie dziesiątki, a nawet  setki milionów tych walut. W tym momencie małe i średnie przedsiębiorstwa miesięcznie wymieniają wolumeny rzędu nawet do miliona koron. Jego zdaniem potencjał takich walut cały czas rośnie, bo nawet część firm, które wcześniej rozliczały się ze Skandynawią w dolarach, przechodzi na koronę szwedzką czy norweską.

To alternatywa dla handlu z Unią Europejską czy Rosją. Z tego względu obserwujemy, że coraz więcej firm idzie w tym kierunku, tym bardziej że jest to rynek jeszcze nie w pełni spenetrowany przez przedsiębiorstwa ‒ ocenia dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange. ‒ Stąd też widzimy swoją szansę, bo wiemy, że konkurencja nie ma w swojej ofercie takiej regularnej wymiany w tych walutach, a my oprócz tego jeszcze posiłkujemy się całym działem analiz, który dodatkowo pomaga klientom w podjęciu decyzji o momencie wymiany, który jest kluczowy dla rentowności.

Zdaniem Paciorkowskiego zmienność na koronach jest bardzo duża ze względu na rozmiar rynku, który jest mniejszy od rynku dolara czy euro, choć w ostatnim czasie wahania te są porównywalne, gdyż w ogólnym ujęciu rynki są niestabilne, a cały kapitał szuka bezpiecznej przystani.

Kiedyś trendy były kilkuletnie, w tym momencie czasem w ciągu kilku miesięcy dochodzi do kompletnego przejścia kapitału z euro w kierunku tych bardziej ryzykownych walut, jak złoty czy korony, i po kilku miesiącach znowu wracają do dolara ‒ wyjaśnia Marek Paciorkowski.

Według ubiegłorocznego raportu serwisu strefawalut.pl w latach 2011-2013 w e-kantorach obroty wzrosły z 3,2 mld zł do prawie 20 mld zł. To m.in. pokłosie kilkukrotnie mniejszego spreadu przy wymianie w sieci oraz docenienia przez Polaków wygody i szybkości takich transakcji.

Pizza Hut otwiera nowy typ restauracji

0

CEO Magazyn Polska

W Bielsku-Białej powstała pierwsza w Polsce restauracja Pizza Hut Express. Przygotowanie pizzy w jednym z pięciu najpopularniejszych smaków będzie trwać maksymalnie 5 minut. Sieć w ten sposób chce odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie na szybki posiłek, jedzony w drodze do domu lub podczas przerwy w pracy. Kolejny lokal Pizza Hut Express zostanie otwarty we Wrocławiu. Tempo rozwoju sieci będzie uzależnione od zainteresowania klientów.

 Z tą ofertą chcemy trafić do wszystkich tych, którzy mają mniej czasu i chcą szybko zjeść najlepszej jakości pizzę przygotowywaną na ich oczach ze świeżych składników najlepszej jakości – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Damian Rybak, brand president marki Pizza Hut. ‒ Pierwszą restaurację już otworzyliśmy w centrum handlowym Sfera w Bielsku-Białej, kolejną za chwilę otworzymy we Wrocławiu.

Jak podkreśla, lokale będą otwierane na początku w centrach handlowych, w następnej kolejności sieć będzie rozwijana w centrach miast, na dworcach czy w innych punktach przesiadkowych.

W restauracjach nowego typu dostępnych będzie pięć najpopularniejszych smaków pizzy. Klienci będą mogli też dowolnie komponować własną pizzę z trzech składników. Ograniczone menu oraz specjalny piec przystosowany do szybkiego wypieku pozwalają na przygotowanie pizzy w zaledwie pięć minut.

Wśród dostępnych smaków są pizze margherita, hawajska, prosciutto e rucola, farmerska i pepperoni.

Polska jest jednym z pierwszych rynków, na których rozwijana będzie sieć restauracji Pizza Hut Express. Pierwszą placówkę otwarto 28 stycznia, kolejne restauracje w tym formacie mają być otwierane jeszcze w tym roku. Damian Rybak zaznacza, że już w ciągu kilku pierwszych dni bielską restaurację odwiedziło kilka tysięcy klientów, a ich opinie są pozytywne.

Wyniki testu i reakcje klientów będą wpływały na to, w jakim tempie i w jakiej formie będziemy dalej rozwijać ten format – zapewnia Rybak.

Pizza Hut oferuje już sprzedaż kawałków pizzy na wynos w niektórych spośród swoich 59 restauracji w Polsce. Pizza Hut Express idzie krok dalej, bo każdy klient może obserwować, jak wypiekana jest zamówiona pizza o 23-centymetrowej średnicy. Pizza jest sprzedawana w cenie od 9,95 do 14,95 zł.

Nowe polisy na nowe zagrożenia. Firmy mogą się ubezpieczyć od ataków hakerów i błędów w zarządzaniu

Rośnie zainteresowanie firm nowymi rodzajami polis, które zabezpieczają przed zagrożeniami współczesnego świata. Można już nie tylko ubezpieczyć władze firmy od odpowiedzialności za błędne decyzje, lecz także całe przedsiębiorstwo od konsekwencji ataku hakerów. Z raportu PwC wynika, że światowe koncerny tracą na cyberatakach od 375 mld do 575 mld dol.

W ostatnim roku liczba cyberataków na świecie wzrosła o blisko 50 proc., co oznacza ponad 117 tys. włamań dziennie – wynika z grudniowego raportu PwC. Skala zjawiska w podobnym tempie rośnie również w Polsce. Straty są znaczące. PwC wyliczył, że światowa gospodarka może na tym tracić nawet 575 mld dol.

Obserwujemy z roku na rok coraz więcej realnych szkód i strat zarówno w instytucjach publicznych, jak i firmach  mówi agencji informacyjnej Newseria Dominik Stachiewicz, członek zarządu brokera ubezpieczeniowego Donoria. – Na świecie również obserwujemy wzmożoną aktywność hakerską. W zeszłym roku w Polsce także mieliśmy kilka bardzo medialnych sytuacji, dlatego naszym zdaniem ubezpieczenia od tego typu przestępstw będzie wykupowane w Polsce coraz częściej.

Rosnące zagrożenie powoduje, że na Zachodzie cyberubezpieczenia już stały się popularne, a w niektórych przypadkach wręcz obowiązkowe. Polskie firmy także zaczynają dostrzegać rosnące potencjalne zagrożenia.

Jest to ubezpieczenie, które chroni w przypadku utraty danych, zabezpieczając instytucję, która została na nią narażona. Ochrona działa niezależnie od tego, czy utratę spowodował atak z zewnątrz, hakerski, czy był ona wynikiem działań wewnątrz spółki informuje Dominik Stachiewicz.

Na razie tego typu ubezpieczenia oferuje w Polsce tylko jedna firma. W ramach polisy CyberEdge od AIG ubezpieczyciel pokrywa konsekwencje finansowe utraty lub bezprawnego użycia danych klientów lub pracowników, wycieku informacji handlowych oraz pokrywa koszty ich odzyskania lub odtworzenia. Zajmuje się też przypadkami, gdy przestępcy szantażują firmę i żądają okupu, grożąc ujawnieniem poufnych informacji.

– Dzisiaj ubezpieczyciele podchodzą dość wnikliwie do analizy ryzyka. Oczywiście potrzebna jest pełna informacja o tym, jakie to jest ryzyko i w jaki sposób dane są zabezpieczone – mówi Stachiewicz. – Ceny może nie są niskie, ale nie ma konkurencji. Spodziewamy się, że wraz z pojawieniem się oferty innych ubezpieczycieli będą spadały.

Przedstawiciel Donorii zakłada, że cyberpolisy przebiją się na polskim rynku podobnie, jak wcześniej przebiło się ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej członków zarządów i rad nadzorczych spółek. Tego typu polisy są coraz częściej kupowane przez firmy i to nie tylko te największe.

Również członkowie zarządów średnich i małych spółek dostrzegają potrzebę wykupienia tego typu ubezpieczenia podkreśla członek zarządu Donorii. Podobnie jak przy innych ubezpieczeniach cena tego typu polis znacząco spadła. Zwiększyła się nam liczba ubezpieczycieli, którzy oferują to ubezpieczenie. Dzisiaj mamy już kilku graczy, którzy walczą o klientów nie tylko ceną, lecz także warunkami.

Polisy te opiewają na coraz wyższe kwoty. W niektórych segmentach spółek roszczenia wobec ich władz pojawiają się w ok. 10 proc. firm. Wykupiona polisa chroni nie tylko majątki członków zarządu czy rady nadzorczej, lecz także same spółki.

– Ubezpieczyciele poszerzyli spektrum spółek, które mogą być objęte tego typu ubezpieczeniem. Kiedyś nie można było ubezpieczyć spółki nowej, start-upu. Dzisiaj nie jest to może łatwe, ale jak najbardziej możliwe do zrobienia. Możemy ubezpieczyć spółkę, która jest start-upem, z dobrym biznesplanem, gwarantującą stabilny rozwój – mówi Stachiewicz.

Coraz więcej inwestycji deweloperskich. Rośnie sprzedaż materiałów budowlanych do wykańczania domów i mieszkań

Liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia, rośnie w tempie dwucyfrowym. Przybywa także rozpoczętych inwestycji. W tym roku ma zostać oddanych do użytku znacznie więcej lokali niż w ubiegłym. To z kolei przełoży się na rosnącą sprzedaż materiałów wykończeniowych.

W 2014 roku spadła liczba mieszkań oddanych do użytku w Polsce. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, do końca roku było ich ponad 143 tys., o ponad jeden proc. mniej niż w roku 2013. Jednocześnie w zeszłym roku wydano pozwolenie na budowę przeszło 156 tys. mieszkań, czyli o 13 proc. więcej niż rok wcześniej. Liczba rozpoczętych inwestycji także wzrosła, aż o 16,3 proc. W rezultacie w budowie było ponad 148 tys. mieszkań.

Grupa Atlas, której materiały używane są na wszystkich etapach budowy, dostrzega, że rośnie popyt na te, które potrzebne są na końcowym etapie prac.

– Zaczynamy od fundamentów, kończymy na dachu i produktach potrzebnych do wykończenia mieszkania czy domu – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Kisiel, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu Grupy Atlas.W tej chwili widzimy dosyć duży wzrost sprzedaży tynków wewnętrznych, co dobrze wróży, bo jest znakiem tego, że kończą się inwestycje deweloperskie.

Dla Grupy Atlas rynek budownictwa mieszkaniowego jest najważniejszym segmentem rynku, na którym sprzedaje swe produkty. Istotne jest jeszcze budownictwo kubaturowe, czyli inwestycje deweloperskie w biura, magazyny czy obiekty handlowe.

To są obszary, na których się koncentrujemy – deklaruje Paweł Kisiel. Budownictwo indywidualne jest dla nas o tyle istotne, że jeżeli spojrzymy na liczbę mieszkań oddanych do użytku, to ten segment stanowi ponad 50 proc. Budownictwo deweloperskie to czterdzieści kilka procent. Natomiast jeżeli spojrzymy na powierzchnię, to budownictwo indywidualne stanowi ponad 70 proc.

Dlatego Atlas dużo uwagi poświęca edukowaniu klientów. Firma zdaje sobie sprawę z tego, że inwestorzy indywidualni nie są specjalistami z doświadczeniem na budowlanym rynku. Na ogół w ciągu całego życia budują jedną nieruchomość, sporadycznie dwie lub trzy.

Nasi doradcy techniczni mają edukować – podkreśla wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu Grupy Atlas. – Nie chodzi o to, żeby wydać dużo pieniędzy na budowę domu, tylko o to, żeby ten dom czy mieszkanie zrobić porządnie, z porządnych materiałów. Wydatki na chemię budowlaną nie są tak znaczne, a problemy wynikające z użycia niewłaściwych materiałów są bardzo duże.

Grupa Atlas koncentruje się również na współpracy z wykonawcami inwestycji. W polskim modelu budownictwa indywidualnego to oni na ogół podejmują decyzje w imieniu klienta. Kupujący mieszkanie często uzgadnia, jaki projekt ma być zrealizowany, szczegóły techniczne pozostawiając zakontraktowanej firmie.

– Pracujemy z bardzo dużą liczbą firm wykonawczych, bardzo dużo inwestujemy w szkolenia. Chcemy by doradcy techniczni pracowali w terenie tak, by nie tylko sprzedawali produkty Atlasa, lecz także edukowali rynek – opowiada Paweł Kisiel. Na rynku mamy do czynienia z problemem jakości materiałów budowlanych i świadomości konsumentów.

Boruta-Zachem dzięki taniej metodzie produkcji chce walczyć o swoją pozycję na rynku wartym 30 miliardów dolarów

0

CEO Magazyn Polska

Rośnie popyt na bardziej ekologiczne półprodukty chemiczne wykorzystywane m.in. w kosmetykach czy środkach czystości. Światowy rynek substancji dodawanych m.in. do mydeł i płynów do naczyń (tzw. surfaktantów) wart jest 30 mld dolarów, a jego siłą napędową mają być właśnie produkty pochodzenia naturalnego. Rezygnację ze starszych, szkodliwych substancji nakazuje UE. Barierą jest wysoki koszt produkcji, ale polska spółka chemiczna Boruta Zachem obniżyła koszty dzięki produkcji na bazie śruty rzepakowej.

Biosurfaktanty to substancje, które poprzez zmianę właściwości cieczy mogą być wykorzystywane np. w środkach czyszczących, kosmetykach, lekach, a nawet w transporcie ropy naftowej.

To dziedzina, na której przede wszystkim chcemy się skupiać. Uważamy, że ma potężny potencjał. Rynek surfaktantów chemicznych jest wart ponad 30 mld dolarów rocznie. Z biegiem czasu dyrektywy unijne będą coraz bardziej szły w stronę ekologii, przerobu biomasy, więc surfaktanty pochodzenia ekologicznego na pewno będą wypierały surfaktanty pochodzenia chemicznego. Mają ogromny potencjał wzrostu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Pawlikowski, wiceprezes zarządu spółki Boruta-Zachem.

Spółka Boruta-Zachem do tej pory zajmowała się przede wszystkim produkcją barwników i pigmentów. W 2013 r. uzyskała z tej działalności niemal 19 mln zł przychodów i 1,3 mln zł zysku netto. Wśród klientów Boruty-Zachem są m.in. najwięksi producenci farb i lakierów w Polsce, tacy jak Tikkurila, AkzoNobel i Śnieżka. Barwniki spółki znajdują się również w kostkach toaletowych, produktach chemii budowlanej (m.in. silikonach, akrylach, fugach), papierze czy produktach włókienniczych.

Te same branże korzystają z surfaktantów, czyli środków powierzchniowo czynnych.

Dlatego pomysł na produkcję ekologicznych surfaktantów wyszedł od naszych klientów. W naszym portfolio klientów jest ok. 300 znaczących w Polsce firm i widzimy, że mają duże zapotrzebowanie na surfaktanty pochodzenia ekologicznego, gdyż substancje pochodzenia chemicznego rodzą niesamowite problemy, chociażby z odprowadzaniem ścieków, kanalizacji. Rosną np. koszty odprowadzenia tych ścieków – tłumaczy Pawlikowski.

Spółka chce umacniać swoją pozycję na tym rynku głównie dzięki uruchomieniu nowej linii produkcyjnej biosurfaktantów. Pod koniec ubiegłego roku podpisała kontrakt z odbiorcą ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich na 100 ton produktów z tej fabryki. Umowa warta jest 82,5 mln zł.

Pawlikowski podkreśla, że choć w Unii Europejskiej jest duża presja na wykorzystanie biosurfaktantów, barierą w ich popularyzacji jest wysoki koszt produkcji, a w szczególności ceny pożywek. Boruta-Zachem opracowała jednak technologię, która daje bardzo dobre rezultaty produkcyjne przy zachowaniu niskich kosztów. Wykorzystuje ona powszechnie dostępny w Polsce rzepak.

Polska jest jednym z wiodących producentów rzepaku w Europie, a województwo kujawsko-pomorskie i Bydgoszcz, czyli centrum naszego regionu, są położone w zagłębiu rzepakowym. Dlatego staraliśmy się wszystkie nasze badania prowadzić na śrucie rzepakowej i w połączeniu z odpowiednimi szczepami bakterii okazało się, że nasz pomysł był strzałem w dziesiątkę, że ta technologia jest wydajna – mówi Pawlikowski.

Biosurfaktant produkowany przez Borutę-Zachem już po kilku dniach degraduje się w 67 proc., co oznacza, że produkt ten niemal całkowicie rozkłada się bardzo szybko. W przypadku tradycyjnych surfaktantów chemicznych w tak krótkim czasie nie obserwuje się rozkładu produktu.

Innowacje są ważne również w innych segmentach działalności spółki. Boruta-Zachem opracowała m.in. nanoopatrunki, czyli innowacyjne opatrunki wykorzystujące nanostruktury dwutlenku krzemu z dodatkami kwasów. Umożliwiają one skuteczne leczenie ran bez wykorzystania antybiotyków. W ubiegłym roku opracowany we współpracy z naukowcami projekt został zgłoszony do konkursu o dofinansowanie przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, nie otrzymał jednak środków.

Czekamy na nowe programy, które będą rozpisane w nowej perspektywie unijnej. Będziemy się starali o dofinansowanie na nanoopatrunki – zapowiada Pawlikowski.

Auta w wersji podstawowej nie sprzedają się tak dobrze. Polacy częściej kupują droższe i lepiej wyposażone samochody

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej wybierają samochody droższe i lepiej wyposażone. Przy wyborze istotna jest dla nich kwestia spalania i ekologii, jednak sprzedaż aut najbardziej ekologicznych nie jest jeszcze na wysokim poziomie. Klientów mogłyby zmotywować zmiany w podatkach.

– Temat aut ekologicznych jest bardzo modny. Na wielu rynkach w Europie te samochody bardzo zyskują na znaczeniu. Niewątpliwie mają na to wpływ uwarunkowania prawne, szczególnie system podatkowy mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Paździor, dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland. – W Polsce bazujemy raczej na bardzo archaicznych podatkach, dlatego akcyza zależna od pojemności samochodu.

W Polsce nabywca nowego samochodu płaci akcyzę 3,1 proc. za samochód o pojemności silnika do 2 l oraz 18,6 proc. za pojazd o większym silniku. Inaczej niż w wielu innych krajach Unii Europejskiej nie ma znaczenia to, czy auto jest ekologiczne, czy nie.

Nie ma to nic wspólnego z ekologią ocenia Łukasz Paździor. – W Europie większa sprzedaż aut ekologicznych motywowana jest rozwiązaniami podatkowymi, których w Polsce brakuje. Mazda oferuje ekologiczne samochody, więc jak najbardziej jesteśmy za tego typu rozwiązaniami i mamy nadzieję, że niedługo nastąpią zmiany w podatkach.

W ubiegłym roku na polskich drogach przybyło ponad 327 tys. nowych samochodów osobowych. To o 12,9 proc. więcej niż rok wcześniej. Polacy przy wyborze samochodu są raczej konserwatywni. Częściej jednak wybierają samochody z bogatym wyposażeniem.

Coraz więcej osób kupuje droższe auta, czyli te z pełnym wyposażeniem, bardzo często są to samochody ze skrzyniami automatycznymi informuje dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland. – Również w przypadku Mazdy widzimy trend, że kupowane są auta bardzo bogato wyposażone. Mamy bardzo małą sprzedaż samochodów z najniższymi specyfikacjami. Na tej podstawie wnioskujemy, że klient dba o swoją wygodę i komfort podróżowania.

To oznacza, że w Polsce sprawdza się strategia, w której o klienta walczy się jakością, a nie ceną.

Część marek prowadzi agresywne akcje wyprzedażowe, co tak naprawdę nie do końca w długiej perspektywie musi być korzystne dla klienta – podkreśla Łukasz Paździor.Przy odsprzedaży ma znaczenie wartość rezydualna. Jeżeli są bardzo agresywne akcje promocyjne, ma to finalnie wpływ na cenę odsprzedaży. My staramy się budować politykę długofalową, czyli nie jesteśmy agresywni w wyprzedażach, ale z drugiej strony oferujemy klientowi w odsprzedaży wysoką wartość rezydualną. Myślę, że to jest lepsze rozwiązania niż sprzedawanie aut w niskich cenach.

Emigracja już nie tylko za pieniędzmi, lecz także coraz częściej za większymi możliwościami rozwoju

CEO Magazyn Polska

Polscy emigranci coraz częściej szukają za granicą szans na rozwój zawodowy, a nie tylko wyższej płacy. Najwięcej osób wciąż wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, ale rośnie także popularność innych krajów, np. Niemiec. Coraz częściej emigrują też osoby wykształcone i z doświadczeniem, mają dobrzece płatną pracę.

W ostatnich latach mamy do czynienia ze zmianą profilu emigrujących osób z Polski. Coraz więcej jest takich Polaków, którzy decydują się na wyjazd mimo że mają pracę w Polsce. To jest dość duża zmiana – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Karolina Grot, ekspertka Instytutu Spraw Publicznych.

Grot ocenia, że do emigracji zachęcają Polaków już nie tylko wyższe płace i niższe bezrobocie za granicą. To były dominujące czynniki w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Analityczka ISP przypomina, że wtedy wiele osób emigrowało na krótko, po czym wracało do kraju. Wielu z nich potem decydowało się na kolejny wyjazd.

Mieliśmy do czynienia z taką migracją wahadłową. Tuż po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej i otwarciu się zagranicznych rynków pracy dla nas dotyczyło to rynku brytyjskiego, irlandzkiego i szwedzkiego, takie scenariusze dominowały wśród wyjeżdżających Polaków – mówi Grot. ‒ Polacy jednak szybko zauważyli, że za granicą nie czekają na nich tylko lepsze warunki zatrudnienia.

W pierwszych latach członkostwa w UE wśród emigrantów dominowali ludzie, którzy w Polsce nie mogli znaleźć pracy w ogóle lub musieli pracować poza zawodem. Emigrację wiązali z szansą na szybki zarobek, który pozwalał albo na zaoszczędzenie środków, albo na wysyłanie ich do pozostawionej w kraju rodziny.

Wielu z nich dostrzegło w tym czasie, że w krajach zachodniej Europy mogą liczyć nie tylko na lepsze wynagrodzenie, lecz także na bardziej stabilne zatrudnienie. To spowodowało, że zaczęli wyjeżdżać na dłużej. Lepsze perspektywy na Zachodzie zachęciły także do wyjazdu te osoby, które mają w Polsce prace i zdobyły już w kraju doświadczenie zawodowe.

Wśród Polaków wyjeżdżających do Niemiec i Wielkiej Brytanii jest coraz więcej osób, które pracują w swoim zawodzie. Nie zatrudniają się one długotrwale na stanowiskach, które nie odpowiadają ich wykształceniu, lecz aspirują do tego, by wykonywać pracę, która jest zgodna z ich kwalifikacjami – mówi Grot.

Coraz więcej osób szuka pracy za granicą, jeszcze kiedy są w Polsce, planując tę decyzję z wyprzedzeniem. Po znalezieniu szansy na rozwój zawodowy za granicą Polacy chętniej niż przed kilkoma laty podejmują decyzję o pozostaniu w kraju emigracji na stałe.

Wśród najczęściej wybieranych krajów emigracji Polaków nadal dominuje Wielka Brytania, gdzie Polacy stanowią drugą co do liczebności po obywatelach Indii mniejszość narodową. Wiele osób wyjeżdża też do Niemiec, Holandii (gdzie dominują pracownicy sezonowi), Irlandii, a także krajów skandynawskich. Jak wynika z danych za 2013 r., do samych tylko Niemiec wyjechało wtedy ok. 200 tys. Polaków. Spośród ponad 1,2 mln imigrantów, którzy osiedlili się u naszych zachodnich sąsiadów w tym roku, Polacy byli najliczniejszą grupą i stanowili ponad 16 proc.

Wyjeżdżasz za granicę? Nie zapomnij włączyć roamingu

Chcesz przesyłać zdjęcia do znajomych, sprawdzać pocztę elektroniczną, być w kontakcie telefonicznym z szefem? – kiedy wyjeżdżasz za granicę, pamiętaj o aktywacji roamingu.

O włączeniu roamingu warto pomyśleć jeszcze przed przekroczeniem granicy. Usługa ta zazwyczaj zostaje aktywowana już w momencie podpisania umowy z operatorem. W niektórych przypadkach może on poprosić o podanie numeru karty kredytowej lub wpłatę kaucji w ramach zabezpieczenia.

„Już na etapie pakowania walizki powinniśmy wykonać telefon do operatora naszej sieci komórkowej, by dowiedzieć się, czy roaming jest włączony dla danej karty SIM oraz jakie pakiety minut i transmisji danych obejmuje nasza taryfa” – mówi serwisowi infoWire.pl Witold Tomaszewski, redaktor naczelny portalu Telepolis.pl. Większość operatorów oferuje pakiety roamingowe w ramach promocji w taryfach średnich i wyższych.

Obecnie, kiedy wyjeżdżamy do krajów Unii Europejskiej, nie musimy obawiać się wysokich rachunków za używanie telefonu. Za połączenie wychodzące zapłacimy nie więcej niż 97 gr, za przychodzące – maksymalnie 25 gr, a koszt przesyłania 1 MB danych to 1 zł i 2 gr. Komisja Europejska chce, aby od 15 grudnia 2015 r. opłaty za roaming zostały zniesione w Unii całkowicie. Użytkownicy telefonów komórkowych mają płacić takie stawki za połączenia, SMS-y i internet, jakie obowiązują w ich krajach, bez względu na to, w którym państwie UE się znajdują.

Niestety ceny za korzystanie z roamingu nie są już tak atrakcyjne np. w Egipcie czy Tunezji. „Koszt minuty połączenia jest tam na poziomie, jaki obowiązywał pięć lat temu w Europie” – informuje ekspert. Dlatego kiedy wyjeżdżamy poza UE, opłacalne może okazać się kupno lokalnej karty prepaid. Należy jednak pamiętać, że w niektórych krajach mogą ją nabyć tylko stali mieszkańcy, a przy zakupie praktycznie zawsze trzeba mieć dowód osobisty lub paszport.

PMI wystrzelił, przemysł będzie zatrudniać

Styczniowy indeks PMI wzrósł z 52,8 pkt. do 55,2 pkt., osiągając najwyższą wartość od lutego 2014 roku – podał bank HSBC.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Przemysł sygnalizuje zdecydowaną poprawę koniunktury, głównie za sprawą rynku wewnętrznego, ale także nowych zamówień eksportowych. W efekcie przedsiębiorstwa planują wzrost zatrudnienia, co jest bardzo ważne z punktu widzenia całej gospodarki. Potwierdza to nasze prognozy, że w tym roku będziemy mieli do czynienia z „walką o pracowników” w niektórych zawodach, w tym o inżynierów i techników. Powinno to wpłynąć na stabilny wzrost spożycia gospodarstw domowych, główną składową PKB.

Po raz pierwszy od 2011 roku tak wyraźnie wzrosły zaległości produkcyjne, co tylko wskazuje na rosnącą liczbę nowych zamówień. Jednocześnie jednak firmy są ciągle ostrożne w powiększaniu zapasów. I mimo, że ich aktywność zakupowa rośnie, to tworząc zapasy nie chcą wyprzedzać popytu rynkowego. A to oznacza, że zapasy będą, podobnie jak w 2014 roku, w relatywnie niewielkim stopniu czynnikiem wzrostu PKB.

W tym kontekście, ciekawie jaką decyzję w sprawie stóp procentowych podejmie Rada Polityki Pieniężnej. Pamiętamy, że w listopadzie 2014 roku poprawa wskaźnika PMI była głównym powodem decyzji o niekontynuowaniu obniżki podstawowej stopy procentowej.

Konfederacja Lewiatan

Upadłość konsumencka – tańsza i łatwiejsza

Do tej pory, aby ogłosić bankructwo, trzeba było wykazać, że do niewypłacalności doszło z przyczyn wyjątkowych i niezależnych od dłużnika. Ponadto konsument musiał mieć pieniądze na pokrycie postępowania. Od 1 stycznia regulacje się zmieniły.

Jak zaznacza w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl radca prawny Piotr Zimmerman z kancelarii prawnej Zimmerman i Wspólnicy, od 2015 r., aby móc ogłosić upadłość konsumencką, nie musimy mieć środków na pokrycie kosztów postępowania. Poniesie je za konsumenta Skarb Państwa – konieczne będzie jednak ich zwrócenie. „Kolejna zmiana dotyczy okoliczności, które spowodowały niewypłacalność. Nie muszą być już one wyjątkowe, ale nie mogą powstać w wyniku rażącego zaniedbania ze strony dłużnika” – zaznacza prawnik. Oprócz tego skrócony został okres, w którym po ogłoszeniu upadłości konsument jest zobowiązany spłacać wierzycieli, z pięciu lat – do trzech.

Bankructwo może ogłosić każda osoba fizyczna, która nie prowadzi działalności gospodarczej. Pierwszym etapem jest złożenie wniosku do sądu. Może on ogłosić upadłość konsumencką lub wniosek oddalić. Następnie – jeśli ogłoszono bankructwo – wdrażane jest postępowanie upadłościowe: sąd wyznacza syndyka, który odbiera nam majątek, wycenia go i sprzedaje. Otrzymane pieniądze są rozdzielane pomiędzy wierzycieli – wyjaśnia ekspert.

Spieniężany jest cały majątek, również nieruchomości. Aby konsument nie wylądował na bruku, z uzyskanych pieniędzy wydziela mu się kwotę równą przeciętnej wysokości czynszu mieszkaniowego na danym obszarze za okres od 12 do 24 miesięcy.

Instytucja upadłości konsumenckiej funkcjonuje w Polsce od czterech lat. W czasie obowiązywania dotychczasowych regulacji konsumenci złożyli zaledwie 2161 wniosków upadłościowych. Czy nowelizacja spowoduje zwiększenie zainteresowania? Prawdopodobnie tak, bo osób, które chcą pozbyć się zadłużenia, a nie są w stanie go spłacić, jest naprawdę dużo.