Polski Kongres Rolnictwa

Polski Kongres Rolnictwa 2014Podlaska wieś potrzebuje pomocy – apelowali rolnicy podczas Polskiego Kongresu Rolnictwa, który odbył się 22 października w Białymstoku.

Dyskusję o problemach i wyzwaniach polskiego rolnictwa prowadził dziekan Wydziału Ekonomii i Zarządzania Uniwersytetu Białostockiego prof. Henryk Wnorowski. W rozmowie Andrzej Remisiewicz, Krajowy Mistrz Agroligi z 2011 r., podkreślił, że Podlasie to kraina mlekiem i miodem płynąca. Ale nie brak tu również wielu poważnych problemów, których rozwiązanie utrudnia brak silnej reprezentacji rolników. Dzięki odważnym i mądrym decyzjom powstało wiele firm, prężnych gospodarstw czy ciekawych inicjatyw. Ale wciąż brakuje wsparcia i pomysłu jak zjednoczyć polską wieś, przedsiębiorców i samorządy. „Ile jeszcze biedy musi być na polskiej wsi, żebyśmy zaczęli razem działać? Dziś w Białymstoku odbywa się Kongres Rolnictwa z udziałem premiera Pawlaka. Czemu nie ma tu tłumu rolników? Czy nie interesuje nas przyszłość? A może już osiągnęliśmy taki dobrobyt?” – pytał retorycznie Remisiewicz. I apelował do samorządowców, aby wkładali dużo serca i zaangażowania w codzienną pracę na rzecz wsi, a nie jedynie przed wyborami.

Barbara Groele z KUPS podkreślała, że to od samych rolników w dużej mierze zależy kondycja sektora. „Inicjatywa musi być oddolna. Jak najczęściej powinniśmy spotykać się w szerokim gronie, rozmawiać o problemach, stworzyć jednolity i silny głos branży”.

Województwo podlaskie słynie z prężnego mleczarstwa, które obecnie przeżywa problemy związane z rosyjskim embargiem, a także przekroczeniem kwot mlecznych. „W naszej branży to my, rolnicy, jesteśmy właścicielami zakładów produkcyjnych. Tyle, że tych zakładów jest zdecydowanie za dużo. Konsolidacja pozwoliłaby nam stworzyć jeden front w rozmowach z sieciami handlowymi czy władzami. Dzięki niej możemy zyskać większą stabilność” – zasygnalizował Jan Zawadzki, właściciel jednej z najnowocześniejszych obór w Europie, przewodniczący Rady Nadzorczej SM Mlekpol z Grajewa. Hodowca dodał, że jego spółdzielnia przejęła 13 zakładów, co oczywiście niosło ze sobą duże koszty, ale dziś gwarantuje dużą stabilność. Spółdzielnia dziennie przerabia 4 mln l mleka i oferuje swoim dostawcom najwyższe stawki za surowiec.

Zawadzki odniósł się także do problemu związanego z przekroczeniem kwot mlecznych. „Polscy rolnicy z pewnością zapłacą kary za przekroczenie kwot. Prognozuje się, że będą one w wysokości 1 zł lub więcej. I niestety zapłacą je ci, którzy inwestowali w rozwój. Kary w połączeniu z ratami kredytów i niestabilną sytuacją rynkową mogą doprowadzić do bankructwa wielu gospodarstw”.

Obecnie bodaj najważniejszym problemem, jaki dotknął województwo jest wystąpienie wirusa ASF i duża populacja dzików.„Trzoda jako pierwszy kierunek produkcji rolniczej odczuła rosyjskie embargo. A do tego mamy jeszcze ASF. Dziki, które ten wirus roznoszą, mają obecnie bardzo dużą populację. Zagrażają nie tylko nam, ale także hodowcom bydła (niszczą użytki zielone) i rolnikom uprawiającym kukurydzę” – zasygnalizował hodowca Adam Kochański.

Bożena Jelska – Jarosz zaalarmowała, że hodowcy z Podlasia zostali pozostawieni samym sobie. „W Warszawie nie chcą nawet wierzyć, że nasza sytuacja jest tak tragiczna. Obiecano nam rekompensaty do końca roku, ale Bruksela stwierdziła, że będzie to stymulowało hodowlę trzody w strefie czerwonej. Nie dano nam także zapowiadanych pieniędzy na bioasekurację. Obiecano polowania zbiorowe na dziki, ale nic się w tym kierunku nie robi. Żądamy pomocy w walce z ASF! Ta pomoc musi przyjść z instytucji centralnych, samorząd wojewódzki nie jest już w stanie poradzić sobie z taką skalą problemu”.

Rolnicy retorycznie pytali dlaczego państwo, prawny właściciel dzików, nie walczy z wirusem afrykańskiego pomoru świń. Dlaczego każe utylizować świnie, skoro to nie one roznoszą wirusa. Niestety odpowiedź na te pytania była niemożliwa, a konkluzja nie napawała optymizmem – nikt rolnikom nie pomoże, dopóki oni sami tego nie zrobią.

Jednocześnie rolnicy głosem Andrzeja Remisiewicza zaapelowali do władz lokalnych i przedstawicieli instytucji związanych z rolnictwem o zorganizowanie roboczego spotkania, na którym możliwe byłoby znalezienie wyjścia z tej dramatycznej sytuacji.

Aktualne problemy polskiego rolnictwa

Przyszłość polskiego rolnictwa, aktualne problemy związane z wirusem ASF i rosyjskim embargo, kary za przekroczenie kwot produkcji mleka oraz możliwości współpracy nauki z praktyką. To tylko niektóre z tematów poruszonych podczas piątego spotkania w ramach Polskiego Kongresu Rolnictwa, które odbyło się 22 października w Białymstoku.

„Województwo podlaskie słynie ze wspaniałego rolnictwa. Ale w nowej perspektywie budżetowej musimy nauczyć się jeszcze lepiej wyciskać „brukselkę”- powiedział były premier i minister gospodarki Waldemar Pawlak podczas otwarcia Kongresu.

O tym, w jaki sposób środki unijne wpłynęły na podlaską wieś i rolnictwo opowiedział wicemarszałek Mieczysław Kazimierz Baszko: „mamy w regionie firmy przetwórcze na najwyższym poziomie. Nasi producenci maszyn wysyłają swoje wyroby na cały świat. Województwo jest bogate w różnorodność, a jego rozwój widać co roku na targach w Szepietowie”.

Wicewojewoda podlaski Wojciech Dzierzgowski zaznaczył, że władze województwa prowadzą szereg działań mających na celu poprawę życia i pracy oraz zapobiegających problemom związanym z wirusem afrykańskiego pomoru świń i dużą populacją dzików.

„Jesteśmy popularni ze względu na produkcję rolno-spożywczą. Zajmujemy czołowe miejsce w kraju pod względem ilości produktów regionalnych – aż 50 z nich znajduje się na liście MRiRW. Zdobywamy liczne nagrody – w ciągu 20 lat wygraliśmy już ok. 20 kulinarnych „Pereł” na poznańskich targach. Warto się tym pochwalić i promować te bogactwo na szeroką skalę”- zaapelowała Ewa Kulikowska, dyrektor Departamentu Rolnictwa i Obszarów Wiejskich Urzędu Marszałkowskiego.

W debacie pod hasłem „Branża rolno-spożywcza motorem napędowym polskiej gospodarki” uczestniczył także zastępca dyrektora Podlaskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego – Marek Skarżyński, który zasygnalizował, że to właśnie firmy i rolnicy z Podlasia są w największym stopniu dotknięci rosyjskim embargiem. Dyrektor dodał jednocześnie, że PODR posiada kadrę wykwalifikowanych doradców, którzy starają się odpowiedzieć na wszystkie potrzeby rolników. Jednakże warto zaznaczyć, że w województwie na 500 gospodarstw przypada tylko jeden doradca.

Z kolei Ryszard Łapiński, wiceprezes Podlaskiej Izby Rolniczej podkreślił, że „całe nieszczęście rolnictwa wywodzi się z Wiejskiej. Samorząd województwa podlaskiego nie jest w stanie samodzielnie poradzić sobie z walką z ASF i ze zminimalizowaniem katastrofalnie dużej populacji dzików. Ziemia, po której chodzą te zwierzęta jest nasza. Ale dziki to przecież własność skarbu państwa. Dlaczego więc problem z nimi jest już po stronie rolników?”. Dodał jednocześnie, że to nie w Białymstoku powinny być załatwiane najważniejsze problemy rolnictwa i polskiej wsi. To Warszawa ze swoimi urzędami centralnymi musi stanąć na wysokości zadania. „Podlaska Izba Rolnicza jest postrzegana jako ta, która ciągle narzeka. Ale my mówimy prawdę, niezależnie od tego czy jest ona wygodna. Czas na realizację deklaracji!” – zaapelował Łapiński.

Profesor Wnorowski, dziekan na Uniwersytecie Białostockim przedstawił zgromadzonym pogląd na przedsiębiorczość, która jest kluczowym warunkiem rozwoju. I podkreślił, że „najpełniej umiejętności przedsiębiorczych ludzi ujawniają się we własnych gospodarstwach rolnych. W dzisiejszych czasach wymiarem patriotyzmu gospodarczego jest sukces w biznesie, również w agrobiznesie.”

W trakcie otwarcia Kongresu wręczono nagrody pochodzącym z Podlasia laureatkom konkursu „Jagna 2014”. Uhonorowane zostały: Anna Kułak z gminy Dąbrowa Białostocka oraz Anna Antoszuk z gminy Rudka. Przyznano również statuetki laureatom wojewódzkiego szczebla konkursu Krajowej Sieci Obszarów Wiejskich „Przyjazna Wieś”, którego celem jest nagrodzenie najlepszych projektów infrastrukturalnych przeprowadzonych na obszarach wiejskich.

Kolejny Polski Kongres Rolnictwa odbędzie się 13 listopada w Olsztynie. Już dziś serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w dyskusji o kondycji sektora rolno-spożywczego!

Sytuacja gospodarcza nie ulegnie zmianie – umiarkowany optymizm funduszy private equity

Sytuacja gospodarcza w Unii Europejskiej, a także w regionie Europy Środkowej stabilizuje się. Jednak wydarzenia polityczne na Ukrainie mają wpływ na decyzje inwestorów. Choć prawie trzy czwarte przedstawicieli funduszy private equity z Europy Środkowej ocenia, że w najbliższym półroczu warunki ekonomiczne będą takie same jak dotychczas, to zwiększyła się liczba osób, które oczekują ich pogorszenia. Jak wynika z najnowszej edycji badania „Central Europe Private Equity Confidence Survey”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, 42% ankietowanych zadeklarowało, że w kolejnych sześciu miesiącach skupi się na dalszym rozwoju istniejącego portfolio. Nie oznacza to jednak, że inwestorzy przestaną poszukiwać możliwości biznesowych – tyle samo respondentów wskazało, że będą się koncentrować na nowych inwestycjach.

Wcześniejsze edycje badania udowodniły, że opinie inwestorów związanych z funduszami private equity doskonale odzwierciedlają nastroje dominujące na rynku. Tak było również i tym razem. Bieżąca edycja pokazuje, że przedstawiciele tego sektora nadal uważają sytuację gospodarczą w Europie – w tym w naszym regionie – za stabilną, ale na ich nastroje negatywny wpływ może mieć konflikt na Ukrainie i sankcje nakładane przez kraje UE na Rosję. Stąd spadek wskaźnika/indeksu optymizmu, który wynosi obecnie 114 (spadek ze 144)*.  Niemniej nadal pozostaje on na stosunkowo wysokim poziomie.

CEO Magazyn Polska

„Pierwszy raz od dwóch lat mamy do czynienia z pogorszeniem nastrojów, co pokazuje wyraźnie, że bieżące wydarzenia geopolityczne mogą mieć duży wpływ na poziom zaufania na rynkach finansowych. Jakkolwiek inne czynniki np. dostępność kapitału mogą oddziaływać na indeks równie mocno. W efekcie wróciliśmy do poziomu optymizmu sprzed roku, ale wciąż trzeba pamiętać, że jest on dużo wyższy niż wtedy, kiedy mieliśmy do czynienia z najsilniejszą falą kryzysu finansowego, czyli w latach 2008 i 2012” – tłumaczy Mark Jung, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Private Equity w Polsce, Deloitte.

Zdecydowana większość, bo aż 74 proc. respondentów spodziewa się, że w najbliższym półroczu warunki gospodarcze pozostaną bez zmian, a to oznacza, że w Europie Środkowej panuje stabilizacja. Tych, którzy uważają, że warunki się pogorszą, w obecnej edycji badania jest 16 proc. czyli dwa razy więcej niż pół roku temu. Aż sześciokrotnie (z 61 do 10 proc.) spadła liczba tych przedstawicieli PE, którzy przewidują, że sytuacja ekonomiczna ulegnie poprawie.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy liczba funduszy, które skoncentrują się na nowych inwestycjach sięgnie 42 proc. Pół roku wcześniej było to 50 proc. Tyle samo osób zamierza skupić się na zarządzaniu dotychczasowym portfolio (wzrost o 11 pp. w porównaniu do ostatniej fali badania). „Chociaż wskaźnik pokazuje nam lekki spadek zainteresowania nowymi inwestycjami, inwestorzy nadal poszukują możliwości biznesowych. Strategie „kupuj i buduj” napędzają akwizycje przez spółki z istniejącego portfela”– tłumaczy Mark Jung.

Jakie są przewidywania przedstawicieli private equity w odniesieniu do przeciętnej wartości transakcji? Niewielki odsetek ankietowanych (5 proc.) przewiduje spadek wartości, a 11 proc. spodziewa się transakcji o wartości większej (spadek o 4 pp w porównaniu do poprzedniej edycji badania). Jednak zdecydowana większość ankietowanych (84%)  uważa, że rozmiar transakcji w ciągu najbliższego pół roku się nie zmieni – co jest zgodne z trendem prezentowanym w badaniu w ciągu ostatnich 5 lat. Ponad 60 proc. ankietowanych spodziewa się, że aktywność na rynku private equity w ciągu najbliższych sześciu miesięcy pozostanie na tym samym poziomie. Znacznie, bo aż o 30 pp. zmniejszył się odsetek respondentów, którzy oczekują wzrostu tej aktywności. W tej chwili myśli tak 32 proc. reprezentantów tego sektora. Z kolei 5 proc. badanych spodziewa się jej zmniejszenia.

Ponad połowa przedstawicieli funduszy private equity (53 proc.) zadeklarowała, że w ciągu kolejnych sześciu miesięcy tyle samo spółek ze swojego portfolio sprzeda, co kupi. Może to wynikać z kilku czynników. Przede wszystkim cykl pozyskiwania kapitału motywuje niektóre fundusze do wygenerowania właśnie teraz zwrotów dla inwestorów funduszy. Po drugie, bardzo istotnym pozostaje fakt „dojrzewania” spółek portfelowych do ich sprzedaży. I wreszcie nie bez znaczenia jest to, że rynek dysponuje kapitałem, który może zostać przeznaczony na inwestycje.

Ostatnie miesiące były okresem dużej aktywności na rynku sprzedaży. I tak fundusz Abris Capital Partners. zdecydował się sprzedać Alumetal, Advent International sprzedał Ultimo i Eko Holding, a fundusz Montagu Private Equity sprzedał 100% swoich udziałów w Euromedic. Odsetek osób, które spodziewają się, że więcej sprzedadzą niż kupią w ciągu ostatniego pół roku spadła z 35 do 21 proc., a tych, którzy planują wręcz odwrotny ruch z 46 na 26 proc.
Komu będą sprzedawać spółki ze swojego portfolio? Blisko trzy czwarte  (74%)  ankietowanych spodziewa się, że będą to inwestorzy strategiczni.

Aż 79 proc. ankietowanych spodziewa się, że dostęp do finansowania dłużnego pozostanie na tym samym poziomie. O 11 pp. do 16 proc. spadł odsetek tych, którzy oczekują poprawy sytuacji w tym obszarze. Ponad 40 proc. badanych spodziewa się zwiększenia efektywności ich inwestycji. Z kolei 53 proc. uważa, że pozostania ona na niezmienionym poziomie.

Jakie firmy będą cieszyć się zainteresowaniem funduszy private equity? Niezmiennie będą to liderzy rynku. Obecnie uważa tak 58 proc. ankietowanych (wzrost o 4 pp.). Z kolei w opinii 42 proc. będą to przedsiębiorstwa średniej wielkości. Z orbity zainteresowania inwestorów zniknęły start-upy. Zdaniem ekspertów Deloitte ta dość zachowawcza postawa może świadczyć o powracającej awersji do ryzyka.

Niepokój ekonomistów spowodowany recesją w strefie euro oraz obawy towarzyszące spowolnieniu tempa wzrostu gospodarczego w Chinach wywarły wpływ nie tylko na fundusze private equity w Europie Środkowej, ale na całym świecie. Dodatkowo nakłada się na to jeszcze sytuacja na Ukrainie. Jednak kraje Europy Środkowej, szczególnie Polska, Czechy i Słowacja i utrzymają swoją przewagę i wysoki potencjał długofalowego wzrostu w porównaniu ze strefą euro. Od dłuższego czasu inflacja jest niska, dług publiczny również udaje się utrzymać w ryzach, a sektor bankowy cieszy się dobrą kondycją, a te czynniki niewątpliwie będą sprzyjać powstawaniu nowych możliwości biznesowych” – podsumowuje Mark Jung.

Światowy Tydzień Przedsiębiorczości już po raz siódmy w Polsce

150 krajów, tysiące bezpłatnych szkoleń, wykładów i debat. 17 listopada rusza siódma edycja Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości – największego na świecie wydarzenia wspierającego przyszłych i obecnych przedsiębiorców.

Pomysłodawcami Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości są premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown, prezes amerykańskiej Fundacji Kauffmana – Carl Schramm oraz brytyjska rządowo-biznesowa organizacja Make Your Mark. Global Entrepreneurship Week to już właściwie międzynarodowy ruch społeczny. To inicjatywa wyjątkowa, bo gromadząca instytucje państwowe, prywatne i pozarządowe, firmy i szkoły, uniwersytety i osoby prywatne. Wszystkie te podmioty przez jeden tydzień w roku organizują bezpłatne szkolenia, wykłady i debaty, które wspierają rozwój przedsiębiorczości w danym kraju.

Przedsiębiorczość traktujemy tu jako szersze pojęcie: nie tylko prowadzenie własnej działalności gospodarczej, ale przede wszystkim bycie aktywnym, świadomym swoich mocnych stron i nastawionym na rozwój. To dlatego podczas Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości organizowane są również wydarzenia przeznaczone dla osób, które niekoniecznie chcą zakładać własny biznes. Zdaniem Komisji Europejskiej, przedsiębiorczość w tym szerokim znaczeniu to postawa kluczowa na dzisiejszym rynku pracy. Warto rozwijać ją już od najmłodszych lat, dlatego wiele z organizowanych w ramach ŚTP wydarzeń skierowanych jest do dzieci i młodzieży. – mówi Justyna Politańska, prezes Fundacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.

Pełna lista wydarzeń znajduje się na stronie www.tydzienprzedsiebiorczosci.pl. Wystarczy skorzystać z ogólnopolskiej wyszukiwarki, a następnie zapisać się na wybrane wydarzenie przez stronę lub bezpośrednio u organizatora.

Koordynatorzy polskiej edycji projektu postawili sobie w tym roku jeszcze jeden cel: poprawę wizerunku polskich przedsiębiorców. Własna działalność gospodarcza wciąż nie jest w Polsce popularnym wyborem, w dużej mierze z powodu negatywnego obrazu przedsiębiorcy. Przekaz, jaki dociera do nas, najczęściej mówi: „firmy wykorzystują swoich pracowników”, „kombinują jak płacić niższe podatki”, „nie płacą świadczeń ZUS, nie pozwalają korzystać z urlopów”.

Nie przeczymy, że takie sytuacje mają miejsce. Ale o pozytywnej roli przedsiębiorców w polskiej gospodarce, o ich ciężkiej pracy i wspieraniu lokalnych społeczności mało kto mówi. Stąd pomysł na przeprowadzenie konkursu „Twarze Przedsiębiorczości” – mówi Hanna Pieńczykowska z Fundacji ŚTP.

Podczas inauguracji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości 18 listopada, poznamy zwycięzców w kategoriach „Młody przedsiębiorca”, „Firma wspierająca młodych” i „Instytucja wspierająca przedsiębiorczość”. Liczba i jakość zgłoszeń bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Już wkrótce o tych wyjątkowych, lokalnych bohaterach, będziemy opowiadać na łamach strony tydzienprzedsiebiorczosci.pl i w mediach społecznościowych – dodaje Pieńczykowska.

Sponsorami VII edycji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości są Bank Gospodarstwa Krajowego, Europejski Fundusz Leasingowy i Amway. Patronat honorowy nad wydarzeniem objęli: Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, PARP, Prezydent m.st Warszawy i Konfederacja Lewiatan.

Oświadczenia majątkowe szefów PTE nie powinny być publicznie dostępne

Włączenie do listy osób zobowiązanych do składania oświadczeń majątkowych, m. in. członków zarządów i członków organów nadzorczych powszechnych towarzystw emerytalnych (PTE) to zły pomysł – uważa Konfederacja Lewiatan.

Projekt ustawy o oświadczeniach o stanie majątkowym osób pełniących funkcje publiczne rozszerza katalog osób zobowiązanych do ich składania. Co do zasady Lewiatan popiera kierunek zmian, który zmierza do ujednolicenia standardów dotyczących formy i treści oświadczeń oraz sposobu ich kontroli. Projekt stwarza jednak także zagrożenia i może niekorzystnie wpływać na prowadzenie działalności gospodarczej.

Z punktu widzenia organizacji zrzeszającej prywatnych przedsiębiorców, szczególne wątpliwości budzi zamiar rozszerzenia zakresu dotychczas obowiązujących przepisów ustawy z sierpnia 1997 r. o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych zarówno w zakresie przedmiotowym – znacznie szerszy katalog elementów składanego oświadczenia, jak również podmiotowym – dotychczas obowiązkiem składania oświadczeń majątkowych nie byli objęci członkowie organów nadzorczych towarzystw emerytalnych.

Nowe przepisy przewidują nałożenie obowiązku składania oświadczeń majątkowych, m. in. na członków zarządów i członków organów nadzorczych powszechnych towarzystw emerytalnych (PTE). Zdaniem Lewiatana nie ma żadnego uzasadnienia dla takiej regulacji ponieważ członkowie zarządów czy rad nadzorczych PTE nie są osobami pełniącymi funkcje publiczne, gdyż PTE to podmioty prywatne i niefinansowane przez państwo.

Należy też pamiętać, że już w obecnym stanie prawnym członkowie zarządów PTE składają oświadczenia majątkowe KNF, przy czym oświadczenia te są poufne i nie podlegają ujawnieniu. Tymczasem, składanie oświadczeń majątkowych, zawierających ze swojej istoty dane o istotnej wrażliwości, które następnie są ujawniane do wiadomości publicznej, stanowi istotne i nieuzasadnione ograniczenie konstytucyjnie zagwarantowanego prawa do prywatności.

Konfederacja Lewiatan

Tylko Fed może zahamować długoterminowe wzrosty w USA. Spółki pokazują bardzo dobre wyniki

CEO Magazyn Polska

Lepsze od oczekiwań wyniki spółek w USA to efekt nie tyle ich znacząco lepszej sytuacji, ile obniżania prognoz w ostatnich kilku tygodniach. Dla rynku ważniejsze jest to, o ile te prognozy zostaną pobite przez dane ze spółek. Amerykańska gospodarka ma się jednak dobrze i wygląda na to, że w ciągu najbliższego roku giełdy będą dość mocno rosły. Jedynym hamulcem, który dziś inwestorzy mogą brać pod uwagę, jest możliwy wzrost inflacji w Stanach, a co za tym idzie – znacząco wyższe niż obecnie stopy procentowe.

– Jeszcze 3 miesiące temu inwestorzy oczekiwali, że wyniki spółek w Stanach Zjednoczonych wzrosną o 8 proc. rok do roku, teraz jest to zakotwiczone na poziomie około 5 proc. Jeżeli chodzi o poszczególne sektory, to w samym październiku z 10 sektorów aż 9 zanotowało obniżki prognoz zysków – mówi Jakub Wojciechowski, analityk Biura Doradztwa Inwestycyjnego Citi Handlowego.

Nic więc dziwnego, że podawane właśnie informacje są oceniane jako dobre. 79 proc. spółek z indeksu S&P 500, które do tej pory pokazały swoje wyniki, chwalą się lepszymi od oczekiwań analityków notowaniami pod względem zysku netto.

Natomiast, co jest charakterystyczne dla rynku amerykańskiego, bardzo często zyski spółek pobijają prognozy analityków czy zarządu. W związku z czym nie jest istotne to, czy pobiją prognozy, lecz bardziej to, o ile. I tutaj spodziewamy się, że to może być nawet kilka procent – 2-3 proc. – ocenia Wojciechowski.

Taka polityka dotycząca wyników nie zmienia faktu, że amerykańska gospodarka pozostaje najsilniejszym rynkiem wśród wszystkich krajów rozwiniętych. Poprawia się systematycznie sytuacja na rynku pracy, nastroje konsumentów i przedsiębiorców, zyski także wciąż rosną. Zdaniem analityków Citi Handlowego S&P 500 do końca przyszłego roku osiągnie 2200 punktów. Obecnie jest w okolicach ponad 1960 punktów.

– Wydaje nam się, że w długim terminie to wszystko powinno wpływać bardzo pozytywnie na indeks S&P 500 i ogólnie na indeksy w Stanach. W związku z tym, że będziemy widzieli cały czas dodatnią dynamikę zysków spółek, a to będzie napędzało wzrost na giełdach. Myślę, że w perspektywie 1,5 roku czy roku te wzrosty powinny mieć wymiar dwucyfrowy – przewiduje rozmówca Newserii Inwestor.

Jak zauważa, na rynku daje się odczuć pewną nerwowość związaną z wygaszaniem przez Fed programu skupu aktywów. Program pomocowy QE oznaczał miliardy dolarów pompowane co miesiąc na rynek. To w krótszej perspektywie nieco hamuje decyzje inwestorów, ale – z drugiej strony – zakończenie programu było zapowiadane dużo wcześniej i nie jest żadnym zaskoczeniem. Dużo istotniejsze jest teraz to, jak Fed zachowa się w sprawie stóp procentowych.

Jeżeli stopy będą podnoszone dużo szybciej niż spodziewa się tego rynek, wtedy mogłoby to oznaczać, że amerykańska gospodarka jest już mocno rozpędzona. A patrząc historycznie, korelacja pomiędzy wzrostem stóp procentowych a indeksami akcji była negatywna. Czyli jeżeli stopy wzrastały, to indeksy akcji traciły.

Zdaniem Wojciechowskiego dla rynku istotne będzie znaczące podniesienie stóp – jeśliby wzrosły ponad 2-2,5 proc., to będzie to miało widoczne przełożenie na poziomy indeksów.

Jeżeli inflacja będzie galopowała bardzo mocno, to wtedy stopy będą podnoszone bardziej radykalnie i to będzie miało negatywny wpływ na gospodarkę i giełdę. Natomiast podwyżki o 25 punktów bazowych czy 0,5 punktu procentowego to coś, czego rynki akcji nie powinny zauważyć.

Radpol mimo spadku zysku jest zadowolony z wyników w 2014 roku

0

CEO Magazyn Polska

Radpol jest zadowolony z wyników osiągniętych w tym roku. Po III kwartałach spółka ma 60,6 mln zł przychodów – tyle samo, co w zeszłym roku. Jej zysk netto spadł o 3,6 proc. do 5,4 mln zł. Po urealnieniu wygląda to znacznie lepiej.

Radpol produkuje izolację termokurczliwą dla energetyki, przewody wodne, kanalizacyjne i gazowe. W zeszłym roku Radpol kupił spółkę Finpol produkującą rury dla ciepłownictwa. Ta transakcja znacząco wpłynęła na jego tegoroczne wyniki.

– Jeżeli wyeliminować to zdarzenie jednorazowe, widzimy, że realnie nasz biznes na poziomie EBITDA i zysku netto rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Pióro, prezes zarządu Radpol SA.

Gdy uwzględnić tę transakcję, po 9 miesiącach grupa Radpol odnotowuje 27-proc. wzrost przychodów do 157,5 mln zł i 35-proc. wzrost urealnionego zysku netto.

– Grupa Radpol do niedawna była znana przede wszystkim jako podmiot działający na rynku energetycznym – podkreśla prezes. Wraz z zakupem spółki Finpol, produkującej sieci rur preizolowanych, udział sprzedaży w sektorze ciepłownictwa znacznie wzrósł. Mogę więc mówić o tym, że nasz udział w  branży ciepłowniczej wzrósł i będzie wzrastał. Przestaliśmy być firmą działająca na rynku energetycznym, zaczęliśmy być firmą działająca na rynku energetycznym i ciepłowniczym w sposób zrównoważony.

Swoje wyroby Radpol sprzedaje nie tylko w Polsce. Spółka ma klientów w całej Unii Europejskiej, zarówno w naszym regionie, jak i na Zachodzie.

Wśród naszych klientów są duże firmy energetyczne i duże podmioty ciepłownicze – informuje Krzysztof Pióro. – Są to bardzo interesujące biznesy inwestycyjne, w które każdego roku są angażowane bardzo duże pieniądze. Będziemy się trzymać tych rynków.

Sprzedaż zagraniczna wzrosła w 3 kwartałach o 10 proc., krajowa – o 25 proc. Spółka poprawiła marże, a w przyszłym roku zamierza osiągnąć 10-proc. rentowność.

– Zyskujemy bardziej interesujące marże na większości grup naszych produktów, począwszy od produktów termokurczliwych sieciowanych, które produkujemy w naszym zakładzie w Człuchowie, poprzez rury preizolowane, do takich wyrobów dla energetyki, jak słupy z betonu wirowanego i izolatory ceramiczne ocenia.

Plany Radpolu zakładają dalszy dynamiczny wzrost sprzedaży, zarówno w Polsce, jak i za granicą.

– Bardzo dużo pracy wkładamy w to, by zdobywać nowych klientów w krajach eksportowych, budując długookresowe relacje z dużymi podmiotami w Niemczech, krajach skandynawskich i Szwajcarii, tak aby w przyszłości notować satysfakcjonujące wzrosty w eksporcie – zapowiada prezes zarządu Radpol SA.

Resort rolnictwa chce zaproponować producentom żywności długoterminowe umowy handlowe. Mają one ustabilizować ceny na rynku

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w tym tygodniu resort rolnictwa chce przedstawić projekt przepisów dotyczących długoterminowych warunków umownych na sprzedaż produktów rolnych. Trwałe warunki mają uchronić producentów żywności przed znaczącymi spadkami cen w trakcie kryzysów takich jak ten wywołany rosyjskim embargiem. Zdaniem ministra rolnictwa producenci byliby też mniej narażeni na spadek konsumpcji, gdyby handel w większym stopniu odbywał się bezpośrednio między klientami a producentami.

Nie tylko szukamy nowych rynków zbytu, lecz  także chcemy zaproponować trwałe warunki umowne. Gdyby rolnicy z przedsiębiorcami, przetwórcami, i handlem byli związani trwałymi umowami, to z pewnością spadki cen nie byłyby aż tak wielkie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi. ‒ Jeszcze w tym tygodniu chcę przyjąć ostatecznie projekt dotyczący organizacji producenckich, tam są rozdziały dotyczące warunków umownych, i dać go do konsultacji społecznej.

Sawicki podkreśla, że trwałe warunki umowne to dla organizacji producenckich szansa na utrzymanie wyższych cen nawet w okresie kryzysu. Gdy ceny produktów rolnych były wyższe, producenci nie byli zbyt skorzy do zawierania takich umów, natomiast w trakcie kryzysu, jak podkreśla Sawicki, godzą się na taki ustawowy wymóg.

Sawicki jest przekonany, że obecny kryzys nie potrwa długo. Wynika to chociażby z rosnącego zapotrzebowania na żywność na całym świecie. Jego zdaniem nawet jeśli Rosja utrzyma embargo na unijną żywność, to kryzys będzie odczuwalny jeszcze co najwyżej przez kolejne 3-4 miesiące. Jeśli jednak zakaz importu produktów z UE do Rosji zostanie zniesiony, to ożywienie nastąpi wcześniej.

Minister rolnictwa podkreśla, że mechanizmy stabilizujące ceny i tak muszą zostać wprowadzone, bo w podatnym na kryzysy rolnictwie nie można zapobiec przyszłym dołkom cenowym.

Według niego skutki dekoniunktury mogłyby być mniej odczuwalne dla producentów, gdyby handel w większym stopniu odbywał się bezpośrednio między konsumentami a producentami, bez pośrednictwa sieci handlowych i dystrybutorów. Sawicki ocenia, że to bardzo skuteczny mechanizm zapobiegania dużym spadkom cen w trakcie kryzysu.

Duże gospodarstwa, które uczestniczą w tym ogromnym łańcuchu żywnościowym pośredników, przetwórców, hurtowników i sprzedawców, najczęściej w warunkach kryzysowych najwięcej tracą – podkreśla minister rolnictwa. ‒ Nawet w warunkach kryzysowych konsumenci tak bardzo nie zbiednieli. Gdyby byli przyzwyczajeni do stałego dostawcy dobrego produktu, to z pewnością nie obniżaliby ceny zakupowej.

Resort rolnictwa chce też wspierać rynki lokalne. Sawicki przypomina, że już od lipca 2011 r. obowiązuje program „Mój Rynek”. W jego ramach wyremontowano i zbudowano już ponad 160 rynków, a do uczestnictwa w programie zgłosiło się 330 samorządów. Do dofinansowania kwalifikują się tylko te projekty, które gwarantują co najmniej 50-proc. udział produktów rolnych w sprzedaży na danym targu.

W jednych miejscach jest to robione lepiej, w innych gorzej, dlatego myślę, że nie tylko kontrola, lecz także inne instrumenty działania o charakterze promocyjnym będą musiały być wdrożone – podkreśla Sawicki.

Resort rolnictwa w ciągu najbliższych kilku miesięcy chce przeprowadzić konkurs na najlepszy produkt regionalny na każdym rynku. Ocenie będą podlegały tylko produkty rolne odmian występujących na danym obszarze lub przetwory wykonane zgodnie z lokalną recepturą. W kolejnych etapach resort będzie wyróżniał produkty na szczeblu wojewódzkim, a w maju lub czerwcu przyszłego roku nastąpi ogólnopolski finał.

Goldman Sachs: Po krótkim spowolnieniu wzrost PKB przyspieszy w drugiej połowie 2015 r.

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka może spowolnić w końcówce tego roku i na początku przyszłego, ale w drugiej połowie 2015 r. nastąpi odbicie – oceniają ekonomiści Goldman Sachs. Delikatny wzrost napędzają inwestycje, również te finansowane ze środków europejskich, a pomagają niskie stopy procentowe oraz tani złoty. W Polsce niepotrzebne są tak duże zmiany jak w Grecji czy Hiszpanii, co dobrze rokuje na przyszłość.

Jesteśmy w miarę optymistyczni co do perspektyw polskiej gospodarki, szczególnie porównując ją do innych gospodarek w Europie Zachodniej i Europie Środkowo-Wschodniej. Oczekujemy, że będzie ona rosła. Nie oczekujemy żadnego ryzyka recesji lub głębokiego spowolnienia w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Polan, główna ekonomistka ds. Europy Środkowo-Wschodniej w banku Goldman Sachs. ‒ Oczekujemy jeszcze trochę większego spowolnienia tempa wzrostu, szczególnie kwartał do kwartału, co przeniesie się na spowolnienie wzrostu w drugiej połowie tego roku i na początku 2015 roku.

Choć w pierwszym półroczu produkt krajowy brutto wzrósł o 3,5 proc., ekonomiści są zgodni co do tego, że drugie półrocze będzie gorsze. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje całoroczny wzrost na poziomie 3,2 proc., choć w samym drugim półroczu może on być poniżej 3 proc.

Polan podkreśla, że na spowolnienie w drugiej połowie roku wpłyną ograniczenia w handlu z Rosją oraz słabsza koniunktura w strefie euro. Zapewnia jednak, że nie ma ryzyka ani wystąpienia recesji, ani głębokiego i trwałego spowolnienia. Już za kilka miesięcy gospodarka powinna odbić, a wzrost PKB przyspieszyć.

Tak samo jak w przypadku gospodarek amerykańskiej i europejskiej, szczególnie niemieckiej, oczekujemy, że odbicie na rynkach zewnętrznych i bardzo łatwe warunki finansowe, czyli niskie stopy procentowe i lekkie osłabienie złotego, będą wpływały na to, że polska gospodarka odbije się w drugiej połowie przyszłego roku – prognozuje Polan.

Podkreśla, że po głębokim kryzysie odbicie we wszystkich gospodarkach jest powolne i stopniowe. W Polsce, z uwagi na to, że nasza gospodarka w ostatnich latach nie wpadła w recesję, i tak jest szybsze niż w Europie Zachodniej. Według Polan nie powinno dziwić to, że w trakcie powolnego odbudowywania wzrostu gospodarczego w wielu krajach występują miesiące i kwartały stagnacji lub nawet delikatnego spadku PKB.

Polska gospodarka będzie podążała za tymi globalnymi trendami. Na szczęście istnieje też silniejszy krajowy trend, który wpływa na siłę popytu wewnętrznego, czyli rosną inwestycje, ponieważ wzrost produktywności w Polsce jest ciągle wyższy niż w krajach najbardziej rozwiniętych. Do tego dochodzą fundusze europejskie, które też wspierają inwestycje państwowe i popyt krajowy – wylicza Polan.

Dodaje, że mocną stroną polskiej gospodarki jest brak konieczności głębokiej restrukturyzacji. W takiej sytuacji są kraje z południa Europy – Hiszpania, Portugalia i Grecja – które muszą np. całkowicie przebudowywać swój system bankowy. W Polsce nie wystąpiła tez bańka na rynku nieruchomości, a kryzys w tym sektorze nie był aż tak głęboki, jak w innych krajach.

Te czynniki, lepsza sytuacja na rynku kredytowym, a także dążenie Polaków do zrównania poziomu życia z Europą Zachodnią napędzają wzrost popytu krajowego, który pozytywnie wpływa na wzrost PKB. Polan dodaje, że dzięki tym zróżnicowanym źródłom dobrej koniunktury coraz lepsza sytuacja będzie zarówno pod względem inwestycji, konsumpcji, jak i eksportu.

 Z racji tego, że rząd musi trzymać deficyt poniżej 3 proc. i musi trzymać w ryzach nasz dług publiczny, nie oczekuję z tej strony większego impulsu dla gospodarki, z wyjątkiem inwestycji publicznych wspieranych przez fundusze europejskie – dodaje Polan.

Linie lotnicze zawieszają regularne loty do Afryki Zachodniej

CEO Magazyn Polska

Polskie MSZ odradza podróże do krajów Afryki Zachodniej, w których występuje epidemia gorączki krwotocznej ebola. Decydując się mimo to na wyjazd w ten region Afryki, należy bezwzględnie pamiętać o zachowaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa. W przypadku wystąpienia takich objawów, jak bardzo wysoka gorączka, bóle stawów i mięśni lub krwawienie z błon śluzowych i oczu, należy niezwłocznie zwrócić się do miejscowych placówek służby zdrowia. Trzeba także pamiętać o tym, że transport medyczny z tego regionu do kraju może być utrudniony.

23 października WHO podała, że obecna epidemia ebola w Afryce Zachodniej doprowadziła do śmierci 4877 osób, a blisko 10 tysięcy jest zarażonych.

– Wirus ebola w głównej mierze występuje w krajach Afryki Zachodniej. Najbardziej dotknięte epidemią są Gwinea, Sierra Leone i Liberia. Od początku pojawienia się tego wirusa zdiagnozowano tam ponad 8 tys. zarażeń, ponad 400 osób było związanych bezpośrednio ze służbą medyczną, ponad 4 tys. osób nie przeżyło tego zarażenia, a ponad jedna trzecia zarażeń jest z ostatnich 21 dni mówi Małgorzata Morańska, specjalista ds. PR i marketingu Europ Assistance Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Wybierając się do któregoś z krajów, w których istnieje realna możliwość zarażenia się tym wirusem, należy przestrzegać podstawowych zasad bezpieczeństwa. Przede wszystkim trzeba unikać kontaktu z osobami, które potencjalnie mogą być zarażone, lub osób wobec których nie została zdiagnozowana bądź jednoznacznie zdiagnozowana choroba. Należy unikać jedzenia surowego mięsa, bardzo często korzystać ze środków higienicznych oraz myć dłonie i ręce środkami zawierającymi alkohol. W sytuacji ciężkiego zachorowania musimy natychmiast powiadomić lokalne służby medyczne.

– Objawy, które powinny wzbudzić nasz niepokój, to przede wszystkim bardzo wysoka gorączka, ogólne osłabienie organizmu, pogarszający się w dość szybkim tempie ogólny stan zdrowia, bóle stawów i mięśni. Do tego bóle kostne, a w późniejszym okresie i stanie pogarszającym się biegunka, wymioty oraz krwawienie z błon śluzowych, również oczu mówi Małgorzata Morańska.

Decydując się na wyjazd do państw Afryki Zachodniej, należy też pamiętać o tym, że w sytuacji zagrożenia zdrowia może być utrudniona repatriacja, czyli transport medyczny do Polski. Nie każdy przewoźnik zdecyduje się na wylot w tamtym kierunku. Wiele linii lotniczych zawiesiło lub ograniczyło regularne loty do krajów Afryki Zachodniej, m.in. Brazilian Airlines, British Airways i Air France.

Wszystkie lotniska w Afryce objęte zostały ścisłą kontrolą medyczną pasażerów. Kontrolę wzmocniono także na lotniskach w Stanach Zjednoczonych oraz krajach Europy Zachodniej, w których wystąpiły przypadki zarażenia tym wirusem. W ciągu ostatnich kilku dni ponad 30 tys. pasażerów przeszło ścisłą kontrolę medyczną. Ponad 70 osób, u których objawy chorobowe przypominały gorączkę krwotoczną, nie wpuszczono na pokłady samolotów.

Wirus przenosi się przez bezpośredni kontakt z krwią lub innymi płynami ustrojowymi zarażonych ludzi i zwierząt. Wywołuje szczególnie niebezpieczną dla człowieka gorączkę krwotoczną ebola, która w większości przypadków kończy się śmiercią. Objawy kliniczne choroby to wysoka temperatura ciała, bóle stawów i mięśni, zapalenie gardła i przełyku, skaza krwotoczna. Organizm chorego bardzo szybko ulega odwodnieniu, zaburzona zostaje gospodarka elektrolitowa i białkowa, co prowadzi do skrajnego wyczerpania.

Branża oponiarska chce, by wymiana opon na zimowe była obowiązkowa

0

CEO Magazyn Polska

Jesteśmy ostatnim krajem w Europie z takim klimatem, w którym nie ma zakazu jazdy na oponach letnich zimą – wskazują przedstawiciele przemysłu oponiarskiego. Przypominają, że dopasowane do pory roku ogumienie zwiększa bezpieczeństwo jazdy, zwłaszcza teraz, kiedy jest niższa temperatura lub kiedy droga jest oblodzona i przykryta śniegiem. Dlatego wzorem naszych sąsiadów także w Polsce wymiana opon na zimowe powinna być obowiązkowa – przekonuje branża.

Jesteśmy krajem, który ma bardzo zmienny klimat, mamy gorące lata, mroźne zimy z opadami śniegu i śniegu z deszczem. W takim klimacie opona letnia w zimę sobie nie poradzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. – Kiedy temperatura spada poniżej 7 stopni, kończy się przyczepność opony letniej, a zaczyna przyczepność opony zimowej, bo ona jest zupełnie inaczej zbudowana, ma inną mieszankę. Warto, żeby kierowcy to wiedzieli. Opona letnia jest zbudowana z twardszej mieszanki gumowej, która ma wytrzymać wysokie temperatury latem, a nie mrozy czy śnieg.

Większość kierowców to wie. Nikt jednak nie policzył dokładnie, ilu kierowców zakłada zimówki, a ilu cały rok jeździ na letnich oponach.

Około 90 proc. kierowców deklaruje, że wymienia opony na zimowe. Z obserwacji warsztatowych, które do nas docierają, wynika jednak, że w rzeczywistości tylko około 2/3 kierowców pamięta o tym, żeby na zimę założyć odpowiednie ogumienie – szacuje Piotr Sarnecki.

Branża oponiarska przekonuje, że wprowadzenie obowiązku mogłoby zwiększyć bezpieczeństwo na polskich drogach zimą.

Mówimy o znacznej liczbie kierowców, która wciąż o tym albo nie pamięta, albo uważa, że to nie jest potrzebne – twierdzi dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. – Jeśli wprowadzilibyśmy przepisy, to objęłyby one właśnie tę grupy, która nie chce wymieniać opon. Cóż z tego, że ja te opony założę, kiedy na skrzyżowaniu wjedzie we mnie ktoś, kto będzie jechał na letnich, a będziemy mieli opady śniegu. Jego droga hamowania będzie nawet dwa razy dłuższa, niż gdyby miał opony zimowe.

Faktem jest, że Polska jest jednym z nielicznych krajów w Europie, gdzie mimo corocznych, czasem ostrych zim nie ma prawnego obowiązku wymiany opon.

Wszyscy nasi sąsiedzi z Unii Europejskiej wprowadzili już taki obowiązek.  – twierdzi dyrektor Sarnecki. – Polacy, którzy jadą na narty do Czech, Austrii czy Włoch, muszą pamiętać o tym, że przejeżdżając przez te kraje, muszą założyć opony zimowe.

Rośnie obłożenie w hotelach. Orbis zadowolony z wypełnienia na poziomie 60 proc.

0

CEO Magazyn Polska

Wzrasta obłożenie hoteli Orbisu w Polsce. Pomimo braku dużych wydarzeń w tym roku, takich jak ubiegłoroczna konferencja ONZ w Warszawie, EURO 2012 czy prezydencja Polski w Unii Europejskiej, wypełnienie w całym roku wyniesie ok. 60 proc. W przyszłym roku może być jeszcze wyższe, choć dużo zależy od kondycji całej gospodarki.

Ta frekwencja się zwiększa z roku na rok, mimo że mamy rok zwykły, czyli bez prezydencji, mistrzostw Europy, zdarzeń jednorazowych, jak kongres klimatyczny. Spodziewamy się, że będzie oscylowała wokół 60 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ireneusz Węgłowski, prezes zarządu Orbisu.

Obłożenie hoteli Orbisu rośnie nieprzerwanie od 2012 r. Spółka cały czas chce jednak zwiększać ten wskaźnik. Węgłowski przewiduje, że w przyszłym roku może być nieco wyższy niż w 2014 r., dodaje jednak, że dużo zależy od sytuacji gospodarczej. Jeśli nie wydarzy się nic, co spowolniłoby wzrost PKB w odniesieniu do prognoz, Orbis powinien osiągnąć swój cel.

W okresie od stycznia do września br. Orbis zanotował średnią frekwencję na poziomie 61,5 proc. Był to wynik o 1,7 pkt proc. lepszy niż w tym samym okresie 2013 r. W pierwszych dziewięciu miesiącach br. średnia cena za pokój wyniosła 208,7 zł (wzrost o 0,7 proc.), a przychód na dostępny pokój ‒ 128,4 zł (wzrost o 3,5 proc.).

W strukturze Orbisu funkcjonuje obecnie 68 hoteli, z czego 52 własne, 12 franczyzowych, 3 w zarządzaniu i 1 w dzierżawie. Spółka największe przychody notuje w Warszawie, Gdańsku i Krakowie. To miasta, w których znajduje się najwięcej hoteli Orbisu.

Gdybyśmy wzięli pod uwagę wzrost przychodów w stosunku do roku ubiegłego, to wyróżniają się Poznań i Katowice. To miasta, w których nasze hotele notują największy przyrost frekwencji, średnich cen i w związku z tym również przychodów. Segment hoteli ekonomicznych notuje również przyrosty i to nas cieszy – dodaje Węgłowski.

Poza Polską spółka ma także obiekty na Litwie i Łotwie – łącznie w 32 miejscowościach.

Większościowym udziałowcem Orbisu (52,69 proc. akcji) jest międzynarodowa sieć Accor. 21 października Orbis otrzymał ofertę przejęcia 46 hoteli Accoru w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym dwóch warszawskich hoteli, którymi Orbis już teraz zarządza. Osiem spośród tych hoteli to obiekty planowane, reszta już działa. Spółki mają wyłączność na negocjację do końca listopada.

Rośnie sprzedaż jaj wolnych od GMO w sieciach handlowych

CEO Magazyn Polska

Farmio, producent jaj bez antybiotyków i GMO, ma już 15-20 proc. udziału w sprzedaży jaj w sieciach handlowych. Spółka zamierza dalej inwestować w siłę marki i jej rozpoznawalność, zapowiada też wejście na rynek drobiu, a potem także kolejne produkty. Dodatnią rentowność planuje osiągnąć za kilka lat.

W sieciach mamy ok. 15-20 proc. udziału w sprzedaży. I to jest przyzwoity wynik. To oznacza, że konsument zaakceptował te wartości dodane, za które trzeba zapłacić 20-30 proc. więcej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Artur Węgłowski, wiceprezes zarządu i dyrektor zarządzający Farmio. ‒ Przede wszystkim inwestujemy w markę, to jest dla nas priorytet. Chcemy, aby świadomość tej marki była coraz wyższa.

Węgłowski podkreśla, że po roku obecności Farmio na rynku spontaniczna świadomość marki sięga już 20 proc. Zapowiada jednak, że cele spółki są jeszcze bardziej ambitne i podkreśla, że będą kolejne kampanie reklamowe. Będą one podkreślać wartości produktów spółki, czyli brak antybiotyków i GMO.

Wraz ze wzrostem świadomości marki ma rosnąć oferta Farmio. Pierwszym nowym rynkiem, na który wejdzie producent, będzie rynek drobiu.

Po testach rynkowych wprowadzamy mięso drobiowe do sklepów. O następnych etapach rozwoju, czyli nowych kategorii, wolałbym dzisiaj jeszcze nie mówić, konkurencja nie śpi, choć wartość unikalna w postaci braku antybiotyków przez cały chów jest unikalna, bo jest trudna do podrobienia. Sądzę, że to będzie nasza przewaga konkurencyjna – mówi Węgłowski.

Podkreśla, że budowa marki produktu ekologicznego i pozbawionego GMO jest żmudnym procesem. Jednak wyniki sprzedaży pokazują, że to perspektywiczny segment rynku. Węgłowski ocenia, że o ile do niedawna przy produktach żywnościowych zdecydowanie najważniejszym kryterium dla konsumentów była cena, to obecnie coraz większa grupa nabywców zwraca uwagę na jakość. W tym tkwi szansa dla producentów takich jak Farmio, których produkty są o 20-30 proc. droższe niż inne.

By zapewnić brak antybiotyków i GMO w jajach, Farmio prowadzi rygorystyczny proces kontroli u swoich dostawców. Węgłowski podkreśla, że jest to konieczne, bo z trudem budowany wizerunek bardzo łatwo stracić.

5 tys. badań kontrolnych w kwartale – to jest skala kontroli, którą robimy. Oczywiście badamy nie tylko to, czy pasza rzeczywiście jest wolna od GMO, lecz także to, czy są antybiotyki – wyjaśnia Węgłowski. ‒ Było dużo problemów na początku, dlaczego że to wywraca do góry nogami praktycznie całą mentalność, jakość i przyzwyczajenie. Mamy bardzo rygorystyczne normy, ale skoro kreujemy markę, za którą musi być powtarzalna jakość, to dla nas te rygory produkcyjne są najważniejsze.

Łącznie spółka kontroluje ok. 60 elementów, w tym nie tylko skład paszy i inne czynniki związane z produkcją, lecz także jakość produkowanych jaj. Częstej weryfikacji podlega m.in. powtarzalność koloru żółtek.

Węgłowski przyznaje, że na początku producenci nie dostrzegali korzyści płynących z droższej produkcji jaj wolnych od GMO i antybiotyków, ale teraz przekonują się do tego modelu. Jego zalety są na tyle duże, że ‒ jak przekonuje dyrektor zarządzający Farmio ‒ niektórzy producenci wdrażają te same procedury zarówno w produkcji wyłącznej dla Farmio, jak i w pozostałych działach ferm.

Pomimo rosnącej popularności jaj wolnych od GMO Węgłowski przyznaje, że nie można jeszcze mówić o rentowności spółki.

W tym momencie dla nas najważniejszy jest cashflow, a nie rentowność. Natomiast docelowo oczywiście, że da się na tym zarobić. Przy tak dużych kosztach stałych i tak dużych nakładach inwestycyjnych na komunikację z konsumentem, to cały czas jest inwestycja na przyszłość. O rentowności dodatniej będzie można mówić za parę lat – przewiduje Węgłowski.

Szanse na benefity zależne od miejsca zamieszkania

Jak pokazują dane serwisu zarobki.pracuj.pl, częstotliwość przyznawania dodatkowych świadczeń przez pracodawców różni się nie tylko w branżach, ale i województwach. Najczęściej benefity otrzymują osoby pracujące w województwie mazowieckim (65%). Najrzadziej Ci, którzy pracują w świętokrzyskim (45%). Z kolei  najpopularniejszymi benefitami są, niezależenie od województwa, te związane ze zdrowiem.

Benefity w regionach

Jak pokazują dane zawarte w raporcie Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku”, ponad 45% z nas nie otrzymuje od pracodawcy benefitów w postaci dodatkowych świadczeń. Analizując poszczególne regiony, dane te przedstawiają się jednak zupełnie inaczej, w zależności od województwa. Jak się okazuje, benefity można otrzymać najczęściej w mazowieckim – aż 65% pracowników z tego regionu tak zadeklarowało. Zaraz po tym województwie znajduje się dolnośląskie – gdzie 63% pracowników otrzymuje dodatki do pensji. W pierwszej czwórce znajdziemy także województwo małopolskie i warmińsko-mazurskie (61%). Na największy brak benefitów mogą narzekać z kolei mieszkańcy świętokrzyskiego, gdzie tylko 45% pracowników otrzymuje takie świadczenia.

Pracodawcy w trosce o zdrowie

Jak pokazują dane serwisu zarobki.pracuj.pl, największą popularnością wśród benefitów, jakie oferowane są pracownikom, cieszą się te, które związane są ze zdrowiem. Wśród nich, ubezpieczenie na życie oferowane jest najczęściej – największy odsetek odnotowano w województwie warmińsko-mazurskim (32%), małopolskim (23%), lubuskim (22%) i dolnośląskim (21%). Najrzadziej jest ono oferowane z kolei w zachodniopomorskim (16%).

Największy odsetek osób otrzymujących świadczenie w postaci prywatnej opieki medycznej odnotowano w województwie mazowieckim (44%), małopolskim (33%), dolnośląskim (31%) i pomorskim (26%). Z kolei pracodawcy ze świętokrzyskiego przyznają je najrzadziej – jedynie 8% pracownikom z tego województwa.

W grupie trzech benefitów związanych ze zdrowiem, jakie proponują pracodawcy, są także kupony sportowo-rekreacyjne. Najczęściej otrzymują je mieszkańcy województw dolnośląskiego, małopolskiego i mazowieckiego (21%). Zaraz po nich, znajdują się mieszkańcy łódzkiego i pomorskiego – 16% pracowników obu województw otrzymuje to świadczenie. Najmniej osób, które mogą skorzystać z takich kuponów, znajduje się w województwie świętokrzyskim (6%).

Służbowe gadżety dla wybranych?

Niektórzy pracodawcy oferują swoim pracownikom benefit w postaci służbowego telefonu do celów prywatnych. Taki przywilej najczęściej umożliwiają firmy z województwa mazowieckiego (23% w tym województwie otrzymuje taki benefit), pomorskiego, łódzkiego i wielkopolskiego (17% pracowników). Prywatne rozmowy na koszt szefa najrzadziej mogą wykonywać z kolei mieszkańcy świętokrzyskiego – tylko 12% badanych to zadeklarowało.

Służbowy samochód do celów prywatnych to jeszcze rzadszy przywilej. Najczęściej otrzymują go zatrudnieni w województwie mazowieckim (9%), podlaskim, wielkopolskim, pomorskim i śląskim (każde po 8%). Najrzadziej mogą z niego korzystać mieszkańcy świętokrzyskiego, warmińsko-mazurskiego, dolnośląskiego, małopolskiego i podkarpackiego (każde po 7%). Jak widać różnica między tymi wynikami jest niewielka, a wyniki świadczą o tym, że przywilej ten jest przyznawany naprawdę rzadko.

Benefity są istotnym elementem wynagrodzenia i warto wiedzieć, jakich można wymagać od pracodawcy. Nic jednak nie zastąpi comiesięcznej wypłaty, o której wysokość także warto jest zadbać. Dlatego też w odpowiedzi na potrzeby wskazywane przez pracowników, Pracuj.pl stworzył narzędzie, które ułatwia rozmowę z przełożonym o wynagrodzeniu. Serwis zarobki.pracuj.pl umożliwia sprawdzenie, czy otrzymywana pensja odpowiada naszemu doświadczeniu i stanowisku.

Fakty o zarobkach Polaków. Unijną średnią dogonimy za… 30 lat

Zdaniem ekspertów Polacy pracują tyle, że powinni zarabiać dwa razy więcej. Tymczasem – jak wynika z danych Eurostatu – jesteśmy w szóstce najmniej zarabiających nacji. – „Jeżeli wynagrodzenia będą realnie wzrastać o trzy procent rocznie, to według moich wyliczeń przeciętnego Europejczyka dogonimy w 2044 roku” – szacuje dla Money.pl prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, badający polskie zarobki na tle Europy. – „Gdyby wzrost płac był szybszy, to znaczy następował w tempie pięciu procent rocznie, to stałoby się to już w 2031 roku, a przy siedmioprocentowym wzroście – nawet w 2026 roku.”

Zgodnie z najnowszymi danymi GUS z października, Polak przeciętnie zarabia 3900,49 złotych brutto miesięcznie. Według Eurostatu natomiast, w ubiegłym roku na rękę dostał niewiele ponad 7400 euro rocznie (wzięto pod uwagę opodatkowanie dla singla bez dziecka). Mniejsze wynagrodzenia otrzymują tylko na Litwie, Łotwie i Węgrzech oraz w Bułgarii i Rumunii.

Eksperci wskazują, że wynagrodzenie zupełnie nie odpowiada sposobowi pracy Polaków. – „Jesteśmy jednym z trzech najciężej pracujących narodów na świecie” – podkreśla w Money.pl Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha. – „Ponieważ polscy pracodawcy nie są w stanie odpowiednio tego wycenić, wielu Polaków emigruje i za granicą otrzymuje pensje adekwatne do włożonej pracy.”

Podobnego zdania jest prof. Kabaj: „Nasze wynagrodzenia są mniej więcej dwukrotnie zaniżone w stosunku do wydajności, którą osiągamy. Jeśli pracodawcy nie zrozumieją, że muszą do niej dostosować wynagrodzenie, to w końcu zabraknie im ludzi do pracy.”

Jeśli chodzi o wysokość płacy minimalnej, najlepiej mają pracownicy w Luksemburgu, gdzie za pełen etat nie mogą zarabiać mniej niż 1921 euro miesięcznie. Prawie dziesięć razy mniej, bo w przeliczeniu niespełna 200 euro, płaca minimalna wyniosła w Bułgarii. To porównywalne z wynikiem w Albanii. W Polsce wynagrodzenie minimalne wynosiło w 2014 roku równowartość 404 euro. Gdyby jednak wziąć pod uwagę koszty życia w poszczególnych krajach, to wciąż najlepiej pod tym względem mają mieszkańcy Luksemburga. Ich przewaga w tak zwanym parytecie siły nabywczej nad Belgią jest już jednak niższa, ze względu na panujący tam poziom cen. 

– „Płaca minimalna co prawda rośnie, ale nie zbliża się nawet do poziomu 50 procent średniego wynagrodzenia, który byłby satysfakcjonujący” – narzeka Piotr Szumlewicz z OPZZ. – „Ważne jednak, aby ten instrument wykorzystywać, bo bez płacy minimalnej pracodawcy mogliby stosować wyzysk wobec pracowników.”

Kolejną ważną sprawą, która różnicuje Europejczyków, to poziom opodatkowania ich wynagrodzeń. Polscy pracownicy oddają państwu nieco ponad jedną trzecią w postaci podatku, składek ubezpieczeniowych i innych danin publicznych. – „Tegoroczne obciążenia podatkowe w Polsce są jednymi z niższych w Europie” – mówił jednak w styczniu, niecałe dwa miesiące po objęciu stanowiska minister finansów Mateusz Szczurek, wywołując falę politycznych komentarzy.

W innych krajach jest to rzeczywiście jeszcze więcej. Ponad połowę swoich pensji do budżetu państwa oddają Belgowie. Niewiele mniej rzeczywiste obciążenie wynosi na Węgrzech, bo aż 49 procent. Najbardziej łagodnym systemem podatkowym, co nie powinno być zaskoczeniem, mogą poszczycić się Malta i Cypr – tam państwo zabiera pracownikowi mniej niż 20 procent. Poniżej tej granicy znajduje się również nienależąca do Unii Europejskiej Szwajcaria, gdzie obciążenie wynosi 19,2 procent.

Ubiegasz się o odszkodowanie za wypadek? Uważaj na „przyczynienie”!

W procesie likwidacji szkody, Towarzystwa Ubezpieczeniowe niejednokrotnie zaniżają wypłacane kwoty z tytułu odszkodowania, powołując się na tzw. Przyczynienie. Warto jednak pamiętać, że interpretacja Ubezpieczyciela wcale nie musi być decydująca. Kiedy mamy do czynienia z ewidentnym przyczynieniem się do powstania szkody, a kiedy warto „zawalczyć o swoje”?

Definicja mówi, że przyczynienie jest to takie zachowanie poszkodowanego, które pozostaje w związku przyczynowym ze szkodą oraz jest obiektywnie nieprawidłowe. Może polegać zarówno na działaniu lub jego zaniechaniu, tj. niepodjęciu odpowiedniego działania, które mogło prowadzić do uniknięcia szkody. W rzeczywistości jednak, decyzja o ew. obniżeniu kwoty odszkodowania w dużej mierze zależna jest od osobistej interpretacji Ubezpieczyciela, co doskonale obrazuje poniższa historia.

„Mogła Pani tego uniknąć…”

Czerwiec 2011 roku, Poznań. Pani Katarzyna T., 33-o letnia mieszkanka okolicznych bloków śpieszy się na autobus do pracy. Po nastąpieniu na jedną z płyt chodnikowych, doszło do jej gwałtownego poruszenia, w wyniku czego kobieta boleśnie upadła. W miejscowym szpitalu stwierdzono złamanie lewego barku oraz rozległe otarcie prawego podudzia.

Po kilkumiesięcznej, kosztownej rehabilitacji kobieta wystąpiła o odszkodowanie do Towarzystwa Ubezpieczeniowego odpowiedzialnego za likwidację szkody. Odpowiedź była szokująca – firma uznała, że kobieta powinna była zauważyć fragment uszkodzonej nawierzchni, w związku z czym uznano, że przyczyniła się ona do wypadku w 50%. W praktyce, oznaczało to propozycję 6000 zł zamiast 12000 zł z tytułu odszkodowania.

Ostatecznie sprawa trafiła do Sądu, gdzie udało się w całości znieść przyczynienie i uzyskać 20000 zł odszkodowania – mówi Agnieszka Szymanek z Kancelarii Radców Prawnych EuCO. – Na jej przykładzie widać jednak, jak trudno wskazać generalne zasady obniżania należnego poszkodowanemu odszkodowania – dodaje.

Czy idąc tym tropem, można uznać, że np. upadając na śliskiej nawierzchni, dochodzi do przyczynienia, bo oceniając jej wygląd powinniśmy założyć, że jest śliska? Czy ponosimy część winy za uszkodzenie opony na „dziurawej” jezdni, bo zdaniem Towarzystwa Ubezpieczeniowego, mogliśmy się zatrzymać lub ją ominąć? Jak zwykle wiele zależy od okoliczności, których wystąpienia często nie da się udowodnić czy udokumentować (np. brak świadków). Decyzja o ew. akceptacji interpretacji Ubezpieczyciela należy tylko nas.

Co dalej?

Jeśli jesteśmy przekonani o swojej racji, warto skonsultować się z radcą prawnym. Jego ocena z pewnością pomoże nam w podjęciu decyzji o ew. wystąpieniu na drogę sądową. Istnieją również wyspecjalizowane firmy odszkodowawcze, które w naszym imieniu poprowadzą wszystkie czynności prawne.

Spraw tego typu przybywa z roku na rok – komentuje mec. Joanna Smereczańska-Smulczyk z Europejskiego Centrum Odszkodowań – Na określenie czy poszkodowany przyczynił się do powstania szkody, istnieją odpowiednie artykuły w kodeksie cywilnym – dodaje.

Warto jednak pamiętać, że na decyzję o zniesieniu lub obniżeniu wartości procentowej przyczynienia w znacznej mierze wpływają okoliczności. Jeśli nasza wina jest ewidentna, nie pomoże nawet wykwalifikowany prawnik. Do przykładowych sytuacji, w których Towarzystwo Ubezpieczeniowe może z powodzeniem zastosować przyczynienie należą m.i.:

– brak zapięcia pasów bezpieczeństwa w samochodzie,

– spożywanie alkoholu wraz z kierowcą-sprawcą (w przypadku gdy doznajemy obrażeń jako pasażer),

– posiadanie wiedzy, ze kierowca jest pod wpływem środków odurzających,

– wtargnięcie na jezdnię w miejscu do tego niewyznaczonym lub wprost pod nadjeżdżający pojazd.

W nowym roku ceny papierosów nie wzrosną

0

Dobra wiadomość dla palących papierosy. Ministerstwo Finansów podjęło decyzję, że w 2015 r. akcyza na wyroby tytoniowe nie wzrośnie. Ma to zapobiec między innymi rozwijaniu się szarej strefy.
 
W ciągu ostatnich 10 lat akcyza na papierosy została podniesiona o mniej więcej 200%. I o ile do 2013 r. wpływy do budżetu rosły, choć zmniejszała się konsumpcja legalnych papierosów, o tyle już w 2014 r. zaczęły one spadać – mówi serwisowi infoWire.pl Krzysztof Rutkowski z PwC. Dla Ministerstwa Finansów był to znak, żeby zaprzestać podwyżek.

Podniesienie akcyzy na wyroby tytoniowe o 4% (o wysokość oczekiwanego wzrostu płac) spowodowałoby w 2015 r. straty dla budżetu w wysokości 170-200 mln zł – wynika z raportu PwC. Jednak jak zaznacza ekspert, „w sytuacji, gdy legalna paczka papierosów to wydatek 14-15 zł (z czego 10 zł to podatek), a podobny wyrób można kupić nielegalnie za 6-7 zł, to samo zaprzestanie podwyżek nie wyeliminuje szarej strefy”. Warto zaznaczyć, że już 2 lata temu stanowiła ona 25% rynku tytoniowego w Polsce.

Odstąpienie od podniesienia akcyzy na wyroby tytoniowe w 2015 r. to nie koniec zmian. Opodatkowane zostaną papierosy wytwarzane przy użyciu maszyn do automatycznego nabijania gilz papierosowych oraz same urządzenia. Zmiana regulacji dotyczy także tzw. cygar imprezowych.

Po zmianie przepisów mundurowi coraz zdrowsi

0

Pracownicy służb mundurowych są w coraz lepszej kondycji. W związku z wejściem w życie nowych przepisów, liczba mundurowych przebywających na zwolnieniu lekarskim zmniejszyła się o 30 procent.

Od 1 czerwca 2014 r. zaczęły obowiązywać nowe przepisy, na mocy których funkcjonariusze służb mundurowych otrzymają za czas choroby dużo niższe uposażenie niż dotychczas. Wysokość uposażenia przysługującego funkcjonariuszowi za czas choroby, która nie jest związana ze służbą, została zmniejszona ze 100 do 80 procent. Zasiłek chorobowy w wysokości 100 procent poborów należy się tylko osobom, które uległy wypadkowi w trakcie służby.

Nowelizacja ustawy przyniosła natychmiastowe efekty. Resort Spraw Wewnętrznych na przełomie pierwszych trzech miesięcy obowiązywania nowych przepisów (tj. od czerwca do sierpnia 2014 r.) odnotował, iż liczba funkcjonariuszy przebywających na zwolnieniu lekarskim zmniejszyła się o 1/3 w stosunku do tego samego okresu w ubiegłym roku.

Formacją, w której odnotowano najwyższy spadek funkcjonariuszy przebywających na zwolnieniu lekarskim jest Biuro Ochrony Rządu (31% funkcjonariuszy), zaś najniższy odnotowano w Straży Pożarnej i Straży Granicznej ( w obydwu przypadkach po 26% funkcjonariuszy). Jeśli jednak chodzi o ilość dni zwolnień lekarskich, to najwyższy spadek nastąpił w Policji – 35%, natomiast, najniższy w Straży Pożarnej – 23%.

Zgodnie z przepisami ustawy, wszelkie dane przedstawiające wpływ nowych rozwiązań na absencję chorobową służb mundurowych zostanę przedstawione w Sejmie,  w sprawozdaniu rocznym po roku od wejścia w życie ustawy.

Zachowania i preferencje wyborcze Polaków w październiku

Gdyby wybory parlamentarne miały odbyć się w październiku, to wzięłaby w nich udział ponad połowa dorosłych Polaków (54 proc.). Najwięcej głosów otrzymałyby Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska – obie partie po  38 proc. – wyniki październikowej fali badania* GfK Polonia na temat preferencji partyjnych Polaków.

Preferencje wyborcze Polaków ** Październik       2014 Wrzesień       2014 Zmiana
Prawo i Sprawiedliwość 37,8 41,49 -3,69
Platforma Obywatelska 37,64 37,79 -0,15
Sojusz Lewicy Demokratycznej 8,39 7,36 1,03
Polskie Stronnictwo Ludowe 6,96 4,73 2,23
Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikke 2,97 3,86 -0,89
Sprawiedliwa Polska Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobro 1,51 0,82 0,69
Twój Ruch 1,06 1,27 -0,21
Prawica Rzeczypospolitej 0,74 0,41 0,33
Partia Kobiet 0,57 0,2 0,37
Samoobrona 0,55 0 0,55
Liga Polskich Rodzin 0,35 0,45 -0,1
Unia Polityki Realnej 0,19 0 0,19
Inna partia 1,25 0,4 0,85

W porównaniu z wrześniową falą badania spadły notowania obydwu głównych partii. Notowania PiS spadły o 3,7 punktu proc., do 37,8 proc. Notowania PO spadły nieznacznie, jedynie o 0,2 punktu proc., do 37,6 proc. Do Sejmu dostałyby się jeszcze Sojusz Lewicy Demokratycznej (8,4 proc.) oraz Polskie Stronnictwo Ludowe (7 proc.).

Poza parlamentem znalazłyby się: Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikke (3 proc.), Sprawiedliwa Polska Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobro (1,5 proc.), Twój Ruch (1 proc.), Prawica Rzeczpospolitej (0,7 proc.), Partia Kobiet (0,6 proc.), Samoobrona (0,6 proc.), Liga Polskich Rodzin (0,4 proc.), Unia Polityki Realnej (0,2 proc.). Powyższy rozkład procentowy głosów uwzględnia także kategorię „inna partia”, na którą wskazało 1,3 proc. respondentów.

Prezentowane wyniki preferencji wyborczych obliczono na podstawie połączonych dwóch kategorii respondentów, którzy zadeklarowali swój udział w wyborach – tych, którzy wskazali jakąś partię oraz tych, którzy jeszcze się wahają na jakie ugrupowanie głosować (wynik imputowany**).

Frekwencja
W październiku ponad połowa respondentów (54 proc.) deklaruje, że wzięłaby udział w wyborach (20 proc. zdecydowanie tak; 34 proc. raczej tak). W wyborach nie wzięłoby udziału 41 proc. respondentów (27 proc. zdecydowanie nie; 14 proc. raczej nie). 5 proc. Polaków nie jest pewnych udziału w wyborach.

Wyborcy niezdecydowani
Wśród respondentów, którzy deklarują chęć udziału w wyborach, ponad 18 proc. jest niezdecydowanych, na którą partię głosować. W porównaniu z badaniem wrześniowym odsetek wyborców wahających się spadł w październiku o 3 punkty proc.

W poniższej tabeli przedstawiono wyniki preferencji wyborczych Polaków, w których w podstawie procentowania uwzględniono odsetek respondentów niezdecydowanych.

 

Preferencje wyborcze Polaków                                             (w podstawie procentowania uwzględniona kategoria respondentów niezdecydowanych, na którą partię głosować oraz odmowy odpowiedzi) Październik         2014
Platforma Obywatelska 31,83
Prawo i Sprawiedliwość 29,25
Sojusz Lewicy Demokratycznej 6,4
Polskie Stronnictwo Ludowe 5,67
Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikke 2,19
Sprawiedliwa Polska Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobro 1,3
Twój Ruch 0,8
Samoobrona 0,55
Prawica Rzeczypospolitej 0,42
Liga Polskich Rodzin 0,35
Partia Kobiet 0,31
Unia Polityki Realnej 0,19
Inna 1,25
Nie wiem 18,33
Odmowa odpowiedzi 1,14

Prognoza rozkładu głosów wśród osób niezdecydowanych
Prognoza rozkładu głosów wśród osób niezdecydowanych wskazuje, iż obecnie większość ich głosów otrzymałoby PiS (43,9 proc.) i PO (29,9 proc.). Sojusz Lewicy Demokratycznej otrzymałby 10,2 proc. głosów, a Polskie Stronnictwo Ludowe 6,6 proc. głosów.

Prognozowany rozkład głosów wśród wyborców niezdecydowanych na podstawie imputacji pod względem cech społeczno-demograficznych
Prawo i Sprawiedliwość 43,91
Platforma Obywatelska 29,87
Sojusz Lewicy Demokratycznej 10,22
Polskie Stronnictwo Ludowe 6,64
Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikke 3,97
Prawica Rzeczypospolitej 1,63
Twój Ruch 1,38
Partia Kobiet 1,32
Sprawiedliwa Polska Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobro 1,06

Dodatkowe informacje o badaniu
Badanie zachowań i preferencji wyborczych jest prowadzone przez instytut GfK Polonia od 2005 roku na potrzeby partii politycznych, organizacji społecznych, administracji publicznej i rządowej.

* Październikowa fala badania została przeprowadzona w dniach 2-6 października 2014 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby pełnoletnich Polaków wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020.

**  Rozkład głosów oddanych na partie dla osób niezdecydowanych, rejestrowany w pytaniu o preferowaną partię, został zaimputowany (odtworzony) za pomocą wielomianowego modelu regresji logistycznej, oszacowanego w oparciu o szczegółowe cechy społeczno-demograficzne badanego respondenta.

Przedziały ufności
Badanie preferencji wyborczych to estymacja przedziałowa, której wynikiem nie jest ocena punktowa, czyli konkretna wartość, ale pewien przedział, do którego z określonym prawdopodobieństwem (zwykle 95 proc.) należy szacowana wartość parametru (w tym przypadku głosowanie na konkretną partię). Podstawowym pojęciem estymacji przedziałowej jest przedział ufności. Prezentowane przedziały ufności zostały obliczone w oparciu o nieparametryczną metodę estymacji bootstrap uwzględniającą dwustopniowy schemat konstrukcji próby (w przypadku złożonych schematów losowania, a takie stosuje się w tym i podobnych badaniach typu face-to-face, klasyczne metody obliczania przedziałów ufności oparte na Centralnym Twierdzeniu Granicznym byłyby niepoprawne). Ilość replikacji została ustalona na poziomie i=1000.

Przedziały ufności dla wyników preferencji partyjnych
Ugrupowania partyjne z możliwym wynikiem powyżej progu wyborczego (październik 2014)
Partia Dolny kraniec przedziału ufności Wynik 10/2014 Górny kraniec przedziału ufności
PiS 31,9 37,8 43,27
PO 32,61 37,64 42,81
SLD 5,93 8,39 11,14
PSL 4,6 6,96 10,15

Cios we frankowców. Czy Szwajcaria wróci do standardu złota?

Już niebawem Szwajcarzy wezmą udział w referendum, które może odmienić oblicze świata finansów, a wraz z nim całej gospodarki. Bankier.pl wylicza, że jeżeli Helweci powiedzą „tak” pomysłowi powiązania waluty ze złotem, cena franka może wzrosnąć z obecnych 3,50 zł do 4,20 zł i zrównać się z kursem euro. Będzie to zła wiadomość dla osób spłacających kredyt we franku.

Jeśli referendum uzyska poparcie większości głosujących, SNB będzie musiał zwiększyć rezerwy złota przeszło 2,5-krotnie! Przy obecnych cenach (ok. 1200 CHF/oz)  oznaczałoby to konieczność zakupu ok. 1,7 tys. ton złota, czyli ok. 60% rocznego wydobycia. Tak silny, choć zapewne krótkotrwały wzrost popytu, zapewne doprowadziłby do nagłego wzrostu cen złota. Z tego też powodu ewentualne zakupy SNB zapewne byłyby mniejsze, bo ceny złota byłyby wyższe – wyjaśnia Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Listopadowe referendum to efekt działania inicjatywy „Ratuj nasze szwajcarskie złoto”. Szwajcarzy będą głosować nad propozycją składającą się z trzech postulatów: 1)      Szwajcarskiemu Bankowi Narodowemu (SNB) nie będzie wolno sprzedawać złota, 2)      złoto będzie musiało stanowić przynajmniej 20% aktywówSNB, 3)      szwajcarskie złoto będzie mogło być przechowywane jedynie w Szwajcarii. Referendum zaplanowano na 30 listopada.

1 CHF = 1 EURO

Zakładając zaledwie 20% wzrost wartości szwajcarskiej waluty i stabilny kurs EUR/PLN cena franka wzrosłaby z obecnych 3,50 zł do 4,20 zł, zrównując się z kursem euro. Dla Polaków zadłużonych w szwajcarskiej walucie oznaczałoby to skokowy wzrost zadłużenia oraz bieżących rat kredytowych.

–  Trwałe wzmocnienie się franka szwajcarskiego na pewno spowodowałoby wzrost odsetka zobowiązań spłacanych nieregularnie. Trudno jednak oszacować, czy problem przybrałby taką skalę, by konieczne okazały się rozwiązania systemowe, z którymi eksperymentują obecnie np. Węgrzy – dodaje Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

–  Demokracja w Szwajcarii jest wrogiem polskich kredytobiorców. Trudno przewidzieć wynik referendum, ale Szwajcarzy to mądry naród. Raczej nie zrobią niczego, co mogłoby zaszkodzić ich gospodarce. A niestety, wzrost wartości franka szwajcarskiego to również katastrofa dla samej Szwajcarii – ucierpiałaby na tym wymiana handlowa i relacje finansowe z krajami strefy Euro.  Nie bez powodu SNB robi wszystko, by za wszelką cenę utrzymać stabilny kurs helweckiej waluty – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W krótkim terminie nagła aprecjacja franka wywołałaby perturbacje także w samej Szwajcarii, wymuszając nominalny spadek cen i płac, aby utrzymać konkurencyjność gospodarki. W istniejącym od stu lat inflacyjnym środowisku taka zmiana byłaby mentalną rewolucją.

SMSy nie mogą wprowadzać w błąd – wyrok sądu

0

Wiadomości zachęcające do udziału w konkursie SMS muszą jasno, rzetelnie i wyraźnie informować, kto jest jego organizatorem, jakie są jego zasady i z jakimi kosztami się wiąże. Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów potwierdził rozstrzygnięcie UOKiK dotyczące konkursu Quiz Wiedzowy zorganizowanego przez CT Creative Team

[Warszawa, 28 października 2014 r.] Z danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej* wynika, że każdy Polak wysłał 1355 wiadomości w ciągu całego zeszłego roku. Bez względu na charakter wysyłanych SMSów, zawsze powinniśmy mieć jasną i rzetelną informację o cenie wiadomości. Wprowadzać w błąd nie może także informacja o warunkach konkursu.

W 2013 roku Urząd zakwestionował treści reklamowe wysyłane do konsumentów w związku z konkursem Quiz wiedzowy, który został zorganizowany przez CT Creative Team i trwał od listopada 2010 do grudnia 2011 r. Postępowanie Urzędu wykazało, że konsumenci otrzymywali np. SMSy o treści: I w końcu się udało! Wygrywasz gwarantowaną nagrodę o grze o 100.000zł! Po odbiór odeślij darmowy sms: KASA na nr 8064!’WOW! GRATULUJEMY! SMSQuiz.pl” lub „WLASCICIEL NUMERU PROSZONY O PILNE WYSLANIE ZA DARMO 1SMSa o tresci KASA na nr 8064 CZEKA NAGRODA GWRANTOWANA w GRZE o 100.000zl!www.SMSQuiz.pl. W wysyłanych wiadomościach brak było informacji, że odesłanie SMSa oznacza przystąpienie do konkursu, który polegał na wysyłaniu przez konsumentów dodatkowo płatnych SMSów w odpowiedzi na nadsyłane pytania. Ponadto w reklamach brak było informacji o cenie tych SMSów oraz organizatorze konkursu.

Za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów UOKiK nałożył na CT Creative Team karę pieniężną w wysokości 141 575 tys. zł. Spółka odwołała się do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który zgodził się z zarzutami Urzędu oraz z nałożoną karą finansową (XVII AmA 105/13, wyrok z 23 października 2014 r.).

Konsumenci, którzy uważają, że zostali wprowadzeni w błąd przez organizatora konkursu SMSowego uzyskają bezpłatną pomoc w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej, u rzeczników konsumentów lub w Federacji Konsumentów pod numerem infolinii 800 007 707. Dochodzenie roszczeń może ułatwić również ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, która daje konsumentom możliwość wytoczenia powództwa w ich indywidualnych sporach z przedsiębiorcami. W toku takiego postępowania sąd weryfikuje, czy dana praktyka rynkowa przedsiębiorcy jest nieuczciwa. W takim przypadku to przedsiębiorca musi udowodnić przed sądem, że stosowana przez niego praktyka rynkowa nie wprowadza konsumentów w błąd.

* UKE, Raport o stanie rynku telekomunikacyjnego w Polsce w 2013 r. http://www.uke.gov.pl/files/?id_plik=16757

Orbis bada sytuację w 46 hotelach Accoru, które może przejąć. Polska spółka może je kupić za 142 mln euro

0

CEO Magazyn Polska

Francuski Accor, główny udziałowiec Orbisu, chce, by polska spółka kupiła 46 należących do niego hoteli w Europie Środkowej. Jeżeli warta 142 mln euro transakcja dojdzie do skutku, Orbis będzie miał 110 hoteli.

 – Materiały są w tej chwili analizowane  przez firmy zewnętrzne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ireneusz Węgłowski wiceprezes zarządu Orbis SA. – Przez naszych konsultantów, którzy robią wycenę i feasibility study [studium wykonalności – red.]. Będziemy rekomendowali radzie nadzorczej materiały, które zbierzemy. Wkrótce przedstawimy harmonogram tych działań i rynek będzie mógł się dowiedzieć, jak dalej będziemy postępowali z ofertą.

Dziś w strukturze Orbisu jest 68 hoteli, które zlokalizowane są w 32 dużych miastach i miejscowościach wypoczynkowych w Polsce, na Litwie oraz Łotwie. Transakcja przejęcia 46 hoteli Accoru znacząco wzmocniłaby polską spółkę jako regionalnego lidera. I na dłuższy czas zakończyła jej ekspansję.

– Jeżeli chodzi o portfelowe zakupy, to tak – zapowiada Ireneusz Węgłowski. – Jeżeli dojdzie do skutku, to z pewnością nie będzie w następnych latach tak dużej transakcji na rynku polskim z udziałem Orbisu.

Po ewentualnym sfinalizowania transakcji z Accorem Orbis nie zamierza jednak odstąpić od swych realizowanych już planów rozwoju.

– Jesteśmy w trakcie przygotowywania kilku projektów inwestycyjnych, które będziemy finansować deklaruje prezes Ireneusz Węgłowski. – Cały czas pracujemy również na rzecz poszerzenia sieci w drodze podpisywania umów franczyzowych i umów o zarządzanie. Przykładem hoteli, które w tej chwili są w trakcie fazy przygotowawczej, są Mercure w Krakowie, 200 pokoi, około 100 mln złotych inwestycji, oraz Ibis w Gdańsku.

Zgodnie z ofertą Accoru Orbis ma przejąć należące do akcjonariusza spółki na Węgrzech, w Czechach, Rumunii i Polsce, a wraz z nimi sieć 38 działających hoteli w tych krajach oraz w Macedonii, na Słowacji i w Bułgarii. W pakiecie jest też 8 planowanych hoteli w różnym stadium realizacji. 76 proc. z nich jest zlokalizowanych w stolicach państw. Po transakcji Orbis stanie się wyłącznym licencjodawcą marek Accoru w regionie. Oferta przewiduje wyłączność na negocjacje Orbisu z Accorem do końca listopada.

Większość europejskich banków jest bezpieczna, nawet w przypadku realizacji bardzo negatywnego scenariusza

0

stresstesty-ok.png” alt=”CEO Magazyn Polska” width=”370″ height=”194″ align=”left” />

Wyniki opublikowanych w niedzielę stress-testów europejskich banków dowodzą, że większość instytucji jest bezpieczna nawet w przypadku realizacji bardzo negatywnego scenariusza. Jak zauważa Jacek Chwedoruk z warszawskiego biura Rothschild, rezultaty powinny uspokoić rynek i agencje ratingowe. Banki, które testów nie przeszły, będą prawdopodobnie przedmiotem przejęć.

Jak informuje Jacek Chwedoruk, dyrektor zarządzający warszawskim biurem Rothschild, ogłoszone w niedzielę przez Europejski Bank Centralny i polską Komisję Nadzoru Finansowego wyniki stress-testów (badania zachowania banków w sytuacjach ekstremalnych) sprawdzały odporność banków na kryzys w trzech kategoriach.

Po pierwsze sprawdzano, na ile jakość aktywów zmierzona pod koniec 2013 roku odpowiada sprawozdaniom, które te banki składały – mówi Jacek Chwedoruk w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor. – Tutaj instytucje finansowe wykazały praktycznie niewielkie odejście od raportowanych pod koniec ubiegłego roku liczb.

Większe różnice, jak wskazuje dyrektor zarządzający warszawskim biurem Rothschild, zostały wykazane podczas dwóch stress-testów, w dwóch scenariuszach: bazowym oraz agresywnym (badano oporność kapitału regulacyjnego na zdarzenia związane  z każdym z tych ewentualnych  scenariuszy). Niektóre banki, które nie zaliczyły testu, oblały go w scenariuszu bazowym, inne – tylko negatywnym.

Ten ostatni nie jest zbyt prawdopodobny, więc pewnie trzeba było patrzeć, jakie są niedobory w scenariuszu bazowym – tłumaczy Chwedoruk. – Okazało się, że w przypadku większości instytucji finansowych były one niewielkie. Zdarzały się tam sumy rzędu kilkudziesięciu milionów euro w bankach średniej wielkości. Natomiast znaleziono kilka instytucji w krajach, które ogólnie uważane są za ryzykowne, na przykład w Grecji, gdzie niedobory w każdym scenariuszu były rzędu miliarda bądź kilku miliardów euro.

Dla 90 proc. banków, nawet tych, które mają niewielkie niedobory kapitałów, w sytuacji stresowej, jak zauważa Jacek Chwedoruk, jest to dobra wiadomość. Oznacza ona, że są bezpieczne nawet w przypadku realizacji bardzo negatywnego scenariusza.

Gorzej wygląda sytuacja w przypadku kilku, być może kilkunastu banków, które właściwe były znane i wymieniane wcześniej, takich jak duży, trzeci co do wielkości bank włoski Monte dei Paschi di Siena czy trzy największe instytucje greckie – zauważa Chwedoruk. – One już wcześniej miały problemy z podwyższeniem kapitału. Myślę więc, że w ich sytuacji koszt pozyskania kapitału byłby bardzo wysoki, a jego możliwości i tak zostały już wykorzystane. W tych przypadkach trzeba się więc chyba liczyć z jakąś formą przymusowego przejęcia przez inne banki i ze startami dla akcjonariuszy.

Wyniki stress-testów, jak przekonuje Jacek Chwedoruk, powinny uspokoić rynek i agencje ratingowe oraz zmienić sposób patrzenia na sektor bankowy przez inwestorów z funduszy inwestycyjnych czy hedgingowych.

Po poprzednich stress-testach, przeprowadzonych w Europie dwa lata temu, były dużo gorzkich komentarzy, że wykonały je nadzory w poszczególnych krajach, każdy na swoje banki patrzył bardziej wyrozumiałym okiem, w wyniku czego ich wiarygodność była znacznie niższa niż amerykańskich – przypomina Chwedoruk. – Ostatnie badanie powinno zwiększyć zaufanie. Opublikowane zostały nie tylko same liczby wynikowe, lecz także tzw. spread-sheety [arkusze kalkulacyjne – przyp. red.], w których zostały opisane sposoby liczenia portfeli.

Określające ryzyko działalności poszczególnych instytucji finansowych agencje ratingowe mają dostęp do tych informacji, więc większość banków, które zostały kiepsko ocenione podczas testów, ma także dosyć niskie ratingi.

Wydaje mi się, że agencje ratingowe w spread-sheetach mogą znaleźć więcej informacji, które pogłębią ich ocenę – przypuszcza Jacek Chwedoruk. – Ratingi instytucji, które najgorzej wypadły podczas stress-testów, mogą się więc pogorszyć.

Podczas stress-testów Europejski Bank Centralny przebadał 130 najważniejszych banków strefy euro. 25 z nich, głównie z południa Europy, dostało negatywną ocenę. Jednak tylko 13 z nich wciąż ma realny problem, bo pozostałe zaczęły naprawiać swoją sytuację już na początku kontroli. Dwa polskie banki (Getin Noble Bank oraz BNP Paribas Bank Polska) miały niewielkie problemy z jego zaliczeniem.

Rośnie siła nabywcza Polaków. Boomu zakupowego jednak nie przyniesie

CEO Magazyn Polska

Mimo że płace w Polsce rosną relatywnie wolno, siła nabywcza polskich konsumentów jest coraz większa. To efekt premii deflacyjnej.  W praktyce jest to jednak zjawisko niemal niezauważalne i euforii zakupowej na rynku nie spowoduje.

Płace w Polsce w ostatnim roku wzrosły symbolicznie, o 3,5 procent. Ceny jednak od trzech miesięcy spadają w ujęciu rocznym o 0,2-0,3 proc. To w skali kraju zmiana poważna, dla domowych budżetów jednak niemal niezauważalna. Stąd zapewne znacznie słabszy od przewidywań ekonomistów wzrost sprzedaży we wrześniu. Podczas gdy oczekiwano, że sięgnie 2,4 proc., GUS podał, że wyniósł on 1,6 proc.

– Ze względu na deflację na poziomie cen żywności i paliw siła nabywcza dochodów realnie rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Grzegorz Maliszewski główny ekonomista Banku Millennium. – To powoduje, że gospodarstwa domowe bardziej pozytywnie postrzegają swoją sytuację finansową, szczególnie, że poprawia się też sytuacja na rynku pracy i spadają obawy o utratę zatrudnienia, na co wpływa spadek stopy bezrobocia.

Mimo że optymizm Polaków nie przekłada się na wzrost zakupów tak, jak oczekiwaliby tego ekonomiści, poprawa nastrojów polskich konsumentów jest faktem.

– Poprawa nastrojów gospodarstw domowych widoczna jest także we wskaźnikach ufności konsumenckiej, które są przygotowywane przez Główny Urząd Statystyczny – podkreśla Grzegorz Maliszewski. – To niewątpliwie będzie wspierało konsumpcję w kolejnych kwartałach i powstrzyma ją od spadku w obliczu pogarszającego się sentymentu w gospodarce europejskiej.

Wyższe zarobki, mniejsze wydatki na żywność i paliwa oraz lepsze postrzeganie własnego statusu majątkowego pozwalają liczyć na poważniejsze inwestycje.

– Być może częściowo będą rosły inwestycje w mieszkania – sądzi główny ekonomista Banku Millennium. – Mamy bardzo niskie stopy procentowe, jest perspektywa ich spadku. To już jednak nie jest konsumpcja, lecz bardziej inwestycja ze strony gospodarstw domowych. Nieco inne są przesłanki do podjęcia decyzji o kupnie mieszkania, natomiast nie ulega wątpliwości, że okoliczności są korzystne, ponieważ stopy są rekordowo niskie. Ceny nieruchomości jeszcze nie wzrosły aż tak bardzo, żeby ograniczyć możliwości zakupowe.

Większość analityków oczekuje, że Rada Polityki Pieniężnej na najbliższym posiedzeniu 4 i 5 listopada po raz kolejny obniży stopy procentowe. To przyniesie tańsze kredyty, zmniejszy skłonność do oszczędzania i zwiększy kwoty wydawane na zakupy.

– Bardzo prawdopodobne jest, że zwiększą się wydatki na konsumpcję dóbr trwałego użytku – ocenia Grzegorz Maliszewski. – AGD, RTV, być może trochę samochody, bo na żywność raczej kredytów się nie zaciąga. Zatem elektronika i konsumpcja dóbr trwałego użytku ma większy potencjał wzrostowy.

Warto jednak zaznaczyć, że o ile nastroje konsumentów się poprawiają, o tyle do euforii im daleko.

– Mówiąc o wzrostach, nie mamy na myśli boomu konsumpcyjnego i ruszenia gospodarstw domowych na zakupy, ponieważ mimo wszystko takiego trendu nie należy się spodziewać. Ale kilkuprocentowy wzrost na poziomie sprzedaży detalicznej wydaje się do utrzymania – prognozuje główny ekonomista Banku Millennium.

Działania resortu rolnictwa mają ułatwić rolnikom nabywanie ziemi

CEO Magazyn Polska

Ziemia rolna w Polsce w ciągu ostatnich dwudziestu lat zdrożała ponad czterdziestokrotnie. Mimo to ceny gruntów są bardzo atrakcyjne dla cudzoziemców. Po 2016 roku tracą moc przepisy przejściowe dla Polski i każdy obywatel UE będzie mógł kupić dowolną ilość ziemi.  Do tego czasu Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa, która jest właścicielem blisko 2 mln hektarów, chce jak najwięcej swoich zasobów sprzedać polskim rolnikom. Przedstawiciele środowiska apelują o to, by trafiała przede wszystkim do młodych rolników. 

Unia wspomaga rozwój gospodarstw rodzinnych przez dźwignie ekonomiczne, prawne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. Paweł Czechowski, kierownik Zakładu Prawa Rolnego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. – W ciągu ostatniego dziesięciolecia Polska uzyskała ponad 30 mld euro dla rolnictwa i jego otoczenia. To pokazuje, że gospodarstwa rodzinne nie są pozostawione same sobie. Jest szereg mechanizmów dających możliwość rozwoju, chociażby w zakresie sprzedaży ziemi państwowej na rzecz rolnictwa indywidualnego.

Prof. Czechowski popiera zmiany wprowadzone przez resort rolnictwa w zakresie ochrony gruntów rolnych. Jego zdaniem nowa polityka resortu rolnictwa ma prowadzić do tego, aby ziemia służyła nie tylko uprawom, lecz także stanowiła lokatę kapitału (tzw. tezauryzacja). Od stycznia br. przysługuje pomoc na zakup gruntów (poza działkami budowlanymi) w wysokości nieprzekraczającej 10 proc. wydatków kwalifikowanych. Obejmuje ona także kupno maszyn i urządzeń rolniczych. W Sejmie trwają prace nad ustawą o ochronie ziemi przed niekontrolowanym wykupem, która ma wejść w życie jeszcze w br.

20 lat temu, jako jeden z członków wspomagających założenie Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa [przekształconej w 2003 roku w Agencję Nieruchomości Rolnych – red.], przyglądałem się tym procesom i pracowałem w zakresie legislacji – mówi prof. Czechowski. – Hektar ziemi można było wtedy kupić za 800 zł. Dzisiaj średnia wynosi 40 tys. zł, a w tym roku padł rekord – 177 tys. zł. Widzimy zatem, że ziemia rolnicza jest najlepszym czynnikiem nie tylko produkcyjnym, lecz także wspomagającym zamożność ekonomiczną.

Po 2016 roku tracą moc tzw. przepisy przejściowe, które wynikają z traktatu akcesyjnego o przyjęciu Polski do Unii Europejskiej. Zgodnie z nimi obywatele innych krajów UE nie mogli kupować ziemi będącej własnością m.in. Skarbu Państwa.

Polityka resortu rolnictwa zmierza do tego, by grunty w sektorze państwowym, które są w dzierżawach, utrzymać w kraj, co jest bardzo ważne – uważa prof. Piotr Czechowski. – Oczywiście nie możemy dyskryminować rolników z innych krajów, bo obowiązywać będzie swoboda przepływu ludzi i towarów. Chodzi o takie ustawienie przepisów, żeby ten transfer w miarę możliwości był zachowany na rzecz rolnictwa polskiego.

Zdaniem Tomasza Łukomskiego, przewodniczącego zarządu krajowego Związku Zawodowego Centrum Narodowe Młodych Rolników, planowane zmiany w Programie Rozwoju Obszarów Wiejskich są dużą szansą na rozwój gospodarstw rolnych należących przede wszystkim do osób poniżej 40. roku życia. Polska ma największy udział gospodarstw należących do młodych rolników (ponad 200 tys.) wśród krajów UE. Obecnie jednak zdaniem Łukomskiego osoby takie mają problem z kupnem ziemi.

Regulacje prawne uniemożliwiają zakup ziemi komuś, kto nie mieszkał w gospodarstwie i nie był w nim zameldowany przez ostatnie pięć lat – wskazuje Łukomski. – Tymczasem ważne jest, by rolnik, który posiada 5-10 ha, miał prawo pierwokupu.

Także w zakresie nieużytków – zdaniem Łukomskiego – należy wprowadzić takie rozwiązania  legislacyjne, aby ziemia była bardziej przystępna.

Staramy się brać aktywny udział w pracach nad przepisami, które umożliwią łatwiejszy dostęp do gruntów, chociażby z zasobu ANR – przekonuje Łukomski. – Miejmy nadzieję, że przepisy zostaną tak zaostrzone, że do 2016 roku większość ziemi trafi w ręce polskich rolników.

Pod koniec ubiegłego roku w zasobach własności rolnej Skarbu Państwa znajdowało się 1632 tys. ha gruntów, z czego 1180 tys. było w dzierżawie. W 2013 roku ANR sprzedała 147,7 ha gruntów rolnych, w tym 38,2 tys. ha rolnikom indywidualnym zamierzającym powiększyć gospodarstwo lub osobom, które chciały je utworzyć. W br. agencja zaplanowała sprzedaż 125 tys. ha.

Rosną problemy Polaków ze spłatą długów. Dominują niezapłacone rachunki

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków mających problem ze spłatą zobowiązań figuruje w oficjalnych rejestrach. W Rejestrze Dłużników ERIF na koniec III kwartału 2014 roku znajdowało się ponad 2 mln spraw na łączną wartość ponad 11 mld zł. Najczęściej przyczyną dopisania spraw do Rejestru są długi wobec instytucji finansowych i dostawców multimediów.

W III kwartale mieliśmy w bazie ponad 2 mln spraw dotyczących zadłużenia osób fizycznych i firm o wartości ponad 11 mld zł – informuje Edyta Szymczak, prezes zarządu Rejestru Dłużników ERIF BIG SA, które jako jedno z biur informacji gospodarczej w Polsce co kwartał poddaje weryfikacji strukturę i wielkość swojej bazy danych.

Na koniec I półrocza 2014 roku w Rejestrze Dłużników ERIF BIG SA znajdowało się ponad 1,8 mln spraw na kwotę ponad 10,6 mld zł. Porównując te wartości do danych z końca III kwartału bieżącego roku, widzimy, że liczba spraw znajdujących się w Rejestrze wzrosła o 12 proc., a ich wartość zwiększyła się o 6 proc.

Nie płacimy rachunków, nie płacimy faktur, nie spłacamy w terminie rat kredytów i pożyczek, czyli tak naprawdę nie radzimy sobie ze spłatą swoich regularnych, codziennych zobowiązań – powiedziała Edyta Szymczak podczas zorganizowanego przez Rejestr Dłużników ERIF Forum Rynku B2C . – I wtedy musimy się liczyć z tym, że trafimy do biura informacji gospodarczej.

W Rejestrze Dłużników ERIF na koniec III kwartału 2014 roku ponad 28 proc. spraw dotyczyło zobowiązań wobec firm telekomunikacyjnych. Gdy jednak zsumuje się zaległe raty pożyczek, niespłacone kredyty bankowe i konsumenckie, to ten typ zaległości stanowi ponad 45 proc. zasobów Rejestru.

Jednocześnie dominują w nim jednak relatywnie małe wierzytelności, od 1 tys. do 10 tys. zł. Wśród nich ponad połowa to długi nieprzekraczające 3 tys. zł. Są to więc zobowiązania, z którymi można sobie poradzić, z korzyścią nie tylko dla wierzyciela, lecz także dłużnika.

Są to zadłużenia, które przy odpowiedniej polityce restrukturyzacyjnej wierzycieli oraz odpowiedniej motywacji i dyscyplinie samych zadłużonych, mogą zostać zlikwidowane  – ocenia Edyta Szymczak.

Do najbardziej aktywnych klientów biur informacji gospodarczej należą instytucje finansowe i szeroko rozumiane podmioty rynku e-commerce.

Pożyczanie pieniędzy jest podstawową działalnością banku i zapewne w aspekcie odzyskiwania pieniędzy działają bardziej profesjonalnie niż inne branże – podkreśla Marcin Gadomski, dyrektor Wydziału Ryzyka Kredytowego Bankowości Detalicznej Banku Millennium. – Można się spodziewać, że niektóre branże również będą się profesjonalizować w tej dziedzinie i zaczną na większą skalę korzystać z biur informacji gospodarczej, a także zasilać je w informacje.

Coraz więcej wierzycieli korzysta z biur informacji gospodarczej. Są one jednym z narzędzi pomagających odzyskać zaległe płatności. Dodatkowo wierzyciele mogą dzięki nim pozyskać cenne informacje dotyczące wiarygodności płatniczej, które mają wpływ na ograniczenie ryzyka współpracy z nierzetelnymi klientami.

Rejestry dłużników to jednak nie tylko rejestry zawierające informacje dotyczące długów. Dzięki nim konsumenci i firmy mogą budować swoją pozytywną historię płatniczą, a podmioty regularnie przeglądające ich bazy mogą już sprawdzać, kto systematycznie wywiązuje się ze swoich zobowiązań.

Jako solidny płatnik będziemy funkcjonować w systemie wymiany danych gospodarczych i możemy spodziewać się, że wierzyciele zauważą ten fakt, docenią nas jako lojalnego klienta i dobrego płatnika, a wtedy zaproponują nam lepsze warunki i korzystniejsze modele współpracy – zaznacza Edyta Szymczak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Shell szuka w Polsce innowacyjnych pomysłów, które odmienią sektor energetyczny

CEO Magazyn Polska

Shell jest zainteresowany pozyskiwaniem nowych, innowacyjnych pomysłów w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, w tym także w Polsce. Zgłaszają się już pierwsi polscy pomysłodawcy, którzy liczą na wsparcie zarówno merytoryczne, jak i kapitałowe. – Sektor energetyczny potrzebuje przełomowych, innowacyjnych rozwiązań, bo zapotrzebowanie na energię do 2050 rok podwoi się – ocenia Michael Ruggier, szef Shell GameChanger.

Innowacyjność jest absolutnie kluczowa i niezbędna w dzisiejszym świecie. Mierzymy się z licznymi wyzwaniami, szczególnie w sektorze energii. Zgodnie z prognozami liczba ludności na świecie zwiększy się z 7 mld obecnie do niemal 10 mld w 2050 r. W tym okresie zapotrzebowanie na energię zwiększy się niemal dwukrotnie. To rodzi liczne wyzwania, a jedynym sposobem by im sprostać jest właśnie innowacyjność. Chodzi o radykalne i przełomowe rozwiązania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michael Ruggier, szef Shell GameChanger.

Uruchomiony w 1996 roku program Shell GameChanger poszukuje pomysłów w ramach niesprawdzonych jeszcze technologii, które mają potencjał, by w sposób znaczący wpłynąć na sposób pozyskiwania energii w przyszłości. Składający się z ekspertów technicznych i naukowców zespół specjalistów wspiera właścicieli takich rozwiązań pod względem zarówno merytorycznym, jak i finansowym. W ciągu osiemnastu lat działania programu zainwestowano ponad 250 mln dol. w ok. 3000 pomysłów, spośród których ok. 300 zostało przekształconych w komercyjne produkty.

Pomogły one dostarczyć energię klientom na całym świecie – podkreśla Michael Ruggier. – Powstało wiele spółek, które jako joint ventures weszły na rynek i świadczą usługi. Jedną z takich, którymi osobiście zarządzałem, była inicjatywa ojca i syna, którzy wymyślili nową technologię wiercenia gruntu w oparciu o technologię wiercenia zębów, czyli bardzo szybkich obrotów. Dzięki inwestycji GameChangera udało im się urzeczywistnić ten pomysł. Potencjał tej technologii jest ogromny.

Shell chce pozyskać do programu więcej inicjatyw z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w tym również z Polski. Jak podkreśla Ruggier, już zgłaszają się pierwsi pomysłodawcy.

Chcemy pomóc osobom, które mają pomysły, oferując im wsparcie finansowanie, wskazówki od naszych ekspertów na temat tego, jak kształtować projekt, jak może on się rozwinąć i gdzie można go ostatecznie zaimplementować – tłumaczy Michael Ruggier. – Ludzie często boją się, że zabierzemy ich własność intelektualną. Ale nie mamy na to ani środków, ani czasu.

Zapewnia, że wspierane w ramach programu Shell GameChanger pomysły i technologie pozostają własnością pomysłodawców, tzw. proponentów.

Radzimy uczestnikom, by wcześniej zadbali o ochronę swoich wynalazków – mówi Ruggier. – Gdy zaangażujemy się w projekt, możemy nawet zapłacić za ich patent. Ale pomysł pozostanie własnością intelektualną proponentów. My czerpiemy korzyści ze stosowania danej technologii.

Shell GameChanger tworzy wartość dodaną dopiero wtedy, gdy uda się zaimplementować nową technologię. Jak przekonuje szef Ruggier, jest to sytuacja, z której korzyści czerpią obie strony.

Ludzie robią to, w czym są najlepsi, tworzą innowacje, rozwijają produkt, a my z tego korzystamy – argumentuje szef GameChanger. – W ten sposób tworzymy partnerstwo, współpracujemy, a korzystają z tego obie strony.

Zdaniem Michaela Ruggiera wiele ze zgłaszanych do programu pomysłów udaje się zrealizować. Niektóre obecnie mają nawet zasięg globalny.

Ludzie mi nie wierzą, gdy opowiadam, jak z małej firmy w Aberdeen, zatrudniającej dwie osoby w małym biurze na uniwersytecie, udało się rozwinąć przedsiębiorstwo dające obecnie pracę 27 osobom, mające kontakty w Ameryce Północnej, rejonie Zatoki Perskiej, Wielkiej Brytanii, które zostało wykupione przez inną, większą firmę, w wyniku czego założyciele zarobili ok. 6 mln funtów – przekonuje Ruggier. – Mam najlepszą pracę na świecie, bo widzę mnóstwo historii sukcesu, od zera do milionera, od ludzi z pomysłem do wdrożonego wynalazku.

Klienci PZU dostaną hybrydowe Toyoty jako samochody zastępcze. 300 aut w tym roku w partnerskich wypożyczalniach

0

CEO Magazyn Polska

PZU wprowadza dla swoich klientów hybrydowe samochody marki Toyota. Do wypożyczalni trafiła już pierwsza pula 120 aurisów, a wkrótce dostarczonych zostanie kolejnych 180. Dzięki wprowadzeniu hybryd skorzystają klienci, bo zapłacą mniej za paliwo. Jeśli będą zadowoleni z nowej oferty, wymuszą zmiany na całym rynku ‒ prognozuje prezes PZU.

Samochody zastępcze były przez ostatnie kilka lat pewnego rodzaju szarym rynkiem, na którym nie było żadnych zasad. Nie było prawdziwie wolnego rynku i niektórzy nadużywali swoich pozycji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU. ‒ Postanowiliśmy to ucywilizować i ustanowić odpowiednie standardy dla naszych klientów. Wspólnie z Toyotą Motor Poland postanowiliśmy stworzyć flotę samochodów hybrydowych.

Do partnerskich wypożyczalni PZU trafi do końca tego roku łącznie 300 hybrydowych aurisów z silnikami benzynowymi o pojemności 1,8 litra oraz automatyczną skrzynią biegów. Dla klientów oznacza to nie tylko pewność, że w razie potrzeby otrzymają samochód zastępczy najwyższej jakości i w bardzo dobrym stanie, lecz także niższe koszty paliwa. Samochody hybrydowe będą w miarę możliwości dostępne dla wszystkich klientów PZU.

PZU zapewnia, że spółka nie będzie płacić wypożyczalniom więcej niż 100 złotych (plus VAT) za dzień. Obecnie stawki te są często nawet dwu- lub trzykrotnie wyższe, a ubezpieczyciel te zawyżone koszty wlicza w cenę ubezpieczeń komunikacyjnych. Dlatego klienci PZU mogą skorzystać na nowej ofercie nie tylko z powodu niższych kosztów paliwa do samochodu zastępczego.

Jeżeli klienci będą z tego zadowoleni, to wymuszą na całym rynku ubezpieczycieli oraz na całym rynku wypożyczalni samochodów pewnego rodzaju standardy, które będą nas wszystkich obowiązywały – prognozuje Klesyk.

Nowe samochody zastępcze to element budowy sieci wypożyczalni partnerskich PZU Pomoc. To największa flota hybrydowa w Polsce i równocześnie największe jednorazowe zamówienie pojazdów Toyoty. Samochody będą oznakowane logiem PZU oraz prowadzonych przez spółkę kampanii społecznych na rzecz poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach.

Z jednej strony innowacyjność, z drugiej strony wyraz dbałości o klienta ze strony PZU, szczególnie w czasach, kiedy liczymy każdą złotówkę i próbujemy maksymalnie ograniczać koszty. W całym procesie wynajmu samochodu po stronie klienta zostają tylko koszty zużycia paliwa. A te koszty w samochodach hybrydowych są minimalne – dodaje Jacek Pawlak, prezes Toyota Motor Poland.

Pawlak dodaje, że spośród pierwszej transzy 120 samochodów wszystkie są już wypożyczane klientom. Jak podkreśla, decyzja PZU wpisuje się w trend widoczny już na rynku, że coraz więcej firm decyduje się na wprowadzenie aut hybrydowych do swoich flot. Ma to szczególnie znaczenie w mieście, bo przy tego typu jeździe koszty zużycia paliwa przez hybrydy są dużo niższe. Z hybrydowych flot w Polsce korzystają już m.in. Orange, Provident i Panasonic.

Przybywa firm walczących z korupcją i nadużyciami za pomocą systemów compliance

0

CEO Magazyn Polska

Przybywa mechanizmów zapobiegania korupcji w polskich firmach i jednostkach publicznych. Coraz więcej podmiotów wprowadza zasady compliance, które zwiększają nie tylko przejrzystość procedur zamówień, lecz także szanse na wykrycie korupcji i wprowadzenie zmian ograniczających ryzyko w przyszłości. To szczególnie ważne w obszarze zamówień publicznych.

‒ Jeszcze kilka lat temu mało kto słyszał o systemach compliance. Posiadały go tylko niektóre spółki zagraniczne i te z rynku regulowanego, na przykład banki, firmy farmaceutyczne. Dzisiaj widzimy, że systemy compliance wdrażane są nawet w firmach z kapitałem polskim oraz w tych, które są powiązane w jakiś sposób ze Skarbem Państwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Szczepański, dyrektor ds. compliance w Siemens Polska.

Jak podkreśla Szczepański, firmom zależy na wizerunku uczciwych i wiarygodnych, a systemy compliance są dowodem na walkę przedsiębiorstwa z nadużyciami i korupcją. To trend podobny do coraz większej dbałości o środowisko naturalne i ekologię.

Zapobieganie korupcji jest szczególnie istotne w obszarze zamówień publicznych. To często duże kontrakty, a styk sfery publicznej i prywatnej rodzi ryzyko korupcji. Ten obszar jest określany jako szczególnie zagrożony nadużyciami nie tylko w Polsce, lecz także w całej Unii Europejskiej.

Prawidłowo wdrożony i efektywny system compliance może być sojusznikiem regulatorów i organów ścigania w zwalczaniu problemu korupcji w obszarze zamówień publicznych. Compliance wprowadza przejrzystość i pozwala prowadzić w sposób uczciwy procesy biznesowe – wylicza Szczepański.

Podkreśla, że firmy stosujące taki system są bardziej wiarygodnymi partnerami zarówno dla kontrahentów prywatnych, jak i zamawiających w przetargach publicznych.

Szczepański wyjaśnia, że system compliance działa w trzech obszarach. Pierwszym jest zapobieganie korupcji i nadużyciom poprzez stosowne procedury, zwiększające przejrzystości postępowania, oraz szkolenia i wspólne akcje uświadamiające, podejmowane z innymi firmami z danej branży czy organizacjami pozarządowymi. Kolejnym są mechanizmy pozwalające na wykrywanie nadużyć. Szczepański wyszczególnia tu znaczenie niezależnych audytów i systemów umożliwiających pracownikom anonimowe zgłaszanie potencjalnych nadużyć.

Trzeci obszar to działania pokontrolne, w ramach których wprowadza się zmian w celu ulepszenia systemu – dodaje Szczepański. ‒ Są to często procesy dyscyplinarne oraz działania włączone w procesy pracownicze.

Za kilka tygodni ruszy budowa bloku energetycznego w Elektrowni Turów. Sąd odrzucił odwołanie konkurenta wykonawcy

Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe (MHPSE) za kilka tygodni rozpocznie realizację kolejnego projektu energetycznego w Polsce. Na terenie Elektrowni Turów powstanie blok klasy 450 MW oparty o najnowocześniejsze rozwiązania. Inwestycja będzie kosztować około 4 mld zł. Sąd odrzucił odwołanie chińskiego Shanghai Electric, które przedstawiło tańszą ofertę, ale nie dopełniło formalności. 

Za kilka tygodni konsorcjum MHPSE, Budimeksu i Técnicas Reunidas rozpocznie realizację bloku klasy 450 MW na terenie elektrowni Turów, opartego, podobnie jak kozienicki, o najnowocześniejsze technologie. Umowa na jego realizację została podpisana przez zamawiającego, spółkę PGE GiEK (Polska Grupa Energetyczna Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna), z konsorcjum MHPSE, Budimeksu oraz Técnicas Reunidas 10 lipca br. Kontrakt wyceniono wówczas na blisko 4 mld zł. Tańsza o około 1 mld zł oferta Shanghai Electric została wykluczona. SE zaskarżyło to postanowienie do Krajowej Izby Odwoławczej, a po niekorzystnym dla siebie postanowieniu – do sądu. Ten ostatni odrzucił w ubiegłym tygodniu odwołanie chińskiej firmy.

Polecenie rozpoczęcia robót pojawi się pewnie jeszcze w tym roku. Od tego momentu konsorcjum będzie miało 4 lata i 8 miesięcy na wykonanie budowy.

Bloki buduje się około pięciu lat i każdy z nich mniej więcej tyle czasu potrzebuje na planowanie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Wiesław Różacki, dyrektor wykonawczy na Polskę Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe. – Blok kozienicki jest dokładnie w połowie drogi, a więc za niespełna trzy lata będzie już przekazany do eksploatacji i rozpocznie funkcjonowanie w polskim systemie energetycznym. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem i dotrzymanie terminu końcowego jest raczej pewne. Blok jest już widoczny, a największe budowle są na ukończeniu. Od kilku tygodni obiekt jest uzbrajany w urządzenia technologiczne.

Z kolei prace na budowie największego w Polsce bloku w Elektrowni Kozienice dla Enei realizowane są zgodnie z harmonogramem. Obecnie obiekt jest uzbrajany w nowoczesne urządzenia technologiczne.

Projekt w Kozienicach jest i pozostanie chyba największym blokiem energetycznym w Polsce, dopóki w przyszłości nie pojawią się urządzenia jądrowe, które swoją jednostkową wielkością przekroczą kozienicki – przypuszcza Wiesław Różacki, dyrektor wykonawczy na Polskę Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe. – To bardzo nowoczesny blok. Zawiera dużo innowacyjnych rozwiązań, dlatego współpraca i współuczestnictwo w tym projekcie są bardzo ciekawe.

Dobre perspektywy dla polskiego rynku nieruchomości komercyjnych. Wartość transakcji będzie rosła

CEO Magazyn Polska

Rośnie zainteresowanie polskimi nieruchomościami komercyjnymi ze strony inwestorów z Ameryki Północnej, Azji i Australii. Wartość transakcji w tym sektorze w Polsce to jednak wciąż zaledwie 1,5 proc. europejskiego rynku. Za to w Polsce szybciej niż na zachodzie Europy rośnie segment nieruchomości logistycznych, zaległości nadrabiają też miasta regionalne.

Polski rynek po trzech kwartałach tego roku to około 2 mld euro zrealizowanych transakcji, co na tle 128 mld euro dla całej Europy daje zaledwie 1,5 proc. Widzimy jednak nieustanny napływ kapitału zarówno z Ameryki Północnej, jak i z Azji i Australii. Dlatego ten rynek cały czas jest w fazie wzrostowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Mirowski, partner, dyrektor grupy usług inwestycyjnych w Polsce w Colliers International.

Mirowski zauważa, że do Polski napływa coraz więcej inwestorów, którzy chcą dywersyfikować swój portfel nieruchomości komercyjnych. Poza nowymi zagranicznymi podmiotami aktywni są także ci inwestorzy, którzy już mają aktywa w Polsce.

To daje bardzo dobre perspektywy dla regionu w krótkim okresie – podkreśla Mirowski.

Szczególnie szybko rośnie wartość transakcji na rynku nieruchomości logistycznych. W całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej ten segment jest już większy pod względem wolumenu od nieruchomości handlowych, choć cały czas dominują nieruchomości biurowe (w skali całej Europy stanowią one ok. 45 proc. wartości aktywów).

Rozwój nieruchomości logistycznych jest w dużym stopniu związany z inwestycjami infrastrukturalnymi, stąd najwięcej powstaje ich w okolicach Łodzi i na Śląsku, czyli tam gdzie krzyżują się autostrady.

Mirowski dodaje, że Polska jest rynkiem wciąż znacznie mniej dojrzałym pod względem liczby nieruchomości komercyjnych. Dlatego większość transakcji jest zawieranych na rynku pierwotnym, inaczej niż w krajach Europy Zachodniej.

Na bardziej dojrzałym rynku zachodnioeuropejskim są to głównie transakcje z rynku wtórnego – podkreśla Mirowski.

Inwestorzy coraz bardziej zainteresowani są też polskimi miastami regionalnymi, bo rynek nieruchomości komercyjnych w Warszawie jest już bardzo nasycony.

W stolicy jest coraz mniej nieruchomości na sprzedaż, więc inwestorzy idą w górę po krzywej ryzyka i przenoszą się do miast regionalnych, dlatego wzrasta tam płynność, natomiast wyceny nadal są niezadowalające dla właścicieli. Jeśli porównamy to z sytuacją w ustabilizowanych, dojrzałych miast europejskich, to zobaczymy oczywiście jeszcze duży rozdźwięk, natomiast jest to krok w dobrym kierunku – ocenia Mirowski.

Dodaje, że w stolicach polskich województw najczęściej podaż nieruchomości zarówno biurowych, jaki i handlowych idzie w parze. W Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi czy Trójmieście inwestorzy mają coraz większy wybór obydwu typów powierzchni. Gwarantują one podobną stopę zwrotu. Według Mirowskiego na nieruchomościach biurowych można zarobić od 6,5 do 8,5 proc., a na handlowych – od 6 do 8,5 proc. Wyższą stopę zwrotu oferują nieruchomości logistyczne – 7 do 9 proc. Jak podkreśla ekspert, stopy zwrotu mogą wzrosnąć, bo popyt cały czas przewyższa podaż. Zauważa też, że dynamika przyrostu wartości transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce będzie rosnąć szybciej niż na innych rynkach.

Obowiązkowe kasy fiskalne. Minister Szczurek liczy na 125 milionów złotych

Minister finansów planuje wyciśnięcie dodatkowych milionów z prowadzących działalność gospodarczą – pisze portal Money.pl. Od 1 stycznia 2015 roku kosztowne zmiany czekają około 70 tysięcy Polaków.

Po wejściu w życie rozporządzenia przygotowanego przez resort finansów, prawo do zwolnienia z obowiązku posiadania kas fiskalnych stracą między innymi lekarze, prawnicy, właściciele warsztatów samochodowych, fryzjerzy, kosmetyczki oraz świadczący usługi gastronomiczne. Rząd obiecuje zwrot pieniędzy za kupione kasy, ale tylko do 700 złotych. Resztę – średnio drugie tyle – trzeba wyłożyć z własnej kieszeni. Ostatecznie – jak przewiduje portal Money.pl, wyższe rachunki zapłacą pacjenci i klienci.

Ministerstwo Finansów przedstawiło już projekt zmian dotyczących zasad stosowania kas fiskalnych w latach 2015-2016 oraz listę podmiotów ustawowo zobowiązanych do stosowania kas fiskalnych niezależnie od osiągniętego obrotu.

Z projektu wynika, że zostanie utrzymany limit obrotu – 20 tys. zł rocznie – powyżej którego przedsiębiorca jest zobowiązany do stosowania kasy fiskalnej oraz sposób jego proporcjonalnego obliczania. Niestety znacznie obcięta została lista usług, które są zwolnione z tego obowiązku.

Od 1 stycznia 2015 kasa fiskalna musi być obowiązkowym wyposażeniem firm świadczących usługi (niezależnie od osiągniętego obrotu):
  • przewozów pasażerskich w samochodowej komunikacji,
  • przewozu osób oraz ich bagażu podręcznego taksówkami,
  • naprawy pojazdów samochodowych, motocykli, motorowerów (w tym naprawy opon, ich zakładania, bieżnikowania i regenerowania),
  • w zakresie wymiany opon lub kół,
  • w zakresie badań i przeglądów technicznych pojazdów,
  • w zakresie opieki medycznej świadczonej przez lekarzy i lekarzy dentystów,
  • prawnych (w tym w zakresie doradztwa podatkowego), z wyjątkiem usług notariuszy,
  • fryzjerskich, kosmetycznych i kosmetologicznych,
  • gastronomicznych, z wyjątkiem usług świadczonych na pokładach samolotów.

Jeszcze dłuższa jest lista dostawców towarów, którzy będą musieli kupić kasę fiskalną.

Od 1 stycznia 2015 kasa fiskalna musi być obowiązkowym wyposażeniem firm realizujących dostawy (niezależnie od osiągniętego obrotu):
  • gazu płynnego,
  • części do silników,
  • silników spalinowych wewnętrznego spalania w rodzaju stosowanych do napędu pojazdów, nadwozi do pojazdów silnikowych,
  • przyczep i naczep: kontenerów, części przyczep, naczep i pozostałych pojazdów bez napędu mechanicznego,
  • części i akcesoriów do pojazdów silnikowych (z wyłączeniem motocykli), gdzie indziej niesklasyfikowanych,
  • silników spalinowych tłokowych wewnętrznego spalania w rodzaju stosowanych w motocyklach,
  • sprzętu radiowego, telewizyjnego i telekomunikacyjnego, z wyłączeniem lamp elektronowych i innych elementów elektronicznych oraz części do aparatów urządzeń do operowania dźwiękiem i obrazem, anten,
  • sprzętu fotograficznego, z wyłączeniem części i akcesoriów do sprzętu i wyposażenia fotograficznego,
  • wyrobów z metali szlachetnych lub z udziałem tych metali, których dostawa nie może korzystać ze zwolnienia od podatku,
  • zapisanych i niezapisanych nośników danych cyfrowych i analogowych,
  • wyrobów przeznaczonych do użycia, oferowanych na sprzedaż lub używanych jako paliwa silnikowe albo jako dodatki lub domieszki do paliw silnikowych, bez względu na symbol PKWiU,
  • wyrobów tytoniowych, napojów alkoholowych o zawartości alkoholu powyżej 1,2% oraz napojów alkoholowych będących mieszaniną piwa i napojów bezalkoholowych, w których zawartość alkoholu przekracza 0,5%, bez względu na symbol PKWiU, z wyjątkiem towarów, dostarczanych na pokładach samolotów,
  • perfum i wód toaletowych (PKWiU 20.42.11.0), z wyjątkiem towarów dostarczanych na pokładach samolotów;

Jak wynika z szacunków Ministerstwa Finansów, zmiany w przepisach obejmą 70 tysięcy osób. Resort obiecuje zwrócić koszty zakupu kasy, ale tylko maksymalnie do 90 procent jej wartości netto i to do kwoty nie większej niż 700 złotych.

Podwładni ministra Mateusza Szczurka liczą, że w tylko w przyszłym roku, dzięki wprowadzeniu kas, do budżetu państwa wpłynie co najmniej 94 mln złotych. Należny przedsiębiorcom zwrot części pieniędzy za urządzenia oszacowano na co najmniej 48 mln złotych. Na czysto, jak wylicza Money.pl, budżet zyska więc w 2015 roku około 46 mln złotych. W kolejnym – 2016 roku – resort liczy na dodatkowych 125 mln złotych w budżecie z tytułu zmiany przepisów.

Źródło: Money.pl na podstawie szacunków Ministerstwa Finansów.

Fiskus liczy po cichu nawet na więcej, bo jak urzędnicy argumentują, że w wyliczeniach nie wzięto pod uwagę wzrostu wpływów z tytułu podatku dochodowego oraz zmniejszenia kosztów kontroli skarbowej. Wprowadzenie kas powinno zapewnić wyższą wiarygodność ewidencji obrotu, co powinno umożliwić rezygnację z niektórych pracochłonnych procedur kontroli – czytamy w uzasadnieniu. Fiskus daje czas na kupno i zainstalowanie kas. Wszyscy wyżej wymienieni będą musieli to zrobić najpóźniej do 1 marca 2015 roku.

Samotni ojcowie na rodzicielskim

0

Rząd przyjął projekt, który przewiduje, że z urlopów rodzicielskich oraz zasiłków macierzyńskich będą mogli korzystać samotni ojcowie, m.in. w przypadku śmierci matki dziecka.

Obecnie ojciec może skorzystać z urlopu tylko w przypadku, gdy matka pracuje i wykorzysta pierwsze 14 tygodni urlopu zarezerwowanego wyłącznie dla niej. Ojciec, nawet jeśli pracował i opłacał składki, nie może skorzystać z tego rozwiązania, gdyż jego prawo do urlopu wynika z uprawnień matki.

Projekt zmian przewiduje, że w razie śmierci matki, porzucenia przez nią dziecka lub gdy jej stan nie pozwala na sprawowanie opieki, z urlopu rodzicielskiego będzie mógł skorzystać ojciec dziecka lub inny ubezpieczony członek najbliższej rodziny.

Ja informuje PortalKadrowy.pl projekt ustawy obejmuje również przepisy dotyczące zasiłku macierzyńskiego. Osobą uprawnioną do otrzymania zasiłku może być ojciec dziecka bądź członek najbliższej rodziny sprawujący aktualnie opiekę nad dzieckiem w przypadku: śmierci matki, porzucenia przez nią dziecka lub sytuacji, kiedy nie może ona sprawować opieki z powodu niezdolności do samodzielnej egzystencji. Warunkiem otrzymania zasiłku macierzyńskiego przez ojca dziecka lub inną osobę sprawującą nad nim opiekę będzie przerwanie zatrudnienia lub innej działalności zarobkowej w celu sprawowania opieki nad dzieckiem.

Według portalu Wiedzy i Praktyki przyjęte rozwiązania mają na celu zabezpieczać rodziny, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej z powodu śmierci matki lub porzucenia przez nią dziecka

Rada Ministrów 30 września 2014 r. przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa. Nowe przepisy mogą zacząć obowiązywać po 14 dniach od ogłoszenia ustawy.

 

26-krotnie wyższe kary dla właścicieli sklepów

Kupujesz towar w sklepie i okazuje się, że przy kasie cena jest inna niż na półce? Od 3 miesięcy obowiązują przepisy pozwalające żądać sprzedaży towaru po cenie korzystniejszej dla klienta. A to nie wszystkie zmiany wprowadzone przez ustawę o informowaniu o cenach towarów i usług.

Od lipca br. w przypadku obniżenia ceny towaru sklepy muszą poinformować klienta o przyczynie swojej decyzji – czy wynika ona z końca terminu ważności produktu, czy ewentualnych uszkodzeń. Kolejną zmianą jest brak obowiązku metkowania każdej sztuki towaru. Wystarczy, że informacja o cenie będzie zamieszczona na półce sklepowej w widocznym miejscu dla klienta – mówi serwisowi infoWire.pl Joanna Skrzeczkowska z Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy.

Jeśli jest różnica między ceną na wywieszce a tą przy kasie, klient ma prawo żądać sprzedaży towaru po cenie niższej. „W sytuacji, gdy kasjer nie jest chętny do jej obniżenia, trzeba poprosić o to kierownika sklepu. Jeżeli nie chce tego zrobić, warto zgłosić sprawę do Inspekcji Handlowej” – wyjaśnia prawniczka.

Za nieprzestrzeganie nowych przepisów inspektorzy mogą nałożyć karę na właścicieli sklepów, i to niemałą. Może ona wynieść maksymalnie 20 tys. zł za pierwszym razem, a w przypadku trzykrotnego niedopełnienia obowiązku – nawet 40 tys. zł.

Do tej pory kara wynosiła 1,5 tys. zł, więc nic dziwnego, że przepisy od samego początku budziły sprzeciw w środowisku handlowym. Zaostrzenia wynikają jednak z dyrektywy unijnej i sprzedawcy nie mają innego wyjścia, niż mieć baczne oko na ceny.

Mniej SMS-ów z banku? Nadchodzi era powiadomień PUSH

Z raportu PRNews.pl i Bankier.pl wynika, że z bankowych aplikacji mobilnych i lekkich serwisów transakcyjnych korzysta już ponad 3 miliony Polaków. Rosnącą popularność aplikacji banki mogą wykorzystać do przekazywania klientom spersonalizowanych ofert. Takie możliwości stwarza technologia Infobip PUSH, która pozwala na przesyłanie wiadomości bezpośrednio do osób, które zainstalowały aplikację na smartfonie lub tablecie. Oszczędności z zastąpienia powiadomieniami PUSH części komunikacji realizowanej przez banki za pośrednictwem SMS-ów mogą sięgnąć nawet 30%.

Informacje o promocjach mogą być przekazywane bezpośrednio użytkownikom aplikacji dzięki wykorzystaniu powiadomień PUSH bazujących m.in. na mechanizmie geolokalizacji oraz danych dotyczących zachowań użytkownika zebranych przez aplikację. Pozwala to dostosować komunikaty do zainteresowań klientów, co z kolei przekłada się na efektywność działań marketingowych prowadzonych z wykorzystaniem aplikacji mobilnych. Co ważne, powiadomienia wyświetlane są również wtedy, gdy aplikacji nie jest uruchomiona.

„Powiadomienia PUSH to bardzo efektywne narzędzie do kontaktu z klientami banków, którzy zainstalowali na swoich smartfonach i tabletach bankowe aplikacje mobilne. Popularność tych aplikacji przekłada się na zwiększenie zasięgu powiadomień, które już dzisiaj z powodzeniem mogą zastąpić część komunikacji realizowanej przez banki poprzez SMS-y. Z naszych analiz wynika, że włączenie powiadomień PUSH może spowodować obniżenie kosztów marketingu mobilnego nawet o 40 procent przy jednoczesnym zwiększeniu efektywności działań w tym kanale nawet o 30%. Na wysoką skuteczność powiadomień wpływa m.in. możliwość dostosowania treści komunikatów do odpowiednich grup docelowych oraz niedostępna w przypadku SMS-ów możliwość wykorzystania mechanizmu geolokalizacji. Powiadomienia PUSH pomagają również zwiększyć zaangażowanie użytkowników aplikacji, którzy mogą skorzystać z oferty niezwłocznie, z poziomu aplikacji w chwili największego zainteresowania.” – powiedział Marcin Papiński, Business Development Manager, w firmie Infobip.

Bankowość mobilna w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie. Aplikacje mobilne lub strony internetowe w wersji lite udostępniło 18 największych banków w Polsce. Jak ustalił serwis PRNews.pl najchętniej z bankowych aplikacji korzystają klienci mBank-u, Pekao SA i PKO BP. Dla wielu klientów bankowość mobilna jest głównym kanałem dostępu do rachunku oraz kontaktu z bankiem.

Większość z ponad 3 milionów użytkowników bankowości mobilnej używa aplikacji mobilnych do takich operacji jak sprawdzanie salda rachunku i zlecanie przelewów. Część bankowych aplikacji mobilnych oferuje jednak klientom znacznie więcej funkcjonalności np. polecanie specjalnych ofert na zakupy w sklepach, w pobliżu których znajduje się użytkownik aplikacji.

Z ustaleń PRNews.pl wynika również, że najczęściej bankowe aplikacje mobilne są budowane na platformach iOS oraz Android. Zdecydowana większość banków udostępnia aplikacje tworzone pod to środowisko. Rzadziej banki tworzą aplikacje dla klientów posiadających urządzenia mobilne z systemem operacyjnym Windows. Powiadomienia PUSH mogą być wysyłane do użytkowników wszystkich najpopularniejszych mobilnych systemów operacyjnych.

Dane TNS Polska wskazują na to, że smartfony posiada już 44% Polaków, a w przyszłym roku z tych urządzeń mobilnych ma korzystać 60% mieszkańców naszego kraju. Ten sam raport pokazuje, że 46% posiadaczy smartfonów w Polsce korzysta z aplikacji mobilnych, a kolejne 14% zamierza ich używać w przyszłości.

 

Lewiatan i PharmaNET przeciw próbom likwidacji aptek internetowych

Konfederacja Lewiatan i Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET protestują przeciwko działaniom samorządu aptekarskiego, zmierzającym do likwidacji legalnie działających w Polsce aptek internetowych oraz pozbawienia pacjentów możliwości zaopatrywania się w nich w leki dostępne bez recepty.

Wniosek o zakazanie wysyłkowej sprzedaży leków został zgłoszony przez przedstawicieli Naczelnej Rady Aptekarskiej 23 października 2014 r. w Sejmie, na posiedzeniu Podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo farmaceutyczne oraz ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Przedstawiciele NRA argumentowali, że co trzeci specyfik oferowany w Internecie pochodzi z nielegalnego źródła, a wiele jest sfałszowanych. A ponieważ – zdaniem przedstawicieli samorządu aptekarskiego – nie ma możliwości kontrolowania wysyłkowej sprzedaży leków, to należy ją zlikwidować.

– Argumentacja przedstawicieli NIA jest nie do przyjęcia. Jeżeli istnieją nieprawidłowości, to należy im przeciwdziałać, a nie likwidować legalnie istniejący kanał dystrybucji cieszący się dużą popularnością, zwłaszcza wśród młodej generacji pacjentów. To, że zdarzają się wypadki drogowe nie oznacza, że należy zakazać sprzedaży samochodów – mówi Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET. – Właśnie w stronę likwidacji patologii i zwiększenia bezpieczeństwa pacjentów idzie unijne prawodawstwo, co uważamy za słuszny kierunek i w całości popieramy – dodaje.

Jednym z rozwiązań zastosowanych przez UE w celu zapobiegania wprowadzaniu sfałszowanych leków do legalnego łańcucha dystrybucji jest promowanie aptek internetowych działających zgodnie z prawem. – Przewiduje się m.in. prezentowanie adresów internetowych takich aptek na oficjalnych witrynach internetowych prowadzonych przez krajowe organy nadzoru oraz wprowadzenie wspólnego dla wszystkich aptek logo, które ma ułatwić klientom zorientowanie się, że mają do czynienia z apteką działającą w sposób zgodny z prawem – mówi Tomasz Jaworski, radca prawny z kancelarii Tomasik Jaworski. – Wprowadzenie zakazu wysyłkowej sprzedaży leków byłoby wprost sprzeczne z prawem Unii Europejskiej. Już w 2003 roku Europejski Trybunał Sprawiedliwości w sprawie DocMorris przesądził, że zakaz sprzedaży wysyłkowej leków OTC jest niezgodny z zasadą swobodnego przepływu towarów – dodaje.

– Stawianie w jednym szeregu legalnie działających aptek internetowych i sprzedawców medykamentów sfałszowanych lub pochodzących z nielegalnych źródeł jest karygodnym błędem. Za nielegalny obrót farmaceutykami odpowiadają osoby prywatne lub firmy, które na stronach internetowych zarejestrowanych poza Unia Europejską sprzedają głównie leki wydawane z przepisu lekarza (na receptę). Ich katalog jest zasadniczo zamknięty – leki na potencję, odchudzanie, środki wczesnoporonne czy leki sterydowe stosowane w sporcie jako preparaty anaboliczne. Oferta tych pseudosklepów jest ograniczona do kilku-kilkudziesięciu pozycji i nie ma nic wspólnego z apteką internetową – mówi Grzegorz Głowiak, ekspert rynku aptek internetowych, autor bloga eapteki.info.
Apteki internetowe w Polsce funkcjonują na bazie aptek tradycyjnych, które posiadają odpowiednie zezwolenia i koncesje (w wykazach WIF znajduje się ok. 220 aptek zgłoszonych jako prowadzące sprzedaż wysyłkową, z czego realnie działa tylko nieco ponad 150). – Placówki te, oprócz klasycznej apteki, prowadzą również sprzedaż wysyłkową, która jest tylko i wyłącznie dodatkowym kanałem sprzedaży. Punkty te zaopatrują się w leki wyłącznie w hurtowniach farmaceutycznych lub u przedstawicieli producentów. Podlegają ścisłej kontroli, tak jak wszystkie inne apteki w Polsce – dodaje Grzegorz Głowiak.

– Niektóre podmioty usilnie próbują zatrzymać apteki w XIX wieku, żeby ich nie rozwijać i uniemożliwić, zwłaszcza młodym ludziom, którzy są już do tego przyzwyczajeni, korzystanie z nowoczesnych technologii. Zgadzam się, że istnieje konieczność zapewnienia pacjentom bezpieczeństwa, ale nie poprzez wprowadzenie zakazu sprzecznego z przepisami unijnymi. Delegalizacja aptek internetowych spowoduje, że pacjenci będą korzystać ze stron, które są niebezpieczne, których nie można kontrolować, a które bardzo często sprzedają sfałszowane leki – powiedziała Dobrawa Biadun, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Apteki internetowe funkcjonują w większości krajów UE, m.in. w Niemczech, Holandii, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii czy Czechach. W każdym z nich, tak jak w Polsce, są poddane kontroli i spełniają surowe wymogi prawodawstwa. Sprzedają również ściśle określony katalog produktów, wydawanych wyłącznie bez recepty lekarskiej.

Dzięki UKE szybki internet trafi pod strzechy

Konfederacja Lewiatan pozytywnie ocenia decyzję Urzędu Komunikacji Elektronicznej o uruchomieniu aukcji na częstotliwości z pasma 800 MHz. Daje ona szansę na korzystne dla rynku i konsumentów rozwiązania w kwestii szybkiego internetu LTE w Polsce.

To dobra wiadomość także dla mieszkańców terenów słabo zurbanizowanych. Ponad 3,7 mln gospodarstw domowych w Polsce jest zagrożonych wykluczeniem cyfrowym, znajduje się poza zasięgiem sieci szerokopasmowego Internetu.
Decyzja UKE pozwoli na szybką zmianę tego stanu rzeczy i na dostarczenie do wszystkich gospodarstw domowych na terytorium kraju usług spełniających wymogi Europejskiej Agendy Cyfrowej. Tym samym nasz kraj zapewni realizację agendy w terminach i na zasadach, jakie na siebie przyjęła.

Należy przy tym zrobić wszystko, aby inwestycje w budowę sieci szybkiego internetu LTE w Polsce, mogły być realizowane również dzięki wykorzystaniu środków europejskich przyznanych nam w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.

Dzięki decyzji prezesa UKE, przyszły kształt sieci 800 MHz określi rynek. Konfederacja Lewiatan niezmiennie stoi na stanowisku, że konkurencja jest najlepszym stymulatorem rozwoju gospodarczego.

Konfederacja Lewiatan

Bez aptek nie będzie tańszych leków dla rodzin wielodzietnych

Ograniczenie rodzinom wielodzietnym dostępności do tańszych leków z powodu nieuczestniczenia aptek w programie Karty Dużej Rodziny, uniemożliwia bezpośrednie wspieranie takich rodzin. Nie ma żadnych uzasadnionych powodów dla pozbawienia ich uprawnień do tańszego zakupu lekarstw. Taką przeszkodą nie powinny być przepisy w prawie farmaceutycznym – uważa Konfederacja Lewiatan.

Lewiatan dobrze ocenia inicjatywę wspierania rodzin wielodzietnych w formule zaproponowanej w ustawie o Karcie Dużej Rodziny, a tym samym pozytywnie odnosi się do zaangażowania przedsiębiorców w realizację tego projektu. Celem ustawy jest włączenie do programu Karty Dużej Rodziny możliwie najszerszego kręgu podmiotów oferujących towary lub usługi związane z promowaniem modelu rodziny wielodzietnej oraz jej pozytywnym wizerunkiem.

– Dlatego z dużym rozczarowaniem przyjmujemy fakt, iż we wspieraniu rodzin wielodzietnych nie mogą uczestniczyć apteki. Na przeszkodzie objęcia programem Karty Dużej Rodziny aptek stoi, bowiem konstrukcja obowiązującego przepisu zawartego w art. 94 Prawa farmaceutycznego dotyczącego zakazu reklamy aptek. Zgodnie z przepisem zabroniona jest reklama aptek i punktów aptecznych oraz ich działalności, a jedynym wyłączeniem spod zakazu jest możliwość publikowania informacji o lokalizacji i godzinach pracy apteki lub punktu aptecznego – mówi Anna Kapłon, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan uważa, że dla pełnej realizacji celów ustawy o Karcie Dużej Rodziny niezbędna jest zmiana treści art. 94a Prawa farmaceutycznego. Chodzi przede wszystkim o wprowadzenie możliwości informowania o uprawnieniach do obniżenia poziomu odpłatności za produkty nierefundowane, w tym poprzez przystępowanie do programu Karty Dużej Rodziny aptekom.

Konfederacja Lewiatan

Wyniki szczytu UE

Unia Europejska ograniczy emisję dwutlenku węgla co najmniej o 40 proc. do 2030 r. względem 1990 r. – uzgodnili przywódcy państw w Brukseli. Polska będzie mniej obciążona kosztami ambitnej polityki klimatycznej.

Komentarz Henryki Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan

Rezultaty szczytu w Brukseli są w dużej mierze zgodne z postulatami Lewiatana. Według nas przyjęte dziś propozycje dają szanse na to, żeby polska energetyka podjęła inwestycje w nowe moce wytwórcze, które obniżą emisje w Polsce i poprawią bezpieczeństwo energetyczne. Aby jednak do tego doszło rząd musi dobrze zarządzić tym procesem i stworzyć odpowiednie ramy prawne, które umożliwią wykorzystanie szansy na modernizację polskiej infrastruktury energetycznej.

Jednocześnie uważamy, że zapisy chroniące konkurencyjność europejskiego przemysłu nie są wystarczająco mocne. Liczymy, że Elżbieta Bieńkowska, komisarz UE ds. rynku wewnętrznego, przemysłu i przedsiębiorczości odpowiedzialna za przemysł w Europie podejmie działania, które pozwolą przemysłowi europejskiemu utrzymać konkurencyjność względem zewnętrznych graczy.

Konfederacja Lewiatan