PISM: Polska i Hiszpania potrzebują bardziej efektywnej współpracy

Premierzy Donald Tusk i Mariano Rajoy rozmawiają dziś o zacieśnieniu współpracy przemysłowej i handlowej. – Osłabienie Unii Europejskiej przez kryzys gospodarczy to dobra okazja do rozwijania dwustronnych stosunków i budowania nowych sojuszy w ramach projektu europejskiego – uważają przedstawiciele dwóch najważniejszych think-tanków z Polski i Hiszpanii, PISM i Real Instituto Elano.

Polska jest jedynym z nowo przyjętych państw UE, z którym Hiszpania odbywa coroczne szczyty bilateralne. Przed szczytem hiszpańskie media podkreślały, że Polska to atrakcyjny kraj dla zagranicznego inwestora, państwo o stabilnym systemie finansowym i o kontrolowanej inflacji. Oba kraje, zdaniem ekspertów PISM, potrzebują silniejszej i bardziej efektywnej współpracy.

– Oprócz współdziałania na poziomie UE w dziedzinach budowy jednolitego rynku oraz promowania spójności wschodniego i południowego wymiaru Europejskiej Polityki Sąsiedztwa, państwa te powinny dążyć do polepszania współpracy handlowej zarówno między sobą, jak i w krajach trzecich – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Beata Wojna, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Dla Madrytu atrakcyjna jest nie tylko stabilność polskiej gospodarki, ale także położenie geograficzne. Kontakty z państwami trzecimi, głównie na Wschodzie to także atut hiszpańskich partnerów. W zamian Hiszpanie mogliby pomóc polskim firmom zaistnieć na rynkach Ameryki Łacińskiej.

Zdaniem ekspertki mogłoby to się przyczynić do podwyższenia konkurencyjności Polski i do odbudowy hiszpańskiej gospodarki.

– Hiszpanie mają olbrzymie doświadczenie na rynkach Ameryki Łacińskiej od wielu lat. Polskie przedsiębiorstwa w coraz większym stopniu zaczynają dostrzegać, że nie tylko rynki UE się liczą i nie tylko te rynki na wschodzie nasze najbliższe, ale również te odleglejsze. Ameryka Łacińska jest przykładem takiego regionu gdzie można bardzo dużo robić, również przy wsparciu i współpracy z hiszpańskimi przedsiębiorstwami – tłumaczy Beata Wojna.

Jak podkreśla, polskie firmy zaczynają się otwierać na tamtejsze rynki. Najlepszym przykładem jest inwestycja KGHM w kanadyjską Quadrę, która w znacznym stopniu powiązana jest ze złożami surowców w Chile.

Jednocześnie widać rosnące zainteresowanie hiszpańskich firm inwestycjami we Europie Wschodniej i Azji Środkowej.

– Mam na myśli przede wszystkim Ukrainę, ale też Azję Środkową, Kazachstan. To jest ten obszar, który interesuje Hiszpanów. My już mamy doświadczenie na tych rynkach, wobec tego pewnego rodzaju współpraca przedsiębiorstw z obydwu krajów byłaby jak najbardziej pożądana i wskazana – mówi Beata Wojna.

Hiszpanie chętnie inwestują w Polsce. Ze względu na osłabienie gospodarcze tego kraju również wielkość inwestycji zmniejszyła się, nadal jednak pozostajemy w czołówce państw, gdzie hiszpańskie firmy lokują kapitał. W 2011 byliśmy drugim po Turcji inwestycyjnym partnerem Hiszpanii, wyprzedzając Brazylię i Wielką Brytanię.

– Widzimy zainteresowanie przede wszystkim sektorem budowlanym ze zrozumiałych względów. Inwestycje hiszpańskie również są w sektorze finansowym – ostatnia inwestycja dużego, ważnego banku hiszpańskiego Santander w polski bank BZ WBK to jest ważny element i początek pewnego rodzaju ekspansji sektora finansowego na rynku polskim. Też sektor obronny ma tutaj swoją obecność w Polsce, to jest chociażby Military Airbus – wymienia zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Poza rozmowami premierów w Madrycie odbędą się również rozmowy ministrów przemysłu i gospodarki oraz ministrów pracy. Hiszpania jest jednym z krajów o najwyższym w UE bezrobociu wśród młodzieży. Warszawa i Madryt są więc wspólnie zainteresowane nowym unijnym funduszem skierowanemu na walkę z bezrobociem.

– Utrzymujący się kryzys strefy euro doprowadził do osłabienia projektu, jakim jest Unia Europejska. Dlatego potrzebna jest silniejsza i bardziej
efektywna współpraca między Polską a Hiszpanią – mówi Beata Wojna. – Dziś jesteśmy dla siebie istotnymi, chociaż nie fundamentalnymi partnerami handlowymi.

Wyjaśnia, że Europejska Polityka Sąsiedztwa to dziedzina, która jednocześnie zbliża i dzieli oba kraje. Zarówno Polsce, jak i Hiszpanii zależy na rozwoju instrumentów wsparcia dla państw sąsiadujących, ale do tej pory zależało nam na skierowaniu pomocy w innym kierunku.

– Polska bardziej ciąży w kierunku wschodu, chociaż w ostatnich latach widzimy wyraźne zainteresowanie również południem, natomiast Hiszpania bardziej ciąży w kierunku południa, czyli północnej Afryki, Bliskiego Wschodu. Mam wrażenie, że w coraz większym stopniu odchodzimy od tej retoryki. Raczej staramy się znajdować jakieś wspólne płaszczyzny działania, głównie jest to przekazywanie doświadczeń transformacyjnych, współpraca różnych instytucji i różnych osób na rzecz sąsiedztwa – mówi Beata Wojna.

Przy wyborze studiów maturzyści powinni kierować się ofertą uczelni dotyczącą praktyk i staży

Zgodność z zainteresowaniami i to jak wybrany kierunek pomoże w znalezieniu pracy – tymi kryteriami według ekspertów rynku pracy kierować powinni się maturzyści przy wyborze uczelni. Radzą, by uwagę zwrócić także na osiągnięcia jej absolwentów, ale i na powiązania z biznesem, czyli na oferty staży i praktyk.

– Młodzi ludzie najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, co chcą robić. Często wydaje im się, że są dobrzy z matematyki, więc powinni iść na politechnikę, z chemii – więc na medycynę. Myślę, że brakuje im świadomości tego, jak te umiejętności później przekładają się na rynku pracy – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Natalia Wyrwińska, lider zespołu Antal IT Services. – To, na co warto zwrócić uwagę w wyborze uczelni wyższej, to na pewno zgodność z kierunkiem naszych zainteresowań, które powinny się wyklarować już podczas nauki w liceum.

Jednak wybór uczelni i kierunku to de facto wybór naszej specjalizacji. A dziś na rynku pracy to specjaliści w konkretnych dziedzinach są najbardziej poszukiwani.

Przy wyborze uczelni pomocne mogą okazać się rankingi szkół wyższych. Jednak najistotniejsze jest to, jakie praktyczne umiejętności zdobędziemy podczas nauki.

– Na wybór uczelni trzeba spojrzeć z perspektywy tego, co uczelnia oferuje oprócz tradycyjnego kierunku kształcenia. Sprawdźmy także, jakie osiągnięcia naukowe ma uczelnia i jej studenci. Popatrzmy także, jakie ma oferty praktyk, staży, wyjazdów zagranicznych, które są bardzo mile widziane przez pracodawców – twierdzi Wyrwińska.

Jak pokazują wyniki Bilansu Kapitału Ludzkiego, zrealizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Uniwersytet Jagielloński, aż 75 proc. pracodawców ma problemy ze znalezieniem odpowiednich pracowników. Z badania wynika też, że w 2011 roku pracodawcy oczekiwali od kandydatów przede wszystkim kompetencji samoorganizacyjnych i zdolności interpersonalnych. Pracodawcy zatrudniający specjalistów wymagali też od osób ubiegających się o pracę odpowiedniego wykształcenia (90 proc.) oraz znajomości języka obcego (70 proc.).

Cenne praktyki zawodowe

Współpraca uczelni z biznesem jest obecnie bardzo istotna – studenci dzięki temu zyskują szansę, by jeszcze podczas nauki zdobyć praktyczne doświadczenie. Dziś na współpracę z firmami decyduje się coraz więcej szkół.

– Dla pracodawców najważniejsza nie jest wiedza teoretyczna, którą nabywamy podczas wykładów czy ćwiczeń na uczelni, lecz konkretne kompetencje. Te kompetencje różnią się w zależności od tego, jaką drogę kształcenia obieramy, np. dla informatyków jest to umiejętność programowania w konkretnej technologii i jej znajomość – mówi Wyrwińska

M.in. dlatego ważna jest możliwość odbycia podczas studiów praktyk i staży zawodowych, najlepiej zagranicznych.

– Takie staże to szansa na zwiększenie znajomości języków obcych – twierdzi Wyrwińska. – Sprawiają, że młody człowiek czuje się później pewniej wchodząc np. w projekt międzynarodowy, a większość pracodawców poszukuje osób z bardzo dobrą znajomością języka angielskiego, którzy będą w stanie wykonywać swoją pracę współpracując z kolegami z Indii, Wielkiej Brytanii czy Niemiec – dodaje ekspertka.

Uczelnie umożliwiają uczestnictwo nie tylko w wymianach międzyuczelnianych, takich jak program Socrates–Erasmus, ale coraz częściej także w wymianach zawodowych, takich jak program Leonardo da Vinci.

Polskie firmy emitują swoje obligacje, jest duże zainteresowanie ze strony polskich i zagranicznych inwestorów

0

Emisja obligacji korporacyjnych to dobry sposób na pozyskanie przez firmy dodatkowego kapitału. – W tej chwili mamy ku temu sprzyjające warunki – mówi Marek Wołos, analityk Domu Maklerskiego TMS Brokers. Obligacje korporacyjne cieszą się dużym zainteresowaniem rynków, zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Rodzime podmioty mogą w ten sposób zaspokoić drobne potrzeby pożyczkowe, ale również te znacznie większe, nawet do kilku miliardów złotych.

– Podmioty, które chcą sobie ograniczyć koszty finansowania czy pozyskać kapitał na rozwój, coraz częściej wychodzą na rynek obligacji – mówi
Agencji Informacyjnej Newseria Marek Wołos. – To jest nowe źródło pozyskiwania kapitału, które cieszy się dużym powodzeniem.

Na rosnące zainteresowanie wpływają m.in. niskie zarobki na lokatach bankowych czy państwowych papierach dłużnych. Dlatego inwestorzy szukają alternatywnych rozwiązań, które z jednej strony będą bezpieczne, a z drugiej pozwolą zwielokrotnić zysk. Obligacje korporacyjne kuszą potencjalnych nabywców, bo są wyżej oprocentowane od obligacji skarbowych.

– Szczególnie obligacje firm stabilnych, z dobrymi ratingami, z dobrymi finansami zaskarbiają sobie niezwykłą popularność – mówi Wołos.

Jak podkreśla, nadchodzi dobry czas dla tego typu instrumentów. Pokazuje to m.in. ostatnia emisja obligacji PKN Orlen i zainteresowanie, jakie wzbudziła wśród inwestorów. Pod koniec czerwca spółka wprowadziła na rynek Catalyst obligacje o wartości 400 mln zł. Papiery dłużne objęły serie A i B, które zostały sprzedane przed planowanym terminem.

– Dopóki nie będziemy widzieli spektakularnych niepowodzeń w tym zakresie i dopóki stopy na rynku międzybankowym będą niskie, to inwestorów nic od tego rynku odstraszać nie będzie – twierdzi Marek Wołos.

Obligacjami emitowanymi przez polskie przedsiębiorstwa interesują się zarówno polscy, jak i zagraniczni inwestorzy. Emitenci mają więc wybór, do kogo adresować swoją ofertę.

– To zależy od zapotrzebowania na kapitał, czy jest ono szacowane na kilkadziesiąt lub kilkaset milionów czy kilka miliardów złotych – tłumaczy analityk DM TMS Brokers. – Jeśli jest to duże zapotrzebowanie, rzędu kilku miliardów, można „przesunąć się” na rynek zagraniczny, ale rynek krajowy też jest w stanie sporo wchłonąć.

O emisji obligacji korporacyjnych przez polskie przedsiębiorstwa mówi się od dłuższego czasu, również w kontekście firm energetycznych. Miałyby one w ten sposób finansować kosztowne inwestycje.

Jeśli Polacy mieliby wybór, chcieliby przechodzić na emeryturę stopniowo

Blisko połowa Polaków przechodzi na emeryturę wcześniej, niż planowała – wynika z badania przeprowadzonego przez Aegon PTE. Wśród wymienianych powodów najczęściej wskazywane są utrata pracy (36 proc.) i pogorszenie stanu zdrowia (26 proc.). Mimo to wcale nam się do emerytury nie spieszy. Ankietowani deklarują, że woleliby stopniowe wycofywanie się z rynku pracy.

– Głównym powodem przechodzenia Polaków na wcześniejszą emeryturę jest niestety utrata pracy. Drugim powodem było pogorszenie stanu zdrowia – wymienia Marcin Hadyś, członek zarządu Aegon PTE.

Wcześniejsze przechodzenie na emeryturę jest kojarzone z negatywnymi przyczynami. Jednocześnie z badania w innych krajach wynika, że odwlekanie przejścia na emeryturę kojarzy się raczej z czynnikami pozytywnymi, np. większą satysfakcją ze swojej kariery zawodowej oraz chęcią utrzymania aktywności umysłowej.

– Co ciekawe, obywatele nie tylko w Polsce, ale we wszystkich krajach, mają świadomość, że będą pracować dłużej i co więcej, oni chcą pracować dłużej – mówi Marcin Hadyś Agencji Informacyjnej Newseria.

Z badania Aegon PTE wynika również, że gdyby Polacy mieli taką możliwość, z rynku pracy wycofywaliby się stopniowo. Na przykład w okresie przedemerytalnym chcieliby mieć bardziej elastyczny czas pracy.

– To również skłoniłoby ich do kontynuowania pracy, nawet po czasie, w którym nabyliby już prawo do emerytury. Ankietowani oczekiwaliby od pracodawców niepowierzania im w okresie przedemerytalnym zadań stresujących i wymagających dużego zaangażowania – wyjaśnia Hadyś. – Ludzie oczekują, że pracodawca będzie korzystał z ich doświadczenia i wiedzy, a nie wykorzystywał ponad ich siły.

Większość zatrudnionych ankietowanych wskazała również, że ich pracodawca nie oferuje żadnych możliwości, które ułatwiłyby stopniowe przechodzenie na emeryturę. Ci, którzy taką pomoc otrzymują, podkreślają, że jest ona bardzo użyteczna.

Polacy emerytalnymi pesymistami

– Polacy wśród badanych przez nas 12 społeczeństw oczekują najkrótszej emerytury – mówi Marcin Hadyś. – Oceniają, że będą przebywać na niej 14 lat, podczas gdy np. Chińczycy liczą na 25 lat emerytury. Także przedstawiciele innych krajów stosunkowo bardziej optymistycznie patrzą na swoją emerytalną przyszłość.

Średnia długość życia w Polsce to 82 lata, a obecny wiek emerytalny dla mężczyzn to 65 lat i 2 miesiące, a dla kobiet 60 lat i 2 miesiące. To oznacza, że statystycznie na emeryturze spędzamy więcej czasu niż 14 lat. Fakt, że ludzie spodziewają się żyć na emeryturze krócej, wynika, zdaniem Hadysia, z pesymistycznego podejścia do spodziewanego poziomu życia na emeryturze.

W badaniu przeprowadzonym przez AEGON wzięło udział 12 tysięcy osób z 12 krajów Europy, Ameryki Północnej i Chin. Choć Polacy są największymi pesymistami, to obywatele innych krajów również nie patrzą na swoją emeryturę przez różowe okulary. Jedynie 12 proc. wszystkich badanych uważa, że będą dysponować na emeryturze dostatecznymi środkami finansowymi.

Zmniejszenie stóp procentowych dobrze wpłynęło na branżę deweloperską – wzrost sprzedaży mieszkań

Branża deweloperska liczy, że historycznie niskie stopy procentowe skłonią klientów do zaciągania kredytów i sprzedaż wzrośnie. Na razie sprzedaje się więcej mieszkań w wyższym standardzie, które kupują zamożni klienci, najczęściej za gotówkę. Osoby, które muszą na ten cel wziąć kredyt, wciąż obawiają się takiej decyzji.

 – Klienci się boją, bo jest wysokie bezrobocie, bo prognozy dla gospodarki nie najlepsze. Natomiast pojawia się coraz więcej klientów zamożniejszych, którzy zdecydowali się na zakup, bo mieszkania są w tej chwili cenowo bardzo nisko. W dodatku cały czas jest duża podaż – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jarosław Szanajca, prezes Dom Development.

Na rynku deweloperskim gorzej sprzedają się standardowe, tańsze mieszkania z dolnego segmentu, które zwykle cieszą się największą popularnością. Natomiast te o nieco wyższym standardzie, według Szanajcy, sprzedają się lepiej niż przewidywano.

Prezes Dom Development prognozuje jednak, że wkrótce cała branża może odbić się od dna. Umożliwią to przede wszystkim rekordowo niskie stopy procentowe.

 – My jesteśmy bardzo silnie zależni od stóp procentowych. Jeżeli stopy procentowe są niskie, to powinno nastąpić odbicie na rynku mieszkaniowym z powodu wzmożonej chęci do zadłużania się przez klientów – tłumaczy Szanajca.

Zależność branży mieszkaniowej od stóp procentowych wpływa na to, że koniunktura w tym sektorze nadchodzi wtedy, gdy cała gospodarka jest w kryzysie. Szanajca tłumaczy, że taka antycykliczność jest powodowana tym, że stopy procentowe są obniżane w czasie problemów gospodarczych.

 – Wtedy, gdy w gospodarce jest źle, efekt obniżonych stóp procentowych zazwyczaj nam pomaga szybciej niż reszcie gospodarki – dodaje Szanajca.

Klientów do zakupów może też skłonić malejąca liczba gotowych, dostępnych mieszkań. Zdaniem prezesa Dom Development, z rynku stopniowo znika nadpodaż. Im mniejsza podaż, tym wyższe ceny.

 – Ceny przestały spadać, już to widać, a skoro przez jakiś czas dość mocno spadały, to znaczy, że wkrótce zaczną rosnąć – prognozuje Szanajca. – W tej chwili mamy taki moment, kiedy ceny przestały spadać, nadpodaż się wysyca, stopy procentowe są najniższe w historii i sentyment klientów do kupowania mieszkań jest całkiem przyzwoity. Wydaje się, że po okresie spadku powinniśmy być w tej chwili w punkcie odbicia.

Inflacja najniższa w historii

W czerwcu roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 0,2 proc. w skali roku z 0,5 proc. zanotowanych w maju. Jest to najniższy historycznie wskaźnik inflacji w Polsce, dodajmy, niebezpiecznie bliski psychologicznej granicy 0 proc..

W ujęciu miesięcznym ceny konsumentów nie zmieniły się. Przechodząc do poszczególnych kategorii, niską inflację zawdzięczamy relatywnie niskim cenom żywności (wzrosty cen ziemniaków okazały się jednak niższe niż wskazywałyby na to dane z Czech) oraz stabilizacji cen w pozostałych kategoriach. W zdecydowanej większości kategorii części bazowej koszyka ceny pozostały stabilne (łączność, zdrowie), bądź nieznacznie spadły (edukacja, obuwie i odzież). Ceny paliw wzrosły o 0,8 proc., nieznacznie, bo o 0,2 proc. wzrosły ceny w kategoriach rekreacja i kultura oraz restauracje i hotele. Wskaźnik inflacji bazowej obniżył się prawdopodobnie z 1,0 proc. do 0,9 proc. r/r.

W lipcu wskaźnik inflacji CPI pozostanie na podobnym poziomie, lub wzrośnie o 0,1pp. Wzrosty opłat za wywóz śmieci (nawet do 100 proc.) będą neutralizowane niższymi opłatami za roaming oraz obniżką cen energii elektrycznej. – Niska inflacja utrzyma się przez kolejne kilka miesięcy a na koniec roku nie przekroczy 1 proc. w skali roku. Nie powinniśmy obserwować jednak dalszego spadku inflacji bazowej, która przez pewien czas oscylować będzie powyżej 1 proc – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

W 2014 roku inflacja powinna powoli rosnąć. Efekty bazowe z 2013 analitycy BRE szacują na ponad 1pp, co właśnie, poza poprawą aktywności gospodarczej, powinno prowadzić do wzrostu inflacji na koniec 2014 roku do poziomu przekraczającego 2 proc. r/r, a więc powyżej wskazań projekcji NBP.

Dzisiejsze dane spowodowały spadek rynkowych stóp procentowych o około 3pb. Dane nie powinny przełożyć się jednak na wznowienie cyklu obniżek przez RPP. Rada antycypowała już spadek inflacji w miesiącach letnich, a prezes NBP podkreślał stabilność inflacji bazowej. Publikowane w tym tygodniu dane ze sfery realnej (wzrost produkcji przemysłowej i stabilizacja zatrudnienia) powinny dostarczyć paliwa dla oczekiwań co do normalizacji poziomu stóp w Polsce w 2014 roku.

W Polsce mamy ok. 800 tys. kredytobiorców, którzy zaciągnęli zobowiązanie we franku szwajcarskim

Życie z kredytem w obcej walucie jest trudne i wymaga ciągłego śledzenia sytuacji na rynkach finansowych. Jednak ostatnio wszystko wskazuje, że to życie może być lepsze.

Dane z polskiej gospodarki mają drugorzędne znaczenie. Najważniejsze jest wystąpienie szefa Fedu Bena Bernankego, którego słowa mogą poruszyć rynki. Takim najgorszym scenariuszem byłaby zapowiedź Bernankego, że „odcina kroplówkę” we wrześniu, czyli kończy z obecną polityką drukowania pieniędzy. To byłoby katastrofalne dla naszej waluty. Wówczas poziom powyżej 3,6 zł za franka byłby bardzo realny w dłuższym okresie. Jednak na razie nic nie wskazuje, by Fed miał podjąć taką decyzję. Więcej na ten temat w artykule Kredyt we franku to nie musi być wyrok.

Jak się zabezpieczyć przed gwałtownymi zmianami?

Najprostszy sposób zabezpieczenia się przed zmianami wysokości kredytowej raty to zbudowanie „funduszu stabilizacyjnego”. – Konieczność posiadania rezerw finansowych dotyczy nie tylko kredytobiorców spłacających zobowiązania walutowe – każdy dłużnik powinien mieć w zanadrzu równowartość co najmniej kilku rat.

Metod na stworzenie rezerwy, po którą sięgalibyśmy w razie wzrostu rat, jest wiele, jak odkładanie określonej części dochodów, np. 10%, na wydzielone konto oszczędnościowe. Można także uśrednić ratę kredytową, zakładając, że co miesiąc spłacamy 1500 zł. Jeżeli chwilowo rata jest niższa, to nadwyżkę odkładamy, by skorzystać z niej, gdy miesięczne zobowiązanie będzie wyższe – przekonuje dr Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

Wyzwania stojące przed firmami związane z fuzjami i przejęciami przez chińskie firmy

Literatura chińska, taka jak np. Sztuka Wojny Sun Tzu i Dialogi Konfucjańskie wpłynęła na sukcesy Warrena Buffeta, Oprah’y Winfrey i Billa Gatesa, jednakże obecnie chińskie przewodnictwo nie jest mile widziane wśród pracowników firm z Zachodu. Według badania MSLGROUP, strategicznej firmy Grupy Publicis, 57% ludzi z zachodnich przedsiębiorstw byłoby zaniepokojonych, gdyby ktokolwiek z Chin zarządzał firmą, w której pracują. Opracowanie „Leveling the M&A Playing Field: Reducing the bidding premium for Chinese companies in outbound M&A”, określa kluczowe czynniki, które mogą prowadzić do niepowodzeń i kłopotów komunikacyjnych.

Johan Björkstén, Prezes MSLGROUP w Chinach podkreśla:

W związku z tym, że zagraniczne inwestycje Chin, do roku 2015, oceniane są na 150 miliardów dolarów, wiele krajów rozwiniętych aktywnie zachęca Chiny do inwestycji zagranicznych. Potrzeba doinwestowania gospodarki na Zachodnie i chęć Chin, aby „działać globalnie” idzie ze sobą w parze, dlatego każdemu zależy, aby ta współpraca przebiegała pomyślnie. Jednakże, w rzeczywistości inwestycje te nadal napotykają poważne przeszkody, często wynikające z odmiennej percepcji, a nie rzeczywistych problemów. Dlatego, do czasu, kiedy chińskie firmy i ich partnerzy będą wciąż koncentrować się na różnicach pomiędzy nimi, transakcje te napotykać będą na poważny opór.

W raporcie, eksperci z sieci MSLGROUP pokazują perspektywy związane z fuzjami i przejęciami na swoich rynkach i wyzwania, jakie stoją przed chińskimi funduszami inwestycyjnymi.

Raport przedstawia wnioski z badania zrealizowanego w kwietniu i w maju 2013 roku, na ponad 1 600 osobach, we Francji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych oraz wywiady z doradcami ds. fuzji i przejęć z banków inwestycyjnych, firm prawniczych i konsultantów. Kluczowe wnioski to:

58% osób ocenia wizję przejęcia firmy przez firmę chińską, jako zagrożenie; tylko 15% ocenia to, jako szansę.
Przy rozpatrywaniu chińskiego nabywcy, najpoważniejsze obawy to sprawy fundamentalne: warunki pracy, styl zarządzania i sprawy etyczne. Dla porównania, przy uwzględnianiu miejscowego nabywcy, główną obawą jest utrata pracy.
69% respondentów uważa, że kultura firmy jest bardzo ważna, najwięcej w USA (84%), w Wielkiej Brytanii (56%), we Francji (66%). Dwie trzecie respondentów zgadza się, iż kultura pracy wpływa na ich działania, a 68% jest zdania, że miałaby wpływ na ich decyzję pracy dla firmy.

Björkstén podkreśla: Koszt rekrutacji jest ogólnie uznawany, jako znacząco wyższy, niż koszt zatrzymywania pracowników. Chiński styl zarządzania na pewno wpłynie na zamianę kultury w firmie, dlatego przedsiębiorstwa starające się o chińskie fundusze nie mogą nie docenić wpływu, jaki kultura korporacyjna będzie miała na cały przebieg transakcji.

Raport pokazuje kroki, mające na celu sprawić, aby inwestycje zagraniczne były bardziej zrozumiałe. Jest to np. wyjaśnienie otoczenia komunikacji, rozwijanie jasnej strategii udziałowców z ujednoliconymi informacjami, wysłuchiwanie i angażowanie zainteresowanych stron we wczesnym rozwiązywaniu społecznego oporu i gotowość do przeciwdziałania kryzysom. Raport omawia również strategie związane z rozpoczęciem dialogu z interesariuszami politycznymi, tak, aby przeciwdziałać obawom i potencjalnej opozycji oraz informuje o tym jak komunikować zagadnienia związane wizerunkiem i marką. Ponadto, dokument opisuje problemy dotyczące kultury korporacyjnej i pokazuje rosnącą wiarygodność wśród inwestorów dzięki uzyskaniu zrozumiałego i wyraźnego dialogu.

Björkstén kończy: Kluczowym wnioskiem dokumentu jest to, że firmy powinny działać na rzecz komunikacji bardzo wcześnie, już na samym początku rozpoczęcia procesu fuzji lub przejęcia.

Komentarz dzienny, 17 lipca 2013

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło w czerwcu w ujęciu rocznym o 0,8% r/r (nasza prognoza i konsensus rynkowy -0,9%, poprzednio -0,9%). Tym samym dynamika zatrudnienia nie tylko się wypłaszcza, ale wręcz zaczyna rosnąć. Dodatkowo mamy do czynienia ze zdecydowanie najwyższym w tym roku tempem wzrostu zatrudnienia w ujęciu miesięcznym (nie licząc stycznia napędzanego jak co roku statystycznie): +9tys. (+0,2%). Podtrzymujemy naszą diagnozę, że rynek pracy osiągnął już dno i w najbliższych miesiącach roczna dynamika zatrudnienia będzie rosła (niewykluczone, że do końca roku będzie dodatnia).

Marcin Babiak nowym dyrektorem w Komputronik

Marcin Babiak objął stanowisko Dyrektora ds. Rozwoju Biznesu (Business Development Director) w Komputronik SA. Będzie odpowiedzialny za rozwój operacji na nowych rynkach, a także poszerzanie obszarów aktywności biznesowej Grupy Komputronik.

Marcin Babiak ma 40 lat i kilkunastoletnie doświadczenie w branży. Rozpoczął karierę zawodową w szczecińskim oddziale firmy dystrybucyjnej TCH Components (1997-1999). Następnie przez 3 lata pracował w firmie Intel. W latach 2002-2006 pełnił funkcję dyrektora sprzedaży i marketingu w Maxdata Polska. W latach 2006-2008 był prezesem zarządu dystrybutora produktów Apple w firmie iSource S.A. Od roku 2008 pełnił różne funkcje zarządcze w Dell, gdzie zakończył karierę jako General Manager, Poland, Baltics and Iceland – Consumer and Small Business. Następnie pracował w firmie Groupon, gdzie był odpowiedzialny za dział sprzedaży produktów w Europie Środkowej, Wschodniej i Rosji.

Marcin Babiak ukończył Uniwersytet Szczeciński i Wyższą Szkołę Administracji Publicznej w Szczecinie. Mieszka w Warszawie. Jego pasją jest nurkowanie i jazda na snowboardzie.

Bardzo cieszymy się, że do grona kadry menedżerskiej Komputronik dołączył Marcin Babiak, który może pochwalić się wszechstronnym doświadczeniem w branży IT oraz w rozwijaniu sprzedaży. Jego rolą w strukturach Komputronik będzie rozwój działalności Grupy na nowych rynkach oraz poszerzanie obszarów naszej aktywności biznesowej. Jestem przekonany, że doskonale sobie z tymi zadaniami poradzi – powiedział Wojciech Buczkowski, Prezes Zarządu Komputronik S.A.

Cieszę się, że będę mógł wesprzeć swoim doświadczeniem Grupę Komputronik, która posiada ugruntowaną i stabilną pozycję w branży, a jednocześnie jest prekursorem wielu rozwiązań na polskim rynku i firmą zdolną do szybkiego reagowania na zmieniające się warunki rynkowe. Wierzę, że jako Dyrektor ds. Rozwoju Biznesu będę mógł wnieść do Grupy wiele ciekawych pomysłów – powiedział Marcin Babiak, Dyrektor ds. Rozwoju Biznesu w Komputronik SA.

Komentarz dzienny, 16 lipca 2013

W czerwcu roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 0,2% r/r z 0,5% zanotowanych w maju. Jest to najniższy historycznie wskaźnik inflacji w Polsce, dodajmy, niebezpiecznie bliski psychologicznej granicy 0%. 
W ujęciu miesięcznym ceny konsumentów nie zmieniły się. Przechodząc do poszczególnych kategorii, niską inflację zawdzięczamy relatywnie niskim cenom żywności (wzrosty cen ziemniaków okazały się jednak niższe niż wskazywałyby na to dane z Czech) oraz stabilizacji cen w pozostałych kategoriach. W zdecydowanej większości kategorii części bazowej koszyka ceny pozostały stabilne (łączność, zdrowie), bądź nieznacznie spadły (edukacja, obuwie i odzież). Ceny paliw wzrosły o 0,8%, nieznacznie, bo o 0,2% wzrosły ceny w kategoriach rekreacja i kultura oraz restauracje i hotele. Wskaźnik inflacji bazowej obniżył się prawdopodobnie z 1,0% do 0,9% r/r.

Polacy coraz częściej jeżdżą na zakupy za granicę, obowiązują tam takie sama prawa gwarancyjne

Sezon wyprzedaży trwa, również w innych krajach UE, a Polacy coraz chętniej z nich korzystają. Kupując w Paryżu, Mediolanie czy Londynie mamy takie samo prawo do złożenia reklamacji jak w Polsce – przypomina Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Problem w tym, że jeśli w przypadku danego towaru nie obowiązuje eurogwarancja, powinniśmy towar zareklamować w państwie, w którym go kupiliśmy.

– Warto pamiętać, że w państwach Unii Europejskiej obowiązuje nas to samo prawo, co w Polsce – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Małgorzata Cieloch, rzeczniczka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta. – Jeżeli kupujemy rzecz, która nie jest żywnością, ani nieruchomością, to mamy dwa lata od daty zakupu na złożenie reklamacji.

Podobnie jak w Polsce, potrzebujemy do tego paragonu albo faktury. Należy pamiętać, że – zgodnie z obowiązującymi przepisami – reklamację wadliwego towaru możemy złożyć w sklepie, w którym dokonaliśmy zakupu.

– To jest oczywiście teoria – mówi rzeczniczka UOKiK-u, dodając, że w praktyce wady produktu odkrywamy często po powrocie do domu i mało który klient decyduje się w celu złożenia reklamacji wrócić do miejsca, w którym spędzał urlop. – Bardzo często na terenie Unii obowiązuje tzw. eurogwarancja.

Pozwala ona klientowi na złożenie reklamacji w kraju, w którym na co dzień mieszka. Dzięki temu nie musi z wadliwym towarem jechać do Paryża czy Londynu.

– To jest istotne, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście w tej eurogwarancji wymieniona jest Polska, jeśli zamierzamy reklamować na miejscu – mówi Małgorzata Cieloch.

Podstawą reklamacji są przede wszystkim wady i usterki towaru, ale też sytuacja, w której klient został wprowadzony w błąd, a towar jest niezgodny z umową.

Należy pamiętać, że klient nie zawsze może zwrócić towar, np. w sytuacji, kiedy się rozmyślił. W krajach członkowskich UE sprzedawca nie ma obowiązku przyjęcia towaru wolnego od wad i zwrotu zapłaconej ceny. Zależy to wyłącznie od polityki sklepu, warto więc upewnić się przed zakupem, czy takie prawo nam przysługuje. Jeśli tak, to dobrze jest potwierdzić to pisemnie, np. na paragonie.

Samar: zniesienie opłaty recyklingowej może wpłynąć na znaczący wzrost importu aut używanych

Rząd pracuje nad zniesieniem tzw. opłaty recyklingowej, uiszczanej od każdego importowanego samochodu. Według nowych zasad zwolnieni z niej zostaną klienci indywidualni. Zapłacą ją tylko ci, którzy sprowadzają auta w celach zarobkowych. Eksperci rynku motoryzacyjnego uważają, że nowe prawo będzie skłaniało do demontażu samochodów poza legalnie działającymi stacjami.

Obecnie producenci pojazdów, przedsiębiorcy dokonujący wewnątrzwspólnotowego nabycia lub importu pojazdu oraz osoby indywidualne sprowadzające auta mają obowiązek uiścić na rachunek bankowy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej opłatę recyklingową w wysokości 500 zł od każdego pojazdu wprowadzonego na terytorium kraju.

Rząd planuje jej zniesienie ze względu na konieczność dostosowania polskich przepisów do wymogów Dyrektywy 2000/53/WE w sprawie pojazdów wycofanych z eksploatacji. Komisja Europejska również wskazywała, że polskie przepisy są niezgodne z prawem UE, ponieważ do nowych aut nie dolicza się tej opłaty.

Proponowane przez rząd zmiany w ustawie o recyklingu pojazdów wycofanych z eksploatacji mają doprowadzić do tego, aby większa niż obecnie część powstających odpadów była skierowana do legalnych stacji demontażu. Chodzi o ograniczenie szarej strefy.

– Na polskim rynku tego typu opłaty powinny być wnoszone po to, by w sposób prawidłowy i zgodny z prawem utylizować pojazdy – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Wojciech Drzewiecki, prezes Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR.

Jego zdaniem brak opłat przyczyni się do zwiększenia szarej strefy, bo utylizacja będzie droga.

– Jeżeli nie będzie tego typu systemu, jeżeli utylizacja będzie droga, bo najprawdopodobniej obywatele chcący pozbyć się samochodów będą przekazywali je do stacji demontażu nie w pełni uzbrojone, będzie to oznaczało, że te stacje będą chciały pobierać pewne opłaty. Im te opłaty będą wyższe, tym chęć obywatela do oddania samochodu do stacji demontażu będzie niższa. To oznacza rozwój szarej strefy, czyli demontaż aut poza oficjalnie działającymi stacjami – podkreśla Wojciech Drzewiecki.

Na drogach głównie auta z drugiej ręki

Polacy najchętniej kupują auta używane. Ponad połowa kupuje samochody, których wiek przekracza 10 lat.

– Nowych samochodów sprzedaje się stosunkowo niewiele. W ubiegłym roku zarejestrowaliśmy nieco ponad 270 tys. nowych aut, co jak na tak duży kraj jest liczbą bardzo małą. Wśród tych 270 tys. aut część to były samochody, które zostały zarejestrowane i wyjechały za chwilę z Polski, a więc fizycznie zostały kupione wcześniej przez obywateli innych krajów – mówi Wojciech Drzewiecki.

W latach 2005-2008 Polacy sprowadzali z zagranicy około miliona używanych aut rocznie. Teraz ta liczba spadła, choć nadal jest wysoka.

– Polska zdecydowanie góruje nad innymi krajami w imporcie samochodów używanych. Obecnie sprowadzamy ok. 600-700 tys., ale i tak w porównaniu do liczby aut nowych rejestrowanych w kraju jest to liczba olbrzymia. Z reguły na rynkach Europy Zachodniej królują samochody nowe w liczbie pierwszych rejestracji, a nie samochody sprowadzane. Samochody sprowadzane to domena rynku wtórnego – podsumowuje ekspert.

Zniesienie opłaty recyklingowej, w opinii ekspertów, nie powinno wpłynąć na znaczące zwiększenie importu używanych aut. Prezes Samar ma nadzieje na pozytywne skutki zmian w prawie.

– Być może ludzie będą sprowadzali nieco droższe auta, chociażby o tę kwotę, którą dzisiaj muszą zapłacić w postaci opłaty recyklingowej, co oznacza, że na rynku mogą pojawić się auta młodsze. Chociaż to wcale nie oznacza, że ich stan techniczny będzie lepszy – mówi ekspert.

Drugi kwartał roku nie był korzystny dla polskich firm, upadłość ogłosiło 230 podmiotów

0

Rośnie fala bankructw polskich przedsiębiorstw. W drugim kwartale tego roku upadłość ogłosiło blisko 230 podmiotów, czyli o 6,5 proc. więcej niż przed rokiem i aż o 26,7 proc. więcej niż w tym samym okresie roku 2011 – wynika z danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego. Z problemami na rynku nie radzą sobie przede wszystkim firmy budowlane, papiernicze, meblarskie oraz działające w obszarze rozrywki, kultury i rekreacji.

Trudności z pozyskiwaniem nowych zamówień i zachowaniem płynności finansowej, a co za tym idzie, z utrzymaniem się na rynku ma coraz więcej polskich przedsiębiorców.

– Problem upadłości narasta bardzo poważnie od końcówki zeszłego roku – zauważa w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Piotr Soroczyński, główny ekonomista Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych. – Słabnie koniunktura, więc firmom trudniej jest gospodarować.

Szczególnie trudna była końcówka ubiegłego roku oraz początek bieżącego. Od stycznia do końca marca zbankrutowało 235 firm. W drugim kwartale ich los podzieliło kolejnych 228 podmiotów. Tylko w czerwcu z gospodarczej mapy Polski zniknęło 85 firm, czyli prawie o połowę więcej niż w maju. Mimo że sytuacja gospodarcza powoli się stabilizuje, to przedsiębiorstwom, które wcześniej znalazły się w dołku trudno jest się z niego wydostać.

– Prognozy dla roku bieżącego mówią o tym, że upadnie blisko 1200 firm – mówi Soroczyński.

Najbardziej narażone są dzisiaj firmy, operujące w branży rozrywkowej, szeroko pojętej branży kulturalnej oraz w turystyce. Tam natężenie upadłości jest dzisiaj największe.

– Kiedy mamy problemy z dochodami, kiedy gospodarstwa domowe i firmy starają się ograniczać koszty, to w naturalny sposób rezygnujemy z części usług, z których łatwiej zrezygnować, czyli z kultury i rozrywki – wyjaśnia ekonomista KUKE.

Z problemami nie radzą sobie producenci mebli oraz wyrobów z papieru. Systematycznie rośnie liczba bankrutujących przedsiębiorstw operujących w branży budowlanej. Chodzi tu o zarówno o dystrybutorów materiałów wykorzystywanych przy budowie, wykonawców, jak i samych deweloperów.

Ma to swoje przełożenie na rynek pracy, a co za tym idzie na inne działy gospodarki.

– Jeżeli mówimy o około tysiącu firm, które upadły bądź upadną, gdzie przeciętnie mogło być zatrudnionych od około 50 do 100 pracowników, to w sumie są to dziesiątki tysięcy miejsc pracy – mówi Piotr Soroczyński. – To jest bardzo poważny problem dla tych ludzi, którzy utracili pracę i nie mają środków do życia, ale to się potem efektem domina odbija na gospodarce. Polska gospodarka po raz pierwszy od 20 lat, od czasów transformacji, nie może liczyć na swój własny popyt krajowy – zauważa ekonomista.

W resorcie transportu trwają rozmowy na temat wprowadzenia ujednoliconego, elektronicznego poboru opłat na autostradach

Resort transportu rozmawia z koncesjonariuszami autostrad na temat wprowadzenia wspólnego elektronicznego systemu poboru opłat. Niezbędne są do tego zmiany przepisów prawa. Ministerstwo podkreśla jednak, że nie ma możliwości wprowadzenia wspólnego cennika lub kategoryzacji pojazdów, lecz można jedynie ujednolicić technicznie sposób płatności.

– Oznacza to tzw. techniczną interoperacyjność systemów opłat. Natomiast wszystkie tego rodzaju prace nie wkraczają w inny aspekt ujednolicenia – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jarosław Waszkiewicz z Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej. Wyjaśnia: – Po prostu nie mogą dotyczyć takich zakresów jak kategoryzacja pojazdów czy wysokość opłat ustalanych we wszystkich systemach.

Obecnie na autostradach koncesyjnych, czyli A1 od Gdańska do Torunia, A2 od granicy z Niemcami w Świecku do Konina oraz A4 pomiędzy Katowicami a Krakowem nie działa elektroniczny system poboru opłat viaTOLL. Wszyscy kierowcy, również ci posiadający urządzenie viaBOX muszą płacić za przejazd w puntach poboru opłat.

Waszkiewicz podkreśla, że resort transportu rozmawia z koncesjonariuszami, czyli firmami Gdańsk Transport Company, Autostrada Wielkopolska oraz Stalexport Autostrada Małopolska. Podkreśla jednak, że wprowadzenie jednolitego elektronicznego poboru opłat na wszystkich polskich autostradach jest kwestią indywidualnych rozmów i negocjacji warunków takich porozumień.

– Ta praca jest prowadzona dwutorowo. Po pierwsze, analizowane są obowiązujące przepisy prawne i prawdopodobnie będzie konieczność ich zmiany w tym zakresie. Czyli jedna ścieżka to są kwestie legislacyjne. Druga rzecz to rozmowy z poszczególnymi poborcami pobierającymi opłaty, czyli naszymi koncesjonariuszami – dodaje Waszkiewicz.

Polscy informatycy nie narzekają na brak pracy

Tylko w grudniu w największych serwisach rekrutacyjnych pracodawcy z branży IT opublikowali ponad 5,5 tys. propozycji pracy – wynika z analizy Goldeline. Globalne prognozy na najbliższe lata wydają się równie optymistyczne – według Komisji Europejskiej, w sektorze IT w całej Europie do 2016 r. ma powstać aż 700 tys. nowych wakatów.

Jednak każdy kij ma dwa końce i to co dla jednych oznacza perspektywy zawodowe, dla innych stanowi źródło wyzwań dla rekruterów. – Prężnie rozwijający się sektor IT generuje nowe miejsca pracy, które coraz trudniej zapełnić wykwalifikowanymi pracownikami. Najlepsi, czyli ci wysoce wyspecjalizowani i wszechstronni, natychmiast znajdują pracę, coraz częściej poza granicami kraju – mówi Remigiusz Efinowicz.

– Polityka kadrowa firm z branży IT funkcjonujących na polskim rynku w ostatnich latach przeszła duże zmiany. Wśród pracodawców pojawiło się zjawisko planowania ścieżki kariery, czyli określenia drogi i kierunku awansu pracownika oraz kryteria, które będą decydować o tym, jakie stanowisko może zająć w przyszłości – mówi Remigiusz Efinowicz. – W naszej firmie nikt nie zostaje zatrudniony na 5 lat na stanowisko juniora. Opieka mentora pozwala na stopniowe wdrażania pracownika aż do pełnej samodzielności. Nasi pracownicy nie muszą ograniczać się do jednego zakresu, mają możliwość przejścia do innego działu i spróbowania swoich sił w innym niż dotychczas działaniu, przez co dodatkowo zwiększa się swoje kompetencje. Pomagamy im w tym, między innymi poprzez inicjatywę Hicron Competency Checklist (HCCL), służącą weryfikacji podstawowej wiedzy i kompetencji IT najmłodszej kadry. Podstawowym założeniem HCCL jest samodzielna edukacja konsultantów juniorów. Ci realizują pod okiem mentorów ściśle określony zestaw zadań. Wybór zadań jest nieprzypadkowy – są to typowe problemy, z jakimi doświadczeni specjaliści spotykają się na co dzień podczas projektów. Na koniec zdają egzamin, którego wyniki pomagają w wyborze najlepszej ścieżki rozwoju dla młodej kadry – wyjaśnia.

Polish Weekly Review, 12 lipca 2013

After a rather uneventful week we are heading for several days of important macro releases. Their weight is based on two facts: 1) real sphere data (almost) complete the data set that can be used to pin down the GDP growth rate in Q2, 2) inflation data are set to announce the level at which the series turns around in the current cycle. We are rather optimistic on the real sphere (some sort of stabilization in the labor market, positive industrial output data, somewhat lesser falls in construction) and expect higher CPI inflation, which due to bumpy behavior of food prices is likely to be very close to the last month’s reading of 0.5% rather than 0.2% stipulated by our original estimate. The incoming mix is going to underpin expectations that the easing cycle is over. Therefore it is a idiosyncratic negative decoction for local bonds. And here are the specifics (we compare our forecasts to Bloomberg consensus that can be modified during the month and hence reflects the inflow of fresh information).

ACTION S.A. przejmuje niemiecką firmę dystrybucyjną Devil GmbH

Grupa ACTION S.A.W ubiegłym tygodniu Action podpisał list inwestorski, który jest krokiem w stronę utworzenia spółki z niemieckim partnerem. Devil AG to jedna z najwiekszych firm dystrybucyjnych z branży IT działająca w Niemczech a będacą w stanie upadłości od kwietnia br. Devil GMBH jest nowopowstałą spółką kontynuującą działąlność Devil AG. Jej siedziba znajduje się w Brunszwiku w Dolnej Saksonii. Devil AG dysponuje centrum logistycznym o powierzchni 9 tys. m kw. oraz 3 tys. m kw. powierzchni biurowej. Miała w ofercie produkty ponad 100 dostawców. Firma istnieje od 1994 r.

Action obejmie 2/3 udziałów w Devil GmbH za 1,6 mln euro.

Spółka Devil GmbH ma nabyć środki trwałe, zapasy, wartości niematerialne i prawne, bazy danych oraz przejmie pracowników od syndyka masy upadłościowej spółki Devil A.G. W oparciu o wyżej wymienione składniki majątku, w ramach struktury Devil GmbH, prowadzona będzie działalność na terytorium Niemiec i dotyczyć będzie hurtowej sprzedaży produktów, zbieżnych z oferowanymi przez ACTION S.A.

ACTION S.A. złożył w dniu 8 lipca 2013 r. oświadczenie o objęciu 1.600.000 udziałów w podwyższonym (z kwoty 800.000 euro do kwoty 2.400.000 euro) kapitale zakładowym Spółki Devil GmbH (wartość nominalna jednego udziału 1 EUR) za wkład pieniężny o wartości 1.600.000 euro. Po dokonaniu podwyższenia kapitału zakładowego, ACTION S.A. uzyska udział stanowiący 2/3 w kapitale zakładowym Devil GmbH i dający tyle samo głosów na zgromadzeniu wspólników tej Spółki. Zgodnie z treścią raportu bieżącego nr 29/2013 skuteczność objęcia powyższych udziałów uzależniona jest od uzyskania zgody na koncentrację.

– W 2012 roku wypracowaliśmy rekordowy w naszej historii obrót, przekraczający 1 miliard dolarów. Rozbudowaliśmy obszary naszego działania. Jesteśmy ekspertami już nie tylko dystrybucji, ale również rozwiązań informatyczno-logistycznych dla e–commerce. Daje nam to silną podstawę do odważnego spojrzenia na rynki zagraniczne, na których będziemy mogli wykorzystywać nasz know – how – powiedział Piotr Bieliński, prezes zarządu ACTION S.A.

Angażujemy się w bardzo perspektywiczny podmiot na największym rynku IT w Europie. Devil to czwarta pod względem rozpoznawalności marka wśród dystrybutorów IT w Niemczech. Razem z partnerem powołaliśmy nową spółkę, jednak posiadającą wszystkie aktywa niezbędne do funkcjonowania i rozwijania biznesu od zaraz. Mowa o systemie informatycznym, bazach danych i znakomitej części kontraktów oraz kontynuowania relacji na bazie poprzedniej działalności spółki Devil. Naszym strategicznym założeniem jest zbudowanie bardzo silnego, lokalnego dystrybutora, operującego na bazie kontraktów pozyskanych od producentów obecnych na rynku w Niemczech. Liczymy na szybki zwrot z inwestycji, pomoże nam w tym charakter tamtejszego rynku. Po pierwsze jest on siedmiokrotnie większy od polskiego, po drugie operuje na wyższych marżach, co nam bardzo odpowiada, bo pozwoli więcej zarobić. Dostrzegamy też synergie. Nauczyliśmy się działać bardzo efektywnie w polskich, trudnych dla dystrybucji IT, warunkach. Do potencjału rynku niemieckiego dołożymy ten wiążący się z naszą elastycznością i know-how. Devil to też drzwi do zwiększenia sprzedaży naszych marek własnych, ActiveJet i Actis. Chcemy zbudować zupełnie nową pozycję Devil – dodaje Piotr Bieliński.

Decyzja o podjęciu współpracy z niemieckim partnerem to efekt działań podejmowanych przez zespół ekspertów ACTION S.A. pod kierownictwem pana Marka Szarrasa, doradcy zarządu ds. nowych inwestycji.

Przez ostatnie miesiące analizowaliśmy wiele spółek, jednak pojawiła się szansa, aby na bazie Devila stworzyć w krótkim czasie nową, nieobciążoną ryzykiem spółką na największym rynku IT w Europie. Niemiecki partner daje nam przede wszystkim sprawdzony model współpracy z dotychczasowymi kontrahentami, z którymi łączą go ugruntowane relacje biznesowe. Co ważne, możemy dokonać transakcji, która nie obciąży znacznie naszych finansów, a zapewni wielokrotnie lepsze perspektywy rozwoju w porównaniu do tego, co oferowały nam inne analizowane podmioty. Poza tym model transakcyjny zawiera w sobie duży potencjał realizacji marży. Zaznaczam, że nie jest to koniec naszych poszukiwań. Nadal przyglądamy się wielu spółkom i mamy zamiar być aktywni w tym obszarze. – komentuje Marek Szarras, doradca zarządu ds. nowych inwestycji.

Serwis Blip.pl polska alternatywa dla Twittera zostanie zamknięty z dniem 31 sierpnia

Blip.pl to połączenie mikrobloga z komunikowaniem w kręgu znajomych. Nazwa serwisu to skrót od słów Bardzo Lubię Informować Przyjaciół. Blip.pl pozwala na równoczesne prowadzenie mikrobloga, rozmów na czacie oraz na nawiązywanie nowych znajomości. Użytkownicy za pośrednictwem komputera lub telefonu komórkowego mogą dzielić się krótkimi informacjami (do 160 znaków), a także wysyłać zdjęcia oraz pliki audio i wideo.

Blip.pl zaczynał w 2007 roku bardzo obiecująco, jako polska alternatywa dla Twittera. W 2009 roku liczba wiadomości wysłanych w ramach serwisu przekroczyła 10 milionów, a rok później zarejestrowanych w nim było już ponad 80 tysięcy osób, w tym wielu polityków i znanych osobistości ze świata mediów. Nic więc dziwnego, że dość szybko został wykupiony przez firmę GG Network.

Choć w Polsce portale społecznościowe cieszą się wciąż rosnącą popularnością (Facebook ma ponad 14,5 miliona użytkowników, a NK.pl – ponad 8 milionów), to sytuacja mikroblogów jest dość specyficzna. Serwisowi Blip.pl bardzo trudno jest pokonać konkurencję w postaci międzynarodowego Twittera, z którego w Polsce korzysta ponad 2 miliony użytkowników – i na pewno nie jest to możliwe bez dużych nakładów promocyjnych – mówi Anna Kukawska, PR & Event Manager Grupy 365 NET.

Aktualnie można jeszcze umieszczać wpisy z poziomu strony Blip.pl, jednak wyłączono już możliwość zakładania kont i umieszczania postów poprzez zewnętrzne źródła. Wpis na stronie głównej serwisu zachęca internautów do przenoszenia zawartości kont, zachowaniem historii dotychczasowych wpisów i nazwy użytkownika, do serwisu Wykop.pl, który jest własnością Grupy Allegro, współpracującej z GG Network.

Jak potwierdził rzecznik prasowy GG Network – Jarosław Rybus, firma chce skupić swoje działania na rozwoju swojej kluczowej usługi, czyli GG. Komunikator ten był kiedyś niekwestionowanym liderem na rynku, a dziś, jak wynika z badań przeprowadzonych przez Megapanel, zajmuje dopiero 12. miejsce wśród wydawców internetowych w Polsce.

Prognozowany wzrost cen gazu jako wynik powstającego w Świnoujściu gazoportu

Powstający w Świnoujściu gazoport doprowadzi do zwiększenia cen gazu – prognozuje Andrzej Szczęśniak. Jego zdaniem, nie można traktować jego uruchomienia jako karty przetargowej w negocjacjach cenowych z Gazpromem. Katarski gaz jest dużo droższy niż rosyjski, więc – według eksperta – dla Rosjan mogłaby to być okazja do podwyżki cen surowca.

Kilka dni temu litewski minister energii zasugerował, że terminal LNG w Kłajpedzie, który ma być gotowy pod koniec przyszłego roku, będzie kartą przetargową w negocjowaniu cen z rosyjskim Gazpromem. Litewski rząd chce, by 25 proc. gazu wykorzystywanego przez elektrownie, które dostają wsparcie od państwa, pochodziło właśnie z terminala.

Według Andrzeja Szczęśniaka, eksperta rynku paliw, to wskazuje na niską opłacalność takich inwestycji.

– Gazoport ani w Polsce, ani na Litwie nie jest kartą przetargową, jest raczej obciążeniem dla kraju – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Szczęśniak. – Przykład Litwy pokazuje, że żeby firmy kupiły gaz z gazoportu, muszą być zmuszone ustawą. Dlaczego? Bo ten gaz jest po prostu dużo droższy i nikt nie kupi go dobrowolnie.

Podkreśla, że z powodów ekonomicznych z budowy gazoportu w swoim kraju zrezygnowali Niemcy. Jego zdaniem wolą kupować gaz rosyjski, mimo że Rosjanie to niełatwy partner handlowy.

– Tak w Polsce, jak i na Litwie gazoport nie będzie obniżał cen, lecz je podwyższał. To jest cena bezpieczeństwa energetycznego, którą, moim zdaniem, nierozważnie na siebie przyjęliśmy. Politycy podpisali bardzo niekorzystne dla Polski kontrakty, kontrakt katarski i Rosjanie bardzo by się ucieszyli, gdyby mogli nam sprzedawać surowiec po takich cenach – podkreśla Szczęśniak.

Dodaje, że droższy gaz z Kataru Rosjanie mogliby wykorzystać jako argument za zwiększeniem stawek za surowiec.

– Otwarcie gazoportu nie będzie naszym zwycięstwem cenowym, raczej będzie obciążeniem i okazją dla Rosjan, żeby podwyższyć ceny – mówi ekspert.

Decyzja polityczna, nie biznesowa

Kontrakt z Katarem został podpisany w połowie 2009 r., gdy ceny gazu były bardzo wysokie. Z kolei spółka Polskie LNG podpisała opiewającą na ok. 3 mld zł umowę z wykonawcą terminalu w lipcu 2010 r. Zdaniem Szczęśniaka budowa gazoportu to typowy przykład przedsięwzięcia politycznego, obliczonego na zdobycie głosów wyborczych, ale sprzeczne z zasadami biznesowymi. Gaz katarski był w momencie podpisania kontraktu 30 proc. droższy od gazu rosyjskiego.

– Podejrzewam, że dzisiaj jest 50 proc. droższy niż rosyjski. To jest kwestia polityczna, która stanowić będzie obciążenie dla klientów. My musimy wszyscy za ten kontrakt i za ten gazoport zapłacić w cenach gazu i to będzie dla Polski dosyć duże obciążenie – dodaje ekspert.

Terminal LNG w Świnoujściu jest już gotowy w ponad 60 procentach. Pozwoli na odbiór drogą morską nawet 7,5 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Z Kataru Polacy mają odbierać 1,5 miliarda metrów sześciennych rocznie już od przyszłego roku (do 2034 r.). Jeśli terminal nie zostanie oddany do użytku w grudniu 2014 roku, i tak Polska będzie musiała zapłacić Katarczykom za zamówiony od nich gaz.

Wzrost cen energii w Polsce jako skutek polityki klimatycznej UE

Polacy dotkliwiej niż inne unijne kraje, zwłaszcza te ze „starej piętnastki”, odczują skutki polityki klimatycznej UE. Może kosztować ona Polską gospodarkę nawet kilkanaście miliardów złotych rocznie, co przełoży się na ceny energii. To oznacza, że rentowność, jaki i konkurencyjność polskiego przemysłu na światowych rynkach znacznie się obniży.

– Rocznie za produkcję energii elektrycznej będziemy musieli zapłacić od kilku do kilkunastu miliardów złotych więcej niż bez polityki energetyczno-klimatycznej UE. Nakłady inwestycyjne na źródła o niższych emisjach będą w okresie 40 lat o około 300 mld zł większe – mówi Agencji Informacyjnej Newseria dr Bolesław Jankowski, wiceprezes firmy doradczej Badania Systemowe EnergSys i członek KIG.

Przypomina, że najważniejszym skutkiem tej polityki jest wzrost cen energii, który – według wyliczeń Krajowej Izby Gospodarczej – stanowi zagrożenie dla około 10 działów przemysłowych w Polsce zatrudniających 800 tys. pracowników.

Nawet takie unijne kraje, jak Niemcy, gdzie w ostatnich latach doszło do głębokiej transformacji energetycznej, chronią przedsiębiorców przed nadmiernymi kosztami. Rafał Bajczuk z Ośrodka Studiów Wschodnich wylicza, że w minionym roku cena energii elektrycznej w Niemczech dla gospodarstw domowych wzrosła o 10 proc., ale dla przemysłu o 7 proc.

– Nawet jeśli ceny energii w bogatszych krajach są średnio wyższe niż w Polsce, to są one w stanie stworzyć swojemu przemysłowi korzystniejsze warunki niż tu. Ze względu na to, że można większą częścią kosztów obciążyć gospodarstwa domowe. W efekcie np. cena energii elektrycznej dla przemysłu jest w Polsce wyższa niż w Niemczech – zwrócił uwagę Jankowski w czasie Forum Energia-Efekt-Środowisko organizowanym przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Wiceprezes EnergSys dodaje, że te ceny są w 10 biedniejszych krajach UE wyższe niż w unijnej „piętnastce”. Mimo że średnia cena energii w tamtych krajach jest wyższa. Podkreśla, że Polacy szczególnie dotkliwie odczują te zmiany, ze względu przede wszystkim na wyższą zamożność innych unijnych państw. Dodatkowo w przypadku krajów południowych potrzeby energetyczne są niższe.

– Bogatsze społeczeństwa pozwalają na to, że gospodarstwa domowe płacą więcej, a przemysł np. w Niemczech jest zwolniony z ponoszenia kosztów rozwoju energetyki odnawialnej. Można więc powiedzieć, że przemysł niemiecki używa i wykorzystuje brudną energię, bo nie partycypuje w rozwoju energetyki odnawialnej, podczas gdy polski przemysł bierze na siebie odpowiednią część kosztów z tym związaną – wyjaśnia dr Bolesław Jankowski.

Stąd postulat przedstawicieli energochłonnych branży, jak energetyczna, chemiczna czy cementowa i papiernicza, by zrezygnować z unijnej polityki energetyczno-klimatycznej. Krajowa Izba Gospodarcza zrzeszająca również takie firmy wylicza koszty prowadzenia tej polityki i lobbuje za wprowadzaniem zmian. W przypadku Polski sytuacja jest dodatkowo o tyle trudna, że produkcja energii w ok. 90 proc. oparta jest na węglu, co sprawia, że poziom emisji CO2 jest wysoki. To zaś zwiększa ceny energii.

– Ceny energii dla odbiorców komercyjnych, przemysłowych są w Polsce całkowicie wolne – zależą od warunków zawieranych umów i kontraktów. A te warunki zależą zapewne nie tylko od wolumenów pobieranej przez odbiorcę energii czy ogólnej sytuacji na rynku (stosunek popytu i podaży), ale też od zdolności negocjacyjnych obu stron – komentuje Agnieszka Głośniewska, rzeczniczka Urzędu Regulacji Energetyki.

Polacy boją się o swoją emeryturę, przewidują ubóstwo i brak bezpieczeństwa – to wynik badań przeprowadzonych przez Aegon

Zły stan zdrowia, ubóstwo i brak bezpieczeństwa – tak Polacy widzą swoją przyszłą emeryturę – wynika z badania przeprowadzonego przez Powszechne Towarzystwo Emerytalne Aegon. Polacy są największymi pesymistami spośród 12 społeczeństw, które wzięły udział w badaniu.

– Aegon PTE przeprowadził badanie w 12 krajach świata. Polska na tym tle wypada negatywnie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Hadyś, członek zarządu Aegon PTE. – Wprawdzie około połowa respondentów kojarzy emeryturę z czasem wolnym, ale taki sam odsetek również kojarzy ją z byciem w złym stanie zdrowia, byciem osobą niespełnioną i niezadowoloną. Jedna trzecia Polaków uważa, że na emeryturze będzie biedna.

Badanie pokazuje, że ponad dwie trzecie Polaków nie ma alternatywnego planu emerytalnego, chociaż niemal połowa (47 proc.) emerytów przechodzi na emeryturę wcześniej niż planowała, 70 proc. osób pracujących nie posiada alternatywnego planu zabezpieczenia finansowego na taką ewentualność.

Sytuacja emerytalna w Polsce uległa pogorszeniu, indeks przygotowania emerytalnego pokazuje spadek Polski z 4,96 na 4,63 w 10-punktowej skali.

– Nasze przygotowanie do emerytury jest gorsze w porównaniu z raportem z poprzedniego roku – mówi Marcin Hadyś. – Najbardziej optymistycznie na emeryturę patrzą Niemcy, Chińczycy i Amerykanie.

Raport pokazuje, że Polacy, spośród 12 ankietowanych nacji, najbardziej sceptycznie oceniają prawdopodobieństwo utrzymania dotychczasowego stylu życia na emeryturze. 81 proc. badanych Polaków uważa, że na emeryturze nie będzie w stanie utrzymać satysfakcjonującego poziomu życia, tylko 1 proc. ankietowanych jest pewna, że taki poziom utrzyma po przejściu na emeryturę.

Mimo sceptycyzmu i niepewności co do przyszłości na emeryturze, 61 proc. Polaków nie posiada żadnego planu, jak będzie wyglądać ich finansowa przyszłość po zakończeniu kariery zawodowej.

– Dwie trzecie ankietowanych nie wie, jakimi środkami finansowych będzie dysponować na emeryturze, nie planują tego. Miejsce na gromadzenie oszczędności dla nich coraz bardziej się kurczy. Około połowa badanych oczekuje, że będzie musiało kogoś utrzymywać, a jedna trzecia badanych oczekuje, że będzie takiego wsparcia potrzebowała w trakcie przebywania na emeryturze – stwierdza Marcin Hadyś.

68 proc. Polaków podkreśla, że do oszczędzania na emeryturze mogłaby ich zmotywować podwyżka wynagrodzenia, a 43 proc. – większe ulgi podatkowe dla produktów emerytalnych.

Raport o gotowości emerytalnej Polaków 2013 zrealizowano za pomocą ankiety on-line oraz wywiadów w terenie w styczniu i lutym br.

Rządowe plany przyszłości otwartych funduszy emerytalnych mamy poznać w ciągu dwóch miesięcy

– Szanse na to, że w sprawie OFE zapadnie decyzja, która nie pociągnie za sobą zniszczenia drugiego filaru, są niewielkie – mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu oceniając toczącą się dyskusję wokół systemu emerytalnego i propozycje rządu w tym zakresie. Proponuje czasowe zawieszenie składki do OFE, co pomogłoby rządowi poradzić sobie z poważnymi problemami finansów publicznych. Jednocześnie dałoby czas na poważne zastanowienie się nad reformą całego systemu emerytalnego.

Ministerstwo Finansów wspólnie z resortem pracy przedstawiło przed dwoma tygodniami raport na temat funkcjonowania OFE, a w nim trzy warianty proponowanych zmian. Jeden zakłada wycofanie środków, którymi OFE obraca dzisiaj na rynku obligacji i przekazanie ich do ZUS. Drugi daje ubezpieczonemu możliwość podjęcia decyzji, czy nadal chce przekazywać swoją składkę do OFE, czy też woli, by tymi środkami dysponował Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Wreszcie wariant trzeci, który pozwalałby dzielić składkę między OFE a ZUS.

– Cokolwiek by na ten temat nie mówiono, to sama treść, kształt raportu rządowego jednoznacznie wskazuje na to, że głównym motorem dokonywania zmian w finansowaniu OFE była sytuacja finansów publicznych – mówi Janusz Jankowiak.

Zdaniem głównego ekonomisty Polskiej Rady Biznesu żadna z przedłożonych propozycji nie jest propozycją optymalną. Należałoby dziś wziąć pod uwagę jeszcze inne rozwiązanie.

– Sytuacja finansów publicznych jest bardzo trudna w tej chwili i w związku z tym uważam, że można byłoby rozważyć wariant, o którym już dawno mówiliśmy, czyli wariant zawieszenia składki do OFE – mówi ekonomista.

Ten czas można byłoby wykorzystać na rzeczową dyskusję na temat kierunków zmian w systemie emerytalnym, z uwzględnieniem przede wszystkim zwiększenia efektywności funkcjonowania OFE.

– Realistycznie patrząc na tę dyskusję i rekomendacje, które rząd zawarł w swoim raporcie, niewielkie są szanse na to, by zapadła racjonalna decyzja, która nie pociągałaby za sobą zniszczenia drugiego filaru emerytalnego – dodaje Jankowiak.

Janusz Jankowiak, wspólnie z byłym ministrem finansów Mirosławem Gronickim opracowali raport na temat wpływu OFE na dług publiczny. Udowodnili w nim m.in., że gdyby nie OFE, dług publiczny Polski na koniec 2012 roku sięgnąłby 50,7 proc., a nie – jak szacuje ministerstwo – 38,1 proc.

Rządowe plany dotyczące reformy emerytalnej i przyszłości otwartych funduszy emerytalnych mamy poznać w ciągu dwóch miesięcy.

W 2013 r. rynek cloud computingu w Polsce będzie wart 300 mln zł

Dynamika rynku cloud computingu w Polsce utrzymuje się na nadal wysokim poziomie. W 2013 r. wynosić będzie 28%, pomimo spadku o 5 p.p. w stosunku do 2012 r. Obniżenie dynamiki nie oznacza jednak zmniejszenia zainteresowania klientów końcowych tym modelem. Wręcz przeciwnie, popyt z roku na rok jest coraz wyższy, a spadek dynamiki jest przede wszystkim wynikiem powiększenia bazy.

Według najnowszego raportu PMR „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2017”, wartość rynku cloud computingu w Polsce, obejmującego zarówno usługi wdrażane w modelu chmury prywatnej, jak i publicznej w 2012 r. wyniosła 234 mln zł. Rynek ten odznacza się wysoką dynamiką wzrostową, z roku na rok przekraczającą poziom 30%. Pomimo znacznych różnic w modelu wdrożenia oraz dostarczania technologii i poziomu jej adopcji przez firmy duże oraz małe i średnie, można nadal uznać, że jest to rynek młody. Przekłada się to, jak wspomniano, na wysoką dynamikę. W rezultacie, w 2013 r. rynek osiągnie wartość 300 mln zł.

Na polskim rynku cloud computingu przeważają przychody z chmury publicznej. Co więcej, udział tego segmentu w ostatnich paru latach odnotowywał tendencje wzrostowe. „Nie było to spowodowane spadkami wartości rynku w modelu chmury prywatnej, ale raczej wyższymi wzrostami przychodów dostawców z usług chmury publicznej”, twierdzi Zoran Vučković, autor raportu. W odniesieniu do klientów końcowych, na polskim rynku cloud computingu przeważają przychody z segmentu firm dużych, zatrudniających ponad 250 osób. Pomimo coraz większej penetracji usługami, wysokiego stopnia wirtualizacji serwerów oraz medialnego nagłaśniania, nadal jednak większość firm w Polsce z segmentu MŚP dopiero po raz pierwszy spotyka się z rozwiązaniami typu cloud computing.

Również dostawcy coraz bardziej poszerzają własne portfolio usług. Z jednej strony coraz większa liczba dostawców oprogramowania dołącza do swojej oferty usługi cloud computing. Z drugiej strony (na przykład w segmencie IaaS) dochodzi do ewolucji i dalszego rozwoju samych usług – od wirtualnych serwerów do oferowania bardziej zaawansowanych funkcji, jak na przykład przechowywanie plików w chmurze czy rozwiązania PaaS. Podobnie do sytuacji z poprzednich lat, nasilają się działania edukacyjne dostawców dotyczące samej technologii cloud computing. Działania te stopniowo przełamują obawy klientów końcowych, najczęściej związane z bezpieczeństwem. Skutkuje to z kolei coraz lepszym zrozumieniem technologii i jej poszczególnych modelów przez klientów końcowych, co przekłada się na wzrost zainteresowania technologią. Klienci coraz częściej rozumieją, jakie konkretnie korzyści biznesowe mogą odnieść dzięki zastosowaniu technologii przetwarzania danych w chmurze.

Według badania przeprowadzonego przez PMR na próbie 200 największych firm IT w Polsce w maju 2013 r., nadal kluczowym czynnikiem wpływającym na rozwój rynku cloud computingu w Polsce jest poszukiwane oszczędności przez firmy. Jako dominujący czynnik właśnie ten wymieniło 34% respondentów. W porównaniu z 2012 r. oznacza to wzrost znaczenia tego czynnika o 3 p.p. Na drugim miejscu znalazł się wzrost rynku mobilnego internetu, który wymieniło 26% badanych. Wśród pozostałych czynników należy wymienić względy bezpieczeństwa (23%), regulacje prawne (13%), przepustowość sieci telekomunikacyjnych (11%) oraz coraz większą ilość przetwarzanych danych (9%).

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2017”.

Getin Holding podpisał umowę przejęcia białoruskiego banku BBMB za 21,1 mln zł

Getin Holding S.A. zawarł warunkową umowę nabycia akcji Spółki Akcyjnej „Białoruski Bank Małego Biznesu” z siedzibą w Mińsku (Belarusian Bank for Small Business). Getin chce w ten sposób zwiększyć obecność na białoruskim rynku kredytów dla małych i średnich przedsiębiorców. Wcześniej w 2008 r. Getin przejął 75% akcji białoruskiego Sombelbanku za 4,5 mln euro koncentrującego się na sprzedaży kredytów gotówkowych.

Umowa została zawarta z następującymi akcjonariuszami Banku: Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju, International Finance Corporation, Nederlandse Financierings-Maatschappij Voor Ontwikkelingslanden N.V., Kreditanstalt Fuer Wiederaufbau, Swedfund International AB, Shorecap International Ltd. oraz Shorebank International Ltd. i dotyczy nabycia łącznie 287.689 akcji o wartości nominalnej 237.000 rubli białoruskich.

Celem nabycia Banku jest zwiększenie obecności na białoruskim rynku kredytów dla małych i średnich przedsiębiorców. Transakcja wpisuje się w ramy strategii działalności Getin Holding, zgodnie z którą głównym przedmiotem działalności Getin Holding jest działalność inwestycyjna polegająca na wyszukiwaniu i realizacji projektów inwestycyjnych na rynkach krajowych i zagranicznych, a następnie tworzeniu wartości w spółkach wchodzących w skład portfela inwestycyjnego poprzez nadzór i koordynację ich rozwoju.

Getin Holding aktywnie działa na rynkach Europy Wschodniej, gdzie posiada trzy banki oraz firmę leasingową. Idea Bank jest liderem ukraińskiego rynku kredytów samochodowych, natomiast białoruski Sombelbank koncentruje się na sprzedaży kredytów detalicznych. Ważną pozycję w międzynarodowej strukturze grupy Getin Holding zajmuje działająca w Rosji spółka Carcade, będąca jednym z liderów tamtejszego rynku leasingowego. W 2011 roku Getin Holding nabył, za pośrednictwem Carcade, działający na terenie Federacji Rosyjskiej Kubanbank.

MCI Management inwestuje w sklep internetowy Answear.com

MCI.TechVentures, fundusz z Grupy MCI inwestujący w spółki technologiczne na etapie wzrostu i ekspansji, zrealizował inwestycję w Wearco sp. z o.o., spółkę prowadzącą Answear.com, największy w Polsce oraz Europie Środkowo-Wschodniej multibrandowy sklep odzieżowy online, oferujący ponad 200 najpopularniejszych światowych marek odzieży, obuwia i akcesoriów.

Fundusz MCI.TechVentures obejmując mniejszościowy pakiet udziałów w Wearco, konsekwentnie realizuje strategię inwestycyjną zakładającą inwestycje w spółki posiadające pozycję lidera w wybranych segmentach rynku e-commerce, charakteryzujących się dużym potencjałem wzrostu.

– Answear.com, oferujący ponad 200 marek i 15 tys. produktów jest pierwszym projektem o tak dużej skali na rynku polskim, który może z sukcesem wykorzystać wysoką dynamikę wzrostu segmentu e-fashion – powiedział Sylwester Janik, Partner w MCI Management S.A. prowadzący projekt – Jednocześnie, spółka jest rozwijana przez doświadczonych przedsiębiorców, którzy odnieśli sukces nie tylko w zakresie budowy sieci tradycyjnych sklepów odzieżowych, lecz również wprowadzania własnych marek, co jest ważne dla zyskowności tego typu przedsięwzięć jak Answear.com – dodaje.

Answear.com to czwarta po Intymna.pl (lider segmentu sprzedaży bielizny online), KupiVIP.ru (lider sprzedaży odzieży online w Rosji w formule klubu zakupowego) oraz 21Diamonds.de (lider sprzedaży biżuterii i dodatków w Niemczech) spółka z segmentu e-fashion w portfelu inwestycyjnym MCI. TechVentures. Podobnie jak w przypadku trzech pierwszych inwestycji, zaangażowanie MCI w Answear.com nie ograniczy się tylko do inwestycji finansowej. Celem funduszu jest wsparcie zarządu spółki w zakresie realizacji strategii rozwoju zakładającej wzrost udziału w rynku w Polsce oraz krajach sąsiednich.

– Celem jest umocnienie pozycji rynkowej Answear.com w Polsce i wybranych krajach Europy Środkowo-Wschodniej w segmencie multibrandowych sklepów online. Jesteśmy przekonani, że dzięki pozyskaniu tak doświadczonego inwestora jakim jest fundusz MCI.TechVentures osiągniemy ten cel szybciej, m.in. poszerzając ofertę produktową dla klientów, zwiększając nakłady na promocję oraz wprowadzając własną markę”- powiedział Krzysztof Bajołek, Prezes i założyciel Wearco.

Polski rynek e-commerce charakteryzuje się dużym potencjał wzrostu. Wyniki badań wskazują, że w ubiegłym roku na zakupy w Internecie Polacy wydali 21 mld zł Według danych Forrester Research wartość e-handlu w Polsce wzrośnie w 2013 roku o 24 proc., dzięki czemu Polska będzie liderem w Europie pod względem dynamiki wzrostu. Równie optymistyczne są dane firmy Nielsen. Według jej badań branża internetowa zyskuje coraz większe zaufanie wśród Polaków, dzięki czemu w najbliższym czasie liczba klientów robiących zakupy w sklepach internetowych może zwiększyć się o blisko 25%.

O Wearco sp. z o.o., (Answear.com):

Spółka została założona w 2011 r. przez Krzysztofa Bajołka i zespół związany poprzednio z Artmanem (marki House i Mohito) i LPP. Answear.com to pierwsza multibrandowa platforma e-commerce w polskiej branży odzieżowej. Answear to połączenie sklepu internetowego i bogatej części lifestylowej, w obrębie której publikowane są sesje wizerunkowe i rekomendacje profesjonalnych stylistów. W 2011 r. otworzył swój pierwszy salon stacjonarny w kieleckiej galerii Echo. Wśród ponad 200 marek dostępnych w Answear znajdują się między innymi G-Star, Pepe Jeans, Scotch &Soda, Tom Tailor, Diesel, Tommy Hilfiger, Marco Polo, Calvin Klein, Melissa, Guess Jeans, Jack & Jones, Vero Moda, Nike Sportswear, Adidas, Desiquel, Clark, Vagabond, Onitsuka Tiger, Cheap Monday.

Według rankingu sklepów internetowych (edycja 2012) przygotowanego przez money.pl, Gazetę Wyborczą i portal wyborcza.biz, Answear.com zajął 1. miejsce w kategorii moda (odzież, obuwie, biżuteria).

Franczyzodawca nie może narzucać swoim partnerom sztywnych cen towarów – decyzja UOKiK

W grudniu 2012 r. Prezes UOKiK wszczęła postępowanie, w którym przeanalizowane zostały umowy stosowane przez spółkę Sfinks Polska oraz zasady, na podstawie których działa zarządzana przez nią sieć restauracji Sphinx. Pod tą marką działa 91 placówek, z czego 45 to restauracje franczyzowe, prowadzone przez niezależnych przedsiębiorców. Przeprowadzone postępowanie wykazało, że spółka zobowiązuje franczyzobiorców do stosowania sztywnych cen sprzedaży produktów w sieci restauracji Sphinx. Nie mogą oni również stosować akcji promocyjnych bez uprzedniej zgody Sfinks Polska. Porozumienie trwa nieprzerwanie od 2000 r. W tym czasie przedsiębiorcy nie mogli stosować innych cen niż ustalone ze spółką Sfinks Polska. Za złamanie zasad porozumienia groziły kary umowne, a nawet możliwość rozwiązania umowy.

Skutki porozumienia są odczuwalne również przez konsumentów, którym ograniczono możliwość zakupu w restauracjach sieci Sphinx po cenach niższych niż odgórnie narzucone.

Za udział w porozumieniu ograniczającym konkurencje grozi kara finansowa w maksymalnej wysokości do 10 proc. przychodu osiągniętego w roku poprzedzającym wydanie decyzji. Za zawarcie porozumienia ograniczającego konkurencję na spółkę Sfinks Polska została nałożona kara finansowa w wysokości 464 228,92 zł. Prezes Urzędu nakazała również zaprzestania stosowania niedozwolonej praktyki. Decyzja nie jest ostateczna, przysługuje od niej możliwość odwołania do sądu.

Decyzja UOKiK dotycząca ustalania cen w umowach franczyzowych jest jedną z niewielu wydanych dotychczas przez europejskie organy antymonopolowe. Warto jednak podkreślić, że nie oznacza ona zakwestionowania takiej formy współpracy pomiędzy przedsiębiorcami, która jest dozwolona, jednak zgodnie z prawem antymonopolowym podmioty gospodarcze prowadzące działalność na własny rachunek powinny mieć swobodę w samodzielnym kształtowaniu polityki cenowej. Dlatego też franczyzodawcy nie mogą ustalać stawek minimalnych i sztywnych, jakie mogą stosować ich partnerzy handlowi. Zgodne z prawem jest natomiast rekomendowanie określonych cen, pod warunkiem, że nie są one wiążące dla franczyzobiorcy. Dozwolone jest również ustalenie maksymalnych stawek, o ile sprzedawca może bez konsekwencji oferować konsumentom tańsze produkty lub usługi.

Komentarz dzienny, 12 lipca 2013

Najnowsze dane GUS o bilansie handlowym sugerują, że pomiędzy kwietniem i majem eksport zmniejszył się o 463 mln EUR zaś import zwiększył się o 218 mln EUR. Odpowiada to zmniejszeniu salda handlowego z 507 mln EUR do -173 mln EUR. Biorąc pod uwagę nasze wcześniej sformułowane prognozy, mają one wciąż rację bytu – rozbieżności rzędu 100-200mln EUR, czyli w wielkościach względnych do 1,5% to rozbieżności niewielkie, mieszczące się z dużą nawiązką w typowym zakresie rozbieżności danych GUS i NBP. Tym samym nie decydujemy się na zmianę naszej prognozy dotyczącej i bilansu handlowego i całego rachunku obrotów bieżących. Pozostają one na poziomie odpowiednio +211 mln EUR oraz około 0 mln EUR.

Reformy systemu ochrony zdrowia największym wyzwaniem dla branży farmaceutycznej

Aż 61 proc. przedstawicieli sektora farmaceutycznego i ochrony zdrowia boi się ryzyka, na jakie ich firmy są narażone w związku z reformami systemu ochrony zdrowia, które zostały przeprowadzane w wielu krajach. Choć połowa z nich upatruje w reformach szansy na rozwój, to jednocześnie 41 proc. przyznaje, że nie jest do tego przygotowana. To najważniejsze wnioski z globalnego badania „Health care reform and life sciences: Threat, opportunity or both?” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte.

Raport, który został przygotowany przy współpracy z The Economist Intelligence Unit, opiera się na wynikach ankiety przeprowadzonej wśród blisko trzystu przedstawicieli kadry kierowniczej spółek prowadzących działalność w sektorze farmaceutycznym i ochrony zdrowia.*

Przeprowadzona analiza The Economist Intelligence Unit pokazuje, że wydatki na opiekę zdrowotną rosną. Na przykład w tym roku publiczne i prywatne środki przeznaczone na ten cel wyniosą w Europie Zachodniej średnio ponad 4,3 tys. dolarów na osobę. Za trzy lata będzie to 4,6 tys. dolarów. W Europie Środkowej i Wschodniej kwoty te są cztery razy mniejsze (2013 r. – 945 dolarów, 2016 r. – 1.211 dolarów) i są porównywalne z krajami Ameryki Łacińskiej. Jednak trwający od kilku lat kryzys ekonomiczny i konieczność optymalizacji kosztów wymógł na rządach wielu państw reformy systemu ochrony zdrowia. W ostatnich latach przeprowadzono je m.in.: w USA, Wielkiej Brytanii, Chinach, Brazylii, Niemczech i Francji. „Zmiany na dużych rynkach w Europie, USA i Azji miały wpływ na sektor na całym świecie. Kryzys powoduje m.in. presję cenową wywieraną na firmy farmaceutyczne oraz zastępowanie leków patentowych przez tańsze preparaty generyczne” – mówi Agnieszka Sarna, Menedżer, zespół Doradztwa dla Sektora Farmaceutycznego i Ochrony Zdrowia Deloitte.

Dlatego największym wyzwaniem dla ponad 40 proc. przedstawicieli sektora farmaceutycznego i ochrony zdrowia są kontakty z niedawno powołanymi lub zreformowanymi agendami rządowymi, które często same jeszcze nie wiedzą w jaki sposób mają funkcjonować. Aż 43 proc. badanych firm przyznało, że zwiększyło budżety działów, które odpowiadają za kontakty ze stroną rządową.

Choć 41 proc. ankietowanych na drugim miejscu swoich priorytetów umieściło dostosowanie strategii biznesowej do nowych realiów, to jednocześnie podobny odsetek badanych przyznał, że podejście ich firm do zmieniającej się rzeczywistości jest bardziej reaktywne (41 proc.) niż strategiczne (20 proc.). Według raportu, dogłębne zrozumienie istoty przeprowadzanych reform oraz opracowanie globalnych planów działania to poważne wyzwanie dla wielu firm z tego sektora.

Raport wskazuje także, że celem reform systemu ochrony zdrowia w wielu krajach, obok optymalizacji kosztów czy zwiększenia dostępu pacjentów do rynku ochrony zdrowia, jest także nacisk na rozwój innowacyjności produktów medycznych i innych artykułów wytwarzanych przez spółki z tego sektora. Tak jest m.in. w Chinach, Brazylii czy Wielkiej Brytanii, w których firmy prowadzące działalność naukowo-badawczą mają łatwiejszy dostęp do finansowania lub preferencyjne stawki podatkowe. Zdaniem ekspertów Deloitte jest to szansa na rozwój dla branży farmaceutycznej i medycznej, które już teraz powinny zmodyfikować proces prowadzonych prac badawczo-rozwojowych, aby dostosować się do nowych warunków. Dostrzegają to także sami badani, spośród których aż 65 proc. deklaruje, że zmieniło lub zmieni swoje podejście do procesu innowacji w ciągu najbliższych trzech lat. Z kolei 58 proc. badanych woli dostosować swoje modele sprzedaży do nowych wymogów regulacyjnych.

Reformy wiążą się z istotnymi wyzwaniami, ale niemal połowa ankietowanych (47 proc.) dostrzega w nich również ogromne możliwości rozwoju. Dlatego 39 proc. respondentów stawia na tworzenie produktów spełniających wymagania reformowanych systemów ochrony zdrowia, w szczególności ukierunkowanych na realizację potrzeb pacjenta. Ponad jedna trzecia przedstawicieli branży farmaceutycznej (36 proc.) uważa, że szerszy dostęp do rynku stanowi jedną z głównych możliwości, jakie otwierają się przed nimi dzięki wdrożonym reformom.

„Reformy systemu ochrony zdrowia to temat globalny i dotyka również Europę Środkową, w tym Polskę. Aby sektor mógł je potraktować jako wyzwanie i szansę na rozwój musi podejść do nich elastycznie i strategicznie, a nie reaktywnie. Kluczem do sukcesu jest przygotowanie wszystkich działów w firmie na nadchodzące zmiany, a nie tylko koncentrowanie się na marketingu i sprzedaży” – podsumowuje Bartosz Krawczyk, Menedżer w dziale Konsultingu, Deloitte.

O badaniu:

W ankiecie wzięło udział 295 osób, z czego po 33 proc. pochodziło z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, 26 proc. z regionu Azji i Pacyfiku, a pozostała część z Bliskiego Wschodu, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Pięćdziesiąt osiem procent badanych pracuje dla firm, których globalne przychody roczne przekraczają 500 mln dolarów. Wszyscy ankietowani reprezentują sektor life sciences and health care – z czego największy odsetek, bo aż 36 proc. stanowią pracownicy sektora farmaceutycznego (badania i rozwój, produkcja, dystrybucja hurtowa), producenci urządzeń medycznych i pracownicy spółek diagnostycznych (20 proc.), usługodawcy (20 proc.) oraz przedstawiciele branży biotechnologicznej (13 proc.). Pozostali respondenci to przedstawiciele systemu ochrony zdrowia, dystrybucji i branży ubezpieczeń zdrowotnych. Stu dwudziestu ankietowanych to członkowie zarządów badanych firm.

Koszt zwolnienia pracownika w Polsce jest ponad dwa razy niższy niż w Europie Zachodniej

Polski pracodawca ponosi dużo niższe koszty związane ze zwolnieniem pracownika, niż zachodnioeuropejscy przedsiębiorcy. W krajach tzw. starej Unii wypowiedzenie umowy o pracę kosztuje pracodawcę ponad dwa razy więcej niż w Europie Środkowej i Wschodniej. Najdroższe kraje pod tym względem to Włochy i Belgia. Jednak w wielu państwach pod wpływem kryzysu ekonomicznego przepisy prawa pracy uelastyczniają się i dają zatrudniającym coraz większą swobodę – to najważniejsze wnioski z najnowszego badania „International Dismissal Survey” przeprowadzonego w 25 krajach Europy przez kancelarię prawniczą Deloitte Legal.

W związku ze spowolnieniem gospodarczym cała Europa boryka się z rosnącym bezrobociem. Ten problem nie ominął także Polski. W naszym kraju dodatkowo trwa dyskusja o korzyściach i wadach tzw. elastycznych form zatrudnienia, takich jak umowa o dzieło czy umowa zlecenie, które wypierają zatrudnienie na podstawie umowy o pracę. Polscy pracodawcy narzekają na wysokie koszty związane z utrzymaniem pracownika, jednak jak pokazuje badanie kancelarii prawniczej Deloitte Legal, Polska jest w czołówce krajów, w których koszt związany ze zwolnieniem osoby, która była zatrudniona na etacie na czas nieokreślony, jest jednym z najniższych.

W raporcie przyjęto jednakowe kryteria dla wszystkich 25 państw. Rozpatrywano dwa hipotetyczne przypadki radców prawnych z branży IT zatrudnionych na podstawie umowy o pracę zwolnionych z powodów leżących po stronie pracownika (np. naruszenie postanowień umowy o pracę, brak satysfakcji pracodawcy z wyników pracy pracownika) oraz z przyczyn ekonomicznych, tj. niezależnych od pracownika. Jeden z nich miał 35 lat, siedem lat stażu w tej firmie i roczną pensję podstawową w wysokości 60 tys. euro, drugi zaś był 49-latkiem z 11-letnim stażem i pensją w wysokości 120 tys. euro. Okazuje się, że Polska jest jednym z tych krajów, w których koszty zwolnienia pracowników w obu analizowanych przypadkach są jednymi z najniższych w Europie i wynoszą średnio 22 tys. euro (w przypadku 35-latka) i 41 tys. euro (49-latek). Podobne wyniki osiągnęły inne kraje regionu jak Czechy, Słowacja, Chorwacja czy Bułgaria, choć „najtańszym” państwem pod tym względem okazała się Łotwa. Dla porównania we Włoszech („najdroższego kraju”) w jednym z rozpatrywanych przykładów suma kosztów dla pracodawcy przekraczała 330 tys. euro.

„Włoskiego pracodawcę zwolnienie pracownika kosztuje najwięcej. W Europie Zachodniej koszty te w zależności od wysokości pensji i stażu pracy są średnio 2.3-2.7 razy wyższe niż w naszym regionie. Wynika to przede wszystkim z dłuższych okresów wypowiedzenia w umowach o pracę w krajach starej Unii oraz komplikacji regulacyjnych, które wymagają często ingerencji prawników, a to oczywiście zwiększa koszty po stronie zatrudniających” – tłumaczy Mariusz Śron, Radca Prawny, Partner Asscociate w kancelarii Deloitte Legal, Pasternak, Korba i Wspólnicy.

Porównanie 25 państw pokazało, że w 80 proc. z nich nie ma różnic lub są one minimalne pomiędzy kosztami pracodawcy ponoszonymi przy wypowiedzeniu z przyczyn leżących po stronie pracownika i z przyczyn ekonomicznych. Polska jest jednak wśród tych państw, gdzie takie różnice występują (oprócz naszego kraju są to także Dania, Czechy, Bułgaria i Słowacja). Są one związane głównie z koniecznością dodatkowej wypłaty w postaci odpraw pieniężnych przy wypowiedzeniu z przyczyn ekonomicznych, których nie uwzględniają przepisy Kodeksu Pracy odnoszące się do wypowiedzenia umowy o pracę z powodów zależnych od pracownika. Czechy są przykładem kraju, gdzie odprawa może podnieść koszty zwolnienia nawet więcej niż dwukrotnie.

We wszystkich omawianych przypadkach koszty wypowiedzenia są zależne od stażu pracy, zgodnie z zasadą: im więcej przepracowanych lat w danej firmie tym dłuższy okres wypowiedzenia i dłuższy obowiązek pracodawcy do wypłaty wynagrodzenia należnego zwalnianemu pracownikowi. Zgodnie z polskim Kodeksem Pracy jeżeli osoba mająca umowę na czas nieokreślony przepracowała w danym miejscu mniej niż sześć miesięcy należy jej się dwa tygodnie wypowiedzenia, powyżej pół roku do trzech lat – jeden miesiąc, a dla pracownika ze stażem większym niż trzy lata – trzy miesiące. Polska, podobnie jak inne kraje naszego regionu nie jest dla zatrudnionych pod tym względem zbyt hojna. Najkrótsze okresy wypowiedzenia, nieprzekraczające miesiąca, obowiązują m.in. na Łotwie i w Rumunii. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Skandynawii, gdzie mogą trwać nawet do sześciu miesięcy, co oczywiście podnosi koszty po stronie pracodawcy. Ciekawym przypadkiem jest Wielka Brytania, w której obowiązuje system prawa precedensowego gdzie przyjmuje się, że na każdy przepracowany rok przypada tylko tydzień wypowiedzenia, ale łącznie nie więcej niż 12 tygodni, co w praktyce sprawia, że Wielka Brytania jest krajem, w którym obowiązuje najkrótszy w Europie, 1 –tygodniowy okres wypowiedzenia dla pracownika zatrudnionego na podstawie umowy o pracę, który przepracował u danego pracodawcy okres krótszy niż jeden rok.

Duże różnice pomiędzy krajami europejskimi są także w przypadku wysokości odprawy pieniężnej. Polska i jej sąsiedzi także pod tym względem są niezwykle oszczędni. Polak w zależności od stażu może liczyć na odprawę w wysokości do trzech miesięcznych wypłat. Tymczasem na przykład jeszcze do niedawna pracownik w Hiszpanii miał prawo nawet do 12-miesięcznej odprawy, a Włoch mógł liczyć na jednomiesięczną rekompensatę za każdy przepracowany rok.

„W Hiszpanii jeszcze do niedawna pracodawca praktycznie nie miał możliwości zwolnienia pracownika, a nawet jeśli mu się to udało, wiązało się to z obowiązkiem wypłaty ogromnych sum, Wzrost bezrobocia i sytuacja ekonomiczna w tym kraju zmusiły ustawodawców do zmiany regulacji na rynku pracy. W tej chwili tamtejsze prawo pracy idzie w kierunku większego uelastycznienia poprzez szereg radykalnych reform, co ma przynieść pozytywny impuls na rynku, na którym co czwarta osoba nie ma zatrudnienia. Podobne trendy obserwujemy także we Włoszech” – wyjaśnia Marta Jóźwiak, Starszy Prawnik w Deloitte Legal. W niektórych krajach skandynawskich oraz Europy Zachodniej (Niemcy, Holandia, Belgia) pracownik w ogóle nie ma prawa do odprawy, chyba że ma ją wcześniej wpisaną w umowie o pracę. Przykładem skrajności w drugą stronę może być np. Szwecja, w której obywatele nie mają co prawda przyznanego prawa do odprawy na gruncie obowiązujących przepisów, ale w praktyce, w umowie o pracę strony z reguły decydują się na umowne prawo do odprawy w wysokości od 6 do nawet 15 miesięcznych pensji. Interesujące może być rozwiązanie przyjęte przez węgierskiego ustawodawcę w styczniu bieżącego roku polegające na możliwości wprowadzenia w umowie o pracę klauzuli zobowiązującej pracodawcę i pracownika do nierozwiązywania umowy o pracę przez okres 1 roku.

Z punktu widzenia pracownika najmniej korzystne prawo pracy funkcjonuje w Belgii, gdzie pracodawca ma niemalże władzę absolutną, np. nie musi podawać przyczyny zwolnienia pracownika. W kraju tym jednocześnie prawo w sposób wyraźny inaczej traktuje pracowników umysłowych i fizycznych. Zwolnienia tych pierwszych wiążą się z dużo większymi odszkodowaniami, co powoduje, że Belgia jest drugim najdroższym krajem pod względem wypowiedzenia umów o pracę.

O badaniu:
Raport „International Dismissal Survey” został opracowany przez zespół Deloitte Legal w Belgii. Badanie przeprowadzono w 25 krajach Europy: Austria, Azerbejdżan, Belgia, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Dania, Niemcy, Finlandia, Francja, Węgry, Włochy, Łotwa, Litwa, Norwegia, Niderlandy, Polska, Rumunia, Rosja, Słowacja, Słowenia, Hiszpania, Szwecja, Szwajcaria oraz Wielka Brytania.

Analitycy Domu Maklerskiego DI BRE: obligacyjny wariant reformy OFE najlepszy dla rynku akcji

Reforma OFE wydaje się być nieunikniona. Eksperci Domu Maklerskiego DI BRE przeanalizowali wszystkie opcje i ich potencjalne skutki ekonomiczne. Inwestorzy giełdowi powinni trzymać kciuki za wariant obligacyjny lub liczyć na to, że niewielu ubezpieczonych zdecyduje się na transfer środków do ZUS.

Główne cele reformy jakie stawia rząd to obniżenie wskaźników zadłużenia w relacji do PKB (pozwoliłoby to na obniżenie kosztów finansowania deficytu i zmniejszenie premii płaconej do kredytów detalicznych i korporacyjnych), zmiana modelu zarządzania w OFE na zbliżony do modelu TFI, utrzymanie gwarancji minimalnej emerytury oraz wprowadzenie zasady „suwaka bezpieczeństwa”, zgodnie z którą wypłaty emerytur powinny być realizowane przez ZUS, co oznacza, że zgromadzone oszczędności byłyby, przed wejściem ubezpieczonego w okres emerytalny, stopniowo tam transferowane.

Najszybszy we wdrożeniu byłby wariant obligacyjny – nie wymaga dużej liczby aktów wykonawczych jak pozostałe propozycje. Znana byłaby też wysokość aktywów, które przejąłby ZUS – rząd nie ryzykowałby, że zbyt mały odsetek uczestników OFE zdecyduje się na zmianę. Brak limitu inwestycji w akcje (obecnie wynosi 47,5 proc.), możliwość inwestowanie przez OFE w większość komercyjnych instrumentów finansowych oraz zniesienie mechanizmu minimalnej stopy zwrotu i uzupełniania niedoboru sprawiają, że wariant obligacyjny wydaje się być najkorzystniejszy dla rynku akcji. Obecnie składka do OFE to 2,8 proc. wynagrodzenia, alokowana w różne klasy aktywów. Jest to bardzo pozytywny scenariusz dla akcji, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost limitu alokacji w akcje zagraniczne do 30 proc oraz wprowadzenie „suwaka bezpieczeństwa”, który automatycznie spowoduje przepływ części środków do ZUS.

– Wariant obligacyjny jest najprostszy technicznie – byłby najszybciej zaimplementowany. Co więcej, rząd uniknąłby ryzyka „efektu nacjonalizacji” przedsiębiorstw notowanych na giełdzie. OFE pozostałyby ważnym elementem w budowaniu rynku kapitałowego i wzrostu gospodarczego – mówi Michał Marczak, szef analityków Domu Maklerskiego DI BRE. – Ten scenariusz wydaje się być wyjściem najbardziej optymalnym, uwzględniającym interesy różnych stron.

Warianty zakładające dobrowolność rezygnacji z OFE są dla rządu najbardziej atrakcyjne z politycznego punktu widzenia. Decydujący głos oddany w ręce społeczeństwa zapewni rządzącym większą przychylność przed zbliżającymi się wyborami (bezpośrednia ingerencja w system emerytalny mogłaby nieść za sobą spadek poparcia dla Platformy Obywatelskiej). Co więcej, potencjalnie aktywa ZUS mogą zostać zasilone większą kwotą niż w przypadku wariantu obligacyjnego. Jeżeli ponad 53 proc. osób (proc. aktywów netto) zdecyduje się na zamianę OFE na ZUS, rząd będzie tego beneficjentem. W przypadku wariantu „dobrowolność plus” przepływ środków do ZUS byłby, zdaniem analityków Domu Maklerskiego DI BRE, niemal stuprocentowy – liczba osób zainteresowanych przymusowym odkładaniem dodatkowych 2 proc. wynagrodzenia będzie niska. Taki scenariusz miałby negatywne skutki dla rynku akcji (w jakim stopniu – zależałoby od skali napływu nowego kapitału – wysokości transferów i limitów). W wariancie dobrowolnym wszystko zależałoby od tego, jaki odsetek ubezpieczonych zdecydowałaby się na przejście do ZUS oraz od innych czynników takich jak limit inwestycji w akcje. Stąd trudność w jednoznacznej ocenie wpływu tego wariantu na rynek akcji.

Przy niskich transferach do ZUS i wysokich limitach – będzie on pozytywny, w sytuacji wysokich transferów i niskich limitów – negatywny. Przy limicie inwestycji w akcje na poziomie 47,5 proc., nawet gdy jedynie 30 proc. aktywów OFE transferowanych jest do ZUS, ten nie jest w stanie wymienić wszystkich posiadanych akcji na inne bardziej płynne aktywa. ZUS/FRD same zarządzałyby portfelem lub przekazywały akcje w zarządzanie do instytucji finansowych (przy czym dokument opublikowany przez ministerstwa wyraźnie mówi o ich upłynnieniu – nawis podażowy). W przypadku braku limitu ograniczającego inwestycje OFE w akcje, ZUS dokonywałby maksymalnej zamiany akcji na inne aktywa. Przy takim założeniu, do 60 proc. aktywów transferowanych do ZUS oznacza, że w I filarze nie ma problemu portfela akcyjnego. De facto scenariusz ten nie różni się od wariantu obligacyjnego.

Niepewność inwestorów może potrwać jeszcze kilka miesięcy. Kolejny krok to skierowanie projektów do konsultacji społecznych (najprawdopodobniej potrwa to 30 dni). Po tym czasie rząd powinien podjąć ostateczną decyzję o wyborze konkretnego wariantu. Rozpocznie się proces opracowywania aktów prawnych umożliwiających przeprowadzenie reformy, a następnie konieczne będzie przeprowadzenie procesu legislacyjnego. Ostatnią fazą, ale tylko w przypadku scenariuszy dobrowolności, jest okres, w którym klienci OFE będą musieli określić czy chcą pozostać w prywatnym systemie, czy przejść do ZUS (ok. 3 miesiące).

W 2012 roku trzykrotnie wzrosła ilość ataków internetowych na małe i średnie firmy

Cyberprzestępczość dotyka nie tylko duże korporacje czy instytucje rządowe. Coraz częściej ofiarami ataków w sieci padają również małe i średnie przedsiębiorstwa. Tymczasem prawie 70 proc. przedstawicieli małych firm nie wierzy lub nie wie, że naruszenie bezpieczeństwa danych spowoduje skutki finansowe lub negatywnie wpłynie na wiarygodność ich biznesu. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte właściciele małych firm powinni inwestować w szkolenie pracowników i wypracować procedury, których przestrzeganie zapewni im bezpieczeństwo w sieci.

W przygotowanym przez firmę Symantec 18 wydaniu „Raportu o zagrożeniach bezpieczeństwa w internecie” (Internet Security Threat Report — ISTR) ujawniono, że w 2012 r. aż o 42% wzrosła liczba ataków ukierunkowanych. Ataki te, stworzone po to, by wykradać własność intelektualną,coraz częściej dotyczą też sektora przemysłowego oraz małych firm (31% wszystkich przypadków). Małe firmy są nie tylko atrakcyjnym celem same w sobie, ale też umożliwiają cyberprzestępcom dotarcie do większych przedsiębiorstw, będąc elementem łańcucha dostaw. Z raportu wynika też, że nie tylko firmy, ale także pracownicy są narażeni na zagrożenia internetowe – przede wszystkim ataki typu „ransomware” oraz ataki na urządzenia mobilne.

„Tegoroczny raport ISTR pokazuje, że przestępcy nie zwalniają tempa i wynajdują nowe sposoby wykradania informacji z firm każdej wielkości.” — powiedziała Jolanta Malak, Country Manager, Symantec Poland. „Zaawansowanie ataków wynika z coraz większej złożoności systemów informatycznych; jak wirtualizacja, mobilność i rozwiązania w chmurze. Co jednocześnie wymaga ze strony firm proaktywnego podejścia do bezpieczeństwa – profilaktycznych działań oraz kompleksowych rozwiązań ochronnych”.

W 2012 roku najczęstszymi ofiarami ataków internetowych we wszystkich sektorach byli eksperci, którzy posiadają dostęp do własności intelektualnej (27%) oraz specjaliści ds. sprzedaży (24%). Tym samym wyprzedzili oni kadrę kierowniczą

Instytut Ipsos Reid przeprowadził badanie wśród amerykańskich przedstawicieli tzw. small biznesu na zlecenie Shred-it, firmy zajmującej się bezpieczeństwem danych. Badanie pokazało, że cyberataki nie są zagadnieniem, do którego przedsiębiorcy przywiązują nadmierną wagę, co więcej są zupełnie nieświadomi istniejących zagrożeń i są pasywni w przeciwdziałaniu im. „W powszechnej opinii ofiarami cyberprzestępców padają tylko wielkie korporacje, banki i instytucje finansowe. Tymczasem ataki w sieci i naruszenia danych mogą dotknąć nawet najmniejszą firmę. W dzisiejszej globalnej rzeczywistości nikt nie jest bezpieczny” – wyjaśnia Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem, Deloitte.

Tymczasem badanie nie pozostawia złudzeń. Bezpieczeństwo danych zajmuje dalekie miejsce na liście priorytetów małych firm. Aż 40 proc. z nich nie ma wdrożonych procedur i mechanizmów służących do bezpiecznego przetwarzania i niszczenia danych. Jest to tendencja rosnąca, gdyż w analogicznym badaniu rok wcześniej wynik ten był o pięć pp. niższy. Dotychczasowe doświadczenia wyraźnie wskazują, że bardzo często najsłabszym ogniwem w zabezpieczaniu danych są ludzie – pracownicy danej organizacji. Dlatego wiele koncernów przywiązuje dużą wagę do szkolenia swoich zespołów. Niestety ponad jedna trzecia małych firm tego nie robi. A w prawie połowie firm (48 proc.) nie ma wyznaczonej osoby, która byłaby odpowiedzialna za zarządzanie bezpieczeństwem danych.

Szefowie małych firm nie dysponują też jasno sprecyzowanymi regulacjami opisującymi m.in. konsekwencje wyciągane wobec osób, które naruszą zasady bezpieczeństwa informacji. Właściwymi zapisami w regulaminach może się pochwalić jedynie 18 proc. mniejszych przedsiębiorstw. Małe firmy nie są też w stanie w skuteczny sposób obserwować swojego łańcucha dostaw i nie przeprowadzają analizy ryzyka. Problem pojawia się nawet przy aktualizacji programów antywirusowych, których przestarzałe wersje nie są żadną przeszkodą dla cyberprzestępców.

„Jeśli świadomość związana z zagrożeniami w cyberprzestrzeni jest na tak niskim poziomie w USA, to można przypuszczać, że w Polsce te wyniki są jeszcze gorsze. To bardzo niepokojące, biorąc pod uwagę, że według danych GUS wśród wszystkich zarejestrowanych przedsiębiorstw ponad 98 proc. stanowią właśnie te mikro i małe. Pod względem bezpieczeństwa danych jest to przestrzeń w Polsce zupełnie niezbadana” – podkreśla Cezary Piekarski.

Co w takim razie powinni zrobić mniejsi przedsiębiorcy? Podobnie jak wielkie koncerny, muszą na bieżąco analizować zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny przepływ danych. Poza tym niezbędne jest ustalenie odpowiednich procedur i zasad postępowania oraz regularne szkolenie pracowników. „Konieczne jest wdrożenie odpowiednich środków ochrony, ale także wypracowanie takiej kultury biznesu, która pozwoli na przeciwdziałanie potencjalnym atakom. Duże znacznie ma również wymiana doświadczeń związanych z cyberprzestępczością w ramach organizacji branżowych” – podsumowuje ekspert.

Polska awansowała na 2 miejsce w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) pod względem ilości komputerów-zombie, nazywanych również botami. Terminem „bot” określa się komputer, który wykonuje polecenia cyberprzestępców i może służyć do wysyłania spamu na masową skalę, wyłudzania danych czy przeprowadzania ataków na inne cele w internecie. Ponadto Polska jest 7. państwem na świecie pod względem liczby zagrożeń komputerowych. Biorąc pod uwagę jedynie państwa regionu EMEA, nasz kraj plasuje się w pierwszej dziesiątce, m.in. w obszarze przechowywania stron wyłudzających dane (6. miejsce), pochodzenia spamu wysyłanego przez komputeryzombie (7. miejsce) oraz ataków sieciowych (8. miejsce).

Sytuacja biur podróży w świetle nowych przepisów dotyczących podwyższenia kwoty gwarancji

Z badań zleconych przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wynika, że strach przed upadkiem biura podróży powoduje, że konsumenci często rezygnują z wakacji zorganizowanych przez touroperatorów na rzecz indywidualnych wyjazdów. Również zmiany przepisów, zdaniem rzeczniczki UOKiK, mogą sprawić, że część biur upadnie. Dotyczy to szczególnie tych touroperatorów, którzy nie będą w stanie spełnić wymogów związanych z wyższymi kwotami gwarancji.

– Zmieniane są przepisy, czyli podwyższana jest kwota gwarancji, która jest obowiązkowa w przypadku świadczenia usług turystycznych. Stąd też pewnie część biur podróży, które być może nie są w stanie spełnić tych warunków finansowych będzie po prostu znikać z rynku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Małgorzata Cieloch, rzeczniczka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

To, co konsumenci mogą zrobić, to przede wszystkim sprawdzić biuro podróży, np. w izbach turystycznych, w których zrzeszeni są dani przedsiębiorcy.

– Na stronach Ministerstwa Sportu i Turystyki sprawdzamy w rejestrze, czy nasze biuro podróży działa legalnie, czy posiada licencję na prowadzenie działalności gospodarczej. Można tam również zerknąć na wszelkiego rodzaju zabezpieczenia finansowe i gwarancje, czy biuro posiada pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej w tych rejonach, do których się wybieramy – informuje Małgorzata Cieloch.

Marszałek województwa może kontrolować podległe mu biura podróży. I często ma aktualne informacje o stanie finansowym biura podróży, ale też o różnego rodzaju skargach czy nieprawidłowościach napływających od klientów. Dlatego jest to kolejny adres, gdzie można choćby telefonicznie sprawdzić danego touroperatora.

– Tak samo, jak wertujemy katalogi czy foldery, które otrzymujemy od touroperatorów, również wertujemy wnikliwie umowę. Niestety bardzo często turysta dość długo wybiera kierunek, wybiera hotel, ale niestety nie zwraca uwagi na umowę, którą podpisuje – mówi Małgorzata Cieloch.

Choć świadomość Polaków w tym zakresie rośnie. Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez UOKiK, prawie połowa (46,1 proc.) respondentów czyta umowy przed wyborem biura podróży i sprawdza, czy wszystkie zawarte w nich warunki są zgodne z prawem, podczas gdy rok temu była to zaledwie jedna trzecia (29 proc.).

Zanim dojdzie do podpisania umowy należy więc sprawdzić, czy nie znalazły się w niej zapisy, dzięki którym przedsiębiorca może uniknąć odpowiedzialności.

– Na przykład biuro podróży informuje nas w którymś z warunków, że nie ponosi odpowiedzialności za zaginiony bagaż, a jest to niezgodne z prawem. Czytając umowę warto zwracać uwagę na tego typu wyłączenie odpowiedzialności. Im jest ich mniej, tym lepsza umowa dla konsumenta – przestrzega rzeczniczka UOKiK.

Doradza też, by przy podpisywaniu umowy zwrócić uwagę na wszelkiego rodzaju warunki, które dotyczą reklamacji wycieczki: im prostsze, tym lepiej dla klientów.

Z ankiety UOKiK wynika, że zaledwie co czwarty konsument wie, że prawo do reklamacji nieudanego wyjazdu dotyczy także ofert last i first minute. Ponadto zaledwie co dziesiąty turysta wie, ile ma czasu na zgłoszenie zastrzeżeń organizatorowi. Zgodnie z prawem na reklamację nieudanej wycieczki jest 30 dni od dnia jej zakończenia, zaś podstawą do jej złożenia może być np. zgubiony bagaż, gorszy standard hotelu, monotonny jadłospis, a nawet hałas w nocy. W oszacowaniu odszkodowania pomocna jest tzw. tabela frankfurcka, dzięki której można oszacować określić wysokość obniżenia ceny wycieczki za nienależyte wykonanie usługi turystycznej.

Cena złota osiągnęła najniższy poziom od trzech lat. Jakie są dalsze prognozy?

Jeszcze na początku roku cena złota wahała się w okolicach 1650 dolarów za uncję. Dziś to ok. 1250 dolarów, co jest najniższym poziomem od trzech lat. Wśród przyczyn eksperci wymieniają oczekiwane zakończenie programu luzowania polityki monetarnej amerykańskiej Rezerwy Federalnej, jak również mniejszy popyt inwestycyjny.

– Często słychać takie opinie, że skoro notowania złota spadły już tak bardzo, to jest okazja, żeby złoto teraz kupować. Ja bym się z tym wstrzymywała, przynajmniej na razie, ponieważ notowania złota, w mojej opinii, mają jeszcze pole do spadków. Widać jeszcze, że popyt na złoto jest słaby i dalsze spadki nie są wykluczone, zwłaszcza jeżeli zobaczymy wzrost notowań amerykańskiego dolara – mówi Dorota Sierakowska, analityk Domu Maklerskiego BOŚ.

To zależy przede wszystkim od decyzji Fed. Obecnie amerykańska Rezerwa Federalna skupuje w ramach operacji otwartego rynku obligacje o wartości 85 mld dolarów miesięcznie. Ma to na celu zmniejszenie bezrobocia i uratowanie gospodarki przed recesją. Jednak 20 czerwca prezes Fedu, Ben Bernanke, zasugerował możliwość odejścia w przyszłości od tej polityki, co doprowadziło do wzrostu cen dolara, a w konsekwencji również spadku kursu złota. Inwestorzy przestają postrzegać żółty kruszec jako ochronę przed inflacją.

W opinii Sierakowskiej, w dłuższej perspektywie czasowej ponownie zobaczymy wzrosty cen złota, więc dla długoterminowych inwestorów to odpowiedni moment na kupno.

– Możliwość spadków jest ograniczona – mówi analityk DM BOŚ. – Jeżeli złoto będzie zbyt tanie, to kopalnie przestaną wydobywać rudę złota, gdyż będzie to dla nich nieopłacalne. Spadek podaży złota doprowadzi zaś do wzrostu jego ceny. Opłacalność wydobycia złota jest niejednakowa w różnych kopalniach. W niektórych wydobycie jest nieopłacalne już w okolicach 1200 dolarów za uncję, w innych zaś koszt wydobycia to około 500 dolarów, więc te kopalnie mogą wydobywać przy obecnych cenach za 31,3 gram.

Rekordowa wyprzedaż

Jednak obniżka cen złota rozpoczęła się długo przed 20 czerwca.

– Mamy mniejszy popyt inwestycyjny na złoto. Mniej inwestorów jest teraz zainteresowanych jego kupnem. Widzimy, że odwracają się inwestorzy z Zachodu, inwestorzy amerykańcy czy europejscy wycofują swoje aktywa z funduszy ETF, które są najpopularniejszym sposobem inwestowania w złoto za granicą. Wykrusza się też popyt azjatycki, który tradycyjnie podtrzymywał ceny – wyjaśnia Sierakowska.

Do spadku popytu azjatyckiego przyczyniają się obawy Hindusów i Chińczyków dotyczące spadku cen żółtego metalu. A także zwiększenie ceł na import złota przez indyjski rząd.

– Obserwujemy bardzo duży spadek w skali ostatnich lat – mówi ekonomistka. – W 2013 r. cena złota spadła już o 28 proc. Natomiast w samym tylko drugim kwartale notowania złota spadły o jedna czwartą, więc skala wyprzedaży faktycznie jest imponująca.

Nowe przepisy KE w zakresie kontroli żywności, będzie bezpieczniej i bardziej przejrzyście

Proponowane przez Komisję Europejską zmiany w przepisach dotyczących rynku rolno-spożywczego przyniosą firmom korzyści w postaci zmniejszenia obciążeń administracyjnych, efektywniejszych procedur oraz środków służących finansowaniu kontroli i zwalczania chorób zwierząt i szkodników roślin. Z kolei konsumenci skorzystają dzięki bezpieczniejszym produktom oraz skuteczniejszemu i bardziej przejrzystemu systemowi kontroli żywności.

Komisja Europejska przyjęła w maju br. pakiet środków służących skuteczniejszemu egzekwowaniu norm zdrowia i bezpieczeństwa rynku rolno-spożywczego. Obecny zbiór przepisów UE w tym zakresie liczy 70 aktów prawnych. Pakiet reform zmniejszy tę liczbę do 5 aktów prawnych, a także ograniczy biurokrację w procedurach dotyczących rolników, hodowców i podmiotów prowadzących przedsiębiorstwa spożywcze (producentów, przetwórców i dystrybutorów), aby ułatwić im prowadzenie działalności.

– Zamiast 70 aktów prawnych mających różną rangę: rozporządzeń, decyzji, dyrektyw czy zaleceń KE obejmujących cały obszar rolnictwa w zakresie zdrowia zwierząt i zdrowia roślin otrzymamy w zamian 5 rozporządzeń, 1500 stron zostanie zredukowane do 500. Również sposób i język, w jakim zostały napisane będzie bardziej czytelny i klarowny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Paweł Skublicki z Dyrekcji Generalnej ds. Zdrowia i Konsumentów Komisji Europejskiej. – Nowe przepisy mają ułatwić posługiwanie się nimi przez organy urzędowe, organy nadzoru, jak również przez rolników, farmerów zaangażowanych bezpośrednio w produkcję w sektorze rolnym.

Zmiany w kontroli

Nowe przepisy w zakresie kontroli są oparte na ocenie ryzyka, co pozwoli właściwym organom skoncentrować się przede wszystkim na najpilniejszych kwestiach.

– Do tej pory organy nadzoru musiały docierać do tych miejsc, gdzie kontrole były konieczne i do tych, gdzie kontrole nie były potrzebne. Wprowadzenie nowego systemu spowoduje, że priorytet kontroli będzie dotyczył tych zagadnień, które są ważne, które stanowią zagrożenie. Podmioty, których produkcja lub których produkty stanowią o nikłym zagrożeniu również będą w dalszym ciągu pod kontrolą – stwierdza Paweł Skublicki.

Przejrzysty będzie także system finansowania kontroli producentów żywności. Mikroprzedsiębiorstwa będą zwolnione z opłat, służących finansowaniu kontroli, ale nie z samych kontroli.

– Organy nadzoru będą musiały zaprezentować, na co i w jaki sposób wydają pieniądze i za co pobierają pieniądze. Tym samym będą obowiązywały przejrzyste zasady dla wszystkich graczy na rynku producentów żywności – mówi Paweł Skublicki.

Cały system kontroli będzie kosztował 1,8 mld zł.

– W okresie 2014 – 2020 wydatki będą stopniowo rosły od 253 mln euro rocznie do 286 mln euro rocznie. Będą to pieniądze, które zostaną przeznaczone na koszt kontroli w tych trzech obszarach, czyli zdrowia zwierząt, zdrowia roślin oraz roślinnego materiału reprodukcyjnego – podsumowuje Paweł Skublicki.

Zdrowie zwierząt i roślin

W pakiecie wprowadzony zostanie jeden akt prawny regulujący kwestię zdrowia zwierząt w UE, w oparciu o zasadę „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Jego celem jest stworzenie wspólnego systemu służącego lepszemu wykrywaniu i zwalczaniu chorób oraz opanowywaniu zagrożeń dla zdrowia i bezpieczeństwa żywności i paszy. Ulepszony system umożliwi rolnikom i weterynarzom szybkie reagowanie na wystąpienie choroby i ograniczenie jej rozprzestrzeniania oraz minimalizację jej wpływu na konsumentów i zwierzęta. System ma być elastyczny i pozwoli dostosować środki dotyczące zdrowia zwierząt do różnej wielkości i różnych rodzajów zakładów (np. małych i średnich przedsiębiorstw, gospodarstw rekreacyjnych itd.) oraz do różnych warunków lokalnych.

Wartość upraw w UE wynosi 205 miliardów euro rocznie. Bez ochrony, jaką dają przepisy dotyczące zdrowia roślin, sektor ten ponosiłby poważne szkody gospodarcze. Większy nacisk zostanie położony na obciążony wysokim ryzykiem przywóz z państw trzecich. Lepiej ma funkcjonować również nadzór nad występowaniem ognisk nowych gatunków szkodników i ich wczesne zwalczanie oraz odszkodowania dla hodowców, którzy ucierpieli z powodu takich szkodników.

– Będzie dużo łatwiejszy dostęp do materiału roślinnego, który służy do reprodukcji. Do tej pory wszystko podlegało bardzo ścisłym zasadom rejestracji, która zajmowała bardzo dużo czasu. W tej chwili sporo zadań w ramach nowego pakietu będzie przekazane podmiotom, które będą mogły wykonywać te działania tylko i wyłącznie pod nadzorem organów nadzoru, to automatycznie skróci kolejki do uzyskania rejestracji – mówi Paweł Skublicki.

W pakiecie zmian zaproponowanych przez Komisję Europejską przewidziano także bardziej uproszczone i elastyczne przepisy dotyczące wprowadzania do obrotu nasion i innych materiałów przeznaczonych do reprodukcji roślin. Stosowanie nasion w ogrodach prywatnych nie jest objęte przepisami UE, zatem ich właściciele będą mogli nadal kupować dowolne materiały roślinne i sprzedawać nasiona w małych ilościach, nie podlegając przepisom proponowanego przez Komisję Europejską rozporządzenia.

Omawiane zmiany mają wejść w życie w 2016 r.

Apel polskich naukowców wysłuchany – zmiany w Prawie zamówień publicznych zostały zaakceptowane przez Rząd

Trwające wiele miesięcy apele środowisk naukowych o wyłączenie spod długotrwałych procedur Prawa zamówień publicznych dostaw drobnego sprzętu laboratoryjnego się opłaciły. Rząd przyjął projekt przewidujący takie zmiany w prawie. Minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbara Kudrycka podkreśla, że przyspieszy to i ułatwi prowadzenie badań naukowych oraz umożliwi polskim naukowcom konkurowanie – na równych zasadach – z naukowcami z innych krajów w rozwoju badań. Prof. Kudrycka nie obawia się, że liberalizacja doprowadzi do nieprawidłowości, bo procedury będą transparentne, a informacje o nich publikowane.

Podstawową zmianą, która dotyczy wszystkich kategorii zamawiających i przedmiotów udzielanych przez nich zamówień, jest podwyższenie z 14 do 30 tys. euro progu, od którego powstaje obowiązek stosowania procedur przewidzianych w Prawie zamówień publicznych. Projekt przewiduje również wyłączenia stosowania przepisów tej ustawy dla środowisk naukowo-badawczych oraz twórczych i artystycznych, do 200 tys. euro, dla dostaw i usług.

– Zmiany te oznaczają, że badania będą realizowane szybciej, bo naukowcy nie będą musieli czekać na to, aż potrzebny do badań sprzęt taki jak np. mikroskop elektroniczny, teleskop, komputer dużej mocy będzie kupiony w długoterminowym przetargu z procedurą odwoławczą trwającą nieraz około roku. Będzie można z dnia na dzień dokonać takiego zakupu jedynie ogłaszając do wiadomości publicznej informację o rozpoczęciu zakupu, a potem informując opinię publiczną o tym fakcie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Barbara Kudrycka, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

O wprowadzenie tych zmian apelowali od wielu miesięcy polscy naukowcy.

– Jest to ogromny sukces, ponieważ naukowcy protestowali przeciwko barierom instytucjonalno-prawnym zawartym w ustawie o zamówieniach publicznych, a teraz do 200 tys. euro będą mogli dokonywać zakupów od ręki. Dzięki temu polscy naukowcy będą mieli równe szanse w wyścigu na innowacyjne badania wobec badaczy z innych krajów – podkreśla prof. Kudrycka.

Zamówienie z wolnej ręki będzie udzielane, jeżeli jego przedmiotem będą rzeczy wytwarzane wyłącznie do celów prac badawczych, eksperymentalnych, naukowych lub rozwojowych, które nie służą prowadzeniu przez zamawiającego produkcji seryjnej, mającej na celu osiągnięcie rentowności rynkowej lub pokryciu kosztów badań lub rozwoju, oraz które mogą być świadczone tylko przez jednego wykonawcę.

– Będzie można kupować poza tym sprzętem również odczynniki, probówki, a więc to wszystko, co służy wyłącznie do realizacji badań. Oczywiście w zakres tych zwolnień nie będą wchodziły np. materiały budowlane wykorzystywane do budowy obiektów dydaktycznych, ale to wszystko, co służy badaniom będzie mogło być realizowane bezpośrednio przez naukowców, przez służby uczelni czy instytutu – mówi minister nauki.

Jak podkreśla, zliberalizowanie przepisów w przypadku zamówień służących badaniom naukowym nie doprowadzi do nieprawidłowości i korupcji.

– Jestem przekonana, że nie będzie więcej korupcji niż było dotychczas. Wręcz przeciwnie. Uważam że zbyt dużo przepisów, nieraz absurdalnych i utrudniających życie stwarza większe zagrożenie. Pamiętajmy o zasadach, które będą temu towarzyszyć, a więc zasadzie transparentności, publikowania informacji o tych zamówieniach, a także zasadzie konkurencyjności i równego traktowania podmiotów na rynku, z którymi chcemy zawrzeć umowę – podsumowuje prof. Kudrycka.

Przyjęty przez rząd projekt zmian w Prawie zamówień publicznych trafi teraz pod obrady Sejmu.

Komentarz dzienny, 11 lipca 2013

„Minutes” ujawniły, że podziały w obrębie FOMC są nadal duże, jednak w ogólnym zarysie zaufanie odnośnie kontynuacji pozytywnych procesów na rynku pracy jest coraz większe. Niemniej rozkład głosów za wcześniejszym zmniejszeniem zakupów aktywów i ich kontynuacją przedstawia się wciąż niemal symetrycznie. W tym kontekście decydujące będą dane – nic w tym jednak nowego. Reakcja rynków na tego typu informację była adekwatna (kontynuacja umocnienia dolara, wzrosty rentowności obligacji), tym bardziej że zapis z dyskusji pominął kwestie bardziej gołębie, o których wspominali otwarcie poszczególni członkowie FOMC (np. zmniejszenie celu na stopie bezrobocia, który byłby zmienną progową dot. ewentualnego rozważenia podwyżek stóp przez Fed). 

MIesięczny raport anaityczny – lipiec 2013

W związku z utrzymującą się niepewnością, co do przyszłych decyzji Rządu ws. OFE
w kolejnych 8 tygodniach polskie indeksy będą poddane dużej zmienności. Na
rynkach światowych niepewność związana z działaniami FED będzie jeszcze się
utrzymywała, korekta (tak traktujemy obecne spadki) może potrwać jeszcze kilka
tygodni (zasięg korekty 4-5%).