Kursy obcych walut nie ulegną dużej zmianie w wakacje. Nie trzeba wymieniać złotego na zapas

– Sytuacja na rynku walut się stabilizuje, co oznacza, że nie ma sensu kupować obcej waluty na zapas – uważa Marek Rogalski, główny analityk walutowy Domu Maklerskiego BOŚ. To oznacza, że osoby wyjeżdżające na zagraniczne wakacje nie muszą szczególnie śledzić kursów walut, nie chcąc przepłacić. Ceny dolara czy euro nie powinny zmienić się o więcej niż 5 groszy.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni kurs złotego zmieniał się dość wyraźnie. Różnice wyniosły około 10 groszy, zarówno do dolara, jak i do euro.

 – To się powoli stabilizuje – mówi Marek Rogalski z DM BOŚ. – Złoty zyskał od czasu swojego dołka dzięki interwencjom NBP oraz lepszym trochę nastrojom na rynku długu.

Tuż przed weekendem za euro trzeba było zapłacić 4,22 zł. Za dolara – 3,16 zł. Frank szwajcarski kosztował 3,43 zł. Zdaniem analityka, trudno oczekiwać jakichś istotniejszych zmian. Szczególnie w ciągu najbliższych kilku tygodni.

 – Wiele niżej nie zejdziemy – uważa Rogalski. – Pomysły, że euro będzie po 4,10 zł czy dolar będzie po 3 zł w lipcu czy sierpniu wykraczają trochę za daleko.

Rogalski mówi, że można oczekiwać dalszych wahań w granicach 5 gr. W jego ocenie nie ma więc powodów, by osoby, które w lipcu bądź w sierpniu wybierają się na wczasy za granicę miały już dziś wymieniać złotego na obcą walutę. Mogą to spokojnie zrobić tuż przed wyjazdem z Polski. Tym bardziej, że jadąc na wakacje nie bierzemy ze sobą zwykle więcej niż 500 czy 1000 euro. Zatem przy zakupie 500 euro, nawet gdyby jego cena za miesiąc była wyższa o 5 groszy, stracimy 25 zł.

 – Nie widzę ryzyka, żebyśmy mieli złotego słabszego o 15-20 groszy w ciągu miesiąca – uważa analityk walutowy DM BOŚ.

Dodaje, że z reguły w wakacje rynek jest bardziej ospały. Zwracają zresztą na to uwagę inni ekonomiści. Niska płynność, ich zdaniem, jest przyczyną dzisiejszych wahań kursu. Nie ma w tym niczego niepokojącego.

 – Euro w wakacje to jest przedział pomiędzy 4,18  a 4,28 zł, dolar zaś między 3,10 a 3,25 zł – mówi Rogalski.

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z interwencją Narodowego Banku Polskiego. NBP sprzedał obcą walutę, dzięki czemu w ciągu dwóch godzin udało się zbić kurs euro o 8 groszy. Cena franka szwajcarskiego spadła w tym czasie o 10 groszy.

Czy zakaz handlu papierosami mentolowymi i slim wejdzie w życie? Protest organizacji handlowych

0

Organizacje handlowe z dziesięciu państw UE, w tym z Polski, protestują dziś przeciwko wprowadzeniu dyrektywy tytoniowej, która ma zakazać handlu papierosami mentolowymi oraz slim na terenie Unii Europejskiej. Za sprawą nowych przepisów Komisja Europejska chce wpłynąć na poprawę zdrowia obywateli oraz na to, by przeznaczali wydawane na tytoń pieniądze na inne produkty lub usługi. Zdaniem organizacji protestujących prohibicja przyczyni się do rozszerzenia szarej strefy, bo ludzie i tak będą kupować tego rodzaju papierosy, tyle że z przemytu.

Projekt Komisji Europejskiej (dyrektywa tytoniowa 2011/37/WE) krytykują organizacje handlowe z 10 krajów: Grecji, Hiszpanii, Włoch, Węgier, Czech, Rumunii, Bułgarii, Cypru, Chorwacji i Polski. Inicjatorem protestu w Polsce jest Polska Izba Handlowa.

 – Kluczowym tygodniem dla dyrektywy tytoniowej jest 17-21 czerwca, bo to wtedy mają odbyć się głosowania Komisji Europejskiej w tej sprawie oraz spotkanie Rady Europy – mówi Joanna Chilicka, rzecznik prasowy Polskiej Izby Handlu.

Zwolennicy dyrektywy tytoniowej uważają, że zmniejszy ona skalę spożycia tytoniu, przede wszystkim wśród młodych ludzi. M.in. z tego powodu, że początkującym palaczom papierosy smakowe i slim pozornie wydają się słabsze i mniej szkodliwe.

Zdaniem organizacji protestujących wprowadzenie nowych przepisów nie tylko nie pomogłoby palaczom, ale również zaszkodziłoby polskiej gospodarce.

 – Zostanie utworzona luka popytowa i taki handel zostanie przeniesiony do szarej strefy. Pieniądze z akcyzy, legalne, zostaną oddane po prostu przemytnikom, bo z historii wiemy, że wprowadzenie jakiejkolwiek prohibicji rozszerza szarą strefę – podkreśla rzeczniczka PIH.

Powołuje się ona na przeprowadzone w kwietniu badania instytutu Homo Homini, z których wynika, że aż 47 proc. ludzi odpowiedziało, że będzie kupowało papierosy mentolowe z przemytu. Co więcej, 65 proc. badanych uważa, że proponowane przepisy zwiększą skalę problemu czarnego rynku w Polsce.

 – Wpływy do budżetu państwa z akcyzy tytoniowej to jest aż 10 proc., więc te pieniądze byłyby w jakiejś części stracone dla Polski – tłumaczy rzeczniczka PIH.

Z uwagi na skalę protestu, widzi ona realne szanse na to, że zostanie on dostrzeżony przez odpowiednie władze.

 – Nie jest to protest jednego państwa, jest to protest ogólnoeuropejski i będzie słyszalny właśnie w tym tygodniu kluczowym dla tej sprawy – zaznacza.

Przedstawiciele PIH protestowali już rok temu w Sopocie – w sklepie położonym najbliżej domu premiera Donalda Tuska. Twierdzą, że akcja odniosła skutek, bo poparł on tę inicjatywę, a od stycznia tego roku oficjalne stanowisko rządu jest przeciwne wprowadzeniu tytoniowych zmian. Tym razem PIH wraz ze swoimi członkami będzie protestowała pod sklepem „Społem” na Nowym Świecie w Warszawie.

 – Tam powiemy, dlaczego się sprzeciwiamy i nie jesteśmy sami w Europie. Nie spodziewamy się jakiejś konkretnej decyzji akurat w tym tygodniu, jednak ta sprawa będzie dyskutowana, dlatego chcemy również w taki sposób przyłączyć się do tej dyskusji – podkreśla.

Według najnowszych informacji rząd niemiecki oficjalnie poparł KE w części projektu zakazującej dodawania substancji smakowych i zapachowych do papierosów. Sprzeciwia się jedynie zabronieniu sprzedaży papierosów typu slim. Takie rozwiązanie znacznie bardziej uderzyłoby w naszą gospodarkę niż niemiecką, bo polski rynek tytoniowy jest unikalny na tle innych krajów europejskich – argumentuje PIH. U nas sprzedaje się bowiem najwięcej takich papierosów – aż 38 proc. to papierosy smakowe i typu slim, z czego 30 proc. to produkty mentolowe. Z tego powodu przedstawiciele Polskiej Izby Handlowej opowiadają się za całkowitą rezygnacją z wprowadzenia dyrektywy tytoniowej.

Nowe przepisy dotyczące urlopu macierzyńskiego. Czy na pewno są bardziej korzystne?

Wydłużenie dodatkowego urlopu macierzyńskiego do 6 tygodni oraz wprowadzenie nowej kategorii – urlopu rodzicielskiego w wymiarze 26 tygodni – przewiduje wchodząca dziś w życie nowelizacja Kodeksu pracy. Łączny wymiar tych urlopów będzie wynosił 1 rok przy urodzeniu jednego dziecka. Rodzice będą mogli dzielić się urlopem dodatkowym oraz urlopem rodzicielskim. Przedstawiciele pracodawców alarmują, że powrót z dłuższego urlopu macierzyńskiego na rynek pracy będzie zdecydowanie trudniejszy niż jest teraz.

Głównym celem obowiązujących od dziś przepisów jest umożliwienie skorzystania po urodzeniu dziecka przez rok z płatnego urlopu – macierzyńskiego, dodatkowego urlopu macierzyńskiego, urlopu rodzicielskiego. Łączny wymiar tych urlopów będzie wynosił 52 tygodnie – w przypadku urodzenia jednego dziecka przy jednym porodzie. W przypadku porodów mnogich wymiar ten będzie wynosił od 65 do 71 tygodni, w zależności od liczby dzieci urodzonych przy jednym porodzie.

  Trzeba się spodziewać, że kobietom, które skorzystają z takich długich urlopów macierzyńskich i rodzicielskich, będzie bardzo trudno wrócić na rynek pracy – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek,  główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Ekspertka podkreśla, że rozwiązaniem w tej sytuacji jest dzielenie się urlopem przez oboje rodziców.

  W momencie, kiedy odchodzę na urlop macierzyński, później na urlop rodzicielski, to ktoś na moje miejsce musi przyjść i trudno oczekiwać, że pracodawca w momencie, kiedy będę chciała powrócić po roku do pracy tę osobę zwolni po to, żeby zwolnić miejsce dla mnie. Mam nadzieję, że tatusiowie również będą wykorzystywali część urlopu rodzicielskiego – stwierdza Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

Zmiany w dodatkowym urlopie macierzyńskim

Od dziś dodatkowy urlop macierzyński i zasiłek macierzyński przysługuje w wymiarze: do 6 tygodni – w przypadku urodzenia jednego dziecka przy jednym porodzie (łączny okres urlopu macierzyńskiego wraz z maksymalnym dodatkowym urlopem macierzyńskim wynosi obecnie 26 tygodni) i do 8 tygodni (w przypadku urodzenia więcej niż jednego dziecka przy jednym porodzie).

Urlopu dodatkowego pracodawca udziela jednorazowo lub w dwóch częściach. Aby z niego skorzystać pracownik musi złożyć wniosek do pracodawcy w terminie nie krótszym niż 14 dni przed rozpoczęciem tego urlopu (dotąd okres ten wynosił 7 dni). Jeżeli z urlopu dodatkowego nie skorzysta matka dziecka, będzie mógł go wziać ojciec.

Nowe rozwiązanie – urlop rodzicielski

Od dziś obowiązuje też nowy rodzaj urlopu – rodzicielski. Będzie on przysługiwał bezpośrednio po wykorzystaniu dodatkowego urlopu macierzyńskiego w pełnym wymiarze. Urlop ten będzie udzielany jednorazowo albo nie więcej niż w trzech częściach, każda nie może być krótsza niż 8 tygodni, a ponadto mają one przypadać bezpośrednio jedna po drugiej.

Urlop rodzicielski i zasiłek za jego okres ma przysługiwać w wymiarze 26 tygodni, niezależnie od liczby dzieci urodzonych przy jednym porodzie lub przyjętych na wychowanie (w wieku odpowiednio do 7 lub do 10 roku życia).

Z urlopu rodzicielskiego mogą korzystać jednocześnie oboje rodzice dziecka, łączny wymiar urlopu obojga rodziców nie może przekraczać maksymalnego wymiaru, tj. 26 tygodni. Urlop ten jest udzielany na wniosek pracownika złożony w terminie nie krótszym niż 14 dni przed rozpoczęciem korzystania z niego. Do wniosku trzeba dołączyć pisemne oświadczenie o braku zamiaru korzystania w okresie wskazanym we wniosku z urlopu rodzicielskiego przez drugiego z rodziców albo o okresie, w którym drugi z rodziców zamierza korzystać z tego urlopu.

  Zapewne znacznie częściej decyzje o wykorzystaniu w pełni dłuższego urlopu będą podejmować osoby, rodziny, w których istnieje zagrożenie, że utracą możliwość utrzymania się na rynku. Natomiast rodziny, w których jest szansa na trwałe zatrudnienie, zapewne z dłuższych urlopów nie skorzystają. To będą indywidualne wybory – mówi ekspertka.

Nowe przepisy stosuje się do osób, których dzieci urodziły się po 31 grudnia 2012 r.

W Warszawie, po raz pierwszy w tej części Europy, firma Google pokazała Google Glass

Rozszerzenie rzeczywistości zaproponowane przez Google okazało się tematem kontrowersyjnym i dzielącym fanów nowych technologii na dwa przeciwległe obozy. Możliwości urządzenia wciąż jeszcze nie są do końca znane, ale już teraz wiadomo, że jego premiera była ważnym momentem w historii. Tim Cook twierdzi jednak, że to Apple wciąż ma w zanadrzu technologie, które zmienią świat.

Telefony komórkowe oraz sieć internetowa na przenośnych komputerach – jeszcze w latach 90. było to dla nas nie do pomyślenia. Z pewnością na każdym kroku można było spotkać sceptyków, twierdzących, że na pewno nie przyjmie się to w społeczeństwie. Funkcjonalność tych urządzeń była wtedy jeszcze mocno ograniczona, więc ciężko było wyobrazić sobie ich późniejsze zastosowanie. A jednak – zmieniły się czasy, zmieniły się także nawyki użytkowników. Producenci nowinek technicznych wychowują sobie odbiorców i kreują potrzeby, które potem zaspokajają swoimi produktami. Czy to samo uda się zrobić producentom Google Glass?

Niewątpliwie jest to kolejny krok w kierunku rozwoju i duży przełom w dziedzinie technologii. Jednak cel jeszcze nie został osiągnięty. Google Glass to dopiero narzędzie – a to jak je wykorzystamy, zależy wyłącznie od nas.

Same okulary są udostępniane nadal w wersji testowej, więc większość ich możliwości wciąż jest jeszcze nieodkryta lub niedostępna. Jednak firmie w wypuszczeniu na rynek produktu nie przeszkodził nawet spór z Apple, które w 2006 roku złożyło wniosek patentowy na podobną technologię. Na konferencji zorganizowanej przez serwis AllThingsD Tim Cook stwierdził, że nie wierzy, iż okulary Google odniosą sukces. Przekonuje, że ogromny potencjał mają komputery noszone jak ubranie, ale Google Glass „to jeszcze nie jest to”.

„Minie jeszcze trochę czasu, zanim na własnej skórze przekonamy się, jakie możliwości niesie ze sobą to urządzenie. Jednak już teraz z pełnym przekonaniem można stwierdzić, że jest to przełomowe wydarzenie w historii. I już na zawsze to właśnie Google pozostanie jego głównym bohaterem”. – mówi Andrzej Okoń – Mobile Marketing Manager GRUPA 365NET.

Google Glass na chwilę obecną testować mogą tylko osoby mieszkające w USA – najpierw były to koncerny produkujące oprogramowanie, następnie przekazano je do testów internautom. Na szerszą skalę okulary mają być udostępnione w 2014 roku.

Kulczyk Oil Ventures na Giełdzie Papierów Wartościowych w Toronto

Kulczyk Oil Ventures Inc. poinformowała, że otrzymała od Giełdy Papierów Wartościowych w Toronto (“Toronto Stock Exchange”) warunkową zgodę na dopuszczenie akcji zwykłych Spółki do obrotu na TSX. Dopuszczenie do obrotu wymaga spełnienia przez KOV wszystkich warunków określonych przez TSX, zgodnie z zasadami obowiązującymi przy wydawaniu warunkowych zgód, w tym spełnienia wymogów TSX dotyczących pierwszego notowania oraz zakończenia procesu przejęcia przez Spółkę wszystkich wyemitowanych i pozostających w obrocie akcji spółki Winstar Resources Ltd. („Winstar”) zgodnie z ustawowym planem transakcji ogłoszonym 25 kwietnia 2013 r. (“Przejęcie”).

Kierownictwo Spółki z zadowoleniem przyjęło fakt spełnienia tego istotnego warunku niezbędnego do sfinalizowania Przejęcia i podejmuje aktywne działania w kierunku spełnienia warunków warunkowej zgody TSX. Po uzyskaniu ostatecznej zgody na dopuszczenie akcji do obrotu, KOV wyda stosowny komunikat, w którym poinformuje akcjonariuszy o przewidywanej dacie rozpoczęcia obrotu akcjami zwykłymi Spółki na TSX oraz o nadanym kodzie pod jakim będzie prowadzony obrót tymi akcjami. Zgodnie z obecnymi przewidywaniami powinno to nastąpić wkrótce po zakończeniu transakcji Przejęcia. Po wejściu w życie Przejęcia oraz wejściu KOV na TSX, Spółka będzie nadal notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

Kulczyk Oil to międzynarodowa spółka prowadząca poszukiwania ropy naftowej i gazu. Posiada zdywersyfikowane portfolio projektów na Ukrainie, w Brunei i Syrii oraz profil ryzyka obejmujący działalność poszukiwawczą w Brunei i Syrii oraz działalność wydobywczą w Ukrainie. Akcje zwykłe Kulczyk Oil są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (symbol KOV).

Na Ukrainie KOV posiada faktyczny 70 proc. udział w KUB-Gas LLC. Aktywa KUB-Gas obejmują 100-procentowe udziały w pięciu koncesjach zlokalizowanych w pobliżu Ługańska, miasta w północno-wschodniej części Ukrainy. Produkcja gazu odbywa się na czterech koncesjach.

W Brunei KOV posiada 90 proc. udział w umowie o podziale wpływów z wydobycia, uprawniający do poszukiwania i wydobycia ropy oraz gazu ziemnego z Bloku L, obejmującego obszar lądowy i morski o powierzchni 1.123 km² w północnym Brunei.
W Syrii KOV posiada, zgodnie z umową o podziale wpływów z wydobycia, 50 proc. udział w Bloku 9, uprawniający do poszukiwania i wydobycia, po spełnieniu określonych warunków, ropy i gazu ziemnego na obszarze Bloku 9 o powierzchni 10.032 km², położonego w północno-zachodniej Syrii. Spółka podpisała porozumienie, na podstawie którego przepisze łącznie 5 proc. udziałów na rzecz osoby trzeciej, pod warunkiem uzyskania zgody władz syryjskich. W przypadku uzyskania takiej zgody bezpośredni udział KOV w Bloku 9 zmieni się na 45 proc. W lipcu 2012 r. KOV zadeklarowała występowanie siły wyższej w odniesieniu do swoich działań operacyjnych w Syrii.
Głównym akcjonariuszem spółki jest Kulczyk Investments S.A. – międzynarodowy dom inwestycyjny, założony przez polskiego przedsiębiorcę dr. Jana Kulczyka.

Tradycyjna bankowość staje się przeszłością. Świat wchodzi w erę bankowości mobilnej

Zachowania konsumentów podlegają ciągłym zmianom. Istotny wpływ na to ma szybkie upowszechnianie się innowacyjnych technologii. Banki powinny przewidywać te zmiany i przystosowywać się do nich. Kluczem do zmiany podejścia do klientów jest poznanie ich potrzeb. „Tempo zmian rośnie, więc instytucje finansowe nie powinny zwlekać z ich przyswajaniem, bo będzie to miało negatywny wpływ na ich działalność biznesową” – uważa Brett King, amerykański ekspert w dziedzinie bankowości nowej generacji, współtwórca Movenbanku – pierwszego na świecie w pełni wirtualnego i mobilnego banku. Brett King odwiedził Polskę na zaproszenie firmy doradczej Deloitte z okazji polskiego wydania, we współpracy z wydawnictwem Studio EMKA, jego bestsellerowej książki „Bank 3.0 – Nowy wymiar bankowości”.

Według autora książki, jesteśmy obecnie w fazie rewolucyjnych zmian w bankowości, w której płatności tracą swój fizyczny wymiar i są przenoszone do urządzeń mobilnych. W ciągu najbliższych 10 lat, rachunki ze zgromadzonymi pieniędzmi klientów „odłączą” się od banków, a telefon zastąpi bank w postaci, z jaką dziś mamy do czynienia. Oddział przestanie być już wizytówką instytucji finansowej, a wielokanałowy dostęp do całej oferty banku stanie się standardem. Klient będzie mógł kontynuować w dowolny sposób operację już rozpoczętą w innym kanale. To, co dzisiaj wydaje się niemożliwe, jak choćby zaciągnięcie kredytu hipotecznego za pośrednictwem komórki, wkrótce będzie powszechne. Każdy kanał będzie oferował pełną gamę produktów. Jest to obraz nowej definicji kompleksowej relacji z klientem.

Banki powinny w większym stopniu zachęcać swoich klientów do korzystania z innowacyjnych rozwiązań w życiu codziennym, co powinno z kolei stać się źródłem nowych pomysłów dla banków. Zwiększenie wśród obecnych klientów świadomości istnienia nowych możliwości i rozwiązań nie powinno być trudne, ponieważ wprowadzane rozwiązania to dla nich czysta korzyść. Kto z nas nie chciałby być informowany przez bank, że na lotnisku, gdzie akurat jesteśmy, nasza karta kredytowa uprawnia nas do skorzystania z salonu business lounge, w sklepie lotniskowym przysługuje nam zniżka na nasze ulubione perfumy, a do tego za jednym kliknięciem OK w aplikacji banku, przez cały okres podróży będzie nas chronić specjalne ubezpieczenie dedykowane dla klientów odwiedzających kraj, do którego lecimy.

Doświadczenia klienta, odpowiednio zidentyfikowane oraz wykorzystane, będą największym kapitałem instytucji finansowych. Banki powinny nauczyć się je analizować, integrując i przetwarzając informacje pozostawiane przez klientów we wszystkich kanałach. Im ta analiza będzie lepsza, tym większa szansa na to, że klienci mocniej zwiążą się z bankiem i będą do niego chętniej wracać.

Bank przyszłości w mniejszym stopniu będzie służył transakcjom, a w większym edukacji klientów oraz budowaniu z nimi relacji. Miejsce fizycznego oddziału przestaje się liczyć, znaczenia nabiera wyłącznie użyteczność. Nie oznacza to oczywiście, że oddziały bankowe znikną zupełnie, jednak z pewnością zmniejszy się ich liczba oraz rola. Decyzja o zmniejszeniu sieci oddziałów będzie podyktowana również tym, że marże na produktach bankowych wciąż będą spadać, a co za tym idzie, dochodowość oddziałów znacznie się zmniejszy. Rośnie natomiast rola Internetu, jako najlepszego miejsca do generowania przychodów dla banków, o ile rozumie się, co można za pośrednictwem tego kanału sprzedawać i jak w procesie sprzedaży wykorzystać jego możliwości. „Bankowcy muszą zacząć traktować Internet jako odpowiednik oddziału, gdyż to będzie główny kanał wypracowywania dochodów przez bankowość detaliczną – twierdzi Brett King. „Głównym nośnikiem dostępu do bankowości elektronicznej staną się urządzenia przenośne takie jak smartfony i tablety. Umożliwiają one dotarcie do znacznie szerszej rzeszy odbiorców, których angażują na znacznie bardziej osobistym poziomie. Ich siłą jest możliwość korzystania przez klienta ze swoich pieniędzy gdziekolwiek i kiedykolwiek. Obecnie stoimy na progu kolejnej rewolucji mobilnej. Już za trzy lata, w roku 2016 telefony i tablety będą głównym kanałem dostępu do usług bankowych” – dodaje Brett King.

„Dynamicznie wprowadzane innowacje technologiczne, portale społecznościowe, aplikacje na telefon i serwisy mobilne wpływają znacząco na tradycyjne modele bankowe. Nowa era bankowości redefiniuje zachowania klientów w relacji z bankami. Co pozostaje niezmienne, to potrzeby klienta od początku ich uświadomienia do momentu ich ostatecznej realizacji, czyli tzw. podróż klienta (customer journey) oraz wysokie oczekiwania wobec właściwego ich zaspokojenia i interakcji z bankiem na każdym etapie” – zauważa Zbigniew Szczerbetka, Lider Sektora Instytucji Finansowych w Europie Środkowej, Deloitte.

Szeroki wachlarz produktów, wysoka jakość świadczonych usług w połączeniu z innowacyjnością są nadal podstawowymi elementami zaspokajania potrzeb klientów i budowania przewagi konkurencyjnej. „Aby móc skutecznie zadowalać klientów świadcząc im wysokiej jakości usługi finansowe banki powinny monitorować procesy wyboru i decyzji zakupowych swoich klientów i jak najwcześniej identyfikować okoliczności, które skłaniają klienta do zakupu danego produktu” – dodaje Zbigniew Szczerbetka. „Korzystanie z usług banków jest pochodną wielu potrzeb. Zrozumienie tych potrzeb oraz sposobu, w jaki przekształcają się one w chęć zakupu produktu finansowego i ostateczną decyzję wydaje się kluczowe. Pozwoli to bankom lepiej zrozumieć swoich klientów oraz zwiększyć efektywność sprzedaży” – podsumowuje.

W ramach współpracy Orange i T-mobile powstaje 10 tys. nowych stacji bazowych

0

Dwaj najwięksi operatorzy w kraju współpracują przy budowie sieci współdzielonej, by poprawić swój zasięg i jakość usług. W ramach spółki NetWorkS, należącej do PTK Centertel (operator sieci Orange) i T-Mobile Polska do połowy 2014 r. powstać ma 10 tys. stacji bazowych. Na razie udało się zbudować 4 tys. Sieć obejmuje dziś blisko 60 proc. powierzchni kraju. 

 – To jest sieć, która będzie miała większe pokrycie, zarówno tzw. outdoorowe, czyli na zewnątrz,  jak i indoorowe, czyli wewnątrz budynków. To pokrycie będzie znacząco wyższe niż sieci osobne, ponieważ uzyskujemy w ten sposób ogromną ekonomię skali – podkreśla Piotr Muszyński, wiceprezes Orange Polska. – Widać wyraźnie zdecydowaną jakość w tych obszarach, gdzie połączyliśmy sieć, znaczącą poprawę wszystkich parametrów technicznych. W związku z tym dużo więcej klientów ma dostęp do sieci zarówno Orange, jak i T-Mobile.

Od rozpoczęcia działalności operacyjnej we wrześniu 2011 r. NetWorkS zbudowała już 4,2 tys. nowych stacji bazowych, głównie na wschodzie oraz wzdłuż zachodniej granicy Polski. Planowanych jest łącznie 10 tys. stacji, a ich budowa ma zakończyć się w przyszłym roku. W najbliższych miesiącach modernizacja obejmie Śląsk oraz okolice Wrocławia. W tej chwili nowa sieć pokrywa już niemal 60 proc. kraju.

Obydwaj operatorzy mają po 50 proc. udziałów w spółce. Dzięki temu dzielą się kosztami po połowie. Muszyński podkreśla, że ich optymalizacja spowodowała, że niższe są zarówno koszty nowego wyposażenia stacji radiowych, jak i koszty ich utrzymania.

 – Nie jest to dla nas tylko projekt oszczędnościowy. Od początku chcieliśmy stworzyć coś nowoczesnego i zbudować wartości. Dlatego zasięg współdzielonej sieci się powiększa i będzie dostarczany na poziomie, który jest zwykle w krajach na zachód od Polski  – dodaje Milan Zika, członek zarządu T-Mobile Polska.

 – Poza tym bardziej optymalnie wykorzystujemy również moc naszego sprzętu, ilość dostępnych kanałów w poszczególnych częstotliwościach, co powoduje, że również w tej sferze częstotliwościowej widzimy znaczącą poprawę i dużo większą optymalizację wykorzystania posiadanych zasobów – zwraca uwagę Muszyński.

Zika przyznaje, że koszty inwestycji są o 20-30 proc. większe niż zakładane przez firmę. Wynika to m.in. z wykorzystania najnowszych technologii. Jednak w efekcie użytkownicy otrzymują jeszcze lepszą sieć.

Muszyński zauważa, że projekt w ramach spółki NetWorkS jest zamknięty – zakłada budowę sieci i zarządzanie nią. O dalszej współpracy obydwaj operatorzy nie chcą mówić. Muszyński podkreśla, że nawet jeśli będą toczyły się rozmowy, to będą one dotyczyły nowej spółki, a nie NetWorkS.

Operatorzy muszą bronić się przed zarzutami konkurencji o tworzenie duopolu na rynku telekomunikacyjnym. Zika zwraca uwagę, że o współpracy akurat pomiędzy T-Mobile (wtedy jeszcze PTC) oraz Orange zadecydował przypadek, bo akurat ci dwaj operatorzy byli najbardziej zainteresowani projektem przed trzema laty, gdy rozpoczynały się rozmowy. Zika podkreśla, że wtedy negocjacje obejmowały wszystkich operatorów, ale po rozpoczęciu projektu nikt inny nie chciał do niego dołączyć.

Współpraca w ramach NetWorkS przebiega za przyzwoleniem UKE i UOKiK-u.

Masz pomysł na biznes? Brak Ci funduszy? Ostatna szansa od Unii Europejskiej na dofinansowanie!

0

Dziś rusza nabór wniosków o dofinansowanie integracji systemów informatycznych w firmach. Za tydzień Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości ogłosi jeszcze jeden konkurs, związany z e-usługami. To są już ostatnie konkursy z programów finansowanych ze środków unijnych na lata 2007-2013   mówi prezes PARP, Bożena Lublińska-Kasprzak.

Od 17 do 28 czerwca potrwa nabór wniosków w ramach działania 8.2. O dofinansowanie mogą się ubiegać mikro, mali i średni przedsiębiorcy.

 – Działanie 8.2 to są projekty, które polegają na elektronizacji procesów biznesowych między przedsiębiorcami – przypomina Bożena Lublińska-Kasprzak.

Działanie 8.2 ma na celu zintegrowanie systemów informatycznych w otoczeniu przedsiębiorstwa. Chodzi np. o stworzenie jednego oprogramowania, z którego korzystałaby hurtownia oraz współpracujące z nią sklepy. Wdrożenie takiego systemu usprawnia np. przepływ zamówień czy wystawionych faktur.

Kolejny konkurs z zakresu e-biznesu zostanie ogłoszony 24 czerwca, a nabór wniosków rozpocznie się 8 lipca.

 – Działanie 8.1 skierowane jest na nowe, innowacyjne przedsięwzięcia z zakresu e-usług – mówi prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Chodzi o projekty usług, które mogą być świadczone drogą elektroniczną. Pozyskane wsparcie finansowe może także być spożytkowane na stworzenie elektronicznych aplikacji, które pozwolą takie właśnie usługi świadczyć. Jest to działanie adresowane głównie do młodych ludzi, którzy dopiero rozpoczynają swoją działalność i chcieliby zaistnieć w obszarze e-biznesu.

 – Kilka lat temu, kiedy były ustalane programy operacyjne zostało określone, że Polska w tej branży odstaje od innych krajów europejskich i to jest obszar, który należy i warto wesprzeć środkami publicznymi, by więcej biznesów w tych obszarach powstawało – tłumaczy Lublińska-Kasprzak.

Wyjaśnia, że do tej pory udało się zrealizować ponad 2 tysiące projektów informatycznych. Niektóre z nich odniosły rynkowy sukces nie tylko w Polsce, ale i zagranicą.

 – Ten program był takim zaczynem, by obszar e-biznesu, obszar nowych technologii dobrze się w Polsce rozwijał – mówi prezes PARP. – Myślę, że to zadanie zostało dobrze w Polsce zrealizowane.

Bankowość spółdzielcza słabnie z powodu nowych dyrektyw unijnych

Istnieje ryzyko, że nowe przepisy unijne osłabią bankowość spółdzielczą w Polsce – uważa Waldemar Pawlak, były wicepremier i minister gospodarki. Jego zdaniem regulacje te nie przystają do specyfiki działalności spółdzielców. Będą oni musieli w najbliższym czasie dostosować się do prawa, które nakłada na nie takie same obowiązki, jak na duże, zagraniczne banki komercyjne.

Chodzi przede wszystkim o wymogi dotyczące posiadanych kapitałów i nadzoru, które w takim samym stopniu będą dotyczyć zarówno mniejszych instytucji finansowych, jak i największych europejskich banków. W ten sposób unijni urzędnicy chcą uchronić europejski system bankowy przed kolejnym kryzysem.

 – Jeśli chodzi o kapitały, ale także nadwyżkę depozytów nad kredytami, to bankowość spółdzielcza jest bardzo zdrowym i mocnym segmentem naszego systemu finansowego. Zagrożenia, które się teraz pojawiają w związku z dyrektywami europejskimi sprawiają, że sektor, który przecież nie był zagrożony w kryzysie, może być dotknięty tymi regulacjami, które są przygotowane na wielkie banki komercyjne i nie są dopasowane do specyfiki i lokalności działania banków spółdzielczych – mówi Waldemar Pawlak, były wicepremier i minister gospodarki, podczas Wielkiej Gali Banków Spółdzielczych.

Nowe przepisy (Rozporządzenia CRR i Dyrektywy CRD IV) postulują m.in. zwiększenie kapitału podstawowego instytucji z 2 do 7 proc. Dzisiaj bank, by udzielić 1000 zł kredytu, musi mieć 20 zł kapitału własnego. Po wejściu w życie zmian pułap ten zwiększy się do 70 złotych. Banki spółdzielcze nie mają problemów z płynnością. Szacuje się, że mają około 20 mld zł nadwyżki depozytów wobec sumy udzielonych kredytów. Ta nadwyżka mogłaby być spożytkowana na uruchomienie szerokiej akcji kredytowej, ale zaostrzenie przepisów może to uniemożliwić.

Waldemar Pawlak, podobnie jak spółdzielcy, liczy na to, że w przygotowywanej ustawie znajdą się środki łagodzące. W konsultacje dotyczące jej kształtu zaangażowani są przedstawiciele banków spółdzielczych, Komisji Nadzoru Finansowego i Ministerstwa Finansów.

 – Na pewno potrzebna jest rozsądna implementacja dyrektywy, która nie będzie pogłębiała tych zagrożeń, tylko sprawi, że banki spółdzielcze będą mogły sprawniej i skuteczniej działać – podkreśla.

Spółdzielcy liczą na taki mechanizm wspierający, jak System Ochrony Instytucjonalnej (IPS), który funkcjonuje już w wielu krajach Europy. Jest to platforma współpracy finansowo-organizacyjnej banków spółdzielczych, która pozwala im chronić się wzajemnie przed ewentualną niewypłacalnością.

Ważne indywidualne podejście do klientów

Były wicepremier podkreśla, że bankowość spółdzielcza jest szczególnie wartościowa dla Polski, bo w przeciwieństwie do banków komercyjnych, wszelkie decyzje podejmowane są na miejscu. Dlatego poza właściwym dostosowaniem przepisów bardzo ważne dla niej jest pozyskiwanie nowych, krajowych partnerów.

 – Myślę, że przedsiębiorcy, którzy działają w Polsce powinni na różne sposoby wspierać banki spółdzielcze, bo to jest sektor finansowy, który dobrze rozumie nasze krajowe realia i potrzeby. Decyzje kredytowe są podejmowane na miejscu, a więc można prowadzić negocjacje w sposób bardziej bezpośredni. Przy dużych bankach komercyjnych często nie dość, że decyzje są podejmowane poza Polską, to jeszcze często technologie są pokazywane poza Polską i to też powoduje dodatkowe ryzyka związane z prowadzeniem działalności gospodarczej – tłumaczy.

Jego zdaniem, siła polskiej bankowości spółdzielczej, o której świadczy m.in. łatwiejszy dostęp do kredytów, wynika z połączenia dwóch czynników – ponad 100-letniej historii oraz umiejętności szybkiego dostosowywania się do zmian na rynku bankowym.

 – Te banki dzisiaj oferują dostęp przez internet, karty, nowoczesną bankowość  są tradycyjnie nowoczesne. To jest bardzo dobry przykład podążania i nadążania za rozwojem sytuacji, a równocześnie bliskość do klienta też ma swoją wartość. Szczególnie, jeśli to dotyczy trudnych, nietypowych projektów, kiedy w innych bankach stosuje się prosty schemat, tabelę ryzyka, gdzie jeżeli ktoś jest mniej sztampowym przypadkiem, to już nie ma szans na uzyskanie kredytu, a w bankach spółdzielczych to jest możliwe – podkreśla Pawlak.

Grzegorz Kiełpsz prezesem Polskiego Związku Firm Deweloperskich

Grzegorz Kiełpsz, Przewodniczący Rady Nadzorczej Dom Development SA, został wybrany przez Walne Zgromadzenie Członków Polskiego Związku Firm Deweloperskich (PZFD) na prezesa Związku.

Grzegorz Kiełpsz ma 20 lat doświadczenia na rynku budowlanym i deweloperskim, był współzałożycielem Dom Development, wieloletnim Członkiem Zarządu i Dyrektorem Generalnym oraz Wiceprezesem Spółki. Od 2008 roku sprawuje funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej Dom Development.

Polski Związek Firm Deweloperskich to instytucja skupiająca blisko 40% wszystkich firm deweloperskich na polskim rynku nieruchomości. Są to firmy rzetelne, wiarygodne, stosujące nie tylko Kodeks Dobrych Praktyk, ale także świadome konieczności budowania partnerskiego i otwartego dialogu z klientem.

– Jestem zaszczycony, że tak szacowne grono wybrało mnie na Prezesa Polskiego Związku Firm Deweloperskich. Obecny rynek jest rynkiem trudnym, na którym jako przedstawiciele branży mamy bardzo dużo do zrobienia. Zadaniem PZFD jest budowanie wizerunku deweloperów jako branży stosującej uczciwe praktyki wobec klientów, respektującej ustalone reguły prawne i rynkowe. PZFD powinien również dbać o to, aby prawo regulujące działalność deweloperską na ryku mieszkaniowym było racjonalne i dawało równe szanse wszystkim uczestnikom rynku. Rynek budownictwa mieszkaniowego ma również duże znaczenie w całej gospodarce. Wzrost liczby wybudowanych i sprzedanych mieszkań pociąga za sobą wzrost popytu na materiały i artykuły z innych sektorów oraz zwiększa zatrudnienie – powiedział Grzegorz Kiełpsz.

Komentarz dzienny, 17 czerwca 2013

Wzrost podaży pieniądza M3 w maju (w ujęciu rocznym o 6,5%) okazała się być zgodna z naszą prognozą i z konsensusem rynkowym (również 6,5% r/r). O ile za większą część przyrostu tego przyrostu odpowiadają depozyty gospodarstw domowych, ich kontrybucja systematycznie maleje. W ujęciu miesięcznym podaż pieniądza wzrosła o 0,7% – tu za większość wzrostu odpowiada przyrost depozytów korporacyjnych. Jak już wskazywaliśmy w komentarzu sprzed miesiąca, w danych o podaży pieniądza można zaobserwować szereg tendencji.

Polish Weekly Review, 14 czerwca 2013

Last week the Polish FI market remained under huge paying pressure on a global outlook. The massive outflow from domestic assets pushed the yield curve up to new highs trading 2y at 3.14% and 5y at 3.60%. The price of the benchmark 10y Treasury bond DS1023  collapsed under 100.00 yielding over 4% on Tuesday afternoon. Surprisingly, Polish central bank’s multiple interventions on the FX market late Friday afternoon turned out to be only a temporary cure. It sparked a new wave of a more aggressive sell-off as markets had found that move as sign that situation might have gone out of control. On the other hand, some of the domestic players believed that such a massive move in rates might give a good opportunity to receive before the whole set of quite bullish domestic macro data this month is shown to public. The CPI release at 0.5% y/y, the first of a set, had changed the mood on the market definitely. The yield curve dropped back by 20-30 bp from its previous tops having been supported by a turn-back on core markets.

Dariusz Kacprzyk nowym prezesem zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego

Dariusz Kacprzyk został rekomendowany jako jeden z kandydatów na prezesa w wyniku konkursu przeprowadzonego w maju przez Radę Nadzorczą na wniosek Ministra Finansów. Jednocześnie Rada Nadzorca BGK dziękuje Panu Dariuszowi Danilukowi za pracę na stanowisku Prezesa Zarządu Banku w latach 2011-13. Rada Nadzorcza podkreśla, że w tym okresie Bank stał się instytucją ważną w realizacji polityki gospodarczej rządu, a jego pozycja w polskim sektorze bankowym uległa istotnemu wzmocnieniu.

Dariusz Kacprzyk – ukończył studia na Wydziale Handlu Wewnętrznego i Usług Szkoły Głównej Handlowej (d. SGPiS) oraz podyplomowy program MBA na Akademii Koźmińskiego. Absolwent IESE – University of Navarra, Advanced Management Program. Od 23 lat związany z bankowością. W latach 2009 – 2013 pracował w BRE Banku S.A. na stanowisku dyrektora Departamentu Współpracy z Korporacjami, będąc jednocześnie członkiem komitetu kredytowego Zarządu Banku. Wcześniej w okresie 2007 – 2009 był związany z Bankiem PEKAO S.A., jako prokurent, członek komitetu kredytowego oraz dyrektor zarządzający w Pionie Bankowości Korporacyjnej, Finansowania Nieruchomości i Rynków Międzynarodowych. Pracował także w Banku BPH S.A. oraz Powszechnym Banku Kredytowym S.A. przed fuzją z BPH, jak również w Banku PKO BP. Był koordynatorem Programu Rozwoju Komunalnego organizowanego przez Bank Światowy z Agencją Rozwoju Komunalnego (Fundacja Min. Finansów).

Zgodnie z przepisami powołanie na stanowisko nowego prezesa BGK musi zostać jeszcze zatwierdzone przez Komisję Nadzoru Finansowego. Do tego czasu Dariusz Kacprzyk formalnie będzie pełniącym obowiązki prezesa zarządu.

Kadencja nowego prezesa zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego wygasa 30 czerwca 2017 r.

Komentarz dzienny, 14 czerwca 2013

W maju roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 0,5% z 0,8% zanotowanych w kwietniu. Na tak niski odczyt (konsensus prognoz wynosił 0,8% r/r) złożyły się relatywnie niskie ceny żywności i przede wszystkim spadki cen w kategorii paliwa, rekreacja i kultura (prawdopodobnie obniżki opłat za telewizję cyfrową) oraz telekomunikacja (oferty promocyjne telefonii naziemnej). W zdecydowanej większości kategorii ceny pozostały stabilne, co potwierdza silne procesy dezinflacyjne. Roczny wskaźnik inflacji bazowej, również wbrew oczekiwaniom analityków, spadł w maju z 1,1% do 1,0%.

Wszechobecna krytyka regulacji dotyczących plików cookies. Wkrótce nastąpią zmiany

Narzucone przez Prawo telekomunikacyjne przepisy dotyczące cookies w aktualnej formie są uciążliwe dla internautów. Szczególnie irytujące są dla tych, którzy – dbając o swoją prywatność – nie pozwalają na zapisywanie „ciasteczek” na swoim komputerze, więc muszą ostrzeżenia o nich czytać i akceptować przy każdym wejściu na daną stronę. Dlatego, zdaniem prezesa Redefine, spółki odpowiedzialnej za działania internetowe grupy Polsat, obecne regulacje długo się nie utrzymają.

 – Aktualnie prawo wymaga informowania użytkowników o wykorzystywaniu cookies przez strony internetowe i konieczności wyrażania przez nich zgody – mówi Marcin Pery, prezes należącej do Grupy Polsat firmy z branży nowych mediów, Redefine. – Możliwości informowania użytkowników są dwie: albo ufamy im, że czytają politykę prywatności stron, albo nakazujemy firmom informowanie o stosowaniu cookies w obecnej formie. Ponieważ zdecydowana większość użytkowników nie zapoznaje się samodzielnie z polityką prywatności stron, zdecydowano się na drugą opcję.

Regulacja ta obowiązuje od wejścia w życia znowelizowanego prawa telekomunikacyjnego 22 marca 2013 r., które wdrożyło dyrektywę unijną w tym zakresie. Cookies (pol. ciasteczka) to pliki tekstowe, zapisywane na komputerze, które strony internetowe wykorzystują m.in. do zapamiętywania tożsamości użytkownika czy śledzenia jego aktywności w internecie. Głównym celem jest przedstawianie użytkownikom reklam lepiej dostosowanych do ich potrzeb i zainteresowań.

Zdaniem prezesa Redefine zarówno sposób wprowadzenia obecnej regulacji, jak i jej funkcjonowanie ma jednak liczne wady.

 – Nikt nie pytał przedstawicieli branży internetowej, czy wprowadzać tę regulację, lecz postawiono ją przed faktem dokonanym. Konsultowano się z biznesem dopiero na etapie implementacji – mówi Pery.

Zdaniem prezesa Redefine, lepszym rozwiązaniem byłaby akcja edukacyjna przeprowadzona np. z pieniędzy branżowych. W ramach kampanii społecznej informowano by ludzi bardziej szczegółowo i wyjaśniano, do czego dokładnie służą cookies.

 – Moim zdaniem, obecne regulacje długo się nie utrzymają. Myślę, że wkrótce nastąpią jakieś zmiany, bo inaczej użytkownicy po prostu nie wytrzymają – twierdzi Pery.

Obecnie osoby, które mają tak ustawioną przeglądarkę internetową, że ta za każdym razem kasuje „ciasteczka” ze względu na prywatność, muszą przy każdym wejściu na tę samą stronę odpowiadać na komunikat dotyczący cookies.

 – W takim przypadku, nawet jeśli użytkownik zgodził się na wykorzystanie cookies przez daną stronę, to informacja o tym została skasowana. Dlatego też jest on pytany o zgodę codziennie, przy każdym kolejnym wejściu – mówi Pery.

Obecne prawo jest krytykowane jako uciążliwe zarówno dla użytkowników, jak i wydawców oraz reklamodawców. W ostatnich dniach minister administracji i cyfryzacji Michał Boni powiedział, że jest otwarty na zmiany dotyczące obecnej formy regulacji i współpracę w tej sprawie z IAB – Związkiem Pracodawców Branży Internetowej.

Kodak mógł zmienić kierunek funcjonowania firmy, podobnie jak Apple, to by go uratowało – stwierdza były wiceprezes giganta

0

Zmiana dziedziny działalności i nowa wizja mogła uratować Kodaka przez wejściem w stan upadłości. Były wiceprezes fotograficznego giganta uważa, że zabrakło w nim silnego lidera, jakim dla Apple’a był Steve Jobs. Kodak może przetrwać, ale jako mała, skoncentrowana firma.

 – Myślę, że Kodak już nigdy nie będzie taką firmą, jaką był wcześniej. Czas Kodaka, trwający ponad 100 lat, dobiegł końca. To, co może teraz zrobić, to powstać jako bardzo mały biznes skoncentrowany głównie na druku komercyjnym i kliszach drukarskich – przewiduje Don Strickland, były wiceprezes Kodaka i Apple’a.

Kodak powstał w 1888 r. W XX wieku firma zdominowała rynek klisz fotograficznych, w latach 70. mając 90 proc. udziału w tym segmencie. Jednak z uwagi na zbyt późne inwestycje w fotografię cyfrową Kodak popadł w problemy finansowe i w styczniu 2012 r. złożył wniosek o ochronę przed bankructwem w ramach tzw. Rozdziału 11 amerykańskiego prawa. Dzięki sprzedaży technologii i patentów za ponad 500 mln dolarów spółka ma wkrótce wyjść ze stanu upadłości.

Strickland podkreśla, że Kodak przegapił szansę na restrukturyzację. Gdyby proces zaczął się pięć lat temu, spółka uniknęłaby bankructwa i dziś funkcjonowałaby już na nowych zasadach i nowym rynku.

 – Kodak przez ponad 100 lat zmierzał do tego, by być liderem w dziedzinie obrazu. I nigdy nikt tam nie powiedział: przestajemy być liderem w tej dziedzinie, a skupimy się np. na mediach społecznościowych. Jeśli taki scenariusz rozważamy, Kodak jako marka mógłby bardzo dobrze funkcjonować w mediach społecznościowych, umożliwiając dzielenie się doświadczeniami przez zdjęcia – zauważa Strickland.

Według niego właśnie zmiana kierunku rozwoju firmy i znalezienie nowych nisz na rynku byłoby szansą dla Kodaka. Firma koncentruje się obecnie m.in. na produkcji klisz fotograficznych oraz na druku komercyjnym. W tym roku Kodak ogłosił wycofanie się z rynku drukarek atramentowych. Spółka z Rochester zapowiedziała jednak powrót na rynek aparatów fotograficznych – wiosną Kodak zapowiedział, że będzie sprzedawał aparaty formatu Micro 4/3 (małe aparaty z wymienną optyką, bez tzw. „lustra”).

Strickland porównuje sytuację Kodaka do Apple’a. Dla tej firmy powrót Steve’a Jobsa oznaczał nową wizję i ratunek przez nadchodzącą upadłością.

 – Tuż przed jego powrotem Apple jako firma komputerowa spadała w przepaść. Steve Jobs wrócił do firmy i powiedział: przegraliśmy tę wojnę, musimy ruszyć naprzód jako wielka firma konsumencka. Miał przekonanie, że Apple powinno przestać robić to, co do tej pory robiło, a co nie zgadzało się z nową wizją – opisuje Strickland. – To, co zrobił Steve Jobs, czyli zmienienie kierunku funkcjonowania firmy, było czymś co ją uratowało.

B. Wyżnikiewicz: spowolnienie gospodarcze mamy za sobą, teraz nastąpi odbicie

Spowolnienie gospodarcze w pierwszym kwartale tego roku sięgnęło dna, ale teraz nastąpi odbicie – uważa Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Lepsze nastroje przedsiębiorców, spadające sezonowo bezrobocie, niska inflacja i niskie stopy procentowe to, jego zdaniem, główne czynniki, które mogą pobudzić popyt krajowy w kolejnych kwartałach. Będzie to jednak stopniowe wychodzenie ze spowolnienia, m.in. ze względu na niekorzystne dla Polski otoczenie zewnętrzne, czyli pogrążoną w recesji Unię Europejską.

Według danych GUS, Produkt Krajowy Brutto wzrósł w I kwartale zaledwie o 0,5 proc. rok do roku (wobec 0,7 proc. w poprzednim kwartale) i przyniósł spore rozczarowanie. Popyt krajowy spadł o 0,9 proc. w ujęciu rocznym.

 – Jestem zdania, że to co było w pierwszym kwartale, to było coś w rodzaju dna spowolnienia, bo wyniki kwietnia i maja pokazują, że jednak sytuacja się nieco poprawia. Przede wszystkim są lepsze nastroje przedsiębiorców, a to jest tutaj decydujące. Poza tym nieoczekiwanie dobre są trendy na rynku pracy, lepsze niż poprzednio. Zmniejsza się bezrobocie, utrzymana jest sezonowość, mamy niską inflacje, niskie stopy procentowe – to mogą być czynniki, który pobudzi wzrost popytu krajowego – mówi Bohdan Wyżnikiewicz.

Podkreśla jednak, że w krótkim okresie nie powinniśmy oczekiwać spektakularnych wzrostów PKB.

 – Nie twierdzę, że będziemy mieli 2-3-proc. wzrost gospodarczy, bo jeszcze na to musimy poczekać rok, dwa, a może nawet i trzy, ale ta tendencja spadkowa obserwowana w  2012 roku teraz się odwraca – ocenia Wyżnikiewicz.

Zdaniem eksperta, kolejne miesiące przyniosą stopniową poprawę koniunktury. Zwraca on jednak uwagę na recesję w Europie, która w dalszym ciągu negatywnie wpływa na polską gospodarkę.

 – Pamiętajmy, że działamy w bardzo nieciekawym otoczeniu gospodarczym. W wielu krajach UE jest recesja, w związku z tym nasz eksport może ponieść jakieś straty w porównaniu z tym, co było w poprzednich latach – przestrzega.

Jego zdaniem wychodzenie Unii Europejskiej z recesji będzie długotrwałe i zajmie kilka lat, a to rzutuje również na tempo wychodzenia Polski ze spowolnienia. Dlatego – mimo, że jest zwolennikiem przystąpienia Polski do unii monetarnej – uważa, że w tym momencie pozostanie poza eurostrefą jest dla nas korzystne.

 – Dzięki temu, że mamy swoją walutę, a nie wspólną europejską, mamy możliwości konkurowania na rynkach europejskich i światowych – podkreśla. – W tym przypadku to nam pomaga, chociaż nieprzystąpienie do wspólnej waluty pociąga inne niekorzystne konsekwencje. Korzystajmy więc z tego, że możemy jeszcze sobie regulować w jakiś sposób rynkowo kurs.

Dynamiczne ruchy na polskim rynku handlowym – przejęcia, zajęcia i nowe marki.

Duże firmy inwestują w bonusy pozapłacowe dla pracowników Mimo nie najlepszej sytuacji gospodarczej nie można wykluczyć kolejnych przejęć w sektorze sklepów średnio i wielkopowierzchniowych, a nawet pojawienia się nowej marki. Sieci handlowe wprawdzie zdają sobie sprawy z ogromnej konkurencji, ale dostrzegają też potencjał prorozwojowy. – Polska jest dla nich dynamicznym i atrakcyjnym rynkiem mówi Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Toczący się właśnie proces przejęcia przez Auchan hipermarketów Real, należących do tej pory do Metro Group, czy planowany zakup sieci sklepów Małpka Express przez Czerwoną Torebkę są dowodem dynamicznych ruchów na polskim rynku handlowym. Wiele placówek, także tych niewielkich, lokalnych zmienia swojego właściciela. Niektóre podmioty nawiązują porozumienia, występując od tej pory pod wspólną marką.

 – Trwają intensywne procesy konsolidacyjne, bo na rynku jest trudno – mówi Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – Ujemna dynamika na wielkich powierzchniach oznacza, że z jednej strony firmy szukają rozwiązań multiformatowych, czyli operują od małych powierzchni po te największe. Z drugiej strony oznacza to, że może pojawić się nowy gracz, którego jeszcze w Polsce nie ma.

Trudno prognozować na razie, na jakich miałoby to się odbyć warunkach – przejęcia istniejących sklepów czy budowy sieci od zera (z ang. greenfield).

 – Oba scenariusze są bardzo prawdopodobne, chociaż z jednej strony nasza mitręga biurokratyczna może wystraszyć inwestora, startującego na poziomie greenfieldu – tłumaczy Faliński. – Z kolei wyjście po jakąś sieć czy po jej część, przy silnej konkurencji ze strony istniejących już tutaj inwestorów też stawia pewne wątpliwości przed takim decydentem.

Jak podkreśla, polski rynek jest bardzo nasycony. Nowemu graczowi nie będzie łatwo znaleźć dla siebie miejsce.

 – Przede wszystkim w Polsce jest to, czego nie ma na żadnym innym rynku europejskim: bardzo silny ekonomicznie, dobrze zintegrowany, zaopatrywany, poprzerastany z hurtem i produkcją, segment sklepów średniej i małej wielkości – tłumaczy Faliński. – One już są na poziomie dobrej konkurencji jakościowej i cenowej.

Jednak zainteresowaniu polskim rynkiem sprzyja nie najlepsza sytuacja w Europie. Szczególnie na południu kontynentu, które zmaga się z recesją i ogromnym bezrobociem, co skutkuje spadkiem konsumpcji. Zagraniczni inwestorzy stracili zaufanie do tamtejszych rynków i wycofują swój kapitał, przenosząc go tam, gdzie stabilniej i spokojniej.

 – Polska jest akurat krajem najbardziej stabilnym – ocenia dyrektor POHiD. – Pomimo swojej młodości rynkowej ma interesujące zasoby, np. dobrą i stosunkowo tanią siłę roboczą.

Za Polską przemawia również rozwój infrastruktury, a co za tym idzie – możliwości logistycznych czy magazynowych.

 – To, że mamy dziury w drogach nie znaczy wcale, że nie zrobiliśmy sobie porządnego systemu IT, łączności, że nie mamy poważnie rozwiniętych systemów logistycznych – mówi Faliński.

Sejm debatuje nad wydłużeniem okresów rozliczeniowych do 12 miesięcy oraz wprowadzeniem ruchomego czasu pracy

Jeszcze na trwającym obecnie posiedzeniu Sejmu odbędzie się głosowanie nad wydłużeniem okresów rozliczeniowych do 12 miesięcy oraz wprowadzeniem ruchomego czasu pracy. Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej podkreśla, że te rozwiązania pozwolą uratować wiele miejsc pracy i utrzymać konkurencyjność polskiej gospodarki.

Wprowadzenie tych przepisów pozwoli pracodawcom, u których występuje zmienne zapotrzebowanie na produkty lub usługi (a tym samym na pracę wykonywaną przez zatrudnionych) zaplanowanie większej liczby godzin pracy „w sezonie”, a mniejszej – poza nim.

– Z naszych wyliczeń wynika, że dzięki wydłużeniu okresu rozliczeniowego do 12 miesięcy, w czasie obowiązywania ustawy antykryzysowej [między lipcem 2009 a grudniem 2011 – red.] swoje miejsce pracy ocaliło 100 tys. pracowników. Dlatego chcemy wprowadzić to rozwiązanie na stałe do Kodeksu pracy – mówi Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Okres rozliczeniowy służy z jednej strony planowaniu pracy pracownikom, z drugiej – rozliczaniu faktycznie przepracowanego przez nich czasu.

Obecnie w podstawowym systemie czasu pracy (czyli gdy praca jest wykonywana przez 8 godzin na dobę) dopuszczalny okres rozliczeniowy wynosi do 4 miesięcy, a w szczególnych przypadkach, tj. w rolnictwie i hodowli, a także przy pilnowaniu mienia lub ochronie osób – do 6 miesięcy. Jeżeli jest to dodatkowo uzasadnione nietypowymi warunkami organizacyjnymi lub technicznymi, mającymi wpływ na przebieg procesu pracy, okres rozliczeniowy wynosi do 12 miesięcy.

Rządowy projekt zmian w Kodeksie pracy przewiduje możliwość wydłużenia okresu rozliczeniowego do 12 miesięcy – w każdym systemie czasu pracy, jeżeli jest to uzasadnione przyczynami obiektywnymi, technicznymi lub organizacyjnymi. Będzie to możliwe tylko po osiągnięciu w tej sprawie porozumienia pracodawcy z reprezentacją pracowników.

 – Musi być porozumienie pomiędzy pracodawcą a pracownikami, czy to związkiem zawodowym działającym w firmie, czy radą pracowniczą, czy przedstawicielem pracowników. Ponadto kontrolę słuszności podejmowania takich decyzji będzie wykonywała – według zapisów nowelizacji – także Państwowa Inspekcja Pracy. Dlatego nie zgadzam się z zarzutami kierowanymi pod adresem rządu, że chce w jakiś sposób ograniczyć tutaj prawa pracownicze – podkreśla minister pracy.

Projekt gwarantuje prawo do minimalnego wynagrodzenia za pracę, jeżeli pracownik w danym miesiącu nie miałby prawa do wynagrodzenia, ze względu na rozkład czasu pracy w przyjętym okresie rozliczeniowym.

Zmiany przewidują też możliwość wprowadzenia przez pracodawcę ruchomego czasu pracy, co oznacza różne godziny rozpoczynania pracy przez pracownika. Sejmowa Komisja ds. zmian w kodyfikacjach zarekomendowała Sejmowi przyjęcie rządowego projektu. O jego losach zadecydują posłowie w głosowaniu w tym tygodniu.

Hamdi Ulukaya zwycięzcą światowego finału konkursu Ernst & Young Przedsiębiorca Roku 2013

Tytuł najlepszego przedsiębiorcy świata przyznano już po raz 13. W tym roku do finałowej rywalizacji stanęło 49 finalistów z 47 krajów, którzy wcześniej zdobyli tytuł Przedsiębiorcy Roku w lokalnych edycjach konkursu. Zwyciężył Hamdi Ulukaya, założyciel Chobani – najpopularniejszej dziś marki greckiego jogurtu w Stanach Zjednoczonych.

Wśród finalistów konkursu byli m.in. Alberto Bombassei, prezes firmy Brembo – uznanego światowego lidera w dziedzinie techniki motoryzacyjnej hamulców tarczowych, czy Yoon Soo Yoon, CEO FILA – jednej z największych na świecie firm produkujących odzież sportową. Uroczystość odbyła się w minioną sobotę w Monte Carlo. Polskę reprezentował Ewald Raben, Prezes Grupy Raben, zdobywca tytułu Przedsiębiorca Roku 2012. Uroczystość odbyła się w minioną sobotę w Monte Carlo.

41- letni Hamdi Ulukaya pochodzi ze wschodniej Turcji z rodziny o tradycjach rolniczych i mleczarskich. W 1994 roku przeniósł się do USA, by nauczyć się języka angielskiego i rozpocząć kursy biznesowe. Jednak zamiast tego zajął się produkcją sera feta, po tym jak jego ojciec narzekał na jakość sera dostępnego w sprzedaży Stanach Zjednoczonych. Firmę Chobani założył w stanie Nowy Jork w 2005 roku, kupując nieczynną fabrykę jogurtu i dwa lata później rozpoczął produkcję własnego greckiego jogurtu Chobani (co po turecku i grecku oznacza „pasterz”). W ciągu zaledwie sześciu lat uczynił swój produkt najlepiej sprzedającą się marką jogurtu w USA, z roczną sprzedażą bliską 1 mld USD. Chobani zatrudnia 3000 pracowników i ma największą fabrykę jogurtu na świecie. Produkty Chobani dostępne są również w Australii i Wielkiej Brytanii. Chobani przekazuje corocznie 10% zysków firmowej Fundacji Pasterza (Sheperd’s Foundation). Firma jest także oficjalnym sponsorem drużyny olimpijskiej USA.

O tytuł najlepszego przedsiębiorcy na świecie od lat walczą również Polacy. W gronie przedsiębiorców reprezentujących Polskę w globalnym finale konkursy znaleźli się dotąd Krzysztof Pawłowski, Zbigniew Sosnowski, Tadeusz Winkowski, Maciej Duda, Dariusz Miłek, Michał Kiciński, Marcin Iwiński, Piotr Mikrut, Ryszard Florek, Krzysztof Pawiński i Ewald Raben.

Obecnie trwa jedenasta polska edycja konkursu Ernst & Young Przedsiębiorca Roku. Do 30 czerwca br. kandydaci mogą zgłaszać swój udział w trzech kategoriach konkursowych: Produkcja, Usługi, Nowy Biznes. Zwycięzca jedenastej polskiej edycji reprezentować będzie nasz kraj w międzynarodowym finale konkursu w czerwcu 2014 roku w Monte Carlo, gdzie zmierzy się z międzynarodowymi konkurentami, reprezentującymi wszystkie kontynenty. Więcej informacji o konkursie oraz formularz aplikacyjny znajduje się na stronie www.przedsiebiorcaroku.pl

Paweł Zylm wśród Najlepszych Menedżerów Roku 2012

Paweł Zylm, prezes zarządu BRE Ubezpieczenia oraz Aspiro S.A. został uhonorowany nagrodą dla Najlepszego Menedżera Roku 2012 magazynu Home&Market. Wyróżnienia zostały przyznane menadżerom, którzy w 2012 roku w sposób wybitny przyczynili się nie tylko do rozwoju zarządzanych spółek czy instytucji, lecz także wybranych sektorów polskiej gospodarki. Paweł Zylm został doceniony za istotny wkład i aktywne działania w kierunku rozwoju rynku ubezpieczeń direct, wzrostu świadomości społecznej w zakresie ubezpieczeń oraz popularyzację nowoczesnych rozwiązań w sprzedaży produktów finansowych.

Nagroda dla Najlepszego Menedżera Roku przyznawana jest od ponad 20 lat przez kolegium redakcyjne magazynu ekonomicznego Home&Market. Tegoroczne wręczenie nagród odbyło się 10 czerwca w Warszawie, a imprezę poprowadzili redaktor naczelna magazynu p. Katarzyna Mazur oraz
p. Marcin Piotr Dobrowolski z Radia PiN.

Paweł Zylm od ponad 15 lat jest związany z branżą ubezpieczeniową. Obecnie pełni funkcję prezesa zarządu BRE Ubezpieczenia TUiR SA, w którego powstawanie był zaangażowany od początku. W wyniku strategicznych decyzji na poziomie Grupy BRE podjął się przeprowadzenia fuzji spółek BRE Ubezpieczenia oraz Aspiro. Od 2012 roku pełni również funkcję Prezesa Zarządu Aspiro S.A.

Paweł Zylm jest także Przewodniczącym Zespołu ds. ubezpieczeń direct w Polskiej Izbie Ubezpieczeń oraz Członkiem Rady Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Za działania w kierunku rozwoju rynku ubezpieczeń direct i popularyzacji nowoczesnych rozwiązań w sprzedaży ubezpieczeń został uhonorowany odznaką „Zasłużeni dla Ubezpieczeń” przez Polską Izbę Ubezpieczeń.

World Trends, 6 czerwca 2013

Wczorajsza sesja na giełdzie w Warszawie na najważniejszym indeksie (WIG20) zakończyła się w okolicy zera. Indeks pierwszej dwudziestki spadł na zamknięciu o symboliczne 0,06% do poziomu 2462 pkt.  Widać, iż inwestorzy na GPW przewidzieli kontynuację spadków na Wall Street w drugiej części wczorajszego dnia. Indeks  S&P500 spadł na zamknięciu wczorajszej sesji o 1,38%. Kontrakty na S&P500 podczas wczorajszej sesji przebiły ważny poziom wsparcia przy 1620 pkt i aktualnie zmierzają do najbliższej wzrostowej linii trendu wyznaczonej od dołków z 28 grudnia ubiegłego roku.

Komentarz poranny, 6 czerwca 2013

Zapasy ropy w USA spadły z rekordowych poziomów, aż o 6,3 mln baryłek, podczas gdy oczekiwano spadku zaledwie o 0,8 mln baryłek. Powodem tego zaskoczenia było mocne ograniczenie importu (-7%) przy jednoczesnym zwiększeniu przerobu w rafineriach (wskaźnik wykorzystania mocy wzrósł z 86,4% do 88,4%). Wczorajszy raport przyczynił się do zawężenia spreadu Brent/WTI (do 9 USD/Bbl), który w ostatnich dniach rozszerzył się do 10 USD/Bbl.

Komentarz dzienny, 13 czerwca 2013

Dziś o 14:00 GUS opublikuje dane na temat dynamiki cen konsumenckich w maju. Spodziewamy się dalszego spowolnienia inflacji (do 0,6%), głównie z powodu umiarkowanego wzrostu cen żywności – potwierdzonego w tym tygodniu przez dane z Czech i Węgier – i dużego spadku cen paliw. Inflacja bazowa (oficjalne dane w piątek) powinna nieznacznie wzrosnąć, głównie ze względu na niską bazę z poprzedniego roku.

Miesięczny raport analityczny – czerwiec 2013

W połowie maja rynki rozwinięte rozpoczęły średnioterminową korektę, która w naszym scenariuszu bazowym potrwa jeszcze kilka tygodni. Polski rynek będzie zachowywał się lepiej: niedoważenie polskiego rynku przez inwestorów zagranicznych i rosnące prawdopodobieństwo zamykania tej pozycji wraz z poprawiającymi się PMI w Europie i zamieszkami w Turcji, napływ oszczędności do TFI. Akumuluj akcje.

Synthos zapowiada kolejne nowości

Synthos S.A.Pierwszy z nowych produktów oferowany pod nazwą Osakryl® AW24 to spoiwo akrylowe przeznaczone do powłok dekoracyjno-ochronych na podłoża drewniane, takich jak bejce, lakierobejce oraz lakiery wodorozcieńczalne. Jest to pierwsza dyspersja w ofercie firmy dedykowana do wyrobów na drewno. Oprócz bardzo dobrej wodoodporności tego spoiwa (niska nasiąkliwość wodą) na uwagę zasługuje również bardzo dobra przyczepność do starych powłok alkilowych.

Kolejnym nowym produktem w ofercie jest Osakryl® OSA H – elastyczne spoiwo styrenowo-akrylowe do dwukomponentowych mas hydroizolacyjnych na bazie cementu oraz do modyfikacji betonu, jak również do folii hydroizolacyjnych nazywanych powszechnie „foliami w płynie”. Zdecydowaną zaletą tego spoiwa jest doskonała kompatybilność z cementem, niska wodochłonność (dająca w wyrobach gotowych bardzo dobrą wodoszczelność) oraz bardzo dobre właściwości mechaniczne wyrobów gotowych.

Dyspersja styrenowo-akrylowa Osakryl® OSA S20 rekomendowana jest jako uniwersalne spoiwo do produkcji wewnętrznych i zewnętrznych farb i tynków dekoracyjno-ochronnych, a także gruntów. Spoiwo to idealnie sprawdza się tam, gdzie jest potrzeba zapewnienia optymalnej równowagi między odpornością mechaniczną powłoki (ścieralność, przyczepność do podłoża) oraz właściwościami dekoracyjnymi, takimi jak zdolność krycia, trwałość barwy czyli długi czas eksploatacji. Produkt zalecany jest także do różnych rodzajów powłok tynkarskich – w tym konwencjonalnych akrylowych, jak również silikonowych lub silikatowych powłok elewacyjnych, gwarantując optymalną przyczepność i wytrzymałość na czynniki zewnętrzne.

Ruszył ogólnokrajowy program „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”

Minister Pracy i Polityki Społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz i Dariusz Daniluk, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego podpisali dzisiaj umowę na wdrożenie programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”, którego celem jest udzielanie niskooprocentowanych pożyczek absolwentom szkół i wyższych uczelni, a także studentom ostatniego roku studiów wyższych oraz bezrobotnym posiadającym pomysł na własny biznes.

Celem programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie” jest rozwój przedsiębiorczości oraz tworzenie warunków dla powstawania nowych miejsc pracy, jako elementów rozwoju rynku pracy, przeciwdziałania bezrobociu i promowania zatrudnienia. Program ma charakter ogólnokrajowy. Realizowany będzie w dwóch etapach – początkowo w jednym z pięciu makroregionów, obejmującym województwa: małopolskie, świętokrzyskie i mazowieckie. Od 2014 roku program obejmie pozostałe regiony.

Na realizację pierwszego etapu Minister Pacy i Polityki Społecznej przeznaczył kwotę 21,5 mln zł. BGK będzie zarządzać programem w całym okresie jego funkcjonowania. Udzielaniem pożyczek będą zajmowali się pośrednicy finansowi (inne banki, fundusze pożyczkowe) wybrani przez BGK. Zadaniem pośredników będzie także obsługa pożyczek w okresie spłaty, monitoring spłat oraz windykacja niespłacanych pożyczek.

BGK odpowiedzialny będzie w szczególności za bieżący monitoring działalności pośredników, analizę operacji realizowanych w ramach Programu, umorzenia pożyczek i sprawozdawczość na rzecz MPiPS.

Jednym z kryteriów wyboru pośredników finansowych będzie ocena założeń współpracy potencjalnego pośrednika z uczelniami wyższymi. Startujący w konkursie powinni przedstawić, w jaki sposób będą współpracować z uczelniami na przykład przy ocenie biznes planów przedsięwzięć, na które absolwenci będą chcieli zdobyć pieniądze. Uczelnie będą w ten sposób włączone w realizację Programu, który stanowić będzie element społecznej odpowiedzialności uczelni w procesie przygotowania młodych ludzi do prowadzenia własnej działalności.

Pożyczki udzielane będą na:

podjęcie działalności gospodarczej przez:
– poszukujących pracy absolwentów szkół i uczelni w okresie 48 miesięcy od dnia otrzymania dyplomu,
– bezrobotnych,
– studentów ostatniego roku studiów wyższych,

utworzenie przez ww. osoby, które otrzymały pożyczkę na podjęcie działalności gospodarczej, stanowiska pracy dla bezrobotnego, w tym dla bezrobotnego skierowanego przez powiatowy urząd pracy.

Pożyczki charakteryzować się będą niskim oprocentowaniem – na poziomie 0,25 stopy redyskonta weksli NBP (aktualnie 0,75 % w skali roku). Udzielane będą jako pomoc de minimis. Okres spłaty nie będzie mógł przekroczyć 84 miesięcy (7 lat). Możliwa będzie karencja w spłacie kapitału pożyczki przez okres 1 roku. Maksymalna kwota pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej wynosić będzie do 60 tys. zł. Wypłata środków pożyczki odbywać się będzie po zarejestrowaniu działalności gospodarczej.

Pożyczka na utworzenie stanowiska pracy dla bezrobotnego, w tym bezrobotnego skierowanego przez powiatowy urząd pracy, udzielana będzie nie wcześniej niż po pierwszym roku działalności podjętej przez pożyczkobiorcę i wynosić będzie maksymalnie do 20 tys. zł.

Prawne zabezpieczenie spłaty pożyczki stanowić będzie weksel własny pożyczkobiorcy oraz poręczenie dwóch osób fizycznych. W zależności od wyników oceny zdolności kredytowej i ryzyka kredytowego, przyznanie pożyczki będzie mogło być uzależnione od ustanowienia dodatkowego/innego zabezpieczenia spłaty.

Warunkiem uzyskania pożyczki będzie m.in. złożenie wniosku o pożyczkę wraz z uproszczonym biznes planem przedsięwzięcia, na realizację którego przeznaczona będzie pożyczka.

Pożyczkobiorcy, którym udzielono pożyczki na utworzenie stanowiska pracy dla bezrobotnego skierowanego przez powiatowy urząd pracy, będą mieli możliwość skorzystania z umorzenia pozostałej do spłaty kwoty kapitału pożyczki, o ile spłacać będą pożyczkę zgodnie z harmonogramem spłat, a utworzone stanowisko pracy utrzymane zostanie przez minimum 1 rok.

W celu zapewnienia jednolitego dla wszystkich makroregionów podejścia do zasad przyznawania pożyczek, BGK opracuje jednolity regulamin udzielania pożyczek. Decyzje o przyznaniu pożyczki podejmowane będą na podstawie metodologii opracowanych przez pośredników finansowych, które podlegać będą zatwierdzeniu przez BGK.

Pierwsze pożyczki powinny zostać udzielone już w III kwartale br.

Leszek Balcerowicz: zostawcie OFE, a zlikwidujcie przywileje emerytalne

Prof. Leszek Balcerowicz uważa, że likwidacja OFE i oparcie emerytur tylko o ZUS zaszkodziłoby systemowi emerytalnemu i całej gospodarce. Tłumaczy, że otwarte fundusze emerytalne przyczyniły się do sukcesu naszego rynku kapitałowego, bo zgromadzone w nich oszczędności pracują. Jest również za likwidacją przywilejów poszczególnych grup zawodowych, w tym m.in. rolników, górników i mundurowych. Jego zdaniem szkodzą one gospodarce.

– Tu nie chodzi o OFE jako instytucje, tu chodzi o oszczędności Polaków. Przypominam, że w ZUS ze względu na jego naturę, nie ma żadnych oszczędności, bo to co wchodzi, zaraz wychodzi w postaci wypłat emerytur. Jest wiele badań, które pokazują, że lepiej mieć zdywersyfikowany system emerytalny niż taki tylko, który sprowadza się do rozwiązań ZUS-owskich – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Jak podkreśla, dzięki temu, że oszczędności zgromadzone w OFE pracują, przyczyniły się do sukcesu naszego rynku kapitałowego, czyli pośrednio do sukcesu polskiej gospodarki. Dlatego likwidacja funduszy nie jest dobrym wyjściem, a priorytetem powinna raczej stać się reforma systemu.

– W obliczu różnych napięć budżetowych władza albo będzie próbowała robić skok na oszczędności Polaków, co będzie złe dla rozwoju, albo zrobi więcej reform, które dla rozwoju są bardzo potrzebne. Trzeba więc nacisnąć na władzę, żeby dokonała właściwego wyboru z punktu widzenia naszej przyszłości gospodarczej – podkreśla profesor Balcerowicz.

Jego zdaniem właściwym krokiem byłoby rozliczenie się z przywilejami poszczególnych grup zawodowych, m.in. górników, rolników czy służb mundurowych.

– Najwyższy czas, żeby ta milcząca większość przestała być milczącą większością i powiedziała dosyć, ale nie tylko rządowi, ale tym grupom uprzywilejowanym, które bronią swoich przywilejów – apeluje.

Balcerowicz tłumaczy, że te przywileje – dotyczące emerytur, ale też zasiłków chorobowych – w obecnym kształcie powodują straty dla gospodarki.

– Nie może być świętych krów. Są takie grupy, które dostają 100 proc. płacy w zasiłku, czyli nic nie tracą chorując i przez to mniej pracują. Jest cała masa przywilejów do usunięcia. Owe przywileje są, po pierwsze, niesprawiedliwe, po drugie, pochłaniają pieniądze, które pochodzą od innych ludzi. Przyczyniają się do wysokich podatków i do wzrostu długu publicznego – wymienia przewodniczący Rady Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Sugeruje również, że należałoby rozliczyć się z KRUS i traktować rolników tak samo jak przedsiębiorców.

– Trzeba uznać, że ci, co utrzymują się głównie z rolnictwa tzn., że mają dostatecznie duże gospodarstwo, są przedsiębiorcami. I dobrze, że mamy przedsiębiorców rolnych. Oni powinni być traktowani jak inni obywatele. Jestem przekonany, że wielu rolników przedsiębiorców jest gotowych się na to zgodzić – dodaje.

Wielu ekonomistów uważa, że likwidacja OFE to realny scenariusz. Choć rząd oficjalnie nie ogłosił takich planów, ze strony państwa nie ma też wyraźnych deklaracji, że OFE będą dalej funkcjonować. Resort pracy kończy właśnie prace nad przeglądem prawa dotyczącego systemu emerytalnego. Ma on stanowić przesłankę do oceny OFE i pokazywać skutki zmian systemu emerytalnego w Polsce, począwszy od 1999 r. Wpływ na jego treść ma również Ministerstwo Finansów. Według zapowiedzi raport o OFE ma być gotowy w połowie czerwca.

Za kilka lat Polska jednym z dziesięciu najważniejszych eksporterów żywności

Mimo niekorzystnych opinii na niektórych rynkach zagranicznych polska żywność się obroniła – mówi Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. Polskie produkty cieszą się dużą popularnością wśród konsumentów m.in. w krajach sąsiadujących, co pozwala producentom i eksporterom z nadzieją patrzeć na dalsze kierunki takie, jak kraje Ameryki Południowej i Azji. Zdaniem eksperta, w najbliższych latach Polska ma szansę znaleźć się w czołówce eksporterów żywności.

Według dyrektora generalnego POHiD, najbliższe lata będą kluczowe dla tego kierunku rozwoju. Rodzimi producenci żywności mają szansę walczyć o istotne dla nich rynki, na przykład w Kazachstanie czy krajach rozwijających się, tzw. BRICS – Brazylii, Rosji, Indii, Chin i Republiki Południowej Afryki.

– Sądzę, że w ciągu kilku lat wejdziemy do klubu pierwszych 10 najbardziej liczących się eksporterów żywności z poważnymi markami w ofercie – prognozuje Andrzej Faliński.

Do rozwoju eksportu żywności w dużej mierze przyczyniają się duże międzynarodowe sieci handlowe, które polskie produkty sprzedają w swoich sklepach zagranicą. Coraz częściej występują one pod marką własną, a nie importera, który sprowadza ją do danego kraju.

Jednak do dalszego rozwoju – według Falińskiego – potrzebna jest mądra polityka promocyjna ze strony państwa, które powinno zaangażować się w budowanie silnej pozycji polskich producentów żywności. Jego zdaniem, wiele się o tym mówi, za to gorzej jest z realizacją pomysłów.

– Żywność to jest 1/3 polskiej PKB, bo to nie tylko rolnictwo i przetwórstwo, to także dystrybucja i komunikacja o żywności – uważa dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – Trzymajmy się tego, bo to jest nasza Dolina Krzemowa.

Jego zdaniem, klimat wokół polskiej żywności zagranicą – po problemach z początku roku – zaczyna się poprawiać, a konsumenci przestają ich unikać.

– Sprzedaż żywności w pierwszym kwartale tego roku w porównaniu do pierwszego kwartału roku ubiegłego wzrosła o 13,9 proc. – zauważa Andrzej Faliński. – Bardzo dobre są opinie o polskiej żywności w krajach, w których ona była protekcjonalnie traktowana w sposób bardzo zły.

Reputacji polskiej żywności szkodziły takie wydarzenia jaka afera solna z ubiegłego roku czy skandal związany z obecnością koniny w polskich produktach z wołowiny. W Czechach nawoływano do bojkotu naszych produktów, w tym drobiu i nabiału. Dzisiaj, zdaniem dyrektora Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, sytuacja powoli zaczyna się normalizować.

– Pomysły środowisk biznesowych, jak również rządowych Czech czy Słowacji w tej chwili odeszły w przeszłość – mówi Andrzej Faliński. – Jest pewien konsensus, pomysł na współpracę inspekcji państwowych.

Przybywa przejęć i konsolidacji w sektorze chemicznym. Chińczycy coraz bardziej aktywni

Światowy przemysł chemiczny szuka nowych źródeł surowca i nowych rynków zbytu. Dlatego przedsiębiorstwa skupiają się na przejęciach innych firm. Dotyczy to także rynku polskiego. Na świecie coraz większą rolę odgrywają Chińczycy, szukający dodatkowo możliwości ulokowania kapitału. W Polsce przedsiębiorcy z tego kraju są jednak wciąż mało obecni.

Według raportu „2013 Global Chemical Industry Mergers and Acquisitions Outlook”, sporządzonego przez Deloitte, podmioty prowadzące działalność w branży przemysłu chemicznego są zmuszone szukać nowych rynków – co jest związane z poszukiwaniem tańszych surowców i chęcią produkowania bliżej potencjalnych rynków zbytu. Dlatego na całym świecie mają obecnie miejsce przejęcia i konsolidacje firm z tego sektora.

– Na pewno rynek globalny jest interesujący, ponieważ jest wiele przetasowań, transakcji. Zarówno na Bliskim Wschodzie, w Azji Środkowo-Wschodniej, głównie w Chinach, Indiach, jak i również w Ameryce Łacińskiej. Również polski rynek pokazał, że może być atrakcyjny i też było kilka wręcz spektakularnych transakcji na rynku chemii w Polsce.

Największą firmą chemiczną w Polsce stała się Grupa Azoty, po przejęciu przez Zakłady Azotowe w Tarnowie fabryk w Policach, Puławach i Kędzierzynie-Koźlu. Niemiecki BASF kupił od Ciechu aktywa dotyczące produkcji TDI (cieczy, która służy m.in. do wyrobu klejów czy lakierów). Ciech dąży też do sprzedaży Organiki Sarzyny – zakładów chemicznych produkujących środki ochrony roślin oraz substancje, które służą do ich produkcji.

– Prawdopodobnie będzie sprzedawał niektóre pozostałe aktywa. Celem tego jest restrukturyzacja portfela i polepszenie wyników finansowych Ciechu. To jest główny cel tych działań – mówi ekspertka Deloitte.

Chiński przemysł chemiczny coraz silniejszy

W branży chemicznej dominują firmy z Europy i Stanów Zjednoczonych, a obecnie dołączają do nich firmy chińskie. Te ostatnie poszukują miejsc do zainwestowania swojego coraz większego kapitału, a także szukają know-how, który mogą zdobyć na rynkach w Europie.

– Rynek chiński jest bardzo atrakcyjny, głównie ze względu na historycznie bardzo duże wzrosty – zauważa Sermanowicz-Giza. – Z naszych badań wynika, że w latach 2000-2010 wzrost tego rynku wyniósł około 27 proc. Obecnie tempo wzrostu jest znacznie mniejsze, ale cały czas dosyć wysokie w porównaniu do rynku europejskiego.

W Polsce jednak przedsiębiorcy z Państwa Środka inwestują rzadko.

– Tego typu transakcje w Polsce zdarzały się, ale mimo wszystko wiemy z doświadczenia, że proces transakcyjny w przypadku chińskich partnerów jest dość skomplikowany i bardzo trudny – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Kłopotliwe we współpracy z Chińczykami są m.in. różnice kulturowe i językowe, co w połączeniu z dużą biurokracją staje się czasem barierą nie do pokonania.

– Nie wszyscy w Chinach mówią po angielsku, dlatego potrzebne jest bardzo duże zaangażowanie tłumaczy – mówi ekspertka. – Przeprowadzenie tego typu transakcji do końca to duży wysiłek, znacznie większy niż w przypadku firm europejskich czy amerykańskich.

12 tys. zgłoszeń szkód w ciągu dwóch tygodni to bilans burz i nawałnic, które przeszły nad Polską

Od 28 maja do PZU wpłynęło ponad 12 tysięcy zgłoszeń klientów, którzy ponieśli szkody w wyniku gwałtownych opadów deszczu, burz i nawałnic w całej Polsce. Ubezpieczyciel przyjmuje wnioski kilkoma kanałami, w tym przez internet i telefon. W przypadku licznych miejscowych zniszczeń uruchamia też mobilne biuro, które przyjeżdża do klientów, którzy ponieśli szkody.

Celem PZU w przypadku szkód masowych jest szybki kontakt z klientami i jak największe uproszczenie procesu likwidacji szkody.

– W sytuacji, kiedy w danej części kraju występują szkody masowe, punktowe, gdzie jest wielu poszkodowanych, uruchamiamy nasze mobilne biuro, czyli taki specjalny autobus, który jest przystosowany do obsługi klientów – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Michał Witkowski, rzecznik grupy PZU.

Dziś mobilne biuro PZU wyjedzie w okolice Mielca. W poniedziałek nad miastem przeszła burza i gradobicie. Grad miał wielkość 2-3 centymetrów. Uszkodzone zostały budynki mieszkalne i samochody.

Według PZU trudno w tym momencie porównywać ilość szkód w tym roku do poprzedniego sezonu.

– Badając tak krótkie okresy czasu, trzeba stwierdzić, że są one nieporównywalne, ponieważ te zjawiska atmosferyczne występują na przestrzeni danych pór roku w różnych
miesiącach. I tak w ubiegłym roku szczyt burz i nawałnic występował w lipcu, w tym roku mamy duże opady w czerwcu – mówi Michał Witkowski.

Jak podkreśla, średnio w skali roku do ubezpieczyciela zgłasza się podobna liczba poszkodowanych. Wyjątkiem był rok 2010, kiedy doszło do powodzi na Wiśle.

Przedstawiciel PZU przypomina, że każdy ubezpieczony po zlikwidowaniu szkody musi liczyć się ze zmniejszeniem zniżek za bezszkodowość.

– Jest specjalna tabela obrazująca zniżki, które możemy nabywać. Przesuwamy się o dwa miejsca w tej tabeli, z reguły oznacza to podwyżkę składki w przyszłym roku tak między 5 proc. a 15 proc. – dodaje Witkowski.

Komentarz dzienny, 12 czerwca 2013

Według danych o handlu zagranicznym GUS, kwiecień charakteryzował się niewielką nadwyżką handlową w wysokości 104,7 mln EUR. Nie jednak sama nadwyżka jest dla nas interesująca, co przełożenie opublikowanych wolumenów eksportu i importu na dane NBP o bilansie płatniczym (publikacja w poniedziałek 17 czerwca).

Polskie programy wsparcia działalności badawczo-rozwojowej daleko od biznesu

Aż 75 proc. polskich przedsiębiorców deklaruje, że w ciągu najbliższych pięciu lat podniesie poziom wydatków na badania i rozwój (B+R), lub co najmniej pozostawi je na obecnym poziomie. Aby jednak ich aktywność mogła się rozwijać, firmy potrzebują nie tylko większej liczby zachęt ze strony państwa, ale także zachęt o wyższej wartości. Jak pokazuje badanie „Corporate R&D Report”, przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte w pięciu krajach Europy Środkowej, firmy mają ograniczoną wiedzę na temat dotacji i zachęt podatkowych dotyczących działalności badawczo-rozwojowej. W Polsce jedynie 41proc. przedsiębiorców deklaruje posiadanie wiedzy o tych udogodnieniach, a zaledwie 16 proc. kiedykolwiek z nich korzystało.

Najbardziej konkurencyjne gospodarki na świecie inwestują ogromne środki w działalność badawczo-rozwojową. Pozycja Europy jest w tym obszarze coraz słabsza. Szacuje się, że w 2013 r. wzrost wydatków na B+R na starym kontynencie będzie niższy, niż stopa inflacji (1,5 proc.). Podczas gdy w najszybciej rozwijających się gospodarkach (np. krajach z grupy BRICS: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA) wzrost ten osiągnie od 4 do ponad 11 proc.* „Dlatego Unia Europejska stymuluje państwa członkowskie do zwiększenia wydatków na badania i rozwój do poziomu 3 proc. PKB rocznie w 2020 r. Aby to osiągnąć, należy przyspieszyć proces komercjalizacji wyników B+R poprzez uproszczenie procedur regulacyjnych, a także dążyć do bardziej dynamicznej współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami a środowiskiem naukowym” – wyjaśnia Magdalena Burnat-Mikosz, Partner Zarządzająca zespołem R&D and Government Incentives w Europie Środkowej w Deloitte.

Charakterystyczne dla naszego regionu jest także to, że w przeciwieństwie do gospodarek zachodnich rządy państw Europy Środkowej wydają na badania i rozwój znacznie więcej niż przedsiębiorcy prywatni. Średnia europejska tzw. wskaźnika BERD (ang. Business Expenditures on R&D), wynosi 55,5 proc., podczas gdy w Polsce – 24,7 proc., Słowacji – 33,9 proc., Chorwacji – 38,2 proc., Czechach – 46,9 proc. i na Węgrzech – 47,5 proc.

Zdecydowana większość polskich przedsiębiorców – 88 proc. (wynik zbliżony do średniej w regionie) zadeklarowała, że finansuje B+R ze swoich budżetów. Spośród nich niespełna jedna trzecia przeznacza na ten cel od 1 do 3 proc. obrotów. Najwięcej (ponad 10 proc.) wydaje się w branży TMT oraz energetycznej. Polska była jedynym krajem spośród pięciu przebadanych, w którym żaden z respondentów nie zaznaczył, że jego firma na pewno nie przeznacza na B+R żadnych funduszy. Mieli raczej wątpliwości, czy ich firma w ogóle zajmuje się taką działalnością.

Aż 78 proc. przedsiębiorców z Europy Środkowej deklaruje, że w ciągu najbliższego roku – dwóch lat utrzyma wydatki na B+R na tym samym poziomie lub nawet je zwiększy. W Polsce ten wskaźnik wyniósł 75 proc. Podobny wynik uzyskano w przypadku odpowiedzi na pytanie, ile respondenci zamierzają wydać na ten cel w ciągu kolejnych trzech – pięciu lat. Przedsiębiorcy stawiają jednak warunek: potrzebują zachęt o większej wartości i w większej liczbie, aby rozwijać działalność naukowo-badawczą. „Okazuje się, że w krajach Europy Środkowej firmy preferują nieco inne rodzaje zachęt. Dla Chorwatów, Węgrów i Słowaków przede wszystkim dotacje byłyby czynnikiem decydującym o podjęciu działań B+R, Polacy i Czesi wskazują zaś na ulgi podatkowe. Dostosowanie się do tego trendu, dla polskiego systemu podatkowego, w odróżnieniu od czeskiego, oznaczałoby znaczącą zmianę jakościową, gdyż obecnie w naszym kraju właściwie brak jest znaczących zachęt podatkowych dla przedsiębiorców prowadzących działalność B+R” – wyjaśnia Michał Turczyk, Starszy Menedżer w zespole R&D and Government Incentives w Deloitte.

Jak pokazało badanie, polscy przedsiębiorcy mogą nie mieć wystarczającej wiedzy na temat poszczególnych zachęt. W badaniu wymieniono 15 istniejących w Polsce preferencji i ulg przysługujących firmom prowadzącym działalność naukowo-badawczą. W przypadku 12 z nich mniej niż połowa respondentów przyznała, że kiedykolwiek o nich słyszała. Jeszcze mniej optymistycznie wypadają proporcje dotyczące korzystania ze wspomnianych ulg. Aż w 13 przypadkach skorzystało z nich jedynie 20 proc. ankietowanych przedsiębiorstw. Największą rozpoznawalnością i popularnością cieszą się zachęty finansowane z funduszy unijnych. Znacznie mniej przedsiębiorców wspomaga się zachętami wynikającymi z systemu podatkowego.

Jedna czwarta środkowoeuropejskich przedsiębiorców nie korzysta z ulg podatkowych, ponieważ nie mają pewności, jakie podejście do prezentowanych przez nich wydatków na B+R zastosują organy podatkowe. W Polsce ten wskaźnik był wyższy o 5 proc. „To pokazuje, że firmy albo nie rozumieją obowiązujących definicji związanych z tą sferą działalności lub przepisy są zbyt skomplikowane i niejasne. Jednocześnie znaczny odsetek badanych (29%) nie korzysta z dotacji B+R, pomimo posiadanej wiedzy na ich temat, co wynika to z braku zasobów pozwalających na odpowiednie monitorowanie i definiowanie szans uzyskania dofinansowania” – tłumaczy Michał Turczyk. W Polsce najczęściej firmy rezygnują z ubiegania się o dotacje z przyczyn formalnych (42 proc.) i z obawy przed biurokracją (25 proc.).

Niepokoi również fakt, że niecałe 5 proc. polskich firm jest bardziej zainteresowanych finansowaniem zwrotnym niż dotacjami. Chociaż jest to i tak wynik lepszy niż uzyskany w pozostałych krajach regionu, gdzie żaden z respondentów nie wskazał, iż byłby zainteresowany instrumentami zwrotnymi bardziej niż dotacjami. Należy wziąć to pod uwagę w procesie zatwierdzania zasad wdrażania unijnych funduszy strukturalnych na lata 2014-2020, tym bardziej, że planowane jest zastąpienie dużej części dotacji bezzwrotnych przez instrumenty zwrotne.

Optymistycznym akcentem jest to, że 66 proc. polskich przedsiębiorców twierdzi, iż prowadzi działalność B+R we współpracy z innymi podmiotami. „Ten wynik jest spójny z polityką UE i poszczególnych krajów, których celem jest wspieranie współpracy i wymiany między firmami i sektorem prywatnym a światem nauki. Należy jednak wziąć pod uwagę, iż przedsiębiorcy często za współpracę uznają również na przykład pomoc uczelni w przygotowaniu opinii o innowacyjności, która jest formalnie niezbędna do uzyskania części zachęt. Tego typu współpraca nie jest jednak celem, jaki Polska i Komisja Europejska postawiły w strategii na rok 2020. Nadal jednak jest bardzo dużo do zrobienia w zakresie struktury wydatków na B+R. Gospodarka polska w coraz większym stopniu opiera się na nowoczesnych usługach, w tym wykorzystujących B+R. Dlatego należy rozwijać i tworzyć przepisy umożliwiające przedsiębiorstwom zwiększanie wydatków na działalność naukowo-badawczą, które w porównaniu do środków rządowych przeznaczanych na ten cel są obecnie jednymi z najniższych w regionie”- podsumowuje Magdalena Burnat-Mikosz.

Firma Synthos otrzymała dokumentację Deutschen Instituts für Bautechnik (DIBt)

Synthos S.A.Firma Synthos otrzymała dokumentację Deutschen Instituts für Bautechnik (DIBt), uprawniająca do sprzedaży SYNTHOS XPS oraz SYNTHOS XPS PRIME w Niemczech. Uzyskane certyfikaty potwierdzają , że Synthos XPS to produkt o najlepszych parametrach, spełniający rygorystyczne wymagania rynku niemieckiego.

  • Certyfikat DIBT
  • Certyfikat DIBt – Wärmedämmsystem Perimeterdämmung im drückenden Wasser
  • Certyfikat DIBt – Wärmedämmsystem Umkehrdach – Ausführung mit Begrünung

Pozytywne i negatywne skutki dwuletniego funkcjonowania ustawy o działalności leczniczej

Ustawa o działalności leczniczej w ciągu dwóch lat obowiązywania nie spełniła większości celów, które stawiał przed nią ustawodawca. Bez jej gruntownej nowelizacji (lub uchwalenia dodatkowych ustaw, zwłaszcza o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych) system ochrony zdrowia w Polsce będzie coraz mniej wydolny, co już odczuwają zarówno podmioty lecznicze, jak i pacjenci – ostrzegają eksperci firmy PwC, kancelarii DZP i Uczelni Łazarskiego.

Coraz dłuższe kolejki do lekarzy, pogarszająca się sytuacja finansowa szpitali mimo rosnących nakładów na leczenie, niedostateczna efektywność zarządzania podmiotami leczniczymi itp. – to zjawiska będące utrapieniem publicznego systemu ochrony zdrowia. Lekiem na niektóre z nich miała być ustawa o działalności leczniczej, która weszła w życie w połowie 2011 roku. Z perspektywy dwóch lat okazuje się, że nie do końca spełniła oczekiwania jej autorów, jak również nie odczuli tego pacjenci.

Eksperci firmy PwC, kancelarii DZP i Uczelni Łazarskiego w raporcie „Ustawa o działalności leczniczej – podsumowanie dwóch lat funkcjonowania” wskazują pozytywne i negatywne skutki wprowadzenia ustawy. Ich zdaniem stanowi ona krok w dobrym kierunku w celu rozwiązania ważnych problemów ochrony zdrowia w Polsce. Ustawa poprawiła m.in. jakość otoczenia prawnego, w którym funkcjonują podmioty lecznicze, ułatwiła ich transformację, a ponadto oferuje narzędzia umożliwiające umiarkowane urynkowienie ochrony zdrowia.

Z drugiej jednak strony eksperci wskazują, że w trakcie obowiązywania ustawy ujawniły się jej wady – zarówno techniczne (np. pominięcie przepisu przyznającego SPZOZ-om osobowość prawną), jak i systemowe.

„Największą wadą ustawy nie jest to, co pozostaje w niej nieprecyzyjnie lub błędnie uregulowane, ale to, czego w niej brakuje. Ustawa nie rozwiązuje żadnego z ważnych problemów koordynacyjnych polskiej służby zdrowia – zwłaszcza braku kompleksowości i koordynacji udzielanych świadczeń oraz marnotrawstwa systemowego” – stwierdza Mariusz Ignatowicz, partner w PwC, lider zespołu ds. sektora ochrony zdrowia.

Autorzy raportu wskazują, że ustawa nie zapewnia koordynacji geograficzno-medycznej między podmiotami leczniczymi. W efekcie położone blisko siebie placówki nierzadko oferują bardzo zbliżony zakres świadczeń, przy jednoczesnym braku innych, które byłyby nie mniej potrzebne pacjentom. Do tego dochodzi kwestia braku kompleksowości świadczeń: obecnie brakuje ciągłości świadczeń udzielanych pacjentom na różnych etapach leczenia. Eksperci wskazują także na systemowe marnotrawstwo w ochronie zdrowia. Wynika ono z faktu, że potencjał placówek jest nieoptymalnie wykorzystywany, ponieważ mimo odpowiednich zasobów kadrowych i sprzętowych nie mogą one świadczyć usług finansowanych przez inne podmioty niż NFZ.

Eksperci PwC, kancelarii DZP i Uczelni Łazarskiego przedstawiają rekomendowane kierunki zmian, które poprawiłyby sytuację w systemie ochrony zdrowia w Polsce. Nowelizacja ustawy (lub uchwalenie ustaw towarzyszących) powinna uwzględniać takie elementy jak:

  1. Usunięcie wad ustawy:
    • Doprecyzowanie definicji podmiotu leczniczego i przedsiębiorstwa podmiotu leczniczego
    • Nadanie podmiotom leczniczym w sposób jednoznaczny osobowości prawnej, a także jednolitych praw i obowiązków
  2. Uzupełnienie ustawy:
    • Współdziałanie podmiotów leczniczych funkcjonujących na wspólnym obszarze geograficznym (np. podział zadań, utrzymanie rezerw)
    • Ramowa regulacja kwestii organizacyjnych w podmiotach leczniczych (proces i tryb przyjęcia pacjenta lub odmowy przyjęcia, ciągłość procesu leczenia, w tym skierowanie lub transport do innego świadczeniodawcy itp.)
    • Określenie zasad współpracy podmiotów leczniczych z zakładami ubezpieczeń oferującymi dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne
    • Czytelny podział zadań i odpowiedzialności władz publicznych (administracji rządowej i samorządowej)
  3. Przedefiniowanie koszyka świadczeń gwarantowanych w ramach powszechnego systemu finansowanego ze środków publicznych – poprzez rzetelne wyliczenie, na jaki zakres finansowania wystarczają środki pobierane w ramach obowiązkowej składki zdrowotnej
  4. Uregulowanie niepublicznego rynku świadczeń zdrowotnych – wsparcie rozwoju dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.

Autorzy raportu wskazują, że powyższe zmiany są niezbędnym warunkiem uzdrowienia sytuacji w ochronie zdrowia. W przeciwnym przypadku spowolnienie gospodarcze będzie pogłębiało ujawniający się niedobór pieniędzy w publicznym systemie ochrony zdrowia w Polsce. Może to mieć negatywne konsekwencje dla wszystkich uczestników systemu: począwszy od pacjentów (kolejki i coraz dłuższy czas oczekiwania na świadczenie), poprzez podmioty lecznicze doświadczające pogarszającej się płynności finansowej, aż po podmioty tworzące, zwłaszcza zadłużające się jednostki samorządu terytorialnego.

Barlinek SA rozszerza swoją działalność o rynek niemiecki i rosyjski

Barlinek SA, największy producent podłóg drewnianych w Europie, poszukuje sposobu na zwiększenie sprzedaży w Niemczech, liczy też na znaczący wzrost rynku rosyjskiego. Według prezesa firmy, na polskim rynku na razie nie ma co liczyć na odbicie, ale – jak podkreśla sytuacja spółki w kraju jest stabilna.

 – Mówiąc o Niemczech to nie jesteśmy jeszcze zadowoleni z naszej pozycji rynkowej, chcielibyśmy zmienić ten stan rzeczy – mówi Wojciech Michałowski, prezes Barlinka.

Firma pracuje obecnie nad zwiększeniem swojej sprzedaży u naszych zachodnich sąsiadów, m.in. poprzez wprowadzanie nowych produktów. Obecnie ma tam 3 proc. udziału w rynku.

 – Intensyfikujemy działania sprzedażowe, mamy tam dedykowane siły sprzedaży. Wyprodukowaliśmy produkty, o których wiemy, że jest na nie zapotrzebowanie na rynku niemieckim, czyli produkty olejowe, produkty dwuwarstwowe. Widzimy systematyczny wzrost sprzedaży – tłumaczy prezes firmy.

Inaczej sytuacja wygląda w Rosji. Choć spółka odniosła już sukces na tamtejszym rynku, nadal widzi w nim duży potencjał rozwoju.

 – Uważamy, że rynek rosyjski w dłuższej perspektywie powinien rosnąć. Jest to około 140 mln ludzi i naszym zdaniem potrzeby w zakresie mieszkalnictwa, w zakresie remontów w długiej perspektywie będą tam istotne – deklaruje Michałowski. – Nasze dotychczasowe doświadczenia w Rosji są bardzo pozytywne, jesteśmy tam trzecim graczem z bardzo istotnym 10 proc. udziałem rynkowym. Chcielibyśmy rosnąć wraz z tym rynkiem.

W całej Europie Barlinek ma 10 proc. udziału w rynku. Firma radzi sobie dobrze głównie rynkach skandynawskich oraz na rynku brytyjskim.

Największym rynkiem sprzedaży dla producenta pozostaje Polska – sprzedaje tu kilkanaście procent swojej produkcji. Pozycję spółki w kraju prezes ocenia jako stabilną, ale w najbliższym czasie nie oczekuje jednak istotnych wzrostów sprzedaży. Uważa, że przyjdzie na to czas w dłuższej perspektywie czasowej.

 – Nasze wyniki na rynku polskim są dobre, natomiast mamy świadomość tego, co się dzieje w budowlance. W związku z tym nie spodziewamy się w tej chwili wzrostów – tłumaczy.

Liczy również na to, że w długoletniej perspektywie cała Europa podniesie się z kryzysu i sprzedaż firmy wzrośnie.

 – Myślę, że sytuacja będzie się poprawiać. Na razie jest stabilna, lepiej wygląda w Skandynawii, w Niemczech, w Wielkiej Brytanii niż w Europie Południowej, natomiast tutaj nie mamy dużej ekspozycji sprzedażowej, w związku z tym nie cierpimy za bardzo z tego powodu – dodaje.

Barlinek SA działa w ramach Grupy Kapitałowej Barlinek i jest największym w Europie producentem podłóg drewnianych, listew, peletu i brykietu. Eksport stanowi ponad 80 proc. produkcji i sprzedaży ogółem. Flagowym produktem firmy jest deska podłogowa ze szlachetnych gatunków drewna (zwana deską barlinecką), którą eksportuje do 55 krajów na 5 kontynentach. Oprócz zakładów w Polsce Barlinek ma także fabryki na Ukrainie i w Rumunii.

Raport Manpower: nastąpi wzrost zatrudnienia w transporcie, logistyce, komunikacji oraz instytucjach sektora publicznego

Transport, logistyka, komunikacja oraz instytucje sektora publicznego – to branże, które według Barometru Manpower będą zatrudniać w III kwartale. Optymizm pracodawców co do planów zatrudnienia w kolejnych miesiącach jest jednak dość ostrożny. Zwiększenie liczby pracujących przewiduje tylko 16 proc. przebadanych firm, 9 proc. zamierza redukować etaty, a 72 proc. nie planuje zmian personalnych.

Widzimy lekkie ożywienie na rynku pracy, ponieważ po raz pierwszy od roku prognozy są pozytywne, czyli firmy będą bardziej nastawione na zwiększanie zatrudnienia. To oznacza, że mamy większą liczbę firm, które będą zwiększać zatrudnienie niż tych, które będą zatrudnienie redukować – tłumaczy Iwona Janas, dyrektor generalna Manpower w Polsce, firmy, która przygotował kolejny raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.

Z badania wynika, że największy optymizm pracodawców widoczny jest w sektorze Transport/ Logistyka/ Komunikacja (+10 proc). Umiarkowanie optymistyczną prognozę odnotowano natomiast dla branż Instytucje sektora publicznego (+6 proc.), Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo (+4 proc.) oraz Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi (+3 proc.).

Jednocześnie prognozy dotyczące zatrudnienia w sektorach Budownictwo, Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi (-5 proc.) oraz Produkcja przemysłowa (-3 proc.), pozostają ujemne już czwarty kwartał z rzędu. Mimo to sytuacja w nich nie pogarsza się i jest stabilna.

– Po Euro 2012 zaczęliśmy obserwować spadki prognoz, wciąż są negatywne. Niestety na trzeci kwartał, który zwykle jest dobrym sezonem dla budownictwa, nie mamy dobrych informacji: firmy budowlane będą cały czas bardziej nastawione na zwalnianie niż zatrudnianie – tłumaczy Janas.

Najgorsze prognozy zatrudnienia odnotowano w sektorze wydobywczym i kopalniach (-15 proc.) – one również są ujemne od czterech kwartałów. Prognoza zatrudnienia dla sektora Handel (detaliczny i hurtowy) wynosi natomiast 0 proc., co oznacza, że w trzecim kwartale nie będzie tam nowych etatów, ale nie będzie też zwolnień.

Tym, co może napawać optymizmem jest fakt, że istnieje wiele zawodów, których nie dotyczą problemy związane z zatrudnieniem. Szanse na rynku pracy mają też osoby bez doświadczenia.

– Obserwując trendy na rynku widzimy, że spośród najbardziej poszukiwanych, a jednocześnie cały czas brakujących zawodów, powtarza się temat wyspecjalizowanych kwalifikacji: specjalistów IT, inżynierów, techników, również kierowców, co z kolei jest dosyć spójne z tym, że logistyka i transport najchętniej zatrudnia w tej chwili na rynku – wymienia Iwona Janas. – Jest też bardzo duże zainteresowanie osobami po studiach i osobami, które nie mają doświadczenia.

W ujęciu kwartalnym prognoza zatrudnienia wzrosła w trzech z sześciu badanych regionach Polski. Najwyższy wzrost optymizmu wobec drugiego kwartału odnotowano w regionie Północnym (o 4 proc.), a następnie w Południowym i Północno-Zachodnim (o 3 proc. dla obu). W regionie Wschodnim prognoza pozostaje na zbliżonym poziomie, natomiast w Centralnym spadła o 5 punktów procentowych. Nie zmieniły się natomiast plany pracodawców z regionu Południowo-Zachodniego.

Zdaniem Iwony Janas, optymizm pracodawców, choć w skali kraju umiarkowany, może sugerować, że coś pozytywnego zaczyna dziać się na rynku pracy.

– Załóżmy, że jest to pierwszy sygnał pewnego trwałego polepszenia – dodaje.

Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. ManpowerGroup jest firmą doradczą na rynku pracy. W Polsce od 2001 r. wspiera firmy i kandydatów do pracy za pośrednictwem 40 agencji pracy w 25 miastach.

Choć rosną ceny produkcji, nie będzie podwyżek cen żywności. Jest bariera popytu.

Konsumenci nie powinni obawiać się wzrostu cen żywności. Ostatnie miesiące pokazują, że nieco idą w górę, jednak nie są to znaczące wzrosty, która wpłyną na domowe budżety. Większe powody do obaw mają rolnicy, ponieważ i w tym roku może zabraknąć im pieniędzy na inwestycje, a nawet odtworzenie produkcji w przyszłym sezonie. Powody do zadowolenia mają tylko producenci drobiu, którego cena rośnie, chociaż nadal jest najtańszym z mięs.

 – Niewielki wzrost cen nie powinien niepokoić konsumentów. Natomiast producenci mają obawy, czy będą mieli środki na odtworzenie czy inwestowanie, bo rosną koszty produkcji. Na przykład ceny warzyw dwa lata temu były katastrofalnie niskie, również w ubiegłym roku nie były wysokie. A bez inwestowania, bez szukania nowinek, innowacji, trudno konkurować na świecie – mówi prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Zgodnie z ostatnimi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, ceny żywności i napojów bezalkoholowych wzrosły w kwietniu o 0,4 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca. Profesor Kowalski wyjaśnia, że tak nieznaczne zmiany wynikają z przedłużającego się spowolnienia gospodarczego w Polsce, a także z globalnego kryzysu, który automatycznie powoduje mniejsze zainteresowanie polskim eksportem.

 – Jest bariera popytu i nawet tam, gdzie byłyby uzasadnione wzrosty cen z uwagi na wyższe koszty produkcji, podwyżki nie następują. Przetwórcy, producenci schodzą z marż bojąc się, że utracą rynek – podkreśla prof. Andrzej Kowalski.

Najbardziej podrożały warzywa (o 2,5 proc.), więcej niż miesiąc wcześniej płacono za mięso (przeciętnie o 0,5 proc., w tym za drób – o 3,6 proc., przy spadku cen mięsa wołowego – o 0,4 proc., a wędlin i mięsa wieprzowego – po 0,2 proc.).

 – Wiele produktów staniało, również tych, których się nie spodziewaliśmy, a część cen wzrosła, bo są to podwyżki sezonowe, np. warzyw. Wiele osób mówi, że są one droższe niż w ubiegłych latach, ale trzeba pamiętać, że dwa lata z rzędu były wyjątkowo niskie ceny. Jeżeli w tej chwili jest odbicie rzędu kilku procent, to od razu jest to zauważalne w budżetach – zwraca uwagę dyrektor IERiGŻ.

Jednak ten wzrost cen rzędu 2-3 proc. w ciągu roku, jaki przewiduje ekspert, jest uznawany za normalny, a nawet konieczny dla rozwoju gospodarki.

Ważnym czynnikiem, który powoduje ograniczenie wzrostu cen żywności, jest stabilna sytuacja w innych, pozasurowcowych kosztach. Są nimi np. ceny energii elektrycznej, które od kilku miesięcy utrzymują się na niskim poziomie.

 – Wielu ekonomistów twierdzi, że od lipca ceny energii nie zmienią się. Płace nie rosną w takim tempie, który powodowałby nacisk na wzrost cen żywności. Z umiarkowanym optymizmem można patrzeć z punktu widzenia konsumentów na to, co się będzie działo – mówi prof. Andrzej Kowalski.

Tym bardziej, że nie sprawdziły się wcześniejsze prognozy dotyczące wzrostu cen mięsa wieprzowego i wołowego. Eksperci z IERGiŻ przewidywali, że może ono podrożeć nawet o ponad 10 proc. w skali roku. Jednak stawki wieprzowiny pozostają bez znaczących zmian.

 – Wołowina i wieprzowina stoi w miejscu, rosną ceny drobiu, ale wpływa na to wysoki i ciągle rosnący eksport. Mimo rosnących cen, drób jest ciągle tańszy w stosunku do innych gatunków mięsa. Występuje więc presja powodująca, że konsumenci przerzucają się na drób – dodaje prof. Andrzej Kowalski.

Rząd rozważa podniesienie płacy minimalnej. Pracodawcy protestują – oznacza to falę zwolnień

Dziś rząd zamierza zająć się wysokością płacy minimalnej w przyszłym roku. Pracodawcy podkreślają, że poziom tego wynagrodzenia w Polsce już jest wyższy niż w podobnych pod względem gospodarczym krajach Europy Środkowo-Wschodniej i nie jest wskazane jego radykalne podnoszenie, bo to oznacza groźbę zwolnień, zwłaszcza w biedniejszych regionach kraju.

Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan

 – Jeżeli podnosilibyśmy płacę minimalną szybciej, to możemy doprowadzić do większego bezrobocia na terenach wschodniej Polski, terenach słabych gospodarczo oraz wśród ludzi o niskich kwalifikacjach – podkreśla Jeremi Mordasewicz, ekspert rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

W praktyce zwiększenie poziomu płacy minimalnej oznacza, że pracownicy powinni pracować bardziej wydajnie, aby zarobić na wyższe płace, albo też ich pracodawcy muszą podnieść ceny swoich towarów czy usług. Jak podkreśla Mordasewicz – dla pracodawców ze wschodnich terenów Polski podniesienie tego wynagrodzenia nawet o minimum ustawowe, czyli 88 zł brutto stanowi problem. Tłumaczą, że nie są w stanie podnieść o tyle swoich cen.

Dodatkowo pracodawcy przypominają, że pracownik musi wytworzyć więcej niż wynosi jego pensja brutto – część jego pracy idzie na poczet przychodów firmy, która z tego musi opłacić inne koszty.

 – Na terenach wschodniej Polski, gdzie jest niska siła nabywcza ludności, gdzie pracuje sporo osób o bardzo niskich kwalifikacjach, nie wypracują one dla swojego pracodawcy ponad 3 tys. zł miesięcznie. A tyle muszą, jeżeli płaca minimalna, jak obecnie, wynosi 1600 zł. Tu trzeba uwzględnić składki na ubezpieczenia społeczne, podatki, ale również urlop czy absencję chorobową – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz.

Dlatego ważne jest dla nich, aby wzrost nie był wyższy niż do 1688 zł brutto – o tyle zgodnie z ustawą pensje muszą wzrosnąć minimalnie. Związki zawodowe chcą, by płaca minimalna wynosiła 1720 zł.

 – Zbyt duże podniesienie płacy minimalnej oznacza, że ci pracodawcy nie są w stanie podnieść o tyle ceny za swoje produkty czy usługi. Trzeba zatem pamiętać, że kiedy płaca minimalna przekracza 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia, ale w danym regionie, a nie w całym kraju, rozpoczyna się zwalnianie pracowników o niskich kwalifikacjach – podkreśla ekspert Lewiatana

Relacje płacy minimalnej i przeciętnego wynagrodzenia są różne w zależności od regionu. Mordasewicz wyjaśnia, że w skali całego kraju wskaźnik ten jest nieco powyżej 40 proc., jednak w poszczególnych powiatach jest jeszcze wyższy.

 – Są powiaty, w których płaca minimalna przekracza 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia, to jest zazwyczaj już poziom nieakceptowalny i albo pracownicy przechodzą do szarej strefy, albo są po prostu zwalniani – mówi Jeremi Mordasewicz.

Ekspert dodaje, że w Polsce płaca minimalna jest wyższa niż u Czechów, Słowaków czy Węgrów. Jego zdaniem, w tym przypadku nie powinniśmy porównywać się do krajów Europy Zachodniej, ale właśnie do sąsiadów.

 – Jeszcze długo płaca minimalna w Polsce nie osiągnie poziomu Europy Zachodniej, ponieważ nie jesteśmy na tym poziomie rozwoju gospodarczego. Możemy się porównywać ze Słowacją i z Czechami, a tam płaca minimalna jest niższa niż w naszym kraju, mimo że wydajność pracy i produktywność jest wyższa. Dochody w Czechach są wyższe, a mimo to nie zdecydowali się na podniesienie płacy minimalnej obawiając się, że osoby o niskich kwalifikacjach nie będą zatrudniane – mówi Mordasewicz.

Coraz poważniejsze problemy związane z systemem finansowania energetyki odnawialnej

Część przedsiębiorców sektora energetycznego wstrzymuje inwestycje. Powodem są powstające już od kilku lat regulacje dotyczące energetyki odnawialnej w Polsce. Brak informacji co do przyszłego systemu finansowania tych projektów staje się coraz poważniejszym problemem. Wsparcia inwestorom w tych niestabilnych warunkach może udzielić Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Wkrótce dofinansuje np. inwestycje Energi.

 – Tworzone są nowe podstawy regulacyjne dla energetyki odnawialnej, w związku z czym jest to sektor o podwyższonym ryzyku – zarówno dla banków komercyjnych, jak i dla inwestorów. Chcemy odegrać istotną rolę jako dostarczyciel i kapitału, i długu – mówi Lucyna Stańczak, dyrektor Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Polsce.

Polski rząd od ponad trzech lat pracuje nad ustawą mającą stworzyć łatwiejsze i stabilniejsze warunki do inwestowania w odnawialne źródła energii (OZE). W grudniu 2010 roku minął termin na implementację unijnej dyrektywy w tym zakresie, w związku z czym Komisja Europejska wnioskuje o ukaranie Polski w wysokości 133228,80 euro za każdy dzień zwłoki.

 – Takie kraje jak Bułgaria czy Rumunia również robią rewolucje w swoich systemach wsparcia. Właściwy sposób skalibrowania tej pomocy jest niezwykle ważny i wymaga czasu. Niestety ma to wpływ na inwestycje, które są realizowane tu i teraz. Jest więcej niewiadomych, związanych z tym, jak będzie kształtował się system wsparcia, jak długo będzie trwał, w jakim będzie rozmiarze. I w związku z tym instytucje finansujące nie chcą tego ryzyka brać na siebie i próbują przenieść je na inwestora – tłumaczy Lucyna Stańczak.

Część przedsiębiorców wycofuje się z inwestycji lub je wstrzymuje widząc, że w ostatecznym rozrachunku zwrot z inwestycji, który pierwotnie planowali, jest mniejszy, jeżeli muszą wziąć na siebie wszystkie te ryzyka dotyczące niepewności regulacyjnej.

 – To może mieć wpływ na to, że inwestycje są spowolnione czy zahamowane. Jeśli inwestor nie widzi możliwości dokapitalizowania takiego projektu, może się to łączyć również z takimi drastycznymi decyzjami. To nie byłoby z pewnością korzystne biorąc pod uwagę, że cele związane z pakietem unijnym stawiają wysoko poprzeczkę co do tego, jaki ma być udział energetyki odnawialnej w polskim systemie energetycznym – dodaje Lucyna Stańczak.

Zgodnie z unijną dyrektywą kraje członkowskie wspólnie do roku 2020 powinny osiągnąć 20 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych w całkowitym zużyciu energii i 10 proc. udziału tej energii w sektorze transportowym. Dla Polski poziom ten wynosi 15 proc. dla OZE oraz 10 proc. w sektorze paliw transportowych. EBOiR może ułatwić osiągnięcie tych celów.

 – Finansujemy te projekty, które pozwalają poprawić polski miks energetyczny, czyli będą zmierzały do większej efektywności energetycznej, lepszego zarządzania systemem dystrybucyjnym. Finansujemy także projekty związane ze smart gridem, jak również te, które przyczyniają się do niskoemisyjności polskiej gospodarki. Tu współpracujemy zarówno z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, z bankami komercyjnymi, funduszami specjalizującymi się w tych projektach mówi dyrektor EBOiR.

Zdaniem ekspertki, tzw. nowa unijna perspektywa, czyli na lata 2014-2020 będzie wymagała od beneficjentów zmiany podejścia i wyższego wkładu własnego.

 – Będzie tak ze względu na duże ograniczenia budżetowe, zarówno na poziomie centralnym i lokalnym. W nowy sposób będzie trzeba spojrzeć na to, jak pozyskać współfinansowanie. Tu jest miejsce dla sektora prywatnego, również dla nas, i innych potencjalnych graczy. Myślę, że program Inwestycje Polskie również powinien odegrać tu istotną rolę i będziemy z nimi współpracować – informuje Lucyna Stańczak.

Wśród projektów, nad którymi pracuje EBOiR w tym roku, są trzy związane z OZE: dwa dotyczące energetyki wiatrowej i biomasy.

 – Może jeszcze przed wakacjami uda nam się podpisać dość duże finansowanie dla Energi – z przeznaczeniem na wspieranie inwestycji smart grid i przyłączenia dla sektora energetyki odnawialnej – wyjaśnia dyrektorka banku.

EBOiR to międzynarodowa instytucja finansowa promująca transformację w kierunku gospodarki rynkowej. Wspiera m.in. projekty zwiększające efektywność energetyczną oraz redukcję emisji CO2. EBOiR finansuje do 35 proc. kosztu projektu, gdzie minimalna inwestycja to 10 milionów euro. Udziela finansowania długoterminowego – w przypadku projektów infrastrukturalnych można otrzymać kredyty nawet powyżej 20 lat. Udziela także gwarancji ułatwiających pożyczkobiorcy dostęp do finansowania.