Spodziewany kryzys gospodarczy Chin będzie miał ogromny wpływ na koniunkturę Europy

Spowolnienie chińskiej gospodarki może utrudnić Europie wyjście z kryzysu. Nowe władze w Pekinie chcą zmniejszyć zależność kraju od inwestycji, to jednak wpływa na wolniejszy niż do tej pory wzrost gospodarczy. Mniej dynamiczny rozwój już oddziałuje negatywnie na stan gospodarki europejskiej, ale jeśli Chiny dotknie kryzys, Europa będzie miała poważniejsze problemy.

– Europejska gospodarka poradzi sobie ze spowolnieniem w Chinach, chociaż będzie to oznaczało i już oznacza wolniejsze wychodzenie z kryzysu gospodarczego na Starym Kontynencie. Ale nie poradzi sobie, jeśli będzie to twarde lądowanie. Sytuacja w Azji, szczególnie w Chinach, odgrywa teraz dla Europy bardzo istotną rolę – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers.

Kwiecień podkreśla, że chińska gospodarka spowalnia ze względu na działania rządu w Pekinie. W marcu tego roku zakończył się proces pokoleniowej zmiany na szczycie Komunistycznej Partii Chin, a nowy premier Li Keqiang i przewodniczący ChRL Xi Jingping chcą zmniejszyć zależność gospodarki od inwestycji. W tej chwili odpowiadają one za ponad połowę chińskiego PKB.

– Władze, które objęły stery w tym roku, nie tylko nie przedłużyły pewnych działań stymulacyjnych, które podejmował wcześniejszy rząd, ale też wprowadziły pewne ograniczenia, które mają zmienić strukturę gospodarki, zmniejszyć stopień ich zależności od inwestycji, które już są trochę powyżej granicy rozsądku – mówi Kwiecień.

Według niego spowolnienie w Chinach jest niewątpliwe. Choć oficjalnie wzrost gospodarczy nadal utrzymuje się na poziomie 7,5 proc. rocznie, to według ekonomisty rzeczywiste, nieoficjalne dane mogą być niższe. Kwiecień dodaje, że rząd nie jest w stanie całkowicie przewidzieć kierunku rozwoju gospodarki. Pomimo ścisłej kontroli, jaką ma rząd w Pekinie, gospodarka zawsze może zachować się inaczej niż planowano. Z uwagi na dużą zależność Chin od inwestycji łatwo może okazać się, że spowolnienie przerodzi się w kryzys gospodarczy.

– Jest ryzyko, że sprawy potoczą się inaczej, a w gospodarce, która jest w 50 proc. uzależniona od inwestycji i te inwestycje stanowią pewien mechanizm naczyń powiązanych, może to się dość szybko obrócić właśnie ze spowolnienia w twarde lądowanie – mówi Kwiecień.

Z uwagi na powiązania handlowe Unia Europejska mocno odczuwa zmiany koniunktury w Chinach. Kraj ten jest jednym z największych partnerów handlowych Wspólnoty. Zgodnie z danymi Eurostatu w 2012 r. do Chin (bez Hong Kongu) trafiło 8,5 proc. unijnego eksportu – więcej wyeksportowano jedynie do Stanów Zjednoczonych. Z kolei pod względem sprowadzania dóbr do Unii Europejskiej Chiny są zdecydowanie największym rynkiem – w 2012 r. z tego kraju pochodziło aż 16,2 proc. unijnego importu.

Urząd Patentowy odnotował o 12% wyższy wzrost składanych wniosków niż w ubiegłym roku

0

Systematycznie i zauważalnie wzrasta w Polsce liczba zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych do ochrony. W ubiegłym roku było ich o 14 proc. więcej niż w 2011 rokiem. Zdaniem prezes Urzędu Patentowego to dzięki temu, że przedsiębiorcy są bardziej świadomi korzyści płynących z opatentowania wynalazków i wzorów użytkowych. Uzyskanie patentu pozwala uzyskać przewagę konkurencyjną na rynku i na uzyskiwanie dochodów z opłat licencyjnych.

– Od około pięciu lat obserwujemy systematyczny wzrost liczby zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych do ochrony. Ta skala przyrostu liczby zgłoszeń wyraża się średnią około 15 proc. rocznie, przy czym w ostatni rok wzrost wyniósł około 14 proc. – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Alicja Adamczak, prezes Urzędu Patentowego.

W 2010 r. do Urzędu Patentowego wpłynęło 4082 zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych. W 2011 roku liczba ta wzrosła do 4818, a w 2012 r. było już 5351 takich zgłoszeń.

– Jak wynika z pierwszych danych statystycznych za ten rok, przekraczamy o około 12 proc. porównywalny okres roku ubiegłego. Myślę, że te liczby na koniec roku będą jeszcze bardziej imponujące – prognozuje Alicja Adamczak. – Najwięcej zgłoszeń wynalazków i wzorów dotyczy nauki i pochodzi od szkół wyższych i jednostek naukowo badawczych. Pozostałe dzielą się na podmioty gospodarcze i osoby fizyczne. Osoby fizyczne są tą najmniejszą grupą podmiotów, które zgłaszają swoje rozwiązania do ochrony.

Jej zdaniem wzrost liczby zgłoszeń wynika z tego, że przedsiębiorcy poznają korzyści, jakie daje uzyskanie patentu.

– Nastąpił wzrost świadomości o znaczeniu praw własności przemysłowej dla rozwoju gospodarczego i dla uzyskania pozycji związanej z przewagą konkurencyjną na rynku, co wiąże się z posiadaniem wyłączności na dany wynalazek czy wzór – stwierdza prezes Urzędu Patentowego.

Patent daje także wymierne korzyści finansowe.

– Jest to również element związany z możliwością zabezpieczania kredytów. Patent pozwala wdrożyć wynalazek nie tylko we własnej firmie, ale również w innych, poprzez sprzedaż samego prawa, jak również sprzedaż licencji, czyli upoważnienie do korzystania z posiadanego patentu czy prawa ochronnego na wzór użytkowy w takim samym zakresie jak właściciel – podkreśla Alicja Adamczak.

Większe zainteresowanie zgłaszaniem rozwiązań do ochrony nie przekłada się na liczbę wdrażanych rozwiązań. Jak podkreśla Alicja Adamczak, dokładnych danych w tym zakresie żadna instytucja nie posiada, ale „nie mamy w tym zakresie szczególnych sukcesów”.

– Z naszych kontaktów z przedsiębiorcami wynika, że jednak poszukują metod, które mają tę zdolność wdrożeniową, i które budowałyby ich pozycję na rynku i dawały przewagę konkurencyjną w stosunku do podmiotów już nie tylko krajowych, ale również zagranicznych – dodaje prezes Urzędu Patentowego.

Sklepy internetowe oszukują klientów poprzez niedozwolone klauzule w regulaminach

Regulaminy sklepów internetowych pełne są niedozwolonych klauzul. To efekt tego, że e-sprzedawcy niedostatecznie znają prawo w zakresie swoich praw i obowiązków. Stosowanie przez e-sklepy niedozwolonych postanowień wykorzystuje, często nieetycznie, część kancelarii prawnych, które zarabiają krocie za reprezentację w sprawach o stosowanie klauzul niedozwolonych lub na propozycjach odstąpienia od pozwu.

Dla niektórych kancelarii prawnych i stowarzyszeń broniących konsumentów pozywanie e-sklepów stało się źródłem dużych zarobków. Wynajdują w wyszukiwarkach internetowych e-sklepy stosujące niedozwolone klauzule w umowach.

– Cały mechanizm polega na tym, że np. ja jako Kowalski występuję przeciwko sklepowi internetowemu. Nie muszę nawet dokonać w nim żadnego zakupu. Wystarczy, że złożę zawiadomienie do UOKIK-u, że ten sklep stosuje w swoim regulaminie niedozwolone zapisy, które łamią moje prawa. Wynajmuję do tego adwokata, który mnie reprezentuje. Ten adwokat dostanie zwrot kosztów z tzw. zastępstwa procesowego i jednocześnie proponuje odstąpienie od pozwu, jeżeli pokryjemy koszty obsługi prawnej. Na tym ten cały biznes polega i na tym się opiera – tłumaczy ekspert.

W rezultacie zdarza się w praktyce, że jeden e-sklep otrzymuje nawet kilkanaście pozwów od jednej lub kilku osób, które są reprezentowane przez tego samego adwokata.

– W naszej ocenie są to działania nieetyczne, gdzie wręcz całe rodziny reprezentowane przez tego samego adwokata pozywają jeden sklep internetowy składając pozwy o ten sam zapis. Proceder ten stał się na tyle uciążliwy, że nawet sam UOKiK, skierował propozycje zmian przepisów prawa w tym zakresie do Ministerstwa Sprawiedliwości w celu ukrócenia procederu. Pierwszym tego typu krokiem, który miał spowolnić trend masowego pozywania sklepów internetowych, było obniżenie stawki za zastępstwo procesowe prawie sześciokrotnie – reasumuje Rafał Stępniewski.

Najczęstszym przykładem łamania prawa przez e-sklepy jest przerzucanie kosztów wysyłki zareklamowanego towaru na klienta.

– Sklep powinien ponieść koszty wysyłki towaru w razie odstąpienia przez klienta od umowy – mówi Agencji Informacyjnej Rafał Stępniewski, prezes zarządu RzetelnyRegulamin.pl. – Ma obowiązek zwrócić klientowi zarówno kwotę jaką zapłacił za towar, jak i cenę przesyłki ze sklepu do klienta. Dodaje, że to nie jedyna niedozwolona klauzula, jaką e-sklepy mają zamieszczają w swoich regulaminach.

– E-sprzedawcy bardzo często mylą podstawowe instytucje: niezgodność towaru z umową, rękojmię, reklamację i zwrot. Wszystkie te pojęcia są bardzo mocno wymieszane w regulaminach. Przepisowe wymagania dotyczące jednego z nich implementują do całkowicie innych – stwierdza ekspert.

Przykładem jest wymaganie od klientów paragonu lub faktury przy złożeniu reklamacji.

– Nie trzeba mieć faktury lub paragonu przy reklamowaniu towaru. Wystarczy np. wydrukowany e-mail od sprzedawcy, w którym znajduje się potwierdzenie dokonania zamówienia. Kolejnym nadużyciem ze strony e-sklepów jest wymaganie oryginalnego opakowania przy składaniu reklamacji – wyjaśnia Rafał Stępniewski.

Podstawowe prawo klienta przy zakupach online to prawo odstąpienia od umowy bez podania powodu w określonym przepisami terminie.

– Przy zakupach dokonanych za pośrednictwem internetu konsument nie ma możliwości dotknięcia, czy zobaczenia towaru, stąd też wynika możliwość odstąpienia od umowy w ciągu 10 dni bez podawania żadnej przyczyny od dnia dostawy, plus 14 dni na odesłanie towaru – podkreśla prezes zarządu RzetelnyRegulamin.pl.

Klient powinien w tym czasie powiadomić dany e-sklep o chęci zwrotu, odesłać towar, a sprzedawca powinien zwrócić zapłaconą kwotę.

Rusza Program Operacyjny Polska Cyfrowa, który umożliwi jak najszerszy rozwój internetu

Rządowy Program Operacyjny Polska Cyfrowa 2014-2020 ma umożliwić jak najszerszy rozwój internetu w Polsce. Będzie on skierowany zarówno do urzędów administracji i jednostek im podległych, jak i operatorów telekomunikacyjnych. Obejmie projekty o znaczeniu ogólnopolskim w takich obszarach jak np. e-administracja, e-zdrowie, e-sądy, e-zamówienia publiczne oraz e-kultura.

W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 (PO PC) wspierane będą działania umożliwiające jak najszerszy dostęp do sieci szerokopasmowych oraz osiągnięcie największej przepustowości na obszarach, gdzie nie można zapewnić dostępu do internetu na warunkach rynkowych.

Pomoc zostanie skierowana przede wszystkim do przedsiębiorców telekomunikacyjnych i obejmie wsparcie projektów w zakresie budowy, rozbudowy lub przebudowy sieci infrastruktury telekomunikacyjnej zapewniających szerokopasmowy dostęp do internetu o parametrach 30 Mb/s i więcej. W ramach PO PC wsparcie skierowane będzie także do urzędów, które mają poprawić jakość i dostępność e-usług publicznych.

– Chcemy uzupełnić zidentyfikowane tzw. białe plamy, czyli miejsca, gdzie nie ma dostępu do szerokopasmowego internetu, gdzie występują braki, co jest związane z tym, że ta infrastruktura jest nieopłacalna ekonomicznie dla biznesu. Planujemy te luki zidentyfikować z poziomu krajowego i w tych miejscach będą realizowane inwestycje – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marceli Niezgoda, wiceminister rozwoju regionalnego.

Program Operacyjny Polska Cyfrowa ma także ułatwić dostęp do zasobów publicznych.

– Druga część tego programu to inwestycje w technologie informacyjno-komunikacyjne. Czyli z jednej strony np. mówimy o usługach publicznych, e-edukacja, e-learning, e-zdrowie. To jest komponent krajowy. Natomiast wsparcie technologii informacyjno-komunikacyjnych w gospodarce, czyli zwiększenie obrotu gospodarczego w internecie będzie się odbywać głownie poprzez Regionalne Programy Operacyjne – wyjaśnia Marceli Niezgoda.

Budżet Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa to 2 mld euro.

– Przypomnę, że część polityki spójności, która będzie wdrażana i zarządzana przez Regionalne Programy Operacyjne, to 28 mld euro. W programach regionalnych będą wydzielone pule dla przedsiębiorców – podkreśla wiceminister rozwoju regionalnego.

W ramach PO PC wspierana będzie również e-integracja, czyli działania szkoleniowe i doradcze dotyczące budowy i rozwoju kompetencji cyfrowych skierowanych przede wszystkim do osób starszych (50+) nieaktywnych na rynku pracy, osób niepełnosprawnych, rencistów oraz emerytów, zamieszkałych zwłaszcza na terenach wiejskich i w małych miastach. Środki programu zostaną także przeznaczone na kampanie medialne, których celem jest podniesienie świadomości w społeczeństwie na temat korzyści płynących ze stosowania technologii cyfrowych.

Beneficjentami Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 będą: urzędy administracji rządowej oraz jednostki im podległe, jednostki naukowe, państwowe organizacje kultury, organizacje pozarządowe oraz przedsiębiorstwa.

Rząd przeznaczył ponad 3,2 mld zł na program Mieszkanie dla Młodych

– Dzisiaj wiemy nieoficjalnie, że 10 banków przygląda się programowi Mieszkanie dla Młodych w taki sposób, aby móc zawrzeć twarde umowy realizacji tego programu w imieniu systemu bankowego – mówi wiceminister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej Piotr Styczeń. Ocenia, że to wystarczająca liczba, by instytucje mogły skutecznie konkurować o klientów. Resort szacuje, że z programu, który ma ruszyć w przyszłym roku, skorzysta 115 tysięcy osób.

– W Rodzinie na Swoim było ok. 20 banków. Ostatecznie na rynku przewodziły trzy banki i one przyczyniły się do takiego sukcesu tego programu. Tym bardziej, że część banków w trakcie programu wycofywała się z niego, część zmieniała strukturę organizacyjną – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Styczeń. – Według naszego rozeznania, liczba 10 banków lub niewiele mniejsza jest wystarczającą, żeby konkurować na rynku o klientów, którzy w liczbie około 115 tys. powinni skorzystać z programu.

Możliwa zmiana założeń

Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej chce, by program ruszył od przyszłego roku. Do 2018 roku rząd przeznaczy na dopłaty do mieszkań ponad 3,2 mld zł. Zgodnie z założeniami, program ma dotyczyć tylko mieszkań z rynku pierwotnego. Ale resort dopuszcza, że dofinansowany będzie mógł być również zakup domu jednorodzinnego.

– Byłby to powrót do klasycznej definicji domu jednorodzinnego, zgodnej z prawem budowlanym, która wyraźnie mówi, że dom jednorodzinny to są dwa lokale, w tym jeden na pewno mieszkalny. My dotychczas stosowaliśmy w MDM definicję, że są to dwa lokale mieszkalne – wyjaśnia Piotr Styczeń. – Widząc nastroje, które panują na rynku, nie będziemy się sprzeciwiać takiej zmianie, ale zasada musi być jedna – dom nie może być zbyt duży i musi być nowy.

W jego ocenie górną granicę metrażu mogłoby stanowić 100 m2 powierzchni użytkowej.

– W takiej sytuacji garaż mógłby być wolno stojący. Taki metraż powinien wystarczyć młodej rozwijającej się rodzinie na co najmniej kilkanaście lat dobrego, standaryzowanego wysoko życia – tłumaczy wiceminister.

Podkreśla przy tym, że dopłacanie do większych metraży mijałoby się z celem programu.

– Większe domy nie wchodziłyby w grę. Nie jesteśmy zwolennikami kierowania pieniędzy tam, gdzie ktoś chciałby wybudować czy kupić dom 200-metrowy. To nie są już czasy, w których z budżetu państwa powinniśmy dotować tego typu zdarzenia gospodarcze – podkreśla Styczeń.

Górną granicą objęta będzie również cena metra kwadratowego kupowanego mieszkania. Tu resort również dopuszcza możliwość zmian tak, by jeszcze więcej mieszkań kwalifikowało się do programu MDM.

– Nasze stanowisko jest takie: jeżeli pula środków z budżetu państwa i wysokość dopłat zostaną utrzymane, to nie będziemy się sprzeciwiać powiększeniu oferty z rynku podażowego, czyli tej droższej lub korzystniej lokowane , która mogłaby dotrzeć do beneficjentów programu w ramach poprawki, którą ewentualnie przyjmą posłowie – tłumaczy wiceminister.

Sejm pracuje obecnie nad projektem ustawy, która wprowadzi program w życie.

Rządowy program Mieszkanie dla Młodych kierowany jest do osób do 35. roku życia, małżeństw lub singli, którzy kupują swoje pierwsze mieszkanie na kredyt.

Nadal tanieją wszystkie mieszkania na rynku wtórnym

Mieszkania z drugiej ręki nadal tanieją. W porównaniu do początku roku największe obniżki nastąpiły na Dolnym Śląskim i w Lubuskiem – wynika z raportu serwisu Dom.Gratka.pl. Odbicie może nastąpić pod koniec tego roku lub w pierwszym kwartale przyszłego. Sprzedaje się nieco więcej mieszkań starszych, ponad 12-letnich, czyli w blokach z wielkiej płyty i kamienicach.

W II kwartale mieszkania z rynku wtórnego w dalszym ciągu taniały. I to w większości województw. Największe korekty nastąpiły w woj. lubuskim i dolnośląskim. Na koniec czerwca ceny były o ok. 3 proc. niższe niż na początku roku. Na Śląsku zmieniły się o niecały 1 proc. Średnie ceny mkw mieszkania wciąż są najwyższe na Mazowszu (7,9 tys. zł) i w Małopolsce (6,5 tys. zł).

– Trend spadku cen mieszkań z rynku wtórnego hamuje. Widać też, że spadek cen mieszkań nowszych, czyli do 12 lat, zdecydowanie szybciej hamuje niż mieszkań starszych. To oznacza, że sprzedający mieszkania wybudowane między 2000 a 2012 rokiem nie są ostatnio aż tak skłonni do obniżek – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Artur Osak, analityk serwisu Dom.Gratka.pl.

Osak podkreśla jednak, że pomimo tych różnic tanieją nadal wszystkie mieszkania na rynku wtórnym. Spadki cen są już wolniejsze niż w zeszłym roku, co wskazuje na to, że wkrótce możemy spodziewać się tak zwanego punktu równowagi, po którego przekroczeniu zaczną ponownie rosnąć. Osak przewiduje, że nastąpi prawdopodobnie w pierwszym kwartale przyszłego. Początkowo odbicie cenowo będzie jednak powolne.

Dodaje, że na zahamowanie spadku cen może mieć wpływ trwający okres wakacyjny. Sprzedający mieszkania zwykle wstrzymują obniżki na lato lub nawet podwyższają w tym czasie ceny, by potem móc zaoferować duże obniżki w październiku.

– Od początku roku obserwujemy, że około 60 proc. mieszkań w Polsce z rynku wtórnego to są mieszkania starsze niż 12 lat. Niespełna 40 proc. to mieszkania wybudowane między 2000 a 2012 rokiem – dodaje Osak.

Analityk podkreśla, że proporcje starych i nowszych mieszkań na rynku wtórnym bardzo różnią się w regionach Polski. W województwach śląskim i łódzkim dominuje stara zabudowa. Mieszkania starsze niż 12-letnie stanowią nawet 80 proc. ofert na rynku wtórnym. Z kolei Małopolska znajduje się na przeciwległym krańcu skali – sprzedaje się tam mniej więcej po równo mieszkań starszych oraz nowszych niż 12-letnie.

Banki zauważają malejącą zdolność kredytową Polaków

0

Polacy mają coraz niższą zdolność kredytową. Maksymalna wysokość kredytu zaciągniętego w czerwcu przez trzyosobową rodzinę była niższa o 7 tys. zł w porównaniu do maja. Zdaniem analityków sytuacja zmieni się dopiero po wprowadzeniu w przyszłym roku Rekomendacji S, wydłużającej okres kredytowania. Zdolność kredytowa powinna wtedy wzrosnąć o 5-7 proc. – szacują analitycy Domu Kredytowego Notus.

Spadająca zdolność kredytowa to zjawisko obserwowane od kilku tygodni. Wcześniej potencjalni kredytobiorcy nie mogli narzekać, bo zdolność systematycznie rosła. W ciągu roku od kilkunastu do kilkudziesięciu procent, w zależności od oferty banku.

– Zdolność kredytowa rosła głównie za sprawą spadających stóp procentowych – tłumaczy Michał Krajkowski, główny analityk Domu Kredytowego Notus. – Dzięki obniżkom stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej spadł WIBOR, a w konsekwencji spadło oprocentowanie nowo udzielanych kredytów.

Od lipca 2012 roku WIBOR 3M, czyli wysokość oprocentowania kredytów na polskim rynku międzybankowym, spadł z poziomu 5,14 do 2,70. W praktyce oznacza to, że Polacy mogą zaciągnąć dziś o kilkadziesiąt tysięcy złotych wyższy kredyt niż przed rokiem.

– Aktualnie rodzina z jednym dzieckiem, zarabiająca dwu krotność przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw i posiadająca jedno zobowiązanie w wysokości 300 zł może uzyskać średnio kredyt na 30 lat, w wysokości koło 405 tys. zł – wylicza Krajkowski.

Wysokość dostępnego kredytu zależy od banku. Różnice między najlepszymi i najgorszymi ofertami banków mogą sięgać nawet 100 tys. zł.

Ustabilizowanie się w ostatnim czasie stawki WIBOR i zakończony cykl obniżek stóp procentowych oznaczają, że dostępne dla klientów kwoty przestały rosnąć, a nawet nieznacznie spadły.

– Krokiem do podwyższenia zdolności kredytowej może być wprowadzenie nowej Rekomendacji S – prognozuje analityk Notusa.

Dzisiaj banki są zobowiązane do obliczania zdolności kredytowej dla maksymalnie 25-letniego okresu kredytowania. Po wejściu w życie rekomendacji okres kredytowania zwiększy się o 5 lat. Według szacunków oznaczać to będzie wzrost zdolności kredytowej o 5-7 proc.

Banki mają czas do końca roku na zastosowanie się do nowych wytycznych Komisji Nadzoru Finansowego, co oznacza, że od wzrost zdolności nastąpi od stycznia 2014 r. Jak podkreśla analityk, niektóre banki mogą zaostrzyć wewnętrzne kryteria i liczyć zdolność kredytową na podstawie dużo bardziej rygorystycznych wyznaczników.

W jaki sposób Orlen dywersyfikuje swoje finanse?

0

Jesienią na rynek trafi kolejna jedna lub dwie transze obligacji Orlenu – każda warta 200 mln zł. Wiceprezes ds. finansowych spółki mówi, że ostateczna decyzja zależy od sytuacji na rynku i od tego, czy zainteresowanie inwestorów będzie równie duże jak w przypadku poprzednich emisji. Zapewnia jednak, że firma – mimo gorszych wyników finansowych – nie musi szukać pieniędzy w obligacjach i traktuje ten sposób pozyskania kapitału jako „dywersyfikację finansowania.”

– Cały program emisji obligacji jest zaplanowany do maja przyszłego roku. Decyzje o emisjach kolejnych transzy zależą od apetytów inwestorów. W czerwcu był bardzo wysoki, więc jeżeli ta sytuacja powtórzy się jesienią, to nie wykluczamy, że nawet dwie transze obligacji wyemitowalibyśmy jeszcze jesienią tego roku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Sławomir Jędrzejczyk, wiceprezes ds. finansowych PKN Orlen.

W sumie z emisji obligacji PKN Orlen chce pozyskać 1 mld zł. Dotychczasowe dwie transze – z maja i czerwca – cieszyły się dużym powodzeniem inwestorów.

– Wyemitowaliśmy 400 mln zł, planujemy jeszcze trzy transze po 200 mln zł – mówi Jędrzejczyk.

Jak podkreśla, zadłużenie brutto Orlenu na koniec czerwca wyniosło 9,8 mld zł. Kapitał pozyskany z emisji obligacji to tylko jego nieznaczna część. Spółka finansuje się głównie w sektorze bankowym, chce jednak pozyskiwać kapitał z nowych źródeł.

– Emisja pierwszych dwóch transzy to jest pierwszy sygnał, że dywersyfikujemy nasze finansowanie – wyjaśnia wiceprezes PKN Orlen. – Na razie ma to niewielki wpływ na ogólne zadłużenie, ale wierzymy, że w perspektywie kilku kwartałów czy kilku lat ten poziom będzie zdecydowanie rósł.

Orlen w drugim kwartale odnotował stratę w wysokości 207 mln zł. Wynik jest gorszy od ubiegłorocznego – wtedy firma była na poziomie -5,2 mln zł. Jak tłumaczy Jędrzejczyk, nie oznacza to jednak, że Orlen zmuszony jest szukać pieniędzy właśnie w obligacjach.

– Staramy się finansować nasz program inwestycyjny z przypływów z działalności operacyjnej. W drugim kwartale tego roku wypracowaliśmy 4,3 mld złotych wpływów operacyjnych – mówi wiceprezes spółki. – Więc środki mamy. Ta emisja obligacji służy raczej temu, żeby dywersyfikować nasze finansowanie, a nie, by szukać nowych źródeł finansowania przyszłych inwestycji.

Komentarz dzienny, 25 lipca 2013

Wczorajsza seria wstępnych odczytów PMI za lipiec w strefie euro przyniosła wyłącznie pozytywne niespodzianki: większe od oczekiwań wzrosty indeksów dla Francji i Niemiec (zarówno w usługach, jak i w przemyśle), a także dalszą poprawę na peryferiach eurolandu (ponownie, w obydwu sektorach). Co więcej, przemysłowy PMI dla strefy euro nieoczekiwanie przekroczył barierę 50 pkt., wprawdzie minimalnie, bo o jedną dziesiątą, ale jest to najlepszy wynik europejskiego przemysłu od lipca 2011 roku (sic!). 

Komentarz dzienny, 24 lipca 2013

Sprzedaż detaliczna wzrosła o 1,8% r/r, zgodnie z naszą prognozą (+1,7%) i powyżej konsensusu rynkowego (+1,0%). W kategoriach realnych wzrost sięgnął 2,6% – jest to najlepszy wynik od lipca 2012 roku. Co prawda, istotną część przyspieszenia dynamiki sprzedaży detalicznej należy przypisać korzystniejszej różnicy dni roboczych (wg naszych szacunków nawet 1 p. proc.), ale publikacja znów kryje wiele pozytywnych detali. 

MCI.PrivateVentures FIZ liderem rynku funduszy aktywów niepublicznych

0

Według serwisu gielda-inwestora.pl, niezależnego multimedialnego portalu inwestycyjnego, kategoria funduszy aktywów niepublicznych zyskuje w ostatnich miesiącach na popularności. Wyraźne ożywienie widać zarówno w przyroście ilości napływającego kapitału, jak również wycenie jednostek uczestnictwa. Czołowym funduszem w tej kategorii jest należący do Grupy MCI fundusz MCI. PrivateVentures FIZ.

MCI Capital TFI SA posiada największą liczbę funduszy w tej kategorii produktowej. Należący do niego MCI.PrivateVentures FIZ subfundusz MCI.EuroVentures 1.0 wypracował w ciągu ostatnich 12 miesięcy zysk w wysokości 42,13%, umacniając się na pozycji lidera rynku pod względem osiąganej rocznej stopy zwrotu. Dla porównania, średnio w ciągu ostatniego roku wszystkie fundusze inwestujące w aktywa niepubliczne osiągnęły zysk na poziomie 3,85%.

W miesięcznym rankingu produkty MCI zajęły miejsca od drugiego do czwartego: tuż za liderem uplasował się PrivateVenturers FIZ subfundusz MCI EuroVenturers 1.0  z wynikiem 5,03% , oraz ex-eqo PrivateVentures FIZ subfundusz MCI.TechVentures 1.0. seria A-E i PrivateVentures FIZ subfundusz MCI.TechVentures 1.0. seria P z wynikiem 4,47%. W zestawieniu zwyciężył SECUS FIZ InMedica ze stopą zwrotu w wysokości 6,54%. Średnio w ciągu ostatniego miesiąca, wszystkie fundusze inwestujące w aktywa niepubliczne wygenerowały zysk na poziomie 2,9%.

Źródło danych: Analizy Online

Dlaczego absolweci uczelni wyższych nie mogą znaleźć pracy?

Młodzi Polacy nieświadomie wybierają kierunki studiów, a ich późniejsze oczekiwania co do zatrudnienia i wynagrodzenia są niedopasowane do rynku pracy. Jak podkreśla Dominika Staniewicz, ekspert rynku pracy Business Centre Club, aż 70 proc. Polaków kończy nie ten kierunek, co trzeba. Dlatego jej zdaniem warto jest racjonalnie zastanowić się nad wyborem studiów i dalszym przebiegiem kariery zawodowej. Same studia nie gwarantują bowiem sukcesu na rynku pracy, a jedynie pomagają się na nim odnaleźć.

– Polacy nie planują bardzo wielu rzeczy, a tym bardziej wykształcenia. Idą na studia, bo rodzice to studiowali, bo znajomi poszli – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Dominika Staniewicz, ekspert rynku pracy Business Centre Club. – Zacznijmy dobierać świadomie kierunki studiów – apeluje.

Jak podkreśla, to w ostatnich latach powoli zaczyna się zmieniać i maturzyści z coraz większą rozwagą podchodzą do wyboru uczelni.

– Jeśli chodzi o wybór studentów różnych uczelni, to idzie nam dużo lepiej, bo rzeczywiście zaczynamy sprawdzać jak one się plasują w rankingach, zaczynamy sprawdzać, ile osób po tych uczelniach ma pracę, a ile ma problemy ze znalezieniem pracy – mówi Staniewicz.

Podkreśla, że to pierwszy krok do zaplanowania sobie przyszłej kariery. Nic dziwnego, że coraz więcej maturzystów chce studiować w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej, Collegium Civitas czy na politechnikach, skoro wśród absolwentów tych szkół jest najmniej bezrobotnych. Trzeba też uwzględniać fakt, że na rynku pracy jest znacznie mniejsza liczba miejsc dla badaczy z dziedziny nauk humanistycznych niż np. dla specjalistów po kierunkach technicznych.

Wybór uczelni ułatwia też rynek. Na skutek niżu demograficznego wiele z nich ma problemy z przetrwaniem na rynku. W dobrej kondycji są szkoły, które oferują studentom odpowiednią jakość kształcenia, dobrą kadrę i ciekawe kierunki.

– Uczelnie będą podlegały opinii rynku i niektóre zaczną padać, bo idzie niż demograficzny, w związku z tym nie wszystkie będą mogły zrobić tak wysoki nabór – wyjaśnia ekspertka.

W jej opinii, młodzi Polacy mają słabą świadomość co do oczekiwań pracodawców i realiów panujących na rynku pracy.

– Ktoś idzie np. na psychologię biznesu, bo mu się wydaje, że jak skończą taki kierunek, to będą pracowali w biznesie, gdzie są większe pieniądze. Tylko nie zastanawiają się na tym, że 25–ciolatek z dyplomem psychologa biznesu raczej nie będzie doradzał zarządom tam, gdzie są wysokie pieniądze – tłumaczy.

Ekspertka BCC doradza, aby zacząć racjonalnie zastanawiać się nad tym jak będzie wyglądała nasza przyszła kariera zawodowa i na jakie zarobki możemy liczyć na jej poszczególnych etapach.

– Nie oczekujmy, że zaraz po studiach będziemy mieli na kredyt na dom, na mieszkanie, na świetny samochód i wyjazd na Majorkę dlatego, że tam trzeba po prostu dojść – przekonuje Staniewicz.

Podkreśla również, że samo ukończenie studiów nie gwarantuje sukcesu na rynku pracy, a jedynie pomaga się na nim odnaleźć.

– Ten mit studiów, że dają naprawdę wysokie dochody, pochodzi jeszcze od naszych babć i dziadków, kiedy tylko 10 proc. społeczeństwa miało wyższe wykształcenie. Wykształcenie pomaga nam znaleźć się na rynku pracy, pomaga znaleźć zawód, ale niestety nadal 70 proc. z nas kończy nie ten kierunek, co trzeba – tłumaczy Staniewicz.

Specjalne powołanie Prokuratury Europejskiej ma zniwelować nadużycia przy wykorzystywaniu unijnego budżetu

Komisja Europejska chce, by od 2015 r. zaczęła działać Prokuratura Europejska. Ma ona skuteczniej ścigać nadużycia przy wykorzystywaniu środków z unijnego budżetu. Rocznie unijny budżet traci na nich pół miliarda euro. Niektóre państwa już jednak zapowiedziały, że nie wezmą udziału w nowym projekcie.

– Przede wszystkim będzie możliwość badania nadużyć pomiędzy poszczególnymi państwami członkowskimi, ponieważ niektóre projekty mają charakter transgraniczny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Zbigniew Gniatkowski, kierownik wydziału prasowego Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. – Chodzi o to, by ujednolicić współpracę poszczególnych prokuratur i żeby te działania i funkcjonowanie prokuratury miały charakter federalny.

Pracami nowej instytucji ma kierować Prokurator Europejski wraz z czterema zastępcami. W każdym kraju, który przystąpi do systemu będzie działał wydelegowany prokurator europejski, niezależny od krajowych struktur organów ścigania. Koordynacją wszystkich działań ma się zająć tzw. kolegium dziesięciu – prokurator i jego zastępcy oraz pięciu prokuratorów delegowanych.

– Ta instytucja nie będzie mieć swojej siedziby, po prostu przedstawiciele Prokuratury Europejskiej będą pracować w państwach członkowskich i koordynować pracę prokuratur krajowych w tych ważniejszych sprawach, które będą dotyczyć nadużyć czy podejrzeń o nadużycia wobec budżetu unijnego – wyjaśnia Gniatkowski.

Nowa instytucja ma prowadzić ok 2,5 tys. spraw rocznie. Sprawy po zakończeniu śledztwa będą rozstrzygane przez krajowe sądy, kary będą wymierzane według przepisów danego państwa.

– W tym zakresie aż tak wiele się nie zmieni, ponieważ nie mówimy o powołaniu jednolitego systemu sądownictwa, orzecznictwa, tylko mówimy o ściganiu tych przestępstw – wyjaśnia Gniatkowski. – Natomiast sądownictwo będzie dalej funkcjonować tak, jak do tej pory. Tutaj nie ma mowy o zacieśnieniu współpracy na poziomie sądownictwa.

Dotychczasowy urząd do ścigania nadużyć OLAF będzie się zajmować postępowaniami administracyjnymi, np. wobec urzędników UE.

Działanie Prokuratury Europejskiej wymaga współpracy przynajmniej dziewięciu krajów Wspólnoty. O nieprzystąpieniu do nowej inicjatywy już poinformowały Wielka Brytania i Dania.

Projekt zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym trafił do konsultacji społecznych

Ułatwienie dostępu do studiów wyższych osobom dojrzałym, wprowadzenie co najmniej trzymiesięcznych praktyk zawodowych na kierunkach o profilu praktycznym, jak również stypendiów naukowych studentom od pierwszego roku studiów – to niektóre zmiany, zaproponowane przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Resort chce też wprowadzić zmiany, które zachęcą naukowców do komercjalizacji swoich wynalazków. Projekt zmian w przepisach trafił do konsultacji społecznych.

– Chcemy wprowadzić uwłaszczenie naukowców, co oznacza, że będą im przysługiwały nie tylko prawa autorskie, ale także prawa majątkowe do wynalazku. Jestem przekonana, że dzięki temu więcej naukowców będzie zainteresowanych tym, aby pracować nad nowymi rozwiązaniami technologicznymi i ich komercjalizacją – podkreśla prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Projekt nowelizacji przewiduje, że naukowcy będą właścicielami praw majątkowych do wynalazków oraz innych efektów realizowanych przez nich badań i projektów naukowych. Ma to na celu zmotywowanie naukowców do komercyjnego wdrożenia wyników badań naukowych poprzez zapewnienie im bezpośrednich korzyści finansowych.

– Obecnie wiele osób pracuje nad projektami i badaniami, ale potem traci zainteresowanie projektem, nie zawsze przedsiębiorcy są tym zainteresowani. Nam zależy na tym, żeby zmobilizować naukowców do tego, aby dane rozwiązanie technologiczne zostało w przyszłości sprzedawane – zapewnia minister nauki.

Stypendia od I roku i dualny system kształcenia

Przygotowany przez ministerstwo projekt nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym zakłada wprowadzenie stypendiów naukowych od pierwszego roku studiów. Minister zapewnia, że są na ten cel zagwarantowane środki. Stypendia naukowe od pierwszego roku otrzymają najlepsi studenci, według wyników osiągniętych na egzaminie maturalnym. Stypendia te będą przyznawane od 1 października 2014 r.

– Wprowadzamy też uznawalność kształcenia nieformalnego, czyli zaliczanie wiedzy i umiejętności praktycznych w poczet programu studiów – wyjaśnia prof. Kudrycka.

Proponowana nowelizacja umożliwi osobom dojrzałym z doświadczeniem zawodowym, wiedzą zdobytą na specjalistycznych kursach i szkoleniach, uzupełnienia wykształcenia i zdobycia dyplomu szkoły wyższej poza formalnym tokiem studiów. Uczelnie będą mogły potwierdzać efekty uczenia uzyskane poza systemem szkolnictwa wyższego np. w pracy, na kursach i szkoleniach, przez samodoskonalenie, wolontariat. To rozwiązanie korzystne zwłaszcza dla osób pracujących – będą mogły uzupełnić kwalifikacje i ukończyć studia w krótszym, indywidualnym trybie.

– Chcemy także podzielić uczelnie na akademickie i zawodowe. Zawodowe będą kształciły praktycznie do wykonywania zawodu – wyjaśnia minister.

Projekt zakłada również prowadzenie profili ogólnoakademickich oraz praktycznych, a także studiów dualnych, zapewniających kształcenie w uczelni na przemian z odbywaniem praktyk. Uczelnie będą miały obowiązek zapewnienia studentom trzymiesięcznych praktyk na studiach o profilu praktycznym.

Projekt zmian definiuje również pracę dyplomową. Uczelnie będą zobligowane do sprawdzania prac dyplomowych – przed ich obroną – z wykorzystaniem programu antyplagiatowego.

Ministerstwo nauki chce także wprowadzić listę ostrzeżeń przed uczelniami, które nie przestrzegają prawa, zwłaszcza praw studentów, co pozwoli ostrzec kandydatów na studentów. Upubliczniane listy ostrzeżeń będą zawierały informacje o uczelniach, w stosunku do których zakończono postępowania w sprawie zawieszenia i cofnięcia uprawnień do prowadzenia studiów na określonych kierunkach, poziomach i profilach kształcenia, cofnięcia pozwolenia na utworzenie uczelni niepublicznej lub jej likwidacji (prawomocne decyzje) oraz informacje o toczących się tego typu postępowaniach. Nie będzie możliwe wprowadzanie nowych opłat w trakcie studiów. Określony zostanie również termin podpisywania z kandydatami na studia (lub studentami) umów w sprawie warunków odpłatności związanych ze studiami.

Deloitte: mniejsze zarobki klubów piłkarskich przy coraz większych przychodach piłkarzy

0

W 2012 r. przychody klubów polskiej ekstraklasy wyniosły 353 mln zł. To o 3 proc. mniej niż rok wcześniej. Z raportu firmy doradczej Deloitte wynika jednak, że zarobki piłkarzy wciąż rosną. Najlepsi zarobili w zeszłym roku powyżej 1 mln zł.

W ubiegłym roku największe przychody osiągnęła Legia Warszawa – powyżej 66 mln zł. W 2011 roku było to 64 mld zł. Na drugim miejscu uplasowało się Zagłębie Lublin, które zarobiło 40 mln zł. Kolejne miejsca to Śląsk Wrocław, czyli mistrz Polski poprzedniego sezonu, oraz Lech Poznań i Wisła Kraków.

Ogólnie jednak kluby zarobiły o 3 proc. mniej niż w roku 2011. Ten spadek, zdaniem ekspertów Deloitte, którzy przygotowali najnowszy raport o przychodach polskich klubów, wynika ze słabszej w porównaniu z ubiegłym rokiem postawy piłkarzy na boiskach.

– To, czego zabrakło do utrzymania tendencji wzrostowej dla polskich klubów, to udziału w europejskich pucharach, w porównaniu do poprzednich lat – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Łukasz Buława, konsultant w dziale Konsultingu, Sports Business Group Poland w firmie Deloitte.

Pieniądze kluby pozyskują głównie od sponsorów i ze sprzedaży reklam. W 2012 r. wpływy z tych dwóch źródeł stanowiły ponad połowę wszystkich ich przychodów.

– Widać, że sponsorzy są jak najbardziej zainteresowani polskimi klubami. Rok do roku przeznaczają coraz większe kwoty na wsparcie klubów – wyjaśnia Buława. – I to było największe źródło przychodów. Około jednej trzeciej przychodów stanowiły wpływy z transmisji, kilkanaście procent to wpływy z dnia meczu.

Z tych pieniędzy coraz lepiej opłacani są piłkarze. Koszty wynagrodzeń rosły w poprzednich latach bardziej niż przychody. Zdaniem eksperta Deloitte ta tendencja będzie się jednak zmieniać i zarobki piłkarzy będą w przyszłości bardziej skorelowane z przychodami, które osiągają kluby. Obecnie największe gwiazdy polskiej ekstraklasy zarabiają rocznie powyżej 1 mln zł.

Kluby będą zarabiać więcej

Według Deloitte kluby mają szanse na zwiększenie swoich dochodów w kolejnych latach.

– Jest tu kilka czynników decydujących. Po pierwsze zmienia się nam formuła rozgrywek. W ramach nowego sezonu będzie więcej meczów. Więcej meczów oznacza sumarycznie więcej kibiców na stadionach, więc mamy szansę zwiększyć przychody z dnia meczu – wylicza Buława.

Rosną też przychody z transmisji. Na początku tego roku firma ATM System podpisała z należącą do Ekstraklasy spółką Live Park nowy kontrakt, dzięki któremu będzie transmitowała wszystkie 120 meczów. Do tej pory obsługiwała jedynie część spotkań.

– Cały czas rozwijamy infrastrukturę stadionową klubów, w związku z czym można liczyć, że po pierwsze będziemy mieli coraz więcej kibiców na stadionach, i będziemy mogli im oferować więcej pakietów, czyli pakiety dla VIPów, nie tylko bilety na pojedyncze mecze – dodaje ekspert.

Dzięki temu reklamodawcy i sponsorzy powinni być jeszcze bardziej zainteresowani finansowaniem klubów. I to mimo nie najlepszej postawy piłkarzy na boiskach.

– To na pewno wynika z popularności tej dyscypliny sportu. Piłka nożna na całym świecie cieszy się największą popularnością, przyciąga najwięcej widzów przed telewizory i na stadiony. W związku z czym reklamodawcy na pewno widzą w tym swój potencjał wśród wielu odbiorców, wielu osób, które oglądają mecze – mówi Buława.

Jak przygotować się logistycznie do podróży wakacyjnej?

Wyjeżdżając na zagraniczne wakacje, warto pomyśleć wcześniej o szczepieniu. Szczególnie, jeśli wybieramy się do Afryki, Azji czy Ameryki Południowej. Tym bardziej, że w niektórych, bardziej egzotycznych krajach potrzebne jest zaświadczenie o szczepieniu na określoną chorobę. Informacji o tym, jakiej szczepionki potrzebujemy i z jakim wyprzedzeniem należy o to zadbać, udzielą lekarze chorób zakaźnych lub specjaliści medycyny podróży.

Decyzja o tym, czy przed wyjazdem za granicę należy się szczepić, powinna zapaść w czasie konsultacji z lekarzem specjalistą. Nie można szczepić się na własną rękę, bo może to okazać się niebezpieczne dla naszego organizmu.

– Fachowcami są lekarze chorób zakaźnych, lekarze medycyny tropikalnej, ewentualnie specjaliści medycyny podróży – mówi Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego. – Sam oceni na podstawie wywiadu, rozmów z przyszłym turystą, jakie to niesie za sobą ryzyko.

Jeśli wakacje zamierzamy spędzić w egzotycznym kraju, ale wyłącznie w dobrym, pięciogwiazdkowym hotelu, szczepienie nie musi być konieczne. Jeśli jednak planujemy aktywnie zwiedzać, warto zadbać o taką konsultację.

– Kiedy zamierzamy wędrować po obszarach, o których wiemy, że występuje tam np. malaria, a to jest praktycznie połowa świata, wówczas lekarz zaleci specjalną chemio-profilaktykę, czyli leki, które trzeba brać przed wyjazdem – mówi Jan Bondar.

Przy wjeździe do niektórych krajów wymagane jest wręcz posiadanie tzw. żółtej książeczki czyli dowodu, że człowiek jest chroniony przed daną chorobą.

W zależności od rodzaju szczepienia trzeba o to zadbać odpowiednio wcześniej.

– Czasem oprócz chorób najbardziej groźnych, występują też takie, które dla nas są niezwykle rzadkie, np. wścieklizna w wielu rejonach świata ma dużo większe nasilenie niż w Polsce. Wówczas lekarz zaleci dodatkowe szczepienie. Trzeba zaufać lekarzowi, który specjalizuje się w tej dziedzinie i posłuchać jego rad – przekonuje rzecznik GIS.

Warto również zasięgnąć opinii fachowcy, kiedy wyjeżdżamy do krajów mniej egzotycznych.

– Wyjeżdżając w kraje europejskie nie ma zalecenia do szczepień – zauważa Jan Bondar – Natomiast trzeba mieć świadomość, że wbrew pozorom w wielu krajach Europy Zachodniej jest sporo chorób, które występują dużo częściej niż u nas, np. odra.

Polacy w większości są przeciw niej zaszczepieni. Nie ma więc powodu, by to powtarzać, chyba, że ktoś, do tej pory takiemu szczepieniu się nie poddał.

– Trzeba pamiętać, że kraje bloku wschodniego, to obszar występowania gruźlicy, gruźlicy wielolekoodpornej, bardzo trudnej w leczeniu – mówi rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego.

Szczepionka na tę chorobę, stosowana w Polsce jest skuteczna, ale w bardzo wąskim zakresie.

– Niezależnie od szczepień warto być dobrze przygotowanym logistycznie, tzn. mieć ze sobą np. środki przeciwko komarom. Ważne jest też nasze zachowanie w nowym środowisku: higiena, mycie rąk, unikanie ryzykownych kontaktów seksualnych. Są kraje, również blisko naszej granicy, gdzie ryzyko przeniesienia wirusa HIV i AIDS jest dużo wyższe niż u nas – mówi Bondar.

Polska odnotowuje coraz lepsze wyniki wymian handlowych z zagranicą

Sytuacja gospodarcza w Europie powoli stabilizuje się, co przekłada się na większy popyt na nasze towary eksportowe. Jak podkreśla Piotr Soroczyński, główny ekonomista KUKE, widać to po rosnących zamówieniach ze strony naszych głównych europejskich odbiorców. Jego zdaniem eksport do Europy zacznie powoli wyciągać naszą gospodarkę z kryzysu. Słaby złoty nie będzie miał natomiast kluczowego wpływu na wyniki eksportu ogółem.

– Widzimy w tej chwili, że sytuacja u naszych głównych odbiorów, przede wszystkim w Niemczech, ale i w innych krajach strefy euro i UE stabilizuje się – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Soroczyński, główny ekonomista KUKE. – Coraz mniej mówi się o głębokiej recesji. W przypadku krajów, których sytuacja była najtrudniejsza, mówimy o stagnacji. Natomiast tam, w krajach, gdzie była stagnacja, coraz częściej mówimy o lekkich wzrostach.

Ekonomista tłumaczy, że popyt na zagraniczne towary w kraju importera zawsze rośnie 3-4 razy szybciej niż wzrost gospodarczy. Stąd też pojawia się coraz więcej zamówień z Europy.

– W tej chwili już widzimy większe zamówienia, które są składane choćby do naszych klientów. Pytają o możliwość ubezpieczenia dodatkowych obrotów – mówi Soroczyński.

Lepsze wyniki polskiej gospodarki ma przynieść już druga połowa roku. Zdaniem Piotra Soroczyńskiego eksport, zwłaszcza do Europy, zacznie stopniowo wyciągać naszą gospodarkę ze stagnacji.

– Cały czas stawiamy na to, że Europa wydźwignie się ze stagnacji, co widać już po pierwszych zamówieniach. Myślę, że one będą realizowane przede wszystkim na przestrzeni trzeciego kwartału, a czwarty kwartał już powinien być mocniejszy. To zwiększy popyt naszym wytwórcom w zakresie materiałów i półproduktów – podkreśla ekonomista.

W jego ocenie ożywienie eksportu do Europy spowoduje, że poza eksporterami, również reszta naszej gospodarki poradzi sobie ze spowolnieniem.

Słaby złoty ma drugorzędne znaczenie

Zdaniem ekonomisty słaby złoty nie będzie miał kluczowego wpływu na wyniki eksportu ogółem.

– Duża część naszych eksporterów to są zakłady należące do bardzo dużych koncernów międzynarodowych. Prawda jest taka, że nawet jeśli na kursie w Polsce można dodatkowo zarobić, to wtedy się mniej zarabia w centrali – tłumaczy Soroczyński.

W przypadku firm niepowiązanych z międzynarodowymi koncernami słaby złoty to szansa na dodatkowe zyski.

– Dla nich fakt, że złoty jest w tej chwili wyraźnie słabszy, niż zakładano to w początku roku, powoduje, że mają szansę, po pierwsze, zrealizować trochę wyższe marże niż oczekiwali, a po drugie, są w stanie oferować swoim klientom zagranicznym trochę lepsze ceny – dodaje.

A tym samym będą bardziej konkurencyjni.

Z szacunkowych danych KUKE wynika, że eksport z Polski w maju wyniósł 12,6 mld euro, czyli o 4,9 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W obliczu poprawiających się wyników wymiany handlowej z zagranicą KUKE oczekuje, że dynamika eksportu będzie rosła w kolejnych miesiącach i latach. Korporacja szacuje, że w okresie od maja do lipca tego roku eksport mierzony w euro będzie o 6,2 proc. większy niż przed rokiem, z kolei w całym 2013 roku wyniesie 158,3 mld euro i przewyższy wynik ubiegłoroczny o 8 proc. Przyszły rok ma być jeszcze lepszy – według KUKE całkowita wartość eksportu będzie ok. 10 proc. większa niż w tym roku.

Nowe przepisy w handlu towarami wrażliwymi zobligują nabywców do uregulowania niezpłaconych podatków

Ministerstwo Finansów przygotowało zmiany w przepisach, które nałożą na nabywców towarów wrażliwych (paliwa, stali czy złota) solidarną odpowiedzialność za długi podatkowe sprzedawcy. Zmiany te obejmą tylko hurtowy handel towarami wrażliwymi, których obrót jest szczególnie narażony na oszustwa podatkowe, a ich wprowadzenie ma na celu ograniczenie nadużyć w tym zakresie. Eksperci chcą uzupełnienia proponowanych przepisów o mechanizmy sprawdzenia przez uczciwych podatników swoich kontrahentów, które będą uznawane przez organy podatkowe.

Solidarna odpowiedzialność nabywcy towarów wrażliwych znajdzie się w projekcie nowelizacji Ordynacji podatkowej, przygotowanym przez resort finansów.

– Solidarna odpowiedzialność w obrocie towarami wrażliwymi oznacza, że jeżeli ktoś sprzeda mi towar wrażliwy i ta osoba nie zapłaci podatku, to ja będę musiała zapłacić podatek za tę osobę – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Irena Ożóg, doradca podatkowy, partner w Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Jeżeli dostawca tych produktów nie płaci podatków lub utrudnia egzekucję ze swojego majątku, będzie możliwe zabezpieczenie realizacji obowiązków podatkowych dostawcy na majątku nabywcy. Obciążenie nabywcy odpowiedzialnością za zaległości podatkowe dostawcy nastąpi w sytuacji, jeżeli egzekucja z majątku dostawcy okaże się bezskuteczna w całości lub w części. Wówczas do nabywcy fiskus skieruje decyzję o jego solidarnej odpowiedzialności za zobowiązania dostawcy.

W ocenie Ireny Ożóg proponowane przez resort finansów rozwiązania wymagają doprecyzowania.

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby taką instytucję wprowadzić, ona się sprawdza w wielu państwach Europy Zachodniej. Tylko, że tego podatnika potrzeba wyposażyć w instrumenty ochrony jego interesu – uważa Irena Ożóg.

Jej zdaniem, to powinny być przede wszystkim sposoby weryfikacji kontrahentów.

– Jeżeli podatnik podejmuje w ramach systemu prawa działania, które mają go zabezpieczyć przed kontaktem z oszustem i ma takie instrumenty, a mimo to dochodzi do transakcji z oszustami, solidarna odpowiedzialność powinna obowiązywać. Ale jeżeli nie ma on instrumentów ochrony własnych interesów, a te, które ma organy podatkowe uznają za niewystarczające, to pytam: jak ten podatnik ma sprawdzić swojego kontrahenta, kiedy różne wrażliwe informacje o nim są objęte klauzulami tajności czy tajemnicy – stwierdza Irena Ozóg.

Proponowane przez resort finansów rozwiązania mogą, w opinii ekspertki, sprawić, że oszuści zajmą się nielegalnym procederem w obrocie innymi towarami, niż paliwo, stal, czy złoto.

– To, co będzie objęte klauzulą solidarnej odpowiedzialności, za chwilę będzie niepotrzebne. Oszuści szybko się dostosują. Zrezygnują z oszustw przy obrocie prętami stalowymi, czy złotem i „przerzucą się” np. na platynę, na telefony czy elektronikę, których obrót nie jest objęty proponowaną procedurą – podsumowuje Irena Ożóg.

Przepisy dotyczące solidarnej odpowiedzialności nabywcy za niezapłacone podatki sprzedawcy w handlu towarami wrażliwymi obowiązują m.in. w Belgii, Bułgarii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, w Luksemburgu, Portugalii, Rumunii i Słowenii. Ostatnio takie rozwiązanie wprowadziły Czechy i Słowacja.

OPZZ chce, żeby rząd przede wszystkim zmienił zapisy paktu antykryzysowego

OPZZ jest gotowy do rozmów, ale potrzebna jest wola premiera i rządu – deklaruje Jan Guz, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. Najważniejsze kwestie sporne to płaca minimalna, zmiany w pakcie antykryzysowym oraz kształt systemu emerytalnego. Od postawy rządu i pracodawców związkowcy uzależniają przeprowadzenie ogólnopolskich protestów we wrześniu. Na dzisiejszym posiedzeniu związku podejmą decyzję o powrocie do rozmów w ramach Komisji Trójstronnej.

Podczas posiedzenia 18 lipca związki mają zdecydować o tym, czy wrócić do rozmów w Komisji Trójstronnej. Na 11 września planowane są protesty, działa już międzyzwiązkowy komitet protestacyjny, ale związkowcy podkreślają, że akcja protestacyjna nie jest jeszcze przesądzona i teraz wszystko zależy od postawy rządu i pracodawców – od tego, co zrobi premier, a nie od, jak mówią, kolejnych deklaracji.

– Wielokrotnie premier w swojej sześcioletniej kadencji deklarował rozmowę i dialog, ale niestety niewiele z tego pozostało w praktycznej realizacji – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jan Guz, przewodniczący OPZZ. – Jest wiele problemów, o których powinniśmy rozmawiać. OPZZ jest do tego gotowy.

Związkowcy chcą, żeby rząd przede wszystkim zmienił zapisy paktu antykryzysowego, które – zdaniem Guza – dają zbyt duże prawa przedsiębiorcom i „spowodują, że to biznes będzie się bogacił”. Przedstawiciele pracowników chcą m.in. ograniczenia elastycznego czasu pracy, który ich zdaniem będzie nadużywany i prowadzi do wykorzystywania trudnej sytuacji na rynku przez pracodawców.

Drugą sprawą jest zbyt niska płaca minimalna. W 2014 roku ma wynieść 1680 zł, czyli wzrośnie o 80 zł – o 5 proc. w stosunku do obecnej. Centrale największych związków zawodowych, czyli OPZZ, NSZZ „Solidarność” i FZZ chciały, by wzrosła o 120 zł, czyli 7,5 proc.

– Nie ma 10 złotych na wzrost płacy minimalnej, ale są milionowe kwoty na opłacenie kadry menadżerskiej. Zgłosiliśmy w tym zakresie także swojej propozycje, przecież wystarczy, żeby po osiągnięciu 300 minimalnych wynagrodzeń taki przedsiębiorca płacił wyższe podatki – mówi Guz. – Dzisiaj poprzez to uszczupla się fundusz płac, uszczupla się fundusze przedsiębiorstwa, które są wyprowadzane na zewnątrz i nie przyczyniają się do rozwoju przedsiębiorstwa.

Komentarz dzienny, 23 lipca 2013

Serię publikacji danych za czerwiec wieńczy Biuletyn Statystyczny wraz z danymi o sprzedaży detalicznej i bezrobociu. Spodziewamy się przyspieszenia wzrostu sprzedaży detalicznej, co wynika głównie z korzystniejszej różnicy dni roboczych (0 r/r vs. -1 r/r w poprzednim miesiącu). W rozbiciu szczegółowym można oczekiwać kontynuacji pozytywnych trendów w sprzedaży dóbr trwałych. Nasza zgodna z konsensusem rynkowym prognoza spadku stopy bezrobocia została potwierdzona przez opublikowane na początku miesiąca szacunki MPiPS.

Komentarz dzienny, 22 lipca 2013

Koniunktura konsumencka GUS systematycznie poprawia się od II kwartału. Obecnie Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej (BWUK) plasuje się na poziomie -27,3pkt. (w kwietniu wynosił -30,2pkt.). Nie należy zrażać się minusem, wskaźnik ten znajdował się na ujemnym poziomie nawet podczas boom’u konsumpcyjnego z lata 2006-2007. Do wzrostu wskaźnika przyczyniła się przede wszystkim lepsza percepcja oczekiwanych zmian sytuacji finansowej gospodarstwa domowego w ciągu najbliższych 12 miesięcy (wzrost aż o 3,6pkt.) oraz oczekiwań odnośnie rozwoju całego kraju.

Polish Weekly Review, 19 lipca 2013

Recent data filled us with cautious optimism on the Polish economy. Real sphere data are on the mend. We link it to consumer behavior (low interest rates and incentives to spend), somewhat looser attitude of the government towards expenditures, and some symptoms of a turnaround in the euro zone economy. We think that upswing is coming and that the market consensus – as usual – has a tendency to err on the side of caution near the trough. With the real sphere improving and base effects on inflation ebbing we see a steeper CPI growth path. The momentum of data is likely to support rate hike expectations for 2014. 

Komentarz dzienny, 19 lipca 2013

EURPLN de facto stabilny wokół 4,24. Krajowe informacje o nowelizacji budżetu, dalszy ciąg generowania niepewności w sprawie losów OFE (patrz wywiad z Rostowskim) raczej neutralne dla złotego. Tego samego nie można jednak powiedzieć o informacjach płynących z NBP (Belka: ”ożywienie tuż za rogiem”, Chojna-Duch o podwyżkach stóp w pierwszej połowie 2014). Lepsze momentum danych oraz generujące się oczekiwania na podwyżki stóp procentowych prawdopodobnie wspierają Polską walutę (podobnie zresztą jak powszechnie panujące przekonanie, że Bernanke jest łagodny…). Wydaje nam się jednak, że wygaśnięcie tego drugiego czynnika przyczyni się do gradualnego osłabienia złotego w kierunku górnego ograniczenia obowiązującego obecnie range (4,20-35). Celowo nie podajemy poziomu, gdyż lepsze momentum w polskich danych na pewno ograniczy skalę osłabienia. W perspektywie końca roku złoty będzie mocniejszy niż obecnie.

Komentarz dzienny, 18 lipca 2013

W czerwcu produkcja przemysłowa wzrosła o 3,0% r/r bijąc pesymistyczne prognozy analityków (średnia 1,3% r/r, nasza prognoza 2,1% r/r).  Przypomnijmy, że miesiąc temu produkcja przemysłowa spadła o 1,8% r/r. Imponujący jest wzrost produkcji przemysłowej po wyrównaniu sezonowym +4,5% r/r. Wzrost produkcji oczywiście częściowo wynikał z niskiej ubiegłorocznej bazy, jednak momentum (jak zauważyliśmy już 2 miesiące temu) systematycznie się poprawia. Również kompozycja wzrostu produkcji przemysłowej (przeważają sekcje eksportowe, ale nie tylko) wskazuje, że czerwcowy wynik to coś więcej niż przypadek. Doświadczenia historyczne wskazują, że poprawa sytuacji w sekcjach eksportowych ostatecznie „rozlewa się” na pozostałe branże, które i tak pozostają skazane na wzrost w sytuacji, gdy popyt wewnętrzny zaczyna rosnąć.

Zbigniew Bąk wiceprezesem zarządu MCI Management

0

Od 1 października 2013 r. Zbigniew Bąk pełnić będzie funkcję wiceprezesa zarządu giełdowego funduszu.

W dniu 16 lipca Rada Nadzorcza MCI Management powała Pana Zbigniewa Bąka w skład zarządu na trzyletnią kadencję powierzając mu funkcję wiceprezesa zarządu. Uchwała Rady Nadzorczej Spółki wchodzi w życie z dniem 1 października 2013 roku, nie wcześniej niż z chwilą dokonania wpisu do rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego, zmiany Statutu Spółki zwiększającej do siedmiu dopuszczalną liczbę członków zarządu Spółki.

PISM: Polska i Hiszpania potrzebują bardziej efektywnej współpracy

Premierzy Donald Tusk i Mariano Rajoy rozmawiają dziś o zacieśnieniu współpracy przemysłowej i handlowej. – Osłabienie Unii Europejskiej przez kryzys gospodarczy to dobra okazja do rozwijania dwustronnych stosunków i budowania nowych sojuszy w ramach projektu europejskiego – uważają przedstawiciele dwóch najważniejszych think-tanków z Polski i Hiszpanii, PISM i Real Instituto Elano.

Polska jest jedynym z nowo przyjętych państw UE, z którym Hiszpania odbywa coroczne szczyty bilateralne. Przed szczytem hiszpańskie media podkreślały, że Polska to atrakcyjny kraj dla zagranicznego inwestora, państwo o stabilnym systemie finansowym i o kontrolowanej inflacji. Oba kraje, zdaniem ekspertów PISM, potrzebują silniejszej i bardziej efektywnej współpracy.

– Oprócz współdziałania na poziomie UE w dziedzinach budowy jednolitego rynku oraz promowania spójności wschodniego i południowego wymiaru Europejskiej Polityki Sąsiedztwa, państwa te powinny dążyć do polepszania współpracy handlowej zarówno między sobą, jak i w krajach trzecich – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Beata Wojna, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Dla Madrytu atrakcyjna jest nie tylko stabilność polskiej gospodarki, ale także położenie geograficzne. Kontakty z państwami trzecimi, głównie na Wschodzie to także atut hiszpańskich partnerów. W zamian Hiszpanie mogliby pomóc polskim firmom zaistnieć na rynkach Ameryki Łacińskiej.

Zdaniem ekspertki mogłoby to się przyczynić do podwyższenia konkurencyjności Polski i do odbudowy hiszpańskiej gospodarki.

– Hiszpanie mają olbrzymie doświadczenie na rynkach Ameryki Łacińskiej od wielu lat. Polskie przedsiębiorstwa w coraz większym stopniu zaczynają dostrzegać, że nie tylko rynki UE się liczą i nie tylko te rynki na wschodzie nasze najbliższe, ale również te odleglejsze. Ameryka Łacińska jest przykładem takiego regionu gdzie można bardzo dużo robić, również przy wsparciu i współpracy z hiszpańskimi przedsiębiorstwami – tłumaczy Beata Wojna.

Jak podkreśla, polskie firmy zaczynają się otwierać na tamtejsze rynki. Najlepszym przykładem jest inwestycja KGHM w kanadyjską Quadrę, która w znacznym stopniu powiązana jest ze złożami surowców w Chile.

Jednocześnie widać rosnące zainteresowanie hiszpańskich firm inwestycjami we Europie Wschodniej i Azji Środkowej.

– Mam na myśli przede wszystkim Ukrainę, ale też Azję Środkową, Kazachstan. To jest ten obszar, który interesuje Hiszpanów. My już mamy doświadczenie na tych rynkach, wobec tego pewnego rodzaju współpraca przedsiębiorstw z obydwu krajów byłaby jak najbardziej pożądana i wskazana – mówi Beata Wojna.

Hiszpanie chętnie inwestują w Polsce. Ze względu na osłabienie gospodarcze tego kraju również wielkość inwestycji zmniejszyła się, nadal jednak pozostajemy w czołówce państw, gdzie hiszpańskie firmy lokują kapitał. W 2011 byliśmy drugim po Turcji inwestycyjnym partnerem Hiszpanii, wyprzedzając Brazylię i Wielką Brytanię.

– Widzimy zainteresowanie przede wszystkim sektorem budowlanym ze zrozumiałych względów. Inwestycje hiszpańskie również są w sektorze finansowym – ostatnia inwestycja dużego, ważnego banku hiszpańskiego Santander w polski bank BZ WBK to jest ważny element i początek pewnego rodzaju ekspansji sektora finansowego na rynku polskim. Też sektor obronny ma tutaj swoją obecność w Polsce, to jest chociażby Military Airbus – wymienia zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Poza rozmowami premierów w Madrycie odbędą się również rozmowy ministrów przemysłu i gospodarki oraz ministrów pracy. Hiszpania jest jednym z krajów o najwyższym w UE bezrobociu wśród młodzieży. Warszawa i Madryt są więc wspólnie zainteresowane nowym unijnym funduszem skierowanemu na walkę z bezrobociem.

– Utrzymujący się kryzys strefy euro doprowadził do osłabienia projektu, jakim jest Unia Europejska. Dlatego potrzebna jest silniejsza i bardziej
efektywna współpraca między Polską a Hiszpanią – mówi Beata Wojna. – Dziś jesteśmy dla siebie istotnymi, chociaż nie fundamentalnymi partnerami handlowymi.

Wyjaśnia, że Europejska Polityka Sąsiedztwa to dziedzina, która jednocześnie zbliża i dzieli oba kraje. Zarówno Polsce, jak i Hiszpanii zależy na rozwoju instrumentów wsparcia dla państw sąsiadujących, ale do tej pory zależało nam na skierowaniu pomocy w innym kierunku.

– Polska bardziej ciąży w kierunku wschodu, chociaż w ostatnich latach widzimy wyraźne zainteresowanie również południem, natomiast Hiszpania bardziej ciąży w kierunku południa, czyli północnej Afryki, Bliskiego Wschodu. Mam wrażenie, że w coraz większym stopniu odchodzimy od tej retoryki. Raczej staramy się znajdować jakieś wspólne płaszczyzny działania, głównie jest to przekazywanie doświadczeń transformacyjnych, współpraca różnych instytucji i różnych osób na rzecz sąsiedztwa – mówi Beata Wojna.

Przy wyborze studiów maturzyści powinni kierować się ofertą uczelni dotyczącą praktyk i staży

Zgodność z zainteresowaniami i to jak wybrany kierunek pomoże w znalezieniu pracy – tymi kryteriami według ekspertów rynku pracy kierować powinni się maturzyści przy wyborze uczelni. Radzą, by uwagę zwrócić także na osiągnięcia jej absolwentów, ale i na powiązania z biznesem, czyli na oferty staży i praktyk.

– Młodzi ludzie najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, co chcą robić. Często wydaje im się, że są dobrzy z matematyki, więc powinni iść na politechnikę, z chemii – więc na medycynę. Myślę, że brakuje im świadomości tego, jak te umiejętności później przekładają się na rynku pracy – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Natalia Wyrwińska, lider zespołu Antal IT Services. – To, na co warto zwrócić uwagę w wyborze uczelni wyższej, to na pewno zgodność z kierunkiem naszych zainteresowań, które powinny się wyklarować już podczas nauki w liceum.

Jednak wybór uczelni i kierunku to de facto wybór naszej specjalizacji. A dziś na rynku pracy to specjaliści w konkretnych dziedzinach są najbardziej poszukiwani.

Przy wyborze uczelni pomocne mogą okazać się rankingi szkół wyższych. Jednak najistotniejsze jest to, jakie praktyczne umiejętności zdobędziemy podczas nauki.

– Na wybór uczelni trzeba spojrzeć z perspektywy tego, co uczelnia oferuje oprócz tradycyjnego kierunku kształcenia. Sprawdźmy także, jakie osiągnięcia naukowe ma uczelnia i jej studenci. Popatrzmy także, jakie ma oferty praktyk, staży, wyjazdów zagranicznych, które są bardzo mile widziane przez pracodawców – twierdzi Wyrwińska.

Jak pokazują wyniki Bilansu Kapitału Ludzkiego, zrealizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Uniwersytet Jagielloński, aż 75 proc. pracodawców ma problemy ze znalezieniem odpowiednich pracowników. Z badania wynika też, że w 2011 roku pracodawcy oczekiwali od kandydatów przede wszystkim kompetencji samoorganizacyjnych i zdolności interpersonalnych. Pracodawcy zatrudniający specjalistów wymagali też od osób ubiegających się o pracę odpowiedniego wykształcenia (90 proc.) oraz znajomości języka obcego (70 proc.).

Cenne praktyki zawodowe

Współpraca uczelni z biznesem jest obecnie bardzo istotna – studenci dzięki temu zyskują szansę, by jeszcze podczas nauki zdobyć praktyczne doświadczenie. Dziś na współpracę z firmami decyduje się coraz więcej szkół.

– Dla pracodawców najważniejsza nie jest wiedza teoretyczna, którą nabywamy podczas wykładów czy ćwiczeń na uczelni, lecz konkretne kompetencje. Te kompetencje różnią się w zależności od tego, jaką drogę kształcenia obieramy, np. dla informatyków jest to umiejętność programowania w konkretnej technologii i jej znajomość – mówi Wyrwińska

M.in. dlatego ważna jest możliwość odbycia podczas studiów praktyk i staży zawodowych, najlepiej zagranicznych.

– Takie staże to szansa na zwiększenie znajomości języków obcych – twierdzi Wyrwińska. – Sprawiają, że młody człowiek czuje się później pewniej wchodząc np. w projekt międzynarodowy, a większość pracodawców poszukuje osób z bardzo dobrą znajomością języka angielskiego, którzy będą w stanie wykonywać swoją pracę współpracując z kolegami z Indii, Wielkiej Brytanii czy Niemiec – dodaje ekspertka.

Uczelnie umożliwiają uczestnictwo nie tylko w wymianach międzyuczelnianych, takich jak program Socrates–Erasmus, ale coraz częściej także w wymianach zawodowych, takich jak program Leonardo da Vinci.

Polskie firmy emitują swoje obligacje, jest duże zainteresowanie ze strony polskich i zagranicznych inwestorów

0

Emisja obligacji korporacyjnych to dobry sposób na pozyskanie przez firmy dodatkowego kapitału. – W tej chwili mamy ku temu sprzyjające warunki – mówi Marek Wołos, analityk Domu Maklerskiego TMS Brokers. Obligacje korporacyjne cieszą się dużym zainteresowaniem rynków, zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Rodzime podmioty mogą w ten sposób zaspokoić drobne potrzeby pożyczkowe, ale również te znacznie większe, nawet do kilku miliardów złotych.

– Podmioty, które chcą sobie ograniczyć koszty finansowania czy pozyskać kapitał na rozwój, coraz częściej wychodzą na rynek obligacji – mówi
Agencji Informacyjnej Newseria Marek Wołos. – To jest nowe źródło pozyskiwania kapitału, które cieszy się dużym powodzeniem.

Na rosnące zainteresowanie wpływają m.in. niskie zarobki na lokatach bankowych czy państwowych papierach dłużnych. Dlatego inwestorzy szukają alternatywnych rozwiązań, które z jednej strony będą bezpieczne, a z drugiej pozwolą zwielokrotnić zysk. Obligacje korporacyjne kuszą potencjalnych nabywców, bo są wyżej oprocentowane od obligacji skarbowych.

– Szczególnie obligacje firm stabilnych, z dobrymi ratingami, z dobrymi finansami zaskarbiają sobie niezwykłą popularność – mówi Wołos.

Jak podkreśla, nadchodzi dobry czas dla tego typu instrumentów. Pokazuje to m.in. ostatnia emisja obligacji PKN Orlen i zainteresowanie, jakie wzbudziła wśród inwestorów. Pod koniec czerwca spółka wprowadziła na rynek Catalyst obligacje o wartości 400 mln zł. Papiery dłużne objęły serie A i B, które zostały sprzedane przed planowanym terminem.

– Dopóki nie będziemy widzieli spektakularnych niepowodzeń w tym zakresie i dopóki stopy na rynku międzybankowym będą niskie, to inwestorów nic od tego rynku odstraszać nie będzie – twierdzi Marek Wołos.

Obligacjami emitowanymi przez polskie przedsiębiorstwa interesują się zarówno polscy, jak i zagraniczni inwestorzy. Emitenci mają więc wybór, do kogo adresować swoją ofertę.

– To zależy od zapotrzebowania na kapitał, czy jest ono szacowane na kilkadziesiąt lub kilkaset milionów czy kilka miliardów złotych – tłumaczy analityk DM TMS Brokers. – Jeśli jest to duże zapotrzebowanie, rzędu kilku miliardów, można „przesunąć się” na rynek zagraniczny, ale rynek krajowy też jest w stanie sporo wchłonąć.

O emisji obligacji korporacyjnych przez polskie przedsiębiorstwa mówi się od dłuższego czasu, również w kontekście firm energetycznych. Miałyby one w ten sposób finansować kosztowne inwestycje.

Jeśli Polacy mieliby wybór, chcieliby przechodzić na emeryturę stopniowo

Blisko połowa Polaków przechodzi na emeryturę wcześniej, niż planowała – wynika z badania przeprowadzonego przez Aegon PTE. Wśród wymienianych powodów najczęściej wskazywane są utrata pracy (36 proc.) i pogorszenie stanu zdrowia (26 proc.). Mimo to wcale nam się do emerytury nie spieszy. Ankietowani deklarują, że woleliby stopniowe wycofywanie się z rynku pracy.

– Głównym powodem przechodzenia Polaków na wcześniejszą emeryturę jest niestety utrata pracy. Drugim powodem było pogorszenie stanu zdrowia – wymienia Marcin Hadyś, członek zarządu Aegon PTE.

Wcześniejsze przechodzenie na emeryturę jest kojarzone z negatywnymi przyczynami. Jednocześnie z badania w innych krajach wynika, że odwlekanie przejścia na emeryturę kojarzy się raczej z czynnikami pozytywnymi, np. większą satysfakcją ze swojej kariery zawodowej oraz chęcią utrzymania aktywności umysłowej.

– Co ciekawe, obywatele nie tylko w Polsce, ale we wszystkich krajach, mają świadomość, że będą pracować dłużej i co więcej, oni chcą pracować dłużej – mówi Marcin Hadyś Agencji Informacyjnej Newseria.

Z badania Aegon PTE wynika również, że gdyby Polacy mieli taką możliwość, z rynku pracy wycofywaliby się stopniowo. Na przykład w okresie przedemerytalnym chcieliby mieć bardziej elastyczny czas pracy.

– To również skłoniłoby ich do kontynuowania pracy, nawet po czasie, w którym nabyliby już prawo do emerytury. Ankietowani oczekiwaliby od pracodawców niepowierzania im w okresie przedemerytalnym zadań stresujących i wymagających dużego zaangażowania – wyjaśnia Hadyś. – Ludzie oczekują, że pracodawca będzie korzystał z ich doświadczenia i wiedzy, a nie wykorzystywał ponad ich siły.

Większość zatrudnionych ankietowanych wskazała również, że ich pracodawca nie oferuje żadnych możliwości, które ułatwiłyby stopniowe przechodzenie na emeryturę. Ci, którzy taką pomoc otrzymują, podkreślają, że jest ona bardzo użyteczna.

Polacy emerytalnymi pesymistami

– Polacy wśród badanych przez nas 12 społeczeństw oczekują najkrótszej emerytury – mówi Marcin Hadyś. – Oceniają, że będą przebywać na niej 14 lat, podczas gdy np. Chińczycy liczą na 25 lat emerytury. Także przedstawiciele innych krajów stosunkowo bardziej optymistycznie patrzą na swoją emerytalną przyszłość.

Średnia długość życia w Polsce to 82 lata, a obecny wiek emerytalny dla mężczyzn to 65 lat i 2 miesiące, a dla kobiet 60 lat i 2 miesiące. To oznacza, że statystycznie na emeryturze spędzamy więcej czasu niż 14 lat. Fakt, że ludzie spodziewają się żyć na emeryturze krócej, wynika, zdaniem Hadysia, z pesymistycznego podejścia do spodziewanego poziomu życia na emeryturze.

W badaniu przeprowadzonym przez AEGON wzięło udział 12 tysięcy osób z 12 krajów Europy, Ameryki Północnej i Chin. Choć Polacy są największymi pesymistami, to obywatele innych krajów również nie patrzą na swoją emeryturę przez różowe okulary. Jedynie 12 proc. wszystkich badanych uważa, że będą dysponować na emeryturze dostatecznymi środkami finansowymi.

Zmniejszenie stóp procentowych dobrze wpłynęło na branżę deweloperską – wzrost sprzedaży mieszkań

Branża deweloperska liczy, że historycznie niskie stopy procentowe skłonią klientów do zaciągania kredytów i sprzedaż wzrośnie. Na razie sprzedaje się więcej mieszkań w wyższym standardzie, które kupują zamożni klienci, najczęściej za gotówkę. Osoby, które muszą na ten cel wziąć kredyt, wciąż obawiają się takiej decyzji.

 – Klienci się boją, bo jest wysokie bezrobocie, bo prognozy dla gospodarki nie najlepsze. Natomiast pojawia się coraz więcej klientów zamożniejszych, którzy zdecydowali się na zakup, bo mieszkania są w tej chwili cenowo bardzo nisko. W dodatku cały czas jest duża podaż – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jarosław Szanajca, prezes Dom Development.

Na rynku deweloperskim gorzej sprzedają się standardowe, tańsze mieszkania z dolnego segmentu, które zwykle cieszą się największą popularnością. Natomiast te o nieco wyższym standardzie, według Szanajcy, sprzedają się lepiej niż przewidywano.

Prezes Dom Development prognozuje jednak, że wkrótce cała branża może odbić się od dna. Umożliwią to przede wszystkim rekordowo niskie stopy procentowe.

 – My jesteśmy bardzo silnie zależni od stóp procentowych. Jeżeli stopy procentowe są niskie, to powinno nastąpić odbicie na rynku mieszkaniowym z powodu wzmożonej chęci do zadłużania się przez klientów – tłumaczy Szanajca.

Zależność branży mieszkaniowej od stóp procentowych wpływa na to, że koniunktura w tym sektorze nadchodzi wtedy, gdy cała gospodarka jest w kryzysie. Szanajca tłumaczy, że taka antycykliczność jest powodowana tym, że stopy procentowe są obniżane w czasie problemów gospodarczych.

 – Wtedy, gdy w gospodarce jest źle, efekt obniżonych stóp procentowych zazwyczaj nam pomaga szybciej niż reszcie gospodarki – dodaje Szanajca.

Klientów do zakupów może też skłonić malejąca liczba gotowych, dostępnych mieszkań. Zdaniem prezesa Dom Development, z rynku stopniowo znika nadpodaż. Im mniejsza podaż, tym wyższe ceny.

 – Ceny przestały spadać, już to widać, a skoro przez jakiś czas dość mocno spadały, to znaczy, że wkrótce zaczną rosnąć – prognozuje Szanajca. – W tej chwili mamy taki moment, kiedy ceny przestały spadać, nadpodaż się wysyca, stopy procentowe są najniższe w historii i sentyment klientów do kupowania mieszkań jest całkiem przyzwoity. Wydaje się, że po okresie spadku powinniśmy być w tej chwili w punkcie odbicia.

Inflacja najniższa w historii

W czerwcu roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 0,2 proc. w skali roku z 0,5 proc. zanotowanych w maju. Jest to najniższy historycznie wskaźnik inflacji w Polsce, dodajmy, niebezpiecznie bliski psychologicznej granicy 0 proc..

W ujęciu miesięcznym ceny konsumentów nie zmieniły się. Przechodząc do poszczególnych kategorii, niską inflację zawdzięczamy relatywnie niskim cenom żywności (wzrosty cen ziemniaków okazały się jednak niższe niż wskazywałyby na to dane z Czech) oraz stabilizacji cen w pozostałych kategoriach. W zdecydowanej większości kategorii części bazowej koszyka ceny pozostały stabilne (łączność, zdrowie), bądź nieznacznie spadły (edukacja, obuwie i odzież). Ceny paliw wzrosły o 0,8 proc., nieznacznie, bo o 0,2 proc. wzrosły ceny w kategoriach rekreacja i kultura oraz restauracje i hotele. Wskaźnik inflacji bazowej obniżył się prawdopodobnie z 1,0 proc. do 0,9 proc. r/r.

W lipcu wskaźnik inflacji CPI pozostanie na podobnym poziomie, lub wzrośnie o 0,1pp. Wzrosty opłat za wywóz śmieci (nawet do 100 proc.) będą neutralizowane niższymi opłatami za roaming oraz obniżką cen energii elektrycznej. – Niska inflacja utrzyma się przez kolejne kilka miesięcy a na koniec roku nie przekroczy 1 proc. w skali roku. Nie powinniśmy obserwować jednak dalszego spadku inflacji bazowej, która przez pewien czas oscylować będzie powyżej 1 proc – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

W 2014 roku inflacja powinna powoli rosnąć. Efekty bazowe z 2013 analitycy BRE szacują na ponad 1pp, co właśnie, poza poprawą aktywności gospodarczej, powinno prowadzić do wzrostu inflacji na koniec 2014 roku do poziomu przekraczającego 2 proc. r/r, a więc powyżej wskazań projekcji NBP.

Dzisiejsze dane spowodowały spadek rynkowych stóp procentowych o około 3pb. Dane nie powinny przełożyć się jednak na wznowienie cyklu obniżek przez RPP. Rada antycypowała już spadek inflacji w miesiącach letnich, a prezes NBP podkreślał stabilność inflacji bazowej. Publikowane w tym tygodniu dane ze sfery realnej (wzrost produkcji przemysłowej i stabilizacja zatrudnienia) powinny dostarczyć paliwa dla oczekiwań co do normalizacji poziomu stóp w Polsce w 2014 roku.

W Polsce mamy ok. 800 tys. kredytobiorców, którzy zaciągnęli zobowiązanie we franku szwajcarskim

Życie z kredytem w obcej walucie jest trudne i wymaga ciągłego śledzenia sytuacji na rynkach finansowych. Jednak ostatnio wszystko wskazuje, że to życie może być lepsze.

Dane z polskiej gospodarki mają drugorzędne znaczenie. Najważniejsze jest wystąpienie szefa Fedu Bena Bernankego, którego słowa mogą poruszyć rynki. Takim najgorszym scenariuszem byłaby zapowiedź Bernankego, że „odcina kroplówkę” we wrześniu, czyli kończy z obecną polityką drukowania pieniędzy. To byłoby katastrofalne dla naszej waluty. Wówczas poziom powyżej 3,6 zł za franka byłby bardzo realny w dłuższym okresie. Jednak na razie nic nie wskazuje, by Fed miał podjąć taką decyzję. Więcej na ten temat w artykule Kredyt we franku to nie musi być wyrok.

Jak się zabezpieczyć przed gwałtownymi zmianami?

Najprostszy sposób zabezpieczenia się przed zmianami wysokości kredytowej raty to zbudowanie „funduszu stabilizacyjnego”. – Konieczność posiadania rezerw finansowych dotyczy nie tylko kredytobiorców spłacających zobowiązania walutowe – każdy dłużnik powinien mieć w zanadrzu równowartość co najmniej kilku rat.

Metod na stworzenie rezerwy, po którą sięgalibyśmy w razie wzrostu rat, jest wiele, jak odkładanie określonej części dochodów, np. 10%, na wydzielone konto oszczędnościowe. Można także uśrednić ratę kredytową, zakładając, że co miesiąc spłacamy 1500 zł. Jeżeli chwilowo rata jest niższa, to nadwyżkę odkładamy, by skorzystać z niej, gdy miesięczne zobowiązanie będzie wyższe – przekonuje dr Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

Wyzwania stojące przed firmami związane z fuzjami i przejęciami przez chińskie firmy

Literatura chińska, taka jak np. Sztuka Wojny Sun Tzu i Dialogi Konfucjańskie wpłynęła na sukcesy Warrena Buffeta, Oprah’y Winfrey i Billa Gatesa, jednakże obecnie chińskie przewodnictwo nie jest mile widziane wśród pracowników firm z Zachodu. Według badania MSLGROUP, strategicznej firmy Grupy Publicis, 57% ludzi z zachodnich przedsiębiorstw byłoby zaniepokojonych, gdyby ktokolwiek z Chin zarządzał firmą, w której pracują. Opracowanie „Leveling the M&A Playing Field: Reducing the bidding premium for Chinese companies in outbound M&A”, określa kluczowe czynniki, które mogą prowadzić do niepowodzeń i kłopotów komunikacyjnych.

Johan Björkstén, Prezes MSLGROUP w Chinach podkreśla:

W związku z tym, że zagraniczne inwestycje Chin, do roku 2015, oceniane są na 150 miliardów dolarów, wiele krajów rozwiniętych aktywnie zachęca Chiny do inwestycji zagranicznych. Potrzeba doinwestowania gospodarki na Zachodnie i chęć Chin, aby „działać globalnie” idzie ze sobą w parze, dlatego każdemu zależy, aby ta współpraca przebiegała pomyślnie. Jednakże, w rzeczywistości inwestycje te nadal napotykają poważne przeszkody, często wynikające z odmiennej percepcji, a nie rzeczywistych problemów. Dlatego, do czasu, kiedy chińskie firmy i ich partnerzy będą wciąż koncentrować się na różnicach pomiędzy nimi, transakcje te napotykać będą na poważny opór.

W raporcie, eksperci z sieci MSLGROUP pokazują perspektywy związane z fuzjami i przejęciami na swoich rynkach i wyzwania, jakie stoją przed chińskimi funduszami inwestycyjnymi.

Raport przedstawia wnioski z badania zrealizowanego w kwietniu i w maju 2013 roku, na ponad 1 600 osobach, we Francji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych oraz wywiady z doradcami ds. fuzji i przejęć z banków inwestycyjnych, firm prawniczych i konsultantów. Kluczowe wnioski to:

58% osób ocenia wizję przejęcia firmy przez firmę chińską, jako zagrożenie; tylko 15% ocenia to, jako szansę.
Przy rozpatrywaniu chińskiego nabywcy, najpoważniejsze obawy to sprawy fundamentalne: warunki pracy, styl zarządzania i sprawy etyczne. Dla porównania, przy uwzględnianiu miejscowego nabywcy, główną obawą jest utrata pracy.
69% respondentów uważa, że kultura firmy jest bardzo ważna, najwięcej w USA (84%), w Wielkiej Brytanii (56%), we Francji (66%). Dwie trzecie respondentów zgadza się, iż kultura pracy wpływa na ich działania, a 68% jest zdania, że miałaby wpływ na ich decyzję pracy dla firmy.

Björkstén podkreśla: Koszt rekrutacji jest ogólnie uznawany, jako znacząco wyższy, niż koszt zatrzymywania pracowników. Chiński styl zarządzania na pewno wpłynie na zamianę kultury w firmie, dlatego przedsiębiorstwa starające się o chińskie fundusze nie mogą nie docenić wpływu, jaki kultura korporacyjna będzie miała na cały przebieg transakcji.

Raport pokazuje kroki, mające na celu sprawić, aby inwestycje zagraniczne były bardziej zrozumiałe. Jest to np. wyjaśnienie otoczenia komunikacji, rozwijanie jasnej strategii udziałowców z ujednoliconymi informacjami, wysłuchiwanie i angażowanie zainteresowanych stron we wczesnym rozwiązywaniu społecznego oporu i gotowość do przeciwdziałania kryzysom. Raport omawia również strategie związane z rozpoczęciem dialogu z interesariuszami politycznymi, tak, aby przeciwdziałać obawom i potencjalnej opozycji oraz informuje o tym jak komunikować zagadnienia związane wizerunkiem i marką. Ponadto, dokument opisuje problemy dotyczące kultury korporacyjnej i pokazuje rosnącą wiarygodność wśród inwestorów dzięki uzyskaniu zrozumiałego i wyraźnego dialogu.

Björkstén kończy: Kluczowym wnioskiem dokumentu jest to, że firmy powinny działać na rzecz komunikacji bardzo wcześnie, już na samym początku rozpoczęcia procesu fuzji lub przejęcia.

Komentarz dzienny, 17 lipca 2013

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło w czerwcu w ujęciu rocznym o 0,8% r/r (nasza prognoza i konsensus rynkowy -0,9%, poprzednio -0,9%). Tym samym dynamika zatrudnienia nie tylko się wypłaszcza, ale wręcz zaczyna rosnąć. Dodatkowo mamy do czynienia ze zdecydowanie najwyższym w tym roku tempem wzrostu zatrudnienia w ujęciu miesięcznym (nie licząc stycznia napędzanego jak co roku statystycznie): +9tys. (+0,2%). Podtrzymujemy naszą diagnozę, że rynek pracy osiągnął już dno i w najbliższych miesiącach roczna dynamika zatrudnienia będzie rosła (niewykluczone, że do końca roku będzie dodatnia).

Marcin Babiak nowym dyrektorem w Komputronik

Marcin Babiak objął stanowisko Dyrektora ds. Rozwoju Biznesu (Business Development Director) w Komputronik SA. Będzie odpowiedzialny za rozwój operacji na nowych rynkach, a także poszerzanie obszarów aktywności biznesowej Grupy Komputronik.

Marcin Babiak ma 40 lat i kilkunastoletnie doświadczenie w branży. Rozpoczął karierę zawodową w szczecińskim oddziale firmy dystrybucyjnej TCH Components (1997-1999). Następnie przez 3 lata pracował w firmie Intel. W latach 2002-2006 pełnił funkcję dyrektora sprzedaży i marketingu w Maxdata Polska. W latach 2006-2008 był prezesem zarządu dystrybutora produktów Apple w firmie iSource S.A. Od roku 2008 pełnił różne funkcje zarządcze w Dell, gdzie zakończył karierę jako General Manager, Poland, Baltics and Iceland – Consumer and Small Business. Następnie pracował w firmie Groupon, gdzie był odpowiedzialny za dział sprzedaży produktów w Europie Środkowej, Wschodniej i Rosji.

Marcin Babiak ukończył Uniwersytet Szczeciński i Wyższą Szkołę Administracji Publicznej w Szczecinie. Mieszka w Warszawie. Jego pasją jest nurkowanie i jazda na snowboardzie.

Bardzo cieszymy się, że do grona kadry menedżerskiej Komputronik dołączył Marcin Babiak, który może pochwalić się wszechstronnym doświadczeniem w branży IT oraz w rozwijaniu sprzedaży. Jego rolą w strukturach Komputronik będzie rozwój działalności Grupy na nowych rynkach oraz poszerzanie obszarów naszej aktywności biznesowej. Jestem przekonany, że doskonale sobie z tymi zadaniami poradzi – powiedział Wojciech Buczkowski, Prezes Zarządu Komputronik S.A.

Cieszę się, że będę mógł wesprzeć swoim doświadczeniem Grupę Komputronik, która posiada ugruntowaną i stabilną pozycję w branży, a jednocześnie jest prekursorem wielu rozwiązań na polskim rynku i firmą zdolną do szybkiego reagowania na zmieniające się warunki rynkowe. Wierzę, że jako Dyrektor ds. Rozwoju Biznesu będę mógł wnieść do Grupy wiele ciekawych pomysłów – powiedział Marcin Babiak, Dyrektor ds. Rozwoju Biznesu w Komputronik SA.

Komentarz dzienny, 16 lipca 2013

W czerwcu roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 0,2% r/r z 0,5% zanotowanych w maju. Jest to najniższy historycznie wskaźnik inflacji w Polsce, dodajmy, niebezpiecznie bliski psychologicznej granicy 0%. 
W ujęciu miesięcznym ceny konsumentów nie zmieniły się. Przechodząc do poszczególnych kategorii, niską inflację zawdzięczamy relatywnie niskim cenom żywności (wzrosty cen ziemniaków okazały się jednak niższe niż wskazywałyby na to dane z Czech) oraz stabilizacji cen w pozostałych kategoriach. W zdecydowanej większości kategorii części bazowej koszyka ceny pozostały stabilne (łączność, zdrowie), bądź nieznacznie spadły (edukacja, obuwie i odzież). Ceny paliw wzrosły o 0,8%, nieznacznie, bo o 0,2% wzrosły ceny w kategoriach rekreacja i kultura oraz restauracje i hotele. Wskaźnik inflacji bazowej obniżył się prawdopodobnie z 1,0% do 0,9% r/r.

Polacy coraz częściej jeżdżą na zakupy za granicę, obowiązują tam takie sama prawa gwarancyjne

Sezon wyprzedaży trwa, również w innych krajach UE, a Polacy coraz chętniej z nich korzystają. Kupując w Paryżu, Mediolanie czy Londynie mamy takie samo prawo do złożenia reklamacji jak w Polsce – przypomina Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Problem w tym, że jeśli w przypadku danego towaru nie obowiązuje eurogwarancja, powinniśmy towar zareklamować w państwie, w którym go kupiliśmy.

– Warto pamiętać, że w państwach Unii Europejskiej obowiązuje nas to samo prawo, co w Polsce – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Małgorzata Cieloch, rzeczniczka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta. – Jeżeli kupujemy rzecz, która nie jest żywnością, ani nieruchomością, to mamy dwa lata od daty zakupu na złożenie reklamacji.

Podobnie jak w Polsce, potrzebujemy do tego paragonu albo faktury. Należy pamiętać, że – zgodnie z obowiązującymi przepisami – reklamację wadliwego towaru możemy złożyć w sklepie, w którym dokonaliśmy zakupu.

– To jest oczywiście teoria – mówi rzeczniczka UOKiK-u, dodając, że w praktyce wady produktu odkrywamy często po powrocie do domu i mało który klient decyduje się w celu złożenia reklamacji wrócić do miejsca, w którym spędzał urlop. – Bardzo często na terenie Unii obowiązuje tzw. eurogwarancja.

Pozwala ona klientowi na złożenie reklamacji w kraju, w którym na co dzień mieszka. Dzięki temu nie musi z wadliwym towarem jechać do Paryża czy Londynu.

– To jest istotne, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście w tej eurogwarancji wymieniona jest Polska, jeśli zamierzamy reklamować na miejscu – mówi Małgorzata Cieloch.

Podstawą reklamacji są przede wszystkim wady i usterki towaru, ale też sytuacja, w której klient został wprowadzony w błąd, a towar jest niezgodny z umową.

Należy pamiętać, że klient nie zawsze może zwrócić towar, np. w sytuacji, kiedy się rozmyślił. W krajach członkowskich UE sprzedawca nie ma obowiązku przyjęcia towaru wolnego od wad i zwrotu zapłaconej ceny. Zależy to wyłącznie od polityki sklepu, warto więc upewnić się przed zakupem, czy takie prawo nam przysługuje. Jeśli tak, to dobrze jest potwierdzić to pisemnie, np. na paragonie.

Samar: zniesienie opłaty recyklingowej może wpłynąć na znaczący wzrost importu aut używanych

Rząd pracuje nad zniesieniem tzw. opłaty recyklingowej, uiszczanej od każdego importowanego samochodu. Według nowych zasad zwolnieni z niej zostaną klienci indywidualni. Zapłacą ją tylko ci, którzy sprowadzają auta w celach zarobkowych. Eksperci rynku motoryzacyjnego uważają, że nowe prawo będzie skłaniało do demontażu samochodów poza legalnie działającymi stacjami.

Obecnie producenci pojazdów, przedsiębiorcy dokonujący wewnątrzwspólnotowego nabycia lub importu pojazdu oraz osoby indywidualne sprowadzające auta mają obowiązek uiścić na rachunek bankowy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej opłatę recyklingową w wysokości 500 zł od każdego pojazdu wprowadzonego na terytorium kraju.

Rząd planuje jej zniesienie ze względu na konieczność dostosowania polskich przepisów do wymogów Dyrektywy 2000/53/WE w sprawie pojazdów wycofanych z eksploatacji. Komisja Europejska również wskazywała, że polskie przepisy są niezgodne z prawem UE, ponieważ do nowych aut nie dolicza się tej opłaty.

Proponowane przez rząd zmiany w ustawie o recyklingu pojazdów wycofanych z eksploatacji mają doprowadzić do tego, aby większa niż obecnie część powstających odpadów była skierowana do legalnych stacji demontażu. Chodzi o ograniczenie szarej strefy.

– Na polskim rynku tego typu opłaty powinny być wnoszone po to, by w sposób prawidłowy i zgodny z prawem utylizować pojazdy – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Wojciech Drzewiecki, prezes Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR.

Jego zdaniem brak opłat przyczyni się do zwiększenia szarej strefy, bo utylizacja będzie droga.

– Jeżeli nie będzie tego typu systemu, jeżeli utylizacja będzie droga, bo najprawdopodobniej obywatele chcący pozbyć się samochodów będą przekazywali je do stacji demontażu nie w pełni uzbrojone, będzie to oznaczało, że te stacje będą chciały pobierać pewne opłaty. Im te opłaty będą wyższe, tym chęć obywatela do oddania samochodu do stacji demontażu będzie niższa. To oznacza rozwój szarej strefy, czyli demontaż aut poza oficjalnie działającymi stacjami – podkreśla Wojciech Drzewiecki.

Na drogach głównie auta z drugiej ręki

Polacy najchętniej kupują auta używane. Ponad połowa kupuje samochody, których wiek przekracza 10 lat.

– Nowych samochodów sprzedaje się stosunkowo niewiele. W ubiegłym roku zarejestrowaliśmy nieco ponad 270 tys. nowych aut, co jak na tak duży kraj jest liczbą bardzo małą. Wśród tych 270 tys. aut część to były samochody, które zostały zarejestrowane i wyjechały za chwilę z Polski, a więc fizycznie zostały kupione wcześniej przez obywateli innych krajów – mówi Wojciech Drzewiecki.

W latach 2005-2008 Polacy sprowadzali z zagranicy około miliona używanych aut rocznie. Teraz ta liczba spadła, choć nadal jest wysoka.

– Polska zdecydowanie góruje nad innymi krajami w imporcie samochodów używanych. Obecnie sprowadzamy ok. 600-700 tys., ale i tak w porównaniu do liczby aut nowych rejestrowanych w kraju jest to liczba olbrzymia. Z reguły na rynkach Europy Zachodniej królują samochody nowe w liczbie pierwszych rejestracji, a nie samochody sprowadzane. Samochody sprowadzane to domena rynku wtórnego – podsumowuje ekspert.

Zniesienie opłaty recyklingowej, w opinii ekspertów, nie powinno wpłynąć na znaczące zwiększenie importu używanych aut. Prezes Samar ma nadzieje na pozytywne skutki zmian w prawie.

– Być może ludzie będą sprowadzali nieco droższe auta, chociażby o tę kwotę, którą dzisiaj muszą zapłacić w postaci opłaty recyklingowej, co oznacza, że na rynku mogą pojawić się auta młodsze. Chociaż to wcale nie oznacza, że ich stan techniczny będzie lepszy – mówi ekspert.