ADP: w II kw. 2022 r. rynek i Nowoczesna Gospodarka utrzymały dynamikę zatrudnienia

Uwarunkowania makro- i mikroekonomicznie równomiernie oddziałują na ogół rynku i innowacyjne przedsiębiorstwa – wynika z raportu ADP Polska „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q2 2022 r.”. W II kw. 2022 r. utrzymał się dystans pod względem dynamiki zatrudnienia między rynkiem (+2,3 proc. vs II kw. 2021 r. wg danych Głównego Urzędu Statystycznego) a firmami należącymi do Nowoczesnej Gospodarki (+3,46 proc. vs II kw. 2021 r.) i wyniósł 1,16 p.p.

Chociaż wiele sektorów gospodarki zmaga się z wyzwaniami wynikającymi ze wzrostu kosztów energii, pracy i inflacji, to jak wynika z raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q2 2022” opracowanego przez firmę ADP Polska, rynek pracy utrzymał w II kw. dynamikę wzrostu zatrudnienia z I kw. br. W II kw. firmy Nowoczesnej Gospodarki (+3,46 proc. vs II kw. 2021 r.), czyli przedsiębiorstwa wykorzystujące innowacyjne rozwiązania biznesowe, skuteczniej poradziły sobie z wyzwaniami gospodarczymi niż ogół rynku (+2,30 proc. vs I kw. 2021 r. wg Głównego Urzędu Statystycznego) i odnotowały wyższą dynamikę zatrudnienia. W wyniku tego Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki zwiększył się o 1,16 i wyniósł 146,3.

Chociaż innowacyjne przedsiębiorstwa wciąż skuteczniej rekrutują nowe talenty, to w obydwu gospodarkach widoczna jest stagnacja. Przedsiębiorcy ostrożniej podchodzą do realizacji polityki zatrudnienia w momencie dynamicznie rosnących kosztów prowadzenia biznesu. Po dwóch latach pandemii muszą się oni zmierzyć z kolejnymi wyzwaniami gospodarczo-społecznymi – dynamicznie rosnącą inflacją, kosztami energii, niepewną sytuacją za wschodnią granicą, niedoborem pracowników oraz przewidywanym spowolnieniem gospodarczym – wylicza Anna Barbachowska, dyrektor HR w ADP Polska.

Duże firmy usługowe stanowią o sile Nowoczesnej Gospodarki

​Po wyraźnych wyhamowaniu zatrudnienia w sektorze usługowym Nowoczesnej Gospodarki w IV kw. 2021 r. (+2,85 proc. vs IV kw. 2020 r.), firmy te zwiększyły zatrudnienie w II kw. 2022 r. (+4,02 proc. vs II kw. 2021 r.). O sile sektora stanowią duże firmy usługowe, które w okresie od marca do czerwca zwiększyły zatrudnienie o 8,12 proc. (vs II kw. 2021 r.). Przedsiębiorstwa zatrudniające poniżej 500 pracowników odnotowały natomiast 2,45 proc. wzrost dynamiki zatrudnienia. W wyniku tego dystans między sektorami znacznie się zwiększył i wyniósł 5,67 p.p.

– W sytuacji znacznej konkurencji na rynku pracy, to duże przedsiębiorstwa usługowe, które często działają w sposób scentralizowany, skuteczniej przyciągają nowe talenty. To właśnie za dużymi przedsiębiorstwami często stoi bezpieczeństwo zatrudnienia, którego tak bardzo potrzebują obecnie pracownicy. Duże firmy usługowe mogą również częściej oferować możliwość pracy w międzynarodowym środowisku, także bez konieczności znajomości języka polskiego, co w przypadku osób przybyłych z Ukrainy może być kluczowe – tłumaczy Anna Barbachowska, dyrektor HR w ADP Polska.

Produkcja nieznacznie wyhamowuje

W II kw. 2022 r. zatrudnienie w przedsiębiorstwach produkcyjnych Nowoczesnej Gospodarki wzrosło o 2,84 proc. (vs II kw. 2021 r.), co było nieznacznym wyhamowaniem dynamiki wzrostu zatrudnienia w porównaniu do I kw. br. Podobnie jak w przypadku sektora usług, również małe firmy produkcyjne odnotowały niższą dynamikę zatrudnienia (+1,86 proc. vs II kw. 2021 r.), utrzymując tym samym tendencję spadkową. Nieco lepiej radzą sobie natomiast przedsiębiorstwa zatrudniające ponad 500 osób, które zwiększyły zatrudnienie o 3,02 proc. – Jak wskazują analizy rynkowe, małe przedsiębiorstwa są bardziej narażone na oddziaływanie niełatwej sytuacji gospodarczej i rosnących cen prowadzenia działalności. Odzwierciedla się to również w dynamice ich zatrudnienia. Właściciele małych przedsiębiorstw bardzo uważnie przyglądają się obecnie każdej wydanej złotówce, dlatego też wiele procesów rekrutacyjnych zostało wstrzymanych – dodaje Anna Barbachowska.ADP w II kw. 2022 r. rynek i Nowoczesna Gospodarka utrzymały dynamikę zatrudnienia

Kto może skorzystać z kreatora stron WWW? Jak wybrać najlepsze narzędzie?

Profesjonalne tworzenie stron WWW wymaga nie tylko dużej wiedzy z zakresu HTML, CSS, JavaScript i innych języków programowania, ale także doświadczenia. To dlatego zindywidualizowana usługa sporo kosztuje. Na szczęście dzięki rozwojowi narzędzi, jakimi są kreatory stron WWW, dziś każdy może stworzyć witrynę, angażując w to zadanie jedynie nieco wolnego czasu i stosunkowo niewielkie pieniądze. Sprawdź, jak łatwo i szybko tworzyć samodzielnie atrakcyjne strony internetowe.

Jak zrobić stronę internetową? Czy to trudne?

Do stworzenia dobrze działającej i atrakcyjnej strony WWW można podejść na dwa sposoby: zlecić to zadanie profesjonalistom, np. agencji, albo zdecydować się na dobry kreator stron WWW. Kiedy wybrać pierwsze rozwiązanie, a kiedy drugie? Jeśli nie jesteś specjalistą, ale dysponujesz środkami finansowymi rzędu co najmniej kilku tysięcy złotych, a także oczekujesz pełnej unikalności strony i zaawansowanych rozwiązań – poszukaj sprawdzonej agencji, która oferuje tworzenie witryn. Jeżeli twoje fundusze są ograniczone albo po prostu rozpoczynasz jakąś działalność w internecie i nie chcesz inwestować dużych pieniędzy, skorzystaj z kreatora.

Warto podkreślić, że dostępne na rynku dobre kreatory nie tylko pozwolą na stworzenie atrakcyjnej wizualnie strony osobie, która nie ma doświadczenia w tworzeniu witryn, ale także zagwarantują stronie działanie właściwe pod względem technicznym.

Gdzie stworzyć własną stronę internetową?

W sieci jest bardzo duży wybór kreatorów stron. Które narzędzie jest najlepsze i czym się kierować przy wyborze? Ogrom informacji może przytłoczyć kogoś, kto nie ma doświadczenia w tym zakresie. Proponujemy inne podejście niż sprawdzanie po kolei tego, co sugeruje wyszukiwarka.

Żeby dobrze wybrać kreator, należy sobie uświadomić, czym właściwie jest strona internetowa i jak działa. Warto wiedzieć, że kreator służy jedynie (i aż!) wizualnej reprezentacji witryny, jednak żeby strona była widoczna w sieci, potrzebujesz także domeny, czyli adresu internetowego. Te dwie usługi często możesz wykupić u jednego operatora. Warto wybrać też takiego dostawcę, który poza kompleksowością usług oferuje też wsparcie techniczne.

Czego potrzebujesz do stworzenia własnej strony WWW?

Do stworzenia strony internetowej potrzebna jest domena oraz kreator WWW. Domenę wybierzesz z puli dostępnych adresów. Warto poświęcić na jej dobór nieco wysiłku – dobry adres internetowy to ważny element twojej witryny. Poza domeną istotny jest oczywiście wygląd strony, który nadasz jej przy pomocy kreatora. Dzisiejsze kreatory oferowane przez znanych na rynku operatorów internetowych to wysokiej jakości narzędzia, nad którymi stale pracują najlepsi specjaliści w branży. Zapewniają nie tylko dużą liczbę modyfikowalnych szablonów do wyboru, ale także dostęp do zdjęć z profesjonalnych stocków podczas tworzenia projektu.

Kreatory stron internetowych – warto z nich korzystać?

Współczesne kreatory stron to narzędzia, które pozwalają na stworzenie bardzo wysokiej jakości witryny. W dodatku cały proces jest szybki i łatwy, nawet jeśli nie posiadamy żadnego doświadczenia w tej materii. Do najważniejszych zalet dobrych kreatorów WWW należą:

  • możliwość automatycznego generowania szablonu strony;
  • wysoka edytowalność szablonu;
  • tworzenie strony metodą „przeciągnij i upuść” – gotowe elementy strony (bloki tekstowe, grafikę, przyciski) można pobrać z bogatej bazy kreatora i w łatwy sposób umieścić w szablonie;
  • łatwe dodawanie wielu wzbogacających stronę elementów – galerii zdjęć, filmów, map Google, formularzy itp.;
  • responsywność strony, czyli jej automatyczne dostosowanie do formatu wyświetlacza, a w szczególności do ekranów urządzeń mobilnych;
  • prosty w obsłudze i intuicyjny panel zarządzania stroną.

Istotną zaletą dobrego kreatora stron jest brak potrzeby aktualizacji strony, co jest wymagane np. w przypadku znanego CMS WordPress. W profesjonalnych kreatorach aktualizacje znajdują się po stronie operatora, a nie użytkownika (zaleta usługi SaaS, Software as a Service).

Można odzyskać VAT z faktur sprzed rejestracji

Prawo do odliczenia podatku VAT naliczonego jest jedną z kluczowych zasad systemu podatku VAT. Należy zwrócić uwagę, że prawo to przysługuje podatnikowi w zakresie w jakim nabywane towary i usługi wykorzystywane są do działalności opodatkowanej z zastrzeżeniem wyjątków wskazanych w ustawie. W związku z taką konstrukcją przepisu podatnicy zastanawiają się czy podatek VAT od wydatków na towary i usługi poniesione przed rejestracją dla potrzeb tego podatku może być odliczony już po dokonaniu rejestracji. Tematyką tą zajął się ostatnio Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji z dnia 8 kwietnia 2022 r. nr 0114-KDIP1-3.4012.62.2022.2.KP.

Stan faktyczny

Wskazana interpretacja dotyczyła podmiotu, który dokonał zakupu apartamentu z przeznaczeniem na prowadzenie działalności w zakresie wynajmu krótkoterminowego. W związku z dokonanym zakupem wnioskodawca dokonał wpłat zaliczek, które zostały udokumentowane fakturami. W związku z tym, że podmiot od początku planował przeznaczyć zakupiony apartament do prowadzenia działalności opodatkowanej VAT, zwrócił się do Dyrektora KIS z pytaniem czy może dokonać wstecznej rejestracji i dokonać odliczenia podatku VAT za okres sprzed rejestracji.

Stanowisko Dyrektora KIS

Organ podatkowy w wydanej interpretacji stwierdził, że ustawodawca umożliwił podatnikowi odliczenie podatku naliczonego w określonych terminach, pod warunkiem spełnienia przez niego zarówno tzw. przesłanek pozytywnych, wynikających z art. 86 ust. 1 ustawy oraz niezaistnienia przesłanek negatywnych, określonych w art. 88 ustawy. W tym zakresie zwrócono szczególną uwagę, że w art. 88 ust 4 ustawy o VAT nie zostało wskazane, że podatnik nie może dokonać odliczenia VAT w związku z brakiem posiadania statusu czynnego podatnika VAT w momencie otrzymania faktury. Innymi słowy podmiot w zakresie, w jakim nabyte towary wykorzystuje do czynności opodatkowanych, nabywa prawo do odliczenia podatku naliczonego w momencie otrzymania faktury, lecz aby zrealizować to uprawnienie musi posiadać status czynnego podatnika VAT.

W uzasadnieniu interpretacji organ powołał się na korzystne w tym zakresie orzeczenia TSUE w sprawie C-400/98, gdzie Trybunał stwierdził, iż prawo do odliczenia podatku naliczonego związanego z dokonaniem inwestycji nie jest uzależnione od dokonania wcześniejszej rejestracji dla celów podatku VAT. Podobne stanowisko TSUE zajął w sprawach C-268/83 oraz C-110/94.

Istotne jest by w zgłoszeniu rejestracyjnym VAT-R wnioskodawca wybrał jako pierwszy okres rozliczeniowy, ten okres, w którym otrzymał pierwszą fakturę, czyli poniósł pierwsze wydatki na działalność opodatkowaną. Podatnik powinien także dokonać korekty tego okresu celem odzyskania kwoty podatku VAT naliczonego.

Komentarz

Interpretacja wydana w indywidualnej sprawie potwierdza dotychczasowe korzystne dla podatników stanowisko fiskusa w zakresie prawa do odliczenia podatku VAT naliczonego od wydatków poniesionych przed rejestracją na potrzeby VAT, które to wydatki związane są z działalnością opodatkowaną firmy. Jest to szczególnie istotne dla podmiotów, które ponoszą duże koszty związane z rozpoczęciem działalności i jej utworzeniem, a zastanawiają się, czy wydatki, które ponoszą mimo braku rejestracji na VAT dają prawo do odliczenia VAT naliczonego. Podobne stanowisko można znaleźć w szeregu innych interpretacji. Przykładowo w interpretacji indywidualnej z 25 stycznia 2019 r., sygn. 0114-KDIP1.3.4012.693.2018.1.MK, która również dotyczyła zakupu apartamentu przeznaczonego na działalność opodatkowaną.

Należy także zwrócić uwagę, że podatnik rejestrując się jako podatnik VAT czynny od okresu przeszłego, zobowiązany będzie do złożenia deklaracji podatkowych za okres kiedy jest podatnikiem VAT czynnym. W związku z tym w praktyce podatnicy decydujący się na rozliczenie VAT naliczonego od wydatków poniesionych przed rejestracją, wybierają kwartalną metodę rozliczeń VAT, aby mieć więcej czasu na odliczenie VAT i nie składać przeszłych deklaracji.

Na marginesie należy zwrócić także uwagę, że decydując się na zakup apartamentu oraz odliczenie VAT naliczonego należy przeanalizować konsekwencje związane ze sprzedażą takiego apartamentu. Co do zasady w sytuacji sprzedaży lub „wyciągnięcia” apartamentu z firmy, konieczne będzie rozliczenie podatku VAT należnego i zapłata dużego zobowiązania z tytułu VAT. Dodatkowo najem takiego obiektu powinien być czynnością opodatkowaną tj. zastosowanie znajdzie ustawa o VAT przez co koszt czynszu ulegnie zwiększeniu. Zatem w przypadku apartamentów przeznaczonych na wynajem, analiza podatkowa powinna być wykonana w sposób indywidualny i kompleksowy, przedstawiając wszystkie konsekwencje zastosowanego modelu.

Autor: Robert Nogacki, właściciel Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Tąpnięcie na rynku ciężarówek LNG

  • Zaledwie 330 ciężarówek zasilanych gazem LNG zarejestrowano w Polsce w I półroczu 2022 r.
  • Tymczasem w drugiej połowie roku 2021 r. zarejestrowano aż 752, a w całym ubiegłym roku 1 401 takich pojazdów.
  • Z czego wynika wyraźny spadek zainteresowania? Otóż nie tylko niepewności na rynku paliw.

Transport wymaga zmian

Bez względu na obecną sytuację na rynku paliw, Komisja Europejska uchwalając nowe prawo, powiedziała stanowcze “nie” nowym osobowym samochodom spalinowym od 2035 r. Neutralność klimatyczna kontynentu, jaką zakłada się do 2050 r. skłania do rozwiązań mniej emisyjnych również transport ciężki.

– Potrzeba zmian istnieje tu i teraz, szczególnie wobec coraz bardziej restrykcyjnych norm spalin, ale całkowite przejście na flotę elektryczną wydaje się mrzonką z uwagi na zasięg samochodów elektrycznych i brak infrastruktury do ładowania baterii co nie gwarantuje komfortowej pracy w przypadku aut dostawczych, nie wspominając o ciężarowych. Ciekawą alternatywą, znacznie mniej emisyjną jest gaz w postaci LNG, natomiast sytuacja na rynku paliw mocno skomplikowała plany przedsiębiorców – komentuje Rafał Świerczyński, dyrektor logistyki w DUON Dystrybucja sp. z o.o.

Statystyki mocno w dół

Na rynku pojazdów powyżej 3,5 t zasilanych skroplonym gazem ziemnym widoczne jest znaczne tąpnięcie. Otóż według danych SAMAR / CEPIK do końca czerwca tego roku zarejestrowano zaledwie 330 takich ciężarówek, czyli aż o niemal 130 proc. mniej niż w poprzednim półroczu (lipiec-grudzień 2021 zamknięto z liczbą 752 nowych rejestracji). Tymczasem cały rok 2021 to ponad 1 400 nowych rejestracji.

– Tendencje rynkowe w tym obszarze widoczne są z pewnym opóźnieniem. Zeszłoroczna zwyżka wynika z realizacji wcześniej zakontraktowanych pojazdów. Tymczasem obecna widoczna zniżka jest konsekwencją zawirowań i niepewności na rynku paliw – uważa Rafał Świerczyński.

Warto zauważyć, że przedsiębiorcy nadal rozszerzają flotę, decydując się jednak w większości na bardziej tradycyjne rozwiązania. Tylko w pierwszym półroczu tego roku zarejestrowano 15 200 nowych pojazdów oraz 13 147 używanych (w sumie 28 347). W II połowie 2021 r. zarejestrowano 15 826 nowych i 15 636 używanych (w sumie 31 462). Udział procentowy pojazdów zasilanych LNG w całości rejestracji spadł z 4 proc. w roku ubiegłym do 2 proc. w pierwszym półroczu obecnego. To zauważalny trend.

Co czeka rynek, co z LNG?

Obecne ceny na rynku paliw stawiają duży znak zapytania przed firmami rozważającymi inwestycję w pojazdy zasilane LNG. Rynek z pewnością czeka kolejna korekta, choć z drugiej strony są przedsiębiorstwa, które mimo istotnych podwyżek decydują się na inwestycję w flotę napędzaną LNG czy CNG. Przykład to niemiecka Grupa Hegelmann, która zamówiła 150 ciężarówek na LNG i 10 na CNG. Tak odważna decyzja pokazuje, że dla przedsiębiorców istotny jest nie tylko rachunek ekonomiczny firmy, ale też odpowiedzialność za środowisko naturalne.

W obecnej sytuacji zasadne staje się pytanie o wsparcie rządowe dla przedsiębiorców wdrażających ekoinicjatywy, jak wymiana floty pojazdów na mniej emisyjne. – Brak odpowiedzi ze strony rządzących czy władz Unii Europejskiej mógłby sprawić, że transformacja transportu będzie odsuwana w czasie przy znacznym oporze branży. Apele o wsparcie w postaci obniżenia podatków lub opłat drogowych były już do odpowiednich organów kierowane, niestety jak dotąd bezskutecznie. Tymczasem rosnące koszty przy niskich marżach powodują, że rentowność biznesów związanych z transportem znacznie spada – dodaje Rafał Świerczyński.

Z drugiej strony warto zauważyć, że strategiczne podejście i zabezpieczenie stałej ceny gazu przez część firm, sprawiła że kryzys na rynku paliw ich nie dotyka, gdyż wciąż kupują paliwo w cenach z zeszłego roku.

Podkreślmy, że jak szacują specjaliści gazowy silnik stosowany w ciągnikach jest do 50 proc. cichszy niż dieslowski, dzięki czemu nadaje się do użytku w strefach o ograniczonym ruchu drogowym oraz do dostaw nocnych. Z kolei wykorzystanie bio-LNG oznacza redukcję emisji aż o 95 proc. – To niewątpliwa szansa dla transportu, z której nie wolno rezygnować. Drożejący diesel w obiegowej opinii oznacza bezpieczeństwo, jednak by przekonać kolejnych przedsiębiorców w inwestowanie w ekorozwiązania, potrzebujemy wymiernych korzyści w postaci ulg lub niższych kosztów, jak w przypadku bio-LNG – podsumowuje Rafał Świerczyński.

Dr Paweł Kuch powołany na stanowisko p.o. dyrektora NCBR

Sekretarz Stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej Jacek Żalek powołał dr. Pawła Kuch na pełniącego obowiązki dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Funkcję tę sprawuje od 9 sierpnia br.

Dr Paweł Kuch jest radcą prawnym, ekspertem z zakresu negocjacji, M&A, ochrony danych osobowych, tworzenia strategii biznesowo-prawnych i międzynarodowych kontraktów handlowych oraz autorem szeregu publikacji naukowych. Posiada długoletnie doświadczenie w kierowaniu zespołami, zarówno w sektorze gospodarczym, finansowym, jak i badawczo-rozwojowym. Z wykształcenia prawnik i ekonomista. Doktoryzował się na Uniwersytecie w Zurychu.

Przez ostatnie 14 lat prowadził prywatną praktykę, reprezentując podmioty komercyjne z zakresu prawa cywilnego, prawa pracy, własności intelektualnej, prawa lotniczego i innych. Posiada również 20-letnie doświadczenie w branży telekomunikacyjnej.

Dr Kuch zastąpił na stanowisku dr. Remigiusza Kopoczka, który kierował instytucją od lutego br.

Simteract z ponad 2mln przychodu ze sprzedaży w II kw.

Simteract w drugim kwartale bieżącego roku osiągnął przychody na poziomie 2,14 mln zł, co jest wynikiem lepszym porównując z analogicznym okresem poprzedniego roku. Spółka wkrótce wyda pełną wersję swojej pierwszej gry, Train Life: A Railway Simulator. Równolegle opracowuje strategię mającą na celu rozszerzenie działalności, wyjście poza rynek wyłącznie symulatorów i zbliżenie się do gier mainstreamowych. 

Spółka zamknęła kwartał z przychodami ze sprzedaży na poziomie 2,14 mln zł. To prawie dwukrotny wzrost w porównaniu do pierwszego kwartału 2022 roku. Simteract zanotował jednak niewielką stratę w wysokości 182 tys zł, która związana była między innymi z kosztami działalności operacyjnej m.in. tworzeniem dwóch projektów jednocześnie (Train Life: A Railway Simulator oraz Taxi Life) oraz zwiększeniem ilości zatrudnianych osób.

Ostatni kwartał był dla nas intensywnym okresem. Już za dwa tygodnie premiera PC pełnej wersji naszego pierwszego tytułu, Train Life: A Railway Simulator. Wydawca gry, NACON, zajmie się akcją marketingowo-dystrybucyjną. Wierzymy, że doświadczenie francuskiej firmy sprawi, że o produkcji usłyszy jeszcze większe grono graczy – komentuje Marcin Jaśkiewicz, prezes Simteract.

Train Life zadebiutuje w pełnej wersji już 25 sierpnia na PC, a 22 września na konsolach PS4, PS5, Xbox One oraz Xbox S|X. Równolegle, spółka pracuje nad kolejnym tytułem, Taxi Life. Niedawno ogłoszono, że Simteract będzie kontynuować współpracę z spółką NACON, która zostanie wydawcą gry. Francuska firma zaangażuje się też w budżet produkcyjny, marketing, QA oraz lokalizacje. Docelowo, gra trafi na komputery i konsole.

Spółka rozważa wyjście poza rynek symulatorów i zbliżenie się do grona twórców gier mainstreamowych.

Przez ostatnie lata zbudowaliśmy bardzo solidne podstawy ku temu, by rozszerzyć naszą działalność. Zwiększyliśmy zespół z 17 do około 70 osób, stworzyliśmy dobrze działające środowisko pracy i nadszedł moment, w którym zaczęliśmy się zastanawiać jakie kolejne kierunki możemy obrać. Nasze ambicje urosły, a rynek symulatorów jazdy powoli staje się dla nas zbyt ciasny. Jesteśmy w trakcie rozmów z naszymi pracownikami i partnerami, nieustannie analizujemy rynek i na jesieni, po ogólnofimowej burzy mózgów, podejmiemy konkretne decyzje – kończy Jaśkiewicz.

Ceny w sklepach wciąż rosną jak na drożdżach. W lipcu średni wzrost rdr. wyniósł ponad 18 proc.

 

Analiza ponad 31 tys. cen detalicznych wykazała, że w lipcu br. zakupy w sklepach były droższe średnio o 18,6% niż rok wcześniej. Zdrożały wszystkie monitorowane kategorie, a najmocniej art. tłuszczowe – o 50,4%. Wśród nich najbardziej poszła w górę margaryna – o 54,3%. W czołówce widać też tzw. inne produkty – 30,4%. W tej grupie m.in. cena karm dla psów wzrosła o 51,6%. Poza tym mocno rdr. podrożały tak podstawowe kategorie żywnościowe, jak np. pieczywo – o 28,2%, mięso – o 24,5%, a także art. sypkie – o 20,8%. Tylko warzywa odnotowały jednocyfrową podwyżkę, tj. o 7,7%. Komentujący wyniki eksperci nie są tym stanem zaskoczeni. Do tego nie mają dla Polaków dobrych informacji. Twierdzą, że ceny dalej będą szły w górę, a na ich spadek na razie nie ma co liczyć. Najgorzej ma być pod koniec tego roku i zaraz na początku nowego.

Drożyzny ciąg dalszy

W lipcu br. ceny w sklepach zdrożały średnio o 18,6% rdr. To już kolejny z rzędu dwucyfrowy wzrost w relacji rocznej. Miesiąc wcześniej wyniósł 18%. I podobnie jak w czerwcu, ostatnio też poszła w górę każda z 12 monitorowanych kategorii. Tak wynika z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Wyższych Szkół Bankowych. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z lipca br. i z analogicznego okresu ub.r. Łącznie zestawiono ze sobą ponad 31 tys. cen detalicznych z blisko 41 tys. sklepów należących do 62 sieci. Przeanalizowano oferty wszystkich na rynku dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience i cash&carry.

– Powyższe wyniki wyraźnie wskazują na to, że utrwaliły się przyczyny procesu inflacyjnego. Przy bardzo słabej dynamice inwestycji grozi to stagflacją i recesją lub głębokim spowolnieniem gospodarczym o przebiegu stagflacyjnym. Takie są skutki wysypu pustego pieniądza, wojny w Ukrainie oraz ogólnoświatowego kryzysu ciągnącego się od początku pandemii. W efekcie dochodzi do podniesienia cen, pomniejszenia podaży i pomnożenia sztucznie utrzymywanego popytu. Wraz z błędną polityką energetyczną tworzy to bardzo niebezpieczną mieszankę – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, były wieloletni dyrektor generalny POHiD-u.

Analiza wykazała, że ze wszystkich monitorowanych kategorii najbardziej podrożały w relacji rocznej produkty tłuszczowe – o 50,4%. Wśród nich najmocniej podskoczyła margaryna – aż o 54,3% rdr. Za nią jest olej ze wzrostem o 50,5%, a dalej – masło z wynikiem 46,3%. Natomiast na drugim miejscu w zestawieniu, przedstawiającym największe podwyżki cen rok do roku, znajdują się tzw. inne produkty. Zdrożały o 30,4%, tj. o prawie 20 p.p. mniej niż tłuszcze. Najbardziej poszły w górę karmy dla psów i kotów – odpowiednio o 51,6% i 29,3%.

– Wzrost cen produktów tłuszczowych był widoczny jeszcze przed wojną w Ukrainie, która tylko spotęgowała to zjawisko. W końcu Ukraina to tzw. spichlerz Europy. Z kolei Rosję, bardzo ważnego gracza na rynku spożywczym, objęto sankcjami. Dodatkowo na skutek inflacji zwiększyły się koszty produkcji żywności. Widać to również w przypadku takich artykułów, jak karmy dla zwierząt domowych. Zarówno tłuszcze, jak i inne produkty zdrożały głównie ze względu na wzrost cen energii i paliw, a także kosztów zakupu surowców, opakowań i transportu – mówi dr Robert Orpych z Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie.

Nakręcanie spirali

Jak wynika z raportu, trzecie miejsce wśród najbardziej drożejących kategorii ma pieczywo, które podrożało o 28,2% rdr. Sam chleb podskoczył o 29,1%. Z kolei na czwartej pozycji w zestawieniu znalazło się mięso ze wzrostem o 24,5% rdr. Wołowina poszła w górę o 36,9%, drób zdrożał o 19,4%, a wieprzowina zanotowała podwyżkę o 17,1%.

– Na koszt wytwarzania zarówno pieczywa, jak i mięsa wpływa cena surowca. A jeszcze większe znaczenie mają opłaty za energię, magazynowanie i transport. Istotny jest też poziom wynagrodzeń. Obie kategorie są podstawowe dla większości Polaków. Dlatego wzrosty cen w tych grupach towarów będą szczególnie dotkliwe dla znacznej części konsumentów – zaznacza ekspert z WSB w Chorzowie.

W pierwszej piątce najbardziej drożejących kategorii są też produkty sypkie, które podrożały średnio o 20,8% rdr. Najmocniej z nich wystrzelił w górę makaron – o 32,1%. Mąka skoczyła o 31,8%. Z kolei cukier zdrożał o 20,6%. Jak podkreśla dr Faliński, lęki konsumentów, związane z wojną w Ukrainie i suszą, powodują skłonność do robienia zapasów. Rynek kwituje to wzrostem cen tego typu produktów.

– Według mnie, polscy rolnicy nie wliczają w koszty całej swojej pracy. Robią to dopiero, gdy zmusza ich do tego wysoka inflacja. Powyższy wzrost średniej ceny mąki jest bardzo niebezpiecznym objawem. Oznacza, że wkrótce jeszcze mocniej zdrożeje podstawowy produkt, jakim jest pieczywo. Wówczas większość społeczeństwa zażąda kolejnych w tym roku podwyżek płac. I w ten sposób spirala inflacyjna dalej będzie się rozkręcać – alarmuje prof. Marian Noga z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Wyjątek od reguły?

Warto dodać, że najmniej ze wszystkich obserwowanych kategorii podrożały warzywa. I jest to jedyna grupa towarów, która odnotowała jednocyfrowy wzrost, wynoszący 7,7% rdr. Cebula potaniała o 13,1%, a ziemniaki poszły w dół o 1,2%. Z kolei najbardziej zdrożały ogórki – o 29,3%.

– Te artykuły nie są aż tak ważne dla polskich konsumentów, jak nabiał, pieczywo czy mięso. Producenci warzyw oczywiście, tak samo jak inni, potrzebują podnosić ceny, chcąc utrzymać się na rynku. Jednak nie mogą robić tego w tym samym tempie, co wytwórcy towarów pierwszej potrzeby – wyjaśnia ekspert z WSB we Wrocławiu.

Jak zaznacza dr Faliński, na lipcowe ceny warzyw w sklepach wpłynęły stosunkowo niskie koszty produkcji, dostaw i magazynowania w porównaniu do innych kategorii. Jednak, zdaniem eksperta, notowania tej grupy towarów zmienią się na gorsze, gdy spadnie podaż świeżych warzyw.

Co będzie dalej?

– Z naszych analiz wynika, że lokalny szczyt dynamiki cen przypada właśnie na miesiące letnie. Do końca br. inflacja powinna delikatnie opadać. Ostatnio pojawiły się informacje zmniejszające nieco obawy o dalszy wzrost cen art. spożywczych. Światowy indeks cen żywności FAO obniżył się czwarty raz z rzędu. Krajowe prognozy tegorocznych zbiorów są lepsze, niż oczekiwaliśmy. Ukraina zawarła porozumienie z Rosją nt. wywozu zboża drogą morską. Niestety, ale na początku nowego roku prawdopodobnie nadejdzie kolejna fala podwyżek, w związku z oczekiwanymi, drastycznymi podwyżkami opłat za prąd, gaz i ogrzewanie – informuje Piotr Bielski, dyrektor departamentu analiz ekonomicznych w Santander Bank Polska.

Z kolei dr Robert Orpych przewiduje, że od drugiej połowy września br. podwyżki coraz bardziej będą doskwierać poszczególnym grupom społecznym. Malejąca siła nabywcza konsumentów doprowadzi w dłuższej perspektywie do wyhamowania gospodarki. Natomiast prof. Marian Noga uważa, że sytuacja na rynku zdecydowanie pogorszy się w listopadzie. I będzie bardzo trudna dla wielu Polaków w grudniu br. oraz w I kwartale 2023 roku.

– Impuls inflacyjny jest ewidentnie bardzo szeroko zakrojony, co sugeruje, że szybko nie pozbędziemy się tego problemu. Nawet jeżeli ceny nie będą już przyspieszać, to minie sporo czasu, zanim ich dynamika zbliży się do zgodnej z celem inflacyjnym – 2,5% rdr. Moim zdaniem, nie nastąpi to wcześniej niż w 2025 roku – podsumowuje Piotr Bielski.

Pozycjonowanie vs Google Ads – co będzie lepsze do promocji Twojego biznesu?

Szukasz sposobu na skuteczne wypromowanie swojej firmy w sieci? Jednymi z najpopularniejszych form marketingu internetowego są pozycjonowanie i kampanie Google Ads. Oba te działania mają na celu wypromowanie strony internetowej w wynikach wyszukiwania Google, jednak różnią się pod wieloma względami. Poznaj różnice i podobieństwa między SEO a Google Ads i sprawdź, która z tych form promocji będzie lepsza dla Twojej firmy.

Czym się różni pozycjonowanie stron od reklam Google Ads?

Obie te formy promocji mają na celu pozyskanie ruchu na stronę www, a także zwiększenie sprzedaży, czy konwersji. Jednak to, co je różni to metody działania i sposób prezentacji w wyszukiwarce. W pozycjonowaniu kluczem jest uzyskanie wysokich pozycji w bezpłatnych wynikach, dzięki odpowiednio dobranym frazom, związanym z ofertą. Na obecność na pierwszej stronie Google wpływ mają czynniki rankingowe, których jest ok. 200! O to, aby uwzględnić je wszystkie w strategii SEO zadbają najlepiej fachowi pozycjonerzy i zespół specjalistów na przykład z agencji Widoczni.

W przypadku kampanii Google Ads jest nieco inaczej. Reklamy te są widoczne w płatnych wynikach wyszukiwania i oznaczone jako “Ads”, “Sponsorowane” albo “Reklama”. Przy tej formie promocji reklamodawca płaci za każde kliknięcie w reklamę, co w ogólnym rozrachunku sprawia, że Google Ads może generować większe koszty niż pozycjonowanie. Dużym plusem płatnych reklam w Google są szybkie efekty. Praktycznie zaraz po ustawieniu kampanii strona widoczna jest w wynikach wyszukiwania.

Wyróżniamy kilka rodzajów reklam Google Ads:

  • reklamy w sieci wyszukiwania
  • reklamy w sieci reklamowej
  • reklamy produktowe
  • Youtube Ads

Pozycjonowanie strony – plusy i minusy

Czy pozycjonowanie jest dla Ciebie? Aby to zweryfikować omówimy zarówno zalety, jak i wady tego rozwiązania. Przede wszystkim pozycjonowanie to proces czasochłonny i wymaga cierpliwości. Zależnie od wielkości witryny i siły konkurencji, pierwsze efekty SEO mogą być widoczne po kilku a nawet kilkunastu miesiącach. W ostatecznym bilansie pozycjonowanie to skuteczny i tańszy sposób promocji firmy, ponieważ raz wypracowane efekty przynoszą efekty długofalowo. Mówiąc prościej, – im dłużej inwestujesz w SEO, tym zwrot z inwestycji jest wyższy a koszt pozyskania pojedynczej konwersji niższy.

Trzeba wspomnieć także, że pozycjonowanie stron to działanie, które wymaga technicznej wiedzy. Jeśli więc nie masz doświadczenia w tej dziedzinie lepiej powierz to zadanie profesjonalistom np. zaufanej agencji SEO z dobrymi opiniami. Samodzielnie pozycjonowanie na własną rękę jest bardzo ryzykowne i w najgorszym wypadku może spowodować nałożenie przez Google filtra, który spowoduje zupełne usunięcie strony z wyników. Tylko równomierne i przemyślane działania budują zaufanie i wiarygodność firmy w sieci.

Google Ads – plusy i minusy

Kampanie Google Ads to forma reklamy, która przynosi bardzo szybkie, ale krótkotrwałe rezultaty. System reklam Google wymaga płatności za każde działanie użytkownika, a te stale rosną. Podobnie, jak SEO Google Ads także powinno być realizowane pod czujnym okiem specjalisty od PPC. Dobrze działająca kampania musi być stale optymalizowana i weryfikowana, a w razie potrzeby zedytowana.

To, co jest dużą zaletą reklam Google Ads to możliwość targetowania ich na konkretnych odbiorców i lokalizacje. Ten typ promocji jest szczególnie polecany w przypadku branż sezonowych lub takich, które chcą trafić ze swoją ofertą w konkretnym okresie np. przedświątecznym, czy wakacyjnym. Jeśli chcesz dotrzeć do dużej liczby odbiorców i szybko zbudować widoczność swojej witryny, kampanie Google Ads są właśnie dla Ciebie.

Czy można połączyć Google Ads z pozycjonowaniem?

Połączenie pozycjonowania stron z kampaniami Google Ads to bardzo dobry pomysł. Trzeba podkreślić, że oba te działania nie wykluczają się, a uzupełniają. Jeśli myślisz o maksymalizacji zysków, postaw na synergię promocji w płatnych i organicznych wynikach wyszukiwania. GdyTwoja witryna pojawi się na pierwszej stronie Google aż w dwóch (lub trzech!) miejscach, nie ma szans by użytkownik ją przegapił. Tym samym zwiększasz prawdopodobieństwo, że ktoś kliknie w link do Twojej strony, odwiedzi ją i dokona konwersji.

Innym powodem, dla którego warto połączyć Google Ads i SEO jest uzyskanie większej ilości danych dotyczących skuteczności poszczególnych fraz. Jeśli zdecydujesz się wybrać jedną agencję, która będzie realizować dla Ciebie zarówno pozycjonowanie, jak i Google Ads, zwiększysz potencjał obu tych działań. Specjaliści od SEO i od PPC mogą ze sobą współpracować i wymieniać się doświadczeniami, by wprowadzać jeszcze bardziej efektywne zmiany do swoich kampanii. Jednym z tych obszarów może być właśnie dobranie odpowiednich słów kluczowych związanych z ofertą firmy.

Jeśli nie potrafisz zdecydować się na jedną z omawianych powyżej form promocji firmy, nie wybieraj. Podwój swoje szanse i połącz ze sobą Google Ads z pozycjonowaniem strony. Oba te działania realizują inne cele biznesowe i nie przeszkadzają sobie. Podczas gdy pozycjonowanie buduje długofalowo widoczność Twojej strony, Google Ads pozwoli się dotrzeć do użytkowników doraźnie np. w trakcie wyprzedaży, czy oferty świątecznej. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o korzyściach płynących z tego połączenia, doradcy agencji Widoczni z chęcią odpowiedzą na wszystkie Twoje pytania.

Praca zdalna: czy to już koniec miesiąca miodowego?

W 2020 roku pandemia sprawiła, że praca w domu stała się normą dla milionów pracowników, także w UE. Z analiz Allianz Trade wynika, że od tego czasu przyszłość pracy znalazła się w centrum zainteresowania opinii publicznej i polityki, a także pracodawców – począwszy od potentatów technologicznych lubiącym stawiać pracownikom zdalnym ultimatum za pośrednictwem poczty elektronicznej, aż po kraje, w których praca zdalna stała się prawem.

Ale jak pracownicy odnoszą się do pracy w domu i czy ich postrzeganie zmieniło się od początku pandemii? W naszym badaniu Allianz Pulse 2022 zapytaliśmy po 1000 respondentów w największych gospodarkach UE: Niemczech, Francji i Włoszech o ich postrzeganie korzyści i wyzwań wiążących się z pracą zdalną.

STRESZCZENIE

  • W porównaniu z poprzednią rundą badania, we wszystkich trzech krajach spadł odsetek pracowników, którzy zgłaszali, że nie są w stanie pracować z domu. Wzrósł jednak również udział tych powracających do biura, zarówno w formacie hybrydowym, jak i w większości – na pełen etat: jest to obecnie (wg. naszego badania) 32% w Niemczech i we Włoszech oraz 29% we Francji (w porównaniu z 25% we wszystkich trzech krajach rok wcześniej – czyli zmiana nie jest znacząca).
  • Korzyści z pracy zdalnej są oczywiste: respondenci Allianz Trade najczęściej wymieniali między innymi eliminację dojazdów (mężczyźni: 51%, kobiety: 58%), elastyczność czasową (49%) i niższe koszty (mężczyźni: 26%, kobiety: 28%).
  • Jednak odsetek respondentów wymieniających wyzwania wzrósł dwukrotnie w niemal wszystkich kategoriach: dwa lata pracy w domu wyraźnie zwiększyły świadomość wad tego rozwiązania. Największym wyzwaniem okazały się kontakty społeczne – brak możliwości ich utrzymywania (mężczyźni: 29%, kobiety: 27%), a także: zatarcie granic życia prywatnego (mężczyźni: 17%, kobiety: 20%), nieodpowiednie miejsce pracy (mężczyźni: 20%, kobiety: 18%), łączenie obowiązków domowych z zawodowymi (mężczyźni: 18%, kobiety: 20%) oraz mniejsza wydajność (mężczyźni: 14%, kobiety: 12%).
  • Praca zdalna nie jest rozwiązaniem „uniwersalnym”. Podwójny etat w przypadku kobiet przyćmiewa elastyczność pracy w domu (z reguły wypełniają większość obowiązków domowych), a przepaść cyfrowa (dostęp do internetu, znajomość nowych technologii i umiejętność czerpania wiedzy z internetu) może pogłębiać nierówności – wynika z badania Allianz Trade. Decydenci i pracodawcy powinni mieć te kwestie na uwadze podczas projektowania przyszłości uregulowań dotyczących świadczenia pracy.

Praca zdalna nie jest rozwiązaniem „uniwersalnym”

Zmiany, których doświadczyliśmy w czasie pandemii oraz nowo odkryta „możliwość pracy zdalnej” bez wątpienia sprawią, że praca z domu będzie powszechnym zjawiskiem w nadchodzących latach. Istnieją jednak pewne ważne kwestie, które powinny zostać uwzględnione przez decydentów tworzących nowy zbiór zasad dotyczących sposobów pracy. Na przykład: chociaż koniec dojazdów do pracy to ciężar zdjęty z barków pracowników, to ograniczone kontakty społeczne w biurze mogą spowodować utratę możliwości awansu i nauki, pogłębiając nierówności. Co więcej, coraz częstsza praca zdalna uwidacznia lukę w umiejętnościach cyfrowych: ci, którzy pozostają w tyle zarówno w zakresie edukacji formalnej, jak i umiejętności cyfrowych, z pewnością mają mniejsze szanse na ich zniwelowanie i zostaną w tyle. W tym kontekście pracodawcy i rządy jaki i sami pracownicy (oraz np. organizacje ich reprezentujące) muszą dostosować się do tej nowej rzeczywistości, zajmując się skutkami, jakie wiążą się z przejściem na model pracy zdalnej.

Ponadto, podczas gdy niektóre badania wykazały, że praca w domu nie ma szkodliwego wpływu na produktywność, nasze badanie przynosi pewne odmienne spostrzeżenia, sugerując, że pracownicy muszą być wyposażeni w narzędzia, które pomogą im w pełni wykorzystać swój potencjał: nie tylko tak oczywiste jak odpowiednią infrastrukturę IT, ale też narzędzia „miękkie” jak: stałą komunikację w celu zrozumienia kontekstu, w jakim pracują przełożeni i pracownicy, aby uniknąć nieporozumień; bezpieczeństwo psychologiczne – z jasno określonymi rolami funkcjonalnymi, aby uniknąć oskarżeń o „gapiostwo” i  pogłębianie się nieporozumień oraz urazów. Co się już często podkreśla – konieczne (ale i niełatwe w tym modelu) jest także budowanie wspólnej tożsamości, aby zapewnić pracownikom wspólny cel, co może pomóc w poprawie produktywności i ich zaangażowania.

Wreszcie, praca zdalna nie jest łatwym rozwiązaniem ze względu na występujący problem nierówności płci w miejscu pracy. W rzeczywistości dla kobiet, a zwłaszcza matek, przejście na pracę zdalną w czasie pandemii wywołało „podwójną-podwójną zmianę”, w którą były one zawsze „włączone”: obciążone żonglowaniem zarówno czynnościami domowymi, jak i obowiązkami zawodowymi. Jak pokazuje wykres, również większy odsetek kobiet niż mężczyzn jest nieaktywny zawodowo z powodu ilości obowiązków związanych z opieką. Sugeruje to, że elastyczność oferowana przez rozwiązania typu „praca z domu” nie jest wystarczająca: zwiększenie udziału kobiet w sile roboczej w Europie będzie wymagało wielowymiarowego podejścia, obejmującego elastyczność miejsca pracy, udogodnienia w zakresie opieki i wspólnego pełnienia obowiązków domowych.

Populacja bierna zawodowo ze względu na obowiązki opiekuńcze według płci:
% ludności nieaktywnej zawodowo chcącej pracowaćPopulacja bierna zawodowo ze względu na obowiązki opiekuńcze według płci

Ceny rosną a bezrobocie niskie

Biorąc pod uwagę wskaźniki inflacji, można odnieść wrażenie, że gospodarki są w dramatycznej sytuacji. Patrząc na stopę bezrobocia, widzimy dokładnie odwrotne procesy.

Problemów z inflacją ciąg dalszy

Na Węgrzech inflacja w ciągu miesiąca wzrosła o kolejne 2%. Jest to jednak poziom “zaledwie” 13,7%. To niemal 2% mniej niż mamy obecnie w Polsce. Należy jednak pamiętać, że stopy procentowe są tam aż o 4,25% wyższe niż w Polsce. Wartość ta wydaje się przepaścią. Miejmy na uwadze, że kredyty ze zmiennym oprocentowaniem udzielane na Węgrzech mają obecnie zamrożone oprocentowanie na wartości z końca 2021 roku. Ciężko to zresztą nazywać zmienną stopą procentową. Rezultat jednak jest taki, że ten sam wzrost stóp procentowych powoduje mniejszą redukcję kapitału na rynku, niż gdyby tej decyzji nie było. Wyższy wzrost inflacji umocnił forinta, który i tak podobnie jak złoty, ma ostatnimi dniami dobrą passę. Rosnąca inflacja to bowiem większe nadzieje na jeszcze wyższy wzrost stóp procentowych.

Bezrobocie w Czechach rośnie

W Pradze z pewnością nie ucieszyli się z wczorajszego odczytu. Spodziewano się, że bezrobocie może wzrosnąć z poziomu 3,1%. Miało jednak wzrosnąć do 3,2% a nie 3,3%. Na rynku walutowym spowodowało to ustabilizowanie się korony. Czeska waluta umacniała się od czwartku i decyzji Czeskiego Narodowego Banku o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. W piątek pomogły mniej złe od oczekiwań dane na temat sprzedaży detalicznej. Nie można się dziwić, że rosnące bezrobocie zakończyło serię wzrostów.

Dane ze Szwajcarii

Kraj ten oprócz swojej neutralności potrafi zaskoczyć wieloma kwestiami. Wczoraj poznaliśmy wynik bezrobocia. Wynosi ono zaledwie 2%. Jest to wyjątkowo mało, biorąc pod uwagę, że krat ten cierpi z powodu zbyt silnej waluty, która niszczy miejsca pracy. Zbyt silny frank ma być powodem nieopłacalności szwajcarskiego eksportu. To właśnie dlatego jeszcze do 2015 roku utrzymywano sztucznie parytet wymiany aż 1,2 franka za euro. Dzisiaj płaci się 0,97 franka za to samo euro. Dobre dane z rynku pracy pozwoliły zresztą frankowi jeszcze bardziej się umocnić.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – inflacja konsumencka,
20:00 – USA – budżet federalny.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Siła USD na wyczerpaniu?

Piątkowy raport NFP spowodował umocnienie dolara. Nie było ono jednak spektakularne. Zmienność na EUR/USD była podwyższona, ale nie na tyle duża, żeby notowania opuściły kilkutygodniową konsolidację. Aktualnie kurs znajduje się w środku szerokiego przedziału wahań przy 1,02.

Bardzo dobry odczyt NFP wskazuje, że rynek pracy jest nadal w dobrej kondycji. To jasna wskazówka dla Fed, że podwyżki powinny być kontynuowane. Od piątku wzrosła szansa na kolejny ruch o 75 punktów bazowych we wrześniu. Oceniam jednak, że umocnienie dolara było w pewnym stopniu ograniczone – co może sygnalizować, że jesteśmy bliżej końca całego, długoterminowego trendu aprecjacyjnego.

Należy wziąć pod uwagę również fakt, że rynek pracy reaguje z lekkim opóźnieniem na spowolnienie gospodarcze. Być może inwestorzy to zauważają i pomimo solidnego raportu nie kupują masowo dolara.

W tym momencie ryzyko osłabienia USD jest zdecydowanie większe niż jego dalsze umacnianie. Gorsze dane od oczekiwań powinny wywoływać większą zmienność i powodować, że długie pozycje w USA będą sukcesywnie redukowane a w pewnym momencie będą dochodzić pozycje „short”. Piątkowe dane NFP pokazały, że w tym momencie brakuje już argumentów za mocnym USD, co oznacza, że czas większej korekty zbliża się nieubłaganie.

Przed nami w środę dane CPI z USA. Zakładany jest niższy od poprzedniego odczyt wskaźnika głównego do poziomu 8,7 proc. Poznamy również wynik bez cen żywności oraz energii. Jakiekolwiek kolejne sygnały wskazujące, że szczyt inflacji w USA jest już za nami, będzie powodować, że dolar będzie tracił na wartości z większą siłą, niż ostanie umocnienie.

Wg raportów CFTC (na koniec dnia 2 sierpnia) pozycjonowanie inwestorów na kontraktach futures na giełdzie w USA nadal jest mocno dodatnie – co oznacza, że przeważają pozycje długie. Dane nie uwzględniają jeszcze piątkowego odczytu raportu z rynku pracy. Liczby sugerują jednak ograniczenie (choć niewielkie) pozycjonowania „long” w USD. Łączna pozycja długa w dolarze, mierzona w stosunku do głównych walut, spadła o 1,5 mld USD w tygodniu do minionego wtorku. Jest to drugi tydzień z rzędu, kiedy liczba pozycji długich uległa zmniejszeniu. Długotrwałe utrzymywanie się skrajnego pozycjonowania rodzi ryzyko korekty, co może oznaczać realizacji zysków inwestorów, którzy zarobili na ostatniej zwyżce wartości „zielonego”. Ruch deprecjacyjny USD mogą spotęgować dodatkowo pozycje short – choć to powinno być widoczne dopiero w późniejszym etapie.

Autor: Łukasz Zembik DM TMS Brokers

Rynek pracy za Oceanem wciąż mocny

Okazuje się, że cząstkowe dane z amerykańskiego rynku pracy nastawiły nas nadmiernie pesymistycznie. Bezrobocie spadło do rewelacyjnego poziomu 3,5%, co spowodowało kolejne umocnienia dolara.

Amerykański rynek pracy w formie

Wielu analityków jest już myślami tak bardzo w nadchodzącym spowolnieniu, że zaczynali się go dopatrywać wcześniej. Piątkowe dane pokazują jednak jasno, że na razie w USA problemów nie ma. Owszem mieliśmy większą liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, ale również liczba nowych miejsc pracy poszybowała w górę. W górę idzie jednak najbardziej widoczny parametr, czyli stopa bezrobocia. Wynosi ona obecnie 3,5% i jest najniższa w historii za wyjątkiem krótkiego momentu tuż przed pandemią. W górę idą również płace. Co prawda wolniej od inflacji, ale 5,2% wskazuje, że presja na wzrost płac rośnie. Przy tak niskim bezrobociu wzrost płac spowodowany brakiem rąk do pracy może w przyszłości dalej przyspieszać. Rynki zareagowały optymistycznie. Lepsze dane z USA to silniejszy dolar.

Ropa wciąż tania

Od czwartku cena baryłki notowanej w Londynie, ropy Brent stabilizuje się w okolicach 95 dolarów. Ropa Crude, notowana w USA zatrzymała się poniżej 90 dolarów. Powodem przeceny jest spodziewany spadek popytu na surowiec. Oczekiwania te są tak silne, że na piątkowych danych widać było pierwszy raz od dawna spadek liczby wież wiertniczych w USA. Spadek nie był przesadnie mocny, jesteśmy tuż poniżej poziomu sprzed dwóch tygodni.

Rumunia z problemami

Ważnym tłem dla tej historii jest fakt, że Rumunia ma silne powiązanie swojej waluty z euro. W rezultacie polityka monetarna musi uwzględniać to, by waluta nie zyskiwała ani nie traciła przesadnie na wartości. W normalnych warunkach nie jest to zbyt trudne. W momencie kiedy jednak inflacja wyskoczyła niesamowicie w górę to połączenie staje się problemem. Z jednej strony rozwiązanie w postaci podwyżki stóp procentowych wydaje się intuicyjne. Z drugiej ta sama podwyżka spowoduje umocnienie się rumuńskiego leja. W takiej sytuacji albo bank centralny interwencjami i dużym kosztem utrzyma wartość waluty, albo dojdzie do rozjazdu. To prawdopodobnie dlatego stopy procentowe wzrosły w piątek zaledwie do 5,5%. Należy pamiętać, że inflacja w Rumunii wynosi już ponad 15%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Biurowce na rynkach regionalnych z wyjątkowym wzięciem

W pierwszym półroczu br. popyt na biura w największych miastach regionalnych w kraju był większy niż w całym 2021 roku. Także aktywa biurowe w regionach są teraz jednym z głównych celów inwestorów     

Okazuje się, że wyższe koszty finansowania i zmiany w otoczeniu biznesowym nie zniechęciły inwestorów do lokowania kapitału w nieruchomości komercyjne w Polsce. W pierwszych sześciu miesiącach tego roku wolumen inwestycyjny osiągnął wartość 2,9 miliarda euro, notując trzeci najlepszy wynik za H1 w ciągu ostatnich sześciu lat.

– Polski rynek inwestycyjny, mimo zawirowań geopolitycznych ma się bardzo dobrze. Na uwagę zasługuje fakt, że koszulkę lidera odebrał w tym roku magazynom sektor biurowy, który miał aż 44 proc. udziału we wszystkich transakcjach inwestycyjnych z wynikiem prawie 1,3 miliarda euro. Aktywność inwestorów w sektorze biurowym wzrosła o 60 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem – zauważa Marcin Purgal, Senior Director, Investment w Avison Young.

– Już początek roku przyniósł kilka przejęć kluczowych aktywów biurowych w kraju, a w drugim kwartale sfinalizowanych zostało 8 transakcji biurowych, z czego aż 7 zrealizowano w miastach regionalnych. Największe z nich to sprzedaż Nowego Rynku D w Poznaniu do Eastnine AB, newcomera ze Szwecji, MidPoint 71 we Wrocławiu do Trigea Real Estate Fund, czy Sky Tower, najwyższego budynku regionalnego i ikony Wrocławia, kupionego przez Adventum Group – wymienia Marcin Purgal, który przy ostatniej z wymienionych transakcji reprezentował sprzedającego, firmę Develia w roli agenta wyłącznego.

Biurowce lepsze niż magazyny

Na jeden z najlepszych wyników w historii, jaki był udziałem segmentu biurowego na polskim rynku inwestycyjnym w pierwszym półroczu br. wpływ miała akwizycja warszawskiego The Warsaw Hub przez Google, co było największą pojedynczą transakcją odnotowaną dotąd w sektorze biurowym w Polsce. I to właśnie dzięki tej transakcji segment biurowy zepchnął z najwyższego miejsca na podium magazyny, które królowały przez ostatnie dwa lata wśród transakcji inwestycyjnych.

– Zaznaczyć przy tym należy, że spośród 14 nieruchomości biurowych, które zmieniły właściciela w pierwszym półroczu tego roku aż 11 to biurowce zlokalizowane w miastach regionalnych. Przeważały wśród nich obiekty typu core i core +, kupowane bezpośrednio od deweloperów – mówi Marcin Purgal. – Tak duże zainteresowanie inwestorów aktywami biurowymi w miastach regionalnych to efekt mocno konkurencyjnej oferty naszego rynku w porównaniu z Europą Zachodnią w zakresie stóp kapitalizacji czy jakości budynków. Nie zauważamy znaczącej dekompresji stóp kapitalizacji, w Polsce pozostają one nadal na stabilnym poziomie, a jednocześnie w topowych budynkach biurowych zaczęły rosnąć czynsze – dodaje Purgal.

Podaż sprzyja nowym inwestycjom

Odporność polskiego rynku inwestycyjnego na zawirowania w światowej gospodarce, jaką mogliśmy obserwować podczas pandemii pozwala patrzeć z optymizmem na nadchodzące półrocze. Niemiej jednak, dalsza aktywności inwestycyjna będzie uzależniona od sytuacji geopolitycznej, poziomu inflacji czy dostępności finansowania przy zmieniających się stopach procentowych. Apetyt inwestorów na aktywa zlokalizowane w Polsce nie słabnie, o czym świadczą toczące się negocjacje oraz nowe produkty, które są właśnie prezentowane na rynku. Avison Young posiada aktualnie kilka mandatów na sprzedaż, w tym nieruchomości biurowych i portfeli biurowców, których proces sprzedaży już się rozpoczął.

Krajowy rynek biurowy może się pochwalić w tym roku nie tylko spektakularnymi transakcjami inwestycyjnymi, ale także rewelacyjnymi wynikami pod względem popytu i przyrostu podaży, przede wszystkim w regionach. Co jest także bardzo pozytywnie odbierane przez inwestorów.

W pierwszej połowie 2022 roku, według danych Avison Young, regionalne rynki biurowe urosły łącznie o ponad 300 tys. mkw. powierzchni. Zgodnie z szacunkami doradców, do końca bieżącego roku w największych miastach w regionach oddane ma zostać kolejne 200 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, najwięcej w Krakowie i Wrocławiu. W trakcie realizacji w regionach pozostaje ogółem około 550 tys. mkw. biur z terminami oddania do końca 2024 roku. Przed nami zatem jeszcze szczyt nowej podaży, a to dobrze wróży zawieraniu kolejnych transakcji inwestycyjnych.

Nowe biurowce poza Warszawą

Największe biurowce oddane w tym roku do użytkowania w regionach to m.in. Global Office Park A1 i A2 (55 200 mkw.), KTW II (40 000 mkw.) w Katowicach, wrocławski MidPoint71 (36 200 mkw.), łódzka Fuzja, budynki C i D (18 700 mkw.), trójmiejski Format (16 tys. mkw.), Office Park D w Lublinie (15 tys. mkw.) czy krakowski The Park Kraków I (11 700 mkw.).

W pierwszej połowie tego roku najwięcej powierzchni biurowych przybyło w Katowicach, Trójmieście i Krakowie. Dzięki temu, do grupy największych rynków biurowych w kraju, których zasoby przekraczają 1 mln mkw. powierzchni, dołączyło Trójmiasto.

Handel w niedzielę powinien być przywrócony. Przedsiębiorcy zmuszani są do omijania prawa

– Ustawa o zakazie handlu w niedzielę ma luki i trudno się dziwić sektorowi handlu detalicznego, że te luki próbuje wykorzystywać. Jako Północna Izba Gospodarcza jesteśmy zdania, że nie należy obchodzić prawa. Sklepy nie powinny działać „na czytelnię”, „na placówkę pocztową” czy „na salon medyczny” tylko powinny być czynne po prostu. Takie jest oczekiwanie przedsiębiorców i takie jest oczekiwanie społeczeństwa – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. Izba krytycznie ocenia plan otwierania sklepów spożywczych jako czytelnie. – To jest pauperyzacja prawa, to kombinatorstwo. Rząd poprzez zakaz handlu w niedzielę zmusza przedsiębiorców do omijania prawa. A na dodatek daje im do tego furtkę – mówi Hanna Mojsiuk.

Dyskonty na wojnie o klientów i udziały w rynku. Kto najmocniej cierpi przez zakaz handlu w niedzielę?

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie konsekwentnie apeluje o to, by handel w niedzielę został przywrócony. To kwestia oczekiwań przedsiębiorców i realiów gospodarczych w Polsce w czasach inflacji.

– Nie ma drugiego tak konkurencyjnego sektora gospodarki obecnie jak handel. Mamy presję płacową u pracowników, ale i presję cenową ze strony klientów. Dyskonty walczą o klientów, o udziały w rynku, o to, by przyciągać do siebie pracowników. Im większa presja wewnątrz rynkowa, tym mniej miejsca dla lokalnych przedsiębiorców. Rząd RP promując zakaz handlu w niedzielę zapomina, że im agresywniej rozpychające się dyskonty, tym mniejsza szansa na przetrwanie dla małych sklepikarzy, lokalnych piekarni, małych przetwórni czy targowisk. To jest fakt, który jest konsekwentnie ignorowany – mówi Hanna Mojsiuk.

– Dyskonty agregują całą uwagę konsumentów na zakupach w soboty, co powoduje, że klienci nie mają już celu w zaglądaniu na targowiska czy do mniejszych sklepów. Tak wynika z naszych rozmów z małymi przedsiębiorcami – dodaje Hanna Mojsiuk.

Praca w niedzielę dla ochotników? Skrócone godziny otwarcia sklepów? Możliwości jest wiele, a zakaz to działanie najbardziej radykalne

W ostatnich dniach obserwowaliśmy dyskusję o tym, czy Biedronka będzie czynna w niedzielę jako czytelnia czy nie. Ostatecznie sklep odszedł od planu stania się „czytelnią”. Na jak długo? Eksperci nie mają wątpliwości, że to kwestia czasu.

– Nie jesteśmy zwolennikami kombinowania i szukania luk w prawie, by móc działać. Nie jest to sytuacja dobra dla polskiej legislacji, że sklep, by otworzyć się w niedzielę może nazwać się przystankiem, dworcem, pocztą, czytelnią czy wypożyczalnią sprzętu sportowego i po prostu działać. Sklep to sklep. Jest popyt, jest podaż, handel w niedzielę powinien mieć miejsce. Należy jednak uszanować prawa pracowników. Jesteśmy otwarci na dyskusje i mamy swoje sugestie w tej sprawie np. praca w niedzielę tylko dla ochotników lub za podwójną stawkę – mówi dr Piotr Wolny, ekonomista i dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej.

– Tak jak do zakazu handlu w niedzielę dochodziliśmy odejmując czynne dni, tak można byłoby w drodze kompromisu np. otworzyć sklepy w co drugą niedzielę lub ograniczyć ich funkcjonowanie do określonych godzin – dodaje Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej.

Nie tylko przedsiębiorcy chcą otwartych sklepów w niedzielę. Ekspert: Biedronka chciała być krok przed konkurencją

Co więcej, czynnych w niedzielę sklepów chcą także konsumenci.

– Z pewnością znajdą się zwolennicy niedzielnych zakupów – nie ma wątpliwości Anita Gałek, trener biznesu i ekspert ds. handlu.

– Dlaczego zależy sieciom? Wszyscy szukają teraz nowych przestrzeni do zarobku. Inflacja, wysokie ceny, duża ostrożność przed wydaniem każdej złotówki – czasy mocno wymagające i zmuszające przedsiębiorców do szukania nowych rozwiązań. I oczywiście możemy dyskutować, na ile jest to etyczne, na ile stojące na krawędzi prawa- pewne jest to, że każdy chce zarobić, by przetrwać. Wygląda na to, że sieć Biedronka chciała być o krok przed konkurencją – dodaje Anita Gałek.

Temat ten z pewnością jeszcze wróci do dyskusji.

GfK: zielona rewolucja na talerzu. Miliony Polaków kupują roślinne zamienniki

Stale rośnie popularność roślinnych zmienników mięsa i nabiału. W okresie od kwietnia 2021 r. do marca 2022 r. po produkty z tej kategorii sięgnęło niemal 6 mln polskich gospodarstw domowych. Nowe nawyki żywieniowe to efekt zmieniających się wartości konsumentów. Już dla ponad połowy nabywców najważniejszym kryterium wyboru artykułów spożywczych są zdrowe składniki, a blisko 43 proc. zwraca uwagę na ich naturalne pochodzenie. Takie wnioski płyną z badań Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Pandemia trwale wpłynęła na trendy konsumenckie i sprawiła, że Polacy chętniej dbają o zdrową dietę. Obecnie już co trzeci nabywca świadomie ogranicza spożycie mięsa. W efekcie na przestrzeni ostatnich 3 lat sprzedaż produktów tej kategorii w ujęciu ilościowym spadła o 7,5 proc. W zamian konsumenci sięgają po roślinne zamienniki mięsa i nabiału. Z danych Panelu Gospodarstw Domowych GfK wynika, że w okresie od kwietnia 2021 r. do marca 2022 r. kategoria ta odnotowała ponad 21 proc. wzrost liczby nabywców w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Z kolei wartość rynku roślinnych zamienników wyniosła 0,5 mld złotych.

Co prawda, roślinne zamienniki stanowią jedynie 0,3 proc. całego koszyka zakupowego, jednak trzeba przyznać, że ta kategoria rozwija się w zawrotnym tempie. W analizowanym okresie wartość zakupów produktów roślinnych wzrosła rok do roku o 32 proc. dla nabiału i aż o 67 proc. dla mięsa roślinnego, podczas gdy cała kategoria artykułów spożywczych odnotowała jedynie 3,5 proc. wzrostumówi Anna Michalak, Senior Consultant w Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia. – Rosnący popyt na wegeteriańskie i wegańskie produkty ma odzwierciedlenie nie tylko w liczbach, ale także na sklepowych półkach. Producenci i detaliści systematycznie poszerzają swoją ofertę roślinnych zamienników, dzięki czemu konsumenci mają coraz większy wybór dodaje.

Roślinnie czyli naturalnie i zdrowo

Obecnie już co drugi konsument zwraca uwagę na to, czy składniki kupowanych produktów są zdrowe. Z kolei 43 proc. nabywców deklaruje, że istotny wpływ na ich decyzje zakupowe ma naturalne pochodzenie artykułów spożywczych. – Trzeba podkreślić, że te trendy są trwałe i długofalowe. Świadczy o tym przede wszystkim rosnąca liczba gospodarstw elastycznych, czyli kupujących zarówno zdrowe, jak i niekoniecznie zaliczające się do tej kategorii produkty. Podobnie jest w przypadku gospodarstw kupujących głównie podstawowe, nieprzetworzone i naturalne artykuły. W ciągu ostatniej dekady liczba obu tych segmentów wzrosła łącznie o ponad 20 pp. zaznacza Anna Michalak.

Zdaniem ekspertów GfK w najbliższych miesiącach coraz większy wpływ na trendy konsumenckie będzie miała obecna sytuacja gospodarcza. – Wojna w Ukrainie oraz kryzys ekonomiczny znacząco wpływają na nasze wybory zakupowe. Galopująca inflacja sprawia, że uważniej gospodarujemy własnymi budżetami i częściej sięgamy po tańsze produkty, niekoniecznie te ekologicznedodaje Anna Michalak.

Rodzinna spółka – wyzwania związane z przekształceniem

Przekształcenie jako jedna z transakcji restrukturyzacji spółki, zasadniczo nie wpływa na jej funkcjonowanie, zmieniając jedynie formę prawną prowadzonej działalności. Praktyka pokazuje jednak, że cała procedura może być zdecydowanie bardziej skomplikowana i znacząco wykraczać poza przygotowanie umowy przyszłej spółki, a sam plan przekształcenia uwzględniać szereg innych czynności, nie tylko z zakresu prawa. Dobrze widać to na przykładzie przekształcenia spółki rodzinnej, gdzie dodatkowym wyzwaniem może być udział małoletnich dzieci. Jakie wyzwania stoją przed prawnikami?

W ostatnich miesiącach wiele spółek cywilnych zdecydowało się na przekształcenie. To jedno z następstw Polskiego Ładu, którego wejście w życie spowodowało, że ich wspólnicy dosyć mocno zaczęli odczuwać wzrost danin publicznych, głównie składki zdrowotnej. Argumentami za zmianą bywa także rozwój spółki, przekładający się na wzrost przychodów.

Jako alternatywa po analizach prawno-podatkowych często wybierana jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, która w zasadzie nie podlega obowiązkowemu ubezpieczeniu społecznemu, za to może skorzystać z tzw. estońskiego CIT.

W przypadku spółek rodzinnych istotny jest także fakt, że spółka z o.o. pozwala na rozgraniczenie odpowiedzialności związanej z prowadzonym biznesem od odpowiedzialności jej wspólników.

Co więcej cała procedura może przebiegać w tzw. trybie uproszczonym, dzięki czemu szybko można skorzystać z udogodnień nowej formy spółki.

Nie zawsze jednak, mimo planu, możliwy jest taki tryb – przykładem jest spółka rodzinna. Jeśli spółka z o.o. powstała w wyniku przekształcenia spółki cywilnej ma funkcjonować dalej właśnie jako rodzinna, przekształcenie rodzi kolejne wyzwania. Umowa musi kompleksowo regulować relacje pomiędzy wspólnikami. Konieczne jest ograniczenie możliwości zmiany składu osobowego udziałowców oraz wskazanie sukcesora na wypadek śmierci któregokolwiek z nich. Ważne także, aby zapewnić jednoosobową reprezentację spółki każdemu udziałowcowi.

Emocje – częste utrudnienie w kwestiach prawnych

Proces przekształcenia spółki, choć sam w sobie jest czynnością prawną, bywa że wykracza poza wymiar wyłącznie prawny. Pomiędzy wspólnikami często pojawiają się spory o naturze emocjonalnej i czysto osobistej.

Posłużmy się przykładem spółki cywilnej prowadzonej przez życiowych partnerów, u których na etapie przygotowania umowy przekształcenia doszło do nieporozumienia w kwestii podziału udziałów. Jeden ze wspólników nie chciał pozostać przy dotychczasowym podziale 40% do 60%, ale zrównać go po połowie, powołując się na stopień zaangażowania w rozwój przedsiębiorstwa, a także odnosząc się do kwestii związanych wyłącznie z osobistą sytuacją rodzinną między nimi.

Co w takiej sytuacji może zrobić prawnik? Czekać na rozwiązanie sporu między wspólnikami (na co w tej konkretnej sytuacji trudno było liczyć) lub podjąć próbę wsparcia w koncyliacyjnym rozwiązaniu impasu. Oczywiście kluczowe jest zachowanie standardów etyki zawodowej i neutralnej postawy.

W tym konkretnym przypadku zaproponowano nieszablonowe rozwiązanie, w którym do rozdysponowania udziałów w spółce miało być włączone dwoje dzieci wspólników, a więc przyszli sukcesorzy przedsiębiorstwa. Przekazanie im części udziałów (po 10%), wyrównało udział wspólników do 40%.

Rozwiązanie to nie kończy jednak wyzwań przekształcenia.

Dzieci w spółce z o.o.

Nie ma przeszkód prawnych, aby dzieci weszły do spółki w charakterze wspólników. Warto jednak wybrać odpowiedni na to moment.

Zasadniczo można by to zrobić jeszcze na etapie spółki cywilnej, dokonując zmiany jej umowy. Nie jest to jednak korzystne rozwiązanie, gdyż spowodowałoby powstanie po stronie dzieci ich osobistej odpowiedzialności za istniejące zobowiązania spółki cywilnej. Żeby tego uniknąć najlepszym byłoby, aby dzieci nabyły uprawnienia właścicielskie dopiero po powstaniu spółki z o.o.

Przy czym należy pamiętać, że jeśli mamy do czynienia z przekształceniem to spółka z o.o. powstanie nie w chwili podjęcia uchwały o przekształceniu, ale z chwilą jej wpisu do rejestru przedsiębiorców KRS.

Kolejnym wyzwaniem może być fakt małoletnich dzieci w spółce – w przywoływanym przypadku jedno z nich było małoletnie, drugie osiągnęło już pełnoletność. Tym samym musimy wyjść poza kodeks handlowy, sięgając po kodeks rodzinny i opiekuńczy, który w art. 101 § 3 stanowi, że rodzice nie mogą bez zezwolenia sądu rodzinnego dokonywać czynności przekraczających zakres zwykłego zarządu ani wyrażać zgody na dokonywanie takich czynności przez dziecko.

Nie ma wątpliwości, że zawarcie przedwstępnej umowy sprzedaży udziałów stanowiłoby czynność przekraczającą zwykły zarząd. Pozostawałoby zatem czekać na decyzje sądu rodzinnego, a to mogłoby potrwać nawet kilka miesięcy, co z punktu widzenia przekształcenia spółki niepotrzebnie wydłużyłoby procedurę. Pozostaje zatem znów poszukać alternatywnego rozwiązania. W tym konkretnym przypadku wraz z uchwałą o przekształceniu spółki cywilnej w spółkę z o.o. zawarto dwie umowy przedwstępne sprzedaży części udziałów – pomiędzy każdym ze wspólników a pełnoletnim synem. Jednocześnie założono, że kiedy małoletnia córka osiągnie pełnoletność, brat odsprzeda jej część udziałów.

Jak pokazuje przytoczony przykład transakcje restrukturyzacji wymagają od prawnika znacznie więcej niż znajomość przepisów kodeksu spółek handlowych. Bardzo często należy znać także inne obszary prawne, a co więcej wykazać się umiejętnościami mediacyjnymi i często reprezentować nieszablonowe podejście, które pozwoli rozwiązać nietypową sytuację między wspólnikami.

Autorką komentarza jest Milana Krzemień, Adwokat, Partner Zarządzający KZ Legal (Krzemień Zaliwska Adwokaci i Radcowie Prawni S.K.A.), oraz autorka bloga Tozalezy.com.

Kryptowaluty nieco stabilniejsze, ale zmienność pozostaje

Zarówno bitcoin, jak i ethereum utrzymały nowe wyższe poziomy w zeszłym tygodniu, ponieważ rynek kryptoaktywów nadal wykazywał pozytywne oznaki pomimo pewnej oczywistej zmienności.

Bitcoin rozpoczął tydzień powyżej poziomu 23 000 dolarów i wykazywały pewną zmienność w ciągu tygodnia, a w czwartek spadł poniżej 22 250 dolarów. Szybko jednak odzyskał swoją pozycję. Natomiast dziś rano wzrósł powyżej 23 500 dolarów.

Ethereum rozpoczął ubiegły tydzień około 1675 dolarów, spadając poniżej 1575 na początku tygodnia, ale ponownie wzrósł, aby osiągnąć poziom powyżej 1725 dolarów. Dziś rano notuje się tuż poniżej tego poziomu.

Simon Peters, analityk kryptowalut eToro

Ponad 40 proc. Polaków odczuło psychicznie skutki inflacji. Jesienią problem dotknie nawet 70 proc.

BADANIE: Inflacja niszczy zdrowie psychiczne Polaków. Najczęściej skarżą się osoby w wieku 18-35 lat. Prawdziwy problem zacznie się jesienią. Eksperci twierdzą, że sezon grzewczy jeszcze pogłębi ten problem.

Polacy są niemal po połowie podzieleni na podupadłych na zdrowiu psychicznym z powodu inflacji, w tym rosnących cen i rat kredytowych, oraz na tych, którzy nie stracili kondycji. O pogorszeniu samopoczucia mówią głównie rodacy zarabiający 5000-6999 zł netto miesięcznie, kobiety, osoby młode i dobrze wykształcone. Przeważnie deklarują to mieszkańcy miast liczących 20-49 tys. ludności. Tak wskazuje najnowsze badanie opinii publicznej. Eksperci komentujący wyniki przewidują, że w IV kwartale br. odsetek osób deklarujących utratę zdrowia psychicznego z powodów ekonomicznych wzrośnie nawet do 70%. W sezonie grzewczym najgorsze nastroje będą występowały na wsiach i w małych miejscowościach.

Inflacyjny podział

Wyniki badania pt. „Zdrowie psychiczne Polaków w czasach wysokiej inflacji”, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH oraz platformę ePsycholodzy.pl na próbie 1034 dorosłych Polaków, wskazują, że 43,7% respondentów doświadcza pogorszenia własnego zdrowia bądź funkcjonowania psychicznego, kondycji psychicznej albo samopoczucia w związku ze wzrostem inflacji. To, że spadają dochody i rosną ceny w sklepach oraz raty kredytów, a do tego drożeją waluty, nie wpływa natomiast na stan emocjonalny 44,2% ankietowanych. Z kolei 12,1% nie potrafi tego ocenić.

– Można wysnuć wniosek, że inflacja trwa zbyt krótko, żeby jej wzrost poważnie zaniepokoił większość społeczeństwa, którego zamożność jako całości jest bardzo duża. Im dłużej będą rosły ceny, tym większe będzie zaniepokojenie rodaków. W obecnej sytuacji jedyną nadzieją byłoby szybkie zduszenie inflacji – komentuje Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych z DI Xelion.

Jak zauważa ekonomista Marek Zuber, inflacja trwa już wystarczająco długo, ale całe społeczeństwo jeszcze mocno jej nie odczuło, ponieważ do maja br. rosła wolniej od wynagrodzeń. Dopiero teraz osoby, które otrzymały znaczące podwyżki jeszcze na początku tego roku, zaczynają ją odczuwać. A myśląc o jesieni i zimie, są wręcz przerażone, jak sobie poradzą. Zdaniem eksperta, jeśli badanie zostanie powtórzone np. w listopadzie, to odsetek rodaków odczuwających pogorszenie stanu zdrowia z powodu inflacji, może wynieść nawet 70%.

– Prędzej czy później inflacja będzie odczuwalna przez wszystkich dorosłych Polaków, bez względu na stan finansowy. Oczywiście każdy może w inny sposób jej doświadczać, w zależności od indywidualnych możliwości. Niemniej jednak podobny poziom stresu mogą przeżywać osoby, których zasobność portfeli znacznie się różni. Zarówno ludzie zamożni, jak i ubodzy mogą w identyczny sposób reagować na inflację, bojąc się zupełnie innych scenariuszy – stwierdza Michał Pajdak, jeden ze współautorów badania z platformy ePsycholodzy.pl.

Zarobki i płeć

Co ciekawe, obecnie o pogorszeniu stanu zdrowia psychicznego z powodu sytuacji ekonomicznej mówią głównie osoby zarabiające 5000-6999 zł netto miesięcznie – 51,8%. Najubożsi Polacy, których dochody nie sięgają 1000 zł na rękę, są na drugiej pozycji w tym zestawieniu – 44,2%. Natomiast na ostatnim miejscu są rodacy uzyskujący co miesiąc ponad 9 tys. zł – 35,9%. Według Marka Zubera, osoby reprezentujące ten pierwszy pułap mogą mieć wiele zobowiązań finansowych i nie odkładać żadnych pieniędzy. Jeśli już teraz na bieżąco wydają całe zasoby, które uzyskują, to mogą odczuwać taki sam stres, jak wszyscy inni ludzie, którym nie starcza do przysłowiowego pierwszego.

– Polacy, których miesięczne zarobki mieszczą się w przedziale 5000-6999 zł na rękę, lokują się blisko średniej płacy w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających ponad 9 osób w firmie. Mają oni rozbudzone potrzeby wydatkowe, na które rosnąca inflacja ma olbrzymi wpływ. To może skutkować zagrożeniem dla dotychczasowego stylu życia, a to z kolei musi mocno niepokoić – wyjaśnia Piotr Kuczyński.

Z badania również wynika, że częściej ww. problemów doświadczają kobiety niż mężczyźni (47,7% – 39,3%). Michał Murgrabia z platformy ePsycholodzy.pl, uważa, że ma to związek z wciąż jeszcze dominującym w społeczeństwie modelem, zgodnie z którym mężczyzna utrzymuje rodzinę. Mąż i ojciec jako jedyny żywiciel może czuć się bardziej sprawczy niż niepracująca żona i matka, bo to on podejmuje konkretne działania.

– To znany społeczny problem, że kobiety zarabiają mniej od mężczyzn. Jednak, w mojej ocenie, nie to jest powodem większego zaniepokojenia Polek niż Polaków. Najczęściej to one dbają o codzienne zaopatrzenie gospodarstw domowych. Dlatego są bardziej wyczulone na kwestię wzrostu cen – przekonuje ekspert z DI Xelion.

Wiek i etap życia

Młodsi Polacy częściej niż starsi informują o pogorszeniu zdrowia w związku z inflacją. W grupie osób mających od 18 do 22 lat ten problem deklaruje 54%, a wśród ludzi w wieku 23-35 lat – 51,6%. To oznacza, że ponad połowa rodaków pomiędzy 18. a 35. rokiem życia skarży się na gorsze samopoczucie.

– Wysoka inflacja będzie najbardziej odczuwalna przez młodych Polaków, którzy mają jasno określone potrzeby i niskie zarobki. Dla wielu z nich już teraz oznacza odsunięcie w nieznane marzeń np. o mieszkaniu na kredyt. Dodatkowo osoby, które dopiero wchodzą na rynek pracy, często borykają się z wieloma innymi wyzwaniami, m.in. z wyprowadzką z rodzinnego domu czy miasta. Natomiast od początku 2020 roku kryzys goni kryzys, co może obciążać i demotywować – tłumaczy Michał Murgrabia.

Jak wynika z sondażu, wśród Polaków, którzy mają 36-55 lat, 41,1% odczuwa pogorszenie stanu zdrowia psychicznego. Natomiast w najlepszej formie są obecnie seniorzy pomiędzy 56. a 80. rokiem życia. W ich grupie tylko 35% dotykają ww. kłopoty.

– Starsze osoby zazwyczaj lepiej zarabiają niż młode. Mają też mniejsze potrzeby. Seniorzy nie spłacają kredytów. W większości posiadają własne, urządzone już mieszkania czy domy. Żyją wolniej, spokojniej i rzadziej potrzebują stołować się poza domem. Poza tym mają emerytury całkiem porządnie waloryzowane. To prawda, że najczęściej są one niskie, ale zawsze pewne, więc i niepokój jest mniejszy – zwraca uwagę Piotr Kuczyński.

Edukacja i zamieszkanie

Natomiast uwzględniając poziom edukacji respondentów, można zauważyć, że o problemach mówią głównie osoby z wykształceniem wyższym – 46,3%. Za nimi są ankietowani z wykształceniem podstawowym lub gimnazjalnym – 44%, średnim – 42,1%, a na końcu – z zasadniczym zawodowym – 38,1%. Marek Zuber uważa, że osoby z wyższym wykształceniem mogą mniej zarabiać od tych z zasadniczym zawodowym. Dla przykładu, manikiurzystki, fryzjerzy czy hydraulicy często mają znacznie wyższe dochody niż nauczyciele albo urzędnicy.

– Stopień edukacji zasadniczo ma mały wpływ na nastroje. Widać jedynie dość dużą różnicę między osobami z wykształceniem wyższym i zasadniczym zawodowym. Stąd nasuwa się oczywisty wniosek, że wiedza daje większą świadomość dotyczącą czyhających zagrożeń – dodaje Piotr Kuczyński.

Biorąc pod uwagę wielkość miejsca zamieszkania, widać, że o problemach mówią głównie osoby z ośrodków miejskich liczących od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców – 49,7%. Na drugim miejscu są Polacy z miejscowości mających od 5 tys. do 19 tys. ludności oraz z dużych miast, w których żyje od 200 tys. do 499 tys. osób – po 48,3%. Dalej są rodacy żyjący w największych aglomeracjach, liczących co najmniej 500 tys. ludności – 44%. Natomiast na końcu tej listy znajdują się Polacy z miast mających od 50 tys. do 99 tys. mieszkańców – 35,2%.

– Według mnie, stosunkowo nieduże różnice w wynikach pokazują, że miejsce zamieszkania nie ma w tym wypadku znaczenia. Zarówno mieszkańcy dużych aglomeracji, jak niewielkich miejscowości nie czują się bezpiecznie. Jedynie w miastach mających od 50 tys. do 99 tys. mieszkańców widać większy optymizm. Być może życie jest tam tańsze, a jednocześnie nie brakuje miejsc pracy – analizuje ekspert z DI Xelion.

Jak podsumowuje ekonomista Marek Zuber, gdy zacznie się sezon grzewczy, najgorsze nastroje będą występowały na wsiach i w małych miasteczkach, wszędzie tam, gdzie domy są opalane węglem. Niższe koszty życia nie będą wystarczającym powodem do optymizmu.

Pięć źródeł niepewności w biznesie. Takiej kumulacji nie było od lat

To, że inflacja w Polsce jest najwyższa od ponad dwóch dekad, nie jest jedynym wyzwaniem dla przedsiębiorców. Wszechobecnemu wzrostowi kosztów towarzyszą ich silne obawy o przyszłość. Najważniejsze obecnie pytanie brzmi: jak planować działalność biznesową i zachować płynność.

Stwierdzenie o wyjątkowo mocnych obawach przedstawicieli biznesu wynika nie tylko z rozmów przedstawicieli Ebury z eksporterami i importerami. Znajduje ono potwierdzenie np. w odczytach wskaźnika niepewności World Uncertainty Index (WUI), publikowanego co kwartał przez ekonomistów związanych z Międzynarodowym Funduszem Walutowym (MFW).

W połowie roku ww. wskaźnik WUI dla Polski, po silnym wzroście wywołanym przez wybuch wojny w Ukrainie, nadal pozostaje na poziomach najwyższych od lat 80. ubiegłego wieku. Warto przypomnieć, że wówczas kluczowym problemem dla gospodarki również był gwałtowny wzrost cen, który utrzymywał się także przez kolejną dekadę.World Uncertainty Index

Wysoka inflacja (15,5 proc. r/r w lipcu) wcale nie jest jednak największym problemem polskich firm. Oto pięć wyzwań, których kumulacja sprawiła, że niepewność w biznesie jest obecnie nawet wyższa niż na początku pandemii koronawirusa w 2020 r.

Spadek dostępności kredytów – cash is king again

Dziesięć kolejnych podwyżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej (RPP) w połączeniu z niepewną sytuacją gospodarczą sprawiło, że banki wyraźnie zaostrzyły kryteria udzielania kredytów.

I chociaż komentatorzy skupiają się głównie na kredytach hipotecznych, to warto zwrócić uwagę, że znalezienie zewnętrznych źródeł bieżącego finansowania stało się również poważnym wyzwaniem dla przedsiębiorstw. Ankietowane przez Narodowy Bank Polski (NBP) banki uzasadniają swoje decyzje pogorszeniem prognoz gospodarczych i tym samym wzrostem ryzyka w wielu branżach.

Tymczasem odcięcie od kapitału (np. kredytów obrotowych) jest narastającym problemem dla firm. Przykładowo dla importerów, którzy na co dzień muszą podejmować decyzje o zakupie towarów z Azji. Np. w Chinach w wielu branżach obecnie liczy się zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Kupujących jest tak wielu, że dostawcy wybierają płacących najszybciej.

Zjawisko rosnącego zapotrzebowania na kapitał i utrzymywania wyższej niż dotąd płynności finansowej wyraźnie widzimy w Ebury: popyt na udzielane przez nas limity kredytowe dla importerów, umożliwiające szybkie płatności za faktury od dostawców, jest obecnie rekordowo wysoki – zapotrzebowanie jest kilka razy większe niż jeszcze w 2021 r.

To pozwala wnioskować, że menedżerowie i przedsiębiorcy właśnie wracają do nieco zakurzonej w ostatnich latach dewizy: „cash is king”.

Wysokie koszty obsługi zadłużenia. Niestety firmy ograniczą inwestycje

Przedsiębiorstwa, które jeszcze przed gwałtownymi podwyżkami stóp procentowych zaciągnęły zobowiązania, zmagają się z rosnącymi kosztami odsetek. Stawki WIBOR 3M lub 6M, od których jest uzależnione oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorstw, przekraczają już 7 proc., podczas gdy jeszcze jesienią ubiegłego roku wynosiły niecałe 0,5 proc.

Według ostatnich danych NBP z maja 2022 r. (a więc jeszcze sprzed serii podwyżek stóp procentowych w czerwcu i lipcu) średnie oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorstw wynosiło 8,2 proc. w skali roku wobec 3,6 proc. z maja 2021 r. W dużym uproszczeniu: dla każdych dziesięciu milionów złotych zadłużenia oznacza to wzrost kosztów odsetkowych o około 460 tys. zł rocznie. A cykl podwyżek w Polsce najprawdopodobniej jeszcze się nie zakończył. Analitycy Ebury oczekują, że po wakacjach Rada Polityki Pieniężnej powróci do walki z inflacją.

Dobrą informacją w tym kontekście jest to, że przedsiębiorstwa wchodzą w okres spowolnienia z wyższymi depozytami niż kredytami. Jednocześnie analizy NBP jeszcze z 2021 r. wskazywały, że wówczas przewidywany spadek rentowności przedsiębiorstw związany z potencjalnym wzrostem odsetek od kredytów miał być wyraźnie mniejszy niż np. w wyniku wzrostu kosztów energii, surowców importowanych czy kosztów pracy.Depozyty i kredyty przedsiębiorstw niefinansowych

Jednak nawet jeżeli większość przedsiębiorstw poradzi sobie z obsługą rosnących kosztów zadłużenia, to z pewnością wiele z nich będzie ograniczać nowe inwestycje.

Wiele firm może nie poradzić sobie z rosnącymi w szybkim tempie podwyżkami cen surowców, a także niedostatecznie dużą podażą i w przerwami w ich dostawach.

Rekordowe ceny energii elektrycznej i gazu. To potężny cios dla biznesu

Po wybuchu wojny w Ukrainie nastąpił gwałtowny wzrost kosztów nośników energii. Ograniczenia dostaw gazu i węgla ze Wschodu i w efekcie – energii elektrycznej (wciąż w większości pozyskiwanej z tych źródeł) przełożyły się na koszty działalności operacyjnej przedsiębiorstw, przede wszystkim w polskim przemyśle.

Wszystko wskazuje na to, że odnotowany do tej pory wzrost cen nośników energii rzędu kilkudziesięciu procent to nie koniec. Ten narastający problem będzie widoczny również w przyszłym roku, przy jednoczesnych ciągłych obawach o przerwy w dostawach gazu (ryzyko zakręcenia na dłużej gazociągu Nord Stream 1 przez Rosję) lub prądu w związku z kondycją polskich elektrowni.

O tym, jak istotną barierą w prowadzeniu działalności są obecnie wysokie ceny energii, przekonują m.in. wyniki monitoringu nastrojów w biznesie Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE). W lipcu ceny energii po raz pierwszy zostały uznane za najważniejszą barierę w prowadzeniu działalności. Ponad trzy czwarte badanych przedsiębiorstw stwierdziło, że ma ona dla nich „bardzo duże” bądź „duże” znaczenie. Przedsiębiorcy spodziewają się, że tak dynamiczny skok cen energii przełoży się na dalszy wzrost kosztów operacyjnych i w rezultacie nie pozwoli im utrzymać satysfakcjonujących marż.

Opóźnienia w płatnościach. Ich ryzyko znacząco wzrosło

Wysoka inflacja i wyraźny skok kosztów prowadzenia biznesu – to dwa podstawowe czynniki, które w najbliższych miesiącach spodziewanego spowolnienia dynamiki wzrostu gospodarczego negatywnie wpłyną na zdolność kontrahentów do terminowego regulowania należności.

To zjawisko nieuchronnie doprowadzi do nasilenia problemu zatorów płatniczych, które i tak już od dawna są poważnym wyzwaniem w wielu branżach. Jeszcze przed wybuchem pandemii rządowy raport („Zatory płatnicze w Polsce. Zielona Księga”) informował o tym, że ponad połowa firm w Polsce musi akceptować narzucone przez kontrahentów dłuższe terminy płatności wbrew swojej woli.

Jeżeli zjawisko zatorów płatniczych się pogłębi, wówczas dodatkowo zostanie wzmocnione zapotrzebowanie firm na kapitał, który mógłby zabezpieczyć przed utratą płynność.

Wahania złotego nie sprzyjają ani eksporterom, ani importerom

Wbrew obiegowej opinii słabość złotego nie jest kluczowa i jednoznacznie korzystna dla eksporterów. Doświadczenia Ebury pokazują, że dla firm sprzedających towary za granicę liczy się przede wszystkim stabilność kursu – pozwala ona zaplanować biznes i oszacować marże. Oczywiście część z nich stała się beneficjentami osłabienia złotego, ale może to być efekt przejściowy.

Trzeba jednak przede wszystkim pamiętać o tym, że gwałtowne wahania złotego powodują niestabilność wyników finansowych. Dotyczy to w dużej mierze firm, które eksportują i jednocześnie importują surowce albo elementy do produkcji towarów sprzedawanych później za granicę. Potwierdzeniem tej tezy może być chociażby fakt, że – jak podał NBP – w I kwartale 2022 r., w okresie wyraźnego osłabienia polskiej waluty, odsetek eksporterów informujących o nieopłacalności eksportu był wyższy niż w poprzednich okresach. To właśnie wynik zjawiska polegającego na tym, że w ich przypadku osłabienie złotego spowodowało przekroczenie granicy opłacalności importu np. surowców i półproduktów.

W efekcie również eksport przy niezmienionych cenach mógł stać się mniej opłacalny.

Wysoka zmienność na rynku walutowym będzie towarzyszyć firmom w kolejnych miesiącach. To dla nich kolejny czynnik ryzyka, który powinny uwzględnić w biznesplanach na czas spowolnienia gospodarczego. Na rynek walutowy wpływają obecnie w znacznej mierze trudne do przewidzenia wydarzenia polityczne i militarne.

Dlatego można spodziewać się, że polskie firmy będą coraz częściej proponować swoim partnerom rozliczenia w lokalnych walutach (np. koronach czeskiej i szwedzkiej, chińskim juanie, funcie szterlingu czy węgierskim forincie) zamiast w euro czy dolarach. W ten sposób, korzystając dodatkowo z instrumentów zabezpieczających kurs wymiany waluty, będą w stanie lepiej zabezpieczyć zarówno interesy zarówno swoje, jak i kontrahentów.

Umiejętne zarządzanie ryzykiem przesądzi o losach firm

Kumulacja ww. pięciu czynników spowodowała, że prowadzenie biznesu w najbliższych kwartałach będzie bardziej wymagające niż dotąd. W celu uodpornienia się na rynkowe szoki i zapewnienia lepszej pozycji negocjacyjnej niezbędne będzie bardziej elastyczne zarządzanie płynnością.

Z kolei dla utrzymania zyskowności biznesu – poza podwyżkami cen, które da się przecież wprowadzać jedynie do pewnego momentu – konieczne będzie trzymanie w ryzach kosztów i znalezienie innych narzędzi, które pozwolą chronić niepewne marże.

Jeszcze ważniejsza – także wśród małych i średniej wielkości firm, co do tej pory nie było oczywiste – stanie się profesjonalizacja obszaru zarządzania finansami oraz ryzykiem. Znaczenia nabiorą też nowoczesne usługi w tym obszarze dostarczane przez fintechy. Warto, aby przedsiębiorcy zwrócili uwagę na te rozwiązania, które z powodzeniem uzupełniają dotychczasowe metody. Dzięki elastyczności i zastosowaniu najnowszych technologii pomagają one przejść przez obecne rynkowe turbulencje i rozwinąć działalność na rynkach zagranicznych.

Jestem przekonany, że w obliczu dużej niepewności rynkowej i wobec spodziewanego spowolnienia gospodarki przedsiębiorcy coraz częściej będą decydować się na profesjonalne i elastyczne narzędzia m.in. w zakresie ubezpieczania należności eksportowych, weryfikacji partnerów handlowych, compliance (zwłaszcza w kontekście sankcji) i zarządzania finansami i ryzykiem walutowym.

Prowadzenie działalności bez tego typu narzędzi i zabezpieczeń znacząco podnosi ryzyko poważnych strat. Przedsiębiorcy nie mogą sobie na to pozwolić.

Autor: Jakub Makurat, Country Manager na Polskę, Czechy, Słowację i kraje bałtyckie, Ebury

Ceny ropy naftowej próbują się odbić w z poziomów 5-miesięcznych minimów

S&P 500, który w minionym tygodniu dotarł do istotnego poziomu oporu wyznaczanego przez lokalny szczyt z początku maja (4177 pkt.) i minimum z początku marca (4171 pkt.), odbił się w piątek od tej przeszkody (-0,16 proc.). Spadł na ostatniej sesji minionego tygodnia również Nasdaq Composite (-0,5 proc.), natomiast średnia przemysłowa Dow Jones zyskała +0,23 proc., ale pozostawała poniżej swoich ubiegłotygodniowych maksimów.

Dziś rano kontrakty na amerykańskie indeksy lekko zwyżkowały (S&P 500 +0,32 proc.).

Na giełdach w Azji i Oceanii brak było dziś jakiejś dominującej tendencji. Najsilniej zwyżkował indyjski SENSEX 30 +0,76 proc., który osiągnął dziś najwyższy poziom od kwietnia. Największy spadek – -1 proc. – notował filipińskie PSEi.

Na giełdach europejskich dominowały dziś rano wzrosty (DAX +0,84 proc., CAC 40 +0,79 proc. ok. godz. 9:45). Turecki XU100 osiągnął dziś po raz kolejny najwyższy poziom w historii.

Na GPW WIG-20 próbował dziś rano odrabiać straty poniesione w trakcie 4 poprzednich sesji (+0,67 proc. ok. godz. 9:50). Najwyżej w swej historii były dziś ceny akcji Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin (+6,13 proc. ok. godz. 9:50).

Lekko spadały dziś rano rentowności 10-letnich obligacji skarbowych w USA i Europie. „Spread” pomiędzy rentownością amerykańskich 2-latek i 10-latej przekraczał 0,4 pkt. proc. nadal generując ostrzegającą przez gospodarczą recesją „inwersję”.

Ceny kontraktów na ropę naftową, które w minionym tygodnia spadły do najniższych poziom od lutego drugą sesję z rzędu próbowały odrabiać straty (WTI i Brent +1,11 proc. ok. godz. 9:25 proc.). W piątek na ICE cena kontraktów na węgiel w Rotterdamie spadły o 8,83 proc. do najniższego poziomu od początku maja. Lekko drożały dziś rano kontrakty na miedź (+0,43 proc.) i metale szlachetne (złoto +0,13 proc., srebro +1 proc., platyna +0,41 proc., pallad +0,33 proc.).

Po silnym wzroście w piątek (ze 133 do 135 JPY) kurs USD/JPY nadal lekko zwyżkował dziś rano (+0,15 proc.). Kurs EUR/USD oscylował dziś rano wokół poziomu piątkowego zamknięcia (+0,08 proc.). Amerykański dolar osiągnął dziś najwyższy od początku 2017 roku poziom względem malezyjskiego ringitta.

Polski złoty lekko się dziś rano umacniał (EUR/PLN -0,21 proc., USD/PLN -0,29 proc. ok. 9:20).

Kurs Bitcoina względem dolara wyszedł dziś rano na najwyższy poziom od tygodnia (+2 proc. ok. godz. 9:15).

Autor: Wojciech Białek, TMS Brokers

Udział inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi na GPW w I połowie 2022 r.

  • W I półroczu 2022 r. inwestorzy zagraniczni wygenerowali 63 proc. obrotów na Głównym Rynku (GR) akcji GPW (+8 pp. rdr) – to rekordowy udział za pierwsze półrocze w ciągu ostatniej dekady. Krajowi inwestorzy indywidualni odpowiadali za 18 proc. obrotów (-6 pp. rdr), a instytucjonalni – za 19 proc. (-2 pp. rdr)
  • Na rynku NewConnect prym nadal wiodą inwestorzy indywidualni, których udział w obrotach wyniósł 83 proc. (-5 pp. rdr). Wzrósł udział inwestorów instytucjonalnych do 11 proc. (+5 pp. rdr). Udział inwestorów zagranicznych, w porównaniu do I połowy 2021 r. nie zmienił się i wyniósł 6 proc.

I połowa roku na Głównym Rynku akcji Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) stała pod znakiem inwestorów zagranicznych.

– W I połowie tego roku na Głównym Rynku akcji GPW zagraniczni inwestorzy instytucjonalni stanowili aż 63 proc. ogólnego obrotu akcjami. Jest to o 8 punktów procentowych więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem. W minionej dekadzie, nigdy dotąd, w pierwszej połowie roku inwestorzy zagraniczni nie stanowili aż tak dużego udziału na naszym rynku. Jednocześnie przełożyło się to na spadek udziału pozostałych dwóch grup inwestorów, czyli inwestorów indywidualnych oraz krajowych instytucjonalnych – powiedział Przemysław Gerschmann, Doradca Zarządu GPW w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych.

W I półroczu 2022 r. inwestorzy indywidualni wygenerowali 18 proc. obrotów na akcjach notowanych na Głównym Rynku – o 3 pp. mniej niż w II połowie 2021 r. i o 6 pp. mniej niż w I półroczu zeszłego roku. Z kolei krajowi inwestorzy instytucjonalni wygenerowali 19 proc. obrotów. – Analizując te dane musimy wziąć pod uwagę zdarzenia z pierwszej połowy roku. Niemal na wszystkich rynkach akcyjnych na świecie odnotowano spadki, co więcej traciły też inne klasy aktywów takie jak obligacje czy niektóre surowce. Nawet nasze depozyty ulokowane w bankach traciły w związku z globalnym wystrzałem inflacji, która w wielu krajach sięgnęła nawet dwucyfrowych poziomów – dodał Doradca Zarządu GPW.

Na rynku NewConnect niezmiennie największą rolę odgrywają krajowi inwestorzy indywidualni. W I połowie tego roku odpowiadali za 83 proc. obrotów, co w porównaniu z I połową ubiegłego roku stanowi spadek o 5 pp. Inwestorzy zagraniczni w tym samym czasie wygenerowali 6 proc. obrotów, tyle samo co przed rokiem. Grupą, która powiększyła swój udział były krajowe instytucje, które odpowiadały za 11 proc. obrotów.

– W I połowie tego roku inwestowanie stało się bardziej wymagające, co związane było z trzema czynnikami. Pierwszy z nich to niepewność co do losów światowej gospodarki. Drugi to zmiana kierunku polityki monetarnej banków centralnych w Europie oraz w Stanach Zjednoczonych. Natomiast trzeci to niepewność co do sytuacji geopolitycznej. W związku z tymi czynnikami, nawet te aktywa, które miały być bezpiecznymi nie do końca spełniły swoje oczekiwania. Dlatego też inwestorzy wyraźnie ograniczają swoją aktywność w obszarze instrumentów finansowych, które są uznawane za najbardziej ryzykowne i najbardziej zmienne – podsumował Przemysław Gerschmann.

Wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW w I półroczu br. przekroczyła 181 mld zł.

Andrzej Sadowski: zatrzymanie inflacji powinno być priorytetem rządu

Przez dwie dekady polskie społeczeństwo zapomniało o inflacji i jak bardzo jest ona niszcząca. Dziś okazuje się, że brak stabilnego i mocnego złotego polskiego ma dramatyczne konsekwencje dla nie tylko gospodarki – ale też dla życia polskiego społeczeństwa. Według doktora Kamila Zubelewicza, ówczesnego członka Rady Polityki Pieniężnej, należało już w roku 2018 – zgodnie z jego wnioskiem – zacząć powoli podwyższać ujemne stopy procentowe, aby nie doszło do rozlania się inflacji. Już w lutym 2020 roku – czyli na miesiąc przed pandemią w Polsce – inflacja rok do roku wzrosła o 100% i w lutym dochodziła do poziomu 4,7% – co było stanem wysoce alarmowym. Rozpoczęta podwyżka stóp procentowych pod koniec 2021 roku przy jednoczesnej polityce pro-inflacyjnej rządu prowadzi tylko do samych nieszczęść – a to dlatego, że nie ma pozytywnych skutków wzmacniania złotego, który się cały czas osłabia. Jednocześnie nie ma żadnego zahamowania inflacji, która rośnie.

– Dzieje się tak dlatego, że Rząd i Rada Polityki Pieniężnej oraz Narodowy Bank Polski muszą współdziałać i być zdeterminowanymi, aby powstrzymać inflację. Dlatego będzie ona rozsadzała polską gospodarkę, a także przyszłość polskiego społeczeństwa – bo trudno sobie dzisiaj wyobrazić jakiekolwiek oszczędności w złotym polskim, do czego się przyzwyczailiśmy przez ostatnie dwie dekady – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Żeby planować życie na najbliższe pokolenia, trzeba mieć możliwość przeniesienia wartości za pomocą złotego polskiego w czasie. Stąd brak współpracy i prowadzenie rozbieżnych polityk przynosi wyłącznie bardzo jednoznacznie negatywne skutki. Każda podwyżka stóp procentowych to nie jest tylko kwestia zwiększenia zobowiązań kredytobiorców – ale też trzeba pamiętać o przedsiębiorcach oraz o rządzie, który płaci coraz więcej za zobowiązania międzynarodowe w obcych walutach. Brak spójności w politykach – a jednocześnie osłabianie cały czas polskiego złotego – ma takie konsekwencje, że za paliwa płacimy nieproporcjonalnie więcej niż wynikałoby tylko ze zwyżki cen ropy na światowych rynkach. Najważniejsze jest jednak wyjście z inflacji – która się rozkręca i jest taką siłą, która nie zatrzymana i niewyhamowana przyniesie równie wiele nieszczęść, jak pod koniec lat 80 i 90 w Polsce. Wato przypomnieć sobie, jakim kosztem społecznym zostało wtedy osiągnięte zatrzymanie inflacji oraz sprowadzenie jej do wartości, które jeszcze były notowane roku 2015 czy 2016 – przypomina Sadowski.

Bain&Co.: Spółki paliwowe mocno zwiększają inwestycje w sektor OZE

Z powodu postępującej dekarbonizacji połowa największych na świecie spółek z sektora ropy i gazu spodziewa się spadku przychodów z podstawowej działalności w ciągu najbliższych 10 lat, wynika z badania Bain & Company. Jednocześnie, niemal trzy czwarte uważa, że inwestycje w nowe obszary działalności, w tym w odnawialne źródła energii, pomogą im do 2030 roku zrekompensować utratę przychodów lub całkowicie zastąpić obecną działalność.

Spodziewając się spadku popytu na paliwa kopalne ankietowani przez Bain & Company menedżerowie z sektora energetyczno-wydobywczego deklarują, że zwiększają inwestycje w rozwój nowych obszarów działalności. Jak wynika z badania, obecnie przeznaczają oni na to średnio około 23% wydatków kapitałowych, co stanowi wzrost w porównaniu do poziomu 16% deklarowanego w sondażu z 2020 roku. Zdaniem ekspertów Bain & Company, jeśli obecny trend się utrzyma, większość spółek z sektora energetyczno-wydobywczego może osiągnąć neutralność emisyjną znaczniej wcześniej niż w 2050.

Coraz więcej podmiotów z sektora paliwowego zdaje sobie sprawę, że ten biznes będzie się kurczyć, więc konieczne są inwestycje w nowe obszary. Nawet gwałtowny wzrost cen paliw w ostatnich miesiącach nie powstrzymuje firm przed inwestowaniem w transformację – powiedział Roch Baranowski, Partner w Bain & Company. – Zmiana profilu działalności nie jest jednak łatwym zadaniem i wiele spółek ma trudności z osiągnięciem odpowiednich stóp zwrotu z nowych inwestycji, przyciągnięciem utalentowanej kadry czy też ze wzmocnieniem swoich kompetencji organizacyjnych.

Jak podkreślają eksperci Bain & Company koncerny energetyczne już od kilku lat starają się obniżyć swój ślad węglowy i pozbywają się wysokoemisyjnych aktywów. Dzięki temu pozyskują rocznie z transakcji sprzedaży ponad $100 mld, co pozwala im inwestować w nowe, bardziej perspektywiczne obszary działalności, jak choćby odnawialne źródła energii, elektromobilność, technologie związane z wychwytywaniem i składowaniem dwutlenku węgla, czy też produkcję zielonego wodoru i biopaliw.

Transformacja koncernów z segmentu ropy i gazu w kierunku zielonej energii staje się faktem. Nasze analizy planów inwestycyjnych tych firm pokazują, że do 2030 roku co najmniej trzy z nich znajdą się w pierwszej dziesiątce największych producentów OZE. To olbrzymia zmiana, ponieważ jeszcze dwa lata temu wśród 10 największych producentów OZE, niemal wszystkie firmy to były tradycyjne koncerny elektroenergetyczne – powiedział Roch Baranowski.

Dodatkowym bodźcem do wchodzenia w nowe obszary działalności jest rosnąca presja ze strony inwestorów, którzy oczekują od spółek wdrażania działań związanych ze równoważonym rozwojem i redukcją emisji gazów cieplarnianych. Jak pokazał sondaż Bain & Company, niemal trzy czwarte inwestorów (73 proc.) chce, by producenci ropy i gazu inwestowali w projekty niskoemisyjne. Jednocześnie tylko połowa z nich oczekuje od zarządów spółek kontynuowania inwestycji związanych z poszukiwaniem i wydobyciem ropy.

Eksperci Bain & Company spodziewają się, że tocząca się wojna w Ukrainie nada dodatkowego impetu inwestycjom w OZE, co wynika z chęci uniezależnienia się krajów Unii Europejskiej od importu paliw z Rosji. Gwałtowny wzrost cen paliw obserwowany w ostatnich miesiącach także sprzyja tej ekspansji. Rosną bowiem zyski spółek paliwowych, a co za tym idzie rosną szanse, że ten zwiększony strumień gotówki zostanie przeznaczony na finansowanie inwestycji w nowe obszary działalności.

Rynek energetyczny czekają ogromne przeobrażenia w najbliższych latach. Dotyczy to nie tylko samych źródeł energii, ale także konsolidacji branży ropy i gazu, która w dużej mierze jest rozdrobniona i w której wyceny spółek są niskie – powiedział Roch Baranowski. – Katalizatorem zmian staje się także wojna w Ukrainie, bo wiele firm robi przegląd swoich aktywów i wychodzi z inwestycji w Rosji, jak np. koncern BP. Ponadto, spodziewamy się, że coraz więcej spółek będzie przejmować podmioty działające w branży OZE, by przyspieszyć transformację swojego biznesu.

Badanie Bain & Company zostało przeprowadzone wśród ponad 1.000 managerów pracujących dla największych na świecie 125 spółek z sektora energetyczno-wydobywczego i zlokalizowanych w 45 krajach. Łączna wartość rynkowa tych firm przekracza $6 bilionów.

Zbliża się koniec podwyżek stóp procentowych?

Rynek wycenia, że dojdzie do zakończenia cyklu podwyżek przez Fed w tym roku i obniżki w roku przyszłym. Czy tym śladem pójdą inne banki centralne, także NBP?

Trzecia kolejna „duża” podwyżka stóp procentowych w USA została przyjęta przez rynki po raz trzeci euforycznie. Tłumaczy się to zapowiedzią zwolnienia tempa podwyżek. Rynek chciał usłyszeć, że Fed mięknie i usłyszał to co chciał.

Główna stopa procentowa została podniesiona przez Fed do 2,25-2,5%, czyli o 75 punktów bazowych. Taki sam ruch wykonano wcześniej w czerwcu po 50 punktach w maju. Fed nie zacieśniał polityki w takim tempie od dekad, a wobec coraz liczniejszych symptomów spowolnienia w USA rynki liczyły na sygnały wygaszania podwyżek. Można powiedzieć, że Powell na konferencji taki sygnał przekazał – stopy mają wzrosnąć mocno jeszcze we wrześniu (zapewne 75 punktów choć to może się zmienić jeśli dane będą znacznie słabsze), a potem mają rosnąć w wolniejszym tempie (w domyśle o 25 punktów bazowych na posiedzenie). To wystarczyło aby uruchomić pokaźne zwyżki na Wall Street i osłabić dolara.

– Powinniśmy pamiętać, że nawet jeszcze przed pandemią polityka pieniężna była często wykorzystywana do zasypywania problemów stwarzanych przez politykę gospodarczą – mówi w rozmowie z MarketNews 24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Nie rozwiązywano problemów, natomiast zwiększano nacisk na banki centralne, aby stymulowały gospodarkę tanim pieniądzem i niskimi stopami procentowymi. Pomimo niskich stóp procentowych utrzymywała się niska inflacja. Taka polityka miała demoralizujący wpływ na rządy.

Banki centralne traktowano jako „dopalacza”, który bez negatywnych konsekwencji może drukować pieniądze. Po pandemii kontynuacja takich działań doprowadziła do przekroczenia progu bólu.

– Teraz ludzie zorientowali się, że pieniądze, które im obiecano i dostali je, są dużo mniej warte – dodaje ekspert XTB. – I teraz okazuje się, że konsekwencje będą o wiele bardziej przykre niż sądzono.

Jednak walka z inflacją nie będzie łatwa, jej koszty będą duże, gdy jednocześnie narastają obawy, że dojdzie do gospodarczej recesji. Nic więc dziwnego, że pojawiają się rozważania, że polityka podwyższania stóp procentowych potrwa krócej niż sądzono zaledwie przed kilkunastoma miesiącami.

Rynek wycenia zakończenie cyklu podwyżek w wykonaniu Fed już w tym roku i obniżki w roku przyszłym. Tak było już przed posiedzeniem Fed. Powell z pewnością nie zasugerował czegoś, co mogłoby jeszcze zmiękczyć te oczekiwania, a nawet tych oczekiwań nie potwierdził. Przekaz był jasny: potrzebujemy spowolnienia, aby sprowadzić inflację do celu. Innymi słowy Fed sugeruje kontynuację podwyżek tak długo, aż nie upewni się, że inflacja wraca na właściwe tory. To może oznaczać zacieśnianie nawet w obliczu coraz gorszych danych. Teraz zdaje się akceptować ryzyko recesji, jeśli inflacja będzie uporczywa. Oczywiście, jest też całkiem realne, że pod presją polityczną przed jesiennymi wyborami do Kongresu Fed zmięknie i zacznie widzieć inflację w celu, nawet wbrew danym. Na ten moment jednak za wcześnie aby o tym przesądzić, a rynek nadal zdany będzie przede wszystkim na publikacje danych o inflacji, która w USA jest rekordowo wysoka od wielu dekad (prawie dwukrotnie niższa niż w Polsce).

Jeśli Fed obniży stopy procentowe, tak jak to wycenia rynek, to podobne decyzje podejmie większość banków centralnych?

– Fed ma gigantyczny wpływ na globalny rynek i globalna gospodarkę, a poprzez to na rynek walutowy – odpowiada P.Kwiecień. – Jednak każdy bank centralny powinien patrzeć na swoje cele i na sytuację gospodarczą kraju, a NBP wie jaki jest w Polsce cel inflacyjny i tego powinien się trzymać w swojej polityce pieniężnej.

Brytyjczycy podnoszą, a Czesi nie

Jedne banki centralne są wciąż w cyklu podwyżek stóp procentowych. Inne z kolei, przeważnie te, które nie zaspały tak bardzo z podwyżkami, już je kończą. Mianownik jest jednak wspólny. Wszyscy boją się recesji.

Wielka Brytania podnosi stopy

Zgodnie z oczekiwaniami wzrosły wczoraj w Wielkiej Brytanii stopy procentowe z 1,25% do 1,75%. Głosowanie było jednogłośne i wszystkich 9 członków poparło decyzję. Biorąc pod uwagę komunikat po decyzji, rynki zakładają, że może to być koniec cyklu podwyżek stóp procentowych. To właśnie dlatego funt po decyzji tracił na wartości. Inwestorzy dostosowywali bowiem swoje inwestycje do niższego docelowego poziomu stóp procentowych i sprzedawali funta. Co powoduje zmianę oczekiwań? Szybsza prognoza powrotu inflacji do celu, pomimo że wynosi ona obecnie aż 9,4%. Ważniejszy jest chyba fragment o gotowości do sprzedania aktywów zakupionych w ramach programu luzowania ilościowego. Spowoduje to zmniejszenie ilości kapitału na rynku bez manipulowania stopą procentową. Aż dziwne, że rozwiązanie to jest stosowane tak rzadko i tak późno.

Rynek pracy w USA

Za oceanem sytuacja na rynku pracy jest ogólnie bardzo dobra. Dzisiaj wieczorem poznamy stopę bezrobocia, aczkolwiek rynki są zgodne, że pozostanie ona na wyjątkowo niskim poziomie 3,6%. Wczorajsze dane o delikatnie większej liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych budzą niepokój, ale z drugiej strony raport Challengera na temat zwolnień wypada optymistycznie. W rezultacie można mówić, że rynek jest blisko stabilizacji po olbrzymim szoku, jakim była dla amerykańskiego rynku pracy pandemia.

Czesi nie zmieniają stóp procentowych

O ile w Polsce jest pewna zgoda co do oczekiwań, że mamy właśnie koniec cyklu podwyżek stóp procentowych, o tyle w Czechach nie pozostawili wątpliwości. Na wczorajszym posiedzeniu stopy procentowe nie wzrosły, pozostając na poziomie 7%. Co ciekawe, dzieje się to pomimo przyspieszenia inflacji do 17,2%. Teoretycznie na konferencji prasowej nowy prezes banku zapowiedział, że w przyszłości będą zależni od danych. Biorąc pod uwagę wspomniany odczyt inflacji, chciałoby się zapytać, dlaczego dopiero w przyszłości. Jak widać Czesi, mimo że nie są szczególnie religijnym narodem, najwyraźniej zamierzają wierzyć w cud. Co ciekawe furtka, którą na konferencji pozostawił nowy prezes banku, doprowadziła wczoraj do umocnienia czeskiej korony względem euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Columbus dostarczy fotowoltaikę dla Data Center Orange

Columbus Energy podpisał umowę na dzierżawę fotowoltaiki dla Warsaw Data Hub – data center Orange Polska. W ramach współpracy Columbus zamontuje na dachu obiektu instalację o mocy 331 kWp.

Kontrakt realizowany jest w modelu solar as a service. Columbus odpowiada za dostarczenie i montaż instalacji fotowoltaicznej na dachu budynku Warsaw Data Hub w Łazach pod Warszawą, a także za okresowy serwis instalacji oraz jej podłączenie do własnego systemu monitoringu. Umowa między Orange Polska a Columbus Energy została zawarta na 20 lat.

Coraz więcej naszych klientów biznesowych decyduje się na usługę solar as a service. To wygodny model współpracy, który nie wymaga inwestowania własnych środków finansowych, zapewnia stałe i przewidywalne koszty oraz komfort związany z pełną obsługą instalacji (serwis, ubezpieczenie), która jest po stronie firmy dostarczającej taką usługę tłumaczy Bartłomiej Solner, Dyrektor Strategii Sprzedaży w Columbus Energy S.A. – Stawiamy kolejny krok w kierunku zacieśnienia naszej współpracy z Grupą Orange. W czerwcu uruchomiliśmy wspólną ofertę fotowoltaiki dla klientów indywidualnych, a teraz podpisaliśmy kontrakt na współpracę B2B.

Instalacja o mocy 331 kWp zajmie powierzchnię blisko 1600 m2 i będzie rocznie produkować około 275 MWh energii. Oznacza to uniknięcie emisji około 150 ton CO2 rocznie i uzupełnia działania Orange Polska zmierzające do neutralności klimatycznej.

– Orange Polska promuje i wdraża działania związane z poprawą efektywności energetycznej infrastruktury i dekarbonizacją. Na ten moment podpisaliśmy już 3 kontrakty PPA, dzięki którym ok 30% energii zużywanej przez infrastrukturę Orange Polska będzie pochodziło ze źródeł odnawialnych. Oprócz wspomnianych działań wciąż szukamy innowacyjnych sposobów na realizację naszej strategii. Jednym z nich są instalacje fotowoltaiczne na obiektach Orange. Innym pionierskim rozwiązaniem jest wdrażanie modelu biznesowego solar as a service. Instalację w takim modelu uruchomiliśmy już w 2019 r., kolejną planujemy w 2022 roku, a instalacja na Warsaw Data Hub będzie następnym dużym przedsięwzięciem mówi Daniel Piechocki, Dyrektor Infrastruktury i Serwisu Usług w Orange Polska.

Hotele z 29% wzrostem gości, ale wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii

Tegoroczny sezon wakacyjny będzie niezwykle ważny dla polskiej branży hotelarskiej. Jak pokazuje raport „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce”, przygotowany przez Emmerson Evaluation, w 2021 r. sektor zaczął się sukcesywnie odbudowywać. Wciąż jednak obłożenie było dalekie od poziomu sprzed pandemii. W stosunku do 2019 r. liczba gości była nadal mniejsza o 39 proc. A na horyzoncie piętrzą się nowe wyzwania, jak wysoka inflacja i wzrost kosztów działalności oraz efekt wojny w Ukrainie.

W swoim cyklicznym raporcie Emmerson Evaluation przeanalizował sytuację obiektów skategoryzowanych stricte jako hotele w 2021 r., ze szczególnym uwzględnieniem najważniejszych dla branży rynków. W tegorocznej edycji opracowania analitycy tradycyjnie zestawili dane w ujęciu rocznym, a także dodatkowo porównali je z okresem poprzedzającym pandemię, czyli rokiem 2019.

Powrót do „normalności”

Ubiegły rok był kolejnym, w którym pandemia dyktowała warunki funkcjonowania hoteli. Jednym z najcięższych okresów dla polskiego rynku hotelowego okazało się pierwsze półrocze 2021 r. Ferie zimowe zostały skrócone i odbywały się w jednakowym dla wszystkich województw terminie, ograniczono możliwość przyjmowania gości do 50% pokoi, co przełożyło się na bardzo niską podaż turystów w Polsce.

Z kolei czerwiec 2021 r. był miesiącem napawającym optymizmem dla turystyki krajowej. Według danych pochodzących z GUS, w tym miesiącu zanotowano ponad dwukrotnie wyższą liczbę turystów niż w maju,, co przełożyło się na wizytę 1 341 762 gości, w tym 131 116 turystów zagranicznych.

Trzeci kwartał ub. r. okazał się już bardzo dobry dla hotelarzy. Odnotowano średnią liczbę odwiedzających oscylującą na poziomie 2 milionów miesięcznie, w tym blisko 300 tysięcy gości z zagranicy.

W czwartym kwartale względem ostatniego kwartału roku 2020 widać było duży wzrost liczby turystów, który wyniósł aż 172%, co przełożyło się na 1 590 419 gości w tym 267 098 turystów zagranicznych. W porównaniu do czwartego kwartału 2019 r. była to jednak liczba mniejsza o 17%.

Turyści wrócili, ale nie tak licznie, jak przed pandemią

Dane pochodzące z Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że w całej Polsce na koniec lipca 2021 r. funkcjonowało 2521 obiektów skategoryzowanych stricte jako hotele, liczących prawie 297 tysięcy miejsc noclegowych. Oznacza to, że w porównaniu do 2020 r. mieliśmy do czynienia z nieznacznym wzrostem liczby obiektów wynoszącym 0,9%, natomiast miejsc noclegowych o 7,4%. Przekłada się to na zwiększoną podaż w stosunku do 2020 r. w 6 województwach. Największy wzrost liczby hoteli (5,4%) wystąpił w województwie pomorskim, gdzie Polacy chętnie wykupywali noclegi w okresach wakacyjnych. Natomiast najwięcej miejsc noclegowych przybyło w województwie mazowieckim, o 15,1%. Najbardziej wyraźny spadek podaży hoteli oraz miejsc noclegowych odnotowało województwo lubuskie, odpowiednio o 7,5% dla obiektów hotelarskich oraz 3,7% dla miejsc noclegowych. Porównując dane z 2021 r. do danych z 2019 r. widoczne jest zmniejszenie liczby obiektów hotelowych. Podaż nie wróciła jeszcze do stanu sprzed pandemii i była mniejsza o 4,3%. Z kolei liczba miejsc noclegowych wzrosła, o 3,7%. Największy wzrost podaży hoteli wystąpił (tak samo jak w 2020 r.) w województwie pomorskim. Spośród wszystkich województw opolskie odnotowało największe spadki podaży zarówno obiektów hotelowych (-14,3%), jak i miejsc noclegowych (-11,4%).Hotele z 29% wzrostem gości, ale wciąż poniżej poziomu sprzed pandemiiHotele z 29% wzrostem gości, ale wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii 2

Poddając ogólnej analizie rok 2021 w stosunku do roku poprzedniego widać wzrost liczby wszystkich turystów, którzy odwiedzili hotele o 29%, co daje łącznie 3 230 061 więcej gości. Natomiast liczba klientów z zagranicy poszła w tym czasie w górę o 15%, czyli o 260 753 osoby. Analiza 2021 r. względem roku 2019, pokazuje jednak, że liczba osób odwiedzających hotele nie wróciła jeszcze do stanu sprzed pandemii. Zmniejszenie liczby gości wynosi 39%, czyli o 9 150 104 osoby. W 2021 r. do polskich hoteli przyjechało o 67% mniej zagranicznych turystów niż w roku 2019, co w przeliczeniu stanowi ubytek 4 009 357 gości.Hotele z 29% wzrostem gości, ale wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii 3

Wojna kładzie się cieniem na sytuacji branży

Dostępność szczepionek i mniejszy poziom zakażeń Covid-19 sprawiły, że rynek oczekiwał ożywienia w 2022 r., a przynajmniej pewnej stabilizacji. Okazało się jednak, że po dwóch trudnych latach dla branży hotelowej pojawiło się kolejne wyzwanie, związane z atakiem wojsk rosyjskich na Ukrainę. Od 24 lutego w sektorze znów zagościł duży niepokój.

Wiele polskich obiektów udostępniło bezpłatne miejsca noclegowe dla Ukraińców. Jednak nie wszyscy Ukraińcy potrzebowali bezpłatnej pomocy. Część osób przyjeżdżających zza wschodniej granicy, dysponowała gotówką i mogła zorganizować noclegi we własnym zakresie. Bardzo dużo firm posiadających swoje oddziały na Ukrainie zdecydowało się ściągnąć swoich pracowników wraz z rodzinami do Polski opłacając noclegi w obiektach hotelowych. Paradoksalnie w pierwszych miesiącach wojny hotele notowały zatem bardzo dobre wyniki obłożenia, co raczej nie będzie długotrwałym trendem, zaznaczają autorzy raportu.

Konflikt zbrojny tuż za wschodnią granicą niesie za sobą negatywne skutki dla polskiego rynku hotelowego. Zagraniczni turyści postrzegając Polskę jako kraj przyfrontowy w obawie przed potencjalnym zagrożeniem zaczęli rezygnować z planowanych wyjazdów do naszego kraju i pobytu w lokalnych hotelach. Obecnie, rezerwacje dokonywane są bardzo późno, nawet bezpośrednio przed przyjazdem. Polscy turyści w obawie przed skutkami ekonomicznego konfliktu oraz galopującą inflacją również wstrzymują się z decyzją o rezerwacji miejsc noclegowych – zaznacza Dariusz Książak, Prezes Zarządu Emmerson Evaluation.

Wzrost cen kolejnym wyzwaniem

Dodatkowym problemem jest także rekordowo wysoka inflacja. Wszyscy przedsiębiorcy, w tym także hotelarze, borykają się z dotkliwym problemem jakim są podwyżki cen energii. Presja inflacyjna i zwiększone koszty działalności operacyjnej hoteli wymuszają na branży podwyżki swoich usług. Z niepokojem patrzymy na sytuację konsumentów, których pieniądze tracą na wartości, co w dłuższej perspektywie może ograniczyć popyt na usługi hotelarskie i gastronomiczne.

W okresie pandemii rynek nieruchomości hotelowych ucierpiał najbardziej ze wszystkich sektorów nieruchomości. Wiele wskazuje na to, że również zostanie najbardziej dotknięty obecną sytuacją – rozchwianą gospodarką, galopującą inflacją, a przede wszystkim wojną w Ukrainie. W zależności od tego, kiedy skończy się konflikt za wschodnią granicą i jak szybko zostanie zdławiona inflacja oraz ustabilizowana gospodarka, będzie można dokładniej prognozować dalsze losy sektora. Branża hotelarska jednak już nie po raz pierwszy musi dostosowywać się do nowej rzeczywistości. Nasz rynek jest coraz bardziej dojrzały, a hotelarze nauczeni doświadczeniem pandemii coraz lepiej radzą sobie w nieprzyjaznych warunkach – podsumowuje Prezes Emmerson Evaluation.

Raport „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce”: https://www.emmerson-evaluation.pl/wp-content/uploads/2022/08/raport-rynek-hoteli-oraz-condohoteli-w-polsce-2022.pdf.

Węgiel, gaz i… wakacje kredytowe a rynek akcji i obligacji

Eksperci VIG/C-QUADRAT przyglądają się kluczowym wskaźnikom ekonomicznym, analizują wyniki spółek za II kwartał tego roku, prezentują z jakimi zagrożeniami zmierzy się polski rynek akcji oraz zastanawiają się czy to już „czas na obligacje”.

Rynki globalne – akcje

Lipiec można podsumować jednym zdaniem – „nie walcz z Fed”. To słynne już powiedzenie sprzed kadencji aktualnie urzędującego szefa Rezerwy Federalnej Jerome’a Powell’a, wróciło do łask przy okazji ostatniej konferencji amerykańskiego banku centralnego. Podkreślano na niej, że gospodarka USA nie jest w recesji, a kluczowym jest silny rynek pracy. Był to katalizator dla skrajnie negatywnie nastawionych inwestorów, by przynajmniej chwilowo powrócić do akcji. Warto podkreślić, że wskaźnik Bull&Bear obliczany przez Bank of America Merill Lynch wskazywał poziom „0”, co obrazowało fatalne nastroje inwestorów. Jednocześnie, był to odwrotny do trendu rynkowego sygnał kupna dla akcji, w rezultacie czego globalne rynki akcji zaliczyły jeden z najlepszych miesięcy od wielu kwartałów.

Wartość indeksu dla akcji rynków rozwiniętych (MSCI World) wzrosła o 7,9% w minionym miesiącu. Indeks spółek technologicznych w USA (Nasdaq Composite) wzrósł o 12,3%, podczas gdy indeks największych amerykańskich spółek  (S&P500) wzrósł o 9,1%.

W opinii ekspertów VIG/C-QUADRAT TFI akcje amerykańskie nadal są relatywnie drogie w ujęciu historycznym. Kluczowa pozostaje selekcja i właściwy dobór sektorów oraz spółek do portfela.  Szybki i gwałtowny powrót do bardziej ryzykowanych aktywów po wypowiedzi Jerome’a Powell‘a nie spowodował spowolnienia tempa wzrostu podwyżek stóp procentowych w USA. Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdy stopy procentowe w USA dalej rosną, a aktualne dane makroekonomiczne i perspektywy na najbliższe kwartały są słabe lub się pogarszają.

Sezon wyników za drugi kwartał w USA pokazał, że w warunkach zmiennego otoczenia makroekonomicznego największe spółki radzą sobie dużo lepiej, co było dodatkowym wsparciem dla rynków akcji, głównie z uwagi na wysoki udział wiodących spółek w indeksach.

Rynek krajowy – akcje

Sytuacja na krajowym rynku akcji pozostaje niezmienna: wyniki spółek są dobre lub bardzo dobre, wyceny są niskie, a sentyment rynkowy pozostaje zły. Komentarze Fed nieco poprawiły nastroje, ale wywołały tylko przeciętne wzrosty w ujęciu miesięcznym.

Indeks polskich spółek (WIG) wzrósł w lipcu o 2,7%. Indeksy dużych spółek (WIG20TR) i średnich spółek (mWIG40) wzrosły odpowiednio o 1,5% i 2,7%, podczas gdy indeks małych spółek (sWIG80) wzrósł o 0,2%.

Polski rynek akcji pozostaje pod wpływem zbliżających się problemów z zapewnieniem węgla i gazu na sezon zimowy. Dotyczy to nie tylko Polski, ale i większości krajów z regionu Europy Centralnej. Druga ważna kwestia to uruchomienie tzw. „wakacji kredytowych” dla kredytobiorców złotówkowych.  Zdaniem ekspertów VIG/C-QUADRAT TFI spowoduje to negatywne implikacje dla sektora bankowego w Polsce. Procentowa partycypacja klientów w programie rozstrzygnie kwestię skali kosztów, ale najgorsze szacunki (przy wysokiej partycypacji) wskazują na kwotę ok. 20 mld zł.

Obligacje skarbowe

W lipcu ceny obligacji skarbowych mocno wzrastały (co oznacza spadek ich rentowności). Już pierwszego dnia miesiąca rentowności 10-letnich obligacji skarbowych spadły o 0,4 pkt proc, kontynuując silne spadki z końcówki czerwca. Tego dnia ukazał się odczyt PMI dla polskiego przemysłu, który zasygnalizował pogorszenie koniunktury gospodarczej. Odczyt wyniósł 44,4, podczas gdy rynek spodziewał się poziomu 48. Ostatni tak słaby odczyt (nie licząc pierwszej fali Covid-19) miał miejsce w 2009 r.

Spadkowi rentowności sprzyjała podwyżka stóp procentowych o 0,5 pkt proc. (o 0,25 pkt proc. niższa od oczekiwań rynkowych) oraz konferencja prezesa NBP, który wydawał się pierwszy raz w tym roku martwić nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym – projekcja wzrostu PKB na przyszły rok została znacząco obniżona (z 1,9-4,1% do 0,2-2,3%).

Spowolnienie widać także w czerwcowych danych, które napłynęły na rynek w lipcu. Produkcja przemysłowa i budowlano-montażowa, sprzedaż detaliczna czy też wzrost wynagrodzeń okazały się niższe od oczekiwań rynkowych. Wszystko to przyczyniło się do spadku rentowności 10-letnich obligacji, które na koniec lipca wyniosły 5,54%.

Od lokalnego szczytu rentowności w czerwcu, gdzie obligacje osiągnęły poziom 8,05%, w okresie niespełna półtora miesiąca doświadczyliśmy gwałtownego ich spadku o 2,5 pkt proc. Spodziewamy się, że w najbliższym czasie mogą nastąpić korekty ostatnich wzrostów. Mimo tego, że prawdopodobnie jesteśmy już blisko końca cyklu podwyżek stóp procentowych, eksperci VIG/C-QUADRAT TFI nie spodziewają się, aby spowolnienie gospodarcze miało przynieść gwałtowny spadek inflacji – zwłaszcza w kontekście problemów na rynku gazu i węgla oraz oczekiwanego, gwałtownego wzrostu cen prądu. Może to oznaczać, że w kolejnych miesiącach na krajowym rynku długu nadal będzie panowała podwyższona zmienność.

Obligacje korporacyjne

W lipcu na rynku wtórnym ceny obligacji korporacyjnych – w przeciwieństwie do cen obligacji skarbowych – nadal spadały. Rentowności do wykupu (YTM) obligacji wyemitowanych przez najlepszej jakości emitentów z branży finansowej zbliżają się do 10% w skali roku. Przy tak wysokim koszcie finansowania trudno się spodziewać, aby na rynku pierwotnym pojawiło się wiele ofert. Zdarzają się pojedyncze emisje, jednak o niewielkich wolumenach i w większości obejmowane przez inwestorów indywidualnych.

Lipiec był pierwszym miesiącem w tym cyklu podwyżek stóp procentowych, w którym spadły stawki WIBOR. Do posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, które miało miejsce 7 lipca, utrzymywała się tendencja wzrostowa, natomiast po decyzji o podniesieniu stóp, WIBOR osiągnął swój szczyt na poziomie 7,43% (WIBOR6M). Konferencja prasowa prezesa NBP tym razem była mniej optymistyczna (sporo uwagi poświęcono spowolnieniu gospodarczemu), co przyczyniło się do dalszego spadku wskaźnika, by na koniec lipca WIBOR6M osiągnął wartość 7,30%, tj. o 0,05 pkt proc. mniej niż na koniec czerwca tego roku.

Polski Ład 2.0 od lipca w nowym wydaniu – czy przewoźnicy na nim zyskają?

Rozliczanie pracowników od nowego roku 2022 przysporzyło problemów niejednemu pracodawcy i księgowemu. Chociaż z założenia Polski Ład miał uprościć dotychczasowy system podatkowy i obniżyć ich wysokość, zmiana przepisów od stycznia jeszcze bardziej go skomplikowała. Dlatego rząd postanowił jeszcze raz znowelizować ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych, a w konsekwencji zlikwidował niektóre z wcześniej wprowadzonych rozwiązań. Jakie? Przede wszystkim obniżył pierwszy próg podatkowy z 17 proc. na 12 proc., co związane jest z mniejszą kwotą wolną od podatku, zniósł ulgę dla klasy średniej oraz usunął tzw. rolowanie zaliczek. Ten ostatni przepis dawał pewną dowolność w rozliczaniu pracownika według systemu podatkowego z 2021 lub 2022 roku w zależności od tego, która opcja była dla niego korzystniejsza. Czy reforma „Niskie Podatki”, obowiązująca o 1 lipca 2022 roku, okaże się tym razem sukcesem, a przewoźnicy oszczędzą na zmianach?

Nowelizację ustawy związaną z Polskim Ładem najbardziej odczują przewoźnicy, zatrudniający kierowców z wynagrodzeniem netto, mieszczącym się w przedziale 9-10 tys. Wówczas, łączny koszt pracodawcy może zmniejszyć się nawet o 400 zł – zauważa, Bartłomiej Zgudziak, ekspert ds. analiz i rozliczeń, Grupa Inelo.

Polski Ład 2.0 – co się zmieniło?

Jedną z najważniejszych zmian w Polskim Ładzie 2.0 jest obniżenie pierwszego progu podatkowego, z 17 proc. na 12 proc., który sięga aktualnie do kwoty 120 tys. złotych. Oznacza to, że każdy płatnik, mieszczący się w pierwszym progu podatkowym, zapłaci mniejszą zaliczkę na podatek do Urzędu Skarbowego. Skąd ta zmiana? Nowe przepisy mają za zadanie udoskonalić dotychczasowy system, obowiązujący od stycznia 2022 roku, aby rozliczanie pracowników było zdecydowanie łatwiejsze. Dlaczego? We wcześniejszej wersji Nowego Ładu obowiązywała ulga dla klasy średniej dla rocznych dochodów, mieszczących się w przedziale 68 411, 99 zł – 102 588 zł i powyżej 102 588 do 133 692.[1] Obliczanie jej wartości było trudne ze względu na konieczność stosowania skomplikowanego wzoru i różnych przedziałów, zależnych od zarobków. Z tego względu przepisy zostały uproszczone, co wiąże się z likwidacją ulgi dla klasy średniej i z obniżeniem pierwszego progu podatkowego.

Warto zwrócić uwagę na to, że wraz z obniżeniem podatku w pierwszym progu zmieniła się również kwota wolna od podatku. Nadal jej wartość wynosi 30 tys. złotych na rok, ale w ujęciu miesięcznym jest ona mniejsza i wynosi aktualnie 300 zł, a nie 425 zł, która obowiązywała po wprowadzeniu przepisów Nowego Ładu w styczniu – podkreśla Bartłomiej Zgudziak, ekspert ds. analiz i rozliczeń, Grupa Inelo.

Polski Ład – rolowanie zaliczek

Dodatkowo nowe przepisy Polskiego Ładu uchyliły system odraczania zaliczek na podatek. Rolowanie zaliczek obowiązywało po to, aby nie działać na niekorzyść pracowników i rozliczać ich według korzystniejszych warunków, czyli niższej zaliczki dla pracowników w zależności od wyliczeń zgodnych z zasadami, obowiązującymi w systemie podatkowym w 2021 lub 2022 roku.

– Przy rozliczeniu rocznym PIT-2 wartości zaliczek, które powinny być odprowadzone do urzędu skarbowego, będziemy porównywać do zasad, obowiązujących już w nowym systemie, czyli ze zmniejszonym podatkiem dochodowym do 12 proc., bez ulgi dla klasy średniej i „rolowania” zaliczek. Może się okazać, że zaliczki, zapłacone od stycznia do czerwca były wyższe w porównaniu do tych, które rzeczywiście trzeba byłoby uregulować zgodnie z przepisami od lipca. Z tego względu niektórzy pracownicy mają większą szansę na zwrot podatku. Warto jednak pamiętać o tym, że każdy kierowca w firmie transportowej jest inaczej rozliczany. Dodatkowo w wyliczaniu podstawy opodatkowania trzeba uwzględnić odpowiednio wartość wirtualnych diet w przewozach międzynarodowych, a to zdecydowanie zmienia wysokość kwoty do opodatkowania mówi Bartłomiej Zgudziak, ekspert ds. analiz i rozliczeń, Grupa Inelo i dodaje, że już samo wyliczenie wirtualnej diety może sprawiać trudności, bo kierowcy jeżdżą po wielu krajach UE w ciągu jednego miesiąca.

Nowy ład transportowy – kto jest wygranym?

Celem nowej reformy systemu podatkowego jest nie tylko zmniejszenie obciążeń podatników, łatwiejszy system rozliczania pracowników, ale również pomoc samym przedsiębiorcom. Przewoźnicy mogą spodziewać się mniejszych kosztów pracodawcy.

Tabela nr. 1, Opracowanie eksperta Bartłomieja Zgudziaka, Grupa Inelo

Tabela nr. 1, Opracowanie eksperta Bartłomieja Zgudziaka

Nie możemy jednoznacznie określić, ile przewoźnik zaoszczędzi, dzięki przepisom Polskiego Ładu. Z symulacji jasno wynika, że kwota ta może być różna – od kilkunastu złotych do nawet 400 zł oszczędności na jednym pracowniku. Wszystko zależy od tego, jak kierowca był dotychczasowo rozliczany, bo niektórzy truckerzy rozliczani byli przykładowo z uwzględnieniem ulgi dla klasy średniej, a innym rolowano zaliczki na podatek, bo system kadrowo-płacowy w firmie transportowej na to pozwalał. Istnieje tutaj wiele zmiennych, od których zależy wysokość zaliczki na podatek, ale na pewno zlikwidowanie ulgi dla klasy średniej i obniżenie podatku do 12 proc. sprawi, że przewoźnikom zostanie więcej pieniędzy w kieszeni – komentuje Bartłomiej Zgudziak i dodaje, że łączny koszt pracodawcy może być pomniejszony nawet o ponad 4,5 proc, a to dlatego, że w ostatnim przykładzie (tabela nr. 2) kierowca był rozliczany jedynie według zasad z 2022 roku (bez rolowania zaliczki), a co więcej, wycofał on ulgę dla klasy średniej. Oznacza to, że przewoźnik dotychczasowo płacił możliwie najwyższy koszt podatku, a więc aktualnie (po zmianie przepisów) zaoszczędzi najwięcej.

Przewoźnicy, którzy nie są pewni, ile zyskali wraz ze zmianą przepisów podyktowaną Polskim Ładem, mogą spróbować dopasować rozliczenie swoich kierowców do jednej z trzech grup z tabeli nr 2.Tabela nr. 2, Opracowanie eksperta Bartłomieja Zgudziaka

Tabela nr. 2, Opracowanie eksperta Bartłomieja Zgudziaka, Grupa Inelo

[1] https://www.e-pity.pl/polski-lad/ulga-dla-klasy-sredniej/

Ropa była wczoraj najtańsza od początku wojny

Ceny kontraktów na ropę naftową na NYMEX-ie i ICE spadły wczoraj do najniższych (przedwojennych) poziomów od końca lutego. Dziś rano próbowały odrabiać te straty (WTI +0,9 proc., Brent +0,7 proc.). Lekko drożała dziś rano miedź i metale szlachetne.

Główne indeksy amerykańskiego rynku akcji zastanawiały się wczoraj na swoimi kolejnymi ruchami. Nasdaq Composite (+0,41 proc.) był najwyżej od 3 miesięcy. S&P 500 po dotarciu do poziomu swego szczytu z początku czerwca lekko się cofnął (-0,08 proc.). Dziś rano kontrakty na te indeksy lekko rosły (S&P 500 +0,17 proc.).

Na giełdach Azji i Oceanii dziś rano przeważały wzrosty. Widać było ulgę odczuwaną na Tajwanie – TAIEX +2,27 proc. – sugerującą, że ostatnie napięcia geopolityczne w relacjach z Chinami nie doprowadzą do jakiejś poważniejszej eskalacji.

Dosyć wakacyjna atmosfera panowała również na rynkach akcji w Europie (DAX +0,03 proc., CAC 40 +0,04 proc. ok. godz. 9:45). Najwyższy poziom w swej historii osiągnął dziś turecki XU100.
Swe straty z ostatnich 3 sesji próbował dziś rano odrabiać WIG-20 (+0,87 proc. ok. godz. 9:45). Zwyżkowały – chociaż nieznacznie – dziś rano wszystkie indeksy sektorowe GPW (najsilniej – o 1,37 proc. – WIG-Paliwa). Najwyższy poziom od roku osiągnęła dziś rano cen akcji spółki Photon Energy NV.

Niewiele się działo dziś rano na rynku 10-letnich obligacji skarbowych. Nadal utrzymywała się duża – ok. 35 punktów bazowych – ujemna różnica pomiędzy rentownością amerykańskich 10-latek i 2-latek (strasząca gospodarczą recesją „inwersja” krzywej rentowności). Rentowność polskich 10-latek lekko spadała (5,588 proc.).

Na rynku walutowym nie działo się dziś rano zbyt wiele. Amerykański dolar lekko umacniał się względem japońskiego jena (+0,18 proc.) i euro (EUR/USD -0,12 proc.).

Również minimalne były dziś rano zmiany kursu złotego (EUR/PLN -0,02 proc., USD/PLN +0,11 proc. ok. godz. 9:25).

Bitcoin dziś rano dosyć dynamicznie odrabiał swe wczorajsze straty względem dolara (BTC/USD +3,14 proc.).

Autor: Wojciech Białek, TMS Brokers

W 2023 r. kara za brak OC wzrośnie dwa razy

Rząd w przyszłym roku planuje dwie podwyżki płacy minimalnej. To oznacza, że dwukrotnie wzrośnie także kara za brak OC. Będzie ona miała rekordową wysokość, którą szacuje Ubea.pl.

Niecałe 7000 zł za jazdę samochodem osobowym bez wymaganego OC. Taki scenariusz na przyszły rok wydaje się bardzo prawdopodobny. Duża podwyżka płacy minimalnej sprawi, że kary dla posiadaczy pojazdów bez opłaconego OC wzrosną do rekordowego poziomu. Co więcej, rząd planuje dwie zmiany „najniższej krajowej” w 2023 r. Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl postanowili sprawdzić, ile po wspomnianych podwyżkach ze stycznia i lipca mogą wynosić stawki karne za brak obowiązkowego OC.

Podwyżka płacy minimalnej ma liczne konsekwencje

Przypuszczenia dotyczące wysokości przyszłorocznych kar za brak OC bazują na niedawno opublikowanym projekcie rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie płacy minimalnej na 2023 r. Rząd planuje, że „najniższa krajowa” od 1 stycznia 2023 r. wyniesie 3383 zł brutto, a pół roku później jej poziom wzrośnie do 3450 zł. Warto przypomnieć, że ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych uzależnia kary za brak OC kierowców od minimalnego wynagrodzenia za pracę. „Poza tym wiele innych ustaw odwołuje się do najniższej płacy jako ważnego wskaźnika” – dodaje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Przepisy wskazują, że w przypadku ponad dwutygodniowego przerwania ciągłości ochrony z OC, kierowca auta zapłaci 200% „najniższej krajowej”, a samochodu ciężarowego, autobusu i ciągnika samochodowego – 300%. Bazowa kara dla motocyklistów to natomiast jedna trzecia minimalnego wynagrodzenia za pracę. Brak ciągłości ochrony ubezpieczeniowej przez okres wynoszący do 3 dni włącznie oraz 4 dni – 14 dni skutkuje obniżeniem kary naliczanej przez UFG – odpowiednio o 80% i 50%. Te zasady nie zmieniają się już od lat. „Rośnie jedynie poziom najniższej krajowej płacy. Zasady jej podnoszenia regulują przepisy ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę” – mówi Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Nie tylko kara dotycząca samochodów pobije rekord

Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl postanowili sprawdzić, ile będzie wynosiła kara za brak OC jeśli podwyżki płacy minimalnej okażą się zgodne z planami rządu. Poniżej widzimy dwie tabele. Pierwsza z nich informuje, jakie stawki kar za brak OC nadal obowiązują (do końca 2022 r.). Kolejne zestawienie pokazuje kary, które mogą obowiązywać w przyszłym roku. Oczywiście, nie ma jeszcze stuprocentowej pewności, że 3383 zł oraz 3450 zł brutto będą stawkami najniższej krajowej płacy na przyszły rok. „Nie można wykluczyć, że rząd jeszcze bardziej podniesie minimalne wynagrodzenie. Korekta w dół wydaje się mniej prawdopodobna” – uważa Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Jeżeli natomiast zmian nie będzie, to w 2023 r. kierowca samochodu osobowego nieposiadający OC przez ponad dwa tygodnie, zapłaci odpowiednio 6770 zł (od 1 stycznia 2023 r.) oraz 6900 zł (od 1 lipca 2023 r.). Podane w tabeli, inne wyniki też uwzględniają już zaokrąglenia do pełnych dziesiątek złotych wynikające z ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych. W ramach porównania wyliczonych kwot do obecnych kar, warto przypomnieć, że tegoroczna podstawowa stawka kary za brak OC dotyczącego auta to 6020 zł. Nie tylko kary dla kierowców samochodów osobowych pobiją rekord w 2023 r. „Przyszłoroczna stawka kary za brak OC dla ciężkich pojazdów będzie już pięciocyfrowa w przypadku przerwania ochrony przez ponad dwa tygodnie. Dokładna kwota najprawdopodobniej wyniesie 10 150 zł/10 350 zł” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.kara za brak OC

Czeka nas podwyżka opłat i podatków lokalnych

1 sierpnia 2022 r. opublikowane zostało obwieszczenie Ministra Finansów w sprawie górnych granic stawek podatków i opłat lokalnych na rok 2023. Zgodnie z przepisami są one co roku podnoszone o wskaźnik inflacji za I półrocze danego roku, a więc tym razem wzrosną o 11,8%.

Podniesienie opłat lokalnych to kolejny czynnik, który wpłynie na wzrost obciążeń finansowych. Gospodarstwa domowe i przedsiębiorcy odczuwają wyższe opłaty eksploatacyjne lokali, np. za ogrzewanie czy energię. Dodatkowo jeszcze będą musieli udźwignąć rosnące podatki.

Przykładowo: w 2023 roku maksymalne stawki podatków od posiadania lokalu mieszkalnego wzrosną o 0,11 zł za 1 m2, a w przypadku lokali związanych z działalnością gospodarczą o 3,04 zł za 1 m2. Nowe stawki wyniosą odpowiednio 1 zł i 28,78 zł za 1m2.

– Pamiętajmy, że obwieszczenie określa najwyższe możliwe do zastosowania stawki. Ostatecznie mogą być niższe, ponieważ decyzję o ich wysokości podejmują samorządy. Jednak obciążenia związane z posiadaniem lokalu w największych miastach, takich jak Warszawa, Wrocław, Kraków czy też Gdańsk, w roku 2022 były ustalone na najwyższym możliwym poziomie. Trudno spodziewać się, że w 2023 roku będzie inaczej, zwłaszcza w kontekście przepisów Polskiego Ładu, który spowodował, że wpływy samorządów pochodzące z podatku dochodowego będą niższe – ocenia Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt.

Istnieją jednak i takie miasta, w których na rok 2022 nie zastosowano maksymalnych stawek. Jest to np. Olsztyn, gdzie podatek od lokali wynosi 0,80 zł za m2 w przypadku lokali mieszkalnych oraz 22,38 zł w przypadku lokali związanych z działalnością gospodarczą. Jednak jeśli tamtejsza rada miasta postanowi przyjąć na 2023 r. maksymalne stawki, to podwyżka będzie bardziej odczuwalna niż w Krakowie czy Warszawie, bo wyniesie odpowiednio 0,20 zł i 6,40 zł.

Kiepskie wiadomości czekają też na właścicieli psów. Podatek od posiadania czworonoga ma wzrosnąć o niemal 16 zł, ze 135 zł do 150,91 zł. Wyższe będą również opłaty uzdrowiskowe pobierane w kurortach. Ich maksymalna wysokość wyniesie 5,40 zł za dobę, podczas gdy obecnie jest to 4,83 zł.

Poniżej znajduje się pełna lista podatków lokalnych na 2023 rok:

  • Podatek od gruntów:
  1. związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, bez względu na sposób zakwalifikowania w ewidencji gruntów i budynków 1,16 zł od 1 m kw. powierzchni,
  2. pod wodami powierzchniowymi stojącymi lub wodami powierzchniowymi płynącymi jezior i zbiorników sztucznych – 5,79 zł od 1 ha powierzchni,
  3. pozostałych, w tym zajętych na prowadzenie odpłatnej statutowej działalności pożytku publicznego przez organizacje pożytku publicznego – 0,61 zł od 1 m kw. powierzchni,
  4. niezabudowanych objętych obszarem rewitalizacji, o których mowa w przepisach – 3,81 zł od 1 m kw. powierzchni;
  • Podatek od budynków lub ich części:
  1. mieszkalnych – 1 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej,
  2. związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej oraz od budynków mieszkalnych lub ich części zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej – 28,78 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej,
  3. zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej w zakresie obrotu kwalifikowanym materiałem siewnym – 13,47 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej,
  4. związanych z udzielaniem świadczeń zdrowotnych w rozumieniu przepisów o działalności leczniczej, zajętych przez podmioty udzielające tych świadczeń – 5,87 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej,
  5. pozostałych, w tym zajętych na prowadzenie odpłatnej statutowej działalności pożytku publicznego przez organizacje pożytku publicznego – 9,71 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej;
  • Podatek od środków transportowych: Od samochodów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej:
  1. od 3,5 tony do 5,5 tony włącznie – 1020,16 zł,
  2. powyżej 5,5 tony do 9 ton włącznie – 1701,84 zł,
  3. powyżej 9 ton – 2042,19 zł,

Od samochodów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej równej lub wyższej niż 12 ton – 3897,01 zł.

Od ciągników siodłowych lub balastowych przystosowanych do używania łącznie z naczepą lub przyczepą o dopuszczalnej masie całkowitej zespołu pojazdów od 3,5 tony i poniżej 12 ton – 2382,52 zł.

Od ciągników siodłowych lub balastowych przystosowanych do używania łącznie z naczepą lub przyczepą o dopuszczalnej masie całkowitej zespołu pojazdów równej lub wyższej niż 12 ton – (do 36 ton włącznie – 3012,13 zł; powyżej 36 ton 3897,01 zł).

Od przyczep lub naczep, które łącznie z pojazdem silnikowym posiadają dopuszczalną masę całkowitą od 7 ton i poniżej 12 ton, z wyjątkiem związanych wyłącznie z działalnością rolniczą prowadzoną przez podatnika podatku rolnego – 2042,19 zł.

Od przyczep lub naczep, które łącznie z pojazdem silnikowym posiadają dopuszczalną masę całkowitą równą lub wyższą niż 12 ton, z wyjątkiem związanych wyłącznie z działalnością rolniczą prowadzoną przez podatnika podatku rolnego (do 36 ton włącznie – 2382,52 zł; powyżej 36 ton – 3012,13 zł).

Od autobusu, w zależności od liczby miejsc do siedzenia poza miejscem kierowcy (mniejszej niż 22 miejsca – 2411,44 zł; równej lub większej niż 22 miejsca – 3048,71 zł).

  • Opłaty:
  1. targowa, nie może przekroczyć 953,38 zł dziennie,
  2. miejscowa w miejscowościach posiadających korzystne właściwości klimatyczne, walory krajobrazowe oraz warunki umożliwiające pobyt osób w tych celach, nie może przekroczyć 2,80 zł dziennie,
  3. miejscowa w miejscowościach posiadających status obszaru ochrony uzdrowiskowej, nie może przekroczyć – 3,94 zł dziennie,
  4. uzdrowiskowa, nie może przekroczyć – 5,40 zł dziennie,
  5. od posiadania psów – 150,93 zł
  6. część stała opłaty reklamowej nie może przekroczyć 3,14 zł dziennie
  7. część zmienna opłaty reklamowej nie może przekroczyć 0,28 zł od 1 m kw. pola powierzchni tablicy reklamowej lub urządzenia reklamowego służących ekspozycji reklamy dziennie.

Opinie ekspertów cyberbezpieczeństwa o pierwszym półroczu 2022

Agresja Rosji na Ukrainę, ransomware wymierzone w systemy rosyjskie, wzrost świadomości zagrożenia przekładający się na większą dbałość o bezpieczeństwo i przestępcy, którzy sięgać będą po sztuczną inteligencję. To, jak komentują eksperci ds. cyberbezpieczeństwa z ESET, Stormshield i DAGMA, zdarzenia i zjawiska warte szczególnego odnotowania w pierwszym półroczu bieżącego roku.

ESET

Zdarzeniem, które w największym stopniu wpłynęło na zagadnienia w obszarze cyberbezpieczeństwa, była rosyjska agresja na Ukrainę. Specjaliści ESET wskazują w tym kontekście na dwa szczególne trendy. Pierwszym jest wykorzystanie sfery cyfrowej jako pola walki. Choć telemetria ESET i prowadzone przez firmę analizy pokazują, że działania przeciwko Ukrainie prowadziło w ostatnich latach wiele grup APT, to działania z końca lutego były w tym kontekście o tyle szczególne, że ich przeprowadzenie – przygotowywane od wielu miesięcy – było bezpośrednim wstępem do działań militarnych. Napastnicy łączyli ataki DDoS z wykorzystaniem oprogramowania typu „wiper” (CaddyWiper, HermeticWiper czy IsaacWiper), tj. niszczącego zawartość zainfekowanych dysków. Drugim trendem, na który wskazują, było wykorzystywanie w działaniach przestępczych motywu pomocy uchodźcom wojennym.

– Pierwsze miesiące bieżącego roku przyniosły ataki cyberwojenne pierwszy raz prowadzone na tak szeroką skalę, a także oszustwa w postaci fałszywych zbiórek na rzecz pomocy mieszkańcom Ukrainy. Nigdy wcześniej nie zaobserwowano tak wielu wyspecjalizowanych i ukierunkowanych ataków wycelowanych w systemy i sieci jednego kraju, które byłyby przeprowadzone w tak krótkim okresie – komentuje Kamil Sadkowski, starszy specjalista ds. cyberbezpieczeństwa w ESET.

Zwraca on również uwagę na fakt odnotowania przez telemetrię ESET wzmożonej aktywności wymierzonej w rosyjskie systemy cyfrowe.

– W pierwszych czterech miesiącach bieżącego roku odnotowaliśmy znaczny wzrost detekcji oprogramowania ransomware wycelowanego w rosyjskie systemy, niektóre z analizowanych zagrożeń posługiwały się nawet tytułem „Slava Ukraini”. Wzrost detekcji oprogramowania ransomware wycelowanego w rosyjskich użytkowników to nowe zjawisko, wcześniej tego typu zagrożenia generalnie unikały infekowania systemów w Rosji – mówi Kamil Sadkowski.

DAGMA Bezpieczeństwo IT

W opinii DAGMY wart podkreślenia jest wzrost zainteresowania zagadnieniami cyberbezpieczeństwa, do czego przyczyniła się pandemia i będące jej pokłosiem zmiany. Praca zdalna, rozwój branży e-commerce czy medycyny online spowodował, że aktywność społeczna i zawodowa w znacznym stopniu przeniosły się do sieci.

– Wielu użytkowników Internetu zaczęło krytycznie podchodzić do kwestii własnego cyberbezpieczeństwa. Pomocne w zrozumieniu podstawowych zagadnień z cyberbezpieczeństwa były materiały tworzone przez specjalistów IT security, które pokazywały jak bezpiecznie korzystać z Internetu, pracować zdalnie czy zabezpieczyć swoje dane – komentuje Krystian Paszek, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa i audytów w DAGMA Bezpieczeństwo IT.

Zwraca przy tym uwagę, że podobny trend można zauważyć wśród osób decyzyjnych wielu firm, w których praca zdalna była novum, w związku z którym zaczęły pojawiać się pytania o zabezpieczenie danych firmowych.

– Wiele firm podjęło dodatkowe działania, które w pierwszej kolejności miały na celu zweryfikowanie stanu bezpieczeństwa, wskazanie luk i słabych punktów, a w dalszych krokach podniesienie poziomu cyberbezpieczeństwa w posiadanej infrastrukturze. Zawsze podkreślamy, że świadomość zagrożenia jest fundamentem bezpieczeństwa, a ta kwestia przez lata była niedoceniana. Obecnie zauważamy pozytywne zmiany, choć oczywiście, mówiąc kolokwialnie, wciąż jesteśmy w tyle. Jednak coraz więcej podmiotów wprowadza w swoje struktury komórki zarządzające cyberbezpieczeństwem, jak również współpracuje z firmami zajmującymi się IT Security – mówi Krystian Paszek.

– Nowym trendem jest również szkolenie pracowników biurowych z zakresu bezpieczeństwa cyfrowego i radzenia sobie z socjotechniką wykorzystywaną przez internetowych przestępców. Do zarządzających dociera, że to człowiek wciąż jest najsłabszym ogniwem w przypadku ataków hakerskich. Większa świadomość tego faktu cieszy – dodaje.

Eksperci DAGMY  wskazują także na wzrost zagrożeń związanych z dezinformacją oraz atakami phishingowymi, przede wszystkim ukierunkowanymi na wojnę w Ukrainie. Zwracają  uwagę na podniesienie poziomu alertu CRP, do poziomu trzeciego Charlie. Jest on wprowadzany w przypadku wystąpienia zdarzenia potwierdzającego prawdopodobny atak o charakterze terrorystycznym w cyberprzestrzeni lub uzyskania wiarygodnych informacji o planowanym zdarzeniu. Ogłoszenie poziomu Charlie 3 to pokłosie zaangażowania się Polski w pomoc dla Ukrainy.

– Rosyjscy hakerzy wielokrotnie wypowiadali wojnę w sieci, zapowiadając ataki na infrastrukturę technologiczną zachodnich państw wspierających Ukrainę. Polska znacząco zaangażowała się w pomoc dla Ukrainy, przez co znalazła się w gronie państw najbardziej zagrożonych odwetem i rosyjskimi atakami cybernetycznymi. Z danych zgromadzonych przez ESET wynika, że były podejmowane ataki na polski sektor zbrojeniowy i energetyczny – dodaje ekspert DAGMA Bezpieczeństwo IT.

– Alert Charlie 3 to sygnał dla służb i administracji publicznej do zachowania szczególnej czujności. Administracja jest zobowiązana do całodobowego prowadzenia wzmożonego monitoringu stanu bezpieczeństwa systemów teleinformatycznych dla systemów kluczowych. Instytucje publiczne są zobowiązane by monitorować i weryfikować, czy nie doszło do naruszenia bezpieczeństwa komunikacji elektronicznej – dopowiada Aleksander Kostuch ze Stormshield.

STORMSHIELD

Zdaniem ekspert europejskiego wytwórcy oprogramowania nasila się profesjonalizacja cyberprzestępców pracujących na zlecenie rządów lub innych zleceniodawców.

– Istotnie zwiększyło się zagrożenie funkcjonowania systemów krytycznych dla funkcjonowania państwa i biznesu. Efekt działań ataków cybernetycznych najczęściej nie zawsze ma już na celu zarobkowanie. Ataki mają zdestabilizować logistykę, wytwarzanie i dystrybucję energii elektrycznej, wodociągi, kanalizację czy też gazownictwo – komentuje Aleksander Kostuch.

Wykorzystywane są nie tylko podatności systemów, atakowani są również ludzie. Dostęp do zasobów firmowych nierzadko udostępniany jest na prywatnych, nie sprawdzonych i często nie zabezpieczonych komputerach. To przyczynia się do łatwiejszej kradzieży danych i przełamania zabezpieczeń. Cyberprzestępcy wykorzystują zdobytą wiedzę – wyłudzają dane dostępowe i podszywają się autoryzując swoje destrukcyjne działania, bazując głównie na ransomware.

– Możemy spodziewać się, że w najbliższym czasie cyberprzestępcy będą starać się wykorzystać wiedzę z zakresu sztucznej inteligencji dla jeszcze skuteczniejszego omijania zabezpieczeń. – przewiduje Aleksander Kostuch.  – Wobec tego instytucje i firmy potrzebują dalszego wzmocnienia bezpieczeństwa, aby ograniczyć ryzyko i skalę potencjalnych szkód. W tym kontekście pozytywnie należy ocenić zadeklarowane przez rząd zwiększenie nakładów na cyberbezpieczeństwo, poprzez finansowanie obowiązkowych audytów bezpieczeństwa i projekt „Cyfrowa Gmina” – dodaje.

Specjaliści Stormshield zwracają uwagę na rozpowszechniający się model działania przestępców, związany z zagrożeniem dla poczty internetowej indywidualnych użytkowników.

– Skuteczność socjotechniki powoduje, że działania przestępców coraz częściej wymierzone są w pojedyncze osoby. Znaczna część ataków, jak ocenia się nawet 90% prowadzonych przeciw instytucjom publicznym i podmiotom biznesowym, jest skierowana na skrzynki email – mówi Aleksander Kostuch, inżynier Stormshield, europejskiego lidera branży bezpieczeństwa IT.

Grupa o nazwie UNC1151/Ghostwriter atakuje pocztę elektroniczną polskich obywateli poprzez podszywanie się pod emaile pochodzące rzekomo od zaufanych domen. Jej członkowie wysyłają wiadomości ze skrzynek pocztowych utworzonych na portalach, takich jak wp.pl, interia.pl, op.pl czy gmail.com.

– Działania te mają na celu wyłudzenie danych do logowania do skrzynek pocztowych. Ich treść nakłania użytkownika do podjęcia natychmiastowego działania, którego brak może rzekomo doprowadzić do utraty dostępu do skrzynki, a nawet jej skasowania – ostrzega Aleksander Kostuch.

Innym istotnym zagrożeniem są ataki typu „Browser in the Browser” polegające na wyświetleniu w ramach odwiedzanej strony pozornie nowego okna przeglądarki, zawierającego fałszywy panel logowania. Okno to jest na tyle dobrze wykonane, że ofiara może mieć trudność z odróżnieniem spreparowanego okna od faktycznego nowego okna aplikacji. W ten sposób wyłudzane są wrażliwe dane.

Te zdarzenia potwierdzają, że należy wzmocnić bezpieczeństwo poprzez stosowanie polityk dostępu na firewallach, aby dostęp do oficjalnych skrzynek pocztowych, był zabezpieczany poprzez podwójną autoryzację i szyfrowanie. Należy również wzmocnić kontrolę dostępu do stron internetowych blokując fałszywe strony przed nieroztropnym kliknięciem. Przede wszystkim należy zwiększać świadomość i czujności wśród użytkowników i nie ulegać powszechnej dezinformacji.

Spadło zainteresowanie Polaków obligacjami

Krajowe obligacje ma obecnie w portfelu 26 proc. polskich inwestorów. W ostatnim kwartale popularność obligacji spadła. Tylko 15 proc. inwestorów planuje natomiast inwestycje w obligacje w ciągu najbliższego roku. W IV kwartale 2021, gdy obligacje kupował premier Morawiecki, tak samo chciało postąpić 20 proc. polskich inwestorów.

Polskie obligacje w swoich portfelach posiada obecnie 26 proc. polskich inwestorów, wynika z badania eToro Puls Inwestora Indywidualnego. W efekcie mocnego spadku cen obligacji, wynikającego ze wzrostu inflacji i stóp procentowych, popularność obligacji spadła z poziomu 29 proc. w poprzednim kwartale. Jest to trend jaki obserwujemy na całym świecie, bowiem na wszystkich globalnych rynkach spadło zainteresowanie obligacjami.

11 proc. polskich inwestorów ma w swoich portfelach także obligacje zagraniczne. Nie odbiegamy w tym wypadku od światowej średniej, bowiem globalnie takie instrumenty w portfelu ma 12 proc. inwestorów.

zainteresowanie Polaków obligacjami
Źródło: eToro Puls Inwestora Indywidualnego

Obligacje krajowe ma w portfelu 27 proc. globalnych inwestorów. Polacy inwestują w krajowe obligacje częściej niż Niemcy (23 proc.), ale rzadziej niż Włosi (45 proc.), Francuzi (33 proc.), Brytyjczycy (31 proc.) czy Amerykanie (29 proc.). Z naszym regionie więcej obligacji w portfelach mają Rumunii (29 proc.). Czesi natomiast mają ich tyle samo co Polacy (26 proc.). Do tej kategorii krajowych obligacji zaliczamy zarówno obligacje rządowe o stałym oprocentowaniu, jak i te indeksowane o inflację (lub wskaźnik WIBOR). A także krajowe obligacje korporacyjne. Spadki w ciągu ostatniego roku odnotowały obligacje o stałym oprocentowaniu, zwiększyła się natomiast popularność obligacji o zmiennym oprocentowaniu indeksowanych inflacją, jako środka ochrony przed wzrostem cen w przyszłości. Gdy inflacja osiągnie szczyt, a stopy zaczną spadać, trend się odwróci i wartość obligacji o stałym oprocentowaniu zacznie rosnąć wobec tych ze zmienna stopą procentową.

Inwestorzy nie wierzą jednak w odwrócenie tego trendu w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Tylko 15 proc. inwestorów w Polsce zamierza zainwestować w obligacje w tym okresie, ta liczba spadła z 20 proc. w poprzednim kwartale.
Także 20 proc. polskich inwestorów było zainteresowanych zakupem obligacji w IV kwartale 2021 roku, kiedy to zakup 10-letnich obligacji indeksowanych o inflację był atrakcyjniejszy niż obecnie (w pierwszym roku oprocentowanie wynosiło 1,7 proc., w kolejnym już inflacja +1 pp.). Wtedy też według doniesień mediów obligacje o znacznej wartości zakupił premier Mateusz Morawiecki.

Obligacje indeksowane są obecnie jednym ze sposobów na ochronę przed inflacją. Gdy inflacja zacznie hamować, a my znajdziemy się bliżej końca cyklu podwyżek stóp, ceny obligacji o stałym oprocentowaniu zaczną iść w górę. Warto ten proces obserwować i być przygotowanym na odbicie na rynku obligacji.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Główne cyberzagrożenia w drugim kwartale 2022 r. wg Cisco Talos

Po raz pierwszy od ponad roku ransomware nie jest głównym zagrożeniem obserwowanym przez Cisco Talos Incident Response (CTIR). Nieznacznie wyprzedziły go ataki wykorzystujące tzw. commodity malware. W porównaniu z poprzednimi kwartałami, ransomware stanowił znacznie mniejszy odsetek wszystkich ataków. W Q2 2022 było to 15%, a w Q1 aż 25%. Ma to związek m.in. z zakończeniem działalności – czy to z własnej woli, czy też na skutek śledztw prowadzonych przez organy ścigania i rządy – kilku grup zajmujących się właśnie ransomware.

Commodity malware było najczęściej pojawiającym się zagrożeniem w minionym kwartale, co jest o tyle istotną zmianą, że wcześniej liczba obserwowanych przez zespół CTIR (Cisco Talos Incident Response) ataków wykorzystujących trojany typu commodity spadała regularnie od 2020 r. Eksperci Cisco Talos wskazują, że obecnie obserwujemy renesans trojanów odpowiadających za ataki na pocztę elektroniczną. W okresie kwiecień – czerwiec stwierdzono działanie m.in. Remcos Remote Access Trojan (RAT), złodzieja informacji Vidar, Redline Stealer oraz Qakbot (Qbot) – dobrze znanego trojana bankowego, który w ostatnich tygodniach pojawił się w nowych skupiskach aktywności.

W dalszym ciągu najbardziej narażone na ataki były firmy z branży telekomunikacyjnej, którą niezmiennie od IV kwartału 2021 r. interesują się cyberprzestępcy. Tuż za nią plasują się organizacje z sektora edukacji i opieki zdrowotnej.

Commodity malware głównym zagrożeniem w Q2 2022

W drugim kwartale tego roku zauważono znaczny wzrost zagrożeń ze strony commodity malware, które stanowiły 20% wszystkich ataków odnotowanych przez Cisco Talos Incident Response. To szkodliwe oprogramowanie można łatwo zakupić lub nawet bezpłatnie pobrać. Zazwyczaj cyberprzestępcy, którzy je wykorzystują, stawiają na efekt skali, gdyż nie jest ono dostosowane do potrzeb ataków na konkretne cele. Atakujący używają go na różnych etapach swoich operacji m.in. do dostarczania dodatkowych zagrożeń, w tym wielu wariantów złośliwego oprogramowania, o których mowa poniżej.

O tym, że phishing jest wciąż chętnie wykorzystywaną przez cyberprzestępców metodą, świadczy przykład ataku na placówkę medyczną w USA. Zespół CTIR zidentyfikował złośliwy plik Microsoft Excel (XLS) rozpowszechniany za pośrednictwem wiadomości phishingowych zawierających jeden z wariantów złośliwego programu RAT Remcos. Będący w użyciu od co najmniej 2016 roku Remcos nagrywa audio, robi zrzuty ekranu, gromadzi dane ze schowka i informacje wprowadzane za pomocą klawiatury, a także wiele więcej. Zespół CTIR zidentyfikował zdalne połączenia sieciowe przy użyciu konta administratora systemu, poza godzinami jego pracy.

W ostatnich tygodniach zespół Cisco Talos zaobserwował aktywność Qakbota, trojana przejmującego wątki e-mail. Metoda ta polega na rozsyłaniu wiadomości z historią konwersacji w treści, dzięki czemu osoba zaatakowana odnosi wrażenie, że jest to kontynuacja korespondencji. W ramach incydentu, który dotknął władze lokalne w USA, zespół CTIR zbadał trzy fale wiadomości phishingowych, które po otwarciu przez użytkownika instalowały Qakbota. Zainfekowane wiadomości były tworzone na dwa sposoby. Jednym z nich było użycie całkowicie fałszywych kont i wiadomości e-mail, które miały rzekomo zawierać dokumenty podatkowe. Drugi polegał na połączeniu sfałszowanej i prawdziwej treści wiadomości e-mail, zaprojektowanej tak, aby pojawiła się w odpowiedzi na trwającą już konwersację.

Ransomware nadal groźny

Ransomware nadal stanowił jedno z głównych zagrożeń obserwowanych przez Cisco Talos. W drugim kwartale szczególnie widoczne były znane już wcześniej warianty oprogramowania ransomware dostępne jako usługa (Ransomware as a Service, RaaS), takie jak BlackCat (znany również jako ALPHV) i Conti. Wykorzystywano je do ataku na duże organizacje, licząc na znaczne wypłaty okupu.

Mimo, że grupa Conti ogłosiła zaprzestanie działalności na początku tego roku, to potencjalny wpływ tej decyzji na krajobraz oprogramowania ransomware jest nadal nieznany. Eksperci Cisco Talos podejrzewają, że nowy wariant RaaS o nazwie Black Basta jest rebrandingiem Conti i może stanowić zagrożenie w nadchodzących kwartałach.

Z kolei ransomware LockBit pojawił się w nowej wersji, która zawiera nowe opcje płatności w kryptowalutach dla ofiar, dodatkowe taktyki wymuszeń i nowy program „bug bounty”, zachęcający do zgłaszania nowych podatności, które następnie cyberprzestępcy mogą wykorzystać do ataku.

Źle skonfigurowane zasoby są bardziej narażone na ataki

W minionym kwartale przeprowadzono również kilka akcji, w których do ataku wykorzystano podatności w publicznie dostępnych aplikacjach, routerach i serwerach. W jednym przypadku działająca w Europie firma informatyczna miała źle skonfigurowany i przypadkowo ujawniony serwer Azure. Hakerzy próbowali zdalnie uzyskać dostęp do systemu, zanim został on odizolowany. Działał on sam w swojej podsieci, ale był połączony z innymi zasobami wewnętrznymi za pośrednictwem tunelu IPSec VPN. Analiza pozwoliła na zidentyfikowanie wielu nieudanych prób logowania i ataków typu brute force, polegających na sprawdzaniu wszystkich możliwych kombinacji haseł lub kluczy z różnych zewnętrznych adresów IP.

Jak można zmniejszyć ryzyko cyberataku

Zespół CTIR zlokalizował w ostatnich miesiącach kilka programów – złodziei informacji (ang. infostealers), które wykorzystały brak odpowiednio skonfigurowanego uwierzytelniania wieloskładnikowego w zaatakowanej organizacji lub u partnerów firmy.

Eksperci Cisco Talos wskazują uwierzytelnianie wieloskładnikowe jako metodę znacznie zmniejszającą ryzyko wystąpienia cyberataku. W co najmniej dwóch incydentach w tym kwartale, partner lub osoba trzecia związana z dotkniętą atakiem organizacją, nie mieli wdrożonej tej formy zabezpieczeń, co umożliwiło napastnikowi łatwiejsze uzyskanie dostępu i dokonanie uwierzytelnienia.

Steven Bandrowczak nowym dyrektorem generalnym Xerox

Steve ma na swoim koncie wiele sukcesów w osiąganiu wyników, dzięki wykorzystaniu platform cyfrowych, w celu zwiększenia udziału w rynku i rentowności. Nieustannie stawał na wysokości zadania, wykazywał się umiejętnością przewodzenia firmy z pasją i empatią, kiedy Xerox najbardziej go potrzebował. Zarząd jest w pełni przekonany, że Steve jest właściwym liderem, który poprowadzi Xerox do realizacji celów – powiedział James Nelson, prezes zarządu Xerox.

Jestem zaszczycony decyzją zarządu o powołaniu mnie na stanowisko dyrektora generalnego. Widzę ogromny potencjał w naszej firmie. Jestem dumny, że mogę współpracować ze wszystkimi moimi kolegami z Xerox i wspólnie budować jej lepszą przyszłość – powiedział Steven Bandrowczak.

Dodatkowe informacje o nowym dyrektorze generalnym

Steven Bandrowczak dołączył do Xerox w 2018 roku z Alight Solutions, gdzie był dyrektorem operacyjnym i dyrektorem ds. Informatyki odpowiedzialnym za globalny łańcuch dostaw firmy, usługi wspólne, rozwój produktów, biuro transformacji, zobowiązania, strategię i operacje IT, zarządzanie ryzykiem korporacyjnym i nieruchomości.
Przed rozpoczęciem pracy w Alight Solutions Steven był prezesem Telecommunication Media and Technology w Sutherland Global Services. Wcześniej pełnił funkcję starszego wiceprezesa ds. globalnych usług biznesowych w Hewlett-Packard, gdzie przekształcił organizację usług wspólnych, zatrudniającą 16 000 pracowników, w wysoce wydajną działalność z naciskiem na automatyzację, analitykę biznesową i optymalizację pracy. Ponadto Bandrowczak kierował praktyką outsourcingu procesów biznesowych (BPO) w Enterprise Services Group.
Podczas swojej kariery Steven zajmował wysokie stanowiska kierownicze w różnych globalnych firmach o wartości wielu miliardów dolarów, w tym Avaya, Nortel, Lenovo, DHL i Avnet.

Kolejne dane lepsze dla dolara

Amerykańska waluta ma obecnie znów nie najgorszą passę. Na jej korzyść przemawiają ostatnio zarówno dobre dane o zamówieniach, jak i wysoki optymizm w branży usługowej.

Dane z USA

Opublikowano wczoraj lepsze od oczekiwań dane na temat zamówień w USA. Zamówienia w przemyśle rosną o 2% przy oczekiwanych 1,1%, z kolei zamówienia na dobra trwałego użytku rosną o 2% przy oczekiwaniach na 1,9%. Te relatywnie niskie wartości wynikają z faktu, że dane te publikowane są w ujęciu miesięcznym. Spojrzenie z szerszej perspektywy wcale nie poprawia sytuacji. W obydwóch przypadkach jest to drugi najwyższy wynik w ciągu ostatniego roku. Mamy zatem do czynienia z dobrym rezultatem, ale pod żadnym pozorem nie możemy uważać, że cały rok był taki. Te dobre dane pracowały jednak na korzyść dolara. Wczoraj mieliśmy kolejny dzień, kiedy USD umacniał się względem euro.

Usługi lepsze od przemysłu

Koniunktura w przemyśle okazała się dalej słabnąć. Co ciekawe, usługi, które teoretycznie powinny być bardziej podatne na wahanie koniunkturalne, pokazują lepsze wyniki. Mowa o indeksie PMI dla usług. W przeciwieństwie do wspomnianego przemysłu wskaźnik dla usług dalej pokazuje przewagę pozytywnych odpowiedzi nad negatywnymi. Nie jest to przytłaczająca większość i widać spadki, ale wyniki są lepsze od oczekiwań. Z drugiej strony należy pamiętać, że usługi mocniej ucierpiały podczas pandemii, stąd odnoszą się do innej sytuacji niż przemysł.

Czy inflacja w Turcji spowalnia?

Jest to ciekawa hipoteza, biorąc pod uwagę, że ceny rosną tam o imponujące 79,6%. Tak – nie pomyliliśmy się z umiejscowieniem przecinka – jest to niemal 80%. Warto jednak pamiętać, że miesiąc temu było to zaledwie 1% mniej. Pokazuje to, że inflacja rośnie coraz wolniej. Jeżeli nałożymy na to potencjalny spadek cen ropy naftowej, o którym coraz więcej się mówi w kontekście potencjalnego spowolnienia gospodarczego, moglibyśmy zobaczyć nawet spadek w kolejnych miesiącach. Coraz bardziej palącym problemem jest jednak inflacja producencka. Pokazuje ona, że ceny producentów rosną szybciej niż konsumentów. W rezultacie mamy tykającą bombę, która może się przekładać na dalsze wzrosty cen. Lira w tle tych wydarzeń kontynuuje swoją słabą passę. Jest obecnie najsłabsza w historii względem głównych walut z wyjątkiem krótkiego epizodu z grudnia 2021 roku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Przepisy karne w projekcie ustawy o sygnalistach

Pomimo, że Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1937 z dnia 23 października 2019 r. w sprawie ochrony osób zgłaszających naruszenia prawa Unii (Dz. U. UE. L. z 2019 r. Nr 305, str. 17 z późn. zm.; dalej jako Dyrektywa) nałożyła na państwa członkowskie Unii Europejskiej obowiązek wprowadzenia w terminie do dnia 17 grudnia 2021 r. odpowiednich regulacji dotyczących ułatwienia zgłaszania naruszeń prawa i zapewnienia odpowiedniej ochrony osobom zgłaszającym, to stosowne przepisy póki co nie weszły w życie.

7 lipca 2022 r. na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji pojawiła się już trzecia wersja projektu tzw. ustawy o sygnalistach. Nie ulega wątpliwości, że oprócz spełnienia formalnego obowiązku implementacji Dyrektywy, wprowadzenie odpowiednich przepisów może poprawić sytuację osób, które dostrzegą nieprawidłowości w miejscu pracy i w związku z tym odważą się podjąć odpowiednie działania. Choć oczywiście opóźnienie we wdrożeniu Dyrektywy do krajowego systemu prawnego należy ocenić negatywnie, to mając na uwadze obecny trend do błyskawicznego uchwalania nie zawsze do końca przemyślanych rozwiązań, trzeba docenić próbę dołożenia należytej staranności w procesie legislacyjnym.

Celem wymuszenia prawidłowego stosowania ustawy twórca projektu w rozdziale 6 zdecydował się na wprowadzenie przepisów karnych (art. 51-56 projektu). W uzasadnieniu projektu wskazano, że wymóg wprowadzenia sankcji za naruszenie zakazów lub niedopełnienie obowiązków w zakresie zgłaszania i ujawniania naruszeń prawa oraz podejmowania działań odwetowych wynika z art. 23 Dyrektywy.
Prawie wszystkie z projektowanych przepisów karnych mają na celu ochronę zgłaszających naruszenia prawa. Jedynie art. 54 przewiduje pociągnięcie do odpowiedzialności samych zgłaszających. Zgodnie z tym przepisem grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 3 podlega ten, kto świadomie dokonał zgłoszenia lub ujawnienia publicznego nieprawdziwych informacji lub pomógł w dokonaniu zgłoszenia nieprawdziwych informacji.

W związku z tym, że opisany występek stanowi czyn umyślny i ustawa nie przewiduje odpowiedzialności za jego nieumyślne popełnienie, wprowadzenie przesłanki „świadomości” przy dokonywaniu zgłoszenia wydaje się zbędne. Skoro sprawca musi mieć zamiar popełnienia przestępstwa, czyli co najmniej przewidując możliwość dokonania zgłoszenia nieprawdziwych informacji godzić się na to, to oczywistym jest, że pociągnięcie go do odpowiedzialności możliwe jest wyłącznie w sytuacji, gdy organy ścigania wykażą, że co najmniej przewidywał, że przekazane informacje były nieprawdziwe – co jest równoznaczne z tym, że miał tego świadomość. Takie brzmienie przepisu wynika jednak z dosłownego przeniesienia treści obowiązku z art. 23 ust. 2 Dyrektywy i może mieć na celu podkreślenie okoliczności, że wskazany występek może popełnić wyłącznie sprawca działający z zamiarem bezpośrednim popełnienia przestępstwa.

Art. 51 sankcjonuje utrudnianie dokonania zgłoszenia, przewidując za to karę grzywny albo ograniczenia wolności. Dodatkowo kara pozbawienia wolności do lat dwóch została przewidziana za popełnienie typu kwalifikowanego wskazanego w § 2, polegającego na popełnieniu tego przestępstwa przy zastosowaniu przemocy, groźby lub podstępu. Taki wymiar kary, tj. w maksymalnej wysokości do dwóch lat pozbawienia wolności, jest systemowo niezrozumiały, ponieważ obecnie obowiązujący art. 191 § 1 Kodeksu karnego, zgodnie z którym karze podlega ten, kto stosuje przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia, przewiduje karę pozbawienia wolności do lat 3. Może zatem często dochodzić do sytuacji zbiegu przepisów, tzn. sytuacji, w której ten sam czyn, polegający np. na użyciu groźby w celu zmuszenia zgłaszającego do zaniechania dokonania zgłoszenia, będzie realizował znamiona dwóch typów czynów zabronionych i trudno znaleźć uzasadnienie dla „uprzywilejowania” jednego typu względem drugiego. Oczywiście w takich sytuacjach sąd skaże za jedno przestępstwo na podstawie dwóch zbiegających się przepisów wymierzając karę na podstawie przepisu przewidującego karę surowszą.

Projekt ustawy w art. 52 przewiduje grzywnę lub karę ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 za podejmowanie działań odwetowych wobec osoby, która dokonała zgłoszenia lub ujawnienia publicznego, lub osób, o których mowa w art. 21, czyli osoby pomagającej w dokonaniu zgłoszenia oraz osoby powiązanej ze zgłaszającym. Działaniem odwetowym jest bezpośrednie lub pośrednie działanie lub zaniechanie w kontekście związanym z pracą, które jest spowodowane zgłoszeniem lub ujawnieniem publicznym i które narusza lub może naruszyć prawa zgłaszającego lub wyrządza lub może wyrządzić nieuzasadnioną szkodę zgłaszającemu, w tym wszczynanie uciążliwych postępowań przeciwko zgłaszającemu. Otwarty katalog działań odwetowych podejmowanych w stosunku do osób, których praca była, jest lub ma być świadczona na podstawie stosunku pracy został wymieniony w art. 12 projektu, który jako takie działania wskazuje m. in. odmowe nawiązania stosunku pracy oraz wypowiedzenie lub rozwiązanie bez wypowiedzenia stosunku pracy.

Projekt ustawy przewiduje również sankcje za naruszenie obowiązku zachowania poufności tożsamości osoby, która dokonała zgłoszenia (art. 53) oraz za brak ustanowienia lub nieprawidłowe ustanowienie procedury zgłoszeń wewnętrznych (art. 55), przy czym ten drugi czyn ma stanowić wykroczenie.

Jedną z funkcji prawa karnego jest prewencja generalna, czyli odstraszenie członków społeczeństwa od popełniania przestępstw poprzez ich uświadomienie, że grozi to poniesieniem określonej kary. Samo wprowadzenie określonych zakazów lub nakazów bez sankcji za ich nieprzestrzeganie nie zapewniłoby osiągnięcia celu ustawy, jakim jest zagwarantowanie skutecznej ochrony osobom dokonującym zgłoszeń naruszenia prawa. Ostateczny kształt przepisów karnych w ustawie o sygnalistach poznamy po zakończeniu procesu legislacyjnego. Jednak biorąc pod uwagę termin na implementację Dyrektywy, który już upłynął, powinno to nastąpić w nieodległej przyszłości.

Autor: mec. Krzysztof Kleszcz, Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Bardziej się boimy, że za długi bank nie da kredytu, niż że stracimy dobre imię

70 proc. Polaków wie, że wpis do Krajowego Rejestru Długów może uniemożliwić zaciągnięcie kredytu bądź pożyczki, a 56 proc. uważa, że może utrudnić zakupy na raty. Niemal tyle samo jest zdania, że grozi to utratą wiarygodności i dobrego imienia. Najmniej obawiają się tego najmłodsi, najbardziej najstarsi. To wyniki najnowszego sondażu przeprowadzonego przez TGM Research w lipcu 2022 r.

Na koniec I półrocza 2022 r. w Krajowym Rejestru Długów Biurze Informacji Gospodarczej było wpisanych blisko 2,7 mln konsumentów i firm zadłużonych na łączną kwotę 54,3 mld zł. 83 proc. tej sumy, czyli 45,2 mld zł, należy do osób fizycznych, których w KRD jest 2,4 mln. 5-krotnie mniej, bo 9,2 mld zł, są winne swoim kontrahentom przedsiębiorstwa, instytucje i jednoosobowe działalności gospodarcze – tych w rejestrze jest 274 197.

Zadłużenie Polaków byłoby z pewnością niższe, gdyby nie ich mała wiedza o finansach. Nieco lepiej wypadamy w teście znajomości KRD – prawdopodobnie dlatego, że jest on z nami już 19 lat.

Wpis do KRD to same problemy

Krajowy Rejestr Długów rozpoczął działalność 4 sierpnia 2003 r. i do dziś jest skutecznym straszakiem na niepłacących. Obecność w KRD oznacza kłopoty. Najpoważniejszą konsekwencją wpisania na listę dłużników jest, zdaniem 70 proc. Polaków, brak możliwości zaciągnięcia kredytu i pożyczki. 56 proc. badanych wskazuje na problem z zakupami na raty, a 45 proc. na kłopoty z zawarciem umowy abonamentowej np. na telefon, Internet lub telewizję. 29 proc. respondentów zdaje sobie sprawę z tego, że dłużnik wpisany do KRD nie może skorzystać z opcji odroczonej płatności np. kupując na Allegro czy w sklepie internetowym. Polacy dostrzegają też konsekwencje natury moralnej – dla 55 proc. pojawienie się w KRD oznacza  utratę wiarygodności i dobrego imienia, a dla 23 proc. wstyd przed tym, co powiedzą inni.

Z tego badania płyną dwa wnioski, oba mało optymistyczne. Po pierwsze nadal spory odsetek Polaków nie czyta umów, które podpisuje, bo sklepy nie kredytują zakupów na raty, robią to banki. Po drugie bardziej boimy się utraty ekonomicznych korzyści niż dobrego imienia, co wskazywałoby, że dla sporej grupy społeczeństwa uczciwość jest niejako wymuszona obawą przed restrykcjami, a nie wynika z przekonania – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Mało optymistyczne jest też to, że najmniej obaw przed utratą dobrego wizerunku z powodu niespłacania długów mają najmłodsi Polacy. W przedziale 18-24 lata wskazywało tak 42 proc. respondentów, między 35. a 64. rokiem życia od 53 proc. do 59 proc., a w gronie najstarszych 69 proc.

Nie jest to zaskakujące, choć niewątpliwe smutne. Od lat obserwujemy, że najmłodszemu pokoleniu najłatwiej przychodzi decyzja, żeby czegoś nie zapłacić i nie czuć z tego powodu dyskomfortu. Pocieszające jest to, że wraz z wiekiem zmieniają podejście, niestety u części z nich jest to konsekwencja trafienia wcześniej do rejestru dłużników – dodaje Adam Łącki.

Co ciekawe, to najmłodsi najczęściej przyznają, że gdyby zabrakło im pieniędzy na opłacenie wszystkich rachunków, to w pierwszej kolejności regulowaliby te, za które mogliby zostać wpisani do KRD. Stwierdziło tak prawie 80 proc. ankietowanych w przedziale od 18 do 34 lat, podczas gdy wśród seniorów po 65. roku życia ten odsetek wyniósł 56 proc. Dla porównania – wśród przedsiębiorców taką deklarację złożyło 62 proc. ankietowanych.Bardziej się boimy, że za długi bank nie da kredytu, niż że stracimy dobre imię

Sprzeciw nic tu nie da, trzeba zapłacić

Obecność na liście dłużników może skutecznie utrudnić życie, dlatego wiele osób i firm chce zniknąć z rejestru jak najszybciej. Niestety nie każdy wie, jak to zrobić. Co 4. Polak myśli, że wystarczy spłacić część długu, a co 10. że trzeba zgłosić sprzeciw do KRD. To oczywiście nie jest prawdą. Podobnie jak wycofanie zgody RODO na przetwarzanie danych osobowych (9 proc.) czy zgłoszenie sprzeciwu do wierzyciela lub do UOKiK-u (po 7 proc. wskazań). Sposobem na to, by informacja o zadłużeniu zniknęła z KRD jest całkowita spłata zadłużenia. Uważa tak ¾ Polaków i to oni mają rację. W przypadku przedsiębiorców, co 2. (55 proc.) deklaruje, że spłaciłby natychmiast cały swój dług, gdyby dowiedział się, że został wpisany do KRD za nieuregulowaną w terminie fakturę.Bardziej się boimy, że za długi bank nie da kredytu, niż że stracimy dobre imię 2

 Jak sprawdzają, to chcą współpracować

Jedni wpisują dłużników do KRD, żeby odzyskać pieniądze, drudzy sprawdzają swoich kontrahentów, żeby… dłużników nie mieć. W sektorze finansowym i w dużych firmach to standard, ale w gronie małych i średnich przedsiębiorców to wciąż przedmiot kontrowersji. Część z nich uważa, że takie sprawdzanie to nietakt, bo klientowi trzeba ufać.

Jak więc sami zareagowaliby na informację, że zostali sprawdzeni przez inną firmę w KRD?

19 proc. obraziłoby się, ale tylko w 8 proc. uraza byłaby tak silna, że uniemożliwiałaby dalszą współpracę. 11 proc. podjęłoby kooperację. 49 proc. ankietowanych przedsiębiorców z sektora MŚP uznałoby, że skoro sprawdzają, to chcą współpracować i taką współpracę by podjęła.

To dobry wynik, pokazuje że już połowa przedsiębiorców przyswaja sobie te standardy działania, jakie obowiązują w dużych firmach, czy instytucjach finansowych: uważają, że sprawdzanie kontrahenta to normalna procedura. Te obawy, że ktoś się na nas obrazi są pokłosiem ciągle mocno obecnego w naszej kulturze przekonania, że to wierzyciel ma się zawsze wstydzić – albo tego, że sprawdza, albo tego, że domaga się spłaty, a nie dłużnik, który często kreuje się na ofiarę. Kiedy w połowie 2008 roku pod patronatem KRD uruchamialiśmy program Rzetelna Firma, to wielu właścicieli nie chciało się chwalić tym, że są uczciwi, jakby to było coś niewłaściwego – tłumaczy Andrzej Kulik, ekspert programu Rzetelna Firma.

Mamy dobre wieści

Dobrą informacją jest też to, że KRD gromadzi i udostępnia nie tylko dane na temat zadłużenia konsumentów i firm, ale również dane na temat tego, czy osoby fizyczne i przedsiębiorcy płacą swoje rachunki i faktury w terminie. To tzw. informacja pozytywna. W rejestrze widnieje już 59 mln zobowiązań pozytywnych o łącznej wartości 34,5 mld zł. Więcej takich informacji (78 proc.) dotyczy konsumentów i najczęściej wpisują je do KRD tacy wierzyciele jak: operatorzy telekomunikacyjni czy dostawcy innych usług masowych.Bardziej się boimy, że za długi bank nie da kredytu, niż że stracimy dobre imię 3

O badaniach:

Badania zrealizowane na zlecenie Krajowego Rejestru Długów przez TGM Research w lipcu 2022 roku:

– badanie ankietowe zrealizowane metodą CAWI na reprezentatywnej próbie osób w wieku 18-74; N=1000,

– badanie ankietowe zrealizowane metodą CAWI na reprezentatywnej próbie przedsiębiorstw z sektora MŚP, N=400.

GIP60 wzrósł w lipcu o 1,36% po spadku o 6% w czerwcu

Na koniec lipca Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) osiągnął wartość 869,35 punktów, co było wartością wyższą o 1,36% od tej zaobserwowanej na koniec czerwca, ale jednocześnie prawie 6% niższą od poziomu z końca maja i 24% poniżej wartości ustalonej na koniec ubiegłego roku. Niewielkie odbicie zaobserwowane w lipcu było możliwe głównie dzięki ogólnemu odreagowaniu na rynkach akcji, ale tym razem spółki produkcyjne zachowały się minimalnie gorzej od pozostałych branż, głównie przez obawy o dalszy spadek produkcji przemysłowej sygnalizowanego przez wskaźniki bazujące na ankietach wśród pracowników firm produkcyjnych.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc lipiec. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„Akcje polskich spółek produkcyjnych notowanych na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych są wyceniane obecnie średnio 13% poniżej wartości z początku 2016 roku, czyli umownego początku procesu reindustrializacji polskiej gospodarki.  W samym 2022 roku wartość Giełdowego Indeksu Produkcji opartego o 60 największych polskich spółek produkcyjnych z GPW spadła o 24%. O ile w tym roku GIP60 jest silnie skorelowany z indeksami szerokiego rynku WIG i jego pochodnymi, to w ostatnich latach wypada na ich tle słabo – WIG wzrósł w 2022 roku o ok. 22% a mWIG40 o ponad 42%. Może to sugerować duże niedoszacowanie cen akcji naszych producentów nawet na tle pozostałych akcji z GPW oraz innych rynków wschodzących wycenianych stosunkowo nisko. A perspektywy stojące przed sektorem wytwórczym nie są malowane jedynie w ciemnych kolorach, wręcz przeciwnie, stawiają przed naszymi producentami wiele szans i okazji.

Mimo trudnej sytuacji na wschodzących rynkach akcji, do których ciągle należy jednak zaliczać naszą GPW, kilka branż z sektora przemysłowego przyciągnęło w lipcu uwagę inwestorów. Najlepiej wypadły spółki z branży farmaceutycznej, które po gwałtownym wzroście „koronawirusowym” systematycznie traciły na wycenie rynkowej, jednak w lipcu na powrót zainteresowały inwestorów, najprawdopodobniej w wyniku rosnących obaw o potencjalną kolejną falę zachorowań. W konsekwencji ceny akcji spółek farmaceutycznych z GIP60 rosły w lipcu średnio o ponad 50% m/m. Również spółki z branży spożywczej i tzw. projektanci (spółki łączące funkcje projektowania, produkcji i dystrybucji odzieży) wypracowały swoim akcjonariuszom przyzwoite stopy zwrotu z inwestycji, bo średnia wśród spółek spożywczych wyniosła 9,51%, a u projektantów 2,1%. Na przeciwległym biegunie przemysł drzewny (średnio -8,67%), lekki (-5,86%), materiałów budowlanych (-4,83%) – czyli branże, które najbardziej odczuwają braki w zaopatrzeniu surowców. Rozkład stóp zwrotu w przekroju branżowym do złudzenia przypomina kulminację problemów wywołanych pandemią koronawirusa, kiedy oprócz spółek farmaceutycznych rosły ceny akcji niektórych producentów żywności i odzieży.

Skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze?

Opóźnienia w dostawach i wysoka inflacja kontynuują destabilizację rynków, co doprowadziło w ostatnich miesiącach do znaczącego spadku produkcji oraz nowych zamówień. Przełożyło się to na dalszy spadek nastrojów wśród spółek produkcyjnych – indeks PMI® spadł z 52,4 w kwietniu do 42,1 punktów w lipcu, znacznie oddalając się coraz dalej od neutralnej granicy 50 punktów i wkraczając w rejony pesymizmu gospodarczego z wartością najgorszą od maja 2020 roku. Produkcja i nowe zamówienia spadają w szybkim tempie, co sprawiło, że warunki w polskim sektorze wytwórczym gwałtownie się pogorszyły. Niestety spadły również zamówienia eksportowe, a firmy zaobserwowały niepokojące spowolnienie w europejskim przemyśle.

Podobnie kiepskie nastroje zapanowały w Niemczech. Instytut Badań Ekonomicznych Ifo z Uniwersytetu Monachijskiego, monitorujący sytuację w tamtejszym przemyśle, zwraca uwagę na poważne problemy z niedoborami komponentów elektronicznych i surowców, ale także na mnożące się przeszkody w globalnej logistyce, które ustawicznie i bezlitośnie pogłębiają problemy związane z zamówieniami. Według Instytutu największy udział firm zgłaszających problemy z wąskimi gardłami obserwuje się w branżach będących głównymi siłami napędowymi niemieckiej gospodarki, jak branża elektryczna i elektroniczna, producenci maszyn i urządzeń oraz motoryzacja – 9 na 10 firm z tych branż zgłosiło, że nie otrzymują wszystkich potrzebnych materiałów i półproduktów.

Problemy u naszego największego partnera handlowego są z jednej strony zagrożeniem, dla naszego przemysłu, z drugiej zaś szansą, którą zdają się wykorzystywać również inne kraje z naszego regionu. Przykładowo w branży motoryzacyjnej – jednej z najbardziej dotkniętych przez pandemię i powiązane z nią problemy – w przeciągu ostatnich kilku lat największy wzrost produkcji zanotowano na Litwie, w Polsce i w Bułgarii, a największy spadek w Niemczech, Belgii, Grecji i Francji. Jedną z przyczyn jest wzrost produkcji części zamiennych, ale drugim istotnym czynnikiem jest proces przesuwania produkcji z krajów Europy Zachodniej do naszych rejonów.

Najnowsze badania barometru ManpowerGroup monitorującego zatrudnienia w przemyśle wskazują na duży apetyt spółek produkcyjnych do zwiększenia zatrudnienia – 37% deklaruje wzrost zatrudnienia do końca września, a 55% utrzymanie obecnego poziomu. Może to potwierdzać oczekiwany przez producentów powrót dobrej koniunktury w branży i wysoki apetyt na wykorzystanie szans jakie niosą za sobą problemy gospodarek przemysłowych. A to by oznaczało, że jesteśmy w trakcie promocji na bardzo dobry towar jakim są akcje polskich spółek produkcyjnych. ”