Nieoczywiste źródła śladu węglowego. Od miliona samochodów więcej CO2 emitują… mieszkańcy lasów!

Transport drogowy, lotnictwo, przemysł – właśnie te sektory pojawiają się w czołówce największych emitentów dwutlenku węgla, jednak często nie zdajemy sobie sprawy z istnienia mniej oczywistych źródeł śladu węglowego. Czy las – na pierwszy rzut oka i największy sojusznik człowieka w walce z kryzysem klimatycznym – może być równocześnie współsprawcą całego zamieszania? Zgadza się, o ile same drzewa faktycznie redukują nadmierne stężenie CO2, to inni lokatorzy stają po całkowicie innej stronie barykady.

Kto odpowiada za ślad węglowy?

Jak wynika z analiz Global Carbon Budget już 2 lata temu niechlubnym liderem w kategorii emisji CO2 były Chiny z wynikiem ponad 10 gigaton (Gt), co przekłada się na 27,3-proc. udział w światowych wskaźnikach. Za niewiele mniej, bo 14,8 proc. z kolei odpowiadały Stany Zjednoczone, a zaraz po USA sytuowały się Indie, Rosja, Japonia oraz Niemcy. Doliczając do tego zestawienia Iran, 7 największych emitentów jest odpowiedzialnych za blisko 22,5 GT dwutlenku węgla, czyli 61,5 proc. globalnej emisji.

Wniosek nasuwa się prosty – największymi emitentami są gospodarki o wysokim stopniu industrializacji oraz urbanizacji. Ubiegłoroczne analizy m.in. zespołu hiszpańskiego dziennika „El País”, redakcji „Le Figaro”, czy też belgijskiego „Le Soir” pokazują, że tylko w Europie za 1/3 emisji gazów cieplarnianych odpowiada 20 koncernów. Na niechlubnej liście dominują firmy niemieckie (w sumie 6 spółek na czele z RWE), choć badacze wskazują także na pojedyncze sieci portugalskie, amerykańskie, hiszpańskie, portugalskie, czeskie, szwedzkie, luksemburskie oraz m.in. 2 spółki znad Wisły.

– Niestety sektor energetyczny zaliczany jest do jednych z największych emitentów CO2 nie tylko w Europie, ale i na całym świecie. Dlatego też tak istotna jest autorefleksja branży, w której działamy i realna chęć restrukturyzacji. Na szczęście rynek wita coraz więcej spółek, takich jak nasza, które już od początku swojej działalności stawiają na tzw. zieloną energię z OZE – komentuje Julia Piątkowska, ekspertka ds. marketingu Respect Energy S.A.

Świnie gorsze od samochodów

Co jednak z naturalnymi źródłami śladu węglowego? W tej kategorii jednym z najciekawszych przykładów jest Puszcza Amazońska, a więc “zielone płuca” planety. Czy rzeczywiście dają wytchnienie całej Ziemi? Niekoniecznie. Jeszcze w tym roku media mówiły o artykule w magazynie “Nature” Scotta Denninga z Colorado State University, w którym to naukowiec udowadnia, iż lasy Amazonki emitują obecnie więcej CO2, niż pochłaniają. Dlaczego? Głównie za sprawą działalności człowieka – nadmiernego wylesiania oraz znacznego wypasu zwierząt.

Jeszcze bardziej reprezentatywnym przykładem “naturalnych” źródeł emisji CO2 jest działalność… dzikich świń. Według zespołu Christophera O’Bryana z Uniwersytetu Queensland każdego roku światowa populacja gatunku przyczynia się do uwalniania 5,4 mln ton dwutlenku węgla. Jak wynika z analiz badaczy, jest to ekwiwalent eksploatacji 1,1 mln samochodów. Powód? Przede wszystkim buchtowanie, a więc zrywanie darni przez świnie w celu znalezienia pożywienia. Poprzez uszkodzenia gleby do atmosfery uwalniane są niewielkie (ale w skali całego świata bardzo znaczne) ilości CO2.

– Ponieważ gleba zawiera prawie 3 razy więcej związków węgla niż atmosfera, nawet niewielki ułamek emisji z gleby jest w stanie przyspieszyć zmiany klimatyczne. Nasze modele […] wskazują, że dzikie świnie najprawdopodobniej buchtują obszar od 36 tys. do 124 tys. kilometrów kwadratowych, w regionach, które nie są dla nich rodzimym środowiskiem. Jest to ogromna ilość ziemi, a to nie tylko wpływa na kondycję gleby i emisję dwutlenku węgla, ale także zagraża bioróżnorodności i bezpieczeństwu żywnościowemu, które są kluczowe dla zrównoważonego rozwoju – wyjaśniał cytowany przez portal Futurity.org Christopher O’Bryan.

Kto powstrzyma emitentów?

– Niezależnie, czy mówimy o transporcie, przemyśle, Puszczy Amazońskiej, czy nawet działalności dzikich zwierząt, kluczem do osiągnięcia neutralności klimatycznej jest ścisła realizacja zasad zrównoważonego rozwoju ustanowionych przez ONZ. Tylko w ten sposób społeczeństwo może przeciwdziałać zmianom, które obserwujemy na porządku dziennym. Kryzys klimatyczny to również znaczące wyzwanie dla przedsiębiorców. Dawanie ekoprzykładu powinno być jednym z priorytetów odpowiedzialnego biznesu – ocenia Julia Piątkowska z Respect Energy S.A.

Już teraz widać, że świadomi klienci dali bardzo wyraźny sygnał przedsiębiorcom, iż bez realnego działania również rynkowo biznes znacznie straci w oczach konsumentów. Według wyliczeń analityków z londyńskiego Unilevera firmy, które skutecznie komunikują cel swojej działalności, rosną o 69 proc. szybciej niż konkurencja. Ponadto, badania Nielsena mówią aż o 75 proc. przedstawicieli Pokolenia Y, którzy deklarują gotowość do zapłacenia nawet wyższej ceny za produkty ekologiczne i. Co ciekawe, także młodsze grupy odbiorców deklarują gotowość do działania na rzecz planety, ponieważ według Mobile Institute blisko 70 proc. polskich nastolatków poszerza swoją wiedzę o ideach zrównoważonego rozwoju poza domem.

– Nie bez powodu mówimy o tzw. Społeczności Respect Energy, ponieważ widzimy, że walka o planetę to wspólne wyzwanie. W pojedynkę nie zdziałamy zbyt wiele, a jak się okazuje – nie tylko stricte działalność człowieka przekłada się na znaczny współczynnik emisji. Moim zdaniem badania Uniwersytetu Queensland powinny otworzyć oczy wielu osobom, zarówno sceptykom zmian klimatycznych, jak i aktywnym działaczom na rzecz planety, ponieważ w sposób bardzo obrazowy przedstawiają skalę emisji. Dlatego też nie ma szans na całkowite pozbycie się śladu węglowego. Byłoby to wręcz szkodliwe dla całego ekosystemu. Chodzi przede wszystkim o ograniczenie “nadmiernego” śladu węglowego. To jest w mojej opinii słowo klucz – podsumowuje Piątkowska.

Sam przykład analiz zespołu profesora O’Bryana to tylko jeden z wielu obszarów, które nie odbijają się głośnym echem w dyskusji o zmianach klimatu. Dzięki takim badaniom społeczeństwo coraz bardziej zdaje sobie sprawę z niuansów emisyjnych, a także realnych wyzwań współczesnego świata. Na szczęście planeta doczekała się już aktywnych rzeczników jej potrzeb – zarówno w szeregach klientów, jak i odpowiedzialnego biznesu.

Wolnych biur jest dużo – właściciele nieruchomości coraz skłonniejsi do negocjacji czynszu i długości trwania umowy

Zauważalny spadek aktywności najemców połączony z wysoką podażą nowej powierzchni biurowej przekłada się na wzrost współczynnika pustostanów. W Warszawie w I połowie 2021 roku wynosił on 12,5%. Czy na rynku nieruchomości obserwujemy zatem większą elastyczność właścicieli biurowców?

„Rozmawiając z właścicielami budynków biurowych widzimy, że spora część z nich jest skłonna do większej elastyczności przy podpisywaniu i renegocjacji umów niż miało to miejsce przed pandemią. Jednym z czynników wpływających na to jest bezsprzecznie wzrost współczynnika pustostanów. W ostatnim kwartale w Warszawie zwiększył się on o 1,1 pp. Natomiast dla porównania z II kw. 2020 aż o 4,6 pp. W praktyce oznacza to, że obecnie mamy dostępne do wynajęcia od zaraz 760 000 m kw. powierzchni biurowej,” – mówi Janusz Garstka, Dyrektor działu Reprezentacji Właściciela.

Aktywność najemców nadal pozostaje na niższym poziomie niż w latach poprzednich, dlatego właściciele niektórych biurowców, żeby nie zostać z pustymi powierzchniami skłonni są do podpisywania krótszych umów najmu. Przed pandemią standardem rynkowym przy renegocjacjach były 3-5 letnie kontrakty. Teraz zdarzają się sytuacje, w których najemcy przedłużają umowy tylko na rok. Większość tego typu przypadków dotyczy jednak budynków starszych, z rynku wtórnego, które właśnie w ten sposób starają się zabiegać o nowych najemców i obecnych. Jeżeli chodzi o projekty z rynku pierwotnego, nadal podpisywane są umowy nie krótsze niż na 5 lat.

Niewątpliwie w oczach najemców atrakcyjne są biurowce z powierzchniami, które można wynająć na krótko, oferujące zaplecze konferencyjne oraz wszelkiego rodzaju nowoczesne rozwiązania technologiczne, które mają wpływ na komfort, ale i bezpieczeństwo użytkowników budynku.

„Na rynku biurowym w Warszawie nadal obserwowana jest większa niż przed pandemią skłonność najemców do renegocjacji kontraktów. Przedłużenia istniejących umów stanowiły ponad 40% wolumenu wynajętej powierzchni w I połowie 2021 roku,” – dodaje Janusz Garstka.

Wywoławcze stawki czynszu na stołecznym rynku utrzymywały się dotychczas na stabilnym poziomie, jednak na początku 2021 roku odnotowano już niewielkie korekty, najczęściej w wysokości ok. 0,5 EUR.

„Właściciele biurowców chcąc przekonać najemców do relokacji oferują potencjalnym klientom coraz bardziej konkurencyjne i elastyczne warunki najmu, które są połączone z równie atrakcyjnymi zachętami finansowymi. Mówimy tu o  zwolnieniach z czynszu, dodatkowym budżecie na aranżacje powierzchni czy też innych rozwiązaniach finansowych, które pozwalają obniżyć stawkę czynszu,” – komentuje Janusz Garstka.

Możemy spodziewać się, że bezpieczeństwo, oszczędności oraz elastyczność będą w dalszym ciągu wiodącymi tematami w kolejnych miesiącach na rynku biurowym.

Globalna reforma podatkowa według USA

„To historyczny dzień dla dyplomacji ekonomicznej” – tak w Departamencie Skarbu USA skomentowano decyzję 130 państw produkujących 90% światowego PKB o przyłączeniu się do międzynarodowej reformy podatkowej. Warto przyjrzeć się, jaka jest istota tej reformy, jaka jest w niej rola Waszyngtonu i jakie skutki umowa ta będzie miała dla reszty świata.

Założenia globalnej reformy podatkowej

We czwartek 1 lipca 2021 r. 130 państw, w tym wszystkie kraje G20, ogłosiło swoją decyzję o przystąpieniu do nowego ramowego porozumienia o międzynarodowej reformie podatkowej. Reforma ta przewiduje m.in. objęcie 15% podatkiem działalność korporacji cyfrowych. Taką informację podał Wall Street Journal. Składający się z dwóch głównych części pakiet uzgodnień powstał po dziesięcioletnich negocjacjach prowadzonych pod auspicjami Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Pakiet ten ustala zasady, wg których duże korporacje wielonarodowe będą „płacić podatki tam, gdzie prowadzą działalność i osiągają zyski”. OECD szacuje, że z powodu niedoborów podatkowych w sektorze cyfrowym państwa tracą od 100 do 240 miliardów dolarów rocznie.

Politycy w samych superlatywach wyrażają się o osiągniętym porozumieniu. Sekretarz generalny OECD Matthias Corman powiedział, że „po latach intensywnych prac i negocjacji, to historyczne porozumienie zapewni, że duże międzynarodowe korporacje wszędzie tam, gdzie prowadzą działalność, będą płacić sprawiedliwą część podatków”. Natomiast Sekretarz Skarbu USA Janet Yellen nazwała dzień podpisania porozumienia: „historycznym dla dyplomacji ekonomicznej”. „Dzisiejsze porozumienie między 130 krajami, jest wyraźnym sygnałem, że „wyścig ustępstw” (konkurencja między krajami o inwestycje poprzez ulgi podatkowe), jest o krok bliżej do swego zakończenia”.

W kogo wymierzona jest globalna reforma podatkowa?

Adresaci nowego podatku – duże firmy technologiczne wspierają zmiany przepisów podatkowych i – co ciekawe – dotyczy to również sytuacji, w których proponowane zmiany oznaczają dla nich wyższy poziom opodatkowania. Powód jest jasny – właściciele korporacji obawiają się, że rządy krajowe zaczną działać samodzielnie wobec zachodnich firm, pobierając od nich podatki wg własnego upodobania. Dlatego na Zachodzie, głównie w USA, postanowiono ograniczyć się 15-procentowym podatkiem ponadnarodowym, który ochroni korporacje przed znacznie wyższymi podatkami i pozwoli im się tanio wykupić. Zdaniem przedstawicieli dużych firm technologicznych umowa wyeliminuje zagrożenia związane z opodatkowaniem krajowym, zwłaszcza z systemami podatkowymi Francji i Wielkiej Brytanii. Przewiduje się, że nowe porozumienie może objąć nie tylko gigantów technologicznych, ale generalnie wszystkie duże międzynarodowe korporacje.

Reforma nie wszystkim się podoba

Jednak nie wszystkie opinie na temat tego porozumienia są równie entuzjastyczne. Niektóre kraje europejskie nadal sprzeciwiają się porozumieniu, argumentując, że pozbawi je ono możliwości przyciągnięcia inwestycji zagranicznych. Do krajów tych należy m.in. Irlandia, która jest europejską siedzibą większości największych amerykańskich firm technologicznych, a także Węgry i Estonia. Inni adwersarze to Nigeria, najludniejszy kraj Afryki, a także Kenia, Peru i Sri Lanka.

Poza tym pojawiają się podejrzenia, że nowe porozumienie jest elementem gry ekonomicznej wewnątrz Stanów Zjednoczonych. Według Wall Street Journal umowa ta jest ściśle powiązana z wewnętrzną agendą podatkową w USA. „Stany Zjednoczone zapewniły sobie międzynarodowe wsparcie, dla globalnej minimalnej stawki podatkowej, w ramach szerszego przeglądu przepisów podatkowych dla firm międzynarodowych. Uzyskanie tego poparcia jest ważnym krokiem w kierunku osiągnięcia ostatecznego porozumienia, w sprawie kluczowego elementu wewnętrznych planów administracji Bidena” – czytamy w artykule zamieszczonym na łamach tej gazety.

Jak eksperci oceniają proponowaną reformę?

Oceniając proponowane rozwiązanie podatkowe, eksperci uważają, że z jednej strony taki ruch wydaje się dla większości państw rozwiązaniem sprawiedliwym. Stałą praktyką wielkich międzynarodowych korporacji i dużych firm cyfrowych było – jak dotąd – poszukiwanie dla siebie najwygodniejszej jurysdykcji podatkowej. W efekcie firmy te uzyskują przewagę nad producentami krajowymi nie dzięki efektywnej działalności, ale w wyniku zróżnicowania etapów cyklu produkcyjnego: w jednym miejscu odbywa się produkcja dóbr i usług, w drugim – sprzedaż, w trzecim – przechowywanie danych i pieniędzy, a opłata podatków – w czwartym. Według ekspertów na tym modelu opiera się cały światowy biznes. Z drugiej strony prawie wszystkie jurysdykcje podatkowe na świecie mają obecnie charakter narodowy. Dlatego „można zrozumieć radość sekretarz skarbu USA Janet Yellen” – pisze WSJ – „po raz pierwszy zrobiono krok, w kierunku stworzenia ponadnarodowej jurysdykcji podatkowej”. Decyzja o wprowadzeniu globalnego podatku stanie się precedensem w praktyce międzynarodowej.

I tutaj zaczynają się podejrzenia przeciwników polityki neoliberalnej, którzy twierdzą, że „powstanie ponadnarodowej jurysdykcji podatkowej, od dawna było marzeniem „globalnych szefów”, a celem globalistów było zniesienie przywileju nakładania podatków przez suwerenne państwa. Według antyglobalistów jest to ewidentny przykład de-suwerenizacji państw narodowych: „To wątpliwy środek i do pewnego stopnia niebezpieczna tendencja. Kto zbiera podatki, nadaje ton kontaktom z korporacjami” – twierdzą ich eksperci. „W takim przypadku każda duża firma może powiedzieć państwu narodowemu: Słuchaj, po co nam twoje zasady? Prawo jest ustalane przez tych, którym płacimy podatki”. Poza tym uważają oni, że wg projektu nowego globalnego prawa podatkowego „spore środki trafią w ręce międzynarodowych biurokratów i to oni będą regulować działalność cyfrowych gigantów”.

Dużo pytań, mało odpowiedzi

Oprócz tych wątpliwości w kwestii ponadnarodowego podatku pojawia się coraz więcej pytań: jak te podatki pobierać, jak je rozdzielać, kto będzie tworzył aparat podatkowy? Już teraz pojawiają się obawy, że po pewnym czasie zaczną narastać także inne sprzeczności. Sprzeczności wynikające z faktu, że zachodnie korporacje wcześniej zajęły nisze, które mogłyby być zajęte przez przedsiębiorstwa rosyjskie, chińskie, indyjskie, irańskie, czy brazylijskie. Firmy te pocieszają się, że na razie nie ma mowy o natychmiastowej realizacji tego porozumienia. Głównie z powodu nieznanej jeszcze reakcji na nie części amerykańskiego establishmentu. Prawdopodobnie niektóre z amerykańskich „grubych ryb” będą niezadowolone z decyzji o globalnym opodatkowaniu „dużego biznesu” i opowiedzą się za pobieraniem podatków przez państwa narodowe.

Jednak generalnie rząd w Waszyngtonie opowiada się za globalnym podatkiem. Powodem takiego stanowiska jest obawa przed ofensywą ze strony rządów krajowych przeciwko amerykańskim korporacjom, zmuszającą je do przestrzegania lokalnych przepisów. To mogłoby doprowadzić do upadku amerykańskiej obecności w wielu obszarach. Amerykanie mają pod tym względem stosunkowo słabą pozycję i to rozumieją. Stąd próba ochrony własnych platform poprzez wypracowanie międzynarodowego konsensusu w dziedzinie opodatkowania. A Stany Zjednoczone już dają do zrozumienia, że widzą się w roli regulatora nowego procesu podatkowego.

Podsumowanie

Dla przeciwników wprowadzenia globalnego podatku dobra wiadomość jest taka, że w zasadzie sama decyzja 130 krajów o przystąpieniu do takiej reformy nie oznacza, że podatek ten zostanie automatycznie wprowadzony. Jak dotąd zatwierdzony został jedynie sam jego pomysł, idea. Dalej pomysł ten będzie dyskutowany na różnych płaszczyznach. „Myślę, że to porozumienie ‘umrze’ na długo przed jego realizacją, ponieważ w najbliższej przyszłości, czeka nas wprowadzenie w wielu państwach pewnego rodzaju suwerenności sfery cyfrowej. Działalność gigantów IT zostanie podporządkowana dużym, silnym państwom narodowym, a nie strukturom ponadnarodowym” – twierdzi jeden z ekspertów, szef Centrum Badań Politycznych i Ekonomicznych Instytutu Nowego Społeczeństwa w Moskwie.

Większość ekonomistów potwierdza opinię, że globalnego podatku od osób prawnych nie uda się wprowadzić, jednak próby pozbawienia suwerennych jurysdykcji części ich prerogatyw, w tym opodatkowania, w dalszym ciągu będą podejmowane.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki – Twórca Kancelarii Prawnej Skarbiec, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polska edukacja wśród 10 najbardziej zagrożonych na świecie atakami hakerów

Hakerzy wykorzystują powrót do szkół oraz natłok prac w ośrodkach akademickich – ostrzega firma Check Point Research, która dzieli się zatrważającymi danymi: co tydzień w Polsce dochodzi do przeszło 2700 ataków na szkoły, ośrodki akademickie i badawcze! Polski sektor edukacji znajduje się w ścisłej światowej czołówce pod względem ilości incydentów bezpieczeństwa cybernetycznego.

Jak wynika z badań Check Point Research, w ostatnim półroczu doszło do 29% wzrostu ilości cyberataków. Szczególnie groźnie wygląda sytuacja w sektorze edukacji – szkoły, uniwersytety i placówki badawcze co tydzień zmagają się z licznymi atakami, mającymi za cel przejęcie danych osobowych i finansowych, a także kradzież patentów, wyników badań i know-how.

Wzrost ataków cybernetycznych na instytucje szkolne i akademickie jest szczególnie widoczny w Polsce. We wrześniu 2020 roku na jedną placówkę edukacyjną przypadało od 800 do 950 prób ataków. W lipcu tego roku było ich 2716, czyli blisko 1000 więcej niż wynosi średnia ogólnoświatowa!

– Zarówno w Polsce, jak i globalnie, hakerzy upodobali sobie sektor badań i edukacji. Znaczny przyrost ataków nastąpił pod koniec maja, po czym od połowy lipca obserwujemy nieznaczny spadek tego typu incydentów – mówi Wojciech Głażewski, Country Manager firmy Check Point Software w Polsce.

Polska jest obecnie ósmym najczęściej atakowanym krajem w tym sektorze. Trzy czołowe pozycje zajmują obecnie Indie (5196 ataków), Włochy (5016) oraz Izrael (4011).Ataki hakerskie na organizacje z sektora edukacji i badań

– Istnieje kilka powodów, dla których ten sektor jest szczególnie interesujący dla hakerów. Przede wszystkim własność intelektualna: w dobie epidemii koronawirusa przekonaliśmy się jak ważnym jest dostęp do najnowszych osiągnięć naukowych. Mówimy tu zarówno o atakach o charakterystyce czysto zarobkowej, jak i cyberszpiegostwie przemysłowym. Drugą motywacją mogą być spore bazy danych kandydatów, absolwentów i pracowników naukowych, które można będzie wykorzystać w dalszych atakach lub odsprzedać na czarnym rynku. Wydaje mi się, że cyberprzestępcy szukają szansy w obszarze edukacji, ponieważ zakładają, że uczelnie i placówki badawcze wydają mniej środków na bezpieczeństwo cybernetyczne niż firmy i korporacje, będąc tym samym łatwiejszym cele – dodaje ekspert Check Pointa.

Polskie kosmiczne technologie ratunkiem dla branży rolniczej

Rosnąca liczba ludności na Ziemi to jeden z największych problemów dzisiejszego świata, który ciągnie za sobą wiele negatywnych aspektów. Jednym z nich jest nieustannie wzrastające zapotrzebowanie na żywność. Kluczem do jego rozwiązania może być modernizacja rolnictwa oraz jakości upraw. Firmy KP Labs oraz QZ Solutions, połączyły swoje siły dla stworzenia technologii opartej na wykorzystaniu sztucznej inteligencji do zdalnego szacowania parametrów gleby za pomocą zdjęć satelitarnych. Wdrożona innowacja umożliwi redukcję czasu oczekiwania na wyniki z 3 tygodni do 4 dni. 

Według badań FAO (ang. Food and Agriculture Organization) do 2050 roku produkcja rolna będzie musiała wzrosnąć aż o 70%, aby zapewnić wystarczającą ilość żywności dla stale rosnącej liczby ludności. Jest to zależne w głównej mierze od parametrów gleby1 i odpowiedniej strategii nawożenia upraw. Aby umożliwić odpowiednią dynamikę rozwoju potrzebne są narzędzia, które zapewnią właściwe zarządzanie i zwiększenie ilości plonów. Narzędzia te powinny także zapewnić skuteczne przetwarzanie otrzymanych informacji, z wyszczególnieniem tylko tych najbardziej istotnych. Odpowiedzią na to jest rolnictwo precyzyjne, czyli system zarządzania gospodarstwem oparty na najnowszej technologii. Staje się ono coraz bardziej popularnym rozwiązaniem, ponieważ dzięki możliwości automatyzacji procesów planowania i podejmowania decyzji w czasie rzeczywistym, pozwala na zwiększenie wydajności upraw oraz optymalizację rentowności gospodarstwa rolnego.

Dla usprawnienia tego procesu firmy KP Labs oraz QZ Solutions połączyły siły w celu zaprojektowania unikatowej technologii wspierającej rolnictwo precyzyjne. Opracowana innowacja, polegająca na analizie składu gleby za pomocą zdjęć hiperspektralnych oraz algorytmów sztucznej inteligencji, ma ostatecznie umożliwić zdalny odczyt składu gleby. Zastosowanie takiej technologii nie tylko usprawni pozyskiwanie informacji, ale również wpłynie pozytywnie na nasze zdrowie i środowisko, ponieważ zminimalizuje ilość użytych nawozów rolniczych.

“Dla podkreślenia znaczenia, jakie odkrycie naszych firm może wnieść w dalsze dzieje rolnictwa postanowiliśmy nazwać nasz projekt Genesis – czyli początek. Ma on stanowić punkt zwrotny w tradycyjnym podejściu do planowania upraw i stać się narzędziem, które w przyszłości zrewolucjonizuje tę gałąź gospodarki” – mówi Zbigniew Kawalec, dyrektor generalny QZ Solutions.

Zlecony przez Europejską Agencję Kosmiczną (ESA) projekt polega na przeprowadzeniu programu pilotażowego dotyczącego analizy gleby z wykorzystaniem danych hiperspektralnych. Rozdzielczość jaką uzyskuje się z próbek w przypadku danych z satelity (~30m/piksel) i danych lotniczych (~2m/piksel), pozwala na pozyskanie szczegółowych informacji, które są niezbędne do dalszej interpretacji. Tradycyjne podejście do monitorowania parametrów gleby jest całkowicie zależne od człowieka, ponieważ próbki gleby muszą być zbierane, mieszane i wysyłane do analizy, co zajmuje wiele czasu i jest bardzo pracochłonne.

Pomysł wykorzystania obrazowania hiperspektralnego wspartego sztucznymi sieciami neuronowymi pozwoli na porównanie zebranego na miejscu materiału – metodą tradycyjną – z tym pozyskanym i przetworzonym zdalnie. Jeśli okaże się, że za sprawą wykorzystanej technologii, możliwe jest mapowanie parametrów takich, jak zawartość potasu, magnezu, fosforu czy poziomu pH w glebie, uruchomiony zostanie kolejny etap projektu. Będzie on odbywał się w przestrzeni kosmicznej, gdzie przetwarzanie danych nastąpi bezpośrednio na orbicie. Cały proces wykrywania parametrów gleby zostanie zautomatyzowany za sprawą algorytmów obecnych na pokładzie satelity Intuition-1, dzięki czemu użytkownik końcowy otrzyma gotowe, kompletne już informacje.

“Idea projektu opiera się na wykorzystaniu do tego celu naszego satelity Intuition-1. Plany są bardzo ambitne i w pierwszej kolejności, pilotażowo „na Ziemi”, chcemy sprawdzić, czy w ogóle możliwe jest zdalne wykrywanie parametrów gleby przy użyciu technik uczenia maszynowego zastosowanych do analizy danych hiperspektralnych. Jeśli to się powiedzie, planujemy przenieść nasze rozwiązanie właśnie na pokład Intuition-1, udowadniając tym samym, że parametry gleby mogą być wykrywane zdanie “z kosmosu”. Genesis nie tylko przyczyni się do rozwoju rolnictwa, ale również udowodni, że uczenie maszynowe może dostarczyć kluczowych informacji z surowych danych hiperspektralnych w wyspecjalizowanych aplikacjach – stanowiąc wielki krok w przyszłość rolnictwa.” mówi Michał Zachara, dyrektor operacyjny KP Labs.

Wykorzystanie obrazowania hiperspektralnego jest kluczem do zdalnej analizy jakości gleby i jej składu. Polega ono na zebraniu i przetworzeniu informacji (w widmie fal elektromagnetycznych), których nasze oko nie jest w stanie zarejestrować. Potrafi to natomiast zrobić kamera hiperspektalna. Dzięki wykorzystaniu kilkuset różnych spektrów, algorytmy sztucznej inteligencji są w stanie oszacować ilość poszczególnych makroelementów w glebie. Objętość danych hiperspektralnych sprawia jednak, że ich akwizycja i transfer na Ziemię są bardzo kosztowne i czasochłonne, co związane jest z ograniczeniami transmisji danych. Dlatego na pokładzie planowanego do umieszczenia na orbicie przez KP Labs satelity Intuition-1, na przełomie 2022/2023 poza kamerą hiperspektralną, zaimplementowane zostaną wcześniej wspomniane algorytmy oraz jednostka przetwarzania danych Leopard. Są one najistotniejszymi elementami umożliwiającymi pozyskiwanie i selekcję danych w taki sposób, aby uchwycone i przesłane na Ziemię zostały tylko te informacje, które są kluczowe dla odbiorcy końcowego. Obecnie na rynku funkcjonują już systemy teledetekcji satelitarnej, których zdjęcia mogą być wykorzystywane w analizach rolniczych. Wyjątkowość satelity Intuition-1 polega  na redukcji objętości zdjęć oraz automatycznej selekcji obiektów na pokładzie satelity, dzięki czemu skracany jest czas i zmniejszany koszt przesyłu danych na Ziemię.

Funt traci mimo dobrych danych

Jak pokazały dane z Wielkiej Brytanii, inwestorzy nie zawsze reagują na oficjalne oczekiwania. W przypadku wczorajszych danych wyraźnie mieli swoje własne, bo pomimo dobrego odczytu sprzedawali brytyjską walutę.

Rynek pracy na Wyspach

Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy pokazują po raz kolejny, że czarne wizje związane z brexitem nie spełniają się. Bezrobocie wynosi 4,7%, czyli 0,1% poniżej oczekiwań, spada liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, a wzrost wynagrodzeń osiągnął 8,8%. Ta ostatnia informacja brzmi podejrzanie dobrze, co okazuje się prawdą. Jest to parametr liczony rok do roku, a w zeszłym roku w trakcie pandemii wynagrodzenia spadały. Średni wzrost wynagrodzeń z dwóch lat jest poniżej 4%. Rynki przyjęły te dane jednak z pewnym dystansem. Być może inwestorzy, patrząc na dane w tym roku, podchodzą już z pewnym dystansem do prognoz dla Wielkiej Brytanii.

Dane z USA

Pakiet danych zza oceanu trzeba zgodnie z godziną publikacji podzielić na dwie części. O godzinie 14:30 poznaliśmy sprzedaż detaliczną, która spada w ujęciu rocznym o 1,1% wobec oczekiwanego wyniku -0,2%. Jest to spójne z narracją pojawiającą się coraz częściej w mediach, że w zeszłym roku z powodu zamknięcie wielu punktów usługowych przenieśliśmy konsumpcję z usług na towary. W tej chwili również z powodu problemów z dostawami nie jesteśmy w stanie utrzymać tego tempa, stąd spadek. Drugie dane to rosnąca produkcja przemysłowa trzy kwadransy później. Wzrost w skali roku wynosi 0,9%, ale to nadal 0,4% powyżej oczekiwań. Odczyt ten spowodował umacnianie się dolara względem euro i znów znajdujemy się na tej parze blisko jej maksimów od listopada 2020 roku.

Handel w Japonii

W nocy poznaliśmy wynik bilansu handlowego dla Japonii. Nadwyżka handlowa jest wciąż duża, jednakże prognozy zarówno wzrostu eksportu, jak i importu były znacznie wyższe od publikowanych danych. Biorąc pod uwagę punkt odniesienia do danych covidowych i dużych spadków, nie mogą dziwić ani wysokie dwucyfrowe wzrosty, ani duża zmienność tych odczytów. Nieosiągnięcie oczekiwanych poziomów przełożyło się jednak negatywnie na notowania jena japońskiego, który tracił po publikacji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych należy zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – budowy domów,
20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Silniki spalinowe na zakręcie, trwa boom na LNG – najnowsze dane rejestracji

Kiedy Komisja Europejska debatuje nad nowymi normami emisji spalin, większość producentów samochodów osobowych zapowiedziało całkowitą elektryfikację. Z kolei w branży transportowej trwają znaczne wzrosty w rejestracjach pojazdów zasilanych LNG.

Zaostrzenie standardów emisji spalin w ramach normy Euro 7 może sprawić, że ich spełnienie okaże się dla producentów samochodów osobowych bardzo trudne. Tymczasem plany Komisji Europejskiej zakładają neutralność klimatyczną (także w transporcie) do 2050 r. Producenci samochodów osobowych już teraz dostosowują się do nowej rzeczywistości, ogłaszając:

  • 2028 r. – to koniec silników spalinowych w nowych samochodach Opla;
  • 2033-35 – Volkswagena;
  • 2040 – Hondy;

Dylematy branży transportowej

Tocząca się dyskusja nad przyszłością branży motoryzacyjnej dotyczy nie tylko samochodów osobowych, ale też wszelkich pojazdów wykorzystywanych do transportu towarów.

O ile dla właścicieli samochodów osobowych oznacza to spore zmiany, o tyle właściciele lub osoby decyzyjne z firmy w branży TSL mogą mierzyć się ze sporymi wyzwaniami, które stawiają niekiedy rentowność biznesu pod znakiem zapytania. Dlatego też nie brakuje głosów krytycznych wobec tak restrykcyjnych planów Komisji Europejskiej. Z czego wynikają obawy?

Zmiana taboru to dla każdej firmy wysoki koszt, a szczególnie odczuwalne może to być w przypadku mniejszych przedsiębiorców, dla których kwestie eko nie muszą być priorytetem. Co więcej potrzeba przejścia na flotę elektryczną może być dla branży wyzwaniem logistycznym, gdyż zasięg samochodów elektrycznych nie gwarantuje komfortowej pracy nawet dla aut dostawczych, w przypadku mniejszych dostaw czy kurierów, a co dopiero dla ciężarowych.

Dodatkowe konsekwencje dla przedsiębiorców mogą być równie trudne i wiązać się ze zwiększonymi kosztami, jak: zmiany kadrowe, reorganizacja logistyki itd.

Rosnąca popularność jednostek LNG – z czego wynika?Duon_infografika_boomLNG_2

Przejście z floty zasilanej jednostkami spalinowymi na elektryczne może być problematyczne, dlatego też rośnie popularność LNG jako paliwa pomostowego. Potwierdzają to statystyki rejestracji pojazdów powyżej 3,5 t zasilanych LNG. Według danych SAMAR na podstawie CEPIK jeszcze w 2019 roku zarejestrowano zaledwie 15 takich pojazdów, w ubiegłym roku 650, a w pierwszej połowie 2021 – już 655. W 2019 roku zarejestrowano w sumie ponad 28 tys. nowych pojazdów powyżej 3,5 t zasilanych dieslem, 78 – CNG (sprężony gaz ziemny), rok później liczby te wynosiły odpowiednio ponad 19,5 tys. i 96, a w pierwszej połowie 2021: ponad 15 tys. i 133.

– To co warto podkreślić to fakt, że jednocześnie rośnie udział rejestracji pojazdów zasilanych LNG w rejestracjach nowych samochodów ciężarowych. W 2019 roku był on niezauważalny na poziomie 0,1 proc., natomiast rok temu ten odsetek wynosił już 3 proc., a w bieżącym roku – już 4 proc. Widoczny trend zwiększonego zainteresowania pojazdami ciężarowymi zasilanymi LNG to m. in. efekt zalet wynikających z przejścia z silników spalinowych. To pokazuje, że chętnie zmienia się mentalność właścicieli firm transportowych, którzy nie tylko szukają oszczędności, ale też ich świadomość odnośnie aspektów ekologicznych prowadzenia biznesu stale rośnie – mówi Łukasz Byczkowski, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w DUON Dystrybucja sp. z o.o.

Wśród głównych czynników decydujących o przejściu na LNG wymienia się m.in. niższe koszty.

– Nawet w przypadku wzrostu cen LNG, w porównaniu do diesla ceny pozostają niższe, a pamiętać należy, że firmy transportowe mogą z dostawcami gazu uzgodnić stałą, korzystną dla siebie stawkę. Przy przejściu na LNG nie ucierpi również logistyka i nie zwiększy się czas obsługi, gdyż podobnie jak w przypadku diesla możliwa jest instalacja stacji tankowania na terenie firmy wraz z całą niezbędną infrastrukturą i wsparciem technicznym. Istotne oszczędności, jakie można uzyskać wynikają również ze zwolnienia z opłat MAUT w Niemczech i niższych opłat drogowych we Włoszech. Co ważne, wprowadzenie ulg rozważają inne kraje Unii Europejskiej, w tym Polska – dodaje Łukasz Byczkowski.

Gaz vs diesel – które paliwo jest bardziej eko?Duon_infografika_boomLNG_1

Szacuje się, że w skali globalnej sektor transportowy odpowiada obecnie za około jedną czwartą światowych emisji CO2. Dlatego też nie bez znaczenia jest również aspekt czystości powietrza. Jakie efekty zmiana zasilania silnika przynosi w praktyce?

– Pojazdy zasilane LNG są bardziej przyjazne dla środowiska niż tradycyjne diesle. Litr diesla generuje około 2,6 kg CO2, a średnie spalanie naszych ciągników to 33 l/100 km. Przy około 1,5 mln km, które przejeżdżają rokrocznie nasze pojazdy, dzięki przejściu na LNG jesteśmy w stanie zredukować emisję dwutlenku węgla o niemal 1,29 mln kg CO2 w skali roku – uzupełnia Małgorzata Bilska z Duon Logistyka sp. z o.o., którego flota stale rozszerzana jest o ciężarówki zasilane LNG.

Przejście z mikrofirmy do dużej zwiększa produktywność zatrudnionego o średnio 300 proc.

Polskie mikrofirmy są mało produktywne i rzadko skalują swoją działalność. Są również o 10 pkt. proc. mniej wydajne w porównaniu do analogicznych przedsiębiorstw z państw Grupy Wyszehradzkiej. W stosunku do średniej dla państw OECD różnica ta wynosi już 25 pkt. proc. Przy przejściu z mikrofirmy do dużego przedsiębiorstwa, średnia produktywność jednego pracownika wzrosłaby w Polsce aż o 300 proc. Zarazem w latach 2014-2018, różnica w przeżywalności między najmniejszymi podmiotami a przedsiębiorstwami zatrudniającymi powyżej 9 pracowników wynosiła aż 26 pkt. proc. – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Pułapka małej skali. O produktywności polskich firm”.

Na początku lat 90. XX wieku produktywność polskich firm w porównaniu do  zachodnich przedsiębiorstw wynosiła 30 proc. W 2019 r. osiągnęła już 77 proc. Wzrost miał jednak zróżnicowany charakter. O ile jego tempo w przypadku największych firm było wysokie, to dla mikroprzedsiębiorstw sytuacja wyglądała odmiennie. Skutkiem jest jedna
z najwyższych unijnych dysproporcji wydajności między mikroprzedsiębiorstwami
a dużymi firmami. Wynosi ona blisko 70 pkt. proc. Duża jest też luka produktywności polskich mikrofirm w porównaniu do innych państw regionu, która wynosi 10 pkt. proc.  Ta dysproporcja jednak bardzo szybko maleje wraz ze wzrostem zatrudnienia. Jest to widoczne już po przekroczeniu zatrudnienia na poziomie 10 pracowników – małe polskie firmy dysponujące 10-19 pracownikami są relatywnie tak produktywne jak w innych państwach Unii Europejskiej.Przejście z mikrofirmy do dużej zwiększa produktywność zatrudnionego o średnio 300 proc

Wśród kluczowych czynników negatywnie wpływających na wzrost produktywności krajowych firm należy wymienić przede wszystkim ich małą wielkość firm oraz rozdrobnienie, relatywnie wysoki poziom zatrudnienia w nisko produktywnych gałęziach gospodarki, a także ograniczony i spadający potencjał wykorzystania siły roboczej wynikający ze spadającej liczby ludności w wieku produkcyjnym oraz niskie (chociaż powoli rosnące) publiczne i prywatne nakłady inwestycyjne na badania i rozwój – mówi Łukasz Błoński, starszy doradca z zespołu strategii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Polskie firmy zbyt rzadko rosną przez co nie wykorzystują efekt skali

Wpływ mikrofirm na polską gospodarkę jest ogromny. W 2019 r. wytwarzały one 29 proc. krajowego PKB, zatrudniając ponad 34 proc. ogólnej liczby pracujących. Odsetek zatrudnionych w mikroprzedsiębiorstwach był w Polsce znacznie wyższy niż we Francji (25 proc.) czy Niemczech (19 proc.), nie różnił się natomiast od średniej dla Grupy Wyszehradzkiej. Zarazem mikrofirmy wpływają istotnie na funkcjonowanie polskiego rynku, na którym pojawia się i znika więcej przedsiębiorstw niż w innych krajach Unii. Przekłada się to na odsetek przeżywalności firm przez pierwsze trzy lata funkcjonowania, pozostający w Polsce poniżej unijnej średniej. Występuje jednak znacząca dysproporcja
w przeżywalności między najmniejszymi przedsiębiorstwami a zatrudniającymi na starcie powyżej 9 pracowników. Wynosi ona aż 26 pkt. proc.

Z licznych badań wynika, że to najmniejsze i najmłodsze firmy najbardziej zwiększają zatrudnienie w pierwszych lata działalności. Polska odstaje na tym tle. W porównaniu do innych państw OECD, odsetek wzrostu zatrudnienia w Polsce jest na niemal najniższym poziomie ze wszystkich państw Organizacji. Przez pierwsze dwa lata działalności wynosił on zaledwie 27 proc., podczas gdy średnia dla państw Grupy Wyszehradzkiej to 53 proc.
Z badań PIE wynika zarazem, że w latach 2015 tylko 18 proc. mikrofirm zdecydowało się na zwiększenie zatrudnienia. W efekcie, przeciętna polska firma kurczy się – ze średnio 4,8 zatrudnianego pracownika w 2016 r. do 4,5 w 2019r.

Eksport jest dla dużych

Wysoka produktywność przekłada sią na udział firm w eksporcie. Dane o eksporcie dobrze obrazują funkcjonowanie i rozwój polskich firm. Dynamika polskiego eksportu w ostatnich trzech dekadach była imponująca. W relacji do PKB jego wartość wzrosła z 15 proc. w 1996 r. do 25 proc. w 2003 r. i aż 45 proc. w 2019r. Nie jest to jednak zjawisko jednorodne, bowiem mikroprzedsiębiorstwa są zapóźnione w internacjonalizacji. Nie zmienia się to mimo upływu czasu.

W latach 2010–2018 eksport przeciętnego polskiego eksportera wzrósł dynamicznie, szczególnie w średnich i dużych firmach, o odpowiednio 245 proc. i 240 proc. Także
w małych przedsiębiorstwach wzrost przeciętnej wartości obrotu był relatywnie wysoki, bo wynosił 175 proc.  Tymczasem w latach 2010-2018 przeciętna wartość eksportu polskich w ogóle mikrofirm nie uległa zwiększeniu. Ich intensywność eksportu jest niska, nieznacznie przekracza  5 proc. wartości obrotów mikroprzedsiębiorstw. Zarazem wartość eksportu polskich firm jest mniejsza niż przeciętnie w państwach OECD i innych krajach Grupy Wyszehradzkiej. Przeciętny eksport polskiego eksportera jest o ok. 70 proc. mniejszy pod względem wartości niż średnia dla firm z OECD. Różnica ta zwiększa się jeszcze bardziej w przypadku mikrofirm i wynosi 80 proc.

Mamy do czynienia z sytuacją, w której polskie mikroprzedsiębiorstwa są mało produktywne na tle gospodarek rozwiniętych, a jednocześnie zbyt rzadko zachodzi proces osiągania przez nie kolejnych etapów wzrostu, co pozwoliłoby im na wykorzystanie efektu skali i szybsze zwiększanie produktywności. W Polsce występują jednak uwarunkowania, sprzyjające zwiększaniu wydajności krajowych przedsiębiorstw. Na większy rozmiar firm przekładają się bowiem populacja oraz rozmiar rynku, zachodzi również korelacja między udziałem przemysłu w zaawansowanych gospodarkach a rozmiarem przedsiębiorstw –
w Polsce w 2019 r. wynosił on 28,2 proc. w relacji do PKB, co stanowiło jeden z wyższych wskaźników w UE i OECD. Dodatkowym czynnikiem pozytywnie wpływającym na potencjalny wzrost rozmiarów polskich firm jest dostęp do niemieckiego i innych rynków państw UE. Dlatego warto rozważyć wdrożenie bodźców, na które wskazujemy w ostatniej części raportu, które mogłyby zachęcić i ułatwić polskim przedsiębiorcom
w osiąganiu efektu skali przekładającego się na wzrost inwestycji i innowacji – konkluduje Łukasz Błoński, starszy doradca z zespołu strategii PIE.

O czym pamiętać przed wyjazdem do Niemiec jako opiekunka osób starszych?

Jednym z głównych problemów, z jakimi borykają się europejskie kraje, jest starzejące się społeczeństwo. Z tego względu branża opieki nad osobami starszymi przeżywa rozkwit. Pracy nie brakuje zarówno w kraju, jak i za granicą. Wśród opiekunek z Polski szczególnie popularnym kierunkiem są Niemcy. Jak przygotować się do zagranicznego wyjazdu?

Czy każdy może pracować jako opiekunka osób starszych?

Opiekunka osób starszych nie musi mieć wykształcenia medycznego, ale wymagane jest doświadczenie. Agencje pośredniczące między pracownikami a rodzinami najczęściej nie mają dużych wymagań w tym względzie – wystarczy opieka nad seniorem w swojej rodzinie. Jeżeli jednak opiekunka posiada udokumentowane doświadczenie czy wykształcenie, może liczyć na szerszy zakres obowiązków i adekwatne wyższe wynagrodzenie.

Od opiekunek wyjeżdżających do pracy do Niemiec oczekuje się co najmniej podstawowej znajomości języka niemieckiego. Powód jest prosty – ofert bez języka niemieckiego jest niewiele. Jeżeli opiekunka nie zna języka, ale jest zdeterminowana, przyspieszony i darmowy kurs niemieckiego (również online) może zapewnić jej agencja. Mile widziane jest też prawo jazdy.

Kompetencje to nie wszystko – ważne są też predyspozycje. W pracy z seniorami najlepiej odnajdują się osoby cierpliwe, troskliwe i empatyczne. Od opiekunek osób starszych wymagana jest też siła fizyczna, gdyż nie każdy senior jest sprawny – niektórzy podopieczni wymagają pomocy nawet przy podstawowych czynnościach, w tym higienie osobistej.

Oferta dopasowana do umiejętności opiekunki – klucz do sukcesu

Zadowolenie opiekunki i seniora zależy przede wszystkim od dopasowania wzajemnych oczekiwań. Dzięki dobrze skonstruowanej ofercie pracy opiekunka osób starszych może poznać:

  • Zakres obowiązków. Zdarza się, że opieka nad osobą starszą jest połączona z zajmowaniem się domem, w tym sprzątaniem, gotowaniem czy robieniem zakupów.
  • Wymagania. Dotyczą one umiejętności, doświadczenia oraz kompetencji językowych, jakich rodzina seniora oczekuje od opiekunki.
  • Stan zdrowia seniora. Niektórzy podopieczni wymagają całodobowej opieki, inni z kolei głównie towarzystwa przez kilka godzin dziennie. W zakresie obowiązków opiekunki może być też dowożenie seniora na zajęcia rehabilitacyjne.
  • Miejsce zakwaterowania. Często opiekunki osób starszych w Niemczech mieszkają u podopiecznego – otrzymują pokój do swojej dyspozycji.
  • Długość kontraktu. Przeciętny wyjazd trwa 6-8 tygodni. Zdarza się jednak, że agencja proponuje opiekunce dłuższy kontrakt.

Dobre agencje opiekunek przykładają dużą wagę do tego, aby oferta była jasna i rozwiewała wątpliwości. To właśnie szczegółowe opisanie kondycji seniora i oczekiwań względem opiekunki pozwala uniknąć nieporozumień.

O czym pamiętać przed wyjazdem do Niemiec jako opiekunka osób starszych?

Wyjazd do pracy za granicę wiąże się z koniecznością dopełnienia formalności. Opiekunki, które wyjeżdżają na dłużej niż 6 miesięcy, powinny zgłosić swój wyjazd w urzędzie gminy. W przypadku krótszych kontraktów takiej konieczności nie ma.

Jeżeli opiekunka wybrała Niemcy jako kraj docelowy i wyjeżdża przez agencję, to pozostaje również kwestia umowy, którą powinna podpisać jeszcze na terenie Polski. Z tytułu umowy powinny być odprowadzane składki ZUS, w tym również zdrowotne. Z kolei podleganie ubezpieczeniu zdrowotnemu pozwala otrzymać Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ). Potwierdza ona prawo opiekunki do korzystania z pomocy medycznej w innych krajach Unii Europejskiej na takich samych zasadach, na jakich korzystają z niej obywatele danego kraju. W wyrobieniu karty EKUZ może pomóc agencja opiekunek. Taką praktykę stosuje agencja Avoria, z której ofertami można zapoznać się na stronie https://avoria.com.pl/oferty-pracy-dla-opiekunek/.

Zalety pracy jako opiekunka osób starszych w Niemczech

Opiekunka osób starszych to zawód, który – poza satysfakcją – wiąże się z atrakcyjnymi zarobkami. Ich wysokość uzależniona jest od kilku czynników, głównie jednak stanu zdrowia seniora i długości kontraktu. Opiekunki wyjeżdżające przez sprawdzone agencje mogą liczyć też na bonusy i premie w ramach programów lojalnościowych.

Praca w charakterze opiekunki osób starszych daje szansę nabycia nowych umiejętności. Opieka nad seniorami o różnym stanie zdrowia pozwala lepiej poznać potrzeby osób starszych oraz zapewnia doświadczenie. Osoby, które chcą pracować w branży opiekuńczej, mogą podnosić swoje kwalifikacje na kursach i szkoleniach. Z kolei im lepsze przygotowanie do pracy i bogatsza praktyka, tym opiekunka ma większe szanse na atrakcyjne kontrakty.

Wyjazd za granicę do Niemiec do pracy w charakterze opiekunki pozwala poznać nowe miejsca i pogłębić zdolność komunikacji w języku niemieckim. Agencje opiekunek współpracują z rodzinami z różnych części Niemiec. To pozwala opiekunce za każdym razem wyjechać do innej miejscowości. W rezultacie opiekunka może połączyć pracę z rozwojem osobistym i nabywaniem nowych umiejętności.

Przed wyjazdem do Niemiec warto zadbać również, o transport. W dzisiejszych czasach istnieje wiele firm zajmujących się przewozem osób. Jedną z takich firm jest TransBus oferujący od lat transport osób do Niemiec. Ofertę tego przewoźnika można sprawdzić na stronie https://www.busywroclawniemcy.pl/przewoz-osob-do-niemiec/

Mieszkanie spółdzielcze własnościowe – wycena i sprzedaż

Chcesz kupić mieszkanie spółdzielcze własnościowe? A może jesteś właścicielem takiego mieszkania i chcesz je sprzedać? Zobacz, na czym polega wycena mieszkania i jakie masz prawa do lokalu. Zapoznaj się z poniższym artykułem i podejmij działania już dziś!

Czym jest spółdzielcze mieszkanie własnościowe i czym różni się od własnościowego?

W przypadku spółdzielczego mieszkania własnościowego jego właścicielem jest spółdzielnia, a osoba zamieszkująca jest jedynie użytkownikiem. Oznacza to, że nie ma ona praw do części wspólnej, jak np. klatka schodowa i to spółdzielnia jest prawnym właścicielem. W przypadku mieszkań własnościowych sprawa ma się inaczej i osoba zamieszkująca jest właścicielem również części wspólnych.

Jakie jeszcze różnice można zauważyć? Mieszkanie własnościowe posiadać musi księgę wieczystą, jako że stanowi niezależną własność. W przypadku spółdzielczego mieszkania własnościowego prowadzenie ksiąg nie jest konieczne, aczkolwiek możliwe. Ułatwia to na przykład wzięcie kredytu. Jak wygląda sprawa z wykonywaniem remontów? W tym przypadku niepotrzebna jest zgoda spółdzielni i swobodnie możesz wykonywać wszelkie zmiany w mieszkaniu, jak zmiana podłogi czy koloru ścian.

W jakim celu dokonuje się wyceny mieszkania?

W niektórych przypadkach wycena mieszkania jest konieczna. Dokonywana jest zwykle przy sprzedaży mieszkania, otrzymaniu spadku czy darowizny. Wycena jest również konieczna, jeśli chcesz ubezpieczyć mieszkanie. Na tej podstawie firmy ustalają wysokość ubezpieczenia i wysokość płaconych składek. Jeśli chcesz szybko sprawdzić szacunkową cenę mieszkania, koniecznie zapoznaj się z ofertą homly.to, a w szczególności z automatycznym narzędziem, które umożliwia darmową wycenę nieruchomości online. 

W jaki sposób wycenia się spółdzielcze mieszkanie własnościowe?

Zastawiasz się, czy możesz sprzedać spółdzielcze mieszkanie własnościowe? Tak! Na jakiej zasadzie wycenia się ten rodzaj nieruchomości? Zadanie to należy do rzeczoznawcy. Określa on wartość mieszkania między innymi na podstawie lokalizacji budynku, piętra, na którym znajduje się lokum czy ogólnego stanu technicznego budynku mieszkalnego. Na tej podstawie sporządzany jest operat szacunkowy, czyli dokument określający wartość nieruchomości.

Jak sprzedać spółdzielcze mieszkanie własnościowe?

Decydując się na sprzedaż spółdzielczego mieszkania własnościowego, przenosisz prawa własności na osobę kupującą. Spółdzielnia, chociaż jest właścicielem mieszkania, nie musi być informowana o transakcji. Sprzedaż następuje na podstawie aktu notarialnego. Jakie dokumenty są niezbędne do dokonania transakcji? Jako że w przypadku spółdzielczego mieszkania nie ma konieczności posiadania ksiąg wieczystych, należy przestawić inne dokumenty, między innymi przydział lokalu ze spółdzielni. Jeśli księgi są prowadzone, sprawa jest ułatwiona i jest to jedyny niezbędny dokument.

Warto poprosić spółdzielnię również o inne dokumenty, między innymi obowiązujące opłaty oraz informację o stopniu zadłużenia, jeśli występuje, ponieważ wszystkie te informacje zdecydowanie ułatwią sprzedaż i nowy nabywca będzie mieć wszystkie niezbędne informacje do podjęcia decyzji.

Spółdzielcze mieszkanie własnościowe różni się w pewnych kwestiach od tego własnościowego. Jeżeli chcesz dokonać wyceny mieszkania, między innymi ze względu na chęć sprzedaży bądź ubezpieczenia, potrzebne jest sporządzenie przez rzeczoznawcę operatu szacunkowego. Posiadając ten dokument oraz inne dokumenty ze spółdzielni bez problemu możesz dokonać sprzedaży.

Fitwel i WELL – certyfikaty na nowe czasy

Promowanie zdrowia i dobrego samopoczucia użytkowników staje się jednym z priorytetów dla właścicieli i najemców nieruchomości. Z pewnością wpływ na to ma obecna trudna sytuacja epidemiologiczna, która zachwiała naszym poczuciem bezpieczeństwa i sprawiła, że kwestie zdrowotne stały się dla nas jeszcze bardziej istotne. W konsekwencji wzrasta zainteresowanie systemami certyfikacji skoncentrowanymi na ludzkich potrzebach, do których należą Fitwel i WELL.

Podczas gdy WELL jest już znany i obecny na polskim rynku nieruchomości komerycyjnych od kilku lat, Fitwel, przyznawany na świecie od 2017 r. przez organizację Center for Active Design, dopiero buduje swoją rozpoznawalność w Polsce. W tym roku miała miejsce pierwsza w Polsce certyfikacja w tym systemie. Certyfikat, przy wsparciu ekspertów Działu Certyfikacji Zielonych Budynków Colliers, zdobyła firma Shell Energy dla swojego biura w krakowskim budynku High5ive.

Fitwel – system certyfikacji dopasowany do twoich potrzeb

Fitwel jest rygorystycznym, zewnętrznym systemem certyfikacji budynków mającym na celu promowanie pozytywnych efektów zdrowotnych wśród użytkowników budynków i społeczności. Stworzony przez amerykańskie instytucje: U.S. Centers for Disease Control and Prevention (CDC), zajmującą się m.in. zapobieganiem i wykrywaniem chorób oraz U.S. General Services Administration, odpowiedzialną m.in. za budowę i zarządzanie budynkami rządowymi, początkowo był programem pilotażowym przeprowadzonym na 89 budynkach. Pilotaż systemu zakończył się badaniem, w którym 84% uczestników potwierdziło skuteczność systemu oraz pozytywny wpływ na zrozumienie, jak budynek i przestrzeń wpływa na zdrowie i komfort użytkowników. Punktem wyjścia dla stworzenia Fitwel była analiza ponad 5000 badań akademickich, na podstawie której opracowano listę dobrych praktyk zdrowego projektowania i użytkowania przestrzeni.

Do największych zalet certyfikatu Fitwel z pewnością należy duża elastyczność, większa niż w przypadku WELL. Proces certyfikacji umożliwia indywidualne dopasowanie go do istniejących i nowych budynków w celu wykorzystania potencjału danego projektu. Fitwel, podobnie jak WELL, jest złożony z długiej listy dobrych praktyk, które dotyczą wszystkiego, co ma wpływ na zdrowie i komfort użytkowników. Do pozytywnego zakończenia procesu certyfikacji budynek lub powierzchnia muszą otrzymać minimum 90 na 144 punkty, przydzielanych w 12 kategoriach w ramach których określono ponad 60 zagadnień i punktów do oceny. W zależności od uzyskanego wyniku właściciele bądź najemcy powierzchni mogą uzyskać jedną, dwie lub trzy gwiazdki (analogicznie przyznawane są oceny Bronze, Silver, Gold i Platinum w systemie WELL). Część z punktowanych praktyk i udogodnień wprowadzonych dla pracowników dotyczy przestrzeni zewnętrznej: lokalizacji, dostępu do komunikacji publicznej, usług, bliskości parków, targów czy infrastruktury fitness. Inne stawiają wymagania względem systemów bezpieczeństwa, udogodnień dla osób z niepełnosprawnością, oświetlenia, terenów zielonych, dostępu do wody pitnej, dostępu do zdrowej żywności (np. w postaci fitomatów), promocji aktywności fizycznej (m.in. zachęt do korzystania ze schodów), oraz aranżacji powierzchni, biorąc po uwagę takie kwestie jak dostęp do światła dziennego, widoków czy zapewnienie pokoi laktacyjnych, siłowni czy stref relaksu. Tak duże zróżnicowanie kryteriów i możliwość swobodnego ich wyboru pozwala na kreowanie strategii wellbeingowej dopasowanej do potrzeb i aspiracji firmy.

Fitwel vs. WELL – co wybrać?

Oba certyfikaty skupiają się na rozwiązaniach prozdrowotnych i wellbeingowych, przyczyniając się tym samym do tworzenia przestrzeni w budynkach, która pozytywnie wpływa na zdrowie i samopoczucie użytkowników. Bazują na szerokim zestawie dobrych praktyk, jednak WELL, w przeciwieństwie do Fitwel, zawiera obszerną listę wymagań koniecznych, bez spełnienia których nie ma możliwości uzyskania certyfikatu, nawet po otrzymaniu dużej liczby punktów w innych kategoriach. Znacznie zmniejsza to szanse starszych budynków, zawężając w praktyce krąg obiektów z perspektywami na pozytywne przejście procesu certyfikacji do tych nowo powstałych lub poddanych renowacji i modernizacji zgodnej z wymaganiami systemu. Kryteria konieczne dotyczą głównie jakości powietrza oraz wody i oświetlenia, które w przypadku niektórych budynków wydłużają proces starania się o certyfikat, ponieważ wymagają dokonania istotnych zmian w przestrzeni, a czasami nawet w całym budynku. Fitwel odwrotnie – umożliwia elastyczne dopasowanie katalogu punktów do potrzeb inwestora, ale i potencjału danej nieruchomości czy powierzchni najmu. Pozwala projektom dokumentować interesujące ich usprawnienia i zagadnienia wellbeingowe z długiej listy rygorystycznych kryteriów, ale o przyznaniu certyfikatu decyduje wyłącznie liczba uzyskanych punktów, a braki w jednej z kategorii można zrekompensować innymi wprowadzonymi rozwiązaniami.

Poziom elastyczności systemów certyfikacji wyraźnie wpływa na koszty. WELL częstokroć wymaga od zainteresowanych uzyskaniem certyfikatu poniesienia dużych nakładów finansowych na dostosowanie budynku lub powierzchni do rygorystycznych kryteriów koniecznych. Różnią się również koszty administracyjne – Fitwel okazuje się być tańszy już na samym etapie rejestracji, która wynosi czterokrotnie mniej niż w przypadku WELL (600 USD vs. 2500 USD). Pozostałe koszty są ruchome, zależne od wielkości powierzchni – sprawdzanie dokumentacji przez ekspertów obu systemów w przypadku średniej wielkości biura mogą wynieść ok. 10 tys. USD (WELL) lub ok. 5,5 tys. USD (Fitwel). Na dodatkowy koszt związany z certyfikacją WELL składają się wymogi przeprowadzenia specjalistycznych pomiarów na powierzchni, bez których certyfikacja jest niemożliwa.

Oba certyfikaty przyznawane są na czas określony – okres trzech lat. Po ich upływie konieczne jest przejście procesu recertyfikacji, czyli poddanie powierzchni i wprowadzonych na niej rozwiązań ponownej ocenie. Niektóre kwestie wymagają jednak corocznego raportowania, m.in. poziom stężenia pyłów zawieszonych, dwutlenku węgla i formaldehydów w powietrzu, a także poziom zadowolenia użytkowników przestrzeni. W przejściu nierzadko długiego i skomplikowanego procesu certyfikacji pomocne może stać się zatrudnienie konsultanta – koszt takiej usługi w przypadku Fitwel, ze względu na mniejszy stopień komplikacji i czasochłonności prac, bywa dwu- lub trzykrotnie niższy niż w WELL.

Certyfikaty a pandemia

Zarówno Fitwel, jak i WELL pochyliły się nad tematem bezpieczeństwa sanitarno-epidemiologicznego w budynkach oraz poszczególnych przestrzeniach i stworzyły specjalne „pandemiczne” odsłony swoich certyfikatów – WELL HSR (Health-Safety Rating) oraz Fitwel VR (Viral Response). Są to w dużej mierze zredukowane programy podstawowych systemów certyfikacji, skoncentrowane na rozwiązaniach związanych z dezynfekcją i czystością powierzchni, BHP czy procedurami wdrażanymi przez firmę w momencie wystąpienia przypadku zakażenia u użytkowników przestrzeni. Oba certyfikaty są przyznawane na rok. O ile Fitwel VR czeka na pierwszą certyfikację w Polsce, o tyle WELL HSR może pochwalić się lawinowo rosnącą liczbą rejestracji i certyfikacji w naszym kraju.

Wdrażanie systemów WELL HSR czy FitWel VR wynika z chęci potwierdzenia użytkownikom, że budynek lub organizacja wprowadziły na swoich przestrzeniach rozwiązania zabezpieczające przed ryzykiem epidemiologicznym. Tego typu certyfikaty bywają punktem wyjścia do dalszych procesów certyfikacji, na przykład poprzez aplikację do certyfikacji w pełnym programie WELL lub Fitwel.

W dobie wzrostu zainteresowania firm kwestiami ESG (Environmental, Social and Corporate Governance) oraz coraz częstszego przygotowywania raportów pozafinansowych w przedsiębiorstwach certyfikacja Fitwel i WELL będzie zyskiwać na znaczeniu. Promowanie zdrowia i dobrego samopoczucia użytkowników to nie tylko kwestia odpowiedzialności społecznej – wpływa również pozytywnie na wizerunek organizacji, a także pomaga w procesie rekrutacji i sprzyja produktywności pracowników. Już sam udział w procesie certyfikacji pozwala na zaimplementowanie sprawdzonych na całym świecie rozwiązań, przedstawionych w kompletnym katalogu dobrych praktyk. Nie trzeba już za każdym razem szukać najlepszych rozwiązań metodą prób i błędów, oba systemy stanowią kompendium wiedzy dla wszystkich, chcących usprawnić praktyki związane ze zdrowiem i komfortem użytkowników swoich organizacji.

Andrzej Gutowski, Associate Director w Dziale Certyfikacji Zielonych Budynków w Colliers

Cyber(nie)bezpieczna szkoła hybrydowa

Polski system edukacji ma za sobą trzy niezwykle trudne semestry nauki zdalnej. To okres, w którym pierwszy raz w historii szkoły musiały w ekspresowym tempie przeprowadzić cyfrową transformację, wdrażając technologię niezbędną do prowadzenia zdalnych lekcji, a także przygotowując uczniów, nauczycieli i pracowników administracyjnych do korzystania z nowych narzędzi. Konieczne było zastosowanie jednolitych narzędzi do współpracy oraz zadbanie o to, aby każdy uczeń miał dostęp do odpowiedniego sprzętu i oprogramowania. Sytuacja wymusiła konieczność podejmowania szybkich decyzji. Cyfryzacja jednak nie lubi pośpiechu. Czy dzisiejsze szkoły, w których technologia stała się nieodłącznym elementem, są cyfrowo bezpieczne? Na to pytanie odpowiada Sebastian Wąsik, Country Manager na Polskę w baramundi software AG.

W marcu 2020 roku 4,6 mln uczniów w Polsce rozpoczęło naukę z domu z wykorzystaniem elektronicznych materiałów edukacyjnych udostępnianych przez nauczycieli. Oznacza to, że kilka milionów prywatnych urządzeń, takich jak komputery stacjonarne, laptopy, tablety czy smartfony zostało włączonych do szkolnej infrastruktury IT. Do tego dochodzi również zakupiony przez gminy sprzęt przeznaczony dla najbardziej potrzebujących szkół i uczniów, a także urządzenia, z których korzysta kilku użytkowników w ramach jednego gospodarstwa domowego. Błyskawiczna i niekiedy niekontrolowana rozbudowa zasobów IT to poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa cyfrowego szkół.

„Każde z tych urządzeń może zostać zaatakowane tworząc furtkę dla cyberprzestępców do wewnętrznych zasobów szkoły, w tym danych osobowych. Dlatego niezwykle ważne jest, aby wraz z wprowadzaniem nowych technologii i punktów końcowych, szkoły zadbały również o odpowiednią politykę bezpieczeństwa cyfrowego” – podkreśla Sebastian Wąsik.

Silna ochrona szkolnych systemów informatycznych i urządzeń jest szczególnie istotna dzisiaj, gdy nasilają się ataki hakerskie, których celem jest wywołanie chaosu i destabilizacja państw. Przykładem jest przeprowadzona w kwietniu tego roku seria cyberataków na francuską sieć nauczania. W jej wyniku wiele platform do nauki online było zablokowanych, a uczniowie i nauczyciele nie mogli uczestniczyć w zajęciach. Ponadto, wyciek danych osobowych uczniów lub infekcja szkolnych systemów złośliwym oprogramowaniem może oznaczać dla państwa straty nawet w wysokości kilku milionów złotych.

Ujednolicone zarządzanie punktami końcowymi

Jak wskazuje ekspert, pierwszym i najważniejszym elementem polityki bezpieczeństwa cyfrowego szkoły powinno być ujednolicone zarządzanie punktami końcowymi. Przeznaczone do tego narzędzia pozwalają administratorom IT w sposób zdalny i zautomatyzowany wykonywać wiele podstawowych czynności, niezbędnych do zapewnienia bezpieczeństwa IT.

„Pierwszą z nich jest inwentaryzacja sprzętu i oprogramowania znajdującego się w szkolnym systemie informatycznym. W jego skład wchodzą wszystkie dostępne w szkole komputery, tablice interaktywne, drukarki czy porty sieciowe, a także urządzenia wykorzystywane przez uczniów podczas nauki zdalnej. Dzięki narzędziom UEM administratorzy mogą również regularnie wykonywać skany bezpieczeństwa, aby wykryć ewentualne podatności, takie jak luki w oprogramowaniu. W przypadku rozbudowanej infrastruktury informatycznej konieczna jest również automatyczna instalacja poprawek bezpieczeństwa i aktualizacja systemu na wielu urządzeniach jednocześnie” – powiedział Sebastian Wąsik.

Cyberbezpieczeństwo po królewsku

Przykładem placówki edukacyjnej, która posiada rozległą infrastrukturą informatyczną jest King’s School w Canterbury. Ta najstarsza, brytyjska szkoła prywatna w ostatnich latach w pełni wykorzystywała potencjał edukacyjny narzędzi IT, zapewniając uczniom i nauczycielom łatwy i szybki dostęp do informacji. Każda sala lekcyjna oraz pokój w internacie zostały wyposażone w porty sieciowe oraz dostęp do Wi-Fi. Dzięki temu uczniowie mogą połączyć się z siecią wewnętrzną szkoły czy drukarkami, intranetem oraz Internetem. Młodzież mieszkająca w internacie może również korzystać ze swoich własnych smartfonów, tabletów czy laptopów.

„Wysoki poziom technologii stanowi nie lada wyzwanie dla zespołu IT naszej szkoły, ponieważ zarządzanie tak rozbudowaną siecią wiąże się z szeregiem zagrożeń dla systemów. Dlatego ważne jest, aby była ona zawsze chroniona” – podkreśla Robin Falcon, dyrektor ds. IT w czterech placówkach King’s School w Wielkiej Brytanii.

King’s School w Canterbury zdecydowała się wdrożyć oprogramowanie baramundi Management Suite – „Funkcja zarządzania łatkami umożliwia automatyczną aktualizację oprogramowania, dzięki czemu możliwe jest usuwanie luk w zabezpieczeniach, korygowanie błędów i rozszerzanie funkcji poprzez terminowe aktualizacje. Na tej samej zasadzie moduł OS Install stanowi wsparcie dla zespołów IT, które chcą przeprowadzić automatyczną instalację systemów operacyjnych na urządzeniach podłączonych do sieci. Powyższe funkcje będą szczególnie przydatne dla szkoły, która dysponuje rozległą siecią, ponieważ oszczędzają czas informatyków” – podsumował Sebastian Wąsik.

System do ujednoliconego zarządzania urządzeniami końcowymi nie tylko umożliwił egzekwowanie polityki cyberbezpieczeństwa, ale także usprawnił pracę działu IT. Obecnie szkoła jest w trakcie instalacji systemu Windows 10 na komputerach we wszystkich czterech placówkach w Zjednoczonym Królestwie. Proces ten odbywa się z wykorzystaniem narzędzi baramundi. Bez nich wiązałby się on z większym obciążeniem pracą, a dział IT miałby mniej czasu na realizację innych ważnych zadań. Dzięki narzędziu UEM zespół mógł zautomatyzować ten proces przy jednoczesnym niewielkim nakładzie pracy.

Bank Pekao organizuje wartą blisko 0,5 mld zł emisję obligacji na finansowanie komunikacji miejskiej we Wrocławiu

Bank Pekao S.A. jest agentem programu emisji obligacji za 457 mln zł na sfinansowanie inwestycji poprawiających standard komunikacji miejskiej we Wrocławiu. Inwestycje przewidziane na lata 2021-2025 to m.in. zakup nowych i modernizacja używanych tramwajów w stolicy Dolnego Śląska.

W środę, 18 sierpnia została podpisana umowa programu emisji obligacji pomiędzy Miejskim Przedsiębiorstwem Komunikacyjnym Wrocław a Bankiem Pekao S.A. oraz PKO BP.

Wśród zaplanowanych przez MPK Wrocław inwestycji są m.in. zakup 21 klimatyzowanych, niskopodłogowych tramwajów, modernizacja dwóch zajezdni tramwajowych, remonty stacji prostownikowych, modernizacja używanych tramwajów oraz przyszły zakup nowych tramwajów, które mają zastąpić najstarsze wagony. Inwestycje mają za zadanie radykalnie poprawić standard komunikacji miejskiej we Wrocławiu.

Udział w finansowaniu inwestycji samorządowych jest wpisany w nasze DNA, robimy to skutecznie od wielu lat. W tym wypadku szczególnie cieszy nas, że możemy przyczynić się
do inwestycji w nowoczesną komunikację publiczną, poprawiającą komfort życia mieszkańców, a przy tym oszczędną, bezemisyjną i przyjazną dla środowiska naturalnego. Traktujemy to jako naturalny element realizacji naszej strategii ESG: Odpowiedzialny Bank wspierający Zrównoważony Rozwój
– mówi Jerzy Kwieciński, wiceprezes Banku Pekao, nadzorujący Pion Bankowości Korporacyjnej i Inwestycyjnej.

– Serdecznie gratulujemy spółce MPK Wrocław, która już kolejny raz z sukcesem sięga po sprawdzony instrument obligacji, by efektywnie finansować potrzebne inwestycje. Struktura transakcji w optymalny sposób uwalnia potencjał spółki i jej zdolność do obsługi zobowiązań dzięki czemu mieszkańcy Wrocławia mogą cieszyć się najnowocześniejszymi tramwajami – dodaje Agnieszka Pietkun, Dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w Pekao.

Kolejne nowe tramwaje i modernizacja zajezdni to cele, które sfinansujemy dzięki podpisanej dziś umowie. To dobra wiadomość dla wszystkich wrocławianek i wrocławian oraz tak licznie odwiedzających moje ukochane miasto turystów – zwraca uwagę prezes MPK Wrocław Krzysztof Balawejder. – To kolejny ważny element trwającego od 2018 roku procesu poprawiania jakości komunikacji miejskiej we Wrocławiu – obszaru będącego priorytetem Prezydenta miasta, Jacka Sutryka – dodaje.

Bank Pekao jest liderem finansowania sektora publicznego i samorządowego w Polsce. łączna wartość podpisanych umów finansowania największych projektów sektora publicznego w ciągu ostatnich 11 lat to ponad 44 mld zł, z czego na transport publiczny (tramwaje, autobusy i regionalne koleje) trafiło ok. 6 mld zł.

Złe doświadczenia z pandemii? Przedsiębiorcy nie zgadzają się na odroczone płatności

Mogłoby się wydawać, że pandemia koronawirusa ustępuje. Niestety wiele wskazuje na to, że nadchodząca czwarta fala może poważnie skomplikować plany rozwojowe wielu sektorów gospodarki. Czy należy więc wracać do nawyków sprzed pandemii? Mowa np. na zgodę na odroczone płatności faktur. – Takie działanie wymaga zaufania między partnerami i nie należy mówić od razu, że jest to działanie nieodpowiedzialne. Nasze doświadczenia jednak pokazują, że są sektory, które nadal nie wykaraskały się z długów czasu pandemii. Kredytowanie takich firm to duże ryzyko – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska, detektyw, windykator i prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Hurtownicy hurtowo skarżyli się na odroczone płatności w czasie pandemii

Odroczone płatności szeroko funkcjonowały przed pandemią przede wszystkim w branżach: budowlanej i gastronomicznej. Deweloperzy brali mnóstwo materiałów budowlanych z odroczeniem np. o kwartał czy nawet pół roku. Restauracje za to towarowały się u hurtowników zaznaczając, że spłata będzie np. z miesięcznym opóźnieniem. To praktyka stosowana powszechnie i nie generuje ona wielkich kontrowersji, ale… w czasie pandemii okazała się być sporym problemem. Kiedy okazało się, że nastąpił lockdown i zamroził działanie restauracji to wiele z nich miesiącami nie spłacało zobowiązań wobec hurtowników. Odroczone płatności tylko poszerzały skalę problemu i często wiązały ręce windykatorom.

– Takie zadłużenie możemy liczyć nie od momentu kiedy towar został wydany, a faktura wystawiona, a od momentu kiedy minął termin umorzenia. To więc często bardzo odległy czas od momentu faktycznego wydania towaru. W tym czasie restauracja czy pensjonat mogły już zbankrutować, ogłosić upadłość czy wpaść w taką spiralę zadłużenia, że nasze zobowiązania spadły na kolejny plan – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

– Żyjemy w trudnym czasie, wiele firm prosi nas o pomoc w sprawie windykacji. Pierwsze fale pandemii koronawirusa przyniosły nam prawdziwą sinusoidę. Były momenty spokojne, ale były także momenty, gdy zleceń było całe mnóstwo i byliśmy świadkami wręcz masowych upadłości w sektorach takich jak gastronomia, turystyka, usługi czy nawet w takich dziedzinach jak transport. Jesteśmy często pytani: czy pozwalać kontrahentom na odroczone płatności? To sprawa skomplikowana, bo z jednej strony nie ma w tym nic złego, ale z drugiej jest to sygnał, że firma potrzebuje „oddechu” by regulować swoje zobowiązania. W czasie pandemii zbyt mocno odroczone płatności to ryzyko nawet nie odzyskania swoich pieniędzy. Przekonywały się często o tym hurtownie zajmujące się zaopatrzeniem restauracji czy hoteli. Firmy budowlane w ogóle już nie stosują prawie odroczonych płatności – mówi windykator Małgorzata Marczulewska, Prezes Grupy AVERTO.

– Dłużnik w każdym momencie może ogłosić upadłość. Czekanie na płatność pół roku czy rok to poważne ryzyko, że nie odzyskamy naszych środków. Im szybsza płatność tym większa pewność uzyskania środków. Podobnie jest w przypadku windykacji. Im szybciej zorientujemy się, że „coś jest nie tak”, tym większa szansa na odzyskanie długu – mówi Prezes Marczulewska.

Odroczona płatność to dla windykatorów „samo zło”. Przedsiębiorcy nie stosują odpowiednich zabezpieczeń

Czy więc procedura odroczonej płatności to dla windykatorów „samo zło”? Niestety często tak jest. Prezes Małgorzata Marczulewska zaznacza, że istnieje możliwość dogadania się jeżeli chodzi o płatności za wykonanie usług czy dostarczenia towarów, ale przedsiębiorca kredytujący innego przedsiębiorcę powinien być odpowiednio zabezpieczony.

– Wpisujemy się na hipotekę lub robimy zastaw na nieruchomości. Gdy dług zostanie uregulowany to oczywiście bardzo szybko się z niej wypisujemy. Wierzyciel hipoteczny ma prawo do windykacji w pierwszej kolejności. Brzmi to bardzo poważnie i nie należy nadużywać takiego rozwiązania, ale jeżeli dostarczamy komuś towar za 100 tysięcy złotych to przecież uszczerbek przychodu w tej formule jest dla firmy bardzo dotkliwy. Moje doświadczenia pokazują, że przedsiębiorcy obawiają się prosić o zabezpieczenie, bo to „psuje relacje”. Moim zdaniem jednak brak płatności psuje je jeszcze bardziej – mówi Prezes Marczulewska.

Jak dodają eksperci branże, które nadal są najmocniej narażone na efekty pandemii COVID-19 to: gastronomia, turystyka, usługi, handel, transport, hotelarstwo.

Długi wobec sądów za nieuregulowane grzywny, koszty sądowe itp. to ponad 743 mln zł

Z odzyskaniem pieniędzy od niesolidnych obywateli problem mają nie tylko banki, ubezpieczyciele czy firmy telekomunikacyjne, ale także instytucje państwowe, jak sądy. Prawie 162 tys. osób zostało wpisanych do Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej za nieuregulowane grzywny, koszty sądowe, przepadki korzyści majątkowej czy nawiązki na rzecz Skarbu Państwa. Na koniec lipca br. uzbierało się ponad 743 mln zł zaległości z tego tytułu.

Od 2015 roku sądy zobowiązane są do wpisywania dłużników do biur informacji gospodarczej. Jednak na dużą skalę zaczęły to robić dopiero od 2017 roku, gdy ruszyła specjalna platforma ministerialna, która zautomatyzowała ten proces. Od tego czasu liczba dłużników zgłaszanych przez sądy systematycznie rośnie – podaje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Mazowsze i Pomorze na czele

Średnio jeden dłużnik sądowy ma do uregulowania prawie 4,6 tys. zł, ale łączne zadłużenie wszystkich dłużników to już ponad 743 mln zł. Patrząc przez pryzmat województw, w tej niechlubnej kategorii liderem są Mazowszanie, z 174 mln zł długu. Drugą pozycję zajmuje Pomorskie. Sądy czekają na spłatę 145 mln zł od mieszkańców tego województwa. Wśród nich znajduje się także rekordzista. 48-latek z Wejherowa ma zaległości wobec sądu aż na prawie 75,7 mln zł.

W pozostałych województwach wysokość zadłużenia jest mniejsza, ale nadal liczona w milionach zł. Trzecią pozycję zajmuje Śląskie (prawie 64 mln zł długu). Natomiast najbardziej sumienni w uiszczaniu zasądzonych opłat są mieszkańcy województw świętokrzyskiego (6,8 mln zł), podkarpackiego (8,3 mln zł) i opolskiego (prawie 8,8 mln zł). Zdecydowana większość osób (72 proc.), od których sądy chcą odzyskać pieniądze, to mieszkańcy miast.

Różne oblicza sądowych dłużników

Najbardziej niechętnie opłaty nałożone przez sąd regulują mężczyźni. Stanowią ponad 87 proc. dłużników i do nich należy również większość zadłużenia. Co ciekawe, ich zobowiązania są jednak statystycznie niższe niż kobiet. Średnio sądom winni są niecałe 4481 zł, podczas gdy kobiety prawie 5334 zł. Kobiety rzadziej zgłaszane są do rejestru dłużników przez sądy, ale jeśli już do niego trafiają, to chodzi zwykle o wyższe kwoty – wskazuje prezes Adam Łącki.

Interesujący jest również podział wiekowy dłużników. Najmłodsi i najstarsi mają do spłacenia niższe kwoty niż osoby ze średnich kategorii wiekowych. Dłużnicy sądowi poniżej 26 r.ż. mają na koncie zaległości rzędu 27,6 mln zł, a osoby powyżej 56 r.ż. powinny uregulować 101 mln zł.

Największą grupę zadłużonych stanowią natomiast osoby młode (26-35 lat) i w średnim wieku (36-45 lat). W każdej z tych grup liczba zgłoszona przez wymiar sprawiedliwości do rejestru sięga blisko 48 tys. osób. Jednak ich zobowiązania nie są najwyższe i wynoszą odpowiednio 165 mln zł i 184 mln zł. To starsi zadłużeni, w wieku 46-55 lat mają do spłacenia najwięcej, bo prawie 36% całej kwoty zaległości, czyli niemal 265 mln zł, podczas gdy zgłoszonych w KRD jest ich jedynie 26,7 tys.

„Chmurowy monopol” może nie służyć bankom

Sektor finansowy coraz szybciej podąża w stronę cyfryzacji i migrowania swoich zasobów do chmury obliczeniowej. Nie tylko ze względu na optymalizację kosztów IT czy problemy z pozyskaniem specjalistów, ale także powszechny zwrot w stronę cyfrowej bankowości. Jak wynika z najnowszej analizy Juniper Research, już do 2026 roku korzystać z niej będzie ponad połowa światowej populacji.

Ostatnie, globalne badanie przeprowadzone przez firmę Fenergo dowodzi z kolei, że dziś ponad połowa (56%) osób decyzyjnych w bankach oraz firmach zajmujących się zarządzaniem aktywami stawia zakupy rozwiązań chmurowych na szczycie priorytetów inwestycyjnych. Tymczasem, europejskie instytucje finansowe zaczynają zwracać uwagę na konieczność właściwego doboru dostawców cloud computingu i zgodności ich rozwiązań z lokalnym prawodawstwem.

Regulowane chmury bankowe

Agencja Bloomberga poinformowała o ostrzeżeniu wydanym przez Bank of England. Narodowy bank Wielkiej Brytanii zwraca uwagę na ryzyko migrowania wrażliwych danych instytucji finansowych wyłącznie do środowisk chmurowych wielkoskalowych dostawców z USA lub Chin. Zdaniem ekspertów Banku Anglii europejski sektor finansowy potrzebuje dodatkowych polityk gwarancji bezpieczeństwa danych oddawanych „pod opiekę” dostawców cloud computingu spoza Starego Kontynentu.

O przenosinach swoich cyfrowych zasobów do chmury czy wsparciu zarządzania narzędziami cloud computingu zadecydowały już największe europejskie instytucje finansowe, takie jak choćby Deutsche Bank, Standard Chartered czy BNP Paribas Group. Ograniczanie kosztów utrzymania wewnętrznych infrastruktur IT – stymulowane przez efekty pandemii – czy potrzeba szybszego wdrażania nowych cyfrowych rozwiązań płatniczych, również we współpracy z fintechami, to główne czynniki napędzające adaptację rozwiązań chmurowych przez banki. – Trzeba jednak zwrócić tu uwagę, iż jest to jeden z najbardziej regulowanych sektorów, który przed rozpoczęciem projektów implementacyjnych musi upewnić się, że dostawca spełnia wyśrubowane wymogi z zakresu bezpieczeństwa informacji. W dobie coraz silniejszej koncentracji rynku wokół tzw. gigantów z USA czy Chin, europejska branża finansowa zaczyna dostrzegać ryzyka wynikające z monopolizacji rynku – tłumaczy Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud.

Prawo UE nie sięga poza kontynent

Komunikat agencji Bloomberga donosi, że czołowe instytucje bankowe ze Starego Kontynentu wybierają zwykle usługi największych dostawców rozwiązań chmury obliczeniowej, takich jak Microsoft, Amazon czy Google. Niewątpliwie, są to oferenci świadczący bardzo wysoką jakość usług i dysponujący najczęściej bardzo licznym wachlarzem dedykowanych rozwiązań i aplikacji. Clue nie leży tu więc w wątpliwościach dotyczących funkcjonalności tych narzędzi, a gwarancji absolutnej nienaruszalności danych lokowanych w centrach danych technologicznych gigantów.

Nie bez znaczenia są tutaj incydenty naruszenia nietykalności danych przechowywanych poza terytorium Unii Europejskiej, jak choćby przypadek Maxa Schremsa i jego procesów sądowych z Facebookiem, który jego zdaniem naruszał europejskie regulacje z zakresu prywatności udostępnianych danych. – Ogromne znaczenie ma tutaj lokalizacja centrów danych dostawcy usług chmurowych. Te znajdujące się poza terenem UE, choć zwykle silnie chronione zaawansowanymi narzędziami cyberbezpieczeństwa, nie podlegają europejskiemu prawodawstwu. Oznacza to, że są poza zasięgiem ochrony aktów prawnych takich jak RODO czy tych stricte dedykowanych sektorowi bankowemu jak np. rekomendacje wydawane przez Europejski Urząd Nadzoru Finansowego czy nasz rodzimy UKNF – dodaje Marcin Zmaczyński z Aruba Cloud. 

Wydany jeszcze na początku ubiegłego roku „Komunikat Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego dotyczący przetwarzania przez podmioty nadzorowane informacji w chmurze obliczeniowej publicznej lub hybrydowej” jasno akcentuje istotę klarownego wskazania lokalizacji centrów danych dostawcy chmury, by zapewnić zakupionym usługom gwarancję ochrony danych przez lokalne prawo. Przeprowadzone przez Aruba Cloud badanie „Wykorzystanie usług chmurowych w biznesie” dowiodło, że fizyczne miejsce przetwarzania danych w usługach chmurowych ma kluczowe znaczenie dla niemal 60% polskich przedsiębiorstw. Świadomość w tym zakresie jest więc dość wysoka, jednak wciąż pozostaje tutaj nieco do zrobienia.

W drodze do równowagi

Jak informuje ostatnia analiza firmy Gartner, pięciu największych dostawców usług chmurowych kontroluje obecnie aż 80% światowego rynku cloud computingu. Coraz częściej pojawiające się sygnały, zwracające uwagę na aspekt gwarancji bezpieczeństwa danych i ich ochronę przez europejskie regulacje czy też projekt budowy niezależnej, europejskiej infrastruktury chmurowej GAIA-X, mają jednak szansę nieco zwiększyć rynkowy udział dostawców ze Starego Kontynentu. Tworzenie „regionalnych ekosystemów chmurowych” znalazło się także wśród czterech najnowszych, najważniejszych trendów, które kształtować będą globalny rynek cloud computingu wg. Gartnera.

Dane na wagę złota. W gospodarkach typu data-driven rośnie rola analityków

Firmy technologiczne, banki, agencje ubezpieczeniowe, e-commerce, ośrodki medyczne, instytuty badania opinii, a w końcu szereg przedsiębiorstw z niemal każdej branży – to tylko niektóre z podmiotów, które codziennie przetwarzają duże ilości danych. Umiejętne wykorzystanie big data znacząco podnosi konkurencyjność poszczególnych firm oraz całych gospodarek. Analiza danych wymaga jednak specjalistycznych kompetencji, a rynek pracy wciąż nie jest w stanie nadążyć za rosnącym popytem na analityków. Lukę tę stara się wypełnić sektor edukacyjny, który coraz mocniej stawia na kształcenie w zawodzie analityka danych.

Raport „Analityk danych – zawód z przyszłością”[1] przygotowany przez Coders Lab oraz Pracuj.pl podaje, że analitycy są obecnie jednymi z najbardziej poszukiwanych specjalistów na rynku pracy. Przede wszystkim ze względu na proces cyfrowej transformacji, w którym uczestniczy coraz więcej podmiotów gospodarczych. Prognozuje się, że liczba stanowisk pracy dla analityków będzie w nadchodzących latach nieustannie rosnąć. Potwierdza to raport McKinsey & Company „Polska 2030”[2], który zaznacza, że postępująca automatyzacja będzie stymulowała powstawanie nowych miejsc pracy m.in. dla analityków, którzy tworzą i rozwijają algorytmy automatyzacyjne.

Big Data ropą XXI wieku

Na początku roku 2020 Fundacja Digital Poland szacowała, że „przy odpowiednich regulacjach i inwestycjach w technologie cyfrowe wartość rynku danych może osiągnąć aż 739 mld euro, co będzie stanowiło 4 proc. PKB Unii Europejskiej”[3]. Cytowani przez Fundację eksperci podkreślają, że znaczenie danych dla światowej gospodarki systematycznie rośnie. Korzysta z nich branża technologiczna i przemysł internetowy, ale coraz częściej również tradycyjne branże takie jak samochodowa. Dziś ciężko wręcz znaleźć sektor, w którym dane nie byłyby wykorzystywane do poprawy produktywności.

Największymi korzyściami, jakie płyną z big data są, poza wspomnianym wzrostem produktywności, optymalizacja działalności firmy, lepsze zrozumienie potrzeb klienta, automatyzacja decyzyjności, a co za tym idzie – większa konkurencyjność przedsiębiorstw data-driven. Analiza danych może być bardzo wartościowa, ale nie jest łatwym zadaniem. Big data, jak wskazuje sama nazwa, to zbiory danych tak duże, że nie można na nich pracować przy pomocy zwyczajnych, tradycyjnych metod. Potrzebne są do tego zarówno odpowiednie technologie, jak i kompetentni specjaliści.

Analitycy danych poszukiwani

Wraz z rozwojem cyfrowych gospodarek oraz postępującą automatyzacją w coraz większej liczbie branż rośnie zapotrzebowanie na pracowników z wysokimi umiejętnościami cyfrowymi. Jednym z przykładów jest analityk danych, do którego zadań należy pozyskiwanie i przetwarzanie danych, a następnie ich analiza oraz wizualizacja. – Gromadzenie danych staje się coraz bardziej istotne w funkcjonowaniu niemal każdego biznesu. Ważna jest też wiedza o tym, jak dane te analizować, aby podejmować właściwe decyzje biznesowe. Biorąc pod uwagę skalę tego zagadnienia, nie dziwi fakt, że firmy walczą o specjalistów, którzy będą mogli pomóc im działać strategicznie – tłumaczy Marcin Tchórzewski, CEO Coders Lab – pierwszej szkoły IT w Polsce.

Raport Coders Lab i Pracuj.pl mówi, że w Polsce 55 proc. ogłoszeń o pracę dla analityka danych dotyczy miast powyżej 250 tys. mieszkańców. Zapotrzebowanie na ekspertów w tej dziedzinie jest jednak zróżnicowane terytorialnie, a prawie połowa ogłoszeń pochodziła z mniejszych ośrodków. Sytuacji zawodowej analityków sprzyja fakt, że ich praca może być wykonywana zdalnie. Według raportu liczba wszystkich ogłoszeń oferujących możliwość pracy zdalnej w 2020 roku wzrosła aż o 284 proc. względem poprzedniego roku. Przewiduje się, że do 2028 roku 73 proc. wszystkich zespołów będzie miało pracowników zdalnych.

Sektor edukacyjny odpowiada na potrzeby rynku

Mimo dużego popytu na pracę analityka danych, rynek IT wciąż zmaga się z niedoborem specjalistów w tej dziedzinie. Sytuację tylko częściowo ratują uczelnie techniczne. W ich przypadku edukacja przyszłego pracownika zajmuje dobrych kilka lat. Znacznie szybciej na rynek pracy trafiają absolwenci kursów IT organizowanych przez prywatne szkoły, które skupiają się na szkoleniu w takim zakresie, jakiego oczekują pracodawcy.

Według raportu Coders Lab i Pracuj.pl aż 61 proc. stanowisk wymaga znajomości SQL i/lub Python. – Firmy coraz częściej kładą szczególny nacisk na znajomość języków programowania wykorzystywanych w analizie danych. Znajomość tego typu narzędzi pozwala na zwiększenie dystansu do innych kandydatów. Coraz częściej Python pojawia się jako wymóg na wielu stanowiskach oferowanych w obszarze analizy danych. Konieczne jest zatem przełamanie paradygmatu tradycyjnie wykorzystywanego Microsoft Excel i wejście na kolejny poziom analizy – opisuje Marcin Tchórzewski, współzałożyciel szkoły programowania Coders Lab.

Analitycy danych nie narzekają na zarobki

Analityk danych to zawód, który wymaga coraz szerszego spektrum umiejętności, służących nie tylko przetwarzaniu informacji oraz wyciąganiu z nich poprawnych wniosków, ale też ich przejrzystej prezentacji. Szkoły, poza nauką języków takich jak SQL czy Python, koncentrują się więc także na zagadnieniu wizualizacji danych. Duże znaczenie dla analityka powinny mieć również kompetencje biznesowe, znajomość branży oraz działań konkurencji, dzięki czemu uzyskuje się kontekst do właściwej interpretacji danych.

Wszystko zmierza do tego, by dzięki pracy analityka oraz właściwie opracowanym danym, firma mogła stale powiększać swoją przewagę rynkową. Praca z big data to wymierne korzyści finansowe dla przedsiębiorstwa, ale i dla samego analityka danych. Raport Coders Lab i Pracuj.pl podaje, że średnie miesięczne zarobki na stanowiskach juniorskich w tym zawodzie oscylują wokół 5 576 zł brutto, pensja midów wynosi około 8 210 zł brutto, natomiast zarobki seniorów z większym doświadczeniem zaczynają się od 13 274 zł brutto.

Raport wyraźnie pokazuje, że sytuacja na rynku analityków danych jest bardziej niż dobra i nic nie wskazuje na to, żeby miała ona ulec zmianie.

[1] Coders Lab i Pracuj.pl, „Analityk danych – zawód z przyszłością”, Analiza powstała na bazie ofert zamieszczonych na portalu Pracuj.pl w 2020 roku

https://coderslab.pl/pl/analityk-danych-zawod-z-przyszloscia

[2] McKinsey & Company „Polska 2030. Szansa na skok do gospodarczej ekstraklasy”

[3] Fundacja Digital Poland, „Big data w Polsce. Praktyczny i krótki przewodnik dla MŚP”, Warszawa, luty 2020

Polski startup zrewolucjonizuje logistykę wewnętrzną?

Cyfryzacja procesów obejmuje coraz więcej zadań, które od początku historii sektora produkcyjnego znajdowały się w rękach człowieka. Te dwa światy, ludzi i maszyn, łączy startup Optimatik, który w ramach S5 – Akceleratora Technologii 5G w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej i przy wsparciu specjalistów firmy Ericsson, rozwija autorską platformę 5G do optymalizacji floty pojazdów autonomicznych i tradycyjnych wózków widłowych, rewolucjonizując logistykę wewnętrzną w zakładach przemysłowych i centrach logistycznych.

„Obecnie wszyscy dostawcy robotów AGV (autonomicznych pojazdów intralogistycznych) wraz z pojazdami oferują dedykowane systemy do monitoringu ich pracy i diagnostyki. Jednak dane dostępne w tych platformach są ograniczone jedynie do pojazdów AGV. Nie mierzą ruchu pojazdów obsługiwanych przez pracowników, które stanowią wciąż ponad 98% maszyn intralogistycznych, co bardzo ogranicza funkcjonalność takich platform. Dodatkowo, każdy taki system daje możliwość monitorowania pojazdów tylko jednego producenta AGV. Tymczasem rynkowym standardem w dużych zakładach produkcyjnych jest korzystanie z pojazdów różnych dostawców. Rozwijany przez nas system Optimatik 5G Intralogistics Platform jest unikatowy w skali międzynarodowej i służy do jednoczesnego monitorowania w jednej aplikacji pojazdów tradycyjnych oraz AGV różnych producentów. To pierwszy krok do sprawnej digitalizacji procesów intralogistycznych” – tłumaczy Radek Miszczak, CEO i współzałożyciel Optimatik.

Analogowy wózek widłowy staje się „smart

Z jednej strony Optimatik tworzy platformę do integracji logistyki wewnętrznej, a z drugiej zmienia analogowe wózki widłowe w inteligentne maszyny. Dzięki kooperacji z austriackim startupem technologicznym SLOC, który montuje peryferia IOT na wózkach widłowych, system Optimatik 5G Intralogistics może pobierać z nich dane diagnostyczne, widzi czy widły są podniesione, załadowane, czy pojazd jest w ruchu oraz śledzi inne operacje maszyny. Te wszystkie dane były do tej pory niedostępne dla specjalistów ds. logistyki wewnętrznej, a są dla nich źródłem wniosków krytycznych. Z kolei austriacki startup Insider Navigation dostarczył do rozwiązania  algorytm pozycjonowania, który nie wymaga instalacji w fabryce żadnych aktywnych urządzeń, typu anteny, bramki czy beacony.

System również analizuje dane z tradycyjnych wózków widłowych oraz pojazdów AGV pod kątem potencjalnych problemów. W każdej fabryce, w której jednocześnie pracują pojazdy tradycyjne i roboty, dochodzi nagminnie do wielu sytuacji zmniejszających efektywność procesu intralogistycznego. Zaliczamy do nich kolizje tradycyjnych wózków z AGV czy też awaryjne zatrzymania AGV powodujące zatory. Dane dotyczące tego typu incydentów pozwalają usprawniać podział prac i zleceń transportowych, celem eliminacji problemów.

5G wprowadza intralogistykę na wyższy poziom

W ramach programu akceleracyjnego ŁSSE S5, startup Optimatik aktualnie pracuje nad alarmowaniem w czasie rzeczywistym. Takie rozwiązanie umożliwi  operatorowi wózka natychmiastową reakcję na zdarzenie. – „Ze względu na ilość oraz ciężar przesyłanych danych, niezbędna do tego jest łączność 5G. Wspieranie potrzeb Przemysłu 4.0 leżało u podstaw projektowania 5G. Wymagania co do przepustowości sieci, dużej liczby równocześnie podłączonych urządzeń na stosunkowo małej powierzchni, mobilności oraz gwarantowanych niskich opóźnień są niezmiernie trudne, a często wręcz niemożliwe do spełnienia nawet przez przemysłowe sieci WiFi. Dlatego coraz więcej firm będzie stawiało na prywatne sieci 5G. Badania sugerują, że to logistyka wewnątrzzakładowa i wykorzystanie w tym celu pojazdów autonomicznych będzie pierwszym polem zastosowania 5G w przemyśle. Sam ten obszar może pozwolić na osiągnięcie zwrotu z inwestycji w wewnętrzną sieć 5G” – tłumaczy Tomasz Kobza, ekspert firmy Ericsson, który pełni funkcję mentora w programie S5 – Akceleratora Technologii 5G.

– „Dzięki sieci 5G będziemy mogli wdrożyć najbardziej konkurencyjne na rynku i optymalne z perspektywy klienta rozwiązanie oparte na edge computingu. Nasze sensory będą mogły wysyłać w paśmie 5G pobierane dane bezpośrednio do lokalnego systemu obliczania. Dzięki temu nie będziemy musieli montować lokalnych jednostek obliczeniowych na wózkach widłowych, co obniża koszt ich wytworzenia o około 17%. Uzyskanie dostępu do szerszej przepustowości sieci 5G pozwoli znacznie zwiększyć atrakcyjność naszego rozwiązania w ocenie klientów. Będziemy mogli dołączać do naszego komputera pokładowego dodatkowe źródła informacji i wysyłać w czasie rzeczywistym więcej danych. Dodatkowo łączność 5G dzięki niskim opóźnieniom w przesyle danych pozwala nam na dwukierunkową komunikację z urządzeniami. Obejmuje ona pobieranie danych do analizy i jednoczesne wysyłanie poleceń do urządzenia, np. ogranicz prędkość, zatrzymaj się, rozpocznij ładowanie. Infrastruktura 5G to niezbędna część transformacji cyfrowej każdego zakładu. Tylko tak szeroka sieć pozwala przesyłać dane z kilkuset mierzonych pojazdów jednocześnie w czasie rzeczywistym” – wyjaśnia Jerzy Lipiński, Product Owner i współzałożyciel Optimatik.

Wersję demonstracyjną systemu Optimatik 5G Intralogistics Platform, integrującą jednocześnie prace wózków widłowych i AGV marki Mobile Industrial Robots, dystrybuowanych przez ASTOR, można zobaczyć w największym w Polsce showroomie Industry 4.0: hub4industry przy ul. Feliksa Wrobela 3 w Krakowie. Obecnie zespół Optimatik finalizuje rundę inwestycyjną seed. Pozyskane od inwestorów środki w pierwszej kolejności wesprą realizację kolejnych zagranicznych wdrożeń systemu Optimatik.

Startupy rozpędzają 5G w Polsce

Akcelerator S5 w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej pełni funkcję realnego ekosystemu przemysłowego, w którym bierze udział 40 startupów oraz pięciu partnerów przemysłowych – Polkomtel, Miele, PGE, Indigo i Wielton.

„Pilotaż S5 to naturalna kontynuacja wieloletnich działań ŁSSE w dążeniu do wprowadzenia polskiego przemysłu na nowy poziom. Uważnie słuchamy naszych inwestorów i szukamy pól do usprawniania ich działań produkcyjnych, czy logistycznych, czego efektem są takie projekty, jak Optimatik. 5G zrewolucjonizuje przemysł, a my chcemy być liderem we wdrażaniu innowacji opartych na tej technologii” – mówi Agnieszka Sygitowicz, Wiceprezes ŁSSE S.A. – „ŁSSE 5G Lab, który powstał na terenie naszej siedziby to namacalny dowód, że innowacje i ideę wdrażania przemysłu 4.0 traktujemy bardzo poważnie” – podkreśla Marek Michalik, Prezes Zarządu ŁSSE S.A.

„Do tej pory dzięki programowi udało się już zrealizować integrację systemu z robotami jednego z największych producentów AGV. Pracujemy nad integracją z kolejnymi producentami, chcemy żeby nasz system umożliwiał pracę z robotami większości największych marek. Stale usprawniamy również integrację platformy z różnymi systemami typu BI czy ERP przedsiębiorstw. Optimatik 5G Intralogistics Platform ma być systemem do kompleksowej orkiestracji całej intralogistyki, niezależnie czy będą to wózki widłowe czy AGV, czy też środowisko mieszane. Dzięki współpracy z takimi firmami jak Ericsson, mamy dodatkową możliwość testowania i przygotowania rozwiązania pod technologię 5G, co pozwala nam dokonać gigantycznego przeskoku z bycia przede wszystkim systemem diagnostycznym – informującym o położeniu pojazdów – do bycia systemem do zarządzania zadaniami w transporcie intralogistycznym, czyli tzw. dispatching” – podkreśla CEO i współzałożyciel startupu Optimatik.

Dane umocniły dolara

W USA wczoraj rynki żyły danymi makro. W przypadku gdy dane inflacyjne i te z rynku pracy są już za nami, tym razem do pierwszego szeregu weszły te dotyczące sprzedaży detalicznej. Sektor ten rozpoczął trzeci kwartał od gwałtownego spadku. Produkcja przemysłowa pokazała jednak siłę. Pomimo skoku awersji do ryzyka (co było zobrazowane spadającymi indeksami giełdowymi), bezpieczne waluty (jen i frank) nie odnotowały wczoraj szczególnej aprecjacji.

Sprzedaż detaliczna w Stanach Zjednoczonych w lipcu spadła o 1,1 proc w stosunku do poprzedniego miesiąca wg doniesień Departamentu Handlu USA. Oczekiwania analityków oscylowały na poziomie -0,3 proc. Wszystko wskazuje na to, że wariant Delta wpływa na decyzje konsumentów w największej gospodarce świata. Wynik zaskoczył rynek. Dane czerwcowe zostały zrewidowano w górę z 0,6 proc. do 0,7 proc. Jeśli pominiemy sprzedaż samochodów i benzyny, sprzedaż spadła o 0,4 proc. Słaby wynik może wynikać z obaw przed nowym wirusem ale również to efekt wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych. Przypomnijmy, że inflacja w lipcu pokazała wynik 5,4 proc., co oznacza najwyższe tempo wzrostu od 2008 roku. Chwilę później światło dzienne ujrzała produkcja przemysłowa z USA. Wynik tym razem był lepszy od oczekiwań i wyniósł 0,93 proc. co można uznać za stabilizację sektora. Interpretować to można w sposób taki, że sektor ten w niewielkim stopniu odczuwa skutki restrykcji związanych z czwartą falą pandemii. Można powiedzieć, że przemysł korzysta na globalnym ożywieniu gospodarczym. Nie oznacza to, że wąskie gardła zniknęły, one nadal spowalniają ekspansję. W okolicach godz. 19:30 naszego czasu dowiedzieliśmy się co na temat gospodarki sądzi prezes Powell. Powiedział on, że nie jest do końca jasne, czy czwarta fala COVID-19 będzie mieć zauważalny wpływ na gospodarkę. Podkreślił, że koronawirus jest cały czas obecny ale ludzie i firmy nauczyli się dostosowywać do nowej rzeczywistości. Dziś poznamy minutki FOMC z lipcowego posiedzenia. Zakładam, że nic nowego się nie dowiemy. Trzeba czekać na Jackson Hole (26-28 sierpnia). Uwaga rynku FX będzie teraz skupiona na tych datach.

Dane umocniły dolara. Główna para walutowa ponownie zahaczyła o techniczne wsparcie na 1,1700. Trudno jednak uzasadniać tę siłę. Dane były mieszane, przewodniczący Powell okazał się bardzo powściągliwy w swoich odpowiedziach na temat perspektyw gospodarki i polityki pieniężnej.

Wczoraj dostaliśmy również kilka wskazówek na temat brytyjskiego rynku pracy. Dane okazały się dość dobre. Stopa bezrobocia lekko spadła. Liczba otwartych stanowisk jak i płace pokazały wzrost. Dane powinny wspierać pogląd Banku Anglii, że w ciągu najbliższych trzech lat instytucja będzie musiała ograniczać bodźce płynące z polityki monetarnej. We wrześniu kończą się ważne brytyjskie programy rządowe, które miały na celu ochronę miejsc pracy. Po ich zakończeniu będziemy mogli ocenić dopiero jak rzeczywiście wygląda sytuacja na rynku pracy. Z kolei dzisiejsze dane na temat inflacji (8:00) pokazały spadek, co może oznaczać, że osiągnęliśmy lokalny szczyt. Niższe odczyty CPI (również bazowego wskaźnika) oddalają prawdopodobieństwo jakichkolwiek ruchów normalizacyjnych w najbliższym czasie. Żeby nie było tak kolorowo, wskaźnik PPI pokazał wzrost co rodzi obawy, że w przyszłości wyższe ceny producenckie będą wywierać presję na ceny konsumpcyjne. Dzisiejsze odczyty nieznacznie osłabiły GBP względem euro. „Kabel” na moment spadł do poziomu 1,3730, ale po chwili skierował się na północ.

Na parach z PLN panuje wyjątkowo niska zmienność. EUR/PLN jest na poziomie 4,5580 a USD/PLN 3,8890. Wczorajsze spadki eurodolara nie spowodowały dużej deprecjacji PLN. Złoty jest co prawda słabszy w relacji do dolara, jednak względem euro jest silniejszy względem poziomów sprzed publikacji wczorajszych danych makro. Dziś poznaliśmy dane na temat przeciętnego wynagrodzenia (8,7 proc. r/r) i zatrudnienia (1,8 proc. r/r) w Polsce. Odczyty były dobre, chodź minimalnie gorsze od oczekiwań rynkowych.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

INDEKS CEN: Lipiec sporo droższy niż rok temu. Niektóre produkty zdrożały o blisko 70%

Jak wynika z ogólnopolskiego monitoringu cen detalicznych, w lipcu na 12 kategorii aż 8 podrożało, a 4 potaniały rok do roku. Średni wzrost wyniósł niecałe 12%. Z kolei w lipcu w zestawieniu z czerwcem towary zdrożały w sklepach o 3,5%. W relacji rocznej najbardziej poszły w górę produkty tłuszczowe – o ponad 38%. Mięso jest droższe o niespełna 33%. Natomiast największe spadki odnotowały owoce – o prawie 17%, a także napoje – o przeszło 6%. Liderem podwyżek jest cielęcina – ponad 66% na plusie, a na szczycie obniżek są jabłka – blisko 80% na minusie.

Cykliczny raport „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH, Hiper-Com Poland i Grupy AdRetail, wykazał, że w lipcu br. na 12 monitorowanych kategorii 8 zdrożało, a 4 potaniały w relacji rocznej. Proporcja pomiędzy wzrostem i spadkiem jest dość spora. Wszystko łącznie podrożało średnio o 11,9%.

– Ogólny wzrost cen w ciągu całego roku w dużej mierze ma związek z nowymi podatkami, jakie zostały nałożone na handel. Od stycznia br. koszty zakupów rosły niemal z miesiąca na miesiąc, a branża obserwowała, jak konsumenci zaczęli dochodzić do akceptowalnej granicy podwyżek – komentuje Karol Kamiński, współautor badania z centrum analiz Grupy AdRetail, wydawcy serwisu Ding.pl.

Z kolei patrząc na wzrost cen w miesięcznym zestawieniu, widać, że w lutym br. w stosunku do stycznia podwyżki wyniosły 10%, a w marcu w porównaniu do lutego – 0,03%. W kwietniu zanotowano obniżkę o 2,6%. Jednak w maju ceny poszły do góry o 6,2%, a w czerwcu spadły o 6%. Natomiast w lipcu w zestawieniu z czerwcem produkty podrożały średnio o 3,5%.

– Wychodzi na to, że w I półroczu – miesiąc do miesiąca ceny poszły w górę średnio o niecałe 2%. Uważam, że w II połowie br. w miesięcznej relacji będą one rosły o 4-5%, o ile nie wydarzy się nic nieprzewidywalnego, np. nagły wzrost zachorowań na COVID-19. Wówczas wskazana prognoza może się pogorszyć o dodatkowe 2%. Największą dynamikę wzrostu zakładam na przełomie kwartałów – mówi Karol Kamiński.

Porównując wyniki z lipca tego i zeszłego roku, można zauważyć, że najbardziej zdrożały produkty tłuszczowe, bo aż o 38,3%. Na drugim miejscu znalazło się mięso ze wzrostem o 32,6%. Za nim są produkty sypkie – 15%, a kolejny jest nabiał – 14,8%. Jak tłumaczy Mariusz Dziwulski z Banku PKO BP,

duże podwyżki cen olejów na rynkach światowych, będące wynikiem wysokiego popytu i presji podażowej w niektórych krajach, generują wzrosty w przypadku art. tłuszczowych. Z kolei drożejące zboża podbijają ceny pasz i wzmacniają presję kosztową w produkcji zwierzęcej, przez co drożeje mięso.

– Dla Polaków szczególnie istotne są podwyżki cen mięsa. To najważniejsza pozycja w koszyku zakupowym statystycznego konsumenta. Wzrost w dużej mierze wynika ze spadku podaży. Na rynku drobiu grypa ptaków spowodowała straty. Potencjał produkcyjny został już częściowo odbudowany, ale ceny pozostają wciąż wysokie. Co ważne, niska baza II połowy ub.r. będzie działa w kierunku zwiększenia dynamiki podwyżek w kolejnych miesiącach – zapowiada Grzegorz Rykaczewski z Santander Bank.

Z kolei największe obniżki w relacji rocznej zanotowały owoce – o 16,6%. Na drugim miejscu znalazły się napoje ze spadkiem o 6,2%. Jak widać, różnica między dwiema kategoriami jest całkiem spora.

– Spadki cen owoców to wynik zwiększonej podaży i ograniczonego popytu. Przede wszystkim zapasy jabłek zebranych w sezonie 2020/21 były znacząco wyższe w lipcu br. niż ubiegłym roku. Dodatkowo tegoroczne zbiory mogą być lepsze niż w poprzednim okresie, co też wspiera podaż – stwierdza ekspert z Banku PKO BP.

Patrząc na poszczególne produkty, widać, że liderem wzrostów rok do roku jest cielęcina – 66,4%. W pierwszej trójce jest również olej – 55,1%, a także mąka – 43,9%.

– W produkcji zwierzęcej istotny wpływ na sytuację rynkową mają epidemia afrykańskiego pomoru świń i grypy ptaków. Istotny wzrost cen cielęciny wynika z małej podaży, gdyż popyt jest niewielki. Ponadto duży wpływ na ceny detaliczne ma sytuacja na innych rynkach, np. energii – wyjaśnia dr Piotr Szajner z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – Państwowego Instytutu Badawczego.

Z kolei patrząc na produkty, których ceny najbardziej zmalały, widać jabłka ze spadkiem o 79,6%. Za nimi są ogórki ze znacznie mniejszą obniżką, czyli o 24,7%.

– Mocny spadek cen jabłek nie zaskakuje. Wysoka podaż, a za tym idąca niższa o blisko 48% niż w zeszłym roku cena skupu, umożliwiła sieciom zaproponowanie tak atrakcyjnych ofert. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku ogórków. W tym roku ich ceny również znacząco spadły już na etapie skupowania – zaznacza Julita Pryzmont, współautorka badania z Hiper-Com Poland.

Jak dodaje Karol Kamiński z Grupy AdRetail, z raportu wynika również, że w lipcu w stosunku czerwca potaniało 6 kategorii. Wśród nich należy wyróżnić warzywa – 12%, pieczywo – 10,2%, produkty sypkie – 10,1%, owoce – 6,4%, napoje – 4,9%, a także dodatki spożywcze – 4,5%. Natomiast podrożało dokładnie tyle samo kategorii, tj. produkty tłuszczowe – 16,2%, nabiał – 13,2%, używki – 9,4%, mięso – 3,5%, inne art. – 1,3%, a także chemia gospodarcza – 0,1%.

Dane pochodzą z cyklicznego raportu „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, który pokazuje średnią wartość cenową, notowaną miesiąc do miesiąca, tj. od stycznia do końca lipca br. Przedstawia też wyniki z lipca ubiegłego i tego roku. Przedmiotem analizy było 12 kategorii (Pieczywo, Nabiał, Mięso, Owoce, Warzywa, Produkty sypkie, Produkty tłuszczowe, Dodatki spożywcze, Używki, Napoje, Chemia gospodarcza i Inne art.) oraz 45 produktów. Do porównania łącznie zestawiono ponad 2,3 tys. marek, w tym przeszło 129 tys. cen detalicznych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash&carry, działające w 16 województwach.

Feminatywy z różnych perspektyw

Feminatywy stanowią jeden z najgłośniejszych tematów w dyskusji o ewolucji języka polskiego. Dowodzi tego także badanie Pracuj.pl „Język ofert pracy”. 64% mężczyzn uczestniczących w badaniu popiera powszechne wykorzystanie żeńskich nazw stanowisk. Jednocześnie jednak blisko połowa z nich twierdzi, że feminatywy nie pasują do części zawodów. W drugim materiale poświęconym badaniom sprawdzamy także, jak postrzegane są anglojęzyczne nazwy stanowisk, a także jak do feminatywów odnoszą się osoby niebinarne.

Z materiału dowiesz się, że:

  • 2/3 badanych mężczyzn popiera powszechne użycie feminatywów.
  • Blisko połowa oczekuje wykorzystania feminatywów w treści ofert pracy.
  • Jednocześnie blisko połowa twierdzi, że nie pasują one do części stanowisk.
  • Osoby niebinarne wyróżniają się dużym poparciem dla feminatywów.
  • We wszystkich grupach większość badanych nie uważała angielskich nazw stanowisk za brzmiące bardziej profesjonalne od polskich.

Feminatywy zewnętrznym okiem

Feminatywy to żeńskie formy gramatyczne nazw zawodów i funkcji, określające kobiety m.in. pod kątem wykonywanego zawodu, posiadanej profesji czy tytułu. By zmierzyć opinie Polek na ten temat, zespół Pracuj.pl przeprowadził z Fundacją Sukcesu Pisanego Szminką badanie wśród 18 tysięcy respondentek. Według odpowiedzi kobiet pojęcie feminatywów zdecydowanie nie jest im obojętne, a większość wspiera wykorzystywanie żeńskich form zawodów. Tekst wzbudził dużą dyskusję w mediach i social media, pokazując skalę wyzwań związanych z ewolucją codziennego języka polskiego – w odróżnieniu np. od języka angielskiego, bardzo utrudniającego używanie terminów nienacechowanych płciowo.

W drugim materiale poświęconym badaniom przyglądamy się wypowiedziom 1516 mężczyzn biorących udział w analogicznym pomiarze. Ze względu na znaczne różnice liczebności grup badanych kobiet i mężczyzn, eksperci Pracuj.pl zdecydowali się nie porównywać ich ze sobą bezpośrednio. Wśród respondentów znalazło się również 167 osób niebinarnych – które oznaczyły w ankiecie badawczej płeć jako „inna”. Ze względu na nieporównywalnie mniejszą liczebność tej grupy w badaniu, jej odpowiedzi omawiamy w ostatniej części materiału.Feminatywy

Feminatywy na tak, ale…

64% mężczyzn – respondentów Pracuj.pl uważa, że żeńskie nazwy stanowisk powinny być używane powszechnie na równi z męskimi – przeciwną opinię miało 23% z nich, a 13% nie miało określonego zdania. Wśród panów dominowały więc postawy pozytywne, choć już wstępna analiza badań mężczyzn i kobiet pokazuje, że w tej pierwszej grupie grono respondentów traktujących feminatywy z dystansem jest wyraźnie większe. O ile większość badanych ogólnie aprobowała żeńskie nazwy stanowisk, o tyle rzadziej stawiali oni znak równości między nimi, a przyjętymi powszechnie „męskimi” formami. Nieco mniej niż połowa respondentów (48%) zgodziła się bowiem ze zdaniem, że feminatywy są ważne i określają funkcję zawodową kobiety na tych samych zasadach, jak w przypadku mężczyzn.Feminatywy 2

W tym kontekście warto przyjrzeć się także postawom przyjmowanym przez respondentów wobec wykorzystania feminatywów w rekrutacji. W badaniu przeprowadzonym wśród kobiet zdecydowana większość respondentek deklarowała poparcie dla ich wykorzystania w ogłoszeniach o pracę – zarówno w kwestii treści, jak i tytułów ofert. Wśród mężczyzn zdania są bardziej podzielone – nieco mniej, niż połowa z nich oczekuje, by żeńskie nazwy stanowisk pojawiały się w ofertach równie często co męskie (46%) oraz że w tytułach ogłoszeń będą się pojawiać zarówno żeńska, jak i męska forma nazwy stanowiska (47%).Feminatywy 3

Jak zauważa Anna Hołdyńska, Ekspertka ds. Projektowania Treści w Grupie Pracuj i koordynatorka badania, grupa badanych, którzy wyrażali wątpliwości wobec występowania feminatywów, może częściowo wynikać z odmiennych doświadczeń zawodowych mężczyzn.

Panowie rzadziej od respondentek doświadczają osobiście zawodowych konsekwencji wynikających z języka ofert pracy czy stereotypów dotyczących zawodów. Oczywiście na nasze postrzeganie feminatywów mogą wpływać także kwestie światopoglądowe, przekonania czy stan wiedzy. Mimo to warto zauważyć, że niemal połowa badanych chce, by żeńskie końcówki w nazwach stanowiska pojawiały się w ogłoszeniach o pracę na równi z męskimi. Zmianę w tym kierunku zauważamy też na Pracuj.pl. Porównując pierwsze 3 miesiące tego roku, z analogicznym okresem 5 lat temu, obserwujemy zarówno wzrost liczby ofert posiadających oznaczenia płci w tytułach, jak i wykorzystujących same feminatywy. Tych ofert jest więcej o 35%. Podejrzewam, że za kolejne 5 lat wzrost ten będzie trzycyfrowy a programistki, rekruterki, sprzedawczynie czy inżynierki i ich żeńskie nazwy stanowisk nie będą budziły takich emocji jak obecnie – komentuje Anna Hołdyńska.

Powyższe obserwacje są szczególnie istotne w kontekście dodatkowych odpowiedzi respondentów. W ich gronie blisko połowa uznała, że żeńskie nazwy stanowisk nie pasują do wszystkich zawodów (45%). Więcej niż co trzeci (37%) dodał, że użycie żeńskiej nazwy stanowiska niepotrzebnie określa aspekt płci, który nie powinien być istotny w przypadku kwestii zawodowych. Ponadto więcej niż co piąty respondent uważał używanie żeńskich nazw zawodów za niepotrzebne udziwnienie.Feminatywy 4

Maciej Makselon, redaktor w Grupie Wydawniczej Foksal i popularyzator wiedzy o języku polskim, zwraca uwagę także na historyczny aspekt zmian postrzegania feminatywów na przestrzeni lat. Według analiz wydawnictw z przeszłości, feminatywy były niegdyś niemal powszechną formą językową.

Świat, w którym rozmowa o gramatyce rozpalałaby serca i umysły widowni, brzmi jak marzenie. Można by zatem zakładać, że spory dotyczące feminatywów cieszą oczy osób, które zajmują się językiem. Jednak cieszyć nie mogą, bo zwykle są to spory ideologiczne. Jeśli chodzi o gramatykę i historię języka to sprawa jest stosunkowo prosta. Feminatywy są najbardziej naturalnym sposobem wyrażania płci w języku polskim i powrotem do tradycji. Były obecne w słownikach i przedwojennej prasie. Znaleźć możemy nawet ślady protestów przeciwko łączeniu nazw żeńskich ze skrótem dr, nie drka. Protestów – z punktu widzenia gramatyki – jak najbardziej zasadnych.

Feminatywy a nobilitacja stanowiska

63% mężczyzn biorących udział w badaniu deklaruje, że używają feminatywów w codziennym życiu zawsze lub często. Jednocześnie jednak odpowiedź „zawsze wskazywało” tylko 18% z nich a więcej, niż co trzeci respondent sięga po feminatywy rzadko lub nigdy (37%). Oznacza to, że wśród mężczyzn znalazł się o wiele wyższy odsetek osób unikających feminatywów, niż u badanych kobiet. Jak zauważają badacze, różnice postaw mogą wynikać m.in. z dużo mniej przychylnego odbioru wymowy, jaką według badanych mężczyzn mają żeńskie nazwy stanowisk.Feminatywy 5

W kontekście badań warto zwrócić uwagę na stosunkowo wysoki odsetek mężczyzn, którzy oceniają różne feminatywy jako mniej poważne od męskich wersji nazw. Więcej, niż co trzeci badany uważa za tracący na powadze tytuł Prezeski Zarządu, a przynajmniej co piąty – tytuły Członkini Zarządu, Dyrektorki Pionu Informatycznego, Kierowniczki Fabryki Mebli czy Ekspertki ds. Marketingu.

Co interesujące, mniejsze wątpliwości budziły stanowiska niższego szczebla. Jak podkreślaliśmy w poprzednim materiale, eksperci zwracają uwagę na ujawniające się w badaniach zjawisko podziału stanowisk na prestiżowe i bardziej powszechne. Efekt ten odzwierciedla się powszechnym odbiorem męskich nazw stanowisk jako bardziej nobilitujących. Choć takie postawy zdarzały się także wśród respondentek, mężczyźni wyrażali wątpliwości odnośnie „powagi” feminatywów nawet kilkakrotnie częściej.Feminatywy 6

Omawiając wyniki badania Maciej Makselon zwraca uwagę na fakt, że obecnie za „poważniejsze” formy uznaje się te, w których rodzaj męski koryguje się składnią. Dla części badanych „prezeska” brzmi mniej poważnie niż „pani prezes”, choć w drugiej formie nienaturalnie brzmi użyty rodzaj.

Nikt nie postuluje używania formy „pan prezeska”, choć z punktu widzenia mechaniki języka jest ona niewiele mniej osobliwa od wspomnianej „pani prezes”. To czasy komunizmu, w których w sposób sztuczny rugowano formy żeńskie z języka, przyzwyczaiły nas do korygowania rodzaju poprzez dodawanie do maskulatywu wyrazu „pani”. Niechęć wobec używania feminatywów jest niechęcią wobec zmiany przyzwyczajeń. Warto jednak zauważyć, że nie wszystkie przyzwyczajenia są dobre.

Angielskie nazwy nie zawsze mile widziane

Ciekawym wątkiem, często występującym w dyskusji o feminatywach, jest propozycja regularnego stosowania terminów anglojęzycznych do opisu stanowisk. Ze względu na zasady językowe w angielskim powszechne jest stosowanie nazw zawodów nie nacechowanych płciowo. Z jednej strony terminy obcojęzyczne wykorzystywane są w rosnącej liczbie miejsc pracy, ich popularność rośnie także w wielu branżach – w tym m.in. IT, marketingu, księgowości czy sprzedaży. Jednocześnie jednak budzą sprzeciw sporej części pracowników, uznających terminy obcojęzyczne – zgodnie z wieloma językoznawcami – za wpływające negatywnie na jakość języka polskiego.Feminatywy 7

Jaką opinię na ten temat wyrazili respondenci Pracuj.pl? Tylko 27% badanych mężczyzn uważa, że anglojęzyczne nazwy stanowisk brzmią bardziej profesjonalnie niż polskie. Co szczególnie ciekawe, wśród badanych kobiet udział był nieco wyższy (30%), a wśród osób niebinarnych – niższy (20%). Wszystkie grupy wykazały się dużym dystansem do zastępowania polskich terminów zagranicznymi.

Wspomniane wyniki to wyraźny znak dla pracodawców, że warto się pochylać nad sposobem opisywania stanowisk w ofertach. Angielski wcale nie musi dodawać prestiżu wykonywanej pracy, szczególnie w miejscach, w których współpraca z międzynarodowym klientem nie należy do naszych obowiązków. Czy jeśli zajmuję się zdobywaniem klientów dla lokalnej firmy produkcyjnej, lepiej określi mnie Sales Representative czy Przedstawiciel/Przedstawicielka Sprzedaży? Wiele zależy od kontekstu. Ciekawym tematem do zbadania w przyszłości jest różnica podejścia kandydatów do ogłoszeń polsko- i anglojęzycznych na to samo stanowisko – komentuje Anna Hołdyńska.

Feminatywy w ogłoszeniach o pracę

Jak wykazują analizy Pracuj.pl, w I kwartale 2021 liczba ofert z udziałem feminatywów na portalu była wyższa o 19% niż w analogicznym okresie 2016. Wciąż jednak stanowiły one zdecydowaną mniejszość ofert – 3,5%. Co interesujące, zaobserwowany wzrost dotyczył zarówno segmentu specjalistów, jak i pracowników fizycznych. Liczba ofert z żeńskimi nazwami stanowisk utrzymała się natomiast na podobnym poziomie w segmencie zawodów postrzeganych stereotypowo jako kobiece, zazwyczaj o niższym prestiżu społecznym.

W I kwartale 2021 feminatywy były najczęściej wykorzystywane w ogłoszeniach o pracę z dziedziny finanse/ekonomia – pojawiały się w 22% ogłoszeń z kategorii. Stanowiło to udział wyższy o połowę niż pięć lat wcześniej – wówczas było to 15%. Na drugim miejscu znalazła się administracja biurowa (19% ofert), a na trzecim – zdrowie/uroda oraz hotelarstwo/gastronomia (po 9%). W pozostałych kategoriach oferty z feminatywami stanowiły w I kwartale 2021 maksymalnie 3% całej kategorii.

Warto przyjrzeć się także udziałowi żeńskich nazw stanowisk w ogłoszeniach na różne poziomy zatrudnienia. Feminatywy najczęściej znajdowały się w ogłoszeniach dla asystentów/asystentek (28%) i praktykantów/praktykantek (8%). Analiza ogłoszeń pokazuje wyraźnie, że żeńskie nazwy stanowisk są zazwyczaj chętniej wykorzystywane do opisu stanowisk o niższym prestiżu czy na niższym szczeblu.

Osoby niebinarne o feminatywach

Wśród uczestników badania obok kobiet i mężczyzn znalazło się grono 167 osób niebinarnych – które wybrały w tzw. metryczce płci opcję „inna”. Ze względu na fakt, że grupa ta odznaczała się niską liczebnością, wyciąganie dalej idących wniosków na temat jej postaw wymagałoby przeprowadzenia bardziej pogłębionych badań na większej próbie.Feminatywy 8

Ogólna analiza ankiet otrzymanych od osób niebinarnych wskazuje, że wykazują się one wyjątkowo dużym poparciem dla feminatywów oraz dla ich odważniejszego wprowadzania do miejsc pracy. Aż 93% ich odpowiedzi wyrażało przekonanie, że żeńskie nazwy stanowisk są ważne i określają funkcję zawodową kobiety na tych samych zasadach, jak w przypadku mężczyzn. Taki sam udział uznawał, że żeńskie nazwy stanowisk powinny być używane powszechnie na równi z męskimi. To wyniki wyższe niż zarówno u mężczyzn, jak i kobiet.

Osoby z tej grupy odróżniały się także pod względem częstotliwości wykorzystywania feminatywów w codziennym życiu. Aż 60% odpowiedzi wskazywało na używanie ich zawsze, 32% – często, a tylko 8% – rzadko lub nigdy. Ponownie – to wynik wyraźnie wyższy zarówno od mężczyzn, jak i kobiet. W badanym gronie zdecydowanie najmniej było natomiast respondentów postrzegających nieufnie feminatywy – tylko 6% uważa, że nie pasują one do wszystkich zawodów, a 2% – że stanowią one niepotrzebne udziwnienie. Wszystkie przytaczane odpowiedzi mogą świadczyć o szczególnie dużej wadze przykładanej przez osoby niebinarne do feminatywów.Feminatywy 9

Dyskusja o feminatywach trwa

Według przytaczanego przez nas także w poprzednim materiale stanowiska Rady Języka Polskiego z 2019 roku, dążenie do symetrii w nazwach ma podstawy społeczne i jest prawem, które należy zostawić samym mówiącym. Mimo to żywe dyskusje o feminatywach toczą się zarówno wśród językoznawców, jak i Polaków reprezentujących różne branże, stanowiska czy przekonania. Badanie Pracuj.pl wskazuje na duże znaczenie tego aspektu języka polskiego dla szerokiego grona mężczyzn i kobiet. Prace nad różnymi rozwiązaniami nie są i nie będą dyktowane formalnie, a raczej kształtowane na podstawie codziennego wykorzystania języka. Właśnie z tego powodu ważna jest wymiana rzeczowych argumentów i przedstawianie różnych perspektyw na zjawisko feminatywów.

Jakich umiejętności według pracodawców brakuje na rynku pracy?

Zapotrzebowanie na umiejętności zmieniło się pod wpływem pandemii COVID-19. Na znaczeniu zyskały kompetencje miękkie, jednak znalezienie kandydatów dysponujących tymi pożądanymi stanowi wyzwanie dla organizacji – zarówno lokalnie, jak i globalnie. Prawie co trzeci pracodawca w Polsce ma trudności z pozyskaniem pracowników wykazujących się rzetelnością, odpowiedzialnością i dyscypliną. Największe problemy w tym zakresie zauważają duże firmy. Jakie umiejętności powinni rozwijać kandydaci, chcący zwiększyć swoją atrakcyjność na rynku pracy?

Z analizy ManpowerGroup wynika, że niedobór talentów w Polsce znacząco wzrósł w ostatnich latach. Już 81% pracodawców odczuwa wyzwania w obszarze rekrutacji kandydatów posiadających odpowiednie kompetencje – zarówno twarde, jak i miękkie. 35% firm deklaruje, że trudne jest dla nich pozyskanie pracowników, wykazujących się rzetelnością, dyscypliną i wysokim poczuciem odpowiedzialności za powierzone zadania. Ponad ¼ organizacji zauważa na rynku deficyt kompetencji związanych z logicznym myśleniem i umiejętnością rozwiązywania problemów. Braki dotyczą również przejmowania inicjatywy, na co zwraca uwagę 28% pracodawców. Kolejne umiejętności trudne do pozyskania w procesie rekrutacji to krytyczne myślenie oraz zdolności analityczne (26%). 24% przedsiębiorców odczuwa też niedobory pracowników charakteryzujących się odpornością oraz elastycznością działania.kompetencje

– Obecnie obserwujemy, że na znaczeniu zyskują tak zwane kompetencje transferowalne, czyli takie, które są potrzebne w każdej branży i umożliwiają dostosowanie się do nowych zadań oraz sprawne działanie w środowisku biznesowym. Wymienione w raporcie umiejętności miękkie wskazywane przez pracodawców jako najtrudniejsze do pozyskania to właśnie te, które pozwalają dziś organizacjom osiągać konkretne rezultaty na dynamicznym i niepewnym rynku. Należy podkreślić, że umiejętności miękkie wspierają uzyskanie twardych wyników. Choć wiedza i ekspertyza są kluczowe, to jednak tylko w połączeniu z wykorzystaniem kompetencji miękkich umożliwiają pracownikom osiąganie optymalnych rezultatów w pracy – stwierdza Agnieszka Krzemień, ekspert ds. rozwoju i zarządzania karierą z Right Management w ManpowerGroup. Specjalistka wskazuje również, że trudności związane z pozyskiwaniem kadry dysponującej pożądanymi umiejętnościami mogą wynikać zarówno z braku skutecznej i dostosowanej do obecnych wyzwań rynkowych strategii zarządzania talentami, jak i nieefektywnego budowania marki pracodawcy z wyboru.

– Ważnym punktem wyjścia jest zdefiniowanie modeli kompetencyjnych, które zapewnią organizacji oczekiwaną konkurencyjność w branży oraz pozwolą realizować cele biznesowe. Warto systematycznie przeglądać swoje zasoby i diagnozować posiadane w firmie umiejętności oraz talenty, a następnie określać luki kompetencyjne, badać mocne strony pracowników i rozwijać je tak, aby uzyskać pożądane rezultaty. Skuteczne strategie zarządzania talentami skupiają się na równoważnym rozwijaniu umiejętności technicznych i kompetencji miękkich. Kluczową w tym obszarze rolą zespołów personalnych jest analizowanie, jakie umiejętności mogą być potrzebne organizacji w przyszłości i jakie działania warto rozpocząć już dziś, by je pozyskać. Ważne jest również cykliczne weryfikowanie, czy obecnie pracownicy są dopasowani do stanowisk i w jakim stopniu strategia budowania marki pracodawcy z wyboru wspiera zatrzymanie i pozyskanie nowych kadr. Warto również zadbać o mobilność pracowników wewnątrz organizacji, ponieważ zapewnia ona jeszcze lepsze dostosowanie kompetencji do potrzeb firmy, wspierając jednocześnie rozwój personelu i otwierając przed zatrudnionymi osobami alternatywne ścieżki rozwoju – mówi Agnieszka Krzemień.

Umiejętności z obszaru rozwiązywania problemów wskazywane były przez pracodawców jako deficytowe już w 2018 roku. Otwierały one listę kompetencji miękkich najtrudniejszych do pozyskania, a ich niedobór na rynku pracy zauważało 31% przedsiębiorców. To jednak jedyna pozycja z zakresu umiejętności miękkich, która powtarza się w raportach „Niedobór Talentów” zarówno w 2021, jak i 2018 roku. Trzy lata temu firmy deklarowały, że wyzwaniem jest dla nich znalezienie pracowników, którzy potrafią współpracować – zwracało na to uwagę 30% organizacji. Za deficytowe kompetencje miękkie uważane były również komunikacja (29%), organizacja (29%) oraz zarządzanie (14%), a więc umiejętności zupełnie inne niż te wskazywane jako trudne do pozyskania w tegorocznej edycji badania.

– W efektywnym rozwijaniu kompetencji kadry kluczowe jest budowanie kultury organizacyjnej wzmacniającej ciekawość i chęć poszerzania wiedzy. Ważne jest także wspieranie i stymulowanie pracowników poprzez realne inwestowanie w ich rozwój i realizowanie programów, które pozwalają zdobywać umiejętności potrzebne w danej branży i otoczeniu biznesowym. Istotnym elementem takiego działania jest różnorodność aktywności rozwojowych, obejmujących nie tylko warsztaty i szkolenia, ale również indywidualne sesje rozwojowe, będące połączeniem treningu, coachingu oraz mentoringu. Należy przy tym pamiętać, by omawiane treści były mocno osadzone w rzeczywistości i dotyczyły realnych wyzwań uczestnika programu. Pozwoli to nie tylko utrwalić zdobytą wiedzę, ale też wzmocnić samoocenę pracownika i usunąć bariery w rozwoju, wynikające choćby z ograniczających przekonań. Wskazane jest, aby uczestnik współtworzył program, ponieważ dzięki temu będzie miał wpływ na dobór treści szkoleniowych i skoncentrowanie się na tych, które wniosą realne korzyści do jego życia zawodowego. W takiej sytuacji organizacja i pracownik razem biorą odpowiedzialność za efekty programu rozwojowego. Warto zaznaczyć, że skuteczne rozwijanie kompetencji – zarówno miękkich, jak i twardych – wspiera też systematyczna informacja zwrotna od trenera lub coacha, a także menedżera. Ważne jest, by organizacje dobrze przygotowały liderów do przekazywania konstruktywnego feedbacku, prowadzenia rozmów rozwojowych z pracownikami czy wręcz coachingu kariery – stwierdza Agnieszka Krzemień.

Globalna lista 5 najtrudniejszych do pozyskania kompetencji miękkich nie różni się znacząco od polskiej. Zarówno w kraju nad Wisłą, jak i na świecie wyzwaniem dla pracodawców jest znalezienie odpowiedzialnych, zdyscyplinowanych i rzetelnych pracowników. Za granicą niedobór takich kandydatów zauważa 28% firm. Globalnie brakuje też osób wykazujących się odpornością i elastycznością (25%) oraz inicjatywą (21%). Pozycją odróżniającą wyniki światowe od polskich jest przywództwo i wpływ społeczny. Niedobór tych kompetencji odczuwa 20% zagranicznych organizacji, polscy pracodawcy nie zgłaszają ich jednak w pierwszej piątce umiejętności trudnych do pozyskania. Przedsiębiorcy z naszego kraju stwierdzają natomiast, że wyzwaniem jest zatrudnienie pracowników dysponujących rozwiniętymi umiejętnościami z zakresu logicznego myślenia i rozwiązywania problemów. Tego samego zdania jest 20% pracodawców na świecie.

– Organizacja, która buduje markę pracodawcy z wyboru, podnosi zaangażowanie i satysfakcję kadry oraz zapewnia sobie wysoki wskaźnik retencji pracowników. W modelu dopasowania kariery pracownik i organizacja spotykają się w swoich wzajemnych oczekiwaniach. Kompetencje pracownika odpowiadają potrzebom firmy i przyczyniają się do generowania zysku, a oferta pracodawcy spełnia oczekiwania pracownika w zakresie bezpieczeństwa i atrakcyjności zatrudnienia oraz perspektyw rozwoju. Brak dopasowania generuje straty dla obu stron – organizacja nie realizuje swoich celów biznesowych, pracownik zaś nie jest zaangażowany i zmotywowany oraz nie czerpie satysfakcji z życia zawodowego. Niedobór talentów oraz niedopasowanie ich do strategii przedsiębiorstwa negatywnie wpływa na konkurencyjność firmy na rynku. Dlatego też definiowanie kluczowych dla organizacji umiejętności oraz pozyskiwanie, rozwijanie i utrzymywanie kandydatów dysponujących pożądanymi kompetencjami powinno być priorytetem dla pracodawców. Istotne jest również wyposażenie pracowników w uniwersalne kompetencje przyszłości oraz motywowanie ich do zdobywania nowej wiedzy i samodzielnego kształtowania sukcesu zawodowego – podsumowuje ekspertka.

O czym pamiętać, a czego unikać, wybierając swoje biurko gamingowe?

Niezależnie od tego, czy twoja przygoda z gamingiem dopiero się rozpoczyna, czy jesteś już zaprawionym w bojach graczem, potrzebne ci odpowiednie biurko gamingowe. Oczywiście liczy się w dużej mierze estetyka, ale twoją uwagę powinny zwracać przede wszystkim ergonomiczne meble. Kompletny zestaw to połączenie dopasowanego do osoby fotela z biurkiem gamingowym. 

Biurko gamingowe – dlaczego wybór jest tak ważny?

Biurka gamingowe to meble niezbędne zarówno dorosłym, jak i tym nieco młodszym graczom. Wiele osób jednak podchodzi do tego typu zakupów z dużą rezerwą, swoją uwagę koncentrując przede wszystkim na dobrym sprzęcie komputerowym. Warto jednak pamiętać, że biurko gamingowe ma ogromne znaczenie nie tylko dla samej wygody podczas gry, lecz także zdrowia kręgosłupa. Spędzanie codziennie wielu godzin w pozycji siedzącej może przyczynić się do poważnych problemów zdrowotnych, jeśli nie zadbasz o to, aby meble zapewniały ciału maksymalny komfort, stabilne oparcie i zachęcały do utrzymania prawidłowej postawy.

Oczywiście wygląd mebla także nie jest bez znaczenia. Nowoczesne biurka gamingowe występują w dużej liczbie modeli, dzięki czemu masz możliwość wyboru najbardziej odpowiadającego ci pod względem estetyki rozwiązania. Ponadto, meble te cały czas ewoluują, dostosowując się do nowoczesnych trendów meblarskich. Dobrze dobrane biurko do gry może stanowić przy okazji osobę wnętrza, podkreślającą jego charakter.

Biurko regulowane – liczy się rozmiar

O prawidłową postawę ciała zadbać powinieneś na kilka sposobów. Przede wszystkim biurko powinno być dostosowane do wzrostu osoby przy nim pracującej czy grającej. Świetnym rozwiązaniem, które pozwoli ci stworzyć najlepsze warunki zarówno do nauki, pracy, jak i zabawy, jest biurko z regulacją wysokości. Dzięki takiemu rozwiązaniu przy danym meblu może pracować i grać kilka osób, a każda z nich będzie mogła dostosować wysokość mebla do swoich potrzeb. Takie biurko to także świetne rozwiązanie dla dziecka. Gamingowe biurko dziecięce może dzięki regulacji wysokości rosnąć razem z dzieckiem.

Niezależnie od tego, czy biurko przeznaczone jest wyłącznie do gry i zabawy, czy też do pracy lub odrabiania lekcji, powinno mieć ono również odpowiednio duży blat. Muszą się bowiem na nim zmieścić wszystkie niezbędne akcesoria. Do gamingu potrzeba z reguły znacznie więcej miejsca. Na blacie zazwyczaj musi zmieścić się kilka monitorów, klawiatura, mysz oraz inne akcesoria.

Dobrym rozwiązaniem będzie także biurko gamingowe wyposażone w mediaport, a więc urządzenie, które porządkuje przewody oraz inne urządzenia wejściowe. Wysuwany panel ułatwia podpięcie pada czy słuchawek. Zero plączących się kabli, braku miejsca, jest za to wejście dla sprzętu dostępne na wyciągnięcie ręki. Mediaport w biurkach gamingowych na gniazda zasilające VGA, RCA, HDMI, RJ45, USB, Audio.

Wysoka jakość materiałów, czyli jaka?

Wysokość blatu to jednak nie jedyny parametr, na który warto zwrócić uwagę. Kluczowa jest także możliwość wyboru materiału, z którego blat ten powinien zostać wykonany. Niezależnie, czy mowa o biurku gamingowym, do prac domowych czy home office, blat musi być wytrzymały. Najlepszym rozwiązaniem wydają się proste blaty wykonane z płyty wiórowej – wiórów drzewnych sprasowanych w wysokiej temperaturze, które są wyjątkowo trwałe i odporne na różnego rodzaju uszkodzenia.

Najwyższej jakości blat z płyty wiórowej

Blaty z płyty wiórowej to świetny wybór do każdego biurka. Mają one ogromny wpływ również na wygląd mebla. Wybór możliwych kolorów okleiny jest bardzo szeroki. Do tego masz możliwość wyboru, czy blat będzie miał klasyczne, proste narożniki, czy też zdecydujesz się na bardziej nowoczesną wersję z zaokrąglonymi bokami. W jednym i drugim przypadku możesz liczyć na blat o grubości prawie 20 cm i obrzeże ABS chroniące przed uszkodzeniami. Wersja z zaokrąglonymi bokami to rozwiązanie, które z pewnością warto rozważyć, jeśli mowa o biurku dziecięcym. Rozwiązanie to sprawdzi się jako mebel do odrabiania prac domowych, zabawy i nauki.

Stelaż dopasowany do potrzeb każdego dziecka – biurko z regulacją wysokości

Biurko dziecięce powinno być przez nas szczególnie uważnie wybierane. Niezależnie, czy kupujesz mebel, który ma służyć przede wszystkim do nauki, czy też masz już w domu małego miłośnika gamingu, koniecznie uważnie przyjrzyj się rozwiązaniom dostępnym na rynku. Trwały, stabilny stelaż umożliwiający regulację wysokości, odpowiednio szeroki i odporny na uszkodzenia blat, w końcu zaokrąglone boki, które zwiększają bezpieczeństwo i chronią przed wypadkiem to ważne kryteria oceny. Biurko regulowane, które proponuje np. Fly-Desk.com, to świetne rozwiązanie, ponieważ pozwala dostosować rozmiar biurka tak w pionie, jak i poziomie, zapewniając tym samym brak konieczności częstej wymiany mebla. Takie biurko dziecięce rośnie razem z maluchem, cały czas zapewniając odpowiednie warunki do pracy. Bardzo ważne jest to, że dzięki regulacji wysokości cały czas dziecko może mieć mebel, który dba o jego właściwą postawę.

Aneks do umowy przedwstępnej będzie koniecznością?

Czas rozpatrywania wniosków o kredyt mieszkaniowy mocno się wydłużył. Może się zatem okazać, że aneks do umowy przedwstępnej będzie konieczny.

Krajowe media informują, że ostatnio mocno wzrosło zainteresowanie kredytami mieszkaniowymi. Miesięczne wartości umów zawieranych przez banki i nabywców mieszkań biją kolejne rekordy ze względu na szybki wzrost cen metrażu. Wysokie wyniki są notowane również pod względem liczby osób, które ubiegają się o kredyt mieszkaniowy i go otrzymują. Opisywana sytuacja sprawia, że czasem na decyzję kredytową trzeba czekać nawet 60 dni – 70 dni. Przepisy mówią, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Mimo tego, trudno w najbliższym czasie spodziewać się znaczącej poprawy. Warto zatem odpowiednio przystosować zawieraną umowę przedwstępną do obecnej sytuacji. Może ona oznaczać również preferencje dla osób płacących za lokum tylko przy pomocy własnych środków.

Nasz artykuł w dużym skrócie:

  • Przedłużenie terminu zawarcia umowy przyrzeczonej (umowy sprzedaży nieruchomości) jest możliwe, ale wymaga dobrej woli ze strony sprzedającego.
  • W pewnych sytuacjach, aneks do umowy przedwstępnej powinien zostać zawarty w formie notarialnej.
  • Długi termin oczekiwania na decyzję kredytową sprawia, że preferowane mogą być osoby posiadające własne środki na zakup nieruchomości.

Poniżej prezentujemy więcej informacji o ważnym dokumencie, jakim jest aneks do umowy przedwstępnej. Omawiamy też przepisy regulujące wydawanie decyzji kredytowej. 

Ustawowy termin 21 dni obecnie może być czystą teorią

Kwestia dotycząca czasu rozpatrywania wniosków o kredyt hipoteczny jest ważna nie tylko dlatego, że dłuższa procedura kredytowa oznacza utrudnienia dla nabywców nieruchomości. O kłopotach, jakie czasem powoduje aneks do umowy przedwstępnej będziemy jeszcze pisać. „Tymczasem warto podkreślić, że długi termin rozpatrywania wniosków o kredyty mieszkaniowe stanowi także naruszenie obowiązujących przepisów” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Ustawa z dnia 23 marca 2017 r. o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami (obowiązująca od 22 lipca 2017 r.) wskazuje, że kredytodawca, pośrednik kredytu hipotecznego lub agent kredytowy w dwudziestym pierwszym dniu od złożenia wszystkich potrzebnych dokumentów powinien przekazać wnioskodawcy decyzję kredytową banku. „Konsument może wyrazić zgodę na wcześniejsze przekazanie takiej decyzji (przed dwudziestym pierwszym dniem)” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Co ważne, decyzja kredytowa wedle ustawy z dnia 23 marca 2017 r. stanowi wiążącą ofertę w rozumieniu artykułu 66 paragraf 1 kodeksu cywilnego. To oznacza, że wydanie decyzji kredytowej nie może być pochopne nawet w warunkach dużego obciążenia wnioskami kredytowymi. W 2020 r. Komisja Nadzoru Finansowego potwierdziła, że trzytygodniowy termin trzeba liczyć od dnia przekazania przez wnioskodawcę wszystkich potrzebnych dokumentów. „To oznacza, że banki mogą dawać sobie więcej czasu na decyzję poprzez domaganie się dodatkowych dokumentów od klienta” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Dobre relacje ze sprzedawcą okazują się bardzo ważne …

Opisywana powyżej sytuacja sugeruje, że nabywcy nieruchomości muszą zareagować na okresowe utrudnienia poprzez podpisywanie umów przedwstępnych (w zwykłej lub notarialnej formie), które przewidują odpowiednio długi termin na zawarcie umowy przyrzeczonej. Takie umowy przedwstępne powinny też zapewniać zwrot zadatku w razie udokumentowanej, odmownej decyzji kredytowej z kilku banków. „Przepisy dotyczące zadatku przewidują wprawdzie jego zwrot jeśli żadna ze stron nie ponosi odpowiedzialności za fiasko transakcji, ale dodatkowe klauzule umowne na pewno nie zaszkodzą” – uważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Osoby, które wcześniej odpowiednio nie zadbały o zabezpieczenie swoich interesów w obliczu bankowych problemów z rozpatrywaniem wniosków, będą musiały skorzystać z opcji awaryjnej, jaką jest aneks do umowy przedwstępnej. Sprzedawcy mieszkania, domu lub działki oczywiście nie można zmusić do podpisania takiego aneksu. Dlatego bardzo ważną kwestią są dobre relacje ze wspomnianą osobą. „Warto pamiętać, że może ona wysuwać roszczenia związane z zatrzymaniem zadatku po upływie pierwotnego terminu – zwłaszcza jeśli kwestie dotyczące problemów kredytowych nie zostały uregulowane w umowie przedwstępnej” – przypomina Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Następną bardzo istotną sprawą wydaje się forma aneksu do umowy przedwstępnej. W przypadku umów przedwstępnych podpisanych jako akty notarialne, pomoc notariusza będzie niezbędna, co wygeneruje koszty kolejnego aktu. Brak notarialnej formy aneksu do umowy przedwstępnej (mimo prawnych wymagań) będzie skutkował nieważnością przedłużenia terminu sprzedaży. „Taką interpretację przepisów wynikającą z art. 77 par. 1 kodeksu cywilnego potwierdził na przykład Wyrok Sądu Rejonowego w Iławie z 27 stycznia 2016 r. (sygn. akt. I C 798/15)” – podaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Sprzedający kuszą rabatem kupców niebiorących kredytu

W ramach podsumowania, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl zwraca również uwagę, że sprzedawcy nieruchomości już zareagowali na problemy związane z wydłużonym czasem rozpatrywania wniosków o kredyt mieszkaniowy. Mianowicie osoby, którym zależy na szybkiej sprzedaży nieruchomości, czasem oferują rabat dla nabywców kupujących dom, lokal lub działkę bez wsparcia banku. Brak procedury kredytowej oznacza bowiem szybszą finalizację transakcji, na której zależy np. osobom planującym przeprowadzkę. „Wspomniane rabaty dla płacących „gotówką” premiują m.in. inwestorów posiadających odpowiednie środki” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Polska technologia zdalnej diagnostyki przyszłością medycyny?

Jednym z większych problemów zarówno światowej, jak i polskiej opieki zdrowotnej jest niewystarczająca liczba lekarzy i specjalistów medycznych. Starzejące się społeczeństwa potrzebują większej opieki – a liczba osób, które tę opiekę mogą zapewnić, nie wzrasta. To jeden z powodów, dla którego tak dynamicznie i prężnie rozwija się MedTech. Technologie znajdujące zastosowanie w medycynie stają się coraz popularniejsze na światowych rynkach. Pozwalają na samodzielne monitorowanie stanu zdrowia i przeprowadzanie badań, które do tej pory wymagały obecności specjalisty. Dzięki temu chorzy mają łatwiejszy dostęp do badań, a wykrywane na wcześniejszym etapie objawy pozwalają na lepsze zarządzanie chorobą. Jeżeli chodzi o rozwój MedTechu, Polska nie odstaje pod tym względem od krajów zachodnich. Jedną z firm, które zajmują się tym obszarem na polskim rynku, jest StethoMe.

– Mamy w Polsce bardzo dużo start-upów ze światowym potencjałem zaistnienia na rynku. Posiadamy chociażby monitory serca, które są obecnie bardzo powszechne w USA, monitory ciąży, specjalne opaski dla osób starszych, które pozwalają monitorować ich stan zdrowia. Przykładem takiej firmy jest także StethoMe, czyli automatyczny stetoskop, który pomaga dzieciom w astmie – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Radomski, prezes zarządu StethoMe. – W przypadku astmy codzienny monitoring choroby jest bardzo ważną rzeczą. Pozwala na wczesne wykrywanie objawów, powoduje, że choroba jest łagodniejsza i prowadzi do mniejszej ilości hospitalizacji. Automatyczny stetoskop, który pozwala na wykonanie profesjonalnego badania stetoskopowego w domu, umożliwia częste i regularne monitorowanie stanu zdrowia. StethoMe sprawdza się także w dobie szerzącego się covidu. Badanie się w domu i udostępnianie wyników lekarzowi pozwala na ograniczenie wizyt lekarskich, które dla astmatyków mogłyby być niebezpieczne. Możliwość telekonsultacji pozwala na otrzymanie porady lekarskiej bez konieczności wychodzenia z domu – wskazuje Radomski.

Organy nadzoru finansowego chcą wczesnej identyfikacji ryzyka kredytowego

Bardziej optymistyczne niż pierwotnie przewidywano perspektywy gospodarcze sprawiły, że konieczne okazało się zweryfikowanie prognoz dotyczących obszarów regulacyjnych sektora finansowego. Dotyczy to przede wszystkim kwestii takich jak ryzyko kredytowe, sposób zarządzania i odporność operacyjna, zrównoważony rozwój i innowacje, konsekwencje Brexitu czy nowe zagrożenia w zakresie przestępczości finansowej – wynika z raportu “Financial Markets Interim Regulatory Outlook 2021. Back to thinking about the future”, przygotowanej przez firmę doradczą Deloitte.

Zdaniem ekspertów Deloitte w ostatnich sześciu miesiącach skuteczne programy szczepień, luzowanie kolejnych pandemicznych obostrzeń w niektórych krajach oraz kontynuacja rządowego wsparcia złagodziły ekonomiczne skutki spowolnienia światowej gospodarki w 2020 r.

Nie oznacza to jednak, że udało się uporać ze wszystkimi wyzwaniami. Wzrost wskaźników inflacji nie jest dla ekonomistów zaskakujący i powinien mieć pozytywny wpływ na jakość portfela kredytowego banków. Pozostaje jednak pytanie, czy to trwała zmiana, czy chwilowy trend. Eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego zwracają uwagę na różną skalę i tempo odbudowy gospodarki w poszczególnych krajach. Optymizmem nie napawają też lokalne wzrosty liczby przypadków nowej mutacji koronawirusa
– mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Polsce, Deloitte.

Wbrew oczekiwaniom wyrażanym jeszcze na przełomie roku, perspektywy ekonomiczne dla sektora finansowego okazały się jednak bardziej optymistyczne niż zakładano. Ich potencjalne konsekwencje dla dziewięciu obszarów działań regulacyjnych w tej branży, zaprezentowanych we wcześniejszym raporcie Deloitte „Financial Markets Regulatory Outlook 2021”, musiały zostać zrewidowane.

Ryzyko kredytowe i odporność finansowa

Ponieważ wraz z poprawą sytuacji gospodarczej na świecie niektóre rządowe programy wsparcia są stopniowo wycofywane, organy nadzoru wyraźnie chcą, aby firmy jak najwcześniej identyfikowały jakiekolwiek zwiększenie ryzyka kredytowego. Przedsiębiorstwa muszą również zmierzyć się z długotrwałymi wyzwaniami dotyczącym ich rentowności. Dotyczy to przede wszystkim nowych podmiotów, które od początku swojej działalności muszą wpasować się w postpandemiczne warunki rynkowe.

Zasady postępowania i kultura biznesowa

Według przewidywań ekspertów Deloitte, instytucje nadzorujące mogą w przyszłości oczekiwać, że przedstawiciele sektora finansowego będą powszechniej stosować nowe, wyższe standardy obsługi swoich klientów, zwłaszcza w zakresie windykacji. Zarządy firm mogą zostać zmuszone do podjęcia odpowiednich kroków na drodze do poprawy inkluzywności i różnorodności. Co więcej, w codziennym funkcjonowaniu przydatne mogą być umiejętności zatrudnionych, wynikające z ich różnych wcześniejszych doświadczeń i stażu pracy.

Zrównoważony rozwój

Ponieważ zmiany regulacyjne w zakresie zrównoważonego rozwoju postępują szybko, w najbliższym czasie firmy powinny skoncentrować się na zarządzaniu ryzykiem klimatycznym, w tym opracowywaniu dokładnych i kompletnych danych ESG (środowisko, społeczna odpowiedzialność, ład korporacyjny) oraz solidnych ram zapobiegających zjawisku tzw. greenwashingu. Jego rozpowszechnienie pozostaje dla organów regulacyjnych kluczowym problemem, a dla firm może wiązać się z ryzykiem poniesienia odpowiedzialności, także karnej.

Unia Europejska stara się rozwiązać ten problem poprzez regulacje dotyczące ujawniania informacji i propozycje nowych standardów zielonych obligacji, których można się spodziewać jeszcze w tym roku. Widzimy, że sektor finansowy chce i może odegrać istotą w transformacji naszej gospodarki – mówi Przemysław Szczygielski.

Wdrażanie cyfryzacji i innowacji

Wprowadzanie innowacji biznesowych i technologicznych w sektorze usług finansowych wciąż nabiera tempa. Z jednej strony powodują one, że instytucje regulacyjne z większą uwagą przyglądają się ich potencjalnemu wpływowi na kondycję finansową firm i zdolność reagowania na możliwe zakłócenia w funkcjonowaniu branży. Z drugiej, przyczyniają się do większej dbałości o to, w jaki sposób nadzorowani traktują swoich klientów. Według ekspertów Deloitte podmioty muszą sprawnie reagować na obawy organów nadzoru dotyczące cyfryzacji, w zakresie bezpieczeństwa klientów i ich danych oraz wykorzystaniu rozwiązań bazujących na sztucznej inteligencji.

Odporność operacyjna

W 2021 r. zaobserwowano rosnącą zgodność podejścia różnych organów regulacyjnych do odporności operacyjnej. Jasno dały do zrozumienia, że oczekują od firm wzięcia pod uwagę jeszcze gorszych scenariuszy zakłóceń operacyjnych niż te, których doświadczyły w szczytowym momencie pandemii.

Brexit po okresie przejściowym

Wyjście Wielkiej Brytanii z UE spowodowało zmianę aktywności niektórych rynków kapitałowych i ich przeniesienie na teren Unii, a także zwiększenie kosztów prowadzenia działalności. Banki będą więc dążyć do poprawy wydajności i rentowności w swoich europejskich operacjach, jednocześnie kontynuując działania zgodnie z wytycznymi uzgodnionymi z organami regulacyjnymi w ramach ich planów przejściowych.

Rozbieżności regulacyjne pomiędzy UE a Wielką Brytanią

Zgodnie z przewidywaniami, rozbieżności regulacyjne między Wielką Brytanią a UE będą nadal rosły, co może powodować zmiany w brytyjskich bankowych i ubezpieczeniowych systemach kapitałowych. Dla przedsiębiorstw będzie się to wiązało z koniecznością uważnego i ciągłego monitorowania (także z wykorzystaniem narzędzi automatycznych) rozbieżności w celu uniknięcia potencjalnych zagrożeń. Firmy prowadzące działalność transgraniczną powinny rozważyć implementację jednolitych standardów, dodatkowo bardziej rygorystycznych niż obowiązujące do tej pory, zamiast stosowania dwóch dotychczasowych schematów regulacyjnych.

Ostateczny moment dla IBOR

Dużym wyzwaniem pozostaje reforma stawek IBOR i ich zastąpienie nowymi stopami referencyjnymi do końca roku. Organy nadzoru i regulatorzy będą wywierać presję, aby kwestia zmiany stawek IBOR nie stała się nowym powodem do sporów. W Polsce dodatkową komplikacją pozostaje kwestia kredytów frankowych, również opartych o zmienną stawkę.

Przestępczość finansowa w nowej normie

Zdaniem ekspertów Deloitte, firmy będą musiały monitorować zmiany regulacyjne, które mają na celu poprawę udostępniania danych wśród krajowych organów nadzoru. Konieczne będzie też wykazanie skuteczniejszego zarządzania ryzykiem w zakresie prania pieniędzy (AML – Anti-Money Laundering) związanego z kryptowalutami.

Obszary kluczowe z regulacyjnego punktu widzenia będą różne dla różnych rodzajów działalności finansowej. O ile dla banków i ubezpieczycieli najważniejsze będzie testowanie warunków skrajnych, tak dla inwestorów istotna będzie kwestia płynności funduszy. Instytucje ubezpieczeniowe zaś z uwagą będą się przyglądały takim zagadnieniom, jak zasoby finansowe czy wartość pieniądza

Likwidacja użytkowania wieczystego: czy da się pogodzić ogień z wodą?

W ostatnich dniach na oficjalnych stronach rządowych pojawiła się informacja o rozpoczęciu prac legislacyjnych nad zmianą przepisów prawa, które pozwolą na likwidację prawa użytkowania wieczystego. Czy istnieją realne szanse na powszechne i oparte o akceptowalne przez użytkowników wieczystych będących przedsiębiorcami, warunki finansowe, aby zlikwidować prawo użytkowania wieczystego?

Postulat likwidacji prawa użytkowania wieczystego jest zgłaszany od wielu lat. Podejmowane dotychczas próby zmian w tym zakresie zmaterializowały się jedynie w odniesieniu do gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe. Przepisami ustawy z 20 lipca 2018 r., prawo użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe przekształcono z mocy prawa w prawo własności z dniem 1 stycznia 2019 r.

Poza zakresem tej regulacji pozostały grunty wykorzystywane na inne cele niż mieszkaniowe, w tym grunty będące w użytkowaniu wieczystym przedsiębiorców. Przyczyny odstąpienia ustawodawcy od powszechnego uwłaszczenia przedsiębiorców mają podłoże  historyczne, które są związane w głównej mierze z ograniczeniami wynikającymi z zobowiązań państwa wynikających z Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską.

Na czym polega problem?

Otóż zgodnie z art. 107 ust. 1 Traktatu, wszelka pomoc przyznawana przez państwo członkowskie lub przy użyciu zasobów państwowych, w jakiejkolwiek formie, która zakłóca lub grozi zakłóceniem konkurencji przez sprzyjanie niektórym przedsiębiorstwom lub produkcji niektórych towarów, jest co do zasady niezgodna z rynkiem wewnętrznym w zakresie, w jakim wpływa na wymianę handlową między Państwami Członkowskimi. Dopuszczony limit pomocy publicznej to 200 tysięcy euro w ciągu trzech kolejnych lat podatkowych (pomoc de minimis). Wsparcie na poziomie przekraczającym tę kwotę wymaga w każdym przypadku notyfikacji i zgody Komisji Europejskiej.

O pomocy publicznej dla przedsiębiorcy można mówić, jeżeli środki pomocowe mają pochodzenie publiczne, mają charakter selektywny, w efekcie czego następuje po stronie przedsiębiorcy korzyść, której efektem jest uprzywilejowanie tego przedsiębiorcy w stosunku do jego konkurentów.

Komisja Europejska uznawała dotychczas podejmowane przez polski rząd próby przekształcenia prawa użytkowania wieczystego przysługującego przedsiębiorcom we własność, jako naruszające regułę dozwolonej pomocy de minimis. Wszystko za sprawą art. 69 ustawy o gospodarce nieruchomościami (dalej – ugn).

O co chodzi z art. 69 ugn?

W przypadku sprzedaży nieruchomości gruntowej na rzecz jej użytkownika wieczystego, przepis ten nakazuje zaliczenie na poczet ceny sprzedaży kwoty równej wartości prawa użytkowania wieczystego. Co do sposobu wyliczenia wartości prawa użytkowania wieczystego, przepisy rozporządzenia Rady Ministrów z 21 września 2004 r. w sprawie wyceny nieruchomości i sporządzania operatu szacunkowego, narzucają wzór według którego wyliczenie takie musi nastąpić. W efekcie, w każdym przypadku opłata za przekształcenie, w tym przypadku cena sprzedaży, będzie wartością mniejszą niż wartość rynkowa nieruchomości objętej przekształceniem/sprzedażą.

Co na to Komisja Europejska?

Dotychczasowe stanowisko Komisji Europejskiej (dalej – KE) było w tej sprawie jednoznaczne. KE uznała powyższy mechanizm ustalania opłaty za przekształcenie prawa użytkowania wieczystego gruntu (ceny sprzedaży) w prawo własności na rzecz przedsiębiorców za preferencyjny i naruszający zasady swobodnej konkurencji. W konsekwencji sprzedaż na rzecz użytkownika wieczystego gruntu była możliwa, ale wobec stanowiska KE, musiała być traktowana jako pomoc de minimis, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Stanowisko KE zablokowało proces wykupu gruntów przez użytkowników wieczystych będących przedsiębiorcami.

Co dalej z przekształceniem użytkowania wieczystego w prawo własności?

W konsekwencji zastrzeżeń KE do przedstawionego przez polski rząd mechanizmu, w oparciu o który miało nastąpić ustalenie opłaty z tytułu przekształcenia prawa użytkowania wieczystego gruntu w prawo własności, rząd polski wycofał się z procedury notyfikacji KE tego mechanizmu. Zobowiązał się jednocześnie do podjęcia prac związanych z takim ukształtowaniem mechanizmu ustalania opłaty przekształceniowej, który nie będzie naruszał ustalonego poziomu dopuszczonej pomocy publicznej.

Przedstawione przez stronę rządową założenia zapowiadanej nowelizacji ustawy o gospodarce nieruchomościami wskazują na świadomość ograniczeń wynikających z aktualnego brzemienia art. 69 ugn, który przy rozliczeniach z użytkownikiem wieczystym nakazuje uwzględnić wartość użytkowania wieczystego.

Kierunek zapowiadanej przez stronę rządową modyfikacji treści art.69 ugn nie jest aktualnie znany. Musi jednak uwzględniać, że prawo użytkowania wieczystego gruntu uzyskało w ostatnich latach komplementarny, w stosunku do prawa własności, status uzasadniający jego określoną wartość rynkową przekładającą się na cenę. Wydaje się, że użytkownikom wieczystym będzie trudno z wartości tej zrezygnować.

W związku z tym istotne może okazać się, czy zapowiadana likwidacja prawa użytkowania wieczystego będzie miała charakter powszechny, a więc czy nastąpi z mocy samego prawa i niezależnie od woli samych zainteresowanych, czy też proces ten będzie rozciągnięty w czasie i zakładający likwidację tego prawa na wniosek użytkownika wieczystego.

Trudno w tym kontekście pominąć stosunek gmin, będących właścicielami istotnej części gruntów znajdujących się w użytkowaniu wieczystym, do zapowiadanej likwidacji tego prawa. Oznaczać ona może, iż gminy w wyniku prywatyzacji, z dnia na dzień, utracą swoje własności w drodze ustawowego transferu. W konsekwencji w ręce użytkowników wieczystych trafi znaczący majątek, który jest jednym z istotnych źródeł finansowania budżetów gminnych z tytułu opłat rocznych użytkowania wieczystego.

Powyższe uwarunkowania skłaniają do wniosku, że przed urzędnikami rządowymi i ekspertami zaangażowanymi w przygotowanie projektu nowelizacji stoi trudne zadanie, którego efekty trudno jest dzisiaj przewidzieć.

Mirosław Narolski, adwokat, wspólnik w Brzezińska Narolski Adwokaci sp. partnerska (http://bnadwokaci.pl/). Jest ekspertem w dziedzinie nieruchomości i projektów inwestycyjnych. Posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie przygotowania i realizacji inwestycji budowlanych.

Columbus Elite wypracował znakomite wyniki

Działająca w ramach Grupy Kapitałowej Columbus Energy spółka Columbus Elite zamknęła pierwsze półrocze 2021 r. znakomitymi wynikami. Spółka pozyskała już w sumie 18 tys. klientów, a łączna moc zainstalowana w OZE od początku istnienia Spółki wynosi ponad 80 MW.

Jak wynika ze skonsolidowanego raportu Grupy Columbus Energy za II kwartał 2021 r., spółka zależna Columbus Elite w minionym półroczu znacząco zwiększyła ilość klientów i zainstalowanych mocy. Obecnie na koncie Elite jest już 18 tys. klientów, a zainstalowana przez Spółkę moc wynosi 81,4 MW.

Analizując dane sprzedażowe od początku istnienia Columbus Elite można zauważyć, że Spółka odnotowuje bardzo dynamiczny wzrost. Mimo przedłużającej się pandemii i zmian gospodarczych, doskonale przeszkolone zespoły Elite docierają do coraz szerszych grup klientów, co przekłada się na wyniki, m.in. zainstalowaną moc w fotowoltaice. Na koniec roku 2020 Columbus Elite miał na swoim koncie 11 tys. klientów, a obecnie w połowie roku, ma ich prawie dwa razy więcej.

Świadomość ludzi na temat odnawialnych źródeł energii jest z roku na rok coraz większa, co pokazuje stale rosnąca ilość naszych klientów. Zauważyliśmy też, że rynek potrzebuje stabilnego rozwoju biznesu w branży OZE, dlatego stworzyliśmy ofertę partnerską, czyli Zieloną Franczyzę, którą wprowadziliśmy na początku 2021 r. – komentuje Paweł Bednarek, Prezes Zarządu Columbus Elite.

Zielona Franczyza to efektywne rozwiązanie, dedykowane mniejszym i większym przedsiębiorcom, którzy chcą wejść na rynek odnawialnych źródeł energii. Dzięki współpracy w ramach modelu franczyzowego, partnerzy biznesowi mogą oferować swoim klientom innowacyjną technologię paneli fotowoltaicznych, pomp ciepła oraz magazynów energii, czyli całe zaplecze technologiczne lidera branży.

W trzecim i czwartym kwartale 2021 r. Columbus Elite planuje aktywny udział w targach franczyzowych, oferując możliwość współpracy partnerskiej.

Zielona Franczyza to partnerstwo, wsparcie w digitalizacji procesów operacyjnych, szkolenia produktowe, techniczne i operacyjne oraz siła marki ogólnopolskiej. Dzięki dynamicznym działaniom i analizie rynku zoptymalizowaliśmy model franczyzowy tak, aby odpowiadał na potrzeby każdego nowoczesnego przedsiębiorcy. Zapewniamy pełne wsparcie podmiotom na różnym stopniu zaawansowania i cieszymy się ich sukcesami biznesowymi – podsumowuje Rafał Kołłątaj, Wiceprezes Zarządu Columbus Elite.

Przypomnijmy, że spółka Columbus Elite została powołana w maju 2019 r. Na czele jej Zarządu stoją Paweł Bednarek – Prezes, oraz Rafał Kołłątaj – Wiceprezes. Spółka ugruntowuje swoje miejsce w Grupie Kapitałowej Columbus Energy, wykazując stały wzrost przychodów i zysku. Wieloletnie doświadczenie osób zarządzających Columbus Elite, unikatowy system sprzedażowy, dynamiczny rozwój i poszerzanie oferty o nowe ekoenergetyczne rozwiązania pozwalają Spółce utrzymać wiodącą pozycję wśród konkurencyjnych firm na rynku.

Premetro w Krakowie – geneza koncepcji

Transport zbiorowy w Krakowie boryka się z wieloma problemami. Chcąc go usprawnić, miasto planuje inwestycję w szybki, bezkolizyjny transport szynowy. 7 czerwca br. zaprezentowano wyniki Studium wykonalności, w którym firma ILF Consulting Engineers Polska przeanalizowała łącznie ponad 30 wariantów tras oraz 21 wariantów inwestycyjnych. Dlaczego zarekomendowano – jako optymalne rozwiązanie – premetro szybki tramwaj? Jakie są jego mocne strony?

Krakowski transport publiczny

Kraków posiada pozycję regionalnego lidera nowoczesnych usług dla biznesu, co wiąże się z wieloma inwestycjami, które zmieniają tkankę miejską. Potrzeby transportowe Krakowa z biegiem lat będą systematycznie rosnąć, ze względu na migracje ludności i dalszy wzrost liczby mieszkańców. Te czynniki przemawiają za stworzeniem nowoczesnego i sprawnego systemu transportowego.

Aktualne transport zbiorowy w Krakowie składa się z sieci autobusowej i tramwajowej, dodatkowo wspomaganej przez transport kolejowy oraz prywatnych przewoźników. Sieć tramwajowa boryka się kilkoma istotnymi problemami. Wyzwaniem jest m.in. niedostateczna gęstość na północy miasta, ograniczona przepustowość I obwodnicy, czy rosnąca liczba wykolejonych pojazdów – wskazuje Michał Bogucki, kierownik projektu, ILF Consulting Engineers Polska.

Problemem transportu szynowego w Krakowie jest także średnia prędkość eksploatacyjna krakowskich tramwajów. W 2017 roku wyniosła ona 14,2 km/h, natomiast w 2003 roku było to 15 km/h. Dotyczy to nie tylko tych pojazdów – średnia prędkość eksploatacyjna autobusów jeszcze w 2006 roku była zauważalnie wyższa (18 km/h), zaś w 2017 niemalże zrównała się ze średnią prędkością tramwajów (15,2 km/h). Najwyższe średnie uzyskiwane są przez Krakowski Szybki Tramwaj – około 20,5 km/h (wartość ta powinna wynosić powyżej 24 km/h) – wynika z danych podanych w „Prace Naukowe Politechniki Warszawskiej. Transport”.

Ważną barierą we wzroście średnich prędkości eksploatacyjnych tramwajów są odcinki trasy w rejonie śródmieścia. Na ulicach, w których torowisko nie jest wydzielone z jezdni, wydłuża się czas przejazdu i dochodzi do opóźnień. Przyczyną są głównie blokowane torowiska przez m.in. nieprzepisowo parkujące samochody – wskazuje Michał Bogucki, kierownik projektu, ILF Consulting Engineers Polska. Bezkolizyjny przejazd na odcinku centralnym może przynieść znaczącą poprawę czasu przejazdu tramwajów. Nasze prace nad „Studium wykonalności budowy szybkiego bezkolizyjnego transportu szynowego w Krakowie” rozpoczęły się już w 2018 roku ­– dodaje.

Dlaczego premetro?

W ramach „Studium wykonalności budowy szybkiego bezkolizyjnego transportu szynowego w Krakowie” opracowano 7 przebiegów tras. Każdy z wariantów analizowany był pod kątem 6-7 opcji realizacji. Wykonane zostały liczne symulacje oraz analizy proponowanych możliwości pod względem społecznym, demograficznym i planowanych inwestycji. 7 najlepszych wariantów tras zostało szczegółowo przeanalizowanych pod kątem 3 możliwych środków transportu – oznacza to, że badanych było aż 21 wariantów inwestycyjnych. Każdy z nich weryfikowany był pod kątem szeregu kryteriów m.in. przewidywanej liczby pasażerów, średniego czasu podróży, uwarunkowań konserwatorskich, węzłów przesiadkowych, potencjału miastotwórczego czy orientacyjnego kosztu przewiezienia jednego pasażera. Na tej podstawie wybrano 3 najdogodniejsze rozwiązania. Łącznie zweryfikowano ponad 300km możliwych wariantów.

W kolejnym kroku opracowano szczegółową koncepcję 3 wariantów – doprecyzowano rozwiązania techniczne, w tym umiejscowienie przystanków, stacji i przebiegu linii. Przeanalizowano także sposób zasilania każdego z wariantów, technologię realizacji oraz dobrano tabor odpowiedni dla przewidywanych potoków pasażerskich. Prace prowadzono we ścisłej współpracy ze specjalistami w zakresie ochrony zabytków, ekspertami z Politechniki Krakowskiej i Akademii Górniczo-Hutniczej oraz Urzędem Miasta. Był to najtrudniejszy etap ze względu na troskę o wielowiekową tradycję i dorobek historyczny Miasta Krakowa, który wymagał licznych konsultacji i uzgodnień. W ramach tylko tego etapu przygotowano aż 8 rewizji całej dokumentacji projektowej. Pierwsze wydania miały miejsce jeszcze w 2019 roku.

Wykonano ponad 1100 stron analiz technicznych i ponad 280 rysunków projektowych dotyczących zagospodarowania terenu (czyli wyjść, korytarzy podziemnych i stacji) oraz modele 3D.

Następnie przygotowano kosztorys, analizę środowiskową (ocenę oddziaływania inwestycji na środowisko), analizę instytucjonalną (czyli jaki podmiot powinien taką inwestycę w przyszłości realizować) oraz harmonogram przetargów i realizacji budowy. Analiza kosztów uwzględniała zarówno koszty inwestycyjne związane z wybudowaniem danego wariantu, jak również koszty eksploatacyjne związane z jego utrzymaniem. Zweryfikowano również czy miasto będzie w stanie ponieść bieżące wydatki związane funkcjonowaniem danego wariantu.

Przygotowanie tak ogromnego projektu, który zmienia oblicze tkanki miejskiej to duża odpowiedzialność. Na koniec prac ­– w II kwartale 2021 r. – zarekomendowaliśmy rozwiązanie najlepsze pod względem efektywności, opłacalności finansowej, bezpieczeństwa, ryzyka, czynników społecznych i środowiskowych – tłumaczy Michał Bogucki, kierownik projektu, ILF Consulting Engineers Polska. Optymalny okazał się wariant szybkiego tramwaju premetra – tzn. taboru tramwajowego z zastosowaniem tuneli na odcinkach najbardziej newralgicznych. Wariant ten spełniał wszystkie najważniejsze założenia (np. bezkolizyjne pokonywanie newralgicznych odcinków i większa prędkość przejazdowa), a jednocześnie jest efektywniejszy kosztowo i możliwy do finansowania w ramach założeń planu finansowego miasta – dodaje.

Analizowany wariant premetra wahadła, nie znalazł uzasadnienia inwestycyjnego. Atrakcyjną formą był wariant metra – rozwiązanie szybkie i bezkolizyjne, jednak nie wpisujące się w aktualne założenia planu finansowego miasta.

Rynek aut używanych – co i jak kupują Polacy?

  • Według danych Ministerstwa Cyfryzacji, w pierwszym kwartale w Polsce zarejestrowano ponad 321,5 tys. samochodów osobowych, a 63 proc. z nich stanowiły pojazdy używane, sprowadzone z zagranicy[1].
  • Polacy decydują się na zakup starszych pojazdów – wg analiz rynkowych przeprowadzonych przez Carvago.com, są to przeważnie 12, a nawet 14-letnie samochody.
  • Niezmiennie, najchętniej wybieranymi markami w Polsce są Opel Corsa, Ford Focus i Skoda Octavia. 

Ford FiestaBenzyna, manual czy kombi? A może diesel?

Według analiz przeprowadzonych przez Carvago.com[2] – największej w Europie platformy sprzedaży samochodów używanych online – najlepiej sprzedającym się w Polsce modelem samochodu jest Ford Fiesta, rocznik 2009, z manualną skrzynią biegów i średnim przebiegiem 140 tys. km, kosztujący średnio nieco ponad 16 tys. PLN. Dalej na podium znalazły się kolejno Opel Corsa i Peugeot 308. Polacy najchętniej wybierają auta z manualną skrzynią biegów (72%), napędem 4×2(85%) i silnikiem w benzynie (48%) lub w dieslu (44%). Porównując wybór nadwozia, prym wiodą auta kompaktowe (32%), oraz SUV/offroad (20%). W starciu kombi vs. sedan częściej wygrywa rodzinne kombi (55%).

Najlepiej sprzedające się samochody – Używane samochody cieszą się w Polsce rosnącą popularnością. Nasze analizy pokazują, jakie modele najchętniej wybierają Polacy – patrząc całościowo na przeprowadzoną analizę, są to auta z przebiegiem od 100 do nieco ponad 150 tys. km. Całkowity udział sprzedaży tych samochodów w roku 2020 wyniósł aż 42%. Nie bez znaczenia pozostaje budżet – najczęściej wybieranymi samochodami są te, w cenie maksymalnie do 30 tys. PLN – komentuje Konrad Jaśkiewicz, General Manager Carvago.com w Polsce.

Według analizy Carvago.com, 19% konsumentów decyduje się na zakup auta do 30 tys. PLN, natomiast jedynie 10% klientów wybiera modele używane z wyższej półki cenowej – w przedziale od 90 do 135 tys. PLN. Podobny trend znajduje odzwierciedlenie w rocznikach samochodów. Prym wśród sprzedaży aut używanych w Polsce nadal wiodą te tańsze modele, mające powyżej 10 lat (65%). W zestawieniu pojawiają się też młodsze, 4 lub 6 letnie auta, stanowią one jednak 35% wszystkich wymienionych modeli.

Wybierając markę samochodu, jesteśmy od lat konsekwentni – w TOP3 znajdują niezmiennie: Opel Astra, Ford Focus i Skoda Octavia. Wciąż jednym z ważniejszych parametrów pozostaje przebieg. Niechętnie patrzymy na auta, które mają więcej niż 150 tys. “na liczniku”.

Rynek staje się coraz bardziej wymagający – Boom trwa, a ceny i oczekiwania idą w górę

Popyt na auta używane w dalszym ciągu rośnie, jest już pewne, że sam rynek “używek” nie odczuł skutków pandemii. Co więcej, ograniczenia i strach przed podróżowaniem komunikacją zbiorową sprawiły, że zmieniły się preferencje w zakresie wyboru środków transportu. Chętniej i częściej podróżujemy własnymi samochodami, rzadziej jest to komunikacja publiczna.  Warto wspomnieć, że udział aut używanych sprowadzonych do Polski w pierwszym kwartale br. wyniósł 63% i był większy o 10 tys. sztuk niż w tym samym okresie w roku 2020. Wzrost popytu na rynku aut używanych doprowadził do nieoczekiwanego wzrostu ich cen.

 – Wzrost cen samochodów używanych jest z pewnością spowodowany zjawiskiem tzw. odroczonej konsumpcji, z którym mamy do czynienia po zniesieniu wielu ograniczeń i restrykcji związanych z pandemią. Innym czynnikiem są też zatory w produkcji aut nowych i bardzo wydłużone terminy dostaw – wyjaśnia Konrad Jaśkiewicz.

Równolegle do wzrostu ceny aut używanych rosną oczekiwania i wymagania klientów nie tylko co do samego produktu końcowego jakim jest samochód, ale też co do jakości oferowanych usług dodatkowych. Firmy z branży motoryzacyjnej, aby nadążyć za zmieniającym się dynamicznie rynkiem, muszą inwestować w innowacyjne technologie, rozwijać usługi oraz dostosowywać swoje modele biznesowe.

Wymagania regulacyjne, trendy społeczne oraz przełomowe technologie, to nie tylko wyzwania, ale też nowe możliwości. Dlatego też wykorzystujemy, analizujemy i badamy obowiązujące trendy i zmiany, widząc w nich przede wszystkim szansę na rozwój. Dobrym przykładem jest wprowadzenie do naszej oferty możliwości finansowania zakupu pojazdów sprowadzanych z zagranicy. Cały proces odbywa się online.  Jest to zupełnie coś nowego i do tej pory nie oferowanego w Polsce – dodaje Konrad Jaśkiewicz.

[1] https://www.money.pl/gospodarka/polacy-rejestruja-coraz-wiecej-pojazdow-w-wiekszosci-sa-uzywane-i-sprowadzone-z-zagranicy-6639647866137088a.html

[2] Dane własne Carvago.com

Młodzi liderami inwestycji w II kwartale br.

Czy dzięki młodym inwestorom Polska przestanie być krajem lokat, które w ciągu ostatniego roku przyniosły głównie realne straty? Badanie firmy Tavex pokazuje, że pokolenia Y i Z również oszczędza i co istotne – inwestuje. Ponad 57,4% badanych w wieku do 24 lat wskazało, że w II kwartale tego roku odkładało na przyszłość. Natomiast 37% respondentów z tej grupy potwierdziło, że pomnaża zaoszczędzone pieniądze, wybierając m.in. kryptowaluty (30,2%), fundusze inwestycyjne (26,8%) i nieruchomości (28,9%).

Najmłodsi – w co inwestują osoby do 24 r.ż.

Młodzi Polacy wykazują coraz większą świadomość w kwestii konieczności odkładania środków oraz ich pomnażania. Co więcej, wybierają nie tylko w pełni bezpieczne instrumenty finansowe. Osoby w wieku do 24 lat w 37% deklarują, że inwestują w różne aktywa. Jest to wzrost o ponad 15 p.p. w porównaniu z I kwartałem br. Podobnie chęć pomnażania oszczędności wykazują badani w grupie 25-34 lat (39%). Wartość ta również wzrosła, w tym przypadku o 12 p.p. – wynika z badania firmy Tavex. Warto podkreślić, że tylko niecała ¼ osób powyżej 50 r.ż zdecydowała się zainwestować w analizowanym czasie.

Preferencje osób młodych zmieniły się wraz z upływem miesięcy. Duży wpływ na to miały ostatnie wydarzenia oraz doniesienia z rynków finansowych. W odpowiedziach osób do 24 r.ż. widoczna jest moda na bitcoiny. To właśnie kryptowaluty były wybierane jako najczęstsza metoda inwestycji (30,2%), następnie fundusze inwestycyjne (26,8%). Na trzecim miejscu znalazły się nieruchomości (28,9%). Warto zwrócić uwagę również na złoto, które zaliczyło duży awans w rankingu – bo o prawie 22 p.p. Królewski kruszec wybrało aż 25,3% osób.

Cieszy nas fakt, że młodzi ludzie zaczęli odchodzić od powielanych schematów i zrozumieli, że w obecnych czasach postawienie na lokaty jest nieopłacalnych ruchem. Według naszych badań to aktywo wskazało jedynie 22,5% respondentów w najmłodszej grupie, jest to wynik o 15,5 p.p. niższy niż poprzedniomówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Zauważamy, że bardzo dużo młodych osób inwestuje w kryptowaluty. Pamiętajmy jednak, że rynek „krypto” jest bardzo niestabilny. Ostatnio wielu inwestorów miało okazję się o tym przekonać poprzez spore wahania zarówno BTC, jak i ETH. Mam jednak nadzieję, że ta sytuacja i doświadczenie nie zniechęci młodych do dalszej edukacji i inwestowania. Pamiętajmy, że kluczem do sukcesu jest dywersyfikacja portfela aktywów – dodaje.

Respondenci w wieku do 24 lat zapytani o to, w co według nich warto było zainwestować w II kwartale 2021 roku wskazali nieruchomości (56,6%), bitcoiny (36%) oraz złoto (27,5%).

Na co stawia grupa wiekowa 25-34 lat?

Badanie firmy Tavex pokazuje, że w Polsce osoby w grupie wiekowej 25-34 lat zapytane w co najczęściej inwestują, w większości wskazywały lokaty (33,9%), nieruchomości (29,5%) oraz fundusze inwestycyjne (24,6%). Pomimo nadal dużego udziału lokat w wyborze aktywa inwestycyjnego, notują one straty w porównaniu z I kwartałem br. – o 8,3 p.p.

Rosnącą popularnością indywidualnych inwestorów w grupie 25-34 lat cieszą się metale szlachetne. Respondenci w tym wieku, zapytani o to w co warto zainwestować, w prawie 39% wskazali złoto, które nawet w czasie niestabilności oraz dekoniunktury na giełdzie ochroni nasz kapitał – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Pierwsze miejsce zajęły – niezmiennie ­– nieruchomości (60,7%). Trzecie miejsce przypadło kryptowalutom (21%), które jeszcze w I kwartale br. zostały wskazane tylko przez 15,3% osób w analizowanej grupie – dodaje.

Umiejętności finansowe są ważne nie tylko dla inwestujących duże sumy. To osoby, które dysponują stosunkowo małym budżetem muszą bardziej ostrożnie nim zarządzać. Przy każdej formie inwestowania należy brać pod uwagę ryzyko. Zawsze warto je przekalkulować, niezależnie, czy stawiamy na rynek metali szlachetnych czy np. nieruchomości.

Tomasz Cichowicz nowym Dyrektorem Zarządzającym w BinarApps

Z dniem 1 sierpnia 2021, nowym Dyrektorem Zarządzającym BinarApps, polskiej spółki tworzącej produkty cyfrowe dla biznesu, zostaje Tomasz Cichowicz. Dotychczasowy prezes i v-ce prezes firmy, Adam Przymusiała i Maciej Krasowski, skoncentrują swoje działania na wsparciu zespołu zarządzającego.

Tomasz Cichowicz dołączył do BinarApps w styczniu 2020 roku, kiedy to objął stanowisko Chief Strategy Directora. Przez ostatnie 18 miesięcy był odpowiedzialny za stworzenie
i implementację strategii rozwoju spółki, wzrost wartości firmy oraz skalowanie biznesu. W tym okresie firma otworzyła Delivery Center w Gdyni, uruchomiła nowe specjalizacje techniczne w obszarze React Native i Java oraz rozbudowała dział Consultingu. Pomimo okresu pandemii, BinarApps udało się odnotować w 2020 roku 35% wzrost r/r. Obecnie firma zatrudnia ponad 130 pracowników i realizuje blisko 60 projektów dla klientów z całego świata.

– Dołączenie Tomasza Cichowicza do BinarApps, zbiegło się z trudnym okresem na rynku, jakim była pandemia COVID-19. W tym czasie jednak udowodnił, że jest niezwykle sprawnym managerem i osobą godną zaufania doskonale czującą firmę i wartości, na których została zbudowana. Wspólnie udało nam się nie tylko utrzymać cały zespół BinarApps, ale też rozbudowaliśmy nasze kompetencje, otworzyliśmy nowy oddział w Trójmieście i odnotowaliśmy duży wzrost zarówno po stronie przychodów jak i pracowników. Jestem pewien, że z Tomaszem w nowej roli, czeka nas wiele sukcesów i wspaniała przyszłość – powiedział Adam Przymusiała, dotychczasowy prezes i jeden z założycieli BinarApps.

Tomasz Cichowicz jest absolwentem informatyki na Politechnice Łódzkiej oraz Coventry University. Posiada również tytuł Executive MBA, który zdobył w European School
of Management and Technology w Berlinie. Przed dołączeniem do BinarApps pracował jako programista, prowadził własny software house (w Łodzi i w Wielkiej Brytanii) i kierował funduszem Venture Capital. Poza pracą w BinarApps jest aktywnym animatorem środowiska start-upowego oraz mentorem w programach takich jak MIT Enterprise Forum, MOST Foundation, Startup Hub czy też Młodzi w Łodzi.

Rekordy giełdowe wciąż są pobijane

Indeks S&P 500 podwoił się w porównaniu z kryzysowym dołkiem z 23 marca zeszłego roku, wynoszącym 2 237 punktów. To był najszybszy początek hossy ostatniego stulecia (wykres) i widzimy miejsce na więcej. Odbicie było szerokie, napędzane przez surowce, firmy finansowe i technologiczne, dodatkowo wspierane przez bezprecedensową reakcją fiskalną i monetarną na kryzys związany z pandemią, Na końcu stawki znalazły się bezpieczne branże takie jak towary pierwszej potrzeby, szeroko pojęte firmy farmaceutyczne i nieruchomości. Firma biotechnologiczna Moderna (MRNA) wzrosła o ponad 1 600 proc., a za nią uplasowały się Caesars Entertainment (CZR) i Tesla (TSLA).

REKORDOWE MAKSYMA

S&P 500 odnotował w tym roku 49 nowych rekordów wszechczasów i jest na dobrej drodze, aby rzucić wyzwanie wieloletniemu rekordowi z 1995 roku wynoszącemu 77 rekordów. Jest to kolejny wskaźnik tego, jak niezwykle mocne rezultaty indeksu osiągano w tym roku. To nie jest jednak nieuniknione. Na przykład, przez dwadzieścia cztery lata, w okresie 1930-1954, S&P 500 nie odnotował żadnych nowych maksimów, a pomiędzy 2001-2012 rokiem odnotował tylko dziewięć nowych maksimów.

WZROSTY DO KOŃCA ROKU

Zapowiada się, ze w przyszłości czekają nas dalsze wzrosty, ponieważ silniejsze oczekiwania dotyczące wyników firm nadal równoważą ryzyko związane z wariantem Delta, redukcją drukowania pieniędzy przez Fed i niższych wycen firm na giełdzie. Uważamy, że wzrost zysków w 2022 r. zakończy się dwukrotnie wyższym rezultatem niż przewidywany konsensus wynoszący 9 proc., ponieważ dźwignia dla otwierających się gospodarek jest niedoszacowana. Jest to również polisa ubezpieczeniowa wobec wycen spadających z obecnych wysokiego poziomu 21x C/Z (cena do zysków) w miarę zaostrzania polityki przez Fed. Spodziewamy się większej zmienności w przyszłości, przy dołku indeksu VIX i statystycznie spóźnionym wycofaniu rynku, ale z naszych obserwacji wynika, że rynki są dobrze wspierane, podobnie jak przed zapowiedzią uszczelnienia polityki pieniężnej przez Fed w 2013 r. i niedawnym skokiem rentowności obligacji obserwowanym w I kwartale.

rekordy giełdowe
Źródło: Factset, S&P, eToro
Wszystkie dane, ryciny i wykresy obowiązują na 16.08.2021 r.

Ben Laidler, strateg ds. rynków globalnych w eToro

Rewolucja na franku, inflacja w Polsce nie zwalnia

Kolejny odczyt potwierdza obserwację, że wzrost cen w Polsce jest istotnym problemem. Tym razem była to inflacja bazowa, która wzrasta szybciej od oczekiwań analityków.

Ceny wciąż w górę

Wczoraj poznaliśmy inflację bazową w Polsce. Kluczowa jest właśnie miara bez cen żywności i energii. Wskaźnik ten wynosi 3,7%, co jest wartością o 0,1% powyżej oczekiwań. Informuje nas on również, że rosną nie tylko ceny żywności, ale poziom cen ogólnie wzrasta. Jest to zatem kolejny sygnał mogący potencjalnie urealniać scenariusz pierwszej podwyżki stóp procentowych w IV kwartale tego roku. Za taką interpretacją przemawia przynajmniej reakcja rynków walutowych. Złoty umacniał się po tej publikacji, co jest reakcją typową dla wzrostu szans na podwyżkę stóp procentowych.

Słabszy indeks koniunktury w USA

Kolejny już raz z rzędu jesteśmy świadkami gorszych od oczekiwań indeksów koniunktury w USA. Nie sugerują one oczywiście recesji, ale że poprawa wcale nie będzie taka szybka jakby się to mogło wydawać. Mamy zatem pewną sprzeczność z jednej strony mamy znacznie lepsze dane z amerykańskiego rynku pracy. Z drugiej indeksy koniunktury pokazują, że wcale nie jest tak dobrze, jak dotychczas sądzono i możemy się nastawiać na wolniejszą poprawę. Rynki walutowe przyjęły te dane dość neutralnie, powstrzymując trwający od rana ruch umacniający dolara.

Rewolucja na franku

Silne ruchy na franku szwajcarskim to coś, czego kredytobiorcy frankowi najbardziej nie lubią. Nie inaczej jest teraz. W piątek rozpoczęła się przecena euro względem franka. W ciągu dwóch dni euro staniało o centa, a dzisiaj ten ruch jest wciąż kontynuowany. W rezultacie pomimo tego, że euro było w miarę stabilne względem złotego, w tym czasie frank podrożał od piątku już 4 grosze, a patrząc na siłę tego ruchu, może to nie być jeszcze koniec. Analitycy jako powód wskazują wzrost ryzyk na rynku. Mówimy zarówno o sytuacji pandemicznej, jak i nie można wykluczyć strachu eskalacji sytuacji w Afganistanie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Inflacja w USA wciąż wysoka. Na złocie „flash crash”

W ubiegłym tygodniu opublikowane zostały dane o inflacji CPI w USA za lipiec i odczyt był równy 5,4% r/r, czyli tyle samo, co miesiąc wcześniej. Ostatnie wysokie odczyty wynikają z niskiej bazy i w kolejnych miesiącach ekonomiści spodziewają się spadku inflacji. Amerykańska Rezerwa Federalna jako cel inflacyjny ustanowiła 2%, natomiast w kolejnych latach jest w stanie zaakceptować podwyższoną inflację tak, aby długoterminowo inflacja wynosiła średnio 2%.

W ubiegłbym tygodniu w poniedziałek miał miejsce „flash crash” na rynku metali szlachetnych, złoto spadło poniżej 1700 dolarów za uncję, a srebro poniżej 23 dolarów za uncję. Tak dynamiczny spadek został już odrobiony w kolejnych godzinach nocnego handlu. Było to powiązane z bardzo niską płynnością na rynku. Finalnie złoto zakończyło ubiegły tydzień wzrostem o 1%, więc możliwe, że obecna korekta spadkowa ustanowiła już dołek notowań. Cena srebra powinna podążać w tym samym kierunku, co cena złota.

Trend wzrostowy na rynkach akcji jest kontynuowany. W ubiegłbym tygodniu Indeks WIG wybił się z dwumiesięcznej konsolidacji i ustanowił nowy rekord notowań. S&P 500 również wyznaczył nowy historyczny szczyt, natomiast nie jest to niczym nowym i zaskakującym dla inwestorów. Na obecną chwilę nie widać wielu zagrożeń makroekonomicznych dla rynków akcji, a spółki raportują bardzo dobre wyniki, więc najprawdopodobniej trend wzrostowy będzie kontynuowany w kolejnych miesiącach.

W środę na rynek trafi protokół z posiedzenia Amerykańskiej Rezerwy Federalnej, co z pewnością zainteresuje inwestorów. Ponadto, w piątek opublikowane zostaną dane o sprzedaży detalicznej w Polsce.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Medicover przejmuje wiodącą prywatną sieć klinik leczenia niepłodności w Norwegii

Medicover rozwija działalność w obszarze leczenia niepłodności. W ostatnim czasie firma przejęła Klinikk Hausken, wiodącą prywatną firmę medyczną specjalizującą się w zapłodnieniu metodą in vitro w Norwegii, z największą tego typu prywatną kliniką w kraju, zlokalizowaną w Oslo. Nowa inwestycja oznacza również wejście Medicover na norweski rynek.

Medicover obecny jest na rynku leczenia niepłodności w Polsce, Indiach i na Ukrainie. Dzięki nowemu przejęciu firma wzmacnia swoją pozycję i wkracza na kolejny rynek – norweski.

Klinikk Hausken to sieć prywatnych klinik zajmujących się leczeniem niepłodności w Norwegii. Została założona w 2006 r. przez dra Jona Hauskena, znanego i cenionego ginekologa położnika, pioniera skandynawskiego środowiska specjalistów w zakresie zapłodnienia in vitro. Jest największą prywatną firmą zajmującą się zapłodnieniem in vitro w Norwegii, wykonującą ponad 2800 cyklów in vitro rocznie. Sieć dysponuje czterema klinikami w największych miastach w Norwegii, w tym jedną w Oslo, będącą największą kliniką in vitro w kraju.

Klinikk Hausken cieszy się doskonałą opinią ze względu na wysoką skuteczność zabiegów oraz wykorzystywanie nowoczesnych technologii i specjalistycznego sprzętu w leczeniu. Firma zatrudnia łącznie 29 osób z personelu medycznego i administracyjnego.

W ramach akwizycji Medicover przejął 70% udziałów Klinikk Hausken AS (wcześniejsza nazwa spółki to Fertilitet Vest AS). Medicover zdecydował się zainwestować w Klinikk Hausken w związku z niedawną liberalizacją norweskiego prawa w zakresie zapłodnienia in vitro. Zmiana legislacyjna doprowadzi do istotnego zwiększenia popytu na te usługi, gdyż pacjenci zainteresowani leczeniem niepłodności w sektorze prywatnym nie będą już musieli jeździć na terapię za granicę.

Klinikk Hausken jest wiodącym prywatnym podmiotem zajmującym się zapłodnieniem in vitro. Dotychczasowe wyniki kliniki, w połączeniu z eksperckim zespołem zarządzającym i ambitnymi planami dalszego rozwoju (własne otwarcia i akwizycje), stały się dla Medicover istotnymi czynnikami w procesie podejmowania decyzji o inwestycji.

Mamy okazję wchodzić na norweski rynek w bardzo ekscytującym momencie, gdy niedawna liberalizacja przepisów przyczyni się do wzrostu popytu na zabiegi in vitro. Przejęcie Klinikk Hausken, największej sieci klinik zajmujących się leczeniem niepłodności (w tym metodą in vitro) i osiągającej najlepsze wyniki leczenia, pozwoli nam umocnić pozycję lidera w tym sektorze – skomentował James Barr, dyrektor zarządzający Pionu Usług Leczenia Niepłodności, Medicover.

Jest nam niezmiernie miło powitać Medicover jako partnera. Podejmując decyzję o współpracy, istotne było dla nas to, aby nasz partner wyznawał podobną do naszej filozofię i pozytywne podejście do leczenia i opieki nad pacjentem. Na pierwszym miejscu zawsze stawiamy pacjenta i koncentrujemy się na dostarczeniu jakościowych usług na każdym etapie leczenia. Medicover ze swoim ogromnym doświadczeniem i zaangażowaniem w leczenie niepłodności wesprze rozwój Klinikk Hausken i pomoże stać się czołowym graczem w Norwegii. Cieszymy się na naszą współpracę, która przyczyni się do wspólnego sukcesu Medicover i Klinikk Hausken – mówi Jon Hausken, założyciel Klinikk Hausken.

Analizy porównawcze muszą być aktualizowane niezależnie od zmiany warunków rynkowych

Podmioty powiązane w ramach grup kapitałowych często są stronami umów o finansowanie, dzięki czemu możliwe jest efektywne zarządzanie płynnością finansową w grupach kapitałowych oraz zagospodarowanie nadwyżki finansowej osiąganej przez grupę w danym okresie. Z perspektywy cen transferowych zawieranie takich transakcji powinno odbywać się na warunkach rynkowych, czyli takich, na jakich ustaliłyby to niezależne od siebie podmioty niepowiązane. W wielu przypadkach podstawą dokonywanych ustaleń są analizy cen transferowych oraz ich aktualizacje. Należy jednak zaznaczyć, że transakcje finansowe, takie jak udzielanie pożyczek, różnią się od transakcji usługowych czy towarowych, dlatego kwestia analiz cen transferowych powinna być analizowana osobno. Poniżej zaprezentowane zostało stanowisko Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej w zakresie konieczności aktualizacji analiz porównawczych dla transakcji finansowych (interpretacja indywidualna z dnia 24 marca 2021 r. nr 0111-KDIB2-1.4010.395.2020.2.AR).

Tło sprawy

W sprawie objętej wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej wnioskodawca wskazał, że w ramach grupy kapitałowej jest stroną umów o finansowanie (umów pożyczek). Podstawą ustalania warunków pożyczek jest każdorazowo analiza porównawcza określająca oprocentowanie, marże oraz inne parametry pożyczki. Zatem co do zasady w dacie zawarcia pożyczki umowy określane były zgodnie z zasadą ceny rynkowej.

Zgodnie z art. 11r „analiza porównawcza oraz analiza zgodności podlegają aktualizacji nie rzadziej niż co 3 lata, chyba że zmiana otoczenia ekonomicznego w stopniu znacznie wpływającym na sporządzoną analizę uzasadnia dokonanie aktualizacji w roku zaistnienia tej zmiany”.

W związku z tym wnioskodawca okresowo dokonywał aktualizacji analiz porównawczych, jednak w pewnym momencie aktualizowana analiza przestała w jego ocenie odpowiadać warunkom rynkowym. Dlatego wnioskodawca powziął wątpliwość, czy skoro na moment zaciągania pożyczki warunki były ustalone jako rynkowe, to konieczne jest okresowe aktualizowanie analizy porównawczej oraz ustalonych warunków transakcji. W tym zakresie odnieść się można przykładowo do instytucji bankowych, które nie zmieniają poziomu oprocentowania w trakcie trwających umów, nawet w sytuacjach, gdy okaże się, że rynkowe poziomy tego oprocentowania uległy zmianom. Skoro więc niezależne instytucje tego nie czynią, wnioskodawca stanął na stanowisku, że również nie będzie zobowiązany do dokonywania okresowych aktualizacji analiz porównawczych dotyczących zawieranych transakcji finansowych.

W związku z powyższym wnioskodawca w ramach wniosku o indywidualną interpretację przepisów prawa podatkowego sformułował następujące pytania:

  • Czy jeżeli w roku aktualizacji analizy porównawczej warunki transakcji nie mieszczą się już w przedziałach wynikających z zaktualizowanych wskaźników, pomimo że są zgodne z pierwotną analizą porównawczą, powinny zostać zmieniane zgodnie z wynikami zaktualizowanej analizy porównawczej?
  • Czy przejmując w trakcie roku umowy pożyczek, w których oprocentowanie zostało ustalone historycznie w oparciu o analizę porównawczą, w momencie dokonania przejęcia wnioskodawca powinien kontynuować dotychczasowe warunki, czy dokonać ponownej analizy porównawczej?

Wnioskodawca chciał więc ustalić, jak często powinien dokonywać aktualizacji posiadanych analiz porównawczych.

Stanowisko Dyrektora KIS

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej uznał stanowisko wnioskodawcy w całości za nieprawidłowe. Co istotne, Dyrektor wskazał, że podatnik powinien dokonywać aktualizacji cen transferowych nie tylko okresowo, ale w każdej sytuacji, w której takiej zmiany dokonałyby podmioty niepowiązane, tak aby w ramach całej umowy warunki przez cały czas były ustalone jako rynkowe. Dodatkowo organ zaznaczył, że zasada ceny rynkowej może być weryfikowana przez organy podatkowe w dowolnym momencie.

Reasumując, organ podatkowy wskazał, że jeżeli warunki oprocentowania pożyczki były nierynkowe w dacie zawarcia transakcji, to strony powinny je zawsze doprowadzić do poziomu zgodnego z zasadą rynkową. To samo, jeżeli wcześniej warunki zostały ustalone jako rynkowe, lecz na skutek istotnej zmiany okoliczności stały się nierynkowe, podatnik powinien dostosować je do zasady rynkowej.

Komentarz

Stanowisko Dyrektora KIS wyrażone w ramach interpretacji podatkowej jest bardzo zaskakujące, ponieważ w praktyce aktualizowanie analiz porównawczych dotyczy głównie transakcji towarowych i usługowych, gdzie istotny jest wskaźnik zyskowności realizowany na transakcji. W przypadku transakcji finansowych zawieranych na określonych warunkach, na pewien okres korekty cen transferowych są raczej rzadko spotykane w praktyce. Wynika to głównie z faktu, że umowy finansowania zawierane są na pewien okres i decydująca jest sytuacja podmiotów, funkcje i ryzyka w momencie zawarcia umowy, oczywiście, jeżeli nie zostały dokonane istotne zmiany. Pewne argumenty popierające stanowisko organu podatkowego można jeszcze znaleźć w przypadku przejęcia finansowania od innego podmiotu, ponieważ w takich okolicznościach inna jest sytuacja finansowa spółek, ich możliwości, okres umowy, czyli potencjalnie warunki mogłyby również zostać ustalone w sposób inny niż dotychczas. Takiej argumentacji nie widać już w przypadku przejęcia i kontynuowania finansowania na tych samych zasadach, co wcześniej ustalone.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Główne grzechy wakacyjnej gastronomii – jak nie dać się oszukać? Nie zjadaj dowodów

Ryba limanda żółtopłetwa zamiast soli albo krem dekoracyjny zamiast bitej śmietany – to przykłady nierzetelności w lokalach gastronomicznych. W co trzecim zaniżano wagę lub pojemność potraw i napojów. Ceny też nie zawsze widzimy przy zamawianiu. Jak się przed tym wszystkim bronić?

Inspekcja Handlowa przeprowadziła niedawno kontrolę lokali gastronomicznych m.in. barów, pizzerii, restauracji, zajazdów, karczm w miejscowościach turystycznych w 13 województwach.

Ile to 100 gramów

Różnego rodzaju nieprawidłowości wykryto w ponad połowie lokali, które odwiedzili inspektorzy. Konsumentowi trudno stwierdzić, czy otrzymuje tańszą rybę (np. plamiaka), a płaci za droższą (dorsza). Nie zawsze oczywiste będzie też odkrycie, że otrzymujemy wieprzowinę zamiast cielęciny albo baraniny. Podobnie jest z niedoważeniem potrawy. W prawie połowie skontrolowanych lokali stosowano niezalegalizowane wagi do ważenia produktów. W co trzecim lokalu inspektorzy stwierdzili podawanie napojów i potraw o zaniżonej pojemności i wadze, wydawanie za wysokich rachunków, podawanie potraw o składzie innym niż wymieniony w menu.

A co zrobić, jeśli mamy podejrzenia, że np. płacimy za 230 gramów okonia, bo „był duży”, jak informuje obsługa, a na talerzu otrzymaliśmy wyraźnie mniej. Posiłek jest jednak zjedzony, a rachunek czeka na uregulowanie.

W takiej sytuacji trudno jest reklamować zawyżoną cenę, ponieważ „zjedliśmy” nasz dowód. Aby ustrzec się podobnych doświadczeń, przed zjedzeniem posiłku zażądajmy podania jego wagi i ceny. Jeśli mamy wątpliwości, poprośmy o zważenie posiłku w naszej obecności. Próby oszustwa „na wadze” to wykroczenie i można zgłaszać ten fakt na policję. Dodatkowo o sprawie warto powiadomić Inspekcję Handlową – mówi Małgorzata Miś, prezes Stowarzyszenia AQUILA, nieodpłatnie wspierającego konsumentów.

Paragon do analizy

A jak unikać płacenia zawyżonych rachunków? W skrajnej sytuacji może się okazać, że na paragonie cena za określone danie czy napój różni się od tej z menu. Bywa i tak, że doliczane są napoje, których nie zamówiliśmy, dodatki, które zostały nam podane, chociaż nie prosiliśmy o nie i nie poinformowano nas, że są dodatkowo płatne (np. chleb ze smalcem w roli przystawki), albo opakowanie, chociaż go nie potrzebujemy. – Dla spokoju warto zawsze dokładnie sprawdzać paragon. Konsument ma prawo żądać jego wydania. Jeśli sprzedawca odmówi, to warto ten fakt zgłosić do Inspekcji Handlowej oraz Krajowej Administracji Skarbowej – wyjaśnia Małgorzata Miś.

Ale ile to kosztuje?

Z raportu wynika, że najczęstszym problemem jest brak cen, a na to każdy z nas powinien już zwrócić uwagę. Z tym procederem inspektorzy spotkali się aż w 6 na 10 lokali. Raport informuje szczegółowo: w 15 placówkach (na 38 skontrolowanych) w menu nie określono ilości potraw i napojów oferowanych do sprzedaży, do których odnosi się cena. I wcale nie były to pojedyncze przypadki, wynikające np. z przeoczenia. Problem ten dotyczył w sumie 705 potraw i napojów. W menu możemy więc znaleźć np. sok pomarańczowy w określonej cenie, ale bez informacji, czy otrzymamy 150 czy 250 ml (nie jest to przykład z raportu, choć również autentyczny).

Można z tego wyciągnąć wniosek, że konsumenci również często spotykają się z taką sytuacją. – Przepisy jasno regulują kwestię informowania o cenach. Wymagają jednoznaczności, tak by konsument, np. składając zamówienie w lokalu gastronomicznym, nie miał wątpliwości, za co i ile płaci. Nie może być zaskoczony otrzymując rachunek. Jednoznaczna informacja o opłatach jest ważna również dlatego, że dzięki temu mamy możliwość porównania cen w różnych miejscach. Ten przepis dotyczy zarówno sprzedaży detalicznej, jak i świadczenia usług – mówi Małgorzata Miś.

Dodaje, że w każdym lokalu gastronomicznym cennik powinien być podany w miejscu dobrze widocznym i łatwo dostępnym. – Rzetelność informacji jest również ważna jak jakość posiłków i obsługi.

Z punktu widzenia konsumenta najlepiej, by cennik – przejrzysty i jednoznaczny – znajdował się na zewnątrz lokalu (choć akurat tego aspektu prawo nie reguluje). W sposób czytelny i jasny powinny zostać też wymienione składniki dania.

A co zrobić w sytuacji, gdy ceny zostały przedstawione w sposób niejednoznaczny i jednak mamy wątpliwości, ile kosztuje dany napój, potrawa lub każdy inny produkt albo usługa?

Prawo stoi w takiej sytuacji zdecydowanie po stronie konsumentów. Mają prawo żądać sprzedaży towaru lub usługi w cenie dla nich najkorzystniejszej – zaznacza Małgorzata Miś.

Jeśli ceny brak lub sposób jej przedstawienia wprowadza w błąd, to można zrobić zdjęcie cennika i zgłosić sytuację do Inspekcji Handlowej. Ta instytucja nie tylko kontroluje gastronomię (i wszystkie inne punkty sprzedaży detalicznej lub usługowe), ale może też nakładać kary na nieuczciwych przedsiębiorców. – Najważniejsze jest to, by konsumenci zdawali sobie sprawę ze swoich uprawnień i z nich korzystali. Jeśli potrzebna jest porada prawna, to można zgłosić się do nas. Interweniujemy również w imieniu osób poszkodowanych na skutek niewłaściwych działań przedsiębiorców – podkreśla prezes Stowarzyszenia AQUILA.

Na koniec nuta optymizmu. Gdy Inspekcja Handlowa kontrolowała gastronomię w miejscowościach turystycznych w 2017 roku, nieprawidłowości stwierdziła aż w 8 na 10 lokali. W porównaniu z bieżącym rokiem było więc wyraźnie gorzej, choć to chyba marna pociecha.

Problematyczne mieszkania – kupujący ryzykują, ale mogą zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych

W samej w Warszawie w blokach spółdzielczych może być lekko licząc kilkadziesiąt tysięcy mieszkań, których wartość jest dużo niższa od rynkowej. Dlaczego? Bo banki nie udzielą kredytu na ich zakup. Do Sejmu trafił projekt ustawy, która ma rozwiązać ten problem.

Dziś może się to wydawać niewiarygodne, ale są spółdzielnie, które w czasach PRL za zgodą urzędów wydających pozwolenia budowlane postawiły bloki na cudzych gruntach. Związek Rewizyjny Spółdzielni Mieszkaniowych RP ocenia, że w samej tylko Warszawie jest jeszcze ok. 100 spółdzielni, które do tej pory nie uregulowały kwestii własności gruntu.

Dla kupujących za gotówkę

Powodem są często roszczenia dawnych właścicieli lub ich spadkobierców do tych gruntów. W takim przypadku miasto nie może bowiem przekazywać spółdzielniom zabudowanych przez nie działek w użytkowanie wieczyste. Ale nawet wtedy, gdy jest to możliwe, barierą są olbrzymie koszty rządu kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu milionów złotych, które spółdzielnia musiałaby zapłacić za grunt państwu lub gminie. Spółdzielcy nie palą się do ponoszenia tak dużego wydatku. Tym bardziej, że mieszkania w takich blokach mają status spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu, które podobnie jak prawo odrębnej własności, jest zbywalne i dziedziczne. Może więc być przedmiotem sprzedaży, zamiany, darowizny albo też dziedziczenia testamentowego lub ustawowego. Jest tylko jeden problem: właściciele sprzedają takie mieszkania za cenę niższą od rynkowej.

Są to tak zwane trudne przypadki. Dla takiego mieszkania nie można założyć księgi wieczystej, a ta jest konieczna, żeby nabywca mógł uzyskać w banku kredyt – wyjaśnia Iwona Kowalska z agencji TopBrokers. – To oznacza, że większość takich mieszkań można kupić wyłącznie za gotówkę albo za kredyt, którego zabezpieczeniem jest inna nieruchomość – dodaje warszawska pośredniczka.

Zwraca jednak uwagę, że kiedyś przez krótki czas istniała możliwość założenia księgi wieczystej dla mieszkania znajdującego się w budynku z nieuregulowanym gruntem. Najpewniej znajdzie się więc jakiś bank, który zgodzi się udzielić kredytu na zakup takiego mieszkania. Problem w tym, że taki kredyt jest droższy od standardowego.

Kiedy nie warto ryzykować

Spora grupa klientów kupujących omija szerokim łukiem tego typu oferty mieszkań, bo uważają je za problematyczne, a co za tym idzie mniej atrakcyjne – mówi Bartosz Rodziewicz z agencji Partnerzy Nieruchomości.

Artur Miścicki z agencji Wilson’s Nieruchomości zapewnia jednak, że zakup mieszkania na nieuregulowanym gruncie nie jest obarczony ryzykiem wywłaszczenia, jeśli należy on do gminy lub państwa. – Prędzej czy później nastąpi regulacja tych gruntów i ich stan prawny stanie się jasny – przekonuje Miścicki.

Odradza on natomiast zakup mieszkania w budynku stojącym na gruncie, do którego są roszczenia dawnych właścicieli lub ich spadkobierców. Iwona Kowalska zaobserwowała, że z tego powodu potencjalni nabywcy zazwyczaj rezygnują z transakcji.

Tacy kupcy dysponują gotówką, zwykle sporą, mają zatem dużą swobodę podjęcia decyzji i zazwyczaj nie chcą inwestować wolnych środków w nieruchomość, która potencjalnie może być dla nich źródłem problemów w przyszłości – tłumaczy pośredniczka z TopBrokers.

Z drugiej strony takie mieszkania kuszą niższą od rynkowej ceną, dlatego w końcu znajdują nabywców.

Zazwyczaj koszt takiego mieszkania jest niższy o ok. 15% – przyznaje Jacek Stefański, właściciel agencji Domus Nova.

Maria Mańczak z poznańskiego oddziału firmy Expander twierdzi, że kupującymi mieszkania w spółdzielczych budynkach z nieuregulowanym gruntem są m.in. „łowcy okazji”, którzy kupują mieszkania pod wynajem.umowy sprzedaży mieszkań spółdzielczych

Niech Państwo naprawi swój błąd

Pośrednicy są zgodni, że czasem warto uzbroić się w cierpliwość, bo kupione okazyjnie mieszkanie zyska na wartości, gdy w końcu uregulowana zostanie kwestia praw właścicielskich do gruntu.

Niewykluczone, że zajmie się tym obecny Sejm. Na pierwsze czytanie czeka projekt ustawy „o prawie spółdzielni mieszkaniowych do gruntu”, którego autorami są posłowie Lewicy. Proponują oni, aby spółdzielnie dostały na własność lub w użytkowanie wieczyste (bez obowiązku wniesienia pierwszej opłaty) grunty, na których przed ponad 30 laty wybudowały budynki mieszkalne. Ponadto spółdzielnie przejęłyby działki będące w ich posiadaniu co najmniej od 5 grudnia 1990 r., gdyby nie ustalono właściciela tych gruntów.

Ich nabycie przez spółdzielnie stwierdzałby sąd w drodze postanowienia. Dawnym właścicielom i ich spadkobiercom przysługiwałoby prawo ubiegania się o odszkodowanie od państwa lub gminy do wysokości 20% wartości roszczenia.

„Rozwiązanie problemu praw spółdzielni mieszkaniowych do gruntów jest obowiązkiem ustawodawcy. Okoliczność bowiem, że wiele spółdzielni mieszkaniowych w Polsce nadal nie ma tytułu prawnego do gruntów, na których wznosiły osiedla mieszkaniowe, obciąża w znacznie większym stopniu Państwo niż spółdzielnie” – czytamy w uzasadnieniu projektu.

Dodajmy, że inicjatywą ustawodawczą Lewicy popierają Krajowa Rada Spółdzielcza i Związek Rewizyjny Spółdzielni Mieszkaniowych RP. Zastrzeżenia zgłosiły natomiast Związek Powiatów Polskich, który obawia się skutków finansowych dla samorządów. Konieczność „daleko idących zmian konstrukcyjnych i legislacyjnych” wskazała Prokuratoria Generalna RP.

Głodowe stawki na wyżywienie pacjentów w szpitalach

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że stawka za wyżywienie w szpitalach jest często głodowa – co jest udokumentowane przetargami publicznymi. Przykładowo w przetargu na żywienie pacjentów w Specjalistycznym Zespole Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu stawka za osobodzień została określona na 13,30 zł. To znacznie poniżej kosztów i niemożliwe do realizacji w dzisiejszych realiach cenowych i inflacyjnych. Co więcej – szpital już dwukrotnie unieważniał postępowania przetargowe, ponieważ wszystkie złożone oferty były znacznie wyższe niż 13 zł. Czy dyrektor szpitala w końcu uwierzy, że stawka wyżywienia dla pacjentów musi być wyższa?

W większości szpitali dzienna stawka za wyżywienie jest wyższa niż 20 zł, a w niektórych nawet przekracza 30 i 40 zł. Należy pamiętać, że stawka za osobodzień nie obejmuje tylko wsadu do kotła – czyli samego kosztu posiłku, dodatkowo należy wliczyć:

  • media /wodę, prąd, gaz/
  • dzierżawę pomieszczeń i sprzętu technologicznego
  • robociznę – kucharze, pomoc kuchenna, pracownicy dystrybucji, kierowcy, dietetyk, kierownik kuchni, magazynier
  • transport – samochód, przeglądy, paliwo
  • sprzęt drobny, zastawę stołową, naczynia jednorazowe
  • UDT
  • środki czystości
  • wywóz i utylizację odpadów
  • utrzymanie sprzętu, urządzeń oraz pomieszczeń kuchni w odpowiednim stanie

To niedopuszczalne, aby szpital oszczędzał na wyżywieniu pacjentów – zwłaszcza, jeśli otrzymuje na ten cel dodatkową dotację z Ministerstwa Zdrowia. Tym bardziej w przypadku Specjalistycznego Szpitala Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu, gdzie pacjentami są matki i dzieci. Trzeba zaznaczyć, że szpital bierze udział w programie pilotażowym Ministerstwa Zdrowia ‘Standard szpitalnego żywienia kobiet w ciąży i w okresie poporodowym – Dieta Mamy’. Zgodnie z założeniami programu na każdy osobodzień żywienia pacjentów z grupy objętej programem Ministerstwo przeznacza dodatkowe 18,20 zł. W większości szpitali dla zewnętrznej firmy cateringowej z tej puli zostaje 12,18 netto i ta kwota jest dodawana do podstawowej stawki osobodnia finansowanej przez sam szpital. Stawka osobodnia w Diecie Mamy dla tej placówki powinna więc wynieść ponad 25 zł. Program pilotażowy ma na celu poprawę jakości żywienia dla wyznaczonej grupy pacjentek i nie może, jak w tym przypadku, zostawać w budżecie szpitala” – podkreśla Arkadiusz Pączka, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

Tymczasem w konsultacjach jest projekt ustawy o jakości w opiece zdrowotnej, który kładzie nacisk na skuteczność opieki medycznej i prawa pacjenta – a przecież to podstawowe prawo pacjenta, by otrzymać pełnowartościowy posiłek. Żywienie jest jednym z elementów terapii – źle odżywiony pacjent jest bardziej narażony na zakażenia czy odleżyny. To ważny i niezbędny element terapii, którego nie można pomijać – a przede wszystkim integralna część procesu leczniczego.

Także NFZ planuje kampanię edukacyjno-informacyjną o żywieniu szpitalnym i informowanie jak ważne jest prawidłowe żywienie w trakcie choroby i podczas leczenia szpitalnego. Celem kampanii jest również wyłonienie najlepszych szpitali dbających o prawidłowe żywienie szpitalne.