Jeszcze nieco ponad rok temu rynek pracy określany był „rynkiem pracownika”. Dynamiczny rozwój wielu branż, powstawanie coraz to nowych firm i startupów oraz rozszerzanie oferty w ramach istniejących już struktur, owocowały szerokim wachlarzem ofert pracy oraz wzmożonymi działaniami headhunterów, stale poszukujących najlepszych specjalistów. Głównymi zadaniami pracodawców z obszaru HR – przed wybuchem pandemii – były więc utrzymanie istniejącego zespołu oraz rekrutacje wynikające z rotacji pracowników. Dziś, rok po pojawieniu się nowej rzeczywistości, przed rynkiem pracy stają zupełnie inne wyzwania.
Jakie? W znacznej mierze wynikające ze specyfiki sytuacji, z jaką przyszło się nam zmierzyć. Prawie połowa firm (48 proc.) biorących udział w tegorocznej edycji badania „Wyzwania Pracodawców 2021” wśród najważniejszych, wskazuje motywowanie pracowników w trakcie pracy zdalnej. Na drugim miejscu pracodawcy plasują zarządzanie zespołem w modelu zdalnym/mieszanym (38 proc. wskazań), a wśród istotnych aspektów wymieniają także kwestię powrotu do normalnego funkcjonowania firmy, na którą wskazało 32 proc. respondentów[1]. – Zaangażowani pracownicy to jeden z kluczowych elementów funkcjonowania firmy i zarazem jej najcenniejszy kapitał. Menadżerowie i liderzy stają dziś więc przed pytaniem, jak radzić sobie z zarządzaniem pracownikami, którzy z jednej strony są już naturalnie zmęczeni panującą sytuacją, z drugiej wciąż działają pod ogromną presją i w środowisku dużego stresu – komentuje Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska.
Budujmy relacje
O efektach rewolucji, która dokonała się na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy i jej wpływu na życie, także to zawodowe, mówi się coraz częściej. Organizacje dostrzegają m.in. brak równowagi między pracą, a sferą prywatną, poczucie niepewności i zagrożenia, a także rozluźnienie relacji w zespole i osłabienie poziomu przynależności do organizacji[2]. Co zrobić, aby przeciwdziałać tym niebezpiecznym tendencjom? Budowanie motywacji i zaangażowania stoi u podstaw każdego dobrze funkcjonującego biznesu. Zwłaszcza dziś warto docenić znaczenie poczucia celu i tzw. szerszej perspektywy. Tylko pracownik znający znaczenie swojej pracy dla całości organizacji będzie czuł się z nią związany. Ważne, aby uświadomić zatrudnionym, że ich miejsce w strukturach firmy nie ogranicza się tylko do obecnego stanowiska, ale zakłada możliwości rozwoju przez wiele lat. Kolejnym istotnym elementem są relacje. Interakcje między pracownikami mają ogromne znaczenie dla efektywności działań poszczególnych zespołów. Warto więc pomyśleć o stworzeniu strefy – również online – do ich budowania, nie tylko w kontekście służbowym. Wspólne zaangażowanie w akcje CSR, nieformalne spotkania na przysłowiową „kawę” czy udział np. w kulturalnych e-wydarzeniach to tylko niektóre propozycje. Dziś na znaczeniu zyskują także wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, którego pracownicy oczekują od swoich przełożonych. – Zrozumienie oraz zaufanie do pracowników wyrażające się m.in. stawianiem na samodzielność w realizacji poszczególnych zadań dają dziś zatrudnionym, jeszcze mocniej niż dotychczas, poczucie tak ważnego w czasie kryzysu celu – podsumowuje Tikhomiroff.
Branża centrów handlowych apeluje do władz o wyznaczenie nowych terminów niedziel handlowych, jak tylko sytuacja epidemiczna na to pozwoli. W wyniku tegorocznych lockdownówwiększość najemców nie mogła skorzystać z możliwości prowadzenia działalności w niedzielę 31 stycznia i nie będzie mogła jej prowadzić 28 marca br.
Branża nie zgadza się z argumentacją MRPiT, że zamknięcie sklepów w niedziele pozwala przedsiębiorstwom ograniczyć koszty działalności. Jedynie otwarcie sklepów i prowadzenie sprzedaży umożliwia obecnie minimalizowanie strat i zwiększenie szans na utrzymanie miejsc pracy.
PRCH ponownie zwróciła się do władz z apelem o wyznaczenie nowych terminów niedziel handlowych w zamian za te, które przypadły na okres obowiązywania obostrzeń epidemicznych i ograniczeń w funkcjonowaniu handlu. Lockdownami objęto niedziele 31 stycznia i 28 marca 2021 r., czyli aż dwie z siedmiu handlowych wyznaczonych w bieżącym roku. W te dni, zgodnie z zapisami ustawy, sklepy w centrach handlowych są uprawnione do otwarcia. Niestety większość najemców nie mogła w styczniu i nie będzie mogła przed Wielkanocą – 28 marca skorzystać z możliwości prowadzenia działalności. W bieżącym roku pozostały już tylko pojedyncze niedziele handlowe w kwietniu, czerwcu i sierpniu oraz dwie zaplanowane w grudniu.
Branża handlowa liczy na wyznaczenie nowych terminów niedziel handlowych, które przynajmniej częściowo pomogą zrekompensować stratę dwóch dni handlowych. Taka pomoc państwa jest szczególnie ważna– zwłaszcza w obecnej dramatycznej sytuacji sektora. Dla podmiotów, które w wielu przypadkach znajdują się na skraju bankructwa znaczenie ma każdy dzień prowadzenia działalności – szczególnie po wprowadzeniu kolejnego, czwartego już ogólnopolskiego lockdownu. Nawet jednodniowe ograniczenie działalności obiektów handlowych pogłębia i tak już olbrzymie straty branży. Konsekwencją dotychczasowych obostrzeń jest już niemal 50 mld zł utraconych przychodów najemców centrów handlowych. W wyniku zamknięć ucierpiały również budżety wynajmujących – luka w przychodach wynikająca z poniesionych kosztów finansowania lockdownów i wsparcia na rzecz najemców – wyniesie ok. 5,5 mld zł, co stanowi ponad połowę rocznych przychodów.
Władze prowadząc rozmowy o wyznaczeniu nowych terminów dla utraconych niedziel handlowych używają argumentu, że otwarcie sklepów w nowych terminach spowodowuje konieczność działań dostosowawczych po stronie przedsiębiorstw, a tym samym dodatkowe koszty dla firm. Branża nie zgadza się ze stwierdzeniem, że zamknięcie sklepów pozwala przedsiębiorstwom ograniczyć koszty działalności. Jedynie otwarcie sklepów i prowadzenie sprzedaży umożliwia obecnie minimalizowanie strat i zwiększa szanse na utrzymanie miejsc pracy. Każdy dzień generowania obrotów jest obecnie olbrzymim wsparciem dla branży.
Niedziele handlowe w 2020 r. cieszyły się zainteresowaniem klientów, którzy korzystali z dodatkowego dnia zakupów, przyczyniając się do wzrostu obrotów w handlu. W tygodniach z niedzielą handlową w 2020 roku, tygodniowa odwiedzalność w centrach handlowych była wyższa o około 20 proc. w porównaniu do tygodni bez niedzieli handlowej. Niedziela była także drugim po sobocie wybieranym dniem na zakupy. Obecnie te potrzeby kumulują się w piątki i soboty, co jasno pokazują dane dotyczące odwiedzalności gromadzone przez PRCH. Dodatkowe niedziele handlowe wpłyną także na zwiększenie bezpieczeństwa na terenie obiektów handlowych. Klienci galerii zyskają w ten sposób dodatkowy dzień na zrobienie zakupów.
Aby wesprzeć branżę w tym trudnym okresie PRCH apeluje o wyznaczenie nowych terminów dla zagwarantowanych ustawą niedziel handlowych. Podkreślamy, że dodatkowy dzień handlu, to również bezpieczeństwo klientów i pracowników – pozwala rozłożyć ruch i odwiedzalność w sklepach.
Brak apetytu na ryzyko widoczny jest w zachowaniu wielu aktywów przy utrzymującej się niepewności o konsekwencje trzeciej fali. Wczorajsze odczyty PMI dały przynajmniej odrobinę nadziei, że każda kolejna runda restrykcji pandemicznych jest mniej szkodliwa dla gospodarki od poprzedniej. Mimo to rynki aktualnie weszły w tryb rewaluacji w dół perspektyw ożywienia z uwagą skupioną na statystkach zachorowań i hospitalizacji.
Sytuacja rynkowa mogłaby wyglądać teraz zupełnie inaczej, gdyby odczyty PMI pojawiły się w poniedziałek, a nie dopiero w środę. Jest już za późno, aby imponujące wzrosty indeksów aktywności mogły przesłonić ryzyka z tytułu trzeciej fali COVID-19 w Europie, rosnącą liczbę przypadków i serię restrykcji w wielu krajach Europy przed Świętami Wielkanocnymi. To tłumaczy, dlaczego wczoraj euro nie było w stanie pozytywnie zareagować na dobre dane, a nawet szybsze odbicie sektora usługowego w Wielkiej Brytanii obyło się bez większej reakcji funta. Przy nagromadzonym pesymizmie łatwo bagatelizować historyczne wskaźniki. Po pierwsze spora część danych była zbierana zanim ogłoszono nowe zaostrzenie restrykcji na kontynencie. Po drugie za część wzrostu indeksów odpowiadają rosnące koszty materiałów. Nie zmienia to jednak faktu, że siła przemysłu związana jest z popytem zewnętrznym i jego imponujące wyniki powoli przenikają do sektora usługowego. Ponadto nie można zakładać, że firmy usługowe nie śledzą bieżących informacji i w momencie badania nie były świadome rosnącej liczby zachorowań i idącym za tym ryzykiem. Mimo to wzrost PMI pokazuje, że gospodarka przystosowuje się do restrykcji i aktywność gospodarcza będzie wzmacniać się nawet pomimo przedłużenia lockdownów. To jest coś, co pozwoli zaprowadzić równowagę na rynkach finansowych, ale dopiero gdy zakończy się aktualna fala negatywnej rewaluacji podsycanej równoważeniem portfeli inwestycyjnych na koniec kwartału.
Waluty surowcowe (AUD, NZD),a le też EUR i GBP są narażone na dalsze osłabienie przy premiowaniu bezpiecznego USD, a w dalszej kolejności JPY. Na rynku akcji kierunek jest niejednoznaczny, gdyż korektę zaburza przesiadka ze spółek wartościowych na akcje firm korzystających na covidowej rzeczywistości. Na marginesie, szybkość wczorajszego odbicia cen ropy naftowej potwierdza, że aktualnie większe znaczenie dla skali zmian cen aktywów mogą mieć decyzje inwestorów finansowych niż rewizja fundamentów. Wczoraj motorem wzrostów były doniesienia, że OPEC+ zamierza w kwietniu utrzymać dotychczasowe limity wydobycia. Nie jest to informacja, która całkowicie neutralizowałaby obawy o skutki europejskich lockdownów. A zatem sygnały z niektórych zakątków rynków finansowych sugerują, że wciąż utrzymują się oczekiwania na szybsze ożywienie globalne.
To ten moment w kwartale, kiedy Szwajcarski Bank Narodowy podejmuje decyzję w sprawie stopy procentowej. Nie spodziewamy się żadnych zmian w polityce z utrzymaniem gołębiego języka w stosunku do franka („wysoko wyceniany”) z gotowością do interwencji, jeśli będzie to konieczne. Jednak gdy EUR/CHF istotnie odbił ponad 1,10, SNB ma przestrzeń do spokojnego obserwowania rynku walutowego. Ale na rezygnacje z gołębiego forward guidance już miejsca nie ma, gdyż zimowa fala zachorowań uderzyła w gospodarkę mocniej niż bank zakładał w grudniowych prognozach. W konsekwencji nierozważnym byłoby zmieniać nastawienie i hamować przyszłą deprecjację franka.
EUR/PLN pozostaje na podwyższonych poziomach i wczoraj na moment wyszedł ponad 4,63 – najwyżej od października 2020 r., kiedy nastąpił kulminacyjny moment obaw o jesienną falę zachorowań. Obecnie sytuacja jest podobna. Dziś o 11:00 odbędzie się konferencja prasowa rządu w sprawie kolejnych obostrzeń. Rozważane jest m.in. zamknięcie sklepów RTV/AGD i meblowych oraz żłobków i przedszkoli. Podobnie, jak w Europie Zachodniej, także i w Polsce widać, że kolejne obostrzenia w mniejszym stopniu uderzają w gospodarkę. Mimo to wstępna reakcja rynków na restrykcje nie może być pozytywna i EUR/PLN może dziś testować 4,65.
Według ekspertów, mali i średni przedsiębiorcy są nieprzygotowani do przeprowadzenia sukcesji w swoich rodzinnych firmach. Skupiają się na rozwijaniu działalności, a sprawy związane z przekazaniem biznesu odsuwają na dalszy plan. To może skutkować wieloma problemami, zwłaszcza po nieoczekiwanej śmierci właściciela. Natomiast sukcesję należy zaplanować w najdrobniejszych krokach. I z reguły to wieloetapowy proces. Warto też zwrócić się o wsparcie do kogoś z zewnątrz. Błędem jest zbyt późne rozpoczęcie działań. Niekiedy sukcesor nie może w pełni się wykazać, co później uruchamia lawinę kłopotów.
Bez przygotowania
Firmy rodzinne, funkcjonujące w sektorze MŚP, mają problemy z sukcesją. Zazwyczaj ich właściciele są bardzo intensywnie zaangażowani w proces prowadzenia i rozwijania swojej działalności. Jak tłumaczy Magdalena Franciszczak, ekspert ds. sukcesji w firmach rodzinnych z Grupy Kapitałowej DGA, przedsiębiorcy starają się odsuwać sprawy związane z przekazaniem biznesu na dalszy plan, często bardzo odległy. Takie podejście może oznaczać spore problemy w przyszłości, zwłaszcza jeśli właściciel nieoczekiwanie umrze. Wtedy przejęcie firmy nastąpi z zaskoczenia, praktycznie z dnia na dzień.
– Polscy przedsiębiorcy nie są przygotowani do wdrożenia tzw. planu sukcesji w swoich firmach i majątku rodzinnym. To jest temat bardzo złożony, często dotykający sfery emocjonalnej, rodzinnej, nie tylko w aspekcie samego biznesu. Natomiast duże przedsiębiorstwa są niemal skazane na samoistną sukcesję. Dzieje się tak ze względu na sposób zarządzania, hierarchię obowiązków oraz bardzo często zaangażowanie dzieci w struktury firmy – komentuje Bartłomiej Krukowski, doradca sukcesyjny.
Z kolei jak zaznacza dr Adam Weinert z Katedry Zarządzania Strategicznego UE w Poznaniu, nie ma jednego najlepszego momentu na przekazanie przedsiębiorstwa. To sytuacja wieloczynnikowa, a do każdego przypadku należy podchodzić indywidualnie. W ocenie eksperta, trzeba to zaplanować jak najwcześniej, a tym samym – odpowiednio przygotować sukcesora. Nestor powinien być świadomy tego, kiedy należy odejść z biznesu, ponieważ wtedy jest czas na przygotowanie następcy. Niestety, ale w naszych krajowych warunkach wielu przedsiębiorców zwleka z tym procesem.
– Gdy nagle umiera właściciel majątku lub biznesu, to często jego najbliżsi narażeni są na załatwianie spraw urzędowych, sądowych i firmowych. Wówczas statystycznie większość rodzin nieświadomie popełnia wiele błędów prawnych i podatkowych. Natomiast jeżeli działania są świadomie przygotowane przed śmiercią takiej osoby, to bliscy mogą skupić się na emocjach rodzinnych, a firma wciąż działa. Wszelkie formalności prawne można dokonać wtedy, kiedy spadkobiercy będą do tego gotowi – mówi Bartłomiej Krukowski
Natomiast dr Weinert podkreśla, że sukcesja musi nastąpić z odpowiednim wyprzedzeniem i wzajemnym zrozumieniem stron. Przy tym należy kierować się zasadą win-win. Ekspert zaznacza, że najczęściej do przekazania firmy dochodzi w sytuacji, gdy nestor już nie może prowadzić działalności, np. z przyczyn zdrowotnych. Wówczas nie ma możliwości, żeby ingerował w biznes. Ale zdarza się, że takie wtrącanie się następuje, głównie gdy dana osoba nie może oswoić się z odejściem na emeryturę lub z oddaniem własnego dziecka, jak często określa się firmę.
Czas działać
– Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że sukcesja to agregat pojęciowy. Obejmuje elementy niedostrzegalne, takie jak wartości i wiedza, ale także te widoczne, czyli władzę oraz własność. Sukcesja winna dotyczyć aspektów w sposób równomierny – podkreśla Andrzej Głowacki, prezes zarządu Grupy Kapitałowej DGA.
Proces sukcesji jest wieloetapowy, co zaznacza Magdalena Franciszczak. I dodaje, że pierwszym kluczowym krokiem jest wewnętrzna gotowość nestora do podjęcia decyzji w tej sprawie. Takie osoby są bardzo emocjonalnie związane ze swoimi biznesami. Samodzielne planowanie przyszłości tzw. własnego dziecka nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wówczas pojawiają się emocje. Dlatego ważne jest obiektywne spojrzenie kogoś z zewnątrz.
– Proces sukcesji należy rozpocząć przede wszystkim od rozmowy z samym sobą oraz z rodziną. Warto rozrysować tzw. mapę sytuacyjną. Ona powinna obejmować majątek firmowy i prywatny, należności, zobowiązania, środki trwałe, a także krąg osób z rodziny – spadkobierców. Następnie trzeba się zastanowić nad różnymi ryzykami, które mogą wystąpić. Natomiast w kolejnym kroku trzeba przygotować mapę oczekiwań – radzi Bartłomiej Krukowski.
Jak stwierdza Teresa Kuliberda-Wojtas, doradca sukcesyjny i mediator, sukcesja powinna być analizowana i planowana kompleksowo, zarówno z udziałem prawników, doradców podatkowych, a czasem także psychologa. Ale przede wszystkim jest potrzebny moderator, który jest odpowiedzialny za cały proces i koordynuje wszystkie jego elementy. To osoba rozmawiająca z rodziną, pomagająca zdefiniować jej cele, wizje oraz zasady na przyszłość.
Omijanie pułapek
– Na rynku często widzimy zbyt późne rozpoczynanie całego procesu. Sukcesor mający 50 lat to naprawdę bardzo poważny błąd, lecz nestorzy niechętnie schodzą z piedestału. Inny problem to sukcesja cząstkowa. Obejmuje ona tylko wybrane elementy, np. władzę, a właścicielem udziałów pozostaje nadal rodzic – informuje prezes DGA.
Natomiast Kuliberda-Wojtas zaznacza, że niekiedy sukcesor nie ma możliwości wykazania się. Brakuje jasnych perspektyw dla niego. Dlatego istotne jest wspólne wypracowanie i zaakceptowanie klarownych zasad oraz planu działania na przyszłość. Ekspert też dodaje, że praktykuje się przejęcie firmy na próbę, tj. żeby sprawdzić, czy dana osoba nadaje się do jej przyszłego prowadzenia. Sukcesja najczęściej następuje stopniowo, bo powinna być jak ewolucja, a nie rewolucja. Często nestorzy, nawet po przekazaniu sterów rodzinnego biznesu, dalej są związani z firmą, pełniąc funkcję doradczą bądź nadzorczą. Jest to także jeden z elementów mających zapewnić bezpieczeństwo firmie.
– Kolejny błąd polega na braku koncepcji i trwającej w nieskończoność procedurze sukcesji. Przykładowo, mamy trzech sukcesorów, a tylko dwóch z nich związanych jest z firmą. Nie wiadomo, jak zatem podzielić własność przedsiębiorstwa, żeby wszystkie dzieci były w pełni usatysfakcjonowane i zmotywowane. Takie dyskusje trwają latami – dodaje prezes Głowacki.
Znawcy tematu mówią, że zaangażowanie przyszłego sukcesora w firmie to istotny krok. Najbliższa osoba z rodziny, która poznaje meandry biznesu od środka jeszcze za życia właściciela, to sukces i szczęście rodzica oraz przedsiębiorcy. Do tego Magdalena Franciszczak dodaje, że swoje plusy ma też zdobywanie doświadczenia w innych przedsiębiorstwach. Takie osoby też mogą być przygotowane mentalnie i biznesowo do przejęcia w przyszłości sterów w firmach rodzinnych. Nie ma reguły, która z tych ścieżek sprawdzi się dla większości. To zależy od sytuacji danej rodziny i firmy.
– Nestor, który otworzył i rozwijał dane przedsiębiorstwo, jest najbardziej cenną osobą, która zawsze może radzić. Natomiast zupełnie innym aspektem jest decyzyjność pokoleniowa. Rozwój firm w latach 80. i dzisiejszych to zupełnie inne przestrzenie. Dlatego tzw. starsze pokolenie powinno przygotować się do przekazania władzy młodszemu i zgodzić się na wdrażanie nowoczesnych rozwiązań dopasowanych do dzisiejszych realiów. Wówczas firma ma możliwość dalszego konkurowania w tych czasach – podsumowuje Bartłomiej Krukowski.
Epidemia koronawirusa miała bardzo duży wpływ na zmianę cen ropy w ciągu ostatniego roku. Po wybuchu pandemii cena za baryłkę ropy znacznie spadła, by ustabilizować się w połowie 2020 roku. Gdy jednak po świecie rozniosła się wieść o opracowaniu szczepionki na COVID-19, cena wzrosła znowu – i to w dużym tempie. Obietnica szybkiego powrotu gospodarki do normalności wywindowała wartość baryłki ropy o 80% w porównaniu z ceną przed październikiem 2020 roku. Razem z ceną ropy wzrosły prawie od razu ceny paliw.
– Na cenę paliw duży wpływ ma polityka koncernów naftowych, które dosyć szybko reagują na wzrost cen ropy. Natomiast inaczej działa to, kiedy cena ropy spada. Tutaj już koncerny naftowe nie są tak szybkie w obniżaniu cen paliw. Reagują na tę zmianę dość opieszale. Wtedy mogą bowiem dużo więcej zarobić na marży rafineryjnej – powiedział serwisowi eNewsroomGrzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – Duży wpływ na cenę ropy w Polsce ma również kurs walutowy – a zwłaszcza koszt dolara amerykańskiego w złotówkach, ponieważ transakcje dotyczące ropy rozliczane są głównie w dolarze. Jeżeli chcemy porównać średnią obecną cenę ropy z tą, która była w poprzednich latach, powinniśmy pamiętać o tym czynniku. W 2009 roku dolar był znacznie słabszy, a złotówka mocniejsza – co dobrze odbiło się na cenach paliw. Obecnie, przy osłabieniu złotego, sytuacja jest dużo gorsza. W kolejnych miesiącach ceny paliw powinny się jednak ustabilizować. Pojawiają się kolejne wątpliwości co do procesu ożywienia gospodarczego, a zwłaszcza procesu szczepień. W związku z tym sztucznie nadmuchane ceny ropy zaczęły spadać. Powinny się stabilizować na obecnych poziomach – czyli na poziomie 60 dolarów za baryłkę. Przewidujemy, że taka będzie średnia wartość ropy w 2021 roku – prognozuje Sielewicz.
Bazowanie na analizie danych przekłada się na szereg korzyści dla firm, m.in. większą konkurencyjność czy możliwość podejmowania szybkich i trafnych decyzji biznesowych. – Wykorzystanie danych pozwala firmom nie tylko usprawnić podstawową działalność, ale też tworzyć nowe linie i modele biznesowe – podkreśla Aleksander Jagodzki, wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore. Firmy wciąż jednak muszą się nauczyć, jak przekształcić się z organizacji, które tylko posiadają dane, w takie, które potrafią je efektywnie wykorzystywać do zwiększania swojej konkurencyjności. Rozwiązaniem może być dostęp i analiza danych w czasie rzeczywistym.
– Codziennie generujemy ogromne ilości danych, które są kluczowe dla funkcjonowania i rozwoju każdej firmy. Postęp technologiczny spowodował, że do systemów informatycznych napływają nieskończone ilości danych, pochodzących z różnych źródeł i przechowywanych w wielu formatach. To sprawia, że przetwarzanie i zarządzanie nimi staje się istotnym zadaniem dla każdej organizacji biznesowej – mówi agencji Newseria Biznes Aleksander Jagodzki.
Dane określane są dziś mianem najważniejszego surowca XXI wieku. Ich znaczenie jako głównego zasobu przyszłości podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD, natomiast brytyjski dziennik „The Economist” uznał je za najważniejszy surowiec XXI wieku, który generuje więcej pieniędzy niż ropa. Fakt ten potwierdzają raporty i prognozy branżowe oraz praktyka wielu organizacji w różnych sektorach.
– Według IDC i Seagate w 2018 roku na świecie przetwarzanych było ok. 33 ZB danych, a do 2025 roku ta liczba wzrośnie już do 175 ZB. Pewne jest, że bez efektywnego gromadzenia, przetwarzania i „konsumowania” tych danych rozwój wielu przedsiębiorstw jest niemożliwy – mówi ekspert.
Wykorzystanie danych napędza całą cyfrową gospodarkę i stanowi bazę przy podejmowaniu decyzji biznesowych. To powoduje, że firmy muszą się przekształcić z organizacji, które tylko posiadają dane, w takie, które potrafią je efektywnie wykorzystywać do zwiększania swojej konkurencyjności.
– Współczesne przedsiębiorstwa funkcjonują w turbulentnym otoczeniu biznesowym, gdzie dostęp do aktualnych danych jest często źródłem przewagi konkurencyjnej. Jednak gromadzenie ich to początek drogi – mówi wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore. – Kluczem jest ich analiza przez różne systemy, w czasie rzeczywistym. Dopiero na podstawie tych przetworzonych i przeanalizowanych danych są podejmowane decyzje. Same dane są tylko surowcem, który musimy przetworzyć, aby uzyskać produkt końcowy.
Bazowanie na danych jest dla firm po prostu opłacalne. Według badań przeprowadzonych przez McKinsey & Company firmy data-driven mają 23 razy większe prawdopodobieństwo przyciągnięcia nowych klientów i dziewięciokrotnie większą szansę na zbudowanie ich lojalności, a także 19-krotnie większe prawdopodobieństwo osiągnięcia ponadprzeciętnej rentowności. Co ważne, wykorzystanie danych pozwala firmom nie tylko usprawnić podstawową działalność, ale też tworzyć nowe linie i modele biznesowe, napędzając ich rozwój.
– Korzyści jest wiele i zależą od specyfiki poszczególnych branż. To np. możliwość podejmowania trafnych i szybkich decyzji biznesowych albo przyspieszenie obsługi klientów czy przeprocesowanie transakcji. Obecnie czas reakcji jest ważnym czynnikiem w walce o klienta końcowego. Kolejna korzyść to możliwość monitorowania online kampanii marketingowych, np. w sieciach sklepów – podkreśla Aleksander Jagodzki.
Potencjał danych dla biznesu i gospodarki pokazuje ubiegłoroczny raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego, z którego wynika, że wartość gospodarki opartej na danych w Polsce szacowana jest na 6,2 mld euro, a w 2025 roku może to być między 7,9 mld a 12 mld euro. Eksperci podkreślili, że dzięki danym swoją potęgę zbudowało wielu obecnych gigantów technologicznych.
– Szybkość podejmowania decyzji jest jednym z najbardziej istotnych elementów, aby móc efektywnie i skutecznie zarządzać przedsiębiorstwem. Firmy, które chcą być przedsiębiorstwami czasu rzeczywistego (Real-Time Enterprise), oczekują wdrożenia takich możliwości biznesowych, które pozwolą im sprawnie zarządzać procesami i dynamicznie reagować na zachodzące w ich otoczeniu zmiany – mówi ekspert. – Firmy oczekują, aby bez względu na lokalizację czy różnorodność technologiczną i biznesową systemów informatycznych aktualne dane były dostępne „tu i teraz”. Jest to oczekiwanie zarówno samych przedsiębiorstw, jak i ich klientów. Nie może to jednak wykluczać dbałości o ciągłość przetwarzania danych, bo jej przerwanie, utrata danych albo ograniczenie do nich dostępu są destrukcyjne dla przedsiębiorstw i ich klientów.
Do efektywnego przetwarzania danych w czasie rzeczywistym potrzebne są rozwiązania, które pozwalają na replikowanie ich pomiędzy różnymi technologicznie systemami i różnymi lokalizacjami. Replikacja online pomaga również w migracji do chmury firmom, które w pierwszym kroku często decydują się na uruchomienie środowisk testowych i deweloperskich w chmurze. Dzięki replikacji możliwe jest zasilanie baz w chmurze i utrzymanie ich spójności z bazami on-premise.
– Replikacja danych nie może naruszać ich spójności. Często w trakcie replikacji dane muszą podlegać transformacji, żeby po jej zakończeniu stanowić informację mającą wartość biznesową. Podsumowując, do przetwarzania danych w czasie rzeczywistym potrzebujemy specjalistycznego oprogramowania – podkreśla wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore.
Specjalizująca się w integracji baz danych firma ma już na koncie projekty realizowane w różnych sektorach, m.in. bankowości, telco, retailu, przemyśle i administracji publicznej w Polsce, jak i w Europie. Goldenore koncentruje się na replikacji danych w czasie rzeczywistym na poziomie baz danych. W ten sposób zapewnia ciągłość biznesową, obejmującą aplikacje operacyjne i analityczne oraz bezpieczne i bezprzestojowe migracje na nowe wersje oprogramowania i nowe platformy.
– Nasze zaplecze to przede wszystkim know-how oraz zespół doświadczonych ekspertów mających za sobą wiele złożonych projektów zasilania danych w czasie rzeczywistym w średnich i dużych przedsiębiorstwach. Dzięki wdrożeniu mechanizmów „real-time’owych” opartych na odpowiednim oprogramowaniu narzędziowym eliminujemy ryzyka downtime’u, zapewniając ciągłość biznesową, odciążamy systemy główne, zasilamy systemy raportowe w czasie rzeczywistym jak również systemy test-dev. Sprawiamy, iż cała organizacja ma dostęp do danych i raportów w czasie rzeczywistym – mówi Aleksander Jagodzki.
Goldenore to jedna z najbardziej wyspecjalizowanych w Europie firm, które zajmują się implementacją replikacji danych w czasie rzeczywistym w różnych kontekstach biznesowych i technicznych. Poprzez repliki danych zapewnia kluczową w tym czasie ciągłość biznesową, obejmującą aplikacje operacyjne, analityczne, jak również bezpieczne i bezprzestojowe migracje na nowe wersje oprogramowania, a także na nowe platformy.
To nie jest wykluczone – przyznają eksperci z kancelarii prawnej Wódkiewicz & Sosnowski. Jako przykład podawana jest sytuacja sprzed kilku tygodni, gdy sąd podjął decyzję o obniżeniu czynszu za lokal w Świnoujściu. Przedsiębiorczyni prowadząca działalność gospodarczą ponosiła gigantyczne straty spowodowane trwającą pandemią, a właściciel lokalu nie zgodził się na obniżkę czynszu. Decyzja sądu obniżyła czynsz o kilka tysięcy złotych w skali miesiąca. – Takich sytuacji w Polsce może być niebawem więcej. Lockdown poważnie naruszył szansę zarabiania wielu branż, a nie wszyscy przedsiębiorcy wykazywali się solidarnością. Otrzymujemy mnóstwo sygnałów, że np. restauracja czy bar nie działa, a właściciel lokalu nadal pobiera 100% kwotę za dzierżawę i nie zgadza się na jakiekolwiek ustępstwa – mówi mec. Marek Jarosiewicz z Kancelarii Wódkiewiczz & Sosnowski.
Pandemia spowodowała „nadzwyczajną zmianę stosunków”?
Sytuacja z sądownym obniżeniem czynszu dotyczy wiosny 2020, czyli pierwszego lockdownu. Mimo próśb i prób negocjacji właściciel lokalu nie obniżył dzierżawcy czynszu. Model biznesowy działalności gospodarczej oparty był na założeniu, że klientami są głównie turyści. Ich brak spowodowany lockdownem spowodował, że opłacanie czynszu stało się niemożliwe. Przedsiębiorczyni popadła w ogromne długi i zdecydowała się na walkę o swoje prawa w sądzie. Jak się okazało argumenty okazały się skuteczne. Mec. Marek Jarosiewcz przyznaje, że takich spraw może być całe mnóstwo i prawnicy spodziewają się prawdziwej fali pozwów przeciwko właścicielom nieruchomości, którzy w trudnym czasie pandemii nie obniżali czynszów, a często podejmowali nawet kroki windykacyjne przeciwko przedsiębiorcom.
– Pozew, który przygotowaliśmy opierał się na przepisach o nadzwyczajnej zmianie stosunków. Wyszliśmy z założenia, że epidemia koronawirusa jest tego książkowym przykładem. Daje to możliwość ubiegania się o zmianę stosunku prawnego przed sądem i możliwość zmiany wysokości np. świadczenia czynszowego. Żądanie sprowadzało się do obniżenia czynszu na czas, gdy klientka będzie osiągała zerowe obroty lub będą one znacząco niższe niż w latach poprzednich. Porównane zostały przychody z czasu pandemii z latami poprzednimi – mówi mec. Marek Jarosiewicz. – Sprawa dotyczyła najmu lokalu użytkowego poza galeriami handlowymi – dodaje mec. Marek Jarosiewicz.
Nie wszyscy wspierali się w czasie pandemii koronawirusa. Obniżki czynszów często dotyczyły tylko pierwszego lockdownu
Sprawy związane z obniżeniem czynszów były jednymi z najczęściej poruszanymi przez przedsiębiorców w ostatnich miesiącach. Osoby prowadzące działalność w lokalach miejskich zwykle bez problemu uzyskiwały obniżki lub umorzenia. Jeżeli zaś lokal należał do właściciela komercyjnego, tutaj z wyrozumiałością bywało różnie. Częste propozycje dotyczyły minimalnych obniżek lub możliwości odroczenia płatności. Taka sytuacja nie ratowała przedsiębiorców, a tylko odraczała ich zadłużenie w czasie. – Klienci kancelarii często mówili, że właściciele lokali używali argumentów: jak przyjdą pieniądze z tarcz to będziecie mieli środki na opłaty. Tyle, że nie wszyscy te wsparcie otrzymali – mówi mec. Jarosiewicz.
– Epidemia nie była brana pod uwagę przy kalkulowaniu warunków finansowych dzierżawy lokalu i nie była brana pod uwagę podczas podpisania umowy. Czynsz został przez sąd obniżony proporcjonalnie do spadku przychodów. Obniżenie więc było na poziomie 70% – dodaje ekspert.
Przedsiębiorcy podkreślają, że obniżki zdarzały się najczęściej w przypadku pierwszego lockdownu wiosną 2020. Jesienią i w 2021 roku takie sytuacje miały miejsce rzadziej, a jednocześnie były bardziej potrzebne.
Kolejka do szczepień jest bardzo długa. Pośród oczekujących są obcokrajowcy mieszkający i pracujący w Polsce. Na razie przepisy są bardzo nieprecyzyjne, choć niektórzy cudzoziemcy zostali zaszczepieni, gdyż znaleźli się w grupie 0 ze względu na charakter wykonywanej pracy. Reszta musi czekać na swoją kolej.
Do 20 marca wykonano w Polsce ponad pięć milionów szczepień, a blisko 1,8 mln osób otrzymało dwie dawki szczepionki. Pozostali czekają na swoją kolej. Szczepienia przebiegają etapami. Ustalona w Narodowym Programie Szczepień kolejność dotyczy także obcokrajowców, w tym Ukraińców, którzy stanowią największą mniejszość narodową w Polsce. Sanpro Synergy – firma specjalizująca się w outsourcingu procesów przemysłowych i zatrudniająca wielu obcokrajowców – zasięgnęła opinii w biurze pełnomocnika do spraw szczepień przy wojewodzie łódzkim. – Uzyskaliśmy potwierdzenie, że obcokrajowcy (posiadający kartę stałego lub czasowego pobytu) ze względu na wykonywaną w Polsce pracę, mają prawo do szczepień zgodnie z wytyczonymi etapami w Narodowym Programie Szczepień. Oznacza to, że obowiązuje ich taki sam harmonogram jak Polaków, według wykonywanego zawodu i wieku – informuje Małgorzata Orłowska, menedżer ds. legalizacji w spółce Sanpro Synergy z Grupy Impel.
Pojawiły się wątpliwości, czy przepisy zawężają grupę obcokrajowców uprawnionych do szczepień. Mogą one wykluczać np. cudzoziemców przebywających w Polsce na podstawie zezwoleń pobytowych niezwiązanych z określonym rodzajem pracy, osoby przebywające w Polsce na podstawie wiz, osoby oczekujące na wydanie decyzji w sprawie zezwolenia na pobyt, a także objęte ochroną międzynarodową i dopiero ubiegające się o objęcie taką ochroną.
Co zatem mają zrobić obcokrajowy, którzy chcą się zaszczepić, ale nie mają do tego prawa? Małgorzata Orłowska radzi, by czekać, być może zasady szczepień dla obcokrajowców zostaną doprecyzowane. – Sytuacja jest dynamiczna i trzeba śledzić komunikaty Ministerstwa Zdrowia. Dotyczy to wszystkich zainteresowanych szczepieniem przeciwko COVID-19, zarówno Polaków, jak i obcokrajowców. Polscy pracodawcy zatrudniający cudzoziemców mogą im pomóc w dotarciu do tych informacji – sygnalizuje.
Trzy metody pomocy: edukacja, mobilne punkty i testy
Pracodawcy mogą pomóc obcokrajowcom na kilka sposobów. Bieżące śledzenie przepisów i zasad zgłaszania się do szczepień to pierwszy z nich. Małgorzata Orłowska sugeruje, by pracodawcy zadbali o edukację pracowników, którym należy udostępnić informacje o szczepieniach w ich ojczystym języku. Pomocne będzie także stworzenie i pokazanie pracownikom jasnej ścieżki postępowania: kiedy, jak i gdzie zgłosić chęć zaszczepienia się.
Drugim sposobem jest możliwość zorganizowania mobilnego punktu szczepień w firmie, zgodnie z zapisami Narodowego Programu Szczepień. Z mobilnych punktów w firmie oprócz pracowników mogą korzystać ich bliscy – rodziny i partnerzy. Szczepienia w firmach będą dopuszczone na warunkach określonych przez NFZ i będą przebiegały zgodnie z etapami określonymi w rządowym programie. – Pracodawca musi jedynie zgłosić się do podmiotu oferującego takie świadczenie i podać liczbę osób, które chce w tym punkcie zaszczepić. To konieczne w świetle warunków określonych przez NFZ – podkreśla Małgorzata Orłowska.
Sposobem pośrednim, wspierającym, są regularne testy na obecność wirusa. Możliwość wykonania testu antygenowego, metodą RT-PCR lub szybkiego testu w celu wykrycia przeciwciał udostępniana jest pracownikom przez pracodawców coraz częściej. Wielu z nich korzysta z usług firm zewnętrznych, które dysponują wykwalifikowanym personelem medycznym oraz sprzętem. Spółka Sanpro Synergy z Grupy Impel, wspólnie z partnerem medycznym przeprowadziła do tej pory już ponad 9 tysięcy testów w firmach na terenie całej Polski.
Testy antygenowe drugiej generacji to już trzecia – obok testów immunochromatograficznych i testów metodą RT-PCR – forma przeciwdziałania rozprzestrzenianiu wirusa stosowana przez Sanpro Synergy w zakładach pracy. Największe zalety najnowszego testu to: szybkość uzyskania wyniku, możliwość przeprowadzenia go w dowolnym miejscu i relatywnie niska cena. – Testy antygenowe to optymalne rozwiązanie dla pracodawców, którzy chcą przesiewowo badać swoich pracowników i utrzymać ciągłość funkcjonowania w trakcie epidemii SARS-CoV-2. Test antygenowy identyfikuje osoby zakażone, które dzięki niezwłocznej izolacji nie stanowią zagrożenia dla reszty zespołu – podkreśla Małgorzata Walat, dyrektor rynków zagranicznych w Sanpro Synergy. W praktyce przeprowadzenie testu trwa kilka minut, a jednoznaczny wynik – pozytywny lub negatywny – uzyskuje się maksymalnie po kwadransie.
Czy obcokrajowcy chcą się szczepić?
Według oficjalnych informacji podawanych przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów zaufanie do szczepień rośnie. Chęć zaszczepienia deklaruje 75% Polaków. Czy obcokrajowcy także chcą przyjąć szczepionkę? – Na podstawie zainteresowania szczepieniami przeciwko Covid-19 w grupie 0 można przypuszczać, że tak – przewiduje Małgorzata Orłowska. Personel realizujący usługi Grupy Impel w podmiotach leczniczych jest już, w przeważającej części, zaszczepiony.
– Obcokrajowcy z grupy 0 mieli otwarty dostęp do szczepień, na równi z Polakami, bez dodatkowych kryteriów. Ukraińcy w tej grupie mogli i chcieli się zaszczepićprzeciwko COVID-19 – zauważa Małgorzata Orłowska. Wielu cudzoziemców zajmuje się w Polsce pracą, której nie da się świadczyć zdalnie, wielu mieszka w kwaterach pracowniczych lub mieszkaniach wynajmowanych z nieznajomymi osobami. W takich warunkach ludzie są bardziej narażeni, ponieważ dużo trudniej jest przestrzegać reżimu sanitarnego i izolować się od osób potencjalnie zakażonych.
Rola pracodawcy jako opiekuna, który chroni i pomaga zatrudnionym obcokrajowcom, jest teraz nieoceniona i bardzo potrzebna. Jak wynika z raportu „Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy”, który został sporządzony przez Grupę Impel na podstawie badań ankietowych, 53% Ukraińców odczuwa pogorszenie zadowolenia z sytuacji życiowej z powodu pandemii. Część z nich myśli o opuszczeniu Polski z powodu utrudnionego dostępu do opieki medycznej. Niemal co piąta zapytana osoba odpowiedziała, że do pozostania w kraju przekonałaby ją lepsza opieka medyczna.
Raport „Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy” można pobrać pod tym linkiem: https://raporty.sanprosynergy.pl/ukraincy
Niedawno ogłoszone luki w Microsoft Exchange Server mogły wpłynąć również na polskie przedsiębiorstwa. W ostatnich tygodniach firma Check Point zablokowała w Polsce 14 prób ataków wykorzystujących podatności. Najczęściej atakowanymi na świecie sektorami są wciąż administracji i sektor obronny, przemysł wytwórczy oraz finanse i bankowość.
Od czasu ujawnienia luk w zabezpieczeniach serwerów Microsoft Exchange rozpoczął się wyścig hakerów i specjalistów bezpieczeństwa cybernetycznego. Globalni eksperci podejmują ogromne wysiłki prewencyjne, aby zwalczać hakerów, którzy codziennie pracują nad stworzeniem exploita, który może z powodzeniem wykorzystać luki w zabezpieczeniach umożliwiających zdalne wykonanie kodu w Microsoft Exchange.
Jak informuje firma Check Point przedsiębiorstwa, które nie zastosowały poprawek bezpieczeństwa lub nie posiadają zaawansowanych systemów bezpieczeństwa są poważnie narażone na ataki hakerskie. Od momentu wykrycia podatności firma Check Point zablokowała 14 prób ich wykorzystania w polskich organizacjach.
– Firmy korzystające z Exchange Server powinny natychmiast zainstalować poprawkę w celu zminimalizowania ryzyka ataku – wskazywał w jednym z komunikatów Lotem Finkelsteen, dyrektor działu wywiadu zagrożeń w Check Point.
Najnowsze dane udostępnione przez Check Point wskazują, że cyberprzestępcy wykorzystując luki w MS Exchange Server najchętniej atakują cele militarne i wojskowe, stanowiące 17% odnotowanych incydentów. Tuż za nimi znajduje się przemysł wytwórczy (16%) oraz finanse i bankowość (15%).
Obecnie połowa ataków dotyczy Stanów Zjednoczonych. Kolejnymi najczęstszymi celami hakerów są Wielka Brytania (5%), a także Holandia i Niemcy (4%).
Testament posiadają najczęściej osoby powyżej 70. roku życia z wykształceniem podstawowym lub wyższym, żyjący w miastach poniżej 50 tys. mieszkańców – wynika z badania Kantar przeprowadzonego na zlecenie kancelarii prawno-podatkowej GWW we współpracy z Fundacją Otwarte Forum. – Polacy uważają, że testamenty piszą osoby starsze, będące na łożu śmierci i wcześniej po prostu o tym nie myślą – mówi Anna Trząsalska z Kantar Polska. Na taki krok zdecydowało się tylko 8 proc. badanych powyżej 45. roku życia. Brak testamentu może utrudnić życie spadkobierców, bo często spory sądowe ciągną się latami.
– Odsetek Polaków, którzy sporządzają testament, jest dość niski. Osoby, które tego nie robią, po prostu nie zastanawiają się nad tym w danym momencie swojego życia lub uważają, że jest na to za wcześnie. Szczególnie dotyczy to osób poniżej 50. roku życia. Drugi czynnik to kwestie majątkowe. Polacy oceniają, że ich majątek nie jest aż tak cenny, aby był wart przepisania osobom najbliższym. Wyobrażają sobie, że przedmiotem testamentu muszą być konkretne i bardzo wartościowe posiadłości – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Trząsalska, ekspertka Kantar Polska.
Prawie połowa respondentów w badaniu „Sporządzanie testamentu w opinii i doświadczeniach Polaków” podkreśla, że nie zastanawiała się jeszcze nad kwestią testamentu. Co czwarty uważa, że nie ma nic cennego do pozostawienia, a co piąty – że jest za wcześnie na taki krok.
Zdaniem ekspertów niewielka popularność testamentów może wynikać z niskiej świadomości Polaków na temat korzyści prawnych z tym związanych. Polacy są przekonani, że dziedziczenie ustawowe rozwiąże sprawę.
– W praktyce w 99 proc. przypadków, także w uporządkowanych rodzinach i nieskomplikowanych sytuacjach, dochodzi do różnorakich animozji i komplikacji, których można by uniknąć, gdyby testament został ważnie sporządzony. Warto to zrobić, aby nie pozostawić po sobie chaosu oraz aby mieć pewność, że nasza ostatnia wola zostanie zrealizowana według naszego zamysłu. Dziedziczenie ustawowe nie daje takiego komfortu – wyjaśnia Aldona Leszczyńska, radca prawny i wspólnik kancelarii GWW.
Korzyści ze sporządzenia testamentu są wyraźne, kiedy przedmiotem spadku są nieruchomości. Pozwala to uniknąć sytuacji, w której kilu spadkobierców staje się współwłaścicielami jednej nieruchomości, co może powodować wieloletnie spory i sprawy sądowe.
Testament można sporządzić zarówno u notariusza w formie aktu notarialnego, jak i własnoręcznie, jednak ten pierwszy sposób jest częściej polecany przez prawników. Z badania Kantar wynika, że 69 proc. osób, które sporządziły testament, wybrało formę notarialną. Częściej były to kobiety (75 proc.) ze średnim wykształceniem (76 proc.). Testament własnoręczny jest częściej pisany przez mężczyzn (36 proc.) i absolwentów uczelni wyższych (43 proc.).
– Testament notarialny jest niezawodny i w zasadzie nie do podważenia. Przypadki podważenia dokumentu sporządzonego u notariusza są ekstremalnie rzadkie. Ważny testament można sporządzić własnoręcznie, ale trzeba pamiętać, że musi być napisany w całości własnoręcznie, także co do miejsca i daty sporządzenia, oraz własnoręcznie podpisany. Odręczne testamenty występują wyjątkowo. W takich przypadkach można mieć dużo więcej wątpliwości, czy zostały sporządzone prawidłowo, ale do podważenia prawdziwości takiego dokumentu wymagane są badania – zauważa radca prawny z kancelarii GWW.
Kwestia ważności dokumentu i możliwości jego podważenia budzi wiele wątpliwości wśród klientów kancelarii, podobnie jak przepisy dotyczące tzw. prawa do zachowku, które gwarantuje udział w spadku rodzinie (np. dzieciom, rodzicom) w przypadku ich pominięcia w testamencie.
– Nasi klienci zazwyczaj pytają o to, czy testament sporządzony u notariusza będzie ważny i jak to zrobić, aby nie został przez nikogo podważony. Inna wątpliwa kwestia to wartość majątku i tzw. zachowek. Jest to zobowiązanie, które może obciążać spadkobierców w stosunku do innych osób, które nie dostały spadku lub dostały zbyt mało w porównaniu z tym, co przewidział ustawodawca. Szczególne wątpliwości budzi kwestia, czy darowizny, które spadkodawca przekazał za życia swoim dzieciom czy innym spadkobiercom, powinny być uwzględniane przy obliczaniu wspomnianego zachowku – uściśla Aldona Leszczyńska.
Ponad 90 proc. Polaków, którzy sporządzili testament, uwzględniło w nim członków rodziny. 4 proc. zapisało coś przyjaciołom, a 2 proc. – zaprzyjaźnionym instytucjom, np. szpitalom, domom dziecka czy bibliotekom.
– 86 proc. Polaków w ogóle nie rozpatruje przepisania czegokolwiek w testamencie fundacjom lub stowarzyszeniom. Wynika to przede wszystkim z tego, że myślą o swoich najbliższych jako naturalnej linii dziedziczenia i w swojej ocenie nie posiadają majątku, który mogliby rozdzielić i na najbliższych, i zarazem przeznaczyć na działalność organizacji – wyjaśnia Anna Trząsalska.
Cztery osoby na 10 odpowiedziały, że wolą podzielić się tym, co posiadają, z najbliższymi, a trzy na 10 uważają, że ich majątku wystarczy jedynie dla rodziny. Z kolei 14 proc. ankietowanych nie ufa fundacjom i stowarzyszeniom, a jeden na 20 Polaków nie wie, że zapis testamentowy może dotyczyć organizacji.
Jeszcze przez dwa dni, do 26 marca, trwa kampania społeczna Zapisz Dobro. Jej celem jest zachęcenie Polaków do uwzględnienia w testamentach fundacji i stowarzyszeń. Jednym z przykładów takiego gestu jest testament spisany przez Lucię Velic, polską emigrantkę z USA, która uwzględniła w nim Fundację Ronalda McDonalda. Dzięki tej organizacji przy szpitalach pediatrycznych powstają domy dla rodziców małych pacjentów. W ramach akcji prawnicy udzielają także bezpłatnych porad dotyczących prawa spadkowego i testamentów.
Pod okiem nowego trenera, Portugalczyka Paulo Sousy polscy piłkarze szykują się do trzech marcowych spotkań w ramach eliminacji do przyszłorocznych mistrzostw świata w Katarze. Na trwające zgrupowanie kadry przed czwartkowym meczem z Węgrami trafiła pierwsza dostawa owoców i warzyw od sieci Biedronka, która – dzięki umowie podpisanej właśnie z Polskim Związkiem Piłki Nożnej – została oficjalnym dostawcą owoców i warzyw dla polskich piłkarzy. Największa sieć handlowa w Polsce od 11 lat jest oficjalnym sponsorem Biało-Czerwonych.
– To, jak jesteśmy przygotowani, okaże się na boisku, ale z naszej perspektywy zrobiliśmy w tym celu naprawdę wszystko. Mamy nowego trenera, są nowe oczekiwania, mamy bardzo dobrych piłkarzy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Sawicki, sekretarz generalny Polskiego Związku Piłki Nożnej.
W przygotowaniach do meczów eliminacji polską kadrę wspiera Biedronka. Od teraz z dodatkowym tytułem oficjalnego dostawcy owoców i warzyw.
– Umowa podpisana pomiędzy Biedronką i PZPN poszerza zakres wsparcia dla drużyny narodowej o dostawy świeżych owoców i warzyw. Będziemy je dostarczać przy okazji każdego zgrupowania. W ten sposób do rzeszy naszych klientów, naszych Świeżoznawców i kilku tysięcy polskich dostawców i producentów rolnych dołączają teraz liderzy naszej drużyny, zgodnie z hasłem, że wszyscy jesteśmy drużyną narodową – mówi Maciej Łukowski, dyrektor Działu Zakupów i członek zarządu sieci Biedronka.
Polska kadra pod kierunkiem nowego trenera Paulo Sousy przygotowuje się już do trzech marcowych spotkań w ramach eliminacji do przyszłorocznego mundialu. Biało-Czerwoni 25 marca zmierzą się z Węgrami w Budapeszcie i będzie to jednocześnie debiut Portugalczyka na stanowisku selekcjonera. Trzy dni później, 28 marca Polacy podejmą Andorę na warszawskim stadionie Legii, a 31 marca rozegrają w Londynie mecz z Anglią.
– W przygotowaniu sportowca odpowiednia dieta jest kluczowa – dodaje Maciej Sawicki.
Na mocy umowy zawartej z PZPN Biedronka będzie pełnić rolę sponsora co najmniej do końca 2022 roku, czyli również podczas przyszłorocznych mistrzostw świata w Katarze.
– Będziemy wspierać naszą drużynę na wielu płaszczyznach – poczynając od świeżych owoców i warzyw, od polskich jabłek, które dotrą aż na finały mistrzostw Europy – po wsparcie emocjonalne, siedząc przed telewizorami i – miejmy nadzieję – również na trybunach stadionów – podkreśla Maciej Łukowski.
W ramach współpracy z PZPN Biedronka wspiera nie tylko kadrowiczów, lecz także szereg innych wydarzeń związanych z piłką nożną mających na celu popularyzację tego sportu. Sieć jest m.in. sponsorem Stowarzyszenia „Nadzieja na Mundial”, które organizuje mistrzostwa Polski oraz mistrzostwa świata dzieci z domów dziecka w piłce nożnej.
– Jesteśmy oficjalnym sponsorem polskiej reprezentacji już od 11 lat, ale to dotyczy nie tylko pierwszej reprezentacji. To dotyczy również Akademii Młodych Orłów, kadr młodzieżowych, jak i reprezentacji kobiet – wymienia członek zarządu sieci Biedronka.
– Dla PZPN współpraca z Biedronką ma bardzo duże znaczenie, bo po pierwsze, jesteśmy partnerami na dobre i na złe. Już od 11 lat pracujemy razem przy reprezentacji Polski, a od 2015 roku wspólnie rozwijamy też piłkę amatorską. Co ważne, Biedronka to bardzo duża firma, druga największa w naszym kraju i drugi największy pracodawca, a to też niesie za sobą pewną stabilizację, prestiż i zasięgi, które wspólnie generujemy – dodaje Maciej Sawicki.
Jak podkreślają przedstawiciele Biedronki, współpraca z polską kadrą jest kolejnym krokiem, chociażby po zachęcaniu do zakupów owoców i warzyw w akcjach lojalnościowych sieci, takich jak Gang Fajniaków, w konsekwentnym promowaniu prawidłowej diety opartej na owocach i warzywach.
W zaktualizowanej strategii energetycznej PEP2040 rząd przyjął, że do końca tej dekady w Polsce energię będzie produkować już 1 mln prosumentów, czyli pięciokrotnie więcej niż w I połowie 2020 roku. W opinii Instytutu Obywatelskiego, think tanku PO, potrzebne jest większe wsparcie dla energetyki prosumenckiej i umożliwienie jej rozwoju również w domach wielorodzinnych i poza miejscem zamieszkania. Rozwój mikroinstalacji wymaga jednak równolegle pilnych inwestycji w sieć, żeby zapewnić jej efektywną pracę i pewność odbioru energii od prosumentów.
– W tej chwili nie mamy się już czego wstydzić, energetyka prosumencka w Polsce wypada nieźle. Chociaż jeśli popatrzymy na ogólną moc chociażby elektrowni wiatrowych czy słonecznych i porównamy Polskę np. do Niemiec, które mają podobne warunki klimatyczne, to wciąż nie wygląda za dobrze – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Onichimowski, ekspert rynku energetycznego Instytutu Obywatelskiego, były prezes Towarowej Giełdy Energii.
Z danych Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej wynika, że w Polsce od ponad dwóch lat widać bardzo dynamiczny wzrost liczby mikroinstalacji przyłączonych do sieci przez operatorów systemów dystrybucyjnych (OSD). Od początku 2019 do końca 2020 roku ich liczba wzrosła o 774 proc. przy jednoczesnym prawie dziewięciokrotnym wzroście mocy zainstalowanej w mikroinstalacjach.
Tylko w ubiegłym roku operatorzy systemu dystrybucyjnego przyłączyli do swoich sieci ponad 303 tys. nowych mikroinstalacji o łącznej mocy ponad 2 GW. Rekordowy okazał się czwarty kwartał ub.r., w którym OSD podłączyli do sieci więcej mikroinstalacji (prawie 100,6 tys.) niż w całym poprzednim roku. W sumie na koniec 2020 roku w Polsce funkcjonowało już prawie 457,5 tys. mikroinstalacji (wzrost aż o 196 proc. względem końca 2019 roku) o łącznej mocy ponad 3 GW.
Polskie Towarzystwo Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej również wskazuje, że szybki przyrost mikroinstalacji generuje wyzwania dla operatorów sieci, którzy muszą się zmierzyć z dużą liczbą nieregularnie pracujących źródeł energii. Dlatego równolegle pilnie potrzebne są nakłady na inwestycje, żeby zapewnić bezpieczną i efektywną pracę sieci oraz pewność odbioru energii z mikroinstalacji prosumenckich.
– Ta sieć w obecnym stanie po prostu nie będzie w stanie odebrać więcej energii płynącej z energetyki prosumenckiej. Dlatego teraz główne inwestycje ze środków europejskich – czy to z Funduszu Modernizacji, czy z Funduszu Odbudowy – powinny być skierowane właśnie na infrastrukturę. Same panele PV każdy może sobie kupić, ale chodzi o to, żeby potem ta energia rzeczywiście została od prosumenta odebrana – zastrzega Grzegorz Onichimowski.
Jak podkreśla, dziś na rozwój fotowoltaiki w dużej mierze mają wpływ coraz wyższe ceny energii, które skłaniają odbiorców do szukania sposobów na oszczędności. I to właśnie stan sieci energetycznych, szczególnie niskich napięć, jest jednym z hamulców rozwoju energetyki prosumenckiej. Drugim są obowiązujące w Polsce rozwiązania ustawowe, które zawężają energetykę prosumencką głównie do posiadaczy domów jednorodzinnych. Według Instytutu Obywatelskiego, think tanku Platformy Obywatelskiej, potrzebne są narzędzia, które umożliwią korzystanie z instalacji OZE również m.in. mieszkańcom bloków.
– Prosument zbiorowy to po prostu mieszkaniec budynku wielolokalowego, czyli np. bloku, który będzie korzystał ze wspólnej instalacji położonej na dachu czy zadaszeniu parkingu osiedlowego i będzie mógł rozliczać swoje zużycie energii w odniesieniu do generacji umieszczonej w tym budynku – wyjaśnia ekspert ds. energetycznych Instytutu Obywatelskiego. – O ile w przypadku prosumentów zbiorowych można mówić o tzw. autoprodukcji – czyli produkujemy u siebie i dla siebie, w związku z czym nie ponosimy np. opłat sieciowych, o tyle prosument wirtualny takie opłaty będzie już ponosił, ponieważ on będzie po prostu inwestował w instalacje energii odnawialnej położone gdziekolwiek, niekoniecznie u siebie.
Koncepcja tzw. wirtualnego prosumenta zakłada, że mogą zostać nimi również te podmioty, które nie mają gdzie wybudować własnego źródła OZE i nie mają miejsca na własną instalację fotowoltaiczną. Na początku ubiegłego roku taką możliwość wdrożyła już Litwa, a jak wynika z raportu EY („Koncepcja zmian regulacji wspierających rozwój energetyki prosumenckiej”), podobne rozwiązania działają już m.in. w USA, Grecji, na Cyprze, we Włoszech i Francji, gdzie pilotaż takiego rozwiązania prowadzi koncern EDF.
Instytut Obywatelski postuluje także urynkowienie modelu energetyki prosumenckiej. Zamiast obowiązkowego opustu prosument miałby swobodę zawierania umowy ze spółką obrotu na opust lub inne, również finansowe, rozliczenia energii pobranej i wysłanej do sieci.
– Od dwóch lat obowiązuje dyrektywa Unii Europejskiej o wspólnym rynku energii elektrycznej, w której prosumentom poświęcono sporo miejsca. W związku z tym można już dzisiaj myśleć o prawdziwych, biznesowych rozwiązaniach uwzględniających, np. tokenizację energii, rynki peer-to-peer, opartych na technologii blockchain etc. Trzeba tylko uwolnić to pod względem ustawowym, żeby wszystkie tego typu formy biznesu były możliwe, a wtedy – jak wiadomo z ostatnich 30 lat historii Polski – zawsze znajdzie się ktoś, kto tę możliwość wykorzysta – podkreśla Grzegorz Onichimowski.
W ramach urynkowienia modelu Instytut Obywatelski proponuje również możliwość odstępowania wytworzonej energii, jej sprzedaży lub wymiany np. na sąsiedzkich platformach czy rynkach lokalnych, a także wprowadzenie zachęt do magazynowania energii. Jedną z propozycji jest także uchylenie reguły 10H dotyczącej umieszczania elektrowni wiatrowych w odległości od zabudowań mieszkalnych nie mniejszej niż dziesięciokrotność wysokości wiatraków. PO uważa ją za niszczącą najtańsze i najbardziej efektywne źródła OZE w Polsce. Uchylenie tej zasady i uchwalenie ustawy o prosumentach wirtualnych umożliwiłoby budowę instalacji OZE dla całych społeczności, które chcą wspólnie podjąć się takiej inwestycji, a następnie korzystać z produkowanej tam energii.
Kłajpeda i Gdynia to dwa porty na Bałtyku, które mimo pandemii odnotowały znaczące wzrosty przeładunków. Gdyński port zakończył rok na prawie 3-proc. plusie. Inwestycyjnym priorytetem w kolejnych miesiącach będzie zakończenie prac nad nowym terminalem promowym. Władze portu rozmawiają już o współpracy z kolejnymi operatorami. Długofalowo kluczowa dla rozwoju Gdyni będzie budowa Portu Zewnętrznego, m.in. z nowym terminalem kontenerowym. W ostatnich miesiącach światowe konsorcja złożyły swoje oferty na ten projekt, a wybór wykonawcy powinien się zakończyć w tym roku.
– Pandemia zmieniła rok temu cały świat, ucierpiały gospodarki w różnych branżach. Natomiast okazuje się, że pandemia nie miała aż tak dużego wpływu na prace gdyńskiego portu. Odnotowaliśmy przyrost ładunków, które zawitały do niego w roku 2020 w stosunku do rekordowego roku 2019. Było więc wbrew pozorom lepiej, niż się spodziewaliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Meller, prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia.
Gdyński port zanotował 2,9 proc. wzrostu przeładunków. Ten wynik daje mu drugą pozycję w zestawieniu TOP 10 największych portów na Bałtyku w 2020 roku opracowanym przez firmę Acia Forum. Nieco większą dynamikę – o 3,3 proc. – odnotowała litewska Kłajpeda, a trzeci w rankingu rosyjski Sankt Petersburg w zasadzie utrzymał swój rezultat z 2019 roku (wzrost był o 0,01 proc.). Dla porównania port w Gdańsku zanotował spadek o 7,2 proc.
W ubiegłym roku najmocniej rosły przeładunki zboża (o 68,6 proc.). Ważny był także wzrost w liczbie przeładowanych kontenerów – o 0,9 proc. w skali roku, co plasuje Port Gdynia na drugim miejscu wśród największych portów kontenerowych na Bałtyku.
– Dzisiejsze wyniki portu są niezwykle satysfakcjonujące. Notujemy dwucyfrowe wzrosty w stosunku do roku ubiegłego, mimo że dalej jesteśmy w pandemii. To świadczy o tym, że gospodarka znajduje się w dosyć dobrej kondycji – wyjaśnia Adam Meller. – Zaskoczyły nas w tym roku przyrosty w liczbie przeładowywanych kontenerów. To jest 10-proc. wzrost w stosunku do roku ubiegłego. Dużą satysfakcję daje nam przeładunek paliw i drobnicy. To są grupy ładunkowe, w których nastąpił największy przyrost.
– To jest kolejny bardzo dobry rok, kiedy notujemy bardzo wysokie przychody, pomimo pandemii. Udało nam się obronić poziom przychodów i zysk netto jest na bardzo zadowalającym poziomie 59 mln zł. To są dane wstępne, jesteśmy jeszcze przed zatwierdzeniem wyniku, ale myślę, że możemy już mówić o tych liczbach – podkreśla Maciej Bąk, wiceprezes i dyrektor ds. finansowych Zarządu Morskiego Portu Gdynia.
Kluczowa dla dalszego rozwoju przeładunków będzie budowa Portu Zewnętrznego, która – jak podkreślają przedstawiciele ZMPG – wpisuje się w szacunek do ojcowizny wielkich budowniczych Eugeniusza Kwiatkowskiego i inż. Tadeusza Wendy. Projekt ten – najważniejszy w historii portu – obejmuje budowę nowego pirsu portowego, na którym zostanie zlokalizowany terminal kontenerowy oraz infrastruktura do innych funkcji, np. port instalacyjny do budowy morskich farm wiatrowych.
– Wchodzimy w zasadniczy etap tej inwestycji. Ogłosiliśmy nabór na inwestorów prywatnych, mamy trzech oferentów, którzy są zainteresowani dalszą rozmową z nami – wyjaśnia Maciej Bąk. – Kolejny etap to dialog konkurencyjny. W jego wyniku wyłonimy ostatecznego oferenta, z którym będziemy podpisywać umowę. Przewidujemy, że potrwa to do końca tego roku. Potem czeka nas sam projekt na Port Zewnętrzny, co potrwa dobre dwa lata. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z naszymi planami, to inwestycja zakończy się w 2028 roku.
Na funkcjonowanie Portu Zewnętrznego wpływ będą miały inwestycje infrastrukturalne już dziś realizowane na terenie gdyńskiego portu. To m.in. warta 673 mln zł budowa nowych falochronów jako infrastruktury dostępowej czy placów składowych na zapleczu portu. W planach jest także budowa Drogi Czerwonej, która będzie łączyć Port Zewnętrzny z autostradą A1 oraz drogami ekspresowymi S6 i S7. Całkowita wartość inwestycji infrastrukturalnych to ponad 4 mld zł.
– Jesteśmy gotowi na to, aby obsługiwać polski offshore, czyli umożliwić firmom deweloperskim korzystanie z portu instalacyjnego, który byłby zlokalizowany w Gdyni. Czeka nas wiele pracy, ale jeszcze więcej satysfakcji – mówi prezes gdyńskiego portu. – Chcielibyśmy, aby przyszłoroczne obchody 100-lecia Portu Gdynia odbiły się szerokim echem. Żeby ten port wszedł w drugie 100-lecie z dużym przytupem.
W tym roku priorytetem inwestycyjnym będzie zakończenie prac nad nowym terminalem promowym. Nowy obiekt będzie mógł obsługiwać promy o długości 240 m i zapewni krótszy czas ich obsługi oraz zasilanie z nabrzeża energią elektryczną podczas postoju, tak by zgodnie z ideą „green port” promy były zeroemisyjne. Na ukończeniu są już budynek terminalu, magazyn i galeria pasażerska.
– To zupełnie nowy budynek, nowa jakość, który planujemy oddać już w połowie tego roku – wskazuje dyrektor ds. finansowych Portu Gdynia. – Terminal promowy daje nam dużo lepsze możliwości przyjęcia operatorów. Poza Steną Line rozmawiamy też z innymi operatorami, którzy są zainteresowani współpracą. Ten terminal pozwoli na obsługę co najmniej dwóch operatorów, jednak sięgamy dalej z naszymi planami. Zakładamy, że będzie możliwe operowanie również kolejnych operatorów, jeśli uda nam się powiększyć teren, który bezpośrednio przylega do tej inwestycji.
Roboty wyposażone w sztuczną inteligencję mogą usprawnić nasze życie codzienne. Roboty społeczne mogą znacznie odciążyć system opieki zdrowotnej np. w obrębie opieki senioralnej. Na razie urządzenia są jednak zdolne do wykonywania jedynie zaprogramowanych zadań. Zaczynają też uczyć się interpretowania zachowań podopiecznych czy wykrywać niepokojące zdarzenia. Wciąż jednak brakuje im możliwości związanych z umiejętnością budowania z człowiekiem relacji odpowiadających wzorcom przyjaźni.
– Robotyka, zwłaszcza społeczna, jest ciągle w powijakach. Wiele projektów było już proponowanych, wielu z nich nie udało się z powodzeniem skomercjalizować. Robotyka ma szerokie zastosowanie od kilkudziesięciu lat w przemyśle, niemniej łącząc i sztuczną inteligencję, i technologie robotyczne, wierzymy, że możemy też usprawnić nasze życie codzienne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Zarzycki, prezes zarządu SmartLife Robotics. – Roboty już teraz, a przynajmniej w niedalekiej przyszłości mogłyby wnieść dużą wartość w obrębie kilku nisz. To edukacja, a dalej opieka nad osobami starszymi, osobami, które nie wymagają hospitalizacji, ale które przebywają w izolacji, chociażby z powodu pandemii czy z powodu pogorszonego stanu zdrowia.
Dostępne obecnie na rynku roboty społeczne przeznaczone do sprawowania opieki senioralnej są najczęściej wyposażone w funkcje umożliwiające kontrolowanie, co dzieje się w danym momencie z seniorem, i wspierające opiekuna w sposób fizyczny.
Izraelski start-up opracował blat ElliQ wyposażony w robotyczne urządzenie, przypominające lampę, oraz tablet. Robot może kontrolować zachowanie seniora i warunków środowiskowych. Może ponadto odbierać maile, puszczać muzykę, przypominać o wzięciu leków, a także wydawać sugestie związane z aktywnością fizyczną. Z kolei iPal to humanoidalny robot-opiekun służący dzieciom i osobom starszym jako towarzysz społeczny, edukator i monitor bezpieczeństwa. Technologia umożliwia mu nagrywanie obrazu i dźwięku. Członkowie rodziny mogą obserwować podopiecznego i komunikować się z nim. iPal może również, w razie niepokojących sytuacji, zaalarmować służby ratownicze. Za pomocą czujników dotykowych wyczuwa też fizyczną interakcję.
– Osoby, które żyją samotnie, często nie potrzebują opieki klinicznej, ale stałego dozoru, kogoś, kto będzie je obserwował, a jeśli jest potrzeba, wezwie profesjonalną pomoc. Nie do przecenienia jest efekt poczucia samotności. Ludzie są istotami społecznymi i samotność dokucza wszystkim w każdym wieku. Z roku na rok rośnie liczba osób starszych i samotnych – wskazuje Paweł Zarzycki.
Sztuczna inteligencja nie jest jednak na razie na tyle zaawansowana, by wchodzić z seniorami w relacje odpowiadające klasycznym wzorcom przyjaźni.
– Dzisiaj, gdy człowiek wchodzi w interakcje z takim urządzeniem jak Amazon Alexa, ta komunikacja jest transakcyjna. Wydajemy komendę, urządzenie nam odpowiada. Na co dzień tak się nie komunikujemy, ta komunikacja jest dużo bogatsza. Jesteśmy preprogramowani biologicznie, żeby wykorzystywać te mechanizmy na bardzo różnych poziomach z uwzględnieniem także takich elementów jak emocje – mówi prezes zarządu SmartLife Robotics.
Roboty społeczne mogą też być jednak wykorzystywane do odciążania pracowników od fizycznie wymagających lub monotonnych czynności. Przykładem może być robot pielęgniarski ROBEAR. Może on podnosić pacjenta i sadzać na wózku inwalidzkim lub podtrzymywać go, gdy podopieczny może stać samodzielnie z niewielką pomocą. Dzięki czujnikom dotykowym może on wykonywać zadania wymagające użycia dużej siły, ale w sposób bezpieczny dla człowieka.
– Robotem społecznym może być robotyczna pielęgniarka czy lekarz w szpitalu, robotyczny robotnik na budowie, który potrafi współpracować zarówno z kierownikiem budowy, jak i kolegami, którzy razem z nim pracują, czy w końcu robotyczny laborant w laboratorium, który będzie potrafił efektywnie współpracować w zespole – wymienia Paweł Zarzycki.
Regularne korzystanie z komór hiperbarycznych prowadzi do znacznego wydłużenia telomerów w chromosomach, które normalnie, w wyniku procesu starzenia, zaczynają się skracać – twierdzą naukowcy z Izraela. Z ich badań wynika, że tlenoterapia hiperbaryczna może odwracać starzenie się komórek. Obecnie komory hiperbaryczne wspomagają leczenie przewlekłych chorób zapalnych i ran, które trudno się goją. Tlenoterapia badana jest też pod kątem leczenia powikłań po COVID-19.
– Korzystanie z komór hiperbarycznych wydłuża telomery na końcu chromosomów, które z wiekiem zaczynają się skracać. Mogą się wydłużyć nawet o 36 proc. Dzięki temu komórki krwi nie starzeją się albo wolniej się starzeją. Co ciekawe, systematyczne uprawianie sportu przez osoby starsze potrafi wydłużyć te telomery tylko o około 10–20 proc. Można więc śmiało powiedzieć, że komory hiperbaryczne spowalniają proces starzenia – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adam Cegielski, prezes OMIOXY.
Odkrycia tego dokonali naukowcy z Uniwersytetu w Tel Awiwie i Shamir Medical Center w Izraelu. Badaniu zostało poddanych 35 zdrowych osób w wieku powyżej 64 lat. W okresie 90 dni przeprowadzono u nich serię 60 sesji tlenoterapii hiperbarycznej. Od każdego uczestnika została pobrana próbka krwi przed, w trakcie i po zakończeniu serii oraz po nieco dłuższym czasie od końca terapii. Po przeanalizowaniu komórek i porównaniu wyników doszli oni do wniosku, że proces starzenia nie tylko został spowolniony, ale wręcz odwrócony. Odkrycie to może być przełomowe, jednak już dziś tlenoterapia hiperbaryczna wspomaga leczenie różnych chorób.
– Do komory wchodzimy po to, żeby dotlenić organizm i dostarczyć tlen w miejsca, gdzie na co dzień nie jest się w stanie przedostać, na przykład z uwagi na stan zapalny, słabe ukrwienie organów czy w stanie po złamaniu kości. W zasadzie wszędzie, gdzie występuje stan zapalny, korzystanie z komór hiperbarycznych przyspiesza powrót do zdrowia – wskazuje Adam Cegielski.
Naukowcy z Uniwersytetu w São Paulo przeprowadzili badanie, w ramach którego tlenoterapii hiperbarycznej poddanych zostało 29 pacjentów zmagających się z przetokami jelitowo-skórnymi i piodermią zgorzelinową, czyli powikłaniami towarzyszącymi chorobie Leśniowskiego-Crohna. Po przeprowadzeniu 829 dwugodzinnych sesji 72 proc. pacjentów uzyskało zadowalające rezultaty. U 65 proc. osób udało się wygoić zmiany zapalne jelit, u 100 proc. zwalczyć piodermię zgorzelinową, a u 91 proc. zamknąć lub znacznie ograniczyć aktywność przetok.
Właściwości komory hiperbarycznej zaczęto też wykorzystywać w leczeniu osób zakażonych koronawirusem. Naukowcy z Sklifosovsky Institute for Emergency Medicine w Moskwie prowadzą badania kliniczne nad wykorzystaniem komory do leczenia skutków niedotlenienia u chorych, którzy wymagają intubacji.
– W komorze hiperbarycznej panuje podwyższone ciśnienie. Tlen dodatkowo zaczyna rozpuszczać się w osoczu krwi i jest go więcej w całym naszym organizmie. Przechodzi on do wszystkich komórek i między komórkami oraz dociera w takie miejsca, gdzie na co dzień krwinka czerwona by się nie zmieściła, bo tlen w formie rozpuszczonej jest wielokrotnie mniejszy niż taka krwinka – tłumaczy prezes OMNIOXY.
Standardowo sesja w komorze hiperbarycznej trwa około godziny. Pacjent nie musi się specjalnie do niej przygotowywać, jedynie mieć na sobie ubranie wykonane z bawełny. Podczas sesji ciśnienie panujące w komorze wzrasta do 1,3–1,5 atmosfery.
– W tym czasie zatykają nam się uszy, podobnie jak przy lądowaniu samolotem. Jak już to ciśnienie wzrośnie, co trwa około 9 minut, czujemy się tak, jakbyśmy byli w warunkach naturalnych. Nie czujemy wzrostu ciśnienia, nie czujemy jakiegoś parcia, tak jak w samolocie. Czuć tylko tę zmianę ciśnienia. Odbywa się zabieg i potem jest dekompresja. Wychodzimy, czując się lepiej – mówi Adam Cegielski.
Według Market Data Forecast światowy rynek urządzeń do tlenoterapii hiperbarycznej był w 2020 roku wyceniany na niemal 174 mln dol. Do 2025 roku ma wzrosnąć do ponad 247 mln dol.
Prowadzenie sklepu internetowego to dziś nie lada wyzwanie. Przedsiębiorcy codziennie stają przed masą wyzwań związanych z dynamicznymi i czasem zaskakującymi zmianami na rynku. Pandemia wymusiła na nas szybsze przeniesienie swojego interesu do sieci. Ci, którzy dotąd się wahali, ostatecznie zdecydowali, że teraz lub nigdy. Jak odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości? Jak dotrzeć do klientów przy tak dużej konkurencji i utrzymywać z nimi dobre relacje? Radzenie sobie z tymi problemami wymaga od nas nie tylko nerwów ze stali, ale też umiejętności korzystania z dostępnych na rynku narzędzi, które pomogą nam usprawnić pracę i podejść do tematu w sposób elastyczny i efektywny.
Jakie rozwiązanie wybrać?
Jesteśmy bombardowani setkami różnych ofert i propozycjami wielu nowoczesnych narzędzi, z których spora cześć jest dla przedsiębiorców zdecydowaną nowinką technologiczną. Jak zatem poradzić sobie w tej sytuacji i wybrać trafnie? Co jest warte naszych pieniędzy, a co niepotrzebnie przepali budżet? Wszyscy pragniemy przecież, by inwestycja sprawdziła się jako funkcjonalne rozwiązanie i pomogła nam w codziennej pracy? Kontakt z klientem to jedna z najważniejszych płaszczyzn naszej działalności internetowej i jednocześnie miejsce, w którym dochodzić może do sporej ilości problemów i niedogodności. W skrajnych przypadkach może to prowadzić nawet do utraty klienta. Wychodząc naprzeciw tym wyzwaniom opracowano system Thulium, który stanowi kompleksowe rozwiązanie ułatwiające całościowy kontakt na linii firma-klient. Pomaga on rozwiązać wielorakie problemy, z którymi borykają się dziś sklepy internetowe.
Dopasowane do Twoich potrzeb
Każdy właściciel pragnie zastosować u siebie rozwiązanie, które nie tylko usprawni działanie, ale poprzez to ułatwienie pozwoli mu zarabiać więcej pieniędzy. Elastyczne narzędzia systemu Thulium z łatwością dopasują się do specyfiki Twojej działalności i potrzeb waszych klientów. Składa się na niego cały szereg rozwiązań komunikacyjnych – telefoniczna obsługa klienta, czat firmowy, obsługa Messengera, IVR, infolinia oraz helpdesk system. Cała komunikacja zebrana w jednym miejscu, by maksymalnie uprościć Twoje rozmowy z klientami i wykluczyć wszelkie nieporozumienia po drodze. jednym z filarów systemu Thulium jest helpdesk system , który w sprawny sposób pomoże Ci zorganizować obsługę emaili. Prywatne skrzynki mailowe nie dają odpowiedniej kontroli nad obsługą emaili, nie pozwalają też wykorzystać potencjału, jakim jest praca zespołu, zamiast pracy jednej osoby.
Jak działa helpdesk?
Helpdesk system zapewnia dostęp do przychodzących maili dla całego zespołu. Nie ma więc problemu z zastąpieniem kogoś, kto jest nieobecny w pracy, gdyż z łatwością uzyskujemy dostęp do całej historii kontaktu z danym klientem, łącznie z czatami i kontaktem telefonicznym. Przepływ informacji jest więc niemal natychmiastowy i prosty. Jest to wielkie ułatwienie również wtedy, gdy dany pracownik musi zająć jakimś palącym problemem i zastąpić musi go ktoś z zespołu. Dzięki helpdesk system masz szybki i wygodny dostęp do danych na temat tego, kto nad czym pracuje, na jakim jest etapie, jak długo klient oczekuje na odpowiedź. Pomoże Ci to usprawniać pracę zespołu i optymalizować wspólne wysiłki.
Wybierając etykietę, zwróć uwagę na środowisko, na które będzie narażony produkt, kształt opakowania, sposób jego obsługi i metodę umieszczenia nalepki. Pamiętaj również, aby uwzględnić możliwości magazynowe, wymagania prawne i budżet. Rynek docelowy i sposób zakupu powinny wpływać na decyzje dotyczące etykietowania. W końcu etykietki, podobnie jak opakowanie, pozwalają przyciągnąć uwagę potencjalnych klientów. Sprawdź, czym kierować się podczas zamawiania etykiet!
Na jakiej powierzchni chcesz przykleić etykietę?
Zastanów się, na czym chcesz nakleić etykietę. Większość etykietek można przykleić na standardowym wyposażeniu laboratoryjnym, takim jak plastikowe i szklane probówki, butelki, czy torby. Jeśli zamierzasz umieścić etykietę na metalowym stojaku, zamrażarce, bloczku parafinowym lub krioprobówce, skorzystaj z pomocy specjalisty. Upewnij się, że wybrana etykietka nie odklei się w najmniej oczekiwanym momencie. Zastanów się również, czy powierzchnia jest płaska, czy zakrzywiona, gładka, czy szorstka. Pomyśl, czy interesuje Cię trwały, czy usuwalny klej.
Jak wybrać odpowiedni materiał?
Etykiety można nakładać ręcznie lub maszynowo, dlatego wybierając materiał, zwróć uwagę na sposób aplikacji. Zamawiając papierowe etykietki, upewnij się, że można ja łatwo przykleić. Sprawdź też, czy poradzą sobie w danych warunkach. Pamiętaj, aby ostrożnie przyklejać etykiety, tak, aby nie powstawały na nich pęcherzyki. Zanim złożysz zamówienie, zastanów się, jak wygląda cykl życia produktu. Pomyśl, z jaką temperaturą i wilgotnością będą musiały sobie poradzić Twoje etykiety.
Modele papierowe najlepiej sprawdzą się w czystym, suchym i ciepłym środowisku, z kolei wersje laminowane można przykleić na zimne lub mrożone produkty. Butelki na wino, które dość często wkłada się do wiaderek z lodem, wymagają specjalnych etykiet. Jeśli Twoje produkty narażone są na wysokie temperatury, zdecyduj się na wytrzymałe poliestrowe etykiety.
Nowoczesna drukarnia etykiet proponuje wersje w różnych kolorach i rozmiarach, dzięki czemu na pewno znajdziesz coś dla siebie. Decydując się na konkretny materiał, weź pod uwagę, czy opakowanie jest płaskie, zakrzywione, okrągłe itp.
Jak wybrać etykiety na wino?
Każdy szczegół, który umieścisz na etykiecie, wiele mówi o Twoim winie. Może przekonać klientów do zakupu Twojego wina, a nie konkurencji. Zanim złożysz zamówienie, zastanów się, czego oczekuje Twoja grupa docelowa. Czy kupując wino, klienci zwracają uwagę na etykietę, czy smak, a może jedno i drugie? Po drugie, zdecyduj, co chcesz, aby Twoja etykieta mówiła o Twoim trunku. Zastanawiasz się, jak zaciekawić klientów? Możesz umieścić na etykiecie przepis lub wskazówki, z czym połączyć dane wino. Wiadomość, którą zamierzasz skierować do swoich odbiorców, pomoże Ci zdecydować o takich szczegółach jak wielkość czcionki i kombinacja kolorów.
Kiedy warto zamówić etykiety wodoodporne?
Jeśli produkujesz przybory toaletowe, takie jak mydło, szampon, krem do golenia, żel pod prysznic, wybierz wodoodporne etykiety. Dzięki temu masz pewność, że nie zaszkodzi im wilgoć. Zamieść na nich listę składników i sposób użycia, aby pokazać klientom, że dbasz o ich potrzeby. Wodoodporne etykiety można nakleić na napoje, sprzęt plażowy i produkty kempingowe.
W 2020 r. roku Biuro Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców prowadziło ponad 6200 spraw w obronie przedsiębiorców. To wzrost o 165% w porównaniu do roku poprzedniego – wynika z raportu ”Wsparcie przedsiębiorców w trakcie pandemii. Sprawozdanie z działalności Rzecznika MŚP w 2020 r.”, zaprezentowanego podczas konferencji prasowej Rzecznika MŚP w dniu 24 marca br. – Myślę, że w tym trudnym okresie pandemii i ograniczeń stanęliśmy na wysokości zadania. Bardzo dużo spraw udało się załatwić pozytywnie. Obecnie spływa do nas 500 wniosków w tygodniu. Widać, że jest zapotrzebowanie na pracę Rzecznika MŚP – powiedział podczas konferencji Adam Abramowicz, rzecznik i małych przedsiębiorców.
Wybrane działania Rzecznika MŚP w 2020 r.
Podczas konferencji zaprezentowano najważniejsze dane, opinie i interwencje z przygotowanego przez Biuro Rzecznika MŚP raportu za rok 2020. Wynika z niego, że Rzecznik MŚP prowadził w zeszłym roku ponad 6,2 tys. spraw w obronie przedsiębiorców. To wzrost o 165% w stosunku do roku poprzedniego. Wskazano także, że liczba korespondencji w ramach prowadzonych spraw wyniosła niemal 15 tys. w porównaniu z 5,5 tys. w roku 2019 r. Sprawozdanie zawiera także dane o Radzie Przedsiębiorców przy Rzeczniku MŚP. W roku 2020 w jej skład wchodziły 274 organizacje (163 rok wcześniej). Odbyło się aż 120 posiedzeń Zespołów Roboczych w ramach Rady Przedsiębiorców.
Wśród najważniejszych działań Rzecznika MŚP w roku 2020 można wymienić także:
– 9 podpisanych porozumień o współpracy z partnerami zewnętrznymi (m.in. Prokuratorią Generalną RP, Szefem Krajowej Administracji Skarbowej),
– apel do samorządów ws. zwolnienia przedsiębiorców z opłat czynszowych, na który odpowiedziało kilkadziesiąt samorządów,
– zawieszenie obowiązku wykonywania okresowych badań lekarskich pracowników w okresie pandemii wskutek interwencji Rzecznika MŚP,
– uwzględnienie postulatu Rzecznika MŚP do Minister Rozwoju z propozycją, aby mikroprzedsiębiorcy zostali zwolnieni z obowiązku składania wniosku o umorzenie mikropożyczki,
– apel Rzecznika MŚP do kierowników urzędów państwowych i samorządowych o zapewnienie ciągłości działania w czasie pandemii,
– skuteczną interwencję ws. kary pieniężnej dla kosmetyczki z Koszalina za rzekome naruszenie ograniczenia prowadzenia działalności,
– prolongatę terminu zakupu kas online dla branży HoReCa.
– Nasza działalność w zeszłym roku była niezwykle intensywna. To wynikało z trudnego okresu pandemii, a jako Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców stanąłem przed trudnym zadaniem. Nie zamknęliśmy urzędu ani na jeden dzień. Cały czas byliśmy w gotowości, dostępni do pomocy przedsiębiorcom, aby jak najmniej dotkliwie mogli przejść przez ten okres – powiedział Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców na początku konferencji.
Wybrane interwencje i działania Wydziału Interwencyjno-Procesowego:
– przygotowanie raportu nt. systemu SENT,
– postępowania KKS,
– interwencja ws. akcyzy na piwa smakowe,
– akcja informacyjno-organizacyjna #RatujBiznes, skierowana do przedsiębiorców. W akcję włączyło się ponad 400 kancelarii, oferujących bezpłatną pomoc przedsiębiorcom,
– działania Rzecznika pozwoliły na zwiększenie świadomości wśród przedsiębiorców, co przełożyło się m.in. na znacznie sprawniejsze przeprowadzenie programu 2.0.
W Wydziale Interwencyjno-Procesowym oraz w czterech oddziałach terenowych zarejestrowano 2831 spraw. To wzrost o 153% w stosunku do roku poprzedniego.
– Statystyki pokazują jasno, że rok 2020 był rekordowy w naszej działalności. Związane jest to z tym, że ilość problemów przedsiębiorców z urzędami, i nie tylko, jest bardzo duża – mówił o interwencjach Wydziału Interwencyjno-Procesowego Jacek Cieplak, zastępca rzecznika małych i średnich przedsiębiorców.
W zeszłym roku powstała także Rada Konsultacyjna, w skład której wchodziło 57 firm członkowskich.
– Aby rozszerzyć kontakt z przedsiębiorcami postanowiliśmy założyć Radę Konsultacyjną przy Rzeczniku MŚP, która składa się z 16 zespołów. Jeden na każde województwo. W ich skład mają wchodzić firmy małe i średnie, ale też duże, ponieważ chcemy mieć bezpośredni kontakt z samymi przedsiębiorcami. W 2020 r. udało nam się założyć pięć takich zespołów. Obecnie mamy ich już dziewięć, które tworzy 119 firm członkowskich – dodał Jacek Cieplak.
Wybrane wnioski i opinie w Wydziale Prawno-Legislacyjnym:
– Rzecznik MŚP zawnioskował do Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej o udzielenie wiążącej informacji co do możliwości skorzystania z tej pomocy również przez tzw. osoby „samozatrudnione”. Wskutek interwencji ustawodawca postanowił uściślić przepisy w kierunku wykładni zaproponowanej przez Rzecznika MŚP,
– Wniosek o otwarcie branży fitness od 4 maja 2020 r.,
– Rzecznik MŚP wystąpił do Prezesa Związku Powiatów Polskich o podjęcie działań umożliwiających rejestrację pojazdów używanych, sprowadzonych do kraju, jak i fabrycznie nowych, bez różnicowania nabywców i na równych warunkach,
– Rzecznik MŚP zaapelował do Głównego Inspektora Sanitarnego o zmianę wytycznych w kierunku zwiększenia liczby dzieci, jaka może przebywać w grupie przedszkolnej oraz zmniejszenie minimalnej powierzchni przestrzeni do wypoczynku, zabawy i zajęć dla dzieci w sali. W rezultacie GIS zwiększył dopuszczalną liczbę dzieci w grupie przedszkolnej i zmniejszył minimalną przestrzeń dla dzieci w Sali,
– Rzecznik MŚP ponownie wystąpił do Ministra Zdrowia w sprawie obowiązku zakrywania ust i nosa w miejscach ogólnodostępnych (np. sklepy) z pytaniem, czy planowane są zmiany legislacyjne w celu unormowania tego obowiązku w akcie rangi ustawowej,
– Art. 23 tzw. „ustawy o dobrym Samarytaninie” przewidywał pozbawianie przedsiębiorców pomocy publicznej w przypadku naruszenia ograniczeń epidemicznych. W ocenie Rzecznika MŚP w takiej sytuacji zasadne jest wyjaśnienie w drodze objaśnień prawnych, za naruszenie jakich obostrzeń i w jakich sytuacjach przedsiębiorcy mogą stracić wsparcie w postaci pomocy publicznej.
W zeszłym roku w Wydziale Prawno-Legislacyjnym podjęto 3371 spraw. To wzrost o 231% względem roku 2019.
– Liczba spraw w Wydziale Prawno Legislacyjnym wzrosła lawinowo w 2020 roku i wzrasta nadal. Około 70 proc. spraw pochodzi z wniosków związanych z lockdownem i zamknięciami poszczególnych branż, a 30 proc. to sprawy związane z przedsiębiorczością – podkreślił dr n. pr. Marek Woch, Dyrektor Generalny w Biurze Rzecznika MŚP.
Sprawozdanie z działalności Rzecznika MŚP obejmuje okres od 1 stycznia 2020 r. do 31 grudnia 2020 r.
– Myślę, że w tym trudnym okresie pandemii i ograniczeń stanęliśmy na wysokości zadania. Cały czas jesteśmy z przedsiębiorcami. Bardzo dużo spraw udało się pozytywnie. (…) Obecnie spływa do nas 500 wniosków w tygodniu. Widać, że jest zapotrzebowanie na pracę Rzecznika MŚP – podsumował konferencję Adam Abramowicz, rzecznik i małych przedsiębiorców.
Komisja KNF jednogłośnie stwierdziła brak podstaw do zgłoszenia sprzeciwu wobec planowanego bezpośredniego nabycia 38,33% akcji Krajowego Integratora Płatności (Tpay) przez Bank Pekao. Spółki podpiszą umowę sprzedaży na przełomie I i II kwartału br.
Tpay – marka Krajowego Integratora Płatności i Bank Pekao – jedna z największych instytucji finansowych w Europie Środkowo-Wschodniej łączą siły na rynku e-commerce. W najbliższych tygodniach Tpay planuje podpisanie umowy sprzedaży mniejszościowego pakietu akcji Bankowi Pekao. Dzięki współpracy klienci obu instytucji skorzystają z narzędzi i produktów potrzebnych do rozwoju biznesu online.
W praktyce przedsiębiorcy współpracujący z obiema instytucjami otrzymają:
dostęp do bramki płatniczej online,
panel analityczny wbudowany w serwisie Pekao24, zbierający dane dotyczące transakcji online i offline (płatności kartą). Umożliwiający szybki wgląd w aktualne wyniki finansowe, bez konieczności samodzielnego monitorowania danych sprzedażowych z kilku źródeł,
dedykowaną atrakcyjną ofertę usług bankowych,
ofertę płatności odroczonych i pożyczek gotówkowych dla klientów indywidualnych realizujących płatności online.
Razem dla e-commerce
Połączone siły Tpay i Pekao pomogą polskim przedsiębiorcom w skalowaniu ich biznesów. Dzięki nowym możliwościom rozwoju w przestrzeni cyfrowej, 270 tys. klientów biznesowych Banku i 50 tys. firm współpracujących z Tpay, skorzysta z wypracowanej synergii. Tym bardziej, że według badań przeprowadzonych przez SW Research płatności online mają ogromne znaczenie. Okazuje się, że aż 80% internautów podczas zakupów najczęściej wybiera płatności natychmiastowe (np. przelew online, BLIK). Jednak, choć popularność szybkiego finalizowania zamówień konsekwentnie wzrasta, to e-klienci nie zawsze mogą robić zakupy zgodnie ze swoimi preferencjami. Dlatego odpowiadanie na aktualne potrzeby płatnicze Polaków jest jednym z największych priorytetów wielu przedsiębiorców.
Strategiczne partnerstwo Tpay i Pekao jest pierwszą współpracą tego typu w historii polskiego rynku – nadaje kierunek dalszemu rozwojowi cyfrowych płatności.
Już okrzyknięty mianem przyszłego fundamentu polskiej energetyki — offshore — budzi ciekawość zarówno rządzących, jak i rynku. Czy mówiąc o morskich farmach wiatrowych, będziemy opierać się wyłącznie na przykładach z państw Europy Północnej i Zachodniej? Niekoniecznie. Przedstawiciele struktur unijnych już wycenili środki, które zostaną przeznaczone na polskie inwestycje, a autorzy Krajowego Planu Odbudowy wstępnie rozdysponowali przyszły zastrzyk gotówki. Czego możemy się spodziewać po krajowej interpretacji offshore’u?
Rzut na północ
Najpoważniejsze rozmowy o przyszłych inwestycjach w offshore przypadły na jesień 2020 roku. Dokładnie 25 września w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Pomorskiego podpisano deklarację powołania „Pomorskiej Platformy Rozwoju Morskiej Energetyki Wiatrowej na Bałtyku”. Co ważne, inicjatywę zapoczątkowali nie przedstawiciele trójmiejskiego biznesu, ani rząd centralny, a Rumia Invest Park — spółka celowa powołana przez gminę. Region ma zachęcać szerokie spektrum branż, które potencjalnie mogłyby inwestować w morskie farmy wiatrowe w polskiej strefie Bałtyku. Cel? Przygotowanie Pomorza do skali przedsięwzięcia, a ta jest jedną z bardziej okazałych, ponieważ chodzi o wybudowanie łącznie 6-GW obiektów. Termin? Pierwszy moduł kompleksu ma powstać do 2030 roku.
Porozumienie zainicjowane przez Rumię ma działać na rzecz wsparcia przedsiębiorców, rozwoju kontaktów gospodarczych, przygotowania kadry, wykorzystania potencjału badawczo-rozwojowego oraz budowy świadomości społecznej. Jak na razie, w skład zespołu wchodzą samorządowcy, przedstawiciele uczelni wyższych, organizacji branżowych i przedsiębiorcy. Pierwszy wniosek — w końcu idziemy w dobrym kierunku. Niemcy od ponad dwóch dekad łączą doświadczenia interdyscyplinarnych ośrodków. Austriacy (regionalni liderzy OZE) również korzystają z doświadczeń zarówno ekspertów rządu, instytutów badawczych, jak i krajowego biznesu. Jeśli polskie inwestycje offshore będą realizowane w zapowiadanym duchu, możemy się spodziewać naprawdę obiecującego rozdziału w historii lokalnej branży źródeł odnawialnych.
Szanse dla polskiej energetyki i rynku
W Rumii ma powstać Centrum Kompetencji Morskiej Energetyki Wiatrowej, które będzie szkolić kadry, a funkcję portu instalacyjnego będzie pełnić Gdynia. Decentralizacja inwestycji to kolejny sygnał dla krajowego rynku, że regiony zaczynają się mocno usamodzielniać w kwestii rozbudowy infrastruktury źródeł odnawialnych. Instalacje to również szansa dla 60-70 tys. pracowników w całym kraju. Zależy to oczywiście od planowanej skali realizacji (według samorządowców z Rumii, do 2040 roku realnym scenariuszem jest 12 GW; zdaniem Michała Kurtyki z Ministerstwa Klimatu — od 8 do 11 GW, co jest scenariuszem najbardziej zbliżonym do założeń Krajowego Planu Odbudowy). Kolejnym elementem, który dobrze wróży inwestycji jest współpraca międzynarodowa.
Pod koniec września w Szczecinie przedstawiciele Komisji Europejskiej oraz ministrowie z Polski, Danii, Finlandii, Estonii, Litwy, Łotwy, Niemiec i Szwecji podpisali „Deklarację Bałtycką na rzecz Morskiej Energetyki Wiatrowej”. Szczególnie korzystanie z doświadczeń państw nordyckich może przynieść pomorskim inwestycjom niemały powiew świeżości. To unikalne know-how przyda się również innym gałęziom źródeł odnawialnych, a polski rynek jest w stanie wejść na kolejny poziom odpowiedzialnej konsumpcji energetycznej. Czy tak się stanie? Całkiem możliwe, ponieważ oprócz farm morskich, środki unijne mają objąć cały obszar transformacyjny.
Liczby na morzu
Pod koniec lutego rząd przedstawił projekt Krajowego Planu Odbudowy. Według wstępnych szacunków, na odbudowę postcovidowej gospodarki Polsce ma przypaść 58 mld euro (23,9 mld dotacji i 34,2 mld pożyczek). Najwięksi beneficjenci? Właśnie zielone inwestycje oraz inicjatywy poprawiające efektywność energetyczną. W centrum zainteresowania autorów KPO znalazł się oczywiście offshore. Biorąc pod uwagę zastrzyk unijnych środków oraz inne źródła finansowania, ten obszar ma zyskać niebagatelne 437 mln euro (na poczet budowy farm i infrastruktury towarzyszącej). W projekcie moc zainstalowanych morskich farm wiatrowych do roku 2026 przewidywana jest na 2,6 GW, a zgodnie z polityką energetyczną Polski do 2040 roku krajowa moc offshore ma objąć 11 GW.
Co ważne, KPO przewiduje powstanie tzw. społeczności energetycznych. Tego typu podmiotów ma powstać 20 – będą to klastry energii, spółdzielnie energetyczne i zbiorowe porozumienia prosumentów. Ponadto, do 2030 roku kraju ma powstać do 300 lokalnych obszarów energetycznych, które będzie cechować zdolność do samobilansowania. Są to tylko niektóre plany Krajowego Programu Odbudowy, ale powtarzający się już motyw decentralizacji branży energetycznej oraz kompleksowe podejście do farm morskich jest naprawdę dobrym sygnałem dla potencjalnych inwestorów.
Holistyczna wizja rozwoju energetyki odnawialnej i angaż regionu oraz ścisła współpraca interdyscyplinarna. Te obszary to światełko w tunelu dla całej branży, a najbliższe 3 lata mogą stanąć pod znakiem naprawdę imponujących postępów — zarówno w kwestii rozbudowy krajowego zaplecza OZE, jak i redukcji dwutlenku węgla. Offshore jest wyłącznie przykładem trendu, który na dobre rozgaszcza się w Polsce. Miejmy nadzieję, że to nie koniec zaskoczeń w dziedzinie źródeł odnawialnych.
Autor: Sebastian Jabłoński — prezes Zarządu spółki Respect Energy.
Dzisiejsze dane pochodzące z indeksów koniunktury pokazują gwałtowny wzrost optymizmu wśród managerów odpowiedzialnych za zamówienia. Co ciekawe, pomimo lepszych perspektyw euro jest w odwrocie.
Indeksy koniunktury
Dzisiaj od rana poznajemy indeksy PMI dla usług i przemysłu z najważniejszych gospodarek. Wskaźniki dla Unii Europejskiej niespodziewanie wyskoczyły w górę. Oczekiwano poziomów odpowiednio 57,7 pkt dla przemysłu i 46 pkt dla usług. Odczyt wyniósł jednak 62,4 pkt oraz 48,8 pkt. Biorąc pod uwagę aktualność tych danych i fakt, że podczas ankiet było już wiadomo o kolejnej fali pandemii, jest to zadziwiająco dobry wynik. Najciekawsza jest jednak reakcja rynków, gdzie euro od rana jest w odwrocie względem dolara pomimo bardzo dobrych danych.
Ceny na Wyspach hamują
Poznaliśmy dzisiaj wskaźnik wzrostu cen dla Wielkiej Brytanii. W skali roku inflacja konsumencka rośnie o zaledwie 0,4%. Analitycy spodziewali się wzrostu o 0,8%. Tak niski poziom zmian cen wskazuje na strach producentów przed tym, że klienci po podwyżkach nie kupią i większość cen stoi w miejscu pomimo wyjścia z Unii Europejskiej. Z drugiej strony ceny producentów rosną szybciej, niż oczekiwano, co sugeruje, że koszty jednak idą w górę. Rynki walutowe przyjęły te dane neutralnie.
Zamieszanie w Turcji
Po tym jak Centralny Bank Turcji podniósł niedawno stopy procentowe z 17% na 19%, próbując opanować utratę wartości liry tureckiej oraz przyspieszającą inflację, do gry wtrącił się prezydent Erdogan. Przypomniał on swoją bardzo odważną koncepcję polityki monetarnej, w ramach której zbyt wysokie stopy procentowe napędzają inflację. To, że nauka sugeruje dokładnie odwrotną prawidłowość nie ma tutaj znaczenia. Na stanowisku prezesa banku centralnego pojawił się już nowy, bardziej posłuszny człowiek. Nie zmienia to faktu, że o ile w piątek na zamknięciu notowań za lirę płacono 8,6 euro to dzisiaj trzeba zapłacić już niemal 9,5 euro, to ponad 10% więcej, a przez moment było jeszcze drożej. Rynki spodziewają się bowiem nagłego cięcia stóp procentowych, które powinno osłabić walutę i już się na to przygotowują.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:30 – USA – zamówienia na dobra,
14:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Po raz drugi Ministerstwo Finansów wydłuża termin na składanie zeznań podatkowych dla płatników CIT. W zeszłym roku mogli oni skorzystać z dodatkowych dwóch miesięcy, tym razem mają czas do 30 czerwca. Zmiana dotyczy podmiotów, których rok podatkowy kończy się między 1 grudnia 2020 roku a 28 lutego 2021 roku. W przypadku podatników PIT termin pozostaje bez zmian. Czekamy jeszcze na oficjalne rozporządzenie, gdyż na ten moment to jedynie postanowienie sejmowej komisji finansów publicznych, a proces legislacyjny nadal trwa.
Przedłużenie terminu składania CIT za 2020 rok to dobra wiadomość dla podatników, którzy chcieliby skorzystać z ulgi na działalność badawczo-rozwojową, a do końca marca nie zdążyliby przygotować niezbędnej dokumentacji. Z roku na rok systematycznie wzrasta liczba przedsiębiorstw korzystających z tej preferencji. Od początku jej funkcjonowania, czyli od roku 2016, podatnicy PIT i CIT odliczyli już ponad 5,6 mld zł kosztów kwalifikowanych. Zgodnie z najnowszymi danymi Ministerstwa Finansów za rok podatkowy 2019, po ulgę B+R sięgnęło 1342 podatników CIT oraz 1195 PIT-owców. Jest to odpowiednio 41 i 34 proc. więcej niż rok wcześniej.
– Rośnie również wielkość odliczeń kosztów kwalifikowanych. Podatnicy CIT odliczyli w 2019 roku niemal 2,25 mld zł kosztów, podczas gdy w 2018 roku było to 1,7 mld zł. Z kolei PIT-owcy dokonali odliczeń o wartości 293 mln zł w porównaniu do 179 mln zł rok wcześniej. Choć te wzrosty cieszą, to w dalszym ciągu liczba podatników rozliczających ulgę B+R jest stosunkowo niewielka. 2537 podmiotów, które sięgnęły po tę preferencję w 2019 roku, to jedynie kropla w morzu na tle firm, które prowadzą w Polsce działalność badawczo-rozwojową – stwierdza Karolina Łukasik, Project Manager w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.
Najchętniej odliczane
Biorąc pod uwagę koszty kwalifikowane wykazywane przez podatników w 2019 roku, zdecydowanie najczęściej odliczali oni koszty osobowe dotyczące pracowników bezpośrednio realizujących działalność badawczo-rozwojową. Taki trend można zauważyć również w poprzednich latach. W 2019 roku koszty osobowe wyniosły 2 518,9 mld zł, stanowiąc 72 proc. wszystkich zadeklarowanych kosztów. Ważną informacją dla firm rozliczających koszty osobowe w ramach ulgi B+R jest wyrok NSA z 5 lutego br (sygn.
II FSK 1038/19).
– Zdaniem sądu, jeśli pracownik poświęca w 100 proc. swój czas na działania badawczo-rozwojowe, wynagrodzenie związane z jego usprawiedliwioną nieobecnością (np. urlop, zwolnienie lekarskie) może być uznane za koszt kwalifikowany i rozliczone w ramach ulgi B+R. Dotychczas Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w wydawanych przez siebie interpretacjach indywidualnych traktował nieobecności jako wykonywanie obowiązków służbowych, które są niezwiązane z działalnością badawczo-rozwojową. Warto przypomnieć, że korekty zeznań podatkowych można składać do pięciu lat wstecz, więc podatnicy powinni ponownie przyjrzeć się ponoszonym kosztom osobowym związanym z nieobecnościami pracowników – tłumaczy Kinga Gala, Konsultant w Dziale innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.
Zwrot gotówkowy dla MŚP
Zgodnie z art. 18da ustawy CIT oraz 26ea ustawy PIT, podatnikom, którzy w pierwszym oraz drugim roku prowadzenia działalności ponieśli stratę bądź osiągnęli dochód niższy od kosztów kwalifikowanych dotyczących prowadzonej działalności badawczo-rozwojowej, przysługuje zwrot bezpośredni kwoty nieodliczonej ulgi B+R. W roku 2019 z tej możliwości skorzystało zaledwie 27 podatników CIT i PIT, a łączna kwota zwrotu sięgnęła 2,7 mln zł.
– Tak nieznaczne kwoty odliczeń mogą wynikać z niewiedzy start-upów i MŚP o przysługującym im zwrocie gotówkowym. Ulga B+R, mimo że jest bardzo korzystnym rozwiązaniem wspierającym innowacyjność, dotyczy wyłącznie podmiotów odprowadzających podatek dochodowy. Jednak Ministerstwo Finansów zostawiło furtkę dla najmłodszych przedsiębiorców, umożliwiając im skorzystanie z odliczenia ulgi w przypadku wykazania straty podatkowej. Warto pamiętać, że podatnik jest zobowiązany do zwrotu wykazanej w zeznaniu kwoty, jeżeli przed upływem trzech lat podatkowych od złożenia zeznania zlikwiduje działalność gospodarczą lub zostanie postawiony w stan upadłości– dodaje Karolina Łukasik.
Na stronie Rządowego Centrum Legislacji został ogłoszony projekt ustawy o fundacjach rodzinnych. Planowany termin wejścia ustawy w życie to 1 stycznia 2022 r. Projekt ten daje realną szansę na utrzymanie polskich firm rodzinnych w rękach rodziny oraz na akumulację polskiego kapitału. Kluczem do popularyzacji fundacji rodzinnych będą zasady ich opodatkowania. Jeśli nie będą one porównywalne z innymi formami prowadzenia działalności, konstrukcja fundacji może być rzadko stosowana.
Już samo ogłoszenie projektu ustawy należy uznać za przełom w myśleniu prawodawców o sukcesji w ramach firm rodzinnych. Jeśli wejdzie on w życie, przedsiębiorstwa rodzinne kierowane przez żyjących jeszcze założycieli, będą miały szansę na realizację ich marzeń o wielopokoleniowych firmach, które zachowają rodzinny charakter.
Wyjątkowość fundacji rodzinnej leży przede wszystkim w kilku kluczowych cechach:
a) fundacja rodzinna nie będzie miała wspólników, co pozwala uniknąć ryzyka zbycia lub utraty praw majątkowych do firmy rodzinnej, a więc pozwoli na zachowanie rodzinnego charakteru firmy,
b) sukcesja w modelu fundacji rodzinnej odbywa się tylko raz – przy utworzeniu fundacji, nie jest więc ona narażona na ryzyka związane z przedwczesną śmiercią właścicieli firmy oraz niepewnością prawną co do tego, kto jest tym właścicielem,
c) fundacja rodzinna pozwoli na oddzielenie statusu beneficjenta fundacji i osoby nią zarządzającej, dzięki czemu fundator uniknie dylematu, czy pozbawić udziałów w firmie sukcesorów pasywnych, czy też je im przekazać,
d) fundacja rodzinna pozwoli w końcu na zachowanie dużej elastyczności zarówno w zakresie wyznaczania kręgu beneficjentów, jak i w zakresie sposobu podejmowania strategicznych decyzji,
e) cel fundacji rodzinnej obejmuje przede wszystkim cele rodzinne, a więc fundacja będzie mogła realizować przedsięwzięcia ważne dla rodziny ze środków wspólnych.
Polski projekt ustawy o fundacjach rodzinnych zakłada ponadto:
a) fundację będzie mogła założyć jedna lub więcej osób fizycznych, a jej beneficjentami będą mogły być wyłącznie osoby fizyczne bądź organizacje pożytku publicznego,
b) fundacja będzie miała trzy organy: zarząd – organ zarządzający fundacją operacyjnie, radę protektorów – organ nadzoru (obligatoryjny tylko w określonych sytuacjach) oraz zgromadzenie beneficjentów – organ w założeniu projektodawcy epizodyczny, jednak naszym zdaniem, z uwagi na dużą elastyczność w stosunku do pozostałych organów, może on pełnić kluczową rolę przy powoływaniu pozostałych organów fundacji,
c) prawo spadkobierców ustawowych do zachowku zostanie zachowane również wobec fundacji, jednak wprowadzono możliwość rozłożenia zachowku na raty czy też jego miarkowania przez sąd,
d) fundacja nie będzie mogła prowadzić działalności gospodarczej, a więc będzie wyłącznie podmiotem pełniącym funkcję holdingową wobec spółek operacyjnych,
e) fundacja rodzinna będzie podlegała rejestracji w KRS, a jej statut będzie jawny, tak jak w przypadku spółek prawa handlowego,
f) fundacja rodzinna będzie odpowiedzialna za zobowiązania alimentacyjne fundatora, choćby powstały po jej utworzeniu, jak również za pozostałe długi fundatora, które istnieć będą na dzień jej założenia.
Po wstępnej analizie projektu ustawy uznać należy go za dobry punkt startowy do dyskusji o ostatecznym kształcie zasad funkcjonowania polskiej fundacji rodzinnej. Najważniejsze założenia dotyczące fundacji rodzinnej zostały naszym zdaniem uwzględnione, choć w kilku miejscach projekt może wymagać modyfikacji i doprecyzowania.
Niestety o tak pozytywnych ocenach nie można mówić, analizując rozwiązania podatkowe związane z projektowaną fundacją rodzinną. Z korzystnych zapisów podatkowych zauważyć warto, że:
zgodnie z obecnym projektem wniesienie majątku do fundacji rodzinnej przez fundatora nie będzie podlegało opodatkowaniu podatkiem dochodowym,
wypłata świadczeń fundacji rodzinnej na rzecz uprzywilejowanych beneficjentów (są nimi małżonek, zstępni, wstępni, pasierb, rodzeństwo, ojczym i macocha fundatora oraz sam fundator) ma być zwolniona z podatku od spadków i darowizn, jeżeli przedmiotem świadczenia jest mienie wniesione do fundacji przez tego fundatora (istotne w sytuacji, gdy będzie więcej niż jeden fundator). Niezbyt precyzyjna i logicznie sprzeczna definicja obejmuje mienie wniesione przez fundatora fundacji rodzinnej oraz dochody z niego (ewentualnie mienie nabyte lub uzyskane przez fundację w zamian za te środki) oraz fundusz operatywny (zgodnie z art. 15 projektu fundusz ten stanowi mienie wniesione przez fundatora).
Z pozostałych regulacji podatkowych warto wskazać na następujące:
od otrzymanych świadczeń fundacji rodzinnej powyżej wartości mienia wniesionego przez fundatora beneficjenci uprzywilejowani oraz w każdym przypadku wszyscy pozostali beneficjenci fundacji zapłacą zryczałtowany podatek od spadków i darowizny wg nowej 19 proc. stawki;
fundacja rodzinna ma być podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych, który będzie opodatkowywał swoje dochody wg podstawowej 19 proc. stawki podatkowej; w stosunku do fundacji nie znajdzie zastosowania zwolnienie z opodatkowania dochodów fundacji nawet jeżeli będą one przekazywane na cele statutowe, nie będzie również możliwości zastosowania 9 proc. podatku CIT;
wypłata dywidendy przez spółki na rzecz fundacji rodzinnej nie będzie korzystała ze zwolnienia dywidendowego.
Podkreślić należy przy tym, że kluczem do popularyzacji fundacji rodzinnych z pewnością będą zasady ich opodatkowania. Jeśli nie będą one porównywalne z innymi formami prowadzenia działalności, konstrukcja fundacji będzie rzadko stosowana.
Kancelaria Deloitte Legal aktywnie brała udział w dotychczasowych pracach legislacyjnych nad projektem ustawy i została zaproszona do udziału w jego publicznych konsultacjach.
Autorzy:
Robert Uhl, adwokat, partner w kancelarii Deloitte Legal.
Łukasz Żuławiński, radca prawny, managing associate w kancelarii Deloitte Legal.
Michał Lejman, dyrektor w dziale Doradztwa Podatkowego w Deloitte.
Blisko 200 tysięcy osób – tyle, według szacunków w roku 2020 pracowników gastronomii straciło pracę lub zmieniło formę zatrudnienia. To pokazuje, że gastronomia jest jedną z najsilniej dotkniętych branż przez trwającą od 13 miesięcy pandemię koronawirusa. 24 marca mija pięć miesięcy odkąd lokale mogą serwować dania tylko na wynos lub z dowozem, sytuacja wielu lokali jest krytyczna i niestety należy spodziewać się kolejnych zwolnień i bankructw. Co robią osoby, które straciły pracę w gastronomii? Eksperci zwracają uwagę, że najsilniej zasiliły one konkretną branżę gospodarki.
„Sieroty po gastronomii” próbują się odnaleźć na rynku pracy
Praca w gastronomii wymaga konkretnych umiejętności: kucharz powinien umieć gotować, a obsługa powinna wykazywać się nienagranymi manierami i prezencją. Czy indywidualne umiejętności pracowników gastronomii znajdują zastosowanie w innych branżach? Według ekspertów Grupy IDEA HR niestety nie jest łatwo: – Pracownicy gastronomii mają problemy ze znalezieniem dla siebie miejsca na rynku pracy. Nie wiadomo jeszcze ile lokale będą zamknięte, obserwujemy bardzo poważny kryzys branży i ogromna rzesza dotychczasowych pracowników restauracji czy kawiarni zmienia zawody i podejmuje się zatrudnienia w odległych sektorach. Oczywiście bardziej mobilni są młodzi ludzie – mówi Anna Sudolska, członek zarządu IDEA HR Group. – Studenci i młodzi ludzie pracujący w gastronomii zwykle w ogóle rezygnowali z pracy i skupiali się na nauce, ewentualnie trafiali do handlu lub innego sektora usług – mówi ekspert.
Obserwacje Idea HR Group wskazują, że są sektory, które bardzo chętnie zatrudniały pracowników gastronomii: – Branża e-commerce przeżywa obecnie największy rozkwit w historii. Pracownicy magazynów, ale i kurierzy to osoby bardzo pożądane na rynku pracy. Zauważyliśmy sporą fluktuację: młodzi pracownicy gastronomii np. kelnerzy czy kucharze, bardzo często podejmowali pracę w e-commerce i logistyce. Inny kierunek to praca w charakterze dostawcy czy kierowcy. Był moment, że zapotrzebowanie na kierowców było naprawdę duże – mówi Anna Sudolska. – W gorszej sytuacji są kobiety. One zwykle poszukiwały pracy w usługach i handlu, a jak wiadomo ten również mocno cierpi wskutek pandemii – wyjaśnia Anna Sudolska.
Miały być dwa tygodnie, a jest pięć miesięcy. „Najdłuższe dwa tygodnie w dziejach świata”
Jakie są perspektywy dla pracowników gastronomii? Anna Sudolska nie ma wątpliwości, że gdy pandemia minie to wykwalifikowani kucharze i profesjonalna obsługa kelnerska będzie w cenie. Tutaj wszystko jest kwestią czasu: – Wyobrażam sobie, że jeżeli po Wielkanocy gastronomia wróci do funkcjonowania to wiele osób, które pracowało w tym sektorze powróci do pracy. Niestety im dłużej trwa pandemia, tym to odradzanie będzie powolniejsze i bardziej skomplikowane – mówi ekspertka.
Pracownicy są w czasie pandemii mniej skłonni do zmiany pracodawców. Odchodząc z restauracji czy kawiarni lub baru, pracownicy zdecydują się na powrót tylko w sytuacji, gdy pandemia będzie w realnym odwrocie: – Dzisiaj mija 5 miesięcy od momentu, gdy gastronomię zamknięto na dwa tygodnie. To najdłuższe dwa tygodnie w dziejach świata. Walka z pandemią trwa i należy z wyrozumiałością podchodzić do restrykcji, które obowiązują w całej Europie. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że sytuacja gastronomii i branż objętych bezpośrednio lockdownem jest najtrudniejsza – mówi Anna Sudolska.
64% polskich firm w ramach transformacji cyfrowej wdrożyło rozwiązania chmurowe. W ciągu najbliższych 12-18 miesięcy taki krok planuje wykonać 26% ankietowanych – wynika z badania EY Polska „Transformacja cyfrowa firm 2020”.
Oprócz poprawy komunikacji i współpracy (na które wskazało 54% badanych) istotnym argumentem za wdrożeniem rozwiązań chmurowych było obniżenie kosztów (34%), zwiększenie elastyczności i wygody prowadzenia firmy, z kolei 29% ankietowanych kierowało się przy tej decyzji chęcią zwiększenia bezpieczeństwa danych.
Rys.1. Najważniejsze motywy przeniesienia zasobów firmy do chmury
– Okres pandemii wiele firm zmotywował do wdrożenia rozwiązań chmurowych przede wszystkim dlatego, że dzięki temu możliwy był dostęp do zasobów firmy, a przez to niezakłócone prowadzenie działalności operacyjnej. To proces, który w ostatnich miesiącach zdecydowanie przyspieszył. Dotąd wielu przedsiębiorców obawiało się tego typu rozwiązań, pozostawiając większość procesów w tradycyjnej formie. Nie oznacza to jednak, że z jednym dniem przedsiębiorcy nabrali do chmury pewności i przekonania, że powinni tam przenieść zdecydowaną część albo nawet większość procesów. Nadal przyglądają się tym rozwiązaniom uważnie i w większości korzystają w nich w takim stopniu, w jakim jest to z ich perspektywy jedynie konieczne do prowadzenia działalności, nie doceniając przy tym jakie rozwiązania może ona zaoferować. Co ciekawe, blisko jeden na pięciu ankietowanych uważa, że wdrożenie chmury w jego przedsiębiorstwie nie jest potrzebne – mówi Radosław Frańczak, Partner EY, CESA Consulting SAP Leader.
Wciąż barierą dla rozpowszechniania rozwiązań chmurowych w polskich przedsiębiorstwach pozostaje także brak zaufania, który deklaruje 29% firm. Wśród innych barier powstrzymujących przed wdrożeniem chmury znajdują się przede wszystkim wysokie koszty (24% wskazań), a 14% badanych uważa, że nie ma na rynku rozwiązań dostosowanych do potrzeb ich firmy. Dla 13% firm barierą jest opór ze strony zarządu a dla 9% – ze strony pracowników.
Rys.2. Główne bariery wstrzymujące firmy przed podjęciem decyzji o przeniesieniu danych do chmury
Jak więc będzie rysować się przyszłość rozwiązań chmurowych w firmach, skoro 73% ankietowanych dostrzega bariery we wprowadzaniu tego typu rozwiązań? Jedna trzecia firm, w ciągu najbliższych 18 miesięcy zechce pozostawić większość zasobów w tradycyjnej formie i tylko część utrzymywać w chmurze. Bez chmury zamierza funkcjonować niemal jedna na cztery firmy (24%). Połowa zasobów w chmurze, a połowa w formie tradycyjnej to z kolei podejście, które zamierza zastosować 23% badanych. Tylko 4% firm zamierza natomiast posiadać w chmurze całość swoich zasobów.
Rys.3. Wykorzystanie chmury w perspektywie najbliższych 18 miesięcy
– Wraz z rosnącą popularnością chmury zaufanie do niej będzie rosnąć. Co więcej, należy oczekiwać, że szereg korzyści, które zapewniają tego typu rozwiązania sprawi, że przedsiębiorcy odkryją w nich nowe wartości. Jedną z nich jest między innymi innowacyjność, która dotyczy nie tylko implementacji samego rozwiązania chmurowego, ale również podejścia producentów oprogramowania czy systemów, którzy coraz częściej najnowsze rozwiązania wprowadzają najpierw w chmurze, a dopiero później udostępniają je w wersjach lokalnych. To oznacza, że brak adaptacji chmury może spowodować opóźnienie lub wręcz odcięcie się od nowości technologicznych – dodaje Radosław Frańczak.
O ile Polacy coraz mniej martwią się o bieżące opłacanie zobowiązań finansowych, o tyle z rosnącym niepokojem patrzymy w przyszłość. Tylko nieco ponad jedna czwarta z nas obawia się o uregulowanie nadchodzących płatności, ale spłata kredytów to już powód do obaw dla 61 proc. Najnowsza edycja badania Deloitte Global State of the Consumer Tracker pokazuje, że na stabilnym poziomie utrzymuje się ogólny poziom obaw Polaków związanych z pandemią. Opracowany przez firmę doradczą indeks niepokoju w ciągu miesiąca spadł zaledwie o 1 p.p. i obecnie wynosi -1 proc. W Europie bardziej od nas zaniepokojeni są tylko Irlandczycy i Włosi.
Respondenci z 18 krajów na świecie wzięli udział w 16. globalnej edycji badania konsumenckich nastrojów i obaw związanych z pandemią koronawirusa. Ankietowani byli mieszkańcy Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile, RPA oraz Polski. Respondenci znad Wisły odpowiadali na pytania Deloitte po raz 13. Badanie zostało przeprowadzone na przełomie lutego i marca, czyli jeszcze przed zwiększeniem liczby zachorowań i wprowadzeniem kolejnych obostrzeń.
Europa spokojniejsza
Najnowsza edycja badania pokazuje duże zmiany w poziomie obaw Europejczyków. W Wielkiej Brytanii opracowany przez Deloitte indeks niepokoju (różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły) spadł aż o 13 p.p. i wynosi -7 proc., czyli tyle samo co w Hiszpanii i we Francji, które także odnotowały spory spadek poziomu niepokoju – odpowiednio o 9 p.p. i 7 p.p.
W przypadku Polski poziom obaw w ciągu miesiąca tylko nieznacznie drgnął i obecnie wynosi -1 proc. Tym samym – od lutego – spadliśmy o trzy miejsca, na szóstą pozycję wśród krajów europejskich z najniższym poziomem lęku. Trzeba jednak odnotować, że indeks niepokoju nad Wisłą sukcesywnie maleje od listopada ub. roku. Wydaje się więc, że choć co prawda nie tracimy czujności, to nauczyliśmy się żyć i radzić sobie w rzeczywistości, którą przyniosła pandemia – mówi Michał Tokarski, partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.
W Europie najwyższy poziom niepokoju jest we Włoszech – 6 proc. Najniższy poziom obaw – także globalnie – od miesięcy deklarują Niemcy (-39 proc.), natomiast najwyższy wynik na świecie Deloitte odnotował w Indiach (27 proc.).
Troskliwy jak Polak
W każdej edycji badania uwagę przyciągają odpowiedzi Polaków na pytania dotyczące zdrowia. Mimo, że obawy dotyczące kondycji bliskich osób minimalnie zmalały w ciągu miesiąca, nadal 76 proc. badanych przyznaje, że to dla nich powód do niepokoju. To wciąż najwyższy wynik w Europie. Za nami są Hiszpanie (74 proc.). Także obawy o własne zdrowie są największe w tych dwóch krajach, choć Hiszpanie znacznie, bo o 14 p.p. wyprzedzają Polaków (61 proc.). Na trzecim miejscu są Irlandczycy i Włosi (po 53 proc.).
Także globalnie Polska jest w czołówce państw z najwyższym poziomem obaw dotyczących zdrowia własnego i bliskich osób. Wśród 18 badanych krajów wyprzedzają nas jedynie Chile, Chiny, Indie, Meksyk, RPA, a w przypadku obaw o własną kondycję także Hiszpania. 13. edycja badania, w której udział bierze nasz kraj, potwierdza, że niezależnie od tego, na jakim poziomie był nasz indeks niepokoju i ogólny poziom lęków, obawy o zdrowie bliskich nigdy nie spadły poniżej 70 proc. – mówi Krzysztof Wilk, partner associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.
W przypadku większości aktywności konsumenckich eksperci Deloitte zauważają wzrost poczucia bezpieczeństwa wśród Polaków. Zmiany są niewielkie, ale wystarczające, by były to najlepsze wyniki od początku badania, czyli od maja 2020 roku. I tak 29 proc. z nas bez obaw wzięłoby udział w masowym wydarzeniu, takim jak koncert czy mecz, a 44 proc. czuje się bezpiecznie podczas pobytu w hotelu. Prawie połowa polskich konsumentów deklaruje, że nie ma obaw przed korzystaniem z indywidualnych usług, jak wizyta u dentysty czy fryzjera. Zdecydowanie najmniej obaw mamy w związku z zakupami w sklepach stacjonarnych – 58 proc. konsumentów nad Wisłą czuje się podczas takich zakupów bezpiecznie. Spadek poczucia bezpieczeństwa – w obu przypadkach o 2 p.p. – dotyczy wizyt w restauracjach i podróży samolotem. W tych sytuacjach bezpiecznie czuje się odpowiednio 41 proc. i 28 proc. rodzimych konsumentów.
Obawy o przyszłość
Charakterystyczny dla ankiet przeprowadzonych na przełomie lutego i marca jest zauważalny wzrost poczucia bezpieczeństwa Polaków w przypadku pytań związanych z życiem zawodowym. Jeszcze w lutym prawie jedna czwarta z nas obawiała się powrotu do biura. W najnowszej edycji odpowiedziało tak 18 proc. zapytanych. Niejako wzmocnieniem tego trendu jest nieznaczny spadek – do 44 proc. – liczby osób, które deklarują, że w najbliższym czasie ograniczą korzystanie z publicznego transportu, którym wielu z nas jeździ do pracy.
Polacy wciąż boją się utraty zatrudnienia. Takie obawy wyraża 46 proc. ankietowanych, czyli dwukrotnie więcej niż ma to miejsce na przykład u naszych zachodnich sąsiadów. W Europie więcej konsumentów, którzy boją się zostać bez pracy jest tylko w Hiszpanii. To wysoki wynik, choć spada z każdym miesiącem. Od listopada, kiedy bezrobocia obawiało się aż 54 proc. z nas, czyli najwięcej w historii badania, to mniej o 8 p.p. – mówi John Guziak, partner, lider ds. kapitału ludzkiego w Deloitte Polska.
Pytania dotyczące finansów pozwalają sądzić, że mniej niepokoi nas aktualny stan naszych portfeli. Z 32 do 28 proc. spadła liczba polskich konsumentów, którzy niepokoją się o to, jak uregulują nadchodzące płatności. To jednak jeden z wyższych wyników w Europie. Więcej osób, dla których jest to powód do obaw jest w Hiszpanii – 39 proc., najmniej w Holandii – 14 proc.
Tylko jedna trzecia z nas, a więc mniej o 4 p.p. odkłada na później robienie większych zakupów. W Europie najczęściej odpowiadali tak Włosi – 46 proc., najrzadziej Niemcy i Holendrzy – nieco ponad jedna czwarta w obu przypadkach.
Ciekawie na tym tle wygląda liczba konsumentów, którzy obawiają się o spłaty kredytów (61 proc.) i o stan swoich oszczędności (64 proc.). W ciągu miesiąca minimalnie ich przybyło nad Wisłą i jest w tej chwili najwięcej w Europie. O spłatę kredytów martwi się też połowa Hiszpanów i tylko nieco ponad jedna czwarta Niemców. Także w przypadku obaw o stan oszczędności za nami są Hiszpanie (54 proc.), a na drugim końcu skali Niemcy i Holendrzy (po 29 proc.).
Porównanie obaw dotyczących aktualnego stanu portfela, z którym wiążą się codzienne wydatki i regulowanie bieżących płatności z wydatkami, które czekają nas w przyszłości pokazuje, że w codziennych sprawach zachowujemy większy spokój. Wciąż jednak towarzyszy nam niepokój dotyczący tego, w jakim stanie nasze konta zostawi pandemia – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.
Oszczędzamy na wygodach
Wyniki najnowszej edycji badania pokazują zmiany we wszystkich trendach zakupowych. Aż o 7 p.p. zmalała w ciągu miesiąca liczba Polaków (30 proc.), którzy są gotowi płacić dodatkowo za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu (trend convenience). To spora zmiana, zważywszy na to, że ankieta z lutego pokazała wzrost o 6 p.p. i dała najwyższy wynik w historii badania. Często woleliśmy zapłacić za dostawę zakupów do domu niż z niego wychodzić. Na początku marca w Europie tylko Belgowie (23 proc.) i Holendrzy (28 proc.) wykazali mniejsze od nas zainteresowanie tym trendem.
W najnowszej fali badania ubyło też konsumentów, którzy kupują więcej od firm, które dobrze zareagowały na kryzys (36 proc.) i od lokalnych producentów (47 proc.). Mniej niż połowa Polaków poluje także na okazje. Co ciekawe odpowiedziało tak tyle samo Brytyjczyków (47 proc.) i jeszcze więcej Irlandczyków (48 proc.) oraz Niemców (49 proc.), co świadczy o tym, że Polacy nie są konsumentami szczególnie wrażliwymi na ceny, ale także o tym, że mieszkańcy bogatszych krajów korzystają z atrakcyjnej cenowo oferty, jeśli na nią trafią.
Wciąż 41 proc. Polaków deklaruje, że kupuje więcej niż jest w stanie zużyć na bieżąco. W tym miesiącu nie jesteśmy co prawda europejskim liderem tego trendu, jednak o 1 p.p. wyprzedzają nas tylko Brytyjczycy i Włosi.
Mimo opanowania dotyczącego bieżącej sytuacji, Polacy zdecydowanie pewniej się czują gdy są przygotowani na „najgorsze”. Przecież przez rok pandemii zdążyliśmy się przekonać, że sklepy działają i nie brakuje w nich produktów, a mimo to robienie zapasów plasuje nas w topie europejskich krajów – podsumowuje Michał Tokarski.
Rozliczenia podatkowe są skomplikowanym procesem. Wymagają wiedzy, sumienności oraz terminowości. Zdarza się, że podatnicy nieświadomi ciążących na nich obowiązków, zapominający albo z przyczyn organizacyjnych niemogący dopełnić obowiązków popełnią wykroczenie albo nawet przestępstwo zagrożone odpowiedzialnością osobistą wynikającą z Kodeksu karnego skarbowego. W takim przypadku mają do dyspozycji specjalne narzędzie, jakim jest czynny żal, który pozwala na uniknięcie kary za niedopełnienie obowiązków wobec fiskusa związanych z terminowym rozliczeniem i zapłatą podatku. Najbardziej popularną formą zawiadomienia jest składanie go na piśmie, jednak od pewnego czasu można do tego wykorzystać także środki komunikacji elektronicznej – skrzynkę e-PUAP.
Instytucja czynnego żalu KKS
Zgodnie z art. 16 § 1 Kodeksu karnego skarbowego „nie podlega karze za przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe sprawca, który po popełnieniu czynu zabronionego zawiadomił o tym organ powołany do ścigania, ujawniając istotne okoliczności tego czynu, w szczególności osoby współdziałające w jego popełnieniu”. Ponadto sprawca musi dopełnić obowiązków, których zaniedbania się dopuścił, popełniając przestępstwo lub wykroczenie. Innymi słowy, w przypadku popełnienia czynu zabronionego określonego w KKS należy czym prędzej złożyć samodonos do urzędu skarbowego oraz wypełnić ciążące na podatniku obowiązki. Czynny żal ogranicza jedynie skutki odpowiedzialności karno-skarbowej. Zobowiązanie podatkowe wraz z odsetkami i tak powinno być rozliczone.
Zakres informacji niezbędnych do ujawnienia
Powyżej wskazane są warunki skorzystania z czynnego żalu. W pierwszej kolejności sprawca musi ujawnić popełnienie czynu zabronionego. Innymi słowy, sam musi się przyznać do popełnienia błędu. Po drugie musi opisać istotne okoliczności. Aby czynny żal był skuteczny, okoliczności powinny być możliwie najpełniej opisane, zgodnie ze stanem faktycznym. Po trzecie podatnik musi ujawnić osoby współdziałające.
Brak możliwości skorzystania z czynnego żalu
Zgodnie z art. 16 § 5 pkt 1 KKS instytucja czynnego żalu staje się bezskuteczna w przypadku, gdy organ ścigania miał już wyraźnie udokumentowaną informację o popełnieniu przestępstwa lub wykroczenia skarbowego. Przepis nie precyzuje jednak, o jaki rodzaj dokumentu chodzi. Wydaje się, że może to być dokument zarówno procesowy, jak i z czynności operacyjno-rozpoznawczych, jeżeli dokumentuje on w sposób dostatecznie wyraźny, aby można określić znamiona czynu.
Ponadto czynny żal zgodnie z pkt 2 ww. przepisu jest bezskuteczny po rozpoczęciu przez organ ścigania czynności służbowej, tj. jeżeli organ dokonał już czynności sprawdzającej, przeszukania, kontroli zmierzających do ujawnienia przestępstwa, chyba że zgromadzone informacje nie pozwalałyby dokonać jednoznacznych ustaleń. Przepis pkt 2 dotyczy czynności służbowej zmierzającej do ujawnienia przestępstwa lub wykroczenia, a nie jakiejkolwiek czynności służbowej.
Ustawodawca przewidział także katalog podmiotów, które nie mogą korzystać z tej instytucji. Zgodnie z § 6 instytucji czynnego żalu nie stosuje się w przypadku sprawcy, który:
„1) kierował wykonaniem ujawnionego czynu zabronionego;
2) wykorzystując uzależnienie innej osoby od siebie, polecił jej wykonanie ujawnionego czynu zabronionego;
3) zorganizował grupę albo związek mający na celu popełnienie przestępstwa skarbowego albo taką grupą lub związkiem kierował, chyba że zawiadomienia, o którym mowa w § 1, dokonał ze wszystkimi członkami grupy lub związku;
4) nakłaniał inną osobę do popełnienia przestępstwa skarbowego lub wykroczenia skarbowego w celu skierowania przeciwko niej postępowania o ten czyn zabroniony”.
Powyższych sprawców charakteryzuje szczególny motyw działania prowadzący do wykroczenia lub przestępstwa skarbowego. Ustawodawca zdecydował, że takich motywacji nie można „usprawiedliwić” czynnym żalem.
Jak wnieść czynny żal
Czynny żal można złożyć na piśmie, ustnie do protokołu albo na piśmie utrwalonym w postaci elektronicznej opatrzonej podpisem elektronicznym kwalifikowanym, podpisem zaufanym lub podpisem osobistym. Sam proces składania jest bardzo prosty i odbywa się za pomocą e-PUAP albo portalu podatkowego. Powyższe rozwiązanie należy ocenić bardzo pozytywnie, ponieważ znacznie ułatwia ono komunikację z urzędem oraz zwiększa poczucie bezpieczeństwa, szczególnie dla osób rozliczających podatki. Należy zaznaczyć, że w związku z koronawirusem nie zostały wprowadzone żadne inne rozwiązania umożliwiające np. późniejsze składanie czynnego żalu albo brak obowiązku składania czynnego żalu w okresie pandemii.
Katalog czynności
Poza istotnymi problemami związanymi z instytucją czynnego żalu wynikającymi z art. 16 § 5 KKS, częstym problemem podatników jest także wdrożenie odpowiednich procedur KKS, gdzie zdefiniowany zostanie katalog czynności podlegających kodeksowi karnemu-skarbowemu, czyli okoliczności, w których powinno się składać czynny żal. Co do zasady są to takie sytuacje jak w szczególności niezłożenie w terminie zeznania rocznego albo deklaracji okresowej, niezapłacenie lub zapłacenie niepełnej kwoty zobowiązania podatkowego, nierzetelne prowadzenie ewidencji, ksiąg rachunkowych, wystawianie faktur z błędami czy stosowanie bezprawne zwolnień lub obniżonych stawek.
Czynny żal a JPK V7
Wprowadzone z dniem 1 października 2020 r. raportowanie JPK zakłada przesyłanie razem z deklaracją podatkową także szczegółowych ewidencji do organu podatkowego. Kodeks karny skarbowy przewiduje odpowiedzialność za brak przesyłania ksiąg właściwemu organowi podatkowemu albo przesyłanie nierzetelnych ksiąg. Oznacza to, że w przypadku korygowania części pliku JPK należy zastanowić się nad istotą błędu. Większość korekt deklaracji związana jest także z korektą ewidencji podatkowych, co wskazywać może na prowadzenie ewidencji w sposób nierzetelny. Oznacza to więc, że w przypadku korekt przesyłanych plików JPK podatnik powinien wraz z dokonaną korektą złożyć do urzędu czynny żal.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Rozwój Odnawialnych Źródeł Energii (OZE) w Polsce jest coraz bardziej dynamiczny. W przypadku fotowoltaiki przebiegał dotychczas głównie na poziomie małych, indywidualnych źródeł energii. Działo się tak dzięki rządowym i samorządowym programom, takim jak “Mój prąd” – które pozwalały gospodarstwom domowym na zakup paneli fotowoltaicznych. Dlatego słońce stało się bardzo powszechnie wykorzystywanym źródłem energii wśród prosumentów, czyli producentów i konsumentów w jednym. Przeciwnie działo się w branży wiatrowej – która od początku stawiała głównie na duże maszyny i przedsięwzięcia produkujące energię w większych ilościach. Rynek fotowoltaiki goni już jednak wiatraki, inwestując w instalacje o wielkości przemysłowej.
– Mieliśmy przez pewien czas rozwój małych instalacji, o mocy do jednego megawata. Obecnie widać za to rozwój dużych instalacji przemysłowych. Większa instalacja to niższe koszty jednostkowe, więc większy zysk dla inwestora i niższa cena energii – powiedział serwisowi eNewsroom Roman Karbowy, przewodniczący grupy roboczej ds. agrowoltaiki, Polskie Stowarzyszenie Fotowoltaiki. – Instalacje fotowoltaiczne muszą konkurować z instalacjami wiatrowymi, które produkują tę energię najtaniej. Dlatego dążenie do tego, by ciągle być konkurencyjnym cenowo, powoduje powstawanie coraz większych instalacji. Ich moc sięga powyżej 50-70 megawatów. Na to zapotrzebowanie mocno naciska rynek – czyli sam przemysł. Wymusza, żeby pojawiła się duża ilość energii ze źródeł odnawialnych. Zarówno ze względu na jej cenę – ale również dlatego, że jest to energia bezemisyjna. A żeby być konkurencyjnym cenowo i odpowiedzieć na potrzeby rynku, trzeba inwestować w duże instalacje – podkreśla Karbowy.
Rok temu, zamknięci i ograniczeni przez lockdown i pandemię koronawirusa, przedsiębiorcy z branży TSL bali się tego, co przyniesie przyszłość i robili wszystko, by straty poniesione w wyniku gospodarczego zamrożenia były zminimalizowane. Dziś sytuacja epidemiczna w kraju nie jest pewna, ale nastawienie sektora mocno się zmieniło. Jesteśmy mądrzejsi o ubiegłoroczne doświadczenia, staliśmy się elastyczni i uważni, reagujemy dynamicznie i nie czekamy na nic z założonymi rękami.
Wrażliwość na zmiany
Niewiele jest branż tak wrażliwych na choćby niewielkie zmiany, jak branża TSL. Już samo wdrożenie pierwszych zapisów Pakietu Mobilności spowodowało burzę i zamęt w całym sektorze transportu, spedycji oraz logistyki. Nie da się również przejść obojętnie wobec zależności TSL wobec innych branż – praktycznie wszystkie są przecież potencjalnymi klientami dla dostawców usług transportowych, spedycyjnych i logistycznych.
Jednym z najbardziej poszkodowanych okazał się sektor HoReCa, który do tej pory nie może podnieść się i odnaleźć w nowej sytuacji. Wiele przedsiębiorstw znalazło się na skraju finansowej zapaści i bankructwa. Inne jednak zyskały i mocno „odbiły”, czego przykładem są sektor FMCG czy branża farmaceutyczna. W sektorze TSL kryzys nie został więc odczuty tak mocno, jak można było zakładać, ponieważ straty jednych zostały zrekompensowane przez dobre wyniki drugich.
Nie oznacza to oczywiście, że obyło się bez strat w samej branży TSL. Z naszych obserwacji wynika, że pandemia zweryfikowała zwłaszcza małe przedsiębiorstwa, ale nie wszystkie. Najbardziej ucierpieli przewoźnicy, których portfel usług nie był zdywersyfikowany, a sama oferta była specjalistyczna i wąska (na przykład zorientowana tylko na szybki czas realizacji zlecenia). Rynek premiował tych przewoźników, który oferowali coś więcej – oprócz terminowości także dostępność i różnorodność floty, czyli niejako „plan B” dla firmy. Takie firmy utrzymały się bez problemu, bo mogły błyskawicznie reagować na potrzeby klientów.
Rynek docenia operatywność
Warto jeszcze raz powtórzyć to, co powtarzamy już od 2020 roku – operatywność, elastyczność i zapobiegawczość w dobie pandemii to coś, co pomaga przetrwać i co rynek premiuje. Widać to nie tylko z perspektywy całego rynku, ale pojedynczych firm. Te firmy logistyczne i spedycyjne, które błyskawicznie potrafiły przenieść choć część zasobów do środowiska cyfrowego i pracować zdalnie, udowodniły, że nawet w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości trudne warunki i ograniczenia nie są żadną barierą.
Pandemia? Nauczmy się z nią żyć
Z uwagą i troską śledzimy dane dotyczące zachorowań. Znów znaleźliśmy się w momencie, w którym statystyki zatrważają i stają się podstawą do zamykania kolejnych gałęzi gospodarki. To znów każe zadać sobie pytanie: jak zareaguje na to gospodarka i jak kolejne zmiany odczuje sektor transportu? Odpowiedź pewnie nikogo nie zadowala: nie wiemy. Pełne pokory nastawienie zdecydowanie pomaga – podobnie, jak pogodzenie się z tym, że pandemia zostanie jeszcze z nami na długo i równie długo będzie naznaczać naszą rzeczywistość.
Są jednak solidne podstawy, by sądzić, że z każdym ewentualnym kryzysem poradzimy sobie lepiej. Dzięki wszystkim wyzwaniom ostatniego roku możemy wyciągać konstruktywne wnioski. Zamiast myśleć, że „lockdown nas doświadczył” – przyjmijmy, że zostaliśmy „nauczeni doświadczeniem”.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią COVID‑19 zwiastował falę i niewypłacalności i upadłości przedsiębiorstw we Francji oraz w całej strefie euro. Jednak w 2020 r., nawet jeżeli rzeczywisty wpływ kryzysu związanego z COVID‑19 nie jest do końca znany, liczba niewypłacalności faktycznie spadła we wszystkich dużych gospodarkach w Europie. Według badań przeprowadzonych przez Coface, lidera rynku ubezpieczeń należności, różnica między oczekiwanym pogorszeniem kondycji finansowej przedsiębiorstw, a liczbą niewypłacalności sugeruje, że istnieje duża liczba „ukrytych niewypłacalności”, które udało się jedynie opóźnić, a nie całkowicie im zapobiec. Można zatem przyjąć, że zarówno we Francji, jak i w Europie istnieje duża liczba nierentownych przedsiębiorstw, których upadłość jest już tylko kwestią czasu.
Podobna tendencja w głównych krajach strefy euro
We Francji los 22 tys. przedsiębiorstw pozostaje nierozstrzygnięty: oczekuje się, że „ukryte niewypłacalności” stopniowo będą się urzeczywistniać – od teraz do 2022 roku. Coface szacuje liczbę ukrytych niewypłacalności na 8,6 tys. w sektorze budowlanym; 1,8 tys. w handlu detalicznym; 1,5 tys. w przemyśle wytwórczym; 1,2 tys. w usługach dla przedsiębiorstw i 800 w transporcie. Jak dotąd, mimo że kryzys gospodarczy dotknął poszczególne sektory w nierównym stopniu, liczba niewypłacalności zmniejszyła się we wszystkich sektorach – także w tych, w których od kilku miesięcy panował zastój. Analogicznie we wszystkich regionach Francji odnotowano wyraźny spadek liczby niewypłacalności w 2020 r. – od 34 proc. w Bretanii do 49 proc. na Korsyce. We Francji, bez narodowego funduszu solidarnościowego, wynik operacyjny sektora hotelarsko-gastronomicznego zmniejszyłby się o około 109 proc. zamiast 17 proc., które zostały odnotowane w wynikach Coface. Wpływ niewypłacalności na utratę miejsc pracy był jednak ograniczony do 126 tys., czyli najniższego poziomu od 2006 r.
Coface szacuje, że w Niemczech liczba ukrytych niewypłacalności jest o 21 proc. niższa od poziomu z 2019 r. (co oznacza ok. 3950 niewypłacalności). Na początku pandemii Coface spodziewał się wzrostu niewypłacalności o 9 proc. w 2020 r., lecz ostatecznie ich liczba spadła o 15 proc. Rezultat ten wynika częściowo z wprowadzenia przez rząd niemiecki tymczasowego moratorium na postępowania upadłościowe, by dać czas na zadziałanie wdrożonych środków stymulujących. Sektory metalurgiczny i motoryzacyjny w Niemczech, które na długo przed pandemią znajdowały się w recesji, odnotowały jednak wzrost niewypłacalności w porównaniu z 2019 r.
W Hiszpanii skuteczne okazały się przymusowe urlopy. Na przykład w odniesieniu do sektora handlu detalicznego symulacje Coface wskazują, że zastosowanie przymusowych urlopów ograniczyło spadek zysków do -26 proc. w drugim kwartale wobec spadku o -67 proc., który miałby miejsce, gdyby nie wdrożono tego rozwiązania. Środki te nie zdołały jednak zapobiec błyskawicznemu wzrostowi niewypłacalności w sektorze turystyki aż o 90 proc. rok do roku w drugiej połowie 2020 r. Ogólnie liczbę ukrytych niewypłacalności w Hiszpanii szacuje się na ok. 1,6 tys. (34 proc. poziomu z 2019 r.).
Coface ocenia skalę ukrytych niewypłacalności we Włoszech na około 39 proc. ich poziomu z 2019 r. (czyli 4,1 tys.). Zgodnie z obliczeniami Coface liczba niewypłacalności powinna była jednak wzrosnąć o 7 proc.
Niepokojące perspektywy
Oczekuje się, że nie wszystkie ukryte niewypłacalności ujawnią się w 2021 r. Decydujące znaczenie będzie miała ciągłość moratoriów upadłościowych, działań pomocowych, a także wsparcia ze strony banków. Proces „nadrabiania zaległości” w zakresie niewypłacalności począwszy od 2021 r. będzie bezpośrednio skorelowany z tempem znoszenia ograniczeń, które z kolei będzie zależało od tempa szczepień. Proces ten będzie również zależał od gotowości państw do dalszego udzielania wsparcia, zwłaszcza że zdecydowana większość przedsiębiorstw zacznie spłacać pożyczki gwarantowane przez państwo dopiero od 2022 r. (jak ma to miejsce na przykład we Francji).
Niemal 47% Polaków twierdzi, że rząd nie powinien zakazywać przemieszczania się bezpośrednio przed świętami i w trakcie Wielkanocy. Natomiast rodaków opowiadających się za takimi obostrzeniami jest przeszło 42%. Za zaostrzeniem regulacji są głównie osoby w wieku 56-80 lat i z miejscowości liczących od 100 do 199 tys. mieszkańców. Takie wnioski płyną z badania opinii publicznej zrealizowanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland.
Jak wynika z badania, 42,4% Polaków uważa, że w obliczu narastającej trzeciej fali pandemii powinien zostać wprowadzony zakaz przemieszczania się tuż przed świętami i w ich trakcie. Natomiast 46,8% rodaków jest przeciwnego zdania, a 10,8% nie ma stanowiska w tej sprawie.
– Widać, że społeczeństwo jest podzielone niemal pół na pół, bo te wartości niewiele się różnią od siebie. Z jednej strony jest lęk, ale też pewna odpowiedzialność za zdrowie swoje i innych w obliczu największej fali pandemii, jaką dotychczas odnotowano. Z drugiej strony izolacja jest już tak uciążliwa, że ludzie chcą odwiedzać najbliższych. Ten problem dotyczy zwłaszcza osób, które są samotne – komentuje prof. Krzysztof Krajewski-Siuda, ekspert Instytutu Sobieskiego w dziedzinie ochrony zdrowia.
Natomiast Wojciech Bociański, ekspert BCC ds. służby zdrowia, podkreśla, że społeczeństwo jest za mało uświadomione. W tym przypadku ludzie mają wybór. Na jednej szali jest prawdopodobieństwo choroby, śmierci, a także zarażenia innych. Na drugiej – nie ma takiego ryzyka. Ale część rodaków bagatelizuje problem, choć pandemia trwa już ponad rok.
– Są osoby, dla których wartością jest spotkanie się z najbliższymi, bez względu na ryzyko. Jednocześnie przybywa ludzi zaszczepionych. Oni mogliby korzystać już z tej wolności, ale nie da się tego sprawdzać w powszechnym wymiarze. Dlatego wymagamy od wszystkich, żeby te ograniczenia były stosowane. Kiedy znacząca część populacji zostanie zaszczepiona, będzie można na to inaczej spojrzeć – dodaje prof. Krajewski-Siuda.
Z badania wychodzi również, że liczba zwolenników wprowadzenia zakazu wzrasta wraz z wiekiem ankietowanych. Najwięcej ich jest w grupie 56-80 lat – 59,4%,. Dalej są osoby mające 36-55 lat – 45,6%, 23-35 lat – 27,7%, a na końcu 18-22 lata – 25,3%. Jak podkreśla Wojciech Bociański, zawsze zachowania nieroztropne najczęściej dotyczyły ludzi młodych. Oni nie do końca zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa utraty życia. I to ma związek nie tylko z pandemią.
– Młodsi Polacy jednak lekceważą obostrzenia. To widać na ulicach. Dla przykładu, przemieszczają się w grupkach czy nieprawidłowo noszą maski. Młodzież szkolna nie chodzi do szkół, a jednak się spotyka. To są osoby, które same często nie chorują, ale przenoszą wirusa i stanowią zagrożenie dla innych. Jednocześnie lekko podchodzą do tej sprawy. Natomiast starsi wykazują większą odpowiedzialność, ale też ryzyko związane z konsekwencjami ewentualnej choroby jest większe w ich przypadku – analizuje ekspert z Instytutu Sobieskiego.
Patrząc na miejsce zamieszkania respondentów, widać, że za zakazem opowiadają się przede wszystkim osoby z miejscowości liczących 100-199 tys. mieszkańców – 45,8%. Z kolei na końcu listy znajdują się ankietowani z miast mających od 200 do 499 tys. ludności – 38,2%.
– Najczęściej w dużych miastach mieszkają ludzie młodzi, bo się przenieśli ze wsi czy z mniejszych ośrodków. Oni nie przejmują się tym, że tyle osób już zachorowało i umrze. Bardzo chętnie pojadą do swoich rodzinnych domów, żeby coś dostać na święta. A z kolei rodzice niekoniecznie dążą do takich spotkań. Wiedzą, że jeśli przyjadą młodzi, to mogą ich zarazić, a to może źle się skończyć – podsumowuje ekspert z BCC ds. służby zdrowia.
Badanie zostało przeprowadzone w dniach 19-21 marca br. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej wśród 1041 dorosłych Polaków. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.
Klasyczny risk-off uderza w rynki finansowe, gdyż odnowione obawy o rozwój pandemii COVID-19 i potencjalną eskalację nacjonalizmu szczepionkowego poddają w wątpliwość dotychczasowe strategie reflacyjne. Indeksy są niżej, zyskuje dolar, a obawy o perspektywy globalnego ożywienia najlepiej obrazuje przecena ropy naftowej.
W poprzednich dniach awersja do ryzyka była powiązana z obawami o ucieczkę inflacji spod kontroli banków centralnych, co przeradzało się w rajd rentowności obligacji skarbowych (głównie w USA) i umocnienie USD. Teraz jednak rentowności spadają, a na rynki wracają tradycyjne oznaki risk-off wynikające z obaw o niepowodzenia w opanowaniu pandemii. Niemcy, Francja i Włochy rozszerzyły ograniczenia związane z COVID-19, a w innym częściach świata dochodzi do gwałtownego wzrostu liczby infekcji. Szef Światowej Organizacji Zdrowia nazwał ostatni wzrost liczby zakażeń i zgonów „naprawdę niepokojącymi trendami”. Do tego wzmacnia się nacjonalizm szczepionkowy, gdzie kraje walczą o dostęp do zapasów szczepionek, posuwając się do blokady realizacji umów z producentami. Jeszcze dziś UE może podjąć kroki w celu ograniczenia eksportu szczepionek do krajów o wysokim wskaźniku szczepień, co w praktyce oznacza zakaz eksportu szczepionek do Wielkiej Brytanii z fabryk AstraZeneca mieszczących się na terenie strefy euro. Napięcia dyplomatyczne dodają kolejny poziom nerwowości na rynki finansowe. Nie bez znaczenia ma też fakt, że zbliżamy się do końca kwartału i równoważenie portfeli inwestycyjnych będzie potęgować wszelkie zmiany cen aktywów.
Waluty surowcowe i rynków wschodzących zostały najmocniej doświadczone skokiem awersji do ryzyka obok silnej przeceny ropy naftowej. Gdziekolwiek temat wyraźnego przyspieszenia ożywienia gospodarczego i odbudowy popytu inwestycyjnego był głównym motorem napędowym, teraz te aktywa znajdują się pod presją. Popularność tych pozycji w poprzednich miesiącach podnosi ryzyko potencjalnego przedłużania się korekty, dopóki nie pojawią się jasne przesłanki, że wirus znowu jest pod kontrolą. To oznacza dalsze okresowe umocnienie dolara nie tylko do walut ryzykownych. EUR/USD zbliża się do 1,18 – poziomu, który nie był notowany od listopada. Szybko gaśnie też optymizm wobec funta z GBP/USD nurkującym pod 1,37.
Nasilenie ucieczki od ryzyka stanowi poważne zagrożenie dla pozycji złotego. EUR/PLN jeszcze trzyma się w granicach ostatnich szczytów na 4,62 i jedyne, co chroni złotego przed szybszą deprecjacją, to świadomość, że zrównane zostały maksima z ubiegłego roku (marzec, październik, grudzień). Ktokolwiek kupował złotego traktując wcześniej okolice 4,60 za dołek, najprawdopodobniej już z rynku złotego wyszedł. Teraz świeża presja celowej sprzedaży PLN może dalej windować kurs. Na ten moment rynki są jeszcze w trybie ucieczki od ryzyka, ale zaraz może zacząć się aktywne szukanie okazji w trendach risk-off i w takim scenariuszu pozycja złotego nie wygląda dobrze. Trzecia fala zachorowań w Polsce i nowe obostrzenia pogarszają perspektywy wzrostu w tym roku, a przynajmniej odsuwają start odbicia z drugiego na trzeci kwartał. Polska waluta musi się także liczyć z premią za ryzyko z tyłu nierozważnej kwestii kredytów frankowych. W tym czasie NBP pozostaje gołębi, a inwestorzy są zdania, że bankowi centralnemu zależy na słabej walucie. Nawet jeśli od strony fundamentalnej złoty jest niedowartościowany o ok. 20 groszy względem euro, w obecnej sytuacji rynkowej wcale nie przeszkadza to w tym, aby przejściowo był jeszcze tańszy.
W ostatnich latach rynek pozabankowych usług finansowych w Polsce przeżywał prawdziwy boom. Wydawało się, że nic nie jest mu w stanie zagrozić. Tymczasem pandemia COVID 19 rozregulowała go tak jak wiele innych branż w Polsce. Do tego ich stabilność została zachwiana przez wprowadzenie nowych regulacji prawnych. Jakie to będzie miało konsekwencje na przyszłość dla instytucji finansowych w Polsce i ich klientów? Jakie już poczyniły one kroki w celu poprawy sytuacji? Czy pożyczki online zrewolucjonizują sektor finansowy w naszym kraju? Na te i inne pytania postaramy się odpowiedzieć w tym artykule.
Początek kryzysu i jego konsekwencje
Początkowo wraz z wybuchem pandemii w 2020 rynek pożyczek pozabankowych w Polsce, podobnie jak wiele innych branż w Polsce przeżywał kryzys. Wiązało się to głównie z niepewną sytuacją gospodarczą oraz tym, że ludzie bardziej troszczyli się o swoje zdrowie aniżeli dobra materialne. Z czasem jednak społeczeństwo nauczyło się żyć w tych trudnych warunkach. Sytuacja ta przełożyła się pozytywnie na rynki finansowe w tym i pożyczki. Zmiany w prawie spowodowały, że nie odbudował się on do poziomu, w którym prosperował w poprzednich latach. Wciąż, jednak systematycznie on odrabia straty.
Na rynku pozostały tylko mocne podmioty finansowe
Już 2020 roku pandemia mocno zweryfikowała wiele firm, które zawiesiły działalność bądź zniknęły z rynku. Pozostawiły one pole do gry tylko tym najmocniejszym podmiotom finansowym, dla których i tak nie będzie to najłatwiejszy czas. Lepszy natomiast dla klientów, rząd bowiem w ramach tarczy antykryzysowej wprowadził kilka ważnych przepisów, które są korzystne dla pożyczkobiorców. Jakie to przepisy? Przede wszystkim koszt pożyczki do 30 dni nie może być wyższy niż 5%. Podobnie jest z pożyczkami ratalnymi, gdzie opłaty w pierwszym roku spłaty nie mogą być wyższe niż 15%, natomiast w kolejnych miesiącach 6%. Całość kosztów pożyczki ratalnej nie może zaś przekroczyć 45%.
Innowacje pozabankowych instytucji finansowych pozwoliły wyprzedzić banki
Pozabankowe instytucje finansowe specjalizujące się w udzielaniu pożyczek w okresie pandemii najszybciej odpowiedziały na potrzeby klientów. Otwierając bowiem ofertę pożyczki online, prześcignęły w walce o klienta banki, które bardzo długo zwlekały z uruchomieniem podobnej oferty w sieci. Tym samym to one nadają ton na tym rynku. Dodatkowo wprowadzone regulacje prawne związane z tarczą antykryzysową spowodowały, że są one najtańsze od lat. Dzięki temu rozwiązaniu możemy szybciej uzyskać decyzje o przyznaniu pożyczki, nie musimy wychodzić domu, a z pozycji naszego laptopa czy telefonu mamy możliwość porównania ofert na stronie: https://pozyczko.pl/pozyczki/finbo/.
Jaka rysuje się przyszłość pożyczek?
Rynek pożyczek online w ostatnim czasie przeżywa prawdziwe prosperity. Wszystko za sprawą pandemii, która wymusza na nas wiele ograniczeń. Związane są one m.in. z wychodzeniem z domu czy fizycznym zamykaniem placówek pożyczkowych. Stąd często klienci zmuszeni są do korzystania z usług finansowych w ten właśnie sposób. Wydaje się, że w najbliższych latach niewiele się zmieni. Podobnie jak w innych branżach: handlu, ubezpieczeniach czy edukacji, korzystanie z usług online będzie standardem.
Zalety i wady pożyczki online
Pożyczki online mają zdecydowanie więcej zalet aniżeli wad. O wielu z nich powiedzieliśmy już wyżej m.im szybka decyzja o przyznaniu czy możliwość zaciągnięcia jej w domu. Do tego dochodzą uproszczone procedury i możliwość odstąpienia od umowy do 14 dni. Klient nie musi także posiadać wysokiej zdolności kredytowej. Jednak posiada ona również kilka wad. Jedną z nich jest brak bezpośredniego kontaktu z pracownikiem firmy. Wyższe koszty pożyczki aniżeli kredytu konsumpcyjnego w banku.
Pożyczaj mądrze
II kwartale 2021 roku zapewne nie ominie kolejny lock down. Wzorem ubiegłego roku wiemy, że jest to dobry okres, by przeprowadzić w naszych domach remont, zakupić nowy sprzęty RTV AGD czy rozwijać swoje hobby. Często na to brakuje nam gotówki. Możemy wówczas zaciągnąć na ten cel pożyczkę. Warto jednak wcześniej zapoznać się z tym co poszczególni pożyczkodawcy, mają nam do zaoferowania. Pomóc nam w tym może porównywarka pożyczek. W sieci mamy wiele takich narzędzi. Dzięki nim nie tylko przeanalizujemy poszczególne pożyczki online, ale również możemy, od razu złożyć wniosek klikając w odpowiedni odnośnik.
Zagrożenia dla pożyczek online
Okres pandemii dla tego rynku niesie za sobą nie tylko rozwój, ale i zagrożenia. O ile społeczeństwo pozbawione możliwości wychodzenia z domu chętniej będzie sięgała po pożyczki online, o tyle niesie to za sobą spory kryzys gospodarczy. W tym stanie rzeczy sporo ludzi może stracić pracę, przez co mogą być niewypłacalni. To automatycznie spowoduje mniejszą ściągalność należności. Wiele firm może wówczas ponownie popaść w tarapaty finansowe. Póki co raczej nie wygląda by ten czarny scenariusz, był realny. Choć wielu specjalistów twierdzi, że już w okresie wakacyjnym powinna nastąpić poprawa. Jednak najbardziej prawdopodobny scenariusz to taki, że będzie raczej on podobny do ubiegłorocznego. Wówczas po wakacjach firmy pożyczkowe zaczęły odrabiać straty z wcześniej wprowadzonego lock downu.
W okresie, w którym rządy dążą do wprowadzenia coraz bardziej rygorystycznych środków w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się nowych, bardziej zaraźliwych wariantów Covid-19, „przepustki podróżne” lub „paszporty potwierdzające szczepienie” nie wystarczą, aby ożywić turystykę. Ożywienie, zdaniem ekspertów z Allianz Research i Euler Hermes, nastąpi dopiero w 2024 roku.
Aby określić tempo ożywienia przyjrzymy się dwóm kwestiom: 1) czasowi potrzebnemu poszczególnym krajom by osiągnąć odporność stadną oraz 2) wnioskom z poprzednich kryzysów gospodarczych. Podczas gdy Stany Zjednoczone i Wielka Brytania są na dobrej drodze do osiągnięcia odporności stadnej do końca pierwszej połowy 2021 r., to zdaniem Allianz Research i Euler Hermes, UE osiągnie ją dopiero w drugiej połowie 2021 r., a Japonia w pierwszej połowie 2022 r. (Rysunek 1). Może to uniemożliwić osobom z tych krajów wyjazd do Stanów Zjednoczonych lub Wielkiej Brytanii bez dokumentów potwierdzających ich stan zdrowia. Jednocześnie należy zauważyć, że większość dostępnych szczepionek nie zapobiega zakażaniu innych osób zaszczepionych, a zwłaszcza osób, które jeszcze nie zostały zaszczepione. To również może utrudnić ożywienie turystyki.
W przypadku Chin i Republiki Południowej Afryki, odporność stadna powinna zostać osiągnięta w drugiej połowie 2022 r. Obok Indii, szczególne opóźnienia w zakresie szczepień mają miejsce w regionie Ameryki Południowej. Opóźnienie w osiągnięciu odporności stadnej jest spowodowane w szczególności trudnościami w zakresie wprowadzenia na rynki wschodzące bardziej konwencjonalnych i tańszych szczepionek, takich jak chiński CoronaVac oraz problemami dotyczącymi dostaw szczepionek, w szczególności w Brazylii. Ameryka Południowa musi także radzić sobie z niechęcią swojej populacji do szczepień oraz z pewnymi zakłóceniami w zarządzaniu łańcuchem dostaw od miejsca, w którym produkowane są szczepionki, do miejsc, w których są podawane.
Rysunek 1: Harmonogram szczepień w poszczególnych regionach
Źródła: IFPMA, Oxford Economics, Euler Hermes
Następnie przyjrzymy się, jak długo trwał powrót do wcześniejszego poziomu wydatków na cele turystyczne po przeszłych kryzysach gospodarczych. Po dwóch ostatnich poważnych kryzysach (spowodowanych atakami terrorystycznymi z 11 września i światowym kryzysem finansowym w 2009 r.), wydatki na podróże (turystyczne i biznesowe) powróciły do poziomu sprzed kryzysu mniej więcej po upływie dwóch lub trzech lat od jego rozpoczęcia (Rysunek 2). W pierwszym przypadku, czas powrotu do sytuacji sprzed kryzysu determinowała słabość popytu, biorąc pod uwagę obawy dotyczące bezpieczeństwa. W przypadku światowego kryzysu finansowego, przeszkody w okresie wychodzenia z kryzysu wynikały bardziej z nagłej potrzeby sfinansowania ogromnych deficytów i przeznaczenia środków na ożywienie gospodarcze.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że obecne załamanie gospodarcze rozpoczęło się w pierwszym kwartale 2020 r., oznacza to, że sektor globalnych usług turystycznych i dotyczących podróży może powrócić do poziomu sprzed kryzysu w drugiej połowie 2022 r. Jednak obecna pandemia wywołała bezprecedensowy kryzys gospodarczy, pociągając za sobą wprowadzenie poważnych ograniczeń, takich jak zakazy przemieszczania się i bardzo surowe przepisy dotyczące ograniczeń w podróżowaniu, a także godziny policyjne, które nadal mają wpływ na życie wielu osób w bogatych krajach o dojrzałej gospodarce. W konsekwencji, prawdopodobieństwo powrotu szybkiego rozwoju w branży turystycznej w przyszłym roku jest bardzo mało prawdopodobne.
Rysunek 2: Konsekwencje wcześniejszych spadków koniunktury na turystykę międzynarodową i podróże
W przypadku Europy, ożywienie w branży turystyki powinno nastąpić szybciej, niż w regionach USA oraz Azji i Pacyfiku – prognozy na rok 2024 mówią o 771 mln turystów, co stanowi ponad trzykrotność rekordowego najniższego poziomu odnotowanego w skali całego świata w roku 2020 r. Na podstawie analizy danych dotyczących liczby turystów w okresie od roku 1980 do 2018 oraz PKB odpowiednich krajów, Allianz Research i Euler Hermes opracowało prognozy dotyczące liczby turystów w okresie do 2024 roku, które zostały przedstawione na Rysunku 3.
Rysunek 3: Liczba turystów w poszczególnych regionach świata
W milionach
2017
2018
2019
2020 – szac.
2021 – prog.
2022 – prog.
2023 – prog.
2024 – prog.
Cały świat
1 333
1 408
1 459
400
550
800
1 200
1 400
Europa
677
716
744
227
281
406
655
771
Azja i Pacyfik
323
347
361
64
119
178
267
326
Ameryka Pn.
137
142
146
47
71
94
112
136
Afryka
63
68
70
22
27
38
51
63
Środkowy Wschód
58
60
65
17
24
37
49
58
Źródła: UNWTO, prognozy Euler Hermes
W powyższej tabeli po lewej stronie przedstawiono szacunki UNWTO (Światowa Organizacja Turystyki ONZ) dotyczące liczby wizyt turystów zagranicznych w latach 2017-2019. Na okres od 2020 roku eksperci Allianz Research i Euler Hermes opracowali prognozy na podstawie współczynników określonych poprzez analizy przeprowadzone w ujęciu historycznym na podstawie regresji – odpowiednie wyniki zostały przedstawione poniżej:
Współczynniki wg regresji liniowej, dotyczące liczby turystów (w milionach w odniesieniu do PKB (w miliardach)
Współczynnik PKB
Europa
54,56 ***
(2 143)
Azja i Pacyfik
16,26 ***
(0,24)
Ameryka Północna
10,7182 ***
(0,433)
Afryka
44,35 ***
(1,483)
Środkowy Wschód
51,84 ***
(1,509)
*** = „wartość p < 0,001”, dane za okres 1980-2018, wartość R-kwadrat zawsze >0,9”
We wszystkich tych pięciu analizach przeprowadzonych metodą regresji, współczynniki PKB i wartości stałe znajdowały się zawsze na najwyższym poziomie. Na podstawie tych współczynników opracowano pięć zależności liniowych łączących liczbę turystów przyjeżdżających i odpowiadającą jej wartość PKB, przyjmując współczynniki przedstawione powyżej. Założenie jest takie, że współczynniki te nie zmieniły się zbytnio w czasie kryzysu, więc korzystając z prognoz dotyczących PKB możemy określić nowe wartości dotyczące sektora turystyki.
Wyniki potwierdzają analizę mówiącą, że powrót do normalnej działalności w branży turystycznej nie nastąpi przed upływem następnych dwóch lat. Niedawne badanie przeprowadzone przez Światową Organizację Turystyki ONZ wśród profesjonalistów z branży turystycznej potwierdza te wyniki – większość z nich stwierdziła, że nie spodziewa się powrotu do poziomu sprzed pandemii wcześniej, niż w najlepszym przypadku w roku 2023. 41% respondentów stwierdziło, że spodziewa się powrotu do normy dopiero w roku 2024 lub później (patrz Rysunek 4).
Rysunek 4: Kiedy spodziewany jest powrót sektora turystyki międzynarodowej do poziomu sprzed kryzysu w 2019 roku w Państwa regionie?
Źródła: UNWTO, Euler Hermes
Opracowany przez Allianz Research i Euler Hermes podział liczby turystów według poszczególnych regionów wskazuje, że Europa będzie wyprzedzać pozostałe regiony, jednak oczekuje się, że pozostanie w tyle za Stanami Zjednoczonymi oraz regionami Azji i Pacyfiku pod względem ogólnego ożywienia gospodarczego. Z naszych obliczeń wynika, że liczba przyjazdów turystów zagranicznych do Europy może osiągnąć 771 mln już w 2024 r., co oznacza wartość ponad trzykrotnie wyższą, niż 227 mln wizyt odnotowanych w 2020 r.
Europa prawdopodobnie odnotuje większą liczbę wizyt turystów, niż inne regiony, ponieważ w 2020 roku odnotowała największy spadek w wartościach bezwzględnych, wynoszący ponad 500 milionów turystów międzynarodowych. Ponadto oczekuje się, że kraje UE będą współpracować w celu lepszego dostosowania się do zniesienia ograniczeń w podróżowaniu – Europa może najwięcej zyskać pod względem ożywienia w turystyce, jeśli uda jej się opracować skuteczne rozwiązanie w zakresie paszportu / kart szczepień.
Rysunek 5: Wskaźnik rygorystyczności według regionu
Rysunek 5 przedstawia aktualny poziom restrykcyjności ograniczeń na całym świecie. Europa jest nadal regionem najbardziej restrykcyjnym, wyprzedzając o prawie 10 punktów Amerykę Północną i o 20 punktów region Azji i Pacyfiku. Obecny poziom turystyki zależy w dużym stopniu od tego wskaźnika, a fakt, że przepisy europejskie są najbardziej rygorystyczne wyjaśnia, dlaczego sektor turystyki w tym regionie ucierpiał najbardziej. W tej sytuacji, gdyby paszporty szczepień zostały wprowadzone w tym samym czasie w różnych regionach, wzrost sektora turystyki byłby najwyższy w Europie. W rzeczywistości, Komisja Europejska pracuje nad pomysłem paszportów zdrowotnych, aby złagodzić ograniczenia w podróżowaniu już przed nadchodzącym okresem letnim. Decydujące będą jednak dwa czynniki: 1) skuteczność szczepionek Covid-19 w zakresie zapobiegania przenoszeniu choroby oraz 2) wdrażane polityki. Kraje UE prawdopodobnie znajdą się w sytuacji najbardziej korzystnej, ponieważ będą mogły korzystać z tego samego systemu informacyjnego, z jednolitymi i prawidłowymi danymi wejściowymi (w taki sam sposób, jak dzielą się na przykład danymi gospodarczymi za pośrednictwem bazy danych Eurostat).
Jednak nawet zakładając, że system paszportów szczepień będzie działać, mogą pojawić się nowe trudności. Niezależnie od polityki certyfikatów, konsekwencje mogą wynikać ze sposobu wykorzystania paszportów w gospodarce. Wprowadzenie zakazów dotyczących swobody przemieszczania się osób niezaszczepionych, zarówno w kraju, jak i za granicą, może okazać się bardzo skomplikowane.
Ożywienie światowego sektora turystyki może również okazać się trudne z powodu przedłużających się ograniczeń podróżowania w krajach Azji i Pacyfiku oraz obu Ameryk, ze względu na pojawienie się nowych wariantów, w odniesieniu do których dostępne szczepionki wydają się być mniej skuteczne, a być może nawet całkowicie nieskuteczne, jeśli chodzi o nowe mutacje, które istnieją już obecnie lub pojawią się dopiero w przyszłości. Prognozuje się, że liczba przyjazdów turystów do tych regionów w 2024 r. osiągnie odpowiednio 326 mln i 136 mln. Podział na regiony wskazuje, że udział w rynku europejskim pod względem liczby przyjazdów turystów ma wzrosnąć do 55% w 2024 r. w porównaniu z 51% w 2019 roku, podczas gdy w Ameryce Północnej pozostanie niezmieniony (około 10%), a w regionie Azji i Pacyfiku zmniejszy się z 25% do 23%.
Przyglądając się poszczególnym podsektorom, okazuje się, że do 2022 r. tylko krajowy sektor turystyki może powrócić na drogę rozwoju. Nie zrekompensuje to jednak strat związanych z bardziej dochodowymi podróżami międzynarodowymi i biznesowymi, które mogą występować aż do 2023 r. Turyści krajowi zwykle nie wydają tak dużo pieniędzy, jak zagraniczni, przewidujemy jednak, że nawet jeszcze w 2023 r. obroty w segmencie podróży międzynarodowych będą nadal o -8% niższe, niż poziom sprzed kryzysu (patrz Rysunek 6). Wzrost liczby osób bezrobotnych również potęguje ten problem, ponieważ konsumenci prawdopodobnie ograniczą wydatki na wyjazdy turystyczne.
Podsumowując, pandemia Covid-19 może położyć kres „zglobalizowanej” turystyce i podróżom na długi czas, zmuszając firmy działające w branży turystycznej oraz związanej z podróżami do zmiany ich modeli biznesowych.
Rysunek 6: Szacowany harmonogram ożywienia globalnych wydatków na podróże w poszczególnych segmentach turystyki
71 proc. firm wysoko ocenia skuteczność firm windykacyjnych, z którymi współpracowały w ciągu ostatnich 2 lat – wynika z badania „Jak MŚP korzysta z windykacji” na zlecenie Kaczmarski Inkasso. Pandemia sprawiła, że przedsiębiorcy intensywnie szukają dopływu gotówki z różnych źródeł. Przebranżawiają się, wchodzą w nisze rynkowe, przenoszą działalność do Internetu. Wielu skrupulatniej dochodzi też pieniędzy zamrożonych w niezapłaconych fakturach u kontrahentów, korzystając z windykacji polubownej.
Windykacja jest ważną częścią zarządzania firmowymi finansami, zwłaszcza w dobie pandemii, kiedy o wpływy na konto nie jest łatwo. Według najnowszej edycji badania „KoronaBilans MŚP”, prowadzonego cyklicznie od początku epidemii przez Krajowy Rejestr Długów, aż 79 proc. przedsiębiorców nie planuje inwestycji w najbliższym czasie. Nie chcą ryzykować w obawie przed niepewnością, jaka panuje w gospodarce. Nierzadko także świadomie wstrzymują płatności wobec kontrahentów, gromadząc pieniądze „na czarną godzinę”.
Badanie Kaczmarski Inkasso „Jak MŚP korzysta z windykacji” pokazuje, że negatywny wpływ na działalność małych i średnich firm ma płatność opóźniona już o 21-30 dni. Ocenia tak 43 proc. z nich. Dla 1/3 poziom wrażliwości finansowej jest niższy i wynosi maksymalnie 20 dni. Ankietowani przedsiębiorcy deklarowali, że w ciągu ostatnich 2 lat skierowali do profesjonalnej windykacji od 1 do 500 faktur.
Dobra windykacja procentuje
Aż 71% przedsiębiorstw z sektora MŚP wysoko ocenia skuteczność firm windykacyjnych, z usług których korzystały w ostatnich 2 latach. Wybierają je głównie na podstawie wcześniejszych doświadczeń, jakie z nimi mieli (53 proc.), ale także bazując na własnej analizie rynku i ofert (45 proc.). Ponad 1/3 decyduje się na współpracę dzięki rekomendacjom innego przedsiębiorcy, a 15 proc. bierze pod uwagę opinie znajomych i rodziny. Po kontakcie ze strony handlowca firmy windykacyjnej na profesjonalne odzyskanie należności stawia co 10. przedsiębiorstwo. Z kolei po 9 proc. korzysta z takich usług pod wpływem reklamy i wskazówek firm doradczych.
– Odzyskiwanie pieniędzy w pandemii to istotny element dbałości o płynność finansową. Samodzielne próby odzyskania należności bywają niewygodne i nieskuteczne, bo niezbędne są tu kompetencje negocjacyjne oraz znajomość prawa i różnych branż gospodarki. Dlatego znalezienie odpowiedniej firmy, której powierzymy zaległe faktury, niesie dużą odpowiedzialność. Nasze badanie pokazuje, że kluczowy wpływ na decyzję o wyborze firmy windykacyjnej mają wcześniejsze pozytywne doświadczenia w obsłudze wierzytelności. Jak widać, zaufanie procentuje – ocenia Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.
Samodzielna windykacja – trudna i niekomfortowa
Przedsiębiorcy pytani o najważniejsze korzyści ze współpracy z firmą windykacyjną wskazywali przede wszystkim na skuteczność działania (50 proc. wskazań), dostęp do profesjonalnych narzędzi windykacyjnych – prawie 1/3 odpowiedzi, a także znajomość prawa i jego stosowania (29 proc.). 27 proc. uważa, że to dobra alternatywa, aby odciążyć swoich pracowników w dochodzeniu należności. Duże znaczenie ma także to, że dzięki powierzeniu sprawy profesjonalistom wierzyciel unikają krępującego kontaktu z dłużnikiem (27 proc.). Ponadto korzyść stanowią umiejętności negocjatorów w docieraniu do niesolidnych płatników i identyfikowaniu ich majątku (23 proc.), jak również przejrzysty system rozliczeń (11 proc.). Co 5. przedsiębiorca docenia możliwość obciążenia dłużnika kosztami windykacji za pośrednictwem zewnętrznej firmy, a 7 proc. uważa, że ważne jest zachowanie dobrych relacji z kontrahentami.
Windykacja na koszt dłużnika bez oporów
Z kolei przedsiębiorcy poproszeni o wymienienie negatywnych doświadczeń ze współpracy z firmami windykacyjnymi najczęściej odpowiadali „nie mamy”. Taką odpowiedź wybrało aż 37 proc. badanych przedstawicieli firm. Ci, którzy mają zastrzeżenia, zwracają uwagę na wysokie koszty współpracy (30 proc.), długi czas odzyskiwania należności (24 proc.) oraz brak skuteczności (23 proc.). 16 proc. podkreślało brak informacji o prowadzonych działaniach windykacyjnych. Najmniej, bo 2 proc. firm, było niezadowolonych z konieczności zawarcia długoterminowej umowy.
Najwyraźniej przedsiębiorcy, którzy wskazują na wysokie koszty usług, nie mają świadomości, że mogą skorzystać z obciążenia niesolidnego kontrahenta kosztami windykacji. Niestety wiedza o tym nie jest powszechna. Wprawdzie 59 proc. firm korzysta z tej opcji, ale aż 29 proc. tego nie robi. Powód? Niemal 60 proc. z nich nie wie, że jest taka możliwość, a prawie co 4. obawia się obarczać klienta dodatkową płatnością, bo zamierza kontynuować z nim współpracę.
– Z naszej praktyki wynika, że jeśli kontrahent ma pieniądze na spłatę długu, to znajduje je też na pokrycie kosztów dochodzenia należności. Co ważne, negocjatorzy potrafią tak poprowadzić cały proces, że nie ucierpią na tym kontakty pomiędzy partnerami. Zlecając windykację polubowną firma wysyła do innych sygnał, że nie chce kredytować cudzej działalności, dba o zapłatę za swoją pracę i chce być traktowana uczciwie – wyjaśnia Jakub Kostecki.
Windykacja polubowna prowadzona przez zewnętrzną firmę skupia się na działaniach, które mają przekonać dłużnika – przedsiębiorcę do szybkiej spłaty zobowiązań lub zaproponowanie takiego rozwiązania, które zaakceptuje wierzyciel, np. spłaty należności w ratach. Wierzyciel ponosi koszt windykacji jedynie w przypadku, gdy uda się odzyskać jego pieniądze. Nie obciąża to jego konta, co w czasie pandemii, gdy przedsiębiorcy liczą każdą złotówkę, ma duże znaczenie.
Badanie „Jak MŚP korzysta z windykacji” zostało przeprowadzone przez Instytut Badawczy Mands na zlecenie firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso w grudniu 2020 r. na reprezentatywnej grupie 300 małych i średnich przedsiębiorstw, które w ostatnich dwóch latach korzystały z usług firm windykacyjnych. Ankietę zrealizowano metodą CAWI/CATI.
Za nieopłacone czynsze do bazy dłużników trafiają nie tylko osoby prywatne, ale i firmy. Jak pokazują dane zgromadzone w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, zaległości z tego tytułu wyniosły na koniec stycznia ponad 175 mln zł. I choć w ciągu roku ubyło dłużników, to długi wzrosły o ponad 20 mln zł. To najlepiej pokazuje, że przy przekładaniu na później wysokich kwot opat czynszowych łatwo wpaść w spiralę zadłużenia. Średni czynszowy dług osoby prywatnej dochodzi do 20 tys. zł, a firmy przekracza 37 tys. zł. Rekordowe kwoty zaległości należą do mieszkanki Mazowsza – blisko 1,8 mln zł i przedsiębiorstwa działającego na Pomorzu – ponad 2,2 mln zł.
Co piąty respondent badania, wykonanego dla BIG InfoMonitor przez Maison&Partners, wskazał pod koniec ubiegłego roku, że miał problem z terminowym regulowaniem bieżących rachunków w 2020 r. Nieopłacone na czas rachunki za telefon, Internet, telewizję kablową, prąd, gaz i wodę, a także właśnie za czynsz spowodowały wzrost kwot zadłużenia widocznych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor o ponad 2 mld zł do 44,3 mld zł.
Między styczniem 2020 a styczniem bieżącego roku, same zaległości czynszowe widoczne w rejestrze zwiększyły się o 20 mln zł do 175,6 mln zł. 15,7 mln zł z tej kwoty należy do wynajmujących lokale firm. Choć dług wzrósł, liczba dłużników spadła z ponad 9,1 do 8,5 tys. osób i firm.
– Mniejsza liczba czynszowych dłużników to efekt ich coraz częstszej mobilizacji przez zarządzających lokalami mieszkaniowymi i użytkowymi. Wykorzystywane są w tym celu dwa rozwiązania: wysyłka wezwań do zapłaty, a jeśli to nie zadziała, to również wpis dłużnika do rejestru BIG – zwraca uwagę Łukasz Rączkowski z BIG InfoMonitor. – Umieszczenie w bazie dłużników może być konsekwencją już 30-dniowych opóźnień na co najmniej 200 zł w przypadku osób prywatnych i 500 zł, jeśli dłużnikiem jest firma – tłumaczy.
Tylko Administracja Domów Miejskich w Bydgoszczy w minionym roku wysłała do 1975 dłużników, podmiotów gospodarczych oraz gospodarstw domowych, 3708 wezwań do zapłaty z ostrzeżeniem o zamiarze przekazania ich danych do rejestru. Efekt? Co jedenasty dłużnik spłacił całe swoje zadłużenie.
1908 niesolidnych lokatorów i najemców (1853 osób fizycznych i 55 przedsiębiorców) w minionym roku zostało jednak wpisanych przez bydgoski ADM do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Łączny dług zgłoszonych wynosił 17,4 mln zł. Do 24 lutego 2021 r. 187 wpisów dotyczących tych dłużników usunięto z rejestru z uwagi na spłatę niemal 1 mln zł zaległości, w przypadku firm było to 29 proc. całkowitego zadłużenia.
Im wyższa kwota do spłaty, tym trudniej ją odzyskać
Według danych zgromadzonych w BIG InfoMonitor średnia wartość zaległego czynszu przypadająca na osobę to 19 768 zł, a na firmę prawie dwukrotnie więcej – 37 511 zł.
Regulowanie opłat czynszowych często jest uzależnione od bieżącej sytuacji finansowej użytkowników lokalu, jak również od czynników makroekonomicznych, takich jak koniunktura gospodarcza czy stopa bezrobocia. Jak pokazuje przykład Bydgoszczy, blisko 70 proc. aktualnych użytkowników mieszkań komunalnych reguluje swoje opłaty terminowo. Około 10 proc. ma drobne przejściowe problemy (zadłużenie do 1 tys. zł), tyle samo stanowią ci, których dług nie przekracza 10 tys. zł. Co dziesiąty dłużnik boryka się jednak z notorycznymi problemami finansowymi, przez co zazwyczaj piętrzące się latami zobowiązania przekraczają 10 tys. zł i to właśnie ta grupa odpowiada za ponad 90 proc. całkowitego zadłużenia aktualnych użytkowników lokali komunalnych tego miasta.
– Choć liczba wszystkich dłużników wykazuje lekką tendencję spadkową, to jednak, tych z największymi zaległościami z roku na rok przybywa. W przypadku użytkowników lokali, również socjalnych, pandemia nie wpłynęła znacząco na regulowanie zobowiązań. Nasze kwartalne wskaźniki ściągalności bieżących należności i zaległości nie uległy większym zmianom. Sytuacja epidemiologiczna miała natomiast duży wpływ na możliwość regulowania zobowiązań za wynajem lokali użytkowych przez firmy – wskazuje Magdalena Marszałek, rzecznik ADM w Bydgoszczy.
Kobiety częściej trafiają do rejestru za nieopłacenie czynszu
Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, w skali kraju rekordowe długi za czynsz i wynajem należą do firmy z Pomorza – ponad 2,2 mln zł oraz mieszkanki województwa mazowieckiego – prawie 1,8 mln zł. Fakt, że kobieta jest rekordzistką to nie przypadek. Z danych BIG InfoMonitor wynika, że to właśnie panie przeważają wśród dłużników czynszowych (53 proc. vs. 47 proc. mężczyzn). Również w badaniach więcej pań niż panów (23 proc. vs. 20 proc.) deklarowało, że miało w minionym roku kłopoty z terminowym regulowaniem bieżących rachunków. Według badania z płatnościami słabiej radzą sobie również osoby w wieku między 55. a 64. rokiem życia, mówiło o tym 28 proc. respondentów. Znajduje to potwierdzenie w danych BIG InfoMonitor, dłużnicy czynszowi z tej grupy wiekowej stanowią bowiem największą grupę – 1940 osób (24 proc.), znaczący udział mają też osoby między 45. a 54. rokiem życia – 1776 osób (22 proc.). Najmniej wśród niepłacących czynszu jest natomiast 18-24 latków (niecałe 5 proc.) oraz 25-34 latków (12 proc.).
O tym jak wyglądają dane dotyczące zaległości czynszowych w ujęciu geograficznym, w ogromnej mierze decyduje aktywność podmiotów zgłaszających dłużników z danego regionu do Rejestru BIG InfoMonitor. Dominuje województwo kujawsko-pomorskie z kwotą przeterminowanych zobowiązań przekraczającą 78,7 mln zł, drugie jest woj. mazowieckie z sumą 34,4 mln zł, a trzecie warmińsko-mazurskie – 17,7 mln zł.
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor
Badanie zostało zrealizowane przez Maison&Partners, metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna w dniach 11-15 grudnia 2020 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej pod względem płci, wieku oraz wielkości miejsca zamieszkania próbie Polaków 18+. W badaniu wzięło udział N=1106 osób.
Dane Ministerstwa Sprawiedliwości z 2020 r. mówią o gwałtownym spadku liczby transakcji dotyczących spółdzielczych mieszkań o statusie własnościowym. Tymczasem pośrednicy zapewniają, że takie mieszkania są wręcz rozchwytywane na rynku. Kto ma rację?
Nie wiadomo dokładnie, ile jest jeszcze spółdzielczych mieszkań o statusie własnościowym. GUS informuje, że w zasobach spółdzielni było w 2018 r. nieco ponad 2 mln lokali. Problem w tym, że jakaś część z nich (zdecydowanie mniejsza) ma status lokatorski, co oznacza, że są one wyłączone z obrotu rynkowego. Dowiedzieliśmy się, że w 250 spółdzielniach będących członkami Związku Rewizyjnego Spółdzielni Mieszkaniowych RP jest łącznie ponad 500 tys. mieszkań własnościowych. Najwięcej – blisko 20 tys. – jest ich w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej (WSM) oraz poznańskiej SM Osiedle Młodych.
Spółdzielcze własnościowe, co to takiego?
Tym, którzy nie pamiętają czasów PRL wyjaśniamy, że mieszkania budowane przez spółdzielnie, formalnie były ich własnością. Członkom spółdzielni przysługiwało spółdzielcze lokatorskie lub własnościowe prawo do lokalu. W tym drugim przypadku trzeba było pokryć pełne koszty budowy, żeby móc taki lokal sprzedać, zamienić czy podarować dzieciom. Dziś brzmi to nieprawdopodobnie, ale żeby sprzedać lub wynająć takie mieszkania, trzeba było uzyskać zgodę spółdzielni. Ba, trzeba się było liczyć z tym, że, np. pod pretekstem działania na jej szkodę, pozbawi ona niepokornego członka prawa do lokalu. Wypłacano mu wtedy wkład budowlany, który często miał się nijak do wartości rynkowej mieszkania.
Na szczęście to już historia. Przede wszystkim od kilkunastu lat można przekształcić swoje własnościowe prawo do lokalu w prawo odrębnej własności (kosztuje to tyle, co akt notarialny). Ale jak widać wciąż wielu spółdzielców nie zrobiło tego. Pod względem praktycznym spółdzielcze własnościowe i odrębna własność niczym się bowiem nie różnią. Oczywiście są różnice, np. odrębna własność obejmuje także określony udział w nieruchomości wspólnej, czyli części gruntu oraz budynku, w którym to mieszkanie się znajduje. Dla wielu spółdzielców nie ma to jednak znaczenia. Jak się okazuje, także i dla kupujących od nich mieszkania.
Popyt na spółdzielcze własnościowe nie maleje
– W 2020 roku nie zauważyliśmy spadku zainteresowania mieszkaniami spółdzielczymi ze strony kupujących. Dotyczyła ich niemal jedna trzecia transakcji mieszkaniowych zrealizowanych za pośrednictwem naszej firmy – mówi Jan Czajkowski, dyrektor zarządzający agencją Alfa Home Nieruchomości.
Podobnie wypowiadają się także inni pytani przez nas pośrednicy.
– Wręcz przeciwnie. Ze względu na zwiększony popyt ze strony obcokrajowców spoza Unii Europejskiej, takie mieszkania są wręcz pożądane – dodaje Anna Wojtiuk, ekspert ds. sprzedaży nieruchomości w agencji Partnerzy Nieruchomości.
Wyjaśnijmy, że aby kupić nieruchomość (mieszkanie z prawem odrębnej własności, dom lub działkę) cudzoziemiec spoza UE musi mieć zgodę Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Ponieważ spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu nie jest nieruchomością, więc taka zgoda nie jest wymagana, co znacznie skraca procedurę zakupu. Dodajmy, że w strefie przygranicznej są m.in. Trójmiasto, Szczecin, Wałbrzych i Przemyśl.
Katarzyna Ciosińska z agencji Partnerzy Nieruchomości podkreśla, że osiedla spółdzielcze są położone w bardzo dobrych i obecnie preferowanych gdańskich lokalizacjach, takich jak Przymorze, Zaspa, Żabianka czy Chełm.
– Prawdę mówiąc dla osoby, która poszukuje nieruchomości głównie ze względu na lokalizację, status własności nie ma aż tak wielkiego znaczenia – uważa Katarzyna Ciosińska. Przyznaje jednak, że znaczenie może mieć dla banków. Zdarza się, że bank stosuje wyższą marżę dla kredytów na zakup spółdzielczego mieszkania własnościowego.
Statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości mówią co innego
Tymczasem dane Ministerstwa Sprawiedliwości o liczbie aktów notarialnych nie potwierdzają opinii pośredników. Co prawda w drugiej połowie poprzedniej dekady systematycznie rosła liczba transakcji dotyczących spółdzielczych mieszkań o statusie własnościowym. Jednak w 2020 r. ministerstwo odnotowało 15% spadek liczby aktów notarialnych.
Czym to można tłumaczyć? Prezes Związku Rewizyjnego Spółdzielni Mieszkaniowych RP Jerzy Jankowski zwraca uwagę, że obecnie spółdzielnie budują już wyłącznie mieszkania z prawem odrębnej własności. Ponadto spółdzielczych własnościowych praw do lokali ubywa w wyniku ich przekształcenia w odrębną własność. Jednak główną przyczyną spadku sprzedaży mieszkań spółdzielczych – zdaniem Jankowskiego – była mniejsza podaż tego typu lokali na rynku.
– To dlatego, że w ubiegłym roku ludzie wstrzymywali się ze sprzedażą, bo uznali, że lepiej mieć mieszkanie, którego wartość może jeszcze wzrosnąć, niż trzymać pieniądze w banku – uważa Jerzy Jankowski.
Jakie mieszkania spółdzielcze są kupowane najchętniej?
– Klienci nabywający mieszkania o statusie spółdzielczym zwracają uwagę przede wszystkim na to, czy budynek stoi na gruncie należącym do spółdzielni. Na zakup takich mieszkań można bowiem zaciągnąć kredyt. Tylko 3% naszych transakcji dotyczyło mieszkań w budynkach stojących na gruntach z nieuregulowanym stanem prawnym. Śmiało mogę powiedzieć, że klienci mniej przychylnym okiem patrzą na tego typu lokale – opowiada Jan Czajkowski.
Według niego kolejne czynniki, na które kupujący zwracają uwagę, to stan techniczny budynku, piętro, wysokość opłat oraz fakt, czy jest balkon. Co ciekawe, zdaniem naszych ekspertów, w przypadku mieszkań spółdzielczych miejsce parkingowe przynależne do lokalu jest zwykle na końcu listy preferencji zakupowych.
– Na osiedlach spółdzielczych są ogólnodostępne miejsca postojowe dla mieszkańców. Poza tym bliskość środków komunikacji miejskiej umożliwia sprawne przemieszczanie się bez konieczności posiadania auta – wyjaśnia Anna Wojtiuk.
Jej zdaniem problematyczne jest najczęściej 4 piętro w budynku bez windy. Oczywiście na takie mieszkania też znajdą się chętni, jednak ich znalezienie trwa zwykle dłużej.
Znamy finalistów i finalistki jubileuszowej 10. edycji Nagrody Polskiej Rady Biznesu. Kapituła konkursu wyłoniła finałową dziesiątkę spośród kilkuset nominacji nadesłanych z całej Polski. Zwycięzców poznamy 24 maja 2021 roku.
Polska Rada Biznesu, organizacja zrzeszająca właścicieli i liderów największych firm działających w Polsce, ogłosiła finalistów i finalistki w trzech kategoriach konkursowych:
Nagroda PRB im. Jana Kulczyka w kategorii SUKCES – za zrealizowanie spektakularnego projektu biznesowego, który wywarł trwały wpływ na polski rynek:
Dr Irena Eris i Henryk Orfinger – założyciele firmy DR IRENA ERIS
Irena Eris, doktor farmacji, jest Dyrektorem ds. Badań i Rozwoju firmy. Od początku istnienia marki zajmuje się kreacją nowych produktów i zarządza procesem ich powstawania. Laureatka ponad 150 prestiżowych nagród, zajmuje wysoką pozycję na liście najbardziej wpływowych kobiet w dziejach Polski, które odwróciły bieg wydarzeń, przełamały stereotypy, zainicjowały nowy sposób myślenia. Została też odznaczona m.in. medalem Stella Della Solidarieta’ Italiana – Gwiazdą Solidarności Włoskiej, przyznawanym w imieniu prezydenta Włoch.
Henryk Orfinger jest Przewodniczącym Rady Nadzorczej Dr Irena Eris S.A. – spółki „matki” zarządzającej trzema podmiotami: Laboratorium Kosmetycznym Dr Irena Eris, Hotelami SPA Dr Irena Eris i Kosmetycznymi Instytutami Dr Irena Eris. Twórca i wieloletni Prezes Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego. W latach 1999–2019 Przewodniczący Rady Głównej Konfederacji Lewiatan, obecnie Pierwszy Wiceprezydent organizacji i Przewodniczący jej Prezydium Rady Firm Rodzinnych. Członek Rady Fundacji „Jesteśmy Razem. Pomagamy!” i Rady Gospodarczej – Zespołu Doradców ds. Gospodarczych przy Marszałku Senatu Rzeczypospolitej X kadencji. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2004).
Dariusz Topolewski – prezes OPONEO.PL
Prezes Zarządu OPONEO.PL S.A. od września 2003 roku. Jest jednym z jej głównych akcjonariuszy od momentu wprowadzenia Spółki na giełdę. Był pomysłodawcą i współzałożycielem spółki CityNet Media s.c., z której rozwinęły się dzisiejsze firmy: OPONEO.PL S.A. i ROTOPINO.PL S.A. W latach 2004–2007 był Wiceprezesem Zarządu Drewno.pl Sp. z o.o. Obecnie jest też Członkiem Rady Nadzorczej w Dadelo S.A. i Członkiem Zarządu Oponeo.co.uk Ltd. Wcześniej zasiadał w radach nadzorczych spółek Rotopino.pl S.A. i Autocentrum.pl S.A.
Wiesław Żyznowski – prezes MERCATOR MEDICAL
Prezes Zarządu Mercator Medical S.A. W latach 90. wraz z Piotrem Żyznowskim współtworzył firmy grupy Mercator. Od 2010 r. jest wspólnikiem Anabaza Ltd. z siedzibą w Nikozji będącej akcjonariuszem Mercator Medical S.A. Od 2006 r. jest wspólnikiem Mercator Medical (Thailand) Ltd. Jest także doktorem filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalizuje się w filozofii przedsiębiorczości. Wydawca i autorem książek o regionie wielickim, właściciel firmy Baza Wiesław Żyznowski zajmującej się administrowaniem nieruchomościami w Sierczy koło Wieliczki i miniwydawnictwa Żyznowski.
Nagroda PRB pod patronatem Zarządu Polskiej Rady Biznesu w kategorii WIZJA I INNOWACJE – za zastosowanie nowej, odważnej, niestandardowej i niekonwencjonalnej koncepcji lub nowej idei biznesowej:
Stefan Batory – prezes BOOKSY
Matematyk, przedsiębiorca, twórca aplikacji iTaxi i Booksy. Zapalony biegacz ultramaratończyk. Absolwent Wydziału Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej Politechniki Warszawskiej. Laureat wielu nagród i wyróżnień biznesowych, m.in. Ambasador Polskich Innowacji 2019.
Dr Michał Mikulski – prezes EGZOTech
Założyciel i Prezes Zarządu EGZOTech Sp. z o.o., powstałej w 2013 r. firmy zajmującej się badaniami oraz opracowaniem innowacyjnych robotów rehabilitacyjnych i urządzeń elektrodiagnostycznych dla fizjoterapii, neurorehabilitacji i terapii zajęciowej. Członek europejskiej komisji oceniającej projekty B+R i wykładowca na Politechnice Śląskiej.
Mariusz Targowski – prezes ENPROM
Prezes Zarządu, założyciel i główny udziałowiec ENPROM. W 2011 r. wraz z Tomaszem Soplem założył firmę, która po zaledwie dziesięciu latach stała się jedną z największych polskich spółek budownictwa elektroenergetycznego w kraju, z powodzeniem realizując projekty także w Niemczech, Danii, Irlandii czy Holandii. Kierował strategicznymi dla bezpieczeństwa energetycznego kraju projektami, m.in. wyprowadzeniem mocy z elektrowni Pątnów czy budową mostu energetycznego łączącego systemy przesyłowe Polski i Litwy.
Nagroda PRB im. Andrzeja Czerneckiego w kategorii DZIAŁALNOŚĆ SPOŁECZNA – za działalność społeczną i filantropijną, której celem jest pomoc osobom i środowiskom szczególnie potrzebującym:
Aleksandra Cieślak – artystka, członkini Kolektywu Aurora
Autorka tekstów, ilustratorka, reżyserka i dramaturżka. Inicjatorka i producentka kreatywna artystycznych pokojowych manifestacji przy ul. Mickiewicza w Warszawie: pomysłodawczyni „Dziadów na Mickiewicza”, koncertu „Pokój na Mickiewicza” i „Królowej Śniegu – Rytuału rozmrażania serc na Mickiewicza”. Twórczyni książek autorskich. Za „Książkę do zrobienia” wydaną przez wydawnictwo Dwie Siostry otrzymała wyróżnienie w kategorii Childrens’ Book on Art na targach książki Bolonia Ragazzi.
Marta Lempart – inicjatorka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet
Aktywistka w obszarze praw kobiet i demokracji, z wykształcenia prawniczka. Zainicjowała Ogólnopolski Strajk Kobiet 3 października 2016 (Czarny Poniedziałek) i do dziś przewodzi ogólnopolskiemu komitetowi wsparcia OSK. Polskie protesty stały się inspiracją do powstania sieci Międzynarodowego Strajku Kobiet, organizującego akcje w 60 krajach świata na 8 marca każdego roku. Wcześniej przez kilkanaście lat pracowała na rzecz środowiska osób z niepełnosprawnościami: jest współautorką ustawy o języku migowym, pracowała również przy innych przepisach dostosowujących polski system prawny do ratyfikacji Konwencji o Prawach Osób Niepełnosprawnych, była członkinią Komisji Ekspertów ds. Praw Osób z Niepełnosprawnościami przy Rzeczniku Praw Obywatelskich.
Urszula Nowakowska – założycielka i szefowa Centrum Praw Kobiet
Prawniczka i feministka, autorka lub współautorka raportów z badań, artykułów do „Prawa i Płci” oraz poradników dla kobiet i służb. Aktywnie działa na rzecz zmian legislacyjnych w obszarze praw kobiet. Przygotowała m.in. propozycje zapisów równościowych do Konstytucji, projekt ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w bliskich związkach, pracowała w zespole powołanym przez Izabelę Jarugę-Nowacką nad ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Jest autorką poprawek do ww. ustawy oraz zmian w przepisach dotyczących gwałtu. Odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za działania na rzecz budowania społeczeństwa obywatelskiego, Srebrnym Medalem Ministra Sprawiedliwości za osiągnięcia w pracy penitencjarne oraz Brązowym Medalem na wniosek KSP za długoletnią współpracę i wybitne zasługi w dziedzinie realizacji ustawowych zadań Policji i Odznaką Honorową RPO.
Piotr Pacewicz – współtwórca OKO.press
Dziennikarz, aktywista, dr psychologii. W czerwcu 2016 r. współtworzył portal śledczo-analityczny OKO.press, od początku jego naczelny. W latach 1982–89 redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze”, przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. W 1989 r. współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”, „Media bez kobiet”. Autor książek „Psychologiczna analiza rewolucji społecznej”, „Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu” (z Martą Konarzewską); „Pociąg osobowy”. Feminista, laureat Nagrody Różnorodności Kongresu Kobiet (2014). Broni praw osób LGBTQ. Odznaczony Tęczowym Laurem (2000), nagrodą Hiacynt w kategorii media (2008), europejską nagrodą „Tolerancja″ (2007). Laureat nagrody Grand Press za wywiad (2015).
Wynik pierwszej fazy konkursu skomentował Wojciech Kostrzewa, Przewodniczący Kapituły Nagrody Polskiej Rady Biznesu i Prezes Zarządu PRB:
– Jak zwykle, mamy bardzo mocne kandydatury. W kategorii „Sukces” to twórcy silnych i konsekwentnie budowanych polskich marek w trzech różnych branżach – kosmetycznej, samochodowej i medycznej. W kategorii „Wizja i Innowacje” to twórcy rozwiązań przyszłości – w obszarze usług online, rehabilitacji medycznej i energetyki. W kategorii „Działalność Społeczna” Kapituła wyjątkowo wskazała cztery osoby, z których każda, na różne sposoby, angażuje się w obronę podstawowych praw i walkę o jakość polskiej demokracji. W żadnej kategorii wybór nie będzie więc łatwy.
Kapituła Nagrody, w skład której wchodzą autorytety życia gospodarczego, naukowego, kulturalnego, a także członkowie rodzin Patronów Nagrody, przyzna również własną Nagrodę specjalną PRB im. Jana Wejcherta – za całokształt działalności lub szczególne osiągnięcia, które wywarły znaczący wpływ na rozwój polskiego życia gospodarczego i społecznego. Wyróżnienie to otrzymało wielu wybitnych Polaków, w ostatnich latach byli to ks. Adam Boniecki, Jurek Owsiak i prof. Adam Strzembosz.
Wszystkie spółki i organizacje pozarządowe reprezentowane przez finalistów pozytywnie przeszły weryfikację firmy PwC, która jest partnerem merytorycznym 10. edycji Nagrody Polskiej Rady Biznesu.
Finał 10. edycji Nagrody Polskiej Rady Biznesu odbędzie się 24 maja 2021 roku i będzie transmitowany w telewizji TVN24.
Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości ogłasza nowy konkurs, w którym maksymalna kwota grantu to równowartość 800 tys. zł. Pilotaż „Przemysłu 4.0” jest adresowany do małych i średnich przedsiębiorców, którzy prowadzą działalność produkcyjną na terytorium Polski. Podstawą wzięcia udziału w konkursie jest posiadanie „mapy drogowej”, czyli planu wdrożenia zmian w przedsiębiorstwie w zakresie cyfryzacji, automatyzacji i robotyzacji. Wnioski będzie można składać od 28 kwietnia do 30 czerwca 2021 r. Program jest finansowany ze środków unijnych z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój.
Celem pilotażu jest przygotowanie małych i średnich przedsiębiorstw produkcyjnych do wdrożenia kompleksowej transformacji w kierunku Przemysłu 4.0 oraz wprowadzenie w życie wybranych obszarów działań w zakresie integracji inteligentnych maszyn, systemów oraz wprowadzania zmian w procesach produkcyjnych mających na celu zwiększanie wydajności wytwarzania i możliwości elastycznych zmian asortymentu.
Otrzymane dofinansowanie można przeznaczyć na: usługę polegającą na opracowaniu „mapy drogowej” (refundacja kosztów), usługi doradcze związane z jej wdrożeniem, zakup maszyn i urządzeń koniecznych do wprowadzenia w życie wybranego obszaru transformacji, a także nabycie wartości niematerialnych i prawnych w formie patentów, licencji, know-how oraz innych praw własności intelektualnej.
Kluczowe dla realizacji projektu jest opracowanie „mapy drogowej”, która ma być całościowym planem transformacji firmy. Tylko odpowiednio zaplanowany, z udziałem specjalistów od technologii Przemysłu 4.0, proces zmian może przynieść oczekiwane rezultaty. Zakres minimalny dokumentu został określony w dokumentacji do naboru. Koszty „mapy drogowej”, pomimo tego, że będą musiały być przez przedsiębiorcę poniesione przed złożeniem wniosku, będą mogły być zrefundowane do wysokości 100 tys. zł z środków grantu.
– Fundusze unijne oraz środki krajowe przeznaczamy na inwestycje, które odpowiadają na bieżące wyzwania gospodarki. Jednym z głównych wyzwań przedsiębiorców jest dziś dostosowanie się do funkcjonowania w warunkach pandemii oraz uodpornienie się na podobne kryzysy w przyszłości. Konkurs Przemysł 4.0 to ogromna szansa na zrewolucjonizowanie dotychczasowego sposobu funkcjonowania przedsiębiorstw – stwierdza Małgorzata Jarosińska-Jedynak, wiceminister funduszy i polityki regionalnej.
Aby skorzystać z dofinansowania firma musi m.in. prowadzić działalność produkcyjną na terytorium Polski, a także przynajmniej w jednym zamkniętym roku obrotowym (w terminie 3 lat poprzedzających złożenie wniosku) osiągnąć przychody ze sprzedaży nie niższe niż 2 mln zł.
Technologie, które mogą otrzymać dofinansowanie to: Big Data oraz działania związane z analizą danych, roboty przemysłowe, przemysłowy internet rzeczy, integracja technologii informatycznych i operacyjnych (IT/OT) i tworzenie systemów cyber-fizycznych (CPS), cyberbezpieczeństwo, chmura obliczeniowa, wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, sztuczna inteligencja, blockchain oraz druk addytywny (druk 3D).
– Automatyzacja i robotyzacja są niekwestionowanymi trendami, które w najbliższych latach będą coraz bardziej dominujące. Z doświadczenia Agencji wynika, że działania związane z wprowadzaniem do firm innowacji, nowych technologii, czy zwiększeniem poziomu cyfryzacji cieszą się ogromnym zainteresowaniem ze strony przedsiębiorców. Nasi beneficjenci wykorzystują szanse, które dają im możliwość wprowadzenia zmian w ich firmach w kierunku nowoczesnego rozwoju. Spodziewamy się dużego zainteresowania pilotażem Przemysł 4.0 i mamy nadzieję, że doczeka się on wielu kontynuacji – dodaje Małgorzata Oleszczuk, prezes PARP.
Maksymalna wartość dofinansowania projektu wynosi 800 tys. zł. Całkowity budżet przewidziany w konkursie to 20 mln zł. Obligatoryjny wkład własny wynosi min. 15 proc. Wnioski będzie można składać online od 28 kwietnia 2021 roku do 30 czerwca 2021 roku.
W darknecie pojawiły się fałszywe świadectwa szczepień Covid-19. To nowy trend, obok fałszywych, negatywnych wyników testów covidowych czy szczepionek takich firm jak Johnson&Johnson, AstraZeneca, Sputnik i SinoPharm – ostrzegają analitycy firmy Check Point.
Darknet to miejsce, w którym można znaleźć i zakupić praktycznie wszystko – od kradzionych urządzeń elektronicznych, przez narkotyki i broń po zlecenie zabójstwa. Zdaniem ekspertów z Check Point Research w ostatnich tygodniach coraz większą popularnością cieszą się fałszywe świadectwa szczepień oraz negatywne wyniki testów na COVID-10.
W marcu aktywność przestępcza w darknecie rozszerzyła się o sprzedaż certyfikatów szczepień sygnowanych przez Centers for Disease Control and Prevention (CDC). Cena dokumentu wynosi 200 dolarów za sztukę. Innymi zaobserwowanymi ofertami są fałszywe testy COVID-19 z wynikiem ujemnym, kosztujące jedynie 25 dolarów. Co ciekawe, część sprzedawców oferuje promocję „3 w cenie 2”, zachęcającą do zakupu większej ilości tego typu zaświadczeń. Niektóre z nich można wygenerować automatycznie w mniej niż 30 minut, co z pewnością będzie kuszącą propozycją dla osób chcących sprawnie (choć nielegalnie) podróżować w dobie pandemii.
Aby uzyskać jak najwięcej szczegółów dotyczących dostawy, ceny i autentyczności zaświadczeń, analitycy Check Pointa skontaktowali się z jednym z dostawców fałszywych dokumentów. Sprzedawca zapewnił badaczy, że dokonał już wielu transakcji i żaden z jego klientów nie miał najmniejszych kłopotów podczas okazywania certyfikatów. Aby uzyskać podrobiony certyfikat szczepienia, kupujący musi jedynie podać dokładne dane personalne, oczekiwane daty wydania zaświadczeń oraz zapłacić 200 dolarów.
Pełna oferta szczepionek w cenie od 500 do 1000 dolarów!
W styczniu analitycy Check Point Research po raz pierwszy poinformowali opinię publiczną o obserwacji reklam oraz ogłoszeń sprzedających szczepionkę w kwocie od 300 do 500 dolarów. Eksperci wskazują, że w ostatnim kwartale liczba reklam tego typu produktów wzrosła do 1200 (ponad 300% więcej niż w styczniu). Co więcej, pod koniec marca oferta darknetowych sklepów poszerzyła się o kolejne produkty medyczne. Do szczepionek Pfizera dołączyły: AstraZeneca w cenie 500 dolarów za dawkę, Johnson&Johnson w cenie od 600 dolarów, Sputnik, którego cena również zaczyna się od 600 dolarów, a także chiński SinoPharm z ceną sięgającą 500 dolarów.