Giełdy dobrze radzą sobie z sytuacją pandemiczną, która dotyka światowe gospodarki

Pandemiczny rok 2020 zmienił wygląd światowego rynku finansowego. Odbiło się to też na amerykańskiej giełdzie, która zmieniła nieco kurs w porównaniu do ostatnich 10 lat. Od dłuższego czasu hossie przewodził bowiem sektor technologiczny – pozostawiając w tyle wszystkie inne sektory gospodarki: przemysłowy, finansowy, wytwórczy czy wydobywczy. Po trudnym, pandemicznym roku można zauważyć, że inwestorzy chętniej wracają do tych branż, a ich wartość akcji rośnie. Mowa tutaj o spółkach takich, jak banki, przedsiębiorstwa i spółki zajmujące się wydobyciem ropy. W ostatnich kwartałach to na nich skupiła się uwaga amerykańskiej giełdy. Dlaczego?

– Inwestorzy zaczynają wyceniać odbicie gospodarcze, które nastąpi po powrocie gospodarek do normalności. Natomiast nie oznacza to, że nastąpi gwałtowny spadek wartości branży technologicznej i championów internetowych – co mogłoby doprowadzić do załamania się giełdy – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Miliński, zarządzający funduszami Quercus TFI. – Sytuacja, którą obserwujemy obecnie, wynika z wielu czynników. Aktywności banków centralnych, które wspierają swoją płynnością rynki finansowe. Struktury rynku amerykańskiego, gdzie bardzo duża część inwestorów umieszcza swój kapitał bezpośrednio na giełdzie. Do tego dokładają się całkiem dobre, rosnące wyniki spółek, które na bieżąco skupują swoje akcje. Te czynniki wpływają na to, że od wielu lat rynek amerykański rośnie. Nie ma więc istotnych powodów, żeby w najbliższych kwartałach spodziewać się nagłego krachu na giełdzie. Co by mogło ten krach wywołać? Dużo mówi się ostatnio o napięciach na linii Chiny – Tajwan, w które mogłyby zaangażować się Stany Zjednoczone. Drugim powodem może być permanentny charakter wirusa. Jednak ani banki centralne nie chcą się wycofywać ze swojej polityki, ani rządy nie chcą wycofywać wsparcia fiskalnego dla gospodarek, ani inwestorzy nie przechodzą w kierunku bardziej ostrożnego nastawienia. Nie ma więc sygnałów, które świadczyłyby o rychłym krachu na rynku. Scenariuszem bazowym  jest nadal powolny wzrost, który widzieliśmy w ostatnich kwartałach – przewiduje Miliński.

Koszty pakowania i transportu eksportowanych towarów również z 0% stawką VAT

Firmy eksportujące towar poza Unię Europejską mają wątpliwości co do tego, jaką stawkę VAT zastosować do naliczonych dodatkowych opłat związanych z dostawą takich jak opłaty za transport czy koszty pakowania. Dokładniej rzecz biorąc, chodzi o to, czy 0% stawkę VAT z tytułu wywozu towaru przedsiębiorcy mogą stosować również do tych opłat dodatkowych. Przychylną dla firm interpretację dnia 11 stycznia 2021 r. wydał Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej.

Eksport towaru wraz z kosztem pakowania i transportu

Jedna z polskich firm z branży produkcyjnej eksportowała swoje produkty do krajów z Ameryki Północnej oraz do Australii. Z racji wywozu towarów poza terytorium Unii Europejskiej opodatkowuje ich dostawy zerową stawką VAT, zgodnie z art. 41 ust. 4 Ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535, ze zm.). Na wystawianych klientom fakturach z tytułu sprzedaży towaru firma uwzględnia nie tylko cenę samego produktu, ale również cenę usługi w postaci kosztu wysyłki, na którą składa się pakowanie i transport. Przedsiębiorca wystąpił do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji, czy słusznie stosuje do tej usługi zerową stawkę VAT, jaka obowiązuje przy eksporcie towaru, skoro usługa ta nie jest samodzielna, lecz ściśle związana ze sprzedażą tego towaru.

Świadczenie główne i pomocnicze

Reprezentujący firmę Robert Nogacki – twórca Kancelarii Prawnej Skarbiec – wskazał organowi, że związane z dostawą towaru poza teren Unii usługi pakowania i wysyłki nie są samodzielnymi usługami świadczonymi przez firmę. Zatem na potrzeby opodatkowania VAT należy rozpoznawać dostawę towaru, jego pakowanie i wysyłkę jako jedną usługę kompleksową, w której dostawa towaru jest świadczeniem głównym, a pakowanie i wysyłka – pomocniczym.

Zgodnie z art. 29a ust. 6 ustawy o VAT podstawa opodatkowania tym podatkiem obejmuje:

1) podatki, cła, opłaty i inne należności o podobnym charakterze, z wyjątkiem kwoty podatku, a także

2) koszty dodatkowe takie jak prowizje, koszty opakowania, transportu i ubezpieczenia, pobierane przez dokonującego dostawy lub usługodawcę od nabywcy lub usługobiorcy.

Skoro więc koszty dodatkowe, o których mowa w pkt 2, podwyższają podstawę opodatkowania VAT dostawy towaru, to firma dokonująca dostawy towaru opodatkowanej 0% stawką VAT w eksporcie ma prawo do zastosowania tej samej stawki VAT także dla pozostałych usług związanych z tą dostawą, a składających się na jedną usługę kompleksową.

Rozpoznający wniosek firmy Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej potwierdził, że jej stanowisko co do objęcia zerową stawką VAT przy eksporcie towaru także kosztów pakowania i wysyłki jest prawidłowe. W wydanej 11 stycznia 2021 r. interpretacji indywidualnej przyznał:

„…w przypadku dostawy towarów za podstawę opodatkowania należy uznać całość świadczenia pieniężnego pobieranego od nabywcy. Oznacza to, że do podstawy opodatkowania należy wliczyć pobieraną przez zbywcę wartość (cenę) towarów, a także wszystkie inne elementy zapłaty, będące częściami składowymi świadczenia zasadniczego (…) Wnioskodawca (…) dokonuje dostawy towarów na rzecz klientów, którzy mają miejsce zamieszkania poza UE. Koszty wysyłki towaru obejmują koszt opakowania i transportu. Zatem należy uznać, że w przedmiotowej sprawie kwota stanowiąca całość świadczenia należnego sprzedawcy obejmie również inne elementy kształtujące kwotę żądaną od nabywcy, wobec tego wszystkie elementy składające się na transakcję, w aspekcie gospodarczym, tworzą jedną całość” (sygn. 0111-KDIB3-3.4012.603.2020.1.MAZ).

Podsumowanie

Opisana interpretacja organu podatkowego stanowi kolejny dowód na to, że przedsiębiorcy dokonujący dostaw towarów lub usług nie muszą stosować różnych stawek opodatkowania VAT dla świadczeń, które zwiększają koszt nabycia dostawy, ale odgrywają jedynie rolę towarzyszącą, pomocniczą względem świadczenia głównego. Ma to znaczenie zwłaszcza dla eksporterów, którzy dzięki możliwości zastosowania zerowej stawki VAT dla całej ceny sprzedaży mogą skuteczniej konkurować z innymi przedsiębiorcami na zagranicznych rynkach.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ponad połowa firm zrezygnowała z inwestycji z uwagi na pandemię. Raport EY: Rok z COVID-19 oczami polskich przedsiębiorców

Po roku od wprowadzenia pierwszego lockdownu gospodarki polscy przedsiębiorcy są podzieleni w kwestii oceny sytuacji swoich firm. Choć większość z nich postrzega swoją sytuację pozytywnie albo neutralnie, wśród mikroprzedsiębiorstw oraz w branżach powiązanych z turystyką dominują oceny negatywne. Ponad połowa firm zrezygnowała z inwestycji ze względu na pandemię. Równocześnie w 2021 r. realizację nowych inwestycji planuje obecnie niecałe 30 proc. przedsiębiorstw. Prawdziwą próbą dla polskich firm będzie rok 2021 – wynika z najnowszego raportu EY „Rok z COVID-19 oczami polskich przedsiębiorców”.

Pomimo spadku przychodów i liczby klientów, zdecydowana większość przedsiębiorstw (69 proc.) utrzymała stan zatrudnienia na tym samym poziomie co przed pandemią, a 8 proc. firm zwiększyło liczbę pracowników. Ponad 3/4 przedsiębiorców (79 proc.) nie zdecydowało się na obniżenie wynagrodzeń, a 91 proc. wypłacało je bez opóźnień.

63 proc. przedsiębiorców ocenia ogólną sytuację swoich firm pozytywnie (33 proc.) albo neutralnie (30 proc.). Z kolei o negatywnej ocenie mówi 36 proc. badanych.
Blisko połowa przedstawicieli przedsiębiorstw średnich (45 proc.) i dużych (48 proc.) pozytywnie ocenia sytuację swojej firmy. Najwięcej optymistycznych deklaracji dotyczy firm produkcyjnych i budowlanych.

Przedsiębiorstwa, które najczęściej źle oceniają swoją obecną sytuację to mikroprzedsiębiorstwa (51 proc.) oraz firmy usługowe i powiązane z turystyką. Aż 95 proc. przedstawicieli branży hotelarskiej i gastronomicznej ocenia sytuację swojej firmy jako złą.
W ocenie przedsiębiorców, w czasie pandemii najwięcej zyskały branże związane z medycyną, farmacją i produkcją środków ochronnych oraz handel internetowy i branża informatyczna. Jako branże, które straciły z powodu pandemii, wskazywane są turystyka i hotele, a także gastronomia, rozrywka i sport.

Jak wynika z badania, rok po wprowadzeniu pierwszego lockdownu polskiej gospodarki przedsiębiorcy oceniają kondycję firm i branż w większości neutralnie lub pozytywnie, mimo że ponad połowa badanych firm (54 proc.) przyznaje, że ich przychody w 2020 r. spadły w porównaniu z 2019 r. o co najmniej 25 proc. Bilans zysków i strat zależy jednak w dużej mierze od wielkości przedsiębiorstwa i branży. W grupie mikroprzedsiębiorstw na spadek przychodów przynajmniej o ¼ lub więcej wskazało 65 proc. badanych.

Rys. 1. Jak w 2020 r. zmieniły się przychody w Pana/i firmie, w porównaniu do 2019 r.?Jak w 2020 r. zmieniły się przychody w firmie, w porównaniu do 2019

Bardziej pesymistyczna jest opinia ankietowanych na temat stanu polskiej gospodarki. Zdaniem 78 proc. obecna sytuacja gospodarcza w kraju, w porównaniu do stanu sprzed pandemii, nie jest sprzyjająca.

Aby dostosować się do sytuacji pandemii, ponad połowa przedsiębiorstw (59 proc.) wykorzystała oszczędności. Część firm po roku pandemii deklarowała problemy z płynnością finansową (29 proc.) lub wzrost zadłużenia firmy (27 proc.). Wśród przyczyn kłopotów z płynnością finansową badani wskazywali zatory płatnicze (64 proc.), brak przychodów z powodu lockdownu (62 proc.), rezygnację z usług przez klientów (59 proc.) oraz wydłużony czas płatności za faktury (44 proc.).

Rys. 2 Jakie obszary prowadzenia działalności są obecnie, w czasie pandemii, najbardziej problematyczne?Jakie obszary prowadzenia działalności są obecnie, w czasie pandemii, najbardziej problematyczne

– Rok 2020 był bardzo trudny dla polskich przedsiębiorców, ale dla wielu z nich negatywne skutki pandemii możemy poznać dopiero w bieżącym roku. Dotyczy to w szczególności niektórych przedsiębiorstw i branż, które dotychczas były silnie wspierane programami rządowymi i korzystały z wcześniejszych oszczędności, a które nie mogą w ten sposób funkcjonować na dłuższą metę. Część z tych firm upadnie, ale jest duża szansa, że zbiegnie się to w czasie z silniejszym ożywieniem w polskiej gospodarce, co pozwoli ograniczyć negatywne skutki dla rynku pracy – mówi Marek Rozkrut, główny ekonomista EY Polska, szef Zespołu Analiz Ekonomicznych EY.

Konsekwencje dla biznesu

Najczęściej wskazywanym przez firmy utrudnieniem w prowadzeniu działalności z powodu pandemii jest spadek liczby klientów (48 proc. wskazań) oraz wysokie koszty bieżącej działalności (44 proc. wskazań). Mimo tego, większość przedsiębiorstw (69 proc.) utrzymała stan zatrudnienia na tym samym poziomie co przed pandemią, a 8 proc. zwiększyła liczbę zatrudnionych. Odsetek firm deklarujących zmniejszenie liczby pracowników był wyższy wśród większych przedsiębiorstw. 42 proc. dużych firm przeprowadziło redukcję zatrudnienia, przy 16 proc. w przypadku mikroprzedsiębiorstw.

Różnice między dużymi a małymi podmiotami dostrzegalne są także w przypadku korzystania z różnych form wsparcia. Przedsiębiorstwa zatrudniające 250 lub więcej pracowników wyraźnie rzadziej niż mniejsze przedsiębiorstwa korzystały z programów pomocowych. Wśród mikro i małych firm relatywnie dużym zainteresowaniem cieszyła się dedykowana im pożyczka ze środków Funduszu Pracy i zwolnienia ze składek ZUS. Większe firmy z kolei częściej wspomagały się Tarczą Finansową PFR czy pożyczką obrotową na finansowanie wynagrodzeń pracowników.

Rys. 3. Czy w Pana/i firmie miały miejsce następujące sytuacje w związku z pandemią Covid-19?miały miejsce następujące sytuacje w związku z pandemią Covid-19

Oczekiwania przedsiębiorców

Zniesienie restrykcji związanych z pandemią (44 proc.), zmiana przepisów podatkowych w taki sposób, że podatek byłby należny jedynie od opłaconych faktur (38 proc.), dotacje (22 proc.) i rekompensaty (16 proc.) to najbardziej oczekiwane przez przedsiębiorców formy wsparcia w okresie pandemii.

Wygrani i przegrani pandemii

Najlepiej swoją sytuację (jako „bardzo dobra” i „raczej dobra”) oceniają średnie (45 proc.) i duże przedsiębiorstwa (48 proc.), a w ujęciu branżowym firmy farmaceutyczne i z ochrony zdrowia (48 proc.) oraz produkcyjne i budowlane, gdzie odpowiednio 38,7 proc. i 38,5 proc. ocenia swoją sytuację jako bardzo dobrą i raczej dobrą w porównaniu z rokiem poprzednim.

Po drugiej stronie są mikroprzedsiębiorstwa, gdzie źle sytuację swojej firmy ocenia 51 proc. badanych. Negatywne deklaracje dotyczą przede wszystkim firm usługowych oraz powiązanych z turystyką. Aż 95 proc. przedstawicieli hoteli i gastronomii ocenia sytuację swojej firmy jako złą.

Rys. 4. Jak ocenia Pan/i obecną sytuację swojej firmy? Czy w porównaniu do stanu sprzed pandemii (2019 r.) jest ona…

kondycja firmyO badaniu
Badanie na zlecenie EY zrealizował IBRIS w styczniu 2021 roku, na próbie 500 firm, w tym 200 mikroprzedsiębiorstw (2-9 zatrudnionych), 150 małych przedsiębiorstw (10-49 zatrudnionych), 100 średnich przedsiębiorstw (50-249 zatrudnionych) oraz 50 dużych przedsiębiorstw (250+ zatrudnionych). W badaniu wzięły udział firmy o zróżnicowanej wielkości i reprezentujące różne branże oraz sektory. Badanie zrealizowane metodą telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI).

Wynajęcie biura instytucji państwowej nie takie łatwe

Wynajęcie powierzchni biurowej instytucji państwowej nie jest łatwym zadaniem. Zazwyczaj wiąże się z udziałem właściciela budynku w przetargu na wybór powierzchni, spełnieniem wielu wymagań formalnych, a czasem nawet renegocjacjami umowy z bankiem w zakresie zabezpieczeń umowy najmu. Czy będąc właścicielem biurowca warto zatem starać się o pozyskanie takiego najemcy?

„Skutkiem panującej pandemii jest spowolnienie na rynku biurowym. Według najnowszych danych w całym 2020 roku w miastach regionalnych podpisano umowy na ponad 580 000 m kw., czyli wynajęto o ponad 100 000 m kw. mniej niż w 2019 roku. Osłabiony popyt i nie w pełni skomercjalizowana nowa podaż wpłynęły na wzrost średniego wskaźnika pustostanów, który na koniec 2020 roku wyniósł 12,7% i był o ponad 3 pp. wyższy niż przed rokiem. Spowolnienie nie było aż tak dotkliwe jak początkowo przewidywano, ale mimo to warto otworzyć się na nowe grupy najemców np. instytucje państwowe. Jest to doskonały moment, ponieważ coraz więcej z nich zaczyna wynajmować powierzchnię poza budynkami będącymi własnością poszczególnych instytucji czy Skarbu Państwa.     – komentuje Monika Sułdecka-Karaś, Partner, Dyrektor Regionalna w Knight Frank.

Zazwyczaj pierwsze kroki w pozyskaniu instytucji państwowej jako najemcy powinny polegać na znalezieniu informacji o przetargu, dostarczenie w wymaganym terminie potrzebnych dokumentów oraz dostosowanie oferty do wymagań przetargowych. Właściciele budynków biurowych powinni liczyć się z tym, że podmioty te inaczej niż spółki prywatne podchodzą do aranżacji powierzchni najmu. Bardzo często chcą wynająć gotową powierzchnię, która nie wymaga wprowadzenia żadnych zmian czy też dopłaty z ich strony z tytułu kosztów prac aranżacyjnych.

„Z naszych obserwacji wynika, że część właścicieli budynków biurowych nie decyduje się na udział w przetargach. Odrzucają możliwość pozyskania wieloletniego i niewątpliwie stabilnego najemcy z powodu niespełnienia kilku kryteriów. Moim zdanie to spory błąd, ponieważ czasem małym nakładem finansowym można dostosować powierzchnię do wymogów przetargowych i pozyskać najemcę nawet na okres 10 lat. Jest to bardzo atrakcyjna perspektywa szczególnie w czasach spowolnienia na rynku nieruchomości biurowych. Zawsze zachęcam właścicieli biurowców do wzięcia udziału w przetargu, a w konsekwencji do zrobienia wyceny ewentualnych modernizacji i dopiero na tej podstawie podjęcia decyzji, czy faktycznie warto zrezygnować,” – komentuje Anna Patrzyk-Sperzyńska, Leasing Manager w Knight Frank.

Kolejnym problemem dla niektórych właścicieli budynków biurowych jest płatność czynszu w złotówkach, a nie euro. Ze względu na umowy kredytowe lub przyjętą politykę wynajmu nie mogą się oni na to zgodzić. „Rozwiązaniem tej sytuacji może być renegocjowanie umowy z bankiem finansującym inwestycję. Bardzo często wpisuje się też do umowy najmu kwotę wyrażoną w euro, a płatności dokonuje się w złotówkach po kursie NBP sprzed dnia wystawienia faktury lub zamrożenie tego kursu,” – dodaje Iwona Kalaga, Negocjator w Knight Frank.

Większą elastycznością w kwestii zmiany płatności czynszu z euro na złotówki z pewnością mogą wykazać się lokalni właściciele obecni na rynku nieruchomości od wielu lat, których budynki są w dużym stopniu wynajęte.

Decydując się na rozmowy z państwowym najemcom trzeba mieć na uwadze brak zgody z jego strony na dodanie do umowy praktykowanych na rynku zabezpieczeń w postaci kaucji, gwarancji bankowej, kar umownych i odsetek czy oświadczenia o poddaniu się egzekucji – art. 777 KC. To wszystko może być bardzo trudne do zaakceptowania z perspektywy banku finansującego.

„Często zauważam, że właścicieli biurowców do startu w procesie pozyskania instytucji państwowej na najemcę budynku zniechęcają liczne formalności, których należy dopełnić. Przy tej okazji chciałabym zwrócić uwagę, że takie działy jak reprezentacja właściciela są między innymi po to, aby poprowadzić właściciela przez cały proces. Powinny zająć się wyszukaniem oferty przetargowej, wypełnieniem dokumentów, doradzeniem w jaki sposób dostosować przestrzeń do wynajęcia, pomóc podjąć ostateczną decyzję o sensowności udziału w przetargu czy też wynajęciu powierzchni,” – mówi Monika Sułdecka-Karaś, Partner, Dyrektor Regionalna w Knight Frank.

Jednym z największych plusów posiadania najemcy państwowego w swoim budynku jest niemożliwość jego bankructwa. W praktyce oznacza to brak problemów z płatnościami zobowiązań wynikających z umowy najmu.

Wolna powierzchnia rośnie. Są jednak dobre informacje

Analitycy REDD, największej bazy danych o rynku biurowym w Polsce, informują, że w Polsce w lutym 2021 zanotowano 559 nowych umów najmu powierzchni biurowej. Umowy obejmują w sumie ponad 155 tys. mkw. Nadal rośnie jednak wolna powierzchnia.

Liczba transakcji w lutym napawa optymizmem. Zanotowano w sumie 559 nowych umów najmu. Dla porównania w styczniu 2021 odnotowano 466 nowych umów, co z kolei potwierdza trend wzrostowy – wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Zawarte umowy najmu

Mimo większej liczby podpisanych umów dane pokazują, że dotyczą one mniejszych powierzchni. W całości w lutym 2021 w Polsce wynajęło się ponad 155 tys. mkw. Dla porównania, w styczniu mniejsza liczba transakcji odpowiadała za większą liczbę mkw. powierzchni.

Liczby te potwierdzają zauważalną ostatnio tendencję. Otóż coraz więcej zapytań o biura kierowanych jest od małych firm poszukujących biura w lepszej lokalizacji, ale z mniejszym zapotrzebowaniem na powierzchnię  – ocenia Piotr Smagała  z REDD.Zawarte umowy wg m2

Warszawa: 805,880 m2 powierzchni biurowej do wynajęcia

Po przeanalizowaniu zebranych przez REDD danych od właścicieli warszawskich obiektów biurowych klasy A i B wynika, że obecnie w stolicy znajduje się:

  • 1748 modułów biurowych o łącznej powierzchni 805 tys. m2 dostępnych „natychmiast”
  • 172 moduły biurowe o łącznej powierzchni 142 tys. m2 dostępnych za 1-3miesiące
  • 91 modułów biurowych o łącznej powierzchni 63 tys. m2 będzie dostępny za około pół roku

REDD_wg czasu

Wolne biura: Powierzchnia oddana vs w budowie

Podsumowując sytuację rynkową pod względem wolnej powierzchni biurowej dostępnej do wynajęcia w lutym 2021, widzimy wyrazistą kontynuację trendu wzrostowego.

Według danych na 26.02.2021 w Polsce, w oddanych obiektach znajduje się 1 875 090 mkw. wolnej powierzchni dostępnej do wynajęcia. Oznacza to, że od końca stycznia w oddanych obiektach biurowych przybyło prawie 75 tys. mkw. wolnej powierzchni.

Mówiąc o wolnej powierzchni w obiektach w budowie, od końca stycznia wynajęto ok. 17 tys. mkw.  

Wyniki te mogą sugerować, że najemcy, jeśli decydują się na powierzchnię biurową, to wybierają nowoczesne budynki. To w nich najbardziej zmienia się podejście właścicieli budynków. Już teraz są oni bardziej skłonni do większego pola negocjacji czynszu i długości trwania umowy – zaznacza Piotr Smagała. REDD_wolna powierachnia

Bain&Co.: Fundusze private equity zwiększają aktywność w Polsce pomimo pandemii

W ubiegłym roku liczba przejęć dokonanych przez fundusze private equity wzrosła w Polsce o około jedną trzecią pomimo pandemii i niepewnej sytuacji gospodarczej, wynika z danych zgromadzonych przez firmę doradczą Bain & Company. Ponad połowa transakcji miała miejsce w samym czwartym kwartale, co jest dobrym prognostykiem na ten rok.

W ubiegłym roku fundusze private equity zainwestowały w niemal 40 spółek w Polsce. Łączna wartość inwestycji, dla których kwota transakcji została ujawniona wyniosła około 0,5 mld euro. Oznacza to spadek łącznej wartości rok do roku o prawie 60 proc. i jest spowodowane tym, że w 2020 r. nie było tak dużych pojedynczych przejęć, jakie miały miejsce rok wcześniej.

W minionym roku największym zainteresowaniem funduszy cieszyły się firmy z sektora technologicznego, ochrony zdrowia oraz dóbr konsumenckich. Eksperci Bain & Company, który jest czołowym doradcą funduszy w Polsce i na świecie, oczekują, że wraz ze spodziewaną poprawą koniunktury gospodarczej aktywność funduszy na polskim rynku będzie dalej rosnąć.

Rynek private equity niemal zamarł w pierwszych miesiącach pandemii. Jednak od trzeciego kwartału widzieliśmy już wyraźne ożywienie, a ostatnie miesiące 2020 roku były rekordowe pod względem liczby zawartych transakcji – powiedział Jacek Poświata, Partner Zarządzający Bain & Company Poland/CEE. – Wszystko wskazuje na to, że ten trend utrzyma się w tym roku, głównie za sprawą oczekiwań co do poprawy sytuacji gospodarczej oraz faktu, że fundusze dysponują znacznymi środkami na inwestycje.

Podobnie jak w latach ubiegłych, na polskim rynku private equity nadal więcej było kupujących niż sprzedających. W porównaniu do niemal 40 transakcji kupna, w ubiegłym roku fundusze przeprowadziły kilkanaście transakcji sprzedaży aktywów. Były to jednak zdecydowanie większe transakcje pod względem wartości, jak na przykład sprzedaż akcji platformy e-commerce Allegro na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie przez fundusze Cinven, Permira i Mid Europa Partners; sprzedaż spółki Polskie ePłatności przez Innova Capital, czy też sprzedaż oferującego usługi centrów danych ATM przez MCI Capital.

Jak wynika z Global Private Equity Report 2021 opublikowanego przez Bain & Company w tym tygodniu, łączna pula środków na inwestycje zgromadzonych przez fundusze na świecie wzrosła w ubiegłym roku do rekordowego poziomu $2,9 bln z $2,6 bln w 2019 roku. Ciągły napływ kapitału do funduszy i rosnąca konkurencja między nimi sprawia, że są gotowe płacić więcej za przejmowane spółki. W ubiegłym roku średnia cena, po jakiej fundusze przejmowały spółki w Europie, osiągnęła najwyższy w historii poziom 12,6 razy zysk EBITDA, wynika z analiz ekspertów Bain & Company.

Pomimo zawirowań i niepewności związanej z pandemią kolejny rok rosły wyceny przejmowanych spółek. Widać to było zwłaszcza w przypadku firm technologicznych czy specjalizujących się w płatnościach – powiedział Paweł Szreder, Młodszy Partner w Bain & Company. – Spodziewamy się, że w tym roku fundusze nadal będę interesować się spółkami z sektora technologicznego, jak również spółkami e-commerce, dóbr konsumenckich oraz firmami przemysłowymi z potencjałem ekspansji na rynkach Europy Zachodniej.

Rekordowo wysokie wyceny spółek oznaczają, że funduszom coraz trudniej będzie osiągnąć wysokie stopy zwrotu z inwestycji. W ciągu minionej dekady fundusze były beneficjentami silnego wzrostu cen aktywów. Obecnie, inwestorzy powinni bardziej skupić się na poprawie rentowności spółek portfelowych oraz budowaniu ich wartości.

Według ekspertów Bain & Company, fundusze coraz większą wagę powinny także przykładać do inwestycji zgodnie z zasadami ESG (Environmental, Social, and Governance). Inwestycje w spółki realizujące strategię zrównoważonego rozwoju z poszanowaniem środowiska osiągać będą wyższe stopy zwrotu. Rosnąć będzie również presja na zarządy spółek portfelowych na spełnianie standardów ESG ze strony klientów, pracowników, banków oraz regulatorów.

Pełna wersja Global Private Equity Report 2021 jest dostępna pod linkiem:

https://www.bain.com/globalassets/noindex/2021/bain_report_2021-global-private-equity-report.pdf

Deloitte: Niemal trzy czwarte pracujących w biznesie Polek obawia się o dalszy rozwój kariery

Problemem jest tradycyjne obciążenie kobiet pracą na dwóch etatach: służbowym i prywatnym.

Dla wielu kobiet aktywnych zawodowo pandemia oznaczała całkowite zaburzenie równowagi między pracą a życiem prywatnym. 86 proc. Polek pracujących w pełnym lub prawie pełnym etacie w różnych branżach ocenia, że zmiany wywołane koronawirusem miały negatywny wpływ na ich samopoczucie psychiczne, a 79 proc. deklaruje, że także na fizyczne. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Wpływ pandemii na perspektywy rozwoju zawodowego kobiet w biznesie” wynika również, że ponad połowa ankietowanych ma wątpliwości odnośnie kontynuowania rozwoju zawodowego u obecnego pracodawcy. Eksperci Deloitte przedstawiają również rekomendacje dla pracodawców, dotyczące działań, jakie mogą podjąć, by zapewnić kobietom możliwość odnoszenia dalszych sukcesów i awansu w pracy obecnie i w dłuższej perspektywie.

Firma Deloitte sprawdziła ocenę sytuacji życiowej i zawodowej kobiet biznesu w związku z wybuchem pandemii. W tym celu przeprowadziła badanie na grupie kobiet z całego świata, zatrudnionych w różnych branżach, pracujących na pełen, lub prawie pełen etat i zajmujących stanowiska od specjalistki do prezeski. Podobne badanie objęło także grupę ponad 300 kobiet z Polski z małych, średnich i dużych firm, reprezentujących różne sektory.

Wyniki ankiety pokazują, że niemal 82 proc. pytanych kobiet na świecie i niewiele mniej, bo 76 proc. w Polsce uważa, że pandemia wywarła negatywny wpływ na ich życie. 74 proc. Polek z badanej grupy (70 proc. globalnie) obawia się natomiast o dalszy rozwój swojej kariery zawodowej.

– Jesteśmy w punkcie zwrotnym. Najwyższy czas zacząć analizować skutki pandemii odczuwane na poziomie jednostki, społeczeństwa, biznesu czy gospodarki, aby móc wyciągnąć wnioski i odwrócić niekorzystne tendencje, które pojawiły się w ciągu ostatnich dwunastu burzliwych miesięcy czy też wesprzeć trendy pozytywne. Procesy, jakie uruchomiła pandemia w życiu pracujących kobiet, mają i będą miały wpływ na sytuację samych kobiet, rodzin, firm oraz całego społeczeństwa. Pochylenie się nad tym tematem jest konieczne w momencie, gdy opracowujemy nowy model pracy – mówi Iva Georgijew, partnerka, członkini Rady Dyrektorów Deloitte Central Europe, założycielka i liderka Klubu SheXO Deloitte.

Pandemia odcisnęła piętno na życiu kobiet biznesu

Jak wynika z badania Deloitte, aż 78 proc. badanych Polek pracuje w biurze rzadziej niż kiedyś. Przy czym 42 proc. pracowało stacjonarnie przed pandemią przez minimum jeden dzień w tygodniu, a po jej wybuchu przeszło w pełni na pracę z domu. Dziś zdalnie na cały etat funkcjonuje 43 proc. ankietowanych, gdy wcześniej było to zaledwie 4 procent.

Badanie pokazuje przede wszystkim, że pandemia tylko nasiliła tradycyjne obciążenie kobiet pracą na dwóch etatach: służbowym i prywatnym. Aż 67 proc. respondentek zadeklarowało, że jednocześnie intensywnie zajmuje się osobami bliskimi, wykonując co najmniej 75 proc. związanych z tym obowiązków.

Sytuacja Polek nie różni się bardzo od położenia ogółu pracujących kobiet na świecie pod względem deklarowanego wzrostu obciążeń po wybuchu pandemii – uskarża się na to odpowiednio 63 proc. i 65 proc. pytanych. Niepokojące są jednak wyniki pokazujące zwiększenie się liczby stresujących czynników związanych z sytuacją zawodową kobiet w Polsce. Na przykład wzrost obciążenia pracą dotyka 73 proc. z nich, a dla porównania, w skali globalnej odczuwa go tylko jedna trzecia zapytanych. 72 proc. respondentek w Polsce uważa, że ma obecnie mniej czasu dla siebie, 68 proc. ma więcej obowiązków domowych, a ponad połowa ocenia, że ma więcej ogólnych powinności związanych z opieką nad dziećmi (54 proc.) oraz pomocą w zdalnej nauce (53 proc.).

Konieczność sprostania tym zadaniom całkowicie zmieniła rozkład dnia kobiet, co w rezultacie miało negatywny wpływ na ich życie. Najczęściej respondentki uskarżają się na pogorszenie się samopoczucia psychicznego – tak odpowiedziało 86 proc. z nich. Niewiele mniej, 79 proc., mówi o konsekwencjach fizycznych, a 65 proc. ocenia, że nie jest w stanie zrównoważyć pracy z życiem osobistym.

Pomyślmy, jak bardzo zmieni nas cały rok pandemii. Ile pracy trzeba będzie włożyć zarówno w rozwój nowego przywództwa, jak i kulturę organizacyjną. Inną sferą ogromnej pracy i kosztów będzie pomoc pracownikom w odbudowie ich psychicznego komfortu. Wyzwania związane z kosztami psychicznymi w wielu grupach społecznych będą wprost kolosalne – mówi John Guziak, partner, lider ds. kapitału ludzkiego w Deloitte Polska.

Kariera pod znakiem zapytania

Obok znaczących zmian w organizacji życia prywatnego, wymuszonych pandemią, wiele kobiet obawia się, że negatywnie wpłynie ona także na rozwój ich kariery zawodowej. Biorąc pod uwagę obecne wymagania dotyczące awansu, 51 proc. respondentek ma wątpliwości co do sensu kontynuowania kariery w swojej dotychczasowej firmie. Głównymi powodami są: brak równowagi między pracą a życiem prywatnym (53 proc.), brak kultury organizacyjnej (35 proc.), brak elastycznych systemów zatrudnienia (26 proc.), brak świadczeń (26 proc.) czy doświadczenia związane z różnymi formami wykluczenia (25 proc). Pesymizm badanej grupy Polek widać też w spodziewanym przez 53 proc. z nich zwiększeniu w najbliższym czasie liczby obowiązków.

Eksperci Deloitte wskazują też na niepokojące zjawisko, jakim jest poczucie badanych Polek, że w pracy muszą być teraz non stop dyspozycyjne, o czym wspomniało 49 proc. badanych. Taki charakter funkcjonowania online, do tego z własnego domu, powoduje zacieranie się granic między tym, co prywatne a tym, co służbowe. W efekcie 57 proc. pytanych czuje się przytłoczona swoimi obowiązkami zawodowymi. Tego rodzaju zmartwienia i rozterki wyrażają częściej menedżerki wyższego szczebla. W przypadku badanych kobiet, które mają poczucie, że muszą być zawsze dostępne, głównym zmartwieniem jest obawa przed wykluczeniem z udziału w zebraniach i projektach (45 proc.), strach przed negatywnym wpływem sytuacji na rozwój ich kariery (43 proc.), a także obawa przed obarczeniem dodatkowymi zadaniami innych członków zespołu, którzy mogą pracować po godzinach (26 proc.).

Sześć kroków do równowagi

Uczestniczki badania wskazały czynniki, które ich zdaniem mogłyby wesprzeć je w dalszym rozwoju zawodowym w trakcie pandemii, gdy konieczne jest przystosowanie się do zachodzących zmian, ale też w dłuższej perspektywie. Co ciekawe, odpowiedzi Polek miejscami dość istotnie różnią się od tych, których udzieliły kobiety w badaniu międzynarodowym. Kobiety na świecie na pierwszym miejscu wymieniły awans lub podwyżkę – 59 proc. Podobnie odpowiedziało tylko 28 proc. Polek, a czynnik ten znalazł się dopiero na siódmej pozycji. Na drugiej, zdaniem prawie połowy zapytanych na świecie znalazły się bardziej elastyczne formy wykonywania pracy. W Polsce odpowiedziała tak jedna trzecia zapytanych. Natomiast najważniejsza dla polskich respondentek (46 proc.) jest obsada zespołów, która zapewnia niezbędne wsparcie w realizacji celów zawodowych. W skali globalnej zajęła trzecie miejsce.

W ostatnim czasie w biznesie niebywale wzrosło znaczenie czynnika ludzkiego i społeczny wymiar przedsiębiorstw. Dla sukcesu biznesowego firm, które przetrwały kryzys lub wręcz rozwinęły się w trakcie pandemii, decydująca okazała się inicjatywa pracowników, ich samodzielność, odwaga, kreatywność i proaktywne podejście do wyzwań, z którymi się stykali. A także funkcjonowanie w zgranych, silnie zmotywowanych zespołach, odpornych na zawirowania – uważa John Guziak.

Aby to udało się osiągnąć, eksperci Deloitte proponują sześć kroków.

Przede wszystkim, trzeba ponownie zdefiniować pojęcia elastycznego czasu pracy oraz dyspozycyjności w czasach tzw. nowej normalności. Niezbędne jest budowanie kultury umożliwiającej pracownikom czerpanie korzyści z nowych reguł bez obawy o swoją przyszłość zawodową.

Po drugie, podstawą zarządzania powinny być empatia i zaufanie. Empatia liderów pozwala na budowanie otwartej kultury firmowej i w efekcie prowadzi do wzajemnego zaufania oraz samodzielności pracowników, ich wewnętrznej motywacji, proaktywności i sprawnej współpracy.

Po trzecie, prawie jedna trzecia badanych przez Deloitte (w tym niemal 40 proc. członkiń wyższej kadry kierowniczej) wskazywała m.in. mentoring i networking jako czynniki istotne z punktu widzenia rozwoju ich kariery.

Po czwarte, pracodawcy powinni zapewnić elastyczny dostęp do specjalistycznej wiedzy oraz konieczne w danym wypadku wsparcie. Należy jednak zadbać, by dopasować tę ofertę do różnorodnych możliwości technicznych i czasowych poszczególnych pracownic.

Po piąte, ważniejsza niż kiedykolwiek jest eliminacja podświadomych uprzedzeń w ramach procesów przyznawania nagród, podwyżek i awansów, w tym obiektywne podejście do obowiązków opiekuńczych kobiet.

I wreszcie, elementami kultury organizacyjnej każdego przedsiębiorstwa powinny być różnorodność, poszanowanie innych i zapobieganie wykluczeniu. Przeszło 25 proc. kobiet, które poddają w wątpliwość możliwość rozwoju swojej kariery zawodowej, jako przyczynę wymienia zachowania wykluczające, takie jak mikroagresja czy odsunięcie od spotkań i projektów. Wszelkie przypadki tego typu wymagają bezpośredniej, zdecydowanej reakcji, uwzględniającej także jasne komunikaty i szkolenia.

Warto wykorzystać dzisiejszą sytuację jako okazję do przemyśleń na temat budowy nowej kultury organizacyjnej w firmie. To, jak będą postępować w najbliższym roku pracodawcy, czy dołożą starań, aby ułatwić kobietom adaptację do zmienionych warunków życia i pracy oraz realizację ich ambicji zawodowych, ma kluczowe znaczenie dla społecznej i zawodowej przyszłości kobiet. A także dla kultywacji tego, co biznes zyskał dzięki zaangażowaniu pracowników obu płci – mówi Iva Georgijew.

O badaniach

W sierpniu i wrześniu 2020 roku, w imieniu Deloitte Global, Forbes Insights przeprowadził badanie 385 kobiet z całego świata, zatrudnionych w różnych branżach. Badanie objęło Australię, Brazylię, Kanadę, Chiny, Francję, Indie, Japonię, Wielką Brytanię i USA. Wszystkie respondentki pracowały na pełen etat i zajmowały różnorodne stanowiska.

W grudniu 2020 oraz w styczniu 2021 r. firma Deloitte przeprowadziła badanie 335 kobiet z całej Polski, zatrudnionych w małych, średnich i dużych firmach w różnych branżach. Wszystkie pracowały w pełnym lub prawie pełnym wymiarze godzin i zajmowały różnorodne stanowiska – od asystentki do prezeski.

Kobiety doskonale wiedzą, czego chcą w sferze zawodowej. Jakie są ich oczekiwania względem pracodawców?

Jakie czynniki są dla Polek decydujące przy wyborze nowego miejsca pracy? Które benefity pozapłacowe uznają za najbardziej atrakcyjne? Co jest dla nich motywacją do zmiany zatrudnienia i czy możliwe jest zatrzymanie ich w organizacji, gdy podejmą decyzję o odejściu? Z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet ManpowerGroup przygotował analizę przedstawiającą oczekiwania pań względem rynku pracy.

Czas pandemii COVID-19 to okres dynamicznych zmian zarówno w gospodarce, jak i na rynku pracy. Wydawałoby się, że nie jest to odpowiedni czas, by dobrowolnie opuszczać zawodową strefę komfortu. Jednak Polki, przy odpowiedniej motywacji, są otwarte na nowe wyzwania. Aż 49% z nich byłoby skłonnych zmienić pracę, gdyby zaproponowano im lepsze warunki finansowe (źródło: raport ManpowerGroup i HRlink „Ocena nowej rzeczywistości rynku pracy − perspektywa pracowników i pracodawców”). Kolejną skuteczną zachętą do podjęcia nowego zatrudnienia jest perspektywa rozwoju zawodowego (19%) oraz ciekawsze obowiązki (6%). Tylko 5% pań zdecydowałoby się przejść do innej firmy ze względu na możliwość objęcia wyższego stanowiska. 4% postanowiłoby zmienić pracę, gdyby realizacja celów i zadań u obecnego pracodawcy była niemożliwa. Bardzo niewiele kobiet (1%) deklaruje, że nie zmieniłoby pracy w czasie pandemii.

Co może zrobić pracodawca w sytuacji, gdy cenna dla organizacji pracownica składa wypowiedzenie? Czy ma szanse zatrzymać ją w firmie? Jakich argumentów powinien użyć, by przekonać ją do kontynuowania współpracy? Przede wszystkim – finansowych. Aż 45% kobiet deklaruje, że podwyżka skłoniłaby je do pozostania w organizacji. Dla 14% ważna jest stabilność obecnego zatrudnienia. 11% pracownic deklaruje, że w obecnej firmie zatrzymałyby je lepsze relacje z przełożonym i dobra atmosfera w zespole. Odpowiednią motywacją dla 10% pań byłby awans w obecnej organizacji. Część pracownic czułaby obawy przed zmianą w dobie pandemii (9%), szczególnie w przypadku braku sprawdzonych informacji dotyczących kondycji finansowej potencjalnego nowego pracodawcy (5%).
Czy pandemia zmieniła oczekiwania pracownic odnośnie benefitów pozapłacowych? 13% pań deklaruje, że w ich przypadku globalne zagrożenie zdrowotne przyczyniło się do przewartościowania benefitów. Respondentki, udzielając odpowiedzi wielokrotnego wyboru na temat najbardziej pożądanych świadczeń, najczęściej wskazywały na prywatną opiekę zdrowotną (64%) oraz szkolenia i rozwój (57%). Mile widziane są również dodatkowe dni wolne (38%), dofinansowanie do nauki języków (35%), a także – deklarowane przez ok. 30% pań – ubezpieczenie na życie oraz karta uprawniająca do korzystania z obiektów sportowych.

Jakiego modelu pracy oczekują Polki w trakcie i po pandemii? 56% uważa, że forma zdalna powinna zostać wprowadzona w firmach na stałe, natomiast przeciwnego zdania jest 30% kobiet. Oznacza to, że ponad połowa pań w Polsce ceni sobie możliwość wyboru oraz elastyczność, jaką zapewnia zdalny model funkcjonowania zawodowego. W grupie będącej „za” pracą zdalną 76% Polek najlepiej odnajdywałoby się w hybrydowym modelu pracy. Model wyłącznie zdalny wybrałoby 15% kobiet. Do biur w pełnym wymiarze chce wrócić 8%.

– Od lat obserwujemy otwartość i gotowość polskich organizacji na wykorzystanie pełnego potencjału zawodowego kobiet. Panie coraz częściej zajmują wysokie, w tym kierownicze i przywódcze stanowiska w firmach. Ten obraz rosnącej roli kobiecej siły w organizacjach zburzyła jednak pandemia koronawirusa, która w największym stopniu dotknęła właśnie sfeminizowanych branż. Handel, przetwórstwo przemysłowe, gastronomia czy hotelarstwo to dziedziny w których kobiety stanowią znaczną grupę zatrudnionych, a zarazem sektory, które najbardziej ucierpiały w wyniku lockdownu. Dodatkowo branże te bardzo szybko się digitalizują, dlatego też panie, aby zapewnić sobie zatrudnialność w przyszłości, muszą intensyfikować swój rozwój zawodowy poprzez stałe podnoszenie, aktualizowanie i nabywanie kompetencji w obszarach związanych z cyfrową transformacją. To również zadanie dla pracodawców, którzy powinni wspierać kobiety w rozwijaniu nowych umiejętności przyczyniając się do zapewnienia równości płci na rynku pracy i ułatwiając sobie przygotowanie do pracy przyszłości – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce.

Z badania ManpowerGroup „The Future for Workers, By Workers: Making the Next Normal Better for All” przeprowadzonego globalnie wśród 8 tys. pracowników wynika, że kobiety są bardziej zagrożone utratą pracy. Panie stanowią liczniejszą grupę pracowników w sektorach najbardziej dotkniętych pandemią COVID-19, takich jak Hotelarstwo/Restauracje (59% pracowników tego sektora na świecie to kobiety) czy Sztuka i Rozrywka (63% ) – potwierdzają dane przygotowane przez International Labor Organization (ILO) w ramach analizy „COVID-19 and the World of Work”. Z kolei zgodnie z informacjami przedstawionymi podczas Światowego Forum Ekonomicznego („Covid-19 Infects More Men than Women”, czerwiec 2020), panie częściej niż panowie będą zmuszone do skorzystania z urlopu lub świadczeń postojowych (12% kobiet vs 10% mężczyzn) oraz będą odczuwać społeczne i ekonomiczne skutki pandemii dłużej niż ich koledzy z pracy. W tej sytuacji otwartość na zmiany oraz nieustanne doszkalanie się są zdecydowanie pożądane.

– Myśląc o stopniu, w jakim pandemia dotknęła kobiety, nie należy zapominać, że w związku z zamknięciem szkół oraz wykonywaniem pracy z domu wiele pań mierzyło się z wyzwaniami jednoczesnego łączenia roli rodzica oraz pracownika. To, jak znaczna jest skala wpływu koronakryzysu na codzienność pań, oddaje powstanie w języku angielskim określenia shecession. Dlatego firmy, które realnie chcą wspierać swoich pracowników powinny strategicznie i kompleksowo pomagać im także w łączeniu życia prywatnego z rolami zawodowymi – dodaje Iwona Janas.

Czy praca ma płeć? Kobiety i mężczyźni o pracy

Sytuacja zawodowa kobiet w Polsce jest dziś lepsza, niż 10 lat temu – uważa większość Polaków uczestniczących w badaniu Pracuj.pl. Jednak panowie i panie różnią się znacznie w ocenie sytuacji zawodowej obu płci – np. równości szans, poziomu napięć zawodowych, obciążenia obowiązkami czy zasadności parytetów. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety wciąż często myślą o sobie stereotypami. Z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet sprawdzamy, jak przedstawiciele obu płci oceniają swoją sytuację na rynku pracy.

Czego dowiesz się z tekstu:

  • Według 61% badanych kobiety są w lepszej sytuacji niż 10 lat temu.
  • Kobiety częściej niż mężczyźni uważają, że mają gorsze szanse na karierę.
  • Parytety płci w zarządach popiera 58% kobiet i 39% mężczyzn.
  • 57% mężczyzn uważa, że w pracy mierzą się ze sprzecznymi oczekiwaniami.

W (równym) środowisku pracy

8 marca przypada 111. rocznica ustanowienia Międzynarodowego Dnia Kobiet. Od samego początku jego ważną intencją było wzmacnianie pozycji pracujących kobiet i przypominanie o równości pracowników bez względu na płeć. Jak obecną sytuację pań na rynku pracy postrzegają aktywni zawodowo Polacy? Z okazji zbliżającego się święta zapytaliśmy o to respondentów uczestniczących w badaniu Pracuj.pl „Polacy w środowisku pracy”. Co ważne, nie zapomnieliśmy też o wyzwaniach zawodowych mężczyzn – również mierzących się z codziennymi trudnościami. Dzięki temu badania przynoszą sporo ciekawych, mniej oczywistych spostrzeżeń dotyczących rynku pracy.

Coraz lepiej, choć daleko do równości

Według badań Pracuj.pl większość Polaków jest zgodna co do opinii, że sytuacja zawodowa kobiet jest dziś lepsza, niż jeszcze dekadę temu – twierdzi tak 6 na 10 badanych. Różnice między opiniami kobiet i mężczyzn są tu bardzo niewielkie. Nieco większy rozdźwięk zaobserwować można w przypadku oceny sytuacji zawodowej panów. O tym, że przez dekadę się poprawiła, wyraźnie częściej przekonane są kobiety (51%) niż mężczyźni (45%).

Lepsza sytuacja zawodowa nie oznacza jednak wciąż równości. Wiele pracujących kobiet uważa, że nie są traktowane w środowisku pracy na równi z mężczyznami. 42% respondentek nie zgodziło się ze stwierdzeniem, że obie płcie mają obecnie równe szanse w życiu zawodowym – to znacznie więcej, niż w przypadku mężczyzn (24%).

Wyniki badań Pracuj.pl pokazują, że wiele kobiet wciąż ma poczucie nierówności na rynku pracy. Tylko 1/3 naszych respondentek uważa, że szanse kobiet i mężczyzn na rynku pracy są równe. Mężczyźni znacznie częściej postrzegają je w ten sposób. Połowa respondentów zadeklarowała, że obie płcie mają w życiu zawodowym takie same szanse. Kiedy schodzimy na poziom bardziej szczegółowy, kobiety i mężczyźni są bardziej zgodni. Około 60% respondentów i respondentek uważa, że bez względu na płeć są tak samo traktowani przez przełożonych i mają takie same szanse na awanse czy podwyżki. Jest jednak 40-procentowa grupa badanych, którzy i które dostrzegają nierówności w swoich miejscach pracy – komentuje Małgorzata Skonieczna, ekspertka ds. badań kandydatów w Grupie Pracuj.

równe szanse kobiet

Parytety – rozwiązanie, które dzieli

Jak zauważa ekspertka, panowie i panie nie różnią się od siebie znacząco w ocenie równego traktowania obu płci przez przełożonych (58% zgadzających się), a także równego dostępu do awansów i podwyżek (54%).równośc w pracy

Niepokojący jest natomiast odsetek osób, które nie zgadzają się ze stwierdzeniami dotyczącymi podobnych szans obu płci. Czy odpowiedzią na te wyzwania mogą być parytety? Tu zaobserwować można znaczące różnice w ocenie ze strony przedstawicieli obu płci. Panie odnoszą się do nich ze znacznie większym entuzjazmem od panów, choć również wśród nich zwolenniczki nie stanowią przeważającej większości. 58% pań popiera parytety płci na stanowiskach kierowniczych, a 48% – w trakcie selekcji kandydatów do pracy. Dla porównania wśród mężczyzn w obu przypadkach jest to mniej niż 4 na 10 badanych.

parytety płciJak zauważa dr Monika Sońta, ekspertka Katedry Zarządzania w Społeczeństwie Sieciowym na Akademii Leona Koźmińskiego, parytety jeszcze przez długi czas będą budzić kontrowersje. Jednak według różnorodnych rynkowych analiz stopniowe wprowadzanie parytetów może przynosić realne korzyści dla firm.

Regularne raporty dotyczące parytetów i wzrostu różnorodności w organizacjach przygotowuje choćby np. Deloitte. Pokazują one, że obecność kobiet w zarządach wpływa pozytywnie na wyniki finansowe firmy oraz na wzrost poziomu innowacyjności w organizacji. Dodając to tego często wdrażany przez menedżerki styl zarządzania oparty na zaufaniu można dostrzec, że włączanie pań w podejmowanie decyzji biznesowych oraz zapraszanie ich do projektowania kolejnych działań w „nowej normalności” jest korzystne dla firm – komentuje dr Monika Sońta.

Stereotypy i sprzeczne oczekiwania

Czy płeć może mieć wpływ na predyspozycje do wykonywanych zawodów? Niewątpliwie kobiety i mężczyźni uzupełniają się kompetencyjnie w miejscach pracy. Jednocześnie jednak twierdzenia o predyspozycjach wynikających z płci bywają nośnikiem stereotypów. Ujawniają także różnice w postrzeganiu sytuacji przez panie i panów. Na przykład, respondentki częściej od panów uważały kompetencje miękkie za domenę kobiet (53%, przy 42% mężczyzn). Respondenci natomiast częściej uważali, że to panowie lepiej nadają się do wykonywania zawodów technicznych (44% mężczyzn i 32% pań).Stereotypy i sprzeczne oczekiwaniaPanie muszą mierzyć się ze stereotypami. W oczach panów z kolei pojawia się inny problem – mierzenie się z trudnymi oczekiwaniami. Część ekspertów i psychologów zwraca uwagę, że zmiany kulturowe nakładają na mężczyzn dodatkową presję, związaną z nowymi rolami i oczekiwaniami społecznymi. Respondenci Pracuj.pl płci męskiej zwracają uwagę na fakt, że w miejscach pracy często oczekuje się od nich jednoczesnej stanowczości i empatii, nieraz w tym samym czasie. Z takim twierdzeniem zgadza się 57% badanych mężczyzn i znacznie mniej, bo 40% kobiet. Dla sporego odsetka panów taka sytuacja sprawia trudność.
oczekiwania kobiet i mężczyzn

Stres i płeć w oczach Polaków

Stres w pracy dotyka wszystkich pracowników – bez względu na płeć. Odmienne są jednak wyobrażenia na temat tego, która płeć lepiej sobie z nim radzi. Co ciekawe, choć najwięcej respondentów nie dostrzega w tym obszarze różnic, przedstawiciele obu płci wskazują często… na samych siebie. Kobiety (35%) częściej niż mężczyźni (14%) uważają, że to one lepiej radzą sobie z nerwami w pracy. Z kolei mężczyźni (33%) częściej niż kobiety (18%) są zdania, że są bardziej odporni na stres w życiu zawodowym.
stres kontra płeć

Temat stresu zyskuje szczególnie na znaczeniu w obliczu pandemii COVID-19. W ostatnim roku najmocniej doskwierała pracującym Polakom myśl o utracie pracy (36%) oraz strach przed pogorszeniem się kondycji firmy (również 36%) – taką opinię wyrazili respondenci w badaniu Pracuj.pl „Polacy w środowisku pracy”. Stresogennymi czynnikami, bez względu na płeć, są także: odmowa przyznania podwyżki lub awansu, trudności z zachowaniem work life-balance czy konflikty z przełożonym i współpracownikami. Jedynie 22% zatrudnionych uznało, że w ich życiu zawodowym nie ma żadnych problemów.

Rodzicielstwo, czyli zawodowe wyzwanie

Pandemia utrudniła życie aktywnych zawodowo rodziców. W badaniu Pracuj.pl przeprowadzonym w II kwartale 2020 roku aż 79% ojców i matek przyznawało, że ma większe trudności z pracą zdalną, niż inni pracownicy. Ich zdaniem osobom bezdzietnym zdecydowanie łatwiej pracuje się na home office.

rola rodzica

Pogodzenie obowiązków zawodowych z obowiązkami domowymi, gdy placówki edukacyjne są zamknięte to nie lada wyzwanie. Również w tym przypadku widzimy, że kobiety i mężczyźni są podzieleni w ocenie obciążenia obu płci obowiązkami rodzicielskimi. Wśród panów podobna liczba uważa, że funkcjonowanie na współczesnym rynku pracy jest dużym wyzwaniem dla matek (59%) i ojców (56%). Z kolei wśród pań dysproporcja pod tym względem jest znacznie większa – 63% dostrzega wyzwania matek, 49% – trudności ojców. Jak zauważa ekspertka, ta dysproporcja może wynikać z obciążenia pań wieloma obowiązkami rodzicielskimi zarówno w minionych latach, jak i w czasie pandemii.
Przez ostatnie trzy dekady w Polsce rosły „techniczne” możliwości podejmowania pracy zarobkowej przez kobiety. Pojawiają się też nowe segmenty opisujące styl życia i pracy Polaków, np. DINKs, czyli pracujące, bezdzietne pary. Widok aktywnej zawodowo mamy dla osób z pokoleń Y czy Z jest codziennością, przyzwyczailiśmy się do tego społecznego obrazka. Pytanie, ile to łączenie ról kosztuje same kobiety. Szczególnie widać to w czasie pandemii, gdy to Panie ponoszą najwyższą cenę pracy z domu lub konsekwencje decyzji o zajęciu się domem i ograniczeniu aktywności zawodowej – komentuje dr Monika Sońta.

Z potencjałem, ale bez przewrotów w świecie HR-u. Jak koronawirus zmienił (i nadal zmienia) nasze podejście do zarządzania kadrami?

Truizmem staje się powiedzenie, że pandemia koronawirusa zmieniła podejście HR-owców do zarządzania kadrami, choć pomimo długiej już kariery pojęć, takich jak “praca zdalna” czy “postcovidowy employer branding”, w powszechnym przekonaniu nadal pokutuje myśl o niechybnej rewolucji. Czy home-office staje się must-have każdej firmy? Jakie działalności najszybciej adaptują się do nowych standardów? Tutaj nie ma jednoznacznych odpowiedzi.

Rzeczywistość jest nieco mniej przewrotowa-na rynku pojawiło się kilka branżowych mitów, a uważni managerowie powinni zwrócić uwagę na ciągłość procesu, jakiego wszyscy jesteśmy świadkami — dopiero ten może nas sporo nauczyć.

Mit I. Wszyscy pracujemy zdalnie

Jeszcze przed wiosennym lockdownem tzw. home-office był raczej ciekawostką niż stałym trendem na rynku pracy. Co prawda niektóre branże (w tym firmy zajmujące się marketingiem czy IT) traktowały pracę zdalną jako dopuszczalny scenariusz zarządzania zespołem, choć taka decyzja była w przeważającej części przypadków benefitem, a nie standardem. Według raportów platformy EPALE Komisji Europejskiej, 33,9 proc. zatrudnionych nigdy wcześniej nie pracowało z domu, a sporadycznie home-office przytrafiał się 43,4 proc. respondentów. Te same badania wykazały, że zaraz po ogłoszeniu pierwszej kwarantanny, aż 85,6 proc. pracowników przeszło na tryb pracy zdalnej, choć i ten odsetek wydaje się sporo na wyrost (dane z kwietnia 2020 roku).

Przyjmując jednak, że ankieta KE odzwierciedla stan nagłego zamknięcia biur, to już Główny Urząd Statystyczny w czerwcu 2020 roku oszacował, że wyłącznie ze względu na sytuację epidemiologiczną, tylko 10,2 proc. badanych pozostaje na home-office. W 3. kwartale ubiegłego roku odsetek zmalał do 5,8 proc. Kolejną różnicą jest zmiana rozkładu sił, jeśli chodzi o poparcie trendu — o ile na początku pandemii zarówno sektor prywatny, jak i państwowy w podobnym stopniu delegował pracowników do pracy zdalnej, to pod koniec września GUS informował już o prawie dwukrotnej przewadze przedsiębiorstw komercyjnych. Co to oznacza dla przyszłości pracy na odległość?

Pierwszym wnioskiem jest trudność w oszacowaniu liczby osób, które pracują zdalnie. Często w raportach pojawiają się sprzeczne sygnały, iż z jednej strony praca zdalna stała się nieodłącznym elementem krajowego rynku pracy, jednak z drugiej — o niewielkiej ciągłości. Duża część badaczy nie bierze pod uwagę cyklicznych powrotów do biur oraz tak samo częstego eksodusu do pracy zdalnej, np. przez obecność jednej osoby zakażonej w zespole. Inną kwestią jest przyjęcie strategii pracy hybrydowej, czego również raporty nie biorą pod uwagę jako odrębnego stylu zarządzania kadrami. Według Komisji Europejskiej aż 40,3 proc. zatrudnionych nawet po pandemii chce postawić na home-office. Jak często? W tej kategorii również brak rewolucji — od 1 do 2 razy w tygodniu.

Mit II. Małe firmy szybciej dostosowują się do zmian

Wydawałoby się, że organizacje o uproszczonej strukturze szybciej adaptowały się do rzeczywistości pandemicznej niż duże korporacje. Za taką tezą przemawiają głównie kwestie komunikacyjne i strukturalne — na pozór łatwiej przecież oddelegować cztery osoby na home-office niż cały dział. Realia malują się jednak w nieco innych barwach, a te z kolei stawiają właśnie większe firmy na podium. Nawet ogólnopolskie raporty w grupach badawczych notowały wyraźną przewagę dużych przedsiębiorstw nad MŚP. Dla przykładu, w dyskusji o pracy zdalnej i większej elastyczności zadaniowej brało udział 73 proc. korporacji. W badaniach m.in. Uniwersytetu SWPS — dokładnie 63 proc. Dlaczego?

Małe organizacje, szczególnie z długim stażem na rynku, często są bardziej konserwatywne, niż debiutujące start-upy, albo międzynarodowe korporacje. W przypadku MŚP dochodzi również brak oddelegowanego zaplecza decyzyjnego i wykonawczego. To powinien być pierwszy sygnał dla HR-owców — wykształcenie specjalnej komórki do delegowania na home-office. Taką filozofię przyjęły duże firmy, o czym zapomniały (lub po prostu nie miały ku temu środków) małe.

Tylko na przykładzie pracy zdalnej można wykazać, iż domeną dużych firm jest właśnie adaptacja do nowej rzeczywistości. Cezurą wydaje się 49 pracowników, ponieważ powyżej tej liczby notowano wyraźny skok w kategorii delegowania zespołu na home-office, a także wprowadzania innych innowacji, m.in. onboardingu online. Pandemia pokazała HR-owcom, że o ile integracja przez internet może zakrawać na śmieszność (choć nie w każdym przypadku jest zdana na porażkę!), to całkiem sprawnie sprawdzają się szkolenia na odległość. Pomijając kwestie sprzętowe, dzięki zdalnym kursom, zespół nie jest zdany wyłącznie na specjalistów z danego miasta, a oferty szkoleniowców nie ogranicza geografia. W tym przypadku to również spora szansa dla mniejszych działalności.

Mit III. Krajowy rynek pracy jest gotowy do postpandemicznej rewolucji

O ile kwestia pracy zdalnej musi jeszcze dojrzeć, małe firmy muszą nieco zmodyfikować zachowawczy styl zarządzania, a korporacje konsekwentnie usprawniać modele wdrożone już podczas lockdownu, to pojawia się jednak kwestia całokształtu krajowego rynku pracy. Czy właściwie jesteśmy gotowi do postępującej digitalizacji etatów? Tak jak już wspominałam — rewolucja to określenie na wyrost. COVID-19 raczej przyspieszył ewolucję w stronę większej elastyczności, ale nie należy się spodziewać nagłego przewrotu, opustoszenia biurowców, czy wybuchu popularności coworkingu.

Bloomberg, The Economist, amerykański Forbes. Największe i najbardziej prestiżowe redakcje już wieszczyły eksodus HR-u w stronę internetu, jednak większość analiz kończyły frazą “to zależy od…”. No właśnie — od czego zależy powodzenie transformacji zarządzania kadrami zarówno w trakcie, jak i po koronawirusie? Można zaryzykować stwierdzenie, że znaczącym bodźcem jest lokalna kultura pracy. Od wieków Polacy byli przywiązani do stałego miejsca, które stawało się synonimem etatu, a relatywnie młode dziedziny, które już teraz stawiają znaczące kroki w stronę wdrażania rozwiązań z okresu pierwszego lockdownu, w Polsce nie mają takiego zaczepienia, jak w Wielkiej Brytanii czy Stanach.

Nietrudno wyobrazić sobie nieco uszczuplone londyńskie City, ponieważ już wcześniej model telepracy wykorzystywany był w przypadku kadry specjalistów. W Polsce z kolei background zarówno kulturowy, jak i technologiczny nie jest jeszcze na tyle rozbudowany, aby dać szansę podobnym rozwiązaniom. Według rankingu “The Digital Economy and Society Index (DESI)” znajdujemy się na 26. miejscu w całej Europie, jeśli chodzi o implementację rozwiązań cyfrowych w miejscach pracy. Przykładowo, z systemów Big Data korzysta tylko 8 proc. przedsiębiorstw (przy średniej unijnej rzędu 12 proc.), a z mediów społecznościowych tylko 14 proc. (gdy średnia UE to 25 proc.). Co za tym idzie — na ten moment tylko co trzeci biznes realnie jest w stanie utrzymać m.in. model pracy zdalnej, czy nawet rekrutację przez internet.

Nie należy jednak załamywać rąk. Wdrażanie doświadczeń z czasów pandemii to proces ciągły, a pomimo sezonowego spadku zainteresowania, polski rynek ma sporo potencjału w kategorii zmiany środowiska pracy. Co ciekawe, większy entuzjazm widać u samych przełożonych, ponieważ według raportu “Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy”, za utrzymaniem home-office optuje 57 proc. pracodawców i 46 proc. pracowników. Wniosek? Nie ma rewolucji, jest stopniowa ewolucja.

Autorka: Milena Krasuska — Chief Operations Officer w Grupie Assay.

Czy pracownicy fizyczni czują się bezpieczni w czasie pandemii? Raport Trenkwaldera

COVID-19 „wywrócił do góry nogami” życie zawodowe pracowników z różnych branż i na różnych stanowiskach. Podczas gdy pracownicy biurowi w celu podniesienia poziomu bezpieczeństwa otrzymali możliwość wykonywania swojej pracy zdalnie, pracownicy fizyczni nie mieli takiej możliwości i musieli pozostać na swoich miejscach pracy.  Agencja zatrudnienia Trenkwalder Polska przeprowadziła ankietę, w której zbadała czy pracownicy fizyczni, tzw. blue collars, czują się bezpiecznie w czasie pandemii i czy pracodawcy zdali w tym względzie egzamin.

W 2020 cały „biurowy” świat – działy HR, IT i liderzy organizacji – stawał na głowie, aby szybko dostosować firmy do przymusowej pracy zdalnej. Wprowadzano kolejne środki bezpieczeństwa pracy w warunkach pandemicznych, rozwiązania technologiczne, które ją umożliwiały, badano poziom satysfakcji pracowników i opracowywano „cyfrowe” pakiety well-being. Jednak rozwiązań wypracowanych dla pracowników biurowych nie da się jeden do jednego zastosować w przypadku pracowników fizycznych. Czy blue collars czują się bezpiecznie w pracy w czasie pandemii?

Agencja zatrudnienia Trankwalder Polska[1], przeprowadziła badanie ankietowe wśród ponad 470 pracowników fizycznych zatrudnionych na umowę o pracę tymczasową, w takich branżach, jak m.in. branża produkcyjna, logistyczna czy magazynowa.

– „Celem naszego badania było sprawdzenie nastrojów wśród tej grupy pracowniczej – poczucia bezpieczeństwa w pracy i poziomu „zaopiekowania” przez pracodawcę użytkownika i agencję zatrudnienia w czasie trwającej pandemii.” – mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, Dyrektor Operacyjny Trenkwalder Polska.

Aż 85% ankietowanych pracowników fizycznych odpowiedziało, że czują się zadbani w czasie zagrożenia COVID-19. 57% zadeklarowało, że czuje się bezpiecznie, ponieważ firma zapewniła swoim pracownikom niezbędne informacje, instrukcje oraz środki ochrony. 47% ma poczucie zaopiekowania – wie, do kogo zwrócić się z pytaniem po informacje czy też po środki ochrony osobistej. Z kolei 4,8% oświadczyło, że nie otrzymało żadnych informacji, instrukcji czy środków ochrony, a 3,2% jest zdezorientowanych i nie wie, do kogo zwracać się z pytaniami.bezpieczeństwo pracy covid

Na pytanie o stały dostęp do środków ochrony osobistej, 77% wskazało środki dezynfekcji.
Na drugim miejscu znalazły się maski. Zaledwie 9,5% wymieniło przyłbice. 9% respondentów przyznało, że ich pracodawca nie zapewnia im żadnych środków ochrony osobistej. Warto zauważyć, że aż 66,5% ankietowanych wskazało, że ich pracodawca dostarczył im instrukcje i informacje dotyczące bezpieczeństwa pracy w sytuacji zagrożenia epidemicznego.bezpieczeństwo pracy covid 19

Kolejnym, istotnym elementem badania, była kwestia wsparcia ze strony koordynatora wyznaczonego ze strony agencji zatrudnienia do kontaktów z pracownikami.

– „Wiele mówi się o tym, jak ważna jest komunikacja z pracownikami w czasach pandemii, kiedy brakuje nam codziennych  i bezpośrednich kontaktów z kolegami z pracy. Najczęściej odnosi się to do pracowników biurowych. Jednak, jak pokazują nasze badania, dla pracowników fizycznych jest to równie istotne. 85% ankietowanych wskazało, że ich poczucie bezpieczeństwa zwiększa fakt, że ze strony koordynatora mogą liczyć na bieżący oraz życzliwy kontakt i na udzielenie pomocy czy odpowiedź na zadawane pytania. To pokazuje, że bez względu na rodzaj wykonywanej przez ich pracowników pracy – biurowej czy fizycznej – pracodawcy powinni zadbać o jeszcze bardziej intensywną, bliską i rzetelną komunikację ze swoimi pracownikami, także z pracownikami tymczasowymi.”  – podkreśla Ewelina Glińska-Kołodziej.

Wyniki badania pokazują, że polskie firmy w większości sprawnie i odpowiedzialnie podeszły do zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom fizycznym. Nie mniej istotny jest wkład agencji zatrudnienia, które monitorując nastroje pracowników i pełniąc często rolę punktu pierwszego kontaktu, wspierają w czasie pandemii pracodawców w komunikacji z pracownikami, w dbaniu o ich poczucie bezpieczeństwa.

[1] Ankieta zrealizowana została w lutym 2021 na próbie 475 fizycznych pracowników tymczasowych.

Kto powinien obawiać się bańki na amerykańskiej giełdzie – milionerzy czy mali inwestorzy?

W drugiej połowie stycznia media branżowe donosiły o potencjalnej bańce spekulacyjnej lub sytuacji bardzo zbliżonej do niekontrolowanej nadaktywności rynku. Jak na razie nie ma mowy o załamaniu lub krachu, ale trzeba przyznać, że środowisko maklerskie już teraz bije na alarm. Stoicki spokój z kolei zachowują inwestorzy z milionowymi rachunkami, choć równolegle dostało się mniejszym graczom (i to o ich przyszłość niejako toczy się gra).

Milionerzy o giełdzie

Rok 2020 zakończył się ogromnymi wzrostami na całej giełdzie amerykańskiej, ponieważ Dow Jones zyskał 7,3 proc., S&P 500 wzrósł o 16,3 proc., a Nasdaq odnotował rekordowe 43,6 proc. Były to najwyższe w historii awanse, a gracze rozpoczęli dyskusję o powodach trendu. Najwięcej zamieszania wśród inwestorów wprowadziła ankieta E-Trade Financial, według której wyłącznie 9 proc. respondentów uznaje widmo bańki za wyjątkowo odległy scenariusz. W opozycji stanęło 16 proc. zwolenników teorii o już dominującej tendencji spekulacyjnej, a 29 proc. uważa, iż do takiego wariantu giełda niechybnie zmierza.

Co ciekawe, największy odsetek, bo 46-proc. ankietowanych sądzi, że styczniowa sytuacja przypomina “coś na kształt bańki”, choć samą bańką nie jest. Kto może wyjść obronną ręką z niepewnej aury? Na trendzie sporo mogą zyskać właśnie milionerzy. Według styczniowych deklaracji 2/3 posiadaczy przynajmniej milionowych rachunków chce grać strategią byka. Najbardziej realnym scenariuszem jest jednak trzymanie aktywów, ponieważ według E-Trade Financial większość milionerów widzi wciąż dynamiczną tendencję wzrostową. Niestety, nie obyło się bez kontrowersji.

Giganci już nie kuszą

Na koniec obecnego kwartału szacunkowy awans ma oscylować w okolicach 5 proc. Przyczyny? Głównie dwie: zaproponowany przez prezydenta Bidena pakiet stymulacyjny o wartości 1,9 bln dolarów, a także program szczepień, który jest w stanie przywrócić względnie stabilną kondycję amerykańskiej gospodarki. Z drugiej zaś strony obserwujemy spore przetasowanie aktywów wśród ponad 30 proc. inwestorów, którzy upatrują większych stóp zwrotu w przypadku mniejszych spółek i sektorów o nagłym, acz znaczącym spadku krótkoterminowym, jak finanse czy energetyka.

Mike Loewengart z E-Trade Financial idzie jeszcze dalej, ponieważ uważa wszystkie inne opcje za bardziej opłacalne, aniżeli długo dominujący big-tech. Schody zaczęły się jednak w lutym, kiedy to szersze grono obserwatorów — w tym osoby niezwiązane wcześniej z giełdą — zaczęło zwracać uwagę na case spółki GameStop. Gdy w sierpniu 2020 roku jednostki kosztowały 4 dolary, nikt nie spodziewał się ośmiokrotnych skoków. Na wzroście zyskiwali przede wszystkim mniejsi inwestorzy, choć w pewnym momencie do gry weszła “elita”.

Giełda kością niezgody?

Giełda to nie przestrzeń dla każdego, a doświadczenia GameStop pokazały, że kiedy w grę wchodzą duże pieniądze, amerykańskie “grube ryby” potrafią zawalczyć o swoje. Spółka w okresie od 21 do 27 stycznia notowała skoki od 43 do blisko 350 dolarów. W pewnym momencie brokerzy mrozili transakcję mniejszych inwestorów, aby znaleźć miejsce dla większych graczy, co obiegło nie tylko środowisko amerykańskiej giełdy, ale również wywołało niemałe zamieszanie w Kongresie. Media zaczęły pytać polityków o potencjalne regulacje giełdy. Odpowiedzi — jak na razie brak.

Doświadczenie GameStop i wyraźny zgrzyt między milionerami a mniejszymi inwestorami wyraźnie spolaryzował podejście do giełdy. Według ostatnich raportów Morning Consult, 70 proc. millenialsów uznaje rynek kapitałowy za miejsce niesprzyjające inwestorom indywidualnym. Potencjalnym regulacjom dla Wall Street z kolei przyklasnęło 45 proc. ankietowanych. Czy na zapowiedziach się skończy? Nie brakuje optymistów – 47 proc. badanych uważa, że sytuacja ze stycznia i lutego może być początkiem ułatwień dla mniejszych inwestorów, którzy chcą gromadzić kapitał po atrakcyjniejszych stopach zwrotu, niż w przypadku tradycyjnych lokat.

Ostatnie miesiące dla giełdy amerykańskiej mogą być początkiem ciekawego zwrotu ku nieco bardziej prokonsumenckiej filozofii Wall Street. Choć na pozór brzmi to, jak naiwna modła ku rewolucji na korzyść osób fizycznych, sama świadomość indywidualnych graczy o prawidłach giełdy napawa optymizmem. Pamiętajmy jednak, że mówimy tu o Amerykanach, którzy giełdę mają niejako w krwiobiegu. Ciekaw jestem, kiedy w Polsce nadejdzie czas na zwiększoną świadomość zarówno mniejszych graczy, jak i prokonkurencyjny charakter większych.

Autor: Grzegorz Szulik, prezes polskiego fintech’u Provema

Małe firmy meblarskie notują duże straty. Zadłużenie producentów mebli rośnie

Skutki pandemii nie ominęły wielu sektorów, w tym branży meblarskiej. W ciągu ostatniego roku zadłużenie producentów mebli wzrosło o 30 proc., a sprzedawców o 19 proc. Łącznie kwota, jaką muszą oni oddać wierzycielom, sięga prawie 100 milionów zł. Zadłużenie to kłopot głównie najmniejszych podmiotów – wskazuje Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej.

Łącznie zadłużenie producentów i sprzedawców mebli sięga 97,6 mln zł. Średnia kwota zadłużenia to 35 tys. zł. Za zdecydowaną większość niespłaconych zobowiązań wśród producentów i sprzedawców mebli w Polsce odpowiadają najmniejsze firmy. Zadłużenie producentów wynosi 65,1 mln zł, z czego 78 proc. to dług jednoosobowych działalności gospodarczych. JDG-i jeszcze większy udział mają wśród zadłużonych sprzedawców mebli. To 27 mln zł czyli 83 proc. całego długu, który wynosi 32,5 mln zł.

Polski biznes meblarski jest zróżnicowany. Są ogromni gracze, którzy urządzają cały świat, ale też mnóstwo małych firm i zakładów, działających lokalnie. To właśnie te najmniejsze podmioty najczęściej popadają w tarapaty finansowe i nie radzą sobie ze spłatą zobowiązań. Są bardziej wrażliwe na wahania koniunktury i zatory płatnicze. Dodatkowo, wielu już zadłużonym firmom pandemia i związane z nią zawirowania na rynku utrudniły spłatę zobowiązań. Od lutego ubiegłego roku liczba dłużników w branży meblarskiej nie zwiększyła się znacząco, ale za to kwota średniego zadłużenia wzrosła o blisko 23 proc. Pandemia pogłębiła więc wcześniejsze problemy finansowe meblarzy – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Pandemiczny sezon

Firm handlujących meblami w Krajowym Rejestrze Długów jest około 900, a w ciągu roku liczba ta delikatnie spadła. Ich zadłużenie wzrosło o 19 proc. r/r, do kwoty ponad 32,5 mln zł w lutym br.

W KRD jest również wpisanych blisko 2000 firm produkujących meble i to główne one mają największe problemy. Tuż przed pojawieniem się koronawirusa w Polsce, w lutym 2020 r. ich dług wynosił ponad 50 mln zł. Po roku wzrósł o 30 proc., do kwoty 65,1 mln zł.

Jak zaznacza KRD, w latach poprzedzających pandemię wiosna i wczesne lato były okresem, w którym niespłacone zobowiązania producentów mebli głównie malały. To czas, gdy rusza najwięcej remontów i przeprowadzek, dzięki większej liczbie zamówień wiele firm mogło nadrobić zaległości. W 2020 r., w związku z pandemią, sytuacja na rynku odwróciła się. Podczas gdy jeszcze na początku lutego zadłużenie producentów mebli w ujęciu miesiąc do miesiąca zmalało (o 5 proc.), to już w kolejnych miesiącach mocno wzrosło. Największy przyrost (o 8 proc.) niespłaconych zobowiązań na koncie tej branży KRD odnotował w kwietniu. Zadłużenie rosło też w kolejnych miesiącach, wyhamowując dopiero na początku listopada. W efekcie druga połowa 2020 r. okazała się dla branży lepsza niż pierwsza, odwrotnie niż w latach przed pandemią.

Na przełomie 2020 i 2021 r. przez chwilę producentom mebli udało się nawet spłacić część zaległości, ale już na początku lutego br. kwota długu znów poszła w górę.

Początek pandemii był szokiem dla całej gospodarki, w tym także dla rynku meblarskiego. Według szacunków Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli, sprzedaż produkcji w tym czasie zanurkowała o ok. 35 proc. Przerwane zostały łańcuchy dostaw, trudniej było o surowce. Na to nakładały się problemy z dostawcami, przerwy w produkcji oraz brak rąk do pracy związany z odpływem pracowników z Ukrainy. Ucierpiał również handel meblami. Zamknięcie sklepów uniemożliwiło sprzedaż mebli w salonach stacjonarnych. Tak stało się nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, a trzeba przypomnieć, że 90 proc. krajowej produkcji mebli idzie właśnie na eksport – zaznacza Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Wielkopolska i Mazowsze w czołówce zadłużenia

Na mapie polskich województw pod względem sumy zadłużenia przypadającego na lokalne firmy wytwarzające meble wyróżniają się Wielkopolska, Śląsk i Mazowsze. Produkujące tam zakłady mają do oddania odpowiednio 11,4 mln zł, 7,6 mln zł i 7,5 mln zł. Rekordzistą jest natomiast JDG z województwa kujawsko-pomorskiego z sumą należności ponad 2,8 mln zł, który musi oddać pieniądze głównie funduszowi sekurytyzacyjnemu.

Mazowsze i Wielkopolska są też województwami, gdzie największe zobowiązania mają do spłacenia firmy zajmujące się sprzedażą mebli – odpowiednio 4,8 mln zł i 4,7 mln zł. Niewiele mniejszą sumę do uiszczenia mają sprzedawcy z województwa pomorskiego (4,3 mln zł). Spora część tego długu należy do jednoosobowej działalności gospodarczej z powiatu słupskiego, która zalega wobec banku blisko 1 mln zł.

Największe kwoty do odzyskania od meblarzy mają banki komercyjne i spółdzielcze. Łącznie sprzedawcy i producenci mają im do zapłacenia 34,2 mln zł. Następne w kolejce do nich po zwrot pieniędzy są firmy zarządzające wierzytelnościami (27,3 mln zł), w tym głównie fundusze sekurytyzacyjne. W przypadku samych producentów trzecia najwyższa kwota do spłacenia należy się firmom faktoringowym (3,3 mln zł), dla handlujących meblami jest to ponad 1 mln zł, który muszą zwrócić telekomom. Spore niezapłacone rachunki u operatorów telekomunikacyjnych mają też wytwórcy (1,9 mln zł), ale jeszcze wyższą kwotę do uregulowania mają wobec firm leasingowych (2,9 mln zł).

Nowe realia

Jak zwraca uwagę Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy, współpracującej z KRD, w obliczu pandemii przedsiębiorcy musieli z dnia na dzień zmienić swoje plany i dostosować strategię do nowej rzeczywistości. W przypadku producentów było to niemożliwe, ale handlowcy otworzyli się na kanał sprzedaży online. To sprawiło, że sprzedawcy mebli ponieśli mniejsze straty niż producenci, którzy nie mogli z dnia na dzień wysłać pracowników do domu ani przenieść fabryki do Internetu. Niemniej jednak handel meblami w sieci rodzi również pewne problemy.

Samo założenie sklepu online nie gwarantuje jeszcze sukcesu. Zbudowanie swojej marki w Internecie nie jest proste, szczególnie przy takim produkcie jak meble. Duże wydatki konsumenci robią zwykle ostrożniej, bo to inwestycja na lata. Rzetelność, bezpieczeństwo i pełna informacja o produkcie na stronie sklepu to podstawy, bez których trudno rozwinąć taką sprzedaż. Według badań Rzetelnej Firmy, 71 proc. konsumentów przyznaje, że ważna jest dla nich wiarygodność sklepu internetowego. O to w pierwszej kolejności powinni więc zadbać sprzedawcy, którzy myślą o sprzedaży online – zaznacza ekspert z Rzetelnej Firmy.

Andrzej Kulik zwraca również uwagę, że pandemia wpłynęła na biznes meblarski także w sferze B2B. Zakaz zgromadzeń uniemożliwił uczestnictwo w targach i wydarzeniach branżowych, podczas których meblarze zdobywają nowe kontrakty, zlecenia i partnerów. W dłuższej perspektywie pandemia może spowolnić rozwój firm meblarskich, szczególnie tych o międzynarodowych ambicjach, dodaje ekspert Rzetelnej Firmy.

Bankowość jako platforma – scenariusze rozwoju

Bankowość – dawniej kojarzona przede wszystkim z gromadzeniem oszczędności, czy realizacją przelewów, dzisiaj jest zagadnieniem o wiele bardziej rozbudowanym. Według raportu PRNews[1] już ponad 19 milionów klientów polskich banków korzysta z bankowości elektronicznej i to oni przede wszystkim oczekują, że za pośrednictwem pojedynczej platformy będą mogli nie tylko sprawdzić stan konta, ale również zakupić ubezpieczenie, opłacić parking, czy wymienić walutę. Taka „platformizacja” bankowości jest już faktem – a jaka czeka ją przyszłość? Analizujemy możliwe scenariusze.

Żyjemy w erze platform – zakupowych, społecznościowych, streamingowych. Jak wskazują dane PwC[2], aż 70% konsumentów wyraża chęć dzielenia się swoimi danymi z platformami internetowymi. Nic więc dziwnego, że również branża finansowa ulega „platformizacji”, która nie tylko poszerza katalog oferowanych usług, ale także wpływa na sposób prowadzenia biznesu, zmieniając otoczenie konkurencyjne tradycyjnych banków.

Czym jest bankowość platformowa?

„Platformizacja” bankowości polega przede wszystkim na lepszym zaspokajaniu potrzeb klientów poprzez oferowanie usług poza ograniczonym portfolio finansowym. Konsumenci korzystający z bankowości platformowej zyskują dzięki temu większy wybór produktów, możliwość ich łatwego porównania, potencjalnie lepsze ceny, a przede wszystkim wygodę – dostęp do różnorodnych funkcji za pośrednictwem jednego ekosystemu.

Przykładem rozwoju bankowości platformowej są usługi dodatkowe, udostępniane już dzisiaj przez większą część polskich banków. Jak wynika z badania Deloitte[3], ponad 80 proc. użytkowników bankowości internetowej w Polsce korzysta już z tego typu usług cyfrowych, oferowanych przez banki. Za ich pośrednictwem możemy m.in. zweryfikować swoją tożsamość w sieci. Aby zarejestrować się i zalogować w Profilu Zaufanym większość z nas korzysta właśnie z platformy bankowej, co daje szeroki dostęp do usług publicznych – składania wniosków o świadczenia (np. 500+) czy dokumenty.

Bankowość platformowa wspiera także przedsiębiorców, którzy mogą założyć firmę w sposób znacznie prostszy niż dotychczas. Ponadto, mają możliwość skorzystania z usługi wystawiania faktur, przesłania JPK, a nawet zarządzania księgowością.

Platformy bankowe są też miejscami zakupów. Już teraz za pośrednictwem aplikacji banków możemy kupić ubezpieczenia czy karty podarunkowe. Dodatkowo, opłacimy autostradę i parking.

– Polacy są przyzwyczajeni do wszechobecnej digitalizacji, stąd bank staje się dla nich naturalną platformą zakupową. Jego dobra oferta bazowa, związana z kontem czy kredytem, nie jest już wystarczająca. Widzimy to po dużym zainteresowaniu banków wdrażaniem dodatkowych rozwiązań, takich jak kantor wymiany walut, możliwość zakupu jednostek funduszy, czy kategoryzacja wydatków dostępna w aplikacji. Bankowość ma dzisiaj być punktem styku wielu różnych sfer życia – podkreśla Janusz Konik, Prezes Zarządu Savangard, firmy specjalizującej się w dostarczaniu usług IT, m.in. dla sektora bankowego.

Otwarta bankowość – wyzwanie, ale i szansa

Choć przekształcanie się tradycyjnej bankowości w model platformowy trwa już od pewnego czasu, znaczącym impulsem w rozwoju tego trendu okazała się otwarta bankowość. Mowa tutaj przede wszystkim o otwartych API (interfejsach programowania aplikacji) i dyrektywie PSD2, która umożliwiła podmiotom trzecim budowę rozwiązań, mających dostęp do danych udostępnianych przez instytucje finansowe (np. aplikacje mające wgląd do rachunku bankowego klienta za jego zgodą). Na poziomie międzynarodowym, znacząco zwiększyło to zainteresowanie takimi usługami pośród firm dotychczas niefinansowych, a także pozwoliło na rozkwit fintechów. Platformy bankowe muszą więc obecnie konkurować nie tylko ze sobą, ale także z graczami technologicznymi.

Nie bez przyczyny prawie jedna trzecia europejskich banków badanych przez EIU i Temenos[4] uznaje obecnie zbudowanie strategii open banking za swoje kluczowe wyzwanie. Na rynku zaczynają się pojawiać rozwiązania agregujące dane pochodzące z różnych banków. Umożliwiają one połączenie informacji z posiadanych kont, zarządzanie wydatkami i ich kategoryzację, a także zlecanie przelewów – wszystko w ramach jednej, niebankowej aplikacji. Nie sposób nie wspomnieć też o rozwiązaniach płatniczych, np. Apple Pay czy Google Pay, które mogą być furtką wejściową gigantów do finansowego świata.

Jednak otwarta bankowość to także wiele szans dla tradycyjnych banków, co widoczne jest na polskim rynku. Dotychczas z zalet, jakie przyniosła dyrektywa PSD2 w Polsce korzystają właśnie głównie one, np. udostępniając w swoich aplikacjach wgląd do rachunków posiadanych przez klientów w innych bankach. Zgodnie z badaniami Accenture[5], ci dostawcy bankowi, którzy postawią na otwartą bankowość, mogą podnieść swoje przychody o nawet 20 proc.

Przyszłość bankowości

Jak zatem mogą potoczyć się losy platform bankowych w obliczu otwartej bankowości? Pierwszy scenariusz zakłada ich dalszy rozwój. Rozbudowywanie oferty będzie następowało w oparciu o dane związane z zachowaniem klientów, ich zwyczajami zakupowymi, itp. Precyzyjne określenie potrzeb konsumentów pozwoli na indywidualne podejście i personalizację produktów. Możliwe, że aplikacja bankowa podpowie nam na co warto wybrać się do kina i umożliwi kupno biletu. Choć dziś w Polsce to jeszcze futurologia, za granicą takie działania stają się faktem.

Przykładem może być największy węgierski bank OTP, który stworzył platformę Simple – agreguje ona w jednej aplikacji ponad 40 usług dodatkowych. O sukcesie takiego podejścia świadczy fakt, że aplikacji używa ponad 700 tys. osób – niemal dwukrotnie więcej niż tradycyjnej aplikacji bankowości mobilnej banku OTP. Jeśli również polskie banki obiorą taką strategię, przetrwają te, które staną się platformami łączącymi ekosystemy różnych usług – od finansowych, przez zdrowotne, edukacyjne, aż po rozrywkowe. Ich znaczną przewagą już dzisiaj jest fakt, że cieszą się dużym zaufaniem publicznym – aż  67 proc. Polaków jest zdania, że to właśnie banki potrafią lepiej zadbać o prywatność danych niż firmy technologiczne[6].

W drugim scenariuszu wyścig mogą wygrać fintechy. Dzięki znacznie elastyczniejszemu podejściu, mogą szybciej wykorzystać szanse związane z otwartym API. Jak wskazują badania Deloitte, odpowiednio 75 proc. przedstawicieli generacji Z oraz 67 proc. millenialsów z USA byłoby zainteresowanych posiadaniem aplikacji finansowej agregującej ich wszystkie dane finansowe[7]. Najmłodsze pokolenia nie są bowiem tak przywiązane do tradycyjnej bankowości, a jednocześnie dużo silniej ufają stronom trzecim, np. start-upom. Wykorzystanie tego potencjału być może pozwoli stworzyć silną markę integratora usług bankowych, którego aplikacja umożliwi zarządzanie różnorodnymi kontami, a także zlecanie płatności, czy dostęp do ofert kredytowych i zakupów. Patrząc na sukces platform w innych sektorach, np. hotelowym (AirBnb), czy transportowym (Uber, Lyft), jeśli tylko oferta będzie bardziej interesująca dla klientów niż ta prezentowana przez tradycyjne banki, to właśnie fintechy mogą bardziej przekonać do siebie młodego konsumenta.

A może… przedsiębiorcy?

Istnieje jeszcze trzecia możliwość: zachowanie status quo. Istniejące już platformy bankowe będą skupiały się na usługach finansowych lub okołofinansowych, podczas gdy fintechy rozwijać będą platformy specjalistyczne, czerpiące korzyści z otwartego API, ale nie będące alternatywą, a raczej uzupełnieniem bankowości. Czy wtedy „platformizacja” sektora finansowego będzie nadal postępować?

– Zdecydowanie nie uciekniemy od „platformizacji” – podkreśla Janusz Konik i dodaje: – Jeśli banki nie zdecydują się na stworzenie własnych platform, a fintechy nie zbudują rozwiązań omnibankowych, pałeczkę mogą przejąć przedsiębiorcy. Wdrażając innowacyjne rozwiązania, takie jak Whizzapi, będące agregatorem API, mogą tworzyć własne platformy. Przykładowo, opłacając fakturę za leasing, nie trzeba robić tego klasycznym przelewem, ale bezpośrednio na platformie leasingodawcy. Podobnie w przypadku franczyzy – franczyzodawcy sami mogą zweryfikować potencjalnego franczyzobiorcę, bez udziału banku. Tego typu możliwości są już dostępne i otwierają drogę do budowania przewagi konkurencyjnej przez przedsiębiorców.

Jedno jest pewne: kluczem do zbudowania kompleksowej platformy – bankowej, fintechowej, czy też firmowej – jest precyzyjna odpowiedź na potrzeby klientów. Ostatecznymi zwycięzcami, którzy zyskają na „platformizacji” będą ci, którym uda się zbudować spójny ekosystem, dopasowany do oczekiwań rynku.

[1] Raport „Polska bankowość w liczbach – III kwartał 2020” https://prnews.pl/wp-content/uploads/2020/12/polska_bankowosc_w_liczbach_IIIq2020.pdf

[2] Raport „ „Connected living. Dlaczego ludzie są bardziej digital niż firmy?” https://fashionbusiness.pl/nadeszla-era-platformizacji/

[3] Raport „Czy banki będą utrzymywały się z usług niebankowych?” https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/press-releases/articles/przyszloscia-bankowosci-cyfrowej-sa-vasy-uslugi-dodane.html

[4] „A Whole New World: How Technology Is Driving the Evolution of Intelligent Banking”, https://www.temenos.com/insights/white-papers-reports/eiu-and-temenos-the-evolution-of-intelligent-banking/

[5] „Open APIs in banking services” https://www.accenture.com/gb-en/blogs/blogs-open-apis-reimagining-retail-banking

[6] Raport „Czy banki będą utrzymywały się z usług niebankowych?” https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/press-releases/articles/przyszloscia-bankowosci-cyfrowej-sa-vasy-uslugi-dodane.html

[7] “Platform banking as a new business model” https://www2.deloitte.com/us/en/pages/financial-services/articles/platform-banking-as-a-new-business-model.html

Fed w kontrofensywie

Dochodzi do zmiany tonu pośród mówców z Fed w stronę wyrażania większego niezadowolenia z wysokich rentowności. Oprocentowanie 10-latek USA cofnęło się do 1,40 proc., a USD ponownie słabnie względem ryzykownych walut. Nie liczmy na całkowite zatrzymanie stromienia krzywej dochodowości, ale zjawisko to powinno coraz mniej blokować rajd ryzyka.

Lael Brainard z zarządu Fed powiedziała wczoraj, że „zwraca szczególną uwagę” na rentowności obligacji i „byłaby zaniepokojona, gdyby zobaczyła zacieśnianie [warunków finansowych], które mogłoby spowolnić nasz postęp”. To istotna zmiana, choć jak sugerowałem na początku tygodnia, w tą stronę powinien pójść przekaz z Fed. Dotychczas decydenci komentowali wzrost rentowności jako oznakę rosnącego optymizmu w odniesieniu do siły gospodarki. W ten sposób Fed chciał odwieść inwestorów od spekulacji, że wyższe rentowności nie oznaczają wcześniejszej normalizacji polityki pieniężnej. Teraz widać, że Fed zamierza być bardziej konkretny w odniesieniach do zmian na rynku długu, choć komentarze Brainard nie wskazują, jaki może być kolejny krok Fed. Można jednak oczekiwać wzmożonej werbalnej interwencji mającej na celu uspokoić rynek obligacji. Spodziewam się dodatkowych informacji od prezesa Powella podczas jutrzejszego przemówienia.

Jakkolwiek werbalna interwencja Fed nie oznacza od razu odwrotu w trendach rentowności obligacji skarbowych i ich wzrost prawdopodobnie zostanie podtrzymany (w oparciu o poprawę perspektyw ożywienia), to powinno to w coraz mniejszym stopniu zaburzać trendy reflacyjne wśród ryzykownych aktywów. Spokój powrócił na rynek akcji, a na FX USD i JPY tracą na rzecz walut ryzykownych, jak AUD czy NZD. Mentalność „kupowania dołków” wraca na EUR/USD, który odbija do 1,21.

W Polsce Rada Polityki Pieniężnej powinna pozostawić stopy procentowe bez zmian. W krajowych danych makro jest sporo szumu związanego z covidowymi restrykcjami, ale najprawdopodobniej gospodarka najgorsze ma już za sobą i z optymizmem należy patrzeć na perspektywy ożywienia. Wśród członków Rady pojawiają się zarówno głosy otwartości wobec obniżek, jak i podwyżek stóp procentowych w najbliższych miesiącach, ale scenariuszem bazowym dalej pozostaje brak zmian co najmniej do połowy 2022 r. Dziś otrzymamy suchy komunikat, a na ciekawsze komentarze przyjdzie poczekać do piątku, kiedy podczas wideokonferencji prezes NBP Adam Glapiński będzie odpowiadał na pytania od dziennikarzy. Na razie złoty podąża za nastrojami na rynkach zewnętrznych i ma trudności z powrotem do wcześniejszego pasma konsolidacji 4,47-4,51, ale każdy dzień wygaszania nerwowości związanej z wahaniami rentowności będzie przemawiał na korzyść złotego i innych walut rynków wschodzących.

W Wielkiej Brytanii na pierwszym panie będzie prezentacja budżetu (około południa czasu brytyjskiego). Druga fala wirusa i związane z nią restrykcje oznaczają, że kanclerz nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko zwiększyć wydatki w nadchodzącym roku podatkowym. Ale konieczność równoważenia finansów publicznych wymusza poprawę strony przychodowej, co prawdopodobnie objawi się w podwyżkach podatków od przedsiębiorstw. Oznaki restrykcyjności fiskalnej w dobie pandemii mogą zostać negatywnie odebrane przez rynek, co stanowi ryzyko dla GBP. W średnim terminie nie zdusi to jednak czynników stojących za ostatnią siłą GBP: przewodnictwa w procesie szczepień, oczekiwań odbicia gospodarczego i jastrzębiego tonu BoE.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Powstaje projekt wspólnej europejskiej chmury. Ma przyspieszyć wdrażanie takich rozwiązań w polskich firmach

Ze względu na pandemię koronawirusa masowa migracja polskich przedsiębiorstw do chmury jest już nieunikniona. Firmy wciąż mają jednak obawy dotyczące tego procesu. Przykładowo 44 proc. z nich wymaga, aby ich centra danych podlegały unijnej legislacji. Odpowiedzią ma być GAIA-X, czyli koncepcja europejskiej infrastruktury chmurowej, w ramach której usługi będą świadczone przez lokalnych dostawców z Europy. Projekt może być motorem napędowym do szybszego wdrażania rozwiązań chmurowych w polskich firmach, chociaż jak pokazują najnowsze dane GUS, obecnie już prawie 40 proc. średnich oraz 60 proc. dużych firm w Polsce korzysta z płatnych rozwiązań cloud computingu.

– Jeszcze na początku ubiegłego roku wiele firm w Polsce było ostrożnie nastawionych do rozwiązań w chmurze. Pandemia całkowicie zmieniła to nastawienie, ponieważ firmy zostały zmuszone do tego, żeby przejść przyspieszony proces cyfrowej transformacji swoich usług i narzędzi, z których korzystają. Przyczyniła się do tego także konieczność mobilnej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Zmaczyński, dyrektor marketingu i sprzedaży w Aruba Cloud.

Jak wynika z badania Aruba Cloud („Wykorzystanie usług chmurowych w biznesie. Analiza rynku polskiego, czeskiego i węgierskiego”), jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19 wykorzystanie cloud computingu – przynajmniej w zakresie przechowywania swoich danych w chmurze publicznej – deklarowało 33 proc. średnich i dużych przedsiębiorstw w Polsce. Był to najniższy wynik w porównaniu do pozostałych badanych państw (dla porównania w Czechach z chmury korzystało 49 proc. firm).

Pandemia mocno przyspieszyła jednak wdrażanie rozwiązań chmurowych. Według danych GUS („Społeczeństwo informacyjne w Polsce 2020”) z płatnych rozwiązań chmurowych korzysta w Polsce już prawie 40 proc. średnich oraz 60 proc. dużych firm. Są też branże, w których wykorzystanie cloud computingu w ubiegłym roku wzrosło o co najmniej 50 proc. W sektorze obsługi rynku nieruchomości ten wzrost wyniósł aż 65 proc., w przedsiębiorstwach zajmujących się dostawą wody, gospodarowaniem ściekami i odpadami – 58 proc., a w budownictwie – 56,5 proc. Z kolei w segmencie małych przedsiębiorstw (do 49 osób) wykorzystanie rozwiązań chmurowych w minionym roku wzrosło o niemal połowę (46 proc.) w porównaniu do 2019 roku. Średnie firmy (50–249 osób) odnotowały wzrost o 35 proc.

– To właśnie dzięki chmurze wiele firm mogło po raz pierwszy się przekonać, jak to jest pracować w pełni cyfrowo. Większość aplikacji, które zaczęły wykorzystywać polskie firmy, jest osadzona w środowisku chmury. Dla wielu przedsiębiorstw w Polsce – szczególnie mikro-, małych i średnich – pierwsze zetknięcie ze środowiskiem chmurowym odbyło się poprzez narzędzia do wideokonferencji, pracy zdalnej, zarządzania projektami zdalnymi, trzymania swoich projektów na tzw. dysku wirtualnym, tworzenia systemu backupowego i wielu innych rozwiązań, które zostały niejako wymuszone przez konieczność pracy zdalnej w okresie pandemii – mówi Marcin Zmaczyński.

Jak wynika z badania Aruba Cloud, polskie firmy najczęściej rezygnują lub odkładają migrację zasobów do chmury obliczeniowej ze względu na obawy dotyczące bezpieczeństwa swoich danych. Może to być związane z faktem, że rodzime przedsiębiorstwa są najbardziej skłonne do inwestowania w rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa (¼ z nich planuje zakup dodatkowych rozwiązań i udoskonalenie swojej infrastruktury w tym obszarze do końca tego roku, a 20 proc. chce realizować programy szkoleń z zakresu bezpieczeństwa informacji dla swoich pracowników).

Średnio co trzecia firma w Polsce ocenia też, że na transfer do środowiska chmurowego nie pozwalają jej wewnętrzne procedury odnośnie do przechowywania i przetwarzania danych. To najczęściej zgłaszana bariera dla projektów migracji do chmury. Problemem są także regulacje prawne czy niechęć do korzystania z rozwiązań producentów spoza własnego kraju. Na te wyzwania ma odpowiedzieć projekt GAIA-X, czyli koncepcja wspólnej, europejskiej infrastruktury chmurowej, w ramach której usługi będą świadczone przez lokalnych dostawców z Europy, podlegających unijnej legislacji. Ma to m.in. pomóc w utrzymaniu równowagi rynkowej między największymi dostawcami chmury z USA, Chin i Europy (w tej chwili czterech gigantów cloud computingu z USA odpowiada za ponad 50 proc. europejskiego rynku chmury).

– Europa potrzebuje swojej chmury i rozwiązań, które będą w pełni zgodne z naszą legislacją i europejskimi zasadami. GAIA-X to nie tylko kwestia infrastruktury, lecz przede wszystkim połączenie najlepszych umiejętności. To projekt, do którego zostali zaproszeni europejscy dostawcy chmury tacy jak Aruba Cloud, OVH, T-Systems czy Orange, a jednocześnie potężne firmy software’owe, które tworzą narzędzia już działające w chmurze tego typu, takie jak SAP czy Atos. Z połączenia tych sił mogą powstać bardzo uniwersalne i konkurencyjne usługi w porównaniu z tym, co oferują duzi gracze tacy jak Amazon, Microsoft czy Google – mówi ekspert Aruba Cloud.

GAIA-X ma też odpowiedzieć na potrzeby europejskich firm i instytucji w zakresie bezpieczeństwa ich danych i gwarancji pozostania na terenie UE. Dotyczą one też polskich przedsiębiorstw. Jak wynika z badania Aruba Cloud, aż 59 proc. firm z Polski uważa, że kraj pochodzenia dostawcy ma znaczenie przy wyborze usługi. Z kolei 44 proc. chce, aby centra danych podlegały unijnej legislacji.

– W Polsce firmy przykładają ogromną wagę do tego, gdzie trzymane są ich dane. O wiele większą niż np. w Czechach czy na Węgrzech. Jesteśmy bardzo mocno sfokusowani na tym, aby nasze dane były trzymane w centrach danych zlokalizowanych na terytorium Polski, a już na pewno na terytorium Unii Europejskiej – wskazuje Marcin Zmaczyński.

OFE do całkowitej likwidacji. Każda decyzja w sprawie zgromadzonych tam oszczędności będzie oznaczać utratę części środków

1 czerwca ma zacząć obowiązywać nowa ustawa, która ostatecznie zlikwiduje otwarte fundusze emerytalne. Nastąpi to 28 stycznia 2022 roku, a zgromadzone na nich pieniądze zostaną przetransferowane domyślnie na Indywidualne Konta Emerytalne lub na wniosek posiadacza rachunku w OFE do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Wybór przyszłego emeryta w każdym z tych przypadków będzie oznaczał utratę części środków. Przeniesienie środków do IKE wiąże się z pobraniem 15-proc. opłaty przekształceniowej, z kolei do ZUS – z podatkiem od emerytur i niemożnością dziedziczenia środków. – Te zmiany nastąpią bez konsultacji społecznych – mówi ekonomistka WSB w Poznaniu, dr Edyta Wojtyla.

22 lutego 2021 roku Rada Ministrów podjęła odkładaną od miesięcy decyzję o likwidacji otwartych funduszy emerytalnych.

– Już dzisiaj wiemy, że te zmiany nastąpią bez konsultacji społecznych i w czerwcu ustawa wejdzie w życie, a w styczniu w przyszłym roku już będą pierwsze transfery naszych pieniędzy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Edyta Wojtyla, ekonomistka z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Dla przeciętnego Kowalskiego zmiany oznaczają utratę części zaoszczędzonych w funduszach środków.

Od kwietnia 2011 roku, decyzją ówczesnego ministra finansów, składka odprowadzana do OFE zmniejszyła się z 7,3 proc. pensji do 2,3 proc. Reszta trafiała na subkonto w ZUS-ie. Teraz opóźniona przez pandemię likwidacja OFE ma dobiec końca. Przyszli emeryci zdecydują, czy chcą, by środki zgromadzone w OFE trafiły na indywidualne konta emerytalne, czy na specjalne konto w ZUS-ie.

– Pierwsza opcja będzie domyślna, czyli jeśli przyszły emeryt nie zrobi nic, cała pula środków zgromadzona w OFE zostanie przetransferowana na IKE. Ta opcja oznacza jednak utratę 15 proc. oszczędności, które będą pobrane w styczniu jako tzw. opłata przekształceniowa – ­wyjaśnia ekonomistka WSB w Poznaniu.

Przekierowanie środków na IKE będzie oznaczać natomiast, że będą mogły być w przyszłości dziedziczone. Po osiągnięciu wieku emerytalnego będzie można je wypłacić w całości lub w ratach.

– W drugiej opcji należy podjąć jakieś kroki i zadeklarować chęć, aby środki zostały przetransferowane na konto ZUS-u. To trochę inne rozwiązanie, bo w tym momencie nie będzie pobrana żadna opłata, ale w przyszłości przy wypłacie świadczeń emerytalnych będą one opodatkowane podatkiem od emerytur. Nie mamy wtedy możliwości wybrania całości środków po osiągnięciu wieku emerytalnego i nie mamy też możliwości zostawienia tej kwoty w spadku swoim bliskim – tłumaczy ekonomistka.

Wybór jest więc trudny, ponieważ w każdym ze scenariuszy fiskus pobiera daninę – albo w wysokości 15-proc. opłaty przekształceniowej, albo w formie podatku od emerytur.

– Aby przygotować się na zmiany, powinniśmy dokładnie przemyśleć, po pierwsze, ile lat nam zostało do emerytury, po drugie, powinniśmy sprawdzić, ile środków mamy do rozdysponowania, i skalkulować, ile nas wyniesie dzisiaj opłata przekształceniowa i ewentualnie przyszłe świadczenie emerytalne z dodatkiem, który będzie obliczony przez podzielenie na kolejne miesiące przyszłej emerytury – tłumaczy dr Edyta Wojtyla.

Dodatkowo nie ma gwarancji, czy cały system emerytalny nie będzie musiał przejść gruntownej reformy ze względu na dramatyczną sytuację demograficzną. Jak podał GUS, w 2020 roku liczba ludności Polski spadła o ok. 115 tys. rok do roku. Złożyły się na to m.in. największa liczba zgonów od drugiej wojny światowej (486 tys.) i najmniej urodzeń od 17 lat (355 tys.).

– Dotychczasowe rozwiązania emerytalne nie dawały nam żadnej gwarancji na to, że w przyszłości będziemy mieli wyższe emerytury. Chociaż każde rozwiązanie jest wprowadzane z myślą o tym, że tak będzie. Zresztą inwestowanie naszych odłożonych pieniędzy na wolnym rynku zależy właśnie od niego. Nie ma więc w tym momencie stuprocentowej gwarancji, że my te środki odzyskamy, nawet pomniejszone o opłatę przekształceniową, a tym bardziej nie ma gwarancji, że będziemy mieli ich więcej ­– podkreśla ekonomistka WSB w Poznaniu.

Allegro chce przejąć część wartego 340 mld zł rynku zakupów firmowych. Na nowej platformie zniżki hurtowe i odroczone płatności cieszą się największym zainteresowaniem

W czasie pandemii duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do e-handlu. Do internetowych zakupów przekonały się również firmy. Według szacunków przytaczanych przez Allegro wartość zakupów firmowych w kanale online przekroczyła 340 mld zł w 2020 roku. Znacząca część tego rynku jest do zagospodarowania przez ofertę giganta polskiego e-commerce, w czym ma pomóc uruchomiona na początku lutego nowa platforma Allegro Biznes. Korzyści dla kupujących to m.in. odroczona płatność do 60 dni i rabaty przy dużych zamówieniach oraz cenniki hurtowe. W ofercie są nie tylko produkty odpowiadające na podstawowe, ale jednocześnie szerokie potrzeby wszystkich przedsiębiorców, np. artykuły papiernicze, produkty do sprzątania czy sprzęt IT. Oferta jest również dostosowana do bardzo specyficznych branż, takich jak warsztaty samochodowe, firmy budowlane czy gabinety kosmetyczne.

– Coraz więcej firm, nie tylko tych największych, zaczęło robić zakupy online. Według raportu ekspertów za 2020 rok handel online w kategorii zakupów firmowych wyniósł prawie 340 mld zł – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dagmara Brzezińska, Commercial Category Management Director w Allegro.

W ubiegłym roku niemal połowa polskich firm dokonała przynajmniej jednego zakupu na Allegro. Z myślą o zakupach firmowych platforma uruchomiła w lutym nową ofertę Allegro Biznes, dostępną dla posiadaczy konta Firma.

– Ten segment rynku ma ogromny potencjał. Nasze dane za 2020 rok pokazują, że co miesiąc co czwarta polska firma dokonała zakupów na naszej platformie, wydając średnio 900 zł. To oczywiście średnia. Mamy na Allegro firmy, które kupują u nas profesjonalne, bardzo drogie urządzenia, takie jak np. hafciarka za ponad 20 tys. zł, przycinarki do metalu czy urządzenia do badania gęstości mineralnej kości. W ciągu ostatniego roku jeden z klientów kupił na naszej platformie ponad 23 tys. akcesoriów i urządzeń do salonów urody, z kolei inny kupił ponad 15 tys. akcesoriów basenowych – wymienia Dagmara Brzezińska.

Jak podkreśla, Allegro Biznes powstało na bazie dobrze znanej Polakom platformy konsumenckiej, zachowując wszystkie dotychczasowe funkcjonalności i zyskując nowe narzędzia przydatne zarówno tym firmom, które potrzebują różnych produktów do prowadzenia własnej działalności, jak i tym, które je dostarczają. Platforma – ze 120 mln ofert z cennikami netto od około 100 tys. sprzedawców – to największa oferta business-to-business na polskim rynku. W części ofert kupujący mogą liczyć na zniżki przy zakupach hurtowych lub dużych zamówieniach. Klienci robiący zakupy „na firmę” mogą tak ustawić wyniki wyszukiwania, że zobaczą oferty (jest ich ponad 170 mln) tylko od sprzedawców wystawiających faktury oraz cenniki netto.

– Fakt istnienia cenników hurtowych nie oznacza, że musimy hurtowo dokonywać zakupów. Allegro Biznes jest skierowane również do małych i średnich firm, których mamy zdecydowaną większość na naszej platformie – podkreśla Commercial Category Management Director w Allegro. – Oferujemy np. artykuły papiernicze, sprzęt IT czy produkty do sprzątania. W ofercie mamy jednak również produkty dla bardziej specjalistycznych firm, takich jak warsztaty samochodowe, gabinety urody czy firmy budowlane. Zanim uruchomiliśmy Allegro Biznes, bardzo dokładnie przeanalizowaliśmy już istniejące zakupy na naszej platformie i wiemy, że korzystali z nich przedstawiciele właściwie wszystkich branż.

Jedną z funkcjonalności na platformie są odroczone płatności, które dla większości firm mogą się okazać istotnym elementem. W ponad 30 mln ofert kupujący mają na zapłatę nawet do 60 dni. To dwa razy dłużej niż standardowa oferta rynkowa wynosząca 30 dni.

– Ponadto przez dwa miesiące od uruchomienia platformy Allegro Biznes pierwsze 21 dni odroczonej płatności nie wiąże się z żadnymi dodatkowymi kosztami dla kupującego. Z kolei sprzedającym gwarantujemy brak ryzyka utraty płynności finansowej – dostają oni pieniądze od razu w momencie zawarcia transakcji i nie ponoszą również kosztów ubezpieczenia. Warto dodać, że koszt takiego faktoringu na Allegro to 0,5 proc. versus rynkowe 3 proc. – wyjaśnia Dagmara Brzezińska. – Po dwóch tygodniach od uruchomienia Allegro Biznes zauważyliśmy już, że kupujący bardzo chętnie korzystają z tego rozwiązania. Co więcej, średnia wartość zamówień w takim systemie jest 12-krotnie wyższa od standardowych zakupów na firmę.

Kategorie, w których firmy najchętniej dokonują zakupów z odroczoną płatnością, to elektronika (głównie komputery i telefony), sprzęt/wyposażenie budowlane oraz – co ciekawe – zabawki.

– Cały czas dbamy o to, żeby zwiększać liczbę nowych rozwiązań, funkcjonalności i narzędzi, które możemy przedstawić kupującym i sprzedającym. Bardzo ważne są dla nas ich opinie i potrzeby. Na ich podstawie przygotowujemy najlepsze rozwiązania. Natomiast z naszego doświadczenia już teraz wiemy, że są trzy obszary, na których kupującym zależy najbardziej. To przede wszystkim dostęp do bardzo szerokiej oferty, atrakcyjne ceny oraz szybka i wygodna dostawa. I właśnie na tych trzech obszarach będziemy się skupiać – zapowiada Commercial Category Management Director w Allegro.

W planach jest wprowadzenie m.in. usługi Allegro Smart! dla biznesu w obszarze dostaw ciężkich i wielkogabarytowych, programu zwrotów dopasowanych do potrzeb zakupów firmowych czy nowych metod płatności, np. leasingu.

Kraje globalnego Południa potrzebują lepszego dostępu do szczepionek na COVID-19. Pandemia jest tam nie tylko problemem zdrowotnym, ale także przyczyną głodu

Najbardziej dokuczliwym skutkiem rozprzestrzeniania się koronawirusa w krajach globalnego Południa jest nie tyle sam COVID-19, co klęska głodu. W wielu krajach pandemia spowodowała zamknięcie lokalnych gospodarek, masowe bezrobocie, przerwanie łańcuchów dostaw i wzrost cen – wymienia Helena Krajewska z Polskiej Akcji Humanitarnej. Dlatego biedne kraje Afryki, Azji czy Ameryki Południowej pilnie potrzebują szczepień przeciwko COVID-19. W ramach programu COVAX do końca tego roku do najbiedniejszych państw ma trafić co najmniej 1,3 mld dawek. To jednak kropla w morzu potrzeb. Pierwsze szczepionki trafiły w ubiegłym tygodniu do Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej.

W takich krajach jak Somalia, Sudan Południowy czy Jemen pandemia oznacza coś zupełnie innego niż w Polsce. W polskiej rzeczywistości zastanawiamy się, czy wystarczy respiratorów, specjalistycznych łóżek albo kiedy dotrą szczepionki dla pracowników akademickich. W krajach globalnego Południa bardzo często nie ma wystarczającej liczby respiratorów. Nie ma też mowy o odpowiednim przygotowaniu szpitali, przeszkoleniu dla osób, które pracują w ochronie zdrowia, brakuje też sprzętu ochrony osobistej dla pracowników służby zdrowia. Ponadto globalne Południe obawia się, że zostanie na końcu wyścigu po szczepionki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Helena Krajewska.

Pandemia nasiliła szereg problemów, z którym te kraje borykały się jeszcze przed jej wybuchem, np. głód. Rok 2020 nie oszczędzał biednych państw również pod kątem katastrof naturalnych i konfliktów zbrojnych. W Jemenie z powodu trwającego od sześciu lat konfliktu i kryzysu gospodarczego sytuacja w służbie zdrowia jest krytyczna. W Al Dhale, położonym 20 km od linii frontu, działa tylko 80 na 200 szpitali, klinik i przychodni, ale kraj walczy z trzema epidemiami – koronawirusa, cholery i malarii.

W 2021 roku w Sudanie Południowym 7,7 mln ludzi może cierpieć z powodu głodu lub niedożywienia. To 60 proc. mieszkańców tego najmłodszego państwa Afryki. Do największego kryzysu żywnościowego w historii kraju przyczyniają się nie tylko skutki pandemii, które przerwały łańcuchy dostaw i zwiększyły bezrobocie i biedę, lecz również trwający od 2013 roku konflikt zbrojny oraz nawiedzające ten kraj w ubiegłym roku powodzie. Przez ten żywioł ucierpiał ponad milion ludzi, fala zatopiła pola i zabiła zwierzęta gospodarskie. W związku z silnymi opadami i powodziami szerzą się choroby, które biorą się ze spożywania zanieczyszczonej wody, czyli czerwonka czy różnego rodzaju biegunki, oraz denga i malaria w związku z namnażaniem się komarów.

– Problemem jest także wyszczepialność dzieci. W związku z tym, że cała służba zdrowia angażuje się w walkę z koronawirusem, to nie ma już czasu, infrastruktury ani pieniędzy na to, aby zaszczepić dzieci na odrę, polio i inne choroby śmiertelne, którym jednak można zapobiec – dodaje ekspertka PAH.

Jak podkreśla, już na początku lutego organizacje międzynarodowe alarmowały, że 75 proc. wyprodukowanych szczepionek na COVID-19 trafiło do 10 najbogatszych krajów świata, a prawie 130 państw nie otrzymało żadnej dawki szczepionki. Problem ten ma rozwiązać program COVAX Światowej Organizacji Zdrowia i sojuszu szczepionkowego GAVI. Jest to największy globalny program szczepień przeciwko koronawirusowi. Jego celem jest dostarczenie 2 mld szczepionek do 145 krajów, z czego co najmniej 1,3 mln trafi do 92 gospodarek o niskich lub średnich dochodach.

To o wiele za mało, bo w samej Afryce jest ponad miliard ludzi, którzy czekają na tę szczepionkę. Dlatego kraje oprócz czekania na te obiecane szczepionki decydują się na to, aby nawiązywać umowy bilateralne także z innymi, bogatszymi krajami, np. porozumiewają się z Rosją lub Chinami – mówi Helena Krajewska.

Przykładem jest Peru, które czeka na szczepionki z Chin, albo kraje afrykańskie, które liczą na szczepionki z Rosji. Swoje rozmowy z producentami prowadzi też Unia Afrykańska.

Pierwsze dostawy w ramach COVAX dotarły już do Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej, które rozpoczęły proces szczepień. W sumie to ponad 1,1 tys. dawek szczepionki Astra Zeneca. Jak poinformował UNICEF, w kolejnych dniach planowane są kolejne dostawy – łącznie 11 mln dawek. WHO zaapelowała do bogatych krajów o sprawiedliwą dystrybucję szczepionek do wszystkich państw. Wśród beneficjentów COVAX są m.in. Korea Północna, Algieria, palestyńska Strefa Gazy, Indie, Pakistan czy Bangladesz, ale na liście znalazły się także bogate państwa, jak Kanada, Monako czy Korea Południowa. Do mechanizmu zgłosiły się także Brazylia, Nowa Zelandia, Katar i Arabia Saudyjska. Dyrektor generalny WHO wezwał także do zawieszenia praw własności intelektualnej szczepionek na koronawirusa po to, by inne kraje mogły zacząć ich szybką produkcję na podstawie patentów globalnych firm farmaceutycznych.

Ekspert: Misja na Księżyc przyspieszy kolonizację Marsa. Już w 2035 roku na Czerwonej Planecie mogą wylądować pierwsi astronauci

Dzięki programowi Artemis NASA do 2024 roku na Księżycu wyląduje pierwsza kobieta i kolejny mężczyzna. Dzięki wykorzystaniu innowacyjnych technologii możliwa ma być eksploracja większej powierzchni Księżyca niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedza zdobyta podczas misji na Księżyc zostanie wykorzystana, aby wykonać kolejny gigantyczny skok – wysłanie astronautów na Marsa.  – Po misji na Księżyc będzie taki zakres technologii związanych z lotami w kosmos, zamieszkaniem czy możliwościami produkcyjnymi w kosmosie, że już w 2035–3036 roku spodziewam się pierwszych lotów na Marsa – ocenia Leszek Orzechowski, architekt Space is More.

– Szczęśliwie wszystkie światowe agencje kosmiczne skupiają się na Księżycu. To słuszny krok, bo nie dość, że Księżyc jest tylko trzy dni drogi stąd przy obecnej technologii, to trzeba zbudować taką infrastrukturę, która na pewno by się potem przydała przy chęci załogowych lotów na Marsa, ale przede wszystkim na Księżycu można też przetestować technologię habitatów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Leszek Orzechowski,].

NASA, największe agencje kosmiczne i firmy prywatne wskazują Księżyc jako kolejną granicę eksploracji kosmosu. Zgodnie z programem Artemis już w 2024 roku na satelicie Ziemi ma wylądować pierwsza kobieta i kolejny astronauta. W związku z tym liczne firmy i instytucje, od Japońskiej Agencji Badań Kosmicznych po prywatną firmę Moon Express, dyskutują, jak budować osiedla i maszyny lądowe tak, aby zbudować nową gospodarkę księżycową. Ostatecznym celem NASA jest wykorzystanie doświadczeń zdobytych na Księżycu do rozpoczęcia misji z ludźmi na Marsa.

– To dość bezpośrednio pokazuje połączenie ekonomiczne. Firmy prywatne są Księżycem zainteresowane, przywożeniem dostaw czy tradycyjnymi usługami, np. wydobywczymi czy hotelarskimi, turystycznymi. Właśnie Księżyc może nam pokazać zasadność wielu naszych przekonań i myśli o tym, jak mogłaby działać kolonizacja Marsa – tłumaczy architekt Space is More.

Misja na Księżyc pozwoli też zbadać, jak na ekstremalne warunki reaguje organizm człowieka. Takie testy już trwają w polskim habitacie badawczym Lunares. Warunki, jakie w nim panują, do złudzenia przypominają te, które będą panować w przyszłej bazie na Księżycu czy Marsie. Naukowcy prowadzili już np. badania z wykorzystaniem iluzji czasu. Stworzono też fizjologiczną lampę, która dzięki emitowaniu na odpowiedniej częstotliwości fal UV działa na organizm człowieka podobnie jak Słońce. W bazie testuje się też wpływ diety liofilizowanej podczas misji kosmicznych. W habitacie znalazło się też miejsce do hydroponicznej hodowli roślin z wirówkami do badania wpływu mikrograwitacji na procesy biologiczne.

Takie testy mogą mieć kluczowe znaczenie dla misji kosmicznych. Jeśli sprawdzą się na Księżycu, mogą również okazać się przydatne podczas misji na Marsa.

– Dobrze, że powstają rakiety, załogowe statki kosmiczne, ale jeszcze za bardzo nie wiadomo, czy i w jaki sposób na Marsie wylądować takimi wielotonowymi statkami, ale przede wszystkim, co się stanie z człowiekiem po 250 dniach podróży. Wiemy, ile pomocy lekarzy potrzebują astronauci, którzy wracają po pół roku ze stacji kosmicznej i jak muszą wracać do zdrowia. Wyobraźmy sobie, że po takiej samej wycieczce jeszcze ktoś ląduje na Marsie, musi zrobić całą misję, bazę i jeszcze wrócić. To nie są tematy nie do przeskoczenia – wskazuje ekspert.

Jak przekonuje, to na Księżycu będzie można przetestować różne metody hodowli roślin, systemy oczyszczania wody, produkcji żywności czy wytwarzania tlenu.

– Misja na Księżyc da nam taki zakres technologii w zakresie lotów w kosmos, ale też związanych z zamieszkaniem w kosmosie i w ogóle możliwości produkcyjne, że misja na Marsa jednak się wydarzy szybciej niż wcześniej. W 20352036 roku można się spodziewać, że mógłby ktoś tam wylądować – analizuje architekt Space is More.

Wyścig kosmiczny przyspiesza także w zakresie misji załogowych czy komercyjnych. Elon Musk, Jeff Bezos, Richard Branson mają już na koncie pierwsze sukcesy. Kwestią nawet nie lat, ale miesięcy mogą być pierwsze loty komercyjne.

– Przemysł komercyjny może spowodować pewną gorączkę kosmosu. Jak najbardziej jest możliwość, że za naszego życia będą się pojawiały pewne próby skolonizowania Marsa, może nie miasto na tysiące osób, ale już małe osady po kilkadziesiąt osób jestem sobie w stanie wyobrazić – mówi Leszek Orzechowski.

Blisko 330 warszawskich skrzyżowań automatycznie wykrywa pieszych. Radary i inteligentne czujniki zwiększają bezpieczeństwo i płynność ruchu

W stolicy jest już ponad 330 skrzyżowań wyposażonych w detekcję ruchu pieszych, a każdego roku przybywa ich kilkadziesiąt. Przejścia wyposażone w czujniki ruchu, systemy termowizyjne oraz radary sygnalizują gotowość wejścia pieszych na pasy. Dzięki temu nie muszą czekać na zielone światło, pojawia się ono w momencie, kiedy podchodzą do przejścia. System działa też z korzyścią dla kierowców, ponieważ sygnalizacja dostosowuje się do ruchu w trybie wahadłowym, przez co nie trzeba czekać na zielone światło dla kierujących, kiedy przejście dla pieszych jest puste.

– Przede wszystkim skupiamy się na tym, żeby przejścia dla pieszych były bezpieczne i większość naszych działań jest skierowanych na poprawę bezpieczeństwa. Właśnie skończyliśmy trwający prawie pięć lat audyt wszystkich przejść dla pieszych w Warszawie, który nam mówi o tym, które przejścia są niebezpieczne, dlaczego są niebezpieczne i jak poprawić na nich bezpieczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Dybalski, rzecznik Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie.

W stolicy działa już 338 skrzyżowań, gdzie testowana jest automatyczna detekcja pieszych. Konieczność wprowadzenia tego rozwiązania wymusiło stosowanie tzw. skrzyżowań z sygnalizacją adaptacyjną, czyli uzależnioną od natężenia ruchu drogowego. Nowoczesne, automatyczne rozwiązania okazały się nader przydatne zwłaszcza w czasie pandemii, gdy trzeba było czasowo wyłączyć z użytkowania przyciski do sygnalizowania chęci przejścia przez jezdnię.

– Na skrzyżowaniach i przejściach dla pieszych musimy wykrywać zarówno pieszych, jak i rowerzystów. Możemy to robić na dwa sposoby. Albo ręcznie, tzn. piesi po prostu przyciskają żółte guziki, które wszyscy znamy, albo automatycznie, tzn. na takim skrzyżowaniu, przy takim przejściu dla pieszych jest czujnik czy radar, które sprawdzają, że pieszy podchodzi do przejścia dla pieszych, i w tym momencie najszybciej jak to możliwe zapalają dla niego zielone światło. Za kilka lat już właściwie wszystkie osygnalizowane skrzyżowania, gdzie jest automatyczna detekcja ruchu, będą już samodzielnie wykrywały pieszego – prognozuje Jakub Dybalski.

Technologia wykrywania pieszych kojarzy się przede wszystkim z samochodami autonomicznymi lub samochodami wykorzystującymi pewnego rodzaju rozwiązania do detekcji. Układy automatycznego hamowania awaryjnego AEB wykorzystujące kamery i czujniki znajdują się w wielu modelach aut. Automatyczna detekcja ruchu pieszych i wykrywanie zagrożenia wykorzystywane są choćby w trybie autonomicznym Tesli. Podobne inteligentne czujniki działają także w Warszawie.

– Podchodząc czy podjeżdżając rowerem do takiego skrzyżowania, nie musimy nic robić. Zwykle jak się rozejrzymy, to na słupie, na jakimś pałąku, na którym są światła sygnalizacji, jest też małe urządzenie, czy to radar, czy kamera, które sprawdza, że ktoś do takiego przejścia dla pieszych podchodzi, i w miarę możliwości, najszybciej jak to możliwe, przełącza światło na zielone dla pieszego albo rowerzysty – tłumaczy rzecznik ZDM.

Warszawa już od kilku lat zajmuje wysokie miejsca w rankingach dotyczących rozwoju technologicznego, inteligentnych miast czy inteligentnych systemów transportowych. Według uznanego Indeksu CIMI (City in Motion) stolica Polski zajęła w 2020 roku 54. miejsce na ponad 170 sklasyfikowanych w rankingu miast. Kilkanaście miesięcy temu Zarząd Dróg Miejskich uruchomił m.in. automatyczne e-kontrole, które przy wykorzystaniu samochodów wyposażonych w kamery i lidary miały zwiększyć ściągalność opłat za parkowanie w płatnej strefie. Wykorzystanie innowacyjnych rozwiązań do detekcji pieszych jest kolejnym etapem cyfryzacji systemu transportu w stolicy.

Firma w pandemii: 3 bezpieczne sposoby na zdalne zawieranie umów

Dotychczas najczęściej spotykanym sposobem zawierania umów było złożenie własnoręcznych podpisów na dokumencie z treścią ustaleń obu stron. Dziś, kiedy pracujemy zdalnie, przedsiębiorcy stają przed dylematem w jaki sposób skutecznie podpisać umowę na odległość. Przedstawiamy najważniejsze wskazówki dotyczące zdalnego zawierania umów.

  1. Wymiana podpisanych dokumentów

Podpisanie umowy w zwykłej formie pisemnej nie musi wiązać się z jednoczesnym złożeniem podpisów przez strony pod umową – mogą być one złożone w różnym czasie i miejscach. Oznacza to, że jedna strona może np. podpisać umowę wcześniej w dwóch egzemplarzach i podpisane egzemplarze przesłać drugiej stronie, a druga strona może podpisać umowę później – na tym samym dokumencie i odesłać kontrahentowi jeden egzemplarz. Każda ze stron może również podpisać swój egzemplarz umowy, a następnie strony wymieniają się podpisanymi dokumentami i komplet podpisanych dokumentów będzie dowodem zawarcia umowy określonej treści.

Jeśli podpisy nie są składane jednocześnie, celem uniknięcia wątpliwości przy każdym podpisie powinna pojawić się data, umowa będzie zawarta z datą złożenia ostatniego podpisu. W takim przypadku można też wprost w umowie wskazać datę, od której zaczyna ona obowiązywać.

Jeśli kontrahent naniesie zmiany w treści umowy, to akceptując je warto sporządzić listę zmian do umowy, pod którą obie strony złożą podpisy – wtedy umowa obowiązuje w wersji ze zmianami. Bez jednoznacznego potwierdzenia, w przypadku sporu będziemy dysponować dwoma różnymi wersjami umowy, bez rozstrzygnięcia, która wersja jest wiążąca. Jeśli zmian nie akceptujemy niezwłocznie sprzeciwiamy się włączeniu ich do umowy. Sprzeciw musi być złożony przez osobę uprawnioną do reprezentacji strony umowy, a adresatem musi być osoba uprawniona do reprezentacji drugiej strony. Sprzeciw powinien być złożony przynajmniej w treści wiadomości mailowej. Celem zawarcia umowy należy ustalić jej ostateczną treść akceptowaną przez obie strony.

  1. Podpisanie umowy elektronicznym podpisem kwalifikowanym

Przepisy prawa przewidują możliwość podpisania umowy kwalifikowanym podpisem elektronicznym, który został zrównany z podpisem własnoręcznym.

Odbywa się to w ten sposób, że treść umowy, w postaci elektronicznej, jest podpisywana przez strony przy użyciu kwalifikowanych podpisów elektronicznych (tj. podpisu elektronicznego weryfikowanego za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu, zgodnie z art. 131 ustawy z 5 września 2016 r. o usługach zaufania oraz identyfikacji elektronicznej). Należy pamiętać, że opatrzona podpisem musi zostać cała umowa znajdująca się w jednym pliku (np. pdf). Ponadto zasadne jest wskazanie w umowie z imienia i nazwiska osoby uprawnione lub upoważnione do jej podpisania, tak aby można było łatwo porównać te dane z danymi podpisu elektronicznego.

Weryfikacja podpisu elektronicznego, którym dokument został już opatrzony jest możliwa dzięki aplikacjom udostępnianym przez podmioty dostarczające podpisy elektroniczne albo przez innych dostawców usług zaufania wpisanych na listę prowadzoną przez NBP albo instytucję prowadzącą taki rejestr w innym państwie członkowskim Unii Europejskiej. W aplikacji można sprawdzić m.in. dane osoby, która złożyła podpis, rodzaj podpisu (certyfikowany, niecertyfikowany), ważność podpisu oraz to czy dokument nie został zmodyfikowany po podpisaniu.

Rejestr kwalifikowanych dostawców usług zaufania znajduje się na stronie internetowej Narodowego Centrum Certyfikacji (https://www.nccert.pl/uslugi.htm).

Jeśli strony lub przepisy prawa zastrzegają dla zawarcia umowy formę pisemną, pod rygorem nieważności, umowa będzie ważnie zawarta, zarówno jeśli strony złożą własnoręczne podpisy pod umową, jak i w przypadku kiedy opatrzą umowę podpisami kwalifikowanymi.

Nie każdy jednak dysponuje kwalifikowanym podpisem elektronicznym, jednocześnie osoby upoważnione do zawierania umów często pracują w trybie home office, oddalone o wiele kilometrów od siedziby firmy czy też siedziby kontrahenta.  Co zrobić, jeśli nie wszystkie osoby, które powinny podpisać umowę dysponują kwalifikowanym podpisem elektronicznym? Najprostszym rozwiązaniem jest złożenie na umowie podpisów własnoręcznych – przez osoby, które nie posiadają kwalifikowanego podpisu elektronicznego oraz podpisów elektronicznych – przez osoby, które takie podpisy posiadają.

W tym przypadku zawarcie umowy potwierdzają łącznie dwa jej egzemplarze – jeden w formie pisemnej, z własnoręcznymi podpisami osób, które takie podpisy składają oraz drugi egzemplarz w formie elektronicznej (np. pdf) opatrzony kwalifikowanymi podpisami elektronicznymi. Dla zawarcia umowy strony wymieniają się egzemplarzami umów tak aby każda ze stron posiadała egzemplarz opatrzony wszystkimi podpisami, które miały być złożone własnoręcznie i egzemplarz opatrzony wszystkimi podpisami, które miały być złożone elektronicznie. Dopiero komplet wymienionych dokumentów potwierdza zawarcie umowy określonej treści.

Należy pamiętać, że podpisanie egzemplarza umowy podpisem ePUAP nie wywołuje tych samych skutków co złożenie podpisu za pomocą kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Podpis ePUAP nie jest zrównany w skutkach ze złożeniem własnoręcznego podpisu, tak jak to jest w przypadku kwalifikowanego podpisu elektronicznego.

  1. Wymiana maili – forma dokumentowa

Skuteczne zawarcie umowy może być dokonane również w wyniku wymiany wiadomości e-mail lub za pośrednictwem komunikatora internetowego, pod warunkiem, że  na podstawie wymienionych wiadomości będzie możliwe ustalenie kto zawarł umowę (dane stron) oraz jakie są istotne postanowienia tej umowy. Mamy wtedy do czynienia z zawarciem umowy w formie dokumentowej.

Dla uniknięcia wątpliwości, po ustaleniu warunków umowy najlepiej załączyć do wiadomości plik, np. w formacie pdf, zawierający treść umowy i poprosić o potwierdzenie od drugiej strony, że wyraża zgodę na zawarcie umowy o treści zgodnej z załącznikiem. Następnie wiadomości mailowe wymieniane w ramach negocjacji oraz dotyczące zawarcia umowy należy zapisać i zachować (lub nawet wydrukować), aby na wypadek sporu posiadać dowód na zawarcie umowy określonej treści. Opisanego sposobu bezwzględnie nie można stosować do zawarcia umowy, dla której przepisy prawa zastrzegają formę pisemną lub inną formę pod rygorem nieważności, a więc do:

  1. a) umowy zawierającej postanowienia dotyczące przeniesienia praw autorskich (spotykane np. w umowach z architektem na wykonanie projektu);
  2. b) umowy o ustanowienie zastawu rejestrowego,
  3. c) umowy leasingu,
  4. d) umowy o przejęcie długu,
  5. e) umowy o zakaz konkurencji w umowie agencyjnej,
  6. a) umowy dotyczącej zbycia lub wydzierżawienia przedsiębiorstwa lub ustanowienia na nim użytkowania wieczystego,
  7. b) umowy o dział spadku w skład, którego wchodzi przedsiębiorstwo,
  8. a) umowy przeniesienia własności nieruchomości,
  9. b) umowy o przedłużenie wieczystego użytkowania,
  10. d) umowy o dział spadku w skład którego wchodzi nieruchomość.

Małgorzata Cieśla, aplikant adwokacki w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Specjalizuje się w obsłudze korporacyjnej, rozwiązywaniu sporów w procesie budowlanym oraz w windykacji należności i postępowaniu egzekucyjnym.

Komu opłaca się pozostanie w spółce komandytowej?

Objęcie spółki komandytowej opodatkowaniem CIT spowodowało ożywiony ruch „na rynku restrukturyzacji spółek komandytowych”. Wielu wspólników z obawy przed podwójnym opodatkowaniem zysków wypracowanych przez spółkę stara się zrestrukturyzować swoją działalność. Są jednak podatnicy, dla których zmiana przepisów oznacza efektywne obniżenie podatków.

Co się zmienia

Przypomnijmy, że w 2021 r. (można przyjąć, że efektywnie od 1 maja 2021 r.) zmienią się zasady opodatkowania zysków wypracowanych przez spółki komandytowe. Dotychczas najpopularniejszy schemat prowadzenia działalności przez spółkę komandytową zakładał, że komplementariuszem spółki była spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Gwarantowało to, że komandytariusze (zwykle osoby fizyczne), nie ponosili odpowiedzialności za zobowiązania spółki komandytowej. Dodatkowo zysk spółki przypadający na komandytariuszy (zwykle około 99% zysku), podlegał jednokrotnemu opodatkowaniu. Po wejściu w życie nowelizacji, zysk przypadający na komandytariuszy zostanie opodatkowany dwukrotnie: raz na poziomie spółki (9% lub 19% podatkiem CIT), a następnie na poziomie wypłaty dywidendy (19% podatkiem PIT) – z iluzorycznym prawem do obniżenia podatku dla części komandytariuszy.

Jakie alternatywy dla spółki komandytowej?

Wprowadzenie opodatkowania CIT na poziomie samej spółki komandytowej spowodowało duży niepokój wśród wspólników (zwykle rodzimych, średnich przedsiębiorców). Dotychczas prowadzili oni swoje przedsiębiorstwa właśnie w formie transparentnej podatkowo spółki komandytowej, płacąc przeważnie 19% liniowego PIT jako komandytariusze. Wielu przedsiębiorców zdecydowało się na przekształcenie działalności w prostszą w zarządzaniu spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością (również podwójnie opodatkowaną), bądź w spółkę jawną, zapewniającą jednokrotne opodatkowanie, ale obarczone osobistą odpowiedzialnością za zobowiązania spółki. Wreszcie część przedsiębiorców zdecydowała się na zlikwidowanie spółki komandytowej i przeniesienie biznesu do innego podmiotu.

Niższe podatki dla komplementariusza

Należy podkreślić, że zmiany w zakresie opodatkowania działalności prowadzonej przez spółki komandytowe spowodowały zasadnicze pogorszenie sytuacji komandytariuszy, którzy zostali objęci „podwójnym” opodatkowaniem (z iluzorycznym odliczeniem). Z drugiej jednak strony nowelizacja pozornie nie zmieniła sytuacji podatkowej komplementariusza. Dzięki systemowi odliczenia części podatku CIT zapłaconego przez spółkę komandytową – pomimo formalnego podwójnego opodatkowania – co do zasady zapłaci on efektywnie dokładnie taki sam podatek (19%), jak przed wejściem w życie nowelizacji. Co więcej, efektywna stopa 19% PIT będzie odnosić się jedynie do komplementariuszy większych spółek, które nie są uprawnione do zastosowania 9% stawki CIT. W przypadku spółek komandytowych, które będą uprawnione do zastosowania stawki 9% CIT, dzięki systemowi odliczeń, komplementariusz zapłaci efektywnie około 17,3% podatku dochodowego.

Dodatkowo, po objęciu spółek komandytowych CIT, zysk transferowany do osób fizycznych będzie kwalifikowany jako zysk z dywidendy, nie zaś – jak dotychczas – jako zysk z tytułu działalności gospodarczej. Rozróżnienie to jest nie bez znaczenia dla komplementariuszy osiągających rocznie dochody przekraczające 1 mln PLN. Zyski z tytułu działalności gospodarczej doliczane są do podstawy opodatkowania tzw. daniną solidarnościową w wysokości 4% (opodatkowaniu podlega nadwyżka dochodu ponad kwotę 1 mln PLN). Jednocześnie tzw. przychody dywidendowe nie podlegają opodatkowaniu daniną solidarnościową. Oznacza to, że po zmianach przepisów efektywna stopa opodatkowania zysku przypadającego na komplementariusza wyniesie 17,3% lub 19%, zamiast 19% lub 23% (jeśli komplementariusz płacił także daninę solidarnościową). Oczywiście zmiana obciążeń podatkowych zależeć będzie od specyfiki biznesu, a w szczególności poziomu przychodów i marży wypracowanej przez spółkę komandytową. Dla części komplementariuszy nic się nie zmieni i nadal będą płacić efektywnie 19% podatku, natomiast dla niektórych komplementariuszy obciążenia podatkowe mogą zostać zmniejszone nawet o 5,7%.

Z uwagi na przysługujące komplementariuszowi prawo do odliczenia części podatku zapłaconego przez spółkę komandytową znowelizowane przepisy nie tylko nie pogarszają sytuacji podatkowej tej grupie wspólników, lecz wręcz pozwalają na obniżenie obciążeń podatkowych. W konsekwencji, także wielu komandytariuszy zdecydowało się na zmianę swojego statusu i „wejście w buty” komplementariusza. Należy jednak pamiętać, że komplementariusz ponosi pełną odpowiedzialność za zobowiązania spółki komandytowej – także te powstałe przed dniem, gdy stał się komplementariuszem. Zmiana statusu powinna więc być starannie przemyślana.

Benedykt Rubak, radca prawny, doradca podatkowy, Manager w Enodo Advisors. Specjalizuje się w zagadnieniach związanych z restrukturyzacją obciążeń podatkiem dochodowym, ze szczególnym uwzględnieniem podatkowo optymalnych transformacji oraz sprzedaży przedsiębiorstw.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – luty 2021 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 52,3% rdr do 26,4 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 148,0% do 903,2 mln zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 7,4% rdr do poziomu 792,0 tys. szt.
  • Wzrost łącznego obrotu obligacjami na TBSP o 120,1% rdr do 37,0 mld zł
  • Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 14,1% rdr do 266,9 mln zł
  • Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 14,5% rdr do 52,8 mln zł
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 27,1% do poziomu 16,9 TWh
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 16,3% rdr do 11,7 TWh

W lutym 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 28,0 mld zł, czyli o 60,4% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 52,3% rdr do poziomu 26,4 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1 317,6 mln zł, o 52,3% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec lutego wyniosła 56 970,30 pkt i była o 15,6% wyższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w lutym odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 149,6% rdr do poziomu 917,2 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 148,0% rdr i wyniosła 903,2 mln zł.

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w lutym wyniósł 792,0 tys. szt., czyli o 7,4% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 11,8% rdr do poziomu 453,4 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 8,1% rdr do 200,2 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty spadł o 1,9% rdr do 112,7 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami spadł o 18,8% rdr do 25,7 tys. szt.

W lutym zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 14,1% rdr do poziomu 266,9 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 14,5% rdr do 52,8 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec lutego 100,2 mld zł wobec 94,8 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła o 35,1% rdr do poziomu 235,3 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 37,0 mld zł wobec 16,8 mld zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 120,1% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł 16,9 TWh, co oznacza spadek o 27,1% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 14,1% rdr do poziomu 3,2 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 32,8% rdr do poziomu 13,7 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym spadł o 16,3% rdr do 11,7 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 50,9% do poziomu 3,4 TWh. Na rynku terminowym odnotowano spadek o 29,3% rdr do poziomu 8,3 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 2,7 TWh, co oznacza wzrost o 13,4% rdr.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 48,5% rdr do poziomu 8,6 ktoe[3].

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE wzrósł o 21,9% rdr, do wolumenu 2,0 TWh.

Kapitalizacja 383 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku w lutym wyniosła 553,8 mld zł (122,6 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 434 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 1 099,6 mld zł (243,4 mld EUR).

Na Głównym Rynku GPW w lutym zadebiutowały akcje spółki HUUUGE, INC. (wartość oferty: 1,67 mld zł).

Na rynku NewConnect w lutym br. zadebiutowały akcje spółek: Atomic Jelly (wartość oferty: 4,45 mln zł), Simteract (wartość oferty: 4,4 mln zł) oraz Kool2Play (wartość oferty: 2,5 mln zł).

W lutym 2021 r. na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, tyle samo co rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Słabszy odczyt z Niemiec ciąży złotemu

Spadająca sprzedaż detaliczna w Niemczech znacznie mocniej zaszkodziła Niemcom niż Polsce. Wraz z problemami głównej lokomotywy strefy euro inwestorzy woleli wycofać środki z ryzykownych rynków.

Lepsze perspektywy Polski

Wczorajszy odczyt PMI dla przemysłu w Polsce to kolejny odczyt pokazujący, że rodzima gospodarka jest na dobrym torze. Wynik 53,4 pkt jest nie tylko lepszy o 0,7 pkt od oczekiwań, ale przede wszystkim znajduje się coraz dalej od granicy 50 pkt rozdzielającej rozwój od recesji. Pokazuje to, że zarządzający wierzą, że w gospodarce szykuje się odbicie i są skłonni inwestować. Pomimo tych danych złoty zaliczył bardzo słaby początek tygodnia i traci względem głównych walut. Waluta euro wyceniana jest ponad 4,53 zł.

Dane z Europy

Korzystnie wypadł również indeks dla Unii Europejskiej. Tutaj optymizm jest wyjątkowo wysoki i sięga 57,9 pkt. Są to dane, które zwykle występują w trakcie bardzo dobrej koniunktury. Dodatkowo poznaliśmy dobre dane z Niemiec, gdzie inflacja wzrosła do 1,3%. Jest to ten zakres, w którym wzrost inflacji jest odbierany jako zdecydowanie korzystny i świadczący o rozwoju gospodarki. Lepsze dane pokazali również Amerykanie. Rynki odebrały to jako znacznie istotniejszy sygnał zza oceanu i dolar po raz kolejny się umacnia. Dzisiaj nad ranem zeszliśmy do poziomu zaledwie dolara i 20 centów za euro.

Dane z Niemiec

Dzisiaj od rana poznaliśmy słabsze dane na temat sprzedaży detalicznej u naszego zachodniego sąsiada. Analitycy spodziewali się wzrostu w ciągu roku o 1,2%. Odczyt był spadkiem aż o 8,7%. Problemy gospodarki Niemiec często powodują, że bardzo szybko ciągną w dół całą strefę euro. Jest to powód, przez który euro notuje dzisiaj najniższy poziom względem dolara od niemal miesiąca. Słabe dane u naszego zachodniego sąsiada przekładają się również na dalsze osłabianie złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Stanowisko ZPP ws. projektu pakietu Slim VAT 2

Co do zasady, ZPP pozytywnie ocenia każdą formę uproszczenia i zracjonalizowania systemu podatkowego, dlatego z aprobatą przyjmujemy informacje na temat projektu pakietu SLIM VAT 2.

Natomiast wartym uwagi jest fakt, że część z proponowanych regulacji to powrót do rozwiązań wcześniej obowiązujących (jak w przypadku projektowanego art. 86 ust. 10b Ustawy, stanowiącego powrót do zasady obowiązującej przed 01.01.2017), ew. sposób dostosowania przepisów krajowych do orzecznictwa UE (jak w przypadku obowiązujących art. 89a i 89b Ustawy o VAT, które Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał za niezgodne z prawem unijnym). Mając na uwadze powyższe przykłady, trudno jest mówić o nowej jakości polskiego systemu podatkowego. Należy zatem podkreślić, iż proponowany pakiet jest rozwiązaniem dobrym, ale oczywiście niekompletnym, gdyż nie rozwiązuje w pełni problemu, jakim jest poziom skomplikowania podatku VAT.

1. Ustalanie dostawy ruchomej w transakcjach łańcuchowych – art. 22 ust. 2e i 3

Celem projektowanych przepisów jest wprowadzenie regulacji, która w przypadku eksportu towarów lub wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów określałaby wyraźnie, której dostawie należy przypisać wysyłkę lub transport, gdy w transakcji łańcuchowej podmiotem organizującym transport jest – nie nabywca lub podmiot pośredniczący – lecz pierwszy w kolejności dostawca (tj. pierwszy podmiot w łańcuchu). Takie rozwiązanie nie wpłynie na obecnie stosowaną praktykę, jednak zwiększy pewność prawną podmiotów biorących udział w transakcjach łańcuchowych.

Należy zauważyć, że w obecnie obowiązującej ustawie o VAT znajdują się już przepisy dobitnie regulujące sytuacje, w których podmiotem organizującym transport w transakcji łańcuchowej jest podmiot pośredniczącym.

Natomiast nie ma w obowiązujących przepisach, ani w projektowanym akcie regulacji jednoznacznie określających, której dostawie należy przypisać wysyłkę lub transport, gdy w transakcji łańcuchowej podmiotem organizującym transport bezpośrednio od pierwszego dostawcy jest ostatni w kolejności nabywca (tj. ostatni podmiot w łańcuchu).

Proponujemy zatem podjąć dodatkowe działania legislacyjne, mające na celu uregulowanie powyżej wskazanej sfery dot. transakcji łańcuchowych. Jednoznaczne rozstrzygnięcie w postaci przepisów ustawy ułatwiłoby przedsiębiorcom rozliczanie podatku VAT. Obecnie, w razie wątpliwości muszą oni sięgać w tej sprawie po orzecznictwo unijne.

2. Prawo do odliczenia VAT z tytułu importu usług – art. 86 ust. 10b

Zgodnie z projektowanym przepisem przewiduje się rezygnację z konieczności rozliczenia podatku należnego z tytułu importu usług w terminie 3 miesięcy jako warunku do odliczenia VAT naliczonego w tym samym okresie rozliczeniowym co deklarowany VAT należny.

Obecnie podatnicy, którzy nie otrzymają faktury w terminie 3 miesięcy lub nie uwzględnią w terminie 3 miesięcy kwoty podatku należnego z tytułu importu usług w deklaracji podatkowej, w której zobowiązani są rozliczyć ten podatek, są pozbawieni prawa wykazania podatku naliczonego w deklaracji podatkowej, w której rozliczają podatek należny. Jak słusznie zauważono w uzasadnieniu do projektu ustawy, powoduje to dla nich negatywne konsekwencje w postaci konieczności uiszczenia należnego podatku bez prawa do odliczenia w okresie rozliczeniowym, w którym podatek należny został wykazany.

Analogiczna zasada, polegająca na konieczności rozliczenia podatku należnego w terminie zawitym 3 miesięcy obowiązuje w zakresie prawa do odliczenia VAT z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów (WNT).

O ile jednak w przypadku importu usług ustawodawca zdecydował się na zniesienie w/w terminu zawitego, o tyle ma on w dalszym ciągu pozostać w obrocie prawnym odnosząc się do transakcji WNT. Być może jeszcze dalej idącym uproszczeniem byłaby rezygnacja z konieczności rozliczenia podatku należnego z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów (WNT) w terminie 3 miesięcy jako warunku do odliczenia VAT naliczonego w tym samym okresie rozliczeniowym co deklarowany VAT należny.

3. Korekta po stronie VAT naliczonego – art. 86 ust. 19c

Celem projektowanego art. 86 ust. 19c jest ujednolicenie okresu wykazywania korekt podstawy opodatkowania „in minus” w rozliczeniach VAT zarówno po stronie podatku VAT należnego jak i naliczonego. Należy jednak zauważyć, że przepis, który miałby wprowadzić tę zasadę został już przewidziany (również oznaczony jako art. 86 ust. 19c) w nowelizacji ustawy o VAT zaplanowanej na październik 2021 r., dotyczącej Krajowego Systemu e-Faktur oraz faktur ustrukturyzowanych. W związku z powyższym należy rozważyć, wedle której nowelizacji przepis powinien zostać wprowadzony.

4. Ulga za złe długi – art. 89a i 89b

Na podstawie proponowanych zmian, wydłużeniu ulega termin na skorzystanie z tzw. ulgi za złe długi z 2 do 3 lat od daty wystawienia faktury dokumentującej wierzytelność licząc od końca roku, w którym została ona wystawiona. Jest to korzystna zmiana dla podatników umożliwiająca skorzystanie z ulgi i dokonanie korekty podstawy opodatkowania i podatku VAT w dłuższym czasie.

Z uzasadnienia do projektu wynika, iż motywacją ustawodawcy do wydłużenia przedmiotowego terminu do 3 lat jest skorelowanie tegoż okresu z terminem przedawnienia roszczeń przysługującym osobom prowadzącym działalność gospodarczą i mających związek z prowadzoną przez uprawnionego działalnością gospodarczą, wynikającym z Kodeksu cywilnego.

Proponujemy jednak poddać pod rozwagę, aby termin na skorzystanie z w/w ulgi skorelować z terminem przedawnienia zobowiązania podatkowego, który zgodnie z art. 70 § 1 Ordynacji podatkowej wynosi 5 lat licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku.

W uzasadnieniu do projektu ustawy napisano: „umożliwia się skorzystanie z tzw. ulgi na złe długi po uprawdopodobnieniu przez wierzyciela istnienia długu analogicznie, jak to ma miejsce w podatkach dochodowych w przypadku niektórych wierzytelności nie uznawanych za koszty uzyskania przychodu, tj. wierzyciel będzie w tym przypadku mógł skorzystać z „ulgi na złe długi”, jeżeli wierzytelność została potwierdzona prawomocnym orzeczeniem sądu i skierowana na drogę postępowania egzekucyjnego.”

Użycie w cytowanym uzasadnieniu spójnika koniunkcji „i” stoi w sprzeczności z projektowanym przepisem art. 89a ust. 2a, w którym użyto spójnika „lub” sugerującego, że wystarczy spełnienie tylko jednej z powyższych przesłanek.

Istotnym jest, aby projektowane przepisy ustawy były jednolite z intencjami ustawodawcy przedstawionymi w przedmiotowym uzasadnieniu. Sprzeczności niewyjaśnione na etapie legislacji mogą negatywnie wpłynąć na późniejsze stosowanie przepisów, powodując konieczność wydawania objaśnień prawnych lub nawet indywidualnych interpretacji podatkowych. Jednocześnie rekomendujemy, aby powyższą wątpliwość rozstrzygnąć zgodnie z literalnym brzmieniem projektowanych przepisów (tj. odwrotnie niż przewidziano w uzasadnieniu), co oznaczałoby wymóg spełnienia tylko jednej z przesłanek w celu możliwości skorzystania z ulgi na złe długi.

Zwracamy uwagę, że choć pakiety SLIM VAT mają pozytywny wpływ na usprawnienie rozliczeń podatku od towaru i usług, to najlepszym sposobem na uproszczenie ustawy o VAT byłoby wprowadzenie jednej, kompleksowej ustawy deregulacyjnej. Nawet konstruktywne i korzystne zmiany – jeśli są wprowadzane z dużą częstotliwością, niewielkimi fragmentami – negatywnie wpływają na stabilność prawa, a także powodują chaos prawny wśród przedsiębiorców.

Warto zauważyć, że polska ustawa o VAT jest nowelizowana kilka razy w każdym roku, a rozliczenie podatków polskiemu przedsiębiorcy zajmuje średnio 334 godzin rocznie. Jest to statystyka negatywnie odbiegająca od średniej OECD, dlatego też nasz system podatkowy jest oceniany jako niezwykle skomplikowany i niespójny. Generalna deregulacja ustawy o VAT mogłaby jednak przynieść wymierne korzyści w postaci większych wpływów z tytułu podatku VAT, gdyż uproszczone procedury przyciągnęłyby do Polski zagraniczne inwestycje, jak i również wzmocniły przedsiębiorczość wśród Polaków, którzy nie decydują się na założenie własnej działalności w obawie przed nadmierną formalizacją systemu podatkowego.

Covid-19 bez wpływu na prywatny kapitał w zakresie inwestycji na rynku nieruchomości w 2020 r.

Covid-19 bez wpływu na kapitał prywatny w zakresie inwestycji globalnych na rynku nieruchomości komercyjnych w roku 2020 – odnotowano 9% wzrost powyżej średniej z ostatnich dziesięciu lat.

Według najnowszego raportu The Wealth Report 2021 – opracowanego przez Knight Frank, pandemia Covid-19 nie wpłynęła na stan kapitału prywatnego, gdzie nadal odnotowywano inwestycje w nieruchomości komercyjne na całym świecie.

Wolumen kapitału prywatnego zainwestowanego na skalę globalną wyniósł ok. 232 mld USD, co daje 9% wzrost powyżej średniej dziesięciorocznej, ale stanowi spadek w stosunku do poziomów osiągniętych w roku 2019.

Patrząc jednak w przyszłość, z ankiety Attitudes Survey, przeprowadzonej przez Knight Frank wynika, że w roku 2021 jedna czwarta najzamożniejszych osób na świecie (ultra-high-net-worth individuals – UHNWI) zamierza inwestować w aktywa nieruchomości komercyjnych. 

Victoria Ormond, partner ds. badań rynków kapitałowych w Knight Frank stwierdziła: „Istnieje szereg czynników, które będą kształtować rynki w roku 2021 – przesunięcie inwestycji do tzw. bezpiecznych przystani – dużych, o stosunkowo znacznej płynności, przejrzystych rynków, które powinny nadal przyciągać inwestycje globalne; ograniczenia w światowym podróżowaniu także stwarzają szansę dla inwestorów prywatnych, żeby inwestować na rynkach lokalnych, które – w zwyczajnych okolicznościach – doświadczyłyby większej konkurencji o aktywa ze strony inwestorów instytucjonalnych; ESG – coś, czego inwestorzy prywatni nie mogą zignorować oraz wzrost liczby centrów danych, gdzie istnieje ogromny potencjał możliwości inwestycyjnych.”

Raport The Wealth Report 2021 ujawnia także kwotę kapitału prywatnego zainwestowanego w nieruchomości w 2020 r. z podziałem na sektory:

Sektor 2020* mld USD 2019* mld USD (dla porównania)
Apartamenty 88,9 124,3
Biura 59,2 89,6
Przemysł i logistyka 34,0 48,7
Handel detaliczny 27,7 43,5
Hotele 13,0 29,5
Budownictwo i opieka senioralna 7,1 8,8
Mieszkania condo 1,9 2,6
Źródło: RCA *dane wstępne

 

Alex James, Partner, Dyrektor Działu Doradztwa Klienta Prywatnego, powiedział: „Nieruchomości komercyjne zapewniają inwestorom stosunkowo stabilny i wysoki zwrot, potencjał dla wzrostu wartości kapitału oraz dywersyfikację. A to są kluczowe czynniki umożliwiające zabezpieczenie majątku dla przyszłych pokoleń oraz ochronę przeciwko wpływowi globalnej pandemii.

 

„Podczas gdy pandemia wpłynęła na nasz sposób życia, pracy i prowadzenia działalności, to w roku 2021 pojawia się ponowny optymizm, że jeśli ograniczenia dotyczące podróżowania zostaną zmniejszone, a wdrożenie programów szczepionkowych przejdzie do etapu zaawansowanego, wtedy kapitał prywatny będzie zwiększać swoją aktywność na znanych sobie rynkach oraz będzie koncentrować się na stabilnych sektorach.”

Stany Zjednoczone (141,7 mld USD), Niemcy (11,1 mld USD) oraz Zjednoczone Królestwo (10,6 mld USD) – to trzej rekordziści pod względem inwestycji kapitału prywatnego w nieruchomości w roku 2020*; większość krajów z czołowej dziesiątki rankingu opierała się na inwestycjach lokalnych, a nie na inwestycjach transgranicznych.

Kraj 2020* mld USD Inwestorzy krajowi Inwestorzy transgraniczni 2019* mld USD (dla porównania)
USA 141,7 97% 3% 227,3
Niemcy 11,1 67% 33% 15,8
Zjednoczone Królestwo 10,6 47% 53% 10,9
Szwecja 8,3 100%  – 6,6
Francja 7,5 95% 5% 11,8
Korea Południowa 6,0 100%  – 4,0
Japonia 5,5 92% 8% 10,6
Kanada 5,4 99% 1% 7,2
Holandia 5,4 83% 17% 5,6
Chiny 3,7 99% 1% 5,8
Źródło: RCA *dane wstępne  

 

Ankieta Attitudes Survey  pokazuje, że przeciętna alokacja aktywów w portfel inwestycji w nieruchomości UHNWI przedstawia się następująco:

Q. Które sektory zyskują zainteresowanie? Średnia regionalna
Sektor prywatnego budownictwa mieszkaniowego na wynajem (PRS) 32%
Logistyka 28%
Grunty inwestycyjne 24%
Biura 18%
Sektor przemysłowy 17%
Sektor opieki zdrowotnej 17%
Sektor domów opieki 14%
Sektor hotelowy 13%
Rolnictwo 12%
Infrastruktura 11%
Centra danych 11%
Handel detaliczny 11%
Domy studenckie 9%
Edukacja 6%

 

Sąd doręczy pismo… mailem. Czy czekają nas kolejne wyroki w sprawach, o których nikt nie wiedział?

Przepisy planowanej nowelizacji Kpc, wprowadzające e-licytację nieruchomości mówią, że przystępując do sporu sądowego w sprawach cywilnych, adwokaci i radcowie prawni będą musieli podać adres e-mailowy. Następnego dnia po wysłaniu pisma z sądu na podaną skrzynkę, zostanie ono uznane za doręczone i to niezależnie od tego, czy pełnomocnik odebrał wiadomość, czy nie. Nowe przepisy budzą opór środowisk prawniczych. Profesjonalni pełnomocnicy boją się, że będą otrzymywać wiadomości również podczas np. urlopów, co sprawi, że staną się „niewolnikami” skrzynek pocztowych. Tymczasem publicznej dyskusji umyka jeszcze jedna, istotna rzecz: mail z sądu może nie dotrzeć do adresata z różnych przyczyn technicznych, często w ogóle przez adresata niezawinionych.  

150 przyczyn niedoręczenia maila

W ocenie projektodawców, dla każdego użytkownika poczty elektronicznej oczywiste jest, że e-maile dochodzą do adresata niemal w czasie rzeczywistym. Czy jednak tak jest na pewno? Każdy doświadczył przecież sytuacji, kiedy wysyłany przez niego e-mail z jakichś powodów do adresata nie dotarł. Informatycy wyróżniają prawie 150 przyczyn takiego stanu rzeczy. Ktoś może zrobić błąd w adresie. Serwer nadawcy może zostać automatycznie uznany za spamujący przez oprogramowanie serwera adresata. Rozmiar wiadomości może przekroczyć określony limit. Skrzynka odbiorcza może być pełna. Serwer pocztowy może być czasowo niedostępny. Adresat może w ogóle zablokować możliwość otrzymywania wiadomości od konkretnego nadawcy. I tak dalej.

Przy wysyłce pozwów konieczna weryfikacja czy mail dotarł

O ile w przypadku doręczeń listów poleconych sąd może bez trudu ustalić, dlaczego list do adresata nie dotarł (listonosz podaje przyczynę na formularzu odbioru – na przykład: „adresat wyprowadził się”), o tyle w przypadku korespondencji mailowej projektowane przepisy takiej procedury w ogóle nie przewidują. Sekretariat sądu wyśle więc po prostu przesyłkę do strony i uzna ją za doręczoną. Pracownik sądu nie będzie miał obowiązku wysyłać jej ponownie, nawet, gdyby sam zauważył jakieś nieprawidłowości. Cała odpowiedzialność za techniczne problemy z doręczeniem wiadomości zostanie przerzucona na adresata. Takie postawienie sprawy miałoby uzasadnienie, gdyby jednocześnie przewidziano dla stron mechanizm weryfikacji, dlaczego dana przesyłka do nich nie dotarła. Strona, która z powodów technicznych maila nie dostała, mogłaby wówczas obalić fikcję, że został jej doręczony twierdząc, że np. jej serwer pocztowy automatycznie uznał serwer sądu za spamujący. W nowej rzeczywistości, strony takiej możliwości jednak mieć nie będą. Nowe przepisy nie przewidują bowiem obowiązku badania logów serwerów pocztowych nadawcy i odbiorcy przez administrację sądu.

Sądy online badają skuteczność doręczeń mailowych

Tymczasem sądy elektroniczne przywiązują dużą wagę do doręczeń mailowych. Nie dość, że uchybienia w tym zakresie mogą pozbawić stronę procesu możliwości obrony, to jeszcze po ludzku wyrządzić jej wielką krzywdę. W Pierwszym Elektronicznym Sądzie Polubownym przy Stowarzyszeniu Notariuszy Rzeczypospolitej Polskiej Ultima Ratio, jeżeli wiadomość nie dociera do adresata, na profilu sprawy pojawia się widoczny dla wszystkich komunikat techniczny. Administrator systemu IT bada też „z urzędu” przyczynę braku doręczenia wiadomości.

Oczom arbitra i stron ukazuje się następujący komunikat (przykład z rzeczywistej sprawy):doęczenie pozwu

Dzięki takiemu raportowi, arbiter może ze spokojnym sumieniem uznać pozew za skutecznie doręczony. Z wyjaśnień administratora IT sądu wynika bowiem, że w umowie stron wskazano nieistniejący adres e-mail, a zatem skutki takiego zaniedbania jednoznacznie obciążają tę stronę, która taki adres wskazała. Co ważne, raport zawiera również szczegółowy komunikat techniczny z serwera pocztowego sądu. Jeżeli w przyszłości okaże się, że pozwany ma pretensje do arbitra o uznanie przesyłki z dnia 22 lutego 2021 roku za doręczoną, będzie mógł podnieść w postępowaniu klauzulowym odpowiedni zarzut. Na profilu sprawy znajdzie pozwany wszelkie niezbędne informacje i dane.

Pozwy mailem w sprawach sądowych tak, ale z możliwością weryfikacji!

Trudno jest podzielić argumenty prawników o tym, że doręczenia mailowe „przykują ich do maila” oraz że nie będą mogli przez nie wziąć urlopu. Jeżeli społeczeństwo chce szybkiego wymiaru sprawiedliwości, moment, kiedy sąd doręcza stronom zarządzenia, pisma czy orzeczenia, nie może zależeć od ich swobodnej woli. Niemniej jednak proponowany sposób dokonania takiej regulacji budzi poważne wątpliwości natury zarówno prawnej jak i informatycznej. W Ultima Ratio odsetek nieprawidłowo doręczanych przesyłek z pozwem to mniej więcej 1%. Na szczęcie, późniejsze doręczenia odbywają się już w systemie IT Sądu. Polegają na publikacji pisma na profilu sprawy, o czym strony są natychmiast informowane m.in. SMS-em oraz powiadomieniem push.

Robert Szczepanek, CEO Causa Finita S.A., producenta systemu IT dla Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP

Przedsiębiorcy apelują do rządu o wycofanie się z podatku od smartfonów

Apelujemy do rządu o wycofanie się z pomysłu poszerzenia opłaty reprograficznej na nowy sprzęt, w tym smartfony, laptopy i komputery. To rozwiązanie, które uderzy w najbiedniejszych konsumentów oraz w polskich przedsiębiorców – mówił prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik na wtorkowej konferencji w PAP, podczas której zaprezentowano wyniki badań opinii publicznej w sprawie tzw. podatku od smartfonów.
Z badania przeprowadzonego na przełomie stycznia i lutego br. wynika, że aż trzy czwarte respondentów sprzeciwia się nowej opłacie reprograficznej, która ma być doliczana do elektroniki i przeznaczana na artystów. Z sondażu wynika również, że prawie 9 na 10 Polaków uznaje taką opłatę za dodatkowy podatek, a ponad połowa ankietowanych uważa, że państwo powinno obniżyć opodatkowanie elektroniki w czasie pandemii.

„Zwracam się do rządu, by nie wprowadzał żadnych nowych podatków w czasie pandemii, bo to dodatkowo utrudni funkcjonowanie polskich firm z branży IT, które dominują na krajowym rynku. Uważamy ponadto, że nowy podatek ograniczy dostęp do sprzętu najbiedniejszym grupom społecznym” – przekonywał Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Jego zdaniem, skutki podatku od smartfonów najbardziej odczują rodziny wielodzietne, seniorzy i osoby mieszkające na wsi. „To nie uderzy w prezesów banków, ale uderzy w bazę wyborczą partii rządzącej. Co więcej, beneficjantami tego podatku będą osoby zamożne lub bardzo zamożne. Nie rozumiem dlaczego państwo chce zabierać pieniądze najbiedniejszym, by następnie przekazywać je najbogatszym, których stać na wakacje w egzotycznych krajach” – dodał.

Z kolei Michał Kanownik przypomniał, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego szczyci się faktem, że na wsparcie dla kultury rząd przeznaczył rekordowe 6 mld zł, czyli znacznie więcej niż na pomoc innym branżom, które tracą na pandemii. Tymczasem – jak przekonywał – pandemia spowodowała, że wiele rodzin dokupiło nowy sprzęt, by móc zapewnić dzieciom i studentom udział w zajęciach online. Z badania wynika, że ¼ respondentów musiała w ostatnich miesiącach zainwestować w elektronikę, jednocześnie nowy podatek ograniczy te zakupy. 54% Polaków deklaruje, że po wprowadzeniu opłaty będzie kupować sprzęt rzadziej (24%) lub zdecydowanie rzadziej (30%). Negatywne skutki opłaty w największym stopniu odczują osoby starsze (33%), które już dziś narażone są najbardziej na wykluczenie cyfrowe.

„Badanie przynosi dwie kluczowe informacje: po pierwsze Polacy nie dają się nabrać na językowe sztuczki, że jak coś nazwiemy opłatą, a nie podatkiem to nie będzie podwyżek. Podatek od smartfonów oznacza podwyżki elektroniki. Nie ma innego wyjścia. Dziś elektronika jest w Polsce najtańsza, tak wynika z danych Eurostatu, ale po wprowadzeniu podatku będzie najdroższa” – powiedział Andrzej Przybyło, prezes Spółki AB.
Stawka podatku od smartfonów może wynieść nawet 6%, co przełoży się na wzrost cen urządzeń nawet o 300-600 zł. Nad szczegółowymi rozwiązaniami pracuje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Opłata reprograficzna jest doliczana do ceny sprzętu i przekazywana organizacjom zarządzania zbiorowego prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi, jak np. ZAiKS.

„W badaniu wzięło udział ponad 2200 osób. To bardzo duża próba badawcza, przy której błąd wynosi zaledwie 2%, możemy więc z pełnym przekonaniem powiedzieć, że respondenci nie chcą wprowadzania kolejnej opłaty, która będzie oznaczać podwyżki w sklepach” – powiedział Marek Grabowski, prezes agencji badań opinii publicznej Social Changes.

Badanie przeprowadzono metodą CAWI na panelu Internetowym w dniach 29 stycznia – 2 lutego 2021 roku. Próba ogólnopolska licząca N=2240 osób w wieku od 18 lat wzwyż. Struktura próby dobrana wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania.

Branża cyfrowa V4: Będziemy wspierać rządy naszych państw w projektach cyfrowych Grupy Wyszehradzkiej

Cztery organizacje z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii z Polski, Węgier, Czech i Słowacji podpisały się pod wspólnym stanowiskiem popierającym działania rządów z krajów Grupy Wyszehradzkiej mające na celu współpracę przy projektach cyfrowych, m.in. w kwestii cyberbezpieczeństwa, rozwoju robotyki, rozwiązań chmurowych czy podnoszenia kompetencji cyfrowych.

Wspólne stanowisko Digital 4V – inicjatywy organizacji z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii krajów Grupy Wyszehradzkiej, której wspólnym celem jest tworzenie polityki wspierającej innowacyjność i cyfryzację w Europie Środkowo-Wschodniej oraz zacieśnianie współpracy politycznej i gospodarczej – ma związek z podpisaną 17 lutego w Krakowie Deklaracją Cyfrową przez premierów Polski, Węgier, Czech i Słowacji o współpracy tych państw w kwestiach cyfrowych.  – Cieszymy się, że rządy naszych państw chcą współpracować przy projektach związanych z cyfryzacją i nowoczesnymi technologiami, bo jest to kluczowe dla rozwoju naszego regionu i budowania nowoczesnych gospodarek – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska, który podpisał się pod stanowiskiem Digital V4 Michał Kanownik. I dodaje: – Liczymy, że za tą Deklaracją pójdą konkretne działania, które będą miały na celu m.in. dzielenie się zasobami wiedzy w ramach Grupy Wyszehradzkiej, wspólne promowanie cyfrowych osiągnięć, budowanie legislacji sprzyjającej cyfrowemu wzrostowi w naszych państwach i na arenie unijnej oraz koordynację działań z zakresu nowych technologii cyfrowych.

Związek Cyfrowa Polska, czeski ASE, słowacki ITAS i węgierski IVSZ – organizacje, które podpisały się pod wspólnym stanowiskiem i które tworzą Digital V4 – podkreślają, że współpraca czterech rządów ma szczególne znaczenie dla rozwoju cyfrowych dziedzin, takich jak Big Data, rozwiązania chmurowe, robotyka, uczenie maszynowe, telekomunikacja oraz kompetencji i umiejętności cyfrowych. „Wyrażamy pełną zgodę z sygnatariuszami szczególnie wobec ogromnego znaczenia kwestii cyberbezpieczeństwa, które zajmuje miejsce na samym czele rozwoju XXI wieku i wymaga naszej wspólnej, skupionej aktywności, aby zapewnić bezpieczeństwo społeczeństwa informacyjnego i współczesnego biznesu w Grupie Wyszehradzkiej. Wierzymy również, że cyfrowa infrastruktura i zaawansowane technologie są nieodzowne dla funkcjonującej cyfrowej gospodarki i społeczeństwa. Starania w tym zakresie powinny mieć szczególny wzgląd na znaczenie sztucznej inteligencji, inteligentnych miast i technologicznie zaawansowanych usług, które oferują one swoim mieszkańcom. Te dziedziny rozwoju odegrają kluczową rolę dla wzrostu naszych społeczności w całej Grupie V4” – napisano we wspólnym stanowisku.

Organizacje z Digital V4 zaznaczyły, że w cyfrowej gospodarce państw V4 drzemie niewykorzystany potencjał. Dlatego wspólne starania na rzecz cyfrowego rozwoju pozwolą stawić czoła współczesnym wyzwaniom i zagrożeniom stojącym na drodze cyfrowej gospodarki.

Digital V4 deklaruje też swoje wsparcie dla rządów Polski, Czech, Węgier i Słowacji w pracach nad kwestiami cyfrowymi w regionie. „Zdając sobie sprawę z istotnej roli ścisłej kooperacji nad wspólnymi projektami w zapewnieniu bezpiecznego środowiska cyfrowego, stoimy ramię w ramię z premierami państw Grupy Wyszehradzkiej, podkreślając konieczność zajmowania wspólnych stanowisk wobec kwestii cyfrowych, abyśmy mogli reprezentować nasz wspólny, najlepszy interes na arenie międzynarodowej. Jesteśmy pewni, że wzmożona, bliska współpraca umocni naszą pozycję i sprawi, że nasz głos w kwestiach cyfryzacji zyska na znaczeniu na arenie międzynarodowej z wielką korzyścią dla prawdziwie cyfrowej Grupy Wyszehradzkiej” – dodano.

Szybka pożyczka online – wysokość odsetek

Pożyczki online są w Polsce coraz bardziej popularne – decyduje o tym szybkość uzyskania pieniędzy oraz dogodne warunki spłaty. Pożyczkobiorcy nie zdają sobie jednak sprawy, że w wielu przypadkach muszą zwrócić nie tylko całą pobraną kwotę, ale także i koszty związane z zawarciem umowy, które występują najczęściej w formie odsetek. Jak wysokie mogą być jednak takie odsetki?

Pożyczka – chwilówka

W rzeczywistości pożyczka online może być utożsamiane z chwilówką. Cechą charakterystyczną takich umów jest szybkość przekazania pieniędzy w ręce, a w zasadzie na konto, wnioskodawcy. Umowa pożyczki, której wartość przekracza kwotę 1 000 zł, wymaga zachowania tzw. formy dokumentowej. Zgodnie z treścią art. 772 Kodeksu cywilnego, do zachowania dokumentowej formy czynności prawnej wystarcza złożenie oświadczenia woli w postaci dokumentu, w sposób umożliwiający ustalenie osoby składającej oświadczenie. W praktyce forma dokumentowa nie musi ujawniać się wyłącznie w formie pisemnej (papierowej wersji umowy), ale także w formie elektronicznej (zapisu na czacie lub w wiadomości mailowej) lub telefonicznej (jako zapis rozmowy, podczas której strony oświadczyły, że chcą zawrzeć umowę pożyczki).

Niezależnie jednak od rodzaju pożyczki, zdecydowana większość z nich wiąże się z odsetkami – tj. kwotami stanowiącymi nadwyżkę nad rzeczywiście przyznaną sumą pieniężną. Przyjmuje się, że odsetki są formą wynagrodzenia pożyczkodawcy, szczególnie w przypadku pojawienia się zwłoki w płatnościach ze strony pożyczkobiorcy.

Odsetki

Zgodnie z treścią art. 359 KC, odsetki od sumy pieniężnej należą się tylko wtedy, gdy to wynika z czynności prawnej albo z ustawy, z orzeczenia sądu lub z decyzji innego właściwego organu.

Jeżeli wysokość odsetek nie jest w inny sposób określona, należą się odsetki ustawowe w wysokości równej sumie stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego i 3,5 punktów procentowych. Maksymalna wysokość odsetek wynikających z czynności prawnej nie może w stosunku rocznym przekraczać dwukrotności wysokości odsetek ustawowych – są to tzw. odsetki maksymalne. Jeżeli wysokość odsetek wynikających z czynności prawnej przekracza wysokość odsetek maksymalnych, należą się odsetki maksymalne.

Pamiętajmy, że postanowienia umowne nie mogą wyłączać ani ograniczać przepisów o odsetkach maksymalnych, także w razie dokonania wyboru prawa obcego. W takim przypadku stosuje się przepisy Kodeksu cywilnego.

Odsetki od pożyczki

Odsetki przy umowach pożyczki są w zasadzie standardem, w rzeczywistości stanowią dodatkowy koszt zaciąganego zobowiązania. Pożyczkobiorca musi zatem oddać nie tylko całość sumy pieniężnej, którą otrzymał od pożyczkodawcy, ale także i dodatkowe pieniądze występujące właśnie pod postacią odsetek.

Przed podpisaniem jakiejkolwiek umowy pożyczki należy dokonać kalkulacji kwoty odsetek, które będą spłacone na rzecz pożyczkodawcy. W tym celu całą sumę, którą zamierzamy pożyczyć, wraz ze wszystkimi doliczonymi do niej dodatkowymi opłatami (np. ubezpieczeniem lub prowizją) pomnożyć przez oprocentowanie oraz ilość rat, na które ma zostać podzielona pożyczka. Wysokość oprocentowania udzielanej pożyczki jest zróżnicowana w każdej firmie – tutaj należy zapoznać się z dokładną ofertą pożyczkodawcy.

W przypadku niewielkich kwot pieniężnych, samodzielne obliczenie odsetek nie powinno stanowić większego problemu. Dużo trudniej może być jednak wtedy, gdy ktoś ubiega się o znacznie większą sumę. W tym przypadku można skorzystać z pomocy doradcy pożyczkowego, pracownika interesującej nas firmy pożyczkowej albo posłużyć się kalkulatorami pożyczkowymi, które dostępne są na szeroką skalę w internecie oraz aplikacjach na smartfona.

Miliardy w automatyzację

Blisko 2 mld dolarów zainwestuje w tym roku biznes w oprogramowanie do automatyzacji procesów stałych. To o jedną piątą więcej niż w 2020, a zdaniem ekspertów to dopiero początek. Hossa potrwa przynajmniej 3 lata.

Automatyzacja procesów stałych jest niczym innym, jak technologicznym odwzorowaniem powtarzalnych czynności wykonywanych przez ludzi.

– Technologia nie może zastąpić człowieka w pracy, ale może go regularnie wyręczać tam, gdzie czynności są żmudne i powtarzalne, wykonywane wedle określonego schematu. – tłumaczy Mateusz Nowak, Konsultant ds. Wdrożeń w BPSC i dodaje – A właśnie na te powtarzalne czynności pracownicy często narzekają. – mówi ekspert ze śląskiej spółki technologicznej.

Zdaniem analityków z instytutu Gartnera, automatyzacja pozwoli zaoszczędzić czas, zasoby i środki. Jak tłumaczy Fabrizio Biscott, wiceprezes ds. badań w Gartnerze.

– Kluczowym czynnikiem napędzającym wdrażanie systemów do automatyzacji jest ich zdolność do poprawy jakości, przyspieszenia działań operacyjnych i podniesienia produktywności. W czasie, gdy przedsiębiorcy starają się sprostać wymaganiom redukcji kosztów, oprogramowanie pozwalające zautomatyzować procesy biznesowe jest najlepszym rozwiązaniem. – kończy Biscott.

Wspomniany ośrodek badawczy zapowiada, że w 2021 roku należy spodziewać się bardzo dużego zainteresowania oprogramowaniem do automatyzacji procesów stałych. Eksperci szacują, że wydatki na takie systemy wzrosną aż o 19,5%. Gartner prognozuje, że skumulowane wydatki na oprogramowanie do automatyzacji procesów stałych w 2021 roku osiągną wartość 1,89 mld USD.

Oprogramowanie do automatyzacji procesów jest w stanie poprawić efektywność operacyjną w każdym sektorze. Sprawdzą się zarówno w sektorze publicznym, bankowym, czy HR, ale także usługach komunalnych, obsłudze klienta oraz logistyce.

– Systemy IT do automatyzacji mogą wprowadzać, wyodrębniać i zarządzać danymi, ale to nie wszystko. Oprogramowanie pozwala automatyzować transfer informacji, dygitalizować fizyczne dokumenty dzięki funkcji OCR, a nawet automatycznie wypełniać formularze, a to i tak tylko niektóre z możliwości, jakie dają. – mówi Mateusz Nowak z BPSC.
Analitycy zapowiadają, że tegoroczny wzrost nie będzie chwilowy, a jest początkiem dłuższego cyklu. Aż do 2024 tempo wzrostu systemów do automatyzacji ma być dwucyfrowe.

Katowice, Gliwice i Jaworzno najlepiej przygotowane na transformację energetyczną

W 7 spośród 16 województw w Polsce produkuje się węgiel kamienny lub brunatny. Skala wydobycia nie jest jednak równomierna – górnictwo węgla koncentruje się głównie w dwóch województwach – śląskim w którym wydobywa się 55 z 64 mln ton węgla kamiennego, oraz łódzkim z którego pochodzi 41 z 53 mln ton węgla brunatnego. Jednocześnie, wyraźnie zauważalne są tendencje w kierunku przyspieszenia przemian przemysłowego krajobrazu regionów górniczych. W latach 2015-2019 zatrudnienie w sektorze górnictwa węgla kamiennego spadło o 9,5 proc. Dużym wyzwaniem dla transformacji energetycznej jest istotne zróżnicowanie gospodarcze i społeczne regionów górniczych. W 2018 r. bezrobocie w przebadanych powiatach wahało się od 1,7 do 15 proc., z kolei w okresie 2010-2017 rozpiętość zmiany PKB per capita wyniosła 10-70 proc. wobec średniej krajowej na poziomie 38 proc. Największą odpornością na transformację wykazują Katowice, Gliwice i Jaworzno – twierdzą autorzy przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Wskaźnik wrażliwości regionów górniczych na transformację energetyczną”.

W przygotowanym przez Polski Instytut Ekonomiczny wskaźniku wrażliwości regionów górniczych na transformację nie zatrzymujemy się na poziomie województw, ale przyglądamy się także sytuacji na poziomie podregionów i powiatów. Wskaźnik pozwala na pogłębioną diagnozę różnic na poziomie poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego, a w konsekwencji na lepsze zaadresowanie konkretnych wyzwań w ramach polityki publicznej nakierowanej na realizację sprawiedliwej transformacji. W naszym wskaźniku wyodrębniliśmy dwa kluczowe elementy: odporność regionów na szoki zewnętrzne oraz skalę szoku jakim będzie odejście od górnictwa w danym regionie – mówi Aleksander Szpor, kierownik zespołu energii i klimatu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Zróżnicowane perspektywy transformacji energetycznej

Wydobycie węgla w Polsce koncentruje się w dwunastu podregionach o zróżnicowanej sytuacji gospodarczej. W relatywnie najlepszej sytuacji są podregiony lubelski i katowicki, których poziom PKB wynosi 130 proc. wobec średniej w ich regionach. Z kolei
w najsłabszym położeniu są podregiony jeleniogórski i koniński, dla których ten wskaźnik jest na poziomie 70 proc. średniej dla województwa.

Patrząc z poziomu poszczególnych powiatów, w najtrudniejszej sytuacji w kontekście nadchodzącej transformacji energetycznej znajdują się miasta typowo górnicze: Jastrzębie-Zdrój, Bytom i Zabrze. W przypadku Jastrzębia-Zdroju istotnym czynnikiem jest wysoki poziom zatrudnienia w górnictwie w stosunku do ogółu pracujących. Z kolei
w przypadku Bytomia i Zabrza zagrożenie wiąże się przede wszystkim z czynnikami społecznymi oraz niskim poziomem rozwoju gospodarczego. Jednocześnie, w przypadku wszystkich trzech miast wpływ na pogorszenie wskaźników społeczno-gospodarczych miała dokonana lub rozpoczęta likwidacja kopalni. W trudnej sytuacji znajdują się także Ruda Śląska, Mysłowice, Świętochłowice oraz powiaty wodzisławski, rybnicki, włodawski, chełmski i pszczyński.

Jeżeli chodzi o powiaty, które zaliczono do grupy wyróżniających się pod względem perspektyw związanych z transformacją górnictwa, to należy tu wymienić przede wszystkim Gliwice, Katowice i Jaworzno. Regiony te nie ucierpiały w znaczący sposób na likwidacji kopalń, ich struktura gospodarcza jest zdywersyfikowana, a udział pracowników kopalń w relacji do ogółu pracujących jest relatywnie niewielki. Z podobnych przyczyn, dobrymi perspektywami w kontekście transformacji górnictwa odznaczają się Dąbrowa Górnicza i Tychy, a także powiaty bełchatowski, wadowicki, bolesławiecki, cieszyński, świdnicki oraz krakowski.transformacja energetyczna

Ewolucja roli górnictwa w ostatnich latach przyspiesza

Spadająca rola górnictwa w lokalnym krajobrazie społeczno-gospodarczym jest obserwowana od kilku lat i można ją prześledzić m.in. na przykładzie ewolucji struktury rynku pracy. W latach 2015-2019 największy spadek zatrudnienia wystąpił w grupie wiekowej 46-55 lat (o 20 proc.) oraz 56-65 lat (o 14 proc.), a więc w grupach wiekowych, którym przysługuje prawo do emerytury górniczej. Co ciekawe, jedyną grupą, w której odnotowano wzrost liczby osób aktywnych zawodowo, są emeryci (65+).

Biorąc pod uwagę duże zróżnicowanie w zakresie uwarunkowań społeczno-gospodarczych między poszczególnymi powiatami górniczymi, bardzo ważne będzie przygotowanie „szytych na miarę” rozwiązań odpowiadających na poszczególne wyzwania oraz wykorzystanie obecnej perspektywy finansowej w ramach środków UE. Obok przeznaczonych w co najmniej 37 proc. na zieloną transformację funduszy
w ramach Next Generation EU, do rozdysponowania jest 17,5 mld EUR z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji oraz środki w ramach Funduszu Modernizacyjnego, które także można przeznaczyć na transformację regionów węglowych. Z perspektywy utrzymania ich konkurencyjności, ta dekada będzie decydująca
– mówi Adam Juszczak, analityk zespołu energii i klimatu PIE.

Sztuczna inteligencja bada ruch pieszy w Warszawie

Firma CitiesAI – badająca za pomocą sztucznej inteligencji ruch pieszy w Warszawie – opublikowała raport „People Flow”. Dzięki wykorzystaniu rozwiązań z zakresu machine learning i technologii rozpoznawania obrazu wiemy, jak warszawiacy poruszają się po stolicy i jak bardzo pandemia wpłynęła na ich codzienne aktywności.

Rok 2020 w Warszawie, podobnie jak w wielu miejscach na świecie, upłynął pod znakiem pandemii COVID-19. Ruch pieszy w dużej mierze był determinowany przez obostrzenia lub ich luzowanie. W czasie pierwszego lockdownu – jak pokazują wyniki CitiesAI – liczba pieszych zmalała o około 50% w całej Warszawie. Jesienią, na którą przypadła druga, znacznie dotkliwsza fala pandemii, największe spadki w ruchu pieszych nastąpiły w pierwszej połowie października, kiedy to stolica znalazła się w strefie żółtej, a liczba chorych przekroczyła 1000 osób dziennie. Jeśli chcielibyśmy ująć ubiegły rok liczbowo, to w dwumilionowym mieście w godzinach od 7 do 22 znajdowało się jednocześnie na ulicach 92,3 tysiące osób. Najbardziej „zagęszczoną” dzielnicą było Śródmieście – średnia liczba osób na 100 metrach chodnika wynosiła w centrum Warszawy 2,7. Na drugim miejscu, zapewne za sprawą rozwoju budownictwa mieszkalnego oraz inwestycji biurowych, uplasowała się Wola. Najprawdopodobniej to tutaj rośnie warszawskie City.

Raport „People Flow” jest pierwszym tak kompleksowym i dokładnym opracowaniem przedstawiającym polskie miasto pod kątem ruchu pieszego i aktywności mieszkańców w kontekście handlu, gastronomii i turystyki. Choć raport poświęcono Warszawie, to stojąca za nim technologia jest uniwersalna i możliwa do wdrożenia w każdym mieście na świecie. Inaczej, ale systemowo, ruch pieszy monitoruje m.in. Melbourne, a same dane włodarze tej australijskiej metropolii wykorzystują do lepszego planowania i zarządzania. Między innymi na tej podstawie oceniają infrastrukturę i transport  publiczny, tworzą modele przepływu pieszych i plany reagowania w sytuacjach kryzysowych, monitorują też aktywność handlową i opracowują programy wsparcia przedsiębiorców.

Jak wiemy z najnowszych badań, miasta przyjazne pieszym mają nie tylko zdrowszych i szczęśliwszych obywateli, ale też skuteczniej przyciągają na swoje ulice biznes i handel. W CitiesAI zajmujemy się rozpoznawaniem setek tysięcy zdjęć dziennie pochodzących ze stolicy i jej okolic. Pozwala nam to na analizowanie ruchu pieszego i samochodowego, jak również na badania ilościowe i jakościowe nośników reklamowych – podkreśla Piotr Ejdys, jeden z założycieli technologicznego start-upu.

Aby dane geolokalizacyjne były przydatne, należy dokładnie określić, gdzie znajduje się użytkownik. To wyzwanie, z którym CitiesAI sobie poradziło. Opracowana technologia umożliwia przyporządkowanie pieszych do 30-metrowych odcinków chodnika, co oznacza, że nawet na małych ulicach możliwe jest rozpoznanie, ile osób przechodzi lewym, a ile prawym chodnikiem. Dane CitiesAI odzwierciedlają dynamikę zmian oraz trendy w poruszaniu się ludzi znacznie dokładniej niż inne dostępne na rynku rozwiązania (np. dane z urządzeń mobilnych). Uwzględniają chociażby zmiany wynikające z dynamicznie zmieniającej się infrastruktury miejskiej, ciągów komunikacyjnych, zmian w zabudowie, wydarzeń masowych czy konsekwencji pandemii.

Warszawa silnie odczuła obie fale pandemii koronawirusa. To już nie tylko obostrzenia, zamknięte centra handlowe, limity w sklepach i transporcie publicznym, ale też strach o swoje życie powodował, że pewne miejsca w stolicy po prostu się wyludniły – komentuje Robert Migas-Mazur, jeden z autorów raportu „People Flow”. – Na tej wyludnionej mapie widzimy jednak wyspy, to miejsca, gdzie ruch był większy niż zwykle. Wzrost liczby osób zanotowały okolice parków (Dolinka Służewiecka, Kampinoski Park Narodowy i Las Kabacki) i Wisły.

Jak wynika z danych CitiesAI, w pierwszych tygodniach obostrzeń największe spadki w ruchu pieszych wystąpiły na Służewcu, przy Rondzie Daszyńskiego oraz w Śródmieściu. Dzielnice mieszkalne – Praga Północ, Bemowo i Ursynów – zanotowały około 20% mniej pieszych w porównaniu do okresu przed pierwszym lockdownem. Najszybciej piesi wrócili na ulice Bemowa (już w połowie kwietnia) i Wawra. W czerwcu ruch pieszy wrócił do okresu sprzed pandemii w większości analizowanych dzielnic – najgorzej sytuacja wyglądała na Służewcu. Nawet w czerwcu w tej biurowej dzielnicy Warszawy było około 30-40% mniej ludzi względem stanu sprzed pandemii.

Druga fala nie wpłynęła na ruch pieszych już tak drastycznie jak wiosenny lockdown. Największy spadek odnotowano tuż po objęciu Warszawy żółtą strefą (jednym z obostrzeń wprowadzonych wtedy był nakaz noszenia masek w miejscach publicznych). Potem ruch utrzymywał się na wyższym poziomie niż wiosną. Należy jednak pamiętać o tym, że nie został wówczas wprowadzony zakaz przemieszczania się.

Konsekwencje związane ze spadkiem liczby pieszych dotknęły zwłaszcza handlu – co widać wyraźnie w danych zaprezentowanych w raporcie „People Flow”. W wyniku pandemii wyludniły się między innymi okolice warszawskich centrów handlowych. Ruch zaczął się wokół nich powoli odbudowywać po otwarciu w maju, osiągając największą przewagę nad ruchem w pozostałej części miasta we wrześniu i w październiku, tuż przed wprowadzeniem kolejnych obostrzeń. Gdy 7 listopada 2020 r. ponownie zamknięto centra handlowe, w grudniu – mimo przedświątecznych zakupów – klienci nie wrócili w ich okolice.

Zupełnie odwrotnie pandemia wpłynęła na ruch wokół kościołów. Już od czerwca zaczął on wracać do normy i do końca roku utrzymywał się wyższy niż poza ich okolicami – dodaje Robert Migas-Mazur. – Nawet jesienią, gdy liczba zachorowań na koronawirusa dochodziła do dziesiątek tysięcy, ludzie nie zaprzestali chodzenia do kościołów. Nasze dane pokazują też jak na ruch pieszych wpływają i inne czynniki. Na przykład w zachmurzone weekendy na ulicach Warszawy obserwujemy o 14,2% mniej spacerujących niż w słoneczne.

Raport „People Flow” jest dostępny bezpłatnie na stronie:

https://citiesai.com/pl/raport-peopleflow-warszawa-2021

Dobre prognozy dla warszawskiego rynku hotelowego

Warszawa znacznie łagodniej niż inne główne rynki hotelowe w regionie CEE znosi skutki pandemii COVID-19 i umocniła tym samym swoją pozycję jako najbardziej atrakcyjnego rynku w regionie. Co więcej, według ekspertów Cushman & Wakefield na horyzoncie widoczne jest znaczne ożywienie warszawskiego rynku hotelowego w drugiej połowie 2021 r. – wynika z raportu Marketbeat Warsaw Hospitality H2 2020.

W 2020 wskaźnik RevPAR (przychód na jeden dostępny pokój) w Warszawie spadł o blisko 74%. Niemniej jednak stolica Polski była jednym z najmniej dotkniętych przez COVID-19 głównych rynków w regionie CEE, ze względu na silny popyt krajowy i większą odporność polskiej gospodarki. Podaż na rynku hotelowym w Warszawie wzrosła w 2020 r. o 7,4%. Przewiduje się, że w ciągu najbliższych dwóch lat będzie ona nadal rosnąć, lecz w nieco niższym średniorocznym tempie – ok.6,1%.

Pandemia COVID-19 spowodowała opóźnienia lub nawet anulowanie kilku projektów w regionie CEE / SEE, co może być dobrą wiadomością dla hotelarzy, ponieważ prawdopodobnie ograniczy to wzrost podaży i ułatwi szybsze ożywienie na rynku. Niemniej jednak lista zaplanowanych inwestycji w Warszawie była bardzo obszerna jeszcze przed wybuchem pandemii wirusa. Kilka projektów, które były wówczas w budowie, jak Nobu Warsaw czy Crowne Plaza & Holiday Inn Express Warsaw Hub, zostało otwartych w 2020 roku. Większość realizowanych projektów, takich jak NYX Warsaw, ma opóźnienia, ale są one kontynuowane.

Popyt turystyczny w Warszawie w 2020 roku spadł znacznie mniej widocznie w porównaniu z innymi głównymi rynkami (o około 65% według STR). Stało się tak między innymi dzięki silnemu popytowi krajowemu, który nawet w czasach przed pandemią COVID-19 (2019) stanowił aż 62% noclegów turystycznych. W przyszłości oczekuje się kontynuacji tego obiecującego trendu. Oxford Economics spodziewa się, że popyt w Warszawie osiągnie poziom sprzed kryzysu do 2022 roku.

W 2020 roku w Warszawie, jak i w Polsce, nie odnotowano żadnej większej transakcji hotelowej. Biorąc pod uwagę powagę skutków kryzysu związanego z COVID-19, inwestorzy stosowali strategię „wait and see”, podczas gdy właściciele nie byli skłonni pozbywać się aktywów w tym czasie, zwłaszcza po obniżonej cenie. Powyższe, w połączeniu z ograniczonym dostępem do finansowania przejęć hoteli, spowodowało zamrożenie transakcji hotelowych w Polsce. Po niezwykle trudnym 2020 roku, w najbliższych miesiącach hotelarze staną przed wieloma wyzwaniami operacyjnymi związanymi z poziomem popytu na usługi hotelarskie i konferencyjne. Sytuację komplikuje widmo trzeciej fali COVID-19 oraz dynamicznie zmieniające się ograniczenia. Warszawa charakteryzuje się jednak silnym popytem krajowym i mniejszą zależnością od rynków międzynarodowych w porównaniu z innymi rynkami Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej, co powinno przyspieszyć ożywienie. Miasto ma być jedną z pierwszych stolic, w których nastąpi odbicie popytu do poziomu sprzed pandemii. Podczas gdy niektórzy inwestorzy przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych stosują wciąż strategię „wait and see”, aktywność innych pozostaje wysoka. Z drugiej strony mamy do czynienia z ograniczoną podażą hoteli na sprzedaż, co było również charakterystyczne dla lokalnego rynku w poprzednich latach. Niemniej jednak przewiduje się wzrost aktywności inwestycyjnej na lokalnym rynku hotelowym w 2021 roku, gdzie już w lutym została zamknięta transakcja sprzedaży Regent Warsaw Hotel – komentuje Łukasz Bondyra, Senior Hospitality Advisor, Poland.

Pełna treść raportu do pobrania pod linkiem: https://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2021-03-01/3hyb4r/263412/1614595488CVsCQbKu/CW_MarketBeat_HOSPITALITY_Warsaw_2020H2_EN.pdf

Związkowiec na bruku – oświadczenie Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego

  • Po doniesieniach medialnych o nieprawidłowościach Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP) zwalnia związkowca
  • Związek Zawodowy Kontrolerów Ruchu Lotniczego (ZZKRL) właśnie złożył doniesienie do prokuratury

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP) zwolniła chronionego prawem członka Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego (ZZKRL), który alarmował o łamaniu procedur bezpieczeństwa w Agencji. Kontroler z ponad 25-letnim stażem od niemal roku reprezentował ZZKRL w kontaktach z kierownictwem PAŻP.

Zwolniony pracownik w 2012 roku pełnił funkcję Specjalisty ds. Operacyjnego Zarządzania Bezpieczeństwem w Ruchu Lotniczym i uzgadniał analizę bezpieczeństwa dotyczącą pracy na połączonych stanowiskach, o której głośno było w ostatnim czasie w mediach. Gdy PAŻP z początkiem pandemii zaczęła na szeroką skalę stosować SPO (Single Person Operations) wskazywał on na uchybienia, niezgodności z akceptowaną przez siebie w przeszłości analizą i wynikające z tego potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa ruchu lotniczego. Już w czerwcu 2020 roku p.o. Prezesa PAŻP podjął próbę dyscyplinarnego pozbycia się z firmy kontrolera, jednak po sprzeciwie ZZKRL i formalnej odmowie udzielenia zgody na zwolnienie działacza związkowego, odstąpiono od tego zamiaru.

Już wówczas działające w PAŻP organizacje pracownicze odebrały te działania jako próbę zastraszenia i uciszenia pracowników zaniepokojonych możliwością obniżenia poziomu bezpieczeństwa, w związku ze stosowaniem pracy na połączonych stanowiskach operacyjnych.  Kontrolerzy, czując odpowiedzialność, jaka na nich spoczywa, a także zwyczajnie obawiając się pracy w warunkach w sposób niesprawdzony wymaganymi analizami bezpieczeństwa, nadal starali się zaalarmować swojego pracodawcę i instytucje nadzorcze. Aktywnie wspierał ich w tym swoją ekspercką wiedzą i doświadczeniem wyrzucony w ostatnich dniach z pracy kontroler.

W listopadzie 2020 roku, kiedy w PAŻP problemy z wdrożeniem SPO i liczne nieprawidłowości, które temu towarzyszyły były już wśród pracowników wiedzą powszechną, firma na podstawie  wątpliwych i niepotwierdzonych zarzutów, wręczyła po raz kolejny wypowiedzenie temu samemu działaczowi związkowemu. Przez ostatnie 3 miesiące przedstawiciele pracowników starali się w sposób polubowny odwieść p.o. Prezesa PAŻP od zamiaru bezprawnego rozwiązania stosunku pracy z zasłużonym dla PAŻP kontrolerem. W tym celu związkowcy odbyli szereg rozmów i zainicjowali liczne spotkania z kierownictwem Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej. Podejmowane przez strony negocjacje do ostatniego dnia dawały nadzieję na pozytywne zakończenie, w tym odstąpienie Agencji od zamiaru zwolnienia chronionego pracownika i finalnie powrót będącego na wypowiedzeniu kontrolera do służby. Wszystko zmieniło się, gdy w ostatnich tygodniach, do tej pory nieznane na zewnątrz problemy Agencji, zaczęły wypływać na światło dzienne za sprawą licznych publikacji medialnych. Mamy powody przypuszczać, że nagła zmiana nastawienia pracodawcy, zerwanie rozmów i ostatecznie bezprawne zwolnienie działacza związkowego ma z tym bezpośredni związek.

Od instytucji zapewniającej bezpieczeństwo w ruchu lotniczym mamy prawo oczekiwać poważnego i rzetelnego potraktowania wszystkich informacji, które mogą mieć na to bezpieczeństwo wpływ. Niestety, obecne kierownictwo Agencji zamiast kontynuować dialog z pracownikami i podjąć dalsze starania w celu wyjaśnienia wątpliwości oraz wdrożyć działania naprawcze, decyduje się na bezprawne zwolnienie z pracy jednego ze specjalistów alarmujących w dobrej wierze o zagrożeniach. Jesteśmy dziś świadkami próby zastraszenia i uciszenia pracowników bezpośrednio odpowiedzialnych za bezpieczeństwo operacji lotniczych w Polsce.

Wczoraj (1 marca 2021 roku) ZZKRL złożył doniesienie do prokuratury dot. utrudniania działalności związkowej przez kierownictwo Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

Zarząd Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego

Bioceltix opublikował memorandum i rozpoczyna emisję akcji przed debiutem na NewConnect

  • Biotechnologiczny Bioceltix, opracowujący leki biologiczne dla zwierząt towarzyszących, opublikował memorandum informacyjne.
  • Spółka od 1 marca br. prowadzi ofertę publiczną do 360 000 akcji nowej emisji, z której planuje pozyskać do 7,4 mln zł.
  • Środki z emisji zapewnią dalszy rozwój firmy i jej produktów, m.in. umożliwią wprowadzenie leków w zaawansowane fazy badań klinicznych oraz doprowadzą do ich rejestracji przez Europejską Agencję Leków.
  • Bioceltix planuje debiut na NewConnect w II kwartale br.

Bioceltix SA – spółka biotechnologiczna rozwijająca leki biologiczne dla zwierząt towarzyszących – 1 marca rozpoczęła publiczną emisję akcji o wartości do 7,4 mln zł. Pozyskane środki planuje wykorzystać na dalszy rozwój swoich produktów, w tym na finansowanie badań klinicznych. Zapisy na akcje dla inwestorów indywidualnych będą przyjmowane od 5 marca 2021 r.

Naszym celem strategicznym jest wprowadzenie do obrotu w procedurze scentralizowanej (Europejska Agencja Leków) weterynaryjnego produktu leczniczego zawierającego jako substancję czynną komórki macierzyste. W pierwszej kolejności skupiamy się na produkcie stosowanym w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. Równolegle rozwijamy dwa kolejne produkty oparte na komórkach macierzystych: pierwszy stosowany w leczeniu atopowego zapalenia skóry u psów oraz lek stosowany w leczeniu zapalenia stawów u koni – wyjaśnia Łukasz Bzdzion, prezes zarządu i współzałożyciel Bioceltix SA.

Przełomowa technologia

Przełomowa technologia ALLO-BCLX bazującą na allogenicznych (jeden dawca – wielu biorców) mezenchymalnych komórkach macierzystych (MSC) stanowi platformę dla rozwoju leków dedykowanych w leczeniu chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym.

– MSC modulując środowisko zapalne przywracają stan równowagi immunologicznej wyciszając stan zapalny, co umożliwia uruchomienie naturalnych procesów związanych z regeneracją zniszczonej chorobą tkanki. Opracowana technologia umożliwia seryjną produkcje leku bez konieczności każdorazowego pobierania komórek macierzystych od pacjenta. Dzięki temu nasze leki będą dostępne od ręki i gotowe do podania pacjentowi bezpośrednio po rozmrożeniu – mówi Łukasz Bzdzion.

Docelowy model biznesowy spółki oparty jest na dwóch silnych fundamentach: udziale w przychodach generowanych przez dużego dystrybutora o globalnym zasięgu oraz własnej wytwórni farmaceutycznej. W międzyczasie spółka pracuje nad nawiązaniem współpracy z partnerem branżowym przy dalszym, wspólnym rozwoju produktów, co pociągnie za sobą dodatkowe wpływy z tytułu udzielenia wyłączności i osiągania kolejnych kamieni milowych.

Nowoczesne terapie

Bioceltix posiada własną, objętą zezwoleniem na wytwarzanie, wytwórnię leków na bazie komórek macierzystych. Uzyskanie farmaceutycznego standardu jakości cGMP (ang. Current Good Manufacturing Practice) w zakresie wytwarzania weterynaryjnych leków biologicznych somatycznej terapii komórkowej lokuje Bioceltix w światowej czołówce spółek biotechnologicznych o profilu weterynaryjnym.

Opracowana przez nas technologia, w połączeniu z izolowaną linią produkcyjną i farmaceutycznym standardem jakości, daje nam unikalną przewagę na rodzącym się rynku biotechnologii weterynaryjnej. Nasza infrastruktura produkcyjna pozwala nam na szybkie skalowanie technologii do standardu farmaceutycznego po zakończeniu prac badawczo-rozwojowych. Mając własną, przeskalowaną technologię i certyfikowaną wytwórnię jesteśmy w stanie budować solidy fundament biznesowy w oparciu o produkcję własną. To wyróżnia nas na tle światowych firm biotechnologicznych na porównywalnym etapie rozwoju podkreśla prezes Bioceltix SA.

Nasze dwa produkty BCX-CM-J, stosowany w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów, oraz BCX-CM-AD stosowany w leczeniu atopii u psów znajdują się obecnie w fazie badania bezpieczeństwa, która jest odpowiednikiem I fazy badań klinicznych u ludzi.

Tuż po zakończeniu fazy bezpieczeństwa przejdziemy do badania skuteczności, czyli do właściwej fazy klinicznej będącej odpowiednikiem III fazy badań klinicznych u ludzi. Przygotowujemy się do tej chwili z dużym wyprzedzeniem, zarówno od strony organizacyjnej planując wspólne działania z firmą typu Clinical Research Organization, jak i od strony formalnej, konsultując protokoły kliniczne z Europejską Agencją Leków. Ostatnim etapem będzie uzyskanie od europejskiego regulatora rynku farmaceutycznego pozwolenie na dopuszczenie do obrotu naszego pierwszego leku. Według naszego harmonogramu rejestracja pierwszego produktu planowana jest na 2024 r. dodaje Łukasz Bzdzion.

Perspektywy rynkowe

Według niezależnych analiz, w 2020 r. wartość światowego rynku leków weterynaryjnych wyniosła 29,2 mld USD, a do 2028 r. rynek rosnąć ma w tempie 7,4 proc. rocznie. O potencjale rynku pośrednio świadczy także m.in. warte 245 mln USD przejęcie w 2019 r. notowanej na Nasdaq spółki Aratana Therapeutics przez Elanco Animal Health. Aratana posiadała w swoim portfolio m.in. Galliprant, niesteroidowy lek przeciwzapalny stosowany w leczeniu choroby zwyrodnieniowej stawów u psów. Podobnych transakcji w ostatnich latach było co najmniej kilka.

Duże firmy poszukują nowych, skuteczniejszych terapii na najczęściej występujące choroby zwierząt. Od tego trendu nie ma odwrotu, presja ze strony opiekunów zwierząt na zwiększenie jakości leczenia jest bardzo silna. Stąd np. GST, która jako pierwsza w historii w 2019 r. zarejestrowała lek weterynaryjny na bazie komórek macierzystych, została niemalże natychmiast przejęta przez jednego z liderów branży, Boehringer Ingelheim Animal Health. To tylko potwierdza słuszność naszej strategii wyjaśnia dr Paweł Wielgus, członek zarządu Bioceltix SA i dodaje:

Niewiele dzieli nas od rozpoczęcia komercjalizacji gotowych produktów. Jeśli popatrzymy na pierwszą siódemkę największych firm z branży weterynaryjnej, to jesteśmy po słowie ze wszystkimi, przeszliśmy pierwsze technologiczne due diligence, rozpoczynamy kolejne. Różne firmy mają różne perspektywy i zwracają uwagę na różne produkty i aspekty naszej działalności, ale wszyscy zgadzają się co do jednego: potencjał sprzedaży produktów opracowanych w oparciu o naszą technologię przekracza 100 mln EUR rocznie.

Dla Polaków najważniejsza w zrównoważeniu pracy zdalnej i życia prywatnego jest elastyczność w sposobie wykonywania obowiązków

Pandemia COVID-19 to zapowiedź tego, że częste i nagłe zmiany, a także długotrwałe zakłócenia staną się normą, a organizacje muszą nauczyć się, jak się do nich szybko dostosować. Jak wynika z raportu „Global Human Capital Trends 2021” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, 21 proc. firm na świecie i 12 proc. Polsce nie było przygotowanych na nadejście obecnego kryzysu. Wyjście z kolejnych nieprzewidywalnych sytuacji nie będzie możliwe bez uwzględnienia potrzeb pracowników i przemodelowania ich dotychczasowej pracy. To oni powinni odgrywać znaczącą rolę w tworzeniu i realizacji strategii przedsiębiorstwa. Nieustannie wzrastać będzie również rola zespołów HR. Globalnie 21 proc. menadżerów bardzo wierzy w to, że to właśnie pracownicy działów odpowiedzialnych za kapitał ludzki będą wyznaczać kierunek zmian w organizacji w perspektywie najbliższych 3-5 lat.

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby raportu wzięło udział 6 tys. profesjonalistów z różnych sektorów gospodarki z 99 państw, w tym z Polski. Wśród nich 56 proc. stanowi kadra kierownicza zarządzająca obszarami biznesowymi, a pozostali respondenci to menedżerowie HR. Globalnie członkowie zarządów stanowili 5 proc. respondentów, natomiast w Polsce był to prawie dwa razy większy odsetek (9 proc.).

W tegorocznej edycji raportu eksperci Deloitte głębiej przeanalizowali trendy, które wytypowali na 2020 rok. Są to: holistyczny dobrostan pracowników, uwolnienie potencjału zatrudnionych, superzespoły łączące pracę ludzi oraz nowych technologii, nowe strategie zarządzania talentami i szybsze przeprojektowanie modelu pracy.

Życie prywatne i praca pod jednych dachem

Menadżerowie już od dłuższego czasu zdawali sobie sprawę z tego, jak ważny jest well-being, czyli dobrostan pracowników. Jednak dopiero pandemia COVID-19 i powszechna praca zdalna spowodowały, że dla kadry kierowniczej zdrowie psychiczne zatrudnionych mocno zyskało na znaczeniu.

Nasze badanie pokazało, że nie każdy pracownik postrzega działania swojej firmy jako zmierzające do zachowania zdrowego balansu pomiędzy obowiązkami zawodowymi a życiem prywatnym. Globalnie 15 proc., a w Polsce aż 38 proc. menedżerów uważa, że praca zdalna negatywnie wpływa na ich dobre samopoczucie. Coraz trudniej jest ustalać godziny pracy, skoro cały czas mamy dostęp do telefonu i komputera, a na wiadomość możemy odpisać w każdej chwili. Potrzeba jasno wytyczonych reguł dotyczących godzin pracy, ale również ich konsekwentnego egzekwowania – mówi John Guziak, partner, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Europie Środkowej.

Ankietowanych zapytano również, jakie są najistotniejsze czynniki, które sprawiają, że praca zdalna nie wpływa tak negatywnie na ich dobrostan i życie prywatne. Większość z nich wskazała na rozwiązania z zakresu organizacji pracy. 39 proc. odpowiedziało, że wprowadzenie cyfrowych platform do współpracy, 36 proc. wskazało na dowolność w sposobie wykonywania swoich obowiązków, a 31 proc. na potrzebę stworzenia nowych norm dotyczących planowania i wyznaczania spotkań. Polscy respondenci także wytypowali właśnie te obszary, jednak inaczej rozłożył się ich udział procentowy. Najważniejsza okazała się być dowolność w sposobie wykonywania swoich obowiązków (60 proc.), dalej wprowadzenie cyfrowych platform do współpracy (48 proc.) i w końcu potrzeba stworzenia nowych norm dotyczących planowania i wyznaczania spotkań (32 proc.).

Wszechstronny pracownik w elastycznym zespole

W czasie pandemii liderzy coraz częściej oczekują od pracowników, że ci ostatni będą zwiększać zakres swoich obowiązków i wykonywać zadania w obszarach, gdzie akurat jest na to zapotrzebowanie. Zdaniem ekspertów Deloitte, zatrudnieni w pełni wykorzystują swój potencjał, kiedy mogą połączyć swoje pasje z potrzebami organizacji. Dostrzeżenie tego jest niezbędne, jeśli firma chce rozwijać się w dłuższej perspektywie czasu.

Według raportu, globalnie 72 proc. menedżerów wskazało na umiejętność ich pracowników do adaptacji, przekwalifikowania i przyjmowania nowych ról jako najważniejszy czynnik pomocny w radzeniu sobie z kolejnymi zakłóceniami. Wśród polskich ankietowanych odsetek ten wyniósł 44 proc.

To pandemia uświadomiła menedżerom, jakie cechy i talenty posiadają ich pracownicy. Wyzwaniem dla organizacji jest wypracowanie nowych strategii rozwoju kadr. Celem jest stworzenie takich zespołów, które będą reagować dynamicznie na niespodziewane utrudnienia biznesowe. Należy jednak pamiętać, że musi się to dziać z poszanowaniem zdania pracowników, bo to oni najlepiej potrafią określić swoje potrzeby i wiedzą, jak działa organizacja u samych podstaw – mówi Joanna Świerzyńska, partnerka w dziale doradztwa podatkowego, Talent partnerka, Deloitte.

Ostatnie miesiące pokazały również, jak ważna jest praca zespołowa. Dziś liderzy mają szansę wykorzystać to, czego nauczyli się przez ostatnie miesiące, żeby stworzyć „super-zespoły”, które łączą pracę ludzi z technologią. Jak wskazują eksperci Deloitte, wiele organizacji postrzega technologię jako narzędzie, a nie członka zespołu, co powinno zmienić się w najbliższych latach.

Menadżerów zapytano również o to, jakie działania podejmą w celu transformacji dotychczasowych modeli pracy. Prawie połowa odpowiedziała, że wdroży budowę kultury organizacyjnej, która skupia się na rozwoju, przystosowaniu i elastyczności. Niewiele mniej, bo 42 proc. wskazało na poszerzanie możliwości pracowników poprzez podnoszenie lub zmianę kwalifikacji i mobilność. 35 proc. przejdzie przez proces transformacji dzięki wdrożeniu nowych technologii. Wśród polskich respondentów inicjatywy zyskały odpowiednio: 44 proc, 49 proc. i 39 proc.

Strategia zorientowana na człowieka

Z raportu wynika, że 21 proc. organizacji na świecie nie było przygotowanych na nadejście pandemii. W Polsce ten odsetek był prawie dwa razy mniejszy i wyniósł 12 proc. Menadżerów poproszono również o odpowiedź, w jaki sposób zamierzają przygotowywać się na kolejne niespodziewane sytuacje. 46 proc. wszystkich badanych wskazało na identyfikowanie wielu prawdopodobnych scenariuszy biznesowych i tworzenie wielu planów łagodzenia skutków, 33 proc. na identyfikowanie prawdopodobnych, narastających zdarzeń i tworzenie planów ciągłości działania oraz 17 proc. na identyfikowanie mało prawdopodobnych zdarzeń o dużym wpływie na biznes i tworzenie wielu planów łagodzenia ich skutków.

Eksperci firmy doradczej Deloitte zwracają uwagę na odpowiedzi dotyczące działań koniecznych do osiągnięcia wspomnianej gotowości na zakłócenia. Dopiero na czwartym miejscu globalnie i na szóstym w Polsce znalazło się podnoszenie kwalifikacji zawodowych i rozwój pracowników. Natomiast jako najistotniejsze wskazano zachowanie liderów.

Inwestycje w pracowników powinny być priorytetem w organizacji, bo to właśnie oni w dużej mierze radzić sobie będą z kolejnymi kryzysami na pierwszym froncie. Co więcej, menadżerowie muszą tak przemodelować swoje strategie, żeby to zatrudnieni pełnili w nich kluczową rolę. Dzięki temu liderzy będą mogli podejmować szybsze i lepsze decyzje w oparciu o aktualne informacje na temat tego, do czego są zdolni ich pracownicy i jak postrzegają funkcjonowanie organizacji – mówi Joanna Świerzyńska.

Nowa rola specjalistów ds. HR

COVID-19 wymusił pracę w zupełnie nowych warunkach zarówno jeśli chodzi o pracę zdalną, jak również zachowanie społecznego dystansu w biurze. Wdrożenie tych zmian pozostawało w obowiązkach liderów HR, którzy w rezultacie zyskali w oczach członków zarządu. Wraz z zakończeniem pandemii, działy HR mają możliwość zmienić swoją rolę – z zarządzania procesami do projektowania strategii w firmie.

Co ciekawe, globalnie ponad jedna piąta badanych nie uważa, że zmiany w polityce organizacji, dotyczące takich obszarów jak praca zdalna czy benefity, należały przed pandemią do działów HR. Z kolei wszyscy polscy respondenci zgodzili się, że wchodziło to w zakres obowiązków pracowników human resources.

Z raportu wynika, że według 75 proc. badanych w czasie pandemii działy HR miały wpływ na ochronę zdrowia i bezpieczeństwa pracowników, 58 proc. wskazało na zwiększenie komunikacji z pracownikami, 42 proc. na promowanie dobrego samopoczucia pracowników, a 36 proc. na przeprojektowanie polityk i strategii pracowniczych w krytycznych obszarach, t.j. praca zdalna, świadczenia itp. W Polsce te odsetki wyniosły odpowiednio: 68 proc., 73 proc., 41 proc. i 32 proc. Ankietowanych zapytano, czy w związku z dużym wpływem HR na funkcjonowanie organizacji w czasie kryzysu, są oni pewni, że działy te mogą wyznaczać kierunek zmian w czasie najbliższych 3-5 lat. Globalnie dużą nadzieję pokłada w to 21 proc. menadżerów, natomiast w Polsce tylko 5 proc.

Wyniki naszego badania pokazują, że rola ekspertów HR w organizacji jest kluczowa do jej sprawnego funkcjonowania. Istotne jest ich proaktywne podejście. Przede wszystkim ważne jest jednak, abyśmy przestali tylko mówić o przyszłości pracy, a zaczęli wspierać się dostępnymi danymi, projektowali ją z wykorzystaniem współpracy ludzi i nowych technologii, sztucznej inteligencji, a także z jasnym zrozumieniem tego, w jaki sposób nasi klienci będą chcieli z nami pracować w przyszłości – mówi John Guziak .

Jak podsumowuje ekspert, jednym z priorytetowych wyzwań jest dziś zbudowanie kultury organizacyjnej wokół zespołów. Te z nich, które poradzą sobie dobrze w pracy hybrydowej, w swojej strukturze będą miały określone wyraźne DNA i zestaw wartości.

Izba o Krajowym Planie Odbudowy: popieramy, ale gdzie jest tu miejsce dla przedsiębiorców?

„Oczekujemy większej ilości konkretów” – Północna Izba Gospodarcza o Krajowym Planie Odbudowy

Krajowy Program Odbudowy został zaprezentowany przez Premiera Mateusza Morawieckiego w ubiegły piątek. Jest to zbiór informacji na temat tego, jak wyglądać będzie obudowywanie gospodarki po pandemii COVID-19. Mówimy o redystrybucji środków unijnych, które Polska ma otrzymać w najbliższych latach. Premier Mateusz Morawiecki przedstawił pięć filarów, które prezentują się interesująco, choć na ten moment trudno powiedzieć, by spełniały one oczekiwania przedsiębiorców w zakresie wsparcia po trudach pandemii. – Jestem wielką zwolenniczką rozmów o polskiej gospodarce po COVID-19, to bardzo ważne byśmy poza „tu i teraz” żyli również przyszłością. Trudno jednak komentować propozycję Premiera Morawieckiego pozytywnie lub negatywnie. Najbardziej adekwatny będzie jeden z komentarzy publicystów: póki co to nie jest Krajowy Program Odbudowy, a Krajowy Program Ogólników – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Prezes Mojsiuk: zabrakło konkretnej informacji jaka jest przewidziana pomoc dla przedsiębiorców

Krajowy Plan Odbudowy to dokument, który będzie podstawą do otrzymania środków z unijnego Instrumentu na Rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności. Wskazuje on przeznaczenie pieniędzy na konkretne reformy, programy i inwestycje. Polska do końca 2026 r. otrzyma: 23,9 mld euro w postaci bezzwrotnych dotacji oraz 34,2 mld euro w formie ewentualnych pożyczek. Premier Mateusz Morawiecki zaprezentował pięć filarów na których ma opierać się program: odbudowa konkurencyjności polskiej gospodarki, cyfryzacja, sprawny sektor zdrowia, mobilna Polska i zmiany w zakresie klimatu.

– Poziom ogólności przedstawionych w piątek postulatów jest tak duży, że trudno jest w tej chwili powiedzieć czy oceniamy Krajowy Program Odbudowy pozytywnie czy negatywnie. Pan Premier omawiając każdy z filarów odnosił go do bieżącej sytuacji gospodarczej. Rzeczywiście sprawna walka z pandemią, inwestycje w zieloną gospodarkę czy dalsza cyfryzacja przedsiębiorstw to ważne wyzwania czasu po pandemii, ale czy w tych postulatach nie zabrakło jasnego sygnału: drodzy przedsiębiorcy, robimy to dla Was i dla Was będą konkretne środki i programy? Moim zdaniem zabrakło takiej informacji – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Przedsiębiorcy bardzo czekają na Krajowy Program Odbudowy jako projekt, który pomoże im wrócić do lepszego funkcjonowania po trudach pandemii: – Wielu przedsiębiorców myśląc o programie odbudowy zapewne spodziewało się zapowiedzi dofinansowań, pożyczek płynnościowych oraz inicjatyw, które będą konkretnie wspierać ich walkę o przetrwanie. Zdajemy sobie sprawę, że to pierwsza zapowiedź i liczymy na to, że kolejne konferencje Premiera Mateusza Morawieckiego przyniosą więcej konkretnych informacji dla przedsiębiorców – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Plusy: priorytet dla konkurencyjności. Minusy: mało informacji o przedsiębiorcach

Jak mówi Dyrektor Biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny kwoty, którymi dysponować będzie Polska do 2026 roku są znaczące i jest to realna szansa na to, by Krajowy Program Odbudowy stał się kołem zamachowym rozwoju przedsiębiorstw. Czy piątkowa zapowiedź daje taką wizję? Według dyrektora Izby zapowiedzi są jeszcze zbyt mgliste.

– Bardzo podoba mi się zdanie, że priorytetem powinna być odbudowa konkurencyjności polskiej gospodarki. To powinien być nasz priorytet gospodarczy od dekad, widziałbym tu szanse na wsparcie dla przemysłu, dla turystyki oraz dla inteligentnych specjalizacji w których bardzo dobrze poruszają się nasi przedsiębiorcy. Oczekiwałbym, że dla tych branż przygotowany zostanie silny, dedykowany im program wsparcia – mówi dyrektor Piotr Wolny.

– Przedsiębiorcy oczekują konkretnych informacji na jaką bezpośrednią pomoc mogą liczyć. To, że będzie ona potrzebna to sprawa bardziej niż oczywista. Premier w kontekście programu odbudowy mówił np. o Centralnym Porcie Komunikacyjnym czy o przekopie Mierzei Wiślanej. Należy zastanowić się czy są to inicjatywy, które są priorytetem jeżeli chodzi o odbudowywanie gospodarki – dodaje dyrektor Wolny.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie deklaruje chęć współpracy przy tworzeniu wytycznych kierunkowych dla Krajowego Programu Odbudowy. Uważamy, że do prac nad nim powinny być włączone samorządy oraz organizacje otoczenia biznesu.

Polacy wydają na prywatne leczenie więcej niż Niemcy czy Czesi

  • W Polsce 29% kosztów medycznych pokrywamy z własnej kieszeni. W Czechach to jedynie 17%, a w Niemczech 15%.
  • Po prywatne leczenie sięgamy dlatego, że nie chcemy czekać w kolejce do NFZ. W efekcie już ponad 3 mln Polaków korzysta z dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.
  • Najpilniejszymi problemami, na których się obecnie skupiamy, są wady kręgosłupa i zdrowie psychiczne. Zainteresowanie pomocą psychologiczną wzrosło 36% r/r.

Po III kwartałach 2020 r. liczba Polaków posiadających prywatne ubezpieczenie zdrowotne wzrosła o 10,6% (r/r), a wartość składki przekroczyła łącznie 665 mln złotych, poinformowała niedawno Polska Izba Ubezpieczeń (PIU). Ponadto, z opublikowanego przez GUS Narodowego Rachunku Zdrowia wynika, że wydatki prywatne Polaków (w tym zakup leków), to prawie 29% wszystkich kosztów medycznych. Kiedy porównamy to z grudniowymi wynikami Eurostat dla całej UE, okazuje się, że w Polsce wydaje się więcej środków prywatnych na zdrowie niż w Czechach (17%) i niemal dwukrotnie więcej niż za naszą zachodnią granicą – w Niemczech tylko 15% kosztów pokrywanych jest z budżetów domowych.

Prywatne ubezpieczenia jako rozwiązanie?

Uznawane za modelowe Czechy wydają na ochronę zdrowia 5,3% PKB, podczas gdy my 3,9%. Zanim nadrobimy tę różnicę, doraźnym rozwiązaniem wydają się wydatki prywatne, w tym dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne, coraz częściej włączane do systemu benefitów przez polskich pracodawców. Według nowych danych PIU posiada je już 3,1 mln Polaków. Łatwa dostępność badań, szybkość konsultacji specjalistycznych i brak obowiązkowych skierowań to w wielu przypadkach korzyści, które bardzo cenią polscy pacjenci. Według ekspertów wielu Polaków szuka pomocy poza systemem publicznym po prostu dlatego, że nie chce lub wręcz nie może czekać w długiej kolejce do świadczeń opłacanych przez NFZ. System publiczny – w ramach którego wciąż odbywa się leczenie większości poważnych problemów – został dotknięty w ub. roku prawdziwą zapaścią. Wychodzenie z niej może zająć znacznie więcej czasu, niż się dziś wydaje. W szczególności dotyczy to wizyt u specjalistów, w kolejce do których możemy czekać wiele miesięcy, o ile nie lat.

To powód numer jeden – łatwy i niemal natychmiastowy dostęp do wysokiej jakości opieki medycznej. Zwłaszcza teraz, gdy dostęp do niej jest dodatkowo ograniczony przez pandemię. Co więcej, mimo wciąż niepewnej sytuacji gospodarczej obserwujemy, że kolejne firmy decydują się na zakup grupowego ubezpieczenia zdrowotnego, który stał się najważniejszym benefitem pracowniczym w ogóle. Wśród pracodawców szczególnie wzrasta poziom zainteresowania dodatkową profilaktyką, m.in. psychologiczną, wad postawy i kardiologiczną. To pokłosie pracy zdalnej, izolacji i dodatkowego stresu – mówi Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Mimo że wracamy do przychodni, to nadal chętnie korzystamy z pomocy zdalnej

W 2020 r. duża część opieki medycznej świadczona była zdalnie, zwłaszcza podczas pierwszej fali pandemii, co spowodowało też, że wiele osób rezygnowało lub odkładało pomoc na później. Jednak po spadkach związanych z lockdownami, od września ub. roku liczby wizyt lekarskich zaczęły znacząco rosnąć, w październiku wracając do poziomów z 2019 r. Nie oznacza to jednak, że telemedycyna poszła w odstawkę. Porady zdalne nadal cieszą się wysokim zainteresowaniem i stanowią ponad 30% konsultacji internistycznych i specjalistycznych – zwłaszcza te mające pomóc ratować złą kondycję psychiczną spowodowaną izolacją. Zainteresowanie poradami psychiatrycznymi i psychologicznymi nadal pozostaje wysokie, wzrosło o 36% r/r. Polacy potrzebują pomocy i chcą się leczyć.

 

O stanie zdrowia Polaków i ich chęci naprawy problemów wynikających z izolacji i braku ruchu, świadczy też liczba badań rezonansu magnetycznego i tomografii kręgosłupa wykonanych w zeszłym roku. W drugiej połowie 2020 r. była ona praktycznie równa z tym samym okresem 2019 r., a w IV kwartale nawet większa. Oznacza to, że większość ludzi zdaje sobie sprawę z konieczności zadbania o ewentualne wady postawy i stara się z nimi walczyć najlepiej jak może w obecnych warunkach – dodaje Xenia Kruszewska z SALTUS Ubezpieczenia.

Źródło: SALTUS Ubezpieczenia