Chiny nadal głównym partnerem handlowym Europy. Laura Hołowacz: „Gospodarczy tygrys nadal ma ostre zęby”

Pandemia koronawirusa trwająca od marca 2020 znacząco zmieniła układ gospodarczych sił na świecie – pierwsze miesiące lockdownu przyniosły załamanie w wielu europejskich i światowych gospodarkach. Następnie – mimo trudnych warunków ekonomicznych i pandemicznych – wiele gospodarczych potęg podbudowało się, a nawet wzmocniło swoją pozycję. Według ostatnich badań to nie Stany Zjednoczone, a właśnie Chiny są już głównym partnerem handlowym dla Europy. Jak to możliwe? – Gospodarczy tygrys nadal ma ostre zęby i na pewno rozczarowani są Ci, którzy twierdzili, że pandemia koronawirusa osłabi tę potęgę. Polska nadal aktywnie prowadzi wymianę handlową z Chinami i szuka sposobów, by usprawnić szlaki handlowe między Europą, a Azją. Importerzy nadal są zainteresowani towarami z Chin, nawet jeżeli ich cena w ciągu roku wzrosła – mówi Laura Hołowacz, Prezes Grupy CSL.

  • Według informacji Eurostatu Chiny są obecnie głównym partnerem handlowym Unii Europejskiej. W 2019 były nimi Stany Zjednoczone
  • Gospodarka chińska charakteryzuje się niezwykłą elastycznością i nawet miesięczne zamknięcie nie spowodowało spadku jej efektywności
  • Szlaki towarowe między Europą, a Chinami działają mimo pandemii. Branża TSL przyznaje jednak, że cena przeładunków wzrosła, co może przekładać się na cenę towaru. W czasach dynamicznej konkurencji na rynku e-commerce te zmiany nie są jednak ogromne
  • Według Prezes Laury Hołowacz gospodarka chińska będzie rosnąć, ale niektórzy importerzy coraz częściej szukają zaopatrzenia bliżej. Wielkie marki zmuszone będą więc do dywersyfikacji źródeł dystrybucji

Statystyki Eurostatu pokazują jasno i wyraźnie – Chiny nie osłabły na pandemii koronawirusa. Mimo pandemii w 2020 roku handel między UE a Chinami wzrósł, podczas gdy z resztą świata – w porównaniu do 2019 r. – wyraźnie zmalał.  W 2020 r. eksport towarów z UE do Chin tymczasem wzrósł o 2,2 proc., a import o 5,6 proc. Eksport do USA z kolei spadł o 8,2 procent licząc rok do roku.  W rezultacie, Stany Zjednoczone nie są już głównym partnerem handlowym Unii Europejskim. Chiny pozostają liderem i jak mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz w 2021 roku mogą jeszcze wzmocnić swoją pozycję.

– Był taki moment, gdy wydawałoby się, że „kolebka koronawirusa”, czyli Chiny będą mocno tracić na pandemii koronawirusa. Oczywiście to nie jest tak, że pandemia przyniosła tam same zyski, strat było sporo, szczególnie odczuwalne były zrywane połączenia towarowe w pierwszej połowie 2020 roku. Gospodarka chińska udowodniła jednak, że ma niesamowitą elastyczność i możliwość powrotu do ścieżki dynamicznego rozwoju mimo trwającej pandemii. Cały świat odcięty na kilka tygodni od importu towarów z Chin szukał rozmaitych sposobów na to jak umożliwić przepływ handlowy i kiedy tylko tamtejsza gospodarka ruszyła, to ruszyła także logistyka i wymiana handlowa – mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz. – Nowoczesne technologie, cena produktów, jakość, kumulacja marek i produktów, które były pożądane w czasie pandemii, bardzo dynamiczny rozwój branży e-commerce i handlu internetowego. To wszystko złożyło się na wzmocnienie pozycji Chin. Spodziewam się, że rok 2021 będzie dla tej gospodarki jeszcze lepszy. Grupa CSL regularnie prowadzi obsługę ładunków pomiędzy Europą, a Chinami. Owszem, jest to bardziej skomplikowane i droższe niż przed pandemią, ale zainteresowanie klientów nie spadło – wyjaśnia Prezes Grupy CSL.

Wzrosty i dobra sytuacja gospodarcza Chin to jedna strona gospodarczego medalu. Prezes Grupy CSL zwraca również uwagę, że pojawiają się symptomy, które długoterminowo mogą osłabić wymianę handlową między kontynentami: – Importerzy często szukają dostawców w Europie. To kwestia redukcji kosztów i skrócenia łańcucha towarowego. Moim zdaniem postępować będzie także dywersyfikacja siedzib i centrów dystrybucyjnych znanych i globalnych producentów. Myślę, że pandemia nauczyła ich, że zamykanie się na jednym kontynencie jest ryzykowne, bo gdy on zostanie zablokowany to przestaje działać cała sieć dystrybucji. Widzimy już pierwsze zwiastuny tego, że wiele centrów dystrybucyjnych będzie stawiać np. na Europę – dodaje Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz.

Fundusz Acion Partners nowym akcjonariuszem Starward Industries

Starward Industries, krakowskie studio deweloperskie, pracujące obecnie nad grą wideo zatytułowaną “The Invincible”, będącą adaptacją powieści Stanisława Lema, pomyślnie zakończyło emisję prywatną skierowaną do zagranicznego inwestora instytucjonalnego. Fundusz zarządzany przez Acion Partners objął całą nową emisję o wartości 2,7 mln zł. Strony podpisały już umowę objęcia akcji, a wpłata została zaksięgowana na koncie Starward Industries. 

Acion Partners Limited – to zagraniczna instytucja inwestycyjna wspierana przez KKR – globalną firmę inwestycyjną i pioniera private equity. W realizacji płatności uczestniczył Goldman Sachs, jeden z największych banków inwestycyjnych na świecie.

Przeprowadzone poszerzenie akcjonariatu zapewni spółce zwiększoną stabilność finansową, co umożliwi dalszy rozwój studia. Jesteśmy dumni, że udało się nam zdobyć zaufanie tak prestiżowego partnera – podkreśla Kamil Klinowski – przewodniczący rady nadzorczej Starward Industries.

W ocenie zarządu międzynarodowy fundusz pozytywnie wpłynie na postrzeganie spółki przez obecnych oraz przyszłych akcjonariuszy, dodatkowo uzupełniając obecną strukturę akcjonariatu o doświadczonego inwestora instytucjonalnego.

Po zgłoszeniu zainteresowania przez Acion Partners inwestycją w naszą spółkę, podjęliśmy decyzję, że chcemy nawiązać długoterminową relację biznesową i umożliwić funduszowi wejście do akcjonariatu Starward Industries – komentuje Dawid Sękowski – członek zarządu Starward Industries.

Cena emisyjna 27 995 akcji serii I została ustalona na poziomie 97 złotych. Oferowane akcje nie były wcześniej przedmiotem obrotu na giełdzie, a spółka na potrzeby aktualnej oferty wykorzystała posiadaną już zgodę Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy na emisję w ramach kapitału docelowego.

Zarząd rozważa szerokie spektrum wykorzystania pozyskanych środków. Bierzemy pod uwagę zwiększenie budżetu marketingowego gry, zwiększenie budżetu developerskiego gry, przeprowadzenie prac koncepcyjnych dotyczących kolejnej gry jeszcze przed premierą The Invincible oraz pozyskanie praw autorskich lub licencji do nowych utworów do adaptacji. Finalne decyzje pozostają przed nami – komentuje Marek Markuszewski, prezes zarządu Starward Industries.

Przypomnijmy, że Starward Industries pracuje nad swoim pierwszą autorską grą „The Invincible”. We wrześniu 2020 roku Spółka przeprowadziła publiczne ogłoszenie oraz prezentację projektu, która spotkała się z jednoznacznie pozytywną reakcją mediów oraz społeczności graczy. Kampania gry została nagrodzona przez European Agency Awards 2020 w kategorii Best New Business Campaign.

We wschodniej Ukrainie pomocy humanitarnej potrzebuje 3,5 mln osób. Koronawirus dołożył nowych problemów

W związku z trwającym od siedmiu lat konfliktem zbrojnym we wschodniej Ukrainie pomocy humanitarnej potrzebuje w tej chwili ok. 3,5 mln z 5,2 mln osób, które zamieszkują ten region. Są to głównie osoby starsze, przykute do łóżka, dzieci i rodziny wielodzietne. Pandemia COVID-19 sprawiła, że sytuacja w regionie stała się jeszcze trudniejsza. Tymczasem niesienie pomocy humanitarnej bywa bardzo utrudnione, np. ze względu na trwający ostrzał.

– Konflikt na Ukrainie pozostawił za sobą ogromne zniszczenia, jeżeli chodzi o infrastrukturę: dworce, mosty, szpitale czy szkoły, ale również traumę w osobach, które nadal mieszkają na terenie wschodniej Ukrainy. W tym momencie mówi się o ok. 3,5 mln ludzi, którzy potrzebują wsparcia humanitarnego. W większości są to osoby, które mieszkają niedaleko linii frontu albo w odległości 10–15 km od tej linii rozdzielającej tereny kontrolowane od niekontrolowanych przez rząd w Kijowie. Ten konflikt to dla nich ogromna tragedia, ale też cios w rozwój gospodarczy i społeczny kraju – mówi agencji Newseria Biznes Helena Krajewska z Polskiej Akcji Humanitarnej.

W szczególnie trudnej sytuacji są ludzie starsi i dzieci, które potrzebują nie tylko pomocy materialnej, ale też m.in. wsparcia psychologicznego.

– Pomoc jest częściowo kierowana do osób starszych, leżących i przykutych do łóżka, które mają problemy z poruszaniem się. Są to m.in. artykuły higieniczne, chodziki, wózki inwalidzkie, ale również pomoc bardziej psychospołeczna, skierowana zarówno do osób starszych, jak i dzieci, związana z traumą i stresem życia w cieniu wojny. Jest też pomoc prawna i finansowa, zwłaszcza dla osób, które utraciły sprawność, np. w wyniku wybuchu miny lądowej albo niewybuchu, który odpalił o wiele później. Niestety są to częste przypadki. Jest to także tzw. pomoc paczkowa, czyli paczki z żywnością dla osób, które po prostu nie mają środków na to, aby zakupić czy wyprodukować żywność – wylicza Helena Krajewska.

PAH jest obecna we wschodniej Ukrainie od początku tego konfliktu, czyli od 2014 roku, a od 2015 roku prowadzi stałą misję. Jej działania początkowo były skupione na szybkim załagodzeniu kryzysu i dostarczeniu m.in. opieki medycznej, paczek żywnościowych i higienicznych, koców, śpiworów i innych rzeczy niezbędnych do przetrwania w strefie zbrojnego konfliktu.

 W tej chwili niesiemy pomoc od podstawowej, czyli paczek z żywnością i artykułami higienicznymi, po skomplikowane programy wsparcia np. pracowników socjalnych, żeby mieli oni więcej możliwości i mogli świadczyć wyższy poziom usług psychosocjalnych dla osób we wschodniej Ukrainie. Działamy po jednej i drugiej stronie linii kontaktowej i często jest to pomoc bardzo wymagająca, w trudnych warunkach. Do niektórych miejscowości czasem bardzo trudno się dostać z uwagi na trwający ostrzał – mówi przedstawicielka Polskiej Akcji Humanitarnej.

Pandemia COVID-19 dołożyła mieszkańcom tego regionu nowych problemów. Normalne życie utrudniają im m.in. restrykcje epidemiczne.

 Przykładowo osoby mieszkające po drugiej stronie linii kontaktowej straciły możliwość przekroczenia tej linii i odebrania  zasiłku, renty czy emerytury. To stworzyło dodatkowe problemy, bo te osoby muszą teraz dokonywać bardzo trudnych wyborów: czy zakupić artykuły higieniczne, które uchronią je przed koronawirusem, a mówimy przecież o grupach najbardziej narażonych, czy zakupić żywność bądź inny produkt, który jest niezbędny w gospodarstwie domowym. Razem z firmami i darczyńcami indywidualnymi, którzy nas wspierają, staramy się, żeby jak najmniej osób musiało podejmować tak trudne życiowe wybory – mówi Helena Krajewska.

Problem w tym, że konfliktem tym – trwającym już siedem lat – mało kto się interesuje i mało się o nim mówi. Organizacja CARE zamieściła go na czwartym miejscu w rankingu 10 najbardziej przemilczanych kryzysów humanitarnych na świecie w 2020 roku. Jak wskazuje PAH, na temat wydania PlayStation 5 pojawiło się ponad 475 razy więcej wzmianek medialnych niż na temat kryzysu humanitarnego w Ukrainie.

Jest to konflikt, który my nazywamy zamrożonym, którym mało osób się interesuje, mimo że trwa on tuż za naszymi granicami. Wręcz powinno się o nim mówić jak najwięcej, bo dotyka on naszych sąsiadów. Na szczęście obserwujemy, że wielu Polaków, wiele organizacji i mediów z Polski zainteresowało się tym tematem i chce mówić o Ukrainie, zwłaszcza teraz, w siódmą rocznicę wybuchu konfliktu. Wiele firm również zwraca się do nas z zapytaniem, jak mogą pomóc i co mogą zrobić – mówi przedstawicielka PAH.

Powrót do handlu w niedziele tylko częściowo pomógłby odrobić straty po lockdownie. Zarządcy centrów handlowych liczą na interwencje ze strony państwa

Na około 32 mld zł są szacowane straty galerii handlowych po trzykrotnym lockdownie. Ich właściciele odnotują przychody o ok. 5 mld zł niższe, czyli ponad 45 proc. rocznych przychodów. Obiekty handlowe wciąż nie odbudowały wskaźników odwiedzalności do poziomów sprzed pandemii. Dlatego branża apeluje do rządu o przywrócenie handlu w niedziele, co pozwoliłoby jej odrobić choć część strat po lockdownie. Bez tego kroku i innych inicjatyw ze strony rządzących branża będzie musiała zrewidować swoje plany inwestycyjne i zredukować część spośród 400 tys. etatów.

– Straty w branży handlowej są w zasadzie nie do odrobienia, ale jest kilka rozwiązań, które pomogłyby nam szybciej odzyskać pozytywne wyniki finansowe. Jednym z nich jest zniesienie zakazu handlu w niedzielę. Dzięki temu zyskujemy dodatkowy dzień na sprzedaż, ale i pewne bezpieczeństwo, bo ruch w centrach handlowych rozłoży się z sześciu na siedem dni. Na pewno taka decyzja władz państwowych, żeby przez okres pandemii handel w niedziele mógł się odbywać, byłaby bardzo korzystna. Ale nadal nie będzie tak, że dzięki temu szybko odrobimy wszystkie straty – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Sajnóg, dyrektor marketingu Centrum Handlowego Blue City w Warszawie.

Od 1 lutego (po trzecim, pięciotygodniowym lockdownie) nastąpiło pełne otwarcie sklepów w centrach handlowych (z wyjątkiem rozrywki, fitnessu i gastronomii, która nadal może funkcjonować tylko na wynos lub w dostawie). PRCH Daily Footfall Index w trzecim tygodniu lutego pokazuje, że średnia odwiedzalność centrów handlowych oscyluje na poziomie ok. 77 proc. ubiegłorocznej.

Przywrócenie handlu w niedziele mogłoby pozytywnie wpłynąć na obroty najemców i galerii. Zwłaszcza że według statystyk klienci preferują zakupy właśnie w weekendy. Dodatkowo, zgodnie z przeprowadzonym w październiku ubiegłego roku badaniem PRCH, 59 proc. Polaków jest za zniesieniem handlu w niedzielę. Pozytywnie oceniało go 27 proc. respondentów. W porównaniu do takiego samego badania ze stycznia ubiegłego roku poparcie dla tego ograniczenia spadło o 7 pkt proc.

W sprawie niedziel handlowych branża mówi w zasadzie jednym głosem i organizacje branżowe, które zrzeszają zarówno najemców, jak i wynajmujących, starają się przekonać rząd, że taka zmiana byłaby bardzo korzystna. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że bardzo by nam to pomogło. W branży jest jednomyślność i mamy nadzieję, że przekonamy ustawodawcę i rząd, żeby takie zmiany wprowadził – mówi Krzysztof Sajnóg.

PRCH oszacowała łączne straty z tytułu trzykrotnego ograniczenia działalności obiektów handlowych na kwotę ok. 32 mld zł. Tylko ubiegłoroczny, wiosenny lockdown skutkował spadkiem przychodów o ponad 17,5 mld zł. Zamknięcie galerii po raz drugi w listopadzie ub.r. spowodowało ok. 8 mld zł utraconych obrotów. Kolejne ograniczenia w handlu od 27 grudnia ub.r. przełożyły się natomiast na dziurę w obrotach branży sięgającą ok. 6 mld zł. To przychody utracone przez sklepy i usługodawców (najemców) działających w galeriach, ale mocno ucierpiały też budżety wynajmujących. Zostali oni też wyłączeni z tarcz antykryzysowych i jednocześnie obciążeni kosztami abolicji czynszowej. Jak podkreśla PRCH, abolicja wynikająca kosztowała wynajmujących ponad 3 mld zł.

– Centra handlowe i firmy, które nimi zarządzają, w zasadzie jako jedyne są pozbawione pomocy państwa. W świetle dotychczasowych rozporządzeń najemcy nie płacą centrom handlowym czynszu ani żadnych opłat za okres lockdownu, kiedy sklepy pozostają zamknięte. Z drugiej strony my musimy mieć otwarte centra handlowe i do tego jeszcze utrzymywać je w reżimie sanitarnym – wyjaśnia dyrektor marketingu warszawskiego Blue City. – W przypadku kolejnego lockdownu bardzo pomogłoby zagwarantowanie, żeby pieniądze choć z części czynszów jednak wpływały do centrów handlowych. Przynajmniej tyle, żebyśmy mogli się utrzymywać, płacić koszty. Takie rozwiązania były już wprowadzane w Europie.

Mimo utraty 45 proc. ubiegłorocznych przychodów właściciele i zarządy centrów handlowych nadal muszą ponosić koszty stałe m.in. z tytułu utrzymania nieruchomości, zarządzania nimi czy obsługi długu bankowego. Brak płynności powoduje, że w coraz większym stopniu nie są oni w stanie wywiązywać się ze swoich zobowiązań kredytowych.

– W tym momencie jesteśmy w najtrudniejszej sytuacji na tle całego rynku, bo mamy koszty, a przychody są wielokrotnie niższe, niż przewidywaliśmy. Działalność branży handlowej jest w wielu przypadkach kredytowana przez banki. Gdyby np. państwo zdecydowało się wpłynąć na instytucje finansowe i w jakiś sposób pomóc nam w rozliczeniach rat kredytowych, to na pewno zapewniłoby nam oddech – mówi Krzysztof Sajnóg.

Jak podkreśla, ten rok ujawnił wiele sprzeczności w interesach najemców i wynajmujących. Porozumienie między obiema stronami było jednak niezbędne dla przetrwania najgorszego okresu.

– W Blue City bardzo szybko porozumieliśmy się ze wszystkimi naszymi najemcami, bo uważamy, że trzeba było im pomóc. Wszystkie sklepy otworzyły się po kolejnych lockdownach, co jest również zasługą naszej szybkiej reakcji. W przypadku Blue City relacje z najemcami są dobre. Bardzo indywidualnie patrzymy na to, co się dzieje z ich finansami, w jaki sposób kształtują się ich obroty. Każda z tych bilateralnych rozmów jest inna, każda jest trudna i zajmuje mnóstwo czasu, ale nie można inaczej – mówi dyrektor marketingu w Blue City.

Jeżeli centra handlowe i ich najemcy nie odrobią choć części strat spowodowanych lockdownem, w efekcie mogą zacząć weryfikować swoje plany rozwojowe i szczegółowo analizować rentowność poszczególnych punktów. To z kolei może spowodować ograniczanie inwestycji i redukcję etatów, która uderzy w rynek pracy.

– Na pewno części inwestycji, które planowaliśmy przeprowadzić, nie będziemy mogli zrealizować w tym ani w przyszłym roku. Skupiamy się raczej na rzeczach związanych z bezpieczeństwem i takich, których nie można odłożyć, np. remoncie toalet. Natomiast część przyszłościowych inwestycji przesunie się co najmniej o rok lub dwa. Myślę, że inwestycje w nowe formaty rozrywkowe też na razie się zatrzymają. Jeżeli nie będziemy musieli czegoś robić natychmiast, będziemy niestety to odkładać – mówi Krzysztof Sajnóg.

Jak wynika z danych firmy doradczej PwC, centra handlowe zatrudniają w Polsce bezpośrednio ok. 400 tys. pracowników. Udział handlu w krajowym PKB wynosi 15,5 proc., natomiast centra handlowe odpowiadają za około 30 proc. polskiego handlu detalicznego (PRCH). Wartość samego podatku VAT generowanego przez obroty w centrach handlowych wynosi ok. 21 mld zł.

Badania naukowców potwierdzają, że w walce z wirusami skuteczne są ekstrakty roślinne. Mogą chronić także przed koronawirusem

Z analiz naukowych wynika, że koronawirus SARS-CoV-2, tak jak inne wirusy, wnika do organizmu przez otwarte śluzówki, głównie w nosie i ustach. Stąd powszechny nakaz zasłaniania ich maseczkami w miejscach publicznych. Zwłaszcza nos, którym oddychamy, stanowi podstawową barierę dla wnikania wirusów i drobnoustrojów, dlatego należy wspierać znajdujące się w nim naturalne mechanizmy ochronne. Naukowcy wzięli pod lupę spraye do nosa, zawierające m.in. naturalne ekstrakty czystka kreteńskiego czy szałwii lekarskiej, i wykazali, że hamują one namnażanie komórek wirusowych w warunkach in vitro, regenerując przy tym błonę śluzową nosa. To z kolei ogranicza możliwość przedostawania się wirusów do organizmu. Lekarze podkreślają, że zawarte w nosie i gardle naturalne funkcje obronne organizmu można wspierać naturalnymi metodami.

– Natura wyposażyła nas w wiele mechanizmów chroniących przed drobnoustrojami chorobotwórczymi. Pierwszym narządem naszego organizmu, który styka się z bakteriami i wirusami, jest nos, przez który oddychamy. To on jest głównym filtrem dla drobnoustrojów – wskazała podczas konferencji „Gardło, nos, wirusy w czasie COVID-19. Jak zapobiegać” dr Agnieszka Dmowska-Koroblewska, laryngolog i otorynolaryngolog.

Z analiz naukowców wynika, że koronawirus wnika do organizmu właśnie przez otwarte śluzówki, głównie w nosie i ustach. Stąd powszechny nakaz zasłaniania ich maseczkami w miejscach publicznych. Według lekarzy zwłaszcza nos, którym oddychamy, stanowi podstawową barierę dla wnikania wirusów i drobnoustrojów, dlatego należy wspierać znajdujące się w nim naturalne mechanizmy obronne.

– W obrębie jam nosa produkowany jest śluz, który stanowi barierę ochronną organizmu. Ten śluz zawiera glikoproteiny, które wychwytują drobnoustroje, ale i zanieczyszczenia, np. cząsteczki smogu znajdujące się we wdychanym powietrzu. W śluzie znajdują się też immunoglobuliny, które pełnią bardzo ważną funkcję odpornościową, zwłaszcza chodzi tu o immunoglobuliny klasy IgA – tłumaczy Agnieszka Dmowska-Koroblewska.

Jak wyjaśnia, ta substancja neutralizuje czynniki chorobotwórcze, zaś enzymy, takie jak laktoferyna, hamują rozwój drobnoustrojów na poziomie nosa. Można więc na tym etapie ograniczyć obecność wirusa. Do tego jednak jest potrzebne prawidłowe działanie mechanizmów obronnych znajdujących się w nosie czy gardle. Przy różnego typu stanach zapalnych, wadach budowy czy podrażnieniach mogą one nie być w stanie wychwycić groźnych patogenów. Problemem może też być wysuszone z powodu ogrzewania powietrze w domu lub w biurze, przez co błona śluzowa w nosie zaczyna produkować mniej śluzu. To z kolei ułatwia przenikanie do organizmu wirusów i bakterii. Dlatego lekarze podkreślają, że trzeba wspierać naturalne funkcje obronne organizmu – zwłaszcza w sezonie grypowym.

– Przede wszystkim powinniśmy zapewnić nosowi drenaż i wentylację. Warto też nawilżać błonę śluzową jam nosa preparatami lub zwiększać wilgotność powietrza, które dociera do nosa. Stara metoda, czyli wieszanie mokrych ręczników na kaloryferach, jest naprawdę skuteczna. Dobre efekty dają też nawilżacze powietrza. Pamiętajmy też, że konieczne jest wietrzenie pomieszczeń, w których przebywamy – podkreśla laryngolog i otorynolaryngolog.

W walce z patogenami, które dostają się do błony śluzowej nosa, pomocne mogą być też naturalne substancje przeciwwirusowe. Badania na zlecenie jednej z firm farmaceutycznych, prowadzone w węgierskim Complex Medical Centre Déli Klinika w Budapeszcie pod kierownictwem wirusologa i mikrobiologa klinicznego dr. Istvána Jankovicsa wykazały, że w walce z wirusami skuteczne mogą być ekstrakty czystka kreteńskiego, szałwii lekarskiej i jeżówki purpurowej, popularnie znanej jako echinacea.

– Znane są badania wskazujące na bezpośrednie działanie wyciągów czystka kreteńskiego i jeżówki purpurowej m.in. na wirusy grypy i głośne ostatnimi czasy koronawirusy – twierdzi lek. med. Robert Księżopolski, doradca żywieniowy specjalizujący się w fitoterapii. – W przypadku czystka kreteńskiego badania potwierdziły, że zawiera on całą gamę substancji, które doskonale wspierają leczenie infekcji wirusowych.

Czystek kreteński zawiera wysokie stężenia polifenoli, które mają m.in. działanie przeciwwirusowe i antyoksydacyjne. Roślina wykazuje też działanie przeciwinfekcyjne dzięki aktywnym biologicznie związkom, w tym m.in. terpenom, diterpenom, a także flawonoidom, taninom i saponinom.

– Badania nad czystkiem odbywały się w różnych krajach i rejonach, gdzie jego stosowanie jest dobrze ugruntowane w medycynie tradycyjnej, czyli np. w Grecji, Turcji, Hiszpanii i Portugalii, a także krajach, w których znajdują się naturalne rezerwuary koronawirusów, czyli m.in. w Arabii Saudyjskiej, gdzie w 2012 roku wybuchła epidemia MERS – wskazuje Robert Księżopolski. – Inne substancje aktywne zawarte w jeżówce purpurowej czy szałwii lekarskiej również mają udowodnioną skuteczność i właściwości przeciwwirusowe, przeciwzapalne, odkażające oraz zmniejszające przepuszczalność naczyń włosowatych i łagodzące obrzęki błony śluzowej.

Zespół naukowców z Budapesztu wziął pod lupę oparte na naturalnych ekstraktach spraye do nosa i gardła marki ViroStop, należącej do szwajcarskiego koncernu farmaceutycznego Herb-Pharma. Badania wykazały, że zawarte w nich ekstrakty czystka kreteńskiego, echinacei i szałwii hamują namnażanie komórek wirusowych w warunkach in vitro. Ponadto po ich aplikacji w górnych drogach oddechowych powstaje aktywna warstwa ochronna, która wspiera i regeneruje błonę śluzową nosa, tym samym ograniczając możliwość jej penetracji przez wirusy i chorobotwórcze drobnoustroje.

Dr Agnieszka Dmowska-Koroblewska radzi, by na takie dodatkowe wsparcie odporności uwagę zwróciły przede wszystkim osoby najbardziej zagrożone zakażeniem, a więc np. osoby starsze, chorzy, których odporność jest zmniejszona, a także osoby, które mają przewlekły problem z zatokami, stanami zapalnymi w obrębie gardła czy krtani. Dodatkowa bariera ochronna dla górnych dróg oddechowych powoduje, że infekcje nie schodzą na dolne drogi oddechowe. Z naturalnego wsparcia mogą też korzystać dzieci od trzeciego roku życia, które są narażone na różnego rodzaju choroby w żłobkach, przedszkolach czy szkołach. Również osoby, które już przeszły COVID-19, mogą sięgać po naturalne preparaty wzmacniające, które pomogą przy odbudowie nabłonka węchowego.

Pandemia uszczupliła budżet Wrocławia o ponad 200 mln zł. Mimo to miasto kontynuuje pakiet pomocowy dla firm i nie rezygnuje z dużych inwestycji

Pierwsza odsłona Wrocławskiego Pakietu Pomocowego dla przedsiębiorców ruszyła w marcu 2020 roku, wkrótce po wybuchu pandemii COVID-19. Z programu skorzystało ok. 2 tys. podmiotów. W tym roku projekt będzie kontynuowany. W budżecie na 2021 rok zarezerwowano 50 mln zł na zwolnienia dla firm z podatku od nieruchomości oraz 4 mln zł na zwolnienia z czynszu najmu w lokalach gminnych. – Pandemia uszczupliła dochody miasta o 220 mln zł, ale mimo trudnej sytuacji finansowej będą realizowane zarówno projekty pomocowe, jak i najważniejsze inwestycje infrastrukturalne – zapewnia Marcin Obłoza z Biura Prasowego Urzędu Miejskiego we Wrocławiu.

– Wrocławski Pakiet Pomocowy dla przedsiębiorców to szereg zwolnień w opłatach oraz możliwość odroczenia płatności albo rozłożenia na raty zobowiązań wobec miasta. Projekt powstał po to, aby wesprzeć lokalne firmy w czasie pandemii, czyli w tym trudnym okresie, kiedy przedsiębiorcy notują straty finansowe albo uzyskują zdecydowanie niższe przychody – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Obłoza.

Wrocław zaoferował przedsiębiorcom m.in. zwolnienie z podatku od nieruchomości. Warunkiem jest złożenie deklaracji albo korekty deklaracji podatkowej i comiesięcznego oświadczenia o niezdolności do regulowania zobowiązań. Ponadto każdy najemca lokalu z zasobu gminnego może otrzymać zwolnienie nawet do 80 proc. kwoty czynszu. Warunkiem jest złożenie formularza o pomocy de minimis i dokumentów, które potwierdzają spadek dochodów. Wnioski są rozpatrywane indywidualnie, a najemcy powinni kontaktować się z Zarządem Zasobu Komunalnego albo z Wrocławskimi Mieszkaniami, które zarządzają zasobem gminnym i podejmują decyzje dotyczące formy i wysokości pomocy.

Jak podaje Marcin Obłoza, łączna kwota zwolnień z podatku od nieruchomości wyniosła w 2020 roku około 17 mln zł. Z kolei zwolnienie z czynszu najmu w lokalach gminnych – w ramach to kolejne 4 mln zł.

Podczas styczniowej sesji radni miejscy zadecydowali, że pomoc dla przedsiębiorców w postaci zwolnienia z podatku od nieruchomości będzie kontynuowana co najmniej do połowy 2021 roku – informuje przedstawiciel Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Z kolei na sesji w lutym radni zdecydowali o zwolnieniu przedsiębiorców z drugiej, majowej transzy opłaty za koncesję na alkohol.

Poza zwolnieniami i pomocą finansową dla przedsiębiorców miasto prowadzi także akcję HASHWrocławZdalnieLokalnie. Na miejskim portalu internetowym Wroclaw.pl powstała interaktywna mapa, na której lokalni przedsiębiorcy mogą się oznaczyć i poinformować mieszkańców o swojej działalności. Znajdują się tam restauracje, które serwują dania na wynos, ale również np. małe sklepiki osiedlowe czy warzywniaki, w których można zrobić codzienne zakupy także z dostawą do domu.

– W akcji bierze udział już kilkaset wrocławskich podmiotów gospodarczych. Jednocześnie funkcjonuje mapa HASHWrocławNaWynos, która pokazuje lokale w okolicy, w których można zamówić jedzenie. Przedsiębiorcy nie płacą za możliwość ogłaszania się w ramach tych map, więc to również realna pomoc dla nich – dodaje przedstawiciel Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Od niedawna działa również nowy portal Przedsiębiorczy Wrocław. Jest to kompendium wiedzy nie tylko na temat wsparcia w ramach Wrocławskiego Pakietu Pomocowego, ale również na temat zakładania działalności gospodarczej, niezbędnych opłat itp.

Oprócz pomocy przedsiębiorcom miasto oferuje doraźne wsparcie dla mieszkańców, szpitali i innych placówek, np. kupuje sprzęt do diagnostyki, środki ochrony, ale również karetki i sprzęt, który wspomaga niewydolność oddechową. W sumie niespodziewane, bieżące wydatki na ten cel, których nie było w projekcie budżetu na 2020 rok, to kolejne 100 mln zł – mówi Marcin Obłoza.

Miasto realizuje także Wrocławski Program Interwencji Społecznej. To 12 mln zł na wsparcie rodziny, kultury, organizacji pozarządowych i sportu.

 Miasto również zanotowało podczas pandemii niższe dochody. W 2020 roku do budżetu wpłynęło o ponad 60 mln zł mniej z tytułu sprzedaży biletów MPK, a dochody z udziałów w podatku PIT w zeszłym roku okazały się niższe wobec planu o niespełna 45 mln zł. Szacujemy, że w sumie do kasy miasta wpłynęło około 220 mln zł mniej, niż przewidywał projekt budżetu jeszcze w styczniu 2020 roku. Mimo tego Wrocław stawia na rozwój. Wychodzimy z założenia, że kontynuowanie programu inwestycyjnego, który został zaplanowany kilka lat temu, i realizacja inwestycji pomaga lokalnemu rynkowi i dzięki temu też wiele firm może zarabiać. Nie zrezygnowaliśmy z żadnej dużej inwestycji – zapewnia przedstawiciel UM we Wrocławiu.

Wydatki związane z transportem i łącznością w tym roku wyniosą prawie 1,3 mld zł. Obejmą one m.in. budowę trasy autobusowo-tramwajowej na Nowy Dwór (101 mln zł), linii tramwajowej na Popowice (93 mln zł) czy Alei Wielkiej Wyspy łączącej dwie części Wrocławia (71 mln zł).

Ogółem w tegorocznym budżecie miasta zaplanowano wydatki na kwotę 5,9 mld zł, przy planowanych dochodach na poziomie 5,4 mld zł. Największe wpływy to dochody własne (3,5 mld zł): m.in. udziały miasta w podatkach PIT i CIT (1,7 mld zł), wpływy z podatków i opłat (1 mld zł), dochody z majątku (428 mln zł) oraz z usług (303 mln zł). Dotacje z budżetu państwa wyniosą 880 mln zł wobec planowanych jeszcze w styczniu rok temu 941 mln zł. Prawie 4,8 mld zł z ogólnej kwoty wydatków stanowią wydatki bieżące, m.in. koszty związane z prowadzeniem placówek oświatowych, komunikacją miejską, utrzymaniem dróg, zieleni i czystości w mieście.

Mobilne aplikacje przejmują kontrolę nad finansami Polaków. Pozwalają na przechowywanie paragonów, przypomną też o terminie na zwrot towaru

Z mobilnych aplikacji bankowych korzysta już ponad 13 mln Polaków. Na popularności zyskują także fintechy. Aplikacja polskiego start-upu pomaga kontrolować wydatki i ułatwia dokonywanie reklamacji i zwrotów. Wystarczy zrobić zdjęcie paragonu, a technologia rozpozna i zapisze wszystkie zapisane na nim dane. Aplikacja przypomni o upływającym terminie zwrotu towaru, ale też pomoże np. stworzyć listę zakupów. Najnowsza funkcja automatycznie dodaje do listy zakupów odpowiednie towary ze strony z przepisem kulinarnym.

– Aplikacje mobilne z roku na rok stają się coraz częstszym narzędziem do kontroli nie tylko naszych wydatków, ale też całego życia, ułatwiającym je. Dzięki aplikacjom mamy dostęp do najlepszych okazji na rynku, ale również tego typu aplikacje pozwalają nam na prowadzenie dokładnych statystyk wydatków i dokładnego monitorowania budżetu domowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Antonina Grzelak, PR Manager w PanuParagonie.

Początkowo to komputerowe programy, jak Quicken i Microsoft Money, pozwalały kontrolować wydatki. Część osób korzystała i wciąż korzysta w tym celu z arkuszy kalkulacyjnych. Obecnie kontrolę nad finansami przejmują mobilne aplikacje, które nie tylko śledzą wydatki, lecz także pomagają osiągać cele finansowe. Także Polacy opracowali aplikację, która w prosty sposób pozwala zarządzać wydatkami, ale także przypomni np. o mijającym terminie zwrotu.

– Początkowo PanParagon był prostą aplikacją do przechowywania paragonów, natomiast okazało się, że użytkownicy chętnie wprowadzają do niej nie tylko paragony za produkty, które często reklamujemy, lecz także te za codzienne zakupy czy jedną bułkę ze sklepiku osiedlowego. Zorientowaliśmy się, że PanParagon ma znacznie większy potencjał, zaczęliśmy go obudowywać innymi funkcjonalnościami. Obecnie aplikacja jest kombajnem zakupowym, który przeprowadza konsumenta przez cały proces związany z dokonywaniem zakupów – wskazuje Antonina Grzelak. – Wystarczy zainstalować aplikację na swoim telefonie, za jej pomocą po dokonaniu zakupów zrobić zdjęcie paragonu i cała reszta odbywa się automatycznie. 

Aplikacja wykorzystuje technologię optycznego rozpoznawania znaków (OCR), która pozwala zamienić skanowane dokumenty na postać cyfrową. Wprowadzony do systemu paragon automatycznie jest sczytywany, przypisywany do konkretnej kategorii, sczytywane są takie dane jak cena, data zakupu, sklep, dzięki czemu system automatycznie powiadamia użytkownika o mijających terminach zwrotu czy gwarancji.

Użytkownik może dodatkowo opisać paragon lub opatrzyć własnym hasztagiem, by ułatwić jego odnalezienie. Aplikacja sprawdzi się przy reklamacjach i zwrotach. Według prawa konsumenckiego w Polsce cyfrowy paragon całkowicie wystarcza, aby reklamować zakupiony towar. Jeżeli sprzedawca odmówi uznania go, to w aplikacji można znaleźć zakładkę z poradą prawną.

– Paragon jest automatycznie przypisywany do konkretnej kategorii, dzięki czemu użytkownik może prowadzić bardzo dokładne statystyki swoich wydatków z całego miesiąca. To jest coś, z czego ja najbardziej jako użytkownik jestem zadowolona i z czego najczęściej korzystam, ponieważ dzięki aplikacji PanParagon faktycznie mam wszystkie swoje wydatki pod bardzo ścisłą kontrolą – mówi ekspertka.

Jak wskazuje, z aplikacji mogą korzystać konsumenci, którzy przywiązują wagę do kontroli wydatków. PanParagon na podstawie statystyk wydatków daje możliwość zdiagnozowania, gdzie najbardziej „uciekają” pieniądze. Z drugiej strony aplikacją zainteresowane są też instytucje badawczo-statystyczne czy domy mediowe. Na podstawie paragonów można wygenerować zanonimizowane raporty sprzedażowo-marketingowe.

– W PanuParagonie można też znaleźć promocje, gazetki promocyjne, kupony promocyjne czy stworzyć listę zakupów. Co więcej, całkiem niedawno wprowadziliśmy ciekawą funkcjonalność: po wejściu na przepis kulinarny można adres do tego przepisu wprowadzić do PanaParagona, dzięki czemu produkty, które są wykorzystane w przepisie, automatycznie sczytują się do listy zakupów – podkreśla Antonina Grzelak.

Obecnie z aplikacji korzysta 450 tys. użytkowników, przy czym ok. 20 proc. stanowią osoby spoza Polski. Codziennie do systemu dodawanych jest kilka tysięcy paragonów.

Sztuczna inteligencja dopasuje oferty pracy do konkretnego kandydata. Weźmie pod uwagę także oczekiwania finansowe, nawet jeśli pracodawca ich nie podał

Już trzy czwarte rekruterów deklaruje, że w ubiegłym roku przeprowadzili co najmniej połowę procesów rekrutacyjnych poprzez kanały wirtualne. W wyniku pandemii rośnie zapotrzebowanie na coraz większą automatyzację procesów rekrutacyjnych, ale z drugiej strony także na coraz bardziej spersonalizowane oferty pracy. Stworzona przez Polaków inteligentna platforma rekrutacyjna ma dopasowywać kandydatów pod względem m.in. umiejętności, doświadczenia, lecz także zainteresowań. Algorytmy wezmą też pod uwagę oczekiwania finansowe kandydata i pokażą tylko oferty spełniające kryteria, nawet jeśli w ogłoszeniu nie zostało podane wynagrodzenie.

– Wykorzystujemy sztuczną inteligencję do analizy tego, co dzieje się „pod spodem” procesu rekrutacyjnego. Algorytm próbuje znaleźć takie aspekty, które się wydają nieoczywiste przy samym procesie dopasowywania kandydata do oferty – mówi agencji Newseria Innowacje Michał Gąszczyk, prezes Inhire. – To pod spodem dzieje się bardzo dużo analityki, która odpowiada na pytania, co sprawia, że doświadczony kandydat z technologią Java w Warszawie interesuje się taką firmą, a nie inną, czy to jest kwestia tego, jak jest napisane ogłoszenie, czy to jest kwestia timingu, czy to jest kwestia tylko zarobków, co w Polsce wydaje się dość popularną teorią.

Platforma Inhire służy do wyszukiwania ofert pracy odpowiadających potrzebom konkretnych kandydatów. Po założeniu profilu użytkownika i wypełnieniu ankiety dotyczącej oczekiwań, doświadczenia i kwalifikacji zawodowych algorytmy uczenia maszynowego wybierają spersonalizowane propozycje ofert. Następnie kandydat wybiera te oferty, które go interesują, by pracodawca mógł wyświetlić jego aplikację.

– Nasz algorytm od samego początku dopasowuje oferty pracy pod kątem wynagrodzenia do kandydatów. To relatywnie proste rozwiązanie. Jeżeli pracodawca podał oferowane wynagrodzenie, było porównywane z oczekiwaniami kandydata i tylko oferty spełniające te oczekiwania były prezentowane. Tu zaczynają się schody, ponieważ 65 proc. ofert dla kandydatów IT w Polsce cały czas nie ma widełek, a kandydaci omijają takie oferty szerokim łukiem – mówi Michał Gąszczyk. – Usprawniliśmy więc nasz algorytm w taki sposób, żeby móc dopasowywać kandydatom oferty pod względem finansowym, także te, w których pracodawcy nie publikują publicznie widełek. Pracodawca tylko nam podaje oferowane wynagrodzenie, a my możemy przekazać kandydatowi wprost, że ta oferta spełnia lub nie spełnia jego oczekiwań finansowych.

Rozwiązanie Inhire zostało zaprojektowane z myślą o potrzebach sektora IT, gdzie w wyniku pandemii znacznie wzrosło zapotrzebowanie na pracowników wyspecjalizowanych w dziedzinie nowych technologii.

– 70 proc. kandydatów, którzy aplikują za pośrednictwem naszej platformy, jest zapraszanych do procesów rekrutacyjnych naszych pracodawców – podkreśla  prezes Inhire. – W naszym modelu biznesowym chodzi o to, żeby pracodawca musiał przejrzeć jak najmniej aplikacji kandydatów, żeby kogoś zatrudnić. To zupełne przeciwieństwo modelu, który znamy od lat w Polsce, czyli modelu job-boardowego, gdzie jest więcej kandydatów, więcej aplikacji i więcej spamu.

Z badania przeprowadzonego przez Monstera wynika, że już 74 proc. ankietowanych rekruterów deklaruje, że co najmniej połowa rozmów rekrutacyjnych przeprowadzana jest za pośrednictwem elektronicznych form kontaktu. Jednocześnie aż jedna trzecia rekruterów wyraża obawy co do rekrutacji zdalnej, a ponad połowa uczestników badania twierdzi, że wirtualna rekrutacja utrudnia przekazywanie kandydatom i nowym pracownikom informacji takich jak wartości, jakimi kieruje się firma.

– Pandemia w kontekście rekrutacji na pewno uwypukliła luki w samym procesie rekrutacyjnym i tzw. procesie onboardingowym, czyli tym wszystkim, co się dzieje po zatrudnieniu kandydata. Dotychczas nikt sobie nie wyobrażał tego, że można kogoś zatrudnić, nie widząc się z nim. Nagle z dnia na dzień okazało się, że ci ludzie są potrzebni, teraz da się ich zrekrutować w pełni zdalnie, można przeprowadzić testy kompetencyjne zdalnie, można wysłać umowę, a nawet sprzęt kurierem – mówi Michał Gąszczyk.

Na rynku rekrutacji coraz większe znaczenie mają nowe technologie. Zautomatyzowanie większości działań może być przyszłością rekrutacji.

– Rozwiązania takie jak nasze, które podsuwają kandydatowi pod nos dopasowane oferty, będą miały bardzo duży wpływ na to, jak będą wyglądały rekrutacje w przyszłości. To będzie się jednak rozwijać w taki sposób, że zamiast wchodzić na 10 job-boardów i scrollować 100 tys. ofert w poszukiwaniu jednej i wysyłać dziesiątki CV, na które nikt nie odpowiada, to pewnie będzie wyglądało we wszystkich branżach docelowo tak, że będzie jeden profil kandydata z wszystkimi informacjami m.in. o umiejętnościach czy zainteresowaniach, na którym w odpowiednim momencie otrzyma dopasowane do niego oferty. To będzie wzmocnione aspektem socjalnym, czyli informacją o tym, z kim pracował w przeszłości albo z jakim typem człowieka mu się pracuje dobrze, czy dobrze się czuje w zespole – mówi prezes Inhire.

Relacja z XXI edycji Ogólnopolskiego Kongresu Energetyczno-Ciepłowniczego POWERPOL

W dniach 22-23 lutego br. w Warszawie, w Hotelu Sofitel Victoria odbyła się XXI edycja Ogólnopolskiego Kongresu Energetyczno-Ciepłowniczego POWERPOL, poświęcona perspektywom rozwoju polskiej energetyki w odniesieniu do najbliższych lat, którego głównym organizatorem jest Europejskie Centrum Biznesu.

Kongres objęty został Patronatem Honorowym przez Wiceprezesa Rady Ministrów, Ministra Aktywów Państwowych Jacka Sasina, Wiceprezesa Rady Ministrów Ministra Rozwoju, Pracy i Technologii Jarosława Gowina, Ministra Klimatu Michała Kurtykę, Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki Rafała Gawina, Przewodniczącego Komisji Gospodarki Narodowej Krzysztofa Tchórzewskiego, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Urząd Dozoru Technicznego, Agencję Rynku Energii S.A., Krajowy Instytut Energetyki Rozproszonej, Krajową Izbę Biopaliw, Narodową Agencję Poszanowania Energii, Polski Komitet Energii Elektrycznej, Polskie Stowarzyszenie Elektromobilności, PTPiREE, Polskie Towarzystwo Elektrociepłowni Zawodowych, Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, Polskie Stowarzyszenie Branży Fotowoltaicznej – Polska PV, Stowarzyszenie Energii Odnawialnej, Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych, UPEBI. Od strony merytorycznej Kongres wspierany był przez ekspertów z firmy PwC Polska.

Podczas Kongresu odbyło się sześć paneli dyskusyjnych podejmujących tematykę transformacji energetycznej, OZE w portfolio liderów polskiego rynku, polskiego rynku energii gazu i paliw, potencjału rynku ciepła i kogeneracji, innowacji rozwoju i inwestycji w horyzoncie do 2050 roku oraz potencjału polskich wytwórców na potrzeby segmentu OZE.

XXI edycja Ogólnopolskiego Kongresu Energetyczno-Ciepłowniczego POWERPOL została oficjalnie zainaugurowana przez Ireneusza Zyskę Sekretarza Stanu i Pełnomocnika Rządu ds. Odnawialnych Źródeł Energii w Ministerstwie Klimatu i Środowiska, który przedstawił uczestnikom najważniejsze wyzwania, przed jakimi obecnie stoi Polski Rząd, oraz cele jakie zostały wyznaczone dla sektora energetycznego, gazowego, ciepłowniczego i OZEw Polityce Energetycznej Państwa do 2040r..

Po oficjalnym wystąpieniu odbyła się debata inauguracyjna zatytułowana “ Trasformacja energetyczna 2021”. Panel poprowadzony został przez Wojciecha Jakóbika – Redaktora Naczelnego, BiznesAlert.pl, zaś w dyskusji wzięli udział: Małgorzata Jarosińska-Jedynak – Sekretarz Stanu, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej; Janusz Kowalski – b. Sekretarz Stanu, b. Pełnomocnik Rządu ds. Reformy Nadzoru Właścicielskiego nad Spółkami Skarbu Państwa w Ministerstwie Aktywów Państwowych; Piotr Naimski – Sekretarz Stanu, Pełnomocnik Rządu ds. Strategicznej Infrastruktury Energetycznej; Ireneusz Zyska – Sekretarz Stanu, Pełnomocnik Rządu ds. Odnawialnych Źródeł Energii, Ministerstwo Klimatu i Środowiska; Robert Tomanek – Podsekretarz Stanu, Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii; Dorota Dębińska-Pokorska – Partner, Lider Grupy Energetycznej PwC; Artur Michalski – Zastępca Prezesa Zarządu, NFOŚiGW; Igor Wasilewski – Prezes Zarządu, PERN S.A. Prelegenci rozpoczęli dyskusję od omówienia Zielonego Ładu i Planu odbudowy dla Europy z perspektywy polskiej racji stanu i  trendów globalnych w energetyce. W tym kontekście odniesiono się również do europejskiej energetyki po globalnej pandemii, w szczególności do kwestii budowy elektrowni jądrowej oraz konieczności wykorzystania gazu we wszystkich instalacjach pracujących w podstawie. Kolejna część debaty odniosła się do planów dla sektora węglowego i energetyki węglowej a także neutralności klimatycznej, w odniesieniu do priorytetowych kierunków działań Rządu. Zwrócono przy tym uwagę na podstawowe wyzwania związane z konsolidacją polskiej energetyki. Zaproszeni goście odnieśli się również do projektów NordStream i Baltic Pipe. W ostatniej części dyskusji omówiono Programy NFOŚiGW przeznaczone dla rozwoju energetyki prosumenckiej, jak i również wspomniano o OZE w projektach inwestycyjnych firm energetycznych, a także energetyce jądrowej w Polsce. Starano się odpowiedzieć przy tym na pytanie, jak zapewnić akceptację społeczną dla nowego kształtu energetyki.

I Panel pt. „OZE w portfolio liderów polskiego rynku” moderowany był przez Konrada Kosickiego – Counsel w Wolf Theiss Poland, do dyskusji zaś zasiedli: Ireneusz Zyska – Sekretarz Stanu, Pełnomocnik Rządu ds. Odnawialnych Źródeł Energii, Ministerstwo Klimatu i Środowiska; Zbigniew Gryglas – Podsekretarz Stanu, Ministerstwo Aktywów Państwowych; Jan Biernacki – Wicedyrektor PwC; Paweł Cioch – Wiceprezes Zarządu ds. Korporacyjnych, PGE Polska Grupa Energetyczna S.A.; Wojciech Hann – Wiceprezes Zarządu kierujący pracami Zarządu Banku, Bank Ochrony Środowiska S.A.; Katarzyna Szwed-Lipińska – Dyrektor Departamentu Źródeł Odnawialnych, Urząd Regulacji Energetyki; Paweł Przybylski – Prezes Zarządu, Siemens Gamesa Renewable Energy; Arkadiusz Sekściński – Wiceprezes Zarządu ds. Rozwoju, PGNiG S.A.; Jerzy Topolski – Wiceprezes Zarządu ds. Zarządzania Majątkiem, TAURON Polska Energia S.A.; Andrzej Ziółkowski – Prezes Urzędu Dozoru Technicznego. Na początek zaproszeni goście zastanawiali się nad możliwościami komercyjnego wykorzystania paliw alternatywnych i wodoru. Pozwoliło to odnieść się szerzej do dynamiki rozwoju rynku elektromobilności w Polsce. Jednym z elementów debaty o elektromobilności była strategia rozwoju infrastruktury ładowania – czy aktualne regulacje stymulują rozwój infrastruktury. Następnie oceniono skalę projektów OZE planowanych na 2021 rok, jak i również rozwój off-shore mogący być przyszłością dla polskiego rynku OZE. W tym kontekście odniesiono się także do problematyki prosumentów, jako elementu rynku OZE i przeznaczonego dla nich Programu Mój Prąd. W debacie poruszono także kwestie OZE z perspektywy dystrybucji  (działania  centralne,  regionalne,  lokalne) oraz magazynów energii jako niezbędnego elementu dojrzałego rynku czystej energii. W ramach debaty pojawiła się także tematyka klastrów energii oraz ich szans na rozwój w koegzystencji z systemem energetycznym.

II panel zatytułowany “Polski rynek energii gazu i paliw” moderowany był przez Marka Kulesę – Dyrektora Biura Towarzystwa Obrotu Energią. W debacie wzięli udział: Tomasz Grzela – Dyrektor ds. LNG i CNG, Grupa LOTOS S.A.; Grzegorz Kotte – Wiceprezes Zarządu ds. Technicznych, ENEA Wytwarzanie Sp. z o.o.; Ireneusz Krupa – Członek Zarządu ds. Rozwoju i Inwestycji, Polska Spółka Gazownictwa Sp. z o.o.; Mateusz Radecki – Wiceprezes Zarządu, PERN S.A.; Beata Wittmann – Członek Zarządu, Gas Storage Poland; Robert Zasina – Prezes Zarządu, TAURON Dystrybucja S.A.; Piotr Zawistowski – Prezes Zarządu, Towarowa Giełda Energii S.A. Prelegenci na początku podzielili się swoimi spostrzeżeniami, jeżeli chodzi o perspektywy rozwoju wydobycia i magazynowania gazu w Polsce oraz możliwości jego importu. Stanowiło to punkt odniesienia do dyskusji o kluczowych projektach inwestycyjnych dla polskiego rynku paliw i gazu oraz o priorytetach w rozbudowie gazowej sieci przesyłowej oraz dystrybucyjnej. Zastanawiano się także nad szansami rozwoju energetyki gazowej w Polsce jako “czystego” paliwa dla odbiorców indywidualnych i przemysłu. Na koniec odniesiono się do perspektyw rozwoju rynku zielonego wodoru w Polsce, infrastruktury magazynowej i jej wpływu na rozwój rynku gazu oraz paliw.

W panelu III pt. “Rynek ciepła i kogeneracji” odpowiedzialnym za moderację był Maciej Bando – b. Prezes URE, Członek Rady Programowej ECB, zaś do debaty zasiedli: Vasco Amaral Cunha – Oficer kredytowy, sektor publiczny, Polska i kraje bałtyckie, Europejski Bank Inwestycyjny; Rafał Gawin – Prezes Urzędu Regulacji Energetyki; Arkadiusz Kosiel – Członek Zarządu, Dyrektor ds. Regulacji i Zarządzania Taryfami, Fortum Power and Heat Polska Sp. z o.o.; Artur Michalski – Zastępca Prezesa Zarządu, NFOŚiGW; Andrzej Modzelewski – Członek Zarządu ds. Infrastruktury, innogy Polska S.A.; Paweł Stańczyk – Prezes Zarządu, PGNiG Termika S.A.; Marek Wesoły – Poseł na Sejm RP, Wiceprzewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Energetyki. Debata w pierwszej kolejności odniosła się do kwestii miejsca kogeneracji w założeniach Europejskiego Zielonego Ładu: RED II, nie bez znaczenia było także zagadnienie roli gazu w ciepłownictwie systemowym i indywidualnym. Następnie zastanawiano się nad możliwościami wzrostu efektywności  energetycznej w procesie wytwarzaniu ciepła (elektryfikacja ciepłownictwa: kogeneracja, trigeneracja), zaś w szerszej perspektywie próbowano odpowiedzieć na pytanie jak racjonalnie przemodelować rynek ciepła. Kolejna część panelu poświęcona była skali rozwoju systemów prosumenckich i jej wpływu na ciepłownictwo sieciowe w szczególności prelegentów interesowało, czy energetyka prosumencka jest szansą, czy zagrożeniem dla rozwoju ciepła sieciowego. Na koniec uczestnicy debaty dużo uwagi poświęcili kwestii odejścia od węgla w kontekście rosnących cen EUETS oraz wpływu faktu odstąpienia od węgla na cenę ciepła u odbiorców końcowych szczególnie w mniejszych miejscowościach.

Panel IV pt. “Horyzont 2050: Rozwój, inwestycje, innowacje”, moderowała Izabella Żyglicka – Rzecznik Praw Przedsiębiorców przy Regionalnej Izbie Gospodarczej w Katowicach, Radca Prawny, Wspólnik Zarządzający, Kancelaria Żyglicka i Wspólnicy. W roli prelegentów wystąpili: Jarosław Bogacz – Prezes Zarządu, POLENERGIA OBRÓT S.A.; Jarosław Głowacki – Członek Zarządu, Wiceprezes Zarządu ds. Technicznych, PGNiG Termika S.A.; dr inż. Wojciech Kamieniecki – Dyrektor, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju; Filip Kowalski – General Manager for Energy & Natural Resources, SAP Middle Eastern Europe; Roman Masek – Dyrektor Techniczny, BELSE Sp. z o.o.; Paweł Pisarczyk – Prezes Zarządu, Atende Industries Sp. z o.o. W pierwszej części panelu zaproszeni goście zastanawiali się nad możliwymi ścieżkami rozwoju technologii przyszłości – z jednej strony analizowano, czy wodór może stać się paliwem wykorzystywanym w dłuższej perspektywie w większej skali, z drugiej – odniesiono się do potencjału energii jądrowej pod kątem zapotrzebowania na energię w Polsce. Wnioski pozwoliły odpowiedzieć na pytanie: czy nowe technologie są uzupełnieniem czy trzonem zmian. Jednocześnie zastanawiano się nad sposobami modelowania proekologicznych zachowań oraz czy Program „Czyste powietrze” jest w stanie takie zachowania wykształcać. Druga część dyskusji odnosiła się do skutków jakie dla całej gospodarki przyniosą „Zielony ład” a także „Transformacja energetyczna. W tym kontekście przeanalizowano podstawowe trendy rozwojowe inwestycji, finansowania projektów a także barier inwestycyjnych. Zwrócono również uwagę, że kluczowe jest także inwestowanie w innowacje, dlatego przeanalizowano Program Start-up w szczególności zastanawiano się, jak polskie przedsiębiorstwa wykorzystały potencjał i know-how rynku. Na koniec Podjęto problematykę perspektyw dla rozwoju elektromobilności.

Piąty panel został zatytułowany “Potencjał polskich wytwórców na potrzeby segmentu OZE” – w roli moderatora ponownie wystąpił Mariusz Wójcik – Kierownik Zespołu Energetyki Morskiej i Odnawialnej, ILF Consulting Engineers Polska Sp. z o.o. zaś do dyskusji zostali zaproszeni: Włodzimierz Ehrenhalt – Wiceprezes Zarządu, Stowarzyszenie Energii Odnawialnej; Jakub Faryś – Prezes Zarządu, Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego; Ewa Malicka – Prezes Zarządu, Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych; Mariusz Samordak – Dyrektor Biura Sektora Energetycznego i Technologii, Bank Gospodarstwa Krajowego; Adam Sikorski – Prezes Zarządu, UNIMOT S.A.; Janusz Sterna – Wiceprezes Zarządu Columbus Energy S.A.; Bogdan Szymański – Prezes Zarządu, Stowarzyszenie Branży Fotowoltaicznej – Polska PV; dr inż. Andrzej Wiszniewski – Prezes Zarządu, Narodowa Agencja Poszanowania Energii S.A. Debata podzielona została na trzy części. W pierwszej zastanawiano się nad potencjałem polskich wytwórców komponentów instalacji OZE oraz możliwościami zostania liderem segmentu energetyki rozproszonej i prosumenckiej przez polskich producentów. W drugiej części analizowano kierunki rozwoju fotowoltaiki i e-mobility. Na koniec podniesiono temat samorządów, jako pożądanego, ale trudnego partnera biznesowego. W podsumowaniu zwrócono się do prelegentów z pytaniem, czy Polska może zostać liderem wśród producentów komponentów energetyki wiatrowej. Elementem, który zdaniem prelegentów wpływa istotnie na skalę i tempo rozwoju polskich przedsiębiorstw jest stabilność regulacji w obszarze OZE.

Swój udział w Kongresie POWERPOL na platformie konferencyjnej online w ciągu dwóch dni zarejestrowało ok. 1500 osób.

XXI edycja Ogólnopolskiego Kongresu POWERPOL była wspierana przez liczne grono firm partnerskich oraz partnerów medialnych, które angażowały się w przygotowania wspomnianego przedsięwzięcia. Europejskie Centrum Biznesu główny organizator Kongresu pragnie szczególnie podziękować Partnerowi Energetycznemu firmie TAURON Polska Energia S.A., Partnerom Merytorycznym: PGE Polska Grupa Energetyczna S.A. oraz PwC Polska, Partnerom: Bank Gospodarstwa Krajowego, Bank Ochrony Środowiska S.A., Belse Sp. z o.o., ENEA S.A., Energa Grupa Orlen, Fortum Power and Heat Polska Sp. z o.o., Operator Gazociągów Przesyłowych Gaz-System S.A.; PERN S.A., PGNiG S.A., PGNiG Termika S.A., Towarowa Giełda Energii S.A., Urząd Dozoru Technicznego, podziękowania należą się także Europejskiemu Bankowi Inwestycyjnemu oraz Polskiej Spółce Gazownictwa Sp. z o.o. za współpracę w ramach Kongresu.

Europejskie Centrum Biznesu dziękuje również Patronom Medialnym: Portalowi BiznesAlert.pl; Centrum Informacji o Rynku Energii CIRE.PL; Portalowi CEO.com.pl, Portalowi elektroinzynieria.pl; Portalowi Energetyka24, Magazynowi Energetyka Cieplna i Zawodowa; Portalowi energetykacieplna.pl; Magazynowi Energetyka Wodna; Portalowi Energetykon.pl; Portalowi Euractiv; Portalowi inzynieria.com; Portalowi Kierunekenergetyka.pl, Magazynowi Law Business Quality; Portalowi mBrokers; Magazynowi Nowa Energia; Portalowi Nuclear.pl; Portalowi OZEON, Portalowi Smart-Grids.pl; Portalowi środowisko.pl; Portalowi Strategie i Biznes, Magazynowi Świat Elit; Portalowi Teraz-Srodowisko.pl; Warsaw Bussiness Journal, Wiadomościom Naftowym i Gazowniczym; Portalowi Wysokienapiecie.pl.

Komentarz ZPP ws. zapowiedzi rządu przywrócenia obostrzeń w dniu 24.02.2021 r.

W trakcie dzisiejszej konferencji, minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiedział przywrócenie od 27 lutego br. obostrzeń na terenie województwa warmińsko-mazurskiego do stanu obowiązującego przed dniem 1 lutego br. Tym samym, na terenie jednego województwa ponownie zostaną zamknięte galerie, hotele i pozostałe miejsca noclegowe, obiekty kultury, a także infrastruktura przeznaczona do uprawiania sportu na świeżym powietrzu.

ZPP z niepokojem obserwuje lokalne przywrócenie obostrzeń dla działalności gospodarczej. Zwracamy uwagę na fakt, że hotele i pensjonaty z województwa warmińsko-mazurskiego, które od 12 lutego br. rozpoczęły ponowną działalność, na podstawie danych dotyczących ilości przyszłych rezerwacji podejmowały działania mające na celu zorganizowanie kadry pracowniczej, a także odpowiednich ilości towarów i zapasów pozwalających na bieżącą obsługę gości hotelowych. Z pewnością znaczna część tychże dóbr konsumpcyjnych zostanie spisana na straty, co dodatkowo negatywnie obciąży płynność finansową przedsiębiorstw z branży turystycznej i rekreacyjnej. Jednocześnie, sytuacja budzi głęboki niepokój wśród pracowników, którzy liczyli na trwałe odmrożenie branż, w których są zatrudnieni.

Ponadto, przyjęty w dniu dzisiejszym sposób punktowego, regionalnego zamykania obiektów rekreacji i turystyki doprowadzić może do koncentracji turystów na niewielkiej powierzchni innego regionu kraju, co wydaje się być ryzykowne z epidemicznego punktu widzenia.

Konsekwentnie negatywnie odnosimy się do rozstrzygnięć podejmowanych w sposób dyskrecjonalny. Jeśli przyjętym przez rząd kierunkiem wprowadzania ograniczeń jest ich regionalizacja, powinny zostać zaprezentowane jasne i przejrzyste algorytmy podejmowania decyzji w tym zakresie. Tymczasem, mamy do czynienia raczej ze spontanicznym wprowadzaniem restrykcji ad hoc. Co więcej, zapowiedź przywrócenia obostrzeń następuje z marginalnym wyprzedzeniem, co również wprowadza przedsiębiorców w całej Polsce w stan niepokoju i wątpliwości co do perspektyw prowadzenia biznesu.

Mając na uwadze powyższe, apelujemy o stworzenie racjonalnej i przewidywalnej mapy drogowej, wyznaczającej jasne progi wprowadzania bądź zdejmowania określonych obostrzeń epidemicznych – w skali krajowej bądź lokalnej. Jeśli przedstawiciele kluczowych ośrodków decyzyjnych uznali, że liczba zakażeń jest niewystarczająco precyzyjną i oddającą faktyczny stan rozwoju sytuacji epidemicznej zmienną (taki argument był podawany w odniesieniu do zrezygnowania z listopadowej mapy drogowej), nic nie stoi na przeszkodzie by uzupełnić ją o inne informacje (liczba zajętych łóżek, dynamika przyrostu chorych etc.). Wobec trzeciej fali epidemii, kluczowa będzie przewidywalność podejmowanych decyzji – apelujemy o jej zapewnienie.

Kim Povlsen nowym prezesem zarządu spółki Universal Robots

Kim Povlsen został powołany na stanowisko prezesa zarządu Universal Robots. Povlsen, Duńczyk, wnosi doświadczenie w obszarze globalnego zarządzania zarówno z perspektywy technologii, jak i biznesu i będzie prowadził Universal Robots w kolejnym etapie rozwoju i innowacji. Jego mianowanie podkreśla przywiązanie firmy Teradyne do duńskich korzeni Universal Robots i jej roli w rozwoju lokalnej społeczności robotyki. Kim obejmie nowe stanowisko w Universal Robots z dniem 1 marca 2021 roku.

„Jestem ogromnie zadowolony, że mogę przedstawić Kima Povlsena jako nowego prezesa zarządu Universal Robots” – powiedział Greg Smith, prezes zarządu Grupy Automatyki Przemysłowej firmy Teradyne, pełniący obowiązki prezesa zarządu Universal Robots. „Kim ma fantastyczne osiągnięcia jako dynamiczny manager z ogromnym zamiłowaniem do robotyki. Universal Robots, z Kimem na pokładzie, ma doskonałe możliwości wzmocnienia pozycji lidera światowego rynku robotyki współpracującej. Możemy przyśpieszyć rozwój opracowywania nowych zastosowań i wzrost rynku. Universal Robots była jedną z firm, które utworzyły podstawy zagłębia robotyki w Odense, a nasi globalni klienci darzą uznaniem innowacyjność i jakość wynikającą z duńskiego dziedzictwa. Cieszę się, że mamy duńskiego prezesa, który może dalej rozwijać nasze osiągnięcia i wspierać ciągły rozwój naszego hubu robotycznego i siedziby w Odense.”

Kim piastował stanowiska zarządcze w obszarze biznesu i technologii w Schneider Electric, światowej firmie zajmującej się zarządzaniem energią i automatyką. Ostatnio był jej wiceprezesem do spraw strategii i technologii, odpowiedzialnym za tworzenie i realizację strategii technologicznej tej wielomiliardowej organizacji. Kim mieszka w Aarhus w Danii, jest absolwentem Wydziału Informatyki i Projektowania Rozwiązań Zagnieżdżonych na Uniwersytecie Południowej Danii. Wśród absolwentów Uniwersytetu znajduje się wielu innowatorów i liderów biznesu z uznanego środowiska robotyki w Odense.

„Już od pewnego czasu z podziwem przyglądałem się Universal Robots” – powiedział Kim. „W moich oczach ta firma to uosobienie innowacyjności i potencjału, dlatego ogromnie mnie ucieszyło, gdy zaproponowano mi to stanowisko. Firma nie tylko była pionierem branży robotów współpracujących, utworzyła ekosystem partnerskich rozwiązań technologicznych i uruchomiła rozległą sieć dystrybutorów obsługujących klientów o zróżnicowanym zapotrzebowaniu na automatykę przemysłową, ale także ma potencjał, by zasadniczo przekształcić obszar automatyki w skali całej gospodarki światowej. Nie mogę się doczekać momentu, gdy stanę się częścią zespołu pracowników Universal Robots, współpracy z nimi i nauki od nich.”

Dobre dane z zachodu

Dobra passa danych zza Odry trwa. Tym razem gospodarka kurczy się mniej, niż dotychczas sądzili analitycy. Konsekwencją tych danych jest kolejne umocnienie euro względem pozostałych walut.

PKB z Niemiec

Dzisiaj od rana poznaliśmy odczyt PKB z Niemiec za IV kwartał. Po raz kolejny okazuje się, że nasz zachodni sąsiad dobrymi odczytami makroekonomicznymi ciągnie w górę całą strefę euro. Spadek PKB wyniósł (nie jak oczekiwano 2,9% w skali roku) a 2,7%. To wynik nie tylko lepszy od obecnych oczekiwań, ale również od pesymistycznych wizji roztaczanych jeszcze kilka miesięcy temu przed nami. Wpływ pandemii jest oczywiście negatywny, ale trochę został przeszacowany. W rezultacie mamy kolejne odbicie w górę euro, które zyskuje na wartości nie tylko względem złotego ale również dolara.

Dane z USA

We wczorajszych danych z USA warto zwrócić uwagę na odczyt indeksu Conference Board. Jest to wskaźnik bazujący na badaniach ankietowych pokazujący optymizm konsumentów. Wyższy od oczekiwań wynik sugeruje, że ich optymizm rośnie, a tym samym w przyszłości może powodować zwiększoną aktywność zakupową przekładającą się na poprawę innych wskaźników gospodarczych. Dane te spowodowały stabilizację dolara względem głównych walut.

Węgry utrzymały stopy procentowe

Wczoraj poznaliśmy decyzję Węgierskiego Banku w sprawie stóp procentowych. Utrzymany został poziom 0,6%. W tym miejscu warto przypomnieć, że Węgrzy relatywnie późno obniżali stopy procentowe i zrobili to zaledwie 0,9% na 0,6%. Patrząc np. na tak często porównywaną z Węgrami Polskę, to my obniżyliśmy stopy procentowe z 1,5% na 0,1%. Dodatkowo należy brać pod uwagę to, że zarówno Polska jak i Węgry są obecnie w czołówce europejskiej pod kątem danych o inflacji. Sytuacja ta sugeruje, że dalsze obniżki są mało prawdopodobne.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Branża e-papierosów nie zgadza się z akcyzą i opłatą za banderole

  • Akcyza na płyny do e-papierosów i wyroby nowatorskie oraz koszty związane z zakupem banderol legalizacyjnych wywołują w branży sporo kontrowersji – jest to najwyższa stawka w historii podatku akcyzowego w Polsce;
  • Koszty „akcyzowe” są znacznie wyższe dla płynów do e-papierosów niż dla konkurencyjnych produktów, w tym tradycyjnych papierosów i tzw. wyrobów nowatorskich tytoniu – mówią przedstawiciele Stowarzyszenia „NIE dla Tytoniu!”;
  • A przed przedsiębiorcami perspektywa kolejnych obostrzeń związanych z pandemią. Czy to odpowiedni czas na tego typu dodatkowe obciążenia?

Kolejna fala – dla branży kolejny cios

Początkowo akcyza na e-papierosy i tzw. wyroby nowatorskie tytoniu miała obowiązywać od 1 lipca 2020 roku, ale z uwagi na pandemię rząd zaniechał jej poboru, przesuwając termin o trzy miesiące. Mocno nadszarpnięta obostrzeniami branża liczyła na złapanie oddechu jesienią i na dodatkowe działania ułatwiające podmiotom wejście w sprzedaż produktów objętych akcyzą.

– W niektórych miesiącach sprzedaż produktów była znikoma, cele sprzedażowe nie zostały zrealizowane według założonych prognoz. Ponadto przez spowolnienie gospodarcze przejście na akcyzę wydaje się mało wykonalne. Nie wszyscy właściciele sklepów są świadomi, że od 1 maja 2021 roku będą musieli posiadać sprzedawać produkty oznaczone banderolą legalizacyjną kosztującą 5 zł za sztukę, co wiąże się też ze znacznie wyższą ceną półkową. Już dziś większość z nich deklaruje, że nie wyda kilku tysięcy złotych na dodatkowe opłaty i woli zamknąć swój sklep. Czy tak faktycznie musi się stać? Można tego uniknąć przede wszystkim dzięki mniejszej stawce za banderole legalizacyjne, gdzie np. dla wszystkich tradycyjnych wyrobów akcyzowych kosztuje 1,30 zł, a dla nas prawie 4 razy więcej! mówią właściciele sklepów z e-papierosami.

Rekordowa akcyza

Warto nadmienić, że na dziś oprócz banderol legalizacyjnych najwyższą stawkę akcyzy ma alkohol etylowy. 100 litrów czystego alkoholu to równowartość 6 275 zł akcyzy. Dla porównania tytoniowe wyroby nowatorskie obciążono od 1 października akcyzą na poziomie ok. 305 zł za 1 kilogram wyrobu, a dla płynów do e-papierosów jeszcze więcej! Tak duże wzrosty nie są notowane w innych branżach.

– Co więcej stawka akcyzy na alkohol wydaje się śmiesznie mała, gdy uświadomimy sobie, że litr płynu do e-papierosów wg obecnych zapisów ustawy o podatku akcyzowym kosztuje 550 zł, a zatem 100 litrów płynu to już kwota 55 000 zł akcyzy. To jest szokujące – mówi Justyna Lipowicz z firmy VAPE RIDE, przedstawiciela z branży płynów do e-papierosów.

 

O ile w przypadku większych przedsiębiorstw nowy koszt nie będzie tak dotkliwy, to środowisko małych i średnich przedsiębiorców branży e-papierosów w Polsce może znów znaleźć się na skraju bankructwa. Wprowadzenie akcyzy oraz obowiązku banderolowania sprawi, że przedsiębiorcy, chcąc przetrwać, zwiększą cenę produktu – płyn, który kosztował 9,90 zł, kosztuje już 17 zł. Gdyby zrobić to stopniowo, uniknęlibyśmy rodzącej się szarej strefy.

Apel o zrównanie stawek

Przedsiębiorcy z branży e-papierosów zrzeszeni w nowopowstałym Stowarzyszeniu czują niesprawiedliwość wynikającą z nierównej wysokości stawek nowej akcyzy w stosunku do wyrobów konkurencyjnych, czyli tradycyjnych papierosów, wyrobów nowatorskich oraz tytoniu do palenia.

– Nowe przepisy wprowadziły stawkę akcyzy na poziomie 0,55 zł/ml płynu do e-papierosów (550 zł za litr), z kolei w przypadku tzw. wyrobów nowatorskich i tytoniu do palenia zaproponowano,  w sumie, po 305,39 zł za kg. Ponadto w przypadku e-papierosów zaplanowano najwyższe koszty związane z wytworzeniem znaków podatkowych i legalizacyjnych. Czujemy niesprawiedliwość względem innych wyrobów do tzw. vapowania, których nie obciąża się w takim stopniu jak nasze produkty mówi grupa członków Stowarzyszenia „NIE dla tytoniu!”. Branża e-papierosów, która na co dzień zatrudnia w Polsce kilkadziesiąt tysięcy osób może pozbawić pracy kolejnych Polaków. I to tych w 90% z własnymi niewielkimi działalnościami gospodarczymi.

– Apelujemy o zrównanie warunków akcyzowych e-papierosów względem pozostałych wyrobów. W obecnej sytuacji czujemy się potraktowani niesprawiedliwie, nowe stawki negatywnie wpłynęły na sytuację ekonomiczną małych i średnich polskich przedsiębiorstw, a będzie jeszcze gorzej zważywszy na kilka tysięcy działalności zarejestrowanych podatników prowadzących własne niewielkie działalności gospodarcze.

Banderole akcyzowe również w górę

Branża zwraca też uwagę na koszty banderolowania, które również sprawiają, że produkcja i handel tymi wyrobami przestaje się opłacać.

– Pamiętając, że z założenia banderole podatkowe powinny kosztować tyle samo, niezależnie, czy to płyn do e-papierosów, wyrób nowatorski, czy paczka papierosów, dlaczego więc koszty zakupu banderol na papierosy i wyroby nowatorskie to zasadniczo 12,40 zł za 1000 sztuk, kiedy te same 1000 sztuk banderol na płyn do e-papierosów to już kwota  trzykrotnie wyższa: 38,28 zł (banderole samoprzylepne)? Owszem w nowym rozporządzeniu Ministra Finansów teoretycznie koszt wytworzenia banderoli akcyzowej nie został zwiększony, ale uwaga ta nie dotyczy najbardziej popularnych banderol samoprzylepnych. W praktyce spadła na nas kolejna podwyżka – dodają przedstawiciele branży, w tym Krzysztof Kondej z firmy Expran Group produkującej płyny.

 

Co ciekawe, pobór akcyzy na e-papierosy nie jest jednakowy we wszystkich krajach UE. Przykładowo we Francji czy Niemczech dodatkowa akcyza nie jest pobierana, natomiast we Włoszech wprowadzona w 2015 roku stawka 0,37 euro/ml miała oznaczać dla rządu zyski na poziomie 86 mln euro za 2015 rok. Plan ten udało się wykonać tylko w ok. 6 proc. Ponadto np. Estonia niedawno wycofała się z akcyzowania wyrobów do vapowania.

Ciekawe, że Niemcy planują opodatkować tylko płyny z nikotyną, co jest zasadne, bo zawartość nikotyny można ustalić, a dodatkowo jest to zgodne z przepisami zdrowotnymi regulującymi obrót wyrobami służącymi do dostarczania nikotyny, a również zbieżne z unijnym planem walki z chorobami nowotworowymi.

Źródło:

  • Ustawa o podatku akcyzowym
  • Rozporządzenia MF w sprawie oznaczania wyrobów akcyzowych znakami akcyzy
  • https://fundacjarepublikanska.org/wp-content/uploads/2016/12/raport-e-papierosy-fundacja-republikanska.pdf
  Płyn do e-papierosów Wyroby nowatorskie Tytoń do palenia Papierosy
Stawka akcyzy 0,55 zł/ml

550 zł za 1 litr

155,79 za kg + 32,05% średniej ważonej detalicznej ceny sprzedaży tytoniu do palenia (466,77 zł)

 305,39 zł za kg

155,79 za kg + 32,05% maksymalnej ceny detalicznej (cena wydrukowana na opakowaniu jednostkowym) 228,10 zł za 1000 sztuk plus 32,05% maksymalnej ceny detalicznej (cena wydrukowana na opakowaniu jednostkowym)
Podstawa opodatkowania Mililitr – utrudniający pomiar Kilogram i procent co roku ogłaszanej przez Ministra Finansów ceny Kilogram i procent od ceny nadrukowanej na opakowanie 1000 sztuk i procent od ceny nadrukowanej na opakowanie
Znak podatkowy – koszt wytworzenia 38,28  zł za 1000 sztuk w rolkach 12,40 zł za 1000 sztuk lub 14,47 zł za 1000 sztuk (pokrojone) 12,40 zł za 1000 sztuk lub 14,47 zł za 1000 sztuk (pokrojone) 12,40 zł za 1000 sztuk lub 14,47 zł za 1000 sztuk (pokrojone)
Znak legalizacyjny – koszt zakupu 5 zł 2 zł 1,30 zł 1,30 zł

 

Wciąż nie ma możliwości rozliczania PIT-36 przez internet

Będą opóźnienia w zwrocie nadpłaconego podatku. Wciąż nie ma możliwości rozliczania PIT-36 przez internet.

Przedsiębiorcy, którzy planują rozliczenie z fiskusem za 2020 rok drogą elektroniczną, mogliby otrzymać zwrot nadpłaconego podatku w ciągu maksymalnie 45 dni. Na razie jednak nie działa możliwość składania e-zeznań PIT-36 i PIT -36L.

Nowe wzory deklaracji podatkowych zostały ogłoszone w drodze rozporządzenia już 18 grudnia zeszłego roku. Przedsiębiorcy, którzy rozliczają się na formularzach PIT-36 oraz PIT-36L wciąż jednak nie mogą złożyć zeznania drogą elektroniczną. Pozostaje im wyłącznie tradycyjna forma papierowa, jednak w tym wypadku czas oczekiwania na zwrot środków może potrwać nawet 90 dni. Według zapowiedzi rządu elektroniczny formularz PIT-36 ma być dostępny na przełomie lutego i marca. Nie znamy jeszcze choćby orientacyjnej daty udostępnienia PIT-36L.

Tymczasem rok 2020 był dla wielu podatników bardzo specyficzny ze względu na panującą pandemię. Wielu z nich może mieć nadpłatę podatku, a jej zwrot byłby często znaczącym wsparciem, które pomogłoby poprawić płynność finansową i podreperować budżet firmy. W dodatku brak złożonego zeznania rocznego rodzi trudności w przypadku starania się o kredyt, ponieważ już teraz wymaga go wiele banków.

Ponadto w mojej opinii, jeśli brak obecnie jest instrumentów służących do złożenia zeznania drogą elektroniczną, zwrot nadpłaty z deklaracji złożonych drogą papierową powinien następować szybciej niż w ciągu 90 dni. Wielu przedsiębiorców jest przecież gotowych do rozliczenia się z fiskusem, a dwukrotnie dłuższy termin zwrotu nadpłaty może mieć negatywny wpływ na ich już i tak nadwyrężoną przez pandemię sytuację finansową.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Duże marki w odwrocie – polscy konsumenci mniej zainteresowani znanymi markami

Pandemia nadal budzi niepokój polskich konsumentów, ale nastroje zdają się uspokajać z każdym miesiącem. Znajduje to też odzwierciedlenie w zwyczajach zakupowych Polaków. Choć nadal jesteśmy w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o gromadzenie zapasów, to konsumentów, którzy się do tego przyznają ubyło w ciągu miesiąca o 5 p.p. Natomiast prawie połowa z nas, a więc najwięcej w Europie, poluje na okazje. Z badania Global State of the Consumer Tracker przeprowadzonego w Polsce po raz 12. przez firmę doradczą Deloitte wynika też, że zauważalnie zmniejsza się zainteresowanie dużymi markami na korzyść tzw. marek sklepowych.

Polscy konsumenci zdają się coraz pewniej czuć w wywołanej pandemią sytuacji. W ciągu miesiąca spadła liczba tych, którzy obawiają się o własne zdrowie (-1 p.p.), a także o zdrowie bliskich, oszczędności i utratę pracy (po -3 p.p.).

Największy spadek, o 5 p.p., dotyczy obaw o spłaty zadłużenia kredytowego. Rośnie również nasze poczucie bezpieczeństwa w takich miejscach jak sklepy, hotele, a także podczas lotów, udziału w wydarzeniach masowych i korzystania z usług wymagających bezpośredniego kontaktu. Jeszcze nigdy w historii badania nie było tak wysokie jak w jego najnowszej edycji. Z kolei niezmiennie tym, co najbardziej niepokoi rodzimych konsumentów jest zdrowie rodziny, mówi Michał Tokarski, partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Także opracowany przez Deloitte indeks niepokoju (różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które temu zaprzeczyły) spada od trzech miesięcy. W najnowszej, przeprowadzonej na przełomie stycznia i lutego edycji wynosi 0.

To mniej o 2 p.p. niż miesiąc wcześniej i aż o 34 p.p. niż w listopadzie, kiedy też osiągnął rekordowy dla Polski wynik, a nasz kraj był na szczycie zestawienia krajów z najwyższym poziomem obaw, wyprzedzając nawet o 3 p.p. Indie, gdzie zazwyczaj wartość indeksu niepokoju jest najwyższa ze wszystkich 18 badanych państw. Teraz, razem z Francją, gdzie indeks niepokoju również wynosi 0, jesteśmy na 9 miejscu. W Europie wyprzedzają nas Brytyjczycy, Włosi, Irlandczycy i Hiszpanie.

Osoby, które deklarują wzrost poziomu obaw od ostatniego badania wciąż najczęściej, jako przyczynę wskazują COVID-19, ale od stycznia ich liczba spadła aż o 8 p.p., do 67 proc. Na drugim miejscu jest stres związany z sytuacją finansową (47 proc.).

Wydatki na żywność na stabilnym poziomie

Po sporym skoku miesiąc temu, ubywa deklaracji dotyczących planowanego wzrostu wydatków na utrzymanie mieszkania lub domu, jak na przykład czynsz lub koszty związane z wynajmem (-2 p.p.), a także na meble, elektryczność czy ogrzewanie (po -3 p.p.), telewizję kablową i na elektronikę (po -1 p.p.). Wciąż, choć nieznacznie (+1 p.p.) przybywa konsumentów, którzy zapowiadają większe wydatki w najbliższym czasie na podróże. Niemal jedna piąta ankietowanych planuje w ciągu miesiąca więcej wydać na odzież, a nieco ponad jedna czwarta na rzeczy codziennego użytku do domu.

Od zeszłego miesiąca właściwie nie zmieniła się zawartość spożywczego koszyka polskiego konsumenta. Na stałym poziomie utrzymuje się liczba osób, które przewidują w ciągu najbliższych czterech tygodni zwiększyć wydatki na jedzenie. To wciąż 28 proc. ankietowanych. Symbolicznie tylko – o 1 p.p. – przybyło tych, którzy planują zwiększyć wydatki na alkohol. O tyle samo z kolei ubyło Polaków, którzy chcą więcej wydawać na jedzenie na wynos. Planuje tak 15 proc. ankietowanych, mówi Kamil Kucharczyk, wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.

Duże marki w odwrocie

Warta odnotowania jest spora zmiana dotycząca zainteresowania Polaków dużymi markami. O ile w poprzedniej fali ankiet eksperci Deloitte odnotowali spadek zainteresowania, tzw. store brands na korzyść znanych i dużych marek, w tym miesiącu można zaobserwować całkowite odwrócenie tego trendu.

Name brands, czyli produkty ze znaną i rozpoznawalną metką wciąż co prawda cieszą się większym zainteresowaniem, niż tzw. private labels, a więc marki własne sieci handlowych, ale od ostatniego badania zauważalnie ono stopniało. O 5 p.p. ubyło konsumentów, którzy decydują się na ich zakup wybierając rzeczy do domu – to dziś 70 proc. konsumentów. Aż o 7 p.p. zmalała grupa tych Polaków, którzy kupują napoje znanych marek. Decyduje się na to tylko nieco połowa naszych ankietowanych, mówi Natalia Załęcka, CMO Advisory Leader, Deloitte.

Odpowiednio zwiększyło się tym samym zainteresowanie tzw. store brands. Jedna trzecia z nas sięga po nie podczas zakupów żywności, a od ostatniego badania takich odpowiedzi przybyło o 2 p.p. O 3 p.p. więcej niż miesiąc temu jest natomiast tych, którzy wybierają marki własne sklepów, kupując środki higieny osobistej (29 proc.) i napoje (27 proc.), a aż o 4 p.p. przybyło konsumentów, którzy decydują się na to podczas zakupów rzeczy do domu.

Najczęściej wybieramy duże marki, bo po prostu bardziej im ufamy (35 proc.) oraz uważamy, że są to produkty lepszej jakości (34 proc.). O kupnie private labels w przypadku jednej trzeciej polskich konsumentów decyduje przekonanie, że ich jakość jest taka sama lub zbliżona do produktów znanych marek. Prawie jedna czwarta badanych odpowiedziała natomiast, że nie stać ich na zakup marek znanych, a więc często droższych. To więcej o 5 p.p. niż miesiąc temu.

Jedzenie jest kategorią zakupową, którą konsumenci na całym świecie najczęściej kupują offline. Przyznaje się do tego najwięcej Niemców (91 proc.), ale także Polaków i Japończyków (po 90 proc.). W Europie najmniej klientów, którzy preferują tę formę zakupów jedzenia jest wśród Brytyjczyków (70 proc.), na świecie zaś wśród Chińczyków (57 proc.). Niemcy są także krajem, gdzie konsumenci najrzadziej na świecie kupują artykuły spożywcze online. Deklaruje to jedynie 5 proc. ankietowanych w tym kraju i nieco więcej (6 proc.) Francuzów. Do kupowania żywności online wciąż nie mogą się też przekonać Polacy. Decyduje się na to jedynie 7 proc. z nas, tyle samo ile w poprzedniej fali badania. W ciągu miesiąca o 2 p.p. przybyło natomiast Brytyjczyków, którzy najczęściej w Europie kupują jedzenie w Internecie (22 proc.). Na świecie najwięcej konsumentów, którzy się do tego przyznają jest w Chinach (27 proc.). Polacy w sklepach stacjonarnych kupują także rzeczy do domu (82 proc.) i leki (80 proc.).

Trend BOPIS najmocniejszy w elektronice

Polacy najczęściej kupują online elektronikę (37 proc.) oraz jedzenie z dostawą (36 proc.). Od ostatniego badania jednak w obu tych kategoriach zakupowych o 3 p.p. ubyło osób, które udzieliły takiej odpowiedzi, Wciąż 35 proc. z nas najchętniej kupuje w sieci ubrania.

Analizując wyniki z innych krajów, zauważalny jest wzrost liczby Brytyjczyków, którzy w sieci kupują sprzęt elektroniczny (4 p.p.). Odpowiedziała tak ponad połowa z nich, tym samym to najwyższy wynik globalnie we wszystkich badanych kategoriach zakupowych. Najchętniej w Internecie elektronikę kupują Holendrzy (47 proc.).

Na Wyspach i w Irlandii popularna jest ta forma zakupów także w przypadku ubrań (po 48 proc.).

Od miesięcy szczególnie uważnie obserwujemy tzw. trend BOPIS, czyli „buy online, pick up in store”. Także w tym przypadku, jest on najbardziej widoczny podczas zakupów elektroniki. Robi tak 14 proc. naszych ankietowanych. Kolejne 13 proc. badanych decyduje się na taką formę zakupów, kupując odzież. Niewiele mniej, bo 12 proc. zamawia jedzenie online i odbiera je w restauracji. Najrzadziej decydujemy się na kupowanie w ten sposób żywności i rzeczy do domu. Robi tak odpowiednio 4 proc. i 6 proc. z nas, mówi Wiesław Kotecki, partner, lider zespołu Customer Strategy & Applied Design.

W Europie trend BOPIS jest najpopularniejszy w Holandii. 16 proc. ankietowanych zamawia w ten sposób jedzenie w restauracjach. Na świecie trend ten najbardziej przypadł do gustu konsumentom w Kanadzie, Chinach i Indiach. Co ciekawe najmniejszą popularnością cieszy się w Japonii. W tym kraju najczęściej jest wybierany podczas zakupów elektroniki, ale i tak decyduje się na to jedynie 5 proc. respondentów.

Przybyło łowców okazji

We wszystkich dotychczasowych edycjach badania polscy konsumenci są w czołówce, jeżeli chodzi o robienie zapasów. Nowa fala ankiet przynosi ciekawe obserwacje. W ciągu miesiąca o 5 p.p. spadła nad Wisłą liczba konsumentów, którzy przyznają, że kupują więcej niż są w stanie zużyć na bieżąco. To znaczna zmiana w porównaniu ze styczniową edycją, kiedy pobiliśmy własny rekord. 41 proc. to nadal najwyższy wynik w Europie, ale dzielimy go z Brytyjczykami i Holendrami. Na świecie najwięcej osób robi zapasy w Indiach – 65 proc. O 3 p.p. przybyło natomiast od stycznia konsumentów, którzy polują na okazje. Odpowiedziała tak prawie połowa zapytanych, to najwyższy wynik w Europie. Globalnie najwięcej podobnych odpowiedzi było w Chinach – 59 proc.

Od grudnia powoli przybywa Polaków, którzy chętniej kupują od lokalnych sprzedawców i producentów. Robi tak już połowa z nas nawet, jeśli wiąże się z tym wyższa cena produktów. Nieznacznie natomiast ubyło tych (-1 p.p.), którzy chętniej kupują od producentów, którzy odpowiedzialnie zareagowali na kryzys wywołany pandemią (38 proc.).

W oczy rzuca się duży, bo aż o 6 p.p. wzrost zwolenników tzw. trendu convenience, czyli konsumentów, którzy są gotowi dodatkowo płacić za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu. Odpowiedziało tak 37 proc. ankietowanych w Polsce. Tyle samo co w Hiszpanii. 57 proc. decyduje się na ten wydatek, by chronić zdrowie, dla 52 proc. to sposób na zaoszczędzenie czasu – mówi Michał Tokarski. W Europie najwięcej konsumentów korzysta z wygód podczas zakupów w Irlandii (43 proc.) i Wielkiej Brytanii (42 proc.).

O badaniu

Badanie „Global State of the Consumer Tracker” zostało przeprowadzone po raz piętnasty na świecie i po raz dwunasty w Polsce. Badanie reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią koronawirusa, zostało przeprowadzone przez Deloitte na przełomie stycznia i lutego. Ankiety wypełniło po tysiąc konsumentów z 18 krajów. Oprócz Polski byli to mieszkańcy: Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile oraz RPA.

Andrzej Kubisiak: dzięki szczepieniom gospodarka odbije się od dna

Narodowy program szczepień sprawia, że prognozy gospodarcze są coraz bardziej optymistyczne. Jeśli zaszczepi się odpowiednia liczba osób, sytuacja gospodarcza kraju zacznie się wyraźnie poprawiać. Ekonomiści przewidują, że już druga połowa 2021 roku przyniesie nam odbicie – a wzrost gospodarczy sięgnie nawet 4%. Poprawić ma się również sytuacja na rynku pracy, ustabilizować poziom bezrobocia i wzrosnąć popyt na zatrudnienie.

– Trwała zmiana i pewna stabilizacja, która może wyniknąć z rozprowadzenia odpowiedniej puli szczepień, najprawdopodobniej sprawi, że już druga połowa tego roku będzie okresem wzrostu gospodarczego. Z perspektywy rynku pracy oznaczałoby to trudny pierwszy kwartał i odbudowę w kolejnych miesiącach. Spodziewamy się, że w 2022 roku powrócimy do trendów na rynku pracy, które widzieliśmy przed pandemią – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Bardzo wiele zależy jednak od tego, jak będzie rozwijać się sytuacja epidemiczna. Spowolnienia w szczepieniach lub nowe zagrożenia – wynikające z szerzącej się pandemii – mogą uniemożliwić rozwój tego scenariusza. Modele prognostyczne i przewidywania opierają się na założeniach, co może mieć miejsce w przyszłości. Jednak sytuacja może rozwinąć się inaczej – zaznacza Kubisiak.

Magazyny i logistyka miejska w Polsce

Rozwój e-commerce i przyspieszający proces urbanizacji przekładają się na rosnące zasoby magazynów miejskich w Polsce. Ich podaż to około 1,6 mln mkw. z perspektywą wzrostu.

W ciągu dekady zasoby magazynowe w Polsce urosły ponad trzykrotnie – z 6,3 mln mkw. pod koniec 2010 roku do prawie 21 mln mkw. w 2020. Ten dynamicznie rozwijający się sektor nieruchomości wykazuje oznaki dojrzałości. Świadczą o tym m.in. nowe formaty pojawiające się szczególnie w największych aglomeracjach. Przykładem jest segment magazynów miejskich, który wspólnie analizują JLL i SEGRO w raporcie „Logistics Avenue: logistyka miejska w Polsce”.

Magazyny miejskie cieszą się w Polsce coraz większym zainteresowaniem ze strony klientów. Ostatnie lata przyniosły zdecydowany wzrost nowych inwestycji w tym formacie, zaś w portfelu SEGRO takie projekty stanowią aż 67% całkowitej wartości. Rozwój logistyki miejskiej to efekt m.in. rosnącej populacji w aglomeracjach, rozwoju branży e-commerce i trendu same day delivery, czyli dostawy tego samego dnia – jak również transformacji łańcuchów dostaw, komentuje Bożena Krawczyk, Dyrektor Inwestycyjna SEGRO na Europę Centralną.

Magazyny miejskie, czyli jakie?

Miejskie zasoby logistyczne są z założenia zlokalizowane w granicach miast. Jednak nie jest to w pełni wyczerpująca definicja.

Do niedawna większość magazynów miejskich w Polsce była projektowana jako standardowe obiekty typu „big-box”, które niekoniecznie są bezpośrednio związane z obsługą logistyczną miasta. Jednak zasoby magazynowe w granicach miast obejmują również szereg alternatywnych formatów typu mixed-use z dominującą funkcją magazynową. Dlatego też, w celu trafnej klasyfikacji, uwzględnić należy nie tylko kryteria geograficzne, ale także funkcjonalne i techniczne, tłumaczy Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowych, JLL.

Ważne zatem są rodzaje operacji wykonywanych w takich magazynach, które zwykle są wykorzystywane do sortowania i dystrybucji.

W wielu przypadkach, zwłaszcza w odniesieniu do największych sieci handlowych, miejska przestrzeń magazynowa stanowi uzupełnienie znacznie bardziej złożonych łańcuchów logistycznych, obsługując w wybranym mieście dostawy tzw. ostatniej mili. Znajduje to odzwierciedlenie w mniejszych rozmiarach pojedynczych modułów. Dla przykładu, w Warszawie średnia wielkość nowych transakcji od 2018 roku wynosiła ok. 2000 mkw., w porównaniu do 6000 mkw. w lokalizacjach podmiejskich, dodaje Maciej Kotowski, Analityk Rynku, JLL.

Inne cechy miejskiego magazynu to zdecydowanie większy udział nowoczesnej powierzchni biurowej (do 20-30% GLA), dedykowane miejsca parkingowe, a także coraz powszechniej stosowane rozwiązania z obszaru zrównoważonego rozwoju i placemakingu.

Popyt na magazyny miejskie coraz bardziej wyrafinowany

Rynek logistyki miejskiej jest zdominowany przez najemców z sektorów logistyki, sprzedaży detalicznej i branż pokrewnych, takich jak FMCG, żywność i elektronika. Niemniej jednak, firmy produkcyjne, starając się korzystać z bliskości obszarów miejskich i szerszego dostępu do wykwalifikowanej siły roboczej, również generują znaczącą część popytu, komentuje Waldemar Witczak, Dyrektor Regionalny SEGRO.

Rosnąca siła nabywcza, wzrost handlu online, napędzają popyt ze strony firm kurierskich. Wcześniej ich obserwowany model ekspansji polegał głównie na budowie własnych obiektów w celu wypełniania luk w globalnych łańcuchach dostaw. Dziś, równolegle z ogromnym wzrostem liczby paczek do dostarczenia, firmy te coraz częściej preferują wynajem powierzchni magazynowej.

Przewiduje się, że struktura popytu na obiekty miejskie w Polsce będzie powoli przekształcać się w kierunku tej obserwowanej w Europie Zachodniej, gdzie magazyny tego typu przyciągają start-upy, firmy skupione na nowych technologiach, centra danych i niszowych producentów, a także operatorów laboratoriów badawczo-rozwojowych. To sprawi, że segment nieruchomości magazynowych położonych w obrębach miast stanie się jeszcze bardziej zróżnicowany i wyrafinowany, dodaje Waldemar Witczak.

Na rozwój tego segmentu rynku nadal będą też pracować zmieniające się potrzeby zakupowe polskich konsumentów.

Rosnący wolumen sprzedaży internetowej w Polsce, który dodatkowo przyspieszył w związku z pandemią, stanie się z pewnością głównym motorem napędowym nowego popytu na obiekty typu last-mile oraz aktywności deweloperów, tym bardziej, że już teraz sektor mierzy się z niewystarczającą podażą produktu. Dotyczy to zarówno cross-docków, małych hubów kurierskich, jak i nowych formatów mixed-use, które objąć mogą też stare budynki przemysłowe, handlowe i biurowe w centrach miast, wyjaśnia Bożena Krawczyk.

Rynek dopiero się rozkręca

Podaż magazynów miejskich w Polsce wynosi około 1,6 mln mkw., co stanowi blisko 7,5% całkowitej komercyjnej powierzchni logistycznej i przemysłowej w Polsce.

Co ciekawe, większość, bo aż 70% podaży zlokalizowanej w miastach to nadal standardowe magazyny typu big-box. Znaczącą część rynku (ponad 20%) stanowią również obiekty SBU (Small Business Units), czyli budynki oferujące małe moduły biznesowe. Coraz większą popularnością cieszą się też magazyny typu cross-dock, które głównie wykorzystywane są przez firmy kurierskie. Projekty różnią się wielkością, kształtem, specyfikacją techniczną, itd. Potwierdza to, że nie ma jednego uniwersalnego szablonu dla magazynu miejskiego, co dodatkowo utrudnia nowe inwestycje spekulacyjne. Jednak niesłabnący popyt w połączeniu z rosnącym zainteresowaniem lokalizacjami miejskimi wśród inwestorów, pozwalają patrzeć w przyszłość z dużą dozą optymizmu. Od 2015 roku magazyny miejskie stanowiły około 11% wartości transakcji w sektorze magazynowym. Natomiast biorąc pod uwagę dynamiczną urbanizację i zmieniające się zachowania konsumenckie, możemy spodziewać się, że ich udział w najbliższych latach będzie rósł, komentuje Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych, JLL.

Największy (40%) udział miejskich magazynów ma Warszawa. Drugie miejsce zajmuje Górny Śląsk, który zyskuje dzięki rozwiniętej infrastrukturze drogowej w pobliżu głównych obszarów miejskich. Trzecim co do wielkości rynkiem jest Łódź, co można przypisać wielkości aglomeracji, historycznemu rozwojowi i przemysłowemu charakterowi miasta.
Rynek logistyki miejskiej ma duży potencjał wzrostu. W budowie jest kolejne 1,8 mln mkw. powierzchni logistyczno-magazynowej, z czego 80% w największych aglomeracjach i wokół nich, a ponad 25% wewnątrz miast. W Warszawie 26% powierzchni realizowanej powierzchni przypada na granice administracyjne stolicy, dodaje Tomasz Mika.

Historycznie wskaźnik pustostanów w parkach zaliczanych do logistyki miejskiej podlegał znacznym zmianom – od 0% do 22%, co można tłumaczyć stosunkowo niewielką podażą (bazą). Jednak całkowita powierzchnia niewynajęta rzadko przekraczała 200 000 mkw. Przykładowo, w grudniu 2020 r. wynosiła ona 230 000 mkw., co stanowiło około 9% zasobów.

Czynsze

Wysokość czynszu zależy nie tylko od samej lokalizacji, ale także od warunków najmu, standardu technicznego i wielu innych czynników. Najtańsze magazyny zlokalizowane w mieście oferują powierzchnie za 0,5 euro więcej niż najlepsze nieruchomości na przedmieściach.

Nie czekajmy na zieloną rewolucję

To nie czas, by czekać, aż na drogi wyjadą zeroemisyjne ciężarówki, napędzane energią elektryczną czy wodorem. Sektor transportu, spedycji i logistyki może dokonać realnej zmiany już teraz i podjąć ważne kroki dla uczynienia branży bardziej przyjazną środowisku.

Pod koniec ubiegłego roku Grupa Volvo, IVECO, Daimler Truck AG, OMV oraz Shell podjęły zobowiązanie do współpracy na rzecz stworzenia warunków dla masowego wdrożenia samochodów ciężarowych zasilanych wodorem w Europie. Program H2Accelerate jest podzielony na dwie fazy – pierwsza ma polegać na uruchomieniu pierwszych stacji tankowania i wypuszczeniu na rynek setek pojazdów, a druga na „umasowieniu”, a więc zwiększeniu skali produkcji. Zgodnie z założeniem w drugiej połowie lat 20. ciężarówek napędzanych wodorem ma być już 10 tysięcy, a wszystkie korytarze transportowe mają być wyposażone w wydajne i niezawodne stacje ładowania. [1] Jednocześnie z danych Wood Mackenzie wynika, że do końca 2019 po amerykańskich drogach poruszało się około 2 tys. ciężarówek z napędem elektrycznym, a do 2025 liczba ta wielokrotnie wzrośnie do 54 tys. pojazdów. [2]

Głosy pesymistów

Wymienione wyżej przykłady to bez wątpienia liczby, które mogą budzić podziw w branży. Elektryczne pojazdy wreszcie nie są już niszą, ale środkiem do osiągnięcia celu, jakim jest zrównoważony rozwój. W dalszym ciągu rozważania to nadal wizje. Już nie tak odległe, jak jeszcze kilka lat temu, ale nadal wizje.

Pesymiści i sceptycy wskazują, że może i perspektywa tysięcy elektrycznych aut na europejskich czy amerykańskich drogach może i jest realna, ale w dalszym ciągu „ekociężarówki” nie wyprą tych napędzanych tradycyjnym paliwem – 54 tysiące ekologicznych ciężarówek wobec kilku milionów na drogach Stanów Zjednoczonych, to przecież zaledwie ułamek. Również do drugiej połowy lat 20., w której ma ruszyć masowa produkcja ciężarówek napędzanych wodorem, jest jeszcze sporo czasu.

Wcale nie oznacza to jednak, że do zielonej rewolucji należy podchodzić z rezerwą czy w ogóle podważać jej zasadność. Bo nie należy! Rzecz w tym, że nie należy jej wypatrywać, bo ta… już nadeszła. W oczekiwaniu na nowe, ekologiczne rozwiązania cała branża powinna już od dawna powinna podążać „zielonym szlakiem”.

Transport kolejowy

Pod koniec roku Urząd Transportu Kolejowego opublikował dane, które mogły napawać optymizmem. W listopadzie 2020 roku po raz pierwszy od dwóch lat wzrosła (w stosunku do listopada 2019) masa przewiezionych towarów na terenie kraju. Tak, jak w listopadzie 2019 było to 19,88 miliona ton, tak rok później – już 20,6 miliona. Wzrost o 3,63 % jest więc nieznaczny, ale może być początkiem odwrócenia trendu. Tym bardziej, że grudzień przyniósł jeszcze lepsze wieści – znów odnotowano wzrost, i to o wiele większy – 13,22 proc. z 17,49 milionów do 19,79! [3]

I choć w 2020 roku wolumen transportu kolejowego w ogólnym ujęciu odnotował stratę i przewieziono „jedynie” 77,5 miliona ton towarów wobec ponad 82 w 2019, panika jest niewskazana. Branża jest coraz bardziej otwarta na transport kolejowy. Wiążą się z nim pewne ograniczenia, ale ma swoje plusy: jest tańszy i oferuje większą ładowność, a przede wszystkim… to opcja bardziej przyjazna dla środowiska. Może właśnie nadeszła – nomen omen – kolej na tę formę transportu towarowego?

Logistyka zwrotna

W dyskusji na temat ekologii w TSL nie można pominąć kwestii opakowań zwrotnych. Wiele firm nadal nie radzi sobie z obrotem opakowaniami zwrotnymi czy paletami. Nie chodzi tylko o ich utylizację i przerabianie na odpady, ale również zarządzanie szeroko pojętą informacją na ich temat – uważny, sprawny przedsiębiorca powinien mieć nad tym nadzór. Przy skutecznym prowadzeniu logistyki zwrotnej można przywrócić zużyte opakowania do obrotu czy ograniczyć nadwyżki magazynowe, a tym samym zredukować produkcję odpadów. Szczęśliwie, na rynku pojawiają się operatorzy, którzy coraz lepiej orientują się w tej kwestii i zdają sobie sprawę z wagi problemu.

Magazyny, które są eko

Coraz częściej słychać głosy o inteligentnych magazynach, napędzanych i zarządzanych przez sztuczną inteligencję i cały szereg procesów powiązanych z automatyzacją i cyfryzacją. To słuszne, ale… magazyn nie musi być inteligentny, by wpisywać się w ideę zrównoważonego rozwoju. Może po prostu być ekologiczny i to w maksymalnie praktycznym wymiarze. Instalacja fotowoltaiczna na dachu? Energooszczędne oświetlenie czy wentylacja budynku? Poprawa izolacji budynków? Żadne z tych rozwiązań nie jest przecież nieosiągalne. Wymaga tylko nakładów inwestycyjnych i chęci!

Zmiana dokonuje się już teraz

„Zielony transport” to nie utopia. Więcej – to rzeczywistość, na którą nie musimy już czekać, a jednocześnie powolny, rozłożony w czasie, żmudny proces. Rewolucja nie nastąpi wraz z wyjazdem na europejskie drogi pierwszych dziesięciu tysięcy napędzanych wodorem ciężarówek. Owszem, będzie to istotny krok w stronę transportu zeroemisyjnego, ale nie całkowite rozwiązanie kwestii transportu zeroemisyjnego. Nie należy na nie czekać, lecz… podejmować rozsądne, zdecydowane działania.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

[1] https://media.daimler.com/marsMediaSite/en/instance/ko/H2Accelerate–new-collaboration-for-zero-emission-hydrogen-trucking-at-mass-market-scale.xhtml?oid=48445607

[2] https://www.greentechmedia.com/articles/read/woodmac-the-us-will-have-54000-electric-trucks-by-2025

[3] https://utk.gov.pl/pl/raporty-i-analizy/analizy-i-monitoring/statystyka-przewozow-to/16644,Dane-eksploatacyjne-w-2020-rMonthly-Statistics-2020.html

Nowe centrum logistyczne InPost

Firma InPost, właściciel sieci Paczkomatów, uruchomi nowe centrum logistyczne o powierzchni 6000 m kw. w obiekcie Prologis Park Chorzów. W transakcji, jednemu z największych operatorów logistycznych w Polsce, doradzała firma Savills.

„Nasza infrastruktura logistyczna jest obecnie bardzo efektywna – pokazał to ostatni szczyt świąteczny, na który byliśmy doskonale przygotowani. Dostawa przesyłek w trybie D+1 to duże wyzwanie dla każdego operatora, także kurierów – zwłaszcza w obliczu ograniczeń pandemicznych. Przez 12 lat aktywności na polskim rynku opracowaliśmy sprawdzony model logistyczny, który możemy wdrożyć także na innych rynkach europejskich. Tajemnica naszej efektywności to także świetnie przygotowana aplikacja mobilna, której używa już ponad 5,7 mln Polaków. Połączenie unikatowej usługi, jaką są Paczkomaty® InPost, sprawnej logistyki i niedostępnej u konkurencji aplikacji sprawia, że nasze usługi są nie tylko wygodne, ale najbardziej nowoczesne i innowacyjne na rynku” – mówi Rafał Brzoska, prezes InPost.

„InPost jest jednym z najaktywniejszych najemców na rynku powierzchni logistycznych w Polsce, a zapotrzebowanie na jego usługi stale rośnie w wyniku wzrostu popularności sektora e-commerce. Cieszymy się, że mieliśmy przyjemność doradzać jednemu z liderów na polskim rynku logistycznym i pomóc mu w rozwoju na Górnym Śląsku” – mówi Maciej Gierak, menedżer ds. rozwoju biznesu, dział powierzchni magazynowych i przemysłowych, Savills.

Liczba Paczkomatów® (ponad 11.000 urządzeń w Polsce) ponad dwukrotnie przekroczyła skalę placówek własnych Poczty Polskiej (4600[1]). Paczkomaty® InPost dostępne są w Polsce także przy sklepach: Dino, Lidl, Kaufland, sieci sklepów Delikatesy Centrum organizowanych przez Grupę Eurocash, a także w Centrach Handlowych Auchan. InPost podpisał również umowę z siecią sklepów Auchan na dostawę Lodówkomatów oraz usługę dostaw door-to-door. Funkcjonalności maszyn lodówkowych InPost pozwalają na bezpieczne przechowanie i odbiór żywności, napojów oraz mrożonek zamówionych przez Internet w Auchan Direct. Według badań Kantar TNS aż 40% kupujących w sieci chce odbierać zakupy spożywcze w Paczkomatach® InPost.

Ze strony firmy Savills, świadczącej usługi doradcze dla najemców nieruchomości magazynowych i przemysłowych, w procesie znalezienia odpowiedniej lokalizacji i negocjacji warunków umowy firmie InPost doradzali Maciej Gierak oraz Michał Kulig.

[1] Źródło: https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1401760,zarzad-poczty-o-podwyzkach-dla-listonoszy.html

Obligacje korporacyjne nadal w cenie. Polacy chcą lokować kapitał w fintechach

Lokowanie kapitału w dobie koronawirusa było już tematem na tyle powielanym, że niektórym analitykom wydawało się, iż nie będzie przestrzeni do dyskusji o covidowym inwestowaniu — szczególnie w przypadku obligacji. Ot, aktywa o niskim ryzyku, względnie bezpieczne, acz dla niektórych mdłe i stopniowo mało opłacalne. Czy istnieje alternatywa?

W tej kategorii nawet inwestorzy indywidualni zaczęli porównywać obligacje do znajdujących się na równi pochyłej lokat bankowych. Chcąc uciec przed inflacją, a zarazem nie osiąść na kapitałowej mieliźnie przy okazji wykupu papierów emitowanych przez Skarb Państwa, warto zerknąć w stronę obligacji korporacyjnych.

Co jednak z tradycyjną “konkurencją”?

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Lokaty bankowe złapały już poziom absurdalnego procentu zerowego, choć jeszcze przed oficjalnym (pierwszym) lockdownem, placówki nie zachęcały do gromadzenia kapitału. Według wyliczeń Głównego Urzędu Statystycznego i Narodowego Banku Polskiego, 2 tygodnie przed wiosennym zamrożeniem gospodarki na tego typu kontach było o ponad 63 mld zł więcej (z tendencją zniżkową), niż odnotowano na jesieni 2020 roku. Odpływ gotówki postępował wraz ze wzrostem zachorowań — a te w sensie ekonomicznym, nie oszczędziły oszczędzających.

Pod koniec sierpnia polskie lokaty stanęły pod znakiem rekordowego odpływu. W sumie Polacy na rachunkach bankowych z relatywnie niskim już procentem trzymali 227,6 mld zł. Co ciekawe, równie niepokojące wyniki odnotowano 9 lat wcześniej — w grudniu 2011 roku. Część klientów rozpoczęła eksodus w stronę ROR-ów i tradycyjnych kont oszczędnościowych.

A obligacje Skarbu Państwa?

Te z kolei przez moment notowały ciekawy powrót do łask, choć w tej kategorii przemawiały raczej względy brutalnie pragmatyczne. Przypadki wykupu papierów państwowych zdarzały się wyłącznie “na chwilę” i to w kontekście bezpiecznego ratowania się przed inflacją. Według rocznych sprawozdań Ministerstwa Finansów popyt na detaliczne obligacje Skarbu Państwa osiągnął rekordowy poziom 28,4 mld zł, ale popularność papierów dłużnych napędzały tylko 2 rodzaje obligacji. Podczas pierwszych kwartałów 2020 roku, czyli w okresie ucieczki z banków, prym wiodły 4-letnie obligacje antyinflacyjne.

Druga połowa poprzedniego sezonu z kolei była najbardziej wymownym momentem dla całego systemu bankowego. Otóż Polacy zdecydowali się na zakup 3-miesięcznych obligacji krótkoterminowych, które miały być wyłącznie przystankiem na covidowej drodze inwestorskiej — zarówno w przypadku osób fizycznych, jak i całych spółek.

Co było dalej?

Dla rynku Catalyst, a więc platformy obrotu obligacjami korporacyjnymi, styczeń 2021 roku był wyjątkowo optymistyczny. Biorąc pod uwagę wyłącznie obroty rzędu niebagatelnych 285,3 mln zł, w porównaniu z grudniowymi 222,4 mln zł, można domniemywać, że wsparcie spółek nadal jest w cenie. Co więcej, trend wydaje się umacniać pomimo nieregularności wzrostów i spadków zakażeń, ponieważ średnia dla ostatnich 12 miesięcy oscylowała w okolicach 226,3 mln zł obrotu. Według analityków z Catalyst zjawisko jest również fenomenem na skalę przynajmniej 2 lat wstecz, kiedy to ostatni raz poziom obrotów przekroczył 280 mln zł.

— Tegoroczny wzrost popularności na obligacje korporacyjne to dobry sygnał dla całej gospodarki. W przypadku najbardziej innowacyjnych biznesów, a więc m.in. branży fintechowej, notujemy rekordowe zainteresowanie inwestorów, które często doprowadza do zjawiska nadsubskrypcji. Wtedy też popyt na papiery dłużne danego przedsiębiorstwa przewyższają podaż. To często bardzo dobry sygnał — komentuje Grzegorz Szulik, Prezes Zarządu fintechu Provema.

Rynek napędzają debiutanci…

…, których uważnie obserwują cierpliwi inwestorzy. Wyjątkowe zainteresowanie obligacjami korporacyjnymi obserwowano już podczas debiutu w tej kategorii spółki Allegro. Wtedy też redukcja w emisji publicznej, a więc ograniczenie liczby papierów dłużnych, szacowano na 85 proc. Obecnie dobrą passę giganta wydają się powtarzać krajowe spółki fintechowe, które tylko na przykładzie katowickiej Provemy, stały się pretendentem do miana najbezpieczniejszych przystani dla inwestorów indywidualnych. Ostatnia oferta firmy wyceniana była na 2,5 mln zł, a zapisy zainteresowanych szacowano już na 4,1 mln zł. Redukcja? Aż 60 proc.

Oznacza to, że liczba zainteresowanych znacznie przekroczyła samą ofertę fintechu. Spółka okazała się jednakowo bezpieczną alternatywą wobec agresywnego rynku akcji, a zarazem na tyle atrakcyjną kapitałowo, że 7 proc. firmy przyciągnęły dotychczasowych fanów tradycyjnych papierów dłużnych. Okres kapitalizacji? Dokładnie 18 miesięcy, więc o wiele więcej, niż najwyższe (jak na standardy covidowe) lokaty bankowe.

Raport Cyberbezpieczeństwo: Trendy 2021. Przed jakimi wyzwaniami stanie biznes?

Rosnąca skala cyberzagrożeń, trend pracy zdalnej, sieć 5G i coraz częstsze wykorzystanie urządzeń IoT czy przyspieszająca transformacja chmurowa wymuszają na firmach wzrost zainteresowania bezpieczeństwem IT oraz adaptację do nowych trendów i technologii.

Xopero Software S.A. we współpracy z 21 ekspertami z 13 firm, takich jak m.in. Netia, Orange Polska, Oracle, Asseco Data Systems, NASK S.A., QNAP, Sophos, TestArmy czy Axence, przedstawia Raport Cyberbezpieczeństwo: Trendy 2021. Kolejną edycję jedynego w Polsce dokumentu poświęconego nowym kierunkom w branży bezpieczeństwa IT tworzonego przez specjalistów z różnych firm. Raport dostępny jest do pobrania bezpłatnie tutaj.

Ransomware atakuje co 11 sekund

Przez ostatnie miesiące mogliśmy obserwować zupełnie nowy arsenał zagrożeń. Obawa przed nieznanym, masowe przechodzenie w tryb pracy zdalnej oraz rekordowo wysoki poziom dezinformacji wynikający z wybuchu pandemii, natychmiast pobudziły kreatywność przestępców. Poskutkowało to wzrostem ilości zagrożeń na niewyobrażalną dotychczas skalę. Najgroźniejszym z nich wciąż jednak pozostaje ransomware, którego według badań Xopero, obawia się blisko 80% ankietowanych przedsiębiorców. Szacuje się, że w tym roku będzie uderzać co 11 sekund, a globalne straty mogą wynieść 20 miliardów dolarów. Dla porównania, w 2015 r. było to zaledwie 325 milionów.

  • Cyberprzestępcy wykorzystujący ransomware automatyzują ataki. Coraz częściej dzielą się też między sobą narzędziami. Ich łatwa dostępność na czarnym rynku sprawia, że także w tym roku stale rosła będzie aktywność początkujących hakerów, którzy wykorzystują głównie oprogramowanie umożliwiające atakowanie dużej liczby mniejszych celów – twierdzi Łukasz Formas, Kierownik zespołu inżynierów w Sophos – Stale udoskonalane będą techniki i narzędzia, a gdy jedno zagrożenie zniknie, w jego miejsce szybko pojawiać się będzie kolejne.

Cloud Computing – od chmury nie ma odwrotu

Migracja  do chmury wydaje się być niezmiennie jednym z głównych priorytetów firm – ponad 50% z nich twierdzi, że w najbliższym czasie wykorzystanie chmury będzie wyższe, niż planowano. Przyczyną są doświadczenia związane z pracą zdalną i koniecznością zapewnienia dostępności zasobów firmowych. Już dziś firmy przeznaczają na chmurę ⅓ swoich inwestycji w IT.

  • Ten rok ma szansę poważnie pobudzić adopcję chmury w Polsce. Zapowiedzi Microsoft i Google już się materializują, a w 2021 roku doczekamy się w Polsce pierwszego regionu globalnej chmury publicznej – mówi Adam Kowalczyk, Starszy Kierownik Produktu w Netia S.A. – Chmura stanie się nie tylko bliższa geograficznie. Tak duże inwestycje branżowych potentatów przyczyniają się do wzmożonego zainteresowania, a w konsekwencji bliższego poznania cloud computing’u. A to brak wiedzy jest największym wrogiem migracji do chmury.

Niezaprzeczalnym trendem w 2021 roku będzie rozwój praktyki multicloud, czyli wykorzystania wielu heterogenicznych dostawców usług w chmurze. To z kolei pociągnie za sobą wzrost zapotrzebowania na rozwiązania zabezpieczające dane w chmurze i gwarantujące ciągłość działania.

  • Jeśli miałbym wymienić tylko jedną usługę, która w 2021 roku ma szansę stać się wspólnym trendem dla chmury i cyberbezpieczeństwa wskazałbym DRaaS. Nie jest to nowy pomysł, ale jego koszty są już na tyle niskie, a świadomość w firmach na tyle wysoka, że prognozuję znaczny wzrost popytu na te usługi w Polsce – dodaje Adam Kowalczyk z Netii.

Uczenie maszynowe – gdzie kończy się prawda a zaczyna hype?

Uczenie maszynowe (ang. Machine Learning) niewątpliwie odegra istotną rolę w stworzeniu nowej klasy rozwiązań cyberbezpieczeństwa. 96% respondentów już korzysta z produktów security, które posiadają moduły sztucznej inteligencji. To blisko dwa razy więcej niż jeszcze trzy lata temu. Należy jednak odróżnić prawdę od marketingowej mrzonki. Z badań Xopero wynika, że nowa technologia znajduje zastosowanie m.in. w wykrywaniu zagrożeń (66,8%), skanowaniu skrzynek mailowych (42,9%), zautomatyzowanej analizie sieci (17%), wyszukiwaniu wzorców, czy jako wsparcie w threat hunting. Uczenie maszynowe to jednak broń obosieczna – jeżeli może wspomóc zespół bezpieczeństwa, należy przyjąć, że może wesprzeć również przestępców.

Backup i Disaster Recovery – nowy standard bezpieczeństwa

Raport Cyberbezpieczeństwo Trendy 2021
Źródło: Raport Cyberbezpieczeństwo: Trendy 2021

Przy ogromnym sukcesie biznesu opartego na danych, konsekwencje ich utraty nigdy nie były poważniejsze. Szacuje się, że globalnie średni jednostkowy koszt związany z przestojem działalności firmy wynosi 1,52 mln dolarów! Ta kwota stanowi aż 40% łącznych kosztów incydentu bezpieczeństwa i obejmuje skutki utraty klientów, przestojów systemów i rosnące – z powodu strat wizerunkowych – koszty pozyskania nowych źródeł przychodów. Nic dziwnego, że statystycznie 93% firm bez rozwiązania do backupu i disaster recovery (DR) upada w rok po utracie danych.

Według badań Xopero Software, backup jest drugim, najchętniej wykorzystywanym rozwiązaniem z obszaru IT security i staje się standardem, z którego korzysta 89,6% ankietowanych. Plasuje się tuż za antywirusami i oprogramowaniem anty-malware (94,5%) – które stało się właściwie fundamentem dzisiejszego podejścia do zabezpieczania danych i urządzeń firmowych.

Znajduje to odzwierciedlenie w statystykach globalnych. Rynek backupu i disaster recovery jest jednym ze stabilniej rozwijających się w branży cybersecurity. Prognozuje się, że jego wartość do 2022 roku wyniesie 11,59 mld dolarów. Ogromne znaczenie będzie miał również rozwój rynku cloud computingu. Wartość rynku backupu w chmurze wzrośnie do 10,25 mld dolarów w 2025 roku, przy założeniu średniej rocznej stopy wzrostu na poziomie aż 25,90% (!).

  • Zmiany, jakie zaszły na całym świecie w 2020 roku, znalazły swoje odzwierciedlenie w wyzwaniach stawianym producentom systemów do backupu i odtwarzania awaryjnego, którym muszą sprostać. Niektóre z rozwiązań są obecne na rynku od wielu lat w formie, która niewiele się zmieniła, a ich architektura jest już przestarzała. Producenci tych rozwiązań mają za sobą dług technologiczny, dodawanie nowych funkcjonalności trwa miesiącami, a czasem jest nieopłacalne lub nawet niemożliwe ze względu na wykorzystywaną technologię bądź architekturę samego systemu – twierdzi Grzegorz Bąk, Product Development Manager w Xopero Software S.A. – Świat IT, gdzie w ułamkach sekund wykonywana jest niewyobrażalna liczba operacji, zmienia się bardzo dynamicznie, dlatego z pewnością warto obserwować nowości, jakie będą się pojawiać.

Security Gaps – człowiek w epicentrum zagrożeń

Organizacje na całym świecie borykają się z problemem braku wykwalifikowanych pracowników IT. Z badań Xopero wynika, że ponad 55 procent ankietowanych zetknęło się z tym problemem, a dla części z nich (20 proc.) jest on na tyle poważny, że braki w umiejętnościach mają negatywny wpływ na skuteczność zespołu.

Raport Cyberbezpieczeństwo Trendy 2021 2
Źródło: Raport Cyberbezpieczeństwo: Trendy 2021

W branży cyberbezpieczeństwa wciąż powtarza się twierdzenie, że to człowiek – jego niewiedza, niekompetencje i nieumyślność są odpowiedzialne za większość incydentów bezpieczeństwa. Nie przeszkoleni pracownicy zdalni mogą tylko utwierdzić specjalistów w tym przekonaniu. W jaki sposób firmy mogą podnieść umiejętności zespołu? Ankietowani wskazali, że najistotniejsze z ich punktu widzenia są szkolenia, webinaria oraz edukacja w modelu online. Ważne jednak, aby te działania miały charakter stały i konsekwentny – dopiero wówczas możemy mówić o cyberedukacji.

IoT wymusi zmianę podejścia do cyberbezpieczeństwa

Wyzwaniem na 2021 rok jest również stworzenie bezpiecznego Internetu Rzeczy (IoT), na który składa się już 80 miliardów połączonych ze sobą urządzeń. Szybki wzrost tego rynku, mało bezpieczny proces ich wdrożenia, brak stosownych aktualizacji czyni IoT szczególnie podatnym na ataki. Dodając do tego fakt, że do 2024 roku 35% całkowitego mobilnego ruchu danych będzie przenoszonych za pośrednictwem sieci 5G musimy już dziś nauczyć się zabezpieczać inteligentne urządzenia.

Rekomendacje specjalistów

Oprócz branżowych prognoz i analiz, cytowany raport zawiera komentarze i rady specjalistów z takich firm jak m.in. Netia, Orange, Xopero, Oracle, Asseco Data Systems, QNAP, czy NASK S.A. Ich analiza i wdrożenie pozwoli firmom nie tylko budować przewagę i efektywnie funkcjonować w cyberprzestrzeni, ale może zdecydować również o ich dalszym istnieniu w 2021 roku.

Rynek wózków widłowych po epidemii

Po związanym z epidemią spowolnieniu dynamiki wzrostu w 2020 r. analitycy przewidują, że rok 2021 może przynieść odbicie na globalnym rynku wózków widłowych. W parze ze zmianami ilościowymi będzie szła dalsza popularyzacja nowoczesnych technologii.

Eksperci specjalizującej się w identyfikacji trendów w sektorze automatyzacji i inteligentnych rozwiązań firmy badawczo-konsultingowej Interact Analysis opublikowali prognozy na temat rozwoju rynku wózków widłowych po pandemii. Według ich przewidywań, rok 2021 będzie stanowił okres odbicia po wywołanym wstrzymaniem gospodarki przez koronawirusa spowolnieniem w 2020 r., wyniki sprzedaży wkrótce powrócą na pre-COVID-owe tory, a najważniejszymi trendami w perspektywie sięgającej 2028 roku będą: postępująca elektryfikacja napędu, wypieranie baterii kwasowo-ołowiowych przez litowo-jonowe oraz automatyzacja transportu wewnętrznego.

Nadganianie ‘2021

Jak wynika z komentarza do raportu Interact Analysis, wskutek epidemii zrewidować trzeba było prognozy rozwoju globalnego rynku wózków widłowych na 2020 rok – z 3,7 do 1,4 proc. Eksperci firmy przewidują, że w 2021 roku nastąpi jednak pozytywne odbicie i dynamika wzrostów sięgnąć może nawet 8,2 proc. w ujęciu r/d/r. Osiągnięcie tak dobrego wyniku wiąże się z obniżonym ze względu na wydarzenia 2020 r. punktem odniesienia i nie będzie stałym trendem. CAGR w perspektywie 2028 roku osiągnie poziom 4,5 proc., a roczne globalne zapotrzebowanie na pojazdy transportu wewnętrznego sięgnie w tym horyzoncie czasowym 2,4 mln egzemplarzy. Ważne zmiany dokonają się w strukturze popytu – przede wszystkim ze względu na popularność różnego rodzaju napędów.

Napędowa ewolucja

Obecnie wózki elektryczne stanowią w skali globu około 60 proc. pojazdów intralogistycznych zamawianych każdego roku, a 4 na 5 z nich wyposażonych jest w baterię kwasowo-ołowiową. W najbliższych latach wózki spalinowe będą stopniowo coraz bardziej wypierane przez elektryczne, a akumulatory litowo-jonowe przejmą dominującą pozycję jako źródło ich zasilania. Według prognoz Interact Analysis (IA) w 2028 roku udział pojazdów spalinowych w rynku zmniejszy się do 30 proc. Ich kosztem zwiększy się popularność technologii Li-Ion, w oparciu o którą działać będzie niemal co drugi nowy wózek. – Europa jest prekursorem zmian w dziedzinie sposobu zasilania wózków widłowych. Już dziś ponad 80 proc. pojazdów transportu wewnętrznego kupowanych na naszym kontynencie napędzanych jest silnikiem elektrycznym – mówi Grzegorz Kurkowski, specjalista ds. produktu STILL Polska. – Wśród naszych klientów widzimy także duży entuzjazm wobec technologii baterii litowo-jonowych. Ze względu na wygodę użytkowania, oszczędność miejsca i wyższą trwałość, w coraz większej liczbie przypadków są one wybierane zamiast akumulatorów kwasowo-ołowiowych pomimo wyższych kosztów zakupu – komentuje Kurkowski. Jednym z rozwiązań, które mogą przejąć po Li-Ion dominującą pozycję w dalszej przyszłości są wodorowe ogniwa paliwowe.

Niespieszne początki Fuel Cell

Stopniowo i – jeśli nie dokona się technologiczny przełom – dość powoli rosnąć będzie także znaczenie technologii Fuel Cell, szczególnie w Europie. W 2019 r. 9 na 10 pojazdów zasilanych wodorowymi ogniwami paliwowymi sprzedanych zostało w Ameryce Północnej. Według szacunków IA do 2028 roku 44 proc. zamówień ma pochodzić z naszego kontynentu. Analitycy nie spodziewają się jednak, by w ciągu najbliższych 7 lat udział wózków na wodór w globalnym rynku przekroczyć miał granice 5 proc. – Istotnymi barierami w rozwoju ogniw paliwowych są kwestie pozyskiwania i magazynowania wodoru. Potrzebna infrastruktura nie jest jeszcze rozpowszechniona i jej zastosowanie jest opłacalne dotąd przede wszystkim w przypadku bardzo licznych flot. Wdrożenia Fuel Cell mają więc dotąd prekursorski charakter. Na dużą skalę z technologii tej korzystają właściwie jedynie Walmart i Amazon w USA oraz Carrefour we Francji – mówi specjalista ds. produktu STILL Polska. – Jako partner projektu HyLift, badającego i popularyzującego ogniwa paliwowe w Europie, STILL śledzi z bliska ich rozwój i jeśli dokona się przełom umożliwiający ich szerokie zastosowanie, będziemy mogli sięgnąć do tych doświadczeń z korzyścią dla naszych klientów – dodaje Kurkowski.

Automatyzacja motorem wzrostów

W związku z epidemią przewidywany jest także dynamiczny rozwój rozwiązań automatyzacyjnych. O ich popularyzacji przesądzać mają dwie grupy czynników. Po pierwsze, mogą one pomóc zapobiegać zakłóceniom płynności łańcucha dostaw w wypadku ewentualnych przyszłych lockdownów wykluczających funkcjonowanie zakładów w oparciu o ludzką siłę roboczą. Po drugie, wskutek wywołanego pandemią intensywnego wzrostu popularności e-commerce, handel poszukuje skalowalnych rozwiązań pozwalających sprostać rosnącej presji na tempo dostaw i terminowo obsłużyć indywidualne zamówienia klientów na niespotykaną dotąd skalę.

Badanie opinii społecznej: Polacy niechętnie zamienią szaliki czy przyłbice na maseczki

Wyniki najnowszego sondażu pokazują, że blisko 44% Polaków jest za tym, by rząd narzucił społeczeństwu używanie skutecznych masek ochronnych, zamiast przyłbic, szalików i chust. Z kolei prawie 45% rodaków uważa wręcz odwrotnie. Po ogłoszeniu nowych zaleceń rządowych 40% badanych nadal będzie nosiło materiałowe maseczki. Ponad 27% ankietowanych wybierze chirurgiczne, przeszło 12% respondentów – te z filtrem. 

Jak wykazało badanie opinii społecznej przeprowadzone przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, 43,9% Polaków uważa, że rząd w walce z COVID-19 słusznie zrobi, narzucając społeczeństwu noszenie wyłącznie masek ochronnych, zamiast przyłbic, szalików czy chust. 44,8% ankietowanych ma odmienne zdanie, a 11,4% respondentów nie wie, co o tym myśleć.

– Od wybuchu epidemii społeczeństwo było informowane o tym, że najmniej skuteczne są przyłbice, potem – maseczki materiałowe, a następnie – chirurgiczne. Podawano też w mediach, że najlepiej spełniają swoją funkcję profesjonalne maski klasy FFP2 i FFP3. Wydawałoby się, że kwestia środków ochronnych, zalecanych przez autorytety medyczne, nie powinna być kontrowersyjna. A jednak to badanie po raz kolejny pokazuje, że Polacy z zasady muszą być niezgodni – oburza się dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych i prodziekan Uczelni Łazarskiego.

Jak informuje Anna Bednarek, analityk działu badań społecznych UCE RESEARCH, ze stanowiskiem rządu częściej zgadzają się mężczyźni niż kobiety. Największe poparcie jest w grupie wiekowej 56-80 lat, a najmniejsze – wśród osób mających 18-22 lat. Do tego ekspert dodaje, że najbardziej zgadzają się z zaleceniami osoby zarabiające od 7 do blisko 9 tys. zł netto, z wykształceniem zawodowym, a także zamieszkujący miasta mające co najmniej 500 tys. ludności.

– Może być tak, że opinie na temat rekomendacji rządu dot. środków ochronnych odzwierciedlają sympatie i antypatie polityczne ankietowanych, co oczywiście nie powinno mieć miejsca. W grę wchodzi przecież życie i zdrowie Polaków. Jeżeli społeczeństwo nie zacznie zgodnie przestrzegać zaleceń środowiska medycznego, bez względu na osobiste poglądy, to walka z pandemią będzie się przedłużać i zaostrzać – ostrzega dr Sutkowski.

Z badania również wynika, że po ogłoszeniu nowych zaleceń przez rząd, 40% Polaków nadal będzie używało zwykłych materiałowych maseczek. 27,2% rodaków zapowiada stosowanie chirurgicznych masek, 12,6% osób – z filtrem, a 3,1% – innych niż ww. Z kolei 17,1% nie ma jeszcze wyrobionego zdania na ten temat.

– Jeżeli nie wszyscy zamierzają nosić rekomendowane maski ochronne, to nie jestem pewna, czy nastąpi jakikolwiek przełom w walce z pandemią. Opór części społeczeństwa może oczywiście wynikać z niechęci do wydawania pieniędzy na tego typu zabezpieczenie. Wielu osobom wygodniej jest używać przyłbic, szalików i chust, które są wielokrotnego użytku. Rząd mógłby więc rozważyć wprowadzenie darmowych maseczek w limitowanej, miesięcznej wersji, odbieranej np. w aptekach na podstawie numeru PESEL – radzi ekspert z UCE RESEARCH.

Ponadto badanie wykazało, że najwięcej osób będzie nosiło materiałowe maseczki w grupie wiekowej 18-35 lat. Wyżej wymienione maski przede wszystkim popierają osoby z wykształceniem średnim i zawodowym, zamieszkujące miejscowości liczące od 200 do 499 tys. mieszkańców i miasta mające co najmniej 500 tys. ludności.

Badanie zostało przeprowadzone wśród 1010 dorosłych Polaków w dniach 19-21.02.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Bioceltix z finansowaniem 3,5 mln PLN od inwestorów. Rusza z kolejną fazą badań

Bioceltix pracuje nad innowacyjnymi lekami biologicznymi stosowanymi w leczeniu powszechnie występujących chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym u zwierząt towarzyszących.

  • Będąca w drodze na NewConnect spółka zakończyła rundę pre-IPO – w ramach zakończonej oferty prywatnej zebrała od inwestorów 3,5 mln PLN.
  • Wrocławski startup wchodzi w kolejną fazę rozwoju kandydatów na leki – naukowcy rozpoczęli fazę bezpieczeństwa w ramach badań in vivo.

Bioceltix rozwija weterynaryjne leki biologiczne – w opracowywaniu nowych terapii wrocławscy naukowcy wykorzystują immunomodulujące właściwości mezenchymalnych komórek macierzystych (MSC). Branża weterynaryjna stoi na progu przełomu technologicznego w leczeniu zwierząt. Potencjał w polskim startupie oraz rynku dostrzegają kolejni inwestorzy – spółka w ramach zakończonej właśnie oferty prywatnej zebrała 4 mln PLN. Pieniądze zostaną przeznaczone na finansowanie badań i dalszy rozwój kandydatów na leki.

Jako inwestor skupiam się na spółkach innowacyjnych, wiem, że mogą one przynieść ponadprzeciętne zyski. W mojej strategii każda taka spółka musi spełniać dość restrykcyjne wymagania. Pierwszym jej elementem jest bardzo dokładna analiza ryzyka, precyzyjny researach obszarów działań spółki – w przypadku Bioceltix mamy do czynienia, z branżą leków biologicznych z zakresu immunologii. To bezsprzecznie obecnie jedna z najbardziej zyskownych ścieżek, zarówno w medycynie jak i weterynarii, którą zauważyli wszyscy giganci farmaceutyczni. Produkty takich firm jak Biocelitix są w ich aktywnym zainteresowaniu – uważa Tomasz Wachowiak, inwestor specjalizujący się w spółkach innowacyjnych, współzałożyciel portalu growthinvestment.pl

Inwestor zaznacza, że w Bioceltix ludzie mają dogłębną wiedzę o tym, co robią i gdzie podążają zarówno w zakresie naukowym jak i managerskim. Wykazują się znajomością branży we wszelkich jej aspektach. Aktywnie kontrolują ryzyko, m.in. korzystając z doradztwa w Europejskiej Agencji Leków.

Warto inwestować w niszowe spółki takie jak Bioceltix. Mamy mniejszą konkurencję niż w biotechnologii ludzkiej, mniejsze nakłady inwestycyjne na badania kliniczne, a także znacznie krótszy time to market. Przy wciąż dużym rynku docelowym mamy lepszy stosunek potencjalnych korzyści do nakładów i ryzyka – mówi dr inż. Paweł Wielgus, inwestor i współzałożyciel Bioceltix.

Nieprzerwany rozwój

Szykujący się do debiutu na NewConnect Bioceltix realizuje obecnie równolegle kilka projektów, m.in. pracuje nad produktami na atopowe zapalenie skóry oraz do leczenia zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. Zajmuje się również chorobami koni i kotów. Projekty są na różnym etapie zaawansowania, ale łączy je to, że dotyczą powszechnie występujących chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym o wysokim zapotrzebowaniu na nowe, skuteczniejsze i bezpieczniejsze terapie.

Klasyczne metody leczenia oparte o leki chemiczne wymagają ciągłego ich podawania i zasadniczo mają tylko charakter objawowy. W przypadku produktów na bazie komórek macierzystych będzie można osiągnąć wysoką skuteczność leczenia, również przyczynowego, przy istotnym zmniejszeniu częstotliwości podawania leku – mówi Paweł Wielgus.

Wrocławski startup jest pierwszą spółką, która oprócz badań nad skutecznością komórek macierzystych równolegle rozwinęła technologię ich wielkoskalowej hodowli. Firma posiada także technologię pozwalającą na podawanie komórek macierzystych pomiędzy różnymi osobnikami w obrębie jednego gatunku oraz dysponuje zapleczem badawczo-produkcyjnym w standardzie farmaceutycznym GMP w obszarze terapii komórkowych.

Bioceltix jest jednym z zaledwie kilku miejsc dostosowanych do wytwarzania leków biologicznych na bazie MSC dla zwierząt, działającym w standardzie cGMP i prawdopodobnie jedyną wytwórnią mogącą prowadzić ten proces w takiej skali. Tym samym otworzyły się przed nami drzwi do przeprowadzenia pierwszego badania klinicznego – mówi Łukasz Bzdzion, CEO Bioceltix. – Po uzyskaniu od Głównego Inspektora Farmaceutycznego zezwolenia na wytwarzanie badanego weterynaryjnego produktu leczniczego nie zwalniamy tempa i wchodzimy w kolejną fazę rozwoju naszych kandydatów na leki – dodaje.

Spółka z początkiem 2021 r. rozpoczęła fazę bezpieczeństwa w ramach badań in vivo w zakresie badania tumorogenności*. Kolejnym etapem będzie badanie bezpieczeństwa na gatunku docelowym (psy) w ramach badania TAS (Target Animal Safety). Badanie zostanie przeprowadzone w kontrolowanych warunkach zgodnie z wymaganiami Dobrej Praktyki Laboratoryjnej (GLP – Good Laboratory Practice) w certyfikowanym ośrodku CRO (Contract Research Organization). Zakończenie fazy bezpieczeństwa umożliwi spółce wejście w decydującą fazę rozwoju związaną z terenowym badaniem klinicznym prowadzonym już na pacjentach klinicznych.

Realizacja planów

Bioceltix jako jedna z pierwszych firm na świecie planuje też przejść pełną ścieżkę rejestracyjną w Europejskiej Agencji Leków dla weterynaryjnego produktu leczniczego, wykorzystującego jako substancję czynną komórki macierzyste. Chcąc przyspieszyć rozwój firmy Bioceltix planuje debiut na NewConnect pomiędzy pierwszym a drugim kwartałem 2021 r.

Liderzy Bioceltix są uparci w dążeniu do celu: zdobycie, jako trzecia firma na świecie certyfikacji GMP w weterynarii w terapiach komórkowych, z polskim regulatorem, dobitnie o tym świadczy. W spółkach, w które jestem zaangażowany nie oczekuję po drodze fajerwerków, a wykonywania założonych działań przez kompetentnych ludzi najbardziej profesjonalnie jak się da, co przekłada się na prawdopodobieństwo doprowadzenia projektów do komercjalizacji. Jeżeli traktujemy inwestowanie, jako stosunek potencjału do ryzyka, to w tej firmie widzę wyjątkowo korzystny stosunek tych dwóch czynników – podkreśla Tomasz Wachowiak.

*Badanie tumorogenności jest koniecznym etapem badań w ramach fazy bezpieczeństwa. Badanie to pozwala maksymalnie zminimalizować ryzyko wprowadzenia do badania klinicznego na pacjentach kandydata na lek, który mógłby zainicjować proces nowotworzenia.

Stanowisko Polskiej Rady Centrów Handlowych w odpowiedzi na apel najemców zrzeszonych w ZPPHiU

Polska Rada Centrów Handlowych, która zrzesza ponad 200 największych firm działających w branży nieruchomości handlowych, w odpowiedzi na apel najemców zrzeszonych w Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług, podziela opinię, że artykuł 15ze (abolicja czynszowa) tzw. ustawy covidowej jest wadliwy i w opinii PRCH szkodzi obu stronom umów najmu – zarówno najemcom, jak i wynajmującym. Branża centrów handlowych jest jedynym sektorem, w którym rząd w czasie trwania pandemii, wprowadził odgórne regulacje i na mocy ustawy zaingerował w umowy zawarte między dwoma niezależnymi podmiotami gospodarczymi – najemcami i wynajmującymi.

Rekomendowanym rozwiązaniem jest jak najszybsze uchylenie art. 15ze, co potwierdzają niezależne ekspertyzy prawne. Artykuł jest sprzeczny z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa, a koszty jego obowiązywania ponosi wyłącznie jedna strona – wynajmujący. Narusza także zasadę swobodnego kształtowania umów nadmiernie ingerując w stosunki cywilnoprawne między najemcami a wynajmującymi i wprowadza nierówność w traktowaniu podmiotów – te same sklepy w centrach handlowych są traktowane inaczej, niż te działające w mniejszych obiektach lub przy ulicach handlowych.

Ustawodawca wprowadzając art. 15ze pozbawił wynajmujących wszelkich wpływów z tytułu najmu – należnego czynszu i opłat eksploatacyjnych i przerzucił koszty finansowania 15 tygodni lockdownu, wyłącznie na wynajmujących. Łączne straty właścicieli centrów handlowych włączając ostatni lockdown to 5 mld zł, czyli ok. 45 proc. ich rocznych przychodów. Sama abolicja czynszowa wynikająca z art. 15ze kosztowała wynajmujących ponad 3 mld zł. Dodatkowo w odpowiedzi na trudną sytuację najemców wynajmujący dobrowolnie przyznali im od maja do grudnia 2020 roku czasowe rabaty czynszowe o łącznej wartości 2 mld zł. Wsparcie wynajmujących pozwoliło najemcom, zwłaszcza tym mniejszym, znacząco obniżyć koszty działalności, poprzez zwolnienia z płatności czynszu i opłat eksploatacyjnych (art. 15ze) oraz dodatkowe czasowe obniżki czynszów w okresach poza lockdownami. Najemcy korzystają także ze wsparcia rządowego i PFR (postojowe, zwolnienie ze składek ZUS, dopłaty do wynagrodzeń pracowników, dotacje).

Jednocześnie wynajmujący zostali wykluczeni z możliwości ubiegania się o pomoc w ramach tarcz rządowych i PFR oraz pozbawieni przychodów czynszowych i opłat eksploatacyjnych ze strony najemców zwolnionych z wszelkich płatności na podstawie art. 15ze. Wynajmujący są nadal  zobowiązani do ponoszenia kosztów funkcjonowania obiektów (eksploatacja, ochrona, podatki, media) oraz regulowania zobowiązań kredytowych i finansowych. Dodatkowo właściciele i zarządcy centrów handlowych w trosce o bezpieczeństwo i komfort klientów oraz pracowników zainwestowali ogromne środki, aby obiekty spełniały najwyższe standardy bezpieczeństwa sanitarnego.

Właściciele i zarządcy obiektów handlowych nie są w stanie dłużej ponosić jednostronnie kosztów pandemii i lockdownów, ponieważ nie mają już na to środków. Niewypłacalność wynajmujących wpłynie silnie na sytuację i stabilność sektora bankowego w Polsce, który na dużą skalę poprzez udzielone kredyty sfinansował budowę obiektów handlowych (ok. 70-80% wartości nieruchomości stanowi kredyt) i może nie otrzymać zwrotu udzielonych pożyczek, gdyż kredyty bankowe są spłacane przychodami z umów najmu.

Mimo tych ogromnych kosztów właściciele nieruchomości handlowych są otwarci na współpracę i rozmowy z najemcami, o czym świadczą podpisane po pierwszym lockdownie porozumienia udzielające czasowych rabatów uwzględniających indywidualną sytuację poszczególnych podmiotów.

Trudna sytuacja nie dotknęła w jednakowym stopniu wszystkich graczy na rynku handlu. Są tacy, którzy zapowiadają rozwój, zatrudnianie pracowników, publikują zadowalające wyniki finansowe i zwracają pomoc z tarcz rządowych. Są też tacy, którzy walczą o to, by przetrwać. Utrzymywanie rozwiązań ingerujących ustawowo w umowy pomiędzy podmiotami i oferujących jednakowe warunki wsparcia jest nieuzasadnione oraz nieadekwatne do potrzeb oraz sytuacji poszczególnych firm. Umowy najmu są indywidualnie negocjowane przez dwie strony i zawierają wzajemne zobowiązania. Mniejsze podmioty wymagają bardzo elastycznego podejścia, ponieważ nie posiadają takiego zaplecza, infrastruktury i możliwości jak duże przedsiębiorstwa, którym udało się utrzymać niezagrożoną sytuację finansową.

Od początku pandemii branża centrów handlowych apeluje do rządu o wdrożenie symetrycznych programów pomocowych, wspierających zarówno najemców, jak i wynajmujących, choćby na wzór tych stosowanych w innych krajach europejskich. Dobrym przykładem zastosowanej pomocy jest dofinansowanie do czynszów w ramach tarcz pomocowych, co wspiera wszystkich dotkniętych skutkami lockdownu przedsiębiorców. Najemcy mogą regulować czynsz, a wynajmujący swoje zobowiązania wobec instytucji finansujących. Takie rozwiązanie nie narusza porządku prawnego, ale aby mogło skutecznie funkcjonować w Polsce potrzebne jest pilne usunięcie art. 15ze z ustawy covidowej.

Warto zaznaczyć, iż interpretacja obecnie obowiązujących przepisów wydana członkom PRCH przez Ministerstwo Rozwoju Pracy i Technologii jednoznacznie wskazuje na konieczność respektowania pełnego brzmienia zapisu art. 15ze, tj. konieczności przedłużenia umów najmu o 6 miesięcy w odniesieniu do każdego zakazu prowadzenia działalności w obiektach handlowych.

Zarząd Polskiej Rady Centrów Handlowych

Funt nie zwalnia tempa, złoty jest słabszy

Rynki akcji odczuwają ból z tytułu tego, co mogą zwiastować wyższe rentowności obligacji skarbowych przy największych znakach zapytania wokół spółek technologicznych. Ale rynek walutowy nie wykazuje podwyższonej nerwowości, gdyż prezes Fed Powell potwierdził utrzymanie gołębiego nastawienia. Gwiazdą jest funt.

Koniec miesiąca zwykle przynosi przetasowania i porządkowania portfeli inwestycyjnych, ale czasami są one dodatkowo wspomagane. Tym razem skok rentowności obligacji skarbowych wprowadza dodatkowe zamieszanie. Oprocentowanie długu wraca na akceptowalne poziomy dla stopy zwrotu bezpiecznych, a to wywiera presję na spółki trzymane dla celów dywidendowych. Wall Street przewodzi w pogromie sektora technologicznego, w którego dodatkowo uderza wizja wyjścia z pandemicznego strachu. Ale reflacyjna hossa nie jest zaprzepaszczona, gdyż ożywienie gospodarcze i poprawa zyskowności będzie motorem dla dalszego wzrostu. Zmieniać się jednak będą przewodnicy, w tym przypadku na spółki, które mocniej skorzystają na otwieraniu gospodarek (turystyka, transport, działalność związana z aktywnością poza domem). Ale żeby znalazły się pieniądze na kupno akcji, skądś trzeba je najpierw wyciągnąć.

Dowód, że nie mamy do czynienia z powszechnym wzrostem awersji do ryzyka, znajduje się w wyższych cenach surowców przemysłowych oraz stabilności rynku walutowego. Najważniejsze to jednak to, że wzrost rentowności nie jest traktowany jako oznaka rychłego zacieśniania warunków finansowych przez Fed. Pomocny w rozwianiu wątpliwości był wczoraj prezes Fed Powell. Powell nie wydawał się zbyt poruszony wyprzedażą obligacji, stwierdzając, że jest to dowód zaufania rynku do ożywienia. Jednocześnie ostrzegł, że gospodarka pozostaje „daleko” od celów dotyczących zatrudnienia i inflacji. W konsekwencji stopy pozostaną niskie, a QE będzie odbywać się w obecnym tempie dopóki nie nastąpi „znaczny postęp” w poprawie stanu gospodarki. Fed pozostaje gołębi i rynek nie powinien w to wątpić, a wzrost rentowności nic tu nie zmienia. Dziś podobny przekaz powinniśmy usłyszeć ponownie od Powella, a także od Brainard i Claridy. Umacnianie się globalnego ożywienia, kontynuacja trade’ów reflacyjnych i niskie stopy realne w USA powinny ściągać dolara niżej w średnim terminie. Krótkoterminowo jednak nie uda się uciec od zmienności generowanej przez skoki na rynku długu, które będą przebudzać dyskusje o kierunku polityki Fed.

Funt nie zwalnia tempa i wygrywa na różnicowaniu postępów w zwalczaniu wirusa w Wielkiej Brytanii na tle innych krajów. W nocy EUR/GBP złamał 0,8550 i znalazł się najniżej od roku, choć nie obyło się bez pomocy niskiej płynności i naruszenia zleceń stop loss. Nie zmienia to jednak faktu, że rynek silnie dyskontuje wcześniejsze zniesienie restrykcji i przewagę na starcie w wyścigu poprawy wskaźników gospodarczych. Osobiście dalej mam wątpliwości o przebieg rywalizacji na długim dystansie, szczególnie kiedy zacznie doskwierać „kontuzja” po brexicie. Na razie jednak tego tematu da inwestorów nie ma i funt korzysta z optymizmu.

Złoty jest słabszy do euro na początku środowych notowań i podchodzi do 4,51. Choć zmiany w tym tygodniu nie są duże, to bez wątpienia nie pomaga nerwowość na rynkach zewnętrznych oraz perspektywa końca miesiąca. Tło zewnętrzne potęguje też znaczenie czynników lokalnych. Nawet jeśli częściowe przywracanie restrykcji covidowych w Polsce nie powinno mieć dużego znaczenia da rynku złotego (gdyż decyzje nie zachwieją perspektywami ożywienia gospodarczego), to przy obecnym braku silnego apetytu na ryzyko każdy pretekst do ograniczenia ekspozycji w złotym jest dobry. Uważam jednak, że presja słabości jest przejściowa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przyszłość przestrzeni biurowych w postpandemicznej rzeczywistości

Trwająca prawie rok pandemia COVID-19 zmieniła formę i podejście do pracy biurowej wielu ludzi. Przeniesiona z biur do domów praca wywoływała, szczególnie na początku, nie zawsze pozytywne emocje u pracowników – tłumaczy dr Anita Basińska, socjolog ze School of Form.

Często na szybko przygotowane miejsce do pracy i permanentna obecność współmieszkańców w ograniczonej przestrzeni domowej wpływały negatywnie na efektywność i skupienie w pracy. Jednak w miarę upływu czasu wielu z nas zaadaptowało sobie przestrzeń i dostrzegło komfort pracy z domu. Badania pokazują, że 87% badanych chce pracować zdalnie, w tym 48% z możliwością przyjścia do biura, np.: raz w tygodniu, 23% w kilka dni w miesiącu, 16% wyłącznie zdalnie . Z kolei wg raportu Accenture 35% badanych chciałoby zwiększyć częstotliwość pracy z domu w przyszłości, co ciekawe ta liczba wzrasta do 48% w grupie badanych, którzy wcześniej nigdy nie pracowali zdalnie. W październiku 2020 r. Microsoft pozwolił wielu pracownikom na stały home office. Z kolei Facebook przewiduje, że w ciągu 5-10 kolejnych lat, nawet 50% ich pracowników będzie pracować zdalnie na stałe.

Czy biurowce znikną?

W związku z tym pojawiają się różne przewidywania odnośnie przyszłości biur w postpandemicznej rzeczywistości: od całkowitego zniknięcia przez zmniejszenie metrażu do konieczności przeprojektowania lub zaprojektowania tych przestrzeni, by dopasować je z jednej strony do nowych oczekiwań i potrzeb pracowników, z drugiej strony do nowych warunków pracy w przyszłości (np. do kwestii bezpieczeństwa).

Biura nie znikną, gdyż zgodnie z koncepcją BA (tłum. z j. japońskiego na j. angielski jako place) zaadaptowaną do nauk o zarządzaniu przez I. Nonakę, teoretyka organizacji jest to miejsce niezbędne do wytwarzania wiedzy: dzielenia się nią, przetwarzania i generowania pomysłów. BA to wspólna przestrzeń/miejsce dla powstających relacji między ludźmi. To może być przestrzeń fizyczna (jak biuro), wirtualna (e-maile, telekonferencje), umysłowa (wymiana doświadczeń, pomysłów, ideałów) lub jakakolwiek ich kombinacja. Biura mogą się także przekształcić: przenieść się całkowicie lub częściowo do świata wirtualnego i jednocześnie korzystać z elastycznego najmu (tzw. core&flex – krótkoterminowy najem przestrzeni roboczej czy współdzielonej np. na potrzeby realizacji projektu). Niektóre biura dałyby radę również zmienić swoją powierzchnię – zmniejszyć ją, gdyby wszyscy pracownicy pracowali w modelu hybrydowym na zmiany lub zwiększyć, by móc zapewnić dystans fizyczny, gdyby znów pojawiła się taka konieczność.

Biuro hybryda

Być może biura staną się po prostu miejscami interakcji społecznych, współpracy i generowania pomysłów (funkcjonowanie w module hub and club), a praca samodzielna będzie wykonywana w domu. Według raportu CBRE minusem pracy zdalnej dla 59% badanych było to, że nie widzą twarzy dookoła siebie. Zatem w trakcie wykonywania pracy samodzielnej, wymagającej skupienia ważne jest to, że dookoła nas są ludzie i można z kimś porozmawiać (współpracownik jest za ścianą) lub można wymienić uśmiech w open space. W biurze nawiązują się relacje między pracownikami, które sprzyjają inspiracji i motywacji oraz buduje się poczucie wspólnoty. Kreatywność i efektywność w rozwiązywaniu zadań zależy od współobecności, od możliwości spotykania się i prowadzenia także nieformalnych rozmów. Podczas pracy zdalnej badanym najbardziej brakowało rozmów ze współpracownikami (59%), bezpośrednich spotkań (54%) i wspólnych lunchy (36%). Komunikacja, która nie odbywa się twarzą w twarz jest bardziej funkcjonalna i zorientowana na zadanie, mniej bogata i wieloaspektowa. W porównaniu z rozmowami wymagającymi współobecności, listy, notatki służbowe, faksy i e-maile wydają się mniej skuteczne w budowaniu i podtrzymywaniu długoterminowych relacji zaufania. Z kolei współobecność zapośredniczona (wspólnie widziane, lecz fizycznie odległe ekrany) pozwalają wytwarzać relacje my – oznacza to, że życie na monitorze może na nieco dłuższą metę doprowadzić do wytworzenia nowych form symulowanej współobecności. Dlatego też dobrze zaprojektowane biuro przyszłości postcovidowej to prawdopodobnie będzie przestrzeń hybrydowa, w której zacierają się granice między światem realnym i światem wirtualnym, pracą online i pracą offline.

Przestrzeń do przebudowania

Rozważania na temat przyszłości biur po pandemii COVID-19 zaowocowały wieloma raportami (m.in.: raporty Kinnarps, Skanska i InFuture Institute, Cushman & Wakefield) oraz wypowiedziami architektów i projektantów na temat zmian, jakie powinny zajść w biurach. Wśród cech biur wymienianych w przywołanych źródłach dominowały: elastyczność, wielofunkcyjność/strefowość, modułowość i bezpieczeństwo. Przestrzeń ma być łatwa do przebudowy (przy użyciu mebli modułowych i mobilnych, różnego typu ścianek), tworzenia tymczasowych miejsc pracy dla pracowników (wykonujących swoje obowiązki tylko w niektóre dni w biurze), współdzielonych miejsc pracy (tzw. hot desk) i miejsc do pracy na chwilę, przeznaczonych na krótkie spotkanie czy szybką wymianę informacji (tzw. touch down), tworzenia miejsc do pracy hybrydowej oraz wielofunkcyjna z wydzielonymi strefami pracy o różnym charakterze – miejscami dla pracy indywidualnej, pracy zespołowej, ale i miejscami dla nieformalnych rozmów i spotkań (ta cecha koncepcji w projektowaniu Activity Based Working stała się jeszcze bardziej wyraźna).

Biura mają przypominać przestrzenie domowe pod kątem mebli (np. kanapa, fotel), komfortu akustycznego, dostępu do naturalnego światła, obecności zieleni, możliwości personalizacji miejsca pracy oraz bezpieczeństwa (np. przestrzeń powinna być tak zaprojektowana, żeby zachować dystans fizyczny). Ta domowość biura odnosi się także do naczelnej zasady koncepcji Activity Based Working, czyli to pracownicy najlepiej wiedzą, czego potrzebują, więc przestrzeń do pracy powinna wyglądać tak, aby mogli sami decydować, jak i gdzie chcą pracować.

Praca w zgodzie z naturą

Kluczem do dobrego projektu biura w przyszłości postpandemicznej jest zatem projektowanie nastawione na dobre samopoczucie człowieka (wellbeing design), w ramach którego mieści się projektowanie biofilne (biophilic design). Projektowanie biofilne bazuje na pierwotnym związku człowieka z naturą oraz założeniu, że otoczenie wpływa na komfort i efektywność pracy. Wykorzystuje ono m.in.: naturalne materiały, rośliny, zapewnia dostęp do wysokiej jakości powietrza i maksymalnie możliwy dostęp do naturalnego światła, komfort termiczny i komfort akustyczny, miejsca schronienia (może to być strefa do odpoczynku lub kanapa z wysokim oparciem), czego efektem jest zrównoważona przestrzeń do pracy. Celem wellbeing design jest więc zaprojektowanie przestrzeni pod względem fizycznym, psychologicznym, społecznym i ekologicznym w taki sposób, aby pracownik w tej przestrzeni mógł się poczuć komfortowo.

dr Anita Basińska, socjolog, School of Form

Peakside chce zainwestować w nieruchomości 350 mln euro

Peakside Capital, firma zarządzająca inwestycjami i funduszami inwestycyjnymi na rynku nieruchomości, poszukuje rynkowych okazji dla swojego czwartego europejskiego funduszu Peakside Real Estate Found IV (PREF IV). Na inwestycje zamierza przeznaczyć do 350 mln euro głównie na rynku niemieckim. Peakside jako bardzo perspektywiczne ocenia również inwestycje na rynku polskim oraz Europy Środkowo-Wschodniej.

Peakside Capital, europejska firma private equity działająca na rynku nieruchomości, poszukuje atrakcyjnych nieruchomości dla swojego czwartego funduszu Peakside Real Estate Found IV (PREF IV). W ramach pierwszej transzy firma zebrała już od inwestorów 160 mln euro dla funduszu zamkniętego, a docelowo na potrzeby inwestycyjne zamierza pozyskać 350 mln euro.

„W obecnej sytuacji bacznie przyglądamy się w szczególności okazjom inwestycyjnym w sektorze logistyki i na rynku mieszkaniowym. Jednocześnie spodziewamy się pojawienia się pewnej liczby okazji inwestycyjnych wynikających z perturbacji rynkowych będących następstwem pandemii COVID-19, szczególnie w sektorze handlu detalicznego i w branży hotelarskiej, zwłaszcza w kontekście aktywów, które nadają się do przekształcenia w lokale biurowe lub mieszkania. Nieudane przedsięwzięcia inwestycyjne wymagające dofinansowania lub zrefinansowania również oferują atrakcyjne z naszego punktu widzenia możliwości. Pomimo wzrostu liczby osób pracujących zdalnie, jesteśmy nadal przekonani o wysokim potencjale nieruchomości biurowych jako klasy aktywów samej w sobie. Nasz portfel planowanych inwestycji jest obszerny i na bieżąco uzupełniany” – powiedział Boris Schran, Partner i założyciel Peakside Capital.

Działalność funduszu skupiać się będzie przede wszystkim na inwestycjach w nieruchomości w Niemczech, które na skutek aktualnej sytuacji zostały przecenione i które oferują wysoki potencjał wartości dodanej. Celem będą projekty w przedziale cenowym od 30 mln euro do 150 mln euro na każdą inwestycję. Peakside jako bardzo perspektywiczne ocenia również angażowanie się na rynku polskim oraz Europy Środkowo-Wschodniej. Rynki Polski i Europy Środkowo-Wschodniej charakteryzują się wysokim stopniem aktywności deweloperskiej, inwestycyjnej i wynajmu. W połączeniu z solidną kondycją makroekonomiczną, minimalnym wzrostem czynszów na rynku oraz atrakcyjną stopą kapitalizacji, rynki oferują interesującą ofertę” – powiedział Roman Skowroński, dyrektor zarządzający Peakside Capital Advisors w Polsce.

W ramach funduszu PREF IV jeden składnik aktywów został już objęty umową na wyłączność, a kolejne docelowe inwestycje znajdują się w fazie przygotowania. Menedżerowie Peakside spodziewają się, że więcej okazji inwestycyjnych pojawi się w drugiej połowie 2021 r.

PwC: w ciągu 5 lat rynek e-commerce w Polsce osiągnie wartość 162 mld zł

Z analizy przeprowadzonej przez PwC wynika, że w 2026 r. wartość brutto polskiego rynku handlu e-commerce będzie na poziomie 162 mld zł. Oznacza to średnioroczny wzrost o 12%. Najszybciej będzie rosła sprzedaż produktów spożywczych oraz z kategorii zdrowie i uroda. Już w 2020 r. kanał online miał 14% udziału w wartości sprzedaży detalicznej w Polsce, na co wpływ miała m.in. pandemia i przyspieszony rozwój platform e-commerce.

Pandemia i kolejne lockdowny sprawiły, że wiele firm przyspieszyło proces transformacji cyfrowej, stawiając na rozwój kanałów online. W ostatnim roku grupa konsumentów korzystających z internetowej formy zakupów istotnie się zwiększyła. Co ważne, niemal 85% Polaków deklaruje, że nawet po zakończeniu pandemii nie zamierza zmniejszyć częstotliwości e-zakupów. To będzie stały dwucyfrowy wzrost przez najbliższe lata. – Grzegorz Łaptaś, partner w zespole Strategy & Operations PwC

Przeprowadzone na potrzeby analizy PwC badanie konsumentów pokazuje, że ponad 74% Polaków po zakończeniu pandemii utrzyma poziom zakupów internetowych, a 10% zamierza je nawet zwiększyć.

Obecnie ok. 150 tys. polskich przedsiębiorstw prowadzi sprzedaż swoich produktów i usług przez internet. Korzystają oni zarówno z własnych sklepów, jak też z popularnych wśród konsumentów platform typu marketplace. Eksperci PwC podkreślają, że w porównaniu do zachodnioeuropejskich krajów Polska ma nadal relatywnie małą liczbę sklepów internetowych, dlatego w kolejnych latach ich liczba ma szansę znacznie wzrosnąć. To efekt nowych przyzwyczajeń konsumenckich, a także pojawianie się na rynku nowych graczy.

Amazon wchodząc na polski rynek stworzy kolejny kanał sprzedaży i szansę dla polskich małych przedsiębiorców. Już teraz ponad 1/3 przedsiębiorstw prowadzących sklepy online oprócz własnej witryny jest też obecna na platformie Allegro. Dzięki temu ich zasięg jest dużo szerszy. Platforma Amazona, za którą stoją ultranowoczesne technologie i najwyższy poziom klientocentryczności, pozwoli tym firmom docierać do jeszcze większej liczby klientów i okazji zakupowych, a tym samym zwiększać sprzedaż. Będzie to też szansa na to, by polskich sklepów internetowych powstało jeszcze więcej, aby zaspokajać coraz więcej specyficznych potrzeb zakupowych klientów. – Paweł Kowalik, manager w dziale strategii PwC

Eksperci PwC zwracają uwagę na cztery niezwykle ważne aspekty dla firm, które już sprzedają lub zamierzają sprzedawać w kanale online. Pierwszym jest omnichannel, czyli zapewnienie spójności pomiędzy różnymi kanałami sprzedaży. Drugi to customer experience – budowanie pozytywnych doświadczeń klienta. Aż 42% polskich konsumentów jest w stanie zrezygnować z danej marki po zaledwie jednym złym doświadczeniu. Trzecim aspektem jest aktywizacja i lojalizacja klientów, m.in. poprzez dobór odpowiednich strategii cenowych czy programów lojalnościowych. Czwarty to logistyka i zapewnienie ciągłości łańcuchów dostaw – szczególnie ważne w nie do końca przewidywalnej rzeczywistości, co w ostatnich miesiącach uwidoczniła trwająca pandemia.

E-commerce święci triumfy w pandemicznej rzeczywistości

E-commerce to bez wątpienia jedna z najlepiej radzących sobie podczas pandemii branż. W ubiegłym roku polski rynek sprzedaży internetowej zanotował rekordowy wzrost rzędu 26 proc. r/r. Dane GUS za styczeń 2021 wskazują na blisko 10 proc. udziału w całym handlu detalicznym. Do 2025 roku wskaźnik ten ma wzrosnąć o kolejne 10 pp. Imponujące wyniki sektora to naturalny skutek przenoszenia się handlu do kanału online. Zjawisko napędzane jest dodatkowo coraz częstszym wykorzystaniem przez sieci retail metod płatności odroczonych (Buy Now, Pay Later), które według danych rynkowych skutecznie zwiększają wyniki sprzedażowe.

Wartość indeksu Barometru EFL (syntetyczny wskaźnik informujący o skłonności firm z sektora MŚP do rozwoju) dla polskiego handlu na I kwartał 2021 roku wyniosła 50,7 pkt.[1] To najlepszy wynik spośród sześciu badanych sektorów. Relatywnie mocna pozycja branży w pandemicznej rzeczywistości to według ekspertów EFL głównie zasługa rozkwitu e-commerce.

Według analizy PMR, w efekcie pandemii, polski rynek e-commerce w 2020 odnotował najwyższy od kilku lat wzrost o wartości 26 proc. r/r.[2] Udział sprzedaży internetowej w handlu detalicznym, zgodnie z danymi GUS za styczeń 2021, wyniósł 9,8 proc.[3] Taka sytuacja to skutek zamykania galerii handlowych oraz sklepów stacjonarnych. Są to czynniki przyspieszające zmiany modelu zachowań konsumenckich w postaci przenoszenia aktywności zakupowej do sieci. Niebagatelną rolę odgrywają również powszechnie stosowane w sprzedaży online wygodne narzędzia płatnicze. Ich zastosowanie według ekspertów Revo Technologies znacząco wpływa na polepszenie wyników finansowych retailerów.

– Płatność odroczona czy spłata zakupu w częściach są optymalną odpowiedzią na obecne oczekiwania konsumentów – komentuje Daniel Malinowski, Head of Sales, Revo Technologies Polska. – Druga z wymienionych form płatności znacząco obniża ich wrażliwość cenową, jednocześnie redukując poziom zwrotów. Według danych pochodzących od naszych partnerów, ulega on zmniejszeniu nawet o 35 proc.. Metoda ta również mocno lojalizuje klientów. Dla przykładu użytkownicy naszej usługi dokonują zakupów niemal dwa razy częściej niż korzystający ze standardowych form płatności – dodaje.

Udostępnianie możliwości spłaty zakupu w częściach jest jak najbardziej zasadne, szczególnie jeśli operuje się na polskim rynku. Według danych BIK, 4 maja 2020, czyli w dniu otwarcia galerii handlowych po zakończeniu wiosennego lockdownu, do Biura wpłynęło rekordowe 24 tysiące zapytań o zobowiązania ze spłatą w częściach.[4] Widać tutaj silną zależność między otwarciem możliwości nieograniczonej konsumpcji dóbr a zwiększeniem użycia tej metody płatności – na co zresztą zwracali uwagę również sami analitycy BIK.

Doświadczenia nasze i naszych partnerów pokazują, że dla konsumentów atrakcyjny model płatności jest równie ważny jak obniżki cen. Oferując nasze wygodne systemy ratalne sprzedawcy osiągają znacznie wyższe wartości koszyków zakupowych (wzrosty o ponad 100%). Takie wyniki osiągamy m.in. dzięki przyznawaniu limitów zakupowych klientom jeszcze przed rozpoczęciem procesu płatności. Dzięki temu mogą sobie oni pozwolić na większe zakupy zachowując wygodną i elastyczną formę spłaty – komentuje Daniel Malinowski, Head of Sales, Revo Technologies Polska. – Wielu naszych partnerów podkreśla jak ważne jest obecnie rozwiązanie działające w obu kanałach sprzedaży. COVID znacząco zmienił nawyki konsumenckie, przenosząc proces zakupowy do online. Systemy omnichannel, w tym Revoplus, skutecznie pomagają sieciom detalicznym w odbudowie wyników sprzedażowych w kanale tradycyjnym przy zachowaniu spójnego UX – dodaje.  

Doświadczenie klienta odgrywa niebagatelną rolę jeśli chodzi o jego zainteresowanie usługą oraz zatrzymanie na niej uwagi. Według danych zaprezentowanych przez Adobe, 38 proc. użytkowników sklepów online deklarowała, że rezygnuje z zakupów z powodu niewystarczająco atrakcyjnego designu strony.[5] To dopiero wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o user experience w branży e-commerce. Ciągłemu doskonaleniu podlegają takie kwestie jak poprawa intuicyjności poszczególnych etapów procesu zakupowego czy uproszczenie bądź zautomatyzowanie wypełniania szczegółowych formularzy z danymi klienta.

Konsumenci chętniej korzystają z rozwiązań prostych i przyjaznych w użytkowaniu. Wychodząc naprzeciw tak a nie inaczej ukształtowanym preferencjom, staramy się dostarczać tego typu produkt naszym partnerom. Maksymalnie uprościliśmy więc formularz wniosku o finansowanie  i skróciliśmy czas oczekiwania na decyzję do minimum. – komentuje Daniel Malinowski, Head of Sales, Revo Technologies Polska. 

W dynamicznie zmieniającej się sytuacji ekonomicznej warto pomyśleć o zastosowaniu nowoczesnej formy finansowania zakupów jako narzędzia przyciągającego uwagę klienta i utrzymującego jego zainteresowanie. Takie działanie jest szczególnie zasadne w dobie pandemii, kiedy konsumenci napotykają problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Płatności odroczone oraz możliwość rozłożenia spłaty na części często mogą być dla nich jedyną szansą na zachowanie aktywności zakupowej.

[1] https://alebank.pl/handel-najbardziej-odporny-na-covid-19-dzieki-rozkwitowi-e-commerce-branzowy-barometr-efl-na-i-kw-2021-r/?id=358884&catid=22872&cat2id=25926

[2] https://www.pmrmarketexperts.com/rekordowy-wzrost-rynku-e-commerce-w-2020-roku-spowodowany-epidemia-covid-19/

[3] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/handel/dynamika-sprzedazy-detalicznej-w-styczniu-2021-roku,14,73.html

[4] https://www.bankier.pl/wiadomosc/Polacy-rzucili-sie-na-raty-Rekordowa-liczba-zapytan-o-kredyty-7882657.html

[5] https://blogs.adobe.com/creative/files/2015/12/Adobe-State-of-Content-Report.pdf

Branża PR & marketing w czasie pandemii

98 proc. sektora komunikacji marketingowej w Polsce to mikrofirmy, które również ucierpiały na spowolnieniu gospodarczym spowodowanym pandemią. Według raportu PFR epidemia i kryzys nią wywołany jest poważnym wyzwaniem dla sektora komunikacji marketingowej, ponieważ firmy korzystające z usług agencji marketingowych czy PR zmniejszyły lub wstrzymały zaplanowane działania.

Rozmiar branży

Z raportu PFR możemy wyczytać, że w 2019 r. w polskim sektorze komunikacji marketingowej działało ponad 87 tys. podmiotów gospodarczych, prawie wszystkie (98 proc.) to mikrofirmy zatrudniające do 9 pracowników. 1,8 proc. przedsiębiorstw zatrudnia od 10 do 49 osób, 0,2 proc. od 50 do 249 osób, a największych firm, gdzie pracuje ponad 250 osób, jest zaledwie 0,04 proc. Większość zatrudnionych (ok. 58 proc.) pracuje w firmach zajmujących się reklamą, badaniami rynku i opinii publicznej, ok. 24 proc. – w przedsiębiorstwach prowadzących działalność wydawniczą, po 9 proc. – w podmiotach, których działalność jest związana z produkcją filmów, nagrań wideo, programów telewizyjnych, nagrań dźwiękowych i muzycznych oraz nadawaniem programów ogólnodostępnych i abonamentowych. Co ciekawe, 46 proc. zatrudnionych w firmach zajmujących się komunikacją marketingową w Polsce pracuje w województwie mazowieckim.

Daniel Nowak, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP, podkreśla, że polski sektor komunikacji marketingowej stawia się obok największych rynków tej branży, takich jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja. Nie da się ukryć, że jest on istotnym elementem składowym gospodarki narodowej. Cieszy też, że stale się rozwija i że, jak pokazują ostatnie miesiące [2020 r.], potrafi radzić sobie w sytuacjach kryzysowych, adaptując się do zmieniających się warunków, elastycznie i kreatywnie podchodząc do realizacji stojących przed nim wyzwań.

Wpływ COVID-19 na branżę

W 2020 roku branża marketingowa musiała dostosować się do zmieniających się zachowań konsumentów. Wprowadzone ograniczenia przemieszczania wpłynęły na efektywność działań promocji outdoorowej, a reklamy w kinach skurczyły się niemal natychmiastowo do 0, spadła również liczba reklam w druku. Według Interactive Advertising Bureau prawie jedna czwarta (24%) nabywców mediów, marketerów i marek wstrzymała wydatki do końca drugiego kwartału, podczas gdy 46% wskazało, że zmieniło wydatki na reklamę w tym okresie. W efekcie, media tradycyjne odnotowały spadki przychodów rzędu 20%. Outlety cyfrowe wyszły z tej sytuacji obronną ręką – notując niższą dynamikę wzrostu niż prognozowano, ale nadal generując przychody.

Przełożyło się to na zmniejszanie zakresu obsługi, a w efekcie opóźnienia w płatnościach i problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Fintechy oferujące finansowanie B2B, z dnia na dzień zyskały na popularności wśród tej grupy przedsiębiorców. Według Aleksandra Majchrzaka, Prezesa Wealthon, lendtechu B2B oferującego m.in. pożyczki celowe na spłatę zaległości w ZUS i US, zaległości podatkowe i na składki w ZUS są największą bolączką działalności w tej branży. Z tego też względu, duża część pracowników agencji marketingowych lub PR-owych przechodzi na współpracę B2B, która jest korzystniejsza z perspektywy zleceniodawcy. Taka sytuacja nie jest odosobnionym przypadkiem, wiele branż boryka się z podobnymi problemami. Średnia wartość udzielonej pożyczki pomostowej w 2020 roku wyniosła 110 tys. zł, dodaje Majchrzak.

W efekcie zmian na rynku marketingowym, rośnie popyt na usługi marketingowe w segmencie B2B, który do tej pory polegał na innych metodach promocji w swojej grupie klientów, głównie komunikacji sprzedażowej, bezpośredniej. Dzieje się tak, ponieważ z rynku zniknęły niemal zupełnie bezpośrednie kanały komunikacji, takie jak spotkania czy konferencje, które ze względów bezpieczeństwa zostały przeniesione do online’u. Według Jakuba Lebudy, dyrektora zarządzającego Clipatize, agencji marketingu B2B, dotyczy to szczególnie branż farmaceutycznej, medtech, high-tech i produkcyjnej, które polegają na bezpośrednich relacjach z klientami. Stąd wzrost zainteresowania cyfrowymi kanałami komunikacji i nowymi taktykami pozycjonowania eksperckiego i budowania świadomości klientów. Lebuda dodaje, że coraz częściej do komunikacji z klientem biznesowym na niemal na całym etapie customer journey używa się cyfrowych narzędzi komunikacji, a media społecznościowe, nie są tak jak kiedyś, traktowane wyłącznie jako kanał konsumencko-rozrywkowy.

Jednak, pomimo trwającej pandemii, w 2021 roku firmy na całym świecie przeznaczą rekordową kwotę ponad 52 mld USD na anonimowe cyfrowe informacje, służące do targetowania reklam online, a nadwiślański rynek danych zanotuje rekordową wartość wyceny. Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies, spółki monetyzującej dane z internetu, podkreśla, że polskie wydatki na cyfrowe informacje wyniosą w 2020 roku aż 32,1 mln USD, co oznacza wzrost o 17,5% r/r, jak wynika z raportu spółki, a trend zwiększania wydatków na cyfrowe informacje jest wyraźny na arenie międzynarodowej. Na niemal wszystkich, czyli blisko 27 analizowanych w raporcie rynkach, prognozowany wzrost jest dwucyfrowy. W trakcie pandemii więcej czasu poświęcamy na oglądanie telewizji oraz na korzystanie z urządzeń połączonych z internetem, a społeczeństwo przeniosło się do sfery online. Cyfrowe kanały komunikacji zaczęły wypełniać lukę po początkowych spadkach obrotów w branży. Według badań IAB wśród kupujących reklamy, wydatki na promocję cyfrową w drugiej połowie roku wzrosły o 13%. Pandemia przyspieszyła też transformację cyfrową przedsiębiorstw i zwrot reklamodawców ku kanałom online. Według agencji Zenith, w 2020 roku reklama internetowa odpowiadała za ponad połowę wszystkich światowych wydatków reklamowych.

Systemy ERP i MRP rzeczywista optymalizacja procesów produkcyjnych

Jednym, z głównych zadań firmy zorientowanej na rozwój i sukces jest dążenie do ciągłego doskonalenia procesów produkcyjnych. Zdarza się jednak, że koszty wdrażania usprawnień przewyższają potencjalny zwrot z takiej inwestycji. Na szczęście istnieje efektywne rozwiązanie – systemy ERP i MRP. Czym dokładnie są systemy wspierające produkcję? Czym się od siebie różnią i jakie korzyści wynikają z ich wdrożenia?

Czym są systemy zarządzania zasobami w przedsiębiorstwie?

Duże przedsiębiorstwa, szczególnie te, które w ramach swojej aktywności zajmują się również produkcją, muszą borykać się z problemem koordynowania pracy poszczególnych działów, bez użycia jednorodnego oprogramowania. CRM, czyli system zarządzania relacjami z klientem, system księgowy, oprogramowanie dedykowane dla kadr i płac i wiele innych – wszystkie te narzędzia usprawniają pracę pewnych składowych przedsiębiorstwa, lecz w tak różnorodnym i rozproszonym środowisku ciężko zadbać o odpowiednią integrację całego cyklu zarządzania zasobami, produkcją oraz sprzedażą.

Systemy wspomagające produkcję zapewniają sprawne zarządzanie przedsiębiorstwem na poziomie planowania jego wszelkich zasobów. Wykorzystanie systemów wspomagających zarządzanie zasobami umożliwia pracę z poziomu jednej dużej bazy danych, z której informacje mogą czerpać wszystkie inne działy, od księgowości, przez sprzedaż aż po działy zajmujące się logistyką działań. Obecnie najcenniejszą walutą w biznesie jest wiedza i informacja. Nowoczesne systemy zarządzania zasobami pozwalają nam na sprawny przepływ informacji, co pozytywnie wpływa na optymalizację procesów przedsiębiorstwa.

Systemy ERP i MRP – charakterystyka i podstawowe różnice

Dwa najczęstsze typy systemów, które efektywnie wdrażają pozytywne zmiany w przedsiębiorstwie to system ERP i MRP. Osobom niezaznajomionym z tematem, skróty te niewiele mówią. Czym różnią się od siebie te koncepcje?

ERP (Enterprise Resource Planning) to system umożliwiający skuteczne zarządzanie zasobami przedsiębiorstwa. Docelowo ERP ma za zadanie zintegrować ze sobą dane płynące po całym przedsiębiorstwie tak, by maksymalnie skrócić ich drogę i ujednolicić formę. Oczywiście wiele zależy tutaj od potrzeb firmy i wariantu systemu ERP, który zostanie wdrożony. Najbardziej zaawansowane z nich mają dodatkowo funkcjonalności umożliwiające bezpośrednią pracę z programem księgowym, systemem dedykowanym działowi HR czy zarządzaniem aktywami obrotowymi, magazynem czy zamówieniami. Głównym celem systemu ERP jest wzrost wydajności procesu produkcji, przy jednoczesnym minimalizowaniu kosztów.

Systemy MRP (Manufacturing Resource Planning) to natomiast rozwiązanie dedykowane typowym procesom związanym z produkcją oraz zarządzaniem aktywami obrotowymi, oraz materiałami. W skład oprogramowania MRP wchodzą moduły umożliwiające efektywne zarządzanie parkiem maszyn, a także magazynem. System MRP w wielu kwestiach jest bliźniaczo podobny do ERP, jednak jego zakres funkcjonalności został okrojony i zredukowany do konkretnej specjalizacji.

Kto powinien zdecydować się na wdrożenie systemów ERP i MRP w firmie

Każda firma na etapie planowania rozwoju powinna pomyśleć o wdrożeniu systemu MRP lub ERP. Jeśli na jakimkolwiek etapie cyklu produkcyjnego zauważymy nieefektywność, która znacząco wpływa na wysokie koszty produkcji, warto zainwestować w system zarządzania zasobami, który zwiększy przejrzystość oraz umożliwi bardziej efektywny przepływ informacji. To właśnie informacje grają główną rolę i są źródłem powstania systemów klasy ERP. Jeśli zauważymy, że błędne dane wpływają na złe decyzje biznesowe, nie pozostaje nam nic innego jak właśnie zainwestować w system ERP lub MRP.

Korzyści wynikające z wdrożenia systemów wspomagających produkcję w firmie

Systemy wspierające zarządzanie zasobami wdrażane z pomocą Mindbox.pl to uniwersalne i wszechstronne rozwiązanie, które umożliwi kontrolowanie wszystkich zasobów znajdujących się w przedsiębiorstwie, bez potrzeby przetwarzania danych powstałych z raportowania w różnych systemach i oprogramowania. Co więcej, ERP znacząco skraca procesy, co bardzo pozytywnie wpływa na obniżenie kosztów przedsiębiorstwa, które może skupić się na dalszym rozwoju.

Z jakimi ryzykami wiąże się wprowadzenie systemów ERP lub MRP do procesu produkcyjnego?

Warto być świadomym, że systemy ERP i MRP to również spora zmiana dla firmy. W zależności od tego, na jak zaawansowany wariant systemu się zdecydujemy, wdrożenie wszystkich modułów może być długotrwałe i generować dodatkowe koszty (szkolenie pracowników, opłacenie kadry wdrażającej rozwiązanie). Jeśli dodatkowo firma posiada dużo działów, wdrożenie systemu może powodować komplikację natury logistycznej, które jednak są niczym w obliczu ogromnych zalet wykorzystania systemu ERP i MRP. Bez względu na potencjalne zagrożenia, wdrożenie systemów ERP bądź MRP jest niezbędnym procesem prowadzącym do rozwoju firmy, a co za tym idzie, pozwoli na osiągnięcie pożądanej przewagi konkurencyjnej na rynku.

Co mierzy i jak działa refraktometr?

Refraktometr jest to urządzenie do badania współczynnika załamania światła różnych substancji, głównie cieczy. Zastosowanie znajdują różne typy refraktometrów; urządzenia mogą być ręczne i stacjonarne, automatyczne i nieautomatyczne, o różnej dokładności i precyzji. Możemy również spotkać urządzenia z automatyczną kompensacją temperatury, które są precyzyjnie skalibrowane i używane są do najbardziej wymagających aplikacji. Na co dzień do rutynowych pomiarów poza laboratorium możemy spotkać się z prostymi kieszonkowymi refraktometrami lunetkowymi.

Za pomocą refraktometru możemy dokonać szereg pomiarów z zakresu analizy ilościowej, analizy jakościowej czy badania fizykochemiczne. Za pomocą refraktometru możemy oznaczyć np. stężenie cukru w winnym moszczu, stężenie alkoholu etylowego w roztworze (np. piwie, winie czy środku dezynfekcyjnym), zawartości soli w wodzie morskiej czy zawartości wody w miodzie. Za pomocą refraktometru możemy dokonać identyfikacji związków chemicznych oraz określić ich poziom zanieczyszczenia. Analiza jakościowa jest szczególnie przydatna przy kontroli jakości surowców w przemyśle kosmetycznym, spożywczym, petrochemicznym czy farmaceutycznym. W przypadku badań fizykochemicznych za pomocą refraktometru można np. wyznaczyć refrakcję molową i jej składowe.

refraktometr

Refraktometry praktycznie znajdują zastosowanie w każdej dziedzinie życia codziennego. Refraktometry spotyka się w przemyśle samochodowym np. do badania płynów eksploatacyjnych, do kontroli temperatury wrzenia płynów hamulcowych, do kontroli jakości płynu AdBlue. W przemyśle spożywczym można refraktometr oprócz wspomnianych już pomiarów zawartości wody w miodzie czy zawartości alkoholu w płynach można wykorzystać do pomiaru zawartości cukru w sokach, mlecznych napojach czy w piwie. W przypadku wykorzystania refraktometru do pomiaru cukru należy zastosować refraktometr wyposażony w skalę obejmującą spodziewany zakres. W przemyśle spożywczym refraktometry znajdują także zastosowanie np. do określenia zawartości soli w solance, do olejów roślinnych i emulsji olejowych. Spotykamy refraktometry dla akwarystów i użytkowników basenów. W przemyśle metalowym znajdują zastosowanie refraktometry do pomiaru olejowych emulsji, emulsji chłodzących i wiele innych. W przemyśle petrochemicznym zastosowanie znajdują urządzenia np. do badania substancji naftowych i plam ropy na wodzie.

Na co dzień możemy refraktometry spotkać w laboratoriach medycznych i weterynaryjnych do badania właściwości moczu. Za pomocą trzech skal można określić ciężar właściwy moczu, indeks refrakcji oraz białko w surowicy.

Refraktometry są zróżnicowane pod względem części optycznej. Poszczególne urządzenia posiadają specyficzną skalę za pomocą której można bezpośrednio odczytać wynik dla mierzonego medium lub można wynik porównać ze skali do uniwersalnych jednostek fizycznych np. indeks refrakcji RI, gęstość cieczy i inne.

Pomiar za pomocą refraktometru jest niezmiernie prosty. Na szklany pryzmat nakłada się kilka kropli mierzonego roztworu, nakrywa pryzmat z cieczą pokrywką, a następnie należy skierować pryzmat w kierunku światła i spojrzeć w okular, gdzie znajduje się skala.

Właściwie refraktometry spotykamy w każdej dziedzinie życia. Są to urządzenia bardzo proste w obsłudze, zwykle niedrogie. Przy wyborze urządzenia warto zaczerpnąć porady specjalisty, aby dokonać właściwego wyboru. W firmie DANLAB na pewno właściwie zostanie dobrany dla Państwa przyrząd, oferta jest bardzo szeroka.

Branża muzyczna dotkliwie odczuwa przedłużające się zamknięcie. Odbicie może potrwać co najmniej trzy lata

Polska branża muzyczno-festiwalowa przeżywa trudny okres w związku z pandemią COVID-19. Koncerty na żywo nie odbywają się już od wielu miesięcy, a artyści stracili dochody ze sprzedaży biletów, które są dla nich jednym z głównych źródeł przychodów. W jeszcze trudniejszej sytuacji ekonomicznej znalazły się też tysiące pracowników backstage’owych, takich jak dźwiękowcy, oświetleniowcy, choreografowie czy ekipy scenograficzne. Dziennikarz muzyczny Piotr Metz podkreśla jednak, że publiczność jest spragniona możliwości pójścia na tradycyjny koncert i obcowania z muzyką, dzięki czemu – po zakończeniu przymusowego przestoju – branża muzyczna może przeżyć prawdziwy boom.

– Brak koncertów jest dramatem, bo to na nich i sprzedaży biletów artyści głównie zarabiają. Niespecjalnie sprawdził się – przynajmniej w naszym przypadku, ale myślę, że na świecie też nie jest z tym zbyt dobrze – model koncertów online’owych. Jeżeli wykupi się dostęp, można być na swoistym backstage’u, widziałem też takie przypadki, kiedy artysta po koncercie rozmawiał z publicznością na Zoomie. To jednak nie jest to samo. To ciągle jest traktowane jako taki tymczasowy substytut, a nie prawdziwy koncert – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Metz, dziennikarz muzyczny.

Pandemia COVID-19 nie oszczędziła branży muzycznej, która wytwarza ok. 3,5 proc. krajowego PKB. Większość koncertów, festiwali i wydarzeń kulturalnych wiosną ubiegłego roku została przełożona na późniejsze miesiące. Odbyła się tylko część z nich, przy ograniczonej liczbie widzów, w miesiącach, kiedy sytuacja epidemiczna wydawała się opanowana. Jesienne miesiące przyniosły kolejne zamknięcie i branża nadal trwa w zawieszeniu. Na powrót do normalnego funkcjonowania – w związku z rozpoczynającą się właśnie w Polsce trzecią falą pandemii – prawdopodobnie będzie musiała zaczekać jeszcze kilka lub kilkanaście miesięcy.

– Są artyści, którzy twierdzą, że wykorzystali pandemię na złapanie oddechu czy nagranie płyty, na którą wcześniej nie mieli czasu, ale jest to bardzo mocny strzał. Na początku wszyscy próbowaliśmy zaistnieć, tak jak się dało: telefonami, Zoomami i innymi projektami, a potem okazało się, że najgorsze, co spotkało branżę, to brak perspektywy dłuższej niż dwa tygodnie do przodu. Gdybyśmy już dziś mogli planować, to wszystko by było w porządku, ale tego przecież nie wiemy – podkreśla Piotr Metz.

Muzycy i artyści od miesięcy nie zarabiają na sprzedaży biletów, które są dla nich jednym z głównych źródeł przychodów. Ci, którzy prowadzą działalność gospodarczą, mogli co prawda skorzystać z pomocy finansowej przewidzianej w kolejnych tarczach antykryzysowych, takiej jak zwolnienia z ZUS czy jednorazowa zapomoga w wysokości 5 tys. zł, ale większość z nich podkreśla, że była to tylko kropla w morzu potrzeb i ponoszonych kosztów.

 Artyści swoje życie spędzali w rytm kalendarza koncertów, tras koncertowych, festiwali. Nagrywali nowe płyty z reguły jesienią, zimą lub wiosną, by potem, gdy jest ciepło, pojechać z nimi na koncerty. To wszystko zostało z dnia na dzień praktycznie zerwane. Myślę, że w wielu przypadkach jest to duży dramat – ocenia dziennikarz.

Pandemia sprawiła, że w jeszcze trudniejszej sytuacji ekonomicznej znalazły się też tysiące pracowników backstage’owych: dźwiękowcy, oświetleniowcy, pracownicy techniczni, operatorzy kamer, choreografowie, ekipy scenograficzne, kierowcy, ochrona, menedżerowie czy osoby zajmujące się organizacją koncertów.

 Oni z dnia na dzień stracili wszystko, bo artyści często mają jeszcze tantiemy autorskie i inne możliwości, żeby zaistnieć. Natomiast ta branża z dnia na dzień stanęła w punkcie zerowym. Mało tego, grozi nam przejęcie jej przez bogatsze podmioty zagraniczne, co byłoby tragedią – mówi Piotr Metz. – Znam już przypadki, kiedy trzeba było wyprzedawać sprzęt czy oddać firmę komuś innemu.

Jak podkreśla, artystom bardzo doskwiera brak kontaktu z publicznością, która często motywuje do pracy nad kolejnymi utworami.

– Miałem okazję niedawno świętować jubileusz grupy SBB w katowickim NOSPR-ze, fantastyczny koncert z orkiestrą symfoniczną. Grają 10-minutowwy utwór, który odgrzebali po latach, orkiestra im towarzyszy, potem następuje wielki finał, crescendo i zapada cisza. To jest to, czego w tej chwili w branży najbardziej brakuje i na dłuższą metę branża bez tego moim zdaniem sobie nie poradzi – przekonuje dziennikarz muzyczny.

Z drugiej strony publiczność także jest spragniona powrotu do normalności, tradycyjnych koncertów i spotkań z muzyką na żywo. To stwarza szansę, że po zakończeniu przymusowego przestoju branża muzyczna może przeżyć prawdziwy boom, co pozwoli jej odrobić część strat.

– Jest ogromny głód żywego obcowania z muzyką i to po obydwu stronach – mówi Piotr Metz – Idzie wiosna. Liczymy na to, że za chwilę jakaś jaskółka się pojawi i wszystko powolutku ruszy, bo w tej chwili perspektywy są złe.

Według danych firmy doradczej PwC w 2019 roku łączna wartość sprzedanych w Polsce wejściówek na koncerty, festiwale i wydarzenia muzyczne wyniosła 155 mln dol. Na koniec 2020 roku eksperci prognozowali aż 60-proc. spadek do 50 mln dol. Podobny spadek branża zanotuje na całym świecie. W raporcie „Global Entertainment & Media Outlook 2020–2024” PwC szacuje, że tempo odbudowy będzie uzależnione od poprawy sytuacji epidemiologicznej, ale przychody z tytułu sprzedaży biletów nie osiągną w Polsce wartości z 2019 roku jeszcze przez co najmniej trzy lata. Według październikowych prognoz w tym roku mają one wynieść ok. 93 mln dol.

Sprawy frankowe zalegają w sądach. Planowana na marzec uchwała Sądu Najwyższego ma ujednolicić orzecznictwo i przyspieszyć postępowania

Liczba spraw w sądach dotycząca kredytów frankowych stale rośnie. Tylko w styczniu tego roku do Sądu Okręgowego w Warszawie, który rozpatruje większość spraw frankowych, wpłynęło dwukrotnie więcej pozwów w porównaniu ze styczniem 2020 roku. W całym ubiegłym roku było ich około 16 tys., czyli czterokrotnie więcej niż rok wcześniej, więc czas trwania postępowań znacznie się wydłużył. – Uchwała Izby Cywilnej Sądu Najwyższego zaplanowana na 25 marca powinna ujednolicić orzecznictwo sądów powszechnych w sprawach frankowych, a także doprowadzić do przyspieszenia postępowań – ocenia adwokat Bartosz Czupajło.

29 stycznia prof. Małgorzata Manowska, pierwsza prezes Sądu Najwyższego, wystąpiła z wnioskiem o rozstrzygnięcie przez skład całej Izby Cywilnej Sądu Najwyższego zagadnień prawnych dotyczących tematyki kredytów denominowanych i indeksowanych w walutach obcych. Przygotowała również obszerny dokument, który ujawnił rozbieżności w wykładni przepisów prawa w orzecznictwie Sądu Najwyższego i sądów powszechnych. Termin posiedzenia został wyznaczony na 25 marca. Uchwała Izby Cywilnej Sądu Najwyższego będzie miała moc zasady prawnej.

Obecnie zbyt wiele kwestii jest rozstrzyganych odmiennie przez sądy różnych instancji, co przekłada się na długość postępowań, obszerność pism i postępowania dowodowego prowadzonego przez strony. To bardzo ważne, aby sprawy, które są przecież w dużej mierze do siebie podobne, były również rozstrzygane w podobny sposób – komentuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Czupajło, adwokat kancelarii Czupajło & Ciskowski, ekspert kampanii społecznej Prawo bez Strachu.

Statystyki z poprzednich lat pokazują wręcz lawinowy wzrost liczby tzw. spraw frankowych. Z informacji udostępnionych przez rzeczniczkę Sądu Okręgowego w Warszawie wynika, że w 2017 roku na wokandę Sądu Okręgowego w Warszawie trafiło 999 pozwów przeciwko bankom z zakresu spraw frankowych, w 2018 roku to było 2631 spraw, a w 2019 roku już 4634 pozwów. 2020 rok był rekordowy pod względem liczby pozwów skierowanych przeciwko bankom. Do Sądu Okręgowego w Warszawie zostało złożonych ponad 15 588 pozwów, co w porównaniu do 2019 roku pokazuje prawie czterokrotny wzrost. Do stołecznego sądu trafia ponad połowa takich spraw w skali kraju. Eksperci podkreślają, że jeśli tendencja wzrostowa utrzyma się w takiej skali, przekroczy to możliwości sądów, stąd potrzebne są rozwiązania systemowe.

Tym bardziej że rekordowa liczba spraw przyczynia się do wydłużenia czasu ich rozpoznawania. Dodatkowo czas ten jest bardzo różny w zależności od sądu czy sędziego rozpatrującego sprawę.

Niektórzy sędziowie rozpoznają te sprawy na pierwszej czy drugiej rozprawie, inni potrzebują czterech lub pięciu. Nie zawsze jest to uzależnione od sędziego. Często jest to problem związany z liczbą świadków wzywanych do sądu, a wnioskowanych przez banki, lub z opiniami biegłych, na które często trzeba bardzo długo czekać. Jeśli liczba spraw frankowych będzie dalej rosła, a wszystko na to wskazuje, będzie to ogromne wyzwanie dla sądów – dodaje Bartosz Czupajło.

Tak duże zainteresowanie sprawami frankowymi to przede wszystkim wynik korzystnego orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, które przełożyło się na pozytywne rozstrzygnięcia dla kredytobiorców w orzecznictwie krajowym. Można się spodziewać, że w 2021 roku padnie kolejny rekord. Tylko w styczniu do SO w Warszawie wpłynęło 1897 pozwów w sprawach frankowych (dla porównania w styczniu 2020 roku było ich 808).

Ponadto, jak podaje serwis Franknews.pl, sprawy dotyczące kredytów frankowych stanowiły w 2020 roku 71 proc. wszystkich nowych spraw, które zostały poddane pod rozstrzygnięcie Sądu Okręgowego w Warszawie. Dane dotyczące liczby spraw przypadających na jednego sędziego w SO w Warszawie są jeszcze bardziej wymowne. Pod koniec 2020 roku w referacie orzekającego tam sędziego średnio znajdowało się około 590 spraw, z czego 313 to były sprawy frankowe. Dla porównania rok wcześniej każdy sędzia miał około 361 spraw, z czego frankowe oscylowały w granicach 119.

Rzeczniczka prasowa stołecznego SO zapowiedziała, że 1 kwietnia br. zacznie działać nowy wydział do spraw frankowych, który ma poprawić organizację pracy i usprawnić postępowania.

Powstanie nowego wydziału wyspecjalizowanego w sprawach kredytów frankowych budzi mieszane uczucia. Z jednej strony są pewne nadzieje, że pomoże to ujednolicić praktykę sądową i pozwoli przyspieszyć rozpoznawanie tego typu spraw z uwagi na wyspecjalizowanie sędziów w tym zakresie, a także wdrożenie pewnych technologicznych rozwiązań, które powinny wspomóc sędziów w obsłudze tego rodzaju postępowań. Z drugiej strony obecnie sprawy frankowe trafiają do sześciu różnych wydziałów cywilnych Sądu Okręgowego w Warszawie, a po reformie będą trafiały do jednego. W efekcie mniej sędziów będzie obsługiwało taką samą liczbę spraw, która zresztą wciąż wzrasta. Pozostaje pytanie, czy to nie spowoduje efektu odwrotnego od zamierzonego. Musimy poczekać przynajmniej do połowy tego roku – zauważa ekspert kampanii społecznej Prawo bez Strachu.

Jak podkreśla, przeprowadzanie rozpraw w trybie zdalnym jest pewnym rozwiązaniem w obecnej sytuacji, zwłaszcza w kontekście pandemii. Jednak rozprawy prowadzone online nie rozwiążą problemu związanego z ogromną liczbą spraw, które czekają na rozpoznanie.

– To jednak wciąż sędzia musi poświęcić swój czas na to, żeby zapoznać się z aktami, przeprowadzić rozprawę i ostatecznie wydać rozstrzygnięcie. Rozprawy online są rozwiązaniem pożądanym i dobrze, że praktyka idzie w tym kierunku, ale nie jest to remedium na aktualne bolączki, które trawią polski wymiar sprawiedliwości – podsumowuje Bartosz Czupajło.

 

Warszawska giełda przyciąga coraz więcej spółek gamingowych. Jest pod tym względem światowym liderem

Na warszawskiej giełdzie – zarówno na NewConnect, jak i na parkiecie głównym – notowanych jest coraz więcej spółek z sektora gamingowego. Jest ich w sumie ok. 60, a ich łączna kapitalizacja wynosi ok. 50 mld zł. Jak podkreślają przedstawiciele GPW, pod względem liczby notowanych spółek growych Warszawa jest światowym liderem. Ubiegłotygodniowy debiut amerykańskiej Huuuge był największą ofertą firmy z branży gier mobilnych w Europie i cieszył się dużym zainteresowaniem inwestorów indywidualnych. Choć nie był on spektakularnym sukcesem pod względem wzrostu ceny akcji pierwszego dnia notowań, to segment ten pozostaje atrakcyjny dla inwestorów ze względu na dobre perspektywy rozwoju dla całego rynku.

– Polski rynek profesjonalizuje się w obszarze gier. Mamy już niemalże 60 spółek z tego segmentu notowanych na rynku głównym i na NewConnect. Ta liczba plasuje warszawski parkiet wśród globalnych liderów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Kopka, dyrektor w Dziale Emisji Akcji Haitong Banku.

Jak wskazuje GPW, warszawska giełda od października ubiegłego roku wyprzedza technologicznych liderów jak giełdy w Japonii i Korei Południowej. Ostatni debiut Huuuge powiększył grono spółek gamingowych, których kapitalizacja na polskiej giełdzie przekracza 1 mld zł. Wśród nich są m.in. CD Projekt, 11 bit studios, Ten Square Games, PCF Group i PlayWay.

W ciągu niespełna dwóch i pół roku swego istnienia indeks WIG.GAMES na GPW zyskał ponad 120 proc., rosnąc z nieco ponad 13,3 tys. punktów do niemal 29,5 tys. Dla porównania – indeks szerokiego rynku WIG w tym czasie wzrósł o 0,8 proc., a indeks największych spółek stracił 12 proc.

W składzie portfela WIG.GAMES jest tylko pięć największych spółek z rynku głównego, podczas gdy łącznie na obu parkietach funkcjonuje około 60 podmiotów, z tego trzy czwarte na NewConnect. Kapitalizacja wszystkich spółek z tego sektora notowanych w Polsce wynosi ponad 48 mld zł.

– Kapitalizacja największej spółki, którą jest CD Projekt, wynosi około 26 mld zł, czyli spółka odpowiada za około 55 proc. wartości całego rynku. W ostatnim roku spółka ta odnotowała jednak spadek kursu akcji, podczas gdy kolejnych 12 (pod względem wartości) spółek, których kapitalizacja sięga około 14 mld zł, wykazało wzrost kursu akcji, który przełożył się na łączny wzrost ich kapitalizacji o 70 proc. Z perspektywy tych głównych podmiotów mówimy o rosnącym rynku – wyjaśnia Andrzej Kopka. – Pozostałe spółki z sektora gamingowego, których kapitalizacja wynosi łącznie 2,5 mld zł, miały dużo bardziej mieszane wyniki, jeżeli chodzi o zwrot na akcjach, tutaj mieliśmy trochę wzrostów, trochę strat. Per saldo kapitalizacja tych spółek zmieniła się przez ostatni rok o 12 proc. in plus.

Pandemia przełożyła się na wzrost kosztów sektora spowodowany przestawieniem się na pracę zdalną, co było zresztą jednym z powodów pierwszego opóźnienia premiery Cyberpunka 2077. Wzrosło natomiast zapotrzebowanie zamkniętych w domach konsumentów na gry, wydłużył się też czas grania. Dlatego ogólnie pandemia nie powinna mieć negatywnego wpływu na całą branżę. Zdaniem Andrzeja Kopki perspektywy rozwoju branży pozostają atrakcyjne z powodów fundamentalnych, wynikających z rosnącego zapotrzebowania na gry.

– Spółki gamingowe cieszą się zainteresowaniem inwestorów nie tylko w Polsce, ale właściwie na całym świecie. Globalna wartość sektora gamingu sięga już około 160 mld dol., więc jest to duży segment i do tego szybko rosnący, w tempie około 9 proc. rocznie – mówi dyrektor w Dziale Emisji Akcji Haitong Banku. – W całym 2020 roku wartość transakcji kapitałowych w sektorze growym przekroczyła 33 mld dol., z czego oferty publiczne stanowiły około połowę. Pozostałe transakcje mają charakter fuzji i przejęć czy też inwestycji w różne rundy finansowania venture capital, co pokazuje, że również niepubliczna część rynku jest bardzo aktywna. Na niej warto wskazać chociażby nordyckie Stillfront czy Embracer Group, które od początku 2020 roku przeprowadziły już ponad 30 transakcji. Mamy również przykłady takich transakcji jak przejęcie ZeniMax przez Microsoft – transakcja o wartości przekraczającej 7,5 mld dol.

Choć pierwszy dzień notowań Huuuge, która zadebiutowała 19 lutego 2021 roku, zakończył się spadkiem wartości akcji o 1 proc., to popyt na akcje wśród inwestorów indywidualnych był bardzo duży. Złożyli zapisy ponad 30-krotnie przekraczające liczbę oferowanych akcji. Oferta publiczna amerykańskiej spółki była warta 1,67 mld zł i była rekordowa zarówno w sektorze spółek gamingowych na GPW, jak i wśród producentów gier mobilnych w Europie.

– Sektor jest interesujący z punktu widzenia inwestycyjnego. Historie sukcesów spółek, które zrealizowały produkcje bardzo dobrze przyjęte przez graczy i osiągnęły sukces finansowy, przełożyły się na spektakularne wzrosty kursów akcji na giełdzie, co z pewnością przekłada się na pozytywne oczekiwania inwestorów w zakresie inwestycji w tego typu spółki – podsumowuje Andrzej Kopka. – Co ważne, segment growy nigdy nie był oczywistym segmentem w zakresie finansowania dłużnego, które często wiąże się z koniecznością przedstawienia jakiegoś zabezpieczenia. Stąd też rynki kapitałowe, w szczególności rynek akcji, wydają się bardzo dobrym źródłem finansowania tego typu projektów i spółek.

Technologia przyspiesza rozwój telemedycyny. e-rejestracja, e-recepta, e-zwolnienie

Pandemia COVID-19 spowodowała, że świat przechodzi proces przyspieszonej adaptacji nowych technologii. Tą tendencją objęty jest także sektor opieki zdrowotnej, który w ostatnim roku znacznie rozwinął ofertę usług oferowanych online. Otwartość na tę podaż widać zarówno wśród dostawców usług medycznych, jak i samych pacjentów. Elektroniczne skierowania, recepty czy zwolnienia to już nasza codzienność, a liczba użytkowników Internetowego Konta Pacjenta pod koniec października ub.r. sięgnęła 3,5 mln osób[1]. Ponadto, w ofercie kilku kluczowych dostawców prywatnych usług medycznych działa już zaawansowana usługa potwierdzania tożsamości online.

Tradycyjne, papierowe recepty zostały już w Polsce niemal całkowicie odesłane do lamusa i zastąpione receptami elektronicznymi, funkcjonującymi od stycznia 2020 r. Już w maju ub. r. odsetek wystawianych e-recept wobec całego wolumenu recept wystawianych przez lekarzy wyniósł 95 procent[2] . Tylko w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy zeszłego roku polscy lekarze wystawili ich łącznie 207 mln dla 20,5 mln pacjentów. Kolejny etap cyfryzacji w państwowej służbie zdrowia ma miejsce właśnie teraz – od  stycznia 2021 r. wszystkie przychodnie w pełni korzystają z elektronicznych skierowań[3].  Weryfikacja tożsamości pacjenta online, już dziś wdrażana z powodzeniem w sieciach prywatnych placówek medycznych, to następny logiczny krok w tym procesie.

Cyfrowe zarządzanie

Rozwój medycyny online jest zasługą nie tylko otwartości sektora medycznego na zmiany oraz presji legislacyjnej, ale również dostarczanych nowoczesnych rozwiązań technologicznych. Weryfikacja tożsamości pacjenta, prowadzenie dokumentacji, przekazywanie wyników badań – w realiach cyfrowych wszystkie te działania wymagają daleko idącej automatyzacji. Jednym z jej warunków jest sprawna i bezpieczna weryfikacja tożsamości pacjenta.

Zdalna weryfikacja tożsamości, którą zapewnia usługa mojeID dostarczana przez KIR, jest
z powodzeniem wykorzystywana w sektorze prywatnych usług medycznych. Mechanizm działania usługi jest prosty, a zarazem niezwykle efektywny – zarówno z punktu widzenia pacjenta, jak i całego systemu opieki medycznej. Polega on na bezkontaktowym potwierdzaniu tożsamości w oparciu o dane pacjenta pochodzące z zaufanego źródła, takiego jak np. bankowość internetowa. Dzięki temu możliwe jest załatwienie wszelkich formalności sprawnie, bez potrzeby wizyty w placówce medycznej. Usługa mojeID daje gwarancję bezpiecznego i jednoznacznego uwierzytelniania pacjenta.

Obecnie serwisy rezerwacyjne czy punkty medyczne radzą sobie z kwestią rejestracji teleporady na różne sposoby. W wielu przypadkach, w czasie wizyt online pacjent jest zobowiązany podawać PESEL, adres zameldowania lub inne dane wrażliwe. Nie zawsze jest to bezpieczne, a tym bardziej nie jest to komfortowe – taki proces trwa znacznie dłużej niż rejestracja za pomocą mojeID. Optymalizacja ścieżki rejestracji pacjenta i niezbędnego dopełnienia formalności oznacza więcej czasu na świadczenie usług i bezpośredniej opieki nad pacjentem.

Zdalna weryfikacja tożsamości pomaga zadbać o bezpieczeństwo zarówno personelu, jak i pacjentów, co w czasach pandemii nabrało szczególnego znaczenia. Dzięki możliwości rejestracji online, ograniczany jest kontakt lekarzy z pacjentami co pozwala zniwelować ryzyko związane z rozprzestrzenianiem się chorób. Sieci Medicover, Enel-med oraz Centrum Medyczne Damiana Holding od pewnego czasu wykorzystują mojeID, dzięki czemu ich pacjenci mają dostęp do portalu pacjenta czy aplikacji mobilnej. Bez konieczności odwiedzania stacjonarnej placówki mogą umówić wizytę, odebrać wyniki swoich badań czy też mieć wgląd w historię leczenia, zyskując komfort możliwości zdalnego załatwienia swoich spraw i oszczędność czasu.

W ostatnim roku zaobserwowaliśmy zwiększony wzrost zainteresowania naszymi rozwiązaniami z zakresu zdalnych kontaktów z lekarzem. Możliwość uzyskania dostępu do wrażliwych danych medycznych za pomocą mojeID jest z miesiąca na miesiąc coraz chętniej wykorzystywane przez naszych pacjentów. Zdalne uzyskania dostępu do platformy Medicover Online umożliwia pacjentowi nie tylko założenie konta, ale również skorzystanie z porady specjalisty, odebranie recepty, skierowania lub zwolnienia lekarskiego oraz weryfikację zaleceń lekarskich. Wszystko bez wychodzenia z domu.
W mojej ocenie to rozwiązanie, które gwarantuje nie tylko bezpieczeństwo w czasie pandemii, ale i dużą wygodę dla naszych pacjentów. W Medicover wierzymy, że rozwiązania zdalne są przyszłością i istotną częścią świadczenia usług zdrowotnych, dlatego mamy  jeszcze wiele ciekawych pomysłów na udostępnianie kolejnych rozwiązań –
mówi Magdalena Dębowska, Kierownik ds. Serwisów Internetowych, Medicover Polska.

W dobie zwiększonego zapotrzebowania na świadczenia zdrowotne, możliwość skorzystania
z teleporady powiązanej z rejestracją online, wystawieniem e-skierowania czy e-recepty ma ogromny wpływ na sprawność i efektywność systemu opieki medycznej. Efektem jest nie tylko możliwość obsłużenia większej liczby pacjentów, ale optymalizacja procesów biznesowych.

Digitalizacja w telemedycynie to nie tylko sprawna rejestracja

Możliwość elektronicznej weryfikacji tożsamości naturalnie łączy się z umożliwieniem zdalnego podpisywania dokumentów przez lekarzy, personel medyczny czy pacjentów i znacząco wpływa wzrost  poziomu digitalizacji systemu opieki zdrowotnej.

Intensywny rozwój telemedycyny, który obserwujemy szczególnie w ciągu ostatnich miesięcy pokazuje jak duży jest potencjał tego rynku. Wciąż pozostaje jednak wiele obszarów, które pilnie wymagają digitalizacji. Warunkiem jest dalsza popularyzacja usług zaufania i zdalnej weryfikacji tożsamości. Udostępniane przez KIR rozwiązania, jak usługa mojeID czy mobilny, kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir, dostępny całkowicie online, są z sukcesem wykorzystywane – poza medycyną, także w wielu innych sektorach gospodarki. Czas pandemii wyraźnie pokazał znaczenie dostępu do usług świadczonych zdalnie i możliwość obsługi klientów w trybie online dla funkcjonowania niemal każdej gałęzi gospodarki – mówi Piotr Wichowski, dyrektor Linii biznesowej usługi identyfikacji w KIR.

Potencjał do wdrażania kolejnych ułatwień związanych z usługami online, takimi jak mojeID, w ramach prywatnej opieki zdrowotnej wciąż jest duży. Przykłady firm takich jak Medicover, Enel-med czy Centrum Medyczne Damiana, które z powodzeniem wdrożyły system zdalnej weryfikacji pacjentów pokazują, że jest to rozwiązanie niezwykle efektywne, które usprawnia procesy i zwiększa zadowolenie pacjentów ze świadczonych usług.

[1] Kolumna24, Innowacje rewolucjonizują medycynę. Bez cyfrowych rozwiązań służba zdrowia nie poradziłaby sobie w czasie pandemii, grudzień 2020

[2] Kolumna24, Innowacje rewolucjonizują medycynę. Bez cyfrowych rozwiązań służba zdrowia nie poradziłaby sobie w czasie pandemii, grudzień 2020

[3] Dziennik Gazeta Prawna, Cyfryzacja ochrony zdrowia zwiększa bezpieczeństwo, listopad 2020

Na co zwracać uwagę przy urządzaniu własnej kuchni?

Aby kuchnia dobrze spełniała swoją funkcję, powinna nie tylko dobrze wyglądać, ale przede wszystkim być funkcjonalna. Każdego dnia spędzasz w niej sporo czasu i błędy popełnione przy jej projektowaniu mogą Ci utrudnić codzienne gotowanie. Oto kilka wskazówek, które Cię przed nimi uchronią!

Funkcjonalny trójkąt roboczy

Tzw. trójkąt roboczy to obszar, z którego korzystasz podczas przygotowywania posiłków, składający się z trzech stref: przechowywania, zmywania i gotowania. Jego uzasadnieniem jest kolejność czynności, które wykonujesz w kuchni, szykując coś do jedzenia: najpierw otwierasz lodówkę i wyjmujesz z niej składniki, później myjesz je pod bieżącą wodą, a na końcu poddajesz obróbce termicznej na płycie grzewczej lub w piekarniku. Z tego powodu wierzchołkami trójkąta roboczego powinny być lodówka, zlewozmywak i kuchenka z płytą. Istotne są również odległości między nimi, które w idealnej sytuacji powinny wynosić:

  • 120-210 cm w przypadku zlewozmywaka i lodówki,
  • 120-270 cm w przypadku lodówki i kuchenki,
  • 90 lub 120-210 cm w przypadku zlewozmywaka i kuchenki.

Jeśli zachowasz te proporcje, skrócisz odległości, które pokonujesz zwykle podczas przygotowywania posiłków – zaoszczędzisz więc na czasie.

Szafek nigdy za wiele

Nawet jeśli obecnie nie masz dużo akcesoriów kuchennych, z biegiem lat ich liczba będzie rosnąć, a Tobie zacznie brakować miejsca do ich przechowywania. Stojąc na blacie roboczym, będą zajmować miejsce potrzebne do przygotowywania posiłków, a przy tym wprowadzać do pomieszczenia przytłaczający chaos.

Unikniesz tego, jeśli już na etapie projektowania kuchni zadbasz o to, by znalazło się w niej miejsce na odpowiednią liczbę szafek i szuflad. Zorganizuj je też w taki sposób, by były nie tylko pojemne, ale także funkcjonalne. Pomogą Ci w tym wysuwane koszyki i najróżniejsze organizery, dzięki którym każdy przedmiot znajdzie swoje miejsce i będzie zawsze pod ręką.

Nowoczesne urządzenia kuchenne

Na Twój codzienny komfort podczas gotowania wpłynie również to, jakie urządzenia wybierzesz. Producenci współczesnego AGD wyposażają je w szereg innowacyjnych funkcji, które nie tylko zapewniają Ci wygodę i bezpieczeństwo, ale wręcz ułatwiają przygotowywanie potraw.

Aby kuchnia była jak najbardziej funkcjonalna, wybierz takie sprzęty, które łączą w sobie funkcje kilku urządzeń – zajmą niewiele miejsca, a jednocześnie zapewnią Ci dużo możliwości. Przykład? Nowoczesne piekarniki mogą dysponować funkcją gotowania z wykorzystaniem pary, umożliwiającą przygotowywanie zdrowych potraw bez grama tłuszczu. Grille elektryczne mogą mieć wymienne płytki do gofrów, panini, a nawet do ciasteczek. Innowacyjne płyty gazowo-indukcyjne stanowią z kolei połączenie dwóch rodzajów popularnych płyt grzewczych. Dzięki temu możesz korzystać z zalet płyty indukcyjnej i gazowej, choć masz na blacie tylko jedno urządzenie.

Design na lata?

Kuchnię urządzasz zapewne raz na kilka lub kilkanaście lat. Wybierając jej kolorystykę i wyposażenie, zwróć uwagę, by ich wygląd nie znudził Ci się w krótkim czasie – a jeśli już się znudzi, by można go było szybko odświeżyć, bez dużego wkładu finansowego. Pamiętaj o tym, że w zasadzie każdy element wystroju kuchni możesz przemalować. Wymaga to nieco wysiłku, lecz pozwala szybko zmienić aranżację, i to w względnie tanim kosztem.

Pandemia i nowe przepisy spowodowały dynamiczny wzrost liczby upadłości konsumenckich. W tym roku rekord może zostać pobity

Ponad 13 tys. upadłości konsumenckich zostało ogłoszonych w ubiegłym roku. To o 2/3 więcej niż rok wcześniej. Ten przyrost to z jednej strony efekt przepisów, które weszły w życie w marcu 2020 roku, a z drugiej strony – pandemicznego kryzysu. Wprawdzie zmienione prawo zapewnia, że każdy wniosek o upadłość zostanie przyjęty, kryją się w nich jednak pułapki, przez które zadłużony konsument, decydując się na taki krok, może wyrządzić sobie więcej szkód, niż zyskać korzyści.

Na pewno ten rok i następny będą bardzo istotne, jeżeli chodzi o upadłość konsumencką. Wiele osób w związku z pandemią będzie zmuszonych udać się po tę formę oddłużenia. Z drugiej strony jednak przestrzegam przed zbyt łatwym wchodzeniem w proces upadłościowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Oppenheim z Kancelarii Doradztwa Finansowego. Oddłużanie, Upadłość konsumencka. – Upadłość konsumencka ma nie tylko swoje zalety, ale też bardzo dużo wad. Patrzymy bowiem na samo oddłużenie, natomiast nie zastanawiamy się nad tym, jakie są minusy upadłości, m.in. hamowanie aktywności zawodowej, także utrata posiadanego majątku, bo musimy złożyć tenże do masy upadłości.

Wniosek o upadłość konsumencką mogą złożyć osoby, które nie są w stanie regulować swoich zobowiązań od co najmniej trzech miesięcy. Głównym celem postępowania upadłościowego jest oddłużenie polegające na zaspokojeniu wierzycieli, np. z majątku dłużnika, bądź umorzeniu części lub całości długów. Jak wynika z analiz Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w 2020 roku ogłoszono upadłość konsumencką w stosunku do 13 084 osób. To o 64,5 proc. więcej niż w 2019 roku i jedna trzecia wszystkich upadłości zarejestrowanych w ciągu sześciu lat. Rekord padł w grudniu 2020 roku, gdy upadłość ogłosiło 1809 osób. Granica tysiąca upadłości po raz pierwszy została przekroczona pół roku wcześniej.

Możliwość ogłoszenia upadłości przez konsumentów istnieje od stycznia 2015 roku. Przez pięć lat około połowy wniosków było jednak odrzucanych. Niemal równocześnie z wprowadzeniem pierwszego lockdownu w marcu 2020 roku weszły jednak w życie zmiany w prawie ułatwiające rozpoczęcie procesu upadłości konsumenckiej. Wcześniej sąd sprawdzał, czy niekorzystna sytuacja finansowa dłużnika nie powstała z jego winy, i dopiero wtedy decydował o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku. Obecnie każde zgłoszenie upadłości przez dłużnika kończy się jej ogłoszeniem, natomiast to sąd rozstrzyga, czy i w jakiej wysokości – dostosowanej do aktualnej możliwości dłużnika – oraz przez jak długi czas (do siedmiu lat) dłużnik będzie spłacał zobowiązania. Ponieważ jednak wiele osób nie zna szczegółowych zasad, zamiast oddłużenia może stanąć w obliczu utraty majątku.

– Nowe przepisy wbrew pozorom nie są w każdym przypadku korzystne dla upadłych. Owszem, upadłość może ogłosić nawet osoba, która wykonała wiele posunięć lekkomyślnie, można jej zarzucić rażące niedbalstwo, natomiast proces upadłościowy może się przeciągnąć nawet do 10 lat. Nie wszystkie procedury są jasne i może nastąpić zbycie majątku z udziałem syndyka i brak oddłużenia – tłumaczy Krzysztof Oppenheim. – Pewne zapisy w obecnej ustawie o upadłości konsumenckiej są niejednoznaczne, pozwalające na różne interpretacje i jest to poważne zagrożenie dla tych osób, które są nieprzygotowane, idą po upadłość bez odpowiedniej wiedzy. Zalecam również zabezpieczenie się i korzystanie z pomocy pełnomocnika w okresie postępowania upadłościowego wtedy, kiedy sprawą opiekuje się syndyk. Jest to obrona przed sytuacją, kiedy syndyk wyraźnie będzie działał w interesie wierzycieli ze szkodą dla upadłego.

Dodaje, że w najlepszej sytuacji są te osoby, które nie posiadają żadnego majątku. Wówczas nie mają nic do stracenia, a mogą liczyć na oddłużenie. Tu jednak też kryje się pułapka, jeśli bowiem w ciągu ostatnich pięciu lat – a sąd sprawdza sytuację finansową wstecz – dokonali darowizny majątku, np. nieruchomości, to nie mogą liczyć na darowanie długów. Ten mechanizm zadziała także w przyszłości. W przypadku gdy podczas trwania procesu upadłościowego zadłużony otrzyma spadek, to wejdzie on do masy upadłości.

– Upadłość konsumencka może okazać się bardzo niekorzystna dla byłych przedsiębiorców, którzy utracili płynność finansową. Procedura upadłościowa obecnie zakłada dokładną weryfikację transakcji, które ów przedsiębiorca przeprowadził w okresie ostatnich 12 miesięcy, i nie wszystkie działania mogą się spodobać wierzycielom – tłumaczy ekspert. – Absolutnie nie można traktować upadłości konsumenckiej jako lekarstwa na całe zło. W każdym przypadku zanim złożymy wniosek, trzeba ocenić, czy opłacalność upadłości konsumenckiej przewyższy straty. Często doradzam klientom upadłość, ale nie w tym momencie, tylko za rok, dwa, czasem za pięć. Najważniejsza jest profesjonalna diagnoza.

W tym roku liczba upadłości może ponownie wzrosnąć, ponieważ od lipca zacznie działać system teleinformatyczny, który ułatwi składanie wniosków i usprawni przebieg postępowań.

Wkrótce więcej automatycznych kontroli parkingowych w Warszawie. Cztery nowe elektryki z inteligentnymi kamerami będą patrolowały stołeczne ulice

Warszawscy kierowcy muszą się liczyć z częstszymi kontrolami płatnych parkingów. Zarząd Dróg Miejskich planuje zakup czterech kolejnych aut wyposażonych w inteligentne kamery i systemy RFID, które automatycznie skanują tablice rejestracyjne zaparkowanych samochodów i pozwalają ocenić, czy ich właściciel zapłacił za postój. Tylko w zeszłym roku trzy takie elektryki pozwoliły ukarać 166 tys. nielegalnie parkujących kierowców. Rozwiązaniem zainteresowane są także inne polskie miasta.

– E-kontrola jest czymś, co zupełnie zmieniło sposób sprawdzania zajętości miejsc w strefie płatnego parkowania. Jedno auto skanujące przez 12 godzin dziennie tablice rejestracyjne wykonuje pracę ok. 10 patroli pieszych. Mamy w tym momencie trzy takie auta, a do tej pory korzystaliśmy w porywach z 25 patroli pieszych, więc podwoiła nam się możliwość kontroli strefy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Dybalski, rzecznik Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie.

Jak informuje warszawski Zarząd Dróg Miejskich, w okresie od rozpoczęcia e-kontroli 7 stycznia 2020 roku do końca ubiegłego roku auta pozwoliły na wystawienie ponad 166 tys. opłat dodatkowych dla kierowców, którzy parkowali w strefie płatnego parkowania i nie uiszczali za to stosownej opłaty. Rok wcześniej piesze patrole ukarały łącznie ponad 250 tys. kierowców

– Miasto zdecydowało się na zakup tych samochodów właśnie po to, żeby strefę płatnego parkowania uszczelnić. Do tej pory mieliśmy taką sytuację, że kierowcy parkowali swoje auto w strefie i w sytuacji, kiedy podejrzewali, że właściwie nikt ich nie złapie, to nie przejmowali się tym, żeby odwiedzić parkomat albo żeby skorzystać z aplikacji i za parkowanie zapłacić. W zeszłym roku, po pierwsze, zaczęły jeździć auta do e-kontroli, po drugie, kara za brak opłaty parkingowej została podniesiona z 50 do 250 zł i to razem sprawiło, że w tym momencie wreszcie możemy kontrolować to, jak kierowcy korzystają z miejsc parkingowych – podkreśla Jakub Dybalski.

Do kontroli przystosowane zostały trzy samochody elektryczne Nissan Leaf. Są one wyposażone w specjalny czytnik RFID, który automatycznie rozpoznaje auta otagowane jako wykorzystywane przez właścicieli Karty Honorowej, Karty Powstańca czy Karty N+, które uprawniają do bezpłatnego korzystania ze strefy płatnego parkowania. Kamery umieszczone na autach skanują wyłącznie tablice rejestracyjne, a wymazują ze zdjęć całą resztę obrazu, w tym wizerunki osób. Po porównaniu zeskanowanych numerów z wykazem wykupionych biletów parkingowych zdjęcia są automatycznie kasowane.

– Jeśli się okaże, że samochód stoi na miejscu parkingowym bez opłaty, wtedy do takiego kierowcy jest wysyłany dokument opłaty dodatkowej – mówi rzecznik ZDM. – Przejazdy samochodów e-kontroli są wykonywane dwukrotnie w danym miejscu w odstępie dwóch–trzech minut, żeby uniknąć takich sytuacji, że ktoś akurat poszedł do parkomatu czy akurat dokonuje płatności w aplikacji.

Warto dodać, że Strefa Płatnego Parkowania Niestrzeżonego w Warszawie obejmuje łącznie 37,3 tys. miejsc parkingowych. W ubiegłym roku włączone do niej zostały części dwóch dzielnic: Pragi Północ oraz Woli, w których jest 7,8 tys. miejsc parkingowych. Z uwagi na to, że w przyszłości strefa prawdopodobnie jeszcze będzie się powiększać, ZDM planuje rozszerzyć flotę aut e-kontroli.

– Planujemy, że rozszerzy się ona na Żoliborz i Ochotę. Przygotowujemy się też do wyznaczenia Śródmiejskiej Strefy Płatnego Parkowania, to jest taka część strefy płatnego parkowania, w której opłaty są jeszcze wyższe niż do tej pory. W tym roku przygotowujemy się do zakupu kolejnych czterech takich samochodów, prawdopodobnie w marcu ogłosimy przetarg. One będą bardzo podobne do tych, które w tym momencie jeżdżą po Warszawie i które znają warszawiacy – zapowiada Jakub Dybalski.

System kontrolowania miejsc parkingowych wkrótce może się rozszerzyć także o inne polskie miasta.

– E-kontrola to jest efekt naszej współpracy z firmą Smart Factor, warszawskim start-upem, który wymyślił taki system. Z jednej strony korzystamy z wiedzy warszawskiego start-upu, z drugiej strony korzystamy z pieniędzy unijnych w ramach Programu Virtual WOF, który pozwala nam na wydatkowanie tych pieniędzy w Warszawie. I wyszło z tego coś, co już interesuje inne polskie miasta, pytają się nas, jak to zrobić, jak to działa, jakie są z tego korzyści – podsumowuje rzecznik warszawskiego ZDM.