Z czym przyjdzie się mierzyć deweloperom w 2021 roku?

Rok 2020 przyniósł ze sobą dużo zmian na różnych płaszczyznach. Nie ominęły one również rynku nieruchomości. Co przyniesie 2021? Czego mogą spodziewać się deweloperzy i z jakimi utrudnieniami przyjdzie im się mierzyć?

Deficyt gruntów pod inwestycje

Problemem, od którego warto zacząć i z którym deweloperzy mierzą się już od kilku lat, jest niewystarczająca ilość dostępnych gruntów. Zasób atrakcyjnych działek jest obecnie mocno ograniczony i na rynku cały czas brakuje odpowiedniej ilości przygotowanych terenów inwestycyjnych do budowy mieszkań. Szczególnie jest to zauważalne w centralnych częściach dużych miastach. To właśnie te działki są najbardziej pożądane i sprzedają się najszybciej, a wiadomo, że ich liczba nie jest nieskończona. Podobnie jest z lokalizacjami, które posiadają wygodne połączenia komunikacyjne z pozostałymi częściami miasta. Deficyt wpływa na wzrost cen dostępnych działek, a w efekcie – na wyższe ceny mieszkań. W tej sytuacji, odpowiednie zabezpieczenie banków ziemi staje się sporym wyzwaniem. Jednym z rozwiązań jest udostępnienie deweloperom gruntów będących w posiadaniu Skarbu Państwa. Bardzo często są to ogromne tereny z potencjałem, lecz bez konkretnego przeznaczenia.

Zróżnicowane oczekiwania sąsiadów

Z pewnością niejeden deweloper ma w swoim portfolio sąsiadów, którym pomysł realizacji danej inwestycji się nie podoba. Często dochodzi do protestów wobec decyzji administracyjnych, a nawet blokowania inwestycji. Mieszkańcy oraz użytkownicy okolicznych terenów zgłaszają swoje niezadowolenie przede wszystkim do wydziałów architektury urzędów, co wpływa na procesy uzyskiwania pozwoleń na budowę czy wydawania decyzji o warunkach zabudowy. To z kolei przekłada się na wydłużające się w czasie procedury i opóźnienia w starcie projektu. Z tym niestety spotkać się może każdy deweloper. Niechęć i niezadowolenie często wynikają z braku pełnej wiedzy lub błędnych, mylących informacji. Nie ma dobrego wyjścia z takiej sytuacji, często inwestor jest pod ścianą i musi decydować czy odłożyć projekt na półkę czy zgodzić się np. na zmniejszenie powierzchni użytkowej budynku – w praktyce oznacza to zmniejszenie liczby kondygnacji i odsunięcie się od granic działki. Często sąsiadom nie chodzi o samo protestowanie dla protestowania, lecz o zmuszenie inwestora do remontu elewacji swojego budynku lub zapłaty znacznej kwoty.

Wydłużające się procedury

Z realizacją inwestycji nierozłącznie powiązane są wspomniane już różnego rodzaju uzgodnienia i decyzje. Opóźnienia przy ich wydawaniu, z którymi mierzą się niemal wszyscy deweloperzy – wywołane nie tylko przez opór sąsiadów – mają bezpośredni wpływ na wiele kwestii. Mowa tu o braku możliwości startu budowy, przesunięciach w terminach oddania inwestycji czy zamrożeniu środków finansowych przez banki. To w efekcie przekłada się na wyższe ceny mieszkań.

Potrzeba dobrej współpracy

Kolejnym wyzwaniem, które także pojawia się coraz częściej i z którym na pewno jako deweloperzy będziemy borykać się nie tylko w 2021 roku, jest uchwalanie miejscowych planów zagospodarowania, pomimo braku budżetu na zapisane w tych planach budowy dróg i niezbędnej infrastruktury. Sprawa nie staje się prostsza nawet wtedy, gdy deweloper chce partycypować w finansowaniu tych projektów. Potrzebna jest standaryzacja kosztów ponoszonych przez inwestora i ustalenie jednakowej opłaty dla wszystkich. Jest to o tyle istotne, że deweloperzy realizując dany projekt chcą dostarczać coś więcej i mieć wpływ na rozwój dzielnicy. Niezbędne jest nawiązywanie efektywnego dialogu z władzami miast i dzielnic. Finalnie wszyscy mamy ten sam cel – rozwijać polskie miasta i czynić je dobrym miejscem do zamieszkania.

Sytuacja epidemiczna w kraju również nie sprzyja działaniom. Mimo dużych chęci deweloperów i realnych możliwości realizacji planów, spotykamy się z odmowami, odwoływaniem ważnych spotkań z brakiem możliwości ustalenia kolejnej, konkretnej daty – właśnie ze względu na COVID-19. Automatycznie blokuje lub przesuwa nam to założone cele.

Wszystkie wyżej wymienione utrudniania nie są niczym nowym. To sytuacje bardzo dobrze znane deweloperom, do których pewnie większość zdążyła się już przyzwyczaić i z którymi będziemy się mierzyć również w latach kolejnych. Jeśli chodzi o 2021 rok, to wiele nadal będzie zależało od sytuacji epidemicznej. Natomiast w SGI, mimo wszystkich wyzwań, które stawia przed nami pandemia, z optymizmem patrzymy w przyszłość. Będziemy konsekwentnie realizować nasze plany rozwoju, w razie potrzeby dostosowując je do zmieniającej się sytuacji. Wkroczyliśmy w ten rok z nową energią i dużą motywacją do dalszych działań.

Robert Stachowiak, Prezes Zarządu spółki deweloperskiej SGI

Liderki biznesu chcą wykorzystać szanse, jakie przynosi nowa rzeczywistość

Wyniki specjalnego, globalnego badania KPMG na temat opinii menedżerek pełniących funkcje zarządcze w firmach wskazały, że pandemia COVID-19 może wspierać niwelowanie nierówności ze względu na płeć, jednak aby osiągnąć parytet w zarządach spółek muszą nastąpić radykalne zmiany. Jeżeli chodzi natomiast o Polskę, 48% respondentek optymistycznie patrzy w przyszłość. Pomimo negatywnych skutków pandemii uważają, że zarządzane przez nie firmy będą się rozwijały w perspektywie nadchodzących 3 lat. Aby osiągnąć zakładane cele planują przede wszystkim skupić się na zapewnieniu organicznego wzrostu organizacji. Jednocześnie kobiety realnie podchodzą do nowej rzeczywistości – 8 na 10 respondentek zarządzających firmami obserwuje w swoich organizacjach przyspieszenie cyfrowej transformacji w wyniku pandemii COVID-19, a ponad połowa kobiet zarządzających firmami w Polsce deklaruje, że w wyniku pandemii ich firmy planują zmniejszyć zajmowaną przestrzeń biurową.

Wyniki badania KPMG wskazują, że kobiety stojące na czele firm na całym świecie wykorzystują niecodzienny moment w historii, aby nie tylko maksymalnie ochronić przedsiębiorstwa przed negatywnymi skutkami pandemii, ale przygotować je do dalszego rozwoju w rzeczywistości post-COVID. W wyniku pandemii dla liderek firm najważniejsze i najczęściej wskazywane wyzwania były identyczne – zabezpieczenie długotrwałych relacji z klientami, zapewnienie płynności finansowej firmy oraz zapewnienie bezpieczeństwa zatrudnionym pracownikom.

Chociaż 42% kobiet zarządzających firmami na świecie i 32% w Polsce wyraża opinię, że COVID-19 nie spowolni postępu w zakresie zwiększania różnorodności i otwartości w firmach, to jednocześnie 92% liderek na świecie i 78% w Polsce uważa, że wciąż jest jeszcze wiele do zrobienia, aby zapewnić różnorodność płci w zarządach i na stanowiskach kierowniczych.

Pandemia przyspieszyła projekty dot. transformacji cyfrowej w 4 na 5 firmach

Aż 4 na 5 kobiet zarządzających firmami zarówno globalnie, jak i w Polsce przyznało, że w odpowiedzi na kryzys przyspieszono projekty transformacji cyfrowej ich firm. Ponadto ponad połowa respondentek potwierdziła, że model biznesowy ich organizacji pozwolił na lepsze dostosowanie się do nowej rzeczywistości. Było to niezwykle istotne, ponieważ redukcja kosztów jest często postrzegana jako jeden z najskuteczniejszych sposobów, w jaki przedsiębiorstwa radzą sobie z bezpośrednimi skutkami kryzysu. Ograniczenie inwestycji w projekty, takie jak digitalizacja i innowacje, może jednak być strategią bardzo krótkoterminową, zwłaszcza że 9 na 10 liderek z Polski jest zdania, że firmy działające i rozwijające się w gospodarce cyfrowej wyjdą zwycięsko z obecnego kryzysu. Równocześnie 92% kobiet zarządzających firmami na świecie i 87% w Polsce przyznaje, że w ich firmach wciąż jest miejsce na ulepszenie procesów innowacyjnych oraz sposobu ich realizacji. 94% liderek z Polski przyznało, że zamierzają zwiększać wykorzystanie cyfrowych narzędzi ułatwiających komunikację i współpracę w organizacji. Ma to związek z dynamicznym rozwojem nowej kultury pracy, wymuszonym przez pracę w trybie zdalnym. 65% kobiet na kierowniczych stanowiskach na świecie potwierdza, że w ich organizacjach zaszły znaczące zmiany w polityce firmy, aby ten rozwój kultury pracy umożliwić. Z drugiej strony, popularyzacja pracy w trybie zdalnym powoduje, że 59% liderek globalnie i 51% w Polsce przyznaje, że ich firmy zamierzają zmniejszyć zajmowaną przestrzeń biurową.

Popularyzacja pracy w trybie zdalnym w perspektywie długofalowej implikuje zmiany w różnych obszarach działalności – 36% respondentek z Polski przyznało, że dzięki pracy zdalnej zdecydowanie poszerzyła się potencjalna pula talentów, która może dołączyć do ich organizacji. Oprócz wykwalifikowanych pracowników, aby się rozwijać i sprostać wyzwaniom gospodarki cyfrowej, aż 71% respondentek badania z Polski wskazuje, że najważniejszą kwestią, na której będą się skupiać ich firmy w ciągu trzech lat, będą procesy automatyzacji i robotyzacji. W dalszej kolejności wskazują również na rozwój usług chmurowych, sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego – mówi Stacy Ligas, Senior Partner, CEO, KPMG w Polsce.

42% liderek z Polski jest przekonanych o wzroście firmy w najbliższej przyszłości

Kryzys związany z COVID-19 doprowadził do gwałtownego spadku wzrostu gospodarczego w wielu krajach. Analitycy spodziewają się długotrwałego negatywnego wpływu pandemii na gospodarkę światową. Rządy na całym świecie próbują przeciwdziałać negatywnym skutkom gospodarczym za pomocą środków finansowych i regulacyjnych. Biorąc pod uwagę wzrost w ciągu najbliższych trzech lat, liderki na całym świecie wydają się być optymistkami. Ponad połowa (58% wskazań) kobiet z całego świata wyraża przekonanie lub zdecydowane przekonanie co do perspektyw rozwoju swojej firmy w  nadchodzących 3 latach. Kobiety zarządzające firmami w Polsce wyrażają większy pesymizm odnośnie spodziewanego wzrostu zarządzanych przez nie firm – 42% liderek z Polski jest przekonanych lub zdecydowanie przekonanych o rozwoju organizacji w najbliższej przyszłości. Większy pesymizm widać również w przypadku prognozowanego wzrostu gospodarczego na świecie. W Polsce takie przekonanie wyraża zaledwie 16% kobiet ze ścisłego kierownictwa firm, podczas gdy globalnie 29% liderek prognozuje wzrost światowej gospodarki w perspektywie nadchodzących 3 lat.

W celu osiągnięcia zakładanego wzrostu, ponad 60% liderek z Polski zamierza przede wszystkim skupić się na strategii zakładającej rozwój organiczny organizacji. Kluczowe mogą się także okazać transakcje M&A oraz strategiczne sojusze z innymi firmami, na które wskazuje ponad 1/3 respondentek badania. Z drugiej strony kobiety zarządzające firmami w Polsce wskazują, że oprócz zagrożenia wynikającego z pandemii, w nadchodzących 3 latach największym wyzwaniem, które może zagrozić zakładanemu wzrostowi będzie ryzyko operacyjne – wskazało na nie blisko 1/4 respondentek biorących udział w badaniu KPMG. Problematyczna może być również wysokość stóp procentowych oraz ryzyko regulacyjne – mówi Stacy Ligas, Senior Partner, CEO, KPMG w Polsce.

Walka ze zmianami klimatycznymi po wygaśnięciu pandemii nabierze większego znaczenia

Kwestie związane z czynnikami ESG, czyli aspektami dot. ochrony środowiska, polityki społecznej i ładu korporacyjnego zaczynają odgrywać coraz większą rolę, nie tylko dla firm, ale również dla wszystkich interesariuszy. Szczególnie widoczne jest to na poziomie globalnym – gdzie 90% liderek przyznało, że jednym z warunków zapewnienia zakładanego wzrostu organizacji będzie sprostanie oczekiwaniom wszystkich interesariuszy, nie tylko udziałowców. W Polsce z takim poglądem zgadza się 65% liderek z kierownictwa firm. Niestety pandemia COVID-19 doprowadziła wiele organizacji do zrewidowania swoich planów w zakresie zrównoważonego rozwoju i w efekcie przesunięcia ich realizacji w czasie, aby stawić czoła innym, przede wszystkim ekonomicznym konsekwencjom kryzysu. Niemniej jednak 42% światowych liderek uważa, że działania mające na celu walkę ze zmianami klimatu będą miały jeszcze większe znaczenie w rzeczywistości post-COVID-19. Tymczasem w Polsce zaledwie 26% kobiet na kierowniczych stanowiskach wyraża podobne przekonanie. 58% respondentek badania w Polsce uważa, że temat ochrony środowiska pozostanie tak samo aktualny jak przed wybuchem pandemii.

Migracja oraz integracja i zagadnienia dot. nierówności społecznych najważniejszymi wyzwaniami globalnymi dla liderek z Polski

Kobiety zarządzające firmami w Polsce, jako największe wyzwania, z którymi muszą się mierzyć wymieniły kwestie związane z migracją oraz integracją (35% wskazań). Na kolejnych miejscach (29% wskazań) znalazły się kwestie związane z nierównościami społecznymi, oraz wykorzystywanie prywatnych danych do celów komercyjnych. W ujęciu globalnym największym wyzwaniem wskazywanym przez 43% liderek są kwestie związane ze zmianami klimatycznymi. 41% kobiet stojących na czele organizacji na całym świecie, jako drugie największe wyzwanie, z którym muszą się mierzyć wskazały kwestie związane z nierównością płci, na którą wskazało 13% respondentek z Polski. Trzecim, wskazywanym globalnie zagrożeniem jest likwidacja miejsc pracy spowodowana coraz powszechniejszą automatyzacją oraz rozwojem nowoczesnych technologii.

Raport dostępny jest na stronie internetowej kpmg.pl.

Przebudzenie na rynku walutowym

Rynek walutowy jako ostatni odpowiada na poprawiający się klimat inwestycyjny i wczoraj obserwowaliśmy zmiany zgodne ze strategią reflacyjną i wzrostem apetytu na ryzyko. Katalizatorem są postępy w uchwalaniu planu fiskalnego w USA. USD traci do głównych, ale powoli, gdyż chronią go obawy o wzrost inflacji.

Dobra postawa rynków akcji, nowe rekordy indeksów i ropa naftowa powyżej 60 USD za baryłkę – to są oznaki poprawy apetytu na ryzyko i powoli zaczynają one przenikać także na rynek walutowy. Ponieważ szum informacyjny wokół szczepionek zmienia się na bardziej pozytywny (pochwały tempa szczepień wygrywa z troskami o problemy z dostawami), łatwiej jest skupić uwagę na tych czynnikach, które wspierają oczekiwania odbicia ożywienia globalnego w dalszej części roku. Tematem tygodnia pozostaje determinacja Demokratów w uchwaleniu pakietu fiskalnego opiewającego na 1,9 bln USD. Finalnie prawdopodobnie będzie mniej, ale prawdopodobnie wciąż powyżej 1 bln USD. W Senacie już zatwierdzono rezolucje budżetową, co pozwoli zatwierdzić część wydatków bez konieczności ugadywania się z Republikanami. A to już wystarcza, by tworzyć podstawę dla odbudowy rajdu ryzyka w szerszym ujęciu niż tylko w postaci hossy na Wall Street. Szybsze ożywienie w USA z pomocą ekspansji fiskalnej może być kołem zamachowym dla globalnego wzrostu. Ponadto więcej pieniędzy wydawanych w USA uderzy w dolara poprzez powiększanie podwójnego deficytu (budżetowego i na rachunku bieżącym). Razem wspiera to aktywa ryzykowne. Z drugiej strony w USA rosną oczekiwania inflacyjne i ciągną w górę rentowności obligacji skarbowych, gdyż inwestorzy nie potrafią odpuścić spekulacji, że Fed będzie zmuszony wcześniej normalizować swoją politykę. Pomimo tego, że sam Fed jasno deklaruje, że jeszcze przez długi czas nie będzie dyskusji o ograniczaniu QE czy podwyżkach stóp procentowych. Wczoraj Barkin z Fed zbagatelizował ryzyko inflacyjne, a on sam skupia się na średniookresowych oczekiwaniach inflacyjnych. Tymczasem Mester przypomniała, że polityka Fed będzie akomodacyjna przez bardzo długi czas, a ostatnia zmienność na rynku nie jest oznaką rosnącej niestabilności finansowej. To raczej jednak nie uciszy spekulacji i dlatego rynek FX ociąga się z wyceną trendu reflacyjnego w porównaniu do innych klas aktywów. Nie ma jeszcze tak silnej chęci inwestorów, by wrócić do czystej sprzedaży USD za inne waluty. Ale ruch ten raczkuje. EUR/USD zbliża się do 1,21, GBP/USD pod 1,38 jest najwyżej od prawie dwóch lat, wraca popyt na waluty surowcowe i rynków wschodzących. Dziś prawdopodobnie będzie postępować dalsze badanie rynku, na ile powrót słabości USD jest trwały. Nowe doniesienia o postępach w pracach nad pakietem fiskalnym w Waszyngtonie będą podsycać apetyt na ryzyko. Testem nastrojów powinny być dopiero jutrzejsze dane o inflacji CPI z USA i późniejsze wystąpienie prezesa Fed Powella.

Lepsze nastroje inwestycyjne na rynkach finansowych sprzyjają aprecjacji złotego i w poniedziałek EUR/PLN obniżył się pod 4,48. Lokalnie złotego wspiera brak sygnałów z NBP mogących sugerować rychłość interwencji przeciwko sile waluty, ale ewentualna reakcji banku centralnego nie jest całkowicie do wykluczenia i to spowalnia tempo umocnienia. Zachowanie kursu wygląda trochę tak, jakby uczestnicy rynku byli zadowoleni ze zdobywania 0,5-1,0 grosza dziennie, by za szybko nie zdenerwować NBP.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stanowisko Instytutu Staszica w związku z akcją dyskredytowania karabinka GROT

Silny, nowoczesny przemysł zbrojeniowy w Polsce jest elementem narodowego bezpieczeństwa. Znalazło to zresztą odzwierciedlenie w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, wedle której priorytetem jest „zbudowanie zdolności do rozwoju technologii oraz do produkcji zasobów strategicznych w czasie pokoju, kryzysu i wojny”. Oczywiście o rozwoju tego przemysłu należy myśleć także w kontekście eksportu i zdolności do konkurowania na zagranicznych rynkach. Dlatego wszelkiego rodzaju doniesienia dyskredytujące polski przemysł obronny powinny być szybko i sprawnie wyjaśniane – nie tylko pod kątem ich wiarygodności, ale również tego, jakie grupy wpływu za nimi stoją.

Elementem rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego jest produkcja uzbrojenia opartego o polskie konstrukcje. Jak wspomniano, takie uzbrojenie może nie tylko trafiać na wyposażenie polskich jednostek, ale i trafiać do innych krajów. Dyskusja wokół publikacji medialnych jednego z portali, dotyczących karabinka GROT, uświadomiła opinii publicznej, że gra toczy się o wysoką stawkę, a narzędziem są również fake newsy.

GROT pod ostrzałem

Karabinek GROT to pierwsza od czasów II RP oryginalna polska konstrukcja karabinka.  W latach 2017-2020 Fabryka Broni „Łucznik” dostarczyła do Sił Zbrojnych RP 43 700 sztuk tej broni. Od stycznia br. do jednostek trafiają już najnowsze wersje karabinka – wersja A2 (obecnie ok. 7 tys. egzemplarzy). Należy podkreślić, że MSBS GROT jest konstrukcją cały czas rozwijaną i doskonaloną, począwszy od wersji początkowej A0 z roku 2015, poprzez wersje A1 i A2, aż do obecnie projektowanych kolejnych nowych wersji. Wady konstrukcyjne, które stwierdzono na początkowym etapie (2015 r.) zostały już usunięte. Zresztą takie „wady wieku dziecięcego” towarzyszą każdej nowej konstrukcji. Niemniej to one stały się pretekstem do uderzenia w polski przemysł obronny, chociaż wersja A0 nie znajduje się na wyposażeniu jednostek. Według informacji Fabryki Broni dostarczono dotąd ponad 43 000 egzemplarzy różnych wersji, zaś liczba reklamacji jest niewielka. Nie stwierdzono także przypadków obrażeń u osób używających karabinka.

Doniesienia nt. rzekomych wad karabinka, ujawnionych – podobno – w wyniku testu, którego warunki przeprowadzenia, prawidłowość i wiarygodność pozostają nieznane, zostały przez wielu ekspertów uznane za niewiarygodne. Jest oczywiste, że nie może i nie powinno być żadnej „taryfy ulgowej” dla broni produkowanej przez polskie zakłady – tylko dlatego, że to broń polska – ale też kolportowane w przestrzeni publicznej zarzuty muszą mieć pokrycie w faktach. Faktów zaś nie ustala się w oparciu o zdjęcia z portali społecznościowych, a w oparciu o testy, przeprowadzane zgodnie z normami obronnymi. W tym przypadku, jak wskazał producent karabinka, takiej rzetelności nie dochowano.

Polityczne walki ze szkodą dla obronności

Na ostrą krytykę zasługuje wykorzystywanie ataków na polski przemysł zbrojeniowy do prowadzenia politycznych walk. Wystąpienia polityków, dyskredytujące polski przemysł zbrojeniowy, były słyszane za granicą, także w Rosji. Znamienny jest fakt, że za krytykę w imieniu partii politycznych wzięli się nie eksperci, a politycy uważający, że samo zasiadanie w sejmowych komisjach i zespołach zajmujących się obronnością czyni z nich ekspertów. W przeciwieństwie do będących laikami w tym obszarze polityków (na szczęście nie tak licznych) środowisko branżowe – m.in. w plasowanych w mediach wypowiedziach – podkreśla, że jest to konstrukcja dobra i przyszłościowa, choć  borykająca się, jak każdy nowy produkt, z pewnymi chorobami wieku dziecięcego. Problemy są jednak na bieżąco rozwiązywane przez producenta, a broń w ciągu 5 lat przeszła istotne dla użytkownika modyfikacje.

Poważne oskarżenia wymagają poważnych dowodów na ich poparcie. Uderzenie w polski przemysł zbrojeniowy nie może być traktowane jako sposób na zwiększenie czytelnictwa medium ani jako narzędzie w partyjnych walkach. Przeciwnie, wzmocnienie polskiego potencjału obronnego i wsparcie polskiego przemysłu zbrojeniowego jest kwestią, która musi być wyłączana spod bieżących sporów; nieprawdziwe zarzuty uderzają nie tylko w polskie zakłady, służąc zagranicznej konkurencji, ale finalnie szkodzą narodowemu bezpieczeństwu.

Trend konsolidacyjny – ze wsparciem państwa

Obecna sytuacja gospodarcza zobowiązuje wszystkich – także polityków – do refleksji nad koniecznością rozwijania potencjału produkcyjnego dla kluczowych obszarów gospodarki na terenie kraju, w państwowych rękach. Polski przemysł obronny zalicza się do tych gałęzi gospodarki, których dobra kondycja powinna być identyfikowana jako istotny interes bezpieczeństwa Państwa. Zarówno strategiczne trendy światowe, jak i wyzwania związane z utrudnieniami w zakresie łańcuchów logistycznych wynikające z pandemii COVID-19, jasno pokazują, że osiągnięcie wymaganego poziomu niezależności i bezpieczeństwa w zakresie produkcji zbrojeniowej jest sprawą kluczową. Idąc za przykładem nie tylko światowych potęg, ale również państw takich jak Turcja, Korea Południowa, Izrael, Indie, a nawet Czechy, kraje byłej Jugosławii czy Tajlandia do zabezpieczenia potrzeb własnych sił zbrojnych niezbędne jest wsparcie rozwoju kompetencji i działalności w zakresie rodzimej produkcji wojskowej. Ten trend jest widoczny w ostatnich latach, czego efektem są m.in. projekty takie jak REGINA, RAK czy właśnie MSBS GROT. Oczywiście tu mamy wciąż wiele pól, segmentów, gdzie krajowy przemysł powinien być liderem danych projektów – mówimy tu m.in. o systemie obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu NAREW, Nowym Bojowym Pływającym Wozie Piechoty (NBPWP), znanym pod kryptonimem BORSUK czy systemie wieżowym ZSSW-30. Czy polskie ambicje zbrojeniowe powinny się na tym kończyć? Z pewnością nie.

Przemysł zbrojeniowy na świecie jest ważną gałęzią gospodarki, której odpowiednia organizacja wymaga istotnych nakładów pieniężnych, odpowiedniego otoczenia prawnego i pozafinansowego wsparcia państwa, jednak w perspektywie średnio i długoterminowej wartość własnego przemysłu obronnego zdecydowanie przewyższa nakłady, zarówno z punktu widzenia gospodarczego jak i zapewnienie bezpieczeństwa. Szczególnie widać to w okresie obecnej pandemii, gdzie światowym trendem jest dążenie do utrzymania budżetów zbrojeniowych i pomoc państwa dla własnego sektora produkcji militarnej, co ma zarówno zapewnić bezpieczeństwo jak i wesprzeć odbudowę gospodarki, przeznaczając dla przemysłu zbrojeniowego rolę jednego z kół zamachowych.

Silne trendy konsolidacyjne w przemyśle zbrojeniowym (mi.n. powstanie francusko-niemieckiego KNDS, wykupienie przez Kongsberga 49,9% akcji Patria) i powstanie nowych znaczących podmiotów (mi.n. turecki Aselsan) wskazują zarówno na powszechną świadomość istnienia strategicznej konieczności posiadania na swoim terytorium silnego przemysłu zbrojeniowego, jak również wzrastającą konkurencję w sektorze. Podmioty z branży obronnej działając przy bezpośrednim i pośrednim wsparciu państw macierzystych, generują potencjał do wspierania zdolności bojowej własnych armii, jak i do konkurowania na rynkach międzynarodowych. Ze względu na olbrzymie zasoby kapitałowe i informacyjne światowych potentatów sektora obronnego, bez odpowiedniego wsparcia, lokalne podmioty nie będą w stanie efektywnie rozwijać perspektywicznych
i konkurencyjnych produktów.

Z korzyścią dla polskiej gospodarki

Jeżeli dążymy do rozwoju naszej gospodarki a nie do dotowania gospodarek innych krajów, róbmy wszystko by maksymalnie stymulować i wykorzystywać potencjał krajowy. Znaczenie takich projektów jak MSBS GROT jest nie do przecenienia zarówno dla wojska jak i dla przemysłu, a konsekwencje decyzji o sposobach realizacji programu kluczowe dla gospodarki, Sił Zbrojnych i bezpieczeństwa państwa. Tutaj można posłużyć się przykładem KTO Rosomak – gdzie w przypadku podwozia, przy polonizacji rzędu 93% (czyli 93% stanowi produkcja krajowa głównych zespołów i podzespołów) koszty cyklu życia samej platformy są bardzo tanie, co pozwala Siłom Zbrojnych na utrzymywanie ich dużej liczby w pełnej sprawności w linii i częste ćwiczenia.

Niedawno rząd wspierał kampanię społeczną promującą kupowanie polskich produktów. Opublikowano wówczas dane, które jasno wskazują na zysk dla państwa wynikający z kupowania produktów i usług spełniających kryteria „polskości”. Mowa o takich, które są wytwarzanych w Polsce przez przedsiębiorstwa z polskim kapitałem. Z każdej złotówki wydanej na taki produkt do krajowej gospodarki wraca ponad 70 (79 dokładnie) groszy.

Przy okazji promowania swojego rozwiązania w programie pk. NAREW, mamy do czynienia z analogiczną sytuacją – analizy i symulację zakładają, że w przypadku powierzenia programu do realizacji w krajowym przemyśle zbrojeniowym ok. 50% wartości kontraktu wraca do budżetu – PIT, CIT, VAT, ZUS, podatki lokalne. Na każde sto złotych wydanych u nas 50 złotych wróci do budżetu. Równie istotny jest fakt, że środki wydane na utrzymanie sprawności oraz eksploatację systemu w okresie jego cyklu życia również zostaną wydane w kraju – koszt zakupu systemu i potrzebnych licencji oraz technologii to ok. 20-25% wartości całego kontraktu – pozostałe pieniądze zostaną wydane na jego utrzymanie, serwis, modernizacje.

Rozwój polskiego przemysłu zbrojeniowego w ostatnich latach jest dziełem różnych rządzących ekip, dlatego może być powodem do dumy i powinien zostać wyjęty spod politycznych walk. Posługiwanie się na forum publicznym bezpodstawnymi oskarżeniami cieszy zagranicznych konkurentów i niechętne Polsce kraje, ale szkodzi interesowi narodowemu, który przecież nie ma partyjnych barw.

Biznes po Brexicie

Brexit już teraz mocno wpływa na biznes. Brytyjskie firmy, chcąc zapewnić sobie swobodę handlu z Europą, przenoszą się lub zakładają oddziały m.in. w Holandii i Austrii. Na tym trendzie skorzystać mogłaby także Polska.

Wielka Brytania definitywnie opuściła Unię Europejską, jednak Brytyjczycy nie zamierzają czekać z założonymi rękami i patrzeć, jak budowana latami współpraca ich firm z  zagranicznymi kontrahentami ulega rozpadowi.

– W Holandii i Austrii wiele firm logistycznych zostało zasypanych zapytaniami z firm brytyjskich, które chcą przenieść część swojej działalności na teren UE i potrzebują partnera logistycznego oraz fabryki. Dla wielu europejskich firm oznacza to szybki rozwój i potrzebę zatrudnienia pracowników – mówi Urszula Rąbkowska z firmy logistycznej XBS Group. – Byłoby dobrze, gdyby również Polska skorzystała z tej tendencji, na której obecnie zarabiają przede wszystkim kraje tzw. starej Unii – podkreśla.

Handel bez cła, ale…

Teoretycznie można by sądzić, że zmieniło się niewiele. Umowa o handlu między Unią Europejską a Wielką Brytanią stwierdza, że „cła na wszystkie towary pochodzące z terytorium drugiej Strony są zakazane”. Zatem towar nie zostanie oclony, jeżeli udowodni się, że pochodzi z Unii Europejskiej lub Zjednoczonego Królestwa.

Praktyka nie jest jednak tak różowa. Kluczową rolę odgrywają tu reguły pochodzenia, określające jakie produkty traktowane są jako wyprodukowane przez kraj należący do Unii Europejskiej lub Wielką Brytanię. Wniosek o preferencyjne traktowanie taryfowe musi złożyć importer, a jego treść opiera się na oświadczeniu eksportera lub wiedzy importera, że dany produkt spełnia warunki pochodzenia z kraju jednej ze stron.

Choć brak ceł ułatwia handel między Wspólnotą a Wielką Brytanią, to trzeba pamiętać, że brexit spowodował utworzenie dwóch osobnych porządków prawnych, przywrócił wszelkie formalności celne i kontrole graniczne. Poza tym cło to nie jedyna opłata, jaką należy uiścić przy imporcie towaru. Nie wolno zapominać o kosztach, jakie niosą za sobą dodatkowe formalności, magazyny, procedura graniczna, deklaracje celne i kwestie związane z rozliczaniem podatków (w tym VAT). Nie da się ukryć, że wszystko to będzie miało wpływ na końcowe ceny towarów. W niektórych przypadkach dalsza wymiana handlowa może stać się po prostu nieopłacalna.

Pomimo umowy z Unią Europejską, konsekwencje brexitu dla Wielkiej Brytanii są ogromne. Na przełomie roku 2020/2021 więcej niż 1000 słów mówiły obrazy z terminalu promowego Hook of Hollan i kolejki na granicach, w jakich musieli stać kierowcy „tirów”. Celnicy zabierali kierowcom żywność (nawet kanapki), bowiem na teren UE nie wolno wwozić mięsa, warzyw, owoców, ryb, itp. Niejednokrotnie ludzie zostawali bez wody.

Daily Mail wskazywał na chaos spowodowany biurokracją związaną z brexitem w portach, na potwierdzenie pokazując puste półki supermarketów. Jak podaje Interia, francuska administracja ostrzegła, że poważnie potraktuje kontrole i nie będzie stosować żadnego okresu przejściowego. Operator promowy DFDS zgłosił natomiast dużą liczbę ciężarówek, które są zatrzymywane z powodu braku lub nieprawidłowych dokumentów.

Brexit szczególnie odczują przedsiębiorcy, którzy wykorzystywali Wielką Brytanię jako bazę dystrybucyjną w handlu ze Wspólnotą. Towary (takie jak ubrania czy sprzęt elektroniczny) pochodzące np. z Bangladeszu zostaną teraz oclone przy wwozie do Wielkiej Brytanii. Przy ich sprzedaży do UE ponownie będą obowiązywały cła. Takie produkty nie są bowiem nawet w połowie wytwarzane w Wielkiej Brytanii. Konieczne są także deklaracje pochodzenia produktów, certyfikaty weterynaryjne, certyfikaty norm produktowych itp.

Firmy brytyjskie uciekają do Unii

Unia Europejska to największy rynek zbytu dla Wielkiej Brytanii. Dla wielu firm z Anglii, Walii czy Szkocji handel ze wspólnotą to warunek przetrwania. Badanie przeprowadzone przez Institute of Directors (IOD) w 2019 r. wykazało, że prawie co trzecia brytyjska firma (29 proc.) rozważa choćby częściową „ucieczkę” za granicę. W badaniu wzięło udział prawie 1.200 firm, z czego 11 proc. podało, że ze względu na brexit już przeniosło część swojej działalności biznesowej.

Aż 70 proc. firm przenoszących się lub planujących taki krok decydowało się na nową lokalizację w obszarze Unii Europejskiej. To wielka szansa dla krajów Wspólnoty. Dla Wielkiej Brytanii oznacza to utratę miejsc pracy, zagrożenie dla działalności gospodarczej i dochodów podatkowych w kraju.

Dokąd najchętniej przenoszą się brytyjskie firmy? Nie lada gratką okazują się być Holandia i Austria. Jak podaje brytyjski Guardian, Lyne Biewinga z Holendersko-Brytyjskiej Izby Handlowej twierdzi, że od kilku tygodni jej zespół „dzień i noc” pracuje nad zapytaniami od firm brytyjskich. Istnieje wiele powodów, dla których firmy mogą zdecydować się na wyjazd do Holandii. Oba kraje łączą 400-letnie stosunki handlowe, oba mają dostęp do Morza Północnego. Odległość geograficzna jest niewielka i co nie bez znaczenia, posiadają naprawdę dobrą infrastrukturę logistyczną z największym portem w Europie, Rotterdamem, a także lotniskiem Schiphol w Amsterdamie. Nie bez znaczenia jest też bardzo dobra znajomość języka angielskiego wśród Holendrów (angielski należy do języków urzędowych w tym kraju).

Sami Holendrzy są bardzo przychylni Brytyjczykom chcącym przenieść biznes do tulipanowego królestwa. Lyne Biewinga zapewnia, że Holandia pomaga firmom obejść problemy graniczne i dodatkowe opłaty, a także papierkową robotę i dodatkowe podatki wynikające z brexitu. Wskazuje, że z Holandii mogą znacznie swobodniej rozprowadzać swoje towary.

Z kolei austriacka minister ds. spraw gospodarczych Margarete Schramböck twierdzi, że ​​liczba zapytań ze strony firm brytyjskich, która i tak był od kilku lat była wysoka – od 1 stycznia 2021 r. wzrosła trzykrotnie.

Według Austriackiej Agencji Biznesu w 2019 r. i 2020 r. 50 brytyjskich firm (lub posiadających siedzibę w Wielkiej Brytanii) rozpoczęło działalność w Austrii. To najczęściej firmy z branży IT oraz badawczo-rozwojowej. Już kilka lat temu Austria stworzyła specjalny program, który ułatwia start i prowadzenie tego rodzaju działalności na obszarze kraju. Jak widać, okazał się skuteczny.

Niemałym zainteresowaniem cieszy się też Belgia. Brytyjsko-Belgijska Izba Handlowa twierdzi, że napływa zdecydowanie więcej zapytań o możliwość przeniesienia działalności na terytorium tego państwa. O otwarciu nowej filii w Brukseli zdecydował już brytyjski Lloyd’s of London skupiający firmy ubezpieczeniowe. Z kolei czołowy brytyjski producent sera cheddar, Simon Spurrell, ogłosił, że inwestycję o wartości miliona funtów przeniesie do Francji.

The Observer ujawnił, że Departament Handlu Międzynarodowego doradzał brytyjskim firmom, które martwią się nowymi obciążeniami, kontrolami celnymi i dodatkowymi kosztami transportu towarów, aby utworzyły na terytorium UE magazyny, składy lub przeniosły tam infrastrukturę.

– Powszechnie wiadomo, że zawsze dobrze jest być blisko klientów. Rynek europejski jest rynkiem jednolitym, dlatego chcąc sprzedawać w Europie, najlepiej pozostać na rynku wspólnotowym – mówi Urszula Rąbkowska.

Czy Polska skorzysta na brexicie?

Skoro Brytyjczykom opłaca się korzystanie z europejskiej infrastruktury, naturalnym kierunkiem może być również Polska. I nie jest to wyłącznie myślenie życzeniowe.

Jak podaje Gazeta Wyborcza brytyjska filia szwajcarskiego koncernu Nestle chce przenieść do Polski produkcję wafelków Blue Riband. To 300 miejsc pracy. Firma uzasadnia, że decyzję o przeniesieniu fabryk podjęto, aby brytyjskie zakłady koncernu „działały w sposób bardziej efektywny” i były w stanie zachować konkurencyjność „w szybko zmieniającym się otoczeniu”. Przeniesienie ma umożliwić „uproszczenie operacji” firmy.

Również Huf UK, brytyjski producent części do aut zamknął zakład w Tipton i przeniósł miejsca pracy do Polski i Rumunii. Brytyjska firma dostarczała swoje produkty m.in. do Jaguara, Land Rovera, BMW, Daimlera, Hondy i Volvo. W 2017 roku miała 50,6 mln GBP obrotów. Pracownikom zakładów w Tipton zaoferowano możliwość zgłoszenia się do pracy w fabrykach w Polsce i Rumunii, co nie jest takie złe, biorąc pod uwagę, że część z nich to mieszkańcy tych krajów.

To wielka szansa dla Polski, tym bardziej, że Wielka Brytania jest drugim pod względem wielkości, za Niemcami, odbiorcą polskich produktów rolno-spożywczych. Do brytyjskich sklepów trafia ok. 9 proc. polskiego eksportu z sektora rolno-spożywczego.

Wśród towarów eksportowanych do Wielkiej Brytanii dominują produkty szeroko rozumianego sektora maszynowego, części motoryzacyjne, meble, wyroby z drewna, kosmetyki, chemikalia, ale też artykuły rolno-spożywcze. Wielka Brytania jest też ważnym odbiorcą polskich usług – drugim po Niemczech.

– Być może Polska, ze względnie tanią siłą roboczą, dobrym zapleczem transportowo-logistycznym oraz rozwiniętą bazą technologiczną mogłaby być atrakcyjna dla Wielkiej Brytanii. Warto byłoby iść śladami Austrii, która stworzyła ciekawe programy dla przedsiębiorstw, chcących przenieść produkcję lub zaplecze techniczno-spedycyjne na jej terytorium – zauważa Urszula Rąbkowska z firmy logistycznej XBS Group.

Ewentualne wątpliwości wśród brytyjskich przedsiębiorców może wzbudzać sytuacja polityczna Polski. Głównie chodzi o tendencje mogące prowadzić w stronę „polexitu”. Same argumenty ekonomiczne wydają się przemawiać na korzyść naszego kraju, choć w Polsce brakować może ułatwień i zachęt dla potencjalnych inwestorów.

Austria i Holandia dostrzegły w brexicie szansę i robią wiele, by ją wykorzystać. W Polsce te możliwości dopiero teraz zaczyna się zauważać.

ZPP: Wyeliminujmy płacę minimalną w mikrofirmach

  • Pandemia najsilniej uderza w najmniejsze przedsiębiorstwa. Wiele z nich jest zagrożonych. Pomóżmy im likwidując płacę minimalną w mikrofirmach.
  • W tym samym celu należy wprowadzić prosty sposób opodatkowania firm generujących przychody nie wyższe, niż 120 tys. zł rocznie: jednolity podatek w wysokości 20% od przychodu, obejmujący PIT i ZUS.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców niejednokrotnie już opisywał destrukcyjny wpływ pandemii i wprowadzanych ograniczeń działalności przedsiębiorstw na gospodarkę. Jakkolwiek w skali makro statystyki nie wyglądają fatalnie (pierwsza od trzydziestu lat recesja jest jednak faktem), niektóre branże odczuwają skutki kryzysu szczególnie dotkliwie. Jak w większości przypadków, najbardziej narażone na bankructwa i zwolnienia są mikroprzedsiębiorstwa. Nie mają one zapasu kapitału, który umożliwiłby im przetrwanie trudnego czasu.

Zwracamy uwagę na fakt, że niektóre z sektorów objętych ograniczeniami są w znacznej mierze zbudowane z najmniejszych podmiotów. Co więcej, pewna część tych firm może być wykluczona z możliwości ubiegania się o kluczowe instrumenty wsparcia, z uwagi na niespełnianie niektórych kryteriów (w tym – przede wszystkim – kryterium zatrudnienia na podstawie kodeksowej umowy o pracę). Wynika to przede wszystkim ze specyfiki prowadzonej działalności, a w głównej mierze cech takich, jak sezonowość, czy oparcie zespołu na studentach i młodych ludziach dopiero wchodzących na rynek pracy. W sektorze usług jest to stosunkowo częste, a jednocześnie jest to właśnie sektor w największym stopniu dotknięty ograniczeniami.

Jednocześnie rozczarowuje brak analogicznych decyzji w odniesieniu do gastronomii i branży fitness. Wciąż nie wiemy również, jakie obiektywne cele i warunki muszą zostać spełnione, aby przedsiębiorcy tychże branż mogli powrócić do prowadzenia bieżącej działalności.

Obawiamy się, że przedłużające się restrykcje (którym konsekwentnie się sprzeciwiamy) mogą doprowadzić do zapaści mikrobiznesu. Mając to na uwadze, wydaje się że zasadne jest wprowadzenie programu ukierunkowanego precyzyjnie na wsparcie najmniejszych przedsiębiorców. Proponujemy, by program ten składał się co najmniej z dwóch elementów, które przedstawiamy poniżej.

Powrót do pierwotnej koncepcji „małej działalności gospodarczej”

Już kilka lat temu Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zaprojektował rozwiązanie mające pomóc najmniejszym działalnościom gospodarczym, dla których obowiązek płacenia zryczałtowanych składek na ubezpieczenia społeczne, niezależnie od uzyskiwanych przychodów, wiąże się ze spadkiem rentowności prowadzonej działalności do poziomu, w którym utrzymanie się z niej staje się prawdziwym wyzwaniem. Oczywiście dla większości przedsiębiorców ryczałtowy ZUS jest rozwiązaniem korzystnym, jednak istnieje wspomniana wyżej grupa, w przypadku której konieczność uiszczania rosnących z roku na rok kwot powoduje realne trudności w utrzymaniu się.

Proponowaliśmy, by przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą na najmniejszą skalę (przychody nie przekraczające kilkudziesięciu tysięcy złotych w skali roku), mieli możliwość rozliczania się z fiskusem i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych za pomocą jednolitej, prostej daniny uiszczanej od przychodu, zawierającej w sobie zarówno podatek dochodowy, jak i wszelkie należne składki.

Nasze postulaty znalazły pewne odzwierciedlenie we wprowadzonej przez rząd formule „mały ZUS plus”. Ulga ta ewoluowała, jednak nawet w obecnej, rozszerzonej formie nie uwzględnia ona wszystkich elementów zawartych w naszej koncepcji. Przede wszystkim, zgodnie z nazwą, dotyczy ona wyłącznie składek na ubezpieczenia społeczne, podczas gdy pierwotna propozycja „małej działalności gospodarczej” obejmowała również podatek dochodowy. Inna jest również konstrukcja samego rozwiązania – zamiast prostego iloczynu stawki i osiągniętego w danym miesiącu przychodu, „mały ZUS plus” wymaga ustalenia przeciętnego miesięcznego dochodu z działalności gospodarczej, przemnożenia go przez współczynnik 0,5 i – na końcu – porównania rezultatu z kwotą 30% minimalnego wynagrodzenia i 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego.

Abstrahując od bardziej skomplikowanej struktury, główną różnicą między zrealizowaną koncepcją „małego ZUSu plus”, a zaprezentowanym przez ZPP pomysłem „małej działalności gospodarczej”, jest fakt czasowego ograniczenia omawianej ulgi w składkach na ubezpieczenia społeczne – korzystać z niej można jedynie przez trzy lata w pięcioletnim okresie.

W rezultacie, problem najmniejszych firm generujących niskie dochody, z których po opłaceniu wszelkich należnych danin publicznoprawnych, w kieszeni właściciela pozostaje niewielka kwota, pozostaje aktualny. Kluczową zaletą koncepcji promowanej przez ZPP jest jego systemowe rozwiązanie. Uważamy wobec powyższego, że planem minimum jest rezygnacja z czasowego ograniczenia „małego ZUSu plus”, a docelowo dążyć powinniśmy do wdrożenia pierwotnego pomysłu na regulację „małej działalności gospodarczej”, tak by najmniejsze podmioty mogły rozliczać się w prosty sposób, a ich obciążenia były wprost uzależnione od generowanego przychodu. Stawka takiego podatku powinna oscylować wokół 20% – dla znacznej części najmniejszych działalności będzie to sumarycznie niższe obciążenie, niż skumulowane kwoty składek na ubezpieczenia społeczne i podatku PIT.

Zniesienie pensji minimalnej w mikroprzedsiębiorstwach

Mimo, że rynek pracy relatywnie dobrze poradził sobie z problemami wywołanymi epidemią koronawirusa, to widoczne są już pierwsze ewidentne oznaki osłabienia. Bezrobocie rejestrowane w styczniu sięgnęło pułapu 6,5%, najwyższego od kilku lat. Sukcesywnie maleje również liczba nowych ofert pracy – jesienią 2020 roku liczba ogłoszeń była przeciętnie o ponad 25% niższa, niż rok wcześniej.

Warto zwrócić uwagę na fakt częściowej regionalizacji problemu bezrobocia, wynikającej m.in. ze stosunkowo silniejszego oddziaływania pandemii na np. miejscowości o charakterze kurortów. Dla przykładu w powiecie kołobrzeskim stopa bezrobocia rejestrowanego wzrosła przez pandemię trzykrotnie (sic!).

Trzeba zauważyć również, że branże objęte restrykcjami (gastronomia, hotelarstwo, puby, placówki kultury etc.) są sektorami, w których tradycyjnie pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywa znaczna część młodych ludzi, również studentów. Zwolnienia wynikające choćby z administracyjnego zakazu prowadzenia działalności są dla tych pracowników o tyle trudniejsze, że znacznie trudniej, niż w normalnych warunkach, jest im znaleźć alternatywne miejsce pracy. W świecie przed pandemią COVID-19, młody człowiek rozpoczynający karierę zawodową np. w restauracji, mógł w razie potrzeby łatwo znaleźć zatrudnienie w barze, kinie, czy hotelu. W realiach naznaczonych lockdownem, pole manewru jest w takim przypadku znacznie ograniczone.

Powyższe wnioski wydają się być potwierdzone pojawiającymi się coraz częściej głosami ekspertów, zgodnie z którymi epidemia koronawirusa najsilniej uderza w aktywne zawodowo młode osoby – jest to obserwacja nieograniczona wyłącznie do Polski, lecz tycząca się całego globu, zwłaszcza że większość państw zdecydowała się na wprowadzenie podobnych ograniczeń i restrykcji.

Mając na uwadze powyższe, uważamy że warto stworzyć wentyl bezpieczeństwa mitygujący ryzyka dla rynku pracy wynikające z trudnej sytuacji spowodowanej pandemią. W tej chwili wielu przedsiębiorców utrzymuje jeszcze miejsca pracy, wbrew rachunkowi ekonomicznemu. Nie minie jednak dużo czasu, zanim bezwzględna kalkulacja zmusi ich do redukcji etatów, a to zjawisko może lawinowo objąć branże, których działalność jest ograniczona. W rezultacie, niewykluczony jest powrót do znanych sprzed lat, dwucyfrowych stóp bezrobocia w Polsce. Trudności w znalezieniu zatrudnienia miałyby w takim układzie przede wszystkim osoby młode (niedoświadczone) i nisko wykwalifikowane.

Aby zapobiec realizacji tego scenariusza, proponujemy rozważenie odważnego ruchu, jakim byłoby wprowadzenie progu wielkości przedsiębiorstwa, od którego zaczęłyby obowiązywać przepisy dot. wynagrodzenia minimalnego. Do pewnego stopnia analogiczne rozwiązanie funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, gdzie federalne przepisy dot. płacy minimalnej obejmują firmy uzyskujące przychód przekraczający 500 tys. dolarów rocznie. Na polskim gruncie, wyjściowym punktem odniesienia mogliby być mikroprzedsiębiorcy, choć dyskusja dot. progu, po przekroczeniu którego przedsiębiorcę obowiązywałyby przepisy regulujące pensję minimalną, powinna być otwarta.

Reasumując, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że pandemia może doprowadzić do degradacji mikroprzedsiębiorczości w Polsce. O skali tego zjawiska, jak i jego czasowym wymiarze, trudno jest w tej chwili przesądzać, jednak nie ulega wątpliwości, że zasadne jest zaproponowanie programu regulacyjnego wsparcia mikrofirm w celu przetrwania trudnego czasu i odbudowy po epidemii. Uważamy, że zaprezentowane wyżej dwie koncepcje: powrotu do pomysłu „małej działalności gospodarczej” oraz wyłączenia najmniejszych firm z zakresu przepisów regulujących płacę minimalną, przysłużyłyby się temu celowi.

W styczniu strajk kobiet był popularniejszy niż WOŚP. Najaktywniejsze miasta w sieci to Warszawa, Łódź i Poznań

Październikowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, orzekający niekonstytucyjność przepisów dopuszczających aborcję z powodu trwałych i nieodwracalnych wad płodu, mimo pandemii oraz zakazu zgromadzeń, stał się powodem ogromnych protestów w całym kraju. Jego publikacja w styczniu tego roku w Dzienniku Ustaw nie wywołała równie gwałtownych reakcji – jednak, jak wynika z danych internetowych zebranych przez SentiOne – zainteresowanie tematem było bardzo duże, mimo to aż o 80 proc. mniejsze niż w październiku i odnotowało 698 mln wyświetleń. Mężczyźni angażowali się w dyskusje o strajku tak samo często, jak kobiety.SentiOne_StrajkKobiet-10miast_liczba_oznaczen_w_social_media SentiOne_StrajkKobiet-Rozklad_wzmianek_w_czasie

Strajkujące miasta w sieci

Nie jest zaskoczeniem, że największe zainteresowanie protestami widać było w dużych miastach. Jak wynika z monitoringu Internetu przeprowadzonego przez SentiOne, w Warszawie w mediach społecznościowych w styczniu zameldowało się 3447 osób, używając jednocześnie sformułowań „protest kobiet”, „strajk kobiet”, „to jest wojna”, „wypierdalać” czy „czarny protest”. Na drugim miejscu znalazła się Łódź, w której zameldowało się już tylko 895 osób, na trzecim Poznań – 412 osób, a na czwartym Kraków – 357 osób.

Protesty to główny temat w sieci i popularniejszy niż WOŚP, Albicla i morsowanie

W październiku zasięg wyświetleń wzmianek powiązanych z protestami osiągnął oszałamiającą liczbę 3,5 mld. W styczniu liczba ta była o 80 proc. mniejsza – jednak 698 mln wyświetleń to nadal bardzo dużo. Dla porównania: hasło „WOŚP” odnotowało w styczniu 218 mln wyświetleń, „Albicla” (polski portal społecznościowy uruchomiony w styczniu 2021 r.) 26 mln wyświetleń, a ostatni hit Internetu – „morsowanie” – 22 mln wyświetleń.

Najmniej w dyskusje o strajku angażowali się użytkownicy Instagrama

O protestach najczęściej dyskutowano w social media. Aż 43 proc. wszystkich wzmianek w październiku i 46 proc. w styczniu pochodziło z Facebooka, z Twittera natomiast odpowiednio 35 proc. i 36 proc. wszystkich wzmianek. Daleko za nimi pozostawały portale internetowe, głównie informacyjne i kobiece – 19 proc. wzmianek w październiku i 18 proc. w styczniu. Najmniej w rozmowy o strajku angażowali się użytkownicy Instagrama – 1 proc. wszystkich wzmianek w październiku i 0,27 proc. w styczniu. Uczestnicy dyskusji najczęściej używali hashtagów #strajkkobiet, #pieklokobiet i #wyroknakobiety.

Kobiety i mężczyźni tak samo zaangażowani

Najwięcej wzmianek odnotowano oczywiście w Polsce – ponad 2 mln wzmianek przez cały okres od października 2020 do końca stycznia 2021. Na drugim miejscu znalazły się Stany Zjednoczone – ponad 57 tys. wzmianek, a na trzecim Wielka Brytania – ponad 30 tys. wzmianek. Co ciekawe, mężczyźni angażowali się w rozmowy o protestach tak samo często, jak kobiety. W październiku stanowili 50,7 proc., a w styczniu 53 proc. uczestników dyskusji.

Czy czeka nas pandemia cyberataków? Prognozy na 2021 rok

Ransomware, phishing, czy też dezinformacja – metody cyberprzestępców znamy, jednak wciąż ich działania ewoluują, więc aby zapewnić bezpieczeństwo danych firmy konieczne jest nieustanne doskonalenie zabezpieczeń i podnoszenie wiedzy w temacie cybersecurity. Jak rysuje się 2021 r. w kontekście cyberprzestępstw? W jaki sposób chronić zasoby firmy przed niepożądanymi atakami?

Rok temu Fujitsu prognozowało, że 2020 będzie czasem wzmożonej liczby cyberataków. Wiele prognoz na 2020 r. okazało się nietrafnych, gdyż sytuację na rynkach pokrzyżował kryzys wywołany pandemią. Niestety, kwestia zwiększającej się liczby cyberprzestępstw jest wręcz niedoszacowana. Ataki hakerskie – ransomware, phishing, malware i inne – stały się innym rodzajem pandemii, która uderzyła w przedsiębiorstwa, mierzące się w tym czasie także z wieloma nowymi wyzwaniami m.in. pracą zdalną.

Szacuje się, że w 2021 r. ataki ransomware będą występować co 11 sekund, a wartość globalnych szkód, które może wywołać wyniesie nawet 20 bln dolarów. Działalność hakerska będzie jeszcze intensywniejsza, a praca hybrydowa lub zdalna wymaga dodatkwego zabezpieczenia cennych danych.

Co robić? W jaki sposób zabezpieczyć zasoby firmy przed wyciekiem? W jaki sposób uchronić biznes przed nadciągającą lawiną ataków hakerskich? Fujitsu przygotowało prognozy w zakresie cybersecurity na 2021 r.

Hakerzy wykorzystują Home Office

Przejście na pracę zdalną na tak dużą skalę, jak w 2020 r., dotychczas nie miało miejsca. Wiele przedsiębiorstw wcześniej nie prowadziła takiego modelu pracy, a obawa o bezpieczeństwo pracowników i szereg restrykcji, wymusiły szybkie i sprawne przejście na home office. Sytuacja ta utrzymuje się nadal, wiele firm wciąż funkcjonuje w modelu pracy zdalnej, co z pewnością w dużej mierze także w 2021 r. będzie podtrzymywane. Home office na tak dużą skalę zwiększa przestrzeń do cyberataku.

– Warto podkreślić, że działania hakerskie są coraz lepiej dostosowywane, ukierunkowane i spersonalizowane, więc szczególnie e-maile typu spear-phishing mogą być niebezpieczne, gdyż poziom ich wiarygodności jest coraz większy. Niestety organizacji jest niezwykle trudno uchronić się przed tym rodzajem ataku – tutaj szczególny nacisk powinien zostać położony na edukację pracowników oraz stałe ostrzeżenia przed tego rodzaju przestępstwami – mówi Jarosław Cichoszewski, Presales Consultant Fujitsu Poland.

Praca z domu także na nowo zdefiniowała formy komunikacji i zmieniła nawyki pracownicze. Elementy te stawiają przed usługami wiele nowych wyzwań, które muszą korelować z oczekiwaniami pracowników w nowej rzeczywistości, a jednocześnie spełniać swoje naczelne role. Dlatego też należy zwrócić uwagę, że zabezpieczenia, jak i procedury zwiększające poziom ochrony zasobów firmy – powinny one zostać dostosowane do nowego modelu pracy i oczekiwań użytkowników, zapewniając kompromis pomiędzy wysokim komfortem użytkowania, a bezpieczeństwem danych.

– Z perspektywy przedsiębiorstwa koniecznie musimy zwrócić uwagę na bardzo ważny aspekt zwiększonego ryzyka cyberataków. Z racji, że rok 2020 upłynął pod hasłem pandemii, firmy notowały wiele strat, co z pewnością ma swoje przełożenie w budżetach na 2021 r. Ta sytuacja w wielu przypadkach wymusi na przedsiębiorstwach staranną ocenę priorytetów wydatków. Być może przełoży się to również na ograniczenie inwestycji w dostosowanie zabezpieczeń zasobów, co w konsekwencji niesie większe ryzyko ataku lub późne wykrycie zagrożenia, czy też wycieku danych – dodaje Jarosław Cichoszewski.

Wymuszenie, szantaż, haracz – ransomware

W 2020 r. rekordowa wartość okupu, której zażądali cyberprzestępcy wyniosła 15 mln dolarów. Ransomware to niestety wciąż najbardziej kosztowna forma ataku, które nieustannie ewoluuje, zwiększa zarówno swoją częstotliwość, jak i skalę. Dla porównania w 2019 r. szacowano, że wartość szkód wyrządzonych poprzez ransomware wynoszą ok. 11,5 mld dolarów, a obecnie mówi się, że ta wartość wzrośnie o nawet 9 mld dolarów.

Działania cyberprzestępców w obrębie ransomware są coraz bardziej zaawansowane i wyrafinowane. W tym celu coraz częściej wykorzystywana jest sztuczna inteligencja, co także mocno utrudnia wykrywanie potencjalnych zagrożeń.

– Wyciek lub całkowita strata danych to więcej niż utrata zaufania i reputacji firmy – koszty postępowań sądowych, koszty odbudowy zasobów i ich ochrona, szkolenia pracowników, czy nawet konieczność zamknięcia działalności, to inne konsekwencje dotykające organizacje, które padły ofiarą ransomware. Musimy mieć świadomość, że wielu z takich ataków można by uniknąć, stosując lepsze zabezpieczenia danych, czy też lepiej dobierając rozwiązania informatyczne. Ataki te są automatyzowane i możemy spodziewać się, że będzie ich coraz więcej. Dlatego, aby uchronić się przed nimi konieczne jest stałe poszerzanie wiedzy w zakresie cybersecurity oraz wdrażanie skutecznych systemów i procedur, które zabezpieczą dane firmy przed obecnymi oraz nowymi zagrożeniami – mówi Wojciech Wróbel, Data Protection Business Development Manager w Fujitsu Poland.

Era dezinformacji

W ostatnim czasie wzrosło także ryzyko ataków dezinformacyjnych. W kwietniu brytyjskie National Cyber Security Center zgłosiło, że przeciwdziałało aż 2000 oszustwom, w tym zlikwidowało 471 fałszywych sklepów internetowych wykorzystujących osoby szukające usług związanych z koronawirusem, a także 200 stron phishingowych. W marcu 2020 r. firma Check Point poinformowała o gwałtownym wzroście liczby rejestracji nazw domen związanych ze słowem Zoom, które przestępcy wykorzystują z uwagi na rosnącą popularność usług spotkań i konferencji online.

Należy spodziewać, że w 2021 r. podobne działania ze strony cyberprzestępców nie będą słabnąć, a kampanie mające na celu np. zachęcenie do szczepień dadzą dodatkową przestrzeń do podobnych ataków dezinformacyjnych.

– Kryzys wywołany pandemią zmusił nas do wielu zmian: zmiana modelu pracy i nawyków pracowników, wprowadzenie nowych narzędzi cyfrowych – czy też przedefiniował formy komunikacji biznesowej. Wszystkie te elementy umożliwiają firmom nieprzerwaną realizację swoich najważniejszych zadań, ale także stwarzają dość komfortowe warunki dla wszelkiego typu cyberataków. Metody działania hakerów są coraz bardziej wyrafinowane i zmasowane, co znacznie utrudnia wprowadzenie rozwiązań, które zapewnią danym przedsiębiorstwa absolutne bezpieczeństwo. Świadomość skali problemów, znajomość metod stosowanych w cyberprzestępczości oraz odpowiednie zabezpieczenie zasobów firmy znacząco zwiększają poziom ochrony danych i biznesowego bezpieczeństwa firmy, i to powinno stać się jednym z priorytetów przedsiębiorstw w 2021 r. – podsumowuje Wojciech Wróbel.

CD Projekt zaatakowany ekspert od cyberbezpieczeństwa komentuje

Cyberpunk to gra, w której firma CD Projekt stworzyła alternatywną wizję przyszłości, a jej scenariusz ma miejsce w świecie wszechobecnych hakerów. Rzeczywistość pokazuje jednak, że ogromna skala ataków hakerskich, nie jest scenariuszem futurystycznej gry. To dzieje się tu i teraz, a twórcy Cyberpunk’a nie tylko zostali ofiarą ataku, ale również doznali zaszyfrowania danych z żądaniem okupu. Takim okolicznościom zazwyczaj towarzyszy równocześnie groźba upublicznienia danych. Możliwym rozwiązaniem jest wcześniejsze wprowadzenie odpowiednich procedur reagowania na incydent wraz ze strategią zarządzania kryzysowego. Kluczowe jest jednak w pierwszej kolejności przejście audytu inwentaryzacyjnego w aspekcie cyberbezpieczeństwa i bezpieczeństwa informacji, gdzie zdefiniowane zostaną kluczowe dla danej firmy obszary, które należy chronić. Dopiero taka analiza ryzyka pozwala na ewentualne jego mitygowanie. Dotyczy to w zasadzie niemal każdej jednej firmy, bez względu na jej rozmiar” – tłumaczy Rafał Jaworski z ProtecHut.

63 proc. firm przed upadłością było notowanych w KRD

Druga połowa 2020 r. przyniosła upadłość 210 firm. 63 proc. z nich było notowanych Krajowym Rejestrze Długów w dniu ogłoszenia upadłości przez sąd. W przypadku połowy upadłych firm bankructwo widać było na horyzoncie już pół roku wcześniej.

Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w ciągu ostatnich sześciu miesięcy 2020 r. polskie sądy ogłosiły upadłość obejmującą likwidację majątku 210 firm (dane na podstawie daty postanowienia sądu). Jak wskazują eksperci Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, 63 proc. z tych firm było notowanych w KRD w dniu upadłości, a łączna wartość ich zobowiązań wynosiła 23,2 mln zł. W 49 proc. sygnały o niewypłacalności widać było już na pół roku przed ogłoszeniem upadłości. Z kolei 41 proc. firm było notowanych w Krajowym Rejestrze Długów na rok przed ogłoszeniem bankructwa.

Od lat obserwujemy, że pierwsze informacje o przyszłych bankrutach pojawiają się w Krajowym Rejestrze Długów na rok i wcześniej przed ogłoszeniem upadłości. Niestety w ubiegłym roku, mimo mniejszej liczby bankructw w drugiej jego połowie, odsetek bankrutów, którzy byli notowani w KRD już 12 miesięcy przed ogłoszeniem upadłości, wzrósł z 37,8 proc. do 41,4 proc. To jednak, jaki ostatecznie był wpływ pandemii na liczbę bankructw, zobaczymy tak naprawdę dopiero w tym roku – wskazuje Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów i dodaje: – Informacja o tym, że firma posiada zaległe zobowiązania finansowe, powinna być dla każdego przedsiębiorcy sygnałem ostrzegawczym. W drugiej połowie roku firmy, które zbankrutowały, naraziły na straty 284 wierzycieli, zalegając im na łączną kwotę ponad 23 milionów złotych. Dlatego tak ważne jest sprawdzanie i monitorowanie kontrahentów przed nawiązaniem współpracy z nimi i w trakcie trwania umowy.

Upadłość a zadłużenie

Największą kwotę swoim wierzycielom winne były przedsiębiorstwa z Lubuskiego. Wartość zadłużenia sięgnęła prawie 6,8 mln zł. Za nimi uplasowali się bankruci z Mazowsza z 4,2 mln zł długu i Śląska, którzy mieli do oddania 3,7 mln zł. W województwach mazowieckim i śląskim upadłych dłużników było także najwięcej.

Co ciekawe, wśród bankrutów notowanych w KRD mniejszość stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Kwota ich należności stanowi jedną piątą całego zadłużenia wśród przedsiębiorstw. Reszta to długi spółek.

Analizując dane przez pryzmat branż, widać, że najwięcej zobowiązań mają firmy budowlane – 338, zaś najwyższe zadłużenie należy do firm z branży rolniczej (7,1 mln zł).

Kolejne w stawce zadłużenia (z 4,3 mln zł długu) były podmioty z sektora przetwórstwa przemysłowego. Z tej branży wywodziła się prawie co czwarta upadła firma z długami (23 proc.). Bankruci z sektora budownictwa pozostawili po sobie 3,7 mln zł, zaś z handlu ponad 3,1 mln zł. Z tego sektora, podobnie jak w przypadku przetwórstwa przemysłowego, pochodził blisko co czwarty dłużnik.

Należności bankruci mieli spłacić najczęściej funduszom poręczeniowym i pożyczkowym (6,8 mln zł), bankom (3,1 mln zł) oraz firmom leasingowym (1,3 mln zł).

Są też branże, które w czasie pandemii radzą sobie nad wyraz dobrze. W nadchodzącym czasie będziemy więc zapewne obserwować wyraźne zróżnicowanie sytuacji różnych branż, także w gronie bankrutów. Narastanie tego zjawiska tam, gdzie pandemia uczyniła największe spustoszenia, a wygasające programy pomocowe nie są w stanie zrekompensować przedsiębiorcom strat, i zmniejszanie się go w gronie tych, którzy w nowej rzeczywistości radzą sobie lepiej. Z drugiej strony trzeba jednak też pamiętać, że gospodarka to system naczyń połączonych i jeśli kryzys będzie się przedłużał, uderzy koniec końców we wszystkich – zaznacza Adam Łącki.

Szczerość podstawą negocjacji

Proces odzyskania należności od przedsiębiorstw zagrożonych niewypłacalnością jest bardzo złożony. Jak przyznają eksperci od windykacji, jeśli firma sama nie powie, że ma poważne problemy finansowe, to oni o tym nie wiedzą. Negocjatorzy zawsze starają się tak ułożyć plan spłat, aby firma zachowała „moce produkcyjne” i mogła zarabiać, a w efekcie oddać należności i dalej funkcjonować.

Problemy finansowe nie pojawiają się nagle, zazwyczaj narastają powoli. Na jedną firmę notowaną w KRD, która ogłosiła upadłość, przypadało średnio trzech wierzycieli. Przedsiębiorstwa zlecające profesjonalną windykację muszą wiedzieć, że im szybciej upomną się o zapłatę, tym większe szanse mają na sukces. A firmy zagrożone upadłością w rozmowach z negocjatorem powinny szczerze mówić o swoich problemach finansowych. Profesjonalna firma windykacyjna jest w stanie pomóc im przebudować portfel płatności w taki sposób, aby przedsiębiorstwo  mogło spłacić swoje zobowiązania, ale równocześnie nadal funkcjonować i sprzedawać swoje produkty. Wierzycielom, którzy kierują faktury do windykacji, zależy na odzyskaniu pieniędzy, a nie na tym, aby ich kontrahent zbankrutował. Bo wtedy nie dostaną ani złotówki – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Odwilż w upadłościach?

W 2020 r. wiele wskazywało na to, że ryzyko upadłości biznesów jest wyższe. Część branż z dnia na dzień straciła możliwość prowadzenia działalności, wiele przedsiębiorstw funkcjonowała w ograniczonym zakresie. Toteż pod koniec roku spodziewano się wyraźnego wzrostu bankructw. Jednak największa fala upadłości związana była z samym wybuchem pandemii i przypadła na pierwszą połowę ubiegłego roku. Wtedy to sądy przyjęły wnioski o upadłość 286 firm, o jedną czwartą więcej niż w kolejnym półroczu. Znacznie wyższa była także suma zadłużenia bankrutów, która w momencie ich upadłości opiewała na ponad 50 mln zł, wynika z danych KRD.

Liczba samych bankructw w biznesie w ciągu całego 2020 r. była zbliżona do poziomu notowanego w 2019 r. Jednak nie wszystkie firmy zmagające się z niewypłacalnością mogły skorzystać z opcji ogłoszenia upadłości. Wg danych COIG, sądy więcej wniosków o upadłość oddaliły, aniżeli zatwierdziły. Pełniejszy obraz zagrożenia niewypłacalnością w biznesie pokazuje więc połączenie danych dla upadłości i postępowań restrukturyzacyjnych. W tym przypadku wzrost rok do roku wyniósł 32 proc.

Patrząc na dane Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej widać, że w drugim półroczu 2020 roku systematycznie rosła też liczba wniosków o zamknięcie czy zawieszenie działalności. O ile w czerwcu liczba jednoosobowych działalności gospodarczych, które rozpoczęły lub odwiesiły działalność była o 125 proc. wyższa, niż tych, które ją zamknęły lub zawiesiły, o tyle w grudniu mieliśmy sytuację odwrotną. 71 proc. więcej firm zawiesiło lub zamknęło działalność niż ją założyło lub wznowiło. To może więc oznaczać, że w dobie kryzysu firmy nie liczą na odmianę losu i aby uniknąć bankructwa zawczasu kończą swój biznes – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu KRD BIG SA.

Cyfrowa Polska dołączyła do Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy

Związek Cyfrowa Polska został członkiem Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy, którego jednym z głównych celów jest promowanie najwyższych standardów komunikacji. – Nowoczesne technologie są dziś ważnym nośnikiem reklam. Dlatego branża cyfrowa powinna robić wszystko, by przekazy te były rzetelne i odpowiedzialne – mówi prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik.

Michał Kanownik podkreśla, że jego Związek zawsze promował wszelkie inicjatywy mające na celu stosowanie dobrych praktyk. – Cyfrowa Polska chce też aktywnie uczestniczyć w przedsięwzięciach dążących do samoregulacji branży reklamowej w Polsce, która w dużej mierze rozwija się dziś cyfrowo – zaznacza.

­– Rada Reklamy kładzie nacisk na etyczny aspekt przekazów reklamowych, zwłaszcza gdy powszechnie korzystamy z nowoczesnych technologii. Dlatego bardzo cieszymy się, że Cyfrowa Polska dzieli z nami te wartości i jako przedstawiciel branży cyfrowej włącza się w prace naszej organizacji” – powiedziała Agnieszka Kępińska – Sadowska, prezes Rady Reklamy

Związek Cyfrowa Polska jest branżową organizacją pracodawców – zrzesza największe w Polsce firmy z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii, w tym producentów, importerów i dystrybutorów. Głównym celem organizacji jest dbanie o rozwój tego sektora w Polsce. Związek wspiera członków w wyzwaniach regulacyjnych i buduję platformę dialogu z interesariuszami, dzieląc się doświadczeniem biznesowym, zarówno krajowym, jak i globalnym

Z kolei misją Związku Stowarzyszeń Rady Reklamy jest eliminowanie nieetycznego i nieuczciwego przekazu reklamowego oraz promowanie najwyższych standardów komunikacji poprzez upowszechnianie Kodeksu Etyki Reklamy oraz nadzór nad przestrzeganiem jego zapisów.

Rada Reklamy od 2006 roku działa na rzecz samoregulacji, regularnie rozszerzając Kodeks Etyki Reklamy o nowe zobowiązania samoregulacyjne branży reklamowej w Polsce, wierząc głęboko, że jest to właściwa i skuteczna forma kreowania właściwych standardów na rynku. W krajach takich jak Polska, gdzie samoregulacja środowiskowa działa jak należy i jest regularnie poszerzana, nie ma potrzeby tworzenia szczegółowych przepisów prawnych.

Organizacja liczy obecnie 30 członków. Rada Reklamy jest członkiem The European Advertising Standards Alliance (EASA) – międzynarodowej organizacji zrzeszającej organizacje samoregulacyjne z 26 krajów.

Rekordowy obrót Notino: ponad 560 milionów Euro w 2020 roku

Notino zakończyło 2020 rok z rekordowym obrotem na poziomie ponad 560 milionów Euro[1]. Wyniki odnotowane przez czeskiego giganta branży kosmetycznej są wyższe aż o 42 procent w porównaniu rok do roku. Polski rynek odpowiada za 19,5 procent wypracowanego rocznego obrotu marki. Liczba klientów perfumerii wzrosła w 2020 roku o 3,5 miliona, co w podsumowaniu oznacza już ponad 16,5 miliona osób korzystających z oferty perfumerii.

W ubiegłym roku najsilniejszą kategorią sprzedażową produktów niezmiennie pozostawały perfumy – obrót z ich sprzedaży wzrósł o 22 procent w porównaniu rok do roku. Wysoki, bo 50-procentowy wzrost odnotowała kategoria kosmetyków kolorowych oraz produktów do pielęgnacji włosów i skóry twarzy, których obroty były wyższe aż o 70 procent. Łącznie lider branży beauty i e-commerce sprzedał ponad 55 milionów produktów.

Sprzedaż perfum stanowi połowę wyniku finansowego wypracowanego przez Notino i od dawna jest siłą napędową do zwiększania naszych obrotów. W ubiegłym roku obserwowaliśmy ekstremalny wzrost w kategorii kosmetyków. Zdajemy sobie sprawę, że kosmetyki są obecnie tym, czego poszukują i potrzebują nasi klienci, dlatego dokładamy starań, by wciąż poszerzać ofertę produktów do makijażu oraz pielęgnacji włosów i skóry twarzy komentuje Zbyněk Kocián, dyrektor generalny Notino.

Rok 2020 był rekordowy dla Notino nie tylko pod względem obrotów. Firma nadała ponad 12 milionów przesyłek w całej Europie, a w szczycie sezonu, przypadającym na czas promocji Black Friday, obsłużyła 140 000 zamówień jednego dnia. Średnia dzienna liczba obsługiwanych przesyłek w ciągu roku wyniosła około 30 000 sztuk. Liczba klientów perfumerii wzrosła w 2020 roku o 3,5 miliona, co w podsumowaniu oznacza już ponad 16,5 miliona osób korzystających z oferty Notino. Firma, która jest obecna na 24 rynkach do tej pory obsługiwała swoich klientów z jedynego punktu dystrybucyjnego w Czechach. W 2020 roku uruchomiła drugie centrum logistyczne w Rumunii, które będzie obsługiwało dostawę przesyłek m.in. do Grecji czy Bułgarii.

Centrum dystrybucyjne Notino w Rumunii
Centrum dystrybucyjne Notino w Rumunii

W czasach trwającej pandemii COVID-19 granice, które dotychczas nie stanowiły problemu w Unii Europejskiej, nagle stały się utrudnieniem. Zależy nam na tym, aby nasi klienci niezmiennie otrzymywali swoje zamówienia nie tylko na czas, ale nawet szybciej niż do tej pory. Wierzymy, że w osiągnięciu tego celu pomocne będzie nasze nowe centrum dystrybucyjne, które zostało zlokalizowane w Bukareszcie. Dzięki temu możemy przenieść doświadczenie zakupowe w Internecie na nowy, wyższy poziom. Decentralizacja zarządzania i magazynowania jest dla Notino równoznaczna z dalszą ekspansją firmy na rynki zagraniczne – dodaje Kocián.

W 2020 roku firma powiększyła liczbę swoich sklepów stacjonarnych w Polsce otwierając swoją największą i najnowocześniejszą perfumerię w warszawskim centrum handlowym Westfield Arkadia. Wnętrze nowego oddziału Notino to wyjątkowe połączenie unikalnego designu i nowoczesnych technologii zapewniających najwyższy poziom świadczonych usług. Dzięki technologiom Youth Finder i Shade Finder firmy Lancôme, w sklepie można przeprowadzić diagnostykę skóry lub dobrać odpowiedni odcień podkładu. Wyjątkowym rozwiązaniem – jedynym tego rodzaju w Polsce – jest fragrance finder AirParfum.

Notino prowadzi sklepy stacjonarne łącznie w 9 krajach, w tym w Polsce, Czechach i Austrii.

[1] Kurs z dnia 5.02.2021

Marketing medyczny staje się coraz ważniejszy

Jeszcze jakiś czas temu nikt nie pomyślałby nawet, że lekarz musi się w jakikolwiek sposób reklamować. W końcu jego usługi zawsze są potrzebne i to pacjenci zabiegają zwykle o jego uwagę – a nie odwrotnie. Sytuacja na rynku uległa jednak zmianie i pomimo, że prawo zabrania lekarzowi namawiania ludzi do skorzystania ze swojego gabinetu – nie oznacza to, że o marketing nie należy dbać w ogóle.

Powód tego wszystkiego jest bardzo prosty – mamy coraz więcej lekarzy, którzy również uważają, że są najlepsi w swojej specjalizacji. Nagle okazało się, że w jednym mieście nie potrzeba aż 10 dentystów i każdy z nich musi w jakiś sposób wyróżnić się na tle innych – bez tego jest niestety narażony na brak zarobków i konieczność zamknięcia gabinetu. 

Co może nas wyróżnić? 

Na początek koniecznie umieśćmy na swojej stronie informacje o tych kompetencjach, które sprawiają, że jesteśmy lepsi od innych. Jeżeli mamy więcej ukończonych kursów i różne certyfikaty, które gwarantują nam szersze uprawnienia – taka informacja musi pojawić się na stronie internetowej. Podobnie w przypadku, gdy oferujemy możliwość odbycia wizyty w formie zdalnej. Obecnie jest to coraz bardziej pożądany sposób leczenia, który nie jest wciąż dostępny w każdej placówce – jeżeli będziemy oferować taką opcje to na pewno zyskamy dużo w oczach pacjenta. 

Możemy zainwestować także w konto na portalu społecznościowym, które będzie powiązane z naszą stroną. Niektórzy pacjenci wolą taki sposób porozumiewania się w celu umówienia wizyty lub szybkiego uzyskania informacji – na maila zwrotnego czasami trzeba zbyt długo czekać, a nie każdy lubi prowadzić rozmowy telefoniczne. 

Co będzie dalej? 

W najbliższych latach możemy spodziewać się, że lekarze będą coraz częściej zatrudniali specjalne firmy, które zawodowo zajmują się tworzeniem kampanii marketingowych. Marketing medyczny będzie się rozwijał i jeżeli nie będziemy chcieli brać w tym udziału – zostaniemy na uboczu. Pamiętajmy, że chaos na naszej stronie internetowej sprawi, że pacjent będzie sobie wyobrażał, że tak samo wygląda nasz gabinet. 

Musimy wzbudzać zaufanie zarówno podczas wizyty, jak i na stronie, która nas reprezentuje. Brak wystarczającej ilości informacji spowoduje, że nikt się o nas nie dowie – a wtedy nikt nie będzie się zapisywał. Jeżeli dopiero zaczynamy swoją przygodę z prywatnym gabinetem to koniecznie zabierzmy się za to dobrze od razu – później marketing medyczny będzie ciągle schodził na dalszy plan i stracimy w ten sposób bardzo dużo pieniędzy. Dlatego opracowanie strategii warto zlecić specjalistom, np. agencja marketingu lokalnego Simpliteca.com

Alimenciarze zalegają już blisko 13 mld. Średni dług to ponad 42 tys. złotych. Rekordzista ze Śląska zalega blisko 800 tys.

Jak wynika z analizy danych, pochodzących z trzech największych rejestrów długów,  zaległości alimenciarzy wynosiły na koniec ubiegłego roku od ponad 11,2 mld zł do przeszło 12,9 mld zł. Natomiast średnie zadłużenie przekroczyło już 42 tys. zł. To oznacza, że tylko w ciągu ostatniego roku podskoczyło o 1,5-2 tys. zł. Rekordzista z województwa śląskiego ma do uregulowania blisko 800 tys. zł. Z danych również wynika, że zdecydowana większość dłużników to mężczyźni.

Na koniec 2020 roku zadłużenie alimentacyjne w Krajowym Rejestrze Długów wyniosło ponad 12,9 mld zł. To o przeszło 666 mln zł więcej niż 12 miesięcy wcześniej, kiedy kwota ta nieznacznie przekroczyła 12,2 mld zł. Natomiast średnie zadłużenie z tego tytułu zwiększyło się o ponad 2 tys. złotych, tj. z blisko 41 tys. do prawie 43 tys. złotych.

– Od 1 października ub.r. wzrosło kryterium dochodowe uprawniające do świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego z 800 do 900 zł. To jeden z czynników wpływających na zwiększenie liczby wpisów dotyczących zadłużenia alimentacyjnego. Ponadto docierają do nas sygnały z MOPS-ów i GOPS-ów, że z powodu pandemii część dłużników nie mogła podjąć pracy, a tym samym nie była w stanie wywiązać się ze swoich obowiązków – podkreśla Katarzyna Maciaszczyk-Sobolewska z Krajowego Rejestru Długów.

W grudniu ub.r. największa kwota do oddania należała do mieszkańca woj. śląskiego, który miał do uregulowania ponad 439 tys. zł. Patrząc na poszczególne województwa, najbardziej zadłużone były osoby z mazowieckiego – przeszło 1,7 mld zł, śląskiego – blisko 1,6 mld zł oraz dolnośląskiego – ponad 1,2 mld zł. Natomiast 234 mln zł wynoszą długi alimenciarzy, którzy nie zostali przypisani do żadnego z  obszaru.

– W 2019 roku najwięcej zadłużonych alimenciarzy było w wieku 46-55 lat. Rok później najliczniejszą grupę tworzyli mężczyźni z przedziału wiekowego 36-45 lat. Można zatem zauważyć, że przybywa dłużników w młodszych grupach wiekowych, a ubywa – w starszych. Zawsze jednak przewagę stanowią osoby z miasta niż ze wsi – analizuje ekspert z KRD.

Z kolei alimenciarze z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor mieli ostatnio do spłacenia ponad 11,2 mld złotych. To niespełna 204 mln mniej niż na koniec 2019 roku. W tym okresie liczba takich dłużników spadła o przeszło 15 tys. W grudniu ub.r. było ich niespełna 272 tysięcy, a rok wcześniej – niemal 287 tys. Średni dług na osobę zwiększył się o około 1,5 tys. złotych, z blisko 40 tys. do ponad 41 tys. złotych. Najwyższy był w województwie świętokrzyskim i wyniósł prawie 46,5 tys. złotych.

– Spadki liczby dłużników wynikają z dwóch powodów. Niektórzy spłacili zaległość, a innym pomogły przepisy. One nakazały usunięcie osób z rejestru BIG z długami powstałymi wcześniej niż przed 6 laty. Takich przypadków w minionym roku było ponad 7 tys. W tym samym okresie gminy przekazały nam ponad 23,5 tys. kolejnych dłużników alimentacyjnych. Najwięcej w lipcu – 2655, a także w marcu – 2586 osób – analizuje Diana Borowiecka z BIG InfoMonitor.

Ostatnio najliczniejszą grupę dłużników stanowili mieszkańcy województwa śląskiego – prawie 36 tys. (w 2019 roku – ponad 37,3 tys.). Wśród nich był 55-latek mający do uregulowania przeszło 776 tys. złotych. Tam łączna kwota zaległości wyniosła ponad 1,4 mld złotych. Dalej widzimy woj. mazowieckie – przeszło 1,25 mld zł, a za nim – dolnośląskie – niespełna 1,1 mld złotych.

– Teraz niepłacącym jest łatwiej się tłumaczyć. Obok pracy na czarno wymieniają też brak przelewów od pracodawców. Albo bez ogródek przerzucają całą winę na koronakryzys. Jednak 1 grudnia 2020 r. weszła w życie kolejna część przyjętych wcześniej rozwiązań zapobiegających unikaniu płacenia alimentów. W kodeksie pracy rozszerzony został katalog kar oraz wykroczeń wymierzony przeciw pracodawcy, który zatrudnia na czarno lub zataja wysokość wynagrodzenia dłużnika alimentacyjnego – zaznacza ekspert z BIG InfoMonitor.

Natomiast w bazie ERIF BIG SA długi osób zalegających z alimentami wzrosły w ciągu roku o ponad 400 mln zł. Na koniec grudnia ub.r. zobowiązania te wyniosły przeszło 12,7 mld złotych, a rok wcześniej – ponad 12,3 mld. W tym czasie średnie zadłużenie zwiększyło się z 40 tys. na 42,5 tys. złotych. Zmniejszyła się za to rekordowa kwota do oddania. Ostatnio jedna z osób miała do uregulowania z tego tytułu niemalże 559 tys. zł, a w 2019 roku zestawienie otwierał wynik 702 tys. złotych.

– Biura Informacji Gospodarczej nie posiadają danych dotyczących powodów niepłacenia alimentów. Nie możemy więc jednoznacznie stwierdzić czy i w jaki sposób pandemia wpłynęła na statystyki z 2020 roku. Natomiast obserwowany wzrost wartości długów alimentacyjnych i ich średniej wysokości w porównaniu z 2019 rokiem jest zbliżony do poprzednich lat – mówi Aleksandra Wilczak-Grzesik z ERIF BIG SA.

Ostatnio najwięcej osób niepłacących alimentów pochodziło z województwa śląskiego – 35,7 tys. osób (w 2019 roku – ponad 36,5 tys.), a najmniej – z opolskiego – 5 tys. (5,1 tys.). Zobowiązania tych pierwszych wyniosły prawie 1,5 mld złotych (wcześniej – ponad 1,4 mld), drugich – 204 mln (poprzednio ponad 204 mln zł).

– Zdecydowaną większość osób, które nie wywiązywały się z obowiązków rodzicielskich w analizowanych okresach, stanowili mężczyźni – 94%. W 2019 roku najwięcej było ich w wieku 35-44 lata, a rok później – w przedziale wiekowym 45-54 lata. Natomiast kobiety zalegające z płatnościami mają najczęściej 35-44 lata – podsumowuje ekspert ERIF Biuro Informacji Gospodarczej.

Upadłości konsumenckie w czasach pandemii biją rekordy popularności. „Możliwe nawet 15 tysięcy w roku 2021”

Temat upadłości konsumenckich nie jest sprawą nową, ale nie da się ukryć, że rok 2020 dał tej sprawie zupełnie nowe życie. Pandemia COVID-19 spowodowała, że wielu Polaków znalazło się w trudnej sytuacji finansowej, a ułatwienia legislacyjne sprawiły, że dostępność do upadłości jest relatywnie łatwiejsza niż wcześniej. Czy Polacy są przekonani do rozpoczynania nowego życia po upadłości konsumenckiej? Jak mówią specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska rośnie świadomość zalet tego rozwiązania, ale społeczeństwo musi być również poinformowane o obowiązkach i konsekwencjach upadłości konsumenckiej. – Rok 2020 był rekordowy jeżeli chodzi o liczbę zapytań w tej sprawie. Nie ulega jednak wątpliwości, że społeczeństwo musi być na bieżąco z wiedzą z czym wiąże się decyzja o upadłości i jakie konsekwencje za sobą niesie – mówi Katarzyna Michalska, ekspert ds. restrukturyzacji, dodając, że w obecnym kształcie upadłość konsumencka może być dla wielu osób bardzo atrakcyjna.

Nowe życie bez windykatorów i wezwań do zapłaty? Możliwe dzięki upadłości konsumenckiej

Zmiany legislacyjne doprowadziły do tego, że upadłość konsumencka staje się atrakcyjna nie tylko dla tych, którzy znaleźli się w tarapatach finansowych ze swojej winy, ale i dla tych, co problemy finansowe mają poprzez np. nienależyte  rozporządzanie majątkiem. Oczywiście nie jest tak, że każdy, kto złoży wniosek do sądu, bez problemu otrzyma decyzje. Na pewno jednak jest tak, że łatwiej jest o upadłość konsumencką niż jeszcze kilka lat temu.

– Świadomość, że nie musimy żyć z długami i możemy rozpocząć nowe życie jest na pewno bardzo cenna i dla wielu osób atrakcyjna. Wierzyciele będą korzystać, bo jest szansa na etapowe odzyskanie należności, a dłużnik będzie mógł odzyskać spokój bez windykatorów czy perspektywy utraty całkowitej majątku – mówi Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy. – Zachęcam osoby, które są zagrożone niewypłacalnością do rozważenia upadłości konsumenckiej. Zachęcam  również do konsultowania się ze specjalistami jakie mamy opcje działania; może rozwiązaniem byłaby restrukturyzacja zadłużenia, pozasądowe ugody z wierzycielami. Zdecydowanie odradzamy zaciąganie kolejnych zobowiązań by spalać stare długi – dodaje Filip Kiżuk.

Otoczenie gospodarcze roku 2020 i 2021 bardzo sprzyja upadłościom konsumenckim. Pandemia koronawirusa doprowadziła do bankructwa wiele firm. Recesja jest największa od trzech dekad, a wiele osób straciło pracę. To czynnik sprawiający, że osoby chcące poradzić sobie z zadłużeniem mogą skierować swoją uwagę właśnie w stronę upadłości konsumenckich.

„Nie możemy bać się słowa bankrut, nie możemy się wstydzić upadłości konsumenckiej”

W latach 2015-2018 ilość ogłaszanych upadłości konsumenckich wahała się od 6-8 tysięcy rocznie. Według przewidywań w roku 2020 i 2021  te statystyki grubo przekroczą 10 tysięcy, a może nawet 12. To dowód na trudną sytuacje gospodarczą, wzrost znaczenia instytucji upadłości konsumenckiej oraz zainteresowanie chęcią rozwiązania swoich problemów finansowych w sposób zgodny z prawem. Ilość zapytań o upadłości jest rekordowa, ale może to nie przynieść pełnego odzwierciedlenia w statystykach ze względu na spowolnienie pracy sądów w czasie pandemii.

– Skala problemu rośnie, bo ma związek z gospodarką i tym, co się dzieje w biznesie. Grupa osób objęta ryzykiem upadłości konsumenckiej wzrosła. Mówimy o fali zbliżających się upadłości konsumenckich, co zauważają często osoby między 30-40 rokiem życia, obciążone pożyczkami, leasingami i kredytami mieszkaniowymi. To często dramatyczne sytuacje, bo po zwolnieniach z pracy niektórzy popadają w depresję, nie mogą znaleźć pracy lub znajdują takie zatrudnienie, które nie daje im możliwości spłacenia zobowiązań. Spodziewamy się, że upadłości konsumenckich będzie coraz więcej, bo lockdown nie ustępuje, a zwolnień jest coraz więcej mimo Tarcz Finansowych i Tarcz Antykryzysowych. Po telefonach, wiadomościach i pytaniach widzimy, że tempo będzie rosnąć, trudno tylko ocenić jego dynamikę – mówi Katarzyna Michalska.

– Jestem przekonany, że w roku 2020 padnie rekord, a w 2021 kolejny. To będą liczy przekraczające 10 tysięcy, a może nawet zbliżenie się do 15 tysięcy – dodaje Filip Kiżuk.  Dla kogo upadłość konsumencka jest więc najlepszym rozwiązaniem? – Dla tych, którzy chcą żyć bez długów i są gotowi uczciwie poświęcić swój dotychczasowy dorobek żeby spłacić zadłużenie. Nie możemy bać się słowa bankrut, nie możemy się wstydzić upadłości konsumenckiej. To może być krok do lepszego życia – mówi Katarzyna Michalska.

Wyhamowały spekulacje na srebrze. Ten tydzień nie zapowiada dynamicznych zmian na rynkach

Rada Polityki Pieniężnej na posiedzeniu w środę 3. lutego utrzymała, zgodnie z oczekiwaniami, wszystkie stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie. Potwierdziła również kontynuację programu skupu obligacji Skarbu Państwa i obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa. W piątek odbyła się konferencja prezesa NBP, na której po raz pierwszy od dawna w wypowiedzi prezesa NBP pojawiło się stwierdzenie o „możliwej podwyżce stóp procentowych”. Oczywiście jest to jednak tylko scenariusz na dalszą przyszłość, tj. rok 2022, i jedynie w przypadku znacznego wzrostu inflacji.

W minionym tygodniu ciekawie kształtował się rynek metali szlachetnych. W poniedziałek 1. lutego cena uncji srebra przebiła 30 USD, osiągając najwyższy poziom od niemal 8 lat. W kolejnych dniach nastąpiła jednak korekta i srebro zakończyło tydzień ceną $26,9, czyli niemal identyczną jak w piątek 27.01. Mimo, że za tak dynamicznym wzrostem ceny srebra stała spekulacja ze strony indywidualnych inwestorów, to wyższe ceny srebra mają uzasadnienie w analizie fundamentalnej. Srebro ma ogromne znaczenie w transformacji energetycznej, która już się zaczęła, więc spodziewany jest wzrost popytu na ten metal, co powinno przełożyć się na wzrosty cen. Kurs złota z kolei obniżył się w minionym tygodniu o blisko 2%. Siła relatywna srebra do złota jest coraz bardziej widoczna.

Po kończących styczeń spadkach na Wall Street, indeksy takie jak S&P 500 i Nasdaq 100 powróciły do ustalania historycznych rekordów już w czwartek 4.02. Nowy szczyt wyznaczył także zrzeszający mniejsze amerykańskie spółki indeks Russell 2000. Tak dobre nastroje z ostatnich tygodni niestety ominęły nasz rodzimy rynek. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał 0,83% w ostatnim tygodniu. Lepiej poradziły sobie średnie i małe spółki – mWIG40 wzrósł 1,36%, a sWig80 1,53%.

Ten tydzień nie zapowiada dynamicznych zmian na rynkach. Wyhamowały spekulacje na srebrze, po tym jak ustabilizował się również rynek akcji. Uwaga rynków jest obecnie zwrócona w kierunku wypowiedzi przedstawicieli najważniejszych banków centralnych oraz znaczących instytucji rynku finansowego. W tym tygodniu zaplanowane jest wystąpienie przewodniczącego FED – J. Powella (środa 10.02). Ważnym impulsem zmian mogą być również ustalenia dotyczące nowego pakietu fiskalnego, o wartość 1,9 mld USD.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Rośnie standard pracy w dyskontach. Mniej skarg na prace w dużych sklepach

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom od wielu lat zajmuje się wspieraniem pracowników, którzy z różnych powodów popadają w konflikty ze swoimi pracodawcami. Wiele tematów dotyczy np. Nieregularnych wynagrodzeń, zwolnień bez powodu czy zachowań mobbingowych. W pierwszych miesiącach naszej działalności wiele osób skarżyło się na pracę w dyskontach. Jak to się zmieniało na przestrzeni ostatnich lat? Radykalnie. – Obecnie takich zgłoszeń jest niewiele, a jeżeli już są to częściej dotyczą relacji pracownik-klient niż pracownik pracodawca – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Praca na kasie nie jest już wstydem. W dyskontach pracują już nauczyciele, ludzie kultury, pracownicy gastronomii…

Od momentu gdy praca „na kasie” była wstydem minęło już kilka lat. Obecnie dyskonty kreują się na pracodawców premium, którzy nie tylko regularnie podnoszą wynagrodzenia swoim pracownikom, ale i dbają o nich oferując benefity, premie i programy rozwojowe niemożliwe do osiągnięcia np. w budżetówce czy w wielu korporacjach. Dla wielu osób praca w sklepie wciąż jest pracą poniżej ambicji, ale w czasach pandemii koronawirusa pracodawca zatrudniający i regularnie płacący wysokie wynagrodzenia staje się bardzo atrakcyjny.

– Miałam okazję rozmawiać ostatnio z szefem związku zawodowego w jednej z dużych sieci dyskontowych. Dowiedziałam się, że nabór prowadzony jest regularnie, pracowników przybywa i są to osoby po których jeszcze kilka lat temu nie spodziewalibyśmy się dyspozycji do pracy w sieciówkach. To ludzie po studiach, nauczyciele, pracownicy branży kreatywnej. Nie ma już wstydu pracy w takim sklepie, bo wynagrodzenia tam dynamicznie rosną, podobnie jak standard pracy. Uważamy, że handel się mocno ucywilizował i choć zarządzanie korporacyjne może budzić pewne konflikty i handel w dyskontach ma swoją specyfikę to na pewno ostatnie lata przynoszą bardzo pozytywne zmiany – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Pracownicy dyskontów mogą liczyć na wyższe wynagrodzenia, premię i benefity. Muszą jednak być gotowi do pracy w późnych godzinach wieczornych oraz muszą spodziewać się bieżących interakcji z klientami, co w czasach pandemii jest dla niektórych zniechęcające.

Na co się skarzą pracownicy dyskontów? Częściej na klientów niż na pracodawców…

Prezes Małgorzata Marczulewska przyznaje, że niegdyś skarg na prace w dyskontach było więcej. Dotyczyły one np. mobbingu, różnicowaniu w siatce wynagrodzeń, konieczności pracy w niedzielę czy np. przerzucaniu pracownika „od sklepu do sklepu” w ramach jednej sieci. Obecnie skarg jest mniej.

– Widzimy zdecydowaną poprawę. W roku 2017 najwięcej mieliśmy skarg na prace sezonowe w kurortach, a potem właśnie na dyskonty. Obecnie taka sytuacja nie ma miejsca i skargi są incydentalne. Wiosną pojawiło się kilka wiadomości o brak wystarczającego zabezpieczenia przed koronawirusem czy o konieczność pracy w nocy, co nie podobało się pracownikom. Nasi prawnicy konsultowali te sprawy, ale trudno jest skarżyć się na coś, co sklep wprowadza jako pewien standard pracy – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska. – Więcej skarg dotyczyło relacji klient – pracownik. Mowa choćby o obsłudze klientów bez maseczek czy klientów w czasie godzin dla seniorów. Powodowało to wiele sytuacji konfliktowych – mówi Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Wyższe wynagrodzenia w dyskontach to dobra wiadomość. – Jedyne czego nie rozumiem to różnicowanie ze względy na regiony w Polsce i na lokalizacje sklepów. Moim zdaniem siatka płac powinna być sprawiedliwa dla wszystkich pracowników. Wysokość deklarowanych podwyżek robi wrażenie i oceniana może być tylko pozytywnie – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

FPP radzi rządowi: nie podwyższajcie podatków, stymulujcie popyt

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) rekomenduje rządowi działania, które pomogą wyjść z kryzysu gospodarczego, bez obciążania kieszeni Polaków i przedsiębiorców. Rekomendacja polityki finansowej FPP w czasach korona-kryzysu nie zaleca zwiększania i wprowadzania nowych podatków i akcyz. Ekonomiści radzą, by zamiast podwyższania podatku VAT, zwiększyć wpływy z niego za pomocą stymulowania gospodarki i wspierania popytu. Rekomendacje FPP pozwalają uniknąć przeniesienia kosztów podatkowych na konsumentów, a także nie dopuścić do zwiększenia szarej strefy. Dotyczą zarówno CIT – rozumianego jako odpowiedzialność dużych przedsiębiorców za wpływy do budżetu, akcyzy – jako regulacji wpływającej na postawy konsumentów, lecz płaconej realnie z kieszeni obywateli oraz VAT – który może zwiększać wpływy do budżetu przy jednoczesnym stymulowaniu gospodarki. Patriotyzm gospodarczy to uczciwy CIT lub inwestycje.

– Staramy się pokazać rządowi, że da się z jednej strony zwiększać wpływy do budżetu, a z drugiej strony nie obciążać konsumenta. Większe wpływy z VAT-u możemy uzyskać przez pobudzanie gospodarki. Zalecamy również ostrożność w manipulowaniu akcyzą, gdyż ona pochodzi z kieszeni konsumenta – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący FPP. – Proste zwiększanie stawek akcyzy w okresie pandemii i kryzysu gospodarczego jest nieracjonalne i szkodliwe dla gospodarki, bo obniża siłę nabywczą Polaków na wszystkie towary i usługi – nie tylko te objęte akcyzą. Nie ma aktualnie żadnych przesłanek merytorycznych do dokonywania rewolucji w systemie akcyzy, a podejmowanie tego tematu w okresie destabilizacji gospodarczej – podczas gdy wielu przedsiębiorców zmaga się ze skutkami epidemii, walczy o zachowanie łańcucha wartości i miejsc pracy – jest szczególnie nieodpowiedzialne. W tej układance bardzo ważny jest także podatek CIT. Patriotyzm gospodarczy, o którym tak często się mówi, powinien polegać na tym, żeby płacić CIT w Polsce. To zwiększy wpływy do budżetu i środki na rozwój i inwestycje. Rekomendujemy rządowi zdecydowane działania ratujące miejsca pracy w najbardziej zagrożonych sektorach. Jednym z takich projektów jest bon żywnościowy, który może uratować branżę gastronomiczną w Polsce. Bon żywnościowy już funkcjonuje w obiegu polskim, jest jednak marginalnie wykorzystywany, ze względu na jego wysokie opodatkowanie. Jeżeli zdejmiemy z niego ciężar podatkowy, możemy zarówno zwiększyć wpływy do budżetu państwa, jak i pobudzić rynek gastronomiczny. Wyliczyliśmy, że takie działanie może uratować 100 tysięcy miejsc pracy – podkreśla Kowalski.

Co zapewni przedsiębiorcom energię i ciepło za kilka lat? Kogeneracja

Zgodnie z danymi Polskich Sieci Elektroenergetycznych w sierpniu 2020 roku aż 78% energii elektrycznej w Polsce było produkowane z węgla brunatnego i kamiennego. Z kolei według raportu „Ciepłownictwo w Polsce” z 2019 roku do celów grzewczych zużywamy rocznie 26 mln ton tego surowca. Rządzący wiedzą, że musimy szukać alternatyw, bo inaczej zmusi nas do tego uciekający czas. Polska gospodarka nie jest jednak gotowa, zarówno od strony technicznej jak i ekonomicznej, na całościowe przejście na źródła bezemisyjne. Rozwiązaniem, które okazuje się być w zasięgu, jest kogeneracja gazowa.

Unia nakazuje przejść na niskoemisyjne źródła. Po co sięgną przedsiębiorcy?

Europa zdecydowała o zwiększeniu poziomu ambicji klimatycznych. Rada Europejska w grudniu zeszłego roku zatwierdziła nowy cel dotyczący redukcji emisji do roku 2030 o co najmniej 55% w porównaniu z poziomem z roku 1990. Przejście na niskoemisyjne rozwiązania energetyczne zdaje się być dla przedsiębiorców już nie tylko stopniowo wdrażanym procesem, a wręcz koniecznością.

Czym jest kogeneracja gazowa?

Kogeneracja to skojarzona produkcja, która w jednym procesie technologicznym – spalania np. gazu lub biogazu – łączy wytwarzanie energii elektrycznej i ciepła. Dzięki takiemu rozwiązaniu przedsiębiorca może wykorzystać pierwotną energię znacznie efektywniej niż w przypadku produkcji w źródłach konwencjonalnych. Decydując się na wprowadzenie kogeneracji mamy do wyboru różne rozwiązania technologiczne, które można dopasować do możliwości firmy. Dla mniejszych mocy wykorzystuje się silniki gazowe, dla większych (głównie w przypadku elektrowni, lub elektrociepłowni gazowych o mocy kilkudziesięciu MW) stosuje się turbiny gazowe.

Dlaczego kogeneracja to opłacalna przyszłość w energetyce?

Kogeneracja to przede wszystkim ograniczenie emisji szkodliwych gazów cieplarnianych (m. in. dwutlenku węgla, tlenków siarki oraz azotu) i pyłów do atmosfery. Jednak poza aspektem środowiskowym jest jeszcze seria argumentów, które potwierdzają, że proces ten jest korzystnym rozwiązaniem dla przedsiębiorcy.

Straty energii pierwotnej niezbędnej do wytworzenia tej samej ilości prądu i ciepła w przypadku kogeneracji wynoszą około 40% mniej niż w przypadku konwencjonalnych metod. Wyższa wydajność energetyczna jest oszczędnością dla przedsiębiorcy, a produkcja energii pochodzącej z kogeneracji jest tańsza niż jej zakup z sieci.

Ponadto obecnie średni okres zwrotu nakładów finansowych w przypadku zastosowania kogeneracji jako źródła ciepła wynosi kilka lat.

Co więcej, od 2018 roku w Polsce obowiązuje system wsparcia, który zapewnia dopłaty do energii elektrycznej wytworzonej z kogeneracji gazowej. Wysokość premii uzależniona jest od mocy i stanu (np. nowa, istniejąca, zmodernizowana) instalacji.

Niewątpliwą zaletą kogeneracji gazowej jest również to, że przy odpowiednim zasilaniu nie jest ona zależna od dostępu do sieci gazowej. Mowa tu o zastosowaniu skroplonego gazu ziemnego (LNG) do zasilania jednostki kogeneracji. Dzięki jego wdrożeniu instalacja jest niezależna od gazociągów, których dostępność jest nadal w niektórych rejonach Polski ograniczona.

Zwiększenie popytu na LNG jako skutek przejścia na kogenerację

Większość instalacji kogeneracyjnych będzie budowana na sieci, ale część z nich zastosuje też rozwiązanie z gazem skroplonym, czyli LNG. – W ramach badania rynku, które zostało przeprowadzone dla przyszłej instalacji FSRU w Gdańsku, przygotowaliśmy szacunki na temat rozwoju LNG w kogeneracji. W przypadku, gdy zaledwie 10% kogeneratorów będzie zasilana LNG, to w 2026 roku wolumen może przekroczyć 50 tys. ton. Jest to prawie 2800 standardowych cystern drogowych. To imponująca liczba, która równie dobrze może okazać się jeszcze większa w rzeczywistości” – mówił dr Lech Wojciechowski, Kierownik Zespołu Badań i Strategii DUON podczas Konferencji Polskiej Platformy LNG 2020.

Zgodnie z danymi publikowanymi przez URE w roku 2019 w formie płynnej terminal w Świnoujściu sprzedał LNG w ilości 667 296,241 MWh, co odpowiada około 44 tys. ton.

Jakie są prognozy na przyszłość?

Kogeneracja to rozwiązanie aktualnie stosowane, które na pewno będzie notowało dynamiczny rozwój w perspektywie najbliższych 5 lat i służyło produkcji energii przynajmniej przez kolejną dekadę. W późniejszej perspektywie branża może pójść w kierunku biometanu i bioLNG, dzięki którym dotychczasowe źródła zasilania mogą zmienić status na czysto zielony.

Kolejny pozew producenta karabinka Grot

8 lutego 2021 r. Fabryka Broni „Łucznik” sp. z o.o. złożyła w Sądzie Okręgowym w Radomiu kolejny pozew, związany z nieprawdziwymi informacjami, zawartymi w publikacjach portalu Onet.pl. Pozew o ochronę dóbr osobistych oraz zadośćuczynienie w kwocie 1 000 000 zł został skierowany przeciwko wydawcy portalu, Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. oraz cytowanemu w publikacjach w roli eksperta Pawłowi Mosznerowi. W pozwie znalazło się również żądanie opublikowania przeprosin za naruszenie dóbr osobistych oraz usunięcia ze stron artykułu, zawierającego nieprawdziwe twierdzenia ws. rzekomych nieprawidłowości w wytwarzaniu broni przez spółkę Fabryka Broni „Łucznik” – Radom sp. z o.o.

Fabryk Broni „Łucznik” sp. z o.o. zapewnia, że karabinek MSBS Grot spełnia wymagania określone w specyfikacjach technicznych. Jest to konstrukcja przebadana, sprawdzona, funkcjonalna i bezpieczna dla użytkownika, co w swoich opiniach podkreślają również niezależni eksperci. Podjęte kroki prawne mają na celu ochronę dobrego imienia Fabryki i jej załogi, której profesjonalizm i jakość pracy zostały poddane w wątpliwość.

Zarząd Fabryki Broni „Łucznik” – Radom sp. z o. o.

Rząd zapowiada przyspieszenie inwestycji w bezpieczną infrastrukturę drogową. W kolejnych latach wyda na ten cel 2,5 mld zł

Kończą się prace nad Programem Bezpiecznej Infrastruktury Drogowej na lata 2021–2024. Zakłada on projekty warte 2,5 mld zł z Krajowego Funduszu Drogowego, obejmujące m.in. przebudowę skrzyżowań czy budowę lewoskrętów. Ważnym obszarem inwestycji będzie również poprawa bezpieczeństwa pieszych. W tym celu powstaną nowe chodniki i kładki, a przejścia będą lepiej oznakowane i doświetlone.

 Podstawowym celem szerokich, systemowych działań jest ograniczenie liczby wypadków, spowodowanie, by nasze drogi były bezpieczniejsze. Koncentrujemy się na obszarze przejść dla pieszych, ale nasze inwestycje drogowe będą też ukierunkowane na budowę chodników, ciągów pieszo-rowerowych, bezpiecznych skrzyżowań i rond. Takie działania realizowane przez Ministerstwo Infrastruktury będą miały miejsce w ciągu najbliższych czterech lat – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Weber, wiceminister infrastruktury.

Polskie drogi należą do najmniej bezpiecznych w Europie. W 2019 roku, jak wynika z danych Komedy Głównej Policji, doszło do blisko 30,3 tys. wypadków, w których zginęło ponad 2,9 tys. osób, a rannych zostało niemal 35,5 tys. Choć w ostatnich latach zmniejsza się liczba wypadków i osób rannych, rośnie liczba osób zabitych. Około 40 proc. wszystkich ofiar wypadków stanowią piesi i inni niechronieni uczestnicy ruchu drogowego. Z udziałem pieszych odnotowano w całym roku 7 tys. wypadków, z czego połowa miała miejsce na przejściach dla pieszych.

Dlatego Ministerstwo Infrastruktury chce poprawić bezpieczeństwo w tym obszarze. Jednym z elementów będzie zmiana przepisów ruchu drogowego – od czerwca piesi wkraczający na pasy będą mieli pierwszeństwo, będą też kary za korzystanie z telefonu podczas przechodzenia przez ulicę. Kolejny element to inwestycje w infrastrukturę, w tym przejścia dla pieszych.

– W tym roku ruszymy z większym nasileniem tych inwestycji. Chcemy do tego wykorzystać wytyczne, które pokazują, jak powinno wyglądać bezpieczne przejście dla pieszych. Powinny być oświetlone, odpowiednio oznakowane, nie mogą być zasłonięte – zapowiada Rafał Weber.

Analiza „Mankamenty przejść dla pieszych na drogach krajowych w zarządzie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad” wskazuje, że najczęściej pojawiające się zagrożenia to brak lub niewystarczające urządzenia dla niewidomych (70 proc. skontrolowanych przejść), brak lub niepełne oznakowanie poziome (24 proc.), bardzo wysoka prędkość pojazdów (22 proc.), krawędź przejścia, która nie chroni pieszego (16 proc.) oraz zjazdy w sąsiedztwie przejść ograniczające widoczność (15 proc.). GDDKiA ocenia, że każde przejście dla pieszych powinno być dobrze oświetlone i wyznaczone tam, gdzie jest skuteczna możliwość redukcji prędkości przed przejściem do 50 km/h. Podobnych wytycznych jest jeszcze 15.

– Przejście musi być z dalszej odległości widoczne przez kierującego pojazdem tak, aby mógł on w odpowiedni sposób zareagować, zredukować prędkość czy całkowicie zahamować, w zależności od sytuacji, ale musi wiedzieć z pewnym wyprzedzeniem, że do takiej reakcji musi dojść – wskazuje wiceminister infrastruktury.

Oprócz zmian na przejściach dla pieszych bezpieczeństwo mają zwiększyć planowane inwestycje drogowe. W 2020 roku GDDKiA oddała do użytku blisko 138 km dróg. Ten rok zapowiada się jeszcze bardziej ambitnie – do końca 2021 roku kierowcy mają mieć do dyspozycji co najmniej 385,5 km nowych dróg, w tym ok. 40 km autostrad i 308 km dróg ekspresowych.

Budujemy w głównej mierze drogi szybkiego ruchu, autostrady i drogi ekspresowe, dzięki czemu na nie przenosi się ruch ciężki, ruch tranzytowy, ale też ruch osobowy dalekobieżny. Na tych drogach nie ma pieszych i rowerzystów, więc jest zdecydowanie bezpieczniej – tłumaczy Rafał Weber.

Pomóc mają także realizowane inwestycje w ramach zaplanowanego na 10 lat programu budowy 100 obwodnic o łącznej długości ok. 830 km. Będą to trasy o najwyższych parametrach technicznych, dostosowane do przenoszenia obciążenia 11,5 t/oś. Trwają też inwestycje w starodroża, czyli pozostałości dróg istniejących w przeszłości, by były gotowe do przejazdu pojazdów o obciążeniu 11,5 ton.

– Mamy też ogromny program wsparcia dla dróg samorządowych. Rządowy Fundusz Rozwoju Dróg to na przestrzeni 10 lat już ponad 39 mld zł, chcemy w ten sposób dofinansować drogi gminne, powiatowe i w pewnym zakresie wojewódzkie. Potrzebujemy trochę czasu, aby te wszystkie inwestycje zrealizować, ale efekty już są widoczne – zapewnia wiceminister.

W pierwszych dniach lutego Ministerstwo Infrastruktury zatwierdziło programy inwestycji dla zadań drogowych w ośmiu województwach (dolnośląskim, śląskim, podkarpackim, wielopolskim, warmińsko-mazurskim, łódzkim, podlaskim i opolskim). Wszystkie one są związane z poprawą bezpieczeństwa uczestników ruchu drogowego. W sumie prawie 580 mln zł trafi w kolejnych kilku latach m.in. na budowę chodników, ścieżek rowerowych, zatok autobusowych i kładek dla pieszych.

Pracodawcy RP: Liczymy na ponowne konsultacje ustawy o krajowym cyberbezpieczeństwie. Budowa sieci 5G w Polsce już jest opóźniona

Około 600 mln zł bezpośredniej straty dla Skarbu Państwa, ponad 21 mld zł obniżenia PKB i 14 mld zł straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych, która musiałaby zostać częściowo przeniesiona na klientów, a także prawdopodobne spory prawne i opóźnienia we wdrażaniu sieci 5G, które będą kosztować krajową gospodarkę kolejne miliardy – to potencjalne skutki nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, oszacowane przez Audytel i kancelarię Dentons. Projekt, który w ocenie rynku i prawników zawiera cały szereg wad prawnych, jest już na etapie rządowych uzgodnień, ale eksperci apelują o poddanie go konsultacjom publicznym m.in. ze względu na daleko idące konsekwencje gospodarcze, jakie będzie mieć jego uchwalenie.

– Procedura powstawania tej ustawy jest oryginalna. Zaczęło się od zbyt krótkiego terminu na konsultacje, następnie na niemal kwartał zapadła cisza, a po niej pokazano nową wersję projektu, która nie podlega już konsultacjom, mimo że znalazło się w niej sporo całkowicie nowych rozwiązań i propozycji. Przykładowo ma powstać narodowy operator, któremu zostaną przyznane bardzo cenne dobra, jakimi są częstotliwości niezbędne do budowy sieci 5G w Polsce. O takich sprawach na pewno powinno się rozmawiać z przedsiębiorcami i rynkiem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Pierwszy projekt ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, zaprezentowany na początku września ub.r., wywołał kontrowersje wśród ekspertów i całego rynku telekomunikacyjnego m.in. ze względu na ekspresowy, 14-dniowy termin konsultacji publicznych czy też zapisy, które pozwalają wykluczyć część dostawców infrastruktury 5G na podstawie niejasnych kryteriów (np. takich, czy dana firma pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka). W ocenie prawników, jak i Rządowego Centrum Legislacji projekt zawierał też cały szereg wad prawnych i był sprzeczny nie tylko z krajowymi, lecz także międzynarodowymi i unijnymi przepisami dotyczącymi m.in. wolnego handlu i swobody prowadzenia działalności gospodarczej.

Po otrzymaniu ponad 750 uwag od ekspertów, instytucji branżowych i przedsiębiorców w styczniu tego roku pojawiła się nowa propozycja zmian. Tylko w kosmetycznym stopniu uwzględniła ona jednak uwagi i zastrzeżenia zgłoszone w toku publicznych konsultacji.

– Te przepisy wprost ingerują w to, jak przedsiębiorcy mają prowadzić swoje biznesy. Mogą m.in. zmusić ich do wymiany używanego sprzętu oraz oprogramowania w wyniku decyzji podjętej przez grono decydentów na podstawie niejasnych przesłanek, prawdopodobnie motywowanych politycznie – mówi Andrzej Malinowski.

Nowelizacja ustawy o KSC będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G. Bez jej uchwalenia nie ruszy aukcja UKE na częstotliwości niezbędne dla budowy nowego standardu. Nowe przepisy mają też określić kryteria oceny dostawców infrastruktury dla tej technologii. Tymczasem już teraz wprowadzenie sieci nowej generacji w Polsce jest opóźnione względem innych krajów europejskich.

– Czechy w ubiegłym roku rozdysponowały już częstotliwości 5G. W Polsce z kolei 30 grudnia 2020 roku weszło w życie rozporządzenie ministra cyfryzacji w sprawie minimalnych środków technicznych i organizacyjnych oraz metod, jakie przedsiębiorcy telekomunikacyjni są obowiązani stosować w celu zapewnienia bezpieczeństwa i integralności sieci lub usług. Te przepisy były konsultowane przez niemal sześć miesięcy przez cały rynek i miały gwarantować bezpieczeństwo sieci. Dokumentacja aukcyjna również wydaje się być gotowa. Dlatego trudno jest racjonalnie wyjaśnić dalsze wstrzymywanie postępu technologicznego – podkreśla prezydent Pracodawców RP. – Polska na pewno znajduje się pod presją czasu, bo budowa sieci 5G jest u nas opóźniona. Nie może być to jednak argumentem za dopychaniem złych rozwiązań kolanem.

Eksperci wskazują, że ujęty w nowelizacji ustawy mechanizm wykluczania konkretnych firm na podstawie kryteriów narodowościowych uderzy głównie w chińskie koncerny technologiczne. Firmy uznane za tzw. dostawców wysokiego ryzyka zostaną wykluczone z polskiego rynku, bez realnej możliwości odwołania się od tej decyzji.

 Jeśli ustawa zostanie przyjęta w takim kształcie, to oznacza wzrost ryzyka i wzrost kosztów prowadzenia biznesu dla przedsiębiorstw telekomunikacyjnych i teleinformatycznych. Wzrośnie koszt inwestycji w infrastrukturę, a budowa sieci 5G w Polsce jeszcze bardziej się opóźni. Czyli będzie dokładnie na odwrót, niż być powinno, bo mieliśmy przecież rozwijać infrastrukturę cyfrową i przyspieszać z digitalizacją w administracji i biznesie – mówi Andrzej Malinowski.

Nowy raport, opracowany przez Audytel i kancelarię Dentons na zlecenie Huaweia, pokazuje, że wykluczenie tego producenta z polskiego rynku może wywołać łączne straty dla krajowej gospodarki sięgające nawet 44 mld zł – w tym między innymi 21,5 mld zł straty wynikającej z obniżenia PKB, ok. 600 mln zł bezpośredniej straty dla Skarbu Państwa i ponad 14 mld zł straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych, którzy byliby zmuszeni do wymiany sprzętu sieciowego. Skutkiem wdrożenia noweli ustawy o KSC i wykluczenia Huaweia byłyby też dalsze opóźnienia w budowie sieci 5G, sięgające nawet trzech lat, tymczasem każde sześć miesięcy takiego opóźnienia zwiększyłoby i tak już ujemne saldo skutków ekonomicznych o dodatkowe 16–17 mld zł.

Najnowszy projekt nowelizacji ustawy o KSC trafił już na Komitet Rady Ministrów ds. Cyfryzacji oraz ds. Europejskich. Eksperci ds. prawa, instytucje branżowe i podmioty działające w branży telko apelują jednak o ponowne poddanie go konsultacjom publicznym.

 Z zapowiedzi strony rządowej wynika, że ten projekt ma być przyjęty niemal natychmiast przez Radę Ministrów. Z perspektywy proceduralnej zawsze jednak istnieje możliwość przekazania projektu do ponownych konsultacji. To zależy jedynie od dobrej woli osób decyzyjnych – mówi prezydent Pracodawców RP. – W przypadku poważnych wątpliwości, które zgłaszane są przez organizacje pracodawców oraz izby branżowe, należałoby się zatrzymać i zastanowić. Do końca wierzymy, że z uwagi na tak poważne zmiany premier uwzględni jednak głos strony społecznej i skieruje nowy projekt ustawy do konsultacji, a następnie zorganizuje dyskusję z tymi podmiotami, które sformułują uwagi oraz propozycje poprawek.

Opracowany przez Polaków innowacyjny system montażu okien ma szansę stać się światowym standardem. Pozwoli na ogromną redukcję emisji CO2

Sektor budownictwa ma do odegrania ważną rolę w dążeniu do neutralności klimatycznej. Dziś budynki mieszkalne konsumują bowiem więcej energii niż transport i przemysł, odpowiadając za ok. 38 proc. krajowej emisji CO2 – wynika z danych zawartych w raporcie WWF Polska. Głębokie zmiany w branży wspomagają nie tylko nowe przepisy krajowe i unijne, regulujące warunki techniczne budów, ale także nowinki techniczne, które producenci materiałów budowlanych wprowadzają na rynek. Taki cel przyświecał m.in. Grupie Selena w pracach nad nowym standardem uszczelniania i izolacji połączeń ościeżnic z ościeżami WINS.

– Dekarbonizacja we współczesnym świecie ma bardzo wiele oblicz i one są związane z bardzo szeroką i wieloraką aktywnością człowieka. Dotyczy m.in. budownictwa, bo budynek to miejsce, które chroni człowieka przed różnego rodzaju negatywnymi oddziaływaniami pogody – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Domarecki, prezes zarządu Selena FM SA. – Chodzi o to, by budynki przestały zużywać tak wiele ciepła i energii oraz emitować tak wiele CO2, żeby nadal chroniły człowieka, ale bez kosztów dla przyrody.

Z listopadowego raportu „Zeroemisyjna Polska 2050”, który został opracowany przez WWF Polska we współpracy m.in. z Krajową Agencją Poszanowania Energii (KAPE), wynika, że to właśnie budynki konsumują w Polsce najwięcej energii więcej niż transport i przemysł. W sumie zużywają ok. 41 proc. energii pierwotnej, odpowiadając jednocześnie za ok. 38 proc. krajowej emisji CO2.

Wynika to z faktu, że większość budynków jest zazwyczaj nieocieplona albo ocieplona nieprawidłowo i wyposażona w przestarzałe kotły na paliwa stałe, które w ogromnym stopniu przyczyniają się do emisji z sektora. Ich głęboka termomodernizacja pozwoliłaby na zmniejszenie zużycia energii od 35 do nawet 85 proc., a według KAPE w efekcie możliwe byłoby zredukowanie ponad 46 mln ton CO2 i niemal 90 tys. ton pyłów rocznie.

– UE chce osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku. Budynki są bardzo ważnym obszarem w dążeniu do tej neutralności i w ciągu kolejnych 30 lat musimy przeprowadzić proces dekarbonizacji, żeby to rzeczywiście miało szansę się zadziać – mówi Alicja Kuczera, dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego (PLGBC). – Wpływ budynków na środowisko jest bowiem kolosalny. W Europie są odpowiedzialne za ok. 33 proc. wykorzystywanej wody, 50 proc. zużycia zasobów naturalnych i 30 proc. generowanych odpadów.

Poprawę efektywności energetycznej budynków powoli wymusza unijne prawodawstwo – w tym m.in. dyrektywa EPBD, dzięki której Unia Europejska chce zredukować zużycie energii i emisję CO2 w budownictwie. W Polsce nowe warunki techniczne zaczęły obowiązywać z początkiem tego roku. W efekcie znacznie zaostrzone zostały m.in. współczynniki zużycia energii i przenikania ciepła w budynkach oraz wymogi dotyczące izolacyjności cieplnej materiałów budowlanych. Wymusi to np. stosowanie okien i drzwi o wyższych parametrach energooszczędności, a dachy i ściany będą wymagały grubszej warstwy termoizolacyjnej.

– Wszystkie działania, które będą komasowane dookoła budynków, zmniejszające ich zużycie energii, zmierzające do budowania w bardziej zrównoważony sposób, to działania dla dobra wspólnego, bo przyczyniają się do osiągnięcia neutralności klimatycznej – mówi Alicja Kuczera.

Jak podkreśla, działania regulacyjne to jeden aspekt, ale dekarbonizacja wymaga zaangażowania i współpracy wszystkich uczestników rynku.

– Począwszy od inwestorów, deweloperów, wykonawców i architektów, którzy to wszystko projektują, oraz administracji krajowej, która musi nadać temu całe ramy prawne, przez administrację lokalną, firmy dostarczające materiały i technologie budowlane, bo one też są bardzo ważne, aż po nas, czyli zwykłych Kowalskich, użytkowników budynków – wymienia dyrektor zarządzająca PLGBC. – Wszystkie te działania, które przyspieszą nam ten proces, szczególnie w najbliższych 5–10 latach, są szalenie potrzebne.

Poprawie efektywności budynków służą także nowe rozwiązania i nowinki techniczne wprowadzane na rynek przez branżę budowlaną. W ten sposób swoją cegiełkę do stopniowej dekarbonizacji sektora chce dołożyć Grupa Selena, która jest jednym z największych producentów i dystrybutorów chemii budowlanej na skalę globalną (operuje na ponad 100 rynkach zagranicznych). W styczniu dołączyła do Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego – PLGBC, które skupia firmy, instytucje i najlepszych ekspertów z branży green building i od lat upowszechnia w Polsce zrównoważone budownictwo. Selena prawie od początku swojej działalności wprowadza też na rynek produkty, które obniżają straty ciepła w budynkach i zmniejszają ich zapotrzebowanie na energię – zarówno do ogrzewania, jak i chłodzenia.

– Byliśmy jedną z pierwszych w Polsce firm, która wprowadziła na rynek piany montażowe albo uszczelniacze. Na początku lat 2000 stworzyliśmy nowy standard pian montażowych oparty na Tytan 65, który miał tak dobre parametry techniczne, że w ciągu pięciu lat stał się liderem na tak odległych rynkach jak Korea Południowa, Rosja, Kazachstan, Ukraina, Czechy, Kanada, Finlandia i oczywiście również w Polsce – mówi prezes Seleny.

Grono ekspertów firmy wraz z wewnętrznym działem R&D oraz instalatorami okien od ubiegłego roku pracowało nad nowym standardem uszczelniania i izolacji połączeń ościeżnic z ościeżami WINS, który ma być odpowiedzią na potrzeby branży budowlanej.

– Standard WINS zmierza do osiągnięcia dwóch celów: redukcji mostków termicznych i związanej z tym utraty ciepła, a dzięki temu również redukcji zużycia energii elektrycznej i emisji CO2. Z drugiej strony ułatwia pracę montażysty czy instalatora w trakcie montażu okna. Jest to pierwszy na świecie system, który jest tak prosty w użyciu, dlatego staramy się doprowadzić do tego, aby stał się standardem światowym – mówi Krzysztof Domarecki.

– Tego typu systemy bardzo pomagają we wznoszeniu budynków szczelnych, które nie mają strat ciepła. W tej chwili ogromną bolączką jest to, że mamy superdrogie okna o najwyższych parametrach, bo rzeczywiście wymogi, które weszły od stycznia 2021 roku, narzucają wysokie standardy producentom okien, ale w momencie, kiedy przychodzi do osadzenia ich w budynku, pojawia się duży problem. Tworzą się mostki cieplne: ciepłe powietrze ucieka, a wlatuje zimne. Dlatego potrzebne są tego typu systemy, które są łatwe i szybkie w montażu, dzięki czemu energochłonność budynku zmaleje – mówi Alicja Kuczera.

Prezes Seleny ocenia, że nowo opracowany standard WINS przyczyni się do redukcji zużycia energii nie tylko w nowych budynkach, lecz także już istniejących.

– Nasz zespół pracował nad tym wynalazkiem ponad pięć lat. Teraz największe wyzwanie to pokazać je instalatorom i architektom w całej Europie, nauczyć ich nowych technologii, więc bardzo dużo pracy przed nami. Ale liczę na to, że korzyścią będą megatony redukcji emisji CO2 – podkreśla Krzysztof Domarecki.

Pandemia zaostrzyła konkurencję w e-handlu. Sprzedawcy szukają wyróżników i stawiają na nowe technologie jak rozszerzona rzeczywistość czy sztuczna inteligencja

Pandemia COVID-19 sprawiła, że duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do sieci, ale z drugiej strony – zaostrzyła też konkurencję w e-commerce. W efekcie sprzedawcy muszą inwestować w nowe narzędzia i technologie pozwalające im lepiej docierać do klientów. Ci wręcz oczekują takich rozwiązań jak wideo produktowe czy wirtualne przymierzalnie. Jak wynika z badań e-Izby, korzysta z nich już ponad połowa internautów w trakcie zakupów online. Rozwiązania oparte na nowoczesnych technologiach pomagają również zmniejszyć liczbę zwrotów we wrażliwej pod tym względem branży fashion.

– Widzimy znaczny wzrost sprzedaży w związku z pandemią. Gros klientów, nie mogąc skorzystać z galerii handlowych i sklepów stacjonarnych, przeniosło się do internetu i tam szukało interesujących ich towarów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Błażej Jarosiewicz, kierownik sprzedaży i marketingu PaMaMi.pl, producenta zimowych akcesoriów. – Rosnąca popularność zakupów przez internet, coraz lepsze metody płatności i coraz szybsze dostawy zatrzymają w tym kanale sporą część klientów, która w dobie pandemii była zmuszona do zakupów w sieci.

Kanał e-commerce zanotował skokowy wzrost popularności w czasie lockdownu i ograniczeń związanych z pandemią COVID-19, kiedy stacjonarne sklepy były zamknięte albo tradycyjne zakupy wiązały się z obawą przed zakażeniem. Jak wynika z danych Gemiusa, jeszcze na samym początku pandemii (w marcu ub.r.) zakupy w internecie robiło już 73 proc. polskich internautów. Z kolei wrześniowe badanie Dentsu Aegis pokazało, że przez COVID-19 prawie połowa konsumentów (49 proc.) zaczęła częściej wybierać ten kanał zakupowy. Pandemia sprawiła więc, że duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do sieci, a do e-commerce przekonały się nawet osoby, które dotychczas były w sieci bierne i korzystały wyłącznie z tradycyjnych kanałów zakupowych.

– Obecnie sprzedajemy wyłącznie przez internet, głównie przez naszą stronę internetową i przez popularny portal sprzedażowy. W listopadzie ubiegłego roku weszliśmy na niemiecki Amazon i warto było podjąć ten krok. W tym momencie zastanawiamy się już nad wejściem na kolejne rynki, również z wykorzystaniem sklepu Amazona – mówi Błażej Jarosiewicz.

W tej chwili sprzedaż za pośrednictwem tej platformy stanowi wartościowo już prawie blisko 30 proc. całkowitej sprzedaży w segmencie B2C. Współpraca z Amazonem i rosnąca popularność e-commerce, przyspieszona dodatkowo pandemią SARS-CoV-2, pozytywnie odbiła się też na wynikach marki, która od września do stycznia zanotowała w sumie ponad 350-proc. wzrost sprzedaży w B2C, trzykrotnie zwiększyła przychód i pozyskała ok. 83 proc. więcej nowych użytkowników. Co istotne, 75 proc. całego ruchu w sklepie internetowym generują obecnie urządzenia mobilne.

Szybki rozwój internetowego handlu nie tylko napędza wyniki, ale powoduje też, że w kanale e-commerce zaostrza się konkurencja. To z kolei wymusza na firmach i sprzedawcach inwestycje w nowe rozwiązania i technologie, pozwalające im lepiej docierać do klientów.

– Rynek e-commerce jest bardzo dynamiczny. Nie idąc do przodu, będziemy się cofać, w związku z czym staramy się cały czas pracować nad nowymi rozwiązaniami. Chcemy wprowadzić algorytmy sztucznej inteligencji do sklepu internetowego, tak aby w lepszy sposób dopasowywać ofertę do preferencji klienta – wyjaśnia kierownik sprzedaży i marketingu PaMaMi.pl.

Klienci wręcz oczekują nowoczesnych, coraz wygodniejszych rozwiązań. Jak wynika z ubiegłorocznego raportu e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, ponad połowa (55 proc.) internautów w trakcie zakupów online korzysta już z nowoczesnych rozwiązań zakupowych typu wideo produktowe czy wirtualne przymierzalnie. W największym stopniu dotyczy to młodszej generacji, w wieku 15–24 lata.

– Najważniejsze są trzy aspekty: dostępność produktów, jak najszersza widoczność oferty i możliwość wyróżnienia się – wymienia Błażej Jarosiewicz. – Właśnie w celu wyróżnienia się na tym dosyć szerokim rynku poprosiliśmy firmę Sensi Labs o stworzenie dla nas narzędzia, jakim jest wirtualna przymierzalnia PaMaMi Fit It. Aplikacja zmienia ekran telefonu w wirtualną przymierzalnię, w której możemy sprawdzić, jak będziemy wyglądać w konkretnym modelu i kolorze czapki. Pozwala też zrobić i zapisać zdjęcie, podzielić się nim na portalu społecznościowym czy obejrzeć model czapki w 3D.

Z wirtualnych przymierzalni, opartych na rozszerzonej rzeczywistości, korzystało w ubiegłym roku raptem ok. 6 proc. kupujących w sieci – wynika z raportu e-Izby. To narzędzie powoli, ale stopniowo zyskuje jednak popularność, ponieważ rozwiązuje jeden z największych problemów internetowych zakupów, czyli brak możliwości wcześniejszej przymiarki. Z danych Gemiusa wynika, że klienci niekupujący online (jest ich 27 proc.) jako najczęstszą przyczynę wskazują właśnie brak możliwości fizycznego kontaktu z produktem i przetestowania go przed zakupem. Dotyczy to głównie branży fashion, czyli zakupów ubrań i dodatków.

– Zakupy online w branży fashion są trudne, bo nie widzimy siebie, nie widzimy, jak będziemy wyglądać w danym ubraniu. Widzimy tylko modela bądź modelkę. Tutaj z pomocą przychodzi nasza aplikacja PaMaMi Fit It, w której można się przejrzeć, zobaczyć, czy dany produkt będzie pasował, i zadecydować, czy chcemy go kupić, czy nie – mówi ekspert z PaMaMi.pl.

Wirtualne przymierzalnie bazujące na AR sprawdzą się zwłaszcza w zakupach ubrań czy dodatków, ale w e-commerce dopiero zdobywają popularność i na razie wdrożenia nie są zbyt liczne. Wcześniej jako jedna z pierwszych powstała m.in. wirtualna przymierzalnia Glasses Click & Fit przeznaczona dla producentów okularów, dystrybutorów i sklepów optycznych, która pozwala dopasować oprawki okularów do kształtu twarzy.

– Wprowadzając tę aplikację, liczyliśmy przede wszystkim na efekt pierwszeństwa. W branży fashion chcieliśmy być pierwsi z zastosowaniem rozszerzonej rzeczywistości i to nam się udało – mówi Błażej Jarosiewicz. – Spodziewamy się, że dzięki temu narzędziu będziemy też mieć mniej zwrotów.

Jak podkreśla, PaMaMi zamierza inwestować w kolejne rozwiązania i technologie, które pozwolą marce wyróżnić się w e-commerce i będą stanowić o przewadze nad konkurencją. Poza wirtualną przymierzalnią w tej chwili marka wykorzystuje też m.in. algorytmy sztucznej inteligencji, które wspomagają proces prezentowania spersonalizowanej oferty dla klienta.

– Rynek e-commerce ogólnie będzie się cały czas rozwijał w kierunku nowych technologii. Branży fashion również to dotyczy – mówi kierownik sprzedaży i marketingu PaMaMi.pl.

W polskiej bazie naukowcy symulują warunki panujące w kosmosie. Badania pomogą agencjom kosmicznym w załogowych misjach na Księżyc i Marsa

Symulowana załogowa misja kosmiczna pozwoli sprawdzić wpływ przymusowej izolacji na człowieka. Naukowcy badają, jak zmienia się układ nerwowy przy długotrwałym przebywaniu w jednym pomieszczeniu. Warunki panujące w habitacie są analogiczne do tych, jakie mają panować w przyszłej bazie na Księżycu czy Marsie. W polskiej bazie Lunares prowadzone są też eksperymenty dotyczące m.in. wpływu mikrograwitacji na procesy biologiczne.

– Misja izolacyjna w habitacie badawczym Lunares to tzw. misja analogowa, symulowana, która może mieć różne cele, ale głównie są to cele badawcze. Jest to próba zasymulowania pewnych warunków, których możemy się spodziewać w kosmosie, i sprawdzenia, jak będą sobie radzili w nich ludzie. Ta zasymulowana przestrzeń spełnia rolę bazy kosmicznej, gdzie ludzie żyją, śpią i pracują bez kontaktu ze światem zewnętrznym, bez okien, bez kontaktu z najbliższymi. Taka misja trwa dwa tygodnie – mówi agencji Newseria Innowacje Leszek Orzechowski, architekt Space is More.

Habitat Lunares to pierwsza tego typu baza w Polsce. Powstała, aby móc przetestować ludzi w warunkach osamotnienia, życia i pracy na bardzo małej przestrzeni. Warunki, jakie panują w habitacie, do złudzenia przypominają te, które będą panować w przyszłej bazie na Księżycu czy Marsie. Takie testy mogą mieć kluczowe znaczenie dla misji kosmicznych. Sprawdzą gotowość astronautów do pracy pod presją i w osamotnieniu.

– Astronauci z jednej strony muszą doglądać habitatu, spożycia wody, energii, produkują szarą wodę, którą następnie mogą wykorzystać np. do spuszczania toalety czy do uprawy żywności. My już takie eksperymenty robimy. Jeśli chcą wyjść, muszą założyć skafander kosmiczny i wypełnić scenariusz spaceru, jednak pozostają na terenie zamkniętej, odizolowanej od środowiska powierzchni 300 mkw. w specjalnie do tego przygotowanym, podłączonym do habitatu hangarze wojskowym – tłumaczy Leszek Orzechowski.

Jak przekonuje ekspert, baza to idealne miejsce do sprawdzenia, jak ludzie radzą sobie w ekstremalnych sytuacjach. Kiedy wystartuje misja, na badania będzie już za późno. Tymczasem powodzenie misji kosmicznych w dużej mierze zależy właśnie od człowieka i jego umiejętności radzenia sobie w trudnych warunkach. Stąd np. testy przerwania skafandra.

– To są też testy fizjologiczne, badamy załogę przed pobytem i po nim rezonansem magnetycznym, patrzymy, jak takie zamknięcie wpływa na ich poczucie równowagi, poczucie postrzegania przestrzennego. Bo jeżeli się poleci gdziekolwiek dalej, po długiej drodze wysiądzie się ze statku kosmicznego, to może nie być to takie bezpieczne, jak byśmy sobie to wyobrażali – wskazuje architekt Space is More.

Naukowcy testowali już wytrzymałość człowieka przy przesunięciu rytmu dobowego, badania z wykorzystaniem iluzji czasu były unikalne na skalę światową. Stworzono też fizjologiczną lampę, która dzięki emitowaniu na odpowiedniej częstotliwości fal UV działa na organizm człowieka podobnie jak słońce. W bazie testuje się też wpływ diety liofilizowanej podczas misji kosmicznych na funkcjonowanie człowieka.

– Sprawdzamy z Pomorskim Uniwersytetem Medycznym, jak wpływa taka dieta na florę bakteryjną jamy ustnej, przewodu pokarmowego, na gromadzenie się osadu czy płytki nazębnej. W każdym zakątku fizjonomii jest miejsce na interesujące badania i dlatego zamykamy je w pięciomisjowych kampaniach, gdzie mamy ustalone główne warunki, które są w habitacie, możemy je też powtórzyć – zaznacza ekspert.

Podczas misji sprawdzany będzie też wpływ ograniczonego ruchu i przymusu noszenia skafandra na narządy ruchu. Jeśli ucierpi zmysł równowagi czy postawa ciała, naukowcy będą chcieli opracować zestaw ćwiczeń fizycznych, które pomogą utrzymać sprawność.

– Współpracują z nami agencje kosmiczne. Nasza placówka powstała oddolnie, ma tę zaletę, że możemy współpracować dość sprawnie z kimkolwiek, więc przybywają do nas naukowcy z różnych agencji kosmicznych i to się po prostu agencjom kosmicznym przydaje. Baza znajduje się w Polsce, więc my trochę ten kosmos załogowy sprowadzamy do nas, na zachodzie Europy o wiele trudniej zdobyć np. zgodę rady bioetycznej na badania na ludziach w zakresie izolacji – wskazuje Leszek Orzechowski.

Rosnąca liczba aut napędza rozwój aplikacji do współdzielenia miejsc parkingowych. W przyszłości autonomiczne pojazdy same będą je odnajdywać

Zapotrzebowanie na innowacyjne parkingi będzie rosło, ponieważ zwiększa się liczba aut, a ekonomia wymusza na dostawcach usług parkingowych optymalizację kosztów i zwiększenie dostępności miejsc parkingowych. Obecnie rozwiązaniem mogą być aplikacje pomagające współdzielić miejsce parkingowe, czyli udostępniać je wówczas, gdy właściciel z niego nie korzysta. – W przyszłości autonomiczne samochody będą zintegrowane z innowacyjnymi rozwiązaniami parkingowymi, co pozwoli im samodzielnie odnaleźć miejsce i zaparkować – podkreśla Paweł Postupalski, założyciel Parkey.

W czasie pandemii koronawirusa problemy z parkowaniem wcale się nie zmniejszyły. Liczba aut w stolicy przekracza 1,5 mln, a pandemia spowodowała jeszcze zwiększenie ruchu na rzecz samochodów osobowych, gdyż wielu kierowców na co dzień dojeżdżających do pracy komunikacją miejską obawia się teraz zakażenia. Z kłopotami ze znalezieniem wolnego miejsca borykają się zarówno mieszkańcy Warszawy, jak i pracownicy firm codziennie docierający do pracy. Nie pomogły wprowadzane zmiany w Strefach Płatnego Parkowania Niestrzeżonego ani też zastosowanie nowoczesnych rozwiązań do e-kontroli.

– Na pewno potrzebne są innowacyjne rozwiązania parkingowe, ponieważ coraz trudniej jest zaparkować na mieście. Szczególnie dobrym przykładem jest Warszawa, gdzie obszar płatnego parkingu został zwiększony, a jednocześnie zostały podniesione koszty parkingowe. Zatem możliwość wykorzystania rozwiązań z obszaru IT, żeby ułatwić osobom dojeżdżającym do pracy czy szukającym miejsca parkingowego, jest naturalną potrzebą rynku czy konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Postupalski, założyciel Parkey.

Zapotrzebowanie na innowacyjne rozwiązania w obszarze parkowania będzie rosło, ponieważ liczba aut wciąż się zwiększa, a ekonomia wymusza na dostawcach takich usług jak parkingi optymalizację kosztów i zwiększenie dostępności miejsc. Przykładem mogą być nie tylko parkingi publiczne czy biurowe, ale także inne parkingi „pod chmurką” – przy lotniskach czy w centrach handlowych, które też będą chciały jak najbardziej ułatwić proces parkingowy. Innowacje pomogą zarówno użytkownikom, kierowcom, którzy będą mieli ułatwiony proces parkowania, jak i właścicielom parkingów, którzy będą w ten sposób zwiększali swoje przychody.

Innowacyjnym podejściem może być współdzielenie miejsc parkingowych, wpisujące się w coraz popularniejszą ekonomię współdzielenia.

– Jedną z koncepcji, którą rozważamy,  jest wykorzystanie aplikacji mobilnej do współdzielenia miejsc parkingowych w osiedlach mieszkaniowych. Mogłoby to polegać na tym, że mieszkańcy danego osiedla nie mają wykupionych miejsc na stałe, tylko współdzielą je na zasadzie rezerwacji. Dzięki temu unikają kosztów związanych z opłatą, wykupieniem od dewelopera miejsca parkingowego, a ich miesięczne koszty są związane z tym, że płacą po prostu dzienną opłatę parkingową, a nie miesięczną, która jest dosyć wysoka w Warszawie – wskazuje założyciel Parkey.

Budowana przez start-up platforma oferowana jest firmom wynajmującym przestrzeń parkingową w budynkach biurowych, jednak w przyszłości może sprawdzić się także na prywatnych osiedlach mieszkaniowych. Ideą aplikacji jest umożliwienie zmotoryzowanym współdzielenia miejsc parkingowych pomiędzy sobą w celu jak najlepszego wykorzystania przestrzeni parkingowej.

– Z punktu widzenia całego osiedla ta koncepcja polegałaby na tym, że osoba, która nie korzysta w danym dniu z miejsca parkingowego, bo jest przykładowo na wakacjach, nie rezerwuje miejsc, a osoby, które chcą w dany dzień zaparkować, rezerwują to miejsce z wyprzedzeniem i mają zagwarantowane, że będą miały gdzie zaparkować – tłumaczy ekspert.

W przyszłości wsparciem dla problemów z parkowaniem mogą się też okazać nowoczesne technologie oparte na internecie rzeczy czy też autonomii pojazdów.

– IoT w połączeniu z koncepcjami związanymi ze smart building to jest coś, co nas czeka w najbliższym czasie. Z kolei, kiedy auta samojezdne zaczną być normą i będą zintegrowane z nowoczesnymi rozwiązaniami parkingowymi, samochód sam będzie wiedział, dokąd pojechać i gdzie zaparkować – podsumowuje Paweł Postupalski.

Jak rok 2021 zmieni podejście do potrzeb i oczekiwań inwestorów?

Ostatni rok zmienił wiele priorytetów w branży nieruchomości, zwłaszcza dla tych, którzy w nie inwestują. Na próbę została wystawiona elastyczność głównie najemców i właścicieli. Zmieniły się również potrzeby i oczekiwania inwestorów, których w przyszłym roku czeka większa ostrożność w procesach decyzyjnych. Jakie nieruchomości będą cieszyć się największym zainteresowaniem? Jakie kryteria będą brane pod uwagę przy zakupie nieruchomości?

Reorganizacja potrzeb

Pomimo wszelkich zmian spowodowanych pandemią nieruchomości w tym i kolejnych latach wciąż będą stanowić doskonałą alternatywę dla innych inwestycji. Obserwowane jest zainteresowanie nieruchomościami w najlepszych lokalizacjach, choć one mogą nie pokrywać się z tymi uważanymi do tej pory za te najbardziej pożądane. Ostrożność inwestorów objawiać się będzie w dokładniejszym badaniu inwestycji oraz jej najemców. Inwestorzy muszą się bowiem liczyć ze skutkami wprowadzonego lockdownu, takimi jak spadki obrotów, redukcje czynszów lub nawet okresy bezczynszowe. Istotne będzie sprawdzenie alternatyw dla obecnej funkcji, którą spełniają wynajmowane powierzchnie. Widać wzmożone zainteresowanie tymi nieruchomościami, które poradziły sobie najlepiej w czasie zamrożenia gospodarki, np. retail parkami czy magazynami. Wielu inwestorów zwraca się w kierunku nieruchomości alternatywnych, jak np. mieszkania na wynajem (BTR) czy domy senioralne.

Powierzchnie na czasie

Handel stacjonarny, który dotkliwie odczuł skutki pandemii, przeniósł się do sieci. Jesteśmy świadkami niebywałego rozwoju e-commerce w naszym kraju. Od jakiegoś czasu magazyny to najbardziej atrakcyjny rodzaj nieruchomości dla inwestorów.

Zakupy przez internet to nie tylko magazyn, ale i rozbudowana sieć logistyczna oraz centrala, która zajmuje się zamówieniami. Pozycja powierzchni magazynowych wzrosła w Polsce przez pandemię, ale również inne czynniki. Należą do nich niższe niż w Europie Zachodniej stawki czynszu i koszty obsługi personelu, jak również coraz lepsza sieć drogowa. Dowodem tej pozycji jest m.in. fakt wejścia Amazon, lidera e-commerce na świecie na rynek polski. Magazyny znajdują się w czołówce atrakcyjnych nieruchomości dla inwestorów w tym roku – mówi Małgorzata Cieślak-Belgy, Investment Director CEE w MNK Partners.

Wymagania na miarę

Czy biurowce oraz nieruchomości z przestrzeniami biurowymi wciąż będą interesujące? Home office mógł to chwilowo zachwiać, ale pracownicy wracają do biur, choć zazwyczaj w systemie hybrydowym. Spodziewany efekt w postaci redukcji powierzchni powinien być mniejszy niż początkowo sądzono, ponieważ wymagania minimalnej powierzchni na stanowisko pracy najprawdopodobniej ulegną zwiększeniu, a wielu najemców kładzie ogromny nacisk na bezpieczeństwo pracy i komfort zatrudnionych. Budynki powinny być technologicznie zaawansowane, by dostosować je do obecnych wymagań pracy (telekonferencje, lepsza jakość powietrza etc.), by zmniejszyć koszty eksploatacyjne, ale również wpłynąć na istotną obecnie ochronę środowiska. Na wadze zyskują systemy oszczędzania energii, np. montaż paneli słonecznych. Ochrona środowiska i tzw, szeroko pojęte sustainability, to podejście istotne nie tylko dla inwestorów, ale również dla banków i najemców.

Wśród niektórych sektorów rynku widać wyraźny wzrost  zainteresowania inwestorów. Są to BTR, czyli nieruchomości mieszkaniowe na wynajem, senior housing oraz akademiki, mimo że mocno ucierpiały podczas pandemii. Z pewnością należy również wymienić wspomniane wcześniej powierzchnie magazynowe, które wiodą prym przez rozwój e-commerce.

Aktywa TFI Allianz Polska przekroczyły 4 mld zł

Wartość aktywów TFI Allianz Polska wzrosła w styczniu o 124 mln zł i pierwszy raz w historii spółki przekroczyła 4 mld zł. Wartość nabyć netto w pierwszym miesiącu 2021 roku wyniosła 89,4 mln zł.

Mimo tego, że styczeń na rynkach finansowych cechowała dość duża zmienność, był to dobry miesiąc dla naszych funduszy. Wysokie nabycia obserwowaliśmy w dalszym ciągu głównie w funduszach dłużnych, jednak od kilku miesięcy widzimy rosnące zainteresowanie funduszami inwestującymi w akcje spółek zagranicznych. Szczególnym powodzeniem cieszyły się nasze fundusze tworzone we współpracy z Allianz Global Investors, nowość w ofercie – Allianz China A-Shares oraz Allianz Artificial Intelligence. Subfundusz Allianz China A-Shares – uruchomiony w końcu października ubiegłego roku, wypracował w styczniu najlepszą stopę zwrotu wśród wszystkich funduszy akcji azjatyckich dostępnych na rynku +5,8%. Fundusz od początku działalności na koniec stycznia pozwolił zarobić swoim uczestnikom 22,8%. Technologiczny Allianz Artificial Intelligence, z nieco dłuższą historią działalności, w styczniu wypracował stopę zwrotu +6,0%, a za 2020 może pochwalić się imponującym wynikiem +85,1% – komentuje Anna Bąkała Członek Zarządu, TFI Allianz Polska SA.

Wzrost naszych aktywów zawdzięczamy nie tylko dobrej sytuacji na rynkach w ostatnich miesiącach ubiegłego roku, ale też pozyskaniu nowych klientów. W ubiegłym roku zakończyliśmy proces przejmowania dużego programu emerytalnego, który ma udział we wzroście aktywów. Poza tym rosną aktywa funduszy zdefiniowanej daty w ramach PPK, w których oszczędza z nami już ponad 2 tys. pracodawców. Wartość tych aktywów wzrosła w styczniu do ponad 95 mln zł – zauważa Rafał Szwabo (Dyrektor ds. Planów Emerytalnych/TFI Allianz Polska SA).

Kiedy COVID-19 jest chorobą zawodową?

  • COVID-19 jako choroba zakaźna może być chorobą zawodową według Ministerstwa Zdrowia.
  • Obowiązkiem pracodawców jest zapobieganie zachorowaniom.
  • W ramach działań profilaktycznych firma może zorganizować badania przesiewowe lub punkt szczepień w swojej siedzibie.

Niepokój pracowników związany z koronawirusem nie maleje. Ewentualnym zarażeniem martwi się wielu pracowników, którzy nie mogą wykonywać swojej pracy zdalnie. Już na początku pandemii pojawiło się też pytanie, czy COVID-19 może być chorobą zawodową. Naczelna Rada Lekarska uznała, że tak. Co to oznacza dla pracowników i pracodawców?

Za chorobę zawodową może być uznany każdy problem zdrowotny wywołany działaniem czynników szkodliwych dla zdrowia występujących w środowisku pracy albo w związku ze sposobem wykonywania pracy. Oznacza to, że zarażenie koronawirusem w pracy może mieścić się w tej definicji. Obowiązkiem pracodawców jest zatem zapobieganie infekcjom oraz ułatwienie dostępu do odpowiednich działań profilaktycznych. W przypadku koronawirusa profilaktyką, oprócz zachowania reżimu sanitarnego, może być regularna organizacja testów przesiewowych dla pracowników, a także zorganizowanie szczepień w siedzibie firmy – zauważa Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

O co może zadbać pracodawca?

Jak pokazuje życie, choroby zakaźne nieustannie ewoluują i pracodawcy, decydując, jakie badania i konsultacje kontrolne uwzględnić w działaniach profilaktycznych w ramach medycyny pracy, powinni o tym pamiętać. Na szczęście pandemia spowodowała ogólny wzrost świadomości na temat chorób zakaźnych. Zagrożenie dla zdrowia, jakie stanowią, oraz możliwość zablokowania całych gałęzi gospodarki sprawiły, że firmy coraz częściej zaczynają uwzględniać w zakresie zamawianych świadczeń również diagnostykę tego rodzaju infekcji. Stąd ciągły wzrost zapotrzebowania na związane z tym świadczenia, na czele właśnie z diagnostyką i ochroną pod kątem zarażenia SARS-CoV-2.

Już od jakiegoś czasu pracodawcy za pośrednictwem m.in. ubezpieczeń grupowych mogą zorganizować w siedzibie firmy badania przesiewowe. Z kolei Narodowy Program Szczepień przeciw COVID-19 przewiduje możliwość zorganizowania na miejscu u przedsiębiorcy, mobilnego punktu szczepień. Jego przygotowanie, obsługa i szczepienie są bezpłatne. Jednostki medyczne, które mogą taki punkt obsłużyć, zaczęły już informować firmy o takiej możliwości. To ważne wsparcie dla przedsiębiorców, które pozwoli im na bezpieczną pracę i szybszy powrót do funkcjonowania w lżejszym reżimie sanitarnym – dodaje Xenia Kruszewska z SALTUS Ubezpieczenia.

Co daje uznanie choroby za zawodową?

Jeśli zachorowanie nastąpi w związku z wykonywaną pracą, a stan zdrowia pracownika po przejściu koronawirusa pogorszy się na tyle, że nie będzie już mógł pracować na swoim stanowisku, pracodawca będzie miał obowiązek przeniesienia go do innej pracy. Za obniżone z tego powodu wynagrodzenie pracownikowi będzie przysługiwać dodatek wyrównawczy przez okres do 6 miesięcy. Jeśli w tym czasie otrzyma potwierdzenie, że COVID-19 w jego przypadku jest chorobą zawodową, a przyznane świadczenia z ZUS nie wystarczą, będzie mógł też wystąpić do pracodawcy o odszkodowanie.

Co ciekawe, wystąpienie objawów koronawirusa już po ustaniu pracy w warunkach narażenia nie przekreśla możliwości stwierdzenia choroby zawodowej. To o tyle ważne, że zgodnie z wieloma doniesieniami ze świata medycyny negatywne skutki zachorowania na COVID-19 trwają bądź ujawniają się nawet całe miesiące po przejściu choroby. Zakres świadczeń z tytułu choroby zawodowej uzależniony będzie od skutków zdrowotnych, jakie spowoduje ona w organizmie, oraz od ich wpływu na zdolność do wykonywania pracy.

Źródło: SALTUS Ubezpieczenia

Napięte stosunki UE-Rosja: jakie są przyczyny?

Zatrzymanie opozycjonisty Aleksieja Nawalnego to tylko najnowsze źródło napięć w stosunkach między Unią Europejską a Rosja. Jakie są przyczyny tych tarć i jakie poglądy wyraża w związku z tym Parlament Europejski?

W ciągu ostatniej dekady stosunki UE-Rosja stawały się coraz bardziej napięte, między innymi z powodu aneksji Krymu, dokonanej przez ten kraj w 2014 r. Poparcie Kremla dla separatystów na wschodzie Ukrainy i interwencja wojskowa Rosji w Syrii jedynie zaostrzyły sytuację. Innym źródłem napięć są rosyjskie kampanie dezinformacyjne i cyberataki, a także próby ingerencji w zachodnie procesy demokratyczne.

Aresztowanie Aleksieja Nawalnego

Opozycjonista Aleksiej Nawalny został zatrzymany po powrocie do Rosji 17 stycznia. Przyleciał z Niemiec, gdzie leczył się po próbie otrucia, o co oskarża władze swojego kraju, w tym prezydenta Władimira Putina.

Przemawiając podczas wywiadu na żywo na Facebooku 27 stycznia 2021 r. Urmas Paet, wiceprzewodniczący parlamentarnej komisji spraw zagranicznych, wezwał do nałożenia sankcji na „osoby bezpośrednio odpowiedzialne za aresztowanie i prześladowanie Aleksieja Nawalnego”.

W rezolucji przyjętej cztery dni po aresztowaniu Parlament Europejski wezwał do zaostrzenia unijnych sankcji wobec Rosji, a także do natychmiastowego i bezwarunkowego uwolnienia Nawalnego i wszystkich zatrzymanych w związku z jego powrotem do Moskwy. Oprócz sankcji wymierzonych w najbliższe otoczenie prezydenta Władimira Putina i rosyjskich propagandystów w mediach, posłowie oświadczyli, że możliwe jest również podjęcie działań w ramach unijnego globalnego reżimu sankcji praw człowieka. Paet określił nowy mechanizm jako narzędzie „absolutnie odpowiednie” i dodał: „Niemożliwe jest, aby wolne społeczeństwa europejskie nie reagowały na brutalne naruszenia praw człowieka”.

Sankcje UE wobec Rosji

Od aneksji Krymu w 2014 r. sankcje gospodarcze UE dotyczą rosyjskiego sektora finansowego, obronnego i energetycznego. Rosja zareagowała kontrsankcjami, zakazując około połowy importu produktów rolno-spożywczych z UE. Przed Bożym Narodzeniem przywódcy UE jednogłośnie zdecydowali o przedłużeniu sankcji do 31 lipca 2021 r. Środki, które są odnawiane dwa razy w roku, mocno uderzyły w Rosję: pod koniec 2018 r. Szacowano, że jej gospodarka zmniejszyła się przez sankcje UE i USA o 6 procent.

UE nałożyła również sankcje na rosyjskich urzędników w odpowiedzi na zatrucie Nawalnego. W wywiadzie z 27 stycznia Paet wymienił ostatnie „smutne przykłady” rosyjskiej polityki zagranicznej. „ Nie ma innej opcji dla narodów UE, jeśli kraj nie przestrzega podstawowych praw człowieka i prawa międzynarodowego” – powiedział.

Echa Białorusi

Przemawiając w tym samym wywiadzie Andrius Kubilius, jeden z czołowych posłów Parlamentu Europejskiego ds. Rosji, określił sankcje jako „skuteczne” narzędzie. Kubilius powiedział, że dziesiątki tysięcy Rosjan stawiło czoła pobiciom, aresztowaniom i temperaturom -50 °, aby zaprotestować przeciwko aresztowaniu Nawalnego. Mówił też o echach z Białorusi w ostatnich wydarzeniach w Rosji. „Łukaszenko próbował ukraść białoruskie wybory prezydenckie i jest bardzo jasne, że reżim Kremla próbuje ukraść wybory do Dumy. Musimy ukarać takie zachowanie ” – stwierdził.

„Możemy wyciągnąć z tego bardzo prosty wniosek: demokracja jest bardzo ważna dla narodu rosyjskiego, a Aleksiej Nawalny, który walczy o te prawa, jest bohaterem. Dlatego potępiamy autokratyczne zachowanie Kremla ” – oświadczył Kubilius.

Nord Stream 2

Innym aspektem stosunków UE-Rosja jest energia. Kontrowersje wokół nowego rurociągu Nord Stream 2 uwydatniły pozycję tego kraju jako głównego dostawcy energii do Unii. W rezolucji z 21 stycznia eurodeputowani wezwali UE do natychmiastowego wstrzymania prac nad kontrowersyjnym rurociągiem, który miałby łączyć Niemcy bezpośrednio z Rosją. Paet wyraził nadzieję, że ministrowie UE poważnie potraktują stanowisko Parlamentu i powiedział, że projekt Nord Stream 2 „narusza wspólną politykę bezpieczeństwa energetycznego UE”.

Rosja nie jest już „partnerem strategicznym”

W marcu 2019 roku w rezolucji Parlamentu Europejskiego stwierdzono, że Rosji nie można już uważać za „partnera strategicznego”. Jednak pomimo napięć istnieje wiele obszarów, w których zarówno UE, jak i Rosja mają wspólne interesy i obawy. Rosja odegrała na przykład konstruktywną rolę w negocjacjach w sprawie porozumienia nuklearnego z Iranem. Zarówno UE, jak i Rosja opowiadają się za dwustronnym rozwiązaniem konfliktu izraelsko-palestyńskiego i obie są sygnatariuszami porozumienia klimatycznego z Paryża. UE jest nadal zdecydowanie największym partnerem handlowym i inwestycyjnym Moskwy (odpowiadającym za 42 procent rosyjskiego eksportu w 2019 r.).

Paet zauważył, że Rosja jest krajem europejskim, a Parlament chce, aby Rosjanie mieli wszystkie swobody, z których korzystają w UE. Podkreślił jednak, że „rzeczywiste zmiany mogą ostatecznie nadejść tylko od wewnątrz, a nie z zewnątrz”. „Jesteśmy solidarni ze zwykłymi Rosjanami”,„Rosja, choć zboczyła z drogi demokratycznego rozwoju, może wrócić” – dodał Kubilius.

Rosja tematem obrad PE w tym tygodniu

Temat Rosji będzie omawiany na rozpoczynającej się w poniedziałek sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego. We wtorek szef unijnej polityki zagranicznej Josep Borrell przedyskutuje z europosłami polityczne zawirowania w Rosji, w tym sprawę Aleksieja Nawalnego i ogólnokrajowe protesty wywołane jego aresztowaniem.

jjk

Źródło informacji: EuroPAP News

FPP: Odpowiedzialna polityka fiskalna szansą na odbicie po koronakryzysie

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) opracowała zbiór rekomendacji dla polskiej polityki fiskalnej w dobie koronakryzysu. Pozwalają one budować zrównoważoną strategię podatkową państwa w okresie pandemii w sposób zapewniający zarówno wzrost wpływów do budżetu państwa, jak i dalsze stymulowanie gospodarki. Rekomendacje te pozwalają uniknąć przeniesienia kosztów podatkowych na konsumentów, a także nie dopuścić do zwiększenia szarej strefy. Rekomendacje FPP dotyczą zarówno CIT – rozumianego jako odpowiedzialność dużych przedsiębiorców za wpływy do budżetu, akcyzy – jako regulacji wpływającej na postawy konsumentów, lecz płaconej realnie z kieszeni obywateli oraz VAT – który może zwiększać wpływy do budżetu przy jednoczesnym stymulowaniu gospodarki. Patriotyzm gospodarczy to uczciwy CIT lub inwestycje!

„Potrzebujemy solidarności i uczciwości na linii Państwo–Obywatele–Przedsiębiorcy. Silnym mechanizmem kształtującym te wartości jest efektywna polityka fiskalna, Niesie ona nie tylko wymierne korzyści budżetowi państwa w postaci wyższych wpływów, ale może mieć także istotny wpływ na stymulowanie gospodarki, szarą strefę i postawy obywateli. Dlatego odpowiedzialne kształtowanie instrumentów fiskalnych ma kluczowe znaczenie – zwłaszcza w okresie pandemii i kryzysu gospodarczego. Analizy FPP wskazują, że można bez żadnych nakładów ze strony budżetu państwa wesprzeć branże, które drastycznie ucierpiały przez obostrzenia pandemiczne, jednocześnie zwiększając wpływy z VAT. Z kolei odpowiedzialna polityka akcyzowa – a więc dotycząca tzw. ‘podatku od grzechu’ – może istotnie wpłynąć na zmniejszanie szarej strefy i zdrowie obywateli. Natomiast podatek CIT – jako danina bezpośrednia i wskazująca na odpowiedzialność oraz patriotyzm gospodarczy przedsiębiorstw – powinien być realnie uszczelniany. Firmy zagraniczne prowadzące działalność w Polsce powinny odprowadzać CIT w Polsce. To istotne dla budżetu wpływy, które mogłyby być porównywalne do całej odprowadzanej akcyzy. Należy podkreślić, że akcyza to podatek płacony realnie z kieszeni Polaków – dlatego proste zwiększanie jej stawek w okresie pandemii i kryzysu gospodarczego jest nieracjonalne i szkodliwe dla gospodarki, bo obniża siłę nabywczą Polaków na wszystkie towary i usługi – nie tylko te objęte akcyzą. Nie ma aktualnie żadnych przesłanek merytorycznych do dokonywania rewolucji w systemie akcyzy, a podejmowanie tego tematu w okresie destabilizacji gospodarczej – podczas gdy wielu przedsiębiorców zmaga się ze skutkami epidemii, walczy o zachowanie łańcucha wartości i miejsc pracy – jest szczególnie nieodpowiedzialne” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

CIT – odpowiedzialność dużych przedsiębiorców za wpływy do budżetu

Patriotyzm gospodarczy – rozumiany jako odpowiedzialność przedsiębiorców za gospodarkę, w której prowadzą działalność – można sprowadzić do prostej zasady: podatki bezpośrednie, takie jak CIT, to danina przedsiębiorstw z tytułu ich działalności nie przerzucana na obywateli. Należy zatem wyraźnie artykułować potrzebę większego solidaryzmu gospodarczego ze strony firm. Przedsiębiorca solidarny to taki, który płaci CIT lub inwestuje w kraju, w którym prowadzi działalność. Przedsiębiorcy, którzy płacą CIT, są solidarni z państwem i jego obywatelami. Przedsiębiorcy nie płacący podatku dochodowego (CIT) i nie inwestujący w kraju prowadzenia działalności traktują go jako miejsce taniej siły roboczej, a zyski transferują za granicę. Podmioty te z premedytacją dewaluują znaczenie podatków bezpośrednich podkreślając wagę podatków pośrednich. Dlatego postulują wybiórcze podwyższanie podatków pośrednich, takich jak VAT czy akcyza, aby braki budżetowe pokryć z cudzej kieszeni – to jest z kieszeni konsumentów. Braki budżetowe spowodowane unikaniem obowiązku, jakim jest zapłata podatku dochodowego. Dlaczego zwykły Kowalski płaci podatek dochodowy, a niektóre wielkie korporacje od lat go unikają wykazując straty?

System podatku CIT należy regularnie uszczelniać, ponieważ nadal występują wysokie dysproporcje w ściągalności tego podatku w ramach wielu branż. W szczególności w dobie koronakryzysu warto przyjrzeć się temu niepokojącemu zjawisku w branży handlowej czy tytoniowej – gdzie dysproporcje są jednymi z największych. Eliminacja patologii związanych z agresywną optymalizacją w płaceniu CIT przyniosłaby budżetowi znaczące wpływy – stawiając ten podatek na drugim miejscu największych źródeł dochodów budżetowych.

AKCYZA – regulacja wpływająca na postawy konsumentów i zmniejszanie szarej strefy

Akcyza – podatek pośredni, doliczany do ceny produktu i płacony przez konsumenta – jest nazywana podatkiem ‘od grzechu’. Oznacza to, że różne wyroby są opodatkowane różnymi stawkami akcyzy –zgodnie z zasadą: grzechy najcięższe powinny być najbardziej opodatkowane, a grzechy lżejsze mniej. Państwo za pomocą zróżnicowanych stawek akcyzy realizuje także politykę prośrodowiskową (np. niższe stawki na samochody hybrydowe i elektryczne), czy prozdrowotną (np. niższe stawki na tytoń do podgrzewania, napoje niskoalkoholowe). Obecna polityka akcyzowa Polski jest efektywna zarówno fiskalnie, jak i prospołecznie – z sukcesami realizuje cele zmierzające do zmniejszenia szarej strefy, właściwie stymuluje zachowania konsumentów, zapewnia satysfakcjonujące wpływy do budżetu państwa i jest zgodna z wymogami Unii Europejskiej. W niektórych obszarach polskie regulacje już gwarantują wpływy z tytułu akcyzy, chociaż nie ma takich wymogów europejskich – przykładem jest akcyza na samochody czy nowatorskie wyroby tytoniowe, która w tym ostatnim przypadku dzięki różnicy w stosunku do akcyzy na najbardziej szkodliwe dla zdrowia wyroby czyli papierosy wspiera tym samym cele polityki zdrowotnej.

Podwyższanie podatków płaconych wprost z kieszeni obywatela w czasie pandemii i wywołanego nią kryzysu gospodarczego jest nierozsądne i szkodliwe dla całej gospodarki, szczególnie jeśłi dotyczyć miałoby tylko produktów ekologicznych lub mniej szkodliwych dla zdrowia.

A zatem brak podwyżek akcyzy w 2021 roku jest racjonalną i uzasadnioną polityką rządu. Należy stymulować popyt wewnętrzny i bardzo ostrożnie podchodzić do podnoszenia podatków, które wprost przekładają się na ceny i inflację oraz są odczuwalne przez konsumentów. Dzisiejszego konsumenta nie stać na zaakceptowanie wzrostu cen – podnoszenie podatków może więc przynieść odwrotny skutek, czyli spadek konsumpcji i tym samym wpływów z podatków. Co gorsze, podnosząc akcyzę na np. samochody elektryczne, niskoalkoholowe napoje lub tytoń do podgrzewania, konsumenci wrócą do produktów szkodzących bardziej – diesli, wódki i zwykłych papierosów. Takie niekorzystne rozwiązania, poza negatywnymi skutkami dla środowiska czy zdrowia, mogą też zwiększać szarą strefę – gdyż są prostą zachętą do przemytu tanich wyrobów zza wschodniej granicy, gdzie wskutek niższych kosztów pracy i produkcji są one znacząco tańsze niż w Polsce. Dlatego z uwagi na położenie, Polska ma jedną z najniższych w Unii stawek akcyzy na papierosy.

W świetle powyższego pojawiające się w ostatnim czasie apele o rzekome „urealnienie stawek akcyzy” czy też „usunięcie luki akcyzowej” są całkowicie nietrafione. Stoją za nimi zachodnie korporacje, które nie chcąc płacić podatków dochodowych i próbują przerzucić koszt walki z pandemią na konsumentów. Tezy te nie tylko więc opierają się na nieprawdziwych danych i błędnych wyliczeniach – ale są szkodliwe dla obywateli i budżetu państwa. Akcyza jest podatkiem dość szczelnym, zaś same różnice w stawkach akcyzy – np. w motoryzacji, napojach alkoholowych czy tytoniu – nie mają nic wspólnego z rzekomą „luką” i w żadnej mierze z niej nie wynikają. Samo pojęcie „luki” sugeruje, że w systemie podatkowym jest jakaś nieszczelność, że system nie funkcjonuje prawidłowo. Tymczasem różnice w stawce akcyzy pomiędzy poszczególnymi kategoriami produktów akcyzowych nie są żadną „luką”, lecz uzasadnionym elementem polityki państwa. Tak jest w całej Europie w odniesieniu do różnego rodzajów dóbr – takich jak zielona energia, samochody, paliwa, alkohol, tytoń, itd. Chwytliwe hasła dotyczące rzekomego „manipulowania” akcyzą przy najniższym w historii poziomie szarej strefy są czystą grą lobbingową na rzecz jednej kategorii kosztem innej i wątpliwe z punktu widzenia uczciwej konkurencji.

Dlatego obecny system akcyzy powinien pozostać nienaruszony – zwłaszcza, że dopiero co (w październiku 2020 roku) opodatkowano nowe kategorie wyrobów. Jeżeli zaś rozważanoby zmiany w akcyzie w celu zwiększenia dochodów budżetowych – to należałoby wówczas zmienić strukturę sposobu obliczania tego podatku na np. wyroby tytoniowe i podnieść stawki dla wyrobów najbardziej szkodliwych (czyli np. dla tradycyjnych papierosów i dla mocnych alkoholi), utrzymując bądź zmniejszając stawki dla wyrobów mniej szkodliwych (nowatorskich wyrobów tytoniowych, płynów do papierosów elektronicznych produkowanych przez polskie MŚP oraz dla alkoholi słabych, typu piwo).

VAT – jak zwiększać wpływy do budżetu przy jednoczesnym stymulowaniu gospodarki?

Prawidłowa polityka wobec VAT może zwiększać wpływy do budżetu państwa i stymulować gospodarkę – wcale nie trzeba zwiększać stawki VAT. Co więcej, rozsądne rozwiązania mogą także stymulować gospodarkę i nieść pomoc dla branż najbardziej poszkodowanych w pandemii – bez żadnych nakładów z budżetu państwa.

Przykładem może być propozycja Federacji Przedsiębiorców Polskich dotycząca wprowadzenia zwolnionych z PIT i ZUS bonów o wartości 560 zł miesięcznie na posiłki dla pracowników – finansowanych dobrowolnie przez pracodawcę. Obliczone przez FPP efekty tak prostego działania:

• Już w pierwszym roku obowiązywania regulacji roku wpłaty z tytułu VAT i CIT mogłyby wynieść prawie 500 mln zł, a w 2025 roku przekroczyłyby 1 mld zł rocznie
• Nawet 7,6 mld zł dodatkowego PKB
• Wzrost przychodów rolników o 560 mln zł przychodów rocznie i 7 tys. nowych miejsc pracy
• Wzrost obrotów gastronomii o 4,1 mld zł ratując zatrudnienie nawet 100 tys. osób

Bitcoin może osiągnąć w tym tygodniu wartość 50 000 dolarów po gigantycznej inwestycji Tesli

„Osiągnięcie wartości 50 000 dolarów to niewątpliwie ważny kamień milowy w historii bitcoina”.

Simon Peters, analityk kryptowalut na obejmującej wiele aktywów platformie inwestycyjnej eToro, powiedział: „Bitcoin osiągnął najwyższy poziom w historii, dzięki doniesieniom o ogromnych inwestycjach w kryptowaluty dokonane przez Teslę oraz akceptacji tego największego na świecie producenta aut (według kapitalizacji rynkowej) na przyjmowanie bitcoinów jako płatności za swoje samochody i inne produkty”.

„Jeśli istniały jakiekolwiek wątpliwości co do akceptacji bitcoina w głównym nurcie rynkowym, to z pewnością ta decyzja musi oznaczać koniec wszelkiego sceptycyzmu. Wiele innych firm już akceptuje bitcoiny jako formę płatności i wyobrażam sobie, że z czasem inne duże przedsiębiorstwa pójdą za przykładem Tesli”.

„Świat coraz częściej przenosi się do Internetu, a bitcoin znajduje się w samym centrum transakcji online, a przy tego rodzaju wsparciu ze strony firmy wartej wiele miliardów dolarów, prawdopodobnie jego wartość osiągnie 50 000 dolarów do końca tygodnia”.

IPOPEMA TFI zacieśnia współpracę z CVI Domem Maklerskim

IPOPEMA TFI zacieśnia współpracę z CVI Domem Maklerskim i ponownie wychodzi na rynek z ofertą funduszu opartego o dług firm faktoringowych i pożyczkowych.

Największe pod względem aktywów niezależne towarzystwo funduszy inwestycyjnych – IPOPEMA TFI oraz lider w poza bankowym finansowaniu przedsiębiorstw w Polsce i regionie Europy Środkowo-Wschodniej – CVI Dom Maklerski zacieśniają współpracę. Przedmiotem wspólnego działania jest zarządzanie funduszem publicznym IPOPEMA Benefit 3 FIZAN i ponowne udostępnienie szerokiemu gronu inwestorów alternatywnego funduszu, finansującego podmioty działające na rynku faktoringu i pożyczek. W planach jest wzrost aktywów w produkcie do ok.  100 mln w 2021 roku.

Za zarządzanie portfelem inwestycyjnym funduszu IPOPEMA Benefit 3 FIZAN, w tym za wyszukiwanie nowych inwestycji i realizację poszczególnych transakcji odpowiadać będzie zespół specjalistów CVI Dom Maklerski. IPOPEMA TFI zapewni kontrolę nad realizacją strategii inwestycyjnej funduszu oraz dystrybucję certyfikatów inwestycyjnych.  Fundusz, który w ciągu 2 lat wypracował stopę zwrotu na poziomie 15,51% *, uzyskał już po raz drugi zgodę KNF na kolejne emisje certyfikatów.

Certyfikaty funduszu IPOPEMA Benefit 3 FIZAN są aktualnie przedmiotem oferty publicznej, kierowanej do szerokiego grona adresatów (niewielka minimalna kwota inwestycji tj. 2.931,75 PLN). Pierwsza subskrypcja nowej emisji certyfikatów funduszu   rozpoczęła się 25 stycznia i potrwa do 19 lutego 2021 roku. W kolejnych miesiącach, aż do listopada br. IPOPEMA TFI planuje kolejne subskrypcje tego rozwiązania inwestycyjnego. Strategia funduszu zakłada inwestycje przede wszystkim w instrumenty dłużne niebankowych firm faktoringowych oraz firm pożyczkowych (z wyłączeniem pożyczek konsumenckich).

’’Inwestorzy na rynku funduszy inwestycyjnych są nadal ostrożni w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, wybierają tzw. fundusze o niskim lub średnim poziomie ryzyka, o możliwie stabilnych oczekiwanych stopach zwrotu oraz uwzględniających zastosowanie mechanizmów zabezpieczających. Mając na uwadze taką sytuację i stabilne wyniki funduszu w okresie ostatnich 24 miesięcy, podjęliśmy kolejny raz decyzję o otwarciu oferty funduszu IPOPEMA Benefit 3 FIZAN dla szerokiego grona Klientów i skierowaniu uwagi inwestorów poszukujących ciekawych alternatywnych rozwiązań do swoich portfeli inwestycyjnych.”  – podkreśla Jarosław Wikaliński, Prezes Zarządu IPOPEMA TFI

Silny nacisk na bezpieczeństwo, dywersyfikację i proces doboru lokat

Pomimo, iż fundusz powstał z myślą o inwestorach oczekujących stóp zwrotu na poziomie przewyższającym oprocentowanie lokat bankowych, polityka IPOPEMA Benefit 3 FIZAN jest restrykcyjna w zakresie selekcji partnerów, którym fundusz już udzielił lub będzie udzielał finansowania. W konsekwencji, krąg podmiotów dopuszczonych do współpracy z funduszem jest stale monitorowany i ograniczony do wąskiej grupy bardzo mocno wyselekcjonowanych firm.

„Sytuacja pandemiczna na świecie oraz niepewna sytuacja gospodarcza mają istotny wpływ na możliwości pozyskania przez firmy środków finansowych na dalszy rozwój, co wpływa na wzrost zainteresowania finansowaniem pozabankowym. W ostatnim okresie rośnie także zainteresowanie papierami wartościowymi i strategiami opartymi o rynek długu wśród inwestorów indywidualnych. Do tej pory inwestorzy mieli bardzo ograniczony dostęp do ofert funduszy zamkniętych, ze względu na niepubliczny charakter prawie wszystkich tego typu produktów. Dzięki funduszowi Benefit 3, który jest funduszem dostępnym w ofercie publicznej, także Klienci o mniejszych oszczędnościach mogą skorzystać z rozwiązania dającego realną szansę na stopę zwrotu powyżej inflacji. CVI DM jako zarządzający portfelem funduszu Benefit 3, będzie dążył do osiągnięcia stóp zwrotu na poziomie 4%-6% dla klienta. Prognozy na rok 2021 wskazują na niewielkie szanse pobicia inflacji przez fundusze dłużne oparte na obligacjach skarbowych. Może to zachęcić inwestorów do transferu środków właśnie do funduszy takich jak Benefit 3, czerpiących zyski z ryzyka kredytowego.” – podkreśla Rafał Lis, Partner Zarządzający w CVI Dom Maklerski.

Polityka selekcji i podejścia do kwestii bezpieczeństwa portfela lokat funduszu, opiera się na trzech filarach: (1) możliwie krótkoterminowym charakterze finansowania od 6 do 18 miesięcy, (2) dywersyfikacji portfela emitentów, (3) dywersyfikacji źródeł zabezpieczenia spłaty finansowania – nawet na setki lub tysiące wierzytelności (m.in. faktur) względem pojedynczych podmiotów korzystających z usług finansowanych przez fundusz firm faktoringowych i pożyczkowych.

‘’Spółki ubiegające się o finansowanie ze środków funduszu są regularnie poddawane szczegółowemu audytowi finansowemu i prawnemu. Wyznaczyliśmy szereg kryteriów, które muszą spełniać emitenci obligacji nabywanych przez fundusz. Skalę bardzo dużego rozproszenia ryzyka pokazuje ilość sfinansowanych przez fundusz faktur w okresie 2 lat – ponad 20 tys. sztuk.’’ – dodaje Jarosław Wikaliński z IPOPEMA TFI.

Dodatkowo fundusz miesięcznie dokonuje wyceny obligacji oraz portfela zabezpieczeń, a w cyklach tygodniowych analizuje portfel należności tych spółek, w tym m.in. terminowość płatności, rotację faktur, poziom przeterminowań i koncentracji.  Z perspektywy bezpieczeństwa warto zaznaczyć, że fundusz IPOPEMA Benefit 3 FIZAN ma dużą dywersyfikację zaangażowania faktoringowych i pożyczkowych co przekłada się na niską wartość finansowanej, pojedynczej transakcji. Średnia wartość faktur stanowiących zabezpieczenie na dzień 25.12.2020r. wynosiła ok 29,5 tys. PLN

Stabilna stopa zwrotu i znaczne zwiększenie aktywów

Celem zarządzających funduszem jest uzyskiwanie stabilnej stopy zwrotu w okresie długoterminowym na poziomie 4%-6%. rocznie. Fundusz IPOPEMA Benefit 3 FIZAN ma obecnie ponad 20 mln zł aktywów w zarządzaniu, a dzięki kolejnym emisjom towarzystwo liczy na wzrost aktywów do ok.          100 mln zł do grudnia 2021 roku. Fundusz kierowany jest do osób, które zakładają dłuższy horyzont inwestycyjny i akceptują ograniczoną płynność inwestycji.

Dotychczas wyemitowane certyfikaty funduszu są notowane na GPW w Warszawie, w odniesieniu do kolejnych serii także planowane jest wprowadzenie do obrotu giełdowego. Pierwszy wykup certyfikatów możliwy będzie już po upływie 18 miesięcy od daty ich przydziału inwestorowi, zaś kolejne wykupy będą realizowane co pół roku. Minimalny zapis na certyfikaty inwestycyjne wynosi w obecnej emisji 2.931,75 zł.

IPOPEMA TFI SA jest największym pod względem aktywów w zarządzaniu niezależnym, tj. niezwiązanym z grupą bankową lub ubezpieczeniową, towarzystwem funduszy inwestycyjnych. Aktywa w zarządzaniu IPOPEMA TFI według stanu na koniec grudnia 2020 roku, wyniosły ponad 57 mld zł.  Towarzystwo wchodzi w skład grupy kapitałowej notowanej na GPW od 2009 r. IPOPEMA Securities SA.

*Dane na dzień 31.12.2020 / ** Pb.pl (fundusze aktywów niepublicznych)

 

Powodzenie programu szczepień w Wielkiej Brytanii wspiera funta

Wprowadzenie programu szczepień przeciwko COVID-19 ma istotny wpływ na zachowanie najważniejszych walut. Największym dotychczasowym wygranym 2021 roku jest funt brytyjski. Aktywa ryzykowne, na czele z amerykańskimi akcjami, biją kolejne rekordy.

Wprowadzenie programu szczepień przeciwko COVID-19 miało istotny wpływ na zachowanie najważniejszych walut. Imponujące postępy w szczepieniach w Wielkiej Brytanii dają nadzieję inwestorom, że zniesie ona restrykcje wcześniej niż podobne kraje, co wspiera funta. Euro niezmiennie nie radzi sobie najlepiej ze względu na niewysoką liczbę szczepień w państwach strefy euro, zaś dolar amerykański ma za sobą kolejny mieszany tydzień.

W najbliższych dniach pojawi się stosunkowo niewiele nowych danych. Spodziewamy się, że uwaga skupi się na środowych odczytach inflacji w Stanach Zjednoczonych. Warto zauważyć, że dane o inflacji w większości krajów G10 ostatnio zaskakują wyraźnie in plus. Spodziewamy się utrzymania tego trendu, ponieważ odporny na COVID-19 popyt trafia na spowodowane pandemią wąskie gardło podaży.

PLN

W minionym tygodniu kurs EUR/PLN spadł do najniższego poziomu w tym roku. Jego umocnienie w znacznej mierze można powiązać z ogólną poprawą sentymentu do ryzyka, która pomogła też innym walutom regionu. Pod koniec tygodnia złotemu sprzyjał również ton prezesa NBP, Adama Glapińskiego. Gdy odpowiadał on na pytania dziennikarzy, nie sugerował, że ostatnia aprecjacja złotego wymaga reakcji banku, i potwierdził, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest stabilizacja stóp procentowych.

Najbliższy tydzień nie przyniesie zbyt wielu informacji z Polski. Skupimy się na pandemii, w kontekście której warto wspomnieć o zauważalnej poprawie sytuacji i rozpoczęciu stopniowego łagodzenia obostrzeń, a także postępach w szczepieniach – w tym zakresie Polska jest jednym z liderów w UE. Co się tyczy danych makroekonomicznych, w piątek czeka nas publikacja wstępnych danych o PKB Polski w IV kwartale.

EUR

Ostatnie sygnały ze strefy euro były sprzeczne. PKB w IV kwartale nieznacznie się skurczył, co było spowodowane przywróceniem lockdownów w dużej części kontynentu, ale styczniowa inflacja była znacznie wyższa niż oczekiwano.

Rynki zignorowały jednak dane dotyczące inflacji i skupiły się zamiast tego na niskiej wyszczepialności, która jeśli nie wzrośnie, mocniej opóźni odżycie gospodarki. Nawet w głównych krajach strefy euro podano mniej więcej 3–4 dawki szczepionki na 100 osób w czasie, gdy w Stanach Zjednoczonych zaaplikowano ponad 10 dawek, a w Wielkiej Brytanii – 17. Sądzimy, że euro w relacji do głównych walut w krótkim terminie może radzić sobie słabo, pozostajemy jednak pozytywnie nastawieni do jego długoterminowych perspektyw.

USD

Wydźwięk kluczowego raportu z amerykańskiego rynku pracy, który poznaliśmy w piątek, był mieszany. Zgodnie z badaniami ankietowymi wśród firm wzrost zatrudnienia w sektorach pozarolniczych od października był nikły. Sondaż przeprowadzony wśród gospodarstw domowych rysuje jednak lepszy obraz: zgodnie z nim bezrobocie w styczniu spadło o 0,4 p.p. w relacji do grudnia. Nie więcej niż czwartą część tego spadku można powiązać ze spadkiem stopy partycypacji.

Oczekujemy, że amerykański Senat ostatecznie zaakceptuje duży pakiet stymulacyjny. Połączenie mocno gołębiej Rezerwy Federalnej, ogromnej emisji obligacji do sfinansowania deficytów i perspektywy przyjęcia znacznego pakietu fiskalnego nadal uderza w rynek obligacji. Rentowność 30-letnich papierów skarbowych wzrosła o 80 pb. od czasu osiągnięcia minimów latem 2020 roku. W ujęciu ogólnym dolar na tę wyprzedaż reagował negatywnie. Duże aukcje świeżych obligacji skarbowych zaplanowane na ten tydzień znajdą się w centrum uwagi inwestorów.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Hipoteka odwrócona w pandemii. Porównanie rynku norweskiego i polskiego

W Norwegii rynek hipoteki odwróconej funkcjonuje od 2005 roku. W ofercie skierowanej do seniorów jest sporo produktów, które można zaliczyć do tej kategorii. Część z nich jest oferowana przez banki. Hipoteka odwrócona jest nadzorowana przez tamtejszą Komisję Nadzoru Finansowego (FSA), choć trwają rozmowy, by te przepisy wyłączyć spod regulacji dotyczących zwykłych kredytów hipotecznych. Jak pandemia zmieniła rynek hipoteki odwróconej w Norwegii? Czy takie same zmiany można dostrzec w Polsce?

Norweski rynek hipoteki odwróconej, gdyby porównać go z Wielką Brytanią lub Stanami Zjednoczonymi, wciąż jest rynkiem młodym. Tamtejszy system emerytalny opiera się w większości na systemie zdefiniowanej składki (w czasach zerowych stóp procentowych), a to oznacza, że gwałtowny spadek dochodów, po przejściu na emeryturę, dotknie wielu norweskich seniorów. W przeciwieństwie do emerytów z Niemiec czy Hiszpanii aż 90 proc. Norwegów w wieku 60+ posiada na własność nieruchomość. A to oznacza, że może uwolnić zamrożony w niej kapitał. Thor Sandvik, założyciel i CEO firmy LittExtra AS, która oferuje hipotekę na odwróconą w Norwegii uważa, że rok 2020 przyniósł wiele zmian, ale też wyzwań. Wolumen nowo zaciąganych odwróconych kredytów hipotecznych był w 2020 roku o 25 proc. niższy niż w 2019. Spadki były wynikiem m.in. szalejącej pandemii. Niskie emerytury Norwegów oraz fakt, że tamtejsi seniorzy posiadają nieruchomości na własność pozwalają twierdzić, że zapotrzebowanie na usługę wróci na stare tory, a w długiej perspektywie będzie notować regularne wzrosty.

Pandemia wpłynęła na sprzedaż

– Przed nadejściem COVID-19 mieliśmy bardzo dobry start, ale w połowie marca 2020 roku wszystko zwolniło. Banki zdały sobie sprawę ze wzrostu ryzyka niestabilności cen nieruchomości i zaostrzyły kryteria dotyczące wskaźnika LTV (Loan to Value). W trakcie pandemii norweskie Ministerstwo Finansów dodatkowo stymulowało udzielanie kredytów hipotecznych. Momentalnie, linie kredytowe pod zastaw domu (HELOC) oraz kredyty odsetkowe (bez spłaty kapitału) zaczęły wzrastać jako konkurencja wobec odwróconych kredytów hipotecznych – mówi Thor Sandvik, CEO LittExtra AS.

Ceny nieruchomości w Norwegii w 2020 roku, w konsekwencji obniżenia stóp procentowych, wzrosły o 8 proc. Pod koniec 2020 tamtejsze Ministerstwo Finansów nie widziało już potrzeby stymulowania rynku nieruchomości, a limity wskaźnika pokrycia długu wróciły do norm ustawowych. – Banki, które z nami współpracują w zakresie udzielania odwróconych kredytów hipotecznych prawie całkowicie wycofały się z obniżonych wskaźników LTV. W tej chwili znajdujemy się w kolejnej fali COVID-19, ale wygląda na to, że popyt zaczyna rosnąć, mimo że klienci kredytowi nie spieszą się z zawieraniem nowych umów – dodaje Thor Sandvik.

– W Polsce można mówić o hipotece odwróconej w modelu sprzedażowym i kredytowym. To pierwsze rozwiązanie, czyli renta dożywotnia jest oferowana m.in. przez fundusze hipoteczne. Ten rynek rozwija się sukcesywnie od ponad 12 lat. Warto przypomnieć, że żaden bank nie zdecydował się na wprowadzenie odwróconego kredytu hipotecznego, więc nie można mówić o współpracy na linii banki-fundusze hipoteczne, tak jak w przypadku Norwegii. W Polsce zatem sprzedaż renty dożywotniej nie jest zależna od regulacji wprowadzanych przez banki. W małym stopniu zależy też od zmian stóp procentowych, które obserwowaliśmy w Polsce na przestrzeni ostatniego roku – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

– Na pewno jednym ze skutków pandemii, który wpływa na zmianę wolumenów jest przymusowa izolacja. Z tym musi mierzyć się każdy rynek, nie tylko polski, czy norweski – podsumowuje Robert Majkowski.

Digitalizacja kluczem do sukcesu, ale nie w przypadku seniorów

Thor Sandvik przyznaje, że przed pandemią działania marketingowe i sprzedażowe opierały się w Norwegii na seminariach dla dużych grup seniorów, a więc potencjalnych klientów. – Nagle, w marcu, to się zmieniło. Tradycyjne seminaria z kawą i przekąskami zostały zastąpione przez webinaria, które stały się oczywistą alternatywą. Do dziś, webinaria nie odniosły sukcesu, na który liczyliśmy. Grupa docelowa oczywiście przeniosła się do sieci, ale wydaje się, że typowy klient woli jednak seminarium od webinarium – twierdzi Thor Sandvik.

– Digitalizacja to słowo odmieniane przez wszystkie przypadki, zwłaszcza w dobie pandemii. Każdy biznes chce się cyfryzować, większość rzeczy można załatwić online. Oczywiście liczba seniorów w sieci sukcesywnie rośnie i taki trend widzimy również w Polsce. Trzeba jednak pamiętać, że wciąż blisko 90 proc. osób w tym przedziale wiekowym stawia na komunikację bezpośrednią lub telefoniczną. To osoby, które chcą przeczytać artykuł na temat produktu w gazecie, przeglądnąć kolorowy magazyn lub broszurę na ten temat, porozmawiać z konsultantem telefonicznie. Nowe formy kontaktu takie jak videospotkania, videokonferencje, rozmowy z czatbotami również nie zawsze się sprawdzają. Jednym z powodów jest strach przed nowymi technologiami, a drugim ostrożność i obawa przed oszustwem – przyznaje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Kontrakt w formie cyfrowej

Warto przypomnieć, że w Norwegii, proces zawierania umowy odwróconego kredytu hipotecznego jest już w100 proc. zdigitalizowany. Elektroniczne uwierzytelnianie poprzez tzw. „BankID” spełnia oficjalne wymagania dotyczące weryfikacji tożsamości oraz prawnie wiążącego podpisu elektronicznego. „BankID” używany jest przez wszystkie banki w Norwegii i może być stosowany przez wszystkie inne organizacje i przedsiębiorstwa, które szukają bezpiecznej i szybkiej identyfikacji online.

– W Polsce umowy renty dożywotniej wciąż są podpisywane w tradycyjnej formie i myślę, że to się nie zmieni w najbliższym czasie. Po pierwsze – tradycjonalizm jest wpisany w DNA naszych seniorów, po drugie – profesjonalny proces zawarcia takiej umowy jest wieloetapowy, każdy z tych etapów może rodzić pytania, a kontakt bezpośredni jest na wagę złota. Jesteśmy przekonani, że decyzja o zawarciu umowy renty dożywotniej jest jedną z najważniejszych w życiu, więc dbamy o relacje i to nie tylko w momencie podpisywania kontraktu, ale również w długofalowej perspektywie – podsumowuje Robert Majkowski.

Orlen wchodzi na rynek paczkomatów

PKN ORLEN zbuduje nowe formaty sprzedaży detalicznej pod marką „ORLEN w ruchu” dostępne poza stacjami paliw i zaangażuje się w rozwój punktów odbioru paczek i usług kurierskich, stawiając własne automaty paczkowe. W ciągu 5 lat inwestycje te wygenerują dodatkowo kilkaset milionów złotych EBITDA w Grupie Kapitałowej ORLEN. Do 2030 roku koncern chce zainwestować w rozwój działalności detalicznej ok. 11 mld zł, co przełoży się na wzrost EBITDA segmentu detalicznego do ok. 5 mld zł rocznie. 

PKN ORLEN stawia na kompleksowość usług, rozwijając bogatą ofertę pozapaliwową. Pierwsze formaty sprzedaży detalicznej poza stacjami ORLEN zostaną uruchomione jeszcze w tym półroczu. Natomiast we wrześniu tego roku klientom udostępniona zostanie usługa „ORLEN Paczka”, obejmująca zarówno maszyny paczkowe, jak i punkty do nadawania i odbierania paczek (PUDO).

– Segment detaliczny jest silnym filarem działalności PKN ORLEN. Uzyskujemy z niego rocznie ponad 3 mld zł zysku operacyjnego. Zgodnie ze strategią ORLEN2030, będziemy go dynamicznie rozwijać, odpowiadając na rynkowe trendy związane ze zmianami zachodzącymi w nowoczesnym handlu i ewoluującymi wraz z nimi potrzebami klientów. W rozwoju segmentu detalicznego chcemy  efektywnie wykorzystać potencjał spółki RUCH. Nowoczesne formaty sklepowo-gastronomiczne, które budujemy pod marką „ORLEN w ruchu”, to nowa jakość na rynku. Powstanie sieć ok. 900 takich obiektów. Mocno zainwestujemy również w segment usług kurierskich, oferując klientom dostęp do ponad 10 tys. punktów nadań i odbiorów przesyłek, w tym 2 tys. automatów paczkowych. Stawiane one będą w atrakcyjnych lokalizacjach. Z pierwszych maszyn paczkowych będzie można korzystać już we wrześniu – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Nowe formaty sprzedaży detalicznej będą obejmowały trzy rodzaje obiektów, oferujących przede wszystkim produkty gastronomiczno-sklepowe. W formacie A udostępnimy ok. 20-metrowe obiekty, natomiast w formacie B ok. 60-70-metrowe obiekty, zarówno wolnostojące, jak też zlokalizowane w ciągach komunikacyjnych. Powstaną również kąciki kawowe, w których sprzedaż będzie całkowicie zautomatyzowana. Zostaną one udostępnione w miejscach o szczególnie dużym natężeniu ruchu, m.in. na dworcach, w biurowcach, czy na lotniskach.

– Klienci oczekują nowoczesnych i przyjaznych usług, z których mogą korzystać o dowolnej porze i w ulubionym miejscu. Dlatego na bazie spółki RUCH będziemy rozwijać nie tylko nowe formaty sprzedaży detalicznej, ale także segment usług kurierskich. Jeszcze w tym roku uruchomimy 500 automatów paczkowych. W ten sposób pozyskamy nowych klientów i staniemy się aktywnym uczestnikiem szybko rosnącego rynku eCommerce, jednego z kluczowych dla polskiej gospodarki – mówi Patrycja Klarecka, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Sprzedaży Detalicznej.

Automaty paczkowe będą zlokalizowane na stacjach paliw ORLEN, przy wybranych lokalizacjach RUCHu oraz w innych atrakcyjnych miejscach, dostępnych 24/7. Klienci będą mogli korzystać z automatów paczkowych w łatwy i intuicyjny, a zarazem bezpieczny sposób – w tym celu PKN ORLEN udostępni aplikację mobilną.

– Dzięki zaangażowaniu PKN ORLEN otwieramy nowy rozdział w historii firmy. W ramach Grupy ORLEN przystępujemy do projektów, które umożliwią nam pozyskiwanie nowych klientów, zapewnią stabilność finansową i możliwość dalszego rozwoju. Wzmocnimy naszą pozycję w segmencie usług kurierskich gwarantując klientom e-sklepów wygodną, szybką i optymalną kosztowo usługę kurierską – mówił Piotr Regulski, Prezes Zarządu spółki RUCH. 

Docelowo PKN ORLEN udostępni klientom możliwość odbioru i nadań przesyłek w ponad 10 tys. punktów. Do końca tego roku korzystać będzie można w sumie już z ponad 5,5 tys. punktów sieci. W kolejnych latach PKN ORLEN planuje jej dalszą, intensywną rozbudowę.

Jednocześnie rozwijane będą kioski RUCHu, których obecnie jest ok. 1200. Do końca roku zostanie uruchomione kolejnych 100. Natomiast już teraz spółka RUCH wprowadza do nich nowy, ciekawy asortyment, m.in. zdrowe przekąski, kanapki i inne produkty spożywcze polskich producentów, które uzupełnią dotychczasową ofertę.

(G)rywalizacja przepisem na integrację w dobie pandemii? Start-upowcy łączą sport technologię i… rywalizację

Pandemia przekreśliła szanse na wspólne oglądanie meczów w ulubionych pubach, a wyjścia na stadion stały się już pre-covidową historią. Dla miłośników sportowej rywalizacji i obstawiania wyników powstały m.in. platformy, które w przeważającej części przypadków nastawione są na zysk, a nie realną integrację paczki kibiców. Czy amatorom oczekiwań na decydującą bramkę, set, czy rundę pozostaje jakaś alternatywa? Tak — tę z kolei serwują krajowe start-upy.

Odpowiadać na trendy

Polacy interesowali się, interesują i interesować będą rozgrywkami sportowymi, co pokazały już badania z roku 2016. Według raportu ARC Rynek i Opinia jedynie 16 proc. ankietowanych zadeklarowało, że w żadnym stopniu nie śledzi żadnych rozgrywek. Odcinających się od sportowej rywalizacji obywateli jest coraz mniej. Rok wcześniej podobne badania wykazały nieco większy odsetek, bo 23 proc. Dobrej passie sportu miał zaszkodzić covid i obostrzenia. Skutek? Wyłącznie krótkoterminowy, ponieważ rozgrywki w telewizji nadal skupiają podobną liczbę widzów jak w latach ubiegłych. Nie jest to oczywiście wynik, który odnotowano przy okazji spotkania Polska vs Czarnogóra podczas eliminacji mistrzostw świata (8,50 mln widzów), ale nadal — duch sportowy w narodzie jest silny.

Dobrze miewa się również duch rywalizacji co potwierdzają badania IQS. Około 66 proc. Polaków nie waha się przed podjęciem ryzyka i chętnie bierze udział w zakładach sportowych. Ten rodzaj zabawy cieszy się sporym zainteresowaniem szczególnie w dobie zamkniętych dla kibiców boisk i stadionów, jednak ci coraz częściej trafiają na wątpliwe platformy umożliwiające obstawianie spotkań. Co zrobić, aby z jednej strony korzystać z w pełni legalnego narzędzia, a z drugiej — nie ryzykować stanem własnego portfela? Obiecującym rozwiązaniem wydaje się propozycja jednego z krajowych start-upów.

Bez haczyków i legalnie

Na pomysł stworzenia aplikacji umożliwiającej wspólne obstawianie rozgrywek sportowych wpadli trzej znajomi, którzy jeszcze podczas studiów próbowali sił w tzw. typingu. Architekt Piotr Lewicki, scenarzysta Mateusz Zimnowodzki oraz prawnik Bartłomiej Szczepański doszli do wniosku, że nie trzeba iść do bukmachera, aby poczuć dreszczyk emocji, oglądając mecz, czy śledząc rozgrywki. Co więcej, panowie zaobserwowali brak narzędzi, które umożliwiałyby wspólne obstawianie wyników w większym gronie. Wspólna burza mózgów zaowocowała powstaniem aplikacji NOINN.

— Szczególnie w dobie covidu kontakt z przyjaciółmi mamy znacznie utrudniony, ale dwa lata temu zakładając spółkę, nie myśleliśmy o scenariuszu powszechnej izolacji. Na szczęście zakończyliśmy prace długo przed pojawieniem się hasła “koronawirus”. Teraz wiemy, że NOINN jest potrzebny, jak nigdy dotąd. Nie chodzi nawet o obstawianie wyników, łączenie się w drużyny, czy zdobywanie bonusów. Przyczyniliśmy się do powstania darmowego narzędzia, które integruje i daje choć namiastkę realnego spotkania przy meczu — podkreśla Bartłomiej Szczepański, założyciel i Dyrektor Operacyjny NOINN.

Z dużym potencjałem

Początkowo NOINN był dostępny wyłącznie w języku polskim, ale twórcy postanowili rozszerzyć swoją ofertę o kolejne wersje. Nawet będąc tysiące kilometrów od znajomych użytkownicy mają możliwość połączenia się z osobami anglo i hiszpańskojęzycznym współtworząc społeczność fanów nie tylko piłki nożnej, ale i siatkówki, koszykówki, skoków narciarskich, a nawet… MMA! Wkrótce zespół NOINN chce wprowadzić również opcję śledzenia rozgrywek e-sportowych, tenisowych oraz żużla. Tylko w ciągu ostatniego półrocza propozycją zespołu zainteresowało się blisko 500 tys. odwiedzających. Czy aplikacja ma szansę na stanowcze wyjście w kierunku zagranicznego rynku?

— Idea powstania takiej aplikacji jest odpowiedzią na potrzeby tysięcy użytkowników, szczególnie w dobie covidu. Sama liczba zrealizowanych zakładów na poziomie 3,75 mln już daje do myślenia, mówiąc o skali zapotrzebowania na podobne platformy. Inwestorzy powinni bacznie przyglądać się tego typu projektom, ponieważ NOINN ma szansę na wytyczenie całkowicie nowych ścieżek na scenie start-upowej. Pomysł Bartka, Mateusza i Piotra to prawdziwa gratka dla uważnych analityków, a przede wszystkim — zapalonych miłośników sportu — ocenia ekspert rynku start-upów i prezes Grupy Assay Łukasz Blichewicz.

Jeśli rynek będzie wyczuwał trendy, jak zespół NOINN, w dobie koronawirusa fani sportu nie pozostaną na przysłowiowym lodzie. Z drugiej strony, nawet po covidzie mobilna grywalizacja może dużo zyskać w obliczu powrotu spotkań Euro 2021, rozgrywek Copa America, czy w końcu — Igrzysk Olimpijskich w Tokio. Krajowa branża nadal czeka na swojego unicorna, ale spoglądając na ostatnie poczynania młodych spółek, analitycy mogą powoli zacierać ręce. Pamiętajmy, piłka jest nadal w grze.

Ujemne stopy procentowe pogrążą nas w kłopotach

Euro będzie coraz słabsze, osłabi się też polska waluta. Do tego prowadzi polityka ujemnych stóp procentowych. EBC straszy rynek dalszymi ich obniżkami.

– Ujemne stopy już pogrążyły część świata, w tym kierunku poszła strefa euro, Szwajcaria i Szwecja, a przecież okazuje się, że jest to nieefektywne narzędzie do pobudzenia wzrostu gospodarczego – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Z doświadczeń wynika, że ujemne stopy nie pobudzają akcji kredytowej służącej inwestycjom przedsiębiorstw i długoterminowemu rozwojowi.

W sytuacji, gdy euro trzyma się mocno, EBC poprzez politykę ujemnych ujemne stóp procentowych chce przestraszyć rynki. Właśnie po to, aby negatywnie wpłynąć na kurs euro.

Nad euro zbierają się od pewnego czasu ciemne chmury, zwłaszcza że w Europie lockdowny potrwają co najmniej do końca kwietnia. Wzmocnienie dolara wobec euro jest efektem większej nerwowości na rynkach. Jeśli euro będzie tracić wobec dolara, to także złoty osłabi się wobec waluty USA.

Polska ma najwyższą inflację w UE. To nie tylko efekt różnic w popycie konsumpcyjnym. Zmiany regulacyjne i obniżenie podatków doprowadziło w wielu krajach UE, do osłabienia inflacji, a nawet do deflacji.

– Europa idzie w kierunku urzędniczej gospodarki z ujemnymi stopami, to przyniesie negatywne konsekwencje w gospodarce – komentuje ekspert XTB.

Podatek od reklam (tzw. składka reklamowa) w pigułce

Na początku lutego br. został opublikowany projekt „Ustawy o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów”. W projekcie nie pada wprost słowo podatek a „składka”, ale w praktyce to obciążenie może być kolejną daniną pobieraną od szeregu podmiotów świadczących usługi w branży reklamowej.

Projekt przewiduje pozyskanie dodatkowych środków, tzw. składki reklamowej, od reklamy w Internecie oraz mediach tradycyjnych. Środki te mają posłużyć zapobieganiu długofalowym zdrowotnym, gospodarczym i społecznym skutkom pandemii COVID-19. Składki wzmocnią finanse NFZ, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz nowego funduszu celowego, służącego dofinansowaniu projektów związanych z przemianami w przestrzeni cyfrowej, kulturą i dziedzictwem narodowym.

– Pandemia znacząco nadwyrężyła gospodarkę oraz budżet państwa. Zatem nie dziwi mnie, że właśnie teraz powraca temat tzw. podatku od reklam – celowo nazywam go podatkiem, chociaż sam ustawodawca mówi o „składce”. Wskazuje na nową, obecną także za granicą, formę dodatkowego obciążenia przychodów z tytułu nadawania lub wyświetlania reklam – komentuje dr Joanna Uchańska, partner w kancelarii Chałas i Wspólnicy.
Pamiętajmy, że nie jest to nowy pomysł. Pod koniec 2019 r. proponowano takie rozwiązanie w słynnej już ustawie w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów.

– W tamtym projekcie było wiele błędów – jednak największe dotyczyły właśnie zapisów podatkowych oraz samej definicji reklamy. Ostatecznie, po konferencji uzgodnieniowej, Ministerstwo Zdrowia wycofało się z nałożenia kolejnego podatku. Opublikowało nowy projekt różny od pierwotnego – wtedy z gigantyczną korzyścią dla wielu branż, w tym suplementów diety. Projekt tamtej ustawy procedowano dalej i za jego przyczyną wprowadzono tzw. podatek cukrowy, ale już bez podatku od reklam – dodaje dr Uchańska.

Rząd jednak nie zapomniał o podatku od reklamy. Poprzedni projekt ustawy w teorii miał nakładać podatek od reklamy, aby kreować prozdrowotne wybory Polaków. Dlatego nie dotyczył wszystkich reklamowanych produktów. Teraz (jak czytamy w Uzasadnieniu nowej już ustawy) podatek (od reklam) ma uchronić Polaków przed bezpośrednimi skutkami pandemii, którymi są także „rozwarstwienie poziomu kompetencji cyfrowych, coraz większe trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji, a także utrata poczucia wspólnoty i więzi z tradycją oraz ograniczony dostęp do dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa”. Jakkolwiek dostojnie ten cel nie zostanie opisany, zgoła inny od poprzedniego celu kreowania prozdrowotnych wyborów, to jest to zwyczajne nałożenie kolejnej daniny, o czym świadczy tytuł projektu ustawy: o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów. Według projektu podatek ma być niemal totalny w branży reklamowej– ma objąć reklamę konwencjonalną i internetową. Projekt przewiduje pozyskanie dodatkowych środków, które posłużą do zapobiegania długofalowym zdrowotnym, gospodarczym i społecznym skutkom pandemii COVID-19.

– W projekcie wyraźnie napisano, że ową składką mają być objęte wszystkie usługi reklamowe: przychody ze świadczenia na terytorium RP uzyskane z tytułu nadawania reklamy w telewizji i w radiu, wyświetlania reklamy w kinie, umieszczania reklamy na nośniku zewnętrznym reklamy oraz zamieszczania reklamy w prasie. Ustalono także zamknięty katalog produktów, których reklama objęta będzie podwyższoną stawką składki. W katalogu tym uwzględniono: produkty lecznicze, suplementy diety, wyroby medyczne i napoje z dodatkiem substancji o właściwościach słodzących. Nawet jeśli kierowano się kluczem dotyczącym życia i zdrowia Polaków, to wskazany tu katalog jest, moim zdaniem, co najmniej ciekawy – odnoszę wrażenie, że ponownie dosyć arbitralnie podchodzi się do pewnych kategorii produktów, traktując je nieproporcjonalnie w stosunku do innych. W uzasadnieniu brakuje wytłumaczenia, dlaczego właśnie reklama tych produktów ma wiązać się z wyższą składką. Motywów można się jedynie domyślać – dodaje dr Uchańska.

W projekcie wskazano zasady obliczania składki z tytułu reklamy, w tym podmioty zobowiązane do zapłaty składki, przedmiot objęty tą składką, podstawę obliczenia składki i kwotę wyłączoną z obliczenia kwoty składki, przychody niewliczane do podstawy obliczenia składki, a także procentowe stawki składki.

Projekt wydaje się być przygotowany od dawna w pokojach rządowych, ponieważ wskazano w nim nawet Organ, który ma być odpowiedzialny za nakładanie składek. Można odnieść wrażenie, że decyzja dot. tego „oskładkowania” została niejako podjęta. Wprawdzie na stronach Rządowego Centrum Legislacji wskazano termin na zgłaszanie uwag (16 lutego br.), ale szacunek z wpływów za rok 2022 został obliczony na 800 mln złotych, co wydaje się być kwotą niemałą w obliczu zwiększających się wydatków związanych z COVID-19. Oczywiście zdziwienie może budzić wskazana kwota – jeśli szacunki oparto na dotychczasowych wydatkach na reklamę, to zastanawia fakt, że projektodawca uwzględnia fakt, że dodatkowe obciążenie kosztów usług reklamowych doprowadzi w praktyce do zwiększenia ich ceny, a w praktyce do rezygnacji przez niektóre podmioty z zakupu tych usług. Pierwszym namacalnym skutkiem będzie niższa kwota wpływu z tej działalności. O skutkach dalszych, takich jak pogorszenie sytuacji podmiotów na tym rynku, nie wspominając.

W swym założeniu, część daniny ma wrócić niejako do mediów poprzez tzw. Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów. Jednak można podejście sceptycznie do zdania, iż ma służyć „realizacji szczególnie istotnych społecznie projektów np. w zakresie edukacji czy przeciwdziałania wykluczeniu cyfrowemu oraz informowania o zagrożeniach w cyberprzestrzeni. Dzięki temu wzrośnie liczba projektów medialnych realizowanych w kraju, na potrzeby polskiego odbiorcy”. Tak ukształtowany cel pozwalać ma na powrót części środków do mediów, ponieważ 35% wpływów ze składek od reklam trafi do nowo powołanego funduszu i zostanie spożytkowane na kreację i produkcję nowoczesnych projektów medialnych, w tym budowę i rozwój kanałów i platform informacyjnych (m.in. audycji radiowych i telewizyjnych, portali internetowych); realizację projektów służących analizie treści pojawiających się w mediach, w szczególności cyfrowych; promowanie dziedzictwa narodowego, dorobku kulturalnego i sportowego; wspieranie badań na temat mediów; podnoszenie poziomu wiedzy społeczeństwa na temat zagrożeń w mediach cyfrowych, a także wspieranie rozwoju radiofonii i kinematografii. Pozostaje zatem odpowiedzieć na pytanie, jakie media (w Polsce) pełnią takie role jak np.: „promowanie dziedzictwa narodowego”. Jeśli wpływy miałyby zasilić jedynie wybrane (także pośrednio) media, to tak ukształtowany mechanizm można próbować ocenić z punktu widzenia tzw. pomocy publicznej.

– Pretekstem do objęcia reklamy internetowej obciążeniem jest zaś unijny kierunek opodatkowania gospodarki cyfrowej (digital economy tax) dotyczący objęcia daninami publicznymi także tzw. cyfrowych gigantów. Taki kierunek jest trendem ogólnoeuropejskim. Dodatkowo w uzasadnieniu projektu zauważono, że spora aktywność życiowa Polaków przeniosła się obecnie do Internetu, stąd konieczne jest opodatkowanie tej sfery. Nie dostrzegam logiki tejże argumentacji, chociaż oparta jest na prawdziwej przesłance (faktycznego załatwiania spraw w Internecie), to jednak wniosek, iż właśnie z tego powodu należy nałożyć kolejny podatek nie jest w mojej ocenie w pełni słuszny – komentuje dr Uchańska.

Projekt jest oparty o zasady, zgodnie z którymi żadna forma reklamy w Internecie nie ma pozostać nieoskładkowana. Otóż istotą jest objęcie składką usługi mające na celu dotarcie z reklamą w Internecie do adresata, który w założeniu usługobiorcy powinien taką reklamę zobaczyć i być zainteresowany produktem, usługą lub marką których ta reklama dotyczy. Nie ma także znaczenia forma reklamy, bez znaczenia, czy jest to forma m.in.: banneru, pop-up’u, artykułu sponsorowanego, reklamy wideo, reklamy audio, sponsorowanego podcastu, linku sponsorowanego, sugestii produktu na internetowej stronie zakupowej, sugestii konkretnego noclegu lub środka transportu w aplikacji pośredniczącej, sponsorowanego tweetu czy postu. Zatem wszystko objęte współpraca nakierowaną na promocję (nawet marki).

– Zatem jednym projektem legislacyjnym podejmowana jest próba odpowiedzi na zupełnie różne wyzwania. Śmiem twierdzić jednak, że podstawowy cel tego projektu to zasilenie budżetu państwa w nowy sposób. Co zatem zrobić dzisiaj? Nie pozostaje nic innego jak złożyć uwagi do projektu i zabrać głos w tym procesie legislacyjnym, licząc także na reakcję Komisji Europejskiej – konkluduje dr Uchańska.

Projekt i jego uzasadnienie tutaj: https://www.gov.pl/web/finanse/media-pomoga-w-zwalczaniu-skutkow-covid-19-przepisy-o-skladce-reklamowej-w-prekonsultacjach

Columbus: Wyniki finansowe za 2020 r. oraz nowa usługa dystrybucji energii

Zarząd Columbus Energy S.A. opublikował szacunkowe, skonsolidowane wyniki finansowe za 2020 r. W porównaniu do 2019 r., Grupa notuje wzrost przychodów o 216% i wzrost EBITDA aż o 309%.

Jak wynika z opublikowanych przez Zarząd Columbus Energy S.A. szacunkowych danych finansowych za 2020 r., Grupa Columbus osiągnie 664 mln zł przychodów, czyli o 216% więcej niż w 2019 r. (209,9 mln zł). Zarząd szacuje też, że Grupa wypracuje 85 mln zł zysku brutto (w 2019 r. było to 14,89 mln zł) i osiągnie wynik EBITDA na poziomie 90,7 mln zł, czyli aż o 309% wyższy niż w poprzednim roku (22,2 mln zł).

Jesteśmy bardzo zadowoleni, że mimo drugiej fali pandemii, w IV kwartale 2020 r. utrzymaliśmy bardzo dobry poziom sprzedaży naszych usług. Co więcej, cały rok 2020 był szalony, a nasza organizacja świetnie się sprawdziła w nowych warunkach biznesowych – komentuje Dawid Zieliński, Prezes Columbus Energy S.A. – Zrobiliśmy wielkie postępy w organicznym wzroście, w ramach którego zwiększyliśmy niesamowicie zatrudnienie, szczególnie w IV kwartale. To powinno przynieść efekty w 2021 r. Cieszy nas też sprzedaż pomp ciepła, czego nie widać jeszcze w wynikach za 2020 r., ale z pewnością będzie to bardzo zauważalne już w przychodach w pierwszym półroczu 2021 r. Istotne dla całego rynku było również zamknięcie programu Mój Prąd, co zaskoczyło całą branżę. Columbus był na to gotowy kilka miesięcy wcześniej i dzisiaj w ogóle nie odczuwamy braku tego elementu zachęty, a widzimy, że małe i średnie firmy mają z tym ogromny problem. To dla nas ciekawa szansa, bo chociaż dynamika rynku będzie maleć, to z dużym prawdopodobieństwem Columbus będzie mógł rosnąć szybciej i w dłuższej perspektywie czasowej.

Warto zauważyć, że wygenerowany w omawianym okresie zysk, którego wartość brutto jest prawie sześciokrotnie wyższa niż w 2019 r., Columbus Energy wykorzystał w wielu istotnych inwestycjach. Po pierwsze, dokonał znaczących akwizycji podmiotów realizujących projekty farm fotowoltaicznych i zaangażował się kapitałowo w partnerstwo z firmami deweloperskimi. Columbus zainwestował również w Spółkę Nexity Global, która dostarcza technologię informatyczną do ładowania samochodów elektrycznych. Spółka zainwestowała też 45 mln zł w firmę Saule Technologies, stając się jej największym akcjonariuszem, z prawami pierwszeństwa do sprzedaży produktów i licencji Saule. Wartość tej inwestycji powinna być zauważalna w najbliższych kilkunastu miesiącach, po wdrożeniu do sprzedaży pierwszych produktów perowskitowych.

Szczegóły rozwoju wspomnianych inwestycji oraz obecnie uruchamianych projektów Zarząd Columbus przybliży niebawem w zaktualizowanej strategii rozwoju Grupy.

Nową strategię Columbus zaprezentujemy po zamknięciu formalnym roku 2020. Chcemy w niej uwzględnić wszystkie innowacyjne rozwiązania i technologie, w które od pewnego czasu się angażujemy, a które będą niebawem przekładać się na wyniki Grupy. Uwzględnimy również plan rozwoju spółki obrotu energia elektryczną, zastosowanie w tym procesie technologii blockchain (tokenizacji energii) oraz prognozy, jaki będzie to miało wpływ na przychody. Tym samym po raz kolejny chcemy potwierdzić, że zawsze jesteśmy krok przed rynkiem, nadajemy tempo i kreujemy trendy w nowoczesnej energetyce – dodaje Dawid Zieliński.