Future Collars z finansowaniem ponad 5 mln PLN na rozwój edukacji online

Pandemia zwiększyła zapotrzebowanie na edukację online. Na obszarze EduTech skupia się również zainteresowanie inwestorów. Future Collars, nowoczesna szkoła programowania i kompetencji cyfrowych online, pozyskała 5 mln PLN od funduszy VC. Finansowanie umożliwi firmie dalszy rozwój oferty usług konsumenckich i biznesowych oraz kontynuowanie misji demokratyzacji dostępu do nauki i pracy.

W tym roku boleśnie przekonaliśmy się o tym, że funkcjonowanie gospodarki jest zależne od możliwości pracy i nauki w formule online, a dotychczasowy model edukacji został przygotowany z myślą o świecie, który przestał istnieć. Dzięki Future Collars każdy może sięgnąć po rzetelną edukację oferowaną poprzez szkolenia online ze wsparciem mentorów, którzy pomogą w zdobyciu wiedzy potrzebnej do bycia atrakcyjnym na rynku pracy.

Promowany przez nas od 2016 roku model nauki umożliwia ciągły rozwój i edukację online z niezawodnym wsparciem najlepszych specjalistów z branży IT oraz ekspertów od kompetencji cyfrowych. Wykorzystujemy potencjał nowych technologii i za ich pośrednictwem docieramy do każdego, komu zależy na szybkiej ścieżce rozwoju lub przebranżowieniu się. Skuteczność naszej metody jest wynikiem trzech elementów: możliwości zdobywania wiedzy od praktyków, swobodnej nauki zdalnej na autorskiej platformie e-learningowej i pracy nad projektami w zespołach rozproszonych. Dotychczas w kursach Future Collars wzięło udział ponad 1000 osób skomentowała Beata Jarosz, współzałożycielka Future Collars.

Przebranżowienie na życzenie

O zmianach w sposobie zdobywania wiedzy i nadchodzącym trendzie uczenia się przez całe życie (lifelong learning) mówiono już w 2018 roku podczas Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) w Davos. Eksperci przewidywali wówczas, że do 2025 roku około 375 milionów pracowników będzie zmuszonych do przebranżowienia się (reskilling). Zwracano także uwagę na trend doskonalenia swoich kwalifikacji (upskilling).

W 2021 roku, kiedy wciąż mierzymy się z druzgocącymi skutkami trwającej pandemii, coraz wyraźniej dostrzegamy, że niedobór odpowiednich umiejętności oraz przyspieszony postęp automatyzacji procesów wywołuje lawinową wręcz potrzebę upskillingu i reskillingu. Aby nadążyć za zmianami zachodzącymi w tzw. nowej normalności, zdobywanie kompetencji i ciągłe uczenie się to konieczność, zarówno z perspektywy pracowników, jak i pracodawców – dodaje Beata Jarosz.

Potwierdzają to dane opublikowane w tegorocznym raporcie WEF[1]. Okazuje się, że aż 94% liderów biznesu oczekuje, że pracownicy będą zdobywać nowe kompetencje, przy czym sami inwestują w rozwój zatrudnionych, oferując im możliwość nauki online. Równocześnie już 40% pracowników podejmuje się doszkalania za pośrednictwem internetu z własnej inicjatywy. 

To gra warta świeczki. Według analizy WEF znaczna część osób, które w przeciągu ostatnich 5 lat znalazły zatrudnienie w tzw. zawodach jutra, przeszły tam z niepowiązanych branż. Przykładowo wśród osób przechodzących do zawodów związanych z danymi i sztuczną inteligencją, aż 50% stanowią te, które wcześniej nie pracowały w branży IT –   powiedziała Joanna Pruszyńska-Witkowska, współzałożycielka Future Collars.

Zawód przyszłości potrzebny od zaraz

Future Collars zostało stworzone z myślą o potrzebach rynku pracy, który dynamicznie się zmienia.  Startup oferuje edukację w ramach tzw. zawodów przyszłości. Chodzi m.in. o takie profesje jak: Data Science, Java Developer, Frontend Developer, UX Designer, Scrum Master czy Python Developer.

W jednej z pierwszych faz rozwoju startupu (tzw. fazie seed) Future Collars pozyskał finansowanie na rozwój od funduszu inwestycyjnego venture capital (VC) Simpact oraz inwestorów prywatnych. Wówczas Spółka otrzymała 1,2 mln PLN, co pozwoliło rozszerzyć funkcjonalności platformy e-learningowej. Tym razem potencjał firmy został dostrzeżony przez KnowledgeHub, który zdecydował się zainwestować 4 mln PLN.

Pandemia koronawirusa znacząco przyspieszyła proces cyfryzacji firm, które z dnia na dzień musiały dostosować swoje procesy biznesowe do nowej rzeczywistości. Zapotrzebowanie na kompetencje cyfrowe rośnie szybciej niż przypuszczaliśmy, a wraz z nim rynek edukacji online. Liczba osób, które w ostatnim roku poszukiwały okazji do nauki online wzrosła czterokrotnie. W 2020 roku pięć razy więcej przedsiębiorstw zaoferowało szkolenia online swoim pracownikom. Te dane pokazują, że produkt Future Collars, autora innowacyjnego modelu do nauki kompetencji przyszłości, został uszyty na miarę obecnych czasów i jest skazany na sukces. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że startup tworzą dwie, doświadczone zawodowo kobiety, których nadal brakuje w świecie IT i nowych technologii. Mam nadzieję, że nasz fundusz pozwoli im znacznie rozwinąć portfolio produktów i usług oraz w szybkim tempie osiągnąć założone cele – mówi Krzysztof Pudlak, managing partner w KnowledgeHub.

[1]„The Future of Jobs Report 2020”, Światowe Forum Ekonomiczne, październik 2020 r.

Przedsiębiorcy z kredytami frankowymi też wygrywają z bankami

Do sądów gospodarczych wpływa coraz więcej spraw przedsiębiorców, którzy zaciągnęli kredyty powiązane z walutą CHF. Choć nie mogą oni powołać się na zapisy abuzywne w umowach i przepisy chroniące konsumentów, sądy znajdują podstawy do unieważnienia ich umów kredytów w oparciu o inne przesłanki.

W dniu 21 grudnia 2020 roku Sąd Okręgowy Wydział Gospodarczy wydał wyrok w sprawie XXVI GC 586/20 orzekając nieważność umowy kredytu waloryzowanego do kursu CHF zawartej pomiędzy wspólnikami spółki cywilnej a mBankiem.

Sąd gospodarczy oparł się na opiniach biegłych i ustalił, że mechanizm waloryzacji jest nietransparentny i tylko częściowo opisany w umowie, a jego zamieszczenie tam prowadzi do braku określenia świadczenia głównego w umowie. Ponadto, sąd wskazał na nierównomierne rozłożenie ryzyka walutowego i misseling z uwagi na nieadekwatność kredytu do działalności spółki i jej doświadczenia oraz fakt, że kredyt służył realizacji jedynie jej celów pobocznych.

„Biegli w tych procesach potwierdzają przede wszystkim nierównowagę kontraktową i przewagę informacyjną banku oraz że umowy te zawierają w
sobie elementy instrumentu finansowego. Jestem pozytywnie zaskoczona przede wszystkim przygotowaniem merytorycznym sądów gospodarczych,
którym łatwiej przychodzi zrozumienie skomplikowanych wątków finansowych” – komentuje mec. Barbara Garlacz, która prowadzi kilkadziesiąt spraw przedsiębiorców posiadających kredyty powiązane z waluta CHF.

Czy wkrótce w Polsce ruszą Fundusze Inwestycji w Nieruchomości (REIT)?

Do tej pory inwestowanie na lukratywnym rynku nieruchomości dla większości drobnych inwestorów oznaczało ich kupowanie, które służyło np. przechowaniu wartości kapitału lub zarabianiu na wynajmie. Oczywiście, można też zarabiać będąc udziałowcem w przedsięwzięciu deweloperskim i to nawet 12,5% rocznie. Jest to niezwykle atrakcyjne na tle inwestycji w lokaty, obligacje, czy mieszkania na wynajem. Niewielu jednak wie, że jest to ułamek możliwości pomnażania kapitału, bo można też bogacić się na inne sposoby, a na świecie zapewniają to specjalistyczne fundusze inwestycyjne tzw. “REIT”. U nas jak na razie wciąż brakuje legislacji. Szacuje się, że polski kapitał stanowi tylko od 2% do 5% wolumenu inwestycji na rynku nieruchomości komercyjnych. Brak regulacji prawnych w naszym kraju od lat blokuje prawdziwy rozwój tego segmentu i jego dostępność dla każdego inwestora. 

Polscy inwestorzy, zarówno indywidualni, jak i instytucjonalni wciąż mają bardzo ograniczone możliwości inwestowania i realizowania zysków na rynku nieruchomości. Ten stan ma zmienić nowa ustawa – rząd właśnie wraca do prac nad przepisami o REIT-ach, niezwykle popularnych za granicą funduszach inwestujących w nieruchomości. Czas na Polskę, dobre prawo, czyli nowa ustawa powinna zapewnić inwestorom bezpieczeństwo w hossie i w bessie.

Pomimo pandemii firmy deweloperskie oraz budowlane notują doskonałe wyniki finansowe i właśnie padł kolejny rekord sprzedaży. Jak informuje GUS, w ubiegłym roku na rynek trafiło aż 222 tys. mieszkań, to najwięcej od czasów boomu Edwarda Gierka sprzed 40 lat i było ich o 7 proc. więcej niż w roku 2019. Dominowali tu deweloperzy, którzy w 2020 roku przekazali do eksploatacji 143,8 tys. mieszkań – wzrost o 9,4 proc. rok do roku. Natomiast liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym w 2020 roku wzrosła o 2,8% r/r do 275 938.

Nawet w tak trudnych i nieprzewidywalnych czasach w sytuacji nagłego lockdownu gospodarki, inwestycje w nieruchomości okazały się bezpieczną przystanią. Nisko oprocentowane lokaty bankowe nie chroniące przed utrata wartości i inflacją spowodowały, że pieniądze zdeponowane w bankach zaczęły szybko się kurczyć. Od początku pandemii z lokat ubyło już 64 miliardy złotych. W 2020 roku drożały zarówno nowe, jak i używane lokale, na rynku pierwotnym w największych miastach ceny te rosły w tempie 3–9 proc. (6 proc. w Warszawie) r./r. Polacy osiągnęli szczyt w wykupie nieruchomości i detalicznych obligacji skarbowych, gdzie przede wszystkim szukano bezpieczeństwa i optymalnego zysku.

Inwestowanie w nieruchomości to stabilny i dobry biznes

Według różnych szacunków z uwzględnieniem demografii i trendów rynkowych w Polsce wciąż brakuje ok 2,3 – 3 milionów mieszkań, a w najbliższej dekadzie prognozuje się dalszą dobrą koniunkturę związaną z wysokim popytem. Rosną też ceny mieszkań. Jak przeanalizował Dom Maklerski Michael Strom, biorąc pod uwagę okres 4Q 2006 – 4Q 2019, gdzie dysponujemy danymi dla wszystkich klas aktywów, najwyższą stopę zwrotu zanotowało złoto. Drugim najmocniej rosnącym aktywem była cena mieszkania powiększonego o wynajem. W analizowanym okresie takie połączenie wygenerowało stopę zwrotu w wysokości 135%.  Wynik w całym okresie jest składową wzrostu cen mieszkań o 53% oraz przychodów z najmu, które dodały kolejne 82 p.p. wyniku. W analizowanym ujęciu sam wzrost cen mieszkań pokonał inflację konsumencką o ponad 23 p.p., która urosła przez 13 lat o 30%.

Tym samym, nie powinno nas zaskakiwać, że od lat na rynku przybywa firm deweloperskich, które walczą o lukratywne zyski – jest ich już ponad 2 tysiące. Inwestując w kolejne projekty potrzebują kapitału, który pozyskują z różnych źródeł: kredytów bankowych, giełdy, obligacji, funduszy, itd. Pozyskanie kapitału generuje spore koszty, np. prócz odsetek i podatków również opłaty związane z obsługą czy emisją obligacji, doradców, domów maklerskich, itp. Pozyskanie finansowania wymaga również odpowiednich zabezpieczeń, czyli np. budowania banków ziemi. Nic więc dziwnego, że firmy deweloperskie szukają optymalizacji i “taniego pieniądza”.

Na zachodzie REIT-y zapewniają konkurencyjne i całkowite stopy zwrotu w oparciu o wysokie, stabilne dochody z dywidend i długoterminowy wzrost wartości kapitału. Ich stosunkowo niska korelacja z innymi aktywami sprawia, że są również doskonałym dywersyfikatorem, który może pomóc zmniejszyć ogólne ryzyko portfela i zwiększyć zwroty. W zamian za wypłatę większości zysku, REIT korzysta ze zwolnienia z CIT. Przez brak na naszym rynku odpowiednich regulacji dot. działania popularnych za granicą REIT-ów, czyli Spółek Rynku Wynajmu Nieruchomości, rynkową lukę w pozyskiwaniu kapitału od małych inwestorów prywatnych próbują wypełnić inne, stanowiące atrakcyjną alternatywę dla rozwiązań funduszowych, obligacyjnych oraz bezpośredniego inwestowania pieniędzy na giełdzie rozwiązania, np. typu private equity, które są dostępne dla każdego.

Jest w co inwestować, bo firmy budowlane wytwarzają bezpośrednio 7,4 proc. PKB, ale poprzez efekty pośrednie generują dodatkowe 9,3 proc. PKB. Łącznie sektor budowlany przyczynia się do powstawania 288 mld zł wartości dodanej, czyli 16,8 proc. PKB. Branża ta tworzy bezpośrednio 6 proc. liczby miejsc pracy, a pośrednio łącznie 15 proc., czyli 2 mln 90 tys. zatrudnionych.

Rząd wraca do pracy nad ustawą o REIT-ach

Możliwości lokowania w tego typu fundusze, dostępne dla szerokiego grona inwestorów, ograniczają się do posiadania akcji deweloperów giełdowych oraz obligacji notowanych na Catalyst. Z tego powodu wiele osób decyduje się na samodzielne inwestowanie w nieruchomości, głównie poprzez zakup mieszkań, lokali w formule condo i aparthotelowej oraz mniejszych lokali komercyjnych. Wciąż  nie mamy na polskim rynku papierów wartościowych produktu inwestycyjnego o charakterze rentierskim. Tymczasem w posiadaniu zagranicznych REIT-ów (szczególnie w segmencie komercyjnym) znajduje się wiele topowych polskich nieruchomości. Według różnych szacunków w tym segmencie, w Polsce zainwestowano ok. 64 mld euro. Niestety, udział rodzimego kapitału był mniejszy niż 5 procent.

W zgodnej opinii Stowarzyszenia REIT Polska i Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych (PINK) aktualny stan może zmienić się wyłącznie poprzez wprowadzenie systemowych i sprawdzonych rozwiązań, z wielką korzyścią dla polskich inwestorów indywidualnych i polskiej gospodarki. Wiceminister rozwoju, pracy i technologii Anna Kornecka, w kierowanym przez Wiceprezesa Rady Ministrów Jarosława Gowina resorcie, zapowiedziała powrót razem z Ministrem finansów do ustawy o firmach inwestujących w nieruchomości. Informacja o przygotowaniach do uchwalenia ustawy o polskich REIT-ach pojawiła się dzień po apelu Ministra finansów, który chciałby, aby Polacy zaczęli obracać swoimi oszczędnościami trzymanymi w “skarpecie”.

Pamiętajmy, że wartość aktywów finansowych netto gospodarstw domowych (aktywa pomniejszone o zobowiązania) wynosiła na koniec 2019 roku, aż 1.398.874 mln złotych. Bieżące depozyty rozliczeniowe to największy składnik aktywów finansowych gospodarstw domowych. W tej pozycji zgromadziliśmy w podanym okresie blisko 604 mld zł. Również demografia zmienia aktywa Polaków i za 20 lat majątek przeciętnej rodziny wzrośnie do ponad 860 tys. zł.

Inwestorzy indywidualny chcą zarabiać na rynku nieruchomości

Rynek nie znosi próżni, a biznes poszukuje rozwiązań zastępczych. W ostatnich latach powstały na przykład serwisy i platformy crowdfunding’owe dedykowane dla projektów o charakterze udziałowym. Specjalizujące się w projektach inwestycyjnych, w które użytkownicy serwisu mogą lokować swój wolny kapitał poprzez nabywanie udziałów w spółkach celowych, realizujących inwestycje deweloperskie, inwestycje w grunty oraz inwestycje w zakup lokali mieszkalnych pod wynajem. Minimalna kwota kapitału do zainwestowania wynosi tylko 1.000 zł.

Na rynku znajdziemy nawet firmy, które oferują przy progu wejścia od 200.000 zł ponad 12% zysku rocznie, oferując udziały w spółce deweloperskiej realizującej budowę domów i mieszkań w Warszawie. Ciężko jednak je transparentnie zweryfikować, bo nie stoi za nimi żaden znany brand, z drugiej strony mają w swoim portfolio zrealizowane i rozliczone projekty oraz dobre opinie klientów. Jak widać, ta forma inwestowania cieszy się coraz większą popularnością.

Natomiast nową jakość z pełną transparentnością na rynku daje produkt “Equity”, za którym stoi twórca sukcesów Murapolu i HRE Investments – Michał Sapota wraz ze swoim zespołem fachowców i ekspertów. W ostatnim czasie przygotowali specjalną ofertę dla inwestorów zainteresowanych ulokowaniem kapitału w nieruchomościach. Mogą oni nabyć udziały w projekcie “Warszawska Sky” i zarobić 6,88% rocznie. W zależności od projektu istnieje możliwość zainwestowania nawet kilkunastu tysięcy złotych.

Mechanizm zainwestowania jest całkiem prosty: inwestor przyjmie ofertę objęcia udziałów, opłaca zadeklarowany udział i potwierdza ten fakt u notariusza. W tym samym momencie HRE Investments podpisuje umowę na odkup udziałów po – z góry określonej cenie, która to uwzględnia oczekiwany przez inwestora zysk. Inwestor otrzymuje kwartalnie swój zysk tytułem zaliczki na poczet ceny za objęte udziały. Deweloper to udziałowiec większościowy, posiadający docelowo ok. 60% udziałów w spółce celowej wnoszącej grunt i podmiot odpowiedzialny za organizację całego procesu realizacji i sprzedaży inwestycji, mający odpowiednie zasoby, doświadczenie i know-how.

Deweloper, który pozyska finansowanie z tańszego źródła może uzyskać lepsze wyniki sprzedażowe dla swoich projektów i dysponuje większym marginesem, np. na nakłady reklamowe czy promocje cenowe. Dlatego wszystkie dostępne formy pozyskiwania kapitału lub skrócenia cyklu operacyjnego (prefabrykacja) budzą wielkie zainteresowanie branży. Natomiast inwestorzy mogą liczyć na udziały w wysokich zyskach z tych inwestycji, konkurencyjnych do innych ofert dla lokowanego kapitału. REIT-y mogłyby więc korzystnie wpłynąć na rozwój projektów deweloperskich i całość branży budowlanej. Można mnożyć przykłady ofert inwestycyjnych na naszym rynku świadczące o dużych zasobach wolnych środków finansowych, które jednak w niewielkim stopniu zagospodarowują popyt inwestorski w tym sektorze.

Real Estate Investment Trust (REIT) podbiły światowe rynki

REIT-ty, na które czekamy w Polsce to typ funduszy inwestycyjnych, często notowanych na giełdzie papierów wartościowych, pozwalających indywidualnym (drobnym) inwestorom na zbiorowe lokowanie środków w nieruchomości. Te niezwykle popularne, np. w USA podmioty finansowe, które występują w charakterze spółek albo funduszy notowanych na GPW, dzięki którym mniejsi (drobni) inwestorzy mogą lokować swoje środki w nieruchomości.

Są one również dostępne dla pozostałych inwestorów, w tym dla inwestorów instytucjonalnych. Celem działania tego przedsiębiorstwa jest nabycie praw własności do różnych typów nieruchomości przynoszących dochód, m.in. nieruchomości komercyjnych – powierzchni biurowych, hoteli, powierzchni handlowych (przede wszystkim wielkich centrów handlowych), magazynów, a także nieruchomości mieszkaniowych przeznaczonych na wynajem, a następnie zarządzanie nimi i czerpanie z tego zysków. Głównym źródłem dochodów podmiotów REIT pozostają czynsze, a nie wzrost wartości nieruchomości, gdyż transakcje sprzedaży i kupna posiadanych aktywów wykonywane są jedynie w celu dopasowania składu portfela nieruchomości do bieżącej sytuacji rynkowej. Dochód REIT pochodzi zatem przede wszystkim z nieruchomości, innych aktywów bądź innych przedsięwzięć biznesowych powiązanych z nieruchomościami.

REIT-y pozwalają każdemu inwestować w portfele aktywów w postaci nieruchomości w taki sam sposób, w jaki inwestuje się w inne branże – poprzez zakup pojedynczych akcji firmy lub poprzez fundusz inwestycyjny lub fundusz ETF (exchange-traded fund). Akcjonariusze REIT uzyskują udział w dochodzie uzyskanym z inwestycji w nieruchomości – bez konieczności wychodzenia z domu i kupowania, zarządzania lub finansowania nieruchomości. Około 145 milionów Amerykanów inwestuje w akcje REIT poprzez rodzaj emerytalnego planu oszczędnościowego “401(k)”, który w USA jest odpowiednikiem polskiego Pracowniczego Planu Kapitałowego lub inne fundusze inwestycyjne. W sumie wszystkie typy REIT-ów posiadają łącznie ponad 3,5 bln USD aktywów brutto w całych Stanach Zjednoczonych, a notowane na giełdzie REIT posiadają aktywa o wartości około 2,5 bln USD, reprezentujące ponad 500 000 nieruchomości. Amerykańskie fundusze REIT zostały ustanowione przez Kongres w 1960 roku, aby zapewnić wszystkim inwestorom, zwłaszcza drobnym, dostęp do nieruchomości przynoszących dochód. Od tego czasu amerykańskie podejście do funduszy REIT służy jako model dla około 40 krajów na całym świecie, w których funkcjonują. Z sukcesem  dostępne są chociażby na rynku Bułgarskim i Węgierskim.

Obecnie w samej Wielkiej Brytanii istnieje ich 56 o łącznej kapitalizacji rynkowej 89,5 mld USD, a w Europie (bez Wielkiej Brytanii) jest 151 REIT-ów o kapitalizacji 420 mld USD. Pierwszy z nich powstał w 1995 roku w Belgii. Od lat 90-tych w REITy inwestuje także Oljefondet – Norweski Państwowy Fundusz Emerytalny. Zyskują również na popularności wśród inwestorów z innych krajów Europy Zachodniej, szczególnie Wielkiej Brytanii, Holandii i Francji. Natomiast na największym rynku nieruchomości w Europie, czyli w Niemczech, gdzie około połowa zlokalizowanych nieruchomości ma charakter mieszkaniowy, fundusze specjalne i REIT zajmują większość udziałów w całości inwestycji mieszkaniowych.

REIT inwestuje w szeroką gamę nieruchomości, w tym biura, budynki mieszkalne, magazyny, centra handlowe, placówki medyczne, centra danych, wieże komórkowe, infrastrukturę i hotele. Większość REIT skupia się na określonym typie nieruchomości, ale niektóre posiadają w swoich portfelach wiele typów i inwestują również na rynkach zagranicznych.  Aktywa REIT notowane na giełdach zaliczane są do jednego z 13 sektorów nieruchomości, np. mieszkaniowych, hotelowych (resorty), komercyjnych (biura, galerie handlowe, logistyka), zdrowotnych, przemysłowych czy centrów danych (chmura). Potencjał wzrostu wiąże się z ryzykiem, które różni się w zależności od rodzaju REIT. Największy REIT w 2020 roku to American Tower inwestujący w nieruchomości sektora telekomunikacji, według kapitalizacji rynkowej obecnie wart 102,3 mld USD.

Powracająca historia, czyli REIT-y po polsku

Polski Związek Firm Deweloperskich dostrzegał konieczność wprowadzenia do polskiego systemu prawnego regulacji i w wydanym ponad cztery lata temu stanowisku przekonywał, iż zagraniczna popularność podobnych rozwiązań dowodzi o zasadności wdrożenia ich w naszym kraju. Pierwszy pamiętny projekt ustawy dot. Spółek Rynku Wynajmu Nieruchomości (SRWN) autorstwa Ministerstwa Finansów  z 2016 roku został wycofany, a kolejny “ustawy o polskich REIT-ach”, które miały nazywać się już Firmami Inwestującymi w Najem Nieruchomości (FINN) został przesłany do Sejmu, jednak utknął na etapie pierwszego czytania. Dokument zakładał, że mogłyby być nimi firmy notowane na giełdzie z przynajmniej 50 mln zł kapitału. W efekcie cały czas brakuje formuły prawnej dla REIT-ów, a otwarte fundusze inwestycyjne nie mogą inwestować bezpośrednio w nieruchomości, czy w aktywa nienotowane na rynkach regulowanych. Czas pokaże, czy obecna kolejna próba wdrożenia oczekiwanych legislacji zakończy się sukcesem.

Autor / fot.: Adam Białas – niezależny ekspert rynku, dziennikarz biznesowy,  menedżer agencji marketingu i komunikacji Core PR, która specjalizuje się m. in. w sektorach finansowym i nieruchomości.

Rzecznik MŚP pyta Ministra Zdrowia o przesłanki wydłużenia zakazu działalności solariów

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz w stanowisku z dn. 25 stycznia 2021 r. skierowanym do Ministra Zdrowia dr Adama Niedzielskiego zwrócił się z zapytaniem o powody wydłużenia okresu zakazu działalności solariów, saun i salonów masażu. Adam Abramowicz poprosił również o wyjaśnienie, na jakiej podstawie Główny Inspektor Sanitarny zdecydował o nieaktualności opinii Krajowego Konsultanta ds. epidemiologii, mówiącej iż ryzyko zakażenia klientów solariów wirusem SARSCov-2 jest niewielkie.

W piśmie Adam Abramowicz podkreślił, że branża solariów kilkukrotnie zwracała się do Ministerstwa Zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego z prośbą o przedstawienie analiz, potwierdzających negatywny wpływ działalności solariów na rozprzestrzenianie się epidemii COVID-19. Pisma te pozostały bez odzewu, co zdaniem zainteresowanych, może świadczyć o braku racjonalnej przesłanki dla zakazu działalności takich obiektów.

Rzecznik MŚP podkreśla także, iż na prośbę Głównego Inspektora Sanitarnego 2 września 2020 r. została sporządzona opinia autorstwa dr hab. Iwony Paradowskiej-Stankiewicz, mówiąca że „ryzyko zakażenia klientów solariów wirusem SARSCoV-2 jest niewielkie pod warunkiem bezwzględnego przestrzegania przez personel solariów zasad sanitarno-higienicznych oraz zasad obowiązujących podczas epidemii SARS-CoV-2.”. Opinia ta została upubliczniona dopiero po ponad 3 miesiącach, jednak Pan Krzysztof Saczka, pełniący obowiązki Głównego Inspektora Sanitarnego uznał ją za nieaktualną. Ta decyzja miała być powodem ponownego zamknięcia branży.

Proszę o informację, na jakiej podstawie Główny Inspektor Sanitarny zajął takie stanowisko oraz o przesłanie wszystkich analiz zamówionych bądź sporządzonych przez Ministerstwo Zdrowia oraz jednostki jemu podległe, które świadczyłyby o nieaktualności  opinii firmowanej przez Krajowego Konsultanta ds. epidemiologii. Dodatkowo proszę o informację, dlaczego opinia ta nie była udostępniona przedstawicielom branży przez ponad
3 miesiące od jej sporządzenia, mimo kilkukrotnie kierowanych próśb do Ministerstwa i Głównego Inspektora Sanitarnego. Liczę na odpowiedź w ciągu 7 dni
– pisze w liście Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Tarcza dla mikroprzedsiębiorcy – jak, ile i na co wydać subwencje z Tarczy Finansowej 2.0?

Przedsiębiorcy z 45 branży mogą do 28 lutego ubiegać się o subwencje z Tarczy Finansowej 2.0 Polskiego Funduszu Rozwoju. Osoby fizyczne prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą mogą otrzymać nawet 324 tys. zł., a firmy z sektora MŚP – 3,5 mln zł. 

Tarcza dla mikroprzedsiębiorcy

Mikroprzedsiębiorca, który chce otrzymać wsparcie, musi spełnić łącznie trzy kryteria:

  • Pierwsze z nich dotyczy prowadzenia działalności w jednej ze wskazanych branży według stanu na 31.12.2019, 01.11.2020 oraz w dniu złożenia wniosku. Obecnie ubiegać się o wsparcie mogą przedsiębiorcy z jednej spośród 45 branży wskazanych na podstawie kodów Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD). – W przeciwieństwie do przepisów o Tarczy Branżowej, nie musi być to przeważające PKD. Przedsiębiorca powinien według stanu na każdy z wyżej wymienionych dni prowadzić działalność, do której przypisany byłby przynajmniej jeden określony kod – tłumaczy Mateusz Boguszewski, główny księgowy w firmie inFakt.
  • Drugie kryterium dotyczy spadku obrotów o co najmniej 30%. Przedsiębiorca może wybrać, które dwa okresy chce w tym celu porównać. Może to być kwiecień – grudzień 2020 r. do kwietnia – grudnia 2019 r. lub październik – grudzień 2020 r. do października – grudnia 2019 r.
  • Trzeci warunek to brak zaległości w opłacaniu podatków i składek ZUS na 31 grudnia 2019 r. lub 31 grudnia 2020 r. lub na dzień składania wniosku.

Całkowite umorzenie subwencji będzie możliwe, jeżeli  mikroprzedsiębiorca spełni jeszcze dwa warunki. Pierwszym z nich jest nieprzerwane prowadzenie działalności gospodarczej w okresie od dnia złożenia wniosku o subwencję do 31 grudnia 2021 r. Drugim – utrzymanie średniego zatrudnienia w 2021 r. w porównaniu do 2020 r.

Ile może otrzymać mikroprzedsiębiorca?

Wysokość subwencji przyznanej mikrofirmie zależy od spadku jej obrotów oraz od liczby pracowników: spadek obrotów o co najmniej 30% to 18 tys. zł na pracownika, a o co najmniej 60% – 36 tys. zł na pracownika. Maksymalna do uzyskania kwota subwencji dla mikroprzedsiębiorców wynosi więc 324 tys. złotych.

Co istotne, definicja pracownika na potrzeby wyliczania subwencji różni się od definicji pracownika, która wykazuje, czy mamy do czynienia z mikroprzedsiębiorstwem – tłumaczy ekspert inFakt. – Na potrzeby ustalenia statusu, czyli dla prawa do otrzymania subwencji liczą się tylko osoby na umowie o pracę, a do wyliczenia wysokości subwencji – każda osoba, za którą przedsiębiorca odprowadza składki za ubezpieczenia społeczne.

Środki z subwencji mogą zostać wykorzystane na konkretne cele, takie jak: pokrycie kosztów wynagrodzeń pracowników, koszty zakupu towarów i materiałów oraz usług obcych, bieżące koszty obsługi finansowania zewnętrznego, koszty najmu (lub umów o podobnym charakterze) nieruchomości użytkowanej do celów prowadzenia działalności, koszty wszelkich należności publicznoprawnych, koszty zakupy sprzętu i innych środków trwałych niezbędnych do prowadzenia działalności gospodarczej.

Subwencja dla małych i średnich firm

Aby otrzymać subwencję, firmy z sektora MŚP muszą wykazać spadek przychodów o przynajmniej 30% w jednym z dwóch wybranych okresów: listopad – grudzień 2020 r. w porównaniu do tego samego okresu z 2019 r. lub styczeń – marzec 2021 r. w porównaniu do tego okresu w 2019 r. W takim przypadku należy podać przewidywany spadek według swojej najlepszej wiedzy.

Firmy z sektora MŚP  mogą otrzymać subwencję w wysokości 70% straty brutto wykazanej za okres od listopada 2020 do marca 2021. W przypadku okresu styczeń – marzec 2021 należy oszacować możliwą stratę. Maksymalna kwota wsparcia to 3,5 mln zł, jednak nie więcej niż 72 tys. zł na pracownika. Może być ono przeznaczone na finansowanie 70% kosztów stałych.

Także małe i średnie firmy mogą ubiegać się o całkowite umorzenie subwencji pod dwoma warunkami:

  • Pierwszym z nich, podobnie jak w przypadku JDG, jest nieprzerwane prowadzenie działalności gospodarczej w okresie od dnia złożenia wniosku do 31 grudnia 2021 r.
  • Drugi warunek to rozliczenie nadwyżki udzielonej subwencji w terminie po 31 grudnia 2021 r., ale nie później niż do 31 stycznia 2022 r. – Jako nadwyżka rozumiana jest różnica między otrzymaną kwotą subwencji, a faktycznie poniesionymi kosztami stałymi w sytuacji, gdy rzeczywiste koszty stałe okazały się niższe – tłumaczy Mateusz Boguszewski. Beneficjent powinien wykazać rzeczywiste koszty stałe na podstawie sprawozdań finansowych lub dokumentów księgowych za okres od 1 listopada 2020 r. do 31 marca 2021 r.

W przypadku MŚP utrzymanie poziomu zatrudnienia nie należy do warunków umorzenia subwencji.

Na co nie można wydawać środków?

Przedsiębiorców obowiązuje zakaz dokonywania jakichkolwiek płatności na rzecz swoich pracowników poza wynagrodzeniem zasadniczym, a więc np. premii. Beneficjent subwencji nie może też wydać środków na rzecz właścicieli lub podmiotów, z którymi ma powiązania, nie może również przedpłacać kredytów, leasingów i innych podobnych instrumentów.

Zakaz dotyczy także nabycia (przejęcia) w sposób bezpośredni lub pośredni, w części lub całości, innego podmiotu lub dokonywania transakcji, których celem jest takie nabycie lub przejęcie.

Zmiany liczby deweloperów w krajowych metropoliach

Krajowe media rzadko podają informacje o liczbie firm deweloperskich działających w poszczególnych miastach. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl prześledzili zmiany takiej liczby od 2010 roku.

Liczba firm deweloperskich, które działają w poszczególnych miastach to ciekawa oraz rzadko eksponowana kwestia. Wydaje się oczywiste, że najwięcej takich przedsiębiorstw funkcjonuje na terenie Warszawy i tam prowadzi swoje inwestycje. Analiza portalu RynekPierwotny.pl potwierdza jednak, że liczba deweloperów działających na obszarze jakiegoś miasta niekoniecznie ma związek z jego wielkością. Warto zatem sprawdzić, jak wygląda ranking największych polskich miast pod względem liczby deweloperów, którzy prowadzą inwestycje na ich terenie.

Koniunktura zachęcała nowe firmy do wejścia na rynek …

Informacje na temat liczby firm deweloperskich z poszczególnych miast podaje Narodowy Bank Polski w swoim corocznym raporcie dotyczącym sytuacji na lokalnych rynkach mieszkaniowych. Analitycy portalu RynekPierwotny.pl postanowili wykorzystać wspomniane statystyki NBP do sprawdzenia, w którym z największych miast liczba deweloperów mocno wzrosła pomiędzy 2014 r. oraz 2019 r. Wyniki analizy obejmującej miasta wojewódzkie oraz Gdynię są następujące:

  • Białystok – 10 firm deweloperskich w 2014 r./17 firm deweloperskich w 2019 r.
  • Bydgoszcz – 29/33
  • Gdańsk – 65/42
  • Gdynia – 27/27
  • Katowice – 40/51
  • Kielce – 43/43
  • Kraków – 135/176
  • Lublin – 30/50
  • Łódź – 68/110
  • Olsztyn – 20/22
  • Opole – 10/20
  • Poznań – 48/91
  • Rzeszów – 147/284 – dane za 2018 r.
  • Szczecin – 67/85
  • Warszawa – 264/261
  • Wrocław – 115/130
  • Zielona Góra – 11/14

Powyższe dane sugerują, że w wielu miastach dobra koniunktura na rynku deweloperskim skutkowała wzrostem liczby firm budujących nowe domy i lokale. Przykładem są takie ośrodki miejskie, jak chociażby Kraków, Łódź, Poznań i Rzeszów. Ostatnie ze wspomnianych miast wyróżnia się ciekawą specyfiką rynku pierwotnego, na którym działa wiele mniejszych przedsiębiorstw.

Boom nie zawsze musi jednak skutkować wzrostem liczby aktywnych deweloperów, o czym dobrze świadczy przykład Gdańska. W tym mieście miał miejsce spadek liczby działających firm deweloperskich. Mógł być on spowodowany m.in. wzmożoną konkurencją. Wzrost popytu na niektórych rynkach czasem sprawia, że wchodzą na nie duzi gracze wcześniej inwestujący w innych częściach Polski.Zmiany liczby deweloperów w krajowych metropoliach

Od 2010 r. liczba inwestorów mocno wzrosła np. w Łodzi

Największe ośrodki miejskie z pewnością zasługują na pogłębioną analizę dotyczącą liczby aktywnych firm deweloperskich. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl przygotowali powyższą tabelę. Przedstawia ona zmiany liczby deweloperów prowadzących działalność na terenie sześciu największych ośrodków miejskich od 2010 roku do 2019 roku. Podobnie jak poprzednio, odpowiednie informacje pochodzą z raportów NBP.

Długookresowa analiza bazująca na danych, które zebrały oddziały Narodowego Banku Polskiego wskazuje, że duży wzrost liczby aktywnych firm deweloperskich był widoczny w Łodzi. Ponad dwukrotna zmiana liczby deweloperów dobrze koresponduje z ożywieniem inwestycyjnym, które miało miejsce w trzecim największym mieście naszego kraju.

Dużym wzrostem liczby działających w nich firm deweloperskich wyróżniały się także dwa inne wiodące ośrodki miejskie. Mowa o Wrocławiu oraz Poznaniu. Jeżeli natomiast chodzi o stolicę, to w perspektywie 9 lat odnotowano tylko przejściowy wzrost liczby aktywnych deweloperów mieszkaniowych. Warszawski rynek z pewnością jest bardzo konkurencyjny, co utrudnia kolejnym inwestorom mieszkaniowym rozpoczęcie działalności na nim.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dobry poranek dla dolara

Inwestorzy nie przywiązywali szczególnej wagi do dobrych danych z indeksów koniunktury USA w piątek. Dzisiejsze słabsze dane z Niemiec pozwoliły jednak przypomnieć sobie o nich i wziąć je pod uwagę, dzięki czemu dzisiaj od rana euro traci względem dolara.

Dobre dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z indeksów PMI nie tylko dla Europy, ale również dla USA. Te zza oceanu okazały się zresztą dużo korzystniejsze od oczekiwań dla amerykańskiej gospodarki. Indeks dla przemysłu wynosi 59,1 pkt wobec oczekiwanych 56,5 pkt, a dla usług 57,5 pkt wobec oczekiwanych 53,6 pkt. Są to rezultaty pokazujące wyraźną przewagę optymistów w badaniu. Dane te nie miały jednak większego wpływu na rynek. Na koniec tygodnia w porównaniu do jego początku dolar okazał się o cent słabszy względem euro. W piątek zmienność była wyjątkowo niska, tak jakby inwestorzy nie chcieli otwierać pozycji przed weekendem.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Dzisiaj o 10:00 poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane z Polski. Produkcja przemysłowa rośnie o 11,2% wobec oczekiwanego 8,7%. Warto przypomnieć, że to wzrost roczny. Zatem pandemia na przemysł okazuje się nie mieć zbyt silnego wpływu. Złotówka zareagowała podwyższoną zmiennością, ale należy pamiętać, że dane nałożyły się z odczytem od naszego zachodniego sąsiada, co tłumaczy nagłe skoki w górę i w dół tuż po publikacji. Co ciekawe, od dobrych danych z kraju inwestorzy większą uwagę zwrócili na potencjalne problemy naszego głównego partnera handlowego i złoty traci na wartości.

Słabsze dane z Niemiec

O tej samej porze co dane z Polski pojawił się indeks instytutu IFO w Niemczech. Wypadł on słabiej od oczekiwań, co spowodowało, że inwestorzy zaczęli przenosić swoje środki za ocean. Słabsze dane z Europy przypomniały o dobrych odczytach piątkowych w USA i od rana dolar zyskuje względem euro. Biorąc pod uwagę to jak dobre były odczyty z Europy w ostatnich miesiącach można się spodziewać, że kolejne dane nie sprostają nadmiernie rozbudzonym oczekiwaniom.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Epidemia przyspieszyła cyfryzację, a z nią rozwój OZE

trzy na cztery firmy z branży technologicznej, medialnej, finansowej i telekomunikacyjnej przyspieszyło cyfryzację wskutek epidemii koronawirusa[1]. W wyniku kryzysu transformacja, która zajęłaby dwa lata, trwała dwa miesiące. Ale zmiany spowodowane pandemią mogą wykraczać także poza sferę cyfrową i rozwój systemów telekomunikacyjnych czy centrów przetwarzania danych. Cyfryzacja stanowi też szansę na zwiększone pozyskiwanie energii z zielonych źródeł i dekarbonizację. Dane i ekologia wydają się nie mieć wiele wspólnego, jednak odpowiednie wykorzystanie informacji może neutralizować negatywne dla środowiska naturalnego efekty rozwoju gospodarczego.

Cyfrowa era wymaga energii

Jeszcze przed wybuchem epidemii 60% światowej populacji było online. Cyfrowe dane są częścią codzienności, dlatego możliwe było niemal z dnia na dzień przeniesienie pracy, nauki, wizyt lekarskich czy zakupów do sieci. Poskutkowało to gwałtownym wzrostem ilości przetwarzanych informacji: w 2020 roku było to nawet 59 zettabajtów, czyli bilionów gigabajtów[2]. W związku z tym zwiększa się zapotrzebowanie na energię. Między innymi z tego powodu centra danych odpowiadają już za zużycie w procesie cyfryzacji nawet 20% światowej energii[3].

Digitalizacja sprzyja środowisku?

Według założeń Unii Europejskiej do 2030 roku emisje gazów cieplarnianych powinny zostać zredukowane o 55%, a centra danych być neutralne klimatycznie. Wideokonferencje będą więc „zielone” i przyjazne dla klimatu, gdy systemy przetwarzające informacje zostaną zasilone energią z odnawialnych źródeł. W ograniczaniu emisji może jednak pomóc także sama cyfryzacja.

W nadchodzących latach cyfrowe rozwiązania umożliwią inteligentną komunikację pomiędzy systemami pomiarowymi w budynkach czy magazynami energii i siecią elektryczną. Na coraz szerszą skalę stosowane będą banki energii, zarówno w infrastrukturze centrów danych, jak i w akumulatorach pojazdów elektrycznych – wskazuje Mariusz Hudyga, Product Manager w firmie Eaton.

Praca zdalna w dużym stopniu zastąpiła dojazdy do biura i podróże, ograniczyła więc zużycie paliwa. Zakupy w sklepach internetowych umożliwiają bardziej efektywne planowanie tras dostaw niż w przypadku korzystania z tradycyjnych kanałów sprzedaży. Redukują też wydatki na energię związane z nadprodukcją czy niepotrzebnym magazynowaniem produktów. E-bankowość ogranicza potrzebę zasilania i utrzymywania nieruchomości należących do instytucji finansowych. Dzięki wysokiej wydajności nowoczesnej elektroniki digitalizacja zapewnia także większą energooszczędność, a co za tym idzie – redukcję emisji CO2.

Dom zasilany z samochodu

Cyfrowe systemy umożliwiają wytwarzanie, przesyłanie i magazynowanie na szeroką skalę energii ze źródeł odnawialnych. OZE są bardzo wydajne i tańsze w przeliczeniu na wat niż energia uzyskiwana z paliw kopalnych, jednak równocześnie mniej stabilne – nie zawsze odpowiednio mocno wieje wiatr czy świeci słońce. W równoważeniu produkcji i zarządzaniu obciążeniem całej sieci pomoże digitalizacja.

Cyfrowe technologie zapewnią stabilne dostawy energii elektrycznej z wiatru, wody czy słońca. Sztuczna inteligencja będzie w czasie rzeczywistym analizowała informacje o produkcji i popycie na energię, pomoże więc w planowaniu i zachowywaniu równowagi sieci. Nadwyżka energii z OZE będzie np. przechowywana w akumulatorach samochodów podłączonych do sieci i wykorzystywana w momencie większego zapotrzebowania w domu, które zasygnalizują czujniki – podkreśla Mariusz Hudyga.

[1] https://bakermckenzie.turtl.co/story/cloud-survey-report-2020/page/4/3

[2] https://www.statista.com/statistics/871513/worldwide-data-created/

[3] https://www.ey.com/en_ch/decarbonization/how-digitization-acts-as-a-driver-of-decarbonization

Gartner: chwilowe spadki i dalszy wzrost wydatków na chmurę

Szacuje się, że w 2020 r. globalna wartość rynku chmury publicznej wyniosła 257,5 mld dolarów, a dwa lata później wyniesie już 362,2 mld dolarów. Oznacza to, że do 2024 r. wydatki na chmurę będą stanowić już 14,2% całego globalnego rynku IT – prognozuje Gartner. To między innymi efekt pandemii i związanej z COVID-19 przyśpieszonej cyfryzacji.

Dostawcy usług chmurowych mogą zacierać ręce – na horyzoncie nie widać w tej chwili żadnych zagrożeń, które mogłyby wstrzymać popyt na cloud computing. Analitycy Gartnera prognozują, że rosnące zainteresowanie chmurowymi usługami utrzyma się co najmniej do 2024 r. Warto podkreślić, że bardzo pozytywny wpływ na rynek chmury będzie miała szybka popularyzacja globalnej chmury publicznej.  Eksperci przestrzegają jednak przed pochopną migracją do modelu cloud.

Na rynku utrwaliło się przekonanie, że chmura jest bezwzględnie rozwiązaniem optymalnym kosztowo. Nic bardziej mylnego. Zawsze warto zastanowić się i przeanalizować różne ścieżki infrastrukturalne. Dobrze to obrazuje jeden z ostatnich projektów Beyond.pl. Wspólnie z naszym klientem chmurowym, który planował znaczący przyrost mocy obliczeniowej, przeanalizowaliśmy kilka scenariuszy infrastrukturalnych. Okazało się, że rozwiązanie hybrydowe składające się z kolokacji, IaaS i chmury było najbardziej optymalne finansowo. Model mieszany pozwoli klientowi wygenerować oszczędność na poziomie 50% względem rozwiązania opartego wyłącznie na chmurze w okresie kolejnych 5 lat – zwraca uwagę Wojciech Stramski, CEO Beyond.pl.

PaaS na szczycie

Według Gartnera wartość globalnego rynku chmury obliczeniowej wzrośnie z obecnej wartości 257,5 mld dolarów do 362,2 mld dolarów w 2022 r. Oznacza to, że udział usług chmurowych w rynku IT wzrośnie z 9,1% do 14,2%.

Zdaniem analityków, największym segmentem rynku pozostanie Software as a Service (SaaS). Co jednak ciekawe, Gartner szacuje, że sprzedaż SaaS spadła – ze 102 mld dolarów w 2019 r. do 101,4 mld dolarów w 2020 roku. Jednak już w 2021 r. wartość sprzedaży usług SaaS wzrośnie do kwoty 117,7 mld USD. Rok później będzie to już nawet 138,2 mld dolarów.

Gartner przewiduje jednak, że to na rozwiązania Platform-as-a-Service (PaaS) popyt będzie rósł najszybciej – w tempie 26,6% rdr. Sprzedaż wzrośnie z 43,8 mld dolarów w 2020 r. do 68,9 mld dolarów w 2022 r. Wzrost inwestycji w PaaS będzie wynikał z potrzeby udostępnienia pracownikom narzędzi do pracy zdalnej. To oznacza zapotrzebowanie na wydajną i skalowalną infrastrukturę, której wymagają zmodernizowane i natywne aplikacje chmurowe.

Etap stabilizacji

Bardzo duże wzrosty Gartner prognozuje w obszarze IaaS i DaaS. Wartość sprzedaży infrastruktury jako usługi wzrośnie z obecnych 51,4 mld dolarów w 2020 r. do 82,2 mld dolarów w 2022 r. Z kolei sprzedaż usług DaaS zwiększy się ponad dwukrotnie – z 1,2 mld dolarów w roku ubiegłym do 2,5 mld dolarów w 2024 r.

W trakcie pierwszej fali pandemii większość organizacji musiała podejmować działania ad hoc, na bieżąco dostosowując się do rozwoju sytuacji. Jednym z obserwowanych efektów był wzrost zainteresowania firm w Polsce usługami cloud. I to nie tylko SaaS (oprogramowanie dostępne jako usługa), lecz np. Desktop as a Service, czyli stacjami roboczymi w chmurze – zwraca uwagę Arkadiusz Sikora z VMware.

Jego zdaniem duża część tych firm dopracowuje obecnie systemy, które wiosną budowane były na szybko, a dziś wymagają optymalizacji. To z kolei oznacza dalszy wzrost sprzedaży rozwiązań chmurowych. – Jednym z priorytetów jest poprawa doświadczeń pracowników funkcjonujących zdalnie oraz zwiększenie stabilności i responsywności wdrożonych rozwiązań. Firmy dążą też do ułatwienia komunikacji i uproszczenia dostępu do firmowych zasobów oraz poszukują nowoczesnych rozwiązań w obszarze bezpieczeństwa, pozwalających odpowiednio zabezpieczyć zarówno posiadane w chmurze zasoby, jak i użytkowników, którzy z nich korzystają. To sprawia, że zwracają się w kierunku usług chmurowych – dodaje Arkadiusz Sikora.

Rzeczywiście, z danych Gartnera wynika, że wartość sprzedaży usług do zarządzania chmurą i bezpieczeństwem wzrośnie z kwoty 14,8 mld dolarów w 2020 r. do 19,9 mld dolarów w 2022 r.

Najwolniej będzie rosła sprzedaż rozwiązań BPaaS czyli Cloud Business Process Services – z 44,7 mld dolarów w 2020 r. do 50,3 mld dolarów w 2022 r. Według Gartnera, obok SaaS, to drugi obszar rozwiązań chmurowych, który w tym roku odnotuje niewielki spadek – z 45,2 w 2019 r. do 44,7 mld dolarów.

Liczba upadłości i restrukturyzacji rośnie na początku roku

2020 rok przyniósł znaczący wzrost liczby upadłości i restrukturyzacji polskich przedsiębiorstw. Według obserwacji ekspertów PMR Restrukturyzacje w styczniu br. dynamika zgłaszanych niewypłacalności jeszcze przyspieszyła, a problemy związane z utratą płynności finansowej dotykają kolejnych sektorów gospodarki.

Pandemia i utrudnienia działalności gospodarczej zbierają żniwo wśród polskich przedsiębiorstw. Według najnowszych danych firmy Coface, w ubiegłym roku w Polsce zarejestrowaliśmy 1243 upadłości i restrukturyzacji firm, czyli o 22% więcej niż przed rokiem. Największy wzrost liczby postępowań odnotowały sektor usługowy (54% rok do roku), handel detaliczny (39%) i transport (36%). – Prawdziwe problemy firm widać jednak dopiero w skali mikro. Dla przykładu, branże gastronomiczna i hotelarska, kwalifikowane jako usługi, odnotowały aż 186% skok w tym zakresie. Olbrzymie problemy dotknęły także sektor rozrywkowy oraz autobusowe przewozy dalekobieżne. W przypadku utrzymania obecnej sytuacji lista branż dotkniętych przez pandemię będzie się systematycznie wydłużać – wskazuje Małgorzata Anisimowicz, prezes zarządu PMR Restrukturyzacje i kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny.

Pandemia zbiera żniwa na początku roku

Rosnącej liczby problemów z niewypłacalnością nie udało się uniknąć pomimo aktywnej walki przedsiębiorców o utrzymanie własnych biznesów. – Wiele firm niemal od samego początku pandemii zaczęło ograniczać niektóre obszary działalności oraz likwidowało poszczególne składniki majątkowe. Właściciele nierzadko sprzedawali nawet prywatne aktywa. Wszystko po to, aby poprawić płynność finansową. Przedsiębiorcy korzystali także z minimalnej pomocy państwa, jednak w praktyce nie pozwoliła ona nawet na pokrycie kosztów stałych prowadzonych działalności – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz. Ekspert dodaje jednocześnie, że w pierwszych miesiącach bieżącego roku skala problemu będzie narastać.

Uważnie przyglądamy się sytuacji polskich firm i zauważamy, że z każdym kolejnym tygodniem przedsiębiorcy składają coraz więcej wniosków o upadłość lub restrukturyzację. Przedłużające się obostrzenia i zamrożenie gospodarki sprawiają, że wiele osób prowadzących biznesy traci nadzieję na utrzymanie firmy „przy życiu” i rezygnuje z dalszej walki. Tymczasem w wielu przypadkach nawet z bardzo trudnej sytuacji można wyjść na prostą. Kluczowym problemem okazuje się brak fachowego doradztwa. Firmy nie zdają sobie sprawy, że mogą skorzystać z gotowych i łatwo dostępnych rozwiązań. Przykładem jest uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, które umożliwia szybkie zawarcie układu z wierzycielami, praktycznie bez udziału sądu. To realna alternatywa, która pozwala utrzymać firmę na rynku i daje szansę na przywrócenie jej pełnej konkurencyjności – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz.

Problemy jednych szybko uderzą w pozostałych

Eksperci PMR Restrukturyzacje zauważają, że utrzymanie obecnej sytuacji i nasilenie problemów branży handlowej, turystycznej czy transportowej już wkrótce przełoży się na kondycję pozostałych biznesów. Sektory gospodarki, które dziś mierzą się z największymi problemami płynnościowymi, dają zatrudnienie kilku milionom Polaków. To jednocześnie konsumenci, którzy w obliczu braku stałych dochodów lub nawet niepewności utrzymania miejsca pracy będą coraz bardziej ograniczać wydatki.  – Mamy tutaj do czynienia z pewnego rodzaju kołem zębatym. Kłopoty jednej gałęzi gospodarki prędzej czy później napędzą kolejne. Doskonale obrazuje to przykład branży hotelarskiej. Problemy finansowe hotelu bezpośrednio uderzają w działalność m.in. pralni, dostawców żywności, usługi kosmetyczne czy firmy eventowe. Podobne analogie możemy znaleźć niemal w każdej gałęzi gospodarki, dlatego tak ważna jest mądra i skuteczna walka o ratowanie polskich przedsiębiorców – podkreśla Małgorzata Anisimowicz.

Niewykorzystany potencjał biometanu, Polska może stać się liderem

Polski rynek biogazowy, z ponad 300 instalacjami, jest jednym z mniejszych w Europie. Co więcej, w naszym kraju nie ma obecnie instalacji produkujących biometan, który mógłby być tłoczony do sieci gazowej. Tymczasem nasz kraj stać na to, by zostać potentatem w produkcji tego paliwa odnawialnego. Jak prognozuje Uniwersytet Przyrodniczy z Poznania, w optymistycznym wariancie, w Polsce można wyprodukować około 8 mld m3 biometanu rocznie, co oznacza, że ponad 60% importowanego z zagranicy gazu ziemnego, może zostać zamienionych paliwem odnawialnym z polskich odpadów. Impulsem do zmian jest przedsięwzięcie „Innowacyjna biogazownia” Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Niewykorzystany potencjał

Na kontynencie europejskim działa około 18 tys. biogazowni. Najwięcej jest ich w Niemczech – ok. 10 tys., ponad 1500 we Włoszech, niemal 900 we Francji i przeszło 600 w Wielkiej Brytanii. W Polsce, pomimo tak dużego potencjału surowcowego, wybudowanych jest niewiele ponad 300 biogazowni (w tym 99 rolniczych), a żadna z nich nie wytwarza biometanu, który mógłby zostać wtłoczony jako paliwo do sieci gazowej. Jakie są zatem największe przeszkody, by Polska mogła rozwinąć się jako potentat w produkcji biometanu na szeroką skalę? Do głównych ograniczeń eksperci zaliczają m.in. wymagający proces obsługi instalacji, a także brak odpowiednich regulacji prawnych. Obecnie inwestycja w biogazownie wymaga uzyskania bardzo dużej liczby pozwoleń oraz zgromadzenia szerokiego zakresu dokumentacji, w związku z czym zablokowana zostać może na wielu etapach jej realizacji. Rząd pracuje jednak nad tym, by precyzyjnie uregulować kwestie prawne związane z rynkiem biogazu i biometanu w naszym kraju. Zmiana regulacji prawnych pozwoliłaby na przykład na możliwość uzyskiwania przez przedsiębiorców dodatkowych systemów wsparcia, co bez wątpienia zwiększyłoby atrakcyjność inwestycji w tego typu technologie. Problemem, który również napotyka wielu krajowych inwestorów oraz właścicieli instalacji biogazowych są protesty społeczne, wywołane najczęściej wydzielaniem się nieprzyjemnych zapachów z terenu biogazowni lub obawą przed takimi emisjami wśród lokalnych społeczności.

Bogactwo surowców

Biometan, który powstaje w procesie uzdatniania biogazu, by móc być tłoczonym do sieci dystrybucyjnych, powinien spełnić wszystkie parametry gazu wysokometanowego. Dzięki temu odbiorcy końcowi nie odczuwają żadnej różnicy w działaniu urządzeń zasilanych gazem, niezależnie od tego, jak dużą cześć dostarczanego im paliwa stanowi to paliwo odnawialne. Do jego produkcji potrzebny jest surowiec organiczny (tzw. substrat), a koszt jego pozyskania zależy od rodzaju danego surowca. Podstawowe, najbardziej wydajne źródła biogazu stanowią surowce takie jak: obornik i gnojowica, pomiot ptasi, kiszonki z traw, odpady owocowo-warzywne, odpady z ubojni i rzeźni, a także odpady z cukrowni, gorzelni, i mleczarni, odpady z przetwórstwa żywności oraz przeterminowana i zepsuta żywność (refood). Naukowcy z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu oszacowali możliwość wykorzystania odpadów z przemysłu rolno-spożywczego w naszym kraju na równowartość blisko 8 mld m3 metanu rocznie. Krajowe zużycie gazu ziemnego wynosi obecnie około 17 mld m3 rocznie, z czego 13,5 mld stanowi import spoza Unii Europejskiej (najczęściej z Rosji). Oznacza to, że ponad 60% importowanego przez Polskę gazu ziemnego, zastąpione może zostać produkowanym na krajowym podwórku paliwem gazowym – biometanem.

Impuls od NCBR

Z inicjatywą zrewolucjonizowania polskiego sektora biogazowego, w celu wykorzystania jego bardzo wysokiego potencjału, wyszło Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR), które w grudniu ogłosiło przedsięwzięcie o nazwie „Innowacyjna Biogazownia”. Zadaniem wybranych przez NCBR podmiotów będzie opracowanie uniwersalnej, zautomatyzowanej i prostej w obsłudze, samowystarczalnej energetycznie technologii, która nie będzie emitowała do środowiska uciążliwych dla człowieka odorów. Celem nadrzędnym przedsięwzięcia, które zakończone zostanie w 2023 roku, jest oczywiście uzyskanie technologii pozwalającej na produkcję oraz wtłaczanie biometanu do sieci gazowej. Na jego osiągnięcie NCBR przeznaczyło budżet w wysokości 29,5 mln zł.

– Zakładamy, że pojawienie się na rynku innowacyjnej technologii, opracowanej w toku prac badawczo-rozwojowych może stanowić impuls dla rozwoju polskiego sektora biogazu i biometanu, a także wpisać się we wzrostowy trend wykorzystania tego źródła energii odnawialnej w Europie i w Polsce. Dzięki naturalnym warunkom i wydajności źródeł mamy wielki potencjał, by stać się potentatem. Polska technologia to również szansa dla polskich firm na eksport na szeroką skalę informuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Opracowana technologia usprawni dekarbonizację polskiego systemu energetycznego, a tym samym skrócenie łańcucha dostaw paliw kopalnych. Obydwa te działania są wymagane przez Unię Europejską w strategii „Europejskiego Zielonego Ładu”. Jest to plan mający na celu przekształcenie Unii w nowoczesną i konkurencyjną gospodarkę, która w 2050 r. ma osiągnąć zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych. Planowane efektywne i zrównoważone wykorzystywanie biomasy doskonale wpisuje się w te założenia.Biogazownia

Trwa nabór, powstanie także centrum badawcze

Firmy i podmioty chcące wziąć udział w przedsięwzięciu „Innowacyjna Biogazownia” zgłaszać się mogą do 8 lutego 2021 roku w otwartym naborze. Do 1 kwietnia 2021 roku NCBR dokona wyboru 4 wykonawców technologii, którzy wejdą do I etapu. W I kwartale 2021 roku nastąpi także wybór partnera strategicznego, który udostępni teren pod realizację przedsięwzięcia i będzie nim zawiadywał. W rekomendowanym przez niego miejscu powstanie centrum technologiczno-badawcze, w którego skład wejdą prototypy stworzone przez uczestników przedsięwzięcia, a także zwycięski demonstrator biogazowni. Do NCBR będą mogły zgłaszać się instytucje, które dysponują odpowiednim potencjałem w tym zakresie.

NCBR zauważa przynajmniej trzy możliwe kierunki rozwoju technologii po zakończeniu przedsięwzięcia, są to: stworzenie technologii dla gmin, która uniezależni je energetycznie, stworzenie krajowej sieci biogazowni, a także opracowanie technologii mającej indywidualne zastosowanie dla rolników i inwestorów posiadających bazę surowcową. Projekt NCBR wpisuje się m.in. w ambitne plany PGNiG, największego krajowego przedsiębiorstwa zajmującego się poszukiwaniami i wydobyciem gazu ziemnego oraz jego importem, którego prezes zapowiedział w sierpniu ubiegłego roku, iż w ciągu 10 lat w Polsce powstanie od 1500 do 2000 biogazowni. PGNiG spodziewa się, że do 2025 roku około 1,5 mld m3 biometanu będzie wtłaczane do sieci gazowej grupy.

„Innowacyjna Biogazownia” jest tylko jednym z kilku przedsięwzięć prowadzonych przez NCBR, które mają na celu zmianę reguł gry polskiej gospodarki. W ramach tej transformacji, opracowane mają być również m.in. nowoczesne oczyszczalnie ścieków czy budynki efektywnie energetyczne. Wszystkie przedsięwzięcia zostały wybrane pod kątem ich potencjału masowego wdrożenia i możliwości stania się polską specjalnością.

Aktualne informacje oraz dokumentację przedsięwzięcia „Innowacyjna biogazownia” można znaleźć na stronie internetowej Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Projekt realizowany jest w ramach projektu pozakonkursowego pn. Podniesienie poziomu innowacyjności gospodarki poprzez realizację przedsięwzięć badawczych w trybie innowacyjnych zamówień publicznych w celu wsparcia realizacji strategii Europejskiego Zielonego Ładu (w ramach poddziałania 4.1.3 Innowacyjne metody zarządzania badaniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój).

Projekt realizowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Warunki oceny, czy transakcja kontrolowana ma charakter jednorodny

Przepisy w zakresie dokumentacji cen transferowych zmieniają się praktycznie co roku. Fiskus coraz większą wagę przykłada do tego tematu, stąd też potrzeba licznych zmian. Jedną z nich jest zmiana w zakresie podmiotów zobowiązanych do raportowania transakcji. Przy wypełnieniu obowiązku przygotowania dokumentacji cen transferowych za 2019 r. nie jest już ważna wysokość przychodów i kosztów wygenerowanych przez podatnika czy też wartość transakcji z jednym podmiotem, ale wysokość poszczególnych transakcji o charakterze jednorodnym. Może to mieć istotne znaczenie przy ustalaniu, czy podmiot w danym roku będzie w ogóle zobowiązany do przygotowania dokumentacji cen transferowych.

Kiedy powstaje obowiązek przygotowania dokumentacji TP?

Obowiązek przygotowania lokalnej dokumentacji cen transferowych powstaje dla kontrolowanych transakcji jednorodnych o wartości przynajmniej 10 mln zł w przypadku transakcji towarowej lub finansowej, o wartości 2 mln zł w przypadku transakcji usługowej lub innej transakcji oraz 100 tys. zł w przypadku transakcji z podmiotami z tzw. rajów podatkowych.

Wartość transakcji jednorodnych ustalana jest bez względu na liczbę dokumentów księgowych. Bez znaczenia jest także fakt, czy transakcja realizowana jest z jednym, czy z wieloma podmiotami powiązanymi. Istotne jest natomiast wypełnienie kryteriów transakcji jednorodnej określonych w art. 11k ust. 5 ustawy o CIT / art. 23w ust. 5 ustawy o PIT.

Istotne jest zatem, aby przy weryfikacji, czy podmiot zobowiązany jest do przygotowania dokumentacji cen transferowych, prawidłowo ustalić transakcje jednorodne podlegające obowiązkowi raportowania. Przy kwalifikacji transakcji do transakcji jednorodnych należy wziąć pod uwagę cztery istotne elementy opisane poniżej.

Jednolitość transakcji w ujęciu ekonomicznym

Jednolitość ekonomiczną należy rozumieć jako dokonywanie transakcji na podobnych warunkach wynikających z umów, w oparciu o podobny przebieg transakcji czy model współpracy. Co istotne, analizy należy dokonać w oparciu o wszystkie transakcje łącznie, nie pojedyncze, oderwane od całej transakcji. Innymi słowy, podatnicy, przygotowując dokumentację, powinni patrzeć na dokonywane transakcje bardzo szeroko, a o jednorodności decyduje analiza całości warunków współpracy i transakcji. Tytułem przykładu można wskazać na sytuację sprzedaży części zamiennych do pojazdów. Transakcją jednorodną w ujęciu ekonomicznym będzie zarówno sprzedaż silnika, jak i sprzedaż pojedynczej lampy, ponieważ sensem ekonomicznym obu transakcji jest sprzedaż części zamiennych. Jeżeli jednak podatnik oprócz dokonywania sprzedaży nowych części zamiennych dokonywałby jeszcze regeneracji i sprzedaży używanych części, wtedy takie transakcje mogą mieć różne ekonomiczne znaczenie.

Kryteria porównywalności określone w przepisach wykonawczych

W zakresie określenia kryteriów porównywalności wydane zostało rozporządzenie Ministra Finansów w sprawie cen transferowych w zakresie podatku dochodowego od osób prawnych z dnia 21 grudnia 2018 r. (Dz.U. z 2018 r. poz. 2491). W ramach badania jednorodności i kryteriów porównywalności transakcji pod uwagę należy wziąć:

  • cechy charakterystyczne usług, towarów albo innych świadczeń;
  • pełnione funkcje, ponoszone ryzyka, zaangażowane aktywa w przeprowadzanych transakcjach;
  • warunki transakcji wynikające z umowy albo innego dokumentu;
  • warunki ekonomiczne występujące w danym miejscu i danym czasie;
  • strategię gospodarczą.

W przypadku wystąpienia znaczących, istotnych różnic przy analizie powyższych kryteriów takie transakcje nie będą kwalifikowane jako jednorodne.

Dodatkowo ustawodawca w wyżej wymienionym rozporządzeniu wskazał kryteria porównywalności dla transakcji obejmujących wartości niematerialne, gdzie dodatkowo uwzględnia się zdolności do pełnienia funkcji i ponoszenia ryzyka w zakresie posiadania tytułu prawnego do danej wartości niematerialnej, jej tworzenia, rozwijania, ulepszania czy wykorzystania.

Z kolei w przypadku trudnych do wyceny wartości niematerialnych pod uwagę należy wziąć dodatkowo informację, czy podmiot niepowiązany w porównywalnych okolicznościach renegocjowałby pierwotne warunki ustalone przez strony, przyjąłby w rozliczeniu transakcji płatności warunkowe czy dokonałby rekalkulacji ceny w oparciu o klauzulę umowną dotyczącą zmiany ceny.

Metody weryfikacji cen transferowych

Transakcje można uznać za jednorodne, jeżeli sposób ustalenia ceny transferowej był ten sam. Ceny transferowe można ustalać w oparciu o jedną z metod: porównywalnej ceny niekontrolowanej; koszt plus; ceny odprzedaży; podziału zysku; marży transakcyjnej netto lub w przypadku, gdy nie jest możliwe zastosowanie powyższych metod w oparciu o inną metodę najbardziej odpowiednią w danych okolicznościach. Zatem kolejną przesłanką za uznaniem, że transakcja ma charakter jednorodny, jest zastosowanie tej samej metody ustalania ceny.

Ponadto podatnicy w przypadku analizy jednorodności transakcji powinni także uwzględnić inne istotne okoliczności transakcji kontrolowanej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Brexit zmienia logistykę. Droższa wymiana handlowa i zdecydowanie większa biurokracja

Zmiany są wielkie – zarówno pod kątem podatkowym jak i administracyjnym. Pierwszy miesiąc Brexitu to próba odnalezienia się w nowej sytuacji i problem ten dotyczy zarówno Wielkiej Brytanii jak i krajów z którymi Zjednoczonej Królestwo prowadziło wymianę handlową. – Po pierwszym miesiącu mogę powiedzieć, że Wielka Brytania nie była przygotowana na Brexit.  Zmiany są ogromne i o ile pewne rzeczy w zakresie logistyki są proste, tak przygotowanie klientów do warunków współpracy przy eksprcie i imporcie jest zupełnie nowym, często bardzo trudnym zadaniem. Klienci przygotowali się do pewnego systemu działania, który teraz działać będzie już zupełnie inaczej. Musimy liczyć się ze wzrostem kosztów wymiany handlowej oraz zwiększoną biurokracją, która będzie dotkliwa dla firm zajmujących się rozliczaniem oraz podatkami – mówi Laura Hołowacz, Prezes Grupy CSL.

Dzięki „Grupie Brexitowej” CSL radzi sobie z nowym systemem działania w kontekście zmian w Wielkiej Brytanii

Wielka Brytania nie jest już członkiem Unii Europejskiej. Nie ma zaskoczenia w tym, że Brexit doszedł do skutku, ale jego formuła „rzutem na taśmę” powoduje, że po nowym roku nastąpił wielki chaos w relacjach handlowych i gospodarczych. Rykoszetem dostało się również logistyce, która niemal do ostatniego momentu nie wiedziała jak wyglądać będą nowe relacje gospodarcze, w tym przekraczanie granicy, opłaty celne, pozwolenia czy rozliczenia podatkowe. Jak mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz chaosu w tym temacie jest mnóstwo i tylko sprawnie działające przedsiębiorstwa, które od dawna przygotowywały się na Brexit są w stanie dynamicznie sprostać operatorom zajmującym się importem i eksportem z i do Wielkiej Brytanii.

– Grupa CSL wypracowała swoje mechanizmy działania w relacjach z Wielką Brytanią. Mamy procedury dla klientów zarówno pod kątem celnym jak i podatkowym. Od jesieni 2020 przybyło trzech klientów, a rozmawiamy z kolejnymi. Zostali oni poniekąd „porzuceni” przez firmy, które obsługiwały ich dotychczas, a stwierdziły, że meandry nowego systemu handlowego są zbyt trudne do opanowania w tak szybkim tempie. My również wszystkiego się uczymy, ale powołana przez CSL Grupa Brexitowa od kilku miesięcy przygotowywała się na różne scenariusze Brexitu. Wdrażamy więc w życie ustalenia jednego z analizowanych wariantów. Jesteśmy krok do przodu – mówi Laura Hołowacz, Prezes Grupy CSL.

Więcej administracji, wyższe ceny, mniejsze zainteresowanie firm logistycznych współpracą handlową z Wielką Brytanią

Po miesiącu faktycznego Brexitu trudno mówić o podsumowaniach i prognozach, ale można mówić o wrażeniach, a te nie są najlepsze. – Jestem zaniepokojona gospodarczym losem Wielkiej Brytanii. Brexit i Koronawirus to jest duet morderczy dla brytyjskiej gospodarki. Nie jestem przekonana czy efektem tych dwóch sytuacji nie będzie poważna recesja – mówi Prezes Grupy CSL Laura Hołowacz.

Konsekwencje Brexitu będą bolesne dla mieszkańców Wielkiej Brytanii, ale i dla gospodarki w całej Unii Europejskiej: – Ceny pójdą mocno w górę, bo taryfy towarowe nie zostały kompletnie wynegocjowane i są duże różnice w porównaniu z tymi, które obowiązywały do tej pory. Brytyjczycy odczują Brexit w swoich kieszeniach. Do tego postoje na granicach, nowe zobowiązania celne, brak odpowiednich procedur dla przewoźników. Jestem pewna, że będzie to skutkowało wzrostem cen oraz zmniejszeniem zainteresowania obrotem handlowym z Wielką Brytanią. Zmieniły się wszystkie zasady i na pewno ten pierwszy czas, będzie czasem próby dla brytyjskiej administracji – mówi Prezes Laura Hołowacz.

– Polska jako wielki producent ma dużą szansę na przejęcie pewnych rynków. Jestem przekonana, że będziemy wysyłać do Wielkiej Brytanii więcej towarów. Dla Grupy CSL to jest szansa, bo wiele firm logistycznych jest nieprzygotowanych do obsługi klientów spoza Unii Europejskiej. Jesteśmy w bieżącym kontakcie z Krajową Administracją Skarbową, Polską Izbą Spedycji i Logistyki oraz naszymi partnerami z Wielkiej Brytanii. Spodziewam się w 2021 rozwoju na tym rynku dla naszej grupy, choć oczywiście dla całej gospodarki lepiej byłoby, gdyby do Brexitu nie doszło – dodaje Prezes Laura Hołowacz.

Kryzys kryzysowi nierówny – jak koronawirus traktuje różne branże?

Kryzys gospodarczy, spowodowany epidemią koronawirusa, każdego traktuje inaczej. Szczególnie widać to na przykładzie przedsiębiorstw, które muszą radzić sobie z nową sytuacją. Specyficzne okoliczności, w jakich żyjemy – jednym dają nowe możliwości rozwoju, a innym odbierają klientów i pole działania. Ci, którzy pracują w branży IT, zajmują się komunikacją cyfrową i e-commercem – święcą triumfy. Niewiele kłopotów mają również sektory produkcyjny i budowlany. Jednak ci przedsiębiorcy, którzy zajmują się usługami, turystyką, gastronomią czy hotelarstwem – zostali przyparci do muru. Dużą rolą państwa jest więc wprowadzenie takich działań osłonowych, by w maksymalnym stopniu chroniły przedsiębiorstwa tracące na kryzysie najwięcej. Ma on bowiem kształt litery K: są branże, które radzą sobie relatywnie dobrze, i te, które są w bardzo trudnej sytuacji. Nie jest winą przedsiębiorców, że znaleźli się w tych gałęziach, które idą w dół – a nie wybrali tych, które dzisiaj zyskują na znaczeniu i mają dobre wyniki finansowe.

– Sektor usługowy to jedna z tych branż, które raportują największe trudności płynnościowe. To także jeden z niewielu sektorów, który dzisiaj ma ujemny bilans jeśli chodzi o plan zatrudnieniowy: planuje zwalniać więcej osób, niż zatrudniać – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Granica między firmami, które mocniej lub słabiej odczuwają skutki kryzysu, przebiega też na osi wielkości. W zupełnie innej sytuacji są dzisiaj duże firmy – które mają relatywnie dobrą płynność finansową, niż mikro i małe przedsiębiorstwa – gdzie sytuacja płynnościowa jest najtrudniejsza. Oczywiście, żadne subwencje i działania odraczające koszty nie zastąpią wolnego rynku. Do momentu, aż sytuacja epidemiczna się nie ustabilizuje, kondycja przedsiębiorców będzie bardzo trudna. Działanie państwa w tym zakresie jest bardzo istotne – żeby tym przedsiębiorcom, którzy przed pandemią mieli dobrze wyregulowane biznesy, pomóc utrzymać się na powierzchni. To bardzo ważne – bo poczucie niesprawiedliwości wśród przedsiębiorców, często uzasadnione, jest dosyć wyraźne – wskazuje Kubisiak.

PPK – przekonać nieprzekonanych mogą tylko pieniądze

Z badań przeprowadzonych przez PFR TFI wśród pracowników dużych firm wynika, że ok. 75% z nich oszczędza z myślą o emeryturze. Ciągle jednak najczęściej odkładamy pieniądze na lokatach bankowych, inwestując w euro lub dolary albo po prostu trzymając gotówkę na czarną godzinę. Polacy coraz chętniej sięgają po wyspecjalizowane produkty emerytalne, wciąż jednak z rezerwą podchodzą do inwestowania.PPK – przekonać nieprzekonanych mogą tylko pieniądze

Dane dotyczące sposobów i form oszczędzania i inwestowania zostały opublikowane w raporcie Motywacja do oszczędzania i uczestnictwa w Pracowniczych Planach Kapitałowych w grudniu 2020 r. Badanie przeprowadzono na grupie ponad 400 osób pracujących w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej 250 pracowników, czyli tych, które do PPK przystąpiły najwcześniej. Co czwarty badany (24%) deklaruje uczestnictwo w Pracowniczych Planach Kapitałowych, a 16% osób odkłada środki w ramach Pracowniczych Planów Emerytalnych (PPE). Z dodatkowych programów emerytalnych, takich jak IKE lub IKZE, korzysta 14% przyszłych emerytów. Z kolei po polisy ubezpieczeniowe sięga 16% respondentów. Zdecydowana większość, bo aż 42%, oszczędza jednak przede wszystkim na lokatach bankowych. Także tych, które dziś oprocentowane są na umowne 0% i do których – biorąc pod uwagę inflację – dopłacamy. Według danych NBP na koniec listopada 2020 r. wartość depozytów gospodarstw domowych wyniosła 953,48 mld zł.

Przekonać nieprzekonanych mogą tylko pieniądze

Na program Pracownicze Plany Kapitałowe większość pracowników nadal patrzy z dystansem i ogranicza swoje zaangażowanie właściwie tylko do obserwowania. To nic nowego. Tego rodzaju rozwiązania, które dobrze sprawdzają się m.in. w Wielkiej Brytanii, Holandii, Islandii, czy Nowej Zelandii, w pierwszym okresie wprowadzania również były traktowane przez zatrudnionych z dużą rezerwą i ostrożnością.

– Na zmianę nastawienia musimy poczekać. Warto przypomnieć, że Pracownicze Plany Kapitałowe to niezwykle ważny projekt, dzięki któremu miliony Polaków otrzymało narzędzie do gromadzenia i pomnażania oszczędności w perspektywie długoterminowej. Uważam, że z czasem także i u nas PPK realnie wpłyną na standard życia na emeryturze. Dlatego misją, jaką sobie wyznaczyliśmy, jest nie tylko skuteczne zarządzanie programem, lecz także promowanie oszczędzania długoterminowego i edukacja finansowa. Jestem przekonana, że PPK mogą być skutecznym narzędziem w budowaniu poduszki finansowej na przyszłość – podkreśla Ewa Małyszko, prezes PFR TFI.

Pierwsze efekty, pierwsze podsumowania

Oczywiście musimy pamiętać, że PPK to program długoletni, a jego efektywność zależy m.in. od wieku pracownika oraz od tego, kiedy przystąpił do PPK. Tutaj nie da się niczego przyspieszyć ani skrócić. Żeby kapitał nabrał wymiernego znaczenia i stanowił dla nas dodatkowe źródło utrzymania, gdy przejdziemy na emeryturę, musimy go budować latami. Dlatego rok to z jednej strony zdecydowanie za mało, żeby wyciągać daleko idące wnioski, a z drugiej – wystarczający okres, by zobaczyć, że w PPK warto pozostać.

Według danych na koniec trzeciego kwartału 2020 r. przeciętnie w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2020 roku uczestnik PPK na swoim koncie prócz własnych wpłat zgromadził o 86%, a po czterech kwartałach – już o 95% środków więcej niż wynoszą jego wpłaty. Mówiąc inaczej, po roku oszczędzania w programie na koncie statystycznego pracownika jest o 1378 zł więcej niż wyniosły jego własne wpłaty. Poza środkami, które do wpłat każdego zatrudnionego (minimum 2% wynagrodzenia) dołożył pracodawca (minimum 1,5% wynagrodzenia pracownika), na rachunki oszczędzających wpłynęły wpłaty powitalne od państwa w wysokości 250 zł, dopłata roczna 240 zł i zysk wypracowany przez instytucje finansowe zarządzające programem, szacowany średnio na ok. 325 zł. Na początku 2021 r. na rachunkach w PPK zebrano już 2,75 mld zł. Ponad połowę tej kwoty (50,8%) wpłacili pracownicy. Reszta, czyli 49%, pochodzi z wpłat pracodawców i Skarbu Państwa.

Zobaczyć i uwierzyć

Uwierzyć na słowo? Dać się przekonać opowieściami? Nie. To tak nie działa. Polacy lubią konkrety. Dlatego tak istotnym elementem PPK jest serwis umożliwiający bezpośredni dostęp do informacji o stanie rachunku, historii wpłat i złożonych dyspozycji.

– Pracownicy, którzy już rok temu przystąpili do programu, widzą efekty oszczędzania. To są konkretne kwoty, które co miesiąc zasilają ich prywatne rachunki PPK – zapewnia prezes Ewa Małyszko i dodaje: – Jestem przekonana, że tylko właściwa i odpowiedzialna komunikacja może przesądzić o powodzeniu programu – zarówno dla pracodawcy, jak i dla pracownika. Oszczędzającym daje gwarancję, że zarządzająca ich środkami instytucja finansowa traktuje ich z należytą uwagą, pracodawcom – że zawsze mogą liczyć na pomoc i wsparcie, a instytucji finansowej – że nagrodą za dobrze i efektywnie prowadzony program będą pracownicy przystępujący do niego w kolejnych latach.

Liczyć na siebie czy liczyć na ZUS?

Nie ma wątpliwości – emerytura z ZUS będzie niska. W 2020 r. średnia wysokość wypłacanej emerytury wynosiła 2200 zł i stanowiła ok. 54% przeciętnego wynagrodzenia. Według prognoz za 30 lat przyszli emeryci otrzymają średnio 1200 zł emerytury, co będzie stanowić już tylko 29% przeciętnego wynagrodzenia. Lepiej więc raczej nie będzie.

– A mimo to Polacy wykazują umiarkowane zainteresowanie dodatkowymi metodami oszczędzania na przyszłość, wybierając zazwyczaj dobrze znane, ale mało efektywne produkty finansowe. Motywacja do oszczędzania zmienia się wraz z wiekiem. Dla młodszych emerytura jest wciąż odległą perspektywą, ich uwagę pochłaniają bieżące wydatki i plany, takie jak np. zakup mieszkania czy założenie lub powiększenie rodziny. Wraz z wiekiem i osiąganiem życiowej stabilizacji troska o środki finansowe na emeryturę wyraźnie rośnie – podsumowuje prezes E. Małyszko.

Zdecydowana większość badanych (74%), którzy do programu przystąpili w pierwszej turze, deklaruje, że zamierza pozostać w PPK aż do osiągnięcia 60. roku życia, co pozwoli na maksymalne wykorzystanie zalet i korzyści programu. Przy czym bardziej zdecydowani są mężczyźni oraz osoby w wieku 50–55 lat, a więc ta grupa uczestników, której do 60. urodzin pozostało stosunkowo mało czasu. Niewielu spośród badanych zdecydowało się na odprowadzanie dodatkowych wpłat na PPK. Zarówno pracownik, jak i pracodawca mają możliwość zwiększenia wpłat do poziomu maksymalnie 4% wynagrodzenia. Aż 83% pracowników odprowadza jedynie wpłaty podstawowe, tylko 14% osób decyduje się na ich zwiększenie. Warto dodać, że uczestnik PPK może wielokrotnie zmieniać wartość dodatkowej wpłaty składając odpowiednią dyspozycję.

Każdą decyzję można zmienić

Pod koniec 2020 r., po wdrożeniu trzech pierwszych etapów, partycypacja w Pracowniczych Planach Kapitałowych wynosiła 30,4% ogółu zatrudnionych. Nie są to jednak pełne dane. Umów nadal nie podpisało ok. 8 tys. firm. Z kolei w tym roku do programu PPK będą przystępować najmniejsze firmy, zatrudniające do 19 osób, urzędy centralne, administracja wojewódzka i samorządowa oraz jednostki samorządowe, czyli np. szkoły, przedszkola, szpitale czy przychodnie. W sumie to ponad 830 tys. podmiotów zatrudniających ok. 6 mln osób.

Eksperci zakładają też, że część pracowników, którzy zrezygnowali z programu po kilku miesiącach, ostatecznie zdecyduje się na udział w nim. Z badań PFR TFI wynika, że taką opcję rozważa 16% osób, które wypisały się z PPK. Rozważając ewentualny ponowny udział w PPK, respondenci wymieniają szereg oczekiwań zarówno wobec programu, jak i dotyczących ich sytuacji życiowej. Najczęściej wymienianą kwestią jest stabilność zatrudnienia, a także wyższe zarobki, co według respondentów zwiększy ich skłonność do oszczędzania. Dla respondentów ważna jest także gwarancja prywatności i nienaruszalności środków. Przy czym warunek ten jest już spełniony, gdyż środki zgromadzone na koncie PPK są prywatną własnością uczestnika i podlegają dziedziczeniu.

Na trudne chwile i dla potomnych

Podobnie jak w badaniach PFR TFI, według tych przeprowadzonych przez Insurance Europe we współpracy z Polską Izbą Ubezpieczeń, oszczędzając na emeryturę, Polacy oczekują przede wszystkim bezpieczeństwa inwestycji – zadeklarowała to prawie połowa ankietowanych. Ważna jest też możliwość dziedziczenia odłożonych pieniędzy przez bliskich (46%) oraz wypłaty środków finansowych w momencie, kiedy będą potrzebne – nawet przed przejściem na emeryturę (43%).

Pomysłodawcy PPK uwzględnili takie rozwiązania. Przede wszystkim każdy uczestnik programu może wycofać zgromadzone oszczędności w dowolnym momencie przed 60. rokiem życia bez konieczności podawania przyczyny. Wypłata nie obejmie jednak całości zgromadzonych środków – odliczone zostaną od niej bowiem dopłaty pochodzące ze środków publicznych (wpłaty powitalna i roczne), 30% środków pochodzących z wpłat pracodawcy oraz 19-procentowy podatek od zysków kapitałowych wypracowanych przez pozostałą część środków pochodzącą z wpłat pracodawcy oraz wpłaty pracownika.

W wyjątkowej sytuacji losowej, takiej jak poważna choroba uczestnika, jego współmałżonka lub dziecka, a także w przypadku całkowitej niezdolności do pracy bądź umiarkowanego lub znacznego stopnia niepełnosprawności każdy oszczędzający w PPK ma możliwość wypłaty do 25% środków (jednorazowo lub w ratach). Możliwa jest też wypłata do 100% zgromadzonych pieniędzy na cele mieszkaniowe. Z tej możliwości mogą skorzystać tylko ci uczestnicy, którzy w dniu złożenia wniosku o wypłatę środków nie ukończyli 45 lat. Całość zgromadzonych na rachunku PPK pieniędzy podlega dziedziczeniu.

Chcę wiedzieć więcej

Przedstawione wyniki pochodzą z badania Motywacja do oszczędzania i uczestnictwa w Pracowniczych Planach Kapitałowych, przeprowadzonego we wrześniu przez agencję badawczą Difference we współpracy z PFR TFI SA. Badanie zrealizowano na reprezentatywnej próbie osób w wieku 18–55 lat, pracujących w dużych firmach (zatrudniających ponad 250 osób). W badaniach wykorzystano pogłębione wywiady indywidualne oraz ankiety internetowe zrealizowane metodą CATI. Próba wyniosła 417 osób.

Czego boją się Polacy? Na pewno nie sztucznej inteligencji

Zaledwie co trzeci Polak obawia się rozwoju sztucznej inteligencji, wynika z raportu Pew Research Center. W zestawieniu z innymi krajami nadwiślański entuzjazm wydaje się zaskakująco wysoki. Tylko 28% respondentów uważa, że ekspansja SI to coś złego. Czy pomoże nam to odbudować się po kryzysie?

Polacy sztucznej inteligencji się nie boją! Przynajmniej tak wynika z ostatnich badań Pew Research Center. Ośrodek badawczy z siedzibą główną w USA opublikował raport, z którego wynika, że zaledwie mniej niż jedna trzecia (28%) naszych rodaków obawia się rozwoju sztucznej inteligencji.

Po przeciwnej stronie znajdują się entuzjaści SI, których jest u nas aż 40%. Skąd taka różnica i dlaczego tak wielu zwolenników ma ta technologia? Grzegorz Kosiński, CEO Audience Network uważa, że powodów może być kilka, ale najważniejszy jest jeden – O Sztucznej Inteligencji mówi się od dawna i ludzie przywykli do samego terminu i technologii. Te pozytywne nastroje przekładają się również na aktywność biznesu. Firmy coraz śmielej wykorzystują sztuczną inteligencję. Szacujemy, że tegoroczna wartość polskiego rynku danych wyniesie blisko 40 mln USD, co oznacza ponad 22% wzrost w porównaniu z rokiem poprzednim. Dane są tym dla SI, czym ropa dla silnika spalinowego, tj. paliwem, który pozwala na jej efektywne działanie.

Grzegorz Kosiński uważa, że prawdziwym poligonem doświadczalnym dla SI była reklama internetowa. Dzięki Big Data oraz programatycznemu zakupowi mediów komunikacja on-line całkowicie zmieniła swoje oblicze. Algorytmy SI zaczęto wykorzystywać do tworzenia spersonalizowanych kampanii, które osiągają dużo lepszą skuteczność, niż działania o szerokim zasięgu. Korzystając z uczenia maszynowego i analizy dużych zbiorów anonimowych danych, SI jest w stanie zapewnić firmom głęboki wgląd w profile swoich klientów. Biznes może nie tylko hiper-personalizować interakcje, ale jest również w stanie przewidzieć przyszłe zachowania klientów, wykorzystując zebrane informacje.

Champion innowacji?

W tej nietypowej statystyce Polacy okazują się jednym z najbardziej otwartych na rozwój SI narodów. Niewiele jest europejskich krajów, które mogą pochwalić się niższym wskaźnikiem negacji rozwoju sztucznej inteligencji. W zasadzie ustępujemy tylko duetowi hiszpańsko-szwedzkiemu, który osiągnął odpowiednio 26 i 24 procent.

Również odnosząc się do globalnych statystyk, bliżej nam do prymusów w zakresie mentalnego wsparcia dla developmentu sztucznej inteligencji. Według PRC światowa mediana wynosi odpowiednio 33% dla sceptyków do 53% dla entuzjastów. Grzegorz Kosiński z Audience Network zwraca uwagę na regionalizację nastrojów: – Zagłębiając się w wyniki badań, szybko zauważymy, że w zależności od położenia geograficznego, odczucia respondentów związane z rozwojem SI mogą być skrajnie różne. Stary kontynent “stanął” na granicy pomiędzy krajami azjatyckimi, które okazują się bardzo liberalnie podchodzić do rozwoju SI, a sąsiadami zza wielkiej wody. USA, Kanada i Brazylia zaskakująco sceptyczne w tym kontekście.

Cyber-optymiści w przewadze

Jak wynika z badania PRC, ponad połowa wszystkich respondentów (53%) uważa, że rozwój sztucznej inteligencji lub wykorzystanie systemów komputerowych zaprojektowanych w celu naśladowania ludzkich zachowań jest dobrą rzeczą dla społeczeństwa, podczas gdy tylko co trzeci z nich (33%) uważa, że jest to coś złego. Czy ten wynik można nazwać zaskakującym? Grzegorz Kosiński z Audience Network – agencji, która wykorzystuje algorytmy bazujące na sztucznej inteligencji w swojej codziennej działalności, zwraca uwagę na okoliczności, w jakich realizowano badania – Od pewnego czasu możemy mówić o fali transformacyjnych technologii, które automatyzują miejsca pracy i wiele codziennych czynności, jak jazda samochodem, zakupy czy dostęp do treści. Nic, na co trafiamy dziś w sieci, nie jest przypadkowe. Cała konstrukcja instytucji, jaką jest internet, została obecnie dostosowana do możliwości sztucznej inteligencji – tłumaczy ekspert, a następnie dodaje: – Nic co widzisz w ekranie telefonu lub komputera, nie jest dziełem przypadku. Banery z reklamami, posty na Facebooku czy powiadomienia o nowych promocjach, wszystkie te formy komunikacji marki z klientem, realizowane są przy użyciu sztucznej inteligencji i danych behawioralnych, na co pozwala reklama w modelu programmatic.

Amerykańska firma konsultingowa Pew Research Center, która specjalizuje się w badaniach nastrojów i opinii społecznych zaprezentowała właśnie wyniki swoich najnowszych globalnych badań. Do wypełnienia ankiety zaproszono osoby z 20 krajów w Europie, Azji, Ameryce Północnej i Południowej. Na liście nie zabrakło również Polski. Zbieranie danych odbywało się na przełomie lat 2019-2020, jednak ich opracowanie i publikacja nastąpiły dopiero teraz.

Sprzyjająca rozwojowi sztucznej inteligencji atmosfera jest ważna, ponieważ nareszcie stopień jej zaawansowania i efektywności pozwala realnie rozszerzyć tradycyjne ludzkie możliwości. SI już dziś można wykorzystać w oprogramowaniu, które wspiera działanie firm, a koszty i trudność wdrożenia tego typu rozwiązań znacznie zmalały, co wpłynęło na liberalizację w dostępie. Jest to szczególnie ważne w sektorach, w których synteza lub przetwarzanie danych jest realizowane. Jednak wąskim gardłem może okazać się w tym przypadku luka kompetencyjna. Microsoft ostrzega, że dwie trzecie pracowników, ​​nie ma odpowiednich umiejętności cyfrowych, aby pełnić nowe i pojawiające się role w swoich organizacjach.

Polski przemysł – czy podda się czwartej rewolucji?

Wśród wielu odbiorców usług z sektora przemysłowego popularne jest stwierdzenie „digitalizacja fabryk” – rozumiane jako wdrażanie wszelkich rozwiązań związanych z przetwarzaniem danych i usprawnieniami procesów, ale stosowane w halach fabrycznych. Z drugiej strony zaobserwować można fakt stosunkowo słabego poddawania się polskiego przemysłu czwartej rewolucji przemysłowej. A jak w praktyce wygląda rzeczywistość? I jakie rozwiązania są wdrażane? O tym poniżej.

Powolna ewolucja, zamiast rewolucji?

W wielu halach fabrycznych technologie produkcji są unowocześniane, jednak w zakresie organizacji produkcji i logistyki wewnętrznej częściej spotyka się rozwiązania z epoki „trzeciej rewolucji przemysłowej” tzn. generowania za pomocą systemów klasy ERP krótkoterminowych planów produkcyjnych, a dalej produkcja dzieje się w dużej części w sposób „szamański”, czyli tak jak dawniej – na bazie wiedzy, praktyki i doświadczenia wybranych pracowników. Przyglądając się zmianom na rynku światowym, śmiało można wysnuć tezę mówiącą o tym, że polskie firmy także powinny być zainteresowane nowoczesnymi rozwiązaniami. Obecne nie spełniają bowiem potrzeb ich użytkowników i nie pozwalają efektywnie funkcjonować. Nieprzemyślane systemy logistyczne, brak odpowiedniego planu negatywnie wpływają na ocenę i kontrolę działań. W efekcie w firmie brakuje podstawowych informacji – kiedy i jaka czynność została wykonana, a to z kolei uniemożliwia ewentualną optymalizację działań, czy naprawę błędów. Odpowiedzią na to może być wdrożenie oprogramowania klasy MES przeznaczonego do zarządzania procesami produkcyjnymi i zarządzania logistyką wewnątrzzakładową oparte o nowoczesne metody oznaczeń (wspierającego obszartraceability” produktów). System MES informuje osoby odpowiedzialne za produkcję o jej faktycznym stanie, co pozwala rzetelnie ocenić efektywność działań. Można zatem powiedzieć, że łączy wirtualny świat planowania produkcji z rzeczywistym światem hali produkcyjnej.

Intralogistyka pomaga ciąć koszty

– Z uwagi na niski poziom automatyzacji logistyki w polskim przemyśle szczególny nacisk położony jest także na dotarcie do klientów w zakresie autonomicznych systemów intralogistyki. Sukces wdrożenia takiego systemu u jednego z naszych klientów, gdzie przewozi on tysiące palet miesięcznie, zupełnie bez ingerencji ludzi, skłania nas do przekonania co do celowości jego wdrożenia. Uzyskano spore oszczędności w zakresie kosztów osobowych i podniesiono jakości funkcjonowania procesów intralogistycznych – mówi Grzegorz Krupa – Dyrektor ds. Nowych Technologii firmy Etisoft.

A jaka będzie przyszłość w branży?

Przyszłość opiera się na trzech filarach: mierzalności, porządkowaniu, i ostatnim z nich, który nie może istnieć bez wcześniejszych – automatyzacji. Przyszłością logistyki są zatem projekty, których celem jest automatyzacja procesu kontroli, w tym kontroli produkcji oraz kontroli jakości (np. optymalizacja wydajności systemów intralogistycznych – automatyczna, bezobsługowa wymiana baterii w pojazdach typu AGV/AMR i zaawansowane algorytmy optymalizacji ruchu i kooperacji grupy pojazdów).

A co rozważać poza logistyką wewnętrzną?

Warto także pochylić się nad tematem systemów kontroli wizyjnej, choć jak mówi ekspert z Etisoft:

Trudniej jest nam przebić się z zaawansowanymi systemami wizyjnej kontroli jakości do osób zarządzających produkcją. Jest to dla nas trochę niezrozumiałe, gdyż potencjalne korzyści są jasne, konkretne i mierzalne. Systemy wizyjne nie tylko zmniejszają koszty kontroli jakości, ale według badań naukowych, osiągają dokładność ponad 94%, podczas gdy człowiek wykonujący tę samą czynność nie przekracza 70%. Na bazie kilku dokonanych przez nas wdrożeń w branży AGD możemy stwierdzić, że nasi klienci, którzy używają takich systemów, zamawiają je na kolejne linie produkcyjne i rozszerzają ich zakres działania.

PIE: Dobre wyniki produkcji na koniec 2020

Sektor przemysłowy osiągnął dwucyfrowy wzrost w grudniu. Kolejne miesiące dalej powinny przynosić dobre wyniki przetwórstwa, zwłaszcza w branżach nastawionych na eksport.

Dynamika produkcji przemysłowej wzrosła w grudniu z 5,9 do 11,2%r/r, znacznie powyżej mediany rynkowych prognoz (8,3%). Bardzo wysoki wzrost po części wynika z dodatkowych 2 dni roboczych względem ubiegłego roku – efekty kalendarzowe podniosły łączną dynamikę o ponad 4pp. Niemniej, nawet po ich pominięciu widzimy wyraźną poprawę produkcji zarówno w przypadku dóbr konsumpcyjnych, jak i inwestycyjnych.

Po raz kolejny bardzo dobre wyniki osiągnęli eksporterzy. Produkcja najmocniej wzrosła wśród producentów elektroniki (39,3%), sprzętu elektrycznego (39,1%) i tworzyw sztucznych. Przewaga tych sektorów nad pozostałymi branżami najprawdopodobniej utrzyma się także w kolejnych miesiącach. Zamówienia eksportowe wzrosły w listopadzie o 20,7%r/r, podczas gdy łączny portfel był większy o 15,1%. W efekcie popyt zagraniczny będzie napędzał aktywność sektora na początku roku.

Prognozujemy, że przemysł dalej osiągać będzie 4-5% wzrost na początku bieżącego kwartału, pomimo niesprzyjających efektów sezonowych. W marcu wynik będzie dwucyfrowy z uwagi na niską bazę porównawczą. Spodziewamy się dobrej kondycji eksportu. Dynamikę powiększać będzie też produkcja sektora energetycznego. Prawdopodobnie odbijać też będzie aktywność MSP – dotychczas odbudowa w tym segmencie jest wolniejsza względem dużych przedsiębiorstw.

Coccodrillo optymalizuje sieć sprzedaży

CDRL, właściciel marki Coccodrillo optymalizuje sieć sprzedaży stacjonarnej zarówno w Polsce jak i na rynkach zagranicznych. Mimo pandemii, w II półroczu 2020 r. zostało otwartych 12 nowych salonów franczyzowych. Obecnie na rynku Polskim spółka posiada łącznie 243 salony – większość z nich znajduje się przy ulicach, w związku z czym ok 150 salonów nie zostało objętych obowiązującym obecnie zakazem handlu. W trosce o bezpieczeństwo klientów, firma wprowadza szereg udogodnień.

Coccodrillo skupia się obecnie na umacnianiu sklepu internetowego, który w związku z pandemią i ograniczeniami, odnotowuje rekordowe wyniki sprzedaży. Równolegle, trwa optymalizacja sieci stacjonarnej. Spółka nie planuje otwierania kolejnych sklepów własnych w galeriach handlowych – wraz z zakończeniem umów, zostanie zamkniętych kilka sklepów. Coccodrillo nie rezygnuje jednak z rozbudowywania sieci stacjonarnej w formule franczyzowej – w ostatnim półroczu powstało 12 takich salonów w Polsce.

W minionym półroczu, Coccodrillo otworzyło również trzy sklepy franczyzowe w na Słowacji a także na Łotwie i we Włoszech. Firma rozwija się również poza Unią Europejską W ostatnich miesiącach otwarte zostały dwa sklepy monobrandowe w Rosji oraz dwa w Kazachstanie.

Coccodrillo nieustannie monitoruje sytuację związaną z pandemią koronawirusa i podejmuje szereg działań, dzięki którym klienci – szczególnie ci w sklepach stacjonarnych – mogli czuć się bezpiecznie. Spółka umożliwiła składanie zamówień przez telefon – usługa ta cieszy się dużym zainteresowaniem wśród klientów.

Trzymamy się tego, co znamy

Ostrożny optymizm stara się przeważać na rynkach. Powody pozostają wciąż te same – inwestorzy pokładają duże nadzieje w planach fiskalnych prezydenta USA Bidena, co z pomocą ultra-luźnej polityki Fed zapewni idealne warunki do umocnienia ryzykownych aktywów. Tło jest wszystkim znane, choć brakuje konkretnego impulsu, by wyrwać rynki do mocniejszego ruchu.

W rozkręceniu rajdu nie pomaga też fakt, że generalny optymizm jest zakłócany przez okresowe ryzyka związane z rozwojem wirusa i kłopotami z dystrybucją szczepionek. Podtrzymywanie oczekiwań, że za pół roku wszystko będzie wyglądać lepiej to jedno, ale nie da się całkowicie zagłuszyć obaw, że w międzyczasie lockdowny nie pogłębią recesji tak bardzo, że późniejsze odbicie będzie rozwleczone na dłuższy okres. Szum informacyjny wokół pandemii jest głośny, jednak patrząc ponad chwytliwe nagłówki pozostaję przy zdaniu, że pozytywny scenariusz dla globalnej gospodarki pozostaje bazowym. Pandemia nie uderza już w sektor przemysłowy, czego dowodzą ostatnie silne odczyty PMI dla tego sektora z Europy i USA. Także w USA fiskalny bodziec jest kwestią czasu niż szansą zależną od międzypartyjnego porozumienia. W weekend media donosiły, że Demokraci są gotowi forsować wydatki w trybie rekoncyliacyjnym, do czego potrzeba tylko 51 głosów w Senacie zamiast tradycyjnych 60. Nie wszystko z proponowanych przez Bidena 1,9 bln USD da się uchwalić w tym trybie, ale determinacja Demokratów pokazuje, że polityczne gierki (tj. opóźnianie legislacji, by obwiniać za to Republikanów) schodzą na dalszy plan.

Co jeszcze w tym tygodniu? Dane makro przestały istotnie wpływać na rynki – wiadomo, że przez COVID-19 odczyty aktywności wypadają słabo tam, gdzie restrykcje odciskają piętno. Ewentualne reakcje rynków pojawiają się przy odczytach PMI/ISM i raporcie NFP, ale na te przyjdzie poczekać do pierwszego tygodnia lutego. W tym tygodniu mamy posiedzenie FOMC (wt-śr), ale nie oczekuję niespodzianek. Ostatnie tygodnie przebiegły pod znakiem licznych komentarzy przedstawicieli FOMC wskazujących na różnice zdań co do przyszłości programu skupu aktywów, jednak głos członków zarządu (Powell, Clarida, Brainard) był spójny i wyraźnie wskazywał, że dyskusja o ograniczaniu tempa skupu nie rozpocznie się jeszcze przez wiele miesięcy. Oczekujemy, że na konferencji prasowej prezes Powell powtórzy, że obecnie nie jest jeszcze czas na rozważanie odejścia od ultra-łagodnego nastawienia. Przekaz powinien pozostać gołębi z przewaga negatywnych ryzyka dla USD.

Dziś w niemieckim indeksie Ifo obniżenie oceny bieżącej (zaostrzenie lockdownu) będzie równoważone przez poprawę oczekiwań wraz z zapowiedziami kanclerz Merkel zaszczepienia wszystkich chętnych do końca września. W tym tygodniu startuje też szczyt w Davos, tym razem całkowicie wirtualny. Prezes EBC Lagarde przemawia dziś dwukrotnie, ale jest mało prawdopodobne, aby mogła dodać coś więcej ponad to, co usłyszeliśmy w zeszłym tygodniu na konferencji po posiedzeniu banku. Pozostajemy pozytywnie nastawieni dla kierunku wzrostowego euro.

W Polsce dobra passa grudniowych danych sugeruje również pozytywne zaskoczenia w odczycie produkcji przemysłowej, szczególnie że sektorowi w mniejszym stopniu niż usługom doskwierają restrykcje. W piątek GUS poda też wstępny szacunek dynamiki PKB za 2020 r. Konsensus zakłada całoroczny spadek o 2,6 proc., ale lepsze dane grudniowe, szczególnie zaskakujące odbicie produkcji budowlano-montażowej, podnoszą oczekiwania. Kurs złotego ustabilizował się w wąskim przedziale 4,52-4,55 za euro, skąd docelowo liczymy na wyjście dołem, do czego jednak przydałby się silniejszy apetyt na ryzyko na rynkach zewnętrznych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Bolt ogłasza plany ekspansji w regionie Azji i Pacyfiku oraz Ameryki Łacińskiej

Bolt Franchise to program, który ma na celu zapewnić niedrogie, wygodne i odpowiedzialne usługi transportu miejskiego i dostaw dla większej liczby klientek i klientów na całym świecie. Pozwoli on przyspieszyć rozwój platformy Bolt poprzez ekspansję poza jej główne rynki w Europie i Afryce, do regionów takich jak Ameryka Łacińska i Azja. Bolt jest pierwszą platformą mobilności na świecie, która wprowadza międzynarodowy program franczyzowy usług z zakresu transportu na żądanie i dostaw jedzenia.

– W 2020 roku prawie podwoiliśmy liczbę naszych klientek i klientów, osiągając 50 milionów użytkowników w 40 krajach i 200 miastach. Bolt Franchise umożliwi lokalnym przedsiębiorcom korzystanie z naszej technologii i wiedzy rynkowej. Cieszymy się, że możemy zaoferować usługi transportowe, mikromobilne i dostaw milionom klientek i klientów w regionach Azji i Pacyfiku, Ameryki Łacińskiej i nie tylkopowiedział Nikita Utkins, Franchise Expansion Manager w Bolt.

Bolt połączy siły z wybranymi franczyzobiorcami w celu świadczenia usług mobilności na zasadzie udziału w przychodach. Przedsiębiorcy dołączający do Bolt Franchise będą odpowiedzialni za codzienną, lokalną działalność firmy, taką jak marketing, obsługa klienta oraz wprowadzanie kierowców i kurierów w działanie aplikacji. Firmy, które zdecydują się na współpracę z Bolt, mogą uruchomić jedną lub kilka usług, w tym przewozy osób, wypożyczanie urządzeń mikromobilnych z hulajnogami i rowerami elektrycznymi oraz dostawy żywności.

– Usługi na żądanie zdobyły już popularność, jednak ich potencjał w obszarze innowacji nie został jeszcze w pełni wykorzystany. W Bolt mamy wieloletnie doświadczenie we współpracy z lokalnymi partnerami w krajach takich jak Meksyk, Rosja i Arabia Saudyjska.  Chcemy dać lokalnym przedsiębiorcom dostęp do światowej klasy technologii i zapewnić lepszą jakość usług milionom ludzi dodał Nikita Utkins.

Czy 2021. będzie rokiem zielonej energii?

Najbliższe miesiące mogą okazać się przełomowe dla całego rynku energii ze źródeł odnawialnych. OZE już wcześniej notowało rekordowe zainteresowanie, zarówno ze strony klientów, jak i samych inwestorów. Trend wydaje się nie ustawać, pomimo niepewnych czasów dla innych branż. Szczególnie w roku 2021, spółki związane z zieloną energetyką nie będą musiały martwić się o przyszłość sektora.

Z rozpędem i bez giełdowej konkurencji

Ostatnia dekada stanęła pod znakiem dynamicznych wzrostów zużycia produktów OZE w tempie rocznym na poziomie (uśredniając) 13,7 proc. Według analityków z Międzynarodowej Agencji Energii (IEA), źródła odnawialne to także jedyna nisza, która notowała dwucyfrowe wyniki z całej branży i bezkonkurencyjny w kategorii kolejnych wzrostów pretendent do zajęcia czołowych miejsc na energetycznym podium. Najwięksi gracze? Chiny (odpowiadające za 70 proc. światowej produkcji paneli fotowoltaicznych), Unia Europejska (skupiająca jedne z największych rynków OZE) oraz Stany Zjednoczone (deklarujące powrót do Porozumienia paryskiego).

Na ogromny potencjał OZE reagowali również czujni inwestorzy. Jeszcze na jesieni 2020 roku, czyli w okresie tzw. drugiej fali epidemii, indeks Invesco Solar ETF TAN notował aż 144.1-proc. wzrosty. Sam wolumen opcji kupna ETF iShares Global Clean Energy w październiku ubiegłego roku odnotował skok na poziomie… 600 proc.! Biorąc pod uwagę sytuację na przestrzeni wszystkich 12 miesięcy, S&P Global Clean Energy wzrósł o ponad 177 proc. A energetyczna konkurencja? Indeksy, bazujące m.in. na węglu i tradycyjnych formach wydobycia, notowały regularne spadki: Dow Jones U.S. Coal o ponad 75 proc, a S&P 500 Energy o około 33 proc.

OZE w kuluarach

Optymistycznie dla zielonej energii rozkładają się również siły w rządowych kuluarach. Globalny rynek OZE może oczekiwać dużego wsparcia ze strony nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Joe Bidena, który zadeklarował, że USA wrócą do postanowień Porozumienia paryskiego. Z realizacji postanowień klimatycznych zrezygnował dokładnie 4 listopada 2020 roku Donald Trump, choć i ten fakt nie zniechęcił inwestorów do zielonej energii. Wagę słów prezydenta-elekta rynek odczuł jeszcze przed jego oficjalnym przejęciem władzy. Kandydat Demokratów planuje przekazać na rzecz rozwoju eko-gospodarki aż 2 mld dolarów. Jednak czy bez USA inwestujących w OZE, globalny rynek odwróciłby się od zielonej energii? Z pewnością nie. Na stanowczą politykę klimatyczną stawia również Unia Europejska.

Jednym z najbardziej strategicznych miesięcy 2021 roku będzie czerwiec. Wczesnym latem Komisja Europejska planuje przedstawić raporty z rewizji dotychczasowych regulacji klimatycznych, a także zaproponować zmiany w prawodawstwie klimatyczno-energetycznym. Całkiem możliwe, że wtedy też zapadną kolejne wytyczne dotyczące skali celów redukcji dwutlenku węgla. Już teraz grudniowy projekt Rady Europejskiej, dotyczący zwiększenia celu redukcji z 40 proc. na 55-proc. ograniczenie emisyjności, napawa optymizmem. Spółki zajmujące się zieloną energią będą miały jeszcze większe pole do rynkowego manewru, czego wyrazem jest m.in. inwestycja Respect Energy na Pomorzu, która w perspektywie najbliższych 30 lat przyczyni się do redukcji emisji CO2 o ok. 5 mln ton. Eksperci przewidują również, że całkiem możliwym scenariuszem jest wprowadzenie opłat uzależnionych od emisji CO2 z budynków i transportu. Zdaniem przedstawicieli Konfederacji Lewiatan, dla regionalnej branży energetycznej obiecujące mogą się wydawać specjalne rewizje dyrektyw Komisji w sprawie OZE.

Zielona energia szansą dla polskich inwestorów

Zarówno zmiany zza Atlantyku, jak i decyzje organów w Brukseli, będą rzutować na sytuację OZE w Polsce. Najbardziej strategiczne wydają się środki z ram finansowych na lata 2021-2027, a także NextGenerationEU, czyli m.in. Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF) oraz Fundusz Sprawiedliwej Transformacji. W 2. kwartale 2021 roku polski rząd musi przedstawić założenia tzw. sprawiedliwej transformacji. Plan m.in. rozbudowy krajowego sektora OZE będzie w dużym stopniu finansowany z pieniędzy unijnych. Ponad 30 proc. środków z UE jest dedykowane inwestycjom na ochronę klimatu i niskoemisyjną energetykę. Całkiem możliwe, że pierwsze fundusze trafią nad Wisłę jeszcze w tym roku.

Sam RRF to dla Polski zastrzyk gotówki na poziomie 23 mld euro w formie bezzwrotnych grantów oraz 34 mld euro w formie pożyczek. Co jednak z sektorem prywatnym? I w tym segmencie czeka nas sporo zaskoczeń. Jedną z najbardziej obiecujących inicjatyw jest partnerstwo strategiczne Respect Energy (dawniej TRMEW Obrót S.A.) i niemieckiego koncernu fotowoltaicznego GOLDBECK SOLAR GmbH. Pierwszy projekt duetu? Farma fotowoltaiczna w Zwartowie na Pomorzu, która ma być największą elektrownią tego typu w całej Europie Środkowo-Wschodniej o finalnej wartości ok. 200 mln euro. W obliczu tak dynamicznych zmian na globalnym rynku OZE, region powinien stanowczo wykorzystywać nadarzające się okazje. Na zielonej energii zyska nie tylko klimat, gospodarka, czy konsument. Cały anturaż dofinansowań, nowych inicjatyw oraz trendów to także ogromna szansa dla krajowych inwestorów.

Rok 2021 to dla branży OZE przede wszystkim czas na jak najszybsze wykorzystanie dostępnych już na rynku instrumentów. Dynamika wzrostu całego sektora jest jednym z głównych argumentów dla potencjalnych inwestorów, którzy chcieliby postawić na niszę wpisującą się nie tylko w rządowe strategie klimatyczne, ale i w mocny trend wśród samych konsumentów. Najbliższe miesiące powinny być dla sektora synonimem dużych zmian i niezwykle wytężonej pracy. Obserwując sytuację na krajowym rynku, już teraz widać pierwsze kroki w stronę całkowicie nowych standardów branży.

Sebastian Jabłoński

Nowy trend w branży TSL

Pandemia koronawirusa spowodowała zupełną zmianę percepcji na prowadzenie biznesu w niemalże każdym sektorze gospodarki. Nie inaczej stało się w branży TSL. Wśród przedsiębiorców transportowych wzrosło zainteresowanie inwestycjami w warsztaty, myjnie, czy powierzchnie magazynowe. Na rynku można również znaleźć firmy, które odnajdują się w imporcie i sprzedaży pojazdów, niejednokrotnie prowadząc przy tym własny transport czy spedycję. Z czasem to, co miało niwelować wydatki związane z utrzymaniem floty, staje się usługą oferowaną innym przewoźnikom. Taka dywersyfikacja przychodu jest popularniejsza za zachodnią granicą, jednak i w Polsce pojawia się coraz więcej firm, generujących dodatkowe zyski w ten sposób. Jakich trendów inwestycyjnych możemy się spodziewać w 2021 roku w branży TSL? Odpowiada Tomasz Czyż, ekspert GBox z Grupy INELO.

Zdaniem ekspertów z Grupy INELO, którzy przyjrzeli się strategiom, jakie polscy transportowcy realizują w dobie pandemii, krajowe przewozy i wynikające z nich przychody mogą wrócić do poziomy sprzed roku już niedługo. Dodatkowo, raport banku Santander na temat kondycji TSL w post pandemicznej rzeczywistości upatruje szans w rozwoju Nowego Jedwabnego Szlaku i ugruntowania Polski jako europejskiego hubu przeładunkowego. To okazja dla przewoźników, którzy oprócz floty posiadają infrastrukturę do obsługi pojazdów innych firm.

Analityczne trendy nakłaniają do zmian

Choć nie jest to wciąż normą, według obserwacji Grupy INELO zakładanie dodatkowej, okołotransportowej działalności to widoczny trend wśród polskich przewoźników. Rozbudowa na własne potrzeby warsztatu, myjni lub powierzchni magazynowej przekłada się po pewnym czasie na dodatkowy zarobek. Co skłania przewoźników do takich decyzji?

– Ostatnie 12 miesięcy przyniosło zauważalną zmianę przewoźników w podejściu do nowych technologii w transporcie. Wiele firm zdecydowało się na wdrożenie cyfrowych rozwiązań, takich jak np. TMS, umożliwiających dokładną analizę kondycji przedsiębiorstwa oraz zaplanowanie długofalowej strategii rozwoju. Niektórzy z nich postanowili zainwestować wolne środki w dywersyfikację swoich biznesów. Otworzyło się kilka nowych warsztatów – w praktyce wygląda to tak, że przedsiębiorca naprawia pojazdy nie tylko swoje, ale również innych przewoźników. Doskonałym przykładem może być również prowadzenie myjni dla cystern, które przed każdym załadunkiem muszą zostać umyte i uzyskać specjalny certyfikat. Ciekawa jest też dynamika rozwoju powierzchni magazynowych oraz przeładunkowych, które z czasem staja się nawet głównym źródłem dochodu firmy – komentuje Tomasz Czyż, ekspert GBOX, Grupa INELO.

Takie działania wynikają z prostego rachunku ekonomicznego: budowa multifunkcyjnej hali, magazynu czy zakup odpowiedniego sprzętu to inwestycja, która zwraca się po kilku latach i skutecznie ogranicza wysokie wydatki zostawiane w kasie pośredników. Strategia rozwijania firmy o kolejne usługi to także poduszka finansowa w niepewnych czasach, możliwość szybkiego przebranżowienia się, a także szansa na znalezienie dodatkowych oszczędności przy rozliczaniu podatków. W takich sytuacjach przedsiębiorcy korzystają również z dofinansowań UE czy krajowych funduszy wsparcia rozwoju.

Rekompensaty nierentownych frachtów?

Eksperci GBOX i INELO podkreślają, że prowadzenie dodatkowej działalności tylko po to, żeby uratować fracht mija się z celem. Rozbudowa oferty to raczej kolejny element rozwoju organizacji.

– Nie każdy przewoźnik decyduje się na wykupienie dla pojazdów pełnych pakietów serwisowych. Inni planują używać ciężarówek dłużej niż sam okres leasingu. To naturalne, że w takiej sytuacji posiadanie własnego warsztatu stacjonarnego pozwoli utrzymać flotę na wysokim poziomie niezawodności, co przekłada się bezpośrednio na niższe koszty eksploatacji, redukcję spalania i większą wartość odsprzedaży pojazdu – dodaje Tomasz Czyż.

Zdaniem Tomasza Czyża najpopularniejszym kierunkiem jest jednak rozwój własnej spedycji. Dzieje się tak, gdy pojazdy własne nie są w stanie obsłużyć wszystkich zleceń. Handel ładunkami nie wymaga praktycznie żadnej inwestycji finansowej. Niezbędne jest natomiast zbudowanie reputacji pewnego płatnika i profesjonalna obsługa klientów, gwarantująca rozszerzanie kontaktów, które przyniosą wymierny biznesowy efekt.

– Promowanie i rozwijanie nowych trendów jest możliwe dzięki zbudowanej wcześniej marce szanowanej w branży firmy z wieloletnimi tradycjami. To inspiruje innych przedsiębiorców do oferowania konkurencyjnych produktów i usług, przez co TSL nigdy nie stoi w miejscu i wciąż się rozwija – podsumowuje.

Polska specyfika?

Generowanie dodatkowego przychodu w branży TSL jest nie tylko polską specjalnością. To globalny trend, który na Starym Kontynencie widać szczególnie mocno w Europie Zachodniej. Wynika on z dużej swobody, jaką prywatni przewoźnicy cieszyli się tam od wielu lat w czasie, gdy blok wschodni borykał się z centralizacją gospodarki.

– Do rozwoju i sukcesu tych przewoźników często przyczyniały się właśnie pozostałe aspekty działalności, czyli usługi zewnętrzne i handel, które istotnie wpływały na finanse firmy – podsumowuje Tomasz Czyż.

Polska może stać się największym producentem energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych. Wymaga to modernizacji i budowy sieci przesyłowej w Polsce Północnej

Stabilne ramy prawne dla budowy polskich farm wiatrowych na Bałtyku ma zapewnić ustawa offshore’owa, którą w ubiegły czwartek podpisał prezydent. Prąd z wiatraków na morzu ma popłynąć już za kilka lat, ale wymaga to przyspieszenia inwestycji, również tych związanych z budową sieci dystrybucyjnych. Inwestycje w tym zakresie wymusza także rządowy plan rozwoju OZE i budowy elektrowni jądrowej. Boomu inwestycyjnego będzie potrzebować zwłaszcza północna Polska.

– Perspektywy dla budownictwa elektroenergetycznego na ten rok są zależne od rynku. W Polsce jesteśmy w okresie przejściowym, trwa zatwierdzanie polityki energetycznej państwa do 2040 roku. Dlatego dla wszystkich spółek zajmujących się sieciami energetycznymi, przesyłowymi czy dystrybucyjnymi jest to moment na aktualizację planów rozwojowych – mówi Mariusz Targowski, prezes zarządu Enpromu. – Na rynkach zagranicznych te decyzje zostały już podjęte i tam trwa etap wdrażania i uruchamiania planów rozbudowy sieci związanych z wyprowadzeniem mocy z farm offshore’owych. Mowa tu głównie o krajach, które leżą wzdłuż Morza Bałtyckiego i Morza Północnego.

Farmy wiatrowe na morzu ma obecnie 11 europejskich państw, a liderami są Wielka Brytania, Niemcy, Dania, Belgia i Holandia. Prąd z pierwszych polskich farm wiatrowych na Bałtyku ma natomiast popłynąć około 2025 roku. Zaktualizowany projekt „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, który we wrześniu 2020 roku przedstawiło Ministerstwo Klimatu i który ma być przyjęty jeszcze w tym kwartale, wymienia je jako jedną ze strategicznych inwestycji energetycznych. Zgodnie z rządowymi planami do 2040 roku Polska ma mieć na Bałtyku już 8-11 GW mocy, a wart ok. 130 mld zł program budowy morskich farm wiatrowych ma stać się kołem zamachowym dla całej gospodarki.

– Trzeba zdać sobie sprawę, że już ta planowana w najbliższej perspektywie budowa farm offshore’owych na Bałtyku do 2030 roku spowoduje generację mocy na poziomie elektrowni Bełchatów, która dzisiaj zaspokaja ok. 20 proc. zapotrzebowania na moc w Polsce – mówi Mariusz Targowski.

21 stycznia prezydent podpisał tzw. ustawę offshore’ową, która ma zapewnić stabilne ramy prawne dla budowy polskich farm wiatrowych na Bałtyku. Określa ona m.in. system wsparcia i ułatwienia administracyjne dla takich projektów oraz zasady przyłączania wytwórców do sieci elektroenergetycznej. Rząd liczy, że nowe i długo wyczekiwane przez branżę offshore’ową przepisy będą stanowić impuls dla dynamicznego rozwoju tego sektora. Z kolei stowarzyszenie WindEurope, które promuje energetykę wiatrową, nazywa polskie plany budowy farm wiatrowych ambitnymi i podaje, że jeżeli uda się je zrealizować, wówczas Polska stanie się największym rynkiem offshore na Bałtyku.

Prezes Enpromu zwraca też uwagę na fakt, że budowa farm na Bałtyku w połączeniu z planowanym na 2033 rok oddaniem pierwszego bloku elektrowni atomowej (prawdopodobnie na Pomorzu: w Lubiatowie–Kopalinie lub Żarnowcu) spowoduje konieczność wzmocnienia sieci przesyłowej przede wszystkim w północnej części Polski.

– Obecnie wytwarzanie skupia się w południowej części kraju,  a więc tam, gdzie znajduje się główny odbiorca, czyli przemysł ciężki. Jeżeli przesuniemy część wytwarzania na północ Polski, wtedy sieci przesyłowe muszą przekazać tę energię na południe. To jedno z głównych wyzwań przed Polskimi Sieciami Elektronergetycznymi na najbliższe lata – mówi Mariusz Targowski.

Według rządowych planów integrację morskich farm wiatrowych z Krajowym Systemem Elektroenergetycznym ułatwi fakt, że budowa nowych mocy będzie rozłożona na etapy. Harmonogram zakłada, że do 2030 roku Polska ma mieć na Bałtyku początkowo 3,8 GW mocy, a następnie ok. 10 GW do 2040 roku.

Jak podkreśla prezes Enpromu, planowane w kolejnych dekadach projekty dotyczące rozwoju OZE – w tym także farm wiatrowych na lądzie – po stronie spółek dystrybucyjnych spowodują duże zapotrzebowanie na wcześniejsze modernizacje i budowę nowych sieci dystrybucyjnych.

– Przebudowa linii 110 kV z lat 60. daje nawet kilkukrotny wzrost możliwości przesyłowych takiej linii w sieci dystrybucyjnej – mówi. Skalę zjawiska widać jeszcze lepiej w przypadku planów krajowego operatora sieci przesyłowej.  – Program rozwoju PSE, który – w zależności od scenariusza – pokazuje, że do 2030 roku powstanie 1–1,5 tys. km nowych lub gruntownie zmodernizowanych sieci 400 kV. Jest to program wart ok. 4–5 mld zł w perspektywie do 2030 roku.

Plan Rozwoju Systemu Przesyłowego do 2030 roku został na początku czerwca 2020 roku zatwierdzony przez URE. Stanowi odpowiedź na najważniejsze wyzwania w obszarze przesyłania energii elektrycznej i uwzględnia różne scenariusze rozwoju Krajowego Systemu Elektroenergetycznego, wskazując inwestycje niezbędne do zapewnienia jego niezawodności. Dokument zakłada, że w latach 2019–2040 zapotrzebowanie na moc w Polsce wzrośnie o około 46,5 TWh. W tym okresie znacząco spadnie też rola jednostek wytwórczych zasilanych paliwami węglowymi – ich udział w mocy zainstalowanej netto zmniejszy się do ok. 20 proc. w 2040 roku. Wzrośnie za to udział OZE w wytwarzaniu energii elektrycznej, osiągając ok. 32 proc. w 2030 i 40 proc. w 2040 roku.

Prawie 5 mln Polaków nie korzysta z komputera i internetu. Podatek od smartfonów i laptopów jeszcze pogłębi problem cyfrowego wykluczenia

W Polsce blisko 5 mln osób wciąż nie korzysta z internetu ani komputera, a pod względem wykluczenia cyfrowego sytuacja wygląda gorzej tylko w sześciu krajach Europy. Jedną z głównych przyczyn są zbyt wysokie koszty sprzętu i dostępu do sieci. Tymczasem planowane przez rząd rozszerzenie opłaty reprograficznej na nowe urządzenia, takie jak smartfony, tablety, laptopy i komputery stacjonarne, może dodatkowo wywindować ich ceny o kilkaset złotych. – W tej pandemicznej sytuacji, kiedy z dnia na dzień przestawiliśmy się na nauczanie zdalne, zamknęliśmy seniorów w domu i przenieśliśmy szereg usług do online’u, podnoszenie cen na urządzenia typu smartfon czy laptop jest błędem – podkreśla Michał Herde z Federacji Konsumentów.

Raport Federacji Konsumentów („Wykluczenie cyfrowe podczas pandemii. Dostęp oraz korzystanie z internetu i komputera w wybranych grupach społecznych”) pokazuje, że w czasie pandemii Polacy rozpoczęli walkę z wykluczeniem cyfrowym „na własną rękę”. W sklepach elektronicznych o kilkadziesiąt procent wzrosło zainteresowanie laptopami i tabletami. Organizacja zwraca jednak uwagę, że chociaż ceny tych urządzeń w Polsce są obecnie niższe niż w krajach Europy Zachodniej, i tak dla wielu Polaków wciąż są zbyt wysokie. Planowane przez rząd rozszerzenie opłaty reprograficznej na nowe urządzenia – takie jak smartfony, tablety, laptopy i komputery stacjonarne – może je jeszcze wywindować.

– Opłata reprograficzna jest nałożona na niektóre nośniki, np. papier i płyty CD, a projektowane zmiany mają rozszerzyć ją na kolejne nośniki: smartfony, laptopy czy telewizję z funkcją smart – mówi agencji Newseria Biznes Michał Herde, członek Rady Krajowej Federacji Konsumentów i prezes warszawskiego oddziału tej organizacji. – Nie widzimy jednak związku między korzystaniem z tych nośników a stratami po stronie twórców. Jeżeli np. słuchamy muzyki na smartfonie, to nie plików zapisanych w pamięci urządzenia, ale raczej muzyki świadczonej jako usługa, za którą płacimy w ramach streamingu czy video on demand. Dlatego nie widzimy potrzeby nakładania nowej opłaty.

Z szacunków Federacji Konsumentów wynika, że jeżeli urządzenia takie jak smartfony, tablety czy laptopy zostaną objęte opłatą reprograficzną w wysokości do 6 proc., to ich ceny wzrosną nawet o kilkaset złotych. To ograniczy popyt, a Polacy będą kupowali mniej sprzętu. To jeszcze bardziej przyczyni się do zaostrzenia problemu wykluczenia cyfrowego. Tym bardziej że już dziś dla wykluczonych cyfrowo gospodarstw domowych o najniższych dochodach, poniżej 2,5 tys. zł netto, największą barierę stanowią zbyt wysokie koszty sprzętu (21,6 proc.) i dostępu do internetu (14,7 proc.).

– Nadal dla 1/4 osób ceny stanowią istotną barierę w zakupie urządzenia, a tym samym w dostępie do nowoczesnych usług. W tej sytuacji, kiedy z dnia na dzień przestawiliśmy się na nauczanie zdalne, zamknęliśmy seniorów w domu, odcięliśmy ich od świata zewnętrznego, podnoszenie cen na urządzenia typu smartfon czy laptop jest po prostu błędne. Będzie to istotna bariera dla możliwości zakupowych Polaków – mówi członek Rady Krajowej Federacji Konsumentów. – Oczekujemy spokojnej dyskusji i przede wszystkim dobrego uzasadnienia tego projektu, ale dopiero po ustaniu zagrożenia pandemicznego.

Tym bardziej że pandemia COVID-19 już zaostrzyła problem wykluczenia cyfrowego wśród Polaków – zwłaszcza tych, którzy już wcześniej nie korzystali z internetu.

– Podczas pandemii zostaliśmy w domach. Osoby, które na co dzień korzystają z internetu, nie miały problemu z tym, żeby z dnia na dzień przestawić się na pracę, zakupy czy korzystanie z usług zdalnie. Natomiast ogromna rzesza Polaków, których dotknął lockdown, została tak naprawdę z dnia na dzień odcięta od świata – mówi Michał Herde.

W sumie problem dotyczy ok. 4,51 mln osób w wieku 16–74 lata (15,5 proc). Jeszcze więcej, bo ok. 4,78 mln Polaków, nigdy wcześniej nie posługiwało się komputerem – wynika z raportu Federacji Konsumentów.

– W tej grupie 80 proc. stanowią osoby starsze, bezrobotne i niepełnosprawne. Szacuje się, że od 50 do 70 tys. uczniów nie posiada ani dostępu do komputera, ani łącza, a aż co czwarty uczeń nie ma własnego urządzenia, musi je współdzielić z innym domownikiem. Siłą rzeczy osoby te, w tym dzieci i młodzież, nie mają możliwości korzystania z nowoczesnych zdalnych usług – mówi Michał Herde.

Ponad 80 proc. dyrektorów szkół wskazuje, że to właśnie dostęp do sprzętu i łączy stanowi główny problem w zdalnej edukacji. Co istotne, w normalnych okolicznościach uczniowie i studenci nie należą do grupy wykluczonych cyfrowo, bo według GUS-u 97,4 proc. gospodarstw domowych, w których są dzieci, posiada komputer. W czasie pandemii i powszechnej nauki zdalnej ilość sprzętu komputerowego w domach Polaków okazała się jednak niewystarczająca.

– Weźmy pod uwagę, że nawet państwo przeszło na świadczenie różnego rodzaju usług publicznych zdalnie. Przez internet możemy zarejestrować samochód, zapisać się do lekarza, zdalnie możemy też wziąć udział w wyborach. Kiedy ponad 15 proc. polskiego społeczeństwa nie ma możliwości dostępu do tych usług, to zaczyna być dość realny problem – ocenia prezes warszawskiego oddziału Federacji Konsumentów.

W grupie najbardziej dotkniętych cyfrowym wykluczeniem są seniorzy, których ten problem w dużym stopniu dotyczył jeszcze przed pandemią. W Polsce ponad połowa osób w wieku 65–74 lata nigdy nie korzystała z internetu i jest to odsetek o 20 pkt proc. wyższy niż unijna średnia, która wynosi 33 proc. Ogółem, pod względem wykluczenia cyfrowego w UE, sytuacja gorzej niż w Polsce wygląda tylko w sześciu krajach – w Portugalii, Grecji, Rumunii, Chorwacji, Bułgarii i we Włoszech. Około 15,5 proc. Polaków, którzy nie mają dostępu do internetu, to wynik również znacznie powyżej unijnej średniej na poziomie 9 proc. Również pod względem liczby osób, które nie korzystają z komputera, znajdujemy się w europejskim ogonie, zajmując 20. pozycję wśród państw UE.

– W różnych grupach wiekowych są różnego rodzaju bariery. W grupie wiekowej 16–20 lat głównym problemem jest brak sprzętu albo brak dostępu do łącza internetowego. Wśród seniorów jest nim wciąż brak umiejętności posługiwania się rożnego rodzaju narzędziami w internecie – wyjaśnia Michał Herde. – Jeszcze w 2019 roku mieliśmy bardzo dobrą dynamikę wzrostu liczby osób wykluczonych, które zyskiwały dostęp do internetu i komputera. Ale zazwyczaj, zwłaszcza w miasteczkach i na wsiach, zyskiwały go dzięki różnego rodzaju organizacjom społecznym, seniorskim, uniwersytetom trzeciego wieku itd. Te instytucje wykonywały bardzo dobrą robotę, ucząc seniorów korzystania z internetu. Po wybuchu pandemii, przy ograniczonej możliwości wyjścia z domu, zostały one pozbawione możliwości działania.

Olga Semeniuk: W pierwszej kolejności będą odmrażane sklepy detaliczne i centra handlowe. Jesteśmy gotowi do wdrożenia protokołów bezpieczeństwa dla ponad 40 branż

Jeżeli rząd zdecyduje się na poluzowanie części obostrzeń od 1 lutego, to w pierwszej kolejności pracę będą mogły wznowić sklepy detaliczne i centra handlowe. Decyzja o luzowaniu bądź wydłużeniu restrykcji ma zapaść w tym tygodniu i będzie uzależniona m.in. od statystyk dotyczących zakażeń i zgonów oraz sytuacji epidemiologicznej w całej Europie, która jest obecnie trudna. Wyczekują jej przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy w całym kraju decydują się już na wznawianie działalności mimo zakazów. Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju, pracy i technologii, przekonuje jednak, że są to odosobnione przypadki i skala zjawiska jest niewielka.

– Mamy nadzieję, że luty będzie miesiącem, w którym będziemy mogli powoli uwalniać przede wszystkim sprzedaż detaliczną i centra handlowe, a w ślad za tym również inne obszary gospodarcze. Czekamy na decyzje Rządowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego – mówi Olga Semeniuk.

Po feriach, 18 stycznia w ścisłym reżimie sanitarnym do szkół wrócili uczniowie klas I–III szkół podstawowych, jednak wszystkie inne, obowiązujące w tej chwili ograniczenia – w tym m.in. zamknięcie galerii handlowych, hoteli i gastronomii – rząd przedłużył do 31 stycznia. Najprawdopodobniej w tym tygodniu zapadnie decyzja, czy z początkiem lutego zostaną one poluzowane, czy wydłużone o kolejne tygodnie.

– Zależy nam na tym, aby gospodarka była uwalniana jak najszybciej. Pod uwagę brane są różne warianty – zarówno punktowe odmrażanie gospodarki, jak również całościowe, w poszczególnych etapach. Wszystko uzależnione jest od Narodowego Programu Szczepień, jak również od sytuacji epidemicznej w Europie – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

W ubiegłym tygodniu o możliwość luzowania obowiązujących w Polsce obostrzeń z początkiem lutego pytany był również szef resortu zdrowia Adam Niedzielski, który wskazał, że istnieje na to szansa, jednak kluczowym argumentem jest utrzymująca się wysoka liczba zgonów.

Wiele zależy też od tego, jak będzie rozwijać się sytuacja epidemiologiczna po tym, jak w połowie stycznia część uczniów wróciła do stacjonarnego nauczania. Rząd chce sprawdzić, czy nie przełoży się to na zwiększoną liczbę zakażeń.

– Jesteśmy na etapie weryfikacji stanu po zakończeniu ferii zimowych. Wirus działa z opóźnieniem 10–14 dni od momentu, kiedy kończymy dany etap potencjalnie zwiększonej mobilności – mówi Olga Semeniuk.

Jak wskazuje, o poluzowaniu obostrzeń będzie decydować opinia działającej przy premierze Rady Epidemicznej, ale rząd uwzględnia też sytuację, jaka panuje w całej Europie. Ta wciąż jest trudna, m.in. ze względu na odkrytą niedawno w Wielkiej Brytanii nową mutację koronawirusa SARS-CoV-2 i rosnące w wielu krajach statystyki zakażeń.

Powodują one, że kolejne europejskie kraje decydują się na wprowadzenie nowych albo wydłużenie obecnie obowiązujących restrykcji. W ostatnich dniach taką decyzje podjęły m.in. Hiszpania, Holandia, Austria i Włochy. Czechy zadecydowały o wydłużeniu obowiązującego w kraju stanu wyjątkowego do 14 lutego. Częściowy lockdown wydłużyły też Niemcy, gdzie w sklepach i środkach komunikacji miejskiej wymagane jest noszenie maseczek medycznych typu FFP2. Z kolei we Francji wyjść z domu można tylko z ważnego powodu i należy w tym celu mieć przy sobie specjalne zaświadczenie.

– Bierzemy pod uwagę zarówno Radę Epidemiczną, która funkcjonuje przy prezesie Rady Ministrów, ale również wszystkie informacje, które spływają do nas z Europy. Niestety mamy do czynienia z drugim szczepem SARS-CoV-2, który bardzo szybko rozprzestrzenia się w Wielkiej Brytanii. Wszystkie działania, które podejmujemy, narzędzia i instrumenty wsparcia z budżetu państwa, które są przewidziane dla różnych gałęzi i obszarów gospodarczych, mają zapewnić im możliwość przetrwania w czasie, kiedy lockdown funkcjonuje – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Według niej, jeśli rząd zdecyduje się na poluzowanie części obostrzeń z początkiem lutego, to w pierwszej kolejności pracę będą mogły wznowić sklepy detaliczne i centra handlowe.

Końca dobiegają też prace nad zaktualizowaniem protokołów bezpieczeństwa, do których poszczególne branże będą musiały się dostosować, wznawiając działalność.

– Jesteśmy gotowi do wdrożenia protokołów bezpieczeństwa dla ponad 40 branż, jesteśmy już na etapie ich ostatnich aktualizacji – mówi Olga Semeniuk. – Bierzemy pod uwagę metraż, liczbę osób, przepustowość, która musi być zachowana, jak również czas, który dana liczba osób może spędzać w jednym miejscu. To są podstawowe kryteria, które bierzemy pod uwagę, aby zapewnić komfort zarówno przedsiębiorców, jak i klientów.

Jak podaje KPRM, do tej pory wsparcie wypłacone firmom i pracownikom w ramach tarcz antykryzysowej, finansowej i pomocowej przekroczyło już 170 mld zł i uratowało ponad 5 mln miejsc pracy. W czasie obecnie obowiązujących restrykcji przedsiębiorców mają też wesprzeć rozwiązania przewidziane w rozszerzonej tarczy branżowej, m.in. zwolnienie ze składek ZUS za listopad, ustanowienie jednorazowego dodatkowego świadczenia postojowego w wysokości 2080 zł, dopłata dla przedsiębiorców w wysokości 2 tys. zł do każdego miejsca pracy (w tym umowy-zlecenia), dotacja w wysokości do 5 tys. zł oraz zawieszenie opłaty targowej w 2021 roku.

– Liczymy, że z samej tarczy branżowej, która weszła w życie 19 grudnia ub.r., skorzysta ponad 240 tys. przedsiębiorstw. Zgodnie z rozporządzeniem przyjętym przez Radę Ministrów rozszerzyliśmy tę tarczę o dodatkowe sześć kodów PKD z działu turystyka i liczymy, że te dodatkowe środki finansowe na poziomie około 5 mld zł trafią bezpośrednio do wszystkich zainteresowanych objętych lockdownem – mówi wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Obecnie rząd raczej nie planuje nowych instrumentów pomocowych i skupia się na dysponowaniu środków kierowanych do przedsiębiorców w ramach tarczy branżowej, jak i Tarczy Finansowej 2.0 Polskiego Funduszu Rozwoju, która została uruchomiona 15 stycznia.

– Na dzisiaj mówimy o ponad 200 mln zł, które znajdują się już na kontach przedsiębiorców – mówi Olga Semeniuk.

Wsparcie w ramach Tarczy Finansowej 2.0 PFR obejmie przedsiębiorców z 38 branż najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. Do mikro- i średnich firm ma trafić w sumie ok. 13 mld zł. Przedsiębiorstwa uprawnione do wsparcia w jej ramach mogą ubiegać się o nie do 28 lutego br.

Duża część przedsiębiorców wskazuje jednak, że rządowa pomoc jest dalece niewystarczająca i – wbrew rządowym zakazom – decyduje się na wznowienie działalności. Stąd w całej Polsce punktowo otwierają się m.in. restauracje, hotele, obiekty rozrywkowe i usługowe. Część z nich na nowo uruchamia działalność w ramach zorganizowanych akcji, jak Góralskie Veto czy #OtwieraMY, którą wsparła Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej (IGGP). Wiceszefowa MRPiT przekonuje jednak, że są to odosobnione przypadki i skala zjawiska jest niewielka.

– W kontekście gastronomii, klubów fitness czy hotelarstwa – skala potencjalnego otwierania działalności niezgodnie z rozporządzeniem dwa tygodnie temu wydawała się bardzo duża. Na dzisiaj mówimy o 70–80 obiektach gospodarczych, które zdecydowały się na otwarcie pomimo funkcjonującego rozporządzenia – mówi Olga Semeniuk. – Nie obawiamy się tego typu przykładów, wszyscy od 10 miesięcy żyjemy z pandemią COVID-19 i jest ona nowa zarówno w obszarze społeczno-zdrowotnym, jak i gospodarczym. Tylko solidarnościowe podejście do tego tematu pozwoli nam szybciej uwolnić gospodarkę.

Według szacunków IGGP po 18 stycznia działalność wznowiło nawet 20 tys. lokali gastronomicznych.

Narodowy Spis Powszechny może zostać wydłużony z trzech do sześciu miesięcy. GUS będzie zachęcać do samospisywania się przez internet

Główny Urząd Statystyczny przygotowuje się do Narodowego Spisu Powszechnego 2021, który ma zostać przeprowadzony między kwietniem a czerwcem, choć z uwagi na pandemię COVID-19 stara się o jego wydłużenie do końca września. Warunki epidemiologiczne sprawiają, że tegoroczny spis będzie prowadzony głównie przez internet, za pomocą interaktywnego formularza dostępnego na stronie GUS. Jeśli natomiast osoba zobowiązana do udziału w spisie go nie wypełni, skontaktują się z nią telefonicznie lub osobiście rachmistrze spisowi.

– Metodykę przeprowadzenia spisu mamy już gotową. Jesteśmy w trakcie zakupów ostatnich środków, które są niezbędne do jego realizacji. Na podstawie  najnowszych danych administracyjnych, które pozyskujemy m.in. od innych ministerstw, opracowujemy też operaty, które posłużą do przeprowadzenia spisu – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Dominik Rozkrut, prezes Głównego Urzędu Statystycznego.

Narodowy Spis Powszechny Ludności i Mieszkań 2021 odbędzie się pomiędzy 1 kwietnia a 30 czerwca br. Zostanie przeprowadzony na podstawie ustawy, która została przyjęta w sierpniu 2019 roku. Trwają jednak prace nad jej nowelizacją, która zakłada m.in. wydłużenie spisu o dodatkowe trzy miesiące.

– Mając na uwadze niepewną sytuację związaną z pandemią, chcielibyśmy wydłużyć czas trwania Narodowego Spisu Powszechnego z trzech do sześciu miesięcy – od kwietnia do końca września. To dałoby nam większą przestrzeń, swobodę i bezpieczeństwo jeżeli chodzi o aktywne reagowanie na przebieg procesów epidemicznych – mówi Dominik Rozkrut. – Dodaliśmy także do ustawy o narodowym spisie powszechnym kilka nowych rozwiązań i zapisów związanych z pozyskiwaniem telefonów kontaktowych do respondentów. Chcemy maksymalnie wykorzystywać bezpieczne metody kontaktu i uzyskać dostęp do szerszej palety źródeł w tym zakresie.

Polska jest zobowiązana do przeprowadzania narodowego spisu powszechnego ludności i mieszkań raz na 10 lat również na mocy przepisów europejskich. Ostatni taki spis odbył się w 2011 roku. Dostarcza on urzędom statystycznym najbardziej aktualnych i szczegółowych informacji m.in. o liczbie ludności i jej rozmieszczeniu, strukturze demograficznej i zawodowej, a także sytuacji ekonomicznej i społecznej gospodarstw domowych wraz z informacją o ich warunkach mieszkaniowych.

W trakcie Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań 2021 będą zbierane dane takie jak płeć, wiek, adres zamieszkania, stan cywilny, kraj posiadanego obywatelstwa, status zatrudnienia i wykonywany zawód, wymiar czasu pracy, rodzaje pobieranych świadczeń socjalnych, poziom wykształcenia, stopień niepełnosprawności, okres zamieszkania w obecnym miejscu i wyjazdy zagraniczne, a także informacje dotyczące stanu i charakterystyki domu bądź mieszkania (powierzchnia użytkowa, liczba pomieszczeń, status własności, rok budowy etc.).

To jedyne badanie, które dostarcza tak pełnych danych o polskim społeczeństwie. Stanowią one m.in. źródło informacji i podstawę dla decyzji podejmowanych przez organy państwa i administracji publicznej.

– W tym roku wyzwaniem jest komunikacja, uzmysłowienie społeczeństwu, jak ważny jest spis powszechny. Statystyka kojarzy się z czymś nudnym, wysoce technicznym i z natury rzeczy nie przyciąga zainteresowania. Natomiast ona w tym jednym momencie jest kluczowa, bo spis powszechny determinuje jakość badań statystycznych przez kolejnych 10 lat – mówi prezes Głównego Urzędu Statystycznego. – Drugim wyzwaniem, które pojawiło się nagle, jest pandemia. Musimy dostosować przeprowadzenie spisu do tej sytuacji.

To z tego powodu tegoroczny spis powszechny będzie w większości realizowany przez internet, za pomocą interaktywnego formularza spisowego dostępnego na stronie GUS. Aby zapobiec sytuacji, w której osoba zobowiązana do spisu nie ma dostępu do komputera lub łącza internetowego, ustawa zobowiązuje do ich udostępnienia m.in. urzędy statystyczne, urzędy wojewódzkie, gminne jednostki organizacyjne oraz urzędy obsługujące wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.

– Chcemy bardzo zachęcić do skorzystania z opcji samospisu przez internet. To metoda najlepsza zarówno dla respondenta, obywatela, jak i dla nas jako statystyków. Oferujemy pewne, dosyć proste w użyciu narzędzie internetowe. Samospisu będzie można dokonać przez komputer, ale również na urządzeniach mobilnych. Z naszej perspektywy jest to też najtańsza forma pozyskania danych – mówi Dominik Rozkrut.

Do formy internetowej GUS zachęcał już podczas ubiegłorocznego Powszechnego Spisu Rolnego, który zakończył się 30 listopada. Jedna piąta z 98 proc. wszystkich gospodarstw rolnych w całym kraju dokonała samospisu przez internet.

W przypadku, kiedy osoba zobowiązana do udziału w spisie powszechnym nie będzie mogła wypełnić formularza przez internet, skontaktują się z nią (telefonicznie lub osobiście) rachmistrze spisowi. Spis będzie prowadzony przez specjalnie przeszkolonych rachmistrzów, wyłonionych z naborów, które poprowadzą urzędy gmin. GUS przypomina, że zbierane przez nich dane podlegają szczególnej ochronie. Rachmistrzowie i pracownicy statystyki publicznej są obowiązani do zachowania i przestrzegania tajemnicy statystycznej, a za jej złamanie grozi zgodnie z ustawą kara pozbawienia wolności od trzech do pięciu lat.

– Poprzednie spisy polegały wyłącznie na wizytach rachmistrzów w gospodarstwach domowych. Idziemy jednak z duchem czasu, stosując nowocześniejsze narzędzia, choć oczywiście nie wykluczamy innych metod – zapewnia prezes Głównego Urzędu Statystycznego.

Udział w spisie jest obowiązkowy. Zgodnie z ustawą obejmie on osoby fizyczne stałe zamieszkałe i czasowo przebywające w mieszkaniach, budynkach i innych zamieszkanych pomieszczeniach niebędących mieszkaniami, osoby fizyczne bez miejsca zamieszkania, a także wszystkie mieszkania, budynki, obiekty zbiorowego zakwaterowania i inne zamieszkane pomieszczenia niebędące mieszkaniami.

– Są odpowiednie zapisy w ustawie o statystyce publicznej i za uchylanie się od obowiązku statystycznego grozi kara grzywny do 5 tys. zł. Kary nakłada sąd, do którego sprawę wnosi właściwy geograficznie urząd statystyczny – wyjaśnia Dominik Rozkrut.

GUS przypomina, że informacje i dane zgromadzone w trakcie spisu powszechnego są objęte tajemnicą statystyczną. Po przeprowadzeniu niezbędnych operacji walidacyjnych są one przekształcane w zanonimizowane zbiory statystyczne (czyli zbiory po odłączeniu nr PESEL), niepozwalające na zidentyfikowanie konkretnej osoby fizycznej.

– Dane ze spisu powszechnego są kluczowe dla organów administracji publicznej, ale również samorządów i całego społeczeństwa. To jest informacja, która stanowi później podstawę do wszystkich badań statystycznych w okresie międzyspisowym i determinuje jakość tego, jak głęboko jesteśmy w stanie diagnozować sytuację społeczno-gospodarczą w kraju. To z kolei determinuje jakość polityk, które budujemy – polityk rozwojowych, polityk wsparcia czy ochrony – mówi prezes GUS.

Zanieczyszczone powietrze jest jak taksówka dla koronawirusa. Większa liczba zgonów w 2020 roku to w dużej mierze efekt smogu

Według danych z USC, udostępnionych w rządowym serwisie Otwarte Dane, w ubiegłym roku w Polsce zmarło w sumie ponad 486 tys. osób. W 2019 roku zgonów było ok. 409 tys., czyli o 77 tys. mniej. – Polacy muszą sobie uświadomić, że w ubiegłym roku umarła największa liczba osób od II wojny światowej nie tylko ze względu na koronawirusa, lecz również z powodu smogu – mówi pulmunolog, dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka. Jak wskazuje, pandemia nie przez przypadek najszybciej rozprzestrzenia się w regionach uprzemysłowionych, z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. – Nie zdajemy sobie sprawy, że gdyby tych pyłów nie było w powietrzu, wirus nie miałby na czym osiąść. One są taksówką, którą bakterie i wirusy wjeżdżają do organizmu – podkreśla ekspert.

– Koronawirus spowodował, że walka ze zmianami klimatycznymi i smogiem przesunęła się na drugi plan. Z drugiej strony koronawirus dał nam olbrzymią wiedzę na temat roli smogu, ograniczyliśmy emisję, poprawiliśmy stan zdrowia Polaków i dzięki temu wprowadziliśmy znaczące oszczędności finansowe – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka, pulmunolog, przewodniczący i inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza.

Już na samym początku pandemii naukowcy zauważyli, że zamykanie fabryk, spowolnienie aktywności gospodarczej i ograniczenia w transporcie przyczyniły się do poprawy jakości powietrza. Po raz pierwszy zaobserwowano to na zdjęciach satelitarnych NASA w chińskiej prowincji Hubei, gdzie wybuchła pandemia. Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda wyliczyli, że w ciągu kilku pierwszych miesięcy pandemii w Chinach emisje CO2 spadły w sumie o 1/4, co mogło uratować życie 4 tys. dzieci poniżej piątego roku życia i 73 tys. osób starszych powyżej 70 lat.

Opublikowany w listopadzie raport Europejskiej Agencji Środowiska („COVID-19 i środowisko Europy: skutki globalnej pandemii”) potwierdza, że pandemia i wynikające z niej ograniczenia przyniosły krótkoterminowe pozytywne skutki dla środowiska również w Europie. Przełożyły się na tymczasową poprawę jakości powietrza, niższe emisje gazów cieplarnianych i niższe poziomy zanieczyszczenia hałasem, choć były i negatywne konsekwencje, takie jak zwiększone wykorzystanie jednorazowych tworzyw sztucznych. EEA wskazuje, że kryzys związany z koronawirusem dodatkowo podkreśla pilną potrzebę działań prośrodowiskowych – z korzyścią nie tylko dla środowiska, ale i stanu zdrowia całego społeczeństwa.

– Polacy muszą sobie uświadomić, że to nie z powodu samego koronawirusa, ale z powodu koronawirusa nałożonego na sytuację smogową w roku ubiegłym umarła największa liczba osób od czasu II wojny światowej. Przyczyniło się to też do zmniejszenia dzietności, przez co w Polsce ubyło w ubiegłym roku 120 tys. ludzi. To jedno, duże miasto na mapie Polski, nasza populacja wyraźnie się zmniejszyła – wyjaśnia przewodniczący i inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza.

Do tych statystyk przyczyniły się koronawirus i niewydolność systemu ochrony zdrowia, ale jeszcze przed pandemią Ministerstwo Zdrowia szacowało, że rokrocznie smog zabija w Polsce ok. 67 tys. osób. Jak podkreśla pulmunolog, w trakcie pandemii ma on szczególnie fatalne skutki. Nie tylko przyczynia się do zgonów i chorób wywołanych złą jakością powietrza, ale też sprzyja przenoszeniu nowego wirusa.

– Wiedzieliśmy o tym już przed pandemią. Wcześniejsze badania od dawna pokazywały, że w okresie wzrostu zanieczyszczeń powietrza, czyli w okresie grzewczym, wzrasta liczba przeziębień i infekcji wirusowych i bakteryjnych – podkreśla dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze, które koordynuje Warszawski Alarm Smogowy, już w marcu przytaczało dane naukowców z Włoch, pogrążonych w pierwszej fali pandemii, z których wynikało, że zawarte w smogu pyły zawieszone PM2.5 i PM10 w odpowiednich warunkach pozwalają nowemu wirusowi pozostawać w powietrzu od kilku godzin do nawet kilku dni. Naukowcy zaobserwowali też, że istnieje wykładnicza korelacja między przypadkami infekcji COVID-19 a stężeniem pyłów PM10 i PM2.5

– Bakterie i wirusy do rozwoju nie potrzebują chłodu, wręcz odwrotnie – wolą cieplejsze temperatury, aby się dobrze rozwijać. Dlaczego zatem w okresie grzewczym mamy więcej infekcji? Otóż dlatego, że jesteśmy słabsi, broniąc się przed inwazją z zewnątrz w postaci smogu i zanieczyszczeń powietrza. Te zanieczyszczenia pyłowe odgrywają podwójną rolę: z jednej strony drażnią i uszkadzają nasz nabłonek oddechowy, a każda taka uszkodzona struktura jest bardziej podatna na wniknięcie bakterii i wirusa. Po drugie – pyły, które penetrują do pęcherzyków płucnych, są olbrzymie w stosunku do cząsteczki bakterii czy wirusa, więc one się na tych pyłach osadzają. Można powiedzieć, że pyły są taksówką, którą bakterie i wirusy wjeżdżają do naszego organizmu. Nie zdajemy sobie sprawy, że jeżeli tych pyłów nie byłoby w powietrzu, wirus nie miałby na czym osiąść – wyjaśnia pulmunolog.

Jak wskazuje, pandemia koronawirusa w Europie nie przez przypadek rozpoczęła się w jednym z najbardziej zanieczyszczonych regionów Włoch.

– Dolina Padu to jest – obok Polski, części Bałkanów, Bułgarii i Turcji – jeden z najbardziej zanieczyszczonych regionów Europy. Później epidemia rozniosła się do innych krajów, m.in. do Stanów Zjednoczonych. Tam obserwowaliśmy dokładnie to samo, najwięcej zachorowań było na Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżu, co było skorelowane z zanieczyszczeniem powietrza. Znacznie lepiej było w środkowych stanach, gdzie to zanieczyszczenie powietrza jest niższe – mówi dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

W trakcie pandemii lekarze i medycy skupiają się przede wszystkim na walce z COVID-19, ale – jak podkreślają – inne zagrożenia zdrowotne w tym czasie wcale nie zniknęły. Dlatego już kilkadziesiąt instytucji (w tym m.in. Naczelna Rada Lekarska, WHO, ośrodki badawcze i uniwersytety medyczne) oraz ekspertów dołączyło do powstałej niedawno koalicji Lekarze dla Klimatu, apelując do rządzących o podjęcie szybkich działań na rzecz walki ze zmianą klimatu. Jak podkreślają, zanieczyszczenie środowiska i zmiany klimatyczne są realnym problemem, który generuje wysokie koszty zdrowotne. W samej Polsce szacowane są na 119 mld zł w latach 2021–2030. To m.in. koszty hospitalizacji, utraconych dni pracy, wypłacanych rent czy zasiłków w wyniku niezdolności do pracy.

– Jeśli nie będzie takiego ścisłego lockdownu jak rok temu, to smog potrwa dłużej, ale kiedyś się skończy. Od kwietnia, maja nie będziemy już mieć tak dużych problemów smogowych, dzięki czemu do jesieni znów możemy mieć spokojniejszy okres – odpowiedni do tego, żeby wyszczepić część populacji i zwiększyć odporność, bo jesienią znowu może czekać nas wzrost zachorowań, który odnotowaliśmy w tym roku – prognozuje ekspert.

Polacy chcą zrewolucjonizować proces tworzenia animacji 3D w filmach czy grach. Dzięki uczeniu maszynowemu będzie on tańszy i prostszy niż do tej pory

To może być przełom w renderowaniu, czyli automatycznej konwersji modeli szkieletowych na komputerze. Wysokiej jakości animacje są koniecznością w grach wideo czy filmach. Rozwiązania wykorzystywane w wirtualnej czy rozszerzonej rzeczywistości, obrazy generowane komputerowo zajmują dużo czasu, są przy tym drogie. Polacy chcą ułatwić powstawanie awatarów, wykorzystując do tego metodę uczenia się przy niskim poziomie zaawansowania. Z częściowych informacji uda się wówczas wygenerować realistycznie wyglądające wizualizacje.

– Projekt „Realistyczne renderowanie postaci ludzi na podstawie niepełnej informacji” ma rozwiązać problem renderowania, czyli tworzenia grafiki komputerowej. Chcielibyśmy ten obraz generować metodami uczenia maszynowego, generatywnymi sieciami neuronowymi i kontrolować ten obraz – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych z Politechniki Warszawskiej.

Wymagania świata filmu czy gier są coraz większe. Oznacza to konieczność wygenerowania lepszych jakości trójwymiarowych obrazów. Tradycyjnie wykorzystuje się przy tym techniki wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, także obrazy generowane komputerowo. Wszystkie te techniki są jednak drogie, trudne do skalowania, a przy tym zajmują bardzo dużo czasu. Projekt Politechniki Warszawskiej „Low Shot Realistic Human Rendering from Partial Information” („Realistyczne renderowanie postaci ludzi na podstawie niepełnej informacji”), finansowany przez Microsoft Research Cambridge, może całkowicie zrewolucjonizować renderowanie.

– Niepełna informacja, którą wykorzystujemy, polega na tym, że często podczas np. uchwytywania jakiejś klatki ze zdjęciem osoby nie mamy dostępu do jej pełnej sylwetki. Widzimy tylko część – od pasa w dół albo od pasa w górę, albo tylko ramiona – i w związku z tym chcielibyśmy rozwiązać ten problem przy wykorzystaniu generatywnych sieci neuronowych, takich jak wariacyjne autoenkodery czy architektury pozwalające na pewnego rodzaju domyślanie się reszty postaci przy wykorzystaniu danych, które już wcześniej miały tego typu ujęcia – tłumaczy dr hab. inż. Tomasz Trzciński.

Polacy chcą do renderowania wykorzystać metody Partial Information (częściowe informacje) i Low-shot learning (uczenie się przy niskim poziomie zaawansowania) i w ten sposób tworzyć awatary. Generatywne modele sieci neuronowych pozwolą stworzyć wysokiej jakości wizualizacje postaci oraz animację ich ruchu.

– Moim celem badawczym jest w tym momencie zaproponowanie takiego algorytmu, który byłby w stanie np. wyrenderować całą postać na podstawie tylko częściowych informacji. Lub np. inne zastosowanie w filmach, kiedy zadajemy jakąś trajektorię ruchu postaci, modelu trójwymiarowego i ta postać podąża za nią – wskazuje Kacper Kania, doktorant na Politechnice Warszawskiej.

Według założeń, jak podaje Politechnika Warszawska, z częściowych informacji (np. fragmentu twarzy) i podstawowych, łatwych do zebrania danych, bez wykorzystywania skomplikowanych systemów wymagających wielu powtórzeń (w jednej z opisanych metod człowiek musi użyć 122 wyrażeń i 50 zdań oraz być rejestrowanym przez 40 kamer) – można wygenerować realistycznie wyglądające filmy (np. z pełną twarzą i mimiką oraz naturalnym sposobem mówienia).

– Moje wstępne badania pokazały, że w tej działce brakuje rozwiązań, gdzie zadajemy jakiś ruch i postać podąża za tą trajektorią – to jest jedno. Drugie, okazuje się, że często widząc kogoś idącego na ulicy, jeśli to jest ktoś, kogo znamy, jesteśmy w stanie rozpoznać, że to jest nasz znajomy, po samym ruchu. I staram się też w tych badaniach wykorzystać te informacje – tłumaczy Kacper Kania.

Zazwyczaj praca nad cyfrową postacią rozpoczyna się od skanu 3D twarzy czy ciała prawdziwej osoby wykonującej różne czynności przy wykorzystaniu specjalistycznego sprzętu, który następnie przetwarza grafik. Wymaga to studia przechwytywania ruchu. Tak powstał np. Gollum we Władcy Pierścieni. Rozwiązanie Polaków będzie tańsze, prostsze i szybsze. Pomoże też w sytuacji, gdy np. aktor nie może dokończyć filmu.

– Za pomocą tego rozwiązania będzie można również odzwierciedlić w grach lub filmach, w jaki sposób np. zachowywałyby się postacie historyczne – mówi doktorant na Politechnice Warszawskiej.

Nowe technologie przenoszą leczenie laryngologiczne i otolaryngologiczne na wyższy poziom. WOŚP będzie zbierać pieniądze na zakup najnowocześniejszego sprzętu

Nanotechnologia i nanomedycyna to nowe i szybko rozwijające się dziedziny zajmujące się wykorzystaniem m.in. urządzeń o skali jednej miliardowej metra oraz sposobami wykorzystania ich specjalnych właściwości w diagnostyce i leczeniu chorób. To w otorynolaryngologii poczyniono pewne postępy w wykorzystaniu tych nowych metod leczenia. Nowe technologie mogą zrewolucjonizować leczenie, w Polsce jednak mało który szpital jest wyposażony w nowoczesny sprzęt. Dlatego 29. Finał WOŚP skupia się na zakupie urządzeń dla laryngologii, otolaryngologii i diagnostyki głowy.

– Temat tegorocznego finału – laryngologia, otolaryngologia, diagnostyka głowy to temat związany głównie ze sprzętem. Mamy w tej chwili superlekarzy, superwiedzę, superumiejętności, ale stary sprzęt – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jurek Owsiak, założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Według raportu globalnej koalicji, w skład której wchodzą UNICEF i WHO, prawie 30 mln dzieci rodzi się zbyt wcześnie, są za małe lub chorują każdego roku i potrzebują specjalistycznej opieki, aby przeżyć. Bez specjalistycznego leczenia wiele noworodków z grupy ryzyka nie przeżyje pierwszego miesiąca życia. Co roku umiera nawet 2 mln noworodków, głównie z przyczyn, którym można było zapobiec. Jedną z nich są urazy głowy, także te, do których doszło w czasie porodu. Brak nowoczesnego sprzętu często utrudnia nie tylko leczenie, lecz także samą diagnozę.

– Proszę pomyśleć o operacjach endoskopowych, które po prostu jednym małym punktem wchodzą do organizmu dziecka i skutecznie operują. To najnowocześniejszy sprzęt, absolutnie topowy. Neurochirurgia to obszary kosmicznej technologii. Chodzi o to, żeby to kupić, nie wyważamy otwartych drzwi, często pracujemy na tym polu, który ma masę doświadczeń, dobrze wykonywanych operacji, tylko lekarze i cała obsługa mówią: dajcie nam supersprzęt, a będziemy pracowali jeszcze lepiej – podkreśla Jurek Owsiak.

Przykładem takiej technologii jest np. robot chirurgiczny Rosa do neurochirurgii dziecięcej, który skraca czas znieczulenia, zwiększa precyzję i poprawia bezpieczeństwo. Synaptive to z kolei nowa technologia, która pomaga chirurgom szybciej i skuteczniej przeprowadzać operacje czaszki.

– Kiedy otwieraliśmy pewne działy, jak reumatologię, to zaczynaliśmy w pewnym sensie od urządzeń, których jeszcze nigdy w Polsce nie było. Ale laryngologia to jest po prostu wymiana urządzeń na nowe, z dzisiejszej półki. Nie chodzi tu o rok produkcji, bo przestarzałe urządzenie może być produkowane nawet teraz. Ważne są technologie, z zeszłego roku, sprzed dwóch lat, być może będą to urządzenia, które właśnie wchodzą na rynek. O takie będziemy się starali – zapowiada prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Podczas tegorocznego, 29. finału, WOŚP będzie zbierać pieniądze na zakup m.in. endoskopów laryngologicznych, egzoskopów, nawigacji optycznej otolaryngologicznej, aparatów USG i RTG czy polisomnografii do diagnostyki bezdechu sennego. To urządzenia niezbędne w chirurgii laryngologicznej. Brak możliwości korzystania z nich może powodować wzrost ryzyka powikłań, a wydłużanie zabiegów bezpośrednio wpływa na proces leczenia i rekonwalescencji.

Jak zaznacza założyciel Fundacji WOŚP, sprzęt będzie nowoczesny, często z wykorzystaniem przełomowej technologii. Podobnie było w 2020 roku, kiedy fundacja kupiła cyfrowy aparat do badań PET-CT, który pozwala na precyzyjne lokalizowanie ognisk chorób nowotworowych u dzieci. Sprzęt o wartości blisko 16 mln zł działa w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

– Respirator wspomaga pracę płuc, żeby się uniosły, oddychały. A technologie medyczne wymyśliły dla dzieci, mających problem z oddychaniem, urządzenie wymuszające oddech, które leży na nosku. Niewielkie urządzenie o wartości dobrego samochodu komputerowo wymusza oddech, wdech i wydech, ale nie inwazyjnie, wtedy mamy pewność, że to dziecko jak się rozwija, nie ma zrujnowanych płuc – podkreśla Jurek Owsiak.

Już w 2008 roku, w czasie 16. Finału WOŚP, fundacja zbierała środki na zakup sprzętu dla dzieci ze schorzeniami laryngologicznymi. Zebrano 14 mln dol., dzięki którym do szpitali trafiły m.in. nasofiberoskopy, zestawy do endoskopowych operacji nosa i zatok oraz inhalatory ultradźwiękowe. Po 13 latach urządzenia wówczas kupione po prostu się zużyły, ponadto pojawiły się nowe technologie, które znacznie usprawniają leczenie.

– Nadal pozostaje stół operacyjny, który musi być nowoczesny, który trzeba odnowić, nadal są tory wizyjne, które są używane przy operacjach. Ale tak jak przy samochodzie powiemy: „o, to jest stary samochód, ten jest nowy, ma inny kształt, ma inne funkcje, chociaż nadal są cztery koła, kierownica i to się niby tak nie różni”, ale jednak fachowcy wiedzą, że różni się bardzo – tłumaczy twórca Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

29. Finał WOŚP odbędzie się 31 stycznia.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 25.01 – 29.01.2020

Średnioterminowe nadzieje ścierają się z krótkoterminowymi ryzykami, co utrudnia zawiązanie stabilnego trendu wzrostowego ryzykownych aktywów. Optymizm podparty zaszczepieniem ludności i planami fiskalnego wsparcia ożywienia nie powinien zaniknąć, ale z rozwinięciem nowej fali wzrostów inwestorzy czekają na silny impuls – być może od Fed w środę?

Przyszły tydzień: FOMC, nastroje konsumentów/PKB z USA, Ifo z Niemiec, włoska polityka, rynek pracy z Wlk. Brytanii, produkcja z Polski, CPI z Australii

USA

W USA posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku (wt-śr) nie powinno przynieść zmian w polityce pieniężnej. Ostatnie tygodnie przebiegły pod znakiem licznych komentarzy przedstawicieli FOMC wskazujących na różnice zdań co do przyszłości programu skupu aktywów. Jednak głos członków zarządu (Powell, Clarida, Brainard) był spójny i wyraźnie wskazywał, że dyskusja o ograniczaniu tempa skupu nie rozpocznie się jeszcze przez wiele miesięcy. Oczekujemy, że na konferencji prasowej prezes Powell powtórzy, że obecnie nie jest jeszcze czas na rozważanie odejścia od ultra-łagodnego nastawienia. Jednocześnie pogorszenie w danych z rynku pracy i o wydatkach konsumentów mogą wpłynąć na bardziej pesymistyczny wydźwięk FOMC. Ryzyka dla USD przeważają po negatywnej stronie.

W danych otrzymamy informacje o sytuacji gospodarstw domowych. Indeks zaufania konsumentów (wt) ma spaść, na co wpływ może mieć pogorszenie sytuacji na rynku pracy i mieszane reakcje (ze w względu na poglądy polityczne) na wynik wyborów uzupełniających do Senatu. Nowe restrykcje, zwolnienia i brak zapomogi będą skutkować spadkiem dochodów Amerykanów w grudniu (pt), podczas gdy rozczarowujące tąpnięcie sprzedaży detalicznej sugeruje słabą dynamikę wydatków. Po odczycie PKB w IV kw. oczekuje się „unormowania” wzrostu (prog. 4,1 proc. zannualizwoane) po silnym odbiciu w III kw. (33,4 proc.).

Strefa euro

W Europie głównym tematem pozostaje postęp pandemii, przedłużanie restrykcji i realizacja szczepień, w obliczu czego dane makro schodzą na drugi plan. Odczyt PKB za IV kw. (z Francji, Niemiec i Hiszpanii, pt) czy inflacja (z Niemiec) nie powinny mieć istotnego wpływu na EUR. W indeksie Ifo (pon) obniżenie oceny bieżącej (zaostrzenie lockdownu) będzie równoważone przez poprawę oczekiwań wraz z zapowiedziami kanclerz Merkel zaszczepienia wszystkich chętnych do końca września. Polityka także będzie przyciągać uwagę – mającego problemy z ustabilizowaniem koalicji włoskiego premiera Conte czeka kolejna runda trudnych głosowań w parlamencie (śr). W przypadku przegranej Conte nie wykluczył rozważenia przyspieszonych wyborów. Niepewność może ponownie ciążyć na nastrojach wokół euro, jak to miało miejsce na początku tego tygodnia.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii (wt) oczekiwany jest spadek zatrudnienia w listopadzie wraz z wprowadzeniem drugiego lockdownu, co będzie wstępem przed kolejną falę zwolnień w reakcji na styczniowe zaostrzenie restrykcji. Płace powinny zaliczyć podobny spadek. Pomimo nadziei na intensyfikację szczepień (14 mln osób do lutego) średnioterminowe perspektywy gospodarcze Wielkiej Brytanii wyglądają ponuro. Sądzimy, że na tym tle funt jest za drogi.

Polska

W Polsce dobra passa grudniowych danych sugeruje również pozytywne zaskoczenia w odczycie produkcji przemysłowej (pon), szczególnie że sektorowi w mniejszym stopniu niż usługom doskwierają restrykcje. W tygodniu (nie ma jeszcze oficjalnego terminu) GUS powinien podać też wstępny szacunek dynamiki PKB za 2020 r. Konsensus zakłada całoroczny spadek o 2,6 proc., ale lepsze dane grudniowe, szczególnie zaskakujące odbicie produkcji budowlano-montażowej, podnoszą oczekiwania. Kurs złotego ustabilizował się w wąskim przedziale 4,52-4,55 za euro, skąd docelowo liczymy na wyjście dołem, do czego jednak przydałby się silniejszy apetyt na ryzyko na rynkach zewnętrznych.

Australia

Dane z Australii wypadają ostatnio dobrze i odbicie ożywienia po lokalnych lockdownach w III kw. stwarza szanse na pozytywne zaskoczenia w odczytach CPI i indeksu nastroju biznesu (wt). Szczególnie wyższy CPI może utemperować oczekiwania wobec obniżki stóp procentowych i wzmocnić AUD.

Nowa Zelandia, Japonia, Norwegia, Szwecja, Kanada

Bilans handlowy z Nowej Zelandii (wt) prawdopodobnie przejdzie niezauważony, podobnie jak produkcja przemysłowa z Japonii (pt), czy odczyty sprzedaży detalicznej z Norwegii (czw) i Szwecji (czw). PKB z Kanady jest za listopad i traci na znaczeniu, kiedy dopiero co w ubiegłym tygodniu poznaliśmy stanowisko Banku Kanady. Ogólnie bardziej niż dane dla walut ryzykownych liczyć się będzie nastawienie inwestorów do perspektyw ożywienia i narracji wokół tempa szczepień.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wchodzi w życie Pakt Neutralności Klimatycznej Centrów Danych

Europejscy operatorzy centrów danych oraz dostawcy chmury obliczeniowej mobilizują się wspólnie do podjęcia konkretnych kroków w celu uczynienia swoich kampusów klimatycznie neutralnymi do 2030r. Pakt podpisało 25 firm oraz 17 stowarzyszeń ze Starego Kontynentu.

Rok po przyjęciu Europejskiego Zielonego Ładu (European Green Deal) wiodący dostawcy infrastruktury chmurowej i operatorzy centrów danych utworzyli pakt na rzecz neutralnych klimatycznie centrów danych. Dwadzieścia pięć firm i siedemnaście stowarzyszeń przyjęło inicjatywę samoregulacji, której celem jest zapewnienie centrom danych w Europie neutralności klimatycznej do 2030 r. Firmy przystępujące do Paktu reprezentują najważniejszych graczy branżowych w obszarze infrastruktury chmurowej i centrów danych. Jest to historyczne i bezprecedensowe zobowiązanie branży do aktywnego przewodzenia w konsekwentnym budowaniu gospodarki nieoddziałującej na środowisko naturalne.

Stefano Cecconi, dyrektor generalny Aruba S.p.A oraz wiceprezes CISPE (Cloud Infrastructure Services Providers in Europe): „Zarówno efektywność energetyczna, jak i lokalna energia wytwarzana samodzielnie przez wykorzystanie odnawialnych źródeł energii są zgodne z poglądem Aruby na zrównoważoną przyszłość. W rzeczywistości dzięki naszym własnym instalacjom paneli fotowoltaicznych i elektrowniom wodnym już teraz produkujemy więcej zielonej energii niż faktycznie potrzebujemy do zasilenia naszych centrów danych. Umożliwia to eliminację śladu węglowego we wszystkich naszych działaniach i pozwala oferować rozwiązania z gwarancją ich zero-emisyjności. To również bardzo istotny aspekt, gdyż wybierając centra danych neutralne dla klimatu, każdy może aktywnie przyczyniać się do budowania lepszej przyszłości naszej planety”.

Frans Timmermans, wiceprzewodniczący wykonawczy ds. Europejskiego Zielonego Ładu: „Obywatele w całej Europie wykorzystują coraz więcej technologii w życiu codziennym i chcą, aby te technologie pomogły również w zapewnieniu zrównoważonej przyszłości ludziom i naszej planecie. Dzisiejsze zobowiązanie ze strony przedstawicieli branży centrów danych stanowi obietnicę dla społeczeństwa oraz mile widziany pierwszy krok w kierunku realizacji naszych wspólnych ambicji dotyczących inteligentnej i zrównoważonej przyszłości”.

Alban Schmutz, prezes CISPE: „Mamy świadomość tego, że infrastruktura chmurowa leży u podstaw gospodarki cyfrowej Unii Europejskiej, więc nasza branża jest zgodna co do faktu, że ​​wszyscy musimy odgrywać główną rolę w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym. To zobowiązanie stanowi podstawę planu działania dla europejskiej branży infrastruktury chmurowej, która ma oferować klientom usługi neutralne dla klimatu do 2030 r”.

Apostolos Kakkos, prezes EUDCA (European Data Center Association): „Centra danych są filarami wspierającymi czwartą rewolucję przemysłową i, jak daje się zauważyć podczas

pandemii COVID-19, są fundamentami globalnej gospodarki, nie tylko tej cyfrowej. Wobec tego, naszym obowiązkiem było podjęcie działań na rzecz samoregulacji, która pomoże zapewnić dostępność operacyjną, zrównoważony rozwój i zadba o przyszłość naszej branży”.

Pakt neutralnych klimatycznie centrów danych ustanawia inicjatywę samoregulacji, która została opracowana we współpracy z Komisją Europejską. Wspiera zarówno Europejski Zielony Ład, którego celem jest uczynienie z Europy pierwszego neutralnego dla klimatu kontynentu do 2050 r., jak i Europejską Strategię Danych zakładającą zniwelowanie wpływu na środowisko centrów danych znajdujących się na Starym Kontynencie do 2030 roku.

Pakt wyznacza ambitne cele, które ułatwią Europie istotne przejście na bardziej ekologiczną gospodarkę. Zobowiązuje sygnatariuszy do zapewnienia neutralności klimatycznej ich centrów danych do 2025 oraz 2030 poprzez następujące działania:

 

  • Weryfikacja osiągnięć w zakresie efektywności energetycznej za pomocą mierzalnych celów
  • Zakup energii w 100% wolnej od emisji dwutlenku węgla
  • Położenie nacisku na oszczędzanie wody
  • Ponowne wykorzystywanie i naprawa serwerów zamiast ich wymiany na nowe
  • Aktywnie poszukiwanie metod odzysku ciepła

Postęp w osiąganiu neutralnych klimatycznie centrów danych będzie monitorowany przez Komisję Europejską dwa razy w ciągu roku. Po więcej informacji na temat nowego paktu neutralnego dla klimatycznych centrów danych, zapraszamy na stronę:
www.ClimateNeutralDataCentre.net

Sygnatariusze paktu:

Dostawcy chmury oraz operatorzy centrów danych:

  • 3DS Outscale (Dassault Systèmes)
  • Altuhost
  • Aruba
  • Atos
  • AWS (Amazon Web Services)
  • CyrusOne
  • Data4
  • Digiplex
  • Digital Realty/Interxion
  • Equinix
  • FlameNetworks
  • Gigas
  • Google
  • Ikoula
  • Ilger.com
  • Infoclip
  • Irideos
  • ITnet
  • LCL
  • Leaseweb
  • NTT
  • OVHcloud
  • Register
  • Scaleway
  • Seeweb

Stowarzyszenia branżowe:

  • CISPE, the association of Cloud Infrastructure Services in Europe
  • EUDCA, the European Data Centre Association
  • Cloud28+
  • Cloud Community Poland
  • Danish Cloud Community
  • Datacenter Industrien
  • Data Centre Alliance
  • Dutch Data Center Association
  • Dutch Hosting Providers Association (DHPA)
  • Eco – Alliance for strengthening digital infrastructures in Germany
  • EuroCloud Croatia
  • EuroCloud France
  • France Datacenter
  • Host in Scotland
  • IKN Norge
  • ISPConnect
  • TechUK

Lepsze perspektywy Europy

Dzisiaj dostajemy odczyty danych PMI dla głównych gospodarek. Poranne dane z Unii Europejskiej przekroczyły oczekiwania analityków. Nie zmienia to faktu, że złotówka od rana mimo dobrych danych jest w odwrocie.

Dane z Polski

Dzisiaj poznaliśmy dwa ważne odczyty z Polski. Była to sprzedaż detaliczna oraz produkcja budowlano-montażowa. Sprzedaż detaliczna (pomimo bardzo dobrego odczytu w ujęciu miesięcznym, co w grudniu nie jest niczym nadzwyczajnym) okazała się minimalnie słabsza od oczekiwań. W skali roku mamy spadek o 0,8%. Lepiej z kolei wypadła produkcja budowlano-montażowa, która wzrosła o 3,4% w ujęciu rocznym, podczas gdy spodziewano się spadku o 2,2%.

Indeksy PMI w Europie

Dzisiaj poznaliśmy dane na temat indeksów PMI w głównych gospodarkach Unii Europejskiej. Zarówno subindeks dla przemysłu, jak i usług wypadły lepiej od oczekiwań. Nie były to duże różnice, ale pokazujące, że optymizm inwestorów nie gaśnie. Dane te były publikowane w tym samym momencie co indeksy z Polski. Nie można zatem jednoznacznie rozdzielić, które z nich odpowiadają za reakcję na EURPLN. Widać natomiast, że złoty traci od rana względem euro około 1 grosza.

Bezrobotnych w USA wciąż dużo

Cotygodniowe dane na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych teoretycznie są dobre, gdyż okazały się lepsze od oczekiwań. Poziom 900 tysięcy wniosków to faktycznie mniej niż sądzili analitycy. Z drugiej strony mieliśmy już w pandemii odczyty poniżej 700 tysięcy, co powoduje, że ciężko brać obecny poziom za korzystny. Przed pandemią były to zresztą okolice 200-300 tysięcy. Dolar słabł po tych danych, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę istotność danych z rynku pracy w USA.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – indeksy PMI dla przemysłu i usług.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wzrost płac przyspieszył pomimo kryzysu

Ostatnie dni były stosunkowo ubogie, jeśli chodzi o ważne dane, które mogłyby mieć fundamentalny wpływ na polską gospodarkę czy kurs złotego. W mijającym tygodniu odbyło się posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego, ale nie doszło na nim do znaczących zmian. Już na grudniowym posiedzeniu EBC opublikował prognozę makroekonomiczną i rozszerzył program skupu aktywów. Dlatego, w przeciwieństwie do NBP, EBC nie miało nas czym zaskoczyć.

W tym tygodniu opublikowano kilka wyników dla polskiej gospodarki. Najbardziej zaskakujący był grudniowy wzrost płac o 6,6% rok do roku, podczas gdy oczekiwano wzrostu na poziomie 4,7%. To znacząca różnica, pokazująca, że problemy gospodarcze, związane z wprowadzeniem środków przeciw rozprzestrzenianiu się koronawirusa, dotykają stosunkowo niewielu polskich pracowników w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Co więcej, w grudniu zatrudnienie spadło o 1% rok do roku, ale w porównaniu miesięcznym nieznacznie wzrosło. Stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie 6,1%.

Kurs złotego nie zmienił się w tym tygodniu znacząco, a w piątek rano znajdował się na poziomie 4,54 PLN/EUR. Eurodolar w tym samym czasie był notowany na poziomie 1,216 USD/EUR. Osłabieniu dolara w tym tygodniu nie przeszkodziła nawet inauguracja nowego prezydenta Bidena.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Najwięcej zwolnień w transporcie, strat finansowych w turystyce i gastronomii

Kryzys związany z pandemią koronawirusa najdotkliwiej odczuły branże: gastronomiczna, turystyczna i reklamowa, a najlepiej poradziły sobie firmy budowlane i działające w sektorze IT – wynika z raportu Oferteo.pl. Pracę najczęściej tracili kierowcy oraz osoby zatrudnione w przedsiębiorstwach z branży eventowej.

Epidemia upadłości w Polsce

Według danych podawanych przez Główny Urząd Statystyczny, od początku kwietnia do końca czerwca 2020 roku (czyli na samym początku epidemii) w Polsce odnotowano 157 upadłości podmiotów gospodarczych. To o prawie 20% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku[1].

Oferteo.pl, największy portal łączący poszukujących usług z ich dostawcami, przeprowadził badanie wśród polskich przedsiębiorców, aby sprawdzić, w jakim stopniu kryzys wpłynął na poszczególne branże.

Branża budowlana i IT poradziły sobie najlepiej

Odsetek badanych firm, które zadeklarowały poniesienie strat finansowych w czasie pandemiiWyniki badania pokazują, że ogólnie aż 70% przedsiębiorców w Polsce odczuło negatywny wpływ pandemii na sytuację finansową ich firmy.

Największy odsetek firm deklarujących stratę widać wśród przedsiębiorstw działających w branży gastronomicznej, turystycznej oraz reklamowej, w których wszyscy ankietowani przyznali, że ich sytuacja finansowa pogorszyła się w ciągu ostatnich miesięcy. Co więcej, w gastronomii w aż 86% przypadków było to znaczne pogorszenie. Niewiele lepiej sytuacja wyglądała w firmach zajmujących się organizacją imprez oraz transportem. Straty poniosło 90% z nich.

Badanie pokazało także, że kryzys gospodarczy nieco bardziej dotknął firmy zajmujące się transportem międzynarodowym niż krajowym.

Branże budowlana, wykończeniowa oraz IT okazały się nieco bardziej odporne na kryzys niż pozostałe. W tej pierwszej znalazło się 27% przedsiębiorców, którzy zadeklarowali, że pandemia w żaden sposób nie wpłynęła na ich biznes. Większość (59%) specjalistów budowlanych pracowała normalnie nawet w czasie lockdownu. Natomiast ponad jedna trzecia przedsiębiorstw w branży IT odnotowała nawet wzrost zysków w stosunku do okresu przed epidemią. W jej przypadku 18% firm nie odczuło skutków ograniczeń.

Kto stracił najwięcej?

Według Oferteo.pl największe straty finansowe odnotowały branże: turystyczna, gastronomiczna i transport międzynarodowy. W tych trzech przypadkach około 60% przedsiębiorców zadeklarowało przychody zmniejszone o ponad połowę. Znaczne spadki wystąpiły też w firmach zajmujących się transportem krajowym, organizacją imprez, ale także IT.

Stosunkowo dobrze poradziły sobie przedsiębiorstwa budowlane, handlowe oraz zajmujące się zdrowiem i urodą. W ich przypadku straty wynosiły zwykle 26-50% lub 10-25%.

Najwięcej zwolnień w branży eventowej i transporcie

Jaki odsetek pracodawców z danej branży zdecydował się na zwolnienia w związku z pandemiąDo października 2020 roku zwolnień udało się uniknąć trzem na czterech badanych pracodawców, mimo iż znaczna część z nich poważnie rozważała taki krok.

Pracę najczęściej tracili pracownicy w branży organizacji imprez (56% przypadków) oraz kierowcy (w transporcie międzynarodowym – 50%, krajowym – 42%). Zwolnienia często zdarzały się także w handlu, który z powodu kilkukrotnie zamykanych sklepów miał bardzo utrudnioną działalność.

Najmniej powodów do obaw mieli pracownicy firm zajmujących się doradztwem finansowym, IT oraz reklamą.

W utrzymaniu miejsc pracy przedsiębiorcom miały pomóc tarcze antykryzysowe oraz ulgi oferowane przez rząd. Najczęściej korzystali oni ze zwolnienia z ZUS (56% badanych), mikropożyczki (51%) oraz świadczenia postojowego (27%). Co piąta firma nie skorzystała z żadnej formy pomocy.

Brak specjalistów w budowlance, problemy finansowe w gastronomii

Podczas badania przedsiębiorcy zostali zapytani o największe wyzwania, jakie postawiła przed nimi pandemia. Okazuje się, że bardzo trudno było im poradzić sobie z niepewnością wynikającą z dynamicznie zmieniającej się sytuacji (60% badanych) oraz z pozyskaniem nowych klientów (54%).

Oprócz tego przedsiębiorcy wskazywali też na wyzwania charakterystyczne dla swoich branży. Co trzecia firma budowlana miała poważny problem z dostępnością specjalistów na rynku pracy, a gastronomia i handel bezustannie mierzyły się z utrzymaniem płynności finansowej. Firmy transportowe znacznie częściej niż pozostałe (w 35% przypadków) borykały się z zapewnieniem bezpieczeństwa sanitarnego swoim pracownikom.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w październiku 2020 roku na grupie 872 przedsiębiorców.

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/podmioty-gospodarcze-wyniki-finansowe/przedsiebiorstwa-niefinansowe/rejestracje-i-upadlosci-podmiotow-gospodarczych-w-drugim-kwartale-2020-roku,29,6.html

Polacy chcą pracować na etacie

Jak wynika z badania „Workforce View 2020” przeprowadzonego przez firmę ADP, globalnego lidera usług kadrowo-płacowych, aż czterech na pięciu Polaków za preferowaną formę zatrudnienia uznaje umowę o pracę. Co ciekawe, najmniej zwolenników takiego rozwiązania jest nie tylko wśród najmłodszych pracowników, ale także tych po 55. roku życia.

Pokolenie X wybiera stabilizację

Gdyby postawić Polaków przed wyborem, w jakiej formie chcą być zatrudnieni, aż 79 proc. zdecydowałoby się na etat zamiast umowy cywilnoprawnej lub kontraktowej – wynika z badania „Workforce View 2020”. Zwolenniczkami tego rozwiązania zdecydowanie częściej są kobiety, wśród których aż 82 proc. wybrałoby tę formę zatrudnienia (wśród mężczyzn odsetek wynosi 75 proc.). Dominującą grupę wiekową zwolenników „pracy na etat” stanowią osoby w wieku od 41 do 54 roku życia – aż 81 proc. z nich wybrałoby umowę o pracę. Co ciekawe, na drugim biegunie są nie tylko najmłodsi (wynik dla osób w wieku 18-24 to 76 proc.), ale także pracownicy powyżej 55. roku życia, wśród których odsetek ten wynosi 72 proc.

Najstarsi pracownicy często traktują pracę jako sposób dodatkowego zarobku do emerytury bądź renty, dlatego forma zatrudnienia nie jest dla nich tak istotna. Z kolei większa otwartość na inne możliwości zatrudnienia niż umowa o pracę wśród młodych pracowników, wynika z faktu, że zdobywając pierwsze doświadczenie często pracują oni w niepełnym wymiarze czasu. Zgodnie z przepisami prawa umowy cywilnoprawne są dla nich również opłacalne finansowo ze względu na zerowy PIT – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Polacy na etacie czują się bezpieczniej

Zwolennicy umowy o pracę doceniają ją zwłaszcza za to, że dzięki niej łatwiej otrzymać kredyt w banku, co bywa niemożliwe w przypadku zatrudnienia czasowego – taką odpowiedź wskazało 71 proc. badanych. Ponadto etat daje im poczucie bezpieczeństwa finansowego – stwierdziło tak aż 70 proc. Polaków. Wiąże się to między innymi z gwarancją otrzymania minimalnego wynagrodzenia, płatnymi urlopami, dodatkowym wynagrodzeniem za pracę w godzinach nadliczbowych czy wynagrodzeniem
za czas choroby.

Ważnym aspektem umowy o pracę są również regularne godziny pracy – tak wskazało 66 proc. respondentów. Poza tym, ta forma zatrudnienia w przeciwieństwie do umowy kontraktowej gwarantuje pracownikom szereg innych uprawnień wynikających bezpośrednio z prawa pracy, np. ochronę przed zwolnieniem w wieku przedemerytalnym czy ochronę kobiet ciężarnych przed wypowiedzeniem umowy.

Giggiem być

W czasach, kiedy model gig economy staje się nie tylko modny, ale również praktyczny i funkcjonalny, polscy pracownicy coraz bardziej się do niego przekonują. W badaniu „Workforce View 2020” ponad połowa ankietowanych (54 proc.) wskazuje na możliwość uzyskiwania większych zarobków, jako freelancer lub pracownik kontraktowy. Takiego zdania są w szczególności osoby młode w przedziale wiekowym od 18 do 24 lat – spośród nich takiej odpowiedzi udzieliło 65 proc. Badanie pokazuje,
że zdecydowanie najbardziej naturalnym środowiskiem dla freelancerów jest branża medialna. Aż 91 proc. ankietowanych uznało, że praca w mediach na podstawie umowy cywilnoprawnej zamiast etatu zapewni odpowiednie dla nich zarobki.

GUS o detalu i e-handlu w grudniu – eksperci komentują

Według najnowszych danych GUS sprzedaż detaliczna w grudniu była wyższa o 19,8 proc. w porównaniu z listopadem 2020 r.  Miesiąc do miesiąca odnotowano nieznaczny spadek wartości sprzedaży przez internet (o 4,1 proc.), co w efekcie zmniejszyło udział tej sprzedaży z 11,4 proc. w listopadzie do 9,1 proc. w grudniu,

Poniżej komentarz Grzegorza Rudno-Rudzińskiego z Unity Group do tych danych:

– Spadek udziału e-commerce w handlu detalicznym w grudniu to z pewnością efekt czasowego otwarcia galerii handlowych w tym miesiącu (ponownie zamknięto je 28.12) i wygaszenia gorączki przedświątecznych zakupów. Co przyniesie styczeń i cały rok? Trudno o jednoznaczną odpowiedź, bo zmiennych jest zbyt wiele. Takim czynnikiem, który może być zarówno negatywną siłą, jak i pozytywnym impulsem jest niepewność w trendach globalnych. Jeszcze nie wiemy na ile faktycznie ograniczeniu ulegnie globalizacja w handlu – poprzez dostrzeżenie ryzyka związanego z załamaniem się łańcuchów dostaw przez Covid, wznawianiem kontroli granicznych, Brexitem czy ocleniem sprzedaży z Azji. Lockdown prawdopodobnie potrwa do kwietnia, a liderzy rynku, np. LPP, doszli do poziomu obrotów online, które zasypały „tylko” połowę skutków zamknięcia galerii. Co z resztą utraconych w wyniku ograniczeń obrotów? Duzi gracze i ci, którzy do transformacji cyfrowej podeszli systemowo, wdrażając etapami kolejne jej elementy, są przygotowani na kontynuację lockdownu w kolejnych miesiącach. Jednak jest na rynku olbrzymia grupa sprzedawców, którym do tej pory nie udało się zbudować znaczącej skali online, a ich przychody z e-handlu „zasypały” zaledwie 10-15 proc. skutków zamknięcia galerii handlowych. Ich pogarszająca się kondycja może doprowadzić do fali upadłości w branży handlowej.

Nie zmienia to faktu, że sam kanał online będzie zapewne w 2021 r. dalej kroczył drogą dużych wzrostów. Jaka będzie skala tego zjawiska pokażą najbliższe miesiące. Dlaczego? Ponieważ do sprzedaży internetowej przymierza się również wielu producentów, nie traktujących poważnie tego kanału sprzedażowego do tej pory, wcześniej kierujących swoją ofertę przede wszystkim do grup o tradycyjnych przyzwyczajeniach zakupowych. Teraz myślą oni o uruchomieniu kanału D2C, bo już zdążyli się przekonać o sensowności tej inwestycji. Ciekawszy może być za to 2022 r. – obecnie wszyscy wyciągają wnioski z 2020 r., firmy które stać, inwestują w nowe rozwiązania, ale skutki systemowe tych działań będą mierzalne dopiero w przyszłym roku – powiedział Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner w Unity Group.

Mieszkania wciąż w cenie

Roczna sprzedaż nowych mieszkań na sześciu największych rynkach przekroczyła 53 tys., a zaledwie 19% r/r spadek w dobie pandemii jest wynikiem wyjątkowo dobrym. Utrzymanie poziomu cen sprawiło, że pod względem wartości sprzedaży rok ten był porównywalny z dobrymi latami hossy.rynek mieszkań q4 2020

Działający na sześciu największych rynkach mieszkaniowych w Polsce deweloperzy zakończyli rok poprawiając o 5% wyniki sprzedaży sprzed kwartału. Sprzedaż 14,0 tys. mieszkań w IV kwartale i 53,0 tys. w całym 2020 roku, to rezultat wyjątkowo dobry, zaledwie o 19% gorszy niż ubiegłoroczny. Nieco trudniej było firmom nadrobić zaległości w uruchamianiu nowych inwestycji. Na rynek trafiło o 24% mniej nowych lokali niż w 2019 r. – czytamy w najnowszym raporcie JLL Rynek mieszkaniowy w Polsce Q4 2020.

W momencie wybuchu pandemii w Polsce, największą obawą deweloperów i ludzi związanych z rynkiem mieszkaniowym był radykalny spadek zainteresowania zakupem mieszkań. Mając w pamięci poprzedni kryzys w tym sektorze, doświadczenie fali zwrotów i rosnącej z kwartału na kwartał liczby mieszkań, które przez wiele miesięcy nie mogły znaleźć swoich nabywców z uwagą obserwowali relację popytu i podaży.

Spadki sprzedaży w całym 2020 r. w porównaniu z rokiem poprzednim poza Trójmiastem (9%) i Łodzią (14%) wyniosły w granicach 20%. To oczywiście sporo, ale jeśli podaż także proporcjonalnie maleje, a oferta zbliża się do poziomu rocznej sprzedaży, to zdaniem ekspertów JLL świadczy o względnej równowadze i dobrej kondycji rynku.

Sprzedałoby się w rok

Na koniec grudnia oferta na sześciu rynkach wynosiła 48,tys i była o 5% niższa niż przed rokiem. We wszystkich analizowanych przez JLL miastach, poza najszybciej wyprzedającą się Warszawą, była też bliska wielkości rocznej sprzedaży – nawet w Trójmieście i Łodzi gdzie na koniec roku padły rekordy wprowadzeń. W przypadku Trójmiasta poprawiony został wynik kwartalny (3,3 tys. lokali wprowadzonych w IV kwartale 2020 r.). Łódź z nową podażą wynoszącą 4,7 tys. pobiła roczny rekord z 2018 r.

Spojrzenie na grę popytu i podaży w poszczególnych miastach w kolejnych kwartałach pozwala stwierdzić, że deweloperzy działający na tych rynkach zachowują się racjonalnie. W Łodzi, zarówno w III jak i w IV kwartale nowa podaż i liczba transakcji niemal idealnie się równoważyły. Z kolei w Trójmieście rekordowe wprowadzenia odbyły się po zdecydowanie niższych cenach niż w pierwszej połowie minionego roku. Pozwala to sądzić, że deweloperzy zdecydowali się uzupełnić ofertę o lokale z innego segmentu jakościowego, skierowane do nabywców kupujących mieszkania na własne potrzeby, a nie jak wcześniej z myślą o najmie. Wyniki sprzedaży potwierdzają, ze to jak na razie dobra taktyka, komentuje Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL.

Z analiz JLL wynika też, że na stabilnym poziomie utrzymuje się liczba lokali, których budowę ukończono, a które wciąż nie znalazły nabywców. Na koniec roku stanowiły one zaledwie 12% wszystkich mieszkań, z których nabywcy mogli wybierać.

W warunkach niepewności mieszkania, których termin oddania przypada szybciej, lub w których można zamieszkać od razu, są chętniej wybierane przez kupujących. Skraca to potencjalny okres oczekiwania na przekazanie kluczy i minimalizuje potencjalne ryzyka, które mogą się wydarzyć w międzyczasie. To działa wprawdzie w jakimś stopniu na niekorzyść deweloperów, bo wydłuża czas komercjalizacji projektów, ale z drugiej strony sprawia, że oferta rynkowa jest zdrowa i dopasowana do oczekiwań nabywców. Trzyma również w ryzach odsetek zwrotów, które wróciły do poziomu sprzed pandemii, dodaje Katarzyna Kuniewicz.

Stabilizacja cen podtrzymuje zakupy

Średnie ceny mieszkań czekających na nabywcę na koniec 2020 r. pozostały na poziomie zbliżonym do tego z końca września. Wzrosty nie przekroczyły nigdzie 2%. Oznacza to jednak, że nabywcy nie doczekali się zapowiadanych w tym roku spadków cen. Nawet w Trójmieście, gdzie średnia cena dla oferty spadła k/k o niecałe 3%, dało to jedynie wyrównanie poziomu cen ofertowych sprzed roku. Na pozostałych rynkach średnie ceny mieszkań oferowanych do zakupu na koniec grudnia były wyższe niż przed rokiem. Począwszy od Warszawy, gdzie wzrost wyniósł 4%, aż do Krakowa, w którym za 1m2 trzeba zapłacić średnio 12% więcej.

Bardzo ważną grupą, która pozwoliła deweloperom na osiągnięcie tak dobrych rezultatów sprzedażowych byli w tym roku inwestorzy. Nie ci jednak, którzy wzorem lat ubiegłych chcieli zarabiać na najmie kupionych lokali, a ci, którzy w zakupie widzieli bezpieczną lokatę dla tracących na wartości oszczędności.

Nie dość, że skłonni byli oni do zakupów lokali relatywnie droższych: lepiej usytuowanych i z wyższych segmentów jakościowych, które wciąż stanowią dużą pulę w ofercie deweloperów, to jeszcze stabilizacja cen była dla nich wyznacznikiem bezpieczeństwa dokonywanej inwestycji. W końcu zakup miał przechować wartość ulokowanego kapitału. Ta grupa nabywców będzie w nadchodzącym okresie ważna dla utrzymania stabilności na rynku mieszkaniowym. By jednak na nim pozostała, ceny powinny pozostać stabilne, komentuje Kazimierz Kirejczyk, Wiceprezes Zarządu JLL.

Inwestowanie wbrew nastrojom?

Wiele wskazuje na to, że popyt w 2021 r. utrzyma się na poziomie z roku ubiegłego, a może nawet nieco wzrośnie. Silnie wspierany jest dążeniem części Polaków do poprawy warunków zamieszkania na wypadek kolejnych nawrotów pandemii oraz bliskimi zeru stopami procentowymi, w warunkach kilkuprocentowej inflacji skłaniającymi do przenoszenia kapitału na rynek nieruchomości.

Nabywcy mieszkań wydają się niewzruszeni w swoich zamiarach nawet wobec ogólnego pogorszenia nastrojów konsumenckich powodowanych kolejnymi nawrotami pandemii i widmem recesji w gospodarce. Jest to pierwszy od wielu lat przypadek, kiedy wskaźnik ufności konsumenckiej badany przez GUS ma przeciwstawny zwrot ze wskaźnikiem sprzedaży. Wszystko wskazuje na to, że coraz mniej zakupów na rynku mieszkaniowym determinowanych jest dążeniem do zaspokojenia podstawowych potrzeb mieszkaniowych, a coraz więcej podejmowanych jest w oparciu o racjonalną kalkulację finansową, komentuje Kazimierz Kirejczyk, czołowy ekspert Zespołu Mieszkaniowego JLL.

Kluczowa dla zaspokojenia tego popytu będzie zdolność deweloperów do uzupełniania oferty. Widać to jak w soczewce na grupie największych spółek notowanych na GPW. Ci, którzy byli w stanie uzupełniać ofertę i odpowiadać na zapotrzebowanie ze strony różnych grup nabywców, byli w stanie utrzymać bardzo wysoką sprzedaż. Lepszą niż liczona dla ogółu rynku.

Rynek mieszkaniowy wchodzi w rok 2021 w zaskakująco dobrej formie. Chociaż wypadałoby raczej powiedzieć: w zasłużenie dobrej formie, będącej owocem doświadczenia nabytego w czasie poprzednich kryzysów, cierpliwego budowania potencjału firm deweloperskich i równie cierpliwego budowania zaufania wśród nabywców i innych uczestników rynku. Pozostaje tylko życzyć nam wszystkim, aby ta odporność utrzymała się także w całym 2021 r., komentuje Kazimierz Kirejczyk.

Brak przepisów i zbyt mały nakład na B+R blokują rozwój gospodarki wodorowej w Polsce

Polska dopiero rozpoczyna budowę gospodarki wodorowej. Z badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że 67 proc. ekspertów z tego obszaru za jedną z barier w jej rozwoju uważa aktualne przepisy prawne. Trzy czwarte ekspertów źle ocenia też nasz potencjał infrastruktury i zasobów do jej rozbudowy. Rozwiązaniem jest szybkie wdrożenie strategii wodorowej, która uregulowałaby funkcjonowanie interesariuszy i wprowadziła ułatwiające mechanizmy prawno-rynkowe. To wnioski płynące z raportu PIE „Gospodarka wodorowa w Polsce. Obserwacje na podstawie ram badawczych Technologicznego Systemu Innowacji”.

Zwiększenie roli wodoru w różnych gałęziach gospodarki może przyczynić się do osiągnięcia neutralności klimatycznej i zmniejszenia uzależnienia od importu paliw kopalnych. Głównymi zaletami wodoru jako paliwa jest potencjalnie zerowa emisja gazów cieplarnianych, a także niewyczerpane zasoby i szerokie zastosowanie.

Potencjał gospodarki wodorowej w Polsce

Polska na tle krajów wysoko rozwiniętych posiada stosunkowo niewielki potencjał technologiczny w obszarze niskoemisyjnej gospodarki wodorowej. Wskazuje na to niewielka liczba wyspecjalizowanych firm, jak i dane dotyczące dedykowanych wydatków na badania i rozwój. Eksperci biorący udział w badaniu Polskiego Instytutu Ekonomicznego wskazują, że największym problemem dla rozwoju systemu innowacji w obszarze wodoru jest niska dojrzałość rynku (przede wszystkim brak wystarczających przepisów prawnych oraz instrumentów wsparcia) i niedostateczne ukierunkowanie poszukiwań (głównie niejasne cele i procedury ich ustalania).

Według danych Międzynarodowej Agencji Energii środki przeznaczone na badania i rozwój w zakresie wodoru i ogniw paliwowych w Polsce w wartościach nominalnych są ok. 40-krotnie mniejsze, a w porównaniu do PKB 15-krotnie mniejsze niż w czołowych krajach UE w tej dziedzinie, tj. w Niemczech i Francji. Stanowią one 2 proc. wszystkich środków przeznaczonych w kraju na B+R, co już nie aż tak wyraźnie odbiega od wartości we wcześniej wymienionych krajach. Oznacza to, że w Polsce przeznacza się znacznie mniej środków całościowo na badania i rozwój, ale i podobnie proporcjonalnie mniej na B+R w dziedzinie wodoru i ogniw paliwowych – mówi Magdalena Maj, analityk zespołu energii i klimatu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.zbyt mały nakład środków na B+R blokują rozwój gospodarki wodorowej w Polsce

Głównymi uczestnikami systemu innowacji w Polsce są administracja rządowa, spółki Skarbu Państwa oraz organizacje wspierające, finansowane z kapitału państwowego. Gospodarka wodorowa budowana jest w oparciu o podejście odgórne (top-down), polegające na inicjowaniu i realizacji polityki publicznej na szczeblu centralnym. Zaletami tego podejścia może być lepsza synergia pomiędzy działaniami głównych uczestników systemu oraz zapewnienie większej dźwigni finansowej na realizację projektów wodorowych dzięki skumulowaniu kapitału. Wadami takiego podejścia są duży nacisk niektórych uczestników systemu na utrzymanie aktywów nieperspektywicznych (opartych na paliwach kopalnych) oraz asymetria informacji między spółkami Skarbu Państwa, a firmami prywatnymi.

Obciążenie państwowych spółek paliwowo-energetycznych zaangażowanych w rozwój gospodarki wodorowej „brudnymi aktywami” czyli opartymi o wykorzystanie paliw kopalnych będzie ograniczać ich środki na „zielone innowacje”. W efekcie, dystans dzielący Polską gospodarkę od światowych liderów może rosnąć, a nie maleć. Z kolei uprzywilejowany dostęp spółek Skarbu Państwa do wiedzy i większa możliwość wpływu, np. na regulacje i instrumenty wsparcia, mogą skutkować zakłóceniem mechanizmów rynkowych i osłabieniem konkurencyjności firm prywatnych wbrew celowi nadrzędnemu, jakim jest budowanie pozycji polskich firm w międzynarodowych łańcuchach dostaw gospodarki wodorowej. – powiedział Aleksander Szpor, kierownik zespołu energii i klimatu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Rekomendacje na przyszłość

Wyniki analizy strukturalnej i funkcjonalnej oraz doświadczenia zagraniczne wskazują, że szybkie przyjęcie polskiej strategii wodorowej może wspomóc rozwój polskiej gospodarki wodorowej. Umożliwiłoby to skoordynowanie działań interesariuszy gospodarki wodorowej i zapewniłoby stabilne warunki do inwestycji.

W polskiej strategii wodorowej szczególnie ważne będzie zapewnienie przepływu informacji między administracją publiczną i spółkami Skarbu Państwa a polskimi firmami mogącymi budować łańcuchy dostaw gospodarki wodorowej. Ograniczyłoby to problem asymetrii informacji oraz uchroniło obecny model rozwoju od uzyskiwania przewagi na rynku przez spółki Skarbu Państwa kosztem innych polskich firm – komentuje Aleksander Szpor, kierownik zespołu energii i klimatu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Z badania PIE wynika ponadto, że zalecane jest wypracowanie właściwych mechanizmów wsparcia rynkowego gospodarki wodorowej, takich jak kontrakty różnicowe, FIT (Feed-In Tariff), FIP (Feed-In Premium) czy feebate oraz wykluczenie lub ograniczenie wsparcia publicznego dla projektów bazujących wyłącznie na produkcji „szarego” („brązowego”) wodoru. Dzięki temu możliwe byłoby obniżenie kosztów interwencji publicznej niezbędnej do osiągnięcia przez technologie wodorowe (rozwijane z udziałem polskich firm) dojrzałości rynkowej oraz uniknięcie ryzyka efektu zamknięcia w technologiach wysokoemisyjnych.

222 tys. mieszkań i domów w 2020 r. Nowy rekord cieszy, ale…

W 2020 r. oddano do użytkowania blisko 222 tys. mieszkań i domów. To najlepszy wynik od 40 lat. Jednak czy utrzymujący się od sześciu lat silny trend wzrostowy uda się utrzymać?

Oddawanie do użytku ponad 200 tys. mieszkań rocznie nie będzie już kojarzone wyłącznie z PRL, a ściślej  z epoką Edwarda Gierka w latach 70.  Wygląda bowiem na to, że tak dobre wyniki budownictwa mieszkaniowego stają się standardem także w III RP. GUS poinformował właśnie, że w 2020 r. powstało 221 978 mieszkań, czyli najwięcej od 1980 r. Jednak wciąż czeka na pobicie rekord z 1978 r., kiedy GUS odnotował blisko 284 tys. nowych lokali.GUS-2020 mieszkania

Nie nastąpi to już w 2021 r. Wynika to z danych o rozpoczętych mieszkaniach. Wprawdzie od 2014 r. ich liczba systematycznie rosła, ale jeszcze nie na tyle, aby możliwe było powtórzenie wyników z drugiej połowy lat 70. GUS-2020 mieszkania1

Co gorsza, GUS wskazuje na spadek liczby rozpoczętych mieszkań w 2020 r., co nie wróży dobrze na przyszłość. Z drugiej strony trzeba mieć na uwadze, że pandemia COVID-19 mocno zaburzyła harmonogramy wielu inwestycji. Szczególnie widać to w budownictwie deweloperskim.GUS-2020 mieszkania2

W kwietniu i maju deweloperzy zareagowali ograniczeniem inwestycji. Jednak w czerwcu znów włączyli wyższy bieg. We wrześniu zaczęli budowę przeszło 17 tys. mieszkań, czyli o ponad jedną trzecią więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.  Mimo to ten rok deweloperzy zakończyli na minusie. GUS podał, że w całym 2020 r. zaczęli budowę ok. 130,2 tys. mieszkań, co jest wynikiem o 8,3% słabszym niż 2019 r.

Stabilizacji można się natomiast spodziewać w budownictwie jednorodzinnym. Inwestorzy indywidualni rozpoczęli bowiem budowę takiej samej liczby mieszkań jak rok wcześniej, czyli 90,3 tys.

Lekkim optymizmem mogą jednak napawać dane GUS w pozwoleniach na budowę. W 2020 r. wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia budowy 101,6 tys. mieszkań w budownictwie indywidualnym. Jest to wynik o 5% lepszy niż w 2019 r.

Niestety w najbliższych latach należy spodziewać się dalszego spadku liczby budowanych mieszkań czynszowych. Już ubiegłoroczne wyniki są złe. Natomiast dane GUS  o mieszkaniach rozpoczętych są wręcz katastrofalne. Nie ma jeszcze końcowych danych dla powiatów, ale po 11 miesiącach zanosiło się, że w 95% z nich nie rozpocznie się w 2020 r. budowa ani jednego mieszkania komunalnego!

O przeszło 23%% gorsze niż przed rokiem są też wyniki towarzystw budownictwa społecznego (są to spółki należące głównie do gmin) –1163 rozpoczętych mieszkań. Martwią również dane o pozwoleniach na budowę – objęły one 714 mieszkań komunalnych (spadek o 54%) oraz 847 społecznych mieszkań czynszowych (o ok. 20% mniej).

  Oddane do użytkowania Zmiana

r/r

Rozpoczęte Zmiana r/r Pozwolenia na budowę Zmiana r/r
Mieszkania komunalne 1035 -43,7% 365 -72,9% 714 -54%
Mieszkania społeczne czynszowe 1508 -38,9% 1163 -23,2% 847 -19,8%

Źródło: GUS

Jarosław Jędrzyński, ekspert RynekPierwotny.pl

Styczniowa informacja GUS, komunikująca kompletne już statystyki budownictwa mieszkaniowego w zakończonym 2020 roku, z pewnością nie budzi większych zastrzeżeń co do stanu rynkowej koniunktury z inwestycyjnego punktu widzenia.

Tym razem najmocniejszym punktem sprawozdania okazały się rekordowe dane dotyczące mieszkań oddanych do użytkowania, lepsze o równe 7 proc. rok do roku ogółem, a w przypadku deweloperów prawie o jedną dziesiątą.

Statystyki mieszkań oddawanych do użytku nie zależą jednak od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury sprzed około dwóch lat, a wiec okresu odpowiadającego etapowi budowlanemu cyklu inwestycyjnego w mieszkaniówce. Stąd ich wartość analityczna czy prognostyczna jest nieco ograniczona.

Znacznie większe znaczenie dla oceny bieżącego stanu koniunktury i jej perspektyw mają dane dotyczące mieszkań rozpoczętych i nowych pozwoleń na budowę. Tu ogromną niespodzianką jest gigantyczny, przekraczający 25 tys. jednostek grudniowy wynik pozwoleń deweloperskich. To zapewne pokłosie zmian warunków technicznych w 2021 r. W efekcie także i ta kategoria danych zaowocowała rekordowymi wolumenami.

Z kolei w przypadku mieszkań rozpoczętych inwestorzy indywidualni ruszyli w ub. roku z identyczną ilością budów co rok wcześniej, natomiast deweloperzy zanotowali ich spadek rdr rzędu 8 proc., a więc raczej symboliczny. Jeśli dodatkowo uwzględnić rekordowo wysoką bazę roku 2019 oraz ubiegłoroczne środowisko gospodarcze pogrążone w recesji wywołanej przez COVID, to otrzymamy obraz koniunktury inwestycyjnej pierwotnego segmentu mieszkaniówki w postaci „zielonej wyspy” rodzimej gospodarki. Pytanie, czy aby na pewno jest to jednoznacznie optymistyczny sygnał dla rynkowych perspektyw roku bieżącego.

Niestety regres deweloperskiej kontraktacji w roku 2020 okazał się istotnie głębszy od spadków wolumenów nowych budów, wynosząc wg. danych portalu RynekPierwotny.pl w 2020 roku dla całego kraju ponad 12 proc. Biorąc pod uwagę pozostałe dwie kategorie danych GUS, oznacza to dość wyraźne wyprzedzenie parametrów koniunktury inwestycyjnej w stosunku do sprzedażowej. A to może być wstępnym sygnałem ryzyka kreowania niebezpiecznego dla stanu rynkowej równowagi nawisu podażowego. Jeśli popyt na nowe mieszkania nie ulegnie szybkiej rekonstrukcji do poziomów sprzed pandemii, pewne ograniczenie produkcji mieszkań deweloperskich stanie się przesądzone. I prawdopodobnie taki scenariusz, co najmniej kilkuprocentowych spadków inwestycyjnych statystyk deweloperki mieszkaniowej, należy przyjąć w bezpośredniej perspektywie 2021 roku za bazowy.