O jedną czwartą klientów mniej w centrach handlowych

O jedną czwartą klientów mniej w centrach handlowych – podsumowanie odwiedzalności w pierwszym tygodniu po ponownym uruchomieniu. Niedziela handlowa okazała się dobrą decyzją – ruch w galeriach rozłożył się na dwa dni.

Wskaźniki odwiedzalności z pierwszego pełnego tygodnia po ponownym uruchomieniu sklepów w centrach handlowych utrzymują się na poziomie o 25-30 proc. niższym, w stosunku do  analogicznego okresu  2019 roku. Klienci skorzystali z możliwości zrobienia zakupów także w niedzielę, dzięki czemu ruch na terenie obiektów handlowych rozłożył się na dwa dni – w sobotę odwiedzalność wyniosła 77 proc., a w niedzielę 69 proc. wartości odnotowanych w odpowiednio porównywalnych dniach 2019 r. Pierwszy weekend grudnia pokazał też, że zdecydowana większość klientów stosuje się do wytycznych sanitarnych, reaguje na polecenia i  korzysta ze wskazówek podkreślających zasady DDM – dystans, dezynfekcja, maseczka.

Średni tygodniowy footfall w dniach 30 listopada – 6 grudnia 2020 r. wyniósł 76 proc. w porównaniu do odwiedzalności w tym samym okresie w 2019 roku. W niedzielę handlową, która w bieżącym roku została wyjątkowo wprowadzona 6 grudnia,  odnotowano odwiedzalność na poziomie 69 proc. w porównaniu do niedzieli handlowej 24 listopada 2019 r. (to najbliższa porównywalna niedziela handlowa z 2019 r.). Dzięki temu, że klienci skorzystali z możliwości robienia zakupów także w niedzielę, ruch w obiektach handlowych rozłożył się na dwa dni weekendu. Dla porównania w sobotę w centrach handlowych pojawiło się 77 proc. klientów w odniesieniu do analogicznej soboty w 2019 r., a tydzień wcześniej (28 listopada) w pierwszym dniu po otwarciu centrów handlowych 73 proc.

Obiekty średnie i mniejsze cieszą się większą popularnością – średnia tygodniowa odwiedzalność wyniosła 79 proc., niż duże i bardzo duże, które odnotowały ją na poziomie 72 proc. Najwięcej osób skorzystało z możliwości zrobienia przedświątecznych zakupów w regionach Południowym i Centralnym.

Klienci dostosowali się do reżimu sanitarnego i zmienili sposób korzystania z centrów handlowych. Zakupy robiły pojedyncze osoby, które stosowały się do zasad DDM, utrzymywały dystans, nosiły maseczki i dezynfekowały ręce. Galerie i sklepy skrupulatnie przestrzegały obostrzeń dotyczących liczby osób przypadających na 1 mkw.

Równolegle w ramach kampanii „Bezpieczeństwo – Kupuję To!” – #KupujęBezpiecznie, pod honorowym patronatem Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, Polska Rada Centrów Handlowych oraz członkowie PRCH i organizacje branżowe  aktywnie edukowały i edukują klientów promując  zasadę  DDM – dystans, dezynfekcja, maseczki oraz przekazując  praktyczne porady jak przygotować się do Świąt dokonując bezpiecznych zakupów.

„Obserwujemy zmianę postaw klientów, którzy w sposób odpowiedzialny podchodzą do zasad rygoru sanitarnego obowiązującego w centrach handlowych. Cieszymy się, że podjęte przez nas działania, realizujące kampanię edukacyjną skierowaną do klientów oraz akcje informacyjne poszczególnych galerii handlowych i najemców, przynoszą efekty. Dziesiątki tysięcy plakatów, naklejek ułatwiających poruszanie się i zachowywanie dystansu, komunikaty głosowe i co bardzo ważne ogromne zaangażowanie pracowników galerii, którzy dbają o codzienne bezpieczeństwo w przestrzeni obiektów handlowych, przyczyniają się do tego, że centra  są jednymi z najbezpieczniejszych miejsc w przestrzeni publicznej” – powiedział Radosław Knap, Dyrektor Generalny PRCH.

„Nowa normalność” zostanie z nami przez co najmniej kilka lat. Jakie są główne wyzwania dla działów IT?

Pandemia przyspieszyła cyfrową transformację i zmusiła firmy do większych wydatków na bezpieczeństwo sieciowe. Największym wyzwaniem wciąż praca zdalna.

„Nowa normalność” zostanie z nami przez co najmniej kilka lat a zabezpieczanie pracowników zdalnych i ochrona wdrożeń w chmurze to główne wyzwania cybernetyczne dla firm w ciągu najbliższych trzech lat – wynika z międzynarodowego badania firmy Check Point. Zdecydowana większość przedstawicieli firm uważa, że świat sprzed pandemii już nie powróci.

Firma Check Point przedstawiła wyniki nowej międzynarodowej ankiety, ukazującej kluczowe priorytety i wyzwania w zakresie bezpieczeństwa cybernetycznego na lata 2021-2023. Ponad połowa respondentów badania stwierdziła, że ich organizacje są obecnie świadkami większej liczby ataków i zagrożeń niż na początku 2020 r. Jednocześnie zdecydowana większość badanych zauważa, że podejście do bezpieczeństwa nie powróci do stanu sprzed pandemii. Poważne zmiany w infrastrukturze IT potwierdza również KPMG, który szacuje, że podczas pierwszej fali pandemii firmy wydawały dodatkowo około 15 mld dolarów tygodniowo więcej na technologie, aby zapewnić skuteczną i bezpieczną pracę zdalną. KPMG zauważa, że wg ponad połowy szefów działów IT w polskich firmach, pandemia trwale przyspieszyła transformację cyfrową i przyswajanie nowych technologii takich jak sztuczna inteligencja, blockchain czy automatyzacja.

Tymczasem ankieta przeprowadzona przez firmę Check Point wśród ponad 600 specjalistów IT na całym świecie ujawniła, że największym wyzwaniem bezpieczeństwa organizacji w najbliższych latach będzie zapewnienie bezpieczeństwa pracowników zdalnych na szeroką skalę (47%). Przedstawiciele firm uważają, że w dalszej kolejności trudnością może być zapobieganie atakom phishingowym i socjotechnicznym (42%), utrzymywanie bezpiecznego dostępu zdalnego (41%) oraz ochrona aplikacji i infrastruktury w chmurze (39%).

Dla szefów działów IT i bezpieczeństwa głównymi priorytetami na lata 2021-2023 będą zabezpieczenia pracy zdalnej, bezpieczeństwo punktów końcowych i urządzeń mobilnych oraz zabezpieczenie chmur publicznych. Powyższe kwestie wydają się być istotniejsze niż m.in. wsparcie bezpieczeństwa dla Internetu Rzeczy czy dalsze wzmacnianie bezpieczeństwa poczty elektronicznej.

Aż 95 % respondentów uznało, że ich strategie zarządzania siecią firmową zmieniły się w drugiej połowie roku. Co ciekawe tylko nieco ponad jedna czwarta stwierdziła, że przyspieszyła istniejące projekty bezpieczeństwa w 2020 r., co może wskazywać, że dla większości ich reakcja na pandemię obejmowała nieplanowaną zmianę modelu biznesowego.

Około połowa wszystkich respondentów uważała, że ich podejście do bezpieczeństwa nie wróci do norm sprzed pandemii. Niecałe 30% zapewniło, że spodziewa się powrotu do funkcjonowania znanego sprzed epidemii Covid w bliżej nieokreślonej przyszłości, a jedynie 20% uważa, że ich model działania wrócił już do dawnych norm.

24% firm powstrzymuje się od inwestycji w zielone technologie z powodu deficytu wiedzy

Wiedza biznesu na temat Europejskiego Zielonego Ładu jest zróżnicowana. Dlatego rząd powinien podjąć w tym zakresie intensywne działania informacyjne

24% nieinwestujących firm powstrzymuje się od inwestycji w technologie proklimatyczne, ponieważ brakuje im odpowiedniej wiedzy na ten temat – wynika z badania przeprowadzonego przez Konfederację Lewiatan.

Przedsiębiorstwa planują inwestycje m.in. w OZE, elektryfikację, fotowoltaikę, magazyny energii, energię z wodoru czy pompy ciepła. Prawie jedna czwarta firm powstrzymuje się jednak od takich inwestycji z powodu braku odpowiedniej wiedzy na temat zielonej gospodarki.

Firmy odczuwają szczególnie deficyt informacji o polityce klimatycznej, celach redukcyjnych, transformacji sektora energetycznego, sprawiedliwej transformacji, gospodarce o obiegu zamkniętym, zrównoważonej mobilności, nowych technologiach, dostępnych źródłach finansowania oraz wsparciu inwestycji.

– W zielonej transformacji kluczową rolę będzie pełnić wiedza o innowacyjnych technologiach, edukacja i transformacja społeczna. Jednak bez szerokiej kampanii informacyjnej, co wynika z naszego badania, część firm zrezygnuje z inwestycji w zielone technologie właśnie z powodu deficytu wiedzy. Tę lukę aktualnie wypełnia Rada ds. Zielonej Transformacji w Lewiatanie – mówi Dorota Zawadzka-Stępniak, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu w Konfederacji Lewiatan.

Jak dotąd w inwestowaniu w zielone technologie nie przeszkadza firmom niedobór pracowników. Na tę barierę wskazywało jedynie 8% nieinwestujących firm.

– Niedobór pracowników nie jest obecnie postrzegany jako bariera dokonywania inwestycji proklimatycznych. Warto jednak mieć świadomość, że pełne wykorzystanie potencjału płynącego z transformacji energetycznej będzie wymagać nowych kompetencji. Tym bardziej zaawansowanych, im bardziej innowacyjne produkty i usługi będziemy dostarczać. Dlatego już teraz należy przygotować program wspierający w przekwalifikowaniu pracowników schyłkowych zawodów oraz bezrobotnych do potrzeb zielonej gospodarki. To warunek konieczny sprawiedliwej transformacji, która nikogo nie zostawia w tyle – dodaje Monika Fedorczuk, ekspertka rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

Jutro przywódcy UE spotkają się w Brukseli na dwudniowym szczycie i rozmawiać będą m.in. o walce ze zmianą klimatu, budżecie na lata 2021-2027 i Funduszu Odbudowy.

Badanie „Wpływ Europejskiego Zielonego Ładu na funkcjonowanie firm” zostało przeprowadzone w listopadzie br. wśród przedsiębiorstw reprezentujących kluczowe branże.

Na czym polega ranking kredytów gotówkowych, co decyduje o miejscu w rankingu kredytu gotówkowego?

Jeśli szukasz korzystnej oferty kredytu gotówkowego, możesz sprawdzić rankingi, które podpowiedzą, gdzie warto wysłać wniosek. Jak się je tworzy, według jakich parametrów oferty są oceniane? Sprawdzamy.

Na czym polega ranking kredytów gotówkowych?

Ranking kredytów gotówkowych to zestawianie kilku różnych ofert, ocenianych pod kątem wybranych parametrów. Mogą być tworzone na dwa sposoby: „ręczny” i automatyczny.

W pierwszym przypadku ranking opracowują najczęściej specjaliści, którzy śledzą oferty bankowe. Na podstawie warunków, przykładu reprezentatywnego analizują kredyty, biorąc pod uwagę wskazane parametry. Na końcu przedstawiają całość w formie przejrzystego rankingu. Na pierwszym miejscu znajduje się kredyt, który „wygrał” w danym miesiącu, natomiast na kolejnych miejscach są już mniej korzystne, ale dalej atrakcyjne na tle innych oferty.

Obecnie niewiele serwisów publikuje takie comiesięczne zestawienia, przygotowane przez ekspertów, częściej generowane są one automatyczne. W jaki sposób? Narzędzie internetowe zbiera oferty, analizuje konkretne parametry i przedstawia kredyty w kolejności od najkorzystniejszego do najbardziej kosztownego. Minusem jest brak komentarza, zebranych wniosków przez ekspertów. Plusem natomiast to, że w takim rankingu przedstawionych jest zwykle więcej ofert, może być on także aktualizowany w trakcie miesiąca, jeśli warunki banku się zmienią. Sprawdź ranking kredytów gotówkowych na Wnioskomat.com, aby przekonać się, jak to działa.

Jak oceniane są oferty w rankingu kredytów?

Podczas tworzenia rankingów, brane są pod uwagę różne koszty wpływające na wysokość kredytu: oprocentowanie, prowizja, RRSO. Jednak, aby lista była jak najbardziej obiektywna, każdą ofertę trzeba rozpatrywać pod tym samym kątem.

Najczęstszymi parametrami, branymi pod uwagę w trakcie oceny ofert, jest wysokość zobowiązania, a także okres spłaty kredytu. Tak jest w przypadku automatycznych narzędzi, gdy analizy dokonuje ekspert, może uwzględnić także dodatkowe czynniki, aczkolwiek informacje o tym zawsze znajdziesz we wstępie. Najważniejsze jest, aby każdą ofertę ocenić na podstawie dokładnie tych samych czynników.

Dobry ranking, czyli jaki?

W sieci znajdziesz wiele różnych rankingów, któremu zaufać? Mamy kilka porad, które powinny ci się przydać.

Najważniejszą cechą rankingu jest aktualność – jeśli porównanie jest sprzed miesiąca, warunki mogły się zmienić. Dużą zaletą internetowych narzędzi rankingowych jest to, że jeśli bank w trakcie miesiąca wprowadzi promocje, albo zmieni prowizję, dane te automatycznie się zaktualizują, nierzadko powodując „przetasowania” na liście.

Drugą rzeczą, na którą musisz zwrócić uwagę, jest to, czy ranking podaje, na podstawie jakich parametrów dokonano analizy. Taka informacja powinna być umieszczona na samym początku.

Ostatnią kwestią jest to, ile ofert zostało wziętych pod uwagę: im więcej, tym zestawienie jest bardziej wiarygodne. W przypadku narzędzi automatycznych dużo zależy od tego, z iloma bankami współpracuje serwis, a więc w praktyce – z ilu pobiera dane do oceny.

Światem rządzi eCommerce? Podsumowanie konferencji GMC Live! vol. 3

Na to wszystko wskazuje, a przynajmniej w świecie marketingu. To właśnie bardzo prężnie rozwijające się w ostatnich miesiącach środowisko eCommerce zdominowało trzecią już edycję bezpłatnej konferencji online, GMC Live! Twórca jednej z największych konferencji marketingowych w Polsce, Grupa MTP, postanowił czasowo przenieść swój format do sieci i robić to co umie najlepiej – przekazać wiedzę, podzielić się trendami i zainspirować do działania.

3 grudnia na fan page’u oraz na kanale YouTube Golden Marketing Conference punktualnie o 10:00 rozpoczęło się wydarzenie GMC Live! vol. 3, które od pierwszych dni promocji stawiało na dużą dawkę wiedzy z zakresu eCommerce. I organizator dotrzymał słowa. Transmisję rozpoczęła prelekcja „Pytania o eCommerce – jaką platformę sprzedażową wybrać?” Tymoteusza Stengerta, New Business Lead  w Sylius oraz Tomasza Grzemskiego, CEO i Co-Founder, Macopedia. Mogliśmy się z niej dowiedzieć jakie platformy sprzedażowe dostępne są na rynku,  jaka platforma sprzedażowa jest odpowiednia na dla konkretnego rodzaju eCommercu oraz o czym warto pamiętać planując rozwój eCommerce. Kolejne prelekcje dotyczyły wsparcia sprzedaży w handlu elektronicznym przez kampanie prowadzone przez Facebook Ads, tu wykład wygłosiła Monika Czaplicka, CEO
w Wobuzz. Natomiast o wsparciu eCommerce przez narzędzia Google opowiedział CEO DevaGroup, Krzysztof Marzec. Kolejnym prelegentem, który wystąpił na wirtualnej konferencji był Dawid Fucia, Sales Team Leader w edrone. Przedstawił on w jaki sposób zbierać dane w czasach gdy jesteśmy bardzo mocno oszczędni w przekazywaniu informacji o sobie, a największy sukces odnoszą Ci, którzy komunikację szyją na miarę swoich odbiorców. Skoro mamy już dane o naszych klientach to jak je analizować i poszukać nowych źródeł by do perfekcji zoptymalizować sprzedaż? Jak sprawić by klienci wracali z poczuciem potrzeby kolejnego zakupu? O tym wszystkim na podstawie kampanii Facebook Ads oraz Google Ads opowiedziała Marta Burchard, Digital Specialist w ToBilet.pl oraz Agencji r360 w temacie „Powracający klient „cytryną” w customersowej lemoniadzie”.

Bardzo pozytywnym urozmaiceniem konferencji były tematy z branży, której ogromy potencjał marketingowy jest dopiero co zauważany, mianowicie gaming. O metodach komunikacji w esporcie opowiedziały Karolina Kałużyńska, PR Manager, Gameset oraz Justyna Oracz, Head of Communications w  Fantasyexpo. O tym jak trudno wejść na rynek produktów, który już wszystko widział a przy okazji nie rozpychać się łokciami i ugryźć dla siebie kawałek tortu opowiedziała Emilia Kusion, Brand Director w CityDiet.  Projekt Golden Marketing Conference od pewnego czasu zahacza także o tematy niezwykle rzadkie na konferencjach, czyli prawo w marketingu. Nie inaczej było tym razem, bo ostatnie dwa 2 lata to prawny roller-coaster dla marketingu. Mityczne RODO nadal utrudnia zamiast ułatwiać, a pod koniec grudnia 2020 r. pojawi się jeszcze jego młodszy brat – Prawo komunikacji elektronicznej. Właśnie o tym w prelekcji „3 kroki do prostszego marketingu, które od dawna są zapisane w RODO.” opowiadał Bartosz Pilc, Radca prawny i partner w Core Law. Następnie Paulina Mazur poruszyła temat wiarygodnego Employer Brandingu, czyli co trzeba zrobić, aby kandydaci uwierzyli, że marka pracodawcy jest atrakcyjna, a Piotr Bucki wprowadził nas w świat błędów poznawczych wpływających na decyzje zakupowe. Natomiast Łukasz Sokołowski, Digital Brand Manager w Citi Handlowy przedstawił jak pochodzić do tworzenia interesujących treści niosących wartość dla odbiorców oraz jak w działaniach tych wykorzystać wizerunek influencerów. Dzień konferencyjny zamknęła rozmowa z Danielem Bossy o lejkach sprzedażowy, czyli jak zbudować długoterminową strategię która zarabia – i to wszystko, oczywiście, w kontekście eCommerce.

Projekt GMC Live! powstał w odpowiedzi na potrzeby rynku marketingowo-eventowego, który w czasie największych obostrzeń wynikających ze światowej pandemii został zobligowany do przeniesienia swoich stacjonarnych spotkań na inne terminy. By móc kontynuować swoją misję prowadzenia rozmów o najnowszych trendach w branży oraz dzielić się dobrymi praktykami marketingowymi stworzyliśmy formułę spotkań online, które mają zagwarantować możliwość nieustannego wzbogacania wiedzy marketingowców i bezpłatnego podnoszenia kwalifikacji.

Badanie wizyt w sklepach: Polacy zdecydowanie omijają soboty. Największy ruch jest w piątki

Jak wynika z badania firmy technologicznej Proxi.cloud, istnieje silny związek między liczbą nowych przypadków COVID-19 a ruchem w sklepach. Wzrost zachorowań wpływa negatywnie zarówno na dzienną, jak i tygodniową liczbę klientów. Korelację zdecydowanie najmocniej widać w miastach liczących ponad 500 tys. mieszkańców. Natomiast na końcu zestawienia znajdują się ośrodki, w których mieszka od 50 do 100 tys. osób. Do tego wyraźnie widać, że najczęściej wybieranym dniem na weekendowe zakupy nie jest już sobota. Teraz największych ruch notuje się w piątek.

Z badania, przeprowadzonego na próbie blisko 2 mln konsumentów, wychodzi, że -0,55 wynosi korelacja między nowymi zakażeniami a ruchem w sklepach wielkopowierzchniowych w całym kraju. Z zebranych danych wynika, że istnieje silny związek pomiędzy wzrostem stwierdzanych przypadków SARS-CoV-2 a spadającą liczbą wizyt w placówkach handlowych.

– Największą zależność, tj. na poziomie -0,87, obserwujemy w miastach mających powyżej 500 tys. mieszkańców. Może to oznaczać, że tam ludzie są najbardziej świadomi zagrożenia. Ponadto w przypadku dużych skupisk ryzyko zakażenia jest wyższe. Dodatkowo, przez wysokie zagęszczenie placówek handlowych, spadki ruchu są bardziej zauważalne. Klienci odwiedzają mniej takich miejsc niż zwykle oraz robią to rzadziej – mówi dr Krzysztof Łuczak z firmy Proxi.cloud.

Z kolei dr Andrzej Maria Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego zwraca uwagę na specyfikę funkcjonowania sklepów w największych miastach. Tam standardowo jest ogromny ruch osób, towarów oraz pieniędzy. To sprawia, że jest sporo miejsc, gdzie mikroby mogą być zaszczepione. A gdy publikowane są statystyki z większą liczbą zachorowań, to część ludzi ogranicza wyjścia z domu.

– Praca zdalna niejako zmusza do wyboru sklepu blisko miejsca zamieszkania. Dodatkowo miasta powyżej 500 tys. mieszkańców mają największą dostępność usług dostawy zakupów spożywczych do domu. To też może wpływać na mniejszą liczbę wizyt w sklepach stacjonarnych – podkreśla dr Łuczak.

Jak wynika z zebranych danych, korelacja dla pozostałych obszarów jest dość silna. Za największymi aglomeracjami widzimy ośrodki liczące 100-500 tys. mieszkańców (-0,65). Dalej są miasta do 50 tys. mieszkańców (-0,63), wsie (-0,62) oraz miasta 50-100 tys. mieszkańców (-0,51). Dr Paweł Prociów z Proxi.cloud porównuje te wskaźniki z wynikami dla krótszego okresu. I zaznacza, że w całej Polsce nastroje względem COVID-19 są z czasem gorsze.

– W mniejszych miejscowościach istotne jest wzmocnienie kontaktów bezpośrednich. Do zakażeń może więc dochodzić poza placówkami handlowymi. Jednocześnie dostawy do sklepów na takich obszarach nie są mocno skoncentrowane. Towar dociera od licznych, często małych, więc o uboższych zabezpieczeniach, dostawców. A to może być czynnikiem zwiększającym transmisję koronawirusa – dodaje dr Faliński.

Z analiz Proxi.cloud również wynika, że zmiany wywołane COVID-19 zaczęły się 25 września, tj. w momencie przekroczenia 1500 potwierdzonych przypadków dziennych zakażeń. Natomiast wyraźny spadek wizyt w sklepach widać od 12 października br. Jak wskazuje dr Prociów, mogło to być efektem nowych obostrzeń na terenie całego kraju. 2 dni wcześniej strefa czerwona objęła 32 powiaty i 6 miast, a pozostały obszar kraju – znalazł się w strefie żółtej. Dodatkowo zwiększono obostrzenia w obu tych strefach, również dla handlu. Pojawiły się też nowe wytyczne dotyczące liczby osób przebywających w sklepach.

– 19 października poziom wizyt w sklepach spadł nawet o 25% w porównaniu ze średnią. 5 dni później cała Polska została objęta strefą czerwoną. W przeddzień wprowadzenia tych restrykcji liczba wizyt w placówkach handlowych na chwilę wzrosła. To może oznaczać, że wielu Polaków postanowiło zrobić zakupy na zapas. Od tego momentu zaczęto odnotowywać ciągły spadek wizyt, a ich liczba utrzymuje się wciąż poniżej średniej – analizuje ekspert z Proxi.cloud.

Jak dodaje dr Łuczak, można obserwować wzrosty ponad normę. Dzieje się tak wyłącznie w piątki oraz w dni przed świętami, w których sklepy są zamknięte. Tak było np. 30 października i 10 listopada br. Natomiast największe spadki dotyczą sobót. Zdaniem eksperta, prawdopodobnie ludzie chcą unikać największej liczby klientów robiących zakupy na koniec tygodnia handlowego.

– Przed wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele, zakupy były rozłożone na 3 dni weekendu. Wtedy w piątek nie kupowało się tak dużo, bo każdy chciał się dostać do domu. Wizyty w sklepach odbywały się przede wszystkim w sobotę. Teraz wygląda to inaczej. Większy ruch jest w piątek. Część ludzi traktuje go jak dawniej sobotę, a ta bardziej przypomina im niedzielę. Ale w grudniu to się może chwilowo zmienić, bo handel będzie odbywał się praktycznie codziennie – dodaje ekspert ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Analitycy Proxi.cloud przyjrzeli się też korelacji między tygodniową liczbą klientów a liczbą nowych zakażeń. W tym przypadku wskaźnik wynosi -0,49 i wskazuje na umiarkowanie silny związek. Najsilniejszy jest on dla miast powyżej 500 tys. mieszkańców (-0,80). Oznacza to, że przy rosnącej tygodniowej liczbie zachorowań, spada liczba osób odwiedzających sklepy.

– W tym przypadku wytłumaczeniem może być również większa dostępność zakupów spożywczych zamawianych przez Internet i dostarczanych pod drzwi. Najmniejszy, choć wciąż silny związek, widać w miastach od 50 tys. do 100 tys. mieszkańców. Tu mamy wskaźnik -0,57 – podsumowuje dr Paweł Prociów.

Badanie było prowadzone w dniach od 19 sierpnia do 21 listopada br. we wszystkich 16 województwach na próbie blisko 2 mln unikalnych konsumentów (w wieku od 18 do 65 lat). Mieli oni zainstalowaną w telefonie przynajmniej jedną aplikację mobilną oraz wyrazili zgodę na dostęp do usług lokalizacji. Dane zbierano za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie.

63% pracowników na home office odczuwa negatywne skutki pracy zdalnej

Badanie: aż 60 proc. pracowników oczekuje od pracodawców większego wsparcia w zakresie zdrowego i aktywnego stylu życia.

Aktywni fizycznie pracownicy rzadziej doświadczają negatywnych skutków pracy zdalnej – aż 79 proc. ćwiczących Polaków wskazuje, że sport poprawia ich samopoczucie i efektywność w pracy. W rezultacie aż 16,6 mln (60 proc.) aktywnych zawodowo mieszkańców Polski oczekuje od pracodawców większego wsparcia w zakresie zdrowia i aktywności fizycznej w czasie pandemii – wynika z najnowszej edycji badania MultiSport Index 2020 przeprowadzonego przez Kantar na zlecenie Benefit Systems.

Utrzymanie zdrowia, efektywności i motywacji pracowników należą do najważniejszych wyzwań, z którymi mierzą się obecnie firmy – negatywne skutki pracy poza biurem dotykają średnio 63 proc. zatrudnionych. Im więcej dni tygodnia przepracowanych w domu, tym wyższy jest ten odsetek. W przypadku osób, które pracują zdalnie 3-4 dni w tygodniu, aż 74 proc. odczuwa negatywne konsekwencje pracy w warunkach domowych. Obecnie, według badania MultiSport Index 2020, aż 40 proc. aktywnych zawodowo Polaków pracuje w warunkach domowych, a 64 proc. z nich przebywa na home office z powodu trwającej pandemii.

Negatywne skutki pracy zdalnej63% pracowników na home office odczuwa negatywne skutki pracy zdalnej 2

Aktywność fizyczna łagodzi negatywne skutki pracy zdalnej

W grupie osób, które są aktywne fizycznie, czyli korzystających z ruchu przynajmniej raz w miesiącu, 42 proc. przyznaje, że nie odczuwa żadnych negatywnych skutków home office. Tymczasem wśród pracowników, którzy nie ćwiczą jedynie 29 proc. deklaruje taką odpowiedź.63% pracowników na home office odczuwa negatywne skutki pracy zdalnej

– Zdrowe nawyki i aktywny styl życia mają także istotny wpływ na sferę zawodową – wspierają efektywne zarządzanie czasem pracy, redukują absencję chorobową czy stres, który jest jedną z wiodących przyczyn wypalenia zawodowego. W czasie pandemii aż 79 proc. ćwiczących Polaków odczuwa pozytywny wpływ ruchu na samopoczucie i produktywność w pracy. Najnowsze badanie MultiSport Index 2020 pokazało, że aktywni pracownicy rzadziej zmagają się z negatywnymi skutkami pracy zdalnej. Największe różnice widoczne są w przypadku problemów zdrowotnych (-15 p.p.), związanych z prawidłowym odżywianiem (-14 p.p) czy też z poziomem stresu (-10 p.p.) – komentuje Emilia Rogalewicz, Członek Zarządu Benefit Systems, firmy będącej twórcą Programu MultiSport.

Z badanie MultiSport Index 2020 wynika, że aż 41 proc. aktywnych fizycznie Polaków odnalazło w sporcie sposób na łagodzenie stresu związanego z pandemią.

– To bardzo dobry trop, ponieważ wysiłek fizyczny sprzyja relaksowi i powoduje wydzielanie hormonów szczęścia, takich jak endorfiny, czy oksytocyna – czyli hormon bliskości. Dzięki aktywności fizycznej możemy wesprzeć nie tylko nasze samopoczucie psychiczne, ale także nasze zdolności poznawcze. Podczas wysiłku pobudzamy pracę mózgu i dotleniamy organizm, w efekcie pamięć czy koncentracja działają sprawniej, a to bezpośrednio wspiera naszą efektywność w czasie wykonywania obowiązków zawodowych – mówi Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia.

Popularność sportowych benefitów

Jednym z najpopularniejszych świadczeń pozapłacowych wspierających aktywność fizyczną są obecnie karty sportowe. Ma do nich dostęp 60 proc. pracowników dużych firm i co czwarta osoba pracująca w Polsce. Drugą najczęściej oferowaną przez pracodawców formą sportowego wsparcia jest infrastruktura rowerowa – np. stojaki na rowery.

Dostępność benefitów pozapłacowych z zakresu sportuDostępność benefitów pozapłacowych z zakresu sportu

Jednocześnie 47 proc. pracowników uznaje, że ich pracodawca nie podejmuje wystarczających działań w obszarze promocji aktywności fizycznej wśród pracowników. 60 proc. zatrudnionych oczekuje od firm większego wsparcia w zakresie zdrowia i sportu, a 75 proc. aktywnych fizycznie pracowników zapewnia, że niezależnie od rozwoju sytuacji epidemicznej, nie zamierza rezygnować z ćwiczeń.

– Tak zdecydowane deklaracje sportowych potrzeb wynikają w dużej mierze z doświadczeń pracowników, nagromadzonych w ostatnich miesiącach. Chęć zadbania o nadwyrężone w okresie pandemii zdrowie fizyczne i psychiczne jest w tej chwili dla Polaków najważniejszą motywacją do ćwiczeń. Możliwość łagodzenia skutków pracy zdalnej poprzez aktywność fizyczną, a także jej wpływ na efektywność pracy, również nie pozostają bez znaczenia. Podczas wiosennego lockdownu, w związku z zamknięciem obiektów sportowych, aż 43 proc. aktywnych fizycznie Polaków ograniczyło częstotliwość treningów. Większość z tych osób bardzo szybko odczuła wpływ zmiany sportowych nawyków na samopoczucie, zdrowie i sylwetkę. Dziś, zgodnie z deklaracjami, wiele osób chce uniknąć ponownych zmian w sportowej rutynie, tym bardziej że w okresie pandemii benefity, takie jak Program MultiSport, dostosowały swoją ofertę do zmiennych warunków. Obecnie umożliwiają podejmowanie aktywności fizycznej zarówno w obiektach sportowych, jak i w warunkach domowych. Użytkownicy chętnie korzystają z tych funkcjonalności, co widzimy m.in. po statystykach odtwarzania treningów online, dostępnych za pośrednictwem platformy kartamultisport.pl  – mówi  Emilia Rogalewicz.

Od początku pandemii z treningów online skorzystało 74 proc. MultiSportowców. W październiku, czyli w momencie ponownego zaostrzenia restrykcji związanych z pracą biurową oraz funkcjonowaniem obiektów sportowych, popularność internetowych treningów wzrosła o ponad 100 proc. w porównaniu z wrześniem bieżącego roku. Użytkownicy Programu MultiSport wciąż korzystają także ze stacjonarnych obiektów sportowych, które działają w różnorodnej formule. Szkoły jogi, szkoły sztuk walki, ścianki wspinaczkowe, korty do tenisa czy squasha działają bez przeszkód, stosując wyśrubowanie wytyczne sanitarne. Działa także część siłowni i klubów fitness, które zgodnie z obowiązującym rozporządzeniem, prowadzą np. zorganizowane zajęcia sportowe pod okiem trenera.  Warto podkreślić, że 94 proc. Polaków, którzy od zakończenia pierwszego lockdownu odwiedzili obiekty sportowe potwierdza, że czuje się w nich bezpiecznie.

Badanie MultiSport Index 2020 „Aktywność fizyczna Polaków wymaga wsparcia” zostało zrealizowane przez Kantar na zlecenie Benefit Systems (twórcy Programu MultiSport) na reprezentatywnej, losowej próbie 1200 Polaków powyżej 18. roku życia (wrzesień 2020), losowej próbie 1000 Polaków powyżej 18. roku życia (kwiecień 2020) oraz losowej próbie 1800 Polaków powyżej 18. roku życia (styczeń 2020). Badania przeprowadzono z wykorzystaniem techniki wywiadu telefonicznego wspomaganego komputerowo (CATI) w dniach od 15 stycznia do 29 stycznia 2020 roku, od 23 do 30 kwietnia 2020 roku oraz od 21 sierpnia do 7 września 2020 roku.

Zaległości firm po pół roku pandemii

O 1,22 mld zł do 34,38 mld zł podwyższyły się zaległości przedsiębiorstw widoczne w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w BIK w drugim i trzecim kwartale. Przyrost zaległości nie przekroczył 4 proc. i był tylko nieznacznie wyższy niż przed rokiem. Tym razem jednak rozłożył się bardzo nierównomiernie pomiędzy sektorami i branżami. Najbardziej ucierpiały te dotknięte ograniczeniami wynikającymi z pandemii: rekreacja (19,1 proc.), turystyka (18,4 proc.) i kultura (13,1 proc.), a wśród dużych sektorów transport. Z wypłacalnością kontrahentów nie jest jednak najgorzej – wynika z badania dla BIG InfoMonitor. Większość firm jest zadowolona z jakości rozliczeń B2B, na negatywny wpływ pandemii wskazuje 18 proc. przedsiębiorstw MSP.

Zaległości firm w pół roku pandemiiW okresie od marca do września w największym stopniu zaległości B2B wzrosły w pierwszym pełnym miesiącu lockdownu. Z puli 1,22 mld zł, o którą podwyższyły się przeterminowane zobowiązania przedsiębiorstw przez pół roku – 0,57 mld zł przypadło na kwiecień, przed uruchomieniem pomocy państwa i wakacji kredytowych. Później było to ok. 130 mln zł miesięcznie, by na koniec września suma zaległości sięgnęła 34,38 mld zł. Mowa tu o nieopłaconych fakturach zgłoszonych przez wierzycieli do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz widocznych w BIK ratach kredytów opóźnionych przez co najmniej 30 dni na kwotę min. 500 zł. Od maja pomogła Tarcza Antykryzysowa, możliwość przełożenia spłaty rat kredytów o 3 lub 6 miesięcy, a także większe zaangażowanie przedsiębiorców w ściąganie należności, poza tym ograniczenie sprzedaży z odroczonym terminem płatności, no i ogólny spadek liczby faktur. Poza tym firmy same z siebie również starały się, o ile to możliwe, płacić na czas, by nie narażać dostawców na utratę płynności finansowej, a siebie na przerwanie łańcucha dostaw. W rezultacie kwota zaległości w okresie pandemii wzrosła o 3,7 proc., czyli niewiele bardziej niż w drugim i trzecim kwartale 2019 r., kiedy było to 3,5 proc. (1,07 mld zł). Ogromne znaczenie ma tu również fakt, że skutki pandemii nie dotknęły równie silnie wszystkich branż, bo jeśli tak by się stało, statystyki z pewnością wyglądałyby dużo gorzej. W kilku przypadkach zaległości nawet stopniały. Zmniejszył je sektor wytwarzający i dostarczający energię, gaz i gorącą wodę, górnictwo, a także obsługa rynku nieruchomości. – Gdyby oceniać sytuację pod kątem zaległości przedsiębiorstw, to widać, że szereg elementów: oszczędności firm, umiejętność zarządzania, pomoc państwa oraz wakacje kredytowe sprawiły, że nie jest tak źle jak można było zakładać. Ostatecznie bowiem wzrost kwoty przeterminowanych płatności, w czasie pierwszych sześciu miesięcy pandemi, był porównywalny do obserwowanego w analogicznym okresie minionego roku. A sytuacja nie jest porównywalna, dlatego niestety należy się obawiać, że z czasem wraz z finalizowaniem wakacji kredytowych i ograniczaniem pomocy państwa przełoży się na problemy w rozliczeniach – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Na koniec września wciąż aktywne wakacje kredytowe miało 29 066 firm (3,12 proc.). Zawieszenie spłaty rat dotyczyło 39 464 linii kredytowych (2,56 proc.) na łączną kwotę 17,8 mld zł (5,5 proc.). W szczytowym momencie tego typu rozwiązanie dotyczyło 88 tys. kredytów o wartości niemal 24 mld zł.

Jeśli chodzi o liczbę firm w kłopotach finansowych, to w stosunku do I kw. tego roku doszło do sporej zmiany, przybyło ponad 6 tys. przedsiębiorstw opóźniających płatności. Łącznie niemal 320,6 tys. przedsiębiorstw (działających, zawieszonych i zamkniętych) ma długi wobec dostawców lub nieuregulowane w terminie raty kredytów. Dla porównania, w zeszłym roku, w okresie od marca do września przybyło 1,9 tys. niesolidnych płatników.

– Należy podkreślić, że nie zawsze kłopoty szybko przekładają się na zaległości. Szczególnie mali przedsiębiorcy długo wahają się, czy informację o długu swojego zleceniodawcy zgłosić do rejestru. Pomijając jeszcze fakt, że część dalej korzystała z zawieszania spłaty rat kredytowych, co daje im większą swobodę w rozliczeniach i pozwala nadal stać po stronie solidnych płatniczo. Pandemia nie uderza też w taki sam sposób w każda branżę, a nawet w poszczególnych branżach dla jednych firm jest większym, a dla innych mniejszym wyzwaniem – tłumaczy Sławomir Grzelczak.

Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, największe zaległości mają: handel – 8,1 mld zł (23,6 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań), przemysł – 6 mld zł (17,4 proc.), budownictwo – 5,3 mld zł (15,3 proc.) oraz transport – 2,2 mld zł (6,4 proc.). Kwoty ich przeterminowanych zobowiązań w II i III kw. wzrosły od 3,9 do 7,5 proc., w najmniejszym stopniu w przemyśle, następnie w budownictwie i handlu, a najbardziej w transporcie. Tak samo było w zeszłym roku, lecz mniejszy był zakres zmian – od 4,4 proc. do 6,3 proc. Tym razem jednak transportowi, któremu w normalnych czasach również pod względem rozliczeń z partnerami biznesowymi i bankami nie szło najlepiej, dodatkowo płynność finansową pogarsza pandemia. Szczególnie silnie obostrzeniami i zmianą stylu życia dotknięty został przewóz pasażerów. Efekt? Transport odnotował czwarty co do wysokości wzrost zaległości wśród 18 prezentowanych sektorów.
Transport jest również sektorem, w którym najwięcej firm – 9,1 proc. – ma problemy z przeterminowanymi zobowiązaniami. Ryzyko sprzedaży z odroczonym terminem płatności na rzecz firm transportowych przedstawia się więc stosunkowo wysoko. Drugi w tym zestawieniu jest sektor dostawy energii, gazu i gorącej wody, gdzie udział niesolidnych płatników wynosi 8,6 proc., a trzecie górnictwo z 8 proc. odsetkiem opóźniających płatności. Wśród ogółu firm jest to obecnie 5,9 proc., o 0,1 p.p. więcej niż w marcu.Zaległości firm w pół roku pandemii 2020O ile w drugim i trzecim kwartale zeszłego roku na 1,072 mld zł nowych zaległości 0,979 mld zł przypadło na cztery największe sektory: handel, przemysł, budownictwo oraz transport, tym razem ich udział w 1,220 mld zł wyniósł 0,945 mld zł.

W kwocie pozostałych 285 mln zł przeterminowanych zobowiązań sporo waży sektor Działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca. Jego przeterminowane zobowiązania podwyższyły się w pół roku o 15,9 proc. (ponad 101 mln zł). Mieści się w tym sektorze m.in. turystyka, która zanotowała wzrost zaległości o 18,4 proc. (15 mln zł), ale także branża wynajmu i dzierżawy, której opóźnione zobowiązania podniosły się o 39,9 proc. (61 mln zł). Absolutnym rekordzistą wzrostów jest bowiem znajdujące się tu wypożyczanie i dzierżawa sprzętu rekreacyjnego i sportowego, gdzie 75 podmiotów na koniec września ma przeterminowane zobowiązania wobec partnerów wyższe o 2199 proc. niż w marcu br. Mocno poszkodowani są także wykonujący fotokopie – ponad 29 proc. wzrostu zaległości (1 mln zł) oraz organizatorzy wystaw, targów i kongresów – 14 proc. (1,9 mln zł).

Nie mniej doświadczony przez wprowadzane obostrzenia pandemiczne sektor Kultura, rozrywka i rekreacja zanotował 15,6-proc. zmianę nieuregulowanych zobowiązań (o ponad 22 mln zł). W tej akurat grupie firm, te zajmujące się twórczością artystyczną i literacką zanotowały 48,3 proc. zmiany, a prowadzące obiekty sportowe – 34,4 proc.

Znacząco, bo o 17,9 proc. (88,8 mln zł) podwyższyły się też nieopłacone na czas zobowiązania rolnictwa.

Na piątą pozycję sektorów z największymi zaległościami awansowała Działalność profesjonalna, naukowa i techniczna. Po tym jak jego kwota przeterminowanych zobowiązań podwyższyła się o 5 proc., czyli 86,2 mln zł wyprzedził Obsługę rynku nieruchomości. Wśród przedsiębiorstw tego sektora są m.in. agencje PR, fotografowie, tłumacze, projektanci, prawnicy i weterynarze. W ich przypadku nieopłacone na czas faktury i raty wzrosły w pół roku między 8 a 11 proc.

Idące w setki, a nawet tysiące procent wzrosty zaległości w minionych 6 miesiącach dotyczą węższych branż, szczególnie z produkcji przemysłowej. Producenci piwa mają o 1349 proc. (18,6 mln zł) nieopłaconych zobowiązań więcej, producenci zegarków i zegarów o 181 proc. (0,12 mln zł), a producenci maszyn do obróbki gumy lub tworzyw sztucznych oraz wytwarzania wyrobów z tych materiałów o 100 proc. (1,5 mln zł).

W II i III kwartale cztery z 18 sektorów zmniejszyły zaległości. Firmy zajmujące się wytwarzaniem i dostawą energii, gazu i gorącej wody zanotowały spadek rzędu 62,9 proc., górnictwo – 21,5 proc., obsługa rynku nieruchomości – 8,7 proc., a zakwaterowanie i gastronomia, głównie za sprawą wypadających dobrze, jeśli chodzi o terminowość rozliczeń, hoteli i obiektów noclegowych, o 1,4 proc. W ciągu 6 miesięcy zobowiązania hoteli i obiektów noclegowych obniżyły się o 6,6 proc. (73,6 mln zł) do 950 mln zł, podczas gdy w gastronomii wzrosły o 7,5 proc. (48,2 mln zł) do prawie 696 mln zł.

– Dla wielu firm pogorszenie się koniunktury gospodarczej, a szczególnie nałożenie ograniczeń w funkcjonowaniu, wiązało się z koniecznością zamknięcia lub zawieszenia działalności. Nie oznacza to, że ich zaległości zniknęły z rejestrów BIG InfoMonitor, ale taka sytuacja powoduje, że nie odnotowujemy ich przyrostu. Najlepszym przykładem jest Działalność związana z zakwaterowaniem i usługami gastronomicznymi, która na koniec września miała nawet spadek nieuregulowanych zaległości o 1,4 proc., ale to właśnie wśród tych przedsiębiorstw, we wrześniu było najwięcej nowo zawieszonych firm. Jak wynika z danych GUS, to również jedyna kategoria, w której liczba podmiotów wyrejestrowanych przekroczyła liczbę nowych – zauważa Sławomir Grzelczak.

Terminowość płatności B2B a pandemia w badaniu

Zrealizowane na zlecenie BIG InfoMonitor badanie research&grow sprawdziło, jak koronawirus wpłynął na rozliczenia B2B w odczuciu mikro, małych i średnich firm. Wyniki wrześniowej ankiety pokazują, że dla 51 proc. firm jest tak samo dobrze jak przed wybuchem epidemii, a w 6 proc. przypadków nawet lepiej. Ale już 43 proc. firm uważa, że jest równie źle jak było wcześniej lub nawet gorzej. Za pogorszenie ściągalności należności pandemię obwinia niemal co piąte przedsiębiorstwo MSP (18 proc.), a w branży usługowej nawet co czwarte.

Terminowość płatności B2B a pandemia w badaniu

Zakupy świąteczne 2020: Żywność i produkty do domu kupimy w sklepach stacjonarnych, a smartfony, gadżety elektroniczne oraz zabawki nabędziemy online

W tym roku na prezenty, żywność, podróże oraz spotkania z najbliższymi zamierzamy przeznaczyć średnio 1 318 zł, czyli o 29 proc. mniej niż wydaliśmy rok temu. Tegoroczne Boże Narodzenie, ze względu na pandemię, będzie miało wyjątkowy charakter. Dotyczy to także naszych zwyczajów zakupowych. Jak pokazuje kolejna edycja międzynarodowego badania „Zakupy świąteczne 2020”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, 56 proc. Polaków preferuje zakupy w sklepach stacjonarnych, a 44 proc. wskazuje częściej na e-commerce. Decydując się na zakupy internetowe, najczęściej wybieramy platformy typu marketplace i e-sklepy znanych marek.

Ponad połowę z kwoty 1 318 zł pochłoną prezenty, a jedną trzecią żywność i napoje. – Ten rok jest wyjątkowy pod wieloma względami. Pandemia zmieniła nasze zwyczaje zakupowe i prawdopodobnie będzie miało to też odzwierciedlenie w wydatkach świątecznych. Na wzmożony ruch już w listopadzie nastawiły się sklepy internetowe, licząc, że Polacy z rozsądku i w obawie o zdrowie nie będą szturmować sklepów stacjonarnych. Te ostatnie z kolei chcą zrekompensować sobie październikowe i listopadowe tygodnie, podczas których były zamknięte – mówi Agnieszka Szapiel, Menedżer w dziale Konsultingu Deloitte. Wpływ na ostateczne rozłożenie sił pomiędzy e-commerce a sklepami stacjonarnymi będą miały także niedziele handlowe. Za nami już jedna z nich – wprowadzona dodatkowo zgodnie z postulatami handlowców. Przed świętami jeszcze dwa razy będzie można zrobić zakupy w niedzielę – 13 oraz 20 grudnia.

Elektronikę i zabawki kupujemy online

Badanie Deloitte pokazuje, że 56 proc. Polaków, myśląc o bożonarodzeniowym szaleństwie zakupowym, preferuje raczej sklepy stacjonarne, a 44 proc. woli online. Należy jednak zaznaczyć, że w zależności od kategorii produktów proporcje te rozkładają się inaczej.

W sklepach fizycznych kupujemy najczęściej produkty do domu (66 proc.), kosmetyki i perfumy (63 proc.) czy dobra luksusowe (59 proc.). Największa dysproporcja widoczna jest jednak przede wszystkim w kategorii żywność oraz napoje. Aż 83 proc. Polaków uda się po nie do sklepów stacjonarnych, a jedynie 17 proc. kupi je w sklepach internetowych. W grupie ankietowanych powyżej 55 roku życia, odsetek ten sięgnie prawie 90 proc.

Z kolei kanały online najczęściej wybieramy w przypadku elektroniki (telefony komórkowe i akcesoria). W badaniu Deloitte było to odpowiednio 53 i 57 proc. Kategorią, w której Polacy częściej wybiorą e-commerce zamiast wizyty w tradycyjnym sklepie są także zabawki i prezenty związane z hobby (51 proc.). Ci, którzy decydują się na zakup odzieży i obuwia oraz akcesoriów sportowych, sklepy online wskazywali niemal równie często co stacjonarne (47 vs. 53 proc.). Podobnie było w przypadku kart podarunkowych i subskrypcji (49 vs. 51 proc.).

Kobiety na świątecznych e-zakupach

Badanie Deloitte pokazuje, że to kobiety są bardziej otwarte na zakupy internetowe. Ponad połowa z nich (56 proc.) kupi przed świętami odzież i obuwie w Internecie. Taką deklarację złożyło o 19 pp. mniej mężczyzn. Kobiety najczęściej wybierają do tego typu zakupów strony typu marketplace i w równym stopniu sklepy online znanych marek, które prowadzą również sprzedaż stacjonarną. – W niemal wszystkich wiodących kategoriach kobiety częściej niż mężczyźni wybierały e-commerce. W niektórych przypadkach, jak właśnie odzież czy kosmetyki i perfumy różnice te były naprawdę znaczące i sięgały co najmniej kilkunastu procent. Może to oznaczać, że kobiety w Internecie kupują produkty, które znają lub, że korzystają z tego, że obecnie zwroty lub wymiana towarów kupionych w sieci nie stanowi żadnego problemu – wyjaśnia Natalia Załęcka, CMO Advisory Leader, Head of Marketing Transformation, Deloitte.

Niespodzianką nie jest fakt, że bardziej na zakupy internetowe nastawione są osoby młodsze i w średnim wieku. Niemal we wszystkich kategoriach produktowych respondenci po 55. roku życia znacznie częściej niż inni wskazywali sklepy stacjonarne. Było tak nawet w przypadku zakupu smartfonu czy akcesoriów i gadżetów elektronicznych, w których dla ogółu badanych wygrał online. Tymczasem osoby starsze niż 55-letnie także w tych kategoriach częściej wybierały sklepy stacjonarne (57 proc. w przypadku smartfonów i 52 proc. w przypadku akcesoriów elektronicznych).

W e-commerce królują platformy zakupowe

Jeśli już jednak decydujemy się na e-commerce, głównym kanałem wybieranym przez respondentów są strony typu marketplace – tam najczęściej kupujemy m.in. zabawki (65 proc.), akcesoria sportowe (62 proc.) czy kosmetyki i perfumy oraz akcesoria do domu (56 proc). Popularne są także sklepy online znanych marek prowadzące również sprzedaż stacjonarną, w których kupujemy ubrania i buty (36 proc.) oraz dobra luksusowe (25 proc.). – Aplikacje mobilne czy też marketplace w mediach społecznościowych wciąż czekają na swój czas, jeżeli chodzi o udział w koszyku zakupowym. W tej chwili nie przekracza on kilkunastu procent w najpopularniejszych kategoriach. Wyjątkiem są nasze aktywności związane z działalnością charytatywną. Ten sposób przekazywania pieniędzy wybiera aż 38 proc. osób – mówi Bartek Bobczyński, Dyrektor, Deloitte Digital.

Z kolei w przypadku sprzedaży stacjonarnej królują sklepy specjalistyczne, co oznacza, że na zakupy udajemy się zazwyczaj z konkretnym pomysłem na to, co chcemy kupić. Wybór kategorii zakupowej rzadko podyktowany jest impulsem (zwłaszcza gdy chodzi o elektronikę, sport i dobra luksusowe). Z kolei produkty spożywcze kupujemy zarówno w sklepach wielkopowierzchniowych (40 proc.), jak i sklepach lokalnych (38 proc.). W super- i hipermarketach najczęściej zaopatrujemy się także w karty podarunkowe i subskrypcje (28 proc.) oraz zabawki (27 proc.). Z kolei tylko 13 proc. z nas szuka tam produktów luksusowych oraz smartfonów.

Informacje o badaniu:
Badanie online przeprowadzono w dniach 29 października – 4 listopada 2020 roku, wśród blisko 5 tys. respondentów w przedziale wiekowym od 18 do 65 lat. Tegoroczna edycja analizuje dane z pięciu krajów europejskich (Niemcy, Włochy, Polska, Hiszpania i Holandia).

Sklep internetowy – skąd pozyskać wiedzę o e-commerce?

Coraz większa część obrotu handlowego przenosi się do Internetu. Praktycznie każdy biznes może tu znaleźć dodatkowe możliwości dla dalszego rozwoju oraz ekspansji na nowe rynki. Bez względu na to, czy zamierzamy sprzedawać nasze produkty albo usługi lokalnie, czy też marzy nam się sprzedaż w większym zakresie, warto pomyśleć o zapleczu w postaci sklepu internetowego. Dobrze zaprojektowany e-sklep w sieci na pewno wpłynie na nasze postrzeganie w świecie internetowego handlu, a nasze zyski powinny być dzięki temu zdecydowanie większe. Warto uwzględnić ją od razu w naszym biznesowym pomyśle.

  1. E-commerce rośnie w siłę
  2. Książki, które warto przeczytać, by odnieść sukces w e-commerce
  3. Im więcej wiedzy, tym mniej błędów

    1. E-commerce rośnie w siłę

    Branża e-commerce cały czas zyskuje na popularności. Pozwala on bowiem na sprzedaż produktów oraz usług na niespotykaną dotychczas skalę. Odpowiednio zaprojektowany oraz wypromowany sklep internetowy daje szansę na duży zysk w niedalekiej przyszłości. Aby taką witrynę otworzyć, trzeba dysponować dość szeroką wiedzą, która nam to umożliwi. Warto więc skorzystać z różnorodnych źródeł profesjonalnej wiedzy, co pozwoli nam na rozpoczęcie własnego biznesu.

    W tym celu dobrze by było sięgnąć po wartościowe książki e-commerce, w których krok po kroku wytłumaczone są podstawy postępowania w internetowym świecie handlu oraz usług. Pomocą tutaj mogą także służyć profesjonalne blogi oraz vlogi, prowadzone przez ludzi, dla których e-commerce nie ma żadnych tajemnic. Dla tych z nas, którzy mogą sobie pozwolić na większe wydatki, a niekoniecznie mają know-how, jak założyć własny sklep internetowy, są dostępne inne rozwiązania. Można skorzystać z platform sprzedażowych, ułatwiających otwarcie własnego sklepu albo sięgnąć po pomoc specjalistycznych firm, projektujących takie witryny od A do Z. Zwłaszcza to ostatnie rozwiązanie ma sens, gdyż nie musimy się niczym przejmować, bo mamy pewność, że nasz sklep zostanie zorganizowany w najdrobniejszych szczegółach.

    2. Książki, które warto przeczytać, by odnieść sukces w e-commerce

    Przystępując do planu powołania własnej przestrzeni sprzedażowej, warto także się zastanowić, po jakie książki e-commerce wyciągnąć rękę. W tym celu dobrze jest odwiedzić profesjonalne miejsca w Internecie, takie jak np. blog Ekomersiak.pl. Znajdziemy tam całą masę przydatnych porad, dzięki którym na pewno łatwiej będzie nam się poruszać w świecie internetowej sprzedaży. Jeśli chodzi o książki omawiające meandry e-handlu można skorzystać z klasycznych tytułów, takich jak „Nie każ mi myśleć” Steve’a Kruga z 2000 roku, która nic a nic nie straciła ze swojej aktualności, zwłaszcza w kwestiach użyteczności stron sieciowych. Inną pozycją, dla niektórych – podstawową – jeśli chodzi o handel w sieci, jest książka „Dawaj innym szczęście – ścieżka pasji, zysku i celu” autorstwa Tony’ego Hiseha.

    Napisał ją on na podstawie własnych doświadczeń związanych z budową giganta sieciowego, jeśli chodzi o sprzedaż obuwia w USA. Książek tego typu jest nieco więcej, warto więc przejrzeć profesjonalne porady, które pomogą nam w wyborze tych najlepszych pozycji. Nabycie ich nie powinno być większym problemem. Możemy w tym celu skorzystać z księgarni internetowych albo wybrać się do sieciowego antykwariatu, by nabyć nieco taniej używany egzemplarz książki. Bez względu na to w jaki sposób wejdziemy w posiadanie wybranej książki, wiedza którą zyskamy jej dzięki lekturze, będzie pierwszej wody. Odpowiednio zastosowana, powinna przynieść nam określone efekty w praktyce.

    3. Im więcej wiedzy, tym mniej błędów

    Dobrym rozwiązaniem może być tutaj także zasubskrybowanie profesjonalnego bloga o e-commerce, podcastu lub vloga, gdzie będzie można się dowiedzieć jak założyć własny sklep internetowy? To pozwoli nam być na bieżąco z wiadomościami, które na pewno nam się przydadzą. Handel w sieci podlega ciągłym zminaom, co i rusz pojawiają się nowinki, dzięki którym można poprawić to i owo. Zadowolony klient lub klientka, mający możność skorzystania z dobrze urządzonej witryny internetowej, na pewno wkrótce do nas wrócą.

    Ważną sprawą jest także to, że mogą polecić stronę swoim znajomym czy też przyjaciołom. Marketing szeptany w przypadku e-commerce ma duże znaczenie, a w dobie ciągłego rozwoju mediów społecznościowych może nam przynieść dodatkowe zyski. Jeśli zainteresuje nas właśnie ten temat, dobrym pomysłem będzie sięgnięcie po książkę Nira Eyala „Skuszeni”. Lektura tej pozycji uświadomi nam, jak możemy starać się utrzymać użytkowników naszej strony cały czas blisko naszego biznesu. Strategie tego typu są bardzo przydatne w każdym biznesie, a zwłaszcza tym, który swą potęgę buduje w oparciu o sieć.

    Budując nawet najmniejsze przedsięwzięcie warto skupić się na tym, by przynosiło nam ono satysfakcję. Pasja połączona z pracą, generującą zadowolenie oraz zysk, to coś o co warto powalczyć. E-commerce daje możliwości, których nie mieli nasi ojcowie oraz matki. Warto więc przyjrzeć się temu zagadnieniu z bliska oraz wykorzystać wszystko to, co z sobą niesie. Dzięki temu znajdziemy się tam, gdzie zawsze chcieliśmy być.

Przedświąteczne porządki frankowiczów. Polacy chcą się pozbyć uciążliwych kredytów

  • W tym roku na 10 spraw sądowych dotyczących kredytów w szwajcarskiej walucie konsumenci wygrywają średnio prawie 9.
  • Tak wielka przewaga kredytobiorców zachęca kolejne osoby do wytaczania procesów bankom. Sprzyja temu także druga fala pandemii, rosnący i zmienny kurs franka, koniec roku kalendarzowego i sytuacja sądów.
  • Wniosek o zabezpieczenie roszczeń warto złożyć jak najszybciej, bo ze względu na ogromną liczbę pozwów czas oczekiwania na rozprawę jest długi – w sądach brakuje pracowników, na rozstrzygnięcie trzeba czekać nawet dwa i pół roku.

Od końca ubiegłego roku, od wyroku TSUE (Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej) w sprawie Państwa Dziubaków, kredytobiorcy wygrywają z bankami 88 proc. spraw*. Z każdym kolejnym miesiącem tego roku zwiększa się liczba postępowań związanych z kredytami w szwajcarskiej walucie (CHF), jak również procent sporów wygranych przez konsumentów. Ogromne zainteresowanie możliwościami rozwiązania i waloryzowania umów hipotecznych potwierdzają kancelarie prawne specjalizujące się w pomocy frankowiczom.

Liczba zleceń ze strony frankowiczów rośnie z miesiąca na miesiąc. Tylko w październiku w sprawie umów w szwajcarskiej walucie kontaktowało się z nami dwa i pół razy więcej osób niż we wrześniu. Od czerwca mamy aż sześciokrotny wzrost zapytań w sprawie wsparcia frankowiczów w sporach z bankami. Kolejne miesiące przynoszą coraz więcej wygranych w sądach. Wpływa to na decyzje kolejnych kredytobiorców. Spodziewamy się, że do końca roku odnotujemy rekord zapytań w sprawie umów hipotecznych w CHF — mówi Piotr Maciągowski – Prezes Zarządu E-Kancelaria Grupa Prawno – Finansowa sp. z o.o.

Pandemia, wysoki kurs franka i zamykanie spraw pod koniec roku

Wielu Polaków, zachęconych przychylnością sądów chce się pozbyć problemu raz na zawsze. Niepokojące prognozy wysokiego wzrostu kursu franka zapowiadają coraz wyższe raty, a pandemia — jeśli jeszcze tego nie zrobiła — w każdej chwili może przyczynić się do spadku dochodów. Kredytobiorcy nie czekają na lepsze czasy, żeby spłacać kredyt. A koniec roku jest kolejnym impulsem, aby zacząć w tej sprawie działać. Tym bardziej, że wszystko wskazuje, że banki są na przegranej pozycji i same o tym wiedzą – ich rezerwy finansowe przygotowane na wypłaty w toczonych z kredytobiorcami CHF sprawach, to już ponad 4 mld zł.

Jak pozbyć się kredytu we frankach – pierwsze kroki

Najważniejsza jest analiza umowy pod względem klauzul abuzywnych (niedozwolonych) wykonana przez profesjonalną i specjalizującą się w kredytach hipotecznych kancelarią prawną. Wiele umów frankowych zawiera takie klauzule i jest to podstawa do założenia sprawy o unieważnienie kredytu. Na tym etapie lub jeszcze przed nim, warto zgłosić wniosek o zabezpieczenie roszczeń. Podstawą prawną do tego jest art. 755 k.p.c., który mówi o umożliwieniu unormowania praw i obowiązków kredytobiorcy na czas trwania sprawy sądowej. Rozpatrzony pozytywnie wniosek oznacza w praktyce odroczenie spłaty rat zobowiązania na czas procesu. Co więcej, bank nie może w tym czasie wypowiedzieć umowy, a zwykle także zgłosić zadłużenia klienta do BIK-u. Sądy przychylnie rozpatrują te wnioski, a koszt złożenia pisma jest niewielki – wynosi 100 zł.

Jeśli chcemy uzyskać decyzję o zawieszeniu spłaty, trzeba uprawdopodobnić swój interes prawny i konieczność ochrony praw majątkowych – wyjaśnia Piotr Maciągowski z E-Kancelarii – Najważniejsze jest wykazanie, że w umowie z bankiem zawarte są niedozwolone klauzule. Liczą się też spłacone dotychczas raty kredytu. Możliwość otrzymania zabezpieczenia zwiększa się również, gdy klient banku spłacił wartość nominalną zaciągniętej kwoty kredytu.

Wniosek o zabezpieczenie roszczeń warto złożyć jak najszybciej, bo ze względu na ogromną ilość pozwów czas oczekiwania na rozprawę jest długi. W Sądzie Okręgowym w Warszawie, gdzie ze względu na siedziby banków składana jest większość roszczeń, od momentu złożenia pozwu do rozprawy może minąć nawet dwa i pół roku.

Można wygrać już w sądzie I instancji – co można uzyskać na drodze sądowej

Gdy sprawa trafi do sądu I instancji, już tam może mieć swój finał oczekiwany przez konsumenta. Jeśli jednak któraś ze stron wniesie apelację i sprawa trafi do II instancji, również duże szanse na wygraną ma kredytobiorca.

Najwyższą stawką w sporze o hipotekę frankową jest całkowite unieważnienie kredytu. Umowę uznaje się wtedy za nieważną, a nieruchomość przestaje być zabezpieczeniem hipotecznym. Szacunkowe liczby spraw, które przyniosły taki efekt to 75 proc.

Kredytobiorcy walczą też o odfrankowienie zobowiązania. Po wygraniu takiej sprawy umowa kredytowa wciąż obowiązuje, ale nie ma w niej klauzul walutowych niekorzystnych dla klienta. Kredytobiorca może więc ubiegać się o zwrot nadpłaty, która powstała przy płaceniu rat naliczanych według tych klauzul. Natomiast raty, które pozostały do spłacenia, mogą być obniżone, bo nie będą już naliczane zgodnie z dotychczasowymi klauzulami. Odfrankowienie nie zwalnia nieruchomości z zabezpieczenia hipotecznego.

Kto może pomóc

W walce z bankami konsumentów wspiera m.in. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK wydaje opinie w poszczególnych sprawach. Od pamiętnego wyroku TSUE wydał ponad 500 takich opinii. Poglądy w sprawach kredytów frankowych wydaje również instytucja Rzecznika Finansowego. Uzyskana z UOKiK i od Rzecznika Finansowego dokumentacja jest cennym narzędziem w sporze sądowym z instytucją bankową. Analizę umowy, zgłoszenie wniosku o odroczenie spłaty rat na czas procesu oraz reprezentowaniem w sądzie zajmują się m.in. kancelarie prawne.

Spraw związanych z umowami frankowymi jeszcze nigdy nie było tak dużo. Stale zwiększamy moce naszego zespoły, żeby sprostać dużej liczbie umów kierowanych do nas do analizy przez frankowiczów. Rozumiemy, że teraz otworzyło się dla nich okno, które daje ogromną jak nigdy do tej pory możliwość uwolnienia się od niekorzystnej umowy kredytowej – dodaje Piotr Maciągowski z E-Kancelarii.

* Dane Stop Bankowemu Bezprawiu

Nowy raport “Logistyka 2040” opisuje trzy scenariusze przyszłości logistyki

Świat, w którym wszechobecna technologia rozwiązała wszystkie bieżące problemy, świat zerowego wzrostu lub świat bez wystarczającej współpracy międzynarodowej. Oto scenariusze przyszłości nakreślone w nowym raporcie „Logistyka 2040” opublikowanym dziś przez FM Logistic CE przy współpracy z ekspertami specjalizującymi się w foresighcie strategicznym z firmy 4CF. Raport zachęca do dyskusji związanej z rozważaniami na temat przyszłości logistyki i jej roli w gospodarce Europy na przestrzeni najbliższych dwóch dekad.

Scenariusze powstały na bazie analizy insightów branżowych, istniejącej literatury naukowej, a także pogłębionych rozmów z ekspertami FM Logistic. Następnie specjaliści z 4CF zdefiniowali 3 możliwe kierunki rozwoju sytuacji na świecie, które będą miały wpływ na sektor logistyki:

  • Świat hi-tech, w którym większość problemów roku 2020 została już rozwiązana dzięki nadzwyczajnemu postępowi technologicznemu. Jest to wizja świata zakładająca ścisłe połączenie produkcji z logistyką. Usługi, jakimi dysponować będą operatorzy logistyczni, będą mocno wyspecjalizowane.
  • Świat “zerowego wzrostu”, w którym gospodarka i społeczeństwo są podporządkowane walce ze zmianami klimatu. Świat ten pokazuje rolę, jaką będą wywierać działania z zakresu zrównoważonego rozwoju i kapitału społecznego na gospodarkę, w tym na operatorów logistycznych. Dzięki zeroemisyjnym systemom transportu logistyka odegra decydującą rolę w rozwoju zielonych miast oraz umożliwi firmom osiągnięcie neutralności klimatycznej.
  • Świat, w którym poziom współpracy międzynarodowej jest niewystarczający, aby z powodzeniem rozwijać się i rozwiązywać najważniejsze problemy globalne. Świat ten jest wizją koncentracji logistyki w rękach najsilniejszych graczy, których przewagą będzie uzyskanie odpowiednich certyfikatów i licencji środowiskowo – operacyjnych. Do 2040 roku firmy logistyczne będą działały w oparciu o koncesje, dzięki czemu tylko największe podmioty będą mogły zaoferować dostęp do wszystkich kanałów dystrybucji oraz e-commerce.

Rynek logistyczny we wszystkich trzech scenariuszach bardzo różni się od tego, co znamy dzisiaj, a dzieli go od naszych czasów zaledwie 20 lat. Scenariusze to panoramiczne spojrzenie na świat przyszłości, ich celem nie jest dawanie wszystkich odpowiedzi. Zamiast tego powinny intrygować i zachęcać do zadawania nowych pytań, które wcześniej nie przyszłyby nam do głowy.

Logistyka wpływa dzisiaj na prawie wszystkie sektory rynku, a jej rozwój jest niemal jednoznaczny ze zmianą w wielu innych obszarach, dla których jest ona istotną częścią działalności operacyjnej i modelu biznesowego. Naszą intencją jest, aby opracowanie “Logistyka 2040” stanowiło wyzwanie dla wcześniejszych założeń, skłaniało do zastanowienia się, jak może rozwijać się handel i logistyka oraz inspirować do poszukiwania innowacyjnych rozwiązań na przyszłość – powiedział Daniel Franke, Managing Director FM Logistic CE.

Scenariusze zawarte w raporcie “Logistyka 2040” nie powinny być traktowane jako prognozy na przyszłość. Są one wariantami przyszłości, które stanowią największe wyzwanie dla operatorów logistycznych i ich klientów. Są to wersje świata przyszłości, które mogą wymagać ogromnych inwestycji, odważnych zmian w modelach biznesowych, nawiązania lub wzmocnienia partnerstwa strategicznego, zdobycia nowych kompetencji i ciągłego rozwoju.

Raport “Logistyka 2040” dostępny jest online pod adresem: link

Luma Automation zwiększa potencjał produkcyjny

Grupa Kapitałowa Luma Automation SA inwestuje w firmy z sektora zaawansowanych technologii produkcji i obróbki metali. Pod koniec listopada zamknęła transakcję nabycia warszawskiej spółki Hydomat.

Powstała w 1966 r. firma jest producentem części tłoczonych oraz narzędzi do obróbki plastycznej m.in. dla branży motoryzacyjnej, gospodarstwa domowego, budownictwa i przemysłu, dla odbiorców zarówno krajowych, jak i zagranicznych.

– Jestem przekonany, że wykorzystanie części metalowych w obsługiwanych przez nas branżach, a szczególnie w tej części Europy,  ma olbrzymie perspektywy rozwoju. Spowodowane pandemią zawirowania na rynku pokazały wyraźnie, że przyszłość należy do tych, którzy mogą zaoferować jak najpełniejszy portfel usług. To odpowiedź na nadmiernie wydłużane i rozdrabniane ostatnimi laty łańcuchy dostaw, które w tym roku stały się przyczyną kryzysu wielu branż – stwierdził Wojciech Derda, prezes zarządu Grupy Kapitałowej Luma Automation.

Dzięki zakupowi warszawskiego przedsiębiorstwa Grupa Luma Automation poszerzy możliwości w usługach tłoczenia, opierając się na synergii z gliwickimi Zakładami Metalowymi Postęp oraz rozwinie kompetencje narzędziowe związane z projektowaniem i wykonywaniem różnego rodzaju tłoczników dla przemysłu. Wśród odbiorców są m.in. duże międzynarodowe korporacje: Valeo, B/S/H/ i Trelleborg.

–  Jako Grupa Kapitałowa chcemy się rozwijać w szeroko rozumianej branży produkcji i obróbki metali. Owszem, zarówno polska, jak i światowa gospodarka funkcjonują w tym roku w szczególnych warunkach, w których wyjątkowego znaczenia nabierają elastyczność i wszechstronność, ale jest to także czas na konsolidację – dodaje prezes W. Derda.

Grupa Kapitałowa Luma Automation inwestuje w firmy, które specjalizują się w zaawansowanych technologiach produkcji i obróbki metali, i wspiera je. Grupa wciąż się rozwija, zarówno organicznie, jak i poprzez akwizycje. Konsolidując rynek małych i średnich firm, stwarza możliwości wzajemnego rozwoju na podstawie synergii w warunkach stabilności finansowej. Obecnie Grupę tworzy pięć spółek: Odlewnia Kutno, odlewnia cynku i aluminium Saga Poland, narzędziownia Luma Tools, ZM Postęp w Gliwicach oraz Hydomat z Warszawy.

Co roku na Boże Narodzenie wycina się miliony drzewek. Rozwiązaniem są coraz popularniejsze wypożyczalnie choinek

Większość Polaków nie wyobraża sobie Bożego Narodzenia bez choinki. Co roku w ramach świątecznej tradycji wycina się w naszym kraju kilka milionów drzewek, bo zdecydowana większość społeczeństwa woli choinki żywe. Każde ścięte drzewko to jednak mniej tlenu, a więcej dwutlenku węgla w atmosferze. Rozwiązaniem może być wypożyczenie świątecznego drzewka, które po Bożym Narodzeniu trafi z powrotem do szkółki. Volvo po raz czwarty rusza z tego typu ekologiczną akcją. Firma przygotowała 1,3 tys. drzewek, a za każdą wypożyczoną choinkę zobowiązuje się zasadzić 10 kolejnych.

Od 17 do 19 grudnia z salonów Volvo będzie można wypożyczyć najpopularniejsze bożonarodzeniowe drzewko, czyli świerk pospolity. To już czwarta edycja akcji „Wypożyczalnia choinek”, a Volvo z każdym rokiem zwiększa jej zasięg – w tym roku firma przygotowała 1,3 tys. choinek, czyli o 100 więcej niż w 2019 roku.

– Każdego roku w Polsce ścina się kilka milionów drzew tylko po to, by służyły nam dwa tygodnie i wylądowały na śmietniku. „Wypożyczalnia choinek” Volvo to akcja, którą prowadzimy po raz czwarty. Namawiamy Polaków, aby nie kupowali ściętych drzew, tylko aby wypożyczyli żywe drzewka w donicach i następnie oddali je naturze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Polacy są przywiązani do świątecznych tradycji. Nie wyobrażają sobie Bożego Narodzenia bez łamania się opłatkiem czy prezentów. Z raportu Homebook.pl „Jak Polacy dekorują swój dom na święta?” wynika, że coraz częściej decydujemy się na żywe drzewka. Wybiera je 64 proc. ankietowanych. Tylko 27 proc. deklaruje, że zakupi na święta sztuczną choinkę. W efekcie każdego roku wycina się ok. 6 mln drzewek.

Szacuje się, że jedno drzewo do 25 metrów wysokości usuwa w ciągu dnia tyle dwutlenku węgla, ile emitują dwa jednorodzinne domy, a ok. 60-letnia sosna produkuje tyle tlenu, ile potrzebują trzy osoby. Każde ścięte drzewko oznacza więc mniej tlenu, a więcej dwutlenku węgla.

Naszą akcją chcemy uczulić wszystkich, że swoją postawą można zmienić świat. To zaczyna się właśnie od takich małych gestów, które proponujemy. Możemy drzewko wypożyczyć i ulżyć naturze – mówi Stanisław Dojs.

W akcji wypożyczania choinek weźmie udział większość salonów Volvo, przy zachowaniu wszystkich zasad bezpieczeństwa, które mają zminimalizować ryzyko zakażenia koronawirusem. Jej patronami po raz kolejny zostały organizacja ekologiczna Klub Gaja oraz Ambasada Szwecji w Polsce.

 Aby zwiększyć szansę na przeżycie drzewka, należy otoczyć je troską: podlewać dwa razy w tygodniu, odsunąć od źródeł ciepła, takich jak kominek czy kaloryfer. Pomoże też łagodne, stopniowe przyzwyczajenie drzewa do temperatury, czyli lepiej nie wstawiać go z zimnego dworu od razu do bardzo ciepłego pokoju. Zalecamy też, by choinek mocno nie obciążać – radzi PR manager Volvo Car Poland.

Koncern zobowiązuje się, że za każde wypożyczone drzewko zasadzi 10 kolejnych. Dotychczas w trzech edycjach akcji Volvo wypożyczyło ponad 2 tys. choinek, co przyczyniło się do zasadzenia dwóch lasów z 20 tys. drzewek o łącznej powierzchni ponad 3 ha w nadleśnictwie Cewice oraz w sąsiedztwie Doliny Chochołowskiej.

– Drzewka, które są w donicach, trafiają w zupełnie inne miejsce. To nie są drzewa, za pomocą których dokonuje się nasadzeń w lasach. Te lasy, które odbudowujemy, to najczęściej te, które nawiedziły silne huragany i gdzie drzewa są połamane. Las by się odbudował, ale trwałoby to latami. Dzięki temu, że kupujemy pewną partię sadzonek, malutkich drzewek do 40 cm, to odbudowa odbywa się dużo szybciej – tłumaczy Stanisław Dojs.

Akcja „Wypożyczalnia choinek” to tylko część ekologicznych działań Volvo.

– Do 2025 roku chcemy zmniejszyć ślad węglowy, całą emisję CO2 aż o 40 proc. w porównaniu do emisji z 2018 roku. W ciągu kilkunastu lat chcemy być całkowicie neutralni klimatycznie i równoważyć dwutlenek węgla, który jest emitowany podczas procesu produkcyjnego. Chodzi o to, aby nasza działalność zarówno przemysłowa, jak i biznesowa była bez śladu CO2 dla naszej planety. Akcja „Wypożyczalnia choinek” Volvo doskonale wpisuje się w priorytety firmy – podkreśla PR manager Volvo.

Rozwój sztucznej inteligencji błyskawicznie zwiększa ilość danych. Wybór odpowiednio szybkiej i wydajnej infrastruktury to spore wyzwanie dla firm

Przewiduje się, że za pięć lat ilość danych zwiększy się 10-krotnie. Już dziś pandemia przyspiesza proces zbierania i wykorzystywania danych, a nakładają się na to także rosnące wymagania cyfrowej gospodarki, rozwój sztucznej inteligencji oraz Big Data. To wszystko sprawia, że firmy stanęły przed dużymi wyzwaniami w zakresie infrastruktury IT. Choć sama pandemia i konieczność pracy zdalnej wymusiła zmiany bardziej w zakresie łączności internetowej, narzędzi do komunikacji czy zdalnego dostępu, to obecne wyzwania łączą się także z potrzebą przechowywania i przetwarzania coraz większej ilości danych. Dla firm kluczowy jest bezpieczny i szybki dostęp do nich, a także skalowalność rozwiązań do ich przechowywania.

Pandemia i związana z nią praca zdalna z pewnością wymusza na firmach zmiany w infrastrukturze IT. Najważniejszymi kwestiami były jednak wprowadzenie zmian w systemach zdalnego dostępu, wzmocnienie bezpieczeństwa dostępu, zapewnienie płynności połączeń, szczególnie na spotkaniach online. Istotne jest także zapewnienie platformy do pracy grupowej na dokumentach dla całych zespołów czy działów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Syta, presales manager w GoldenOre.

Z badania przeprowadzonego na zlecenie Gumtree.pl wynika, że przed pandemią SARS-CoV-2 tylko 19 proc. pracowników w Polsce wykonywało swoją pracę głównie w trybie zdalnym, a 29 proc. miało taką możliwość przez kilka dni w miesiącu. Koronawirus zmienił te statystyki. W pierwszych tygodniach marca tysiące polskich pracowników i firm niemal z dnia na dzień musiało przejść w tryb pracy zdalnej. Pod koniec kwietnia ponad 3/4 pracowników umysłowych w Polsce pracowało w tym modelu. Z badania „Odmrażanie pracy” CIONET, Deloitte i VMware wynika z kolei, że blisko 90 proc. firm chce zwiększyć możliwość pracy spoza biura po ustaniu pandemii.

– Popularność pracy zdalnej to dla firm całkiem korzystna sytuacja ze względu na zmniejszenie kosztów obsługi i wynajmu przestrzeni biurowej, dla pracowników to z kolei oszczędność czasu na dojazdach – wskazuje Andrzej Syta. – Do utrzymania pracy zdalnej bardzo istotne jest połączenie internetowe. Nie możemy jednak zapominać o systemach do pracy rozproszonej, odpowiednich narzędziach do komunikacji dla pracowników czy do zarządzania środowiskiem klienta dla administratorów.

– IBM Storage Insight to narzędzie do zarządzania zasobami dyskowymi – dzięki niemu możemy uzyskać lepsze wykorzystanie zasobów, zmniejszyć utylizację przechowywanych danych, mieć pełny monitoring na nowoczesnych dashboardach, a także szybciej reagować na problemy i potencjalne awarie. Storage Insight umożliwia zarządzanie rozwiązaniami różnych producentów. W czasie pracy zdalnej pozwala administratorowi np. na dostęp do jednego panelu sterowania i zarządzanie wszystkimi danymi organizacji z dowolnego miejsca – domu, hotelu czy kawiarni – dodaje Jakub Grzywacz, solution architect w GoldenOre.

Oparte na chmurze IBM Storage Insights umożliwia zdalne monitorowanie pamięci masowej i powiadamianie o zdarzeniach wymagających uwagi. Pracownik z działu IT ma do dyspozycji panel kontrolny, by w odpowiednim czasie podejmować stosowne działania i przesyłać dane szybciej i wydajniej. Można tego dokonywać także zdalnie, co jest istotne zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa. Rozwiązanie w wersji Pro, które tymczasowo IBM udostępnia bezpłatnie wszystkim użytkownikom wersji podstawowej, opiera się na algorytmach sztucznej inteligencji i analizie predykcyjnej.

Firmy coraz chętniej sięgają po rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji i Big Data. Według raportu Instytutu Badawczego Capgemini z lutego br. ponad 50 proc. największych światowych producentów w Europie wdraża co najmniej jedno rozwiązanie z obszaru sztucznej inteligencji. Wymaga ona jednak zbierania i przetwarzania ogromnej ilości danych, co z kolei wymusza na firmach także inwestycje w miejsce do ich przechowywania.

W bardziej skutecznym zarządzaniu danymi w firmie pomagają np. pamięci masowe IBM FlashSystem. Optymalizują infrastrukturę IT i zapewniają w prosty i bezpieczny sposób dostęp do potrzebnych danych w prywatnej chmurze lub środowisku wielochmurowym. Zastosowane w projektach związanych ze sztuczną inteligencją zapewniają wydajność, elastyczność i skalowalność – mówi Jakub Grzywacz.

Ilość danych rośnie w ogromnym tempie. Według dotychczasowych szacunków IDC globalna baza danych miała zwiększyć się z 45 zetabajtów w ubiegłym roku do 175 w 2025 roku. Nowsze prognozy pokazują jednak, że tylko w tym roku na całym świecie zostanie przetworzonych 59 ZB danych. Do tego wzrostu przyczyniła się pandemia COVID-19.

Większa ilość danych to wyzwanie dla firm, które muszą inwestować w dyski i serwery o coraz większej pojemności. Rozwiązaniem może być jednak także kompresja danych.

Rozwiązania IBM FlashSystem są skalowalne, co pozwala na przechowywanie większej ilości danych i dopasowanie ilości i rodzaju pamięci masowej w zależności od potrzeb. Przechowywanie większej ilości danych na mniejszej ilości sprzętu odbywa się z nawet pięciokrotną redukcją danych, szczególnie z wykorzystaniem modułów NVMe FCM oferujących kompresję bez wpływu na wydajność – tłumaczy solution architect w GoldenOre. – Elastyczna i skalowalna platforma o wysokiej wydajności pozwala na łatwe, szybkie wdrożenie i dostosowanie infrastruktury IT naszych klientów do potrzeb zmieniającego się otoczenia – bez wielkich nakładów budżetowych.

Rodzina pamięci masowych FlashSystem składa się z wielu modeli o różnych parametrach, które mogą być dopasowane do potrzeb zarówno małych, jak i dużych firm. W doborze najlepszych rozwiązań do istniejącej infrastruktury IT oraz strategii i budżetu firmy specjalizuje się GoldenOre.

Innowacyjny system zwiększy bezpieczeństwo pociągów Pendolino. Nowatorskie w skali europejskiej rozwiązanie pozwoli przewidzieć awarie i usterki

TrainScanner, czyli innowacyjne urządzenie do oceny i kontroli stanu technicznego pociągów, rozpoczął pracę na stacji techniczno-postojowej PKP Intercity na warszawskiej Olszynce Grochowskiej. Będzie na bieżąco monitorować stan 20 pociągów Pendolino i pozwoli m.in. przewidywać możliwe awarie oraz usterki, jeszcze zanim się pojawią. To zwiększy bezpieczeństwo przejazdów i skróci kosztowne przestoje w pracy składów. Innowacyjne urządzenie, które może posłużyć do każdego rodzaju pociągów, to nowość na skalę europejską.

– TrainScanner jest jednym z najnowocześniejszych urządzeń tego typu na rynku. Jest to nasza kolejna innowacja, krok w kierunku Przemysłu 4.0. To urządzenie jest jedynym na Starym Kontynencie. Podobne mamy tylko w Wielkiej Brytanii, gdzie jest wykorzystywane do serwisowania floty Pendolino w Avanti West Coast – mówi agencji Newseria Biznes Artur Fryczkowski, prezes zarządu i dyrektor zarządzający Alstom w Polsce i na Ukrainie.

TrainScanner, czyli skaner taboru produkcji Alstom, posłuży do obsługi utrzymaniowej 20 pociągów Pendolino, które jeżdżą w barwach PKP Intercity od sześciu lat. Innowacyjne urządzenie już rozpoczęło pracę na stacji techniczno-postojowej PKP Intercity na warszawskiej Olszynce Grochowskiej.

– TrainScanner pozwala na codzienną analizę stanu technicznego taboru, dzięki czemu jesteśmy pewni, że oddajemy pociąg w pełni sprawny – tłumaczy Michał Guzek, dyrektor zarządzający serwisami Alstom w Polsce. – Pociągi codziennie przejeżdżają około 20 tys. km, odwiedzając 34 miasta. Gdy tylko pociąg znajduje się w Olszynce Grochowskiej, przejeżdża przez TrainScanner.

Innowacyjne urządzenie pozwoli na bieżąco kontrolować stan pociągów i przewidywać usterki, zanim się pojawią. Dzięki cyfrowej analizie danych wskaże optymalny moment – z dokładnością do jednej godziny – wymiany komponentów, aby nie dopuścić do ich awarii. To zaś pozwoli uniknąć przestojów, zwiększyć bezpieczeństwo podróżnych i dostępność taboru, a PKP Intercity zapewni dodatkowe oszczędności.

– Czujniki laserowe i kamery sprawdzają integralność poszycia, wózków jezdnych, dokonują pomiarów nakładki pantografu, grubości tarcz hamulcowych i klocków oraz profilu koła. Na podstawie tych pomiarów otrzymujemy automatyczne raporty w postaci liczb i profili 3D – wyjaśnia Michał Guzek.

– Na podstawie tych informacji, przetworzonych cyfrowo, tworzymy następnie bazę danych, która pozwala nam z wyprzedzeniem określić zużycie materiałów i optymalny moment ich wymiany. Dzięki temu zwiększamy dostępność i niezawodność floty – dodaje Artur Fryczkowski.

Zgromadzone dane z podzespołów są przesyłane do platformy Alstom HealthHub, która dzięki specjalnym algorytmom przekształca je w przydatne informacje i oblicza wskaźnik kondycji dla każdego sprawdzanego elementu.

– Z uwagi na to, że pociągi przejeżdżają przez TrainScanner codziennie, doskonale wiemy, kiedy dany element dojdzie do swojego wymiaru granicznego, i w tym momencie go wymienimy – mówi dyrektor zarządzający serwisami Alstom w Polsce.

Eksperci podkreślają, że skuteczne skanowanie jest szczególnie istotne w pociągach kolei dużych prędkości, ale skaner może być wykorzystywany także przy innych rodzajach flot.

– Jedno urządzenie może być zaprojektowane dla kilku różnych rodzajów taboru. I taki jest cel – aby nie świadczyć usług tylko dla jednego typu floty, ale dla wielu. Jest to oferta kierowana dla operatorów i właścicieli taboru, żeby optymalizować jego wykorzystanie i utrzymanie, które ma duży udział w kosztach całego cyklu życia pojazdów – mówi prezes i dyrektor zarządzający Alstom w Polsce i na Ukrainie.

Jak podkreśla, istotne oszczędności na najdroższych komponentach pociągu, takich jak klocki hamulcowe, sprawiają, że inwestycja zwróci się w ciągu 10 lat kontraktu utrzymaniowego z PKP Intercity.

ZPP: Polski rynek aptekarski wymaga zmian. Obecne regulacje mogą ograniczyć dostęp pacjentów do leków

Eksperci oceniają, że w Polsce rynek aptekarski wymaga zmian regulacji, które dziś ograniczają swobodę prowadzenia działalności, a co za tym idzie dostęp pacjentów do leków. Jednym z postulatów części branży jest więc ograniczenie bardzo szerokich kompetencji samorządu aptekarskiego, który reguluje nie tylko kwestie dostępu do zawodu i jego wykonywania, lecz również ma wpływ na regulacje dotyczące rynku. Ze względu na to, że w samorządzie często zasiadają przedsiębiorcy prowadzący apteki, może to prowadzić do konfliktu interesów – podkreślają eksperci Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.  

– Mamy w tej chwili dyskusję dotyczącą kształtu rynku aptecznego w Polsce. Z jednej strony są zwolennicy modelu rynku zamkniętego, w którym najważniejszy jest farmaceuta, natomiast interes pacjenta jest podrzędny. Z drugiej strony jest koncepcja rynku otwartego, w którym farmaceuta traci pewien komfort, natomiast zyskuje pacjent. W ostatnich latach – wskutek wprowadzenia „Apteki dla aptekarza” i coraz bardziej ekspansywnej kampanii samorządu aptekarskiego – zmierzamy niebezpiecznie w kierunku koncepcji rynku zamkniętego. To wbrew trendom funkcjonującym w Europie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Źródłem konfliktu jest rozbieżność wizji kształtu rynku aptecznego. Jedna ze stron optuje za rynkiem otwartym, konkurencyjnym i propacjenckim. Druga forsuje model rynku zamkniętego i skoncentrowanego na farmaceutach. Przejawem tej drugiej koncepcji jest np. regulacja „Apteka dla aptekarza”, mająca poprawić dostępność aptek na terenach wsi i małych miasteczek, a w efekcie której zlikwidowano ponad tysiąc placówek, w kilkudziesięciu przypadkach będących jedyną w danej okolicy.

– W większości państw funkcjonuje rynek otwarty, a ten zamknięty stanowi regulacyjną skamielinę z przeszłości. Mam nadzieję, że zmienimy ten kierunek, bo na razie mamy do czynienia ze stopniowym zamykaniem rynku aptecznego w Polsce – przekonuje Jakub Bińkowski.

Jak podkreśla, koncepcja zamkniętego rynku aptecznego, która wiąże się ze szkodami dla pacjentów, jest forsowana przez samorząd aptekarski. Ten ma w Polsce znacznie szersze kompetencje niż inne samorządy zawodowe.

– Rola samorządów zawodowych w Polsce, które są usankcjonowane konstytucyjnie, polega na regulowaniu sposobu wykonywania zawodu, wychwytywaniu patologii, pilnowaniu jakości wykonywania zawodu. Niestety bardzo często działania samorządu aptekarskiego wychodzą poza regulację zawodu i starają się regulować rynek. Mamy tu do czynienia z sytuacją, że wielu członków samorządu posiada apteki, a więc jest też przedsiębiorcami. Wielokrotnie w tej sprawie wypowiadał się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który uznał Izbę Aptekarską w pewnych sytuacjach za organizację przedsiębiorców. Powinno być to rozdzielone – mówi Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET.

W wielu krajach, np. w Wielkiej Brytanii czy Holandii, równolegle z samorządem zawodowym istnieje także urząd regulujący rynek aptekarski. Obie te instytucje działają niezależnie od siebie i nie przenikają się, co zwiększa poziom kontroli.

– W Polsce też powinniśmy do tego dążyć – postuluje Marcin Piskorski. – Tymczasem inspektorem farmaceutycznym w Polsce może zostać tylko farmaceuta, a więc członek korporacji, który z tej korporacji wychodzi, a potem do niej wraca. W przypadku innych zawodów czy innych instytucji nie mamy tak wąskiego zakreślenia. Przykładowo prezesem Urzędu Rejestracji Leków może być farmaceuta bądź lekarz, a minister zdrowia może być ekonomistą. W przypadku Państwowej Inspekcji Farmaceutycznej także powinno być to poszerzone przynajmniej o pozostałe zawody medyczne.

Eksperci ZPP podkreślają, że obecne regulacje – łącznie z modelem funkcjonowania samorządu aptekarskiego – mogą ograniczać rynkową konkurencję i w dużej mierze godzić w interesy pacjentów. Są także barierą w rozwoju otwartego rynku aptecznego w Polsce.

– W ramach rynku aptecznego mamy do czynienia z rozmaitością modeli, w których apteki funkcjonują. Mamy apteki sieciowe, apteki prowadzone w ramach modeli franczyzowych, mamy też grupy zakupowe i rozmaite formy współpracy. Mamy również apteki indywidualne, prowadzone przez jednego farmaceutę, dla którego jest to jedyna placówka, którą dysponuje. Coraz popularniejsze będą te apteki, które będą najlepiej odpowiadały na potrzeby klientów. To od pacjenta powinno zależeć, z którego rodzaju placówki będzie chciał skorzystać i która najlepiej odpowie na jego oczekiwania – mówi Jakub Bińkowski.

Według marcowego raportu IQVIA („Opieka farmaceutyczna w Polsce 2020”) w Polsce na rynku funkcjonuje 12,5 tys. aptek (nie licząc punktów aptecznych). Apteki sieciowe stanowią w tej chwili mniej niż połowę wszystkich placówek w Polsce, a większość sieci aptecznych to polskie małe i średnie przedsiębiorstwa. Tylko dziewięć sieci w skali całego kraju posiada więcej niż 100 aptek.

– W branży aptecznej coraz ważniejsza jest franczyza, bo posiadanie know-how jest szczególnie istotne, a jego zdobycie jest drogie – podkreśla prof. Robert Gwiazdowski, szef Rady Programowej Warsaw Enterprise Institute. – Pojedynczy przedsiębiorcy często nie mają szans na pozyskanie środków finansowych, które pozwoliłyby im zdobyć taką wiedzę, jaką mają ci, którzy prowadzą sieci aptek w różnych miejscach na świecie i wiedzą, w jaki sposób apteka powinna być prowadzona, jak klient powinien być obsługiwany. To szczególnie istotne w dobie, w której coraz większe znaczenie mają usługi farmaceutyczne.

– Pewna przewaga modeli franczyzowych polega na tym, że one pozwalają na połączenie efektu związanego z wykorzystaniem gromadzonego latami know-how i często nowoczesnych rozwiązań z wykorzystaniem znanej marki, ale mogącej dostosować swoją działalność do potrzeb lokalnej społeczności – dodaje dyrektor ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Potwierdzono wpływ neutrin na powstawanie i rozszerzanie się Wszechświata. Może to stanowić przełom w jego symulowaniu

Neutrina rzadko reagują z normalną materią. Dlatego uznawane są za najlepsze przekaźniki zjawisk zachodzących daleko poza naszą galaktyką. Są jednak przy tym stosunkowo mało poznane. Dotychczasowe symulacje komputerowe miały trudności z uchwyceniem wpływu neutrin na powstawanie i wzrost struktury Wszechświata. Badacze z Japonii przedstawili symulacje, które dokładnie obrazują rolę neutrin, przedstawiają funkcję rozkładu ich prędkości i śledzą jej ewolucję w czasie.

Neutrina rzadko reagują z normalną materią, co czyni je świetnymi przekaźnikami zjawisk zachodzących daleko poza naszą galaktyką. Kosmiczne neutrina są generowane przez promienie kosmiczne w źródłach pozagalaktycznych. Przenoszą przy tym ogromne ilości energii. Wskazują na intensywne wydarzenia w kosmosie, takie jak czarne dziury, pulsary, pozostałości supernowych czy aktywne jądra galaktyczne.

Najbardziej energetycznymi neutrinami, jakie kiedykolwiek zaobserwowano, były kosmiczne neutrina przechwycone przez teleskop IceCube – miały energię petaelektronowoltów, czyli tysiąca bilionów elektronowoltów. To olbrzymia ilość energii. Dla porównania typowe neutrino atmosferyczne ma około 1 do 10 bln elektronowoltów. Wielki Zderzacz Hadronów, najpotężniejszy akcelerator cząstek na świecie, rozbija cząstki ze sobą przy ok. 13 bln elektronowoltów.

Choć rola neutrin w procesie powstawania Wszechświata może być ogromna, wiadomo o nich stosunkowo niewiele. Dotychczasowe symulacje komputerowe miały trudności z uchwyceniem ich wpływu na powstawanie i wzrost struktury Wszechświata. Zespół badaczy z Japonii opracował właśnie metodę, która pokonuje tę przeszkodę.

– Wcześniejsze symulacje dotyczące neutrin opierały się na pewnych przybliżeniach, które mogły nie być dokładne – mówi Kohji Yoshikawa, wykładowca na Uniwersytecie Tsukuby. – W naszej pracy uniknęliśmy tych przybliżeń, stosując technikę, która dokładnie przedstawia funkcję rozkładu prędkości neutrin i śledzi jej ewolucję w czasie.

Symulacje są o tyle istotne, że mogą nałożyć ograniczenia na obecnie nieznaną masę neutrin. Jeśli ta wielkość jest ustawiona na określoną wartość, a wyniki symulacji różnią się od obserwacji, można wykluczyć tę wartość. Takim ograniczeniom można ufać jednak tylko wtedy, gdy symulacje są dokładne. Japoński zespół naukowców z Uniwersytetu w Tsukubie rozwiązał układ równań Własowa–Poissona, które opisują sposób poruszania się cząstek we Wszechświecie. Następnie przeprowadził symulacje dla różnych wartości masy neutrin i systematycznie badał ich wpływ na strukturę Wszechświata.

Wyniki symulacji pokazały, że neutrina tłumią skupianie się ciemnej materii. Udowadniają też, że obszary bogate w nie są silnie skorelowane z masywnymi gromadami galaktyk, a efektywna temperatura neutrin znacznie się różni w zależności od masy.

– Nasze odkrycia sugerują, że neutrina w znacznym stopniu wpływają na formowanie się wielkoskalowych struktur, a nasze symulacje dostarczają dokładnych informacji o ich istotnym wpływie na kształtowanie się Wszechświata – przekonuje Kohji Yoshikawa. – Nasze nowe wyniki są spójne z wynikami uzyskanymi w przypadku zupełnie innych podejść do symulacji, co zwiększa ich wiarygodność.

Zdaniem naukowców opracowanie japońskiego zespołu może stanowić przełom w symulowaniu Wszechświata. Może też rozpocząć erę kolejnych badań nad wpływem neutrin na tworzenie innych wielkoskalowych struktur. Nowe symulacje można byłoby wykorzystać do badania dynamiki neutrin i niekonwencjonalnych typów ciemnej materii.

Polska jednym z najlepszych miejsc do rozwoju rynku dronów na świecie. Pomaga w tym także pandemia

Z najnowszego raportu Drone Industry Insights wynika, że Polska jest drugim najbardziej przyjaznym krajem dla rozwoju sektora dronowego i najlepszym miejscem do rozwoju tej technologii w Europie. Wśród 35 przebadanych rynków tylko Singapur uzyskał wyższe noty. Tak  dobra ocena rodzimego sektora branży może przyczynić się do dynamicznego rozwoju bezzałogowych systemów monitoringu, które sprawdzą się zarówno w czasie pandemii, np. przy wykrywaniu dużych skupisk ludzi, jak i po jej zakończeniu.

– W Instytucie Lotnictwa opracowano system do małego wielowirnikowca, który jest w stanie wykrywać duże skupiska ludzi. Bardzo często zdarza się, że ludzie gromadzą się przez przypadek, to może być np. źle wyregulowane przejście dla pieszych. I nikt się nie zorientuje, że są takie miejsca w mieście. Bezzałogowe statki powietrzne mogą latać nad miastem i sprawdzać, gdzie ludzie się gromadzą. Takiego drona można też wyposażyć w głośnik, dzięki któremu można by zwrócić uwagę pieszemu, że nie ma założonej maseczki – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Cezary Galiński, kierownik Zakładu Samolotów i Śmigłowców na Wydziale MEiL Politechniki Warszawskiej

Już na początku pierwszej fali pandemii koronawirusa podjęto pierwsze próby wdrożeniowe systemów zdalnego monitoringu tłumu. Włoski Urząd Lotnictwa Cywilnego dopuścił od 3 kwietnia używanie dronów na szeroką skalę, aby przyspieszyć proces wykrywania potencjalnych ognisk zapalnych i wyłapać osoby, które łamią restrykcje pandemiczne. Drony do monitoringu wykorzystuje również gdańska policja, a włodarze Madrytu i Nicei testowali systemy głosowej kontroli tłumu instalowane na bezzałogowych pojazdach latających.

Tak dynamiczny rozwój branży dronowej w czasie pandemii jest możliwy m.in. dzięki regulacjom prawnym, które ułatwiają inwestowanie w projekty z tego sektora gospodarki.

– Bezzałogowe statki powietrzne będą się rozwijały dość dynamicznie. Sprzyja temu fakt, że pojawiły się przepisy dotyczące ich wykorzystywania, dzięki którym można wszystkie procedury, ubezpieczenia załatwiać w sposób legalny, bardziej kontrolowany i bezpieczny – mówi prof. Cezary Galiński.

Eksperci odpowiedzialni za raport Drone Industry Insights przyznali Polsce najwyższą ocenę za przejrzyste procedury przyznawania uprawnień do obsługi dronów oraz standardy integracji infrastruktury lotniczej. Wysoko oceniono również kompetencje w zakresie HR, czyli odsetek operatorów w społeczeństwie oraz przebieg procesu szkoleniowego.

Polskie władze rozpoczęły proces regulacji rynku na długo przed wejściem w życie rozporządzenia Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Lotniczego dotyczącego funkcjonowania rynku dronowego, które zaczną obowiązywać od 2021 roku. W Polsce już od 31 stycznia 2019 roku uchwalono przepisy regulujące zasady wykonywania lotów specjalistycznych oraz autonomicznych, które pozwalają na szeroką skalę wykorzystać narzędzia tego typu m.in. w procesie monitoringu powietrznego.

– Najbardziej dynamicznie będą się rozwijały zastosowania związane np. z fotogrametrią, czyli wykonywaniem zdjęć na dużych obszarach. Poczynając od czysto urbanistycznych zastosowań, aż po np. dopilnowywanie różnego rodzaju składowisk materiałów palnych, które czasami mają tendencję do znikania. System bezzałogowy potrafi zrobić bardzo dobrą ortofotomapę, na podstawie której można określić kształt każdego obiektu. W związku z tym od razu wiadomo, czy coś zniknęło, a nawet można znaleźć osobę, która to spowodowała – tłumaczy kierownik Zakładu Samolotów i Śmigłowców na Wydziale MEiL Politechniki Warszawskiej

Z szacunków przeprowadzonych przez Polski Instytut Ekonomiczny wynika, że wartość rynku dronów w 2026 roku wyniesie 3,26 mld zł, a całościowe zyski z rozwoju tej branży mogą sięgnąć 576 mld zł.

Obniżać czy podwyższać podatki? Czesi i Niemcy się cieszą, Polacy płac(z)ą

Obniżanie podatków dochodowych szczególnie dla osób najmniej zarabiających byłoby najlepszym rozwiązaniem dla polskiej gospodarki przy wychodzeniu z kryzysu. Prawdopodobnie pójdziemy jednak inną drogą niż wiele państw.

– Wszędzie widzimy bardzo dużo interwencjonizmu, ale ten przybiera bardzo różną formę – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Są państwa, które chcą decydować nie tylko o tym dokąd trafiają pieniądze, ale też jak mają być wydawane.

Podejścia są różne, są również kraje, które pozostawiają sposób wydawania pieniędzy gospodarstwom domowym i prawom rynku.

W Niemczech od 1 lipca wprowadzono obniżkę podatku VAT. Na obniżkę tego podatku stawiają też Czechy. W tych krajach państwo chce pozostawić więcej pieniędzy w kieszeniach obywateli, aby w ten sposób wspomóc gospodarkę.

Pomysłów jest wiele, a związane są także z podejściem do problemu zwiększonego krajowego deficytu budżetowego.

– W przypadku Polski ten interwencjonizm państwowy jest bardziej scentralizowany, a netto ma dojść do podwyżki podatków – dodaje ekspert XTB. – Jesteśmy jako kraj na podobnym jak Czechy etapie i powinniśmy iść w podobnym kierunku.

Polska podąża swoja własną drogą. U nas dyskusja koncentruje się na roli transferów finansowych i płacy minimalnej, a nie na konsekwencjach obniżaniu podatków obciążających konsumentów.

– Obniżanie podatków dochodowych szczególnie dla osób najmniej zarabiających jest najlepszym rozwiązaniem dla polskiej gospodarki – ocenia P.Kwiecień.

Polacy przeciw upolitycznieniu protestów Strajku Kobiet

Tylko co szósty Polak (17 proc.) uważa, że jeżeli protestujący mają zrealizować swoje postulaty, to na ich czele powinna stanąć partia polityczna – wynika z najnowszego sondażu SW Research, zrealizowanego w dniach 1-3.12.20 na próbie 1100 dorosłych Polaków.

Strajk Kobiet – oddolny ruch społeczny, zainicjowany na skutek kontrowersyjnej decyzji Trybunału Konstytucyjnego, w ciągu 1,5-miesięcznej działalności zmotywował przedstawicieli świata polityki do różnych deklaracji i pomysłów rozwiązania trwającego sporu. Nierzadko próby identyfikacji czy solidaryzowania się z protestującymi kończyły się ostrą wymianą zdań. Niemniej jednak opinia publiczna nieustannie zadaje sobie pytania o przyszłość protestów i polityczne konsekwencje ruchu kobiet.

Z badania SW Research wynika, że co trzeci ankietowany (33 proc.) nie widzi konieczności objęcia przywództwa nad strajkiem przez ugrupowanie polityczne, aby zostały osiągnięte cele protestujących. Najliczniejszą grupę stanowią jednak osoby bez wyrobionego poglądu (37 proc.), a najmniej, bo tylko 13 proc. badanych twierdzi, że nie wie, jakie są postulaty protestujących.

Biorąc pod uwagę genezę protestów, zaskakuje wysoki odsetek niezdecydowanych wśród kobiet – aż 41 proc. z nich deklaruje brak zdania. Odsetek niezdecydowanych rośnie również wraz ze spadkiem poziomu wykształcenia – wśród  z wykształceniem zasadniczym zawodowym niemal co drugi ankietowany (46 proc.) nie potrafi się ustosunkować jednoznacznie wobec kwestii upolitycznienia protestów.

Wśród mężczyzn (16 proc.) znacznie częściej niż wśród kobiet (10 proc.) pojawia się deklarowany brak wiedzy na tematów celów Strajku Kobiet. Widać także wyraźną korelację z wiekiem ankietowanych – wśród 18-24 latków tylko 5 proc. przyznaje, że nie zna postulatów protestujących, podczas gdy w najstarszej grupie badanych, tj. pow. 50 roku życia,  ten odsetek wynosi już 16 proc. Deklarowana nieznajomość postulatów rośnie wraz ze spadkiem poziomu wykształcenia – wśród osób o wykształceniu zasadniczym zawodowym odsetek ten wynosi aż 20 proc.

Najwięcej zwolenników partyjnego przywództwa protestów jest wśród najmłodszej grupy badanych, tj. 18-24 latków – pomysł ten popiera niemal co trzeci badany (31 proc.) z tej kategorii wiekowej.

Mimo, że pytanie w sondażu dotyczyło politycznego kontekstu przyszłości protestów Strajku Kobiet, to po raz kolejny ukazało ono społeczny sceptycyzm wobec angażowania polityki do oddolnych inicjatyw – komentuje Piotr Zimolzak, wiceprezes agencji SW Research.  Na ten moment społeczeństwo nie daje „zielonego światła” żadnej partii do oficjalnego reprezentowania ruchu na arenie politycznej. Przyszłość protestów nie jest jednak jasna, na co wskazuje liczba grupa osób niezdecydowanych. Na tym tle nie sposób jednak nie zauważyć specyfiki młodego pokolenia o bardziej sprecyzowanych poglądach – dodaje Zimolzak.IP Strajk Kobiet

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-3.12.2020 r. przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie n=1110 dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.

Oświadczenie o rynkowości stosowanych cen – ryzyko i metody zabezpieczeń

Przepisy w zakresie cen transferowych w ostatnich latach zmieniają się bardzo dynamicznie. Dlatego też przygotowanie dokumentacji i wypełnienie innych obowiązków w tym zakresie wygląda nieco inaczej w każdym roku. Z początkiem 2019 r. weszły w życie nowe przepisy w zakresie cen transferowych. Istotną dla podatników zmianą było między innymi wprowadzenie modyfikacji do oświadczenia o sporządzeniu dokumentacji cen transferowych poprzez jego rozszerzenie o konieczność deklarowania, że w transakcjach objętych dokumentacją zastosowane zostały ceny rynkowe. Takie oświadczenie będą musieli złożyć w formie elektronicznej wszyscy członkowie zarządu (lub innego organu zarządzającego), jeżeli podatnik był zobowiązany do sporządzenia lokalnej dokumentacji cen transferowych.

Termin na złożenie oświadczenia

Zgodnie z ustawą podatnicy mają czas na sporządzenie oświadczenia o rynkowości stosowanych cen w transakcjach z podmiotami powiązanymi w terminie 9 miesięcy od zakończenia roku obrotowego. W związku z przepisami tzw. Tarczy Antykryzysowej 4.0. termin ten został wydłużony o 3 miesiące. Zatem w przypadku podatników, gdzie rok obrotowy jest równy rokowi kalendarzowemu, termin został przesunięty z 30 września na 31 grudnia 2020 r.

Oświadczenia nie można złożyć w formie papierowej. Należy je podpisać za pomocą podpisu zaufanego lub certyfikatu kwalifikowanego i złożyć w formie elektronicznej za pośrednictwem Elektronicznej Platformy Usług Administracji Publicznej.

Odpowiedzialność

W zakresie odpowiedzialności kierownictwa jednostki dotyczącej powyższego oświadczenia ustawodawca przewidział osobny artykuł w Kodeksie karno-skarbowym. Zgodnie z art. 56c KKS karze podlega ten, kto nie składa właściwemu organowi podatkowemu oświadczenia albo składa je po terminie lub poświadcza informacje niezgodne ze stanem rzeczywistym. Ustawodawca przewidział bardzo wysoką karę grzywny za niedopełnienie powyższych obowiązków w wysokości 720 stawek dziennych, czyli prawie 25 mln zł. Należy zaznaczyć, że kary z tego przepisu można wymierzyć w przypadku działania umyślnego. W przypadku braku złożenia oświadczenia podatnik nie może tłumaczyć się brakiem wiedzy w zakresie przepisów. Z kolei w przypadku złożenia oświadczenia po terminie należy jak najszybciej złożyć oświadczenie wraz z czynnym żalem, który w tym przypadku powinien mieć zastosowanie i pozwoli uniknąć odpowiedzialności. Złożenie oświadczenia niezgodnego ze stanem rzeczywistym jest kwestią wynikającą z ewentualnej kontroli podatkowej, czyli organy podatkowe w pierwszej kolejności muszą wykazać, że oświadczenie jest niezgodne ze stanem rzeczywistym, a osoby zarządzające złożyły je umyślnie. W związku z tym organy zarządzające powinny podjąć odpowiednie działania ograniczające ryzyko w tym zakresie.

Działania ograniczające ryzyko

Dochowanie należytej staranności przy kalkulowaniu cen transferowych pomiędzy podmiotami powiązanymi jest bardzo istotne. W szczególności ma to na celu wykazanie nieumyślności działania poprzez podjęcie szczególnych zasad ostrożności w przypadku tematu cen transferowych. W tym zakresie dobrą praktyką jest przygotowanie spójnej polityki cen transferowych, regulującej zakres transakcji występujących w przedsiębiorstwie oraz sposób określania/kalkulacji cen, a także ryzyka, aktywa i inne niezbędne elementy dokumentacji. Polityka powinna przewidywać także procedury nadzoru oraz kontroli w zakresie kalkulacji cen.

Część przedsiębiorców decyduje się na oddzielne audyty podatkowe w zakresie cen transferowych, prowadzone przez zewnętrznych doradców podatkowych. Rekomendacje audytu winny być przedstawione zarządowi. Powinny być też wdrażane działania ograniczające ryzyko. W zakresie współpracy z doradcami zewnętrznymi można się także zdecydować na certyfikacje, czyli specjalne narzędzie, w którym doradca określi poziom ryzyka w zakresie cen transferowych.

Nieodpłatne świadczenia

Warto zwrócić uwagę na ostatnie stanowisko fiskusa prezentowane w interpretacjach indywidualnych Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 28 lutego 2020 r., 0111-KDIB1-2.4010.495.2019.1.AW, 0111-KDIB1-1.4010.544.2019.1.BK, zgodnie z którym w przypadku osiągania przychodu z nieodpłatnych świadczeń podatnik nie będzie zobowiązany do złożenia wyżej wymienionego oświadczenia, ponieważ w ocenie organu właściwym postępowaniem byłoby ustalenie ceny na warunkach rynkowych. Jeżeli taki pogląd się utrzyma, to rodzi się wątpliwość, co dalej z transakcjami nieodpłatnymi pomiędzy podmiotami powiązanymi. Czy będą one dalej funkcjonowały, czy konieczne będzie każdorazowe ustalanie ceny. Zdaje się jednak, że w tym przypadku organy poszły zbyt daleko, uznając, że w przypadku nieodpłatnego świadczenia nie można złożyć oświadczenia o ustaleniu cen na warunkach rynkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dwie kolejne aplikacje podchorążych WAT wspierają WOT w walce z pandemią

Podchorążowie Wojskowej Akademii Technicznej, skierowani do wsparcia działań Dowództwa Wojsk Oborny Terytorialnej w Zegrzu, opracowali narzędzia informatyczne wykorzystywane w przeciwdziałaniu rozprzestrzeniania się wirusa SARS-CoV‑2. To aplikacja meldunkowa oraz portal prezentujący dane przestrzenne realizowanych zadań. Oba rozwiązania wykorzystywane są przez jednostki podległe DWOT.

Aplikacja meldunkowa opracowana przez studentów wojskowych WAT umożliwia monitorowanie wykorzystania zasobów – sił i środków, poszczególnych brygad oraz stanu zdrowia żołnierzy. „Podczas współpracy z Dowództwem Wojsk Obrony Terytorialnej naszym zadaniem było przygotowanie i wdrożenie rozwiązania wspierającego system meldunkowy na szczeblu brygady. Zbierane informacje monitorowały działania żołnierzy WOT w ramach łagodzenia skutków pandemii COVID-19 oraz wzmacniania odporności społecznej na kryzys. Zbudowane rozwiązanie zostało oparte o dostępną w sieci wojskowej infrastrukturę udostępnianą przez firmę Microsoft” – tłumaczą podchorążowie Wydziału Cybernetyki WAT sierż. pchor. Michał Bryła i sierż. pchor. Rafał Huk. Dodatkowo studenci przygotowali instrukcję pozwalającą użytkownikom zapoznać się z prawidłową obsługą aplikacji.
Dwie kolejne aplikacje podchorążych WAT wspierają WOT w walce z pandemią
W ramach uznania za wykonaną pracę, podchorążowie Wydziału Cybernetyki WAT otrzymali podziękowania ze strony Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej. „Pańskie umiejętności i fachowa wiedza o systemach funkcjonujących we współczesnym środowisku teleinformatycznym zasługują na najwyższe uznanie. Swoją postawą wyznacza Pan pożądany kierunek osobistego rozwoju i właściwego przygotowania do wyzwań stojących współcześnie przed oficerem Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej” – napisali do każdego zaangażowanego w opracowanie aplikacji studenta płk Czesław Perłak, szef Oddziału Wsparcia Dowodzenia i Łączności oraz płk dypl. Arkadiusz Mikołajczyk, szef Sztabu DWOT.

Portal umożliwiający wizualizację udziału żołnierzy w działaniach mających na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się SARS-CoV 2 to kolejne rozwiązanie opracowane przez podchorążych i używane przez Wojska Obrony Terytorialnej. Studenci stworzyli aplikację, która w czasie rzeczywistym daje możliwość integracji danych pochodzących ze wszystkich Brygad Obrony Terytorialnej. Zintegrowane dane są prezentowane w postaci geoportalu z interaktywną mapą. Można na niej odnaleźć informacje nt. aktualnej liczby żołnierzy zaangażowanych w pomoc w szpitalach, punktach poboru wymazów, czy domach opieki społecznej. „Jest to intuicyjne rozwiązanie, które w skuteczny sposób umożliwia wsparcie procesu dowodzenia informacjami przestrzennymi obrazującymi zaangażowanie wojska w przeciwdziałaniu rozprzestrzeniania się wirusa. Aplikacja jest skalowalna i daje możliwość szybkiej integracji z funkcjonującymi w SZ RP rozwiązaniami tego typu” – zaznacza kpt. Marek Wyszyński z Wydziału Inżynierii Lądowej i Geodezji WAT, koordynujący pracę studentów.

Nad aplikacją pracowała grupa czterech podchorążych WAT: dwóch z Wydziału Cybernetyki – plut. pchor. Rafał Szczepański i st. kpr. pchor. Damian Tomasik oraz dwóch z Wydziału Inżynierii Lądowej i Geodezji – sierż. pchor. Michał Słomski oraz st. kpr. pchor. Patryk Szempruch.

„Podchorążowie WAT skierowani do wsparcia utrzymania i rozbudowy systemów teleinformatycznych Dowództwa WOT oraz pomocy w zobrazowaniu wsparcia społeczeństwa przez jednostki podległe dowództwu, w przeciągu niespełna trzech tygodni zdołali zbudować dwa autorskie rozwiązania ułatwiające monitorowanie wykorzystania oraz położenia sił i środków WOT. Jest to dowód na aplikacyjność wiedzy i umiejętności jakie nabywają kandydaci na żołnierzy zawodowych kształceni w Wojskowej Akademii Technicznej. Jesteśmy przekonani, że technologiczna rewolucja jaka następuje w Wojsku Polskim, pozwoli na pełne wykorzystanie kompetencji naszych absolwentów. Z kolei absolwenci WAT nadadzą właściwy kierunek (i zwrot chcąc być precyzyjnym) procesowi transformacji Sił Zbrojnych RP, zdolnych do realizacji swoich konstytucyjnych zadań w dynamicznie zmieniającym się środowisku bezpieczeństwa” – podkreśla ppłk dr inż. Rafał Kasprzyk, zastępca dziekana Wydziału Cybernetyki WAT.

To już kolejne rozwiązania informatyczne opracowane przez podchorążych WAT dla Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej w ramach działań związanych z zapobieganiem rozprzestrzeniania się wirusa. W marcu br. studenci Wydziału Cybernetyki WAT oddelegowani do służby w DWOT opracowali mobilną aplikację ułatwiającą dotarcie z pomocą do osób pozostających w izolacji.

Rubel najdroższy od października

Ogólnie dobra dyspozycja ropy naftowej i wzrost wydobycia to bardzo dobre sygnały dla Rosji. W rezultacie, nie można się dziwić, że rosyjski rubel jest blisko historycznych maksimów.

Lepsze dane z Niemiec

Wczoraj poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej, która w skali miesiąca rośnie szybciej, niż oczekiwano. Nie zmienia to faktu, że w ujęciu rocznym jest to nadal 2,2% spadku. Dzisiaj do tych danych doszedł lepszy od oczekiwań wynik indeksu ZEW, który przekroczył oczekiwania analityków o imponujące 9,5 pkt, osiągając 55 pkt. W rezultacie, doszło do stabilizacji na głównej parze walutowej świata, pomimo tego, że wczorajsze zachowanie analityków wskazywało na realizację zysków i związaną z tym korektę.

PKB w Unii bez niespodzianek

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat dynamiki PKB w strefie euro. Wynosi ona w skali roku -4,3%, pomimo bardzo dobrego trzeciego kwartału ze wzrostem na poziomie 12,5%. Jak widać, dotychczasowe czarne scenariusze nie realizują się w pełni. Nie można jednak wykluczyć, że kolejne kwartały kryzysu spowodują, że dane będą jeszcze słabsze.

Wzrosty na rublu

Dane z rynku ropy nie pomagają ostatnimi dniami notowaniom ropy. W górę idzie za to rosyjski rubel. Przeważnie waluta ta jest silnie związana z notowaniami ropy. Teraz jednak inwestorzy zwracają uwagę, że spadek cen ropy nie jest na tyle duży, by podwyżka wydobycia nie zrekompensowała tego Rosji. Jest to zatem korzystna informacja dla rynków, z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że od początku roku rosyjski rubel stracił grosz na wartości względem złotego. Nie byłaby to zła wiadomość dla euro, ale tutaj jest to strata z 6 na 5 groszy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Prof. Edward Haliżak: Chiny oczekują ułożenia stosunków z USA na nowych zasadach

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Jak może zmienić się polityka USA w stosunku do Chin podczas prezydentury Joe Bidena?

Prof. Edward Haliżak: Przy zmianie władzy prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych mamy zawsze do czynienia ze zmianą i kontynuacją polityki zarazem. Podobnie będzie w stosunku do Państwa Środka. Chiny dla amerykańskiej globalnej strategii są największym wyzwaniem, dlatego że dzięki postępowi w reformach gospodarczych przekształciły swoją gospodarkę w dobrze funkcjonujący organizm i stały się drugą potęgą gospodarczą w świecie. Dzięki temu gospodarka chińska kumuluje duże dochody, które są przeznaczane na realizację globalnej strategii tego państwa. To, co jest najważniejsze dla Ameryki to to, że pod koniec dekady Chiny, jeśli utrzymają obecną dynamikę wzrostu, prześcigną Amerykę pod względem wielkości dochodu narodowego. Perspektywa, że chińska gospodarka będzie numerem jeden, wcale nie jest odległa. To właśnie bardzo martwi Amerykę, ponieważ z tym wiąże się przyszły kształt międzynarodowej strategii Chin.

Jak Stany Zjednoczone postrzegają Chiny?

Chiny postrzegane są jako główny rywal Stanów Zjednoczonych. Nie są widziane jako nieprzyjaciel, a jako rywal. Takie postrzeganie zaczęło się już kształtować w okresie administracji demokratycznej Baracka Obamy. Owa administracja w 2010 roku ogłosiła strategię pivotu, której celem jest ewentualne powstrzymanie Chin jako mocarstwa poprzez niedopuszczenie do utworzenia w rejonie Azji i Pacyfiku wyłącznej strefy wpływu Chin i wyeliminowanie Ameryki z Azji Wschodniej. Taka była istota tej strategii i to będzie kontynuowane. Jednocześnie Stany Zjednoczone nie mogą wyzbyć się elementów współpracy i to jest kluczowa kwestia. Chiny są dla Ameryki jednocześnie rywalem i partnerem. I jakby to nie brzmiało paradoksalnie, jest tak w coraz większej ilości dziedzin. Ameryka zdaje sobie sprawę, że z Chinami można robić interesy. Lobbuje za tym wielki amerykański biznes. Wielkie firmy amerykańskie optują za rozwijaniem współpracy z Chinami, bo tam można zarobić wielkie pieniądze.

Elon Musk, marzyciel, twórca programu kosmicznego jest też właścicielem fabryki samochodów Tesla w Szanghaju, której wydajność zbliża się do 500 tysięcy samochodów elektrycznych rocznie. Technologia jest amerykańska, ale wszystkie elementy są produkowane na miejscu w Chinach. Pół miliona samochodów na rynek chiński i na eksport. Ważne jest, by zwrócić uwagę, że rząd Chin dopłacił do tej inwestycji 20 procent. W związku z tym program Elona Muska jest finansowany z zysków i pieniędzy wypracowanych w Chinach. To jest pewnego rodzaju paradoks, ale taka jest po prostu prawda. Kiedy administracja Donalda Trumpa przystąpiła do wojny handlowej, gospodarczej z Chinami, napotkała opór największych amerykańskich korporacji (w tym Apple), które boją się utraty dostępu do chińskiego rynku. Te przykłady pokazują, że Ameryka ma niełatwy strategicznie wybór. Nie wiadomo na czym dokładnie miałaby polegać strategia: na ile powstrzymywać Chiny, a na ile rozwijać z nimi współpracę. To drugie jest bardzo ważne, ponieważ chodzi o bardzo duże pieniądze. Chiny ogłosiły, że do 2030 roku zamierzają zaimportować towary o wartości 22 bilionów dolarów, ponieważ przestawiają się na inny model gospodarczy, w którym popyt wewnętrzny i import będą odgrywać ważną rolę. Te 22 biliony stoją przed oczyma menadżerów wielkich, amerykańskich korporacji, którzy upatrują szanse na sprzedaż i realizację zysków na wielkim rynku chińskim. To właśnie oni będą wywierać presję na administrację prezydencką, żeby powstrzymywała się przed nakładaniem sankcji, czy też kontynuowaniem wojny handlowej z Chinami.

Jak Chiny patrzą na Stany Zjednoczone po tym resecie i wyborze Joe Bidena? Czym Ameryka jest dla Chin?

Od czasów powstania Chińskiej Republiki Ludowej 1 października 1949 roku komuniści chińscy zawsze bardziej łaskawie spoglądali na Amerykę niż na ZSRR. To są fakty historyczne. Ktoś kiedyś napisał właśnie o tej postawie Chińczyków publikację pt. „Beautiful imperialist”, czyli „Piękni imperialiści”. Tak Chińczycy postrzegają Stany Zjednoczone. W sensie politycznym, strategicznym, a także ze względu na popularność, większość młodzieży chińskiej wybiera studia w Ameryce. To jest 250 tysięcy młodych ludzi, którzy studiują w USA. To wynika z postrzegania pozytywnego. Oczywiście w sferach politycznych, w kręgach decydenckich Ameryka jest postrzegana jako rywal. To negatywne postrzeganie Ameryki nasiliło się w okresie administracji prezydenta Donalda Trumpa, która przystąpiła do nierealistycznej strategii ograniczenia możliwości wzrostu gospodarczego Chin, po to, żeby Chiny nie rozwijały się zbyt szybko i żeby ten moment pościgu za Ameryką maksymalnie wydłużyć. Zatem to negatywne postrzeganie Ameryki się zmieniło, ale Chińczycy jako społeczeństwo generalnie patrzą na Stany Zjednoczone raczej w sposób pozytywny. Chiny nie deklarują, nie określają Stanów Zjednoczonych mianem wroga. Chińczycy mówią, że świat jest zbyt wielki, a Pacyfik i Azja są na tyle pojemne, że jest tam miejsce dla dwóch supermocarstw: dla Chin i dla USA. Władze Chin, decydenci zdają sobie doskonale sprawę z istniejącej jeszcze luki między Chinami, a USA. I ta realistyczna ocena sprawia, że Chiny powściągają się w pewnych reakcjach. Chińscy autorzy, badacze w swoich publikacjach zwracają uwagę na to, że Chiny są jeszcze na dorobku, są w fazie wzrostowej. Wiedzą o tym, że Ameryka nadal ma przewagę nad nimi. Dominuje realistyczna ocena, ale Chińczycy uważają, że nastał czas, aby stosunki między tymi dwoma wielkimi mocarstwami ułożyć na nowych zasadach. Chińczycy podkreślają, że stosunki z USA są dla nich bardzo ważne i traktują je priorytetowo, z największą uwagą i poświęcają temu najwięcej uwagi oraz środków.

Czy wygrana Joe Bidena jest szansą dla, np. Polski do powrotu do relacji z Chinami z poziomu sprzed prezydentury Donalda Trumpa? Czy zmiana w Białym Domu może na to jakoś wpłynąć? Czy może się coś zmienić w stosunkach między Polską a Chinami?

Wpływ stosunków polsko-amerykańskich na stosunki polsko-chińskie da się zidentyfikować, ale nie przeceniałbym tego w sposób znaczący. Po pierwsze między Chinami a USA toczy się wojna technologiczna. W tej chwili to jest jedyna dziedzina, w której obydwa mocarstwa bardzo ze sobą rywalizują. Amerykanie obawiają się wzrostu postępu Chin w tej dziedzinie. Wyścig technologiczny to jest istota współczesnych stosunków. W związku z tym Amerykanie przystąpili do polityki blokady i polityki rugowania chińskich firm technologicznych z rynku światowego. Przykładem jest Huawei. Stany Zjednoczone blokują technologicznie Chiny, ale chcą rozwijać się i robić biznesy w tradycyjnych dziedzinach gospodarki, jak handel, rolnictwo, energetyka, sprzedaż surowców. To jest pewnego rodzaju dwoistość w postawie władz amerykańskich. Można powiedzieć, że Polskę pośrednio ten związek interesów chińsko-amerykańskich blokuje. Amerykanie blokują na całym świecie technologię 5G autorstwa Chin. Nie chcą dopuścić, żeby za pomocą tej technologii zdobyły duży udział w rynku. Chodzi tu o dostęp do danych, ale przede wszystkim o ograniczenie zysków Chin, czyli dochodów, jakie chińska firma może otrzymać z tytułu kontraktów. To są dwa cele wyrugowania Chin. W związku z tym polski rząd w pośredni sposób zasugerował, że chińska firma może dostać kontrakt, ale tylko gdy spełni określone warunki. Jest jeszcze jeden aspekt. Polska poparła Amerykanów, ale nie w bezpośredni sposób. Zostawiliśmy sobie otwartą furtkę do negocjacji w tej sprawie. Myślę, że duży związek z tym ma perspektywa budowania Centralnego Portu Lotniczego, w którym pewnie rozpatruje się także udział kapitału chińskiego. Chińczycy bardzo chętnie zainwestowaliby w taki projekt. Być może są to tylko spekulacje, ale myślę jednak, że coś jest na rzeczy. W momencie kiedy administracja demokratyczna będzie kontynuowała politykę blokady technologicznej z Chinami, ale przy jednoczesnym rozwoju współpracy w innych dziedzinach, zwłaszcza w sprawach klimatu, wówczas wznowiony zostanie dialog amerykańsko-chiński. Może wtedy dojść do spotkań na szczeblu ministrów i przywódców. To z pewnością przełoży się na odważniejsze decyzje naszego rządu w stosunku do Chin. Ożywienie w stosunkach amerykańsko-chińskich w jakimś stopniu przełoży się także na ożywienie relacji polsko-chińskich.

Edward Haliżak, politolog, profesor nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki, wykładowca na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

Prof. Władysław Teofil Bartoszewski: dyplomata musi być profesjonalistą. Nasze miejsce jest przy głównym stole

Mariusz Marszałkowski: panie profesorze jakimi cechami powinien odznaczać się dobry dyplomata?

Prof. Władysław Teofil Bartoszewski: dyplomacja jest wykonawcą polityki zagranicznej państwa, a ta jest oparta na kontynuacji, dlatego nie może być ona ani rewolucyjna, ani zbyt często zmieniana. Jedną z najlepszych służb dyplomatycznych mają Rosjanie. Służba dyplomatyczna w Rosji powstała za czasów cara Aleksandra I i była stworzona przez księcia Adama Czartoryskiego. W Rosji, a potem w Związku Sowieckim, dyplomacja była utrzymywana na bardzo wysokim poziomie. To znaczy, była (niestety dla nas) skuteczna w realizowaniu celów polityki zagranicznej swego państwa. Dyplomacja musi być kontynuacją tego, co było wcześniej wraz ze zrozumieniem tego, co może się wydarzyć. Dyplomaci z Chin świetnie wiedzą, co zaszło w relacjach między krajem gdzie pracują, a Chinami w ostatnich 30 latach, albo i dłużej. Ważne jest zrozumienie tego, na czym polega interes kraju. Nasza dyplomacja w ciągu ostatnich kilku lat jest niestety w stanie rozpadu. Źle się stało, że od jakiegoś czasu nad względami merytorycznymi zaczęły przeważać względy ideologiczne. Dyplomata musi być profesjonalistą. Nieważne są jego poglądy polityczne. Zaczęliśmy demontować kadrę dyplomatyczną z tego powodu, że rzekomo nie wspierała wystarczająco rządu. A to jest duży błąd, bo poglądy polityczne dyplomatów nikogo nie powinny interesować. Z drugiej strony, dyplomaci nie powinni mieć wystąpień politycznych. Znam dobrze wielu dyplomatów z państw Unii Europejskiej i bardzo często nie wiem, na jakie partie głosowali. Polityka zagraniczna jest długofalowa i pro-państwowa, a nie partyjna i tutaj nie może być mowy o żadnej rewolucji, bo to jest bardzo szkodliwe.

Marszałkowski: jak według pana polska dyplomacja ma się w tej dobie rewolucji nowoczesności?

Bartoszewski: nasze problemy polegają nie tyle na rewolucji nowoczesności, raczej na rewolucji kadrowej, która jest dużym problemem, dlatego, że wyeliminowano z gry wielu doświadczonych dyplomatów. Dyplomata powinien służyć państwu, a nie partii. Jego pracą ma być realizacja zadań, które są wyznaczane przez ministra spraw zagranicznych i premiera. Ważne jest by dyplomata był również sprawny językowo. Są takie ambasady jak np. niegdyś ambasada Szwecji w Warszawie, gdzie wszyscy pracownicy dyplomatyczni – Szwedzi – mówili po polsku. Ambasador powiedział mi, że Polska jest bardzo ważnym partnerem dla Szwecji, dlatego każdy pracownik dobrze znał język polski. Dyplomaci angielscy i rosyjscy, ale i inni, mówią świetnie w wielu, często trudnych językach. Dobrze byłoby, żeby ludzie, których my wysyłamy do różnych ambasad posiadali podobne umiejętności. Płynne mówienie w języku, w którym się przebywa pomaga w osiąganiu sukcesów w dyplomacji, która jest oparta na nieformalnych kontaktach w kraju akredytacji. Dobrym przykładem jest nasz ambasador w Tel Awiwie Marek Magierowski, który w krótkim czasie nauczył się języka hebrajskiego i płynnie się nim posługuje. Tego należy oczekiwać od służby dyplomatycznej. W taki sposób łatwiej jest się zintegrować z miejscową społecznością i rozmawiać o współpracy.

Marszałkowski: czego dyplomata nie powinien robić? I co należy wziąć pod uwagę wykonując tę pracę?

Bartoszewski: jest rzeczą absolutnie niestosowną, aby dyplomaci krytykowali państwo, w którym są akredytowani w sposób publiczny i w mediach. To się niestety zdarza. A to jest rzecz kompletnie niedopuszczalna. Jeżeli chce się ostro zareagować przeciwko jakimś wypowiedziom innego państwa, to robi się to dyskretnie, przy zamkniętych drzwiach. Wtedy osiąga się najlepsze efekty, a nie przy świetle reflektorów. Nigdy nie należy tego robić publicznie, bo to ma odmienny skutek od zamierzonego. Wszystkie ważne sprawy ustala się „po cichu” wówczas można powiedzieć, że taka dyplomacja jest skuteczna. Żaden polski minister spraw zagranicznych nie dostał od MSZ Federacji Rosyjskiej złotego medalu za wyjątkiem mojego ojca – Władysława Bartoszewskiego. Ojciec był bardzo twardy w relacjach z Rosją, ale robił to prywatnie tzn. w gabinecie podczas rozmów ze swoim odpowiednikiem ministrem. Nigdy nie robił tego publicznie. Rosjanie to doceniali, ponieważ oni lubią przewidywalnych i stanowczych przeciwników. Dyplomaci powinni wiedzieć, jakim sposobem osiągnąć cele wyznaczone przez ministra spraw zagranicznych i dlatego muszą świetnie znać państwo, w którym są akredytowani i utrzymywać tam stosunki z całą masą wpływowych ludzi. Dyplomacja jest jedynie narzędziem, by osiągać cele polityki zagranicznej państwa. Z tego powodu, rolą dyplomaty jest również tłumaczenie MSZ, co można realnie osiągnąć, a co nie, bo politycy miewają czasem całkiem nierealistyczne pomysły. Kompletną aberracją jest natomiast krytykowanie przez dyplomatę Polski w państwie, w którym jest akredytowany. To już jest powód do dymisji.

Marszałkowski: jakie cele powinna mieć polska dyplomacja?

Bartoszewski: w naszej dyplomacji nie bardzo wiadomo, jakie są cele, bo MSZ ich nie wyznacza. Wyznacza ją partia polityczna, której prominentni członkowie nie interesują się polityką zagraniczną. Oni chcą rozgrywać politykę wewnętrzną Polski za granicą. To jest kompletne nieporozumienie. Najważniejszym dla Polski państwem w Europie są Niemcy. Niemcy są naszym największym partnerem handlowym, jak również naszym największym sojusznikiem w ramach Unii Europejskiej. Popierali akcesję Polski do NATO oraz UE. Od pewnego czasu staramy się konsekwentnie prowadzić politykę, która jest antyniemiecka. Pojawia się pytanie, co Polska chce przez to osiągnąć? Obecny ambasador Niemiec w Polsce czekał na „agrément” przez trzy miesiące, co jest niespotykane. Ambasador bardzo ważnego i zaprzyjaźnionego z Polską państwa spytał mnie nieformalnie, co chcemy dzięki temu uzyskać od Niemców. Bo w dyplomacji można się czasem zachowywać twardo, a nawet brutalnie, ale tylko po to, żeby coś konkretnego uzyskać. To był przykład, jak się nie prowadzi polityki zagranicznej. Inny przykład z końca października. Jeżeli publicznie nie mówimy o tym, że cały parlament niemiecki zagłosował za specjalnym upamiętnieniem polskich ofiar II wojny światowej, tylko komentujemy jeden negatywny występ w mediach społecznościowych posłanki jednej z partii, to jest to jakieś niezrozumienie co jest naprawdę dla Polski ważne. Naszym celem powinno być utrzymywanie jak najlepszych stosunków z Republiką Federalną Niemiec, by następnie poprawiać nasza pozycję w Unii Europejskiej. Jeśli Niemcy pierwsi występują do Polski z pozytywnym gestem, to powinniśmy to nagłaśniać i wykorzystywać chociażby w naszej polityce historycznej, o której tyle się mówi.

Marszałkowski: w takim razie panie profesorze jak należy budować dobre relacje i trwałe więzi z innymi państwami?

Bartoszewski: na początku poprzedniej kadencji rządu Zjednoczonej Prawicy (2015 rok) był taki przekaz (niepubliczny, ale zakomunikowany służbie dyplomatycznej), że najważniejszymi partnerami w naszej polityce zagranicznej są Stany Zjednoczone i Izrael. I to był bardzo mądry przekaz. Jeżeli mamy dobre stosunki z Izraelem, to bardzo trudno będzie usiłować komuś pogarszać nasze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. I nagle powstała ustawa o IPN, która nie była przemyślanym pomysłem. Wielokrotnie mówiłem o tym publicznie, że taka ustawa nie będzie dla nas dobra. I tak się stało. Popsuły się przez to nasze stosunki z Izraelem, z Diasporą Żydowską na świecie i ze Stanami Zjednoczonymi. Trudno powiedzieć, żeby w taki sposób cele naszej polityki zagranicznej mogły być dobrze realizowane. Prowadzimy politykę zagraniczną od kilku lat wyłącznie ze względu na politykę wewnętrzną, która przynosi nam właśnie takie skutki. Nie możemy patrzeć na reakcje na takie sytuację w kraju, nie patrząc, jakie to będzie miało konsekwencje za granicą. W polityce zagranicznej polska ma swoje interesy niezależnie od tego, kto w danej chwili rządzi krajem. Nie powinno mieszać się polityki krajowej z zagraniczną. Naszym wspólnym interesem jest silna pozycja Polski w Unii Europejskiej, żeby Polska miała dobre relacje: ze Stanami Zjednoczonymi, Niemcami, z Izraelem, z najbliższymi sąsiadami, w tym ze Szwecją oraz aby odgrywała ważną rolę w NATO.

Marszałkowski: na jakich zasadach powinna opierać się nasza współpraca z Niemcami?

Bartoszewski: uchwała Bundstagu z końca października mówiła jasno, że tylko Polska, tak jak i Francja, są i będą centralnymi partnerami Niemiec w Europie. To oznacza, że parlament Niemiec stawia nas na poziomie Francji, która jest najbliższym sojusznikiem Niemiec od kilkudziesięciu lat. To jest szansa na reaktywację Trójkąta Weimarskiego. Jeśli uda nam się odnowić ten sojusz i zacieśnić współpracę z Niemcami oraz Francją, to Polska może na tym tylko zyskać. To zapewnia nam przejście z pozycji średniej wielkości kraju z nie za dużym PKB do roli jednego z decydentów tego, co się będzie działo w Europie. Wzmocni to naszą pozycję w Unii Europejskiej. Te dwa państwa są w stanie przestawić politykę europejską w dowolnym kierunku. W sytuacji, w której mamy po swojej stronie Niemcy i Francję, a także „Grupę Wyszechradzką” (Polska, Czechy, Słowacja, Węgry) oraz dobrą współpracę z państwami bałtyckimi, to wówczas wspólnie decydujemy o losach Europy. To jest bardzo dobra strategia. Za prezydentury śp. prezydenta, profesora Lecha Kaczyńskiego, który bardzo interesował się polityką zagraniczną sytuacja była zgoła inna. Owszem, pojawiły się wtedy problemy z Trójkątem Weimarskim, ale mieliśmy wówczas doskonałe stosunki np. z Izraelem. On się tym bardzo interesował i był bardzo zaangażowany w to, także osobiście. Podczas swojego oficjalnego pobytu w Izraelu prezydent Lech Kaczyński stwierdził, że stolicą Państwa Izrael jest Jerozolima. Dziesięć lat później to samo powiedział prezydent USA Donald Trump. To wywołało pewnego rodzaju zamieszanie dyplomatyczne, ale to było jego prawdziwe odczucie, które wskazywało na jego głębokie zainteresowanie tą problematyką.

Marszałkowski: panie profesorze w takim razie jak należy układać sobie relacje z innymi krajami?

Bartoszewski: z każdym państwem jest zupełnie inaczej. W przypadku Stanów Zjednoczonych trudno jest mówić o relacjach partnerskich. Żadne państwo w Europie nie jest równym partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Mówił o tym Zbigniew Brzeziński, który się świetnie znał na polityce amerykańskiej. Polska dla Stanów Zjednoczonych jest przyjaznym krajem o średniej wielkości. Bardzo dobrze, że jesteśmy w dobrych stosunkach, ale partnerem to nie jest dla nich nawet Wielka Brytania, która jest najbliższym wojskowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Polska jest częścią Unii Europejskiej i powinniśmy szukać sojuszników w swoim najbliższym otoczeniu. Wspólnota ze względu na swoją wielkość ma moc m.in. w wymianie handlowej. Jeżeli Polska ma bardzo dobre relacje z Izraelem, który jest najbliższym sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie to mamy automatycznie pewne przełożenie w USA jako sojusznik Izraela. Jest to dodatkowy atut w rozmowach czy w negocjacjach. Zawsze najważniejsze jest szukanie elementów wspólnych. Nie musimy się zgadzać we wszystkim ze wszystkimi państwami w Europie, ale zawsze trzeba szukać tego, co nas łączy i na tym budować oraz załatwiać istotne dla nas interesy, w oparciu o wspólne poglądy czy cele. Tak krok po kroku buduje się zaufanie. Jak się ma większe zaufanie, to pewne nawet sporne rzeczy, jest łatwiej załatwić. I na tym polega właśnie dyplomacja, to trochę taka ciężka zakulisowa praca. Na przykład nasze stosunki z Litwą są obecnie dużo lepsze niż były kiedyś. Podkreślamy i doceniamy, że byliśmy równymi partnerami w Unii Polsko-Litewskiej.

Marszałkowski: to wszystko oznacza, że jest sporo tych dylematów polskiej polityki zagranicznej. Jak postrzega to pan profesor?

Bartoszewski: ogólne cele polskiej polityki zagranicznej są jasno określone i dla większości nie powinny być one kontrowersyjne. Ważna jest kwestia zrozumienia mechanizmu tej polityki. Po pandemii świat zmienił się błyskawicznie. Wszyscy mówili o tym czy Europa powinna być państw narodowych czy może raczej federalizacja. Teraz de facto nastąpiła federalizacja poprzez zaciągnięcie wspólnego długu i do tego się trzeba dostosować. Jest to kolosalna zmiana jakościowa, która stwarza różnego rodzaju możliwości, ale i potencjalne zagrożenia. Dlatego Polska musi dołączyć do głównego stolika, abyśmy mogli współdecydować o naszym losie. Nie możemy być na peryferiach, bo wtedy będą podejmowane decyzje, które są sprzeczne z naszym interesem państwowym. Nasze miejsce jest przy głównym stole. Jest jedno duże niebezpieczeństwo dla nas w tej chwili. To niebezpieczeństwo polega na tym, że część starych państw Unii Europejskiej wolałoby stworzyć Unię tylko wokół strefy Euro, albo jeszcze gorzej, wrócić do koncepcji małej Unii czyli sześciu państw założycieli. Taka sytuacja byłaby dla Polski wielką katastrofą. Muszę także pochwalić poprzedni rząd za podpisanie bilateralnej umowy wojskowej i bezpieczeństwa z Wielką Brytanią. To było bardzo rozsądne z tego powodu, że Wielka Brytania poza Francją to jedyna siła wojskowa w Europie, która ma jakieś znaczenie.

Marszałkowski: czy zdaniem pana profesora dołączenie do „głównego stolika” zapewni Polsce lepszą pozycję w tej globalnej grze?

Bartoszewski: powrót do tego stołu powinien być jednym z priorytetów polskiej polityki zagranicznej. My od tego stołu odeszliśmy na własne życzenie, a teraz mamy możliwość powrotu. Jeżeli odpowiemy pozytywnie propozycje Niemiec i zdecydujemy się na współpracę w ramach Trójkąta Weimarskiego to my automatycznie staniemy się jednym z głównych rozgrywających. Jesteśmy w sytuacji, w której ani Niemcy nie są tak silne jak były, ani Francja nie jest tym samym silnym państwem. Jeżeli oni nas ponownie zapraszają, to powinniśmy to zaproszenie przyjąć i realizować wspólnie nasze interesy. Taka sytuacja zapewni nam możliwość realnego decydowania o naszym losie w Europie i na świecie. Stosując piłkarskie określenia to trzeba przyznać, że Polska powinna grać w Lidze Mistrzów. Co oznacza, że powinniśmy umiejętnie wykorzystywać nasze atuty (intelekt, sprawność), żeby być bardziej znaczący politycznie krajem niż to teoretycznie wynika z naszego poziomu PKB czy ilości mieszkańców. Powinniśmy tak wykorzystywać nasze siły miękkie, żeby grać z największymi partnerami, a nie przez brutalną siłę, której i tak nie posiadamy.

Władysław Teofil Bartoszewski – antropolog, historyk, samodzielny pracownik naukowy Uniwersytetu Oksfordzkiego i Warwick, były konsultant ds. zarządzania, bankowiec, menadżer, współkierownik katedry w Collegium Civitas, poseł na Sejm R.P.

Nauka sposobem na rozwiązanie realnych problemów. Tak uważa coraz więcej Polaków

Znalezienie leku na COVID-19 i nowotwory, ograniczenie zanieczyszczeń powietrza i stosowania plastiku oraz dobre wykształcenie dla kolejnych pokoleń. Aż dziewięciu na dziesięciu Polaków liczy, że to wszystko może zapewnić nam nauka. Dwie trzecie badanych wierzy z kolei, że nauka poprawi jakość ich życia. Tak wynika z najnowszych wyników cyklicznego badania postaw społecznych wobec nauki – State of Science Index.

Od 2018 roku firma 3M pyta ponad 1000 Polaków o ich stosunek do nauki. Badanie State of Science Index jest realizowane jednocześnie w 14 krajach na łącznej próbie 14 tys. osób w wieku powyżej 18 r.ż. W tym roku firma przeprowadziła dwie edycje – przed (sierpień-październik 2019 r.) i podczas (lipiec-sierpień 2020 r.) pandemii COVID-19 w 11 krajach.

Pandemia zwiększyła poziom zaufania do nauki

Z badań wynika, że w okresie pandemii poziom zaufania Polaków do nauki wzrósł z 85 do 90 proc. (dane z okresu sierpień-październik 2019 r. vs. lipiec-sierpień 2020 r.). Największym zaufaniem nauka cieszy się wśród osób z wyższym wykształceniem (95 proc.) oraz w wieku 35-50 lat (94 proc.). W ciągu dwóch lat znaczenie nauki w codziennym życiu Polaków wzrosło niemal o połowę – z 37 do 54 proc. Dostrzegamy rolę nauki w większym stopniu niż np. Brytyjczycy (46 proc.), Niemcy (44 proc.) czy Japończycy (31 proc.).

Od 2018 roku rósł sceptycyzm Polaków do nauki. Pandemia odwróciła ten trend. Podobnie w Niemczech, UK, Japonii i USA – spadki sięgają nawet o 11 p.p. W okresie przed pandemią największymi sceptykami byli Brytyjczycy (40 proc. badanych przyznało się do takiej postawy) i Amerykanie (39 proc.). Poziom sceptycyzmu Polaków spadł w porównaniu do okresu przed pandemii o 7 p.p. i aktualnie znajduje się na poziomie 20 proc.

Nie tylko szczepionka na COVID-19, ale też lek na raka

Pandemia COVID-19 spowodowała, że blisko czterech na pięciu Polaków uważa, że nauka odgrywa kluczową rolę w rozwiązywaniu kryzysów zdrowia publicznego. To ponad trzy czwarte (77 proc.) badanych. Podczas gdy na świecie osiem na dziesięć osób oczekuje od nauki znalezienia leku na COVID-19 (80 proc. respondentów z 11 krajów, w Polsce 73 proc.), Polacy równie mocno liczą na znalezienie skutecznego lekarstwa na istniejące już choroby, takie jak nowotwory złośliwe czy choroby serca (71 proc.).

– Stoimy w obliczu najtrudniejszego kryzysu zdrowotnego w naszym życiu. Świat, który wydawał się coraz bardziej sceptyczny wobec nauki, dzisiaj powoli zaczyna dostrzegać jej znaczenie – mówi Mike Roman, prezes zarządu i dyrektor generalny 3M.

Świeże powietrze priorytetem dla Polaków

Zapewnienie czystego powietrza jest dla Polaków tak samo ważne, jak zapewnienie przystępnej cenowo opieki zdrowotnej (89 proc.). Z raportu State of Science Index wynika, że 92 proc. kobiet oczekuje od państwa działań na rzecz poprawy jakości powietrza. Podobnie myślą Niemcy (80 proc.), Brytyjczycy (86 proc.) czy obywatele Chin (79 proc).

Korporacje powinny stawiać na zrównoważony rozwój

Od korporacji Polacy oczekują zmniejszenia ilości produkowanego plastiku (40 proc.), wykorzystywania odnawialnych źródeł energii do zasilania obiektów (34 proc.), zmniejszenia ilości wytwarzanych odpadów (32 proc.), a także wykorzystywania materiałów pochodzących z recyklingu (28 proc.).

– Od 1972 roku ONZ apeluje, że emisje gazów cieplarnianych mogą spowodować kryzys klimatyczny, którego nie będziemy w stanie kontrolować i który może doprowadzić do katastrofalnych skutków. Od 1992 roku trwa proces klimatyczny prowadzony przez ONZ w oparciu o konsensus naukowy, wskazujący na kluczową rolę człowieka w emisji gazów cieplarnianych i w konsekwencji gwałtownego wzrostu temperatur. Dzięki wiedzy i prowadzonym badaniom wiemy, że mamy czas do 2030 roku, aby zawrócić ludzkość z kursu kolizyjnego i utrzymać wzrost temperatur poniżej 1,5 stopnia Celsiusa. Jeśli nie uda nam się tego dokonać w 2100 roku temperatury będą wyższe o 3,7 stopnia Celsiusa, rozpoczną się wielkie migracje klimatyczne szacowane na poziomie 2 miliardów ludzi. Zacznie się era wojen o wodę, żywność i terytoria, gdzie będzie panować temperatura pozwalająca na funkcjonowanie stałocieplnych ssaków, w tym gatunku homo sapiens – zaznacza Kamil Wyszkowski, Przedstawiciel Krajowy i Prezes Zarządu UN Global Compact Network Poland. – Żeby uchronić przyszłe pokolenia, nasze dzieci, wnuki i prawnuki przed dramatycznymi wyborami trzeba działać tu i teraz. Trzeba wdrożyć porozumienia paryskie z 2015 i 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ. Bez nauki i biznesu to się nie uda – dodaje.

Potrzebujemy umysłów ścisłych, aby to wszystko osiągnąć

Niemal trzy czwarte Polaków (72 proc.) jest skłonnych zgodzić się z twierdzeniem, że najwięcej korzyści przyniosą społeczeństwu osoby z wykształceniem ścisłym w obszarze nauk przyrodniczych, technologii, inżynierii i matematyki, które generują innowacje.

Znaczenie nauki w życiu codziennym dostrzega 54 proc. Polaków, w tym 60 proc. osób w wieku 18-34 lat oraz 62 proc. rodziców. Co piąta osoba (22 proc.) deklaruje jednak, że na etapie szkoły podstawowej zostały one skutecznie zniechęcone do dalszego rozwoju w zakresie nauk ścisłych. Wśród nich 39 proc. stanowią osoby w wieku 18-34 lat. Aż 38 proc. spośród wszystkich przebadanych osób jest zdania, że sugerowano im, iż nie są wystarczająco inteligentni, a 31 proc., że nauka jest dla „geeków” i „nerdów”. W efekcie w Polsce tego typu kwalifikacjami może się pochwalić dzisiaj zaledwie co piąta osoba.

Nauka w teorii jest nudna

Niemal trzy czwarte badanych (74 proc.) oczekuje od państwa zapewnienia lepszego dostępu do kształcenia w zakresie nauk przyrodniczych, technologii, inżynierii i matematyki dla kobiet. Natomiast 45 proc. z nas uważa, że w tworzenie sprzyjających warunków do nauki powinny być zaangażowane firmy i międzynarodowe korporacje.

Równocześnie trzy czwarte badanych wskazuje, że konieczna jest większa motywacja przy nauce przedmiotów ścisłych w szkołach. Połowa badanych (50 proc.) przyznała, że byłaby skłonna do nauki, gdyby lekcje były prowadzone w ciekawszy sposób z uwzględnieniem przykładów z życia codziennego (44 proc.), ukazywania nauki jako sposobu na zmienianie świata (47 proc.), ale także wskazania, jak nauka pozwoli rozwijać się zawodowo (43 proc.).

− Pandemia COVID-19 pokazała nam wyraźnie, jak wiele zawdzięczamy nauce i jak bardzo potrzebujemy naukowców oraz inżynierów, którzy pomogą nam odpowiedzieć na wyzwania dzisiejszego świata. Jako firma oparta na nauce czujemy się odpowiedzialni za komunikowanie roli, jaką innowacyjne rozwiązania odgrywają w naszym życiu – podsumował Alain Simonnet, Dyrektor Zarządzający regionu Europy Wschodniej w 3M.

Badanie State of Science Index realizowane jest jednocześnie w 14 krajach na łącznej próbie 14 tys. osób w wieku powyżej 18 r.ż. W tym roku firma 3M przeprowadziła dwie edycje – przed (sierpień-październik 2019 r.) i podczas (lipiec-sierpień 2020 r.) pandemii COVID-19 w 11 krajach.

Przedstawione poniżej wnioski z najnowszych badań postaw społecznych wobec nauki – State of Science Index dotyczą wyników uzyskanych w Polsce na tle wybranych krajów: Wielkiej Brytanii, Niemiec, Japonii, Chin i Stanów Zjednoczonych.

  1. Badani ufają nauce. Największy odsetek osób, które deklarują taką postawę to Chińczycy (93 proc.), a także Polacy i Brytyjczycy (90 proc.). We wszystkich analizowanych krajach pandemia pozytywnie wpłynęła na poziom zaufania wobec nauki. Największym zaufaniem nauka cieszy się w Polsce wśród osób z wyższym wykształceniem (95 proc.) oraz w wieku 35-50 lat (94 proc.).
  2. Choć badaczom ufamy mniej niż samej nauce, dane pokazują, że pod wpływem pandemii znacząco wzrósł poziom zaufania wobec naukowców – w Polsce o 7 p.p. (dane z okresu sierpień-październik 2019 r. w porównaniu do lipiec-sierpień 2020 r.) i 9 p.p. w porównaniu z wynikami z 2018 r. Aktualny poziom zaufania Polaków do naukowców wynosi 85 proc. i jest wyższy w porównaniu z Japonią o 8 p.p. (77 proc.), ale niższy, niż w Chinach o 7 pp.(91 proc.).
  3. Od 2018 roku rósł sceptycyzm Polaków do nauki. Pandemia odwróciła ten trend. Podobnie w Niemczech, UK, Japonii i USA – spadki nawet o 11 pp. W okresie przed pandemią największymi sceptykami byli Brytyjczycy (40 proc. badanych przyznało się do takiej postawy) i Amerykanie (39 proc.). Poziom sceptycyzmu Polaków spadł w porównaniu do okresu sprzed pandemii o 7 p.p. i aktualnie znajduje się na niskim poziomie 20 proc.
  4. W ciągu dwóch lat znaczenie nauki w codziennym życiu Polaków wzrosło niemal o połowę – z 37 do 54 proc. Dostrzegamy rolę nauki w większym stopniu niż Brytyjczycy (46 proc.), Niemcy (44 proc.) czy Japończycy (31 proc.).
  5. Spora część badanych wierzy w naukę, która jest zgodna z ich osobistymi przekonaniami. Taką postawę wykazują przede wszystkim Chińczycy (49 proc.). Równocześnie w analizowanych krajach widać, że pod wpływem pandemii spadła liczba osób, które przyznają się do takiego sposobu myślenia. W Polsce osiągnięto wyniki na poziomie 43 proc., ale już w Wielkiej Brytanii wynosi on zaledwie 28 proc., a w Japonii jeszcze mniej – 25 proc.
  6. Polacy są przekonani, że trzeba postępować zgodnie z badaniami naukowymi, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się koronawirusa (91 proc.). Najwięcej osób z analizowanych krajów zgadza się z tym stwierdzeniem w Chinach (96 proc.), a najmniej w Niemczech, Japonii i USA (po 90 proc.)
  7. Zdaniem badanych największe wyzwania dziś, pod wpływem pandemii, to dla Polaków znalezienie leku na COVID-19 (73 proc.). Polacy równie mocno liczą na znalezienie skutecznego lekarstwa na istniejące już choroby, takie jak nowotwory złośliwe czy choroby serca (71 proc.). W Japonii to oczekiwanie kształtuje się na poziomie 51 proc., a w Wielkiej Brytanii to 69 proc.
  8. Warto również zwrócić uwagę na wagę problemów związanych z nauką w poszczególnych krajach. Dostęp do edukacji STEM – w Japonii jest mało ważny na tle innych krajów (26 proc. – co może wynikać z tego, że kraj jest b. rozwinięty technologicznie), a w Chinach najważniejszy (62 proc.). Łagodzenie skutków zmian klimatycznych jest istotne dla Niemców (64 proc.), ale o wiele mniej dla Amerykanów (43 proc.).
  9. Większość badanych w każdym z analizowanych krajów uważa, że niedocenianie nauki doprowadzi do negatywnych skutków. Do tego twierdzenia najbardziej przekonani są Chińczycy (89 proc.), a najmniej Japończycy (70 proc.). W Polsce uważa tak 87 proc. badanych. Jedynie co dziesiąty Polak nie zgadza się z tą tezą (13 proc.).
  10. Zdaniem Polaków niedocenianie nauki może szkodzić przede wszystkim środowisku (62 proc.). Tak samo uważają Brytyjczycy i Japończycy (po 79 proc.). Polacy są wśród analizowanych nacji najbardziej przekonani, że konsekwencją może być kryzysy gospodarczy (52 proc.). Z kolei kryzys gospodarczy z niedocenianiem nauki w najmniejszym stopniu wiążą ze sobą Niemcy (33 proc.).
  11. 85 proc. Polaków za wiarygodne źródło informacji o nauce uznają najczęściej naukowców (85 proc.), dokumentalistów (84 proc.), regularnie odwiedzane media (66 proc.) oraz rodzinę i przyjaciół (62 proc.). Najmniej wiarygodnym źródłem o nauce są celebryci (11 proc.), politycy (14 proc.), posty w mediach społecznościowych (24 proc.), strony firmowe (42 proc.), znajomi (39 proc.), urzędnicy zajmujący się ochroną zdrowia (47 proc.). Równocześnie widać, że urzędnicy są bardziej wiarygodni niż politycy, tradycyjne media bardziej niż media społecznościowe, a rodzina i przyjaciele bardziej niż znajomi. Naukowcy są najważniejsi w przekazie – to im najbardziej wierzymy i ich autorytet rośnie. Wyniki pokazują źródła informacji zyskały w Polsce na znaczeniu na przestrzeni ostatnich 3 lat. Celebryci są postrzegani jako najmniej wiarygodne źródło informacji o nauce w Polsce, a politycy są wiarygodni najbardziej w Chinach (76 proc.) oraz Niemczech (29 proc.) i UK (28 proc.). Najbardziej odstają Chiny – tam połowa obywateli ufa celebrytom (50 proc.), ponad trzy czwarte politykom (76 proc.), a urzędnicy (84 proc.) są prawie tak samo wiarygodni, jak naukowcy (90 proc).
  12. Ponad połowa obywateli analizowanych krajów przyznaje, że pod wpływem pandemii chętniej słucha/czyta wiadomości o nauce. W Chinach aż 80 proc. osób. W Polsce to 61 proc., więcej niż w Niemczech (58 proc.) i tyle samo co w UK (61 proc.).
  13. Korporacjom przypisuje się ważną rolę w walce z problemami, które nas otaczają. W Polsce oczekujemy, że firmy zaangażują się w przygotowania kraju na przyszłe pandemie/epidemie (63 proc.), walkę ze zmianami klimatu (53 proc.) i współpracę międzynarodową (43 proc.), która w skali makro będzie zwalczać globalne problemy. Te 3 wyzwania pojawią się także jako top 3 w odpowiedziach badanych z innych krajów. Warto zobaczyć, które priorytety są w największym, a które w najmniejszym stopniu przypisywane korporacjom w analizowanych krajach. Przygotowanie na przyszłe pandemie to priorytet dla dużych firm w opinii Japończyków (74 proc.). Po drugiej stronie osi są Chiny – 50 proc. Współpraca z rządami w celu wspierania polityk, które pomagają rozwiązywać globalne wyzwania (63 proc.) to priorytet korporacji zdaniem Niemców, a najmniej ważny dla Chińczyków (57 proc).
  14. Dwie trzecie badanych (63 proc.) wierzy, że nauka poprawi jakość ich życia w ciągu najbliższych 10 lat. Jednak na tle innych analizowanych krajów nasz wynik jest jednym z najniższych. W Chinach wiara w siłę nauki w dłuższej perspektywie sięga aż 88 proc.
  15. Co piąty Polak twierdzi, że w szkole był zniechęcany do kontynuowania edukacji w obszarze nauk ścisłych (22 proc.), głównie osoby w wieku 18-34 (39 proc.). To zdecydowanie więcej, niż w Japonii (4 proc.), Niemczech (8 proc.) oraz Chinach (9 proc). W Polsce co trzeciej osobie (31 proc.) mówiono, że nauka jest dla „geeków” i „nerdów”, podczas gdy w Japonii taką opinię usłyszało zaledwie 9 proc. uczniów.
  16. Polacy uważają, że inne kraje przykładają większą uwagę do nauki niż ich kraj (61 proc.), podczas gdy wśród Niemców sądzi tak co czwarta osoba (44 proc.).

Link do badania: https://www.3m.com/3M/en_US/state-of-science-index-survey/

Metodologia badania

Badanie State of Science Index zostało przeprowadzone przed pandemią wśród 1000 dorosłych mieszkańców populacji ogólnej (18+) w 14 krajach: Brazylia, Kanada, Chiny, Niemcy, Indie, Japonia, Meksyk, Polska, Singapur, Republika Południowej Afryki, Korea Południowa, Hiszpania, Wielka Brytania i USA.

Badanie w okresie pandemicznym 2020 przeprowadzono wśród 1000 dorosłych mieszkańców populacji ogólnej (18+) w 11 z 14 krajów z badania prepandemicznego w 2020 r. Kraje wyłączone z tego badania to Indie, Meksyk i Republika Południowej Afryki.

Badań w okresie przed pandemią zostały przeprowadzone w okresie sierpień – październik 2019 r., a wyniki w trakcie pandemii w okresie lipiec – sierpień 2020 r.

Od 1 stycznia nowe Warunki Techniczne. Co się zmieni?

1 stycznia z jednej strony żegnamy niefortunny rok 2020, z drugiej – witamy nowe Warunki Techniczne, które modyfikują m.in. wymagania cieplne względem dachów i ścian zewnętrznych budynków. Jak wyglądają zmiany i co oznaczają one w praktyce dla osób budujących lub rozważających budowę domu w niedalekiej przyszłości?

Nadchodząca aktualizacja rozporządzenia w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki, stanowi kulminację zmian zapoczątkowanych jeszcze w 2014 roku. W międzyczasie stopniowo podwyższane były wymagania dotyczące standardów energetycznych budynków – tak, aby inwestorom indywidualnym dać odpowiedni bufor czasowy na przystosowanie swoich projektów do obowiązujących standardów.

Osoby, które złożyły wniosek i otrzymały pozwolenie na budowę jeszcze w tym roku, w przyszłym roku będą mogły przystąpić do realizacji swojego projektu w niezmienionym kształcie. Domy i obiekty użyteczności publicznej, na budowę których inwestorzy wystąpią o pozwolenie po 1 stycznia, będą musiały już spełniać nowe, wyższe wymagania, dzięki którym ich zapotrzebowanie na energię będzie niższe. O jakie parametry konkretnie chodzi?

Zatrzymać ciepło w budynku

Charakterystykę energetyczną budynków określa szereg parametrów, jednak tym, który odgrywa kluczową rolę i przekłada się na odczuwalny komfort użytkowników, jest współczynnik przenikania ciepła U. – Parametr określa skuteczność konstrukcji w zapobieganiu ucieczce ciepła na zewnątrz – wyjaśnia Adam Buszko, ekspert firmy Paroc Polska, producenta izolacji budowlanych. – Im mniejsza wartość U, tym lepszą izolację zapewnia dana ściana zewnętrzna lub dach, a im lepsza izolacyjność, tym wyższy komfort cieplny domowników i niższe rachunki za ogrzewanie ­– dodaje.

Jak kształtują się docelowe wymagania dla poszczególnych przegród, prezentuje poniższa tabela.nowe Warunki Techniczne

O ile wymagania izolacyjności dla podłóg na gruncie pozostaną takie same, zmiany dotkną izolacje ścian zewnętrznych i dachów. Jak podkreślają eksperci, są to zmiany uzasadnione. – Średnio poprzez konstrukcję i połać dachową ucieka od 1/4 do nawet 1/3 całości energii przeznaczanej na ogrzewanie – przestrzega Adam Buszko. – Zadbanie o odpowiedni standard energetyczny w tej strefie to nie tylko oszczędność pieniędzy, paliw nieodnawialnych i ewentualnych emisji, lecz także możliwość zagospodarowania cennej przestrzeni na strychu na cele mieszkaniowe – dodaje.

Co to wszystko oznacza w praktyce?

W praktyce obniżenie dopuszczalnych współczynników przenikania ciepła spowoduje zwiększenie minimalnej grubości izolacji ścian zewnętrznych i dachów. Poniższa tabela prezentuje orientacyjny rozkład grubości izolacji, wymaganych dla poszczególnych konstrukcji w poszczególnych latach, w tym docelowe wymagania WT 2021.
wymagania WT 2021

Jak podkreślają eksperci, inwestorzy nie powinni obawiać się znacząco wyższych kosztów budowy. – Jak wynika z obliczeń Stowarzyszenia Producentów Wełny Mineralnej MIWO, zwiększenie minimalnej grubości izolacji ścian zewnętrznych o około 2 cm, a dachów i stropodachów o 4-5 cm zwiększy koszt typowej inwestycji o 1-1,5 promila, co i tak zwróci się w szybkim czasie w postaci niższych kosztów eksploatacyjnych – tłumaczy Adam Buszko.

Oszczędności większe, niż ustawa przewiduje

Bilans kosztów i zysków okazuje się na tyle korzystny, że w ostatnich latach część inwestorów decydowała się wręcz wyprzedzać nadchodzące wymagania, stawiając na optymalną ekonomicznie grubość izolacji. – Ogrzewanie domów jednorodzinnych pochłania niekiedy nawet 80% wszystkich kosztów eksploatacyjnych, dlatego w pierwszej kolejności powinniśmy skupić się na „załataniu” przepuszczających ciepło przegród – podkreśla Adam Buszko. – Inwestorom zalecamy stosowanie wełny kamiennej o grubości 20 cm dla fasad, 30 cm dla poddasza oraz 15 cm dla podłóg. Poprawnie i kompleksowo wykonana termomodernizacja może obniżyć koszty ogrzewania nawet o połowę, a czas zwrotu takiej inwestycji za sprawą niższych rachunków wynosi zazwyczaj 7 lat – podsumowuje ekspert firmy Paroc Polska.

Drugi etap połączenia Przelewy24, Dotpay i eCard

Dalsze zmiany w ramach połączenia czołowych operatorów płatności w Polsce: Przelewy24 i Dotpay: kolejny etap integracji będzie zachodzić na poziomie formalnym, a wszystkie brandy będą dalej obecne na rynku.

W najbliższych tygodniach zakończony zostanie kolejny etap integracji w ramach połączenia Przelewy24 i Dotpay.  W styczniu 2021 roku dopełnione zostaną kwestie formalne integracji Dotpay Sp. z o.o. z PayPro S.A. (działającą pod marką Przelewy24). Marka Dotpay cały czas będzie obecna na rynku, jednak obsługa klientów oraz Merchantów spółki będzie realizowana przez PayPro S.A.

Jest to zamknięcie kolejnego etapu integracji oraz następny krok do umocnienia naszej współpracy w ramach połączonych spółek. Wszelkie działania jakie podejmujemy mają na celu zapewnienie jak najlepszego poziomu obsługi oraz dostarczanie nowoczesnych rozwiązań płatniczych będących odpowiedzią na potrzeby kupujących i sprzedawców–komentuje Jacek Kinecki CCO.

Od samego początku konsekwentnie realizowane są działania zmierzające do ujednolicenia oferty oraz rozbudowania portfolio usług płatniczych w oparciu o know-how operatorów. Wcześniej w tym roku przeprowadzone zostało m.in. wskazanie brandu wiodącego, przebudowa procesów obsługowych i sprzedażowych, odświeżenie stron internetowych Przelewy24, Dotpay i eCard, co również stanowi kontynuację ujednolicenia komunikacji połączonych firm.

Z punktu widzenia klientów sklepów obsługiwanych przez Dotpay w zasadzie nic się nie zmieni. Zachowana zostanie dotychczasowa, dobrze znana formatka płatnicza, a sam brand będzie dalej obecny na rynku. Również Partnerzy Dotpay nie odczują znaczących zmian, bowiem wszystkie usługi płatnicze i systemy administrowania transakcjami zostają zachowane –mówi Michał Bzowy CIO/COO spółki. 

Zmiana formalna procesowana pomiędzy spółkami Dotpay Sp. z o.o., a PayPro S.A. jest kontynuacją konsolidacji serwisów Przelewy24, Dotpay i eCard, która wynika z włączenia w struktury duńskiej grupy Nets – lidera rynku usług płatniczych w krajach nordyckich i regionie DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria).

KNF zatwierdziła Prospekt Answear.com

Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła Prospekt Answear.com S.A. w związku z planowaną Ofertą Publiczną. Spółka ubiega się o wprowadzenie akcji do obrotu na głównym rynku GPW i planuje zakończenie oferty do świąt Bożego Narodzenia. Publikacja Prospektu zaplanowana jest na środę 9 grudnia. Globalnymi koordynatorami oferty, prowadzącymi księgę popytu jest mBank oraz Trigon Dom Maklerski.

Answear.com to wiodąca platforma cyfrowej sprzedaży markowej odzieży, obuwia oraz akcesoriów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W swojej ofercie posiada około 90 tys. produktów ponad 350 światowych marek. Spółka prowadzi działalność w Bułgarii, Czechach, Polsce, Rumunii, Słowacji, Ukrainie oraz na Węgrzech. Sprzedaż jest zdywersyfikowana geograficznie, żaden z rynków nie stanowi więcej niż 30 proc. udziału w całkowitych przychodach.

Cieszymy się z zatwierdzenia Prospektu. W ciągu najbliższych dni rozpocznie się Oferta Publiczna Answear.com. Jesteśmy przekonani, że to dobry moment, by wejść na giełdę. Zarówno biorąc pod uwagę rozwój naszej firmy, jak i obecne warunki rynkowe. Do świąt Bożego Narodzenia planujemy zakończyć ofertę. Z kolei w pierwszych dniach stycznia 2021 r. spodziewamy się pierwszego dnia notowań akcji. – komentuje Krzysztof Bajołek, prezes zarządu Answear.com.

Spółka planuje dalszą ekspansję zagraniczną. Do 2024 r. zamierza wejść do 11 nowych rynków i być obecną praktycznie w każdym kraju Europy Środkowo-Wschodniej. W porównaniu z Europą Zachodnią są to dynamicznie rosnące rynki, z niską penetracją e-commerce i niższym kosztem dotarcia do klienta.

Mamy ambicję być liderem wśród e-commerce sprzedających modę w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, posiadającym szeroką ofertą produktową, w tym bogatą paletę marek premium, które pozytywnie wpływają na wartość koszyka i rentowność. Dodatkowo chcemy dalej rozwijać naszą markę własną Answear LAB, dzięki której jesteśmy w stanie generować relatywnie wysokie marże. Środki pozyskane z IPO z pewnością przybliżą nas do realizacji tych celów. – dodaje Krzysztof Bajołek.

Answear.com za ostatnie 12 miesięcy (liczone do końca września 2020 r.) odnotował 369 mln zł przychodów oraz 23,4 mln zł EBITDA. Listopad był rekordowym miesiącem, w którym Spółka osiągnęła o ponad 60 proc. większe wyniki sprzedaży w porównaniu do analogicznego miesiąca poprzedniego roku. Pozwala to spółce z dużym optymizmem patrzeć na wyniki za IV kw., który z reguły jest najlepszy w branży odzieżowej.

Na środę 9 grudnia planowane jest opublikowanie Prospektu na stronie internetowej Spółki https://answear.com/relacje-inwestorskie

Oferta Publiczna Answear.com związana będzie z emisją nowych akcji oraz sprzedażą do 50 proc. Pakietu akcji przez fundusz MCI Capital (MCI. TechVentures 1.0). Główny akcjonariusz Spółki, powiązany z prezesem Krzysztofem Bajołkiem oraz członkiem rady nadzorczej Arkadiuszem Bajołkiem, nie będzie uczestniczył w transakcji.

Globalnymi Koordynatorami oferty, prowadzącymi księgę popytu jest mBank oraz Trigon Dom Maklerski. Doradcą prawnym Spółki w tym procesie jest Kancelaria Prawna Dubiński Jeleński Masiarz i Wspólnicy. Audytorem Spółki jest Grant Thornton.

W Warszawie powstaną dwa nowe projekty PRS

Firma Heimstaden Bostad została partnerem inwestycyjnym Eiffage Immobilier Polska i w ramach współpracy sfinansuje budowę, a następnie zostanie właścicielem dwóch projektów mieszkaniowych zlokalizowanych w Warszawie, które dostarczą ok. 640 apartamentów na instytucjonalny wynajem. W procesie poszukiwania inwestora firmie Eiffage Immobilier Polska doradzała firma Savills. Przybliżona wartość transakcji wynosi 65 milionów euro.

Pierwsza nieruchomość liczyć będzie ponad 15 000 m kw. i powstanie na Mokotowie. Termin ukończenia przewidziany jest na pierwszy kwartał 2023 roku. W ramach inwestycji powstać ma również zaplecze handlowo-usługowe i siłownia dla mieszkańców. Drugi projekt zlokalizowany będzie na Pradze Północ. Termin oddania liczącego ok. 8000 m kw. obiektu planowany jest na pierwszy kwartał 2022 r.

„Cieszymy się, że mogliśmy doradzać firmie Eiffage Immobilier Polska w tej transakcji i gratulujemy firmie Heimstaden Bostad nabycia pierwszych aktywów na polskim rynku. W Polsce rośnie popularność rynku najmu nieruchomości mieszkaniowych, co stwarza dobre perspektywy do rozwoju najmu instytucjonalnego” – mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu Corporate Finance & Valuation w Savills w Polsce.

„Nieruchomości mieszkaniowe okazały się jednym z najbardziej odpornych sektorów na negatywne skutki pandemii Covid-19 a podaż takich obiektów w Polska jest wciąż niewystarczająca. Ta transakcja ma szansę być przełomowa dla dalszego rozwoju rynku instytucjonalnego najmu mieszkań nie tylko w Polsce, ale i całej Europie Środkowo-Wschodniej” – mówi Aurelio Di Napoli, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w segmencie nieruchomości operacyjnych w Savills.

Czego zarządzający centrami danych mogą się nauczyć od superkomputerów?

Superkomputery wciąż odbiegają od niektórych wyobrażeń z futurystycznych filmów i daleko im do przejęcia władzy nad światem, ale już teraz znajdują istotne zastosowanie w wielu branżach. Stosuje się je m.in. w poszukiwaniach ropy naftowej i gazu, prognozach pogody, skomplikowanych analizach rynków finansowych, a także po prostu – w rozwoju nowych technologii. Istotne znaczenie mają rosnące możliwości przetwarzania danych, które wpływają z kolei na rozwój technologii superkomputerów – obszary te wzajemnie się przenikają. Czego więc od superkomputerów mogliby nauczyć się zarządzający centrami danych?

W świecie superkomputerów najważniejsze jest dostosowanie do indywidualnych potrzeb i zastosowań. Ich znajomość jest pierwszym krokiem do uzyskiwania wysokowydajnych i stabilnych infrastruktur. Bez względu na wielkość centrum danych, ważne jest, aby traktować je jako obiekt o kluczowym znaczeniu. W kontekście generowania, przechowywania czy udostępniania danych, można je również postrzegać w kategoriach superkomputera.

  1. Superkomputery są projektowane specjalnie z myślą o stabilności

Większość platform opartych na chmurze, stworzonych do obsługi różnych aplikacji, może korzystać ze współdzielonych zasobów i infrastruktur. Z kolei większość superkomputerów powstała z myślą o określonych potrzebach. Jest to widoczne nawet na liście TOP 500[1] najszybszych superkomputerów na świecie (odtajnionych i znanych publicznie), która zawiera nie tylko informacje dotyczące lokalizacji czy szybkości urządzenia, ale także główny obszar jego zastosowania.

Maszyny te nie są więc uniwersalnymi konstrukcjami. Są budowane w celu wykonywania określonych rodzajów obliczeń na precyzyjnie określonych zestawach danych — w czasie rzeczywistym lub w obliczeniach asynchronicznych. Pojemności ich pamięci mierzy się w eksabajtach, co daleko wykracza poza wartości petabajtowe w nowoczesnych hurtowniach danych. Systemy takie jak Frontera nie muszą osiągać maksymalnych prędkości przy szczytowym obciążeniu obliczeniowym, ale za to powinny ze stabilną wydajnością odczytywać ogromne ilości danych w celu uzyskania końcowego wyniku. Skok wydajności obliczeniowej mógłby powodować błędy w wynikach, dlatego kładzie się duży nacisk na stabilność. Jakie wnioski mogą wyciągnąć z tego dla siebie zarządzający centrami danych?

W pierwszej kolejności warto sobie zadać pytanie: „do czego będziemy wykorzystywać system?”, aby następnie móc go zaprojektować, zarządzać zasobami i stworzyć niezawodne zabezpieczenia przed awarią.

W przypadku data centers należy rozważyć, w jaki sposób uzyskać stabilną wydajność bez konieczności stosowania niestandardowych konfiguracji. Najwięksi gracze na rynku mogą pozwolić sobie na tworzenie niestandardowych infrastruktur obliczeniowych lub pamięci masowych, ale większość dostawców usług musi w selektywny sposób korzystać z gotowych rozwiązań. Pomocne byłoby tu ustalenie ścisłych kryteriów testów porównawczych wydajności, które pozwolą rozwiązać problem jakości usług i sprawią, że oprócz szybkości obliczeniowej i opóźnienia, równie ważnym czynnikiem będzie stabilność działania.

  1. Przetwarzanie w czasie rzeczywistym – zapisywanie modeli, a nie strumieni danych

W przypadku superkomputerów wiele przykładów zastosowania przetwarzania danych w czasie rzeczywistym ma poważne implikacje np. zatrzymanie reakcji jądrowej czy dane telemetryczne podczas startu rakiety. Każde opóźnienie w obliczeniach mogłoby mieć katastrofalne następstwa, a operacje odbywają się na ogromnych zbiorach danych. Ich strumienie nie pochodzą z jednego źródła, często są dostarczane z sieci węzłów raportujących.

Istotne jest to, że mają one krótką żywotność. Podczas przetwarzania danych przesyłanych w czasie rzeczywistym większość z nich jest przechowywana tylko przez określony czas. Dane są przetwarzane partiami, a obliczenia mają na celu uzyskanie wyniku (np. średniej, modelu statystycznego lub algorytmu) — i dopiero on jest przechowywany na dłużej.

Można zobrazować to na przykładzie prognozy pogody, gdzie superkomputer nie przechowuje wszystkich danych dotyczących czynników meteorologicznych jak opady atmosferyczne, temperatura powietrza, wiatr itd. Zmieniają się one nieustannie i są przesyłane jako strumień danych, jednak przechowywane są wyłącznie modele prognostyczne tworzone na ich podstawie. Lokalni meteorolodzy opierają się następnie o te modele ograniczone do konkretnego obszaru i uzupełniają je o informacje z lokalnych stacji pogodowych, żeby doprecyzować prognozę pogody o mikroklimat.

Ten sam model przetwarzania danych w czasie rzeczywistym można zastosować do handlu akcjami czy modeli finansowych. Opierają się one na średnich ruchomych — każdy z wbudowanymi określonymi wskaźnikami i czynnikami wyzwalającymi, w oparciu o określone parametry dla dopuszczalnych wartości progowych zachowań rynku.

Projektowanie systemu wykorzystującego dane w czasie rzeczywistym nie musi więc uwzględniać przechowywania wszystkich informacji, które do niego spływają. Powinien on wykorzystywać nieulotną pamięć o dostępie swobodnym (NVRAM) oraz pamięć dynamiczną (DRAM) do bieżącego buforowania i przetwarzania danych, aby następnie zapisywać uzyskane wyniki w pamięci masowej.

  1. Wartości progowe opóźnień, pamięć flash NAND i dostrajanie pamięci DRAM

Superkomputery działają przy z góry określonym obciążeniu dla danego poziomu usług — niezależnie od tego, czy chodzi o opóźnienie, zasoby obliczeniowe, pamięć masową, czy przepustowość. Podczas obliczeń uwzględniają błędy, w których system może przekierowywać strumienie danych dla uzyskania optymalnych warunków opóźnienia, przechodząc na asynchroniczne modele obliczeniowe lub nadając priorytet zasobom obliczeniowym, żeby zapewnić wystarczają moc przetwarzania lub przepustowość dla określonych zadań.

Zarówno w przypadku wysokiej klasy stacji roboczych, wysoko wydajnych serwerów, czy obciążeń w środowiskach HPC i badań naukowych, duże komputery i przetwarzanie typu Big Data wymagają potężnych zasobów pamięci DRAM. Sposoby, w jakie twórcy superkomputerów precyzyjnie dostosowują strukturę sprzętu i kontrolera pamięci, są unikalne dla projektowanego zastosowania. Często określone zadania obliczeniowe, w których dostęp do dysku stanowi poważne wąskie gardło z związku z wymaganiami pamięci RAM, sprawiają, że pamięć DRAM staje się niepraktyczna, ale są wystarczająco małe, aby można było wykorzystać pamięci flash NAND. Klastry FPGA są również dostrajane do każdego konkretnego obciążenia, aby dużym zestawom danych towarzyszył potężny wzrost wydajności, jeśli konieczne będzie ich pobieranie z tradycyjnych nośników.

Współpracujące zespoły z Uniwersytetu Utah, Lawrence Berkeley Lab, Uniwersytetu Południowej Kalifornii i Argonne National Lab przedstawiły nowe modele automatycznego dostosowywania wydajności (lub inaczej autodostrajania) jako skutecznego sposobu na przenoszenie wydajności między architekturami. Zamiast zależeć od kompilatora, który może zapewnić optymalną wydajność w nowszych architekturach wielordzeniowych, automatycznie dostrajające się jądra i aplikacje mogą automatycznie dostroić docelowy procesor, sieć i model programowania.

  1. Wiele warstw zabezpieczeń przed awarią

Coraz większym wyzwaniem w centrach danych HPC staje się dystrybucja energii — zwłaszcza w przypadku infrastruktur wykorzystywanych jako zasoby wspólne. Infrastruktury dedykowane lub centra danych udostępniające swoje usługi muszą zapewniać ciągłą pracę i minimalizować ryzyko wszelkich awarii. Kopie zapasowe w przypadku centrów danych stają się terminem operacyjnym. Podobnie jak w przypadku superkomputerów data centers powinny być zabezpieczane na wielu poziomach.

Obecnie większość centrów danych wykorzystuje struktury RAID wysokiego poziomu, aby zapewnić ciągłe i niemal jednoczesne zapisy w różnych macierzach pamięci. Ponadto infrastruktury HPC wykorzystują duże ilości pamięci NVRAM do buforowania danych podczas przetwarzania, które są albo strumieniami danych na żywo, nieprzesyłanymi między macierzami pamięci, albo przetwarzanymi równolegle informacjami z wykorzystaniem dyskowej przestrzeni tymczasowej (tzw. scratch) co pozwala zwalniać dodatkowe zasoby obliczeniowe.

Większość infrastruktur HPC eliminuje również ryzyko awarii sprzętu związane z zastosowaniem dysków obrotowych, przechodząc całkowicie na macierze półprzewodnikowe i bloki pamięci flash. Te rozwiązania pamięci masowej zapewniają stabilne wartości IOPS i przewidywalne opóźnienia, które mieszczą się w przedziałach wartości progowych opóźnień właściwych dla danego zastosowania. Wiele superkomputerów korzysta również z licznych bibliotek taśmowych (o pojemności skalowalnej do eksabajta lub większej) w celu zapewnienia niezawodnej archiwizacji każdego przetwarzanego i przechowywanego bitu.

Również w wielu systemach, na wypadek awarii całego łańcucha zabezpieczeń, przy dyskach SSD i pamięciach DRAM instaluje się kondensatory podtrzymujące zasilanie, które umożliwiają napędom (niezależnym lub w ramach macierzy) na ukończenie zapisu w toku, zmniejszając w ten sposób ilość potencjalnie utraconych danych na skutek krytycznej usterki.

Robert Sepeta, Business Development Manager w Kingston Technology w Polsce

[1] https://www.top500.org/

Czeski Unipetrol od 1 stycznia 2021 r. zmienia nazwę na ORLEN Unipetrol

Jedna z sześciu największych firm w Czechach, z rocznymi przychodami na poziomie ponad 20 mld zł, już od 1 stycznia 2021 r. zmieni nazwę na ORLEN Unipetrol. To ważny element wzmacniania globalnej rozpoznawalności marki ORLEN, co umożliwia dalszy rozwój Grupy Kapitałowej na rynkach zagranicznych.

– Publikacją strategii do 2030 r., otworzyliśmy nowy rozdział w historii Grupy ORLEN. Budujemy zrównoważony koncern multienergetyczny pod jedną silną marką. Już dzisiaj 60 proc. przychodów Grupy ORLEN pochodzi spoza Polski, ale bez jednego, spójnego wizerunku nie wykorzystamy w pełni naszego potencjału. Dlatego przeprowadziliśmy  proces rebrandingu stacji paliw w europejskiej sieci, w ramach którego marka ORLEN jest już obecna na wszystkich rynkach. Chcemy w pełni wykorzystać potencjał marki ORLEN w obszarze biznesowym, finansowym czy marketingowym na globalnych rynkach.  Dlatego kolejnym krokiem do wzmacniania wizerunku będzie pojawienie się w Grupie od początku 2021 r. marki ORLEN Unipetrol – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Dzięki zmianie nazwy, czeska spółka z Grupy Kapitałowej będzie mogła korzystać z najsilniejszych atrybutów przypisywanych marce ORLEN przez klientów, jak nowoczesność, zaufanie, przyjazność, szeroka oferta oraz wysoka jakość produktów i usług.

– Od objęcia przez PKN ORLEN 100 proc. udziałów w Unipetrol, korzystamy z efektów synergii w badaniach i rozwoju, wspólnych zakupach surowców i usług czy wreszcie w produkcji i sprzedaży swoich produktów. Nowe logo ORLEN Unipetrol ułatwi wdrażanie i komunikację międzynarodowych projektów marketingowych. Jestem przekonany, że nasze nowo logo ORLEN-Unipetrol, w którym będzie tak silna marka jak ORLEN  zwiększy nie tylko rozpoznawalność, ale przełoży się na korzyści biznesowe – mówi Tomasz Wiatrak, Prezes Zarządu Unipetrolu, a od 1 stycznia 2021 r. ORLEN Unipetrol.

Unipetrol jest największym w Czechach koncernem rafineryjno-petrochemicznym, zatrudniającym ponad 4,8 tys. pracowników. Z przychodami na poziomie 21,7 mld zł w 2019 r. Unipetrol znajduje się wśród sześciu największych czeskich firm. Spółka zarządza rafineriami w Litvínovie i Kralupach, spółką Spolana, jest także jedynym producentem PCW i kaprolaktamu na czeskim rynku. Działalność petrochemiczna opiera się m.in. na sfinalizowanej w 2020 r. jednej z najnowocześniejszych instalacji produkcyjnych PE3 w Litvinowie. W skład Grupy wchodzą także dwa centra badawcze w Litvínovie i Brnie. Unipetrol zarządza również największą na czeskim rynku siecią 416 stacji paliw Benzina-Grupa ORLEN oraz 13 stacjami na Słowacji. Najwyższą jakość produktów i obsługi kierowców na stacjach paliw Benzina – Grupa ORLEN potwierdza przyznany po raz czwarty tytuł „Marka Godna Zaufania”.

Etapy przejęcia akcji Unipetrolu:

  • 12.12.2017 – PKN ORLEN, posiadający 62,9 proc. akcji Unipetrol rozpoczął procedurę ogłoszenia dobrowolnego warunkowego wezwania na akcje czeskiej spółki.
  • 23. 02. 2018 – PKN ORLEN zrealizował płatności na rzecz akcjonariuszy mniejszościowych, którzy odpowiedzieli na ogłoszone dobrowolne wezwanie na wykup pakietu akcji Unipetrol. Łączna wartość transakcji wyniosła ok. 3,5 mld PLN. W ten sposób Koncern osiągnął warunkowy próg wezwania zapewniając sobie 94,03% udziałów w akcjonariacie czeskiej spółki.
  • 22.05.2018 – Rada Nadzorcza PKN ORLEN wyraziła zgodę na nabycie przez Koncern pozostałych akcji spółki Unipetrol reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego.
  • 23.05.2018 – PKN ORLEN złożył wniosek do Czeskiego Banku Narodowego o przeprowadzenie wykupu akcji Unipetrol reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego spółki
  • 20.06.2018 – PKN ORLEN otrzymał zgodę od Czeskiego Banku Narodowego na przeprowadzenie wykupu akcji Unipetrol reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego spółki.
  • 28.08.2018 – Walne Zgromadzenie Unipetrolu wyraziło zgodę na przeprowadzenie wykupu przez PKN ORLEN akcji tej spółki reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego.
  • 01.10.2018 – PKN ORLEN sfinalizował zakup 100% akcji Unipetrolu

88 proc. kobiecych biznesów to mikrofirmy. Portret leasingobiorczyń EFL

Co piąta firma, która skorzystała w ubiegłym roku z finansowania EFL, jest zarządzana przez kobietę. Zdecydowana większość tych biznesów to mikrofirmy (88 proc.) i z obrotami poniżej 1 mln zł (67 proc.). Leasingobiorczynie najczęściej działają w obszarze sprzedaży detalicznej, opieki zdrowotnej i usług transportowych. EFL chce skłonić jeszcze więcej Polek do inwestowania we własną działalność. Leasingodawca realizuje program „Kobiety w biznesie” oraz proponuje specjalną usługę finansową wspólnie z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym.

– Mogę śmiało powiedzieć, że Polki mają zdolności przywódcze w swoim DNA. Mamy się czym chwalić bo jak pokazuje ostatnie badanie Grant Thornton, Polska na tle Europy zajmuje trzecie miejsce, jeśli chodzi o awansowanie kobiet na stanowiska kierownicze. Jednak kobiety na wysokich stanowiskach w firmach to jedno, a drugie to kobiety przedsiębiorcze, które stawiają na własny biznes Sfinansowane przez nas w ubiegłym roku inwestycje firm zarządzanych przez kobiety stanowiły jedynie 20% co jeszcze optymizmem nie napawa. Optymistycznym jest natomiast fakt, że jeśli przyjrzymy się, jakie rodzaje działalności wykonują, to na liście są nie tylko „kobiece biznesy” jak salony kosmetyczne, ale również te uchodzące za bardziej męskie jak sprzedaż pojazdów czy usługi transportowe. Każdy z nich wspieramy w EFL, między innymi przygotowując z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym ofertę, skierowaną w szczególności do przedsiębiorczych kobiet, czy realizując projekt „Kobiety w biznesie” – powiedział Wojciech Przybył, członek zarządu ds. marketingu, innowacji i ubezpieczeń w EFL.

Portret leasingobiorczyń EFL

Z wewnętrznych danych EFL wynika, że zdecydowana większość firm prowadzonych przez kobiety, które skorzystały z finansowania EFL, to mikroprzedsiębiorstwa zatrudniające do 9 pracowników (88 proc.). Co trzeci biznes to jednoosobowa działalność gospodarcza (37 proc.). Biorąc pod uwagę obroty, 2 na 3 kobiece biznesy znajdują się w progu poniżej 1 mln zł. Obroty od 1 do 5 mln zł generuje co czwarta firma, a powyżej 20 mln zł – 1 proc. Niemal połowa leasingobiorczyń finansowała przy wsparciu EFL auta osobowe i dostawcze, 28 proc. – maszyny i urządzenia, a co piątym przedmiotem leasingu były pojazdy ciężkie.

Kobiece biznesy nie są jednorodne, jeśli spojrzymy na rodzaj wykonywanej działalności. 15 proc. klientek EFL działa w obszarze sprzedaży detalicznej , 14 proc. to prywatny i publiczny sektor opieki zdrowotnej, a 8 proc. to usługi transportowe. Co dwudziesty biznes związany jest z usługami finansowymi, m.in. biurami rachunkowymi, doradztwem podatkowym i pośrednictwem finansowym. Restauracje, hotele i catering to obszar działania 5 proc kobiecych firm.

Biorąc pod uwagę miejsce wykonywanej działalności, dominują większe miasta. 5 proc. biznesów jest zarejestrowanych w Warszawie, 3 proc. we Wrocławiu i po 2 proc. w Krakowie, Poznaniu, Łodzi i Szczecinie.

Zostań kobietą sukcesu

EFL prowadzi projekt „Kobiety w biznesie”, w ramach którego porusza takie kwestie jak promowanie różnorodności płci w środowisku pracy, rozwijanie się w biznesie, a także potrzeba wypoczynku. Wspólnie z ekspertkami, które już od wielu lat z sukcesem prowadzą swoje firmy, podpowiada Polkom, jak zabrać się do otworzenia własnego biznesu i jakie kroki warto postawić na początku, żeby osiągnąć postawiony cel. Ekspertki, m.in. Magdalena Szewczuk, CEO Czerwonej Szpilki, i Małgorzata Czernecka, CEO Human Power, dzielą się swoimi sposobami na sukces oraz tym, jak utrzymać balans między życiem prywatnym i zawodowym. Wśród przedsiębiorczych leasingobiorczyń są również takie, które rozwijają rodzinne biznesy jak GTA Gaztechnika. Właścicielka firmy Renata Owczarek-Stefaniak mówi, że trzeba mieć dobry pomysł i sprawdzić, czy jest na niego zapotrzebowanie na rynku., że na charakter firmy ma wpływ osobowość właściciela.

– Uczestniczę w rozmowach z klientami i często uświadamiam sobie, że przydają się cechy, które są właściwe kobietom. Staram się w łagodny, otwarty, aczkolwiek zdecydowany i kompetentny, sposób udzielać informacji klientom, aby w pełni czuli się doinformowani. Cechuje się większą dokładnością i precyzją niż mężczyźni, którzy czasami bywają impulsywni – mówi Renata Owczarek-Stefaniak.

Praca w czasie pandemii: home office oznacza nadgodziny dla 42% badanych

Brak dostępu do odpowiednich narzędzi usprawniających współpracę i zapewniających dostępność do kluczowych danych obniża efektywność, rodzi frustrację i źle wpływa na nastawienie do pracy. To wnioski z badań zrealizowanych na zlecenie Ricoh. Grupa badawcza obejmowała 632 pracowników z firm zatrudniających od 250 do 999 osób.  Aż 42% badanych przyznało, że podczas pracy z domu na realizację służbowych obowiązków poświęca więcej godzin niż w biurze. Natomiast 31% odczuwa zniechęcenie i brak motywacji ze względu na problemy z korzystaniem ze sprzętu i systemów. Problemem jest również brak odpowiedniego wsparcia działów IT – 30% badanych skarży się na utrudniony kontakt i trudność z uzyskaniem szybkiej pomocy.

Dlatego kluczowe jest stworzenie optymalnych warunków, które pozwolą pracownikom elastycznie przełączać się między pracą z domu i z biura. Niestety wiele firm nie sprostało na razie temu zadaniu. Aż 24% badanych wskazało, że nie dysponuje odpowiednimi narzędziami aby zapewnić odpowiedni poziom usług dla swoich klientów. Natomiast 27% potwierdziło, że nie może w pełni efektywnie współpracować w zespole. Te statystyki pokazują potrzebę gruntownych zmian i inwestycji w nowe technologie. Bez nich przyszły sukces firmy stoi pod dużym znakiem zapytania.

Problemy techniczne to również zagrożenie dla bezpieczeństwa danych. 27% badanych przyznaje, że przez braki w tym obszarze nie może działać zgodnie z procedurami obowiązującymi w  firmie.

„Firmy muszą wyposażyć swoich ludzi w narzędzia, które pozwolą im pracować mądrzej i będą dla nich wsparciem. Technologie, z których korzystają nie mogą generować dodatkowych problemów. To powoduje frustracje i kradnie czas potrzebny na wykonanie ważnej z perspektywy biznesowej pracy. Żadna firma nie może sobie pozwolić na coś takiego” – powiedział David Mills, CEO w Ricoh Europe.

Fala ataków na sklepy internetowe

Przedświąteczny okres zakupowy to czas największej aktywności cyberprzestępców. Sięgają oni zarówno po sprawdzone i skuteczne metody ataków, jak i po nowe narzędzia. Analitycy z FortiGuard Labs firmy Fortinet przygotowali kilka porad, które mogą pomóc w zachowaniu bezpieczeństwa w trakcie gorączki świątecznych zakupów.

Jak rozwijają się zagrożenia związane z e-commerce?

Derek Manky: Z powodu pandemii użytkownicy w naturalny sposób zaczęli częściej korzystać z usług online, w tym zakupów. Od początku września, dzięki badaniom FortiGuard Labs, widzimy falę ataków na sektor e-commerce. W październiku zanotowaliśmy ponad miliard takich prób – niemal 140% więcej w porównaniu z poprzednim miesiącem. Za cel obierani są kupujący, zaś jako narzędzie rozpoczęcia ataku służą phishing oraz fałszywe reklamy.

Jakie trendy zauważono w kontekście cyberataków ukierunkowanych na e-commerce?

Aamir Lakhani: Można odnieść wrażenie, że cały rok 2020 był jednym, nieustannym sezonem wyprzedaży. Ludzie czekają w wirtualnych kolejkach, wiele produktów szybko staje się niedostępnych, a strony internetowe działają wolniej ze względu na zwiększony ruch. Przestępcy wykorzystują ten stan rzeczy i nieustannie przeprowadzają próby ataków na kupujących online. Najpowszechniejsze metody to phishing, malware lub tzw. ataki „man-in-the-middle”, mające na celu przejęcie serwerów bezprzewodowych lub proxy. Hakerzy próbują kierować ruch internetowy w określone miejsca i przechwytywać transakcje. Na kradzież danych narażone są również firmy. Sezon świątecznych zakupów to zazwyczaj bardzo zyskowny okres dla sprzedawców detalicznych, ale cyberataki mogą to niestety zmienić.

Derek: Złośliwe oprogramowanie internetowe jest bardzo popularne w sezonie wyprzedaży. Cyberprzestępcy umieszczają niebezpieczne linki lub reklamy, aby odciągnąć kupujących od bezpiecznej witryny. Takie pułapki często pojawiają się pod postacią zachęcających promocji – to łatwa i dobrze sprawdzona metoda. Zauważyliśmy też większą liczbę ataków na routery oraz urządzenia IoT, ponieważ więcej osób korzysta obecnie z domowych sieci do pracy lub nauki. Napastnicy chcą uzyskać za ich pomocą dostęp do danych firmowych.

Jakie porady macie dla klientów internetowych sklepów w sezonie świątecznym?

Aamir: Warto zwracać uwagę na strony, jakie się odwiedza. Tak jak w galeriach handlowych można zapomnieć się w zakupowym szale, tak w internecie można w pośpiechu nie zauważyć, że trafiło się na podejrzaną stronę. Nie ufaj od razu ofertom i promocjom, które wydają się zbyt dobre, aby były prawdziwe. Odwiedzaj sklepy internetowe, które dobrze znasz, bo zawsze będą bezpieczniejsze – osobiście staram się robić zakupy tylko na stronach znanych i zaufanych firm. Zainstaluj w swoim systemie dobre oprogramowanie zabezpieczające, które będzie wykrywać szkodliwe linki, próby phishingu i inne rodzaje ataków. Dobrze jest rozważyć bezpieczne metody płatności, np. niektóre banki zaczęły oferować opcję jednorazowych numerów kart płatniczych. Warto też odbyć szkolenie w zakresie świadomości o zagrożeniach IT, jeśli istnieje taka możliwość.

Derek: Zgadzam się, że świadomość ryzyka jest kluczowa. Wiele osób ma fałszywe poczucie bezpieczeństwa w wirtualnym świecie. Oprócz tego trzeba upewnić się, że wszystkie urządzenia mają zainstalowane aktualne oprogramowanie. Niebezpieczne jest też łączenie się z publiczną siecią Wi-Fi z urządzeń służbowych lub prywatnych – cyberprzestępcy mogą wykorzystywać fałszywe punkty dostępu, aby włamać się na komputer lub smartfon. W takich wypadkach przydaje się bezpieczne połączenie VPN. Przede wszystkim trzeba być jednak świadomym zagrożeń i metod ochrony przed nimi.

Co powinny robić firmy, aby w przyszłości chronić dane użytkowników?

Derek: Głównym powodem powtarzających się cyberataków są przestarzałe zabezpieczenia. Wciąż regularnie zauważamy błędne konfiguracje zasobów pamięci masowych i systemów dostępu do chmury publicznej. Niektóre firmy muszą zaktualizować swoje systemy, aby unikać ataków wykorzystujących luki w ich zabezpieczeniach. Uwierzytelnianie wieloskładnikowe to również stosunkowo łatwa i coraz powszechniej wykorzystywana przez firmy metoda ochrony ruchu w sieci.

Aamir: Posiadanie aktualnej infrastruktury ma zdecydowanie duży wpływ na zabezpieczenia. Podczas aktualizowania stron internetowych często zwraca się uwagę na back-end, czyli np. bazy danych, ale nie elementy odpowiedzialne za sprzedaż, czyli przede wszystkim witrynę i mechanizm obsługi klienta. Systemy e-commerce są skomplikowane i mogą zawierać np. oprogramowanie lub moduły, które aktualizuje się osobno. Czasami można od razu uaktualnić cały pakiet aplikacji, ale kiedy indziej w ramach zarządzania trzeba sprawdzać poszczególne systemy, strony, bazy danych, moduły i inne oprogramowanie. W najlepszym przypadku trzeba tylko pobrać aktualizację dla plug-inu. W najgorszym można natrafić na spersonalizowany kod, zintegrowany z samym systemem, więc trudno jest przeprowadzić aktualizację. Nawet doświadczeni specjaliści ds. bezpieczeństwa mają czasem trudności z zabezpieczeniem wszystkich elementów bardziej skomplikowanych systemów, a bywa, że luki pozostają niezałatane przez bardzo długi czas. Napastnicy zdają sobie z tego sprawę, dlatego wracają do starych i sprawdzonych metod, które już wcześniej pozwalały im odnieść sukces.

Jabłoński: prawo UE nie radzi sobie z działaniami dyskryminującymi, realizowanymi pod pretekstem walki z pandemią

Mariusz Marszałkowski: Jak zmieniła się europejska gospodarka w czasie pandemii? Czy już widać jakieś strukturalne zmiany?

Michał Jabłoński: To, że się zmieniła, to oczywiste. Mamy do czynienia z bezprecedensowym przerwaniem łańcuchów dostaw, zatorami płatniczymi, czy zmianami w zachowaniach konsumentów. Faktycznie wiele przedsiębiorstw przestało funkcjonować. Pytanie, czy ten stan utrzyma się po zakończeniu okresu pandemicznego, a zatem czy te zmiany będą rzeczywiście strukturalne i długofalowe. Myślę, że tak będzie. Na wstępie warto podkreślić, że – mimo pandemii – niektóre gałęzie gospodarki radzą sobie całkiem dobrze, czasem jeszcze lepiej niż przed pandemią, z kolei inne radzą sobie fatalnie. Ogromne znaczenie dla przyszłości będą miały dwie kwestie. Pierwsza to potencjalnie długofalowa zmiana preferencji konsumentów – należy oczekiwać, że wygaszenie pandemii nie spowoduje automatycznie, że konsumenci od razu wrócą do swoich przyzwyczajeń zakupowych, czy korzystania z określonych usług, tak jak przed COVID-19. To będzie powolny proces, choć w pewnym zakresie prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z krótkim „boomem”, gdyż każdy z nas będzie chciał „odżyć”. Kwestia druga to prawdopodobna zmiana podejścia inwestorów. Chodzi o to, że niektóre rodzaje inwestycji przed pandemią wydawały się niezachwiane i niosące perspektywę pewnego zysku, np. budowa hotelu w kurorcie turystycznym. Okazało się teraz, że doszło do degradacji turystyki, w konsekwencji te inwestycje nie zarabiają, a przynoszą ogromne straty. Sądzę, że inwestorzy będą ostrożniej wybierali cele inwestycyjne z obawy o powtórkę epidemii. Może być więc tak, że po ustąpieniu pandemii zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy jeszcze przez jakiś czas będą podejmowali decyzje zachowawczo. Na razie trudno powiedzieć jaka będzie tego skala, ale z pewnością powrót do pełnej normalności potrwa bardzo długo.

M.M.: Jak do inwestycji będą podchodzić sami przedsiębiorcy?

M. J.: No właśnie, oni będą się zastanawiali czy pewne inwestycje nie wiążą się z ryzykiem w przyszłości, zwłaszcza, że nie ma gwarancji, że taka sytuacja nie będzie się powtarzać częściej. To wpłynie na alokowanie zasobów w gospodarce, na cele inwestycyjne. Inwestorzy będą starali się szukać branż, które będą odporne na takie ryzyka. Ja zakładam, że jeżeli nie dojdzie do powtórek podobnego kryzysu, to wszystko wróci do normy w ciągu około dekady. Z pewnością jednak po tego rodzaju okresie „przejściowym” wszystko wróci do normy, gdyż na dłuższą metę biznes napędzany jest zyskiem.

M.M.: Czy widać już ze strony rządów państw UE działania protekcjonistyczne?

M. J.: Takie działania widać już teraz, one przybierają różne formy. Nie zawsze są to działania legislacyjne, chociaż i takie bywają. Już zauważamy takie zjawiska np. w branży spożywczej czy transportowej, one nie mają jeszcze formuły opartej na regulacji, ale wystarczy, że państwo w imię (czy też pod pozorem) walki z pandemią będzie bardziej rygorystycznie podchodzić np. do kontroli pewnych branż. To bardzo łatwo może prowadzić do działań protekcjonistycznych, choćby przez bardziej „skrupulatny” nadzór nad przedsiębiorcami zagranicznymi, względem krajowych. To może ewoluować w kierunku modelu znanego z niektórych krajów pozaunijnych, gdzie np. kontrole fitosanitarne traktowane są nie jako środek dbania o zdrowie konsumentów, a raczej narzędzie polityki, czy ochrony własnych firm. W UE oczywiście to nie działa w takiej skali, ale widać, że w niektórych sektorach kontrole prowadzą do wykluczania usług i towarów z innych państw, z powołaniem się na walkę z pandemią.

Do tego dochodzą rozwiązania legislacyjne. Te mechanizmy pojawiają się w branżach, które dany rząd uznaje za strategicznie ważne z perspektywy bezpieczeństwa państwa. Do niedawna to kojarzyło się nam z obronnością, telekomunikacją, itp. Teraz paleta branż strategicznych jest znacznie szersza. Już teraz wprowadza się ograniczenia, np. w branży medycznej, choćby poprzez ograniczenia eksportowe.

Trzecim elementem protekcjonizmu jest tworzenie pewnego rodzaju atmosfery przez rządzących. Oczywiście, ona nie może być oceniana wyłącznie negatywnie, choć prowadzi do protekcjonizmu. Mówię tutaj np. o nawoływaniu obywateli do zakupu towarów pochodzących z danego państwa. To tak zwany patriotyzm gospodarczy. To nie jest do końca złe, bo np. zachęcanie społeczeństwa do kupowania u sąsiada, czy w restauracji osiedlowej na wynos nie jest w zamyśle złym działaniem, ale w szerszym zakresie wspieranie, np. polskich, niemieckich, czy francuskich produktów odbywa się kosztem kogoś innego. Jeżeli politycy czescy nawołują do kupowania tylko czeskich produktów żywnościowych, to oczywistym jest, że uderza to w polskich eksporterów żywności, którzy są największymi dostawcami spożywczymi do Czech. Podobny skutek ma np. oznaczanie produktów, co do tego czy pochodzą z danego kraju. To jest co do zasady neutralne, bo konsument nie ma przecież obowiązku wyboru takiego produktu ze względu na pochodzenie, ale niewątpliwie prowadzi to do takiego „miękkiego” faworyzowania własnej produkcji.

M.M.: Czy w przypadku Polski widać takie działania protekcjonistyczne?

M. J.: Nie mamy strukturalnego protekcjonizmu w Polsce, bowiem prawo UE ogranicza taką możliwość. Jednak pewne próby, czy plany działań protekcjonistycznych pojawiają się, czego dowodzi np. koncepcja państwowych sklepów spożywczych, która pojawiła się tej wiosny. To oczywiście pomysł etatystyczny, ale jest bez wątpienia również wymierzony w zagraniczne sieci detaliczne. Mamy też w niektórych branżach działania państwa, które nie wyglądają wprost na protekcjonistyczne, ale de facto nimi są. Przykładowo, na początku pandemii wprowadzono przepisy dotyczące czynszu najmu w galeriach handlowych. Wydaje się, że to regulacja neutralna, skoro jednak większość właścicieli galerii handlowych to firmy zagraniczne, a najemcami przestrzeni handlowych są głównie przedsiębiorcy krajowi, można wysnuć wniosek, że chodziło o ochronę rodzimego biznesu kosztem inwestorów zagranicznych.

Polski protekcjonizm zatem się pojawia i jest zarówno związany z pandemią, jak też czasami wynika z określonej polityki rządu.

M.M.: Czy Unia Europejska reaguje na działania protekcjonistyczne i jakie ma do tego narzędzia?

M. J.: Mam wrażenie, że UE jeszcze do końca nie przyjrzała się tego typu działaniom podejmowanym przez poszczególne rządy. Są oczywiście wypowiedzi polityków i ekspertów europejskich, z których wynika, że ryzyko powrotu protekcjonizmu jest dostrzegane. Ale widać jednocześnie, że Komisja Europejska, póki co, nie podejmuje w tym kierunku żadnych poważniejszych działań. Problemem jest, że regulacje występujące w państwach UE zmieniają się bardzo szybko. Czas życia takich regulacji jest czasami krótszy niż kilka-kilkanaście tygodni, co utrudnia zbadanie skutków takich działań dla wspólnego rynku. Komisja Europejska ma oczywiście instrumenty do reakcji, gdyby zostały naruszone regulacje traktatowe związane z handlem. Takim narzędziem jest np. składanie skarg do Trybunału Sprawiedliwości UE na ewentualne łamanie swobód traktatowych przez państwo członkowskie. Ta procedura jednak trwa na tyle długo, że istnieje ryzyko, że zanim Trybunał zajmie się danym naruszeniem, to ta regulacja może już dawno stać się nieaktualna.

M.M.: A czy sami przedsiębiorcy mają możliwość walki z ryzykiem protekcjonizmu?

M. J.: Tak, mają możliwość np. wytaczania powództw odszkodowawczych przed sądami danego państwa (jako sądami UE) w ramach ścieżki prawa krajowego. Nie widać na razie takich powództw opartych o zarzut naruszenia prawa UE, podczas gdy np. w Polsce dużo mówiło się o zastrzeżeniach związanych z ograniczeniem swobód obywatelskich, ale raczej w kontekście możliwego naruszenia Konstytucji. Głośno było w tym zakresie, np. o pozwie branży turystycznej. Nie ma jednak na razie, wg mojej wiedzy, spraw sądowych dotyczących ograniczeń związanych z COVID-19, opartych głównie na tezie, że doszło do dyskryminującej działalności państwa wobec przedsiębiorstw z innych państw członkowskich. Tego na razie nie widać, chociaż taki problem już zapewne występuje i jest przedmiotem przedprocesowych analiz niektórych przedsiębiorców. Mam przy tym wrażenie, że UE zapomniała, że poza rzuceniem na rynek miliardów euro w ramach pomocy gospodarce unijnej, wypadałoby jednak przyjąć w jakimś przyspieszonym tempie regulacje prawne, które harmonizowałyby, albo w pewnym zakresie nawet ujednolicały zasady wprowadzania obostrzeń pandemicznych względem firm w zakresie, który ma znaczenie dla obrotu wewnątrzunijnego. Tego na razie nie ma. Są oczywiście ogólne zasady traktatowe, które muszą być przestrzegane, np. zasady swobody przepływu osób, usług i kapitału. Od tych zasad są jednak wyjątki usprawiedliwiające wprowadzenie pewnych ograniczeń. Do tych wyjątków należą m.in. względy ochrony zdrowia publicznego. Uzasadniona takim ważnym interesem publicznym restrykcja nie przejdzie jednak testu zgodności z prawem UE, jeśli będzie miała charakter dyskryminacyjny. Przepisy prawa krajowego nie mogą mieć bowiem ani celu ani skutku dyskryminującego przedsiębiorców z innych państw UE. Procedura podważenia takiej legislacji przez przedsiębiorców jest jednak bardzo długa. Wymaga najpierw uruchomienia postępowania przed sądem krajowym danego państwa i dopiero sąd, w trybie prejudycjalnym, może tę kwestę przedstawić Trybunałowi Sprawiedliwości UE. Przedsiębiorca nie może uruchomić sam działania przed sądem UE czy TSUE. Ewentualnie, może skarżyć się do KE, jednak ta ścieżka również jest długa i nie ma gwarancji, że Komisja podejmie oczekiwane działania.

Obecne prawo UE nie radzi sobie zatem z działaniami dyskryminującymi państw, realizowanymi pod pozorem walki z pandemią. Zwłaszcza, że w każdym kraju są różne obostrzenia, co utrudnia skoordynowane działanie.

M.M.: Czy przedsiębiorcy, nawet jeżeli nie wystąpią na drogę sądową, mogą oczekiwać jakiejś kompensaty finansowej?

M. J.: Oczywiście mogą to robić przed sądami krajowymi. W Polsce jest to w ogóle bardzo mało realne. Nasz system odszkodowań za niezgodne z prawem działania państwa kuleje. W praktyce sądy bardzo rzadko uwzględniają takie powództwa. To jest kilka do kilkunastu procent wygranych spraw tego rodzaju. Dawniej inwestorzy zagraniczni mieli tzw. Umowy o wzajemnym popieraniu inwestycji. Na podstawie tych traktatów inwestorzy mogli dochodzić kompensaty przed trybunałem arbitrażowym. Było to szybsze działanie i bardziej ryzykowne dla państwa przyjmującego inwestora. Jednak teraz tego instrumentu w ramach UE już nie ma. Jeżeli zakładamy, że w niektórych państwach UE jest problem z wymiarem sprawiedliwości i nie mam tu na myśli tylko Polski (mogą to być problemy związane z efektywnością wymiaru sprawiedliwości), to dochodzenie odszkodowania przez zagranicznego inwestora przed sądem danego państwa może być fikcją. Jeżeli inwestor wie, że nie może skutecznie podważyć legislacji w danym państwie, to dla niego rozwiązaniem jest zamknięcie biznesu w danym państwie, albo pogodzenie się z niesprawiedliwym traktowaniem. Mówi się, że luka po systemie sądów arbitrażowych w ramach UE powinna być jakoś uzupełniona. Sądy UE nie są odpowiednikami np. amerykańskich sądów federalnych. Nie jest tak, że strona niezadowolona, np. z wyroku polskiego sądu, może się odwołać do sądu UE. Tak to nie działa. Albo pewnego dnia dojdzie do większego sfederalizowania unijnego wymiaru sprawiedliwości, albo będzie tak, że zostanie stworzony na podstawie prawa UE rodzaj sądu arbitrażowego, który rozstrzygałby spory inwestycyjne wewnątrz UE. To jest konieczne działanie, aby przedsiębiorcy mogli skutecznie walczyć o kompensaty wynikające ze złego prawa i działań protekcjonistycznych.

Michał Jabłoński

Partner w kancelarii Jabłoński Koźmiński sp.p.

Doktor nauk prawnych, adwokat, posiadający wcześniej kilkanaście lat doświadczenia w obsłudze sporów sądowych i administracyjnych w jednej z największych kancelarii prawnych na świecie, reprezentujący klientów m.in. przed Naczelnym Sądem Administracyjnym, Sądem Najwyższym, Trybunałem Konstytucyjnym i Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Specjalista w zakresie prawa publicznego i zagadnień dotyczących postępowań sądowych. Wieloletni wykładowca i autor wielu publikacji naukowych. Prowadził wykłady m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, a także na zaproszenie uczelni zagranicznych.

Wiceprezes Fundacji „Laboratorium Prawa i Administracji”, współkierujący największymi projektami naukowo-badawczymi Fundacji.

Nominowany w rankingu Rising Stars – Prawnicy Liderzy Jutra 2019.

Branża cyfrowa Grupy V4 wspiera kandydaturę Polski ws. europejskiego centrum cyberbezpieczeństwa

Organizacje branży cyfrowej z Polski, Czech i Węgier zrzeszone w Grupie Digital V4 popierają polskie starania, by siedziba Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa powstała w naszym kraju. Jak argumentują, byłoby to ważne wzmocnienie roli całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej w Unii Europejskiej.

Grupa Digital V4 to inicjatywa organizacji z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii krajów Grupy Wyszehradzkiej, której wspólnym celem jest tworzenie polityki wspierającej innowacyjność i cyfryzację w Europie Środkowo-Wschodniej oraz zacieśnianie współpracy politycznej i gospodarczej w ramach Grupy Wyszehradzkiej. –  Czesi i Węgrzy w ramach naszej Grupy Digital V4 popierają starania Polski, by to w Warszawie mieściła się siedziba Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik, którego organizacja wchodzi w skład Digital V4. I dodaje: – Wspieranie polskiej kandydatury jest w naszym wspólnym interesie, bo lokalizacja Centrum w Polsce pomoże wypełnić misję grupy Digital V4 i zacieśnić współpracę polityczną, naukową i przemysłową w naszym regionie.

Europejskie Centrum Kompetencji ds. Cyberbezpieczeństwa w dziedzinie Przemysłu, Technologii i Badań Naukowych (ECCC) będzie miało na celu poprawę koordynacji na europejskim poziomie cyberbezpieczeństwa projektów badawczo-rozwojowych, wspieranie wdrażania innowacyjnych rozwiązań w Europie oraz wdrażanie funduszy cyberbezpieczeństwa z programu Cyfrowa Europa i Horyzont Europa.

Polska z szerokim zapleczem eksperckim

Jak podkreśla w stanowisku Grupa Digital V4, pod którym podpisały się przedstawiciele branży cyfrowej z Czech, Polski i Słowacji, kraje Grupy Wyszehradzkiej mają wiele zbieżnych interesów, jak m.in. budowanie infrastruktury cyfrowej w naszym regionie oraz potencjału badawczo-rozwojowego jako zaplecza techniczno-naukowego, gdzie innowacyjne pomysły z zakresu np. sztucznej inteligencji i robotyki będą następnie wykorzystywane w UE i poza nią.

Digital V4 argumentuje, że w Polsce z roku na rok rośnie w siłę społeczność podmiotów przemysłowych, badawczych i rozwojowych oraz świadczących usługi cyfrowe. Istnieje też znaczące zaplecze eksperckie, jak np. Związek Cyfrowa Polska czy #CyberMadeinPoland, który zrzesza 44 innowacyjnych firm z branży cyberbezpieczeństwa. W Polsce istnieje też około 30 hubów IT oraz ponad 20 instytutów badawczych, w tym np. NASK, Państwowy Instytut Łączności czy Wojskowa Akademia Techniczna. Ponadto Polska prowadzi w pełni finansowany przez państwo program badawczo-rozwojowy o nazwie CyberSecIdent. Od 2017 roku Polska zainwestowała ponad 60 mln euro w projekty badawczo-rozwojowe w obszarze cyberbezpieczeństwa, w tym pierwsze w kraju laboratorium do testowania i oceny produktów ICT.

Polska ważna dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej

„Jako organizacje z Czech, Węgier i Polski doceniamy fakt, że Polska jest bardzo aktywna w obszarze cyberbezpieczeństwa na szczeblu UE. Oceniamy, że umiejscowienie Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa będzie miało pozytywny wpływ na rozwój całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej i będzie świetną okazję do rozwoju i wzmocnienia cyberbezpieczeństwa” – napisano stanowisku Grupy. Zdaniem Digital V4, przełoży się to również na zwiększone możliwości współpracy z partnerami na całym świecie. Jednocześnie kraje regionu będą miały możliwość aktywniejszego udziału w procesie decyzyjnym w Centrum, dzięki czemu będą mieć jeszcze większy wpływ na kierunki jego pracy i działań. „Dlatego jako Digital V4 wyrażamy pełne poparcie dla kandydatury Polski w staraniach, by siedziba Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie Cyberbezpieczeństwa Przemysłowego, Technologicznego i Badawczego mieściła się w Warszawie” – zadeklarowano.

Jak Polacy planują spędzić Sylwestera 2020/21

Polacy sceptycznie podchodzą do uczestnictwa imprezach sylwestrowych w czasie pandemii koronawirusa, przeszło 63% badanych wskazało, że nie wybierze się na uroczystości związane ze świętowaniem Nowego Roku.

To podejście jest silnie zróżnicowane między pokoleniami. Spośród wszystkich badanych 15% wybiera się na imprezę sylwestrową, organizowaną np. w formie balu, domówki, imprezy tanecznej, zaś w przypadku osób w wieku do 24 lat podobne plany ma już 38%, z kolei analogiczny wskaźnik dla osób 50 lat + wynosi jedynie 8%.

Co ciekawe, mężczyźni (18%) częściej niż kobiety (11%) wskazywali, że wybierają się na imprezę sylwestrową. 22% respondentów wskazało, że jeszcze nie podjęli żadnych decyzji związanych ze świętowaniem nadejścia Nowego Roku.IP Sylwester

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-3.12.2020 r. przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie n=1110 dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.

Polacy z dystansem podeszli do ponownego otwarcia centrów handlowych. Im młodsi badani, tym częściej odwiedzili galerie w ostatnim czasie

Od soboty 28-ego listopada zgodnie z decyzją rządu czynne mogą być centra handlowe. Przeszło 12% badanych zadeklarowało, że odwiedzili galerię tego samego dnia. Kolejne 16% udało się do centrum handlowego po ponownym otwarciu w inny dzień. 72% Polaków nie odwiedziło jeszcze żadnej galerii.

Centra handlowe w dniu ponownego otwarcia najsilniej przyciągały ludzi młodych. 19% spośród osób w wieku do 24 lat wskazało wizytę już w sobotę, z kolei osoby w wieku 50 lat + nie śpieszyły się na zakupy w galerii w tym dniu (9%).IP Galerie

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-3.12.2020 r. przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie n=1110 dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.