Eksperci EKF przedstawiają makroekonomiczne wyzwania i prognozy dla Polski

Grono ekspertów zrzeszonych wokół Europejskiego Kongresu Finansowego przedstawiło największe wyzwania makroekonomiczne oraz prognozy dla Polski w oparciu o zaktualizowaną wersję V edycji badania Makroekonomicznych wyzwań i prognoz EKF.

Jak powiedział Ludwik Kotecki, dyrektor Instytutu Odpowiedzialnych Finansów w październikowej aktualizacji do V edycji badania Makroekonomicznych wyzwań i prognoz EKF uwzględniono pięć kluczowych wskaźników: PKB, inflację, bezrobocie, deficyt finansów publicznych oraz dług publiczny.

Zdaniem Koteckiego, w porównaniu do czerwcowej edycji badania, eksperci EKF okazali się nieco bardziej optymistyczni. Najnowsze prognozy zakładają bowiem recesję gospodarczą i ujemną dynamikę PKB na poziomie -3,1 proc. w roku bieżącym. W 2021 roku przewiduje się natomiast tempo wzrostu na poziomie ok. 3,9 proc. i 3,5 proc. w roku 2022.

Kotecki zwrócił też uwagę na rozbieżności między ekspertami w zakresie prognoz PKB. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) szacuje, że ujemna dynamika PKB w Polsce wyniesie w tym roku -3,6 proc. Tymczasem oficjalna prognoza rządowa dla PKB zgodna z projektem aktualnie procedowanej ustawy budżetowej to -4,6 proc.

W przewidywaniach odnośnie inflacji wśród ekspertów panuje większa zgodność. Prognozy EKF pokrywają się z tymi z MFW szacując inflację na 3,4 proc. w roku bieżącym. W kolejnych latach ma ona wynieść odpowiednio 2,3 proc. i 2,6 proc. Tymczasem rząd zakłada, że inflacja w 2020 roku zatrzyma się na poziomie 3,3 proc.

Stopa bezrobocia prognozowana przez ekspertów EKF na koniec 2020 roku zatrzyma się na poziomie 4,4 proc. W przyszłym roku wzrośnie do 4,5 proc., a w 2022 roku nieznacznie spadnie. Jak zaznaczył Ludwik Kotecki, w czerwcowej edycji badania eksperci EKF przewidywali tegoroczne bezrobocie w Polsce na poziomie 6,7 proc.

Jak informował Kotecki, eksperci EKF szacują deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w relacji do PKB na poziomie 10,8 proc. w 2020 roku. MFW prognozuje deficyt na 10,4 proc. PKB, zaś rząd na 12 proc. W 2021 według prognoz ekspertów EKF deficyt spadnie do 5,8 proc. Rząd szacuje przyszłoroczny deficyt na 6 proc.

Zadłużenie państwa w 2020 roku, zdaniem ekonomistów ankietowanych przez EKF, wyniesie 60,8 proc. PKB. W 2021 roku wzrośnie do poziomu 62,3 proc. PKB. Według metodyki unijnej dług publiczny ma wynieść 61,9 proc. PKB w tym roku i aż 64,1 proc. PKB w przyszłym.

Ludwik Kotecki omówił również pięć najważniejszych zagrożeń dla koniunktury gospodarczej w Polsce na 2020 rok, dzieląc je na dwa zewnętrzne (ryzyko nawrotu lockdown-ów związanych ze wzrostem zakażeń koronawirusem oraz głęboka i długotrwała recesja w Unii Europejskiej), a także trzy wewnętrzne (bankructwa przedsiębiorstw i wzrost bezrobocia, spadek inwestycji oraz kryzys finansów publicznych).

Według ekspertów EKF o ile finanse publiczne są najlepszym narzędziem stabilizującym koniunkturę, to ich używanie nie może naruszać bezpieczeństwa finansów państwa. W obliczu braku przejrzystości tych finansów i planu powrotu do bezpiecznych poziomów, kryzys finansów publicznych jest przez nich określany jako jedno z istotniejszych zagrożeń.

Leszek Pawłowicz, inicjator i koordynator Europejskiego Kongresu Finansowego, opowiedział o zagrożeniach dla stabilności systemu finansowego. Jako najważniejsze w opinii ekspertów EKF wymienił pogorszenie jakości portfela kredytowego w bankach, czyli wzrost ryzyka kredytowego.

Zagrożenie stanowi również polityka Narodowego Banku Polskiego w okresie kryzysu, czyli nadmierne obniżenie stóp procentowych. Jak tłumaczył Pawłowicz, dochody odsetkowe stanowią zdecydowaną większość dochodów w małych bankach, głównie spółdzielczych. Dlatego w opinii ekspertów EKF sektor ten może wpaść w kłopoty w wyniku polityki obniżania stóp procentowych.

Kolejnym zagrożeniem są wysokie obciążenia fiskalne, wśród których Pawłowicz wymienił podatek bankowy. Jego negatywne konsekwencje wzmacniają się w czasie kryzysu, powodując uruchomienie dodatkowego hamulca w dopływie kapitału do przedsiębiorstw oraz osób prywatnych.

Niezależny ekspert bankowy, Andrzej Reich opowiedział o nieoczekiwanym czynniku ryzyka destabilizacji rynku finansowego, jakim okazał się wyrok TSUE z końca 2019 roku w sprawie kredytów we frankach. Jego zdaniem trudność tego zagadnienia polega na tym, że trzeba je rozpatrywać na styku dwóch obszarów – prawa oraz zasad rządzących rynkiem finansowym.

Drugi problem stanowi rosnąca skala pozwów, które mogą bezpośrednio zagrażać stabilności systemu bankowego. Zdaniem Reicha bez dokładnej analizy ekonomiczno-prawnej i systemowego podejścia nie da się go rozwiązać. Zaledwie 5 proc. kredytobiorców złożyło pozwy w bankach. Nie wiadomo natomiast, ile procent dopiero zamierza to zrobić.

Jednym z pomysłów proponowanych przez Andrzeja Reicha jest przejęcie po cenach rynkowych przez instytucję państwową portfela kredytów walutowych. Państwo byłoby najbardziej obiektywnym arbitrem pomiędzy obiema stronami konfliktu. Innym rozwiązaniem jest przewalutowanie kredytów walutowych.

Ludwik Kotecki przedstawił pięć najważniejszych rekomendowanych przez ekspertów EKF działań w polityce gospodarczej. Jako pierwszą wymienił poprawę efektywności działania antypandemicznego i zwiększenie wydolności systemu opieki zdrowotnej. Ekonomiści zalecają również kontynuowanie działań antykryzysowych.

W szczególności chodzi tu o wspieranie płynności finansowej, odciążenie firm w zakresie podatkowo-regulacyjnym, uproszczenie prowadzenia działalności gospodarczej. Eksperci EKF rekomendują też racjonalizację polityki budżetowej i zwiększenie przejrzystości finansów publicznych.

Zdaniem ekonomistów należy już teraz przygotować strategię odbudowy gospodarki. Tutaj nacisk kładą na przygotowanie pakietu stymulacji inwestycji, inwestycje publiczne w kluczowe obszary: cyfryzację, innowacje oraz zieloną gospodarkę, a także wspieranie inwestycji prywatnych poprzez programy pomocowe – rządowe i unijne.

Eksperci EKF zalecają zwiększenie stabilności regulacyjno-prawnej. Postulują odpolitycznienie gospodarki, dążenie do zawarcia trwałego porozumienia z Komisją Europejską w kwestiach praworządności, poprawienie przejrzystości, stabilności i przewidywalności otoczenia regulacyjnego oraz usprawnienie sądownictwa gospodarczego.

Druga fala pandemii covid-19 może spowolnić wzrost zatrudnienia i płac

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw we wrześniu br. osiągnęło 6 312,4 tys. osób i było niższe o 1,2% niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Przeciętne wynagrodzenie wyniosło zaś 5371,56 zł i było o 5,6% wyższe w porównaniu z wrześniem 2019 r. – podał GUS.

W porównaniu do sierpnia br. zatrudnienie wzrosło o 0,3% (w sierpniu br. w stosunku do lipca br. zaobserwowano wzrost o 0,7%). Przedsiębiorstwa uzupełniają brakujące miejsca pracy poprzez przywracanie wcześniejszych etatów, rezygnację z przestoju i nowe przyjęcia pracowników, choć ich skala i tak nie umożliwia osiągnięcia poziomu zatrudnienia sprzed pandemii covid-19.

Przeciętne wynagrodzenie pracowników we wrześniu 2020 roku wynosiło 5371,56 zł i było wyższe od wypłaconego w sierpniu o 33,91 zł. Tempo wzrostu wynagrodzeń we wrześniu w ujęciu rocznym było szybsze niż obserwowane w poprzednich pięciu miesiącach.

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2020 roku przeciętne wynagrodzenie, w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, wzrosło prawie we wszystkich sekcjach PKD – od 0,7% w sekcji „Górnictwo i wydobywanie” do 8,9% w sekcji „Administrowanie i działalność wspierająca. Spadek o 4,2% odnotowano w sekcji „Rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo”.

Te dane można uznać za optymistyczne. Niemniej jednak należy zwrócić uwagę, że we wrześniu poziom zachorowań na covid – 19 był niższy niż w październiku. Druga fala zachorowań i wysokie dzienne przyrosty chorych na poziomie ponad 7 tys. osób, a tym samym wprowadzenie przez rząd istotnych ograniczeń w działalności gospodarczej, mogą przynieść efekt podobny do tego obserwowanego w marcu, kwietniu i maju, czyli zahamowania wzrostu wynagrodzeń, m.in. poprzez zmniejszenie wymiaru czasu pracy oraz redukcję zatrudnienia. Już teraz część pracodawców znacząco ogranicza wypłatę dodatków do pensji, które nie są konieczne i rezygnuje z benefitów, chcąc zachować płynność finansową. Niektóre firmy decydują się również na obniżkę wynagrodzeń w zamian za zapewnienie pracownikom utrzymania zatrudnienia.

Niestety, na razie brak zapewnień rządu o pomocy dla przedsiębiorców, szczególnie tych, którzy ponoszą straty na skutek wprowadzonych obostrzeń. Względy budżetowe decydują o tym, że niemożliwe wydaje się wdrożenie powszechnych programów wspierających wypłatę wynagrodzeń. Bez przynajmniej selektywnej pomocy dla najbardziej zagrożonych zwolnieniami branż, musimy się liczyć z falą zwolnień i wyhamowaniem wzrostu płac.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Zatrudnienie i płace w sektorze przedsiębiorstw we wrześniu 2020 r.

Główny Urząd Statystyczny zaprezentował dane o zatrudnieniu i płacach w sektorze przedsiębiorstw we wrześniu 2020. Przeciętne uposażenie uległo zwiększeniu o 33,91 PLN do 5371,56 PLN tj. o 0,6%. Wrzesień przyniósł sezonowe wzrosty płac będące efektem liczniejszego pojawienia się w płacach ruchomych części wynagrodzeń (głównie premii i nagród). Na wyniki września wpływ miało też stopniowe przywracanie pracowników do pracy po wcześniejszych przerwach oraz najprawdopodobniej również wyższe wypłaty dla osób objętych systemem akordowym. Przeciętne uposażenie we wrześniu okazało się o 287,00 PLN i 5,6% wyższe niż przed rokiem. Roczna dynamika płacy we wrześniu była wyższa od notowanej w pięciu poprzednich miesiącach.

Zatrudnienie okazało się o 17,4 tys. osób, tj. o 0,3% wyższe niż przed miesiącem i wyniosło 6312,4 tys. osób. W porównaniu do stanu sprzed roku zatrudnienie było niższe o 73,6 tys. osób tj. o 1,2%. Wzrost zatrudnienia notowany we wrześniu jest wynikiem dalszego postępu w przywracaniu do pracy części działalności wcześniej wstrzymanych, w tym przywracania zwyczajnego czasu pracy pracowników, którym wymiar pracy obniżono, choćby poprzez urlopy postojowe. Widoczne jest też powracanie pracowników z zasiłków opiekuńczych, chorobowych i urlopów bezpłatnych.

W najbliższych miesiącach zmiany płac w ujęciu miesiąc do miesiąca prezentować się mogą porównywalnie lub nawet nieco lepiej niż w analogicznym okresie roku 2019. Roczny wskaźnik płac będzie więc stopniowo poprawiać się. Skala tej poprawy będzie wyraźniejsza w ostatnich miesiącach roku.

W przypadku zatrudnienia tendencje dla najbliższych miesięcy są trudne do określenia. Z jednej strony postępować będzie obserwowana choćby w ostatnich miesiącach poprawa związana z przywracaniem normalnego funkcjonowania części zakładów i branż. Jednak w statystykach ujawnić się mogą osoby tracące pracę wskutek nadejścia drugiej fali zachorowań i towarzyszących jej obostrzeń w gospodarce.

Piotr Soroczyński, Główny ekonomista KIG

Polska wśród krajów o najwyższym wskaźniku lęku wywołanego pandemią

Dynamiczny wzrost liczby osób zakażonych koronawirusem przełożył się na poziom niepokoju polskich konsumentów, który od końca sierpnia wzrósł o 12 pp. Z najnowszej edycji badania firmy doradczej Deloitte Global State of the Consumer Tracker wynika, że wzrosły także obawy Polaków o kwestie finansowe oraz te związane z utrzymaniem obecnej pracy. Przestajemy też kupować na zapas. W najnowszej edycji badania już tylko 36 proc. konsumentów nad Wisłą deklaruje, że kupuje więcej, niż jest w stanie zużyć na bieżąco.

Przeprowadzone przez Deloitte na przełomie września i października badanie reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią koronawirusa to jedenasta ankieta na świecie i ósma dla Polski. Na pytania Deloitte odpowiadało po tysiąc osób z każdego spośród 19 badanych krajów: Australii, Belgii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile, RPA oraz Polski.

Coraz więcej obaw

Razem z Chile i Hiszpanią Polska jest na czwartym miejscu pod względem poziomu lęku wywołanego pandemią. Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju, czyli różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły, wyniósł w tych krajach po 4 proc. W przypadku Polski to spory wzrost w ciągu miesiąca – aż o 12 pp.

W Europie większy niepokój od Polaków wykazują tylko Irlandczycy (6 proc.). – Cała Europa, nie tylko Polska, ugina się pod ciężarem pandemii. Niemniej gwałtowany wzrost liczby zachorowań, obawy o wydolność służb medycznych, a także poważne ograniczenia jakie zaczynają wprowadzać inne kraje, sprawiają, że Polacy po prostu nie wiedzą, czego mogą się spodziewać po nadchodzących tygodniach. A mówiąc najprościej, boimy się tego, czego nie znamy – mówi Michał Tokarski, Partner, Lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Warto odnotować zmiany, jakie na tle innych krajów biorących udział w badaniu zaszły w Chinach. W najnowszym zestawieniu Deloitte indeks niepokoju w Państwie Środka osiągnął rekordowy w tym kraju poziom -17 proc. Indeks obaw Chińczyków systematycznie spada od pierwszej połowy lipca, kiedy wyniósł 7 proc. W ciągu miesiąca natomiast poziom obaw zmniejszył się aż o 15 pp. Nieprzerwanie najwyższy poziom obaw eksperci Deloitte notują w Indiach. Od ostatniego badania jednak spadł on z 43 proc. do 27 proc.

Najspokojniejsi w Europie wydają się być mieszkańcy Belgii i Włoch (po -2 proc.) oraz Niemcy, w przypadku których indeks niepokoju jest też najniższy na świecie i wynosi -42 proc., a od ostatniego badania przeprowadzonego pod koniec sierpnia poprawił się o 10 pp. W każdej edycji, począwszy od maja, niemieccy konsumenci wykazują najniższy poziom obaw.

Pandemia zamyka drzwi restauracji

Choć Niemcy są naszym najbliższym sąsiadem, jeśli chodzi o obawy związane z COVID-19 znajdujemy się na przeciwległych biegunach. Wzrost społecznej mobilności, powrót do szkół i – w wielu przypadkach – do biur wpłynęły na wzrost zachorowań, co z kolei pogłębiło nasz niepokój. Co ciekawe, deklarowany przez Polaków poziom lęku w większości nie przełożył się na obawy związane z aktywnościami społecznymi. Wbrew ogólnemu poziomowi obaw o 2 pp. wzrosła liczba polskich konsumentów, którzy czują się bezpiecznie w sklepach (51 proc.), a nieznacznie, o 1 pp. liczba osób, które nie mają obaw w związku z podróżowaniem samolotem (25 proc.). Zmiana jest natomiast zauważalna w przypadku wyjść do restauracji. Z 44 proc. do 41 proc. spadła od końca sierpnia liczba konsumentów, którzy czują się w nich bezpiecznie. Również o 3 pp. mniej jest osób, które nie mają obaw przed korzystaniem z indywidulanych usług jak wizyta u dentysty czy fryzjera (39 proc.). Na tym samym poziomie utrzymuje się liczba konsumentów, którzy czują się bezpiecznie podczas większych wydarzeń jak koncerty czy mecze ( 23 proc.) oraz w czasie pobytu w hotelu (36 proc.).

O ile obawy nie odbiły się na codziennych zwyczajach i zachowaniach konsumentów w Polsce, o tyle zmianę widać w przypadku pytań o zdrowie. Aż 77 proc. zapytanych przez Deloitte niepokoi się o zdrowie swojej rodziny. To wzrost o 6 pp. i najwyższy wynik w Europie. Taki sam poziom obaw wykazują Hiszpanie. Oni także najbardziej w Europie niepokoją się o własną kondycję (76 proc.)

– Wśród polskich konsumentów różnica między troską o własne zdrowie a zdrowie rodziny jest znacznie większa. Niezmiennie zdecydowanie bardziej martwimy się o bliskich. W najnowszej edycji różnica wynosi aż 15 pp. Niemniej jednak w obu przypadkach poziom obaw Polaków o zdrowie swoje i bliskich jest najwyższy od początku badania – mówi Krzysztof Wilk, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, Lider praktyki Life Sciences i Ochrony Zdrowia, Deloitte.

Wraca lęk o pracę

Sporo, bo o 5 pp. od ostatniego badania wzrosły nad Wisłą obawy konsumentów dotyczące utraty pracy. To powód do niepokoju dla połowy zapytanych przez Deloitte. Ma to związek z drugą falą epidemii i rosnącymi obawami związanymi z wprowadzeniem kolejnego lockdownu. Przykładem są sąsiednie Czechy, które już zamknęły bary i restauracje oraz wprowadziły w szkołach nauczanie zdalne.

Nieco ponad jedna trzecia konsumentów nad Wisłą obawia się zakończenia zdalnej formy pracy i powrotu do biura. To mniej o 3 pp. niż miesiąc temu. Widać to także w deklaracjach dotyczących publicznego transportu, z którego często korzystamy w drodze do pracy czy szkoły. Jazdę komunikacją miejską planuje ograniczyć 44 proc. zapytanych. Miesiąc temu odpowiedziała tak aż połowa naszych respondentów. – Większość planów działania kryzysowego skupia się na strukturach, protokołach i procesach, które są przecież reakcją na określone zdarzenia i pomijają czynnik ludzki. Opierają się przy tym na założeniu, że niezależnie od sytuacji ludzie i tak stawią się do pracy, czy też podejmą się jej zdalnie. Z naszego badania wynika jednak, że w naprawdę trudnych sytuacjach założenie to może okazać się fałszywe. Trzeba więc znaleźć sposób, by temu zapobiec – mówi John Guziak, Partner, Lider ds. Kapitału Ludzkiego w Deloitte Polska.

Większe zakupy muszą poczekać

Fakt, że myślimy o naszej zawodowej przyszłości z niepokojem ma odzwierciedlenie w finansowych planach. 36 proc. z nas, a więc o 3 pp. więcej niż miesiąc temu, deklaruje, że odkłada na później większe zakupy, a 29 proc. obawia się o uregulowanie przyszłych płatności.

– W tej edycji badania po raz pierwszy zapytaliśmy respondentów, czy będą w stanie spłacić swoje zadłużenie kredytowe. Jedynie 13 proc. ankietowanych odpowiedziało, że nie ma co do tego obaw. Innego zdania jest aż 62 proc. badanych. 65 proc. zapytanych przez nas osób obawia się natomiast o stan swoich oszczędności, tylko dla 14 proc. nie jest to problemem – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, Lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Większą ostrożność widać w zwyczajach zakupowych Polaków. Do tej pory najczęściej w Europie kupowaliśmy na zapas. Od ostatniej edycji liczba konsumentów deklarujących, że kupują więcej niż są w stanie na bieżąco zużyć, spadła o 4 pp. Odpowiedziało tak 36 proc. zapytanych, tyle samo w Wielkiej Brytanii. Do kupowania na zapas przyznaje się tylko nieco mniej Belgów i Włochów (po 35 proc.). Najrzadziej w Europie ponad bieżące potrzeby kupują Hiszpanie (22 proc.) i Francuzi (21 proc.).

Po dużym spadku pod koniec sierpnia, z 53 do 46 proc., w ciągu ostatniego miesiąca nieznacznie spadła liczba Polaków, którzy polują na okazje (-1 pp.). Tym samym, razem z Niemcami jesteśmy europejskimi liderami tego trendu zakupowego (po 45 proc.). – Co rzuca się w oczy to mniejsza o 5 pp. liczba polskich konsumentów, którzy są w stanie zapłacić więcej za wygodę. Od najwyższego wyniku w pierwszej połowie czerwca to spadek o 8 pp. Polacy ewidentnie przechodzą na tryb oszczędności i niechętnie wydają pieniądze. Niepewność związana z tym, że nie wiemy, jakie dalsze ograniczenia przyniesie nam rozwój pandemii, z pewnością ma na to duży wpływ – mówi Michał Tokarski.

Sprzedaż nowych mieszkań we Wrocławiu spadła o 42,2%. Co dalej?

W ciągu zaledwie pół roku sprzedaż mieszkań na rynku pierwotnym we Wrocławiu obniżyła się o 42,2%. To jeden z najwyższych spadków odnotowany wśród największych polskich aglomeracji, przeanalizowanych przez ekspertów od wycen nieruchomości z Emmerson Evaluation. Mimo wyraźnego wyhamowania na rynku pierwotnym, za które winić można m.in. koronawirusa, ceny mieszkań wciąż pozostają wysokie. W I półroczu 2020 r. średnia cena mkw. w stolicy Dolnego Śląska wzrosła o 3,4% do poziomu 8 471 zł. W perspektywie dwuletniej mieszkania zdrożały o 15%.

Z analizy Emmerson Evaluation na podstawie danych z bazy Evaluer wynika, że w I pół. 2020 r. na wrocławskim rynku pierwotnym w ofercie znajdowało się prawie 8 tys. mieszkań. Najwięcej nowych lokali deweloperzy zbudowali w dzielnicy Krzyki, kolejne były Fabryczna i Psie Pole. Najmniej lokali powstało w Śródmieściu i na Starym Mieście.

Wzrosty cen w większości dzielnic

Ceny mieszkań z rynku pierwotnego we Wrocławiu, podobnie jak w większości innych aglomeracji, wzrosły. Największe podwyżki (8,3%) eksperci Emmerson Evaluation odnotowali w Śródmieściu, gdzie średnia cena za mkw. nowego „M” osiągnęła wartość 11 840 zł/mkw. O 5,4% podrożały mieszkania na Krzykach, gdzie średnia cena w I pół. 2020 r. wzrosła do 8 475 zł. O 1,9% zdrożały lokale w ofercie dzielnicy Fabryczna. To właśnie tu można było znaleźć najtańsze mieszkania – średnia cena za mkw na rynku pierwotnym wyniosła tam 7 346 zł. Najniższy wzrost odnotowano na Psim Polu. Cena w tej dzielnicy w ciągu półrocza wzrosła o 1,1% osiągając wartość 7 525 zł. Spadła natomiast cena za mieszkania na Starym Mieście – w ciągu pół roku mieszkania w tej dzielnicy (jako jedynej) potaniały o 2,7% do poziomu 10 450 zł. Mimo tego, znajduje się ona na drugim miejscu (po Śródmieściu) wśród najdroższych dzielnic we Wrocławiu.

Wzrost cen mieszkań był bezpośrednim efektem aktywności deweloperów sprzed pandemii. Widać było to między innymi w podwyżkach cen w styczniu i lutym, gdy nadal na rynku panowała hossa. Jednak ze względu na bardzo wysoki pułap cen oraz spadającą liczbę zawieranych transakcji, pod koniec pierwszego półrocza br. deweloperzy musieli zmienić swoją politykę ofertową. Pojawiło się w niej związku tym coraz więcej dodatkowych bonusów np. rabaty na komórki lokatorskie czy miejsca postojowe – wskazuje Tomasz Kaźmierski, Business Development Director w Emmerson Evaluation.

Dzielnica Cena za mkw
Śródmieście 11 840 zł
Stare Miasto 10 450 zł
Krzyki 8 475 zł
Psie Pole 7 525 zł
Fabryczna 7 346 zł
Źródło: Baza Evaluer  

 

Wrocław poza podium najdroższych miast

Dynamika wzrostu cen w przeciągu półrocza we Wrocławiu należy do jednych z najniższych w Polsce. Podobny wynik do stolicy Dolnego Śląska (3,4%) uzyskał Sopot, gdzie ceny wzrosły o 3,3%. Najmniejsze wahania cen miały miejsce w Gdańsku oraz Gdyni, gdzie wzrosty wyniosły kolejno 1,4% i 1,3%.

Średnia cena za nowe mieszkanie we Wrocławiu wynosząca 8 471 zł uplasowała to miasto poza podium najdroższych miast w Polsce. W zestawieniu 9 największych aglomeracji, stolica Dolnego Śląska  plasuje się na szóstym miejscu pod kątem wysokości cen mieszkań. Na podium znalazły się Sopot (17 180 zł/mkw.), Warszawa (10 706 zł/ mkw.) i Gdańsk (9 972 zł/mkw.) Za Wrocławiem, na ostatnich trzech miejscach zestawienia, znajdują się Poznań (7 802 zł/mkw.), Katowice (7 268 zł/mkw.) oraz Łódź (6 456 zł/mkw.).

Odnotowany przez analityków Emmerson Evaluation spadek sprzedaży mieszkań we Wrocławiu sięgający 42% jest drugim najwyższym wynikiem dla analizowanych aglomeracji. Mocniej sprzedaż spadła jedynie w Łodzi – tam wolumen transakcji zmniejszył się o ponad połowę (57,5%). Jednak i w pozostałych metropoliach wyhamowanie sprzedaży było wyraźne. Najniższą zmianę odnotowano w Warszawie, a spadek wyniósł tam i tak niemało, bo 22%. Spośród wszystkich analizowanych miast trendowi spadkowemu nie uległ jedynie Sopot. W tym mieście sprzedaż nie tylko nie spadła, ale nawet wzrosła – w ciągu pół roku aż o 17,6%. Jednak jest to specyficzny rynek – mały i skupiony wokół luksusowych inwestycji i występują tu odmienne trendy niż w reszcie największych aglomeracji, tłumaczy ekspert Emmerson Evaluation.

Perspektywy dla wrocławskiego rynku nieruchomości

Mimo pandemii deweloperzy wciąż kontynuują uruchamianie nowych inwestycji. Z danych GUS wynika, że w pierwszym półroczu 2020 r. wydano o prawie 5% mniej pozwoleń na budowę mieszkań niż jeszcze pół roku wcześniej. – Te dane pozwalają wnioskować, że w najbliższych miesiącach nie powinniśmy spodziewać się gwałtownego ograniczenia podaży w stolicy Dolnego Śląska – dodaje Tomasz Kaźmierski.

Ponadto ekspert wskazuje, że przyszły rozwój rynku będzie zależeć od tego, jak poradzimy sobie z drugą falą pandemii, która powoli staje się faktem. W pesymistycznym scenariuszu, jeśli gospodarka ponownie zostanie zamrożona i pogłębi się recesja, to można spodziewać się ponownego spadku popytu i podaży, a to przełoży się na wyraźne spadki cen mieszkań. Natomiast w drugim, bardziej optymistycznym wariancie, gdy przejdziemy przez epidemię w sposób kontrolowany i nie wpłynie ona pogłębianie się recesji, nadal można spodziewać się korekty cen, ale raczej w dłuższym terminie i w mniejszej skali.

Pandemia jedynie spowolniła proces, ale nie odebrała Ukraińcom pragnienia wyjazdu do Niemiec

Pandemia jedynie spowolniła proces, ale nie odebrała Ukraińcom pragnienia wyjazdu do Niemiec i Czech. Głównym powodem są wyższe zarobki.

W związku z pogarszającą się sytuacją gospodarczą na Ukrainie ukraińscy migranci zarobkowi za priorytet uważają możliwość szybszego osiągnięcia wyższych wynagrodzeń w Niemczech, Czechach i krajach skandynawskich niż w Polsce. Ten proces został spowolniony przez pandemię i lockdown. Pomimo tego, pesymistyczna tendencja na polskim rynku pracy  w dalszym ciągu jest mocno widoczna.  Potwierdzają to badania Centrum analitycznego agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy dynamika wyjazdów Ukraińców do Niemiec na podstawie sfałszowanych dokumentów lub polskich wiz pracowniczych wzrosła. Ludzi nie powstrzymuje ryzyko deportacji z zakazem wjazdu do UE, naloty policji i grzywny. W okresie od lipca do września deportowano około trzystu Ukraińców, a tylko w ciągu pierwszych 10 dni września zatrzymano 48 osób. To jest rekord, pisze Bild, cytując wewnętrzną „Analizę migracji” Komendy Głównej Policji Federalnej. Konsulat Generalny Ukrainy w Monachium również oficjalnie oświadcza, że w ostatnim czasie odnotowano gwałtowny wzrost liczby zatrzymań obywateli Ukrainy podczas prób nielegalnego przekroczenia niemieckiej granicy.

Również czeska policja zaczęła częściej organizować kontrole. Według Ambasady Ukrainy w Czechach, tylko w lipcu w ośrodkach czasowego pobytu dla cudzoziemców i bezpaństwowców przebywało około dwustu Ukraińców.

„Na początku pandemii, ze względu na brak wiedzy, jak obejść ograniczenia związane z kwarantanną, zmniejszyła się liczba Ukraińców wyjeżdżających do innych krajów UE. Jednak teraz migranci zarobkowi dostosowali się do nowej rzeczywistości i omijają zakazy, aby dostać się do pracy w innych krajach UE. Na Ukrainie kwitnie biznes pośredników i przewoźników drogowych, gotowych przewieźć ukraińskich pracowników do Niemiec, Czech czy Austrii tranzytem np. przez Węgry. Ukraińscy migranci zarobkowi coraz częściej próbują wyjechać i pracować w tych krajach na podstawie polskich wiz pracowniczych lub nawet zwykłych pozwoleń na pracę. Do pracy w Europie wykorzystują też fałszywe umowy o pracę, fałszywe paszporty rumuńskie i węgierskie, czy czeskie wizy pracownicze”- komentuje sytuację dyrektor generalny Gremi Personal Tomasz Bogdevic.

Niemcy, Czechy i inne kraje UE przyciągają Ukraińców wyższymi od polskich zarobkami. Republika Czeska ma najniższą stopę bezrobocia w Europie, a kraj potrzebuje pracowników z zagranicy, aby uzupełnić deficyt siły roboczej. Niektóre firmy, szczególnie budowlane, podnoszą stawki godzinowe, aby przyciągnąć pracowników i realizować zamówienia.

W Niemczech wciąż najbardziej poszukiwani są pracownicy budowlani, murarze, opiekunki i pielęgniarki. Niemieckie zarobki są 2-3 razy wyższe niż polskie (2-2,5 tys. euro w porównaniu do 800-1000 euro).

Według danych Centrum analitycznego Gremi Personal około 40 proc. Ukraińców, którzy przyjechali do pracy do Polski, wśród przyczyn migracji podaje brak pracy w ojczyźnie, inflację i wzrost cen.

A według szacunków Instytutu Demografii i Badań Społecznych Narodowej Akademii Nauk Ukrainy liczba ubogich ludzi na Ukrainie (w przypadku których wydatki są poniżej rzeczywistego poziomu utrzymania) w 2020 roku wzrośnie do 45%. Natomiast według prognoz UNICEF wskaźnik ten w tym roku może wzrosnąć do 50,8%.

Prognozy te po raz kolejny potwierdzają, że ​​po zniesieniu ograniczeń wywołanych kwarantanną ukraińscy migranci zarobkowi będą z jeszcze większą determinacją wyjeżdżać do pracy w Niemczech, Czechach i innych krajach UE. Polska może zatrzymać pracowników z Ukrainy tylko poprzez nieustające upraszczanie procedur wydawania cudzoziemcom kart pobytu, a także poprzez wzmacnianie i rozwijanie programów społecznych na rzecz asymilacji Ukraińców w Polsce.

Centrum Analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal 

Neutralność klimatyczna Grupy PGE do 2050 roku

PGE Polska Grupa Energetyczna opublikowała nową strategię. Spółka przedstawiła plan transformacji Grupy i drogę do dekarbonizacji wytwarzania oraz ogłosiła cel osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r. „Przyspieszamy proces zmian w spółce. Już w ciągu dekady Grupa PGE stanie się zupełnie innym przedsiębiorstwem” – zapowiada prezes zarządu PGE Wojciech Dąbrowski.

Nowa Strategia Grupy PGE przedstawia plan transformacji zmierzający do neutralności klimatycznej Grupy w 2050 roku. Zostanie to osiągnięte poprzez realizację inwestycji w nisko i zeroemisyjne źródła energii oraz infrastrukturę sieciową.

„Zgodnie z informacją z lutego 2020 roku, zaraz po powołaniu do zarządu PGE XI Kadencji, zapowiedziałem zmiany i rozpoczęcie prac nad nową strategią Grupy PGE. Dzisiaj informuję, że PGE Polska Grupa Energetyczna jest gotowa do bycia liderem zrównoważonej transformacji energetycznej, a zarząd ma na to bardzo konkretny plan. W nowej strategii odpowiedzieliśmy na oczekiwania społeczne, zmiany regulacyjne oraz rynkowe i zdecydowanie postawiliśmy na nisko i zeroemisyjne źródła energii. Nasz cel to neutralność klimatyczna Grupy PGE w 2050 roku. Aby go zrealizować przyspieszamy proces zmian w spółce. Już w 2030 roku Grupa PGE będzie całkowicie innym przedsiębiorstwem” – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polska Grupa Energetyczna.

Nowa Strategia PGE została oparta na trzech filarach: energia przyjazna dla środowiska, nowoczesne usługi energetyczne oraz sprawna i efektywna organizacja.

Dekarbonizacja portfela aktywów wytwórczych

Dekarbonizacja będzie procesem złożonym, wymagającym kapitałochłonnych inwestycji skoncentrowanych na wytwarzaniu wyłącznie w technologiach nisko i zeroemisyjnych. Obecny portfel wytwórczy Grupy PGE jest w ponad 80 proc. oparty na węglu kamiennym i brunatnym.

„W horyzoncie 2030 roku utrzymanie pozycji lidera wytwarzania zamierzamy oprzeć na wzmocnieniu portfela odnawialnych źródeł wytwórczych oraz konwersji paliwa węglowego na gazowe w ciepłownictwie systemowym. Gaz ziemny jest paliwem przejściowym i jego wykorzystanie będzie możliwe jeszcze przez ok. 20 lat. Późniejsze inwestycje w zakresie źródeł gazowych będą zależały od tempa rozwoju alternatywnych technologii. W 2050 roku będziemy dostarczać naszym Klientom 100 proc. zielonej energii” – podkreśla Wojciech Dąbrowski.

W tym celu do 2030 roku Grupa PGE zamierza wybudować 2,5 GW nowych mocy w morskich elektrowniach wiatrowych, 3 GW w fotowoltaice oraz rozbudować portfel lądowych farm wiatrowych o co najmniej 1 GW. Dostrzegając zainteresowanie ze strony klientów, Grupa PGE przygotuje dla nich możliwość udziału w transformacji energetycznej. Wielkoskalowym projektom będzie towarzyszyć komplementarny program magazynowania energii na co najmniej 0,8 GW, co pozwoli na wsparcie bezpiecznej i elastycznej pracy systemu elektroenergetycznego.

PGE: neutralność klimatyczna w 2050 roku

Grupa PGE jako lider transformacji deklaruje zmniejszenie oddziaływania na środowisko naturalne i osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku. Obniżenie emisyjności wytwarzania nastąpi poprzez zmianę technologii, rozbudowę portfela OZE, umożliwienie udziału w transformacji klientom PGE i zaangażowanie w działania na rzecz gospodarki obiegu zamkniętego.

„Naszym długoterminowym celem strategicznym jest, aby w 2050 roku 100 proc. energii sprzedawanej przez PGE pochodziło ze źródeł odnawialnych. Nasi klienci oczekują energii produkowanej w sposób przyjazny dla środowiska. Dlatego będziemy realizować ambitny program budowy morskich i lądowych farm wiatrowych oraz fotowoltaiki. Będziemy też poszukiwać możliwości akwizycyjnych kolejnych projektów odnawialnych. Wiemy, że transformacja energetyczna jest procesem wielowymiarowym, dlatego budowę udziału w rynku OZE oprócz realizacji inwestycji wielkoskalowych wzmocnimy o długoterminową współpracę z naszymi klientami. Dostrzegamy ich dążenie do niezależności i bycia aktywnymi uczestnikami rynku. Dlatego korzystając ze swoich kompetencji i doświadczenia, wychodzimy naprzeciw ich potrzebom: będziemy wdrażać oferty oparte na długoterminowej współpracy, zapewniające im dostęp do zielonej energii, stwarzać korzystne warunki do produkcji energii w mikroinstalacjach oraz zapewniać niezawodne usługi dystrybucyjne, umożliwiające rozwój energetyki rozproszonej i magazynów energii” – informuje Wojciech Dąbrowski.

Aspiracje PGE zostały określone w dwóch horyzontach czasowych. Do 2030 roku nastąpi zwiększenie udziału energetyki odnawialnej w portfelu Grupy do poziomu 50 proc. oraz zmniejszenie emisji dwutlenku węgla o 85 proc., co oznacza 120 mln ton mniej emisji CO2, natomiast do 2050 roku Grupa zamierza osiągnąć neutralność klimatyczną, czyli zero emisji netto CO2 oraz zapewniać 100 proc. zielonej energii dla swoich klientów.

Inwestycje napędzające transformację Grupy PGE i rozwój polskiej gospodarki

W polityce inwestycyjnej Grupy PGE widoczna będzie wyraźna zmiana w kierunku źródeł odnawialnych, które w perspektywie 2030 roku będą zapewniać ponad 25 proc. wyniku Grupy PGE. Udział OZE w nakładach inwestycyjnych wyniesie ok. 50 proc. i będzie sukcesywnie rósł. Konieczne inwestycje w jednostki gazowe wynikać będą z potrzeb bilansowania systemu oraz umożliwienia dekarbonizacji ciepłownictwa. Do 2030 roku udział źródeł niskoemisyjnych w produkcji ciepła Grupy PGE wyniesie przynajmniej 70 proc.

„Grupa PGE jest w najlepszej pozycji do pełnienia roli lidera zmian w energetyce. Konieczne będą inwestycje o wielkiej skali. Ich realizacji będą mogły podjąć się duże przedsiębiorstwa energetyczne, takie jak PGE. Podstawową działalnością Grupy PGE będzie: wytwarzanie energii w oparciu o źródła odnawialne, nisko i zeroemisyjne ciepłownictwo, niezawodna infrastruktura sieciowa i nowoczesne usługi energetyczne. W tych obszarach będziemy koncentrować wysiłki inwestycyjne. Do 2030 roku na inwestycje przeznaczymy ponad 75 mld złotych. Chcemy, by jak największy udział w transformacji polskiej energetyki mieli polscy przedsiębiorcy, którzy już dziś dostarczają najwyższej klasy produkty i rozwiązania również dla energetyki na całym świecie” – informuje Wojciech Dąbrowski.

Realizowany na przestrzeni najbliższej dekady program inwestycyjny Grupy PGE będzie zmierzać do realizacji nisko i zeroemisyjnej transformacji polskiego miksu energetycznego. Grupa PGE w tym okresie będzie intensywne rozwijać kierunek wiatrowy i fotowoltaiczny. Do 2030 roku powstaną dwie morskie farmy Grupy PGE o łącznej mocy 2,5 GW oraz kolejny 1 GW po 2030 roku. Potencjał Morza Bałtyckiego zostanie w pełni wykorzystany, a baza projektów PGE zostanie uzupełniona o kolejne 3 GW. Tym działaniom będzie towarzyszyć budowa elastycznych mocy gazowych oraz komplementarny do OZE program budowy magazynów energii, zapewniających elastyczną pracę systemu elektroenergetycznego i pozwalający na większe wykorzystanie mocy źródeł odnawialnych. Plan Grupy PGE w tym obszarze to 800 MW nowych magazynów energii w Polsce w 2030 roku, które zapewnią bezpieczną integrację systemową nowych źródeł OZE.

Plan inwestycyjny Grupy PGE będzie się także koncentrował na infrastrukturze sieciowej. Inwestycje w rozwój sieci dystrybucyjnej umożliwią integrację nowopowstających źródeł odnawialnych, ponieważ w przeważającej liczbie będą one podłączane do linii należących do operatorów sieci dystrybucyjnych. Dla zapewnienia niezawodności dostaw oraz odpowiednich parametrów jakościowych realizowane będą inwestycje w linie, transformatory, łączność cyfrową, magazyny energii oraz nowoczesne opomiarowanie stanowiące elementy inteligentnej sieci. Dystrybucja odegra także istotną rolę w procesie łączenia sektora energetycznego z sektorami ciepła, przemysłu i transportu, które będą się systematycznie elektryfikować.

Sprawna i efektywna organizacja

Strategia Grupy PGE podkreśla, że dynamika transformacji wymaga ciągłego podnoszenia produktywności i sprawności funkcjonowania spółki. Do realizacji ambitnego programu inwestycyjnego konieczne jest dostosowanie organizacji do nowych wyzwań i stałe podnoszenie efektywności operacyjnej. W tym celu zostanie zbudowany nowy model współpracy w Grupie PGE, dostosowana zostanie struktura zatrudnienia, wykorzystany będzie potencjał automatyzacji i cyfryzacji, zoptymalizowane zostaną usługi remontowe i eksploatacyjne. W efekcie tych działań do 2025 roku Grupa planuje obniżyć koszty stałe funkcjonowania (nie wliczając efektów w segmencie Energetyki Konwencjonalnej) o co najmniej 15 proc., a do 2030 roku o 25 proc. w stosunku do 2019 roku w cenach stałych.

„Przygotowujemy aktywa konwencjonalne do funkcjonowania w nowej strukturze właścicielskiej. Jesteśmy też przygotowani do integracji sektora elektroenergetycznego w różnych konfiguracjach” – informuje Wojciech Dąbrowski.

Dostęp do finansowania na potrzeby inwestycyjne Grupy PGE

Grupa wykorzysta dostępne źródła finansowania z funduszy pomocowych dostępnych dla Polski w zakresie transformacji energetycznej. Ambicją PGE jest, aby udział pozyskanego finansowania pokrył 25 proc. potrzeb inwestycyjnych Grupy.

Ograniczenie ekspozycji na zmiany rynkowe i stabilny zwrot z inwestycji opartych o dedykowane mechanizmy wsparcia, a także wykorzystanie finansowania pozabilansowego korzystnie wpłyną na profil ryzyka spółki i będą wspierać budowę wartości dla akcjonariuszy.

Fundusze hedgingowe odporne na koronawirusa

Fundusze hedgingowe przygotowują się do wyjścia z zakłóceń spowodowanych pandemią COVID-19, bardziej odporne, elastyczne, zróżnicowane i produktywne.

Pomimo trwającej pandemii COVID-19 57% funduszy hedgingowych na całym świecie aktywnie poszukuje lub zatrudnia nowych pracowników. Zdecydowana większość – 81% firm inwestuje w technologie IT i technologie cyfrowe, aby zapewnić swoim organizacjom ciągłość i skuteczność działania. Wyniki badania KPMG International i Alternative Investment Management Association wskazują, że fundusze hedgingowe przygotowują się do wyjścia z zakłóceń spowodowanych pandemią COVID-19, bardziej odporne, elastyczne, zróżnicowane, wydajne i produktywne.

Raport KPMG International i Alternative Investment Management Association pt. „Agile and Resilient: Alternative investments embrace the new reality” powstał na podstawie badania przeprowadzonego wśród 144 zarządzających funduszami hedgingowymi na całym świecie, reprezentujących aktywa w zarządzaniu o wartości 840 miliardów USD. Badanie było przeprowadozne w czasie rzeczywistym podczas pandemii i zakończyło się w lipcu 2020 roku.

Dochód ze źródeł nieujawnionych a dochód określony w drodze oszacowania

Organy podatkowe dysponują narzędziami umożliwiającymi określenie prawidłowej kwoty zobowiązania podatkowego oraz rozliczenie podatku w przypadku, gdy podatnik robi pewne rzeczy w sposób nieprawidłowy albo nie do końca poprawny. W sytuacji, gdy podatnik dokonuje określenia podstawy opodatkowania w sposób nieprawidłowy, organ może dokonać oszacowania. W przypadku wątpliwości w zakresie źródeł finansowania wydatków organ podatkowy podejmuje czynności w zakresie określenia dochodu z nieujawnionych źródeł.

Nieujawnione źródła przychodów

Przychody nieujawnione oraz przychody nieznajdujące pokrycia w ujawnionych źródłach zaliczane są do kategorii „innych” przychodów. Określenie „nieujawnione źródła przychodów” odnosi się obecnie do przychodów nieznajdujących pokrycia w ujawnionych źródłach albo ujawnionych w nieprawidłowej wysokości, a także przychodów ze źródeł niewskazanych przez podatnika i nieustalonych w ramach kontroli skarbowej.

Wysokość przychodów ustalonych w powyższy sposób jest równa wartości odpowiadającej nadwyżce wydatków nad przychodami opodatkowanymi lub nieopodatkowanymi, uzyskanymi przed poniesieniem wydatku. Z kolei zgodnie z art. 25b ust. 2 ustawy o PIT pojęcie „wydatku” oznacza wartość zgromadzonego przez podatnika w roku podatkowym mienia lub alternatywnie wysokość wydatkowanych środków. Pomimo braku ustawowej definicji mienia przyjęło się traktować je jako mienie własności i inne prawa majątkowe. Jest to pojęcie bardzo szerokie, mające swoje źródło w regulacjach kodeksu cywilnego.

Postępowanie

Podstawą do wszczęcia postępowania w sprawie dochodów ze źródeł nieujawnionych jest wiedza organów skarbowych. W przypadku, gdy organ podatkowy chce ustalić dochód z nieujawnionych źródeł, z jednej strony porówna wartość posiadanego przez podatnika majątku oraz przychodów za dany okres do wartości poniesionych przez niego wydatków. W przypadku, gdy składniki majątku nie będą miały pokrycia w osiągniętych przychodach, organ podatkowy może ustalić dochód z nieujawnionego źródła i wymierzyć opodatkowanie według sankcyjnej stawki 75%.

Kluczowa kwestia to posiadanie dowodów. W postępowaniu organy podatkowe dążą do ustalenia kompletnego stanu faktycznego. Aby nie narazić się na sankcyjną stawkę 75%, podatnik powinien wykazać, że posiadał wystarczające środki na pokrycie wydatku, wynikające zarówno z przychodów opodatkowanych, jak i nieopodatkowanych (wyrok WSA w Olsztynie z dnia 05.03.2020 r., sygn. akt I SA/Ol 45/20). Co do zasady niedające się usunąć wątpliwości powinny być rozstrzygane na korzyść podatnika, jednak podatnik powinien jedynie uprawdopodobnić, nie udowodnić pochodzenie posiadanych środków (przykładowo wyrok WSA w Łodzi z dnia 09.01.2020 r., sygn. akt I SA/Łd 612/19).

Na zakończenie warto wspomnieć, że okres przedawnienia w przypadku dochodów z nieujawnionych źródeł lub nieznajdujących pokrycia w ujawnionych źródłach wynosi 5 lat od końca roku kalendarzowego, w którym powstał obowiązek podatkowy w tym zakresie.

Dochód określony w drodze oszacowania

Zasadniczo podstawę opodatkowania określa się na podstawie prowadzonych ksiąg rachunkowych. Jeżeli organ podatkowy podejmie wątpliwości w zakresie prawidłowości ustalenia podstawy opodatkowania, może sam dokonać oszacowania. Organ podatkowy może określić wymiar zobowiązania podatkowego w sytuacji, gdy:

  • brak jest ksiąg podatkowych lub innych danych umożliwiających określenie podstawy opodatkowania;
  • dane wynikające z ksiąg rachunkowych nie pozwalają na określenie podstawy opodatkowania;
  • podatnik naruszył warunki uprawniające do korzystania ze zryczałtowanej formy opodatkowania.

Organ podatkowy może odstąpić od określenia dochodu w drodze oszacowania w sytuacji, gdy dowody uzyskane w toku postępowania pozwalają na określenie podstawy opodatkowania.

Metody szacowania

Dostępnych jest kilka metod określenia podstawy opodatkowania. Główne metody to:

  • porównawcza zewnętrzna – porównanie funkcjonowania przedsiębiorstwa do innego, niezależnego podmiotu;
  • porównawcza wewnętrzna – wykorzystanie historycznych danych o funkcjonowaniu przedsiębiorstwa;
  • remanentowa – porównanie stanu na początek i koniec okresu;
  • produkcyjna – ustalenie zdolności produkcyjnej przedsiębiorstwa;
  • kosztowa – określenie obrotu na podstawie poniesionych kosztów i przyjęcia odpowiedniego wskaźnika;
  • dochodowa – określenie dochodu w obrocie.

Celem zastosowania jednej z powyższych metod jest ustalenie podstawy opodatkowania w wysokości zbliżonej do rzeczywistej.

Podsumowanie

Granica pomiędzy ustaleniem dochodu w drodze oszacowania a zastosowaniem 75% stawki podatku od dochodów nieujawnionych jest stosunkowo „cienka”. Innymi słowy, organ podatkowy, dokonując oszacowania dochodu, może dojść do wniosku, że część wydatków nie znajduje pokrycia lub wręcz została pokryta ze źródeł nieujawnionych. W obu sytuacjach organ musi przeprowadzić postępowanie dowodowe, jednak w przypadku dochodów ze źródeł nieujawnionych podatnik musi jedynie uprawdopodobnić źródło pochodzenia dochodów. W przypadku oszacowania podatnik może jedynie nie zgodzić się z kwotą oszacowania, jednak wtedy musi przedstawić konkretne dokumenty w postępowaniu dowodowym prowadzonym przez organ, a w kolejnym etapie sądowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Większość klientów wróciła do centrów handlowych, ale wizyty w nich wyglądają inaczej

Jak wynika z raportu EY „Czy w pandemii centra są handlowe? Analiza obrotów, odwiedzalności i ich wzajemnych zależności w centrach handlowych w Polsce” przygotowanego przy współpracy z Mastercard i Top-Key, pod koniec wakacji odwiedzalność centrów handlowych była na poziomie 87% frekwencji notowanej na początku roku. Dane z ostatniego tygodnia sierpnia pokazały wprawdzie zwiększoną aktywność kupujących przed rozpoczynającym się rokiem szkolnym, ale we wrześniu w obiektach handlowych frekwencja była już na poziomie 82% w porównaniu z okresem sprzed pandemii. Jeszcze szybciej niż klienci, do centrów handlowych wróciły obroty – w sierpniu średnio były już na poziomie 90% tych, notowanych na początku roku. Wizyty w centrach handlowych wyglądają jednak inaczej niż przed pandemią, a szczegółowa analiza zachowań klientów w trakcie lockdownu i po nim pozwala wyciągać wnioski i szacować, w jakiej skali wprowadzenie kolejnych obostrzeń mogłoby wpłynąć na spadki obrotów, odwiedzalności, czy na przykład wielkość koszyka.

handel i zakupy w czasie pandemii– Nasza analiza wskazała na szereg trendów zarówno dotyczących zachowań klientów, jak i działalności centrów handlowych. Część z nich była tylko tymczasowa i spowodowana sytuacją lockdownu, ale część z nich ma szansę utrwalić się na dłużej. Jedno jest pewne, przyszłość obiektów handlowych zależna będzie nie tylko od zachowań konsumenckich i działań podejmowanych przez najemców i zarządców, ale również od wielu czynników od nich niezależnych, a dotyczących dalszego rozwoju sytuacji epidemicznej w kraju – mówi Anna Kicińska, Partner, Lider Grupy Doradztwa Rynku Nieruchomości EY Polska.

– Przedstawione w raporcie wnioski pozwalają szacować, jak wprowadzenie ewentualnych kolejnych obostrzeń mogłoby wpłynąć na ich dalszą działalność. Byliśmy w stanie zaobserwować te zależności dzięki zestawieniu unikatowych i niedostępnych powszechnie szczegółowych danych, dotyczących zarówno obrotów, jak również odwiedzalności centrów handlowych. Dzięki temu mogliśmy oszacować potencjał zakupowy, ocenić skalę tzw. „pustego footfallu” i zmierzyć, ilu z odwiedzających decyduje się na zakupy. Stworzyliśmy w ten sposób szeroki i pełen obraz działalności centrów handlowych w okresie lockdownu i kilka miesięcy po nim – dodaje Dominik Wojdat, Senior Manager, Grupa Doradztwa Rynku Nieruchomości EY Polska.

Jak wynika z analizy danych Mastercard i Top-Key[1] przeprowadzonej przez ekspertów EY, okres lockdownu był szczególnie dotkliwy dla centrów handlowych trzeciej i czwartej generacji, w których oprócz sklepów i punktów usługowych, istotną część przestrzeni zajmują kina, restauracje, kluby fitness, czy biura. Zdecydowanie lepiej w czasie lockdownu radziły sobie obiekty typu convenience, w których za obroty w znacznej mierze odpowiadają sklepy spożywcze.Czy w pandemii centra są handloweW trakcie lockdownu największy spadek obrotów dotyczył obiektów handlowych zlokalizowanych w dużych miastach regionalnych (w których liczba mieszkańców jest wyższa niż 200 tys.) oraz w Warszawie. Tu też dużo wolniej handel wracał do poziomów sprzed pandemii. Znacznie lepiej radziły sobie centra handlowe w miastach do 100 tys. mieszkańców, które po ponownym otwarciu w maju, notowały najszybszy wzrost obrotów.

– Okres zamknięcia nie dotknął tak istotnie obrotów, jak samej odwiedzalności obiektów handlowych. Jak wynika z naszych danych, wartość koszyka zakupowego klientów centrów handlowych wzrosła – w szczytowym momencie nawet o ponad 70% w porównaniu ze styczniem 2020 r. Klienci wydawali więc więcej, jednocześnie zmniejszając liczbę wizyt w obiektach handlowych i ograniczając liczbę osób „towarzyszących” na zakupach. Pozwoliło to na kompensację spadku liczby transakcji wyższą średnią wartością koszyka zakupowego – mówi Marek Kolano, dyrektor działu Data Driven Solutions w polskim oddziale Mastercard Europe.

Z analizy EY wynika, że w okresie lockdownu tzw. konwersja, czyli przełożenie wizyt w obiektach handlowych na realne zakupy, wzrosła o nawet 30% w porównaniu z początkiem roku, jednak luzowanie obostrzeń w kolejnych miesiącach spowodowało jej obniżenie, co jest szczególnie widoczne w małych miastach.

Biorąc pod uwagę poszczególne branże, z oczywistych powodów, w najmniejszym stopniu skutki zamknięcia i ograniczenia w handlu odczuła branża spożywcza, choć część sprzedaży przeniosła się z super- i hipermarketów zlokalizowanych w centrach handlowych do małych sklepów osiedlowych. Znaczne wzrosty po okresie zamknięcia odnotowały sklepy typu DIY i meblowe. Obroty w tej grupie – choć zwyczajowo rosnące w okresie letnim – w 2020 r. były wyjątkowo wysokie.

Siłą rzeczy, w czasie lockdownu najmocniej dotknięte zostały kina i gastronomia. Kina nadal borykają się z brakiem widzów i jednocześnie kinowych premier (w samym sierpniu obroty były tu na poziomie ok. 20% w porównaniu z początkiem roku), a ich powrót jest konieczny, by nie tylko kina, ale całe centra handlowe mogły wrócić do czasów swojej dawnej świetności.

Tam, gdzie było to możliwe handel przeniósł się do kanału e-commerce – w dużym stopniu dotyczyło to np. elektroniki i w tej branży niemal od razu odnotowano znaczny wzrost aktywności kupujących w Internecie. Nieco później do sieci przeniosła się sprzedaż na przykład w segmencie odzież i obuwie, ale wraz z luzowaniem ograniczeń, znaczna część ruchu wróciła do sklepów stacjonarnych.Czy w pandemii centra są handlowe zmiana obrotów– Zmiany zachowań zakupowych Polaków dokonują się od dłuższego czasu. Jeszcze przed pandemią obserwowaliśmy przesunięcie zakupów w stronę online, a klienci stawali się coraz bardziej wielokanałowi. Z naszego badania wynika jednak wyraźnie, że nie wszystkie branże cieszą się zwiększoną popularnością w sieci. O ile klienci coraz częściej wybierają ten kanał do zakupu elektroniki czy sprzętu AGD, to zakupy w kategorii odzież czy produkty spożywcze wciąż w dużej mierze pozostawiają w tradycyjnych kanałach sprzedaży. Kupujący z jednej strony cenią sobie bowiem możliwość osobistego wyboru, oglądania, mierzenia, jak również dostępności produktu „od ręki” bez konieczności czekania na przesyłkę. Inną kwestią w czasie pandemii pozostawało to, czy Polacy komfortowo czuli się w centrach handlowych, ale z innych naszych badań wynika, że obiekcje w tej kwestii miał jeden na trzech Polaków, co w porównaniu z mieszkańcami krajów Europy Zachodniej wyglądało zdecydowanie bardziej optymistycznie – mówi Łukasz Wojciechowski, Partner, Lider Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich w EY Polska.

Pandemia odmieniła również przyzwyczajenia dotyczące aktywności zakupowej na przestrzeni poszczególnych dni tygodnia. O ile wcześniej można było obserwować, że rosła ona z każdym dniem tygodnia, osiągając najwyższy poziom w sobotę, o tyle sytuacja lockdownu zmitygowała te różnice i można mówić niemalże o równomiernym rozłożeniu wizyt w centrach handlowych na poszczególne dni.

– Po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele, zakupy (na które najchętniej przeznaczaliśmy dwa weekendowe dni) zostały w dużej mierze przesunięte na sobotę. Szczególnie powszechnie odwiedzane były w tym czasie outlety i parki handlowe. Z naszych danych dotyczących odwiedzalności centrów handlowych wynika, że w czasie lockdownu i po nim równie chętnie odwiedzaliśmy obiekty handlowe w każdym innym dniu tygodnia. Widać jednak, że udział sobót ponownie rośnie, co pozwala wnioskować że odwrócenie tego zjawiska było jedynie tymczasowe i mogło być spowodowane bardziej elastycznym czasem pracy czy zdalnym nauczaniem – mówi Marcin Guziński, Dyrektor Operacyjny Top-Key.

Zmiany widać było również w danych dotyczących czasu spędzanego w obiektach handlowych. O ile przed lockdownem, średnio w centrach handlowych odwiedzający spędzali 60 – 70 minut, to w okresie największych obostrzeń było to już tylko 40 – 45 minut. Po zniesieniu ograniczeń klienci znów chętniej przebywają w centrach handlowych, spędzając tu nawet więcej czasu niż przed pandemią – średnio w sierpniu i wrześniu było to 75 minut.

Raport EY „Czy w pandemii centra są handlowe? Analiza obrotów, odwiedzalności i ich wzajemnych zależności w centrach handlowych w Polsce” powstał na podstawie analizy danych Mastercard i Top-Key dla ponad 130 obiektów handlowych w całej Polsce, o łącznej powierzchni najmu ponad 3 mln mkw, czyli stanowiących około 1/4 podaży nowoczesnej powierzchni handlowej. W badanej próbie reprezentowane były wszystkie rodzaje obiektów: od centrów convenience, przez outlety i parki handlowe, po centra handlowe najwyższych generacji. Analizą objęte zostały wskaźniki obrotów i odwiedzalności obiektów handlowych w okresie od początku 2020 roku do końca sierpnia.

GLS Poland uruchamia trzy nowe filie

Firma kurierska uruchamia trzy nowe filie – pod Starogardem Gdańskim, na północ od Warszawy w miejscowości Różan koło Ostrołęki oraz w Wodzisławiu Śląskim. GLS Poland dostosowuje swoją infrastrukturę bazową do rosnącego strumienia przesyłek i potrzeb e-commerce.

Zadaniem nowych filii jest uzupełnienie oraz dalsze wzmocnienie sieci operacyjnej firmy kurierskiej. – Lokalizacje zostały wybrane po starannej analizie. Gęsta sieć operacyjna pozwala stale usprawniać proces doręczeń i odbioru. Zależy nam na tym, by być „bliżej” klientów i sukcesywnie wzbogacać wachlarz opcji dostępnych na ostatniej mili. W kontekście rozwoju branży e-commerce jest to strategicznie ważny element nowoczesnych, czyli elastycznych usług kurierskich – mówi Małgorzata Markowska, marketing manager GLS Poland.

Dwie na północy, jedna na południu

We wrześniu otwarta została nowa filia GLS Poland w Rywałdzie, tuż obok Starogardu Gdańskiego. Obiekt ma 18 bram kurierskich, a jego przepustowość wynosi obecnie ok. 3,5 tys. przesyłek dziennie. Znajduje się w pobliżu węzła drogi krajowej 22 z autostradą A1. Oddział obsługuje okolice Malborka, Tczewa, Skwierzyny czy Elbląga, odciążając filię w Straszynie pod Gdańskiem.

Pod koniec października ruszy filia w Różanie, ok. 100 km na północ od Warszawy. Obiekt ma powierzchnię ponad 1400 m kw., został wyposażony w 31 bram kurierskich i docelowo może obsłużyć łącznie ok. 6000 paczek dzienne. Jest zlokalizowany w centralnym punkcie między filiami GLS w Warszawie, Białymstoku, Olsztynie, Ełku, Brodnicy i Płocku.

Kurierzy z oddziału w Różanie będą obsługiwali Ostrołękę, Łomżę, Przasnysz, Ciechanów czy Ostrów Mazowiecką. Filia znajduje się na skrzyżowaniu dróg krajowych DK60 i DK61, z dogodnym dojazdem do tych miejscowości. Poza tym, dzięki drodze S8, Różan jest bardzo dobrze skomunikowany z naszą regionalną sortownią w Wypędach pod Warszawą – mówi Artur Antos, dyrektor operacyjny Regionu Wschód GLS Poland.

Na początku listopada wystartuje filia w Wodzisławiu Śląskim, czyli w południowej części województwa śląskiego. Będzie dysponować 30 bramami kurierskimi. Obiekt ma pow. blisko 1000 m kw., zgodnie z prognozami w pierwszym etapie będzie obsługiwać ok. 4500 przesyłek dziennie. Przejmie część tras oddziałów w Czeladzi, Bielsku-Białej, a później odciąży też filię w Opolu. Z Wodzisławia kurierzy dotrą do Raciborza, Rybnika, Żor, Jastrzębia-Zdroju, a nawet w okolice Kędzierzyna-Koźla.

Początkowo planowaliśmy tu tylko punkt przeładunkowy, jednak potencjał tego obszaru, zwłaszcza liczba działających tu firm, a także możliwości optymalizacji kosztów operacyjnych, przekonały nas do otwarcia regularnej filii. Dodatkowo, obiekt w Wodzisławiu Śląskim można  rozbudować o kolejne 20 bram kurierskich w najbliższych latach – zapowiada Michał Dojcz, dyrektor operacyjny Regionu Południe.

Rośnie przepustowość na trasach krajowych i zagranicznych

W tym roku znacznie rozbudowana została również filia GLS w Poznaniu: teraz ma blisko dwa razy więcej bram kurierskich (jest ich 158), z 8 do 13 zwiększyła się liczba wahadłowych bram załadunkowych (z możliwością dodania kolejnych 7), więcej jest również wahadłowych bram rozładunkowych. Powierzchnia obiektu jest teraz większa łącznie o ok. 50%. Filia, działająca w tej lokalizacji od 2008 roku wraz z polską centralą firmy kurierskiej, jest dziś w stanie obsłużyć dwa razy więcej paczek niż przed rozbudową.

Obiekt jest w pełni przygotowany do tego, by w przyszłości przejąć funkcję samodzielnej sortowni regionalnej. W tym roku w poznańskiej filii GLS ruszyła też sortownia dla paczek eksportowych. Są stąd kierowane do krajów Europy Zachodniej.

Systematycznie rozbudowujemy naszą infrastrukturę bazową i optymalizujemy trasy transportu liniowego, zwiększając przepustowość sieci. Dostosowujemy się w ten sposób do rosnącego strumienia paczek, zarówno w ruchu krajowych, jak i transgranicznym – dodaje Małgorzata Markowska.

Natomiast w ubiegłym roku GLS Poland otworzył nowe filie w Tarnobrzegu, przy DK 9 łączącej  Warszawę i Rzeszów, oraz w Bielawie na Dolnym Śląsku.

Przypomnijmy, że w 2018 roku GLS Poland uruchomił swój największy oddział w Polsce, który jest w stanie obsłużyć średnio 90 tys. paczek dziennie pełni również funkcję sortowni regionalnej. Jest zlokalizowany we wspomnianych Wypędach pod Warszawą, z bardzo dogodnym dostępem do sieci autostrad i dróg szybkiego ruchu. Centralnym punktem przeładunkowym dla przesyłek krajowych i międzynarodowych jest Stryków. Wraz z sortowniami regionalnymi w Bydgoszczy, we Wrocławiu, w Wypędach łączy polską i międzynarodową sieć GLS.

Dodajmy, że GLS systematycznie, już od 10 lat, rozwija również sieć punktów nadania i odbioru Szybka Paczka/ ParcelShop (prowadzonych przez partnerów GLS). Ich liczba w całej Polsce przekroczyła 1300. W tym roku w Krakowie operator otworzył również swój drugi firmowy (tj. obsługiwany przez pracowników GLS) punkt Szybkiej Paczki. Pierwszy tego rodzaju punkt od 2019 r. działa w Poznaniu.

Grupa GLS to jeden z liderów jakości w europejskiej logistyce przesyłek. Cała sieć operatora, za pośrednictwem spółek-córek oraz partnerów transportowych, obejmuje 40 krajów, w tym  USA i Kanadę.

Krajobraz innowacyjności na świecie. Technologia remedium na kryzys

Z „Międzynarodowego Barometru Innowacji 2021”, przygotowanego przez grupę doradczą Ayming, wynika, że ankietowani z 13 krajów na świecie poważnie odczuli skutki pandemii Covid-19. Wpłynie ona przede wszystkim na wysokość planowanych budżetów na działania badawczo-rozwojowe. Tylko 62 proc. firm oczekuje ich zwiększenia w ciągu najbliższych 3 lat, co stanowi aż 12 p.p. mniej niż w roku ubiegłym. Zdaniem 69 proc. respondentów na inwestycje w B+R mogą pozytywnie wpłynąć zmiany technologiczne, a 55 proc. za motywator przy planowaniu wydatków uznaje dostęp do ulg podatkowych. Zapowiadana na przyszły rok ulga robotyzacyjna może więc stanowić nie tylko katalizator do wprowadzania innowacji w firmach w Polsce, ale wpisuje się także w oczekiwania samych przedsiębiorców.

42 proc. badanych przedsiębiorstw przeznacza na działania badawczo-rozwojowe od 1 do 3 proc. swojego budżetu, a niemal co piąte – więcej niż 3 proc. Oprócz wewnętrznego finansowania coraz powszechniejsze w skali globalnej staje się finansowanie z udziałem sektora venture capital i funduszy inwestycyjnych, które stosuje 34 proc. respondentów w porównaniu z 28 proc. rok temu. W obliczu topniejących budżetów na działania B+R z powodu Covid-19 kluczowym zadaniem dla rządów jest wzmocnienie zaufania do oferowanych przez nich programów innowacyjnych oraz ułatwienie procesu korzystania z ulg podatkowych.

Według najnowszych danych Ministerstwa Finansów, w 2019 r. ulgę badawczo-rozwojową rozliczyło w Polsce 2469 płatników PIT i CIT, co oznacza wzrost o 34 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Choć trend rok do roku jest rosnący, wciąż wiele firm nie wykorzystuje potencjału finansowego, który daje ulga B+R. Pozwala ona odzyskać część poniesionych kosztów nawet od 2016 r. dzięki złożeniu korekty, umożliwiając tym samym zmaksymalizowanie podatkowych oszczędności – komentuje Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, dyrektor Obszaru podatków i finansowania innowacji w Ayming Polska.

Ulga robotyzacyjna w służbie innowacji

Z raportu grupy Ayming wynika, że rozwój działalności badawczo-rozwojowej w firmach jest przede wszystkim kształtowany przez dostępną technologię (39 proc. odpowiedzi) oraz chęć utrzymania przewagi konkurencyjnej i przyszły popyt rynkowy (po 38 proc. wskazań). Jeśli chodzi o konieczność sięgania po najnowsze technologie, przedsiębiorcy w Polsce otrzymają na początku 2021 r. rządowe wsparcie w postaci nowej ulgi podatkowej na robotyzację. Ma ona stanowić dopełnienie obowiązującej od 2016 r. ulgi badawczo-rozwojowej, a sam mechanizm jej działania będzie podobny. Podatnicy, którzy poniosą koszty automatyzacji i robotyzacji procesów produkcji, będą mogli odliczyć je od podstawy opodatkowania niejako dwukrotnie. Raz, standardowo, jako koszty uzyskania przychodu, a drugi raz jako dodatkowe 50 proc., czyli w sumie 150 proc., co przełoży się na obniżenie należnego podatku dochodowego.

W zamierzeniu ulga robotyzacyjna ma się przyczynić do zwiększenia wydajności produkcji i obniżenia jej kosztów, dzięki czemu polska gospodarka stanie się bardziej nowoczesna i konkurencyjna. Zgodnie z danymi Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR) Polska ma dość niski współczynnik robotyzacji rozumiany jako liczba robotów przypadających na 10 tys. pracowników w przemyśle. W 2018 r. sięgnął on 44, podczas gdy średnia europejska wyniosła 114 robotów. Dla porównania, w Niemczech było to 338 robotów na 10 tys. zatrudnionych, w Słowacji – 165, a w Czechach – 135. Dobra wiadomość jest taka, że Polska jest jednym z 15 krajów na świecie, w których robotyzacja w przemyśle postępuje najszybciej. W ubiegłym roku w rodzimych firmach zainstalowano 2600 robotów. Można założyć, że wprowadzenie nowej ulgi jeszcze wzmocni ten trend – dodaje Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, dyrektor Obszaru podatków i finansowania innowacji w Ayming Polska.

Współpraca szansą na sukces

Współpraca lokalna i międzynarodowa jest jednym z czynników warunkujących sukces prowadzonych działań badawczo-rozwojowych, a także wpływa na obniżenie kosztów, co w sytuacji pomniejszonych budżetów B+R jest niezwykle ważne. Z „Międzynarodowego Barometru Innowacji 2021” wynika jednak, że liczba przedsiębiorstw współpracujących z innymi podmiotami spadła z 51 proc. w ubiegłym roku do 43 proc.
w tegorocznym badaniu. Jako powód można wskazać obawę przed utratą własności intelektualnej oraz różnice w procedurach, kulturze pracy i oczekiwaniach, które utrudniają skuteczną kooperację.

W Polsce, jeśli dochodzi do współpracy z jednostkami zewnętrznymi, są to głównie ośrodki naukowe. Rodzime firmy starają się chronić własne know-how, dlatego niechętnie podejmują wspólne działania z innymi przedsiębiorcami. Natomiast w Europie dość często mamy do czynienia z takimi kooperacjami, czego najlepszym przykładem jest sektor motoryzacyjny, w którym wymiana wiedzy odbywa się na dużą skalę. W pracach nad pojazdami autonomicznymi uczestniczą zarówno znani dostawcy, jak i młode start-upy technologiczne. Wiele małych firm postrzega dużych przedsiębiorców jako wsparcie dla swoich ryzykownych projektów, podczas gdy najwięksi rynkowi gracze widzą w start-upach sposób na pozyskanie nowych form własności intelektualnej – zauważa Marek Dalka, kierownik Działu innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.

Innowacje w dobie zrównoważonego rozwoju

Zgodnie z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu, gospodarka UE ma stać się do 2050 r. niskoemisyjna, nowoczesna i konkurencyjna. Jednym ze sposobów na osiągnięcie tego celu jest rozwój zrównoważonych innowacji, które mają chronić środowisko naturalne. Dla respondentów Ayming zrównoważony rozwój jest obecnie trudnym kompromisem pomiędzy przestrzeganiem nowych przepisów a zachowaniem rentowności i konkurencyjności. Europejskim prymusem w zakresie wprowadzania zrównoważonych innowacji okazuje się Portugalia, w której największy odsetek przedsiębiorców przeznacza ponad 50 proc. swojego budżetu na projekty z tego zakresu. W ujęciu globalnym najpopularniejszym czynnikiem napędzającym zrównoważone innowacje jest chęć poprawy wyników finansowych – wskazało go 43 proc. ankietowanych.

Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzająca w Ayming Polska
Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzająca w Ayming Polska

– Dla przedsiębiorców w Polsce presja na realizację projektów dotyczących zrównoważonych innowacji ma przede wszystkim trzy źródła. Po pierwsze, bierze się ze strony klientów, którzy są coraz bardziej świadomi ekologicznie i doświadczają skutków zmian klimatu, chcąc je minimalizować. Po drugie, wypływa ona
z wartości, jakie firma sama wyznaje, gdyż nierzadko w biznesowym statucie znajduje się ochrona środowiska. Trzecim czynnikiem, który warunkuje rozwój zrównoważonych innowacji w Polsce, jest presja międzynarodowa związana m.in. ze strategią dotyczącą wprowadzenia gospodarki o obiegu zamkniętym –
stwierdza Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzająca w Ayming Polska.

Link do „Międzynarodowego Barometru Innowacji 2021”: bit.ly/Barometr2021

Metodologia: Podstawą raportu jest badanie przeprowadzone w maju 2020 r. wśród 330 ankietowanych – specjalistów ds. badań i rozwoju, dyrektorów finansowych, członków wyższej kadry kierowniczej i właścicieli firm – w 13 krajach:
w Belgii, Czechach, Francji, Hiszpanii, Irlandii, Kanadzie, Niemczech, Polsce, Portugalii, Słowacji, Wielkiej Brytanii, we Włoszech i w Stanach Zjednoczonych.

Tylko ¼ Polaków ufa reklamom w Internecie, a o ofertach dowiadują się z mediów społecznościowych

Wraz z rozwojem e-commerce, zmienia się też nastawienie kupujących online do reklam. Jak wynika z raportu E-zakupy w Polsce 2020, ExpertSender, siedem na dziesięć osób nie ufa lub nie ma zdania na temat reklam w Internecie. Wśród różnych form najlepiej postrzegane są spersonalizowane komunikaty (74 proc.). Ankietowani lubią otrzymywać informacje o produktach z mediów społecznościowych (43 proc.) lub e-maili (23 proc.), natomiast najbardziej nie odpowiadają im pop-upy, czyli wyskakujące okna z reklamami (32 proc.).z-ktorych-reklam-najbardziej-lubisz-dowiadywac-sie-o-produktach-ofertach-w-internecie

Wiadomości szyte na miarę e-klienta

Sklepy internetowe w coraz szerszym stopniu wykorzystują personalizację oferty i komunikacji w swoich działaniach sprzedażowych w sieci. Wyższa efektywność tego typu działań potwierdzają wyniki badania E-zakupy w Polsce 2020. Aż 70 proc. kupujących w Internecie  stwierdziło, że dostosowana do ich potrzeb oferta pomaga podjąć decyzję o zakupie. Dodatkowo 74 proc. badanych stwierdziło, że chce otrzymywać przygotowaną pod kątem ich preferencji komunikację. Równocześnie tylko ponad połowa ankietowanych stwierdziła, że zgadza się na profilowanie. Terminem tym określane są działania, które pozwalają w zautomatyzowany sposób dostosować ofertę do indywidualnych potrzeb każdego klienta.

Inną kwestią, która ma duży wpływ na dostosowanie wiadomości do oczekiwań Polaków, jest udostępnianie własnych kont innym osobom. W takim wypadku mechanizm, który zdążył już poznać zachowania zakupowe e-klienta najczęściej otrzymuje sprzeczne informacje, przez co trudniej jest mu odpowiednio dostosować ofertę. Co prawda 57 proc. ankietowanych stwierdziło, że tego nie robi, jednak z drugiej strony 42 proc. deklaruje, że na pewno udostępnia swoje konta lub co zaskakujące nie ma pewności czy to robi czy nie.

Polacy nie ufają reklamom w InterneciePolacy nie ufają reklamom w Internecie

Prawie połowa ankietowanych twierdzi, że nie ufa reklamom, a ¼ deklaruje, że nie ma pewności w kwestii tego, czy należy im wierzyć. Zdaniem ankietowanych najczęściej informacje o produkcie lub usłudze docierają do nich z mediów społecznościowych. Taką odpowiedź zaznaczyło, aż ¼ z nich. Polecenia od znajomych wskazała ⅕ badanych, a  polecenia od innych użytkowników wskazało 13 proc..

Jako ulubiony kanał otrzymywania informacji marketingowych w Internecie 43 proc. ankietowanych wskazało media społecznościowe. Dodatkowo dla połowy wszystkich badanych ważne jest by e-sklep prowadził tam komunikację. Na kolejnych pozycjach z wynikiem 25 proc. wskazań znalazły się e-maile, a inne formy reklamy internetowej wskazało 16 proc..

Badani wskazali też te formy, których nie lubią. Najczęściej zaznaczaną opcją były wyskakujące reklamy typu pop-up to prawie ⅓, a także SMS dla ¼ odpowiedzi.

SMS jest jedną z najbardziej osobistych form komunikacji. Telefon głównie wykorzystujemy do kontaktu z rodziną czy znajomymi i przez to znacznie łatwiej jest podać e-sklepowi do kontaktu adres e-mail niż numer telefonu. To wszystko powoduje, że SMS-y, choć są chętnie otwierane przez Polaków, nie są przez nich lubiane. – mówi Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender

Większość Polaków korzysta z programów lojalnościowych w internecie

programy lojalnościoweProgramy lojalnościowe coraz częściej wykorzystywane są w Internecie. E-sklepy w ten sposób starają się zatrzymać obecnych klientów lub pozyskać nowych, a także, by lepiej ich poznać. Klienci chętnie oszczędzają w ten sposób. Aż 62% badanych stwierdziło, że zbiera wirtualne naklejki, pieczątki czy punkty podczas zakupów w e-sklepach. To oznacza, że tylko 1/3 osób nie uczestniczy w Internetowych programach lojalnościowych.

Zaangażowanie społeczne

Warto wspomnieć też o odpowiedzialności społecznej e-sklepów. Duże firm wykorzystują działania CSR (ang. corporate social responsibility), czyli społecznej odpowiedzialności biznesu, do celów komunikacyjnych. Natomiast te mniejsze działają głównie lokalnie, co widoczne jest szczególnie teraz, w czasie pandemii. W obu przypadkach e-sklepy przekonują klientów, zdobywając ich przychylność i jednocząć się przy wspólnym celu. Patrząc na odpowiedzi respondentów, taka taktyka może być skuteczna, dla aż 60 proc. ankietowanych takie zaangażowanie e-sklepu jest ważne.

Urząd Patentowy ułatwi zmianę danych w rejestrach

  • Urząd Patentowy przychylił się do propozycji Konfederacji Lewiatan, aby stworzyć jeden formularz (wniosek) o zmianę danych w rejestrach przez niego prowadzonych.
  • Dzięki temu możliwa będzie równoczesna aktualizacja danych właściciela wszystkich dóbr niematerialnych (znaków towarowych, wzorów przemysłowych, wzorów użytkowych, patentów na wynalazki), przy wprowadzeniu jednej opłaty urzędowej.

– Cieszymy się, że Urząd Patentowy z życzliwością potraktował naszą propozycję i zapowiada stworzenie jednego formularza (wniosku) o zmianę danych w rejestrach. W takim formularzu możliwe byłoby wpisanie listy konkretnych dóbr oraz byłaby sposobność wniesienia jednej opłaty urzędowej. Mamy nadzieję, że zgodnie z zapowiedzią będzie to możliwe dzięki planowanej na rok 2021 nowelizacji ustawy Prawo własności przemysłowej – mówi Elżbieta Dziuba, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Obecnie jest wymóg złożenia do Urzędu Patentowego wniosku o zmianę danych właściciela konkretnego dobra niematerialnego oddzielnie dla każdego z nich. Dodatkowo, za konieczne przyjęto dołączenie dowodu uiszczenia opłaty urzędowej jednorazowo w przypadku każdego z praw własności intelektualnej.

Mechanizm ten jest uciążliwy, przede wszystkim dla dużych przedsiębiorstw, które niejednokrotnie zmuszone są do częstych aktualizacji danych właściciela praw własności intelektualnej, co skutkuje multiplikacją wymaganych wniosków oraz załączników.

Pakiet danych zza oceanu

Oczekiwanie na wybory prezydenckie to jedno, ale warto też spojrzeć na publikowane dane makroekonomiczne za oceanem. Dzieje się tam ostatnio całkiem sporo a niewykluczone, że stan gospodarki może być mocnym finiszem tej kampanii.

Dane zza oceanu

W piątek poznaliśmy zmianę sprzedaży detalicznej w USA. Rosła ona o 1,9%, teoretycznie niewiele, ale spodziewano się 0,7% wzrostu, zatem można to uznać za sukces. Słabiej wypadła za to produkcja przemysłowa, która wbrew oczekiwanemu wzrostowi o 0,5% spadła o 0,6%. Wraz ze spadkiem produkcji spadło oczywiście wykorzystanie mocy produkcyjnych. Żeby było jeszcze trudniej interpretować te wyniki, po wszystkim pojawił się lepszy od oczekiwań wynik raportu Uniwersytetu Michigan. Dane te odbiły się zwiększoną zmiennością na dolarze, jednakże nie spowodowały większych zmian kursu po uspokojeniu rynku.

Dane z polskiego rynku pracy

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat przeciętnego zatrudnienia i wynagrodzeń w kraju. Wynagrodzenia rosną o 5,6%, co jest wynikiem o 1,1% lepszym od oczekiwań. W rezultacie przeciętna pensja brutto w przedsiębiorstwie zatrudniających minimum 10 osób wynosi obecnie 5371,56 zł. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że zatrudnienie jest niższe niż w zeszłym roku o 1,2%, to wyższy spadek niż oczekiwano. Patrząc na wpływ pandemii w innych krajach można to uznać za zupełnie przyzwoity wynik. Nie zmienia to faktu, że złoty jest obecnie ponownie w odwrocie.

Chiny znów się rozpędzają

Poranne dane Chin powoli przypominają nam starą normę. PKB nie osiągnęło, co prawda, zakładanego poziomu 5,2% wzrostu, ale 4,9% robi solidne wrażenie. Produkcja przemysłowa rośnie o 6,9%, a sprzedaż detaliczna o 3,3%. Te dane z kolei przebiły oczekiwania.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Anwim S.A. przejmie stacje eMILA

Anwim S.A., właściciel marki MOYA, podpisał z BM Reflex Sp. z o.o. Sp. K. umowę przyrzeczoną, dotyczącą zakupu części sieci stacji eMILA i tym samym rozpoczął proces włączania ich do swojej sieci stacji paliw.

Anwim S.A. przejmie stacje eMILA rozlokowane w dużych miastach Polski (m.in. w Gdańsku, Gdyni, Lublinie, Wrocławiu, Poznaniu, Toruniu, Szczecinie czy w Łodzi). Proces przejęcia stacji paliw rozpocznie się w  listopadzie br., a zakończy w lutym 2021 r. Kolejnym krokiem będzie rebranding stacji eMILA na niebieskie barwy MOYA.

MOYAAnwim S.A. jest jedną z największych firm sektora paliwowego w Polsce. Pod marką MOYA działa obecnie niemal 270 stacji paliw. Stacje sieci MOYA oferują pełną gamę usług od sprzedaży paliwa, przez własny koncept kawiarniano-gastronomiczny Caffe MOYA, sklep, aż po myjnie i ofertę MOYA Firma kierowaną do klientów biznesowych. Wszystkie stacje działające w ramach sieci spełniają jednolite standardy obsługi i jakości. Gwarancją jakości paliwa na stacjach w barwach MOYA jest niezależny program badania paliw – TankQ.

PINK opublikował dane dotyczące rynku biurowego w Warszawie w III kw.

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) publikuje zagregowane dane dotyczące warszawskiego rynku najmu powierzchni biurowych w trzecim kwartale 2020 roku. Źródłem danych są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers International, Cresa, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills), a informacje dotyczą zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych projektów oddanych do użytku, wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

  • Na koniec września 2020 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosły około 5 822 400 m kw.
  • W III kwartale 2020 roku na stołeczny rynek dostarczono około 131 500 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej w sześciu projektach. Największym z nich był kompleks The Warsaw HUB oferujący w dwóch budynkach łącznie 89 000 m kw. oraz budynek Biura przy Warzelni (24 000 m kw.), oba zlokalizowane w strefie Centrum. Ponadto na rynek dostarczono 11 900 m kw. powierzchni biurowej w strefie Jerozolimskie – The Park 7 (10 000 m kw.) oraz Bolero Office Point II (1900 m kw.). Kolejnymi budynkami były oddany w strefie Mokotów Kolonia Sielce Office (2600 m kw.) oraz biurowiec Kosmatki 8 (4000 m kw.) w strefie Wschód.
  • Na koniec III kwartału br. w Warszawie wskaźnik pustostanów osiągnął wartość 9,6% (wzrost o 1,7 pp. w porównaniu z poprzednim kwartałem i wzrost o 1,4 pp. w odniesieniu do porównywalnego okresu w 2019 roku). Dostępność powierzchni biurowej wynosiła 559 200 m kw. W strefach centralnych współczynnik pustostanów wyniósł 8,4%, natomiast poza centrum miasta sięgnął 10,4%.
  • W pierwszych trzech kwartałach 2020 roku popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe osiągnął prawie 447 500 m kw., w tym szczególnie wysoką aktywność najemców zaobserwowano w II kw. tego roku – ponad 195 400 m kw. wynajętej powierzchni biurowej. Natomiast w III kwartale odnotowano najniższą aktywność najemców w wysokości 113 200 m kw. Największym zainteresowaniem cieszyły się niezmiennie strefy Centrum oraz Mokotów.
  • W okresie od lipca do końca września 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom – 47,9% (włączając umowy przednajmu). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 47,6% zarejestrowanego popytu, a ekspansje – 4,5%.
  • Największymi transakcjami III kwartału 2020 r. były renegocjacje, podpisane przez między innymi: Medicover (6200 m kw.) w Equator II, Santander (5500 m kw.) w Atrium 2, poufnego najemcę w Biurach przy Willi (ponad 5300 m kw.) i DLA Piper (5300 m kw.) w budynku Atrium 2.

Browar Za Miastem ruszył z budową browaru w Wielkopolsce. Na crowdfundingowym koncie ma już 1,7 mln zł

Już blisko 350 inwestorów przekonał Browar Za Miastem do inwestycji w nowy browar, który powstaje w miejscowości Rumianek koło Poznania. Po miesiącu trwającej nadal emisji crowdfundingowej spółka zgromadziła 1,7 mln zł wpłat. To 40 proc. celu oferty akcji, który wynosi 4,18 mln zł. Pierwsze piwa zostaną uwarzone we wrześniu 2021 r. Nowatorską technologią ich produkcji na bazie składników „Superfood” interesują się klienci w Europie, USA i Azji. Firma pochwaliła się wizualizacjami obiektu i zdjęciami z placu budowy.[1]

W gminie Tarnowo Podgórne w powiecie poznańskim ruszyła budowa innowacyjnego zakładu Browar Za Miastem, który będzie w stanie produkować 30 tys. hektolitrów piwa. To około 6 mln butelek rocznie. Będzie to piwo o niespotykanych w skali świata właściwościach.

Patent na innowacje

W browarze spółka będzie warzyć piwa rzemieślnicze według autorskich receptur. Wśród nich znajdą się piwa produkowane w oparciu o nowatorską technologię z wykorzystaniem surowców zaliczanych do kategorii tzw. „Superfood”. – Innowacja polega na zastąpieniu tradycyjnie wykorzystywanego słodu jęczmiennego niesłodowanymi zbożami i pseudozbożami, jak orkisz, amarantus czy komosa ryżowa. W rezultacie będziemy warzyć piwa o wyższej zawartości minerałów, witamin i aminokwasów – mówi Marek Wziątek, współzałożyciel i wiceprezes spółki Browar Za Miastem.

Browar Za Miastem opracował technologię we współpracy z Politechniką Łódzką i zgłosił do ochrony patentowej. – Według opinii fachowców jest ona wyjątkowa w skali świata. Na nasze nowe, innowacyjne piwa już czekają odbiorcy w Europie Zachodniej, USA i Azji – dodaje Marek Wziątek.

Fundamenty pod piwny biznes

Projekt technologiczny browaru został stworzony przez głównego piwowara spółki, Piotra Stacheckiego, który piwa warzy zawodowo od 40 lat. Uczestniczył też w budowie i rozbudowie kilku innych browarów. Za stronę architektoniczną, tj. koncepcję obiektu, projekt budowlany i projekt wykonawczy odpowiedzialna była pracownia Ind Design Dzierżyński Wytyk Sp. J. Budowa została podzielona na dwa główne etapy.

Zakończone zostały prace ziemne oraz podbudowa budynku, a w tej chwili przygotowywane jest zbrojenie fundamentów. Stan surowy otwarty będzie gotowy na przełomie roku 2020 i 2021. Już po zakończeniu pierwszego etapu inwestycji, tj. jesienią 2021 roku obiekt będzie w pełni wyposażony i zdolny do produkcji do 10 tys. hektolitrów piwa rocznie.

Do września 2021 roku w browarze znajdzie się: warzelnia, 20 zbiorników fermentacyjno-leżakowych, pasteryzator przepływowy i linia do rozlewu w butelki. Nasz zakład będzie jednym z niewielu browarów rzemieślniczych, które mają tak nowoczesny sprzęt, jak wirówka do piwa i dobrze wyposażone laboratorium produkcji. Dzięki temu piwo będzie smaczniejsze, o wyższej jakości wyjaśnia Tomasz Brycki, współzałożyciel i prezes spółki Browar Za Miastem.

Pierwsze piwo zostanie uwarzone już w III kwartale 2021 Po zakończeniu budowy browar będzie rozlewał piwo w butelki i kegi. W drugim etapie planowane jest zwiększenie mocy produkcyjnych przez zakup kolejnych tanków fermentacyjno-leżakowych. Planowany jest także zakup linii do puszkowania. Tuż po otwarciu w browarze powstanie sklep z piwem i upominkami. Projekt zakłada również zastosowanie instalacji fotowoltaicznej dla oszczędności energii.

Wspólnicy do warzenia piwa

Całkowita wartość inwestycji w nowy zakład Browaru Za Miastem wyniesie 8,8 mln zł. Fundusze na budowę obiektu oraz urządzenia produkcyjne w kwocie ponad 2 mln zł pochodzić będą ze środków własnych. – W 2018 roku zdobyliśmy dotację unijną o wartości 1,85 mln zł, a umowę o dofinansowanie z BGK podpisaliśmy na początku 2019 roku. Mamy także zawartą umowę o kredyt inwestycyjny, który pokryje część inwestycji – wyjaśnia Tomasz Brycki.

Dodatkowe środki w kwocie 4,18 mln zł Browar Za Miastem chce zgromadzić przez emisję akcji promowaną w kampanii crowdfundingowej na platformie Crowdway.pl. Minimalna wartość inwestycji dla inwestorów indywidualnych to 330 zł. Oprócz benefitów crowdfundingowych, jak zniżki i gadżety, nowi akcjonariusze wezmą też udział w uroczystym otwarciu browaru.

Rentowność w 3 lata i apetyt na więcej

Browar Za Miastem działa od początku 2017 roku. Obaj założyciele Tomasz Brycki i Marek Wziątek, przepracowali około 20 lat w branży piwnej, w tym w Kompanii Piwowarskiej. Tomasz jest m.in. twórcą takich marek, jak Żubr i Dębowe. Zarządzał też marką Tyskie. Marek zarządzał marką Żubr i przyczynił się do jej sukcesu rynkowego.

Spółka warzy zarówno europejską klasykę (np. pilsner, pszeniczne), jak i piwa nowej fali (np. APA, Black IPA). Ich nazwy kojarzą się z miłym nastrojem i wypoczynkiem, np. Święty Spokój, Długi Weekend czy Dzień Wolny. W ciągłej sprzedaży ma kilkanaście gatunków piwa, które dostępne są w ponad 2 000 punktów sprzedaży, w tym w sieciach handlowych: Auchan, Carrefour, Duży Ben, Intermarche, Kaufland, Lidl, Stokrotka.

W 2019 roku Browar Za Miastem sprzedał 4 tys. hektolitrów piwa i zanotował 3,3 mln przychodów. Rok do roku sprzedaż wzrosła o 50 proc. (ilościowo i wartościowo). W drugiej połowie 2019 r., firma osiągnęła rentowność. – Plan na ten rok to 4 mln zł przychodów. Już w 2025 planujemy osiągnięcie rocznej wartości sprzedaży 15 mln zł i ponad 3,6 mln zł zysku netto. Od 2022 roku zamierzamy wypłacać dywidendę w przedziale od 50 do 100 proc. zysku netto – zapowiada Tomasz Brycki.

[1] Dane z 19.10.2020, godz. 11:30, www.crowdway.pl

Wystartowała kampania crowdfundingowa Browaru Brodacz

Browar Brodacz sukcesywnie realizuje strategię rozwoju, zmierzającą do budowy własnej warzelni oraz otwarcia profesjonalnej linii produkcyjnej. Zorganizowane do tej pory dwie akcje crowdfundingowe zgromadziły ponad 1500 inwestorów. Pozyskane w ten sposób środki Brodacz przeznaczył na zakup hurtowni, rozwój dystrybucji, otworzenie sklepu stacjonarnego oraz internetowego. Rozpoczęta 19 października AkcjaBroda.pl ma przynieść browarowi ponad 1 mln złotych.

Polskie Stowarzyszenie Browarów Rzemieślniczych (PSBR) szacuje, że w Polsce istnieje dziś około 260 różnego rodzaju browarów stacjonarnych oraz ponad sto działających na zasadzie kontraktowej[1]. Ich liczba, podobnie jak liczba warzonych piw stale się zwiększa. Nie zmienia tego nawet pandemia koronawirusa. Mimo że spowolnienie dotknęło całą branżę piwowarską, wiele browarów rzemieślniczych wyszło z kryzysu obronną ręką, a niektóre planują wręcz inwestycje i rozwój. Brodacz w czasie pandemii postawił na umacnianie dystrybucji oraz usługi cateringowe. Sezon letni zakończył na plusie, udowadniając odporność na rynkowe zawirowania. Przychody grupy Brodacza (browar wraz z hurtownią) zwiększyły się w tym roku o ok. 35 proc. Teraz browar spogląda w przyszłość i zaprasza inwestorów do zakupu swoich akcji.

Kontraktowcy z mocną pozycją na rynku

Trójmiejski Brodacz działa od 2015 roku. Jest jednym z najbardziej znanych browarów rzemieślniczych na Pomorzu, ale swoją dystrybucją obejmuje całą Polskę. W 2018 roku przeniósł bieżącą działalność do spółki akcyjnej utworzonej na potrzeby pierwszej emisji akcji. Od momentu założenia, browar uwarzył i sprzedał ponad pół miliona litrów piwa, a w jego portfolio znajduje się ponad 100 pozycji, prezentujących szeroką gamę stylów piwnych. Obecnie Brodacz działa na zasadzie kontraktowej – samodzielnie opracowuje receptury, ale warzy korzystając z infrastruktury podwykonawców.

– Naszym największym celem jest budowa stacjonarnego browaru oraz uruchomienie linii produkcyjnej. Fundusze na ich powstanie zbieramy poprzez akcje crowdfundingowe, ale przede wszystkim zwiększając produkcję i sprzedaż oraz rozwijając biznes, tak by generował coraz większe przychody. Przed pierwszą emisją akcji zakładaliśmy, że w ciągu dwóch lat sprzedamy 200 tys. litrów piwa. Przeliczyliśmy się – wynik ten osiągnęliśmy już po pierwszym roku – mówi Tomasz Brzostowski, prezes i założyciel Brodacz S.A.

Równolegle z produkcją, browar rozwija łańcuch dostaw i sieć dystrybucyjną, która obecnie obejmuje ponad 500 punktów sprzedaży detalicznej. Piwa Brodacza dostępne są dziś w sieciach takich jak: Carrefour, Auchan, Kaufland, Lewiatan, Merkus.

Rozwój na stabilnych podstawach

Brodacz już dwukrotnie sięgał po finansowanie społecznościowe. Zorganizowane we współpracy z platformą Beesfund emisje w 2019 i na początku 2020 roku przyniosły w sumie 1 895 700 złotych, które pozyskano dzięki zaangażowaniu 1522 inwestorów. Środki z pierwszej zbiórki browar przeznaczył na zakup hurtowni oraz rozwój dystrybucji własnej, zwłaszcza w regionie Pomorza. Dzięki drugiej akcji powstał sklep stacjonarny w Gdańsku oraz sklep internetowy.

– Emisje crowdfundingowe, zakup hurtowni, otwarcie sklepu to kolejne kroki przyjętej przez nas strategii rozwoju. Dzięki nim zdobyliśmy solidny fundament finansowy, który ułatwia nam rozmowy z inwestorami i pozwala myśleć o realizacji kolejnych planów. Od momentu przejęcia na początku 2019 roku hurtowni Chmielove, zwiększyliśmy jej przychody o 200 proc. – z 450 tys. do ponad 900 tys. złotych (stan na dzień 15.10.2020). Najmłodsze dziecko w grupie Brodacza – sklep internetowy – powstał na początku pandemii jako agregator cateringowy. Przez pierwsze 3 miesiące działania wygenerował 90 tys. zł przychodu – opowiada założyciel Browaru Brodacz.

Crowdfunding, browar, a potem giełda

Nowa emisja akcji Browaru Brodacz rozpoczęła się 19 października i potrwa trzy miesiące. Akcje pierwszej serii można kupić w cenie 120 zł za jedną. Na rynek trafi ich łącznie ponad 8 tysięcy. Planowana kwota zbiórki to 1 000 500 zł. Równolegle do emisji na stronie AkcjaBroda.pl, Brodacz będzie poszukiwał inwestora strategicznego oraz starał się o środki unijne z Kredytu na Innowacje Technologiczne. Ma to zapewnić dodatkowe finansowanie budowy browaru, którego koszty szacowane są na ok. 9,5 mln złotych. W drugiej połowie 2023 roku, najpóźniej w momencie zakończenia budowy, Brodacz planuje wprowadzenie akcji spółki do publicznego obiegu.

– Naszym głównym celem, a zarazem wielkim marzeniem jest własny browar. Chcemy uruchomić warzelnię o pojemności 3 tys. litrów, dysponującą kilkudziesięcioma tankami i osobnym budynkiem magazynowym, która dzięki panelom fotowoltaicznym i biogazownią będzie przyjazna dla środowiska i samowystarczalna energetycznie. Pierwotnie jego lokalizację planowaliśmy w Gdańsku, ale obecnie myślimy o działce na Mazurach, w okolicy mojego rodzinnego Piszu. W nowopowstałej inwestycji będziemy realizować produkcję piw Brodacza, zaprzyjaźnionych browarów kontraktowych, a także reaktywujemy lokalną markę piwa i, co bardzo ważne, wejdziemy mocniej na rynek piw i napojów bezalkoholowych – opowiada prezes Brodacz S.A., Tomasz Brzostowski.

[1] Raport z działalności browarów zrzeszonych w Polskim Stowarzyszeniu Browarów Rzemieślniczych w 2019 roku https://www.psbr.eu/raporty.php

Emisja prywatna akcji Wealthon zakończona sukcesem. Spółka zebrała 3 mln PLN

Wealthon, fintech oferujący finansowanie polskim przedsiębiorcom, pozyskał od inwestorów 3 mln zł w ramach emisji prywatnej akcji. Środki zostaną przeznaczone na rozwój nowego produktu. Doradcą przy pozyskaniu kapitału dla spółki był Dom Maklerski INC. Najbardziej rozpoznawalnym produktem spółki jest pożyczka pomostowa na spłatę zaległości w ZUS i US w celu uzyskania kredytu bankowego. Wealthon aktualnie koncentruje się na oferowaniu nowego produktu – pożyczki dla klienta biznesowego.

– Z radością i satysfakcją informujemy, że z sukcesem zakończyliśmy emisję prywatną akcji, z której  pozyskaliśmy 3 mln zł. Dziękujemy nowym akcjonariuszom za udział w emisji i za zaufanie, którym nas obdarzyli. Dołożymy wszelkich starań, aby jak najlepiej wywiązać się z ustalonych celów – informuje Aleksander Majchrzak, prezes Wealthon.

Zgodnie z celami emisji akcji, pozyskane środki zostaną przeznaczone na rozwój nowego produktu, czyli pożyczki dla przedsiębiorców, która jest już w ofercie spółki. – Pierwsze prace nad nowym projektem zostały zapoczątkowane w styczniu 2020 roku, koncept wynikał z potrzeb inwestycyjnych przedsiębiorców, dotychczas zgłaszających się do Wealthona. Po opracowaniu szczegółów, wspólnie z zespołem programistów, udało się stworzyć silnik całego projektu, czyli system przyznawania pożyczek oparty na nowatorskich algorytmach i sztucznej inteligencji. Dzięki nowoczesnym rozwiązaniom szybko weszliśmy na rynek z gotowym produktem dla przedsiębiorców – mówi Majchrzak.

Do tej pory Wealthon udzielił pożyczek pomostowych, w tym pod gwarancje PFR, o łącznej  wartości ponad 10 mln PLN. W ostatnich tygodniach do portfolio dołączyła nowa pożyczka ratalna dla przedsiębiorców. Kapitał spółki powiększony został o dodatkowe 3 mln zł w ramach emisji akcji, a spółka planuje już debiut na rynku NewConnect w 1 kwartale 2021 roku. W gronie inwestorów, Wealthon powitał Łukasza Oleka, twórcę pierwszego e-kantoru internetowykantor.pl, Francois Colombie, wieloletniego prezesa Auchan Polska oraz fundusz Innovatika.

Nowy produkt – pożyczka dla przedsiębiorców, jest najlepszą i najszybszą formą pozyskania kapitału dla osób prowadzących biznes, które nie mogły uzyskać kredytu bankowego. – Klient wpisuje w formularzu online tylko swój NIP, a system samodzielnie zaciąga dane, automatycznie łączy się z bazami typu BIK, BIG, KRD, a dzięki PSD2 z kontami bankowymi. Następnie nasze algorytmy weryfikują historię transakcji z ostatnich 12 miesięcy oraz proponują maksymalną kwotę pożyczki – tłumaczy Majchrzak.

Przyznanie pożyczki jest bardzo szybkie, wystarczy 30 minut. Wealthon nie wymaga biznesplanu ani innych dodatkowych dokumentów, wszystko odbywa się online. System automatycznie łączy się ze wszystkie potrzebnymi bazami i z kontami bankowymi aplikującego, które stanowią rzeczywiste potwierdzenie historii transakcji w przeciwieństwie do standardowych dokumentów obowiązujących na rynku kredytowym, typu KPiR, PIT. Po stronie przedsiębiorcy pozostaje tylko spłata zobowiązania.

Pojemnik na odpady w roli innowacyjnego prototypu, czyli jak obudzić w sobie innowatora?

Tworzenie innowacji to proces, na który składa się kilka kluczowych etapów. Za jeden z najważniejszych uważa się prototypowanie, które pozwala w szybki i stosunkowo niedrogi sposób przekształcić ideę w rzeczywisty, namacalny przedmiot. Prototyp to nie tylko oszczędność pieniędzy, ale też czasu i energii, bo dzięki niemu można łatwo zweryfikować oczekiwania odbiorców względem pomysłu. Jak powstają prototypy? Między innymi podczas „innowacyjnych burz mózgów”, nazywanych też warsztatami kreatywnymi, których celem jest tworzenie unikatowych produktów. Zatem, co to jest prototypowanie i dlaczego ma tak wielki potencjał? Na te pytania można odpowiedzieć, przytaczając konkretny przykład.

Warsztaty Design Sprint

W ostatnim czasie miałem przyjemność uczestniczyć w warsztatach „Projektanci Innowacji” zorganizowanych jako wspólna inicjatywa Google i Polskiego Funduszu Rozwoju. Podczas szkolenia, które odbywało się w warszawskim kampusie Google For Startups, wykorzystano metodę Design Sprint, która ukierunkowana jest na błyskawiczne stworzenie prototypu produktu czy usługi. Warsztaty miały charakter dość kameralny – brało w nich udział około trzydziestu osób, które podzielono na 5-6 osobowe teamy. Co ważne, każdy team stanowił ciekawą mieszankę osób z różnych branż i przedsiębiorstw.

Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy taki personalny „miszmasz” ma szansę powodzenia? Jak ludzie specjalizujący się w kompletnie różnych dziedzinach mają stworzyć pomysłowy prototyp i to w zaledwie kilka godzin? Drużyna złożona z freelancerów, artystów, pracowników korporacji czy inżynierów to już prawdziwy chaos. Jakby tego było mało, zostaliśmy wymieszani również pod względem charakteru, o którego określenie zostaliśmy wcześniej poproszeni. Istniało tylko jedno ograniczenie – w jednym teamie nie mogły spotkać się osoby z tej samej firmy. Podsumowując, nie miałem większych oczekiwań co do efektów końcowych.

Warsztaty z empatii

Zanim przeszliśmy do głównego tematu warsztatów, prowadzące z Google CSI: Lab zorganizowały ćwiczenia z empatii, które polegały na aktywnym słuchaniu rozmówcy. Na potrzeby ćwiczenia prowadzące podzieliły nas w pary, a następnie poprosiły jedną osobę o powiedzenie kilku zdań na swój temat. Zadaniem drugiej osoby było maksymalne skupienie się na dwuminutowym monologu, bez zbędnego przerywania i zadawania pytań. Wydaje się proste, ale tak naprawdę to spore wyzwanie. Dodatkowym utrudnieniem był zakaz korzystania w tym czasie z telefonu (notowania czy nagrywania), dlatego musieliśmy radzić sobie inaczej. Czyli słuchać.

Następnie słuchacz musiał powtórzyć wypowiedź partnera, podając jak najwięcej szczegółów, po czym opowiadający weryfikował zgodność tego podsumowania z prawdą. Później role się odwróciły i ćwiczenie zostało powtórzone, a na koniec wszyscy doszliśmy do wniosku, że mówienie było o wiele łatwiejsze niż słuchanie. Jaki był cel tego ćwiczenia? Przygotowywało nas do przeprowadzania wywiadu z klientem, którego rolę miał później odegrać jeden z członków każdej ekipy. Te krótkie warsztaty z empatii uświadomiły nam, że sztuką jest aktywne słuchanie potrzeb klienta, a nie zakładanie „w ciemno”, czego naszym zdaniem się od nas wymaga.

Rozmowa z klientem

Po rozgrzewce każda z drużyn musiała błyskawicznie określić problem, którego rozwiązania się podejmie. W moim teamie rozważaliśmy trzy opcje, z których wybraliśmy jedną – zaproponowaną przez koleżankę, która woli robić zakupy online niż w sklepie stacjonarnym, jednak nie podoba jej się procedura zwrotów. Jej zdaniem cały proces zabiera zbyt dużo czasu, generuje problem ponownego spakowania niechcianego produktu i wydruku etykiety zwrotnej. Zwróciła uwagę również na to, że ma poważny problem z przyjazdem kuriera po przesyłkę.

Muszę wspomnieć, że koleżanka spędza więcej czasu w biurze niż w domu i nie wyobraża sobie korzystania z usług firmy kurierskiej w miejscu pracy. Co prawda „klientka” nie ma problemów z odbiorem przesyłek, bo robi to za nią ochrona w jej miejscu zamieszkania, jednak zlecanie ochroniarzom nadawania paczek to już lekka przesada.

Piętnaście minut wystarczyło, abyśmy zrozumieli sedno problemu. Skomplikowana procedura zwrotów zniechęca „klientkę” do zakupów internetowych, przez co często odmawia sobie nowych butów czy ubrań. Zakupy online ceni sobie za możliwość spokojnego namysłu i bieżącego porównywania cen, jednak nie można uchronić się przed kupnem rzeczy, które po rozpakowaniu okazują za małe czy niezgodne z opisem. Niby błahostka, jednak problematyczne zwroty mogą być jedną z głównych przyczyn spadku wpływów z e-commerce.

Po przedstawieniu przez koleżankę jej punktu widzenia musieliśmy wziąć się do rozwiązania problemu. Dwie osoby przeprowadziły z nią dokładny wywiad, starając się unikać sugerujących pytań, zgodnie z otrzymanymi wcześniej wskazówkami od prowadzących. Dwie kolejne osoby zajęły się zapisywaniem odpowiedzi „klientki”, aby mieć później materiał do analizy. Po skończonym wywiadzie koleżanka opuściła zespół, dzięki czemu mogliśmy przejść do meritum.

Innowacyjna burza mózgów

Gdy tylko zobaczyłem „sticky notes” na stole, mój zapał trochę osłabł. Dlaczego? Podczas licznych warsztatów kreatywnych, w których uczestniczyłem jeszcze jako pracownik korporacji, etap pracy z żółtymi karteczkami zazwyczaj był stratą czasu. Nie mogę powiedzieć, że ich zawartość była bezużyteczna, ale nic z nich nie wynikało i wracaliśmy do punktu wyjścia. Po tych warsztatach musiałem jednak zmienić zdanie o żółtych karteczkach.

Czas uciekał, dlatego szybko wzięliśmy się do wypisywania wszystkich pomysłów, nawet tych, które części z nas mogły wydawać się głupie. Prowadzące poinstruowały każdą z grup, aby wypisała takich pomysłów w granicach 50. Po umieszczeniu karteczek na ścianie doliczyliśmy się ich około 40 i przeszliśmy do sortowania. Te same lub podobne pomysły znalazły się w jednej sekcji, a koncepcje, które budziły konsternację czy podziw dokładnie omówiliśmy.

Jakie pomysły znalazły się na karteczkach? Na przykład drony przylatujące do klienta po zwracany towar, kartony wielokrotnego użytku dla firm kurierskich czy też aplikacje o dość złożonym schemacie działania. Potem nastąpiło głosowanie, w trakcie którego każdy miał do dyspozycji trzy głosy. Po ich podliczeniu „zwycięzcą” okazał się „zwrotomat”, będący sprytnym połączeniem znanych nam paczkomatów i pojemników na odzież używaną.

Wybierając koncepcję „zwrotomatu” nie wzięliśmy pod uwagę jednej, ale jakże ważnej rzeczy – jak wykonamy nasz genialny prototyp? Nasze obawy związane były z materiałami, które udostępniali nam organizatorzy eventu. Wśród nich mogliśmy znaleźć między innymi kartki, pudełka, sznurki, spinacze i inne drobiazgi, które wcale nie ułatwiały nam zadania, zwłaszcza że musieliśmy zmieścić się w limicie czasowym. Jednak od czego ma się w drużynie człowieka z tytułem inżyniera? To właśnie on podsunął nam pomysł z wykorzystaniem stojącego nieopodal kosza do sortowania odpadów z czterema komorami. Tym samym bez większego wysiłku mieliśmy niemal gotowy projekt.

Praca nad prototypem i małe przedstawienie

Jak według naszego zamysłu ma działać „zwrotomat”? Nic prostszego – sklep udostępniający klientom usługę „zwrotomatu” musi do każdego produktu dołączać metkę oznaczoną danym kolorem i kodem kreskowym, gdzie zaszyfrowane są informacje dotyczące specyfikacji towaru oraz historia transakcji. Klient chcąc zwrócić towar nie musi go pakować czy zamawiać kuriera – wystarczy, że znajdzie „zwrotomat” i zeskanuje kod z metki, w wyniku czego jedna ze skrytek oznaczona odpowiednim kolorem się otworzy, a następnie zwracający umieści w niej przedmiot. Za zabezpieczenie towaru i zwrot do sklepu ma odpowiadać kurier. Po zamknięciu komory klient otrzymuje komunikat o pomyślnym przebiegu operacji. Ciekawym rozwiązaniem byłby również błyskawiczny zwrot pieniędzy na konto tuż po zamknięciu skrytki, co miałoby dotyczyć stałych użytkowników.

Nie pozostało nam nic innego jak przerobić pojemnik na odpady na nasz prototyp i zaprezentować go naszej koleżance. Adaptacja kosza na „zwrotomat” wymagała jedynie zaklejenia widniejących na nim symboli frakcji odpadów za pomocą karteczek samoprzylepnych w kilku różnych kolorach. Niechcianym towarem została bluza jednego z kolegów, do której przyczepiliśmy „metkę” z kodem kreskowym.

Później odegraliśmy krótką scenkę, w której jedna osoba pełniła rolę „klienta”, a druga kuriera. „Klient” rozpakował przesyłkę, przymierzył bluzę, po czym podszedł do prowizorycznego skanera umieszczonego na śmietniku, sczytał kod kreskowy i włożył ubranie do komory opróżnionego wcześniej pojemnika na odpady. Nasza koleżanka-klientka była pod wrażeniem pomysłowości całej grupy.

Stworzony przez nas prototyp „zwrotomatu” nie był wolny od mankamentów, jednak główny cel został osiągnięty – „klientka” mogła naocznie przekonać się, jak działa urządzenie. Trzeba pamiętać, że „klientką” była współuczestniczka warsztatów, a skala trudności skutecznego prototypowania wzrośnie podczas pracy z prawdziwymi klientami. To nie zmienia jednak faktu, że problem był prawdziwy i przebieg procesu tworzenia innowacji również.

Prototypowanie – przyjemne z pożytecznym

Moja grupa jako ostatnia przeszła z etapu burzy mózgów do wykonania projektu, co ostatecznie nie miało przełożenia na efekt. Dzięki nieszablonowemu tokowi myślenia naszego kolegi inżyniera stworzyliśmy godny uwagi prototyp i to nie więcej niż w pięć minut. Jesteśmy żywym przykładem na to, że dobre planowanie się opłaca.

Przebieg procesu prototypowania wydaje się ciekawą rozrywką? W gruncie rzeczy, tak właśnie uważam. Jednak najważniejszą lekcją, jaką udało nam się wyciągnąć, było to, jak w ekspresowym tempie można stworzyć innowację i poddać ją ocenie odbiorcy. Prototypowanie zatem wyrasta na bardzo ważną część generowania gotowego produktu czy usługi, pozwalającą uniknąć poważnych strat finansowych, poniesionych wskutek produkcji towaru, który „nie przyjmie się” na rynku tak, jak zakładaliśmy.

Partner technologiczny – skorzystać czy nie?

Jak już wspomniałem, bez skutecznego prototypowania trudno myśleć o prawidłowym przebiegu procesu tworzenia innowacji. Startup Development House kładzie ogromny nacisk na prototypowanie, czego byłem świadkiem pracując jako Kierownik ds. Innowacji w Siemens Financial Services i będąc częścią teamu odpowiedzialnego za stworzenie nowego produktu w sektorze leasingowym. Dzięki warsztatom Design Thinking i Design Sprint mogliśmy nakreślić schemat działania i rozwoju innowacji, jak również zweryfikować jej przydatność i atrakcyjność dla grupy docelowej przed wypuszczeniem jej na rynek.

Wielu przedsiębiorców zadaje sobie zasadnicze pytanie – czy podczas tworzenia innowacji skorzystać z pomocy partnera technologicznego, czy też zdać się na własne możliwości? Dla mnie sprawa jest jasna – ekspercka wiedza okazuje się na wagę złota. Design Sprint i prototypowanie to stosunkowo młode specjalności, których zastosowanie w praktyce wymaga niemałego zasobu wiedzy. Moje doświadczenia z kooperacji z Product Managerami i Produkt Designerami ze Startup Development House tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że bez ich udziału nie przeszlibyśmy tak gładko przez proces tworzenia Siemens SimplyLease, począwszy od prototypowania aż po wdrożenie udanej usługi.

Praca tymczasowa rozwiązaniem na kryzys

W czasach spowolnienia gospodarczego, pracodawcy niepewni co do przyszłości swoich firm obawiają się zatrudniać nowych pracowników na tzw. etat. Częściej wybierają elastyczne rozwiązania, jak np. praca tymczasowa. A jakie korzyści praca tymczasowa daje pracownikom? W jakich branżach znajdziemy dziś najwięcej ofert pracy tymczasowej?

Koronawirus wywołał ogólnoświatowe spowolnienie gospodarcze i redukcje zatrudnienia w wielu branżach. Zmienił też diametralnie rynek pracy. Pracodawcy, nie wiedząc, jak zmieni się koniunktura gospodarcza w najbliższych miesiącach oraz kondycja finansowa ich organizacji, coraz częściej wstrzymują rekrutacje stałe. W przypadku zapotrzebowania na nowych pracowników szukają bardziej elastycznych rozwiązań, takich jak praca tymczasowa. Pozwala ona utrzymać płynność bieżącej działalności i uruchomić nowe projekty, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jeszcze przed pandemią, w 2019 roku, według danych Polskiego Forum HR, w Polsce było 776 tys. pracowników tymczasowych[1]. Na początku pandemii, to oni tracili pracę w pierwszej kolejności. Jednak teraz, kiedy rynek się odbija, zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych szybko wzrasta.

 

Obserwujemy coraz większe zainteresowanie zatrudnieniem pracowników tymczasowych wśród firm. Obecnie najwięcej ofert pracy tymczasowej można znaleźć w handlu, usługach, ale też w branży produkcyjnej (automotive, energetyka) i logistycznej (obsługa magazynów, usługi kurierskie). Pracownicy tymczasowi poszukiwani są nie tylko do prac fizycznych, ale też biurowych – do działu administracji, księgowości, jako wsparcie kadrowe czy do obsługi call center. – mówi  Aneta Dyrcz, Dyrektor Regionu w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Praca tymczasowa nie tylko na czas kryzysu

Niewykluczone, że kiedy uporamy się już z koronawirusem i jego konsekwencjami gospodarczymi, praca tymczasowa będzie nadal popularnym rozwiązaniem. Z dwóch powodów – zapewnia elastyczność działania i pracodawcy, i pracownikowi.

37% pracowników tymczasowych w Polsce to osoby w wieku do 26 lat.[2]. Dla ludzi młodych, studentów, to dobry sposób na zdobycie pierwszego doświadczenia, pierwszego zarobku lub poszukiwanie swojej ścieżki zawodowej – sprawdzenia czy takie zajęcie lub branża mi odpowiada. Często zdarza się, że praca tymczasowa jest pierwszym krokiem do stałego zatrudnienia w danej firmie i zapowiedzą dłuższej kariery. Pracodawcy korzystają też coraz częściej z oferowanej przez agencje zatrudnienia usługi „Try&Hire” (sprawdź i zatrudnij). Pozwala ona na przejęcie od agencji pracownika tymczasowego w dogodnym momencie, np. gdy ustabilizuje się sytuacja w firmie lub pojawi się wakat. Wtedy przedsiębiorcy chętnie zatrudniają sprawdzonych pracowników tymczasowych na stałe.

Z kolei dla osób starszych, także tych 50+, zatrudnienie na umowę o pracę tymczasową może być sposobem na znalezienie źródła utrzymania w okresie poszukiwania stałej pracy czy sposobem na dodatkowe zasilenie domowego budżetu. Chociażby w ramach pracy dorywczej w weekendy, która staje się coraz bardziej poszukiwana przez samych pracowników.

Jakie korzyści zapewni nam praca tymczasowa?

Umowa o pracę tymczasową to nic innego, jak umowa na czas określony, z tą różnicą, że pracownik podpisuje umowę z agencją, a kierowany jest do pracy u „pracodawcy użytkownika”.  Umowa o pracę tymczasową nie ma nic wspólnego z „umową śmieciową”, jak zwykło się potocznie nazywać umowy zlecenie. Agencja zatrudnienia, z którą pracownik tymczasowy podpisuje umowę, jest zobowiązana odprowadzać za pracownika podatek, wszystkie składki i ubezpieczenie. Pracownik może korzystać z publicznej służby zdrowia i w przypadku choroby przysługuje mu zwolnienie lekarskie, chronione są również kobiety w ciąży. Przysługuje też płatny urlop w liczbie 2 dni w miesiącu, czyli 24 dni w roku bez względu na staż pracy (osobie bez stażu pracy zatrudnionej na umowie kodeksowej przysługuje 20 dni urlopu). Umowa o pracę tymczasową liczy się do stażu pracy i emerytury. Ponieważ jest to umowa na czas określony, pracownik tymczasowy ma także większe szanse na potwierdzenie swojej wiarygodności kredytowej w banku niż pracownik zatrudniony na umowę zlecenie.

Pracodawca użytkownik, u którego występuje świadczenie pracy, musi zapewnić pracownikowi tymczasowemu identyczne warunki pracy i wynagrodzenia, jak pracownikom etatowym zatrudnionym u niego na takim samym stanowisku. Z reguły, pracownik tymczasowy może też korzystać z benefitów, które oferuje pracodawca użytkownik, np. prywatna opieka medyczna, karnety do klubów sportowych czy ubezpieczenie grupowe.

Istotną różnicą pomiędzy pracą tymczasową a kodeksową jest okres wypowiedzenia. W umowie o pracę tymczasową jest on krótszy. W przypadku umowy zawartej do 14 dni, okres wypowiedzenia wyniesie 3 dni. Przy zatrudnieniu powyżej 14 dni – przedłuża się do 7 dni. Ma to swoje minusy, ale też i plusy, np. daje możliwość szybszego rozstania się z pracodawcą, jeśli praca nam nie odpowiada albo dostaliśmy lepszą ofertę. Warto też pamiętać, że agencja zatrudnienia ma w swoim portfolio bardzo różnorodne oferty i może nam znaleźć pracę u innego pracodawcy użytkownika. Niektóre firmy prowadzą rekrutacje wyłącznie poprzez agencje pracy i nie ma innego sposobu zatrudnienia w takiej firmie.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze agencji zatrudnienia

W 2019 roku widoczna była duża rotacja wśród agencji pracy tymczasowej – 2448 zarejestrowanych nowych agencji, 1882 wykreślonych[3]. I chociaż pandemia koronawirusa zweryfikowała także branżę agencji zatrudnienia, warto przeprowadzić własną weryfikację, aby finalnie podpisać umowę z wiarygodnym i doświadczonym partnerem. Na co trzeba zwrócić uwagę?

Sprawdźmy czy, oprócz wpisu do KRAZ (Krajowego Rejestru Agencji Zatrudnienia) agencja ma swoją stronę internetową, „fizyczne” biuro, do którego możemy w razie potrzeby przyjść i czy oferuje dostęp do swojego konsultanta, który w rzetelny sposób przedstawi nam ofertę pracy. Nie mniej istotna jest transparentność –  pracownik powinien otrzymać na piśmie umowę o pracę, warunki pracy i zatrudnienia u pracodawcy użytkownika, a także informacje o przynależnych mu prawach, także o prawie do reklamacji i jak ją ma składać. Nasz niepokój powinny wzbudzić jakiekolwiek opłaty, których żądałaby agencja. Jakiekolwiek comiesięczne składki, czy dotyczy to odzieży roboczej, czy np. kluczyków do szafek nigdy nie powinny być pobierane od pracownika.podkreśla Aneta Dyrcz, Dyrektor Regionu w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

W dobie pandemii i ponownie rosnącej niepewności, co do kondycji polskich firm i gospodarki, możemy przewidywać, że praca tymczasowa będzie coraz powszechniej stosowanym przez pracodawców rozwiązaniem. Z kolei dla osób szukających pracy, może okazać się dobrym rozwiązaniem do czasu, aż gospodarka ustabilizuje się i pracodawcy znów będą chętnie zatrudniać na stałe.   

[1] Polskie Forum HR: Raport 2020 „Rynek agencji zatrudnienia”

[2] Polskie Forum HR: Raport 2020 „Rynek agencji zatrudnienia”

[3] Polskie Forum HR: Raport 2020 „Rynek agencji zatrudnienia”

Co może zrobić przedsiębiorca, jeśli nie otrzyma płatności za fakturę w umówionej walucie?

Otwarta pozycja walutowa po stronie klienta, której fizyczne rozliczenie nie jest możliwe, nie musi stać się dla firmy problemem, a co więcej – stwarza możliwość wygenerowania realnego zysku. Taką szansę dają rozwiązania wprowadzone przez TMS Kantor – fintechową usługę wymiany walut Domu Maklerskiego TMS Brokers. Jak to się robi?

– Znając potrzeby przedsiębiorców i rozumiejąc ich problemy z płynnością w przypadku nie otrzymania płatności za fakturę zdecydowaliśmy się podejść do problemu pro-biznesowo. TMS jako jedyny kantor na rynku oferuje funkcjonalności, które stanowią zabezpieczenie klienta przed ewentualnym brakiem otrzymania płatności w walucie, koniecznej do rozliczenia transakcji, co ważne bez ponoszenia kar za nierozliczenie jej w terminie. Możliwe jest to dzięki takim funkcjonalnościom jak rozliczenie SPOT+ i rozliczenie netto – tłumaczy Tomasz Stosio, Dyrektor Departamentu Płatności i Wymiany Walut w TMS Brokers.

Jak to działa?

– W TMS Kantor Premium klient ma możliwość rozliczenia zawartej transakcji netto w oparciu o aktualną cenę rynkową, bez dodatkowych kar i wpłaty kwoty wynikającej z rozliczenia transakcji. Jeśli przedsiębiorca nie posiada środków koniecznych do rozliczenia, ma możliwość zawarcia transakcji przeciwstawnej do otwartej pozycji walutowej, czego wynikiem będzie rozliczenie na podstawie wyłącznie powstałej różnicy netto. Zawarte wcześniej transakcje ulegają wówczas zamknięciu, a ewentualny zysk z tytułu rozliczenia netto zostanie przelany przez TMS Brokers na wskazany rachunek klienta jeszcze tego samego dnia – tłumaczy Tomasz Stosio.

Czym jest przesunięcie daty rozliczenia SPOT+?

Alternatywą do rozliczeń NETTO, która umożliwia utrzymanie otwartej pozycji walutowej jest przesuniecie daty rozliczenia. W przypadku, gdy przedsiębiorca wie, że środki za płatności w walucie finalnie trafią na jego rachunek z opóźnieniem, może skorzystać z dodatkowego czasu na rozliczenie zawartej z TMS Brokers transakcji.

– Rozliczenie SPOT+ to całkowicie bezpłatna usługa kierowana do osób i firm, których celem jest rozliczenie transakcji walutowej w dacie dalszej niż SPOT (2 dni robocze od daty zawarcia transakcji). W przypadku braku możliwości wpłaty środków pod rozliczenie danej transakcji w terminie, klient otrzymuje dodatkowe 2 dni robocze na zlecenie przelewu do TMS Brokers po zabezpieczonym wcześniej kursie transakcji – tłumaczy Stosio i podaje przykład: jeśli przedsiębiorca zawarł transakcję sprzedaży 10 000 EUR (otrzyma 44 000 PLN) po 4,40, a wciąż nie posiada środków do jej rozliczenia, może skorzystać z rozliczenia SPOT+. W dacie rozliczenia transakcji zawiera dwie nowe transakcje, pierwsza przeciwną, czyli kupna 10 000 EUR po kursie 4,39 (zapłaci 43 900 PLN), a drugą sprzedaży 10 000 EUR również po kursie 4,39 (otrzyma 43 900 PLN). Klient zakupił EUR po cenie 4,39, więc różnica kursowa wyniosła 100 bp. W tym momencie różnica kursowa 100 bp., czyli 100 zł przelewana jest na wskazane przez klienta konto bankowe, a druga – nowa – transakcja z kursem 4,39 będzie rozliczona w dacie SPOT. Tym sposobem klient otrzymał 100 zł tytułem różnicy kursowej, a w dacie SPOT za sprzedane 10 000 EUR otrzyma kolejne 43 900 PLN co sumarycznie zabezpieczyło pierwotny kurs 4,40.

Czy to wszystkie dostępne rozwiązania na platformie transakcyjnej?

– TMS Kantor Premium to najbardziej zautomatyzowana platforma walutowa na rynku, która jest w pełni elastyczna i dopasowana do potrzeb klientów. Platforma daje dodatkowe możliwości dzięki realizacji koncepcji otwartej bankowości (ang. open banking): integrację przy użyciu protokołu API umożliwiającą TMS Brokers błyskawiczną komunikację pomiędzy usługami, a bankiem klienta, co przyspiesza rozliczenia transakcji oraz umożliwia wprowadzanie kolejnych rozwiązań w oparciu o licencję Krajowej Instytucji Płatniczej. Stworzyliśmy zatem rozwiązanie nie tylko do wymiany waluty po najlepszych dostępnych kursach, ale pośrednio także do zarządzania swoją pozycją walutową, uzależnioną od przyszłych terminów płatności – tłumaczy Tomasz Stosio, Dyrektor Departamentu Płatności i Wymiany Walut w TMS Brokers.

Należy pamiętać, że kodeks cywilny mówi jasno – jeśli w umowie ustalono wartość świadczenia w walucie obcej, ale nie poczyniono uzgodnień co do waluty, w jakiej zapłata (lub jej równowartość) powinna rzeczywiście nastąpić, to dłużnik będzie miał prawo wyboru.

– Przedsiębiorca powinien wprowadzić zapisy w umowach, z których wynika, że zapłata również nastąpi w określonej walucie obcej, inaczej wystawia się na zwiększone ryzyko kursowe. Czy mimo to, można ten problem przekuć w zysk? Z TMS Kantor Premium można! – mówi Stosio.

Pod wpływem pandemii Polacy mogą na dobre ograniczyć wizyty w oddziałach banków

Z powodu pandemii Covid-19 Polacy zdecydowanie ograniczyli wizyty w oddziałach banków i chętniej korzystają z usług bankowości elektronicznej i mobilnej, wynika z najnowszego badania firmy doradczej Bain & Company. Zmiany preferencji klientów detalicznych oznaczają, że banki muszą położyć większy nacisk na rozwój procesów w kanałach wirtualnych i monitorować poziom satysfakcji klientów.

Podczas pandemii niemal połowa Polaków (49 proc.) zupełnie zrezygnowała lub zmniejszyła ilość wizyt w oddziałach. Pod tym względem Polska jest w zdecydowanej czołówce, a wyprzedza ją jedynie Brazylia, gdzie 65 proc. klientów zaniechała wizyt w bankach oraz Wielka Brytania, gdzie banki przestało odwiedzać 55 proc. klientów. Dla ośmiu przebadanych przez Bain & Company krajów średnia wyniosła 41 proc. Co ciekawe, we Włoszech, gdzie pandemia uderzyła wyjątkowo mocno – z bezpośrednich kontaktów z bankami zrezygnowało jedynie 16 proc.

Zdaniem ekspertów Bain & Company dane te pokazują, że o ile część klientów po prostu odłożyła w czasie fizyczny kontakt z placówką, to jednak duża grupa wybrała kontakt zdalny. W Polsce ponad jedna czwarta ankietowanych deklaruje, że zaczęła częściej korzystać z usług bankowości elektronicznej i mobilnej. Ta grupa twierdzi też, że w przyszłości będzie nadal korzystać z cyfrowych kanałów dostępu.

Teraz kluczowe pytanie dotyczy tego, czy pandemia w sposób trwały zmieniła zachowanie klientów i nie powrócą oni do starych zwyczajów, kiedy sytuacja wróci do normy. Aby na nie odpowiedzieć banki muszą bacznie obserwować czy oferta produktów i usług dostępnych zdalnie satysfakcjonuje klientów, na przykład stale badając NPS (Net Promoter Score). Z naszych badań wynika, że jeżeli klienci będą zadowoleni z jakości obsługi w kanałach zdalnych, to duża część z nich nie będzie chciała wracać do wizyt w placówkach – powiedział Marcin Szczuka, Młodszy Partner w Bain & Company.

Wzrost zainteresowania bankowością elektroniczną i mobilną kosztem wizyt w oddziałach wymaga więc od banków położenia większego nacisku na rozwój zarówno procesów obsługowych jak i sprzedażowych w kanałach wirtualnych.

Z naszych wcześniejszych badań wynika, że choć Polacy w znacznym zakresie wykorzystują Internet do wyszukiwania produktów i usług finansowych, to często nie są w stanie sfinalizować zakupu takiego produktu lub usługi bez konieczności fizycznej wizyty w oddziale. Niektóre banki dokonały znacznego postępu w tym zakresie poprzez umożliwienie wykorzystania kanałów zdalnych, ale dla większości pozostaje to istotny problem, z którym będą musiały się jak najszybciej zmierzyć – dodał Marcin Szczuka.

Wywołane pandemią zmiany w zachowaniach klientów detalicznych wymagają też od banków dalszej analizy sieci placówek i funkcji jakie pełnią w modelu biznesowym danej instytucji finansowej. Polskie banki od dłuższego czasu ograniczają rozmiary stacjonarnej sieci sprzedaży, co ma związek z rozwojem bankowości cyfrowej, konsolidacją sektora i presją na zmniejszanie kosztów działalności. Na koniec sierpnia liczba oddziałów i innych placówek obsługi klienta wyniosła nieco ponad 12 tys. i była o 3 proc. niższa niż rok wcześniej.

Jednak jak zwracają uwagę eksperci Bain & Company, banki nie powinny koncentrować się tylko na wielkości sieci detalicznej, ale również na jej lokalizacji. Pandemia pokazała, że nie wszystkie placówki zostały dotknięte w ten sam sposób. Wzrost odsetka osób pracujących zdalnie sprawił, że zwiększyło się natężenie ruchu w placówkach zlokalizowanych w dzielnicach mieszkaniowych i na peryferiach dużych miast, natomiast klienci detaliczni rzadziej odwiedzają placówki położone w centrach i dzielnicach biurowych.

Sieć 5G: Lepsza łączność nowym celem hakerów

Trwa wyścig o to kto pierwszy wdroży technologię 5G. Założenia w Unii Europejskiej są ambitne – do końca 2020 roku mają być uruchomione programy pilotażowe 5G we wszystkich państwach członkowskich. Do 2025 roku 5G ma być dostępna wzdłuż wszystkich szlaków komunikacyjnych. Jednak co z bezpieczeństwem superszybkich sieci?

Technologia 5G zapewnia niezrównaną szybkość transmisji oraz charakteryzuje się bardzo niskim opóźnieniem, co otwiera drzwi do nowej ery natychmiastowej, zawsze dostępnej łączności między różnymi systemami. Wszystkie te cechy umożliwią szeroki zakres zastosowań usług i urządzeń, które mają na celu uczynienie naszego życia łatwiejszym, wydajniejszym, zdrowszym czy bezpieczniejszym.

Stawka jest wysoka, więc nic dziwnego, że firmy i rządy na całym świecie ścigają się, aby wdrożyć sieci i rozwiązania 5G jako pierwsi. Jest jednak haczyk – ostrzegają eksperci firmy Check Point. Całkowicie skomunikowany świat obiecany przez 5G daje również cyberprzestępcom i narodowym oddziałom hakerskim nieskończone możliwości przeprowadzania cyberataków, a co za tym idzie powodowania zakłóceń, szkód, a nawet śmierci, poprzez celowanie w tę wszechobecną łączność.

– Stany Zjednoczone pracują nad strategią bezpiecznego wdrażania nowych technologii „Secure 5G and Beyond”, która przewiduje asystę także dla sojuszników – podkreśla Mirosław Maj, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń w rozmowie z PR24.

Zastosowanie 5G obejmie pojazdy autonomiczne, telemedycynę, inteligentne rolnictwo, inteligentną produkcję i wiele innych gałęzi gospodarki. Dziesiątki miliardów urządzeń będzie połączonych przez 5G, umożliwiając monitorowanie w czasie rzeczywistym praktycznie wszystkiego: od lokalizacji Twojego kota, po kontrolę urządzeń medycznych. Samochody i ciężarówki będą mogły komunikować się ze sobą w celu nawigacji w czasie rzeczywistym, unikając wypadków czy korków. Telemedycyna i chirurgia zdalna staną się bardziej rozpowszechnione. Automatyzacja i szersze zastosowanie robotów staną się powszechne w wielu różnych branżach. Przewiduje się, że rewolucja przemysłowa możliwa dzięki 5G wesprze dodatkowe 12 bilionów dolarów światowej produkcji gospodarczej w ciągu następnych 15 lat!

5G – ryzykowny interes?

Obawy dotyczące bezpieczeństwa 5G nie są przesadzone, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę rodzaje szkodliwych ataków i exploitów, które widzieliśmy w ciągu ostatnich trzech lat, jeszcze przed wprowadzeniem powszechnej sieci 5G. Do najbardziej głośnych przykładów należy atak hakerskiego oprogramowania ransomware na niemiecki szpital, który spowodował wyłączenie systemów przyjęć i rejestrów pacjentów i śmierć pacjenta. W 2020 roku hakerzy dokonali również włamania do izraelskiej stacji uzdatniania wody w celu dodania dodatkowej ilości chloru do wody pitnej, aby uczynić ją toksyczną. Głośno było o działaniach hakerów, którzy pokazali, jak można zdalnie przejąć samochody i kontrolę nad nimi. W końcu świat obiegły informacje o udanych atakach na domowe urządzenia IoT (Alexa), gdzie w inteligentnych żarówkach, wykryto poważne luki w zabezpieczeniach, pozwalające hakerom szpiegować użytkowników lub kontrolować inne urządzenia domowe.

Jakie są konkretne wyzwania związane z bezpieczeństwem sieci i urządzeń 5G? Silniejsze szyfrowanie danych 5G i lepsza weryfikacja użytkowników sieci to niewątpliwy postęp w porównaniu z technologią 4G, jednak niesie on ze sobą również nowe zagrożenia. Wyzwania związane z bezpieczeństwem dotyczą dwóch głównych obszarów: braku kontroli dostępu i widoczności zagrożeń oraz łatwo dostępne, podatne na ataki urządzenia – dziesiątki miliardów inteligentnych urządzeń będzie podłączonych do sieci 5G, jednak tylko niewielki ułamek z nich będzie miał jakiekolwiek zabezpieczenia poza hasłem. Wspomniane wcześniej przykłady pokazują, jak łatwo te urządzenia można przejąć i wykorzystać do szpiegowania lub przeprowadzania ataków.

Badania firmy Check Point wykazały, że 90% organizacji ma w swoich sieciach niezatwierdzone, ukryte urządzenia IoT, w wielu przypadkach połączone bez wiedzy zespołów IT lub bezpieczeństwa.

Chociaż 5G zrewolucjonizuje łączność i komunikację, będzie również bardziej podatne na ataki w porównaniu z istniejącymi sieciami. Powstaje więc pytanie, w jaki sposób organizacje zabezpieczą swoje wdrożenia 5G, aby chronić się przed nowymi lukami, włamaniami i atakami, zarówno na poziomie sieci, jak i urządzenia?

Potrzebne będzie inne podejście do bezpieczeństwa. Ponieważ 5G połączy użytkowników i aplikacje w telefonach komórkowych, punktach końcowych, sieciach, chmurze i IoT, koniecznym będzie posiadanie zaawansowanej ochrony przed zagrożeniami, aby chronić wszystkie tego typu zasoby, niezależnie od ich lokalizacji. Wymaga to skonsolidowanej architektury bezpieczeństwa, która działa na wszystkich platformach i wykorzystuje ujednoliconą analizę zagrożeń, aby zapobiec przenikaniu znanych i nieznanych zagrożeń do struktury sieci. Zapewni to spójne bezpieczeństwo, jedynie będąc w pełni skalowalnym, aby radzić sobie z ogromną przepustowością zapewnianą przez 5G.

Answear.com kontynuuje dynamiczny wzrost od początku roku

Answear.com, wiodąca platforma cyfrowej sprzedaży odzieży w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, podsumowuje operacyjnie 9 miesięcy 2020 r. W tym czasie spółka kontynuowała wzrost, poprawiając kluczowe wskaźniki efektywności biznesu, w tym liczbę dokonanych transakcji, która wyniosła 1,74 mln, przy średniej wartości zamówienia 224 zł netto. Bezpośrednio przełożyło się to na zwiększenie sprzedaży. W połowie września br. Answear.com złożył prospekt emisyjny do zatwierdzenia przez Komisję Nadzoru Finansowego. Spółka liczy na debiut do końca 2020 r.

– Minione 9 miesięcy było nietypowym okresem sprzedażowym, ze względu na sytuację epidemiczną na świecie, w tym rynkach, na których jesteśmy obecni. W tym czasie nastąpiła fundamentalna zmiana nawyków zakupowych – klienci jeszcze bardziej docenili możliwość zakupów za pośrednictwem Internetu, bez wychodzenia z domu.  Podczas gdy tradycyjne sklepy zostały przez pewien okres całkowicie wyłączone ze sprzedaży, my byliśmy w stanie realizować naszą strategię i sprzedawać produkty. Już teraz widzimy, że nie były to zmiany chwilowe, a nastąpiła trwała ewolucja zachowań konsumenckich. – komentuje Krzysztof Bajołek, prezes zarządu Answear.com

Answear.com w okresie styczeń-wrzesień 2020 r. odnotował 1,74 mln transakcji, co oznacza wzrost o 23 proc. r/r. Średnia wartość zamówienia urosła r/r o 6 proc. i wyniosła 224 zł netto. Zwiększył się także poziom konwersji do 1,81 proc, co przełożyło się na wzrost sprzedaży on-line o29% r/r.

Poprawiliśmy nasze kluczowe wskaźniki biznesu, co jest zasługą przede wszystkim efektywnego dostosowania oferty produktowej oraz lepszego dopasowania oferowanych cen sprzedaży. Cieszy nas fakt, iż umacniamy się na wszystkich rynkach, na których jesteśmy obecni. Trend ten widoczny był już w ubiegłym roku i przełożył się na uzyskanie rentowności. W tym roku kontynuujemy rozwój sprzedaży, pracując również nad rentownością. Warto podkreślić, iż stale zwiększamy średnią wartość koszyka, co jest wynikiem poszerzania gamy produktów z kategorii premium. – dodaje Krzysztof Bajołek.

Szeroka oferta produktowa jest jednym z kluczowych czynników dla rozwoju Spółki, dlatego obecnie Answear.com intensywnie pracuje nad jej powiększeniem i pozyskaniem nowych marek. W ostatnim czasie spółka zaczęła współpracować z kilkunastoma nowymi markami, w tym m.in.: GAP, All Saints, Hugo, Benetton, Superdray, Baldessarini, FURLA, Dr.Denim, Max&Co / Sportmax Code, Rossignol,Paul Smith, Samsonite, Emanuel Berg, Kate Spade, Burton, Elizabetta Franchi i Blauer. Część z nich dostępna jest już w sprzedaży od sezonu jesień-zima 2020, a pozostałe będą wchodzić od sezonu wiosna-lato 2021 i jesień-zima 2021.

Filarami naszego wzrostu jest szeroka oferta produktowa oraz inwestycje w marketing i budowę świadomości marki. Dlatego to jest nasz główny kierunek rozwoju. Staramy się pozyskiwać nowe marki z segmentu premium i średniej półki, które gwarantują relatywnie wysoką wartość koszyka. Prowadzimy aktywne działania marketingowe, dzięki ugruntowanej pozycji na rynku Europy Środkowo-Wschodniej korzystamy z premii wizerunkowej, która widoczna jest m.in. w postaci relatywnie niższego kosztu pozyskania klienta. Wprowadzamy jednak nowe działania, na początku przyszłego roku planujemy przeprowadzić kampanię TV. – mówi Krzysztof Bajołek.

ZPP apeluje o natychmiastowe 12 miesięczne moratorium na wszelkie regulacje nakładające na biznes nowe obowiązki, dodatkowe opłaty i zwiększające podatki

Polska znajduje się w niechlubnej awangardzie krajów, które podwyższają podatki. Analiza zmian wprowadzonych w Australii, Szwecji, Niemczech i Czechach pokazuje, że większość krajów idzie w kierunku liberalizmu fiskalnego. Tymczasem, z początkiem 2021 r. w Polsce wejdzie w życie szereg danin, które obciąża dodatkowo konsumentów i mocno dotkną rodzime firmy oraz sektor MŚP. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców apeluje o natychmiastowe 12 miesięczne moratorium na wszelkie regulacje nakładające na biznes nowe obowiązki, dodatkowe opłaty i zwiększające podatki. Ten apel jest tym bardziej istotny, że wpisuje się w etap wprowadzania pełzającego lock down’u, który upośledzi możliwość prowadzenia działalności gospodarczej oraz odbije się na kondycji polskiej gospodarki w najbliższych miesiącach.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przedstawił raport „Podwyżki podatków w Polsce na tle redukcji obciążeń w innych krajach OECD”.

W początkowym okresie kryzysu pomoc państwa skupiała się na utrzymaniu płynności finansowej w przedsiębiorstwach. Natomiast okres względnego wyciszenia pandemii przypadający na miesiące letnie pozwolił na refleksję nad kształtem polityki fiskalnej, która umożliwi odbudowę po pandemii. Analiza zmian wprowadzonych w Australii, Szwecji, Niemczech i Czechach pokazuje, że większość krajów idzie w kierunku liberalizmu fiskalnego.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców apeluje o natychmiastowe 12 miesięczne moratorium na wszelkie regulacje nakładające na biznes nowe obowiązki, dodatkowe opłaty i zwiększające podatki – mówi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

W nowym opracowaniu ZPP analizuje zmiany w polityce fiskalnej krajów OECD podczas pandemii koronawirusa. W rezultacie stwierdza, iż polska polityka fiskalna znacząco odbiega od strategii naszych sąsiadów.

Polska znajduje się w niechlubnej awangardzie krajów, które podnoszą podatki – zaznacza Kamila Sotomska, Analityk Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

ZPP w raporcie wskazuje, że Australia kontynuuje rozpoczętą w 2019 r. reformę systemu podatkowego, która obniży podatki dla wszystkich grup społecznych oraz uprości system podatkowy. W ślad za nią, Szwecja przedstawiła pakiet reform, który zakłada znaczącą redukcję podatków dochodowych dla wieku grup społecznych. Aby ulżyć biznesom podczas kryzysu, Niemczy i Czechy wprowadziły czasowe obniżki VAT-u, w szczególności dla branż mocno dotkniętych przez lock down. Hiszpania postuluje podwyższenie podatku dochodowego, jednak jedynie dla osób i firm generujących najwyższe dochody. Istotnym jest tu fakt, że opodatkowanie w Hiszpanii pozostaje na poziomie niższym niż średnia europejska i plany rządu zdają się iść w kierunku wyrównania. Z początkiem 2021 r. w Polsce natomiast wejdzie w życie szereg danin, które obciąża dodatkowo konsumentów i mocno dotkną rodzime firmy oraz sektor MŚP. Głównymi zagrożeniami są tu podatek cukrowy, danina od sprzedanego oleju i opodatkowanie spółek komandytowych podatkiem CIT.

Nasz apel wpisuje się w etap wprowadzania pełzającego lock down’u, który uniemożliwia prowadzenie wielu rodzajów działalności gospodarczej. Nie stać nas na kolejny lock down, a wprowadzanie dodatkowych obciążeń na biznes w trakcie kryzysu jest niemożliwe do zaakceptowania czy zrozumienia. – mówi Cezary Kaźmierczak.

Zdając sobie sprawę z konieczności spłaty zadłużenia zaciągniętego w trakcie kryzysu zdrowotnego i gospodarczego wywołanego pandemią koronawirusa, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców apeluje o zmianę strategii planu jego spłacenia. Wygenerowanie zysków do budżetu, które pozwolą na spłatę zadłużenia, jest możliwe na dwa sposoby: poprzez podniesienie podatków lub zwiększenie produktywności. Mimo iż podnoszenie podatków może wydawać się najprostszym sposobem wygenerowania środków, to jest to rozwiązanie jedynie krótkotrwałe. Prace Alberto Alesina z Uniwersytetu Harvarda pokazują, że jeśli wartość planu konsolidacyjnego opartego o wyższe podatki wynosi 1 proc. PKB, to po roku od jego wprowadzenia PKB jest niższe o ponad 1 proc. niż, gdyby konsolidacja się nie odbywała. Innymi słowy podnoszenie podatków doprowadzi do trwałego spowolnienia gospodarczego, na które w tym momencie nie możemy sobie pozwolić.

Biorąc pod uwagę nieuniknione spowolnienie gospodarcze związane ze zwiększeniem dystansu społecznego, dodatkowe daniny odbiją się na sytuacji polskich przedsiębiorstw w sposób dramatyczny. Warto pamiętać też, że proponowane opłaty jak każde inne podatki są przerzucalne. To oznacza, że ich koszt poniosą konsumenci, czyli my wszyscy. – dodaje Kamila Sotomska.

PPK: małe firmy muszą być gotowe dopłacić nawet 21 tys. zł rocznie. Pracownicy chętnie podchodzą do oszczędzania

  • 27 października mija termin wprowadzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych w małych i średnich firmach.
  • Małe przedsiębiorstwa będą musiały płacić rocznie nawet 21 tys. zł dodatkowo na poczet PPK[1]. Dla wielu firm dodatkowe wydatki po osłabieniu gospodarczym są kosztownym wyzwaniem.
  • Pracownicy w obawie przed niepewną sytuacją epidemiczną szukają nowych form oszczędzania, co sprawi, ze pracodawcy będą musieli zmierzyć się z rosnącym zainteresowaniem PPK.

Finiata_PPK_inforgrafikaDobiegają końca drugi i trzeci etap wdrażania programu Pracowniczych Planów Kapitałowych w firmach średnich i małych. Najpóźniej do 27 października 2020 r. pracodawcy powinni zawrzeć umowy o zarządzanie funduszami, a następnie nie później niż do 10 listopada 2020 r. podpisać kontrakt o prowadzenie PPK. Pierwotny plan wprowadzenia programu w średnich przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 50 osób, został przesunięty w marcu o pół roku ze względu na pandemię. W efekcie przed końcem października do PPK powinno dołączyć 40,2 tys. firm – niestety dla wielu z nich to bardzo kosztowne wyzwanie.

Pracodawcy boją się kosztów

Projekt Pracowniczych Planów Kapitałowych pojawił się w 2018 roku, jako nowelizacja systemu  emerytalnego. Został wtedy zaprezentowany jako rewolucja w sposobie oszczędzania przez Polaków. Od początku program budził obawy wśród przedsiębiorców, których wkład stanowi 1/3 źródeł inwestowanych funduszy. Pozostałe środki są potrącone z pensji pracownika oraz dopłacane ze skarbu państwa w ramach corocznego bonusu. W IV kwartale 2019 roku 92 proc. badanych przedsiębiorców zadeklarowało wpłacać minimalną, wymaganą przez regulacje prawne, kwotę stanowiącą 1,5 proc. wynagrodzenia brutto pracownika. Przyjmując, że pracodawca zatrudnia 20 osób, zarabiających średnie wynagrodzenie w sektorze wynoszące 4 816 zł brutto[2], dodatkowy koszt to ponad 21 tys. zł rocznie. Ponadto może on także wybrać jeszcze wpłatę dodatkową z własnej kieszeni, do wysokości 2,5 proc. wynagrodzenia brutto.

– Gdy PPK wchodziło do dużych firm szacowaliśmy, że w najbliższych latach dodatkowe środki wpłacane na poczet PPK mogą być atutem w czasie rekrutacji lub bonusem dla lojalnych pracowników. Widzimy, że nasze przewidywania przekładają się na realne liczby. Suma dodatkowych wpłat dokonanych przez pracodawców między IV kwartałem 2019 a II kwartałem 2020 wzrosła ponad 4-krotnie.[3]  – mówi Jan Enno Einfeld, dyrektor zarządzających Finiata Group, która wspiera małe i średnie przedsiębiorstwa w poprawie płynności finansowej, dzięki zastosowaniu innowacyjnych narzędzi uczenia maszynowego.

W obliczu osłabienia gospodarczego po lockdownie dla większości małych i średnich przedsiębiorstw nawet podstawowa wpłata do PPK jest obecnie dużym obciążeniem finansowym. Przykładowo handel i budownictwo – branże mające największy udział wśród MŚP, po pierwszej połowie 2020 roku wygenerowały długi stanowiące odpowiednio 23 i 15 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań.[4] Badania wśród przedsiębiorców potwierdziły, że blisko co druga firma handlowa nie wróciła do działania w skali sprzed pandemii.[5] Dodatkowo niepewne perspektywy zniechęcają przedsiębiorców do inwestycji.

Wdrożenie Pracowniczych Planów Kapitałowych w ramach przedsiębiorstwa wiąże się z wieloma zmianami organizacyjno-prawnymi. Ponad połowa badanych firm (52 proc.) rozpoczęła współpracę z zewnętrznymi dostawcami wspierającymi je w obszarze zmian w dokumentach, a także firmowych systemach księgowych i HR.[6] Dodatkowo pracodawcy muszą zainwestować w integrację dedykowanych systemów IT, które wspomogą wymianę informacji – koszt programów finansowych, np. ERP (ang. Enterprise Resource Planning), może sięgać nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Pracowniczy coraz chętniej podchodzą do oszczędzania

Również po stronie pracowników program wpłat do PPK wywołał mieszane opinie. Część z nich widziała w programie głównie korzyści i deklarowała chęć odkładania dodatkowych środków na przyszłą emeryturę. Pozostali sceptycznie oceniali konieczność potrącania 2 proc. miesięcznej pensji na poczet niepewnych inwestycji na przyszłość. Przy średniej krajowej wynoszącej 5 338 zł brutto pracownicy muszą oddać na konto PPK 106,76 zł miesięcznie – w efekcie w skali roku pensja zostaje uszczuplona o 1 281 zł. Negatywnie oceniana była również kwestia limitowania dopłat od państwa – w 2020 roku trzeba uzbierać minimum 546 złotych, aby bonus roczny od Państwa mógł być przyznany.

Niespodziewane pojawienie się koronawirusa spowodowało wzrost obaw Polaków o pracę, finanse i oszczędności osobiste. Jak pokazują ostatnie badania 83 proc. respondentów zamierza oszczędzać po pandemii, w tym blisko 20 proc. osób, które nie planowały tego wcześniej.[7] W efekcie pracodawcy, którzy liczyli na rezygnację pracowników z prowadzenia PPK, są zmuszeni zmierzyć się z rosnącym zainteresowaniem tą formą inwestycji.

Obawy pracodawców potwierdzają także statystki uczestnictwa w PPK. W IV kw. 2019 roku odnotowano niewiele ponad 328 tys. uczestników, z końcem II kw. 2020 swoje oszczędności w programie posiadało już blisko 1,1 mln osób. Pandemia sprawiła, że Polacy zmienili swoje podejście do oszczędności i gromadzenia finansów, na tzw. czarną godzinę. Niepewne czasy dla gospodarki powinny skłonić również przedsiębiorców do poszukiwania dodatkowego kapitału a także wdrożenia narzędzi analitycznych, które pomogą im śledzić przepływy pieniężne. – komentuje Jan Enno Einfeld, dyrektor zarządzających Finiata Group.

Wprowadzenie PPK do małych i średnich firm wymaga od nich wewnętrznej stabilności, która w obliczu drugiej fali pandemii jest bardzo trudna do utrzymania. Aby uniknąć problemów związanych z funkcjonowaniem programu i terminowym regulowaniem wpłat do funduszu pracodawcy powinni kompleksowo zbadać stan swoich finansów. Najlepiej jeszcze przed końcem października.

[1] Opracowanie własne na podstawie średniego wynagrodzenia w sektorze MŚP

[2] PARP, Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, 2020

[3] KNF, Informacja dotycząca pracowniczych planów kapitałowych (PPK) – II kwartał 2020

[4] Raport BIG InfoMonitor

[5] Raport Keralla Research dla BIG InfoMonitor

[6] KPMG, Pracownicze Plany Kapitałowe, Październik 2019

[7] Instytut Badań Zmian Społecznych „Jaka będzie Polska po epidemii?”

Tym razem bez spirytusu. Papier toaletowy i makaron znów na fali pandemii

Kiedy podczas pierwszej fali pandemii Polacy szturmem ruszyli do sklepów, papier toaletowy i mydło biły kilkusetprocentowe rekordy wzrostu, walcząc o palmę pierwszeństwa z makaronem, ryżem i mąką. Nad wszystkim królował jednak spirytus. Marcowy tydzień, w którym ogłoszono zamknięcie szkół, zaznaczył początek nowej ery w handlu. Natomiast wcześniejsze sygnały nowych trendów zakupowych można było zaobserwować na paragonach już dwa tygodnie wcześniej. Najnowsze dane dostarczone z systemu M/platform pokazują, że od kilku tygodni powracają znajome trendy.

W niektórych obszarach naszego kraju szkoły już przechodzą na tryb nauki zdalnej, a wszędzie dookoła słyszymy znajome „zostań w domu!”. Tymczasem w sklepach powracają godziny dla seniorów i ograniczenie liczby osób, które mogą równocześnie w nich przebywać. Druga fala pandemii już wywiera widoczne skutki także na handlu detalicznym. Czy skutki te w najbliższych tygodniach będą podobne do tych sprzed siedmiu miesięcy?

Rzadziej, ale więcej

Kiedy w marcu ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego, wystarczyły cztery dni, aby najmniejsze sklepy spożywcze zanotowały wzrost obrotów nawet o 72%. Następne tygodnie całkowicie zmieniły nasze zwyczaje. Kupowaliśmy rzadziej, ale więcej. W szczytowym okresie w kwietniu średnia liczba paragonów spadała nawet o 20%, zaś średni koszyk w małych sklepach był o 64% większy niż zwykle. Pod koniec maja sytuacja ustabilizowała się i częstotliwość zakupów powróciła do normy, chociaż część zakupów na stałe przenieśliśmy do sąsiedzkich sklepów. Jak pokazują dane z systemu M/platform, w porównaniu z początkiem roku, nadal kupujemy tam o 12% więcej.

Tymczasem, wraz z drugą falą pandemii, ponownie pojawia się trend rzadszych wizyt w sklepach – spadek liczby transakcji o 7,3% na przestrzeni ostatnich trzech tygodni zakończony powrotem do domu z większym koszykiem. Na razie jednak tylko o 3,8% liczba ta może zmienić się wraz z nowymi ograniczeniami w handlu i rosnącymi obawami konsumentów.

Masło i margaryna jako zwiastun zmiany?

W pierwszym tygodniu marcowego szturmu zakupowego (tydzień T11) sprzedaż makaronu w sklepach handlu tradycyjnego wzrosła z tygodnia na tydzień o 127%, kaszy o 158%, mydła 165%, mąki 175%, ryżu 189%, papieru toaletowego 263%, a spirytusu o 458%. W normalnych warunkach wszystkie te produkty charakteryzują się bardzo niską sezonowością, ich konsumpcja w ciągu roku jest bardzo stabilna, a wahnięcia sprzedaży poza okresem świątecznym są rzadkością. Jednak jak pokazują dane z M/platform, dla wszystkich tych kategorii znaczący wzrost sprzedaży zaczął się już o dwa tygodnie wcześniej, kiedy co bardziej przezorni robili zapasy, nie czekając na „ostatni dzwonek”. Podczas dwóch tygodni poprzedzających ostatni (szkolny) dzwonek sprzedaż papieru toaletowego wzrastała już średnio tygodniowo o 12%, makaronu o 25%, mąki o 32%, kaszy o 37%, ryżu o 50%, mydła o 61%, a spirytusu aż o 91%! W cieniu tych zmian znalazły się masło i margaryna, które nie miały aż tak spektakularnych wzrostów – jedynie 69% w tygodniu T11, ale też odnotowały wzrosty w poprzedzających tygodniach. Wprawdzie jedynie na poziomie 5%, jednak w przypadku tej kategorii jest to istotna zmiana, ponieważ wahnięcia sprzedaży masła i margaryny powyżej 1% w ciągu miesiąca są rzadkością.

W ubiegłym tygodniu (T41) pojawiły się podobne sygnały na tych samych produktach. Tygodniowy wzrost sprzedaży masła i margaryny wyniósł 5,1%, papieru toaletowego 5,4%, makaronu 7,2%, mydła 7,3%, kaszy 8,8%, a ryżu 9,7%. Nie są to wzrosty tak wysokie jak przed marcową falą koronawirusa, jednak obejmują te same kategorie produktów, co poprzednio. Jedyny wyjątek stanowi spirytus, który tym razem nie odnotował istotnych wzrostów, co najprawdopodobniej wynika z faktu, że w odróżnieniu od okresu wiosennego, obecnie na rynku jest dostępna szeroka gama środków dezynfekcyjnych i spirytus jako środek zastępczy stracił na znaczeniu.

Wpływ drugiej fali koronawirusa widać w małych sklepach. Już dwa tygodnie temu zaobserwowaliśmy, że powracają rzadsze, ale większe zakupy. Ten trend wydaje się być potwierdzony przez dane z ubiegłego tygodnia, które wskazują na wzrost tych samych kategorii, które biły rekordy w marcu. Kolejne ograniczenia prawdopodobnie te trendy pogłębią, choć na pewno nie aż tak mocno jak w marcu, ponieważ wiosenne doświadczenia udowodniły, że w sklepach tradycyjnych nie było problemów z dostępnością produktów, więc nie ma potrzeby kupowania na zapas – komentuje Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platformy Usług S.A.

Jesień w tle koronawirusa

Jesienno-zdrowotne zakupy pojawiły się jeszcze wcześniej. We wrześniu, w małych sklepach sprzedaż leków bez recepty na przeziębienie i grypę wzrosła o 32% miesiąc do miesiąca, a chusteczek higienicznych o 25%. W skali kwartału, sprzedaż leków na przeziębienie wzrosła o 49%, a chusteczek o 42%. Obecnie, ich sprzedaż jest na poziomie z lutego, choć wciąż nie sprzedaje się ich tyle, ile sprzedawało się w pierwszych dniach marca. Może to oznaczać, że najgorsze, jeśli chodzi o jesienne katary i przeziębienia, jeszcze przed nami.

Inne „jesienne” akcenty w zwyczajach zakupowych Polaków to powrót do surówek i kwaszonek, które już od drugiej połowy sierpnia przybierają na sile, a ich sprzedaż wzrosła w tym okresie o 27%. Jest to raczej kwestia tradycji niż działań zapobiegawczych, choć warto przypomnieć, że kiszone produkty są doskonałym probiotykiem. Podczas kiszenia wytwarza się kwas mlekowy, który pomaga utrzymać równowagę flory bakteryjnej w jelitach, a zdrowy przewód pokarmowy, to większa odporność, ponieważ organizm skuteczniej wchłania substancje odżywcze z pożywienia, w tym żelazo, witaminę K i witaminy z grupy B.

Od połowy sierpnia wzrosła też sezonowo sprzedaż słodyczy, w szczególności czekolady o 19%, cukierków o 27% i batonów o 27%. Wzrosła też sprzedaż herbaty o 23% w odróżnieniu od kawy, która jest dość niezależna od sezonu i jej sprzedaż spadła w tym okresie o 1%.

Jak zwykle, jesienią kupujemy więcej leków na przeziębienie czy chusteczek. Istotny wzrost notują też wyroby czekoladowe, a szczególnie batoniki. Zapewne kupowane są najmłodszym na osłodę powrotu do szkół, ponieważ odnotowały spektakularny wzrost w pierwszym tygodniu września, o 18%. Natomiast najszybszy wzrost leków na przeziębienie, o 34%, nastąpił tydzień później, więc zapewne pierwsze dni roku szkolnego przyniosły też pierwsze przeziębienia – dodaje Tomasz Jasinkiewicz.

Koniec lata i początek jesieni to również spadki w kategoriach typowo letnich, takich jak lody. Ta kategoria notuje od końca wakacji ponad 50% spadek miesiąc do miesiąca. Sprzedaż lodów aktualnie znajduje się na poziomie z kwietnia br.

Pijemy też mniej piwa, ale również płynnych produktów nabiałowych, wody i innych napojów. Sprzedaż piwa, od szczytowego momentu w połowie sierpnia, zdążyła spaść o ok. 35% i jest na poziomie z końca marca. Spadek temperatur to również odwrót od napojów mlecznych. Obroty w kategorii kefirów i maślanek również osiągnęły swój szczyt w połowie sierpnia, a obecnie osiągnęły poziom z początku marca, spadając o 47%. Stabilizuje się też sprzedaż wody, kategorii bardzo wrażliwej na pogodę, która po ostrym spadku wraz z końcem wakacji odbiła w górę w połowie września, aby ponownie spaść do poziomu z marca, o połowę niższego od maksymalnego pułapu z sierpnia.

Badaniami objęto próbkę n = 4634 reprezentatywnych sklepów z segmentu handlu tradycyjnego, wybranych spośród sklepów, które przystąpiły do programu M/promo+. Analizę opracował dział analityki Comp Centrum Innowacji, dostawcy systemu M/platform, na zlecenie Comp Platforma Usług S.A., operatora usługi M/promo+.

Do 2023 r. ponad milion mkw. powierzchni biurowych w Katowicach

Doskonała lokalizacja, dostęp do wykwalifikowanej kadry pracowniczej oraz duża podaż nowoczesnej powierzchni biurowej przyciągają do Katowic wiele zagranicznych firm – wynika z najnowszego raportu „Przyszłość zaczyna się tu… Katowice” przygotowanego przez firmę doradczą Colliers International we współpracy z Urzędem Miasta Katowice. Dużą aktywnością ze strony najemców i deweloperów wykazuje się także rynek magazynowy w tym regionie.

Katowice to unikalne miejsce na mapie Polski, które jest wzorcowym przykładem dynamicznej przemiany z ośrodka przemysłowego w nowoczesną metropolię. Stolica województwa śląskiego skupia najważniejsze funkcje społeczne i kulturalne oraz jest ważnym centrum akademickim, przemysłowym i biznesowym południowej Polski. Podstawowe wartości w kształtowaniu strategicznej wizji rozwoju miasta tworzy nowatorska koncepcja 4i: inteligencja, innowacja, integracja, internacjonalizacja.

— Zgodnie z naszą strategią rozwoju podejmujemy działania, aby Katowice stały się: inteligentne, czyli w pełni wykorzystujące potencjał wiedzy mieszkańców; innowacyjne poprzez kreację i wdrażanie innowacji technologicznych, kulturalnych i społecznych; zintegrowane, czyli o wysokim poziomie wewnętrznej spójności społecznej, ekonomicznej i terytorialnej oraz międzynarodowe – o wysokiej dostępności i rozpoznawalności. W celu osiągnięcia tych wartości współpracujemy z mieszkańcami, inwestorami oraz innymi partnerami, którzy chcą nam pomóc w transformacji Katowic w unikalne i atrakcyjne miejsce do inwestowania, pracowania, życia, czy po prostu spędzania wolnego czasu  — mówi dr Marcin Krupa, Prezydent Miasta Katowice.

Magnes dla biznesu

Ogromnym atutem Katowic jest ich lokalizacja – na przecięciu transeuropejskich szlaków transportowych, z dostępem do autostrady A4 oraz bardzo dobrze rozwiniętą siecią dróg. Wykwalifikowane kadry oraz ciągle rosnący rynek nieruchomości sprawiają, że Katowice są jednym z najważniejszych ośrodków biznesowych w Polsce.

— Atrakcyjność miasta i regionu dostrzegają zagraniczne firmy, zwłaszcza z sektora SSC/BPO/IT/R&D, które chętnie wybierają Katowice na lokalizację swoich siedzib. Obecnie na terenie Metropolii (GZM) działa ponad 110 centrów z tego obszaru,
w których pracuje ponad 25 tys. osób — komentuje Paweł Skałba, senior partner, dyrektor działu powierzchni biurowych w Colliers International.

— Ostatnie kilka lat było okresem szybkiego rozwój dla Katowic. Centrum metropolii przyciąga co roku nowych inwestorów, zwłaszcza z sektora nowoczesnych usług biznesowych. Stosunkowo wysokie wynagrodzenia (zarobki managerów plasują się tu na poziomie 10-15 tys. PLN/mc.), szeroki wachlarz świadczeń i możliwości rozwoju zawodowego w międzynarodowym środowisku to czynniki, które przyciągają do Katowic najlepszych specjalistów. Pomimo pandemii COVID-19, prognozowane zatrudnienie nadal rośnie, dając następnemu pokoleniu absolwentów szansę na  rozwój kompetencji w ośrodkach wdrażania procesów finansowo-księgowych, informatycznych lub kadrowych — mówi Marta Kaczmarczyk, Branch Manager Professionals w Randstad.

Miasto w budowie

Sytuacja na katowickim rynku biurowym jest bardzo dynamiczna ze względu na spadający współczynnik pustostanów i dużą aktywność deweloperską. Deweloperzy przyspieszyli z budową nowych projektów w odpowiedzi na wzrost zainteresowania najemców i inwestorów coraz bardziej rozpoznawalnym rynkiem katowickim.

Miasto wyróżnia dostępność wysokiej klasy powierzchni biurowej. Z końcem I poł. 2020 r. zasoby biurowe wyniosły niemal 560 tys. mkw. Tym samym miasto plasuje się na piątym miejscu w Polsce wśród rynków regionalnych. W minionym półroczu do użytku oddano ponad 31 tys. mkw., co było wynikiem niemal czterokrotnie wyższym niż w analogicznym okresie ubiegłego roku i jednocześnie drugim najwyższym wynikiem półrocznym wśród miast regionalnych (za Krakowem). Na koniec I poł. 2020 r. na etapie budowy znajdowało się 238 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, natomiast kolejne 220 tys. mkw. jest planowane do oddania do końca 2023 r. Największymi projektami są wieżowiec .KTW II, który dostarczy 39,9 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej, dwie wieże biurowe w inwestycji Global Office Park (łącznie 53,7 tys. mkw.), oraz II etap Face2Face – 26,2 tys. mkw.

Dobre wyniki pomimo pandemii

Na koniec I poł. 2020 r. wolumen transakcji najmu na rynku katowickim wyniósł
26,5 tys. mkw., tylko o 11% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, pomimo znacznego spowolnienia ekonomicznego wywołanego pandemią COVID-19.
Co ważne, największy udział w całkowitym popycie (64%) stanowiły nowe umowy, ekspansjom przypadło 21%, a renegocjacjom 15%. Umowy typu pre-let w projektach w budowie lub planowanych stanowiły niemal 60% całkowitego popytu, co wskazuje na duże zainteresowanie najemców nowymi projektami.

— Potwierdzeniem dużego zainteresowania ze strony najemców jest także liczba transakcji najmu przeprowadzonych przez naszą firmę. Do końca września br. Colliers uczestniczył w 8 transakcjach na łączną powierzchnię 6 308 mkw. To lepszy wynik niż w analogicznym okresie zeszłego roku. To również ważny sygnał, że coraz więcej firm dostrzega potencjał Katowic i regionu, decydując się na ulokowanie tu swojego biznesu lub jego rozwój poprzez ekspansję — mówi Barbara Pryszcz, dyrektor regionalna Colliers International w Katowicach.

Współczynnik pustostanów w Katowicach od kilku lat znajduje się w fazie spadkowej. Na koniec I poł. 2020 r. wyniósł 6,1%, co stanowiło spadek o 1,3 p. p. w porównaniu do I poł. 2019 r. Stawki najmu w najlepszych budynkach klasy A wahają się od
13,5 do 15,5 EUR/mkw./miesiąc, zaś w projektach klasy B od 9 do 12 EUR/mkw./miesiąc. Katowice stanowią zatem konkurencyjny rynek najmu z dużym potencjałem.

Blisko 3,5 mln mkw. magazynów

Lokalizacja, bardzo dobra sieć dróg ekspresowych, autostrada A4, a także rozwinięta sieć kolejowa i połączeń lotniczych powodują, że Górny Śląsk jest doskonałym hubem dystrybucyjnym zarówno na Europę Zachodnią, jak i Środkowo-Wschodnią
oraz jednym z najbardziej atrakcyjnych inwestycyjnie regionów Polski.

Górny Śląsk od lat znajduje się w czołówce regionów o najwyższym popycie
na nowoczesne powierzchnie magazynowe. W granicach administracyjnych Katowic znajdują się dwa wielkoformatowe nowoczesne projekty magazynowe: Górnośląski Park Przemysłowy (14,6 tys. mkw.) oraz obiekt typu BTS o powierzchni 11,3 tys. mkw., wybudowany przez Panattoni na potrzeby firmy Rockwell Automation. W planach deweloperów są kolejne miejskie inwestycje magazynowe. W 2021 r. do użytku zostaną oddane dwa projekty 7R o łącznej powierzchni 90,8 tys. mkw. Ponadto Panattoni planuje zbudować w Katowicach swój pierwszy w kraju projekt w formule SBU dedykowany głównie najemcom z sektora ostatniej mili oraz lekkiej produkcji – City Logistics Katowice o powierzchni 69,3 tys. mkw.

Na koniec czerwca tego roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej na rynku górnośląskim osiągnęły poziom 3,44 mln mkw. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku na rynek dostarczono w sumie blisko 180 tys. mkw. nowej podaży w ramach 6 obiektów. Największy z nich to Prologis Park Ruda Śląska (51,2 tys. mkw.). Na koniec czerwca 2020 r. na Górnym Śląsku w budowie znajdowało się 432,9 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej.

W I poł. 2020 r. w ramach 47 transakcji wynajęto ok. 417,6 tys. mkw. nowoczesnych powierzchni logistyczno-magazynowych, nie wliczając w to transakcji krótkookresowych. Wskaźnik pustostanów na koniec czerwca 2020 r. odnotował lekki spadek (0,7. p. p.) w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku i wyniósł 6,2%. Stawki czynszu efektywnego za powierzchnie magazynowe na Górnym Śląsku pozostały stabilne i na koniec I poł. 2020 r. oscylowały w przedziale
2,3-2,8 EUR/mkw./miesiąc.

Employer branding w nowej rzeczywistości. Jak pandemia koronawirusa zmieniła rynek pracownika?

Pandemia Covid-19 nie tylko spowodowała globalny kryzys ekonomiczny, ale wpłynęła prawie na każdy aspekt naszego życia. Nie dziwi więc, że koronawirus wprowadził również nowe zasady na rynku pracy i znacznie zmienił funkcjonowanie wielu firm, także w Polsce. W jaki sposób? Obecnie w naszym kraju aż 2,33 mln osób pracuje zdalnie, z czego 71,7% (1,67 mln osób) z nich zaczęła korzystać z modelu pracy na zasadach home office po wybuchu epidemii[1]. To, co jeszcze wcześniej wydawało się benefitem dla „uprzywilejowanych” pracowników lub dla osób na odpowiednich stanowiskach, dziś stało się oczywistą formą pełnienia obowiązków w „nowej normalności”. Pracownicy zdali na 5 egzamin z pracy zdalnej. Ich efektywność w tym czasie nie zmalała, a wręcz przeciwnie. Dlatego wielu pracodawców wprowadziło ją na stałe do swoich firm lub postawiło na model hybrydowy. Biznesy, które mogą sobie na to pozwolić, np. biura projektowe, graficzne, agencje kreatywne, itp., deklarują, że nie powrócą już do biur i pracy na starych zasadach. Czy na naszych oczach dzieje się HR-owa rewolucja? Pokażą to najbliższe miesiące. Pewne natomiast jest to, że pandemia zmieniła relację pracownik-pracodawca i ci pierwsi nie mogą już dyktować warunków, jak to miało miejsce dotychczas. Rynek pracownika to już przeszłość? Na czym powinien skupiać się dzisiaj employer branding? Na te pytania odpowiada Agnieszka Surowiec, Dyrektor ds. HR i Komunikacji
w Intrum.  

Home office: nowe wyzwania dla pracownika i pracodawcy

Hot-desking, praca według elastycznego grafika, home office – te wszystkie „zjawiska” były obecne na polskim rynku pracy na długo przed pandemią i są dobrze znane HR-owcom. Częściej jednak kojarzone były z korporacjami czy pracą w „młodych” firmach technologicznych, start-upach. Korona-kryzys zmusił jednak większość firm w Polsce do funkcjonowania według nowych zasad praktycznie z dnia na dzień, przede wszystkim do przejścia w tryb pracy na zasadach home office. Pracownicy, którym obcy był Skype czy prezentowanie się podczas służbowych spotkań online, musieli przywyknąć do nowej rzeczywistości. Było to również wyzwaniem dla ich przełożonych, którzy przykładowo, zamiast zarządzać zespołem pracującym w jednym biurze, musieli nagle kierować wieloma „biurami” jednocześnie… i to zdalnie. Każda osoba pracująca z domu stała się jednoosobowym oddziałem firmy, który ma swoje potrzeby i wymagania. Pracodawcy zatem stanęli przed koniecznością rozwiązywania problemów, które wcześniej nie wstępowały.

Nie tylko „nowa” forma komunikacji odbywająca się w kanale online, która, jak się okazało, wiązała się z wieloma trudnościami, była wyzwaniem samym w sobie. Sporym problemem okazały się również aspekty techniczne. Pracodawcy musieli zapewnić swoim pracownikom sprzęt do pracy zdalnej i zadbać o bezpieczeństwo danych klientów, które znalazły się poza firmową siecią. Kiedy te wymagania były spełnione, pracownicy musieli zorganizować sobie pozostałe warunki pozwalające na home office.

Z naszych doświadczeń wynika, że pracownicy nie mieli problemu z przejściem w tryb pracy zdalnej. Zapytaliśmy nasz Zespół, jak ocenił funkcjonowanie Intrum w czasie lockdownu i czy pracownicy mieli jakiekolwiek trudności w przystosowaniu się do pracy w nowych warunkach. Główny wniosek z naszego badania jest następujący: praca
na zasadach home office nie wpłynęła na produktywność naszych pracowników. Co więcej, 45% osób nawet stwierdziło, że pracując w ten sposób, zwiększyło swoją efektywność. Nie znaczy to jednak, że ta sytuacja nie postawiła żadnych wyzwań przed naszym teamem. Chociaż przeszło 80% naszych pracowników otrzymało niezbędny sprzęt IT do pracy zdalnej (czyli praktycznie wszystkie osoby, które tego potrzebowały) i podobny
odsetek stwierdził, że miał łatwy dostęp do wszystkich firmowych narzędzi i programów informatycznych, to jednak trzeba było dodatkowo postarać się o zorganizowanie sobie np. odpowiedniego fotela do pracy przy biurku, dodatkowego monitora czy szybszego łącza internetowego, by wygodnie pracować z domu
– zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

Dla wielu pracowników w naszym kraju nie było to proste, ponieważ nie każdy posiada w domu własny gabinet czy dodatkowy pokój, który mógłby przeznaczyć na wykonywanie obowiązków służbowych. W wielu przypadkach więc taki kąt do pracy, pozwalający na komfortową pracę i spokojne prowadzenie wirtualnych spotkań ze współpracownikami trzeba było sobie dopiero zorganizować. Zadanie było o tyle utrudnione, że niemała grupa musiała pogodzić obowiązki służbowe z domowymi – z powodu lockdownu dzieci także zostały w domach. Każdego dnia trzeba było jednocześnie pełnić rolę pracownika, na którym polegają inni, rodzica, nauczyciela oraz dbać o dom, itp.

Przed kryzysem wywołanym pandemią Covid-19 ważne było, aby pracodawca pomagał swoim pracownikom w zachowywaniu work-life balance. Trudno jednak mówić o równowadze między tymi sferami, jeżeli całe życie pracowników zaczęło się toczyć na jednej przestrzeni. Dlatego w prowadzonych działaniach z obszaru employer brandingu raczej należało postawić na wskazywanie pracownikowi, jak umiejętnie godzić wykonywanie obowiązków rodzinnych i służbowych, a jeżeli dana sytuacja pracownika tego wymagała, nieść konkretną pomoc. W Intrum to zadziałało, ponieważ tylko 15% naszych pracowników stwierdziło, że trudne jest lub wręcz niemożliwe utrzymanie równowagi między życiem prywatnym, a pracą, pracując zdalnie. Z kolei 83% osób zadeklarowało, że nie miało osobistych czy rodzinnych wyzwań z przystosowaniem się do pracy zdalnej – komentuje Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

Opieka medyczna zamiast MulitiSportu, czyli benefity pracownicze w czasie pandemii

Praca w nowej rzeczywistości zmieniła także potrzeby pracowników. Ci pracodawcy, którzy dostrzegli tę kwestię i odpowiednio zareagowali, zostali dobrze ocenieni. Niestety, nie wszyscy postępują w ten sposób. Według wspomnianego raportu firmy Hays, aż 44% badanych pracowników przyznało, że oferowane przez pracodawcę benefity nie są dla nich satysfakcjonujące, a aż 52% nie ma wpływu na wybór świadczeń pozapłacowych, które będą wchodzić w ramy oferowanego pakietu[2].

Z oczywistych powodów, wraz z rozwojem korona-kryzysu i przejścia firm w tryb pracy zdalnej, możliwość korzystania z karty Muli Sport, dofinansowanie do pracowniczych obiadów czy organizowanie owocowych czwartków w firmie przestało mieć znaczenie. Pracownicy zaczęli doceniać inne benefity. Jakie?

Dostęp do prywatnej opieki medycznej na pierwszym miejscu

Zapewnienie pracownikom korzystania z prywatnej opieki zdrowotnej już wcześniej miało stałe miejsce na liście benefitów, ale w obliczu pandemii kwestia ta stała się jeszcze ważniejsza niż wcześniej. Troska o zdrowie pracowników, ale także oferowanie im wsparcia psychicznego w kryzysie, stało się priorytetem dla pracodawców.

– Przed wybuchem pandemii kompleksowe dbanie o zdrowie pracowników było atutem pracodawcy, ale nie koniecznością. Można śmiało powiedzieć, że teraz stało się to wręcz obowiązkiem każdej firmy, która chce dbać o swój zespół w tych „nowych” niecodziennych warunkach. Obecnie pracownicy żyją w permanentnym stresie, którego źródłem jest troska o bezpieczeństwo oraz zdrowie swoje i swojej rodziny. Szybki dostęp do lekarza daje komfort psychiczny pracownikowi oraz poczucie, że w razie konieczności szybko otrzyma pomoc – przyznaje Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

Wyrozumiałość i docenianie pracowników w trudnych czasach

To, czy dana firma przetrwała najtrudniejsze momenty kryzysu i mogła utrzymać ciągłość biznesową, w dużej mierze zależało od zaangażowania jej pracowników, od tego, jak szybko przestawili się na pracę w nowych warunkach. Jedna z „prawd” employer brandingu mówi o tym, że firma jest tak silna, jak jej pracownicy, że to oni świadczą o pozycji danej marki na rynku. Pandemia Covid-19 rzeczywiście pokazała, że tak jest w praktyce. Pracodawcy mogą się prześcigać we wdrażaniu kolejnych benefitów, jednak jak pokazują badania, pracownicy także liczą na zwykłą wdzięczność i docenienie, które niekoniecznie muszą mieć wymiar finansowy.

To wartości, które są nie do przecenia w obecnej sytuacji. Nawet najbardziej kuszące benefity nie zastąpią poczucia bycia docenionym za swoją pracę w niecodziennych warunkach, w jakich się znaleźliśmy. Tylko 28% osób pytanych przez Hays uważa, że w ich firmach promowana jest kultura doceniania. Az 88% badanych przyznało, że bardzo wartościowym sposobem doceniania jest zwykłe „dziękuję” lub pochwalenie za dobrze wykonaną pracę (85%)[3]. Dlaczego? Takie zachowanie przekłada się bezpośrednio na efektywność pracownika oraz jego zadowolenie z pracy.  Docenianie i zauważanie wysiłków sprawiają również̇, że pracownicy mają więcej energii do działania (61% vs 23% badanych, którzy nie czują̨ się̨ doceniani), poczucie sensu w pracy (70% vs 44%), a także więcej satysfakcji z wykonywanych zadań́ (73% vs 32%)[4].

Post scriptum: czy czeka nas ponowny lockdown, a pracowników konieczność pracy zdalnej?

Kolejne rekordy zachorowań, z którymi mamy do czynienia w październiku, wskazują na to, że wkroczyliśmy w tzw. drugą falę pandemii. Czy nasz kraj czeka kolejny lockdown? Odpowiedź na to pytanie poznamy w nadchodzących tygodniach. Z kolei bardzo prawdopodobne jest to, że firmy, które wróciły chociażby częściowo do „normalności”, czyli do pracy w biurach, za chwilę znów zdecydują się na działanie w trybie home office. Jest też taka grupa pracodawców, którzy po raz pierwszy staną przed nowym wyzwaniem, jakim jest zarządzanie pracownikami pracującymi zdalnie.

– Taka forma pracy nie jest niczym nowym, a w dodatku korona-kryzys trwa na tyle długo, że firmy przyzwyczaiły się do „nowej normalności” i wprowadziły narzędzia, które pozwalają im efektywnie funkcjonować, gdy całe zespoły pracują na zasadach home office. Warto korzystać z ich doświadczenia, bo sprawdziły, co w takiej sytuacji działa, a co źle odbierają pracownicy i czego należy unikać. Jednak jednocześnie warto pamiętać, że należy ostrożnie podchodzić do gotowych rozwiązań. Oznacza to, że każdy szef i HR-owiec powinien słuchać swoich pracowników, znać i reagować na ich potrzeby. A te mogą być różne i zmieniać się w czasie. Ta zasada zawsze powinna obowiązywać, ale staje się najważniejsza w sytuacji, kiedy pracownicy pracują zdalnie, co jest spowodowane kryzysową i stresującą sytuacją, jaką jest pandemia Covid-19 podsumowuje Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

[1] Dane: GUS 2020.

[2] Hays, „Raport placowy 2020. Trendy na rynku pracy”.

[3] PreeShare, AmRest i HRM Institute, “Indeks Doceniania”, 2020.

[4] Tamże.

Czy inwestorzy mogą liczyć na dalsze wzrosty na światowych giełdach?

Jednym z najważniejszych pytań, jakie zadają sobie w tej chwili światowi inwestorzy jest to, jak trwałe będą wzrosty cen akcji na giełdach. Od końca marca wartość najważniejszego amerykańskiego indeksu giełdowego – Dow Jones Industrial Average wzrosła o ponad 57 proc. Technologiczny Nasdaq 100 w tym samym czasie wystrzelił w górę o 80 proc. Bardzo wielu inwestorów interpretuje tę sytuację jako wzrost ryzyka – tym bardziej, że ogólna sytuacja gospodarcza na świecie pozostaje zła.

Na problem należy jednak spojrzeć w szerszej perspektywie. Pamiętajmy, że wskutek pandemii COVID-19 w marcu tego roku na obu nowojorskich giełdach doszło do kilkudziesięcioprocentowych spadków. Trend ten odwrócił się pod koniec marca, kiedy amerykańska Rezerwa Federalna ogłosiła bezprecedensową akcje dodruku dolara.

W zgodnej opinii bardzo wielu ekonomistów właśnie wzrost podaży dolara, mimo że nie spowodował inflacji na rynku konsumenckim, przyczynił się do ożywienia amerykańskich i światowych giełd. Wielu komentatorów zwracało nawet uwagę na fakt, że kolejne fale wzrostów amerykańskich indeksów niemal co do sekundy pokrywały się w czasie z operacjami wykupu obligacji rządu USA przez Rezerwę Federalną. Skoro korelacja jest aż tak wyraźna, warto zbadać to, jak rzeczywiście wygląda wzrost podaży pieniądza w Stanach Zjednoczonych w relacji do sytuacji na giełdach.

Od początku tego roku, licząc według wskaźnika podaży pieniądza M2, w obiegu jest o ponad 20 proc. więcej dolarów. Indeks Dow Jones Industrial Average, w którego skład wchodzi 30 najważniejszych amerykańskich spółek giełdy NYSE, mimo że jest bliski historycznych rekordów, od początku bieżącego roku zanotował wzrost zaledwie o 0,5 proc. Z kolei licząc od historycznego maksimum, które zostało osiągnięte 11 lutego, wartość indeksu do 14 października spadła o około 3 proc. Nieco inaczej jest z indeksem Nasdaq 100. Tutaj wzrost w porównaniu z 1 stycznia wynosi aż 38 proc., a w stosunku do maksimum sprzed epidemii 24 proc.

Widać więc, że w przypadku spółek technologicznych dynamika giełdowych wzrostów znacznie przekracza tempo wzrostu podaży pieniądza i może to być traktowane przez inwestorów jako czynnik ryzyka. Z kolei w przypadku spółek z indeksu DJIA w dalszej perspektywie możemy mówić o istotnym potencjale wzrostu, szczególnie gdy gospodarka zacznie przyspieszać po pandemii.

Scenariusz alternatywny, w którym rząd USA postanowi ograniczyć podaż pieniądza i zredukować swoje zadłużenie, wydaje się na dziś kompletnie nierealny. Wydrukowane pieniądze pozostaną na rynku. Zresztą świadczy o tym komunikat z niedawnego posiedzenia dyrektorów FED, w którym sugerują oni zwiększenie celu inflacyjnego.

Wśród ekonomistów i inwestorów jeszcze przed epidemią zaczęła się dyskusja o tym, czy mamy do czynienia ze wzrostem cen akcji, czy też z obniżeniem wartości dolara w stosunku do nich. Całkiem niewykluczone, że bliższe prawdy jest drugie podejście. Jednak wydaje się, że ta dyskusja ma charakter czysto akademicki. Z punktu widzenia inwestora i tak lepiej te pieniądze zarobić niż nie.

Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay

Logistyka to czarny koń rynku nieruchomości inwestycyjnych ostatnich lat

W III kwartale 2020 roku inwestorzy wydali na zakupy polskich nieruchomości 1,07 miliarda euro. Aż 70% wszystkich transakcji dotyczyło segmentu logistyki, 20% to biura, a pozostałe 10% to obiekty handlowe. Pewne już jest, że w 2020 roku nie pobijemy rekordu z 2019 roku kiedy transakcje przekroczyły 7,7 mld euro. Rok 2021 rok jest jeszcze dużą niewiadomą, ale spodziewamy się, że nieruchomości w Polsce będą cieszyć się dużym zainteresowaniem funduszy z Europy, Chin i Singapuru.

Pandemia i globalne ograniczenia w przemieszczaniu się wprowadziły przetasowania na inwestycyjnej mapie rynku nieruchomości. Dotyczą one zarówno źródeł kapitału jak i zainteresowania poszczególnymi segmentami nieruchomości komercyjnych. W I połowie 2020 r. aż 46% wszystkich akwizycji dotyczyło biurowców. W III kwartale br. proporcje się znacznie zmieniły i biurowce ustąpiły miejsca logistyce, która stanowiła aż 70% całkowitego wolumenu transakcji. Zmianie uległy nie tylko proporcje alokacji, ale też pochodzenie kapitału. Korea Południowa jeszcze parę miesięcy temu była jednym z ważniejszych źródeł inwestycji w Polsce, ale zmieniło się to ze względu m.in. na regulacje koreańskich funduszy inwestycyjnych wymagają osobistych oględzin nieruchomości, co przy ograniczeniach w przemieszczaniu się jest o wiele trudniejsze. Najnowszy raport Knight Frank – Active Capital 2021 – badający kierunki globalnych przepływów kapitałowych i trendy na przyszły rok, ocenia, że inwestorzy, z uwagi na ograniczenia w przemieszczaniu się, będą inwestować w aktywa w krajach bliskich geograficznie. Dlatego w Polsce kapitał będzie pochodził głównie z Europy.

Spadek zainteresowania nieruchomościami biurowymi to bezpośredni skutek pandemii i wynika z niepewności dotyczącej zmieniającego się środowiska pracy. Zainteresowanie logistyką wynika natomiast z utrzymującej się koniunktury w tym segmencie i rozwojem e-commerce, a także konieczności znalezienia alternatywy dla nieruchomości biurowych. Jeśli chodzi o źródła pochodzenia kapitału, nieruchomości w Polsce będą głównie obiektem zainteresowania tradycyjnych funduszy z Europy jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania czy Austria. Była to główna grupa inwestorów jeszcze przed pandemią, ale teraz kraje te przez globalne ograniczenia w przemieszczaniu się jeszcze więcej pieniędzy będą wolały zostawić w naszym regionie.” – komentuje Krzysztof Cipiur, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, Knight Frank

Obok inwestorów europejskich, w Polsce ulokują swoje pieniądze również azjatycje potęgi jak Singapur i Chiny, którzy w logistyce będą szukać całych portfeli a w segmencie biur budynków w klasie „core”, czyli tych o najniższym ryzyku. Spodziewamy się także zwiększonej aktywności pieniędzy z USA oraz Izraela w przypadku przecenionych aktywów np. biurowych czy hotelowych. Znaczącym inwestorem dla Polski jest również RPA, które uważa nasz kraj za tzw. bezpieczną przystań. Patrząc na segment handlowy na atrakcyjności inwestycyjnej mocno zyskały parki handlowe. Wiąże się to bezpośrednio ze skutkami pandemii i zmianą nawyków konsumenckich, którzy w ostatnich miesiącach rzadziej robili zakupy w centrach handlowych przenosząc się właśnie do parków handlowych. Trudno ocenić czy jest to zjawisko tymczasowe, czy trend, który zostanie z nami na dłużej” –  dodaje Krzysztof Cipiur.

Zarobki w branży IT: kto dostaje 15 tys. zł miesięcznie?

Nawet 80% stanowisk oferowanych programistom przez agencje rekrutacyjne dotyczy pracy, za którą miesięcznie można zarobić minimum 15 tys. zł. Kto dokładnie może liczyć na taką pensję? Najnowsze dane z okresu od marca 2020 do dzisiaj, dotyczące wynagrodzeń i oczekiwań wobec specjalistów z branży IT, zebrała szkoła programowania online Kodilla.com.

Światowy rynek pracy od lat walczy z ogromnym niedoborem specjalistów od nowych technologii. Nic dziwnego więc, że firmy prześcigają się, jeśli chodzi o oferowane pensje czy benefity. Nawet trwający kryzys covidowy nie obniżył znacząco ani komfortu pracy, ani zarobków pracowników tej branży.

Programiści to jeden z niewielu zawodów, którego skutki pandemii albo nie dosięgnęły, albo dosięgnęły w bardzo niewielkim stopniu. Mimo trudnej sytuacji gospodarczej średni wzrost wynagrodzeń w tym sektorze – począwszy od marca 2020 do dziś – wynosi optymistyczne 5-10%. Poza tym, aż 18% specjalistów IT deklaruje, że ich zarobki w tym okresie wzrosły – komentuje Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania online Kodilla.com.

Jakich ofert za 15 tys. zł jest najwięcej?

Zarobki w branży IT różnią się w zależności od formy zatrudnienia. W przypadku umów o pracę, 60-70% ofert proponowanych przez agencje czy portale rekrutacyjne to stanowiska z wypłatą rzędu od 15 tys. zł wzwyż. Najwięcej takich propozycji jest dla kandydatów posiadających co najmniej 4-5-letnie doświadczenie w branży i rozległą wiedzę na temat rozwiązań komercyjnych.

Oczywiście, zdarzają się firmy, które oferują wyższe wynagrodzenia, nawet do 18 tys. zł brutto. Trzeba też pamiętać o podwyższonych kosztach uzyskania przychodu, powiększających  kwotę netto, którą pracownik otrzyma po odliczeniu podatków – tłumaczy Krzysztof Kobyliński, lider zespołu IT w firmie Devire.tabelka_b2b

Na jeszcze więcej ofert mogą liczyć programiści, którzy chcą pracować na kontraktach B2B. Propozycji pracy, za którą pensja zaczyna się od 15 tys. zł brutto, jest aż 80%. Takie wynagrodzenia oferowane są zazwyczaj ekspertom na poziomie regular oraz senior, którzy posiadają co najmniej 3-letnie doświadczenie w branży. Choć, jak przyznaje Anastasia Kotliarenko z Devire, są wyjątki od tej reguły:

Ogólna tendencja jest taka, że programista, który chce zarabiać na umowie B2B 15 tys. złotych i więcej, powinien posiadać od 3 do 5 lat doświadczenia. Zdarza się jednak, że programista z 2-letnim doświadczeniem otrzyma wynagrodzenie na podobnym poziomie. Wszystko zależy od technologii, w której programuje – mówi ekspertka.tabelka_uop

Magdalena Szabelska, managerka w zespole rekrutacji i kontraktów IT w międzynarodowej agencji zatrudnienia Randstad zauważa, że zarobki od 15 tys. zł wzwyż dotyczą zwykle najbardziej pożądanych profili kandydatów, do których trudno dotrzeć. Jak dodaje: – Z naszej perspektywy ok. 70% ofert pracy dla programistów dotyczy stanowisk, na których można zarobić powyżej 15 tys. zł miesięcznie. Dotyczy to testerów automatycznych, programistów Java i .NET z przynajmniej 3-letnim doświadczeniem, a także specjalistów o kompetencjach regular i senior z obszaru big data oraz IT security.

W  przypadku Javy zazwyczaj wymagane są konkretne wersje tego języka – 7, 8, 11 lub nowsze. Dodatkowo kandydat powinien znać frameworki: Spring, Hibernate, bazy danych SQL, NoSQL. Zdarza się również, że mile widziane jest doświadczenie w konkretnej branży (bankowej, finansowej, ubezpieczeniowej). Z kolei w przypadku Frontendu, najczęściej występuje kombinacja technologii JavaScript, CSS, HTML + Angular albo React.js. Jeśli chodzi o C++, są to najczęściej C/C++, Linux, Git, Gitlab, Unit testing.

Pomimo wymienionych wyżej języków cały czas na popularności zyskuje Python, technologie mobile dla Androida i iOS oraz wspominany React.js. Oczywiście, oprócz stricte technicznych wymagań, pracodawcy zwracają uwagę na osobowość kandydata, cechy miękkie oraz znajomość języka angielskiego, która jest teraz warunkiem koniecznym.

Freelancer też ma szansę na 15k

Okazuje się, że nawet nie nawiązując stałej współpracy z firmą IT można zarobić 15 tys. zł miesięcznie. Kodilla.com poprosiła o aktualne dane portal Useme.com, serwis ułatwiający rozliczanie usług freelancerskich. W przypadku programistów tylko w przeciągu ostatniego roku umów o dzieło na 15 tys. zł lub więcej było 45.

Oczywiście to nie to samo co etat, ale praca jako wolny strzelec to większa swoboda. Taki programista jest znacznie bardziej niezależny. I choć freelance nie gwarantuje, że tak dobre zarobki będą regularne, to jednak z naszych obserwacji wynika, że mogą być powtarzalne. Jeśli programista wykona swoje obowiązki w satysfakcjonujący firmę sposób, będzie mógł liczyć na ciągłość – mówi Robert Włodarek z Useme.com.

A jakie są średnie zarobki w IT?

Według danych No Fluff Jobs, portalu z ofertami pracy dla programistów, mediana najniższych proponowanych zarobków w przypadku umowy B2B w pierwszym półroczu 2020 roku wyniosła 12 tys. zł (+ VAT), podczas gdy w pierwszej połowie roku 2019 było to 10 tys. zł (+VAT). W przypadku najwyższych pensji mediana wyniosła 17,6 tys. zł (+ VAT), czyli o 10 proc. więcej niż rok wcześniej. W przypadku umów o pracę (UoP) oferowane wynagrodzenie specjalistów w branży IT w analizowanym okresie br. wynosiło od 8,9 do 13,2 tys. zł brutto i było kilka procent wyższe niż w ub.r.

Według No Fluff Jobs najbardziej poprawiły się w ostatnim czasie pensje tzw. midów. Na umowach B2B proponowano im między 9 a 14 tys. zł (+ VAT), podczas gdy rok temu przedział ten wynosił 8-13 tys. zł. Na umowie o pracę wynagrodzenie midów waha się natomiast między 8 a 12 tys. zł brutto. Juniorzy mogą obecnie liczyć na wynagrodzenia w przedziale od 4 do 7 tys. zł (+ VAT) na B2B, a na umowie o pracę od 4 do 6,3 tys. zł brutto. Seniorzy mogą liczyć dalej na najwyższe wynagrodzenia w branży, które wynoszą od 15 do nawet 20 tys. zł (+ VAT) na B2B oraz 13-18 tys. zł brutto na umowach o pracę – podaje No Fluff Jobs.

Na najlepsze wynagrodzenia od lat mogą liczyć programiści znający język Java. Według najnowszego raportu Sedlak & Sedlak mediana miesięcznych wynagrodzeń dla programisty wkraczającego na rynek pracy (Junior Java Developer) wynosi 5,6 tys. zł brutto (na umowie o pracę). Programista z doświadczeniem (tzw. mid) w zależności od rodzaju umowy, zarabia już 8,5-11,9 tys. zł. Zarobki seniorów sięgają 15 tys. zł.

tabelka_sedlak
Raport płacowy Sedlak & Sedlak dla branży IT – 2020 – wiosna Młodszy specjalista: SM Doświadczony specjalista: SD Starszy specjalista: SS

Mediana miesięcznych wynagrodzeń całkowitych wypłaconych programistom Java na różnych poziomach organizacji (w PLN / brutto)

Jak komentuje ekspertka z Kodilla.com, pomimo panującej pandemii rynek IT zdaje się być nieugięty, a oczekiwania wraz z proponowanym wynagrodzeniem nie odbiegają od dotychczasowych standardów. – Programiści z odpowiednimi kwalifikacjami i pożądanymi na rynku technologiami wciąż mogą liczyć na stabilność i poczucie bezpieczeństwa, również pod względem wynagrodzenia. Natomiast najbardziej doświadczeni specjaliści wciąż pozostają w gronie pracowników wynagradzanych znacznie lepiej niż inne grupy zawodowe. Osiągając zarobki rzędu kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie wciąż mogą liczyć na podwyżki – podsumowuje Magdalena Rogóż.

Czy towarzystwo ubezpieczeniowe może odmówić zawarcia umowy?

Znaleźliśmy ofertę ubezpieczenia na życie, która odpowiada naszym oczekiwaniom. Kolejnym krokiem jest spotkanie z agentem w celu podpisania umowy. Czy coś może pójść nie tak? Ubezpieczyciel może nie zgodzić się na zawarcie z nami umowy.

Kilka okoliczności może skutkować odmową zawarcia umowy ze strony ubezpieczyciela. Sprawdźmy, co może mieć wpływ na taką decyzję i jak znaleźć najlepszą ofertę ubezpieczenia na życie.

Po co nam ubezpieczenie na życie?

Na zakup polisy na życie możemy zdecydować się z kilku powodów – możemy chcieć zabezpieczyć najbliższych na wypadek naszej nagłej śmierci, możemy potrzebować ochrony na wypadek np. poważnego zachorowania lub kontuzji a także, gdy chcemy oszczędzać lub inwestować środki.

Ubezpieczenie na życie może zapewnić ochronę nam, ale również naszym bliskim, gdy zdecydujemy się np. na polisę rodzinną lub wybierzemy ochronę dla dziecka (polisa NNW, polisa posagowa).

Każda z wymienionych opcji posiada ściśle określone zasady umowy. Jak możemy przeczytać na https://rankomat.pl/zycie/czy-towarzystwo-ubezpieczeniowe-moze-odmowic-zawarcia-umowy zakup ubezpieczenia jest możliwy dla osób w konkretnym wieku, posiadających określone dochody oraz z dobrym stanie zdrowia ocenianym na podstawie ankiety medycznej. Nie każdy z nas zatem będzie spełniał warunki, których oczekuje ubezpieczyciel.

Kiedy ubezpieczyciel może odmówić zawarcia umowy?

Towarzystwo ubezpieczeniowe najczęściej nie odmawia zawarcia umowy, ale istnieją okoliczności, w których ma podstawy do nie zawierania z nami umowy. Może stać za tym kilka powodów.

Ubezpieczyciel może odmówić nam zawarcia umowy w sytuacji, gdy przekraczamy wiek, który jest ściśle określony dla danej polisy. Musimy pamiętać, że oferta jest dedykowana konkretnej grupy osób, co nie oznacza, że jeśli ukończyliśmy już pewien wiek to nie znajdziemy innych ofert ubezpieczeniowych, które nas uwzględnią. Widełki dotyczące wieku są różne dla różnych ofert nawet w jednym towarzystwie ubezpieczeniowym, a także u różnych ubezpieczycieli. Zatem warto oferty porównywać i sprawdzać, kto w tym kierunku ma dla nas lepsze warunki.

Odmowa zawarcia umowy może dotyczyć również bardziej szczegółowych wytycznych. Pamiętajmy o tym, że chcąc zawrzeć umowę na ochronę dotyczącą zdrowia, ubezpieczyciel jasno określa różne ograniczenia. Zatajanie informacji ostanie zdrowia działa na naszą niekorzyść, ale pewne już przebyte choroby mogą wykluczać nas z możliwości zakupu konkretnego rozszerzenia, jak również samej polisy. Ubezpieczyciel na podstawie informacji wynikających z ankiety medycznej ustala ryzyko zachorowania oraz śmierci potencjalnego ubezpieczonego.

Innym powodem odmowy zawarcia umowy może być zbyt wysoka suma ubezpieczenia, która wpłynie na wysoką cenę składki. Dlaczego ma to znaczenie? Ubezpieczyciel wymaga od nas informacji o zarobkach, stanowisku, na jakim pracujemy, jak również naszych zobowiązaniach finansowych. W sytuacji, gdy uzna, że nasze dochody są za niskie względem wybranej przez nas oferty, może odmówić zawarcia umowy. Zbyt wysoka składka może w niedalekiej przyszłości stanowić dla nas znaczne obciążenie finansowe. Przy pierwszych trudnościach z pieniędzmi możemy szukać oszczędności i obniżać wydatki, co może doprowadzić do rezygnacji z polisy na życie. Takie rozwiązanie nie opłaca się nikomu – ani ubezpieczycielowi, ani ubezpieczonemu.

Warto jednak podkreślić, że odmowa ubezpieczyciela nie dotyczy wszystkich ofert, a jedynie tej, która wstępnie nas interesowała. Najczęściej towarzystwo ubezpieczeniowe w takiej sytuacji zaproponuje nam inne rozwiązanie – tańsze, z mniejszym zakresem umowy czy niższą sumą ubezpieczenia. Odmowa nie oznacza, że nie możemy się ubezpieczyć, warto więc rozważyć zakup innego ubezpieczenia.

Gdzie znaleźć najlepszą polisę na życie?

Przy wyborze polisy na życie kluczową rolę odgrywa znajomość ofert na rynku ubezpieczeniowym. Wielu klientów nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele możliwości jest dostępnych, przez co decydują się na polisę w najbardziej znanych towarzystwach ubezpieczeniowych.

To może być spory błąd, ponieważ konkurencja może oferować lepszy pakiet assistance, niższą cenę i bardziej korzystne rozwiązania. Trudno może być jednak z dotarciem do ofert firm ubezpieczeniowych, których nie znamy za dobrze. Jak zatem ocenić, która oferta jest najbardziej korzystna?

Warto korzystać z pomocy stron, które są poświęcone w całości tematyce ubezpieczeniowej. Na jednej z nich typu https://rankomat.pl/ubezpieczenia-na-zycie/kalkulator możemy skorzystać z pomocy porównywarki, jak i sprawdzić aktualne rankingi, gdzie ofertom są przyznawane oceny przez niezależnych specjalistów. Proces szukania dzięki temu będzie wymagać od nas mniej czasu, a wybór będzie o wiele łatwiejszy.

Przed podpisaniem umowy pamiętajmy o tym, by dokładnie zapoznać się z treścią dokumentu OWU (Ogólne Warunki Ubezpieczenia). Dzięki temu dowiemy się ile czasu stanowić będzie karencja, jakie są wyłączenia odpowiedzialności oraz jak zgłosić roszczenie ubezpieczycielowi. Są to cenne informacje na przyszłość. O szczegóły warto również pytać agenta ubezpieczeniowego podczas spotkania w celu zawarcia umowy.

Optymistyczny start

Nadzieje na pakiet fiskalny w USA (ponownie) dają impuls do wzrostów na rynkach, przynosząc presję na sprzedaż USD oraz podbicie futures na S&P500 o 0,7 proc. O optymizm nie jest jednak łatwo, biorąc pod uwagę, że zostało 15 dni do wyborów w USA, a obraz rynkowy dodatkowo zaciemnia wzrost ryzyk drugiej fali pandemii.

Trzech aktorów mają negocjacje fiskalne w USA: Demokratów z Izby Reprezentantów, administrację Białego Domu i Republikanów z Senatu. Każda strona ma swoje oczekiwania dotyczące pakietu, co mnoży spory i prowadzi do impasu. Jednak po weekendowych rozmowach między spikerką Izby Pelosi i sekretarzem skarbu Mnuchinem kolejny raz rosną nadzieję, że są szanse na porozumienie. Pelosi dała administracji Trumpa 48 godzin na wypracowanie progresu po stronie republikańskiej, gdzie Trump jest gotowy dać więcej pieniędzy (ponad 2,2 bln USD), ale Republikanie z Senatu są bardziej oszczędni. Trump powiedział dziennikarzom, że choć nie wszyscy Republikanie się z nim zgadzają, to sądzi, że „w końcu się zgodzą”. Stwierdzam, że w szansach na porozumienie nic się nie zmieniło, jednak rynki potrzebują oddechu po zeszłotygodniowym przytłoczeniu obawami o ryzyka drugiej fali pandemii. Pakiet fiskalny dalej wydaje się mało realny przed wyborami i nie jest idealnym panaceum na wszystkie konsekwencje płynące z wzrostu liczby zachorowań – w USA i na świecie. Jakikolwiek rajd ulgi może się dziś rozwinąć, ostrożnie podchodziłbym do jego trwałości w kolejnych dniach.

Dane o wzroście gospodarczym z Chin nie spełniły oczekiwań wsparcia optymizmu. W trzecim kwartale PKB zwiększył się tylko o 4,9 proc. r/r, mniej niż oczekiwane 5,5 proc. Na pocieszenie dane o aktywności gospodarczej w ostatnim miesiącu kwartały wypadły lepiej od prognoz, sugerując poprawę konsumpcji wewnętrznej i postępujące wzmocnienie produkcji wytwórczej. W szerszym ujęciu dane wrześniowe są mniej przestarzałe niż kwartalne i lepiej powinny opisywać aktualną sytuację w gospodarce, jednak rynki znajdują się w sytuacji, że negatywne informacje ważą więcej na nastrojach.

Funt rośnie się po weekendzie przy niewielkich zmianach w temacie brexitu. Jeszcze w piątek premier Johnson straszył, że Wielka Brytania zmierza do umowy handlowej w stylu Australii, jednak pod tym porównaniem nie kryje się nic więcej jak handel na warunkach WTO. Niewzruszona strona unijna wciąż planuje przyjechać do Londynu na kontynuację rozmów w tym tygodniu. Tymczasem pojawiają się informacje, że niektórzy brytyjscy urzędnicy maja dość strategii Johnsona i planują złagodzić zapisy kontrowersyjne ustawy handlowej Internal Market Bill, by poprawić stosunki z Brukselą. Całe to zamieszanie tylko generuje niepotrzebne wahania funta, ale na koniec rynek wciąż liczy na porozumienie, choć prędzej dopiero w przyszłym miesiącu.

EUR/PLN zaczyna tydzień od prób zejścia pod 4,54, korzystając na poprawie nastrojów na rynkach zewnętrznych. W weekend w Polsce weszły nowe restrykcje związane z walką z koronawirusem, ale nie przyniosą one od razu silnej poprawy statystyk zachorowań, stąd otoczenie informacyjne pozostanie negatywne. Z drugie strony planowane utworzenie szpitala polowego na Stadionie Narodowym oraz sygnały, że rząd przedstawi rozwiązania w sprawie pomocy dla niektórych branż dotkniętych najnowszymi obostrzeniami sugerują wzmożoną aktywność władz i umniejszają ryzyko pełnego lockdownu. Wątpliwe, aby szybko miało się to przeobrazić w impuls do odreagowania złotego, gdyż dodatkową presję będzie budować rozwój drugiej fali w reszcie Europy. W sytuacji nasilenia ucieczki inwestorów od ryzyka podejście EUR/PLN do 4,60 w najbliższych dniach nie jest wykluczone.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

HUB4Fintech S.A. ma Term Sheet dot. połączenia z MINUTOR Energia

HUB4Fintech S.A. (poprzednio CWA S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, podpisała Term Sheet z MINUTOR Energia Sp. z o.o. działającą w branży OZE dotyczący połączenia obu spółek. Spółki będą przygotowywały Plan Połączenia, którego podpisanie powinno nastąpić do 10 lutego 2021 r.

HUB4Fintech S.A. (poprzednio CWA S.A.) podpisała ze spółką MINUTOR Energia Sp. z o.o. Term Sheet dotyczący połączenia obu spółek. Zamiarem obu podmiotów jest połączenie przez przejęcie, tj. przez przeniesienie całego majątku MINUTOR Energia Sp. z o.o. (Spółka Przejmowana) na HUB4Fintech S.A. (Spółka Przejmująca) za akcje, które Spółka Przejmująca wyda wspólnikom Spółki Przejmowanej. Podmiot powstały po połączeniu zmieni nazwę na MINUTOR Energia S.A. lub inną określoną przez Spółkę Przejmowaną i rozszerzy działalność biznesową o segment OZE. Wartości obu Spółek zostaną określone przez biegłego rewidenta, wybranego zgodnie przez Strony w terminie do dnia 31.01.2021 r., a następnie w oparciu o sporządzone wyceny zostaną ustalone w Planie Połączenia, którego podpisanie ma nastąpić do 10.02.2021 r. W obu przypadkach uzyskane wyceny mogą zostać skorygowane przez Strony o ich pozycję rynkową. Zarząd HUB4Fintech S.A. jest przekonany, że połączenie z MINUTOR Energia Sp. z o.o. przyczyni się do dynamicznego rozwoju Spółki w oparciu o nowy segment biznesowy związany z Odnawialnymi Źródłami Energii.

„Połączenie sił obu podmiotów w zakresie wspólnego działania w obszarze Odnawialnych Źródeł Energii, wykorzystując synergię doświadczeń, kompetencji oraz wartości, jakimi kierują się obie spółki, może przyczynić się do powstania ogólnopolskiego dostawcy rozwiązań OZE pod rozpoznawalną marką. HUB4Fintech S.A. już wcześniej dostrzegł potencjał rynku OZE i możliwość połączenia klasycznych modeli dystrybucji z usługami Fintech. Połączenie kompetencji obu firm pozwoli nam zbudować ofertę rozwiązań innowacyjnych na skalę krajową i agresywniej skonsumować udział w tym perspektywicznym rynku. Oferta HUB4Fintech S.A., czyli szkolenia, wdrożenia IT oraz Fintech, rozszerzona o odnawialne źródła energii otwiera dla nas zupełnie nowe perspektywy na przyszłość.” – komentuje Mirosław Januszewski, Prezes Zarządu Spółki HUB4Fintech S.A.

„Podpisanie Term Sheet jest swoistym sukcesem wszystkich zaangażowanych osób w projekt MINUTOR Energia. Udało nam się do idei budowania średniej wielkości przedsiębiorstwa energetycznego przekonać wielu inwestorów, którzy biorą udział w kolejnych rundach finansowania spółki. Na chwilę obecną rynek może nas poznać jako podmiot zajmujący się montażem instalacji PV dla domu i dla biznesu, ale jeszcze w tym roku mam nadzieję, że zakomunikujemy rynkowi ciekawe projekty wykraczające poza standardowe postrzeganie OZE w Polsce. Branża, w którą coraz mocniej się angażujemy, ma bardzo dobre perspektywy, a całość odnawialnych źródeł energii, jak i elektromobilność, to niesamowita szansa dla wzrostu wartości połączonych spółek. Przed nami dużo pracy, a podpisany Term Sheet to początek drogi.” – ocenia Zbisław Lasek, Prezes Zarządu Spółki MINUTOR Energia Sp. z o.o.

HUB4Fintech S.A. (poprzednio CWA S.A.) to spółka notowana na rynku NewConnect od października 2017 r. Jej dotychczasowym obszarem działalności były usługi szkoleniowe, informatyczne i doradcze dla sektora publicznego.

Polacy nie chcą odpuścić bankom. Rzecznik Finansowy z rekordową ilością skarg w sprawie kredytów walutowych

Do Rzecznika Finansowego wpłynęło prawie 100% więcej wniosków o interwencję ws. związanych z rynkiem bankowo-kapitałowym. Wzrost ten dotyczy pierwszego półrocza br. w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Największy wpływ na to miały spory dot. niewłaściwego rozliczenia wcześniej spłaconych kredytów. W tym przypadku liczba wniosków była ponad 5 razy większa niż wcześniej. Biorąc pod uwagę kredyty walutowe, zgłoszeń przybyło o prawie 100%. Z kolei najskuteczniejszym narzędziem wsparcia były tzw. istotne poglądy.

Patrząc na cały segment rynku bankowo-kapitałowego, widać znaczny wzrost liczby wniosków o interwencję, złożonych do Rzecznika Finansowego. W pierwszej połowie br. było ich 5101, czyli o prawie 100% więcej w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Wówczas wpłynęło ich 2588. To bardzo niepokojący trend. W latach 2016-2019 r. przyrost takich spraw wynosił ok. 12% rdr.

– Jeśli w kolejnych miesiącach utrzyma się obserwowana dynamika, to na koniec roku zanotujemy ok. 10 tys. wniosków o interwencję. Zdecydowanie na ten wzrost wpłynęło rozstrzygniecie TSUE ws. państwa Dziubaków. Część sądów wstrzymywała się z rozstrzygnięciami w oczekiwaniu na stanowisko Trybunału. Sami klienci i ich pełnomocnicy również odkładali decyzję o złożeniu pozwu – komentuje Marcin Jaworski z Biura Rzecznika Finansowego.

Jak przekonuje mec. Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal, zwiększenie liczby wniosków głównie wynika z rosnącego zapotrzebowania. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że zostało potraktowanych przez instytucje finansowe w sposób nieprawidłowy. Powszechność takich praktyk w działalności np. banków skutkuje obecnie większym zainteresowaniem klientów. Niestety, pomimo tego i najczęściej korzystnego dla klientów stanowiska Rzecznika, praktyki rynkowe nadal pozostawiają wiele do życzenia.

– Banki intensywniej poszukują środków, ponieważ pogarsza się ich sytuacja. A dzieje się tak z uwagi na uwarunkowania makroekonomiczne. Przy tym spowolnienie w gospodarce nie zaczęło się wraz z pandemią, tylko już w połowie ubiegłego roku. W kolejnych kwartałach mieliśmy coraz gorszy wzrost, a na początku 2020 roku już relatywnie niewielki. A ten okres nie był jeszcze mocno dotknięty efektami COVID-u – mówi ekonomista Marek Zuber.

Z danych Rzecznika Finansowego wynika, że największy wpływ na wzrost miały spory dotyczące niewłaściwego rozliczenia wcześniej spłaconych kredytów konsumenckich. W pierwszej połowie 2019 roku wniosków o interwencję w tego typu sprawach było 369. Natomiast ostatnio już ponad 5 razy więcej – 2283. Zdaniem mec. Bartosiaka, ten skok wynika z ubiegłorocznego wyroku TSUE. A to orzeczenie jest proste, jeśli konsument spłacił kredyt przed terminem, to bank musi zwrócić proporcjonalną część prowizji.

– Pomimo upływu ponad 4 lat od wydania stanowiska RF i blisko roku od wydania wyroku ws. Lexitor, nie wszyscy kredytodawcy dostosowali swoje praktyki do stanu zgodnego z prawem. Dlatego Rzecznik podejmuje nie tylko interwencje na wnioski klientów. Wytacza również powództwa przeciw bankom, które nie zmieniły swoich procedur w tym zakresie – zaznacza Marcin Jaworski.

Natomiast o prawie 100% wzrosła liczba wniosków o interwencję w sprawach dotyczących kredytów walutowych. W pierwszej połowie ubiegłego roku złożono ich 182, a rok później – 358. Biuro Rzecznika prognozuje dalszy wzrost. Z kolei ekspert z MBM Legal podkreśla, że coraz więcej osób interesuje się swoją sytuacją – sprawdza umowy, korzysta z pomocy prawników i kieruje sprawy do sądów. Zwrócenie się do Rzecznika jest jednym z możliwych kroków. Jego przychylne stanowisko zwiększa poczucie pewności klientów i przekonuje do podjęcia dalszych działań.

– Banki nie chcą z automatu dogadywać się z klientami. One bardzo często wolą przeprowadzić proces, żeby wyczerpać wszystkie możliwości. I to też rodzi sprzeciw ludzi, którzy próbują szukać wsparcia w Biurze Rzecznika Finansowego. Mamy np. tzw. wakacje kredytowe, o których sporo mówiło się na początku pandemii. Wielu klientów przekonało się, że one nie były proponowane automatycznie. A kiedy już je oferowano, to bardzo często wiązały się z dodatkowymi opłatami – podkreśla Marek Zuber.

Jak informuje Marcin Jaworski, od października 2015 roku do końca sierpnia 2020 roku liczba wniosków od posiadaczy kredytów walutowych przekroczyła 8 tys. Najwięcej z nich, bo 3485, dotyczyło przeprowadzenia postępowania polubownego. 2683 postępowania interwencyjnego, a 1911 – przedstawienia istotnego poglądu na etapie postępowania sądowego.

– Rozkład wniosków wskazuje, że największe zainteresowanie budzi postępowanie polubowne oraz po prostu wsparcie w rozmowach z bankami, ich specyficznym językiem i procedurami. Jeśli te działania nie skutkują, to kredytobiorcy kierują sprawy do sądów. Tam próbują wykazać swoje racje w każdy możliwy sposób, wspierając się także istotnymi poglądami Rzecznika – analizuje mec. Bartosiak.

Według Marcina Jaworskiego, najskuteczniejszym narzędziem wsparcia były tzw. istotne poglądy, wydawane na etapie postępowania sądowego. Do tego trzeba dodać uchwałę Sądu Najwyższego z wniosku Rzecznika Finansowego (czerwiec 2018 roku), która zdecydowanie ułatwiła dochodzenie roszczeń konsumentom. Duże znaczenie ma też fundamentalny Raport z 2016 r. dotyczący kredytów walutowych.

– Działalność Rzecznika na pewno pomogła i przyspieszyła rozstrzygnięcie niektórych kwestii związanych z kredytami. Dojście do obecnego etapu w zwykłym trybie, bez jego interwencji, z pewnością zajęłoby dłużej. Niektóre kwestie, jak np. stosowanie teorii dwóch kondykcji lub teorii salda, wciąż pozostają do rozstrzygnięcia – podsumowuje ekspert z kancelarii MBM Legal.

Instytut Staszica: System depozytowy dla opakowań jednorazowego użytku po napojach – jaki model optymalny dla Polski?

Polski rząd stoi przed koniecznością implementowania do krajowego systemu prawnego unijnych dyrektyw, wprowadzających Rozszerzoną Odpowiedzialność Producenta, a w jej ramach musi stworzyć także dobrze działający system depozytowy obejmujący jednorazowego użytku opakowania po napojach. Eksperci Instytutu Staszica pracują nad stanowiskiem dotyczącym tego systemu, który z założenia musi uwzględniać lokalne uwarunkowania w tym m.in. specyfikę naszej produkcji i modelu sprzedaży detalicznej.

Do lipca 2021 r. Polska musi wdrożyć Dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady UE z dnia 5 czerwca 2019 r. w sprawie zmniejszenia wpływu niektórych produktów z tworzyw sztucznych na środowisko (tzw. Dyrektywa Single-Use Plastics). Ten akt ustanawia poziomy w zakresie selektywnej zbiórki butelek z tworzyw sztucznych po napojach do recyklingu (do 2029 r. będzie to aż 90%) i wprowadza wymóg, że od 2025 r. butelki plastikowe muszą zawierać co najmniej 25 % tworzyw sztucznych pochodzących z recyklingu ; w 2030 r. ten próg wyniesie 30%. Z kolei dyrektywa z dnia 19 listopada 2008 r. w sprawie odpadów przewiduje, że systemy Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta w państwach członkowskich muszą do 5 stycznia 2023 r. zostać dostosowane do wymagań dyrektywy.

Jak widać z prawnych wytycznych, Polska – czy chce, czy nie chce – musi stworzyć dobrze funkcjonujący system depozytowy, ponieważ tylko w ten sposób zapewni odpowiedni recykling zebranych w tym systemie odpadów plastikowych. Inaczej grożą jej bardzo wysokie opłaty. Ponadto bez tego systemu polscy producenci nie spełnią wymagań, które na nich ciążą.

Obecnie kluczową kwestią nie jest zatem odpowiedź na pytanie, czy taki system w Polsce ma powstać, ale jak ma on działać, aby chciałyby w nim uczestniczyć np. sklepy, bowiem bez poparcia handlu nie ma szansy na to, aby był on efektywny. Dlatego konieczne jest uwzględnienie przy jego tworzeniu specyfiki naszego handlu detalicznego. Trzeba pamiętać, że w odróżnieniu od wielu państw UE, w Polsce istotną część tego sektora stanowią małe sklepy, dla których źle opracowany system może być prawdziwą kulą u nogi. Oczywiście są też dodatkowe kwestie – kto powinien takim systemem zarządzać, jakie rodzaje opakowań powinny być objęte depozytem, czy ma być on dobrowolny, czy obowiązkowy dla producentów itd.? Pytań dużo. Instytut Staszica w ciągu kilku tygodni przedstawi swoje stanowisko. Będzie też stale monitorował proces prac nad odpowiednimi regulacjami prawnymi.

Lawinowy spadek rezerwacji. Mały lockdown dobija hotelarzy

Ogłoszenie żółtej strefy w całym kraju zamroziło turystykę. W pierwszym tygodniu po ogłoszeniu obostrzeń liczba rezerwacji spadła o ponad 40% względem końcówki września – wynika z raportu platformy Noclegi.pl. Nastroje w branży coraz gorsze.

Spadki było widać już w tygodniu poprzedzającym wprowadzenie restrykcji. Kolejne rekordy zachorowań i zapowiedź ograniczeń natychmiast odbiły się na liczbie rezerwacji – tydzień do tygodnia zanotowano spadek o ponad 30%.

„Po 10 października było jeszcze gorzej. Mieliśmy aż 43% mniej rezerwacji, niż w końcówce września – mówi Natalia Jaworska, ekspert platformy Noclegi.pl. – Mówimy zarówno o rezerwacjach bieżących, jak i tych na późniejsze terminy, świąteczne i sylwestrowe” – wyjaśnia. Na sam październik, rok do roku, liczba rezerwacji spadła o ponad połowę.

Małe zainteresowanie wyjazdami widać szczególnie w miejscach, które tradycyjnie były oblegane jesienią i zimą. W Zakopanem po 10 października liczba rezerwacji zmniejszyła się aż o 63% w stosunku do końcówki września, zaś w Krakowie o 70%. Spadła też liczba samych wyszukiwań noclegów.

„Najwyraźniej ogólna niepewność spowodowała, że myślenie o wyjazdach i wypoczynku zeszły na dalszy plan. Liczba wyszukiwań noclegów zmniejszyła się dramatycznie w większości polskich miejscowości. W niektórych nawet o 80% – mówi Jaworska. – Jeśli jednak decydujemy się na wyjazd to raczej już teraz rezerwujemy terminy świąteczne i sylwestrowe, albo nawet wakacje 2021” – dodaje i podkreśla, że nastroje w branży są coraz gorsze.

Co prawda rządowe wsparcie w postaci Tarczy 5.0 dla turystyki oznacza czasowe zwolnienie z płacenia składek ZUS czy świadczenie postojowe, ale dla wielu to będzie za mało, żeby utrzymać się na rynku. Wnioskującym o to świadczenie mogą być osoby, które wypracowały przychód niższy co najmniej o 75% w stosunku do uzyskanego w tym samym miesiącu w 2019 r. Dla wielu oznacza to możliwość uniknięcia natychmiastowego bankructwa, ale nie odzyskanie stabilności biznesu. Tym bardziej, że nie wszyscy będą mogli skorzystać z tego programu.

„Właściciele obiektów noclegowych muszą dziś zmierzyć się z trudną rzeczywistością, optymalizują lub redukują koszty, szukają rozwiązań, które pomogą im przetrwać. Przez chwilę takim ratunkiem była organizacja wesel i wszelkiego typu imprez okolicznościowych, ale i tu wracają ograniczenia” – mówi ekspertka platformy.
Ci, którzy mają wypracowane zapasy w poprzednich dobrych sezonach, stawiają na jeszcze lepsze dostosowanie obiektów do wymogów reżimu sanitarnego, promowanie wykorzystania bonu turystycznego oraz podniesienie standardu domków czy apartamentów, które w czasach dystansu społecznego zyskały na popularności.