Odwrót od złotego

Mamy bardzo słaby tydzień dla polskiego złotego. 2% spadku wartości względem euro może wcale nie być końcem obecnych problemów, a to przecież aż 9 groszy droższe euro. Z drugiej strony eksporterzy już zacierają ręce.

Szczyt brexitowy

Dzisiaj odbywa się być może najważniejsze posiedzenie Unii Europejskiej w sprawie opuszczenia przez Wielką Brytanię struktur unijnych. Pomimo pewnych rozbieżności widać światełko w tunelu i część analityków podchodzi optymistycznie do możliwości zakończenia już dzisiaj negocjacji. Biorąc jednak pod uwagę interesy polityczne poszczególnych liderów państw bardziej prawdopodobna jest rychła dogrywka, by móc pokazać swoim wyborcom walkę do końca. Funt na razie jest stabilny, ale nie powinno być tak spokojnie, kiedy poznamy rezultaty rozmów.

Złoty w odwrocie

Od wtorku trwa na rynkach wyraźny odwrót od polskiej waluty. W tym czasie euro podrożało już o 9 groszy, a nie wiadomo, gdzie zakończy się ten ruch. Inwestorzy boją się kilku tematów. Z jednej strony są to ryzyka globalne związane z brexitem, czy wyborami prezydenckimi w USA. Widać wpływ tego czynniki np. na parze EURCHF, która jest swoistym barometrem nastrojów. Z drugiej strony sytuacja pandemiczna w Polsce sugeruje, że pewne optymistyczne założenia trzeba będzie zweryfikować.

Inflacja bez zmian

Pomimo nawrotu pandemii ceny w Polsce stabilnie rosną o 3,2% w skali roku. Są to, co prawda, dane za wrzesień zatem z czasów, gdzie dziennie chorowało niecałe 2000 osób, a nie jak dzisiaj ponad 8000. Patrząc jednak na szybkość przyrostu tych danych liczba ta się bardzo szybko zdezaktualizuje. Inflacja na poziomie 3,2% z jednej strony mieści się w celu inflacyjnym, ale nadal pozostawia wątpliwość, co stanie się z tym parametrem, kiedy ludzie wyjdą z domów i zaczną nadrabiać “stracony czas”.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
17:00 – USA – zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Po wyroku TSUE wciąż przybywa procesów frankowych. Zdecydowaną większość spraw w sądach wygrywają frankowicze

Ubiegłoroczny wyrok TSUE szerzej otworzył frankowiczom drogę do dochodzenia swoich praw przed sądem. – Sędziowie rzeczywiście zaczęli unieważniać umowy w całości albo klauzule niedozwolone. Robi to wielu sędziów, którzy jeszcze dwa lata temu nie byli do końca przychylni frankowiczom – mówi radca prawny Jędrzej Jachira. Jak dotąd 88 proc. spraw w sądach I instancji zakończyło się korzystnie dla kredytobiorców, a na wokandę trafia coraz więcej spraw, do czego przyczynia się też wzrost kursu szwajcarskiej waluty. – Im droższy frank, tym więcej decyzji frankowiczów o skierowaniu sprawy do sądu – mówi.

– Można śmiało powiedzieć, że po wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE nastąpiło prawdziwe tsunami, a właściwie TSUE-nami. Mieliśmy do czynienia z wyrokiem na najwyższym szczeblu, na poziomie UE, co wprawdzie nie oznacza, że takie sprawy są wygrywane automatycznie, jednak procesy, które prowadzimy, pokazują, że rzeczywiście w tej chwili prawdopodobieństwo wygranej jest dużo wyższe. Wygranych jest znacznie więcej. Zmiana dotyczy także percepcji sędziów, którzy takie sprawy prowadzą – mówi agencji Newseria Biznes Jędrzej Jachira, dyrektor pionu prawnego i partner zarządzający w Kancelarii Sobota.

Na początku października 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości UE (jego orzeczenia mają wpływ na prawodawstwo we wszystkich krajach członkowskich Unii) wydał wyrok w sprawie Dziubak C-260/18, dotyczący stosowania tzw. klauzul niedozwolonych w kredytach frankowych. Zgodnie z nim nieuczciwe warunki umowy kredytowej dotyczące różnic kursowych nie mogą̨ zostać zastąpione przepisami ogólnymi prawa cywilnego, co oznacza, że takie zapisy muszą zostać usunięte z umowy. Według TSUE podstawowym kryterium oceny niezgodności takich zapisów z prawem jest interes kredytobiorcy.

Zdecydowana większość umów zawieranych przez kredytobiorców w Polsce ma klauzule niedozwolone. Na dodatek część z nich trafiła na listę klauzul niedozwolonych Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie. To sprawiło, że opinia publiczna, a w ślad za nią sądy zaczęły w ogóle interesować się takimi sprawami. Tylko nieliczne banki w Polsce stosowały w umowach uczciwe postanowienia. Zdecydowana większość nadużywała prawa, formułowała obowiązki klientów w sposób niejednoznaczny i sprzeczny z dobrymi obyczajami, naruszając ich interesy – mówi partner zarządzający w Kancelarii Sobota.

Korzystny dla frankowiczów wyrok TSUE zapoczątkował zmianę orzecznictwa w polskich sądach. Te znacznie częściej wydają w tej chwili wyroki stwierdzające nieważność umów kredytowych indeksowanych lub denominowanych do franka szwajcarskiego bądź prowadzące do odfrankowienia kredytu, czyli wyeliminowania z umowy niedozwolonych klauzul. Jak wynika ze statystyk Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu, po wyroku TSUE w sprawie Dziubak vs. Bank Raiffeisen 88 proc. spraw w sądach I instancji zakończyło się korzystnie dla kredytobiorców. Przed orzeczeniem wskaźnik ten wynosił 67 proc. W II instancji wciąż znaczna część wyroków jest na korzyść banków.

– Te wyroki dały nadzieję frankowiczom i trzeba im wyraźnie powiedzieć: lepiej nie będzie. Mamy wyrok TSUE i pięć wyroków Sądu Najwyższego, które rozstrzygały te kwestie. Teraz z każdym miesiącem, kiedy frankowicze wstrzymują się z podjęciem decyzji o wystąpieniu do sądu, banki zacierają ręce, ponieważ liczą na przedawnienie – mówi Jędrzej Jachira.

Frankowiczów, którzy dochodzą swoich roszczeń, wspiera też UOKiK, który co roku wydaje kilkaset tzw. poglądów w sprawie. Są one istotną opinią dla sądów rozstrzygających spory między kredytobiorcami i bankami. W ciągu roku od wyroku TSUE urząd wydał ich ponad 500.

Sprawy frankowe trwają zwykle trzy lata, po postępowaniu w I i II instancji, chociaż zdarzają się wyjątki, niektóre są rozstrzygane znacznie szybciej. Niedawno wygraliśmy sprawę, w której pozew został złożony pod koniec stycznia tego roku – mówi partner zarządzający w Kancelarii Sobota. – Na wydłużenie procedowania spraw frankowych wpływ miała też pandemia COVID-19. Z drugiej strony dla wielu frankowiczów była ona impulsem do podjęcia decyzji, którą odwlekali w czasie.

Jak wskazuje, wyrok TSUE szerzej otworzył frankowiczom drogę do dochodzenia swoich praw przed sądem. Jednak do wzrostu liczby procesów frankowych przyczynił się też wzrost kursu szwajcarskiej waluty.

Rata coraz bardziej boli. Po ponad 10 czy 15 latach od uruchomienia kredytu okazuje się, że klienci często mają do oddania więcej, niż wzięli. Im droższy frank, tym więcej decyzji frankowiczów o skierowaniu sprawy do sądu – mówi Jędrzej Jachira.

Według wyliczeń „Rzeczpospolitej” w czerwcu br. przeciwko sześciu największym bankom z GPW toczyło się w sumie 18,8 tys. procesów frankowych, a kredytobiorcy lawinowo decydują się występować na drogę sądową. W II kwartale br. liczba spraw zwiększyła się o blisko 4,85 tys., czyli prawie 35 proc. Wciąż jednak tylko kilka procent czynnych kredytów frankowych jest objętych postępowaniami sądowymi.

Na koniec ubiegłego roku kredyty we frankach spłacało 786,6 tys. Polaków. To nieco ponad 5 proc. z ogółu kredytobiorców (15,3 mln osób). Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, w trakcie spłaty pozostawało 451,63 tys. czynnych kredytów frankowych, ale w ciągu ostatnich trzech lat ich liczba zmniejszyła się o 13.3 proc. Na koniec ubiegłego roku frankowicze mieli do spłaty w sumie 101,8 mld zł (spadek o 5 proc., czyli ok. 5,3 mld zł w stosunku do poprzedniego roku, pomimo umocnienia się w tym czasie kursu franka do złotego). Co istotne, kredyty mieszkaniowe we frankach – podobnie jak i te zaciągnięte w złotych – charakteryzuje niski poziom szkodowości. W ubiegłym roku raptem 1,30 proc. takich zobowiązań w portfelach banków było opóźnionych w spłacie powyżej 90 dni (wobec 1,22 dla kredytów w złotych).

Procesy frankowe mają duże przełożenie na wyniki finansowe banków i kondycję sektora. Na hipoteczne kredyty walutowe banki zawiązały już rezerwy w wysokości przekraczającej ok. 1,3 mld zł. NBP wymienia konieczność zawiązania rezerw na procesy frankowe jako jeden z głównych czynników, który będzie w najbliższym czasie istotnie obniżać rentowność sektora bankowego.

Zawiązanie rezerw nie oznacza, że banki tak łatwo sprzedadzą swoją skórę. W najbliższych trzech–czterech latach na pewno będą jeszcze oponować i kierować sprawy na wokandę Sądu Najwyższego – ocenia ekspert Kancelarii Sobota.

Pandemia napędza zielone inwestycje. Innowacyjne rozwiązania produkowane w Polsce pozwolą zaoszczędzić nawet 9 mln ton wody rocznie

0

W Polsce powstaną innowacyjne rozwiązania, które będą ograniczać marnotrawienie wody i żywności. Taki cel stawia sobie Danfoss, rozpoczynając budowę fabryki, w której produkowane będą rozwiązania dla systemów chłodniczych oraz elektromagnetyczne zawory odcinające dopływ wody. Wytworzone w Grodzisku Mazowieckim zawory pozwolą zaoszczędzić nawet 9 mln ton wody rocznie. – Pandemia to dobry moment, żeby zacząć myśleć o zielonej transformacji – podkreśla prezes Danfossu. Firma stawia też na rozwój lokalnych społeczności, a w rozbudowywanym zakładzie do końca 2021 roku znajdzie zatrudnienie ponad 400 osób.

Pandemia koronawirusa nie musi wstrzymywać nowych inwestycji, a te wspierające odbudowę gospodarki i dążące do neutralności klimatycznej mogą okazać się kluczowe.

Pandemia to punkt zwrotny, żeby myśleć o zielonej transformacji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Jędrzejczak, prezes Danfoss Poland. – Dla nas to dobry moment na inaugurowanie inwestycji, ponieważ konsekwentnie realizujemy strategię długofalową. Dzięki temu mamy możliwość zaplanowania wcześniej działań organicznych i akwizycyjnych. Mimo że otaczają nas różnego rodzaju kryzysy, klimatyczny i gospodarczy, jesteśmy na nie odporni, ponieważ myślimy w długiej perspektywie.

Danfoss rozbudowuje właśnie swoją fabrykę w Grodzisku Mazowieckim, co pozwoli na zatrudnienie do końca 2021 roku dodatkowych 400 osób.

– Będziemy dostarczali produkty w dużym stopniu przyczyniające się do tego, żeby działać w zgodzie z klimatem, oszczędzając wodę i zapobiegając marnowaniu żywności. Dzięki temu mamy pozytywny wkład w zieloną transformację – mówi prezes Danfossu.

W Grodzisku Mazowieckim będą produkowane rozwiązania, które zwiększą efektywność systemów chłodniczych w przemyśle spożywczym. To m.in. urządzenia do śledzenia temperatury produktów w czasie rzeczywistym podczas transportu czy cyfrowe rozwiązania dla rolników. To o tyle istotne, że problem marnowania żywności w ostatnich dekadach przybiera na sile, a dziś nawet 1/3 żywności na świecie ulega zniszczeniu. Jest to problem również dla środowiska. Zmarnotrawiona żywność zużywa ok. 1/4 całej wody wykorzystywanej przez rolnictwo i odpowiada za 8 proc. emisji spowodowanych działalnością człowieka. W samej UE blisko 40 proc. marnowanych produktów spożywczych jest traconych na etapie produkcji, transportu i przechowywania. Stosując odpowiednie technologie, można ten odsetek znacząco zredukować.

– W Grodzisku Mazowieckim będziemy też wytwarzać zawory elektromagnetyczne, które odcinają dopływ wody w instalacji wodnej wtedy, kiedy jest to potrzebne, dzięki czemu będziemy w stanie oszczędzić ogromne ilości wody – wyjaśnia Adam Jędrzejczak.

Produkowane w nowej hali zawory elektromagnetyczne pomogą ograniczać straty wody w budynkach, a dzięki odłączeniu dopływu wody zapobiegną jej marnotrawieniu, np. przez cieknące krany. Elektrozawory będą połączone z czujnikami ruchu – kilka minut po zarejestrowaniu ostatniego ruchu osoby w danym pomieszczeniu elektrozawór odetnie dopływ wody. Jeden kapiący kran może generować stratę rzędu nawet ok. 5 tys. litrów wody w skali roku. Szacuje się, że wszystkie zawory elektromagnetyczne wytworzone w nowo powstającej fabryce pozwolą zaoszczędzić nawet 9 mln ton wody rocznie.

– Sytuacja hydrologiczna Polski nie jest dobra. Eksperci mówią, że w ciągu kolejnych 10 lat problem dostępu do wody będzie największym problemem obecnej cywilizacji – ocenia prezes firmy Danfoss.

Jak podkreśla, również sama fabryka będzie efektywna energetycznie. W budynku zostanie zastosowany m.in. system odzysku ciepła z agregatów wody lodowej oraz ze sprężarek powietrza, aby w ekologiczny sposób ogrzewać hale i biura. Tego typu rozwiązania wpisują się w politykę firmy zakładającą dojście do neutralności klimatycznej do 2030 roku.

– Instalujemy takie technologie, które pozwolą pożytkować energię w sposób najbardziej efektywny, ale także wykorzystywać ciepło odpadowe czy odnawialne źródła energii. W nowym zakładzie zastosujemy fotowoltaikę, pompy ciepła, odzysk ciepła z instalacji wody lodowej, a także agregatów chłodniczych. To wszystko zbliży nas do neutralności klimatycznej – podkreśla Adam Jędrzejczak.

Jak wynika z raportu Danfoss Green Restart, poprawa efektywności energetycznej i usprawnienie procesów technologicznych w przemyśle może zwiększyć redukcję emisji o 40 proc. W ten sposób w 2040 roku przy wykorzystaniu tego samego wolumenu energii można będzie wyprodukować dwa razy więcej dóbr.

Firma zobowiązała się również do zmiany floty samochodów służbowych na elektryczne. Danfoss był też pierwszą globalną firmą technologiczną, która dołączyła do wszystkich trzech inicjatyw biznesowych w ramach The Climate Group – EP100, EV100 i RE100.

Ludzki mózg jest w stanie utrzymać wysoki poziom koncentracji przez 12 minut. To wyzwanie zwłaszcza podczas nauki zdalnej

0

Nauka zdalna to duże wyzwanie dla wszystkich zaangażowanych w proces kształcenia. Wykorzystanie najnowszych technologii nie gwarantuje utrzymania odpowiedniego poziomu koncentracji wśród uczniów. Z badań wynika, że ludzki mózg potrafi utrzymać wysoki poziom koncentracji jedynie przez 12 minut, podczas gdy zajęcia trwają o wiele dłużej. To wyzwanie zwłaszcza dla nauczycieli i wykładowców, którzy muszą na różne sposoby próbować angażować uczniów i studentów.

–  Zgodnie z badaniami Richarda Mayera jesteśmy w stanie utrzymać naszą koncentrację np. podczas słuchania wykładu przez zaledwie 12 minut. Nie 90, jak każdemu z nas by się wydawało, 12 minut to jest ten czas, kiedy nasza pamięć operacyjna ma możliwość przetwarzania informacji, które do niej docierają. Powyżej 12 minut niestety mózg zaczyna przechodzić w tryb stand by – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Kozłowska, metodyk Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Utrzymanie koncentracji jest trudne zwłaszcza podczas nauki zdalnej. Obecnie wiele szkoleń i zajęć na uczelniach wyższych odbywa się w tym trybie. Możliwy jest także powrót do nauki zdalnej w szkołach. Stąd ważne jest odpowiednie przygotowanie nauczycieli i wykładowców, które może zwiększyć efektywność uczenia się.

–  Zajęcia ławkowe i zajęcia zdalne to są dwa zupełnie różne obszary. Podnieść efektywność uczenia się zdalnego można m.in. poprzez wyłączenie komunikatorów, portali towarzyskich i skoncentrowanie się wyłącznie na tym, co się dzieje na zajęciach zdalnych. Warto także nie siedzieć biernie. Podczas półtoragodzinnego wykładu można np. na podstawie docierających informacji zacząć rysować mapę myśli w jednym z dostępnych programów – wskazuje Agnieszka Kozłowska.

Pandemia znacząco przyspieszyła cyfryzację polskich szkół i uczelni, a nauczyciele i wykładowcy musieli nauczyć się wykorzystywać nowe technologie w swojej pracy. Tymczasem nowoczesne narzędzia wymagają dodatkowych kompetencji zarówno od nauczycieli, jak i od uczniów czy studentów. Stwarzają jednak równocześnie szereg możliwości – odpowiednio dobrane rozwiązania mogą sprawić, że czas przeznaczony na naukę będzie wykorzystany bardziej efektywnie.

– Aby zwiększyć skuteczność uczenia się podczas nauki zdalnej, potrzeba kompetencji dydaktycznych e-wykładowcy czy e-nauczyciela. Nie jest tak prosto przenieść zajęcia z ławki, klasyczne w skali 1:1 do systemu zdalnego. Potrzebne są inne narzędzia, również nastawienie powinno być inne, inaczej trzeba projektować wydarzenie dydaktyczne, czyli potocznie mówiąc lekcję, i inaczej ją prowadzić – mówi metodyk Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Z badania „Zdalne nauczanie a adaptacja do warunków społecznych w czasie pandemii koronawirusa” przeprowadzonego przez Polskie Towarzystwo Edukacji Medialnej i Fundację Dbam o Mój Zasięg przy współpracy z Fundacją Orange wynika, że ponad połowa nauczycieli częściej i bardziej kreatywnie wykorzystywała cyfrowe narzędzia, np. kręciła krótkie filmy czy robiła cyfrowe notatki. Ponad 80 proc. do przygotowania lekcji szukało dodatkowych informacji, także w internecie. Mimo tego tylko 14 proc. uczniów chętnie brało udział w zajęciach zdalnych.

–  W nauce zdalnej to po stronie wykładowcy powinno leżeć takie zorganizowanie środowiska uczenia się, żeby student odnalazł się w nim, ale z kolei od studenta można i trzeba oczekiwać minimalnego choćby zaangażowania – mówi Agnieszka Kozłowska. –  Motywacja rodzi się wtedy, kiedy człowiek ma poczucie, że to, co robi, ma dla niego głęboki sens, że jest w stanie to zrobić i że sprawia mu to radość.

Naukowcy i wykładowcy z Uniwersytetu Stanforda: Daniel Schwartz, Jessica Tsang i Kristen Blair zebrali dowody naukowe potwierdzające działanie najpopularniejszych mechanizmów uczenia się, na które wpływają m.in. ekscytacja, poczucie sukcesu czy przynależności. Są wśród nich m.in. stosowanie analogii, uczenie się w grupie, stawianie pytań, wizualizacja czy uczenie się poprzez obserwację.

–  Zdecydowanie łatwiej jest zapamiętać coś, jeżeli nowej porcji informacji nadamy osobiste znaczenie. Aby to zrobić, trzeba mieć możliwość połączenia jej z jakimś obrazem. Każdy z nas widział, doświadczał i zapoznał się z mnóstwem rzeczy w swoim życiu. Wykładowca śmiało może korzystać z tego zasobu, odwołując się chociażby do kodów kulturowych, filmów czy zdarzeń ze świata rzeczywistego, świata polityki, gospodarki, sztuki czy kultury – wymienia metodyk Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Specjaliści IT coraz częściej zainteresowani stabilnymi formami zatrudnienia. Więcej osób szuka pracy, ale firmy skarżą się na niedobór kadr

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa zmodyfikował układ sił na rynku pracy w branży IT. Wciąż poszukiwani są informatycy o wysokich kwalifikacjach, ale początkujący w zawodzie częściej mają trudności ze znalezieniem posady. – Pożądana staje się stabilizacja zatrudnienia. Wśród osób z doświadczeniem rośnie zainteresowanie pracą na etacie lub w innej stałej formie, a nie na krótkoterminowych kontraktach. Do niedawna było odwrotnie – mówi Wiesław Paluszyński z Polskiego Towarzystwa Informatycznego.

Zmiany na rynku pracy w sektorze IT zapoczątkował przestój gospodarczy, który nastąpił w marcu. Wtedy gwałtownie spadła liczba ogłoszeń o pracę dla specjalistów informatyków. Według danych Pracuj.pl w I półroczu w serwisie zamieszczono ponad 33 tys. ogłoszeń dla specjalistów od nowych technologii. To o jedną czwartą mniej niż rok wcześniej, wciąż jednak stanowiły one sporą grupę ogłoszeń na tym portalu (14 proc.). Jednocześnie widać było większą aktywność pracowników. Między marcem a czerwcem trzykrotnie częściej reagowali oni na oferty pracy w kategorii internet/e-commerce niż w tym samym okresie 2019 roku.

– Dane z portali z ogłoszeniami o pracę najlepiej oddają sytuację na rynku – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiesław Paluszyński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego oraz przewodniczący Sektorowej Rady ds. Kompetencji Cyberbezpieczeństwa i Telekomunikacji. – W marcu, jeśli w ogóle pojawiały się ogłoszenia, nie były to oferty dla wysokokwalifikowanych specjalistów, ale raczej głownie dla juniorów, czyli osób rozpoczynających karierę zawodową. Obecnie sytuacja jest trochę inna, ale to nie znaczy, że lepsza.

Znacznie częściej niż w poprzednich latach specjaliści informatycy zwracali uwagę na stabilność zatrudnienia i bezpieczeństwo miejsca pracy. Takie zachowania są obserwowane również w innych branżach, ale dla pracowników IT do tej pory nie był to kluczowy czynnik. Z raportu Pracuj.pl wynika, że dziś są oni ostrożniejsi w podejmowaniu współpracy na zasadach B2B.

– Wyraźnie widzimy zainteresowanie pracą na etacie bądź w innej stałej formie, a nie pracą na krótkoterminowych umowach. Do tej pory było odwrotnie. Bardzo chętnie informatycy w kilku źródłach pracowali na umowach-zleceniach czy innych formach działalności gospodarczej indywidualnej, a w tej chwili wyraźnie widać, że osoby z wyższymi kwalifikacjami interesują się pracą stabilną. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w drugiej połowie tego roku – mówi Wiesław Paluszyński.

Mimo większej aktywności specjalistów IT na rynku pracy firmy wciąż zgłaszają problemy z pozyskaniem odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. Dostępne na rynku kadry to przede wszystkim kandydaci na poziomie juniorskim, z niewielkim doświadczeniem lub dopiero startujący w branży.

– Coraz większe znaczenie ma kwestia zdobywania kwalifikacji i doświadczenia. Osoby, które nie mają się jeszcze czym pochwalić w zakresie swoich umiejętności i kariery zawodowej, będą miały większe problemy ze znalezieniem stabilnej pracy. Z drugiej strony specjaliści o wysokich kwalifikacjach, tacy jak architekci rozwiązań czy specjaliści od cyberbezpieczeństwa z certyfikatami dokumentującymi kwalifikacje, nie muszą się specjalnie obawiać o swoją przyszłość – zaznacza prezes PTI.

Przekonuje, że mimo zastoju gospodarczego niektóre dziedziny informatyki wciąż się rozwijają, np. w obszarze oprogramowania związanego ze zdalnym przekazywaniem wiedzy, telekonferencjami, czyli tym, co umożliwia ludziom kontakt w okresie pandemii. W dobrej kondycji jest także branża gier.

– Programiści, którzy funkcjonują w tym sektorze, mogą mieć całkiem niezłe perspektywy rozwoju – ocenia Wiesław Paluszyński.

Kolejnym perspektywicznym obszarem jest cyberbezpieczeństwo. Tu problemy potęguje jednak fakt, że jest to dziedzina słabo zdefiniowana, a nad stworzeniem ram kwalifikacji dopiero trwają prace.

– Ten rynek ma bardzo duże potrzeby w zakresie certyfikacji, aby można było określić stabilne kryteria zatrudniania. Jako Sektorowa Rada ds. Kompetencji Cyberbezpieczeństwa i Telekomunikacji tworzymy leksykon cyberbezpieczeństwa. Chodzi o to, aby wszyscy dobrze rozumieli pojęcia z tego zakresu, a następnie zastanowimy się, czy są eksperci, którzy są w stanie spełnić określone wymagania. Zajmujemy się również budowaniem systemu kwalifikacji w zakresie cyberbezpieczeństwa, których obecnie w zasadzie w Polsce nie ma. Polskie Towarzystwo Informatyczne przygotowuje trzy takie certyfikaty i rada będzie je opiniowała. Pozwolą one uzyskać potwierdzenie umiejętności uznawane powszechnie na rynku – informuje prezes PTI.

Polscy programiści należą do najlepszych na świecie. Odnoszą sukcesy na arenie międzynarodowej, szczególnie w programowaniu zespołowym. Wielu zdobywa uznanie jeszcze na etapie studiów. Przykładem mogą być studenci Uniwersytetu Warszawskiego, którzy od wielu lat plasują się w ścisłej czołówce światowej w zakresie programowania zespołowego.

– Mamy kadrę dobrze przygotowaną przez wyższe uczelnie, ale tych programistów jest wciąż za mało. Podobnie jest na całym świecie. Stąd w ramach prac rady usiłujemy określić, jakiego rodzaju specjalistów nam brakuje, jakie będą potrzeby rynku i jak ma wyglądać system certyfikacji – podsumowuje Wiesław Paluszyński.

Dziura ozonowa jest już wielkości Antarktydy. Ścisłe przestrzeganie zakazu emisji chemikaliów może zahamować zmiany klimatyczne

Z badań przeprowadzonych przez Europejskie Centrum Prognoz Średnioterminowych wynika, że w ostatnich miesiącach dziura ozonowa nad Antarktydą zaczęła gwałtownie rosnąć, przez co jej powierzchnia przekroczyła średnią wartość rejestrowaną na przestrzeni ostatniej dekady. Jej dalsze powiększanie się będzie miało katastrofalny wpływ na środowisko naturalne, dlatego naukowcy apelują o wdrożenie działań, które zapobiegną jej przyrostowi.

Z pomiarów przeprowadzonych w październiku 2020 roku wynika, że dziura ozonowa pokrywa obecnie niemal całą powierzchnię Antarktydy i osiągnęła rozmiar 23 mln km2. Za jej przyrost odpowiada m.in. silny, stabilny i chłodny wir polarny, który utrzymuje stałą, niską temperaturę warstwy ozonowej nad powierzchnią Antarktydy. Istotną rolę w chemicznym zubożaniu warstwy ozonowej odgrywają bowiem polarne chmury stratosferyczne, które formują się wyłącznie przy temperaturze poniżej -78°C.

– Każdego roku istnieje duża zmienność w zakresie rozwoju dziur ozonowych. Dziura ozonowa w 2020 roku przypomina tę z 2018 roku, która również była dość duża i zdecydowanie znajduje się w górnej części stawki ostatnich 15 lat – podkreśla Vincent-Henri Peuch, dyrektor Usługi Monitorowania Atmosfery Copernicus w Europejskim Centrum Prognoz Średnioterminowych.

Aby zapobiec zgubnym skutkom zanikania warstwy ozonowej, w 1987 roku zatwierdzono tzw. protokół montrealski, umowę międzynarodową opisującą niezbędne kroki na drodze do zapobieżenia gwałtownym zmianom klimatu wynikającym z powiększania się dziury ozonowej. Zgodnie z jego zapisami sygnatariusze zobowiązali się do zaprzestania emisji gazów cieplarnianych niszczących ozon w atmosferze.

Jeszcze w marcu 2020 roku wydawało się, że założenia protokołu montrealskiego realizowane są z należytą starannością. Wówczas naukowcom z Uniwersytetu Kolorado w Boulder udało się udowodnić na łamach magazynu „Nature”, iż rekordowo mała dziura ozonowa zaobserwowana pod koniec roku przez NASA jest bezpośrednio powiązana z postanowieniami tego dokumentu. Naukowcy dowiedli, że 10 lat po podpisaniu protokołu udało się zatrzymać migrację południowego prądu strumieniowego, który napędzał zubożanie warstwy ozonowej.

– Wraz z powrotem światła słonecznego na biegun południowy w ostatnich tygodniach obserwowaliśmy ciągłe zubożenie warstwy ozonowej na tym obszarze. Po niezwykle małej i krótkotrwałej dziurze ozonowej w 2019 roku, która była spowodowana specjalnymi warunkami meteorologicznymi, w tym roku ponownie rejestrujemy dość dużą dziurę ozonową, co potwierdza, że ​​musimy kontynuować egzekwowanie protokołu montrealskiego zakazującego emisji chemikaliów zmniejszających warstwę ozonową – podkreśla Vincent-Henri Peuch.

Z badań przeprowadzonych przez Światową Organizację Meteorologiczną wynika, że ścisłe stosowanie zapisów protokołu montrealskiego pozwoli do 2060 roku zmniejszyć powierzchnię dziury ozonowej do stanu z 1980 roku.

Drony to przyszłość wojskowości. Potrafią rozpoznawać teren i namierzać cele oraz komunikować się z żołnierzami w czasie rzeczywistym

Drony są bezpieczniejszą, tańszą i często bardziej wydajną alternatywą dla załogowych samolotów wojskowych. Używane jako wabiki docelowe, do misji bojowych czy nadzoru strefy operacji, są nieodłączną częścią sił zbrojnych. Obecnie szacuje się, że już 95 krajów na całym świecie posiada jakąś formę technologii wojskowych dronów. Zmienia się też rola bezzałogowych statków powietrznych. Wyposażone w sztuczną inteligencję kontaktują się z żołnierzami i umożliwiają podjęcie decyzji na podstawie obrazowania terenu w czasie rzeczywistym.

– Systemy bezzałogowych statków powietrznych mogą być bardzo przydatne dla żołnierza i obecnego pola walki z racji tego, że stanowią przedłużone oczy żołnierza w kontekście rozpoznania obrazowego. Wykorzystując taki system bezzałogowych statków powietrznych, jesteśmy w stanie w bardzo prosty sposób zapoznać się z sytuacją na teatrze działań, przekazać koordynaty do stanowiska dowodzenia, przeprowadzić analizę sił przeciwnika – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje ppłk dr inż. Mariusz Żokowski, kierownik Zakładu Kompozytowych Konstrukcji Lotniczych w Instytucie Technicznym Wojsk Lotniczych.

Departament Obrony USA używał dronów w prawie każdej operacji wojskowej od lat 50. XX wieku, aby zapewnić rozpoznanie, obserwację i wywiad sił wroga. Obecnie szacuje się, że z dronów wojskowych korzysta blisko 100 państw. Wyposażone w aparaty najnowszej generacji dostarczają dokładnej topografii terenu, używa się ich w misjach bojowych i ratowniczych. Te ze sztuczną inteligencją porozumiewają się z żołnierzami i na bieżąco przekazują im informację o ruchach wroga.

Począwszy od 2002 roku, kiedy drony Predator zostały po raz pierwszy uzbrojone, Stany Zjednoczone coraz bardziej kładły nacisk na ataki powietrzne na wrogów. Ian Show, wykładowca z uniwersytetu w Glasgow, wylicza zaś w swojej książce „The Rise of the Predator Empire”, że do 2016 roku Stany Zjednoczone zabiły szacunkowo 4 tys. osób za pomocą dronów poza tradycyjnymi polami bitew.

– Współczesne teatry działań jasno pokazują, że bezzałogowe statki powietrzne i robotyzacja armii stanowią przyszłość zastosowań – podkreśla Mariusz Żokowski.

Wiele dronów zostało zaprojektowanych wyłącznie do obserwacji, ale inne do operacji ofensywnych. Prox Dynamics oferuje jeden z wielu rozpoznawczych dronów używanych przez siły zbrojne na całym świecie, w tym US Marines, British Army czy Norweskie Siły Zbrojne.

Oprócz wykorzystania nowych technologii lotniczych siły zbrojne nadal stosują bezzałogowe pojazdy naziemne do prowadzenia inicjatyw taktycznych. Start-up Clearpath Robotics wśród klientów wymienia m.in. Departament Obrony USA i Marynarkę Wojenną USA.

Drony mogą transportować coraz cięższe ładunki. Wyposażone w zestawy kierowanych pocisków przeciwpancernych namierzają cele, pomagają też w opracowaniu taktyki wojennej.

– Z racji tego, że na pokładzie nie istnieje czynnik ludzki, tych zastosowań jest bardzo dużo, zaczynając od rozpoznania, kończąc na neutralizacji celów – wskazuje ekspert.

Także polskie wojsko używa dronów, a bezzałogowce są produkowane przez rodzime firmy. Większość dronów powstających w naszym kraju to te mniejsze – od nano, czyli miniaturowych, po Medium Altitude Long Endurance (MALE), czyli średniej wysokości, dużej długotrwałości lotu, o zasięgu powyżej 500 km i pułapie operacyjnym na poziomie ok. 13 tys. metrów.

– Polski potencjał, zarówno w spółkach skarbu państwa, jak i w instytutach naukowo-badawczych, politechnikach, jest na tyle duży, że jako kraj jesteśmy w stanie technologicznie odpowiedzieć na potrzeby użytkownika końcowego do kategorii MALE włącznie – ocenia Mariusz Żokowski.

Czy praca zdalna wejdzie na stałe do kodeksu pracy?

Sytuacja epidemiczna sprawiła, że ustawodawstwo musiało nadgonić realne potrzeby rynku pracy. W ramach “tarcz antykryzysowych” pojawiły się więc przepisy regulujące pracę zdalną. Teraz, gdy wiemy już, że koronawirus zostanie z nami na dłużej, praca zdalna ma na dobre zagościć w kodeksie pracy. Rząd zaproponował projekt ustawy, która miałaby regulować pracę w home-office. Głównym założeniem nowej legislacji jest zastąpienie przepisów dotyczących telepracy przepisami o pracy zdalnej. Komentatorzy zastanawiają się jednak, jakie kroki podejmie rząd, by przepisy regulujące pracę zdalną nie stały się martwymi zasadami – jak to miało miejsce w przypadku telepracy. Propozycja ma jednak dużo ciekawych zapisów. W większych zakładach zasady pracy zdalnej będą mogły być uregulowane w porozumieniu ze związkami zawodowymi i przedstawicielstwem pracowników. Zaproponowana jest również możliwość rezygnacji z pracy zdalnej przez pracownika i przez pracodawcę po okresie trzech miesięcy.

– Ze wstępnego projektu wynika kilka podstawowych regulacji. Zasady pracy zdalnej będzie ustalał pracodawca z pracownikiem. Wyjątkiem będzie jednostronne polecenie pracy zdalnej przez pracodawcę – co będzie dotyczyć sytuacji epidemii, gdy wymaga tego zapewnienie pracownikowi bezpiecznych warunków pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Bocianowski, adwokat, mediator i specjalista z zakresu prawa pracy. – Tutaj pojawia się wiele głosów krytycznych – wskazujących na to, że te sytuacje mogą być niedookreślone. Jednak ustawodawca obiecuje to uwzględnić. W projekcie jest również określone to, że pracodawca będzie miał obowiązek zapewnienia pracownikowi technicznych warunków do wykonywania pracy zdalnej. Konieczne będzie także ustalenie dopłaty pracownikowi do korzystania ze swojego sprzętu w miejscu zamieszkania. Ustawodawca wciąż pracuje nad regulacją ochrony zdrowia pracownika w miejscu pracy i odpowiedzialności pracodawcy za wypadki w przypadku pracy z domu. Te regulacje uznajemy jako wstępne – ale w mojej opinii jest to działanie w dobrym kierunku. Nie wiemy jeszcze, jak ten projekt będzie finalnie wyglądał. Pojawi się pewnie dużo głosów ze strony związków zawodowych i ze strony pracodawców. Na razie obowiązują ustawy COVID-owe, a wejście w życie stałych regulacji jest najpewniej kwestią kilku miesięcy – przewiduje Bocianowski.

W jaki sposób wybory prezydenckie w USA wpłyną na rynek walutowy?

Listopadowe wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych niosą za sobą ryzyko większej zmienności na rynku walutowym, zwłaszcza jeśli sondaże w wahających się stanach nie będą wskazywały wyraźnego zwycięzcy. Analitycy Ebury przygotowali cztery najbardziej prawdopodobne scenariusze przebiegu nadchodzących wyborów w USA oraz ich potencjalne konsekwencje.

W przeciwieństwie do sytuacji sprzed czterech lat, tegoroczne wybory prezydenckie jak dotąd nie skupiły na sobie zbyt dużej uwagi globalnych agencji informacyjnych. Ma to związek z pandemią COVID-19, która pustoszy świat. Podobnie jak przed poprzednimi wyborami, Donald Trump w ostatnich sondażach pozostaje w tyle, tym razem jednak przewaga jego oponenta na tym etapie jest zdecydowanie większa. Demokrata Joe Biden obecnie utrzymuje przewagę nad Trumpem rzędu ok. 10 punktów procentowych (52% do 42%) według ostatniego poll of polls (sondażu na podstawie zbioru sondaży). Przewaga ta wzrosła z poziomu ok. 3 p.p. na początku pandemii w kwietniu.

Wykres 1: Wybory prezydenckie w USA (2020) – poll of polls (marzec ‘20 – październik ‘20)

Wybory prezydenckie w USA (2020) – poll of polls
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 13/10/2020

FiveThirtyEight, amerykański portal generujący prawdopodobieństwa wyniku wyborów w oparciu o symulację głosowania, pokazuje obecnie, że szanse na zwycięstwo Joe Bidena to 86%. Bazujące na wycenach bukmacherów prawdopodobieństwo zwycięstwa Demokraty jest nieco mniejsze – na poziomie ok. 70%. Nadal wskazuje to wyraźnie na przewagę Bidena, podobnie jak wyliczenia portalu PredictIt, który umożliwia prognozowanie wydarzeń politycznych.

Wykres 2: Implikowane prawdopodobieństwo zwycięstwa Bidena w wyborach prezydenckich w USA (PredictIt) (czerwiec ‘20 – październik ‘20)

Implikowane prawdopodobieństwo zwycięstwa Bidena w wyborach prezydenckich w USA
Źródło: PredictIt/Bloomberg Data: 13/10/2020

Przed pierwszą telewizyjną debatą 29 września dało się wyczuć oczekiwanie, że Trump wykorzysta okazję do zmniejszenia luki w sondażach – jak to często bywało w przypadku pierwszych debat prezydenckich w przeszłości. Zamiast tego dyskusja zamieniła się w raczej nieprofesjonalny festiwal wzajemnych obelg, zakłócany ciągłym wpadaniem sobie w słowo i wyzwiskami, przez co nastawienie Amerykanów względem prezydenta Trumpa pogorszyło się. Sytuację dodatkowo skomplikowały wieści z początku października dotyczące pozytywnego wyniku jego testu na COVID-19, i następujący później jego krótkotrwały pobyt w szpitalu. O ile Trump zdaje się wracać w pełni do zdrowia, wygląda na to, że jego wcześniejsza nieostrożność i przerwa w aktywnym prowadzeniu kampanii zmniejszyły jego szanse na reelekcję. Reakcją rynków bukmacherskich był wzrost szans na wygraną Bidena.

Chociaż Trump w sondażach nadal zajmuje drugie miejsce, warto pamiętać o badaniach opinii publicznej przeprowadzonych przed wyborami w 2016 r., które również pokazywały, że znajduje się daleko w tyle. Nawet jeśli Biden wygra w głosowaniu powszechnym (popular vote), nie gwarantuje to jego zwycięstwa w wyborach, biorąc pod uwagę, w jaki sposób działa system Kolegium Elektorów w USA. Cztery lata temu Hillary Clinton była kandydatką, która wygrała w głosowaniu powszechnym tylko po to, by ostatecznie przegrać wybory. Był to piąty taki przypadek w historii, drugi od 1888 roku.

Czym jest Kolegium Elektorów?

Prezydent Stanów Zjednoczonych nie jest wyznaczany bezpośrednio w głosowaniu powszechnym. Jego wybór następuje w ramach systemu Kolegium Elektorów, w którym 538 formalnych elektorów oddaje głos.

Każdy stan w USA ma przypisaną inną liczbę elektorów, bazującą na wielkości populacji w danym stanie. Stan o największej liczbie mieszkańców, Kalifornia, ma w związku z tym najwięcej głosów elektorskich (55), żaden ze stanów nie ma ich mniej niż 3. Kandydat na prezydenta, który uzyska największy odsetek głosów w danym stanie, otrzyma wszystkie tamtejsze głosy elektorskie. Potrzebuje on poparcia co najmniej 270 członków kolegium, aby zostać prezydentem. Problem z tym systemem polega na tym, że obywatele spoza USA, którzy nie mogą głosować, są brani pod uwagę przy przydzielaniu miejsc elektorskich. Podczas gdy w przeszłości system ten faworyzował bastiony Demokratów, takie jak Kalifornia i Nowy Jork, tak teraz przeważenie małych, rolniczych stanów i bardziej równomierny rozkład imigracji złagodziły ten efekt.

W przyszłym miesiącu Amerykanie będą wybierać również skład Kongresu. Pod głosowanie poddane zostaną wszystkie 435 miejsca w Izbie Reprezentantów oraz 35 ze 100 mandatów w Senacie. Wszystko wskazuje na to, że Demokraci utrzymają kontrolę nad niższą izbą, utrata kontroli Republikanów nad Senatem jest jednak całkiem realna.

Które ze swing states są kluczowe w tych wyborach?

Kluczowymi w tych wyborach „polami bitwy”, które zdecydują o zwycięstwie lub porażce kandydatów, będą swing states – wahające się stany, gdzie jest podobna liczba Demokratów i Republikanów. Stany te zwykle standardowo mają nieproporcjonalnie duży wpływ na wynik wyborów w porównaniu z tymi, które klasycznie są uznawane za Demokratyczne (generalnie bardziej zaludnione stany na wschodnim i zachodnim wybrzeżu) i Republikańskie (w większości bardziej oparte na rolnictwie stany południowe i centralne).

Biorąc pod uwagę najnowsze badania opinii publicznej i liczbę głosów elektorskich przypisanych do każdego stanu, kluczowymi swing states w tegorocznych wyborach będą prawdopodobnie Floryda (29 głosów), Ohio (18), Karolina Północna (15) i Arizona (11). Pensylwania (20), Michigan (16) i Wisconsin (10) również skupią na sobie uwagę, jednak – jeśli ufać ostatnim sondażom – w tych trzech stanach Biden zdaje się mieć dość sporą przewagę.

Wykres 3: Mapa poparcia w wyborach prezydenckich w 2020 roku*

Mapa poparcia w wyborach prezydenckich w 2020 roku
Źródło: Ebury Data: 13/10/2020
*na podstawie PredictIt.org

Stany takie jak Floryda czy Arizona zostały szczególnie mocno dotknięte pandemią. Podczas gdy średnia dla kraju wynosi 24 potwierdzone zakażenia na 1 000 osób, w przypadku Florydy są to 34 zakażenia, z kolei w przypadku Arizony – 31. Sposób postępowania administracji Trumpa w kontekście pandemii jest poddawany szerokiej krytyce, co też może sprzyjać Bidenowi.

Liczba osób zmarłych z powodu COVID-19 w USA odpowiada 20% wszystkich zgonów z tego tytułu na świecie, podczas gdy populacja Stanów Zjednoczonych to zaledwie 4% populacji świata. Względny brak polityki ochrony miejsc pracy doprowadził również w USA do znacznie silniejszego wzrostu bezrobocia w porównaniu z większością krajów rozwiniętych, co też może zaszkodzić urzędującemu prezydentowi. Początkowa reakcja władz w postaci istotnego zwiększenia zasiłków dla bezrobotnych pozwoliła na złagodzenie kryzysu gospodarczego, a dalsza pomoc może nadejść przed wyborami. Wydaje się jednak, że opinia publiczna wiąże te działania raczej z wysiłkami obu partii niż prezydenta.

Wykres 4: Nowe zakażenia koronawirusem na milion osób w kluczowych swing states (marzec ‘19 – październik ‘20)

Nowe zakażenia koronawirusem na milion osób w kluczowych swing states
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 13/10/2020

Zgodnie z sondażami Biden ma obecnie przewagę w sześciu z siedmiu stanów wspomnianych powyżej, jednak najbardziej aktualny sondaż zbiorczy wskazuje, że jego przewaga w trzech z nich wynosi 3,3% lub mniej. W przypadku poprzednich wyborów mieliśmy okazję zobaczyć, że ankiety przeprowadzane na poziomie stanowym są jednak niezbyt dokładne w przewidywaniu wyników i ich wyniki mogą się nagle zmieniać w tygodniach poprzedzających głosowanie. Rynki w najbliższych dniach będą zwracać na te sondaże coraz większą uwagę.

W jaki sposób do tej pory reagowały rynki finansowe?

Rynki finansowe dotychczas w znacznej mierze spokojnie podchodziły do kwestii wyborów. Rynek w ograniczonym zakresie reagował zarówno na ostatnie sondaże, jak i na pierwszą debatę prezydencką, jednak niedawne rozjechanie się prognoz wyników miało negatywny wpływ na dolara, wsparło za to aktywa ryzykowne, też euro (Wykres 5). Kontrastuje to nieco z sytuacją sprzed czterech lat. W tygodniach poprzedzających wybory kurs EUR/USD przez większą część czasu poruszał się w ograniczonym przedziale wahań, a inwestorzy czekali na dość łatwe zwycięstwo Clinton. Jak tylko zaczęły spływać wyniki sugerujące jej porażkę, zmienność na parze eksplodowała.

Wykres 5: Kurs EUR/USD (październik ‘19 – październik ‘20)

Kurs EURUSD
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 13/10/2020

Spodziewamy się, że w najbliższych tygodniach zmienność powróci wraz ze zbliżaniem się dnia głosowania, zwłaszcza jeśli sondaże w swing states nie będą wskazywały wyraźnego zwycięzcy. Co tyczy się reakcji rynku walutowego po wyborach, sądzimy, że zwycięstwo Bidena byłoby pozytywne dla aktywów ryzykownych, za to wygrana Trumpa prawdopodobnie wsparłaby waluty safe haven, w tym dolara amerykańskiego. Chociaż wydaje się, że nie ma wyraźnego konsensusu dotyczącego tego, która administracja byłaby lepsza z punktu widzenia amerykańskiej gospodarki, warto pamiętać, że możliwość forsowania nowych legislacji któregokolwiek z kandydatów będzie zależała od tego, czy jego partia będzie miała kontrolę nad Kongresem. Bardzo wysokie prawdopodobieństwo tego, że Demokraci będą kontrolować przynajmniej Izbę Reprezentantów, oznacza, że Biden prawdopodobnie będzie miał mniej problemów z przeforsowaniem dużego pakietu fiskalnego. Biden planuje prowadzić ekspansywną politykę fiskalną, finansowaną częściowo przez wzrost podatków dla firm, podczas gdy Trump utrzymałby status quo, unikając tego typu podwyżek. Jego prezydentura wiązałaby się jednak z wyższą niepewnością w kontekście handlu.

Poniżej przedstawiamy cztery najbardziej prawdopodobne scenariusze przebiegu nadchodzących wyborów oraz ich potencjalne konsekwencje. Każdemu z nich przypisaliśmy również szacowane przez nas prawdopodobieństwo realizacji* oraz reakcję rynku walutowego, jakiej oczekujemy w danym przypadku.

Prezydent Kontrola nad Kongresem Konsekwencje polityczne Oczekiwana reakcja rynku walutowego Prawdopodobieństwo Ebury*
 

Biden

IR: Demokraci Większa ekspansja fiskalna, mniejsza niepewność w handlu Słabszy USD, wzrost apetytu na ryzyko  

45%

S: Demokraci Wyższe podatki dla firm  
 

Biden

IR: Demokraci Lekkie rozluźnienie polityki fiskalnej, mniejsza niepewność w handlu Nieco słabszy USD, nieco silniejsze aktywa ryzykowne  

35%

S: Republikanie Wzrost podatków dla firm mało prawdopodobny  
 

Trump

IR: Demokraci Utrzymanie status quo w kontekście polityki fiskalnej, wyższa niepewność w handlu USD i aktywa ryzykowne bez zmian  

18%

S: Republikanie Brak wzrostu podatków dla firm  
 

Trump

IR: Republikanie Lekkie rozluźnienie polityki fiskalnej, wyższa niepewność w handlu Silniejszy USD, nieco słabsze aktywa ryzykowne  

2%

S: Republikanie Brak wzrostu podatków dla firm

 

*nie uwzględnia scenariuszy znikomej szansy:

  1. I) Demokraci tracą większość w Izbie Reprezentantów, jednocześnie uzyskując większość w Senacie.
  2. II) Trump wygrywa wybory prezydenckie, a Demokraci mają kontrolę nad obiema izbami.

IR: Izba Reprezentantów (United States House of Representatives)
S: Senat (United States Senate)

Co spór wyborczy oznaczałby dla rynku walutowego?

Naszym zdaniem ryzyko w kontekście nadchodzących wyborów niekoniecznie ma związek z tym, który kandydat zostanie prezydentem. Istotniejsze jest to, czy dojdzie do sporu wyborczego. Dodatkową komplikacją w porównaniu z poprzednimi wyborami jest to, że pandemia koronawirusa niemal na pewno doprowadzi do sytuacji, w której znacznie więcej Amerykanów zdecyduje się oddać głos nie pojawiając się przy urnach. Mniej więcej 2/5 uczestników badania przeprowadzonego niedawno przez Pew Research Center stwierdziło, że planuje głosować korespondencyjnie. W wyborach w 2016 roku w ten sposób głosowało około 1/5 wyborców. Ten wzrost naszym zdaniem znacznie zwiększa szansę na to, że wyniki wyborów nie będą dostępne natychmiast, zwłaszcza w kluczowych swing states, gdzie różnice w poparciu kandydatów mogą być bardzo niewielkie. Prezydent Trump głośno wyrażał niechęć do głosowania korespondencyjnego, ostatnio sprzeciwiając się przeznaczeniu dodatkowych środków na wsparcie usług pocztowych i wysuwając bezpodstawne oskarżenia, że „doszło do ogromnego oszustwa” w kontekście kart do głosowania. Tak się składa, że większość głosów oddanych za pośrednictwem poczty prawdopodobnie będzie pochodzić od Demokratów. Z pierwszych 2,1 mln Amerykanów, którzy zagłosowali korespondencyjnie w siedmiu stanach, w których odbyło się takie głosowanie, 55% to Demokraci, 24% to Republikanie, a 20% nie miało żadnej przynależności partyjnej.

Uważamy, że jest wysoce prawdopodobne, że – jeśli wybory te przegra Trump – odmówi on zaakceptowania porażki i prawdopodobnie zakwestionuje ich wynik w przypadku, gdy skala jego przegranej nie będzie porażająca. Wielokrotnie podkreślał, że w orzekaniu zwycięzcy mógłby mieć udział Sąd Najwyższy. Uważamy, że możliwość wystąpienia takiej sytuacji stanowi jeden z najistotniejszych czynników wywołujących niepewność w kontekście elekcji. Zakwestionowanie wyniku wyborów, które wydłużyłoby cały proces, stanowiłoby dla inwestorów powód do obaw i prowadziło do bardzo niespokojnego okresu handlu na rynku walutowym. Ostatni wzrost przewagi Bidena nad Trumpem w sondażach zmniejsza jednak szanse na to, że tak się stanie.

Sądzimy, że sytuacja, w której doszłoby do zakwestionowania wyniku wyborów byłaby w krótkim okresie pozytywna dla dolara, w związku ze wzrostem zainteresowania inwestorów walutami bezpiecznymi i pozbywaniem się przez nich aktywów, z którymi wiąże się większe ryzyko. W dłuższej perspektywie taka sytuacja naszym zdaniem byłaby jednak negatywna dla dolara, zwłaszcza jeśli kwestia wyborów nie zostałaby rozwiązana dość szybko. Wzbudziłoby to bowiem poważne obawy dotyczące jakości instytucjonalnej Stanów Zjednoczonych.

Czego można spodziewać się przed wyborami?

Jednym z najlepszych mierników rynkowej niepewności jest zachowanie japońskiego jena, kluczowej światowej waluty safe haven. 1-miesięczna oczekiwana zmienność pary USD/JPY wzrosła na miesiąc przed dniem wyborów sugerując, że rynek ostrożnie podchodzi do kwestii możliwej gwałtownej zmiany sentymentu do ryzyka po wyborach. Biorąc pod uwagę, że obecnie sondaże dają Bidenowi znaczną przewagę nad oponentem, wzrost tej miary był dość ograniczony – znalazła się ona na najwyższym poziomie od sierpnia. 

Wykres 6: 1-miesięczna implikowana zmienność kursu USD/JPY (lipiec ‘20 – październik ‘20)

1-miesięczna implikowana zmienność kursu USDJPY
Źródło: Refinitiv Data: 13/10/2020

Spodziewamy się, że przed wyborami dojdzie zarówno do wzrostu rynkowej zmienności, jak i do podwyższonej awersji do ryzyka. Będzie to miało związek z zachowywaniem przez inwestorów ostrożności tak w związku z ryzykiem wystąpienia spornego głosowania, jak i z możliwym opóźnionym wynikiem. Stąd też dostrzegamy możliwość krótkoterminowej aprecjacji walut safe haven (w tym USD) przed wyborami. Widzimy również możliwość osłabienia walut ryzykownych, szczególnie walut emerging markets.

Amerykanie udadzą się do urn we wtorek 3 listopada. Oczekuje się, że wyniki z poszczególnych stanów zaczną napływać ok. 2 w nocy czasu środkowoeuropejskiego.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Trendy silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej

W wielu branżach ceny akcji są już mocno zawyżone, w porównaniu do wyników finansowych spółek. Jednak pomimo wysokiego poziomu ryzyka, inwestorów kusi szansa na pokaźną stopę zwrotu.

Niskie stopy procentowe wypychają kapitał na giełdy, przez co od kilku miesięcy wyceny akcji rosną, często niewspółmiernie do realnej wartości spółek. Mimo pewnego uspokojenia na amerykańskich spółkach technologicznych, ryzyko pojawienia się baniek spekulacyjnych jest nadal wysokie. Widać to też na GPW, choćby po debiucie Allegro.

– Patrząc na wskaźnik ceny akcji do zysku Allegro widać, że także na warszawskiej giełdzie inwestorzy są skłonni zapłacić wiele za akcje spółki wzrostowej, nawet jeżeli działa wyłącznie lokalnie, ma już ustabilizowany biznes i której rośnie konkurencja – komentuje w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Inwestorzy, którzy obawiają się niekontrolowanych zmian cen akcji, mogą korzystać z różnych sposobów na dywersyfikację ryzyka, na przykład poprzez zaangażowanie w indeksy giełdowe lub dostępne od niedawna w Polsce koszyki akcji, dające eskpozycję na konkretną branżę.

– Inwestowanie w zdywersyfikowany portfel, na przykład w koszyk akcji, jest z zasady bezpieczniejsze niż bezpośrednie zaangażowanie w akcje jednej spółki. Bezpieczniejsze, nie oznacza bezpieczne. Ryzyko nadal występuje – tłumaczy Wardyn.

Inwestowanie w koszyki akcji ułatwia wybór akcji do portfela, a także śledzenie zmian ich kursów. Obniża też koszty transakcyjne, w porównaniu do handlu pojedynczymi akcjami. Które zatem branże mogą rosnąć, a które spadać, w najbliższej przyszłości?

– Aktualnie modne wśród inwestorów są: branża farmaceutyczna, technologiczna, spółki umożliwiające ‘życie w sieci’ czy OZE. Ich wyceny ewidentnie pokazują, że w ostatnich miesiącach to tu właśnie płynął kapitał. Z drugiej strony mamy sektory tradycyjnej gospodarki, takie jak bankowość, lotnictwo, turystyka, rozrywka czy gastronomia, które są teraz w tarapatach. W szczególnie trudnej sytuacji są banki, ponieważ kłopoty innych sektorów to dla nich niespłacone kredyty – tłumaczy ekspert CMC Markets.

Niestety zwyżki cen akcji w poprzednich miesiącach nie dają gwarancji kontynuacji tego trendu. Zatem nawet „modne” branże są ryzykowne, ponieważ ich wyceny są oderwane od fundamentów.

Pozostaje liczyć, że w niedalekiej perspektywie czasowej spowolnienie gospodarcze związane z pandemią minie. A warto pamiętać, że giełda reaguje na koniunkturę gospodarczą z wyprzedzeniem 6-9 miesięcy. Inwestorzy będą więc wypatrywać tego momentu, którego przewidzenie jest dla nich niczym poszukiwanie „Świętego Graala”.

Rynek Pracy Specjalistów Q1-Q3. Kogo szukali pracodawcy?

Między styczniem i wrześniem pracodawcy zamieścili na Pracuj.pl 391 010 ofert pracy. Największą popularnością między I i III kwartałem 2020 cieszyli się handlowcy (33% ofert), specjaliści obsługi klienta (18%), eksperci IT (14%) i finansiści (13%). Choć pandemia koronawirusa wywołała rewolucję na rynku pracy, w ostatnich miesiącach firmy poszukiwały coraz więcej pracowników. Jak jednak zaznaczają eksperci Grupy Pracuj, w obliczu drugiej fali pandemii jesień może być ważnym testem dla pracodawców i specjalistów.

Najważniejsze informacje:

  • Między styczniem a wrześniem na Pracuj.pl zamieszczono 391 010 ofert.
  • Spadek liczby ofert pracy rok do roku wyniósł w tym czasie niecałe 10%.
  • Po odmrożeniu gospodarki liczba ogłoszeń systematycznie rosła.
  • Liczba nowych ofert pracy między sierpniem i wrześniem wzrosła o 19%.
  • Najczęściej szukani specjaliści: handel, obsługa klienta, IT i finanse.
  • Najbardziej aktywne branże: bankowość, handel, produkcja i IT.

Oferty pracy po III kwartałach

Za rynkiem pracy w Polsce trzy kwartały, które przyniosły niespotykane wcześniej zmiany. Pandemia koronawirusa od marca wprowadziła rewolucję w życiu zawodowym niemal wszystkich Polaków. COVID-19 doprowadził do błyskawicznego wprowadzenia pracy zdalnej w wielu firmach, zamrożenia wielu rekrutacji w okresie lockdownu oraz wymagał zarządzania zespołami w stale zmieniających się okolicznościach.Oferty pracy po III kwartałach 2020Jednocześnie jednak z każdym miesiącem pracodawcy i pracownicy coraz sprawniej radzili sobie z życiem zawodowym w nowej normalności. Wpływało to także pozytywnie na aktywność rekrutacyjną firm. Między styczniem i wrześniem 2020 na Pracuj.pl zamieszczono 391 010 ofert pracy, co stanowiło spadek o niecałe 10% w stosunku do analogicznego okresu przed rokiem. Jak zauważa Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl, minione dziewięć miesięcy to lekcja pokory dla wszystkich ekspertów HR.

Na samym początku 2020 roku spodziewaliśmy się, że zakończy się dekada nieustannego wzrostu rynku pracy. Jednocześnie prognozowaliśmy, że aktywność rekrutacyjna firm ustabilizuje się na stałym, wysokim poziomie. Życie pisze jednak niespodziewane scenariusze. Wybuch pandemii przyniósł bezprecedensowe zamrożenie rekrutacji, odbijające się wyraźnie na liczbie publikowanych ogłoszeń. W tym początkowym okresie skupialiśmy się na dostarczaniu pracodawcom jak największej liczby nowych narzędzi, rozwiązań i usprawnień, wspierających rekrutację zdalną i działanie w nowych okolicznościach. To także dzięki temu począwszy od maja i stopniowego odmrażania gospodarki pracodawcy sukcesywnie zwiększali swoją aktywność na Pracuj.pl. W efekcie spadki liczby ogłoszeń w perspektywie trzech kwartałów są wyraźnie niższe, niż można by się spodziewać np. w okresie ścisłego lockdownu, gdy w najgorszym momencie potrafiły sięgać nawet 50% – komentuje Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

III kwartał pod znakiem ożywienia

Tezy eksperta potwierdzają dane z ostatnich miesięcy. Między wrześniem i sierpniem 2020 liczba ogłoszeń na portalu wzrosła miesiąc do miesiąca aż o 19%. Cały trzeci kwartał przyniósł ożywienie na rynku pracy, a okres po lockdownie przynosił sukcesywną poprawę aktywności pracodawców w stosunku do początku pandemii. W efekcie zwiększającej się aktywności firm między lipcem i wrześniem pod koniec trzeciego kwartału na Pracuj.pl dostępnych było ponad 74 000 aktywnych ofert – czyli ogłoszeń, na które użytkownicy mogli w tym momencie aplikować. III kwartał pod znakiem ożywieniaCo ciekawe, tegoroczne tradycyjne miesiące letnie były dla rekruterów jednymi z bardziej intensywnych w całym roku. W minionych latach stanowiły one okres lekkiej stagnacji pod względem poszukiwań pracowników. Wynikać to mogło przede wszystkim z nadrabiania „zaległości” rekrutacyjnych, powstałych przez okres zamrożenia gospodarki oraz coraz lepszego dostosowania pracodawców do prowadzenia rekrutacji zdalnej. W pierwszych kilku tygodniach pandemii zarówno kandydaci, jak i rekruterzy przeszli przyspieszony kurs rekrutacji zdalnej, z którą poradzili sobie w wielu przypadkach bardzo dobrze – komentuje Łukasz Marciniak, Dyrektor Sprzedaży w eRecruiter.

Specjalizacje wciąż poszukiwane

Kogo najczęściej poszukiwali pracodawcy między I i III kwartałem 2020? Niezmiennie największym zainteresowaniem cieszyli się specjaliści od handlu i sprzedaży – kierowano do nich co trzecią ofertę na portalu (33%). Mimo trudności, z jakim musiały mierzyć się więc w obliczu pandemii np. sklepy wielkopowierzchniowe czy mniejsze firmy zatrudniające np. przedstawicieli handlowych, ta specjalizacja utrzymała bardzo duże znaczenie w obliczu całego rynku pracy.

Rynek Pracy Specjalistów Q1-Q3Drugą grupą najczęściej poszukiwanych specjalistów byli eksperci od obsługi klienta (18%) – ich udział w całej puli ogłoszeń zmniejszył się jednak nieznacznie w stosunku do poprzedniego roku. Na mniejsze zapotrzebowanie na specjalistów od obsługi klienta wpływ miał niewątpliwie COVID-19 i wielotygodniowe zamknięcie galerii handlowych czy stacjonarnych punktów obsługi klienta w okresie lockdownu.

Na trzecim miejscu pod względem popularności wśród pracodawców uplasowali się specjaliści IT (14%). To grupa o specyficznym charakterze w kontekście pandemii, bo to właśnie ona jeszcze przed pojawieniem się koronawirusa najczęściej brała udział w rekrutacjach zdalnych. Wielu rekruterów i specjalistów HR planując działania w pierwszych tygodniach walki z koronawirusem opierało się właśnie na doświadczeniach i obserwacjach branży IT.

Średni szczebel najbardziej popularny

Pandemia nie zmieniła znacząco preferencji pracodawców związanych z poszukiwanym poziomem zaawansowania kandydatów i oferowanych stanowisk. Do specjalistów średniego szczebla kierowanych było ponad 6 na 10 ogłoszeń na portalu (61%) opublikowanych między styczniem i wrześniem. Drugą najbardziej popularną grupą byli eksperci na stanowiska kierownicze (13%), a tuż za nimi uplasowali się pracownicy fizyczni (13%). Do asystentów i praktykantów kierowano łącznie ok. 5% ofert.

Średni szczebel najbardziej popularny
Dane te warto analizować w świetle deklaracji rekruterów, z którymi Pracuj.pl przeprowadził wywiady jakościowe pod koniec II kwartału 2020 (przeczytaj o tym więcej). Jak deklarowali wówczas respondenci, w obliczu pandemii firmy zaczęły od nich wymagać poszukiwania bardziej doświadczonych kandydatów, a sygnalizowały przesyt aplikacjami osób o kompetencjach juniorskich. Dotyczyło to szczególnie sektora IT, w którym pandemia zwiększyła zapotrzebowanie na ekspertów z przynajmniej kilkuletnim doświadczeniem, gwarantujących szybkie wdrożenie się do obecnie realizowanych projektów.

Najwięcej ofert z województwa mazowieckiego

Z największej liczby ofert pracy mogli wybierać mieszkańcy woj. mazowieckiego – między styczniem i wrześniem od działających w nim firm pochodziło więcej niż co piąte ogłoszenie na Pracuj.pl (22%). To podobny wynik co w minionych latach, choć udział stolicy w całej puli ogłoszeń w stosunku do analogicznego okresu w ubiegłym roku nieznacznie spadł – o 2%. Na drugim miejscu, podobnie do ubiegłego roku, uplasowało się Dolnośląskie (10%). Na trzecim – Śląskie, Wielkopolskie i Małopolskie (po 9%).

Najwięcej ofert z województwa mazowieckiego

Wyzwania jesieni

Jak podkreśla Rafał Nachyna, mimo pozytywnych sygnałów płynących z rynku ofert pracy w III kwartale 2020, pracodawcy powinni ze szczególną uwagą przyglądać się sytuacji jesienią i wczesną zimą. Zmieniająca się sytuacja pandemiczna i wynikające z niej komplikacje dla pracodawców mogą stanowić znaczące utrudnienie dla planów rekrutacyjnych firm. Wyzwań są świadomi także pracownicy i kandydaci, co potwierdzają niedawne badania Pracuj.pl. Aż 55% respondentów uważało pod koniec września, że jesienią sytuacja na rynku pracy może się pogorszyć, a tylko co trzeci twierdził, że gospodarka największy kryzys ma już za sobą.

Jako Pracuj.pl od początku pandemii staramy się konsekwentnie i otwarcie analizować sytuację na rynku ofert pracy. Choć minione dziewięć miesięcy przyniosło bardzo wiele wyzwań rekrutacyjnych dla pracodawców, a także ryzyko dla pracowników, rynek pracy zakończył III kwartał w całkiem dobrej kondycji. Jednak jesień wciąż stanowi zagadkę, bo sytuacja pandemiczna zmienia się w bardzo szybkim tempie. Dlatego cały rynek powinien kontynuować rozwój rozwiązań wspierających zdalną rekrutację, usprawnioną przez narzędzia online. Mogą się one okazać kluczowe w okresie czekających nas trudnych zmian równie mocno, jak w okresie lockdownu. Doświadczenia z pierwszych miesięcy pandemii będą w tym kontekście bezcenne – podsumowuje Rafał Nachyna.

Rynek poligraficzny w Polsce 2020

W co czwartym MŚP z branży poligraficznej wzrósł poziom automatyzacji procesów produkcji w stosunku do ubiegłego roku – wynika z badania Siemens Financial Services. 28 proc. ankietowanych firm zwiększyło także nakłady finansowe na nowoczesny park maszyn i urządzeń, który w znacznym stopniu finansowany jest leasingiem. W efekcie tych działań, 12 proc. przedsiębiorstw poligraficznych czuje się lepiej przygotowanych do konkurowania z zagranicznymi podmiotami, a 36 proc. ocenia te możliwości na tym samym poziomie.

Wyniki badania przeprowadzonego wśród polskich przedsiębiorców z branży poligraficznej, dotyczące aktywności inwestycyjnej w specjalistyczny sprzęt, są optymistyczne. 28 proc. firm zwiększyło nakłady na odnowienie parku maszyn i urządzeń w porównaniu do 2019 roku, 58 proc. z nich pozostawiło poziom inwestycji na tym samym poziomie, a tylko 8 proc. zmniejszyło takie wydatki.

Firmy z branży poligraficznej, podobnie jak pozostałe badane przedsiębiorstwa z sektora spożywczego, metalowego i przetwórstwa tworzyw sztucznych, mają świadomość, że rozwój parków maszynowych jest jednym z najważniejszych elementów budowania pozycji rynkowej. Chociaż przedstawiciele sektora poligraficznego wskazują, że koszt zakupu nowoczesnego sprzętu jest dużym wyzwaniem, to starają się podążać za trendami rynkowymi w tym obszarze. Najczęściej pomaga im w tym finansowanie zewnętrzne, a dokładnie leasing, z którego korzysta blisko dwie trzecie firm z tej branży – mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce. – Dzięki inwestycjom w park maszynowy prawie połowa przedsiębiorstw z branży czuje się tak samo lub lepiej przygotowana do konkurowania w stosunku do zagranicznych podmiotów – dodaje.

Firmy z sektora poligraficznego zwiększały także częstotliwość samych odnowień parków maszynowych. W porównaniu do ubiegłego roku, zrobiło to 12 proc. ankietowanych przedsiębiorców. 26 proc. zwiększyło także poziom automatyzacji procesów produkcji.

Firmy z sektora poligraficznego
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Struktura parków maszynowych

Według danych z badania Siemens Financial Services, w zakładach produkcyjnych MŚP z branży poligraficznej najczęściej znajdują się maszyny introligatorskie – posiada je aż 83 proc. przedsiębiorstw. Następnie maszyny do druku cyfrowego (76 proc.) i drukujące offsetowe (70 proc.). Nieco mniejszy udział mają naświetlarki CTP (47 proc.). Odsetek pozostałych urządzeń nie jest już tak znaczący i stanowi nie więcej niż 10 proc. Wśród firm, które planują inwestycję w sprzęt, 38 proc. deklaruje, że chce nabyć nowe maszyny. Jedna piąta planuje kupić wyłącznie używane, a 17 proc. wybierze zarówno nowe urządzenia, jak i te z drugiej ręki.

– Inwestycje w nowy sprzęt są dobrą decyzją z punktu widzenia zwiększania efektywności biznesowej, tym bardziej gdy spełniają najwyższe standardy jakości i są zgodne z aktualnymi osiągnięciami inżynierów. W branży poligraficznej stawia się teraz na ekologiczne maszyny i materiały, innowacyjne metody produkcji, które redukują ilość odpadów, urządzenia niewymagające częstych konserwacji oraz automatyzację produkcji mówi Anita Grygorowicz, Szef Zespołu Vendorskiego w Siemens Financial Services.

Polskie firmy silne na tle międzynarodowym

Jak wynika z badania Siemens Financial Services, spośród wszystkich ankietowanych sektorów to właśnie przedstawiciele branży poligraficznej czują się najbardziej konkurencyjni w porównaniu do przedsiębiorstw zagranicznych. 12 proc. firm uważa, że ich możliwości sprzętowe zapewniają im większą konkurencyjność względem podmiotów zagranicznych (w przypadku branży spożywczej to 6 proc., obróbki metali 4 proc., tworzyw sztucznych 7 proc.). Z kolei 36 proc. przedsiębiorstw poligraficznych ocenia swoje przygotowanie do konkurowania na tym samym poziomie (lepiej tylko obróbka metali), a 22 proc. badanych na gorszym.

Firmy z sektora poligraficznego 2020
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Firmy poligraficzne korzystają z leasingu i środków własnych

Przedsiębiorstwa poligraficzne chętnie wykorzystują leasing do finansowania parku maszyn. Z tej formy korzysta aż dwie trzecie firm – wynika z badania Siemens Financial Services. Co ważne, blisko co czwarty ankietowany finansuje leasingiem cały park maszyn i urządzeń – jest to najwyższy wynik spośród badanych sektorów. Polskie MŚP z branży poligraficznej korzystają często również ze środków własnych. Łącznie, zyskiem finansuje maszyny i urządzenia ponad 70 proc. ankietowanych, z czego połowa nabywa w tej formie cały park MiU.

Warto podkreślić, że przedsiębiorstwa z tej branży sporadycznie wykorzystują kredyty i dotacje – ponad 90 proc. badanych deklaruje, że w ogóle nie korzysta z takich form finansowania inwestując w sprzęt.

Firmy poligraficzne korzystają z leasingu i środków własnych
*Wykorzystywane do sfinansowania całości parku MiU lub jego części
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Leasing jest jedną z najpopularniejszych form finansowania wśród firm przemysłowych z sektora MŚP. Widać to zwłaszcza na przykładzie polskiej poligrafii, gdzie ponad 20 proc. podmiotów wyłącznie w ten sposób finansuje inwestycje w nowoczesne parki maszynowe. Popularność leasingu dostrzegamy również w innych branżach, które badaliśmy – spożywczej, przetwórstwa tworzyw sztucznych i obróbki metali. Nie jest to zaskoczeniem, ponieważ dzięki swojej elastyczności, leasing pozwala zrealizować potrzebne inwestycje bez angażowania dużego kapitału własnego. Sama decyzja o przyznaniu finansowania jest wydawana w krótkim czasie, bez zbędnej biurokracji. Jest to bardzo ważne, zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy przedsiębiorcy muszą dostosowywać się do nagłych zmian rynkowych, które z kolei często wymagają pilnych inwestycji  – dodaje Tomasz Kukulski z Siemens Financial Services.

W porównaniu do ubiegłego roku, 4 proc. przedsiębiorstwa z sektora poligraficzne zwiększyło także udział finansowania zewnętrznego. U 79 proc. firm pozostał bez zmian, a tylko 3 proc. go zmniejszyła.

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Keralla Research w marcu 2020 r. na podstawie wywiadów z 400 przedstawicielami małych i średnich przedsiębiorstw z branży poligraficznej, metalowej, tworzyw sztucznych i food and beverage z całej Polski oraz posiadających własny park maszyn i urządzań (MiU). Wykorzystano metodę telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych (CATI).

Komentarz ZPP ws. działań ratunkowych dla gastronomii

Od ponad tygodnia każdy dzień przynosi coraz bardziej niepokojące informacje o rozwoju epidemii koronawirusa w Polsce. Dzisiaj padł kolejny rekord liczby zakażeń – ponad 6500 przypadków w skali kraju, przekroczona została również granica 100 zgonów w trakcie doby. Sytuacja staje się krytyczna i potrzebne są szybkie działania. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przedstawił swoje generalne rekomendacje strategiczne w osobnym opracowaniu. Konsekwentnie uważamy, że Polska nie może pozwolić sobie na ponowny lockdown – nie stać nas na to. W okresie od marca do maja ponieśliśmy gigantyczny koszt zamknięcia gospodarki, jest to sytuacja niemożliwa do powtórzenia. Niezależnie jednak od formalnych decyzji podejmowanych przez rząd, obserwujemy już pierwsze poważne konsekwencje decyzji spontanicznych reakcji społeczeństwa na rozwój epidemii. Ponownie jak w przypadku pierwszej fali, jednym z sektorów najsilniej narażonych na negatywne konsekwencje zagrożenia koronawirusem, jest gastronomia.

Druga fala epidemii to tak naprawdę trzeci cios dla branży gastronomicznej w tym roku. Pierwszym był bez wątpienia lockdown, w trakcie którego restauracje przestały funkcjonować. Drugim był okres po otwarciu gospodarki, gdy lokale mierzyły się ze znacznie obniżonym popytem. W tej chwili mamy do czynienia z radykalnym pogłębieniem tego zjawiska – w ciągu ostatnich dni sektor odnotowuje wielokrotnie obniżone przychody i odwoływane rezerwacje, mimo braku lockdownu wprowadzonego „de iure”. Oznacza to, że istnieje poważna groźba faktycznego zamykania restauracji, niezależnie od tego czy rząd formalnie o tym zdecyduje, czy też nie.

ZPP konsekwentnie proponował wprowadzenie jednolitej stawki 8% VAT na wszystkie usługi gastronomiczne. Wychodziliśmy z założenia, że może to być sposób na zwiększenie rentowności sektora i umożliwienie mu przetrwania trudnego okresu po lockdownie. W dalszym ciągu podtrzymujemy ten postulat. Niestety jednak, okno możliwości realnej poprawy sytuacji branży gastronomicznej dzięki takiemu (relatywnie taniemu w sensie budżetowym) posunięciu, właśnie się zamknęło. 8% VAT na wszystko w gastronomii to wciąż aktualny postulat na okres odbudowy branży. W tej chwili niestety mamy do czynienia z sytuacją kryzysową, bliską faktycznemu zamknięciu sektora.

Mając na uwadze powyższe, apelujemy o podjęcie, póki jest jeszcze na to czas, zdecydowanie odważniejszych działań, które mogłyby pozwolić restauracjom „utrzymać się na powierzchni” w trakcie drugiej fali pandemii. Można zakładać, że niezależnie od decyzji podjętych przez rząd, znaczna część ruchu w restauracjach będzie w najbliższym czasie generowana przez zamówienia na wynos oraz z dowozem. Proponujemy zatem wprowadzenie najniższej możliwej stawki 5% VAT na wszystkie usługi gastronomiczne, w tym te realizowane w powyższym trybie (wynosy i dowóz). Docelowo zasadne wydaje się być szybkie podjęcie dialogu na poziomie Unii Europejskiej, ws. wprowadzenia w ramach Wspólnoty możliwości przejściowego obniżenia stawki VAT na te usługi do jeszcze niższego poziomu. Uzupełniająco, powinniśmy rozszerzyć katalog usług możliwych do świadczenia przez restauracje na wynos i w dowozie, o usługę serwowania niskoprocentowych napojów alkoholowych (piwo, wino, cydry).

Uważamy, że nie istnieje racjonalny powód, by nie zrealizować naszej rekomendacji. Argumenty budżetowe nie znajdują żadnego uzasadnienia – lokale gastronomiczne siłą rzeczy nie będą rezerwuarem istotnych wpływów podatkowych w najbliższym czasie. W dłuższej perspektywie korzystniejsze z punktu widzenia finansów państwa jest podjęcie wszelkich działań umożliwiających im utrzymanie się, niż bierne obserwowanie fali bankructw, która bez wątpienia może nadejść, jeśli rząd nie zareaguje. Argumenty o charakterze zdrowotnym, odnoszące się do możliwości sprzedawania na odległość napojów alkoholowych, również nie znajdują racjonalnego uzasadnienia. Ten asortyment będzie w lokalach gastronomicznych droższy, niż w sprzedaży detalicznej, nawet mimo objęcia niską stawką podatku.

Reasumując, plan ZPP dla ratowania gastronomii zakłada trzy kluczowe rekomendacje:

  • wprowadzenie minimalnej możliwej stawki 5% VAT na wszystkie usługi gastronomiczne, w tym te realizowane na wynos bądź z dowozem, podjęcie dialogu na poziomie UE ws. możliwości wprowadzenia przejściowo niższej stawki na tę kategorię usług;
  • umożliwienie lokalom gastronomicznym sprzedaży na wynos i w dowozie napojów o niskiej zawartości alkoholu (piwo, wino, cydry);
  • w okresie odbudowy po epidemii COVID-19, wprowadzenie jednolitej stawki 8% VAT na wszystkie usługi gastronomiczne.

Zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy poza okresem wypowiedzenia – trzy scenariusze

Aktualnie w Kodeksie pracy nie ma przepisu, który pozwalałby pracodawcy bezpiecznie (czyli bez ryzyka sporu z pracownikiem), zwolnić podwładnego z obowiązku świadczenia pracy bez związku z wypowiedzeniem umowy o pracę. Jakie zatem możliwości ma w takiej sytuacji pracodawca?

Kodeks pracy przewiduje, że zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy jest dopuszczalne w związku z wypowiedzeniem umowy o pracę. Jest to jednostronna decyzja pracodawcy, niezależna od tego, która strona stosunku pracy złożyła oświadczenie o wypowiedzeniu umowy o pracę, i z jakiego stało się to powodu. Nie ma też znaczenia, czy wypowiadana jest umowa na okres próbny, na czas określony, czy nieokreślony. W okresie zwolnienia pracownik zachowuje prawo do wynagrodzenia, obliczanego jak wynagrodzenie za urlop[1].

Pracodawcy najczęściej korzystają z tej możliwości już po rozpoczęciu okresu wypowiedzenia. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że Kodeks pracy nie uzależnia możliwości zwolnienia z obowiązku świadczenia pracy od rozpoczęcia okresu wypowiedzenia, a od związku tej decyzji z wypowiedzeniem. Jeśli zatem na pracodawcy spoczywa obowiązek skonsultowania zamiaru wypowiedzenia z organizacją związkową, to należy zgodzić się z poglądem, że ma on prawo do zastosowania zwolnienia już od momentu poinformowania organizacji związkowej o zamiarze zwolnienia pracownika, w okresie oczekiwania na opinię związku. Zostanie bowiem zachowany związek między decyzją o odsunięciu pracownika od pracy, a wypowiedzeniem. Z dużym prawdopodobieństwem jednak pracodawcy nie będą korzystać z możliwości wcześniejszego zwolnienia pracownika z obowiązku świadczenia pracy z obawy przed „ucieczką” na zwolnienie lekarskie jeszcze przed wręczeniem wypowiedzenia.

Inne możliwości? Brak przepisów w Kodeksie pracy

O ile zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy w związku z wypowiedzeniem umowy o pracę nie budzi już wielu kontrowersji, o tyle zastrzeżenie tego prawa jedynie na wypadek wypowiedzenia umowy o pracę jest niewystarczające. Pracodawcy mogą stanąć przed potrzebą odsunięcia pracownika od pracy także w innych sytuacjach – np. w sytuacji, gdy konieczne jest przeprowadzenie postępowania wyjaśniającego w sprawie ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych. Nie ma aktualnie takiego przepisu, który pozwoliłby pracodawcy bezpiecznie (czyli bez ryzyka podniesienia przez pracownika roszczeń), zwolnić go z obowiązku świadczenia pracy poza sytuacjami związanymi z wypowiedzeniem umowy o pracę. W konkretnych okolicznościach w grę może wejść zastosowanie przestoju uregulowanego w art. 81 Kodeksu pracy. W takim przypadku konieczna będzie analiza, czy przyczyny decydujące o konieczności niedopuszczenia pracownika do pracy można nazwać „przyczynami dotyczącymi pracodawcy”, gdyż w większości sytuacji będą one dotyczyć zarówno pracownika, jak i pracodawcy. Jakie możliwości ma zatem pracodawca?

3 rozwiązania alternatywne

Po pierwsze, można zastanowić się nad powierzeniem pracownikowi innej pracy niż określona w umowie o pracę. W okresie nieprzekraczającym 3 miesięcy w roku kalendarzowym wydanie takiego polecenia jest możliwe bez stosowania wypowiedzenia dotychczasowych warunków pracy lub płacy. Musi być jednak spełniony warunek, aby powierzona praca odpowiadała kwalifikacjom pracownika i nie powodowała obniżenia wynagrodzenia. To rozwiązanie w praktyce oczywiście nie ma takiego samego efektu jak zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy (pracownik jest nadal obecny w pracy), ale pozwala na zgodne z prawem powierzenie pracownikowi innych obowiązków niż te, przy wykonywaniu których powstał problem uzasadniający na przykład przeprowadzenie określonych czynności wyjaśniających.

Po drugie, pracodawca ma możliwość wydania pracownikowi polecenia wykorzystania urlopu zaległego. Urlopem zaległym jest urlop, do którego pracownik nabył prawo w poprzednich latach. Wprowadzenie przez ustawodawcę w tzw. Tarczy 4.0 możliwości wydania pracownikowi polecenia wykorzystania urlopu zaległego w wymiarze do 30 dni w roku kalendarzowym wprowadziło trochę zamieszania w dotychczas ustalonych przez orzecznictwo i praktykę zasadach polecania wykorzystania urlopu zaległego. Stoję jednak na stanowisku, że taka możliwość istniała przed wprowadzeniem tego przepisu i będzie aktualna także po zakończeniu stanu epidemii czy stanu zagrożenia epidemicznego.

Trzecią opcją jest porozumienie się z pracownikiem w sprawie czasowego zwolnienia go z obowiązku świadczenia pracy. W sytuacji konfliktu z pracownikiem jej faktyczne zastosowanie będzie jednak prawdopodobnie mocno ograniczone.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci, ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener i szkoleniowiec.

[1] § 5 rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z dnia 29 maja 1996 r. w sprawie sposobu ustalania wynagrodzenia w okresie niewykonywania pracy oraz wynagrodzenia stanowiącego podstawę obliczania odszkodowań, odpraw, dodatków wyrównawczych do wynagrodzenia oraz innych należności przewidzianych w Kodeksie pracy.

Skarbówka od 4 lat przetrzymuje należne spółce środki, bo wciąż weryfikuje jej kontrahentów

Fiskus przeprowadził trwającą 15 miesięcy kontrolę podatkową w spółce, podczas której firma przedstawiła wszelkie dowody na rzeczywiste dokonanie zakwestionowanych przez organ transakcji, a także że dochowała należytej staranności przy ich przeprowadzaniu. Mimo to spółka od 4 lat wciąż nie otrzymała wnioskowanych przez nią środków z należnego zwrotu VAT, bo organy wciąż weryfikują jej kontrahentów.

Weryfikacja przedsiębiorcy i nie tylko

W październiku 2015 r. działający w formie spółki z o.o. przedsiębiorca złożył w urzędzie skarbowym deklarację VAT-7 za miesiąc poprzedni, wraz z wnioskiem o zwrot wykazanej w niej nadwyżki VAT naliczonego nad należnym, w 25-dniowym terminie na rachunek bankowy. Na początku listopada 2015 r. naczelnik urzędu skarbowego wszczął wobec przedsiębiorcy kontrolę podatkową, a następnie postępowanie podatkowe, oraz wydał postanowienie o przedłużeniu terminu wnioskowanego zwrotu VAT.

Przedsiębiorca złożył zażalenie do dyrektora odpowiedniej izby skarbowej. Organ II instancji poinformował spółkę, że na etapie wydania takowego postanowienia o przedłużeniu, organ rozstrzyga jedynie o konieczności dalszej weryfikacji zasadności zwrotu, a nie o zasadności samego zwrotu. Zdaniem organu transakcje, w których spółka brała udział, mają charakter wątpliwy, a zatem i cechy charakterystyczne dla oszustw karuzelowych. Wbrew stanowisku spółki, dla zweryfikowania dokonanych przez nią rozliczeń nie są wystarczające deklaracje o rzetelności prowadzonej działalności ani przedłożony komplet dokumentacji. Organ w toczącym się obecnie postępowaniu podatkowym dąży do zgromadzenia pełnego materiału dowodowego, a przepis art. 87 ust. 2b ustawy o podatku od towarów i usług pozwala objąć tym „gromadzeniem” nie tylko wnioskującego o zwrot przedsiębiorcę, ale i współuczestniczących w łańcuchu dostaw jego kontrahentów.

Przedsiębiorca od 4 lat czeka na zwrot, bo organ czeka na weryfikację jego kontrahentów

Spółka wniosła skargę do sądu administracyjnego podnosząc, że organ podatkowy dokonując przedłużenia terminu zwrotu nadpłaconego podatku dopuszcza się bezczynności w jego weryfikacji i nie wykazuje żadnych nowych argumentów uzasadniających dalsze wstrzymywanie zwrotu, poza tymi, które przedstawił przy wydawaniu postanowienia o jego wstrzymaniu.

Przedsiębiorca skarżył się, że naczelnik urzędu skarbowego stale przedłuża termin zwrotu VAT, mimo iż w toku trwającej 15 miesięcy kontroli podatkowej dostarczył on wszelkich dowodów na rzeczywiste dokonanie zakwestionowanych przez naczelnika transakcji. Udowodnił także dochowanie przy tym wymaganej przepisami należytej staranności. Zatem już na etapie kontroli organ dysponował pełną dokumentacją niezbędną do dokonania zwrotu, a zamiast tego wszczął postępowanie podatkowe, podczas którego nie przeprowadza żadnych dowodów, nie zgłasza do spółki żadnych wezwań, czekając tylko na zakończenie działań podjętych przez inne organy. Organy tymczasem weryfikują wszystkie podmioty mające styczność z towarem nabytym przez spółkę, podczas gdy brak jest jakichkolwiek powiązań między spółką a tymi podmiotami.

Spółka podniosła, że niedopuszczalne jest stosowanie przez organy odpowiedzialności zbiorowej. Sprawa dotyczy zbadania zasadności zwrotu należnego jej, a nie wszystkim uczestnikom łańcucha dostaw. Skoro więc przedstawiła wszelkie dowody na jego zasadność, a organy nie przedstawiają żadnych dowodów przeciwnych, to jej zdaniem doszło „…do sytuacji, w której systematycznie, bez żadnego uzasadnienia, przetrzymuje się należne spółce środki przez okres 4 lat, co stanowi naruszenie zasady neutralności VAT” (uzasadnienie wyroku WSA w Lublinie z 27 maja 2020 r., sygn. akt I SA/Lub 752/19).

Niedopuszczalne działania organu

Sąd wyrokiem z 27 maja 2020 r. uchylił zaskarżone postanowienia dyrektora izby administracji skarbowej, jak i poprzedzające je postanowienie naczelnika urzędu skarbowego w przedmiocie przedłużenia spółce terminu zwrotu VAT. Wydane przez organ I instancji postanowienie z 5 listopada 2015 r. nie wskazywało bowiem konkretnej daty przedłużenia terminu zwrotu VAT, a jedynie, że zostaje on przedłużony „do czasu ostatecznej weryfikacji zasadności zwrotu”. Takie uzasadnienie postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu podatku stoi w sprzeczności z uchwałą Naczelnego Sądu Administracyjnego z 24 października 2016 r. (sygn. akt I FPS 2/16), wskazującą konieczność precyzyjnego określenia końcowego terminu przedłużenia. Organ w niniejszej sprawie co prawda sprecyzował wreszcie tę datę w piśmie z 22 grudnia 2016 r., ale uczynił to już po upływie terminu do zwrotu.

„…już na pierwszym etapie po złożeniu deklaracji VAT-7 nie doszło do skutecznego przedłużenia terminu zwrotu, a podjęte przez organ działania naprawcze wobec wadliwego formalnie postanowienia z dnia 5 listopada 2016 r. były niedopuszczalne i jako takie nie mogły wywołać skutków prawnych” (sygn. akt I SA/Lu752/19).

Organy lubią wstrzymywać należny przedsiębiorcom VAT latami

Choć przepis art. 87 ust. 2b ustawy o VAT pozwala organom dokonywać weryfikacji zasadności wnioskowanego przez przedsiębiorcę zwrotu podatku także poprzez weryfikację rozliczeń jego kontrahentów, to nie mogą tego robić w nieskończoność. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Białymstoku w wyroku z 5 października 2016 r. stwierdził: „Prowadzenie kontroli podatkowej przez ponad dwa lata, przy dalszym braku możliwości określenia terminu jej zakończenia, nie może być uznane za nieprzewlekłe niezależnie od przyczyn takiego stanu” (sygn. akt I SAB/Bk 4/16).

Z kolei jak orzekł WSA w Gliwicach w wyroku z 20 maja 2015 r.: „…weryfikacja zwrotu VAT umożliwiała organowi podjęcie w znacznym stopniu samodzielnych działań w celu weryfikacji transakcji u kontrahentów (…) organ może sam badać okoliczności, które są w jego mniemaniu istotne dla sprawy, szczególnie gdy korzystanie z pomocy prawnej innych organów było nieskuteczne bądź nieefektywne, a z całą pewnością długotrwałe. (…) organ występował do innych organów o przeprowadzenie weryfikacji kontrahentów skarżącej, w tym oczekując na zweryfikowanie ich dalszych kontrahentów. Tymczasem w przedmiotowej sprawie współdziałanie powinno dotyczyć przede wszystkim transakcji jakich podatnik dokonał z kontrahentami. Poza zakresem kontroli są ustalenia dotyczące innych podmiotów, których rzeczone transakcje nie dotyczą, a które w istocie stały się przyczyną przedłużania postępowania w przedmiotowej sprawie.” (sygn. akt III SAB/Gl 6/15).

Trafnie zauważył też WSA w Warszawie orzekając: „Organ nie może zatem decydować o przedłużeniu podatnikowi terminu zwrotu różnicy w podatku w sposób dowolny, nie poparty mocnymi argumentami” (wyrok z 19 września 2019 r., sygn. akt III SA/Wa 676/19). W sprawie o sygnaturze III SA/Wa 48/15 (wyrok WSA w Warszawie z 15 kwietnia 2015 r.) podatnik czekał na zwrot VAT ponad 16 lat.

W braku skonkretyzowania działań mających uzasadniać dalsze wstrzymywanie zwrotu VAT, jak i nieprzedstawienia zarzutów przedsiębiorcy, takie sprawdzanie kontrahentów może trwać latami, co zresztą miało miejsce w niniejszej sprawie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Skuteczne zarządzanie systemem CRM – o czym należy pamiętać?

Prace nad systemem CRM, który ma pomagać firmie realizować jej cele biznesowe, nie kończą się na wdrożeniu. Oprogramowanie musi być stale rozwijane, aby sprostać nowym wyzwaniom. O czym należy pamiętać, zarządzając systemem CRM w organizacji?

Niezwykle istotne opinie użytkowników

Na każdym etapie działania systemu CRM warto odwoływać się do opinii jego użytkowników, czyli pracowników, którzy na co dzień korzystają z dostępnych narzędzi. Nawet gruntownie przetestowane oprogramowanie może zawierać luki i wymagać poprawek. Pierwszy okres po implementacji narzędzia stanowi tak naprawdę kolejną fazę testów, tym razem odbywających się w naturalnych warunkach.

Dostosowanie platformy CRM do aktualnych celów biznesowych

Platforma CRM, którą wybiera przedsiębiorstwo powinna być skalowalna i elastyczna. Tylko w ten sposób istnieje możliwość dostosowywania jej do nowych wyzwań i zmieniających się celów biznesowych. Nowe funkcjonalności, przyjazny  interfejs i wszelkie usprawnienia potrafią zrobić naprawdę ogromną różnicę.

Stała opieka partnera odpowiedzialnego za wdrożenie i rozwój

Aby było to możliwe, niezbędna jest opieka partnera odpowiedzialnego nie tylko za wdrożenie oprogramowania, ale także jego utrzymanie i rozwój. Wśród dostępnych narzędzi wciąż pojawiają się nowinki, które mogą okazać się niezwykle użyteczne. Warto więc odwołać się do doświadczenia specjalistów, którzy są na bieżąco ze wszystkimi nowościami.

Managed Services, czyli maksimum potencjału systemu CRM

Obecnie najczęściej wybieranym na świecie systemem CRM jest Platforma Salesforce. Jej wdrożeniem, utrzymaniem i rozwojem zajmuje się w Polsce firma Craftware (https://craftware.pl/). Utrzymanie i rozwój są dostępne w ramach usługi Managed Services. Polega ona na stałym wsparciu ekspertów, których zadaniem jest rozwiązywanie bieżących problemów z oprogramowaniem, dzielenie się wiedzą z użytkownikami i szukanie najbardziej optymalnych rozwiązań. Więcej na temat tej ciekawej usługi można przeczytać pod adresem https://craftware.pl/dla-it/rozwiazania-dla-it/utrzymanie-i-rozwoj-salesforce/managed-services/.

Wybór i wdrożenie systemu CRM

Do wiodących producentów systemów CRM w skali światowej należą m.in. firmy Salesforce, SAP, Oracle i Microsoft. Mimo iż narzędzia te są bardzo zaawansowane, a ich twórcy dołożyli wszelkich starań, aby były przy tym ergonomiczne i intuicyjne dla użytkowników, to samo wdrożenie Salesforce, Microsoft Dynamics CRM czy innego rozwiązania wymaga praktycznej, eksperckiej wiedzy – najlepszym wyjściem jest zwykle skorzystanie z dedykowanej firmy zajmującej się implementacją. Z pomocy takich firm warto skorzystać także dlatego, że świadczą one przy tym szeroko rozumiane usługi doradcze.

Fakty, nie mity! Zakup elektryka to naprawdę dobra inwestycja

Elektryki nie są bardziej przyjazne środowisku niż samochody spalinowe. Ich użytkowanie jest drogie. Dodatkowo silniki elektryczne nie wydają specyficznego dźwięku i nie dorównują tym spalinowym. – To tylko niektóre z wielu mitów, jakie narosły wokół aut elektrycznych – ocenia Michał Baranowski, ekspert ds. elektromobilności. – Dlatego warto je rozwiać.

Elektromobilność nie jest tylko chwilowym trendem. Doskonale zdają sobie z tego sprawę największe koncerny motoryzacyjne. Mogą się one pochwalić coraz szerszą gamą modeli aut elektrycznych. Do wyścigu włączyła się także spółka ElectroMobility Poland, która zamierza produkować e-auta pod marką Izera.

– Jednocześnie wokół elektromobilności i aut elektrycznych narosło wiele mitów, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością – ocenia Michał Baranowski, ekspert ds. elektromobilności, który sam jeździ e-samochodem. – Użytkowanie takich pojazdów po prostu się opłaca, dodatkowo zmniejszamy dzięki temu swój negatywny wpływ na środowisko naturalne.

„Pojazdy elektryczne i ekologia? W Polsce to nie idzie w parze”

Czy rzeczywiście korzystanie z samochodów elektrycznych jest działaniem proekologicznym? Przecież w Polsce prąd powstaje w głównej mierze ze spalania węgla – argumentują elektromobilni sceptycy. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że udział energii pochodzącej z OZE sukcesywnie rośnie w strukturze wytwarzania każdej z polskich spółek energetycznych. Przykład? W przypadku Energi w pierwszym kwartale 2020 r. udział odnawialnych źródeł energii w produkcji brutto energii elektrycznej wyniósł aż 56,8 proc. To aż o 13 punktów procentowych więcej niż w ubiegłym roku oraz o 16,2 punktów procentowych więcej niż wyniosła produkcja brutto energii z węgla.

–  E-auta można ładować w nocy, kiedy zapotrzebowanie na prąd jest niewielkie. Wtedy jego produkcja się nie marnuje, sieć jest wykorzystywana efektywnie – zauważa Michał Baranowski – Trzeba także odnotować, że sprawność silnika elektrycznego (wynosi 90 proc.) bardzo mocni różni się od benzynowego (30 proc.) i diesla (40 proc). Ponadto samochody elektryczne są skonstruowane dużo prościej od spalinowych: nie mają skrzyni biegów, sprzęgła, turbiny, rozrządu układu wydechowego oraz oleju silnikowego.

W przypadku samochodów spalinowych wszystkie te elementy trzeba wyprodukować, konfekcjonować, przewieźć do punktów sprzedaży, potem wywieźć do miejsca utylizacji. Nie mówiąc już o wydobyciu potrzebnych do ich wytworzenia surowców, przetransportowaniu na miejsce produkcji. Wiąże się to oczywiście z emisją zanieczyszczeń, w tym CO2. Tymczasem baterię używaną w pojeździe elektrycznym można np. zamienić w domowy bank energii, a tym samym nadać jej ponowne życie. Z pożytkiem dla środowiska naturalnego

„Jeżdżenie elektrykiem jest za drogie”

Samochody elektryczne, co podkreślają elektromobilni sceptycy, rzeczywiście są droższe o 30-40 proc. od tych spalinowych.

Ale za to znacznie tańsze w eksploatacji – mówi Michał Baranowski. – Można to wszystko precyzyjnie przeliczyć i posłużyć się przykładem człowieka, który przesiadł się z dużego auta z silnikiem spalinowym do małego miejskiego samochodu elektrycznego.

Średnio przejeżdża on po dużym mieście 400-500 km tygodniowo. W przypadku samochodu spalinowego, benzyna kosztuje go 400-500 zł, elektrycznego – 10 zł – w momencie, gdy źródłem prądu jest zainstalowana na dachu jego domu instalacja fotowoltaiczna. Gdyby auto elektryczne ładował w domu, w II taryfie, koszt przejechania 100 km wyniósłby 3,5-5 zł. A co jeśli musiałby korzystać z ogólnodostępnych ładowarek? Tygodniowo zapłaciłby za prąd mniej niż 100 zł.

Dużo taniej kosztują także przeglądy samochodów elektrycznych – dodaje Baranowski. – Powód jest prosty. Wolniej zużywają się choćby tarcze i klocki hamulcowe. Nie wymieniamy oleju, rozrządu. Dodatkowo poruszanie się po mieście samochodem elektrycznym daje ważny i praktyczny przywilej. Nie płacimy za miejskie strefy płatnego parkowania. Jeśli musielibyśmy zostawić tam nasz samochód spalinowy na osiem godzin, dzienny koszt wyniesie ok. 25 zł, miesięczny – ok. 500 zł.

„Samochody elektryczne nie dorównują spalinowym”

Fani motoryzacji zarzucają elektrycznym samochodom brak „duszy”, tego, że z silnika nie wydobywają się tak lubiane przez nich i charakterystyczne dźwięki.

Prawda jest jednak taka, że można je usłyszeć tylko w przypadku naprawdę dużych, ośmiocylindrowych silników – ocenia Michał Baranowski. – Trzycylindrowe małe miejskie pojazdy zupełnie „nie śpiewają”, dodatkowo, w porównaniu z elektrykami, wolno przyspieszają. Co ciekawe, spalinowa motoryzacja, o czym nie wszyscy wiedzą, czerpie też z elektromobilności. Bolidy ścigające się w ramach Formuły 1 mają wmontowany napęd elektryczny, który wspiera jednostkę spalinową. Elektromobilność stała się po prostu integralną częścią naszego życia.

Zdrowie psychiczne, a efektywność pracowników. Dlaczego warto dbać o zespół?

31% pracowników odczuwa stres w pracy pare razy w tygodniu, a 14% nawet kilka razy w ciągu dnia[1], co przekłada się na ich efektywność i chęć wykonywania obowiązków. 10 października obchodziliśmy światowy dzień zdrowia psychicznego – temat zyskujący na coraz większym znaczeniu również w obszarze zawodowym. Sukces zaczyna się od głowy, dlatego chcąc mieć zgrany, sprawnie działający zespół lojalnych osób i dobrze prosperującą firmę warto zadbać także o kondycję psychiczną pracowników i zarządu.

Jak wynika z raportu „The Workforce View in Europe 2019” Polacy stanowią grupę jednych
z najbardziej zestresowanych pracowników w Unii Europejskiej. Pracujemy dużo, ale bywa,
że nieefektywnie. Jest to spowodowane często odczuwaniem zbyt wysokiego poziomu stresu, który negatywnie wpływa na naszą koncentrację, wydajność podczas wykonywania obowiązków zawodowych, a co za tym idzie – na jakość podejmowanych decyzji. Przenosimy  związane z pracą emocje i myśli do domu, przez co nie mamy chwili wytchnienia i relaksu, co prowadzi do chronicznego stresu, zmęczenia organizmu, a tym samym gorszych wyników w pracy.

Odporność psychiczna – czyli co?

Odporność psychiczna to cecha osobowości, która w dużym stopniu determinuje to, na ile skutecznie radzimy sobie z wyzwaniami i presją im towarzyszącą, niezależnie od okoliczności. To również umiejętność stałego dostosowywania się do zmian, a nawet ich przewidywania. Co więcej, osoby odporne psychicznie wychodzą z każdej zmiany czy wyzwania silniejsze i  bardziej zmotywowane do działania.

– Odporność psychiczna decyduje o tym, na czym skupi się nasza uwaga: na szukaniu rozwiązań i wykonywaniu kolejnych zadań, czy nasza cała energia zostanie pochłonięta na narzekanie, szukanie wymówek, obwinianie innych za nasze błędy – mówi Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i komunikacji międzykulturowej.

Jednak odporność ta nie zależy tylko od indywidualnych predyspozycji pracowników do radzenia sobie z emocjami i stresem. W dużym stopniu zależy od kultury organizacyjnej i działań podejmowanych przez kadrę zarządzającą firmy.

Szukać rozwiązań, nie wymówek

Przekładając odporność psychiczną na rzeczywistość biznesową,  jest to szereg umiejętności, które pozwalają nam na działanie i dążenie do wyznaczonych celów pomimo pojawiających się przeszkód. Do tych najbardziej przydatnych w obszarze zawodowym możemy zaliczyć: chęć do poszukiwania nowych rozwiązań mimo braku efektów, umiejętność skupienia się na aktualnym zadaniu bez rozpraszania się szukaniem wymówek, narzekania na nasz los, a co najważniejsze – trzymanie emocji na wodzy, co jest często bardzo trudne w sytuacjach stresowych czy konfliktowych. To także umiejętność spojrzenia na problem „na chłodno” z dystansem oraz utrzymania tej samej energii
i pozytywnego myślenia podczas wykonywania obowiązków zawodowych.

Rezyliencja sposobem na odporność psychiczną

– Dobrym początkiem budowania odporności psychicznej pracowników może być rezyliencja, czyli umiejętność radzenia sobie z pojawiającymi się przeciwnościami losu, powstającymi konfliktami, wzmożonym stresem. Ale co najważniejsze, pozwala ona na powrócenie do stanu równowagi psychicznej po okresie wzmożonego stresu – podkreśla Katarzyna Richter.

Świadomy lider wie, jak ważne jest dbanie o wellbeing (dobrostan) i wspieranie pracowników zmagających się z nadmiernym stresem w miejscu pracy. Dlatego jego działania powinny być skierowane na wsparcie zespołu i budowanie jego odporności psychicznej poprzez motywującą i przyjazną atmosferę w biurze. Potrzeba ta zyskała na szczególnym znaczeniu w ostatnich miesiącach – w czasie wzmożonej niepewności związanej z kwestią zatrudnienia, obniżenia wynagrodzenia czy szeroko rozumianej sytuacji w kraju.

– Coraz częściej firmy stwarzają swoim pracownikom również możliwość spotkania z psychologiem lub psychoterapeutą. Przepracowanie problemów i porażek pozwala na bardziej efektywne działanie, większe opanowanie swoich emocji w kontaktach biznesowych oraz lepsze radzenie sobie ze  stresem. W dzisiejszych czasach terapia to nie powód do wstydu, ale oznaka siły i chęci zadbania o siebie i swoją przyszłość, zarówno w obszarze zawodowym, ale także i osobistym – podsumowuje Katarzyna Richter.

[1] Raport HRK „Stres w pracy”, 2019.

„Oznaczenie ma znaczenie” Auchan we współpracy z Bankami Żywności edukuje i zachęca do niemarnowania żywności

Koncepcja kampanii „Oznaczenie ma znaczenie” powstała w odpowiedzi na potwierdzone badaniami fakty – aż 53% żywności marnuje się w gospodarstwach domowych, czego powodem często jest niewłaściwa interpretacja przez konsumentów oznaczeń przydatności do spożycia umieszczanych na produktach*. Auchan chce zwiększyć świadomość swoich klientów w tym zakresie, edukując, że produkt oznaczony symbolem najlepiej spożyć przed można bezpiecznie spożyć także po wskazanym terminie, po uprzednim sprawdzeniu jego jakości. Inaczej rzecz ma się w przypadku oznaczenia należy spożyć do – wskazana na opakowaniu data mówi o końcu przydatności produktu do spożycia.

Opracowane w ramach kampanii grafiki w intuicyjny sposób ilustrują różnice pomiędzy oznaczeniami – dla określenia najlepiej spożyć przed wybrany został symbol PLAY, natomiast należy spożyć do symbolizuje znak STOP. Do zobrazowania obu oznaczeń wykorzystane zostały zdjęcia produktów spożywczych, tak by dzięki skojarzeniom łatwiej zapadały w pamięć.

Auchan od lat działa na rzecz niemarnowania żywności i prowadzi wiele aktywności w duchu zero waste. Nasze działania wpisują się w strategię #Auchan2022, w której jednym z obszarów jest przeciwdziałanie marnowaniu żywności. W roku 2019 wprowadziliśmy na przykład promocję -50% na produkty z krótkim terminem ważności. Tylko w ciągu jednego roku obniżyliśmy straty w produktach spożywczych o 30%. Nasza najnowsza akcja „Oznaczenie ma znaczenie” to nasz kolejny krok mający na celu ograniczenie marnowania żywności. W ten sposób nie tylko edukujemy, ale przede wszystkim wspieramy w podejmowaniu świadomych decyzji zakupowych, które w sposób realny przyczynią się do realizacji tego celu. – mówi Dorota Patejko, dyrektor ds. Komunikacji i CSR w Auchan Retail Polska.

Naszą misją jest ratowanie żywności przed zmarnowaniem i przekazywanie jej najbardziej potrzebującym. Inicjatywa „Oznaczenie ma znaczenie”, którą realizujemy z Auchan Retail Polska jest dla nas szczególnie ważna. Mamy nadzieję, że trend less waste będzie w kolejnych latach wzrastał. Aby tak się stało niezbędna jest edukacja klientów. Liczymy, że podjęta wspólnie z siecią Auchan akcja ułatwi konsumentom interpretację oznaczeń i pozwoli uratować wiele produktów spożywczych przed zmarnowaniem. – mówi Marek Borowski, Prezes Federacji Polskich Banków Żywności.

Akcja „Oznaczenie ma znaczenie” potrwa od 15 do 31 października 2020 r. Komunikowana będzie za pomocą plakatów we wszystkich sklepach sieci, a także w gazetce dla konsumentów, na stronie www oraz w mediach społecznościowych Auchan Retail Polska.

PGS apeluje do władz o zrewidowanie obostrzeń dotyczących sklepów

W związku ze zwiększoną liczbą zakażeń koronawirusem i wprowadzaniem tzw. „czerwonych stref” w kolejnych aglomeracjach (wkrótce Warszawa, Kraków) Polska Grupa Supermarketów, powołując się na rekomendacje ekspertów WHO, postuluje do Rządu RP o racjonalne podejście w polityce obostrzeń.

Polska Grupa Supermarketów (PGS) docenia wysyłki Rządu w walce z epidemią COVID-19, lecz wyraża obawę o bardzo negatywne konsekwencje podjętych kroków dla działalności gospodarczej tysięcy małych przedsiębiorców branży handlowej. Z analiz PGS wynika, że nowe obostrzenia mogą zagrozić dalszej działalności ponad 30.000 sklepów w kraju.

Od czwartku 15 października ponownie zaczną obowiązywać tzw. „godziny dla seniorów”. Zdaniem przedstawicieli Grupy doświadczenia właścicieli sklepów wskazują, że seniorzy nie wykorzystywali tego czasu. W przypadku obostrzeń z marca i kwietnia br. duża grupa seniorów decydowała się na dokonywanie zakupów poza wyznaczonymi dla nich godzinami. Tymczasem, za sprawą nakazanych „godzin dla seniorów” oraz ograniczenia maksymalnej ilości kupujących w sklepach, znacząco spadły obroty w małych, lokalnych sklepach spożywczych, co wpłynęło na decyzję właścicieli o zamknięciu swoich działalności, niejednokrotnie będących jedynym źródłem utrzymania rodziny. Przedstawiciele PGS proponują wprowadzenie priorytetowej obsługi osób po 60 r.ż. w ciągu wszystkich godzin otwarcia sklepu.

Ekspert WHO: lockdown zbędną karą dla społeczeństwa

Stanowisko PGS jest zgodne z wytycznymi WHO. Zaledwie kilka dni temu Mike Ryan, jeden z ekspertów WHO ds. sytuacji kryzysowych, wskazał, że władze powinny starać się unikać lockdownów z powodu gwałtownych wzrostów zakażeń COVID-19. Ekspert Światowej Organizacji Zdrowia zaznaczył, że niektórych z wydarzeń (w kontekście wzrostu liczby zakażeń – przyp. red.) nie da się uniknąć.

Polska Grupa Supermarketów zwraca również uwagę na kwestie prawne obowiązku noszenia maseczek. Bieżąca sytuacja prawna nie gwarantuje bezpieczeństwa epidemiologicznego. Co więcej, przestrzeganie zaleceń GIS-u, dotyczących reagowania na nieprzestrzeganie zaleceń wśród klientów, naraża pracowników handlu na pozew na podstawie kodeksu wykroczeń, o czym przekonała się ekspedientka z województwa podlaskiego, która w pierwszej instancji została skazana na grzywnę za odmowę obsłużenia klientki bez maseczki.

PGS dużym uznaniem odnosi się do inicjatyw rządowych, niemniej uważa, że część metod egzekwowania ograniczeń jest niewłaściwa i może prowadzić do upadku wielu małych firm, które i tak ucierpiały w trakcie pierwszej fali pandemii COVID-19.

Prognozowane ożywienie na rynku elastycznych powierzchni biurowych w regionie EMEA

W pierwszej połowie 2020 r. rynki  w regionie EMEA o najniższym poziomie dostępności elastycznych przestrzeni biurowych zanotowały największe tempo ich wzrostu. Tu bowiem powstała większość nowych coworków – wynika z raportu „Flex Forward”, przygotowanego przez Colliers International, międzynarodową firmę doradczą z sektora  nieruchomości komercyjnych.

W pierwszej połowie 2020 r. w miastach takich, jak Hamburg, Wiedeń, Moskwa i Sankt Petersburg, znacząco wzrósł popyt na elastyczne przestrzenie biurowe – stanowił on nawet 30% łącznego zapotrzebowania na biura. Pomimo, że niektórzy z dotychczasowych najemców przestrzeni coworkingowych zrezygnowali z tego rodzaju wynajmu, na rynek trafiło 162 000 mkw. nowych elastycznych przestrzeni biurowych, dzięki czemu udział flexów w całkowitym wolumenie powierzchni biurowej w regionie EMEA osiągnął średni poziom bliski 2%.

– W dobie pandemii biuro znalazło się w centrum uwagi, ponieważ nagle okazało się, że pracownicy na całym świecie musieli pracować w nowych warunkach, zwykle przy kuchennym stole albo w wytyczonej w domu przestrzeni do pracy. O ile segment elastycznych przestrzeni biurowych nie uniknął konsekwencji pandemii, o tyle opinie o jego upadku są zdecydowanie przedwczesne. Najemcy szukają nowoczesnych, elastycznych rozwiązań, które umożliwią im stawienie czoła zarówno krótko-, jak i średnioterminowym wyzwaniom. Ponadto wynajmujący coraz częściej pytają, jak mogą rozszerzyć swoje portfele nieruchomości o ten segment rynku, co wskazuje na perspektywę dalszego jego wzrostu w najbliższym roku – mówi Tom Sleigh, szef działu doradztwa ds. elastycznych przestrzeni biurowych w Colliers International.

W ciągu ostatnich pięciu lat podaż elastycznych przestrzeni biurowych w regionie wzrosła trzykrotnie. Największymi graczami pozostają WeWork i IWG, jednak do walki o czołową pozycję na tym rynku włączyło się również wielu międzynarodowych operatorów i właścicieli nieruchomości, którzy stworzyli własne przestrzenie coworkingowe. Na 42 rynkach przeanalizowanych w raporcie działa ponad 1300 operatorów udostępniających przestrzenie biurowe w ponad 3300 lokalizacjach.

Trendy na rynku flex

– W ciągu przeanalizowanych przez nas ostatnich 18 miesięcy zaobserwowaliśmy dwa kluczowe trendy na rynku elastycznych powierzchni biurowych, które pokazują zdolność tego sektora do reagowania na zmieniające się warunki i okoliczności. Po pierwsze, operatorzy, którzy są w stanie zapewnić swoim klientom prywatne miejsce pracy, radzą sobie dobrze, natomiast ci, którzy udostępniają jedynie tradycyjną przestrzeń coworkingową, mają problemy z przekonaniem najemców, że przestrzeń ta jest bezpieczna w kontekście pandemii COVID-19. Po drugie, zmienia się struktura popytu na elastyczne przestrzenie biurowe. Następuje odwrót od ścisłego centrum w kierunku innych części miast, co może sugerować, że mamy do czynienia z wczesnym etapem decentralizacji. Wynika to z faktu, że miasta coraz częściej zmagają się problemami, takimi jak przeludnienie czy utrudnione dojazdy do pracy – mówi Istvan Toth, dyrektor i analityk danych w firmie Colliers International na region EMEA.

Dane za I poł. 2020 r. pokazują wzrost o 52% zapotrzebowania na elastyczną przestrzeń biurową w lokalizacjach poza ścisłym centrum miasta w porównaniu z 38% w latach 2018-2019. Analogicznie wzrósł popyt w obszarach podmiejskich – o 16% w porównaniu z 12% w latach ubiegłych.

Hybrydowy model najmu

Raport Flex Forward analizuje również rozmaite możliwości rozszerzenia strategii najmu firm o elastyczne przestrzenie biurowe.

– Zaletą tego rozwiązania jest jego elastyczność i zróżnicowanie w regionie EMEA, gdzie lokalni operatorzy dostosowują swoje oferty do potrzeb danego rynku. Co ciekawe, nasza analiza wykazała, że żadna transakcja czy zawierana umowa nie jest taka sama. Każda z nich ma swoją specyfikę i uwzględnia indywidualne potrzeby stron. Raport „Flex Forward” zapewnia przegląd niektórych spośród tych opcji oraz porady, jak można je wykorzystać w budowaniu nowoczesnej strategii nieruchomościowej – zaznacza Tom Sleigh.

– Cykl ekonomiczny jest w tej chwili trudny do przewidzenia, dlatego aspekty takie, jak elastyczność i zdolność adaptacji stają się podstawą strategii biznesowej firm. Z tego też względu należy spodziewać się, że coraz więcej firm będzie myślało o hybrydowym modelu najmu, łączącym najem tradycyjny z powierzchniami flex. Aby umożliwić naszym klientom sprawną zmianę strategii najmu, wprowadziliśmy na rynek wirtualną platformę Colliers Mobility Pass, dzięki której użytkownicy z poziomu telefonu otrzymują dostęp do 5000 lokalizacji coworkingowych na całym świecie, w tym do niemal 60 w Polsce, Rozwiązanie to nie tylko daje tak bardzo pożądaną dziś elastyczność, ale także daje możliwość zarządzania kosztami zależnie od bieżącej sytuacji firmy – mówi Renata Hartle, manager ds. strategii flex office i rozwiązań technologicznych w Colliers International.

Polwax: rynek świecarski ma się całkiem nieźle

Według najnowszego raportu Technavio Global scented candles market 2020–2024 wartość światowego rynku świec zapachowych wyniosła w 2019 r. 5,40 mld dolarów, a do 2024 r. ma wzrosnąć do 7,22 mld dolarów. Analiza zakłada więc coroczny blisko 6-procentowy wzrost sprzedaży tych produktów w najbliższych latach. To oznacza, że wzrośnie również popyt na parafiny i pozostałe specyfiki używane do produkcji świec.

– Kilka lat temu europejski rynek producentów świec znalazł się w bardzo trudnym położeniu ze względu na masowy import tanich świec z Azji. Produkty te były zdecydowanie gorsze jakościowo, istniało także sporo wątpliwości co do parametrów surowców, z których zostały wykonane. Oczywiście dobre i markowe artykuły nadal miały swoich nabywców. Problem polegał jednak na tym, że konsument, który raz czy drugi kupił wadliwy produkt, często nie dawał europejskim producentom szansy na udowodnienie, że na rynku są także dobre wyroby – podkreśla Roman Otto.

W efekcie w 2018 r. według danych międzynarodowej agencji badań rynkowych i konsumenckich Statista obywatele Unii Europejskiej zużyli średnio 1,44 kg świec na osobę. Dane te obejmują świece wyprodukowane zarówno w UE, jak i poza nią. Tak czy inaczej, w porównaniu z rokiem 2017 sprzedaż spadła z poziomu 790 tys. t do 738 tys. t.

55 technologii o dużym potencjale, które pomogą w walce ze zmianami klimatycznymi

Nowy raport identyfikuje 55 projektów o dużym wpływie w dziedzinie technologii klimatycznych, które mogą pomóc Europie osiągnąć cel zerowej emisji dwutlenku węgla netto do 2050 roku.

Jak ukierunkowane inwestycje pomogą w walce ze zmianami klimatycznymi, jak stworzyć 12,7 mln nowych miejsc pracy oraz jak wygenerować prawie 800 mld EUR oszczędności? Capgemini Invent, marka zajmująca się innowacjami cyfrowymi, doradztwem i transformacją Grupy Capgemini, opublikowała dziś nowy, pierwszy w swoim rodzaju raport: 55 zadań Europy do zerowej emisji netto: jak inwestycje w czyste technologie nowej generacji mogą przyspieszyć odbudowę i transformację gospodarczą. Publikacja opracowana na podstawie analizy ponad 200 projektów z 27 krajów UE, określa różne scenariusze inwestycji technologicznych, których celem jest wsparcie ekologicznej i cyfrowej naprawy gospodarczej Europy.

Badanie, zlecone przez Breakthrough Energy, służy jako przewodnik dla decydentów i inwestorów oraz oferuje praktyczne projekty wykorzystania funduszu naprawczego Komisji Europejskiej w wysokości 750 miliardów euro, aby pomóc przekształcić europejską gospodarkę i obrać kurs na pierwszy na świecie kontynent zero netto do 2050.

Raport bada i analizuje istniejące oraz nadchodzące technologie w pięciu wzajemnie powiązanych dziedzinach gospodarki: energia; nieruchomości i budownictwo; przemysł; transport; oraz żywność i rolnictwo. Capgemini Invent zaangażował wybitnych innowatorów, przedsiębiorców, strategów korporacyjnych i decydentów, aby pomóc zidentyfikować i zbadać ponad 200 potencjalnych projektów, każdy o różnym poziomie zaawansowania technologicznego, w celu oceny ich potencjału transformacyjnego i gotowości do wsparcia inwestycyjnego.

Na tej podstawie zidentyfikowano 55 technologii o dużym potencjale, które z największym prawdopodobieństwem przyniosą efekty transformacji w oczekiwanym tempie oraz na spodziewaną skalę. Składają się one z projektów i inwestycji rozmieszczonych w całym cyklu innowacji oraz według obszaru gospodarczego i dojrzałości rynku. W sumie mają one potencjał do stworzenia rynku towarów i usług o zerowej wartości emisji netto, a także o łącznej wartości dodanej brutto do 790 mld euro rocznie, redukcji emisji o 871 MtCO2 oraz stworzenia prawie 13 mln miejsc pracy do 2030 r. Co więcej, oczekuje się, że z biegiem czasu każde 1 euro zainwestowane w czyste technologie przyniesie 9 euro przyszłych obrotów na rynkach europejskich do 2050 r.  Projekty te mogą również przyczynić się do poprawy jakości powietrza, bezpieczeństwa żywności i większej niezależności energetycznej w Europie.

– Z badań tych jasno wynika: liderzy biznesowi ze wszystkich sektorów, decydenci w Brukseli i na poziomie państw członkowskich mają niesamowitą okazję, aby pomóc Europie stać się niekwestionowanym światowym liderem w rozwoju technologii niskoemisyjnych i mieć możliwość szybkiego wprowadzania ich na rynek. Im szybciej podejmiemy działania, tym szybciej będziemy mogli postawić naszą gospodarkę na solidniejszej pozycji, stworzyć miliony nowych miejsc pracy w sektorze prywatnym i wykonać ciężką pracę, która jest potrzebna do rozwiązania kryzysu klimatycznego komentuje Ann Mettler, Senior Director z Breakthrough Energy.

Efektem badania są wskazówki, które informują w jaki sposób bardziej zdecydowane polityki UE mogą przyspieszyć cykl innowacji i wdrażanie czystych technologii, w tym:

  • Bezproblemowe inwestycje w cyklu innowacji – pomoc firmom na późnym etapie rozwoju w radykalnym zwiększeniu skali wdrażania i wprowadzania na rynek technologii niskoemisyjnych i zeroemisyjnych. Ten element powinien stanowić uzupełnienie istniejącego finansowania zalążkowego i finansowania na wczesnym etapie, a co najważniejsze, musi mu towarzyszyć dążenie do zabezpieczenia rynków niskoemisyjnych, na których innowacje mogą się sprzedawać.
  • Zwiększone badania i rozwój poprzez analizę luk określającą, gdzie inwestycje publiczne i partnerstwa prywatne mogą pomóc nowo powstającym technologiom w zdobyciu pozycji i wejściu na nowe rynki.
    Walidacja i wczesne wdrożenie: Prowadzenie do redukcji kosztów technologii, szybszych cykli wersji, ewolucji modelu biznesowego, szybszych wdrożeń wsród konsumentów i zaangażowania w łańcuch dostaw.
  • Szybsze wdrażanie na dużą skalę: Wdrażanie zewnętrznych mechanizmów cenowych w celu zwiększenia konkurencyjności rynkowej technologii niskoemisyjnych i zachęcania do inwestycji w przełomowe technologie.

Nasza praca dla Breakthrough Energy potwierdza, że europejska rewolucja czystych technologii może być tak samo ważna jak rewolucja cyfrowa i odgrywa kluczową rolę w przemyśle i przywództwie Europy. Ten raport to coś więcej niż dogłębna analiza matematyczna i ekonomiczna; zwraca uwagę na niektóre już dostępne technologie, które są dobrze przygotowane do wywarcia realnego wpływu do 2030 r., a także obiecujące przełomowe i czyste technologie nowej generacji, które pomogą Europie osiągnąć ambitny cel zero netto do 2050 r.mówi Cyril Garcia, dyrektor generalny Capgemini Invent i członek zarządu Grupy.

Końcówka roku może być trudniejsza dla firm niż początek pandemii

Barometr EFL na IV kwartał tego roku pokazuje, że nastroje wśród mikro, małych i średnich firm w Polsce uspokoiły się. Poziom 48,5 pkt. jest tylko o 1,7 pkt. niższy niż w III kwartale br. i o 1,2 pkt. niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, ale zdecydowanie wyższy niż w II kwartale tuż po wybuchu pandemii (32,5 pkt.). Przedstawiciele EFL zwracają jednak uwagę, że „druga fala” epidemii może pokrzyżować plany przedsiębiorców, którzy odbudowują swoje biznesy po pierwszym „uderzeniu” koronawirusa. Kwarantanny rodzin i pracowników, zamknięcia szkół, a w ostateczności lockdownu, wiele polskich MŚP może nie przetrwać.

– Za nami już siedem miesięcy z COVID-19. Po bardzo ciężkich pierwszych tygodniach, od maja sytuacja powoli zaczęła się uspakajać. Przedsiębiorcy zaczęli wracać do normalności korzystając zarówno z rządowych pakietów pomocowych jak i wsparcia prywatnych instytucji, w tym finansowych. Również statystyki z rynku pracy wskazują na stabilizację – stopa bezrobocia od czterech miesięcy pozostaje na takim samym poziomie. Jednak ostatnie dni i tygodnie wyraźnie pokazują, że nie pożegnaliśmy pandemii, wręcz przeciwnie, może być jeszcze gorzej. A tego „gorzej” może nie przetrwać wiele polskich biznesów, szczególnie tych z sektora MŚP. Reżim sanitarny, który generuje dodatkowe koszty, braki kadrowe z uwagi na zwolnienia lekarskie czy kwarantannę, mniej klientów – to wszystko spowoduje, że tylko najlepiej przygotowane firmy, i to zarówno od strony organizacyjnej jak i finansowej, wyjdą cało z tego kryzysu – powiedział Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Przedsiębiorcy czekają na rozwój sytuacji

Próg OR to poziom ograniczonego rozwoju firm z sektora MŚP, który wynosi co najmniej 50 pkt. w Barometrze EFL. Stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców dotyczących 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Przyjmuje wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Poziom 48,5 pkt. osiągnięty w IV kwartale tego roku nie przekroczył progu OR, co oznacza, że warunki do rozwoju sektora MŚP są oceniane jako mniej korzystne w porównaniu z poprzednim pomiarem.

Większość wskaźników odnotowanych w IV kwartale br. jest zbliżona do tych z czerwcowego pomiaru. Nadal zdecydowana większość respondentów (80,3 proc., poprzednio 81,2 proc.) planuje zachować dotychczasowy poziom inwestycji i spodziewa się takiego samego zapotrzebowania na finansowanie zewnętrzne (81 proc., poprzednio 78,3 proc.). Nie zmieniły się też odsetki optymistów, jeśli chodzi o inwestycje czy zewnętrzne finansowanie (różnice wynoszą 0,5 pkt. proc.).

Drobne różnice, na niekorzyść, widać w obszarze sprzedaży i płynności finansowej. W porównaniu z poprzednim pomiarem nieznacznie spadł odsetek osób, które uważają, że sytuacja poprawi się w odniesieniu do sprzedaży (21 proc., poprzednio 25,8 proc.) i płynności finansowej (11,7 proc., poprzednio 16,7 proc.). Podobnie jednak jak kwartał wcześniej, większy jest odsetek osób, które nie oczekują zmian poziomu sprzedaży (48,3 proc.) i płynności finansowej (66,8 proc.) niż spodziewających się pogorszenia (odpowiednio 29,85 proc. i 21,3 proc.).

Polaryzacja nastrojów w MŚP

Wskaźniki dla firm mikro i małych firm ponownie powróciły do wartości poniżej granicy „pesymizm-optymizm” wynoszącej 50 pkt. (47,6 pkt. dla firm mikro i 46,8 pkt. dla firm małych). Więcej optymizmu można zaobserwować́ w przypadku największych firm w sektorze MŚP – wskaźnik dla średnich przedsiębiorstw wyniósł 54 pkt. i jest o 1,6 pkt. wyższy niż kwartał wcześniej. W szczególności więcej średnich firm liczy na wyższą sprzedaż – 25 proc., podczas gdy wśród mikro ten wskaźnik wyniósł 21,5 proc., a małych 18,9 proc. Niemal 17 proc. zarządzających średnimi biznesami planuje także większe inwestycje. W przypadku małych firm takich deklaracji jest trzy razy mniej (5,7 proc.), a mikro dwa razy mniej – 7,5 proc. Widać zatem rozbieżność w prognozowaniu przyszłości między mniejszymi i większymi firmami – różnica między najwyższą wartością Barometru a najniższą wynosi 7,2 pkt.

***

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego S.A., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 14-28 września 2020 roku.

Brak dostępu do odpowiednich technologii jednym z argumentów przemawiających za zmianą pracy

Ponad 25% badanych pracowników firm z sektora MŚP poważnie myśli o zmianie pracodawcy na takiego, który będzie w lepszym stopniu przygotowany do pracy zdalnej.

Pracownicy oczekują od swoich firmy zmiany podejścia do stylu pracy i stworzenia środowiska, które będzie dostosowane do wymogów nowej rzeczywistości i umożliwi sprawną pracę zdalną. Brak takich działań może okazać się jednym z czynników decydujących o chęci zmiany pracodawcy. Przy tym ten problem w większym zakresie dotyczy firm z sektora MŚP. Badania zrealizowane przez Ricoh pokazują, że osoby zatrudnione w małych i średnich firmach znacznie częściej mają problem z dostępem do odpowiedniej technologii, niż pracujący w dużych organizacjach.

Ponad jedna czwarta (27%) pracowników firm z sektora MŚP w Europie rozważa zmianę miejsca pracy na takie, które jest w lepszym stopniu przygotowane do pracy zdalnej. Dlaczego? 29% pracowników przyznaje, że problemy techniczne wpływają negatywnie na ich motywację i zaangażowanie podczas pracy w trybie home office. 22% ma wrażenie, że nie może pracować w pełni efektywnie w związku z brakiem dostępu do odpowiedniej technologii. Aż 48% podczas pracy zdalnej musi korzystać z własnego sprzętu, ponieważ pracodawca nie zapewnił im odpowiedniego wyposażenia.

Brak wsparcia odpowiedniej technologii będzie prowadziło nie tylko do utraty najlepszych specjalistów, ale odbije się również na jakości oferowanej klientom. 24% badanych przyznaje, że nie jest w stanie zapewnić dotychczasowego standardu świadczonych usług i efektywnie współpracować.

Duża część badanych przewiduje, że praca zdalna pozostanie stałym elementem ich rzeczywistości. 41% uznaje, że ich pracodawcy pozostawią opcję pracy w trybie home office po zakończeniu pandemii.  

Pracownicy mają skonkretyzowane oczekiwania wobec pracodawców. 66% przewiduje, że Ci utrzymają elastyczne podejście, a 55% wierzy, że ich firma zainwestuje w narzędzia, na bazie których będzie można zbudować innowacyjne środowisko pracy. Dotyczy to również rozwiązań zwiększających bezpieczeństwo pracy w biurze np. bezdotykowe rozwiązania, systemy do rezerwacji biurek czy mierzenia temperatury.

David Mills, CEO, Ricoh Europe, powiedział: “Wiele firm z sektora MŚP przed wybuchem pandemii było dopiero na początku lub na wstępnym etapie planowania cyfrowej transformacji swojej organizacji. W obecnej sytuacji tych decyzji nie można odkładać na później a  proces cyfryzacji musi zostać zdecydowanie przyśpieszony. Ci pracodawcy, którzy nie będą w stanie stworzyć optymalnego środowiska pracy dostosowanego do wymogów nowej rzeczywistości, muszą liczyć się z utratą najlepszych pracowników. To, jak dotychczas definiowaliśmy pracę przestaje być normą. Nowy styl pracy wymaga dostępu do odpowiednich technologii, na bazie których można działać w sposób elastyczny i efektywny.”

O badaniu

Badanie zrealizowano na próbie 1300 europejskich pracowników zatrudnionych w sektorze MŚP.

W IV kwartale br. Polacy planują więcej zakupów w promocjach. Niektórzy retailerzy tego nie wytrzymają

Prawie 60% Polaków deklaruje, że w IV kwartale br. będzie intensywniej szukać promocji niż wcześniej. Ponadto blisko połowa konsumentów jest teraz bardziej skora do tworzenia list zakupowych przed wyjściem do sklepu. Dla niespełna 60% osób wciąż głównym narzędziem do poszukiwania rabatów pozostaną gazetki handlowe. W tej grupie większość stawia na papierowe publikacje, a pozostali skorzystają z aplikacji i serwisów internetowych.

Ogólnopolskie badanie, wykonane przez UCE RESEARCH na zlecenie programu branżowego „BLIX AWARDS – Wybór Konsumentów”, wykazało, że w ostatnich miesiącach roku częściej niż w poprzednich kwartałach Polacy będą poszukiwać produktów w promocjach. Łącznie 57% konsumentów tak deklaruje. W sumie 19% respondentów jest odmiennego zdania. 9% nie ma opinii na ten temat, a dla 15% jest to bez znaczenia.

– Jak co roku IV kwartał będzie charakteryzować się większymi wydatkami konsumentów. Tę prawidłowość należy połączyć z ekonomiczną niepewnością, związaną z sytuacją epidemiologiczną w kraju. Deklaracje prawie 60% Polaków nie powinny więc nikogo zaskakiwać – komentuje Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.

Z kolei dr Krzysztof Łuczak z programu „BLIX AWARDS – Wybór Konsumentów” zauważa, że Polacy, wbrew występującym niepokojom, będą chcieli utrzymać konsumpcję na poziomie sprzed pandemii. Zamierzają ostrożnie planować swoje zakupy, aby tegoroczne święta i inne nadchodzące okazje upłynęły w podobnej atmosferze jak w minionych latach.

– Wyraźny niepokój konsumentów definiuje polityki sprzedażowe operatorów detalu, skierowane ku promowaniu i konkurowaniu promocjami. Nie jest to dobry znak dla słabszych uczestników rynku, których nie będzie stać na duże, oczekiwane rabaty – ostrzega dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku retailowego.

Wyniki badania pokazują też, że konsumenci częściej niż w poprzednich miesiącach chcą przygotowywać sobie listy zakupowe. Łącznie 48% ankietowanych tak deklaruje. Natomiast 25% osób nie zakłada takiej opcji. Z kolei 23% nie musi niczego zmieniać, bo zawsze planuje w ten sposób wydatki bez względu na okoliczności i porę roku.

– Większa aktywność ostatniego kwartału skłania konsumentów do podejmowania mniej spontanicznych decyzji zakupowych oraz tworzenia list z konkretnymi rzeczami. Polacy mają już określone na ten czas cele, jak chociażby świąteczne prezenty. Dodatkowo ludzie tłumaczą pandemią chęć bardziej racjonalnego i usystematyzowanego podejścia do zakupów – dodaje Julita Pryzmont.

Natomiast dr Faliński uważa, że listy zakupowe w pewien sposób zabezpieczają część ludzi przed nieplanowanymi wydatkami. Niektórzy nie mają nawyku ich tworzenia. Jedna czwarta Polaków może sobie pozwolić na niefrasobliwe zakupy. Ale niemal podobny odsetek stanowią ci, którzy zawsze poszukują najtańszych produktów.

– Wcześniej tego rodzaju zachowania były charakterystyczne głównie dla klientów centrów outlet. Dzisiaj obserwujemy je również w tradycyjnych galeriach. Konsumenci przyjeżdżają do nich z precyzyjnie określonymi celami, by zaopatrywać się kompleksowo. Starają się unikać konfrontacji z innymi osobami w związku z zagrożeniem epidemicznym, więc pojawiają się rzadziej. Poza tym niepewność wskaźników gospodarczych, zatrudnienia i zarobków skłania wielu Polaków do planowania wydatków. Myślę, że ta tendencja będzie się nasilać – mówi Bożena Gierszewska-Mroziewicz z Grupy NEINVER.

Najwięcej konsumentów, bo 32%, będzie szukało towarów w promocji w papierowych publikacjach. 26% ankietowanych wskazało aplikacje i serwisy z gazetkami. Z kolei 21% klientów zamierza rozglądać się za rabatami bezpośrednio w sklepach. 10% badanych będzie szukało obniżek w sposób mieszany, czyli we wszystkich ww. miejscach. Tylko 8% stawia na bezpośrednie strony internetowe sieci.

– Głównym narzędziem do poszukiwania promocji wciąż są gazetki. Konsumenci mają poczucie, że mogą w nich znaleźć najlepsze promocje i aktualny asortyment. Ci, którzy jeszcze z przyzwyczajenia wybierają papierowe publikacje, będą zmieniać swoje nawyki i przechodzić na elektroniczne wersje. Wpłynie na to m.in. łatwiejszy i szybszy dostęp do promocji, rosnące zainteresowanie ekologicznymi rozwiązaniami, a także postępująca cyfryzacja społeczeństwa – stwierdza Marcin Lenkiewicz z Grupy BLIX.

Trzeba pamiętać o tym, że w ostatnim czasie dostępność papierowych gazetek coraz bardziej się kurczy, m.in. ze względu na rosnące koszty produkcji i ograniczanie kolportażu. Dr Łuczak podkreśla, że udział e-gazetek już od kilku lat systematycznie rośnie względem drukowanych wydań. Pandemia tylko przyspieszyła to zjawisko. Ekspert przewiduje też, że w przyszłym roku wersja elektroniczna na dobre zdetronizuje papierową.

Badanie zostało wykonane przez UCE RESEARCH (platformę analityczno-badawczą, należącą do brytyjskiej spółki UCE GROUP LTD.). Ankieta odbywała się w okolicach placówek handlowych w dniach 1-3 października br. Działania były prowadzone na terenie 16 dużych wojewódzkich miast, a także 11 średnich i mniejszych miejscowości. Łącznie odbyło się 1016 wywiadów z losowo wybranymi osobami.

Piątka dla polskiego piwa – pomysły na wsparcie branż powiązanych z browarnictwem

Przemysł piwowarski wraz z handlem detalicznym, sektorem gastronomii oraz rolnictwem tworzą swoisty ekosystem. Zatrudniają łącznie ponad 150 tys. pracowników i dostawców zaangażowanych w produkcję, dostawę i sprzedaż piwa w Polsce. Gospodarczy lockdown, restrykcje sanitarne i pogorszenie nastrojów konsumenckich postawiły wiele z tych firm w bardzo trudnym położeniu, a niekiedy na skraju przepaści. W odpowiedzi na te wyzwania eksperci z branży piwowarskiej i sektorów z nią powiązanych przygotowali tzw. piątkę dla piwa – 5 postulatów dla rządzących, które pomogą przedsiębiorcom w przetrwaniu i szybkim powrocie na ścieżkę wzrostu gospodarczego.

Przedstawiciele sektorów browarniczego, handlowego, małych i średnich przedsiębiorstw oraz eksperci gospodarczy i podatkowi przeanalizowali swoją sytuację, a wnioski zawarli w upublicznionym właśnie raporcie Związku Pracodawców i Przedsiębiorców pt. „Branża piwowarska i sektory powiązane wobec pandemii COVID-19”. Autorzy Raportu uznali, że firmom w przetrwaniu pandemii i w powrocie na dawne tory pomoże:

  • powstrzymanie się przez rząd i Parlament od zmian legislacyjnych, które mogą wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorców,
  • utrzymanie bez zmian wysokości stawki oraz sposobu naliczania podatku akcyzowego od piwa,
  • wprowadzenie jednolitej 8% stawki VAT dla gastronomii,
  • przedłużenie możliwości odliczenia akcyzy od piw przeterminowanych,
  • umożliwienie sprzedaży piwa na odległość (przez Internet).

Jak podkreślają eksperci, żaden z wymienionych postulatów nie jest związany z uruchamianiem dodatkowych środków z budżetu państwa.

Spokój legislacyjny przede wszystkim

Powtarzany od lat przez piwowarów postulat, że warunkiem stabilizacji i dalszego rozwoju branży jest przewidywalność otoczenia prawno-podatkowego, w sytuacji pandemii nabrał szczególnego znaczenia. Branża piwowarska, pomimo destabilizacji na wielu płaszczyznach i utrzymującej się niepewności, zachowała miejsca pracy, cały system dostawców, często małych rodzinnych, firm, udzieliła istotnego wsparcia współpracującym z nią przedsiębiorcom i pozostała znaczącym płatnikiem podatków.

Przed pandemią koronawirusa polski rynek browarniczy istotnie kontrybuował do rozwoju gospodarczego kraju, tworząc miejsca pracy i wpływy do budżetu państwa na poziomie ponad 11 mld zł. Obecnie branża piwowarska i sektory powiązane znajdują się w najtrudniejszym momencie od ponad 30 lat. Ograniczenia dotyczące działania sklepów, odwołanie imprez masowych, dwumiesięczne zamknięcie lokali gastronomicznych, zmniejszenie ruchu turystycznego wpłynęły negatywnie na kondycję przedsiębiorców zajmujących się sprzedażą piwa. Polski przemysł piwowarski robi wiele, by sprostać wyzwaniom w sytuacji obniżonego popytu i wciąż obecnych restrykcji sanitarnych, jednak dla skutecznego wsparcia rozwoju przedsiębiorczości konieczne jest zapewnienie stabilności i spokoju ze strony państwa – mówi Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Rozprzestrzenianie się koronawirusa sprawiło, że wiele przedsiębiorców znalazło się w trudnej sytuacji. Kryzysem szczególnie dotknięte zostały branża gastronomiczna, sektor usług hotelowych i transportowych oraz handel detaliczny, który w kwietniu zaliczył spadek o 23 proc. To negatywne zmiany, przez które dalszy, stabilny rozwój sektora został zagrożony. Rządzący powinni mieć tego świadomość. Firmom do prowadzenia biznesu i odrobienia strat potrzebny jest teraz spokój, a nie dodatkowe obciążenia finansowe czy nowe wymogi administracyjne – dodaje Marcin Nowacki, wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Bez zmian w akcyzie

Nieoczekiwana podwyżka akcyzy o 10% z początku 2020 r. to przykład niepewności regulacyjnej, z którą mierzy się branża. Wzrost podatku akcyzowego jest jednym z czynników, które składają się na tendencję wzrostową średniej ceny piwa. Przedstawiciele branży alarmują, że na rynku piwa od dłuższego czasu obecne jest zjawisko presji rosnących kosztów produkcji i surowców oraz większych wydatków na energię, opakowania, logistykę i transport. Skokowe podwyżki akcyzy oznaczają negatywne skutki zarówno dla przedsiębiorców, jak i dla konsumentów, którzy finalnie płacą więcej także w powodu wyższej akcyzy. Postulat powstrzymania się od podwyżek jest uzasadniony również sytuacją załamania optymizmu konsumenckiego. Poprzez zachowanie status quo w obszarze akcyzy browarnicy rozumieją brak zmian zarówno w sposobie jej naliczania, jak i w wysokości podatku.

Piwo potrzebne w restauracji i w dostawie

Z powodu pandemii browary wycofały z rynku HoReCa większość piwa rozlanego do tzw. kegów. Sezon letni nie pozwolił firmom z branży gastronomicznej czy turystycznej na pełne odrobienie strat. Ucierpiały na tym najmocniej browary małej i średniej wielkości, które sprzedawały piwo głównie do gastronomii.

Obecnie większość lokali osiąga przychody o ok. 50 proc. niższe niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Odbija się to na kondycji regionalnych browarów, dla których puby i restauracje są jednym z ważniejszych kanałów sprzedaży. Naszym zdaniem należy wspierać te sektory, które najmocniej odczuły skutki pandemii. Tu wymienię krajową turystykę i gastronomię – mówi Andrzej Olkowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Browarów Regionalnych.

Silne powiązanie obu branż skłoniło ekspertów do sformułowania konkretnego postulatu do rządzących – zastosowania jednolitej, obniżonej stawki 8% VAT na usługi gastronomiczne, w tym na usługę serwowania piwa. Wprowadzenie takiej stawki służyłoby poprawie płynności finansowej restauratorów.

Dodatkowym pomysłem na wsparcie firm jest umożliwienie zwrotu akcyzy od piw przeterminowanych, przynajmniej do końca tego roku, choć niektóre państwa wprowadziły już takie rozwiązanie na stałe (w związku z pandemią polski fiskus wprowadził możliwość zwrotu akcyzy dla piwa wycofanego z rynku tylko do lipca tego roku). Takie piwo wraca do browarów, gdzie jest utylizowane – zatem nie ma powodu aby browary płaciły od niego akcyzę.

Sprzedaż piwa z dostawą

Browary rzemieślnicze rozwijają się w dużej mierze dzięki współpracy z lokalami gastronomicznymi. Pomaga im również turystyka i udział w imprezach i festiwalach piwnych. Okres lockdownu oznaczał dla nich likwidację kluczowego źródła przychodów, a spadki sprzedaży w niektórych przypadkach sięgnęły 80-90 proc. Tym, co mogłoby pomóc lokalom posiadającym zezwolenie na sprzedaż alkoholu oraz małym browarom, byłoby umożliwienie sprzedaży piwa na odległość. Uregulowanie tej kwestii wyeliminowałoby niepewność prawną w tym zakresie i zapobiegłoby upadkowi wielu biznesów. Takie rozwiązania istnieją z powodzeniem w innych krajach europejskich, Polska jest wyjątkiem pod tym względem – mówi Marek Kamiński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Browarów Rzemieślniczych.

Browary stale pod presją

Mierzenie się ze skutkami lockdown’u oraz rosnące koszty produkcji to nie jedyne ciężary, które ma do udźwignięcia przemysł piwowarski. Na horyzoncie widnieją bowiem nowe obciążenia, wynikające z krajowych aktów prawnych lub wymogów unijnych, jak znowelizowana dyrektywa strukturalna, system rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP), nowy podatek plastikowy czy tzw. opłata cukrowa, która uderzy w piwa bezalkoholowe.

Przez wiele lat w otoczeniu prawno-podatkowym branży nie było aż tylu zmian, jak te, z którymi mamy do czynienia obecnie. To potężne koszty, szacowane na setki milionów złotych, które branża będzie musiała ponieść i na które spogląda z niepokojem w sytuacji inwestowania w odbicie gospodarcze – podkreśla Bartłomiej Morzycki.

Ostatni kwartał na rynku energii przyniesie wiele zmian

Ostatni kwartał tego roku stoi w obliczu dwóch dużych zmian na rynku energii. Pierwszą jest ta na poziomie europejskim, druga dzieje się na rynku krajowym. Nowe cele klimatyczne UE znacząco wpłyną na ceny na rynku energii, zaś wielu uczestników wyczekuje informacji o zmianie obliga giełdowego.

Ostatni kwartał pod znakiem transformacji

We wrześniu Komisja Europejska ogłosiła nowy plan obniżenia emisji gazów cieplarnianych do 55 proc. do 2030 roku, zaś Parlament Europejski w październiku poparł jeszcze bardziej ambitny cel, wynoszący 60%. Unijny scenariusz wynika z faktu, że obecny poziom redukcji na poziomie 40% nie wystarczy do osiągnięcia neutralności klimatycznej do roku 2050. Realizacja propozycji wiąże się jednak z czynnikami, takimi, jak sytuacja społeczno-polityczna. Podjęcie decyzji dotyczącej redukcji emisji będzie poprzedzone długimi negocjacjami państw członkowskich i Parlamentu Europejskiego.

Drugą ważną zmianą może być całkowite lub częściowe zniesienie obliga giełdowego. We wrześniu, przy okazji porozumienia w sprawie transformacji górnictwa, Ministerstwo Aktywów Państwowych poinformowało o nowym projekcie ustawy, który ma je znosić. Ostateczny kształt legislacji w tym obszarze może znacząco wpłynąć na podaż na rynku energii, ceny dla odbiorców, a przede wszystkim transparentność transakcji na rynku.

Rynek krajowy rośnie

Na rynek energii elektrycznej, jak i gazu w ostatnich miesiącach duży wpływ miały czynniki pogodowe, decyzje w sprawie redukcji emisji oraz oczywiście pandemia. Mimo wzrostu generacji energii z OZE, która obniża ceny energii, ogólne zapotrzebowanie na energię we wrześniu było większe niż w sierpniu i tym samym, zwiększyło jej cenę na Rynku Dnia Następnego. Średnia cena indeksu TGeBase w porównaniu do poprzedniego miesiąca była wyższa o 2,4%. Rozpoczyna się również okres wzrostu generacji energii z farm wiatrowych, a jednocześnie spadku z farm fotowoltaicznych. Powinno się to przełożyć na bardziej równomierne obniżenie cen energii w poszczególnych godzinach.

Na Rynku Terminowym powrót zwiększonego wolumenu aukcyjnego uprawnień do emisji CO2 znalazł swoje odzwierciedlenie w wycenie EUA. W porównaniu z notowaniami z ostatnich dni sierpnia, kiedy wycena sięgała poziomu 29,5 EUR/t, z początkiem września nastąpił spadek poniżej 27 EUR/t.

Z kolei, na Rynku Terminowym gazu ziemnego obserwowaliśmy m.in. wyhamowanie wzrostu cen kontraktów. Sytuacja przez cały miesiąc była bardzo zmienna, a w końcówce okresu kontrakty zaczęły ponownie drożeć. Ceny były wspierane przez rosnące zapotrzebowanie na gaz na rynku azjatyckim, a także informacje o potencjalnych strajkach w Norwegii, mogących wpłynąć na ograniczenie podaży surowca. Stan napełnienia magazynów w Europie na koniec miesiąca wyniósł ok. 95 % (1052 TWh).

Okiem tradera

Ostatni kwartał 2020 roku zapowiada dynamiczną sytuację zarówno na rynku gazu, jak i energii. W przypadku energii elektrycznej na Rynku Dnia Następnego możemy obserwować FIX w okolicach 300 zł/MWh, w zależności od panującej w kraju temperatury oraz generacji OZE. Rynek terminowy uzależniać będzie swoje ceny od kosztów związanych z uprawnieniami do emisji CO2. Ceny surowca na rynku gazu będą mocno zależne od pogody, a także od czynników takich, jak np. strajk w Norwegii.

Miesięczny raport o stanie rynku energii elektrycznej, gazu ziemnego i praw majątkowych
Autorami raportu są traderzy i analitycy biznesowi innogy, którzy raz w miesiącu przygotowują dogłębną analizę sytuacji na rynku. Comiesięczny raport zawiera m.in.: notowania cen energii i gazu, informacje o zapotrzebowaniu na energię, a także o istotnych zmianach prawnych dotyczących rynku. Raport wskazuje również najważniejsze wydarzenia dla rynku w nadchodzącym miesiącu.

Więcej opinii, danych i prognoz można znaleźć w comiesięcznym Raporcie o rynku energii elektrycznej, gazu ziemnego i praw majątkowych w Polsce, dostępnym na stronie innogy.

ZUS idzie śladem Urzędów Skarbowych

W ciągu trzech lat ma powstać wirtualne biuro rachunkowe Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. ZUS tym samym chce wziąć na siebie większość rozliczeń i przygotowywać dokumenty, które przedsiębiorca będzie musiał tylko ostatecznie zatwierdzić. W założeniu takie działanie ma zredukować liczbę błędów i zmniejszyć liczbę kontroli. Trzeba jednak pamiętać, że to i tak przedsiębiorca będzie ponosił ostateczną odpowiedzialność za ewentualne błędy w deklaracjach, nawet popełnione przez ZUS.

ZUS idzie śladem Urzędów Skarbowych, które na podobnych zasadach rozliczają zeznania roczne podajników, tj. e-PIT. Chce wziąć na siebie ciężar przygotowania dokumentów rozliczeniowych dotyczących pracowników przedsiębiorcy. Takie rozwiązanie może się sprawdzić głównie w przypadku małych przedsiębiorstw, zatrudniających osoby ze stałym miesięcznym wynagrodzeniem.

Moim zdaniem komplikacje pojawią się w sytuacji, kiedy przedsiębiorca zatrudnia pracowników i przyznaje im np. akordowe wynagrodzenie lub prowadzi systemy premiowe, co sprawia, że wynagrodzenie jest zmienne. W takiej sytuacji trudno będzie ustalić jego podstawę. Jeżeli chodzi o kwestię zwolnień lekarskich, to ZUS pewnie poradzi sobie w przypadku pracowników mających stałe miesięczne wynagrodzenia.

Pamiętajmy, że to ostatecznie na płatniku składek będzie ciążyć obowiązek zatwierdzenia przygotowanych przez ZUS deklaracji. Jeśli zawierałyby one błędy, to przedsiębiorca może ponieść karę. Uważam, że w niektórych przypadkach będzie bezpieczniej samemu sporządzić sobie deklaracje od A do Z niż weryfikować, czy nie ma błędu w dokumentach przesłanych przez ZUS.

Pojawiają się także głosy o kolejnych danych przekazywanych organom państwa i w związku z tym pytania o zakres danych, do których mają dostęp. Pamiętajmy jednak, że tak jak Ministerstwo Finansów widzi wszystkie firmowe transakcje dzięki Jednolitemu Plikowi Kontrolnemu, tak ZUS już teraz otrzymuje bardzo dużo informacji. Nawet przy wyrejestrowaniu pracownika należy podać, z jakiej przyczyny ustał stosunek pracy. Przy odpowiedniej sile obliczeniowej Zakład byłby w stanie zobaczyć wszystkie zarejestrowane umowy i połączyć fakty tak, aby widzieć całościowy obraz rynku pracy.

Warto też pamiętać, że ZUS dostanie kolejne dane – od 1 stycznia 2021 na mocy tzw. „ustawy covidowej” przedsiębiorca będzie musiał informować ZUS o zawieranych umowach o dzieło. One nie podlegają ubezpieczeniom społecznym i na razie ZUS nie ma takich danych.

W związku z tym musimy mieć świadomość, że wraz ze wzrostem informatyzacji rośnie zakres danych, jakie są przekazywane przez przedsiębiorców do organów państwowych. Organy te z jednej strony mogą je wykorzystać w celu odciążenia firm z ich obowiązków, ale z drugiej strony dostają możliwość przeprowadzania czynności sprawdzających, które to czynności mogą być dokonane już na etapie przesyłania danych, a przedsiębiorca dostanie informacje o ewentualnych nieprawidłowościach. Czy to dobry kierunek? W mojej ocenie jest to nieuniknione, natomiast czas pokaże, jak te przekazywane dane będą wykorzystywane.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Kościński: pod koniec przyszłego roku polska gospodarka będzie na fali wznoszącej

Rekordowo niski koszt długu publicznego skłania ku temu, by nie konsolidować zbyt szybko finansów państwa, tylko – zadłużając się w rozsądnym zakresie – pompować te pieniądze w inwestycje, które rozkręcą polską gospodarkę – powiedział minister finansów Tadeusz Kościński podczas X Europejskiego Kongresu Finansowego.

Zdaniem ministra Kościńskiego, taka polityka finansowa zachęci prywatne firmy do inwestowania. Według niego, błędem byłoby obecnie podnoszenie podatków i cięcie kosztów.

„Nasz dług w przyszłym roku sięgnie 64,9 proc., ale średnia w Unii Europejskiej wynosi ok. 100 proc. Zbyt szybka konsolidacja finansów publicznych, może spowodować jeszcze większy kłopot” – zaznaczył szef resortu finansów w rozmowie z prezesem PAP Wojciechem Surmaczem.

„Trzeba wydawać środki finansowe, nie podnosić podatków i obcinać wyłącznie zbędne koszty, żeby obywatel miał jak najwięcej pieniędzy w kieszeni, żeby rozkręcał konsumpcję i w efekcie gospodarkę” – dodał Kościński.

Według niego, „ostrożnie prognozując” polska gospodarka w przyszłym roku odnotuje wzrost o ok. 4 proc., a nawet – jak przewiduje Bank Światowy – o ok. 5 proc. „Za rok więc nie tylko wyzerujemy recesję, ale na koniec 2021 r. będziemy 1-2 proc. do przodu” – podkreślił minister finansów.

„Będziemy gotowi, żeby atakować nowe okazje, jakie będą i jakie już są w globalnej gospodarce” – powiedział Tadeusz Kościński. Jego zdaniem, w najbliższym roku wiele przedsiębiorstw w Europie będzie się zastanawiać, jak skrócić ciąg dostawców. „A Polska jest w doskonałej sytuacji geograficznej i ekonomicznej, by wchodzić w te przetargi i wygrywać je, bo nasza gospodarka już będzie mocno rosła” – stwierdził Kościński.

Wyraził nadzieję, że Polska w przyszłym roku otrzyma bardzo dużo pieniędzy z UE na inwestycje. „Na niektóre koszty, które będziemy musieli ponieść w przyszłym roku, już stworzyliśmy rezerwy” – zadeklarował minister Kościński.

Zapowiedział też zmianę strategii działania Urzędów Skarbowych. „Podatnik nie jest petentem, jest naszym klientem, a my chcemy być klientocentryczni. My pracujemy dla społeczeństwa, nie społeczeństwo dla nas” – zaznaczył szef resortu finansów.

Jak deklarował, Urząd Skarbowy będzie miejscem, gdzie podatnik będzie witany uśmiechem, a przedsiębiorca otrzyma tam poradę, a nie będzie poddawany kontroli. Zapowiedział też, że podatnik będzie mógł załatwić sprawę w każdym urzędzie, gdyż rozważa się zniesienie rejonizacji.

„Ważne jednak też, aby społeczeństwo zrozumiało, że podatki to nie jest haracz, który nakłada ministerstwo finansów, ale że są to pieniądze, które społeczeństwo inwestuje” – powiedział minister Kościński.

Spokój na rynkach

Ostatnie dni na rynkach przypominają trochę ciszę przed burzą. Dane makroekonomiczne nie budzą większych niespodzianek, a ich wpływ nie jest tak istotny, jak nadchodzących wydarzeń w USA i Wielkiej Brytanii.

Inflacja za oceanem

Wczoraj poznaliśmy dane o wzroście cen w USA. W ujęciu rocznym zgodnie z oczekiwaniami inflacja przyspieszyła do poziomu 1,4%. Jest to mniej więcej taki poziom, przy którym można śmiało powiedzieć, że mogłaby pozostać w tych okolicach i ani jakiś szczególny wzrost, ani spadek nie jest szczególnie pożądany. Dużym zaskoczeniem była jednak reakcja rynków, gdzie wczorajsze popołudnie zakończyło się wyraźnym przeniesieniem zainteresowania z euro na dolara.

Dane z Japonii

Poranek nie był łatwy dla jena japońskiego. Opublikowane dane na temat produkcji przemysłowej nie zachwyciły rynków. W skali roku jest to spadek aż o 13,8%. To jakby nie produkowano co 7 rzeczy niemal względem zeszłego roku. Analitycy spodziewali się 0,5% mniej, ale warto zwrócić uwagę, że miesiąc temu było jeszcze gorzej. Jen przyjął te wiadomości zwiększoną zmiennością od rana, ale utrzymał wartość.

Dane z Unii bez niespodzianek

Poznaliśmy dane o produkcji przemysłowej z Unii Europejskiej. Spada ona o 7,2%, wynik ten jest zgodny z oczekiwaniami, co biorąc pod uwagę znajomość danych cząstkowych nie jest szczególną niespodzianką. Kurs euro przyjął tę wiadomość w miarę neutralnie utrzymując się względem dolara na najniższych poziomach od ponad tygodnia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Czy to na pewno dobry moment, aby zainwestować w złoto?

Złoto od początku roku zdrożało o prawie 25% (+1 418,11 PLN). Przyczyną takich zmian jest kryzys gospodarczy spowodowany pandemią COVID-19. Inwestorzy zadają sobie pytanie, czy jest to bańka spekulacyjna, czy realnie uzasadniony wzrost wartości tego aktywa. Ekspert firmy Tavex wyjaśnia, czy to na pewno dobry moment, aby zainwestować w złoto.

Dawna bańka spekulacyjna

Pierwsze półrocze 2020 roku minęło pod znakiem rosnących cen złota. Osiągnęły one swoje historyczne maksima w wielu walutach. Ostatnio taką sytuację odnotowano w momencie wielkiego kryzysu finansowego, który rozpoczął się w 2007 roku od zapaści na rynku pożyczek hipotecznych wysokiego ryzyka w Stanach Zjednoczonych, gdy upadłość ogłosił jeden z największych banków inwestycyjnych. Według danych Światowej Rady Złota w latach 2003-2011 roczne zapotrzebowanie na złoto wzrosło z około 2600 ton aż do mniej więcej 4700 ton.

Po tych burzliwych latach ceny kruszcu zaczęły spadać, a następnie ich poziom się ustabilizował. Przykład ten pokazuje, że pomimo ogromnych wzrostów, a następnie względnego spokoju w notowaniach, wartość kruszcu nie spadła do niskich poziomów, które mogłyby uszczuplić portfele jego posiadaczy.

Analiza wartości złota w trakcie światowych kryzysów gospodarczych jasno wskazuje, że lokowanie oszczędności w tym królewskim kruszcu jest uważane za zabezpieczenie przed spadkiem wartości pieniądza – mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Czy złoto może błyszczeć jeszcze jaśniej?

Po chwili oddechu na rynkach inwestycyjnych ponownie zadajemy sobie pytanie, czy pandemia i wybory w USA doprowadzą do wyznaczenia nowej, rekordowej ceny złota. Czy będziemy mieć znowu powrót gorączki złota wywołanej niepewnością na rynkach? Na razie zwyżki są relatywnie niewielkie, ceny utrzymują się na stałej pozycji 1900 USD +/- 2%. Chwilowe zmniejszanie zainteresowania w tym sektorze wynikało najprawdopodobniej ze zróżnicowanych doniesień związanych z amerykańską polityką i gospodarką.

Ceny złota mają ograniczony potencjał spadkowy ze względu na status tzw. bezpiecznej przystani. Jednak nadal utrzymująca się siła dolara nie pozwala kruszcowi powrócić do maksimów, które obserwowaliśmy w pierwszych kwartałach 2020 roku – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. W kontekście kilkumiesięcznej niepewności ekonomicznej można by przypuszczać, że hossa na rynku złota nie potrwa długo – nic bardziej mylnego. Popyt na ten kruszec w najbliższym czasie pozostanie bardzo silny – wynika to przede wszystkim ze wzrostu zainteresowania innymi metodami inwestowania majątku niż lokaty bankowe, przyczyną są oczywiście niskie stopy procentowe. Ta sytuacja sprzyja złotu dużo bardziej niż np. sama inflacja. Najprawdopodobniej coraz większa grupa inwestorów będzie zainteresowana kruszcem – dodaje.

Inwestowanie w złoto pozostanie bezpieczne, nawet w czasie niepokoju oraz dekoniunktury na giełdzie ochroni nasz kapitał. Jest świetną lokatą w perspektywie długoterminowej. Przenosi wartość pieniądza w czasie, dzięki czemu zabezpiecza jego siłę nabywczą.

Rok 2020 nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Wzrost liczby zachorowań na koronawirusa ponownie wprowadza niepokój na rynki inwestycyjne, który stymuluje wycenę złota. W najbliższym czasie popyt inwestycyjny powinien nadal płynąć do złota, a gdy sytuacja na świecie się ustabilizuje, kruszec będzie chronił osoby, które zdecydowały się ulokować w nim swój majątek.

Hakerzy atakują handel w sieci

Epidemia COVID-19 zmusiła wielu sprzedawców detalicznych do zamykania swoich sklepów stacjonarnych – zarówno z powodu regulacji, jak i mniejszego zainteresowania handlem tradycyjnym. Część z nich zdecydowała się na krok w kierunku handlu internetowego, co związane było z towarzyszącym epidemii lawinowym wzrostem zakupów online. Opracowany przez Adobe raport Digital Economy Index wykazał, że tylko w USA zakupy online w maju 2020 wynosiły 82,5 miliarda dolarów, co oznacza wzrost aż o 77% rok do roku!

W nowych realiach rynkowych większość detalistów zdecydowała się przenieść swój biznes do Internetu, jednocześnie opierając infrastrukturę swoich sklepów na coraz popularniejszej chmurze. Najczęściej wybieranymi dostawcami wciąż są światowi pretendenci – Amazon, Azure i Google Cloud. Zmiana organizacji pracy postawiła przed nimi jednak inne wyzwania, w tym bezpieczeństwo cybernetyczne ich dzialności.

Okazuje się bowiem, że aplikacje do obsługi tego typu biznesu znacznie ewoluowały, a ich rozproszenie na wiele typów technologii i platform chmurowych spowodowało, że są one bardziej niż kiedykolwiek narażone na luki w zabezpieczeniach. Raport w sprawie naruszenia danych firmy Verizon. wykazał, iż ataki na serwery aplikacji internetowych stanowiły prawie 75% włamań do zasobów w całym ubiegłym roku (w 2017 roku było to 50%). Zdaniem ekspertów większość prób naruszenia handlu detalicznego odbywa się właśnie w chmurze.

Dodatkowo część istniejących rozwiązań zabezpieczających zapewnia jedynie ograniczoną ochronę przed zagrożeniami w chmurze, a małym przedsiębiorcom często brakuje wiedzy specjalistycznej potrzebnej do ulepszenia procesów bezpieczeństwa i zgodności. Według raportu Check Point 2020 Cloud Security Report, 82% badanych firm stwierdziło, że ich tradycyjne rozwiązania bezpieczeństwa nie działają, albo zapewniają jedynie ograniczone funkcje w środowiskach chmurowych. W 2019 roku aż 66 procent firm miało problemy z bezpieczeństwem w chmurze, co wskazuje na rosnącą lukę w zabezpieczeniach chmury w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

W ostatnich miesiącach byliśmy świadkami poważnych incydentów bezpieczeństwa z udziałem dostawców usług chmury publicznej. W lipcu 2020 roku Blackbaud, dostawca usług w chmurze dla organizacji non-profit, edukacyjnych i zdrowotnych, wykrył i zatrzymał atak ransomware, ale został zmuszony do zapłacenia okupu po tym, jak hakerzy zagrozili opublikowaniem skradzionych podczas ataku informacji o klientach. W czerwcu 2020 r. wykryto z koeli poważną lukę w platformie Cloud Director firmy VMWare. Usterka, która mogła umożliwić atakującemu uzyskanie dostępu do poufnych informacji, została spowodowana nieprawidłową obsługą danych wejściowych do Cloud Director.

„From Headcount to Skill Count” – zarządzanie talentami w nowej rzeczywistości

W czasie pandemii zapotrzebowanie na nowe umiejętności wzrosło. 86% firm uważa rosnącą lukę talentów za przeszkodę dla swojego biznesu[1]. Tymczasem ponad 40% liderów HR nie wie, jakie umiejętności posiadają ich pracownicy[2]. Efektywne zarządzanie zdalnymi, zdywersyfikowanymi zespołami wymaga dobrego poznania własnego zespołu i prawdziwego zarządzania zdolnościami specjalistów – to może oznaczać „być lub nie być” dla firmy. Raport Talent Alpha „From Headcount to Skill Count” przygotowany wspólnie z globalnymi partnerami Everest Group, Global Sourcing Association, Global Technology & Business Services Council, Pro Progressio, firmą EPAM Systems, Venture L oraz Transformant podpowiada jak zmienić podejście do zarządzania ludźmi, by w pełni wykorzystywać ich potencjał w nowej rzeczywistości.

Covid-19 i przyspieszona cyfryzacja zmieniły świat pracy. Firmy muszą zwiększać efektywność i elastyczność, podczas gdy ich codzienny wpływ na pracowników spada. Specjaliści spędzają trzy razy mniej czasu ze swoimi menadżerami, a zespoły są coraz bardziej zróżnicowane – zarówno pod względem geograficznymi i kulturowym, ale także modelu zatrudnienia (32% firm deklaruje chęć zwiększania wykorzystania zewnętrznych zasobów[3]). Jednocześnie potrzebne są nowe kompetencje, zwłaszcza w obszarze technologii, szybkiego uczenia się i zarządzania własnym czasem i rozwojem.

– W nowej rzeczywistości okres użyteczności umiejętności wynosi mniej niż 5 lat. Wraz z Covid-19 pojawiły się nowe zapotrzebowania na talenty, a transformacja cyfrowa przyspieszyła w zawrotnym tempie. Jeśli dodamy do tego rosnący tech talent gap, to znalezienie odpowiednich pracowników ,,na całe życie’’ i tylko dla siebie staje się niezwykle trudne. Lepiej skupić się na zapewnieniu sobie niezbędnych umiejętności do precyzyjnie określonych zadań w danym czasie. Punktem wyjścia jest dobre rozpoznanie umiejętności twardych i miękkich dostępnych dla danej firmy. W Talent Alpha mówimy o konieczności zbadania genomu talentu organizacji, a następnie wdrożenia mechanizmów szybkiego przeszukiwania i angażowania odpowiednich umiejętności do projektów – mówi Przemek Berendt, CEO Talent Alpha.

Odejście od zarządzania etatami do zarządzania talentami oznacza angażowanie specjalistów do zadań w zależności od ich mocnych stron. To, z jakiego zespołu pochodzi dany pracownik jest mniej istotne niż jego umiejętności – twarde i miękkie, jak i motywacje. Taki model może być źródłem prawdziwej innowacji w dziedzinie HR – niezwykle potrzebnej w organizacjach, gdyż z danych Everest Group wynika, że w ciągu ostatnich 10-15 lat produktywność w firmach zamiast rosnąć spadała. Nowe modele mogą podnosić wydajność pracy, gdyż jedna osoba może być członkiem wielu zespołów zadaniowych, a do konkretnych zadań można wykorzystać nie tylko umiejętności wewnątrz firmy, ale także te z całego jej ekosystemu (Human Cloud). Kluczowe staje się wnikliwe rozpoznanie i pomiar zdolności specjalistów, planowanie oparte na rzetelnych danych i wykorzystanie nowoczesnych narzędzi do zarządzania talentami, w tym do elastycznego zwiększania i zmniejszania zasobów w zależności od okoliczności

– Ze względu na Covid-19 wielu naszych klientów przyspiesza procesy transformacji cyfrowej w swojej firmie. Gospodarka i wymagania klientów zmieniają się w niezwykłym tempie. Firmy muszą szybko dokonywać zmian w ramach swoich zasobów i uzupełniać je o utalentowanych inżynierów, konsultantów i designerów, w taki sposób, by móc zwiększać lub zmniejszać swoje możliwości w zależności od potrzeby – mowi Larry Solomon, Chief People Officer EPAM Systems.

Zarządzanie talentami jak nigdy wcześniej

W nowej, znacznie bardziej wirtualnej rzeczywistości biura staną się bardziej centrum zarządzania i szkolenia niż codziennej pracy. Specjaliści będą spędzać znacznie mniej czasu ze swoimi menedżerami i zespołami. Będą mocniej motywowani przez precyzyjne cele i wizje sukcesu danego projektu niż przez kulturę firmy. Firmy do osiągnięcia swoich zadań będą coraz chętniej wykorzystywać umiejętności zewnętrzne. Do efektywnej współpracy z różnymi zespołami specjalistów przy różnych zadaniach z różnych miejsc na świecie konieczne będzie wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań HRTech (raport opisuje wiele przykładów rozwijających się platform i narzędzi).

– Jednym z wyzwań, które Covid wysunął na pierwszy plan jest sprawne i skuteczne zarządzanie, a także rozwój zdalnych zespołów. Zdalne zarządzanie jest stosunkowo nową umiejętnością. Identyfikacja podstawowych typów osobowości, ich motywacji i barier zaangażowania warunkuje dobrą współpracę, ale jest to umiejętność, którą wielu menedżerów musi jeszcze rozwinąć – komentuje Monique Burns Thompson, Senior Lecturer of Business Administration, Harvard Business School.

Odpowiedzialne firmy staną przed dylematem w jaki sposób inwestować w rozwój swoich talentów. Teraz ważne staje się to, aby uczyć ludzi jak można się efektywnie uczyć, odkrywać i pielęgnować swoje zdolności, a także brać odpowiedzialność za własną karierę i rozwój.

– Uwalniamy siłę w ludziach, obdarzając ich zaufaniem i dając im przestrzeń do wykonania zadań, na których znają się najlepiej. Sprawdza się to w naszej firmie, gdzie budujemy kulturę, którą nazywamy „unbossed” (uwolnioną od szefa)[4]. Liderzy nadają kierunki i zachęcają do działania i nauki, ale jednocześnie umacniają specjalistów do samodzielnego działania i brania – Kristina M. Hardy, Disruptor, Novartis Business Services X Team.

Wyścig z technologią

Przyspieszająca cyfryzacja i brak odpowiednich kompetencji staje się jednym z głównych wyzwań dla firm. Jak wskazuje Everest, 75% organizacji spodziewa się problemów z obsadzeniem ról związanych z IT[5] .

– Tworząc raport „From Headcount to Skill Count” przeanalizowaliśmy światowe dane z rynku technologii. Mimo, że opierają się na różnych metodologiach, w różny sposób definiują talent technologiczny i odnoszą się do różnych punktów w czasie, udało nam się je zbliżyć do wspólnego mianownika. Szacujemy, że międzynarodowa luka (zdefiniowana jako różnica między popytem rynkowym, a obecną liczbą dostępnych specjalistów w sektorze ICT) może wynosić nawet 10 milionów stanowisk globalnie – tłumaczy Mikołaj Zioło z zespołu Talent Science Talent Alpha.

Everest Group opisał w raporcie „From Headcount to Skill Count” cztery globalne trendy wpływające na rozwój luki technologicznej i intensywnej rywalizacji o talent. Przede wszystkim gwałtowny rozwój technologii tworzy nowe role, jednocześnie zmniejszając długość życia już istniejących. Potrzebne są nie tylko umiejętności związane np. z AI/ML, big data, blockchain, RPA, IoT, ale także związane z zarządzaniem pracą zdalną czy zarządzaniem siecią. Po drugie luki talentów będą bardziej widoczne w krajach rozwiniętych.

– Zapotrzebowanie na specjalistów w rozwijających się obszarach przewyższa nawet dwukrotnie dostępność specjalistów. Kraje takie jak np. Indie, które wypuszczają rocznie pięć razy więcej specjalistów na rynek niż USA będą w stanie szybciej wykształcić potrzebne kompetencje niż kraje zachodnie – mówi Rohitashwa Aggarwal, Practice Director – Global Sourcing, Everest Group.

Po trzecie dostępność i jakość talentu jest znacząco przeszacowana. Dla przykładu kilka źródeł wylicza, że pula talentów AI w Indiach wynosi ponad 100 000, gdy tymczasem analiza Grupy Everest sugeruje, że wskaźnik szans na zatrudnienie dla tych osób wynosi mniej niż 15%, ponieważ często brakuje im praktycznej wiedzy[6]. Czwartym trendem jest stawianie na re- i upskilling pracowników. Everest podaje, że 60% organizacji uważa przekwalifikowanie bądź podwyższenie kompetencji za dominujący kierunek, ponieważ bardziej opłacalne jest inwestowanie w istniejący już zespół niż zatrudnianie nowego pracownika.

From Headcount to Skill Count – więcej informacji w najnowszym raporcie

Raport „From Headcount to Skill Count” przedstawia trendy HR związane z nową rzeczywistością, a także narzędzia pomocne w mierzeniu i rozwijaniu umiejętności specjalistów. W raporcie wypowiadają się międzynarodowi eksperci w zakresie HR, Innowacji i IT oraz analitycy i naukowcy, m.in. z Everest Group, Harvard Business School, Staffing Industry Analysts, firm takich jak Novartis, EPAM Systems czy GFT, a także doradcy firm Fortune 100 oraz branży BPO/SCC. Raport możesz bezpłatnie pobrać pod linkiem: https://talent-alpha.com/future-of-work-report/

[1] Everest,2020

[2] Mercer, 2020

[3] Gartner, 2020

[4] Przyp. tłum.

[5] Everest, 2017

[6] Everest, 2020

Aktywa niematerialne w Polsce – raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego

Wartość inwestycji w aktywa niematerialne w Polsce w 2018 r. wyniosła ponad 133 mld PLN, co przekłada się na 27,25 proc. wszystkich inwestycji w polskiej gospodarce. Z badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego przedstawionego w raporcie „Aktywa niematerialne w Polsce” wynika, że ponad połowa (52 proc.) przedsiębiorców planowała inwestycje w aktywa niematerialne na 2020 r. Nakłady na aktywa niematerialne planowały przede wszystkim duże firmy (63 proc.) i te z kapitałem mieszanym (70%).

Zgodnie z definicją stosowaną przez OECD, aktywa niematerialne to takie aktywa, które nie mają fizycznej ani finansowej postaci. Inwestycje w takie aktywa możemy rozumieć jako nakłady na różne formy skomercjalizowanej wiedzy, takie jak wydatki na badania i rozwój, prawa własności intelektualnej czy szkolenie pracowników. Choć stanowią jeden z kluczowych czynników rozwoju we współczesnej gospodarce, to obecnie w dużej części nie wchodzą w zakres rachunków produktu krajowego brutto. Wpływa to na szacunki dotyczące produktywności w gospodarce, a także na możliwość badania tego aspektu rozwoju firm i wspierania jej przez państwo.

Znaczenie aktywów niematerialnych podkreśla fakt, że na czele listy najbardziej wartościowych firm na świecie (Apple, Google, Microsoft) czy w Polsce (CD Projekt) są nie te posiadające największe fabryki czy złoża surowców, ale sprzedające produkty i usługi oparte na własności intelektualnej, oryginalnym designie czy dobrym marketingu. W odróżnieniu od maszyn czy budowli, takie aktywa jak oprogramowanie czy wyniki prac badawczo-rozwojowych mają niematerialną formę, trudną do uchwycenia i precyzyjnego zmierzenia, a jednocześnie posiadają szereg cech wyróżniających je spośród szerokiej gamy dóbr inwestycyjnych – mówi Ignacy Święcicki.

Rosną inwestycje w aktywa niematerialne w Polsce

Wartość inwestycji w aktywa niematerialne w latach 2014-2018 stale się zwiększała, przeciętnie o 7,5 proc. rocznie w cenach bieżących. W porównaniu z rokiem 2014, największe zmiany w 2018 roku odnotowano w nakładach na innowacje finansowe, których udział zmniejszył się z 6,3 proc. w 2014 r. do 5,1 proc. w 2018 r. oraz w nakładach na nabyty kapitał organizacyjny, czyli różnego rodzaju usługi doradcze i wspierające organizację procesów w firmach. W tym obszarze udział wydatków w 2018 r. z kolei zwiększył się o 1,4 p.p., do 18 proc.

Trend dotyczący zwiększania nakładów na aktywa niematerialne widoczny jest w badaniu przeprowadzonym przez PIE w ubiegłym roku. Choć trzeba wziąć poprawkę na wybuch pandemii nieuwzględniony w badaniu z oczywistych przyczyn, przedsiębiorcy niezależnie od kategorii swojej firmy zdecydowanie częściej deklarowali chęć inwestycji w aktywa niematerialne w roku 2020 – dodaje Filip Leśniewicz, analityk zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.Rosną inwestycje w aktywa niematerialne w Polsce

W latach 2010-2018 relacja inwestycji w aktywa niematerialne w stosunku do całego PKB wzrosła z 5,13 proc. do 6,28 proc. W tym samym czasie stopa inwestycji w gospodarce, mierzona zgodnie z obowiązującą metodologią (a więc niewłączająca większości kategorii aktywów niematerialnych), spadła z 20,3 proc. do 18,2 proc.

Inwestycje w aktywa niematerialne określone zgodnie z metodologią stosowaną w naszym raporcie stanowią ponad jedną czwartą wszystkich inwestycji w gospodarce. Przy tym aktywa niematerialne nieklasyfikowane obecnie w rachunkach narodowych to więcej niż trzykrotność tych uwzględnianych jako inwestycje zgodnie z obecnie obowiązującą metodologią. Przygotowując powyższe obliczenia nie braliśmy pod uwagę zmiany wysokości samej miary PKB – na skutek zmiany klasyfikacji wydatków ze zużycia pośredniego na wydatki inwestycyjne, całkowita wartość PKB uległaby zwiększeniu – wyjaśnia Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Polska na tle Europy

Aby przyjrzeć się, jak Polska wypada na tle innych krajów europejskich po względem stopy inwestycji w aktywa niematerialne, wykorzystano dane z EU KLEMS dotyczące inwestycji w aktywa nieodnotowywane w rachunkach narodowych oraz dane z Eurostatu dotyczące inwestycji we własność intelektualną. W takim zestawieniu Polska plasuje się na 22. pozycji na 26 krajów unijnych (z Wielką Brytanią), dla których dostępne były pełne dane.

Najniższy odsetek inwestycji w aktywa niematerialne występował w Grecji, a najwyższy w Irlandii. Biorąc jednak pod uwagę specyfikę tego ostatniego kraju, bardziej miarodajne będzie porównanie krajów bez jego uwzględniania. W takim przypadku najwyższa stopa inwestycji w aktywa niematerialne występuje w Szwecji i jest równa 12,8 proc. PKB.

Z kolei wyniki niższe od Polski, oprócz Grecji, odnotowują jeszcze Litwa, Łotwa i Bułgaria. Jeśli wziąć pod uwagę stopę inwestycji dla Polski obliczoną zgodnie z metodologią zastosowaną w raporcie (6,21 proc. w 2017 r.), to nasz kraj wyprzedziłby Hiszpanię i Portugalię, i niemal zrównał się z Niemcami (6,24 proc.) (przy założeniu, że dla tych trzech krajów wykorzystujemy obliczenia jedynie z bazy danych EU KLEMS).inwestycje w aktywa niematerialne w UE

Kierowcy z Niemiec spowodowali najwięcej szkód na polskich drogach

W 2019 r. zagraniczni kierowcy spowodowali na polskich drogach 17 tys. wypadków i kolizji. To o 11,8% więcej niż w 2018 r. Najczęściej sprawcami szkód byli posiadacze samochodów z Niemiec (27%).

Eksperci rankomat.pl przeanalizowali statystyki udostępnione przez Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Wynika z nich, że w ubiegłym roku firmy ubezpieczeniowe wypłaciły poszkodowanym w wypadkach i kolizjach, których sprawcami byli obcokrajowcy 114,4 mln zł. Średnia wartość odszkodowania wyniosła 6,7 tys. zł.

Do ilu wypadków dochodzi na polskich drogach?

W 2019 r. doszło w Polsce do 485,7 tys. zdarzeń drogowych, w tym 30,3 tys. wypadków i 455,4 tys. kolizji – wynika z danych policji. Z kolei jak informuje Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (PBUK), sprawcami 17 tys. (około 3,5%) z nich byli obcokrajowcy. To o 11,8% więcej niż w 2018 r., a także o 16,4% niż w latach 2016-2017.Ile wypadków i kolizji (w tys.) spowodowali obcokrajowcy w Polsce_v2

Z jakich krajów pochodzą sprawcy wypadków i kolizji?

Sprawcami największej liczby wypadków i kolizji na polskich drogach byli kierowcy z Niemiec (27%). Mniej szkód spowodowali właściciele samochodów z Ukrainy (11%) i Litwy (8,5%), a także Białorusi (7,8%) oraz Czech (7,6%).Z jakiego kraju pochodzą sprawcy wypadków i kolizji w Polsce_v1

Oznacza to, że sprawcami 61,9% wypadków i kolizji drogowych byli mieszkańcy krajów sąsiadujących z Polską. Z danych PBUK wynika, że ta tendencja utrzymuje się od wielu lat. Jej główną przyczyną jest duży ruch tranzytowy w kierunku wschód-zachód.

Ile kosztuje naprawa szkód spowodowanych przez zagranicznych kierowców?

W 2019 r. towarzystwa ubezpieczeniowe wypłaciły poszkodowanym w wypadkach i kolizjach drogowych, których sprawcami byli obcokrajowcy 114,4 mln zł. Średnia wysokość odszkodowania wyniosła 6,7 tys. zł.

Jak Polacy jeżdżą za granicą?

W 2019 roku Polacy za granicą byli sprawcami 73 tys. kolizji i wypadków. Czyli średnio 200 dziennie. Widać tutaj też pewną „sąsiedzką zależność”, ponieważ 51% z nich miało miejsce na terenie Niemiec – wynika z danych PBUK. Polska polisa OC chroni w przypadku zdarzenia drogowego za granicą, mimo to 585 sprawców kolizji i wypadków poza granicami naszego kraju takiego ubezpieczenia nie miało.

– 65% osób korzystających z porównywarki rankomat.pl deklarowało w 2019 roku brak szkód w swojej historii ubezpieczenia pojazdów. Oczywiście ma to wpływ na cenę OC. Te osoby, które deklarowały przynajmniej jedną szkodę w swojej historii OC, płaciły 13% więcej za polisę niż bezszkodowi kierowcy. Jednak czynników wyceny składki jest więcej, dlatego przy wyborze ubezpieczenia zawsze warto porównać wszystkie oferty – mówi Urszula Pazio-Hrapkowicz Dyrektor Operacyjny rankomat.pl.

Polska Izba Przemysłu Targowego: bez wsparcia rządowego czeka nas bankructwo!

Jeśli ziści się czarny, ale prawdopodobny, scenariusz – czyli ogłoszenie strefy czerwonej w miastach „targowych”, to do końca roku nie dojdzie do skutku większość targów zaplanowanych na jesień/zimę 2020 oraz na I kwartał 2021 roku. Branża targowa będzie więc najdłużej, bo aż 13 miesięcy, pozostającą w zastoju – od końca lutego 2020 do co najmniej kwietnia 2021. Z uwagi na faktyczną niemożliwość organizowania branżowych imprez targowych, branża, którą uznać można za  dziedzictwo narodowe z ponad stuletnią tradycją, pozbawiona jest przychodów i zysków. Dlatego bez wsparcia rządowego czeka ją bankructwo! – alarmuje Polska Izba Przemysłu Targowego.

Firmy targowe nie zdążyły nawet na dobre zacząć działać, a dziś, jak zwraca uwagę Polska Izba Przemysłu Targowego, wszystko wskazuje na to, że powrócą do takiego zastoju jak minionej wiosny. Choć targi oficjalnie mogły zacząć znowu działać od 06.06.2020, zbiegło się to jednak z tzw. sezonem martwym w branży targowej, a takim tradycyjnie jest już okres wakacyjny. Dzisiaj, kiedy powinien rozpocząć się właściwy sezon targowy, gwałtowny wzrost zachorowań na COVID-19 (zwany też drugą falą epidemii) spowodował, że cała Polska znalazła się w tzw. strefie żółtej, w której obowiązują ostrzejsze restrykcje. Co więcej, kolejnym miastom, w tym także takim, w których znajdują się ośrodki targowe, grozi włączenie do strefy czerwonej, a w niej panuje absolutny zakaz organizowania targów.

– Mimo braku ogłoszenia oficjalnego lockdownu, ograniczenia w ramach stref żółtej oraz zagrożenie włączeniem miast – zwyczajowych gospodarzy targów do strefy czerwonej oznaczają realny lockdown branży targowej, choć bardziej zasadne byłoby użycie tu nazwy breakdown czyli upadek – mówi Beata Kozyra – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego i dodaje, że w świetle tych informacji rokowania dla całej branży targowej są tragiczne. – Jeśli ziści się czarny scenariusz, a więc strefa czerwona w miastach „targowych”, to prawdopodobnie do końca roku nie odbędzie się większość targów zaplanowanych na jesień/zimę 2020 oraz na I kwartał 2021 roku – przewiduje Beata Kozyra i kontynuuje: – Pokazuje to wyraźnie, że nasza branża jest najdłużej pozostającą w zastoju – od końca lutego 2020 do co najmniej, jak wszystko na to wskazuje, kwietnia 2021. To ponad 13 miesięcy! Która branża jest w stanie przetrwać tak długo bez pracy, bez przychodów, bez zysków? Żadna! Zatem bez wsparcia rządowego branżę targową – dziedzictwo narodowe za stuletnią tradycją – czeka bankructwo! – prognozuje Beata Kozyra. Przypomina niedawny apel tej branży do premiera o uruchomienie wsparcia sektorowego, dedykowanego branży targowej, które nie tylko wesprze, ale stanie się impulsem dla całej branży, a ta, choć obecnie znajduje się w trudnej sytuacji, może stać się lokomotywą polskiego rozwoju gospodarczego na najbliższe lata. Dziś organizatorom targów, a także firmom około targowym (m.in. projektującym i budującym targi,  spedycji i transportu targowego oraz dostawcom innych usług na targi) chodzi przede wszystkim o zwolnienie ze składek ZUS od września tego roku do końca marca 2021 r., wydłużenie maksymalnego łącznego okresu korzystania z dofinansowań wynagrodzeń pracowników z trzech do dziewięciu miesięcy, a ponadto wsparcie finansowe, a w szczególności – o 1,5 mld w formie voucherów targowo-konferencyjnych, które można by wykorzystać w ciągu trzech lat, i pomocy płynnościowej.

Z najnowszych badań Urzędu Statystycznego z września 2020 r. wynika, że sektor targów przed pandemią Covid-19 generował łączne obroty w wysokości prawie 5  mld zł, a do budżetu państwa co roku wpływało ok. 0,5 mld zł podatku VAT. Wpływało, ponieważ na skutek odwołania imprez targowych z przyczyn od nikogo niezależnych, firmy branży targowej od końca lutego br. pozostają praktycznie bez pracy, a ich przychody od ponad 8 miesięcy wynoszą 0 zł. Z wyżej wymienionych badań wynika, że w 80% firm obroty spadły co najmniej o 50%, w tym w połowie przypadków nawet o 90%. Branża targowa w czasie obecnego „przestoju” straciła już ponad 1 mld zł.

Dotychczasowa pomoc rządowa, w postaci kolejnych Tarcz oraz wsparcie finansowe z PFR pozwoliły przetrwać firmom targowym ostatnie pół roku przy maksymalnym ograniczeniu własnych kosztów, w tym redukcji etatów. Jednak przedłużająca się epidemia koronawirusa, pomimo odmrożenia targów, nie pozwala działać branży targowej na tyle, aby firmy targowe mogły generować przychody pozwalające utrzymać przedsiębiorstwo i pracowników. Do apeli Izby pozytywnie odnieśli się przy pracach nad tzw. Tarczą Turystyczną senatorowie, jednak proponowane przez branżę zapisy ostatecznie nie znalazły się w tej ustawie. Odrzucił je sejm. Przedstawiciele rządu deklarowali gotowość do wsparcia targów, wykluczając jednak ostatnio, że może mieć ono charakter finansowy.

Polski rynek targowy zatrudniał przed pandemią ok. 97 tysięcy pracowników, w tym 60% na umowach cywilno-prawnych. Ze wspomnianych badań Urzędu Statystycznego wynika, że redukcja zatrudnienia spowodowana przez Covid-19 jedynie w branży targowej dotknęła już ok 60 tys. osób. Badania PIPT pokazują natomiast, że w najbliższym czasie co czwarta firma zwolni kolejne 50% pracowników, a co 3 firma ogłosi upadłość lub zawiesi działalności do końca 2020 r. – To tysiące osób, które zasilą szeregi bezrobotnych w naszych miastach i zgłoszą się po wypłatę zasiłku. Milionowego zasiłku!zwraca uwagę Beata Kozyra – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

Do oszczędzania motywują nas konkretne cele, a nie problemy finansowe – badanie

Co piąty z nas nie oszczędza. Polacy zapytani o to, co jest dla nich skuteczną motywacją do oszczędzania, przede wszystkim wskazują na perspektywę osiągnięcia określonego celu, np. zakupu auta – wynika z badania przeprowadzonego przez Panel Ariadna dla ikalkulator.pl. Najmniej zachęca nas do odkładania pieniędzy chęć zmiany sytuacji zawodowej, np. założenia własnego biznesu, a także problemy finansowe swoje lub rodziny.

Z badania przeprowadzonego przez Panel Ariadna dla ikalkulator.pl wynika, że tylko niespełna co trzeci Polak codziennie sprawdza stan swojego konta bankowego i monitoruje wydatki. Dodatkowo, najczęściej robią tak osoby z najwyższymi zarobkami. Brak zarządzania swoim budżetem prowadzi do tego, że nie oszczędzamy i często żyjemy od wypłaty do wypłaty. Dlatego niezbędnym elementem jest spisanie swojego budżetu, przeglądanie wydatków i sprawdzanie, gdzie uciekają nasze pieniądze. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie osiągnąć jakiekolwiek oszczędności.

Według „Finansowego Barometru ING” w czasie pandemii Covid-19 spadła liczba gospodarstw domowych w Polsce deklarujących posiadanie oszczędności – z 71% w grudniu 2019 r. do 68% na przełomie maja i czerwca br. Okazuje się, że co dziesiąty z nas odłożył tylko miesięczną pensję, a co czwarty mniej niż 2-3 miesięczne zarobki. Oszczędności pozwalające przetrwać ponad rok ma tylko 17 proc. Polaków.

Potwierdzają to również wyniki badania ikalkulator.pl, z których wynika, że co piąty Polak jeszcze nie zaczął oszczędzać. I o ile zrozumiałym może być fakt, że w najmłodszej grupie badanych odpowiedziało tak 27% ankietowanych, to niepokojąco wyglądają dane w grupie 35-44 i 44-54 – gdzie takiej odpowiedzi udzieliło po 22% ankietowanych.

Wyniki te pokazują jak wiele trzeba jeszcze zrobić, aby zwiększyć świadomość Polaków na temat konieczności prowadzenia budżetu i oszczędności. Zapytaliśmy więc badanych, co według nich najbardziej motywuje do oszczędzania.

Co najbardziej motywuje Polaków do oszczędzania?

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Panel Ariadna dla ikalkulator.pl, Polacy zapytani o to, co jest skuteczną motywacją do oszczędzania, odpowiadali najczęściej, że jest to perspektywa osiągnięcia określonego celu – np. zakupu auta, wycieczki, remontu. Odpowiedziało tak 53% badanych. Ten czynnik był najważniejszy dla najmłodszych respondentów. Wskazało go 70 proc. badanych w wieku 18-24 i 58 proc. w wieku 25-34 lata. Jednak należy zaznaczyć, że starsi respondenci również często go wskazywali (w każdej z grup oscylował on wokół 50 proc.). To o tyle ważny czynnik motywacyjny, ponieważ określając sobie cel finansowy i dążąc do jego realizacji, łatwiej nam utrzymać dyscyplinę w oszczędzaniu. A to jest niezwykle ważne – odkładanie nawet małych sum, ale konsekwentnie, co miesiąc, pokazuje, że określając sobie cele finansowe i tak konstruując budżet, aby znalazły się środki na jego zapełnienie, uczymy się postępowania z finansami osobistymi i myśleniem o nich.

Co jeszcze najlepiej motywuje Polaków do oszczędzania? Jak pokazuje badanie ikalkulator.pl, jest to chęć bycia niezależnym – 40% respondentów wskazało na tę odpowiedź. Co ciekawe, ten czynnik najczęściej zaznaczały osoby w wieku 55+ (43 proc.), a nie, jakby można było się spodziewać, najmłodsi badani.

Na kolejnym miejscu wśród czynników motywujących do oszczędzania znalazła się perspektywa uzyskania bezpieczeństwa finansowego (31%), które w każdej grupie wiekowej znajduje się na podobnym poziomie.

Przeszło co czwartego z nas (28 proc.) do oszczędzania motywuje posiadanie dzieci – chęć zapewnienia im lepszego startu w dorosłe życie. To motywacja szczególnie ważna dla osób w wieku 25-34 – odpowiedziało tak 36% respondentów z tej grupy, co raczej nie powinno dziwić, ponieważ w tym wieku najczęściej młodzi ludzie decydują się na posiadanie rodziny.

Perspektywa kosztownego leczenia lub przewlekła choroba motywują do oszczędzania przeszło co czwartego z nas (26 proc.). Podobnie jak niepewność odnośnie sytuacji zawodowej – strach przed utratą pracy, brakiem płynności finansowej. Posiadanie poduszki finansowej – najlepiej o wysokości min. 6 miesięcznych pensji – w takich sytuacjach jest nieocenione i pozwala przetrwać trudny okres szukania pracy.wykres Co wedlug Pana(i) jest skuteczna mowtyacja do oszczedzania

Problemy finansowe i głodowa emerytura niezbyt silną motywacją

Badanie pokazało także ciekawą tendencję. Okazało się, że wśród wymienionych czynników, które motywują do oszczędzania, Polacy najrzadziej wskazywali chęć zmiany swojej sytuacji zawodowej lub np. oszczędzanie w celu założenia własnego biznesu. Jedynie 9% badanych zaznaczyło tę odpowiedź, przy czym najczęściej wskazywali ją mężczyźni. Do oszczędzania niezbyt skutecznie motywują nas również atrakcyjne oferty banków. Produkty ułatwiające pomnażanie oszczędności itp. zachęcają do oszczędzania tylko dla 13 proc. ankietowanych.

Badanie pokazało też niepokojący aspekt. Jak się okazuje, problemy finansowe ankietowanych lub ich rodziny również nie za bardzo motywują do zaczęcia odkładania pieniędzy i pomnażania swoich oszczędności. Tylko 17% osób uznało taką sytuację za impuls do oszczędzania. To o tyle niepokojące, ponieważ pokazuje, że nawet w obliczu problemów finansowych blisko co piąty Polak  nie myśli o swoim budżecie i nie szuka obszarów, w których mógłby poczynić chociaż najmniejsze oszczędności.

O tym, że nie myślimy za bardzo o przyszłości, świadczy także dość mała liczba wskazań respondentów jeśli chodzi o oszczędzanie na emeryturę. Tylko 21 proc. badanych uznało, że perspektywa niskiej emerytury to czynnik, który karze im myśleć o odkładaniu pieniędzy, aby móc spokojnie żyć na stare lata. To niepokojące, ponieważ według danych ZUS, w 2080 roku emerytura będzie wynosić mniej niż jedną czwartą naszych obecnych zarobków. Nie trudno sobie wyobrazić, jak trudno będzie się utrzymać za taką kwotę.

Wydatki pod lupą

Z badania ikalkulator.pl wynika także, że Polacy mimo że nie wszyscy oszczędzają, to raczej w większości potrafią wskazać obszary, w których najłatwiej szukać oszczędności. Nałogi typu papierosy, alkohol czy słodycze (67 proc. wskazań), jedzenie na mieście (58%) oraz przemyślane zakupy spożywcze (57%) – tu zdaniem ankietowanych można wygenerować oszczędności. Z kolei   najtrudniej je znaleźć w aktywnych produktach bankowych, np. konsolidując kredyty, spłacając je na czas lub odpowiedzialnie korzystając z karty kredytowej czy zamykając konta, których nie używamy. Mało skuteczną metodą oszczędzania według badanych Polaków są niższe rachunki np. za prąd, wodę, wskutek stosowania odpowiednich nawyków lub zmiany np. dostawcy energii elektrycznej.

Badanie zostało przeprowadzone na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna metodą CAWI.  Próba ogólnopolska losowo-kwotowa N=1055 osób w wieku 18+.

Berg Holding S.A.: spółka z Grupy podpisała umowę na realizację 25 farm fotowoltaicznych

Berg Holding S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, otrzymała informację od spółki zależnej Farmy Fotowoltaiki S.A., Columbus & Farmy sp. z o.o. podpisała umowę ze spółką VISECO Sp. z o.o., która będzie pełniła rolę Dewelopera projektów. Zgodnie z umową spółki ustaliły zasady współpracy w zakresie realizacji przez Dewelopera na rzecz C&F usług obejmujących przygotowanie i realizację co najmniej 25 farm fotowoltaicznych o łącznej mocy ok. 25 MW.

Spółka współzależna do spółki Farmy Fotowoltaiki S.A., wchodzącej w skład Grupy Kapitałowej Berg Holding S.A., Columbus & Farmy Sp. z o.o. zawarła w dniu 9 października 2020 r. umowę na realizację projektów farm fotowoltaicznych ze spółką VISECO Sp. z o.o. – Deweloperem. Zgodnie z nią strony ustaliły zasady współpracy w zakresie realizacji przez Dewelopera na rzecz Columbus & Farmy Sp. z o.o. usług obejmujących przygotowanie i realizację co najmniej 25 farm fotowoltaicznych o łącznej mocy ok. 25 MW, w miejscach wskazanych przez C&F. Deweloper przejmie na siebie wszelkie obowiązki zmierzające do kompleksowej pomocy przy realizacji określonych w umowie projektów, a w szczególności zobowiązany będzie do realizacji szeregu czynności i opracowania dokumentacji związanej z przygotowaniem pod względem technicznym i formalnoprawnym inwestycji w postaci budowy farm fotowoltaicznych, a każda farma będzie realizowana przez zawiązaną w tym celu spółkę celową przez C&F. Deweloper będzie otrzymywał ustalone wynagrodzenia w wysokości wynoszącej odpowiednio iloczyn ilości zrealizowanych projektów w postaci farm fotowoltaicznych. Zarząd Spółki uważa, że realizacja potencjalnej transakcji będzie miała pozytywne odzwierciedlenie w rozwoju Columbus & Farmy Sp. z o.o. oraz Farmy Fotowoltaiki S.A., a także w wynikach finansowych tych spółek.

„To nasz mocny start, firma Viseco to wysokiej klasy specjaliści w dziedzinie farm fotowoltaicznych. Rozpoczynamy współpracę z doświadczonymi osobami, które sprawnie przechodzą przez dokumentacyjne procedury wymagane w udzielaniu pozwoleń. Posiadają potrzebne zasoby, grunty i pełne zaplecze do pracy. Widzimy w tym partnerstwie świetne perspektywy.” – ocenia Kamil Kita, Prezes spółki Farmy Fotowoltaiki S.A.

W ostatnim czasie spółka współzależna od Farmy Fotowoltaiki S.A. – Columbus & Farmy Sp. z o.o., w której Farmy Fotowaltiki S.A. posiadają 50% udziałów, zawarła umowę o zachowaniu poufności i wyłączności z podmiotem działającym w branży fotowoltaiki. Na jej podstawie obie Strony postanowiły, że będą prowadzić lub prowadzą negocjacje i rozmowy w zakresie dotyczącym podmiotu realizującego 7 projektów farm fotowoltaicznych, które mogą doprowadzić do zawarcia umowy głównej. Podpisana umowa zawiera także postanowienia o wyłączności negocjacji przez okres nie krótszy niż 2 tygodnie liczony od dnia zawarcia Umowy. Strony ustaliły również kary umowne w wysokości 100 tys. zł za każde naruszenie.

Główne założenia strategii rozwoju Farmy Fotowoltaiki S.A. obejmują rozpoczęcie współpracy z partnerem branżowym, będącym liderem na rynku – Columbus Energy S.A. – w zakresie rozwijania projektów farm fotowoltaicznych oraz powstanie pierwszej spółki celowej F1 Sp. z o.o. z własnym gruntem. Farmy Fotowoltaiki S.A. planują dokonywać zakupu lub dzierżawy działek pod budowę farm fotowoltaicznych o mocy min. 1 MWe lub gruntów na własny użytek. W 2021 r. spółka zamierza realizować projekty od 1 do 10 MWe, natomiast w 2022 r. projekty do 40 MWe. Spółka chce także inwestować w podmioty działające na rynku fotowoltaicznym poprzez zakup udziałów na poziomie od 5% do 45% w wybranych podmiotach. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą dążyły do rozwoju sieci wykonawczej i dystrybucji poprzez zawiązywanie współpracy z kolejnymi partnerami i firmami projektowo-montażowymi oraz do rozwoju zaplecza techniczno-handlowego i badawczego poprzez budowę własnego zespołu firm podwykonawczych, w systemie relacji B2B. Spółka będzie też budowała bazę inwestorów zainteresowanych zakupem farm fotowoltaicznych oraz inwestycją w branży fotowoltaiki. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą chciały pozyskać kapitał zewnętrzny w kwocie do 10 mln zł do końca 2022 r., który zostanie przeznaczony na sfinansowanie bieżącej działalności.

Berg Holding S.A. zakończył 2019 r. zyskiem netto w wysokości ponad 2,1 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 22,8 mln zł. Wartość aktywów Spółki na koniec 2019 r. ukształtowała się na poziomie blisko 89,8 mln zł. Spółka planuje podjąć działania mające na celu spełnienie przez nią warunków niezbędnych do przeniesienia notowań na główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Berg Holding S.A. to Spółka stworzona na silnych fundamentach. W 2017 roku Spółka zadebiutowała na rynku NewConnect.

Iga Świątek. Pierwsze badanie dot. rozpoznawalności i wizerunku

Zwycięstwo Igi Świątek w finale French Open wzbudziło ogromną radość Polaków a zainteresowanie zawodniczką znacznie wzrosło. Konsorcjum firm Sport Management Polska oraz Sport Analytics jako pierwsze w Polsce przeprowadziło badanie dotyczące rozpoznawalności i wizerunku Igi Świątek. Wyniki są bardzo ciekawe. Zawodniczka jest już rozpoznawana przez 61% Polaków w wieku 18-54 lata! Aż 57% naszych rodaków uważa ten sukces za ..historyczny! Ciekawy jest także rodzaj emocji związanych z Polką.

Konsorcjum firm Sport Management Polska oraz Sports Analytics przeprowadziło pierwsze badanie dotyczące rozpoznawalności i wizerunku Igi Świątek. Badania rozpoczęto błyskawicznie, jeszcze w niedzielne popołudnie. Kontynuowano w poniedziałek 12 października. Badania przeprowadzono na reprezentatywnej grupie Polaków (N = 3809) ze względu na płeć i wiek (18-54 lata) za pomocą badania Omnibusowego.

W ramach badania sprawdzano także jakie emocje wywołała zawodniczka swoim zwycięstwem w finale French Open oraz czy zwycięstwo Polki w turnieju może mieć wpływ na rozwój tenisa w Polsce. Zapytano także o rozpoznawalność sponsorów zawodniczki oraz o cechy jakie Polacy przypisują triumfatorce z Roland Garros.

Wśród ankietowanych już 61,2% deklaruje, że zna zawodniczkę.kim jest Iga świątek

Badanych zapytano również o ich wyobrażenie dot. statusu Polki w ogólnopolskiej świadomości, które częściowo wskazuje na potencjał i rodzaj dynamiki związanej z budową pozycji Igi Światek w gronie bohaterów polskiego sportu.

Na pytanie o to, na ile zdaniem ankietowanych Iga jest w Polsce osobą znaną – uzyskano wynik 7,04/10 (odpowiedzi na skali 1-10. 1-zupełnie nieznana, 10-powszechnie znana).

Polacy bardzo wysoko ocenieją i doceniają zwycięstwo Igi Świątek w finale wielkoszlemowego turnieju French Open. Ponad 57% ankietowanych uważa ten sukces za historyczny!

27% Polaków uznaje go natomiast za wielki sukces. Jedynie mała liczba odpowiadających traktuje ten sukces jako „normalny”.Jak oceniasz sukces Igi Świątek podczas Roland Garros

Zbadano także jakie nadzieje wiążą Polacy z występami i dalszą karierą sportową Polki.

Okazuje się, że wiara naszych rodaków jest bardzo wysoka. Polacy wierzą, że Iga Świątek zdominuje światowy tenis. Tak odpowiedziało aż 44% badanych. Natomiast 47% badanych udzieliło odpowiedzi, że Polka „powalczy przez kilka sezonów”.

Pojawiają się także postawy wstrzemięźliwe – 3,4% ankietowanych, uważa, że było to zwycięstwo przypadkowe i jednorazowe. Natomiast 5,2% spodziewa się, że Świątek będzie tzw. „gwiazdą jednego sezonu”.przyszłośc Igi Świątek

– Iga Świątek z impetem wdarła się nie tylko do finału French Open ale i do świadomości Polaków. Ogladalność telewizyjna kolejnych meczów rosła skokowo a zainteresowanie Polką wzrastało. Po finale na kortach Roland Garros dumę narodową odczuwało prawie 46% naszych rodaków a do wzruszenia przyznało się aż 33% ankietowanych. Z punktu widzenia marketingowego interesujący jest także zbiór cech i atrybutów, które Polacy łaczą z zawodniczką. Wśród 45 badanych cech dominują takie jak pracowitość, solidność, waleczność, dynamika. Ale w badaniach wysoko plasuje się także odwaga i śmiałość. Ogólnie według badanych osób przyszłość Igi rysuje się w dobrych barwach. W barwach biało-czerwonych – mówi Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Sprawdzono także jaki wpływ może mieć zwycięstwo Polki na rozwój tenisa ziemnego w Polsce. Czy zainteresowanie triumfem w Paryżu przełoży się na chęć uprawiania lub nauki gry w tenisa. Pozytywne deklaracje złożyło tylko 8,1% badanych. Prawie 76% badanych odpowiedziało, że nie planuje takiej aktywności. Na uwagę zasługują natomiast deklaracje rodziców, wśród których 16% zadeklarowało, że wyraża chęć aby wysłać swoje dzieci na naukę gry w tenisa.nauka gry w tenisa

Zbadano także gdzie i jak Polacy „oglądali” mecz finałowy. Na czele tych wyników znajduje się oczywiście telewizja (prawie 60%) ale spory udział miało także oglądanie w internecie (27%) a prawie 12% ankietowanych czytało relacje na żywo zamieszczane na portalach internetowych.mecz finałowy

– W badaniu uderzyło mnie kilka kwestii. Przede wszystkim fakt, że opinie dotyczące przyszłości Igi Świątek są w ogóle podzielone. Owszem po jednej stronie stoją te nacechowane brakiem optymizmu (gwiazda jednego sezonu, przypadek / 1 turniej), po drugiej natomiast te, które zdecydowanie lepiej oceniają potencjał zawodniczki (powalczy przez kilka sezonów, zdominuje światowy tenis). Podkreślić należy fakt, że jedynie jedna na dwanaście osób nie wierzy w Igę. Pozostałe jedenaście liczą na to, że stanie się odpowiednikiem Rafy Nadala – powiedział Paweł Chmielowski ze Sport Analytics.

– Inna rzecz to określenie wskaźników związanych z wizerunkiem i to w jaki sposób korelują z poszczególnymi segmentami potencjalnych odbiorców – kontynuuje Chmielowski. Wyniki badania minimalizują ryzyko tego, czy akcentowanie przez potencjalnych sponsorów Igi jej pracowitości, siły, dynamiki jest ważniejsze na przykład od cechy wiarygodności. Sponsorzy mogą dowiedzieć się dla kogo spośród sympatyków Igi ważniejsze są wartości rodzinne, motywowanie, prospołeczności, a dla kogo stabilność, prestiż, renoma. To wszystko i wiele innych zależności można wyczytać w kolejnych stronach raportu – kończy Paweł Chmielowski.