Tworzymy ważną polską markę – UMW w sieci Ośrodków Wsparcia Badań Klinicznych

Razem tworzymy ważną polską markę – mówił we Wrocławiu prezes Agencji Badań Medycznych dr n. med. Radosław Sierpiński, który przekazał na ręce rektora prof. dr hab. Piotra Ponikowskiego symboliczny czek dla Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Agencja Badań Medycznych przeznaczyła 100 milionów złotych na powstanie sieci Centrów Wsparcia Badań Klinicznych, blisko 9 otrzymał Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu.

To dla nas niezwykle ważna i cenna umowa. Powstanie Centrum Wsparcia Badań Klinicznych pozwoli zintegrować nasze zespoły działające w szpitalu i na uczelni, dając nam zupełnie nową jakość – podkreśla Rektor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu prof. Piotr Ponikowski witając na uczelni p.o. prezesa ABM dr Radosława Sierpińskiego oraz towarzyszącego mu dr. Jakuba Berezowskiego.

–  To pierwszy krok w długofalowej strategii. Nie bez powodu mówimy o sieci ośrodków – chcemy wspólnie stworzyć dużą polską markę – podkreślał we Wrocławiu dr Sierpiński. I dodał, że w kolejnych krokach Agencja Badań Medycznych planuje ogłaszanie konkursów dedykowanych jednostkom tworzącym sieć, bo jako takie dawać będą gwarancję jakości i sukcesu. ABM przeznaczyła 100 mln zł na stworzenie sieci dziesięciu wyspecjalizowanych Centrów Wsparcia Badań Klinicznych (CWBK). Nowo powstałe centra pozwolą na lepszą koordynację badań klinicznych w Polsce.

Centrum Wsparcia Badań Klicznicznych Wrocław Fot. T.WalówOtrzymane dofinansowanie przewidziane jest na zbudowanie zespołu, doposażenie jednostki i zakup oprogramowania wspierającego obsługę badań klinicznych na uczelni i w szpitalu – wyjaśnia koordynująca proces przygotowywania wniosku Marta Duda-Sikuła z Centrum Zarządzania Projektami.

Tworzymy nowoczesną jednostkę, która wykorzysta rozproszony w wielu miejscach potencjał – odtąd zespoły pracować będą w sposób usystematyzowany i skoordynowany. Docelowo powstanie ośrodek prowadzący zarówno badania niekomercyjne, jak i komercyjne – wyliczał rektor Ponikowski.

Polska wciąż poza 20-tką rankingu bezpieczeństwa. Valak nowym zagrożeniem dla naszych komputerów

Gwałtowny wzrost liczby ataków na polskie sieci dokonanych przy użyciu nowego szkodliwego oprogramowania Valak oraz daleka pozycja w rankingu cybebezpieczeństwa – to wnioski płynące z analizy firmy Check Point, prezentującej najnowszy krajobraz zagrożeń cybernetycznych w Polsce.

Rok 2020 – z perspektywy bezpieczeństwa polskiej sieci – nie należy do udanych. Dane ujawniają, że praktycznie w każdym miesiącu nasz kraj znajdował się poza 20 najbezpieczniejszych sieci w Europie. Nie inaczej wyglądała sytuacja we wrześniu br. Z analiz Check Point Research (działu wywiadu bezpieczeństwa firmy Check Point Software Technologies) wynika, że Polska tym razem ulokowała się na 24 miejscu w Europie. Ze wskaźnikiem zagrożeń na poziomie 45,6 pkt, daliśmy się wyprzedzić m.in. Węgrom (44,9), Chorwacji (44,7) czy Ukrainie (42,5).

Najbezpieczniejszą w Europie okazała się sieć Duńska (23,6), która co miesiąc obecna jest w pierwszej trójce rankingu tworzonego przez ekspertów Check Pointa. Zaraz za Danią znalazła się Hiszpania (34,0) oraz Finlandia (34,6). Najwięcej zagrożeń czyhających na internautów zidentyfikowano na Litwie, co przełożyło się na współczynnik zagrożeń na poziomie 80,8 pkt!

Valak nowością na liście Top 10

Zaobserwowany po raz pierwszy pod koniec 2019 r. Valak to wyrafinowany malware, który wcześniej był klasyfikowany jako program ładujący złośliwe oprogramowanie. W ostatnich miesiącach odkryto jego nowe warianty ze znacznymi zmianami funkcjonalnymi, które umożliwiają Valakowi działanie jako infostealer, który może atakować zarówno osoby fizyczne, jak i przedsiębiorstwa. Nowa wersja Valaka potrafi wykraść poufne informacje z systemów pocztowych Microsoft Exchange, a także dane logowania użytkowników i certyfikaty domen. Zdaniem ekspertów Check Point, we wrześniu Valak był szeroko rozpowszechniany przez kampanie złośliwego spamu zawierające złośliwe pliki .doc, dzięki czemu ulokował się po raz pierwszy w czołowej 10 najpopularniejszego malware’u na świecie.

Najpowszechniejszym złośliwym oprogramowaniem pozostaje jednak trojan Emotet, wpływający na 14% organizacji na całym świecie i 10% w Polsce. Tuż za nim ulokowały się trojany Trickbot i Dridex, zidentyfikowane w 4% i 3% sieci na świecie.

Nowe kampanie rozprzestrzeniające Valaka to kolejny przykład tego, jak cyberprzestępcy chcą zmaksymalizować swoje inwestycje w uznane, sprawdzone formy złośliwego oprogramowania. Wraz z zaktualizowanymi wersjami Qbota, które pojawiły się w sierpniu, Valak ma na celu umożliwienie kradzieży danych i poświadczeń na dużą skalę, zarówno od organizacji jak i osób fizycznych. – powiedziała Maya Horowitz, dyrektor ds. wywiadu zagrożeń w firmie Check Point.

W przypadku urządzeń mobilnych czołowym zagrożeniem jest xHelper, czyli malware wyświetlający reklamy i pobierający inne szkodliwe oprogramowania. W pierwszej trójce znalazły się również Xafekopy, klikający strony internetowe z rozliczeniem WAP – formą płatności mobilnej, która pobiera koszty bezpośrednio z rachunku za telefon komórkowy użytkownika; oraz trojan Hiddad. Wszystkie czołowe zagrożenia mobilne skierowane są przeciwko urządzeniom z systemem Androidem.

Toyota liderem polskiego rynku. Wzrost rejestracji we wrześniu o 38% r/r

  • Toyota zajęła we wrześniu pierwsze miejsce w Polsce, rejestrując 6055 nowych samochodów
  • To wzrost aż o 38% rok do roku przy wzroście rynku o 8%
  • Udział Toyoty w rynku wyniósł 15,9%
  • Liczba 42084 rejestracji od stycznia do września tego roku również sytuuje Toyotę na pierwszym miejscu
  • Corolla drugim, a Yaris trzecim najpopularniejszym samochodem w Polsce
  • Toyota C-HR, RAV4, AYGO i Yaris liderami w swoich segmentach
  • Prawie co drugi nowy samochód segmentu A to Toyota AYGO
  • W znacznej mierze na dobre wyniki Toyoty wpływa rosnąca popularność hybryd
  • Hybrydy stanowią 44,86% całkowitej liczby rejestracji Toyoty w Polsce

We wrześniu już po raz kolejny w tym roku Toyota zajęła pierwsze miejsce na polskim rynku, notując 6 055 rejestracji w ciągu miesiąca i 42 084, licząc od stycznia do września. Wzrost rejestracji w porównaniu z wrześniem 2019 roku wyniósł aż 38%, zaś przewaga nad marką zajmującą 2. miejsce sięgnęła 16%.

„Jesteśmy bardzo wdzięczni naszym klientom, że tak chętnie wybierają samochody z oferty Toyoty. Wrzesień zakończył się dla nas nie tylko pierwszym miejscem i sukcesem wielu naszych modeli, ale także spektakularnym wzrostem rejestracji w porównaniu do września ubiegłego roku. Zrobiliśmy wszystko, aby dostosować ofertę i sposób działania do potrzeb naszych klientów, wprowadzając innowacyjne rozwiązania takie jak internetowy salon Toyoty, zadbaliśmy o ciągłość dostaw, a nasza gama modelowa jest wyjątkowo nowoczesna i atrakcyjna. To sprawiło, że nasi klienci zarejestrowali w ubiegłym miesiącu aż o 38% więcej samochodów niż rok wcześniej, przy wzroście całego rynku o 8%” – powiedział Robert Mularczyk, PR Senior Manager Toyota Motor Poland.

Toyota najpopularniejsza wśród firm i osób prywatnych

Toyota zdominowała zarówno rynek flotowy, jak i segment nabywców indywidualnych. Firmy zarejestrowały we wrześniu 4 484 samochody Toyoty (+46% wobec września 2019 roku), co stanowi 15,3% udziału w tej części rynku. Osoby prywatne odpowiadają za 1 571 rejestracji samochodów marki (+20% rok do roku). Przekłada się to na 18-prodentowy udział w rynku nabywców prywatnych.

AYGO, Yaris, Toyota C-HR i RAV4 liderami segmentów

Najczęściej rejestrowanym samochodem Toyoty w ciągu miesiąca była Corolla, która zajęła drugie miejsce w kraju (1 889 aut, udział w segmencie 20%). Na trzecim miejscu znalazł się Yaris, najczęściej rejestrowany samochód segmentu B (1 363 auta, udział 25,8%). Liderami swoich segmentów są także Toyota C-HR i AYGO, które zanotowały odpowiednio 898 i 510 rejestracji. Udział Toyoty C-HR w segmencie kompaktowych SUV-ów wyniósł 18,7%, natomiast Toyota AYGO całkowicie zdominowała segment A, odpowiadając za aż 46,2% rejestracji małych samochodów. Toyota RAV4 zajmowała we wrześniu drugie miejsce i 13,2% rynku D-SUV z wynikiem 634 aut, zaś Camry była trzecim najchętniej wybieranym modelem segmentu D. Miesięczny wynik 486 aut stanowi 21,5% wszystkich rejestracji w tej klasie.

Licząc od stycznia do września 2020 roku, w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych samochodów w Polsce znalazły się cztery modele Toyoty. Corolla z wynikiem 12 601 aut zajęła drugie miejsce, na trzecim figuruje Yaris (10 509 aut), na szóstym RAV4 (6 099 aut), zaś na siódmym Toyota C-HR (6 044 aut). Wśród 10 najchętniej wybieranych samochodów największy wzrost zanotowała Toyota RAV4 – aż o 27,9%. Toyota C-HR, RAV4, Yaris i AYGO są w tym roku liderami w swoich segmentach.

Prawie co druga (44,86%) Toyota jest hybrydą

Samochody hybrydowe stanowią już 44,86% całkowitej sprzedaży Toyoty w Polsce – wynik ten wzrósł z poziomu 38%, notowanego w ciągu 9 miesięcy 2019 roku. W pierwszych trzech kwartałach 2020 roku na drogi wyjechało rekordowe 18 877 hybryd marki – aż o 9% więcej niż rok wcześniej.

Liderem rynku hybryd w Polsce jest w tym roku Corolla Hybrid, której sprzedaż wyniosła 7 633 auta. Drugie miejsce zajmuje model Toyota C-HR Hybrid z wynikiem 4 450 rejestracji, zaś trzecie RAV4 Hybrid, którego zarejestrowano 3 877 razy.

Popyt na kredyty mieszkaniowe we wrześniu: pierwszy miesiąc w okresie pandemii z dodatnim odczytem

Kolejny, dziewiąty w tym roku odczyt BIK Indeksu wyniósł +5,4%. Na jego wartość pozytywnie wpłynął zarówno wzrost liczby osób starających się o kredyt, jak i zwiększenie średniej wnioskowanej kwoty, która wyniosła we wrześniu br. 291,83 tys. zł i była o 4,9% wyższa niż w analogicznym okresie 2019 roku.

Biuro Informacji Kredytowej podało, że we wrześniu 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 37,7 tys. klientów, rok wcześniej 35,8 tys. – oznacza to wzrost o 5,3%. W porównaniu do sierpnia 2020 roku liczba wnioskujących wzrosła o 15,4%, zaś w stosunku do minimum z kwietnia 2020 roku zwiększyła się aż o 35,5%.

Wrześniowe dane BIK odnośnie popytu na kredyty mieszkaniowe bardzo pozytywnie zaskoczyły. Po raz pierwszy od czasu pandemii odnotowaliśmy wzrost liczby wnioskodawców ubiegających się o kredyt o całe 5,3% w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Wyniki pokazują konsekwentną odbudowę popytu, który od najniższego poziomu na początku lockdownu wzrósł już aż o 35,5% – Kinga Burcan, Ekspert Kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

Wynik ten potwierdza zapoczątkowaną w czerwcu, lipcu i sierpniu odbudowę popytu na rynku kredytów mieszkaniowych.

Obserwowana dynamika wzrostu rynku kredytów hipotecznych, zarówno od strony popytowej, jak i średniej wartości wnioskowanego kredytu, jest bardzo pozytywnym sygnałem dla całego sektora finansowego oraz nieruchomościowego. Warto jednak pamiętać, że dane te nie muszą oznaczać ostatecznego przełamania trendu. Niestety liczba zachorowań wciąż rośnie. Musimy się liczyć z ewentualnym pogorszeniem sytuacji pandemicznej oraz wprowadzeniem ponownych restrykcji w sektorze bankowym, które mogą znów spowolnić rynek – podsumowuje Kinga Burcan, Ekspert Kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

Retail: technologia a nowe nawyki zakupowe

Zachowania zakupowe klientów zmieniły się znacząco w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Jak wynika z badania zrealizowanego na zlecenie firmy DS Smith, 68% Polaków twierdzi, że w czasie pandemii robiło więcej zakupów w internecie, a 91% z nich deklaruje, że nadal będzie kupować tyle samo lub więcej online.[1] Choć dzięki znacznemu zniesieniu ograniczeń, Polacy wrócili do sklepów, należy spodziewać się, że część nowych zachowań zakupowych zostanie z nami na dłużej – jak wynika z danych EY[2], co trzeci Polak po ustaniu pandemii deklaruje większe zakupy online. To wszystko stanowi duże wyzwanie dla i tak już nadwyrężonej branży retail, która musi dostosować swój biznes nie tylko do restrykcyjnych wymogów sanitarnych, ale też nowych nawyków klientów.

Zmiana zachowań zakupowych

Chociaż dynamiczny rozwój e-commerce obserwowaliśmy już od dłuższego czasu, ostatnie wydarzenia doprowadziły do gwałtownych wzrostów w branży e-handlu. Tylko do końca kwietnia liczba e-sklepów w Polsce wzrosła niemal o 1,7 tys., a szacowana wartość sektora e-commerce w naszym kraju może w tym roku przekroczyć 70 mld zł.[3]  Konsumenci zwrócili się ku zakupom online, by robić zakupy w sposób wygodny i bezkontaktowy, i nie ma wątpliwości, że ta zmiana zdefiniuje kierunek rozwoju branży retail w najbliższym czasie.

Wielu konsumentów, którzy wcześniej byli sceptyczni w stosunku do zakupów online, w czasie pandemii skorzystało z nich po raz pierwszy. Jeśli to doświadczenie było pozytywne, można się spodziewać, że zakupy w sieci wpiszą się na dłużej w ich zwyczaje zakupowe. Tym bardziej, że choć w wyniku stopniowego łagodzenia restrykcji, klienci wrócili do tradycyjnych sklepów, wciąż jednak towarzyszą im obawy o bezpieczeństwo, higienę i możliwość zachowania dystansu społecznego. Według badań zrealizowanych niedawno wśród amerykańskich konsumentów, 87% kupujących deklaruje, że robiąc zakupy wybierze sklepy oferujące rozwiązania samoobsługowe typu self-checkout. Co ciekawe, przed pandemią takiej odpowiedzi udzielała jedynie jedna trzecia badanych.[4] W czasie pandemii wzrosła także popularność metod zakupowych, takich jak  BOPIS (buy online pick up in store) oraz BOSS (buy online and ship to store), które do minimum ograniczają ryzyko fizycznego kontaktu.

– Nawyki zakupowe ukształtowane w czasie pandemii, najprawdopodobniej zostaną z nami dłużej, a oczekiwania konsumentów wobec wygodnej i bezkontaktowej obsługi będą rosły. W naszym globalnym badaniu poświęconym doświadczeniom zakupowym zrealizowanym jeszcze przed pandemią, wśród czynników poprawiających wygodę zakupów w sklepach stacjonarnych klienci wymieniali przede wszystkim krótki czas oczekiwania w kolejce, łatwą nawigację po sklepie czy proste zwroty. Należy się spodziewać, że oczekiwania klientów co do wygody będą rosły, dlatego sklepy powinny wykorzystać najnowsze technologie by upewnić się, że doświadczenie klienta będzie przebiegać płynnie i bez żadnych zakłóceń. – mówi Dagmara Pomirska z Axis Communications.

Nowa rzeczywistość wymaga nowego podejścia

Obecnie branża retail z jednej strony musi sprostać wyzwaniom związanym z wymogami bezpieczeństwa i wytycznymi sanitarnymi (takimi jak limity klientów na terenie sklepu, dezynfekcja czy zasada zachowania dystansu), z drugiej – dostosować customer journey do nowych nawyków konsumenckich. Zarządzający sklepami stacjonarnymi powinni poszukać odpowiedzi na pytania: gdzie klient spędza najwięcej czasu, które elementy zakłócają jego doświadczenie zakupowe i wdrożyć rozwiązania technologiczne, które pozwolą uczynić cały proces zakupowy bardziej płynnym z punktu widzenia konsumenta.

Na przykład, w tradycyjnym sklepie klienci zwykle czekają w kolejce by kupić produkt. Tymczasem, długi czas oczekiwania to jeden z czynników negatywnie wpływających na doświadczenie klienta – według badania zrealizowanego wśród nowojorczyków przez Axis Communications, aż 53% z nich opuszcza sklep bez dokonania zakupu, kiedy czas stania w kolejce się wydłuża.

– Długi czas oczekiwania może być spowodowany zbyt małą liczbą pracowników obsługi dostępnych na danej zmianie i jednocześnie dużą liczbą klientów obecnych w sklepie w jednym czasie. By zapobiec takim sytuacjom, warto wykorzystać technologie monitoringu wizyjnego, które automatycznie zliczają liczbę klientów stojących w kolejce i informują personel gdy określony wcześniej limit zostanie przekroczony. Wówczas pracownicy mogą otworzyć do dyspozycji klientów kolejną kasę – dodaje Dagmara Pomirska.

Jeśli problemem nadal pozostaje zbyt mała liczba pracowników obecnych na zmianie, mogą go rozwiązać kasy samoobsługowe, które obsłużą klienta niezależnie od dostępności personelu, a jednocześnie do minimum ograniczą ryzyko kontaktu osobistego. Projektując doświadczenie klienta warto zrozumieć jak dana grupa klientów lubi robić zakupy i gdzie napotyka największe przeszkody – niezależnie czy mówimy o procesie online, czy tradycyjnym. Na przykład, jeśli klienci preferują zakupy online, ale mniej przychylnie patrzą na długie czasy dostawy, warto rozważyć model, w którym mogą zrobić zakupy w sieci i odebrać je w tradycyjnym sklepie.

Czynnik ludzki nadal w cenie

Aby doświadczenie klienta było jak najlepsze, powinno się brać pod uwagę także znaczenie międzyludzkich interakcji. Lockdown i długotrwała izolacja u części konsumentów spowodowała zwiększoną chęć kontaktu z innymi i tu właśnie doświadczenie zakupowe w sklepie tradycyjnym ma swoją przewagę nad zakupami online. Możliwość zapytania konsultanta o pomoc czy rekomendację „tu i teraz” dla niektórych konsumentów będzie ważniejsza niż zrobienie zakupów w rekordowo szybkim czasie. Dlatego zarządzający sklepami powinni upewnić się, że personel jest obecny w tych sekcjach sklepu, gdzie jest najbardziej potrzebny, a takie możliwości dają technologie zliczania osób i analityka wideo – mówi Dagmara Pomirska.

[1] https://www.rynekpapierniczy.pl/artykul/jak-zmienily-sie-zwyczaje-zakupowe-polakow-w-czasie-pandemii-koronawirusa-2497

[2] https://www.dlahandlu.pl/detal-hurt/wiadomosci/eec2020-konsumenci-sa-bardziej-swiadomi-i-cyfrowi-ale-stare-nawyki-powracaja,90782.html

[3] https://cyfrowa.rp.pl/biznes/e-commerce/48293-sklepy-internetowe-zyskaly-nowych-klientow-kto-najwiecej

[4] https://www.businesswire.com/news/home/20200407005086/en

Prokurator utrudniał podejrzanemu dostęp do akt sprawy. Jego obrońca znalazł na to sposób

Zgodnie z art. 156 § 1 Kodeksu postępowania karnego, stronom, obrońcom, pełnomocnikom i przedstawicielom ustawowym udostępnia się akta sprawy sądowej oraz daje możliwość sporządzenia z nich odpisów lub kopii. Obrońca podejrzanego o wyłudzanie VAT w obrocie paliwami wystąpił do prokuratury o takie udostępnienie i możliwość sporządzenia fotokopii. Prokuratura udostępniła mu tylko część akt. Następnie prokurator odmówił przyjęcia wniesionego na takie działanie zażalenia, wykorzystując brzmienie przepisów, które mu na to pozwala, i dzięki temu pozbawiając podejrzanego możliwości zaznajomienia się z aktami sprawy. Obrońca podejrzanego wpadł jednak na precedensowy pomysł jak wybrnąć z tej trudnej dla swojego klienta sytuacji, a sąd nie miał innego wyjścia, jak tylko się z nim zgodzić.

Nie na darmo występujące w postępowaniu karnym podmioty nazywa się stronami. Podejrzany o popełnienie przestępstwa lub mający już status oskarżonego jest stroną, w której interesie leży, najczęściej, wykazanie swojej niewinności i uniknięcie odpowiedzialności karnej za zarzucane czyny. Po drugiej stronie barykady stoi oskarżyciel, którym jest najczęściej prokurator, a który dąży do osiągniecia przeciwnego celu. Stąd też nie jest tajemnicą, że w trakcie toczącego się postępowania karnego podejrzany i prokurator to strony o przeciwnych interesach, dążące do pokonania swego przeciwnika. Podejrzany/oskarżony walczy o uniknięcie kary, prokurator jest rozliczany przez swoich zwierzchników za rezultaty prowadzonych postępowań. Jak pokazuje praktyka, nie tylko podejrzani odwołują się do wszelkich możliwych sposobów, by w tej walce szalę zwycięstwa przechylić na swoją stronę.

Naruszenie prawa do obrony podejrzanego

Fundamentalną zasadą demokratycznego państwa prawnego jest prawo oskarżonego do obrony. Zasada ta została wyrażona wprost nie tylko w samym Kodeksie postępowania karnego (art. 6), ale i w Konstytucji RP. Stanowi ona w art. 42 ust. 1, że każdy, przeciw komu prowadzone jest postępowanie karne, ma prawo do obrony we wszystkich stadiach postępowania. Obrony tej nie będzie mógł w pełni podjąć, jeśli postępowanie przeciw niemu toczyć się będzie z naruszeniem przepisu art. 156 § 1 K.p.k., zgodnie z którym, stronom, obrońcom, pełnomocnikom i przedstawicielom ustawowym udostępnia się akta sprawy sądowej oraz daje możność sporządzenia z nich odpisów lub kopii.

Furtka pozwalająca osłabić prawa podejrzanego

Jednakże prokuratorzy, celem ominięcia wskazanego w tym przepisie nakazu zapewnienia stronie dostępu do akt, korzystają z furtki, jaką daje im § 5 tego artykułu, który stwierdza, że jeśli nie zachodzi potrzeba zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania lub ochrony ważnego interesu państwa, w toku postępowania przygotowawczego stronom, obrońcom, pełnomocnikom i przedstawicielom ustawowym udostępnia się akta, umożliwia sporządzanie odpisów lub kopii oraz wydaje odpłatnie uwierzytelnione odpisy lub kopie. Powołując się zatem na „wystąpienie potrzeby zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania lub ochrony ważnego interesu państwa”, w łatwy sposób prokuratorzy mogą osłabić przysługujące podejrzanemu/oskarżonemu prawo do obrony, poprzez odmowę dostępu do zgromadzonej w sprawie dokumentacji. Oczywiście podejrzany może wnieść zażalenie na te działania prokuratora, ale i z tym prokuratorzy sobie radzą, odmawiając jego przyjęcia i uwzględnienia z uwagi na niedopuszczalność takiego zażalenia z mocy ustawy.

Odmowa wykonania części kopii akt sprawy

W toku śledztwa przeciwko właścicielowi firmy paliwowej, podejrzanego o wyłudzanie VAT, obrońca podejrzanego – mec. Robert Nogacki z Kancelarii Prawnej Skarbiec – wniósł o umożliwienie mu wykonania fotokopii z akt sprawy. Prokuratura regionalna w styczniu 2020 r. wyraziła zgodę na udostępnienie tych akt oraz wykonanie fotokopii tylko ich części – postanowienia o przedstawieniu zarzutów oraz protokołu przesłuchania w charakterze podejrzanego. Tym samym odmówiła wykonania fotokopii pozostałego zgromadzonego materiału.

Na ww. odmowę obrońca podejrzanego złożył zażalenie, zarzucając naruszenie przepisu art. 156 § 5 K.p.k. i domagając się zgody na wykonanie fotokopii całości akt. Prokurator regionalny w maju 2020 r. odmówił uwzględnienia zażalenia tłumacząc, że jest ono niedopuszczalne z mocy prawa. Obrońca zaskarżył to zarządzenie.

Właściwy ruch obrońcy

Sąd okręgowy przychylił się do wniesionej przez obrońcę podejrzanego skargi i uchylił zaskarżone przez niego zarządzenie prokuratora. Sąd wskazał, że art. 156 § 1 K.p.k. przewiduje dostęp obrońcy do akt sprawy w dwóch postaciach: fizyczne udostępnienie akt do wglądu, oraz sporządzenie kopii i odpisów z tych akt. Zgodził się z prokuratorem, że art. 159 K.p.k. nie przewiduje możliwości wniesienia zażalenia na zarządzenie prokuratora o odmowie sporządzenia kopii akt. Przepis ten stanowi bowiem, iż w postępowaniu przygotowawczym stronie przysługuje zażalenie jedynie na odmowę udostępnienia akt. Jednakże sąd zauważył, że obrońca podejrzanego wniósł o „umożliwienie mu wykonania fotokopii kart z akt sprawy”. A „umożliwienie” sporządzenia kopii, o których mowa w art. 156 § 5 K.p.k., jest czynnością faktyczną, stąd też uniemożliwienie tego obrońcy podlega zaskarżeniu na mocy art. 302 § 2 K.p.k. Zgodnie z tym przepisem, stronom oraz osobom niebędącym stronami służy zażalenie na czynności inne niż postanowienia i zarządzenia naruszające ich prawa.

Oskarżony ma pełne prawo do obrony

Precedensowe podejście obrońcy podejrzanego do prokuratorskiej praktyki odmowy rozpoznawania zażaleń w przedmiocie zamykania stronie dostępu do akt, zamknęło samej prokuraturze furtkę do użycia takiej praktyki w tej sprawie. Pełna treść art. 6 K.p.k. brzmi: „Oskarżonemu przysługuje prawo do obrony, w tym prawo do korzystania z pomocy obrońcy, o czym należy go pouczyć” (Dz.U. 1997, nr 89, poz. 555, ze zm.). Przykład niniejszej sprawy pokazuje, że nie na darmo reguła ta została w tym przepisie tak sformułowana. Zagwarantowanie oskarżonemu pełnej realizacji jego prawa do obrony może bowiem niejednokrotnie wymagać pomocy ze strony profesjonalnego obrońcy, który wyrówna szanse strony w nierównym starciu z prokuratorem na znajomość przepisów prawa.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec – specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polacy szukają doświadczonych ekspertów od fotowoltaiki

Niewygórowane koszty oraz pozytywne opinie w internecie są dla Polaków kluczowe przy wyborze firmy do montażu instalacji fotowoltaicznej. Z raportu Oferteo.pl wynika, że 88% badanych jest zadowolonych z wykonanych usług. Klienci bardzo cenią sobie doświadczonych specjalistów.

Fotowoltaika najszybciej rozwijającym się sektorem OZE[1]

Rynek fotowoltaiki w Polsce rozrasta się w zawrotnym tempie. Tak szybko nie rozwija się obecnie żaden inny sektor OZE. W 2019 roku nasz kraj osiągnął przyrost nowych mocy na poziomie około 0,9 GW, co uplasowało go na piątej pozycji w całej Unii Europejskiej.

Według raportu „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2020” przygotowanego przez Instytut Energetyki Odnawialnej, moc zainstalowana fotowoltaiki w Polsce z końcem 2020 roku wyniesie ponad 2,5 GW. Dane IEO wskazują jednocześnie, że obroty na rynku fotowoltaiki wzrosną w tym roku w stosunku do 2019 nawet o 25% i przekroczą 5 mld zł.

Dane te jednoznacznie wskazują, że fotowoltaika jest branżą z ogromnym potencjałem, za którą stoją wielkie pieniądze. Z każdym rokiem przybywa firm specjalizujących się w usługach z nią związanych. Takie przedsiębiorstwa, poza samym montażem i dostarczeniem odpowiednich paneli, ustalają także zapotrzebowanie na energię w gospodarstwie, dobierają odpowiedni sprzęt i rozwiązania, a nawet pomagają inwestorom dopełnić formalności związanych z pozyskaniem dofinansowania. Dobrze wybrany wykonawca może bardzo sprawnie i bez problemów przeprowadzić klienta przez cały proces inwestycyjny.

Przede wszystkim cena i opinieCzym kierowali się Państwo przy wyborze firmy instalującej panele

Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług związanych z fotowoltaiką z ich dostawcami, postanowiło sprawdzić, jak wygląda proces poszukiwania przez Polaków odpowiedniej firmy do wykonania instalacji. Wyniki przeprowadzonego badania wskazują, że kluczowym czynnikiem, branym pod uwagę przy wyborze wykonawcy, jest cena. Jako najważniejszą wskazało ją aż 53% badanych. Na drugim miejscu z wynikiem 39% znalazły się opinie poprzednich klientów. 23% inwestorów przyznało, że firmę polecili im znajomi lub rodzina, a 21% wybrało taką, która mogła wykonać zlecenie w dogodnym terminie.

Firmy z doświadczeniem poszukiwane

W kwestiach technicznychZ raportu Oferteo.pl wynika, że znalezienie odpowiedniego wykonawcy zajmuje inwestorom w Polsce zwykle 2–3 tygodnie (31% respondentów). 21% badanych na poszukiwania poświęciło 3–4 tygodnie, a 30% odpowiednią firmę znalazło dopiero po miesiącu. Pozostałym 18% udało się to w mniej niż tydzień.

Co ciekawe, aż 77% właścicieli instalacji fotowoltaicznej przyznało, że przy wyborze zleceniobiorcy bardzo duże znaczenie miało, jak długo firma funkcjonuje na rynku. Przedsiębiorstwa z dużym doświadczeniem, renomą i wieloma zrealizowanymi zleceniami cieszą się zdecydowanie największą popularnością wśród klientów. Oznacza to nieco utrudnioną sytuację dla małych, nowych firm, które swoje portfolio będą dopiero budować.

Podczas wykonywanie przydomowej instalacji fotowoltaicznej aż 44% inwestorów całkowicie zdało się na wiedzę specjalistów z wybranej przez siebie firmy. Wykonawca w pełni przejmował decyzyjność w sprawach technicznych, a zleceniodawca obdarzał go pełnym zaufaniem. Finalnie aż 88% pytanych przyznało, że są zadowoleni z wyboru specjalistów, jakiego dokonało.

Dane pokazują, że Polacy bardzo chętnie korzystają z porad i pomocy ekspertów w zakresie fotowoltaiki. Firmy specjalizujące się w takich instalacjach są w stanie przygotować rozwiązanie spełniające oczekiwania klienta, przy minimalnym wysiłku z jego strony – komentuje Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Warto więc poświęcić czas na zapoznanie się z ofertami funkcjonujących na rynku firm i wybrać tę, której profesjonalizmu będziemy pewni. Szczególnie ważne jest to w przypadku osób, które nie posiadają wiedzy w tematyce mikroinstalacji fotowoltaicznych, więc nie będą w stanie kontrolować pracy zleceniobiorców.

Miesiąc oczekiwań

Jak długo należało czekać na realizację zleceniaWłaściciele mikroinstalacji wykonywanych w 2019 roku najczęściej oczekiwali na realizację zlecenia do miesiąca. 27% firm wykonało usługę w ciągu 1-2 miesięcy, a w 23% przypadków trwało to mniej niż 2 tygodnie. 6% badanych czekało na ukończenie instalacji nawet 3 miesiące i dłużej. Takie różnice w czasie realizacji wynikają najprawdopodobniej z różnych kolejek u specjalistów. Najdłuższe są one wiosną – maj, kwiecień i marzec to miesiące, w których firmy zajmujące się instalacjami mają najwięcej zleceń, a co za tym idzie – czas oczekiwania jest najdłuższy.

Metodologia badania

To pierwsza edycja „Raportu o fotowoltaice w Polsce”, kolejne będą realizowane co roku. Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w sierpniu 2020 roku metodą CAWI na próbie 696 osób.

[1] OZE – Odnawialne Źródła Energii

82% pracowników chętnie poddałoby się terapii psychicznej wspomaganej przez sztuczną inteligencję

  • Pandemia COVID-19 przyniosła najbardziej stresujący rok w historii i negatywnie wpłynęła na kondycję psychiczną 78% pracowników na świecie.
  • 85% ankietowanych twierdzi, że ich problemy ze zdrowiem psychicznym w pracy niekorzystnie wpływają na ich życie
  • 68% ludzi wolałoby porozmawiać o stresie i lęku w pracy z robotem, a nie ze swoim przełożonym.
  • 76% respondentów sądzi, że przedsiębiorstwa powinny robić więcej, aby wspierać zdrowie psychiczne swojego personelu.

Rok 2020 był zdaniem pracowników na całym świecie najbardziej stresującym rokiem w historii, a ludzie chcieliby skorzystać w związku z tym z pomocy robotów — to wyniki nowego badania przeprowadzonego przez Oracle i firmę Workplace Intelligence, która działa w sektorze badań i doradztwa kadrowego. Badanie z udziałem ponad 12 tys. pracowników, menedżerów, szefów działów kadr i przedstawicieli kierownictwa najwyższego szczebla z 11 krajów wykazało, że pandemia COVID-19 zwiększyła stres i lęk w miejscu pracy oraz wypalenie zawodowe wśród ludzi z całego świata. Co więcej, pracownicy woleliby, żeby z ich problemami pomogły im uporać się roboty, a nie ludzie.

COVID-19 negatywnie wpływa na zdrowie psychiczne pracowników na całym świecie

Pandemia COVID-19 sprawiła, że ludzie z całego świata zmagają się ze wzrostem lęku i przygnębienia w pracy.

  • 70% ankietowanych ocenia, że odczuwa w tym roku większy stres i lęk w pracy niż w jakimkolwiek wcześniejszym okresie.
  • Ten wzrost stresu i lęku negatywnie wpływa na zdrowie psychiczne 78% pracowników na świecie i powoduje większy stres (38%), brak równowagi między życiem zawodowym i prywatnym (35%), wypalenie zawodowe (25%), przygnębienie z powodu braku kontaktów społecznych (25%) i samotność (14%).
  • Nowe trudności wywołane przez globalną pandemię nałożyły się na codzienne czynniki stresu związane z pracą, takie jak presja na osiągnięcie norm wydajnościowych (42%), wykonywanie rutynowych i nużących zadań (41%) oraz przytłaczająca ilość pracy (41%).

Problemy ze zdrowiem psychicznym w pracy negatywnie wpływają na życie osobiste

Globalna pandemia zaogniła problemy ze zdrowiem psychicznym w pracy, a ich konsekwencje nie ograniczają się do życia zawodowego — ludzie odczuwają ich skutki również w domu.

  • 85% ankietowanych uważa, że problemy ze zdrowiem psychicznym w pracy (tj. stres, lęk i przygnębienie) wpływają na ich życie osobiste.
  • Najczęstsze konsekwencje tych problemów to bezsenność (40%), zły stan zdrowia fizycznego (35%), mniejsze zadowolenie z życia osobistego (33%), pogorszenie relacji rodzinnych (30%) i izolacja od przyjaciół (28%).
  • Praca zdalna sprawiła, że granice między życiem prywatnym i zawodowym zaczęły zacierać się coraz bardziej. 35% ludzi pracuje miesięcznie o ponad 40 godzin więcej, a 25% z powodu przepracowania cierpi na wypalenie zawodowe.
  • Mimo odczuwanych wad pracy zdalnej 62% ankietowanych ocenia ją obecnie lepiej niż przed pandemią; pracownicy twierdzą, że mają teraz więcej czasu dla rodziny (51%), na sen (31%) i na wykonywanie swoich zadań (30%).

Pracownicy potrzebują pomocy i wybierają technologię zamiast ludzi

Ludzie chcą od technologii czegoś więcej niż tylko narzędzi ułatwiających współpracę — oczekują, że będzie ona wspierać ich zdrowie psychiczne.

  • Tylko 18% ankietowanych wolałoby, aby to ludzie, a nie roboty zapewniały wsparcie dla ich kondycji psychicznej. Zdaniem respondentów roboty nie oceniają (34%), nie są uprzedzone wobec osób dzielących się z nimi swoimi problemami (30%) i szybko udzielają odpowiedzi na pytania dotyczące zdrowia (29%).
  • 68% respondentów wolałoby porozmawiać o stresie i lęku w pracy z robotem zamiast z przełożonym, a 80% ludzi byłoby otwarte na skorzystanie z robota jako terapeuty lub doradcy.
  • 75% ankietowanych uważa, że sztuczna inteligencja wspiera ich zdrowie psychiczne w pracy. Wśród najważniejszych korzyści wymieniano dostarczanie informacji potrzebnych do sprawniejszego wykonywania pracy (31%), automatyzację zadań i zmniejszenie nakładu pracy z myślą o zapobieganiu wypaleniu zawodowemu (27%) oraz zmniejszanie stresu przez pomoc w określaniu priorytetów zadań (27%).
  • Sztuczna inteligencja pomogła też większości pracowników w skróceniu tygodnia pracy (51%) i wydłużeniu urlopu (51%). Ponad połowa ankietowanych stwierdziła, że sztuczna inteligencja zwiększa wydajność personelu (63%), podnosi zadowolenie z pracy (54%) i poprawia ogólne samopoczucie (52%).

Problemy ze zdrowiem psychicznym w pracy nie znikną i nie można ich ignorować

Pracownicy na całym świecie liczą na to, że ich pracodawcy zapewnią wsparcie dla ich zdrowia psychicznego. Brak takiej pomocy w dużym stopniu wpłynie na globalną produktywność personelu na całym świecie oraz życie osobiste i zawodowe ludzi.

  • 76% respondentów sądzi, że ich przedsiębiorstwa powinny robić więcej, aby chronić ich kondycję psychiczną. 51% przyznało, że ich firmy wprowadziły w związku z pandemią COVID-19 usługi lub wsparcie w zakresie zdrowia psychicznego.
  • 83% pracowników z całego świata chciałoby, aby ich pracodawcy udostępnili technologie, które wspierałyby ich kondycję psychiczną, takie jak samoobsługowy dostęp do zasobów w zakresie opieki zdrowotnej (36%), dostępne na żądanie usługi psychologiczne (35%), narzędzia do prewencyjnego monitorowania stanu zdrowia (35%), dostęp do aplikacji zdrowotnych i medytacyjnych (35%) oraz chatboty udzielające odpowiedzi na pytania związane ze zdrowiem (28%).
  • 84% ankietowanych zmaga się z trudnościami podczas pracy zdalnej, przy czym najczęściej wymieniane są takie wyzwania, jak brak rozgraniczenia między życiem zawodowym i prywatnym (41%) oraz większe problemy związane ze zdrowiem psychicznym, w tym stres i lęk (33%).
  • 42% ludzi stwierdziło, że stres, lęk lub przygnębienie związane z pracą powoduje spadek ich produktywności, a 40% uważa, że prowadzi to do częstszego podejmowania złych decyzji. 85% ankietowanych jest zdania, że stres, lęk i przygnębienie związane z pracą mają wpływ na ich życie prywatne.

Wypowiedzi towarzyszące

„Nowe oczekiwania w obszarze pracy zdalnej i zacierające się granice między życiem prywatnym i zawodowym sprawiają, że skutki pandemii COVID-19 dla naszego zdrowia psychicznego są znaczne i dotykają pracowników ze wszystkich branż i krajów” — powiedział Dan Schawbel, partner zarządzający w firmie Workplace Intelligence. „Pandemia spowodowała, że zdrowie psychiczne znalazło się w centrum uwagi. Jest ono największym problemem współczesnych pracowników i tak będzie przez kolejną dekadę. Wyniki naszego badania uwidaczniają powszechność tego problemu i pokazują, dlaczego nadszedł czas, aby firmy zaczęły o tym rozmawiać i przyglądać się nowym rozwiązaniom”.

„W dobie globalnej pandemii zdrowie psychiczne stało się nie tylko wyzwaniem społecznym, lecz także ważnym problemem pracowników. Wywiera ogromny wpływ na wydajność poszczególnych osób, efektywność zespołów i produktywność całych przedsiębiorstw. To dziś sprawa pilniejsza niż kiedykolwiek dotąd. Pracownicy liczą na to, że ich pracodawcy staną na wysokości zadania i udostępnią im odpowiednie rozwiązania” — powiedziała Emily He, wiceprezes Oracle, szefowa działu Oracle Cloud HCM. „Istnieje wiele możliwości wspierania kondycji psychicznej pracowników na całym świecie i wiele sposobów wykorzystania w tym celu technologii takich jak sztuczna inteligencja. Najpierw przedsiębiorstwa muszą jednak wprowadzić zdrowie psychiczne do kręgu swoich zainteresowań. Jeśli uda nam się rozpocząć dyskusje na ten temat — zarówno na poziomie kadr, jak i kierownictwa — możemy zacząć coś zmieniać. Nie ma czasu do stracenia”.

Ten rok był bardzo trudny dla wszystkich. Izolacja społeczna, niepewność dotycząca przyszłości, poczucie zagrożenia uwypukliły nasze od dawna skrywane lęki i obawy. Wypalenie zawodowe, stres, presja na wyniki – z tymi problemami wielu pracowników borykało się od dawna, a dla działów HR zmierzenie się z tą sytuacją jest ogromnym wyzwaniem. To wpływa na niższą wydajność pracowników czy wręcz ich zawodową absencję. Pandemia dobitnie pokazała nasze słabości, ale też przyśpieszyła cyfryzację i oswoiła nas z nowymi technologiami, a to niesie ze sobą nowe szanse.  Dzięki rozwojowi sztucznej inteligencji dysponujemy narzędziami, które mogą pomóc w lepszej organizacji pracy i wyeliminowaniu problemów, z którymi firmy borykają się od lat. Co ważne, i co pokazują badania, pracownicy sami chcą z nich dzisiaj korzystać. Nie boimy się, że przez robota stracimy pracę, wręcz oczekujemy od niego pomocy. Przed pandemią nie było to wcale takie oczywiste. To duża zmiana i paradoksalnie pozytywny efekt COVID-19 dający szansę na transformację zarówno naszego myślenia, jak i narzędzi a w rezultacie poprawę satysfakcji z pracy.

Piotr Ferszka, Poland Applications Country Manager, Oracle

Metodyka

Wyniki badania opierają się na ankiecie przeprowadzonej przez firmę Savanta Inc. w okresie od 16 lipca do 4 sierpnia 2020 r. W ankiecie wzięło udział 12 347 respondentów z całego świata (ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Francji, Włoch, Niemiec, Indii, Japonii, Chin, Brazylii i Korei). Zadawano im pytania ogólne, aby poznać opinie kierownictwa i pracowników na temat zdrowia psychicznego, technologii sztucznej inteligencji, asystentów cyfrowych, chatbotów i robotów wykorzystywanych w pracy. Badanie objęło ludzi w wieku od 22 do 74 lat. Wyniki uzyskane w różnych próbach mogą różnić się od siebie. Wielkość odchyleń jest wartością mierzalną. Wpływają na nią liczba wywiadów i wartości procentowe wyrażające wyniki. W omawianym badaniu istnieje 95-procentowe prawdopodobieństwo, że wyniki nie będą różnić się o więcej niż 0,9 punktu procentowego (plus/minus) od wyników, które uzyskano by, gdyby przeprowadzono wywiady ze wszystkimi osobami na świecie reprezentowanymi przez wybraną próbę.

Wakacje na podwójnym gazie

Prawie 30% wszystkich nietrzeźwych kierowców w 2020 r. zatrzymano do kontroli podczas tegorocznych wakacji. W stosunku do zeszłorocznego sezonu urlopowego było ich więcej o 2,5%. W lipcu i sierpniu codziennie policjanci kontrolowali średnio ponad ⅓ więcej nietrzeźwych kierowców niż w pozostałych dniach tego roku.

Policyjne statystyki pokazują, że w czasie każdego z wakacyjnych miesięcy funkcjonariusze zatrzymali średnio 38% więcej nietrzeźwych kierowców niż w pozostałych miesiącach tego roku. Tylko od początku lipca do 30 sierpnia zatrzymano 15 293 nietrzeźwych kierowców. Eksperci rankomat.pl przeanalizowali, jak prezentują się statystyki dotyczące kierujących pojazdami, których stan wskazywał na spożycie alkoholu.

Wakacyjny luz

Od 2015 do 2018 roku liczba zatrzymanych w czasie wakacji kierowców pod wpływem alkoholu zmniejszała się z 17 768 takich przypadków do 14 214. Jednak w zeszłym roku liczba nietrzeźwych osób za kierownicą wzrosła do 14 924, a w tym roku do 15 293 zatrzymanych.Liczba zatrzymanych nietrzeźwych kierowców w czasie wakacji w latach 2015 – 2020_v1

Kolejnym niepokojącym faktem jest proporcja zatrzymań. Kierujący pod wpływem alkoholu zatrzymani w ciągu dwóch wakacyjnych miesięcy 2020 roku stanowili prawie 30% wszystkich kierowców dopuszczających się tego czynu w tym roku. W lipcu i sierpniu codziennie policjanci kontrolowali średnio ponad ⅓ więcej nietrzeźwych kierowców niż w pozostałych dniach.

Pandemia daje szansę na poprawę

Biorąc pod uwagę sytuację w skali całego roku, obserwujemy podobną tendencję. W 2015 policja zatrzymała 128 996 nietrzeźwych kierowców. Do 2018 roku liczba ta spadła do 104 600 zatrzymanych. Jednak w zeszłym roku wzrosła do 110 971.Liczba zatrzymanych nietrzeźwych kierowców w latach 2015 – 2019_v1

Ten negatywny trend ma szansę odwrócić pandemia. Zmniejszone natężenie ruchu, wywołane ograniczeniem w przemieszczaniu się na początku tego roku, wpłynęło na statystki. Policjanci od początku marca do końca maja zatrzymali o 5 tys. mniej nietrzeźwych kierowców niż rok wcześniej. Jednak porównując wszystkie dni od początku tego roku do analogicznego okresu 2019 roku, widzimy, że zatrzymanych za jazdę pod wpływem alkoholu jest już tylko 4 tys. mniej.Liczba zatrzymany nietrzeźwych kierowców w poszczególnych miesiącach 2019 i 2020 roku_v1

Bezpieczniej na drogach

Policjanci w 2020 roku odnotowali także mniej wypadków i mniej rannych oraz zabitych w nich osób. Ten trend utrzymuje się od 2016 roku. Niestety wyłamuje się z niego liczba zgonów, która w latach 2017 – 2019 była coraz większa.Statystyki wypadkowe na polskich drogach w latach 2015 – 2019_v1

Statystyki wypadkowe wpływają na cenę OC. Z reguły tam, gdzie jest wyższe natężenie ruchu i dochodzi do większej liczby wypadków oraz kolizji, obowiązkowa polisa jest droższa. M.in. dlatego w Opolu za OC kierowcy zapłacą średnio 615 zł, a we Wrocławiu 300 zł więcej. Każdy ubezpieczyciel inaczej analizuje ryzyko i nie są to jedyne czynniki wpływające na cenę, dlatego zawsze warto porównać wszystkie oferty – mówi Tomasz Kroplewski Kierownik ds. Rozwoju Produktu rankomat.pl.

Wzrost deficytu handlowego za oceanem

Pomimo słabnącego dolara import towarów do kraju w dalszym ciągu rośnie. Jest to dokładnie przeciwna tendencja, niż ta, na którą liczył urzędujący prezydent Donald Trump.

Deficyt handlowy USA rośnie

Wczoraj poznaliśmy dane na temat handlu zagranicznego w USA. W sierpniu widzieliśmy zarówno wzrost eksportu jak i importu, import jednak rósł szybciej niż eksport. W rezultacie deficyt dalej rośnie. Działo się to pomimo drożejącego dolara, który wpływał jednak na zwiększenie opłacalności eksportu kosztem importu. Dolar przyjął te dane w miarę spokojnie, a nawet pod koniec dnia się lekko umacniał, ale to już zasługa bardziej wystąpień przedstawicieli FED.

Stopy procentowe w Polsce

Dzisiaj czeka nas decyzja Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Jest bardzo wątpliwe by doszło do zmiany rekordowo niskich sóp procentowych w najbliższym czasie. Posiedzenia te mają jednak bardzo ważny element w postaci konferencji prasowej prezesa NBP po samym posiedzeniu. To właśnie sygnały płynące z tego spotkania budzą największe zainteresowanie analityków i inwestorów.

Słabsze dane z zachodu

Dzisiaj rano poznaliśmy dane z Niemiec na temat produkcji przemysłowej. W skali roku jest to spadek aż o 9,6%, a co gorsze jest to o 1,3% więcej, niż oczekiwali analitycy. Interesująca jest reakcja rynków na te dane. Zwykle po słabszych danych inwestorzy patrzą z dystansem na walutę obszaru, którego one dotyczą. Euro z kolei dzisiaj od rana zyskuje na wartości względem dolara, pomimo słabszych odczytów zza Odry. Nie można oczywiście wykluczyć, że kilku dużych graczy na rynku spodziewało się jeszcze większego spadku, dlatego kupowali euro po publikacji.

Dzisiaj dzień wolny w Chinach, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Raport ADP: Niemal jedna trzecia Polaków nie słyszała o PPK

Choć konkretne ustalenia dotyczące Pracowniczych Planów Kapitałowych znane są już od ponad roku, a pierwszy etap wdrażania mamy już za sobą, to świadomość Polaków dotycząca programu jest wciąż niewielka. Prawie 30 proc. polskich pracowników deklaruje, że nie słyszało o wprowadzanych zmianach w systemie emerytalnym, a niemal 53 proc. uważa, że o programie wie niewiele – wynika z badania firmy ADP „Workforce view 2020”.

Na początku lipca 2019 r. rozpoczęło się wdrażanie pierwszego etapu Pracowniczych Planów Kapitałowych. Jak pokazują wyniki badania ADP, z informowaniem pracowników na temat programu lepiej, ale wciąż niezadowalająco poradziły sobie duże firmy, zatrudniające od 250 do 500 pracowników. Tylko 28 proc. zatrudnionych w tych przedsiębiorstwach twierdzi, że ma bardzo dużą wiedzę dotyczącą PPK, a aż 55 proc. uważa, że ich wiedza jest niewielka. Najgorzej w tym zakresie poradziły sobie bardzo małe firmy. Aż 40 proc. pracowników przedsiębiorstw zatrudniających do 9 osób deklaruje, że nie słyszało o programie. Podobnego zdania jest ponad 35 proc. badanych pracujących w firmach o wielkości 55-99 osób.

– Po pierwszym etapie wdrażania Pracowniczych Planów Kapitałowych jedynie 40 proc. pracowników zdecydowało się na oszczędzanie w ramach tego programu. Wynika to prawdopodobnie nie tylko z mniejszego zaufania do reform ogółem – wolimy to, co dobrze znamy i co jest sprawdzone – ale także ze złożoności programu. Wieloetapowość i niejasności związane ze zmianą wpłat, transferem środków czy rezygnacją z udziału w PPK skutecznie odstraszyły pracowników – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska. – Warto jednak wspomnieć, że uczestnictwo w programie, a także wiedza na jego temat zależą w dużej mierze od zaangażowania pracodawcy w szczegółową komunikację na temat PPK. Jak wynika z badania ADP, ci jednak nie do końca wywiązali się z tego zadania, ograniczając się jedynie do poinformowania pracowników o możliwości przystąpienia do programu – dodaje.

Świadomość rośnie z wiekiem

Jak się okazuje, większą wiedzę dotyczącą programu PPK mają starsi pracownicy. Ponad 78 proc. pracowników w wieku 45-54 lata deklaruje, że słyszało o wprowadzanych zmianach związanych z system emerytalnym. Tego samego zdania jest 84 proc. badanych w wieku 55+. Najmniejszą świadomość mają z kolei pracownicy pokolenia Z, czyli z grupy wiekowej 18-24 lata – aż 42 proc. z nich nie słyszało o PPK.

– Niewielkie zainteresowanie i mała świadomość młodszych pracowników na temat zmian w systemie emerytalnym mogą wynikać z przekonania, że kwestia ta dotyczy ich w mniejszym stopniu. Młody wiek to nie jest jeszcze moment, aby myśleć o odkładaniu pieniędzy na bezpieczną starość, a raczej o inwestowaniu w swoją najbliższa przyszłość, a co za tym idzie, aby zarabiać jak najwięcej. Natomiast pracownicy w wieku 55+, którzy są przed przejściem na emeryturę, z większą uwagą przyglądają się czekającym ich zmianom i postrzegają je jako coś, co realnie wpływa na ich bliską przyszłość oraz wzmaga poczucie bezpieczeństwa co do owej przyszłości – twierdzi Anna Barbachowska.

Choć II etap wdrażania programu PPK rozpoczął się w styczniu 2020 r., to ze względu na pandemię koronawirusa przedłużono termin zawierania umów. Jak pod koniec lipca poinformował Polski Fundusz Rozwoju, II i III etap zostaną połączone i mają potrwać do 27 października tego roku. Łącznie programem objęte zostanie 68 tys. małych i średnich firm zatrudniających 3,7 mln pracowników. Przy czym 11 tys. średnich i około 2 tys. małych przedsiębiorstw dokonało już wdrożenia PPK.

– Specyficzny okres trwającej pandemii koronawirusa będzie skutkować koniecznością zmiany w podejściu do wdrożenia PPK. Pracodawca wdrażający PPK ma szereg obowiązków informacyjnych, stąd szczególnym wyzwaniem będzie realizacja tych obowiązków w obecnej sytuacji. Warto precyzyjnie ustalić kanały komunikacji, ale też i określić harmonogram informowania pracowników o poszczególnych elementach PPK, a bardziej ogólnie – informowania pracowników o samej idei PPK. Wreszcie podkreślić należy, że pracodawca nie może nakłaniać osób zatrudnionych do rezygnacji z uczestnictwa w PPK, ponieważ takie działanie jest karalne. Kluczowy w mojej ocenie będzie również czynnik czasu, z uwagi na dużą grupę przedsiębiorców, którzy będą teraz obejmowani programem. Innymi słowy, im szybciej pracodawca rozpocznie konkretne działania w celu wdrożenia PPK, tym przeprowadzi to lepiej, skuteczniej i zapewne też z uwzględnieniem optymalizacji kosztów wdrożenia – mówi Tomasz Czerkies, radca prawny w ADP Polska.

Barometr nastrojów pracowników: raczej nisko oceniamy poziom satysfakcji z pracy i zadowolenia z wynagrodzenia

Wynagrodzenie, stabilność zatrudnienia, satysfakcja z pracy oraz zaufanie do przełożonego zbadano na prawie 1000-osobowej próbie pracowników oraz pracodawców. Wyniki wskazują na to, że wiele jest do poprawy: pracownicy średnio oceniają wszystkie badane aspekty, a jedną z największych bolączek przełożonych jest brak umiejętności odczytywania nastrojów panujących w zespole.

Badanie „Barometr nastrojów pracowników“ przeprowadzili wspólnie Gi Group, Grafton
Recruitment, Wyser oraz TACK TMI. Pokazuje, jak się czują zatrudnieni na rynku pracy i jak
oceniają swoją sytuację. Dlatego zapytaliśmy m.in.:

  • czy są zadowoleni z wynagrodzenia?
  • jak oceniają stabilność swojej pracy?
  • czy odczuwają satysfakcję z pracy?
  • jak oceniają swojego szefa oraz jak zdaniem podwładnych – szef radzi sobie w sytuacjach kryzysowych?

Podczas badania pracodawcy odpowiadali na te same pytania co pracownicy, wskazując „co ich zdaniem uważają pracownicy”. Chcieliśmy się dowiedzieć, czy mają wspólne perspektywy, gdzie widać różnice w ocenie sytuacji na rynku pracy i z czego mogą one wynikać. Wynik w każdej kategorii to jedna liczba stanowiąca średnią wyciągniętą ze wszystkich odpowiedzi udzielonych w danym bloku tematycznym kwestionariusza, w skali od 1 do 10. Jeśli chodzi o wynagrodzenie to barometr nastrojów jest wyższy u pracowników i wynosi 6,6. Pracodawcy są mniej optymistyczni i u nich barometr wyniósł 6,2.

– Z Barometru nastrojów pracowników wynika, że Polacy nie są zadowoleni ze swojej pensji i chcą zarabiać więcej. Na 6 lub wyżej ocenia swoje wynagrodzenie trzy czwarte pracowników, ale aż prawie 70 proc. szefów uważa, że pracownicy są zadowoleni z uposażeń – komentuje Antonio Carvelli, członek zarządu i deputy country manager agencji pracy Gi Group.

Dopytaliśmy więc pracowników, który ocenili swoje wynagrodzeni tylko na „5” lub poniżej: Czy w związku z tym szukają lepiej płatnej pracy? Aż 90 proc. z pytanych powiedziało: tak.

– Pracodawcy, szefowie, przełożeni! Sprawdźmy, co możemy zrobić, by zatrzymać talenty w firmie. Jeśli nie możemy dać podwyżek, są inne narzędzia motywacyjne: pracownicy potrzebują i oczekują szkoleń, warsztatów. Może jesteśmy w stanie dofinansować ich pasję? Może mają inne potrzeby, które możemy spełnić bez narażania na zachwianie budżetu firmowego? Daję  nam, pracodawcom, zadanie: sprawdźmy, co możemy zrobić dla naszych pracowników – komentuje Joanna Wanatowicz, Business Director Grafton Recruitment.

Przy pytaniu o stabilność zatrudnienia, wprawdzie o włos, ale wyższą notę i lepsze zdanie w tej kwestii mają pracownicy. Barometr nastrojów wynosi u nich 7,1, u pracodawców 7. Co zastanawiające, najniższe wyniki w całym badaniu zanotowaliśmy w części dotyczącej satysfakcji z pracy. Barometr dla pracowników osiągnął tu 6, a u pracodawców tylko 5,9. To warte dalszych badań, ponieważ satysfakcja z pracy jest jednym z kluczowych elementów, na które dziś zwraca się uwagę podczas rekrutacji, jak i całego procesu zatrudnienia. W ostatnim segmencie dotyczącym zaufania do przełożonego barometr nastrojów wśród
pracowników i pracodawców wyniósł dokładnie tyle samo: 6,6. „Barometr nastrojów pracowników” będzie cyklicznym badaniem, podczas którego Gi Group wraz z Grafton Recruitment, Wyser oraz TACK TMI będą obserwować samopoczucie pracowników.

* Badanie w formie ankiety online przeprowadzono w lipcu i sierpniu 2020. Na pytania odpowiedziało 591 pracowników oraz 370 pracodawców.

Kara za brak OC w 2021 r.

Kary za brak obowiązkowej polisy OC wzrosną na początku 2021 r. wraz z płacą minimalną. O ile droższa będzie jazda bez OC?

Pierwsza od 30 lat recesja gospodarcza uniemożliwiła rządowi spełnienie wyborczych obietnic związanych z dużą podwyżką płacy minimalnej. W 2021 r. wzrost „najniższej krajowej” będzie znacznie mniejszy od wcześniejszych zapowiedzi. Mimo tego wspomnianą zmianę odczuje nie tylko część pracowników. Warto pamiętać, że już 1 stycznia 2021 r. proporcjonalnie do podwyżki płacy minimalnej wzrosną też kary dla nieubezpieczonych kierowców.

Sprawdzamy, jaka będzie rzeczywista skala tej podwyżki. Niestety nie wpłynie ona raczej na zahamowanie szybkiego wzrostu liczby kierowców karanych za brak OC.

Jak ustalana jest wysokość kary za brak OC?

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w 2021 r. płaca minimalna wzrośnie z 2600 zł brutto do 2800 zł brutto.

„Ta zmiana wpłynie również na poziom kar za brak obowiązkowej polisy OC” – podkreśla Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Wysokość kary za brak OC jest bowiem określana jako:

  • 200% minimalnego wynagrodzenia (stawka dotycząca posiadaczy samochodów osobowych)
  • 300% minimalnego wynagrodzenia (stawka dla posiadaczy samochodów ciężarowych, autobusów i ciągników samochodowych)
  • 1/3 minimalnego wynagrodzenia (stawka dotycząca posiadaczy innych pojazdów – np. motocykli i motorowerów)

Ile wyniesie kara za brak OC w 2021 r.?

Dokładna wysokość kary za brak OC zależy od długości przerwy w polisie oraz rodzaju nieubezpieczonego pojazdu. Stawki na 2021 r. prezentuje poniższa tabela.
Dokładna wysokość kary za brak OC

Mimo kar Polacy nadal jeżdżą bez OC

Jak nietrudno obliczyć, wszystkie kary za brak OC na początku 2021 r. wzrosną o około 8%. Jest to całkiem spora zmiana, która znacząco przewyższa oficjalnie podawany poziom rocznej inflacji. W przyszłym roku kary dla nieubezpieczonych kierowców będą bardziej dotkliwe również ze względu na pogorszenie się sytuacji dotyczącej rynku pracy.

„Mimo tego trudno jednak przypuszczać, że kolejny wzrost stawek karnych przyczyni się do znaczącego ograniczenia liczby kierowców bez obowiązkowego OC” – komentuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Dane Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego potwierdzają, że wzrost kar dla nieubezpieczonych kierowców wcale nie skutkuje spadkiem liczby ukaranych. UFG przez ostatnie lata wystawił następującą liczbę wezwań do zapłacenia kary za brak OC:

  • 2013 rok – 49 771 wezwań
  • 2014 rok – 56 146 wezwań
  • 2015 rok – 67 455 wezwań
  • 2016 rok – 71 120 wezwań
  • 2017 rok – 79 935 wezwań
  • 2018 rok – 93 061 wezwań
  • 2019 rok – 125 992 wezwania

Powyższe statystyki wyglądają niepokojąco, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost skuteczności wykrywania nieubezpieczonych kierowców.

„Natomiast wynik dotyczący I kwartału 2020 r. (aż 40 093 wystawione wezwania karne) na pewno nie wróży zbyt dobrze w perspektywie całego roku. Być może nieskuteczność obecnego systemu kar zmotywuje ustawodawcę do wprowadzenia innych rozwiązań” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Jak będziemy zarządzać biznesem w 2030 roku? – Sylwia Pyśkiewicz, Iron Mountain Polska

Rynek pracy nieustannie się zmienia. Na ostatnie zawirowania ogromny wpływ miała pandemia COVID-19, która spowodowała między innymi wzrost znaczenia pracy zdalnej. Co jeszcze może się wydarzyć i jak najbliższe lata będą kształtować sposoby zarządzania biznesem? Niewątpliwie czeka nas automatyzacja wielu procesów i dalszy rozwój sztucznej inteligencji. Jak pokazują badania[1], 86% respondentów uważa, że nowe technologie nie zastąpią kompetencji ludzkich, ale aż 37% badanych obawia się postępu informatycznego. Jakie narzędzia i obszary zrewolucjonizują nasze miejsca pracy za 10 lat?

Według raportu „Światowe tendencje do 2030 r.: czy UE jest w stanie sprostać przyszłym wyzwaniom?” jako jedna z pięciu najważniejszych tendencji globalnych wskazana jest rewolucja przemysłowo -technologiczna. Jego autorzy prognozują, że nadchodzący przełom technologiczny, który rozwinie się przez najbliższe 10 lat na masową skalę, przyniesie nam tzw. „Internet przedmiotów” charakteryzujący się dużymi zbiorami danych i ich eksploracją, chmurami obliczeniowymi oraz komputerami o ogromnych mocach obliczeniowych[2].

Żeby nie bać się przyszłości, trzeba najpierw zachodzące zmiany zrozumieć i oswoić. Żyjemy w świecie, w którym powszechny jest dostęp do rozwiązań cyfrowych. Z pewnością szybki postęp w dziedzinie innowacji technologicznych sprawia, że pojawiają się nowe wyzwania w obszarze zarządzania organizacją. Jakie trendy będą obowiązywać w 2030 roku? Już dekadę wcześniej warto sprawdzić, w którą stronę zmierzają przedsiębiorstwa i w jakich kierunkach będzie rozwijać się biznes.

  1. Niezbędne narzędzia: sztuczna inteligencja (AI) i uczenie maszynowe (ML)

Na znaczeniu zyskują dane i umiejętność analizy. Rośnie ich skala, szybkość, ale także możliwości przetwarzania. Spowoduje to pięciokrotny wzrost ich strumieni i infrastruktury analitycznej[3]. Ciągły rozwój i upowszechnianie AI znacząco wpłynie na prowadzenie biznesu, może zrewolucjonizować nawet całe branże, na przykład świat motoryzacji. Sztuczna inteligencja wraz z uczeniem maszynowym, które jako jej część wykorzystywane jest w programach AI, umożliwiają rozwój cyfrowy, zmieniają sposób podejścia do danych, interakcji z nimi, a także możliwości ich wykorzystania.

„Według prognoz do końca 2024 r. 75% przedsiębiorstw będzie w praktyce wykorzystywać możliwości sztucznej inteligencji. Uczenie maszynowe, które jest częścią AI, to coś więcej niż tylko programowanie komputerów, uczymy je analizować dane, a także na ich podstawie wykonywać zadania. Potrafią one prognozować, rozpoznawać, oraz klasyfikować informacje. Przykładem jest wykorzystanie autorskiego narzędzia InSight, które potrafi wykonywać zadania analityków bankowych – wydawać decyzje o przyznaniu kredytu na podstawie analizy dokumentacji. Niesamowita jest również różnorodność tematów, którymi InSight potrafi się zająć. Pomaga szybko analizować rozproszone dane, nawet z takich nośników jak taśmy video, informując np. o tym, w którym meczu piłkarskim i w której sekundzie logo danej firmy było widoczne podczas strzelania gola. Jest też partnerem-konsultantem zbierającym oraz analizującym dane, choćby dla inżynierów podejmujących decyzje o miejscach odwiertu ropy naftowej. Już obecnie wiele światowych firm stosuje Big Data i ML. Za 10 lat może nie być biznesu, który nie korzysta z ich potencjału. W przyszłości będzie ono jeszcze szerzej wykorzystywane w takich dziedzinach jak transport w kontekście autonomicznych samochodów czy obrazowania medycznego w diagnostyce” – mówi Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska.

  1. Niezbędne stanowiska: analityk decyzyjny i lider danych

Sztuczna inteligencja usprawnia także procesy decyzyjne. Bardzo szczegółowa analiza nie zawsze jest niezbędna i może zostać zautomatyzowana. Trendy pokazują, że już za trzy lata ponad 33% dużych organizacji będzie miało w swoich szeregach analityków praktykujących inteligencję decyzyjną, w tym modelowanie decyzji[4]. Odpowiednie systemy potrafią przetwarzać dużą liczbę informacji, rekomendować, przyspieszać i poprawiać proces podejmowania decyzji biznesowych. Bardzo zaawansowane mechanizmy analityczne oparte o AI rewolucjonizują rynek i pozwalają w nowym świetle patrzeć na informacje z różnych obszarów, między innymi marketingu, sprzedaży, usług czy handlu.

Cyfrowa rewolucja trwa, a rozszerzone zarządzanie danymi jest w nią wpisane. Wykorzystuje techniki sztucznej inteligencji i maszynowego uczenia. Generowanie coraz większej liczby dokumentów wymusza na przedsiębiorstwach korzystanie z narzędzi, które pozwalają optymalizować i usprawniać operacje. Dane, ich umiejętne przetwarzanie, przechowywanie i analizowanie są sprawą podstawową dla każdego przedsiębiorstwa. Dlatego już za parę lat niezbędną osobą w firmie będzie tzw. lider danych, który będzie za nie odpowiadał i szukał możliwości rozszerzonego zarządzania nimi.

„Czy dane można kupować, jak na rynku? Oczywiście. Już współcześnie to bardzo cenna waluta. Dlatego bardzo ważne jest ich bezpieczeństwo. Badania pokazują, że co roku rośnie liczba organizacji, które sprzedają lub kupują informacje za pośrednictwem formalnych internetowych rynków danych. Szacuje się, że w ciągu dwóch lat liczba ta zwiększy się jeszcze o 10 punktów procentowych” – komentuje Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska.

  1. Must have 2030: chmura

Już w 2020 roku dla wielu organizacji przechowywanie danych w chmurze jest czymś naturalnym. Możemy przypuszczać, że za 10 lat jej znaczenie i powszechność tylko wzrosną. Chmura stała się nowym standardem dla IT w firmie. Coraz większa liczba informacji, ich rozmiar oraz troska o bezpieczeństwo sprawiają, że wykorzystywanie przez przedsiębiorców tego informatycznego udogodnienia staje się coraz bardziej popularne. Dobrym rozwiązaniem jest korzystanie z zewnętrznej firmy, która specjalizuje się w digitalizacji i przechowywaniu tego, co to co dla nich najcenniejsze, czyli dokumentów.

„Zgłaszają się do nas organizacje, które nie tylko chcą w bezpieczny i szybki sposób zarchiwizować swoje dane. Coraz częściej firmy decydują się na digitalizację swoich dokumentów i przechodzą na e-dokumentację, ale nie tylko ze względu na wygodę i szybkość obsługi. Słabnie przywiązanie do papieru, które jeszcze przed epidemią było bardzo widoczne. Pandemiczna rzeczywistość pokazała, że  możliwość zdalnego dostępu do danych, zarządzanie procesami na platformach workflow oraz wykorzystanie w firmach pracy maszyn i robotów dysponujących sztuczną inteligencją, które mogą pracować przez całą dobę 7 dni w tygodniu, to wręcz konieczność” – mówi Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska.

[1] https://www.pwc.pl/pl/publikacje/2018/rynek-pracy-przyszlosci-raport-pwc-2018.html

[2] https://espas.secure.europarl.europa.eu/orbis/sites/default/files//generated/document/en/espas-report-2015pl.pdf

[3] https://www.gartner.com/smarterwithgartner/gartner-top-10-trends-in-data-and-analytics-for-2020/

[4] https://www.gartner.com/smarterwithgartner/gartner-top-10-trends-in-data-and-analytics-for-2020/

Branża IT w nowej rzeczywistości. Kto zyskał, a kto stracił w 2020 roku?

Branża IT nie pozostała obojętna na wpływ pandemii COVID-19. Blisko połowa pracowników (42%) przyznaje, że koronawirus spowodował wstrzymanie podwyżek i awansów. Część ekspertów musiała zapomnieć również o premii – wynika z najnowszego raportu Devire „Branża IT w nowej rzeczywistości”. Kto zyskał, a kto stracił w 2020 roku?

Ponad połowa ekspertów z branży IT deklaruje, że po wybuchu pandemii COVID-19 ich warunki zatrudnienia nie uległy zmianie (62%). Nadal jednak co trzeciego eksperta w Polsce dotknęły zmiany w umowie z pracodawcą (38%) – w poziomie wynagrodzenia, realizowanych projektach czy formie umowy.RAPORT IT kto zyskał, a kto stracił w 2020 roku 1

Badanie „Branża IT w nowej rzeczywistości” zostało zrealizowane wśród specjalistów i managerów oraz liderów organizacji w okresie od czerwca do sierpnia br. Odpowiedzi udzieliło 426 respondentów z branży IT.  Ankieta została przeprowadzona w okresie od czerwca do sierpnia 2020 roku i objęła całą Polskę.

Podwyżki i awanse pod znakiem zapytania

Główne zmiany, jakie odczuli eksperci z branży IT dotyczą pracy zdalnej oraz wynagrodzenia – 84% ankietowanych przeszło na pracę zdalną. Podwyżki i awanse wstrzymano u 42% respondentów. Blisko co trzeci pracownik musiał również wykorzystać zaległe urlopy.

Firmy dostarczające usługi IT dla branż, na które pandemia miała bezpośredni wpływ (np. tworzące oprogramowanie dla linii lotniczych), straciły projekty. Aby przetrwać, były zmuszone wprowadzić zmiany w warunkach zatrudnienia. Większość pracodawców wprowadziła zdalny tryb pracy, ale ten nie jest dla ekspertów IT żadną nowością. To, co zabolało najbardziej, dotyczy oczywiście kwestii finansowych. Duża część pracodawców wstrzymała podwyżki i planowane awanse, wstrzymano także premie lub obniżono czasowo wysokość wynagrodzenia. Ruchem, który mógł zaskoczyć pracowników, było polecenie wykorzystania zaległych urlopów, zwłaszcza kiedy obowiązywał zakaz podróżowania. To jednak świadome działanie pracodawców szukających oszczędności – komentuje Agata Miller, lider zespołu IT w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

Co więcej, jak wynika z badania, w czasie pandemii pracownicy zmagają się z wyzwaniem, jakim jest przesuwanie w czasie lub zamykanie projektów (24%). Dochodzi także do zmniejszenia zakresu danego projektu lub obniżenia wynagrodzenia za jego wykonanie.

Jak przyznaje Ewelina, Security Specialist w firmie z branży IT:

Główną konsekwencją wybuchu pandemii koronawirusa w branży IT było wstrzymanie innowacyjnych projektów w firmach. W zespołach dało się wyczuć niepewność, która w głównej mierze wynikała z małej liczby nowych projektów w stosunku do tych zamrożonych. Przykładowo na dwa nowe projekty przypadało pięć zlikwidowanych.

Mniejsza skłonność do zmian

Rotacja i częste zmiany projektów dotychczas były wpisane w DNA pracy w branży IT. Jak się okazuje, po wybuchu pandemii COVID-19 chęć do zmian znacząco zmalała.

Choć specjaliści IT przyznają, że są otwarci na nowe wyzwania zawodowe, to 43% z nich czeka, aż pracodawca przedstawi im atrakcyjną ofertę. Jednocześnie mniej ekspertów z branży aktywnie szuka pracy – 23% ankietowanych w 2020 roku względem 34% w 2019 roku. Badani wskazują również, że nie szukają pracy i nie chcą zmieniać obecnej – 17% w 2020 roku względem 12% w 2019 roku.RAPORT IT kto zyskał, a kto stracił w 2020 roku

Co ciekawe, największą bierność w poszukiwaniu pracy wykazują osoby młode, na stanowiskach juniorskich – 64% respondentów z tej grupy przyznaje, że czeka na ofertę pracodawcy. Z kolei największą aktywność wykazują managerowie i project managerowie – co trzeci z nich aktywnie szuka pracy (33%). Może to wynikać ze wspomnianego przesuwania lub zupełnego zamykania projektów.

Polacy coraz chętniej płacą kartami zbliżeniowymi i aplikacjami mobilnymi

Wybuch pandemii Covid-19 spowodował duży odwrót od transakcji gotówkowych i wzrost zainteresowania płatnościami bezdotykowymi, czyli dokonywanymi kartami zbliżeniowymi i aplikacjami mobilnymi, wynika z najnowszego badania zachowań klientów detalicznych przeprowadzonego przez Bain & Company. Zdaniem ekspertów trend ten utrzyma się.

Na przełomie czerwca i lipca Bain & Company przeprowadził badania wśród około 10 tys. klientów  banków detalicznych w ośmiu krajach, w tym Polsce, aby zrozumieć, jak pandemia Covid-19 wpłynęła na zachowania konsumentów.

Z zebranych danych wynika, że w Polsce 27 proc. respondentów zrezygnowała z płacenia gotówką lub do minimum ograniczyła tę formę rozliczenia. Na tle badanych krajów Polska plasuje się blisko średniej, która wyniosła 30 proc. Dla porównania w Wielkiej Brytanii z transakcji gotówkowych zrezygnowało 42 proc. badanych, ale już we Włoszech, gdzie Covid-19 uderzył wyjątkowo mocno 21 proc.

W Polsce, do rezygnacji z gotówki przyczyniły się obawy o bezpieczeństwo zarówno po stronie kupujących jak i sprzedających oraz fakt, że w naszym kraju systematycznie rośnie liczba miejsc, w których możliwe są zakupy bezgotówkowe. Według danych Narodowego Banku Polskiego liczba punktów handlowo-usługowych akceptujących płatności przy użyciu kart płatniczych wzrosła w ciągu roku o 12 proc. i wyniosła 717,5 tys. na koniec marca 2020. W ujęciu kwartalnym wzrost wyniósł 3 proc.

Pewne zmiany w zachowaniach konsumenckich, które obserwowaliśmy w bankowości detalicznej już od dłuższego czasu, nabrały teraz przyspieszenia. Wzrost liczby transakcji dokonywanych bezdotykowo to efekt tego, że konsumenci boją się o swoje zdrowie, a placówki handlowe same zachęcają do takich transakcji – powiedział Marcin Szczuka, Młodszy Partner w Bain & Company.

Aż 41 proc. badanych Polaków zadeklarowała, że dokonując płatności częściej używała kart zbliżeniowych niż miało to miejsce przed pandemią. Plasuje to Polskę na drugiej pozycji po Wielkiej Brytanii, gdzie do częstszego używania kart zbliżeniowych przyznało się 46 proc. ankietowanych.

Jeszcze przed wybuchem pandemii polski rynek kart zbliżeniowych rozwijał się bardzo dynamicznie. Jak wynika z danych NBP na koniec marca 2020 r. stanowiły one 86 proc. wszystkich kart płatniczych. Dodatkowym impulsem do ich używania było zwiększenie limitu transakcji, do którego nie jest wymagane wprowadzenie kodu PIN.

Pandemia przyczyniła się też do wzrostu zainteresowania płatnościami zbliżeniowymi wykonywanymi poprzez aplikacje mobilne takie jak np. Apple Pay, czy Google Pay. Niemal jedna czwarta ankietowanych Polaków (24 proc.) zadeklarowała, że częściej korzystała z tych rozwiązań, a 2,7 proc. użyło ich po raz pierwszy. Wszyscy respondenci deklarują, że będą nadal korzystać z rozwiązań mobilnych.

Ten trend będzie się pogłębiał. Z naszych badań klientów wynika, że kto raz przełamał niechęć do tego typu transakcji i przekonał się, że są wygodne i bezpieczne, ze sporym prawdopodobieństwem nie będzie chciał wrócić do płatności gotówkowych – dodał Marcin Szczuka.

Niedobra inflacja

Niektóre tematy gospodarcze są zawsze żywe – niezależnie od tego, czy mierzymy się z kryzysem, czy nie. Takim tematem jest inflacja. Tą jednostką mierzy się siłę nabywczą waluty, na podstawie poziomu cen produktów i usług w danym roku. Jeśli ceny rosną, siła nabywcza spada – czyli rośnie inflacja. Mierząc się z kryzysem epidemicznym mierzymy się również z inflacją, która w Polsce utrzymuje się na poziomie 3%. Jej wysokość zależy jednak od kilku czynników. Nie na wszystkie czynniki mamy wpływ. Jednym z nich na pewno jest spadek cen ropy na rynku światowym, który towarzyszy nam od początku epidemii. Dzięki temu inflacja złotego spadła z 4 do 3% i na takim poziomie się utrzymuje. Trzyprocentowa stopa inflacji to nie tak dużo – nie musi być to wcale rzecz zła dla gospodarki, jeśli wypływa z rosnącego popytu. Ekonomiści wskazują jednak, że inflacja w Polsce wcale nie jest spowodowana zdrowym działaniem rynku.

– Inflacja nie jest najgorsza dla gospodarki, jeśli wynika z rosnącego popytu. Ruch na rynku jest duży – więc ceny rosną, gdy popyt przekracza podaż. Niestety w naszym przypadku wzrost cen wynika ze wzrostu kosztów, na przykład cen energii. To jest niedobra inflacja – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Taka inflacja nie poprawia nic w gospodarce, a wręcz przeciwnie – obniża realną siłę nabywczą dochodów, co z kolei uderza w konsumpcję, która mogłaby zmniejszyć efekty kryzysu w Polsce. Popyt konsumpcyjny nie decyduje o dynamice gospodarki – ale jest poduszką powietrzną, która może obniżyć czy ograniczyć efekty recesyjne kryzysu. Dlatego warto utrzymać inflację na jak najniższym poziomie – zaleca Orłowski.

Cierpimy na obsesję powiadomień, telefon sprawdzamy 160 razy dziennie

160 zerknięć na dobę. Tyle razy sprawdzamy powiadomienia na telefonie, zdradzają najnowsze badania Reviews.org. Zafascynowani technologią i jej możliwościami, bez reszty zanurzyliśmy się w smartfonowym świecie. Szybki rzut oka to dla nas za mało, większość z nas wpatruje się w wyświetlacz telefonu przynajmniej przez 3 godziny dziennie. To nie mało, ale czy to coś złego?

Post-digital to stosunkowo świeża koncepcja, która zrywa z tak popularnym terminem cyfryzacji. Eksperci są przekonani, że nie można już mówić o digitalizacji, gdy ta stała się tak powszechna, że aż oczywista i trwale wpisała się w rutynę naszego życia.

Ma to jednak swoje konsekwencje. Coraz więcej komunikatorów, kolejne platformy społecznościowe, spersonalizowane reklamy i w konsekwencji ogrom notyfikacji i obsesja powiadomień. Terapeuci z Psychology Today ostrzegają, że powinniśmy nauczyć się wybiórczo traktować powiadomienia, jakie wysyła nam telefon. Czasem nawet całkowicie je ignorując. Jednak jak pokazują badania Review.org, dla ponad 75% respondentów pokusa jest zbyt silna i gdy tylko usłyszą charakterystyczny dźwięk, dochodzący z okolic smartfona, bez namysłu po niego sięgają.

Obsesja powiadomień

Do sięgania po smartfon nie trzeba nas specjalnie namawiać. W wielu przypadkach nawet nie potrzeba sygnałów dźwiękowych bądź wizualnych, by przykuć naszą uwagę. Analitycy z firmy Review.org, która ma swoją siedzibę w Salt Lake City, twierdzą, że 66% osób, które wzięły udział w badaniu, sprawdza statusy na swoim telefonie ponad 160 razy na dobę. To dwukrotnie częściej niż zerkamy na zegarek.

Tak jak turbosprężarka w samochodzie zwiększa moc silnika, tak nawyk ten, został dodatkowo wzmocniony przez pandemię, która wiele osób zmusiła do zdalnego wykonywania obowiązków służbowych. Nie od dziś wiadomo, że mobilne aplikacje świetnie współpracują z firmowymi systemami, takimi jak Trello czy Microsoft Teams. – Smartfon stał się więc integratorem, który łączy ze sobą nie tylko świat wirtualny i rzeczywisty, ale również prywatny i służbowy. Tym bardziej nikogo nie powinno dziwić zaangażowanie, z jakim spoglądamy na kolejne powiadomienia. – zauważa Grzegorz Kosiński, CEO Audience Network, należącej do grupy Cloud Technologies.

Pokolenie przewijaczy

W niedawno opublikowanym na łamach serwisu Medium artykule, posłużono się terminem “Infinite Scroll Generation”, czyli pokolenie nieskończonego przesuwania po ekranie. Użyto tego sformułowania w kontekście rosnącego stopnia uzależnienia od smartphonów. Jednak autorzy nie postrzegają tego trendu, jako coś negatywnego, zauważając, że to element ciągłego procesu rozwoju ludzkich kompetencji.

Dlatego naturalnym wydaje się pytanie, czy zamiłowanie do scrollowania, rzeczywiście stanowi problem, który powinien być przedmiotem społecznej dyskusji? Wiele zależy od postrzegania tej sytuacji. To, co dla pewnych grup pokoleniowych może być oznaką problemu, w przypadku innych, traktowane jest jako coś pozytywnego. Dlatego wyniki badań, jakie przeprowadziło Review.org, mogą być postrzegane dwojako. Okazuje się, że jedna na cztery osoby (24,6%) jest w stanie powiedzieć o sobie, że nie czuje się uzależniona od telefonu. Więcej niż połowa ankietowanych przyznaje, że rzeczywiście, w pewnym stopniu czuje się uzależniona (56,4%). Pozostałe 19% nie ma najmniejszych wątpliwości, że smartfon stał się dla nich zbyt ważny.

Lepsze, angażujące usługi, które przyciągną nas do ekranów na dłużej to pokłosie technologicznej rewolucji. Algorytmy stają się coraz lepsze, ponieważ zasilamy je precyzyjnymi danymi. Później odwdzięczają się nam konkretnymi informacjami, o tym, gdzie, kiedy, dlaczego i w jakich okolicznościach podejmujemy dane decyzje. Tyczy się to tak biznesu, jak i konsumenta. – zauważa Marcin Filipowicz, wiceprezes spółki Audience Network, która specjalizuje się w realizacji kampanii online wspartych analizą Big Data i dodaje: – Problemem nie jest ilość czasu, jaki spędzamy w sieci, bo ta wynosi dziś około 3 godzin dziennie, a jakość tej konsumpcji. A ta z roku na rok rośnie, głównie ze względu na rozwój kompetencji analitycznych. Wg. danych zebranych przez serwis amerykański serwis, 66% ankietowanych spędza w sieci około 3 godziny dziennie.

Telefon w pościeli

Rozłąka ze smartfonem? To nie wchodzi w grę, telefon zabieramy nawet do łóżka. Przynajmniej tak uważa ponad 65% ankietowanych, którzy wzięli udział w badaniu Reviews.org. Co ciekawe, dla niemałej grupy osób, ciepło, jakie wydziela ich elektroniczny gadżet, może być jedynym ciepłem, jakiego tam zaznają. Około 45% respondentów zadeklarowało, że jeżeli musieliby wybierać pomiędzy telefonem a seksem to… bez namysłu wybraliby to pierwsze.

Autorzy raportu zwracają uwagę na fakt, że co trzeci ankietowany (32%) oświadczył, że spędza więcej czasu ze smartfonem w ręku, niż ze swoimi najbliższymi. Jednak czy oznacza to, że rodzina stała się mniej ważna niż kawałek elektroniki? – W żadnym wypadku! – protestuje Grzegorz Kosiński i następnie dodaje: – Pomijając skrajne przypadki, powinniśmy odpowiedzieć sobie na jedno zasadnicze pytanie: czy czas spędzany w sieci, na pewno oznacza społeczną izolację? Wysyłamy znajomym zabawne filmy, za pomocą komunikatora, rozmawiamy z przyjacielem o weekendowych planach, a dodatkowo wspólnie przeglądamy najnowszą kolekcję naszego ulubionego, niszowego butiku. Może żyjemy w odosobnieniu, ale nie brakuje nam kontaktu z najbliższymi, może mamy go nawet więcej niż przed czasami mobilnej rewolucji.

Przewiduje się, że w najbliższych latach nastąpi wzmocnienie tego trendu. Według firmy Canalys, pomimo trwającej pandemii, jeszcze w tym roku na rynek trafi o 1500% więcej urządzeń obsługujących sieć 5G, niż w 2019. Wsparcie nowego standardu to szansa na wdrożenie kolejnych zaawansowanych aplikacji i rozwiązań. Serwisy społecznościowe, komunikatory, gry, aplikacje i reklamy staną się jeszcze bardziej spersonalizowane i co za tym idzie – będą dostarczać nam jeszcze więcej przyjemnych doznań. A endorfiny to coś co bardzo lubią nasze mózgi.

Domy bardziej odporne na COVID 19? Sprawdzamy ceny jesienią 2020

Czy koronawirus zmienił preferencje zakupowe Polaków na rynku nieruchomości? Część ekspertów, pośredników i deweloperów uważa, że tak. W okresie tzw. lockdownu więcej kupujących przejawiało zainteresowanie zabudową jednorodzinną lub produktami typu mieszkanie w pakiecie z ogródkiem. Czy taka oferta w większym stopniu jest „odporna” na ewentualne przeceny na rynku, spowodowane spadkiem popytu w związku z trwającą pandemią i niepewną sytuacją gospodarczą? Sprawdziliśmy, ile płaci się za domy jednorodzinne w największych miastach Polski jesienią 2020.

Najpierw trzeba jednak odpowiedzieć na pytanie, jak ogólnie wygląda sytuacja rynkowa. Otóż – nie ma już wątpliwości, że koronawirus jednak przekłada się na spowolnienie w segmencie nieruchomości. Z raportu Amron – Sarfin za II kw. 2020 wynika, że na rynku pierwotnym w analizowanym okresie liczba transakcji spadła nawet o 64 procent.

Wyraźne tąpnięcie zanotowano też w akcji kredytowej. Liczba udzielonych kredytów mieszkaniowych przekroczyła 45 tys. i była niższa kwartał do kwartału o 20 procent. Spadek łącznej wartości udzielonych kredytów wyniósł prawie 19%.

Mimo to, na razie nie widać większych przecen zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Eksperci Amron przyznają za to, że dynamika wzrostu cen wyhamowała. W kilku przypadkach odnotowano drobne spadki – chodzi o Wrocław i Kraków, gdzie mieszkania staniały o nieco ponad 1 procent. Metr kwadratowy nowego mieszkania we Wrocławiu kosztuje obecnie 7064 zł, a w Krakowie 7873 zł. Najdroższym rynkiem wśród miast wojewódzkich jest Warszawa, gdzie za 1 mkw. płaci się 9331 zł. W Gdańsku cena 1 mkw. to 8000 zł i w obu tych miastach stawki nieznacznie poszły w górę.

Co dalej z rynkiem? Mimo wyraźnego tąpnięcia spowodowanego COVID-19 ciągle oczekiwania są umiarkowanie optymistyczne. Po bardzo słabej wiośnie, w czerwcu i lipcu już nastąpiło ożywienie. Na pewno deweloperzy będą starali się iść na rękę kupującym, wprowadzając elastyczne tryby płatności, typu 10/90. Już to robili w marcu, kwietniu i maju, czyli w czasie zamknięcia życia społecznego. Firmy będą też dostosowywać podaż do sytuacji rynkowej. Mniejsza liczba oddawanych mieszkań będzie równoważyć popyt, a tym samym ceny.

Z gwałtownym spadkiem podaży mieliśmy do czynienia właśnie w II kw. 2020. Wg raportu Amron – Sarfin w II kwartale 2020 roku deweloperzy rozpoczęli budowę 21 686 mieszkań, czyli aż o 31,91% mniej w porównaniu do I kwartału br. i o 34,65% mniej w ujęciu rocznym.

Eksperci zaznaczają jednak, że po drastycznym wyhamowaniu inwestycji, czerwiec był już czasem odrabiania strat i wzrostu podaży. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w tym miesiącu firmy deweloperskie rozpoczęły budowę 9 317 mieszkań, co stanowi wynik lepszy o 50,57% w porównaniu do maja i tylko o 11,55% słabszy w stosunku do czerwca 2019 roku. Tak więc podaż „obudziła się” po lockdownie. Podobnie zresztą jest ze sprzedażą mieszkań, jednak kluczowa dla rynku będzie oczywiście jesień.

Domy na wirusa?
Co na razie można powiedzieć o preferencjach zakupowych Polaków w dobie pandemii? Na jakie nieruchomości stawiamy, z jakich rezygnujemy? W czasie zamknięcia gospodarki i życia społecznego, w marcu i kwietniu, dość głośno było o rosnącym zainteresowaniu klientów ogródkami działkowymi, działkami rekreacyjnymi, no i właśnie – domami jednorodzinnymi oraz mieszkaniami z ogródkiem. To oczywiście w pełni zrozumiałe – kawałek przestrzeni na świeżym powietrzu, to rzecz na wagę złota, gdy nie ma możliwości np. wejścia do lasu czy parku.

Czy jednak taka „nauczka” zmieniła się w trwalszą preferencję na rynku nieruchomości, czy była tylko chwilową modą?

Eksperci i uczestnicy gry rynkowej przyznają, że pewne zmiany tendencji są widoczne. Rośnie zainteresowanie nieruchomościami segmentu premium jako tymi, które w niepewnych czasach dają największą szansę zachowania wartości kapitału. Obowiązuje tu ten sam mechanizm jak w przypadku inwestycji w złoto i inne metale szlachetne.

Czy to samo dotyczy domów? Na podstawie ofert w GetHome.pl z całą pewnością można powiedzieć, że nie widać przecen na tym rynku, a przecież mówimy o nieruchomościach zasadniczo wyraźnie droższych od mieszkań.

W największych miastach Polski rozpiętość cen za zabudowę jednorodzinną jest wysoka – od około 3 tysięcy zł za metr kwadratowy za domy w oddalonych podmiejskich lokalizacjach i niższym standardzie, do nawet ponad 10 tys. od metra za wille, w prestiżowych dzielnicach.

W Warszawie za nowy 180 – metrowy dom na Dolnym Mokotowie trzeba zapłacić 1,93 mln zł. Stawka przekracza 10 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Na peryferiach miasta jest oczywiście znacznie taniej. W Wawrze – osiedle Miedzeszyn, około 12 km od centrum – za 150 – metrowy nowy dom w zabudowie bliźniaczej zapłacimy ponad 800 tysięcy złotych. Stawka za 1 mkw. wynosi niecałe 5200 zł.

Za najtańsze domy w Krakowie (wolnostojące, na rynku wtórnym) płaci się około 3500 zł/mkw. Za 134 mkw. (6 pokoi) w Nowej Hucie, 20 km od centrum miasta, zapłacimy niecałe pół miliona zł. Na drugim biegunie cenowym są nieruchomości w świetnych lokalizacjach. Do takich zaliczymy choćby prestiżową, willową Wolę Justowską. Tu stawki mogą być nawet kilka razy wyższe niż za domy na peryferiach. 220 – metrowa willa w tej części Krakowa to wydatek blisko 2 mln zł. Cena metra kwadratowego przekracza 9 tysięcy złotych.

W segmencie domów z całą pewnością nie widać – przynajmniej na razie – żadnych przecen, które miałyby wynikać z pandemii. Wręcz przeciwnie, stawki nie tylko nadal są wyśrubowane, ale nawet – w bardzo dobrych lokalizacjach i w przypadku nieruchomości o wysokim standardzie – jeszcze rosną. Ciężko powiedzieć jednak, czy ma to jakieś swoje źródło w traumatycznym doświadczeniu kwarantanny i wynikającej z niego chęci zagwarantowania sobie „przestrzeni”, czy też raczej z chęci ulokowania kapitału w bardzo atrakcyjnych nieruchomościach, które dają największą szansę zachowania wartości w dłuższej perspektywie czasowej.

Autor: Marcin Moneta, ekspert GetHome.pl – portalu domów na sprzedaż i wynajem.

Technologia a ludzkość w czasach ‘nowej normalności’

W ciągu następnej dekady ludzkość będzie musiała zmierzyć się z niewyobrażalnymi zmianami. Cześć z nich wynika z rozpędzonego rozwoju technologii i tempa współczesnego życia, część to wynik bezprecedensowych zdarzeń jak wybuch pandemii COVID-19. Czy można się do takich zmian przygotować i na nie uodpornić? Tylko jeśli zdecydujemy się na aktywne uczestniczenie w transformacji cyfrowej oraz współtworzenie nowego świata ramię w ramię z technologią. Czy ta synergia jest możliwa? Odpowiedzi na powyższe pytania zostały przedstawione podczas tegorocznej edycji konferencji Masters&Robots.

„Technology & Humanity in Never Normal World” to tytuł tegorocznej edycji konferencji Masters&Robots, podczas której uznani liderzy opinii dzielili się z uczestnikami najnowszą wiedzą, swoimi spostrzeżeniami, a także przedstawiali najnowsze osiągnięcia technologiczne, które już wspierają rozwój ludzkości na całym świcie. Gościem specjalnym wydarzenia był Yuval Noah Harari – profesor Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, historyk, filozof, autor bestsellerów „Sapiens: krótka historia ludzkości”, „Homo Deus: Krótka historia jutra” i „21 lekcji na XXI wiek.

Uczestnicy tegorocznego wydarzenia mogli uczestniczyć w 24 sesjach prowadzonych online przez światowych ekspertów, innowatorów, a także praktyków biznesu. W trakcie 8 bloków tematycznych poruszono między innymi tematy zw. z przyszłością społeczeństwa, biznesu i technologii, cyfrową rewolucją, długowiecznością, kreatywnością oraz innowacyjnością. Nie zabrakło również tematów związanych z przywództwem i nowoczesnym zarządzaniem oraz przyszłością transportu. Głównym obszarem zainteresowań prelegentów tegorocznej edycji było określenie wyzwań, które niesie za sobą bezprecedensowa sytuacja zw. z globalną epidemią koronawirusa oraz wywołanym nią dynamicznym postępem technologicznym. Wydarzenie poprowadzili Jowita Michalska – CEO i założycielka Digital University, które jest organizatorem Masters&Robots, oraz Richard Stephens – redaktor naczelny Poland Today.

Ludzkość w czasach digitalizacji

Pierwszy dzień konferencji poświęcony był przyszłości społeczeństwa, technologii i biznesu, a także kreatywności oraz innowacji. Rozpoczęła go Leesa Soulodre – pionierka deeptech oraz adiunkta na Singapore Management University- wykładem na temat sztucznej inteligencji oraz klimatu. Chociaż mówiła o skutkach COVID-19, podkreślała jak ważne jest uczenie się na podstawie doświadczeń z wcześniejszych epidemii. Ostrzegła również przed nadchodzącym kryzysem klimatycznym. Niekwestionowaną gwiazdą tegorocznej edycji był największy myśliciel i filozof naszych czasów Yuval Noah Harari i jego wystąpienie na temat tożsamości człowieka i technologii w XXI wieku.

Następnie Nicholas Davis – wcześniej związany z World Economic Forum, Mikołaj Jan Piskorski – dziekan na IMD Business School oraz David Gram – współzałożyciel Diplomatic Rebels, wcześniej związany z Lego Group – opowiedzieli o wyzwaniach związanych z rewolucją cyfrową. Podkreślili, jak ważne jest przygotowanie odpowiedniej strategii wprowadzania zmian oraz duża wrażliwość na aspekty etyczne związane z wykorzystaniem technologii. Podzielili się przykładami case studies Nike oraz Lego oraz udzielili cennych i praktycznych wskazówek, jak krok po kroku efektywnie przeprowadzać transformacje w dojrzałych organizacjach.

O przyszłości biznesu mówił Daniel Hulme – CEO Satalia, który zaznaczył, jak ważne jest prawidłowe zrozumienie pojęcia sztucznej inteligencji oraz rozróżnienie jej od uczenia maszynowego. Z kolei Oyku Isik z IMD podkreśliła rolę cyberbezpieczeństwa, że wraz z pandemią zagrożenie atakami hackerskimi nie zniknęło, a wręcz znacznie wzrosło. Dlatego Istotne staje się przygotowanie odpowiednich zabezpieczeń. Następnie Ornit Shinar – dyrektorka Venture Investing Israel – Citi podzieliła się z swoim doświadczeniem z zakresu fintech i innowacji.

Firechat z robotem

W drugiej części dnia odbyła się premiera 24. wersji Sophii the Robot, która była moderatorem dyskusji na temat etyki różnorodności i kreatywności w sztucznej inteligencji oraz robotyce. Warto podkreślić, że pierwsza publiczna prezentacja odbyła się jednocześnie w trakcie Masters&Robots oraz w Hong Kongu. W rozmowie uczestniczyli także David Hanson z Hanson Robotics oraz Rebecca Fiebrink – wykładowczyni na Creative Computing Institute, którzy zastanawiali się nad tym, jak można rozszerzyć zastosowanie nowoczesnych technologii i wykorzystać je w pracy twórczej.

Następnie Zenia Tata z XPRIZE Foundation przechodząc do wątku innowacji, opowiedziała, jak ważna jest zmiana sposobu myślenia o przełomowych ideach i zachowaniach oraz korzystanie z ogólnodostępnych źródeł inspiracji. Tematykę nieoczywistego myślenia kontynuował Rohit Bhagrava założyciel Non-Obvious Company, który wskazał, dlaczego umiejętność rozumienia innych jest kluczem do osiągnięcia sukcesu. Z kolei Bernardine Brocke Wieder – prezeska i założycielka Vastari Group opowiedziała o możliwości generowania przychodów w odniesieniu do dzieł sztuki przy jednoczesnym wykorzystaniu sieci 3.0. Ostatnim prelegentem, który zakończył pierwszy dzień Masters&Robots był Richard Yonck- założyciel Intelligent Future Consulting oraz autor takich bestsellerów jak: „Heart of the Machine” oraz „Future Minds.”Richard Yonck udowodnił słuchaczom, że za kilka lat będzie możliwe zhackowanie ludzkiego umysłu. Wszelkie pomysły będą wynikiem działania sztucznej inteligencji, a co za tym idzie wejdziemy w świat całkowicie wirtualny. Według eksperta należy znaleźć rozwiązanie zanim technologia stanie się mądrzejsza od ludzi.

Stąd do (długo)wieczności

Drugi dzień Masters&Robots rozpoczął się od prelekcji dotyczących długowieczności oraz opieki zdrowotnej. Sergey Young- założyciel Longevity Vision Fund, Michael von Liechtenstein-współzałożyciel Longevity Center oraz Tina Woods- CEO Longevity InternationalUK opowiedzieli o tym, jak zastosowanie sztucznej inteligencji i robotyki może przyspieszyć skuteczną diagnostykę chorób nowotworowych, a także w jaki sposób już dziś możemy zadbać o długie i zdrowe życie.

Następnie Carlo van de Weijer przedstawił uczestnikom konferencji temat dotyczący przyszłości transportu. W swoim wystąpieniu mówił o roli inteligentnych rozwiązań i connected cars, a także autonomicznych pojazdów samojezdnych. Zastanawiał się również jakie prawa powinny być przyznane maszynom zanim staną się dużo inteligentniejsze od człowieka i co powinno pozostać domeną ludzi.

Organizatorzy wydarzenia zaprosili do przygotowania modułu dotyczącego przywództwa firmę strategiczno- doradczą – Russel Reynolds Associates (RRA). W ramach Masters&Robots uczestnicy warsztatu spotkali się ze Stephenem Langtonem – Partnerem RRA, który na co dzień współpracuje z Radami Nadzorczymi firm na całym świecie. Podzielił się on swoimi spostrzeżeniami na temat nowych wzorców przywództwa, które determinują gotowość organizacji do zmian takich jak cel, zrównoważony rozwój czy akceptacja różnorodności. Scilla Elworthy – trzykrotnie nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla w wywiadzie z Agnieszką Snarską z Russel Reynolds Associates, opowiedziała o samoświadomości i rozwoju liderów. Z kolei Anahita Moghaddam – założycielka NeuralBeings mówiła o neuroplastyczności mózgu. Podzieliła się również swoimi spostrzeżeniami na temat podobieństwa relacji międzyludzkich firm do żywych organizmów. Moduł zakończył panel dotyczący nowoczesnego przywództwa „Improving the Way the World is Led” poprowadzony przez Stephena Langtona. Podczas debaty liderzy biznesu rozmawiali o tym, co dały im doświadczenia ostatnich miesięcy, a także o ich realnym wpływie na świat w budowaniu pozytywnych wartości w swoich organizacjach.

W drugiej części dnia, dedykowanej dyskusjom pomiędzy przedstawicielami świata biznesu i nauki, odbyły się również dwa panele Re_Shape the Future, które są częścią cyklu realizowanego przez Digital University i Microsoft. Dyskusja podczas pierwszego Re_Shape the Future poświęcona była temu, jak sztuczna inteligencja może zwiększać naszą produktywność w pracy, natomiast drugi panel w ramach tego cyklu, pozwolił uczestnikom zagłębić się w temat związany z automatyzacją procesów i wpływem takich działań na podnoszenie ludzkiej kreatywności. Ostatnia z dyskusji dedykowana była współczesnym centrom transportu oraz ich wpływie na gospodarkę i społeczeństwo. Partnerem tego modułu był Centralny Port Komunikacyjny. Z kolei ostatni dzień Masters&Robots składał się z warsztatów interaktywnych, które prowadzili Supreet Singh Machanda, Carl H Smith, Patrycja Sławuta i David Gram.

Partnerami tegorocznej edycji byli: INCredibles powered by Sebastian Kulczyk, BNP Paribas, Microsoft, Siemens, kancelarii DZP, Centralny Port Komunikacyjny, R3I, Ambasada Wielkiej Brytanii w Warszawie, Ambasada Izraela oraz Digikids. Natomiast realizacja modułów specjalistycznych nie byłaby możliwa bez Russell Reynolds Associates, Longevity Center oraz International Longevity Institute.

Pół roku pandemii w oczach pracowników – raport Pracuj.pl

Choć liczba ofert zatrudnienia systematycznie rośnie, pracownicy i kandydaci wciąż z rezerwą oceniają sytuację na rynku pracy. Tylko 33% respondentów Pracuj.pl uważa, że gospodarka największy kryzys ma już za sobą. Co więcej, COVID-19 wywołał trudności w życiu zawodowym u blisko 6 na 10 badanych. O utrzymanie zatrudnienia obawiają się oni jednak rzadziej niż na początku pandemii. W najnowszym raporcie „Pół roku nowej normalności” zespół Pracuj.pl już po raz drugi przygląda się postawom zawodowym pracowników i kandydatów, a także ich poglądom na sytuację na rynku pracy. Sprawdzamy, jak zmieniły się ich opinie przez sześć miesięcy niespodziewanej rewolucji.

Najważniejsze informacje:

  • 3/4 badanych boi się wpływu pandemii na pracę mniej niż na początku.
  • 55% uważa, że jesienią sytuacja na rynku pracy może się pogorszyć.
  • Pandemia utrudniła życie zawodowe u 6 na 10 badanych.
  • Najczęstsze trudności: obawy o przyszłość, stres, brak stabilizacji.
  • Tylko co czwarty badany twierdzi, że o pracę jest łatwiej niż np. w kwietniu.
  • Według danych Pracuj.pl liczba ofert pracy na rynku systematycznie rośnie.

Pół roku nowej normalności

Jak pół roku pandemii wpłynęło na postrzeganie przez pracowników i kandydatów rynku pracy? By odpowiedzieć na to pytanie zespół Pracuj.pl przygotował raport „Pół roku nowej normalności. Pracownicy i kandydaci o rynku pracy”. Wykorzystaliśmy w nim badania przeprowadzone przez analityków Grupy Pracuj w kwietniu i wrześniu 2020 roku. Na podstawie opinii łącznie blisko 2800 Polaków udało nam się stworzyć ciekawy portret kandydatów i pracowników mierzących się z wpływem pandemii na ich życie.
W najnowszym tekście opartym na badaniach analitycy przyglądają się obawom i nadziejom respondentów, związanym z funkcjonowaniem przez minione sześć miesięcy w nowych okolicznościach. Sprawdzają także czy zmieniająca się sytuacja wpływa na ich ocenę najbliższej przyszłości rynku pracy. To pierwsza część raportu, którego kolejne ustalenia będą publikowane w następnych materiałach w najbliższych dniach.Pół roku pandemii według pracowników

Mniej obaw, więcej ofert

Jak wynika z badań Pracuj.pl, respondenci posiadający pracę boją się jej utraty rzadziej niż w kwietniu . Na początku pandemii podobne obawy wyrażało 44% badanych, a we wrześniu – mniej niż co trzeci (32%). Jeszcze większą różnicę widać w przypadku obaw przed obniżką wynagrodzenia lub zmianą zasad zatrudnienia. Podczas zamrożenia gospodarki bało się ich aż 6 na 10 zatrudnionych, obecnie jest to 45%.

Mniejszym obawom pracowników towarzyszą pozytywne dane dotyczące ofert zatrudnienia. Pod koniec września br. na Pracuj.pl dostępnych było ok. 74 000 aktywnych ogłoszeń o pracę. Ponadto zarówno w lipcu, jak też sierpniu i wrześniu liczba ofert była wyższa niż w tych samych miesiącach rok temu. Tylko w samym wrześniu pracodawcy zamieścili na portalu ponad 55 000 ogłoszeń. Jak zauważa Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl, to dane budzące optymizm. Jednocześnie jednak nie powinny usypiać czujności uczestników rynku pracy.

W marcu 2020 roku wszyscy weszliśmy na zupełnie nową ścieżkę życia zawodowego. Niewątpliwie zarówno pracodawcy, jak i pracownicy wykazali się w ostatnich miesiącach odwagą, mobilizacją i sprawnością w obliczu nowej normalności. Częściowa normalizacja sytuacji na rynku pracy po odmrożeniu gospodarki, stopniowy wzrost liczby ofert zatrudnienia czy sprawna adaptacja wielu firm do pracy zdalnej to w dużym stopniu ich zasługa. Optymizm należy jednak dawkować z umiarem. Jesień może okazać się kolejnym trudnym testem dla rynku pracy, na który musimy być gotowi wspierając rekrutację i pracę zdalną – komentuje Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

Wyzwania wciąż przed nami

Odpowiedzi respondentów Pracuj.pl pokazują, że mają oni świadomość słodko-gorzkiej sytuacji na rynku pracy. Choć rzadziej niż w kwietniu wyrażają oni obawy przed zwolnieniem czy obniżką pensji, są świadomi możliwości pogorszenia się sytuacji gospodarczej. Aż 55% badanych uważa, że druga fala koronawirusa jesienią może pogłębić kryzys na rynku pracy i utrudnić szukanie nowego miejsca zatrudnienia. Co więcej, tylko co trzeci (33%) badany jest przekonany, że rynek pracy ma już za sobą największy kryzys.Pół roku pandemii według pracowników 2Z drugiej jednak strony – jak pokazują dane zgromadzone w raporcie – badani coraz rzadziej obawiają się bezpośredniego przełożenia sytuacji na rynku pracy na ich własne życie. Tezę o „oswojeniu” pandemii w odniesieniu do życia zawodowego przez pracowników zdają się potwierdzać ich odpowiedzi. Tylko co czwarty (25%) respondent Pracuj.pl przyznaje, że jego obawy o pracę zwiększyły się w stosunku do początku pandemii. Pozostali martwią się mniej lub tak samo, co w marcu czy kwietniu.
Pół roku pandemii według pracowników 3Jak zauważa Małgorzata Skonieczna, współautorka badania i ekspertka Pracuj.pl, odpowiedzi badanych wyraźnie sygnalizują niejednoznaczność, z jaką można postrzegać obecną kondycję rynku pracy. Niepewność dotycząca przyszłości pandemii przekłada się w tym wypadku na sposoby patrzenia na życie zawodowe.

Sytuacja jaką wprowadził na rynku pracy COVID-19 przypomina nieco sprawdzanie prognoz pogody. Choć mamy coraz więcej źródeł informacji na jej temat, czasem przewidywania po prostu zawodzą. Ta niejasność przejawia się w opiniach respondentów Pracuj.pl. Z jednej strony wykazują się oni pewnym optymizmem w odniesieniu do rynku pracy i osobistej sytuacji, z drugiej tylko mniejszość uważa, że najgorszy kryzys mamy za sobą. Trudno się temu dziwić, bo nawet wśród ekspertów HR opinie na temat najbliższej przyszłości rynku pracy są podzielone – komentuje Małgorzata Skonieczna, Ekspert ds. Badań Kandydatów w Grupie Pracuj.

Trudności związane z pandemią

Pół roku pandemii uzbroiło wielu pracowników i kandydatów w większą odporność na obawy związane ze zmianami na rynku pracy. Jednocześnie jednak aż 57% respondentów Pracuj.pl przyznaje, że pandemia spowodowała w ich życiu zawodowym trudności i negatywne doświadczenia związane z pracą – zarówno związane z emocjami, jak i sposobem funkcjonowania firm.Pół roku pandemii według pracowników 4Pół roku pandemii według pracowników 5Pandemia odcisnęła swój ślad na życiu zawodowym większości z badanych przez nas użytkowników. Warto zwrócić uwagę na to, że najczęstszą komplikacją, z jaką badani mieli do czynienia jest obawa o swoją przyszłość zawodową w perspektywie 5-10 lat. To znak ostrzegawczy, na który powinni zwrócić szczególną uwagę pracodawcy i regulatorzy rynku pracy – podsumowuje Małgorzata Skonieczna.

Pracownicy i kandydaci w obliczu COVID-19

W raporcie „Pół roku nowej normalności” badacze Pracuj.pl przeanalizowali opinie pracowników i kandydatów o życiu zawodowym w obliczu COVID-19. Po pół roku przemian związanych z pandemią eksperci sprawdzili, jak zmieniały się postawy użytkowników Pracuj.pl dotyczące sytuacji na rynku pracy, oczekiwań wobec pracodawców i plany zawodowe. Przyjrzeli się także jak po sześciu miesiącach przemian Polacy postrzegają pracę zdalną i rekrutację na odległość. Pełny raport oraz kolejne wyniki badań zaprezentowane zostaną już w najbliższych dniach.

Trump bałagani, Kongres musi posprzątać

Nadzieje na stabilizujący pakiet fiskalny w USA zostały zgładzone przez prezydenta Trumpa, który nakazał Republikanom przerwanie negocjacji do czasu po wyborach. Z rynków znika pozytywny czynnik, który mógłby neutralizować nerwowość przed wyborami.

Pakiet fiskalny przyjdzie, tylko po wyborach i nie wiadomo w jakiej wysokości: 2,4 bln USD od Demokratów czy tylko 1,6 bln USD od Republikanów. Wstępny szok został nieco złagodzony wraz ze złagodzeniem stanowiska Trumpa, który wyraził gotowość do częściowego zatwierdzenia niektórych elementów pakietu, w tym wsparcia dla linii lotniczych i programu ochrony wypłat dla małych firm. Trump chce też ratować swoje szasnę w wyborach, gdyż później stwierdził, że jest gotowy natychmiast podpisać ustawę o czekach pomocowych na 1200 USD. Piłka znowu jest po stronie Kongresu, który musi posprzątać bałagan zrobiony przez prezydenta, ale razem wygląda na to, że USA nie otrze się ponownie o recesję – zagrożenie, przed którym przestrzegał wczoraj szef Fed Powell, jeśli nie pojawi się dodatkowe wsparcie fiskalne. Niezależnie od stopnia międzypartyjnej współpracy, to nie będzie poziom pomocy, jak była podstawa nadziei stojących za ostatnią poprawą rynnowych nastrojów. Nawet jeśli przyjmiemy, że wstępna reakcja Wall Street wczoraj (S&P500 -1,4 proc.) była zbyt mocna (w końcu jakieś pieniądze publiczne mogą zostać wydane), to wracamy do układu, gdzie negatywne czynniki ryzyka znowu maja przewagę. Stąd ostrzegałbym przed odczytywaniem zbyt wiele z dzisiejszego zielonego startu Wall Street, który może być tylko korektą wczorajszego spadku co do skali, a nie kierunku. Inwestorzy zachowują ostrożność co do ryzyka wyborów, zarówno ze względu na sceptycyzm względem (pamiętne niespodzianki z 2016 r.: Brexit i Trump), jak i dlatego, że ryzyko kwestionowanego wyniku wyborów nie znika (choć duża przewaga Bidena w sondażach to ryzyko umniejsza).

W ostatnich dniach złoty wykazuje zadziwiającą niewrażliwość na wahania na rynkach zewnętrznych. Po burzliwym ubiegłym tygodniu, który najpierw przyniósł gwałtowną deprecjacją złotego, a potem dynamiczne odreagowanie, teraz rynek szuka nowego punktu równowagi w okolicach 4,49 EUR/PLN w obliczu podwyższonej awersji do ryzyka. Złoty pozostaje jednak dalej na łasce nastrojów zewnętrznych oraz nastawieniu inwestorów do dolara. Więcej ryzyk związanych z wyborami w USA i drugą falą koronawirusa oznacza większą presję na powrót kapitału w stronę USD, ale kosztem ryzykownych walut rynków wschodzących. To jedyne, co się liczy, z całkowitym pominięciem lokalnych fundamentów. W tym kontekście mało znacząca wydaje się dzisiejsza decyzja Rady Polityki Pieniężnej, gdzie nie oczekujemy zmian w poziomie stóp procentowych ani w programie skupu obligacji. Znaczenie posiedzeń tym bardziej jest deprecjonowane, gdyż kolejny miesiąc uczestnicy rynków muszą się obejść bez konferencji prasowej. A ostatnie mocne sygnały z obozu jastrzębi (E. Gatnar wzywał do normalizacji polityki w przyszłym roku) byłyby ciekawym tematem do rozwinięcia przez prezesa A. Glapińskiego. Tak pozostajemy jedynie z komunikatem prasowym, który będzie sugerował, że większość członków opowiada się za utrzymaniem rekordowo niskich stóp procentowych na dłużej. W obliczu ryzyk drugiej fali pandemii luźna polityka monetarna jest słusznym podejściem, jednak dodatkowa komunikacja z rynkiem by nie zaszkodziła. Z drugiej strony, przynajmniej nie zostanie wypowiedziane nic, co mogłoby niepotrzebnie rozhuśtać złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak zmieniły się standardy BHP w dobie COVID-19? Rozmawiamy z Jerzym Baranem z Pilkington Polska

W dobie pandemii COVID-19 bezpieczeństwo w zakładach pracy nabrało jeszcze większego znaczenia. Kluczowa okazuje się zasada 3D – dezynfekcja, dystans, dyscyplina. O tym, jakie działania wdrażać i z jakich narzędzi korzystać, aby zachęcić pracowników do stosowania się do standardów BHP, rozmawiamy z Jerzym Baranem – dyrektorem operacyjnym Pilkington Polska.

W ostatnich miesiącach wszystkie firmy zostały postawione przed koniecznością wdrożenia obostrzeń spowodowanych rozwojem COVID-19. Jak działania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa wdrożyła firma? Jakie było największe wyzwanie w tym obszarze? Jaką postawą wykazali się pracownicy?

Sytuacja związana z pandemią dała nam lepszy obraz tego jaka jest codzienna świadomość
w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy. Początkowo wprowadzone zasady mogły budzić zdziwienie, część z nich była nowością dla większości z nas. Zdarzały się pytania o uzasadnienie konieczności noszenia maseczek czy pomiaru temperatury. Muszę przyznać, że początki pandemii nie były łatwe. Przede wszystkim brakowało środków ochrony osobistej – nie tylko u nas, ale także na światowych rynkach. Szybko jednak podjęliśmy odpowiednie kroki, aby przygotować się do nowej rzeczywistości, w jakiej się znaleźliśmy. Musieliśmy wykonać wiele pracy organizacyjnej w bardzo krótkim czasie. Dodatkowo nie pomagały ograniczenia związane z wdrożeniem RODO i jego interpretacja w warunkach polskich. Napotykaliśmy ograniczenia w kontekście pozyskiwania i przetwarzania danych. Pojawiły się wątpliwości czy jesteśmy uprawnieni do tego, aby pytać pracowników o ostatnio odwiedzane przez nich lokalizacje, czy możemy pozyskiwać dane o ich zdrowiu i samopoczuciu, czy o możliwość pomiaru temperatury. Mimo tego, dzięki pomocy ekspertów, bardzo szybko wypracowaliśmy podstawowe kanony bezpiecznego zachowania. Przy wejściu na teren zakładu mierzona jest temperatura, udostępnione są płyny do dezynfekcji rąk, a pracownicy są zobowiązani utrzymywać miedzy sobą odpowiednie odstępy, a także zakrywać nos i usta w przestrzeniach publicznych. Myślę, że te jak i wiele podobnych zasad pozostanie częścią naszej codzienności, wpisując się w tzw. nową rzeczywistość.

Jakie rozwiązania w kontekście organizacji pracy wdrożyli Państwo po ogłoszeniu lockdownu?

Należy tutaj rozróżnić pracę biurową od pracy operacyjnej. Praca biurowa wiąże się z pewnymi zagrożeniami, jednak nie w takim stopniu jak praca z maszynami lub urządzeniami pod napięciem. Nie da się prowadzić produkcji szkła zdalnie, dlatego tutaj nie było mowy o pracy z domu. By ograniczyć ryzyko rozprzestrzeniania się wirusa pracownicy liniowi muszą stosować obecnie dodatkowe środki ochrony osobistej, takie jak np. maski i przyłbice, w których praca bywa kłopotliwa, zwłaszcza w wysokich temperaturach. Na stanowiskach operacyjnych wprowadziliśmy pracę rotacyjną polegającą na wymianie zespołów by zminimalizować ryzyko zakażenia i maksymalnie ograniczyć ilość osób potencjalnie narażonych na zakażenie, a jednocześnie zapewnić ciągłość pracy.

Po ogłoszeniu tzw. lockdownu, bardzo szybko wdrożyliśmy w naszej firmie zasady funkcjonowania pracowników biurowych w trybie „home office”. Początkowo napotkaliśmy pewne utrudnienia. Przede wszystkim dotyczyły one kwestii związanych z zapleczem technicznym – iloma przenośnymi komputerami dysponujemy, jak zabezpieczyć dane, w jaki sposób podłączymy je z domów do firmowej sieci lub jak będzie wyglądał proces autoryzacji i obiegu dokumentów. Mimo to, mając na uwadze powagę sytuacji i realne zagrożenie, uważam, że stanęliśmy na wysokości zadania, a „home office” sprawdził się w naszej firmie bardzo dobrze.

 

Czy firma posiada plany na kolejne miesiące jesienno-zimowe, w których może zwiększyć się liczba zachorowań nie tylko na koronawirusa, ale również inne choroby?

Kluczowym elementem w okresie jesienno-zimowym jest stosowanie się do tzw. zasady 3D – dezynfekcja, dystans i dyscyplina. Jak największa izolacja między pracownikami jest dla nas priorytetem. Jesteśmy na etapie tworzenia nowych szatni, żeby możliwie rozdzielić pracowników od siebie. Naszych pracowników wciąż będzie obowiązywało ograniczenie podróży służbowych do niezbędnego minimum. Ponadto, na teren naszego zakładu mogą wchodzić tylko tacy przedstawiciele firm zewnętrznych, których obecność jest konieczna, jak np. osoby prowadzące bezpośrednie działania związane z bezpieczeństwem czy administracją terenu.

W jaki sposób kadra kierownicza czy specjaliści BHP mogą przyczynić się do zwiększania standardów bezpieczeństwa w firmie?

Od wielu lat niezmiennie powtarzamy, że w przypadku kadry kierowniczej kluczowe jest reprezentowanie swoim zachowaniem zasad, które wdrażamy. Egzekwowanie przepisów powinno być poparte solidnym przykładem, każdy z nas powinien sobą reprezentować zachowania, jakich oczekujemy od swoich współpracowników. Historia naszego zakładu to lata ciężkiej pracy nad wprowadzeniem, aktualizowaniem oraz egzekwowaniem zasad bezpiecznego zachowania. Trzeba jednak pamiętać, że chociaż mamy wpływ na kontrolę bezpieczeństwa w zakładach, nie możemy ingerować w to, czy nasi pracownicy stosują się do standardów BHP poza zakładem pracy lub przebywając na urlopie. Jestem jednak przekonany, iż wypracowane zasady stosowane są zawsze i wszędzie.

Jakie narzędzia i programy praktykowane są w zakładach NSG Group w Polsce i na świecie? Czy posiadają Państwo autorskie programy, które są tożsame jedynie
z Waszą Grupą?

Narzędziem niezbędnym do weryfikacji przestrzegania standardów BHP są systematycznie prowadzone audyty i przeglądy, a także raportowanie incydentów, także tych behawioralnych, oraz zagrożeń, czyli wszystkich sytuacji potencjalnie niebezpiecznych. Tego typu działania pozwalają nam na wczesną weryfikację stanu bezpieczeństwa w zakładzie i wdrożenie planu poprawy.

Systemami, które służą nam do zarządzania bezpieczeństwem w firmie, są autorskie NABIS
i Gemba Walk, a także znane i stosowane od lat Kluczowe Bezpieczne Zachowania, 4 Ways czy Zasada 5S. Kluczowym elementem programu NABIS jest angażowanie pracowników na różnych szczeblach w stosowanie się do standardów bezpieczeństwa. System jest skuteczny w sytuacjach kiedy nie opiera się na polityce nakazów, lecz pozwala dostrzec pracownikom, że wdrożone narzędzia mają faktyczny wpływ na poprawę bezpieczeństwa w miejscu pracy.

W jaki jeszcze sposób firma dba o wzrost świadomości pracowników co to ryzyko zdarzeń potencjalnie wypadkowych, aby uniknąć ich pojawienia się w praktyce?

W naszej firmie komunikujemy codziennie pracownikom tzw. Hasło Dnia. Często powstają one na kanwie konkretnych sytuacji, które miały miejsce w naszych zakładach, dzięki czemu okazują się skuteczne. Bardzo ciekawe rezultaty dała akcja, polegająca na tym, że każdy mógł sam stworzyć takie hasło. Po weryfikacji i tłumaczeniu na język odpowiedni dla danego państwa, hasło było udostępniane wszystkim pracownikom w skali globalnej. Myślę, że jeszcze powtórzymy taką inicjatywę w naszych zakładach, gdyż przyniosła zaskakująco pozytywny efekt i pozwoliła przepracować ponownie wiele potencjalnie niebezpiecznych zachowań i sytuacji.

Rokrocznie, w październiku NSG Group organizuje Dzień Bezpieczeństwa. Czym w praktyce jest dla Państwa to wydarzenie i w jaki sposób wpływa na propagowanie zasad bezpieczeństwa w zakładach pracy?

Dzień Bezpieczeństwa odbywa się w naszej firmie od lat. Początkowo miał nieco mniejszy zasięg –  odbywał się w obrębie jednej spółki – Pilkington Polska. Dziś organizowany jest na skale światową, w ciągu jednego dnia obchodzą go wszystkie zakłady NSG Group. Celem tego wydarzenia jest budowanie świadomości wśród pracowników na temat tego, że przestrzeganie zasad BHP jest i zawsze było naszym priorytetem. Oczywiście to także świetna okazja do integracji wśród pracowników.

Ubiegłoroczne edycje można zdecydowanie zaliczyć do widowiskowych. Wśród atrakcji znalazły się miedzy innymi pokazy z udziałem straży pożarnej, która gasiła samochód, rozcinała karoserię i uwalniała człowieka, a także pozorowana ewakuacja nieprzytomnego człowieka z dachu zakładu z użyciem drabiny i podnośników. Akcjom towarzyszyły także konkursy, gry zręcznościowe, pokazy VR. Tegoroczna edycja będzie nieco inna. Ze względu na światową pandemię COVID-19 będziemy świętować online. Tegoroczne hasło Dnia Bezpieczeństwa to „Nie dystansuj się od zasad BHP”. Uważam, że w dobie pandemii COVID-19 te słowa nabierają jeszcze większego znaczenia.

Czego mogą się spodziewać Wasi pracownicy biorący udział w tegorocznym Dniu Bezpieczeństwa?

Tegoroczny Dzień Bezpieczeństwa to w pewnym sensie eksperyment. Jego charakteru nie da się w pełni oddać korzystając z formuły online. W poprzednich latach w naszym evencie uczestniczyły firmy zewnętrzne, specjaliści z różnych dziedzin, wystawcy, ludzie integrowali się poprzez rozmowę, udział w konkursach, wymianę doświadczeń i testowanie nowych produktów związanych z bezpieczeństwem. Z kolei formuła online będzie miała jednostronny przekaz, a liczba osób mogących uczestniczyć w wydarzeniu w czasie rzeczywistym będzie ograniczona. Mimo to cieszę się, że nie zrezygnowaliśmy z naszej tradycji, a Dzień Bezpieczeństwa odbędzie się pomimo wszystko.

Kinga Kolberg wzmacnia dział Office BNP Paribas Real Estate Poland

Kinga Kolberg, ekspertka z bogatym doświadczeniem w sektorze biurowym dołączyła do Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych. Na stanowisku Senior Consultant odpowiada za kompleksową reprezentację najemców w procesie poszukiwania lokalizacji, a także negocjacji i renegocjacji umów.

Kinga Kolberg ma kilkunastoletnie doświadczenie na rynku nieruchomości komercyjnych w sektorze biurowym, które zdobywała w wiodących firmach doradczych, w tym między innymi w Cushman & Wakefield i Knight Frank. W dziale kierowanym przez Mikołaja Laskowskiego będzie wspierać projekty realizowane zarówno na rynku warszawskim, jak również na rynkach regionalnych.

Pozyskanie do naszego zespołu Kingi Kolberg to bardzo mocny transfer. Jej wiedza, doświadczenie i zaangażowanie, wszechstronne kompetencje oraz unikalna umiejętność budowania relacji to patrząc z perspektywy dzisiejszego, mocno wymagającego rynku, wartości bezcenne. Jestem przekonany, że z Kingą w drużynie zrealizujemy ambitne cele biznesowe, które sobie postawiliśmy – Mikołaj Laskowski, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland

W przeszłości Kinga Kolberg odpowiadała za koordynację procesów negocjacyjnych dla wielu uznanych firm. Na swoim koncie ma obsługę takich marek jak: Alstom Konstal, Kancelaria Gessel, S&T, Olympus, Intergraph czy Bunge. Nowa Senior Consultant jest absolwentką Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych na kierunku ekonomia i Wyższej Szkoły Techniczno-Ekonomicznej na kierunku stosunków międzynarodowych.
Obecny czas na rynku biurowym jest z jednej strony pełen wyzwań, ale z drugiej także nowych, biznesowych szans. Cieszę się, że dołączyłam do zgranego i ambitnego zespołu. Zamierzam wykorzystać moje doświadczenie i umiejętności przy wielu nowych projektach, które są aktualnie prowadzone – Kinga Kolberg, Senior Consultant, BNP Paribas Real Estate Poland

BADANIE: Sezon na grypę dopiero się zaczyna, a w 98% aptek już brakuje szczepionek

Jak wynika z ogólnopolskiego badania UCE RESEARCH, wykonanego na zlecenie portalu money.pl, na początku października br. w 98% aptek nie było szczepionek przeciw grypie. Ponad połowa tego typu placówek spodziewa się dostaw w najbliższym czasie. W przeszło 60% punktów preparat ma pojawić się jeszcze w tym miesiącu. Jednak, według relacji aptekarzy, klienci nie powinni się nastawiać zbyt optymistycznie, bo dostępność będzie raczej skromna. Do tego dochodzi fakt, że w blisko 70% aptek nie prowadzi już rezerwacji czy też list oczekujących na szczepionkę.

W pierwszych dniach października w 98% aptek nie było dostępnych szczepionek przeciw grypie. W pozostałych placówkach chętni mogli znaleźć przeważnie po jednej sztuce. Jak zaznacza Tomasz Leleno z Naczelnej Izby Aptekarskiej, na rynek dotarła niewielka liczba takich preparatów, ale pacjenci już je wykupili. Kolejne dostawy są zapowiedziane przez producentów. Zgodnie z deklaracją resortu zdrowia, do Polski docelowo ma trafić ponad 2,5 miliona szczepionek.

– W tym roku raczej nie będzie możliwe, żeby zniknął problem braku szczepionek. Jest zbyt duży popyt, a za mała podaż. Wielu pacjentów nawet nie kręci nosem na ich producenta. Obawiam się, że nie wszyscy chętni zostaną zaszczepieni – komentuje dr n. farm. Stefan Piechocki, Wojewódzki Konsultant w Dziedzinie Farmacji Aptecznej w Wielkopolsce.

Z kolei Tomasz Leleno podkreśla, że w poprzednim sezonie grypowym w skali kraju zaszczepiło się ok. 4% społeczeństwa, tj. ok. 1,5 mln osób. Natomiast do utylizacji trafiło blisko 100 tys. niewykorzystanych preparatów. To pokazuje, jak trudno prognozować zapotrzebowanie. Tymczasem z badania wynika, że niektóre placówki codziennie są pytane nawet ok. 300 razy o deficytowy towar. Natomiast w ostatnich dostawach przywożono po kilka sztuk. I nie miało znaczenia, że zamówiono ich np. 50.

– W połowie sierpnia br. jedna z dużych sieci aptecznych wysłała ankietę do swoich placówek dot. zapotrzebowania na tego rodzaju szczepionki. I na tej podstawie zakontraktowano dostawy. Dziś już wiadomo, że kontrakty nie zostaną spełnione. Apteki dostaną prawdopodobnie 50-60% tego, co chciały – mówi Arkadiusz Mandryk, Wojewódzki Konsultant w Dziedzinie Farmacji Aptecznej na Podkarpaciu.

Badacze z UCE RESERACH sprawdzili też, czy w najbliższym czasie szczepionki trafią do aptek. W 56% takich miejsc się pojawią, ale będzie to mała dostępność. Z kolei 32,5% ankietowanych stwierdziło, że nie wiadomo, czy preparaty zostaną dostarczone. 7% aptekarzy potwierdziło, że szczepionki dotrą do nich, ale nie wiadomo, w jakich ilościach. W 3,5% placówek nie będzie już takich dostaw.

– Pytałem w hurtowniach, ale nie potrafiły odpowiedzieć, kiedy i jakie ilości szczepionek dostaną. Na pewno będzie ich niewiele. Ponadto one bardzo szybko znikają i są reglamentowane do aptek. To, ile sztuk ostatecznie otrzyma dana placówka, zależy też od relacji partnerskich z hurtownią – informuje Mandryk.

Na pytanie, kiedy może być najbliższa dostawa, 62% pracowników aptek wskazało październik. A 34% badanych odpowiedziało, że nie wiadomo. Natomiast Naczelna Izba Aptekarska liczy na to, że sytuacja nieco poprawi się na przełomie października i listopada, a także wraz z nadejściem kolejnych miesięcy.

– Na rynku mamy 4 szczepionki. To m.in. Vaxigrip. Z tego, co wiem, to były dwie dostawy do hurtowni. Ma być jeszcze jedna w połowie października. Jest też Influvac Tetra, który dostarczono na przełomie poprzedniego i bieżącego miesiąca. Kolejny raz ma to nastąpić w połowie tego miesiąca. Jest jeszcze Influenza Vaccine, która może się pojawić jeszcze w tym tygodniu. Mają być również dwie dostawy, w październiku i listopadzie. Podobno jest jeszcze obiecana szczepionka Fluarix Tetra, która ma być dostępna w listopadzie. Dostawy będą, ale one nie zaspokoją zapotrzebowania – podkreśla Wojewódzki Konsultant w Dziedzinie Farmacji Aptecznej z Podkarpacia.

Z badania wynika również, że 69% aptek nie prowadzi rezerwacji dla klientów czy listy oczekujących na szczepionkę. Z kolei w 29,5% takich miejsc już nie odbywa się dopisywanie chętnych, ponieważ preparatów i tak nie starczy dla wszystkich zainteresowanych. Natomiast w 1% aptek można się dopisać na listę oczekujących, ale bez żadnych gwarancji. Są placówki, w których wpisało się 150-500 zainteresowanych.

– Słyszymy o osobach, które zapisują się w kilku czy kilkunastu miejscach jednocześnie. Taka patologia może co najwyżej pokazywać sztuczny popyt. Nikt nie otrzyma szczepionki bez recepty. W swojej niewielkiej aptece mam listę, ale jedynie pacjentów mi znanych. O nich wiem z dużą dozą prawdopodobieństwa, że nie pójdą do innej apteki szukać preparatu, dopóki im go nie sprzedam – opisuje dr Piechocki.

Natomiast Tomasz Leleno podkreśla, że na podstawie recepty można zakupić tylko jedno opakowanie szczepionki. A często pacjenci pod wpływem emocji próbują zapisywać się w różnych miejscach jednocześnie. Prawdopodobnie w ten sposób chcą zwiększyć swoje szanse na szybszy zakup, co definitywnie mija się z celem.

– To jest lek sezonowy. Do tej pory było tak, że jeśli się go nie sprzeda do listopada czy grudnia, to już nie znajdzie nabywcy. Nawet jeżeli będzie miał datę przydatności do połowy kolejnego roku. Teraz pewnie sprzedałby się nawet i w styczniu czy lutym. COVID-19 sprawił, że wiele osób nagle zdało sobie sprawę, jak ważne są szczepienia – podsumowuje Arkadiusz Mandryk.

Badanie zostało wykonane przez UCE RESEARCH, na zlecenie portalu money.pl, w dniach 1-3 października br. metodą „mystery shopping” (tj. tajemniczy klient). Dotyczyło ono dostępności szczepionki przeciw grypie dla osób dorosłych. W tym celu zadzwoniono do 200 losowo wybranych aptek w ponad 50 miastach i zadano cztery podstawowe pytania. Próba została dobrana proporcjonalnie do liczebności placówek we wszystkich województwach.

Kraków: Dolne Młyny wróciły do właściciela

Zabytkowe budynki leżące na terenie nieruchomości przy ulicy Dolnych Młynów 10 w Krakowie wróciły do ich prawowitego właściciela – firmy Immobiliaria Camins Polska. Przekazanie obiektów oraz terenu, na którym stoją, zostało potwierdzone notarialnie.

Immobiliaria Camins Polska, która jest właścicielem zabytkowych budynków przy ulicy Dolnych Młynów 10, a także użytkownikiem wieczystym gruntu, na którym stoją, może już w pełni decydować o swojej nieruchomości w samym centrum Krakowa.

– Immobiliaria Camins Polska odzyskała dziś posiadanie swojej działki z unikalną, XIX wieczną zabudową. Zostało to potwierdzone notarialnie – mówi Aldo Ibáñez z Immobiliaria Camins Polska.

Nieruchomość przy ulicy Dolnych Młynów 10, w samym sercu małopolskiej stolicy, należy do firmy o iberyjskim rodowodzie od kilkunastu lat. Do 30 września teren z zabytkowymi budynkami zajmowany był przez podmiot prowadzący tam komercyjną działalność: rozrywkową czy gastronomiczną. Wg zapisów zawartej w 2015 roku umowy najmu podstawą jego funkcjonowania w tym miejscu miała być jednak przede wszystkim aktywność kulturalna i społeczna. Wkrótce po zawarciu najmu, ustąpiła ona w przeważającym stopniu nastawionej wyłącznie na dochód rozrywce (lokale nocne, imprezy) czy gastronomii, co budziło np. niezadowolenie okolicznych mieszkańców ze względu na hałasy nocą. To przede wszystkim, oprócz licznych przekształceń budowlanych dokonanych bez niezbędnych zezwoleń, stało się głównym powodem wypowiedzenia przez Immobiliaria Camins Polska umowy najmu w 2018 roku. Firma musi teraz najpierw przeprowadzić niezbędne prace. Przede remediację gleby, bo znajdują się w niej szkodliwe dla zdrowia pierwiastki po dawnej fabryce. Musi też usunąć skutki samowoli budowlanych, do których dochodziło tam w ostatnich 5 latach. Wcześniej jednak trzeba zacząć stosowne przygotowania.

– W najbliższych dniach i tygodniach zajmiemy się pełną inwentaryzacją obiektów, jak i całej nieruchomości. Jesteśmy bardzo zaniepokojeni tym, co widzimy na pierwszy rzut oka: wszędzie gruz i ruiny. Niektóre rośliny zostały nawet wyrwane z korzeniami i zniszczone. Chyba jedynym tego powodem było samo wyrządzenie szkody – zauważa Aldo Ibáñez. Dodaje, że od teraz bezpośrednim celem firmy jest zapewnienie bezpieczeństwa dla całej nieruchomości, ze wszystkimi jej elementami składowymi, a także dla okolicznych mieszkańców i działających w pobliżu podmiotów gospodarczych. W bliższej perspektywie czasowej, firma skoncentruje się na wszystkich działaniach, które zwieńczone będą przywróceniem należytej świetności temu miejscu. – Nasz cel średniookresowy to kontynuacja pracy nad zintegrowanym z miastem projektem, który przyczynia się do poszanowania unikalnego charakteru zabytkowych obiektów w tym kompleksie – wyjaśnia Aldo Ibáñez. Jak wskazuje, działania w tym obszarze toczyć się będą w sposób w pełni transparentny, zgodny z prawem i dostosowany do obecnych, specyficznych, okoliczności, narzuconych przez panującą dziś pandemię.

– Kładziemy szczególny nacisk na konieczność realizacji wszystkich działań zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, jak i za zgodą konserwatora zabytków. Chodzi bowiem o obiekty o szczególnej wartości historycznej i estetycznej, które wymagają wyjątkowego poszanowania, a w tym obszarze dochodziło tu niestety w ciągu ostatnich 5 lat do rażących naruszeń – podsumowuje Aldo Ibáñez.

Obecnie trwają prace nad stworzeniem nowej, kompleksowej koncepcji tego miejsca. Według wstępnych założeń, mogłyby się na jego terenie znaleźć np. przestrzeń gastronomiczna, usługowa, a także miejsca dla najemców związanych z działalnością kulturalną czy start-upami, jak również noclegowe – np. dla gości firmy.

Dlaczego warto kupić srebrne monety bulionowe?

Rekordowo niskie stopy procentowe, zmuszają niejako posiadaczy oszczędności do szukania alternatywy dla lokat terminowych. Lokaty po uwzględnieniu podatku od zysków kapitałowych w wysokości 19% oraz inflacji realnie przynoszą straty. Chcąc zabezpieczyć się przed utratą wartości posiadanych oszczędności, można wybrać m.in. obligacje skarbu państwa, zakup nieruchomości, zakup akcji lub jednostek uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. W poniższym tekście postaramy się przybliżyć nieco temat jednej z alternatyw dla lokat, którą są srebrne monety bulionowe. Co warto o nich wiedzieć? Ile kosztują? Zapraszamy do lektury.

Dlaczego srebrne monety bulionowe?

Inwestycja w złoto i srebro należy do tzw. inwestycji alternatywnych. Ich popularność jest w dużej mierze odpowiedzią na rekordowo niskie zyski z lokat lub obligacji. Kruszce, do których należy złoto i srebro występują w różnej postaci. Zazwyczaj są to sztabki lub właśnie monety. Te ostatnie mają tę dużą zaletę, że nie wymagają posiadania dużych oszczędności. Przykładowo srebrna sztabka o wadze 1 kg to koszt ok. 4500 zł (październik 2020). Jeśli porównamy to do ceny monet to srebrne monety bulionowe dostępne są w cenie ok. 130 zł za sztukę. Jest to więc inwestycja niemalże dla każdego. Na plus inwestycji w srebrne monety przemawia fakt, iż jest ono surowcem, który od dłuższego czasu systematycznie zyskuje na wartości. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat cena srebrna wzrosła o 60%. Oczywiście nie daje to gwarancji podobnych wyników w przyszłości, ale pokazuje jak duży potencjał tkwi na tym rynku na tle wcześniej wspomnianych lokat, które oferują 1,5-2% zysku rocznie. Za sprawą monet możemy stać się inwestorem na rynku surowców bez konieczności posiadania dużego kapitału. Ostatnią kwestią, o której nie można zapomnieć to fakt, iż rynek surowców uchodzi za bardzo bezpieczny. Kupując sztabki lub monety nabywamy realny kruszec. Chcąc spieniężyć nasze monety, możemy to zrobić w wielu punktach.

Jeśli kupować to u wiarygodnego partnera

Decydując się na inwestycję w srebrne monety bulionowe należy korzystać z oferty uprawnionych do tego podmiotów. Tylko wówczas mamy gwarancję, że kupimy prawdziwe srebro. Każda firma, która chce sprzedawać i skupować sztabki, monety musi być wpisana do rejestru podmiotów uprawnionych do działalności kantorowej prowadzonego przez Narodowy Bank Polski. Informacja tak musi być podana na stronie internetowej danej firmy, ale dla pewności należy ją potwierdzić na stronie NBP.

Podsumowując, inwestycja w monety jest godną rozważenia alternatywą dla lokat. Nie wymaga dużych nakładów finansowych i opiera się na solidnych fundamentach. Może być inwestycją na długie lata, którą w razie potrzeby można łatwo spieniężyć.

Okres nauki zdalnej przyspieszył budowę szkoły przyszłości. Ponad połowa nauczycieli kreatywnie korzystała z narzędzi cyfrowych

W trakcie edukacji zdalnej ponad połowa nauczycieli bardziej kreatywnie korzystała z narzędzi cyfrowych – wynika z badania „Zdalne nauczanie a adaptacja do warunków społecznych w czasie pandemii koronawirusa”. Jednocześnie wielu z nich miało problem z przekazywaniem wiedzy w sposób zdalny, a niemal połowa czuje się słabo przygotowana do prowadzenia takich zajęć. To dlatego od wzmacniania kompetencji cyfrowych nauczycieli będzie zależało kształtowanie się szkoły jutra. O tym, jak może wyglądać przyszłość edukacji i szkoły, będą rozmawiali nauczyciele, dyrektorzy i rodzice podczas konferencji online 15 października na stronie jutrowszkole.pl.

Edukacja zdalna w czasie pandemii była olbrzymim wyzwaniem dla wszystkich: dla nauczycieli, uczniów, lecz także rodziców, bo oni nie byli wcześniej tak mocno wciągnięci w proces nauczania. Zawsze widzieli tylko zadania domowe, teraz widzą to, co się dzieje w klasie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Justyna Suchecka, dziennikarka edukacyjna. – Początki były bardzo trudne, ale im dalej w zdalną edukację, tym lepiej nam szło. To na pewno daje nam obraz tego, jak będzie wyglądała szkoła przyszłości i czego jeszcze musimy się nauczyć.

Z badania „Zdalne nauczanie a adaptacja do warunków społecznych w czasie pandemii koronawirusa” przeprowadzonego przez Polskie Towarzystwo Edukacji Medialnej i Fundację Dbam o Mój Zasięg przy współpracy z Fundacją Orange wynika, że ponad połowa nauczycieli częściej i bardziej kreatywnie wykorzystywała cyfrowe narzędzia, np. kręcili krótkie filmy czy robili cyfrowe notatki. Ponad 80 proc. do przygotowania lekcji szukało dodatkowych informacji, także w internecie.

 O edukacji zdalnej mówiliśmy dużo, często w kontekście negatywnym, ale też dużo pozytywnych rzeczy z tego wynika – dodaje Justyna Suchecka. – Ponad połowa nauczycieli jest zadowolona z lekcji zdalnych. Chętnie brało w nich udział 51 proc. nauczycieli, ale tylko 14 proc. uczniów.

Połowa badanych uczniów oceniła jednak lekcje prowadzone zdalnie jako mniej atrakcyjne niż przed pandemią. Może to wynikać m.in. z tego, że nauczyciele w dużej mierze pracowali metodami podającymi (filmy, prezentacje), a nie aktywizującymi (np. quizy, interaktywne gry). Tylko niewielki odsetek uczniów deklaruje, że chętniej brał udział w lekcjach zdalnych, mniej niż połowa zaś wyszukiwała dodatkowe informacje w sieci, aby przygotować się do zajęć.

– Pandemia obnażyła nasze braki i niedostatki, a także brak umiejętności zdobywania i przekazywania wiedzy za pomocą urządzeń zdalnych, które przed COVID-em były narzędziami uzupełniającymi system edukacji. COVID-19 wymusił na nas zupełnie inne metody nauczania – wyjaśnia Konrad Ciesiołkiewicz z Fundacji Orange.

Choć nauczyciele chętniej niż przed pandemią wykorzystywali cyfrowe narzędzia, to – jak wynika z badania – do nauki zdalnej nie byli przygotowani. O ile prawie 60 proc. badanych rodziców dobrze ocenia przygotowanie nauczycieli oraz szkół do przekazywania wiedzy w sposób zdalny, o tyle sami zainteresowani oceniają własne przygotowanie już nieco gorzej. Prawie 45 proc. uważa, że czuje się przygotowanych do zdalnego nauczania w stopniu małym i umiarkowanym.

– Dlatego prowadzimy szereg programów w zakresie edukacji cyfrowej. Takim przykładem jest program Lekcja:Enter skierowany do nauczycieli. W jego ramach mamy przeszkolić 75 tys., czyli 12–15 proc. wszystkich nauczycieli w Polsce – wskazuje Konrad Ciesiołkiewicz.

Lekcja: Enter to program realizowany od ubiegłego roku ze środków unijnych. W jego ramach z bezpłatnych szkoleń podnoszących cyfrowe kompetencje mogą korzystać nauczyciele i dyrektorzy szkół podstawowych i ponadpodstawowych. O tym, czy doświadczenia zdalnej nauki można przekuć w sukces szkoły, jak powinna wyglądać przyszłość edukacji w świecie pełnym nowych technologii będą rozmawiali eksperci ds. edukacji i innowacji podczas konferencji online organizowanej przez Fundację Orange 15 października o godzinie 15:00.

– Transmisja będzie dostępna na stronie jutrowszkole.pl. Podczas debaty spróbujemy odpowiedzieć na trudne pytania, które nauczyciele pewnie sobie zadają: jak nie stracić entuzjazmu i zaangażowania, jak powinna wyglądać przyjazna szkoła i mądra edukacja, jak efektywnie wykorzystywać do tego nowe technologie – mówi ekspert z Fundacji Orange. – Zapraszamy wszystkich, którzy z troską podchodzą do edukacji dzieci i młodzieży. Mam na myśli całą społeczność szkolną, czyli rodziców, nauczycieli, dyrektorów, organizacje pozarządowe, wszystkie środowiska, które przejmują się losem systemu edukacji w Polsce w czasach COVID-19.

Zapotrzebowanie na węgiel coraz mniejsze. Górnictwo czeka trudna restrukturyzacja

Produkcja i sprzedaż węgla w Polsce wciąż utrzymuje się na niskich poziomach, a głównym problemem jest w tej chwili nadpodaż węgla, będąca jednym z następstw pandemii COVID-19. Jak podaje katowicki oddział ARP, na koniec lipca stan zapasów wyniósł 7,9 mln ton niesprzedanego surowca i jest to poziom najwyższy od kilku lat. – Przed górnictwem jest przyszłość, ale tylko przed tą jego częścią, która będzie oparta na zdrowych zasadach i która będzie potrafiła udowodnić w rachunku ekonomicznym, że jest w stanie się utrzymać – podkreśla senator Krzysztof Kwiatkowski, były prezes NIK.

– Niektóre kopalnie mają przyszłość i trzeba zainwestować, żeby mogły otwierać nowe ściany. Inne tej przyszłości nie mają. Górnictwo wymaga uczciwej dyskusji i już wiemy, że nie da się od niej uciec, bo ludzie w Polsce pytają, czy będziemy drożej płacić za prąd, czy w tej cenie są koszty utrzymywania nierentownych kopalni – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Kwiatkowski.

Pod koniec września rząd i górnicze związki zawodowe podpisały porozumienie, które określa zasady transformacji tego sektora. Zakończyło ono kilkudniowy, podziemny protest w kopalniach Polskiej Grupy Górniczej oraz kilkutygodniową dyskusję o restrukturyzacji tej spółki i ewentualnym zamknięciu nierentownych zakładów. Porozumienie zakłada, że ostatnia polska kopalnia węgla kamiennego ma zakończyć działalność w 2049 roku, a do tego czasu straty nierentownych kopalń pokrywane będą z budżetu państwa. Rokroczne dotacje wyniosą ok. 1 mld zł. Porozumienie gwarantuje, że żaden pracownik kopalni nie straci pracy, a w razie takiego scenariusza zostanie objęty osłonowym pakietem socjalnym. Dokument musi jednak jeszcze notyfikować Komisja Europejska. Zdaniem dużej części ekspertów nie będzie to jednak możliwe, ponieważ unijne prawodawstwo nie przewiduje pomocy publicznej na utrzymanie działalności kopalni węglowych.

Duża część energetyki w Polsce jest oparta na węglu, więc przed górnictwem jest przyszłość, ale tylko przed tą jego częścią, która będzie oparta na zdrowych zasadach i która będzie potrafiła udowodnić w rachunku ekonomicznym, że jest w stanie się utrzymać. Dzisiaj do kosztów zaliczamy też te wynikające z regulacji ogólnoeuropejskich związanych z polityką klimatyczną. Czy tego chcemy, czy nie, te dodatkowe koszty również musimy wliczać do ogólnego rachunku funkcjonowania górnictwa ­– podkreśla senator.

Pandemia sprawiła, że polskie górnictwo znalazło się w głębokim finansowym kryzysie, a rentowność spadła m.in. na skutek kosztów poniesionych na jej przeciwdziałanie, przestojów w produkcji i kosztów pracowniczych. Na przełomie maja i czerwca Śląsk stał się największym w Polsce ogniskiem COVID-19, a nowych zakażeń przybywało głównie wśród górników. Dlatego minister aktywów państwowych Jacek Sasin zadecydował o wstrzymaniu pracy w najbardziej narażonych kopalniach: 10 zakładach Polskiej Grupy Górniczej i dwóch należących do JSW. Do normalnej pracy wróciły dopiero z początkiem lipca, po prawie miesięcznym przestoju. W tej chwili nowych zakażeń przybywa znacznie wolniej, m.in. dzięki masowemu programowi badań przesiewowych i wprowadzonym środkom ostrożności.

– Kopalnie to specyficzne zakłady pracy, ale wszystkie środki, jakie były możliwe do podjęcia, zostały wdrożone po to, żeby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo pracowników. Wydobycie węgla jest ograniczone, ale nadal się odbywa. Kopalnie nie są zresztą takim zakładem pracy, który można zamknąć na kilka dni. Ze względów górniczo-geologicznych trzeba ten węgiel wydobywać, bo inaczej wszystko samo by się zlikwidowało – mówi Janusz Olszowski, prezes Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej.

Z problemami branża borykała się już wcześniej, m.in. wskutek coraz cieplejszej zimy, wysokiego poziomu importu węgla i rosnącego udziału energii z odnawianych źródeł. Pandemia dodatkowo zmniejszyła popyt na energię (chociaż już w sierpniu zapotrzebowanie było już tylko o 1,2 proc. niższe niż przed rokiem), a w efekcie węgla na zwałach systematycznie przybywało. Jak podaje katowicki oddział ARP zajmujący się monitoringiem rynku węgla, na koniec lipca stan zapasów wyniósł 7,9 mln ton niesprzedanego surowca.

– Gospodarka się schłodziła, jest mniejsze zapotrzebowanie na energię, mniej węgla potrzeba do jej produkcji i jest problem ze zbytem. Zwały przykopalniane i składy są zasypane węglem, elektrownie też mają pełne zapasy węgla i to jest właśnie największy problem górnictwa związany z pandemią – mówi Janusz Olszowski.

– Pandemia pogrąża różne branże, niektóre mocniej, inne lżej. Niewątpliwie górnictwo należy do tych, które koszty pandemii, związane m.in. z zabezpieczeniem górników i przerwami pracy, odczują najbardziej boleśnie. Trzeba jednak pamiętać, że już przed pandemią postępował proces spadku cen węgla na świecie i niestety z nimi przychodzi nam się zmierzyć – dodaje Krzysztof Kwiatkowski.

Jak podaje katowicki oddział ARP, produkcja i sprzedaż węgla w Polsce utrzymuje się na niskich poziomach już od kwietnia. W lipcu br. wyniosły odpowiednio 5 oraz 4,3 mln ton.

Podczas pandemii wzrosła liczba cyberataków. 70 proc. Polaków się ich obawia, ale co trzeci nie zabezpiecza komputera i telefonu nawet hasłem

Rosnąca popularność zakupów online, praca zdalna i wzrost wykorzystania kanałów online w ostatnich miesiącach sprzyjają cyberprzestępczości. Jak podawało FBI, od początku pandemii liczba incydentów w sieci wzrosła aż o 400 proc. Wprawdzie 70 proc. Polaków zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa i obawia się, że źródłem wycieku danych będzie ich komputer lub telefon, jednak co trzeci internauta nie zabezpiecza swojego komputera hasłem. – Kanał cyfrowy w czasie pandemii stał się dominujący, więc przestępcy mają więcej okazji, żeby nas zaatakować – mówi dr Piotr Majewski z Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Pandemia sprzyja cyberprzestępczości, ponieważ pracujemy zdalnie, zdalnie kontaktujemy się z urzędami i w ten sam sposób się uczymy. Kanał cyfrowy stał się dominujący, więc przestępcy mają więcej okazji, żeby nas zaatakować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Piotr Majewski z Instytutu Finansów i Rachunkowości w Wyższej Szkole Bankowej w Toruniu.

Pandemia koronawirusa i spowodowane nią obostrzenia w kontaktach sprawiły, że życie zawodowe i prywatne Polaków przeniosło się do internetu. Komunikacja zdalna zastąpiła spotkania twarzą w twarz, instytucje publiczne i urzędy administracji zachęcają do korzystania z e-usług, a korporacje oddelegowały pracowników na home office. Badanie ARC Rynek i Opinia na zlecenie Gumtree.pl i Randstad Polska pokazało, że już w kwietniu br. na skutek koronakryzysu ponad 3/4 pracowników umysłowych w Polsce przeszło na pracę zdalną.

Nowa rzeczywistość zmieniła też sposób, w jaki Polacy korzystają z internetu czy robią zakupy. Jak pokazuje wrześniowe badanie „Polacy w pandemii” Dentsu Aegis, 49 proc. deklaruje, że obecnie częściej niż przed pandemią kupuje w internecie. Handel w sieci i z dostawą do domu stał się alternatywą dla tradycyjnych zakupów związanych z kontaktem społecznym.

– Okres izolacji sprzyjał robieniu zakupów przez internet, wiele rzeczy codziennego użytku kupowaliśmy zdalnie, transakcje odbywały się częściej. W efekcie podawaliśmy też dane kart płatniczych, stosowaliśmy metody płatności, z których wcześniej nie korzystaliśmy. Ta zwiększona częstotliwość – w połączeniu z uśpioną czujnością – może sprzyjać cyberatakom – wskazuje ekspert.

Jak wynika z sierpniowego badania KRD i serwisu ChronPESEL.pl, 3/4 Polaków obawia się utraty danych osobowych w wyniku działalności oszustów w internecie. Prawie 70 proc. boi się, że źródłem wycieku będzie ich komputer lub telefon. Jednocześnie co trzeci internauta w Polsce nie zabezpiecza swojego komputera hasłem. Połowa nie aktualizuje na bieżąco oprogramowania, a prawie 20 proc. nie używa programów antywirusowych.

Przyzwyczailiśmy się, że większość naszych kontaktów stała się cyfrowa. Za pomocą komputera i telefonu rozmawiamy ze znajomymi, robimy zakupy, wykonujemy obowiązki służbowe. Przez to niejako tracimy czujność, ponieważ tak często wymieniamy się danymi i informacjami z innymi osobami, że czasami zapominamy o stosowaniu zasad bezpieczeństwa i przestajemy uważać na zagrożenia – mówi Piotr Majewski.

Również kwietniowe badanie Maison & Partners na zlecenie Biura Informacji Kredytowej potwierdza, że Polacy od początku pandemii znacznie częściej korzystają z poczty elektronicznej, portali społecznościowych i komunikatorów, a ponad połowa uważa, że może to prowadzić do większej liczby prób wyłudzeń kredytów czy pożyczek. Aż 40 proc. miało styczność z podejrzanym mailingiem, a 27 proc. przyznaje, że zdarzyło im się otrzymać mailem prośbę o kliknięcie linku lub pobranie pliku.

Cyberprzestępczość bazuje na braku kontaktu face to face. Jedna z podstawowych metod to podszywanie się pod osobę bądź instytucję, a wiele osób nie ma doświadczeń w zdalnej pracy czy zdalnych kontaktach i nie zdążyła jeszcze nauczyć się zasad bezpieczeństwa – mówi ekspert WSB w Toruniu.

Jak wskazuje, do najczęściej stosowanych przez cyberprzestępców metod należy tzw. phishing, czyli rozsyłanie sfabrykowanych maili i stron internetowych, które mają skłonić np. do podania danych osobowych czy przekazania środków finansowych.

Wciąż bardzo popularną metodą jest także socjotechnika, czyli wywieranie wpływu na osobę tak, aby ona np. podała hasło do skrzynki mailowej, portalu społecznościowego czy dane dostępowe do konta – mówi Piotr Majewski.

Jak podawało FBI w kwietniu tego roku, liczba incydentów online zgłaszanych do internetowego centrum zgłaszania przestępstw (IC3) wzrosła o 400 proc. w stosunku do sytuacji sprzed pandemii.

Istnieje wiele sprawdzonych sposobów na minimalizację ryzyka cyberataku, należą do nich dbanie o silne hasło i częsta jego zmiana, sprawdzanie tożsamości osób i stron internetowych, z którymi mamy do czynienia, oraz dbałość o to, żeby nasz komputer był wylogowany, kiedy go nie używamy, żeby żadne wrażliwe dane nie znajdowały się na monitorze – podkreśla ekspert.

Tylko 1,2 proc. z 12 mln alergików w Polsce jest poddawanych odczulaniu. Powodem jest brak refundacji leków

Odczulanie polega na podawaniu pacjentowi niewielkich dawek alergenów, na które z czasem organizm uzyskuje tolerancję. To jedyna metoda, która zwalcza przyczyny alergii, a nie tylko łagodzi jej dokuczliwe symptomy, jak to ma miejsce w przypadku objawowego leczenia farmakologicznego. Pozwala zapobiec rozwojowi cięższych postaci alergii, jest bezpieczna i nieuciążliwa – zwłaszcza w postaci tabletek pod język, które chory może stosować samodzielnie w domu. Ta forma w Polsce nie jest refundowana, co powoduje, że niewielki odsetek pacjentów poddaje się leczeniu. Obecnie spośród 12 mln osób cierpiących na choroby alergiczne odczula się tylko około 1,2 proc. chorych.

Pylenie drzew liściastych zaczyna się w styczniu i trwa do późnego lata. Alergizują m.in. leszczyna, olcha, dąb i brzoza, która jest najczęstszym powodem alergii pyłkowej. Szacuje się, że uczulenie na Bet v 1, czyli główny alergen pyłku brzozy, ma ponad 100 mln osób w Europie. Od maja do połowy lipca przypada też okres pylenia traw (w tym żyta), których jest w Polsce ok. 200 gatunków.

– Klasyczne objawy alergii na pyłki drzew to wodnisty katar, bardzo nieprzyjemny dla chorego, uczucie zatykania nosa i uciążliwe kichanie napadowe. Leczenie objawowe powoduje dodatkowo senność, zaburzenia koncentracji, kłopoty z nauką i pracą, a więc upośledza jakość życia. Druga grupa to objawy ze strony oczu – zapalenie spojówek, zaczerwienienie, swędzenie i obrzęk. W sezonie pylenia drzew w tej grupie pacjentów mogą też wystąpić typowe objawy astmy – od napadowego kaszlu po świszczący oddech czy duszność napadową. To są objawy wspólne dla różnych alergii i występują również u osób uczulonych na pyłki drzew – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Marita Nittner-Marszalska z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Reakcje alergiczne są nasilone zwłaszcza wiosną i latem, w suche i gorące dni. Co istotne, w wyniku reakcji krzyżowej osoby uczulone np. na pyłki traw mogą odczuwać objawy alergii też po zjedzeniu produktów mącznych, otrębów czy pomidorów.

Alergolodzy mają do dyspozycji szeroki wachlarz farmaceutyków, ale klasyczne leczenie farmakologiczne polega tylko na łagodzeniu dokuczliwych objawów. Jedyną terapią, która zwalcza jej przyczynę, jest odczulanie, czyli immunoterapia alergenowa. Polega na podawaniu pacjentowi niewielkich dawek alergenów, na które z czasem organizm uzyskuje tolerancję.

– Obecnie stosujemy terapie całoroczne, ponieważ długotrwały kontakt ze szczepionką zawierającą alergen powoduje, że układ odpornościowy nabiera tolerancji w lepszym stopniu. Okołosezonowe odczulanie też jest skuteczne, więc u pacjentów, którzy nie mają czasu czy możliwości poddania się całorocznej terapii, stosujemy ten schemat terapii – mówi prof. dr hab. n. med. Marek Jutel, prezydent Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej, kierownik Katedry Immunologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – Jeśli rozpoczniemy odczulanie przed sezonem pylenia, to pacjent już w kolejnym sezonie powinien odczuć wyraźną poprawę. Wiemy też, że im dłużej odczulamy, tym efekt jest z roku na rok coraz lepszy.

– Immunoterapia alergenowa powoduje, że pacjent uczulony na pyłek, u którego występowały objawy nadreaktywności, zaczyna go tolerować. Zatem po immunoterapii układ odpornościowy nabiera zdolności ignorowania tego alergenu – mówi prof. Marita Nittner-Marszalska.

Nierozpoznana lub nieleczona alergia może prowadzić do powikłań i cięższych schorzeń, takich jak astma oskrzelowa czy POChP (przewlekła obturacyjna choroba płuc). Odczulanie pozwala temu zapobiec i hamuje rozwój cięższych chorób alergicznych. Ta terapia jest stosowana od lat, bezpieczna na tyle, że w przypadku niektórych alergenów można ją rozpocząć już u dzieci, które ukończyły piąty rok życia.

Immunoterapię stosuje się zwykle przez trzy do pięciu lat. W porównaniu z leczeniem farmakologicznym, które wielu pacjentów musi kontynuować przez całe życie, jest to stosunkowo krótki czas. Odczulanie może być podawane w dwóch formach: w zastrzykach bądź podjęzykowo (w kroplach lub tabletkach).

– Nie jest to zbyt uciążliwe. W przypadku immunoterapii iniekcyjnej [w zastrzykach – red.] odstępy pomiędzy podaniami kolejnych dawek szczepionki wynoszą od czterech do ośmiu tygodni. Z kolei w przypadku immunoterapii podjęzykowej pacjent stosuje ją raz dziennie pod język – wyjaśnia prof. Marek Jutel.

Efektywność tych metod jest prawie taka sama, ale zaletą terapii doustnej jest to, że można stosować ją samodzielnie w domu, a do alergologa trzeba zgłosić się raz na trzy miesiące.

W Polsce immunoterapia podjęzykowa nie jest refundowana, więc pacjenci mają trudniejszy dostęp do tej formy terapii. Jednak lekarze wskazują, że jej upowszechnienie może skłonić większą liczbę pacjentów do poddania się takiemu leczeniu.

– Problemem jest cena podjęzykowych immunoterapii i brak refundacji. Głównie z tego powodu one nie są w Polsce bardzo popularne. Ta sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby szczepionki były refundowane. Nie zawsze też możemy zaoferować pacjentowi szczepionkę iniekcyjną. Istnieje duża grupa pacjentów, którzy nie mogą lub nie chcą otrzymywać iniekcji i którzy w związku z tym powinni stosować immunoterapię w formie tabletek czy kropli podjęzykowych – mówi prezydent Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej

– Immunoterapia to metoda, która powinna być szeroko dostępna i stosowana, bo nie mamy innej metody przyczynowej – dodaje prof. Marita Nittner-Marszalska.

Alergie są określane mianem epidemii XXI wieku. Według Światowej Organizacji Alergii (WAO) u 30–40 proc. całej populacji występuje co najmniej jedno ze schorzeń alergicznych. Z kolei WHO podaje, że zajmują one już trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych. Według danych przytaczanych przez NFZ w Polsce na alergie cierpi w sumie około 12 mln osób, z których 8 mln ma alergiczny nieżyt nosa, a ponad 4 mln walczy z astmą, najczęściej mającą właśnie podłoże alergiczne.


Materiał powstał w ramach kampanii edukacyjnej. Więcej informacji na stronie Facebooka: Zerwij z alergią wybierz zdrowie.

Zerwij z alergią, wybierz zdrowie.

Sztuczna inteligencja coraz śmielej wkracza do administracji publicznej. Polska musi jednak gonić bogatsze kraje UE we wdrożeniach SI

Już nie tylko wielkie korporacje technologiczne, lecz także sektor publiczny rozwija i coraz częściej wykorzystuje sztuczną inteligencję – wynika z raportu „Iloraz sztucznej inteligencji”. Pandemia koronawirusa pokazała, że rewolucja oparta na SI przyniesie ludzkości nowe możliwości rozwoju. W wielu krajach rządy sięgnęły po pomoc sztucznej inteligencji, aby przewidzieć kierunki rozwoju pandemii. Wdrożenia w administracji to jednak dłuższy proces. – Jesteśmy skazani na wdrożenia sztucznej inteligencji – mówi Małgorzata Bonikowska, prezes ośrodka THINKTANK i Centrum Stosunków Międzynarodowych.

– Dużo się dzieje w temacie sztucznej inteligencji, ale mniej w sektorze publicznym niż w biznesie. Ma to swoje przyczyny, gdyż sektor publiczny to zamówienia publiczne, to pewne dodatkowe procedury i opór materii. Jednak jesteśmy skazani na to, żeby technologie były w naszym życiu i żeby te wdrożenia się dokonywały. Pandemia to przyspieszyła, aczkolwiek widzimy, że idzie to dość wolno, bo jest mnóstwo oporów, nieznajomości, braku wyobrażenia o takich wdrożeniach czy braku możliwości dokonywania zamówień – mówi agencji Newseria Innowacje Małgorzata Bonikowska.

Raport „Iloraz sztucznej inteligencji” przygotowany przez ośrodek THINKTANK wskazuje, że potencjał rozwoju SI rośnie z dnia na dzień. Po najnowsze rozwiązania technologiczne sięgają nie tylko największe korporacje, lecz również rządy czy instytucje publiczne. Europa Środkowo-Wschodnia dopiero goni w tym zakresie najbogatsze kraje Unii. Nie brakuje jednak innowacyjnych rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji stosowanych w sektorze publicznym.

– Raport pokazuje, że jest duża różnica pomiędzy stanem zaawansowania takich wdrożeń w Europie Środkowo-Wschodniej a pozostałą częścią Unii Europejskiej. U nas jest dziesięciokrotnie mniej takich przykładów niż w Europie Zachodniej – wskazuje prezes ośrodka THINKTANK i Centrum Stosunków Międzynarodowych.

Na Łotwie realizowany jest projekt, który dzięki sztucznej inteligencji ma opracować nową, opartą na analizie dużych zbiorów danych metodę wczesnego diagnozowania i leczenia raka płuc. W Rumunii SI usprawnia wypłatę środków unijnych dla rolników. W Chorwacji z kolei w sądach wykorzystuje się rozwiązanie oparte na sztucznej inteligencji, które precyzyjnie konwertuje dokumenty dźwiękowe na edytowalne teksty. W Polsce przykładem może być Grupa LOTOS, gdzie wszystkie kluczowe procesy biznesowe są sterowane przez systemy IT i OT. Dodatkowo obecnie do zwiększenia opłacalności przerobu ropy naftowej spółka sięgnęła po rozwiązania chmurowe wspierane przez sztuczną inteligencję.

– Sztuczna inteligencja to jest nic innego jak umożliwienie instytucjom lepszego procedowania i procesowania swojej wiedzy, pochodzącej z wewnątrz albo łatwo pozyskanej z zewnątrz. Poprzez komputery i algorytmy tę wiedzę można bardzo szybko zdobyć, ale też przeanalizować i wyciągnąć z tego wnioski. Można też wielokrotnie przyspieszyć procesy zarządcze i procesy pozyskiwania informacji – tłumaczy ekspertka.

Ranking gotowości rządów do wprowadzenia SI opracowany przez Oxford Insights i Międzynarodowe Centrum Badań nad Rozwojem (IDRC) ocenia, że Polska zajmuje 27. miejsce pod względem przygotowania do użycia sztucznej inteligencji w  świadczeniu usług publicznych. Nasz kraj może więc już wkrótce wykorzystywać SI na szeroką skalę także w instytucjach publicznych.

– To, co przeszkadza, to przede wszystkim trudność w sformułowaniu zamówienia. Trzeba wypuścić przetarg, sformułować specyfikację. Ciężko jest to zrobić, kiedy mówimy o rzeczach zupełnie nowych i niewiele osób ma z tym jakiekolwiek doświadczenia. Drugą przeszkodą jest ta natury mentalnej. Nawet jak nas coś ciekawi, to nie zawsze widzimy praktyczne zastosowanie w naszej organizacji, przełożenie tego na konkretną sytuację, a w administracji publicznej jest to trudniejsze niż w firmach – wskazuje Małgorzata Bonikowska.

Sztuczna inteligencja daje ogromne możliwości, ale stanowi też zagrożenie. Nawet w krajach, które są liderami w rozwoju i zastosowaniach SI, regulacje są obecnie dopiero na etapie wypracowywania założeń.

– Pojawia się problem, gdzie jest ta granica, od której maszyna może podjąć decyzję np. nieetyczną. Ona może być słuszna z punktu widzenia opłacalności, monetyzowania, racjonalności, ale może być nieetyczna, niemoralna – zaznacza prezes ośrodka THINKTANK i Centrum Stosunków Międzynarodowych.

Nobel przyznany za badania nad czarnymi dziurami. Przełomowe odkrycia pozwolą poznać przeszłość Wszechświata

W 2020 roku Nagroda Nobla w dziedzinie fizyki trafiła do trójki badaczy zaangażowanych w badania związane z wyjaśnieniem fenomenu czarnych dziur. Komitet docenił duet naukowców odpowiedzialnych za obserwacyjne potwierdzenie istnienia supermasywnej czarnej dziury w centrum galaktyki Drogi Mlecznej oraz fizyka, który opracował matematyczny wzór procesu powstawania czarnej dziury z zapadających się gwiazd.

– Połowę Nagrody Nobla dostał fizyk teoretyk i matematyk Roger Penrose za badania nad czarnymi dziurami. Drugą połowę otrzymali dwaj astronomowie, którzy obserwując ruchy gwiazd w pobliżu centrum galaktyki, zrekonstruowali źródło pola grawitacyjnego odpowiedzialne za ten ruch. Tym źródłem jest bardzo ciężki i bardzo mały obiekt, czyli coś, co dobrze pasuje do opisu czarnej dziury – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Andrzej Dragan z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Teorie o istnieniu obiektów kosmicznych tak masywnych, że są w stanie pochłaniać nawet światło słoneczne, rozważano już pod koniec XVIII wieku. Jednak dopiero sformułowanie ogólnej teorii względności przez Alberta Einsteina dopuściło istnienie obiektów tego typu. W 1965 roku Roger Penrose przekuł teorię w dowód matematyczny i zaprezentował wzór, który potwierdzał proces powstawania czarnych dziur, za co został właśnie wyróżniony Nagrodą Nobla w dziedzinie fizyki.

Wkład Reinharda Genzela oraz Andrei Ghezy w badania nad zjawiskiem czarnych dziur polegał zaś na udowodnieniu, że za powłoką pyłową w gęstym centrum naszej galaktyki znajduje się grupa gwiazd okrążająca z dużą prędkością masywny obiekt ulokowany w samym jej centrum. W toku badań udało się ustalić, że jest nim supermasywna czarna dziura Sagittarius A*. To odkrycie pozwoliło z kolei ustalić, że wszystkie galaktyki o dużej masie orbitują wokół supermasywnej czarnej dziury.

– Czarna dziura w centrum naszej galaktyki ma masę mniej więcej 5 mln mas Słońca i jest obiektem punktowym, czyli czymś, co jest nieskończenie małe. Wokół tej czarnej dziury rozciąga się horyzont zdarzeń. Przekroczenie tej powierzchni to bilet w jedną stronę, nie można wrócić zza horyzontu. Na nim zatrzymuje się czas i dzieją się różne dziwne rzeczy. Są to bardzo abstrakcyjne obiekty i właśnie dzięki badaniom Penrose’a i obserwacjom dwóch pozostałych laureatów wiemy, że takie rzeczy rzeczywiście istnieją i są całkiem namacalne i obecne w naszej galaktyce – wyjaśnia ekspert.

Na przestrzeni ostatnich kilku lat dokonano wielu ważnych odkryć związanych z czarnymi dziurami. Jedno z najgłośniejszych było związane z premierą filmu „Intelstellar”. Na potrzeby tej produkcji reżyser Christopher Nolan zatrudnił w roli eksperta fizyka Kipa Thorne’a, który miał za zadanie wypracować matematyczny model zachowania cząsteczek krążących wokół czarnej dziury. Obliczenia posłużyły do stworzenia wiernej, wielkoskalowej rekonstrukcji czarnej dziury z podwójnym dyskiem akrecyjnym.

Z kolei w 2019 roku po raz pierwszy udało się sfotografować obraz wokół czarnej dziury za pośrednictwem Teleskopu Horyzontu Zdarzeń (Event Horizon Telescope). EHT składa się z ośmiu naziemnych radioteleskopów zaprojektowanych specjalnie z myślą o badaniu czarnych dziur. Obserwacje przeprowadzone w galaktyce Messier 87 pozwoliły zaprezentować pierwsze dowody wizualne na istnienie supermasywnych czarnych dziur w centrach galaktyk.

– Często badania naukowe prowadzą do nieoczekiwanych zastosowań, które trudno przewidzieć. Dzięki znajomości fizyki czarnych dziur możemy używać ich do badania bardzo odległych obszarów kosmosu, które są niedostępne w jakikolwiek inny sposób. Zazwyczaj bada się światło dochodzące do nas z gwiazd, ale często jest ono zaburzone przez materię, która znajduje się po drodze. Natomiast czarne dziury zderzając się, emitują fale grawitacyjne, które możemy obserwować. I te fale grawitacyjne mogą nam posłużyć do stworzenia mapy radarowej, która pozwoli powiedzieć, gdzie co jest, jaka jest struktura Wszechświata czy jaki jest rozkład materii – wskazuje dr Andrzej Dragan.

65 proc. użytkowników mobile gamingu w Europie to kobiety

Ponad połowa z 2,3 mld graczy mobilnych na świecie gra częściej niż 10 razy w tygodniu. Zdecydowana większość ma więcej niż 34 lata[1]. Są więc dojrzałymi konsumentami, samodzielnie podejmującymi decyzje zakupowe. Jeśli dodamy do tego fakt, że spędzają przed ekranem telefonu lub tabletu średnio 3,5 h dziennie, a przez 11 proc. tego czasu grają w gry mobilne, to okazuje się, że warto szukać klienta online właśnie wśród gamerów.[2] Najciekawsze jest jednak to, że blisko 7 na 10 użytkowników mobile gamingu w Europie to… kobiety.[3] W Polsce różnica między płciami nie jest jeszcze tak wyraźna (52 proc. panie i 48 proc. panowie), ale prognozy wskazują na to, że te dysproporcje będą się pogłębiać.[4] Marki, które w porę zauważą ten potencjał mogą zyskać sporą przewagę konkurencyjną w tym środowisku reklamowym. Co tak właściwie wiemy o kobietach-graczach i dokąd zmierza mobile gaming w wydaniu kobiecym?

Czy kobiety lubią gry na telefonie?

Obecność kobiet w branży mobile gaming to trend, który od kilku lat stopniowo się umacniał. Jednak teraz nie wystarczy już stwierdzić, że coraz więcej pań gra w gry na urządzeniach mobilnych. Kobiet w tym segmencie rozrywki mobile jest w Polsce aż ponad 6 milionów więcej niż mężczyzn. Według danych od GWI 19 mln pań w wieku 25-34 lata spędza czas na grach mobilnych. Podczas gdy panowie stanowią grupę w podobnym przedziale wiekowym, ale reprezentowaną przez nieco ponad 12,5 mln graczy.

– Do tej pory rynek mobile gaming szacowany był głównie na poziomie analizy przychodów generowanych w określonych latach oraz kierunków rozwoju. Mniej uwagi poświęcano na realną charakterystykę odbiorców czy profili użytkowników. Zdarzały się oczywiście artykuły trendowe wskazujące na rosnącą rolę kobiet-graczy w mobile gamingu, jednak przekaz nie był dostatecznie mocny, by wywołać poruszenie w branży. Dlaczego? Liczba dotycząca pań, które grają na urządzeniach mobilnych nie będzie robić wrażenia, dopóki nie zestawimy jej z liczbą panów, którzy lubią mobile gaming i chętnie z niego korzystają w wolnym czasie. Dopiero wtedy wyraźnie rysuje się stereotyp, który zazwyczaj przysłania fakty. Graczem jest mężczyzna, a gry to strzelanki. Nic bardziej mylnego. Tutaj rządzą kobiety i to one właśnie powinny być w centrum zainteresowania marek, które chcą się pokazać w grach na urządzeniach mobilnych w różnych formatach reklamowych, a obecność brandów skierowanych do pań w sektorze mobile gaming może przynieść realną przewagę nad konkurencją mówi  Michał Pietruszka, Head of Mobile Product, Mobiem Polska.

W co grają panie w wersji mobile?

Symulacje to najczęstszy kobiecy wybór. Na ten rodzaj gry decyduje się ponad 54 proc. pań. Podczas gdy na męskiej liście zajmują one dopiero 6 miejsce. Panowie wolą między innymi gry strategiczne, sportowe, wyścigi oraz „strzelanki” i przygodowe gry akcji. Dwie ostatnie pozycje wybiera odpowiednio 70 proc. i 71,6 proc. graczy. Kobiety również lubią spędzać czas na przygodowych grach, decyduje się na nie ponad 53 proc. pań, ale zaraz za nimi są puzzle – 52,2 proc. – oraz gry karciane z wynikiem 40,9 proc. Natomiast na short liście u panów znajdziemy jeszcze sztuki walki (37 proc.) oraz gry określane mianem survival (33,9 proc.).[5] Męskim światem wydają się rządzić potrzeby związane z wyładowaniem emocji, działaniem strategicznym, rywalizacją i próbowaniem swoich sił w trudnych warunkach. Kobiety kierują się innymi potrzebami – logicznym rozwiązywaniem zagadek, myśleniem przestrzennym, empatią. To, co łączy obie płci, to wysoka pozycja gier przygodowych. Jednak pamiętajmy, że przygoda przygodzie nie równa. Fabuła gry akcji zazwyczaj bywa inna w mobile gamingu selekcjonowanym przez panie i panów. To tak jakbyśmy chcieli porównać dawne bestsellery, czyli przechodzenie plansz w Mario Bross to wartka akcja widziana kobiecym okiem, a survival w Minecraft to namiastka „kina akcji” po męsku. Czy na pewno nic się dzisiaj nie zmieniło w postrzeganiu graczy jako konsumentów?

– Mimo że na świecie jest około miliard kobiet grających w gry, to można pokusić się o stwierdzenie, że marketing gier wideo jest nadal mocno nakierowany na męską publiczność. Panie zawsze grały, ale dawniej po prostu nie były większością, a na początku największą popularnością cieszyły się strzelanki oraz gry akcji i te związane ze sportem. Z tych początkowo najczęściej korzystali mężczyźni, dlatego siła promocji przeważała na rzecz męskiego odbiorcy. Reklam gier określanych jako „męskie” jest nadal więcej niż puzzli i łamigłówek. Jednak w branży następuje pewne przełamanie. Coraz więcej mówi się o tym, że to płeć piękna tworzy mobile gaming. Tak jest również w Polsce i reklamodawcy powoli dojrzewają do tego faktu. W Mobiem nie widzimy wprawdzie znaczącej dysproporcji wśród zleceniodawców przekazów promocyjnych, ale w skali globalnej już tak – mówi Magdalena Wąsikowska-Gal, Maketing Manager, Mobiem.

Mobile gaming według kobiet – jak wykorzystać ten potencjał?

Na szczęście branża zdaje się coraz bardziej rozumieć, że istnieją różne sposoby konsumowania gier i królujące do tej pory produkcje oparte na strzelaniu, niszczeniu i walce z wrogiem stoją obok takich, które pozwalają się odstresować poprzez łączenie kropek, puzzli czy zanurzenie się w innym świecie – Ponadto kobiety są cierpliwymi i wyrozumiałymi odbiorcami. Na przykład badania przeprowadzone w USA pokazują, że mamy – gracze doceniają niektóre reklamy nowych produktów i brandów, których wcześniej nie znały. Przyznają, że lubią oglądać promocyjne filmy i obrazy swoich ulubionych marek, a 27 proc. z nich przyznało, że są pytane przez znajomych o rekomendację reklamowanego w grach produktu.[6] Badania są po to, by czerpać z nich dane, analizować i lepiej poznawać swoich klientów. Mobile gaming dostarcza w ostatnim czasie mnóstwo zaskakujących liczb kształtujących ten segment rozrywki. Warto na nie zwrócić uwagę dodaje Michał Pietruszka.

Skoro do 2022 roku gry na telefony komórkowe i tablety będą stanowić blisko 50 proc. całego rynku gier, to znaczy, że jest, o co walczyć.[7] Dodatkowo według badań gracze zwracają uwagę na reklamy częściej w grach mobilnych (41 proc.) niż w Internecie (17 proc.), prasie (15 proc.) czy na billboardach (15 proc.).[8] Dlatego reklamy wideo, w szczególności te z dodatkowymi bonusami, które można odtwarzać w grach są tak popularne, a powodzenie kampanii coraz bardziej zależy nie tylko od rodzaju gry, ale również dedykowanego odbiorcy. Według raportu Bizzard Media najlepszymi konsumentami treści w produkcjach mobile gaming są kobiety, które postrzegają gry jako ważną rozrywkę, a tym samym część ich codzienności i są nastawione na zaangażowanie marki w mediach społecznościowych. Kobiety podejmują nawet 80 proc. decyzji zakupowych, wśród nich są matki, które grają codziennie i napędzają segment mobile gaming. Dlatego reklamodawcy w przyszłości mogą porzucić faworyzowanie płci męskiej nad kobietami i uwzględniać w strategiach marketingowych grupę docelową złożoną z pań. Świadome marki będą potrafiły elastycznie dostosować się do realiów i umiejętnie te dane wykorzystać, by dotrzeć jak najbliżej swojego klienta.

[1] Mediakix, dane za 2020 r.

[2] eMarketer, statystyki 2020 r.

[3] Statista, wrzesień 2020 r. – dane dot. Regionu EMEA

[4] Dane Mobiem

[5] Najnowsze dane GWI, wrzesień 2020.

[6] Gaming. It’s all about the mums. Are brands listening? Czerwiec 2020.

[7] Mobile gaming industry game trends 2020.

[8] Your guide to mobile game marketing in 2020.

Od polskiego startupu do międzynarodowego serwisu – 10 lat Clicktrans

Clicktrans to serwis, który łączy osoby i firmy poszukujące transportu większych rzeczy z przewoźnikami. Polski serwis wystartował w 2010 roku, a obecnie działa w całej Europie, świętując 10-lecie działalności. Z serwisu skorzystało już ponad pół miliona osób z całej Europy.

Od startupu do międzynarodowego serwisu. Taką drogę przeszli założyciele Clicktrans: Michał Brzeziński i Agnieszka Korzeniewska. Powód powstania platformy był wręcz typowy dla świata startupów – Clicktrans miał być odpowiedzią na pewną potrzebę.

Ponad 10 lat temu szukałem sposobu na transport mebli z południa Polski do Trójmiasta. Okazało się, że nie było to ani proste, ani tanie. Zaczęliśmy rozwijać Clicktrans, bo na rynku brakowało właśnie serwisu dla klientów indywidualnych, którzy chcą po prostu zlecić transport nietypowych rzeczy, których nie zabierze kurier, takich jak samochód, motocykl czy meble – wspomina Michał Brzeziński, CEO i co-founder Clicktrans.

Jednak to co się wydarzyło później, przerosło najśmielsze oczekiwania. Serwis nie tylko z powodzeniem przyjął się w Polsce, ale jego twórcy uruchomili wersje platformy dedykowane klientom z Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Niemiec, a w przygotowaniu są już serwisy dla kolejnych państw. Po 10 latach działalności w bazie serwisu znajduje się ponad 57 tysięcy przewoźników, a użytkownicy Clicktrans wystawili już niemal 1,2 miliona zleceń transportowych. Obecnie co trzecie zlecenie publikuje użytkownik z zagranicy. Klienci, którzy raz skorzystali z Clicktrans, chętnie wracają z kolejnymi zleceniami. Niektórzy z nich wystawili ich setki. Przewoźnicy z Clicktrans transportowali duże i nietypowe ładunki nie tylko do wszystkich państw Europy, ale także do tak odległych miejsc, jak Angola, Wietnam czy Kuwejt.

Ważnym czynnikiem dla rozwoju Clicktrans był prężnie działający rynek transportu drogowego w Polsce. Warto pamiętać, że polskie firmy transportowe przewożą najwięcej ładunków w Unii Europejskiej. Dla wielu z nich nasz serwis szybko okazał się wartościowym źródłem zleceń. Ponadto kluczowa dla rozwoju platformy jest idea bardziej ekologicznego transportu. Clicktrans łączy osoby, które szukają transportu z przewoźnikami, jadącymi w tym samym kierunku. Dzięki temu przewoźnik zdobywa zlecenie po drodze, co zmniejsza koszty i ogranicza emisję CO2. Od początku istnienia serwisu nasi przewoźnicy zapobiegli emisji prawie 28 mln kg CO2! W Clicktrans ekologia i oszczędzanie idą w parze – dodaje Agnieszka Korzeniewska, co-founder Clicktrans.

Obecnie działania Clicktrans wspiera Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Dzięki środkom z NCBR Clicktrans planuje zrewolucjonizować proces zlecania transportu w całej Europie.

Santander Bank Polska wydłuża okres spłaty kredytów dla małych firm

Santander Bank Polska proponuje swoim klientom z segmentu MŚP wydłużenie okresu kredytowania o 6 lub 12 miesięcy. To nowe udogodnienie dla tych, którzy nadal pozostają w trudnej sytuacji finansowej, spowodowanej skutkami epidemii COVID-19.

Wiemy, że zmienność przychodów jest codziennością, z którą mierzą się przedsiębiorcy. Nowe raty po okresie odroczenia mogą okazać się zbyt dużym obciążeniem. Dlatego wprowadziliśmy rozwiązania, które, mamy nadzieję, pomogą firmom w trudnym okresie – komentuje Bogusław Brudło, dyrektor Departamentu Restrukturyzacji Kredytów MŚP.

Bank przygotował dwie propozycje.

  • Klienci, którzy wcześniej skorzystali z odroczenia spłaty rat, mogą wydłużyć okres spłaty swojego kredytu o 6 miesięcy. Pozwoli to obniżyć przyszłe raty i przywrócić ich wysokość do poziomu zbliżonego do tego, sprzed COVID-19. Z tego rozwiązania mogą skorzystać firmy z kredytem obrotowym, inwestycyjnym, kredytem biznes ekspres i biznes ekspres hipoteka (jeśli umowa kredytu została zawarta do 13 marca 2020 r). Wniosek o wydłużenie okresu spłaty kredytu o 6 miesięcy można złożyć do 31.10.2020 r. Szczegóły oraz warunki dostępne są na stronie: pl/splatakredytu.
  • Ponadto klienci firmowi mogą skorzystać z wydłużenia kredytowania o 12 miesięcy. Dodatkowo przez pierwszy rok ich rata kapitałowa będzie wynosić 50% wysokości rat z pozostałego okresu spłaty. Rozwiązanie to skierowane jest do klientów spłacających swoje kredyty od minimum 12 miesięcy. Oferta jest niezależna od wcześniejszych udogodnień, które bank wprowadził podczas pandemii.

Główna korzyść dla firm, które zdecydują się na wydłużenie okresu spłaty kredytu, to niższe raty kredytowe w nowym harmonogramie spłat, przygotowanym po zmianie warunków umowy kredytowej.

Bank udostępnia również symulator spłaty raty kredytu na stronie z opisem oferty – santander.pl/nizszarata. Klienci firmowi, zanim złożą wniosek, mogą sprawdzić orientacyjnie jak zmienią się raty po zmianie warunków umowy.

Klienci, którzy prowadzą jednoosobowe działalności gospodarcze mogą składać wnioski w swojej bankowości elektronicznej, oddziale, bądź przez infolinię. Natomiast klienci, których firmy mają inne formy organizacyjno-prawne mogą skorzystać z propozycji tylko w oddziale – w trakcie jednej wizyty.

Przedsiębiorcy mają dosyć samowoli urzędników i coraz częściej domagają się wyjaśnienia, czy organy miały prawo przetrzymywać należne im zwroty VAT

Przez blisko 2 lata urząd skarbowy przedłużał i przetrzymywał wykazany przez spółkę zwrot VAT. Wreszcie, w wyniku zakończenia postępowania podatkowego wydał decyzję, w której zamiast zwrotu, określił wysokość zobowiązania podatkowego spółki, jak i dodatkowe zobowiązanie w VAT. Spółka wniosła zażalenie do organu II instancji, ale ten, z uwagi na fakt, że naczelnik US zakończył postępowanie wydaniem decyzji wymiarowej, umorzył postępowanie odwoławcze, jako bezprzedmiotowe. Spółka wniosła skargę do sądu, który stanął po jej stronie, bo jak stwierdził, przeciwne stanowisko stanowiłoby przyzwolenie na pozbawioną sądowej kontroli samowolę organów.

Umorzenie postępowania odwoławczego

W styczniu 2018 r. przedsiębiorca złożył deklarację podatkową VAT-7 za grudzień 2017 r. z wykazaną do zwrotu nadwyżką podatku od towarów i usług naliczonego nad należnym. Wniósł o zwrot podatku w 25-dniowym terminie. Naczelnik urzędu skarbowego wszczął w spółce kontrolę podatkową oraz przedłużył termin zwrotu podatku do kwietnia 2019 r. W styczniu 2019 r. przedsiębiorca wniósł zażalenie na przedłużanie przez organ terminu zwrotu VAT, które dyrektor izby administracji skarbowej rozpoznał… w listopadzie 2019 roku, a więc dopiero 10 miesięcy później. Co jednak dla przedsiębiorcy najważniejsze, organ II instancji rozpoznał to zażalenie na jego niekorzyść, umarzając postępowanie odwoławcze.

Organ odwoławczy uznał zażalenie za bezprzedmiotowe

Dyrektor izby administracji skarbowej poinformował w uzasadnieniu swojego postanowienia, że naczelnik urzędu skarbowego we wrześniu 2019 r. wydał decyzję określającą spółce zobowiązanie podatkowe za grudzień 2017 r. w wysokości innej niż wykazał to przedsiębiorca w deklaracji oraz dodatkowe zobowiązanie podatkowe. W obliczu tego, przywołując przepis art. 208 § 1 Ordynacji podatkowej, uznał rozpoznawanie zażalenia na przedłużanie terminu zwrotu VAT za bezprzedmiotowe. Jednocześnie ocenił, że naczelnik urzędu skarbowego zasadnie przedłużał termin zwrotu podatku, bowiem wymagała tego konieczność kontynuowania kontroli podatkowej.

Brak oceny merytorycznej słuszności przedłużania terminu zwrotu VAT

W złożonej do sądu administracyjnego skardze spółka zarzuciła organowi odwoławczemu, że powinien, wydając swoje postanowienie, uwzględnić stan faktyczny z dnia wydawania przez naczelnika urzędu skarbowego postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu VAT, a nie kierując się stanem faktycznym istniejącym w dacie rozpatrywania zażalenia. Przedsiębiorca zauważył również, że organ II instancji powinien podjąć ocenę merytoryczną słuszności przedłużania terminu zwrotu VAT przez organ I instancji, a nie zasadności samego zwrotu.

Organy podatkowe nie mogą działać poza kontrolą sądową

WSA w Poznaniu zgodził się z argumentacją spółki. Potwierdził, że organ odwoławczy podejmując swoje rozstrzygnięcie powinien uwzględnić stan faktyczny z dnia wydawania postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu VAT przez naczelnika urzędu skarbowego, a więc rozpoznać wniesione przez spółkę zażalenie merytorycznie. Sąd zaznaczył, że choć istotą dwuinstancyjności postępowania jest rozpoznawanie każdej sprawy dwukrotnie, to w tej konkretnej sprawie wyjątkowo organ II instancji nie ma takiej kompetencji. Drugie rozpoznanie tej sprawy oznaczałoby, że organ odwoławczy może rozstrzygać o przedłużeniu terminu zwrotu VAT, a nie ma do tego prawa, tak jak nie ma prawa do wystawienia tytułu wykonawczego, czy nadania NIP-u. Organ odwoławczy może więc tylko aprobować rozstrzygnięcie w tym przedmiocie dokonane przez uprawniony do tego podmiot, czyli przez naczelnika urzędu skarbowego, lub je negować. Natomiast taka ocena jest możliwa jedynie na moment podjęcia przez naczelnika tego rozstrzygnięcia.

WSA zgodził się ze skarżącą, że skoro wbrew regule natychmiastowości zwrotu VAT, jego termin został przedłużony, to ma ona prawo domagać się od organu odwoławczego oceny legalności takiego przedłużania przez organ I instancji. Następnie taka ocena będzie podlegać kontroli sądowej. Bez tego, doszłoby do nieuprawnionej samowoli organów podatkowych w rozstrzyganiu spraw w przedmiocie ustalania terminów zwrotów VAT. Uchylając zaskarżone postanowienia dyrektora izby administracji skarbowej, poznański sąd orzekł:

„…procedura nie może stwarzać fikcji ochrony praw podatnika (tutaj prawa własności), nie może też dawać pola do działania organom podatkowym z pominięciem kontroli sądowej. (…) Umarzanie postępowania zażaleniowego w sprawie przedłużenia terminu zwrotu podatku od towarów i usług przez organ odwoławczy za każdym razem, oznaczałoby przyznanie organom podatkowym możliwości działania poza rzeczywistą kontrolą sądową” (wyrok z 30 lipca 2020 r., sygn. akt I SA/Po 56/20).

Przedsiębiorcy mają dość

Coraz częściej przedsiębiorcy domagają się kontroli i nadzoru nad działaniami urzędników i nie poprzestają na zakończeniu przez nich postępowań, czy kontroli podatkowych. W wyroku z 7 maja 2020 r., łódzki sąd przyznał rację przedsiębiorcy, który pomimo odzyskania zwrotu VAT, domagał się zbadania, czy urzędnicy mieli w ogóle prawo przetrzymywać należne firmie pieniądze, a co czynili przez ponad 2 lata. Jak trafnie zauważył w tamtej sprawie sąd: „Nie chodzi jedynie o zwrot VAT z odsetkami (…), lecz również rekompensatę szkód, które w czasie takiego przetrzymywania mogły zaistnieć” (sygn. akt I SA/Łd 831/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Grupa Kapitałowa INPRO podsumowała wyniki sprzedaży za III kw. 2020 r.

Grupa Kapitałowa INPRO podsumowała wyniki sprzedaży za III kwartał 2020 roku. Od lipca do września bieżącego roku Grupa zrealizowała przedsprzedaż (rozumianą jako liczbę podpisanych umów przedwstępnych netto) na poziomie 193 umów, co stanowi o 112 % więcej niż w II kwartale 2020 roku oraz jedynie 12% mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jednocześnie Grupa INPRO w III kwartale br. przekazała łącznie 144 lokale, czyli o 73% więcej niż rok wcześniej.

W III kwartale 2020 roku Grupa INPRO zrealizowała przedsprzedaż netto na poziomie 193 umów, co stanowi jedynie o 12% mniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Narastająco po trzech kwartałach br. Grupa podpisała 474 umowy, w porównaniu do 584 umów zawartych w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku.

Jednocześnie przez 9 miesięcy 2020 r. Grupa przekazała łącznie 417 lokali, w porównaniu do 256 sztuk w analogicznym okresie roku ubiegłego, co stanowi wzrost o 63%. W samym III kwartale Grupa przekazała 144 lokale w porównaniu do 83 sztuk rok wcześniej. W całym 2020 roku Grupa INPRO planuje oddać do użytkowania ponad 900 lokali. Dla porównania w 2019 roku przekazała łącznie 538 lokali.

„Wyniki sprzedaży w trzecim kwartale oceniamy pozytywnie. W porównaniu do drugiego kwartału udało nam się podpisać ponad dwukrotnie więcej umów. Obserwujemy zadowalający wzrost popytu na mieszkania, który jest już zbliżony do okresu sprzed pandemii. Mamy nadzieję, że trend się utrzyma w kolejnych okresach. Niskie stopy procentowe powodują, że wiele osób szuka bezpiecznego produktu, który pozwala zabezpieczyć wolne środki finansowe na przyszłość. Duże znaczenie ma też nasza oferta, która jest atrakcyjna biorąc pod uwagę relację ceny mieszkań do lokalizacji i standardu” – powiedział Rafał Zdebski, Dyrektor handlowy w INPRO S.A

W aktualnej ofercie Grupa INPRO posiada ponad 400 mieszkań, domów oraz lokali użytkowych.

Opłaty drogowe w 2020 roku

Właściciele firm transportowych szukają oszczędność np. przez programowanie dla swoich kierowców tras bez opłat drogowych. Czasami jednak ominięcie myta jest nie do uniknięcia. Z kolei 2020 rok przyniósł sporo zmian w opłatach drogowych w Europie – podwyżki nie wynikają jednak z sytuacji epidemicznej, ale z wcześniejszych planów lokalnych regulatorów. Jak kształtuje się więc krajobraz opłat drogowych w Europie i poza nią? Czy możemy spodziewać się kolejnych podwyżek?

2020 rok przyniósł większe ceny winiety

Wzrost kosztów dotyczy m.in. na Węgrzech. W zależności od liczby osi kierowcy zapłacą od 48 do prawie 150 euro za jazdę autostradami i od 93 euro za używanie dróg głównych. Rozliczenie w Austrii ze względu na klasę emisji i liczbę osi to koszt od 0,19650 do 0,47018 euro za kilometr. W zależności od regionu kraju, poruszając się po Belgii zapłacimy 0,154 do 0,308 euro za kilometr. Znacząco wzrosła też cena eurowiniety, która obowiązuje w Danii, Szwecji, Holandii i Luksemburgu. Bez względu na kategorię pojazdu, dzienna stawka wynosi 12 euro, to wzrost aż o 4 euro w stosunku do obowiązujących kiedyś 8 euro. W Czechach natomiast wraz ze wzrostem stawek zwiększono też liczbę płatnych odcinków. U naszych południowych sąsiadów należy przygotować się na wydatek rzędu od 1,58 do 9,95 euro za kilometr (ceny są uzależnione od liczby osi i terminów przejazdów – najdrożej jest w piątek między 15:00 i 20:00). To nie jedyna zmiana jeżeli chodzi o winiety w Czechach. Od 2021 roku zmieni się sposób pobierania opłat drogowych w tym kraju. Zamiast tradycyjnej nalepki, kierowcy będą rozliczali się z myta za pomocą aplikacji mobilnej. Co ważne, tym razem czeski parlament nie zdecydował się na podniesienie cen. Powodem jest duża liczba przeprowadzanych na tamtejszych autostradach remontów.

– Zdecydowana większość floty polskich przewoźników, to pojazdy spełniające normy emisji spalin Euro VI, co wpływa na wysokość opłat. W przypadku Niemiec różnica opłaty za kilometr między Euro VI i Euro V EEV dla pojazdu powyżej 18 ton o czterech osiach wynosi 0,011 euro, co przy 10 tys. pokonanych kilometrów miesięcznie da oszczędność w wysokości 110 euro. Dla floty 50 pojazdów roczna oszczędność to około 50 tys. euro, czyli kwota, która pozwoli na zakup dwóch nowych standardowych naczep kurtynowych. W branży transportowej, biorąc pod uwagę efekt skali, liczy się każdy eurocent, a im większa flota, tym większe oszczędności – zauważa Tomasz Czyż, ekspert INELO oraz systemu telematycznego GBox, monitorującego ponad 30 tys. ciężarówek jeżdżących po UE.

Ekspert dodaje również, że do szukania oszczędności przez przewoźników przyczynia się coraz szczelniejszy system poboru opłat.

– W ostatnich miesiącach sporo mówi się o naciskach ze strony UE na Niemcy, w związku z przedłużeniem ich decyzji, o zwolnieniu z myta pojazdów zasilanych gazem – mówi Czyż, nawiązując do konfliktu między Niemcami i Komisją Europejską, która uznała, że zwolnienie ciężarówek na gaz z opłat do 2023 roku przez Niemców jest niezgodne z unijnymi przepisami regulującymi kwestię poboru opłat drogowych. Zmuszenie Niemiec do zmiany zapisów oznaczałoby kłopoty dla przewoźników, którzy opierali swój model biznesowy na zwolnieniu z myta i utratę zleceń dla firm dostosowujących pojazdy do spalania gazu ziemnego. – Firmy transportowe dostrzegły tu szansę na oszczędności i zaczęły rozbudowywać flotę o pojazdy zasilane paliwem alternatywnym – dodaje Tomasz Czyż.

Mimo wszystko przewoźnicy zdają się podążać za trendem przestawiania tradycyjnie zasilanych ciężarówek na te, w których stosuje się LNG, czyli skroplony gaz ziemny. To z jednej strony oszczędność (pojazdy na paliwa alternatywne mogą liczyć na ulgowe opłaty drogowe), a z drugiej konieczność. W myśl przepisów przyjętych przez Unię Europejską emisja CO2 z samochodów ma do 2030 roku zostać zmniejszona o 40%. Oznacza to, że prędzej czy później ciężarówki będą musiały stać się bardziej ekologiczne.

Za wschodnią granicą

Korzystanie z płatnych odcinków w Rosji to koszt 2,20 rubla za kilometr. Od 1 lutego 2021 roku ta kwota wzrośnie do 2,35 rubla. Myto na terenie Federacji Rosyjskiej jest pobierane w ramach największego i najbardziej kompleksowego systemu Płaton, który indeksuje się co roku uwzględniając inflację. Na temat dalszych podwyżek Rosja milczy. Jeżeli nastąpią, nie będą raczej podyktowane poziomem emisji spalin (w tej chwili nie jest to czynnik wpływający na wysokość myta). O uiszczeniu opłaty pod żadnym pozorem nie mogą zapomnieć przewoźnicy wjeżdżający do Rosji, o ile nie chcą się narazić na mandaty. Wszystko za sprawą uprawnień, jakie w obszarze kontroli zagranicznych transportowców otrzymała Federalna Agencja Drogowa Rosawtodor od Ministerstwa Transportu. Przełom może czekać także przewoźników jeżdżących do Ukrainy, której przedstawiciele twierdzą, że przejazdy ciężarówkowe pozostawiają na tamtejszych drogach zbyt duże szkody, żeby dalej były darmowe. Brak jednak w tym zakresie konkretnych planów.

Ile starych kredytów mieszkaniowych mamy jeszcze do spłaty?

KNF niedawno podał ciekawe informacje o starszych kredytach mieszkaniowych. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy Polacy mają do spłacenia jeszcze sporo długów z lat pierwszego boomu mieszkaniowego.

Komisja Nadzoru Finansowego niedawno opublikowała ciekawe informacje na temat sytuacji krajowych banków w 2019 r. Te dane ze zrozumiałych względów nie obejmują skutków koronawirusowego kryzysu. Mimo tego, wydają się one całkiem ciekawe. Przykładem mogą być informacje dotyczące starszego zadłużenia mieszkaniowego naszych rodaków oraz tempa spłaty zobowiązań. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili zaprezentować kilka interesujących statystyk powiązanych z tymi kwestiami.

Warto przede wszystkim spojrzeć na informacje dotyczące pozostałego zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych w PLN. Wedle danych KNF, posiadacze kredytów „złotówkowych” z poszczególnych roczników łącznie mają do spłacenia następujące kwoty:Ile starych długów mają jeszcze Polacy do spłaty

Warto pamiętać, że w przypadku kredytów bez waloryzacji do waluty obcej analizowanie takiego salda długów (w PLN) jest łatwiejsze. Wspomniana kwota nie zależy bowiem od aktualnych notowań walut obcych (głównie franka oraz euro).

Ogólnie rzecz biorąc, posiadacze kredytów mieszkaniowych w PLN pod koniec 2019 r. mieli jeszcze do spłaty 312 mld zł. Jeżeli zaś chodzi o kredyty rozliczane według kursu waluty obcej, to zdecydowaną większość ich wartości bilansowej (121 mld zł) generowały „hipoteki” uzależnione od kursu CHF (98 mld zł). Dane KNF-u potwierdzają, że Polacy spłacili już zdecydowaną większość (ok. 70%) „złotówkowego” zadłużenia mieszkaniowego z lat 2007 – 2008. Problem wciąż stanowią kredyty „frankowe” udzielone w tym okresie.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl