Pandemia kurczy czarny rynek usług opiekuńczych w Niemczech. Skorzystać mogą polskie firmy

Sekcja Agencji Opieki SAZ: zapotrzebowanie na usługi opiekuńcze w Niemczech nie zmniejsza się, a nawet zwiększa – na opiekę legalną. Zagrożenie koronawirusem i jego skutki bardzo ograniczyły szarą strefę. Z powodu pandemii polskie agencje muszą jednak mierzyć się z nowymi wyzwaniami: wyższymi kosztami organizowania pracy za granicą i faktem, że Polki (szczególnie 50+) dużo ostrożniej podchodzą do tego typu pracy.

– Zapotrzebowanie w branży opiekuńczej w Niemczech jest nadal duże. To szansa dla polskich pracowników w tym sektorze na dobre zarobki w euro, którego kurs jest w tej chwili bardzo korzystny – mówi Krzysztof Jakubowski, wiceprezes działającej w ramach Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), Sekcji Agencji Opieki (SAO) i agencji InterKadra.

Jego zdaniem Polacy mogą dodatkowo zapełnić lukę, jaka powstała na tym rynku po pracownikach ze wschodu, którzy funkcjonowali w Niemczech legalnie, ale też w dużej skali na zasadach pseudo-delegowania i na czarno. Uszczelnienie granic UE i poszczególnych krajów członkowskich z powodu epidemii koronawirusa spowodowało, że ludzie ci w dużej części wrócili za wschodnią granicę Polski, a nowi potencjalni opiekunowie mają bardzo utrudniony wjazd do UE i najprawdopodobniej nie pojawią się na tym rynku jeszcze przez kilka miesięcy, bo na Ukrainie dopiero rozpoczyna się walka z wirusem.

Kelnerki i fryzjerzy chcą się opiekować

Sekcja Agencji Opieki SAZ, która zrzesza firmy specjalizujące się w usługach opiekuńczych zbadała też niedawno nastroje wśród swoich członków. Wnioski? Choć pandemia wywołała na tym rynku wiele zmian, to z pewnością nie wszystkie są negatywne. Aż 67% agencji, które wzięły udział w ankiecie dotyczącej wpływu koronawirusa na rynek usług opiekuńczych deklaruje, że liczba zatrudnianych przez nie osób pozostała bez zmian, 33% uważa, że rynek zmieni się „na lepsze”, 33% – że „na lepsze i na gorsze”, a tylko po 17% że rynek będzie gorszy lub nie zmieni się.

– Zauważalne jest rosnące zainteresowanie pracą w charakterze opiekunki młodszych Polek, które w ostatnim czasie straciły pracę, np. w gastronomii – mówi Marta Bitner koordynatorka SAO. – Nasze firmy mają też dużo telefonów od pań, które do tej pory pracowały za granicą na czarno. Chcą podjąć legalną pracę z kilku powodów: w dobie COVID-19 boją się pracować bez ubezpieczenia zdrowotnego, trudności związanych z przekraczaniem granicy bez potwierdzonego zatrudnienia, bez zaświadczenia o wykonywaniu czynności zawodowych za granicą powrót do Polski wiązałby się każdorazowo z obowiązkową kwarantanną. Natomiast rośnie też zainteresowanie po stronie niemieckiej. Osoby pracujące zawodowo nie chcąc narażać starszych bliskich na zarażenie, rezygnują z ich odwiedzania, ale chcą zapewnić im stałą opiekę. Część Niemców nie chce także oddać bliskich do domów opieki, ponieważ w Niemczech zarażonych jest znacznie więcej. Najlepszym rozwiązaniem, minimalizującym ryzyko, wydaje się więc zapewnienie stałej opieki z zamieszkaniem.

Anna Pustelnik, prezes wrocławskiej firmy Medipe zrzeszonej w SAO komentuje: – Mamy sporo telefonów od pań, które pracowały w Niemczech „prywatnie”. W poprzednim miesiącu pojawiały się też kandydatury z raczej nietypowych w naszej branży zawodów, jak fryzjerzy czy kelnerki. Na większą skalę pracę w opiece podejmowali fizjoterapeuci, którzy mają swoje gabinety, ale nie mogli w nich przyjmować pacjentów.

Dodaje, że duże znaczenie zaczęło mieć ubezpieczenie zdrowotne, które w przypadku zachorowania pozwala na korzystanie ze świetnej niemieckiej opieki zdrowotnej, a także legalne pozwolenie na pracę, bez którego w czasie pandemii po prostu nie da się przekroczyć granicy.

– Wiele osób zdało sobie dobitnie sprawę z tego, że praca na czarno to niebyt w systemie opieki zdrowotnej w Niemczech. I nie mówię tylko o pracownikach, ale też o tych, którzy taką pracę oferują. To często pomijany aspekt. Wiemy na pewno, że część rodzin niemieckich unormowała teraz status prawny swoich opiekunek – dodaje Grzegorz Kalla, właściciel agencji Care Work.

Maciej Kopaczyński, prezes SAO i szef agencji Laxo Care, dodaje, że jego zdaniem początkowa reakcja na pandemię, kiedy część Niemców zaopiekowała się swoimi rodzicami samodzielnie i zrezygnowała z profesjonalnej opieki już mija. – Teraz pojawia się raczej zainteresowanie opieką osób, które wcześniej o tym nie myślały. Pytanie czy ten trend się utrzyma – mówi Kopaczyński.

Szefowie agencji dodają, że praca w charakterze opiekuna / opiekunki może być remedium dla osób, które straciły lub stracą w najbliższym czasie pracę w Polsce. Początkujący opiekunowie są delegowani do mniej wymagających osób, więc często, żeby wyjechać wystarczy przejść podstawowy kurs językowy i szkolenie z opieki.

Graniczny chaos za nami?

Dużym wyzwaniem od początku kryzysu koronawirusowego była kwestia przekraczania granicy przez opiekunki, które zgodnie z przepisami mieściły się w grupie do tego uprawnionej (jako personel opiekuńczy, a więc okołomedyczny). W praktyce jednak było różnie.

– Teoretycznie opiekunki mogły przekraczać granicę, ale w praktyce polskie służby celne zachowywały się nieprzewidywalnie. Na jednych przejściach przepuszczali opiekunki, na innych zatrzymywali mimo posiadania wszystkich niezbędnych dokumentów – mówi Jakubowski.

Anna Pustelnik dodaje, że zdarzało się, że na tym samym przejściu granicznym odbywała się swoista „loteria”. – Tego samego dnia transport funkcjonował normalnie, po czym, po zmianie obsady celników nagle zatrzymano nam busa z ośmioma osobami – opowiada Anna Pustelnik.

Dodaje, że w tej chwili choć niepewność pozostała, to sytuacja wydaje się być już unormowana, a agencje mogą skupiać się na dbaniu o bezpieczeństwo opiekunek i ich podopiecznych – zabezpieczeniu dodatkowych środków higieny, maseczek, rękawiczek oraz szkoleń.

Po całych tygodniach niepewności, organizowania pracy w trybie home office, częstych zmianach prawnych zarówno po stronie polskiej, jak niemieckiej, wyzwaniem są dziś m.in. ceny przejazdu, podniesione przez przewoźników zobligowanych nowymi zasadami wymagającymi wprowadzenia wielu ograniczeń. Wyjazd do Niemiec jest dziś droższy o około 300 euro. Koszt ten przekłada się z kolei na stawki usług opiekuńczych.

Zdaniem Grzegorza Kalli zmieniła się jeszcze jedna ważna rzecz, którą teraz udaje się dostrzec: – Nie jest tajemnicą, że firmy zajmujące się organizacją pracy w opiece w Niemczech bywają mocno krytykowane przez opiekunki i opiekunów osób starszych. Jestem pozytywnie zaskoczony niesamowicie dobrą współpracą jaka teraz, w warunkach pandemii nawiązała się na linii opiekun – firma – klient. Nawet jeżeli trzeba było podjąć ciężkie decyzje to zarówno opiekunowie, jak i klienci i pracownicy firmy zachowali się w najtrudniejszych momentach po prostu wspaniale. I taka atmosfera nadal trwa. To duża i pozytywna zmiana – mówi szef Care Work.

Wpływ koronawirusa na rynek mieszkaniowy

Rynek mieszkaniowy znajduje się w fazie wyczekiwania na wyklarowanie sytuacji. Dalszy rozwój wydarzeń będzie zależeć od postępów walki z pandemią i szybkości odmrażania gospodarki. Na dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz to stabilizacja cen nieruchomości, spadek popytu konsumpcyjnego i jeszcze większa skala zakupów za gotówkę.

Pandemia koronawirusa i wywołane przez nią następstwa sprawiły, że na rynku mieszkaniowym nastał czas niepewności, wyczekiwania. Dziś nie sposób odpowiedzieć na pytanie o dalszy rozwój sytuacji, ponieważ nie brakuje argumentów za każdym z trzech możliwych scenariuszy: wzrostu, spadku i stabilizacji cen mieszkań.

Pierwsze dane wskazują, że – obecnie – najbardziej prawdopodobny jest ten ostatni. Ale ta teza może zostać zrewidowana w perspektywie kilku-kilkunastu tygodni. Wszystko zależy od tego, jak długo utrzymają się wywołane przez COVID-19 reperkusje, jak głębokie będzie spowolnienie gospodarcze, jak mocne odbicie po tym nastąpi i jak długo świat będzie wracać do normalności.

Koronawirus zatrzymał kupujących i sprzedających

Aktualny krajobraz wygląda tak, że deweloperzy pracują na 70-80 proc. swoich możliwości, ale nie powoduje to obsunięć terminów w już realizowanych przedsięwzięciach. Zdarzają się opóźnienia w dostawie elementów wykończeniowych z zagranicy, np. klimatyzacji.

Większy problem stanowią nowe projekty. Te nie są rozpoczynane lub przedsiębiorstwa budowlane znacząco je ograniczają, co potwierdzają dane GUS-u. W marcu liczba rozpoczętych realizacji mieszkaniowych zmniejszyła się o 15 proc. rok do roku (przy czym w styczniu i lutym wynik był jeszcze dodatni). Jeszcze głębszy, bo sięgający 25 proc., spadek nastąpił w segmencie budownictwa indywidualnego. Po części wynika to z trudności administracyjnych (niedostępność urzędów), po części – z obaw o przyszłość (wzrost bezrobocia, niższe zarobki).

Oprócz tego znacząco spadła podaż nowych mieszkań. Jak wynika z danych JLL, w I kwartale firmy wprowadziły do sprzedaży 3 540 mieszkań. To o 40 proc. mniej od średniej kilkuletniej dla tego okresu.

Jak tłumaczy Kazimierz Kirejczyk, wiceprezes JLL, układ kalendarza to tylko jeden z powodów. Drugim okazał się lockdown. W marcu, gdy branża zwyczajowo budzi się do życia (targi, akcje promocyjne w siedzibach deweloperów), wybuchła epidemia, a rząd ogłosił obostrzenia w życiu społecznym i gospodarczym.

Z powodu koronawirusa spadła liczba transakcji. Szacunki mówią o 50 proc. Dotknęło to zwłaszcza rynek wtórny, ponieważ deweloperzy przenieśli część procesu sprzedaży do internetu. Proponowali wirtualne spacery i zawieranie umów rezerwacyjnych online. Z tym że ich finalizacja i tak wymagała stawienia się u notariusza, którego usługi stały się mniej dostępne. Część urzędników zamknęła bowiem swoje kancelarie, a pozostali skrócili godziny pracy.

Szybkie znoszenie restrykcji w życiu społecznym i gospodarczym będzie sprzyjać powrotowi obu stron na rynek. Zresztą sugerują to dane z serwisów ogłoszeniowych oraz wyszukiwarki Google. Zdaniem analityka Bartosza Turka z HRE Investments zainteresowani nie zrezygnowali z zakupów, tylko je odroczyli.

Informacje JLL wskazują, że sprzedaż w metropoliach idzie bardzo dobrze. Średni stan zakontraktowania projektów, które zakończą się w perspektywie 12-24 miesięcy, wynosi nieco ok. 50 proc. (tutaj odstaje Łódź z wynikiem 41 proc.). To najlepszy rezultat w historii.

Dmuchanie na zimne czy początek kłopotów?

Z drugiej strony ostatni list Polskiego Związku Firm Deweloperskich do rządu o interwencyjny skup obligacji korporacyjnych zapadających w tym i przyszłym roku może sugerować, że kondycja branży jest w rzeczywistości gorsza, niż ona sama ją przedstawia. Wg danych Domu Maklerskiego Navigator może chodzić o warte 2 mld zł papiery notowane na Catalyst, które wyemitowało pięć firm.

Nasz apel ma charakter raczej prewencyjny niż interwencyjny – uspokaja w rozmowie z „Parkietem” Konrad Płochocki, dyrektor generalny PZFD. – Obecnie nie notujemy istotnych przypadków braku wykupu obligacji. Lecz zachowanie spokoju jest konieczne, żeby zapobiec nerwowym ruchom, które mogłyby wywołać efekt domina – tłumaczy.

PZFD proponuje też inne rozwiązania poprawiające płynność sektora. Chodzi o przesunięcie terminu wykupu obligacji przy zachowaniu obsługi odsetek albo preferencyjne pożyczki z państwowych agend (np. BGK, PFR) na zrolowanie zapadających papierów.

Ceny mieszkań nie spadną

W najbliższym czasie nie ma co liczyć na znaczące obniżki cen mieszkań. Firmy budowlane niechętnie redukują swoje oczekiwania. Co najwyżej proponują bonusy, ale te – póki co – mają bardziej charakter marketingowych chwytów niż rzeczywistych korzyści.

Na zredukowanie cen decydują się jedynie pojedynczy deweloperzy, potrzebujący płynności. Na ewentualne ustępstwa mogą liczyć też klienci płacący gotówką.

Długoterminowo nie dojdzie do spadków cen mieszkań, ponieważ rosną koszty robocizny i ceny materiałów. Stanieć mogą jedynie grunty – uważa w rozmowie z Parkiet TV Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

Przeciw znaczącym spadkom cen nieruchomości mieszkaniowych będzie działać również mała skala zakupów spekulacyjnych w naszym kraju. HRE Think Tank szacuje ją na kilka procent.

To właśnie spekulanci mogą być teraz ważną grupą, która będzie dostarczać okazji inwestycyjnych – uważa Bartosz Turek z HRE Investments.

Zwraca on również uwagę, że inwestorzy, którzy wskutek pandemicznego kryzysu znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, mogą wystąpić o wakacje kredytowe (3-6 miesięcy) oraz pomoc w ramach Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Ten oferuje nawet 72 tys. zł przez trzy lata z opcją umorzenia części rat w późniejszym terminie w razie ich wzorowej spłaty.

Popyt na mieszkania mogą podtrzymać fundusze inwestycyjne. Dotyczy to zwłaszcza zagranicznych podmiotów operujących w formule REIT-ów, dla których Polska to wciąż tani rynek z atrakcyjnymi stopami zwrotu.

Co prawda po kryzysie finansowym 2008 r. ceny mieszkań stopniały średnio o 15-20 proc., ale wtedy rynek nieruchomości miał kruche fundamenty. Wówczas z uwagi na wyższe niż dziś stopy procentowe przy inflacji na poziomie zbliżonym do obecnego dominowały raczej zakupy z myślą o odsprzedaży po wzroście wartości lokalu. Banki udzielały kredytów na kwoty przekraczające wartość zabezpieczenia (LTV>100%) i do tego robiły to w obcej walucie. Dostępność mieszkań mierzona relacją zarobków do średniej ceny metra kwadratowego była zdecydowanie mniejsza.

Wśród ekspertów i przedstawicieli środowiska deweloperskiego dominuje przekonanie, że tym razem to się nie powtórzy. Ich zdaniem w krótkim i średnim horyzoncie czasowym dojdzie jedynie do wyhamowania wzrostu cen i ich stabilizacji.

Po zniesieniu restrykcji związanych z pandemią i ustąpieniu efektów psychologicznych wywołanych koronawirusem rynek wróci do wzrostów, bo jest fundamentalnie zdrowy – uważa Artur Kaźmierczak, partner w grupie Mzuri.

Gotówkowcy przejęli rynek mieszkaniowy

Dziś pewne jest to, że w obliczu zaostrzenia polityki kredytowej przez banki oraz niepewności na rynku pracy wzrosną zakupy gotówkowe, czyli spadnie popyt konsumpcyjny (na własne potrzeby), a wzrośnie inwestycyjny. Za takim scenariuszem przemawiają:

  • duża zmienność na giełdzie,
  • drogie złoto fizyczne,
  • spadek atrakcyjności detalicznych obligacji skarbowych,
  • fatalne oprocentowanie lokat i
  • wysoka inflacja.

Wskutek suszy i działań ratunkowych rządu (co wyraża się skupem obligacji przez bank centralny) wskaźnik wzrostu cen wcale nie musi spaść w okolice celu inflacyjnego NBP, czyli 2,5 proc. +/- 1 pkt proc.

To wszystko spowoduje, że zamożniejsi i bardziej przedsiębiorczy Polacy jeszcze bardziej zwrócą się ku nieruchomościom jako klasie aktywów, która chroni kapitał przed utratą siły nabywczej. W naszym kraju ten sentyment ma jeszcze podłoże historyczne, sięgające PRL-u. Wtedy własne lokum, na które czekało się latami, stanowiło jedyną namacalną wartość w krajobrazie marazmu społecznego, słabej złotówki i chronicznych niedoborów podstawowych artykułów.

Takie osoby mają spore oszczędności i nie chcą, by leżały one bezczynnie w bankach. To powoduje, że klienci mogą sobie pozwolić zarówno na wstrzymanie się z zakupami w oczekiwaniu na ustabilizowanie sytuacji czy korektę cen, jak i kilkumiesięczne przestoje w wynajmie jednego czy dwóch mieszkań ze swojego portfela.

Zresztą trend zakupów bez wsparcia pieniędzmi z banku nasilił się już pod koniec zeszłego roku. Z szacunków NBP za ostatni kwartał 2019 r. wynika, że 2/3 nowych lokali w sześciu największych aglomeracjach klienci nabyli za gotówkę. Przeznaczyli na to rekordowe 5,5 mld zł. Doliczając wkład własny z transakcji kredytowanych, udział gotówki w finansowaniu zakupów mieszkań na rynku pierwotnym wzrósł do 75 proc.

W kwietniu udział nabywców, którzy kupili mieszkania bez finansowania bankowego przekroczył u nas poziom 50 proc., w poprzednich latach było to znacznie mniej, w 2017 roku tego typu transakcje stanowiły poniżej 40 proc. sprzedaży. –dr Iwona Sroka, członek zarządu Murapol.

Jednocześnie BIK zaraportował ostatnio zmniejszony popyt na kredyty hipoteczne. O ile w marcu spadek liczby wniosków był relatywnie nieduży (7,6 proc.), to i tak przerwał on półroczny trend wzrostowy. Natomiast w kwietniu o kredyt mieszkaniowy wystąpiło już o 35 proc. mniej klientów niż przed rokiem. Redukcja indeksu mierzącego zapotrzebowanie na finansowanie hipoteczne (-27,6 proc.) okazała się jedną z największych w historii badania BIK-u.

Co ciekawe nadal rośnie średnia wnioskowana kwota. W kwietniu po raz pierwszy przekroczyła ona próg 300 tys. zł. Może to sugerować, że o kredyt na mieszkanie występowały głównie osoby w lepszej sytuacji finansowej, które kupowały duże nieruchomości lub o ponadprzeciętnym standardzie.

Trudniej o kredyt na mieszkanie

Oczywiście za omawiany spadek popytu na kredyty hipoteczne w pewnym stopniu odpowiada lockdown. Ograniczenia w kontaktach i przemieszczaniu się wywołały trudności ze zdobyciem oraz złożeniem dokumentów potrzebnych do uzyskania finansowania. Jednak stopniowe odmrażanie gospodarki nie musi oznaczać szybkiego odbudowania zainteresowania kredytami mieszkaniowymi. Dlaczego?

Rządowe obostrzenia zatrzymały funkcjonowanie wielu przedsiębiorstw. Część z nich upadło, a ludzie stracili pracę. Inni dostali ultimatum w postaci braku podwyżki czy nawet obniżki pensji. Nastroje konsumentów się pogorszyły i ich poprawa zależeć będzie od tego, jak szybko gospodarka stanie na nogi oraz ich indywidualna sytuacja się ustabilizuje.

W ostatnich tygodniach kilka banków (PKO BP, Bank Pekao, ING Bank Śląski, BOŚ) podniosło minimalny wkład własny. Dziś standardem jest już 20 proc. Przy niskich stopach procentowych instytucje finansowe podniosły marże. Poza tym bardziej rygorystycznie liczą zdolność kredytową. Nieprzychylnie patrzą na mniej stabilne źródła wynagrodzenia (umowy cywilnoprawne, działalność gospodarcza) oraz miejsce zatrudnienia (branże, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii).

W cokwartalnej ankiecie NBP zdecydowana większość kredytodawców planuje dalsze zaostrzenie warunków i kryteriów przyznawania finansowania, a 3/4 z nich przewiduje spadek popytu na kredyty mieszkaniowe. Pewnym pocieszeniem jest fakt, że z reguły oczekiwania banków w tym zakresie nie pokrywają się z faktycznym wykonaniem.

Problemów z uzyskaniem kredytu nie będą mieć osoby ze stabilną sytuację finansową. One zachęcone ultraniskimi stopami procentowymi, które nie wzrosną przynajmniej do końca bieżącej kadencji RPP (2022 r.), a być może jeszcze spadną, będą szukać okazji. Obecna sytuacja sprzyja bowiem spokojnej analizie. Nie ma ryzyka, że ktoś sprzątnie nam sprzed nosa upatrzone lokum.

Rynek najmu znów urośnie

Mniejsza dostępność kredytów hipotecznych powinna przełożyć się na większe zainteresowanie najmem. Tutaj też jest widoczny spadek popytu wywołany wyjazdem studentów, imigrantów ze Wschodu oraz powrotem części pracowników w rodzinne strony.

W niektórych lokalizacjach nastąpiło obniżenie czynszów. Na spadek komornego wpłynął nie tylko mniejszy popyt i trudności zarobkowe najemców. Załamanie sektora turystycznego oraz eventowego sprawiło, że właściciele lokali wynajmowanych dotąd na krótki termin zdecydowali się zasilić nimi pulę nieruchomości dostępnych na długi okres.

W skali całego rynku czynsze nie powinny znacząco spaść i raczej szybko wrócą do trendu wzrostowego. Wskazują na to analogie historyczne z USA i Polski.

W latach 2007-2011 ceny domów w największych amerykańskich miastach spadły o prawie 1/4, a czynsze urosły o ponad 8 proc. Z 36 do 43 mln zwiększyła się też liczba najemców.

Gdy banki zakręcają kurki z kredytami, a na rynku pracy sytuacja się pogarsza, to dla coraz większego grona osób właśnie najem staje się rozwiązaniem pierwszego wyboru – argumentuje Bartosz Turek z HRE Investments.

Nad Wisłą sytuacja w ostatnim kryzysie potoczyła się nieco inaczej. W krótkim okresie stawki spadły o 10-15 proc., ale wkrótce zaczęły rosnąć. Pod koniec 2012 r. trend był już wyraźny. Natomiast odsetek najemców w latach 2009-2012 podwoił się z 2 do 4 proc.

Czas próby charakterów

Jakie jeszcze następstwa dla branży nieruchomości wywoła SARS-CoV-2? Wycofają się z niego mniej doświadczeni inwestorzy indywidualni, którzy przecenili swoje możliwości albo pojawili się na nim niedawno, gdy już panowała drożyzna. W ich przypadku emocje spowodowane zbyt długim brakiem najemcy, zbyt dużym odsetkiem pustostanów i koniecznością regulowania niemałych rat wezmą górę. Takie osoby zrewidują swoje plany i będą chciały pozbyć się przynajmniej części nieruchomości, by nie dopłacać do interesu.

Mniejszy popyt zmusi do zawieszenia działalności część tzw. flipperów i osób zajmujących się podnajmem. Zainteresowanie kwaterami powinno wzrosnąć wraz z otwarciem granic i powrotem studentów na uczelnie. Jednak nie wszyscy pracownicy, którzy teraz wykonują swoje obowiązki w systemie home office, mogą chcieć wrócić do wcześniejszego modelu życia.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak, 4 Business Services

Część hoteli nie przetrwa kryzysu wywołanego przez pandemię. Branży pomóc mogą szybsze otwarcie granic i decyzje Polaków o wyborze wakacji w kraju

Stworzenie europejskiej turystyki regionalnej mogłoby pomóc złagodzić skutki kryzysu w branży wywołanego przez pandemię koronawirusa – podkreśla Polska Izba Hotelarstwa. Organizacja postuluje otwarcie granic dla turystów z europejskich krajów, aby mogli korzystać z wypoczynku w polskich hotelach. – Dzięki temu moglibyśmy promować się na rynkach ościennych: w Skandynawii i krajach nadbałtyckich, Niemczech i w państwach Grupy Wyszehradzkiej – mówi Marek Łuczyński, prezes PIH.

Decyzją rządu od 4 maja hotele mogą przyjmować gości. Nie oznacza to, że klienci masowo zaczęli rezerwować noclegi. Tym bardziej że wciąż nie mogły działać hotelowe restauracje, bary i strefy wellness and SPA. To zmieniło się od ostatniego poniedziałku. Wciąż jednak zamknięte pozostają baseny. Można już korzystać z usług kosmetyczek, ale masaże jeszcze nie wróciły do oferty. Z tych powodów wielu klientów postawiło na ofertę apart- i kondohoteli.

Następne miesiące będą bardzo trudne dla branży, będzie to walka o utrzymanie podaży. Na pewno dojdzie do wojny cenowej pomiędzy hotelarzami oraz właścicielami bazy noclegowej. Nie wszystkie hotele przetrwają, musimy to powiedzieć bardzo stanowczo – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Łuczyński, prezes Polskiej Izby Hotelarstwa. – Klienci mogą oczekiwać, że kwestie bezpieczeństwa sanitarnego będą teraz bardzo istotne. Najważniejsze jest przełamanie bariery psychicznej, żebyśmy na nowo mogli sobie zaufać jako hotelarze i goście hotelowi.

Jak podkreśla, hotele będą próbowały na wszystkie sposoby zachęcić klientów do przyjazdu. Jednym z nich może być certyfikacja bezpieczeństwa sanitarnego. Jednak zdaniem eksperta znacznie ważniejsze będzie postawienie na odpowiednie przeszkolenie personelu hotelowego.

– Polska Izba Hotelarstwa wyjdzie z konkretnymi programami szkoleniowymi dla kelnerów, barmanów, osób pracujących w hotelach, bo trzeba zmienić ich podejście. Sam certyfikat nas nie uchroni, to ludzie swoim odpowiedzialnym zachowaniem mogą uchronić swoich gości od nieprzyjemności – podkreśla prezes PIH.

Branża liczy, że szybko uda się odbudować zaufanie gości do oferty hoteli. Bez tego trudno myśleć o wyjściu hotelarzy z kryzysu.

– Niezależnie od rozwoju pandemii w Polsce apeluję o odpowiedzialność społeczną – zostańmy w Polsce, aby wesprzeć polską branżę turystyczną, która wypracowuje 7–8 proc. PKB w skali roku. Bez tego może dojść do dramatów rodzinnych, bo hotele to często biznesy rodzinne. Ich właściciele są związani z tym zawodem od wielu lat i nie mają innych źródeł dochodów – mówi Marek Łuczyński. – Branża hotelarska i turystyczna jest tzw. branżą FILO, czyli first in, last out, co oznacza, że jako pierwsi bardzo mocno odczuliśmy pandemię koronawirusa i niestety jako jedni z ostatnich będziemy wychodzić z tego kryzysu. Miną około dwatrzy lata, zanim dojdziemy do stanu, który mieliśmy jeszcze kilka tygodni temu.

Według danych GUS w marcu z noclegów w obiektach turystycznych (posiadających 10 lub więcej miejsc) skorzystało ok. 935 tys. turystów (w tym 165 tys. zagranicznych). To o 65 proc. mniej niż w marcu 2019 roku. Ma to związek z wprowadzeniem od 14 marca stanu zagrożenia epidemicznego. Mimo że działalność hoteli została ograniczona od 1 kwietnia, turyści już w marcu w obawie przed zakażeniem i zamknięciem granic rezygnowali z zarezerwowanych noclegów.

Według danych GUS za I kwartał 2020 roku wydatki związane z turystyką, zarówno ruchem wewnętrznym, jak i zewnętrznym, spadły w naszym kraju o 17 proc. Zestawienie za II kwartał będzie jeszcze bardziej porażające i dramatyczne dla branży. W samym kwietniu uważa się, że branża hotelarsko-gastronomiczna straciła około 1 mld zł na kryzysie związanym z COVID-19 – podkreśla ekspert.

Jak podkreśla, dla poprawy sytuacji branży potrzebne jest również otwarcie granic dla turystów z zagranicy. Polska Izba Hotelarstwa wyszła z inicjatywą stworzenia europejskiej turystyki regionalnej na wzór Australijczyków i Nowozelandczyków, którzy planują stworzyć tzw. bańkę turystyczną w regionie Pacyfiku.

Polska i inne kraje europejskie powinny połączyć się we wspólnym ruchu turystycznym bez odbywania obowiązkowej kwarantanny – wyjaśnia prezes PIH. – Wtedy byłaby możliwa promocja polskich marek turystycznych poza granicami kraju, aby zbudować silną pozycję polskiej turystyki w regionie europejskim. 

Chorzy z nowotworami krwi coraz częściej leczeni zgodnie z europejskimi standardami. Wciąż pozostaje grupa pacjentów czekających na skuteczną terapię

W Polsce w ostatnich latach dokonał się znaczący postęp w leczeniu mielofibrozy – jednego z najrzadziej występujących nowotworów szpiku. Polscy pacjenci z tą chorobą mogą obecnie otrzymać terapię zgodną z europejskimi i międzynarodowymi standardami. Zupełnie inaczej wygląda za to sytuacja chorych na inną chorobę hematologiczną – małopłytkowość immunologiczną. Postęp, jaki dokonał się w ostatnich latach w leczeniu pacjentów hematologicznych, oraz nowe wyzwania diagnostyczne i terapeutyczne to główny temat konferencji Hematology Experts Forum. Tegoroczna, IX edycja cyklicznego wydarzenia zgromadziła blisko 200 hematologów z całej Polski.

Mielofibroza to rzadko występujący nowotwór szpiku kostnego, który powoduje jego włóknienie. Choroba ta ma podłoże genetyczne i jest bardzo trudna w diagnozowaniu, ponieważ daje niecharakterystyczne objawy, takie jak m.in. osłabienie, przewlekłe zmęczenie, duszności po wysiłku, kołatanie serca, uczucie ciężkości w brzuchu czy brak apetytu, które mogą być związane z wieloma innymi schorzeniami. Stąd często pozostaje niezdiagnozowana aż do zaawansowanego etapu. Tymczasem rozwój tej choroby prowadzi m.in. do podatności na zakażenia, uszkodzenia narządów wewnętrznych, a w przypadkach o ostrym przebiegu – może doprowadzić nawet do śmierci chorego.

– To choroba, która charakteryzuje się najniższą jakością życia na tle innych mieloproliferacji [grupa chorób cechujących się nadprodukcją jednego lub kilku składników krwi – przyp. red.]. Ci pacjenci mają mnóstwo objawów, związanych m.in. z niedokrwistością, małopłytkowością czy niedoborem odporności – wyjaśnia dr hab. n. med. Tomasz Sacha, profesor w Katedrze i Klinice Hematologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Kiedy mielofibroza postępuje, z czasem inne organy próbują zastąpić szpik kostny w wytwarzaniu krwi. Najczęściej tę funkcję przejmuje śledziona, która w efekcie znacznie się powiększa . Podczas gdy u zdrowej osoby waży ok. 150 gramów, u pacjentów z mielofibrozą może ważyć nawet do kilku kilogramów.

Mielofibroza jest jednym z najrzadziej występujących nowotworów szpiku. Liczba nowych zachorowań waha się od 0,5 do 1,5 przypadków rocznie na każde 100 tys. osób. Występuje najczęściej wśród osób między 60. a 65. rokiem życia. Warto jednak podkreślić, że do rozwoju mielofibrozy może dojść w każdym wieku. U ok. 10 proc. pacjentów choroba jest rozpoznawana poniżej 45. roku życia.

– Jedyną metodą dającą szanse na trwałe wyleczenie jest transplantacja szpiku, która najlepiej się sprawdza u pacjentów młodszych, nieobciążonych dodatkowymi schorzeniami zwiększającymi ryzyko powikłań po przeszczepie – mówi dr hab. n. med. Tomasz Sacha. – Od dwóch–trzech lat mamy dostępny inhibitor kinazy JAK2, który został wymyślony specjalnie po to, żeby leczyć chorych z mieloproliferacjami. Jest to lek skutecznie niwelujący większość objawów, który potrafi poprawić jakość życia, zmniejszyć wielkość śledziony, a u pewnego odsetka pacjentów również przedłużyć przeżycie – dodaje dr hab. n. med. Tomasz Sacha.

– W Polsce dokonał się duży postęp w dostępności pacjentów z mielofibrozą do terapii. Co najważniejsze, mamy dostęp do ruxolitinibu. Bardzo długo walczyliśmy o program z tym lekiem, potem z kolei kryterium wyłączenia pacjentów z tego programu po sześciu miesiącach leczenia było dość restrykcyjne. W efekcie wielu pacjentów, u których śledziona nie zmniejszyła się wystarczająco, niestety nie mogło kontynuować leczenia. Na szczęście to kryterium zostało znacznie złagodzone i obecnie mielofibroza jest leczona zgodnie ze standardem europejskim – podkreśla prof. dr hab. Joanna Góra-Tybor z Kliniki Hematologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Wciąż zgoła inaczej wygląda za to sytuacja chorych na małopłytkowość immunologiczną, kolejną chorobę hematoonkologiczną, której leczenie w Polsce nadal odbiega od europejskich standardów. Pierwotna małopłytkowość immunologiczna (ITP) to choroba, w której dochodzi do niewyjaśnionego innymi przyczynami spadku liczby płytek krwi we krwi obwodowej (poniżej 100 tys./ul). W efekcie pojawiają się objawy krwotoczne, charakterystyczne dla małopłytkowości. W Polsce rocznie rozpoznaje się 3,5 nowych przypadków na 100 tys.

– Pierwotna małopłytkowość immunologiczna, nazywana dawniej samoistną plamicą małopłytkową, jest wynikiem niszczenia płytek krwi przez przeciwciała przeciwpłytkowe i zmniejszenia produkcji płytek krwi w szpiku kostnym. Czy polscy pacjenci są leczeni prawidłowo? Tak i nie, ponieważ na całym świecie pierwsza linia leczenia to kortykosteroidy, ale w innych krajach jako drugą linię stosuje się leki pobudzające receptor dla trombopoetyny, co skutkuje szybszym dojrzewaniem i produkcją płytek krwi. U nas to leczenie jest na razie zarezerwowane dla chorych, którym po usunięciu śledziony nawróciła małopłytkowość. Tu się wciąż różnimy – mówi prof. dr hab. Maria Podolak-Dawidziak z Katedry i Kliniki Hematologii, Nowotworów Krwi i Transplantacji Szpiku Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – Częstym problemem jest też błędne rozpoznanie tej choroby, gdyż rozpoznanie ustala się po wykluczeniu innych chorób przebiegających z małopłytkowością, jak m.in. zakażenie Helicobacter pylori, wirusowe zapalenie wątroby, a u osób  powyżej 60. roku życia zespołu mielodysplastycznego.

Jak podkreśla, dlatego diagnostyka wymaga m.in. specjalistycznych badań szpiku. Równie problematyczne jest jej leczenie, które powinno być dobierane indywidualnie dla konkretnego pacjenta i fazy choroby.

– Niestety duża część pacjentów niewystarczająco odpowiada na leczenie początkowe i w dalszej fazie potrzebuje zmiany leczenia. Mamy wówczas dwie możliwości. Albo usunięcie śledziony, od czego się w tej chwili odchodzi, albo leczenie farmakologiczne. Staramy się leczyć pacjentów w ten drugi sposób. Leki o najlepiej udokumentowanej skuteczności, a jednocześnie mało toksyczne, są trudno dostępne w Polsce. Agoniści receptora trombopoetyny w ramach programu terapeutycznego są dostępne dla osób poniżej 18 roku życia. Z kolei dla osób dorosłych ta grupa leków jest dostępna tylko po splenektomii, czyli w przypadkach opornych na usunięcie śledziony. Możliwości stosowania agonistów receptora trombopoetyny powinny być rozszerzone. Ideałem na przyszłość byłoby, aby te leki były dostępne również jako druga linia leczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Krzysztof Chojnowski, Zakład Zaburzeń Hemostazy Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Postęp, jaki dokonał się w ostatnich latach w leczeniu pacjentów hematologicznych, oraz nowe wyzwania diagnostyczne i terapeutyczne w takich obszarach jak przewlekła białaczka szpikowa, pierwotna małopłytkowość immunologiczna, mielofibroza, ostra białaczka szpikowa oraz mastocytoza to główny temat konferencji Hematology Experts Forum (HEF), która w tym roku odbyła się w Warszawie po raz dziewiąty. Każdego roku HEF gromadzi wybitnych ekspertów z dziedziny hematologii z całej Polski i gości ze świata. Podczas tegorocznej edycji szeroko dyskutowano m.in. o terapii komórkowej CAR-T, czyli wyczekiwanej przez hematologów nowej opcji terapeutycznej, która stanowi nadzieję dla pacjentów hematologicznych zmagających się z agresywnymi nowotworami krwi.

ŹRÓDŁA:

Jest szansa dla chorych na mielofibrozę, Hematoonkologia.pl, https://hematoonkologia.pl/aktualnosci/news/id/1266-jest-szansa-dla-chorych-na-mielofibroze (dostęp 11.03)

Joanna Góra-Tybor, Pierwotna mielofibroza, Zalecenia postępowania diagnostyczno-terapeutycznego w nowotworach złośliwych, Tom II, 2013

Krystyna Zawilska, Pierwotna małopłytkowość immunologiczna (ITP) – początek ery agonistów receptora trombopoetyny, Postępy Nauk Medycznych, 2011, t. XXIV, nr 7

Papierosy mentolowe znikają ze sklepów. Może to spowodować wzrost szarej strefy i duże straty dla mniejszych sklepów i rolników

Dziś wchodzi w życie zakaz sprzedaży papierosów mentolowych oraz z kapsułką. Tymczasem ponad połowa konsumentów wciąż nie wie o tej zmianie, a co piąty deklaruje, że będzie szukać ich w szarej strefie. Jej udział w polskim rynku spadł w ostatniej dekadzie z 19 do 10 proc., ale zbliżający się zakaz sprzedaży wyrobów mentolowych może odwrócić ten trend. Eksperci podkreślają, że uderzy również w rolników oraz małe i średnie sklepy, w których papierosy mentolowe odpowiadają za 15 do nawet 40 proc. obrotów. Legalne pozostaną jednak alternatywy, takie jak podgrzewacze tytoniu.

– Papierosy mentolowe stanowią ok. 30 proc. wszystkich papierosów sprzedawanych w Polsce, co jest jednym z wyższych wskaźników w Europie. Można przyjąć, że wycofaniu podlega produkt, który przynosi od 5 do ok. 15 proc. obrotów w małych sklepach czy kioskach. Dlatego ta zmiana jest bardzo ważna dla polskiego rynku i konsumentów – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, wiceprezes zarządu Polskiej Izby Handlu.

W Polsce wyroby tytoniowe sprzedaje się w ponad 100 tys. punktów detalicznych. Ta kategoria produktów generuje rocznie ok. 25 mld zł przychodów budżetowych z podatków, z czego ok. 7–9 mld zł pochodzi właśnie ze sprzedaży papierosów mentolowych. Pod względem ich konsumpcji nasz kraj wyróżnia się na tle innych państw UE. Jednak od dziś konsumenci nie znajdą ich już na sklepowych półkach.

– Wchodzi w życie zakaz sprzedaży papierosów mentolowych, z kapsułką mentolową oraz tytoniu do samodzielnego skręcania o aromacie mentolowym. Jest to część implementacji dyrektywy tytoniowej Unii Europejskiej, którą do polskiego prawa wdraża ustawa polskiego parlamentu. Zakładała ona okres przejściowy, który upływa właśnie dzisiaj – mówi Maciej Ptaszyński.

Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/40/UE z kwietnia 2014 roku w założeniu ma się przyczynić do spadku liczby nałogowych palaczy. Obowiązuje nie tylko w Polsce, lecz w całej UE. Do polskiego prawodawstwa wdrożyła ją ustawa z lipca 2016 roku o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Wprowadzony zakaz obejmuje wyroby tytoniowe o aromacie mentolowym: papierosy tradycyjne i te z kapsułką w filtrze oraz tytoń do samodzielnego skręcania. Wyjątkiem są cygara i cygaretki, papierosy elektroniczne oraz coraz bardziej popularne podgrzewacze tytoniu, które pozostaną w sprzedaży.

Polska jest liderem w konsumpcji papierosów mentolowych. Do niedawna także w USA korzystało z nich – według różnych badań rynkowych – od 40 do nawet 48 proc. wszystkich palaczy. Dopiero od niedawna są tam dostępne alternatywy w postaci podgrzewaczy tytoniu. Rok temu amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) wydała zgodę na rozpoczęcie sprzedaży podgrzewacza tytoniu IQOS. Po dwóch latach weryfikacji badań nad tym produktem FDA uznała, że jest to produkt właściwy dla ochrony zdrowia publicznego, ponieważ wytwarza on potencjalnie mniej określonych toksyn w mniejszych dawkach niż papierosy tradycyjne.

– Potężnym wzrostem akcyzy zostały objęte także nowatorskie wyroby tytoniowe, co jest niezrozumiałe, ponieważ stanowią one alternatywę, która jest mniej szkodliwa dla zdrowia. Dodatkowo zostały one obarczone brakiem możliwości informowania o zmniejszonej szkodliwości – mówi Jacek Podgórski. – Podgrzewacze tytoniu są produktami legalnymi, opodatkowanymi, popartymi szerokimi badaniami, więc nie widzę powodu, żeby trzymać w tajemnicy przed społeczeństwem, że istnieje pewna alternatywa.

W Polsce brakuje regulacji dotyczących możliwości informowania o alternatywnych produktach tytoniowych. Z tego powodu specjaliści obawiają się wzrostu szarej strefy i spadku sprzedaży w sklepach także innych towarów.

– Brak papierosów mentolowych w związku z zakazem z pewnością przełoży się na obroty w sklepach. Ponad 100 tys. punktów detalicznych sprzedaje taki towar. Według różnych szacunków ten asortyment stanowi od 15 do 40 proc. ich obrotów, więc zdecydowanie przełoży się to na spadki – mówi Paweł Tracz, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Mikroprzedsiębiorców i Franczyzobiorców.

Jak wskazuje, klienci – wchodząc do sklepu po papierosy mentolowe – przy okazji kupują także inne produkty, co dodatkowo zwiększa obroty małych i średnich sklepów. Dlatego też po wycofaniu ich ze sprzedaży te punkty handlowe będą musiały liczyć się nawet z większymi spadkami.

– Klienci będą poszukiwali czegoś, czego nie będzie w naszej ofercie. Zniknie więc także sprzedaż innych towarów, które były kupowane przy okazji. W tym wypadku spadki obrotów po stronie detalistów będą dość spore, szacunki mówią o 15–30 proc. – dodaje Paweł Tracz.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w marcu tego roku na zlecenie Forum Konsumentów, papierosy pali obecnie ponad 25 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 9 mln osób. W tej grupie aż 42 proc. sięga właśnie po papierosy mentolowe bądź z kapsułką – z czego 28 proc. wybiera je regularnie. Ponad połowa Polaków (51 proc.) wciąż jednak nie ma świadomości zakazu i nie wie, że nie znajdzie już popularnych mentoli na sklepowych półkach. Jednocześnie prawie 20 proc. deklaruje, że w przypadku ich braku są gotowi sięgnąć po papierosy mentolowe z czarnego rynku.

– Bardzo obawiamy się wzrostu szarej strefy w związku z wycofaniem papierosów mentolowych ze sprzedaży. Około 20 proc. konsumentów jest gotowych zwrócić się w jej stronę, jeżeli nie będą one dostępne. Po pierwsze, jesteśmy krajem granicznym o najdłuższej granicy lądowej Unii Europejskiej, to jest około 1 tys. kilometrów, a za naszą wschodnią granicą bez problemu można kupić papierosy mentolowe. Po drugie, znajdują się tam duże fabryki, które również produkują papierosy z założenia przeznaczone na przemyt. Nie mówimy więc o sytuacji, w której typowa tzw. mrówka przygraniczna przenosi jedną–dwie paczki pod kurtką czy schowane w samochodzie, ale o ogromnych ilościach papierosów, które z założenia są produkowane na przemyt – alarmuje Maciej Ptaszyński.

W ciągu ostatniej dekady udział nielegalnych papierosów na polskim rynku udało się obniżyć z 19 do ok. 10 proc. Zakaz sprzedaży wyrobów mentolowych może jednak odwrócić ten trend. To realne ryzyko, zwłaszcza że – oprócz zakazu sprzedaży mentoli – są też inne czynniki, które mogą powodować zawirowania na legalnym rynku wyrobów tytoniowych. To m.in. wprowadzenie 10-proc. podwyżki akcyzy, która obowiązuje od stycznia tego roku, oraz objęcie podatkiem akcyzowym płynów do e-papierosów i wyrobów tytoniowych do podgrzewania. Eksperci podkreślają, że odpływ konsumentów do szarej strefy spowoduje realne straty zarówno dla handlu, budżetu państwa, jak i sektora rolnictwa.

– Mówimy o ogromnym kryzysie, przed jakim może stanąć polskie rolnictwo, ponieważ plantacje tytoniu to w naszym kraju duża gałąź biznesu rolnego. Polska jest drugim w Europie i trzecim na świecie producentem wyrobów tytoniowych. Nowe regulacje bezpośrednio uderzą właśnie w polskich rolników, którzy w innym wypadku mieliby szansę rozwinąć się i pójść w kierunku nowoczesnego trendu nakreślanego przez branżę tytoniową, czyli np. systemów podgrzewania tytoniu, w których mentol ciągle pozostanie dostępny. Jest to fatalna w skutkach decyzja, zwłaszcza biorąc pod uwagę m.in. potężny wzrost akcyzy, którym w ostatnich miesiącach zostały objęte nowatorskie wyroby tytoniowe – mówi Jacek Podgórski, dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej.

Polska Izba Handlu zwróciła się do Ministerstwa Finansów i służb państwowych z prośbą o działania, które nie dopuszczą do zalania polskiego rynku mentolowymi papierosami zza wschodniej granicy. Apeluje również do konsumentów o niekorzystanie z wyrobów z szarej strefy, które są wytwarzane bez żadnego nadzoru, nie spełniają norm jakości i mogą zawierać substancje niewiadomego pochodzenia, stwarzające realne zagrożenie dla zdrowia.

Rozmowy telefoniczne podczas pandemii częstsze i wyraźnie dłuższe. W weekendy wzrosty sięgają nawet 60 proc.

Komunikacja zdalna w czasie pandemii zastąpiła spotkania twarzą w twarz. Rozmowy telefoniczne stały się częstsze i zdecydowanie dłuższe. Sieć T-Mobile odnotowała średni wzrost wykorzystania usług głosowych o 40 proc., a w weekendy nawet o 60 proc. Z kolei transmisja danych w sieci wzrosła o ok. 1/4. Wykorzystujemy ją nie tylko do kontaktów z bliskimi, lecz także do nauki i rozrywki. – Po tym kilkutygodniowym doświadczeniu widzimy już, że sieć piątej generacji jest absolutnie niezbędna – mówi rzeczniczka operatora Małgorzata Rybak-Dowżyk i podkreśla, że pandemia wyraźnie przyspieszyła zmiany zachodzące na rynku telekomunikacyjnym. Od 18 maja T-Mobile szeroko je komentuje na nowym blogu.

Ograniczenia w kontaktach i przemieszczaniu się sprawiły, że stosowanie cyfrowych narzędzi stało się koniecznością. Instytucje publiczne i urzędy zachęcają do korzystania z e-usług, placówki kulturalne czy usługi przeniosły działalność do internetu, a w szkołach powszechnie wdrożono e-learning. Ta nowa rzeczywistość zmieniła też zachowania Polaków i sposób, w jaki korzystają oni z usług telekomunikacyjnych.

– Pandemia koronawirusa sprawiła, że Polacy przeszli przyspieszony kurs cyfryzacji. Okazało się, że łączność jest podstawą funkcjonowania wielu rodzin od początku do końca dnia – dotyczy to zarówno edukacji, rozrywki, jak i wykonywania obowiązków służbowych – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Rybak-Dowżyk, dyrektor Departamentu Komunikacji Korporacyjnej T-Mobile.

Jeszcze na początku marca sieć T-Mobile odnotowywała największą aktywność użytkowników w porze porannej i wieczornej w dni powszednie, czyli w momentach wyjazdu do pracy (6.00–8.00) i powrotów do domu. Z kolei w weekendy przed pandemią – w odróżnieniu od dni roboczych – nie występowały piki mobilności rano i wieczorem. Użytkownicy rozpoczynali aktywność rano i kontynuowali ją w ciągu całego dnia. Miesiąc później, kiedy już obowiązywały ograniczenia związane z koronawirusem, zachowania abonentów operatora wyraźnie się zmieniły, a cały tydzień upodobnił się do schematu weekendowego.

– Transmisja danych w sieci wzrosła o 25 proc., korzystanie z usług głosowych średnio o ok. 40 proc. W weekendy jest to nawet ponad 60 proc. w stosunku do staniu sprzed pandemii – mówi rzeczniczka operatora. – Zmieniły się godziny, w których najczęściej korzystamy z usług telekomunikacyjnych. Moment, w którym obserwujemy największy wzrost transmisji danych, to godziny między 10.00 a 11.00 rano. Ogółem największy ruch w sieci telekomunikacyjnej utrzymuje się średnio pomiędzy 9.00 a 15.00, wtedy nasi klienci są w najczęstszym kontakcie.

Pandemia SARS-CoV-2 stała się katalizatorem, który wymusił otwarcie na nowe technologie również w biznesie. Pracodawcy i pracownicy z dnia na dzień musieli wdrożyć system pracy zdalnej. Jeszcze w 2018 roku tylko 1/3 pracowników deklarowała, że ich firma daje taką możliwość, a 76 proc. korzystało z niej tylko raz na jakiś czas. Jedynie co trzeci pracował zdalnie do pięciu dni w miesiącu (badanie „The Remote Future. Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników”).

Teraz te proporcje się odwróciły, bo pracownicy zostali oddelegowani na home office. W efekcie zaczęły się częstsze rozmowy telefoniczne, telekonferencje z klientami i czaty wideo ze współpracownikami. Microsoft Teams w ciągu kilku dni zanotował wzrost użytkowników o 37,5 proc., a wzrost ruchu w sieci notują też operatorzy telekomunikacyjni.

– Od samego początku, kiedy dochodziły do nas sygnały o rozprzestrzenianiu się wirusa, nastąpiła zauważalna zmiana w sposobie, w jaki klienci konsumują usługi telekomunikacyjne. Przez ostatnie lata połączeń głosowych było coraz mniej, ludzie korzystali raczej z komunikatorów i internetu. Teraz, kiedy zostaliśmy poddani kwarantannie i izolacji, połączenia głosowe stały się istotnym elementem życia codziennego – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk.

Rozmowy telefoniczne stały się częstsze, ale i wyraźnie dłuższe. Ich średni czas wzrósł ze 170 do 210 sekund (3,5 minuty) w dni powszednie, zaś w weekendy z 210 do 330 sekund (5,5 minuty). Użytkownicy wykonują też więcej połączeń głosowych w godzinach pracy, pomiędzy 9.00 a 15.00, co potwierdza, że stały kontakt ze współpracownikami z firmy stał się niezbędny w trybie home office. Podobnie jak możliwość przesyłania informacji i danych poprzez maile, zamieszczania materiałów na dyski online bądź platformy do transferu plików. Widoczna jest też zmiana profilu ruchu transmisji danych – większy wolumen przesyłany jest w godzinach 8.00–14.00.

– Największym wyzwaniem, przed którym stanęliśmy jako telekom w związku z pandemią, było zapewnienie jakości i ciągłości usług telekomunikacyjnych – zarówno głosowych, jak i transmisji danych. To jak na zatłoczonej autostradzie: kiedy aut jest więcej, trzeba poprawić przepustowość. Nasi inżynierowie pracują dzień i noc, żeby jakość usług była jak najwyższa. Klienci nie doświadczali żadnych problemów technicznych – zapewnia rzeczniczka T-Mobile Polska.

Jak podkreśla, pandemia SARS-CoV-2 i związane z nią zapotrzebowanie na usługi komunikacyjne jasno potwierdziły też konieczność szybkiego wdrożenia nowego standardu 5G.

– Po tym kilkutygodniowym doświadczeniu widzimy, że usługi transmisji danych dają nie tylko rozrywkę. Zapewniają też ciągłość w naszym codziennym życiu, edukacji, umożliwiają swobodne wykonywanie pracy z każdego miejsca i dostęp do wiedzy. Sytuacja, która wynika z pandemii i zmiany naszego stylu życia – zarówno osobistego, jak i zawodowego – pokazuje, że sieć piątej generacji jest absolutnie niezbędna – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk.

W porównaniu z obecnie wykorzystywanym standardem LTE 5G zapewni większą pojemność sieci, umożliwi przesył danych z prędkością sięgającą kilku gigabitów na sekundę, a czas opóźnienia transmisji skróci się z kilkudziesięciu do kilku milisekund. Pozwoli to m.in. na rozwój internetu rzeczy na masową skalę i upowszechnienie m.in. e-learningu czy telemedycyny.

– Sieć piątej generacji będzie istotna dla rozwoju nowych gałęzi usług medycznych. To np. operacje zdalne, które lekarz będzie mógł wykonywać nawet z innego miasta, za pośrednictwem robota, dzięki czemu nie będzie narażony na zakażenie. To również drony, które mogą służyć do transportu przesyłek, ale i ratowania ludzkiego życia, bo w krótkim czasie mogą przetransportować krew albo organ do przeszczepu. Bez sieci piątej generacji takie usługi miałyby dużo mniejszy potencjał rozwoju. Dlatego zdecydowanie jej potrzebujemy w życiu prywatnym, zawodowym, ale też dla naszego bezpieczeństwa, zdrowia i komfortu życia – wskazuje rzeczniczka T-Mobile Polska.

O trendach i zmianach, jakie zachodzą na rynku telekomunikacyjnym, T-Mobile będzie informować na nowej stronie covid19.t-mobile.pl, która wystartowała 18 maja. Na portalu znajdują się analizy, raporty, infografiki i interaktywne wykresy, stanowiące rzetelne źródło wiedzy o cyfrowej transformacji. Własnymi wnioskami operator postanowił podzielić się tym razem nie w formie pojedynczego raportu, ale specjalnego bloga z przekrojowymi danymi na temat zmian, jakie zachodzą obecnie na telekomunikacyjnym rynku, także w kontekście pandemii koronawirusa.

– Trudno powiedzieć, czy nasz styl życia i podejście do pracy czy edukacji wrócą do normy sprzed pandemii, czy społeczeństwo będzie dalej tak samo używać usług głosowych czy usług transmisji danych. Przez ostatnie tygodnie wszyscy dostaliśmy nowe możliwości i nowe narzędzia, z których sprawnie korzystamy. Z pewnością to, czego doświadczyliśmy na przestrzeni ostatnich tygodni, zostanie z nami. Wiele z tych rozwiązań przyjmie się też w naszej nowej rzeczywistości – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk.

Komisja Europejska w walce z koronawirusem. Rozszerza pulę dotacji finansowych programu Horyzont 2020 przeznaczonych na badania związane z walką z SARS-CoV-2 [DEPESZA]

Komisja Europejska zobowiązała się przeznaczyć 1,4 mld euro na walkę z pandemią koronawirusa. 122 mln euro z tej kwoty trafi do puli programu Horyzont 2020. O dodatkowe środki mogą się ubiegać naukowcy i przedsiębiorcy pracujący nad innowacyjnymi metodami diagnostyki, leczenia oraz produkcji szczepionek na SARS-CoV-2.

– W czasach kryzysu musimy zadbać o to, aby zasoby były ukierunkowane na szybkie dostarczanie wyników. Wsparcie finansowe zostanie zwiększone i wypłacone szybciej tym, którzy pracują nad najbardziej obiecującymi odpowiedziami na trudne pytania postawione przez COVID-19. Dzięki inicjatywie reagowania kryzysowego EIT innowatorzy w Unii Europejskiej skorzystają z dodatkowego wsparcia, które pomoże im przezwyciężyć tę niespotykaną dotąd sytuację i nadal dostarczać innowacyjne rozwiązania dla Europy i jej obywateli – podkreśla Mariya Gabriel, komisarz ds. innowacji, badań, kultury, edukacji i młodzieży.

Komisja Europejska planuje przeznaczyć 1,4 mld euro na walkę z koronawirusem. Dodatkowe środki w wysokości 122 mln euro trafią do puli programu Horyzont 2020. W zakresie zainteresowań komisji grantowej opiniującej projekty w ramach dodatkowej transzy Horyzontu 2020 znajdą się rozwiązania eksploatujące technologie z zakresu telemedycyny, przetwarzania zasobów Big Data, robotyki, sztucznej inteligencji oraz fotoniki, które pozwolą usprawnić walkę z pandemią.

Komisja Europejska planuje wyłonić projekty, które umożliwią błyskawiczną produkcję narzędzi oraz technologii przyspieszających wykrywanie oraz monitorowanie rozprzestrzeniania się koronawirusa. Aby wybrać te najbardziej zaawansowane, skrócono czas na przygotowanie oraz ocenę wniosków grantowych – proces ich przyjmowania zakończy się 11 czerwca 2020 roku.

Ponadto wszystkie zespoły naukowe zainteresowane partycypacją w podziale nowych środków muszą podpisać klauzulę zobowiązującą do szybkiego udostępnienia wyników pracy badawczej, aby w ten sposób przyspieszyć wdrożenie innowacyjnych rozwiązań do walki z koronawirusem.

Komisja Europejska zarysowała pięć obszarów, w ramach których można ubiegać się o dofinansowanie: produkcja i wytwarzanie środków medycznych, technologie analityczne do poprawy nadzoru i opieki nad pacjentami, projekty badające skutki reakcji na pandemię, ogólnoeuropejskie badania kohortowe oraz współpraca w ramach istniejących badań kohortowych.

– Musimy połączyć wiedzę fachową oraz zasoby sektora publicznego i prywatnego w celu pokonania pandemii i przygotowania się na ewentualne ogniska choroby w przyszłości. Za pomocą finansowania z programu Horyzont 2020 oraz naszych partnerów branżowych i pozabranżowych przyspieszamy rozwój diagnostyki i leczenia koronawirusa, tworząc niezbędne narzędzia, które pozwolą nam stawić czoła światowemu kryzysowi –  wskazuje Mariya Gabriel.

W ramach Funduszowego Pakietu Antywirusowego powołano z kolei do życia Szybką Ścieżkę Koronawirusy, w ramach której dofinansowane zostaną polskie projekty i technologie związane z pandemią. Zespoły badawcze mogą liczyć na łączne dofinansowanie z tego programu kwotą 200 mln zł. Do walki z koronawirusem włączyła się także Agencja Badań Medycznych, która powołała program grantowy. Można w nim pozyskać do 5 mln zł wsparcia na rzecz rozwoju technologii medycznych zapobiegających rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Agencja zadeklarowała, że zgłoszenia mają przechodzić błyskawiczną weryfikację – wstępna ocena przydatności projektów ma trwać nie więcej niż 72 godziny.

– Mobilizujemy wszelkie dostępne środki do walki z tą pandemią, przeprowadzając testy, stosując odpowiednie leczenie i wprowadzając środki zapobiegawcze. Aby jednak odnieść sukces w walce z koronawirusem, musimy również zrozumieć, w jaki sposób oddziałuje on na nasze społeczeństwo i jak najskuteczniej zastosować wspomniane narzędzia w błyskawiczny sposób. Musimy poszukać rozwiązań technologicznych, które umożliwią szybszą produkcję sprzętu medycznego i środków medycznych, monitorowanie i zapobieganie rozprzestrzenianiu się tej choroby, a także lepszą opiekę nad pacjentami – wymienia Mariya Gabriel.

Jakie powinno być dobre przywództwo podczas Covid-19?

Jakie powinno być dobre przywództwo podczas Covid-19? Szczere porady od właścicieli takich firm jak Dobra Kaloria, Victorinox, Auchan czy COBI S.A. – Trwa Family Business Week.

Kryzys, którego nikt z nas się nie spodziewał wymaga redefinicji już nie tylko modelu biznesowego. W parze ze zmianami w firmie, ramie w ramie idą zmiany w modelu przywództwa.

– Decyzje, które podejmujemy obecnie, stanowią o tym, jaką kulturę organizacyjną będziemy mieli po wyjściu z tej sytuacji. Jak weryfikuje się nasze przywództwo, jakim zespołem jesteśmy, jak kształtujemy podwaliny pod zarządzanie przez wartości. Firmy, które potrafią pozostać wierne swoim wartościom tworzą podwaliny pod pokoleniowe dziedzictwa. – komentuje dr Adrianna Lewandowska, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego, otwierając drugi dzień Family Business Week.

O przywództwie w dużym stopniu opowiadał dzisiaj Roman Wieczorek, były v-ce Prezes Zarządu światowego Grupy Skanska. W moderowanych przez niego rozmowach o przywództwie w czasach Covid-19 poruszonych zostało wiele konkretnych zagadnień w obszarze.

Robert Podleś, Założyciel i CEO COBI S.A., największego producenta klocków konstrukcyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej na Family Business Week:

– Gdy wybuchła epidemia Covid-19 poczułem straszną samotność w decyzjach. Napisałem list do załogi, długi list. Został przyjęty bardzo dobrze. Wtedy podjęliśmy decyzję, że idziemy tą drogą. Mamy znowu wzrosty. – komentuje Robert Podleś. Choć kwiecień był bardzo trudnym miesiącem, to maj będzie już lepszy. W liście do załogi, przedstawiłem bardzo personalny komunikat, w którą stronę będzie zmierzała firma. Wyliczyłem, że jesteśmy w stanie funkcjonować przez ok. 3,5 miesiąca, bez żadnego przychodu i zwalniania nikogo. Podjąłem ryzyko, że funkcjonujemy, licząc na to, że będą napływać do nas przychody zza granicy. W Polsce jak tylko rozpoczęła się epidemia – kontrahenci natychmiast przestali płacić. Płacili za to Czesi, Wielka Brytania, USA, co pozwoliło nam odetchnąć. W kwietniu wzrósł nam eksport. – dodaje Robert Podleś.

W swoich decyzjach właściciel polskiego potentata zabawek czuł się bardzo osamotniony, niepewność kryzysu była jedną z najtrudniejszych chwil w zawodowej karierze.  – Poczułem konieczność otwarcia się przed wszystkimi moimi pracownikami, przedstawiłem swój punkt widzenia na przyszłość firmy. Była niepewność. Jednak zespół poszedł za mną. To się sprawdziło. Gdy pracownicy są lojalni wobec firmy – firma musi być lojalna wobec nich. Wychodzimy na prostą, a kryzys nas wzmocnił. – kończy opowieść Robert Podleś.

Jak przewodzić w kryzysie, gdy trzeba myśleć o przyszłości? Dwa pokolenia rodziny Kubara, właścicieli marki Dobra Kaloria w przywództwie w czasie kryzysy podczas Family Business Week.

Panika, która zapanowała w mediach, które przez 24 na dobę nie mówiły o niczym innym, niż koronawirus przez połowę marca i sporą część kwietnia nie była optymistyczna dla Marka Kubara, którego rodzinna firma zatrudnia kilkadziesiąt osób. – Zagrożenie było duże, wystarczyłoby, że jeden z naszych pracowników by zachorował i firma nagle stanęłaby na okres dwóch tygodni. Podobnie w przypadku, gdyby jeden z naszych dostawców miał taką sytuację. Wstrzymane byłyby dostawy, a my musielibyśmy stanąć z produkcją. Straszne chwile – mówi Marek Kubara, nestor firmy Kubara sp. z o.o. właściciela marki Dobra Kaloria.

– Miewałem już w swojej karierze kryzysy. Z dnia na dzień straciłem 70% rynku. Przeżyłem. Miałem wokół siebie grupę ludzi, którzy mnie wtedy wpierali. Dziś mam poczucie, że mam mocny zarząd, więc tym bardziej wierzę w to, że sobie poradzimy. Życie przynosi nam momenty, które nas weryfikują. Zweryfikowaliśmy siebie w zarządzie i nasze relacje z pracownikami. Po tym kryzysie wiem, że z takim zespołem, nasza firma jest w stanie przetrwać wiele. – kończy Marek Kubara.

Swoimi przemyśleniami i mechanizmami antykryzysowymi, które zastosowane zostały w firmach, podzielili się dzisiaj z gośćmi Family Business Week m.in. Ewald Raben, CEO Raben Group, Antoine Mayaud i Vianney Mulliez z AFM (rodzina właścicielska takich firm jak Auchan, Decathlon czy Leroy Merlin) oraz Carl Elsener jr, CEO i właściciel szwajcarskiej firmy VICTORINOX.

Każdy dzień z Tygodnia Przedsiębiorczości Rodzinnej poświęcony jest innemu obszarowi funkcjonowania i dylematów jakie stoją teraz przed rodzinami biznesowymi. Pierwszy dzień to kontekst Firmy, drugi Przywództwa, trzeci Majątku, czwarty Rodziny i Własności, a piąty to Globalne Otoczenie Firmy Rodzinnej. – W każdej z tych perspektyw zawarte są inne dylematy, o zweryfikowanie których powinien zatroszczyć się właściciel biznesu by maksymalnie zniwelować skutki kryzysu w swojej firmie, a nawet poszukać nowych dróg rozwoju. Family Business Week to tydzień, który w pełni poświęcamy przyszłości firm rodzinnych. – kończy wypowiedź Adrianna Lewandowska.

Family Business Week organizowany jest przez Instytut Biznesu Rodzinnego, Centrum Wiedzy o Firmach Rodzinnych. Partnerem Strategicznym wydarzenia jest BNP Paribas – Bank zmieniającego się świata. W wydarzeniu, które całkowicie odbywa się on-line, bierze udział ok. 2000 gości.

Dzisiaj, we wtorek 19 maja, rozmawiamy o Przywództwie, jutro w ramach Family Business Week będziemy rozmawiać w gronie właścicieli największych firm z Polski i Europy oraz ekspertami z całego świata o Majątku.

Szczegółowy program wydarzenia, rejestracja, zakresy dyskusji oraz potwierdzeni goście dostępne na stronie: www.familybusinessweek.pl

Tematy poruszone w obszarze PRZYWÓDZTWA:

  • Czy w dobie kryzysu potrzebny mi generał, czy raczej zgrany zespół?
  • Jak poradzić sobie z uczuciem samotności i opuszczenia? Sam podejmuję decyzję, sam jestem odpowiedzialny za pracowników, za ich rodziny, za rozwój i przetrwanie firmy?
  • Czy wdrożyłem wszystkie opcje cyfrowe, abyśmy mogli nadal prowadzić firmę (zarządzanie z domu, praca zdalna, ochrona danych, spotkania online, rzeczywistość wirtualna itp.)?
  • W jaki sposób promuję zachowania prozespołowe, „solidarnościowe” i godne pośród naszych pracowników? Jak budować poczucie odpowiedzialności za firmę? Czy wiem, ze to właśnie TERAZ kształtuje się kultura organizacyjna mojej firmy?
  • Jak dbam o komunikację z pracownikami i troszczę się o ich emocje? Jak uzyskać zrozumienie trudnych decyzji biznesowych wśród pracowników?
  • Jak mam utrzymać reputację naszej rodziny biznesowej, która musiała zwalniać pracowników w małej miejscowości?
  • Jak mam zwalniać dziś pracowników, którzy jeszcze wczoraj byli niezbędni/niezastąpieni, by nie zamykać sobie drogi do re-rekrutacji w przyszłości?
  • Co robić, by podejmowane przeze mnie niezbędne działania wobec sytuacji bieżącej i minimalizujące kryzys, były zgodne z naszymi wartościami?
  • Rola managera zewnętrznego w firmie rodzinnej w czasach COVID-19: jakie decyzje podejmować, jak komunikować się z właścicielami, gdy zarządzasz „nie swoim”?
  • Jak w ogóle włączyć do zarządzania managerów zewnętrznych, jeśli dotąd nie mieli strategicznej decyzyjności? Jaka może lub powinna być rola osób z zewnątrz?

Turystyka w nowym reżimie sanitarnym. Nowe technologie ratunkiem dla hotelarzy

Od 4 maja ponownie można przyjmować gości w hotelach i pensjonatach. Jak ich właściciele radzą sobie z nowymi restrykcyjnymi sanitarnymi wytycznymi? Coraz więcej z hoteli i pensjonatów, by sprostać wymaganiom decyduje się na automatyzację sprzątania – informują eksperci branży czystości.

Zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom oraz gościom – to główny cel wytycznych, opublikowanych przez Ministerstwo Rozwoju i Główny Inspektorat Sanitarny. Na liście zaleceń znalazły się informacje dotyczące sprzątania hoteli oraz procedury zapobiegawcze, wdrażane w przypadku podejrzenia zakażenia koronawirusem wśród obsługi lub klientów.

Hotelarze powinni między innymi zadbać o zwiększenie odległości między pracownikami, przygotować w hotelu pomieszczenie do czasowej izolacji osoby z objawami COVID-19, a także zapewnić środki ochrony osobistej. Nie mniej ważne są zasady wietrzenia, czyszczenia i dezynfekcji pomieszczeń. Według resortu co najmniej raz na godzinę powinno się dezynfekować pomieszczenia ogólnodostępne, takie jak toalety, windy czy recepcję. Należy zwracać szczególną uwagę na elementy dotykane przez gości oraz obsługę: klamki, blat recepcji, poręcze, urządzenia elektroniczne, przyciski w windzie.

Technologia suchej pary pomoże w odkażaniu powierzchni

Jak zauważają dostawcy sprzętu czyszczącego w Polsce, szczególnie w tym okresie nowoczesne technologie są w stanie wyręczyć hotelarzy z części żmudnej pracy.  I coraz więcej z nich się na to decyduje. – Przy ogólnym sprzątaniu, zwłaszcza hotelowych ciągów komunikacyjnych, możemy sobie pomóc wykorzystaniem nowoczesnych maszyn. Urządzenia takie jak automaty szorująco-zbierające czy ekstraktory do wykładzin nie tylko skracają czas sprzątania, ale i znacząco zwiększają jego skuteczność – mówi Damian Roman, Regionalny Kierownik Sprzedaży Nilfisk Polska, producenta urządzeń czyszczących. – Trzeba jednak wyraźnie odróżnić sprzątanie od dezynfekcji – podkreśla.

Zaleconą przez specjalistów dezynfekcję na wielu powierzchniach najlepiej przeprowadzać przy użyciu preparatu odkażającego. Jednak i w tym zakresie technologia może pomóc. Damian Roman zaleca wykorzystanie profesjonalnej parownicy – dzięki zastosowaniu technologii suchej pary wraz z systemem zasysania brudu, takie urządzenia usuwają nawet 99,999 proc. wszystkich mikroorganizmów.

Niemal wszystkie powierzchnie w hotelu nadają się do czyszczenia przy pomocy parownicy przemysłowej. W pokojach mogą to być meble, zasłony, dywany, materace, ściany i sufity. W łazienkach: zarówno płytki i fugi, jak i armatura łazienkowa – krany, uchwyty, brodziki, wanny, drzwi prysznicowe. Parownice zdają egzamin także w kuchniach oraz w przypadku użycia na oknach i lustrach. Nie można natomiast korzystać z parownicy do „odświeżenia” pościeli lub ręczników – tego typu materiały muszą być prane co najmniej w 60 stopniach Celsjusza z dodatkiem odpowiedniego detergentu.

– Warto podkreślić, że korzystanie z parownicy zwiększa bezpieczeństwo gości i pracowników także w okresie bez zagrożenia epidemicznego. Testy mikrobiologiczne dowiodły, że wykorzystanie suchej pary skutecznie pozbywa się bakterii gronkowca złocistego, salmonelli, wirusów grypy i innych szkodliwych drobnoustrojów. Dlatego parownice rekomendujemy nie tylko branży turystycznej, ale także biurom, dworcom i lotniskom, a nawet szpitalom do wsparcia procesów dezynfekcji na salach operacyjnych – dodaje ekspert Nilfisk Polska.

Do zewnętrznych powierzchni warto natomiast wykorzystać gorącowodną myjkę ciśnieniową. Efekt gorącej wody – jak pokazują badania – wykazuje znaczące działanie nie tylko biobójcze, ale również skraca czas czyszczenia i znacząco poprawia jego efekt w stosunku do rozwiązań zimnowodnych. Takie urządzenie doskonale sprawdzi się na przykład na tarasach, w garażach czy na parkingach i placach.

Podstawa dla hotelu? Automat szorująco-zbierający

Zwłaszcza w czasie epidemii trudno wyobrazić sobie ciągłe operowanie tradycyjnym mopem na dużych powierzchniach hotelowych korytarzy. Dlatego, prócz urządzeń wspomagających dezynfekcję, niezbędne w każdym pensjonacie powinny być automaty szorująco-zbierające. Producenci oferują wiele różnych rodzajów takich urządzeń: od niewielkich maszyn wykorzystywanych w trudno dostępnych miejscach, po duże agregaty samojezdne.

Zasada działania automatu szorująco-zbierającego opiera się na trzech etapach czyszczenia. Przednie szczotki urządzenia zbierają zalegające na podłodze luźne elementy (na przykład okruchy czy kurz). Następnie podłoga podlega dokładnemu myciu – zawsze przy użyciu czystej wody lub wody z detergentem. Następnie maszyna zbiera wodę brudną do oddzielnego zbiornika, eliminując ryzyko poślizgnięcia się na mokrej powierzchni. Wszystko to w jednym przejeździe.

Gdzie wykorzystać taką maszynę w hotelu? Odpowiedź jest prosta – na wszystkich podłogach nie przykrytych dywanami lub wykładzinami. Zastosowanie automatów szorująco-zbierających jest naprawdę szerokie, dlatego urządzenia tego typu znalazły swe zastosowanie także w innych branżach. Szeroko wykorzystuje się je w galeriach handlowych, kinach, szkołach i przedszkolach, szpitalach oraz w gastronomii.

– W maszynach zainstalowanych jest szereg specjalnych systemów, dzięki którym wykorzystanie automatu szorująco-zbierającego staje się prostsze i tańsze – zauważa Damian Roman. – Mam na myśli przede wszystkim technologię, która znacznie obniża poziom hałasu generowanego przez maszynę. Dzięki temu rozwiązaniu sprzątanie staje się możliwe także w obecności klientów. Warto także zwrócić uwagę na technologię dostosowującą zużycie detergentu do stopnia zabrudzenia podłoża, dzięki czemu użycie tego typu maszyny jest przyjazne środowisku. A w szczególnie kłopotliwych miejscach maszyna inteligentnie wzmacnia nacisk szczotki na podłoże, jednocześnie zwiększając przepływ środka czyszczącego. Tam, gdzie zabrudzenia są mniejsze, wykorzystuje się mniej chemii i wody. To rozwiązanie bardzo skuteczne, a przy okazji oszczędne i ekologiczne – mówi specjalista Nilfisk Polska.

Ekstraktory – mechaniczni eksperci od wykładzin

Informacja o sprawnym sprzątaniu hotelu byłaby niepełna bez rozwiązania do skutecznego czyszczenia wykładzin i dywanów. Zdaniem eksperta, w tym zakresie najlepiej sprawdzą się ekstraktory.

Damian Roman podkreśla, że nowoczesne ekstraktory nie tylko usuwają brud i zalegającą wilgoć, ale też pielęgnują wykładziny, zapewniając im o wiele dłuższą żywotność. – Nowa generacja tego typu urządzeń kładzie nacisk także na wygodę użytkownika. Zwiększona pojemność zbiorników pomaga wyczyścić większą niż dawniej powierzchnię bez zbędnych przerw na wylanie wody czy dodanie większej ilości detergentu. Użytkownicy chwalą także dobrą skrętność ekstraktorów, szybkie przełączanie między trybami czyszczenia oraz technologię pływającej szczotki, która sama dostosowuje się do czyszczonej powierzchni – wylicza ekspert.

Warto znać procedury!

Specjaliści przekonują, że, niezależnie od koronawirusowych obostrzeń, automatyzacja sprzątania w hotelu to podstawa. Należy jednak pamiętać o tym, że sprzątanie i dezynfekcja stanowią jedynie część epidemicznych obostrzeń. Równie istotne powinna być znajomość procedur wdrażanych w przypadku podejrzenia zakażenia koronawirusem u obsługi lub klientów hotelu.

Dlatego warto zapoznać się ze szczegółowymi zaleceniami, zamieszczonymi na stronie https://www.gov.pl/web/rozwoj/hotele-i-inne-miejsca-noclegowe.

Rentowności obligacji południa Europy w dół, północy w górę

Europejskie, w tym włoskie obligacje rządowe, kontynuowały we wtorek wzrosty wraz ze spadkiem ich rentowności ze względu na francusko-niemiecki plan dotyczący unijnego funduszu na rzecz walki z ekonomicznymi skutkami epidemii o wartości 500 miliardów euro.

Po znacznym spadku kosztów pożyczek we Włoszech, we wtorek na czele pod kątem zmniejszenia rentowności znalazły się Hiszpania i Portugalia. Ekonomiści Morgan Stanley nazwali francusko-niemiecką propozycję potężną wspólną reakcją, która pomoże złagodzić ryzyko załamania gospodarczego na południu Europy.

Rentowności hiszpańskich 10-letnich obligacji spadły o 9 punktów bazowych do 0,715 proc. czyli do najniższego poziomu od początku kwietnia, portugalskie rentowności osiągnęły najniższe wartości od końca marca, wynosząc 0,78 proc., a włoskie spadły poniżej 1,6 proc. w pewnym momencie sesji na rynku wtórnym.

Polska, ze swoimi problemami wewnątrz kraju, ma obiekcje co do powyższego planu, a rentowności obligacji naszego kraju podniosły się z rekordowo niskiego poziomu. Jeszcze pod koniec ubiegłego tygodnia 10-letnie obligacje Polski były na poziomie 1,233, aby dziś wrócić do 1,370 proc.

To jednak minimalnie wpłynęło na zmianę spreadu względem obligacji Niemiec, który nadal znajduje się w rejonie 180 p.b., ponieważ rentowności obligacji naszego zachodniego sąsiada także wzrosły od początku tygodnia. Zapowiedzi szefa Rezerwy Federalnej USA, Jerome’a Powella, skuteczne utrzymują z kolei rentowności amerykańskich obligacji na niskich poziomach, co z kolei powoduje, że spread naszych papierów znajduje się wciąż w rejonie 60 p.b.

Krzywa rentowności w Polsce stała się jednak odwrócona na bardzo krótkim końcu, co może odzwierciedlać problemy ekonomiczne oraz problemy z inflacją w najbliższych dwóch kwartałach. Może to także wskazywać na wzrost szans na cięcie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Decyzję w tej sprawie poznamy już w czwartek 28 maja.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

COVID-19 Risks Outlook: największe zagrożenia dla świata i biznesu w perspektywie następnych 18. miesięcy

Raport COVID-19 Risks Outlook: A Preliminary Mapping and Its Implications, opracowany przez Światowe Forum Gospodarcze we współpracy z Marsh & McLennan Companies podsumowuje opinie blisko 350 specjalistów ds. ryzyka, którzy wskazali największe ich zdaniem zagrożenia (pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia i skali oddziaływania) dla świata i biznesu w perspektywie następnych 18. miesięcy.

Natychmiastowe skutki gospodarcze spowodowane COVID-19 zdominowały krajobraz ryzyk większości firm – wśród kluczowych eksperci wymieniają m.in.: przedłużającą się recesję w obliczu słabnącej koniunktury światowych gospodarek, zaostrzenie ograniczeń w transgranicznym przepływie towarów i osób oraz upadek głównych rynków wschodzących.

Analizując wzajemne powiązania, raport podkreśla, że światowi liderzy muszą podjąć natychmiastowe działania, które przeciwdziałają lawinie przyszłych kryzysów – takich, jak kryzys klimatyczny, turbulencje geopolityczne, rosnące nierówności ekonomiczne, pogorszenie stanu zdrowia psychicznego obywateli, luki w zarządzaniu technologią, czy systemów opieki zdrowotnej, będących pod nieustanną presją.

Poniżej przedstawiamy kluczowe wnioski z raportu:

  • „Długotrwała globalna recesja”, „wysokie bezrobocie”, „widmo wybuchu kolejnej epidemii choroby zakaźnej” oraz protekcjonizm to najważniejsze wyzwania dla firm w najbliższym czasie.
  • Świat nie jest gotowy na efekt domina dla ryzyk środowiskowych, społecznych i technologicznych.
  • „Zielone ożywienie” i wyróżniające się większą odpornością na ryzyko „spójne, integracyjne i równe społeczeństwa” mają szansę zaistnieć, jeżeli światowi liderzy zaczną działać.

John Doyle, President and CEO, Marsh komentuje wyniki raportu: „Jeszcze przed wybuchem kryzysu związanego z pandemią COVID-19, organizacje zmagały się z wysoce złożonym, globalnym krajobrazem ryzyk. Od zagrożeń cybernetycznych po łańcuchy dostaw, jak również dbanie o dobrostan pracowników – firmy teraz muszą ponownie przemyśleć swoje strategie, na których dotychczas się opierały. W celu stworzenia odpowiednich warunków do przyspieszenia ożywienia gospodarczego i zwiększenia odporności na ryzyko w przyszłości, rządy i sektor prywatny powinni prowadzić jeszcze bardziej efektywną współpracę. Poza wzrostem inwestycji w poprawę systemów opieki zdrowotnej, infrastruktury i technologii, jednym z rezultatów tego kryzysu będzie większa odporność społeczeństw na przyszłe pandemie oraz inne, poważne kryzysy”.

Wlodzimierz Pyszczek – Dyrektor ds. Kluczowych Klientów w Marsh Polska podkreśla: „Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że raporty takie jak COVID-19 Risks Outlook: A Preliminary Mapping and Its Implications, opracowany przez Światowe Forum Gospodarcze we współpracy z Marsh & McLennan Companies nie są jedynie zbiorem futurologiczno-teoretycznych rozważań. Okazuje się, że dostrzegane trendy w skali makro znajdują bezpośrednie przełożenie na prowadzenie biznesu przez poszczególne firmy oraz na życie nas wszystkich.

Dzisiaj już wiemy, że pojawiające się przez wiele lat w podobnych raportach ryzyko „pandemii” oznacza bardzo konkretne wyzwania: problemy finansowe sektorów gospodarki opartych na przepływie towarów i usług (np.: transport lotniczy, turystyka, aby wymienić te oczywiste), zaburzenia łańcucha dostaw do przemysłu, utrata pracy. Od strony branży ubezpieczeniowej należy wskazać na fakt dość sprawnego dostosowania się do nowej sytuacji, wydaje się, że nie zanotowano poważniejszych problemów ubezpieczycieli z przestawieniem się na nowe „zdalne” metody prowadzenia działalności. Oczywiście teraz zarówno ubezpieczyciele, jak i każda inna firma, przygotowują się na „trudne czasy” poprzez m.in. poszukiwanie oszczędności, ale też rewizję dochodowych lub bardziej ryzykownych projektów. W przypadku działalności ubezpieczeniowej oznaczać to może podnoszenie cen – przykładowo, ceny ubezpieczeń korporacyjnych na świecie wzrosły w pierwszym kwartale o 14%, ale już np.: ceny D&O na rynku londyńskim (z którego korzysta wiele polskich firm) – o 46%; czy też ograniczanie tzw. pojemności ubezpieczeniowej (tj. obniżanie maksymalnego zaangażowania w określone ryzyko/klienta), co może stanowić problem dla dużych klientów korporacyjnych, szczególnie w ubezpieczeniach odpowiedzialności cywilnej i D&O.

Spowolnienie gospodarcze, problemy finansowe i zwiększona liczba bankructw firm oznacza zawsze zwiększone zainteresowanie ubezpieczeniami Odpowiedzialności Członków Władz spółek. Jest to bowiem znany mechanizm poszukiwania „winnych” zaistniałej, złej sytuacji w firmie i znajdowania ich w osobach członków władz spółki. Tym bardziej, że sytuacja kryzysu związanego z COVID-19, przygotowania do niego, konieczność podejmowania szybkich decyzji w stanie dużej niepewności, przejście firmy na nowy sposób prowadzenia działalności faktycznie wiążą się z ryzykiem zarzutów braku podjęcia określonych decyzji lub tego, że podjęte decyzje po czasie okażą się błędne.

Należy także wspomnieć o tym, że kryzys związany z COVID-19 wymusił wzrost zainteresowania wszelkiego rodzaju rozwiązaniami informatycznymi, zdalnymi, online itp., a w ślad za tym, uświadomił powszechnie istnienie cyber ryzyk. Myślę, że tak jak narzędzia informatyczne pozostaną z nami już na zawsze, tak też w nowej rzeczywistości ryzyka cybernetyczne znajdują się coraz wyżej na liście zagrożeń każdej firmy. A ponieważ są one w sumie ryzykami dość podobnymi do innych – można nimi zarządzać, choćby poprzez ubezpieczenia”.

Raport jest dostępny tutaj: http://www3.weforum.org/docs/WEF_COVID_19_Risks_Outlook_Special_Edition_Pages.pdf

Korzyści z PR w Employer Branding, czyli jak skutecznie budować silną markę pracodawcy

Tak jak pozytywny wizerunek marki pomaga promować sprzedaż, tak pozytywny employer branding pomaga przyciągać i zatrzymywać bardziej wykwalifikowanych pracowników. Firmy z pozytywnym wizerunkiem zatrudnienia otrzymują więcej aplikacji od wykwalifikowanych kandydatów, zatrzymują najlepszych pracowników i wydają mniej pieniędzy na ich zatrudnienie, a pracownicy są bardziej produktywni i częściej stają się ambasadorami marki oraz pomagają promować organizację.

Firmy mogą poprawić swoją reputację jako pracodawców, angażując specjalistów PR i komunikacji korporacyjnej w budowanie swojego wizerunku wśród kandydatów do pracy. Podczas gdy HR ogólnie zarządza funkcją, branding pracodawcy jest bardziej skuteczny przy zaangażowaniu PR. W miarę jak rekrutacja najlepszych talentów staje się bardziej konkurencyjna, ścisła współpraca między PR i HR będzie coraz ważniejsza.

PR (public relations) jest przydatny do rozważenia z perspektywy marki pracodawcy ze względu na to, co profesjonaliści PR chcą osiągnąć. W PR sukces często mierzy się na podstawie świadomości brandu lub liczby trafnych miejsc docelowych w mediach i wyświetleń, które można uzyskać dzięki danej kampanii. W rezultacie, jeśli chcemy zwiększyć świadomość marki pracodawcy, PR może być świetnym sposobem na osiągnięcie tego celu.

PR to dziedzina, która często jest źle rozumiana, ponieważ wiele kanałów pokrywa się obecnie ze zwykłymi kanałami marketingu cyfrowego. Ponadto ludzie często mylą PR z tradycyjną komunikacją kryzysową lub relacjami medialnymi. Inni mylnie uważają, że PR jest zbyt drogi.

Jednak PR jest dziedziną odrębną od marketingu cyfrowego i większą niż sama komunikacja kryzysowa lub relacje z mediami.

Według Public Relations Society of America (PRSA) PR jest „strategicznym procesem komunikacji, który buduje wzajemnie korzystne relacje między organizacjami i ich społeczeństwem”.

Jest to dość ogólna definicja, ale jeśli sprowadzimy ją do podstaw, dobry PR to tak naprawdę efektywne opowiadanie historii, które podnosi świadomość docelowych odbiorców i / lub kształtuje ich postrzeganie. Aby to osiągnąć, specjaliści od PR koncentrują się na opracowywaniu i rozpowszechnianiu newsów w formie urzekających historii, które przyciągają uwagę i lokalizują miejsca w odpowiednich spotach medialnych.  Historie te można przekazywać za pomocą różnych strategii i kanałów, w tym poprzez miejsca docelowe dla mediów i influencerów, media społecznościowe i content marketing, markowe wydarzenia i wiele innych. Na całym świecie pracodawcom trudniej jest przyciągnąć dobrych pracowników. Jednym ze sposobów, aby nasza organizacja była „na bieżąco” z potencjalnymi kandydatami do pracy, jest stworzenie dobrej marki pracodawcy.

Top brandy, które dobrze wykorzystują PR w budowaniu marki pracodawcy to:

  • Google
  • Starbucks
  • Cisco
  • Apple
  • Hubspot
  • Shopify
  • Microsoft
  • Netflix

Budowanie brandu pracodawcy polega na budowaniu wizerunku organizacji w oczach pracowników i perspektywach zatrudnienia. Jest to postrzeganie oparte na założeniach, których pracownicy mogą oczekiwać od pracodawcy, a korzystny efekt ciężko osiągnąć bez PR.

Reputacja  firmy i postrzeganie jej liderów może wpłynąć na zdolność marki do zdobycia i zatrzymania najlepszych talentów.

Ustanawianie pozytywnej i atrakcyjnej reputacji zaczyna się od wewnątrz gdzie, mamy większą kontrolę nad wynikiem, niż nam się wydaje. W erze mediów cyfrowych i sieci kluczowe jest, aby marki posiadały i sterowały swoją opinią publiczną. Internetowe serwisy i witryny z opiniami o pracy ułatwiają potencjalnym talentom obserwowanie informacji zwrotnych na temat kultury firmy, dumy pracowników, korzyści, a nawet aprobaty dyrektora generalnego, zanim rozważą ubieganie się o stanowisko.  Jasny obraz organizacji pomoże tylko zachęcić najlepszych kandydatów do kontaktu.  Firmy ze słabą marką pracodawcy wydają co najmniej 10 procent więcej na zatrudnienie – wskazuje Harvard Business Review. Pozytywny brand pracodawcy powinien być przedmiotem codziennej uwagi, ponieważ jest również korzystny, gdy duże organizacje muszą bardzo szybko dokonać wielokrotnego zatrudnienia jak np. Amazon czy Foxconn.

Korzystanie z PR, aby zbudować markę pracodawcy

Na rynku pracy kandydatów o specjalistycznych umiejętnościach, marka pracodawców bardziej zyskała na znaczeniu, szczególnie w okresie transformacji do pracy zdalnej.

Tradycyjnie działy zasobów ludzkich (HR), które nadzorują rekrutację, zarządzające „employer brandingiem”, to już za mało. Obecnie wielu ekspertów ds. komunikacji twierdzi, że dział HR powinien współpracować z komunikacją korporacyjną lub PR przy opracowywaniu marki pracodawcy i zarządzaniu nią.

Stosowanie tradycyjnych metod rekrutacji w celu promowania zatrudnienia nie są już wystarczająco skuteczne, aby stworzyć silną markę pracodawcy. Pracownicy mają ogromny wpływ na wizerunek swojej firmy za pośrednictwem mediów społecznościowych i stron z recenzjami pracodawców. Kandydaci do pracy badają firmy online i zwykle wierzą w opinie pracowników i byłych pracowników, a nie w reklamy firmowe lub inne komunikaty promocyjne.

Agencja Core PR nie raz mierzyła się z sytuacją bardzo pozytywnego wizerunku produktu a jednocześnie negatywnego obrazu pracodawcy. Dzieje się tak ponieważ zespoły HR mogą nie chcieć dodawać tego aspektu marketingu społecznościowego do swoich obowiązków. Chociaż 70 procent menedżerów HR planuje wykorzystać media społecznościowe do budowania marek pracodawców, tylko jedna trzecia ma osobę dedykowaną social media. Marki pracodawców powinny być analizowane i mierzone tak samo, jak wizerunki marek korporacyjnych skierowane do konsumentów. A to jest jest zadaniem odpowiednim dla profesjonalistów ds. komunikacji.

Współpraca między PR a HR (audyt i rekomendacje)

Gdy firma cierpi z powodu niskiej jakości kandydatów do pracy, ma ciągłą rotację i doświadcza niskiego zaangażowania pracowników. Połączenie najlepszej komunikacji korporacyjnej (opowiadanie historii, kreatywność, dyscyplina wiadomości i targetowanie odbiorców) z najlepszą kadrą (rekrutacja, zarządzanie talentami, zaangażowanie pracowników i szkolenia) prowadzi do wypracowania pozytywnej reputacji, która pomaga przyciągać, angażować i zatrzymywać najbardziej oddane i utalentowane osoby. 

Pierwszym krokiem powinna być dogłębna analiza tego, jak obecni i byli pracownicy i/ lub kandydaci postrzegają firmę. Komunikacja korporacyjna i HR powinny współpracować, aby dowiedzieć się, czego poszukują najlepsze talenty i zidentyfikować luki między percepcją kandydatów do pracy a tym, co firma naprawdę oferuje jako pracodawca.

Autor: Adam Białas – dziennikarz / manager w Core PR. Od ponad dwóch dekad skutecznie działa w obszarze PR i e-marketingu. Ekspert i autor wielu autorskich projektów PR, e-marketing, i w ostatnich latach dedykowanych programów partnerskich w modelach efektywnościowych. Posiada wieloletnie doświadczenie w kampaniach i budowaniu wizerunku brandu B2B i B2C. CORE PR obsłużyła ponad 600 kampanii. Specjalizuje się w sektorze finansowym, HR, deweloperskim, HoReCa, MICE i gamingowym.

W tym roku na Dniu Dziecka głównie zarobią dyskonty. Ale zakupy raczej będą skromne

W tym roku z okazji Dnia Dziecka niemal połowa Polaków wyda na prezent średnio od 50 do 100 zł. Ponad 20 proc. deklaruje kwotę 100-150 zł. Mniej więcej tyle samo osób przeznaczy na to do 50 zł. Z kolei kilkanaście proc. badanych wyłoży na ten cel więcej niż 150 zł. 46 proc. zrobi zakupy stacjonarnie, a 32 procent – online. Upominki będą kupowane głównie w dyskontach. I najczęściej będą to klocki. Popularne będą również gry planszowe i książki. Według ankietowanych, tegoroczny prezent musi być praktyczny i edukacyjny. Liczyć się też będzie promocyjna cena.

Z badania, przeprowadzonego przez analityków z aplikacji BLIX, wynika, że 43 proc. Polaków przeznaczy w tym roku na prezent z okazji Dnia Dziecka od 50 do 100 zł. 23 proc. wyda na upominek 100-150 zł. Z kolei 20 proc. podaje kwotę do 50 zł. Sumę między 150 a 200 zł przygotuje 8 proc. ankietowanych, a od 200 do 300 zł – 6 proc. Dr Maria Andrzej Faliński ze Stowarzyszenia „Forum Dialogu Gospodarczego” uważa, że wskazane przedziały wyraźnie odzwierciedlają proporcje osób odczuwających zagrożenie spowodowane kryzysem. Zdecydowana większość wykazuje oszczędność. I jak dodaje ekspert, można się spodziewać, że tegoroczne upominki będą raczej skromne i symboliczne.

– Planowane wydatki dotyczą zakupu prezentu dla jednego dziecka i wydają się racjonalne. Zabawki prezentowane w promocjach sieci handlowych bardzo często mieszczą się we wskazanych przedziałach cenowych. Dlatego konsumenci są przekonani, że wymieniane przez nich kwoty w tym roku wystarczą, aby je nabyć – wyjaśnia Marcin Lenkiewicz z aplikacji BLIX.

Aż 46 proc. ankietowanych kupi prezent stacjonarnie. 32 proc. nabędzie go online. 14 proc. jeszcze tego nie wie. Dla 8 proc. nie ma to znaczenia. – Sklepy stacjonarne nadal są preferowanym miejscem zakupów Polaków. To kwestia przyzwyczajenia, zwłaszcza starszych osób. Jednak Internet daje możliwość przejrzenia szerszego asortymentu i lepszego porównania cen, o czym już przekonuje się ok. 30 proc. badanych. Przewiduję, że ten odsetek będzie się powiększał w kolejnych latach – mówi Lenkiewicz.

Prezenty najczęściej będą kupowane w dyskontach – 39 proc. Na drugim miejscu badani wskazują e-sklepy – 19 proc. Z kolei 18 proc. jeszcze tego nie wie, gdzie nabędzie upominek. 15 proc. stawia na sklepy z zabawkami, a 8 procent – na hipermarkety. Dr Faliński stwierdza, że dyskonty są głównym wyborem ze względu na oszczędność czasu i pieniędzy. Niedrogie podarunki będą kupowane przy okazji. Sklepy z zabawkami wymagają osobnej wyprawy i więcej środków, a przy obecnym stanie może to być trudnym zadaniem. Natomiast produkty w hipermarketach czasem bywają tańsze niż w dyskontach, ale zakupy zajmują więcej czasu.

– Spory odsetek niezdecydowanych konsumentów może wynikać z ogólnie panującej niepewności w czasie pandemii. Dotyczy ona m.in. wpuszczania określonej liczby klientów do sklepów. Polacy na bieżąco obserwują zmiany zachodzące w procesie odmrażania gospodarki i jeszcze nie wiedzą, gdzie ostatecznie kupią prezenty – zwraca uwagę ekspert z aplikacji BLIX.

Najczęściej kupowane będą klocki – 39 proc. Prawie tak samo popularne będą gry planszowe – 34 proc. Dalej badani wymieniają książki – 27 procent, słodycze – 26, a także ubrania – 23 proc. – Kalkulacja zakupu obejmuje chęć odniesienia wszechstronnych korzyści. Dlatego dominują zabawki skłaniające dziecko do myślenia. To tzw. wartość dodana, istotna zwłaszcza w poczuciu zagrożenia kryzysem. Konsumenci powstrzymują się przed wydawaniem pieniędzy na czystą zabawę – tłumaczy dr Faliński.
Dla 34 proc. ankietowanych upominek musi być praktyczny lub edukacyjny. 27 proc. wskazuje na promocyjną cenę jako główne kryterium zakupu. Natomiast 16 proc. koncentruje się na tym, co chce dostać dziecko. – Polacy starają się, aby kupowane przez nich zabawki pomagały najmłodszym w rozwoju. I z tego wynika najczęstsze wskazanie. Jednak ostatecznie udziały rynkowe poszczególnych producentów pokażą, na jakie zakupy finalnie zdecydowali się konsumenci – podsumowuje Marcin Lenkiewicz.

Badanie metodą CAWI zostało przeprowadzone w dniach 30.04-02.05.2020 r. na próbie 1367 dorosłych Polaków.

Wieści pozytywne, ale na jak długo wystarczą?

Gorączka spowodowana informacjami o postępach w pracach nad szczepionką na koronawirusa podsycała przesiadkę na ryzykowne aktywa, ciągnąc w górę indeksy giełdowe i ropę naftową, podczas gdy na FX domykano długie pozycje w USD i JPY. EUR znalazło dodatkowy impuls we wspólnych staraniach Francji i Niemiec o utworzenie funduszu odbudowy finansowanego emisją euroobligacji.

Jednostronne pozycjonowanie na rynku walutowym się zemściło. Wcześniej pisałem, że niezdecydowanie stało się kulą u nogi dla sentymentu i podtrzymuje ruch boczny a wątpliwości będą podnosić ryzyko wzrostu awersji do ryzyka. To przeświadczenie stało się motywem przewodnim dla części inwestorów przy otwieraniu defensywnych pozycji. Wczoraj jednak zostali oni zaskoczeni lawiną pozytywnych informacji, na których zaczęto budować rajd ryzykownych aktywów. Doniesienia o postępach w wypracowaniu szczepionki, zapewnienia Fed, że jego arsenał się nie wyczerpie oraz sygnały z UE o możliwym pakiecie fiskalnym finansowanym emisją wspólnego długu. To sporo pozytywnych impulsów, jak na jeden dzień i reakcja rynków mogła być tylko jedna. Tutaj muszę jednak wrócić z moją postawą Smerfa Marudy i zadać pytanie: na ile tym razem starczy nadziei na poprawę w oparciu o lek, którego ostateczne wypuszczenie do powszechnego obiegu może zająć rok lub dłużej? Pieniądze drukowane przez Fed może i są korzystne dla pompowania wycen akcji, ale nie pomogą w ponownym otwieraniu działalności gospodarczej czy zachęcą Amerykanów do swobodnego wychodzenia z domu. Obawiam się, że wczorajszy skok oparty jest na złudnych nadziejach, ale teraz nie jest moment, by stawać na przeciw rozpędzonego pociągu. Należy jednak być czujnym i wypatrywać sygnału odwrotu sentymentu, bo ten nadejdzie.

Z zadowoleniem przyjmuje wspólną inicjatywę Francji i Niemiec dla utworzenia funduszu odbudowy w wysokości 500 mld EUR wraz z jego ambitnymi założeniami. Najważniejsze we wczorajszym przekazie było podkreślenie obrony europejskiej wspólnoty i prace nad rozwiązaniem ponad różnicami zdań państw członkowskich. Przywrócenie idei euroobligacji, które w przyszłości będą spłacane w ramach realizacji budżetu unijnego, jest krokiem w dobrą stronę. Fakt, że propozycja wyszła od Francji i Niemiec zmniejsza ryzyko, że zostanie odrzucona podczas okołounijnych prac, choć protesty rządów państw z północy Eurolandu mimo wszystko wystąpią. Austria już wyraziła swoją krytyczną ocenę, a opór może być szerszy i w konsekwencji doprowadzić do tego, że finalny kształt funduszu może być rozczarowujący względem tego, na co od wczoraj urosły nadzieje. EUR/USD wciąż jest poniżej szczytów z 1 maja, co sugeruje, że co najwyżej został wywindowany głównie na domykaniu krótkich pozycji narosłych od tamtego czasu. Dopóki Komisja Europejska nie przedstawi właściwego projektu funduszu (ma czas do 27 maja), rynek może zachować dozę sceptycyzmu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Bezrobocie może przyspieszyć jesienią

Znaczący wzrost liczby osób bezrobotnych może nastąpić dopiero jesienią, kiedy przestaną działać różne formy wsparcia z tarcz antykryzysowych i po zakończeniu procedur związanych ze zwolnieniami.

Po pierwszych prognozach wzrostu bezrobocia na koniec roku do ok. 10%, zaczynają się pojawiać bardziej optymistyczne opinie odnośnie sytuacji na rynku pracy. Jadwiga Emilewicz, szefowa resortu rozwoju w wywiadzie radiowym powiedziała, że stopa bezrobocia na koniec roku może wynosić 7-8%, co może być efektem zaskakująco dobrych danych za marzec i kwiecień. W tych miesiącach – mimo pandemii koronawirusa – bezrobocie wzrosło minimalnie.

Optymistyczne założenia dotyczące odsetka osób pozostających bez pracy nie biorą pod uwagę kilku czynników. Pierwszym jest okres objęty działaniami przewidywanymi w kolejnych tarczach antykryzysowych – wszelkie instrumenty wsparcia, utrzymania zatrudnienia są przewidziane na trzy miesiące, co oznacza okres marzec – maj lub kwiecień – czerwiec (dla firm, które nieco później odczuły skutki pandemii). Jeśli popyt na towary i usługi nie wróci do tego sprzed wybuchu pandemii COVID-19 (a raczej nie wróci), to po okresie dopłat część pracodawców zdecyduje się na zmniejszenie liczby zatrudnionych. Nie stanie się to natychmiast w maju czy czerwcu, ale będzie rozciągnięte w czasie.

Poza szarą strefą, gdzie pracę traci się natychmiast, zdecydowana większość pracujących wykonuje pracę legalnie. Zwolnienie jest procesem, który musi uwzględniać okres wypowiedzenia (często jest to 3 miesiące dla osób z dłuższym stażem pracy) lub procedurę zwolnień grupowych. Jeśli założyć, że na razie zwalniają głównie te przedsiębiorstwa, które nie widzą szansy na kontynuowanie swojej działalności, albo nie mogły skorzystać ze wsparcia w utrzymaniu zatrudnienia, to nadal mamy sytuację, że zwalniani pracownicy w większości są w okresie wypowiedzeń.

Wzrost liczby osób bezrobotnych nastąpi raczej na jesieni, po zakończeniu działania instrumentów z tarcz antykryzysowych i po zakończeniu wszelkich procedur związanych ze zwolnieniami.

Wszelkie szacunki dotyczące bezrobocia opierają się na danych spływających z powiatowych urzędów pracy. Warto zauważyć, że dla części poszukujących pracy – szczególnie o wysokich kwalifikacjach – powiatowy urząd pracy jest ostatnim miejscem, o którym pomyślą szukając pracy. Urzędy pracy nadal mają zły wizerunek, kojarzą się głównie z wypłatą niskich zasiłków czy takimi instrumentami aktywizacji bezrobotnych jak staże, roboty publiczne czy roboty interwencyjne. W okresie niskiego bezrobocia był idealny czas na reformę służb zatrudnienia połączoną z reformą pomocy społecznej. Z uwagi na fakt, iż problemy rynku pracy nie były istotne, a sytuacja wydawała się stabilna, nikt z rządzących nie zajął się na poważnie tym tematem. Można sobie zadać pytanie; ilu ludzi, którzy obecnie szukają pracy przez LinkedIn, Pracuj.pl, OLX czy inne portale jest już teraz zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy. Jeśli chodzi o osoby posiadające kwalifikacje, to można postawić tezę, że raczej niewielu.

Jednym z czynników, który może być powodem rejestracji w urzędzie pracy, jest możliwość czasowego uzyskania zasiłku dla bezrobotnych. Obecnie jego kwota wynosi – przy stażu pracy od 5 do 20 lat – 861,40 zł brutto przez pierwsze 3 miesiące prawa do zasiłku, a przez kolejne – 676,40 zł. Dla wielu osób tracących pracę i posiadających jeszcze jakieś oszczędności, nie stanowi to wystarczającego powodu do rejestracji. Przy znaczącej i zapowiadanej w ostatnich tygodniach podwyżce tego świadczenia możemy mieć znacznie więcej osób, które zdecydują się zarejestrować.

Ciekawe będą wyniki badania aktywności ekonomicznej ludności, które nieco inaczej bada bezrobocie, wykluczając z tej kategorii zarówno osoby, które podejmują nawet w niewielkim wymiarze godzin pracę jak i osoby, które nie podejmują działań zmierzających do znalezienia zatrudnienia. Tym samym różnice pomiędzy bezrobociem BAEL a bezrobociem rejestrowanym są znaczne. Dla przykładu w IV kwartale 2019 bezrobocie według BAEL wynosiło 2,9%, podczas gdy bezrobocie rejestrowane w grudniu 2019 to 5,2%. Wydaje się, że w kolejnych miesiącach różnica miedzy wynikami tych badań będzie się zmniejszać m.in. za sprawą zwiększającego się odsetka osób, które będą bez pracy, ale nie będą zarejestrowane w powiatowych urzędach pracy.

W obecnej sytuacji najważniejsze staje się określenie kluczowych celów polityki zatrudnienia na czas zawirowań na rynku pracy. Czy rozwiązania wspierające utrzymanie zatrudnienia zostaną przedłużone ponad obecne trzy miesiące? Jak należy określić wysokość zasiłku dla bezrobotnych, aby był realnym wsparciem na czas pozostawania bez pracy, ale jednocześnie nie odbierał motywacji do poszukiwania zatrudnienia? Czy obecnie stosowane formy aktywizacji bezrobotnych są adekwatne do sytuacji na rynku pracy? Na razie pojawiają się pojedyncze pomysły dotyczące wyodrębnionych fragmentów działań na rynku pracy. Potrzeba systemowego podejścia jak ograniczyć skutki kryzysu i jego wpływ na pracowników i pracodawców.

Komentarz Moniki Fedorczuk, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Reklama zewnętrzna odbija się od dna. Ruch wokół nośników OOH wraca do normy

Po pierwszych siedmiu dniach tzw. narodowej kwarantanny ruch wokół nośników OOH zmniejszył się prawie o połowę. W kolejnych tygodniach coraz bardziej się obniżał, aż w końcu spadł do poziomu 60%. Jednak trzy tygodnie temu trend spadkowy zaczął się odwracać. Wówczas spadek wynosił ok. 40%. Obecnie to już niecałe 27%. Tak pokazują dane, które przez dwa miesiące zbierała firma Proxi.cloud, obserwując 140 tys. Polaków w 230 lokalizacjach. Branża podchodzi do wyników z dużym optymizmem, bo mogą być one pomocne w rozmowach z reklamodawcami. Ale zachowawczo zaznacza, że kluczowe będzie dopiero potwierdzenie dłuższego trendu wzrostowego.

Z analizy wynika, że po siedmiu dniach od wprowadzenia tzw. narodowej kwarantanny ruch wokół nośników OOH zmniejszył się o 47%. W drugim tygodniu spadek był już na poziomie 52%, a w trzecim, czwartym i piątym wyniósł odpowiednio 54%, 55% i 60%. W szóstym tygodniu zanotowano 40,4% na minusie, a następnie – 39,6%. Ostatnio nastąpiło wyraźne odbicie, a nowy wynik to 26,9%.

– Ruch wokół nośników wraca do normy, dzięki zniesieniu części ograniczeń w kolejnych etapach odmrażania gospodarki. Ludzie zaczęli swobodnie się przemieszczać w przestrzeni publicznej. Dla branży OOH oznacza to stopniowe powracanie do normalności. Ten proces zapewne potrwa od kilku do kilkunastu tygodni – mówi dr Krzysztof Łuczak, CEO firmy technologicznej Proxi.cloud.

Jak zauważa Lech Kaczoń, prezes Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej, wyniki zebrane w Polsce są podobne do danych z innych europejskich miast, np. z Wiednia czy Berlina. Przy znoszeniu kolejnych obostrzeń sytuacja wszędzie się poprawia. To jest wskazówka dla reklamodawców, by przyspieszyli powrót do normalnego poziomu. I jak dodaje, nie wszystkie kampanie należy przekładać na późniejszy czas. Może się przecież zdarzyć, że dla niektórych zabrakłoby pożądanych lokalizacji.

– Od końca kwietnia widzimy, że reklamodawcy aktywizują się. Planują kolejne kampanie na nośnikach OOH. Widać już optymizm rynkowy. Ruch samochodowy na drogach zwiększa swoją intensywność. Ludzie częściej wychodzą z domów. Znikają kolejne obostrzenia, więc w naturalny sposób powiększa się widownia outdooru – przekonuje Andrzej Grudziński, pełnomocnik zarządu Cityboard Media.

Dr Łuczak uważa, że w niedługim czasie branża powinna przestać zmagać się z obniżonym popytem ze strony reklamodawców. Z kolei zebrane wyniki mogą być dobrym argumentem w kolejnych negocjacjach. Dlatego widać ożywione zainteresowanie różnego rodzaju raportami oraz analizami ruchu, aby móc wskazywać oznaki stopniowego powrotu do normalności.

– Bieżące dane z pewnością mogą być pomocne w prowadzonych rozmowach. Ale kluczowe będą dopiero te wyniki, które jednoznacznie określą krzywą wzrostu. Sądzę, że pierwsze potwierdzenie znajdziemy już w tym miesiącu. Patrząc optymistycznie, do końca maja zwykły ruch na ulicach powinien wrócić do normalności. Już teraz wiele pojazdów porusza się po głównych arteriach. Ruszają także systemy rowerów miejskich – podkreśla prezes Kaczoń.

Z kolei w opinii Andrzeja Grudzińskiego, okres powakacyjny będzie bardziej zbliżony do normalności. Firmy, które były nieaktywne w kwietniu i maju, teraz planują kampanie na czerwiec, lipiec i sierpień. Jeśli odmrażanie gospodarki będzie kontynuowane, to we wrześniu branża powinna działać już pełną parą. Przewidywana w tym roku mniejsza aktywność turystyczna przełoży się na zwiększony ruch w dużych miastach. Ponadto Polacy znacznie częściej będą przemieszczali się samochodami osobowymi niż komunikacją miejską, co zwiększy percepcję jakościowych nośników.

Wyniki pochodzą z raportu firmy technologicznej Proxi.cloud. Dane zostały zebrane ze specjalnie przygotowanych stref, wygenerowanych dla wyselekcjonowanej grupy nośników OOH. Reprezentowały one różne formaty i rozproszoną lokalizację, uwzględniającą m.in. generatory ruchu, centra handlowe, duże i średnie miasta, wsie, regiony turystyczne oraz ciągi komunikacyjne (drogi między miastami). Monitoring trwał 8 tygodni, tj. od 23 marca do 10 maja br. Obserwacji poddano łącznie 140 tys. dorosłych Polaków w 230 lokalizacjach na terenie 16 województw.

Badanie kamerą termowizyjną wychwyci osoby z gorączką oraz bez maseczek

Epidemia koronawirusa, która rozprzestrzeniła się na cały świat, a w Polsce dotknęła już ponad 14 tysięcy osób, charakteryzuje się zdolnością infekowania dużych skupisk ludzi. Jednym z objawów choroby jest wysoka gorączka. Koniecznym stało się zatem wdrożenie ograniczenia kontaktów między ludźmi i wykrywanie potencjalnie zakażonych osób m. in. przez zdalny pomiar temperatury ciała. Nowoczesnym rozwiązaniem, które może wspomóc walkę z epidemią, są zautomatyzowane systemy termowizyjnego grupowego pomiaru temperatury ciała. A w jaki sposób działają? O tym poniżej.

Zdalny pomiar temperatury – prewencja w walce z zagrożeniem

Badanie kamerą termowizyjną pomaga zapobiegać rozprzestrzenianiu się chorób wirusowych. W jaki sposób? Umożliwiając szybkie i dokładne wykrycie podwyższonej temperatury. Urządzenia do obrazowania termicznego można łatwo zainstalować i wdrożyć w celu wykrywania podwyższonej temperatury ciała w środowiskach takich jak zakłady produkcyjne, magazyny, lotniska, szpitale, budynki biurowe i inne duże miejsca spotkań publicznych. Dla przykładu – sprzęt umieszczony zostaje przy wejściu do budynku lub hali produkcyjnej. Następnie w punkcie kontrolnym dokonywane jest badanie kamerą termowizyjną. W przypadku przekroczenia optymalnej temperatury ciała urządzenie wysyła alert, który jest podstawą do dalszej kontroli.

Kamera wykryje podwyższoną temperaturę i brak maseczki

W przypadku walki z rozprzestrzenianiem się epidemii liczy się każdy dzień. Właśnie dlatego montaż i implementacja rozwiązania przebiega szybko i sprawnie. Co istotne, wysoka dokładność pomiaru i natychmiastowy wynik badania grupy osób eliminuje ewentualne opóźnienia w rozpoczęciu pracy lub ryzyko zgromadzenia się dużej ilości pracowników w punkcie pomiarowym (nawet 16 osób mieści się w jednym kadrze). Zdalny pomiar temperatury wychwyconej przez kamerę jest wykonywany z dokładnością do ± 0.3 ℃.

– Badanie kamerą termowizyjną pozwala zminimalizować ryzyko rozprzestrzeniania się wirusa wśród osób przebywających w obiekcie, a co za tym idzie, eliminuje konieczność poddania go kwarantannie, czy dezynfekcji – tłumaczy Mariusz Adamus z Etisoft, firmy dostarczającej kamery termowizyjne. – Rozwiązanie oferowane przez naszą firmę posiada dodatkowo funkcję wykrywania osób, bez maseczki higienicznej. Jest to w szczególności istotne w przypadku obiektów, w których stosowane są najwyższe normy ochrony osobistej – dodaje ekspert z Etisoft.

Dużym ułatwieniem jest także możliwość wyświetlania wyniku badania na tablecie przy użyciu mobilnej wersji (wspierany iOS oraz Android). Dzienne raporty widoczne są na ekranie początkowym z takimi danymi jak ilość osób z temperaturą w normie, ilość osób wykrytych z temperaturą wyższą niż założona norma. Kamery termowizyjne oferowane przez Etisoft posiadają także ogromne możliwości integracyjne z systemami bezpieczeństwa, czy BIMS. Kamera oraz serwer ISS zostały wyposażone w wejścia/wyjścia alarmowe z możliwością integracji z oprogramowaniem zewnętrznym.

Zdalny pomiar temperatury – najważniejsze informacje:

  • Skalowalne, sprawdzone rozwiązanie,
  • Precyzyjny, zdalny pomiary temperatury (dokładność do ± 0.3 ℃),
  • Badanie kamerą termowizyjną pozwala na szybki pomiar bez kontaktu osobistego,
  • Jednoczesny monitoring grup osób dla zwiększenia wydajności rozwiązania,
  • Wizualne alerty przy wykryciu sytuacji niepożądanej.

Grupa INC osiągnęła 5,3 mln zł zysku netto w I kwartale 2020

Specjalizująca się w finansowaniu innowacyjnych podmiotów Grupa INC osiągnęła w I kwartale 2020 r. 5,3 mln zł zysku netto (4,993 mln zł przypadające akcjonariuszom jednostki dominującej). Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Grupa koncentrowała się na realizacji projektów dla spółek z tzw. nowej ekonomii, a w marcu zaktualizowała strategię rozwoju. Jeszcze do końca II kwartału INC chce przeprowadzić kilka projektów pozyskania finansowania, a do końca roku wprowadzić co najmniej 10 spółek na warszawską giełdę.

Celem nowej strategii INC jest osiągnięcie pozycji krajowego lidera w kompleksowej obsłudze małych i średnich spółek poszukujących finansowania na rozwój. Jednym z fundamentów planu rozwoju INC są zdywersyfikowane źródła przychodów z działalności doradczo – transakcyjnej. Grupa planuje również rozszerzyć działalność poza Polską.

– Osiągnięty w I kwartale 2020 r. zysk netto to największy kwartalny zysk netto od wielu lat. Poprzednio podobnym wynikiem zakończyliśmy II kwartał 2011 r. Wówczas, przy kilkukrotnie wyższej niż obecna kapitalizacji, INC było zupełnie innym podmiotem, wyłącznie z licencją na pełnienie funkcji Autoryzowanego Doradcy NewConnect i Catalyst. Dzięki zmianom, które dokonały się w Grupie na przestrzeni ostatnich trzech lat stworzyliśmy ekosystem usług wspierających małe i średnie firmy w pozyskiwaniu finansowania. Skuteczność tych działań widać w naszym rosnącym pipeline oraz wysokich wynikach finansowych. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes INC.

W minionym kwartale Grupa INC rozwijała współpracę z Tar Heel Capital Pathfinder oraz spółkami z Grupy PlayWay. W styczniu Grupa z sukcesem zakończyła emisję akcji Skinwallet o wartości 3,4 mln zł. To konsekwencja podpisanego w listopadzie 2019 r. listu intencyjnego z  THC Pathfinder, dzięki któremu Grupa INC będzie podmiotem pierwszego wyboru w zakresie pozyskania finansowania lub upublicznienia spółek portfelowych funduszu. W I kwartale INC pozyskało również finansowanie dla President Studio, a w ostatnich tygodniach dla Detalion Games. Obie spółki należą do Grupy PlayWay, podobnie jak Play2Chill, Madmind Studio oraz Punch Punk Games, z którymi INC również rozpoczęła współpracę.

– Co ważne, sukces operacyjny i finansowy osiągnęliśmy pomimo niepewnej sytuacji na globalnych rynkach finansowych związanej z epidemią koronawirusa. Udowodniliśmy, że dobrze zorganizowane i atrakcyjne projekty mogą znaleźć finansowanie nawet w tak nieprzewidywalnych czasach. Pomaga nam również rosnące zainteresowanie giełdą ze strony inwestorów indywidualnych. Samo pojawienie się nowych inwestorów nie zmieni jednak sytuacji spółek, trzeba jeszcze umieć skutecznie dotrzeć do grup docelowych, co robimy z sukcesem. – dodaje Paweł Śliwiński.

Na przełomie marca i kwietnia INC skutecznie pozyskało finansowanie dla genXone o wartości 4,3 mln zł. Z kolei już w kwietniu na należącej do Grupy platformie crowdinvestingu CrowdConnect.pl miała miejsce najszybciej zakończona zbiórka crowdinvestingowa w historii. W niecałe 30 minut inwestorzy zapisali się na akcje za ponad 350 tys. zł. Wartość całej oferty publicznej wyniosła 1,4 mln zł.

– Od początku roku jesteśmy świadkami dużej hossy na tzw. małej giełdzie. W kwietniu obroty na NewConnect były wyższe niż na sWIG80, a wartość obrotu od początku roku przewyższa już roczne obroty obserwowane na przestrzeni ostatniej dekady. To długo oczekiwana przez nas sytuacja, gdyż marginalizowany w ostatnich latach rynek wraca do łask. Ożywienie w szczególności widać wśród spółek tzw. nowej ekonomii, czyli spółek technologicznych, gamingowych, biotechnologicznych czy fotowoltaicznych. – mówi Paweł Śliwiński.

Na rynku NewConnect inwestorzy w kwietniu wypracowali 1,09 mld zł obrotu. Oznacza to wzrost o 1176 proc. r/r. W pierwszych czterech miesiącach 2020 r. wartość obrotu to prawie 2,5 mld zł, co jest wyższą wartością niż roczne obroty na tym rynku na przestrzeni ostatniej dekady.

Jak zakupy fashion – to tylko z Facebookiem. Tik Tok daleko w tyle. Badanie

Choć wiele głosów w branży od lat zwiastuje schyłek świetności social mediów, te o dziwo mają się bardzo dobrze, a w dodatku sprawdzają się jako wsparcie w podejmowaniu decyzji zakupowych. Przynajmniej tak wygląda sytuacja w branży fashion. Potwierdza to także najnowsze badanie przeprowadzone przez Grupę Domodi z udziałem użytkowników serwisów modowych: Domodi.pl oraz Allani.pl. Sprawdzamy jaki potencjał zakupowo-inspiracyjny drzemie w social mediach.

Social media a nawyki zakupowe Polaków

76% badanych aktywnie szuka i znajduje w social mediach inspiracje modowe, które zachęcają ich do późniejszego zakupu. Najwięcej, bo aż 77% badanych wskazuje, że stan ten dotyczy odzieży, obuwia oraz dodatków. Na pytanie, czy w sferze zainteresowań użytkowników znajdują się promocje rabaty i wyprzedaże – aż 78% badanych wskazuje, że tak, a dodatkowo – aktywnie z nich korzysta. Media społecznościowe to także wskazywane miejsce poszukiwania opinii o produktach – z tej funkcji korzysta aż 73% badanych. To pokazuje, że social media nadal wpisują się w zachowania użytkowników i odpowiadają na ich potrzeby.

Moda a serwisy społecznościowe

Badani bardzo często w social mediach poszukują marek modowych i ich oferty. Taką aktywność deklaruje aż 47% użytkowników. Aż 49% deklaruje, że zauważa treści będące reklamą produktową lub wizerunkową marki.

Modowi liderzy: Facebook przed Tik Tokiem

Jeśli chodzi o to, które medium społecznościowe jest najchętniej wykorzystywane do poszukiwania inspiracji modowych – jedno z nich nadal nie ma sobie równych. Mowa tu o Facebook’u, którego aktywnie w tej materii wykorzystuje aż 39% badanych. Na drugim miejscu znalazł się Instagram – 31% a na trzecim – Youtube (14%), nieznacznie wyprzedzając Pinterest’a (13%). Daleko w tyle został natomiast Tik Tok – obecnie najbardziej topowa aplikacja – tylko z 2% zainteresowaniem w temacie fashion. W ankiecie pojawiło się także pytanie o to, które medium najskuteczniej zachęca do zakupów. Tutaj również na pierwszym miejscu znalazł się Facebook z wynikiem 33%. Wysoką skuteczność ma także Instagram – wskazany przez 30% badanych oraz Pinterest z wynikiem 10%. Tym samym ten ostatni wyprzedza YouTube o 2 oczka procentowe. To pokazuje, że niezmiennie Facebook służy nam do poszukiwania i dokonywania zakupów. Badani zostali zapytani także o to, ile razy w ciągu ostatnich 3 miesięcy (luty, marzec, kwiecień) dokonali zakupów dzięki inspiracjom modowym lub informacjom o produktach znalezionym w social mediach. 10% ankietowanych wskazało, że było to więcej niż 10 razy. Więcej niż 5 razy zakupy zrobiło 31% badanych, a mniej niż 5 – aż 44%. Od decyzji zakupowych wstrzymało się 15% użytkowników.

Szczegóły badania
Badanie w formie ankiety przeprowadzono w dniach 27.04 – 1.05.2020 roku w bazie użytkowników serwisów modowych: Domodi.pl oraz Allani.pl. Liczba aktywnych użytkowników: 350 (n=350). 85% badanych stanowiły kobiety, a 15% – mężczyźni. Największą grupę wiekową – 34% – stanowiły osoby w przedziale wiekowym 25-34 lata, 22% – osoby w wieku 55+, 20% – w wieku 35-44, 13% – w wieku 45-54, a 11% – w wieku 16-24 lata.

Realizacja planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia poważnie zagrożona

Najnowsze dane dotyczące Narodowego Funduszu Zdrowia wskazują, że kolejne miesiące przyniosą narastające kłopoty płatnika publicznego z realizacją planu przychodów. Może okazać się, że już w przyszłym roku rząd będzie musiał zdecydować, które wydatki ograniczać, aby zrealizować ustawę o minimalnych nakładach na ochronę zdrowia. Główną przyczyną są malejące, przede wszystkim ze względu na konsekwencje epidemii SARS-CoV-2, wpływy ze składek zdrowotnych oraz rosnący poziom długu publicznego. W 2020 roku obniżka przychodów Funduszu może wynieść nawet kilkanaście miliardów złotych.

Mniej ze składek

Według danych zawartych w analizie, opublikowanej w maju 2020 roku przez Public Policy, agencję specjalizującą się w analizach dotyczących systemu ochrony zdrowia oraz komunikacji, w kwietniu 2020 roku wartość składek przekazanych przez Zakład Ubezpieczeń́ Społecznych do Narodowego Funduszu Zdrowia była niższa o 1,3-1,6 mld zł od zaplanowanej. W świetle prognoz na kolejne miesiące w zakresie spodziewanych przychodów NFZ jest niemal pewne, że realizacja planu przychodów płatnika publicznego w zaplanowanej wysokości nie będzie możliwa także w przeciągu najbliższych kilku miesięcy. Z opracowania wynika, że przychody Funduszu pochodzące ze składek zdrowotnych mogą̨ w 2020 roku spaść́ od 3,7 mld zł do nawet 14,8 mld zł. Autorzy zastrzegają, że precyzyjne oszacowanie będzie możliwe po publikacji danych dotyczących wskaźników makroekonomicznych za drugi kwartał 2020 roku.

Strategiczne źródła

Jak przypominają autorzy opracowania, składka zdrowotna pozostaje zasadniczym źródłem finansowania polskiego systemu ochrony zdrowia.

Chociaż kolejne decyzje rządu w ostatnich latach transformują system w stronę mieszaną, z coraz większym udziałem środków pochodzących z budżetu państwa jako spodziewanej konsekwencji tzw. 6 procent PKB na zdrowie, to obecnie pobór składki, poziom wynagrodzeń oraz stan zatrudnienia w gospodarce są najważniejszymi czynnikami determinującymi kondycję finansową płatnika publicznego – wyjaśnia Wojciech Wiśniewski, Prezes Zarządu Public Policy Sp. z o.o. i dodaje: zobowiązania Narodowego Funduszu Zdrowia nie mogą być ograniczone w zasadniczej części, co powoduje, że konieczne będzie uzupełnienie wpływów płatnika ze środków pochodzących z budżetu państwa. Pozostała kwota w funduszu zapasowym może okazać się niewystarczająca.

Zdaniem autorów, znaczący spadek przychodów ze strategicznego źródła może oznaczać poważne zagrożenie dla zabezpieczenia nakładów na ochronę zdrowia zgodnie z obowiązującymi przepisami.

Rosnący dług

W analizie Public Policy uwzględniono potencjalne zmiany w zakresie najważniejszych czynników makroekonomicznych, które mogą wpłynąć na kondycję NFZ oraz – szerzej – na nakłady na ochronę zdrowia w Polsce. Jednym z tych czynników jest dług publiczny.

Na podstawie opublikowanego przez Ministerstwo Finansów programu konwergencji w 2020 roku dług publiczny wzrośnie  do pierwszego progu ostrożnościowego, określonego w Konstytucji. Może okazać się, że dynamika pogłębiającego się długu publicznego sprawi, że w 2020 roku oraz w kolejnych latach realizacja ustawy o minimalnym poziomie nakładów na ochronę zdrowia będzie wymagała znaczącej redukcji innych wydatków budżetowych lub zmian obowiązującego systemu podatkowego. Nawet zakładając odbicie w przychodach NFZ pochodzących ze składek oraz utrzymanie poziomu finansowania budżetowego dla zadań z zakresu ochrony zdrowia, w przyszłym roku dodatkowa dotacja do Funduszu powinna wynieść ponad 11 mld zł.

Według danych Ministerstwa Finansów już w bieżącym roku zostanie osiągnięty próg ostrożnościowy długu publicznego, co oznacza, że realizacja ustawy 6 procent PKB na zdrowie może wymagać ograniczenia innych wydatków budżetowych. Obecnie dane z rynku pracy nie są dramatyczne, jednak spadek przychodów NFZ jest znaczny. Zwolnienie ze składek, postojowe i inne polityki rządu związane między innymi z Tarczą antykryzysową będą dodatkowo obciążać ten wynik. Z drugiej strony, w systemie w tym roku będą pieniądze pochodzące z wypłaty tak zwanej trzynastej emerytury. To może w pewnym stopniu zmodyfikować prognozy, jednak nawet najbardziej optymistyczny scenariusz spodziewanej modyfikacji przychodów NFZ jest co najmniej niepokojący – uważa Wojciech Wiśniewski.

Chiny w ogniu krytyki. Powstanie raport oceniający globalną reakcję na wybuch pandemii

Podczas Światowego Zgromadzenia Zdrowia szef WHO zapowiedział przygotowanie raportu z oceną globalnej reakcji na wybuch pandemii SARS-CoV-2. W ostatnich tygodniach coraz częściej słychać głosy krytyki wobec działań samej organizacji w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa, ale także reakcji Chin na początku epidemii w Wuhanie. Chińczycy są szczególnie ostro krytykowani przez Amerykanów, o czym mogą świadczyć choćby pozwy o wielomiliardowe odszkodowania pod adresem ich państwa. – Chiny praktycznie uporały się z koronawirusem, co budzi złość w innych krajach – mówi Radosław Pyffel, ekspert Akademii Leona Koźmińskiego. Prezydent Państwa Środka zapowiedział, że popiera przygotowanie takiego raportu, ale dopiero po opanowaniu pandemii.

– W kwestii pozwów, które są kierowane ze Stanów Zjednoczonych pod adresem Chin, to mamy tutaj dwie kwestie. Jedna to próba ustalenia winnego, a druga – kwestia wyegzekwowania ewentualnych odszkodowań, jeżeli uda się przedstawić jakieś niezbite dowody w tej sprawie. Nawet jeśli się tego nie uda i nie będzie próby bezpośredniego wyegzekwowania roszczeń z tych pozwów, to przygotowują one grunt pod pewne działania dyplomatyczne, ekonomiczne, być może nawet militarne ze strony Amerykanów. Przekonamy się o tym w najbliższych tygodniach czy miesiącach – mówi agencji Newseria Biznes Radosław Pyffel, socjolog i kierownik studiów podyplomowych biznes chiński w Akademii Leona Koźmińskiego.

W pozwach, które od końca kwietnia są składane przez Amerykanów, Chiny oskarżane są m.in. o ukrywanie wybuchu epidemii i nieinformowanie innych krajów o niebezpieczeństwie oraz są wzywane do wypłaty wysokich reparacji. Krytyka płynie również ze szczytów władzy. Prezydent USA Donald Trump podkreśla, że wirus powstał w chińskim laboratorium, oskarża też Państwo Środka o cyberataki i wykradanie danych z badań nad koronawirusem.

Chiny są obarczane winą przez Stany Zjednoczone, które wyjątkowo słabo sobie radzą z pandemią. Jednak bardzo istotne jest to, jak zachowa się społeczność międzynarodowa, WHO czy inne organizacje międzynarodowe, kraje Europy Zachodniej. Część państw wyraźnie się deklaruje po stronie Stanów Zjednoczonych, ale bardzo dużo krajów, zwłaszcza zachodnioeuropejskich, nie dokonuje takiego wyboru – mówi Radosław Pyffel.

Część państw opowiada się za zbadaniem roli Chin w rozprzestrzenianiu się koronawirusa, wiele mówi ogólnie o przeanalizowaniu działań WHO i poszczególnych krajów w reakcji na wybuch pandemii. Podczas trwającego w dniach 18–19 maja Światowego Zgromadzenia Zdrowia, czyli corocznego spotkania przedstawicieli członków WHO, szef organizacji zapowiedział przygotowanie raportu na ten temat. Prezydent Chin Xi Jinping poparł taki pomysł, jednak podkreślił, że powinno się to wydarzyć po opanowaniu pandemii. W wojnie informacyjnej z USA Państwo Środka stanowczo odpiera zarzuty Amerykanów. Podczas przemówienia na Światowym Zgromadzeniu Zdrowia Jinping podkreślił, że Chiny od początku działały odpowiedzialnie i transparentnie, informując o wszystkim resztę świata.

Chiny nie będą proponowały reparacji, ponieważ w ostatnich miesiącach nie wzmacniały tezy, jakoby wirus był wynikiem działania człowieka oraz że to one mogą być winne światowej pandemii. Podpierały się ekspertyzami Światowej Organizacji Zdrowia, która ostrzegała przed pandemią już w styczniu. Władze Chin nie będą skłonne płacić miliardowych czy bilionowych reparacji  przynajmniej jeśli przeanalizujemy sytuację w ostatnich tygodniach i miesiącach, nic na to nie wskazuje – mówi socjolog z Akademii Leona Koźmińskiego.

Jak podkreśla, nie są znane szczegóły związane z początkiem epidemii w Chinach, a jedynie spekulacje i teorie, które trudno zweryfikować.

Chiny jako kraj przesadnie dbają o reputację. Przynajmniej tak twierdzą Amerykanie czy Europejczycy, bo w cywilizacji Zachodu nie jest to tak istotne. W Państwie Środka zawsze problemem jest przyznanie się do winy. Pamiętajmy jednak, że Chiny praktycznie uporały się z epidemią koronawirusa. Dzisiaj mają sytuację pod kontrolą, czego nie można powiedzieć o innych krajach. To budzi wściekłość i emocje, które obserwujemy w globalnej polityce – zaznacza Radosław Pyffel.

Jego zdaniem, jeśli ktokolwiek mógłby wyjaśnić kwestie związane z pojawieniem się i rozprzestrzenianiem koronawirusa, to jedynie Światowa Organizacja Zdrowia. Jednak Stany Zjednoczone krytykują tę organizację, a Donald Trump chce nawet wycofać jej finansowanie, bo Amerykanie nie są zadowoleni z jej werdyktów.

Światowa Organizacja Zdrowia była i jest wstrzemięźliwa z wyrażaniem krytyki pod adresem Chin. Na tym opiera się linia obrony chińskich władz. Ponadto Chiny poradziły sobie z koronawirusem, pomagają innym krajom, sprzedają im sprzęt medyczny. Chińska agencja celna ujawniła, że eksport wzrósł i wyniósł w ostatnich dwóch miesiącach ponad 12 mld dol. To pozwoliło osłabić szok spowodowany globalną pandemią – tłumaczy socjolog z Akademii Leona Koźmińskiego.

Puzzle, gry planszowe i zabawki edukacyjne notują wzrosty w czasie pandemii. Producenci zabawek w tym roku mogą zyskać

0

Pandemia koronawirusa miała znaczący wpływ na rynek zabawek. Zamknięcie sklepów stacjonarnych zahamowało sprzedaż, ale szybko przeniosła się ona do internetu. W tym czasie zyskiwały szczególnie takie kategorie jak klocki, gry planszowe i puzzle, zapewniające dzieciom, a także dorosłym dłuższą rozrywkę, oraz zabawki edukacyjne. Branża liczy na zwiększoną sprzedaż przed Dniem Dziecka. W tym roku korzystny dla obrotów może być także okres wakacyjny.

W sytuacji, gdy kryzys dotyka wiele sektorów gospodarki, branża zabawkarska może paradoksalnie zyskać. Społeczna izolacja spowodowała, że rodziny spędzają ze sobą dużo więcej czasu. Chcąc wykorzystać go produktywnie, rodzice decydują się na zakup pomocy dydaktycznych dla najmłodszych.

W trakcie pandemii najbardziej zyskały wszystkie kategorie, które pozwalają dziecku na dłuższą zabawę, jak klocki, puzzle czy gry planszowe. Rodzice, poszukując zajęcia dla swoich pociech, wybierali te zabawki, które pełniłyby jednocześnie funkcje edukacyjne, a im dawały chwilę wytchnienia, bo często są zmuszeni dzielić opiekę nad dzieckiem z pracą w trybie home office – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Ulman, przedstawiciel firmy Orbico, dystrybutora zabawek.

Okazuje się, że zamknięcie szkół i przedszkoli miało znaczący wpływ na decyzje konsumentów dotyczące zakupu zabawek. Rodzice zwracają uwagę na to, by rozwijały one dziecięcą wyobraźnię, pozwalały zdobyć najmłodszym nowe umiejętności i dowiedzieć się czegoś o otaczającym świecie. Nowoczesne pomoce dydaktyczne przyczyniają się do prawidłowego rozwoju dzieci, a także nie pozwalają im się nudzić.

Wzrosła również konsumpcja treści przeznaczonych dla dzieci oferowanych przez platformy streamingowe i kanały YouTube. Dla przykładu marka Bing udostępniła bezpłatnie materiały edukacyjne dla przedszkolaków, dzięki którym mogą uczyć się wraz z bohaterami seriali telewizyjnych. Z kolei firma Mattel utworzyła platformę Playroom, na której znajdują się zabawy kreatywne wykorzystujące postaci bajkowe, takie jak Barbie, Tomek i przyjaciele, Polly Pocket – wymienia Bartosz Ulman.

Branża liczy, że kolejne dni przyniosą wzrosty sprzedaży w związku ze zbliżającym się Dniem Dziecka. Zbliżające się lato i perspektywa przyszłych wakacji sprawią, że popularnością cieszyć się będą głównie zabawki, które można wykorzystać podczas bawienia się na dworze. Pozwalają one urozmaicić dzieciom gry na świeżym powietrzu.

– W ciągu ostatnich lat zainteresowanie zabawkami jako prezentem na Dzień Dziecka słabło. Rodzice woleli zabrać swoje dzieci do parku rozrywki, na plac zabaw czy do ZOO. Obecnie większość tych miejsc jest zamknięta. Prognozujemy zatem, że rodzice będą chcieli zrekompensować brak dotychczasowych atrakcji, kupując upominki dla swoich pociech – zwraca uwagę przedstawiciel Orbico.

Inwestorzy wracają na warszawską giełdę. Na wyraźne wzrosty będzie trzeba jednak poczekać, aż wróci zagraniczny kapitał

W marcu i kwietniu wyraźnie wzrosła – o niemal 50 tys. – liczba rachunków maklerskich, choć z drugiej strony umorzenia w funduszach inwestycyjnych przekroczyły 22 mld zł. Zdaniem analityka Pawła Cymcyka GPW czeka jeszcze kilka kwartałów spadków i testowania minimów i w razie pozytywnego scenariusza po roku–półtora nastąpi powrót zagranicznego kapitału. To powinno pociągnąć za sobą wzrosty notowań.

Na polski rynek kapitałowy pandemia przełożyła się przede wszystkim gigantycznym krachem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Cymcyk, główny ekonomista DNA Rynków. – Dodatkowym negatywnym elementem podczas jej pierwszej fali są gigantyczne umorzenia z funduszy inwestycyjnych, które w polskich realiach sięgnęły mniej więcej 20 mld zł. To potężne kwoty, które, co trzeba podkreślić, zostały przez fundusze inwestycyjne obsłużone, a to z kolei oznacza, że znaczna część inwestorów nie doświadczyła najgorszego możliwego scenariusza, czyli wstrzymania wypłat z funduszy.

Po najgorszym w historii miesiącu – marcu 2020 roku, w którym klienci wypłacili z funduszy ponad 20 mld zł, kwiecień przyniósł wyraźne wyhamowanie umorzeń. Saldo wpłat i wypłat wyniosło -2,6 mld zł – wynika z podsumowania Analiz.pl. Podobnie jak w marcu najwięcej środków klienci wypłacili z funduszy dłużnych, które wcześniej cieszyły się największą popularnością. Tym razem wycofali z nich 3,4 mld zł netto. Na drugim końcu skali w kwietniu znalazły się fundusze akcyjne, które pozyskały najwięcej nowego kapitału od prawie pięciu lat. Przewaga wpłat nad wypłatami sięgnęła 0,6 mld zł. Kwiecień był udany także dla funduszy surowcowych, do których klienci wpłacili netto 55 mln zł, najwięcej od prawie czterech lat.

– Nieoczekiwanie pozytywny aspekt jest taki, że na warszawskim parkiecie pojawiło się bardzo wielu nowych inwestorów indywidualnych – komentuje Paweł Cymcyk. – Zgodnie z raportami z biur maklerskich w skali zaledwie miesiąca powstawało po 30 tys. nowych rachunków, a znaczna część wcześniej uśpionych rachunków inwestorów indywidualnych została aktywowana, czyli były tam przelewane pieniądze i inwestorzy zawierali transakcje. Można zatem powiedzieć, że ten przymusowy lockdown skłonił ludzi do wzrostu zainteresowania warszawską giełdą i tam popłynęła część ich środków.

W kwietniu liczba rachunków maklerskich sięgnęła 1 303 885, najwięcej od dwóch lat. Oznacza to, że w ciągu jednego miesiąca otwarto ich ponad 18 tys. Wcześniej, w marcu, uruchomiono ich jeszcze więcej – 29 tys. Jednak warszawska giełda wciąż nie może dorównać światowym indeksom. WIG20 jest niewiele wyżej niż 12 lat temu, po kryzysie finansowym spowodowanym upadkiem Lehman Brothers i kredytami subprime. W efekcie istnieje ryzyko, że wielu nowych inwestorów zniechęci się do giełdy równie szybko, jak się nią zainteresowało.

– Oczekiwałbym, że kolejne kwartały dla warszawskiego parkietu przyniosą niestety powrót spadków i testowanie minimów z marca 2020 roku. Będzie to wynikało z tego, że na polskim parkiecie trudno zauważyć zainteresowanie zagranicznych inwestorów, a to oni są w stanie generować swoim kapitałem i swoim horyzontem inwestycyjnym długotrwałe trendy na warszawskiej giełdzie. Na razie ten pierwszy zryw i wzrost jest raczej napędzany lokalnymi siłami i pieniędzmi, które dość szybko mogą się skończyć – ocenia główny ekonomista DNA Rynków. – Zakładając, że sytuacja gospodarcza nie będzie coraz gorsza, nie nastąpi nawrót pandemii i recesji, to kolejne kwartały przyniosą odbudowanie zaufania i napływ gotówki z zagranicy. Zatem po czterech–sześciu kwartałach będzie można myśleć o ewentualnym powrocie hossy.

Ekspert podkreśla, że na podstawie analizy ostatnich pięciu lat widać, że warszawski parkiet nie rośnie jako całość, lecz inwestorzy koncentrują się na wybranych segmentach. Najbardziej kuszące wydają się segmenty państwowe. Niezależnie od tego, czy będzie kolejny nawrót pandemii, to największe państwowe banki i państwowe przedsiębiorstwa w WIG20 mają akcjonariusza, który na pewno będzie zainteresowany ich trwaniem, bez względu na koszty ekonomiczne. Drugi segment, który w tej chwili zyskuje na największej uwadze inwestorów, to sektor gamingowy.

Zdecydowanie ciekawsze segmenty to małe i średnie spółki, ponieważ duże firmy były przede wszystkim kupowane przez inwestorów pod dywidendy, czego z pewnością w skali najbliższych dwóch lat nie będzie – tłumaczy Paweł Cymcyk. – Średnie spółki dużo lepiej oddają gospodarczą rzeczywistość, więc jeżeli gospodarka będzie się poprawiała, to te małe i średnie spółki będą na tym więcej zyskiwały. Ponadto nawet gdyby nie nastąpił nawrót zagranicznego kapitału, to lokalnymi siłami i środkami poszczególne spółki z tego segmentu są w stanie podrosnąć. To niestety zupełnie nie dotyczy dużych spółek, bo tam potrzebny jest duży zagraniczny kapitał, aby faktycznie można mówić o jakichś wzrostach.

Platforma stworzona przez polskich naukowców ułatwi opracowanie skutecznych rozwiązań do walki z koronawirusem [DEPESZA]

Tylko współpraca między światem nauki i biznesu pozwoli skutecznie walczyć z koronawirusem. Już epidemia wirusa ebola w latach 2014–2015 pokazała, że wzmocnienie potencjału badawczego w krajach rozwijających się ma ogromne znaczenie dla zapobiegania epidemii. Polscy naukowcy stworzyli platformę, która umożliwia wszystkim potrzebującym bezpośrednie wsparcie ze strony świata nauki i przemysłu. Synergy integruje zbiórki crowdfundingowe na badania naukowe. W ten sposób przyspiesza i ułatwia poszukiwanie rozwiązań pomocnych w walce z pandemią.

– Postanowiliśmy otworzyć się na wszystkich, którzy podejmują działania na rzecz walki z pandemią, niezależnie od tego, czy są związani z nauką lub biznesem, czy nie – wskazuje dr inż. Joanna Helman z Centrum Zaawansowanych Systemów Produkcyjnych CAMT z Wydziału Mechanicznego PWr.

Już epidemia wirusa ebola sprzed kilku lat jasno pokazała, że wzmocnienie potencjału badawczego w krajach rozwijających się ma zasadnicze znaczenie dla zapobiegania epidemii. Połączenie najnowocześniejszych możliwości naukowych z lokalną wiedzą pozwoliło opracować skuteczne rozwiązania. Globalna współpraca umożliwia szybsze reagowanie na powstające kryzysy, zwłaszcza że niektóre kraje rozwijające się nie są w stanie stworzyć szybkich rozwiązań. Dzięki międzynarodowej współpracy badania zaś znacznie przyspieszają. Przykładem może być Institut Pasteur w Dakarze, ściśle współpracujący z brytyjską firmą biologiczną Mologic nad opracowaniem nowej formy szybkich zestawów testowych na wirusa SARS-CoV-2, które będą dystrybuowane w Afryce.

Polacy opracowali platformę, która ułatwia i przyspiesza współpracę między wszystkimi instytucjami czy firmami dotkniętymi przez kryzys związany z COVID-19 a światem nauki i biznesu. Platforma integruje zbiórki crowdfundingowe na badania naukowe do walki z koronawirusem. Na wsparcie takich działań trafią bony o wartości 3 tys. euro. Dotychczas na platformie zarejestrowało się ok. 200 użytkowników z 10 europejskich krajów.

– Zapraszamy do dołączenia do platformy absolutnie każdą osobę czy grupę osób, instytucję, firmę czy placówkę medyczną, która jest zaangażowana w przeciwdziałanie pandemii i potrzebuje wsparcia albo natrafiła na problem, którego nie jest w stanie sama rozwiązać. A jednocześnie zachęcamy do oferowania pomocy wszystkich, którzy mogą wesprzeć swoją wiedzą, doświadczeniem, aparaturą, linią produkcyjną czy czasem – od studentów z kół naukowych po prezesów mniejszych i większych firm. Każda pomoc może się przydać – apeluje dr Joanna Helman.

Platforma Synergy łączy innowacyjne pomysły z zakresu Przemysłu 4.0, mikro- i nanotechnologii oraz wytwarzania przyrostowego i druku 3D. Obecnie np. szkoła podstawowa z Valpovo w Chorwacji szuka skutecznego rozwiązania, odpowiedniego zarówno dla dzieci, jak i pracowników, które pozwoliłoby na prowadzenie zajęć z poszanowaniem środków bezpieczeństwa. Firmy handlujące winem zgłaszają z kolei zapotrzebowanie na rozwiązania, które umożliwią utrzymywanie dystansu między pracownikami magazynu przy jednoczesnym zwiększeniu ruchu. To tylko przykłady rozwiązań, na które istnieje duże zapotrzebowanie. Platforma zaś znacznie ułatwia współpracę, a tym samym przyspiesza znalezienie skutecznych pomysłów.

– Takich akcji i pewnie wiele innych, o zupełnie innym profilu, na pewno mogłoby być więcej, ale często szukający pomocy nie wiedzą, gdzie mogliby się zwrócić. Mamy nadzieję, że nasza platforma pozwoli połączyć zgłaszających problem i oferujących rozwiązanie oraz przyspieszy wspólne działania – podkreśla badaczka.

Szansa na ożywienie gospodarki już w III Q 2020

W niedziele (17.05.2020) w telewizji CBS okazał się obszerny wywiad z prezesem Fed Jerome Powellem. Widzowie mieli możliwość dowiedzieć się o przemyśleniach prezesa Fed ta temat terminów oraz scenariuszy odbudowy amerykańskiej gospodarki po kryzysie wywołanym przez pandemie koronawirusa. Dla wielu inwestorów najciekawszym okazał się fragment dotyczący działań, podejmowanych przez Fed. Jerome Powell potwierdził jednoznacznie, że w obecnej chwili trwa zarówno cyfrowy, jak i fizyczny dodruk pieniądza. Pieniądz wprowadza się na rynek przez skup obligacji skarbowych oraz innych papierów gwarantowanych przez rząd. Ponadto, prezes Fed oznajmił, że w porównaniu do roku 2008, obecne działania są prowadzone na istotnie większą skalę. Fed kupuje o wiele więcej aktywów niż poprzednio. J. Powell uważa, że jest szansa na ożywienie gospodarki i powrót do wzrostu PKB już w trzecim kwartale 2020 roku.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 1,95%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 2,11%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 zyskał na wartości 0,16%, natomiast mWIG40 zniżkował o 2,26%.

W nadchodzącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z USA. We wtorek (19.05.2020) oczekuje się wystąpienie publiczne prezesa Fed Jerome’a Powella w Senacie USA. W środę (20.05.2020) zostanie opublikowany protokół kwietniowego posiedzenia FOMC. W czwartek (21.05.2020) poznamy liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Poza tym, w czwartek (21.05.2020) poznamy wstępny odczyt PMI dla usług oraz przemysłu w krajach strefy euro.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Czy rządowy plan walki z epidemią się sprawdzi?

Czas zapaści najlepiej weryfikuje pewne powszechne do tej pory obiegowe oceny i teorie społeczno-gospodarcze. Jak się okazuje znacznie ważniejsza jest produkcja chleba, niż dodatkowa produkcja pieniędzy przez rząd. Bardzo ważne jest utrzymanie działalności mikro- i  małych przedsiębiorców. To od nich zależy nie tylko to, czy będziemy mogli nabyć niezbędne produkty w sklepie, ale też los polskich rodzin. To właśnie te firmy dają najwięcej miejsc pracy w polskiej gospodarce. Stąd umożliwienie im funkcjonowania i jak najszybszego powrotu do pełnej sprawności jest racją stanu. To właśnie powinno stać się priorytetem działań rządu.

– Do zadań władzy należy przede wszystkim ocena, czy dzisiejsza skostniała i zbiurokratyzowana forma organizacji jest właściwą na czas zapaści. Reakcje administracji publicznej na kolejne zdarzenia, które miały ostatnio miejsce, następowały z dużym opóźnieniem – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum. im. Adama Smitha. – Niedługo bardzo łatwo będzie ocenić strategię polskiego rządu i skonfrontować ją z działaniami innych krajów europejskich, które nie zawsze stosowały się do ogólnego schematu. Wtedy to okaże się, czy lepszą decyzją było pozwolenie obywatelom na utrzymanie pewnych aktywności życiowych – jak przebywanie w miejscach publicznych i rekreacyjnych – czy może wprowadzenie ograniczeń. Wkrótce rozstrzygnie się spór o to, co było korzystniejsze dla życia społecznego. Okaże się także, jakie efekty przyniesie odważna strategia – w porównaniu do ostrożnego planu państwa wynikającego z trudności utrzymania bezpieczeństwa w szpitalach. Sporne pozostają również kwestię zapewnienia środków ochrony osobistej. Można uruchomić produkcję maseczek ochronnych u polskich producentów medycznych albo sprowadzić je z zagranicy. Sytuacja ta niestety potwierdza, że dzisiejsze warunki są wybitnie niesprzyjające szybkiej reakcji w czasie kryzysu. Łatwiej jest importować towary z dalekich krajów niż odejść od absurdalnych procedur dla włączenia krajowej produkcji podstawowych artykułów niezbędnych w czasie epidemii. Moce produkcyjne i fabryki nadal pozostają w kraju i nie zostały przeniesione do krajów azjatyckich – zaznaczył Sadowski.

Tarcza finansowa – problemy interpretacyjne zasad przyznawania subwencji

29 kwietnia 2020 r. rozpoczął się proces przyjmowania wniosków w ramach Tarczy finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju dla mikro, małych oraz średnich firm. Zgodnie z danymi udostępnionymi na stronie PFR do 15 maja wsparcie finansowe otrzymało 117 855 przedsiębiorstw, którym przekazano 24,8 mld złotych.

Po ponad dwóch tygodniach od otwarcia Programu pojawiają się również pierwsze krytyczne sygnały od przedsiębiorców, którzy m. in. za pośrednictwem komunikatów giełdowych wskazują na liczne wątpliwości dotyczące interpretacji zasad przyznawania subwencji. Prowadzą one w skrajnych przypadkach do sytuacji, w której przedsiębiorca, pomimo otrzymania decyzji o pozytywnym rozpatrzeniu wniosku, obawia się skorzystać z przyznanych mu środków.

Istotne wątpliwości firm, które chcą skorzystać z Tarczy finansowej PFR, budzi kwestia statusu przedsiębiorstwa. W pierwszych materiałach publikowanych na stronie instytucji wskazywano, że przy ocenie, czy przedsiębiorstwo spełnia definicję mikro, małej lub średniej firmy, należy brać pod uwagę zatrudnienie i dane finansowe jedynie firmy planującej aplikowanie.

Ostatecznie w dokumentach udostępnionych w systemach bankowych, za pośrednictwem, których składa się wnioski o pomoc, odwołano się do Załącznika I do Rozporządzenia Komisji (UE) nr 651/2014 z dnia 17 czerwca 2014 r. uznającego niektóre rodzaje pomocy za zgodne z rynkiem wewnętrznym z zastosowaniem art. 107 i 108 Traktatu („Rozporządzenie Pomocowe”), zgodnie, z którym przy ocenie statusu należy brać pod uwagę również dane przedsiębiorstw partnerskich i powiązanych.

Oznacza to, że firmy, które uzyskały pomoc w pierwszych dniach po otwarciu programu, bazując na danych publikowanych na stronie PFR, mogły niepoprawnie ocenić swoją kwalifikowalność do pomocy.

Obecnie nie ma już wątpliwości, że ocena statusu MŚP powinna być dokonywana z uwzględnieniem podmiotów powiązanych kapitałowo i osobowo, natomiast analizując informacje dostępne na stronie PFR – m.in. odpowiedzi na najczęściej pojawiające się pytania, jak również treść aktualizacji Regulaminu ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm” („Regulamin”) nadal nie jest jasne, jakie dane dotyczące zatrudnienia należy uwzględnić oceniając, czy podmiot wpisuje się w definicję mikro, małego lub średniego przedsiębiorstwa.

Wynika to przede wszystkim z faktu, że zarówno w obecnie obowiązującej, jak i zaktualizowanej wersji Regulaminu wskazano, że „Szczegółowe informacje dotyczące ustalenia statusu przedsiębiorstwa znajdują się w Załączniku I Rozporządzenia Pomocowego”, a jednocześnie w odpowiedziach na najczęściej zadawane pytania i definicjach zawartych w dokumentach znajdują się informacje stojące w sprzeczności z zapisami Rozporządzenia Pomocowego.

Dotyczy to przede wszystkim uwzględnienia w ocenie statusu danych dotyczących zatrudnienia na 31 grudnia 2019 r. oraz nieuwzględniania w personelu właściciela.

Mając na uwadze zapisy Regulaminu, zgodnie, z którym „W przypadku, gdy Beneficjent otrzymał Subwencję Finansową na podstawie nieprawdziwych oświadczeń, od których uzależnione było udzielenie Subwencji Finansowej lub wysokość Subwencji Finansowej, Beneficjent zobowiązany jest do niezwłocznego, nie później niż w terminie 14 Dni Roboczych od dnia otrzymania Subwencji Finansowej, zwrotu Subwencji Finansowej lub jej części na wyodrębniony rachunek techniczny Banku” jednoznaczne określenie obowiązujących zasad jest kluczowe dla bezpieczeństwa i pewności korzystania z pomocy.

Należy również zwrócić uwagę na katalog oświadczeń, które składane są w ramach procesu ubiegania się o subwencję finansową. W szczególności PFR bazuje na oświadczeniu dotyczącym umocowania osoby składającej wniosek. W tym kontekście należy pamiętać, że złożenie takiego wniosku oraz w jego wyniku zawarcie umowy o subwencję, jest zaciągnięciem zobowiązania, do którego w wielu przypadkach potrzebne jest uzyskanie zgód korporacyjnych oraz pełnomocnictw. Zgodnie z Regulaminem do złożenia wniosku subwencję uprawniony jest Beneficjent lub działająca w jego imieniu osoba upoważniona na podstawie wzoru pełnomocnictwa załączonego do Regulaminu. Za złożenie fałszywych oświadczeń w związku z procesem ubiegania się o wsparcie składającemu oświadczenia grozi odpowiedzialność karna.

Ponadto, warto pamiętać, że zaciągnięcie zobowiązania finansowego bywa ograniczone np. postanowieniami umów kredytowych, których Beneficjent jest stroną. W takich przypadkach rekomendowane jest ustalenie czy na pozyskanie subwencji finansowej z PFR nie jest potrzebna odrębna zgoda podmiotu finansującego tak, aby nie narazić się na możliwość wypowiedzenia Beneficjentowi umowy kredytu czy innego finansowania.

Autor/Źródło: Deloitte

Nowoczesna Gospodarka: I kwartał 2020 r. jeszcze bez piętna pandemii koronawirusa

W I kw. 2020 r. najwyższą dynamikę wzrostu zatrudnienia odnotowały w Polsce duże firmy usługowe, które pomimo obostrzeń związanych z przeciwdziałaniem rozprzestrzenianiu się COVID-19, zwiększyły zatrudnienie aż o 8,65 proc. w stosunku do analogicznego okresu 2019 r. Natomiast przedsiębiorstwa produkcyjne Nowoczesnej Gospodarki w I kw. 2020 r. zwiększyły zatrudnienie jedynie o 2,06 proc. (vs I kw. 2019 r.) – jest to najniższa dynamika wzrostu w tym sektorze w 8-letniej historii raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce” przygotowanego przez ADP Polska.

Pomimo pandemii i związanych z nią ograniczeń dla biznesu, w I kw. 2020 r. firmy Nowoczesnej Gospodarki, czyli przedsiębiorstwa wdrażające innowacyjne rozwiązania, odnotowały większą dynamikę zatrudnienia (+6,01 proc. vs I kw. 2019 r.) niż ogół rynku (+0,8 proc. vs I kw. 2019 r. wg Głównego Urzędu Statystycznego) – wynika z najnowszego raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q1 2020” opracowanego przez ADP Polska. Choć nie można jeszcze mówić o widocznym wpływie koronawirusa na gospodarkę i zatrudnienie, to różnica w dynamice wzrostu zatrudnienia między firmami Nowoczesnej Gospodarki a ogółem rynku w I kw. 2020 r. była rekordowa i wyniosła aż 5,21 p.p, W efekcie, Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki wzrósł do poziomu 116,5[1].

– Choć nie pokazuje tego jeszcze w pełni poziom stopy bezrobocia, pandemia COVID-19 wpływa na sytuację na rynku pracy. Podczas gdy w ostatnich kwartałach największym wyzwaniem polskich pracodawców był niedobór i trudność w znalezieniu pracowników, obecnie wiele firm walczy o utrzymanie biznesu. Należy jednak podkreślić, iż na wyniki odnotowane w pierwszym kwartale 2020 r. miało wpływ wiele czynników – noworoczny entuzjazm i zwiększanie zatrudnienia, aby sprostać wyznaczonym celom, nieprzerwana realizacja strategii rekrutacyjnej czy też odporność na pierwsze symptomy kryzysu. Zestawiając ze sobą rezultaty firm Nowoczesnej Gospodarki i ogół rynku, widzimy, że to właśnie innowacyjne przedsiębiorstwa skuteczniej poradziły sobie z pojawiającymi się wyzwaniami w pierwszym kwartale 2020 r. Głównie ze względu na elastyczną możliwość redukcji kosztów związanych z outsourcingiem i możliwością wprowadzenia pracy zdalnej. Niemniej głębię konsekwencji pandemii koronawirusa poznamy dopiero w kolejnych kwartałach – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Produkcja po raz kolejny z najniższym wynikiem w historii raportu

Przez cały 2019 rok, z kwartału na kwartał, firmy produkcyjne odnotowywały coraz niższą dynamikę wzrostu zatrudnienia, osiągając w IV kw. 2019 r. rekordowo niski 2,94 proc. wzrost zatrudnienia (vs IV kw. 2018 r.). Tendencja ta utrzymała się również w I kw. 2020 roku, w którym to przedsiębiorstwa produkcyjne Nowoczesnej Gospodarki zatrudniły jedynie o 2,06 proc. więcej pracowników niż w tym samym okresie 2019 r. To ponownie (po IV kw. 2019 r.) najniższa dynamika wzrostu w tym sektorze w całej historii raportu.

– Firmy produkcyjne Nowoczesnej Gospodarki, podobnie jak ogół rynku, gorzej radzą sobie z wyzwaniami rynkowymi, są bardziej wrażliwe na wszelkie zmiany oraz trudniej się do nich dostosowują. Należy jednak podkreślić, że wyhamowanie dynamiki wzrostu zatrudnienia w małych i dużych przedsiębiorstwach produkcyjnych Nowoczesnej Gospodarki było już widoczne w ostatnich trzech kwartałach 2019 r. Zatem wyniki odnotowane w pierwszym kwartale 2020 r. wpisują się w trend z 2019 r., wskazujący na zbliżające się spowolnienie gospodarcze – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Duże firmy usługowe zaważyły na wyniku Nowoczesnej Gospodarki

I kwartał 2020 r. był kolejnym z rzędu, w którym usługowe firmy Nowoczesnej Gospodarki odnotowały wyższą dynamikę wzrostu zatrudnienia (+7,79 proc. vs I kw. 2019 r.) niż przedsiębiorstwa produkcyjne (+2,06 proc. vs I kw. 2019 r.). Jednak w przeciwieństwie do wcześniejszych kwartałów, w dobie koronawirusa na dobry rezultat sektora usługowego zapracowały duże firmy usługowe, które w okresie od stycznia do marca 2020 r. zatrudniły o 8,65 proc. więcej osób niż w analogicznym okresie 2019 r., Równocześnie, w małych firmach usługowych dynamika zatrudnienia widocznie wyhamowała (+4,22 proc. vs I kw. 2019 r.). Tym samym w I kw. 2020 r. dystans między małymi a dużymi firmami zwiększył się i wyniósł 4,43 p.p. Dla porównania, w IV kw. 2019 r. wynosił on 0,05 p.p.

zmiany zatrudnienia

Pierwszy kwartał 2020 r. pokazał, że to duże przedsiębiorstwa, zatrudniające ponad 500 osób są bardziej odporne na zawirowania rynkowe. Na ich korzyść przemawia wieloletnie, często międzynarodowe, doświadczenie, dywersyfikacja biznesu, opracowanie odpowiednich schematów działań i skuteczniejsze uodpornienie na niespodziewane wstrząsy. Dodatkowo, duże firmy w momencie pojawienia się kryzysu nie podejmują radykalnych kroków i starają się zapewnić swoich pracowników i partnerów biznesowych o stabilności działalności. Z tego względu też wszelkie decyzje o np. wstrzymaniu procesu rekrutacji czy zwolnieniach są podejmowane dopiero po dokładnej analizie zysków i strat. Musimy też pamiętać, że część etatów jest utrzymywana dzięki rządowym programom wsparcia. Gdy przestaną one funkcjonować, wówczas otrzymamy realny obraz konsekwencji spowodowanych przez COVID-19 – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

[1] Metodologia opracowywania Wskaźnika bazuje na analizie różnicy w poziomu zatrudnienia w firmach Nowoczesnej Gospodarki oraz ogółu rynku. Dane do obliczenia wskaźnika gromadzone są na podstawie analiz własnych ADP oraz ogólnodostępnych źródeł (np. raportów Głównego Urzędu Statystycznego). Wartość bazowa wskaźnika wynosząca 100 przypada na 1.01.2019 r. Dane aktualizowane są w ujęciu kwartalnym.

Najbliższy tydzień będzie należał do odczytów PMI

Już pod koniec tygodnia poznamy wstępne odczyty indeksów aktywności biznesowej w kluczowych gospodarkach świata. Będą to dane za maj, czyli pierwszy miesiąc w którym część krajów zaczęła poważnie podchodzić do łagodzenia obostrzeń związanych z koronawirusem. Skala poprawy widocznej w danych będzie istotna dla oceny perspektyw globalnej gospodarki w kolejnych miesiącach.

Rynki pozostają pod wpływem napięcia związanego z niepokojącymi, często rekordowo słabymi odczytami makro z jednej strony, jak i nadziei związanej z pierwszymi niepewnymi krokami w zakresie łagodzenia obostrzeń związanych z pandemią i poprawą sytuacji na froncie walki z koronawirusem z drugiej. Podsumowania dyskusji ze spotkań banków centralnych z obu stron Atlantyku, które poznamy w tym tygodniu, w obliczu szybko zmieniającej się sytuacji, można uznać za przestarzałe, stąd też ich znaczenie najpewniej będzie ograniczone. Znacznie bardziej aktualne informacje zostaną zawarte w publikacjach PMI dla Wielkiej Brytanii, strefy euro i USA, które poznamy w czwartek. Oczekuje się, że indeksy nieco odbiją po tym, gdy w kwietniu część z nich odnotowała najniższe poziomy w historii.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień lekkim osłabieniem w relacji do euro, radził sobie jednak dobrze na tle walut regionu: forint węgierski i korona czeska traciły wyraźnie mocniej.

Reakcja walut regionu na publikacje makro była ograniczona, niemniej warto wspomnieć o danych PKB za I kwartał, które poznaliśmy w piątek. Dynamika PKB Polski okazała się wyższa od oczekiwań i wyniosła 1,9% w ujęciu rocznym. Szczególnie cieszyć może jednak ograniczona skala spadku produktu krajowego w ujęciu kwartalnym – wyniosła ona zaledwie 0,5%, podczas gdy konsensus Bloomberga zakładał spadek o 1,2%. Dla porównania spadek PKB w strefie euro w I kwartale wyniósł 3,8% w ujęciu kwartalnym. Podobnie jak informacje o coraz większym otwieraniu polskiej gospodarki, dane budzą optymizm, że Polska będzie jednym z krajów, które najlepiej poradzą sobie z gospodarczymi skutkami pandemii.

W bardziej dokładnej ocenie tych skutków pomogą dane, które poznamy w tym tygodniu. Szczególnie warto zwrócić uwagę na czwartkowe dane o produkcji przemysłowej i piątkowe o sprzedaży detalicznej. Pokażą one obraz skali osłabienia, jakiego gospodarka kraju doświadczyła w kwietniu, czyli miesiącu w którym koronawirusowe obostrzenia trwały najdłużej.

EUR

Odczyt dynamiki PKB w strefie euro w I kwartale, jak i ostatnie dane o produkcji przemysłowej były mniej więcej tak złe, jak oczekiwano. Uważamy, że aktywność gospodarcza w strefie euro sięgnęła już dna, stąd wraz z postępem w znoszeniu kolejnych ograniczeń dotyczących przemieszczania się i wykonywania pracy, powinniśmy obserwować również wzrost aktywności w bloku walutowym.

Powyższą hipotezę zweryfikuje czwartkowy odczyt indeksów aktywności biznesowej PMI w strefie euro w maju. Mimo, że indeksy ostatnio znalazły się na ekstremalnie niskich poziomach, poprawa w danych może zaskoczyć rynek i dać euro impuls do wzrostu w relacji do głównych walut.

USD

Naszym zdaniem, jedną z najważniejszych informacji ubiegłego tygodnia była olbrzymia skala aukcji amerykańskich obligacji skarbowych. Rynek przyjął gigantyczną porcję papierów dłużnych, co jednak nie odbiło się mocno na ich rentownościach. Apetyt na obligacje skarbowe wydaje się nadal niezaspokojony, co stanowi pozytywną wiadomość dla rządu Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w krótkim okresie powszechnie oczekuje się znacznego pogłębienia obecnego deficytu fiskalnego.

W środę opublikowane zostaną „minutki” z ostatniego posiedzenia Rezerwy Federalnej, aczkolwiek uważamy, że wtorkowe sprawozdanie prezesa FOMC przed Senacką Komisją Bankową zaoferuje rynkom bardziej aktualny stan oczekiwań decydentów z Fed.

GBP

Dane o PKB Wielkiej Brytanii w I kwartale okazały się nieco lepsze od katastrofalnych oczekiwań, jednak odzwierciedlają one jedynie załamanie w marcu, jak i fakt, że Wielka Brytania później niż reszta europejskich krajów zdecydowała się na lockdown. Szterlinga w dół zdaje się ściągać m.in. brak postępu w negocjacjach dotyczących Brexitu.

Dynamika PKB Wielkiej Brytanii (2006 – 2020)

Dynamika PKB Wielkiej Brytanii
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 18/05/2020

Ostatnio rosną również oczekiwania związane z możliwością stosowania bardziej niekonwencjonalnych metod w kontekście polityki pieniężnej w Wielkiej Brytanii. Główny ekonomista BoE, Andy Haldane w wywiadzie dla The Telegraph sprzed dwóch dni stwierdził, że bank centralny coraz bardziej przygląda się środkom takim jak ujemne stopy procentowe.

W tym tygodniu wśród publikacji z Wielkiej Brytanii znajdziemy dane z rynku pracy, które poznamy we wtorek. Warto zwrócić uwagę na liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, czyli najbardziej bieżący oficjalny wskaźnik obrazujący sytuację na brytyjskim rynku pracy.

CHF
W poprzednim tygodniu frank szwajcarski pozostawał dość stabilny w relacji do euro. Podobnie jak w ostatnich dniach, tak obecnie para EUR/CHF pozostaje nieznacznie powyżej poziomu 1,05.

Dzisiejsze dane Szwajcarskiego Banku Narodowego pokazały, że w ubiegłym tygodniu wzrost depozytów na żądanie wyniósł 4,4 mld CHF wobec 5,3 mld CHF tydzień wcześniej. Zmiany te sugerują, że interwencje SNB są kontynuowane, jednak ich skala zdaje się maleć. Oprócz powyższych danych, w tym tygodniu nie poznamy żadnych istotnych odczytów ze Szwajcarii, tym samym uwaga rynku powinna skupić się na informacjach zewnętrznych. Jeśli liczba nowych zakażeń nadal będzie maleć, a globalne gospodarki będą kontynuowały proces znoszenia restrykcji związanych z pandemią, sądzimy, że zaczniemy obserwować dowody wskazujące na odwracanie się przepływów safe haven, z tytułu których umacniał się frank szwajcarski.

Autorzy: Enrique-Diaz Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Fed i nadzieje na szczepionkę pozytywnie wpływają na wzrosty w USA

Kontrakty terminowe na indeksy giełdowe w USA zwiększyły wzrosty w poniedziałek po tym, jak test na szczepionkę Covid-19 firmy Moderna dał dodatnie odpowiedzi na przeciwciała u wszystkich 45 badanych ochotników w fazie pierwszej testów. Wcześniej kontrakty futures wskazywały już na pozytywne otwarcie rynku kasowego ze względu na nadzieje, że złagodzenie ograniczeń dotyczących koronawirusa wkrótce pobudzi aktywność gospodarczą.

Gubernator stanu Kalifornia powiedział, że około 75 proc. przedsiębiorstw stanowych jest otwartych, a większość stanu Nowy Jork kwalifikuje się obecnie do zniesienia niektórych obostrzeń. Inwestorzy zapoznali się również z najnowszym wywiadem prezesa Fed. Jerome Powell powiedział w stacji CBS, że gospodarka USA może skurczyć się o 30 proc. w drugim kwartale. Zakładając, że nie będzie drugiej fali koronawirusa, to w drugiej połowie 2020 r. będzie się ona stopniowo odbudowywać. Powell dodał, że Fed nie wykorzystał jeszcze wszystkich swoich możliwości i jest gotów do dalszego działania, jeśli zajdzie taka potrzeba. Szef Rezerwy Federalnej dodał, że nie obstawiałby przeciwko gospodarce USA. Tak najwyraźniej zrobili też inwestorzy, którzy ruszyli po zakup amerykańskich akcji.

Z punktu widzenia poszczególnych spółek ponownie wyróżnia się Nvidia, o której pisaliśmy już w poprzednich komentarzach. Analitycy BMO podnieśli poziom ceny docelowego spółki do najwyższego na Wall Street równego 425 USD (cena akcji na giełdzie to około 340 USD). Według BMO producent chipów jest na wyjątkowej pozycji, aby nadal korzystać z ogromnej zmiany w krajobrazie, który zajdzie po epidemii. NVDA będzie głównym beneficjentem w ciągu najbliższych pięciu lat, ponieważ przetwarzanie grafiki staje się coraz ważniejsze dla takich funkcji jak sztuczna inteligencja, analiza danych i genomika. NVDA ma 34 rekomendacje kupna, 5 trzymaj i 3 sprzedaj – wynika z danych Bloomberga.

Tesla z kolei ma zamiar w poniedziałek ponownie otworzyć swoją sztandarową fabrykę w Kalifornii. Jest to kolejny katalizator dla inwestorów, ponieważ stawia firmę na pozycji, w której ponownie może ona pobić swoje wyniki kwartalne. Tesla zyskuje dziś po otwarciu rynku ponad 3 proc. Szeroki rynek tymczasem rośnie od 1,7 proc. do 2,8 proc. Najgorzej w tym zestawieniu wypada indeks Nasdaq, a najlepiej Dow Jones Industrial Average. Akcje spółki Moderna, o której wspominaliśmy na początku komentarza, drożeją na otwarciu o ponad 20 proc. Z kolei od marca ich wartość wzrosła czterokrotnie z okolic 20 kilku USD, do ponad 80 USD obecnie.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Zmiana zachowań klientów będzie duża

Po ponownym otwarciu niespożywczych sklepów stacjonarnych ich właściciele muszą się zmierzyć ze zmianami w zachowaniu i nawykach konsumentów, jakie zaszły na skutek ograniczeń wprowadzonych w związku z pandemią COVID-19. Nie chodzi tylko o zwiększone wymagania w kwestii bezpieczeństwa oraz zachowania dystansu społecznego, lecz także o pojawienie się nowych, ukształtowanych przez czas epidemii, preferencji. Aż 35 proc. uczestników ankiety przeprowadzonej wśród przedstawicieli sektora handlu detalicznego przez firmę doradczą Deloitte uważa, że zmiana zachowań klientów będzie duża. Odpowiednie wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań technologicznych oraz przyjęcie zaktualizowanych założeń modelowania popytu pozwolą detalistom wyjść tej zmianie naprzeciw.

Mimo, że początek roku zapowiadał się dobrze, a sprzedaż detaliczna nieprzerwanie rosła, wraz z wybuchem epidemii i związanymi z tym obostrzeniami, branża retail znalazła się w zupełnie nowej rzeczywistości, która pociągnęła za sobą konieczność zmiany priorytetów. Według uczestników przeprowadzonego na początku maja br. przez firmę doradczą Deloitte webinaru pt. „#Consumer_update: Powrót do sklepów. W poszukiwaniu „zdrowego formatu” dla pracowników i klientów”, sklepy w Polsce są dobrze (46 proc.) lub bardzo dobrze (7 proc.) przygotowane do bezpiecznej obsługi klientów w obecnej sytuacji. Jedna trzecia (33 proc.) ankietowanych uznała, że przygotowanie sklepów jest przeciętne, natomiast 13 proc. odpowiadających oceniło je jako złe. – Mimo że mówimy o powrocie do normalności, nikt do końca nie wie, jak ta normalność będzie wyglądać. Powstaje potrzeba szybkiego, sprawnego, płynnego i elastycznego reagowania na obecną sytuację. Pozwoli to na dostosowywanie oferty handlowej, modelu biznesowego oraz komunikacji do szybko zmieniających się warunków rynkowych. Odpowiedzi naszych ankietowanych wskazują, że detaliści starają się zrobić wszystko, aby zapewnić najwyższy poziom zabezpieczeń. Jednak z uwagi na wiele niewiadomych nie zawsze jest to możliwe w stu procentach – mówi Michał Pieprzny, Partner, Lider branży dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

W wyniku wprowadzanych kolejno ograniczeń, rynek retail podzielił się na dwie grupy. Pierwsza to placówki, które mogły funkcjonować przy wprowadzeniu określonych środków bezpieczeństwa, takich jak ograniczenie liczby osób przebywających w sklepie czy dezynfekcja półek sklepowych. Drugą grupą są placówki, które bezterminowo musiały zawiesić stacjonarną działalność handlową. Tym samym powstały dwie grupy problemów i wyzwań, z którymi muszą się zmierzyć detaliści.

Stare przyzwyczajenia kontra nowe wyzwania

Większość uczestników webinaru, bo aż 55 proc. uważa, że zmiana zachowań zakupowych konsumentów będzie ograniczona i towarzyszyć jej będzie rozwój usług e-commerce. Ponad jedna trzecia ankietowanych (35 proc.) uznała, że zmiana będzie duża, a jedynie 5 proc. respondentów było zdania, że zmiana ma charakter krótkotrwały. Tyle samo osób stwierdziło, że nie wiadomo, czego można się spodziewać. Nikt nie wskazał masowego odwrotu klientów od zakupów w sklepach stacjonarnych.

– Nawyki zakupowe konsumentów są w nich na tyle mocno zakorzenione, że będą szukali jak najwięcej okazji i możliwości powrotu do starych przyzwyczajeń. Z pewnością jednak w niektórych sektorach przyspieszy rozwój e-commerce – komentuje Anna Bystrek, Manager w zespole Doradztwa Strategicznego Deloitte.

Zdaniem ekspertów Deloitte nie ma wątpliwości co do tego, że nastąpiło przesunięcie od zwyczajowych i przewidywalnych zachowań konsumenta do skokowego, kierowanego sentymentem popytu. Z powodu niepokoju związanego z możliwym pojawieniem się nowych obostrzeń, klienci zaczęli robić zapasy. W miarę upływu czasu asortyment sklepów stacjonarnych się zmieniał, a pewne produkty znikały z półek. Sytuację tę potęgowała niewiedza na temat potencjalnych dalszych ograniczeń: możliwości zamknięcia wszystkich sklepów czy przerwania ciągłości dostaw. Zmieniała się również zawartość koszyków zakupowych, w których zaczęły się pojawiać zupełnie inne produkty w innych ilościach niż do tej pory.

Korzystanie z urządzeń elektronicznych

W obliczu ograniczeń w dostępie do sklepów niespożywych, konsumenci zaczęli szukać alternatywnych kanałów zakupowych. Dlatego – jak wskazują specjaliści z Deloitte – tak ważne jest powzięcie przez detalistów nowych metod zarządzania sprzedażą. Jedną z nich jest agile-commerce, które zakłada między innymi automatyzację procesu obsługi. Inne ciekawe rozwiązanie to model BOPIS (Buy Online, Pick-up In Store), który umożliwia klientom zamówienie produktów online i ich odbiór w sklepie. Technologia i jej możliwości zyskują jednak na znaczeniu już na początku ścieżki zakupowej. Uczestnicy webinaru Deloitte deklarują, że najczęściej wykorzystują urządzenia elektroniczne przy poszukiwaniu i ocenie produktów (60 proc.). Prawie jedna trzecia (30 proc.) odpowiedziała, że będzie to etap zakupów oraz dokonywania transakcji. Pozostałe 10 proc. wskazało budowanie świadomości i zainteresowania.

Kluczowe obszary biznesowe

Zapytani o wskazanie obszaru biznesowego, którego odpowiednie przygotowanie i dostosowanie jest kluczowe w perspektywie ponownego otwarcia sklepów, ankietowani nie wskazali jednoznacznej odpowiedzi. Najwięcej z nich uznało za taki obszar personel i procesy operacyjne w sklepie (42 proc.). Dla 24 proc. respondentów bardzo ważne było natomiast zaangażowanie klienta i marketing (24 proc.). Pozostali wskazali także promocję i politykę cenową (18 proc.), łańcuch dostaw i zapasy (9 proc.) oraz visual merchandising i układ sklepu (7 proc.). – Wiele zmian dotyczy takich aspektów, jak zredukowanie liczby pracowników i klientów przebywających na tej samej przestrzeni oraz promowanie dystansu społecznego. W uniknięciu zatłoczenia i ograniczeniu ruchu pomocna może być zmiana układu alejek sklepowych, tak, aby klienci przemieszczali się na przykład tylko w jednym kierunku. Ryzyko znacznie ograniczy też położenie większego nacisku na utrzymanie czystości oraz dostęp pracowników do środków dezynfekcyjnych, masek oraz rękawic ochronnych. Już teraz w ogromnej większości sklepów przy kasach zostały zainstalowane plastikowe osłony, oddzielające klientów od personelu – mówi Anna Bystrek.

Koordynacja działań w polskich firmach

Zdecydowana większość (70 proc.) respondentów firmy doradczej deklaruje, że ich organizacje przygotowały różne scenariusze operacyjne dotyczące koordynacji działań w firmach, aby elastycznie reagować na rozwój sytuacji. Jednocześnie 55 proc. firm powołało centrum kryzysowe do koordynacji działań, a 40 proc. ocenia, że jest przygotowane do monitorowania sytuacji we wszystkich sklepach. 13 proc. ankietowanych określiło obecne działania za skoncentrowane na „gaszeniu pożarów”, natomiast 10 proc. przyznało, że działa według dotychczasowych procesów i struktur. – Co ciekawe, mniej niż połowa uczestników naszego webinarium uważa, że jest przygotowana do monitorowania sytuacji we wszystkich sklepach. Można się zatem zastanowić nad tym, jak poprawić ten obszar, jak aktywnie i na bieżąco monitorować działalność sklepów. Na pewno pomogą ciągłe interakcje i zbieranie informacji od kierowników placówek – podkreśla Michał Pieprzny.

Zasady i tryb składania zażalenia od postanowienia w sprawie podatkowej

W toku prowadzonego postępowania organy podatkowe mogą wydawać różnego rodzaju postanowienia. Mają one w większości charakter porządkujący postępowanie, tzn. wyrażają decyzje organu odnośnie do określonych zdarzeń w ramach postępowania, nie wpływając na jego merytoryczne rozstrzygnięcie. Rozstrzygnięcia organu podatkowego mogą być zaskarżane, co daje wyraz zasadzie dwuinstancyjności postępowania. Na postanowienia organu podatkowego służy specjalny środek zaskarżenia – zażalenie, z którego można skorzystać, o ile ustawa tak stanowi.

Kiedy można składać zażalenie?

Zgodnie z treścią art. 236 § 1 Ordynacji podatkowej na wydane w toku postępowania postanowienia służy zażalenie, gdy ustawa tak stanowi. Zażalenie służy na postanowienia podejmowane na początku postępowania, czyli postanowienia o odmowie wszczęcia postępowania, o połączeniu postępowań, o pozostawieniu podania bez rozpatrzenia czy jego zwrocie.

Kolejny zakres postanowień, na które służy zażalenie, to postanowienia wydawane w trakcie postępowania, takie jak postanowienie o odmowie zapoznania się z dokumentami objętymi tajemnicą państwową lub wyłączonymi ze sprawy ze względu na ważny interes publiczny oraz sporządzenie z nich kopii, odpisów, postanowienie o zawieszeniu postępowania oraz odmowie podjęcia zawieszonego postępowania.

Następna grupa postanowień, na które można złożyć zażalenie, to postanowienia związane z decyzją – odmowa jej uzupełnienia lub sprostowania, sprostowanie błędów rachunkowych oraz innych oczywistych omyłek, wstrzymanie jej wykonania.

Ostatnia grupa to postanowienia o charakterze porządkowym, takie jak nałożenie kary porządkowej, odmowa uchylenia kary porządkowej, obciążenie dodatkowymi kosztami postępowania czy generalnie rozstrzygnięcie w sprawie kosztów postępowania. Ponadto zażalenie służy na postanowienie w sprawie przywrócenia uchybionego terminu.

Postanowienia, na które nie służy zażalenie, można zaskarżyć w odwołaniu od decyzji kończącej etap postępowania w pierwszej instancji (wyrok WSA w Gliwicach z 21 marca 2018 r., sygn. I SA/Gl 1325/17).

Warto zaznaczyć, że katalog możliwości składania zażalenia jest ograniczony. Nie można przykładowo złożyć zażalenia na postanowienie o wszczęciu postępowania podatkowego z urzędu. Takie zażalenie jest niedopuszczalne zgodnie ze stanowiskiem sądów administracyjnych (przykładowo wyrok WSA w Opolu z 23 maja 2018 r., sygn. I SA/Op 222/17).

Termin

Zgodnie z art. 236 § 2 Ordynacji podatkowej zażalenie należy wnieść w terminie 7 dni odpowiednio od dnia doręczenia postanowienia stronie lub zawiadomienia spadkobierców (np. o złożonych przez spadkodawcę odwołaniach od decyzji). Uchybienie terminowi na złożenie zażalenia może wiązać się z negatywnymi konsekwencjami, gdyż jest to termin zawity. W sytuacji uchybienia terminowi można złożyć wniosek o jego przywrócenie, o ile uchybienie nie wynikało z winy wnioskodawcy. Takie podanie należy wnieść w terminie 7 dni od daty ustania przyczyny uchybienia.

Odniesienie do przepisów o odwołaniach

W art. 239 Ordynacji podatkowej ustawodawca wskazał, że w sytuacjach nieuregulowanych w części dotyczącej zażaleń stosuje się odpowiednie przepisy dotyczące odwołań. W szczególności są to przepisy dotyczące właściwości organu rozpatrującego sprawę – zasada dwuinstancyjności oraz wnoszenia zażalenia. Zażalenie składa się do organu podatkowego drugiej instancji za pośrednictwem organu, który wydał postanowienie. Ponadto zażalenie powinno zawierać zarzuty przeciwko postanowieniu (art. 222 w zw. z art. 239 Ordynacji podatkowej). Możliwe jest także dokonanie samokontroli rozstrzygnięcia przez organ wydający postanowienie, tzn. przed przekazaniem zażalenia do organu wyższej instancji, możliwa jest zmiana postanowienia uwzględniająca treść zażalenia. Ponadto organ podatkowy drugiej instancji nie powinien wydać orzeczenia zmieniającego postanowienie na niekorzyść podatnika.

W art. 232 Ordynacji podatkowej zostały uregulowane także możliwości i warunki skorzystania z prawa do cofnięcia zażalenia. Należy to zrobić przed wydaniem decyzji przez organ odwoławczy.

Brak pouczenia

W praktyce może zdarzyć się, że organ podatkowy błędnie przyjmie, że dane zagadnienie nie wymaga postanowienia, albo że należy wydać postanowienie, na które nie służy zaskarżenie i w takim przypadku nie pouczy strony o możliwości wniesienia zażalenia. W takich sytuacjach możliwe jest wniesienie zażalenia mimo to. Uznał tak NSA w uchwale z 24 października 2016 r., sygn. I FPS 2/16, w której stwierdził, że błędne pouczenie lub brak pouczenia o możliwości wniesienia zażalenia nie może szkodzić stronie, tj. przepis art. 214 Ordynacji podatkowej stosuje się do przepisów o zażaleniach odpowiednio. Zatem w takich sytuacjach możliwe będzie przywrócenie terminu do wniesienia zażalenia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Spowolnienie gospodarcze w Unii, ropa dalej drożeje

Dane makroekonomiczne ze świata nie zachwycają. Niektóre są co prawda lepsze od oczekiwań, ale potwierdzają ogólny obraz problemów gospodarki. Jedyne co przeczy tej teorii to odbicie cen ropy w górę.

Spowolnienie gospodarcze w Unii

Według piątkowych finalnych danych w Unii Europejskiej doszło do spadku PKB w pierwszym kwartale tego roku, do ogłoszenia formalnej recesji brakuje nam jeszcze co prawda jednego kwartału. Warto zwrócić uwagę, że szansa na dwa spadkowe kwartały z rzędu jest bardzo duża, biorąc pod uwagę, że drugi kwartał zawiera kwiecień, czyli miesiąc w którym zamknięcie gospodarek było najsilniejsze, a o odmrażaniu dopiero się mówiło. Dane te były zgodne z wcześniejszymi danymi wstępnymi stąd reakcja rynków na potwierdzenie była znikoma.

Spadek sprzedaży w USA

W piątek poznaliśmy wyniki sprzedaży detalicznej. Spada ona o 16,4% a nie jak sądzono 11,9%. Oznacza to, że towar warty co szóstego dolara nie został sprzedany. W rezultacie tych danych inwestorzy rozpoczęli wycofywanie się z dolara na inne waluty, jednak korekta szybko przywróciła amerykańską walutę bardzo blisko punktu wyjścia. Jednym z powodów były lepsze kolejne dane. Produkcja przemysłowa spadła o 11,2% czyli delikatnie mniej niż sądzono na początku. Dobrze wypadł również indeks Uniwersytetu Michigan, “dobrze” czyli wyraźnie lepiej od oczekiwań a nie obiektywnie dobrze. Wynik 73,7 punktów jest bowiem recesywnym wskazaniem.

Ropa dalej drożeje

Po dołku sprzed ponad miesiąca rozpoczął się marsz cen czarnego złota w górę.  Wzrost cen napędzany jest z jednej strony przez spadek wydobycia w OPEC oraz u innych producentów np. USA, z drugiej strony jest to korekta po nadzwyczajnych spadkach cen. W piątek poznaliśmy chociażby dane o ilości wież wiertniczych w USA, ich liczba znów spadła osiągając najniższe poziomy od przeszło dekady.

Dzisiaj dzień wolny w Kanadzie, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Oferta deweloperska mieszkań w Warszawie spadła do poziomu z 2010. Czy i kiedy spadną ceny?

Wysoki popyt na nowe mieszkania na rynku warszawskim zaowocował w I kw. br. 7% r/r wzrostem sprzedaży. Liczba lokali, których sprzedaż uruchomiono, była najniższa od 6 lat, co sprawiło, że oferta spadła do poziomu z początku 2010 r.

Działający w Warszawie deweloperzy sprzedali w I kw. 2020 r. 6,9 tys. nowych mieszkań, co było wynikiem najlepszym od blisko 2 lat. Wyraźne problemy mieli natomiast z uruchamianiem kolejnych projektów. W pierwszych trzech miesiącach roku do sprzedaży wprowadzili zaledwie 3,7 tys. lokali, prawie o połowę mniej (-48%) niż ostatnim kwartale 2019 r. W konsekwencji, na koniec marca na stołecznym pierwotnym rynku mieszkaniowym w ofercie pozostało zaledwie 13,7 tys. mieszkań. Jak wynika z najnowszego raportu JLL, ostatni raz tak niski poziom oferty odnotowano w I kw. 2010 r.

Dobra sytuacja w gospodarce nakręcała optymizm nabywców, a niskie oprocentowanie depozytów i relatywnie duża dostępność kredytów uzasadniały aktywność na rynku nieruchomości. Nabywców nie odstraszały nawet ceny, które w ciągu kwartału wzrosły o 3,5 % i zbliżyły się do poziomu 11 tys. zł/mkw. W ciągu dwóch lat średnia cena mieszkań dostępnych w ofercie wzrosła z 8,7 tys. zł/mkw. do 10,9 tys. zł/mkw., czyli o 25%.
Jak podkreślają eksperci na wyniki pierwszego kwartału na rynku mieszkaniowym praktycznie nie miały wpływu okoliczności związane z pandemią, natomiast zatrzymanie czy istotne ograniczenie liczby transakcji, jakiego doświadczyliśmy w ostatnich tygodniach marca i kwietniu, może mieć wbrew pozorom również pozytywne konsekwencje dla lokalnego rynku.

Schłodzenie przyszło w momencie, w którym dość niebezpiecznie zaczęły rozwierać się nożyce popytowo-podażowe. Trudności deweloperów w uzupełnianiu oferty i coraz śmielsze zakupy inwestycyjne przy rosnących bardzo wyraźnie z kwartału na kwartał cenach coraz wyraźniej zaczęły kierować rynek w stronę klasycznej bańki. Ta na szczęście w najbliższym czasie się nie pojawi. Nie oznacza to, że działające na warszawskim rynku firmy nie odczują w nadchodzących miesiącach skutków pandemii, ale wychodzenie z okresu turbulencji może mieć dzięki niskiej ofercie łagodniejszy przebieg. – komentuje Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego, JLL

Mniejsza oferta, mniejsze ryzyko

Pierwszym nieuniknionym efektem, jakiego zdaniem ekspertów JLL należy się spodziewać w nadchodzących miesiącach, będzie zwiększona liczba tzw. zwrotów. Nabywcy, którzy nie podpisali jeszcze umowy deweloperskiej u notariusza – a części tych, którzy mieszkanie wybrali i zarezerwowali w lutym i marcu, plany te pokrzyżowała tzw. narodowa kwarantanna – wciąż mają otwartą drogę, by z tej transakcji się wycofać.
Można oczekiwać, że w pierwszej kolejności z tej możliwości skorzystają nabywcy inwestycyjni, szczególnie ci, którzy celowali w najem krótkoterminowy. Innych może do tego zmusić polityka banków, które zaostrzyły warunki przyznawania kredytów. To wciąż jednak zaledwie ułamek tego, co deweloperzy mają obecnie w procesie realizacji, a przy pogłębiających się problemach z uruchamianiem nowych inwestycji i wyjątkowo niskiej jak na warszawski rynek ofercie, zjawisko to może zostać zniwelowane przez wciąż wysoki popyt w pozostałych grupach nabywców. – komentuje Katarzyna Kuniewicz

Dla rozwoju sytuacji rynkowej istotna jest przede wszystkim wielkość oferty w relacji do potencjału sprzedaży oraz poziom przedsprzedaży, zwłaszcza w inwestycjach znajdujących się w początkowej fazie realizacji. Z danych przedstawionych przez JLL wynika, że sytuacja w branży wygląda nieźle. Na koniec marca poziom przedsprzedaży w inwestycjach, które zostaną oddane do użytkowania nie wcześniej niż za rok od chwili badania, był najlepszy od 2008 roku. Sytuacja w Warszawie, gdzie nabywców znalazło 53% mieszkań w tego typu projektach, była najkorzystniejsza spośród sześciu największych rynków mieszkaniowych w Polsce. Nie grozi nam zatem analogiczny do obserwowanego w latach 2009/10 skokowy wzrost puli gotowych niesprzedanych mieszkań, które ciążą w portfelach deweloperów i stawiają pod znakiem zapytania ich przyszłość.

Oczywiście nie można zakładać, że dla wszystkich firm działających na warszawskim rynku kryzysowy scenariusz będzie podobny. To zależy od kondycji finansowej poszczególnych spółek i strategii ich właścicieli. Sytuacja firm będzie zależała od kompozycji portfela realizowanych inwestycji, finansowania, z którego firma korzysta, w tym w szczególności charakterystyki zobowiązań takich jak obligacje korporacyjne, rezerw gotówki i dostępności do kapitału właścicielskiego. – dodaje Katarzyna Kuniewicz

Kiedy spadną ceny?

Poprzedni kryzys na rynku mieszkaniowym uczy, że w pierwszych miesiącach najszybciej spada nowa podaż, potem popyt, a dopiero na końcu ceny. Jednak oczekiwanie, że inwestycje wprowadzane przez deweloperów do sprzedaży w najbliższych miesiącach będą tańsze, nie jest pozbawione słuszności. Przede wszystkim dlatego, że nowo wprowadzane projekty nie mogą być już kierowane głównie do nabywców inwestycyjnych. Ta grupa popytowa wycofała się z rynku jako pierwsza. Prędzej jednak należy spodziewać się zmiany geografii podaży i zwiększenia aktywności deweloperów w peryferyjnych dzielnicach i mniej atrakcyjnych lokalizacjach, niż wyjątkowych okazji na Woli, Mokotowie czy Pradze. – zaznacza Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego, JLL

Zdaniem ekspertki w kolejnych kwartałach 2020 roku będziemy mieli najprawdopodobniej do czynienia przede wszystkim z obroną obecnego poziomu cen połączoną z dyskretnymi obniżkami, ukrywanymi niekiedy w promocjach sprzedażowych – zwłaszcza w inwestycjach o wysokim poziomie przedsprzedaży. Wobec wysokiej ceny w pierwszym kwartale i braku aktywności w kolejnym, przeciętna cena ofertowa mieszkań dla całego roku – w realistycznym scenariuszu – utrzyma się na poziomie zbliżonym do tego z poprzedniego roku. W 2021 roku zacznie się proces „oficjalnej” redukcji cen, głównie za sprawą wejścia do oferty nowych inwestycji, w większości realizowanych w niższym standardzie wykończenia i mniej prestiżowych lokalizacjach.

Więcej na temat warszawskiego rynku mieszkaniowego oraz innych sektorów stołecznego rynku nieruchomości znaleźć można w najnowszym raporcie firmy JLL „Warsaw City Report”.

Czy w czasie epidemii rynki mogą być naprawdę efektywne?

Z punktu widzenia inwestora, hipoteza rynku efektywnego to jedna z ciekawszych koncepcji ekonomicznych. Dotyczy ona w szczególności rynków papierów wartościowych, walut i surowców. Zakłada, że ceny instrumentów finansowych w danej chwili w pełni odzwierciedlają wszystkie dostępne informacje na ich temat. Inaczej mówiąc, nie ma informacji, które mogą pomóc w ustaleniu przyszłych cen. Osobą najbardziej zasłużoną w badaniu efektywności rynków jest laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, profesor uniwersytetu w Chicago Eugene Fama. Jego teoria została sformułowana na początku lat 70-tych XX wieku.

Gdyby wyniki jego badań okazały się prawdziwe, nieskuteczne byłoby prognozowanie przyszłych cen na podstawie wskaźników finansowych czy metod analizy technicznej. W najbardziej ortodoksyjnej wersji hipoteza Famy zakłada, że aktualne ceny odzwierciedlają wszystkie informacje na temat danego instrumentu finansowego, nawet te niepubliczne. W takim wypadku nieskuteczną metodą inwestycyjną byłby nawet insider trading. Jednak, jak wiadomo, insider trading najczęściej przynosi dość duże zyski. Między innymi z tego powodu we wszystkich państwach wysoko rozwiniętych jest przestępstwem. Dlatego badania profesora Famy można by potraktować jako ciekawe, lecz mało użyteczne ćwiczenie intelektualne, gdyby nie to, że nieskuteczność analizy fundamentalnej i technicznej jest jednym z podstawowych problemów, z jakimi zmagają się inwestorzy na rynkach finansowych. Wygląda na to, że przynajmniej w niektórych wypadkach Eugene Fama miał rację.

Tak naprawdę, ocena efektywności rynków w działalności współczesnego inwestora jest umiejętnością kluczową. A dzieje się tak dlatego, że powrót rynku do stanu efektywności może być stosunkowo łatwą do zauważenia okazją inwestycyjną. W celu analizy nieefektywności rynków powstał nawet odrębny dział ekonomii – ekonomia behawioralna. Badacze z reguły zakładają, że inwestorzy podejmują niewłaściwe decyzje pod wpływem błędów poznawczych. Błędy poznawcze z kolei w dzisiejszym świecie powstają najczęściej wskutek niewłaściwie zinterpretowanych informacji medialnych. Najczęstszym błędem jest koncentracja na pojedynczych wydarzeniach, takich jak na przykład zmiana stóp procentowych przez bank centralny. Inwestorzy, śledząc doniesienia medialne dotyczące pojedynczego wydarzenia zapominają o całościowym spojrzeniu na rynek.

Szczególnymi okazjami wpływającymi na powstawanie błędów poznawczych wśród inwestorów są wielkie wydarzenia medialne, takie jak na przykład brexit lub w niedalekiej przeszłości kryzys finansowy 2008 roku i kryzys grecki. Inwestorzy, czytając w mediach głównie o brexicie, zapominają, że są również inne czynniki wpływające na wyceny instrumentów finansowych. Nie biorąc ich pod uwagę popełniają błędy.

Podobnie jest z jednym z największych wydarzeń medialnych w historii, czyli epidemią koronawirusa. Spowodowała ona utratę efektywności rynków finansowych na globalną skalę. W takim wypadku identyfikacja sytuacji, w których inwestorzy masowo się mylą jest znacznie łatwiejsza niż zwykle.

Przykładowe pytania, jakie powinien sobie zadać inwestor są następujące. Czy ceny ropy naftowej długookresowo mogą pozostać na poziomie nieprzekraczającym kosztu wydobycia? W jakim czasie linie lotnicze powrócą do normalnej działalności? Które zmiany technologiczne powstałe w reakcji na epidemię będą miały charakter trwały?

Podobny kontekst pojawia się, gdy analizujemy rynek pracy. Do niedawna niemałym problemem dla wielu sektorów było znalezienie i zatrudnienie odpowiednio wykwalifikowanej i akceptowalnej kosztowo kadry. Dziś, co zapewne mniej odczujemy w Polsce niż nasi zachodni partnerzy, na pewien okres może powrócić rynek pracodawcy. Szczególnie, że w czasie pandemii, optymalizacji, obserwacji i być może trwałemu wdrożeniu, zaczyna podlegać coraz więcej procesów. Dobrym przykładem może być tu wdrożony w większości przedsiębiorstw, a niekiedy i instytucji państwowych czy samorządowych, system pracy z domu. Czy powrócimy w pełni do istniejącego dotąd w przytłaczającej większości przypadków przyzwyczajenia do pracy stacjonarnej? Jest to co najmniej wątpliwe.

Ostatnie pytanie odnosi się w szczególności do sektora e-commerce i innych usług online. Masowa informatyzacja procesów biznesowych prowadzi do zwiększenia ich efektywności. Tam, gdzie zmiany zwiększają efektywność, istnieje duże prawdopodobieństwo, że będą miały charakter trwały. Tak może stać się nawet w procesie realizacji codziennych zakupów z sektora FMCG. Nigdy dotąd nie byliśmy świadkami tak zmasowanego, niejako wymuszonego kolejkami i strachem przed pandemią, wzrostu liczby klientów robiących tego typu zakupy online. Między innymi dlatego, właściwe rozumienie charakteru zmian na poszczególnych rynkach może być podstawą bardzo skutecznej strategii inwestycyjnej.

Autor: Łukasz Blichewicz – Senior Partner w alternatywnej spółce inwestycyjnej ASSAY

Tarcze spóźnione, normalność nie wcześniej niż w lipcu – złe nastroje społeczne

Tarcze antykryzysowe pojawiły się zbyt późno, życie i gospodarka nie wrócą do normalności wcześniej niż w lipcu – wynika z badań nastrojów gospodarstw domowych przeprowadzonych przez głównego ekonomistę Pracodawców RP dra Sławomira Dudka.

Badania zostały przeprowadzone na przełomie kwietnia i maja na potrzeby Instytutu Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej oraz Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce. Miały dać odpowiedź na dwa podstawowe pytania – jak Polacy oceniają skuteczność działań antykryzysowych oraz kiedy życie i gospodarka powrócą do częściowej choćby normalności.

Ok. 22 proc. gospodarstw domowych oceniło działania, że są na czas i są właściwe. Za „nietrafione i nieodpowiednie do sytuacji” uznało je 26 proc., a za „spóźnione i niewystarczające” 27 proc. Niemal jedna czwarta nie miała zdania na ten temat. Z badania wynika więc spora przewaga krytyków działań antykryzysowych.

Nic więc dziwnego, że niewiele osób spodziewa się szybkiego powrotu życia bez obostrzeń i zdjęcia ograniczeń z gospodarki. Maj wskazało 6 proc., początek czerwca 15 proc., początek lipca 19 proc., a nieokreślony termin późniejszy – 61 proc. badanych.

Zdaniem dra Sławomira Dudka taki rozkład odpowiedzi to dowód na ogromne oczekiwania społeczeństwa – i w konsekwencji odczucie rozczarowania żywione przez jego dużą część. „Te oczekiwania zostały rozbudzone w ostatnich kilku latach przez ogromne transfery społeczne i teraz mimo relatywnie dużego impulsu fiskalnego oceny programów pomocowych są mierne. Gospodarstwa domowe nie odczuwają pomocy jako wspierającej istotnie ich sytuację dochodową. Niestety hojne programy socjalne, wielość obietnic przy każdych wyborach tworzy pułapkę niespełnionych oczekiwań” – komentuje Dudek.

Negatywna ocena wpływu rządowych działań pomocowych na sytuację finansową gospodarstwa domowego jest najmniejsza w woj. Opolskim, ok. 35 proc. Negatywne oceny najwyższe są w Świętokrzyskim, 64 proc. Duże negatywne odczucia deklarują samozatrudnieni (64 proc. ), młodzi respondenci do 29 lat (63 proc.), i mieszkańcy dużych miast (57 proc.).

Niemcy: Dramatyczny spadek PKB w I kw. to wierzchołek góry lodowej

Kryzys Covid-19 pokrzyżował plany niemieckiej gospodarce. Według wstępnych szacunków Federalnego Urzędu Statystycznego spadek PKB w I kw. 2020 r. wynosi mocne -2,2% kw./kw. To największy spadek od szczytu wielkiego kryzysu finansowego (I kw. 2009 r.). W rezultacie łączny wzrost PKB ostatnich 2,5 lat został zmieciony, gdyż wynik gospodarczy Niemiec spadł do poziomów ostatnio notowanych w połowie 2017 r. I to mimo, że obostrzenia związane z Covid-19 działały w pełni wyłącznie tylko w dwóch ostatnich tygodniach marca. Jednak jeżeli dane za I kw. są stresujące, lepiej nie pytać, co nas czeka w bieżącym kwartale. W końcu ekonomiści Euler Hermes szacują, że środki zapobiegające rozprzestrzenianiu epidemii w kwietniu zamroziły około 30% niemieckiej gospodarki. Toteż prawdopodobne jest, że spadek PKB w drugim kwartale będzie dwucyfrowy. W efekcie szacujemy, że niemiecka gospodarka spadnie prawie 20% poniżej poziomu PKB osiągniętego w ostatnim kwartale 2019 r.

Powolne ożywienie gospodarcze w kształcie litery U w II połowie roku

W maju, zgodnie ze stopniowym znoszeniem środków ograniczających rozprzestrzenianie epidemii, niemiecka gospodarka zacznie się rozmrażać. W krótkim terminie można spodziewać się pewnych efektów nadrabiania zaległości, ale prawdopodobne jest, że bazowe tempo wzrostu gospodarki będzie rosło stopniowo w nadchodzących miesiącach. Po pierwsze, niektóre ograniczenia, takie jak zakaz organizowania dużych wydarzeń, nadal będą obowiązywać. Ponadto, konsumenci będą prawdopodobnie konsumować z większą ostrożnością, nawet po zniesieniu wielu obostrzeń. Ta niechęć do konsumpcji będzie miała wpływ zwłaszcza na usługi, które wymagają bezpośredniego kontaktu z klientem, ze względu na bieżące obawy związane z zarażeniem. Dodatkowo, z powodu wysokiego poziomu niepewności gospodarczej i powszechnych obaw o pracę – w końcu, bezrobocie wzrosło gwałtownie, a skrócony czas pracy ogłoszono dla prawie jednej czwartej niemieckich pracowników – analitycy Euler Hermes oczekują, że konsumenci będą powstrzymywać się od dokonywania większych zakupów.

Dalsza przerwa łańcuchów dostaw może zaważyć na ponownym uruchomieniu gospodarki

Powolne ożywienie niemieckiego popytu krajowego wraz z asynchronicznym ożywieniem gospodarczym na poziomie globalnym i powiązanym stłumionym ożywieniem handlu światowego mogą również zaważyć na perspektywach dla niemieckiego eksportu w nadchodzących kwartałach. W tym kontekście, zależność Niemiec od międzynarodowych łańcuchów dostaw może okazać się dodatkowym wyzwaniem. W końcu, blisko 20% niemieckiej wartości dodanej generowana jest za pośrednictwem międzynarodowych łańcuchów dostaw, w tym z Unią Europejską jako najważniejszym regionem partnerskim. Toteż Euler Hermes przewiduje, że nierówne ożywienie gospodarcze w Europie może opóźnić reaktywację łańcuchów dostaw kraju „wcześniej rozpoczynającego grę”, takiego jak Niemcy, w najbardziej narażonych sektorach. To z kolei wstrzyma niemiecką produkcję mimo stopniowego ożywienia popytu. Powrót do pewnej gospodarczej normalności – w której niemiecka gospodarka znów będzie działać pełną parą – wymaga opracowania szczepionki i jej szerokiej dystrybucji, co jest raczej mało prawdopodobne przed połową 2021 r.

Niemcy wyjdą z kryzysu z silniejszą pozycją w porównaniu do swoich europejskich sąsiadów

Ekonomiści Euler Hermes przewidują, że chociaż kryzys Covid-19 uderzył w całą Europę z pełną siłą, to wygląda na to, że niemiecka gospodarka wyjdzie z niego szybciej i z silniejszą pozycją niż większość jej sąsiadów. Pomimo, że Niemcy odnotują spadek PKB na poziomie -8,9% w 2020 r., to znacznie ostrzejsza recesja prawdopodobnie wystąpi w południowych krajach europejskich, w szczególności w Hiszpanii (-11%) i Włoszech (-11,4%). Głównym tego powodem jest to, że inni główni gracze UE zostali bardziej dotknięci wirusem, co spowodowało konieczność zastosowania surowszej i dłuższej blokady gospodarki. Ponadto, mając na uwadze większe znaczenie sektora usług – a zwłaszcza turystyki – dla tych gospodarek, powrót do PKB sprzed kryzysu prawdopodobnie zajmie więcej czasu, ponieważ wszystko wskazuje na to, że ożywienie w tych sektorach będzie opóźnione i mniej dynamiczne. Jednak – co nie mniej istotne – decydujące i kompleksowe działanie polityczne w imieniu niemieckiego rządu jest kluczowe w ograniczeniu szkód ekonomicznych. Niemiecki pakiet ratunkowy, obejmujący wyższe wydatki rządowe i gwarancje publiczne, ostatecznie wynosi ponad 30% produkcji gospodarczej, i dlatego znacząco przewyższa środki pomocowe ogłoszone, np. w Hiszpanii (12%). To wyjaśnia częściowo, dlaczego liczba upadłości w Niemczech wzrośnie prawdopodobnie tylko o 10%, podczas gdy stopa wzrostu dla strefy euro jako całości prawdopodobnie będzie dwukrotnie wyższa i wyniesie 20%.

Wykres 1 – Niemcy: Realny PKB (w mld EUR, dane miesięczne)

Niemcy Realny PKB
Źródła: Refinitiv, Allianz Research

KATHARINA UTERMÖHL, CFA
Starszy Ekonomista Europa, Euler Hermes

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zawiadamia prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przekroczenia uprawnień przez urzędników administracji państwowej

Do Biura Rzecznika MŚP zgłosił się przedsiębiorca, który – na miesiąc przed upływem 5-letniego terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego – otrzymał z urzędu skarbowego zawiadomienie o wszczęciu wobec niego postępowania karnego skarbowego, skutkiem czego bieg  tego przedawnienia  został zawieszony.

Po analizie przedłożonych akt Rzecznik MŚP uznał, że w sprawie doszło do instrumentalnego stosowania prawa i wszczęto postępowanie wyłącznie w celu zawieszenia biegu terminu zobowiązania podatkowego, na co wskazywał fakt, że organ skarbowy przez 5 lat nie znalazł podstawy, aby uznać, że podatnik popełnił przestępstwo skarbowe. W tej sytuacji – działając na podstawie art. 11 ust. 6 ustawy o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców –  wystąpił z wnioskiem o  wszczęcie postępowania dyscyplinarnego wobec urzędnika, który zdaniem Rzecznika MŚP nadużył prawa wydając postanowienie o wszczęciu postępowania karnego skarbowego.

Po 4 miesiącach Rzecznik MŚP otrzymał lakoniczną informację, że w wyniku przeprowadzonego postępowania wyjaśniającego nie stwierdzono naruszenia po stronie urzędnika, skutkującą odpowiedzialnością dyscyplinarną. Rzecznik MŚP zwrócił się więc do organów skarbowych z wnioskiem o przesłanie akt postępowania wyjaśniającego lub przekazanie informacji, jakie dokumenty znajdowały się w aktach postępowania karnego skarbowego na dzień wydania postanowienia o jego wszczęciu.

Przez kolejne 4 miesiące organy skarbowe najpierw zbywały Rzecznika MŚP wskazując, że przesłanie wnioskowanych akt jest niemożliwe, ponieważ znajdują się w innych urzędach, po czym poinformowano o braku prawnych podstaw zrealizowania jego wniosku.

Nie odniosły też skutku wcześniejsze pisma Rzecznika do Ministra Finansów o objęcie nadzorem realizacji zadań Krajowej Administracji Skarbowej w zakresie prowadzenia czynności wyjaśniających i postępowań dyscyplinarnych przez organy skarbowe, wysłane  w  sprawach, w których ewidentnie doszło do naruszenia Konstytucji Biznesu.

Dlatego tym razem, wyczerpawszy  możliwości doprowadzenia do ukarania urzędnika państwowego w drodze postępowania dyscyplinarnego – wobec braku współpracy ze strony organów skarbowych –  Rzecznik złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez urzędnika państwowego.

– Niestety, choć instrumentalne działania urzędników wciąż są częstym zjawiskiem, organy skarbowe najwyraźniej nie chcą korzystać z posiadanych instrumentów dyscyplinowania swych kadr. Ale, właśnie dlatego – jako Rzecznik, ustanowiony do obrony interesów mikro, małych i średnich przedsiębiorców, nie zamierzam dłużej tolerować ani bezprawia urzędników, ani przymykania  oczu na  takie działania przez ich zwierzchników. Stąd moje zawiadomienie do prokuratury – mówi Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Czasami lepiej, czasami gorzej

Informacje o sekwencyjnym otwieraniu kluczowych stanów USA pomaga w poprawie nastrojów, ale w szerszym ujęciu rynki utrzymują niezdecydowany ruch boczny przy dużych niepewnościach wokół perspektyw gospodarczych i rozwoju pandemii (m.in. zagrożenia drugiej fali). Napięcia na linii USA-Chiny dodają wątpliwości.

Gospodarka Kalifornii jest otwarta w 75 procentach, a do restartu działalności gospodarczej szykuje się też północna część stanu Nowy Jork. Te doniesienia pomogły na starcie tygodnia wlać nową porcję optymizmu w inwestorów. W dalszym ciągu podstawowym źródłem paliwa dla rajdu ryzyka są oczekiwania na przyspieszone odbicie gospodarce. Z drugiej strony wszystko opiera się na oczekiwaniach, zapewnieniach i przewidywaniach. Twarde fakty wciąż pozostają niewystarczające, szczególnie dotyczące dalszego rozwoju pandemii, wystąpienia ryzyka drugiej fali zachorowań, czy medycznych zabezpieczeniach przed kolejnym wybuchem epidemii. Cokolwiek pozytywnego zobaczymy po rynkach w ciągu kolejnych godzin lub dni, może łatwo wyparować przy pierwszym momencie zwątpienia. Przestrogą w weekend były słowa prezesa Fed J. Powella, który w wywiadzie dla telewizji CBS zaznaczył, że powrót ożywienia w USA może przeciągnąć się do 2021 r., choć dodał, że jak dotąd większość z utraconych miejsc pracy może być po czasie przywrócona.

Jednak o pozostawanie pozytywnie nastawionym nie jest łatwo, kiedy rynek jest bombardowany wiadomościami świadczącymi o eskalacji sporu między USA i Chinami. W piątek USA zabroniły producentom procesorów zaopatrywania chińskiej firmy Huawei bez zgody rządu. W odwecie Chiny rozważają otwarcie „listy nierzetelnych podmiotów”, dzięki której utrudniona zostanie działalność amerykańskich firm w Chinach. Może to być dopiero pierwszy etap szerszych restrykcji, co z pewnością nie spodoba się prezydentowi Trumpowi. A im bliżej jesiennych wyborów w USA, tym większa jest potrzeba odwrócenia uwagi od krytykowanej reakcji władz na pandemię.

Funt brytyjski jest w opałach. Zakończona w piątek runda negocjacji brexitowych zakończyła się w chłodnej atmosferze. Zarówno negocjujący po stronie brytyjskiej David Frost i jego unijny odpowiednik Michael Barnier ubolewali na brak postępów, ale też winili drugą stronę. Frost podkreślał „ideologiczne podejście” UE, a Barnier krytykował Wielką Brytanię za kompletny brak chęci do dyskusji o kompromisie w kluczowych kwestiach. Barnier jasno stwierdził, że w jego odczuciu Wielka Brytania zapomniała co jest celem negocjacji i jakie będą konsekwencje brexitu po opuszczeniu jednolitego rynku. Jakkolwiek nie można wykluczyć, że w europejskim stylu dojdzie do porozumienia w ostatniej chwili, tak na ten moment wygląda na to, że przed deadline’m 30 czerwca nie uda się wiele uzgodnić, a Wielka Brytania odmówi przedłużenia negocjacji. Rynek będzie wyceniał najbardziej prawdopodobny scenariusz, czyli twarde zerwanie stosunków handlowych. Dodatkowo w weekend główny ekonomista Banku Anglii Haldane zasugerował otwartość banku do idei ujemnych stóp procentowych. W takim klimacie funtowi będzie trudno wyrwać się ze spirali sprzedaży.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jaki dzwonek bezprzewodowy do furtki?

Dzwonek bezprzewodowy jest bezsprzecznie najbardziej uniwersalnym rozwiązaniem. Zapewnia on wygodne użytkowanie, prosty montaż i ciekawe funkcje. Wbrew panującej opinii, są sytuacje, kiedy takie rozwiązanie jest bardziej ekonomiczne niż dzwonki przewodowe.

Dzwonek przewodowy kontra bezprzewodowy – teoretycznie taniej, ale nie do końca

Cena dzwonka przewodowego potrafi być znacznie niższa niż jego bezprzewodowego odpowiednika. Nie liczmy jednak kwoty, która pozwoli nam na wdrożenie tego pierwszego rozwiązania. Aby zamontować dzwonek przewodowy, musimy posiadać odpowiednią instalację. Jeśli nią nie dysponujemy albo z jakiegoś powodu przestała działać, często musimy dokonywać kosztownych prac, by przeprowadzić przewody. Mało osób decyduje się na samodzielne wykonanie takiej pracy – robocizna profesjonalisty to kolejne koszty. Mit drogich dzwonków bezprzewodowych również nie jest do końca zgodny z prawdą – takie rozwiązania tanieją z każdym dniem i przybywa ich na rynku coraz więcej. Przykładowe dzwonki przewodowe znajdziemy na stronie https://zamel.com/.

Kiedy dzwonek bezprzewodowy – dlaczego to rozwiązanie dla każdego?

Dzwonek bezprzewodowy to prawdopodobnie najbardziej uniwersalne rozwiązanie. Nie jesteśmy ograniczani przez przewody, czy instalację elektryczną – nie musimy nic zrobić poza podłączeniem urządzenia. Jeśli chodzi o sytuacje, w których warto rozważyć wymianę dzwonka przewodowego na bezprzewodowy, są one związane przede wszystkim z wygodą takiego rozwiązania. Dzwonek bezprzewodowy nie wymaga zasilania innego niż z baterii, jest niewrażliwy na awarie przewodów biegnących z naszego domu, nie wymaga wiedzy z dziedziny elektryki do montażu. Jedyną wadą jest cena – dzwonki bezprzewodowe są droższe od przewodowych dzwonków.

Dzwonek bezprzewodowy

Jak działa dzwonek bezprzewodowy bateryjny?

Na rynku funkcjonują dwa typy dzwonków bezprzewodowych – dzwonek bezbateryjny i bateryjny. Nazwa oczywiście sugeruje ich podstawową cechę – sposób zasilania. Dzwonek bezprzewodowy bateryjny działa dzięki energii z baterii, które musimy co jakiś czas wymieniać. Dzwonek bezprzewodowy bezbateryjny posiada nieco inne rozwiązanie. Jego konstrukcja jest dosyć masywna, po naciśnięciu go, generuje on impuls, który dociera do odbiornika w naszym domu. Zaletą takiego rozwiązania jest wygoda – cenowo nie odbiega on znacząco od standardowego dzwonka bezprzewodowego bateryjnego.

Decyzja o zakupie podjęta – jak zainstalować dzwonek bezprzewodowy do drzwi?

Instalacja dzwonka bezprzewodowego jest bardzo prosta. Wystarczy skorzystać z zawartych w zestawie elementów montażowych. Montujemy dzwonek koło furtki, odbiornik powinien znaleźć się w domu, najlepiej w często odwiedzanym pomieszczeniu – salonie, kuchni. Oczywiście, o ile zasięg na to pozwoli. W nowszych modelach nie stanowi to problemu, standardem branżowym wciąż jest jednak 100 metrów. Dzwonek bezprzewodowy warto też zabezpieczyć przed deszczem. Większość dzwonków bezprzewodowych dysponuje standardem wodoszczelności IP44. Pamiętajmy jednak, że na zewnątrz panują często bardzo skrajne warunki. Nie zaszkodzi więc zakup dzwonka bezprzewodowego o wyższym standardzie bezpieczeństwa lub budowa dodatkowego zabezpieczenia. Wystarczy nam zwykły daszek z dowolnego, wodoszczelnego materiału.

Jeśli temat dzwonków bezprzewodowych nie jest nam obojętny i pragniemy dowiadywać się na ten temat jak najwięcej, gdyż planujemy taki zakup, warto udać się do poradnika – Czemu dzwonek bezprzewodowy będzie idealnym wyborem do Twojego domu?