Sprzedaż samochodów Mitsubishi w Europie nabiera prędkości – notuje 16% wzrost

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy roku kalendarzowego 2018 firma Mitsubishi Motors Europe* (MME) odnotowała 16% wzrost, przy 137 048 sprzedaży, w porównaniu do 117 921 w tym samym okresie roku kalendarzowego 2017.

Jest to – między innymi – wynikiem: rozszerzenia gamy modelowej, z debiutującym modelem Eclipse Cross, wnoszącym do ogólnego wyniku dodatkowe 22 329 egzemplarzy, z popularnym Outlanderem PHEV (+8% przy 14 293 sprzedaży) oraz bardziej efektywnej strategii Sprzedaży i Marketingu. Progres sprzedaży w regionie Europy odzwierciedla znaczące lokalne osiągnięcia, gdzie dziewięć z dziesięciu największych rynków MME* odnotowało wzrost:

1 – Niemcy: sprzedaż 36 671 => sprzedaż 40 524 => + 10,5%
2 – Wielka Brytania: sprzedaż 20 914 => sprzedaż 24 026 => + 15%
3 – Izrael: sprzedaż 9 437 => sprzedaż 11 271 => + 19%
4 – Hiszpania: sprzedaż 7 992 => sprzedaż 10 003 => + 25%
5 – Holandia: sprzedaż 3 817 => sprzedaż 5 865 => + 54%
6 – Francja: sprzedaż 3 003 => sprzedaż 5 034 => + 68%
7 – Austria: sprzedaż 3 800 => sprzedaż 4 923 => + 30%
8 – Włochy: sprzedaż 3 843 => sprzedaż 4 872 => + 27%
9 – Polska: sprzedaż 2 958 => sprzedaż 4 016 => + 36%
10 – Szwecja: sprzedaż 3 967 => sprzedaż 3 731 => – 6%

RAZEM*: sprzedaż 117 921 => sprzedaż 137 048 => + 16%

* 34 krajowych dystrybutorów, 35 rynków (z wyłączeniem Rosji i Ukrainy)
** Włączając z L200

Bernard Loire, prezes i dyrektor generalny Mitsubishi Motors Europe
Bernard Loire, prezes i dyrektor generalny Mitsubishi Motors Europe

Komentując ten pozytywny wynik ostatnich 9 miesięcy, Bernard Loire, nowy prezes i dyrektor generalny Mitsubishi Motors Europe powiedział: „Mitsubishi Motors nabrało prędkości w Europie, szczególnie dzięki wprowadzeniu na początku roku SUV-a coupé Eclipse Cross – elementu naszej oferty, kierowanego do młodszej i bardziej wrażliwej na design grupy klientów – a także dzięki nieustającym sukcesom Outlandera PHEV, obecnie jednego z nielicznych hybrydowych pojazdów plug-in, spełniającego z wynikiem 46 g/km normy emisji w nowym systemie pomiarów WLTP.

W odniesieniu do budowania wizerunku marki, oba samochody są wyrazem strategii MMC «SUV + EV», która znalazła aprobatę rynku w naszych wynikach sprzedaży: 79% samochodów Mitsubishi Motors sprzedawanych w Europie w okresie od stycznia do września 2018 r. było pojazdami typu SUV**, podczas gdy samochody zelektryfikowane*** stanowiły aż 11,5%” – dodał Loire.

***i-MiEV + Outlander PHEV

Ponad 7 na 10 Polaków uważa, że koszty życia w naszym kraju są za wysokie

Jak wynika z najnowszego raportu Krajowego Rejestru Długów[1], co miesiąc wydajemy na utrzymanie średnio 1572 zł, podczas gdy trzy lata temu było to 976 zł, czyli o ponad 60 proc. mniej[2] . Nie dziwi więc fakt, że przeszło 70 proc. badanych uważa, że koszty życia w Polsce są wysokie lub bardzo wysokie. Jesteśmy niezadowoleni z rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje nam w portfelu pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów. Niemała grupa jest przez to zmuszona do sięgania po zewnętrzne źródła finansowania, takie jak kredyty czy pożyczki, by załatać dziurę w domowej kasie. Zobowiązania spłaca już 4 na 10 Polaków. Rośnie także liczba osób, które nie radzą sobie z bieżącym regulowaniem należności.

W kogo uderzyły podwyżki

W porównaniu do 2015 r., kiedy KRD przeprowadziło pierwszą edycję badania, obecnie Polacy gorzej oceniają swoją sytuację finansową oraz dostrzegają znaczny wzrost kosztów życia. Co podrożało najbardziej? Jak wylicza KRD, w ciągu ostatnich trzech lat nasze rachunki za wodę wzrosły o 56 proc., za prąd o 65 proc., koszt gazu wzrósł o 73 proc.,
a wywozu nieczystości nawet o 93 proc. Jednak niechlubne pierwsze miejsce na tej liście zajmują rachunki za energię cieplną – są one wyższe o 188 proc. w stosunku do 2015 r. Najmniej, bo o 20 proc. wzrosły nasze rachunki za telewizję
i telefon – 24 proc.

Jak wynika z raportu, zwiększone wydatki najdotkliwiej odczuwają (82 proc.) osoby z podstawowym wykształceniem, które wykonują mało wykwalifikowane, a przez to i nisko płatne prace.  Po opłaceniu wszystkich zobowiązań, osobom z tej grupy zostaje średnio niecałe 600 zł na życie. Prawie tyle samo (80 proc.) emerytów i rencistów narzeka na wysokie koszty utrzymania, co nie dziwi, bo ich głównym źródłem dochodów są nierzadko niskie emerytury czy świadczenia socjalne. Niemała grupa seniorów musi także liczyć się z zakupem lekarstw, których ceny sukcesywnie rosną. Kwota, którą mogą dysponować po zapłaceniu rachunków to średnio 775 zł.  Co ciekawe, jak wynika z analiz KRD, na wzrost wydatków częściej wskazywały kobiety – 70 proc. w stosunku 40 proc. mężczyzn. Z czego wynika ta dysproporcja?

Powodem może być fakt, że to na kobietach częściej spoczywa obowiązek gospodarowanie rodzinną kasą, robienia codziennych zakupów i płacenia rachunków, w związku z tym, to one zauważają realny wzrost cen. Te z kolei kobiety odnoszą do własnych zarobków, które rosną zdecydowanie wolniej niż koszty życia, i które w wielu zawodach są nadal niższe niż pensje mężczyzn na podobnych stanowiskach – komentuje Diana Jarocka, ekspert Intrum.

Zupełnie innego zadania są osoby z grupy wiekowej 18-24 lat, które deklarują, że nie odczuły wzrostu kosztów życia, uważając, że te utrzymują się na średnim poziomie, a w związku z tym nie mają powodów do narzekania. – To nie oznacza, że tej grupy nie dotyczy wzrost kosztów życia. Część osób biorących udział w badaniu, które ukończyły 20. rok życia, nadal jest utrzymywana przez rodziców lub korzysta ze wsparcia dalszej rodziny. Młodzi Polacy, którym brakuje pieniędzy, chętnie sięgają po zewnętrzne źródła finansowania, takie jak np. kredyty czy pożyczki. Zadłużenie osób w wieku 18-24 lat łącznie wynosi już 872 mln zł, czyli w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wzrosło aż o 62 proc.[3] – zauważa Diana Jarocka, Intrum.

Rzeczpospolita Polska zadłużona

Ale nie tylko młodzi z powodu wzrostu kosztów życia coraz częściej pożyczają pieniądze, by pokryć bieżące rachunki.

Statystyczne gospodarstwo domowe wydaje na spłatę rat pożyczek i kredytów gotówkowych około 706 zł miesięcznie, (w 2015 r. było to mniej, bo niecałe 440 zł). Wydaje się niewiele, ale to zjawisko dotyczy już prawie 4 na 10 Polaków. To niemal dwukrotny wzrost w porównaniu z pierwszą edycją badania KRD. Wynika z tego, że nasze długi rosną – zauważa Diana Jarocka z Intrum. Tę tendencję potwierdzają również dane zebrane przez BIG InfoMonitor oraz BIK: w II kw. 2018 r. zobowiązania kredytowe Polaków zwiększyły się o 3,74 mld zł do 33,13 mld zł, podczas, gdy w poprzednim kwartale przyrost ten wyniósł 0,27 mld zł. BIG przewiduje również, że w całym 2018 r. wartość udzielonych kredytów konsumpcyjnych będzie wyższa niż w roku poprzednim i może przekroczyć 83 mld zł. Z kolei jak podaje NBP, Polacy w swoich portfelach mają prawie 6 mln kart kredytowych, a wielkość kredytów zaciągniętych za ich pośrednictwem wynosi 13,8 mld zł[4].

Liczba niewypłacalnych kredytobiorców rośnie

Polacy nie tylko podejmują decyzję o „życiu na kredyt”, ale również mają problemy ze spłatą swoich zobowiązań. Wzrost liczby osób nieregulujących terminowo zobowiązania spowodował, że Indeks Zaległych Płatności Polaków, również się podwyższył, z poziomu 76,8 w 2017 r. do 86,5 obecnie[5], co oznacza, że na 1000 dorosłych obywateli
w naszym kraju przypada prawie 87 niesolidnych dłużników. Tylko w II kw. tego roku przybyło 5,25 mld zł niespłaconych w terminie zobowiązań. Dla porównania w okresie styczeń-marzec 2018 było to „tylko” 1,24 mld zł[6].

Co prawda, odsetek osób, które przewidują zadłużyć się w ciągu kolejnych dwunastu miesiącach pozostaje na podobnym poziomie, co trzy lata temu – 15 proc. do 13 proc. w 2018 r., ale liczba osób, które planują zaciągnięcie nowych zobowiązań w formie pożyczek lub kredytów wzrosła prawie dwukrotnie[7]. Jednak najbardziej niepokojące wydaje się to, że chęć zaciągnięcia kredytu lub wzięcia pożyczki deklaruje 4 proc. osób bezrobotnych. Brak stałego zatrudnienia, a co za tym idzie, brak zdolności kredytowej, może sugerować, że jedyną możliwością dla nich będzie skorzystanie z popularnych „chwilówek” oferowanych przez parabanki, w których mogą liczyć na szybsze otrzymanie pieniędzy, bez konieczności decydowania się na którąś z form zabezpieczenia spłaty pożyczki. Niestety, wśród osób zadłużonych są i takie, które spłacają kilka „drobnych” pożyczek jednocześnie. Takie postępowanie w połączeniu z nagłymi zdarzeniami losowymi, może przyczynić się do wpadnięcia w spiralę zadłużenia – zauważa Diana Jarocka, ekspert Intrum.

Rozwiązania lepsze niż kredyt

Kredyt jest atrakcyjnym rozwiązaniem, kiedy planujemy większy wydatek, np. chcemy zainwestować w kupno mieszkania na wynajem, ale może stać się pułapką finansową, kiedy sięgamy po niego, gdy chcemy pokryć bieżące rachunki. – Dziś dostęp do kredytu mamy w zasięgu ręki i to dosłownie, np. posiadając w portfelu kartę kredytową. Jednak, gdy nasze rachunki rosną, a pensje wręcz przeciwnie, nie powinniśmy sięgać po to rozwiązanie w pierwszej kolejności. Najpierw przyjrzyjmy się naszym wydatkom i oceńmy uczciwe, z których możemy łatwo zrezygnować. Może być to np. czwarte wyjście do kina w miesiącu lub częste kolacje ma mieście. Dzięki zaoszczędzonej kwocie pokryjemy zwiększone rachunki. Jeżeli to nie wystarczy, warto szukać kolejnych oszczędności, np. zmienić dostawcę prądu czy gazu na bardziej atrakcyjnego cenowo lub wybrać komunikacją miejską zamiast samochodu, jako codzienny środek transportu do pracy. Bilet miesięczny w niektórych przypadkach może być zdecydowanie tańszym rozwiązaniem. Zaciągnie kredytów czy pożyczek pozostawmy na „czarną godzinę”, gdy niespodziewane zdarzenia, takie jak np. choroba czy utrata pracy, mogą skutecznie pogorszyć naszą sytuację finansową – radzi Diana Jarocka, Intrum.

[1] Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej, Koszty życia w Polsce. II edycja, sierpień 2018.

[2] Pierwsza edycja badania przeprowadzona w 2015 roku.

[3] Dane: KRD.

[4] Najnowsze dane: I kw. 2018 r.

[5] Wskaźnik pokazujący liczbę osób z zaległymi zobowiązaniami przypadających na 1000 dorosłych Polaków. Dane: InfoDług: Indeks Zaległych Płatności Polaków. W analizach porównano czerwiec 2017 i czerwiec 2018,

[6] Dane: BIG InfoMonitor oraz BIK.

[7] Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej, Portfel statystycznego Polaka. Kondycja finansowa Polaków. II edycja, lipiec 2018.

Potrzebne zmiany na rynku zamówień publicznych i zabezpieczenie firm budowlanych

W Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii odbyło się spotkanie okrągłego stołu firm budowlanych. Już wcześniej Federacja Przedsiębiorców Polskich wraz z KUKE zwracała uwagę na problemy, z jakimi spotykają przedsiębiorstwa z branży budowlanej. To powtarzająca się po kilku latach sytuacja, która budzi obawy, że zakończy się tak jak w 2012 r. – kiedy firmy, pomimo boomu budowlanego na rynku, zaczęły plajtować na skutek niedoszacowanych przetargów publicznych. FPP wskazuje, że jak najszybciej należy przeprowadzić reformę rynku zamówień publicznych, aby nie powtórzyła się sytuacja z lat 2012-2013.

– Należy zabezpieczyć polskich przedsiębiorców budowalnych i uporządkować rynek zamówień publicznych w tej sferze. Potrzebne są korekty w prawie – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) –  W 2008 r. ustawa o zamówieniach publicznych ograniczyła możliwość waloryzacji umów tylko do sytuacji, kiedy zamawiający przewidzi to w kontrakcie. W większości przetargów nie bierze się jednak tego pod uwagę, aby zablokować możliwość renegocjacji umowy. Nowe rozwiązania muszą opierać się o konkrety. Mógłby temu posłużyć indeks cen materiałów budowlanych, aktualizowany przynajmniej raz na miesiąc. W odniesieniu do Kodeksu Cywilnego – w przypadku kwestii, które nie zostały przewidziane za pomocą waloryzacji – należałoby przyspieszyć sprawy cywilne. Dotyczy to spraw szczególnych, jak np. odkrycie wykopalisk w trakcie budowy. FPP i KUKE postulują również obniżenie poziomu gwarancji wykonania usługi z 10 do 5 proc. Zdecydowanie poprawiłoby to poziom płynności firm budowlanych – co dziś stanowi największy problem. Firmy ubezpieczeniowe i banki nie chcą już udzielać gwarancji, ponieważ cały system zapętlił się już tak bardzo, że to one mogą być następne w kolejce do upadłości. Jak najszybciej należy przeprowadzić reformę rynku zamówień publicznych, aby nie powtórzyła się sytuacja z lat 2012-2013 – podsumował Kowalski.

Prawie 90 proc. Polaków deklaruje, że dba o bezpieczeństwo swojej nieruchomości. Na popularności zyskują polisy mieszkaniowe

Prawie 90 proc. Polaków deklaruje, że dba o bezpieczeństwo swojej nieruchomości. Na popularności zyskują polisy mieszkaniowe 1

Już 40 proc. Polaków doświadczyło zniszczenia lub szkody w swoim miejscu zamieszkania. Dlatego blisko 87 proc. osób wskazuje, że ma przynajmniej jeden element, który ich zdaniem zabezpiecza nieruchomość – wynika z badania Nationale-Nederlanden. Polisę mieszkaniową wybrała ponad połowa Polaków, co trzeci – drzwi lub rolety antywłamaniowe, a 27 proc. – stróżującego psa. Zdarzeniom losowym nie zawsze jednak można zapobiec, a tylko ubezpieczenia pozwalają uzyskać środki na pokrycie strat. Zdaniem ekspertów przy zakupie polisy warto wybrać formułę all risk, czyli od wszystkich zdarzeń.

– Najważniejsze jest to, że Polacy zabezpieczają swoje nieruchomości. Ponad połowa Polaków wskazuje na to, że ubezpieczenie jest najlepszą formą ochrony mienia. Wskazują również na rolety antywłamaniowe i drzwi antywłamaniowe jako drugi czynnik zabezpieczający. Na trzecim miejscu jest pies, zwłaszcza wśród mieszkańców wsi – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Pokutycka-Mądrala, dyrektor komunikacji korporacyjnej Nationale-Nederlanden.

Z raportu „Bezpieczny dom – jak chronimy swoje M” przygotowanego przez Nationale-Nederlanden wynika, że 87 proc. Polaków w jakiś sposób zabezpiecza swoje mieszkanie. Zdecydowana większość (62 proc.) ma polisę mieszkaniową. Co trzecia osoba montuje drzwi lub rolety antywłamaniowe, rzadziej decydujemy się na psa jako strażnika lub zakup monitoringu.

– Blisko połowa Polaków wskazuje, że najcenniejszy w domu jest sprzęt RTV i AGD. Na drugim miejscu są meble, potem pojawia się biżuteria, rzeczy osobiste, pamiątki, ale też roślinność w domu. Młodzi Polacy wskazują głównie na sprzęt RTV i AGD, natomiast osoby bardziej dojrzałe wiekowo doceniają pamiątki i roślinność domową, jako element, który wymaga ubezpieczenia i dodatkowej ochrony – mówi Marta Pokutycka-Mądrala.

Choć ubezpieczenia domów i mieszkań nie są u nas jeszcze tak popularne jak w krajach Europy Zachodniej, gdzie odsetek sięga 90 proc., to i u nas popularność tych produktów rośnie. To istotne, zwłaszcza że 40 proc. Polaków doświadczyło już w domu zdarzenia losowego, które doprowadziło do zniszczeń – najczęściej zalania (21 proc.), innych zjawisk pogodowych(10 proc.) czy włamania (8 proc.). Według danych Komisji Nadzoru Finansowego, w 2017 roku miało miejsce ponad 305 tys. zdarzeń uprawniających do wypłaty odszkodowania z polisy mieszkaniowej.

– Im jesteśmy bardziej dojrzali, tym bardziej jesteśmy zapobiegliwi i uważamy, że ubezpieczenie jest kluczowe. Tylko 13 proc. Polaków uważa, że żadne zabezpieczenie nieruchomości nie jest im potrzebne, reszta wskazuje na to, że jednak trzeba chronić nasze mienie, nieruchomości, mieszkania, domy. To jest pozytywny trend – przekonuje Marta Pokutycka-Mądrala.

Choć ubezpieczenie nie pomoże uniknąć wypadków losowych, takich jak np. pożar czy zalanie, czy ustrzec przed włamaniem, to złagodzi konsekwencje finansowe nieprzyjemnych zdarzeń. W ramach polisy mieszkaniowej pokrywane są skutki przede wszystkim zdarzeń losowych, kradzieży czy dewastacji. Jak przekonują eksperci, żeby spać spokojnie, dobrze jest się ubezpieczyć od wszelkich zdarzeń.

– Najkorzystniejszą ofertą będzie ubezpieczenie w formule all risk, czyli od wszystkich zdarzeń, jakie mogą się w nieruchomości przydarzyć, również takich związane z nieumyślną szkodą, np. zostawieniem włączonego żelazka bądź niezakręconych kurków – wskazuje Martyna Kucicka-Witek, manager ds. produktów ochronnych i majątkowych w Nationale-Nederlanden.

Istotna jest także wysokość sumy ubezpieczenia, która zagwarantuje pokrycie kosztów związanych ze wszystkimi szkodami. Niektórzy ubezpieczyciele oferują elastyczną sumę, która wynosi tyle, ile wartość rynkowa nieruchomości w dniu szkody. Dzięki temu rozwiązaniu nie trzeba szacować, na jaką kwotę ubezpieczyć nieruchomość.

Warto zwrócić uwagę na to, co może być ubezpieczone w ramach nieruchomości, czyli czy w cenie ubezpieczenia zawarte są np. także garaż, piwnica, ogród, chodniki, ogrodzenie czy działka, za które nie musimy dopłacać dodatkowej składki. Poza samą nieruchomością ubezpieczenie warto rozszerzyć o ochronę znajdujących się w nim sprzętów, mebli i urządzeń. Istnieje również możliwość rozszerzenia go o szkody spowodowane przez dzieci czy zwierzęta, lub np. o dodatkowe usługi assistance, które mogą pomóc nam w codziennych sytuacjach.

Osoby, które są właścicielami więcej niż jednego mieszkania, mogą je ubezpieczyć na jednej polisie, co nie tylko upraszcza zarządzanie polisą, lecz także daje na atrakcyjne zniżki.

Branża budowlana coraz bardziej innowacyjna i ekologiczna. Standardem staje się druk 3D czy projektowanie w wirtualnej rzeczywistości

Branża budowlana coraz bardziej innowacyjna i ekologiczna. Standardem staje się druk 3D czy projektowanie w wirtualnej rzeczywistości 2

Polski sektor budowlany ma dużo do nadrobienia pod względem innowacyjności na tle świata. Jednak zdalne sterowanie budynkiem za pomocą aplikacji, zielona infrastruktura, samowystarczalność energetyczna budynków, druk 3D czy projektowanie za pomocą wirtualnej rzeczywistości – to trendy, które pojawiają się już także w Polsce i zdaniem ekspertów ich upowszechnienie się to kwestia niedalekiej przyszłości. Innowacyjne technologie i ekologia to jedne z czynników, które w najbliższej dekadzie będą kształtować branżę budowlaną – wynika z raportu „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” opracowanego na zlecenie EFL.

 Konserwatywna i tradycyjna branża budowlana oraz bardzo innowacyjna branża deweloperska, która jest napędzana przez oczekiwania najemców, pracowników biurowców czy nabywców mieszkań, łączą siły, tworząc coś fantastycznego. W mojej opinii branża budowlana będzie się musiała stawać coraz bardziej innowacyjna przez wyzwania, które mamy dzisiaj na rynku pracy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Arkadiusz Rudzki, dyrektor zarządzający spółki biurowej Skanska.

81 proc. średnich i małych firm budowlanych ocenia, że rozwój technologii to jeden z czynników, który będzie kształtować branżę budowlaną w nadchodzącej dekadzie – wynika z raportu „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” opracowanego na zlecenie EFL. Na świecie sektor ten jest dużo bardziej innowacyjny niż w Polsce.

– Mówimy o druku 3D, wdrażaniu nowych technologii, autonomicznych pojazdach lub obsługiwanych za pomocą tabletu. Zastanawiamy się, w jaki sposób można budować szybciej, ale na koniec wszystko sprowadza się do ceny. Jako deweloperzy musimy pracować wspólnie z branżą budowlaną i końcowymi użytkownikami, bo element ceny jest kluczowy. Myślę jednak, że dzięki dobrej sytuacji gospodarczej społeczeństwo dochodzi do takiego poziomu, w którym będzie nas stać na więcej i dzięki temu będziemy skłonni płacić więcej za rzeczy lepszej jakości – mówi Arkadiusz Rudzki.

Jak podkreśla, kierunek rozwoju branży budowlanej determinują dziś przede wszystkim oczekiwania partnerów biznesowych i klientów, zwłaszcza młodszych pokoleń, którzy mają inne priorytety. Potwierdza to raport EFL, z którego wynika, że inwestycje w nowe rozwiązania powodowane są głównie potrzebą dostosowania oferty do oczekiwań klientów i zleceniodawców (92 proc.) oraz dążeniem do wzrostu sprzedaży (90 proc.) i minimalizacji kosztów (89 proc.). Dla 71 proc. firm budowlanych źródłem inspiracji do tworzenia nowych produktów, projektów lub usług są potrzeby klientów czy zleceniodawców. Dla 66 proc. firm taką inspiracją jest wiedza o nowych technologiach, a dla 58 proc. badanych – potrzeby społeczeństwa.

– Oczekiwania są bardzo duże – zarówno społeczne, jak i biznesowe. Mówimy dużo o coworkingu, colivingu, czyli dzieleniu różnych funkcji, mamy fantastyczne inicjatywy, innowacje i firmy takie, jak Uber czy Airbnb. Te trendy za chwilę pojawią się w branży budowlanej i deweloperskiej. Już dzisiaj trend coworkingu, który w Polsce dopiero zaczyna się pojawiać, zaczyna wywierać coraz większy wpływ na rynek biurowy – mówi Arkadiusz Rudzki.

Z raportu EFL wynika, że przeszło 8 na 10 firm słyszało o takim projektowaniu budynków, aby było możliwe zdalne sterowanie nimi za pomocą odpowiednich aplikacji. 77 proc. firm wie o trendzie, jakim jest wykorzystywanie w budynkach rozwiązań bazujących na tzw. zielonej infrastrukturze (zielone tarasy, dachy, fasady). Z ideą budynków w pełni autonomicznych pod względem zapotrzebowania na energię zetknęło się 52 proc. badanych firm. Autorzy raportu podkreślają, że upowszechnienie się tych trendów m.in. na polskim rynku nie jest wcale odległą perspektywą.

 Za 5–10 lat nie będziemy już budowali typowych budynków biurowych. Trzeba będzie zastanowić się nad tym, jak ludzie w tym budynkach będą pracować i funkcjonować, nie chcąc podpisywać długoterminowych umów najmu. Czy powstaną biurowe hotele? Czy powstaną mieszkania, które będziemy dzielić z innymi? Zobaczymy, ale myślę, że to jest bardzo ciekawe zagadnienie – mówi Arkadiusz Rudzki.

Współczesne technologie pozwalają na prezentowanie budynków już na etapie projektu. Standardem w Skanska staje się wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości Microsoft HoloLens (AR, augmented reality), dzięki której klienci mogą obejrzeć hologram budynku biurowego, wejść do środka i zweryfikować rozkład pomieszczeń, którymi są zainteresowani, oraz sprawdzić okolicę budynku, rozmieszczenie komunikacji czy obiektów użyteczności publicznej w sąsiedztwie.

Zdaniem ekspertów obok nowych technologii to zrównoważone budownictwo i ekologia będą odgrywać coraz większą rolę. Z raportu EFL wynika, że 93 proc. badanych firm stawia na poprawę efektywności energetycznej budynków, a 89 proc. respondentów wierzy, że w najbliższych 10 latach powszechne stanie się wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii.

– Mówimy o biodiversity, czyli zróżnicowaniu biologicznym tego, co się dzieje wokół naszych projektów. Wspomagamy funkcjonowanie ekosystemu poprzez stawianie uli na budynkach, hodujemy pszczoły, sadzimy drzewa, ale również zastanawiamy się, w jaki sposób poprawić jakość pracy użytkowników naszych budynków. To w tej chwili jest bardzo istotny element – podkreśla dyrektor zarządzający Skanska Property Poland.

Z danych Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego wynika, że na polskim rynku jest w tej chwili ponad 500 zrównoważonych, certyfikowanych budynków. Większość stanowią biurowce, ale powstają również budynki przemysłowe, handlowe, hotelowe, mieszkalne oraz użyteczności publicznej, które łączy dbałość o środowisko naturalne i człowieka. W przypadku inwestycji biurowych reguły budownictwa zrównoważonego w Polsce są już w zasadzie standardem.

– Certyfikujemy nasze budynki w systemie WELL – nazwa ta pochodzi od well-being, czyli dobrego samopoczucia. Na tym się skupiamy. Cały proces deweloperski musi jak najmniej oddziaływać na środowisko naturalne. Natomiast budynek, który powstaje, musi zapewniać użytkownikom pozytywne funkcjonowanie. Mówimy o świetle, jakości powietrza, elastyczności trybu pracy. Te budynki muszą powstawać w miejscach, gdzie nie trzeba dojeżdżać samochodami, ale transportem publicznym. Funkcje które będą pojawiały się w budynkach, też będą zupełnie inne niż do tej pory. Nie będziemy już mieli tradycyjnych kantyn, fryzjerów czy banków na parterach. Będą to raczej przestrzenie otwarte dla ludzi, którzy pracują, podróżują czy mieszkają w okolicy naszych budynków biurowych – mówi Arkadiusz Rudzki.

Za 1,5 miesiąca rusza szczyt klimatyczny w Katowicach. Negocjatorzy z dwustu państw muszą wypracować kształt globalnej polityki klimatycznej

Za 1,5 miesiąca rusza szczyt klimatyczny w Katowicach. Negocjatorzy z dwustu państw muszą wypracować kształt globalnej polityki klimatycznej 3

Grudniowy szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach nakreśli plan działań w zakresie ochrony klimatu dla państw całego świata. Zadaniem kilku tysięcy negocjatorów z dwustu krajów będzie wypracowanie ostatecznego kształtu, w jakim zostanie wdrożone Porozumienie Paryskie podpisane w 2015 roku. – Sukces będzie wyłącznie wtedy, jeśli zdecydują się na wdrożenie, które pozwoli zahamować wzrost średniej globalnej temperatury na poziomie 1,5°C – podkreśla rzecznik Koalicji Klimatycznej Krzysztof Jędrzejewski. Polsce – jako gospodarzowi COP24 – powinno najbardziej zależeć na tym, aby konferencja zakończyła się sukcesem i przyjęciem wiążących postanowień.

– Tegoroczny szczyt klimatyczny, który obędzie się w Katowicach, jest naprawdę wyjątkowo ważny, ponieważ będą na nim dyskutowane dwie kwestie. Pierwsza to tzw. dialog Talanoa – czyli ocena tego, co zostało zrobione od szczytu paryskiego w 2015 roku w kwestiach ograniczania emisji, odchodzenia od paliw kopalnych i próby zatrzymania wzrostu średniej globalnej temperatury. Drugą kwestią, bardzo ważną, będzie wypracowanie zasad wdrożenia Porozumienia Paryskiego, które weszło ostatecznie w 2016 roku po ratyfikacji przez wymaganą liczbę państw. Teraz trzeba ustalić, co i jak będziemy wdrażać, żeby wówczas przyjęte zapisy były realizowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Jędrzejewski, rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

Tegoroczny szczyt klimatyczny COP24 odbędzie się w dniach 3–14 grudnia w Katowicach. Weźmie w nim udział ok. 30 tys. osób, w tym negocjatorzy i delegaci z dwustu państw świata oraz przedstawiciele nauki, biznesu, organizacji pozarządowych i ekologicznych. Jednym z głównych punktów konferencji będzie dialog Talanoa, czyli debata przedstawicieli rządów i organizacji pozarządowych dotycząca zwiększenia skuteczności działań w zakresie ochrony klimatu prowadzonych przez poszczególne kraje. W trakcie grudniowego szczytu klimatycznego ONZ w Katowicach mają także zostać przyjęte decyzje dotyczące wdrożenia Porozumienia Paryskiego.

Międzynarodowa umowa zawarta trzy lata temu podczas COP21 kładzie nacisk na redukcję koncentracji dwutlenku węgla w atmosferze jak najszybciej, jak najtaniej i jak najbardziej efektywnie dla poprawy jakości wody, powietrza, dla zatrzymania procesu pustynnienia i zaniku bioróżnorodności. Umowa zakłada, że działania te będą podejmowane przez wszystkie strony umowy, z poszanowaniem ich specyfiki i możliwości społeczno-gospodarczych.

– W Porozumieniu Paryskim była mowa o konieczności ograniczenia wzrostu średniej globalnej temperatury poniżej 2°C. Jednak obecny raport IPCC wskazuje, że nie możemy już mówić o 2°C. Jedynym scenariuszem, który musimy przyjąć – bo nie ma innej możliwości, jeżeli chcemy uniknąć globalnej katastrofy – jest ograniczenie tego wzrostu do 1,5°C ­– mówi Krzysztof Jędrzejewski.

Jak podkreśla, należy więc oczekiwać, że strony Porozumienia Paryskiego wystąpią z inicjatywami w tym zakresie.

– Przede wszystkim należałoby tego oczekiwać od prezydencji, czyli od Polski. Inicjatywy te powinny zmierzać do tego, aby jak najszybciej podwyższyć tzw. krajowe wkłady własne, czyli zobowiązania do redukcji  dwutlenku węgla i gazów cieplarnianych. Wcześniejsze zobowiązania przyjęte w Paryżu nie pozwolą na ograniczenie temperatury do 1,5°C, ani nawet do 2°C. One stawiają nas na ścieżce wzrostu średniej temperatury znacznie powyżej 3°C do końca bieżącego wieku, a to będzie oznaczało globalną katastrofę – podkreśla Krzysztof Jędrzejewski.

Z opublikowanego na początku października raportu IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) wynika, że jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie szybko zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia. Spowoduje to katastrofę klimatyczną na niespotykaną dotąd skalę. Aby temu zapobiec, do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania węgla, a już obecnie potrzeba szybkich działań, które ograniczą tempo wzrostu średniej globalnej temperatury – wskazali naukowcy.

Rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej podkreśla, że Polsce – jako gospodarzowi tegorocznego szczytu COP24 – powinno najbardziej zależeć na tym, aby konferencja zakończyła się sukcesem i przyjęciem wiążących postanowień.

– Sukces będzie wyłącznie wtedy, jeżeli strony Porozumienia Paryskiego zdecydują się na wdrożenie, które pozwoli zahamować wzrost średniej globalnej temperatury na poziomie 1,5°C. Aby to osiągnąć, niezbędna jest znacznie większa i szybsza redukcja gazów cieplarnianych. To oznacza, że wszystkie państwa muszą zrewidować swoje niewystarczające na tą chwilę cele w tym zakresie. Tylko w ten sposób będziemy mogli zachować wzrost średniej globalnej temperatury na bezpiecznym poziomie i uniknąć katastrofy klimatycznej – mówi Krzysztof Jędrzejewski.

Jak ocenia, Polska do tej pory postrzegana była jako hamulcowy proaktywnej polityki klimatycznej. Zasłużyła sobie na to miano, blokując próby podjęcia bardziej ambitnej polityki klimatycznej, zwiększania celów redukcji dwutlenku węgla czy gazów cieplarnianych.

– Jedyną drogą jest weryfikacja naszej polityki klimatycznej i jednocześnie polityki gospodarczej. Trzeba odejść od wspierania węgla, dotowania wielkosektorowej energetyki opartej na węglu i zacząć przechodzić na odnawialne źródła energii, trzeba zwiększać efektywność energetyczną. Krótko mówiąc – należy zmniejszać emisję i to we wszystkich sektorach gospodarki, zarówno w energetyce, w przemyśle, jak i w transporcie i rolnictwie – podkreśla Krzysztof Jędrzejewski.

Trend etniczny numerem jeden w kuchni w 2019 roku. Na popularności zyskają przede wszystkim potrawy z Bliskiego i Dalekiego Wschodu

Trend etniczny numerem jeden w kuchni w 2019 roku. Na popularności zyskają przede wszystkim potrawy z Bliskiego i Dalekiego Wschodu 4

W nadchodzącym roku Polacy jeszcze chętniej będą sięgać po egzotyczne smaki, a popularność zyskają mało znane dotychczas kuchnie z Tadżykistanu i Kazachstanu. Polacy będą też coraz mocniej ograniczać ilość mięsa w codziennej diecie, stawiając przede wszystkim na kuchnię roślinną. W przygotowaniu tak oryginalnych dań pomagać będzie nowoczesna technologia, m.in. inteligentne lodówki, które przypominają o konieczności zrobienia zakupów, informują o terminie przydatności produktów, a nawet podpowiadają, jak przyrządzić określone dania.

Polacy przywiązują coraz większą wagę do jakości jedzenia, traktując je jako przyjemność, a nie tylko konieczność. Są też bardziej otwarci na odkrywanie nowych smaków – stąd rosnąca popularność kuchni spoza kontynentu europejskiego oraz diety wegetariańskiej, która mimo zamiłowania Polaków do mięsa zyskuje coraz więcej zwolenników. Polscy smakosze chętnie poszerzają swoją wiedzę na temat różnych tradycji kulinarnych oraz zasad gotowania, choćby poznając nowe trendy kulinarne.

– Trendy na 2019 rok są kontynuacją tego, co się dzieje współcześnie, a mianowicie zero waste, czyli unikamy odpadów, zrównoważony rozwój, kuchnia wegetariańska, to są rzeczy, które były i które będą w przyszłości bardzo popularne, natomiast jak każdy rok przynosi też nowości i tutaj możemy  się spodziewać przede wszystkim kuchni etnicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Tomaszewska-Bolałek, kierownik Food Studies na Uniwersytecie Humanistycznospołecznym SWPS.

W 2019 popularność zyskiwać będą tradycje kulinarne z Bliskiego i Dalekiego Wschodu, zwłaszcza z Tajwanu czy chińskiej prowincji Syczuan. Znaczenia nabiorą ponadto mało dotychczas znane kuchnie z Kazachstanu, Uzbekistanu i Tadżykistanu. Trendy te zostały zaprezentowane podczas pierwszych urodzin przestrzeni kulinarnej Cook Story by Samsung. W organizowanych od roku zajęciach mogą uczestniczyć zarówno osoby indywidualne, jak i grupy, niezależnie od poziomu zaawansowania, w sztuce kulinarnej. Poznają oni ciekawe przepisy na dania, kulinarne triki podnoszące walory smakowe przyrządzanych posiłków, a także nowoczesny sprzęt umożliwiający gotowanie na wysokim poziomie.

– Mamy coraz mniej czasu, do tego naszym centrum dowodzenia jest smartfon, który trzymamy w ręce, stąd też bardzo często szukamy takich rozwiązań, które ułatwią nam codzienne życie. Tutaj z pomocą przychodzą chociażby lodówki, do których wnętrza możemy zajrzeć i przy okazji zrobić listę zakupów –mówi Magdalena Tomaszewska-Bolałek.

Miłośnicy dobrego jedzenia chcą gotować jak profesjonalni szefowie kuchni i przygotowywać coraz bardziej wyszukane dania, a technologia wychodzi na przeciw tym potrzebom. Nowoczesne kuchnie odznaczają się ciekawym, choć zazwyczaj nastawionym na minimalizm designem, który sprawia, że pomieszczenie to staje się sercem każdego mieszkania – w kuchni nie tylko przyrządza się dania, lecz także spędza czas na rozmowach z bliskimi, spożywa posiłki, czyta książki czy odrabia lekcje. Przyjemny wygląd idzie w parze z daleko posuniętą funkcjonalnością.

Sprzęt się zmienia razem z użytkownikiem, z naszymi zwyczajami, ponieważ jemy lepiej, jemy coraz bardziej wyszukane potrawy, coraz trudniej skomponowane, tzn. bardzo wyszukane, z różnymi ziołami, przyprawami z bardzo dalekich zakątków świata i to jest fajne, to jest dobre, bo potrafimy dzisiaj w naszej kuchni posmakować świata, tego, co jedzą ludzie w Australii, w Nowej Zelandii albo może w Argentynie i to wszystko dzisiaj możemy mieć w domu, ale żeby to wszystko gotować, bez wątpienia potrzebny jest też dobry sprzęt, który nam pomoże to wszystko przygotować  mówi Olaf Krynicki, rzecznik prasowy Samsung Polska.

Szybko rośnie liczba dziewczyn na studiach informatycznych i technicznych. Na politechnikach stanowią 40 proc. studentów

0

Szybko rośnie liczba dziewczyn na studiach informatycznych i technicznych. Na politechnikach stanowią 40 proc. studentów 5

Już 40 proc. studentów politechnik stanowią kobiety. W roku akademickim 2017/2018 odnotowano największy w historii przyrost liczby studentek kierunków informatycznych. Choć sytuacja poprawia się z roku na rok, kobiety wciąż stosunkowo rzadko wybierają kierunki kluczowe dla rozwoju technologii. Powodem może być brak przykładów sukcesów kobiet w tej dziedzinie w najbliższym otoczeniu. Przybywa za to inicjatyw, które pomagają dziewczynom przełamywać stereotypy i zachęcają do większej aktywności w dziedzinach do niedawna uważanych za domenę mężczyzn.

 Dziś około 40 proc. studentów politechnik to są dziewczyny. To się zmieniło w ostatniej dekadzie o ok. 10 pkt proc., m.in. dzięki takim działaniom jak akcja „Dziewczyny na politechniki”. Jeżeli jednak przyjrzymy się dogłębnie tym statystykom, zobaczymy, że na kierunkach stricte technicznych, superinżynierskich, jak mechatronika, czy robotyka, dziewczyn jest tylko kilkanaście procent, podobnie na kluczowych dla rozwoju świata i technologii kierunkach informatycznych – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Bianka Siwińska, dyrektor zarządzająca Fundacji Edukacyjnej Perspektywy.

Z raportu „Kobiety na politechnikach” przygotowanego przez Konferencję Rektorów Polskich Uczelni Technicznych i Fundację Edukacyjną Perspektywy wynika, że w roku akademickim 2017/2018 37 proc. studentów uczelni technicznych stanowią kobiety. Jeszcze dziesięć lat temu było to 30 proc. Szybko rośnie też liczba studentek kierunków informatycznych. Obecnie jest ich ponad 11 tys. i stanowią ok. 14 proc. ogólnej liczby studentów IT. W ostatnim roku akademickim liczba studentek wzrosła o blisko 1,2 tys., czyli o 12 proc. w ciągu roku.

– W tym roku po raz pierwszy odnotowano bardzo wyraźny wzrost liczby dziewczyn aplikujących na pierwszy rok studiów z informatyki. Co ciekawe jest to największy w historii wzrost, dwukrotnie szybszy niż wzrost liczby chłopaków na informatykach. Widzimy więc nowy trend, który bardzo dobrze zwiastuje przyszłą obecność kobiet na rynku pracy w obszarze informatyki – ocenia dr Bianka Siwińska.

Do 2020 roku niedobór pracowników IT może przekroczyć milion osób. Uruchomienie potencjału kobiet może sytuację poprawić. Komisja Europejska wylicza, że wprowadzenie na rynek pracy w informatyce większej liczby kobiet może zwiększyć europejskie PKB o ok. 9 mld euro rocznie.

Większa liczba maturzystek, które decydują się na uczelnie techniczne, to wynik nie tylko większej świadomości kobiet, ale działań promocyjnych. W Polsce funkcjonuje program stypendialny „Nowe technologie dla dziewczyn” dla najzdolniejszych maturzystek, które wybierają studia informatyczne, czy program „IT for SHE” dla studentek informatyki. Dzięki aktywności grup społecznych i programów stypendialnych, kobiety stają się coraz aktywniejsze w tych dziedzinach, które przez lata były uważane za domenę mężczyzn.

 Jest sporo dziewczyn, które mają potencjał, zdolności ścisłe, techniczne, ale niekoniecznie te kierunki wybierają, bo nie zyskują z otoczenia zachęty do tego. Nie widzą wokół siebie wzorców kobiet, które zrobiły spektakularne kariery w tych obszarach. A potrzebujemy takiej inspiracji, żeby móc sobie wymyślić siebie na przyszłość – przekonuje dyrektor zarządzająca Fundacji Edukacyjnej Perspektywy.

Z raportu „Potencjał kobiet dla branży technologicznej” wynika, że większości młodych dziewczyn nikt nie zainteresował takimi kierunkami studiów, 86 proc. nigdy nie zetknęło się z inżynierką, a wśród 7 proc. wciąż panuje przekonanie, że studia inżynierskie nie są odpowiednie dla pań.

– Wszystkie badania pokazują, że zdolności mamy dokładnie takie same, natomiast potem w drodze socjalizacji i edukacji gdzieś te zainteresowania dziewczyn z odcinka technicznego znikają. To kwestia społeczna, a nie zdolności czy różnicy w budowie mózgu, co czasami błędnie jest przekazywane – mówi dr Bianka Siwińska.

O potencjale kobiet dla branży technologicznej i odwrotnie – potencjale tej branży jako miejscu kariery dla kobiet – rozmawiać będzie ok. 1 tys. uczestniczek kongresu „Perspektywy Women in Tech Summit 2018”, który odbędzie się 27 listopada w Warszawie.

Mikrosonda zamiast biopsji w diagnostyce nowotworów. Wynik badania będzie znany w kwadrans

Mikrosonda zamiast biopsji w diagnostyce nowotworów. Wynik badania będzie znany w kwadrans 6

Co roku notuje się 1,7 mln zachorowań na raka piersi i blisko pół miliona zgonów. Problemem jest przede wszystkim czas diagnostyki. Nawet co trzecią osobę, która umiera co roku na raka, dałoby się uratować, gdyby diagnostyka była szybsza. Dzięki technologii opracowanej przez polskich naukowców umieralność na raka piersi może spaść nawet o 30 proc. Zamiast biopsji i histopatologii wystarczy zwykłe nakłucie, a w ciągu 15 minut pojawi się stężenie markera nowotworowego. Produkt może trafić na rynek w ciągu trzech lat.

– Nasza sonda będzie pozwalała wykonywać badania w czasie rzeczywistym, tożsame z tymi, które dzisiaj nazywamy roboczo biopsjami i histopatologią, czyli pobieraniem tkanki, wysyłaniem jej do laboratorium. My nie chcemy pobierać tych tkanek, tylko wewnątrz, w organizmie, w okolicy guza mierzyć stężenie markera nowotworowego, co pozwoli natychmiast stwierdzić, czy pacjent ma konkretny rodzaj nowotworu. To pozwoli lekarzowi natychmiast uruchomić terapię nowotworową – wskazuje Mateusz Sagan.

Polscy naukowcy opracowują mikrosondę wykorzystywaną w diagnostyce nowotworów piersi, mierzącą poziom HER2, czyli receptora nabłonkowego czynnika wzrostu. To marker nowotworowy, który wskazuje na szczególnie agresywny rodzaj raka piersi. Oznaczanie poziomu tego receptora umożliwia wprowadzenie skutecznej terapii celowanej, to zaś zwiększa szansę pacjentki na przeżycie. W pierwszej aplikacji dostępne będą badania w kierunku nowotworów piersi, tzw. HER2-pozytywnych, czyli najbardziej złośliwej odmiany nowotworów.

Obecnie stosowane biopsje zajmują dużo czasu, postawienie diagnozy trwa niekiedy tygodnie, dodatkowo sama technika niewiele się zmienia na przestrzeni lat. Problemem jest również starzenie się patologów, lekarzy analizujących tkanki pobrane od pacjentów. WHO podaje, że średni wiek patologów w UE sięga 60 lat, co oznacza, że wkrótce może zacząć ich brakować. Opracowana przez SDS Optic mikrosonda ten problem rozwiązuje. Jest mało inwazyjna, a badanie może przeprowadzić przeszkolony personel medyczny.

Mikrosondą o grubości włosa nakłuwa się pierś w miejscu, w którym USG wykazało zmianę.

– Będzie to małe urządzenie detekcyjne, które będzie źródłem światła. Personel medyczny puści wiązkę światła i po 15 minutach odczyta z etykietki wynik stężenia, który będzie wynikiem matematycznym. To zresztą kolejny przełom. Dzisiejsze histopatologie są wykonywane na zasadach organoleptycznych, nie mierzy się matematycznego stężenia tak, jak to się robi glukometrem przy mierzeniu cukru. Nasz wynik matematyczny jasno wskaże, jakie jest stężenie konkretnego markera nowotworowego w okolicy guza – podkreśla ekspert.

Dzięki mikrosondzie samo badanie nie tylko trwa krótko. Na diagnozę pacjent będzie czekać zaledwie kilkanaście minut. Badanie może wykonać większość personelu medycznego Dzięki znacznie szybszej diagnostyce szanse chorych wzrastają. Analizy WHO wskazują, że szybka i skuteczna diagnostyka nowotworowa może prowadzić do zmniejszenia umieralności nawet o 30 proc.

– Co roku na świecie umiera ponad 8 mln ludzi na różnego rodzaju nowotwory, czyli prawie 3 mln moglibyśmy uratować, gdyby była szybsza diagnostyka w różnych obszarach, nie tylko w tym naszym, lecz także w obszarach obrazowej diagnostyki, wczesnej diagnostyki nowotworowej – ocenia Mateusz Sagan.

WHO podaje, że co roku notuje się ok. 1,7 mln nowych przypadków raka piersi i pół miliona zgonów. W Polsce rak piersi odpowiada za 21,9 proc. zachorowań na nowotwory. Statystycznie każdego dnia raka piersi diagnozuje się u 47 kobiet. Około 17 tys. pacjentek rocznie poddawanych jest leczeniu, a 6 tys. z nich umiera – wynika z raportu „Rak piersi nie ma metryki”. U 10 proc. kobiet rak zostaje rozpoznany dopiero wówczas, gdy daje przerzuty do innych narządów ( raport „Niewidoczna kobieta”).

Dzięki mikrosondzie sytuację będzie można poprawić. Obecnie rozpoczynają się badania kliniczne urządzenia.

– Badania kliniczne będą trwały około 2,5 roku, później mamy cały obszar związany z dopuszczeniami, wymogami regulacyjnymi, więc dzięki Horyzontowi możemy mówić o tym, że ten produkt będzie kiedyś skomercjalizowany i będzie na rynku. W naszej ocenie dzisiaj to jest mniej więcej okres od 2,5 do 3 lat – zapowiada Mateusz Sagan.

Według analityków Transparency Market Research globalny rynek diagnostyki nowotworów osiągnie do 2020 r. wartość ponad 168,5 mld dol. Z kolei według Orbis Research wartość ta wzrośnie do 2025 r. do blisko 233 mld dol.

Polacy opracowują hybrydowy pojazd do nordic drivingu. Elektromobilność szansą na poprawę aktywności fizycznej seniorów

Polacy opracowują hybrydowy pojazd do nordic drivingu. Elektromobilność szansą na poprawę aktywności fizycznej seniorów 7

Rozwiązania z zakresu elektromobilności coraz częściej wspomagają seniorów w codziennym funkcjonowaniu i przemieszczaniu się. Na popularności zyskują rowery elektryczne, które w większości są kupowane przez osoby po 50 roku życia. Polska firma tymczasem opracowuje innowacyjny pojazd, który do przemieszczania się będzie wymagał użycia siły mięśni, ale wspomagać będzie użytkownika także silnikiem elektrycznym. Urządzenie może zapoczątkować zupełnie nowy trend nordic drivingu, co może poprawić aktywność fizyczną seniorów.

Według danych GUS do 2040 r. populacja Polaków zmniejszy się z obecnych niemal 38 mln do około 35 mln. Wzrasta natomiast mediana wieku Polaków – w 2016 r. wyniosła 40 lat, a w 2040 r. przekroczy już 50 lat. Do 2050 r. odsetek osób w wieku powyżej 65 lat wyniesie w Polsce niemal 35 proc. Zjawisko starzejącego się społeczeństwa dotyczy nie tylko Polski. W samych Stanach Zjednoczonych 10 tysięcy osób każdego dnia kończy 65 lat. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej technologicznych nowinek skierowanych także do seniorów.

– To, co dzieje się w społeczeństwach, mianowicie procesy starzenia się, zwłaszcza w Europie, społeczeństw i to, że każdy z nas, jak również organizacje rządowe czy pozarządowe muszą coś zacząć robić, żeby wspierać nas i ludzi zachęcać do tego, żeby ruszali się i byli aktywni. Również ta mobilność miejska powinna i prawdopodobnie będzie szła w kierunku wspierania aktywności fizycznej, nie tylko samego przemieszczania się – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Agata Ratajczak z firmy Torqway.

Aktywność fizyczną u osób starszych można wspierać dzięki elektromobilności. Jednym z najpopularniejszych wśród seniorów pojazdów są elektryczne rowery. Z badań Modacity wynika, że aż 80 proc. klientów kupujących w Holandii rowery ze wspomagającym napędem elektrycznym to osoby w wieku powyżej 50 lat. O rosnącej popularności tego typu pojazdów świadczą z kolei statystyki i prognozy analityków. Według Allied Market Research, światowy rynek e-rowerów w 2017 roku był wyceniany na ponad 16 mld dol. Do 2025 roku ma to być już niemal 24 mld dol. przy zachowaniu średniorocznego tempa wzrostu na poziomie niemal 5 proc.

Przemieszczać się, a przy tym dbać o aktywność fizyczną seniorów, pomoże opracowywany przez polską firmę hybrydowy pojazd.

– Torqway Hybrid jest połączeniem mechanizmu elektrycznego z napędem mechanicznym. Jest pojazdem, w którym w pozycji stojącej możemy się przemieszczać, jednocześnie ćwicząc. Innowacyjność tego produktu polega na połączeniu możliwości transportowania się, pokonywania odległości i dbania jednocześnie o kondycję fizyczną – mówi Agata Ratajczak.

Choć pojazd wyglądem przypomina typowego segwaya – samopoziomujące się urządzenie do jazdy w pozycji pionowej, to zasada jego działania sprawia, że korzysta się z niego bardziej jak na spacerze z kijkami nordic walking, ale z elektrycznym wspomaganiem.

– Pojazd jest zbudowany z platformy głównej oraz tylnej platformy sterującej. Skręcamy nim poprzez użycie pięt, prawą piętą w prawą stronę, lewa w lewo. Podstawowy nasz ruch to ruch naprzemienny rąk i ramion, który napędza pojazd. Kluczowe jest to, żebyśmy wykonywali chociaż minimalny, ale ruch fizyczny, żeby napędzić nasz pojazd. Elektryka jest tylko po to, żeby wspomóc użytkownika, żeby przyjemniej mu się jeździło i użytkowało produkt, a nie jako wyręczenie go z procesu ćwiczenia – zaznacza ekspertka.

Jak wynika z danych BCC Research, w 2017 roku na całym świecie zostało sprzedanych ponad 55 mln małych pojazdów zasilanych energią elektryczną. Według prognoz na najbliższe lata roczna sprzedaż takich pojazdów może sięgnąć nawet 79 mln sztuk.

Skąd brać motywację do codziennej pracy?

Codzienne wyzwania i odpowiedzialność spoczywająca na barkach menedżera są – z jednej strony – motywujące. Z drugiej – mogą szybko wypalać. Jak to zrównoważyć i skąd brać codzienną motywację? I czy w ogóle warto na siłę szukać motywacji?

Wydawałoby się, że ze znajdowaniem motywacji nie powinniśmy mieć problemu. Do wyboru mamy liczne książki, artykuły, warsztaty, czy chociażby popularne wystąpienia na TEDx na ten temat. Jednak po chwilowym przypływie energii, szybko wracamy do poprzedniego stanu.

Aby trwale poradzić sobie ze spadkiem własnej motywacji, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: co tak naprawdę napędza mnie do działania? Samodzielne szukanie odpowiedzi nie jest jednak łatwe, ponieważ możemy mieć nieco zafałszowane wyobrażenie na swój temat.

Sposobem na sprawdzenie źródeł swojej motywacji może być analiza 16 podstawowych potrzeb, zwanych też motywatorami życiowymi, opisanych przez amerykańskiego psychologa klinicznego prof. Stevena Reissa http://reissprofile.pl/. Prof. Reiss na podstawie swoich wieloletnich badań naukowych opisał 16 takich potrzeb. Są to: władza, status, gromadzenie, niezależność, ciekawość, uznanie, honor, idealizm, porządek, rodzina, kontakty społeczne, rewanż, piękno, aktywność fizyczna, jedzenie i spokój.

Każda z tych potrzeb występuje u nas w różnym stopniu natężenia, co wpływa również na nasze życie zawodowe. Przykładowo: osoba z silną potrzebą władzy będzie w roli menedżera czuła się bardzo komfortowo – to wręcz stanowisko stworzone właśnie dla niej. Są jednak menedżerowie, dla których zajmowane stanowisko szybko zaczyna być źródłem dyskomfortu. Takie osoby chętnie wróciłyby na stanowisko specjalistyczne lub takie, które pozwalało na współpracę w grupie, a nie zarządzanie. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że test prof. Reissa wykazałaby u tych osób niską potrzebę władzy.

Inny motywator, którego niezaspokojenie może skutkować brakiem motywacji do pracy jest spokój. Motywator ten podpowiada nam, na ile dla danej osoby ważne jest ryzyko, a na ile przewidywalność. Osoby z dużą potrzebą spokoju będą źle czuły się na stanowisku z dużą odpowiedzialnością. Praca szybko stanie się dla nich źródłem stresu, a wszelkie poradniki dotyczące zwiększania swojej motywacji zadziałają jedynie na krótko.

Oczywiście, może to działać też odwrotnie. Osoba z niską potrzebą spokoju będzie potrzebować wyzwań, świetnie sprawdzi się w dynamicznie zmieniających się warunkach, będzie mieć potrzebę ryzyka, zmian i intensywnych przeżyć. Jeśli zajmowane stanowisko nie dostarcza takich bodźców, wówczas wewnętrzna motywacja również zaczyna kuleć.

W ten sposób, analizując krok po kroku kolejne motywatory, jesteśmy w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy moja praca zaspakaja daną potrzebę? Czy raczej z nią koliduje i jest źródłem napięcia? Czy sposób, w jaki pracuję jest na pewno zgodny z moim profilem motywacyjnym? Jeśli od dłuższego czasu czujemy, że z naszą motywacją wewnętrzną jest „coś nie tak”, jest prawdopodobne, że odpowiedzi na te pytania mogą przynieść zaskakujące refleksje.

Analiza motywatorów pomoże też podjąć decyzję w sytuacji, gdy zastanawiamy się nad porzuceniem etatu i założeniem własnej firmy. Osoby, które z sukcesem prowadzą własne firmy to najczęściej osoby o wysokiej potrzebie kontaktów społecznych (lepsze kontakt z klientami, brak obaw przed nawiązaniem kontaktu), niskiej potrzebie uznania (tj. niska potrzeba otrzymywania informacji zwrotnych wynikająca z wysokiej samooceny, a tym samym, brak lęku przed krytyką) oraz niska potrzeba wspomnianego już spokoju. Ta kombinacja nie jest oczywiście gotową receptą na sukces, ale w dużej mierze minimalizuje ryzyko utraty motywacji do własnego biznesu.

Dzięki prof. Reissowi wiemy, że motywacja nie jest towarem, który – w sytuacji deficytu – możemy sobie dokupić. Pracę z motywacją należy rozpocząć więc od pytania: co mogę zmienić, żeby tę motywację ponownie poczuć?

Ewa Jochheim – CEO i współzałożycielka Instytutu Durkalskiego RMP Polska, coach, trener. Kreatywna optymistka z niewyczerpalnymi pokładami energii. Pracując przez ostatnie 10 lat z ludźmi nad ich rozwojem zrozumiała, że nic w życiu nie daje satysfakcji, jeżeli nie mamy motywacji i pasji do tego co robimy.

Podwyżki cen energii i gazu wpłyną na wzrost inflacji

Ceny pozwoleń emisyjnych w Europie ciągu ostatniego roku wzrosły z poniżej 5 EUR za tonę do prawie 18 EUR obecnie i rosną. Przy emisyjności w Polsce nieco ponad 0,8 tony CO2 na 1MWh energii elektryczne daje to nawet 50 PLN wzrostu na MWh – to dużo. A niektóre prognozy mówią o ponad 30 Euro za tonę w perspektywie kilku lat!

Ceny węgla energetycznego (o koksującym, np. tym z JSW nie mówimy bo tego energetyka nie używa) na świecie wzrosły od poniżej 50 $ za tonę w 2016 roku do nawet 100 $ w 2017 i pozostają na tym wysokim poziomie obecnie. Węgiel w 2016 roku był kupowany przez energetykę po jeszcze niższych cenach ze względu na występujący w latach 2013-2015 kryzys nadprodukcji węgla w Polsce i wnikające z tego dodatkowe upusty cenowe. W 2017 roku wystąpiły jednak (przewidywane dużo wcześniej np. przez think – tanki Forum Energii czy WISE) niedobory węgla, które dzisiaj się nasilają. Węgiel zakontraktowany w 2017 roku był więc niekiedy nawet o połowę droższy niż rok wcześniej. Ten droższy węgiel po przywiezieniu ze zwałów kopalń do elektrowni i odczekaniu swojego tamże, a więc po najmniej kilku miesiącach, ruszył w tym roku taśmociągami do kotłów i właśnie teraz „przechodzi przez system kosztów” w elektrowniach.

Energia Polsce jest droga i jak wynika z powyższych czynników raczej nie potanieje, przeciwnie. Zapowiadane podwyżki cen prądu spowodują wyższą inflację.

Wiosną inflacja przekroczy 2,5 proc. Czy należy spodziewać się, że RPP podwyższy wtedy stopy procentowe i kredyty podrożeją? Zdaniem dr Przemysława Kwietnia, głównego ekonomisty XTB wpływ podwyżek cen energii na inflację nie będzie duży, o ile URE zdecyduje się na ich bardzo ograniczony wzrost dla gospodarstw domowych. – To jest bardzo prawdopodobne, ze względu na cykl wyborczy, ale jednak wzrost cen będzie odczuwalny dla gospodarstw domowych, szczególnie ze względu na ceny usług komunalnych – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień.

W jego ocenie inflacja, która we wrześniu wynosiła 1,9 proc., wzrośnie wiosną do 2,5 proc. Tyle wynosi cel inflacyjny. Jednak nie przyspieszy to decyzji RPP o podwyżce stóp procentowych.

– Wiosna inflacja wzrośnie, ale będzie to wzrost przejściowy i krótkotrwały – ocenia ekspert.

Wymóg usunięcia treści terrorystycznych w ciągu godziny

12 września 2018 r. przy okazji orędzia o stanie Unii przewodniczący Komisji Jean-Claude Juncker powiedział: „Europejczycy słusznie oczekują, że Unia zapewni im bezpieczeństwo. Dlatego Komisja proponuje dzisiaj nowe przepisy, które pozwolą usuwać z internetu treści o charakterze terrorystycznym w ciągu jednej godziny, tj. w krytycznym przedziale czasowym, w którym dochodzi do największych szkód.”

Komisarz Dimitris Avramopoulos, powiedział: W naszym społeczeństwie nie ma miejsca na propagandę terrorystyczną – ani w świecie wirtualnym, ani w realnym. Dzięki naszej dobrowolnej współpracy w ramach Forum UE ds. Internetu poczyniliśmy już znaczące postępy w usuwaniu z internetu treści terrorystycznych. W całej UE musimy jednak zwiększyć tempo i skuteczność działań, aby nie dać się zaskoczyć. Wiele ostatnich zamachów w UE dowodzi, że terroryści wykorzystują internet do szerzenia głoszonych przez nich przesłań. Dziś mówimy „stop” wykorzystywaniu internetu do celów terrorystycznych.

Komisarz ds. unii bezpieczeństwa, Julian King powiedział: Bezkarne rozdawanie ulotek nawołujących do terroryzmu na ulicach naszych miast nie jest możliwe – prowadzenie takich działań w internecie również nie powinno być dozwolone. Poczyniliśmy wprawdzie postępy w usuwaniu z internetu treści terrorystycznych za pomocą dobrowolnych działań, jednak okazało się to niewystarczające. Musimy zapobiegać ponownemu zamieszczaniu tych treści, a jeżeli pojawiają się w internecie, zapewniać, aby były jak najszybciej usuwane – zanim spowodują poważne szkody.

Komisarz do spraw gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego Mariya Gabriel powiedziała: To rozporządzenie jest odpowiedzią na obawy obywateli. Proponujemy konkretne przepisy przeciwdziałające treściom terrorystycznym, które są szczególnie szkodliwe dla naszego bezpieczeństwa i zaufania do środowiska cyfrowego. To, co jest nielegalne offline, jest również nielegalne online. UE nadal jest zaangażowana w budowanie bezpieczniejszego internetu skupionego na człowieku i opartego na wyznawanych przez nas wartościach.

Treści o charakterze terrorystycznym pozostają obecne i rozpowszechniane w internecie, co stanowi bardzo realne zagrożenie dla społeczeństwa europejskiego. Tylko w styczniu 2018 r. rozpowszechniono w internecie prawie 700 nowych wypowiedzi propagandowych Daisz.

Nowe przepisy zaproponowane przez Komisję przyczynią się do szybkiego usuwania z internetu treści terrorystycznych. Główne elementy nowych przepisów to:

  • zasada jednej godziny: treści o charakterze terrorystycznym są najbardziej szkodliwe w pierwszych godzinach po ich pojawieniu się w internecie ze względu na tempo ich rozprzestrzeniania się. W związku z tym Komisja proponuje prawnie wiążący termin jednej godziny dla usunięcia treści, w stosunku do których właściwe organy krajowe wydały nakaz usunięcia;
  • jednoznaczna definicja treści o charakterze terrorystycznym jako materiału, który podżega lub nakłania do popełniania przestępstw terrorystycznych, promuje działalność grup terrorystycznych lub dostarcza instrukcji dotyczących technik stosowanych w przestępstwach terrorystycznych;
  • obowiązek dochowania należytej staranności w przypadku wszystkich platform, aby zapobiec wykorzystywaniu ich do rozpowszechniania w internecie treści o charakterze terrorystycznym. Aby skutecznie chronić platformy i ich użytkowników przed działalnością terrorystyczną, usługodawcy będą również zobowiązani do wprowadzenia proaktywnych środków, np. stosowania nowych narzędzi – w zależności od stopnia, w jakim ich platformy są narażone na rozpowszechnianie treści terrorystycznych;
  • zwiększona współpraca: wniosek określa ramy wzmocnionej współpracy między dostawcami usług hostingowych, państwami członkowskimi i Europolem. Dostawcy usług i państwa członkowskie będą zobowiązani do wyznaczenia punktów kontaktowych dostępnych 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu, aby ułatwić działania następcze związane z nakazami usunięcia i zgłoszeniami;
  • solidne zabezpieczenia: dostawcy treści będą mogli polegać na skutecznych mechanizmach składania skarg, które wszyscy usługodawcy będą zobowiązani wprowadzić. Jeżeli treść zostanie usunięta bezzasadnie, dostawca usług będzie zobowiązany jak najszybciej ponownie umieścić ją w internecie. Organy krajowe zapewnią również skuteczne środki odwoławcze, a platformy i dostawcy treści będą mieli prawo do odwołania się od nakazu usunięcia. W przypadku platform korzystających z narzędzi do automatycznego wykrywania należy zapewnić nadzór i weryfikację przez człowieka, aby zapobiegać błędnemu usunięciu treści;
  • większa przejrzystość i rozliczalność: przejrzystość i nadzór zostaną zapewnione przez nałożenie na dostawców usług i państwa członkowskie obowiązku publikowania rocznych sprawozdań na temat przejrzystości, w których przedstawią oni, w jaki sposób przeciwdziałają treściom terrorystycznym, jak również obowiązku przedstawiania sprawozdań opisujących podjęte przez nich proaktywne działania;
  • surowe i odstraszające kary finansowe: państwa członkowskie będą musiały wprowadzić skuteczne, proporcjonalne i odstraszające kary za niestosowanie się do nakazów usunięcia treści terrorystycznych w internecie. W przypadku uporczywego nieusuwania takich treści po otrzymaniu nakazu usunięcia dostawca usług może liczyć się z karami pieniężnymi w wysokości do 4 proc. jego całkowitego obrotu w ostatnim roku obrotowym.

Zdaniem ekspertów z  Konfederacji Lewiatan Wszystkie nakazy usunięcia treści terrorystycznych z internetu powinny podlegać nadzorowi sądowemu. Obowiązek ich usuwania w ciągu godziny od otrzymania stosownego nakazu uprawnionego organu nie jest dobrym rozwiązaniem. Podobnie jak wprowadzenie wysokich kar za niedotrzymanie tego terminu – uważa Konfederacja Lewiatan.

W projekcie rozporządzenia Komisji Europejskiej o zapobieganiu rozpowszechnianiu treści terrorystycznych online najważniejszym obowiązkiem ma być właśnie usuwanie lub uniemożliwianie dostępu do treści terrorystycznych w ciągu 1 godziny od momentu otrzymania stosownego nakazu uprawnionego organu. Nowe regulacje mają objąć nie tylko gigantów z branży cyfrowej , ale także małych i średnich dostawców usług hostingu, o ile tylko oferują swoje usługi w Unii Europejskiej.

– Zgadzamy się z potrzebą wyeliminowania treści terrorystycznych z internetu. Jednak wszystkie nakazy ich usunięcia, zanim decyzja trafi do firmy, podlegać powinny nadzorowi sądowemu. Tymczasem według nowych przepisów usunięcie takich treści może nakazać każda agencja rządowa, nawet nie mająca doświadczenia w walce z treściami ekstremistycznymi. Z kolei ich usuwanie w ciągu godziny stwarza ryzyko, że w pośpiechu mogą być eliminowane także inne treści, co byłoby sprzeczne z podstawowymi prawami obywateli w Europie. Lepszym rozwiązaniem byłoby, aby usługodawcy hostingowi działali szybko, w miarę swoich możliwości – przekonuje dr Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

dr Aleksandra Musielak, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan
dr Aleksandra Musielak, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Wymóg usunięcia treści terrorystycznych w ciągu godziny może okazać się wyzwaniem dla podmiotów o mniejszych zasobach lub w przypadku otrzymania wiadomości w dzień wolny od pracy. Usługodawców niepokoi obowiązek zorganizowania dyżurów 24/7, co może być trudne przy ograniczonej liczbie pracowników. Nie mniej kontrowersji wzbudza brak ochrony firm przed odpowiedzialnością, w sytuacji gdy podejmują, w dobrej wierze, działania proaktywne na rzecz identyfikacji i usunięcia szkodliwych treści, zarówno automatyczne jaki i niezautomatyzowane (tzw. prawo dobrego Samarytanina).

Grzywny za nieusunięcie w ciągu godziny treści terrorystycznych z internetu, w wysokości 4 proc. globalnego obrotu firmy, w przypadku systematycznych naruszeń obowiązków zawartych w projekcie rozporządzenia są bardzo wysokie i nieproporcjonalne. Ponadto ograniczą podstawowe prawa Europejczyków. Przedsiębiorstwa zostaną zmuszone do usunięcia treści bez dokonania pogłębionej analizy, to znaczy bez zabezpieczeń, do których wzywa Komisja Europejska w rozporządzeniu.

Zarządzanie firmą w filozofii Kaizen

Zmiany i nieustanne udoskonalanie to nieodłączne elementy prowadzenia firmy. W biznesie bowiem nic nie jest idealne. Nie wystarczy wykonać na starcie kilku założeń i mieć nadzieję, że wszystko potoczy się zgodnie z naszym planem. Sytuacje losowe są wpisane w zarządzanie przedsiębiorstwem. Chcąc wyprzedzić konkurencję i wykorzystać nadarzające się okazję musimy nieustannie poszukiwać nowych sposobów na poprawę. Jednym z najpopularniejszych sposobów ciągłego doskonalenia jest Kaizen.

Czym jest Kaizen?

Kaizen to metodologia, która dotarła do nas z Kraju Kwitnącej Wiśni i jest głęboko zakorzeniona w japońskiej filozofii i ideach. Mimo, że dla Europejczyków mogłaby się wydawać abstrakcyjna, to dobre efekty przynosi niezależnie od szerokości geograficznej.

Słowo Kaizen oznacza w dosłownym tłumaczeniu zmiana na lepszej (od KAI = zmiana i ZEN = dobro). Idea ta polega na nieustannym wprowadzeniu niewielkich zmian, które przybliżą nas do realizacji celu. Metodologia zakłada, że w każdej sytuacji można coś usprawnić i wykonać lepiej.

Filarem Kaizen jest idea głosząca, iż niewielkie zmiany, nagromadzone w czasie mogę być powodem znacznych, długoterminowych efektów. W zarządzaniu przedsiębiorstwem odpowiednie wdrożenie Kaizen to szansa na uzyskanie istotnej przewagi konkurencyjnej.

Naturalna jest obawa przed dużymi zmianami. Często przytaczam na szkoleniach takie zadanie: wyobraź sobie, że stajesz przed ciemnym tunelem bez latarki i Twoim zadaniem jest wejść kilometr w głąb, aby dotrzeć do upragnionego celu. Wchodzisz? Czy cofasz się w obawie, że za zakrętem jest przepaść? Większość z nas nie wejdzie i nigdy nie dowie się, co było po drugiej stronie tunelu.

Teraz wyobraź sobie, że stoisz przed tym samym tunelem i masz wykonać zaledwie jeden krok w przód. Możesz spokojnie zbadać grunt pod nogami i postawić jeden krok i wycofać się gdy Ci się nie spodoba. Jaka jest Twoja decyzja?

Wprowadzanie drobnych zmian i udoskonaleń jest łatwiejsze i prostsze w utrzymaniu efektów każdego dnia.

Czy Kaizen rzeczywiście pomaga skuteczniej zarządzać firmą?

Najważniejsze to zrozumieć, że Kaizen nie jest zmianą dla zmiany. Jest to celowe i przemyślane działanie. Ciągłe usprawnienia dążą do poprawy produktywności oraz redukcji marnotrawstwa czasu i pieniędzy.

Wdrażając konsekwentnie metodologię można jednak zyskać znacznie więcej i mówię to jako praktyk. Wprowadzając każdego dnia drobne udoskonalenia w mojej firmie zyskaliśmy nie tylko poprawę procesów i efektów biznesowych, ale również większe zaangażowanie pracowników, wyższą satysfakcję klientów, poprawę konkurencyjności naszej oferty oraz silny zespół ludzi.

Kaizen to metodologia, która może zostać zastosowana w zarządzaniu każdą organizacją. Niezależnie od tego jak wielu zatrudniasz pracowników, jak złożony proces realizujesz czy jakie osiągasz roczne przychody. Nie musisz ponosić znacznych wydatków na nowy sprzęt, szkolenia, technologie – tylko zmienić swoje podejście do prowadzenia biznesu.

Marketing to niewątpliwie jeden z tych działów w firmie, na przykładzie którego idealnie można zobrazować jak działa zasada ciągłego ulepszania. Zmienia się rynek, ewoluuje grupa docelowa, pierwotne założenia okazują się błędne, a strategia komunikacji wymaga dostosowania do zachodzących zmian.

Kaizen w praktyce

Jak działa Kaizen mogę zobrazować na przykładzie doskonalenia działań marketingowych, które przekładają się na sprzedaż przychody i rozwój organizacji.

Problem

Niezwykle istotne jest jasne określenie problemu, który chcemy rozwiązań. W przypadku działań marketingowych może to być: zbyt skomplikowane procedury prowadzenia klienta, słaby przepływ informacyjny pomiędzy specjalistami. A także może odnosić się do konkretnych osiąganych efektów: obniżenie zaangażowanie na Facebooku, strata pozycji strony w Google, spadek konwersji na www itp.

Warto ustawić priorytety, czyli rozpisać którym problemem zajmiemy się w pierwszej kolejności.

Rozwiązania

Następnie musimy zaangażować cały zespół w rozwiązanie problemu. Idealnie sprawdzają się spotkania w formie burzy mózgów, podczas których każdy może zaproponować rozwiązanie problemu. Problem: obniżenie zaangażowania na Facebooku, można rozwiązać na wiele różnych sposobów. Wśród pomysłów mogłyby się znaleźć: zmiana kolorystyki grafik, zmiana tematyki postów, publikacja w innych godzinach, modyfikacja ustawień reklam.

Następnie rozpoczynamy ocenę rozwiązań pod kątem: budżetu oraz czasu rozwiązania. Dokonujemy priorytetyzacji rozwiązań (zaczynając od tych które można wprowadzić w najkrótszym czasie i najniższym kosztem)  i opracowujemy harmonogram wdrożenia, rozpisując tabelę, w której przyporządkujemy konkretne zadanie – osobę za nie odpowiedzialną oraz ustalamy konkretny termin realizacji.

Wdrożenie

Implementacja rozwiązań krok po kroku jest najlepszym sposobem na przetestowanie teorii, sprawdzenie, które działania w rzeczywistości przyniosą oczekiwane rezultaty.

W marketingu idealnym przykładem jest optymalizacja kampanii reklamowych. Często nie mamy pewności jak zareagują poszczególne grupy odbiorców na dany przekaz czy hasło reklamowe. Nie mamy pewności, która wersja kolorystyczna grafiki przyniesie lepsze rezultaty.

Metoda małych kroków sprawdza się w tym przypadku idealnie. Uruchamiamy kampanię, a następnie obserwujemy reakcje i komentarze grupy docelowej. Na podstawie obserwacji wprowadzamy kolejne modyfikacje aż uzyskamy odpowiedzi na wszystkie pytania i kampania osiągnie zadowalający rezultat.

Jeśli udało Ci się rozwiązać wszystkie wyznaczone w drugim etapie problemy czas zająć się kolejnymi z listy. Gdy lista zgłoszonych problemów jest pusta przypomnij pracownikom o możliwości ich zgłaszania. Zawsze bowiem jest coś co można zrobić lepiej.

Agnieszka Szklarczyk – CEO Agencji Marketingowej IAM

Akcelerator Przedsiębiorcze Mazowsze rusza tej jesieni. Wyślij zgłoszenie

Rozpoczyna się nabór do programu akceleracyjnego Przedsiębiorcze Mazowsze- kompleksowego programu wsparcia biznesowego dla przedsiębiorców z województwa mazowieckiego.Zgłoś swój pomysł_grafikaRealizatorem programu jest Polska Przedsiębiorcza, fundacja która od 18 lat wspiera przedsiębiorczych Polaków w rozwoju i realizacji ich marzeń biznesowych, tworząc największy ekosystem wspierania startupów w Naszej części Europy, na który składają się m.in. Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości, fundusz inwestycyjny bValue czy powierzchnie Business Link. Program jest współfinansowany ze środków  budżetu Województwa Mazowieckiego

Przyspieszony kurs przedsiębiorczości na Mazowszu

Ze względu na brak odpowiedniego przygotowania biznesowego, trudności w dostępie do infrastruktury biznesowej oraz najnowszych technik marketingowych i sposobów wejścia na rynek, Startupy mają trudności w osiągnięciu sukcesu  i rozwoju swojego pomysłu. Między innymi to, staje się przyczyną licznych upadków innowacyjnych firm na samym starcie ich przygody z biznesem- mówi Jacek Aleksandrowicz, prezes Fundacji Polska Przedsiębiorcza. W pierwszym etapie programu akceleracyjnego poprzez zaplanowaną trasę otwartych spotkań inspiracyjnych obejmiemy zasięgiem wsparcia biznesowego mieszkańców takich miast jak Płock, Radom, Siedlce, Ciechanów i Warszawa. Zaplanowaliśmy również rozwiązania dla mieszkańców z poza największych miast w województwie, w postaci webinariów w których będzie można wziąć udział on-line nie wychodząc z domu. Na tym etapie będziemy czekali na zgłoszenia pomysłów biznesowych– Michał Misztal, koordynator programu.

Uczestnicy zakwalifikowani do kolejnego etapu, będą zdobywać umiejętności i kompetencje podczas biznesowych szkoleń, warsztatów wspieranych licznych ekspertów.  Będą również uczestniczyć w indywidualnym procesie mentoringowym dostosowanym do potrzeb zakwalifikowanych pomysłów, sesji fotograficznej oraz pogłębionych konsultacjach eksperckich z zakresu m.in. prawa, podatków, finansowania firmy w celu zwiększenia szansy na wdrożenie rozwiązań na rynku. Program zwieńczony zostanie wyłonieniem dwóch najlepszych pomysłów, podczas  gali Demo Day w Warszawie. Otrzymają one nagrody pieniężne z budżetu Województwa Mazowieckiego, wsparcie promocyjne, PRowe oraz zostaną zaproszone do dalszych rozmów z firmami partnerskimi, u których mogą się odbywać wdrożenia oraz z funduszami inwestycyjnymi.

Rekrutacja do akceleracji

W projekcie mogą wziąć udział osoby bez zarejestrowanej działalności gospodarczej oraz młode  firmy  w początkowej  fazie  rozwoju,  posiadające zarejestrowaną działalność gospodarczą na terenie Województwa Mazowieckiego, działające nie dłużej niż 3 lata.

Poszukiwane są konspekty biznesowe  z zakresu:

-Nowoczesnych usług dla biznesu: pomysły biznesowe oferujące mechanizmy wspierania działalności gospodarczej, usługi „szyte na miarę”, dostosowane do indywidualnych potrzeb klientów.

-Podnoszenia jakości życia: rozwiązania technologiczne i organizacyjne wykorzystywane do świadczenia usług społecznych w szczególności w zakresie edukacji, zdrowia, bezpieczeństwa, pracy i spędzania wolnego czasu.

– Działania ukierunkowane na stymulowanie innowacji społecznych, rozwój kapitału społecznego.

Poznaj akcelerator Przedsiębiorcze Mazowsze i wypełnij wniosek zgłoszeniowy: https://przedsiebiorczemazowsze.pl

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Poszukiwanie kierunku w obliczu czynników ryzyka (wojny handlowe, Włochy, Brexit) będzie motywem przewodnim kolejnego tygodnia. Poza tym rynek skupi uwagę na sygnałach z banków centralnych Szwecji, Kanady, Norwegii i Eurolandu. Z danych odczyty PMI ze strefy euro i PKB z USA będą najbardziej interesujące.

Przyszły tydzień: PMI/sprzedaż domów/PKB z USA, PMI z Eurolandu, Ifo, EBC, Włochy, Riksbank, Norges Bank, BoC

USA

Z USA otrzymamy dane o aktywności biznesowej, z rynku nieruchomości i wstępne szacunki PKB, a zatem sporo, by potwierdzić lub podkopać optymizm wokół siły ożywienia. Indeksy PMI (śr) powinny rysować bardziej optymistyczny obraz niż po drugiej stronie Atlantyku, więc kontrast będzie wspierał USD. Z drugiej strony dane o sprzedaży nowych domów (śr) mogą być źródłem rozczarowań z uwagi na rosnące koszty kredytu. PKB w III kw. z mocnym wynikiem ponad 3 proc. będzie świadczyć o utrzymanym solidnym pędzie ożywienia. Wzmocni to konstruktywny przekaz z komentarzy członków Fed, których w kolejnych dniach nie powinno brakować. Jednym problemem USD pozostaje fakt, że większość z argumentów za nim przemawiających jest już zdyskontowana, a skoki awersji do ryzyka bardziej zachęcają inwestorów do domykania pozycji (długich w USD) niż do prostej ucieczki w dolara. Paradoks ten może się nasilać.

Strefa euro

Posiedzenie EBC (czw) prawdopodobnie obędzie się bez niespodzianek, gdyż już ostatnim razem prezes Draghi zakomunikował, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do jesieni przyszłego roku. Na konferencji prasowej interesującą będzie ocena sytuacji gospodarczej, szczególnie jeśli wstępne szacunki PMI (śr) oraz indeks Ifo (czw) wypadną słabo. Poza tym należy się spodziewać kontynuacji sporu Komisji Europejskiej z Włochami o przyszłoroczny budżet, co doda zmienności do notowań EUR. Na piątek zaplanowana jest rewizja ratingu Włoch przez S&P, co może być źródłem spekulacji.

Wielka Brytania

Pusty kalendarz z Wielkiej Brytanii nie oznacza, że funta czeka nudny tydzień. Raczej nie zabraknie komentarzy związanych z Brexitem, a ryzyka są obustronne, gdyż na razie nikt nie wie, w którą stronę pójdą dalej negocjacje. Rynek jednak stwarza wrażenie, jakby wierzył w porozumienie na ostatnią chwilę, więc mocniejsze tąpnięcia GBP powinny łatwo znaleźć kupujących.

Skandynawia

Monetarny tydzień w Skandynawii z zaplanowanymi decyzjami Riksbanku (śr) i Norges Banku (czw). Rynkowe oczekiwania przed posiedzeniami są mocno odgraniczone w związku z jasno nakreślonymi strategiami. Riksbank w ostatnim komunikacie zapowiedział, że podwyżka najprawdopodobniej przyjdzie w grudniu lub lutym, a Norges Bank dopiero co we wrześniu podniósł koszt pieniądza i teraz przeszedł w tryb wait-and-see. Mimo to, mając na uwadze ostatnie pozytywne niespodzianki w odczytach inflacji z obu krajów, jest potencjał do jastrzębich wzmianek. SEK i NOK są walutami o wysokiej wrażliwości na wahania rynkowego sentymentu, więc zawirowania globalne mogą temperować ewentualne zwyżki.

Polska

W Polsce stopa bezrobocia (wt) naszym zdaniem spadnie do 5,7 proc. we wrześniu z 5,8 proc. w sierpniu przy konsensusie na 5,8 proc., ale którykolwiek rezultat będzie neutralny dla złotego. Polska gospodarka i sprawy z nią związane są najzwyczajniej nudne dla inwestorów, więc mało kto tu przychodzi (i mało kto później stąd ucieka). Przy pogorszeniu rynkowego sentymentu EUR/PLN będzie zmierzał pod 4,32.

Australia

W Australii w ten weekend odbędą się wybory uzupełniające do parlamentu i jest bardzo prawdopodobne, że rząd utraci większość. Rynek jest gotowy na taki scenariusz (dzięki wiarygodnym sondażom), więc nie należy w takim wyniku upatrywać wzrostu presji na AUD. Ryzyka globalne i skupienie uwagi na Chinach jest podstawowym zagrożeniem dla AUD i powinno hamować wszelkie zwyżki. W Nowej Zelandii pierwszorzędnymi danymi jest tylko bilans handlowy (śr), a poza tym NZD pozostanie na całe czynników zewnętrznych. Asymetria ryzyk przemawia za powrotem spadków w krótkim terminie, ale jesteśmy optymistycznie nastawienie do siły kiwi w dalszej części roku.

Kanada

W Kanadzie BoC niemal na pewno podniesie stopę overnight o 25 pb (śr). Dane z Kanady już od dawna układały się w kierunku kontynuacji zacieśniania monetarnego, ale niepewna przyszłość relacji handlowych z USA nakazywały rozwagę. Ten czynnik ryzyka jednak zniknął wraz z porozumieniem NAFTA 2.0. Ponadto ostatni raport z badania nastrojów przedsiębiorstw był wyjątkowo konstruktywny, budując oczekiwania na przyspieszenie inwestycji. Rynek wycenia ponad 2 podwyżki do marca przyszłego, ale mimo to jest pole do optymistycznego wydźwięku BoC. Jednak o rajd CAD może być ciężko w obliczu nerwowej sytuacji na globalnym rynku i korekty ropy naftowej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

UOKiK zaostrzył politykę karania przedsiębiorców

Krzysztof Borżoł, adwokat, senior associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie
Krzysztof Borżoł, adwokat, senior associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

UOKiK podsumował swoją działalność za 2017 roku, to ponad 900 decyzji z zakresu ochrony konkurencji i konsumentów. Nałożenie kar na przedsiębiorców na łączną kwotę ponad 223 mln zł wskazuje na tendencję do zaostrzenia polityki karania przedsiębiorców.

UOKiK w 2017 roku wszczął 96 postępowań wyjaśniających oraz antymonopolowych. Najgłośniejszym i zarazem zakończonym wydaniem najwyższej kary było rozbicie kartelu producentów płyt drewnopochodnych, gdzie urząd nałożył łączne kary na przedsiębiorców w wysokości 135 mln zł. Po rozbitym kartelu producentów cementu jest to jedna z najwyższych kar nałożonych przez UOKiK. Wysokość została obniżona w wyniku zastosowania programu łagodzenia kar (leniency) w wyniku, czego jeden z przedsiębiorców biorących udział w kartelu ujawnił proceder.

Statycznie ilość nałożonych na przedsiębiorców kar wzrosła dwukrotnie w stosunku do 2016 roku (106,8 mln zł i 47 mln w 2015 roku). Wnika z tego, że polityka Prezesa UOKiK konsekwentnie nastawiona jest na surowe karanie przedsiębiorców łamiących prawo konkurencji. Z drugiej jednak strony można zauważyć jednocześnie tendencję do korzystania z tzw. wystąpień miękkich, czyli wezwania UOKiK do udzielenia wyjaśnień lub wezwania do zaprzestania naruszeń. Tego typu podejście jest bardzo pomocne zwłaszcza w przypadku małych firm lub dopiero zaczynających, które muszą konkurować z dużymi korporacjami, a nałożenie kary mogłoby doprowadzić do zakończenia działalności.

UOKiK korzystał również z przeszukań, jako narzędzia postępowania antymonopolowego znacznie częściej niż w latach ubiegłych (2 – 2015, 5 – 2016, 9 – 2017). Cały czas można również zauważyć, że jest duża tendencja do ochrony najsłabszych, czyli konsumentów. Po aferze Amber Gold, UOKiK cały czas monitoruje przedsiębiorstwa udzielające tzw. szybkich pożyczek oraz parabanki.  Tylko w październiku br. można wyczytać na stronie urzędu, że Prezes przedstawił zarzuty firmie Złotówka oraz Euroexpert za tzw. rolowanie pożyczek, co jest sprzeczne z ustawą o kredycie konsumenckim (W 2017 r. Prezes UOKiK wydał 9 decyzji z tej branży na 60 wszczętych postępowań – Net Credit, Meritum Polska, Incredit, Provident Polska, Wonga.pl, Compass Money, EGF Council, Council, For you).

UOKiK również w 2018 będzie kontynuował weryfikowanie działań banków w zakresie informowania konsumentów o zmianach regulaminów czy cenników za pośrednictwem trwałych nośników. Kontrolowane były również banki, które udzielają kredytów hipotecznych pod kątem wzorców umów, regulaminów i aneksów do umów kredytów.

Można zatem zauważyć, że UOKiK konsekwentnie dąży do zwiększenie ilości kontroli i świadomości zarówno przedsiębiorców jak i konsumentów. W ramach Krajowego Programu Nadzoru Rynku przyjętego przez Komitet ds. Europejskich Rady Ministrów Działania w 2018 roku nie odbiegają od tych z lat ubiegłych i skupiać się będą na ochronie konsumentów oraz zwiększania świadomości przedsiębiorców.

Autor: Krzysztof Borżoł, adwokat, senior associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Spowolnienie w Chinach. Kolejne słabsze dane z Polski

Chińska gospodarka rozwija się już o zaledwie 6,5% w skali roku, co ciekawe to najgorszy wynik w tej dekadzie. Po słabych danych z rynku pracy i przemysłu dzisiaj nadeszły słabsze odczyty ze sprzedaży detalicznej w Polsce.

Chiński PKB spowalnia

Wynik 6,5% to w dalszym ciągu odczyt o którym może zaledwie marzyć większość państw. Co ciekawsze to najniższy wynik od chwilowego załamania z 2009 roku kiedy to przez moment niemal gospodarka rozwijała się o zaledwie 6%. Wcześniej tak słabe dane obserwowaliśmy w początku lat 90-tych. Wielu analityków powątpiewa, że tak długo trwająca passa jest prawdą a Chiny manipulują danymi. Jaki wpływ te dane mogą mieć na rynki? Gdyby faktycznie kryzy dotknął Chiny to najprawdopodobniej rozlałbym się po całym świecie. To właśnie dlatego wielu analityków pilnie obserwuje sytuację w Chinach.

Ile jeszcze słabszych danych nas czeka?

Po słabszych danych na temat zatrudnienia i produkcji dzisiaj otrzymaliśmy odczyt na temat sprzedaży detalicznej. W ujęciu rocznym rośnie ona o 5,6%, jednakże analitycy spodziewali się 2% więcej. Inwestorzy są na razie spokojni i nie wycofują się ze złotego. Rodzima waluta nie straciła niemal na wartości po tej informacji. Dane o sprzedaży detalicznej charakteryzują się dużą zmiennością, więc nie można na podstawie jednego odczytu wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Niepokój budzi natomiast kumulacja. W tym tygodniu wszystkie ważne odczyty z Polski okazały się słabsze od oczekiwań. Dlaczego zatem złotówka nie słabnie? Głównym powodem jest fakt, że złoty już jest dosyć słaby. Dane te zatem potwierdziły obecne notowania.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym,
  • 19:00 – USA – ilość wież wiertniczych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Złoty nieco słabszy na koniec tygodnia

Wahania polskiego złotego w ostatnim czasie nie są zbyt wysokie, wczoraj jednak polska waluta osłabiła się w parze z euro i dolarem amerykańskim, co powodowane było przede wszystkim siłą amerykańskiej waluty i lekkim wzrostem ryzyka. Złoty zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z funtem brytyjskim, który również charakteryzował się słabością w parze z głównymi walutami.

Ostatnie dane z kraju rozczarowują. Do serii słabszych odczytów dołączyła dzisiaj sprzedaż detaliczna, która we wrześniu rosła o 3,6% rok do roku w cenach stałych wobec oczekiwanego przez konsensus wzrostu na poziomie 6,2% – tym samym rosła najwolniej od marca 2016 r. W ujęciu miesięcznym spadek był głęboki i wyniósł 3,9%. Na dane szczególnie negatywnie wpływała sprzedaż pojazdów mechanicznych (spadek o 7% rocznie i 6,3% w ujęciu miesięcznym). W mniejszym stopniu, ale również negatywnie, ważyła subkategoria „praca i książki” (wzrost o 0,9% rocznie i spadek o 7% w ujęciu miesięcznym). Kolejny gorszy odczyt może budzić pewne obawy w kwestii perspektyw krajowej gospodarki, jednak podobnie jak poprzednie dane nie wpływa na kurs złotego.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wczoraj powrócił temat Włoch, co nie sprzyjało wspólnej walucie, która osłabiła się w relacji do dolara amerykańskiego. Wraz z kolejnymi ostrzeżeniami i krytyką ze strony oficjeli UE – których zdaniem planowany włoski budżet jest niezgodny z regułami Komisji Europejskiej – wyprzedawane były włoskie obligacje. Rentowności włoskich 10-letnich papierów dłużnych dobiły do poziomu 3,7%, spread między nimi, a niemieckimi Bundami jest obecnie największy od 5,5 roku.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,88-4,90. Wczorajsze dane o sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii we wrześniu rozczarowały, jednak nie przełożyły się na istotną słabość funta brytyjskiego. Ta nadeszła ponownie w drugiej części dnia w związku z kwestiami okołobrexitowymi – Theresa May nie była w stanie uspokoić inwestorów swoimi komentarzami. Premier Zjednoczonego Królestwa potwierdziła, że negocjacje są trudne, a także, że jakiś czas temu pojawiła się kwestia wydłużenia okresu przejściowego. Wypowiadając się na ten sam temat Donald Tusk stwierdził, że podczas szczytu UE nie prowadzono dyskusji w kwestii wydłużenia wspomnianego okresu. Oprócz kwestii brexitowych brytyjskiej walucie nie sprzyjało również umocnienie dolara amerykańskiego.

Dziś wieczorem przemawiać będzie prezes Banku Anglii, Mark Carney. Uwaga inwestorów nadal w największym stopniu skupiona jest na kwestii Brexitu, ewentualne komentarze dotyczące perspektyw brytyjskiej gospodarki po wyjściu z UE mogłyby przełożyć się na zmianę kursu szterlinga.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,73-3,76. Amerykańska waluta zyskiwała wczoraj również do głównych walut, mimo spadku rentowności krajowych obligacji, które powróciły na poziomy notowane w początkach poprzedniego dnia. Dane makroekonomiczne płynące ze Stanów Zjednoczonych były nieco lepsze od oczekiwań. Indeks Filadelfia FED dla przemysłu – którego spadek jeszcze kilka miesięcy wcześniej wywoływał obawy o potencjalny wpływ wojny handlowej na amerykański przemysł – w październiku pokazał odczyt na poziomie 22,2 wobec oczekiwań 19,7. Cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych były z kolei niemal w pełni zgodne z oczekiwaniami.

Wczorajszy dzień przyniósł kilka wypowiedzi członków FOMC. Jak zwykle gołębi James Bullard stwierdził, że nie dostrzega oznak wzrostu produktywności w amerykańskiej gospodarce, która przekładałaby się na wzrost potencjału gospodarczego kraju. Jego zdaniem kolejne podwyżki stóp procentowych mogłyby być uzasadnione, jeśli gospodarka nadal będzie zaskakiwać na plus. Randal Quarles z kolei poinformował, że spodziewa się, że wzrost gospodarczy USA w długim terminie przewyższy medianę prognoz FED.

Pod koniec dnia opublikowane zostaną dane z amerykańskiego rynku nieruchomości we wrześniu. Dziś przemawiać będą również Robert Kaplan i Raphael Bostic z FOMC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 15:00 – przemawia Robert Kaplan z FOMC
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w nieruchomości we wrześniu
  • 17:30 – przemawia prezes Banku Anglii, Mark Carney
  • 18:00 – przemawia Raphael Bostic z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Firmy energetyczne chcą złagodzenia zabezpieczeń transakcji

Przy rosnących cenach hurtowych energii elektrycznej mamy do czynienia z lawinowym wzrostem dodatkowych kosztów przedsiębiorstw energetycznych, wynikających z coraz wyższych kwot zabezpieczeń finansowych transakcji na rynku energii elektrycznej. Wpływa to na ograniczenie płynności finansowej firm, a w niektórych przypadkach może nawet grozić ich upadłością. Dlatego Konfederacja Lewiatan proponuje, aby zmniejszyć opłaty transakcyjne oraz dopuścić stosowanie w szerszym zakresie innych niż kwotowe form zabezpieczeń.

Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan
Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan

Kolejny impuls do wzrostu kwot zabezpieczeń da zmiana prawa energetycznego, która przewiduje od 1 stycznia 2019 r. zwiększenie tzw. obliga giełdowego z poziomu 30 proc. do 100 proc. transakcji na giełdach towarowych. W ten sposób znacząco powiększy się ilość i wolumen transakcji na rynku terminowym prowadzonym przez Towarową Giełdę Energii. Znacznie większy wolumen, jak i cena transakcji, przełożą się na wielokrotnie wyższe niż dotychczas kwoty wymaganych zabezpieczeń transakcji przez Izbę Rozliczeniową Giełd Towarowych SA.

– Ze zrozumieniem przyjmujemy inicjatywę ministra energii wzmocnienia transparentności rynku energii elektrycznej i wprowadzenia mechanizmów zwiększających konkurencję. Rozumiemy, że podniesienie obliga giełdowego ma sprzyjać jawności i przejrzystości sprzedaży energii. Ale podjęcie takiej decyzji, przy rosnących cenach energii, wymaga od przedsiębiorstw utrzymywania znaczącego kapitału „zamrożonego” w formie depozytu bankowego lub gwarancji bankowej. Zdobycie odpowiednio wysokiego kapitału, zwykle w bardzo krótkim czasie, wpłynie na ograniczenie płynności firm, a w niektórych przypadkach może nawet prowadzić do ich upadłości – ostrzega Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan proponuje więc złagodzenie rygorów zabezpieczenia transakcji na rynku energii elektrycznej. Chodzi o zmniejszenie opłat za rozliczenie i rozrachunek na Towarowej Giełdzie Energii i w Izbie Rozliczeniowej Giełd Towarowych oraz dopuszczenie stosowania innych sposobów zabezpieczenia.

– Proponujemy uznawanie ratingu grupy, do której należy spółka, w celu ograniczenia poziomu wymaganych depozytów, obniżenie wielkości wymaganego depozytu zabezpieczającego, np. do 70 proc. aktualnej wartości, zwiększenie zabezpieczenia w formie gwarancji bankowej z obecnie obowiązujących 90 proc. do 100 proc. wymaganego zabezpieczenia oraz wnoszenie zabezpieczenia w formie gwarancji korporacyjnej – dodaje Daria Kulczycka.

Rynek transportu i logistyki w ciągu najbliższych lat czeka gruntowna transformacja

Rynek transportu i logistyki za 5 lat będzie wyglądał zupełnie inaczej. Z danych przedstawionych w raporcie PwC „CEE Transport & Logistics TrendBook 2019” wynika, że aż 68% prezesów spółek z tej branży na świecie spodziewa się zmian w podstawowych technologiach świadczenia usług, zaś 65% oczekuje zmian w kanałach dystrybucji. Zdaniem ekspertów PwC sektor będzie zmieniał się pod dyktando digitalizacji, przesunięć w handlu międzynarodowym, rozwiązań software, zmian wewnętrznych w handlu oraz rozwoju rozwiązań w obszarze maszyn i urządzeń.

Eksperci PwC w raporcie „CEE Transport & Logistics TrendBook 2019” wyróżniają pięć głównych sił, które w ciągu kolejnych 5 lat będą miały największy wpływ na kierunek zmian w branży transportu i logistyki zarówno w Polsce, jak i całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Jednym z najważniejszych trendów mających wpływ na wszystkie sektory gospodarki jest digitalizacja. Jeśli chodzi o transport i logistykę, ona również pozostaje pod wpływem cyfrowych rozwiązań, widzimy jednak inne, równie istotne czynniki, które kształtują zmiany w tym segmencie. Zaczynając od zmian zachowań konsumentów w postaci przesunięcia zakupów do sieci, poprzez brak dostępności kadr do pracy w Europie i zmiany regulacji w zakresie prawa pracy, aż po inwestycje w infrastrukturę oraz zmiany umów i relacji na arenie handlu międzynarodowego, które otwierają nowe szlaki transportowe między Europą i Azją. – Michał Mazur, partner w PwC, lider zespołu ds. transportu i logistyki

Digitalizacja procesów operacyjnych i kontraktowych w branży transportowej i logistycznej nie jest zjawiskiem zupełnie nowym i proces ten trwa już od jakiegoś czasu. Został spowodowany, podobnie jak w innych sektorach gospodarki, m.in. zmianami zachowań konsumentów, niewystarczającej podaży wyspecjalizowanej siły roboczej, dostępności coraz bardziej zaawansowanej technologii. Również regulacje dotyczące pracy i ochrony danych umożliwiają większą digitalizacje tego rynku.

Eksperci PwC podkreślają, że firmy mogą wykorzystywać digitalizację by, zwiększać przychody, upraszczać procesy, przekształcać usługi, produkty i modele biznesowe, a także redukować wpływ braku odpowiednio wykwalifikowanych kadr.

Można oczekiwać, że digitalizacja zmieni sposób, w jaki konsumenci wchodzą w interakcję z firmami, co jest już widoczne w zamówieniach usług wykonywanych przez Internet I na urządzeniach mobilnych, począwszy od osobistych usług transportowych, poprzez usługi taksówkowe, po car-sharing i bilety transportu publicznego. Takie usługi mogą już wkrótce przestać być postrzegane jako szczególnie innowacyjne. – Maciej Starzyk, menedżer w zespole ds. transportu i logistyki w PwC

Drugim trendem opisanym w raporcie PwC są przesunięcia w handlu międzynarodowym. Najważniejsze z nich to:

  • Wzrost handlu na linii Europa-Azja
  • Umowy o wolnym handlu
  • Wojny handlowe i bariery w internacjonalizacji biznesu transportowego
  • Nowe szlaki handlowe
  • Rozwój infrastruktury lądowej (kolejowej i drogowej)

Firmy z sektora T&L bez wątpienia skorzystają z modernizacji linii kolejowych, autostrad, nowych połączeń i innych obiektów infrastrukturalnych, takich jak terminale i huby zlokalizowane wzdłuż nowo powstających szlaków handlowych. Przewiduje się, że przepływ dóbr w korytarzach „Nowego Jedwabnego Szlaku” między Chinami a UE będzie dynamicznie rósł w ciągu najbliższych kilku lat. Takie zmiany doprowadzą do obniżenia kosztów transportu i umożliwią stworzenie zupełnie nowych usług. – Tomasz Sączek, wicedyrektor w zespole ds. transportu i logistyki w PwC

Z raportu PwC wynika także, że zmiany w procesach dzięki rozwiązaniom software będą w najbliższym czasie rozwijane i można oczekiwać, że osiągną w ciągu 3 lat osiągną dojrzałość pozwalającą na szersze zastosowanie. Jest to możliwe m.in. dzięki ewolucji takich technologii jak sztuczna inteligencja, Internet Rzeczy, big data czy blockchain/technologia Distributed Ledger (DLT).

Firmy będą wdrażać rozwiązania software, aby uzyskać przewagę kosztową i jakościową oraz lepszy wgląd w przepływ pasażerów. Poprawią one także wygodę i dostępność rozwiązań transportowych dla konsumentów. Mowa tu o takich narzędziach jak inteligentne systemy transportowe (ITS), Robotic Process Automation (RPA), czy prognozowanie remontów i nadzór dronami. – Grzegorz Urban, dyrektor w zespole ds. transportu i logistyki w PwC

Zmiany wewnętrzne w handlu opisane w raporcie PwC również będą silnie oddziaływać na rozwój branży transportu i logistyki. Do najważniejszych należą: coraz większa dojrzałość sektora e-commerce, konsolidacja sektora poprzez liczne fuzje i przejęcia, rosnąca skala ekonomii współdzielenia (sharing economy), a także zmiany demograficzne idące w kierunku starzenia się społeczeństw. Firmy szukając odpowiedzi na tego typu wyzwania będą musiały zapewnić konsumentom wygodniejsze, bardziej przystępne i innowacyjne usługi.

Z kolei zmiany procesów dzięki maszynom i urządzeniom (hardware) będą wspierane przez rozwój technologii transportowych, wahania cen, postępy w elektromobilności, zrównoważony rozwój środowiska i zmiany regulacji na rynku pracy. Co to oznacza dla branży? Czeka nas coraz większa robotyzacja magazynów, magazynowanie wspierane przez VR i AR, rozój szybkiej kolei, a także optymlizacja dostaw ostatniej mili, w tym przy użyciu dronów.

Murapol SA wykupił obligacje serii R o łącznej wartości 22,5 mln zł

Murapol SA wykupił, zgodnie z terminem zapadalności, notowane w Alternatywnym Systemie Obrotu na rynku Catalyst instrumenty dłużne serii R o łącznej wartości 22,5 mln zł. Obecnie w obrocie giełdowym znajdują się obligacje Spółki serii T, U, W i Z na łączną kwotę 9,5 mln zł.

– Niemal od początku funkcjonowania giełdowego rynku Catalyst bierzemy aktywny udział w jego rozwoju, jednocześnie korzystając z możliwości związanych z finansowaniem naszej działalności z innych źródeł niż kredyty bankowe, czy dzielenie się własnością spółki z akcjonariuszami zewnętrznymi. W bieżącym roku wykupiliśmy sporą część z wyemitowanych przez nas instrumentów dłużnych. Mamy przy tym nadzieję, że kolejnymi wynikami działalności operacyjnej oraz zawsze terminowym regulowaniem zobowiązań wobec obligatariuszy, potwierdzimy zaufanie do Murapolu jako emitenta instrumentów finansowych. – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA.

Od 2010 r. Murapol wyemitował i wprowadził na Catalyst obligacje korporacyjne o wartości około 180 mln zł. W tym czasie Spółka wykupiła instrumenty dłużne znajdujące się w publicznym obrocie na kwotę blisko 170,5 mln zł. Tylko w br., poza wykupionymi dzisiaj obligacjami serii R, Murapol spłacił zobowiązania wobec obligatariuszy serii T, U, W i Z o łącznej wartości 30,5 mln zł. Ponadto spółka podjęła decyzje o nabyciu przed terminami zapadalności pozostałych instrumentów dłużnych ww. serii na sumaryczną kwotę 9,5 mln. Transakcje nabycia będą dokonywane odpowiednio w dniach: seria T – 31 stycznia 2019 r., seria U – 28 stycznia 2019 r., seria W – 22 listopada 2018 r. oraz seria Z -29 grudnia 2018 r.

W br. Spółka przeprowadziła emisje obligacji korporacyjnych na sumaryczną kwotę ponad 48 mln zł, które nie zostały wprowadzone do ASO na rynek Catalyst. Łącznie poza rynkiem giełdowym znajdują się instrumenty dłużne Murapol SA o wartości nieco ponad 121 mln zł.

Przedawnienie roszczeń po nowelizacji przepisów Kodeksu cywilnego. Na co warto zwrócić uwagę?

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Nowelizacja Kodeksu cywilnego wprowadziła bardzo ważne zmiany w zakresie obowiązujących zasad przedawnienia roszczeń. Najistotniejsza z nich dotyczy skrócenia ogólnego terminu przedawnienia cywilnoprawnych roszczeń majątkowych z dziesięciu do sześciu lat. Modyfikacjom uległ również sposób liczenia powyższego terminu. Czy nowe regulacje wpłyną negatywnie na sytuację przedsiębiorców?

Ustawa z dnia 13 kwietnia 2018 r. o zmianie ustawy – Kodeks cywilny oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r., poz. 1104, dalej jako: „Nowelizacja”) wprowadziła zasadnicze zmiany odnoszące się nie tylko do terminów, ale przede wszystkim do zasad obliczania przedawnienia cywilnoprawnych roszczeń majątkowych. Ustawodawca zdecydował się również wzmocnić prawa konsumentów względem przedsiębiorców i skrócić ogólny termin przedawnienia roszczeń.

Największe wątpliwości może budzić jednak wprowadzenie przez ustawodawcę do obrotu prawnego regulacji, które różnicują możliwość korzystania z przywileju zarzutu przedawnienia w zależności od tego, czy podmiot funkcjonuje w obrocie jako konsument czy przedsiębiorca. Kluczowe pozostaje zatem pytanie, czy powyższa kwestia nie narusza konstytucyjnej zasady równości wobec prawa?

Przedsiębiorco, pamiętaj o nowych i krótszych terminach przedawnień

Zgodnie z treścią znowelizowanego art. 118 ustawy z dnia 23 kwietnia 1964 r. – Kodeks cywilny (Dz.U. z 2018 r., poz. 1025, dalej jako: k.c.) podstawowy termin przedawnienia wynosi aktualnie sześć lat pod warunkiem, że przepis szczególny nie stanowi inaczej. Jest to zasadnicza zmiana w porównaniu do uprzednio obowiązującego terminu, który wynosił dziesięć lat. Warto podkreślić, że modyfikacjom nie uległ termin przedawnienia określony dla roszczeń o świadczenia okresowe oraz roszczeń dotyczących prowadzenia działalności gospodarczej, który wynosi tak jak dotychczas trzy lata. W art. 118 k.c. dodano również regulację, która określa nowy sposób obliczania terminów przedawnienia wynoszących dwa lub więcej lat. W takich przypadkach koniec okresu przedawnienia przypadał będzie na ostatni dzień roku kalendarzowego. W praktyce oznacza to, iż moment podnoszonego przedawnienia będzie przedłużony do końca roku kalendarzowego.

Na podstawie zreformowanych od dnia 9 lipca 2018 r. regulacji Kodeksu cywilnego skróceniu uległ również dziesięcioletni termin przedawnienia roszczeń stwierdzonych prawomocnym orzeczeniem albo ugodą sądową, który w aktualnym brzmieniu wynosi sześć lat. W tym zakresie art. 125 k.c. wskazuje na roszczenia stwierdzone prawomocnym orzeczeniem sądu lub innego organu powołanego do rozpoznawania spraw danego rodzaju albo orzeczeniem sądu polubownego. Przedmiotowemu okresowi sześcioletniego przedawnienia podlegały będą również tytuły prawne zatwierdzone ugodą zawartą przed sądem bądź sądem polubownym, jak również ugodą zawartą przed mediatorem i w następstwie uznanej przez sąd.

Konsument szczególnie chroniony – odmienne regulacje przedawnienia roszczeń w stosunkach z konsumentami

Uzasadnione wątpliwości budzi wdrożenie zróżnicowanych zasad przedawnienia roszczeń w obrocie gospodarczym w przypadkach zachodzącej relacji gospodarczej pomiędzy przedsiębiorcą a konsumentem. Nieuprawnione wydaje się działanie ustawodawcy zmierzające do poprawy sytuacji konsumentów kosztem przedsiębiorców, co rozważyć należy w odniesieniu do zagwarantowanej przez Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej zasady równości wobec prawa.

Szczególną uwagę przedsiębiorcy powinni zwrócić na przepisy art. 117 § 21 k.c., dodanego przez obowiązującą od 9 lipca 2018 r. nowelę, który stanowi, iż po upływie terminu przedawnienia niedopuszczalne jest domaganie się przez przedsiębiorcę zaspokojenia roszczenia przysługującego przeciwko konsumentowi. Powyższa zmiana z praktycznego punktu widzenia oznacza, że w momencie upływu okresu przedawnienia podmiot będący wierzycielem (przedsiębiorcą) nie będzie uprawniony dochodzić przymusowej realizacji swojego roszczenia. Natomiast sąd rozpoznający sprawę dotyczącą konsumenta będzie obowiązany z urzędu dokonać analizy czy upłynął termin przedawnienia takiego roszczenia.

Tym samym ustawodawca zdecydował się dokonać niespotykanej dotąd modyfikacji istoty cywilistycznej instytucji przedawnienia. Przed nowelizacją przepisów przygotowaną przez rząd zarzut przedawnienia mógł być podniesiony wyłącznie przez samego pozwanego. Jest to fundamentalna zmiana, która odbiera nie tylko prawo do dochodzenia przez wierzyciela swojego roszczenia, ale również decyduje za samego dłużnika będącego konsumentem, że nie będzie on uprawniony do dobrowolnej spłaty swojej zaległość ani do odstąpienia od swojego kodeksowego przywileju po upływie okresu przedawnienia. Obecna regulacja jest zatem wyrazem jednoznacznego podejmowania decyzji ustawodawcy za samego konsumenta pozostającego w sporze z przedsiębiorcą, jak również nieuzasadnionego wzmocnienia jego pozycji względem wierzyciela.

Niejasności wokół przepisów przejściowych – konsument ponad prawem względem przedsiębiorcy?

Przygotowana przez rząd nowelizacja przepisów Kodeksu cywilnego wprowadza do obrotu gospodarczego szczególne przepisy przejściowe, które odmiennie określają zagadnienie przedawnienia cywilnoprawnych roszczeń majątkowych względem przedsiębiorców i konsumentów. Uwagę zwrócić należy na treść art. 5 ust. 3 nowelizacji Kodeksu cywilnego, w myśl którego do przysługujących konsumentowi roszczeń powstałych przed dniem 9 lipca 2018 r. i w tym dniu jeszcze nieprzedawnionych, których terminy przedawnienia są określone w art. 118 i art. 125 § 1 k.c. stosuje się dotychczasowy dziesięcioletni okres przedawnienia.

W tym zakresie porównania wymaga wdrożona przez ustawodawcę zasada, zgodnie z którą roszczenia przedsiębiorców przedawnione wobec konsumentów, co do których do dnia wejścia w życie niniejszej ustawy nie podniesiono zarzutu przedawnienia, podlegają z tym dniem skutkom przedawnienia (art. 5 ust. 4 nowelizacji). W praktyce przedsiębiorcy muszą mieć więc świadomość tego, że w takim przypadku na podstawie art. 117 § 21 k.c. sąd zobowiązany będzie rozważyć przedmiotowe przedawnienie z urzędu, bez względu na zarzut zgłoszony przez pozwanego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ostrożne perspektywy dla rynku akcji sprzyjają obligacjom

GPW zniżkuje. Według ekspertów Aforti Holding lekkie odreagowanie możliwe będzie jeszcze w tym roku, ale w perspektywie długoterminowej rynek kapitałowy mogą czekać spadki. Inwestorzy zaczynają tym samym przekierowywać środki na rynek obligacji, co – mimo odczuwalnych jeszcze skutków ‘afery GetBack’ – wzmacnia koniunkturę na papiery dłużne.

Paweł Opoka, dyrektor zarządzający, Aforti Holding / Grupa AFORTI
Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI

Malejąca produkcja przemysłowa w Niemczech, skomplikowana sytuacja geopolityczna
i gospodarcza we Włoszech, utrudnienia wynikające z wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej czy wojna handlowa na linii USA-Chiny zagrażają pośrednio polskiej giełdzie. Kiepskie nastroje rodzimych inwestorów nie są jednak tylko efektem sytuacji na rynkach międzynarodowych, ale również wypadkową tego, co dzieje się w rodzimej gospodarce. Rynek nie sprzyja inwestycjom giełdowym, a rentowność akcji w porównaniu z rentownością obligacji chyli szalę ku papierom dłużnym. Nie dziwi zatem, że wartość obligacji nieskarbowych, notowanych na Catalyst, wzrosła we wrześniu 2018 roku do 83,1 mld złotych wobec 68,6 mld złotych rok wcześniej.

Od początku 2018 roku kapitalizacja spółek notowanych na GPW
w Warszawie spadła aż o 11 proc.
, do 1 157,1 mld złotych, natomiast indeks WIG20 – po szczytach z końca stycznia 2018 – zmalał o przeszło 400 punktów bazowych. Problemem pozostaje także niska płynność rynku, która
w dużym stopniu ogranicza możliwości inwestorów. Zdaniem ekspertów Aforti Holding, rodzimy parkiet jest niedowartościowany, stąd ostatnie miesiące bieżącego roku mogą przynieść lekkie odreagowanie. Nie zmienia to jednak faktu, iż w perspektywie długoterminowej nad głowami osób inwestujących na giełdzie zaczną pojawiać się pierwsze czarne chmury.

Poski rynek kapitałowy pod presją wydarzeń na arenie międzynarodowej

Powodem do zmartwień dla inwestorów może być między innymi spowolnienie gospodarcze u naszych zachodnich sąsiadów, do których trafia blisko 1/3 polskiego eksportu. Według sierpniowych danych produkcja przemysłowa w Niemczech spadła o 0,3 proc., a ostatni październikowy odczyt indeksu ZEW – określający nastroje analityków instytucjonalnych – zmniejszył się do 24,7 pkt., wchodząc tym samym na najniższy poziom od sierpnia 2012 roku.

Problemem pozostaje również napięta sytuacja polityczno-gospodarcza we Włoszech, gdzie populistyczny rząd, wbrew zaleceniom Komisji Europejskiej, nie zamierza ograniczać wydatków budżetowych, a sektor finansowy od dłuższego czasu wskazywany jest jako pięta Achillesa banków na Starym Kontynencie. Jednocześnie niewyjaśniona pozostaje sytuacja Wielkiej Brytanii, która negocjuje z UE warunki wiążące Londyn z Brukselą po opuszczeniu przez UK struktur europejskich.

Co więcej – sytuacji na rodzimym rynku kapitałowym nie poprawiają również doniesienia z USA. Po podniesieniu stóp procentowych przez Rezerwę Federalną, rosną bowiem rentowności amerykańskich obligacji skarbowych, które w przypadku tych 10-letnich osiągnęły poziom 3,2 proc., umacniając tym samym dolara. Z drugiej strony – decyzja FEDu spowodowana była dobrą sytuacją makroekonomiczną największej gospodarki świata, a więc początkowe podwyżki stóp procentowych w perspektywie krótkoterminowej nie powinny mieć jeszcze istotnego wpływu na rynek akcji. Dużym ryzykiem pozostaje jednak wojna handlowa na linii USA-Chiny, której efekty mogą mocno uderzyć w giełdowe indeksy.

Zniżkująca GPW – lokalne blokady

Powodów słabości na GPW należy upatrywać również w krajowych wskaźnikach makroekonomicznych . Jednym z nich jest historycznie niski poziom bezrobocia, a co za tym idzie – trudności firm ze znalezieniem odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. Jest to problem istotnie hamujący rozwój przedsiębiorstw, a tym samym doskwierający polskiej gospodarce. Inne z czynników mają charakter wprost branżowy. Przedstawicieli przemysłu niepokoją podwyżki cen energii elektrycznej, spowodowane wzrostem praw do emisji CO2. Firmy budowlane, a zwłaszcza te, które tworzą infrastrukturę lądową, zmagają się natomiast z drastycznym wzrostem cen materiałów. Z kolei przedstawiciele sektora motoryzacyjnego – będący dostawcami dla niemieckich fabryk – mogą odczuć problemy wynikające z coraz większej popularności samochodów elektrycznych oraz proekologicznej polityki UE.

Obligacje zamiast akcji?

Według ekspertów Aforti Holding opisane powyżej czynniki nie spowodują w krótkim okresie zakończenia trwającej już od kilkunastu lat hossy na rynku kapitałowym. Tego typu proces może rozpocząć się dopiero za ok. 2-3 lata, co jest z kolei istotnym ryzykiem dla inwestorów długoterminowych, planujących pomnażanie swoich oszczędności w kilkuletniej pespektywie. Dlatego też, przy słabościach rynku akcji, niskim oprocentowaniu lokat – będącym następstwem historycznie niskich stóp procentowych utrzymywanych przez Radę Polityki Pieniężnej – alternatywnym rozwiązaniem pozostają korporacyjne papiery dłużne. Choć także w tym przypadku – chociażby za sprawą niedawnych problemów spółki windykacyjnej GetBack – obserwujemy wycofywanie kapitału z funduszy inwestycyjnych nakierowanych na lokowanie środków w obligacje oraz rosnącą awersję do ryzyka. Nie zmienia to jednak faktu, iż wartość obligacji nieskarbowych, notowanych na Catalyst, wzrosła we wrześniu 2018 roku do 83,1 mld złotych wobec 68,6 mld złotych rok wcześniej.
W większości przypadków papiery dłużne, szczególnie te emitowane przez największe spółki lub podmioty o stabilnej sytuacje finansowej, umożliwiają osiągnięcie satysfakcjonujących jak na nasze lokalne warunki stóp zwrotu.

W kontekście aktualnej sytuacji rynkowej należy podkreślić to, by każda decyzja inwestycyjna była podejmowana przy pełnej świadomości tak potencjalnych zysków, strat, jak i ryzyka wynikającego z wyboru konkretnej formy lokowania wolnych środków. Osoby planujące ‘zamrozić’ swoje oszczędności w horyzoncie czasowym nie dłuższym niż 12 miesięcy, nadal mogą koncentrować swoje działania inwestycyjne na rodzimym rynku akcji, ale w szczególności na polskich spółkach blue chips, wobec których prawdopodobieństwo odbicia – w przeciwieństwie do spółek z sektora MSP – pozostaje na stosunkowo wysokim poziomie . Dla pozostałych interesariuszy pozostaje rynek papierów dłużnych, zarówno \korporacyjny, umożliwiający uzyskiwanie zwrotu na poziomie przekraczającym 5 proc., jak i ten skarbowy, który niesie mniejsze zyski, ale należy do jednych z najbezpieczniejszych przystani dla środków finansowych.

Eksperci: Komisja śledcza ds. VAT-u niczego nie wyjaśni

Zespół badający nieprawidłowości w instytucjach publicznych w zakresie podatku VAT ma przede wszystkim wykryć mechanizmy, które pozawalały na omijanie prawa. Część ekspertów przekonuje, że komisja nie rozszyfruje tego, a takimi problemami powinny zajmować się profesjonale podmioty, jak prokuratura i służby specjalne. One dysponują odpowiednimi narzędziami oraz możliwościami. Natomiast posłowie będą tylko bazować na wypowiedziach i oświadczeniach wzywanych osób. Analitycy na rynku spierają się o to, co właściwie wyniknie z działań sejmowych dla gospodarki i podatników, a przecież o to powinien toczyć się ten bój. Jednocześnie pojawiają się opinie, że obrady przerodzą się w polityczne przedstawienie.

Analiza patologii

W lipcu pracę rozpoczęła komisja śledcza ds. VAT. W jej składzie znajduje się dziewięcioro posłów, pięcioro z PiS-u oraz czworo z opozycji. Według założeń, powołany zespół ma zbadać prawidłowość i legalność działań, a także występowanie zaniedbań i zaniechań w okresie od grudnia 2007 r. do listopada 2015 r. Na cenzurowanym znajdą się organy i instytucje publiczne. Sprawa dotyczy zapewnienia odpowiednich dochodów Skarbu Państwa z tytułu daniny od towarów i usług oraz podatku akcyzowego.

– Komisja śledcza bada delikt władzy, która odpowiadała w latach 2007-2015 za podatek od towarów i usług oraz podatek akcyzowy. Budżet państwa stracił w tym czasie ok. 300 mld złotych dochodów z tych podatków, co było największą w historii Polski grabieżą środków publicznych. Ktoś tworzył przepisy, które wywołały wskazane straty. Komisja musi odpowiedzieć na pytanie, czy działania te wynikały z niekompetencji, czy też były świadomą destrukcją tych podatków. Musi również sprawdzić stopień zawinienia osób, które odpowiadały wówczas za VAT i akcyzę. Być może wspierano działania mające na celu wyłudzenia – mówi prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Natomiast Jerzy Martini, doradca podatkowy i członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan, bardzo negatywnie ocenia ograniczenie działania komisji śledczej tylko do lat rządów koalicji PO-PSL. Jeśli posłowie rozwikłają zagadki, to będzie ciążyło podejrzenie o rozgrywce politycznej i podważy wiarygodność ustaleń. Zrobi się z tego przedwyborcza szopka. Według eksperta, jest to zła decyzja, której nie rozumie, ponieważ PiS-owi raczej nie można za dużo zarzucić w tej sprawie. Oszustwa stały się bowiem możliwe w związku z wejściem Polski do Unii Europejskiej. To powinna być naturalna cezura czasowa w tej kwestii.

– Trzeba też zauważyć, że prace rozpoczęto z pewną tezą, że za tzw. lukę vatowską odpowiada poprzednia koalicja, co może częściowo jest prawdą. Jednak z przestępstwami podatkowymi walczyła cała Europa. My nie byliśmy jakąś odosobnioną wyspą, która jako jedyna miała problemy. Tak wyglądała sytuacja w całej unijnej strefie. Oskarżane jest Ministerstwo Finansów, a przecież ustawy trochę przeleżały w parlamencie. Warto poczytać sprawozdania z komisji sejmowych, kto był przeciwko wprowadzeniu takich mechanizmów. Myślę, że niektórzy mogliby się poważnie zdziwić, gdyby pewne nazwiska tam wyczytali, więc tego typu kwestie wymagałyby również wyjaśnienia – zaznacza doradca podatkowy Radosław Piekarz.

Wyzwanie dla posłów

Eksperci nie wiedzą, jak komisja będzie pracować i co dokładnie ustali. Prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego przekonuje, że potrzebna jest wnikliwa analiza przyczyn i rozmiarów wycieku podatku VAT. Takie podejście jest bowiem niezbędnym warunkiem uszczelnienia systemu i zapobiegania nieprawidłowościom. Jednak należy to uczynić z czysto racjonalnych i ekonomicznych względów, a nie w celu załatwienia politycznych interesów. Najważniejsze jest wykrywanie mechanizmów, którym posługują się oszuści. Mniejsze wpływy z podatków do budżetu oznaczają bowiem ograniczoną pulę na dobra publiczne, np. ochronę zdrowia, edukację, kulturę, budowanie dróg czy funkcjonowanie policji i bezpieczeństwa narodowego. Zatem wskutek oszustw podatkowych tracimy wszyscy. To, co już zostało utracone w wyniku omijania prawa, przeważnie jest trudne do odzyskania, a proces odzyskiwania – bardzo skompilowany i kosztowny

– Podkreślę kwestię czysto społeczną. Nagle do elity biznesowej dostała się pokaźna grupa mafiosów. Te miliardy zostaną gdzieś wyprane, zainwestowane i przybędzie nowych przedsiębiorców o proweniencji przestępczej. To pogorszy standardy etyczne polskiego biznesu, co przełoży się na całą gospodarkę – dodaje Jerzy Martini.

Według prof. Modzelewskiego, większość pieniędzy z oszustw została już wytransferowana z Polski. Ci, którzy byli i są beneficjentami patologii w obu podatkach, będą bronić swoich interesów. Zdaniem eksperta, śledczy zmierzą się z potężnym przeciwnikiem, który jest w stanie obiektywnie zablokować wiele informacji. Dysponuje gigantycznymi środkami, a część z tej puli będzie najprawdopodobniej użyta na lobbing przeciwko działaniom komisji. Prawdopodobnie rozpocznie się przedstawianie posłów w negatywnym świetle.

– Członkowie komisji, nie odmawiając im pozytywnych cech, bez dostępu do narzędzi operacyjnych, nie będą w stanie odszyfrować, co się faktycznie wydarzyło. Oni są wyłącznie zdani na wypowiedzi i oświadczenia wzywanych osób. Trudno założyć, że ci, którzy mogliby być winni, przyznają się i powiedzą, że np. zaniechali działań, bo zyskali korzyść finansową. Tu mam wątpliwość. Według mnie, to jest bardziej materiał na śledztwo w pełnym zakresie, prowadzone przez specjalistów. W naszym państwie nie brakuje przecież instytucji właściwych do rozwiązywania takich sytuacji – stwierdza Jerzy Martini.

W tej sprawie należałoby uruchomić organy śledcze, co także podkreśla Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. W opinii eksperta, prokuratura i służby specjalne mają wykrywać wszystkie porozumienia na linii świat kryminalny – politycy. To byłoby bardziej sensowne rozwiązanie, niż komisja. Ona powinna mieć na celu wyłapanie słabych punktów w procedurach prawnych, które są obecnie. To pozwoliłoby uniknąć podobnych problemów w przyszłości. Jednak ekspert wątpi, aby posłowie byli w stanie przedstawić rozwiązania, które warto wprowadzić w życie. To już zadanie dla resortu finansów, współpracującego ze specjalistami od podatków.

Wiele korzyści albo nic?

– Z działań tej komisji może wyniknąć bardzo dużo dobrego dla polskiej gospodarki i podatnika. Posłowie zaprezentują opinii publicznej patologiczny mechanizm funkcjonowania naszego państwa. To być może odstraszy wszystkich tych, którzy będą niedostatecznie kompetentni do pełnienia funkcji publicznych lub chcieliby w złej wierze tolerować czy wspierać oszustów podatkowych. Ich działanie jest też uderzeniem w uczciwych podatników. Na tych ostatnich zostały przerzucone ciężary fiskalne, od których uchylili się specjaliści od „optymalizacji podatkowej”. W realnym wariancie komisja przedstawi istotną część mechanizmu działania tzw. liberalnej demokracji, czyli państwa, w którym wszystko można kupić, nawet niepłacenie podatków – prognozuje prof. Witold Modzelewski.

Jak podkreśla prof. Elżbieta Mączyńska, istotne jest uwzględnianie ryzyka związanego z upublicznianiem schematów działań oszustów. Może to bowiem zachęcać do łamania prawa. Nie powinny być zatem ujawniane szczegóły dotyczące mechanizmów. Jednak potrzebna jest informacja o tego typu sprawach i ich skali. Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego wskazuje przy tym, że nieuczciwi podatnicy mogą szukać kolejnych, zupełnie nowych okazji do popełniania oszustw i prawdopodobnie je znajdą. Po zlikwidowaniu jednej dziury w systemie podatkowym może pojawić się następna. Takich sytuacji będzie tym mniej, im bardziej klarowny stanie się system podatkowy, stąd znaczenie prac nad jego racjonalizacją. Najgroźniejsze dla skarbu państwa są oszustwa vatowskie w skali międzynarodowej, w tym związane z fikcyjnym eksportem. Ich wykrywaniu sprzyjają m.in. technologie cyfrowe. Jednak niezbędna jest współpraca ponadnarodowa, przede wszystkim w Unii Europejskiej. W ocenie eksperta, wspólnota ciągle czyni zbyt mało, żeby przeciwdziałać oszustwom.

– Raporty Komisji Europejskiej przedstawiają schematy fraudu vatowskiego, bo taka nazwa funkcjonuje w oficjalnych dokumentach. Nie sądzę, żeby szersze upublicznienie pewnych danych przez posłów mogło zachęcić oszustów do działania. Nagle nikt nie wpadnie na pomysł, że też się tym zajmie, bo można na tym zarobić. Zostały wprowadzone nowe przepisy, które bardzo utrudniają tzw. karuzele vatowskie. Dziś prawie nikt się tym już nie zajmuje, bo nie stanowi to aż tak wielkiego problemu. Natomiast resort finansów widzi, że podatek VAT ucieka innym źródłem, dlatego dojdzie do wprowadzenia kas fiskalnych online – informuje Radosław Piekarz.

Zgodnie z opinią Piotra Kuczyńskiego, z funkcjonowania komisji śledczej nic nie wyniknie dla gospodarki kraju i podatników. Gdyby posłowie skupili się na obecnej sytuacji to takie podejście miałoby znaczenie dla każdego Polaka. W tym przypadku analizowane są działania z przeszłości. Ekspert przewiduje, że politycy będą starali się wykazać coś, co zwiększy szanse wyborcze danego ugrupowania. To jest absolutnie normalne, tak było i będzie. Jedna strona przyjmie raport, który udowodni winę koalicji PO-PSL, a druga – przyjmie oddzielny dokument. Zazwyczaj tego typu zespoły nie prowadzą do poważnych rozstrzygnięć. Głosowanie nad sprawozdaniami z prac czasami ociera się o śmieszność.

– Z całym szacunkiem dla posłów, ale moim zdaniem, nic nie wyjaśnią i nie zaproponują. Nie wierzę, żeby jakakolwiek sejmowa komisja śledcza była w stanie cokolwiek ustalić. Tym bardziej, że VAT jest technicznym podatkiem. Kwestie, które trzeba wyjaśnić, są bardzo skomplikowane, nawet dla osób zajmujących się tą tematyką na co dzień. Posłowie mają inne obowiązki, dlatego nie sądzę, żeby mogli określić np. przyczyny powstania luki vatowskiej czy dlaczego tak wolno na nią reagowano. Nie jest wykluczone, że zostanie wykreowany jakiś nowy szeryf, który medialnie zabłyśnie. To jest tylko przedstawienie polityczne, które nie będzie miało żadnego wpływu na rzeczywistość – podsumowuje doradca podatkowy Radosław Piekarz.

OMRON otwiera laboratorium innowacji w Tychach

W jaki sposób możliwe jest zwiększenie efektywności produkcji dzięki automatyzacji procesów? We otwartym właśnie Laboratorium OMRON Innovation Lab w Tychach firmy z różnych gałęzi przemysłu oraz ich menedżerowie będą mogli sami przekonać się w jaki sposób zaawansowana technologia pozwala optymalizować produkcję i wdrażać innowacje. Laboratorium zostało wyposażone w całkowicie zrobotyzowane i zautomatyzowane środki produkcji odtwarzające realia inteligentnej fabryki.

Jako element realizacji globalnej strategii dla rynku automatyki przemysłowej, OMRON rozwinął sieć laboratoriów innowacji – Innovation Lab. Inspiracją dla tej inicjatywy były doświadczenia zebrane podczas realizacji projektów proof-of-concept w Automation Technology Center w Barcelonie i centrum kompetencji robotycznych w Dortmundzie. Częścią tej globalnej sieci jest najnowsze laboratorium innowacji, Omron Innovation Lab, otwarte 18 października w Tychach, na terenie Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Podobnie jak w przypadku pozostałych jednostek, laboratorium w Tychach ma za zadanie umożliwić zaprezentowanie funkcjonalności oraz korzyści wynikających z automatyzacji i robotyzacji procesów produkcyjnych, w środowisku możliwe zbliżonym do realiów prawdziwej fabryki.

Dr. Klaus Kluger, General Manager Central Eastern Europe Omron Electronics GmbH, tak skomentował otwarcie tyskiego Innovation Lab: „Budowanie bliskich relacji z naszymi klientami i partnerami biznesowymi z branży spożywczej, motoryzacyjnej, farmaceutycznej, kosmetycznej oraz dóbr szybko rotujących, jest dla nas szczególnie istotne. Innovation Lab stwarza wyjątkowe możliwości rozwijania takich kontaktów na poziomie zarówno kadry inżynierskiej jak i menedżerskiej. Nasze doświadczenia potwierdzają, że możliwość wspólnej pracy nad innowacyjnymi projektami, dzielenie się wiedzą, testowanie nowych pomysłów i weryfikacja rozwiązań przed ich wdrożeniem jest kluczowe i przekłada się na długofalowe relacje biznesowe na których nam zależy.”

Otwarcie Omron Innovation Lab w Tychach jest ważnym krokiem w umacnianiu obecności firmy Omron w Polsce. Ambicją firmy jest również wspieranie rozwoju technicznego i gospodarczego regionu poprzez transfer wiedzy oraz ułatwianie dostępu do zaawansowanych rozwiązań robotyki i sterowania przemysłowego dla lokalnych fabryk i producentów maszyn. „Misją firmy Omron jest to improve life and contribute to a better society. Otwarcie Innovation Lab jest wyrazem tego dążenia. W praktyce oznacza to wsparcie lokalnych firm, osadzonych w lokalnych społecznościach, aby mogły szybciej się rozwijać, wchodzić na nowe rynki, a w konsekwencji przysparzać korzyści dla pracowników i ich rodzin.” powiedział dr Klaus Kluger.

„Klienci mogą i powinni mieć możliwość prowadzenia testów i weryfikacji na ile zrobotyzowane systemy produkcyjne są w stanie odpowiedzieć na ich specyficzne wyzwania. Z pomocą Innovation Lab pragniemy uzupełnić lukę między teorią i praktyką, czyniąc interakcję różnych rozwiązań automatyki przemysłowej bardziej namacalną i lepiej zrozumiałą. Dzięki starannie dobranym rozwiązaniom sprzętowym i programowym, różnego rodzaju robotom, elastycznym podajnikom, w które wyposażyliśmy Innovation Lab, uzyskaliśmy niespotykane dotąd możliwości opracowywania innowacyjnych rozwiązań dla Przemysłu 4.0.” kontynuował dr. Kluger.

OMRON odtworzył w laboratorium w Tychach kompletne zautomatyzowane i zrobotyzowane środowisko produkcyjne zgodne z wizją zwinnej i autonomicznej produkcji. Innovation Lab został wyposażony w system automatyki Omron Sysmac, sterujący pracą układów bezpieczeństwa oraz przenośników. Pierwsza cela robotyczna laboratorium w Tychach została wyposażona w elastyczny system montażowy AnyFeeder, składający się z robota SCARA, systemu wizyjnego i podajnika wibracyjnego, zintegrowanych za pomocą dedykowanego oprogramowania narzędziowego. Druga cela ma za zadanie umożliwić testowanie współpracy dwóch robotów, w tym przypadku typu delta i SCARA, w ramach rozwiązania PackXpert. Trzecie stanowisko zostało przygotowane z wykorzystaniem robota 6 osiowego współpracującego z systemem wizyjnym realizującym całkowicie zautomatyzowane zadanie kontroli jakości.

Laboratorium innowacji w Tychach jest przykładem promowanej przez Omron koncepcji inteligentnej fabryki jutra, w której postawiono nacisk na jak największą elastyczność. Wykorzystane zrobotyzowane cele produkcyjne pozwalają adaptować maszyny do różnych produktów. Swobodna reorganizacja cel, możliwość wykorzystania robotów mobilnych do realizacji transferu materiałów i półproduktów zapewnia kolejny stopień elastyczności. Wreszcie za sprawą tej samej floty robotów transportujących gotowe produkty do magazynów, możliwe jest uzyskanie najwyższego poziomu adaptowalności środowiska produkcyjnego, pozwalającego na zmianę nie tylko gamy wytwarzanych produktów, ale i całego modelu biznesowego, a także relokacji całej fabryki.

OMRON koncentruje swoje działania na rynku przetwórstwa przemysłowego. Szczególną role w strategii pełnią rynki spożywczy, motoryzacyjny oraz rynek dóbr szybko rotujących. Ponadto Omron dostarcza rozwiązania dla farmacji i przemysłu kosmetycznego. Nowo otwarte laboratorium innowacji w Tychach jest kolejnym, ósmym już punktem na mapie Europy, w którym klienci mają możliwość bliskiego obcowania z technologią Omron. Łączne nakłady na rozwój siatki laboratoriów przekroczyły już  sześć milionów euro i jak zapewniają przedstawiciele Omron nie jest to ostatnie słowo firmy z Japonii.

InnoEnergy – 1741 nowych miejsc pracy, 56 tys. osób ma dostęp do energii

InnoEnergy, największy w Europie fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, podczas konferencji The Business Booster w Kopenhadze opublikował raport Impact. Udowadnia on, że działania InnoEnergy wspierające start-upy mają bezpośredni wpływ na transformację na czystą energię w Europie.

Raport wskazuje, że dzięki rozwiązaniom InnoEnergy wygenerowane zostanie 1 147 GWh energii z czystych źródeł, oszczędności w kosztach energii sięgną 809,5 mln euro, a emisja dwutlenku węgla zmniejszy się o 5,5 mln ton w ciągu 25 lat, co odpowiada wyeliminowaniu aż 47 tys. samochodów z dróg.

Obserwowanie efektów jakie wspólnie osiągamy oraz umacnianie pozycji zaufanego partnera wspierającego firmy w ich rozwoju jest zdumiewające. Nasze 200 start-upów wprowadziło w życie innowacyjne technologie, które sprostają wyzwaniom energetycznym zmieniającego się społeczeństwa. Niezależnie od tego, czy chodzi o redukcję emisji gazów cieplarnianych czy tworzenie miejsc pracy, firmy te wywierają zauważalny wpływ na sposób, w jaki Europa postrzega, rozwija i wykorzystuje zrównoważoną energię – powiedziała podczas konferencji prasowej na TBB Elena Bou, Dyrektor ds. Innowacji w InnoEnergy.

Do najnowszych przykładów uwzględnionych w raporcie należy polska firma BIN-e, która opracowała inteligentny kosz na śmieci do wygodnej gospodarki odpadami i automatycznej segregacji.  System BIN-e oparty jest na sztucznej inteligencji i Internecie rzeczy, dzięki czemu automatycznie rozpoznaje i sortuje odpady komunalne, a także oferuje funkcję kontroli poziomu wypełnienia. BIN-e przeznaczony jest do użycia w biurach, a także w przestrzeniach publicznych.

Z kolei EasySolar to aplikacja stworzona w celu uproszczenia, przyspieszenia i usprawnienia procesu sprzedaży instalacji fotowoltaicznej. Służy do przygotowywania koncepcyjnego projektu, analizy finansowej oraz generowania profesjonalnej oferty instalacji PV.  Innym przykładem jest Gradis – polski start-up, który zaprojektował unikalne rozwiązanie dla oświetlenia zewnętrznego, które umożliwia projektowanie, kontrolę oraz konserwację zarówno nowej jak i już istniejącej infrastruktury oświetleniowej. Dzięki rozwiązaniu Gradis, możliwa jest redukcja zużycia energii aż do 80 proc., a zwrotu inwestycji w oświetlenie zewnętrzne jest krótsze o 34 proc.

Trwająca dwa dni konferencja TBB jest jedynym wydarzeniem skupiającym najbardziej innowacyjne start-upy z obszaru zrównoważonej energii, uznanych ekspertów branżowych, inwestorów oraz instytucje sektora publicznego. „Future is now” to temat przewodni szóstej edycji odbywającej się w dniach 17-18 października w Kopenhadze, gdzie InnoEnergy gościło ponad 700 uczestników z ponad 40 krajów, którzy dołączyli do 150 nowatorskich rozwiązań z dziedziny zrównoważonej energii.

InnoEnergy powstało w 2010 roku i posiada wsparcie Europejskiego Instytutu Innowacji i Technologii (EIT).

Kurs złotego pod presją. Włochy, brexit i „jastrzębi” FOMC

Spread polskich obligacji nad amerykańskimi spadł do tegorocznych minimów. Złoty pozostaje pod presją jastrzębiej postawy FOMC i otwartych tematów brexitu i polityki fiskalnej Włoch.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Czwartkowy handel przyniósł słabszego złotego, co należy tłumaczyć reakcją na jastrzębi wydźwięk publikacji protokołu z wrześniowego posiedzenia FOMC, wyraźnie wspierający dolara. Wszyscy członkowie FOMC poparli podwyżkę, sygnalizując konieczność dalszego zacieśniania polityki monetarnej, na co EUR/USD zareagował spadkiem do 1,145. Jastrzębią narrację Fed-u wsparły tygodniowe dane z rynku pracy. Wg raportu initial jobless claims w ub. tygodniu zarejestrowano 210 tys. nowych podań o zasiłek dla bezrobotnych wobec 212 tys. oczekiwanych i 215 tys. zgłoszonych okres wcześniej. EUR/PLN wzrósł do 4,31. Wczorajszy kalendarz makroekonomiczny pozbawiony był ważnych inwestycyjnie publikacji, stąd uwagę inwestorów nadal przyciągały aktualne tematy ciążące rynkom rozwijającym się. Czynnikiem, który wpływa na słabość złotego i który prawdopodobnie poza elementami stricte technicznymi może wywierać dalszą presję na jego dalsze osłabienie, jest utrzymująca się niepewność, dotycząca ekonomicznych skutków wojen handlowych. Nastrojów na długo nie poprawiły nawet doniesienia z USA wskazujące, że wg Departament Skarbu żaden z głównych partnerów handlowych USA (w tym m.in. Chiny), nie został uznany za manipulatora walutowego. Choć daje to pewne szanse na zapobieżenie dalszej eskalacji konfliktu handlowego pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem, nastrojom niewiele pomogło. Inwestorzy koncentrowali się bowiem na jastrzębim FOMC oraz nadal otwartych tematach brexitu i polityki fiskalnej Włoch. Podczas szczytu EU nie udało się wypracować wspólnego stanowiska w kwestii granicy z Irlandią i choć planowane jest wydłużanie UK okresu przejściowego, wskazuje się na „ogromne trudności” z objęciem całego Zjednoczonego Królestwa porozumieniem o rozwiązaniu awaryjnym, ponieważ naraziłoby to rynek UE na nieuczciwą konkurencję. Lokalne czynnik, choć nadal mają mniejsze znaczenie dla notowań naszej waluty, niemniej publikowane za zeszły miesiąc raporty makroekonomiczne, wskazujące, że polska gospodarka szczyt koniunkturalny już minęła, potwierdzają zasadność braku zmian polityki pieniężnej NBP co najmniej do 2019 roku i w ostatnich dniach dodatkowo ciążyły złotemu.

Na rynku stopy procentowej nie doszło do większych zmian. Polska krzywa dochodowości przesunęła się nieznacznie w górę na swoim dłuższym końcu w ślad za wzrostem rentowności obligacji w USA. Jednak spread polskich papierów nad amerykańskimi w sektorze 10-letnim spadł do tegorocznych minimów i znajduje się blisko 0pb. Czynniki lokalne powinny w najbliższym czasie ograniczać presję ze strony wydarzeń na wzrost rentowności, dlatego oczekujemy, że papiery 10-letnie będą kształtowały się blisko 3,20%, 5-letnie w okolicach 2,50% oraz 2-letnie przy 1,55%. Za takim scenariuszem przemawia ostrożne nastawienie władz monetarnych. Grażyna Ancyparowicz (RPP) stwierdziła, że w najbliższych kwartałach nie powinny dokonać się istotne zmiany w polityce pieniężnej, co wpisuje się w przedstawianą w ostatnim czasie retorykę. Pomimo ostatniej podwyżki polskiego długu ratingu ze strony agencji S&P, w pobliżu tegorocznych maksimów utrzymują się notowania 5-letnich kontraktów CDS. Jest to spowodowane obawami rynku o sytuację budżetową we Włoszech. Zdaniem Ewalda Nowotnego z EBC pomimo silnego wzrostu rentowności włoskich obligacji, nie można porównać sytuacji tego kraju do Grecji. Jego zdaniem fundamenty włoskiej gospodarki są relatywnie silne, jednak wzrost rentowności jest sygnałem ostrzegawczym wysłanym ze strony rynków finansowych. Spread 10-letnich obligacji greckich nad włoskimi wynosi obecnie około 80pb, gdzie w styczniu notowany był w okolicach 200pb.

Wykres dnia: Spready polskich obligacji nad amerykańskimi w sektorze 10-letnim spadł w okolice zera.

Spready polskich obligacji nad amerykańskimi w sektorze 10-letnim spadł w okolice zera
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Niewiele potrzeba, by zburzyć spokój

Rynkowi z łatwością przychodzą zmiany kierunku, co podkreśla, z jak niskim przekonaniem odbywa się handel i jak kruche są podstawy każdego zawiązującego się trendu. Dyskusje krążą wokół starych tematów – Chiny i handel, Włochy, Brexit – w obliczu których na rynkach pojawiają się wątpliwości, czy nie zapędziliśmy się za daleko. Cierpią na tym rynki wschodzące, choć dziś chińskie władze starają się ratować sytuację.

Kierunek dla rynków jest podyktowany chwilą, choć w nocy dominowała ucieczka od ryzyka z głównym naciskiem na rynki wschodzące (silne przeceny TRY, ZAR i MXN). Złoty również znalazł się pod presją i EUR/PLN podszedł pod 4,31, aczkolwiek zmiany tutaj ostatnio są mocno ograniczone, co podkreśla odporność złotego i mniejszą wrażliwość na sprawy Chin, czy wyższe rentowności obligacji USA. Inna sprawa, że polska gospodarka i sprawy z nią związane są najzwyczajniej nudne dla inwestorów, więc mało kto to przychodzi (i mało kto później stąd ucieka). Na wielkim rynku jednak nie jest spokojnie. Za czasu sesji azjatyckiej uwaga była na Chinach. Rozczarowujący okazał się raport o wzroście gospodarczym Chin, który w III kw. spowolnił do 6,5 proc. r/r z 6,7 proc., a w kolejnych kwartałach hamowanie może być kontynuowane. Chiński rynek akcji wstępnie spadał, ale nastroje starały się uspokoić chińskie władze. Wysocy rangą przedstawiciele banku centralnego i nadzoru zapowiedzieli wspieranie finansowania firm prywatnych z problemami płynnościowymi, nakłanianie publicznych funduszy inwestycyjnych do inwestowania w akcje, a firmy ubezpieczeniowe mają uruchamiać produkty zaprojektowane w celu zmniejszenia ryzyka związanego z inwestycjami w akcje. Rząd w Pekinie zdaje sobie sprawę z podwójnego uderzenia osłabienia wymiany handlowej i delewarowania przedsiębiorstw i musi przeciwdziałać. Stąd nie obawiam się gwałtownego hamowania Chin. Centralnie planowana gospodarka ma swoje zalety – kiedy chcesz, aby PKB rosło, po prostu doprowadzasz do wzrostu PKB. Mimo to rynek może panikować jednego dnia, a drugiego nie widzieć powodów do niepokoju. Na koniec tygodnia otrzymaliśmy powód do odetchnięcia z ulgą.

Jednakże EUR ma swoje własne źródła negatywnej presji – Włochy. Wczoraj Bruksela oficjalnie odpowiedziała na przesłanie projektu włoskiego budżet, gdzie Komisja Europejska przestrzega, że projekt budżetu na 2019 r. zawiera „oczywiste znaczne odchylenie” od przepisów UE. Chodzi o wzrost wydatków budżetowych o 2,7 proc., podczas gdy zasady unijne zezwalają tylko a 0,1 proc. Deficyt strukturalny ma się pogłębić o 0,8 proc., natomiast wcześniejsze plany zakładały jego skurczenie o 0,6 proc. KE prosi o wyjaśnienia dotyczące budżetu i daje czas na odpowiedź do południa w poniedziałek 22 października. Oczekiwania KE nie są niczym nowym, ale wczoraj był dzień przejmowania się wszystkim, więc rentowości włoskich 10-latek są już o 336 pb powyżej swoich niemieckich odpowiedników – najwyżej od 2013 r. i znak podwyższonego ryzyka kredytowego. Jakkolwiek nie ma pewności, czy Włochy szykują nam powtórkę kryzysu zadłużenia Eurolandu, ale na obecnym etapie nie można całkowicie wykluczyć tego scenariusza – tak bywa, kiedy populiści nie umieją liczyć. Na EUR nie widać paniki (60 pipsów spadku EUR/USD to żółwie tempo przeceny), co oferuje pocieszenie, że nie każdy wierzy w czarny scenariusz.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Grzegorz Sielewicz: Spadek inwestycji zagranicznych to jeszcze nie stały trend

Niedawno opublikowany raport Narodowego Banku Polskiego na temat inwestycji zagranicznych przedsiębiorstw w Polsce w zeszłym roku wskazał, że co prawda w 2017 roku ich inwestycje wzrastały, jednak w zdecydowanie niższym tempie niż jeszcze przed rokiem.Dynamika spadła o blisko połowę. Wpływ na to miały dość duże transakcje dokonane przez inwestorów zagranicznych. Mamy do czynienia z repolonizacją sektora bankowego w Polsce. Włoski UniCredit sprzedał udziały w banku PKO SA, PZU oraz Polskim Funduszu Rozwoju. Dodatkowo dokonano sprzedaży akcji Allegro przez zagranicznych koncern oraz udziałów w PGE przez Francuzów.

– Nie mówimy jednak o trwałym trendzie odpływu inwestorów w z polskiej gospodarki. Wciąż nasz kraj postrzegany jest dość optymistycznie – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Mamy do czynienia z pewnymi zawirowaniami politycznymi, inwestorzy patrzą nieco krytycznym okiem na nasz kraj. Jednak doceniają naszą wykwalifikowaną siłę roboczą, jak również wciąż – pomimo wzrostu wynagrodzeń – dosyć atrakcyjne koszty pracy. Wynoszą one mniej więcej jedną trzecią tego, co firmy musiałyby płacić pracownikom na zachodzie Europy. Jeśli chodzi o napływ przedsięwzięć, dominuje zwłaszcza branża motoryzacyjna. Produkcja części, komponentów i akcesoriów umacnia nas w tym sektorze na pozycji lidera w Europie Środkowej i Wschodniej. Na napływie inwestycji zagranicznych korzysta jednak nie tylko nasz kraj, ale i inne państwa regionu. Gdyby pogorszyły się nasze relacje z Unią Europejską, inwestorzy mogliby nie patrzeć już tak przychylnie na Polskę. Oczekuje się, że napływ inwestycji zagranicznych do Polski nadal będzie miał miejsce – choć możliwe, że nie będzie on aż tak silny jak w 2017 roku. Nie zapowiada się jednak, aby inwestorzy stracili zainteresowanie naszą gospodarką – podsumował Sielewicz.

Polska jednym z bardziej innowacyjnych rynków usług finansowych

Rynek usług finansowych w Polsce pod względem innowacyjności oferty i rozwiązań sprzedażowych coraz bardziej wyróżnia się na tle innych rynków europejskich. Równocześnie rośnie grupa konsumentów, którzy są otwarci na nowości, chętnie testują nowinki technologiczne i produktowe.

Powyższe zjawisko najlepiej ilustrują wyniki badania GfK Consumer Life. Obecnie aż 30 proc. respondentów deklaruje w nim otwartość i chęć korzystania z nowoczesnych rozwiązań technologicznych. W stosunku do 2015 roku ta grupa konsumentów urosła o 8 pp. Ta dynamiczna zmiana widoczna jest szczególnie w przypadku zakupów usług finansowych, których kupowanie w kanałach online oraz z wykorzystaniem telefonu istotnie wzrasta, a w punktach tradycyjnych – istotnie spada.

Artur Noga-Bogomilski, Client Business Director w GfK, komentuje: „Branża finansowa stoi w obliczu istotnego przełomu i nowych perspektyw biznesowych. Firmy powstałe wokół nowej technologicznej zmiany wykorzystują jej potencjał starając się dostosować do zmieniających się zachowań konsumentów. Decydujące jest poznanie i zrozumienie trendów konsumenckich, które są motorem tych zmian.”

Wyniki badania GfK Consumer Life wskazują również, iż w zakresie usług finansowych dla polskiego konsumenta niezmiennie najważniejsze kwestie to poczucie bezpieczeństwa, prostota wyborów oraz natychmiastowa dostępność usług. Dobrym przykładem są np. płatności mobilne, które z każdym rokiem upowszechniają się. Coraz mniej konsumentów postrzega je jako gadżet, równocześnie dla coraz większego odsetka osób jest to codzienna metoda płacenia za zakupy w sklepie. 28 proc. Polaków czeka na dalszy rozwój tej technologii. Pomimo tego szybkiego adaptowania płatności mobilnych nadal co druga płatność w kanałach online w Polsce następuje przy pomocy karty płatniczej (debetowej lub kredytowej), a co trzecia przy pomocy karty zbliżeniowej.

Tym zjawiskom sprzyja większe poczucie bezpieczeństwa w sieci oraz jednocześnie większa świadomość w tym zakresie. Obecnie już jedna czwarta respondentów twierdzi, że akceptuje, kiedy strona internetowa śledzi ich wizyty i poleca produkty. Odsetek ten wzrasta aż do 52 proc. w grupie tzw. Leading Edge Consumers (LEC), czyli wśród konsumentów, którzy ze względu na swoją otwartość cywilizacyjną i prezentowane postawy stanowią źródło wiedzy na temat przyszłych trendów, a ich zachowania umożliwiają przewidywanie określonych zjawisk w przyszłości.

Artur Noga-Bogomilski dodaje: „Skłonność do korzystania z płatności mobilnych znacząco różni się w zależności od kraju. Dla wszystkich stron funkcjonujących w tym ekosystemie – sprzedawców detalicznych, marek technologicznych oraz operatorów usług finansowych – ważne jest, by zrozumieć, co stymuluje tę skłonność, jak ją można podtrzymywać oraz jak ją pobudzać tam, gdzie ona nie występuje. Współcześni konsumenci posiadający łączność z internetem obawiają się o bezpieczeństwo swoich danych osobowych podczas korzystania z aplikacji do płatności mobilnych. Aby opcja płatności mobilnych przekonała szersze grono odbiorców, problemy dotyczące bezpieczeństwa muszą zostać rozwiązane przez wszystkie strony zaangażowane w proces obsługi tego kanału.”

O opracowaniu
Opracowanie „Trendy na rynku finansowym” jest dostępne bezpłatnie online w formie webinaru pod adresem: http://insights.gfk.com/webinar-gfk-trendy-na-rynku-finansowym

O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z:
• Badania GfK Consumer Life przeprowadzonego na próbie 26 000 konsumentów w wieku 15+ w 21 krajach.
• Badania GfK FutureBuy przeprowadzonego na próbie 20 000+ konsumentów w wieku 18+ z 20 krajów. Zawiera odpowiedzi na pytania dotyczące zakupów online na tle kanałów tradycyjnych, procesu wyboru produktu/usługi, płatności mobilnych oraz liderów opinii i innowacji.

Czarny październik

Październik przyniósł spadki na giełdach, choć nie było jednego konkretnego i istotnego powodu. Szczególnie na Wall Street akcje są nadal rekordowo drogie. Czy dojdzie do globalnej przeceny i jakie są nastroje inwestorów?

Na październikowy spadek notowań złożyły się wojny handlowe, problemy z ułóżeniem budżetu państwa we Włoszech i bark postępu w negocjacjach dotyczących brexitu. Natomiast inwestorzy w USA wystraszyli się rosnących rentowności obligacji.

– Teraz inwestorzy zastanawiają się czy to jest jedna z korekt kursu akcji czy początek czegoś większego – mówi w rozmowie z MarketNews 24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Dziedziczenie pieniędzy na emeryturę zwolnione z podatku od spadków. Duże korzyści z oszczędzania na rachunkach emerytalnych

Dziedziczenie pieniędzy na emeryturę zwolnione z podatku od spadków. Duże korzyści z oszczędzania na rachunkach emerytalnych 8

Osoby oszczędzające na emeryturę na kontach IKE lub IKZE mogą wyznaczyć osoby uprawnione, które w razie śmierci właściciela konta odziedziczą zgromadzone na nim środki. Co ważne, są one zwolnione z podatków od zysków i darowizn. To kolejne ułatwienie, które ma skłonić Polaków do oszczędzania na przyszłe emerytury poprzez IKE i IKZE. Główną zachętą jest zwolnienie z 19-proc. podatku od zysków kapitałowych, tzw. podatku Belki, oraz możliwość pomniejszania co roku podatku dochodowego dzięki wpłatom dokonywanym na IKZE. Pieniądze zgromadzone na kontach są prywatną własnością, więc nie trzeba się obawiać, że zostaną przejęte przez państwo.

 Podstawowa korzyść gromadzenia środków w IKE i IKZE to ulgi podatkowe. Oba produkty zwalniają z podatku od zysków kapitałowych, czyli tzw. podatku Belki. Dodatkowo wpłaty na IKZE możemy odliczyć od dochodu, dzięki czemu zapłacimy niższy podatek. Warto podkreślić, że IKE i IKZE to jedyna indywidualna forma oszczędzania, która oferuje takie korzyści – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Tymoszuk, menadżer ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.

Indywidualne konto emerytalne (IKE) oraz indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego (IKZE) to instrumenty długoterminowego oszczędzania na emeryturę w ramach dobrowolnego III filara. Można je założyć po ukończeniu 16 roku życia w jednym z kilkudziesięciu banków, domów maklerskich czy towarzystw funduszy inwestycyjnych. Umożliwiają gromadzenie i pomnażanie kapitału na emeryturę, ale są też źródłem ulgi podatkowej. Oszczędzający mogą odliczyć wpłaty dokonane na IKZE (w tym roku limit wpłat wynosi 5 331,60 zł) od podstawy opodatkowania, przez co kwota należnego do zapłacenia podatku będzie niższa.

 W przypadku oszczędzania na IKE lub IKZE istotne jest to, że wpłacane środki to nasza prywatna własność. Nie musimy zatem martwić się tym, że zostaną one przejęte przez państwo – podkreśla Łukasz Tymoszuk.

W przypadku śmierci osoby oszczędzającej na rachunku IKE lub IKZE zgromadzone pieniądze są dziedziczone tak samo jak pieniądze na koncie bankowym. Są one zwolnione z podatku od spadków i darowizn.

– Otwierając konto IKE i IKZE, możemy wskazać osoby uprawnione, które w przypadku śmierci oszczędzającego są upoważnione do dziedziczenia tych środków. Wskazując więcej niż jedną osobę, możemy określić ich procentowy udział w spadku. Warto pamiętać, że w momencie, kiedy wskazujemy osobę uprawnioną, środki dziedziczone nie wchodzą do masy spadkowej – mówi Łukasz Tymoszuk.

Dyspozycja dotycząca osób uprawnionych do dziedziczenia środków z IKE i IKZE może zostać zmieniona w dowolnym momencie. W przypadku braku takiej dyspozycji pieniądze będą dziedziczone zgodnie z postanowieniami Kodeksu cywilnego.

Wypłata środków zgromadzonych w IKE przez spadkobierców jest zwolniona z podatku dochodowego. Można je podjąć bez uiszczania 19-proc. podatku Belki, podobnie jak mogłaby to zrobić osoba oszczędzająca na rachunku emerytalnym po osiągnięciu 60. roku życia. Natomiast w przypadku IKZE wypłata odziedziczonych środków jest obarczona ryczałtowym, 10-proc. podatkiem od zgromadzonych środków, taki sam podatek musiałby zapłacić oszczędzający.

 Istnieje jednak możliwość uniknięcia tego podatku, jeśli osoba uprawniona przeniesie środki na własne konto IKZE. Wówczas ryczałtowy podatek uiści dopiero w momencie osiągnięcia 65 roku życia – mówi menadżer ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.

Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że na koniec czerwca br. Polacy mieli założonych 960,6 tys. indywidualnych kont emerytalnych oraz 767,7 tys. indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego. W pierwszym półroczu br. otwarto blisko 35 tys. nowych rachunków IKE i nieco ponad 27 tys. IKZE.

Internet rzeczy rośnie w tempie 30 proc. rocznie. Za 3 lata w sieci będzie już 28 mld urządzeń

Internet rzeczy rośnie w tempie 30 proc. rocznie. Za 3 lata w sieci będzie już 28 mld urządzeń 9

W kolejnych latach rynek internetu rzeczy będzie się rozwijał w 30-proc. tempie, a w 2021 r. do sieci będzie podłączonych już blisko 28 mld urządzeń, z czego ponad połowę będzie stanowić właśnie IoT. Ten segment dynamicznie rośnie też w Polsce, a liderem jest Orange, z 40-proc. udziałem w tym rynku. W sieci operatora działa już ponad milion kart SIM w technologii machine to machine (M2M), zapewniającej komunikację między urządzeniami. Korzystają z nich zarówno firmy, jak i samorządy budujące inteligentne miasta. Orange rozwija usługi IoT, współpracując ze start-upami, które promują niekonwencjonalne rozwiązania.

– Na całym świecie liczba inteligentnych przedmiotów podłączonych do sieci w 2013 roku wynosiła ok. 3 mld. Dwa lata później było ich już 5 mld, a dzisiaj mamy ich ponad 10 mld. Rozwój tego trendu nie jest liniowy, a wykładniczy i jeżeli się utrzyma w 2020 roku będzie już ponad 25 mld takich urządzeń. To oznacza właściwie, że wszystko zostanie połączone, będzie mogło się komunikować i generować dane, które będzie można analizować za pomocą sztucznej inteligencji. Mamy do czynienia właściwie z tsunami internetu rzeczy, sztucznej inteligencji i analizy danych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Mieczysław Muraszkiewicz z Politechniki Warszawskiej.

Ericsson szacuje, że w 2021 roku na 28 mld urządzeń podłączonych do internetu ponad połowę, czyli 16 mld, będą stanowiły urządzenia IoT. Boom na IoT widoczny jest również na polskim rynku. Liderem w tym segmencie jest Orange Polska z 40-proc. udziałem w rynku. W ubiegłym roku przychody operatora w tym obszarze wzrosły o ponad 40 proc. rok do roku.

– Od lat świadczymy usługi w technologii machine to machine, a to jest podstawa do tworzenia rozwiązań z dziedziny IoT, których w swoim portfolio mamy sporo. Mowa o takich usługach, jak opomiarowanie i zdalny odczyt liczników wody lub prądu, pojemniki na odpady, w których możemy monitorować ich zapełnienie, nowoczesny system bikesharingu czy monitoring bezpieczeństwa, zarówno ludzi, jak i mienia. To także cały szereg rozwiązań dla miast, urzędów i lokalnych społeczności, np. zdalne zarządzanie systemem oświetlenia i lamp ulicznych czy inteligentne ławki, wyposażone w wi-fi oraz możliwość doładowania swoich urządzeń – mówi Bożena Leśniewska, wiceprezes zarządu Orange Polska.

Obecnie w sieci Orange ponad milion kart SIM działa w technologii machine to machine (M2M), zapewniającej komunikację między urządzeniami bez udziału człowieka. Zakres usług bazujących na internecie rzeczy, świadczonych przez OPL, obejmuje również m.in. usługę pomiaru jakości powietrza wprowadzaną przez kolejne gminy i samorządy borykające się z problemem smogu.

Operator podpisał niedawno porozumienie dotyczące współpracy i wdrażania rozwiązań smart city z Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolią i miastem Tychy. W Warszawie, Gliwicach, Mysłowicach i Tarnowie trwa z kolei pilotaż komercyjnego wykorzystania technologii LTE-M, wykorzystującej urządzenia CAT-M1, pozwalającej budować internet rzeczy w oparciu o sieć 4G. Testy umożliwią uczestniczącym w nich firmom rozwój ich usług i urządzeń, a Orange Polska analizę nowego rozwiązania w realnych warunkach biznesowych.

– Odbiorcą rozwiązań IoT jest także biznes różnych branż. Współpracujemy także m.in. z branżą energetyczną. Wspólnie z innogy Stoen Operator zbudowaliśmy Laboratory of Things, miejsce, w którym mogą być testowane rozwiązania dla energetyki oparte o technologie mobilne. Natomiast wspólnie z firmą Ericsson zaproponowaliśmy branży energetycznej rozwiązania związane z użyciem technologii LTE 450 MHz. To technologia, która pozwala na szybki przesył danych, monitoring i odczyt liczników czy innych urządzeń, transmisję wideo czy łączność głosową w miejscach, które są raczej trudno dostępne – wymienia Bożena Leśniewska.

Jak podkreśla, ekosystem internetu rzeczy w ramach Orange Polska współtworzą również innowacyjne start-upy.

– W programie Orange Fab – jednym z najstarszych w Polsce akceleratorów – otrzymują one wsparcie, przechodzą przez ścieżkę akceptacyjną, a później dostają możliwość testowania w świetnych warunkach swoich rozwiązań, a finalnie – możliwość świadczenia i komercjalizowania tych usług – mówi Bożena Leśniewska.

Miesiąc temu operator zakończył wybór nowych partnerów do współpracy i wkrótce rozpocznie pracę z nowymi firmami, m.in. w obszarze systemów bezpieczeństwa w zakładach przemysłowych, analizy zachowań klientów w placówkach sprzedażowych czy inteligentnych zabezpieczeń do rowerów.

– Popularność programu przerosła nasze oczekiwanie. Zgłosiło się aż pięćdziesiąt firm z rynku. Obecnie rozpoczynamy kolejny etap akceleracji, który zakończy się wdrożeniem rozwiązań i pomysłów naszych partnerów i start-upowców w ekosystem dla klientów – mówi wiceprezes zarządu, Orange Polska.

Dotychczas do programu Orange Fab – międzynarodowego akceleratora, który wystartował w Polsce w 2014 roku jako jeden z pierwszych – zgłosiło się ponadosiemset start-upów. Spośród nich trzydzieści jeden przeszło lub jest w fazie testów, a dziesięć zostało komercyjnie wdrożonych. Są to m.in. chatbot do komunikacji z klientem przez Messengera, system miejskiego inteligentnego oświetlenia, inteligentne meble miejskie (ławki solarne, kosze na śmieci, wiaty przystankowe) czy platforma do nauki angielskiego online.

Nielegalny strajk nie zwalnia przewoźnika z wypłaty odszkodowań dla pasażerów. Za utrudnienia pasażerowi przysługuje nawet 600 euro

Nielegalny strajk nie zwalnia przewoźnika z wypłaty odszkodowań dla pasażerów. Za utrudnienia pasażerowi przysługuje nawet 600 euro 10

Uczestnicy nielegalnego strajku muszą się liczyć ze służbowymi konsekwencjami. Nie tylko z opóźnieniem w wypłacie wynagrodzenia, lecz także z dyscyplinarnym zwolnieniem z pracy. Takie konsekwencje mogą czekać pracowników PLL LOT, którzy wzięli udział w czwartkowym strajku. Jednocześnie strajk załogi linii lotniczej nie zwalnia przewoźnika od odpowiedzialności odszkodowawczej. W przypadku opóźnionych lub odwołanych lotów na skutek protestu pracowników linie lotnicze muszą wypłacić odszkodowanie w wysokości do 600 euro.

 Strajk powinien stanowić ostateczny sposób na rozwiązywanie sporów pomiędzy pracownikami a pracodawcą. Dopiero wtedy, kiedy nie uda się doprowadzić do jakiegoś korzystnego rozwiązania sytuacji w drodze rokowań albo mediacji, to związki zawodowe powinny przejść do organizacji takiego strajku. Strajk powinien być zorganizowany zgodnie z ustawą o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że zostanie uznany za nielegalny – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Elżbieta Tyszka, główny prawnik w firmie GIVT, która pomaga uzyskać odszkodowania za opóźniony lub odwołany lot.

Zgodnie z przepisami strajk jest ostatecznym środkiem walki o interesy pracowników. Nie może więc zostać ogłoszony przed wyczerpaniem procedury prowadzenia sporu zbiorowego, a dopiero jako zakończenie nieudanych działań polubownych. W wyjątkowych sytuacjach można go jednak zorganizować, jeżeli bezprawne działanie pracodawcy uniemożliwiło przeprowadzenie rokowań lub mediacji lub gdy pracodawca rozwiązał stosunek pracy z prowadzącym spór działaczem związkowym.

– Strajk to jedno z podstawowych praw związkowych, a zatem związkowcy rzeczywiście mają prawo organizować takie strajki. Ważne, aby były one jednak organizowane w sposób zgodny z przepisami ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Jeżeli ten strajk był legalny, a pracownik brał w nim udział, to nie powinien ponieść z tego tytułu żadnych konsekwencji. Jeżeli był nielegalny, to pracownik może być zwolniony z pracy w trybie dyscyplinarnym, przy czym on musi mieć świadomość, że brał udział w strajku nielegalnym – podkreśla Elżbieta Tyszka.

Do odpowiedzialności mogą zostać pociągnięci pracownicy PLL LOT, którzy wzięli udział w czwartkowym strajku. Związki zawodowe domagają się przywrócenia do pracy ich liderki Moniki Żelazik. Chcą też lepszego traktowania przez pracodawcę. Problem jednak w tym, że strajk został uznany za nielegalny. Sąd Okręgowy zakazał związkom zorganizowania akcji protestacyjnej, argumentując, że referendum w sprawie przeprowadzenia strajku było nielegalne.

Na akcji protestacyjnej mógł też stracić sam LOT. W przypadku opóźnień czy odwołań lotów przewoźnik musi wypłacić odszkodowanie pasażerom.

 Strajk załogi linii lotniczej nie zwalnia przewoźnika lotniczego od odpowiedzialności odszkodowawczej. W sytuacji, w której doszło do takiego strajku, wszyscy pasażerowie powinni otrzymać należne im odszkodowanie. To, że strajkują pracownicy linii lotniczej, nie oznacza, że pasażerowie powinni ponosić konsekwencje takiej sytuacji – ocenia prawnik GIVT.

Prawa pasażerów w transporcie lotniczym określa wprowadzone w 2004 roku rozporządzenie unijne WE 261/2004. W przypadku odwołania rejsu lub opóźnienia przekraczającego trzy godziny pasażerom przysługuje m.in. prawo do zwrotu kosztów zakupionego biletu i odszkodowanie za niemożność kontynuowania podróży. Ważne przy tym jest, żeby utrudnienia nastąpiły z przyczyn zależnych od przewoźnika, a do tych zalicza się np. niesprawny samolot czy strajk pracowników. Potwierdził to Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 2017 roku, kiedy uznał, że strajku nie można uznać za czynnik, który zwalniałby przewoźnika z obowiązku wypłaty odszkodowań.

– Pasażerowie linii lotniczej mogą zgłosić reklamację do przewoźnika lotniczego i dochodzić wypłaty należnego im odszkodowania. Takie odszkodowanie jest im należne w wysokości od 250 euro do nawet 600 euro, w zależności od długości trasy, którą mieli pokonać – mówi Elżbieta Tyszka.

Polacy piją coraz więcej luksusowych alkoholi. Ich wydatki na whisky przekraczają już 2 mld zł rocznie

Polacy piją coraz więcej luksusowych alkoholi. Ich wydatki na whisky przekraczają już 2 mld zł rocznie 11

Rynek alkoholi luksusowych w Polsce jest jednym z szybciej rozwijających się segmentów dóbr luksusowych. Choć łączna konsumpcja alkoholu w Polsce utrzymuje się na zbliżonym poziomie, rosną wydatki. Dynamicznie zwiększa się zwłaszcza sprzedaż whisky – roczne wydatki konsumentów na ten alkohol przekraczają już 2 mld zł. Popularnością cieszą się nie tylko whisky od globalnych, dużych producentów, lecz także te pochodzące z niewielkich destylarni. Na rozwoju tego segmentu chce skorzystać Grupa Ambra, która uruchamia nową sieć sprzedaży alkoholi premium pod marką Distillers Limited, importera małych destylarni. W ciągu kilku miesięcy powstanie blisko trzydzieści punktów sprzedaży.

– Rynek whisky w Polsce to chyba najbardziej interesujące zjawisko ostatnich 10 lat. W tym czasie z rynku dosyć niszowego, aczkolwiek cieszącego się dużym uznaniem i szacunkiem konsumentów, rynek whisky urósł do wielkości 2 mld zł wydatków. Mamy prawdziwy boom na whisky, a także na inne tzw. szlachetne czy dobre alkohole – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Ogór, prezes zarządu Ambra SA.

Blisko 70 proc. rynku pod względem wartościowym należy do szkockiej whisky, 20 proc. do amerykańskiej, stosunkowo niewiele pijemy tej irlandzkiej i kanadyjskiej.

W przeciwieństwie do sektora alkoholi non-premium rynek ekskluzywnych trunków w ostatnich kilku latach nie odnotował spowolnienia, a średni roczny wzrost wynosi kilka procent. Rosnąca sprzedaż alkoholi premium to nie tylko efekt bogacenia się społeczeństwa, lecz także większej świadomości konsumentów.

– Produkty premium, także alkohole, mają coraz większe znaczenie. To jasny dowód na to, że my, Polacy, już nie tylko chcemy się zrelaksować, lecz także chcemy to robić w coraz bardziej wyrafinowany sposób – ocenia Olivier Janiak, dziennikarz.

Z raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych” wynika, że ogólna wartość polskiego rynku luksusowych alkoholi w 2017 roku szacowana była na 856 mln zł, a prognozy wskazują, że do 2021 roku segment ten może zanotować wzrost o 36 proc., do poziomu blisko 1,2 mld zł.

 Konsumpcja alkoholu nie rośnie w ujęciu ilości wypijanego alkoholu, w krajach rozwiniętych przeżywamy stagnację pod tym względem, tymczasem rosną wydatki na alkohol. To oznacza, że konsumenci inaczej traktują konsumpcję alkoholu. Ona staje się trochę bardziej aspiracyjna. Poszukujemy droższych, bardziej wartościowych produktów, które pasują do naszego nowoczesnego życia i na tym wszystkim korzysta whisky – tłumaczy Robert Ogór.

Według danych Scotch Whisky Association w 2017 roku import szkockiej whisky do Polski w ujęciu ilościowym wyniósł 2,29 mln kartonów (złożonych z 12 butelek po 0,7 l), co oznacza niewielki spadek w skali roku. Jednocześnie rośnie wartość sprowadzonego alkoholu – o 8,6 proc. do blisko 68 mln funtów. Według danych Grupy Ambra, sprzedaż whisky w 2017 roku w Polsce wzrosła o 14 proc. Dla porównania w tym samym czasie sprzedaż wódki wzrosła zaledwie o 2 proc., a piwa – spadła o ok. 1 proc. Coraz częściej sięgamy po lepszą jakościowo whisky.

– Whisky pijemy na całym świecie, dosłownie wszędzie powstają nowe destylarnie. Jeśli chodzi o sposób picia, to głosimy hasło, żeby pić tak, jak się lubi, bo nie ma jednego, idealnego sposobu degustacji. Ta kategoria charakteryzuje się dużą otwartością – tłumaczy Łukasz Bandulet, brand manager w Distillers Limited.

– Zapotrzebowanie na whisky typu single malt, która jest naszym priorytetem, rośnie w Polsce w bardzo dobrym tempie. Wciąż jest dosyć niskie w zestawieniu z ogólnym popytem na szkocką whisky, ale perspektywy są naprawdę znakomite – wskazuje Jimmy Robertson, regionalny dyrektor sprzedaży w firmie Angus Dundee Distillers. – Whisky to bardzo różnorodny napój i m.in. dlatego cieszy się tak dużą popularnością. Są whisky o jasnej barwie, z nutą cytrusów, owocowe, miodowe, a także palone. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Na fali boomu na whisky i alkohole premium Grupa AMBRA uruchamia nową sieć sprzedaży alkoholi premium pod marką Distillers Limited, bezpośredniego importera małych destylarni, często wyszukiwanych na końcu świata.

– Nie interesujemy się segmentami wielkich marek i masowych produktów. Podobnie jak w koncepcie Centrum Wina, gdzie sprzedawane są wina z górnej półki, Distillers Limited to specjalista od droższych gatunków whisky i innych alkoholi. Nasze punkty sprzedaży będą właśnie oczekiwać na konsumentów zainteresowanych czymś lepszym – zapowiada Robert Ogór.

W Polsce co 20 minut ktoś umiera na raka płuca. Szybka diagnostyka i leczenie mogłyby poprawić te statystyki

W Polsce co 20 minut ktoś umiera na raka płuca. Szybka diagnostyka i leczenie mogłyby poprawić te statystyki 12

Rak płuca pozostaje największym zabójcą spośród wszystkich nowotworów złośliwych. Co roku z jego powodu umiera blisko 22 tys. Polaków. Problemem jest zbyt słaby dostęp do diagnostyki oraz przedłużający się do kilkunastu tygodni proces kwalifikacji do leczenia. Brakuje też kompleksowego leczenia, głównie ze względu na ograniczenia w dostępności do nowoczesnych leków z dziedziny immunoterapii na listach refundacyjnych.

Rak płuca to najczęściej diagnozowany nowotwór złośliwy na świecie. Według Światowej Organizacji Zdrowia co roku chorobę tę wykrywa się u ponad 1,3 mln ludzi. W Polsce każdego roku przybywa blisko 22 tys. nowych chorych, przy czym niemal tyle samo pacjentów umiera. Stawia to nasz kraj w czołówce państw Unii Europejskiej pod względem zachorowalności i umieralności na raka płuca. Dzięki postępowi, jaki w ciągu ostatnich kilkunastu lat zanotowała onkologia, możliwe jest znaczne przedłużenie życia pacjentów, jeszcze do niedawna chorzy przeżywali najwyżej rok od momentu postawienia diagnozy, dzisiaj mówi się nawet o sześcioletniej medianie przeżyć.

– Jeśli ktoś przeżyje 5–6 lat, to do tego czasu, patrząc na to, jak się rozwija medycyna, może pojawi się lek, który wyleczy tę chorobę. To daje poczucie bezpieczeństwa, nadzieje, cel, do którego człowiek dąży – mówi agencji informacyjnej Newseria dr n. med. Mariola Kosowicz, kierownik Poradni Psychoonkologii Centrum Onkologii w Warszawie.

Sześcioletni odsetek przeżyć jest jednak diametralnie niższy niż w przypadku innych nowotworów złośliwych. Ze statystyk wynika, że tylko 20 proc. wszystkich przypadków raka płuca diagnozowanych jest na etapie rozwoju na tyle wczesnym, by możliwe było operacyjne usunięcie guza. Problem stanowi już sama diagnostyka. Nowotwór ten długo nie daje objawów i najczęściej rozpoznawany jest przypadkowo, np. podczas badań medycyny pracy. Eksperci nie mają ponadto wątpliwości, że polscy pacjenci nie mają równego dostępu do nowoczesnej diagnostyki m.in. ze względu na zbyt małą liczbę patomorfologów. W efekcie na wynik badań pacjent może czekać kilka tygodni.

 Diagnostyka zależy od miejsca zamieszkania i od tego, gdzie pacjent jest diagnozowany i czy dany szpital ma podwykonawcę, umowy z laboratorium genetycznym, które wykonuje odpowiednią diagnostykę w kwalifikacji do leczenia. Niestety, nie wszystkie szpitale zlecają tego rodzaju diagnostykę, co znamiennie przedłuża czas do kwalifikacji do terapii onkologicznej – mówi prof. dr hab. n. med. Paweł Krawczyk, kierownik Pracowni Immunologii i Genetyki Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Przedłużający się proces diagnostyczny sprawia, że stan zdrowia wielu pacjentów dyskwalifikuje ich do skutecznego leczenia, pozostawiając jedynie możliwość terapii paliatywnej. Istotnym problemem polskich pacjentów jest także dostęp do wszechstronnej opieki, obejmującej zarówno diagnostykę, jak i późniejsze leczenie. Oferują ją niemal wyłącznie duże ośrodki medyczne, zlokalizowane zazwyczaj w większych miejscowościach. Utrudniony jest ponadto dostęp do refundowanych przez państwo metod leczenia. Dotyczy to zwłaszcza chorych na niepłaskonabłonkowego raka płuca, którzy jako jedyna grupa pozbawieni są możliwości leczenia immunoterapią, oraz pacjentów z nieprawidłowością genu ALK, którzy nie mają dostępu do odpowiedniego leczenia w pierwszej linii.

Nowe leki, które pojawiły się w terapii raka płuca, to prawdziwa rewolucja.

– Uczestniczymy w niej, jeśli chodzi o naszą wiedzę, natomiast pacjenci mają mniejszą szansę z powodu ograniczeń nałożonych statusem refundacyjnym – zaznacza prof. Dariusz M. Kowalski, kierownik Oddziału Zachowawczego Kliniki Nowotworów Płuca i Klatki Piersiowej w Centrum Onkologii.

Od maja 2018 roku możliwości leczenia w Polsce bardzo się poprawiły, jednak nadal brakuje wszystkich nowych opcji terapeutycznych.

Jeśli chodzi o inhibitory ALK, to mamy dostępny tylko jeden lek pierwszej generacji. Nie ma też żadnych przesłanek merytorycznych, wynikających z obiektywnej wiedzy medycznej, aby leki immunokompetentne nie były stosowane u chorych z niepłaskonabłonkowym rakiem płuca. Nie powinniśmy różnicować chorych na raka płaskonabłonkowego czy niepłaskonabłonkowego: jedni i drudzy w momencie progresji choroby po klasycznej chemii powinni otrzymać leczenie, jeśli mają wskazania ­– mówi prof. dr hab. Dariusz Kowalski.

Wprowadzenie w onkologii leków ukierunkowanych molekularnie otworzyło nowe szanse na leczenie wielu nowotworów, w tym raka płuca. Terapie te polegają na dobraniu leku do określonego zaburzenia na poziomie molekularnym, co nie tylko zwiększa skuteczność leczenia, lecz także eliminuje lub przynajmniej redukuje wiele skutków ubocznych, występujących przy tradycyjnej chemioterapii. Pacjenci nie cierpią z powodu przewlekłych nudności i wymiotów, nie mają gorączki neutropenicznej, nie tracą też włosów.

– Od 1 maja mamy na liście refundacyjnej leki do immunoterapii, terapię celowaną, natomiast jest jeszcze grupa pacjentów z niepłaskonabłonkowym rakiem płuca, którzy nie są nią objęci. Czekamy na decyzję ministra zdrowia o wprowadzeniu na listy refundacyjne leków dla tej grupy pacjentów. Są dwa leki, które byłyby bardzo pożądane w tym momencie, bo jest to jedyna grupa pacjentów z rakiem płuca, która jest w tej chwili jeszcze niezaopiekowana – dodaje Anna Żyłowska, prezes Stowarzyszenia Walki z Rakiem Płuca.

Diagnoza raka płuca nie oznacza obecnie wyroku śmierci. Szybka diagnoza połączona z natychmiastowym wdrożeniem nowoczesnej terapii może nie tylko znacznie wydłużyć życie pacjentów, lecz także istotnie poprawić jego jakość. Wielu chorych jest nawet w stanie wrócić do aktywnego życia zawodowego, co pozwala na duże oszczędności w budżecie państwa. Dlatego tak ważne jest uświadamianie Polakom znaczenia profilaktyki, konieczności zgłaszania się do lekarza w przypadku jakichkolwiek podejrzeń choroby nowotworowej oraz istnienia skutecznego leczenia. Istotne jest również odpowiednie gospodarowanie środkami finansowymi przez resort ochrony zdrowia, tak aby pacjenci mieli dostęp do innowacyjnych metod terapeutycznych. Przybliżenie Polakom wiedzy o tym, jak ważny jest czas od wykrycia choroby do podjęcia leczenia jest celem kampanii „Liczy się czas w raku płuca”.

– Każde badanie, każde przedłużenie czasu trwania badania to jakby wyrok śmierci. Im wcześniej postawiona jest diagnoza, im wcześniej jest zdiagnozowany pacjent, tym łatwiej z tej choroby zrobić chorobę przewlekłą, a nie śmiertelną – mówi Anna Żyłowska.

– O raku płuca praktycznie w mediach się nie mówi. Być może jest to powodem tego, że chorują przede wszystkim pacjenci palący papierosy, więc nie jest to choroba dobrze postrzegana przez społeczeństwo. Niemniej jednak jest to niezmiernie istotny problem ze względu na m.in. liczbę chorych i na to, że ci pacjenci praktycznie przestają funkcjonować w społeczeństwie – dodaje prof. Paweł Krawczyk.

Satelity radarowe mogą wykryć milimetrowe przesunięcia gruntu i zlokalizować smog. Dane satelitarne są już dostępne dla każdego

Satelity radarowe mogą wykryć milimetrowe przesunięcia gruntu i zlokalizować smog. Dane satelitarne są już dostępne dla każdego 13

Każdy może uzyskać dostęp do najwyższej jakości zdjęć satelitarnych. To efekt unijnych programów, w ramach których zbierane przez satelitów radarowych dane są udostępniane na specjalnych platformach. Dane satelitarne są coraz dokładniejsze i powstaje coraz więcej ich zastosowań. Pozwalają wykryć milimetrowe przesunięcia gruntu, które mogą świadczyć np. o przeciekach w sieci wodociągowej. Są używane także m.in. do wykrywania samowolek budowlanych, w poszukiwaniu kopalin, a także w wykrywaniu klęsk żywiołowych i zapobieganiu im.

– Ostatnio Unia Europejska wypuściła satelitę, który bada skład atmosfery. Można zobaczyć, ile jest tlenków azotu, ile jest tlenków węgla i jaki jest poziom aerozoli, czyli zanieczyszczeń smogowych. To wszystko też można zobaczyć z góry. Można zobaczyć również rzeczywiste ukształtowanie powierzchni oceanu takim satelitą altimetrycznym, a nawet zmierzyć temperaturę powierzchni oceanu – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Krzyżanowski, prezes zarządu CloudFerro.

Europa włączyła się w proces obserwacji Ziemi, wysyłając na orbitę coraz więcej satelitów. Dotychczas obecne w przestrzeni okołoziemskiej satelity obsługiwane były głównie przez Stany Zjednoczone i Rosję. Dzięki programom Europejskiej Agencji Kosmicznej możliwe jest coraz większe i szersze wykorzystanie danych satelitarnych zbieranych przez satelity radarowe.

Satelity radarowe potrafią zbadać nie tylko skład ziemskiej atmosfery czy ukształtowanie powierzchni oceanu. Działają na podobnej zasadzie, jak radary naziemne, wykrywające samoloty czy okręty. Zamontowany na satelicie radar wykrywa odbicie fal radarowych, które jest różne w zależności od tego, na co ów radar jest nakierowany.

– Taki satelita radarowy pozwala wykryć przesunięcia gruntu o pojedyncze milimetry. Monitorując powierzchnię ulic w mieście, np. co tydzień, można zobaczyć, że jakaś się zapadła o pół centymetra i na tym kawałku wiadomo, że pod spodem coś się dzieje, więc wysyła się tam ekipę, która rozbiera nawierzchnię, a pod spodem widać już cieknącą wodę z rury. Wydawałoby się, że naprawdę z satelity z wysokości kilkuset kilometrów takich rzeczy się nie da zobaczyć – mówi Maciej Krzyżanowski.

Dane satelitarne mają coraz więcej zastosowań, zwłaszcza dzięki unijnym projektom DIAS. Jedną z takich platform, na której każdy może uzyskać dostęp do danych satelitarnych, jest CREODIAS. Uruchomienie platformy jest pierwszym etapem realizacji wartego 15 mln euro kontraktu między konsorcjum, którego trzon stanowią polskie firmy technologiczne, a Europejską Agencją Kosmiczną. Dane udostępniane na platformie są zbierane przez wystrzelone w 2014 roku w ramach programu Copernicus satelity z rodziny Sentinel, a następnie opracowywane w taki sposób, by użytkownicy mieli do nich łatwy dostęp i mogli je w prosty sposób przetwarzać.

– Dane satelitarne są wykorzystywane w wielu branżach, w rolnictwie i szeroko pojętej statystyce, np. przy klasyfikacji użycia gruntu czy zagospodarowaniu przestrzennym. Dane satelitarne są używane do wykrywania samowolek budowlanych w niektórych krajach, w poszukiwaniu kopalin, w działaniach związanych z klęskami żywiołowymi. Jeśli chodzi o przyszłe zastosowania, to tych najciekawszych ciągle nie znamy, trudno je w tej chwili przewidzieć – twierdzi ekspert.

Satelity zbierają najróżniejsze dane. Nie są to wyłącznie dane radarowe, lecz także dane optyczne, czyli zdjęcia satelitarne. Satelity potrafią przechwytywać obraz m.in. w świetle widzialnym, bliskiej podczerwieni czy  bliskim ultrafiolecie. Wystrzeliwane przez ESA satelity Copernicus Sentinel-2 potrafią wykonywać zdjęcia w trzynastu różnych zakresach długości fal.

– Można np. obejrzeć takie zdjęcia, na których dobrze widać, ile jest chlorofilu w danym obszarze, albo zobaczyć, czy jest wilgoć czy jej nie ma, wszystko zależy od zastosowania – tłumaczy prezes CloudFerro.

Według założeń Polskiej Strategii Kosmicznej do 2030 roku Polska ma osiągnąć 3-procentowy udział w europejskim segmencie kosmicznym.

Mobilne pojazdy elektryczne zastępują tradycyjne środki transportu. Deskorolki można już sterować za pomocą ruchów ciała, a najnowsze wyposażone są np. w system ABS

Mobilne pojazdy elektryczne zastępują tradycyjne środki transportu. Deskorolki można już sterować za pomocą ruchów ciała, a najnowsze wyposażone są np. w system ABS 14

Na rynku pojawia się coraz więcej małych pojazdów eklektycznych. Deskorolki oraz hulajnogi wyposażone w pojemne baterie sprawdzają się zarówno do jazdy rekreacyjnej, jak i podczas dojazdów do pracy. Dzięki kompaktowym rozmiarom stanowią ciekawą alternatywę dla mniej poręcznych i zauważalnie droższych rowerów elektrycznych. Na rynek trafiła pierwsza elektryczna deskorolka, sterowana za pomocą ruchów ciała. Wystarczy się przechylać w przód lub w tył, by urządzenie jechało do przodu lub hamowało. Do deskorolek trafiają już także zaawansowane systemy bezpieczeństwa, takie jak ABS.

– Spectra to elektryczna deskorolka i zarazem pierwsza deskorolka na rynku sterowana za pomocą ruchów ciała. Oznacza to, że nie wymaga zdalnego sterowania, chociaż opcja taka jest oczywiście dostępna. Deskorolką można również sterować za pomocą aplikacji, w której pojazd jest połączony z telefonem za pośrednictwem technologii bluetooth – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacob Guo, dyrektor operacyjny Walnut Technology.

Większość współczesnych deskorolek elektrycznych wyposażono w pilot zdalnego sterowania. Dzięki niemu użytkownicy mogą kontrolować prędkość oraz dynamikę jazdy za pośrednictwem kilku prostych kontrolek. Na rynku dostępne są także deski wykorzystujące aplikacje mobilne, które dają pełniejszą władzę nad pojazdem. Dla przykładu aplikacja E-GO dla deski Yuneec E-GO 2 pozwala aktywować różne tryby jazdy oraz kontrolować prędkość i poziom naładowania baterii.

Deskorolka Spectra do poruszania się wykorzystuje czujniki rozłożenia masy. System w czasie rzeczywistym analizuje wychylenie użytkownika i na tej podstawie ustala prędkość poruszania się pojazdu. W modelu Spectra Pro zamontowano dodatkowo elektromagnetyczny system ABS w kołach deskorolki, który wspomaga proces i znacznie skraca drogę hamowania.

– Czujniki masy umieszczone są pod powierzchnią deskorolki. Czujniki wykrywają, gdy ktoś stanie na deskorolce. Wychylenie się do przodu sprawia, że deskorolka jedzie do przodu, wychylenie się do tyłu powoduje, że deskorolka zaczyna zwalniać i zatrzymuje się – tłumaczy Jacob Guo.

W branży małych pojazdów elektrycznych pojawiają się coraz bardziej zaawansowane technologie. Kalifornijski start-up Inboard Technology zaprojektował hulajnogę wyposażoną w układ szybkiej wymiany baterii. Glider przeznaczona jest m.in. do przemieszczania się po kampusach akademickich, a napędzany jest ogniwami, które na jednym ładowaniu pozwolą przejechać do 20 km. Ich wymiana zajmuje tylko kilka sekund.

System napędowy Mellow Drive to z kolei gadżet, który zamieni dowolną deskorolkę w elektryczną. Wystarczy tylko zamontować układ napędowy w miejscu tylnego trucka i ściągnąć aplikację mobilną Mellow Board albo sięgnąć po pilota, aby zdalnie sterować prędkością jazdy.

Trend elektrycznych deskorolek i ogólnie elektromobilności to jednak coraz częściej coś więcej niż pojazd rekreacyjny.

– Staramy się, aby nasze urządzenia były środkami transportu, a więc różnimy się od części konkurencji produkującej deskorolki longboard, które są bardziej zabawkami przeznaczonymi do jazdy w czasie wolnym. Nasze produkty są niewielkie i lekkie, aby mogły być noszone i używane do pokonywania końcowych fragmentów podróży, np. ze stacji metra do biura czy stacji metra do domu – twierdzi ekspert.

Firma analityczna Zion Market Research oszacowała, że wartość rynku małych pojazdów elektrycznych przekroczyła w 2017 roku 7 mld dol. Szacuje się, że do 2024 roku będzie się rozwijać w tempie 22 proc. średniorocznie, by osiągnąć poziom 28,6 mld dol.

Polska miedź napędza elektromobilność

Miedź jest jednym z kluczowych materiałów dla rozwoju elektromobilności. Samochody z napędem elektrycznym zawierają nawet cztery razy więcej tego surowca niż auta z silnikiem spalinowym. Miedź jest także intensywnie wykorzystywana w infrastrukturze niezbędnej do ładowania pojazdów elektrycznych. Ze względu na rozwój sektora elektromobilności do 2027 r. światowe zapotrzebowanie na miedź wzrośnie o 1,7 mln ton – oceniają eksperci Europejskiego Instytutu Miedzi.

Nowy zastrzyk energii dla motoryzacji

Rynek samochodów elektrycznych rozwija się coraz dynamiczniej. W pierwszym półroczu 2018 r. w Unii Europejskiej oraz w krajach EFTA zarejestrowano 183 285 pojazdów o napędzie elektrycznym i hybrydowym, co oznacza wzrost o 42,3% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku[1]. Jeszcze większą dynamikę można obserwować w Polsce. W ciągu sześciu pierwszych miesięcy 2018 r. na naszych drogach pojawiły się 672 auta elektryczne, czyli o 79,7% więcej niż na koniec II kw. 2017 r. W najbliższych latach spodziewane jest jednak znaczne przyspieszenie obecnego trendu. Zgodnie z założeniami Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju do 2025 r. w Polsce powinno być zarejestrowanych już 1 mln samochodów EV. Z kolei do 2040 r. udział samochodów elektrycznych, w tym hybryd typu plug-in, w globalnym rynku motoryzacyjnym może sięgnąć poziomu ponad 50% (obecnie wynosi ok. 1,3%.)[2].

Wśród przyczyn rosnącej popularności samochodów elektrycznych należy wskazać rozwój technologii produkcji baterii, a co za tym idzie spadek cen EV. Pomimo wciąż utrzymujących się stosunkowo wysokich cen pojazdów elektrycznych, ich dostępność mierzona w długiej perspektywie użytkowania poprawia się. Według prognozy Europejskiego Instytutu Miedzi już niedługo całkowity koszt posiadania samochodu elektrycznego zrówna się po pierwszych 60 000 km z kosztem posiadania samochodu z silnikiem benzynowym. Powinno to nastąpić przed rokiem 2020. Eksperci spodziewają się, że zrównanie cen zakupu bez subsydiów nastąpi około roku 2025.

W przypadku miejskich autobusów czy samochodów ciężarowych technologia elektryfikacji jest równie dojrzała jak dla aut osobowych, a całkowity koszt posiadania pojazdów EV tego typu już jest niższy niż dla opcji z silnikiem spalinowym. Z uwagi na duże przebiegi roczne, ciężarówki z napędem elektrycznym oferują bowiem większe oszczędności, kompensując tym samym wyższy nakład inwestycyjny.

Dużą rolę w rozwoju rynku aut elektrycznych odgrywają także rosnące wymogi środowiskowe związane z emisją gazów cieplarnianych. Elektryfikacja transportu drogowego jest bowiem najbardziej opłacalnym sposobem osiągnięcia celów efektywności energetycznej. Pojazdy elektryczne z zasilaniem akumulatorowym należą do aktywów o średnim okresie przydatności eksploatacyjnej 15 lat i 2,5 krotnie większej sprawności energetycznej niż pojazdy z silnikiem spalinowym (ICE), a w miarę zwiększania się udziału energii ze źródeł odnawialnych w wytwarzaniu energii elektrycznej sprawność ta będzie ulegała dalszej poprawie.

– Rozwój elektromobilności jest w dużej mierze uzależniony również od miedzi. Metal ten jest powszechnie używany do budowy nowoczesnych, energooszczędnych silników elektrycznych i hybrydowych. Wynika to z jego właściwości. Miedź jest trwała, ma świetne wyniki w przewodnictwie elektrycznym, wpływa na wydajność i sprawność elementów elektrycznych. Bez miedzianych podzespołów nie byłoby możliwe również inteligentne zarządzanie silnikiem i przeniesieniem napędu. Polska jako jeden ze światowych liderów w zakresie produkcji miedzi może odegrać szczególną rolę w rozwoju światowego rynku elektromobilności – komentuje Michał Ramczykowski, prezes Europejskiego Instytutu Miedzi.

Hamulce elektromobilności

Jedną z kluczowych barier w upowszechnianiu się pojazdów elektrycznych jest rozwój infrastruktury umożliwiającej ich ładowanie. Komisja Europejska, bazując na informacjach otrzymanych od państw członkowskich szacuje, że w UE funkcjonuje ok. 200 tysięcy publicznych stacji ładowania. Mając na uwadze rozwój elektromobilności, władze unijne przewidują wsparcie rozbudowy tej sieci do 800 tysięcy punktów.

Stworzenie odpowiedniej infrastruktury jest również ogromnym wyzwaniem stojącym przed Polską. Obecnie na terenie kraju dostępnych jest jedynie około 300 publicznych punktów ładowania. Z analiz przeprowadzonych przez Fundację Promocji Pojazdów Elektrycznych[3] wynika, że aby w pełni wykorzystać potencjał rodzimego rynku niezbędne jest wybudowanie do 2020 r. około 127 tysięcy punktów ładowania (publicznych i prywatnych) i trochę poniżej 1 miliona do roku 2025.

– Rozwój elektromobilności pociągnie za sobą konieczność poniesienia dodatkowych nakładów na modernizację całej sieci energetycznej, która będzie musiała sprostać zarówno większemu zapotrzebowaniu na prąd, jak i intensywnym wahaniom częstotliwości napięcia, a przede wszystkim zapewnić możliwość magazynowania energii. Elektromobilność może więc tym samym stać się czynnikiem inicjującym kompleksową transformację Polski, w kierunku gospodarki bazującej na odnawialnych źródłach energii – wskazuje Michał Ramczykowski.

Miedź napędza elektromobilność

W realizacji tego procesu również niezbędna będzie miedź. Surowiec ten, z uwagi na swoje właściwości, ma powszechne zastawanie w takich obszarach jak fotowoltaika czy energetyka wiatrowa, poprawiając ich ogólną wydajność ekonomiczną. Miedź jest wykorzystywana m.in. do produkcji przewodów i kabli, paneli fotowoltaicznych oraz elementów wiatraków słonecznych (generatory, systemy uziemień, przyłącza kablowe). Oparte na miedzi i jej stopach technologie zwiększają efektywność energetyczną w kluczowych obszarach ‒ energetyce oraz przemyśle. Ze względu na intensywny rozwój sektora elektromobilności do 2027 r. światowe zapotrzebowanie na miedź wzrośnie o 1,7 mln ton.

Z szacunków Europejskiego Instytutu Miedzi wynika, że każdy kilogram surowca użyty w systemie energetycznym, w zależności od wykorzystywanej technologii, przynosi oszczędność pierwotnie wytworzonej energii od 500 do 50 000 kWh, obniżając koszty od 60 do 6000 EUR na poziomie UE. Ponadto, wykorzystując doskonałą przewodność elektryczną miedzi, w ciągu następnych 10-20 lat w Europie będzie można zmniejszyć emisję CO2 o 100 milionów ton rocznie.

Niezbędne wsparcie systemowe

Dostęp do infrastruktury oraz strategicznych surowców to jednak wciąż za mało, aby rynek elektromobilności rozwinął swój pełen potencjał. Przyspieszenie dynamiki wzrostu wymagać będzie również silnego wsparcia systemowego, wykraczającego poza standardowe programy dopłat czy ulg podatkowych.

Jednym z obszarów wskazanych przez ekspertów[4] jest wprowadzanie przez dostawców energii elektrycznej dedykowanych taryf, preferujących użytkowników ładujących pojazdy EV poza godzinami największego obciążenia sieci, np. w nocy. Takie rozwiązania są już z powiedzeniem stosowane na rynku konsumenckim i pozwalają na generowanie znacznych oszczędności finansowych.

W Stanach Zjednoczonych oraz Europie Zachodniej coraz popularniejsze stają się również inicjatywy mające na celu przekierowywanie w nocy nadwyżek energii pochodzących z farm fotowoltaicznych oraz farm wiatrowych do stacji ładowania pojazdów, zachęcając tym samym kierowców do „tankowania” prądu poza godzinami szczytu.

Rozwiązania te, pomimo dużego potencjału ekonomicznego, powinny być jednak wspierane działaniami edukacyjnymi skierowanymi do kierowców aut elektrycznych. Przeważająca cześć użytkowników korzysta bowiem ze standardowych planów taryfowych, m.in. głównie z uwagi na brak odpowiedniej wiedzy w zakresie efektywnego zarządzania zużyciem energii w swoich gospodarstwach domowych oraz firmach.

W ocenie ekspertów niezbędne jest również rozwijanie inteligentnych sieci elektrycznych (smart-grid-enabled). Technologia ta umożliwia optymalizację efektywności energetycznej, w oparciu o wymianę danych pomiędzy uczestnikami systemu – kierowcami indywidualnymi czy flotowymi, dostawcami energii, operatorami punktów ładowania, producentami samochodów elektrycznych, a także instytucjami samorządowymi. Upowszechnienie się rozwiązań tego typu wymaga jednak wypracowania jednolitych standardów rynkowych w każdym z punktów styku pomiędzy zaangażowanymi podmiotami.

[1] National Automobile Manufacturers’ Associations – 09.2018
[2] Deloitte „Powering the future of mobility”
[3] http://fppe.pl/wp-content/uploads/2018/03/Napędzamy-Polską-Przyszłość.pdf
[4] Deloitte „Powering the future of mobility”