Nowy wiceprezes Alior Banku Krzysztof Bachta to menedżer z wieloletnim doświadczeniem w sektorze finansowym, który odpowiadał za nadzór biznesowy nad segmentem bankowym w Grupie PZU oraz transakcje fuzji i przejęć, w tym za projekt nabycia akcji Banku Pekao SA. Bezpośrednio przed nominacją na członka zarządu Alior Banku pełnił funkcję dyrektora zarządzającego ds. strategii i rozwoju w Grupie PZU.
Jako współtwórca strategii „Nowe PZU” koordynował prace nad jej przygotowaniem i operacjonalizacją. Zajmował się wówczas m.in. monitorowaniem wyników finansowych oraz pozycji rynkowej banków. Odpowiadał za przygotowanie operacyjne do przejęcia kontroli nad Bankiem Pekao, w tym wdrożenie mechanizmów zarządzania korporacyjnego oraz wymiany informacji dla celów zarządczych i rachunkowych, jak również zarządzanie ryzykiem. Nadzorował także sporządzanie szczegółowego planu realizacji synergii ze współpracy z Bankiem Pekao, a następnie kierował projektem wdrożenia synergii w zakresie bancassurance, assurbanking (pozyskiwania klientów dla Banku przez PZU) oraz procesem redukcji kosztów.
– W imieniu rady nadzorczej dziękuję pani prezes Katarzynie Sułkowskiej za jej ogromny wkład w budowanie pozycji rynkowej Alior Banku. Zdecydowaliśmy się powołać na stanowisko wiceprezesa zarządu Banku Krzysztofa Bachtę, doświadczonego managera z branży finansowej. Wybór ten należy traktować jako wzmocnienie kompetencji i odpowiedzialności głównego akcjonariusza za przyszłość Alior Banku. Rada nadzorcza dołoży wszelkich starań, by zmiana ta wpłynęła pozytywnie na realizację długoterminowej strategii i – w perspektywie – wzrost wartości dla akcjonariuszy – powiedział Tomasz Kulik, przewodniczący rady nadzorczej Alior Banku.
Krzysztof Bachta
– Alior Bank jest jednym z najbardziej innowacyjnych banków w Polsce. Miałem okazję współpracować z Alior Bankiem i zawsze spotykałem ludzi zaangażowanych, bezpośrednich i nastawionych na osiąganie wyników. Do tego bardzo kreatywnych i szukających nowych rozwiązań. Dołączenie do zespołu Banku jest dla mnie dużym wyróżnieniem i zaszczytem – powiedział wiceprezes Krzysztof Bachta. – Alior Bank ma bardzo dobrą strategię z ambitnymi celami oraz wychodzącą naprzeciw trendom w sektorze. W najbliższym czasie będę chciał szczegółowo zapoznać się z wyzwaniami związanymi z jej wdrożeniem. Z mojego doświadczenia wiem, że najtrudniejsze jest przekładanie haseł strategii na konkretne inicjatywy oraz rezultaty biznesowe. Uważam, że założenia strategii „Cyfrowego buntownika” zostały dobrze podsumowane w tych dwóch słowach. Moim zadaniem będzie dbanie o to, żeby decyzje i działania podejmowane w banku sukcesywnie ją realizowały – dodał.
W latach 2007-2010 z ramienia The Boston Consulting Group Krzysztof Bachta doradzał czołowym polskim bankom w zakresie tworzenia, planowania i wdrażania strategii. Realizował także projekty związane z wdrażaniem inicjatyw wzrostowych w bankach detalicznych, budową modeli ryzyka kredytowego, analiz związanych z potencjalnymi przejęciami czy redukcją kosztów. Karierę zawodową rozpoczął w 2003 roku w Ernst&Young Polska.
Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Posiada dyplom CEMS Master in International Management uzyskany na Universita’ Luigi Bocconi w Mediolanie. Ukończył Advanced Management Program na IESE Business School University of Navarra.
Krzysztof Bachta będzie kierował pracami zarządu jako wiceprezes do czasu uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego na objęcie funkcji prezesa zarządu Banku.
W III kwartale 2018 firmy zamieściły na Pracuj.pl aż 148 172 ofert pracy – o 10,6% więcej niż przed rokiem. W rankingu najczęściej poszukiwanych specjalizacji tradycyjnie królują specjaliści ds. handlu i sprzedaży. Co jednak ciekawe, ich dominacja lekko osłabła w porównaniu do poprzednich kwartałów. W nowej sekcji raportu Rynek Pracy Specjalistów – „W centrum uwagi” – przyjrzeliśmy się bliżej sytuacji tej grupy zawodowej. Wzięliśmy także pod lupę zarobki w handlu i sprzedaży. Przedstawiony obraz rynku pracy skomentowali Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl oraz Rafał Budziński, Talent Manager w IKEA Retail.
III kwartał – najważniejsze informacje:
Liczba ofert na Pracuj.pl w QIII 2018: 148 172. Wzrost o 10,6%
Wzrosty popytu na techników i pracowników fizycznych
Handlowcy, obsługa klienta i IT na czele poszukiwanych specjalizacji
Lekki spadek udziału ofert dla handlowców i sprzedawców na Pracuj.pl
Wzrost zapotrzebowania na kadry w handlu B2C
Oferty pracy w III kwartale 2018
W III kwartale 2018 roku na Pracuj.pl opublikowano 148 172 ofert pracy. Pracodawcy zamieścili więc aż o 10,6% ogłoszeń więcej niż w tym samym okresie przed rokiem. Duże ożywienie aktywności firm przyniósł wrzesień, w którym na Pracuj.pl pojawiło się aż o 12% więcej ofert pracy, niż miesiąc wcześniej.
Najczęściej poszukiwane specjalizacje
W rankingu najczęściej poszukiwanych specjalizacji rządzą sprzedawcy i handlowcy. Niemal co trzecie ogłoszenie na Pracuj.pl w III kwartale 2018 dotyczyło specjalistów w tej dziedzinie (29,5%). Jednocześnie jednak ich dominacja lekko osłabła w stosunku do analogicznego okresu przed rokiem czy II kwartału 2018. Więcej o tej grupie piszemy w sekcji „W centrum uwagi”.
Drugą najchętniej poszukiwaną specjalizacją na Pracuj.pl są eksperci ds. obsługi klienta (22,3% wszystkich ofert). Liczba tych ogłoszeń była wyższa niż rok temu aż o 10,5%. Niezmienną popularnością cieszą się oferty pracy dla specjalistów ds. IT (14,2%). Oprócz tradycyjnych ogłoszeń rosnącą niszę wśród specjalistów od nowych technologii stanowią oferty związane z automatyzacją pracy (więcej na ten temat w materiale „Czy w pracy zastąpią nas maszyny”).
Największe wzrosty zapotrzebowania
Analizy Pracuj.pl wykazały wyraźne ożywienie pracodawców w zakresie rekrutacji fachowców i ekspertów o specjalizacjach technicznych. W III kwartale 2018 firmy zamieściły na portalu o blisko 63% więcej ofert dla budowlańców niż w tym samym okresie przed rokiem. Zdecydowanie wzrósł popyt na pracowników produkcji (40%). Firmy niezmiennie zwiększają także zainteresowanie inżynierami i logistykami (23 i 21% wzrostu).
Uwagę przyciąga silny wzrost liczby ofert na Pracuj.pl dotyczących pracowników fizycznych – w III kwartale 2018 było ich aż dwukrotnie więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. To obszar, w którym silnie widać efekt niedoboru kadr. Pracodawcy coraz intensywniej poszukują pracowników fizycznych gotowych do podjęcia pracy i posiadających odpowiednie kwalifikacje czy uprawnienia.
Zmiany na rynku potwierdzają dane z październikowego raportu „Na tropie dobrej pracy. Czego szukają pracownicy fizyczni?”. Ta grupa pracowników wykazuje się coraz większą świadomością swojej rosnącej roli na rynku pracy. Ponad połowa z nich jest pewna, że szybko znajdą nowe miejsce pracy, tyle samo – że w ich branży brakuje pracowników. To potwierdzenie tendencji obserwowanych na Pracuj.pl od początku 2018 roku. W związku z tymi trendami, serwis wdrożył pod koniec III kwartału 2018 szerszy wachlarz rozwiązań na Pracuj.pl, dedykowanych dla tej grupy specjalistów i firm zainteresowanych ich zatrudnieniem – m.in. możliwość szybkiego aplikowania bez CV.
Regiony: gdzie szuka się pracowników
Liderem pod względem liczby ofert pozostaje województwo mazowieckie. Pochodziło z niego niemal co czwarte ogłoszenie o pracę. Ten region pozostaje zagłębiem zawodowym dla wielu grup specjalistów. Zapotrzebowanie na kadry i rywalizacja o pracowników sprawia także, że województwo to przoduje w zestawieniach lokalizacji, w których zarabia się najlepiej (sprawdź raport „Zarobki w Polsce”).
Poza woj. mazowieckim stawka regionów jest bardziej wyrównana – dwucyfrowy udział we wszystkich ofertach w kraju osiąga jeszcze tylko województwo dolnośląskie (10,4%). Podium uzupełnia woj. małopolskie (9,7%), za którym znalazły się śląskie i wielkopolskie.
Komentarz eksperta: Rafał Nachyna, Dyrektor Zrządzający Pracuj.pl
Trzeci kwartał 2018 roku na rynku pracy był ciekawy przynajmniej z kilku względów. Zaobserwowaliśmy znaczny wzrost znaczenia specjalizacji technicznych w rekrutacjach oraz liczby ofert dla pracowników fizycznych. Istotnie wzrosło zainteresowanie na Pracuj.pl budowlańcami i pracownikami produkcji. Tą tendencję odnotowujemy konsekwentnie od początku 2018 roku.
Nie maleje także zainteresowanie innymi specjalistami, czego potwierdzeniem jest ponad 10-procentowy wzrost ogólnej liczby ofert w III kwartale rok do roku. Na czele najczęściej poszukiwanych pracowników wciąż znajdują się sprzedawcy, specjaliści od obsługi klienta, informatycy i finansiści czy księgowi.
Według Ministerstwa Pracy bezrobocie w Polsce we wrześniu wyniosło 5,8%. W kontekście tych i innych danych rządowych czy statystyk Pracuj.pl trudno nie patrzeć na rynek pracy z optymizmem. Warto jednak dokładniej przyglądać się konkretnym branżom – bo często w szczegółach tkwią najciekawsze zmiany rynkowe. Pogłębioną analizę wybranych trendów znaleźć można w sekcji naszego raportu „W centrum uwagi” – skupiliśmy się w niej na danych Pracuj.pl o rekrutacji w handlu/sprzedaży. To od dawna najbardziej popularna grupa kandydatów, choć w ostatnich kwartałach traci ona nieco udziały w ogólnej puli ogłoszeń na Pracuj.pl. Mimo spadków w całej kategorii, od początku 2018 roku rośnie natomiast liczba ofert dla pracowników B2C – handlu detalicznego.
–
W pierwszej edycji nowej sekcji raportu Rynek Pracy Specjalistów – „W centrum uwagi” – przyglądamy się handlowcom i sprzedawcom. To grupa, która od dawna stanowiła kluczowy obszar rekrutacji na polskim rynku pracy – zdecydowanie dominując nad innymi pod względem liczby ofert pracy. W zależności od specjalizacji, branży czy doświadczenia – sprzedaż daje przestrzeń do rozwoju zarówno dla osób na początku kariery zawodowej, jaki doświadczonych ekspertów posiadających dużą wiedzę w wybranym obszarze.
Od początku 2018 roku w tym obszarze zaszło kilka ciekawych zmian, którym warto się przyjrzeć.
Zapotrzebowanie na handlowców 2018
Dane zebrane przez Pracuj.pl pokazują, że branża w niewielkim – ale dostrzegalnym – stopniu odczuwa konsekwencje zmian obserwowanych w ostatnich kwartałach. Nadal postępuje konsolidacja rynku – rośnie znaczenie dużych sieci handlowych. Według danych międzynarodowego ośrodka analitycznego Bisnode, między styczniem a czerwcem tego roku w Polsce zlikwidowano 8800 sklepów – głównie małych punktów usługowych. Na rynku działa jednak nadal około 260 000 sklepów.
Dane te mają przełożenie na liczbę ofert dla specjalistów od handlu i sprzedaży, którzy mimo wszystko wciąż są najbardziej pożądaną grupą pracowników. W I kwartale 2018 roku stanowili oni 34% wszystkich kandydatów poszukiwanych na Pracuj.pl, a już w III kwartale –29,5%. W I kwartale 2018 roku popyt na specjalistów od sprzedaży i handlu był zbliżony do odnotowanego rok wcześniej. W drugim i trzecim kwartale liczba ofert była już jednak niższa o około 4-5% niż w analogicznym okresie 2017 roku.
Handel B2C nie zwalnia tempa
Mimo lekkiego spowolnienia dynamiki rekrutacji w całym segmencie handel/sprzedaż, tempa poszukiwania kadr nie zwalniają pracodawcy z sektora sprzedaży detalicznej – handlu B2C. Między lipcem a wrześniem pochodziło z niego co dziesiąte ogłoszenie na Pracuj.pl.
Wzrost liczby ofert w tej kategorii potwierdza, że rywalizacja o pracowników handlu detalicznego na rynku rośnie – zwłaszcza w przypadku dużych sieci handlowych i sklepów wielkopowierzchniowych. Niskie bezrobocie i większy wybór ofert dla kandydatów napędzają rywalizację o pracowników, zwiększając nie tylko liczbę, ale także i zakres ofert; wpływają także m.in. na oferowane pracownikom benefity.
Pensje: aktywność i wiedza popłaca
Handlowcy i sprzedawcy mają na rynku do wyboru bardzo wiele specjalizacji, w których mogą się rozwijać. Wysokość wynagrodzenia sprzedawcy uzależniona jest od charakteru działalności jego pracodawcy, typu sprzedawanych produktów czy poziomu wiedzy, wymaganej do pełnienia danego stanowiska.
Na przykład, zarobki „na rękę” sprzedawców w sklepach odzieżowych czy z biżuterią sięgają przeciętnie 1900 zł – oznacza to, że 50% pracowników na tym stanowisku ma wyższe, a 50% – niższe wynagrodzenie. Dla porównania, przeciętna pensja sprzedawcy w salonie samochodowym, ze względu na charakter produktów i wymaganą wiedzę, jest dwukrotnie wyższa i wynosi 3900 zł. To właśnie specjalizacje związane z motoryzacją czy technologiami dają szansę na lepsze wynagrodzenie w sprzedaży.
Jeszcze większą różnicę w zarobkach widać, gdy zestawimy ze sobą zarobki najlepiej wynagradzanych sprzedawców – czyli osób ze szczytu listy w danej kategorii. W branży odzieżowej rekordziści mogą liczyć na około 2900 złotych pensji „na rękę”, natomiast sprzedawcy samochodów o najwyższych pensjach otrzymują nawet do 8 500 zł netto. Należy jednak pamiętać, że to zestawienia, które są odległe od przeciętnych wyników dla danych kategorii.
Jak sygnalizował niedawny raport Pracuj.pl „Kariera w sprzedaży”, na jeszcze wyższe wynagrodzenia mogą liczyć handlowcy aktywni. Działają oni „w terenie” bezpośrednio z klientem, zazwyczaj prowadząc proaktywne działania sprzedażowe. Ich praca polega przede wszystkim na szukaniu klientów i często wymaga rozbudowanej siatki kontaktów zawodowych – co zazwyczaj stanowi dodatkowy atut w negocjacjach wysokości wynagrodzenia, odróżniający ich od większości handlowców „pasywnych”. Potwierdzają to dane o przedstawicielach handlowych – przeciętne zarobki osób działających w obszarach IT czy farmacji wynoszą blisko 5000 zł „na rękę”. Najlepiej wynagradzani specjaliści w grupie osób pracujących z kluczowymi klientami (Key Account Managerowie) osiągają natomiast zarobki przekraczające 14 000 złotych „na rękę” miesięcznie.
Z pewnością jednym z kluczowych atutów pracy w handlu i sprzedaży jest dynamika tego sektora. Rozwój naszego segmentu branży koncentruje się na wprowadzaniu nowych rozwiązań, odpowiadających na zmieniające się oczekiwania klientów. Dotyczy on oferty produktów i usług, ale też sposobu obsługi klienta czy nowych kanałów sprzedaży – począwszy od obsługi w wielkopowierzchniowym sklepie, aż po wprowadzanie sprzedaży wielokanałowej. Zmiany rynku powodują konieczność ciągłego rozwoju kompetencji sprzedawców, tak aby mogli proponować klientom jak najbardziej spersonalizowaną ofertę rozwiązań i usług.
Wychodzimy z założenia, że szukamy ludzi, a nie CV. Umożliwiamy więc pracownikom rozwój w wielu specjalizacjach. W przypadku IKEA Retail mamy wiele stanowisk samodzielnych, jak i menedżerskich – w każdym sklepie funkcjonuje około 70 różnych stanowisk. Są one rozwijane w 13 głównych działach m.in. Sprzedaży, Logistyce, dziale Kas, Komunikacji i Projektowania Wnętrz, czy contact center Domolinia.
Dzięki naszej kampanii wizerunkowej #TyJesteśZmianą pokazaliśmy, że poszukujemy osób, które chcą mieć wpływ na siebie i otacząjącą ich rzeczywistość. Oprócz aktywności w serwisach rekrutacyjnych, wszystkim kandydatom proponujemy możliwość spotkania się z naszymi rekruterami w otwartym w ubiegłym roku Twoim Studiu Pracy w Warszawie, gdzie mogą dowiedzieć się jak najwięcej o IKEA i możliwościach pracy w naszej firmie.
Skąd to podejście? Plusem pracy w handlu i sprzedaży jest ciągła interakcja z innymi ludźmi i możliwość spełniania ich marzeń dzięki dopasowanej ofercie. W naszym przypadku jest to okazja zapewnienia lepszych warunków życia, stworzenia wymarzonego domu, zarówno dla klientów, jak i naszych pracowników. Dlatego u kandydatów do pracy w sklepach szukamy proaktywnej postawy, ciekawości innych ludzi, a co za tym idzie – chęci poznawania potrzeb klientów. Ważne jest także nastawienie na ciągłe poszerzanie swojej wiedzy o ofercie i trendach na rynku. Przede wszystkim jednak – pierwszym i najważniejszym filtrem jest dla nas spójność reprezentowanych wartości z wartościami IKEA.
Wystarczyło kilka chłodnych nocy i poranków, aby wiele polskich miast ponownie spowił smog. Walka z tym zjawiskiem to jeden z głównych punktów trwającej kampanii samorządowej. Politycy obiecują wyborcom czystsze powietrze, a serwis Oferteo.pl sprawdził, co Polacy myślą o zanieczyszczeniu powietrza i czy chcą, aby samorządy ingerowały w sposób ogrzewania mieszkań.
Polska tonie w smogu?
Z problemem smogu zmaga się cała Polska – według najnowszego raportu Światowej Organizacji Zdrowia wśród 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie aż 36 leży w naszym kraju, a jeśli chodzi o odsetek miast, w których smog jest największy, to Polska (72%) ustępuje jedynie Bułgarii (83%).
Skąd się bierze smog?
Według specjalistów z Polskiego Alarmu Smogowego za powstawanie zanieczyszczeń odpowiada przede wszystkim tzw. „niska emisja”, czyli spaliny powstające w wyniku ogrzewania mieszkań za pomocą pieców i kotłów na paliwa stałe. Inne największe źródła to przemysł, transport drogowy, energetyka i rolnictwo.
Jak natomiast problem smogu widzi społeczeństwo? Według ankietowanych przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących produktów i usług z ich dostawcami, za smog odpowiadają głównie zanieczyszczenia przemysłowe oraz zanieczyszczenia z palenisk domowych. Niewielki odsetek respondentów wskazywał na ukształtowanie terenu lub klimat.
Jakie są konsekwencje smogu?
Badani przez Oferteo w przytłaczającej większości zgadzali się ze stwierdzeniem, że smog ma negatywny wpływ na ludzkie zdrowie (95%). Wśród schorzeń, które ich zdaniem są wywoływane m.in. przez smog, wymieniali najczęściej: niewydolność oddechową (73%) a także alergię oraz astmę (60%).
Respondenci byli bardziej sceptyczni wobec zdania, że smog wpływa na rozwój chorób nowotworowych. Zgodziło się z tym stwierdzeniem 41% z nich, na dolegliwości układu krwionośnego i serca wskazało 40%, a na choroby układu odpornościowego – 29%.
Najmniej ankietowanych uznało, że smog może wywoływać choroby i wady rozwojowe płodu – 22%. Tymczasem już według badań, które w latach 2000–2004 przeprowadzili w Krakowie naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego pod kierunkiem prof. Wiesława Jędrychowskiego, kobiety narażone na ekspozycję na smog rodziły dzieci o mniejszej masie urodzeniowej, mniejszym obwodzie główki oraz mniejszej długości ciała.
Mniej węgla to mniej smogu?
Coraz więcej samorządów wprowadza lub planuje wprowadzić zakaz opalania mieszkań i domów za pomocą kotłów na paliwa stałe, takie jak najpopularniejszy w Polsce ekogroszek czy też węgiel kamienny lub drewno. Temat smogu pojawia się obecnie w przedwyborczych debatach i jest elementem kampanii w niemal całej Polsce.
Pogląd, że rezygnacja z takiego sposobu ogrzewania może obniżyć poziom smogu, jest bliski nie tylko samorządowcom, ale i uczestnikom badania. Uważa tak 71% z nich.
Wymiana pieców – czy samorządy powinny stosować przymus?
Jednak zdania co do tego, czy samorządy mogą zakazać ogrzewania domów i mieszkań paliwami stałymi, są mocno podzielone. Co trzeci badany przez Oferteo.pl zgadza się z takim rozwiązaniem, ale tylko wówczas, kiedy samorząd w całości sfinansuje koszty wymiany pieców. Dla 30% uczestników badania Oferteo.pl samorządy nie powinny mieć takich uprawnień, według 26% koszty wymiany powinny być finansowane choćby częściowo, a 6% badanych uznało, że zakaz powinien być wprowadzony bez żadnych wyjątków.
Polacy chcą być eko, ale…
Chociaż znaczny odsetek Polaków jest gotów płacić więcej za bardziej ekologiczne sposoby ogrzewania naszych mieszkań (41%), to równie wysoki jest procent osób, które nie mają wystarczającej wiedzy na temat ekologicznych sposobów ogrzewania (31%).
Niechęć do ponoszenia wyższych kosztów za ekologiczne ogrzewanie to nie tylko efekt ignorancji lub przywiązania do tradycyjnego opału. Dla wielu osób, zwłaszcza starszych czy samotnych, zamieszkujących starsze budownictwo, kwestie ekonomiczne mogą być problemem nie do przeskoczenia, nawet pomimo samorządowego wsparcia.
I chociaż wydaje się, że dzięki licznym inicjatywom edukacyjnym świadomość społeczna na temat powstawania smogu i jego konsekwencji jest całkiem wysoka, to na rozwiązanie problemu przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.
Metodologia badania
Przedstawione dane pochodzą z ankiety przeprowadzonej przez serwis Oferteo.pl w 2018 roku wśród 450 osób.
Donald Trump znalazł największego wroga wzrostu gospodarczego w USA, jest to rezerwa federalna. Dane na temat wzrostu produkcji przemysłowej w Polsce słabsze od oczekiwań.
FED, Trump, stopy procentowe
Konflikt pomiędzy przedstawicielami rezerwy federalnej, w szczególności Jerome Powellem, a Donaldem Trumpem narasta. Głównym powodem jest fakt, że Donald Trump uważa, że stopy procentowe rosną zbyt szybko i dławią wzrost gospodarczy. Z drugiej strony wczorajszy protokół pokazał jasno, że Federalny Komitet Otwartego Rynku jest jednomyślny w kwestii podwyżek. Na razie nie ma mowy o zmianie na stanowisku prezesa rezerwy, ale wypowiedzi są coraz ostrzejsze. Ostatnio w komentarzu do podnoszenia stóp pomimo zdaniem prezydenta niskiej inflacji wynoszącej 2,3% pojawiło się sformułowanie o “największym wrogu”. Warto z kolei zwrócić uwagę, że inflacja na początku wakacji wynosiła już niemal 3%, a Amerykanie znów są rekordowo zadłużeni. W tym kontekście bardziej restrykcyjna polityka monetarna wydaje się tym bardziej zasadna. Rynek zareagował dość spokojnie, ale jednomyślność członków rezerwy umocniła dolara.
Słabsze dane z Polski
Wczorajsze dane na temat wzrostu produkcji przemysłowej okazały się słabsze od oczekiwań. Zamiast oczekiwanych 4,3% produkcja rosła o zaledwie 2,8%. Gorzej wypadła również produkcja budowlano montażowa, ale tutaj wynik 16,4% zamiast 18% to w dalszym ciągu bardzo duży wzrost. Czy należy się bać spowolnienia? Niekoniecznie. Dane takie są mocno zmienne i warto poczekać na potwierdzenie spadków jeszcze 1-2 miesiące. Jeżeli tendencja się utrzyma będzie to powód do obaw. Najlepszym dowodem na fakt, że nie należy panikować była spokojna reakcja rynków walutowych, gdzie złoty osłabił się tylko symbolicznie po tych danych.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
10:30 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Inwestycje w nieruchomości komercyjne w 2018 roku mogą osiągnąć pułap łącznie 6 mld euro – najwięcej w historii polskiego rynku.
Firma doradcza JLL przeanalizowała tegoroczne transakcje inwestycyjne w sektorze nieruchomości komercyjnych w Polsce. Wartość przeprowadzonych transakcji w przeciągu minionych trzech kwartałów jest porównywalna do łącznej wartości osiągniętej w 2017 roku.
Agata Sekuła, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo – Wschodniej, JLL
„Łączna wartość transakcji w Polsce przekroczyła na początku października 5 mld euro. Liderem pozostaje sektor handlowy, z przeprowadzonymi transakcjami kupna/sprzedaży o wartości 2,1 mld euro. Ponad 2 mld euro zainwestowano w segment biurowy, ponad 800 mln euro w obiekty magazynowe i prawie 70 mln euro w hotele. Naszym zdaniem, w 2018 roku całkowita wartość umów kupna/sprzedaży we wszystkich sektorach rynku nieruchomości komercyjnych wyniesie około 6 mld euro – najwięcej w historii rynku inwestycyjnego w Polsce”, komentuje Agata Sekuła, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.
Największą transakcją w sektorze nieruchomości handlowych w 2018 roku była sprzedaż przez ARES/AXA/Apollo Rida portfela 28 nieruchomości handlowych za łączną kwotę około miliarda euro na rzecz Chariot Top Group. EPP sfinalizowało pierwszy etap transakcji przejęcia centrów handlowych M1, kupując centra handlowe w Czeladzi, Krakowie, Zabrzu i Łodzi za kwotę ok. 360 mln euro. Meyer Bergman sprzedał Galerię Katowicką do EPF za ok. 300 mln euro. W sektorze nieruchomości biurowych HB Reavis sprzedał Gdański Business Center II do EPF za ponad 200 milionów euro. Największą transakcją magazynową zrealizowaną w 2018 był zakup przez Redefine/Griffin dziewięciu parków logistycznych od Panattoni Europe.
W poniedziałek 22.10 odbędzie się posiedzenie Sejmowej Komisji Polityki Senioralnej, podczas którego przedstawiciele UOKiK, Ministerstwa Finansów oraz Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii będą dyskutować na temat obecnych i przyszłych regulacji dotyczących umowy świadczeń dożywotnich i odwróconego kredytu hipotecznego. Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych (KPF) oraz najwięksi przedstawiciele branży opublikowali kolejny list otwarty skierowany do ponad 50 adresatów, w tym instytucji państwowych, ekspertów rynkowych i decydentów. Branża postuluje, by tym razem publiczna debata przyniosła efekty w postaci wznowienia prac nad Ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym. To trzeci list otwarty wystosowany przez branżę hipoteki odwróconej w Polsce. Pierwszy z nich opublikowała w marcu 2015 roku, kolejny w listopadzie 2016 r. Do tej pory prace nad Ustawą stoją w miejscu.
O odpowiednie przepisy regulujące rynek postulują nie tylko fundusze hipoteczne i KPF. Od 2013 roku na potrzebę włączenia się ustawodawcy w kształtowanie rynku świadczeń dożywotnich wskazują również: Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Rzecznik Praw Obywatelskich.
Robert Majkowski
– Celem regulacji jest nie tylko poprawa jakości oferowanych usług i zwiększenie bezpieczeństwa seniorów, ale również ograniczenie działalności nieuczciwych podmiotów oraz zmniejszenie skali wyłudzeń – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF). – Warto podkreślić, że hipoteka odwrócona funkcjonuje w Polsce od 10 lat, a fundusze hipoteczne zrzeszone w KPF wypłaciły już seniorom ponad 16 mln świadczeń. Rynek hipoteki odwróconej wymaga jednak regulacyjnej roli Państwa. Brak regulacji i nadzoru powodują, że liczba wyłudzeń rośnie, a nieuczciwe podmioty psują renomę profesjonalnych usługodawców. Najważniejszą kwestią jest jednak bezpieczeństwo seniorów i zapewnienie im takiej usługi, która będzie realnym wsparciem finansowym na emeryturze, a nie dodatkowym generatorem problemów – dodaje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.
1 z 4
5 postulatów dla Rządu i Parlamentu
Warto przypomnieć, że w grudniu 2014 roku weszła w życie Ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym, ale do dziś żaden bank nie zaoferował tego rozwiązania. Tymczasem Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym została wycofana z prac legislacyjnych, a rynek pozostaje nieuregulowany mimo rosnącego popytu i skali nadużyć. KPF oraz największe instytucje w Polsce postulują, by Państwo wznowiło prace nad Ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, zapewniło przepisy regulujące cały rynek oraz wprowadziło nadzór obejmujący wszystkie podmioty oferujące hipotekę odwróconą. Wśród postulatów jest również zapewnienie seniorom profesjonalnego doradztwa i informacji (chociażby wzorem Wielkiej Brytanii), stworzenie norm etycznych dla całej branży (mimo, że od 2012 roku działa Zbiór Zasad Dobrych Praktyk wypracowany w ramach KPF i stosowany przez jej członków) i zainicjowanie oraz prowadzenie kampanii informacyjnych i edukacyjnych skierowanych do seniorów.
– Edukacja seniorów jest niezmiernie ważna. Osoby starsze powinny wiedzieć jakie instrumenty finansowe mogą stanowić dla nich wsparcie na emeryturze i które z tych instrumentów są dopasowane do ich potrzeb. Jeśli zdecydują się na jeden z takich instrumentów np. hipotekę odwróconą, powinni mieć dostęp do szerokiej wiedzy na temat tego rozwiązania i mowa tu nie tylko o kampaniach edukacyjnych realizowanych przez fundusze hipoteczne, ale o realnym wsparciu informacyjnym ze strony Państwa – podkreśla Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.
Dlaczego hipoteka odwrócona jest ważna z punktu widzenia Państwa i polityki senioralnej?
Polskie społeczeństwo starzeje się coraz szybciej, polskie emerytury należą do jednych z najniższych w Europie, a krajowy system emerytalny jest niewydolny. Liczba emerytów rośnie, a zachodzące zmiany demograficzne oznaczają spadek liczby osób w wieku produkcyjnym. Stosunek osób składkujących do osób pobierających składki zmieni się z 3,25:1 w roku 2017 (przy czym w roku 2015 stosunek ten wynosił 4,5:1), aż do prognozowanego w roku 2050 – 2:1.[1] Oznacza to, że o połowę spadnie liczba osób pracujących przypadających na jedną osobę pobierającą składki emerytalne, co przy systemie repartycyjnym oznacza drastyczny wzrost deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych zarządzanego przez ZUS. Przypomnijmy, że już w 2015 roku zobowiązania FUS z tytułu świadczeń emerytalnych wynosiły ponad 4 bln zł, co stanowiło 275 proc. ówczesnego PKB. [2] Jak zobrazować tę liczbę? W skrócie można powiedzieć, że aby zebrać pieniądze obiecane emerytom, którzy już przeszli na emeryturę, cała polska gospodarka musiałaby pracować wyłącznie na ten cel przez trzy lata.
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
– Warto podkreślić, że stopa zastąpienia w Polsce jest jedną z najniższych wśród krajów rozwiniętych, a z danych OECD wynika, że dzisiejszy polski dwudziestolatek, który przejdzie na emeryturę będzie mógł liczyć na 38,6 proc. swojej obecnej pensji netto, przy czym średnia dla wszystkich krajów OECD to 57,6 proc. Tymczasem ponad 80 proc. seniorów posiada na własność nieruchomość, a kapitał w niej zamrożony jest dobrym, a często jedynym sposobem poprawy jakości życia na emeryturze – podkreśla Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Pamiętajmy, że renta dożywotnia, wzorem innych państw, może stać się jednym z remediów na problemy starzejącego się społeczeństwa oraz rozwiązaniem, które zagwarantuje godne życie na emeryturze. Pamiętajmy, że usługa ta może, a nawet powinna, stać się częścią długofalowej polityki senioralnej Państwa – dodaje Andrzej Roter, Prezes KPF.
Rynek toczą oszustwa, a profesjonalna branża przegrywa z nieuczciwymi podmiotami
Wraz ze wzrostem liczby umów o dożywocie rośnie też skala wyłudzeń, sporów i unieważnień. Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w 2008 roku podpisano 4,5 umów o dożywocie, ale w 2017 było ich już 10,4 tys. w skali roku. Łącznie, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, zawarto 75 tys. takich umów, a tym samym czasie (jak podaje KPF) największe fundusze hipoteczne podpisały ich blisko tysiąc. Stanowi to1 proc. wszystkich umów o dożywocie.
– Warto zatem podkreślić, że 99 proc. stanowiły umowy zawierane przez niewyspecjalizowane podmioty oraz osoby fizyczne. Co więcej, z danych napływających z notariatu wynika, że co piąta tego typu umowa jest w Polsce unieważniana. Dlaczego osoby, które podpisały te umowy miałyby nie być obsłużone w ramach profesjonalnej usługi? Dlaczego te osoby mają tracić nerwy, zdrowie, a niejednokrotnie swój majątek? Dlaczego profesjonalna branża przegrywa z rynkiem nieprofesjonalnym – pyta Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM. – Mamy nadzieję, że posiedzenie Sejmowej Komisji Polityki Senioralnej przyniesie odpowiedzi na te pytania, ale również realne rozwiązania na które oczekują seniorzy, cały rynek oraz instytucje, które od lat wskazują na potrzebę uregulowania rynku, czyli UOKiK, RPO, KNF, ZBP – podsumowuje.
[1] Prognoza ludności rezydującej dla Polski na lata 2015-2050, GUS, https://stat.gov.pl/files/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5469/8/1/1/prognoza_rezydentow_analiza_vgm.pdf
Ubiegły dzień okazał się wyjątkowo dobry dla amerykańskiej waluty. Kurs dolara umocnił się w relacji do każdej z pozostałych walut G10. Istotnie zyskiwał również w parze ze złotym.
Aprecjacja dolara nastąpiła pomimo słabszych danych z amerykańskiego rynku nieruchomości i związana była z publikacją „minutek” podsumowujących ostatnie spotkanie Rezerwy Federalnej. Nie przyniosły one wiele nowości, jednak potwierdziły, że amerykańska gospodarka rozwija się mniej więcej zgodnie z oczekiwaniami członków FOMC, a bieżąca sytuacja i dobre perspektywy sprzyjają wzrostowi stóp procentowych. W związku z publikacją, rentowności 10-letnich papierów dłużnych wzrosły do najwyższego poziomu od tygodnia, wzmacniając dolara w drugiej części dnia.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,28-4,30. Wspólna europejska waluta charakteryzowała się wczoraj słabością, co związane było m.in. z siłą dolara amerykańskiego. Wczorajsze dane gospodarcze nie przyniosły większych rewelacji – rewizja wrześniowych odczytów inflacyjnych była w pełni zgodna ze wstępnymi szacunkami.
GBP
Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,87-4,90. Wczorajsze słabe odczyty inflacyjne nie sprzyjały brytyjskiej walucie. Dzisiejsze dane o sprzedaży detalicznej również rozczarowały. W ujęciu miesięcznym sprzedaż doświadczyła spadku o 0,8%, w ujęciu rocznym odnotowano wzrost na poziomie 3%. Oba odczyty były wyraźnie poniżej oczekiwań. W górę wprawdzie poszły szacunki za poprzedni miesiąc, jednak istotnie nie zmienia to negatywnego obrazu ostatnich odczytów. Jest to rozczarowujące zwłaszcza w kontekście rosnących płac w Wielkiej Brytanii. Wpływ nowych danych na brytyjską walutę jest jednak ograniczony. Inwestorzy skupieni są na szczycie UE i czekają na jakichkolwiek informacje dotyczące negocjacji w sprawie Brexitu. Wczoraj brytyjskie media rozpisywały się na temat możliwości wydłużenia okresu przejściowego ponad obecny planowany obecnie, który ma trwać 24 miesiące. Ani ta informacja, ani optymistyczny ton prezes May, istotnie nie wsparły jednak brytyjskiej waluty.
USD
Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 0,8%, wahając się w widełkach 3,70-3,73. Umocnienie dolara amerykańskiego wyhamowuje w pierwszych godzinach handlu na Starym Kontynencie, co związane jest prawdopodobnie ze stabilizacją rentowności amerykańskich papierów dłużnych. Czwartek przyniesie serię odczytów z USA, z których największą uwagę warto zwrócić na cotygodniowe dane o zasiłkach oraz odczyt indeksu przemysłowego wg FED z Filadelfii w październiku. Późnym popołudniem przemawiać będą James Bullard i Randal Quarles z FOMC.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA
14:30 – wskaźnik przemysłowy wg FED z Filadelfii w październiku
Środowa publikacja danych makroekonomicznych w kraju przyniosła lekki spadek rentowności krajowych obligacji skarbowych widoczny głównie na środku krzywej. Mniejsze, co do skali zmiany notowań krótkoterminowych papierów świadczyć mogą o tym, że są one uważane za drogie. Dlatego inwestorzy w poszukiwaniu atrakcyjniejszych dochodowości, a także licząc na scenariusz braku podwyżek stóp procentowych na przełomie 2019 i 2020 r. przesuwają się wzdłuż krzywej w kierunku papierów o dłuższych terminach wykupu. Chociaż publikacja danych wzmocniła rynek, to jednak zmiany notowań były bardzo umiarkowane.
Jak w środę podał GUS, produkcja przemysłowa wzrosła o zaledwie 2,8% r/r we wrześniu. Był to wynik znacznie poniżej oczekiwań rynkowych (4,3%), ale i nawet naszych bardziej pesymistycznych szacunków (3,7%). Zgodny z oczekiwaniami był natomiast wzrost cen produkcji sprzedanej przemysłu (2,9% r/r). Po wtorkowej informacji z rynku pracy, były to już kolejne dane mogące sygnalizować lekkie wyhamowanie aktywności gospodarczej pod koniec III kw. 2018 r.
Od kilku dni wsparciem dla krajowych obligacji pozostaje również obserwowana na rynkach bazowych lekka poprawa nastrojów. Po osiągnięciu tegorocznych maksimów spadają m.in. rentowności US Treasuries. Z kolei podwyższona premia za ryzyko polityczne w Europie determinuje przepływ kapitału w kierunku bezpiecznych aktywów powodując m.in. wzrosty cen Bundów. W najbliższych dniach te tendencje mogą być kontynuowane. Cały czas utrzymuje się wysokie ryzyko związane z polityką fiskalną we Włoszech, co skłaniać będzie EBC do większego umiarkowania w prowadzeniu polityki pieniężnej. Widać to chociażby po tym, że rentowności włoskich 10-letnich papierów utrzymują się prawie 305 pb. powyżej odpowiedników niemieckich, a od greckich dzieli je już „zaledwie” 75-80 pb. Opublikowane w środę wieczorem minutes z ostatniego posiedzenia Fed nie zmieniają tego scenariusza, chociaż w pierwszej reakcji doszło do przeceny UST. Bank centralny pozytywnie ocenił sytuację makroekonomiczną w USA i podtrzymał scenariusz dalszych podwyżek stóp. Należy jednak pamiętać, że dalsze trzy podwyżki stóp po jednej w nadchodzących kwartałach zostały już przez rynek wycenione i dlatego nawet taki „jastrzębi” komentarz FOMC nie powinien osłabiać w średnim terminie wycen obligacji.
Mimo ostatniego 10 pkt spadku rentowności polskich obligacji w sektorze 10-letnim wciąż krótkoterminowo umocnienie rynku pozostaje scenariuszem bazowym. W sektorze 2-letnim oporem będzie 1,50%. W przypadku papierów 10-letnich przestrzeń do spadku rentowności wydaje się znacznie większa, sięgając przynajmniej 3,10%. Tym samym spodziewać się można wypłaszczenia krzywej zarówno w przypadku spreadu 2Y10Y jak i 2Y5Y. W świetle ostatnich słabszych danych makroekonomicznych, niskiej presji inflacyjnej, umiarkowanej podaży papierów na rynku pierwotnym czy podwyżki ratingu Polski papiery 5-letnie wydają się atrakcyjną inwestycją dla inwestorów.
Wykres dnia: W ślad za rynkami bazowymi wzrosły w ostatnich tygodniach notowania IRS. Prawdopodobna poprawa nastrojów na świecie powinna przyczynić się do krótkoterminowego spadku krzywej swapowej.
Źródło: Thomson Reuters
Autor / Źródło: Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski
Wstrzymywanie zwrotu podatku VAT przedsiębiorcom weszło już do kanonu praktyk fiskusa. Mowa tu o wielokrotnym przedłużaniu terminu zwrotu, do tego bez podania konkretnego uzasadnienia. Organy gubią się jednak w tym automatyzmie przedłużania i naruszają prawo. W wyroku z 18 lipca 2018 r. WSA w Opolu przypomniał fiskusowi, że „nie można przedłużyć skutecznie terminu, który już upłynął” (I SA/Op 170/18).
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Zgodnie z art. 87 ust. 2 ustawy o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535 ze zm.) zwrot nadwyżki podatku naliczonego nad należnym następuje w terminie 60 dni od dnia złożenia rozliczenia przez podatnika, który na jego wniosek może ulec skróceniu i wynosić 25 dni. Ten sam przepis pozwala jednak naczelnikom urzędów skarbowych przedłużać ten termin, jeśli tylko „zasadność zwrotu wymaga dodatkowego zweryfikowania”. To, jak urzędnicy potrafią wykorzystywać nadane im uprawnienie trudno jednak nazwać działaniem zgodnym z prawem. W obrocie prawnym takie działania określane są bowiem wprost jako urzędnicze bezprawie.
Ośmiokrotnie przedłużany termin zwrotu
W złożonej za styczeń 2016 r. deklaracji VAT-7 spółka wykazała ponad 150 tysięcy złotych nadwyżki podatku naliczonego nad należnym. 60-dniowy termin jej zwrotu przez urząd skarbowy przypadał na 25 kwietnia 2016 r. Na 11 dni przed jego upływem Naczelnik Urzędu Skarbowego (dalej NUS) w Nysie wszczął wobec spółki kontrolę podatkową. W jej wyniku zwrócił część wnioskowanej kwoty w wysokości 30 tysięcy złotych, przeksięgowując ją zgodnie z wolą samej spółki na rzecz jej zobowiązań w podatku dochodowym. Co do pozostałych 120 tysięcy złotych NUS ośmiokrotnie przedłużał termin ich zwrotu. Pierwszy raz 20 kwietnia 2016 r. Postanowieniem z 24 sierpnia 2017 r. wszczął również postępowanie podatkowe w zakresie prawidłowości rozliczeń podatku VAT.
Z uwagi na trwające postępowanie podatkowe, które miało zakończyć się 30 marca 2018 r., NUS postanowieniem z 16 stycznia 2018 r. przedłużył również do tego dnia termin zwrotu nadwyżki VAT. Przedsiębiorca złożył zażalenie na takie działania fiskusa. Zarzucił organowi m.in. nieuzasadnione przedłużanie terminu zwrotu przy braku wskazania okoliczności faktycznych, które wzbudzałyby istotne wątpliwości i wymagały dodatkowego zweryfikowania. Podniósł również, że samo prowadzenie kontroli podatkowej nie może stanowić wytłumaczenia dla przedłużania terminu zwrotu VAT. Spółka wskazała jednocześnie naruszenie przez organ art. 87 ust. 2 zd. 2 ustawy o VAT w zw. z art. 284b § 2 Ordynacji podatkowej (Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926 ze zm.) poprzez przedłużanie zwrotu VAT do czasu, który przekracza termin zakończenia kontroli podatkowej.
Utrzymujący w mocy postanowienie NUS Dyrektor Izby Administracji Skarbowej (dalej DIAS) w Opolu zgodził się ze spółką co do konieczności zaistnienia właściwych przesłanek dodatkowej weryfikacji zasadności zwrotu podatku. Stwierdził jednak, że przepis art. 87 ust. 2 ustawy o VAT nie nakłada na organ obowiązku wykazania, że zwrot jest bezzasadny. Zdaniem organu do przedłużenia terminu zwrotu VAT wystarczy jedynie wskazanie, że wymagające dodatkowej weryfikacji okoliczności wystąpiły. Oddalając zażalenie spółki DIAS poinformował, że „Nie można (…) wymagać od organu podatkowego wydającego postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu, aby już w tym momencie wskazał na konkretne ustalenia, co do faktów podważających zasadność zwrotu. Wystarczające jest, że zachodzi uprawdopodobniona konieczność weryfikacji zwrotu różnicy podatku, a takie okoliczności (…) uzasadniają konieczność podejmowania kolejnych czynności, co z kolei uzasadnia dalszą weryfikację zasadności zwrotu” (I SA/Op 170/18).
A kto powiedział, że terminów trzeba dochowywać?
Wnosząc skargę do sądu spółka zarzuciła DIAS, że ten powiela tylko ustalenia NUS, a jest organem odwoławczym i powinien dokonywać własnych ustaleń. Jej zdaniem działania organu pierwszej instancji miały charakter pozorny i służyły organowi tylko za podstawę do wydawania następnych postanowień.
Istotnym punktem zaskarżenia był zarzut doręczania postanowień o przedłużeniu terminu zwrotu VAT już po upływie terminu tego zwrotu. W odpowiedzi DIAS stwierdził, że zarzut nieskutecznego doręczenia stanowi podstawę toczącego się odrębnego postępowania sądowego i nie dotyczy postanowienia będącego przedmiotem skargi. Co ciekawe, wyraził jednocześnie zdanie, że z obowiązujących przepisów nie wynika, aby niedochowanie terminu do wydania postanowienia o przedłużeniu zwrotu VAT miało jakikolwiek wpływ na ten zwrot.
Postanowienie musi zostać doręczone
Rozpatrujący skargę WSA w Opolu, mając na uwadze odrębne postępowanie sądowe, o którym wspomniał DIAS, podzielił stanowisko sądu wyrażone w zapadłym w tamtej sprawie wyroku i uchylił zaskarżone postanowienie, jak i poprzedzające je postanowienie organu pierwszej instancji.
W wyroku z 27 czerwca 2018 r. sąd stwierdził, że postanowienie z dnia 22 listopada 2017 r. O przedłużeniu zwrotu zostało doręczone pełnomocnikowi spółki 4 grudnia 2017 r., czyli już po terminie ustalonym we wcześniejszym postanowieniu o przedłużeniu, przypadającym na dzień 30 listopada 2017 r. Nie mogło tym samym skutkować kolejnym przedłużeniem terminu.
„Stosowany odpowiednio do postanowień przepis art. 212 O.p. przesądza zatem, że organ podatkowy, który wydał postanowienie, jest nim związany od chwili jego doręczenia. Samo zatem wydanie postanowienia, nie wywołuje jeszcze żadnych skutków prawnych, a tym samym, jak ma to w ramach niniejszej sprawy, nie powoduje w tej dacie skutecznego przedłużenia terminu zwrotu różnicy. Z tych samych powodów, dla zachowania terminów z art. 87 ust. 2 i ust. 6 u.p.t.u., bez znaczenia pozostaje okoliczność nadania przesyłki zawierającej wydane postanowienie w polskiej placówce pocztowej operatora publicznego jeszcze przed upływem przedłużanego terminu zwrotu, skoro uzewnętrznienie woli organu administracji publicznej musi nastąpić tylko w przewidzianym w prawie trybie, a jest nim, wyłącznie wynikające z art. 212 O.p. doręczenie decyzji (postanowienia)” (I SA/Op 138/18).
Jak odzyskać podatek VAT?
Ośmiokrotnie przedłużany termin zwrotu podatku, jak miało to miejsce w powyższej sprawie, to dowód, że organy podatkowe dla wstrzymania zwrotu VAT gotowe są podejmować działania sztuczne. Nie mogąc udowodnić nieprawidłowości i braku prawa do żądania należnego zwrotu VAT, przedłużają jego termin bez wykazywania bezzasadności zwrotu. Jak zarzuciła spółka organowi: „nieuzasadnione przyjęcie, iż (…) wydanie postanowienia jest konieczne z uwagi na nieukończenie procesu zbierania materiału dowodowego, podczas gdy organ pozoruje czynności, prowadzi postępowanie w sposób przewlekły i wskazuje na podjęte czynności jedynie na potrzeby wydania kolejnych postanowień” (I SA/Op 170/18).
Sprawa pokazuje, że w kwestii zwrotu podatku VAT jego wstrzymywanie stało się powszechnie stosowaną normą. Przedsiębiorcy składający deklaracje VAT i wykazujący w nich nadwyżkę podatku naliczonego nad należnym muszą robić to ze świadomością, że nie zostanie ona im tak po prostu zwrócona. Wykazanie przez podatnika nadwyżki wszczyna bowiem wojnę, w której fiskus, nie mając argumentów do walki, odwleka jak najdłużej może ostateczną konfrontację. W praktyce przedsiębiorcom zostało odebrane „prawo do zwrotu VAT”.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W środę kurs złotego oscylował w okolicach 4,29, choć po wyraźnie rozczarowujących danych dot. krajowej produkcji przemysłowej EUR/PLN chwilowo przełamał opór na 4,295. Na wartości traciło też euro do dolara oczekując na zaplanowaną na wieczór publikację protokołu z ostatniego posiedzenia amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Z technicznego punktu widzenia euro ma trudności ze skutecznym wyjściem ponad opór na 1,16 co może wskazywać, że ewentualne wybicie z szerokiej konsolidacji (od maja 1,14-1,18) powinno nastąpić dołem.
Minutes prezentowało jastrzębią treść, potwierdzając determinację członków FOMC, co do dalszego zacieśniania polityki monetarnej. Z protokołu wynikało, że decydenci mniej niż w sierpniu obawiali się o bliską perspektywę recesji, co więcej kilkoro z nich oceniło wręcz, że ostatnie dane sugerują, że tempo wzrostu działalności gospodarczej było szybsze niż oczekiwano na początku roku. Generalnie, podczas wrześniowego posiedzenia FOMC dominowało przekonanie, że stopy procentowe muszą rosnąć dopóki polityka monetarna nie stanie się restrykcyjna. Tym samym, we wrześniu cały Fed poparł Powella, który trzyma się obranego harmonogramu stopniowych podwyżek stóp, który jak się oczekuje, uwzględnia czwartą w tym roku podwyżkę stóp procentowych w grudniu. Publikacja minutes umocniła dolara, który już wcześniej czerpał korzyść z napływających na rynek danych. EUR/USD spadł do 1,15.
Opublikowane raporty potwierdziły, że rynek pracy w USA jest nadal silny, co wskazuje, że ożywienie gospodarcze postępuje pomimo obaw związanych z napięciami w handlu. Poza mocnym odczytem produkcji przemysłowej w USA (we wrześniu miesięczna dynamiki wzrostu wyniosła 0,3% podczas gdy rynek zakładał 0,2%), również liczba utworzonych nowych miejsc pracy w USA osiągnęła rekordowego poziomu (wg JOLT’s w sierpniu ok. 7,1 mln). W reakcji na dane Mary C. Daly (Fed z San Francisco) zwróciła uwagę, że amerykański rynek pracy przekroczył już poziom „pełnego zatrudnienia”.
W kraju, po rozczarowujących wynikach dot. rynku pracy, również środowe dane produkcyjne potwierdziły, że gospodarka minęła już szczyt koniunkturalny. Wg GUS we wrześniu roczna dynamika produkcji spadła do 2,8% r/r (przy konsensusie rynkowym na poziomie 4,8% r/r) z 5,0% r/r w sierpniu. W ocenie ekonomistów Banku, na wyniki sektora negatywny wpływ wywierała nie tylko niekorzystna różnica w liczbie dni roboczych, ale też pogorszenie koniunktury w otoczeniu zewnętrznym gospodarki, o czym świadczy wyraźne wyhamowanie w przetwórstwie (do 2,0% r/r) oraz spadki produkcji w niektórych branżach eksportowych (farmaceutyki, komputery). Słabsze od oczekiwań rynkowych były także statystyki dot. budownictwa (wzrost produkcji budowlano-montażowej na poziomie 16,4% r/r). Tym samym kolejne sygnały płynące z gospodarki potwierdziły zasadność braku zmian polityki pieniężnej w Polsce, ciążąc złotemu (szczególnie, że zgodny z oczekiwaniami, 2,9% wzrost cen produkcji wskazuje bowiem na ograniczoną przestrzeń dla wzrostu presji inflacyjnej w Polsce).
Przed złotym nie najlepsze perspektywy, biorąc pod uwagę coraz silniejszego dolara i nasilający się konflikt handlowy pomiędzy USA a Chinami. D.Trump chce bowiem zadać Chinom kolejny cios, wycofując USA z obowiązującego od 144 lat pocztowego porozumienia, które pozwalało chińskim spółkom dostarczać po niskiej cenie małe przesyłki do konsumentów w USA.
Wykres dnia: Potwierdzając zasadność braku zmian polityki pieniężnej w Polsce, rozczarowująco niska wrześniowa dynamika wzrostu produkcji przemysłowej osłabia złotego.
Z dniem 17 października 2018 r. Rada Nadzorcza dokonała zmian w składzie Zarządu Banku Pocztowego S.A.
Sławomir Zawadzki, były już Prezes Zarządu Banku Pocztowego
Rada Nadzorcza odwołała z dniem 17.10.2018 r. Sławomira Zawadzkiego z funkcji Prezesa Zarządu Banku Pocztowego S.A. i ze składu Zarządu Banku Pocztowego S.A.
Rada Nadzorcza delegowała z dniem 17.10.2018 r. Jakuba Słupińskiego, Członka Rady Nadzorczej Banku Pocztowego S.A. do czasowego wykonywania czynności Członka Zarządu Banku Pocztowego S.A., tj. na okres nie dłuższy niż dwa miesiące – do dnia powołania Prezesa Zarządu Banku Pocztowego S.A. oraz powierzyła mu w okresie delegowania pełnienie obowiązków Prezesa Zarządu Banku Pocztowego S.A.
17 października, Zarząd PZU SA otrzymał informację od Rady Nadzorczej Alior Bank SA o powołaniu Krzysztofa Bachty na stanowisko wiceprezesa zarządu Banku kierującego pracami zarządu do czasu uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego na objęcie funkcji prezesa zarządu Banku.
Krzysztof Bachta
Krzysztof Bachta, jako Szef Strategii grupy PZU i Dyrektor Zarządzający odpowiedzialny za nadzór nad współpracą z naszymi Bankami, był kluczowym menedżerem w przygotowaniu strategii #nowePZU do roku 2020. Doskonale rozumie potencjał synergii, które tkwią w umiejętnej współpracy grupy PZU z Alior Bank zarówno na płaszczyźnie sprzedażowej jak i kosztowej. W nową rolę wniesie nie tylko szerokie spojrzenie na rynek usług finansowych w Polsce i na świecie, głębokie zrozumienie trendów biznesowych i technologicznych, które wpływają na ten rynek, ale również bogate doświadczenie menedżerskie zdobyte przez lata, w czasie których prowadził najważniejsze projekty rozwojowe grupy, w tym przejęcie banku Pekao SA. W nowej roli może liczyć na pełne wsparcie całej Grupy PZU, której sukcesy są w dużej mierze również jego zasługą. – powiedział Paweł Surówka, Prezes Zarządu PZU SA.
Wykorzystanie baterii do magazynowania energii jest coraz bardziej powszechne. Eksperci firmy doradczej Deloitte, autorzy raportu „Supercharged: Challenges and opportunities in global battery storage markets”, rosnącą popularność tego typu rozwiązań wiążą z dynamicznym spadkiem cen baterii oraz globalnym zwrotem w kierunku odnawialnych źródeł energii. Ich zdaniem w zapewnieniu ciągłości dostaw istotną rolę odgrywają także oparte o baterie magazyny energii oraz odpowiednia regulacja pracy systemów elektroenergetycznych. Wskazane w raporcie trendy będą się nasilać wraz z rozwojem inteligentnych sieci elektroenergetycznych oraz elektromobilności. Komercyjnemu wykorzystaniu baterii na rynku energetycznym sprzyja też rozwój technologii cyfrowych, umożliwiających tworzenie „wirtualnych magazynów”.
Dwucyfrowy wzrost rynku
Rynek magazynowania energii rozwija się w dwucyfrowym tempie. Niektóre z szacunków mówią o tym, że osiągnie on wartość ponad 26 miliardów dolarów do 2022 roku, co przekłada się na roczną stopę wzrostu (CAGR) w wysokości 46,5 proc.[1] Mniej optymistyczne przewidywania zakładają, średnioroczny wzrost w wysokości 16 proc., co przełoży się na wartość 7 mld dolarów do 2025 roku.[2]
Rozbieżności w prognozach wynikają przede wszystkim z różnego podejścia do definiowania rynku magazynowania energii. Część analityków uwzględnia jedynie wielkoskalowe magazyny usytuowane „przed licznikiem” użytkownika końcowego, instalowane przez energetykę zawodową. Z kolei inni eksperci biorą również pod uwagę magazyny energii instalowane „za licznikiem” przez odbiorców energii. Zdarza się także, że do definicji rynku wliczany jest dynamicznie rozwijający się segment baterii samochodowych.
To właśnie popularyzacja samochodów elektrycznych doprowadziła do skokowego wzrostu wolumenów produkcji baterii litowo-jonowych, który pociągnął za sobą dynamiczny spadek kosztów produkcji oraz oferowanych cen. Pomiędzy rokiem 2010 a 2017 ceny baterii w przeliczeniu na kWh spadły o prawie 80 proc., z 1000 USD do 209 USD. W efekcie na rynku magazynowania energii, obok tradycyjnie dominujących elektrowni szczytowo-pompowych, coraz większe znaczenie zaczęły zyskiwać magazyny oparte o baterie. Rosnąca popularność magazynowania energii w ten sposób nie wynika jednak wyłącznie z malejących kosztów. Równie ważna jest wciąż rosnąca rola, jaką magazyny pełnią w nowoczesnych systemach elektroenergetycznych.
Magazyny energii ważnym elementem inteligentnych sieci energetycznych
Wielu operatorów sieci rozpoczęło w ostatnich latach modernizację swoich sieci energetycznych, chcąc zwiększyć ich odporność w razie wystąpienia poważnych zakłóceń pogodowych, takich jak burze czy huragany. Dzieje się to zarówno w Polsce jak i na świecie. Przykładem tego jest zbudowany niedawno przez Teslę, we współpracy z Neonen,100 MW magazyn energii w południowej Australii. Bezpośrednim bodźcem do inwestycji była wielka awaria systemu, która w roku 2006 pozbawiła elektryczności 1,7 miliona Australijczyków.
– Oprócz standardowych modernizacji poprawiających jakość sieci, projekty te obejmują często wdrażanie inteligentnych technologii, umożliwiających cyfrową kontrolę nad sieciami oraz wykorzystywaniem odnawialnych źródeł energii, cowpływa również na popularyzację systemów magazynowania – mówi Andrzej Zienkiewicz, Partner w Zespole ds. Energii i Zasobów Naturalnych Deloitte.
Globalny zwrot w kierunku odnawialnych źródeł energii postawił przed zarządzającymi sieciami elektroenergetycznymi nowe wyzwania. Rosnąca ilość mało stabilnych i trudno przewidywalnych źródeł energii, takich jak wiatraki czy farmy fotowoltaiczne, bardzo utrudnia zarządzanie siecią energetyczną i bilansowanie rynku. – Tu z pomocą przychodzą magazyny energii, które mogą przechować nadmiar energii odnawialnej wyprodukowany w okresach mniejszego popytu i zwrócić go do sieci w okresach szczytu zapotrzebowania. Są one oparte o baterie i charakteryzują się dużą elastycznością, która daje możliwość niemal natychmiastowego uruchomienia. To sprawia, że magazyny energii są coraz częściej wykorzystywane do realizacji usług systemowych na rynku energii, takich jak regulacja częstotliwości sieci energetycznych czy zapewnianie mocy rezerwowej – wyjaśnia Marek Chlebus, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte, Ekspert w Zespole ds. Energii i Zasobów Naturalnych.
Rosnący segment magazynów instalowanych „za licznikiem” energii
Dynamicznie rosnącym segmentem rynku są również magazyny instalowane „za licznikiem” energii przez odbiorców końcowych, czyli firmy oraz gospodarstwa domowe. Najczęściej magazyny takie są zintegrowane z odnawialnymi źródłami energii i pozwalają na maksymalizację wykorzystania wyprodukowanej w nich energii. To ma istotne znaczenie w sytuacji, gdy warunki odsprzedaży do sieci energii wyprodukowanej przez prosumentów nie są zbyt korzystne.
Głównym motywem skłaniających odbiorców do inwestycji w magazyny energii, jest możliwość zapewnienia sobie samowystarczalności energetycznej. Jest to istotne dla przedsiębiorstw, w których ciągłość dostaw energii ma krytyczne znaczenie dla realizowanych przez nie procesów produkcyjnych.
– Co ciekawe, motyw ten ma również duże znaczenie dla licznych odbiorców indywidualnych. Możliwość uniezależnienia się od spółek energetycznych i oparcia o własne, w pełni ekologiczne źródła energii, jest dla nich wartością samą w sobie, skłaniającą ich do inwestycji w baterie nawet wtedy, gdy stopa zwrotu jest bardzo niska – tłumaczy Andrzej Zienkiewicz.
Rozwój inteligentnych sieci energetycznych oraz technologii cyfrowych umożliwia tworzenie magazynów energii złożonych z wielu niewielkich magazynów zainstalowanych „za licznikiem” i rozproszonych na dużym obszarze. W oparciu o takie rozwiązania, powstają nowe modele biznesowe, w ramach których przedsiębiorcy pełnią rolę agregatorów oferując usługi takich „wirtualnych” magazynów na rynku.
Wsparcie ze strony Państwa
Niektóre państwa stosują zachęty, chociażby w postaci ulg podatkowych, dla rozwiązań ułatwiających magazynowanie energii elektrycznej. Na takie wsparcie zdecydowały się na przykład rządy Włoch czy Korei Południowej. – Wiele krajów w energii pochodzącej z odnawialnych źródeł i jej magazynowaniu dostrzega szansę na uniezależnienie się od importu energii i wypełnienie luki w tworzonym przez siebie miksie energetycznym – mówi Marek Chlebus.
W Polsce jak dotąd nie zostały wprowadzone istotne zachęty do inwestycji w magazyny energii, jeśli nie liczyć dofinansowania do modernizacji sieci energetycznych z POIiŚ. Pewnym ukłonem w kierunku potencjalnych inwestorów jest również ustawa o rynku mocy dopuszczająca do niego magazyny energii.
– Rynek magazynowania energii zdominowany jest w Polsce przez elektrownie szczytowo-pompowe, jednak wraz rozwojem sieci inteligentnych, na znaczeniu zyskiwać będą magazyny energii oparte o baterie. Budowa takich magazynów stanowi obecnie integralny element projektów związanych z modernizacją sieci elektroenergetycznych, realizowanych przez wiodących operatorów systemów dystrybucyjnych – podsumowuje Marek Chlebus.
[1] P&S Market Research, “Energy Storage Market to Reach $26,137 Million by 2022,” Press Release, 7 lipca 2017
[2] Peter Maloney, “Global energy storage market to hit 8.8 GW by 2025, IHS Markit says,” Utility Dive, 4 sierpnia 2017
Dolar znalazł wsparcie w jastrzębim wydźwięku protokołu FOMC, mimo że nie zawierał on żadnych niespodzianek. Rynek zdaje się wybiórczo podchodzić od napływających informacji, zapominając o tym, co nim kierowało zaledwie tydzień temu. W rezultacie dalej trudno mi przywiązywać większą uwagę do krótkoterminowych wahań.
Jestem zaskoczony tym, jak dobrze radzi sobie USD w reakcji na protokół z posiedzenia FOMC. Wprawdzie wydźwięk dokumentu był jastrzębi (członkowie Fed jednomyślnie są za kontynuacją podwyżek stóp procentowych, a niektórzy z nich gotowi są podnieść stopy wyraźnie powyżej stopy neutralnej, tj. 3 proc.), ale nie jest to nowa informacja. W ostatnim czasie wielu członków FOMC w swoich wypowiedziach podkreślało gotowość do przesunięcia polityki w bardziej restrykcyjny obszar. Co więcej, jeśli rynek przebudził się na rzecz USD, bo mu przypomniano o jastrzębim nastawieniu Fed, czemu nie pamięta o zeszłotygodniowych danych o CPI, które drugi miesiąc z rzędu rozczarowały. Bez presji inflacyjnej nie będzie agresywnego zacieśniania. Zwracam na to uwagę, mimo że obstaję przy prognozach jastrzębiego Fed, ale po prostu nie rozumiem „humorów” rynku. Tak samo, jak nie panikowałem po słabszym odczycie inflacji, tak nie widzę powodów, by ekscytować się protokołem FOMC.
Równie dziwna jest reakcja rynku na raport Departamentu Skarbu USA na temat oceny partnerów handlowych. W spóźnionym o dwa dni raporcie nie nazwano Chin manipulatorem kursowym (było takie ryzyko), choć dodano tam sekcję specjalną o Chinach, z której wynika, że Waszyngton będzie się uważniej przyglądał działaniom Pekinu, a przyszłe decyzje uzależni od przebiegu negocjacji handlowych. Nie twierdzę, że w tym grożeniu palcem nie ma powodów do awersji do ryzyka, ale o tym, że spór handlowy USA-Chiny czeka jeszcze wiele trudnych rozdziałów jest faktem dla wszystkich. Po co tym przejmować się akurat dziś, a nie wczoraj? Nie zdziwię się, jak jutro o wszystkim inwestorzy znowu zapomną i z nocnego kupuj USD/sprzedawaj Ryzyko nie zostanie ślad. W dłuższym terminie pozostaję przy zdaniu, że czynniki ryzyka zostaną zbagatelizowane i przed końcem kwartału przejdziemy do rajdu aktywów ryzykownych i odbicia walut niedowartościowanych przez zbyt sceptyczne oczekiwania w stosunku do globalnej polityki pieniężnej.
Funt relatywnie dobrze zniósł niepokrzepiające doniesienia z unijnego szczytu, gdzie trudno o postępy w negocjacjach Brexitu. Według komentarza unijnego negocjatora ds. Brexitu Barniera, potrzeba jeszcze nieco czasu na osiągnięcie porozumienia ws. umowy rozwodowej. Liderzy UE porzucili na razie plan listopadowego szczytu w sprawie Brexitu i ze zwołaniem posiedzenia poczekają na decyzję Barniera o postępach. Jednocześnie FT donosi, że premier Theresa May przekazała europejskim przywódcom, że jest gotowa rozważyć utrzymanie Wielkiej Brytanii w UE po 2020 r. w przedłużonym okresie przejściowym. Ruch ten nie podoba się eurosceptykom w Partii Konserwatywnej, według których Wielka Brytania ustawia się w poddańczej pozie względem UE. Wydłużenie okresu „backstop” bez wątpienia dałoby przewagę Brukseli w przyszłych negocjacjach lub, co gorsze, zatrzymało Irlandię Północną w ramach unijnej strefy celnej, odcinając ja de facto od Wielkiej Brytanii. Ten ponury scenariusz nie przynosi jednak załamania kursu GBP, co potwierdza wcześniejsze przypuszczenia, że rynek powoli liczy na tradycyjne dla UE porozumienie „za pięć dwunasta” i w „potknięciach” będzie szukał okazji do tanich zakupów funta.
Produkcja sprzedana przemysłu we wrześniu była o 2,8% wyższa niż rok wcześniej i o 3,5% większa niż w sierpniu – podał Główny Urząd Statystyczny.
We wrześniu br. produkcja sprzedana przemysłu odnotowała 2,8-procentowy wzrost w ujęciu rocznym oraz 3,5-procentowy w porównaniu do sierpnia br. Uwzględnienie czynników sezonowych i kalendarzowych, m.in. liczby dni roboczych w miesiącu, koryguje wyniki do poziomów 5,4% w porównaniu do września 2017 i – 0,7% względem sierpnia 2018 r. Dla porównania, we wrześniu 2017 skorygowana roczna dynamika wyniosła 6,9% i pozostawała relatywnie niska na tle 8,6% w sierpniu i 9,8% w październiku 2017 r.
Największa sekcja przemysłu – przetwórstwo – odnotowała względnie niższą dynamikę niż pozostałe (2% vs. 2,8%). Zmniejszone zapotrzebowanie na polskie produkty przemysłowe zaczyna dawać się we znaki krajowym podmiotom. Realny wzrost produkcji w ujęciu rocznym odnotowała większość sekcji przetwórstwa, z czego najwyższe dynamiki stały się udziałem wyrobów z metali (8,1%), maszyn i urządzeń (7,9%) i urządzeń elektrycznych (7,2%).
Produkcja budowlano-montażowa odnotowała wzrost o 16,4% (po korektach 19,9%) w skali roku i 7,5% (po korektach 0,9%) w skali miesiąca. To porównywalna dynamika do tej notowanej przed rokiem (18,7%), ale wyraźnie mniej niż w szczytowych styczniu i lutym 2018 r. kiedy granica 30% została przekroczona.
Dobry wynik budownictwa, a także wysoka realna sprzedaż niektórych sekcji przetwórstwa przemysłowego sugerują, że mimo słabszych nastrojów, podmioty wciąż widzą potencjał inwestycyjny. To pozwala na razie odsunąć myśl o gwałtownym pogorszeniu koniunktury.
Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan
Parametry budżetu – które całkiem niedawno poznaliśmy, a w tej chwili są dyskutowane w dalszych pracach – wydają się dość realistyczne. Z makroekonomicznego punktu widzenia założenia wyglądają w miarę ostrożnie. Wzrost gospodarczy nie jest szczególnie wygórowany, a inflacja dość wysoka. Należy pamiętać, że pragmatyką kalkulowania budżetu jest to, aby wskazywać tam takie parametry makro, które będą realizowalne nawet jeśli w gospodarce wydarzy się coś niespodziewanego. Patrząc na szczegóły – w budżecie nie widać dużych pozycji, które można byłoby jednoznacznie łączyć z okresem przedwyborczym. Wiele takich wydatków miało już miejsce i wciąż działają. W pragmatyce wyborczej to one będą przede wszystkim eksponowane.
– Budżet przyszłoroczny jest realizowalny, ale przy założeniu w miarę spokojnego scenariusza w zakresie otoczenia makroekonomicznego na świecie. Do tego wymagane jest, aby nic szczególnego nie działo się także w naszej gospodarce – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG – Chodzi głównie o kwestie inwestycyjne. Z jednej strony już kreują one popyt, ale zwiększają też możliwości produkcyjne dla kolejnych okresów. Wydaje się, że najpoważniejszym problemem staje się więc kwestia otoczenia zewnętrznego. Jeżeli nastąpią negatywne procesy związane z wojną handlową na świecie, twardym Brexitem albo ewidentnym zahamowaniem koniunktury w Europie Zachodniej – to duża część budżetu nie zostanie zrealizowana. Aktywność gospodarcza polskich przedsiębiorstw nie będzie wtedy wysoka. Oczywiście mogą pojawić się także inne elementy – np. na rynku krajowym mogą pojawić się nowe przepisy, które zatrzymają produkcję lub sprzedaż. Wtedy wyniki będą gorsze, również w zakresie dochodów budżetu – ocenił Soroczyński.
Kolejom Dolnośląskim przybywa średnio 2 mln pasażerów rocznie. Wymusza to ciągłe inwestycje w tabor i kadry. Regionalny przewoźnik otworzył właśnie w Legnicy Ośrodek Szkolenia Kadr Kolejowych, który ma na wyposażeniu najnowocześniejszy w Europie symulator do szkolenia maszynistów. Urządzenie realistycznie odtwarza poruszanie się prawdziwą maszyną, może nawet doprowadzić do symulowanego, wirtualnego wykolejenia maszyny. Będą na nim szkoleni nie tylko pracownicy Kolei Dolnośląskich, lecz także maszyniści z regionu i całego kraju.
– Od lat 90., kiedy zlikwidowano szkolnictwo kolejowe, w zasadzie na kolei przestało przybywać nowych kadr. Powstaje więc dziura pokoleniowa, którą trzeba zasypać. W naszym województwie mamy najbardziej bezprecedensowy wzrost liczby przewożonych osób i towarów, a po prostu zaczęło brakować nam pracowników. Poza tym ludzie wykształceni w latach 70. czy 80. byli szkoleni na zupełnie innym sprzęcie. Teraz mamy tabor nowoczesny, jeżdżący 160 km/h, naszpikowany elektroniką. To są zupełnie inne pociągi, wymagają zupełnie innej obsługi i innego szkolenia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Rachwalski, prezes Kolei Dolnośląskich.
Koleje Dolnośląskie to jeden z najszybciej rozwijających się przewoźników regionalnych. W 2017 roku przewiozły blisko 9,4 mln pasażerów, poprawiając wynik w ujęciu rocznym o ponad 2 mln osób. Taki wzrost rok do roku przewoźnik notuje już od kilku lat (jeszcze w 2014 roku liczba pasażerów wynosiła 3,6 mln).
Szybki rozwój oznacza konieczność inwestowania w tabor i kadry. W tym tygodniu w Legnicy otwarto Ośrodek Szkolenia Kadr Kolejowych Kolei Dolnośląskich, który ma na wyposażeniu najnowocześniejszy w Europie symulator do szkolenia maszynistów.
– Docelowo będziemy przeprowadzać w tym ośrodku pełen zakres szkolenia, nie tylko dla maszynistów, czyli licencja, świadectwo maszynisty, wszystkie szkolenia wewnętrzne wynikające z nowych przepisów, które co roku każdy maszynista musi przejść. W ramach naszych potrzeb będziemy również szkolili w innych zawodach kolejowych, jak konduktor czy kierownik pociągu – mówi Piotr Rachwalski.
W ośrodku będą szkoleni nie tylko pracownicy Kolei Dolnośląskich, lecz także maszyniści z regionu i całego kraju. Będą się uczyć na najnowocześniejszym symulatorze, który powstał we współpracy KD z TK Telekom z Grupy Netia oraz Sim Factor.
– Symulator odtwarza kabinę maszynisty w realiach 1:1, więc zachowane są wszystkie wymiary i parametry. Jest to kabina pojazdu Impuls produkcji Newagu, jeden z najnowocześniejszych pojazdów pasażerskich w ruchu regionalnym i aglomeracyjnym. Maszynista widzi przez okna wszystko to, co widziałby w realnej sytuacji, prowadząc pociąg – mówi Bogusław Kowalski, wiceprezes TK Telekom z Grupy Netia.
Symulator realistycznie odtwarza poruszanie się prawdziwą maszyną. W trakcie szkolenia maszynista odczuwa m.in. drgania, przyspieszenie i hamowanie. Może nawet doprowadzić do symulowanego, wirtualnego wykolejenia maszyny.
– Są też dźwięki odtwarzane w zależności od scenariusza szkoleniowego. Co najważniejsze, linie kolejowe są w miarę rzeczywiste, a więc maszynista widzi obiekty, perony, dworce, stacje i do tego w różnych warunkach pogodowych. Instruktor ma możliwość zainicjowania warunków nocnych, padającego deszczu czy śniegu. Rozwiązania z gier komputerowych zostały przeniesione do rzeczywistości kolejowej i odtworzone w symulatorze – mówi Bogusław Kowalski, wiceprezes TK Telekom.
Jak podkreśla, maszynista pełni w pociągu analogiczną rolę jak pilot w samolocie. Prowadzi potężny pojazd o olbrzymiej masie, który rozpędzony sam w sobie jest wielkim zagrożeniem. Właściwe przygotowanie maszynisty, jego umiejętność pracy w różnych warunkach są kluczowe, aby transport kolejowy był dla pasażerów komfortowy i bezpieczny. Natomiast techniki symulacyjne są w tej chwili najnowocześniejszą metodą szkolenia przyszłych maszynistów.
– Kolej nie jest pierwszą gałęzią transportu, która wprowadza je do szkolenia osób prowadzących pojazdy. Wcześniej zrobiło to lotnictwo i transport drogowy, więc w jakimś sensie kolej nadrabia zaległości w tym obszarze. Trzeba pamiętać o tym, że techniki symulacyjne pozwalają przetestować różne warianty i przygotować maszynistę do takich sytuacji jak wypadek, widok krwi, zderzenie z innym pojazdem. Można bezpiecznie sprawdzić, jak on i prowadzony przez niego pojazd reaguje w takich sytuacjach. Z drugiej strony techniki symulacyjne pozwalają zmniejszyć koszty tego szkolenia – wskazuje Bogusław Kowalski.
Jak podkreśla Piotr Rachwalski, wymogi, które muszą spełniać maszyniści, są pod wieloma względami bardziej wyśrubowane niż wymagania stawiane pilotom. Zwłaszcza jeśli chodzi o dobry wzrok i stan zdrowia.
– To jest zawód bardzo odpowiedzialny. Wymaga zachowania pełnej koncentracji i spokoju. Maszynisty nikt nie może wyprowadzić z równowagi. Bez względu na to, co się dzieje, maszynista nie powie, że skończyła mu się zmiana i on idzie do domu – to jest odpowiedzialność, my jesteśmy na służbie, musimy dowieźć ludzi, nie możemy ich zostawić w polu czy na peronach. Pod tym kątem także szkolimy naszych pracowników – podkreśla Piotr Rachwalski.
Nowo utworzony Ośrodek Szkolenia Kadr Kolejowych będzie realizować i nadzorować pod kątem merytorycznym szkolenia maszynistów i kierowników pociągów. Placówka ma uprawnienia do kształcenia kandydatów na maszynistów na wszystkich wymaganych etapach – licencji i świadectwa maszynisty.
Ruch lotniczy w Polsce rośnie trzykrotnie szybciej niż w Unii Europejskiej. To pociąga za sobą wzrost zapotrzebowania na kontrolerów ruchu lotniczego. W Europie pracuje ich ok. 15 tys., z czego 570 w Polsce. Do 2024 Polska Agencja Żeglugi Powietrznej chce zatrudnić 280 nowych kontrolerów. Tylko w pierwszych ośmiu miesiącach 2018 roku Agencja obsłużyła 587 tys. operacji lotniczych. To wyzwanie dla kontrolerów lotów, którzy każdego dnia średnio obsługują około 2,5 tys. lotów. To na ich barkach spoczywa odpowiedzialność za bezpieczeństwo 40 mln pasażerów.
– Dynamika wzrostu natężenia ruchu lotniczego, czyli rozwoju transportu lotniczego, jest bardzo duża. Na świecie jest to średnio 3–5 proc., a Polska przestrzeń powietrzna w pierwszych ośmiu miesiącach 2018 roku wzrosła o ponad 11 proc., czyli trzykrotnie szybciej niż w Europie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Janiszewski, prezes Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.
Na całym świecie rośnie zapotrzebowanie na kontrolerów lotów. Obecnie jest ich ok. 50 tys., w Europie – ok. 15 tys., z czego w Polsce – 570. W 2017 roku polskie lotniska obsłużyły 40 mln osób, a do 2035 ma być ich 94 mln. Dynamicznie rosnący ruch sprawia, że liczba kontrolerów staje się niewystarczająca.
– Latamy coraz więcej, w związku z tym i liczba statków powietrznych w przestrzeni powietrznej, i operacji, które musimy obsłużyć, znacząco wzrosła, dlatego wprowadzane są nowe technologie, nowe procedury. Wszystko to wymaga od nas odrobinę więcej wysiłku – ocenia Tomasz Wojciechowski, kontroler ruchu lotniczego.
Z danych PAŻP wynika, że od stycznia do sierpnia 2018 roku agencja obsłużyła 587 tys. operacji lotniczych, przy 528 tys. w analogicznym okresie 2017 roku. To nie tylko znacznie więcej niż w Europie, lecz także więcej niż wskazywały prognozy dla Polski przygotowane przez Europejską Organizację ds. Bezpieczeństwa Żeglugi Powietrznej. Zgodnie z nimi wzrost ruchu miał wynieść 7,6–8,4 proc. Większy ruch na polskim niebie to coraz większa odpowiedzialność spoczywająca na barkach kontrolerów. Dziennie obsługują oni 2,5 tys. samolotów z 500 tys. pasażerów na pokładzie.
– Naszym podstawowym zadaniem jest to, żeby samoloty mijały się w bezpiecznej odległości i na bezpiecznej wysokości, a średnia prędkość postępowa samolotów, czyli względem ziemi, to 900 km/h. Jeżeli dwa samoloty lecą naprzeciwko siebie, to zbliżają się z prędkością 1800 km/h na godzinę, co oznacza, że w minutę pokonują 30 km. My wyprzedzamy sytuacje i planujemy, analizujemy to, co się zdarzy na przestrzeni 10–20 minut do przodu. Przygotowujemy 4–6 rozwiązań na każdą potencjalnie konfliktową sytuację – wskazuje Janusz Janiszewski.
Jednocześnie produktywność naszych kontrolerów ruchu lotniczego jest na jednym z najwyższych poziomów w Europie. Średnie opóźnienie tego lata wyniosło w Polsce 0,26 minuty na jedną operację lotniczą przy 2 minutach w Europie. Pod względem redukcji opóźnień jesteśmy w europejskiej czołówce. Aby utrzymać takie wskaźniki, konieczne jest zwiększenie zatrudnienia.
– Z pewnością do końca 2024 roku będziemy potrzebowali około 200–280 dodatkowych kontrolerów – zapowiada prezes PAŻP.
Aby zostać kontrolerem ruchu, wystarczy dobra znajomość języka angielskiego, zdana matura i dobre zdrowie, niezbędne są też dodatkowe umiejętności i przede wszystkim – gotowość na poświęcenie się zawodowym obowiązkom.
– Wyzwaniem jest umiejętność przygotowania siebie do zmieniających się warunków pracy i do rzeczy, które mogą się zdarzyć. Podobnie jak strażak, kontroler musi być gotowy na najbardziej skomplikowane wyzwania. Drugą rzeczą jest to, żeby sobie zdać sprawę z tego, w którym momencie zaczynamy graniczyć z naszymi możliwościami, balansować na krawędzi – tłumaczy Tomasz Wojciechowski.
Oprócz zwiększenia zatrudnienia PAŻP inwestuje też w nowe technologie. Łącznie w 2017 roku na modernizację i budowę nowoczesnej infrastruktury lotniczej trafiło rekordowe 230 mln zł. Wprowadzane będą nowoczesne systemy zarządzania ruchem lotniczym polegające na zarządzaniu trajektoriami 4D.
– Wyzwaniem jest umiejętność połączenia i integracji ze sobą środowiska bezzałogowych statków powietrznych z załogowymi. Dlatego PAŻP bada, jakie będą potencjalne rozwiązania technologiczne i następnie za 3–4 lata zaprosi usługodawców do wspólnej pracy nad tym, żeby stworzyć takie systemy, które będą funkcjonować w Polsce, w Europie oraz na całym świecie – wskazuje Janusz Janiszewski.
20 października przypada Międzynarodowy Dzień Kontrolera Ruchu Lotniczego.
Do 2020 roku określony poziom umiejętności cyfrowych będzie wymagany w 90 proc. wszystkich zawodów. Tymczasem w Polsce system edukacji nie cyfryzuje się tak szybko jak rynek pracy – zaledwie 3 proc. szkół dysponuje sprzętem wspierającym naukę programowania, a tylko 1 na 100 nauczycieli korzysta ze specjalistycznych pomocy, robotów czy klocków do nauki kodowania – wynika z danych przytaczanych przez Fundację Orange. W odpowiedzi na potrzeby uczniów i nauczycieli powstała inicjatywa „Zaprogramuj przyszłość”, w której do tej pory wzięło udział 1,2 tys. nauczycieli z 265 szkół oraz 16 tys. uczniów z całej Polski.
Jeszcze dekadę temu nie istniały bądź dopiero raczkowały takie zawody, jak twórca aplikacji, menadżer social media, inżynier samochodów autonomicznych, specjalista cloud computing, analityk big data, twórca treści na YouTube czy operator drona. Obecnie takie oferty pracy są standardem, bo rewolucja technologiczna dodaje do listy zawodów nowe pozycje. Cyfrowe kompetencje i umiejętność programowania są bardzo istotne zwłaszcza w przypadku dzieci i młodzieży, bo – jak wynika z prognoz Światowego Forum Ekonomicznego – 65 proc. uczniów rozpoczynających obecnie naukę w podstawówkach będzie w przyszłości pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją.
W Polsce system edukacji jednak nie zmienia się tak elastycznie jak cyfryzujący się rynek pracy. Z raportu opracowanego przez zespół badawczy Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego oraz PCG Edukacja pod red. prof. Marleny Plebańskiej „Polska szkoła w dobie cyfryzacji. Diagnoza 2017”, który przytacza Fundacja Orange, wynika, że tylko 1 na 100 nauczycieli korzysta ze specjalistycznych pomocy, robotów czy klocków do nauki kodowania, a zaledwie 5 proc. uczniów przyznaje, że uczyło się programowania w trakcie lekcji. Uczniowie wykorzystują smartfony głównie do oglądania filmów, słuchania muzyki i komunikowania się z innymi, nie szukając kreatywnych sposobów korzystania z nich. W małych miastach dostęp do takiej wiedzy jest najtrudniejszy – wynika ze wstępnego raportu z badań EU Kids online 2018, przeprowadzonego przez zespół pod kierownictwem prof. Jacka Pyżalskiego we współpracy z Fundacją Orange.
– W Polsce zaledwie 3 proc. szkół dysponuje sprzętem wspierającym naukę programowania. Mimo że wielu nauczycieli jest zainteresowanych prowadzeniem twórczych, kreatywnych zajęć, do czego zresztą obliguje podstawa programowa. Programowanie weszło do szkół, jednak nie wszyscy nauczyciele czują się przygotowani. Mają obawy, potrzebują inspiracji, wsparcia, wzajemnej wymiany doświadczeń. Nasz projekt miał im w tym pomóc – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łucja Kornaszewska-Antoniuk z Fundacji Orange.
Inicjatywa „Zaprogramuj przyszłość” prowadzona przez Stowarzyszenie Mistrzowie Kodowania i Fundację Orange powstała w odpowiedzi na potrzeby uczniów i nauczycieli. W ramach programu trenerzy przygotowują nauczycieli do prowadzenia z uczniami zajęć z programowania.
– Wspieramy nauczycieli, żeby poczuli się pewnie i uwierzyli, że są w stanie poprowadzić z dziećmi ciekawe zajęcia. Dla dzieci jest to świetna zabawa, możliwość twórczego, kreatywnego korzystania z technologii. Poprzez zabawę – wykorzystując sprzęt, roboty, maty – dzieci uczą się, nabywają nowe umiejętności, które będą im bardzo potrzebne w dalszej edukacji i później na rynku pracy – podkreśla Łucja Kornaszewska-Antoniuk.
Ze szkoleń z programowania skorzystało do tej pory 1,2 tys. nauczycieli z 265 szkół w niewielkich miejscowościach i na wsiach oraz 450 edukatorów z lokalnych instytucji (pracownicy domów kultury, bibliotek, lokalnych organizacji pozarządowych). Każdy z nauczycieli przeprowadził później w swojej szkole trzydziestogodzinne zajęcia dla uczniów z klas 1–3 z elementami kodowania i robotyki. Skorzystało z nich w sumie 16 tys. dzieci w całej Polsce.
– Ten projekt jest długoterminowy. Każdy z nauczycieli przeszedł najpierw dwuweekendowe szkolenie, później prowadził z dziećmi 15 godz. zajęć, w których towarzyszył mu trener. Był to proces rozłożony na kilkanaście miesięcy. Na początku nauczyciele mieli dużo oporu, obaw. Później, kiedy doświadczali kontaktu z naszym stylem pracy, te obawy zaczęły opadać i odsłaniały się nowe możliwości pracy, często takiej, której część z nauczycieli jeszcze nie doświadczyła – opartej na partnerstwie, radości, odkrywaniu swoich pasji. Myślę, że znaczna ich część znalazła dla siebie coś nowego i wartościowego, co pomoże im w kolejnych latach ich rozwoju zawodowego – mówi Krzysztof Jaworski ze Stowarzyszenia Mistrzowie Kodowania.
W ramach inicjatywy „Zaprogramuj przyszłość” szkoły otrzymały także sprzęt do nauki programowania – tablety, roboty Dash i Dot, zestawy projektowania interaktywnego Makey Makey i maty edukacyjne do tzw. kodowania bez prądu, czyli zabaw i ćwiczeń, które bez użycia technologii uczą dzieci kompetencji kluczowych dla programistów, takich jak współpraca i komunikacja, logiczne myślenie czy zdolność koncentracji. Dzieci uczyły się także programowania robotów i tworzyły własne programy w aplikacji Scratch Junior. Sprzęt zostanie w placówkach na stałe i będzie wykorzystywany w dalszej pracy w kolejnych latach.
– Do nauki programowania w klasach 1–3 wykorzystujemy przede wszystkim narzędzia pracy offline. Nie zaczynamy od razu od sprzętu elektronicznego, tabletów i komputerów, ale korzystamy ze specjalnych pomocy dydaktycznych. Główną pomocą, na której oparliśmy całą metodykę pracy w projekcie, jest mata edukacyjna. To narzędzie, dzięki któremu dzieciaki mogą się uczyć uniwersalnych zasad i podstaw programowania. Można wplatać je również w inne obszary edukacji, np. matematykę czy język polski. Po nabyciu pewnych umiejętności, oswojeniu się w pracy z matą dzieci, przechodzą do kolejnych etapów, gdzie mamy tablety, roboty Dash i Dot, proste aplikacje – wyjaśnia Krzysztof Jaworski.
Projekt „Zaprogramuj przyszłość” został sfinansowany z programu operacyjnego Polska Cyfrowa w ramach działania 3.2 „Innowacyjne rozwiązania na rzecz aktywizacji cyfrowej”. Inicjatywa była realizowana od października ubiegłego roku w wybranych gminach wiejskich i wiejsko-miejskich w siedmiu województwach (dolnośląskim, kujawsko-pomorskim, łódzkim, pomorskim, śląskim, warmińsko-mazurskim i zachodniopomorskim).
Tylko co dziesiąty Polak kupuje buty przez internet. Większość boi się niedopasowania obuwia i konieczności zwrotu. Dzięki systemowi esize.me, który wprowadza sklep eobuwie.pl, problem można jednak ominąć. Klienci będą mogli zeskanować swoje stopy, a program dobierze dla nich idealny rozmiar buta. Dzięki temu można wyeliminować niedogodności związane z mierzeniem butów czy różną rozmiarówką stosowaną przez producentów. Stopy można bezpłatnie zeskanować w galeriach handlowych i stacjonarnych sklepach eobuwie.pl – mówi prezes sklepu Marcin Grzymkowski.
– Większość Polaków obawia się niedopasowania butów i problemów z doborem rozmiaru. Dzięki naszej usłudze znika całkowicie problem doboru odpowiedniego rozmiaru, jesteśmy w stanie wybrać z dziesiątek tysięcy par butów te idealne, pasujące do konkretnej, zeskanowanej stopy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Grzymkowski, prezes eobuwie.pl.
Z raportu „E-commerce w Polsce 2018. Gemius dla e-Commerce Polska” wynika, że Polacy lubią zakupy przez internet. Z e-handlu korzysta 56 proc. internautów. Najczęściej kupujemy odzież, bilety czy sprzęt elektroniczny. Rzadziej decydujemy się na zakup obuwia. Tylko 10 proc. kupuje buty online, a na ten cel przeznacza 299 zł.
– Chcemy poznać pozostałą grupę 90 proc. klientów, którzy nie kupują butów przez internet ze względu na to, że boją się niedopasowania. Mimo że są darmowe zwroty czy możliwość wymiany i tak doświadczenia zakupowe nie są najprzyjemniejsze – wskazuje Konrad Jezierski. dyrektor ds. retail w eobuwie.pl.
Brak możliwości przymierzenia obuwia podczas internetowych zakupów skutecznie blokuje rozwój tego segmentu rynku. Projekt esize.me, który wprowadza polska firma obuwnicza, może ten problem rozwiązać. Klienci mogą bezpłatnie zeskanować stopy na specjalnych maszynach umieszczonych w sklepach stacjonarnych eobuwie.pl, których do końca roku ma być dziewięć w całej Polsce, lub na wyspach w galeriach handlowych.
– System powstał głównie po to, żeby wyeliminować wszelkie niedogodności związane z mierzeniem butów. Dzięki naszej usłudze możemy w prosty sposób zeskanować stopę i dosłownie po kilku sekundach mamy idealnie pasujące buty – podkreśla Marcin Grzymkowski.
Spółka już dysponuje skanami niemal 40 tys. modeli butów pochodzących od prawie 500 marek. W ciągu najbliższych tygodni systemem esize.me zostanie objęta cała oferta butów dostępna w eobuwie.pl.
– Wymagało to od nas wielu miesięcy bardzo intensywnej pracy. Wymagało to od nas ponad roku pracy nad zeskanowaniem dostępnych modeli, ponieważ każdy but, który jest w ofercie eobuwie.pl, jest zeskanowany, każdy rozmiar, każdy kolor. Był to wysiłek rzeszy ludzi – zaznacza Konrad Jezierski.
System pozwala ominąć problem różnej rozmiarówki stosowanej przez producentów, sprawdzi się także przy wyborze butów dla dziecka – podpowie, w jakim tempie będą rosły stopy dziecka i kiedy nadejdzie czas na zakup nowego obuwia.
– To system, który ma pomóc przełamać barierę bądź przekonać niechętnych do tego, że zakupy obuwia przez internet mogą być przyjemne i udane, a obuwie bez mierzenia może być dopasowane – podkreśla Konrad Jezierski. – To rozwiązanie dla każdego, kto chce w łatwy, przyjemny sposób mieć ponad 40 tys. modeli w swojej szafie, przeglądać je z pozycji kanapy lub ze sklepu stacjonarnego i od ręki móc mierzyć tylko te dopasowane buty.
System esize.me to pierwsza tego typu usługa dla klientów w Europie, choć sama technologia jest już wykorzystywana np. przez sportowców.
– Proces tworzenia tej usługi pochłonął bardzo dużo czasu, podczas którego musieliśmy zintegrować wiele różnych usług. Jest to technologia na tyle kosztowna i długotrwała, że kolejne tego typu usługi na pewno nie pojawią się szybko – ocenia Marcin Grzymkowski.
Certyfikaty potwierdzające ekologiczne aspekty budynku ma już w Polsce 550 budynków. W segmencie biurowym stały się już standardem, ale coraz częściej w sposób zrównoważony powstają też obiekty przemysłowe, hotele, a nawet szkoły. Inwestorzy, którzy decydują się wybudować certyfikowany budynek, robią to w najlepszy możliwy sposób, sięgając po najwyższe oceny. Proces pozyskania zielonego certyfikatu zaczyna się już na etapie pozyskiwania gruntu. Wymaga też odpowiedniej eksploatacji budynku, z czym jest największy problem.
Na polskim rynku nieruchomości funkcjonuje pięć zielonych systemów certyfikacji budynków: brytyjski certyfikat BREEAM, amerykański LEED, francuski HQE, niemiecki DGNB bądź certyfikat WELL, który jest skoncentrowany bardziej na samym człowieku, na jego dobrostanie w budynku. Wszystkie skupiają się na proekologicznych aspektach, takich jak efektywność energetyczna budynku czy gospodarka wodna, oraz na tworzeniu przyjaznego środowiska pracy.
– W tej chwili ponad 550 budynków na terenie całego kraju ma zrównoważone certyfikaty. Każdy z systemów wymaga, żeby zrównoważone cechy budynku funkcjonowały w jak najlepszy sposób. Dla użytkowników tworzone są przewodniki, jak korzystać z tych budynków, jednakże – co potwierdzają wszyscy przedstawiciele systemów certyfikacji – to właśnie na etapie użytkowania następuje ten największy rozdźwięk pomiędzy tym, jak budynek powinien działać, a tym, jak działa w rzeczywistości – mówi Alicja Kuczera, dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego (PLGBC).
Taki certyfikat pozwala określić, w jakim stopniu budynek – począwszy od projektu, poprzez budowę i eksploatacją, a kończąc na rozbiórce – oddziałuje na otoczenie. Podnosi rynkową wartość nieruchomości i sprawia, że staje się on bardziej atrakcyjny zarówno dla najemców, jak i inwestorów.
– Proces certyfikacji najlepiej rozpocząć już przed zakupem działki. Powinno się wybrać taką lokalizację, która będzie zrównoważona, czyli będzie miała bliski dostęp do transportu publicznego, co ograniczy emisję dwutlenku węgla. Na etapie projektowania włączany jest asesor, który daje wskazówki projektowe, związane z wypełnieniem wymogów certyfikacji – mówi Alicja Kuczera. – Każdy z systemów ma kilka ocen. Co należy podkreślić, w Polsce większość z tych certyfikatów jest na najwyższym poziomie, czyli w LEAD Platinum bądź Gold, w BREEAM Outstanding, Excellent lub Very Good. Nasi inwestorzy, decydując się na certyfikację, robią to w sposób przemyślany i osiągają najwyższe oceny.
Certyfikacja przeważa w nieruchomościach biurowych – około 67 proc. budynków certyfikowanych to właśnie biurowce. Kolejne 17 proc. to obiekty handlowe i 12 proc. – przemysłowe. Poza tym na polskim rynku jest też dwanaście projektów mieszkaniowych, kilka hoteli oraz jedna szkoła, które również przeszły proces certyfikacji.
– Koncentracja na funkcjonowaniu człowieka w budynku to bardzo silny trend. W budynkach spędzamy 90 proc. naszego życia – czy to w szkole, w domu, czy w biurze. Stąd też jakość wnętrz tego budynku ma dla nas kluczowe znaczenie – zarówno dla naszego zdrowia fizycznego, jak i psychicznego. Jeżeli pracujemy w biurze, które jest zrównoważone, zapewnia komfortowe warunki, pracujemy lepiej, wydajniej, mniej chorujemy, co przekłada się na wyniki finansowe firm, w których ludzie są zatrudnieni. Dlatego szefowie firm różnego pokroju zwracają uwagę na fakt, że przestrzeń, jaką oferują swoim pracownikom, jest bardzo istotna – podkreśla dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego.
Z najnowszego raportu „Certyfikacja zielonych budynków w liczbach” PLGBC wynika, że całkowita powierzchnia użytkowa certyfikowanych obiektów sięgnęła już prawie 12 mln mkw. To znaczący przyrost o ponad 1,6 mln mkw. (16 proc.) względem ubiegłego roku. W Polsce jest obecnie 618 zielonych certyfikatów przyznanych we wszystkich systemach (stan na marzec br.) – z czego najwięcej (465) w brytyjskim systemie BREEAM. Przyrost jest skokowy, ponieważ pierwszy zielony certyfikat został przyznany zaledwie kilka lat temu – w styczniu 2010 roku w systemie LEED. Z kolei system certyfikacji WELL zadebiutował na polskim rynku nieruchomości dopiero w sierpniu ubiegłego roku i został przyznany projektowi Varso Tower. Ten 310-metrowy wieżowiec, najwyższy w UE, buduje w centrum warszawy słowacki deweloper HB Reavis.
Najpóźniej do 2136 roku roboty i sztuczna inteligencja przejmą wszystkie ludzkie zadania i całkiem opanują rynek pracy, zastępując ludzi we wszystkich zawodach i branżach – wynika z badań prowadzonych przez naukowców z Yale i Oxford University. Kim Albrecht z metaLAB Harvard University ocenia jednak, że czynnik ludzki – czyli kreatywność i emocje – nie straci na znaczeniu, a maszyny pozostają wytworem pracy ludzi i działają według z góry określonych przez nich zasad.
– W tej chwili publiczna debata dotycząca możliwości systemów informatycznych, sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego w wielu przypadkach wiąże się z omawianiem niewłaściwych pojęć. Ludzie często myślą o maszynach w kontekście filmu Terminator i obawiają się, że maszyny przejmą kontrolę nad naszym życiem. Myślę, że tak się nie stanie. Jeśli bliżej przyjrzymy się systemom informatycznym i mamy na ich temat pewną wiedzę, to zdamy sobie również sprawę z ich ograniczeń. Systemy te działają zupełnie inaczej niż ludzie i inaczej się zachowują – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Kim Albrecht, projektant systemów informatycznych metaLAB Harvard University.
Na podstawie badań przeprowadzonych przez naukowców z Yale i Oxford University została stworzona oś czasu, która pokazuje wpływ sztucznej inteligencji na zadania wykonywane przez ludzi. Wynika z niej, że mechaniczne, powtarzalne czynności zostaną całkowicie zautomatyzowane w ciągu najbliższych 10 lat. Do tego czasu roboty będą również w stanie wykonywać podstawowe zadania twórcze, takie jak pisanie esejów. Już dziś sztuczna inteligencja coraz częściej wkracza w obszar twórczości i sztuki, czego przykładem są prowadzone przez Google prace nad stworzeniem robota wykorzystującego SI i uczenie maszynowe do tworzenia treści audiowizualnych (projekt Magenta). Już w 2016 roku maszyna stworzyła pierwsze dzieło: 90-sekundową melodię na pianinie.
Innym przykładem jest bazujący na SI robot Heliograph, który dwa lata temu relacjonował dla „The Washington Post” letnie Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Na podstawie liczb dotyczących przebiegu igrzysk, wyników sportowców i klasyfikacji medalowej – robot automatycznie generował krótkie artykuły pojawiające się na stronie gazety i w jej kanałach społecznościowych. Z badań Yale i Oxford University wynika, że za kolejnych 50 lat roboty będą już w stanie podejmować złożone działania twórcze, takie jak pisanie książek czy prowadzenie badań matematycznych. W ocenie naukowców sztuczna inteligencja przejmie wszystkie ludzkie zadania do 2061 roku. Natomiast do 2136 roku całkiem opanuje rynek pracy, zastępując ludzi we wszystkich zawodach i branżach.
– Na razie nie możemy definitywnie określić, jak daleko posunie się rozwój maszyn i gdzie się zatrzyma. Jednak możemy być pewni, że komponent ludzki nie straci na ważności. Wszelkie systemy będą działać na podstawie określonych reguł i zasad, które nie są do końca zgodne z tymi, na podstawie których funkcjonują i zachowują się ludzie, ale maszyny pozostaną wytworami, rzeczami, które produkujemy. Nie istnieją w świecie same z siebie. Są rzeczami, które wymyślamy, projektujemy i określamy ich działania – ocenia Kim Albrecht.
Z badań Yale i Oxford University wynika, że automatyzacja całkowicie przeobrazi rynek pracy, ale z drugiej strony – jest tylko 2 proc. szans, że roboty zastąpią ludzi w zawodach takich jak dyrektor artystyczny, reżyser, fotograf czy projektant mody, które opierają się na emocjach bądź kreatywności. Eksperci agencji pracy Personnel Service wskazują też, że rozwój technologii dopisuje do listy zawodów nowe pozycje. Jeszcze dekadę temu niemal nie istniały takie profesje, jak inżynier samochodów autonomicznych, specjalista could computing czy analityk big data, które dziś są już standardem.
W przyszłości ludzie również będą potrzebni do kontrolowania i zarządzania pracą robotów. Z raportu Dell Technologies „The Next Era of Human-Machine Partnerships” wynika, że około 85 proc. stanowisk pracy, które będą oferowane w 2030 roku, nie zostało jeszcze wynalezionych, a w przyszłości ludzie będą pełnić rolę cyfrowych dyrygentów, zarządzających pracą maszyn.
– Terminy, których używamy podczas dyskusji nad sztuczną inteligencją, są niewłaściwie zdefiniowane na chwilę obecną. Mówi się o maszynach, które przejmują nasze miejsca pracy oraz przejmują kontrolę nad naszymi systemami informatycznymi, podczas gdy w rzeczywistości mamy do czynienia z olbrzymią machiną, która zmienia wszystko w dane i prowadzi obliczenia – przekonuje Kim Albrecht.
Z tegorocznego badania SAS, Accenture Applied Intelligence, Intela i Forbes Insights wynika że już w tej chwili 72 proc. organizacji na całym świecie prowadzi projekty z zakresu SI. Szef Tesli i SpaceX Elon Musk już od kilku lat podkreśla, że w przyszłości – kiedy automatyzacja wyprze większość siły roboczej z rynku pracy – koniecznością stanie się wprowadzenie przez rządy państw gwarantowanego, podstawowego dochodu.
Ekspert metaLAB Harvard University podkreśla także, że w prace nad rozwijaniem sztucznej inteligencji, która w przyszłości będzie mieć duże przełożenie nie tylko na rynek pracy, lecz także funkcjonowanie na całego społeczeństwa, powinno być zaangażowanych jak najwięcej osób, nie tylko wąskie grono specjalistów IT.
– Obecnie zajmuje się tym niewielka grupa informatyków pracujących w laboratoriach. Dlatego usiłujemy zainteresować tym więcej osób, sprawić, aby do dyskusji włączyli się też ludzie, którzy nie zajmują się informatyką. Uważam, że przyszłość naszej cywilizacji powinna kształtować jak największa grupa ludzi, a nie tylko wąskie grono specjalistów – mówi ekspert.
W ubiegłorocznym raporcie Dell Technologies „The Next Era of Human-Machine Partnerships” eksperci prognozują, że do końca przyszłej dekady nowe technologie i roboty będą obecne już niemal w każdej dziedzinie życia, co zapoczątkuje nową erę w relacjach ludzi i wszechobecnych maszyn. Spersonalizowani asystenci oparci na mechanizmach SI będą dbać o nas z sposób predykcyjny, wspomagając ludzi w codziennym życiu.
– Google zaprezentował niedawno nowego, bardzo dobrego asystenta głosowego i niedługo wprowadzi system informatyczny, dzięki któremu asystent będzie dokonywać np. rezerwacji telefonicznej w restauracji, a pracownik, który odbierze telefon, nie będzie nawet wiedział, że rozmawia z maszyną. Z jednej strony ta wizja jest nieco przerażająca, ale z drugiej tacy asystenci będą bardzo przydatni – mówi Kim Albrecht.
Według szacunków Gartnera globalna wartość biznesowa uzyskana dzięki sztucznej inteligencji wyniesie na koniec tego roku 1,2 bln dol., co oznacza wzrost o 70 proc. w stosunku do 2017 roku. Do 2022 roku ta kwota ma wynieść już 3,9 bln dol. Z kolei McKinsey szacuje, że do 2030 roku ponad 70 proc. firm wdroży przynajmniej jedną technologię bazującą na sztucznej inteligencji, a wartość globalnego rynku rozwiązań bazujących na SI sięgnie 13 bln dol.
Już od kilku lat utrzymuje się trend zamykania stacjonarnych oddziałów banków, którego główną przyczyną jest migracja klientów do kanałów cyfrowych. W przyszłości w sektorze finansowym większość pracowników zostanie zwolnionych i zastąpionych robotami – prognozują eksperci. Statystyki mówią, że prace straci ok. 300 tys. osób w samych Stanach Zjednoczonych. Robotyzacja, sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe odgrywają w finansach coraz większą role, a kolejne przykłady ich zastosowań pojawiają się również na polskim rynku.
– Uczenie maszynowe i sztuczna inteligencja bardzo zmieniły świat finansów. Bankowość dostajemy teraz na naszym smartfonie, więc nie musimy wchodzić do banku. Dostajemy produkt bardziej spersonalizowany, kompleksowy i najczęściej taki, jakiego szukamy. Natomiast z punktu widzenia instytucji finansowych to także bardzo wiele korzyści, ponieważ sztuczna inteligencja pozwala na lepsze dopasowanie produktów do klientów, dobieranie produktów inwestycyjnych, na segmentację klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Aneta Hryckiewicz, profesor finansów na Akademii Leona Koźmińskiego.
Z danych Komisji nadzoru Finansowego wynika, że tylko w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku w Polsce zostało zamkniętych prawie 480 placówek bankowych. Trend likwidowania oddziałów w tym roku nabrał dynamiki, jednak trwa już od dłuższego czasu. W ciągu ostatnich pięciu lat banki zamknęły ich już w sumie ponad 2 tys. Powodem jest w dużej mierze przenoszenie się klientów do kanałów cyfrowych. Z danych Związku Banków Polskich wynika, że na koniec II kwartału 2018 r. liczba aktywnych użytkowników bankowości mobilnej przekroczyła już 7 mln, a internetowej – 16 mln.
Z tegorocznego badania HASHfinanseprzyszłości dla Banku Millennium wynika, że klienci bankowości spodziewają się kolejnych innowacji i technologicznych ułatwień w kontaktach z bankiem. Zdaniem 90 proc. w przyszłości obsługa w większości oddziałów będzie automatyczna, a prawie wszystkie sprawy będzie można załatwić za pomocą wirtualnej rzeczywistości.
– Technologie i narzędzia wykorzystywane obecnie w finansach możemy rozpatrywać w dwóch perspektywach. Z perspektywy klienta mamy robodoradztwo, gdzie po analizie poziomu ryzyka klienta, dostaje on propozycje portfeli inwestycyjnych, w które powinien inwestować. Po drugiej stronie mamy zautomatyzowany credit scoring, czyli analizę kredytobiorcy i ryzyka związanego z kredytobiorcą, rozwiązania typu compliance, dzięki którym możemy monitorować i wykrywać np. pranie brudnych pieniędzy czy wyłudzenia. Big data i najnowsze technologie pozwalają również instytucjom finansowym minimalizować ryzyko związane z ich działalnością – mówi dr Aneta Hryckiewicz.
Korzystanie ze sztucznej inteligencji i technologii uczenia maszynowego zmieniają sposób świadczenia usług finansowych. Większość uczestników rynku oczekuje wdrażania kolejnych rozwiązań z zakresu SI i uczenia maszynowego, a wykorzystanie tych technologii w finansach może przynieść istotne korzyści, takie jak wyższa wydajność w zakresie świadczenia usług finansowych, bardziej efektywne przetwarzanie informacji o ryzyku kredytowym, usprawnienie zarządzania ryzykiem, wykrywanie oszustw i zgodność z wymogami regulacyjnymi przy potencjalnie niższych kosztach, podkreślają eksperci Rady Stabilności Finansowej (FSB) w ubiegłorocznym raporcie „Artificial intelligence and machine learning in financial services”.
– Uczenie maszynowe wykorzystuje dane do analizy zachowań klienta, żeby zaoferować mu dokładnie to, czego on oczekuje, a z drugiej strony zminimalizować ryzyko po stronie instytucji finansowej. Jeżeli widzimy, że klient przestaje pracować, nie otrzymuje wynagrodzenia na rachunek bankowy – jest to pierwszy sygnał, że trzeba się z danym klientem skontaktować, bo później może się okazać, że nie będzie w stanie spłacać kredytu – mówi dr Aneta Hryckiewicz.
Coraz więcej zastosowań machine learning i sztucznej inteligencji pojawia się także na polskim rynku. ING bank Śląski w marcu udostępnił klientom chatbota Mój Asystent, który odpowiada na pytania klientów, wykorzystując w tym celu mechanizmy sztucznej inteligencji. Z podobnego rozwiązania – chatbota KrEdytki – od ubiegłego roku korzysta też Crédit Agricole.
– Mamy w tej chwili bardzo dużą konkurencję dotyczącą tego, która z instytucji będzie bardziej innowacyjna. Każda chce się czymś wyróżnić i najlepiej żeby tym wyróżnikiem było właśnie wprowadzanie coraz to nowszych technologii i innowacyjnych rozwiązań. W przyszłości w sektorze finansowym gros pracowników zostanie zwolnionych – statystyki mówią o około 300 tys. osób tylko w USA – i zastąpionych po prostu robotami. Będziemy mieć do czynienia z dużą robotyzacją świata finansów, wyeliminowaniem czynnika ludzkiego, żeby było taniej, sprawniej i bardziej efektywnie – przekonuje ekspertka.
Według raportu firmy analitycznej Autonomous sztuczna inteligencja pozwoli zaoszczędzić instytucjom finansowym do 2030 r. nawet 1 bln dol.
19 i 20 września odbyła się VI edycja dorocznego spotkania elity polskiego IT, poświęcona technologiom dla biznesu. Mieliśmy okazję dowiedzieć się, co napędza branżę IT. Poznaliśmy aktualne trendy w rozwoju technologii dla przedsiębiorstw. Podczas wydarzenia uczestnicy wymieniali się doświadczeniem, praktykami, a także pozyskiwali nowych Partnerów Biznesowych.
Targi odwiedziło szerokie gremium specjalistów i ekspertów z szeroko pojętej branży IT. Wyselekcjonowane grono liderów IT oraz istotnych gości branżowych, przyczyniło się do stworzenia idealnej atmosfery networkingowej oraz wymiany merytorycznej i trudno dostępnej wiedzy. Podczas tegorocznej edycji, jak i w ubiegłym roku, pojawili się także uczestnicy z zagranicy, którzy aktywnie uczestniczyli w wydarzeniu. IT Future Expo jest imprezą międzynarodową, co raz bardziej rozpoznawalną i cenioną również na rynkach zagranicznych.
19 września 2018 roku, inauguracją targów była Gala IT Future Awards, która wyłoniła najlepsze rozwiązania i usługi IT w Polsce. Podczas wydarzenia zostali wyłonieni Liderzy IT 2018 spośród 14 kategorii konkursowych.
Niezmiernie miło jest nam przedstawić tegorocznych Liderów:
Bi-Pro Consulting z produktem CONTROL w kategorii BI Trends
Enova365 z produktem enova365 Workflow DMS w kategorii BPM Leader
Politechnika Gdańska z produktem Multidyscyplinarny Otwarty System Transferu Wiedzy – Most Wiedzy w kategorii Cloud Computing
Hyperbook z produkcją spersonalizowanych laptopów w kategorii Computer & Equipment Technology
CORNING z produktem EDGE8 w kategorii Data Center Leader
edrone z produktem edrone- pierwszym eCRM dla e-commerce w kategorii E-commerce Innovation
Impaq z produktem AntiFraud Hub w kategorii Industry Dedicated IT Solutions
Vertiv z produktem Vertiv SmartCabinet w kategorii Infastructure Innovation
Softwizard z produktem vendoria.pl w kategorii Innovative IT Startup
Leaware z produktem Fair Tools w kategorii Innowacja Roku 2018
GRC Solutions z produktem smartGRC w kategorii IT Security
Content Networks z produktem ADScreen system Digital Signage w kategorii IT Services Leader
Exaco z dedykowaną aplikacją mobilną Mój Carrefour w kategorii Mobile Trends
ELO Digital Office z produktem ELO ECM Suite 10 w kategorii Workflow Management
Jak co roku, kluczowym punktem merytorycznym podczas Gali IT Future Awards była Debata Liderów Branżowych – Czy nasze dane rzeczywiście są bezpieczniejsze i lepiej chronione? W debacie wzięło udział 6 Panelistów. Moderatorem była Pani Mecenas Agnieszka Mencel z kancelarii Linklaters. Pozostałymi członkami byli: Pan Grzegorz Długajczyk z ING Banku Śląskiego, Pan Damian Klimas z Uniwersytetu Wrocławskiego, Pan Adrian Kapczyński z PTI, Pan Piotr Kubiak z firmy A plus C, Pan Krzysztof Grabczak z firmy Oracle.
Po wnikliwej dyskusji odbył się bankiet, w trakcie którego Goście mieli czas na zacieśnienie relacji biznesowych i chwilę relaksu.
Wieczór został wzbogacony o część artystyczną. W tym roku, swym pięknym głosem oczarowała widownię Asteya Dec. Wokalistka wprowadziła uczestników w przyjemny nastrój i choć na chwilę zmniejszyła napięcie, które towarzyszyło w oczekiwaniu na wyniki konkursu Liderzy IT 2018.
Podczas Targów gościliśmy zarówno firmy polskie, jak i zagraniczne. Uczestnicy mogli zdobyć cenne informacje m.in. z zakresu bezpieczeństwa, BIG Data, Data Center, czy złożonych procesów biznesowych. Specjaliści dzielili się swoimi doświadczeniami, chętnie udzielali porad i odpowiadali na pytania merytoryczne. Nie zabrakło również case study, których z zaciekawieniem i pełną koncentracją słuchali uczestnicy.
1 z 4
W trakcie tegorocznej edycji nie zabrakło strefy 3D, gdzie mogliśmy podziwiać nie tylko technologie drukarek 3D, ale również przenieść się w Świat Wirtualnej Rzeczywistości. Gościem Specjalnym eventu był znany Redaktor Spider’s Web – Przemysław Pająk, który opowiedział o tym co obecnie wie o nasFacebook i Google oraz o tym czy to rzeczywiście koniec prywatności na świecie.
Wydarzenie odbyło się pod Patronatem Honorowym Ministerstwa Cyfryzacji, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, a także Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju.
Sponsorem Strategicznym targów była firma Canon, która przygotowała zjawiskowe stoisko wystawiennicze, gdzie klienci mogli przy kawie porozmawiać o nowych technologiach i potencjalnej współpracy. Oprócz atrakcji na stoisku, Canon przygotował interesującą prelekcję nt. automatyzacji, sztucznej inteligencji oraz IoT, czyli co raz częściej wykorzystywanych technologii w pracy biurowej.
Wydarzeniem wiodącym pod względem merytorycznym był niewątpliwie IT Future Congress Nie zabrakło prelekcji z zakresu bezpieczeństwa IT, data center, mobile, BPM, czy Workflow. Pan Janusz Żmudziński z PTI rozpoczął wykład inauguracyjny i przykuł uwagę słuchaczy prelekcją o Trendach i przyszłości cyberbezpieczeństwa. Bardzo dobrze ocenioną prelekcją wśród uczestników był wykład Pana Sebastiana Starzyńskiego z ABR SESTA, który opowiedział o tym, jak wkrótce klienci zaczną używać osobistych asystentów opartych na sztucznej inteligencji, których jednym z zadań będzie ocena ofert firm. Najbardziej kluczowym punktem kongresu była Debata współorganizowana z Ministerstwem Cyfryzacji „Co zrobić, aby Polska dołączyła do grona najbardziej cyfrowych państw na świecie?” Wśród Panelistów gościliśmy Sekretarza Stanu Ministerstwa Cyfryzacji Pana Karola Okońskiego, Dyrektora Departamentu Rozwoju Cyfrowego Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju Pana Rafała Sukiennika. Ponadto udział brał również Członek Zarządu Play Pan Jacek Niewęgłowski, Prezes Banku Pocztowego S.A. Pan Sławomir Zawadzki, a także Prezes Zarządu PTI – Pan Borys Stokalski. Nie zabrakło również przedstawiciela Urzędy Marszałkowskiego Pana Krzysztofa Mączewskiego, Pana Jerzego Kalinowskiego z KPMG, a także Pana Przemysława Jabłońskiego z firmy Canon. Uczestnikom odpowiedziano m.in. na poniższe pytania:
Jak bardzo cyfrowa jest Polska dzisiaj?
Czego możemy się nauczyć od globalnych liderów cyfryzacji?
Jakie są główne bariery dla cyfryzacji naszego kraju?
W jaki sposób można usunąć te bariery w Polsce?
Co zrobić, aby Polska dołączyła do najbardziej cyfrowych państw na świecie? Jakie powinny być nasze priorytety w perspektywie najbliższych 3 lat?
Wszechstronne spektrum zagadnień poruszonych podczas kongresu, przyciągnęło bardzo liczne grono odpowiednio stargetowanych odbiorców. Jednocześnie każdy słuchacz odnalazł w programie interesujące tematy wystąpień.
W tym roku również stworzony został ekspercki punkt prawny – IT Law Point, w którym Przedstawiciele Kancelarii Szostek_Bar&Partnerzy udzielali bezpłatnych porad prawnych dla firm.
Wśród stref specjalnych znalazła się również strefa dronów zaaranżowana przez AirDron, a także strefa CryptoExpo, gdzie można było m.in. zapoznać się z technologiami dotyczącymi blockchain oraz kryptowalut.
Uczestnicy wydarzenia mogli skorzystać z bezpłatnych masaży w strefie chillout, której w tym roku Partnerem został feel it.
Podczas tegorocznej edycji, targi odwiedzili: Dyrektorzy IT, IT Managerowie, osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo, Reprezentanci firm, a także Członkowie Zarządu! Wśród uczestników znaleźli się przedstawiciele z wielu branż:
Administracji Publicznej
Energii & Surowców
Finansów
FMCG & Retail
Motoryzacji
Nauki i Edukacji
Przemysłu i Produkcji
Telekomunikacji
Transportu
Taki dobór grupy docelowej sprawił, iż łatwiej było nawiązywać relacje biznesowe Wystawcom. A poniżej kilka opinii:
Bardzo dziękujemy za współpracę i świetnie logistycznie zorganizowany event J
Uczestnictwo w IT Future Expo to dla nas każdego roku ważne wydarzenie, mamy nadzieję, że do zobaczenia za rok! J
Soneta Sp. z o.o.
Nawiązaliśmy kilka bardzo ciekawych relacji biznesowych i liczymy na bardzo owocną współpracę w przyszłości.
Oracle
Tutaj można spotkać naszych docelowych klientów, grupy biznesowe w naszym kręgu zainteresowań, gdzie wyrabiają się kontakty biznesowe, jak i również przyszła współpraca w oparciu o nasze rozwiązania, które możemy dostarczyć klientom.
Enteo
IT Future Expo jest to jedna z niewielu imprez w Polsce, która gromadzi rzeczywiście fachowców ze świata IT, którzy rozmawiają na najważniejsze tematy, które obecnie dzieją się w IT.
Canon Polska
To nie jest nasz pierwszy event na stadionie Narodowym. Zawsze, gdy tutaj się pojawiamy, tych kontaktów jest dość dużo.
Oktawave
Mieliśmy kilka fajnych rozmów biznesowych. Myślę, że z naszej perspektywy bardzo udane targi.
Exaco
W imieniu Organizatora – Wszystkim Wystawcom oraz zwycięzcom Konkursu życzymy samych sukcesów w dalszej pracy i doskonaleniu swoich rozwiązań, a Sponsorom i Patronom Medialnym dziękujemy za wsparcie imprezy! Dziękujemy za przybycie oraz aktywne uczestnictwo wszystkim Zwiedzającym i Słuchaczom. Zapraszamy już za rok!
Pragma Faktoring SA pokazuje kolejne statystyki swojej dywizji fintechowej PragmaGO. Tym razem pokazała, jaki wpływ te narzędzia mają na cały jej biznes. Produkty oferowane online przy zautomatyzowanym procesie weryfikacji wniosków spółka udostępniła także klientom, którzy mają do sfinansowania faktury powyżej 50 tys. zł, a zawnioskować, otrzymać ofertę i umowę w procesie onlinowym można również przy stałym finansowaniu nawet do 1 mln zł. To sporo. Jak na polskie fintechy Pragma Faktoring z ofertą finansowania wyszła najszerzej.
Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Inkaso SA
Najszersza na rynku oferta to nie jedyny nasz wyróżnik wśród spółek fintechowych w Polsce. Pragma działa na rynku od ponad 20 lat. Zanim udostępniliśmy nasze produkty online, opracowaliśmy i wdrożyliśmy złożony system CRM klasy ERP, ponieśliśmy wszystkie koszty rozwoju IT z tym związane. Jesteśmy przekonani, że to nasza długoterminowa przewaga konkurencyjna. Nie mamy naklejki fintechu tylko na naszych wnioskach online, automatyczny jest cały proces obsługi, generowania i podpisywania umowy, potwierdzania faktury, wypłaty środków i rozliczeń. – chwali się Prezes Zarządu Tomasz Boduszek. – Dzięki zaimplementowaniu tych rozwiązań we wszystkich naszych operacjach stale wzrasta nam rentowność, od początku 2017 roku do dziś wzrosła prawie dwukrotnie. Tak więc cała Pragma Faktoring stała się GO – komentuje Tomasz Boduszek. – Nie mamy barier operacyjnych dla wzrostu skali. – podsumowuje.
Obroty fintechowej dywizji PragmaGO rosną z dynamiką ponad 20% kwartalnie, osiągając w 2. kwartale 2018 poziom 53 mln zł, przy portfelu 30 mln zł. Udział PragmaGO w przychodach całkowitych to już 32%, a celem na 2019 jest osiągniecie udziału 50% przychodów Spółki. Pragma Faktoring w tym roku pozyskała o 50% więcej klientów niż przed rokiem. Zarząd podkreśla przy tym, że konsekwentnie prowadzi politykę dekoncentracji ryzyka. Średnia wartość obrotu na jednostkowego spadła o 36%, z 1,4 do 0,68 mln zł. Umożliwia to mikrofinansowanie oferowane przez PragmaGO.
Mamy się już czym pochwalić, ale tak naprawdę jesteśmy na początku drogi. Mamy stabilne procesy sprzedaży i ryzyka uwzględniające onlinowość procesów, a w lecie wdrożyliśmy aplikacje, które umożliwiają nam udostepnienie naszych produktów w różnych kanałach dystrybucji, łącznie z możliwością zaoferowania naszym partnerom programów finansowania w formie „white lable”. Mamy doświadczenie w zakresie współpracy z merchantami dzięki działaniom spółki zależnej Lease Link Sp. z o.o., która udostępnia swoją usługę leasingu online m.in. przez Media Markt, Allegro, OleOle! Ewolucja PragmaGO do modelu serwiserskiego jest najważniejszym zadaniem na najbliższy czas – mówi Tomasz Boduszek. Chcemy zostać partnerem pierwszego wyboru dla instytucji finansowych oraz inwestorów pragnących zarabiać na biznesie faktoringowym.
Fitch Ratings zaktualizował długoterminowy rating Banku Pekao S.A do poziomu BBB+. Agencja zaktualizowała również perspektywę oceny ratingu do stabilnej. Po przeprowadzonej aktualizacji, Bank Pekao pozostaje z jedną z najwyższych ocen ratingowych w sektorze bankowym według metodologii Fitch.
Zdaniem Fitch, oceny ratingowe Pekao utrzymują wysoki poziom wsparte wewnętrzną siłą banku. W ocenie agencji, mocne strony Pekao to ugruntowana pozycja na rynku krajowym, stabilny model biznesowy, konserwatywna polityka kredytowa, silna pozycja kapitałowa, wysoka jakość aktywów, solidna rentowność oraz mocna pozycja finansowa i płynnościowa.
Zmiana długoterminowego ratingu dla Pekao spowodowana jest stabilizacją pozycji kapitałowej na poziomie zgodnym z otoczeniem polskiego sektora bankowego, przy jednoczesnym podkreśleniu przez agencję silnej pozycji kapitałowej mierzonej wymaganiami regulacyjnymi i wymaganiami kapitałowymi Fitch. Fitch oczekuje, że jakość aktywów Banku Pekao pozostanie na wysokim poziomie wsparta korzystnymi warunkami otoczenia makro oraz dzięki konserwatywnemu podejściu do akcji kredytowej.
W tym tygodniu, agencja S&P podwyższyła rating kontrahenta w przypadku procesu przymusowej restrukturyzacji (‘RCR’) Banku Pekao do poziomu A-, pozostawiając inne ratingi na niezmienionym poziomie.
Strategią Banku Pekao jest zachowanie silnej pozycji kapitowej przy atrakcyjnej polityce dywidendowej i kontynuacji wzrostów w kluczowych obszarach.
Ponad 340 tys. nowych aut osobowych kupiły w 2017 r. w Polsce podmioty gospodarcze. W tym roku liczba ta może być jeszcze wyższa. Jak wynika z najnowszego raportu „Barometr Flotowy”, prawie 25% polskich firm planuje rozbudowę swojej floty samochodowej. Dużą ich część stanowią małe i średnie przedsiębiorstwa (MŚP). Szczególnie dobre nastroje panują wśród małych i średnich przedsiębiorstw, w których popularność wynajmu aut rośnie w tempie dwukrotnie szybszym, niż w krajach zachodnioeuropejskich. Coraz ważniejszym celem, jaki stawiają sobie polscy menedżerowie flot, jest poprawa bezpieczeństwa kierowców oraz ograniczanie emisji CO2.
To najważniejsze wnioski Barometru Flotowego 2018 – cyklicznej publikacji przygotowanej na podstawie pogłębionych wywiadów przeprowadzonych wśród prawie 4 tys. osób administrujących flotami, zatrudnionych w firmach korzystających z samochodów służbowych w Unii Europejskiej oraz Turcji.
Rynek rośnie
„Polscy fleet managerowie są dużo większymi optymistami od ich kolegów z Europy. Cały czas spodziewamy się, że rynek car fleet management będzie w Polsce dynamicznie rósł. Wynika to z tego, że chociaż największe firmy zaczynają optymalizować liczby samochodów, to jednocześnie polskie małe i średnie przedsiębiorstwa bardzo dynamicznie wchodzą na ten rynek i uzupełniają tę lukę. Cały rynek rośnie” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Grzegorz Szymański, dyrektor generalny Arval Polska.
Większe zainteresowanie niż na Zachodzie
Co ciekawe, jeśli chodzi o przedsiębiorstwa zatrudniające od 1 do 9 pracowników, w Polsce chęć rozbudowy swojej floty samochodowej ma aż 22% firm, podczas gdy w Europie Zachodniej – tylko 13%. Świadczy to zarówno o dobrej kondycji finansowej polskiej branży MŚP, jak i coraz lepszym dopasowaniu oferty firm zajmujących się wynajmem długoterminowym do potrzeb swoich klientów: teraz nawet małe podmioty mogą korzystać z usług do niedawna dostępnych tylko dla przedsiębiorstw dysponujących dużymi flotami.
Leasing ciągle w górę
Według danych tegorocznego Barometru w najbliższych latach w Polsce rosnąć będzie zainteresowanie leasingiem operacyjnym. W 2016 r. zdecydowanych na tę formę finansowania auta było 7% przedsiębiorców, w 2017 – 9 %, zaś w tegorocznym badaniu aż 13%. – Na szczególną uwagę zasługuje to, że leasing operacyjny cieszy się coraz większym zainteresowaniem wśród małych i średnich firm. Prawie 24% przedsiębiorców polskiego sektora MŚP jest zdecydowanych na tę formę finansowania zakupu samochodu. W pozostałych państwach UE taką chęć deklaruje jedynie 13%. – mówi Tomasz Bachniak, Arval Consulting & CVO Manager.
Diesel, czyli upadku ciąg dalszy
Zarówno dane rynkowe, jak i opinie zebrane podczas badania CVO, jednoznacznie pokazują, że udział diesla w rynku nadal będzie malał. Dane dot. rejestracji nowych pojazdów nie pozostawiają wątpliwości. W 2015 roku odsetek rejestrowanych aut z tym silnikiem wynosił w Polsce ponad 40% – w roku 2018 już tylko 30,3 %. Tam, gdzie na popularności tracą diesle, pojawia się przestrzeń dla napędów alternatywnych, takich jak hybrydy czy auta elektryczne. Aż 36% polskich przedsiębiorców rozważa zakup floty z napędem alternatywnym. W poprzednim badaniu odsetek ten wynosił 31%.
Polska stawia na LPG
Badanie CVO pokazuje, że polscy przedsiębiorcy, obok włoskich i brytyjskich, znajdują się w czołówce, jeżeli chodzi o zastosowanie LPG. Aż 14% aut w polskich flotach jest napędzanych gazem. Dla porównania w pozostałych krajach UE odsetek ten wynosi średnio 4%. – Tak duża popularność samochodów z LPG wynika z braku alternatyw dla diesla w segmentach A oraz B, a także wymiaru ekologicznego i ekonomicznego stosowania tego paliwa – mówi Tomasz Bachniak, Arval Consulting & CVO Manager.
Wzrasta popularność leasingu operacyjnego
Warto również zauważyć, że wśród polskich firm zwiększa się zainteresowanie finansowaniem za pomocą leasingu operacyjnego. Dotyczy to zwłaszcza MŚP. Wybór tej formy finansowania deklaruje prawie 24% firm z tego sektora. Jak stwierdza Paweł Racis, dyrektor handlowy Arval Polska: „Dotychczas na polskim rynku dominowały zakupy i leasing finansowy, ale od kilku lat bardzo dynamicznie rośnie leasing operacyjny. Jest on w tej chwili wybierany przez polskie i międzynarodowe przedsiębiorstwa bardzo często. Leasing operacyjny ma zdecydowanie szerszy zakres usług dodatkowych. Korzystając z tego typu formy finansowania, firmy przekazują swojemu partnerowi pełen outsourcing floty, np. wymianę sezonowo opon, przeglądy, likwidację szkód. Tak że z punktu widzenia przedsiębiorcy jest to zdecydowanie dużo wygodniejsze”.
Polscy przedsiębiorcy stawiają na bezpieczeństwo
Polska znalazła się w czołówce państw, w których przedsiębiorcy najchętniej korzystają z narzędzi telematycznych – pod tym względem ustępujemy jedynie Wielkiej Brytanii. Udział polskich firm stosujących ww. rozwiązania wyniósł wg CVO 28%, podczas gdy w pozostałych państwach Unii Europejskiej oscyluje on średnio wokół 19%.
Coraz ważniejszym powodem, który decyduje o decyzji korzystania z tego typu narzędzi jest chęć poprawy bezpieczeństwa kierowców. – W tym roku aż 65% polskich przedsiębiorców zadeklarowało, że czynnik bezpieczeństwa jest dla nich najważniejszą motywacją do zastosowania telematyki. W ubiegłorocznym badaniu podobnie odpowiedziało jedynie 47% respondentów – mówi Tomasz Bachniak.
26 proc. polskich MSP ocenia, że wprowadzenie split payment miało wpływ na ich płynność finansową– wynika z badania IBRIS na zlecenie Siemens Financial Services.
15 proc. firm twierdzi, że stosuje split payment z własnej inicjatywy. W tej grupie dominują firmy średnie (zatrudniające między 50 a 250 pracowników).
Ponad 37 proc. MSP rozważa wprowadzenie mechanizmu podzielonej płatności, jedna czwarta zdecyduje się na to gdyż uważa, że split payment będzie wkrótce obowiązkowe.
Ponad 42 proc. przedsiębiorców uważa, że brakuje im wiedzy o split payment.
Od 1 lipca 2018 r. przedsiębiorca, który otrzymał fakturę za towar lub usługę, może podzielić płatność na dwie części. Kwota netto trafia na zwykły rachunek bankowy, pozostała część – na oddzielny rachunek VAT z ograniczonym dostępem. Tak działa mechanizm podzielonej płatności. Dzięki płatności w takim trybie, podatnik unika ryzyka solidarnej z dostawcą odpowiedzialności za nierozliczony VAT.
Trzy i pół miesiąca po wejściu w życie przepisów wprowadzających split payment w Polsce, przedsiębiorcy są podzieleni w kwestii oceny tego rozwiązania. Większość firm deklaruje, że nie odczuły jego wpływu na sytuację finansową, z drugiej jednak strony niewiele z nich przyznaje, że stosuje split payment. Jak wynika z badania IBRIS przeprowadzonego na zlecenie Siemens Financial Services na grupie 500 małych i średnich firm zatrudniających od 1 do 250 osób, mechanizm podzielonej płatności VAT z własnej inicjatywy wdrożyło i stosuje przynajmniej sporadycznie 15 proc. przedsiębiorstw. Częściej mechanizm podzielonej płatności stosują firmy większe. W ich wypadku dobrowolne wdrożenie mechanizmu zadeklarowało blisko 45 proc. podmiotów, wobec jedynie 21 proc. firm małych i 14 proc. mikro firm.
Krzysztof Kuniewicz Dyrektor Zarządzający Siemens Finance
– W rzeczywistości firm, które stosują split payment z własnej inicjatywy, może być mniej. Należy bowiem przyjąć, że część badanych mogła udzielić pozytywnej odpowiedzi zakładając, że wdrożenie mechanizmu jest pożądane. Dotyczy to w szczególności 7 proc. firm, które na pytanie o płatności z wykorzystaniem split payment odpowiedziały, że mechanizm stosują, ale rzadko – mówi Krzysztof Kuniewicz, Dyrektor Działu Faktoringu Siemens Financial Services.
Split payment dla kontrahentów lub z obowiązku
Również w odniesieniu do płatności przychodzących od odbiorców split payment jest zjawiskiem rzadkim. 20 proc. badanych firm deklaruje, że tak właśnie płacą ich kontrahenci. Zwykle dotyczy to jednak mniejszości faktur. 13 proc. respondentów odpowiedziało, że w formule split payment płaci im mniej niż jedna czwarta partnerów biznesowych. Jedynie 4 proc. przedsiębiorców stwierdziło, że otrzymuje płatności na dwa rachunki od 25 do 49 proc. kontrahentów, a jedynie 3 proc. od więcej niż połowy.
– Patności przychodzące na dedykowany rachunek VAT to środki zablokowane i niedostpne dla płatności innych niż VAT-owskie. Dlatego firmy, które otrzymują płatności podzelone równeż same – przynajmniej w ograniczonym zakresie – muszą takich płatności dokonywać. Może tu więc działać mechanizm „kuli śniegowej”. W efekcie, w miarę upływu czasu, coraz więcej firm będzie deklarowało styczność z tą formą rozliczeń – konkluduje Krzysztof Kuniewicz z Siemens Financial Services.
Prawie połowa badanych firm planuje rozliczać się przy pomocy mechanizmu podzielonej płatności VAT w przyszłości. Najwiecej – jedna czwarta firm – rozważa wprowadzenie split payment ponieważ spodziewa się, że wkrótce jego stosowanie stanie się obowiązkowe. Zamiar stosowania nowego mechanizmu w przyszłości częściej deklarują większe firmy. Taki zamiar zadeklarowało aż 84 proc. przedsiębiorstw średnich oraz 61 proc. małych. Najrzadziej – jedynie 36 proc. – zamierzają stosować split payment mikrofirmy.
Z Ministerstwa Finansów płyną sygnały, że obowiązek stosowania podzielonej płatności zostanie poszerzony od 2019 r. Aktualnie jest on stosowany powszechnie w relacjach z kontrahentami powiązanymi z administracją publiczną.
Wpływ split payment jeszcze mało odczuwalny
Ponad jedna czwarta (26 proc.) polskich MSP ocenia, że wprowadzenie split payment miało wpływ na sytuację finansową ich firmy. Mniej niż jedna trzecia z tej grupy uważa, że był on negatywny. – Split payment powoduje, że część środków zostaje zablokowana na dedykowanym rachunku, co musi powodować pogorszenie płynności finansowej firmy. Przedsiębiorcy jeszcze tego nie odczuli, bo wciąż jedynie niewielka część płatności odbywa się z wykorzystaniem tego mechanizmu. Niektórzy – nawet ponad połowa badanych – deklarują nawet, że w związku z wprowadzeniem podzielonej płatności VAT płynność finansowa ich firm poprawiła się. Tylko 29 proc. respondentów uznało, że split payment pogorszył ich płynność finansową. Jest to chyba najbardziej zaskakująca odpowiedź uczestników badania – ocenia Krzysztof Kuniewicz z Siemens Financial Services. Negatywny wpływ wprowadzenia mechanizmu podzielonej płatności na płynność finansową jest widoczny gdy analizujemy dane w poszczególnych grupach fiirm. Najbardziej odczuły to najmniejsze i średnie firmy. Na pogorszenie sytuacji finansowej w związku z wprowadzeniem mechanizmu narzeka około 40 proc. z nich.
Mechanizm w teorii pownien pozostać neutralny z punktu widzena płynności finansowej ponieważ firmy i tak są zobligowane do odporowadznaia podatków na rachunek urzędu skarbowego. Istnieje jednak krótki okres pomiędzy wpływem śroków na konto a odprowadzeniem VAT na konto urzędu. W mechaniźmie split payment środki na poczet VAT są w części zablokowane, podczas gdy dotychczas przedsiębiorca swobodnie nimi obracał.
Siemens Financial Services sprawdziło również, ile firm rozważa skorzystanie z usług wspomagających bieżący dostęp do kapitału, w związku z wprowadzeniem split payment. Po narzędzia typu leasing i faktoring zamierza sięgnąć 13 proc. MSP. Potwierdza to wynki dotychczasowych badań wyjaśnających coroczny, stopniowy przyrost liczby firm korzystających z faktoringu.
– Na rynku są widoczne symptomy, które wskazują na możliwe zwolnienie tempa wzrostu gospodarczego w ciągu 6 miesicy, takie jak na przykład najniższy od 23 miesięcy odczyt wskaźnika PMI czy rosnący problem zatorów płatniczych. Słabsza koniunktura będzie stawiać wyższe wymagania firmom oraz stwarza lepiej zarządzanym firmom okazje do przejmowania klientów od konkurentów, którzy złapali zadyszkę i nie są w stanie realizować nowych zamówień. Sprawne działanie wymaga posiadania płynności finansowej lepszej niż ma konkurencja. Płynność finansowa już nie raz okazała się być czynnikiem tworzenia przewagi konkurencyjnej. Dzięki niej można oferować lepsze warunki odbiorcom a także negocjować skonto u dostawców. Dlatego warto zawsze rozważyć zastosowanie narzędzi finansowych, które zwiększą bieżący dostęp do gotówki – mówi Krzysztof Kuniewicz z Siemens Financial Services.
Ponad 42 proc. przedsiębiorców przyznało, że w ich odczuciu dostępne na rynku materiały i szkolenia nie pozwoliły im w wystarczającym stopniu pozyskać informacji o tym jak działa split payment. Przeciwnego zdania jest 47 proc. ankietowanych.
O co chodzi w split payment
Jak działa split payment i dlaczego został wprowadzony? Cel to uszczelnienie systemu podatkowego VAT. Podatnicy, którzy dobrowolnie zdecydują się na podzieloną płatność mogą korzystać z płynacych za tym korzyści. Między innymi nie są objęci przepisami o solidarnej odpowiedzialności nabywcy, więc nie muszą obawiać się konsekwencji związanych z zaległościami podatkowymi dostawcy. Uwalniają się też od karnych odsetek i sankcji VAT w przypadku, gdy urząd skarbowy zakwestionuje wysokość kwoty VAT do odliczenia, przedstawionej przez podatnika na fakturze.
– Minusem rozwiązania jest ograniczenie swobody w obracaniu częścią środków finansowych firmy. Chociaż pieniądze znajdujące się na rachunku VAT należą do przedsiębiorcy, to możliwości korzystania z nich są bardzo ograniczone – można je wykorzystać jedynie do uregulowania należności VAT wobec innych kontrahentów oraz urzędu skarbowego. Nieco bardziej skomplikowany jest również proces realizacji przelewów, ponieważ każda faktura rozliczana jest osobno, a pieniądze wpłacane są na dwa odrębne konta – mówi Krzysztof Kuniewicz z Siemens Financial Services.
Badanie zrealizowane we wrześniu 2018 r., metodą telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI), na ogólnopolskiej próbie N=500 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, dobór próby kwotowa.
Z globalnego badania, którego podjął się SANS Institute – 2018 Threat Hunting Survey Report wynika, że w firmowych politykach bezpieczeństwa informacji w końcu doszło do prawdziwego przełomu – widocznie wzrosła liczba przedsiębiorstw, które aktywnie i profilaktycznie zapobiegają cyberatakom na swoje środowisko IT.
Zgodnie z najnowszą edycją raportu SANS, już 43% respondentów, spośród 600 profesjonalistów IT z całego świata, przyznaje, że prowadzi ciągłe i stale dokładniejsze działania pomagające wykrywać zagrożenia, zanim dojdzie do poważnego incydentu wymierzonego w bezpieczeństwo cyfrowych informacji. Przed rokiem odsetek ten wynosił 35%, zaś przed dwoma laty, formalną strategię przeciwdziałania cyberprzestępczości miało jedynie 3% firm. To zatem pierwsze wnioski pozwalające sądzić, że działania mające na celu obronę infrastruktury IT faktycznie stają się proaktywne, czyli pozwalające z większą skutecznością zapobiegać cyberatakom. W przeciwieństwie do obserwowanego od wielu lat zjawiska reakcji na incydenty przeciwko bezpieczeństwu IT dopiero w momencie, gdy niemożliwe jest już zapobiegnięcie szkodliwym efektom ataku – tłumaczy Artur Malinowski z Arrow ECS.
Niestandardowe działania w standardzie?
Zdaniem Roberta M. Lee, współautora opracowania z SANS Institute, aktywne poszukiwanie zagrożeń jest obecnie częścią niestandardowych operacji z zakresu dbałości o cyberbezpieczeństwo. Niemniej jednak, połączenie klasycznej analizy zagrożeń i generowania prognoz przyszłych incydentów na podstawie dotychczasowych lokalizacji włamań do sieci ma ogromne znaczenie dla skuteczności przeciwdziałania atakom. Oraz – jak sam to określił, umożliwia prawdziwe „polowanie” na cyberzagrożenia, zmieniając pozycję firmy z reaktywnej na proaktywną.
Efekty tej postawy daje się zaobserwować już teraz. Według autorów raportu, jeszcze przed pięcioma laty czas obecności konkretnego zagrożenia w sieci firmy lub organizacji – od jego pojawienia się do neutralizacji – wynosił nawet 6 miesięcy. Obecnie, spadł on do 90 dni.
Prymat technologii
Celem zachowania wspomnianej proaktywnej postawy w zabezpieczaniu firmowych danych przedsiębiorstwa mocniej akcentują wykorzystanie specjalistycznych narzędzi i systemów IT. Dla 41% respondentów badania rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa IT – m.in. takie jak zarzadzanie tożsamością, ochrona przed celowymi, zaawansowanymi atakami (APT) czy ochrona baz danych i środowisk wirtualnych stanowią najważniejszy obszar wydatków związanych z „polowaniem” za cyberzagrożenia. Inwestycje w wykwalifikowany personel są natomiast kluczowe dla mniejszej liczby respondentów – 30%.Oczywiście, skuteczna ochrona przed cyberatakami nie jest możliwa bez kompetentnych specjalistów z tego obszaru, niemniej firmy i organizacje w coraz większym stopniu uczą się konieczności przeciwstawiania cyberprzestępcom możliwe najsilniejszej, „cyfrowej armii” – dodaje Artur Malinowski z Arrow ECS.
Era bezpieczeństwa usługowego
Według najnowszej prognozy IDC, wydatki związane z bezpieczeństwem firmowych informacji osiągną w skali globalnej niemal 134 miliardy $ do 2022 roku. Najwięcej wartym – dokładnie 40,2 mld $ – oraz najszybciej rosnącym segmentem tego obszaru będą usługi zewnętrznych partnerów związane z cyberbezpieczeństwem. W przypadku branży, która na rozwiązania IT zwiększające bezpieczeństwo wyda najwięcej, nie ma zaskoczenia – będzie nią bankowość, której inwestycje na ten cel wyniosą 16 mld dolarów do 2022r.
Wyraźnie niższe niż się spodziewano okazały się wrześniowe dane o produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej. Wszystko wskazuje więc na to, że polska gospodarka szczyt koniunktury ma już za sobą i należy oczekiwać spowolnienia tempa jej wzrostu.
Według GUS, produkcja przemysłowa była we wrześniu jedynie o 2,8 proc. wyższa niż rok wcześniej. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii spodziewało się wzrostu o około 8 proc., a analitycy rynkowi oczekiwali zwyżki o 4,3 proc. Tymczasem nawet ci ostatni mocno się zawiedli. Tak słaby wzrost przemysł ostatnio zaliczył jedynie w marcu obecnego roku oraz w grudniu, kwietniu i lutym 2017 r. Tym razem potwierdzenie w praktyce znalazł bardzo słaby odczyt wskaźnika PMI, który we wrześniu spadł do 50,5 proc., zbliżając się niebezpiecznie do poziomu, poniżej którego można będzie mówić o negatywnej tendencji. Mocno rozczarowująca okazała się również dynamika produkcji budowlano-montażowej. W tym sektorze ministerstwo liczyło na wzrost przekraczający 20 proc., a analitycy spodziewali się zwyżki o 18 proc. Rzeczywistość okazała się znacznie mniej różowa i produkcja w budownictwie wzrosła jedynie o 6,4 proc., najwolniej od kwietnia ubiegłego roku. W tym przypadku można wręcz mówić o załamaniu dynamicznej dotychczas tendencji wzrostowej. Wszystko wskazuje na to, że w budowlance we znaki daje się sygnalizowany już od dawna niedobór pracowników, ale także ograniczone w porównaniu do nasilenia zamówień moce produkcyjne oraz znaczny wzrost kosztów. Ten ostatni czynnik powoduje, że coraz częstsze są przypadki odstępowania firm od realizacji już wygranych przetargów. To zjawisko może poważnie ograniczyć odradzającą się powoli poprawę sytuacji w inwestycjach, głównie infrastrukturalnych.
Wrześniowe dane każą spodziewać się nieco wolniejszej dynamiki PKB za trzeci kwartał i dalszego jego hamowania w kolejnych miesiącach. Coraz większe staje się prawdopodobieństwo realizacji prognoz zakładających że w przyszłym roku polska gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,5-3,8 proc. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że po wyeliminowaniu czynników sezonowych, wrześniowe dane nie wyglądają już tak słabo, bowiem według nich produkcja przemysłowa wzrosła o przyzwoite 5,4 proc., a więc nawet nieco mocniej niż w sierpniu, a produkcja budowlano-montażowa poszła w górę w porównaniu do września ubiegłego roku o 19,9 proc.
Wydawałoby się, że amerykańskie prawo podatkowe FATCA, które namieszało w świecie finansów, złamało kręgosłupy instytucjom finansowym i bankom, wzgardziło świętością jaką była tajemnica bankowa, jest w swojej kontrowersyjności nie do przebicia. A jednak… Okazało się, że Polak potrafi. Polskie Ministerstwo Finansów postanowiło dokonać czegoś jeszcze bardziej spektakularnego, a mianowicie wdrożyć podatek od wyprowadzonych za granicę hipotetycznych zysków, a więc takich, których jeszcze nie ma. Co więcej: polski fiskus chce złamać nie tylko firmy, ale także osoby fizyczne. Wszystko to jest serwowane w sosie szlachetnych intencji, czyli walki z oszustwem podatkowym i wyrównaniem warunków konkurencji. Jednak okoliczności wskazują jednoznacznie, iż nie chodzi tu o zwalczanie finansowych krętaczy, a o zdobycie szybkiej gotówki na pokrycie rozbudzonych apetytów socjalnych. Exit Tax może się okazać lekiem na obietnice wyborcze i ratunkiem w przyszłorocznej kampanii parlamentarnej. Podatnicy nie powinni mieć złudzeń – to prawo będzie wdrożone, choćby było złe, niekonstytucyjne i dopchnięte kolanem.
Ministerstwo Finansów bardziej unijne od Brukseli
Robert Nogacki -Kancelaria Prawna Skarbiec
Pozornie wszystko wydaje się w porządku. Polski rząd szykuje nowe prawo podatkowe, ponieważ chce pozostawać w zgodzie z Dyrektywą ATAD Rady Unii Europejskiej (2016/1164 z 12 lipca 2016 r.), która – zapobiegając czy to realnym, czy po części wyimaginowanym oszustwom finansowym – zaleca nałożenie podatku na przenoszone przez przedsiębiorstwa zyski poza obszar rynku wewnętrznego. 24 sierpnia 2018 r. ogłoszono więc projekt nowego prawa, tzw. Exit Tax, polegającego na obłożeniu podatkiem niezrealizowanych jeszcze zysków kapitałowych, w związku z przeniesieniem przez podatnika aktywów jego przedsiębiorstwa lub rezydencji podatkowej do innego państwa. Oficjalnie szermuje się szlachetnymi argumentami o postawieniu zapory erozji bazy podatkowej, wyrównaniu reguł gry, zapobieżeniu agresywnej optymalizacji podatkowej. W nowym prawie jest też nuta patriotyczna, a więc przepis ma „uchronić Polskę przed utratą prawa do opodatkowania dochodów wypracowanych w okresie, w którym podatnik podlegał polskim przepisom podatkowym” (min. T. Czerwińska, Gazeta Prawna z 31.08.2018 r.).
Kiedy jednak wczytać się w projekt ustawy nie sposób nie przecierać oczu ze zdumienia. Jeśli pomysłodawcom chodziło tylko o implementację Dyrektywy, to w twórczym zapale okazali się bardziej unijni od Brukseli.
Po pierwsze, proponuje się rozszerzenie podatku od zysków kapitałowych na osoby fizyczne, kiedy w Dyrektywie mówi się jedynie o osobach prawnych. Polski fiskus posuwając się dalej stosuje przy tym sprytny zabieg socjotechniczny. Otóż we wcześniejszych zapowiedziach podatek od papierów wartościowych i innych kapitałów miałyby płacić osoby, jeśli ich wartość przekraczałaby 2 mln zł. W ostatnim projekcie mowa już o 4 mln, a więc rząd łagodzi wymyślone przez siebie restrykcje i puszcza oko jednocześnie w dwie strony: do zainteresowanych komunikatem, aby dostrzegli ludzkie, w gruncie rzeczy, oblicze władzy, a do żelaznego elektoratu z deklaracją: tak się rozprawiamy z kapitalistami, bogaczami, krwiopijcami i im podobnymi. Kto więc będzie ich bronił?
Po drugie, termin wdrożenia dyrektywy ATAD upływa 31 grudnia 2019 r., ale polskie Ministerstwo Finansów pragnie, aby nowe przepisy zaczęły obowiązywać już od 1 stycznia 2019 r. Dlaczego taki pośpiech? Wszak to projekt rządowy, a więc z założenia będzie musiał przejść dłuższą ścieżkę legislacyjną, a zostało tylko niespełna 3 miesiące. Jak słusznie „punktuje” Instytut Staszica, tak rewolucyjnych zmian w systemie podatkowym wprowadzanych w niezwykłym tempie jeszcze w Polsce nie było, co może skutkować błędami legislacyjnymi i chaosem prawnym.
Średnio zaangażowany obserwator życia politycznego nie będzie mieć wątpliwości. Są dwie przyczyny tego iście stachanowskiego tempa. Przede wszystkim na gwałt potrzebna jest gotówka na zaspokojenie rozbudzonych, by nie rzec rozbuchanych, oczekiwań socjalnych. Kolejne grupy zawodowe, ośmielone opowiadaniami premiera i ministrów o kwitnącej gospodarce i nadwyżkach finansowych, wyciągają ręce po pieniądze. Z ulic zeszli nauczyciele, funkcjonariusze służb mundurowych, a zaraz wejdą rolnicy i kolejne rzesze niezadowolonych z sytuacji materialnej. Exit Tax ma przede wszystkim cel budżetowy, zaś cała frazeologia o ściganiu oszustów jest ideologiczną nadbudową (chociaż zjawisko wyprowadzania majątku w celu unikania podatków jest realne). Konfederacja Lewiatan uważa, że podatek wykracza poza nadrzędny cel jakim było zapewne zidentyfikowanie sytuacji zmierzających do unikania opodatkowania w Polsce. Drugą przyczyną zaskakującego tempa są zbliżające się wybory parlamentarne. Do jesieni 2019 r. rządzący, nawet jeśli nie pokażą jeszcze wymiernych rezultatów nowego myta, będą mogli „wyciszyć” niektóre strajkujące grupy a konto spodziewanych wpływów, a w Polskę wysłany zostanie populistyczny, ale wyraźny komunikat: ścigamy bogate elity, aby suwerenowi żyło się lepiej. Hasło wątpliwej rzetelności, ale za to jakie chwytliwe!
W cywilizowanym świecie istnieje dobry legislacyjny obyczaj, który daje czas na wdrożenie kontrowersyjnego czy niepopularnego prawa, aby obywatele mogli się z nim oswoić i ewentualnie odpowiednio przygotować. Wspomniane amerykańskie prawo podatkowe FATCA, kontrowersyjne do bólu, czekało na wdrożenie cztery lata (uchwalono w 2010 r., wdrożono 1 lipca 2014 r.). W przypadku polskiego Exit Tax można być niemal pewnym, iż od uchwalenia do wdrożenia zostaną dwa tygodnie, najwyżej miesiąc. I nikogo to już nie zdziwi, bo obecny ustawodawca procedował już w o wiele szybszym tempie.
Po trzecie, państwo polskie wykazuje podejrzaną niecierpliwość w ściąganiu tego podatku. Chce aby zapłata nastąpiła w ciągu 7 dni od zmiany rezydencji, na podstawie wyceny aktywów. Nieważne więc, że aktywa mogą wygenerować stratę. Dyrektywa nie jest aż tak skwapliwa. Przewiduje wprawdzie niezwłoczne uiszczenie podatku, ale też prawo do odroczenia płatności (jeśli przenosiny w ramach UE/Europejski Obszar Gospodarczy) i rozłożenia jej na raty na okres kilku lat.
Po czwarte, Dyrektywa nie wymaga podatku od hipotetycznych zysków, a większość krajów, które taki podatek wdrożyły, wymagają daniny od zysków realnych (np. Holandia, Francja, Hiszpania). Łatwo bowiem wyobrazić sobie sytuację, kiedy podatnik zmuszony do uiszczenia opłaty z tytułu niezrealizowanych zysków nie będzie dysponował odpowiednią kwotą, np. gdy majątek stanowi jego przedsiębiorstwo. Ma więc je sprzedawać po kawałku? O co więc w istocie chodzi? Odpowiedź może być jedna: o szybkie pieniądze, bez oglądania się na konsekwencje.
Exit Tax jest niekonstytucyjny, ale ten argument brzmi dzisiaj jak żart
Poważne organizacje gospodarcze i instytuty, jak BBC, Konfederacja Lewiatan, Pracodawcy RP czy Instytut Staszica są, używając eufemizmu, poruszone nowym prawem podatkowym. Wysuwają dwie grupy argumentów: gospodarcze i prawne. Te ostatnie sprowadzają się do tezy, iż nowe prawo jest niekonstytucyjne i niezgodne z prawem UE. Nie podejmujemy się oceny argumentów gospodarczych, pozostawiamy je specjalistom poprzestając jedynie na uwadze, iż zdaniem ekspertów nowa regulacja długofalowo będzie miała negatywny wpływ na polską gospodarkę w ramach UE. Jednak w naszym głębokim przekonaniu wartość tej argumentacji – rozsądnej, logicznej i uzasadnionej – dla sprawujących władzę będzie żadna. Nie chodzi tu przecież o szukanie uzasadnienia gospodarczego, ale o pozyskanie szybkich środków finansowych. Obyśmy się mylili, ale trudno pozbyć się natrętnego wrażenia, że w przypadku Exit Tax jego twórcy kierują się zasadą: po nas choćby potop.
Pozostając zatem przy argumentacji konstytucyjnej warto zauważyć, iż tego rodzaju podatek chciano wprowadzić w 2013 roku, ale istniała wówczas inna rzeczywistość polityczno-prawna. Ówczesna Komisja Ustawodawcza (posiedzenie w dniu 17 kwietnia 2013 r.) odrzuciła projekt ustawy „o zmianie ustawy o podatku od niektórych czynności związanych z likwidacją oraz ograniczeniem działalności gospodarczej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej” jako niezgodny z prawem Unii Europejskiej („naruszenie dwóch podstawowych traktatowych zasad – zasady przepływu przedsiębiorczości oraz swobody przepływu kapitału”), jak i Konstytucją RP. Tu postawiono zarzut dyskryminacji, która stoi w sprzeczności z art. 84 stanowiącym, iż „każdy jest obowiązany do ponoszenia ciężarów i świadczeń publicznych, w tym podatków, określonych w ustawie”.
Obecny projekt ustawy nadal zawiera sprzeczność z prawem unijnym i polską Konstytucją. Jest też, co podkreślają działacze gospodarczy i pracodawcy, sprzeczny z Konstytucją Biznesu.
Czy obecna Komisja Ustawodawcza albo Sejm na posiedzeniu plenarnym mogą postąpić analogicznie powołując się na te same przepisy? Szczerze wątpimy. Z pewnością zastosują elastyczne podejście. Prawo unijne stanowi największy problem dla rządzących, bowiem istnieje już w tej kwestii orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE. Sprawy przegrały Portugalia, Francja i Hiszpania naruszające zasadę swobody przedsiębiorczości i przepływu osób. Orzecznictwo TSUE dopuszcza tego rodzaju podatek, ale pod warunkiem, że polegałby na automatycznym oszacowaniu na moment przeniesienia aktywów lub zmiany rezydencji. Trybunał stoi również na stanowisku, że jego płatność powinna być odroczona do momentu zrealizowania zysku ze sprzedaży akcji lub udziałów w spółkach. Kłóci się to z natychmiastową „żądzą pieniądza” wyartykułowaną w polskim projekcie, ale ustawodawca musi to stanowisko w jakimś stopniu uwzględnić.
Podobnego problemu większość parlamentarna nie będzie miała z niezgodnością nowego prawa z Konstytucją, a tym bardziej z Konstytucją Biznesu. Któż bowiem miałby stwierdzić niezgodność Exit Tax z artykułem 84 Konstytucji? Trybunał Konstytucyjny wydający korzystne wyroki dla rządzących? Wolne żarty.
Wnioski
Gdyby rząd polski, skądinąd oskarżany o antyeuropejskość, proponując ustawę Exit Tax kierował się tylko koniecznością dostosowania prawa do wytycznych UE, skonstruowałby ją w pełnej zgodzie z zasadami określonymi w Dyrektywie ATAD i w ten sposób mógłby chociaż w niewielkim stopniu złagodzić zarzuty o antyunijnym kursie. Skoro tego nie uczynił, a jego projekt stoi w wielu miejscach w sprzeczności z wytycznymi Dyrektywy, to zasadna wydaje się konstatacja, iż nie o unijne prawo tu chodzi. Jest ono natomiast dobrym pretekstem do ściągnięcia – trudnej do oszacowania, ale wydaje się, że poważnej – kwoty pieniężnej na bieżące potrzeby zarządzania krajem. Ponieważ z ogromną determinacją dąży się, aby nowe prawo – wbrew terminom unijnym – obowiązywało już od 1 stycznia 2019 roku, to trudno nie dostrzec koincydencji tego faktu z kalendarzem wyborczym nadchodzącego roku. Trzeba wyciszyć napięcia społeczne przed wyborami parlamentarnymi i dać kolejny sygnał wiernemu elektoratowi, iż rozprawa z łże-elitami, malwersantami i biznesowymi cwaniaczkami, beneficjentami globalizacji trwa w najlepsze. To nic, iż jest to dalekie od prawdy. Wszak „ciemny lud to kupi” jak stwierdził swego czasu z ogromną mocą obecny szef propagandy „dobrej zmiany”.
Na koniec powtórzymy to, co już pisaliśmy przy okazji dyskusji o Exit Tax: nowa „antyulga” dla przedsiębiorców to wynik ustawodawczego pospolitego ruszenia nie w imię uszczelniania systemu podatkowego w Polsce, ale tak naprawdę w imię rozwiązania kilku niezwykle ważnych dla obozu władzy problemów politycznych. Raz jeszcze należy podkreślić, że nowy podatek może się stać samospełniającą się przepowiednią. Pobierając podatki od zysków, których nie ma, niebezpiecznie kreuje się rzeczywistość, w której tak naprawdę tych podatków może nie być. Przedsiębiorcy doskonale wiedzą, że zmiana rezydencji podatkowej, mimo swej złożoności i stopnia skomplikowania, nie jest dla specjalizujących się w tej dziedzinie profesjonalnych kancelarii prawnych wielkim problemem.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Rok temu, 17 października, podczas szczytu polsko-tureckiego, krajowy biznes z nadzieją patrzył w stronę rynku nad Bosforem. Ambitne plany współpracy zakładały nawet podwojenie wzajemnej wymiany handlowej. Dziś zapał polskiego biznesu skutecznie studzi turecki kryzys i prognozowana krajowi recesja gospodarcza. Czy perspektywa obniżenia wartości polskiego eksportu na tym kierunku jest realna? Według ekspertów AKCENTY niestety tak i w 2019 r. spadek może sięgnąć nawet 10% r/r.
Turcja to wg danych GUS czwarty najważniejszy pozaunijny odbiorca polskiego eksportu i pierwszy w regionie Bliskiego Wschodu i Azji. W lipcu br. udział tego kierunku w całkowitej sprzedaży zagranicznej stanowił 1,33% (19. miejsce). Sama wartość wysłanych do Turcji towarów osiągnęła w tym okresie wartość ponad 7,1 mld zł i jest nadal wyższa o prawie 1% niż rok wcześniej. Wg ekspertów instytucji płatniczej AKCENTA, która zajmuje się obsługą transakcji walutowych eksporterów i importerów, z wypracowywaniem dodatniej dynamiki eksportu będzie coraz ciężej. – Sytuacja w gospodarce tureckiej w ostatnich miesiącach dramatycznie się pogorszyła. PKB w II kwartale br. wykazał jeszcze solidny wzrost do 5,2%, jednak w drugiej połowie i w roku 2019 można spodziewać się niższej aktywności gospodarczej oraz gwałtownego spowolnienia jego dynamiki. Nie można wykluczyć, że Turcja wkrótce znajdzie się w recesji gospodarczej – komentuje Miroslav Novak, główny analityk AKCENTY. Ekspert dodaje też, że poniekąd osłabienie polskiej sprzedaży na tym kierunku powoli uwidacznia się w danych. Rok 2017 polski eksport zakończył wzrostem 1,7% r/r, w przeszło połowie bieżącego roku wynik ten spadł do 0,9% r/r. Analityk AKCENTY szacuje, że wyhamowanie polskiego eksportu na kierunku tureckim w 2019 r. może sięgnąć 5 do nawet 10% r/r.
Turcja w opałach
Turecka gospodarka boryka się z problemami wewnętrznymi i zewnętrznymi. W ostatnich miesiącach w kraju znacznie wzrosła inflacja, w sierpniu wynosiła już 24,5%. We wrześniu wartość tureckiego indeksu PMI spadła do 42,7 pkt. To najniższy poziom od 2009 r., gdy gospodarka kraju ponosiła skutki światowego kryzysu finansowego. Firmy w Turcji aktualnie borykają się ze spadkiem produkcji oraz nowych zamówień, a przede wszystkim ze znaczącym wzrostem wyjściowych kosztów ze względu na gwałtowne osłabienie lokalnej waluty (TRY). Pogorszenie nastrojów jest widoczne również wśród konsumentów. Wskaźniki zadłużenia zewnętrznego, wskazują na silną wrażliwość Turcji i TRY w stosunku do negatywnych nastojów na rynkach finansowych.
A sytuacja w światowej gospodarce staje się coraz bardziej napięta. Spowolnieniu globalnego PKB towarzyszy wzrost protekcjonizmu handlowego, który ma negatywny wpływ na rynki emerging markets, w tym na Turcję. Inwestorzy zagraniczni z podejrzeniem obserwują również skracanie niezależności narodowego banku centralnego Turcji. – Żeby tego mało, Ankara ma bardzo napięte stosunki polityczne z Waszyngtonem. Jedną z drażliwych kwestii dyplomatycznych, które zaogniły wzajemne relacje była kwestia oskarżenia o szpiegostwo i przetrzymywania amerykańskiego pastora Andrew Brunsona. Uwięzienie duchownego i późniejsze przetrzymywanie go w areszcie domowym było powodem wprowadzenia przez USA sankcji na Turcję i kryzysu w relacjach obu krajów. Mimo iż w końcu Turcja uwolniła pastora, to jednak mleko się już rozlało. Amerykańskie sankcje przyczyniły się do zapaści tureckiej waluty – przypomina ekspert AKCENTY.
Tania waluta za dużo nie pomoże
Problemy Turcji, jak w soczewce, odbijają się w notowaniach liry tureckiej. Krajowa waluta w kwietniu br. z poziomu ok. 4 TRY/USD zaczęła się znacznie osłabiać. Jej straty osiągnęły punk kulminacyjny w pierwszej połowie sierpnia br., gdy w stosunku do dolara przez małą chwilę znajdowała się pod poziomem 7 TRY/USD. Bank centralny Turcji był zmuszony gwałtownie podnieść stopy procentowe. Na początku października główna stopa procentowa wynosiła już 24%. Kolejne ich podniesienie jest prawdopodobne najpóźniej w IV kwartale br. O ile wysokie stopy procentowe pomogą utrzymać inflację pod kontrolą, to jednocześnie znacznie skomplikują dostępność kredytów dla tureckich gospodarstw domowych i przedsiębiorców, co będzie miało negatywny wpływ na wzrost PKB, wskazuje analityk AKCENTY.
– Patrząc na handel zagraniczny znaczne osłabienie tureckiej liry może wydawać się mocnym wsparciem tureckiego eksportu, ale to jest tylko jedna strona medalu. Turcja jest importerem produktów inżynierskich i surowców, w tym ropy naftowej. Znaczne osłabienie TRY, już teraz i w przyszłości będzie odbijało się we wzroście cen importowanych towarów i wyjściowych kosztów produkcji. Wzrost konkurencyjności tureckiego eksportu, nie będzie więc tak widoczny, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka – zauważa Miroslav Novák.
Motoryzacja na celowniku
Najważniejszą gałęzią tureckiej gospodarki, obok usług, jest przemysł, przede wszystkim motoryzacyjny. Z danych Międzynarodowej Organizacji Producentów Pojazdów Samochodowych wynika, że produkcja pojazdów mechanicznych w Turcji zajmuje 5. miejsce w Europie i 14. miejsce na świecie na koniec 2017 r. To, czy dobra pozycja kraju w silnie umiędzynarodowionej branży, jaką jest motoryzacja, utrzyma się, w dużej mierze zależy od sytuacji wewnętrznej w Turcji oraz jej relacji z najważniejszymi partnerami zagranicznymi. Jak wskazuje Jarosław Kochański, członek zarządu Exact Systems, odpowiedzialny za rozwój rynków zagranicznych, w tym za Turcję, osłabienie liry tureckiej w stosunku do euro i dolara, a w konsekwencji zmniejszenie wewnętrznego popytu konsumpcyjnego i wzrost cen importowanych towarów, wpłynęły również negatywnie na tamtejszy motosektor. – Choć eksport towarów motoryzacyjnych utrzymywał się wciąż na wysokim poziomie, nastąpił istotny spadek sprzedaży samochodów na rynku wewnętrznym. To pociągnęło zmniejszenie wolumenu produkcji w łańcuchu, czyli zarówno całych pojazdów, jaki i części do nich. Jako Exact Systems, na razie nie odnotowujemy spadku zamówień czy zatrudnienia, jednak nasi partnerzy sygnalizują nam, że w perspektywie długoterminowej może to nastąpić. Ostatnio sytuację złagodziło uwolnienie Brunsona oraz zapowiedź zniesienia sankcji, jednak proces wyjścia z tej trudnej sytuacji musi potrwać – mówi Jarosław Kochański.
Turcja traci w oczach polskiego biznesu
Do Turcji z Polski najwięcej wysyłamy towarów z kategorii automotive (pojazdy silnikowe i ich komponenty, silniki spalinowe) oraz akcesoriów do odbiorników radiowych lub telewizyjnych. Według obserwacji AKCENTY, wśród jej klientów, którzy należą głównie do sektora MŚP, spadek spadek zamówień od tureckich partnerów zaczyna być już widoczny. Bardzo mocno odczuwalna jest też z ich strony rosnąca presja cenowa. Coraz trudniej będzie zatem przedsiębiorcom z Polski uzyskać satysfakcjonującą marżę, sygnalizują eksperci AKCENTY, dodając, że takiej sytuacji możemy spodziewać się także w nadchodzących kwartałach. – Należy liczyć się z tym, że na część polskich eksporterów aktualny rozwój sytuacji gospodarczej w Turcji będzie miał negatywny wpływ. Mowa tu szczególnie o sektorach, w których ten kierunek ma duży udział w sprzedaży. Straty dla polskiego handlu należy jednak rozpatrywać także w kontekście utraconych szans na rozwój. W związku z problemami Turcji, jej niepewną sytuacją gospodarczą, a nawet zwiastowaną recesją, wiele biznesów zrezygnuje z ekspansji na tym kierunku lub odłoży go w czasie, czekając na lepsze warunki. Z drugiej strony, Turcja bardzo dużo importuje z UE i to prędko się nie zmieni. Szanse na eksport więc nadal są, jednak będą po prostu mniej atrakcyjne, a firmy będą musiały liczyć się z koniecznością twardych negocjacji cenowych ze strony tureckich kontrahentów – tłumaczy analityk AKCENTY.
Ważnym elementem prowadzenia biznesu z Turcją będzie też strategia biznesowa polskich firm i wykorzystanie przez nich dostępnych narzędzi minimalizowania ryzyka kursowego. Mimo iż większość krajowych firm rozlicza się ze stroną turecką w walutach międzynarodowych, jak dolar i euro, to przy bardzo ograniczonych marżach, dodatkowe ryzyko jej obniżenia przez zmianę notowań, będzie dużym zagrożeniem dla opłacalności kontraktów. Według ekspertów AKCENTY, zabezpieczenie się firm przed takim ryzykiem, za pomocą przeznaczonych do tego narzędzi, jak np. transakcji forward, wyeliminuje niepewność co do przyszłych wpływów. Narzędzia te pomagają bowiem zamrozić kurs, dla danej wartości kontraktu i wymienić po nim otrzymaną kwotę, uzyskując zakładaną przy podpisywaniu wysokość marży.
– Nie ulega wątpliwości, że ubiegłoroczne deklaracje i plany rozwoju polsko-tureckiej współpracy miały potencjał realizacji, jednak nie w obecnych warunkach i nie przy obecnych prognozach dla Turcji – podsumowuje Miroslav Novák z AKCENTY.
Polski złoty nie reaguje w istotnym stopniu na dane makroekonomiczne, tak z kraju, jak i ze świata, ani na żadne inne informacje. Tym samym, porusza się w przedziale o niewielkim zakresie wahań.
Podobnie jak wczorajsze dane z krajowego rynku pracy, tak dzisiejszy odczyt dynamiki produkcji przemysłowej wyraźnie rozczarowuje. Dynamika produkcji we wrześniu wyniosła 2,8% rocznie wobec oczekiwań na poziomie 4,3%. Winne po części mogą być gorsze nastroje w związku z obawami o wojnę handlową i powiązane z tym spowolnienie w sektorze u naszych zachodnich sąsiadów. Znaczenie dla spadku miał jednak również efekt kalendarzowy – dni roboczych we wrześniu było 20, a nie 21, jak w poprzednim roku.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,28-4,29. Wczorajsze dane o nastrojach ekonomicznych w największej gospodarce strefy euro, jak i w samym wspólnym bloku, nie napawają optymizmem, ostatecznie jednak przełożyły się jedynie na chwilową słabość euro.
Dzisiejsza rewizja odczytów inflacyjnych nie przyniosła żadnych istotnych zmian w relacji do wstępnych szacunków. Dynamika CPI we wrześniu wyniosła 2,1% rocznie, inflacja bazowa nadal jednak pozostaje niska na poziomie 0,9% w ujęciu rocznym. Dużo ciekawsze od dzisiejszych rewizji będą wstępne dane za październik, jednak na nie przyjdzie nam poczekać do końca miesiąca.
GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,87-4,90. Po wczorajszych, imponujących informacjach o rosnącej dynamice wynagrodzeń w Wielkiej Brytanii w sierpniu, dziś nadeszło rozczarowanie w postaci słabych danych inflacyjnych. Dynamika CPI we wrześniu wyniosła 2,4% wobec oczekiwanego poziomu 2,6% i 2,7% rocznie notowanego miesiąc wcześniej. Co istotne, na indeks negatywnie oddziaływała inflacja bazowa, która również pokazała głębszy spadek niż oczekiwano. Indeks obniżył się z poziomu 2,1% w sierpniu do 2% rocznie we wrześniu. Dane nie mają jednak istotnego wpływu na handel, brytyjska waluta traci w związku z obawami dotyczącymi negocjacji ws. Brexitu oraz z uwagi na dzisiejsze umocnienie USD.
USD
Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,69-3,71. Wczorajszy dzień nie przyniósł większych wahań na głównej parze, mimo kilku interesujących informacji płynących z USA.
Zacznijmy od danych: raport JOLTS pokazał, że rozszerza się różnica między liczbą ofert pracy, a liczbą osób szukających zatrudnienia. W sierpniu ofert było 7,136 mln, szukających pracy z kolei 6,23 mln (we wrześniu liczba ta spadła natomiast do 5,96 mln). Wspomniana liczba ofert pracy w ostatnim miesiącu pomiarów wzrosła do najwyższego poziomu od czasu rozpoczęcia badania (od grudnia 2000 r.), pozostałe wskaźniki uwzględnione w raporcie (szczególnie liczba osób dobrowolnie odchodzących z pracy) znajdują się w okolicy najwyższych notowanych poziomów.
W kontekście wczorajszego dnia warto wspomnieć o kilku przemówieniach. Wystąpienie Mary Daly, nowej członkini FOMC, nie przyniosło większych rewelacji. Uwaga inwestorów skupiła się natomiast na słowach Donalda Trumpa, który po raz kolejny skrytykował FED, określając instytucję jako jego „największe zagrożenie”. Zgodnie z doniesieniami Trump „nie jest zbyt zadowolony” z kilku ekonomistów (innych niż Jerome Powell), których powołał na stanowiska w FED.
Dzisiejszy dzień będzie obfitował w odczyty z USA. Warto skupić się przede wszystkim na wieczornej publikacji protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC. Wszelkie odniesienia dotyczące perspektyw inflacji i gospodarki USA oraz wpływu wojny handlowej na sytuację gospodarczą kraju będą wyłapywać inwestorzy.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości we wrześniu
Oczekiwań analityków nie spełniło ani zatrudnienie, ani wzrost wynagrodzeń. Bank Węgier utrzymał na niezmienionym poziomie stopy procentowe. USA nakłada sankcje na Iran.
Polski rynek pracy zwalnia
Dane z rynku pracy wciąż są dobre, jednak nie aż tak dobre jak przewidywali analitycy. Kluczem do wyjaśnienia tej sytuacji jest tempo poprawy ostatnich lat. Dotarliśmy do momentu kiedy to bezrobocie wyraźnie spadło i coraz ciężej jest je zmniejszać po ponad 1% rocznie. Tak samo pensje. Rosną szybciej gdy jest duży brak pracowników na rynku. Zresztą te dane, które mamy są obiektywnie dobre. Pensje rosną 6,7% w skali roku. To niemal 5% powyżej inflacji. Wzrost zatrudniania o 3,2% też nie jest wartością, której należy się wstydzić. Jeżeli uda się utrzymać takie wskaźniki w kolejnych miesiącach czekają nas kolejne poprawy głównych wskaźników makroekonomicznych. Jaki wpływ te dane mają na złotego? Krótkoterminowo słabszy, bo inwestorzy liczyli na więcej. Długoterminowo jednak to dobre dane będące umacniać nas na tle innych państw.
Węgrzy nie podnoszą stóp procentowych
Pomimo rosnącej inflacji Węgrzy nie podnieśli stóp procentowych. Ceny rosną tam już o 3,6% w skali roku, to już 1,5% więcej niż w styczniu. Tamtejszy bank centralny nie jest jednak w pełni autonomiczny. Wątpliwe jest zatem, by jeżeli nie będzie to konieczne ryzykował zdławienie wzrostu gospodarczego droższym pieniądzem. Biorąc pod uwagę niemal 5% wzrost gospodarczy ryzyko zduszenia wzrostu jest raczej niewielkie. Nie zmienia to faktu, że patrząc na reakcję rynków część inwestorów liczyło na chociaż symboliczny wzrost stóp procentowych, gdyż po samej decyzji forint stracił odrobinę na wartości.
Amerykańskie sankcje na Iran
Jeżeli ktoś myślał, że temat Iranu jest zamknięty został wyprowadzony z błędu. Właśnie pojawił się kolejny pakiet sankcji z USA mających na celu odcięcie jednej z organizacji paramilitarnych od źródeł finansowania. Uderzenie trafiło nawet w banki, które obsługiwały cały proces. Dlaczego informacja ta jest istotna dla rynków? Iran jest ważnym eksporterem ropy naftowej. Wielu analityków uważa, że sankcje na Iran są przejściowe i jego nieobecność na rynku ropy potrwa tylko kilka miesięcy. Widząc dalsze pogorszenie relacji z USA należy się spodziewać, że brak irańskiej ropy na rynkach będzie trwał dłużej. To z kolei może spowodować dalszy wzrost cen czarnego złota.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
10:00 – Polska – produkcja przemysłowa,
10:30 – Wielka Brytania – Inflacja konsumencka,
14:30 – USA – budowy domów,
20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Z najnowszych danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych za IIQ br. wynika, że już ponad 403 tys. Ukraińców płaci składki w Polsce na ubezpieczenia społeczne[1]. To o 49% więcej, niż w podobnym okresie ubiegłego roku. Zdaniem ekspertów Personnel Service, to efekt wprowadzenia nowego typu zezwolenia na pracę sezonową. Dzięki niemu ograniczone zostało wydawanie fikcyjnych oświadczeń i coraz więcej Ukraińców pracuje w Polsce legalnie.
– Tak duży wzrost liczby Ukraińców ubezpieczonych w ZUS wskazuje wyraźnie, że dzięki wprowadzonym na początku tego roku zezwoleniom na pracę sezonową zdecydowanie udało się ograniczyć szarą strefę. Mamy obecnie szczegółowe dane dotyczące tego, ilu realnie obcokrajowców podjęło pracę w Polsce na podstawie wydawanych oświadczeń. To bardzo cenne. Ukrócono też proceder wystawiania fikcyjnych wniosków, bo teraz pracodawcy mają obowiązek informować o tym czy dana osoba podjęła u nich pracę – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Tylko 6,5% mniej zatrudnionych Ukraińców r/r
Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, ze już 541 tys. cudzoziemców w Polsce płaci składki na ubezpieczenia społeczne. Aż 403 tys. z nich to Ukraińcy, którzy stanowią 74% wszystkich płatników. Drugą grupą są Białorusini, których w ZUS ubezpieczonych jest prawie 30 tys.
Jak wskazują dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej za I półrocze br., oświadczeń o powierzeniu pracy obywatelom Ukrainy jest obecnie 692 tys. – o 23% mniej, niż w tym samym okresie 2017 r. Jednak należy jeszcze uwzględnić nowy typ zezwoleń, z których 154 tys. dotyczyło Ukraińców (GUS). Wtedy liczba Ukraińców, którzy podjęli legalną pracę w Polsce wzrasta do 846 tys., a spadek zatrudnionych r/r wynosi jedynie 6,5%.
Zezwolenia na pracę sezonową
Od 1 stycznia 2018 roku pracodawcy mogą wnioskować o nowy typ zezwolenia na pracę sezonową, który pozwala cudzoziemcom na legalne zatrudnienie w Polsce przez okres 9 miesięcy. To rozwiązanie cieszy się sporym zainteresowaniem. W I połowie 2018 roku w powiatowych urzędach pracy złożonych zostało ok. 158 tys. wniosków o zezwolenie na pracę sezonową – wynika z danych GUS.
Polski rynek mediów i rozrywki w ciągu kolejnych 5 lat zwiększy swoją wartość o niemal 3 mld dol.
Rynek mediów i rozrywki w Polsce będzie rozwijał się w średniorocznym tempie 3,5%, by w 2022 r. osiągnąć wartość 13,4 mld dol. wobec 10,6 mld na koniec 2018 r. Największe wzrosty w tym okresie notować będzie reklama internetowa oraz OTT, czyli wideo w serwisach streamingowych bez udziału operatorów telewizyjnych – wynika z najnowszej edycji raportu firmy doradczej PwC „Perspektywy rozwoju branży rozrywki i mediów w Polsce 2018-2022” (Global Media and Entertainment Outlook).
Polski rynek mediów i rozrywki do 2022 r. będzie rozwijał się w średniorocznym tempie 3,5% i na koniec badanego okresu jego wartość wyniesie 13,4 mld dolarów w porównaniu do 10,6 mld na koniec 2018 roku. Segmentami, które w największej mierze będą odpowiadać za tę dynamikę są OTT (ang. OTT – over the top), czyli serwisy streamingowe dostarczające treści filmowe i telewizyjne przez internet bez potrzeby opłacania abonamentu za telewizję kablową lub satelitarną (tempo wzrostu 13,3%) oraz reklama internetowa (12,5%).
Eksperci PwC zwracają uwagę, że OTT wbrew wcześniejszym przewidywaniom, jak na razie nie zastępuje tradycyjnej telewizji, jest raczej jej uzupełnieniem i rozwija się równolegle. Pomimo silnego wzrostu, do 2022 roku segment ten globalnie będzie stanowił 26% rynku subskrypcji telewizyjnej. W przypadku drugiego, najszybciej rosnącego obszaru, czyli reklamy internetowej, średnioroczne tempo jej rozwoju wyniesie 12,5%, a na koniec badanego okresu jej wartość osiągnie niemal 1,7 mld dol. wobec 1,1 mld na koniec 2018 roku. Największymi kategoriami reklamy online w Polsce pozostają display oraz paid search advertising. Do umocnienia pozycji kategorii display przyczyniło się wykorzystywanie tego formatu w mediach społecznościowych. Obecnie, najwięcej na reklamę w sieci przeznaczają spółki z sektora handlu, motoryzacji i telekomunikacji.
Według naszych prognoz za pięć lat rynek reklamy telewizyjnej będzie o 1/3 mniejszy od rynku reklamy internetowej, choć wciąż będzie jedną z istotnych składowych sektora mediów i rozrywki. W najbliższych latach nie należy spodziewać się odwrócenia trendu utraty oglądalności przez główne stacje – rynek telewizyjny będzie się dalej fragmentaryzował , zaś czas widzów będzie w większym stopniu poświęcany kanałom tematycznym. – Paweł Wesołowski, partner w PwC, lider zespołu ds. telekomunikacji, mediów i technologii w Polsce
Tempo rozwoju rynku prasy w Polsce w kolejnych 5 latach nadal będzie ujemne i wyniesie -0,6%. To jednak dużo lepszy wynik niż wskaźnik globalny (-2,4%), a także najlepszy w całej Europie. Pomimo spowolnienia tempa kurczenia się tego segmentu, wyzwaniem dla wydawców pozostaje zwiększenie liczby czytelników płatnych serwisów internetowych i osiąganie większych przychodów z działalności w sieci.
Globalny rynek mediów i rozrywki
Światowy sektor mediów i rozrywki do 2022 r. będzie się rozwijał w średniorocznym tempie 4,4%. Dzięki temu jego wartość wyniesie pod koniec badanej perspektywy niemal 2,4 biliona dolarów. Rozwój w poszczególnych segmentach i krajach będzie jednak silnie zróżnicowany. Najdynamiczniej rozwijać się będą rynki w takich państwach jak Indie i Indonezja, najwolniej w krajach Europy Zachodniej – Austrii, Belgii czy Danii.
Największy wzrost do 2022 r. zanotuje segment wirtualnej rzeczywistości (VR, virtual reality), na drugim miejscu uplasuje się OTT, a na trzecim – reklama internetowa. Główną przyczyną tak znaczących wzrostów w przypadku pierwszej kategorii jest fakt, że jej rozwój dopiero się zaczyna.
Technologia VR znajduje się dopiero w fazie „instalacji”. Konsumenci powoli zaczynają nabywać urządzenia niezbędne do wykorzystania VR , a dostawcy treści testować formy przekazu dopasowanego do nowego medium. Wciąż wybór treści jest jednak niewielki – gry, filmy, wydarzenia na żywo. VR znajduje się w sytuacji „kury i jajka”. Bez masowego dostępu do tanich urządzeń producenci treści nie będą inwestować w nowe formaty, bez dużego wyboru ciekawych treści konsumenci nie będą tłumnie kupować urządzeń zaś dostawcy akcesoriów nie będąc w stanie zbudować masowej skali sprzedaży nie zyskają możliwości obniżenia cen sprzętu. – Michał Kreczmar, dyrektor ds. transformacji cyfrowej PwC
Wyzwania branży
W raporcie eksperci PwC zwrócili także uwagę na wyzwania, które w najbliższym czasie mogą mieć istotny wpływ na branżę mediów i rozrywki. Jednym z nich jest rozporządzenie o ochronie danych osobowych, które weszło w życie w maju br. Nowa regulacja spowodowała, że użytkownicy zyskali świadomość na temat liczby podmiotów mających dostęp do ich danych oraz rozległej sieci partnerów serwisów internetowych. Dodatkowo, błędy przy wdrożeniu nowych przepisów mogą powodować szereg komplikacji w aspekcie prowadzenia działań marketingowych i wpływać na rozwój sektora reklamy internetowej.
Warto obserwować też jak branża mediów i rozrywki zmieni się w związku z przyjętą przez Parlament Europejski dyrektywą o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Dokument ma na celu rozszerzenie odpowiedzialności prawnej właścicieli serwisów umożliwiających udostępnianie treści przez użytkowników oraz wymuszenie blokowania treści w przypadku gdy łamią one prawa autorskie. Jednym z najczęściej dyskutowanych zapisów jest artykuł 11 dyrektywy, w którym ustanawia się nową kategorię praw pokrewnych dla wydawców prasowych. Ich istotną tego ma być zapewnienie wydawcom praw do zezwalania lub zabraniania zwielokrotniania publikacji prasowych oraz prawa do zezwalania lub zabraniania na podawanie tych materiałów do publicznej wiadomości w zakresie korzystania cyfrowego. Taka sytuacja może łączyć się z koniecznością podpisywania przez wydawców prasowych licznych umów o współpracę i udzielanie licencji w zakresie powoływania się na publikacje konkurencyjnych podmiotów z rynku mediowego.
Już nie na gorącym uczynku, tylko nawet 28 dni wstecz kontrolerzy mogą karać za spędzanie 45godzinnego odpoczynku w kabinie tira. Uwaga na nowe podejście inspekcji krajów Unii Europejskiej. Do restrykcyjnej Francji dołączyły też Holandia, Belgia, Anglia, Niemcy, a nawet Włochy, do których kierowcy często podróżowali, by odpocząć w samochodzie. Najwyższe kary mogą sięgać nawet 30 tysięcy euro. Eksperci OCRK podkreślają, żepolscy przewoźnicy powinni zwrócić szczególną uwagę na nową praktykę zagranicznych urzędników.
Przepisy
Od grudnia 2017 roku na mocy wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w krajach unijnych obowiązuje bezwzględny zakaz spędzania w pojeździe odpoczynków regularnych, tygodniowych. Taka przerwa w pracy trwająca minimum 45 godzin powinna się odbywać w miejscu, gdzie zapewnione są warunki socjalne na równi z hotelowymi. TSUE zauważył wówczas, że istnieje nieścisłość w rozporządzeniu 561/2006, art. 8 ust. 8, ponieważ regulacja ta nie zawiera żadnego przepisu, który wyraźnie wskazywałby, w jaki sposób oraz gdzie kierowca ciężarówki powinien spędzać długi odpoczynek. Do tej pory praktyki były różne, a przewoźnicy kreatywni w poszukiwaniu rozwiązań kłopotliwego nakazu.
Praktyka przewoźnika
– Jednym z pierwszych państw, które restrykcyjnie zaczęło stosować sankcje finansowe wobec firm przewozowych, jest Francja. Na mocy ustawy z 10 lipca 2014 roku, będącej jednocześnie ustawą do walki z nieuczciwą konkurencją społeczną, kontrolerzy mogli nakładać na przewoźników karę w wysokości 1000 – 1500 euro. Szybko została ona uznana za zbyt niską, gdyż przedsiębiorcy woleli zapłacić mandat i nie przestrzegać wyznaczonych zasad. Podwyższono więc kary do 30 000 euro lub wyrok pozbawienia wolności właściciela. Obecnie kontrolerzy wypisują mandaty w wysokości od 2000 do 4000 euro, a kierowcy nie ponoszą odpowiedzialności za spanie w kabinie – mówi Jakub Ordon, ekspert OCRK.
Przewoźnicy mieli do tej pory kilka sposobów na omijanie przepisów. Jednym z nich było na przykład „przerywanie odpoczynku” poprzez rejestrowanie tzw. innych prac, lub wykonywanie krótkich podjazdów na parkingach. Jeżeli, po sprawdzeniu danych z tachografu (karty), okazywało się, że skrócony odpoczynek tygodniowy mógł być odbierany w danym czasie, nie wiązało się to z żadnym naruszeniem. Patentem firm transportowych było również symulowanie odejścia od pojazdu np. do hotelu. Kierowcy wyjmowali karty cyfrowe z urządzeń rejestrujących, by przerwać ciągłość zapisu danych. Po 45 godzinach, wprowadzając kartę do „tacho”, dokonywali oni wpisów manualnych tak, by potwierdzić w cyfrowej ewidencji odpoczynek poza pojazdem.
– Takie metody omijania obowiązującego prawa były stosowane przez transportowców dość często. Co więcej, przepisy były traktowane przez samych kierujących jako znaczące utrudnienie, a nie udogodnienie w ich codziennej pracy. Spędzając wymagany odpoczynek w kabinie, kierujący pojazdem ciężarowym oszczędzał pieniądze z tzw. ryczałtów noclegowym, za które musiałby sobie opłacić doby hotelowe – komentuje ekspert OCRK.
Przykład przerwania automatycznego zapisu danych na karcie kierowcy wraz z historią wpisu manualnego odpoczynku.
Źródło: Dane ewidencji czasu pracy kierowców pochodzą z oprogramowania 4trans.
Znaleziono też trzeci sposób na ignorowanie przepisów. Kierowcy po prostu wyjeżdżali z Francji, by odbyć 45 godzin przerwy w pracy. Najczęściej wybieranymi miejscami były niemieckie i włoskie parkingi, ale także Holandia, Belgia, czy Anglia, a więc kraje, które nie wprowadziły wówczas do swoich lokalnych przepisów sankcji za złamanie zasady art. 8 ust. 8 rozporządzenia 561/2006. Przez długi czas ta technika sprawdzała się w 100%. Francuscy urzędnicy nie ustalali, jak kierowca spędził swój odpoczynek, jeśli miejsce rozpoczęcie i zakończenia pracy było inne niż Francja.
Już nie tylko in flagranti
Problem pojawił się, gdy do krajów Unii Europejskiej egzekwującej przepisy nakładające kary za spanie w kabinie podczas regularnego odpoczynku tygodniowego, dołączyły kolejno Niemcy, Belgia, Holandia, a nawet Włochy. 30 kwietnia 2018 roku włoskie władze uruchomiły lokalne przepisy, uprawniając kontrolerów do eliminowania złych nawyków kierowców.
– Belgowie wystawiają teraz kary 1800 euro, dając przy tym rabat w przypadku natychmiastowej wpłaty. Gdy jednak przewoźnik nie zgodzi się z karą i skieruje sprawę do sądu, w przypadku przegranej, może zapłacić nawet 60 tysięcy euro. Niedawno uaktywnili się również niemieccy inspektorzy, którzy postanowiliobciążyć również kierowcę – otrzymał mandat 500 euro, a przewoźnik blisko 1500 euro – komentuje Jakub Ordon z OCRK. – Do niedawna obowiązywała jeszcze zasada „złapany na gorącym uczynku”, czyli podczas kontroli kierujący pojazdem faktycznie odbierał godziny wypoczynku w kabinie. Zasadę tę złamał w marcu br. francuski urzędnik. Zażądał on od kierowcy okazania dokumentów potwierdzających jego obecność w hotelu w lutym i marcu i to w czasie odbierania odpoczynku poza granicami Francji. Zgodnie z danymi z tachografu 45tki odbyły się
w Luksemburgu i Holandii, jednak bez zaświadczeń zapłaty za hotel – dodaje ekspert.
Zasada 28 dni wstecz spodobała się także niemieckiemu BAG. Przykładem ostatniego nieprzyjemnego wydarzenia dla polskiego przewoźnika jest ukaranie za nieprzedstawienie dokumentu pokazującego, że kierowca faktycznie spędził regularny odpoczynek tygodniowy w hotelu na terenie Włoch. 275 euro zapłaci pracownik, a 1575 właściciel firmy transportowej.
Co mogą zrobić polscy przewoźnicy?
– Okazuje się, że obecnie jedynym rozwiązaniem jest ścisła współpraca ze spedycją i planowanie powrotów do Polski w okresach dwutygodniowych (lub blisko 3 tygodniowych w systemie 3/1).
W innym wypadku konieczna jest rezerwacja miejsca w hotelu. Mimo iż, przepisy traktowane są przez samych kierowców jako utrudnienie w pracy, pamiętajmy, że takie rozwiązania mają na celu podniesienie bezpieczeństwa na drodze. Koczowanie przez kilka dni w kabinie w upale czy mrozie, na parkingu, bez odpowiednich warunków socjalnych nie jest równoznaczne z odpoczynkiem odbieranym w hotelu – podsumowuje Jakub Ordon.
W ubiegłym roku przychody największych spółek budowlanych osiągnęły jeden z najwyższych wyników w ostatnich latach, przekraczając ponad 30 mld zł. To wzrost o 6,5 proc. w porównaniu z 2016 r.
Duże projekty infrastrukturalne oraz budownictwo komercyjne (obiekty handlowe, przemysłowe oraz budowa mieszkań), zagwarantowały firmom budowlanym w 2017 i 2018 r. wzrost przychodów. Jak jednak prognozują eksperci Deloitte, autorzy raportu „Polskie spółki budowlane 2018 – najważniejsi gracze, kluczowe czynniki wzrostu i perspektywy rozwoju branży” rosnące koszty wykonawstwa i materiałów budowlanych powodują, że dobra passa właśnie się kończy. Marże realizowanych projektów są i będą pod silną presją w kolejnych okresach, co dostrzegają także inwestorzy. W okresie styczeń – wrzesień 2018 r. indeks WIG Budownictwo zanotował ponad 20 proc. spadek.
W 2017 r. poziom wartości rynku budowlanego był najwyższy od sześciu lat, kiedy branża kończyła projekty związane z przygotowaniami do EURO 2012. W największych aglomeracjach miejskich sprzedano prawie 73 tys. mieszkań, czyli o ponad 10 tys. więcej niż w 2016 r. Pierwszy raz od czterech lat popyt na mieszkania był wyższy od podaży. Wpływ na to miały niskie stopy procentowe, wzrost PKB, spadające bezrobocie i rosnące wynagrodzenia.
– Paradoksalnie duża liczba zleceń, zwłaszcza na rynku projektów publicznych, nie przełożyła się na zwiększenie rentowności i poprawę wyników spółek budowlanych. To przede wszystkim skutek rosnących kosztów pracy i materiałów. W przyszłość z największym niepokojem patrzą teraz spółki realizujące projekty infrastrukturalne, w których inwestorem jest strona publiczna. Z uwagi na obecne regulacje w prawie zamówień publicznych przedstawiciele strony publicznej z ostrożnością podchodzą do kwestii ewentualnej waloryzacji wzrostu kosztów w umowach. Niemniej inwestorzy publiczni w coraz większym stopniu dostrzegają problem niedopasowania poziomu aktualnych ofert (składanych kosztorysów) do budżetów inwestorskich, co znajduje odzwierciedlenie m.in. w szeregu anulowanych przetargów w tym roku z uwagi na zbyt wysokie oferty firm wykonawczych, znacznie przekraczające zarezerwowane kwoty po stronie publicznej – mówi Maciej Krasoń, Partner, Lider Zespołu nieruchomości i budownictwa Deloitte w Polsce i Europie Środkowej. – Na kondycję finansową i płynność spółek budowlanych wpłynie planowany na lata 2019 – 2020 szczyt inwestycyjny w projektach drogowych i kolejowych. Będzie on sporym wyzwaniem w sytuacji rosnących kosztów i niedostatecznych mechanizmów waloryzacyjnych wartości kontraktów – dodaje Maciej Krasoń.
Najlepsi nadal na szczycie
W swoim raporcie eksperci Deloitte skupili się na piętnastu największych spółkach na polskim rynku. Kolejny rok z rzędu na podium znalazły się te same podmioty. Podobnie jak w 2016 r. najlepszy wynik uzyskała Grupa Budimex, jej przychody powiększyły się w 2017 r. o 14,3 proc. i wyniosły prawie 6,4 mld zł. Swój wynik o 2 proc. poprawiła także Skanska z przychodami na poziomie 3,9 mld zł. Na trzecim miejscu znalazła się ponownie Grupa Strabag. Przychody austriackiej spółki wyniosły 3,6 mld zł i były wyższe w porównaniu z 2016 r. o 6,2 proc. Istotny wzrost przychodów zanotowały również Grupa Porr (wzrost o ponad 580 mln r/r) oraz Grupa Unibep (wzrost o 380 mln r/r). Nieco gorzej poradziły sobie Mostostal Warszawa (spadek o 303 mln zł) i Grupa Polimex-Mostostal S.A. (spadek o 247 mln zł). Mniejszy spadek przychodów, bo o 118 mln zł, ma Grupa PBG S.A. Po rocznej przerwie do rankingu wrócił Hochtief Polska S.A. Przychody spółki za 2017 rok wyniosły 867 mln zł i wzrosły w porównaniu do ubiegłego roku o ponad 288 mln zł.
Większy przychód, mniejszy zysk
Powyższe, lepsze wyniki, nie przełożyły się jednak na poprawę rentowności największych spółek budowlanych. Średnia marża na sprzedaży dla trzynastu spółek (niektóre spółki nie udostępniły swoich danych w tym zakresie) spadła z poziomu 8,3 proc. w 2016 r. do poziomu 7,95 proc. w 2017 r. Jeszcze większy spadek zanotowała w analogicznym okresie marża netto – z poziomu 6,5 proc. do poziomu 1,9 proc. – Przy jednoczesnym wzroście przychodów jest to oznaka, że mamy do czynienia z istotnym pogorszeniem rentowności realizowanych projektów. Powodem takiej sytuacji są nie tylko coraz wyższe koszty zatrudnienia pracowników i podwykonawców, ale również istotny wzrost kosztów materiałów budowlanych. Rok 2018 to umocnienie tego trendu, co już znalazło odzwierciedlenie w opublikowanych wynikach półrocznych spółek budowlanych notowanych na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych – mówi Łukasz Michorowski, Dyrektor w Dziale Audytu, ekspert usług doradczych dla sektora budowlanego i nieruchomości, Deloitte.
WIG Budownictwo w górę… i w dół
Aż dziewięć z piętnastu spółek uwzględnionych w rankingu Deloitte, było notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Ich łączna wartość rynkowa wyniosła pod koniec ubiegłego roku 8 mld zł. To spadek rok do roku o 1,5 mld zł. Dobra kondycja gospodarki, wzrost w pierwszym półroczu sprzedanej produkcji i tempo ogłaszania dużych przetargów infrastrukturalnych były widoczne na giełdzie w pierwszych miesiącach 2017 r. W pierwszym kwartale ubiegłego roku indeks WIG Budownictwo odnotował ponad 20 proc. wzrost. Ten trend odwrócił się w drugiej połowie 2017 r. Nastroje inwestorów ostudziły niższe od oczekiwanych wyniki spółek budowlanych. W tym roku mieliśmy do czynienia z dalszym trendem spadkowym. Na podstawie danych finansowych z czerwca br. łączna kapitalizacja badanych spółek spadła w ciągu 6 miesięcy aż o 38 proc. – Spółki budowlane są pod silną presją rynku. Z jednej strony największe firmy mierzą się z coraz większymi kosztami realizacji kontraktów, z drugiej w główne fazy realizacyjne wchodzą właśnie kontrakty wygrane w latach 2015 – 2016. Z uwagi na wysoki poziom konkurencyjności na ówczesnym rynku, projekty te mają bardzo agresywne założenia odnośnie poziomu kosztów realizacji i zyskowności – mówi Paweł Sadowski, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
Ratunkiem rynki zagraniczne
By uciec przed pogarszającą się sytuacją na polskim rynku budowlanym coraz więcej przedsiębiorców rozważa dywersyfikację działalności i szuka potencjalnych klientów zagranicą. W dłuższej perspektywie i po wykorzystaniu funduszy europejskich przekazanych na lata 2014 – 2020, wyjście poza rodzimy rynek, może się okazać kluczowe dla działalności wielu spółek. Już teraz można zaobserwować szczególne zainteresowanie rynkami skandynawskimi i krajami graniczącymi z Polską, w tym rynkami wschodnimi. Barierą są jednak wysokie koszty prowadzenia działalności na rynkach Europy Zachodniej i konieczność zbudowania kompetencji, umożliwiających skuteczne konkurowanie z tamtejszymi firmami. W rezultacie nadal wartość sprzedaży osiągana poza granicami jest relatywnie niska. Średnie przychody największych spółek generowane z tego tytułu były w 2017 r. niższe o około 5 mln od tych z 2016 r. Największe przychody w tym obszarze odnotowała Grupa Polimex-Mostostal – 546 mln zł, tym samym poprawiła wynik z 2016 r. o 11,7 proc. Eksperci Deloitte przewidują, że im bliżej zakończenia projektów finansowanych z unijnych środków, tym częściej duże spółki budowlane, będą szukać źródeł przychodów na rynkach poza Polską.
Pewna praca w budownictwie
Od początku 2018 r. w branży budowlanej rośnie poziom aktywności zawodowej i zatrudnienia. W pierwszym kwartale przeciętne zatrudnienie było większe o 4,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r. Dla porównania przeciętne zatrudnienie w Polsce wzrosło o 2,8 proc. Średnie miesięczne wynagrodzenie było wyższe niż przed rokiem o 6,2 proc. W budownictwie wynagrodzenie brutto było rok do roku wyższe o 7,6 proc. Szybciej rosnące płace w branży budowlanej w stosunku do ogólnego ich wzrostu w gospodarce potwierdzają problemy tego sektora z zatrudnieniem wykwalifikowanych pracowników. – Aż 18 proc. przedsiębiorców planowało wzrost zatrudnienia w III kwartale tego roku. Rosnąca liczba realizowanych inwestycji sprawia, że pracodawcy w sektorze budowlanym wciąż rozglądają się za pracownikami z odpowiednimi kompetencjami. Z drugiej strony, brak dostępności wykwalifikowanej kadry oraz wzrost ogólnych kosztów realizacji może przełożyć się na wzrost poziomu innowacji w sektorze, których celem będzie zwiększenie efektywności realizowanych projektów – podkreśla Paweł Sadowski.
Zakłady motoryzacyjne w Polsce zaliczają się do najbardziej zaawansowanych technologicznie w Europie. Nad Wisłą 39 proc. z nich ma dział badań i rozwoju nowych technologii, a 30 proc. produkuje części do ekopojazdów. Wśród przebadanych krajów, tylko Węgry są bardziej innowacyjne. Tak wynika z najnowszej, trzeciej edycji raportu „MotoBarometr 2018. Nastroje w automotive” przygotowanego przez Exact Systems. W związku z intensywnym rozwojem Motoryzacji 4.0 aż połowa przedstawicieli automotive uważa, że Polska ma szansę na nową fabrykę części, a 48 proc. liczy na zwiększone zamówienia w już działających zakładach. Co ciekawe, niemal połowa zapytanych twierdzi, że nasz kraj w ciągu 5 lat jest w stanie doścignąć najbardziej zaawansowane rynki motoryzacyjne, takie jak Stany Zjednoczone czy Chiny.
– Na globalnym rynku mamy do czynienia z kilkoma trendami, które mogą oznaczać kolejne fazy rozwoju motoryzacji. W każdym państwie ich kolejność i czas wdrożenia mogą być różne, w zależności od poziomu rozwoju gospodarki, zaawansowania technologicznego przemysłu motoryzacyjnego czy zamożności społeczeństwa. Bez wątpienia jednak mototrendem z największym potencjałem rozwoju w niemal wszystkich zbadanych przez nas krajach, w tym w Polsce, jest elektromobilność, czyli rozwój samochodów z napędem elektrycznym lub hybryd plug-in, które mają w przyszłości całkowicie zastąpić napędy tradycyjne. Z jednej strony taka zmiana z pewnością wykreuje popyt na ekoauta, z drugiej wpłynie – przyspieszy lub niestety spowolni – rozwój przemysłu motoryzacyjnego w Polsce. Kluczowa będzie tutaj gotowość polskich zakładów do przyjęcia najbardziej zaawansowanych technologicznie projektów oraz wsparcie rządu w ściąganiu do Polski nowych, dużych inwestycji takich jak fabryki jednego z największych światowych dostawców ogniw do samochodów elektrycznych LG Chem – twierdzi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems S.A.
Elektromobilność początkiem motorewolucji
Przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych uważają, że największy potencjał dla motobranży w Polsce ma rozwój aut elektrycznych (68 proc. wskazań). Więcej entuzjastów tego trendu znajdziemy tylko w Turcji – aż 76 proc. producentów. Najmniejsze grono ekooptymistów jest w Rosji oraz Czechach. Trendem z nieco mniejszym potencjałem jest car sharing, czyli współdzielenie przez wiele osób jednego pojazdu. W Polsce co piąty respondent uważa, że rozwój car sharingu istotnie wpłynie na produkcję motoryzacyjną, w Rosji już niemal co drugi, a na Słowacji co czwarty. Warto zwrócić uwagę na jeszcze niewielką rolę, jaką producenci w Polsce upatrują w pojazdach autonomicznych (tylko 4 proc. wskazań). Zdecydowanie większymi optymistami w tym zakresie są Węgrzy (43 proc.) oraz Czesi (23 proc.).
Polskie zakłady motoryzacyjne nie stoją w miejscu
Fabryki motoryzacyjne w naszym kraju już od dłuższego czasu pracują nad przygotowaniami do powyższych trendów i są aktywnymi uczestnikami globalnej motorewolucji. Polskę, obok Czech i Turcji, możemy zaliczyć do grona państw technologicznie zaawansowanych. Nad Wisłą, w prawie 4 na 10 firm działają już komórki odpowiedzialne za badania i innowacyjność, a w 3 na 10 są produkowane części do ekoaut i pojazdów autonomicznych. Kolejne 14 proc. zamierza wkrótce rozpocząć przygotowania związane z motoinnowacyjnością, a tylko co dziesiąty przedstawiciel zakładu motoryzacyjnego nie ma w planach wdrażania nowych technologii.
Biorąc pod uwagę odsetek firm posiadających dział badań i rozwoju oraz produkujących części do aut ekologicznych, nieoczekiwanie to Węgry zasługują na miano kraju najlepiej przygotowanego do wdrażania innowacji w branży automotive. W tym kraju ponad połowa firm zadeklarowała posiadanie działu badań i nowych technologii (57 proc.), a 43 proc. produkuje już części do aut przyszłości.
Co ciekawe, w Niemczech, tylko co piąty przedstawiciel zakładu motoryzacyjnego deklaruje produkcję części do ekoaut, a 22 proc. posiadanie działu badań i innowacji. Poważne plany gonienia technologicznych potentatów mają za to Rumunia i Rosja, w których odpowiednio 47 proc. i 32 proc. firm motoryzacyjnych zamierza rozpocząć przygotowania do wdrażania innowacji.
Polacy innowacyjni częściowo, czyli o motoszansach
Producenci motoryzacyjni w Polsce liczą, iż dzięki nadchodzącej rewolucji technologicznej w naszym kraju umocni się ten obszar, w którym jesteśmy liderem regionu już od kilku lat. Połowa z nich ma nadzieję, że powstanie nowa fabryka części i podzespołów, a 48 proc., że zwiększy się wolumen zamówień na części i podzespoły produkowane w już istniejących zakładach. Nie brakuje jednak optymistów, którzy liczą, że w naszym kraju zostanie zlokalizowana nowa fabryka aut elektrycznych lub hybrydowych (41 proc. wskazań).
W odróżnieniu od nas, Niemcy i Słowacy w rozwoju motoryzacji 4.0 upatrują przede wszystkim szans na rozszerzenie produkcji o nową gałąź technologiczną (odpowiednio 56 proc. i 47 proc. wskazań), zaś Rumuni najmocniej wierzą w powstanie zakładu produkującego auta ekologiczne (47 proc. odpowiedzi). Bardziej tradycyjne podejście do wpływu innowacji na branże motoryzacyjną wykazują Rosjanie i Węgrzy, dostrzegający szansę na zwiększenie zamówień i powstanie nowej fabryki części.
Strach ma wielkie oczy, czyli o motozagrożeniach
Innowacje technologiczne to nie tylko szanse na rozwój, ale również potencjalne zagrożenia. W obliczu czekających branżę motoryzacyjną zmian, polscy respondenci najbardziej obawiają się zmniejszenia liczby zamówień w istniejących już fabrykach w Polsce (38 proc.), spadku sprzedaży i produkcji pojazdów (36 proc.) oraz niewystarczającego wsparcia rządowego dla sektora automotive (30 proc.). Co czwarty ankietowany jest zaniepokojony opóźnieniem technologicznym Polski w stosunku do innych krajów biorących udział w wyścigu innowacyjności.
Czesi i Słowacy za największe zagrożenie uznają spadek sprzedaży i produkcji aut, natomiast Turcy i Węgrzy wskazują na wysokie koszty. 44 proc. Niemców obawia się zamknięcia fabryk, a 47 proc. Rosjan, podobnie jak Polacy, efektów opóźnienia technologicznego swojego kraju.
5 lat za Doliną Krzemową i Państwem Środka
Przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych zapytani o to, ile Polska potrzebuje czasu, że dogonić najbardziej zaawansowane rynki motoryzacyjne pod względem technologicznym i mentalnym, takie jak Stany Zjednoczone czy Chiny, są optymistami. Niemal połowa twierdzi, że nasz kraj jest w stanie je doścignąć w ciągu najbliższych 5 lat. Jeszcze więcej producentów patrzących na przyszłość „przez różowe okulary” znajdziemy na Słowacji (56 proc.). Optymizm studzi Mario Herger, analityk zachodzących zmian technologicznych oraz badacz ich wpływu na społeczeństwo i gospodarkę, konsultant firm z listy Fortune 500, od kilkunastu lat mieszkający w Dolinie Krzemowej.
– Badanie Exact Systems pokazuje jedno – kierownicy polskich zakładów motoryzacyjnych muszą wydostać się z bańki, ominąć niemieckie fabryki samochodów i odwiedzić Dolinę Krzemową oraz Chiny. Jeśli wierzą, że są pięć lat za innymi gospodarkami w dziedzinie technologii motoryzacyjnej, to w rzeczywistości zajmie im to dziesięć lat. To prowadzi mnie do pytania, jakie są ambicje Polski? Zostać naśladowcą czy skorzystać z okazji, aby uczynić technologiczny przeskok i zostać globalnym liderem? W drugim przypadku, polski przemysł musi zmienić postawę, odrzucić inwestycje w odziedziczone technologie i zainwestować w innowacje. Musi również szukać talentów z umiejętnościami, których tradycyjnie nie zatrudniali, takich jak eksperci od danych czy specjaliści od AI – zwraca uwagę Mario Herger, Foresight Thinking Consultant.
Metodologia badania
Badanie „MotoBarometr 2018. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 597 respondentów z 9 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania).
Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od kwietnia do lipca 2018 roku.
Ostatni w 2018 roku pomiar Barometru EFL[1]pokazuje dalszy spadek nastrojów wśród mikro, małych i średnich przedsiębiorców. Po najniższym w III kwartale br. poziomie wskaźnika od początku 2015 roku (od kiedy jest realizowane badanie), w ostatnim osiągnął wartość jeszcze niższą – 51,1 pkt. (-1,8 pkt. kw./kw.). Zauważalny jest spory pesymizm w odniesieniu do planowanych inwestycji – więcej firm spodziewa się ich spadku niż wzrostu. Na taki wyniki, decydujący wpływ w opinii samych zainteresowanych ma sytuacja na rynku pracy. Ponad 57 proc. wskazuje na problemy ze znalezieniem pracowników, a 48 proc. na rosnące oczekiwania płacowe. Mniejsze znaczenie mają nowe przepisy związane z RODO czy split payment.
Eksperci EFL podkreślają, że pod koniec 2018 roku kontynuowana jest tendencja z poprzednich lat, gdy między trzecim a czwartym kwartałem odczyt Barometru EFL spada.
Zbliżamy się do niebezpiecznej granicy
Wynik Barometru EFL na IV kwartał 2018 roku wyniósł 51,1 pkt., czyli był o 1,8 pkt. proc. niższy w porównaniu do III kwartału br. i o 7,1 pkt. niższy niż w analogicznym okresie 2017 roku. Jednak obecnie wartość Barometru jest na zdecydowanie najniższym poziomie od ponad 3 lat (pierwszy Barometr EFL realizowany był w I kwartale 2015 roku) i niewiele brakuje do osiągnięcia granicy 50 pkt., poniżej której mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa widzą niekorzystne warunki do rozwoju w najbliższych miesiącach.
Najpierw rynek pracy, potem RODO i split payment
Wśród wskazywanych czynników mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa, zapytani wskazali przede wszystkim te wynikające z sytuacji na rynku pracy. 57,4 proc. z nich wymieniło problemy ze znalezieniem pracowników, a 48,4 proc. rosnące oczekiwania płacowe. Istotnym elementem rzutującym na sytuację firm może okazać się sezonowy spadek popytu na produkty lub usługi w nadchodzącym kwartale (48,9 proc.). Mniejsze znaczenie będą miały wchodzące w życie nowe przepisy dotyczące przedsiębiorców, w tym split payment (13,8 proc.), RODO (13,2 proc.), czy też związane z podpisem elektronicznym (5,4 proc.).
Te wyniki korespondują z makroekonomicznymi danymi i powszechnymi opiniami przedsiębiorców mówiącymi, że rekordowo niskie bezrobocie utrudnia pozyskiwanie jakichkolwiek pracowników – nie tylko specjalistów, lecz także pracowników niewykwalifikowanych.
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
– To, jak zarządzający firmami oceniają własną sytuacją oraz plany na przyszłość, mocno koresponduje z tym, co dzieje się w otoczeniu społeczno-gospodarczym. A na nie od kilku miesięcy największy wpływ ma sytuacja na rynku pracy.Z szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że we wrześniu br. stopa bezrobocia wyniosła zaledwie 5,8 proc. Jednocześnie ciągle rośnie liczba wolnych miejsc pracy – jak podaje GUS, na koniec II kwartału tego roku mieliśmy niemal 165 tys. wakatów, czyli aż o 35% więcej niż rok wcześniej. Widać to w naszym najnowszym odczycie Barometru, w którym po raz pierwszy zapytaliśmy o przyczyny możliwego pogorszenia sytuacji. Na pierwszy plan wysunęły się właśnie czynniki związane z zatrudnieniem – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.
Mniej inwestycyjnych optymistów
Na wyraźny spadek nastrojów w sektorze MŚP wpływ miał przede wszystkim wyższy odsetek pesymistów (29 proc.) niż optymistów (23,5 proc.) w przypadku planów inwestycyjnych. W porównaniu do poprzedniego kwartału optymistów jest mniej o 2,5 p.p., natomiast grupa pesymistów lekko się zwiększyła (+1,4 p.p.). Warto spojrzeć w przeszłość i zobaczyć, że liczba inwestycyjnych optymistów jest jedną z najniższych w ciągu ostatnich czterech lat. Niższy odsetek był tylko w IV kwartale 2016 roku (22 proc.) oraz II kwartale 2016 roku (22,9 proc.).
Bez szału zakupowego
W przypadku oceny poziomu sprzedaży odsetek optymistów jest dokładnie taki sam jak rok temu (28,3 proc.), lecz odsetek pesymistów zdecydowanie wzrósł (z 7,2 do 22 proc). Również w porównaniu do poprzedniego kwartału mamy mniej przedsiębiorców, którzy spodziewają się większych zamówień (-3,4 p.p.), a więcej tych, którzy obawiają się mniejszego zapotrzebowania na ich produkty lub usługi, przybyło (z 17,2 proc. do 22 proc.). Szacowany spadek sprzedaży pociągnął za sobą mniej optymistyczne oceny dotyczące płynności finansowej w porównaniu do ubiegłego kwartału. Odsetek osób spodziewających się wzrostu płynności finansowej wyniósł 18 proc., o ponad 2 p.p. mniej w ujęciu kwartalnym.