Herkules planuje przejąć Trinac Polska za 10 mln euro

Herkules S.A., notowana na GPW spółka będąca liderem usług sprzętowych w zakresie wynajmu urządzeń dźwigowych, złożyła wiążącą ofertę nabycia 100 proc. udziałów Trinac Polska Sp. z o.o. za kwotę 10 mln euro. Akwizycja może zwiększyć zasoby sprzętowe żurawi wieżowych Grupy Herkules o blisko 50 proc. Finansowanie transakcji będą stanowić środki własne oraz dług bankowy. Spółka prowadzi negocjacje, których termin ma minąć jeszcze w tym miesiącu.

W dniu 13 września 2018 r. Herkules S.A. złożyła wiążącą ofertę dotyczącą akwizycji spółki Trinac Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Firma jest spółką – córką niemieckiej firmy Trinac GmbH, której właścicielem jest globalne przedsiębiorstwo budowlane HOCHTIEF Solutions. Wartość transakcji może wynieść w przeliczeniu na PLN około 43 mln zł, a jej finansowanie opiera się w 30 proc. na środkach własnych, w pozostałej części na długu bankowym.

Pozostajemy dobrej myśli w zakresie pomyślnego zakończenia rozmów ze sprzedającym, które toczą się już kilka miesięcy. W wyniku akwizycji Herkules może umocnić swoją pozycję rynkową w sektorze żurawi wieżowych dzięki poszerzeniu parku maszynowego i pozyskaniu dużej liczby żurawi w wysokich grupach udźwigu, które najbardziej nas interesują. Liczymy także na pozyskanie nowych odbiorców – powiedział Grzegorz Żółcik, Prezes Zarządu Herkules S.A. – Jednocześnie, jeśli transakcja dojdzie do skutku, nie wykluczamy rozpoczęcia rozmów nad pozyskaniem drugiej spółki działającej na rynku żurawi wieżowych w Niemczech – Trinac GmbH, czyli podmiotu faktycznie sprzedającego nam w chwili obecnej polską część biznesu.

Trinac Polska dysponuje istotnym zapleczem sprzętowym. To około 120 żurawi wieżowych własnych od 30 do 630 tm takich producentów, jak Liebherr, Wolff i Potain oraz podnajmowanych w ilości około 30 szt. Dzięki oczekiwanej akwizycji, Herkules może w przyszłości łącznie dysponować około 430 żurawiami, co stanowi wzrost o blisko 50 proc. w stosunku do obecnie posiadanego parku maszynowego. Jednocześnie szacuje się, że udział rynkowy Herkulesa w tej branży może wzrosnąć do 25 proc., a spółka wzmocnić może swoją pozycję szczególnie w takich sektorach jak budownictwo infrastrukturalne, mieszkaniowe i biurowe.

Trinac Polska jest obecna na polskim rynku od 18 lat, a jej sprzęt w tym okresie brał udział w realizacji wielu inwestycji budowlanych, takich jak centra handlowe, logistyczne, obiekty mieszkaniowe czy lotniska, współpracując także w wielu wypadkach z Herkules S.A. Przedsiębiorstwo posiada bazy terenowe w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. W 2017 r. Trinac Polska wypracował 62,8 mln zł przychodów ze sprzedaży oraz 8,9 mln zł zysku EBITDA.

Oceniamy, że stabilne wyniki finansowe oraz szacowane przyszłe przepływy operacyjne Trinaca pozwolą nam na w miarę szybki zwrot z inwestycji. Podobny efekt przejęcia osiągnęliśmy w przypadku PGMB Budopol, gdzie efektywna restrukturyzacja i atrakcyjne aktywa pozwoliły wygenerować wyniki i przepływy pokrywające szybko cenę nabycia.– dodał Prezes Zarządu Herkules S.A.

Planowane przez Herkulesa przejęcie może być kolejnym krokiem w stronę istotnego zwiększenia przychodów i rozmiarów działalności, po pozyskaniu kontraktu dla PKP PLK na budowę infrastruktury systemu ERTMS/GSM-R, który w latach 2019 – 2022 zwiększy roczne przychody Spółki o około 70 mln złotych rocznie.

Sztuczna inteligencja w przemyśle w 2021 osiągnie wartość 72 mld dolarów

Wydajność na niespotykanym dotychczas poziomie i nowy wymiar współpracy pomiędzy ludźmi a maszynami – takie ma być pokłosie popularyzacji sztucznej inteligencji. Najnowszy raport opracowany przez Deloitte we współpracy z Singularity University wskazuje na nią, jako na jedną z technologii, które w najbliższych latach dokonają znaczącej transformacji w globalnym przemyśle. Analitycy przewidują, że rynek SI rosnąć będzie w tempie 55,1 proc rdr, by już w 2021 r. osiągnąć wartość 72 miliardów dolarów.

Według Deloitte najbliższe lata miną pod znakiem rozwoju przemysłowego, którego motorem napędowym będą nowe technologie. Dzięki nim firmy mają zwiększać swoją konkurencyjność i ekonomiczny dobrobyt. Wiodący wytwórcy przemysłowi z całego świata już od dłuższego czasu dążą do integracji świata fizycznego z cyfrowym poprzez nowoczesny sprzęt, czujniki, internet rzeczy, zaawansowane oprogramowanie i analitykę wielkich zbiorów danych. Wszystko po to, by stworzyć inteligentne fabryki, zoptymalizować procesy i poprawić komunikację pomiędzy konsumentami, dostawcami i producentami. Kierunek na Przemysł 4.0 obrali wszyscy najwięksi producenci, dokładając starań, by wdrażane przez nich rozwiązania nie były wyłącznie dodatkowymi pozycjami na liście wykorzystywanych technologii. – Celem jest prawdziwa cyfrowa dojrzałość, która wymaga od przedsiębiorstw dostosowania się do zmieniającego się rynku poprzez zmianę sposobu zarządzania organizacją. Biznes napędzany danymi to idea, która w firmach produkcyjnych sprawdza się jak nigdzie indziej. To właśnie gromadząc coraz więcej cyfrowych informacji i wyciągając z nich wnioski sprawiamy, że fabryki pracują z większą efektywnością, zmniejszają się koszty operacyjne, a z linii produkcyjnej schodzi coraz mniej wadliwych produktów – wyjaśnia Piotr Rojek z DSR, która wspólnie z Alphamoon.ai współtworzy projekt AI 4FACTORY. Zakłada on realizację pogłębionych audytów w firmach produkcyjnych, mających wyłonić obszary ich działalności nadające się do optymalizacji przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji.

Analizujemy dostępne w firmie dane, badamy czy SI może rzeczywiście stanowić dla klienta wartość dodaną i sprawdzamy możliwość integracji z istniejącymi systemami. Dopiero wtedy możemy zaproponować konkretne rozwiązanie, którego implementacja przyniesie wymierne korzyści – opisuje metodologię audytów Michał Staśkiewicz, prezes zarządu Alphamoon.ai, wrocławskiej firmy dostarczającej rozwiązania oparte o sztuczną inteligencję.

Danych zbieranych przez przedsiębiorstwa produkcyjne jest coraz więcej, stąd rosnące zapotrzebowanie na narzędzia analityczne, które przyczynią się do ich monetyzacji. Pole do popisu dla sztucznej inteligencji pojawia się wszędzie tam, gdzie analiza danych wykracza poza ludzkie możliwości, ponieważ ich liczba jest zbyt wysoka, a struktura zbyt różnorodna. Nie dziwi więc fakt, że w raporcie „Exponential technologies in manufacturing” opracowanym przez Deloitte we współpracy z Singularity University, SI wymieniona jest jako kluczowa technologia, która w najbliższych latach ma przyczynić się do rozwoju v przemysłu. Zdaniem analityków z Deloitte jej rynek będzie rosnąć w tempie 55,1 proc rdr i już w 2021 osiągnie wartość 72 miliardów dolarów.

SI trafi do polski z opóźnieniem?

Taki wzrost oznacza, że rozwiązania oparte o sztuczną inteligencję zaleją niebawem zachodnie fabryki. Nad Wisłą ich penetracja postępować będzie wolniej, ponieważ rodzime przedsiębiorstwa wciąż nie odrobiły lekcji z Przemysłu 4.0 i pozostają w tyle w dziedzinie przetwarzania cyfrowych informacji. Raport opublikowany niedawno przez ASD consulting przedstawia smutny obraz polskiego przemysłu, w którym aż 84 proc. producentów gromadzi dane ręcznie, a co czwarty przetwarza je analogowo w formie papierowej. Systemami skanowania i kodami kreskowymi wspomaga się jedynie 16 proc. badanych, a zautomatyzowane procesy gromadzenia cyfrowych informacji z cyklu produkcyjnego wykorzystuje niespełna 12 proc. – Taki stan rzeczy nie napawa optymizmem. Bez dobrej jakości danych gromadzonych przez dłuższy czas algorytmy sztucznej inteligencji nie dadzą dobrych odpowiedzi. Musimy mieć czym je nakarmić, tylko wtedy odpłacą się nam wartościowymi spostrzeżeniami – tłumaczy Michał Staśkiewicz z Alphamoon.ai.

Samo gromadzenie danych to dopiero początek, a automatyzacja tego procesu nie jest równoznaczna z wdrożeniem sztucznej inteligencji. Jak zaznacza Staśkiewicz, na zachodnich rynkach istnieje niewielkie grono firm produkcyjnych, które inwestują w SI. Na tej liście znajdują się m.in. Siemens i General Electric. Większości producentów, również tych z pierwszej ligi, dopiero rozpoczyna swoją przygodę z tą technologią.

Science fiction w fabrykach

Jaka jest przyszłość SI w firmach produkcyjnych? Według Deloitte kolejna rewolucja przemysłowa polegać będzie na ścisłej współpracy ludzi z obdarzonymi kognitywnymi zdolnościami maszynami. Do takiego wniosku doszli autorzy raportu po „Exponential technologies in manufacturing” po zbadaniu opinii liderów z obszaru nowych technologii i dyrektorów produkcji w największych firmach działających na globalnym rynku.Jeśli sprawy potoczą się tym torem, to fatalistyczne prognozy o robotach pozbawiających ludzi miejsc pracy będzie można włożyć między bajki. Jeśli wierzyć twórcom raportu, czeka nas przyszłość, w której ludzka inteligencja i sztuczna będą względem siebie komplementarne – każda z nich dostarczać będzie unikalną wartość wynikającą z jej mocnych, unikalnych stron. Żmudne, powtarzalne czynności spadną na maszyny, podczas gdy pracownicy z krwi i kości zajmą się tym co kreatywne, wymagające krytycznego myślenia, przewidywania i dozy wrażliwości. Istotny dla rynku pracy jest również fakt, że roboty nie obejdą się bez konserwacji i jak na razie są w tej potrzebie całkowicie zdane na naszą łaskę. Im więcej maszyn, tym więcej napraw, a co za tym idzie – większe zapotrzebowania kadrowe.

Przygotowanie co-botów do wykonywania nowych zadań i działania w różnorodnych środowiskach pracy ma być niezwykle proste. Przyczynią się do tego zaawansowane algorytmy uczenia maszynowego, łatwe w obsłudze interfejsy oraz systemy ręcznej kontroli, które można wykorzystać, by nauczyć robota wykonywania określonych czynności. Taka forma programowania odbywa się przez zapamiętywanie sekwencji ruchów wykonanych przez człowieka i nie wymaga konwencjonalnego kodowania. – Takie maszyny są już dostępne na rynku, potrafią poruszać się tak, by nie stanowić zagrożenia dla ludzi, a dla bezpieczeństwa producenci wyposażyli je w specjalne ochraniacze. Z tego samego powodu siła, z jaką wykonują zadania została mocno ograniczona. W przyszłości będziemy oglądać je coraz częściej, na razie jednak wciąż stanowią niszę. To technologia, która dopiero raczkuje i potrzeba czasu, by rozwinęła się na tyle, by mogła w pełni sprostać naszym oczekiwaniom – ocenia Piotr Rojek.

O tym, że na integrację inteligentnych robotów z ludźmi przyjdzie nam jeszcze sporo poczekać świadczy również badanie „2017 Deloitte Global Human Capital Trends”. Wynika z niego, że że 41 proc. firm w pełni wdrożyło technologie kognitywne lub uczyniło w tym kierunku znaczące kroki, jednak zaledwie 17 proc. dyrektorów zarządzających deklaruje gotowość do wspólnej pracy ludzi i robotów.

Nowy dyrektor generalny Avis na Polskę i Czechy

Warszawa, 12 września 2018 – Sascha Hümmerich objął funkcję nowego dyrektora generalnego Avis Budget Group – dostawcy usług wynajmu samochodów i rozwiązań z zakresu mobilności – na Polskę i Czechy. W swojej nowej roli, Hummerich odpowiada za zarządzanie markami Avis i Budget oraz rozwój biznesu w obu krajach w oparciu o realizację strategii mobilności Avis Budget Group.

Sascha Hummerich
Sascha Hümmerich

Sascha Hümmerich jest związany z Avis Budget Group od ponad 15 lat. W tym czasie pełnił szereg funkcji kierowniczych. Zarządzał punktami wynajmu aut w Düsseldorfie oraz Kolonii, był również Local Market Managerem dla obydwu miast, a następnie dla całego Zagłębia Ruhry. Od marca 2016 do końca lipca 2018 roku Hümmerich pełnił w Avis funkcję Head of Airports dla Kolonii, Frankfurtu, Hahn, Norymbergi, Stuttgartu oraz Monachium.

To dla mnie zaszczyt móc objąć kierownictwo nad działalnością Avis Budget Group w Polsce i w Czechach – powiedział Sascha Hümmerich. – Cieszę się z mojej nowej roli w Avis Budget Group – giganta w dziedzinie wynajmu samochodów, który stale wprowadza innowacje w branży i rozwija swoją działalność na rynku jako wiodący dostawca rozwiązań z zakresu mobilności – podkreślił.

Przedawnienie zobowiązania podatkowego a wszczęcie postępowania karnoskarbowego – komentarz do uchwały NSA, sygn. akt I FPS 1/18

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

18 czerwca 2018 r. Naczelny Sąd Administracyjny w składzie siedmiu sędziów wydał kolejną niekorzystną dla podatników uchwałę dotyczącą przedawnienia zobowiązania podatkowego. Przedmiotem rozstrzygnięcia było ustalenie, w jaki sposób podatnik powinien zostać poinformowany o wszczęciu postępowania karnoskarbowego, aby można było mówić o skutecznym zawieszeniu biegu terminu przedawnienia.

Stan faktyczny

Podatnik, będący spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, dokonywał w 2009 r. odliczenia podatku VAT naliczonego z faktur dokumentujących zakup usług budowlanych. W toku postępowania organy administracji podatkowej ustaliły jednak, że czynności wykazywane przez podatnika nie zostały w rzeczywistości dokonane, a zatem odliczenie VAT było bezprawne. W konsekwencji Urząd Skarbowy wydał decyzję ustalającą należność podatkową obejmującą podatek za okres od stycznia do grudnia 2009 r. Podatnik odwołał się od tej decyzji, podnosząc między innymi, że doszło do przedawnienia zobowiązania podatkowego. Samo wszczęcie postępowania karnego w 2014 r. nie wywołało bowiem skutku w postaci zawieszenia biegu przedawnienia. Członkowie zarządu odebrali jedynie wezwanie do osobistego stawiennictwa w charakterze podejrzanych w sprawie o przestępstwo skarbowe, ale nie łączyło się to z poinformowaniem ich o zawieszeniu biegu przedawnienia zobowiązań podatkowych, a nadto nie wskazano konkretnego zobowiązania. Co prawda kolejno rozpatrujące sprawę organy miały zastrzeżenia co do samego ustalenia kwoty zobowiązania podatkowego, to jednak zgodnie twierdziły, że w sprawie nie doszło do przedawnienia.

Sądowy finał sprawy

Ostatecznie sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Łodzi, który przyznał rację Dyrektorowi Izby Skarbowej, wydającemu wcześniejszą decyzję. Sąd uznał, że strona musiała być świadoma tego, jakiego zobowiązania podatkowego dotyczy zawieszenie biegu przedawnienia, ponieważ w doręczonym podatnikowi piśmie wskazano, że chodzi o zobowiązania w podatku VAT za okres od stycznia 2009 r. do października 2010 r. oraz opisano przesłankę tego przedawnienia. Na gruncie obowiązujących przepisów nie ma wątpliwości, że skutek przedawnienia nie nastąpi, jeżeli zawiadomiono podatnika o wszczęciu postępowania w sprawie o przestępstwo lub wykroczenie skarbowe. Przepis wskazuje jedynie, że konieczne jest, aby zawiadomienie dotarło do podatnika przed upływem terminu przedawnienia. Ostateczne rozstrzygnięcie sprawy należało natomiast do Naczelnego Sądu Administracyjnego na skutek skargi kasacyjnej wniesionej przez podatnika. NSA zakończył spór, stwierdzając, że „zawiadomienie podatnika dokonane na podstawie art. 70c Ordynacji podatkowej informujące, że z określonym, co do daty dniem, na skutek przesłanki z art. 70 § 6 pkt 1 Ordynacji podatkowej nastąpiło zawieszenie biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego podatnika za wskazany okres rozliczeniowy, jest wystarczające do stwierdzenia, że nastąpiło zawieszenie biegu terminu przedawnienia tego zobowiązania na podstawie art. 70 § 6 pkt 1 wyżej wymienionej ustawy”.

Kiedy zobowiązanie się przedawnia?

Zgodnie z przepisami Ordynacji podatkowej bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu w pięciu sytuacjach. Po pierwsze wtedy, gdy nastąpiło wszczęcie postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania. Po drugie wtedy, gdy nastąpiło wniesienie skargi do sądu administracyjnego na decyzję dotyczącą tego zobowiązania. Po trzecie w sytuacji, gdy wniesiono żądanie ustalenia przez sąd powszechny istnienia lub nieistnienia stosunku prawnego lub prawa. Po czwarte, gdy doręczono postanowienie o przyjęciu zabezpieczenia wykonania decyzji nakładającej obowiązek podlegający wykonaniu w trybie przepisów o postępowaniu egzekucyjnym w administracji lub, w odniesieniu do określonych sytuacji, doręczono zarządzenie zabezpieczenia. Po piąte w przypadku doręczenia zawiadomienia o przystąpieniu do zabezpieczenia na podstawie tytułu wykonawczego, stanowiącego podstawę do wszczęcia tego postępowania. W omawianym stanie faktycznym organy administracji publicznej, a potem sądy, podnosiły zaistnienie sytuacji określonej w pierwszym przypadku.

Kontrowersje wokół dyspozycji art. 70c Ordynacji podatkowej

W oparciu o art. 70c Ordynacji podatkowej organ podatkowy właściwy w sprawie zobowiązania podatkowego, z którego niewykonaniem wiążę się podejrzenie popełnienia przestępstwa skarbowego lub wykroczenia skarbowego, zawiadamia podatnika o nierozpoczęciu lub zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego, najpóźniej z upływem terminu przedawnienia. Przepisy nie wskazują przy tym, jaką formę lub treść powinno mieć takie zawiadomienie. Dotychczasowe orzecznictwo sądów (sformułowane między innymi w wyrokach NSA – sygn. akt I FSK 1729/15 oraz sygn. akt I FSK 1498/14) oraz stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich wskazywało korzystną dla podatnika linię, odrzucającą takie lakonicznie sformułowane pisma. Tym bardziej uchwała Naczelnego Sądu Administracyjnego z 18 czerwca 2018 r. dziwi i wywołuje poruszenie przede wszystkim w środowisku przedsiębiorców.

Niełatwy los podatników

Trudno znaleźć logiczne wytłumaczenie tak skrajnie różnego od dotychczas forsowanego przez organy administracji publicznej, Rzecznika Praw Obywatelskich oraz inne składy NSA stanowiska Naczelnego Sądu Administracyjnego. Wskazanie w doręczonym stronie zawiadomieniu, iż nastąpił skutek przesłanki z art. 70 § 6, nie stanowi wyczerpującej, kompleksowej i rzetelnej informacji na temat wszczęcia postępowania o przestępstwo lub wykroczenie skarbowe popełnione w związku z niewykonaniem zobowiązania podatkowego. Czy to oznacza kolejne celowe dręczenie polskiego podatnika przez organy państwa? Z pewnością można uznać to za nowy sposób na poszukiwanie dodatkowych źródeł wpływów budżetowych i cios wymierzony w polskich przedsiębiorców.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Vivid Games wchodzi w gry hyper-casual

W ramach nowej strategii publikacji gier hyper-casual Vivid Games zawarło umowę wydawniczą z chilijskim deweloperem Bekho Team. Przedmiotem umowy jest popularna na Facebook’u gra Endless Lake. Vivid Games wyda wersję dedykowaną systemom iOS i Android.

Zdecydowaliśmy o wejściu w segment hyper-casual, gier które charakteryzują się prostą rozgrywką, szeroką grupą odbiorców a także krótkimi cyklami produkcji. Gry tego typu monetyzują się głównie za pomocą wyświetlania reklam. Portfolio będzie pochodzić z programu wydawniczego, produkcji na zlecenie jak i wewnętrznej – zapowiada Remigiusz Kościelny, Prezes Vivid Games. –Nowy kierunek działalności pozwoli zmniejszyć ryzyko biznesowe m.in. dzięki częstym premierom jak również znacznie zwiększyć zasięg dotarcia wszystkich gier.

Dostępny m.in. w sieci Facebook Endless Lake cieszy się dużą popularnością . Od momentu premiery zagrało w nią ponad 60 mln graczy. Tytuł charakteryzuje się prostą i wciągająca mechaniką, oraz fantastyczną oprawą wizualną.

O wysokim potencjale chilijskiego rynku gier przekonaliśmy się w czerwcu tego roku, podczas wizyty w Ameryce Południowej. Jednym z poznanych tam zespołów developerskich jest Bekho Team, producent gry Endless Lake. Jest to gra o wysokiej jakości, sprawdzona już w kanałach online. Cieszę się, że to właśnie od niej rozpoczynamy nasz nowy program. – mówi Maciej Byczyński, Business Development Manager z Vivid Games.

Nowa strategia Spółki na kolejne lata obejmuje: publikację gier mobilnych mid-core, rozpoczęcie publikacji gier hyper-casual, intensyfikację działań marketingowych, rozwój kluczowych wewnętrznych technologii oraz maksymalizację metryk monetyzacyjnych. – Pozostajemy w segmencie gier mid-core, równocześnie rozpoczynając program gier hyper-casual, które cieszą się coraz większą popularnością. Planujemy wydawanie 2-3 gier wysokiej jakości z segmentu mid-core oraz dużej ilości gier hyper-casual każdego roku. Będziemy również zwiększać nakłady na bezpośredni marketing najlepszych gier
z portfolio oraz skupiać się na optymalizacji metryk użytkowych i monetyzacyjnych. Dzięki dwóm filarom będziemy w stanie czerpać wysokie przychody zarówno z wyświetlania reklam – dzięki dużej skali pobrań, jak również z mikropłatności tytułów mid-core.
–komentuje Kościelny.

Interpretacje podatkowe w Polsce nie gwarantują podatnikom odpowiedniego zabezpieczenia. Konieczna gruntowna reforma

System interpretacji podatkowych w Polsce wymaga daleko posuniętej reformy, ponieważ w aktualnym kształcie nie gwarantują one podatnikom odpowiedniego zabezpieczenia przed negatywnymi skutkami zmiany albo uchylenia interpretacji – taki jest podstawowy wniosek z najnowszej publikacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców wydanej w formule Business Paper.

Polski system podatkowy jest jednym z bardziej nieprzyjaznych systemów w Europie – doskonale świadczy o tym 51 miejsce w ostatniej edycji rankingu Paying Taxes. Ponad 75 proc. przedsiębiorców uważa, że niestabilność prawa jest jedną z największych przeszkód w prowadzeniu działalności gospodarczej. Nie ulega zatem wątpliwości, że Polska ma z systemem podatkowym poważny problem

– Od lat apelujemy do kolejnych rządów o radykalną zmianę systemu podatkowego, który jest fatalny, ale nasze prośby nie przynoszą skutków, robi się coraz gorzej – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP. – Nawet, gdy opublikowaliśmy materiał zawierający dokładnie opisaną koncepcję reformy, wraz ze wszystkimi niezbędnymi obliczeniami, zainteresowanie polityków zainicjowaniem tego projektu było znikome. To doskonale świadczy o tym, że jakość systemu podatkowego nie znajduje się wśród realnych priorytetów następujących po sobie ekip. Liczy się przede wszystkim, by pieniędzy do budżetu spływało wystarczająco dużo. To z jakim kosztem dla przedsiębiorców się to wiąże, jest dla polityków drugorzędne.

Instytucjami, które wprowadzono w celu złagodzenia skutków niejednoznaczności przepisów prawa podatkowego, są indywidualne i ogólne interpretacje prawa podatkowego. Te pierwsze dotyczą konkretnego stanu faktycznego albo zdarzenia przyszłego opisanego we wniosku, te drugie z kolei wydawane są przez Ministra Finansów w celu ujednolicenia stosowania prawa podatkowego przez organy.

W ciągu ostatnich lat mogliśmy zauważyć wyraźny trend zmniejszania się liczby wydawanych interpretacji indywidualnych – w 2017 roku wydano ich nieco ponad 25,5 tysiąca, najmniej od dekady. Zdecydowana większość interpretacji dotyczy podatku VAT, co jednoznacznie świadczy o tym, że to właśnie ta danina sprawia podatnikom najwięcej problemów.

– Rzeczywiście, liczba wydawanych interpretacji indywidualnych spada i wydaje się, że jest to pokłosie tego, iż przedsiębiorcy dostrzegają, w jak niewielkim stopniu ich one chronią – powiedział Jakub Bińkowski, sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji ZPP. – Pierwotna koncepcja klauzuli pewności prawa, gwarantująca podatnikom, że nie poniosą negatywnych skutków zmiany albo uchylenia interpretacji, dawała nadzieję, że ten poziom ochrony wzrośnie. Niestety, w toku prac w istotnym stopniu tę konstrukcję zmieniono.

Również interpretacji ogólnych wydano w 2017 roku mniej, niż rok wcześniej, bo zaledwie 6. Czy jednak jest to efekt poprawy jakości systemu podatkowego w Polsce? Zdaniem Cezarego Kaźmierczaka, oczywiście nie.

– Jakość polskiego systemu podatkowego pozostaje zła już od długiego czasu i raczej radykalnej poprawy w tym zakresie nie widzę – komentuje prezes ZPP Cezary Kaźmierczak. – Apeluję więc do rządu po raz kolejny o to, by uprościć przepisy i pozwolić przedsiębiorcom prowadzić swoje działalności, a nie spędzać godziny na interpretowaniu kolejnych ustaw i rozporządzeń.

Autonomiczne auta przyspieszają. Ich ciężarowe wersje niebawem na drogach publicznych?

Branże transportu i logistyki czeka potężna zmiana. Autonomiczne samochody dostawcze coraz częściej poruszają się w kontrolowanych środowiskach, takich jak porty czy duże tereny przemysłowe, a już za kilka lat pojawią się na publicznych drogach. Jak będzie wyglądał świat, w którym o zawodzie kierowcy samochodu ciężarowego będzie można poczytać w podręczniku do historii?

Według szacunków Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych (ZMPD), nad Wisłą aktualnie zatrudnionych jest około 700 tys. kierowców o uprawnieniach w ramach kategorii C, C+E i D. Pracują oni na pojazdach ciężarowych powyżej 7,5 t dopuszczalnej masy całkowitej oraz autobusach i autokarach. 50 tys. to kierowcy z zagranicy, głównie Ukraińcy i Białorusini, chociaż za kółkiem spotkamy również obywateli takich krajów jak Filipiny czy Indie. Mimo wsparcia obcokrajowców na polskim rynku wciąż brakuje rąk do pracy. Większość kierowców samochodów ciężarowych to osoby w wieku 40+, z czego spora część niebawem szykować się będzie do przejścia na emeryturę. – Szacujemy, że aktualnie mogłoby znaleźć zatrudnienie nawet 100 tys. kierowców. Przy normalnej wymianie kadrowej naszym zdaniem polski transport powinien zatrudniać 30-35 tys. kierowców rocznie – wylicza Tadeusz Wilk, dyrektor departamentu transportu w ZMPD. Podobnie sytuacja wygląda w innych krajach europejskich – kariera kierowcy ciężarowego stała się niszowa i decyduje się na nią coraz mniej osób wchodzących na rynek pracy. W efekcie, branża logistyczna i transportowa boryka się z kryzysem niedoboru kapitału ludzkiego, którego rozwiązaniem może leżeć w legalizacji i wdrożeniu do powszechnego użytku autonomicznych samochodów ciężarowych.

Pogoń za automatyzacją

W technologicznym wyścigu, którego zwycięzcy zaleją jezdnie pozbawionymi kierowców ciężarówkami, biorą udział najwięksi światowi giganci. O dominację na drogach ściągają się Daimler, Tesla, Volvo czy Waymo – przedsiębiorstwo należące do Alphabet Inc. Odwieczni rywale, Toyota i Volkswagen ogłosili niedawno współpracę, której celem jest rozwój elektrycznych i samoprowadzących się pojazdów ciężarowych. – Zmiany zachodzące w branży transportowej wiążą się z potrzebą dalszych inwestycji i zwiększenia możliwości technologicznych. Jesteśmy przekonani, że łącząc siły i wspólnie stawiając czoła tym wyzwaniom, zmienimy je w realne szanse – powiedział na wspólnej konferencji prasowej Volkswagena i Toyoty Andreas Renschler, szef działu ciężarówek i autobusów niemieckiego koncernu. Presja ciążąca na motoryzacyjnych gigantach, która skłoniła ich do współpracy, nie wzięła się znikąd. Firma consultingowa McKinsey & Company prognozuje, że jedna trzecia samochodów ciężarowych zjeżdżających z linii produkcyjnych do 2025 będzie wysoce autonomiczna.

O dominację na wschodzącym rynku pojazdów autonomicznych walczy niewielka grupa firm. Większość z nich dąży do wyeliminowania czynnika ludzkiego z procesu sterowania autem, jednak Daimler Trucks North America stawia na współpracę człowieka z komputerem. – Nie interesuje nas konkurowanie z naszymi klientami. Kierowcy zawsze będą częścią tego równania – twierdzi Peter Vaughan Schmidt, szef strategii w Daimler Trucks.

Z kolei Martin Daum, dyrektor generalny spółki przekonuje, że technologia umożliwiająca taką kooperację będzie gotowa do komercyjnego użytku dopiero za 5 lat, a na w pełni zautomatyzowane rozwiązania przyjdzie nam jeszcze sporo poczekać. – Mam na myśli samochód ciężarowy, który będzie podążać za innym pojazdem bez pomocy kierowcy – precyzuje Daum. Utworzenie kolumny zautomatyzowanych TIR-ów, podążających za wytyczającym szlak kierowcą, ma być możliwe dzięki bezprzewodowemu połączeniu pojazdów i synchronizacji hamowania. Ta wyważona perspektywa na rozwój autonomicznych technologii znajduje uzasadnienie w chłodnej kalkulacji. – Wywołując tylko jeden spowodowany błędem systemu wypadek na milion mil, tylko w Stanach Zjednoczonych mielibyśmy 100 wypadków dziennie. Nie przetrwalibyśmy tego – przewiduje dyrektor generalny Daimler Trucks.

Podobnego zdania jest Tadeusz Wilk, który nie wierzy, by autonomiczne samochody zalały polskie drogi w błyskawicznym tempie. – Na razie jesteśmy na etapie testów. Zatem minie jeszcze trochę czasu, kiedy takie pojazdy będą w powszechnym użytkowaniu. W Polsce aktualnie użytkowanych jest około 450 tys. pojazdów ciężarowych. Wymiana takiej liczby pojazdów na autonomiczne oznacza potężne koszty i czas. Z drugiej strony pojazdy te nie będą przecież „same myślały”, czyli mimo wszystko potrzebni będą obsługujący je operatorzy, jeżeli nie bezpośrednio w kabinie, to zdalnie. Oprócz umiejętności związanych z obsługą techniczną tych pojazdów będą oni musieli posiadać wiedzę związaną z ruchem drogowym, ale także z obsługą przewożonych ładunków, podobnie jak kierowcy obsługujący dzisiejsze pojazdy. Zatem liczba osób zajmujących się obsługą „tradycyjnych” pojazdów nie zmniejszy się radykalnie z dnia na dzień – uważa dyrektor departamentu transportu w ZMPD.

SI na drogach publicznych

Tymczasem władze amerykańsko-chińskiej firmy TuSimple, uznawanej za lidera w obszarze autonomicznych pojazdów użytkowych, zdają się nie podzielać tych zachowawczych poglądów. Aby udowodnić, że autonomiczne ciężarówki już dziś radzą sobie z wyzwaniami wynikającymi z poruszania się w terenie, firma postanowiła zaprezentować ich umiejętności na portowych terminalach kontenerowych. – To doskonałe miejsce dla autonomicznych ciężarówek. W tym środowisku możemy zaprezentować naszą technologię niedokonując żadnych zmian w infrastrukturze. To błyskawiczne wdrożenie – powiedział Chuck Price, wiceprezes ds. produktu w TuSimple.

Jego zdaniem to właśnie w miejscach o podobnej charakterystyce autonomiczne pojazdy użytkowe pojawią się najpierw, dużo wcześniej niż na drogach publicznych. Dla sceptyków, chwila ta budzi niezliczone obawy, jednak Greg Murphy, kierowca pojazdów ciężarowych z 40 letnim stażem nie ma wątpliwości, że ich komercyjny debiut okaże się sukcesem. – Ten system często radzi sobie lepiej ode mnie – zachwala autopilota stworzonego przez Otto, pracujący nad rozwojem autonomicznych pojazdów startup z San Francisco, który dwa lata temu trafił w ręce Ubera.

Eksperci są zgodni, że rozwój pojazdów autonomicznych w ostatnich latach obfituje w wiele spektakularnych sukcesów dotyczących między innymi dokładności i efektywności opracowanych algorytmów widzenia komputerowego (ang. computer vision) czy świadomości sytuacyjnej (ang. situation awareness). Również miniaturyzacja i integracja sensorów zbierających dane dla sztucznej inteligencji jest już na dużo wyższym poziomie. Jednakże progres technologiczny to również nowe zagrożenia, których nie udało się uniknąć nawet czołowym graczom, o czym przypomina Michał Staśkiewicz, prezes zarządu Alphamoon, polskiej firmy specjalizującej się w rozwoju i adaptacji rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję, w szczególności wykorzystujących metody uczenia maszynowego oraz głębokie sieci neuronowe. – W dziedzinie pojazdów autonomicznych jesteśmy obecnie mniej więcej w tym miejscu, w którym byliśmy w rozwoju komputerów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Istnieje jeszcze wiele obszarów wymagających dużego nakładu badawczego. Należą do nich między innymi problemy związane nauczeniem maszyny podejmowania moralnych decyzji. Na MIT realizowany jest projekt Moral Machines, w ramach którego zbierane są dane jak reaguje człowiek w sytuacji wyboru mniejszego zła. Dopóki nie nauczymy komputera podejmować poprawnych decyzji w każdych możliwych warunkach, nikt rozsądny nie dopuści pojazdów bez nadzoru do powszechnego użytku – twierdzi Staśkiewicz. Jego zdaniem innym sporym wyzwaniem dla całej branży jest również problem tzw. „przykładów mylących” (ang. adversarial examples), które mogą zostać wykorzystane do wprowadzenia w błąd algorytmów, spowodowania wypadku lub przejęcia kontroli nad samochodem. Przykład takiego ataku opisuje praca naukowa Evtimova i in. pt. „Robust Physical-World Attacks on Deep Learning Models”, której autorzy, poprzez naklejenie na znak STOP 4 kawałków taśmy klejącej sprawili, że system widzenia komputerowego odczytał znak STOP, jako znak ograniczenia prędkości do 45mph. W normalnych warunkach taka manipulacja mogłaby skończyć się tragicznie.

Chiny na czele transformacji?

Podczas gdy zachodnie firmy rozwijające technologię autopilota borykają się z nieaktualnym prawem, moralnymi dylematami i społecznym niepokojem, Państwo Środka otwiera się na autonomiczne pojazdy, stwarzając im przestrzeń do dynamicznego rozwoju. Skorzystał na tym tamtejszy startup Fabu Technology, który pochwalił się w czerwcu, że jego ciężarówki przeszły już testy na drogach publicznych i że jeszcze w tym roku planuje on przedstawić ofertę międzymiastowego transportu, która ma radykalnie zmienić kształt krajowego rynku przewozów towarowych. – Oczekujemy, że nasza autonomiczna ciężarówka już w tym roku osiągnie zdolność transportu ładunków cargo na terenie miast do 2019, a do 2020 pomiędzy prowincjami – mówi He Xiaofei, twórca Fabu. Mają one poruszać się po jezdniach 24/7 z maksymalną prędkością 70 km/h. – W porównaniu z autonomicznymi autami osobowymi, komercyjne pojazdy, takie jak samoprowadzące się ciężarówki, podążają z góry wyznaczonymi trasami, np. z jednego magazynu do drugiego, w stosunkowo prostych warunkach drogowych – zwraca uwagę He i dodaje, że jest to jeden z powodów, dla których wejdą one na rynek szybciej, niż autonomiczne samochody osobowe.

Jeśli ambitne plany Febu doczekają się realizacji, Chiny staną się pierwszym państwem, w którym takie auta, oddane do komercyjnego użytku, poruszać się będą po drogach publicznych. Już dziś Państwo Środka posiada największy na świecie rynek transportu drogowego, z przewozami na poziomie 6,1 bilionów tonokilometrów i flotą ponad 5 milionów ciężkich pojazdów i ponad 14 milionów lekkich i średnich ciężarówek – informuje globalna firma konsultingowa Bain Company. Jego automatyzacja dałaby Chinom pozycję lidera również w dziedzinie innowacji. Nie stanie się to jednak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, z czego twórca Fabu doskonale zdaje sobie sprawę. Na drodze do rozwoju autonomicznych pojazdów stoją liczne przeszkody, takie jak problemy ze stabilnością i manewrowością. By stawić im czoła chiński startup zamierza opracować dedykowane chipy, które zintegrowane z zaawansowanymi algorytmami mają poprawić szybkość reakcji autopilota oraz zoptymalizować zużycie energii pojazdów. – Czas reakcji zwyczajnych kierowców i współczesnych samochodów autonomicznych wynosi kolejno 0.7 s i 0.3 do 0.5 s. W przypadku naszych ciężarówek wyniesie on zaledwie 0.05 s. To szybciej niż u kierowców formuły 1 – ekscytuje się Cao Yu, współzałożyciel Fabu.

Lawina zmian

Wraz z popularyzacją autonomicznych samochodów dostawczych możemy spodziewać się zmian na wielu płaszczyznach. Najczęściej mówi się o masowych zwolnieniach i dezaktualizacji zawodu kierowcy, jednak to zaledwie wierzchołek góry lodowej. – W pełni zautomatyzowane floty znacząco usprawnią funkcjonowanie łańcucha dostaw. Takie samochody nie potrzebują postojów, mogą przemieszczać się nieustannie 24 godziny na dobę, nie trzeba opłacać im hoteli czy nadgodzin. Dążymy do tego, by zamawianie materiałów produkcyjnych odbywało się w sposób zautomatyzowany. Oprogramowanie do realizacji takich zamówień współpracować będzie z systemami obsługi autonomicznych pojazdów, tak że rola człowieka sprowadzać się będzie wyłącznie do akceptowania działań proponowanych przez inteligentne algorytmy – mówi Piotr Rojek z DSR, firmy wspierającej producentów w cyfryzacji, która od niedawna współpracuje z Alphamoon.ai w tworzeniu rozwiązań opartych o zaawansowane algorytmy sztucznej inteligencji. Jego zdaniem samoprowadzące się wózki widłowe i paletowe już niebawem zaleją magazyny, a ich rosnąca obecność zapowiada nadejście prawdziwej rewolucji.

Z badania przeprowadzonego przez PWC na amerykańskim rynku wynika, że już 9 proc. wytwórców przemysłowych zaadoptowało półautonomiczne lub autonomiczne rozwiązania transportowe, a kolejne 11 proc. zamierza sięgnąć po nie w ciągu najbliższych 3 lat. To dużo jak na nową technologię, co do której w branży wciąż istnieje wiele obaw. Jakie czynniki przemawiają na jej niekorzyść? Według PWC prawie 60 proc. producentów przyznało, że największą barierą powstrzymującą ich przed wdrożeniem takich rozwiązań są koszty, 42 proc. waha się uznając autonomiczne technologie za niedojrzałe, 32 proc. obawia się problemów z bezpieczeństwem, a drugie tyle skarży się na brak kompetencji kadrowych potrzebnych do obsługi tej klasy pojazdów. Mimo to, aż 90 proc. amerykańskich producentów uważa, że w pełni autonomiczne pojazdy pomogą im zaoszczędzić nawet 25 proc kosztów transportowych, a 65 proc. jest zdania, że wejdą one do powszechnego użytku w ciągu najbliższych 10 lat. – Niższe koszty operacji logistycznych to rzecz oczywista. Samoprowadzące się pojazdy ciężarowe przyczynią się również do zwiększenia płynności dostaw i szybszej ich realizacji, co poprawi dynamikę zakładów produkcyjnych i przyczyni się do oszczędności w obszarze gospodarki magazynowej. Nie zapominajmy jednak o największej zalecie tej technologii, jaką jest redukcja wypadków. Już dziś autopilot na drodze radzi sobie lepiej niż człowiek, nie męczy się i nie dekoncentruje, nie pisze też smsów, a z upływem czasu będzie tylko lepiej – uważa Piotr Rojek z DSR.

Zdaje się, że gdy komputer zyska status niezawodnego kierowcy, czas człowieka za kierownicą będzie policzony. Kiedy to się stanie? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać u futurystów, jednak wszystko wskazuje na to, że przyjemność z jazdy czerpać będziemy jeszcze przez długie lata, współdzieląc drogi z samochodami-widmami.

Obligacje skarbowe biją rekordy

W ciągu pierwszych ośmiu miesięcy oszczędzający przeznaczyli na zakup obligacji skarbowych prawie 8 mld zł, o ponad miliard złotych więcej niż w całym 2017 r. Największym powodzeniem cieszą się papiery o trzymiesięcznym terminie wykupu.

W sierpniu posiadacze oszczędności kupili obligacje skarbowe o wartości 1,04 mld zł. To już trzeci miesiąc z rzędu, w którym sprzedaż tych papierów przekracza miliard złotych. Od początku roku sprzedano ich za 7,9 mld zł, o 1,07 mld zł więcej niż w całym 2017 r. To wynik najlepszy w historii i wszystko wskazuje na to, że zainteresowanie obligacjami skarbowymi utrzyma się na bardzo wysokim poziomie także w kolejnych latach. Choć wartość obligacji w posiadaniu oszczędzających wciąż jest nieporównanie mniejsza w porównaniu do lokat bankowych, to jednak widać nasilający się ruch kapitału w kierunku papierów skarbowych.

Co ciekawe, największym powodzeniem cieszą się najniżej oprocentowane obligacje trzymiesięczne, pozwalające uzyskać 1,5 proc. odsetek w skali rocznej. To kolejny dowód na to, że posiadacze oszczędności zdecydowanie nie lubią zamrażać pieniędzy na dłuższe terminy, nawet za cenę mniejszych dochodów. Udział papierów trzymiesięcznych w sprzedaży ogółem sięgnął w sierpniu 42,7 proc. i był najwyższy w dotychczasowej historii tych obligacji (oferowane są one dopiero od października ubiegłego roku).

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Administracja USA zaprasza Chiny do wznowienia rozmów handlowych

Powiew optymizmu wokół tematu sporów handlowych przyniósł korektę siły USD i przetasowania w pozycjach przed wydarzeniami kolejnych kilkunastu godzin. Przed nami wielki dzień z decyzjami banków centralnych Eurolandu, Wielkiej Brytanii, ale też Turcji oraz z odczytem CPI z USA.

Główny doradca ekonomiczny Trumpa Larry Kudlow przekazał wczoraj, że administracja USA zaprasza Chiny do wznowienia rozmów handlowych. Rynek odczytał te doniesienia jako pretekst do ożywienia nadziei, że strony w końcu zakończą spór. Jednak mam obiekcje, czy rzeczywiście cokolwiek uległo zmianie. USA i Chiny „rozmawiają” ze sobą od wielu miesięcy, a relacje tylko się pogarszają. Mimo że na początku roku Chiny zgodziły się na pewne ustępstwa w formie zwiększenia importu z USA oraz otwarcia wewnętrznego rynku dla amerykańskich firm, prezydent Trump tylko rozszerza listę dóbr chińskich, które zostaną oclone, jeśli trafią do USA. Są limity tego, co Chiny mogą jeszcze zaoferować, w efekcie wspólne obrady przy stole negocjacyjnym nie oznaczają jeszcze, że strony odejdą od niego z podpisanym porozumieniem.

Rynek póki co wykorzystuje okazję, by pokrzepić się nadziejami załagodzenia sporów, a poobijane aktywa ryzykowne znalazły pretekst do odbicia. Inwestorzy zredukowali też pozycje w USD, które nie przyniosły wiele pożytku w ostatnich dniach, a obfity w wydarzenia czwartek skłaniał do ograniczenia ryzykownej ekspozycji. Z perspektywy USD najistotniejsze będą dane o inflacji z USA. Reakcja rynku na dane z USA uległa w ostatnim czasie zmianie i wzrosła wrażliwość na pozytywne publikacje, gdyż więcej oznak prężnego ożywienia umocni Fed w przekonaniu, że strategia kolejnych podwyżek stóp procentowych jest słuszna. Do niedawna rynek powątpiewał w determinację Fed i nawet zakładał pauzę w podwyżkach na początku przyszłego roku. Dlatego teraz po dobrych danych USD ma pole do umocnienia.

Trzy banki centralne są w centrum uwagi inwestorów, choć tylko jeden może mieć istotny wpływ na sentyment. W Turcji rynek liczy na podwyżkę stóp procentowych, ale zdania są podzielone, ile ona wyniesie. Konsensus zakłada podwyżkę główne stopy z 17,75 proc. do 21 proc., ale prognozy wahają się od 0 do 725 pb. Mam nieodparte wrażenie, że bank centralny kolejny raz ugnie się pod presją prezydenta Erdogana i nie zdecyduje się na odważny krok dla ustabilizowania liry, a podwyżka okaże za mała. Potwierdzenie braku niezależności banku centralnego bezie bardzo złą wiadomością dla TRY, ale także może zachwiać szerokim sentymentem rynkowym.

Posiedzenie EBC może być jednym z najbardziej bezbarwnych w ostatnim czasie, a rynek nie ma wobec niego wielkich oczekiwań. Bank ma jasno nakreśloną strategię wygaszenia programu skupu aktywów do końca tego roku i utrzymanie stóp procentowych na obecnym poziomie „do końca lata” 2019 r. Wczoraj anonimowe źródła donosiły, że EBC obniży prognozy wzrostu dla strefy euro, gdyż „globalne napięcia handlowe osłabiają popyt zewnętrzny”. Jeśli w nawiązaniu do tego prezes Draghi podkreśli nasilenie negatywnych ryzyk lub zwróci uwagę na zagrożenia płynące z polityki handlowej USA, będzie to gołębi sygnał.

W Wielkiej Brytanii polityka monetarna pozostaje na autopilocie do czasu, aż nie będzie jasne, jaką formę przyjmie Brexit i partnerstwo z UE po marcu 2019 r. Oczekujemy braku zmian w polityce monetarnej i jednomyślności członków MPC. Rynek niewiele oczekuje po komunikacie, bardziej będąc zainteresowanym informacjami dotyczącymi postępów negocjacji Brexitu, stąd wątpimy, aby w dokumencie GBP znalazł impuls do umocnienia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

IPOPEMA rusza z funduszem długu firm faktoringowych i pożyczkowych

IPOPEMA rusza z nowym funduszem długu – IPOPEMA Benefit 3 FIZAN. Fundusz ma mieć charakter bezpieczny i zakłada inwestycje przede wszystkim w instrumenty dłużne spółek prowadzących działalność faktoringową oraz pożyczkową w obszarze pożyczek dla przedsiębiorstw.

IPOPEMA Benefit 3 FIZAN to fundusz zamknięty aktywów niepublicznych, którego certyfikaty inwestycyjne są aktualnie przedmiotem oferty publicznej kierowanej do szerokiego grona adresatów. Emisja certyfikatów serii A potrwa do 20 września br. Strategia funduszu zakłada inwestycje przede wszystkim w instrumenty dłużne firm pożyczkowych (z wyłączeniem pożyczek konsumenckich) i niebankowych firm faktoringowych.

’’Inwestorzy na rynku funduszy inwestycyjnych od dłuższego czasu wykazują się niską akceptacją ryzyka, wybierając tzw. fundusze bezpieczne, o możliwie stabilnych oczekiwanych stopach zwrotu oraz zastosowanych mechanizmach zabezpieczeń. Mając na uwadze ten trend, dywersyfikujemy naszą ofertę i kierujemy uwagę naszych klientów m.in. na fundusze dłużne, w tym odpowiednio skonstruowane fundusze obligacji korporacyjnych’’ – podkreśla Maciej Jasiński, Dyrektor Zarządzający IPOPEMA TFI.

Silny nacisk na proces doboru lokat

Pomimo, iż fundusz tworzony jest z myślą o inwestorach oczekujących stóp zwrotu na poziomie przewyższającym oprocentowanie lokat bankowych, polityka IPOPEMA Benefit 3 FIZAN będzie bardzo restrykcyjna w zakresie selekcji partnerów, którym fundusz udzielać będzie finansowania. W konsekwencji, krąg podmiotów dopuszczonych do współpracy w okresie pierwszych 6-12 miesięcy działalności funduszu może być ograniczony nawet do 4-7 podmiotów.

‘’Spółki ubiegające się o finansowanie ze środków funduszu są aktualnie poddawane szczegółowej analizie ‘’due diligence’’, prowadzonej zarówno przez doradców prawnych, jak i audytora biznesowego. Wyznaczyliśmy szereg kryteriów, które emitenci instrumentów nabywanych przez fundusz muszą spełnić. W oparciu o te kryteria część podmiotów, z którymi prowadzone były wstępne rozmowy, została aktualnie odrzucona. Oczywiście w obecnych czasach trudno o jakiekolwiek gwarancje, natomiast nasze podejście do kwestii bezpieczeństwa portfela lokat funduszu opiera się na trzech filarach: (1) możliwie krótkoterminowym charakterze finansowania od 6 do 18 miesięcy, (2) dywersyfikacji portfela emitentów, (3) dywersyfikacji źródeł zabezpieczenia spłaty naszego finansowania – nawet na setki lub tysiące wierzytelności względem pojedynczych podmiotów korzystających z usług finansowanych przez nas firm faktoringowych i pożyczkowych’’ – dodaje Maciej Jasiński.

Dodatkowo fundusz korzystać będzie z usług ekspertów branżowych, którzy będą cyklicznie monitorować sytuację poszczególnych emitentów, w tym badać jakość portfela udzielanego przez tych emitentów finansowania faktoringowego i pożyczkowego.

Fundusz IPOPEMA Benefit 3 FIZAN adresowany jest do osób, które zakładają dłuższy horyzont inwestycyjny, dostosowany do ograniczonej płynności lokat.

Po zakończeniu subskrypcji certyfikatów inwestycyjnych oraz rejestracji funduszu w sądzie, IPOPEMA TFI złoży wniosek o dopuszczenie i wprowadzenie certyfikatów do obrotu na rynku podstawowym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. W celu zwiększenia płynności obrotu certyfikatami, Towarzystwo przewiduje zawarcie umowy z tzw. animatorem obrotu. Pierwszy wykup certyfikatów możliwy będzie po upływie 18 miesięcy od daty ich przydziału inwestorowi, zaś kolejne wykupy będą realizowane co pół roku. Minimalny zapis na certyfikaty inwestycyjne wynosi 2.500 zł.

IPOPEMA TFI SA jest największym pod względem aktywów w zarządzaniu niezależnym, tj. niezwiązanym z grupą bankową lub ubezpieczeniową, towarzystwem funduszy inwestycyjnych. Aktywa w zarządzaniu IPOPEMA TFI według stanu na koniec sierpnia br., wyniosły ok. 58 mld zł. W 2015 r. doszło do połączenia IPOPEMA TFI SA oraz IPOPEMA Asset Management SA (dawniej Credit Suisse Asset Management [Polska] SA). Towarzystwo wchodzi w skład grupy kapitałowej notowanej na GPW od 2009 r. IPOPEMA Securities SA.

80% użytkowników jest otwartych na przeprowadzkę za pracą

Trudności w pozyskaniu rąk do pracy skłaniają rekruterów do rozszerzania obszarów poszukiwań. Coraz częściej i chętniej z dystrybucją swoich ofert pracy wychodzą poza miasto, do którego rekrutują. Czy Polacy są gotowi na przeprowadzkę? Badanie Praca.pl pokazało, że tak, pod warunkiem otrzymania odpowiednio wysokiego wynagrodzenia.

Infografika-przeprowadzka za pracą-praca-plOdsetek aktywnych lub potencjalnie aktywnych zawodowo osób, zainteresowanych wyjazdem zarobkowym do innego kraju spadł do 11,8% i osiągnął najniższą od 4 lat wartość. Wynika to z deklarowanego przywiązania do rodziny i przyjaciół. Nie bez znaczenia są też poprawiające się wskaźniki rynku pracy.

Inaczej sytuacja wygląda, jeśli chodzi o przeprowadzkę w obrębie kraju. Skłonnych przyjąć ofertę pracy w innym mieście jest aż 80% użytkowników serwisu Praca.pl, 11% nie podjęłoby takiej decyzji, a 9% musiałoby taki krok intensywnie przemyśleć.

Co skłoniłoby kandydatów do przeprowadzki za pracą?

  • Nikogo zapewne nie zaskoczy fakt, że do decyzji o zmianie miejsca zamieszkania kandydatów nakłoni przede wszystkim odpowiednio wysokie wynagrodzenie – taką odpowiedź wybrało 70% ankietowanych,
  • co piąty uczestnik badania podjąłby pracę z dala od domu, gdyby pracodawca zapewnił mu mieszkanie służbowe,
  • 7% ankietowanych jako najważniejszą zachętę wybrało pokrycie kosztów przeprowadzki,
  • a jedynie 3% dofinansowanie do opieki nad dziećmi – żłobka, przedszkola lub szkoły.

Najbardziej preferowane wśród kandydatów są miasta o dużym potencjale rozwojowym i niskim poziomie bezrobocia – czyli te największe. Nie bez znaczenia, szczególnie wśród młodego pokolenia jest też atrakcyjność turystyczna i możliwości spędzania wolnego czasu. Tak więc najczęściej wybierane kierunki to Trójmiasto, Wrocław, Kraków i Warszawa. Najchętniej nowych mieszkańców przywitałby Poznań, który może poszczycić się najniższym poziomem bezrobocia i tym samym największymi trudnościami w obszarze rekrutacji.

Przeprowadzka za pracą to jedno z rozwiązań zarówno dla pracodawców z miejsc o niskim wskaźniku bezrobocia, jak i dla kandydatów mających trudności ze znalezieniem zatrudnienia w mniejszych miejscowościach.

Pracodawcy coraz bardziej dbają o work-life balance – już nie tylko pracownika, ale również jego rodziny

Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów w UE. I jednym z najbardziej zestresowanych. Jak wynika z danych Eurostatu, w pracy spędzamy średnio ponad 41 godzin tygodniowo. Coraz częściej przenosimy też zawodowe obowiązki do domu. To z kolei skutkuje przemęczeniem oraz spadkiem efektywności, zaangażowania i motywacji. Dlatego coraz większa liczba pracodawców zaczyna dbać o tzw. work-life balance – już nie tylko pracowników, ale również ich rodzin.

Z badań Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju wynika, że w 2017 r. statystyczny Polak przepracował średnio 1928 godzin. To aż o 565 godzin więcej niż Niemcy, którzy w zestawieniu najbardziej zapracowanych narodów zajmują ostatnie miejsce. Dłużej od nas pracowali tylko Chilijczycy, Rosjanie, Grecy, Koreańczycy, Kostarykańczycy i Meksykanie.

Polscy pracownicy przemęczeni i zestresowani

Prawie 1/5 Polaków przyznaje, że w ciągu pracującego tygodnia nie ma czasu wolnego dla siebie. Z kolei aż 34 proc. martwi się zbyt dużą ilością obowiązków. Co więcej, jak wynika z badań OECD, ponad połowa Polaków odczuwa stres w pracy.

Polscy pracownicy są jednymi z najbardziej zestresowanych w Europie. Bardziej od nas stresują się tylko Grecy i Turcy – mówi Krystian Krawczyk, wiceprezes zarządu Quality Watch.

Potwierdza to również ubiegłoroczne badanie „The Workforce View in Europe 2017”, przeprowadzone na zlecenie międzynarodowej firmy doradczej ADP. Wynika z niego, że 22 proc. Polaków codziennie doświadcza stresu w miejscu pracy, a 46 proc. stresuje się swoją pracą często bądź bardzo często. Jak twierdzą eksperci, ma to istotny wpływ na psychikę i stan zdrowia pracowników – zmniejsza ich zaangażowanie, jest przyczyną spadku efektywności, błędnych decyzji i częstszej absencji w pracy.

To są realne koszty zarówno dla pracodawcy, jak i dla samego pracownika. Stres da się zmierzyć finansowo, można oszacować jego wpływ na organizację. Ten aspekt zdrowotny jest kluczowy – pracownik długotrwale zestresowany nie będzie efektywny, nie będzie czuł się dobrze w pracy, będzie dążył do zmiany miejsca pracy – dodaje Krystian Krawczyk.

Zmienia się mentalność pracodawców

Tymczasem poziom bezrobocia systematycznie spada. Bez pracy jest coraz mniej Polaków i ten pozytywny trend utrzyma się co najmniej do 2020 roku – wynika z najnowszych prognoz opublikowanych przez NBP. Zgodnie z nimi stopa bezrobocia obniży się do 3,6 proc. na koniec 2018 roku. Jak podkreślają eksperci, dla pracowników to wymarzony czas na znalezienie korzystniejszego zatrudnienia, natomiast dla pracodawców nowe wyzwania związane z rywalizacją o kandydatów. A ci coraz częściej od pracy oczekują znacznie więcej niż tylko satysfakcji finansowej. Dlatego z roku na rok coraz większą popularnością wśród polskich pracodawców cieszy się koncepcja work-life balance, czyli utrzymania równowagi pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym.

Koncepcja work-life balance powstała na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Wynikała z potrzeby zwrócenia uwagi na pracowników, na to, jak radzą sobie z zachowaniem równowagi między życiem osobistym a życiem zawodowym. Współcześnie to koncepcja bardzo promowana w Polsce i ważna zarówno dla organizacji, jak i dla pracowników – tłumaczy dr Sylwia Olszewska, psycholog i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Szczecinie.

Na prawidłowy work-life balance zwracają uwagę przede wszystkim przedstawiciele pokolenia Y i Z, którzy cenią swój wolny czas i nie wyobrażają sobie, że mogliby go nie posiadać. Millenialsi chcą rozwijać swoje pasje i spędzać czas z bliskimi. Podkreślają, że elastyczność pracy, pozwalająca im zachować odpowiednią równowagę, jest dla nich jednym z największych czynników motywujących.

Work-life balance nie tylko dla pracownika, ale i rodziny

Jak przekonują eksperci, sytuacja na rynku pracy sprawia, że pracodawcy coraz częściej dbają o work-life balance swoich pracowników, zachęcając do wypoczynku również ich rodziny. Takie podejście pozwala zachować pożądaną równowagę i zwiększyć efektywność oraz zaangażowanie w wykonywaną pracę.

– Coraz częściej pracodawcy dostrzegają i rozumieją, że pracownik, którego życie zawodowe i osobiste pozostaje w harmonii, codziennie rano chętniej przychodzi do pracy, potrafiąc wyznaczyć granice między tymi dwoma obszarami. Jak pokazują ostatnie badania CBOS, 37 proc. Polaków najchętniej spędza czas wolny z najbliższą rodziną, a 26 proc. wyłącznie w towarzystwie najbliższej osoby. Dlatego wzrasta liczba firm, które proponują benefity także dla rodziny, tak by czas poświęcony sferze prywatnej spędzać z najbliższymi. Coraz większą popularnością cieszą się karty sportowo-rekreacyjne dla dzieci czy współmałżonków, a także kupony umożliwiające wspólne korzystanie z ofert kin czy teatrów, w tym także tych z repertuarem dla najmłodszych widzów  – przekonuje Joanna Skoczeń, prezes VanityStyle, jednej z wiodących na polskim rynku firm specjalizujących się w pozapłacowych świadczeniach motywacyjnych.

Jak wynika z raportu HRK Employer Branding w sumie 46 proc. organizacji w Polsce oferuje różne formy udogodnień dla rodziców i ich dzieci. Wśród nich można wymienić choćby dofinansowania do samodzielnego wypoczynku, prywatną opiekę medyczną czy organizowanie specjalnych wydarzeń dla najmłodszych, jak np. firmowy Dzień Dziecka czy zwiedzanie biura lub oddziałów. Aż 65 proc. pracodawców pozwala też pracownikom na elastyczny czas pracy, a 36 proc. stawia na pracę zdalną.

Warto też podkreślić, że mądrze zaplanowane aktywności poza pracą, szczególnie te, które najbardziej cieszą i dają odpoczynek, ładują zapasy energii potrzebnej do dobrego funkcjonowania. A zadowolenie z pracy jest rzeczą, którą cenią zarówno sami pracownicy, jak i pracodawcy – dodaje Joanna Skoczeń.

Rynek biurowy w Krakowie wciąż bez zmian, czyli bardzo dobrze

Najmocniejsza marka turystyczna w Polsce i jedna z najlepszych w Europie, świetny ośrodek akademicki, najatrakcyjniejsza lokalizacja dla inwestycji z sektora usług i zarazem drugi największy rynek biurowy w naszym kraju – o Krakowie co roku mówi się w superlatywach i nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja miała się zmienić. Potwierdza to między innymi doskonała kondycja lokalnego rynku biur, którą podsumowali eksperci JLL.

„Co roku z dużą przyjemnością obserwujemy sytuację na rynku inwestycyjnym w Krakowie, która mimo upływu lat nadal jest więcej niż dobra. Inwestorzy szczególnie cenią nasze miasto ze względu na doskonały wizerunek w oczach na przykład obcokrajowców, bardzo dobre uczelnie wyższe i niezwykle zasobny rynek pracy. Z kolei duża dostępność specjalistów jest zasługą światowych marek, które w Krakowie inwestują. Sukces miasta jest więc systemem naczyń połączonych, gdzie jeden czynnik wpływa na drugi, a rezultatem są doskonałe wyniki ekonomiczne. Cieszymy się, że jako Krakowski Park Technologiczny aktywnie wspieramy budowanie gospodarczego wizerunku naszego miasta”, tłumaczy Justyna Czyszek, specjalista ds. obsługi inwestora z Krakowskiego Parku Technologicznego.

Kraków od zawsze był najważniejszym rynkiem biurowym w Polsce poza Warszawą, co przede wszystkim jest zasługą dynamicznego rozwoju sektora usług biznesowych. Na koniec I półrocza 2018 zasoby biurowe w Krakowie sięgały 1,16 mln mkw.

„Wzmożone zainteresowanie Polską ze strony inwestorów z branży usług obserwujemy już od dekady, a ze względu na doskonałą markę turystyczną i świetne ośrodki akademickie Kraków od początku znajdował się na celowników firm BPO/SSC oraz IT. Potwierdzają to dane ABSL, stolica Małopolski jest największą lokalizacją dla centrów usług w Polsce. Firmy z tej branży, a są wśród nich tacy giganci jak ABB, Capgemini, HSBC, IBM, Lufthansa, Motorola, Shell i State Street, zatrudniają już 64 000 osób”, tłumaczy Dorota Gruchała, dyrektor biura JLL w Krakowie, które w tym roku obchodzi swoje 10. urodziny.

Rozwój sektora usług dla biznesu przekłada się na znakomitą kondycję rynku biurowego.

„Tempo rozwoju krakowskiego rynku jest imponujące. W ciągu dekady podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w mieście urosła aż czterokrotnie. W 2008 r. firma, która szukała biura o powierzchni 1 000 mkw. lub więcej miała do wyboru jedną opcję. Dziś to prawie 30”, dodaje Dorota Gruchała.

Popyt i podaż

Po świetnym 2017 roku, kiedy całkowity popyt wyniósł 201 000 mkw. (czyli o 7% więcej niż w 2016 r.), w I połowie tego roku zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w Krakowie osiągnęło 77 200 mkw. i stanowiło 29% całkowitego popytu na rynkach regionalnych. Największe umowy w tym okresie podpisały firmy State Street, BGŻ BNP Paribas, Narodowe Centrum Nauki i Amway.

„Cały czas obserwujemy wysokie zainteresowanie nowoczesnymi powierzchniami biurowymi w Krakowie, o czym świadczy wysoka aktywność budowlana w mieście. Aktualnie w budowie znajduje się 300 000 mkw. biur, z czego 23% jest już zabezpieczonych umowami przednajmu. Szacujemy, że w całym 2018 na rynek może trafić prawie 190 000 mkw., czyli porównywalnie z rekordowym 2017 rokiem.” dodaje Dorota Gruchała.

Największe biurowce w budowie w I półroczu 2018

Budynek Termin oddania do użytku Powierzchnia (mkw.)
Unity Centre 2019/2020 32 000
Tischnera Office 2019 31 900
High 5ive Building 4&5 2020 30 400
V.Offices 2019 24 900
Equal Business Park C 2018 21 800
DOT Office F&G 2018-2019 21 700

 

Źródło: JLL, I poł. 2018 r.

Pustostany i czynsze

Od 2012 r. poziom pustostanów utrzymywał stałą wartość 5-6% (żadne inne miasto w Polsce nie mogło poszczycić się takim wynikiem). Rekordowy poziom nowej podaży w 2017 r. doprowadził do wzrostu się tego wskaźnika, natomiast w I poł. 2018 roku powrócił na ścieżkę spadku za sprawą stopniowej absorpcji nowej powierzchni. Obecnie poziom pustostanów w Krakowie wynosi 9,3%.

Przez ostatnie pięć lat najwyższe stawki transakcyjne w Krakowie utrzymywały się na stosunkowo stabilnym poziomie. Obecnie najwyższe stawki znajdują się w przedziale 13,5-14,6 € / mkw. / miesiąc, a przeciętne w przedziale 13,0-13,6 € / mkw. / miesiąc.

10 lat JLL w Krakowie

Z wynikiem 250 000 mkw. wynajętych przy udziale JLL firma jest niekwestionowanym liderem na krakowskim rynku biurowym. Przez lata działalności w Krakowie JLL doradzał m.in. firmie Shell przy największej transakcji najmu w historii rynku, jak również UBS, Cisco, Euroclear, Ericsson i wielu innym znanym polskim i międzynarodowym markom. JLL blisko współpracuje równiez z deweloperami, w tym m.in. TriGranit, PGIM Real Estate, WX Management, Porto Office, BUMA Avestus, Skanska czy Echo.

„Przez te lata skomercjalizowaliśmy osiem budynków biurowych o łącznej powierzchni ok. 85 000 mkw., a łącznie reprezentowaliśmy zarowno najemców, jak i właścicieli obiektów w umowach najmu na aż ćwierć miliona metrów kwadratowych. Dziękujemy naszym klientom i partnerom biznesowym za wieloletnią współpracę i zaufanie, które owocuje realizacją kolejnych przedsięwzięć”, podsumowuje Dorota Gruchała.

Odszkodowanie za wypadek jest za niskie? Tak nie musi być

Ubezpieczyciele nawet 10-krotnie zaniżają kwotę roszczeń wypłacanym osobom poszkodowanym w wypadkach komunikacyjnych. Do Rzecznika Finansowego rocznie wpływa ok. 4 tysięcy skarg na takie praktyki. Jak skutecznie dochodzić swoich racji nawet po latach od zdarzenia, radzą eksperci z jednej z największych polskich kancelarii specjalizujących się w takich sprawach.

Każdego dnia do biura Rzecznika Finansowego wpływa 16 skarg na zaniżone wypłaty z OC komunikacyjnego. W sumie było ich 4 tysiące rocznie. Ale tak nie musi być. Dowiedz się, dlaczego warto sięgnąć po pomoc wyspecjalizowanej firmy.

Roszczenie zaniżone 9-krotnie

Był listopadowy dzień 2015 roku. 19-letnia Agnieszka* podróżowała samochodem z czwórką przyjaciół. Droga: mokra. Widoczność: słaba. Kierowca przesadził z prędkością – pojazd przewrócił się na dach. Cztery jadące nim osoby wypadły na zewnątrz. Była wśród nich pani Agnieszka, która siedziała z tyłu, na środkowym miejscu. Zginęła. Firma ubezpieczeniowa, z której OC była likwidowana szkoda, uznała, że zmarła przyczyniła się do swojej śmierci w 40 procentach, bo nie miała zapiętych pasów.

Bliscy postanowili poprosić o pomoc fachowców. Sprawa trafiła do sądu. – Nie zgodziliśmy się z argumentacją ubezpieczyciela. Dowiedliśmy, że nawet z zapiętymi pasami zmarła 19-latka nie miała szansy przeżyć. Wykazaliśmy też, że śmierć pani Agnieszki emocjonalnie zrujnowała jej krewnych – mówi Justyna Juzwenko, kierownik działu obsługi klienta kancelarii odszkodowawczej Auxilia. – Sąd wziął pod uwagę bliskie relacje łączące zmarłą z jej rodziną. Uznał w całości roszczenia, jakich się domagaliśmy – dodaje. Sąd nakazał ostatecznie wypłacenie 424 000 zł (odszkodowania, zadośćuczynienia i odsetek za 2,5 roku trwania sprawy), czyli ponad 9-krotnie więcej, niż to, co pierwotnie oferował ubezpieczyciel.

Wyrok wyrokowi nierówny

Dlaczego w podobnej sprawie różne polskie sądy orzekają różne wyroki? Jedną z podstawowych przyczyn jest brak wiedzy, która pozwoliłaby poszkodowanym być na sali sądowej równorzędnym przeciwnikiem dla prawników firmy ubezpieczeniowej: jak udokumentować wnioski, na jakie przepisy się powoływać i jak je interpretować.

Każda sprawa jest inna, ale nie zależy to tylko od stopnia doznanych obrażeń czy charakteru wypadku. – mówi Barbara Gawlikowska-Gierko, radca prawny obsługująca klientów kancelarii odszkodowawczej Auxilia. – Znaczenie ma to, w jaki sposób zmieniły się warunki życia danej rodziny po wypadku. Inaczej będzie oceniania sprawa, w której zmarł główny żywiciel rodziny, a inaczej taka, w której zmarł niepracujący małżonek. Znaczenie mają więzi rodzinne pomiędzy jej członkami. I wiele innych elementów. To od wiedzy i doświadczenia prowadzącego sprawę pełnomocnika zależy, jakie fakty przedstawić sądowi, jakie dowody powołać, aby Sąd uznał roszczenia za zasadne. Sąd nie ma obowiązku zbierać dowodów, tylko wydaje wyrok na podstawie tych, które w toku postępowania przedstawiła mu strona procesu. Dlatego, mimo z pozoru podobnych sytuacji powypadkowych, zapadające wyroki  mogą się od siebie znacząco różnić.– wyjaśnia.

Pomoc na jasnych zasadach

Duże, solidne firmy pomagają swoim klientom na wiele sposobów:

  1. Jeszcze przed rozpoczęciem prowadzenia sprawy, oceniają realne szanse na jej wygranie. Na podstawie swoich doświadczeń podają konkretną wysokość możliwej do uzyskania kwoty roszczenia.
  2. Przygotowują dokumentację, reprezentują klienta w sądzie.
  3. Poza procesami cywilnymi o odszkodowanie prowadzą także sprawy karne dotyczące wypadku drogowego.
  4. Nie żądają wynagrodzenia z góry – jest ono pobierane wyłącznie z pieniędzy wypłaconych przez ubezpieczyciela.
  5. W razie potrzeby zapewniają klientowi wsparcie finansowe na bieżące wydatki, co pozwala osobie poszkodowanej i jej rodzinie uniknąć utraty płynności finansowej.
  6. Pokrywają koszty związane ze zdobyciem materiałów dowodowych, opłat sądowych i kwot niezbędnych na natychmiastowe leczenie lub rehabilitacje.

Zadośćuczynienie po latach

Co istotne, o zadośćuczynienie można się starać nawet po latach od tragicznego zdarzenia. 8-letnia Martynka* odniosła ciężkie obrażenia w wypadku samochodowym. Prawie dwa miesiące spędziła w szpitalu. Lekarze stwierdzili u niej m.in. ostrą niewydolność krążeniowo-oddechową oraz ciężkie rany, stłuczenia i złamania w obrębie czaszki. Po wybudzeniu okazało się, że ma niedowład rąk i nóg. Straciła też słuch prawym uchu. Wymagała nieustannej pomocy rodziców.

Jako że sprawcą tragicznego zdarzenia był ojciec dziewczynki, w sprawie polubownej reprezentowała ją mama. Prawie 8 miesięcy po tragedii zawarła z ubezpieczycielem ugodę – jak się okazało, niekorzystną.
Firma ubezpieczeniowa zobowiązała się do wypłaty 55 tys. zł, a mama dziewczynki zrzekła się wszelkich roszczeń: zadośćuczynienia, odszkodowania i potencjalnej renty na zwiększone potrzeby w przyszłości – mówi Barbara Gawlikowska-Gierko, pełnomocnik poszkodowanej w wypadku dziewczynki. – Mamie w chwili, gdy podpisywała ugodę, nie pomagał żaden prawnik. Nie miała więc pojęcia, że działa na szkodę swojego dziecka – tłumaczy.

Auxilia wraz ze współpracującą kancelarią prawną zajęli się sprawą 4 lata po wypadku. – Ubezpieczyciel odrzucił propozycję uznania zawartej ugody za nieważną w części dotyczącej zrzeczenia się roszczeń i odmówił dopłaty zadośćuczynienia i ustanowienia renty na rzecz dziewczynki. Był jednak jeden ważny fakt: mama dziewczynki nie miała pojęcia, że zawarcie ugody, jaką podpisała w imieniu córki, wymagało uprzedniej zgody sądu rodzinnego i opiekuńczego. Bez tej akceptacji ze strony sądu postanowienia ugody dotyczące zrzeczenia się roszczeń nie były ważne i nie mogły odnieść skutku oczekiwanego przez ubezpieczyciela –  wyjaśnia Barbara Gawlikowska-Gierko.

Sprawa sądowa trwała prawie trzy lata. Zakończyła się znamiennym wyrokiem sądu apelacyjnego. Martynka dostała w sumie 441 000 zł, czyli 8 razy więcej niż pierwotnie zaoferował ubezpieczyciel (55 000 zł). Złożyło się na to kilka elementów: zadośćuczynienie (305 000 zł), odszkodowanie (55 000 zł), wyrównanie renty (33 000 zł) oraz ustawowe odsetki (48 000 zł).Poza tym sąd przyznał poszkodowanej comiesięczną renty na zwiększone potrzeby w wysokości 907 zł. Nadto, dzięki ustaleniu przez sąd odpowiedzialności ubezpieczyciela na przyszłość za skutki wypadku, w sytuacji, gdyby w przyszłości z powodu niepełnosprawności dziewczynka miała problemy z podjęciem pracy, można będzie także wystąpić w jej imieniu o rentę z tytułu utraconych możliwości zarobkowych.

Warto dodać, że Auxilia od 2003 roku pomaga osobom poszkodowanym w wypadkach oraz ich rodzinom uzyskać zadośćuczynienie i rekompensatę za poniesione krzywdy. W tym czasie jej pracownicy obsłużyli 6 tys. spraw, a łączna kwota wypłaconych z tego tytułu odszkodowań to 280 mln zł. Od 2016 roku Auxilia jest notowana na rynku New Connect prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych S.A..

* Personalia ofiar opisanych wypadków zostały zmienione.

Uczenie maszynowe – rewolucja w cyberbezpieczeństwie

Aż 53% incydentów naruszenia danych firmowych zostaje odkrytych dopiero przez podmioty zewnętrzne – same organizacje nie mają o nich wiedzy[1]. Średnia liczba dni, które mijają od zaistnienia ataku do jego wykrycia, wzrosła z 201 w 2016 roku do 206 w roku ubiegłym[2]. W szybszej analizie oraz dokładniejszym wykrywaniu zagrożeń ma pomóc sztuczna inteligencja oparta na uczeniu maszynowym (ang. machine learning).

Organizacje próbują analizować dane na temat cyberzagrożeń gromadzone przez wiele urządzeń zabezpieczających firmową sieć. W rezultacie zespół IT szuka przysłowiowej igły w stogu siana – informacji jest zbyt wiele i wzrasta ryzyko popełnienia błędu czy przeoczenia zagrożeń, które są wykrywane zbyt późno albo nawet wcale.

Maszyna wypełni lukę

Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów FortinetSzybkie przetwarzanie informacji i reagowanie na zagrożenia w czasie rzeczywistym jest możliwe dzięki uczeniu maszynowemu, które wykorzystuje algorytmy do analizy dużej ilości danych. Maszyna może zidentyfikować wzorce i prawidłowości oraz podejmować na tej podstawie decyzje, a wszystko przy minimalnej ingerencji człowieka. – Uczenie maszynowe umożliwia coraz szybsze, dokładniejsze i wydajniejsze wykrywanie cyberzagrożeń. Niejednokrotnie prześciga człowieka w dostrzeganiu wzorców zachowań czy podejrzanych incydentów. Dzięki temu jest w stanie nadążyć za dynamicznym rozwojem technik stosowanych przez cyberprzestępców – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce.

Uczenie maszynowe z powodzeniem wykorzystują m.in. zapory sieciowe aplikacji (Web Application Firewalls – WAF), które opierają się na obserwacyjnej metodzie wykrywania zagrożeń zwanej uczeniem się przez aplikację (ang. ALApplication Learning).

AL tworzy profile sposobu korzystania z aplikacji internetowych, a wszelkie niezgodne z nimi działania klasyfikuje jako anomalię. Sztuczna inteligencja, wykorzystując uczenie maszynowe, ustala, czy jest to realne zagrożenie, a jeśli tak, WAF może rejestrować i blokować żądanie.

Deklaracja czy rzeczywistość?

Uczenie maszynowe może zrewolucjonizować branżę cyberbezpieczeństwa, gdyż pozwala uporządkować ogromną ilość danych i szybciej wykrywać nowe zagrożenia czy kolejne warianty złośliwego oprogramowania. Rozwiązania tego typu zostały już włączone do tradycyjnych usług działających w oparciu o chmurę, jednak na fali popularności terminu „uczenie maszynowe” wielu dostawców deklaruje wykorzystanie technologii mimo faktycznego braku takiej możliwości.

Konsumenci nie zawsze wiedzą, czym właściwie jest uczenie maszynowe i czego powinni oczekiwać od systemu zabezpieczeń, który je wykorzystuje. Problemem jest rozróżnienie narzędzi, które faktycznie zapewnią ochronę, od tych, które bazują jedynie na rynkowym zamieszaniu. Dlatego ważne jest nie tylko rozwijanie technologii, ale też popularyzacja rzetelnej wiedzy – zaznacza Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.

[1] https://www.securityweek.com/breaches-increasingly-discovered-internally-mandiant

[2] Według 2017 Ponemon Cost of Data Breach Study

Od weryfikacji zasadności zwrotu VAT do postępowania karnego skarbowego

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Znaczna część przedsiębiorców, którym wstrzymano zwrot VAT nie zdaje sobie sprawy z tego, jak poważne mogą być konsekwencje stwierdzenia braku zasadności dokonania takiego zwrotu. Większość obawia się trudności w funkcjonowaniu firmy, utraty środków finansowych i kontrahentów, ewentualnie decyzji określającej zobowiązanie podatkowe. Konsekwencje mogą być jednak dużo większe, a wynikają one z kodeksu karnego skarbowego.

Czynności sprawdzające. Kontrola, postępowanie…

Weryfikacja zasadności zwrotu VAT zazwyczaj zaczyna się niewinnie. Organ rozpoczyna czynności sprawdzające, które mogą dotyczyć podatku już zwróconego albo należnego do zwrotu. Wszczęcie kontroli podatkowej może trwać nawet kilka lat, a każdy następny zwrot również może zostać poddany weryfikacji. Jeśli środki pieniężne zostały już przekazane podatnikowi, w przyszłości może pojawić się konieczność ich zwrotu na rachunek budżetu państwa.

W miarę upływu czasu gromadzony jest materiał dowodowy, a kontrola zostaje zakończona protokołem, który zazwyczaj jest niekorzystny dla podatnika. Następnie organ wszczyna postępowanie, które oznacza kilka kolejnych miesięcy czekania. Postępowanie kończy się decyzją wymiarową, od której podatnik składa odwołanie. Przez cały ten czas przedsiębiorca pozostaje bez środków, powoli traci płynność finansową.

Stwierdzenie braku zasadności zwrotu VAT a przestępstwo karne skarbowe

Nie wszyscy przedsiębiorcy są nieuczciwi, jednak organy wzbraniają się przed uznaniem dochowania należytej staranności przez przedsiębiorców, z przekonaniem twierdząc, że mieli oni świadomość brania udziału w oszustwie – w  efekcie także ci uczciwi zostają ukarani. Gdy decyzja wymiarowa staje się ostateczna, prokuratura wszczyna postępowanie. Najpierw „w sprawie” – by zebrać wystarczający materiał dowodowy dotyczący wszystkich podmiotów biorących udział w oszustwie – następnie przeciwko osobie, której stawiane są zarzuty, a przedsiębiorca ma status podejrzanego. Choć takich zarzutów może być wiele (pranie brudnych pieniędzy, udział w zorganizowanej grupie przestępczej itp.), skupimy się na tym z art. 76 Kodeksu karnego skarbowego (KKS). Zgodnie z treścią § 1 tego artykułu:

„Kto przez podanie danych niezgodnych ze stanem rzeczywistym lub zatajenie rzeczywistego stanu rzeczy wprowadza w błąd właściwy organ narażając na nienależny zwrot podatkowej należności publicznoprawnej, w szczególności podatku naliczonego w rozumieniu przepisów o podatku od towarów i usług, podatku akcyzowym, zwrot nadpłaty lub jej zaliczenie na poczet zaległości podatkowej lub bieżących albo przyszłych zobowiązań podatkowych, podlega karze grzywny do 720 stawek dziennych albo karze pozbawienia wolności, albo obu tym karom łącznie.”.

Oczywiste jest więc, że wraz z otrzymaniem zwrotu podatku VAT, który był nienależny, mamy do czynienia z przestępstwem. Przedsiębiorca jednak nie musi otrzymać zwrotu VAT, aby takie przestępstwo popełnić. Już samo złożenie wniosku o zwrot nadwyżki podatku naliczonego nad należnym, którego zasadność została podważona przez organ, może stanowić wypełnienie znamienia przestępstwa z art. 76 KKS. Samo więc złożenie wniosku o zwrot VAT może być równoznaczne w takim przypadku z wprowadzeniem w błąd organu podatkowego i narażeniem na dokonanie nienależnego zwrotu VAT. Jedynym sposobem uniknięcia kary jest brak świadomego działania, co potwierdzić lub wykluczyć może jedynie organ podatkowy w trakcie postępowania.

Dlatego tak istotne jest niepozostawanie biernym wobec czynności podejmowanych przez organ podatkowy, sprawdzanie, czy kontrola/postępowanie przebiega zgodnie z procedurą oraz właściwa obrona. Jednak dla laików przepisy Ordynacji podatkowej nie są ani oczywiste, ani na tyle jasne, by mogli egzekwować swych praw podczas trwania całej procedury. Profesjonalny pełnomocnik zadba o zgodność przebiegu kontroli pod kątem prawidłowego działania organów, weźmie udział w przesłuchaniu, a także stosownie odpowie na żądania czy inne pisma wydawane w toku postępowania.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Największa konferencja biznesowa firm rodzinnych w Polsce – U-RODZINY 2018

W dn. 11-14 października 2018 r. Katowice będą gospodarzem 11. Ogólnopolskiego Zjazdu Firm Rodzinnych U-RODZINY 2018 – najważniejszej konferencji biznesowej dla środowiska przedsiębiorców rodzinnych w Polsce. Niezmiennie, od 2008 r. wydarzenie organizowane przez Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych staje się przestrzenią do otwartej dyskusji oraz okazją do nawiązania współpracy pomiędzy przedstawicielami biznesu, państwa i nauki. Głównym celem Zjazdu jest ukazanie znaczenia polskich firm rodzinnych w gospodarce kraju, a także pokazanie ich jako innowacyjnych i dynamicznie rozwijających się podmiotów ukierunkowanych na ekspansję zagraniczną.

U-RODZINY 2018Podczas tegorocznej edycji U-RODZIN głównym tematem wydarzenia będą światowe wyzwania polskiej przedsiębiorczości rodzinnej. Hasło przewodnie Zjazdu – Aspiracje i Możliwości, nawiązuje do podstawowego pytania, na które spróbujemy odpowiedzieć podczas wydarzenia – „Czy polskie firmy rodzinne mogą odgrywać ważną rolę w europejskiej i światowej gospodarce?”. U-RODZINY to nie tylko konferencja biznesowa, lecz wyjątkowa okazja do integracji, networkingu, wymiany doświadczeń oraz planowania nowych przedsięwzięć w gronie przedsiębiorców rodzinnych z całego kraju.

Jedenasta edycja Zjazdu może pochwalić się niezwykle rozbudowanym programem merytorycznym i rozrywkowym, wybitną listą prelegentów i gości specjalnych, a także wyjątkowymi przestrzeniami. W organizację tego szczególnego wydarzenia zaangażowali się partnerzy z całego kraju, m.in. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Regionalna Izba Gospodarcza w Katowicach, Klub Jagielloński, Fundacja Pomyśl o Przyszłości i wiele innych. Patronat honorowy nad wydarzeniem objęli Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, Prezydent Miasta Katowice dr Marcin Krupa, Marszałek Województwa Śląskiego Wojciech Saługa oraz Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce. Do grona patronów medialnych Zjazdu dołączyli m.in. Dziennik Gazeta Prawna, Telewizja TVP3 Katowice i Polskie Radio Katowice.

Wśród prelegentów i gości specjalnych Zjazdu będzie można spotkać założycieli i prezesów największych polskich firm rodzinnych m.in. Krzysztofa Domareckiego (Selena FM S.A.), dr Adama Mokrysza (Mokate S.A.), Tomasza Domogałę (TDJ S.A.), Jana Kolańskiego (Colian Holding S.A.), dr Stanisława Hana (Hasco-Lek S.A.), Ryszarda Florka (FAKRO Sp. z o.o.) i wielu innych. Nie zabraknie także głosu świata nauki, gdyż swój udział potwierdzili: prof. Tadeusz Uhl (Akademia Górniczo-Hutnicza), dr hab. Andrzej Sobaś (profesor ASP w Krakowie), Zuzanna Skalska (analityk trendów), a także prof. Andrzej Blikle (Honorowy Prezes IFR).

Zgodnie z wieloletnią tradycją Zjazdu Firm Rodzinnych, 11. edycja będzie wzbogacona programem rozrywkowym tak, aby wszyscy mogli wspólnie celebrować największe święto biznesu rodzinnego w Polsce. Uroczystą kwintesencją U-RODZIN będzie Bal Firm Rodzinnych w Międzynarodowym Centrum Kongresowym oraz wieczór artystyczny w siedzibie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Najlepiej jednak przemówią liczby: 400 uczestników, ponad 60 prelegentów, prawie 50 patronów i partnerów, 3 pełne dni debat i dyskusji, a także nieograniczona integracja i rozrywka.

Strony internetowe: www.u-rodziny.pl | www.firmyrodzinne.pl

Facebook: www.facebook.com/inicjatywafirmrodzinnych

LinkedIn: www.linkedin.com/company/inicjatywafirmrodzinnych

Inflacja trzyma się mocno

W sierpniu ceny towarów i usług konsumpcyjnych były wyższe niż rok wcześniej o 2 proc. Inflacja wciąż nie spuszcza więc z tonu. Choć w kolejnych miesiącach powinna być już nieco słabsza, będzie to jedynie efekt statystyczny, wynikający z wysokiego punktu odniesienia z 2017 r.

Najnowsze dane GUS okazały się zgodne z przewidywaniami. Wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniósł w sierpniu 2 proc. W sierpniu ubiegłego roku jego wzrost sięgał 1,8 proc., a w kolejnych miesiącach przyspieszył do 2-2,1 proc., przejściowo osiągając w listopadzie poziom 2,5 proc. To właśnie ten ubiegłoroczny wzrost dynamiki jest podstawą przewidywań, że w końcówce obecnego roku inflacja będzie nieco niższa, a najwięksi optymiści prognozują, że w grudniu może sięgnąć jedynie 1,5 proc.

Na razie jednak trudno o nadmierny optymizm. Dynamika cen żywności obniża się co prawda od początku roku, sięgając w sierpniu 2,1 proc., ale nie ma na razie pewności, czy tegoroczna susza nie spowoduje wzrostu cen części produktów rolnych. Główne czynniki sprzyjające inflacji to jednak wzrost cen surowców, w tym ropy naftowej, osłabienie złotego oraz rosnąca dynamika płac. W sierpniu notowania ropy naftowej były o około 40 proc. wyższe niż rok wcześniej, a dodatkowo złoty osłabił się wobec dolara o kilka procent. W efekcie w sierpniu ceny paliw podskoczyły o 15,3 proc. Kolejne miesiące raczej nie przyniosą ulgi, biorąc pod uwagę, że w połowie września notowania ropy sięgają 80 dolarów za baryłkę, co oznacza wzrost prawie 45 proc. Na wzrost inflacji może też mieć wpływ utrzymująca się wysoka dynamika średniej płacy, przekraczająca od kilku miesięcy poziom 7 proc.

W grupie produktów żywnościowych najmocniej w sierpniu podrożały mleko, sery i jaja (o 5,5 proc., w tym jaja o 23,8 proc.), masło o 9,9 proc., , warzywa o 8,6 proc., mięso drobiowe (o 5,2 proc.). Wciąż utrzymuje się dość wysoka dynamika wzrostu cen związanych z mieszkaniem (wzrost o 2,1 proc.) oraz użytkowaniem mieszkania i nośników energii (wzrost o 2,4 proc.). Nieco wolniej, bo o 1,8 proc. w górę poszły ceny usług, ale w tej grupie dynamika była dość zróżnicowana. Usługi związane z rekreacją i kulturą podrożały o 2,6 proc., z turystyką krajową poszły w górę o 4 proc. (ceny turystyki zorganizowanej zagranicą spadły o 0,8 proc.). O 2,9 proc. więcej trzeba było płacić w restauracjach i hotelach.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Schyłek ery diesla

Może się wydawać, że blisko połowa samochodów użytkowanych przez Polaków to auta z silnikiem Diesla. Ich liczba jest jednak niższa niż sądzi wielu zmotoryzowanych – a co więcej, systematycznie spada. Samochody na olej napędowy nie są przyjazne środowisku i naszemu zdrowiu, a co nie mniej ważne, wcale nie dają założonych oszczędności.

Według danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA), w 2016 roku w krajach tzw. starej Unii samochody osobowe z silnikiem Diesla stanowiły 49,9 proc. sprzedaży. W 2017 roku było to już 44,8 proc. Rok 2018 prawdopodobnie przyniesie skokową zmianę tego parametru. Pierwsze półrocze 2018 roku na rynku motoryzacyjnym wszystkich państw Unii Europejskiej podsumowała firma Jato Dynamics. Jak wynika z jej wyliczeń, w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2017 roku 46 proc. nowych samochodów sprzedanych było wyposażonych w jednostki zasilane olejem napędowym. W pierwszym półroczu 2018 roku silnik wysokoprężny miało już tylko 37 proc. sprzedanych samochodów.

Rynek diesli w Polsce

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego w 2017 roku w Polsce zarejestrowanych było 10,2 mln samochodów na benzynę (w tym z instalacją LPG) oraz 6,6 mln diesli. Z danych szczegółowych wynika, że popularność diesli to już pieśń przeszłości. Na koniec 2017 roku tak popularne do niedawna „ropniaki” stanowiły 51 proc. samochodów w wieku od 5 do 10 lat. W grupie samochodów mających do 4 lat samochody z silnikami benzynowymi stanowiły 60 proc., a wysokoprężnymi – tylko 35 proc.

Interesująca jest lektura tabeli dynamiki sprzedaży nowych samochodów w 2017 r. w podziale na rodzaj napędu. Przy ogólnym wzroście rynku motoryzacyjnego w Polsce, diesle zyskały względem 2016 roku tylko 2,8 proc. Znacznie większym, bo wynoszącym 20,7 proc. wzrostem popularności cieszyły się auta benzynowe. Samochody na LPG lub CNG zainteresowały aż o 54,4 proc. więcej kupujących. Prawdziwa rewolucja dotyczyła jednak hybryd – te klasyczne, samoładujące się, zyskały 68,1 proc., a hybrydy plug-in aż 110,6 proc. W 2018 r. te tendencje jeszcze się umocniły. Spośród nowych samochodów, zarejestrowanych w ciągu siedmiu pierwszych miesięcy 2018 roku, aż 70 proc. stanowiły auta benzynowe. Dieslom pozostało tylko 24,2 proc. i nie jest to przypadek.

Nowe spojrzenie

Od czasu wybuchu we wrześniu 2015 roku afery Dieselgate, zmotoryzowani na Starym Kontynencie baczniej przyglądają się skutkom wykorzystywania silników wysokoprężnych w samochodach osobowych. Wnioski nie napawają optymizmem. Zacznijmy od ekologii. Jak pokazały testy rzeczywistej emisji, wiele diesli podczas normalnej jazdy wydala do atmosfery znacznie więcej CO2 niż wynika to z oficjalnych danych, określonych podczas prób laboratoryjnych. Nie chodzi jednak tylko o dwutlenek węgla.

Badania Międzynarodowej Rady Czystego Transportu pokazały, że problemem diesli jest również bardzo wysoka emisja tlenków azotu (NOx), które zostały uznane przez WHO za czynnik rakotwórczy. Wykonany podczas zwykłej jazdy test emisji tego związku dał potwierdzające to wyniki. Z rur wydechowych diesli wydobywało się znacznie więcej NOx niż wynika z norm obowiązujących w Unii Europejskiej – i dotyczyło to nawet nowych aut.

Aż 91 proc. testowanych w ten sposób silników wysokoprężnych, oficjalnie spełniających normę emisji Euro 6, podczas testu drogowego emitowało znacznie więcej NOx niż dopuszcza norma. W przypadku diesli dostosowanych do normy Euro 5 lub niższą było to 100 proc. pojazdów. W najgorszych przypadkach jej przekroczenie było aż 18-krotne.

Znacznie lepsze wyniki osiągnęły samochody benzynowe. Wyraźnego przekroczenia limitów w ogóle nie zaobserwowano w samochodach spełniających normę Euro 6. Stwierdzono je tylko w odniesieniu do 4 proc. aut, dostosowanych do normy Euro 5 oraz 8 proc. pojazdów realizujących normę Euro 4, obowiązującą od 2005 roku. Dopiero auta zaprojektowane według normy Euro 3 okazały się groźniejsze dla zdrowia. Znaczne przekroczenie emisji NOx dotyczyło tu 44 proc. aut.

Diesle bez przyszłości

Czas pokaże, jak rozwiną się pomysły zakazu wjazdu osobowymi autami z silnikami wysokoprężnymi do centrów miast. Na razie taki lokalny przepis dotyczy kilku ulic w Hamburgu, po których nie mogą poruszać się samochody osobowe z silnikiem Diesla, niespełniające przynajmniej normy Euro 5. Wiadomo jednak, że od początku 2019 roku zakaz dla diesli dotyczyć ma również określonych obszarów Stuttgartu. Jakich? To na razie nie jest do końca pewne. Nieoficjalnie mówi się, że w przeciwieństwie do Hamburga, zakazem mają być objęte całe strefy, a przepisy mogą dotknąć blisko 200 tys. samochodów. O podobnych regulacjach wspominały już władze Paryża, Londynu, Aten czy Madrytu.

Gwoździem do trumny diesli w samochodach osobowych może być zmiana metody określania emisji z cyklu NEDC (New European Driving Cycle, czyli Nowy Europejski Cykl Jazdy) na WLTP (Worldwide Harmonized Light Vehicles Test Procedure, czyli Światowa Zharmonizowana Procedura Testowania Lekkich Pojazdów). Proces ten trwa od września 2017 roku, a nowe wymogi są wprowadzane stopniowo.

Od września 2018 roku producenci mają obowiązek prezentowania klientom wartości emisji i spalania otrzymanych według cyklu WLTP, który w większym stopniu odzwierciedla rzeczywiste warunki, w których użytkuje się samochody. W 2020 roku Komisja Europejska – na podstawie wyników emisji uzyskanych w testach WLTP – określi nowe limity emisji CO2 i zanieczyszczeń dla flot pojazdów oferowanych przez koncerny samochodowe. To może ostatecznie zakończyć rynkową karierę silników wysokoprężnych.

Koniec pewnej ery

Niektórzy producenci, na czele z koncernem Toyota, od lat rozwijają produkcję alternatywnych dla diesla napędów. W przypadku japońskiej marki są nimi produkowane od ponad 20 lat hybrydy, a od kilku – także samochody elektryczne zasilane prądem produkowanym na bieżąco z wodoru w ogniwach paliwowych. Pod koniec 2017 roku koncern Volvo zapowiedział, że nie będzie już rozwijać silników Diesla do samochodów osobowych. Ci producenci, którzy dalej będą je stosować, zostaną zmuszeni do implementowania coraz bardziej skomplikowanych, a przez to bardzo drogich urządzeń, gwarantujących możliwie najniższy wynik emisji w testach WLTP.

Ceny aut z dieslami będą rosnąć, a ich użytkownicy zostaną zmuszeni do wydawania coraz większych pieniędzy – nie tylko na zakup samochodu, ale też na jego serwisowanie i naprawy skomplikowanych podzespołów. Ten proces już się rozpoczął. O tym, jak drogie może być serwisowanie diesla, przekonał się każdy, kto stanął przed problemem zapchanego filtra cząstek stałych DPF. Nie dziwi zatem, że ci, którym zależy na jak najniższym spalaniu – szczególnie w mieście – swoje zainteresowanie kierują coraz częściej na auta hybrydowe. To one wraz z „elektrykami” mogą stanowić trzon ekologicznych aut, sprzedawanych w najbliższej przyszłości.

W Polsce dobrym przykładem tego zjawiska może być odnotowany w I połowie 2018 roku 33-procentowy wzrost sprzedaży hybrydowej Toyoty Yaris. Spalinowo-elektryczne auto segmentu B znalazło w tym okresie 1872 nabywców. Hybrydy już dziś są o wiele tańsze w eksploatacji i mniej kłopotliwe, niż auta z silnikiem Diesla.

Powiedz pracownikowi, ile naprawdę zarabia – czyli Compensation and Benefit Statement

Czy wynagrodzenie za pracę jest formą komunikacji? Jak najbardziej! To przekaz, który mówi pracownikowi, ile jego praca jest warta dla pracodawcy. Problem w tym, że jeśli pracodawca nie pomoże pracownikowi zrozumieć związku pomiędzy wkładem pracy a zarobkami, może to doprowadzić do nieporozumień i w końcu, do odejścia z firmy.

To, co pracownik otrzymuje w firmie – zarówno w sensie materialnym, jak i innych korzyści – nadaje sens jego związkowi z danym pracodawcą. A więc zadowolenie pracownika z pracy i długotrwałe pozostanie w danym przedsiębiorstwie będzie możliwe wtedy, gdy będzie czuł się potrzebny, doceniany i odpowiednio wynagradzany.

Biorąc pod uwagę, że pozyskiwanie i utrzymywanie najbardziej wartościowych pracowników staje się coraz trudniejsze, ważne staje się to, by pracodawca opracował i stosował zrozumiały dla pracowników system wynagrodzeń i benefitów. System taki powinien być spójny ze strategicznymi celami firmy, a więc ważne, by w największym stopniu premiował te wysiłki pracowników, które przekładają się na sukcesy przedsiębiorstwa. Konieczna jest tu także transparentność, aby pracownik miał świadomość, jakie działania i jakie rezultaty są najbardziej pożądane, a przez to najlepiej wynagradzane.

I chodzi tu nie tylko o pensję i premie – choć niewątpliwie finansowe elementy wynagrodzeń zawsze są i będą najważniejsze z punktu widzenia pracowników. Jednak w firmowej codzienności często nie docenia się wartości mniej oczywistych korzyści – np. wartości szkoleń, typowych benefitów w postaci bonów, zniżek, karnetów, czy też zupełnie niefinansowych nagród w postaci np. dłuższego urlopu lub możliwości pracy zdalnej przez określoną liczbę dni w miesiącu.

Tymczasem jest w interesie pracodawcy, aby pracownik miał świadomość wszystkich korzyści, jakie zapewnia mu zatrudnienie w danej firmie i aktywne przyczynianie się do osiągania celów organizacji.

Co to jest Compensation and Benefit Statement?

Pracownicy lubią premie i benefity, ale często nie doceniają ich autentycznej wartości, a już bardzo rzadko są w stanie powiązać swój wkład pracy ze świadczeniami, jakie otrzymują. A przecież dla skutecznej motywacji niezwykle ważne jest, aby pracownik miał poczucie, że im mocniej zaangażuje się w sprawy firmy, tym bardziej pracodawca doceni i wynagrodzi jego wkład.

Dlatego tak ważne jest, aby pracownik wiedział, że otrzymywane dodatki (np. karnety) lub nawet nagrody niematerialne (np. lepsze miejsce parkingowe), po pierwsze – wynikają z jego autentycznego wkładu w sukcesy firmy, po drugie – mają realną wartość, po trzecie – nie są przypadkowe. A więc np., że pracodawca nie rozdaje karnetów na fitness dlatego, że pobliski klub zaoferował mu je za darmo, ale dlatego, że firma z przekonaniem postanowiła zadbać o kondycję swoich pracowników i wydała na ten cel określony budżet. A skoro za dostępne benefity firma zapłaciła realnymi pieniędzmi, po to by docenić konkretnych pracowników, świadomość takich korzyści w oczach pracownika będzie rosła.

Ale skąd pracownik ma o tym wiedzieć? Sposobem na przekazanie zwartej i czytelnej informacji jest dokument, który określa się mianem „Compensation and Benefit Statement”. Jest to raport, który pokazuje (często w atrakcyjnej graficznie formie), wydatki pracodawcy na pracownika w ciągu roku. Dokument ten powinien obejmować nie tylko informacje o wypłaconych wynagrodzeniach, ale także dane dotyczące premii, nagród oraz świadczeń niefinansowych.

Dobrze przygotowany Compensation and Benefit Statement zawiera informacje o wszystkich świadczeniach uzyskanych przez pracownika, takich jak np. pakiety medyczne, ubezpieczenie, odbyte szkolenia, korzystanie z samochodów służbowych, telefonów w celach prywatnych, nauka języka obcego a nawet o korzyściach trudnych do przeliczenia na pieniądze, takich jak dostęp do firmowego parkingu, czy też elastyczny czas pracy.  Raport powinien – w miarę możliwości – wskazywać finansową wartość poszczególnych świadczeń.

Przejrzysta, kompletna i zrozumiała informacja od pracodawcy uświadamia pracownikowi , że korzyści jakie otrzymał w ciągu roku, znacznie przewyższają samą pensję. Pozwala to docenić zarówno otrzymane świadczenia, jak i zaangażowanie pracodawcy w rozwój pracowników oraz w budowanie dobrych relacji.

– W czasie mojej dotychczasowej pracy zawodowej najlepsze Compensation and Benefit Statemets udało się wdrożyć w krajach anglosaskich, jednak wydaje się, że obecnie także w Polsce coraz więcej firm jest na to gotowych. Mają dobre systemy, pakiety świadczeń, porządek. Paraliżuje je jedynie strach przed pełną transparentnością, obawy, że polscy pracownicy nadal nie są na to gotowi. Myślę, że to powoli będzie się zmieniać – mówi Piotr Cwalina, partner w firmie konsultingowej WNCL.

Korzyści z transparentności

Transparentny Compensation and Benefit Statement to ważny element budowania wizerunku pracodawcy wewnątrz organizacji. Ale korzyści związane z employer brandingiem to tylko jeden z wielu powodów, dla których warto informować pracowników o udzielonych im świadczeniach i ich wartości.

Warto zauważyć, że dziś pozyskiwanie dobrych pracowników jest trudne, a koszty rotacji coraz wyższe. Odejście specjalisty z firmy potrafi kosztować dodatkowe 20-30% rocznego wynagrodzenia osoby na danym stanowisku. Dlatego warto podejmować takie działania, które sprawią, że pracownik dwa razy się zastanowi, zanim złoży wypowiedzenie. Compensation and Benefit Statement jest takim właśnie narzędziem.

Dzięki raportowi pracownik uświadamia sobie, że porównując warunki, jakie ma w obecnej firmie oraz korzyści, jakie mógłby otrzymać po ewentualnej zmianie pracy, powinien wziąć pod uwagę znacznie więcej składników niż wysokość pensji zasadniczej. Czy nowy pracodawca będzie skłonny zainwestować równie dużo w szkolenia? Czy uzyskane u niego benefity będą miały podobną wartość? Czy w nowej firmie będzie mu przysługiwał parking lub dopłaty do obiadów? W efekcie, pracownik będzie musiał wziąć pod uwagę wiele czynników, które najczęściej w podobnych rozważaniach się pomija.

W dodatku już sam fakt, że pracodawca przekazuje takie raporty, może być argumentem za tym, by jednak obdarzyć go większym zaufaniem niż inną firmę, szczególnie gdy ta druga nie prowadzi tak transparentnej polityki finansowej. A przecież obecnie nie jest to wcale standard.

Z raportu Pay Scale 2018, który dotyczy badań przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie w 2017 roku wynika, że tylko 24% ankietowanych pracowników uważa, że procesy płacowe w ich firmach są transparentne, a 21%, że są sprawiedliwe. Można więc zakładać, że gdy taka sytuacja ma miejsce, pracownicy będą w stanie docenić pracodawcę.

Kolejną korzyścią może być większe zaangażowanie w pracę na rzecz firmy, która stosuje przejrzysty system wynagrodzeń i potrafi o nim informować. Rośnie więc motywacja, poprawia się morale pracowników. Pozytywnym efektem będzie także lepsza atmosfera w firmie i sprawniejsza komunikacja.

Strategiczne podejście do wynagrodzeń

Piotr Cwalina zwraca uwagę, że Compensation and Benefit Statement może być bardzo pożytecznym narzędziem dla działów HR, ale jego skuteczność będzie zależała od tego, na ile „poukładany” zostanie cały system wynagrodzeń i benefitów.

– Może się okazać, że raport odsłoni wszelkie niedoskonałości, a może nawet absurdy obecnego systemu. Może się np. okazać, że wysokość otrzymywanych świadczeń w ogóle nie zależy od wkładu w sukcesy firm lub że właściwie nie wiadomo, od czego zależą otrzymywane benefity i ich wartość – podkreśla partner WNCL.

Dlatego podstawę powinno stanowić strategiczne podejście do systemu Compensations & Benefits. Najpierw trzeba ustalić, jakie inicjatywy i osiągnięcia pracowników są najważniejsze z punktu widzenia pracodawcy (co będzie uzasadniało powiązanie ich z wynagrodzeniem), jakie talenty są dla firmy najcenniejsze, jakie potrzeby firmy należy realizować w pierwszej kolejności. Następnie warto przemyśleć możliwe sposoby wspierania pożądanych zachowań, rozwijania talentów, inwestowania w pracowników i nagradzania ich.

Compensation and Benefit Statement to dopiero ostatni element – raport pozwala przetłumaczyć strategiczne cele firmy na język korzyści. Pracownik dostaje więc informację zwrotną na temat tego, czy jego wysiłek koncentruje się na właściwych aspektach pracy i na ile pracodawca wspiera te cele, na których pracownik skupiał się w ciągu ostatniego roku. W efekcie raport jest elementem dialogu z pracownikiem na temat wyznaczonych i osiągniętych celów oraz poniesionych w związku z tym kosztów.

Nie chodzi więc o to, aby po prostu upublicznić wynagrodzenia i skłonić pracowników, by porównywali między sobą swoje zarobki. Istotą Compensation and Benefit Statement jest to, aby uświadomić pracownikowi, jak wynagrodzenie ma się do perspektyw na jego stanowisku – tak w zakresie płac, jak i możliwych do osiągnięcia celów.

Compensation and Benefit Statement pokazuje pracownikowi:

  • ile firma zainwestowała w niego w ciągu roku,
  • jakie pozamaterialne wsparcie i świadczenia otrzymał,
  • jakie kompetencje są kluczowe (i przez to najbardziej doceniane) z punktu widzenia strategii firmy,
  • w jakim kierunku pracownik powinien się rozwijać, aby mógł liczyć na wsparcie i docenienie ze strony pracodawcy.

Dzięki takiemu podejściu, przedsiębiorstwo zyskuje świadomego pracownika, który czuje się traktowany uczciwie i poważnie. W takiej sytuacji ewentualne odejście do firmy o mniejszym poziomie przejrzystości będzie zapewne jawiło się jako decyzja o podwyższonym ryzyku.

– Transparentność systemu, jasne zasady, znacząco zwiększają zaangażowanie pracowników, a co za tym idzie ich motywację – podkreśla Piotr Cwalina.

Na przeciwnym biegunie mamy natomiast pracowników, którzy nie mają pełnej świadomości ile tak naprawdę zarabiają lub nie potrafią określić, jaki związek mają ich zarobki z ich osiągnięciami. Takie osoby będą z pewnością bardziej skłonne do opuszczenia firmy niż te, które zyskały odpowiednią wiedzę i świadomość.

TOP5 oczekiwań inżynierów

Produkcja przemysłowa w lipcu 2018 wzrosła w Polsce o 7,9% r/r – wynika z danych Eurostatu[1]. Aby branża produkcyjna mogła nadal się rozwijać, potrzeba większej liczby wykwalifikowanych pracowników, a tych jest jak na lekarstwo. Zdaniem ekspertów z firmy rekrutacyjnej Most Wanted coraz trudniej jest pozyskać nie tylko pracowników niższego szczebla, ale też inżynierów, którzy finalnie wybierają nawet spośród 5 ofert równie korzystnych finansowo. Kandydaci decyzję uzależniają od tego, czy pracodawca spełnia listę dodatkowych oczekiwań. A te są konkretne – wśród TOP5 znajdują się dobry szef, redukcja stresu w pracy czy benefity dla rodziny pracownika.

Co sprawi, że dobry inżynier produkcji wybierze właśnie naszą firmę spośród 3-5 oferujących podobnie atrakcyjne wynagrodzenie? Powinniśmy przewidzieć jego oczekiwania oraz obawy i wyjść im naprzeciw. Pokazać, jak będzie wyglądała praca w firmie, nakreślić przyszłość, zapewnić rozwój oraz wsparcie. Bardzo ważnym czynnikiem jest również rodzina, o którą powinniśmy zadbać na równi z samym kandydatem – mówi Katarzyna Piekut, Dyrektor Zarządzająca Most Wanted.

Po pierwsze – szkolenie niszowych kompetencji

Najbardziej poszukiwani na rynku produkcyjnym są specjaliści od Lean Management czy BSS Sigma. To rozwiązania, które zostały wypracowane i rozwinięte w branży automotive, a teraz rozprzestrzeniają się na inne sektory produkcji. Kto jest przeszkolony w Lean czy Kaizen, ten rozdaje karty na rynku pracy. Implementacja tych rozwiązań przynosi wymierne korzyści, niestety często firmy nie są w stanie ich wdrożyć przez brak odpowiednich specjalistów.

– Kandydaci też to wiedzą. Dlatego najlepszym magnesem na inżynierów jest atrakcyjna ścieżka rozwoju zawierająca bogatą ofertę szkoleń. Firmie zdecydowanie łatwiej jest przekonać kandydata do wyboru jej oferty pracy, jeśli jest proaktywna i już na wstępnym etapie rekrutacji zaproponuje zorganizowanie i opłacenie szkoleń w obszarze, w którym rekrutowany chciałby się rozwijać – twierdzi Katarzyna Piekut.

Po drugie – zarządzanie stresem

Inżynierowie nie są jedynie wykonawcami, którzy całe dnie siedzą przed deską kreślarską czy projektują w AutoCADzie. Na wyższych stanowiskach w ich służbowe obowiązki wchodzi zarządzanie ludźmi, procesami i projektami. Tutaj nie ma miejsca na emocje czy błędy indywidualne lub zespołowe. Stąd w produkcji jest dużo napięć, a inżynierowie są na pierwszej linii frontu w zarządzaniu kryzysami. Dlatego oczekują oni wsparcia ze strony organizacji np. w postaci zewnętrznego doradcy, który pomoże zarządzać talentami w wiekowo zróżnicowanym zespole łączącym osoby z pokoleń X, Y i Z. Dodatkowym wyzwaniem są kompetencje miękkie osób awansowanych ze stanowisk typowo produkcyjnych na stanowiska liderskie.  Dyrektorzy produkcji, project lub process managerowie to osoby, które coraz częściej skłaniają się ku szkoleniom związanym z  radzeniem sobie ze stresem i work life balance.

Ważne jest także pozycjonowanie kultury organizacyjnej przedsiębiorstwa produkcyjnego jako opartej na przejrzystości, wzajemnej komunikacji i wspierającej postawy związane z ciągłym rozwojem. To pomaga kandydatowi odnaleźć się w organizacji i przyjąć ofertę.

Po trzecie – szef do rany przyłóż

Jedno z najczęstszych pytań na rozmowach rekrutacyjnych z inżynierem brzmi: „Jaki jest mój szef?” Kandydaci zwracają uwagę na kompetencje twarde i miękkie u kadry zarządzającej. Szef powinien być świetnym ekspertem, mentorem i „opiekunem” w jednym. Jeśli spełnia te warunki powinien uczestniczyć już w pierwszej rozmowie rekrutacyjnej. W takiej sytuacji błędem jest przeprowadzanie jej przez sam dział HR. Dobry i komunikatywny szef to prawdziwy as w rękawie, który może zdecydować o wyborze właśnie naszej firmy.

Warto, aby cała kadra menedżerska uzupełniała na bieżąco swoje profile na Linkedin, a wytypowane osoby w miarę możliwości wypowiadały się w mediach. W ten sposób tworzymy spójny wizerunek organizacji. Coraz częściej jest tak, że to człowiek – lider przyciąga kandydatów, a nie tylko marka – dodaje Katarzyna Piekut.

Po czwarte – miękkie lądowanie

Szczególnym wyzwaniem jest rekrutacja do pracy w greenfieldzie, czyli nowo powstałym zakładzie produkcyjnym. Decyzja o zmianie lokalizacji pracy to przecież rewolucja dla całej rodziny. W związku z tym firma powinna zadbać także o najbliższych pracownika – to oni mogą mieć decydujące zdanie. Wyższa pensja czy dofinansowania relokacji i pobytu mogą okazać się równie ważne jak zapewnienie pełnej opieki dla rodziny przy przeprowadzce, w tym znalezienie pracy dla żony czy sprawdzonej opiekunki dzieci. Należy nakreślić perspektywy i sprawić, żeby cała rodzina czuła się komfortowo i bezpiecznie. Warto pokazać zalety okolicy i infrastruktury, np. odległość od szkoły i innych zajęć dodatkowych, czy punktów handlowo-usługowych.

Dla zakładów produkcyjnych, położonych w mniejszych miejscowościach i oferujących nieco niższe stawki niż konkurencja z większych ośrodków, skuteczną kartą przetargową może okazać się bogaty pakiet relokacyjny wspierający pozostałych członków rodziny. Ten nietypowy benefit pozwala zmotywować do przeprowadzki nawet doświadczonych menedżerów – mówi Katarzyna Piekut.

Po piąte – kobieca ręka w produkcji

Kobieta inżynier to coraz częstszy widok w przedsiębiorstwach produkcyjnych. Chcąc przyciągnąć płeć piękną, pracodawca powinien dostosować przestrzeń socjalną i biurową do jej oczekiwań. Dotychczasową surowość wnętrz zastąpić funkcjonalnymi i przyjaznymi rozwiązaniami, które dadzą przynajmniej namiastkę domowego komfortu. Panie inżynier zwracają uwagę na to czy w firmie są wydzielone pokoje dla matek z dzieckiem lub pokoje ciszy. Dodatkowym atutem jest przedszkole firmowe, które pozwala znacznie usprawnić codzienną logistykę. Dobrze postrzegane są również dłuższe urlopy macierzyńskie oraz dofinansowania opieki nad dziećmi lub przedszkola. Jednak najlepszy benefit to elastyczny czas pracy, który można dostosować do domowego harmonogramu. Każdy z tych elementów warto podkreślać już w ogłoszeniach rekrutacyjnych!

[1] https://ec.europa.eu/eurostat/documents/2995521/9102954/4-12092018-AP-EN.pdf/81d6dda4-98f3-4c96-8a81-23b5c4dec2ab

Problem z bezpieczeństwem komputerów – hakerom wystarczy 5 minut

Olle Segerdahl, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure
Olle Segerdahl, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure

– Badacze ds. cyberbezpieczeństwa z F-Secure odkryli problem w zabezpieczeniach komputerów największych producentów, który umożliwia hakerom przejęcie danych z dysku, nawet jeżeli były zaszyfrowane. Cyberprzestępcom wystarczy zaledwie 5 minut fizycznego dostępu, aby przeprowadzić atak.

Problem wynika z braku odpowiednich zabezpieczeń w procesie uruchamiania systemu, co pozwala wykonać znany już od dekady atak nazywany „Cold Boot” (ang. cold – zimny, boot – uruchomienie komputera) [1]. Producenci sprzętu wprowadzili między innymi szyfrowanie dysku za pomocą narzędzi takich jak BitLocker, aby uniemożliwić uzyskanie dostępu, jednak eksperci F-Secure odkryli, że z niewielką modyfikacją Cold Boot można nadal skutecznie przeprowadzić.

Laptopy na celowniku

Problem dotyczy niemal wszystkich użytkowników komputerów, ale szczególnie zagrożone są firmy i organizacje. W świetle nowego odkrycia każdy zgubiony czy skradziony służbowy laptop stanowi ryzyko, gdyż najprawdopodobniej zawiera wrażliwe dane, np. uwierzytelniające dostęp do firmowej sieci.

Firmy rzadko przygotowane są na fizyczny atak hakerów – mówi Olle Segerdahl, główny konsultant ds. bezpieczeństwa w F-Secure, który odkrył problem.Tymczasem zagrożenie może stanowić każdy komputer zostawiony w pokoju hotelowym czy skradziony na lotnisku podczas podróży służbowej. Przetestowaliśmy laptopy największych producentów i za każdym razem uzyskaliśmy dostęp. To oznacza, że zdecydowana większość organizacji jest w grupie ryzyka – dodaje Segerdahl.

Jednocześnie nie ma prostego sposobu ochrony urządzeń przed zagrożeniem. O swoim odkryciu F-Secure powiadomił firmy Intel, Microsoft i Apple, jednak problem nie wynika z pojedynczej luki w oprogramowaniu i Sagerdahl nie spodziewa się natychmiastowego rozwiązania. Jak zaznacza, producenci powinni lepiej chronić użytkowników przed atakami, w których zakładamy fizyczny dostęp hakerów do komputera. Jednak w niektórych przypadkach może to wymagać zmian na poziomie sprzętowym, niemożliwych do zastosowania w modelach dostępnych obecnie na rynku.

Jak chronić się przed atakiem?

Największe ryzyko wiąże się z zostawianiem „uśpionego” komputera. Ma to związek z kluczami szyfrującymi dane – w tym trybie pozostają one w pamięci RAM, więc są możliwe do odczytania przez cyberprzestępcę. W celu uzyskania praktycznie nieograniczonego dostępu do zawartości komputera: haseł, dokumentów czy danych, wystarczy wówczas uruchomić odpowiedni program za pomocą pamięci USB lub w inny sposób skopiować zawartość nadal zasilanej pamięci RAM, w której znajdują się klucze szyfrujące. Natomiast gdy komputer przechodzi w stan hibernacji lub zostaje wyłączony, klucze szyfrujące przenoszone są z pamięci RAM na zaszyfrowany dysk twardy. Użytkownicy powinni więc tak skonfigurować sprzęt, aby laptopy automatycznie wyłączały się lub przechodziły w stan hibernacji, gdy nie są używane. Warto również zadbać o funkcję dodatkowego uwierzytelniania przed startem systemu, np. przez nadanie kodu PIN w programie BitLocker.

Równie ważne jest uświadamianie o zagrożeniu pracowników, zwłaszcza kadry kierowniczej i podróżujących służbowo. Działy IT powinny mieć także gotowy plan działania w sytuacji zgubienia czy kradzieży firmowego komputera, aby zdalnie zablokować konto użytkownika i starać się zminimalizować ryzyko wycieku danych. Wierzymy, że upublicznienie naszego odkrycia to najszybszy sposób dotarcia do użytkowników, a także zwrócenia uwagi na problem niewystarczających zabezpieczeń w obecnych modelach komputerów – podsumowuje Olle Segerdahl.\

Konsultanci ds. bezpieczeństwa F-Secure Olle Segerdahl i Pasi Saarinen przedstawią wyniki swoich badań 13 września na konferencji SEC-T w Szwecji oraz 27 września na konferencji Microsoft BlueHat v18 w USA.

[1] Atak polega na odczytaniu danych z pamięci RAM po odcięciu zasilania, np. gdy komputer zostaje ponownie uruchomiony bez zamknięcia systemu. Wymaga schłodzenia pamięci do minusowych temperatur, co daje hakerowi kilka minut na odczytanie danych.

Bezpieczna aparatura elektryczna niskiego napięcia – aktualne wyzwanie dla całego rynku aparatury elektrycznej w Europie

Temat bezpiecznej aparatury niskiego napięcia był szeroko omówiony na konferencji prasowej zorganizowanej przez Sekcję Producentów Aparatury Elektrycznej (SPAE) przy Krajowej Izbie Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji (KIGEiT) podczas drugiego dnia 31 Międzynarodowych Targów Energetycznych Energetab 2018. Konferencja zgromadziła liczną grupę przedstawicieli mediów branżowych oraz stowarzyszeń, izb gospodarczych, producentów i innych uczestników rynku. Konferencję otworzył i zebranych powitał Stefan Kamiński, Prezes KIGEiT. Wśród prelegentów byli członkowie Sekcji SPAE oraz przedstawiciele Departamentu Nadzoru Rynku Urzędu Ochrony Konkurencji, Biura Badawczego ds. Jakości SEP-BBJ oraz SHE Związku Pracodawców Dystrybucji Elektrotechniki.

Celem konferencji było m.in. zwrócenie uwagi uczestników rynku na coraz bardziej powszechną obecność na europejskim rynku elektrotechnicznym, aparatów elektrycznych niskiego napięcia, które nie spełniają wymogów technicznych i deklarowanych parametrów. Z jednej strony ww. aparaty mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia i mienia użytkowników, z drugiej, poprzez nieuczciwą konkurencję, wypierają z rynku aparaty bezpieczne i pełnowartościowe.

Na poziomie Europy, na ww. problem zwrócili uwagę członkowie inicjatywy MSSI Electrical, którą przedstawił Wojciech Świątek, Przewodniczący Sekcji SPAE w KIGEiT. Inicjatywa powstała w 2012r. Wśród zaangażowanych firm są ABB, Benedict, Dehn, Eaton, Hager, Legrand, Schneider Electric, Siemens oraz europejskie (m.in. Orgalime, CECAPI) i krajowe organizacje branżowe (w Polsce KIGEiT). Dziś inicjatywa jest obecna w ponad 20 krajach Europy i można stwierdzić, że rozpatrywane problemy są bardzo podobne. Mają jednak różne nasilenie, w zależności od dojrzałości lokalnego rynku elektrotechnicznego i jego historycznego ukształtowania. W niektórych rozwiniętych krajach, jak Niemcy, duży nacisk kładzie się na to, aby produkty posiadały nie tylko znak CE, ale także, aby ich jakość była potwierdzona przez niezależne jednostki badawcze np. VDE czy TUV.

Ważnym zadaniem inicjatywy MSSI Electrical, jest więc monitorowanie lokalnych rynków w zakresie ww. produktów, zlecanie wykonania badań celowych produktów, oraz informowanie lokalnych organów nadzoru rynku (w Polsce m.in. UOKiK) o możliwych zagrożeniach. Przedstawiciele MSSI Electrical współpracują z odpowiednimi organami Unii Europejskiej, aby zwrócić uwagę na powszechny problem z bezpieczeństwem aparatów elektrycznych niskiego napięcia i wspólnie szukać jego rozwiązania.

W Polsce, inicjatywa MSSI Electrical została wdrożona przez Sekcję SPAE KIGEiT. Działalność Sekcji przedstawił Marek Tabaka, Członek Zarządu SPAE. Na początku Sekcja skupiła się na dwóch typach aparatów: wyłącznikach nadprądowych i różnicowoprądowych, szeroko dostępnych zarówno dla konsumentów, jak i fachowców branżowych, stosowanych w budownictwie mieszkaniowym i przemysłowym. W wyniku przeprowadzonych w SEP-BBJ wybranych typów badań dla 23 produktów każdego typu wyłącznika, pobranych z rynku, otrzymano zatrważające dane: w przypadku wyłączników nadprądowych badań nie przeszło 43% aparatów, w przypadku różnicowoprądowych aż 56% (opis badań oraz analiza wyników zostały szeroko opisane w oddzielnych artykułach, które są dostępne min. na stronie internetowej KIGEiT). Informacja na temat wyników ww. badań została przekazana do UOKiK, który podjął niezbędne działania, zarówno jeśli chodzi o wyłączniki nadprądowe, jak i różnicowoprądowe, w wyniku których wydane zostały stosowne decyzje administracyjne (https://decyzje.uokik.gov.pl/bp/dec_prez.nsf).

Ważnym punktem konferencji było wystąpienie Katarzyny Bednarz, przedstawicielki Departamentu Nadzoru Rynku UOKiK pt. „System nadzoru rynku w obszarze sprzętu elektrycznego niskiego napięcia – zmiany przepisów”. Przypomniano kluczowe obowiązki uczestników rynku: producenta, importera oraz dystrybutora zwracając uwagę na zakres ich odpowiedzialności za wprowadzanie produktów na rynek w świetle obowiązujących przepisów; wspomniano o możliwości nałożenia kar za niedopełnienie obowiązków i wprowadzenie na rynek lub dystrybucję produktu niezgodnego z obowiązującymi wymaganiami.

Zwrócono także uwagę na nową ustawę z dnia 15 czerwca 2018 r. o zmianie ustawy o systemach oceny zgodności i nadzoru rynku oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. z 2018 r. poz. 1338). Znowelizowane przepisy nt. krajowego systemu nadzoru rynku obowiązują niespełna 2 miesiące, od 19 lipca 2018 r. Ważną zmianą, o której trzeba wspomnieć jest „możliwość wszczęcia postępowania administracyjnego na podstawie innych dostępnych informacji, gdy wynika z nich, że wyrób nie spełnia wymagań, a został wprowadzony do obrotu przez podmiot gospodarczy mający siedzibę na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”. Innymi słowy do wszczęcia postępowania Urząd będzie mógł wykorzystywać otrzymane materiały/dowody np. wyniki już przeprowadzonych badań w akredytowanym laboratorium, co powinno w znacznym stopniu przyczynić się do skrócenia czasu reakcji organu nadzoru rynku i przyspieszyć proces eliminowania z rynku nieprawidłowości.

Temat bezpieczeństwa aparatów elektrycznych niskiego napięcia kontynuował pan Marcin Ocioszyński, Dyrektor Biura Badawczego ds. Jakości Stowarzyszenia Elektryków Polskich w wystąpieniu pt. „Zapewnienie bezpieczeństwa aparatów elektrycznych niskiego napięcia poprzez badania w akredytowanym laboratorium”. Dyrektor BBJ zwrócił uwagę, że znakowanie CE, bazujące tylko na samoocenie, nie gwarantuje bezpieczeństwa wyrobu. Tej gwarancji nie daje również samo badanie próbki wyrobu przez akredytowane laboratorium, nawet jeżeli towarzyszy mu certyfikat zgodności. Jest to tylko informacja dla producenta/dostawcy. Właściwe zapewnienie jakości i bezpieczeństwa wprowadzanych do obrotu wyrobów daje dopiero certyfikacja na zastrzeżony znak akredytowanej jednostki certyfikującej, np. „SEP-BBJ”. Certyfikacja taka obejmuje badanie typu wyrobu wg właściwej normy, ocenę warunków produkcji oraz nadzór w całym okresie ważności certyfikacji, połączony z coroczną oceną w miejscu produkcji i badaniami kontrolnymi wyrobów. Dyrektor BBJ rozwinął na tym tle informację na temat różnych typów programów certyfikacji oraz głównych obszarów ich wykorzystania

Interesującym dopełnieniem omawianego tematu było wystąpienie pana Tomasza Boruca Dyrektora Zarządzającego SHE Związku Pracodawców Dystrybucji Elektrotechniki pt. „Jak dystrybucja jako uczestnik rynku włącza się w proces dbania o jakość i bezpieczeństwo produktów”.  Obecnie dystrybucja pełni bardzo ważną rolę w udostępnianiu na rynek szerokiej gamy oferty materiałów technicznych z różnych dziedzin (elektrycznej, sanitarnej, grzewczej, budowlanej itd.) – wraz z produktami pracownicy dystrybucji przekazują klientom szereg ważnych informacji, jak certyfikaty, dane techniczne, instrukcje i wytyczne montażu. Podjęta przez związki hurtowni branży elektrycznej: SHE, instalacyjno-grzewczej: ZHI oraz budowlanej: Polskie Składy Budowlane, inicjatywa firm dystrybucyjnych „Nie wstydzę się tego co sprzedaję” stawia sobie za cel eliminację z profesjonalnej dystrybucji materiałów niespełniających wymagań technicznych lub formalnych, obejmującą nie tylko aparaty elektryczne, ale także szeroką ofertę dystrybucji dla rynku budownictwa. To podkreśla, jak ważny jest spojrzenie na bezpieczeństwo z punktu widzenia różnych produktów oraz różnych uczestników rynku w tym dystrybucji.

Należy także wspomnieć o podobnych inicjatywach jak MSSI Electrical, które mają miejsce na rynku polskim: Związek Producentów Sprzętu Oświetleniowego Pol-Lighting bada produkty w zakresie oświetlenia LED, a Polska Izba Gospodarcza Elektrotechniki w zakresie produktów instalacyjnych niskiego napięcia m.in. kabli.

Więcej informacji o inicjatywie można znaleźć na stronie internetowej www.kigeit.org.pl oraz pod linkami:

  • Artykuł na temat wyników przeprowadzanych badań dotyczących wyłączników nadprądowych

Link: http://www.kigeit.org.pl/spae-poleca-artykul-nt-badan-wylacznikow-nadpradowych-mcb.html

  • Artykuł na temat wyników przeprowadzanych badań dotyczących wyłączników różnicowo-prądowych

Linki: http://www.kigeit.org.pl/spae-kigeit-poleca-artykul-nt-badan-wylacznikow-roznicowopradowych-rccb.html

  • Broszura nt. bezpieczeństwa produktów:

Link: http://www.kigeit.org.pl/ftp/mk/spae/gkz_spae/Broszura_bezpiecz_web.pdf

Vienna House inwestuje w hotele w Polsce

Vienna House, największa austriacka sieć hotelowa, inwestuje w podniesienie standardu hoteli w Krakowie i Katowicach. Goście korzystają z odnowionych obiektów, które oferują stylowy design, odzwierciedlający najnowsze trendy.

W 2018 r. Vienna House zainwestowała ponad 4 miliony EUR w renowację trzech z pięciu hoteli w Polsce – Vienna House Andel’s Cracow oraz Vienna House Easy Cracow i Katowice. Obiekty oferują podniesiony standard, znakomity design oraz wiele usług, aby zaspokoić potrzeby gości biznesowych i turystycznych. Wszystkie zmiany zostały zrealizowane z myślą o wymaganiach nowoczesnych, kosmopolitycznych podróżujących, którzy oczekują od obiektów noclegowych unikalnej atmosfery, nowoczesnych technologii i unikalnego stylu.

„Polski rynek hotelarski staje się coraz bardziej konkurencyjny. Vienna House jest jedną z największych sieci hotelowych w Polsce, jednakże każdy z naszych hoteli posiada swój własny charakter i design. Naszym głównym celem jest inspirować naszych gości, również poprzez ciągłe udoskonalanie standardu i oferowanie nowych usług.” – przyznaje Tomasz Piórkowski, Dyrektor Regionalny Vienna House. Dodaje: „W 2019 r. Vienna House będzie kontynuować inwestycje w Polsce. Planujemy odświeżenie pokoi w Vienna House Andel’s Cracow i remont części wspólnej w Vienna House Easy Cracow. Również nadmorski Vienna House Amber Baltic Miedzyzdroje przejdzie generalną renowację.”

Vienna House Easy – nowy miejski design

Dwa polskie hotele Vienna House Easy w Krakowie i Katowicach reprezentują swobodny i świeży styl linii hotelowej Vienna House Easy. Całkowicie odnowione pokoje Vienna House Easy Cracow są teraz bardziej nowoczesne i jeszcze bardziej funkcjonalne. Zostały one przygotowane w trzech kolorach: pomarańczowym, niebieskim oraz żółto-zielonym. Otrzymały również krakowskie akcenty w wystroju wnętrz. Wszystkie pokoje zostały wyposażone w modułowe łóżka z możliwością łączenia ich materacy. Wartość inwestycji wynosi 1820000 EUR. W przyszłym roku planowana jest renowacja lobby oraz centrum konferencyjnego.

W Vienna House Easy Katowice cały parter zyskał nowe oblicze. Wystrój lobby jest kombinacją elementów drewnianych i industrialnych oraz przytulnych, kolorowych mebli. Lobby płynnie łączy się z nowoczesnym Lobby Barem. W ramach remontu zostały wymienione również wszystkie meble, żyrandole oraz wykładziny w lobby, barze i restauracji. Renowacja była przygotowana przez dział Projektowy Vienna House. W przyszłym roku planowane jest odświeżenie części konferencyjnej.

Nowy, jeszcze bardziej nowoczesny wygląd Vienna House Andel’s Cracow
Parter Vienna House Andel’s Cracow, który jest wizytówką hotelu, został kompletnie wyremontowany w 2018 r. Nie tylko restauracja uzyskała nowy wygląd i stała się lokalem oddającym hołd kulturze kalifornijskiej. Lobby jako serce hotelu otrzymało stół do wspólnej pracy, eleganckie żyrandole, przyciągające wzrok graffiti na ścianie między lobby a restauracją, oraz mnóstwo roślin. Bar stał się przytulnym Barem Smok, który oferuje unikalną możliwość przygotowania własnego przepisu na koktajl, który zostaje włączony do sprzedaży. Jego nazwa odwołuje się do kultowego lokalu, który znajdował się w tej lokalizacji w czasach PRL.

Z kolei wystrój restauracji Mavericks Cracow stanowi połączenie drewnianych i industrialnych, stalowych elementów dekoracyjnych z motywami roślinnymi i nawiązuje do stylu kalifornijskiego. Również kuchnia jest mieszanką wpływów europejskich, meksykańskich i azjatyckich, niczym w Słonecznym Stanie.

Nowy design hotelu został zaprojektowany przez wiedeńskie biuro BEHF Architects. W przyszłym roku prace remontowe obejmą wszystkie pokoje Vienna House Andel’s Cracow.

Kuehne + Nagel wdraża technologię blockchain dla portalu VGM

  • Technologia blockchain wprowadzona, aby zaktualizować działanie Portalu VGM (Verified Gross Mass)
  • Praktyczne doświadczenie z technologią blockchain w ramach produkcji magazynowej
  • Ulepszone rozwiązanie z nowymi funkcjami i uwydatnioną przejrzystością

Kuehne + Nagel po raz pierwszy wykorzystuje korzyści technologii blockchain na wielką skalę operacyjną, obsługując przy jej pomocy 800.000 transakcji miesięcznie, jednocześnie firma aktualizuje swój ugruntowany już portal VGM. Ulepszone rozwiązanie zapewnia spedytorom nowe funkcje, które zwiększyły wygodę ich działań, jak i, stopień transparentności statusów VGM wszystkich przesyłek klientów i historii przechowywanych informacji. Wszystkie informacje wprowadzane przez portal są przechowywane w łańcuchu, co umożliwia korzystanie z wewnętrznych interfejsów blockchain w celu wymiany danych z trzecimi stronami, pozbywając się tym samym konieczności wykorzystywania dodatkowych kanałów komunikacyjnych. Kuehne + Nagel zaprojektowało rozwiązanie, aby w pełni odpowiedzieć na wymagania branżowe dotyczące poufności i prywatności danych, z dopełnieniem natury technologii blockchain, którymi są trwałość i identyfikowalność danych.

Martin Kolbe, Dyrektor IT Kuehne + Nagel International AG: “Lista obietnic związanych z wykorzystaniem technologii blockchain w branży logistycznej jest długa, ale rzadko spotykane jest jej praktyczne wykorzystanie. Portal VGM, rozwiązanie Kuehne + Nagel, wspólnie zaprojektowane przez ekspertów spedycji morskiej oraz nasz zespół IT pozwala nam zdobyć praktyczne doświadczenie w wykorzystaniu technologii blockchain przy wielu transakcjach w wewnętrznym środowisku produkcyjnym. Technologia przynosi korzyści naszym klientom, stanowiąc w pełni bezpieczne rozwiązanie do wymiany informacji z trzecimi stronami, ze zwiększoną efektywnością i wyższą transparentnością. Kuehne + Nagel angażuje się w wiele projektów z użyciem technologii blockchain, prowadzonych z naszymi Klientami, dostawcami, jak i, organami rządowymi, odnoszących się do wymagań branży logistycznej w ramach najróżniejszych aspektów, jako że pełen potencjał technologii blockchain może być wykorzystany jedynie współpracując z partnerami biznesowymi. Najlepszym tego przykładem jest nasze zaangażowanie w konsorcjum pracujące nad digitalizacją dokumentu przewozowego dla spedycji morskiej. Korzystanie z portalu VGM w oparciu o technologię blockchain w środowisku wysokiego zaangażowania operacyjnego systemu dostarcza wartościowej wiedzy i ekspertyzy w rozwijaniu wspólnej implementacji blockchain.”

Kuehne + Nagel udostępniło pierwszą wersję portalu VGM w 2016 roku, aby umożliwić spedytorom wygodne rozwiązanie do wypełniania deklaracji VGM, które są wymagane przy przesyłkach morskich w wyniku Międzynarodowej Konwencji o Bezpieczeństwie Życia na Morzu (SOLAS). Teraz, wykorzystanie technologii blockchain umożliwia dalszą wymianę danych między różnymi partnerami.

Jak zaksięgować starą fakturę kosztową? Porada eksperta

Ewa Szpytko-Waszczyszyn, ekspert wFirma.pl
Ewa Szpytko-Waszczyszyn, ekspert wFirma.pl

Porządkując samochód czy biuro, niejednokrotnie zdarza się przedsiębiorcom odnaleźć faktury kosztowe sprzed kilku miesięcy. Powstaje wówczas pytanie – czy można je jeszcze zaksięgować? Szkoda tracić szansę na obniżenie podatku, dlatego warto sprawdzić, jak postępować w takich przypadkach.

Dwa aspekty rozliczeń

Na gruncie podatkowym faktura kosztowa podlega zarówno przepisom ustawy o VAT, jak również ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (PIT). Rozpatrując możliwość księgowania odnalezionej faktury, należy zatem pamiętać o różnicach w księgowaniu dla celów podatku VAT oraz PIT.

ASPEKT 1. – Księgowanie odnalezionej faktury kosztowej w VAT

Odliczenie VAT z odnalezionej faktury jest możliwe jeśli:

  • zakup służył działalności opodatkowanej,
  • jest prawidłowo udokumentowany, czyli faktura posiada dane wymagane przepisami (m.in. określenie nabywcy i sprzedawcy, stawkę i kwotę VAT, wartość sprzedaży).

Jednak to, czy zaksięgowanie będzie wymagało cofnięcia się do okresu pierwotnego otrzymania faktury czy też nie, zależy od tego, kiedy faktura po raz pierwszy trafiła do przedsiębiorcy.

Faktura z poprzedniego miesiąca

Odliczenie z faktury zakupowej podatku naliczonego VAT przysługuje w dacie otrzymania faktury lub w jednym z dwóch kolejnych okresów rozliczeniowych (miesiącach lub kwartałach, w zależności od zadeklarowanego w urzędzie sposobu rozliczania VAT). Zatem w sytuacji, gdy fakturę otrzymano w miesiącu poprzednim, za który złożono już deklarację VAT i JPK_VAT, można ująć ją w rejestrze zakupów VAT w bieżącym miesiącu, ponieważ nie minęły jeszcze ustawowe dwa okresy rozliczeniowe.

Przykład 1,:

Pan Karol rozlicza VAT miesięcznie. W sierpniu otrzymał fakturę kosztową, ale przez natłok obowiązków zapomniał ją zaksięgować. Odnalazł dokument dopiero we wrześniu. Czy może go zaksięgować w rejestrze zakupów VAT?

Tak, podatnik może ująć fakturę zakupu w Rejestrze zakupów VAT w dacie wrześniowej (a nawet październikowej), jako że odliczenie VAT przysługuje w dacie otrzymania faktury lub w jednym z dwóch kolejnych miesięcy.

Faktura sprzed dwóch miesięcy/kwartałów

W sytuacji, kiedy od daty pierwotnego otrzymania faktury upłynęły więcej niż dwa okresy rozliczeniowe, przedsiębiorca nie traci bezwzględnie szansy na odliczenie VAT. Mimo, że ustawowy okres minął, VAT z odnalezionej faktury po dwóch miesiącach/kwartałach wciąż można odliczyć. Wymaga to jednak cofnięcia się do okresu pierwotnego, a następnie sporządzenia korekt deklaracji VAT-7/VAT-7K oraz korekt JPK_VAT, a następnie ponownego ich przesłania do Ministerstwa Finansów. Warto pamiętać, że odliczenie VAT od zakupów jest prawem podatnika. Dlatego też jeżeli przedsiębiorca nie chce korygować złożonych wcześniej deklaracji, nie musi korzystać z odliczenia VAT przy tej fakturze. Oczywiście taka możliwość dotyczy wyłącznie faktur kosztowych.

Przykład 2.:

Pan Karol rozlicza VAT miesięcznie. W lutym otrzymał fakturę kosztową, ale została w schowku samochodowym i nie zaksięgowano jej. Pan Karol odnalazł ją dopiero we wrześniu. Czy może ją zaksięgować w rejestrze zakupów VAT?

Tak, podatnik może ująć fakturę zakupu w Rejestrze zakupów VAT, ale konieczne będzie cofnięcie się do okresu, w którym pierwotnie otrzymał fakturę, czyli do lutego. Spowoduje to konieczność złożenia korekty deklaracji VAT-7 oraz pliku JPK_VAT za luty. W wyniku złożonej korekty może powstać nadpłata w podatku VAT – do rozliczenia w kolejnych okresach.

Wyjątki na gruncie VAT

Od opisanych wyżej możliwości odliczenia VAT z odnalezionych faktur istnieją wyjątki. Zasady te nie dotyczą faktur zagranicznych oraz krajowych z odwrotnym obciążeniem. Zatem jeżeli odnaleziona faktura dotyczy zakupu towarów lub usług objętych odwrotnym obciążeniem na gruncie podatku VAT, należy przede wszystkim cofnąć się do okresu, w którym powstał obowiązek podatkowy i wykazać VAT należny po stronie Rejestru sprzedaży. VAT do odliczenia zaksięgujemy natomiast w zależności od tego, jak długo faktura leżała zapomniana. Jeżeli mniej niż trzy miesiące wraz z VAT-em należnym można wykazać VAT naliczony. Jest to transakcja neutralna dla podatku VAT, ale wymaga złożenia korekt deklaracji VAT oraz JPK_VAT. Gdy minęło jednak więcej niż trzy miesiące, wówczas VAT należny (czyli po stronie sprzedaży) wykazuje się w wstecz, a VAT naliczony (po stronie zakupów) – na bieżąco. Poza koniecznością złożenia korekt deklaracji i pliku JPK, powoduje to również konieczność dopłaty podatku wraz z odsetkami.

Przykład 3.:

Pan Karol rozlicza VAT miesięcznie. W lutym zakupił usługę reklamową i otrzymał fakturę kosztową od kontrahenta zagranicznego z Irlandii, ale zapomniał ją wydrukować i nie zaksięgowano jej. Pan Karol przypomniał sobie o niej dopiero we wrześniu. Czy może ją zaksięgować dla celów VAT we wrześniu?

Nie, ponieważ od daty powstania obowiązku podatkowego z tytułu importu usług minęło już ponad trzy miesiące. Podatnik musi cofnąć się do lutego i dokonać naliczenia VAT według polskiej stawki w Rejestrze sprzedaży VAT za luty. Następnie może ująć zapis w Rejestrze zakupów VAT, ale nie może tego dokonać w lutym. Fakturę po stronie Rejestru zakupów VAT podatnik ujmuje w miesiącu bieżącym, czyli wrześniu. Spowoduje to konieczność złożenia korekty deklaracji VAT-7 oraz pliku JPK_VAT za luty. W wyniku złożonej korekty wystąpi konieczność dopłaty podatku VAT do urzędu wraz z ewentualnymi odsetkami.

ASPEKT 2 – Księgowanie odnalezionej faktury kosztowej w podatku dochodowym

W przypadku podatku dochodowego, stałym okresem rozliczeniowym jest rok (najczęściej rok kalendarzowy). Stąd też dla celów ustalenia czy odnalezioną fakturę można zaksięgować w pierwszej kolejności, należy sprawdzić datę jej wystawienia – czy dotyczy roku bieżącego czy też lat ubiegłych.

Faktura kosztowa odnaleziona w roku, którego dotyczy

Jeżeli odnaleziona faktura dotyczy tego samego roku co data jej wystawienia, wówczas można ją zaksięgować do księgi przychodów i rozchodów w dacie odnalezienia, czyli bez konieczności cofania się do poprzednich okresów i korygowania wyliczonych już zaliczek na podatek dochodowy.

Przykład 4.:

Pan Karol w sierpniu 2018 roku otrzymał fakturę kosztową dotyczącą zakupu materiałów biurowych, ale przez natłok obowiązków zapomniał jej zaksięgować. Odnalazł ją dopiero we wrześniu 2018 roku. Czy może ją zaksięgować w KPiR?

Tak, podatnik może ująć fakturę zakupu w KPiR w dacie wrześniowej, jako że koszt dotyczy roku 2018, który jeszcze nie uległ zamknięciu.

Faktura kosztowa odnaleziona w latach kolejnych

W przypadku gdy faktura kosztowa, którą odnaleźliśmy przy okazji robienia porządków, dotyczy lat ubiegłych – nie można jej zaksięgować w okresie odnalezienia. Koszt nie jest utracony, jednak aby móc z niego skorzystać, konieczne jest cofnięcie się do roku, którego koszt dotyczy, dokonanie wpisu w podatkowej księdze przychodów i rozchodów pod datą ostatniego dnia roku, a następnie skorygowanie złożonych już zeznań rocznych (czyli PIT-36 lub PIT-36L,  jeżeli przedsiębiorca wybrał rozliczanie podatkiem liniowym).

Przykład 5.:

Pan Karol w lutym 2017 roku otrzymał fakturę kosztową dotyczącą zakupu wycieraczek i oleju do samochodu firmowego, ale została w schowku samochodowym i nie zaksięgowano jej. Pan Karol odnalazł ją dopiero we wrześniu 2018 roku. Czy może ją zaksięgować w KPiR?

Podatnik nie może ująć faktury zakupu w KPiR we wrześniu 2018 roku, jako że koszt dotyczy roku 2017. Zatem jedyną możliwością ujęcia odnalezionej faktury w kosztach jest cofnięcie się do roku 2017. Wówczas należy zaksięgować ją w KPiR pod datą 31.12.2017, a następnie sporządzić korektę deklaracji rocznej PIT-36 lub PIT-36L, jeżeli w roku 2017 podatnik rozliczał się na zasadach podatku liniowego.

Pan Karol może również zrezygnować całkowicie z ujmowania takiej faktury w kosztach.

Zakup towarów handlowych jako wyjątek

Koszty dotyczące zakupu towarów handlowych i materiałów podstawowych zawsze ujmowane są najpóźniej w dacie przyjęcia towaru. Czy dotyczy to również sytuacji w której nie otrzymaliśmy w terminie albo zgubiliśmy fakturę? Tak. Wynika to z Rozporządzenia w sprawie prowadzenia podatkowej księgi przychodów i rozchodów: “§ 17. 1. Zakup materiałów podstawowych oraz towarów handlowych musi być wpisany do księgi, z zastrzeżeniem § 30, niezwłocznie po ich otrzymaniu, najpóźniej przed przekazaniem do magazynu, przerobu lub sprzedaży.” Zatem w przypadku zakupu towarów handlowych, nawet jeżeli w momencie ich otrzymania podatnik nie posiada faktury, to ujmuje ich koszt w KPiR na podstawie protokołu przyjęcia (oczywiście później faktura musi zostać otrzymana/odnaleziona). Dotyczy to natomiast jedynie podatku dochodowego. Zatem w tym przypadku VAT nie podlega on odliczeniu aż do momentu otrzymania faktury zakupu.

Ewa Szpytko-Waszczyszyn – Ekspert wFirma.pl

Czas na banki centralne

Czwartkowy handel upłynie pod dyktando decyzji trzech banków centralnych, które decydować będą o wysokości stóp procentowych. Złotówka od rana traci.

Początek dnia nienajlepszy

Od rana złotówka traci wobec głównych walut. Może być to zasługa zaplanowanych na dziś decyzji banków centralnych, gdyż pomimo przekonań analityków co do wyników posiedzeń, pewna niepewność występuje na rynkach. Frank szwajcarski podrożał do 3,82 zł. Funt brytyjski kosztuje 4,84 zł. Za euro zapłacimy 4,31 zł, a za dolara amerykańskiego 3,71 zł. Co prawda

Inflacja z rana

Środowy kalendarz makroekonomiczny pełen jest istotnych odczytów gospodarczych. Jako pierwsze poznaliśmy dane inflacyjne z Europy. Inflacja konsumencka zarówno we Francji jak i w Niemczech nie zaskoczyła analityków. Również zgodna z oczekiwaniami okazała się inflacja producencka w Szwajcarii. Nie wpłynęły jednak one znacząco na notowania ponieważ, pozostaną ona w cieniu rozgrywek banków centralnych.

BoE, CBRT, EBC

Na godzinę 13:00 planowane jest ogłoszenie decyzji ws. zmian stóp procentowych w Wielkiej Brytanii oraz Turcji. Z kolei 45 minut później poznamy głosy z Europejskiego Banku Centralnego. O tyle o ile inwestorzy przekonani są co do komunikatu z Europy, to pozostałe dwa mogą zaskoczyć rynki, a co za tym idzie przynieść większą zmienność. Mario Draghi najprawdopodobniej podtrzyma swoje poprzednie stanowisko i program QE będzie jeszcze chwilę kontynuowany, a na najbliższe podwyżki stóp procentowych poczekamy do przyszłego roku. Najprawdopodobniej również członkowie tureckiego banku centralnego nie zdecydują się na podniesienie kosztu pieniądza pomimo trudnej sytuacji w kraju. Tym samym nie sprzeciwiając się polityce prezydenta Erdogana, który jest zwolennikiem niskiego kosztu pozyskania pieniądza. Najciekawiej zapowiada się zatem moment decyzji w Wielkiej Brytanii. Chociaż i tutaj może nie dojść do zmian, a to ze względu na, prawdopodobnie, kończące się negocjacje w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Należy zatem w godzinach popołudniowych bacznie obserwować notowania powiązane z euro, funtem oraz lirą turecką.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Współpraca publicznego sektora ochrony zdrowia z prywatnym może skrócić kolejki do specjalistów. Prywatnie leczy się już ponad połowa Polaków

Współpraca publicznego sektora ochrony zdrowia z prywatnym może skrócić kolejki do specjalistów. Prywatnie leczy się już ponad połowa Polaków 1

Więcej niż połowa Polaków korzysta zarówno z prywatnej, jak i publicznej opieki zdrowotnej, a tylko co trzeci wyłącznie z usług świadczonych w ramach publicznego finansowania – wynika z danych PIU. Sektor prywatny szybciej wprowadza nowinki technologiczne i innowacje, stawia też na spersonalizowaną opiekę medyczną. Eksperci podkreślają, że polska służba zdrowia potrzebuje nie tylko większych nakładów finansowych, lecz także współpracy z prywatnym sektorem. W krajach, które wprowadziły mechanizm współpłacenia za usługi medyczne, łatwiejszy stał się też dostęp do specjalistów.

Sektor prywatny dużo łatwiej i dużo szybciej wprowadza różnego rodzaju innowacje: sprzętowe, proceduralne czy telemedyczne. Ta łatwość wprowadzania innowacji jest często związana z poszukiwaniem efektywności kosztowej. Prywatni inwestorzy są zainteresowani tym, żeby wprowadzać i wykorzystywać nowe technologie, przenosić je z innych krajów i zaadoptować do polskich warunków – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Wachnicki, wiceprezes Związku Pracodawców Medycyny Prywatnej.

Z raportu firmy PwC „Pacjent w świecie cyfrowym” wynika, że służba zdrowia nowej generacji będzie wykorzystywała coraz więcej nowinek technologicznych – urządzeń mobilnych, telediagnostyki czy sztucznej inteligencji. Raport Deloitte „2018 Global Health Care Outlook. The Evolution of Smart Health Care” wśród 12 innowacyjnych rozwiązań, które będą mieć największy wpływ na opiekę zdrowotną, wskazuje właśnie telemedycynę, robotyzację i sztuczną inteligencję. Z kolei priorytetem dla pacjentów jest spersonalizowana opieka medyczna. W takich innowacjach przoduje prywatny sektor.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że ponad połowa Polaków korzysta z prywatnej i publicznej opieki zdrowotnej. Tylko 38 proc. decyduje się na usługi wyłącznie sektora publicznego. Eksperci podkreślają, że polska służba zdrowia potrzebuje współpracy obu sektorów – obecny system jest mało wydajny, a na przyznawaniu świadczeń korzystają przede wszystkim placówki publiczne.

Najważniejszą barierą jest to, że świadczeniodawcy są dzieleni na prywatnych i publicznych. Od tego powinniśmy odejść i skupić na tym, czy świadczeniodawca oferuje dobrej jakości usługi. Pacjenta, który jest chory, nie powinno interesować to, w jakim podmiocie się leczy. Dzisiaj ten podział powoduje to, że pacjenci są zagubieni w systemie, nie wiedzą, czy u świadczeniodawcy prywatnego będą musieli zapłacić za usługę – przekonuje Tomasz Wachnicki.

Brak współpracy z sektorem prywatnym to nie jest jedyna bolączka polskiej służby zdrowia. Niewystarczające są także publiczne środki przeznaczane na ten obszar. Obecnie do systemu trafia 4,5 proc. PKB. Pod tym względem gorzej od nas wypadają jedynie Rumunia, Litwa, Łotwa i Cypr. Do 2024 roku ma to być już 6 proc. PKB, nie rozwiąże to jednak wszystkich problemów, zwłaszcza w kontekście starzejącego się społeczeństwa i większych wydatków na leczenie, które się z tym wiążą. Zdaniem ekspertów rozwiązaniem mogłoby być dopuszczenie konkurencji między ubezpieczycielami czy wprowadzenie mechanizmu współpłacenia za usługi medyczne. W krajach, gdzie takie mechanizmy wprowadzono, np.  w Czechach czy Holandii, kolejki do specjalistów znacznie się zmniejszyły.

– Nawet jeśli zwiększymy wydatki publiczne na opiekę zdrowotną do 6 proc. PKB, nie wystarczy to, żeby sprostać wszystkim wyzwaniom. Musimy szukać alternatywnych źródeł finansowania. Jednym z rozwiązań są dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne, które moim zdaniem powinny pełnić w systemie rolę uzupełniającą. Obecnie stanowią zbyt małą część rynku, by mogły w znaczący sposób odciążyć sektor publiczny – tłumaczy Anna Rulkiewicz, prezes Związku Pracodawców Medycyny Prywatnej.

Jak wskazuje badanie „Współfinansowanie służby zdrowia”, przeprowadzone przez Havas Media Group dla PIU, ponad 60 proc. osób korzystających z prywatnej opieki wydaje na ten cel ponad 100 zł, a co piąty – ponad 200 zł.

Powstanie nowa unijna strategia dla obszaru Karpat. Przełoży się na skokowy rozwój tego regionu

Powstanie nowa unijna strategia dla obszaru Karpat. Przełoży się na skokowy rozwój tego regionu 2

Jeszcze w tym roku do Rady Europejskiej ma trafić wniosek o rozpoczęcie oficjalnych prac nad Strategią Karpacką. Będzie to piąta strategia makroregionalna w ramach Unii Europejskiej i druga, z której skorzysta Polska. Ma się to przełożyć na skokowy rozwój tego obszaru. Dziś jest on znacznie poniżej średniej dla 28 państw UE. Porozumienie w tej sprawie zostało podpisane na Forum w Krynicy przez przedstawicieli rządów Polski, Ukrainy, Węgier i Słowacji.

– Strategia Karpacka jako strategia makroregionalna będzie drugą, z której Polska skorzysta. Wspólne działania wielu krajów i regionów nadbałtyckich w ramach Strategii Bałtyckiej doprowadziły do tego, że wokół Morza Bałtyckiego mamy w tej chwili najsilniej rozwinięte obszary w Unii Europejskiej i – z pewnością można tak powiedzieć – najwyższy poziom życia. To pokazuje, jak skuteczna może być tego typu polityka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.

Zainicjowany przez Polskę projekt Strategii Karpackiej zyskał poparcie krajów regionu i został podpisany podczas zakończonego w ubiegłym tygodniu XXVIII Forum Ekonomicznego w Krynicy. Dokument sygnowali przedstawiciele rządów Polski, Ukrainy, Węgier i Słowacji. Otwiera to drogę do wystąpienia na forum UE z wnioskiem o rozpoczęcie oficjalnych prac nad makroregionalną strategią dla regionu Karpat, co przełoży się na konkretne projekty rozwojowe dla tego obszaru i dostęp do funduszy UE. Efektem będzie podniesienie konkurencyjności regionu i podniesienie standardów życia mieszkańców.

Chcemy przenieść poziom współpracy z lokalnego na poziom unijny, bo Strategia Karpacka – jako strategia makroregionalna – jest instrumentem unijnym – mówi Jerzy Kwieciński.

Wniosek o rozpoczęcie oficjalnych prac nad Strategią Karpacką ma zostać złożony do Rady Europejskiej jeszcze w tym roku. Jeżeli uda się wpisać ją do nowej perspektywy finansowej UE, to po 2020 roku otworzy to drogę do finansowania projektów opartych na tym dokumencie.

Będzie to piąta strategia makroregionalna w ramach UE (obecnie funkcjonują cztery – Bałtycka, Adriatycko-Jońska, Alpejska i dla regionu Dunaju) oraz druga, na której skorzysta Polska, obok Strategii Bałtyckiej. Strategią Karpacką zostałyby objęte dwa województwa w Polsce: podkarpackie oraz małopolskie.

Zależy nam, żeby Strategia Karpacka pełniła podobną rolę dla tego regionu. Jest to obszar, który obejmuje wiele krajów, możemy mówić o 8, a nawet o 9 państwach, z których 5–6 jest członkami Unii Europejskiej, a pozostałe są spoza wspólnoty. Jednocześnie są to obszary bardzo ubogie, na poziomie połowy rozwoju, który mamy w UE. Tak więc ta współpraca i tego typu podejście jest bardzo potrzebne dla Karpat – mówi Jerzy Kwieciński.

Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju podaje, że w 2014 roku PKB per capita w wielu regionach Karpat nie przekraczała 63 proc. średniej dla 28 państw UE. Region ma stosunkowo słabo rozwinięty transport, a duży odsetek ludności pracuje w rolnictwie. Z drugiej strony – makroregion Karpat to obszar o ważnym znaczeniu strategicznym, stanowiący zewnętrzną, wschodnią granicę UE. Pełni także ważną rolę dla rozwoju współpracy na osi Północ-Południe, pomiędzy Bałtykiem a Morzem Adriatyckim.

Jak poinformował podczas Forum w Krynicy minister Kwieciński, jednym z priorytetów w ramach Strategii Karpackiej ma być utrzymanie dziedzictwa kulturowego tego regionu. Dodał również, że w przyszłości w prace nad strategią mogą się włączyć również inne państwa – Czechy, Rumunia, Austria, Serbia i Mołdawia.

Polska jest już sygnatariuszem podpisanej w 2009 roku Strategii Bałtyckiej, która była pierwszą, unijną strategią makroregionalną. Oprócz Polski zrzesza jeszcze państw położonych nad Morzem Bałtyckim: Niemcy, Łotwę, Litwę, Szwecję, Estonię, Danię i Finlandię. Strategia skupia się na kilku kluczowych obszarach, wśród których są m.in. zrównoważony transport, ochrona wód Bałtyku i zwiększanie konkurencyjności gospodarczej regionu. W czerwcu 2019 roku odbędzie się w Gdańsku 10. Forum Strategii Unii Europejskiej dla Regionu Morza Bałtyckiego, podczas którego zostanie podsumowane 10 lat funkcjonowania tego dokumentu. Ponad 800 gości – polityków, naukowców i przedstawicieli biznesu – będzie także rozmawiać o przyszłości regionu Morza Bałtyckiego.

Z usług prywatnych stomatologów korzysta większość Polaków. Gabinety łączą się w większe sieci

Z usług prywatnych stomatologów korzysta większość Polaków. Gabinety łączą się w większe sieci 3

Polski rynek stomatologiczny zdominowany jest przez usługi prywatne. Z gabinetów prywatnych korzysta zdecydowana większość pacjentów. To dlatego na rynku pojawia się coraz więcej podmiotów, a te istniejące łączą się w większe sieci. Taką strategię obrała też firma Medicover, która konsoliduje prywatne gabinety, szczególnie te wysoko wyspecjalizowane. Wybiera kliniki oferujące najwyższą jakość opieki oraz indywidualne, partnerskie podejście do pacjentów.

Jak pokazuje najnowszy sondaż CBOS, 82 proc. Polaków, którzy w półroczu poprzedzającym badanie skorzystali z usług stomatologa lub protetyka, zdecydowało się na wizytę w gabinecie prywatnym. Od kilku lat rynek ten ulega konsolidacji, mniejsze podmioty coraz częściej dołączają do większej sieci, co pozwala na zapewnienie wysokiego standardu usług, m.in. poprzez wymianę know-how oraz kontrolę jakości wysokospecjalistycznych prac dentystycznych. W dużej mierze dzięki tego rodzaju akwizycji Medicover Stomatologia dysponuje obecnie ponad setką gabinetów dentystycznych na terenie całej Polski, oferujących kompleksową opiekę dentystyczną dla dzieci i dorosłych.

– Po StomaDental i Yellow-Med przejęliśmy również laboratorium protetyczne, które jest w pełni scyfryzowane, oparte na technologii CAD/CAM. Otworzyliśmy pracownię protetyczną przygabinetową w Warszawie. Spójny ekosystem stomatologiczny pozwala nam na pełną kontrolę jakości prac protetycznych dostarczanych pacjentom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wioletta Januszczyk, dyrektor zarządzająca Medicover Stomatologia.

Obecnie marka umacnia swoją pozycję na rynku stomatologicznym we Wrocławiu. W lipcu Medicover przejął tamtejszą klinikę Royal Dent, wysoko wyspecjalizowaną w usługach implantoprotetycznych, implantologicznych oraz ortodontycznych. Jednym z głównych powodów, które przesądziły o akwizycji wrocławskiego gabinetu, jest doświadczenie szkoleniowe placówki. Marka wierzy, że w ten sposób zwiększy kompetencje wszystkich pozostałych specjalistów w ramach Medicover Stomatologia. Równie istotna była wizja komunikacji z klientem, wpisująca się w strategię marki Medicover.

 Specjaliści Royal Dent, tak jak specjaliści Medicover, przywiązują bardzo dużą wagę do komunikacji z pacjentem, opierają ją o partnerstwo i upewniają się, że posługują się językiem zrozumiałym dla pacjenta – mówi Wioletta Januszczyk.

Decydując się na przejęcie nowej kliniki, Medicover kupuje 100 proc. udziałów. Marka dąży jednak do zatrzymania właścicieli i pracowników tych placówek, wierząc, że to ludzie tworzą wysokiej klasy stomatologię. Istotne jest więc nawiązanie i utrzymanie pozytywnych relacji z dotychczasową kadrą medyczną. Decydując się na rozmowy z kolejnymi gabinetami, marka zwraca ponadto uwagę na spójną z własną wizję tworzenia rynku stomatologicznego w Polsce, opartą przede wszystkim na kadrze wysoko wyspecjalizowanych pracowników.

Medicover Stomatologia stawia na indywidualne podejście do pacjenta i dostosowywanie planu leczenia do jego potrzeb. Marka chce, by klient od początku był aktywnie zaangażowany w proces leczenia, rozumiał go i akceptował. Do tego niezbędny jest dobry kontakt między pacjentem a prowadzącym go lekarzem.

 Dlatego też od placówek, z którymi nawiązujemy współpracę, oczekujemy nie tylko inwestycji w innowacje i nowe technologie, które są ważne dla komfortu pacjenta, lecz także w  umiejętności miękkie, pozwalające na efektywną komunikację z pacjentem – mówi Wioletta Januszczyk.

TAURON rozwija elektromobilność na terenie Polski Południowej. Przed grudniowym szczytem klimatycznym w Katowicach powstanie blisko 40 punktów ładowania aut

TAURON rozwija elektromobilność na terenie Polski Południowej. Przed grudniowym szczytem klimatycznym w Katowicach powstanie blisko 40 punktów ładowania aut 4

Zainstalowane ładowarki posłużą m.in. do uruchomienia usługi car-sharingu. To jeden z elementów rozwoju elektromobilności w ramach spółki. Kolejnym jest związana z budową infrastruktury do ładowania elektryków oferta dla portów lotniczych działających w zasięgu obszaru dystrybucji spółki. Dzięki podpisanemu z krakowskim lotniskiem porozumieniu TAURON będzie liderem pod względem takiej infrastruktury w południowej Polsce.

– TAURON jest od początku obecny w inicjatywach związanych z elektromobilnością. Jako jedna z czterech największych grup energetycznych w kraju jesteśmy też udziałowcem w spółce ElectroMobility Poland, ale również aktywnie realizujemy program instalacji naszych ładowarek dla samochodów elektrycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Kamiński, wiceprezes TAURON Polska Energia ds. klienta i wsparcia korporacyjnego. –Priorytet teraz jest podporządkowany szczytowi klimatycznemu w Katowicach, gdzie dzięki TAURONOWI kilkadziesiąt ładowarek zostanie zainstalowanych jeszcze w tym roku.

W Katowicach powstanie system 22 terminali złożony z 4 szybkich stacji ładowania oraz 18 stacji przyspieszonego ładowania. Kolejne 20 ładowarek TAURON postawi w ramach przetargu przeprowadzonego przez władze miasta. Na bazie tej infrastruktury koncern chce uruchomić przed szczytem klimatycznym także usługę car-sharingu aut elektrycznych.

– Rozmawiamy także z portami lotniczymi, które działają na terenie naszego OSD, czyli obszaru dystrybucji. Dotyczą one posadowienia na ich terenie ładowarek do samochodów elektrycznych, ale to jest pierwszy krok. Mamy w naszej ofercie działania, które mogą być atrakcyjne dla portów lotniczych w obszarze usług, np. związanych z oszczędnością energii, dzieleniem się korzyściami z oszczędności energii. Możemy rozmawiać również o posadowieniu paneli fotowoltaicznych na wielkokubaturowych pomieszczeniach, jakimi są terminale czy inne obiekty w obrębie portów lotniczych – wyjaśnia Kamil Kamiński.

Podczas ubiegłotygodniowego Forum Ekonomicznego w Krynicy TAURON podpisał list intencyjny w tej sprawie z lotniskiem w podkrakowskich Balicach. Jeszcze w tym roku powstanie tam stacja ładowania, która umożliwi naładowanie auta w ciągu 30 minut. Kolejnym portem lotniczym, z którymi koncern będzie chciał współpracować, jest lotnisko w Pyrzowicach. Tam również miałyby stanąć stacje ładowania samochodów elektrycznych. Trwają też rozmowy z samorządami i sieciami supermarketów.

– Ładowarki dla samochodów elektrycznych w Katowicach będą gotowe przed szczytem klimatycznym. Jeśli chodzi o posadowienie ładowarek w Krakowie, w Balicach, również nastąpi to w perspektywie najbliższych tygodni, w tym kontekście będziemy liderem na terenie Polski Południowej – mówi Kamil Kamiński.

Władze spółki przyznają, że inwestycja w sektor elektromobilności to decyzja, która w przyszłości ma postawić firmę na strategicznym miejscu na rynku – jako podmiot sprzedający usługi powiązane z elektromobilnością, ale też jako operator systemu ładowania pojazdów elektrycznych. Wiceprezes firmy zaznacza jednak, że równie ważną motywacją jest walka z zanieczyszczeniem powietrza.

– TAURON nie tylko wpisuje się w inicjatywy rządowe w zakresie walki ze smogiem, lecz także sam podejmuje szerokie działania na rzecz czystego powietrza. W ramach programu realizowanego przez Grupę programu „Oddychaj powietrzem” prowadzimy działania edukacyjne i pokazujemy paletę możliwości, które daje TAURON, w zakresie ekologicznego ogrzewania – dodaje Kamiński.

W IV kwartale rozwijana będzie oferta ogrzewania domów i mieszkań z wykorzystaniem nowoczesnych technologii grzewczych proponowane są przez TAURON i jego partnerów.

1/3 zawodowych kierowców w Polsce zarabia ponad 6 tys. zł netto. Zmiana zasad ozusowania wynagrodzeń mogłaby uderzyć w branżę

1/3 zawodowych kierowców w Polsce zarabia ponad 6 tys. zł netto. Zmiana zasad ozusowania wynagrodzeń mogłaby uderzyć w branżę 5

Ponad jedna trzecia kierowców zarabia miesięcznie powyżej 6 tys. zł na rękę – wynika z badania „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce 2018” TransJobs.eu. Na to składają się przede wszystkim diety i ryczałty, które są nieoskładkowane. Połowa kierowców zawodowych ma bowiem w umowie o pracę wpisaną kwotę do 2 tys. zł netto. Pojawiają się propozycje zmierzające do tego, by oskładkowane kwoty stanowiły znacznie większą część wynagrodzeń, ale może to zaszkodzić branży, a w rezultacie także samym kierowcom – podkreślają eksperci.

– Pojawiają się propozycje zmian i to zarówno ze strony związków zawodowych, jak i pracodawców. Niedawno pojawiła się też propozycja bezpośrednio z Ministerstwa Infrastruktury. Wszystkie sprowadzają się do tego, aby jak największą część zarobków kierowców ozusować i opodatkować ­– mówi Marcin Wolak z Transjobs.eu. – Należy jednak podchodzić do tego tematu bardzo ostrożnie, żeby nie spowodować nagłego uderzenia w branżę transportową.

Jak pokazał Raport TransJobs.eu „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce 2018”, średnie wynagrodzenie, jakie trafia do kieszeni zawodowego kierowcy, wynosi 5 032 zł na rękę. To o 232 zł więcej niż rok wcześniej i o blisko 1 750 zł (65 proc.) więcej niż średnia pensja w gospodarce narodowej. Według danych GUS przeciętne wynagrodzenie w drugim kwartale br. w gospodarce narodowej wyniosło 4 521,08 zł.

Jak podkreśla Marcin Wolak, należy jednak pamiętać o tym, że struktura wynagrodzeń kierowców jest dość specyficzna.

Podstawa w przypadku 50 proc. zatrudnionych w tym zawodzie nie przekracza 2 tys. zł netto, a cała reszta jest wypłacana w dodatkach typu diety, ryczałty, które są nieoskładkowane, nieopodatkowane, co z kolei przekłada się na niższe wynagrodzenie chorobowe czy urlopowe – mówi Marcin Wolak.

Na największe zarobki mogą liczyć kierowcy pracujący w transporcie międzynarodowym. Za każdy dzień przebywania za granicą otrzymują około 50 euro diety. Jak pokazało badanie, ten dodatek otrzymuje 58 proc. zatrudnionych w branży w ogóle.

Taka struktura powoduje, że mają stosunkowo wysokie zarobki do zagospodarowania, ale jednocześnie negatywnie wpływa to na wysokość wynagrodzenia urlopowego czy wysokość przyszłej emerytury. Rodzi też problemy przy staraniu się o kredyt. Jak podkreślają autorzy raportu, dyskusja o sposobie wynagradzania kierowców jest potrzebna, ale trzeba brać pod uwagę nie tylko interes firm oraz zatrudnionych, lecz także całej – bardzo istotnej dla gospodarki – branży. Mogłaby ona utracić swoją konkurencyjność na europejskim rynku na rzecz firm z Rumunii czy ze Wschodu.

Wielu przedsiębiorców nie udźwignęłoby tych kosztów [powstałych po ozusowaniu większych kwot – red.] – dodaje Marcin Wolak. – Spowodowałoby to na pewno bankructwa firm, które nie mają na tyle płynności finansowej, żeby zabezpieczyć nagłą zmianę. To by spowodowało, że na rynku pracy na pewno pojawiłoby się trochę więcej kierowców zawodowych, czyli można powiedzieć, że poradzilibyśmy sobie w ten sposób z problemem braku kierowców, ale znowu ucierpieliby kierowcy, bo przełożyłoby się to na pewno na spadek wynagrodzeń.

Do tej pory wynagrodzenia w branży raczej rosły. Podwyżki to jedna z metod przyciągnięcia do firmy pracowników, bo braki kadrowe w transporcie są znaczące. Większość przewoźników deklaruje, że w ich firmach na przestrzeni ostatnich trzech lat zarobki wzrosły i był to nawet wzrost dwucyfrowy.

Skalowana przez sztuczną inteligencję technologia 8K przyszłością branży. Zaprezentowano pierwszy na świecie domowy projektor w tej rozdzielczości

Skalowana przez sztuczną inteligencję technologia 8K przyszłością branży. Zaprezentowano pierwszy na świecie domowy projektor w tej rozdzielczości 6

Coraz bardziej zaawansowana technologia wyświetlania obrazu pozwala na oglądanie filmów i telewizji w coraz lepszej jakości. Zaprezentowano już pierwsze telewizory w rozdzielczości 8K, a na targach IFA 2018 pokazano pierwszy na świecie projektor w tej rozdzielczości. Choć na razie jest to technologia uzyskana poprzez skalowanie, to dzięki zaawansowanym algorytmom sztucznej inteligencji wkrótce może stać się rynkowym standardem. Barierą jak na razie jest brak źródeł materiałów zarejestrowanych w tak wysokiej rozdzielczości, choć producenci przekonują, że nowa technologia skalowania pozwala wyświetlać w 8K materiały o niższej jakości.

– W tym roku prezentujemy natywny projektor DLP o rozdzielczości 4K, ale również pierwszy na świecie projektor 8K w technologii eShift do zastosowania jako kino domowe. Wykorzystujemy w  nich 100-milimetrowy obiektyw o wysokiej rozdzielczości, który jest podstawą naszego topowego projektora za 35 tys. euro. Ten sam obiektyw trafia teraz do projektorów domowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wataru Saegusa z JVCKenwood.

Na początku roku podczas targów CES w Las Vegas Samsung zaprezentował pierwszy telewizor z systemem skalowania obrazu do rozdzielczości 8K, a kilka miesięcy później na targach IFA w Berlinie znacznie większa liczba producentów zaprezentowała konsumenckie wersje telewizorów 8K, jak i projektorów pracujących w tej rozdzielczości. Tak wysoka rozdzielczość uzyskiwana jest poprzez skalowanie obrazu.

– Technologia eShift polega na stworzeniu dwóch klatek, z których każda ma rozdzielczość 4K. Skalujemy je o pół piksela po przekątnej, wirtualnie podwajając w ten sposób rozdzielczość do 8K – tłumaczy przedstawiciel JVCKenwood.

Najnowsze technologie skalowania wspierane sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym pozwalają na uzyskanie coraz lepszych efektów. Chociaż nie ma na rynku materiałów źródłowych w jakości 8K, to jak zapewniają producenci, zaawansowana technologia skalowania pozwala na uzyskanie jeszcze lepszej jakości wyświetlanego obrazu nawet ze źródeł o niższej jakości.

– W chwili obecnej wciąż nie ma kontentu w natywnej rozdzielczości 8K, nie mamy żadnych źródeł, ale materiały Ultra HD z Blu-ray są w jakości 4K. To jest wystarczające, ponieważ dzięki funkcji kontrolowania wielu pikseli jesteśmy w stanie polepszyć ich jakość. Zatem filmy na Blu-ray można oglądać w jakości 8K – twierdzi Wataru Saegusa.

Na rynku standardem staje się powoli rozdzielczość 4K. Także w Polsce nadawany jest już sygnał telewizyjny w tej rozdzielczości, a w sklepach można już kupić telewizory Ultra HD. Poprawienie jakości wyświetlanego obrazu nie jest jednak kwestią jedynie rozdzielczości. Za jego poziom odpowiadają również technologie budowy wyświetlaczy stosowanych w telewizorach.

Producenci prześcigają się w opracowywaniu coraz to nowszych technologii. Firmy Samsung i LG zaprezentowały już telewizory w technologii microLED, w której każdy piksel rozświetlany jest niezależnie (jak w przypadku technologii OLED), ale diody są nieorganiczne, zatem mogą świecić jaśniej i są mniej podatne na wypalenie od tych organicznych.

Kolejną technologią, mogącą poprawić jakość obrazu jest format HDR 10+, który niezależnie dopasowuje parametry wyświetlania obrazu do każdej klatki filmu. Są nią zainteresowane takie firmy, jak Samsung czy Philips. Coraz lepszą jakość zapewniają także projektory, mogące stanowić centrum domowej rozrywki i zapewnić prawdziwie kinowe doświadczenia przy oglądaniu filmów.

Coraz częściej pozwalają odtwarzać materiały w natywnej rozdzielczości 4K i współpracują z technologią HDR. Na rynku można także znaleźć inteligentne projektory pracujące pod kontrolą Androida, które pozwolą korzystać z najpopularniejszych aplikacji mobilnych czy gier.

– Największą różnicą pomiędzy telewizorami a projektorami do kina domowego jest taka, że telewizory wyświetlają światło prosto w oczy użytkownika. Dzięki temu mają wyższą jasność, ale za to przy projektorze patrzy się na odbite światło, jest to bardziej kinowe doświadczenie i nie męczy oczu. Telewizory zostały zaprojektowane do przekazywania transmisji, projektory zaś wyłącznie do wyświetlania filmów – przekonuje ekspert.

Analitycy z firmy Index Markets Research szacują, że wartość rynku projektorów do kina domowego w 2017 roku wyniosła 190 mln dol. Według ich prognoz do 2022 roku wzrośnie do 242 mln dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 4,39 proc.

Inteligentne światła mogą zmniejszyć śmiertelność wypadków z udziałem rowerzystów. Zasygnalizują manewry i poinformują rodzinę o incydencie na drodze

Inteligentne światła mogą zmniejszyć śmiertelność wypadków z udziałem rowerzystów. Zasygnalizują manewry i poinformują rodzinę o incydencie na drodze 7

Rowery stają się coraz bardziej smart. Na rynku pojawił się inteligentny rower z systemem operacyjnym Android i lokalizatorem GPS, dzięki któremu użytkownik zawsze zna lokalizację pojazdu. E-rowery z kolei coraz częściej wyposażane są w szereg czujników, pozwalających lepiej kontrolować elektryczne napędy. Inteligentne są już także akcesoria dla rowerzystów. Francuski start-up zaprojektował inteligentne światło rowerowe. Dzięki zintegrowanemu przyspieszeniomierzowi będzie w czasie rzeczywistym monitorować prędkość pojazdu i automatycznie włączy się, kiedy rowerzysta zwolni lub zahamuje. Automatycznie włączy też kierunkowskazy i poinformuje innych o wypadku.

– Cosmo Bike to światło rowerowe, które można przymocować z tyłu kasku lub do samego roweru. Ma ono wbudowany przyspieszeniomierz, który wykrywa zmiany prędkości i włącza czerwone światło, gdy rowerzysta zwalnia. Jest to dobry sposób na zasygnalizowanie innym użytkownikom drogi czy kierowcom samochodów, że prędkość pojazdu się zmniejsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alexandra Weil, dyrektor marketingu Cosmo Connected.

Francuski start-up zaprojektował inteligentne oświetlenie, które automatycznie reaguje na wykonywane manewry, aby zmniejszyć śmiertelność wypadków kierowców jednośladów. Na polskich drogach każdego roku dochodzi do tysięcy wypadków z udziałem rowerzystów. Jak podają policyjne statystyki, w 2017 roku zarejestrowano ponad 4 tys. zdarzeń drogowych, w których zginęło 220 rowerzystów, a aż 3 800 zostało rannych. Części z nich dałoby się uniknąć, gdyby rowerzyści prawidłowo sygnalizowali wykonywane manewry.

Oprócz sygnalizowania światła stopu, urządzenie jest również wyposażone w inne tryby, takie jak światło ciągłe, zapewniające widoczność na drodze przez cały czas, albo światło ostrzegawcze. Co więcej światła Cosmo Bike wyposażono także w system automatycznego rejestrowania wypadków, który może ocalić życie poszkodowanemu rowerzyście.

– System jest połączony z aplikacją, w której można wpisać adresy e-mail lub numery telefonu przyjaciół. W razie wypadku rowerzysty, aplikacja wysyła wiadomości z lokalizacją danej osoby. Chodzi więc o większą widoczność i bezpieczeństwo podczas jazdy rowerem – tłumaczy ekspertka.

Połączenie urządzenia z aplikacją mobilną pozwala na automatyczne aktywowanie świateł. Wystarczy wprowadzić trasę przejazdu, a system będzie śledził położenie rowerzysty za pośrednictwem modułu GPS i włączy kierunkowskaz, kiedy osoba prowadząca pojazd zbliży się do skrzyżowania. Rowerzysta może również ręcznie aktywować lampkę zmiany kierunku np. podczas manewru wymijania, jednak przez większość czasu system może działać autonomicznie. Dzięki temu rowerzysta będzie mógł się skupić wyłącznie na jeździe.

Rozwiązania inteligentne coraz częściej pojawiają się w rowerach nowej generacji i nie ograniczają się tylko do inteligentnego oświetlenia. Firma LeEco w zeszłym roku rozpoczęła sprzedaż rowerów z Androidem wyposażonych w system antykradzieżowy z modułem lokalizacyjnym GPS. Z kolei Xiaomi dystrybuuje składane rowery elektryczne z czujnikiem momentu obrotowego, automatycznie dopasowujących system wspomagania pedałowania. Technologia Cosmo szansę trafić także na wyposażenie rowerów elektrycznych.

– Firmy Michelin i Mobivia Group są bardzo zainteresowane naszą technologią. Wspólnie wprowadzają one na rynek nowy rower elektryczny i zgłosiły się do nas, abyśmy połączyli nasze czerwone światło z akumulatorem roweru. Ten produkt będzie dostępny na początku przyszłego roku – zapowiada Alexandra Weil.

Cosmo Bike ma być budżetową wersją inteligentnych kasków rowerowych z automatyczną sygnalizacją. Kosztuje 69 €, czyli przeszło 100 € mniej niż np. inteligentny kask Lumos Smart Bike Helmet, oferując przy tym podobny zakres funkcji.

Według raportu Persistence Market Research globalny rynek rowerowy do 2024 roku osiągnie wartość 62 mld dol. i będzie rozwijał się w tempie 37,5 proc. w skali roku. Z kolei analitycy z firmy badawczej Research and Markets szacują, że przez najbliższe trzy lata sektor inteligentnych hełmów rowerowych wykaże średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 16 proc.

Marcin Zaremba Chief Product Officerem w Synerise

Marcin Zaremba Chief Product Officer Synerise
Marcin Zaremba – Chief Product Officer Synerise

Spółka technologiczna Synerise wzmacnia kompetencje w obszarach tworzenia i rozwijania produktu oraz UX/UI. Do zespołu dołączył Marcin Zaremba, dotychczas odpowiedzialny m.in. za zarządzanie rozwojem aplikacji iTaxi oraz PizzaPortal.pl. Jako Chief Product Officer będzie dbać o zapewnienie jak najlepszego doświadczenia w pracy z platformą dla biznesu Synerise AI Growth Cloud.

Marcin Zaremba specjalizuje się w zarządzaniu produktami cyfrowymi. Zanim dołączył do Synerise, był Chief Product Officerem w iTaxi, a wcześniej zajmował stanowisko Head of Product w PizzaPortal.pl. Nowy Chief Product Officer Synerise posiada certyfikat Google Product Strategy Expert, jest także autorem książki “Mobile dla Menedżerów”, współzałożycielem elektronicznego magazynu dla inwestorów i przedsiębiorców technologicznych Proseed, współorganizatorem Auli Polskiej oraz współtwórcą i wykładowcą na App Academy. Jego pasją jest zegarmistrzostwo.

W Synerise Marcin Zaremba będzie odpowiedzialny za harmonijny rozwój produktu na przecięciu biznesu, technologii i UX zgodnie z wizją organizacji.

Gdy Jarek pokazał mi możliwości, jakie już teraz oferuje Synerise oraz jakie są plany całej organizacji, wiedziałem, że to miejsce dla mnie. Jestem podekscytowany, że mogę dołączyć do topowego zespołu i uczestniczyć w globalnej rewolucji, w której pierwsze skrzypce już teraz zaczyna grać ta firma. -powiedział Marcin Zaremba, Chief Product Officer w Synerise

W Synerise mamy holistyczne podejście do biznesu i dobrze wiemy, że sukces zależy od wielu elementów, tak jak w zegarku. Potrzeba tylko kogoś, kto będzie umiał je ze sobą połączyć. Nasza platforma AI dla biznesu jest odzwierciedleniem naszego charakteru jako firmy i jednostek oraz olbrzymiej inwestycji w wartość intelektualną. Trzeba ten potencjał ukierunkować i ułożyć, aby dać użytkownikom jak największą wartość. Wierzę, że Marcin wniesie do Synerise dużo dobrego. Nie tylko ma olbrzymie doświadczenie, ale także potrafi zrozumieć i łączyć ze sobą oba światy: biznesu i IT. Z dopasowywaniem do siebie elementów jako pasjonat zegarków także nie ma problemu, więc liczę na owocną współpracę. -powiedział Jarosław Królewski, CEO Synerise

Synerise to spółka technologiczna wykorzystująca dane i sztuczną inteligencję, aby pomóc markom lepiej reagować na potrzeby swoich klientów. Narzędzia, które oferuje, obejmują m.in. automatyzację, business intelligence i personalizację komunikacji, a także zarządzanie polityką cenową w czasie rzeczywistym, niezależnie od skali prowadzonej działalności.

Synerise intensywnie inwestuje we własność intelektualną, rozwój zespołu AI oraz najnowsze technologie. Niedawno firma została wybrana przez EY do udziału w programie Accelerating Entrepreneurs 2018 dla 30 światowych firm technologicznych o największym potencjale wzrostu oraz otrzymała od Microsoft tytuł Partnera Roku na Polskę.

Spółka została założona w 2013 roku w Krakowie przez Jarosława Królewskiego, Miłosza Balusia i Krzysztofa Kochmańskiego. Od tego czasu osiągnęła wycenę 75 mln dolarów i obecnie zatrudnia 110 osób w biurach w Krakowie i Warszawie. W latach 2018/2019 zainwestuje 25 mln dolarów w badania i rozwój produktów opartych na sztucznej inteligencji.

Bartosz Sroka odpowiedzialny za kompetencje kryzysowe Grayling Poland

Do nowych obowiązków Bartosza Sroki, który dotychczas wspierał dział korporacyjny Grayling Poland, będzie należał nadzór nad projektami z zakresu komunikacji kryzysowej oraz rozwój dotychczasowej oferty agencji w tym obszarze.
Grayling - Bartosz Sroka
Grayling – Bartosz Sroka

– Polski rynek z roku na rok dojrzewa, a działające na nim firmy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, jak ważne jest nie tylko umiejętne i sprawne zarządzanie sytuacjami kryzysowymi, ale przede wszystkim odpowiednie przygotowanie się do ich wystąpienia. W rezultacie już od dłuższego czasu obserwujemy wzmożoną liczbę zapytań dotyczących różnego rodzaju szkoleń z zarządzania komunikacją w kryzysie czy opracowania skrojonych na miarę procedur kryzysowych. Każda firma i każda sytuacja kryzysowa jest inna i jako taka wymaga indywidualnego podejścia. W przypadku kryzysów szablonowe rozwiązania nie działają – mówi Bartosz Sroka.

Frank Schönrock, szef europejskiej kompetencji kryzysowej Grayling, dodaje:

Usługi z zakresu zarządzania sytuacjami kryzysowymi zawsze stanowiły ważną część naszej oferty. Nowa rola Bartosza to naturalny krok w kierunku budowania silnego europejskiego zespołu ekspertów z jednej strony posiadających szeroką wiedzę z zakresu komunikacji kryzysowej, a z drugiej doskonale znających poszczególne rynki i ich uwarunkowania. Dzięki połączeniu międzynarodowego doświadczenia i lokalnego know-how oferujemy naszym klientom kompleksowe i unikalne rozwiązania dostosowane do ich potrzeb i oczekiwań.

Bartosz Sroka posiada wieloletnie doświadczenie w tworzeniu i wdrażaniu strategii komunikacji korporacyjnej i kryzysowej w różnych obszarach biznesowych. Pracował dla firm z takich sektorów jak nieruchomości, finanse, energetyka, TMT, przemysł, logistyka, handel czy branża spożywcza. Ma także doświadczenie w działaniach z zakresu relacji inwestorskich i ofert publicznych akcji (IPO). Do Grayling Poland dołączył w 2016 r.

Wideo umacnia swoją pozycję na rynku reklamy digital

Wydatki na reklamę digital video z roku na rok rosną, a udział wideo w rynku digital w ubiegłym roku sięgnął 12,6%[1]. Już przeszło połowa największych polskich reklamodawców decyduje się na promocję w tym kanale, by poszerzyć zasięg swoich kampanii[2]. Ten trend widoczny jest również na platformie PAYBACK. Tylko w ciągu pierwszego półrocza 2018 roku PAYBACK Video odnotowało większą liczbę emisji spotów reklamowych niż w ciągu całego 2017 roku. Dodatkowo w tym czasie grono użytkowników platformy powiększyło się o blisko 60%.

DecathlonFULLCały rynek online wideo cechuje w ostatnim czasie wysoka dynamika wzrostu. Zainteresowanie tego typu reklamą jeszcze nigdy nie było tak duże jak teraz – mówi Marek Biernacki, Head of Relationships & CRM PAYBACK Polska. – Klienci wybierają kampanie wideo na naszej platformie ze względu na możliwość dotarcia do dokładnie określonych grup docelowych. Naszą przewagą jest precyzyjne targetowanie kampanii reklamowych oparte na ponad 100 milionach transakcji zakupowych dokonywanych rocznie przez 10 milionów uczestników Programu PAYBACK. Zwiększa to efektywność tego kanału komunikacji, co potwierdzają wskaźniki rynkowe – dodaje Marek Biernacki.

Rekordowy VTR (współczynnik pełnych wyświetleń spotów) jednego ze spotów z branży motoryzacyjnej wyniósł w tym roku 99,4%, a CTR (wskaźnik kliknięć) najlepszej kampanii osiągnął 5,6%. PAYBACK Video wyróżnia się też ponadprzeciętnym wynikiem dla tzw. Affinity Index, czyli wskaźnika dopasowania rzeczywistych odbiorców reklamy do zakładanej wcześniej grupy docelowej.

– Zdecydowaliśmy się na kampanie z wykorzystaniem PAYBACK Video, ponieważ Klientom zależało na dotarciu do osób definiowanych nie tylko demograficznie, ale również przez zachowania zakupowe. Żadna inna platforma wideo nie ma tak dokładnych danych o decyzjach zakupowych konsumentów, co jest szczególnie ważne w planowaniu kampanii w branży retail. Dodatkową zaletą jest rozliczenie w modelu CPV, czyli płatność tylko za pełne obejrzenie reklam. Dzięki temu marka ma pewność, że jej przekaz był rzeczywiście widziany – mówi Maja Biniewicz, Digital Chief Officer w grupie MullenLowe Media Hub.

PAYBACK Video cały czas się rozwija i wprowadza dodatkowe funkcje. Od kilku miesięcy reklamodawcy mogą skorzystać z opcji brandingu playera, czyli bannera i tła projektowanego indywidualnie na potrzeby każdej kampanii. Te elementy nie tylko dopełniają narrację spotu i wzmacniają przekaz, ale podnoszą również liczbę przejść na stronę internetową reklamodawcy.

Jedną z marek, która w pełni wykorzystuje takie rozwiązania jest Amica.

Amica_phone_1– Wydaje się, że odbiorcą reklam sprzętu AGD mogą być wszyscy, bo każdy korzysta z tych produktów i raz na jakiś czas je kupuje. W rzeczywistości jednak ich sprzedaż także wymaga segmentacji, aby dobrać jak najbardziej adekwatnych konsumentów. Dzięki targetowaniu opartemu na danych transakcyjnych pochodzących zarówno ze świata online, jak i offline, mogliśmy wybrać dla każdej z naszych kampanii różne, choć na pozór bardzo podobne, grupy docelowe – tłumaczy Monika Kuźnik, Strategiczny Menedżer ds. Mediów, Amica Handel i Marketing. – Dodatkowo, biorąc pod uwagę panujący w sieci natłok reklam istotne jest, żeby w obrębie spotu nie pojawiały się inne treści. Oznacza to, że w trakcie jednego przekazu promowana jest tylko jedna marka – mówi o funkcjonowaniu kanału PAYBACK Video Monika Kuźnik.

Spoty w kanale PAYBACK Video są wyświetlane w modelu opt-in pozwalającym użytkownikom decydować o czasie i miejscu obejrzenia reklamy, co przekłada się na stosunkowo wysoki wskaźnik viewability oscylujący w granicach 80%-100%.

PAYBACK Video wykorzystały już w swojej komunikacji takie marki jak m.in. Amica, Samsung, CCC, Decathlon, Audi, Škoda, Warner Bros., Disney, Kompania Piwowarska, Nestlé, PepsiCo, PZU czy Microsoft.

[1] Raport Strategiczny Internet 2017/2018, IAB Polska www.iab.org.pl/badania-i-publikacje/raport-strategiczny-internet-20172018/

[2] Online Video Forecasts 2018, badanie domu mediowego Zenith, www.press.pl/tresc/53961,zenith_-rosnie-czas-ogladania-wideo-online

Krok w przód, krok w tył

Burze i huragany szaleją po świecie. Te tradycyjne na Atlantyku i Pacyfiku, oraz metaforyczne związane z wojnami handlowymi i polityczną karuzelą wokół Brexitu. Aura niepewności zblokowała inwestorów i na głównych parach nie widać jasnego kierunku.

Rynki trochę utknęły w miejscu, gdyż ostatnie 24 godziny nie ruszyły nas mocniej w którymkolwiek kierunku. Choć powiew optymizmu pomógł we wzrostach na Wall Street, Azja nie zdecydowała się na kontytuowanie pro-ryzykownego handlu. Podkreśla to, jak niektóre rynki pozostają w odrębnych światach. Inwestorzy USA skupiają się na kondycji swojej gospodarki. Wczoraj liczba otwartych procesów rekrutacyjnych skoczyła do nowego historycznego poziomu, gdyż pracownicy chętniej rezygnują z pracy w poszukiwaniu lepszych warunków, a siła rynku pracy zwiększa zaufanie w przyspieszenie wzrostu płac. Jednak Azja jest bardziej zaniepokojona werbalnymi pogróżkami, jakimi wymieniają się Chiny i USA. Chiny zamierzają zwrócić się do Światowej Organizacji Handlu o zezwolenie na nałożenie sankcji handlowych na USA w wysokości do 7 mld USD rocznie. Ma to być odwet za nierespektowanie wyroku WTO dotyczącego stosowania antydumpingowych ceł przez USA na niektóre towary z Chin. Tamten spór rozpoczął się w 2013 r., a wyrok zapadł dopiero w zeszłym roku, także i teraz może nas czekać wieloletni proces co do ustalenia zasadności i wysokości sankcji. Jednak temperatura w wojnie handlowej się podnosi, a prezydent Trump odpowiedział, że USA przyjmuje twarde stanowisko wobec Chin. Podsumowując, rynki są hamowane przed rozwinięciem apetytu na ryzyko, choć dobre i to, że nie popadają w głębszą panikę.

Główne pary walutowe poruszają się raz w górę, raz w dół i nic konkretnego z tego nie wynika. EUR/USD dryfuje pod 1,16, USD/JPY utknął na 111,50, a GBP/USD przykleił się do 1,30. Pomimo pozytywnych wieści związanych z Brexitem, funt nie jest w stanie przyciągnąć kupujących. To potwierdza moje wcześniejsze przeczucia, że poniedziałkowy rajd odbył się przeważanie na domykaniu krótkich pozycji spekulacyjnych niż był podyktowanym budową nowych długich pozycji. To rozróżnienie jest istotne, gdyż inwestorzy uciekający z krótkich pozycji po coś tam byli i będą bardziej skłonni wrócić ze sprzedażą. Szczególnie że tło polityczne wokół funta pozostaje mętne. Z jednej strony dostajemy sygnały, że UE i Wielka Brytania pracują nad zorganizowaniem specjalnego szczytu w listopadzie, na którym doszłoby do formalnego podpisania umowy rozwodowej. Co wygląda jak zbliżanie się do zamknięcia przynajmniej jednego (ale ważnego) etapu negocjacji (część kwestii zostanie odroczona do późniejszych ustaleń), to według brytyjskiej prasy jednocześnie zachęca to oponentów premier May w Partii Konserwatywnej do usunięcia jej ze stanowiska i odrzucenia kontrowersyjnego projektu porozumienia z UE. W skrócie, nawet jak idzie ku lepszemu, to jest gorzej. Premia za ryzyko polityczne na GBP może łatwo nie zniknąć.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Deloitte: O wartości firmy w coraz większym stopniu decyduje poziom jej cyfryzacji

W biznesie przestaje obowiązywać tradycyjny podział na firmy produkcyjne i usługowe. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte inwestorzy w coraz większym stopniu zwracają uwagę nie tylko na zasoby materialne, takie jak fabryki czy maszyny, ale częściej wysoko wyceniają te spółki, które inwestują w innowacyjność i kapitał intelektualny. Przedsiębiorstwa, które tworzą nowe modele biznesowe oparte na technologii mogą mieć kilkukrotnie wyższą wartość niż spółki działające w oparciu o tradycyjne modele.

W biznesie od dziesięcioleci źródła tworzenia wartości wydawały się jasne i intuicyjne: stwórz produkt lub usługę, której wymaga rynek i sprzedaj ją z zyskiem. W dzisiejszej gospodarce pojawiły się jednak firmy, które jeszcze nie wytworzyły żadnego zysku, a ich rynkowa wycena już sięga miliardów. Zdaniem ekspertów Deloitte inwestorzy doceniają obecnie nie tylko wytworzony produkt lub usługę, ale również sam model biznesowy oparty na nowych technologiach, który daje nadzieję na duże zyski w przyszłości.

Rośnie znaczenie wartości niematerialnych

Analiza indeksu S&P 500 z ostatnich 40 lat pozwoliła na stwierdzenie silnej korelacji między wyceną a modelami biznesowymi spółek. Umożliwiło to wyłonienie czterech podstawowych modeli biznesowych: budowanie aktywów (w tym specjalizują się głównie firmy produkcyjne, ale też handel), świadczenie usług (np.: usługi finansowe, ubezpieczenia, konsulting), opracowywanie technologii (firmy softwarowe, biotechnologiczne oraz farmaceutyczne) i modele sieciowe (np. media społecznościowe).

W analizie opracowanej przez Williama Ribaudo, eksperta Deloitte, spółki działające w tym ostatnim modelu były wyceniane nawet od dwóch do czterech razy lepiej niż firmy koncentrujące się na budowie aktywów. Modele oparte na technologiach rosną szybciej i mają wyższy poziom mnożnika przychodów. Inwestorzy rozpoznają wartość technologii i „nagradzają” te firmy, które się na niej opierają. Rezultatem tego jest „podział technologiczny” w wycenie spółek . – Coraz bardziej zauważalne jest stopniowe ujednolicanie branż gospodarki, czemu sprzyja wszechobecna technologia, zmieniająca, a czasem zacierająca tradycyjne granice rynku. Błyskawiczne innowacje tworzą miejsce na nowe modele biznesowe, które pojawiają się w niemal wszystkich branżach – mówi William Ribaudo, Partner zarządzający w Digital Risk Venture Portfolio w Deloitte Risk and Financial Advisory w Bostonie.

W 1975 r. aż 83 proc. wartości rynkowej w grupie 300 spółek z indeksu S&P 500 było powiązanych z ich zasobami fizycznymi: fabrykami, sprzętem i inwentarzem. Czterdzieści lat później te same czynniki stanowiły już tylko 16 proc. wartości. Z kolei aż 84 proc. było reprezentowane przez wartości niematerialne, takie jak własność intelektualna, baza klientów czy technologia, która jest czynnikiem wspólnym dla wszystkich analizowanych sektorów.

Perspektywa mikro- i makro-

Zdaniem ekspertów Deloitte, zarówno w Polsce, jak i na świecie obserwuje się stopniowe ujednolicanie branż gospodarki. Przyczyną tego zjawiska jest wszechobecna technologia: internet, media społecznościowe, technologie mobilne czy przetwarzanie w chmurze. – W ostatnich latach liczba rozwiązań cyfrowych drastycznie wzrosła. Niesie to szereg benefitów dla biznesu. Pozyskanie nowych konsumentów, sprzedaż dodatkowych produktów lub usług czy celniejsze zidentyfikowanie klientów to tylko niektóre z nich. To wszystko przekłada się na wzrost przychodów – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider Obszaru Strategii i Transformacji Cyfrowych w Deloitte.

Jego zdaniem można wymienić wiele obszarów digitalizacji w małych i średnich firmach, począwszy od dystrybucji i księgowości, a na HR i obsłudze klienta skończywszy. – Z naszych badań wynika, że małe przedsiębiorstwa są bardzo otwarte na nowości . I nie mówię tu o startupach czy technologicznie zaawansowanych biznesach, tylko „tradycyjnych” firmach, które widzą w tych procesach realną wartość – dodaje Wojciech Górniak. Jak podkreśla, choć digitalizacja postępuje szybko, to wciąż jednak będzie ona głównym kierunkiem zmian w przedsiębiorstwach przez następnych kilka lat.

W opinii ekspertów Deloitte zjawisko to ma charakter globalny i dotyczy w podobnym stopniu firm, jak i całych gospodarek. – Gospodarki ukierunkowane na tradycyjne modele biznesowe ponoszą ryzyko pozostania w tyle. Nasze badanie wskazało na silną korelację między przyjętym modelem biznesowym a PKB. Z analizy wynika, że zrównoważone wsparcie, umożliwiające firmom – obok wypracowania modeli produkcji i świadczenia usług – wykorzystanie zasobów danych lub zestrojenie sieci, mogą przyczynić się do wzrostu produktu krajowego brutto – mówi William Ribaudo.

Katarzyna Włodek-Makos nowym Senior Associate w Colliers International

Colliers International wzmacnia swój zespół w Warszawie. Stanowisko Senior Associate w Dziale Powierzchni Biurowych objęła Katarzyna Włodek-Makos, która będzie odpowiedzialna za reprezentację najemców.

Katarzyna Włodek-Makos
Katarzyna Włodek-Makos

— Największą wartością firmy Colliers są jej pracownicy. Nasz zespół budują najlepsi eksperci w swojej dziedzinie, a zarazem ludzie ambitni, pełni pasji i chęci rozwoju. Cieszymy się, że teraz dołączyła do niego również Katarzyna, która wzmocni nas swoim bogatym doświadczeniem zdobytym na wysokich szczeblach struktur samorządowych i państwowych — mówi Paweł Skałba, Senior Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w Colliers International.

Katarzyna Włodek-Makos posiada 11 lat doświadczenia w pracy dla instytucji publicznych. Przed dołączeniem do firmy Colliers International zajmowała stanowisko Dyrektora Biura Rozwoju Gospodarczego w Urzędzie Miasta st. Warszawy, gdzie odpowiedzialna była m.in. za stworzenie zespołu ds. obsługi inwestora, pozyskiwanie nowych inwestycji dla miasta czy obsługę działających na rynku inwestorów. Ponadto koordynowała działania związane z międzynarodową promocją Warszawy, w tym organizację i udział w targach nieruchomości MIPIM i EXPO REAL. Do jej obowiązków należała również koordynacja projektów dotyczących rozwoju gospodarczego miasta, obejmujących m.in. ulice handlowe, osiedla mieszkaniowe, rewitalizacje czy dzielnice biznesowe, a także prowadzenie działań na rzecz warszawskiego ekosystemu start-upowego i miejskich centrów przedsiębiorczości.

Swoją karierę Katarzyna rozwijała, pracując również w spółce PGE EJ 1, gdzie pełniła funkcję Zastępcy Dyrektora, a w późniejszym czasie Dyrektora Biura Komunikacji i Relacji Zewnętrznych. Do jej głównych zadań należało m.in. opracowanie i realizacja strategii działań marketingowych i komunikacyjnych projektu budowy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej. Wcześniej pracowała w Ministerstwie Skarbu Państwa – najpierw jako Zastępca Dyrektora Departamentu Relacji Inwestorskich, a później jako Dyrektor Biura Ministra. Koordynowała działania związane z promocją procesów prywatyzacyjnych, a także współpracą z zagranicznym i krajowym środowiskiem inwestorów kapitałowych, których celem była promocja polskich rynków finansowych na świecie i Warszawy jako regionalnego centrum finansowego. Była również odpowiedzialna m.in. za koordynowanie działań w zakresie współpracy ministerstwa z Unią Europejską, OECD i innymi organizacjami międzynarodowymi.

Katarzyna jest absolwentką Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku zarządzanie i marketing, ukończyła także podyplomowe studia Akademii Spółek w Szkole Głównej Handlowej.