Kurs euro zmierza do 4,35. Funt staje się coraz bardziej nieprzewidywalny

Ponury klimat obaw o kondycję rynków wschodzących połączony z potencjalnym rozszerzeniem sankcji handlowych na Chiny przez USA ciąży na wycenie rynków akcji, ropy oraz walut ryzykownych. Indeksy w Azji są najniżej do roku, a niemiecki DAX poniżej 12000 pkt. nie był od kwietnia. EUR/PLN zmierza do 4,35, pod presją są AUD, NZD i CAD.

Rynki są w stanie nerwowości już kolejny dzień, choć mnogość powodów do obaw nie przekłada się w potęgowanie skali ucieczki od ryzyka. Prawdopodobnie ten „spokój” wynika z niskiego zaangażowania inwestorów po okresie wakacyjnym i poza Wall Street nie ma przegrzanych rynków, który groziłaby teraz masowa ucieczka. Sam Wall Street też łatwo się nie poddaje, gdyż fundamenty (polityka Fed, dane) pozostają korzystne. Mimo to widać, że z letniego marazmu indeksy w Europie wychodzą dołem, ropę naftową dosięgają obawy o osłabienie popytu ze strony gospodarek rozwijających się, a „maglowanie” tematu kłopotów emerging markets przez serwisy informacyjne powoduje, że rykoszetem obrywa np. złoty, który jeszcze do niedawna był swego rodzaju bezpieczną przystanią świata emerging markets. Nikt nie chce podnosić problemów do rangi poważnego zagrożenia, ale bez wątpienia nie są to warunki do budowy apetytu na ryzyko.

W przestrzeni G10 z oczywistych powodów najgorszej radzą sobie waluty surowcowe. Dodatkowo CAD nie znalazł wsparcia we wczorajszym komunikacie Banku Kanady. Bank zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę overnight bez zmian, ale też powstrzymał się od zasugerowania, czy można liczyć na podwyżkę w październiku. Niektórzy odebrali to jako gołębi sygnał, ale osobiście nie mogę się dziwić BoC, dla którego wiele będzie znaczył finał negocjacji NAFTA. A tutaj sprawa pozostaje otwarta, nawet jeśli wczorajsze komentarze prezydenta Trumpa i minister spraw zagranicznych Kanady Freeland brzmiały optymistycznie i sugerowały zakończenie negocjacji do końca tygodnia. Dla przypomnienia, w połowie ubiegłego tygodnia także słyszeliśmy, że rozmowy mają się zakończyć do (zeszłego) piątku. CAD może zaliczyć rajd ulgi, jeśli dojdzie do porozumienia, ale nikt nie odważy się wskoczyć w handel bez konkretów.

Pozostaje pesymistycznie nastawiony do AUD, ale nie jest to łatwa pozycji. W ciągu ostatnich trzech dni AUD/USD trzy razy wychodził ponad 0,72 i trzy razy był silnie ściągany niżej. Dziś stało się to za sprawą informacji, że dwa kolejne banki komercyjne podnoszą oprocentowanie kredytów hipotecznych. Decyzja nie jest zaskoczeniem po zeszłotygodniowym ruchu Westpac, ale informacja jest przypomnieniem, że maleje presja na RBA, by zmieniać nastawienie. Rynek chce być na krótkiej pozycji, ale trzy odbicia od 0,7150 potrafią zniechęcić nawet najbardziej upartych traderów. Jeśli jednak wsparcie pęknie, fundamentalnie będzie mnóstwo powodów, by uzasadniać zjazd.

Przechodzę do neutralnego nastawienia wobec GBP, ale nie dlatego, że nie widzę podstaw do umocnienia lub osłabienia, ale ponieważ funt staje się coraz bardziej nieprzewidywalny. Wczoraj najpierw usłyszeliśmy, że Wielka Brytania i Niemcy rezygnują z niektórych postulatów dotyczących umowy Brexitu na rzecz osiągniecia porozumienia, by kilka godzin później sprawa została zdementowana. Nie chcę zgadywać, czym dziś źródła przecieków mogą nas zaskoczyć. Bajzel.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Podsumowanie I półrocza 2018 r. Pragma Faktoring

Pragma Faktoring SA przedstawiła wyniki sprzedażowe z dwóch kwartałów 2018 r. Pierwsze półrocze przyniosło Pragmie Faktoring imponujące wyniki pod względem dynamiki sprzedaży i zapowiadanej przebudowy portfela należności. Grupa pozyskała też finansowanie pozabilansowe w wysokości 22 mln zł, co pozwoli na dalszy wzrost liczby korzystających z finansowania Pragmy klientów.

Fintechowe segmenty działalności Grupy posiadają w portfelu należności już 85 mln zł, generując jednocześnie 60% przychodów Grupy. Dynamiczny rozwój LeaseLink
oraz PragmaGO pociąga za sobą wzrost rentowności aktywów. Przychody wzrosły
o 49% r/r przy istotnie niższym wzroście portfela (25%). W ciągu całego 2Q LeaseLink osiągnął o 9% wyższą rentowność, co pozwoliło na osiągnięcie rentowności netto,
a sama spółka została wielokrotnie doceniona w 2018 roku, między innymi
przez przyznanie nagrody Złoty Bankier 2018 w kategorii produktowej Innowacja.

Grupa przeszła transformację biznesową, dzięki której znacznie wzrosła jej efektywność, co widać po zysku netto, który wzrósł o przeszło 200%.

Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Inkaso SA
Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Inkaso SA

Pierwsze półrocze tego roku było dla nas czasem bardzo intensywnej pracy nad sprawnym wdrożeniem w życie i wszystkie operacje w spółce naszej strategii. Kluczem do tego jest segment PragmaGO, który zapewnił nam dynamiczny rozwój i efektywność kosztową. Dzięki 20-letniemu doświadczeniu w finansowaniu małych firm jesteśmy w stanie przewidzieć trendy we wzroście wymagań naszych klientów i dopasować się do nich. – komentuje Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Faktoring.

Na potwierdzenie trafnego wyboru strategii działania Pragma Faktoring SA zarząd spółki przytacza dane o przeszło dwukrotnym wzroście zysku netto przy niewielkim
10-procentowym wzroście zadłużenia.

Branża transportowa na finansowej krawędzi? Ogromny potencjał sektora TSL osłabiony przez kłopoty kadrowe i zatory płatnicze

Transport jest jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się gałęzi gospodarki europejskiej, dającej według danych Komisji Europejskiej zatrudnienie około 11 mln osób, co stanowi niemal 5 proc. całkowitego zatrudnienia w Europie. Jednocześnie na rynek ten trafia pośrednio około 13 proc. wydatków gospodarstw domowych, ukrytych w produktach, których cena zawiera w sobie koszt transportu.

Przyjmując, zgodnie z rynkowymi szacunkami, że do 2050 roku transport pasażerski zwiększy się o 40 proc., natomiast transport towarów aż o 60 proc., branża TSL powinna stale wzrastać. Cykl ten zakłócić mogą jednak trapiące rynek kłopoty kadrowe i zatory płatnicze, które już teraz odbijają się na kondycji tego sektora, rodząc wysokie ryzyko finansowego upadku firm transportowych.

Krzysztof Paluch, dyrektor generalny Aforti Collections / Grupa AFORTI
Krzysztof Paluch, dyrektor generalny Aforti Collections / Grupa AFORTI

Według analityków niezwykle ważne dla dalszego rozwoju zarówno krajowej, jak europejskiej gospodarki jest przezwyciężenie pojawiających się trudności na rynku transportowym i konsekwentna walka o dobrą kondycję tego sektora. Problemy branży transportowej oznaczać mogą bowiem dalekosiężne konsekwencje finansowe i operacyjne, rzutujące na wszystkie sektory gospodarki, a tym samym codzienne funkcjonowanie tak firm, jak też obywateli.

Branża TSL to bardzo specyficzny, mocno reagujący na wszelkie zmiany gospodarcze sektor. Z jednej strony rządzi nim walka o pozyskanie zleceń, z drugiej – trudno przewidywalne i szybko rosnące koszty prowadzenia działalności, w tym przede wszystkim ceny paliw. W ostatnim czasie na kondycję sektora TSL znacząco wpłynęła m.in. zmiana przepisów o pracownikach delegowanych, a także problemy związane z obsadzeniem miejsc pracy.

Według danych firmy doradczej PwC oraz raportu branżowego TransJobs.eu na polskim rynku brakuje nawet 30 tys. kierowców, mimo oferowanych wysokich wynagrodzeń. Według ekspertów brak odpowiednio wykwalifikowanej kadry stanowi realne zagrożenie dla rozwoju rodzimych firm transportowych.

Co więcej – brak wystarczającej liczby pracowników utrudnia przede wszystkim systematyczną realizację zleceń, a co za tym idzie – powoduje przestoje, zmniejszając potencjalne wpływy finansowe firm z branży TSL. Sytuacja ta jest paradoksalnie wynikiem dynamicznego wzrostu gospodarczego, za którym stoi m.in. powstawanie nowych, coraz bardziej atrakcyjnych finansowo i tym samym konkurencyjnych miejsc pracy.

Jeśli zestawimy elementy wpływające niekorzystnie na rynek transportowy z długimi terminami płatności – sięgającymi często nawet 90 dni – a przy tym z kosztami, które spedytor czy przewoźnik zobowiązany jest ponosić w znacznie krótszym czasie niż przewidywane wpływy, wyłania nam się obraz biznesu bardzo wrażliwego na nieterminowe regulowanie płatności. Tym samym, zatory płatnicze stają się jedną z największych bolączek branży transportowej, przy – paradoksalnie – wciąż dużym popycie na tego typu usługi.

Sytuacji związanej z zatorami płatniczymi nie poprawia narzucony przepisami prawa okres, w którym możliwe jest ubieganie się o należne płatności. Termin przedawnienia, który skutecznie przekreśla szanse na odzyskanie długu, zmusza do szybkich działań. Wbrew obiegowej opinii, nie zawsze muszą się one sprowadzać od razu do windykacji twardej, czyli sądowej. Z powodzeniem może ją poprzedzić równie skuteczna windykacja polubowna. W tym przypadku warto skorzystać z usług doświadczonej firmy windykacyjnej, która profesjonalnie i sprawnie przeprowadzi cały proces.

Eksperci Aforti Collections – spółki specjalizującej się w procesach windykacyjnych i zarządzaniu należnościami – widzą wiele efektywnych rozwiązań z zakresu windykacji, dających duże możliwości wsparcia branży TSL. Ich efektem ma być przede wszystkim zachowanie płynności finansowej firm transportowych, a finalnie ich dalsze, stabilne funkcjonowanie. Jednym z takich prostych, a jednocześnie skutecznych rozwiązań może być bezpłatny monitoring płatności. Usługa ta polega m.in.

na informowaniu płatników o zbliżającym się terminie uregulowania należności, z jednoczesnym wykorzystaniem kilku kanałów komunikacji, zachowując przy tym wysoką etyczność działań oraz poszanowanie relacji biznesowych. Wspólnie z wierzycielami ustalana jest ostateczna data płatności faktur. W związku z tym, dopiero po jej upływie swoje działania rozpoczyna windykator w systemie windykacji polubownej. Dzięki takiemu rozwiązaniu wierzyciele firm transportowych zyskują duży komfort współpracy, przy zachowaniu płynności finansowej.

Konkluzja jest prosta – rosnące zatory płatnicze w branży TSL mogą już w kolejnych kwartałach 2018 roku, zwłaszcza przy braku pracowników i w połączeniu z niekorzystnymi regulacjami unijnymi odnośnie form zatrudnienia, zachwiać pozycją polskich firm transportowych w Europie. Eksperci Aforti Collections podkreślają jednak, że implementacja rozwiązań za zakresu windykacyji należności może skutecznie wpłynąć na zminimalizowanie problemów o charakterze płatniczym na rynku TSL.

To z kolei – ze względu na rangę i ogromne znaczenie branży transportowej dla sprawnego i ciągłego funkcjonowania całej gospodarki – musi stać się priorytetem w ramach operacyjnych i finansowych celów biznesowych rodzimych firm transportowych.

PPK będzie systemem powszechnym

Pracowniczych Programów Emerytalnych istnieje w Polsce jedynie ok. tysiąca. W przypadku PPK mowa o kilkuset tysiącach. To PPK mają być tym wiodącym, powszechnym systemem pracowniczego oszczędzania na cele emerytalne. W jakiej zależności pozostają więc one do PPE?

– Projekt ustawy przewiduje, że pracodawca będzie mógł wybrać formę oszczędzania. Jeżeli ma już utworzone PPE, nie będzie musiał wprowadzać PPK. Na późniejszym etapie oba programy będą mogły istnieć jednocześnie u danego przedsiębiorcy  powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Borys, prezes zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju – Zapewne wiodącą, bardziej popularną opcją staną się Pracownicze Plany Kapitałowe. Słuszność takich przypuszczeń potwierdzają doświadczenia z innych rynków. System powszechny, współfinansowany przez pracodawcę i pracowników, wspierany silnymi zachętami w postaci dopłat ze strony państwa – staje się dominujący. W przypadku Polski będzie to PPK – podkreślił Borys.

Iwona Janas szefem Manpower na Europę

IwonaJanas_ManpowerGroup
Iwona Janas

Z początkiem września Iwona Janas awansowała w strukturach europejskich ManpowerGroup. Została szefem marki Manpower na Europę. To dodatkowa funkcja Iwony Janas w organizacji, ponieważ w dalszym ciągu będzie zarządzać firmą ManpowerGroup w Polsce i w Rosji.

Na nowym stanowisku Iwona Janas będzie odpowiedzialna za budowanie i realizację europejskiej strategii sprzedaży i rozwoju dla marki Manpower, specjalizującej się w świadczeniu usługi pracy tymczasowej, współpracując z dyrektorami marki na poszczególnych rynkach europejskich.

Przez ostatnie 14 lat Iwona Janas, jako dyrektor generalny na Polskę, a od 2 lat również na Rosję, zarządza czterema markami należącymi do ManpowerGroup: Manpower, ManpowerGroup Solutions, Experis, Proservia. W ciągu 14 lat działalności na polskim rynku Iwona Janas przyczyniła się do rozwoju organizacji z 1 do 50 oddziałów firmy rozlokowanych w całej Polsce, z 5 pracowników do ponad 500 zatrudnionych. Stworzona i wdrożona przez nią strategia rozwoju biznesu zaowocowała osiągnięciem przez ManpowerGroup pozycji jednego z liderów na polskim rynku w zakresie rozwiązań HR, uzyskującego roczne przychody w wysokości 150 mln euro*. W ramach awansu Iwona Janas zachowuje swoje dotychczasowe funkcje.
Iwona Janas jest absolwentką uczelni ISEAD, jednej z największych szkół zarządzania biznesem na świecie, na kierunku przywództwo. Ukończyła również studia podyplomowe na Uniwersytecie Lille 1 we Francji na kierunku handel międzynarodowy i finanse oraz studia magisterskie na Uniwersytecie Lille 3 na kierunku biznes i języki obce.

W Polsce dyrektorem marki Manpower pozostaje Tomasz Walenczak.
* W skali Europy ManpowerGroup generuje przychody na poziomie 12,05 mld euro (dane za 2017 rok).

Polskie firmy finansują wzrost PKB

Według świeżo opublikowanych danych GUS polska gospodarka urosła w drugim kwartale o 5,1 proc. r/r., co pozwala zakładać 5 proc. wzrost  PKB w całym 2018 r. (najpierw analitycy Credit Agricole i  PKO BP podnieśli prognozę do takiego poziomu, a następnie Ministerstwo Finansów uznało ten scenariusz za możliwy).

Nasza gospodarka rozwija się w tempie najwyższym od 2011 r. i to pomimo zadyszki krajów UE, w tym Niemiec. Wynika to z faktu, że nasz wzrost gospodarczy oparty jest głównie na popycie wewnętrznym i wysokiej konsumpcji, co częściowo uniezależnia nas od sytuacji w regionie. Ostatnie odczyty danych makroekonomicznych wskazują, że jesteśmy blisko szczytu cyklu koniunkturalnego – mamy rekordowo niskie bezrobocie, a do tego rośnie sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa.

Jednak polskie firmy raczej nie skorzystały na dobrej koniunkturze gospodarczej na co wskazują chociażby spadki notowań na warszawskiej giełdzie w pierwszej połowie roku (aczkolwiek w lipcu doczekaliśmy się hossy). Załamanie indeksów w dużym stopniu można wytłumaczyć nie tyle słabością firm, co sytuacją międzynarodową tj. awersją ryzyka inwestorów do rynków wschodzących spowodowaną widmem wojny handlowej, a w ostatnich dniach kłopotami Turcji oraz odpływami środków z funduszy inwestycyjnych.

Jednak rekordowej ilości upadłości spółek już nie da się wytłumaczyć nastrojami inwestorów. W swoim ostatnim raporcie Euler Hermes wskazuje, że w ciągu pierwszego półrocza 2018 r. nastąpił 22 proc. wzrost niewypłacalności firm porównując rok do roku i to pomimo wysokiego punktu odniesienia z lat ubiegłych. Sam tylko czerwiec przyniósł rekordową liczbę 105 niewypłacalnych firm (dane Euler Hermes na podstawie MSiG).

Dlaczego w takim razie firmy nie korzystają na dobrej sytuacji gospodarczej i ekonomicznej? Powodów jest kilka.

Po pierwsze przy zwiększonej konsumpcji, a więc rosnącej produkcji nie koniecznie rosła marża przedsiębiorstw – koszty wytworzenia rosły szybciej niż przychody. Najbardziej jaskrawym przykładem jest budownictwo, gdzie dodatkowym obciążeniem był brak waloryzacji kontraktów. Firmy budowlane podpisywały kilkuletnie kontrakty przy założeniu poziomu cen surowców i kosztów pracy sprzed kilku lat, a teraz – gdy te znacząco wzrosły – znalazły się w trudnej sytuacji.

Aby sprostać rosnącej produkcji firmy muszą angażować większe środki kapitałowe. Opublikowane do tej pory sprawozdania banków za drugi kwartał 2018 r. wskazują na wzrost udzielonych kredytów dla firm, ale dotyczy to kredytów obrotowych, a nie inwestycyjnych, co potwierdza zapotrzebowanie firm na płynność. Firmy nie akumulują kapitału, który mogłyby przeznaczyć na rozwój i inwestycje.

Sytuacji płynnościowej spółek na pewno nie pomagają działania rządu na rzecz uszczelniania systemu VAT. Z jednej strony w wyniku licznych kontroli skarbowych firmy z opóźnieniem dostają zwroty podatku VAT, a dodatkowo wprowadzono tzw. split payment – mechanizm, gdzie kupujący wpłacają część płatności dotyczącą VAT na osobne konto, z którego nie może korzystać przedsiębiorca. Firma, która sama opłaca VAT swoim dostawcom, dotychczas do momentu jego zwrotu mogła korzystać ze środków z części VAT, które sama otrzymała z drugiej strony od odbiorców, i zanim odprowadziła je do urzędu skarbowego. Przy nowym rozwiązaniu przedsiębiorca traci możliwość dysponowania tymi środkami, czyli do momentu zwrotu VAT zapłaconego dostawcom nie ma swego rodzaju „poduszki” pieniężnej.

Oczywiście uszczelnianie VAT nie jest zjawiskiem negatywnym, ale efektem ubocznym mogą być problemy płynnościowe firm i zatory płatnicze.

Kolejną kwestią są wysokie obciążenia firm różnego rodzaju podatkami, opłatami i kosztami zmian regulacyjnych. Przykładowo w ciągu ostatniego roku firmy musiały ponieść koszty implementacji RODO (koszty usług doradczych, prawniczy i informatycznych), a w przyszłym roku wchodzi w życie podatek od nieruchomości komercyjnych (podatek zapłacą właściciele nieruchomości generujących przychody z najmu lub dzierżawy). Dodatkowo na horyzoncie pojawiają się PPK i niejasna ustawa o daninie solidarnościowej, które prawdopodobnie zwiększą klin podatkowy. Ponadto od marca obowiązuje ustawa o zakazie handlu w niedzielę, chociaż tutaj okno obserwacji jest póki co za krótkie, aby jednoznacznie określić wpływ tego rozwiązania.

Innym czynnikiem ciążącym firmom i generującym koszty jest brak wykwalifikowanej siły roboczej. Według Jan Stylińskego – Prezesa Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, w samej branży budowlanej brakuje 150 tys. rąk do pracy. Żeby przyciągnąć pracowników firmy muszą oferować wyższe wynagrodzenia – wzrost płac wyniósł w lipcu aż 7,2 proc. r/r. Dodatkowo koszty zatrudnienia zwiększą wspomniane ustawy o PPK i daninie solidarnościowej (środki na daninę solidarnościową mają być przesunięte z Funduszu Pracy, więc teoretycznie obciążenie nie powinno wzrosnąć, ale ustawa jest mało precyzyjna).

Polska gospodarka rośnie na konsumpcji kosztem inwestycji, co pokazuje, że przedsiębiorstwa w większym stopniu finansują wzrost PKB niż korzystają z jego owoców. Problemy płynnościowe spółek powodują, że nie mają one pieniędzy na inwestycje, co może powodować, że nasza gospodarka będzie mniej odporna na dalsze etapy cyklu gospodarczego, ponieważ wzrost gospodarczy oparty na konsumpcji – przynajmniej w teorii –  jest mniej trwały.

Pewną nadzieją na poprawę sytuacji są środki unijne. Zakontraktowano już praktycznie cały budżet z obecnej perspektywy finansowej, a wkrótce ruszą wypłaty, co pozwala mieć nadzieję, że za inwestycjami publicznymi ruszą też prywatne. Pieniądze z Brukseli mogą złagodzić ewentualne wyhamowanie koniunktury i spadek konsumpcji. Dodatkowo przykład Węgier pokazuje, że kłopoty z dostępnością siły roboczej wpływają pozytywnie na inwestycje, gdyż firmy brak rąk do pracy zastępują zwiększaniem efektywności.

Wojciech Bartosik, Analityk, Dom Maklerski Michael/Ström

Raport Euler Hermes globalne „bańki” zadłużenia przedsiębiorstw

Pozytywna tendencja do wzmacniania na całym świecie bilansów przedsiębiorstw i zmniejszania się zadłużenia maskuje jego wzrost we wrażliwych sektorach i w poszczególnych regionach, a to z kolei tworzy gorące punkty zapalne zwiększonego ryzyka w międzynarodowej wymianie handlowej – ocenia Euler Hermes, największy na świecie ubezpieczyciel należności handlowych.

Wnioski te wysnuć można na podstawie opublikowanych przez Euler Hermes badań nt. globalnego zadłużenia przedsiębiorstw, w których analizowany jest wskaźnik zadłużenia netto (lub „dźwignia finansowa”) niefinansowych spółek giełdowych*. Badanie obejmowało tylko te przedsiębiorstwa, które w swoim bilansie wykazują zadłużenie i nie uwzględnia tych wykazujących środki pieniężne netto, co daje dokładny obraz zmian wśród zadłużonych przedsiębiorstw.

Kluczowe tezy:

  • Globalny wskaźnik zadłużenia netto dla notowanych na giełdach przedsiębiorstw niefinansowych spadł w 2017r. do 53% jako efekt wzmocnienia bilansów przedsiębiorstw dzięki wzrostowi ich zysków
  • Pozytywny trend globalny zwiększa jednocześnie ryzyko wynikające z nadmiernego zadłużenia przedsiębiorstw w kluczowych sektorach i krajach
  • Wzrost zadłużenia w sektorze papierniczym, transportowym i włókienniczym w wyniku zmian strukturalnych
  • Średni wskaźnik zadłużenia netto był najwyższy w Portugalii (96%), Turcji (72%), Hiszpanii (68%) i Grecji (69%).

Pomimo generalnie wzrostu globalnego zadłużenia, średni wskaźnik zadłużenia netto przedsiębiorstw spadł w 2017r. do 53%, o 3,2 pkt. procentowego rok do roku. Euler Hermes ocenia, że pozytywny obraz sytuacji został wsparty przez wzmocnienie struktur bilansowych, zyskujących jeszcze na stałym wzroście zysków przedsiębiorstw.

Maxime Lemerle, Szef Działu Badań Sektorowych w Euler Hermes skomentował to: „Duża płynność finansowa sprzyja wysokiemu poziomowi zadłużenia przedsiębiorstw na całym świecie. Dzięki silnemu wzrostowi zysków zadłużenie netto zostało w dużej mierze utrzymane w ryzach. Jednak zanurkowanie pod tą spokojną powierzchnię ujawnia pewne „bańki” potencjalnego ryzyka zarówno dla firm, jak i ich dostawców w wielu sektorach i regionach.”

Badanie Euler Hermes wskazało obszary o znacznym ryzyku i rozbieżności w stosunku do średniej światowej wskaźnika zadłużenia przedsiębiorstw wynoszącego jak wspomnieliśmy 53%. Euler Hermes wykazał, że ryzyko jest skoncentrowane w sektorach, które zmagają się ze zmianami strukturalnymi, w szczególności zakłóceniami związanymi ze zmianą klimatu, cyfryzacją, zmieniającymi się potrzebami klientów lub trudnymi wynikami gospodarczymi. Do tych najbardziej zagrożonych branż należą sektor papierniczy, transportowy i włókienniczy, a firmy zwiększają swoje wydatki (i zadłużenie), aby sprostać trudnym warunkom i reagować na te pojawiające się zmiany.

Z kolei w perspektywie regionalnej badanie to wykazało, że szczególnie narażona na nadmiernie zadłużenie przedsiębiorstw jest Europa Południowa. Najwyższe wskaźniki zadłużenia netto przedsiębiorstw odnotowały Portugalia (96%), Turcja (72%), Hiszpania (68%) i Grecja (69%). Dla porównania – najniższe średnie poziomy zadłużenia firm netto stwierdzonych w RPA (38%), Australii (41%), Hongkongu (42%), Polsce (43%) i Wielkiej Brytanii (43%).

Katherina Hillenbrand-Saponar, Specjalistka ds. Analizy Branż w Dziale Badań Ekonomicznych Euler Hermes dodała: „Gdy na przedsiębiorstwa wywierana jest presja rynkowa, mogą one zwiększyć dźwignię finansową (zadłużenie), co może pomóc w radzeniu sobie z wyzwaniami i pojawiającymi się problemami. Jeśli jednak nie będzie temu towarzyszył wzrost zysków, może to sprawić, że będą one w efekcie bardziej podatne na problemy, które starały się opanować lub na inne, nieoczekiwane wstrząsy„.

Sektory wysokiego ryzyka

Papier

Przemysł papierniczy jest przemysłem wysoce kapitałochłonnym i wiąże się tym samym ze znacznym zadłużeniem. Problem ten wiąże się też ze strukturalnymi wyzwaniami jakie stwarza cyfryzacja, kwestia ta jest więc złożona i doprowadziło do tego, że sektor odnotował najwyższy średni wskaźnik zadłużenia netto, wynoszący 172% dla najwyższych 25% (najwyższy kwartyl), obejmujących najwyższe składniki zadłużenia. Według badań, w 2017 r. wskaźnik zadłużenia netto zmniejszył się o 7,6 p.p. w porównaniu z 2016 r.

Chociaż dźwignia finansowa jest wysoka, a presja na ceny energii nadal się utrzymuje, w 2018r. marże powinny wzrosnąć jeszcze o 20 punktów bazowych, gdyż dane demograficzne i wzorce konsumpcji przyczyniają się do wzrostu produkcji produktów z bibuły (papierowych chusteczek, ręczników etc.) i opakowań „.

Transport

Branża transportowa jest narażona na znaczne zmiany strukturalne i ma niewielką amortyzację finansową, aby stawić czoła temu ryzyku. Przy średnim wskaźniku zadłużenia na poziomie 144% netto dla 25% największych firm, dźwignia ta jest wysoka, podczas gdy towarzyszący przepływ środków pieniężnych jest stosunkowo słaby. Branża zmaga się z wyzwaniami związanymi z rosnącymi cenami ropy naftowej, potrzebą inwestowania w nowe technologie i we flotę pojazdów, aby sprostać normom oszczędności paliwa i spełniać regulacje dotyczące zmian klimatycznych.

Tekstylia

Sektor tekstylny jest sektorem wysokiego ryzyka, co wynika z połączenia znacznej dźwigni finansowej, 144% w najwyższym kwartylu zadłużonych przedsiębiorstw i ze słabego generowania przychodów gotówkowych. Podstawą problemów strukturalnych jest silna konkurencja, szczególnie w USA, Japonii, Singapurze i Indiach.

Średnie ryzyko – tam, gdzie nastąpiła znaczna poprawą

Energia

Ceny surowców znacznie poprawiły wyniki i strukturę finansową w sektorze energetycznym, mimo że w perspektywie sektora ten nadal czekają liczne wyzwania. Główne czynniki ryzyka związane są z warunkami ekonomicznymi i finansowymi na poszczególnych rynkach. Pomimo obiecującej dynamiki rynku, średni wskaźnik dźwigni (zadłużenia) netto wynosi 137% dla 25% najlepszych firm.

Metale

Sektor metalurgiczny pozostaje znacznie ryzykownym sektorem ze średnim wskaźnikiem zadłużenia wynoszącym 119% dla najlepszych 25% przedsiębiorstw. Wzrost zysków i przepływów pieniężnych napędzają przeważnie korzystne warunki panujące na rynku surowców, co sprzyjało spadkowi wskaźnika zadłużenia netto o 4 punkty procentowe w stosunku do ubiegłego roku. To powiedziawszy trzeba też przyznać, że niektóre kategorie wyrobów metali dotknięte przez taryfy protekcjonistyczne będą zagrożone, co będzie sprzyjać ponownemu wzrostowi wskaźników zadłużenia netto.

Średnie zadłużenie firm wg. krajów

Zadluzenie krajowŹródło: Bloomberg, Euler Hermes, Allianz Research

Średnie zadłużenie firm wg. branż

Średnie zadłużenie firmŹródło: Bloomberg, Euler Hermes, Allianz Research

* Euler Hermes stosuje wymiennie „dźwignię finansową” i „zadłużenie netto”, zgodnie z poglądem, że dźwignia stanowi kwotę zadłużenia na jednostkę kapitału własnego dla danej struktury finansowej. Wskaźnik dźwigni finansowej netto jest obliczany jako: (długoterminowe, oprocentowane zobowiązania finansowe + krótkoterminowe, oprocentowane zobowiązania finansowe) / (kapitał własny ogółem). Obliczenia nie obejmują żadnych innych oprocentowanych zobowiązań, takich jak niektóre rodzaje rezerw, i są obliczane na podstawie wartości księgowej. Średnia górna (ew. dolna) kwartylowa odpowiada średniej zadłużenia netto dla 25% przedsiębiorstw w panelu o najwyższej (ew. najniższej) przekładni netto; Analizie poddano wyłącznie przedsiębiorstwa niefinansowe notowane na giełdzie.

BP Polska: połączenie Orlenu i Lotosu może być niekorzystne dla rynku

BP Polska: połączenie Orlenu i Lotosu może być niekorzystne dla rynku 1

PKN Orlen chce złożyć do Komisji Europejskiej wniosek dotyczący fuzji z Lotosem do końca 2018 roku lub na początku 2019 roku. Jak wynika z raportu Warsaw Enterprise Institute, połączenie obu firm jest w pełni uzasadnione ekonomicznie i wpisuje się światowy trend konsolidacji. Inne podmioty z branży obawiają się jednak negatywnego wpływu na rynek. – Ewentualna fuzja powinna być oparta na mechanizmach, które zagwarantują zachowanie konkurencyjności na rynku – podkreśla Bogdan Kucharski, prezes BP Europa SE Oddział w Polsce, zapytany o to, czy rozważa złożenie protestu w Komisji Europejskiej.

– Naszym zdaniem potencjalne połączenie Orlenu i Lotosu może być niekorzystne dla rynku. Siłą rzeczy, kiedy ubywa konkurentów, to ogranicza się konkurencję. Z tym nie ma co dyskutować, bo tak działa gospodarka. Wydaje nam się, że w przypadku połączenia istotne byłoby, żeby zagwarantować takie mechanizmy, które cały czas będą powodować, że ten rynek będzie konkurencyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bogdan Kucharski, prezes zarządu BP Europa SE Oddział w Polsce.

Jak podkreśla, chodzi głównie o utrzymanie równego dostępu wszystkich podmiotów obecnych na rynku do źródeł zaopatrzenia oraz infrastruktury magazynowej i przesyłowej. Tylko w ten sposób mogą one rywalizować o klienta swoją ofertą.

– Posłużę się porównaniem do infrastruktury kolejowej – mamy jedną sieć kolejową w Polsce, po której jeżdżą lub mogą jeździć różni operatorzy. Nie ma najmniejszego sensu, by każdy nowy operator, który chciałby działać w Polsce, budował swoją sieć kolejową. Natomiast jest zasadne ekonomicznie, by wszyscy korzystali z jednej infrastruktury, ale konkurowali ofertą. Dokładnie tego oczekiwalibyśmy w przypadku ewentualnego połączenia Orlenu i Lotosu – powiedział Bogdan Kucharski podczas trwającego Forum Ekonomicznego w Krynicy.

PKN Orlen zamierza zakończyć transakcję przejmowania Lotosu w pierwszej połowie 2019 roku. W połowie sierpnia koncern przesłał do Komisji Europejskiej dokumentację dotyczącą planów fuzji z gdańskim przedsiębiorstwem. Przesłanie wniosku koncentracyjnego będzie kolejnym etapem. Rozporządzenie unijne z 2004 roku określa ramy dotyczące koncentracji podmiotów na rynku. Zgodnie z nim jeśli łączne obroty konsolidujących się firm przekraczają 5 mld euro, a łączny dochód z tych podmiotów wynosi co najmniej 250 mln euro, potrzebna jest zgoda Komisji Europejskiej na takie połączenie.

– Jeżeli będziemy pytani o to w procesie podejmowania decyzji przez regulatorów, to oczywiście będziemy wyrażać swoje wątpliwości. Podkreślam, że zależy nam na tym, by zachować konkurencyjność rynku – zaznacza Bogdan Kucharski zapytany o to, czy firma rzeczywiście rozważa złożenie protestu w Komisji Europejskiej. – Uważamy, że perspektywa klienta jest najważniejsza, ponieważ firmy działające na rynku w ostatecznym rozrachunku są po to, by służyć polskiemu klientowi i adresować jego potrzeby w sposób konkurencyjny i kompleksowy.

Pionierskie wdrożenie blockchain w sektorze publicznym. Nowoczesna technologia zastępuje papier i płyty CD

Pionierskie wdrożenie blockchain w sektorze publicznym. Nowoczesna technologia zastępuje papier i płyty CD 2

Firmy, zwłaszcza banki i ubezpieczyciele, ale też sektor publiczny, odchodzą od papieru i wysyłania odbiorcom drukowanych regulaminów czy informacji. Coraz więcej z nich wdraża elektroniczny obieg dokumentów. W tym przypadku kluczowa jest jednak konieczność zagwarantowania bezpieczeństwa informacji i dokumentacji. Służy temu technologia blockchain, która występuje w roli tzw. trwałego nośnika, gwarantującego, że dokument nie został zmodyfikowany ani przeczytany bez autoryzacji. Takie rozwiązanie wdrożyło właśnie Atende w Toruńskim Centrum Usług Wspólnych.

Toruńskie Centrum Usług Wspólnych wystartowało z początkiem stycznia ubiegłego roku. Realizuje głównie usługi finansowo-księgowe, płacowe i podatkowe dla miejskich jednostek. Jest ich dokładnie 75, w tym wszystkie miejskie placówki oświatowe. Celem TCUW jest podniesienie efektywności działania oraz optymalizacja kosztów obsługi miejskich jednostek.

– Księgujemy rocznie ponad 45–46 tys. dokumentów księgowych z obsługiwanych placówek. Aby zapewnić sprawne działanie, potrzebny jest optymalny, dobry przepływ dokumentów między jednostkami obsługiwanymi a centrum usług wspólnych. Ważną rolę odgrywają platformy informatyczne, które zapewniają sprawną komunikację. W działalności centrum usług wspólnych kluczowa jest możliwość elektronicznego przesyłania dokumentów i zintegrowania tego elektronicznego przesyłu z systemami finansowo-księgowymi – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Modrzyński, dyrektor Toruńskiego Centrum Usług Wspólnych.

ChainDoc, autorskie rozwiązanie Atende oparte na technologii blockchain, wspiera działalność TCUW poprzez uwierzytelnianie dokumentów przekazywanych drogą elektroniczną, co ogranicza konieczność użycia papieru lub wdrażania innych kosztownych rozwiązań. ChainDoc został zintegrowany z platformą ISOD (Internetowy System Obiegu Dokumentów) – istniejącym rozwiązaniem stworzonym wcześniej dla TCUW, której celem jest wymiana elektroniczna dokumentów pomiędzy TCUW a jego klientami.

 Elektroniczna komunikacja między jednostkami jest dużo efektywniejsza, szybsza, zapewnia obu stronom pełen dostęp do dokumentu i umożliwia nam ograniczenie przepływu papierowych dokumentów. Proszę sobie wyobrazić, że jeżeli obsługujemy 46 tys. faktur w ujęciu rocznym, to fizycznie te dokumenty musiałyby trafić do księgowych, którzy wprowadzaliby je w system finansowo-księgowy – mówi Paweł Modrzyński.

Dokumenty finansowo-księgowe oraz płacowe przechodzące przez system zapisywane są poprzez ChainDoc w oparciu o technologię blockchain na trwałym nośniku, która pozwala zabezpieczyć dokumenty zawierające podpis elektroniczny przed np. modyfikacją dokonaną przez osoby trzecie.

 Trwały nośnik to nic innego jak zapewnienie bezpieczeństwa, że dokument elektroniczny, który krąży w systemie i został elektronicznie podpisany, jest zabezpieczony przed ingerencją osób trzecich, zmianą treści tego dokumentu już po jego podpisaniu. To jest szczególnie istotne, zwłaszcza że serwery, na których działamy, są usytuowane poza jednostką, a więc to wymaga bezpieczeństwa – mówi Paweł Modrzyński.

Wspomniane dane przechowywane są na serwerach Exea ­­– publicznego podmiotu, który nie tylko dostarcza przestrzeń niezbędną dla plików, lecz także bierze udział w rozwiązaniu Atende jako węzeł walidacyjny zapewniający wiarygodność trwałego nośnika.

– Technologia blockchain ma kilka atrybutów, dzięki którym idealnie nadaje się do zabezpieczania treści. Umieszczenie danych w specjalnych łańcuchach bloków i rozproszenie ich pomiędzy wiele węzłów, w tym węzły zaufane, powoduje, że dane tak zapisane traktuje się jako niezmienialne. Dane raz zapisane w blockchain traktujemy jako nieusuwalne i niezmienialne. ChainDoc od Atende pozwala – dzięki wygodnemu API – utrwalać dokumenty w blockchain z poziomu własnych systemów ERP czy CRM, które ma dana instytucja – dodaje Michał Legumina, dyrektor Działu Innowacji i Rozwoju w Atende.

To o tyle istotne, że przepisy wymagają, aby dokumenty kierowane do konsumentów lub przedsiębiorców (np. przez ubezpieczycieli, banki, operatorów telekomunikacyjnych) były przekazywane właśnie na trwałym nośniku. Zgodnie z unijną definicją trwały nośnik musi umożliwić konsumentowi lub przedsiębiorcy przechowywanie kierowanych do niego informacji w sposób, który umożliwi do nich dostęp w przyszłości i wykluczy ingerencję w ich treść przez usługodawcę (będą one przechowywane w niezmienionej postaci). Za trwały nośnik można uznać np. papier czy płytę CD/DVD.

 Utrwalanie dokumentów na trwałym nośniku ma szczególne zastosowanie w sektorze publicznym, gdzie transparentność i wiarygodność wszystkich zapisywanych informacji ma kluczowe znaczenie. Czy mówimy o zamówieniach publicznych, przetargach czy fakturach i innego typu zamówieniach, zapisanie ich w sposób trwały i rzetelny jest doskonałe z punktu widzenia jawności i otwartości ze względu na wszystkich interesariuszy. Nieprzypadkowo pierwsze, komercyjne wdrożenie ChainDoc miało miejsce właśnie w sektorze publicznym. Toruńskie Centrum Usług Wspólnych korzysta od kilku miesięcy z trwałego nośnika od Atende i utrwala dokumenty w procesie ich obiegu w województwie kujawsko-pomorskim – mówi Michał Legumina.

ChainDoc został zaprojektowany w sposób pozwalający na integrację praktycznie z dowolnym systemem. Poza obiegiem dokumentów znajduje zastosowanie w m.in. systemach CRM (utrwalenie momentów, kiedy faktycznie kontakt z klientem miał miejsce), systemach ERP (utrwalanie skanów dokumentów, umów etc.), procesach technologicznych produkcji (utrwalanie kolejnych etapów procesu).

W tej chwili nad wdrożeniem rozwiązania, które będzie spełniać wszystkie wymogi definicji trwałego nośnika, intensywnie pracuje sektor bankowy. Problem jest poważny, bo w przypadku niedopełnienia obowiązku, bankom grożą wielomilionowe kary i konieczność wypłaty rekompensat dla klientów.

– Świadomość, czym jest trwały nośnik, jest coraz bardziej powszechna. Wszystkie firmy chcą stopniowo odchodzić od papieru i zamiast wysyłać odbiorcom regulaminy drukowane na papierze lub kopiowane na płytach CD, przekazywać je w wygodny, cyfrowy sposób. Trwałe nośniki będą miały zastosowanie w branżach, które mają wielu klientów, takich jak telekomunikacja, bankowość czy ubezpieczenia, ale także w innych sektorach gospodarki stopniowo pojawiają się kolejne wdrożenia. Ten trend będzie postępował. W niedalekiej przyszłości trwały nośnik cyfrowy będzie standardem w sposobie komunikowania się z klientami – prognozuje dyrektor Działu Innowacji i Rozwoju w Atende.

Od 2019 roku duże zmiany na rynku kosmetycznym. Nowa ustawa nałoży na producentów i dystrybutorów szereg dodatkowych wymogów

Od 2019 roku duże zmiany na rynku kosmetycznym. Nowa ustawa nałoży na producentów i dystrybutorów szereg dodatkowych wymogów 3

W 2019 roku wejdzie w życie ustawa o produktach kosmetycznych, która ma uregulować i dopełnić obowiązujące prawo, a także zwiększyć ochronę konsumentów. Nowe przepisy nałożą na producentów i dystrybutorów kosmetyków szereg obowiązków, a także kary finansowe w razie błędów lub niedociągnięć. Etykiety i oznakowania dotyczące składu kosmetyków będą ujednolicone, a kontrola nad produkcją zostanie zaostrzona. Większość producentów i dystrybutorów nie ma się jednak czego obawiać, a branża pozytywnie ocenia projektowane zmiany. 

– Najważniejsze założenia ustawy dotyczącej kosmetyków to wprowadzenie definicji do produktów kosmetycznych, indeksacja kar, rejestrowanie zakładów w scentralizowanej bazie danych oraz wprowadzenie języka obowiązkowego – ma to być polski lub angielski – na etykiecie i w dokumentacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Kirzyński, wiceprezes zarządu spółki JARS, lidera na polskim rynku profesjonalnych badań laboratoryjnych.

Dla producentów oznacza to konieczność przystosowania się do wymogów prawnych, które obowiązywały od 2009 roku, ale bardzo często były pomijane.

Jeżeli działali według obowiązującego rozporządzenia 1223/2009/WE, nie będą musieli zmieniać aż tak wiele, więc nie poniosą kosztów, a nawet ograniczą je na tłumaczeniach. Jeżeli będą sporządzali dokumentację i etykietę w języku angielskim, zrobią to raz i nie będą musieli jej później tłumaczyć na polski w przypadku kontroli. Jedynie część B w Raporcie Oceny Bezpieczeństwa będzie musiała być zawsze w języku polskim – podkreśla Mateusz Kirzyński.

Rządowy projekt ustawy o produktach kosmetycznych jest na etapie finalnych prac w Sejmie. Jej celem jest zwiększenie bezpieczeństwa konsumentów oraz zapewnienie skutecznego nadzoru nad produktami kosmetycznymi, m.in. dzięki obowiązkowemu zgłaszaniu zakładów, w których są wytwarzane lub paczkowane produkty kosmetyczne, do wykazu prowadzonego przez organy Głównego Inspektoratu Sanitarnego. GIS oraz Inspekcja Handlowa otrzymają nowe narzędzia, które mają zwiększyć ich nadzór nad jakością produktów kosmetycznych. Minister Zdrowia w drodze rozporządzenia w kolejnym wydanym dokumencie prawnym wskaże również, jakie metody badań będą potrzebne do kontroli bezpieczeństwa produktów kosmetycznych.

Nowa ustawa usystematyzuje także wymogi dotyczące oznakowania produktów kosmetycznych. Etykiety i skład mają być przedstawiane wyłącznie w języku polskim lub angielskim, żeby umożliwić konsumentom ich odczytanie. Deklaracje producentów będą podlegać kontroli GIS i Inspekcji Handlowej.

 Konsument musi być dokładnie poinformowany o tym, co znajduje się w danym kosmetyku oraz znać jego skład. Jest to więc istotne zabezpieczenie interesów konsumentów – podkreśla Mateusz Kirzyński.

Zgodnie z projektem ustawy stworzony zostanie także System Informowania o Ciężkich Działaniach Niepożądanych Spowodowanych Użyciem Produktów Kosmetycznych. Do tego rejestru trafiać będą informacje o takich właśnie przypadkach. Projektowane przepisy uchylą dotychczas obowiązującą ustawę o kosmetykach z 2001 roku i wdrożą do polskiego prawodawstwa wymogi unijnego rozporządzenia kosmetycznego (1223/2009/WE). Przewidywany termin wejścia w życie ustawy to styczeń 2019 roku.

– Rynek produkcji kosmetyków w Polsce jest wart około 20 mld zł. Jest na nim zarejestrowanych ponad 400 przedsiębiorstw. Muszą się one przygotować na wzmożone kontrole oraz kary finansowe, jeżeli nie dopełnią pewnych obowiązków. Jednak ogromna większość z nich, spełniając wymagania dotychczasowego rozporządzenia, z łatwością dostosuje się do nowej legislacji – mówi Mateusz Kirzyński.

Nowe przepisy mają pozwolić skutecznie egzekwować obowiązki producentów i dystrybutorów kosmetyków. Kontrola nad produkcją kosmetyczną zostanie zaostrzona, ale z drugiej strony wprowadzony zostanie również system kar pieniężnych, nakładanych w drodze decyzji administracyjnej. Projekt wprowadza taryfikator kar za błędy i niedociągnięcia, obejmujący zarówno producentów, jak i dystrybutorów.

– Ustawa przewiduje kary od 10 tys. zł na przykład za błędne wykonywanie analiz i pobieranie próbek, aż do 100 tys. zł w przypadku nieprawidłowej rejestracji kosmetyku. Dotychczas one również istniały, ale nigdzie nie było dokładnie powiedziane, jakiej wysokości kara grozi przy konkretnym przewinieniu. Teraz ich egzekwowanie nie powinno być trudne, ponieważ w nowej ustawie są wymienione dwie jednostki kontrolujące, czyli Inspekcja Handlowa oraz Główny Inspektorat Sanitarny – mówi Mateusz Kirzyński.

Projekt ustawy o produktach kosmetycznych został już pozytywnie oceniony przez członków stowarzyszeń producentów kosmetyków m.in. przez Polskie Stowarzyszenie Przemysłu Kosmetycznego i Detergentowego oraz Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego. Stwierdziły one, że nowe przepisy właściwie zadziałają na polskim rynku i pozwolą na skuteczny nadzór oraz w proporcjonalny sposób wdrożą wymogi unijnego rozporządzenia.

Planowane wejście w życie ustawy to 1 stycznia 2019 roku, więc od tej daty na pewno zaczną się pytania i prośby o konsultację. Już od września tego roku będziemy prowadzić kampanię sprzedażową oraz marketingową informującą o tym, jak producent powinien się przygotować do nowelizacji ustawy, razem z naszą kompleksową obsługą, czyli pobieraniem, analizami próbek oraz przygotowaniem dokumentacji i raportów oceny bezpieczeństwa. Pomożemy przedsiębiorstwom profesjonalnie i kompleksowo przygotować się do obowiązywania nowej ustawy – mówi Mateusz Kirzyński.

Rynek komputerów skurczył się o ok. 10 proc. w I półroczu 2018 roku. Najprostsze laptopy tracą na rzecz smartfonów

Rynek komputerów skurczył się o ok. 10 proc. w I półroczu 2018 roku. Najprostsze laptopy tracą na rzecz smartfonów 4

Klienci mają coraz większe wymagania względem komputerów. Te z wysokiej klasy procesorami, rozbudowaną pamięcią RAM, pamięcią flash i hybrydowymi dyskami twardymi sprzedają się coraz lepiej. Rośnie też rynek komputerów premium i przeznaczonych dla graczy. Spada za to sprzedaż komputerów stacjonarnych, desktopów i laptopów, za którą w dużej mierze odpowiada ekspansja smartfonów. Do urządzeń mobilnych wprowadzane są kolejne innowacje.

 Sprzedaż komputerów stacjonarnych i przenośnych na świecie kurczy się o około 10 proc. w ujęciu ilościowym. Mocniej tracą desktopy, nieco mniejsze spadki notują laptopy. Obserwujemy też inny ciekawy trend – średnia cena idzie dość istotnie w górę, o ok. 5 proc. w obu przypadkach – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Piekarski z GfK Polonia.

Globalne dane GfK wskazują, że w ciągu I półrocza 2018 segment komputerów stacjonarnych zanotował spadek o 14 proc. w ujęciu ilościowym, z kolei segment komputerów przenośnych – o 9 proc. Wzrosły za to średnie ceny sprzedaży zarówno komputerów przenośnych – o 5 proc. do 602 euro, jak i stacjonarnych – o 7 proc. do wartości 527 euro.

 W Polsce te spadki są nieco mocniejsze. Laptopy bardziej tracą w porównaniu ze światem – o 14 proc. Natomiast trend wzrostu ceny w Polsce jest jeszcze wyraźniejszy niż na świecie. I to w obu przypadkach. Jeżeli chodzi o laptopy, to jest to kilkanaście procent w skali roku – powiedział Maciej Piekarski w rozmowie przeprowadzonej na targach IFA w Berlinie.

Wyniki rynku zależą w dużej mierze od regionu. Przykładowo wzrost w segmencie komputerów stacjonarnych notowały kraje Europy Środkowej (o 9 proc.) i dawne republiki Związku Radzieckiego (4 proc.), a w segmencie komputerów przenośnych – Ameryka Środkowa (14 proc.) i region CIS (18 proc.). Rosja, Ukraina i Kazachstan osiągnęły wzrost przychodów w segmencie komputerów przenośnych na poziomie 19–36 proc. Ukraina dodatkowo też zanotowała wzrost przychodów o 64 proc. w segmencie komputerów stacjonarnych.

Rynki, które przeżywały dosyć istotne kryzysy gospodarcze w ostatnich latach, dziś notują wzrosty. Mowa tutaj głównie o krajach Europy Wschodniej, które odzyskują wigor. Widzimy też pozytywną sytuację w Ameryce Łacińskiej. Natomiast reszta świata jest na minusie. Im bardziej rozwinięty rynek, tym ten minus jest większy – wyjaśnia Maciej Piekarski.

Rosną za to wymagania klientów względem komputerów. Coraz większą sprzedaż generują komputery z procesorami najwyższej klasy, rozbudowaną pamięcią RAM, pamięcią flash (SSD) i hybrydowymi dyskami twardymi (HDD + SSD). Komputery stacjonarne z hybrydowym dyskiem twardym odpowiadały za niemal 1/3 wartości obrotów w tym segmencie, a modele z pamięcią powyżej 1 tys. GB – za 68 proc. Komputery mobilne z dyskami SSD, nieprzeznaczone do gier, przyczyniły się dodatkowo do zwiększenia popularności cienkich notebooków. Już 40 proc. urządzeń sprzedanych do końca czerwca było wyposażonych w dyski SSD. Globalny rynek komputerów przenośnych z procesorami najwyższej klasy wzrósł o 2 proc., głównie ze względu na notebooki o wysokiej wydajności przeznaczone do gier, w przypadku których przychody ze sprzedaży wzrosły o 32 proc.

W Polsce wciąż najlepiej sprzedają się zwykłe laptopy. Mocno jednak zyskują na znaczeniu te nowocześniejsze komputery, wyposażone np. w dyski flashowe, czy to czyste SSD, czy też napęd hybrydowy, ultrabooki, a z drugiej strony urządzenia do grania, czyli notebooki i desktopy gamingowe –wymienia ekspert GfK.

Jak przekonuje, na ogólny spadek sprzedaży komputerów wpływa duża ekspansja smartfonów, które stają się urządzeniami coraz bardziej zaawansowanymi technologicznie.

– Wpływ smartfonów na rynek komputerów jest dwojaki. Z jednej strony odbierają rynek notebookom, a z drugiej strony inspirują producentów do tego, żeby wypuszczali produkty, które też są ładne, ciekawe, bardzo wydajne – tłumaczy ekspert GfK Polonia. – Smartfony są urządzeniami nie tylko do pracy, rozrywki, lecz także podkreślają naszą osobowość, są częścią naszego stylu życia. Dlatego nowoczesne laptopy upodabniają się pod tym względem do smartfonów.

Wprowadzane są kolejne innowacje, dzięki którym smartfony stają się centrum rozrywki. Z danych GfK wynika, że obecnie niemal 20 proc. urządzeń tego typu sprzedawanych w Polsce umożliwia odtwarzanie filmów w wersji 4K. Rośnie popyt na urządzenia premium – o 20 proc. wzrosła sprzedaż smartfonów za ponad 500 euro.

– To suma drobnych innowacji, począwszy od ergonomii, czyli mniejszych ramek, dzięki czemu w tej samej obudowie można zawrzeć większy ekran, skończywszy na bezpieczeństwie – to przede wszystkim skaner linii papilarnych, ale też identyfikacja po rysach twarzy czy po tęczówkach, więcej pamięci RAM, szybsze procesory, lepsze rozdzielczości ekranów – wymienia Maciej Piekarski.

Tylko w I połowie 2018 roku na świecie sprzedano 693,5 mln smartfonów. Przychody wzrosły o 3 proc. rdr. do poziomu 215,3 mld euro. Za ponad 40 proc. sprzedaży odpowiadają Indie i Chiny. W Polsce – zdaniem eksperta GfK Polonia – dla klientów duże znaczenie ma wbudowany aparat i możliwości fotograficzne. To czynniki, które napędzają rodzimy rynek smartfonów.

Globalnie średnia cena rośnie i wartość rynku wciąż jest na plusie. W Polsce sprzedaż rośnie zarówno pod względem ilościowym, jak i wartościowym. Średnia cena też bardzo wyraźnie poszła w górę, bo o kilkanaście procent w skali roku. Wynika to stąd, że przesiadka na lepsze modele jest jeszcze szybsza niż na świecie – podkreśla Maciej Piekarski.

Forum w Krynicy jednym z najważniejszych wydarzeń biznesowych w tej części Europy. Spotkania w takiej formule ułatwiają dialog między rządem a firmami

Forum w Krynicy jednym z najważniejszych wydarzeń biznesowych w tej części Europy. Spotkania w takiej formule ułatwiają dialog między rządem a firmami 5

5 tys. gości, w tym czołowi politycy, biznesmeni, ekonomiści z Polski i państw Europy Środkowo-Wschodniej, setki paneli, debat i spotkań – kończące się dziś XXVIII Forum Ekonomiczne w Krynicy, nazywane „polskim Davos”, jest uważane za jedną z najważniejszych imprez w tej części Europy. To możliwość wymiany poglądów oraz dialogu między przedstawicielami rządu a biznesem, który ułatwia wypracowanie porozumienia. Z punktu widzenia interesów państwa to kluczowe miejsce – podkreślają uczestnicy.

– Forum Ekonomiczne w Krynicy to miejsce wymiany poglądów pomiędzy światem polityki, władzy samorządowej, wykonawczej i ustawodawczej, ale także biznesu. To miejsce, w którym w niezobowiązującej formule rządzący mogą opowiedzieć o swoich planach i sprawdzić, jak one mogą być przyjęte przez przedsiębiorców i samorząd. Z kolei oni dowiadują się, jakie plany mają rządzący co do kształtu ustaw czy określonych decyzji poszczególnych instytucji publicznych. Z punktu interesu państwa jest to kluczowe miejsce, bo umożliwia dialog, szukanie porozumienia, dobrych rozwiązań akceptowanych przez wszystkie strony – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.

Forum Ekonomiczne w Krynicy jest uważane za jedną z najbardziej prestiżowych imprez o tematyce gospodarczej i biznesowej w Europie Środkowo-Wschodniej. W tym roku bierze w nim udział blisko pięć tysięcy gości z Europy, Azji i USA – ministrów, szefów rządów, parlamentarzystów z krajów regionu CEE, prezesów największych spółek, wybitnych ekspertów i ekonomistów, przedstawicieli biznesu, świata nauki i mediów.

 Zachód ma swoje Davos, gdzie możni tego świata decydują o naszych losach, natomiast Wschód, czyli Europa Środkowo-Wschodnia ma Krynicę. To jest szansa dla krajów regionu, żeby takie forum w Polsce wykorzystać do swoich celów. Krynicka impreza bardzo się rozrosła i tutaj po prostu trzeba być. Tutaj bywają największe firmy tego regionu – mówi Dariusz Kutzias, prezes zarządu DAKU International.

Tegoroczne forum odbywa się pod hasłem „Europa wspólnych wartości czy Europa wspólnych interesów?”. Eksperci rozmawiali o najważniejszych problemach regionu Europy Środkowo-Wschodniej, a obok polityki i gospodarki wiele uwagi poświęcono także ochronie zdrowia, innowacjom i cyfrowej transformacji gospodarki, start-upom, infrastrukturze, bezpieczeństwu i mediom. W sumie w ciągu trzech dni w Krynicy odbywa się w sumie sześć sesji plenarnych oraz ponad 180 paneli dyskusyjnych, wykładów, warsztatów i debat.

– Forum w Krynicy to miejsce wymiany idei. Mnie przyciągnęła tematyka, którą się zajmuję, i możliwość debaty z wiodącymi ekspertami w tej dziedzinie, a także możliwość zaprezentowania idei i tematów, nad którymi pracujemy Ministerstwie Zdrowia. Taka przejrzysta komunikacja ze światem biznesu, samorządu i ze światem lekarskim jest niezwykle istotna, aby wdrażanie nowych technologii przebiegało sprawnie, a to właśnie sprawność wdrożenia jest najważniejszym czynnikiem sukcesu – mówi Janusz Cieszyński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

– Forum w Krynicy, jako miejsce spotkania profesjonalistów, znakomicie spełnia swoją funkcję. Bardzo często ta twierdza – w postaci dostępu do Ministerstwa Zdrowia – jest trudna do zdobycia. Tu natomiast możemy się swobodnie wypowiadać na różne tematy i przekazywać to, co dzieje się na rynku, co boli świadczeniodawców, co byśmy chcieli zmienić – dodaje Adam Rozwadowski, prezes zarządu Enel Invest.

Forum w Krynicy jest okazją do networkingu, bezpośredniej rozmowy i wymiany poglądów na najważniejsze tematy. Dlatego w biznesie przyjęło się już, że na Forum w Krynicy – nazywanym często polskim Davos – po prostu wypada być.

– Forum w Krynicy daje taką łatwość szybkiego kontaktu z wieloma osobami i to jest główna wartość. Kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt spotkań w bardzo intensywnym dniu z reguły realizowałoby się w ciągu kilku tygodnia. Taka możliwość spotkania się z ministrami odpowiedzialnymi za cyfryzację – nawet w sposób nieumówiony, spontanicznie – wywiera później duży wpływ na naszą współpracę. Każde tego typu forum, a zwłaszcza to w Krynicy, ma także dodatkową wartość dla biznesu, który ma możliwość bieżącej, nieskrępowanej i bezpośredniej dyskusji z politykami – mówi Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Tradycyjnie podczas forum przyznana została również statuetka Człowieka Roku, którym został premier Litwy Saulius Skvernelis. W przeszłości ta statuetka trafiła także do rąk m.in. Jana Pawła II, Lecha Wałęsy, Vaclava Havla, Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego, Viktora Orbana i Beaty Szydło. Podczas wieczornej gali wręczone zostały także nagrody w kategoriach Firma Roku i Organizacja Pozarządowa Europy Środkowo-Wschodniej. Firmą roku został Polski Fundusz Rozwoju, natomiast najlepszą organizacją pozarządową – Polska Akcja Humanitarna.

W ramach obrad odbywają się również imprezy tematyczne, m.in. Forum Polonijne, Forum Młodych Liderów, Forum Regionów (jednym z głównych zagadnień w tym roku jest polityka spójności po 2020 roku) oraz Forum Ochrony Zdrowia.

IFA 2018: Technologie OLED 8K i microLED przyszłością rynku telewizorów. Pierwsze urządzenia mogą się pojawić na rynku już na początku 2019 r.

IFA 2018: Technologie OLED 8K i microLED przyszłością rynku telewizorów. Pierwsze urządzenia mogą się pojawić na rynku już na początku 2019 r. 6

Na rynku telewizorów trwa nieustanna pogoń za innowacjami. Obecnie standardem na rynku staje się technologia organicznych diod LED, ale w najbliższej przyszłości rynek mogą opanować m.in. kropki kwantowe, dzięki którym możliwe jest bardzo wierne odwzorowanie kolorów. Nową technologią, w którą zaangażowani są dwaj najwięksi koreańscy producenci Samsung i LG, jest microLED, opierająca się na takiej samej zasadzie co OLED, ale stworzona ze znacznie trwalszych, jaśniejszych i bardziej energooszczędnych diod nieorganicznych.

– Technologia OLED opiera się na pikselach, które emitują światło. Wszystkie pozostałe, wyświetlające obraz od tyłu, to technologia LCD. Z kolei microLED działa na tej samej zasadzie co OLED w tym sensie, że każdy piksel emituje własne światło. Różnica polega na tym, że piksele te nie są organiczne. Pracujemy nad technologią, żeby wprowadzić te telewizory do zastosowania domowego – mówi w z rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas targów IFA 2018 w Berlinie Ken Hong, szef komunikacji LG Electronics.

Technologią microLED interesuje się coraz większa liczba producentów telewizorów. Jej zasada działania jest podobna jak w technologii OLED – rozświetlane są niezależnie pojedyncze piksele na wyświetlaczu, ale zamiast organicznych diod, wykorzystywane są diody nieorganiczne z azotku galu. Według producentów są one znacznie trwalsze, mniej podatne na wypalenie i jaśniejsze niż ich organiczne odpowiedniki. Do tego pozwolą pobierać nawet o połowę mniej energii od telewizorów OLED.

Technologia microLED pozwala obecnie na tworzenie ekranów o bardzo dużych formatach do zastosowań komercyjnych. Samsung w styczniu tego roku zaprezentował 146-calowy telewizor modułowy The Wall, wykonany w technologii microLED. Zapowiedział już także, że zamierza wprowadzić do sprzedaży konsumenckiej telewizory w tej technologii na początku 2019 roku. Zainteresowanie technologią potwierdziła także firma LG, która pokazała swój telewizor na tegorocznych targach IFA w Berlinie.

– Obecnie prezentujemy 173-calowy wyświetlacz microLED, który sprawdzi się w zastosowaniach komercyjnych typu digital signage. Minie jeszcze trochę czasu, zanim technologia trafi na rynek konsumencki – twierdzi Ken Hong.

LG tymczasem skupia się na rozwijaniu technologii OLED. Podczas targów IFA 2018 zaprezentowała także pierwszy na świecie telewizor OLED o rozdzielczości 8K (7680 x 4320). 88-calowy telewizor LG OLED 8K jest wyposażony w matrycę zawierającą ponad 33 mln pikseli emitujących światło.

– Technologia 8K nie stanie się standardem zbyt szybko, ponieważ na wielu rynkach wprowadzana jest dopiero technologia 4K – a proces ten trwa kilka lat. Uważamy, że 8K to rozwiązanie, które odniesie sukces komercyjny, jest już gotowe, możemy je dzisiaj zaprezentować – niemniej nie będzie ono standardem jeszcze przez wiele, wiele lat. Po pierwsze dlatego, że będzie bardzo drogie, a po drugie dlatego, że wciąż brakuje przeznaczonych dla niego treści – zaznacza ekspert.

Według danych firmy LG w roku 2018 sprzedaż telewizorów OLED wzrośnie dwukrotnie, a do roku 2022 przekroczy 9 mln sztuk. Z prognoz analityków MarketsandMarkets wynika, że rynek technologii OLED będzie warty do 2023 roku niemal 49 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 15 proc.

IFA 2018: Zaprezentowano elastyczny zegarek o funkcjonalności smartfona. Urządzenie ma wejść na rynek jeszcze w tym roku

IFA 2018: Zaprezentowano elastyczny zegarek o funkcjonalności smartfona. Urządzenie ma wejść na rynek jeszcze w tym roku 7

Największe firmy z sektora elektroniki konsumenckiej coraz częściej prezentują urządzenia typu smart wearables. Coraz chętniej mówią też o stosowaniu technologii elastycznych wyświetlaczy. Podczas berlińskich targów IFA 2018, firma Nubia zaprezentowała urządzenie, łączące obie te cechy. Elastyczny smartfon zakładany na rękę ma wszystkie funkcjonalności, jakie znajdziemy w nowoczesnych smartfonach, w tym wysokiej jakości aparat fotograficzny.

– Nubia Alpha to połączenie smartfonu i smartwatcha. Jesteśmy pierwszą firmą, która zastosowała elastyczny ekran, umożliwiający zakładanie urządzenia na nadgarstek. Jest to jednocześnie smartfon, którym można robić wysokiej jakości zdjęcia i zadzwonić do znajomych, ale i smartwatch, którym można zmierzyć tętno. Dlatego też nie nazywamy tego produktu smartfonem, a inteligentnym urządzeniem wearables – mówi podczas rozmowy z agencją informacyjną Newseria Innowacje na targach IFA 2018 w Berlinie Jason Chang z firmy Nubia Technology.

Urządzenie pracuje na niestandardowej wersji systemu Android, ma wąski i długi ekran OLED, na którym można wyświetlać aplikacje. Alpha może odtwarzać muzykę czy pomagać w ćwiczeniach fizycznych, mierząc kluczowe parametry treningu. Umożliwi też prowadzenie rozmów wideo czy pozwoli odnaleźć zgubiony telefon. Nubia jak na razie nie ujawnia też dokładnych parametrów urządzenia – nie wiadomo, jak szybki jest jego procesor czy jaką ilością pamięci dysponuje. Producent nie ujawnił też, jak długo urządzenie może działać na naładowanej baterii. Wiadomo natomiast, że jego cena ma być zbliżona do tej, jaką trzeba zapłacić za przeciętnego smartfona.

Elastyczny smartfon od jakiegoś czasu istnieje w świadomości producentów. Rok temu prototyp elastycznego, zakładanego na rękę smartfona zaprezentowało Lenovo. Doniesienia medialne wskazują na to, że Samsung wprowadzi elastyczny smartfon na rynek jeszcze w tym roku. Podobne zapowiedzi płyną ze strony chińskiego Huawei.

– Już dawno w branży smartfonów nie było rozwiązania tak innowacyjnego, choć przez długi czas dyskutowano na temat potencjalnych rozwiązań w zakresie możliwości zakładania tego typu urządzeń na ciało. Obecnie sprawdzamy, czy rynek zaakceptuje nasze rozwiązanie łączące tradycyjnego smartfona ze smartwatchem – mówi Jason Chang.

Należąca do innego chińskiego producenta – ZTE, firma Nubia zaprezentowała już gotowy produkt podczas targów IFA 2018 w Berlinie i zamierza wprowadzić go na rynek jeszcze w tym roku.

– Zgodnie z planem jego premiera ma się odbyć przed końcem tego roku. Możliwe, że do tego czasu wprowadzone zostaną jeszcze pewne zmiany w jego parametrach – zaznacza ekspert.

Według CCS Insight rynek urządzeń wearables do końca 2019 roku ma być warty 25 mld dol. 60 proc. tego rynku mają objąć smartwatche. Z kolei z prognoz analityków MarketsandMarkets wynika, że rynek elastycznych ekranów do 2022 roku osiągnie wartość 15 mld dol.

Nanomateriały i nanotechnologie groźne dla zdrowia pracowników

Nowotwór wątroby, rak płuc, azbestoza, pylica, alergie skórne – to tylko kilka z chorób zawodowych, których przyczyną są substancje chemiczne. Wpływ wielu z nich, np. nanocząstek, na ludzkie zdrowie nie został jeszcze do końca zbadany. Zwiększaniem świadomości pracodawców i pracowników w zakresie ograniczania miejscu zagrożeń w pracy zajęła się Unia Europejska, opracowując kampanię na lata 2018-2019 pt. „Substancje niebezpieczne pod kontrolą”. Jej oficjalnym partnerem w Polsce została marka Hoger, producent komór rękawicowych.

Substancje chemiczne są jednym z najczęściej występujących czynników szkodliwych dla zdrowia w środowisku pracy. W Unii Europejskiej w powszechnym użyciu jest ich ok. 30 tysięcy. W 2016 roku w Polsce w warunkach przekroczenia najwyższych dopuszczalnych stężeń (NDS) szkodliwych substancji chemicznych pracowało aż 68400 pracowników.

Te dane są z pewnością niedoszacowane, ponieważ codziennie pojawiają się nowe wyzwania i nowe potencjalne niebezpieczeństwa związane z materiałami, których wpływ na ludzkie zdrowie nie został jeszcze do końca zbadany. Takim przykładem są coraz chętniej stosowane w wielu gałęziach przemysłu nanocząstki, których pozytywne właściwości – zdaniem naukowców – często idą w parze z niedostatecznie poznanymi na razie zagrożeniami dla człowieka i środowiska, w tym środowiska pracy.

Od lat zajmujemy się na nanomateriałami i wiemy, że choć nanocząstki niosą ze sobą szerokie możliwości aplikacyjne, mogą niszczyć komórki organizmu poprzez uszkadzanie błony komórkowej, kumulować się w organach wewnętrznych i zmieniać procesy wewnętrzne – mówi Krzysztof Skupień, dyrektor zarządzający marki Hoger, która wyrosła na doświadczeniach firmy 3D-nano. – Wielu pracodawców nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy, a następstwa zetknięcia z tego typu substancjami mogą być różne. Co najgorsze – dziś jeszcze niestety trudno je zdefiniować.

Według raportu Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (EU OSHA) nanomateriały i nanotechnologie są postrzegane jako jedno z głównych nowych zagrożeń dla zdrowia pracowników.[1] W Polsce w 2016 roku (raport GUS pt. „Biotechnologia i nanotechnologia w Polsce w 2016 roku”) w dziedzinie nanotechnologii pracowało 3910 osób, z czego w przedsiębiorstwach – 1433 osoby.

Należy mieć świadomość, że liczba pracujących narażonych na nanocząstki jest o wiele większa aniżeli tylko zatrudnionych przy produkcji nanomateriałów. Mogą one być uwalniane jako produkt uboczny w wielu procesach przemysłowych, takich jak obróbka termiczna oraz obróbka mechaniczna – dodaje Krzysztof Skupień. – Prawda jest jednak taka, że z substancjami szkodliwymi spotykamy się też w małych i średnich firmach, które często przecież zajmują się nowoczesnymi technologiami.

Przed tego typu materiałami można się chronić. Sposobem jest odseparowanie ich od człowieka przy pomocy zamkniętych systemów, obudów i osłon urządzeń emitujących nanocząstki substancji niebezpiecznych. W polskich przedsiębiorstwach często stosowane są maseczki ochronne, komory laminarne czy dygestoria. W wielu przypadkach okazują się one jednak nieskuteczne. Potrzebne są specjalistyczne komory rękawicowe, przeznaczone do procesów prowadzonych w trybie ochrony operatora.

Komory rękawicowe sprawdzają się nie tylko podczas pracy z nanomateriałami, ale we wszystkich laboratoriach badawczo-rozwojowych, farmaceutycznych i biochemicznych, a także przy pracy z mikroorganizmami, substancjami patogennymi, materiałem radiochemicznym oraz chemicznym kancerogennym – mówi Paweł Boratyński, dyrektor ds. technologii w Hoger. – Bezpieczeństwo dają wydajne filtry HEPA i pułapki węglowe oraz automatyka PLC, która pozwala kontrolować podciśnienie panujące wewnątrz komory i dynamicznie dostosowywać prędkość wentylatora do nieustannie zmieniających się warunków podczas pracy.

Świadomość oraz umiejętność dokonywania oceny poziomu ryzyka rośnie – zarówno w instytucjach publicznych, jak i firmach komercyjnych. Nadal jednak największym wyzwaniem jest skuteczne uświadamianie, że żaden sektor nie jest całkowicie wolny od materiałów szkodliwych czy w jakimś stopniu nieobojętnych na zdrowie ludzi. Takiego zadania podjęła się Unia Europejska, opracowując dużą kampanię informacyjną na lata 2018-2019 pt. „Zdrowe i bezpieczne miejsce pracy. Substancje niebezpieczne pod kontrolą”. W Polsce w kampanię włączyła się między innymi marka Hoger, która wprowadziła na rynek polskie komory rękawicowe, m.in. chroniące przed niebezpiecznymi substancjami operatorów w różnych gałęziach przemysłu. Z jej rozwiązań korzystają już takie firmy jak Aptiv (firma znana wcześniej pod nazwą Delphi), ABB oraz Narodowe Centrum Badań Jądrowych.

 

Unijna kampania rozpoczęła się oficjalnie 24 kwietnia 2018 roku. Jej inicjatorem jest Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (EU-OSHA). Na poziomie krajów członkowskich koordynowana jest przez krajowe punkty centralne EU‑OSHA – w Polsce przez Centralny Instytut Ochrony Pracy – Państwowy Instytut Badawczy (CIOP-PIB). Ważnymi wydarzeniami organizowanymi w ramach kampanii będą Europejskie Tygodnie Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (w październiku 2018 r. i 2019 r.) oraz konferencje w różnych miastach Polski (odbywające się do listopada 2019 r.)

Patronat honorowy nad kampanią „Niebezpieczne substancje pod kontrolą” w Polsce objęło Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, patronem strategicznym jest Główny Inspektorat Sanitarny oraz Instytut Medycyny Pracy im. Prof. J. Nofera.

[1] European Risk Observatory Report En 8, Expert forecast on emerging chemical risks related to occupational safety and health. European Agency for Safety and Health at Work, ISSN 1830-5946, ISBN 978-92-9191-171-4,2009

Stopy procentowe powinny długo pozostać bez zmian

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania we wrześniu utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie – ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes powtarza, że zarówno obecnie, jak i w przewidywalnej przyszłości (do końca 2019 r.) nie widzi szans na podwyżki stóp procentowych.

Stopy procentowe RPP i inflacja (2008-2018)

Stopy procentowe RPP i inflacja
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 05/09/2018

Najciekawszymi informacjami, jakie należy wynieść z dzisiejszego spotkania jest fakt braku obaw prezesa Adama Glapińskiego o wpływ sytuacji krajów rynków wschodzących na sytuację w Polsce i krajowy rynek finansowy oraz brak wyraźnych obaw związanych z globalnym konfliktem handlowym. Prezes stwierdził, że problemy innych krajów EM nie przekładają się na sytuację Polski i nie widać niepokoju, jednak ostatnie zmiany na krajowym rynku finansowym (wprawdzie o umiarkowanej skali) nieco przeczą drugiej części. Na przestrzeni ostatniego miesiąca, wraz z intensyfikacją obaw rentowności polskich papierów dłużnych rosły, z kolei polska waluta osłabiała się.

Rentowności obligacji 10-letnich Polski oraz kurs EUR/PLN (03/08/18-05/09/18)

Rentowności obligacji 10-letnich Polski oraz kurs EUR-PLN
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 05/09/2018

Niemniej, jak już wspomnieliśmy, skala wyprzedaży jest (póki co) ograniczona. Zgadzamy się co do tego, że zmiany w pozostałych gospodarkach wschodzących faktycznie nie powinny w istotnym stopniu przełożyć się na sytuację gospodarczą w Polsce, jednak – podobnie jak kwestia konfliktu handlowego – w krótkim terminie mogą nadal wywierać wyraźną presję na polską walutę.

Wracając do stóp procentowych: obecnie wygląda na to, że kredytobiorcy nie mają się czego obawiać. Biorąc pod uwagę stanowisko Rady, stopy procentowe w bieżącym roku niemal na pewno pozostaną niezmienione. Prawdopodobne jest, że stopy procentowe pozostaną stabilne również przez większość 2019 r, a być może nawet 2020 r.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Zielona energia staje się coraz ważniejsza dla firm i coraz bardziej konkurencyjna cenowo

Na całym świecie dynamicznie rośnie liczba wielkich firm, które zaopatrują się w energię ze źródeł odnawialnych (OZE), a czasem nawet całkowicie rezygnują z wykorzystania paliw kopalnych. Tą samą drogą zaczynają podążać również średniej wielkości firmy, co pokazuje raport „Serious business: Corporate procurement rivals policy in driving growth of renewable energy”, przygotowany przez firmę doradczą Deloitte. Już nawet 48 proc. średnich firm w USA pracuje nad pozyskaniem odnawialnych źródeł energii. Zdaniem ekspertów Deloitte podobnie będzie w Polsce. Głównym motorem ich działania jest możliwość zakontraktowania stałej, coraz bardziej konkurencyjnej ceny na energię wiatrową i słoneczną oraz dążenie do realizacji strategii zrównoważonego rozwoju.

Rosnąca świadomość oraz potrzeby firm i ich klientów w zakresie ekologicznych rozwiązań są bardzo dobrze widoczne wśród największych firm globalnych. Wiele z nich postawiło sobie za cel wykorzystanie „zielonej” energii elektrycznej i skutecznie go realizuje. Jak pokazuje raport Deloitte, już nie tylko światowi liderzy podążają za tym trendem, ale także średnie firmy, które również poszukują optymalnych dla siebie sposobów na inwestycje w zaawansowane technologie energetyczne.

– W 2015 roku nabywcy korporacyjni na całym świecie podpisali kontrakty na rekordowe ponad 3,7 GW energii słonecznej i wiatrowej. Następnie zamówienia korporacyjne utrzymywały wysoki poziom, osiągając 2,5 GW na koniec 2016 roku. Coraz częściej firmy bez względu na wielkość myślą o pozyskaniu energii z odnawialnych źródeł. Niewątpliwym bodźcem są dla nich coraz bardziej atrakcyjne ceny energii wiatrowej i solarnej w porównaniu do energii konwencjonalnej – mówi Michał Lubieniecki, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

– Przewidywalne koszty energii odnawialnej mogą stanowić zabezpieczenie przed przyszłą zmiennością cen paliw i CO2. Poza tym coraz więcej firm dąży do zrównoważonego rozwoju, podejmując działania na rzecz ochrony środowiska oraz zmiany klimatu często pod presją klientów którzy analizują „carbon footprint” swojego łańcucha dostaw, co również przekonuje ich do korzystania z OZE – dodaje.

Umowy PPA

Jak pokazuje raport Deloitte, 71 proc. firm z listy Fortune 100 planuje korzystanie z energii odnawialnej, a część z nich ma już podpisaną umowę na dostawę energii (PPA). Na świecie powstają zrzeszenia firm tworzone w celu propagowania zielonej energii. Przykładem jest utworzony w 2014 globalny ruch RE100, którego członkowie otwarcie zobowiązali się do wykorzystywania w 100 proc. energii odnawialnej. Obecnie firmy z RE100 kupują tyle samo energii odnawialnej co Polska lub cały stan New York.

Umowy PPA przybierają różne techniczne i prawne formy. Można na przykład wyróżnić fizyczne umowy PPA, w których aktywa wytwórcze oraz odbiorca energii podpięci są do tej samej sieci elektroenergetycznej, a poprzez umowę dystrybucji energii, odzwierciedlającą postanowienia kontraktu PPA, energia dostarczana jest do odbiorcy za pośrednictwem sieci.

Innym rodzajem są wirtualne (lub syntetyczne) umowy PPA, w których energia z odnawialnego źródła niekoniecznie fizycznie trafia do odbiorcy. Finansowe uzgodnienia pomiędzy odbiorcą i źródłem odnawialnym są podstawą rozliczeń pomiędzy stronami, odzwierciedlając zakontraktowane parametry, ceny zakupu energii oraz gwarancji pochodzenia.

– Proces aranżacji i negocjacji takich umów bywa złożony, ponieważ angażuje on kilka stron, odnosząc się do kwestii regulacyjnych i wymagając odpowiedniego dostosowania struktury i parametrów dostaw energii do wymagań konsumenta, możliwości producenta oraz warunków finansującego go banku – mówi Krzysztof Kadłubowski, Menedżer w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Nowa fala zapotrzebowania na OZE

Kontraktowanie zielonej energii obecnie zdominowane jest przez duże korporacje, jednak mniejsze firmy również mają ambitne cele w zakresie jej pozyskiwania.

Poszukują one zasadniczo niższych wolumenów, mniej skomplikowanych umów PPA o krótszych i / lub zmiennych warunkach. Dysponują także nieco mniejszą wewnętrzną wiedzą fachową oraz możliwościami analizy ekonomicznej czy skutków podatkowych i księgowych związanych z zawarciem umowy PPA.

– Projekty pozyskania odnawialnej energii w mniejszych firmach zazwyczaj nie są jeszcze bardzo wysokim priorytetem. Wyzwaniem jest często brak odpowiednich narzędzi do pomiaru zwrotu z inwestycji w projektach zarządzania energią oraz mniejsza uwaga, jaką media poświęcają średnim firmom w porównaniu z największymi korporacjami, przez co ich proekologiczne wysiłki pozostają mniej zauważalne.- zaznacza Michał Lubieniecki.

Jednak potrzeby przedsiębiorstw, związane ze zrównoważonym rozwojem, skutecznie przyczyniają się do przełamywania trudności w kontraktowaniu zakupów zielonej energii. Według raportu Deloitte, spośród respondentów na amerykańskim rynku, którzy już pozyskują energię elektryczną z odnawialnych źródeł energii, większość czyni to za pośrednictwem PPA.

Sytuacja na rynku polskim

– Również w Polsce widzimy trend związany z odnawialnymi źródłami energii oraz rosnącą liczbę przedsiębiorstw dążących do ograniczania emisyjności produkcji. Wykorzystywanie zielonej energii przez polskie firmy, np. dzięki autoprodukcji zielonej energii lub jej zakupu z odnawialnych źródeł, jest szczególnie istotne z uwagi na relatywnie wysoką emisyjność, charakteryzującą naszą energetykę opartą w dużym stopniu na źródłach węglowych – mówi Krzysztof Kadłubowski. – Korzystanie z energii odnawialnej w naszych warunkach może więc w znacznym stopniu wpłynąć na zmniejszenie węgla w łańcuchu dostaw. Poza ekologią kluczowe są także aspekty ekonomiczne. Dzięki spadającym kosztom technologii oraz możliwości zaoferowania odbiorcy stabilnych cen w umowach PPA, OZE stają się coraz bardziej konkurencyjne – wyjaśnia.

Pierwszym przypadkiem ogłoszonej w Polsce PPA jest podpisana pomiędzy VSB a Mercedes-Benz Manufacturing umowa na dostawę zielonej energii z Parku Wiatrowego Taczalin do zakładu produkcji silników samochodowych.

– W przypadku polskiego sektora małych i średnich firm autoprodukcja zielonej energii w formie mikrogeneracji ma coraz większy sens nawet bez systemów wsparcia. Wynika to z rosnących cen energii (małe i średnie firmy są segmentem płacącym najwyższe ceny energii w Polsce) oraz możliwości uniknięcia w wielu przypadkach opłat dystrybucyjnych. Rosnące ceny energii elektrycznej oraz koszty jej dostarczenia z jednej strony oraz obniżające się koszty technologii z drugiej, będą dalej poprawiać ekonomikę mikrogeneracji – podsumowuje Michał Lubieniecki.

Czy sztuczna inteligencja zastąpi sprzedawców?

Małgorzata Warda
Małgorzata Warda

W jakim kierunku zmierza rola handlowców w nowoczesnych przedsiębiorstwach?

O tym rozmawiamy dziś z Małgorzatą Warda właścicielką firmy konsultingowej WardaTeam, mającą ponad 20 letnie doświadczenie w sprzedaży w korporacjach na wysokich szczeblach managerskich.

Sztuczna inteligencja przeżywa swój rozkwit i wyraźnie wpływa formę realizacji sprzedaży. Jakie zmiany czekają nas w handlu w związku z tym trendem?

Uważam, że czekają nas ciekawe czasy, jeśli chodzi o dynamikę transformacji procesów handlowych- zarówno tych zakupowych jak i sprzedażowych. Przez stulecia proces sprzedaży nie zmieniał się znacząco – większość transakcji ludzie realizowali osobiście niemalże od czasu neolitu, w ostatnich dziesięcioleciach doszedł telefon. A w ciągu ostatnich kilkunastu lat nastąpił przełom.  Szacuje się, że do 2020 r. nawet 85% relacji klientów z przedsiębiorstwem będzie się odbywała bez interakcji z człowiekiem. Już teraz w działach zakupów coraz częściej wykorzystywane są zautomatyzowane boty, w szczególności na wczesnych etapach transakcyjnych w procesach zakupowych. Boty świetnie sprawdzają się również w roli asystentów i doradców klienta, chociażby w działach BOK. Radzą sobie z udzielaniem niezwłocznej odpowiedzi na większość pytań zadawanych przez klientów, a to sobie jako klienci cenimy, bo oszczędza to nasz czas. A w przypadku firmy pozwala obniżyć koszty, bo nie potrzebujemy aż tylu pracowników.

Czyli zmniejszy się zapotrzebowanie na pracowników tzw. back-office czyli np. działów obsługi klienta czy stanowisk administracyjnych?

Niewątpliwie tak. Dotyczy to przede wszystkim stanowisk na których występują powtarzalne zadania, które dzięki botom można zautomatyzować np. reklamacje, rezerwacje online, oferowanie części zamiennych, prace związane z administrowaniem danymi. Dotyczy to także różnych stanowisk doradczych – sprzedaży usług finansowych takich jak np. kredyty czy pożyczki czy niektórych dóbr konsumenckich. W e-commerce już teraz boty pełnią też coraz częściej funkcję doradców zakupowych – przykładowo w Sephorze bot może nam pomóc w doborze koloru szminki pytając o typ urody, czy kreację do której kolor ma pasować.

Prawdziwy przełom przyniosą jednak moim zdaniem zaprezentowane niedawno rozwiązania takie jak Google Duplex, czy Amelia opracowana przez firmę IPsoft. Amelia potrafi przeanalizować składnię języka i w związku z tym jest w stanie prowadzić rozmowy z klientami i to w różnych językach. Ponieważ jest podłączona do różnych systemów w przedsiębiorstwie, może przygotować odpowiedź szybciej niż ludzki operator. Natomiast w maju 2018 Google zaprezentował nagranie rozmowy, w którym wirtualna asystentka skutecznie umówiła wizytę u fryzjera. Osoba z którą rozmawiała w salonie, nie zorientowała się, ze rozmawia z robotem.

Czy zatem człowieka w procesie sprzedaży wyprą z czasem roboty?

Z badań* wynika, iż dzięki współczesnym technologiom już ponad 40% czynności sprzedażowych można zautomatyzować. Maszyny wykonują szereg z nich skuteczniej i sprawniej niż ludzie, a co istotne, idzie to w parze z satysfakcją klientów. Ten procent będzie się z pewnością zwiększał w miarę rozwoju technologii umiejących przetwarzać język naturalny. AI będzie sukcesywnie wypierała stanowiska w których działa się schematycznie. Jednak nie da się do końca zautomatyzować procesu podejmowania decyzji strategicznych, koncepcyjnych a także kierowania zespołami pracowników czy chociażby coachingu lub mentoringu.

Jednak handlowcy będą musieli się przystosować do nowych warunków. Ich praca będzie w coraz większym stopniu polegała na zarządzaniu siecią relacji pomiędzy pracownikami, partnerami zewnętrznymi a sztuczną inteligencją. Poza takimi cechami jak umiejętność budowania relacji, inteligencja społeczno-emocjonalna czy empatia, ich sukces będzie zależał w coraz większym stopniu od skutecznej współpracy z AI, umiejętności analizowania coraz większej ilości danych. W ich opracowaniu pomoże wprawdzie sztuczna inteligencja, ale nie podejmie już za nas strategicznych decyzji.

Rozmawiała Sylwia Kozłowska

Małgorzata Warda: Posiada ponad 20 lat praktycznego doświadczenia w zarządzaniu na wysokim szczeblu organizacjami na rynkach B2B i B2C, w ujęciu multichannel i omnichannel. Ma na koncie ponad 2000 wynegocjowanych kontraktów – w tym z większością sieci handlowych w Polsce. Prowadzi firmę Warda Consulting Team i doradza przedsiębiorstwom jak efektywnie zwiększyć sprzedaż i profitowość. Z wyróżnieniem ukończyła finanse i Executive MBA. Jest także absolwentką programów dla kadry zarządzającej na INSEAD.

Bezrobocie najniższe od upadku PRL. Brak pracowników spowolni wzrost gospodarczy

Stopa bezrobocia w Polsce przebiła ostatnio kolejne minima – w czerwcu i lipcu sięgnęła 5,9 proc. – Jest to najniższy poziom od upadku komunizmu. Na rynku pracy mamy bardzo dobrą sytuacje i możemy mówić o rynku pracownika – zauważa Grzegorz Sielewicz z Coface. Ekonomista zaznacza jednak, że nie dla wszystkich jest to dobra wiadomość.

 Niskie bezrobocie to czynnik, który napędza konsumpcję, natomiast dla pracodawców, dla firm, jest ono dużym problemem, bo oznacza rosnącą presję na wzrost prac i trudności w zapełnieniu wakatów, zwłaszcza w przetwórstwie przemysłowym, branży budowlanej i transporcie – tłumaczy Sielewicz.

Jak dodaje, stanowi to barierę dla rozwoju przedsiębiorstw, co wkrótce może przełożyć się na ograniczenie naszego wzrostu gospodarczego.

Jakie są prognozy dla kursu złotego?

Sierpniowe zawirowania na rynkach wschodzących nie pozostały bez wpływu na Polską walutę, jednak kilkugroszowe osłabienie się złotego względem euro i dolara, to nic w porównaniu do kryzysów walutowych w Turcji i Argentynie. Jakie są prognozy dla złotego?

– Może się wydawać, że złoty jest osłabiony i podatny na wahania, jednak jeżeli spojrzymy na to, co działo się na innych rynkach, to musimy stwierdzić, że sytuacja złotego jest naprawdę niezła – mówi główny ekonomista XTB Przemysław Kwiecień.

Mowa przede wszystkim o Turcji i o Argentynie, gdzie szaleją kryzysy walutowe, w efekcie których waluty tych krajów straciły po prawie 30 proc. względem amerykańskiego dolara. Inwestorzy zareagowali nerwowo i nie oszczędzili także innych rynków wychodząc z nich „na wszelki wypadek”. Najbardziej traciły brazylijski real i południowoafrykański rand – po ok. 10 proc., zawirowania dotknęły także meksykańskiego peso.

– Ta sytuacja pokazuje, że warto dbać o stabilność instytucjonalną i utrzymywać w ryzach finanse publiczne oraz bilans płatniczy. Polska we wszystkich tych dziedzinach jest przez inwestorów postrzegana jako kraj względnie bezpieczny – tłumaczy ekonomista. – Z drugiej jednak strony powinniśmy obserwować sytuację, bo chociaż złoty jest nieco niedowartościowany, to może się okazać, że przez turbulencje na rynkach nasza waluta będzie w najbliższych tygodniach słabsza, a zmienność notowań będzie nieco większa, niż zwykle – przewiduje.

Stopy procentowe w Polsce. Co z dolarem?

Dzisiejsze posiedzenie RPP nie powinno zmienić stóp procentowych, nie znaczy to wcale, że nie warto przysłuchiwać się konferencji po nim. Dobre dane dolara i słabsze perspektywy długookresowe.

Decyzja w sprawie stóp procentowych w Polsce

Dzisiaj dowiemy się czy Rada Polityki Pieniężnej zmieni politykę monetarną w Polsce. Analitycy są zgodni główna stopa procentowa pozostanie na niezmienionym poziomie 1,5%. Inne zmiany również nie są spodziewane. Kiedy dojdzie do zmian? Jednym z powodów zmian może być rosnąca inflacja. Jeżeli przekroczyłaby ona cel inflacyjny wyznaczony na poziomie 2,5% z odchyleniem 1%. Patrząc na to, że obecnie zmiana cen pozostaje stabilnie w okolicach 2% nie należy się spodziewać tego scenariusza zbyt szybko. Co musiałoby się stać by stopy spadły? Ruch taki miałby miejsce gdyby gospodarka potrzebowała tańszego kredytu do rozwoju a inflacja nie byłaby zbyt wysoka. O ile wraz z decyzją nie pojawi się żaden istotny komunikat dzisiejsze posiedzenie nie powinno mieć wpływu na notowanie par złotowych. Wszelkie wskazówki co do działań RPP w przyszłości powinny z kolei umocnić złotego, o ile będzie mowa o wzrostach lub osłabiać gdy o spadkach.

Dane lepsze niż perspektywy dla dolara

Wczoraj poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane na temat indeksów przemysłowych z USA. Pomimo tego wielu analityków straszy jednak odwrotem od dolara. W krótkim okresie co prawda za dolarem przemawia bardzo dużo czynników. Problemy Włoch, wojna handlowa, powolne wychodzenie Europy z kryzysu. Co zatem ma w dalszej perspektywie osłabić dolara? Analitycy wskazują, że już wkrótce Europa rozpocznie normalizację polityki monetarnej. Na razie nie widać jednak tego, a sytuacja Włoch nie uzasadnia tego poglądu. Z drugiej strony inwestorzy są właściwie pewni, że pod koniec września na posiedzeniu FOMC wzrosną stopy procentowe w USA. To tylko powiększy dysproporcję pomiędzy USA a Europą.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego,
  • 16:00 – Kanada – decyzja Banku Kanady w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Aleksandra Zentile-Miller nową prezes Polskiej Rady Centrów Handlowych

Aleksandra Zentile-Miller zastąpiła Patricka Delcola na stanowisku dotychczasowego prezesa zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych. Aleksandra z PRCH związana jest od 15 lat.

Aleksandra Zentile-Miller jest jedną z założycieli Polskiej Rady Centrów Handlowych, zasiadała w zarządzie stowarzyszenia od początku jego istnienia. Poza funkcją w PRCH nowa prezes kieruje także warszawskim oddziałem międzynarodowej firmy architektonicznej Chapman Taylor z główną siedzibą w Londynie.  Doświadczenie zawodowe Aleksandry obejmuje pracę w wielu krajach, ale od wczesnych lat dziewięćdziesiątych koncentruje się na Europie Środkowo-Wschodniej i kierowaniu warszawskim biurem firmy. Studiowała Architekturę w Polsce (Politechnika Gdańska) i Wielkiej Brytanii (University of Westminister w Londynie). Jest członkiem organizacji profesjonalnych w obu krajach (SARP, BPCC, ICSC oraz ARB – UK Architects Registration Board).

„W działalność PRCH jestem zaangażowana od początku istnienia organizacji. Obecnie, już jako prezes PRCH, będę kierować pracami zarządu wobec wyzwań, które stoją przed naszą branżą. Jest to duży zaszczyt i odpowiedzialność, ponieważ Polska Rada Centrów Handlowych reprezentuje i skupia niemal całą branżę nieruchomości handlowych. W czasach zmian zachodzących na rynku oraz zmieniającego się otoczenia legislacyjnego, kluczowy jest dialog i wypracowanie porozumienia wśród wszystkich podmiotów naszego rynku. Jako stowarzyszenie not-for-profit chcemy odgrywać ważną rolę jako think-thank branżowy, w badaniach rynku i edukacji, wspieraniu firm członkowskich oraz kształtowaniu zasad i norm, a także promocji pozytywnego wizerunku branży” – powiedziała Aleksandra Zentile-Miller.

Ustępujący prezes zarządu stowarzyszenia, Patrick Delcol, piastował to stanowisko nieprzerwanie od 2008 roku. Po jego decyzji o rezygnacji, zarząd Polskiej Rady Centrów Handlowych jednogłośnie wybrał Aleksandrę Zentile-Miller.

„W związku z objęciem nowego stanowiska w europejskich strukturach firmy BNP Paribas Real Estate, które uniemożliwia mi stałą obecność w Polsce i zaangażowanie w działalność Rady, z żalem muszę zrezygnować z funkcji prezesa zarządu PRCH. Ponad 10 lat pracy dla Polskiej Rady Centrów Handlowych i polskiej branży retail to wyjątkowy czas. Dziękuję wszystkim pracownikom PRCH oraz członkom zarządu, z którymi miałem przyjemność pracować. Jednocześnie gratuluję Aleksandrze, która pełniąc funkcję wiceprezesa zarządu, z organizacją związana jest od początku jej istnienia. Wierzę, że PRCH nadal będzie głosem polskiego retailu i spoiwem łączącym różne strony tego biznesu. ”

Skład zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych to obecnie 9 uznanych ekspertów branży nieruchomości handlowych. W zarządzie zasiadają Aleksandra Zentille-Miller jako prezes zarządu, Elżbieta Dmowska-Mędrzycka jako wiceprezes, Piotr Szafarz, Wojciech Normand, Marek Cichocki, Sebastian Koziara, Jakub Skwarło oraz Benoît Charles. Funkcję członka zarządu i dyrektora generalnego stowarzyszenia sprawuje Radosław Knap.

Wyniki europejskiego sektora leasingowego w 2017r.

  • Europejski rynek leasingu na koniec 2017 roku osiągnął wartość 384,1 mld euro rosnąc +9,4 % r/r. Ożywienie było obserwowane we wszystkich głównych grupach środków trwałych.
  • Polska branża leasingowa z +15,7% dynamiką (na koniec 2017 r/r) znajduje się w gronie siedmiu największych rynków leasingu w Europie. W Polsce z leasingu korzystają głównie firmy.

Federacja Leaseurope, reprezentująca europejski rynek leasingu podała, że w 2017 roku całkowita wartość nowych umów leasingowych, zawartych w Europie wyniosła 384,1 mld euro[1]. Europejski rynek leasingu w ubiegłym roku odnotował tym samym +9,4 proc. dynamikę (w porównaniu do 2016r.).

Co istotne, ożywienie było widać we wszystkich kategoriach aktywów ruchomych, finansowanych przez europejskich leasingodawców. W 2017r. wartość umów odnoszących się do leasingu pojazdów osobowych wzrosła o +9,9% (r/r), dynamika segmentu samochodów dostawczych wyniosła +7,9%, podczas gdy transakcje dotyczące maszyn i urządzeń przemysłowych osiągnęły +14,9% wzrost r/r. Dobre wyniki były udziałem także leasingu komputerów i maszyn biurowych (+3% r/r), a jedynie obszar leasingu nieruchomości odnotował ujemną 3,5% dynamikę (r/r).

Mieczyslaw Wozniak_ZPL
Mieczysław Woźniak

„Wyniki polskiego rynku leasingu osiągnięte w 2017r. (15,7 proc. dynamika, 67,8 mld zł tj. 15,9 mld euro wartości nowych umów), plasują polską branżę leasingową wśród siedmiu najważniejszych rynków leasingu w Europie (Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Rosja, Szwecja, Polska). Natomiast z punktu widzenia znaczenia leasingu w finansowaniu inwestycji Polska z udziałem 25,1% plasuje się na bardzo wysokim szóstym miejscu w Europie. W 2017 roku średni udział leasingu w finansowaniu europejskich inwestycji wyniósł 18,6%. Wysoka pozycja polskiej branży leasingowej w europejskich rankingach wskazuje na dużą popularność leasingu wśród polskich firm, głównie z sektora MŚP, oraz wysoki poziom zaufania przedsiębiorców dla tej formy finansowania” – powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope.

Kto korzysta z leasingu w Europie, a kto w Polsce?

Europejskie firmy leasingowe w największym stopniu finansują pojazdy. Ich udział w rynku ruchomości wyniósł w 2017 roku 72,6%, przy czym niekwestionowanym liderem były pojazdy osobowe z 53,9% udziałem w całym rynku ruchomości. W Polsce finansowanie pojazdów jest równie ważne (70,7%), przy czym poszczególne części tego rynku tj. samochody osobowe i pozostałe środki transportu drogowego są bardziej zrównoważone. Ich udziały w rynku leasingu ruchomości w Polsce wyniosły odpowiednio 38,2% oraz 32,5%. W Europie podobnie jak i w Polsce drugą pozycję zajmują maszyny i urządzenia, przy czym w Polsce leasing tego typu przedmiotów cieszy się dużo większą popularnością. W Polsce udział maszyn i urządzeń w całym rynku ruchomości wyniósł 26,3%, przy średniej dla całego europejskiego rynku na poziomie 15,4%. Na dalszych miejscach znajdują się komputery oraz sprzęt biurowy, statki powietrzne, wodne i środki transportu kolejowego oraz inne ruchomości.

W Polsce firmy leasingowe finansują przede wszystkim działalność przedsiębiorstw. Według badań GUS (2017) oraz szacunków Związku Polskiego Leasingu w naszym kraju z usług firm leasingowych korzysta około 600 tys. firm. W innych europejskich krajach ważną grupę klientów firm leasingowych, obok przedsiębiorstw, stanowią także konsumenci oraz jednostki sektora publicznego.

[1] Dane Leaseurope: Leaseurope Annual Survey 2017.

Czy to odpowiedni moment dla frankowiczów na przewalutowanie kredytów?

Kurs franka szwajcarskiego oscyluje obecnie w granicach 3,8 zł. Pomimo że kurs jest w miarę stabilny w ostatnich miesiącach, wielu kredytobiorców frankowych zastanawia się nad opłacalnością jego przewalutowania. Czy warto to zrobić?

Kredyty we frankach zyskały popularność już ponad 10 lat temu. Wtedy kurs CHFPLN wynosił około 2 zł. Początkowo wydawało się, że to okazja, by tanio pozyskać potrzebny kapitał na budowę, czy zakup nieruchomości. Oprocentowanie było znacznie niższe niż w przypadku kredytu w złotówkach.

Wykres CHFPLN od grudnia 2014 do września 2018
Wykres CHFPLN od grudnia 2014 do września 2018

Dla kredytobiorców frankowych dobre wiadomości skończyły się 15 stycznia 2015 roku. Wtedy to Bank Szwajcarii uwolnił kurs swojej, gdyż był on dalej w stanie bronić kursu EUR/CHF na poziomie 1,20 w związku z coraz większym znaczeniem franka jako bezpiecznej przystani. Tzw. Czarny Czwartek wywołał wzrost kursu CHF/PLN do poziomu ponad 5,00 zł. Po tej burzy kurz nieco opadł, ale nadal poziomy oscylowały wokół 4,30.

Czy więc teraz, gdy kurs CHF/PLN znacznie spadł i jest w okolicach 3,70 opłaca się przewalutować go na złotówki? Porównajmy, jak to by wyglądało, gdyby kredytobiorcy frankowi zdecydowali się go przewalutować. Zakładamy, że kredyt jest na 30 lat w kwocie 300 tys. zł. Kluczowa w przypadku kredytu we frankach jest data wypłaty i kurs z tego dnia. Bank dokona przeliczenia według aktualnego kursu sprzedaży. Nie bierzemy tu pod uwagę kosztów dodatkowych, które pobierze bank np. za aneks zmiany umowy.

Dla przykładu małżeństwo wzięło na początku roku 2007 kredyt w kwocie 125 tys. CHF (300 tys. PLN) spłacany w 420 równych ratach. Na początku 2018 roku rodzina postanowiła przewalutować kredyt po aktualnym kursie 3,60. Saldo zobowiązania na ten moment wynosiło 90 tys. CHF. Po przewalutowaniu małżeństwo ma dług w wysokości 324 tys. PLN, a więc o 24 tys. wyższy, niż początkowe zobowiązanie, a spłacane już 9 lat. Widać więc, że straty związane z przewalutowaniem rosną proporcjonalnie do wzrostu kursu franka szwajcarskiego.

To nie wszystko. Kredyt w złotych, i tym samym jego rata, naliczana jest według stopy referencyjnej WIBOR. Rata kredytu w CHF jest wyliczana według stopy LIBOR. Na obecny moment, różnica w tych stopach wynosi 2,5 pkt procentowego na korzyść LIBOR. Trzeba więc być świadomym, że po przewalutowaniu będziemy płacić znacznie wyższą ratę w złotych. Do tego jest spore ryzyko, że zapłacimy też wyższą marżę kredytu. Stąd na ten moment mogłoby to wyglądać tak: kredyt we frankach oprocentowanie 0,5%, a kredyt w złotych oprocentowanie 4%.

Do tego tendencja ta może się pogłębiać. W Polsce mamy stopy na rekordowo niskim poziomie i już w kolejnym roku mogą one wzrosnąć. Wszystko wskazuje na to, że Szwajcaria nieco później zdecyduje się na taki ruch.

Wydaje się więc, że przewalutowanie nie ma racjonalnego sensu, przede wszystkim ekonomicznego. Mimo wahań kursowych, suma rat zapłaconych przez frankowców jest nadal niższa niż kredytu płaconego w PLN. Do tego nie unikniemy konsekwencji wzrostu płaconej raty po przewalutowaniu na złote. Wyjątek stanowić mogą osoby, które mają dość obaw związanych z ryzykiem walutowym i chcą się ich pozbyć, nawet biorąc pod uwagę tak wysokie koszty. Pozostaje więc mieć nadzieję, że zawirowań na franku już nie będzie, a kurs istotnie się osłabi i tym samym spadnie zadłużenie wyrażone w złotych.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Walutomat.pl

Silny wzrost indeksu ISM przyciąga kapitał do USD

Rynki pozostają w nastroju nerwowości i niepewności, co podtrzymuje presję na aktywach ryzykownych. Silny wzrost indeksu ISM dla przemysłu łagodzi część obaw o hamowanie dobrej passy danych z USA i przyciąga kapitał do USD. Złoty jest pod presją i RPP mu nie pomoże. Podobnie dla CAD ważniejsze niż decyzja BoC będzie postęp w negocjacjach NAFTA.

Silny wzrost indeksu ISM dla przemysłu łagodzi część obaw o hamowanie dobrej passy danych z USA. Powszechna opinia stanowiła, że całe dobro związane z gospodarką USA jest już zdyskontowane przez dolara i teraz łatwiejsza droga będzie na rzecz słabości w reakcji na rozczarowania. W końcu nie ma wątpliwości wobec tego, że Fed podniesie stopy procentowe na najbliższym posiedzeniu we wrześniu i prawdopodobnie kolejny raz w grudniu. Jednak dodatkowym warunkiem koniecznym jest wystąpienie istotnej poprawy we wskaźnikach makro w reszcie świata, a przynajmniej w strefie euro i Chinach. Tymczasem dostajemy przeciwieństwo. ISM na 61,3 (z 58,1 w lipcu) pokazuje imponującą siłę aktywności gospodarczej, natomiast dziś rano słabszy Caixin PMI z Chin przypomina, że spowolnienie dosięga Państwo Środka i to nie bez winy wojny handlowej z USA. Wyczekiwane przyspieszenia ożywienia w Europie również się opóźnia, a dyskusja o stabilności budżetowej Włoch jest dodatkowym powodem do obaw. W rezultacie nie ma zachęty, by odchodzić od bezpiecznego USD, za to presja nasila się wobec EUR i walut z Antypodów. Tempo, z jakim rynek wykorzystał wyższe poziomy AUD (po lepszym od oczekiwań PKB z Australii) do sprzedaży, mówi sama za siebie.

Rynki pozostają w nastroju nerwowości i niepewności, co podtrzymuje presję na walutach rynków wschodzących. Choć kłopoty Turcji, Argentyny, RPA, czy Brazylii są lokalne, fakt, że muszę wymienić aż cztery gospodarki sugeruje, jak łatwo skłonić kapitał do defensywnego nastawienia w stronę emerging markets. EUR/PLN podchodzi pod 4,32 i ma pole, by zrobić jeszcze 2-3 grosze, ale wyższe poziomy są fundamentalnie nieuzasadnione. Dzisiejszy komunikat RPP nie powinien się różnić od poprzednich. Inflacja ustabilizowała się na 2 proc. (tj. poniżej celu NBP), a wzrost gospodarczy pozostaje dużo ponad wzrostem potencjalnym, stąd nie ma impulsów do zmiany nastawienia. Zakładamy, że podtrzymana zostanie retoryka braku konieczności zmiany poziomu stóp procentowych w 2019 r. i w 2020 r.

Bank Kanady także powinien pozostawić stopę procentową bez zmian, choć dane krajowe przemawiają za kontynuacją zacieśniania polityki pieniężnej. PKB odbiło po I kw., nawet jeśli wyniki było trochę gorsze od oczekiwań (2,9 proc. vs 3,1 proc.). Sprzedaż detaliczna ma się mocno z silnym odczytem za maj (2 proc. m/m) i lekkim odreagowaniem w czerwcu (-0,2 proc.). Wszystkie trzy miary inflacji bazowe (bazowa, mediana i obcięta) ustabilizowały się wokół celu 2 proc., podczas gdy CPI podskoczył do 3 proc. r/r. Jedynie rynek pracy wysyła niejednoznaczne sygnały, gdyż silny przyrost zatrudnienia w lipcu (54,1 tys.) wynikał w głównej mierze z przyrostu zatrudnienia na niepełny etat, jak również zanotowano spadek dynamiki wynagrodzeń do 3 proc. r/r. Jednak niepewność towarzysząca negocjacjom NAFTA skłania BoC to czekania. Jako że jest mało prawdopodobne, aby BoC chciał wcisnąć dwie podwyżki do końca roku, wstrzymanie się z decyzją do października wiele banku nie kosztuje. W komunikacie prawdopodobnie zobaczymy ostrożnościowy ton z warunkowaniem ścieżki polityki od przyszłości relacji handlowych z USA. Rynek jest dość dobrze spozycjonowany na taki wydźwięk komunikatu. CAD będzie bardziej wrażliwy na przecieki z rozmów handlowych, które mają być dziś kontynuowane, a których finał jest też ważny dla banku centralnego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wyniki Grupy BIK po pierwszym półroczu 2018 r.

Grupa BIK w pierwszym półroczu br. osiągnęła 9,2 mln zł skonsolidowanych przychodów oraz 8,5 mln zł zysku netto i są to znacznie lepsze wyniki niż uzyskane rok wcześniej. Na poprawę wpłynęło oddanie do użytkowania nowych obiektów oraz korzystna zmiana kursu walutowego. Zarząd BIK w tym roku zakłada kolejne inwestycje w zakresie rozbudowy Śląskiego Centrum Logistycznego w Sosnowcu oraz budowy nowego Centrum Logistycznego Kraków III w Targowisku pod Krakowem.

Galeria nad Potokiem, Radom
Fot: Galeria nad Potokiem, Radom

Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych i handlowych w 1 półroczu 2018 r. osiągnął ponad 9,2 mln zł skonsolidowanych przychodów, co oznacza wzrost o blisko 6% w ujęciu r./r. Grupa zanotowała 15,4 mln zł zysku z działalności operacyjnej, względem 2 mln zł straty rok wcześniej. Wypracowała jednocześnie 8,5 mln zł zysku netto, w porównaniu do 0,6 mln zł zysku w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Przez pierwsze sześć miesięcy tego roku Grupa BIK zwiększyła jednocześnie wartość kapitałów własnych o 9,3% do 103 mln zł. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych wyniosła 209,4 mln zł, czyli o 8,6% więcej niż na koniec ubiegłego roku. Grupa cały czas bardzo dużą wagę przywiązuje do bezpiecznego finansowania nowych projektów.

„Osiągnięte wyniki odzwierciedlają systematyczny rozwój działalności. Poprawa przychodów jest głównie efektem oddania do użytkowania nowej hali magazynowej liczącej 11,5 tys. m2 w rozbudowywanym Śląskim Centrum Logistycznym. Na koniec pierwszego półrocza dokonana została również aktualizacja parametrów wyceny poszczególnych nieruchomości. Dodatkowo skorzystaliśmy na osłabieniu kursu złotówki do euro, co miało bezpośredni wpływ na aktualizację wyceny nieruchomości inwestycyjnych, których wartość określana jest właśnie w tej walucie. Jednocześnie wiosną tego roku w ramach rozwoju segmentu handlowego oddaliśmy do  użytkowania Galerię nad Potokiem w Radomiu oferującą łącznie 5,2 tys. m2 powierzchni najmu” – powiedział Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Grupa BIK przygotowuje się do kolejnych inwestycji. Wkrótce rozpoczniemy  budowę kolejnej hali w Śląskim Centrum Logistycznym o powierzchni 14 tys. m2. W tym roku planujemy również rozpocząć budowę  nowego Centrum Logistycznego Kraków III zlokalizowanego w Targowisku pod Krakowem w bezpośrednim sąsiedztwie węzła autostrady A4. Pracujemy również intensywnie nad inwestycjami w nowych lokalizacjach, między innymi w mniejszych ośrodkach, gdzie nowoczesna infrastruktura magazynowa nie jest jeszcze rozbudowana – dodał Mirosław Koszany.

Grupa BIK zarządza aktualnie trzema parkami logistycznymi: Centrum Logistycznym Kraków I, Centrum Logistycznym Kraków II oraz Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu o łącznej powierzchni najmu wynoszącej 67,8 tys. m2. W ramach dywersyfikacji działalności zajmuje się także budową i wynajmem nowoczesnych powierzchni handlowych w segmencie parków handlowych (retail parków). Obecnie w portfelu spółki jest Retail Park Karpacka w Bielsku – Białej o powierzchni najmu prawie 7,0 tys. m2 oraz Galeria Nad Potokiem w Radomiu oferująca 5,2 tys. m2 powierzchni użytkowej.

Ransomware Ryuk: Precyzyjnie wymierzone ataki złośliwego oprogramowania

ThreatcloudMapW ciągu dwóch ostatnich tygodni precyzyjnie wymierzone i zaplanowane ransomware o nazwie Ryuk zaatakowało wiele organizacji na świecie. Jak dotąd ofiarami było kilka firm, którym zaszyfrowano setki komputerów znajdujących się w wielu różnych centrach danych – informuje na swoim blogu firma Check Point Software Technologies.

Pomimo, że techniczne możliwości Ryuk są stosunkowo niewielkie, przynajmniej trzy firmy z różnych stron świata zostały poważnie dotknięte atakiem. Co gorsza, część organizacji zapłaciła ogromne kwoty okupu w celu odzyskania swoich plików. Cena okupu poszczególnych ofiar waha się od 15 do 50 BTC, w sumie ponad 640 000 dolarów.

Co ciekawe, badania Check Pointa wykazały, że sposób działania oprogramowania Ryuk jest zbliżony do ransomware HERMES, którego autorstwo przypisuje się północnokoreańskiej grupie hakerskiej APT Lazarus Group. HERMES również został użyty do ataków na wielką skalę, dlatego podejrzewamy, że aktualna fala ataków może być sterowana przez twórców HERMES albo przez kogoś, kto uzyskał jego kod źródłowy.

W poniższej analizie Check Point opisuje precyzyjnie zaplanowane ataki za pomocą aplikacji Ryuk oraz porównuje je z atakami przeprowadzanymi przy użyciu oprogramowania HERMES. Eksperci Check Pointa analizują także finansowe aspekty ataków i przedstawiamy w jaki sposób autorzy Ryuka chcą ukryć swoją tożsamość poprzez podział i przekazywanie wpłat do różnych portfeli.

Ogólne spojrzenie na Ryuk

W przeciwieństwie do zwykłego ransomware, regularnie rozpowszechnianego poprzez kampanie spamowe i exploity, Ryuk jest wykorzystywany tylko w atakach na ściśle określone cele. Szyfrowane są jedynie kluczowe zasoby w każdej z zainfekowanych sieci, a atakujący ręcznie rozpowszechniają złośliwe oprogramowanie.

Oznacza to, że przed każdym atakiem każda sieć jest mapowana, a w wyniku ataków hakerskich zbierane są dane logowania. Wynika z tego, że atakujący posiadają spore doświadczenie w tego typu atakach, co było widoczne np. we włamaniu do Sony Pictures w 2014 roku.

Żądanie okupu Ryuk

Check Point wykrył dwie wersje wiadomości wysyłanej do ofiar: dłuższa, lepiej napisana notatka, która spowodowała wypłacenie okupu 50 BTC (około 320 000 dolarów) oraz krótsza, bardziej bezpośrednia, która została wysłana do wielu innych organizacji, żądająca wypłaty okupów w wysokości 15-35 BTC (do 224 000 dolarów). Może to świadczyć o tym, że przeprowadzono dwie fazy ataków.

Ryuk kontra HERMES

Ransomware HERMES wykryto w październiku 2017, kiedy zostało użyte w ataku na Far Eastern International Bank (FEIB) na Tajwanie. W tym ataku, który powszechnie przypisano grupie Lazarus, skradziono 60 milionów dolarów w wyrafinowanym ataku SWIFT. Na szczęście później udało się odzyskać tę sumę. W tym przypadku bank zainfekowano HERMESem w formie dywersji.

W przypadku Ryuk jednak nie ma wątpliwości, że ataki typu ransomware, które przeprowadzono w ciągu dwóch ostatnich tygodni, są gwoździem programu, a nie zasłoną dymną. Po sumie już zapłaconych okupów widać, że Ryuk zdecydowanie skutecznie oddziaływuje na ofiary ataków.

Poniższe porównanie techniczne programów Ryuk i HERMES wykazuje, że ktokolwiek napisał pierwszy z nich musiał mieć albo kod źródłowy HERMES-a albo jest to ta sama osoba wykorzystująca kod źródłowy do kolejnej fali ataków.

Porównanie złośliwego oprogramowania

Ciekawy faktem dostrzeżonym przez firmę Malwarebytes jest podobieństwo algorytmów kodujących programów Ryuk i HERMES. Jeżeli porównamy funkcje szyfrującą poszczególne pliki, widzimy dużo podobieństw w strukturze, co widać na poniższych diagramach:Ransomware Ryuk

Wygląda na to, że autor Ryuka nie zadał sobie nawet trudu żeby zmienić generowany przez program w zaszyfrowanych plikach znacznik, który służy do określenia, czy plik został już zaszyfrowany – jest on identyczny w obu plikach:Ransomware Ryuk 2 Ransomware Ryuk 3

Ponadto, funkcja, która wywołuje powyższy kod, wykonuje bardzo podobne kroki w obu przypadkach. Przykładowo, na białej liście znajdują się te same foldery (m. in. “Ahnlab”, “Microsoft”, “$Recycle.Bin” itp.) w celu uniknięcia szyfrowania zawartych w nich plików. Oba programy generują skrypt o nazwie “window.bat” w tej samej ścieżce, podobny skrypt wykorzystywany jest do usunięcia plików tymczasowych. Podobnie w obu przypadkach tworzone są pliki “PUBLIC” oraz “UNIQUE_ID_DO_NOT_REMOVE”.

Ta sama logika wykorzystywana jest w 32 i 64 bitowych wersjach Ryuka. Takie podobieństwa mogą wskazywać na to, że zostały one wygenerowane z identycznego kodu źródłowego.

Zarówno natura ataku, jak i wewnętrzne działanie złośliwego oprogramowania wiążą Ryuka z ransomware HERMES i wzbudzają ciekawość co do tożsamości grupy stojącej za nim i związku z Grupą Lazarus. Po tym jak udało się zainfekować a w efekcie wyłudzić około 640 000 dolarów, Check Point uważa, że to nie koniec kampanii i że kolejne organizacje mogą stać się ofiarą Ryuka.

SNC-Lavalin i ABB ogłosiły utworzenie Linxon, nowej spółki joint-venture

Spółka Linxon powstała na potrzeby realizacji projektów „pod klucz”, dotyczących stacji elektroenergetycznych, łącząc unikalne atuty SNC-Lavalin i ABB w celu zapewnienia korzyści dla klienta.

SNC-Lavalin i ABB ogłosiły utworzenie Linxon, nowej spółki joint venture na potrzeby realizacji projektów stacji elektroenergetycznych w systemach prądu przemiennego. Transakcję ogłoszono w grudniu 2017 r., a spółka Linxon rozpoczęła działalność operacyjną z dniem 1 września 2018 r. SNC-Lavalin posiada większość udziałów i pakiet kontrolny w przedsiębiorstwie.

Linxon będzie realizować „pod klucz” projekty stacji elektroenergetycznych w systemach prądu przemiennego, związane z  wytwarzaniem i przesyłem energii ze źródeł odnawialnych i konwencjonalnych. Rozwiązania „pod klucz” obejmować będą projektowanie, prace inżynieryjne, zaopatrzenie, budowę, zarządzanie, rozruch i wsparcie posprzedażowe. Linxon będzie dysponować wstępnym portfelem zamówień o wartości 340 milionów USD.

— Cieszy nas sposobność połączenia sił z ABB oraz wykorzystania mocnych stron naszych firm w celu dostarczania zrównoważonych rozwiązań energetycznych do stacji elektroenergetycznych. Jednocześnie pozwoli nam to zapewniać klientom wartość poprzez efektywność kosztową i zwiększone możliwości w zakresie dostaw — mówi Marie-Claude Dumas, prezes zarządu Linxon oraz dyrektor Clean Power w SNC-Lavalin.

Frédéric Tréfois, obecnie odpowiedzialny za EPC (engineering, procurement and construction, czyli prace inżynierskie, realizację dostaw i prace budowlano-montażowe) w biznesie Stacji Elektroenergetycznych ABB, został mianowany dyrektorem generalnym Linxon.

— Linxon łączyć będzie przywództwo technologiczne ABB oraz doświadczenie SNC-Lavalin, zarządzając projektami infrastrukturalnymi, aby dostarczać klientom wyższą jakość — mówi Claudio Facchin, dyrektor Dywizji Produktów i Systemów Energetyki w Grupie ABB. – To wspólne przedsięwzięcie pomoże obu firmom wykorzystać nowe możliwości biznesowe i wzmocni naszą strategię tworzenia nowych sojuszy i modeli biznesowych w ramach programu transformacji „Power Up” Dywizji Produktów i Systemów Energetyki ABB — dodaje Claudio Facchin.

Ulga na start zawsze bez składek na ubezpieczenia społeczne

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Zgodnie z komunikatem ZUS oraz Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii przedsiębiorcy korzystający z ulgi na start nie podlegają ubezpieczeniom społecznym, czyli nie opłacają ich ani oni sami, ani ich kontrahenci.

Stanowisko ZUS i ministerstwa odnosi się do interpretacji ZUS w Gdańsku z dnia 24 lipca 2018, w której zakład wskazał, że kontrahent korzystający z usług osoby wykonującej działalność bez rejestracji lub przedsiębiorcy korzystającego z ulgi na start, musi za nią opłacać składki na ubezpieczenia społeczne jak od umowy zlecenie.

Informacja ta wywołała niemałe zamieszanie, bo nie wiadomo było, w jaki sposób należałoby sprawdzać osoby, z którymi się współpracuje. Odpowiedź ZUS i MPiT rozwiewa jednak wszystkie wątpliwości co do ulgi na start. Wciąż jeszcze czekamy na stanowisko ZUS w temacie działalności bez rejestracji

Ulga na start i działalność bez rejestracji to rozwiązania, które obowiązują w polskim prawie od 30 kwietnia 2018 roku. Ulga na start polega na tym, że przedsiębiorca przez pierwsze pełne 6 miesięcy prowadzenia działalności opłaca z tytułu działalności wyłącznie składkę zdrowotną. Niesie to ze sobą pewne konsekwencje, o których osoba decydująca się na skorzystanie z ulgi powinna pamiętać. W czasie korzystania z niej przedsiębiorca nie ma prawa do zasiłku chorobowego czy macierzyńskiego z działalności gospodarczej, nie jest też zbierany kapitał na przyszłą rentę czy emeryturę. Poza tym, gdyby nieszczęśliwie w czasie tych 6 miesięcy przedsiębiorca uległ wypadkowi, to także nie otrzyma żadnych świadczeń z ubezpieczenia wypadkowego.

Natomiast działalność bez rejestracji to w rzeczywistości pewna namiastka prowadzenia działalności gospodarczej. Nie jest to forma rejestrowana i ma limit co do osiąganych przychodów, które w 2018 roku nie mogą przekroczyć kwoty 1050 zł.

Ukraińcy zadowoleni z pracy w Polsce

Z ostatnich badań Coface wynika, że Ukraińcy są bardzo zadowoleni z podejmowanego w Polsce zatrudnienia. Deklaruje to niemal 80 proc. z nich. Co więcej, nastroje te są dosyć mocno ugruntowane – aż 85 proc. badanych jest zainteresowanych poleceniem pracy w naszym kraju swoim bliskim czy znajomym. Chęć udzielania takiej rekomendacji, która stanowi najlepsze potwierdzenie zadowolenia z warunków zatrudnienia, jest najbardziej wartościową informacją uzyskaną w badaniach. Nadal jednak niewykorzystany jest potencjał przyjeżdżających do Polski. Wciąż 2/3 badanych deklaruje, że podejmuje pracę poniżej swoich kwalifikacji. W dużej mierze jest to związane z modelami migracji do naszego kraju. Znaczna większość cudzoziemców, zwłaszcza Ukraińców, przyjeżdża na podstawie oświadczeń o pracę – które dają możliwość podejmowania zatrudnienia jedynie na okres 6 miesięcy. Często to właśnie jest przyczyną zatrudniania się na stanowiskach poniżej własnych kompetencji. Chodzi głównie o prace podstawowe, proste, fizyczne. Należy pamiętać, że w tym krótkim czasie trudno też zorganizować nostryfikację dyplomów czy odpowiednie certyfikaty, a nie wszystkie uzyskiwane na Ukrainie są później respektowane na polskim rynku pracy.

– Satysfakcja pracowników z Ukrainy jest wielowymiarowa – 84 proc. badanych potwierdza, że są zadowoleni ze współpracy z polskimi pracownikami, co jest bardzo ważne z perspektywy naszych firm – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Często na jednych zmianach zarówno Polacy, jak i Ukraińcy wykonują podobne działania – w tych samych obszarach i miejscach w przedsiębiorstwie. Z obu stron można mówić o pełnej kooperacji i współpracy. Od 2014 r. mamy do czynienia z masowym napływem pracowników ze wschodu na polski rynek pracy. Po tych kilku latach przyjeżdżają już do nas bardziej świadomi kandydaci, którzy wiedzą dobrze jakich ofert pracy szukają – korzystają też z dobrej koniunktury. Nie biorą pierwszych lepszych wakatów, ale są w stanie wybierać bardziej atrakcyjne dla nich oferty. Powoduje to, że oczekują wynagrodzeń dużo wyższych, niż jeszcze kilka lat temu. Dodatkowo biorą pod uwagę opcje zakwaterowania w Polsce czy transportu do pracy. Gdy mają możliwość wyboru oferty gwarantującej odpowiednie zabezpieczenie tutaj na miejscu, to chętnie z nich korzystają. Te, które zapewniają gorsze warunki zatrudnienia, często są przez nich odrzucane – wskazał Kubisiak.

Polski złoty kontynuuje wyprzedaż

Polski złoty – podobnie jak większość walut rynków wschodzących – kontynuuje dziś wyprzedaż z poprzedniego dnia.

Oprócz obaw związanych z wojną handlową i sytuacją we Włoszech (aczkolwiek w tej ostatniej kwestii widać poprawę), walutom rynków wschodzących nie sprzyja także niepokój związany z sytuację gospodarczą w poszczególnych krajach koszyka. Najnowsze obawy budzi RPA. Ten afrykański kraj drugi kwartał nieoczekiwanie zakończył spadkiem PKB w ujęciu kwartalnym, co – uwzględniając spadek z początku roku – pieczętuje techniczną recesję. W konsekwencji, silnie rosną rentowności krajowych papierów dłużnych, istotnie osłabia się również rand południowoafrykański. Waluta na przestrzeni ostatnich dwóch dni w relacji do dolara amerykańskiego straciła około 4%, a ostatnie spadki były poprzedzone ostrymi falami wyprzedaży w związku z efektem zarażania, po wzroście obaw o sytuację w innych krajach (przede wszystkim w Turcji i Argentynie).

Czynniki, które stoją za słabością południowoafrykańskiej gospodarki są związane przede wszystkim z sytuacją wewnętrzną i nie mają przełożenia na sytuację u nas, jednak nowa informacja o problemach jeszcze jednego kraju EM może odstraszać inwestorów również od walut naszego regionu, w tym przede wszystkim najbardziej „ryzykownych”, czyli forinta węgierskiego i polskiego złotego.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wspólna europejska waluta osłabiła się wczoraj w relacji do głównych walut, jak i ważonego handlem koszyka.

Jedyną istotną publikacją makro z wczoraj był indeks dynamiki cen producentów w strefie euro, który wzrósł z poziomu 3,6% w czerwcu do 4% rocznie w lipcu, nieznacznie przekraczając oczekiwania. Publikacja nie miała jednak większego wpływu na euro. Dzisiejszy odczyt PMI dla usług krajów strefy euro również nie przyniósł większych emocji – aktywność w sektorze okazała się zgodna z wcześniejszym szacunkiem. Sprzedaż detaliczna w lipcu z kolei rozczarowała, wzrastając zaledwie o 1,1% w ujęciu rocznym i doświadczając głębszego od oczekiwanego spadku w ujęciu miesięcznym. Roczny wzrost dynamiki sprzedaży w strefie euro był najniższy od października ubiegłego roku,

Ryzyko związane z sytuacją we Włoszech, gdzie ostatnio inwestorzy obawiali się o kwestię planowanego deficytu w budżecie na 2019 r. wyraźnie maleje. Rentowności włoskich obligacji 10-letnich wracają do poziomów z początku sierpnia, spadając w ostatnich godzinach poniżej psychologicznego poziomu 3%. W związku z tym, iż dziś prowadzone będą rozmowy w kwestii planowanego deficytu, niewykluczone jednak, że postrzeganie ryzyka będzie gwałtownie się zmieniać, wpływając na rynki finansowe.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,75-4,79. Wczorajszy dzień dla funta charakteryzował się względnym spokojem, co kontrastuje z gwałtownymi ruchami waluty, z którymi mieliśmy do czynienia wcześniej.

Pierwsze dwa odczyty brytyjskich indeksów PMI (dla przemysłu i sektora budowlanego) publikowane odpowiednio w poniedziałek i wtorek rozczarowały.  Dzisiejszy, dużo istotniejszy wskaźnik dla usług zaskoczył z kolei lekko na plus, nieco stabilizując notowania funta.

Przy okazji warto wspomnieć również o tym, iż podczas wczorajszego przemówienia prezes Banku Anglii, Mark Carney stwierdził, że może piastować obecną funkcję dłużej niż do planowanego odejścia w czerwcu 2019 r. W kontekście ogromnej niepewności z jaką mamy do czynienia w związku z Brexitem, jest to oczywiście pozytywna informacja.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,69-3,74. Amerykańska waluta zyskuje z uwagi na utrzymujące się obawy związane z wojną handlową. Rosną one z uwagi na fakt, iż w czwartek kończy się okres publicznych konsultacji w kwestii nowych ceł na produkty o wartości ok. 200 mld USD planowanych przez administrację Donalda Trumpa.

Wczoraj amerykańską walutę w drugiej części dnia wspierały również dane makro. Mocno na plus zaskoczyła publikacja indeksu ISM dla amerykańskiego przemysłu w sierpniu, sugerująca silną poprawę aktywności w sektorze. Odczyt wyniósł 61,3 wobec oczekiwanego poziomu 58,1, tym samym znalazł się na najwyższym poziomie od 14 lat. Co ciekawe, z danymi ISM kontrastował odczyt PMI, który był dość zbliżony do oczekiwań. Inwestorzy – podobnie jak zazwyczaj – uwagę przykuli jednak do pierwszego odczytu.

Danymi z USA, na które warto zwrócić uwagę w kontekście wojny handlowej prowadzonej przez USA będą informacje o bilansie handlowym USA w lipcu. Dziś w kalendarzu jest również względnie dużo przemówień członków FOMC.

Polski kalendarz makro jest dosyć pusty, warto jednak będzie zwrócić uwagę na konferencję prasową po spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej. Nie spodziewamy się żadnych przełomowych informacji, jednak ton prezesa Glapińskiego i towarzyszących mu członków Rady może oczywiście wpłynąć na kurs polskiej waluty w drugiej części dnia.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:00 – decyzja RPP w sprawie stóp procentowych w Polsce
  • 14:30 – dane o bilansie handlowym USA w lipcu
  • 14:55 – odczyt indeksu Redbook dla USA
  • 16:00 – konferencja prasowa po spotkaniu RPP
  • 21:00 – przemawia John Williams z FOMC
  • 22:00 – przemawia Neel Kashkari z FOMC
  • 22:15 – przemawia John Williams z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Europa inwestuje w druk 3D. W tym roku będzie to ponad 4 mld dolarów, szacują eksperci

Jak podaje IDC, w ciągu najbliższych czterech lat podwoi się wartość sektora drukowania przestrzennego w Europie. Motorem napędowym będą głównie inwestycje w gospodarkach z zachodniej części kontynentu. Jednak to rynek w Polsce i krajach ościennych będzie rósł najszybciej. Zdaniem ekspertów, to przemysł będzie największym odbiorcą technologii druku przestrzennego.

Jak wynika z danych IDC, w 2017 roku wydatki na rozwiązania pozwalające drukować przestrzennie wyniosły w Europie 3,6 mld dolarów. Według ekspertów wspomnianej firmy, w ciągu najbliższych lat rynek druku 3D będzie rozwijał się niezwykle dynamicznie. Do 2022 roku nakłady na drukowanie przestrzenne w Europie będą rosły w tempie 15,5% rok do roku.

Przy takim tempie rozwoju rynku, należy spodziewać się, że w ciągu zaledwie czterech lat rynek podwoi swoją wartość — ocenia Maciej Zaręba z firmy DSR, dostarczającej nowoczesne technologie polskim i zagranicznym producentom. Szacunki eksperta dolnośląskiej firmy, znajdują potwierdzenie w danych. Szacuje się, że w 2022 roku rynek druku przestrzennego na Starym Kontynencie będzie wart 7,4 mld dolarów.

Europa Zachodnia wydaje najwięcej

Według informacji płynących z raportu IDC, największe nakłady na druk 3D są w krajach Europy Zachodniej. Gospodarki tych państw odpowiadają za 83% wszystkich wydatków na druk przestrzenny na Starym Kontynencie. Zdecydowanie mniej wydają kraje Europy Środkowej i Centralnej, które odpowiadają za 17% europejskiego rynku.

Polska i kraje ościenne wydają kwotę prawie pięć razy mniejszą niż ma to miejsce na zachodzie. To gigantyczna różnica — dodaje Maciej Zaręba i kontynuuje — Wytwarzanie addytywne pozwala na zwiększenie tempa produkcji dzięki przyspieszeniu procesu prototypowania i kontrolingu. Większość firm poważnie traktujących inwestycje w R&D, dysponuje drukarką 3D.

Dobrą informacją jest to, że tempo wzrostu rynku druku 3D w naszym regionie będzie znacznie wyższe niż na zachodzie kontynentu, podaje IDC. Według analiz tej firmy, przez najbliższe cztery lata w naszej części kontynentu rynek będzie rósł w tempie 19,1% r/r. W tym samym czasie w zachodniej części Europy będzie to o prawie 5 punktów procentowych wolniej (14,4% r/r). Co więcej, rynek w centralnej części Starego Kontynentu będzie rozwijał się szybciej niż globalny. Światowy rynek druku przestrzennego do 2022 będzie powiększał swoją wartość o 18,4% rok rocznie. 

2018 – rok zwrotny dla druku 3D

Drukarki 3D to kolejna po smartfabrykach i robotach, innowacja, jaką przynosi nam idea Przemysłu 4.0. Drukowanie przestrzenne wchodzi w nową, bardziej dojrzałą fazę, a technologia znajduje coraz szersze zastosowanie. Według ekspertów czołowym odbiorcą tej technologii będzie sektor przemysłowy. — Druk 3D ma potencjał, by rozwinąć przetwórstwo przemysłowe. Przede wszystkim może usprawnić produkcję krótkoseryjną czy „na żądanie”, ale to nie wszystko. Pomoże też zredukować koszty magazynowania i transportu — ocenia Julio Vial, research manager w IDC. Ekspertowi z USA wtóruje ekspert z DSR — Drukarki nowej generacji, dzięki szybszym i lepiej połączonym automatycznym systemom, skracają przetwarzanie wstępne i końcowe. A to stanowiło największą przeszkodę we wprowadzaniu ich na szeroką skalę — mówi Zaręba.

Wydrukowane korzyści

Jak szacuje Gartner, do 2021 roku 20% największych korporacji stworzy dedykowane działy, które będą zajmowały się usprawnianiem technologii druku 3D. Już teraz Johnson & Johnson, Boeing czy Rolls Royce utworzyły takie centra. To nie przypadek, ponieważ to przemysł medyczny i lotniczy najlepiej wykorzystuje możliwości, jakie oferuje druk 3D.

Szpitale i laboratoria zainwestowały w sprzęt, oprogramowanie i usługi technologii druku 3D. Prawie 3% dużych szpitali oraz instytucji medycznych i badawczych już teraz ma możliwości drukowania na miejscu w swojej placówce. Drukowane są tam modele serc – na podstawie których kardiochirurdzy przygotowują się do operacji – czy elementy stawów, które są odwzorowane w oparciu o naturalny pierwowzór. W ciągu najbliższych 3 lat jeden na czterech chirurgów będzie przygotowywał się do operacji na drukowanych w 3D, kompletnych modelach pacjentów.

Medycyna znalazła zastosowanie w druku 3D, ale to przemysł lotniczy najbardziej korzysta na technologii wydruku przestrzennego. Jednym z udanych przykładów zastosowania druku przestrzennego jest nowy silnik turbośmigłowy GE ATP Engine, który został wykonany w 35% z elementów pochodzących z drukarki 3D. Nowy, „wydrukowany” silnik daje o 10% więcej mocy przy mniejszym o 20% zużyciu paliwa. Czas i koszty związane z przygotowaniem i wdrożeniem przez GE Aviation silnika był również niższe niż w przypadku konwencjonalnych rozwiązań.

Produkcja (nie)standardowa

Rozwój druku przestrzennego będzie miał też wpływ na dobra szybko zbywalne. 20% firm ze światowej listy Top 100 Gartnera, wytwarzając dobra w latach 2018-2021 wykorzysta drukowanie 3D do tworzenia niestandardowych produktów. Już niedługo buty będą nie tylko szyte, ale i drukowane na miarę. Przykładem są wirtualne sklepy Adidasa i Nike, w których klienci mogą personalizować nabyte produkty. Inny producent obuwia, firma Brooks poszła o krok dalej, pozwalając nie tylko projektować wygląd własnego modelu, ale także dopasować go do anatomii stopy kupującego.

Można się spodziewać, że dzięki wykorzystaniu nowych technologii, możliwości personalizacji będą postępować, obejmując kolejne branże oraz produkty. Już dzisiaj w krótkich seriach produkuje się nawet tak zaawansowane rozwiązania, jak silosy zbożowe złożone z tysięcy elementów. Dlaczego więc nie stworzyć na indywidualne zamówienie telefonów, telewizorów czy odzieży? – pyta Maciej Zaręba z DSR.

Wojna handlowa między USA a Chinami może być korzystna dla polskich firm. Azja i Afryka stoją przed nimi otworem

Wojna handlowa między USA a Chinami może być korzystna dla polskich firm. Azja i Afryka stoją przed nimi otworem 8

Azja stała się atrakcyjnym rynkiem eksportowym dla polskich firm. Tylko w ciągu ostatniego roku wartość ubezpieczonego przez Euler Hermes polskiego eksportu do Państwa Środka wzrosła o 28 proc. Konflikt gospodarczy między Chinami a Stanami Zjednoczonymi może jeszcze podbić tę dynamikę. To dla polskich przedsiębiorców o tyle korzystne, że rynki azjatyckie będą się rozwijać w tempie ok. 5 proc. rocznie. Rosnąć będzie także dynamika rozwoju państw afrykańskich.

Jeśli spojrzymy na to, jak gospodarka się rozwija w różnych częściach świata, to możemy zauważyć, że nieco się rozsynchronizowuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes. – Widzimy, że rosną Stany, bardzo dynamicznie rośnie Afryka, za to zaczyna spowalniać Europa, trochę również Azja. Mimo to ten kontynent jest ogromnym rynkiem i bardzo dobrze stabilizowanym przez mądrą, bo długoterminową politykę władz chińskich. Chiny zmieniają swoją gospodarkę z nastawionej na eksport na bardziej zrównoważoną, z większym wpływem konsumpcji wewnętrznej, a to powoduje, że stają się świetnym rynkiem dla wszystkich eksporterów.

Według prognoz Euler Hermes azjatycka gospodarka powinna zarówno w tym, jak i w przyszłym roku urosnąć o niemal 5 proc. W 2018 roku światowe PKB ma być wyższe o 3,3 proc. od ubiegłorocznego. Europejska gospodarka rozbuduje się o 2,1 proc. po bardzo dobrym 2017 roku, gdy odnotowano wzrost o 2,6 proc. Natomiast państwa afrykańskie mogą się spodziewać dynamiki na poziomie 3,9 proc., a w przyszłym roku nawet 4,3 proc. – głównie dzięki ożywieniu na rynku ropy.

Afryka, która jest kontynentem biednym, ale potrzebującym bardzo wielu towarów, rozwija się bardzo dobrze i tak też będzie w najbliższym czasie, ze względu przede wszystkim na wzrost cen ropy naftowej, która jest podstawowym surowcem eksportowym wielu krajów, szczególnie Północnej Afryki – przekonuje członek zarządu Euler Hermes. – Tam nasi eksporterzy również mają szansę zaistnieć, zwłaszcza że dysponujemy towarami atrakcyjnymi dla krajów Afryki ze względu na wysoką jakość i europejskość, przy stosunkowo niskiej cenie w porównaniu z naszymi konkurentami z rynków zachodnioeuropejskich.

Na globalną gospodarkę w najbliższy czasie będzie miało wpływ kilka czynników. Wyższe ceny ropy naftowej napędzą inflację, w wyniku czego największe banki centralne świata, zwłaszcza Fed i EBC, będą podnosić stopy procentowe. To z kolei skomplikuje sytuację firm finansujących swoją działalność kredytem, bo wzrosną koszty oprocentowania. Z wyliczeń firmy Euler Hermes wynika, że gdyby Europejski Bank Centralny podniósł stopy o 0,5 pkt proc., toby koszty obsługi zadłużenia w Europie wzrosły o 60 mld euro, z czego o 14 mld euro w samej tylko Francji. Wyższe stopy procentowe to także hamulec dla tempa wzrostu PKB.

– Polskie firmy eksportują coraz więcej zarówno do Azji, jak i do Afryki. Widzimy bardzo duży wzrost zainteresowania naszych klientów tymi rynkami – w ciągu ostatnich trzech lat to był wzrost o 60 proc., sam ostatni rok to 28 proc. wzrostu. To są głównie krótkoterminowe ubezpieczenia, ale także gwarancje ubezpieczeniowe, windykacje i raporty handlowe – informuje Tomasz Starus. – Rynki dalekowschodnie i afrykańskie bardzo dynamicznie penetrują producenci żywności, ale także produktów pierwszej potrzeby z branży AGD. Eksport do Afryki rozwijają także producenci maszyn rolniczych.

Kolejnym elementem, który w coraz większym stopniu wpływa na kształt i drogę rozwoju światowej gospodarki, jest protekcjonizm gospodarczy, coraz wyraźniej dochodzący do głosy zarówno w USA, Europie, jak i Chinach. Odbija się on na firmach z wymienionych rynków, które zmuszone są do płacenia ceł, a ich produkty przestają w efekcie mieć konkurencyjną cenę. Jednak przedsiębiorcy, którzy rozważnie wybiorą wypłacalnych partnerów, mogą na tej wojnie handlowej skorzystać, np. wchodząc w miejsce amerykańskich firm na rynek chiński.

– Zdobywanie nowych rynków to jest coś, co powinno pomóc przedsiębiorcom nie tylko zwiększać skalę działalności i zyski, lecz przede wszystkim dywersyfikować ryzyko – mówi szef oceny ryzyka w Euler Hermes. – Chiny są rynkiem atrakcyjnym, dużym, ale nie są łatwe, trzeba poznać kulturę, znaleźć partnerów lokalnych, a wejście na ten rynek trwa. Tym niemniej, jeżeli firma jest obecna na wielu rynkach, to szansa na to, że tąpnięcie w jednym kraju czy regionie bardzo mocno nią wstrząśnie, jest mniejsza i zawsze ma drugą, trzecią czy czwartą nogę, na której może się oprzeć.

Choć sytuacja w Europie, czyli u naszego głównego partnera handlowego, nie jest zła, to płyną z niej pewne niepokojące sygnały. Eksperci Euler Hermes podkreślają, że wzrost gospodarczy spowalnia, w dodatku jest powyżej potencjału. Niepewność budzi także stabilność polityczna wewnątrz UE związana np. z sytuacją we Włoszech czy brexitem.

Duże zmiany w prawie na rynku odpadów. Do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych mają się nadawać do recyklingu

Duże zmiany w prawie na rynku odpadów. Do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych mają się nadawać do recyklingu 9

Branżę tworzyw sztucznych czeka wiele zmian związanych z prawodawstwem unijnym. Komisja Europejska chce, by do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych nadawały się do recyklingu. Realizując założenia ogólnoeuropejskiej strategii na temat tworzyw sztucznych, KE zgłosiła projekt dyrektywy ograniczającej stosowanie niektórych wyrobów jednorazowego użytku, które najczęściej zaśmiecają plaże, morza i oceany, w tym m.in. plastikowych słomek, jednorazowych kubeczków, sztućców i patyczków kosmetycznych.  Eksperci pozostają sceptyczni co do restrykcyjnych zakazów.

 Plastikowe butelki, torebki foliowe czy niedopałki papierosów należą do najczęściej znajdowanych śmieci na europejskich plażach. Nie wszyscy wiedzą, że dziś filtry do papierosów też są wykonane z tworzywa sztucznego. Komisja Europejska chce ograniczyć używanie jednorazowych wyrobów z tworzyw sztucznych, a niektóre z nich mają być całkowicie zakazane. Takie zakazy są proponowane np. dla słomek dodawanych do napojów czy patyczków do uszu. To pokazuje, w jakim kierunku idą legislatorzy – mówi agencji Newseria Biznes Kazimierz Borkowski, dyrektor Fundacji PlasticsEurope Polska.

Na całym świecie tworzywa sztuczne stanowią 85 proc. odpadów znajdowanych na plażach, a każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku. Realizując założenia Strategii dla Tworzyw Sztucznych, Komisja Europejska przedstawiła pod koniec maja projekt dyrektywy, zgodnie z którą wiele jednorazowych produktów z tworzyw sztucznych ma zostać objętych zakazem wprowadzenia do obrotu i zastąpionych zamiennikami, które w większym stopniu podlegają recyklingowi. Zakaz ma dotyczyć łącznie dziesięciu grup produktów jednorazowego użytku, które w sumie odpowiadają za ok. 70 proc. odpadów morskich w Europie i najczęściej zaśmiecają plaże, morza i oceany.

KE chce także zobowiązać państwa członkowskie, żeby do 2025 roku osiągnęły 90-proc. poziom recyklingu jednorazowych butelek z tworzyw sztucznych. Nowe przepisy nałożą również obowiązki na producentów, którzy będą zmuszeni m.in. ponosić część kosztów gospodarowania i usuwania odpadów.

 Jestem trochę sceptyczny, zwłaszcza w przypadku pomysłów, które bezpośrednio dotyczą stylu czy komfortu życia, nie wspominając o higienie. Nie wystarczy wprowadzenie zakazu, trzeba jeszcze przekonać ludzi, którzy np. bardzo lubią spacerować z kubkiem kawy po ulicy czy biegać z butelką w ręku – podkreśla Kazimierz Borkowski. – Jesteśmy jak najbardziej za tym, żeby ograniczyć wpływ wyrobów szkodzących środowisku, natomiast nie można wylać dziecka z kąpielą. W kategorii „wyroby jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych” mieszczą się również wyroby medyczne, strzykawki, wenflony, przewody i zbiorniki do przetaczania krwi. Jeżeli ta legislacja zostanie przygotowana w sposób chaotyczny i niestaranny, to może dotknąć nas wszystkich, powodując dużo większe problemy niż tylko te związane z czystością środowiska naturalnego.

Według danych KE co roku Europejczycy wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, z czego jedynie niecałe 30 proc. jest poddawane recyklingowi. Przyjęta w styczniu ogólnoeuropejska Strategia dla Tworzyw w Gospodarce o Obiegu Zamkniętym zakłada, że do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych na rynku UE mają się nadawać do recyklingu. „Zgodnie z nowymi planami do roku 2030 (…) zmniejszy się zużycie tworzyw sztucznych jednorazowego użytku, a ponadto zostaną wprowadzone ograniczenia dotyczące celowego stosowania mikrodrobin plastiku” – podała Komisja Europejska.

– Komisja proponuje m.in podniesienie obowiązkowego poziomu recyklingu. Rok temu obowiązujący poziom dla tworzyw sztucznych w opakowaniach wynosił tylko 22,5 proc. Teraz proponuje się, żeby do roku 2025 ten poziom wzrósł do 50 proc., a w roku 2030 do 55 proc. To wyraźny, ponaddwukrotny wzrost celów recyklingu. To powinno sprawić, że odpady tworzyw będą lepiej wykorzystane i używane do produkcji nowych wyrobów, a po drugie, będzie mniej śmieci, bo tworzywa będą trafiać do recyklingu, a nie do lasu czy na plażę – mówi Kazimierz Borkowski.

Branża popiera te cele, podkreślając, że tworzywa sztuczne mają wartość nie tylko jako jednorazowy materiał do produkcji wyrobów, lecz także mogą być poddawane recyklingowi i używane wielokrotnie. Nawet jeżeli tworzywo nie podlega recyklingowi, można odzyskać z niego energię, bo tworzywa sztuczne są chemicznie bardzo zbliżone do ropy naftowej, benzyny czy innych paliw płynnych, a ich wartość energetyczna jest równie wysoka. To oznacza, że można ich użyć w przemysłowych instalacjach jako paliwa do produkcji energii elektrycznej lub cieplnej.

Dyrektor Fundacji PlasticsEurope Polska zwraca uwagę na to, że w przeciwieństwie do gospodarki liniowej („wyprodukuj, użyj, wyrzuć”) model GOZ zakłada, że zużyte produkty są recyklingowane i zwracane do obiegu tak, aby zmniejszyć ilość odpadów i w pełni wykorzystywać zasoby.

Jak wynika z ostatniego raportu Fundacji PlasticsEurope Polska, branża tworzyw sztucznych w Polsce, o obrotach przekraczających 80 mld zł rocznie i zatrudnieniu przekraczającym 160 tys. pracowników, to ważna dziedzina krajowej gospodarki. Według GUS od kilku lat branża utrzymuje też wysokie tempo wzrostu. W ubiegłym roku wykazała wzrost sprzedaży o ponad 9 proc. Główni odbiorcy tworzyw sztucznych w Polsce to przemysł opakowaniowy (32,5 proc.), budowlany (25,9 proc.), motoryzacja (10,3 proc.) i produkcja urządzeń elektrycznych i elektronicznych (6,4 proc.). Pod względem zapotrzebowania na tworzywa Polska zajmuje szóste miejsce w Europie (w 2017 roku wyniosło ono 51,7 mln ton), natomiast dynamika zużycia tworzyw sztucznych w Polsce jest wyższa – szacuje się, że w ubiegłym roku polski przemysł przetwórstwa tworzyw sztucznych zużył ok. 3,5 mln różnych tworzyw polimerowych, co oznacza wzrost o ok. 9 proc. w stosunku do 2016 roku.

Nowe wydarzenie sezonu na Torze Służewiec. Najlepsze konie walczyły o zwycięstwo w międzynarodowym wyścigu

0

Nowe wydarzenie sezonu na Torze Służewiec. Najlepsze konie walczyły o zwycięstwo w międzynarodowym wyścigu 10

Gonitwa o Puchar Przyjaźni Westminster to kulminacyjny moment współpracy Toru Służewiec z tegorocznym głównym partnerem. W pierwszej edycji imprezy wzięli udział najlepsi hodowcy z Polski oraz z Niemiec, Czech czy Wielkiej Brytanii. Najważniejszym wydarzeniem dnia był międzynarodowy wyścig dla 3-letnich i starszych koni na dystansie 2 000 m. Organizatorzy gonitwy są zadowoleni z frekwencji wśród publiczności, jakości Toru Służewiec i już myślą o kolejnych edycjach.

Wyścigi konne przestają być kojarzone z rozrywką dla elity. Coraz więcej Polaków traktuje je jako ciekawy sposób spędzenia wolnego czasu, okazję do rodzinnego pikniku lub zabawy w eleganckim wydaniu. Do najważniejszych imprez tego rodzaju na stołecznym Torze Służewiec należą Derby oraz Wielka Warszawska, jednak debiut tegorocznej Gonitwy o Puchar Przyjaźni Westminster ma się szansę zapisać jako kolejne, najwyższej rangi wydarzenie organizowane na warszawskim obiekcie.

– W wyścigu wzięły udział konie z Czech, Niemiec i Anglii, a także – z czego jesteśmy niezmiernie dumni – Magnetic, czyli najlepszy koń na Służewcu i wielki faworyt – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marian Ziburske, prezes zarządu Westminster Group.

Dzień Westminster odbył się 2 września i trwał od 14.00 do 18.00. Uczestnicy imprezy mieli możliwość obserwowania kolejnych wyścigów, jak i spotkania z dżokejami, a nawet przyjrzenia się przygotowywanym do startu wierzchowcom. Punktem kulminacyjnym była międzynarodowa Gonitwa o Puchar Przyjaźni Westminster na dystansie 2 000 m dla 3-letnich i starszych koni. Jego zwycięzca otrzymał dziką kartę umożliwiającą start w prestiżowej gonitwie w Berlin-Hoppegarten 3 października br.

– To niezwykle ciekawy i ekscytujący wyścig, ponieważ konie pochodzą z różnych krajów. Nigdy nie biegły w tej samej gonitwie i w zasadzie trudno było wskazać faworyta – mówi Marian Ziburske.

W międzynarodowej gonitwie dla 3-letnich i starszych koni na dystansie 2 000 m bezkonkurencyjny okazał się 4-letni Magnetic wraz z dosiadającym go Szczepanem Mazurem. Wyprzedził on po zaciętej walce niemieckiego Geparda. Na trzeciej pozycji uplasował się Xawery, a tuż za nim czeski Dominique. Jednak Komisja Techniczna uznała protest przeciwko Kamilowi Grzybowskiemu, który dosiadał Geparda, za niebezpieczną jazdę na końcówce gonitwy i finalnie przyznała drugie miejsce Xaweremu wraz z Michałem Abikiem. Suma nagród wyniosła ponad 100 tys. zł. Wraz ze szklaną statuetką zwycięzca otrzymał dodatkowo dziką kartę umożliwiającą start 3 października br. w Berlin-Hoppegarten, w której startują najlepsze konie świata.

Organizatorzy przygotowali też szereg atrakcji dla najmłodszych uczestników imprezy. Dzieci mogły spędzić czas w specjalnie wydzielonej dla nich strefie zabaw, a także wziąć udział w eksperymentach naukowych przygotowanych przez warszawskie Centrum Nauki Kopernik. Jednym z celów Dnia Westminster jest poprawienie relacji polsko-niemieckich, w imprezie wzięły więc udział duże grupy dzieci z obu krajów. Pomysłodawca ma nadzieję, że dzięki temu nawiążą się nowe, ponadnarodowe przyjaźnie.

– 90 proc. moich gości, którzy przybyli na wyścig, nigdy wcześniej nie było w Warszawie i nie znało tego toru. Wszyscy byli pod ogromnym wrażeniem przyjaznej atmosfery stworzonej przez Polaków, profesjonalizmu oraz stanu utrzymania toru – mówi Marian Ziburske.

Westminster, czyli firma rodzinna zajmująca się budową i rozwojem zrównoważonego portfela nieruchomości w Europie, jest tegorocznym partnerem głównym Toru Wyścigów Konnych Służewiec. W ramach tej współpracy ufundowała m.in. dodatkowe nagrody dla najlepszej piątki w Gonitwie Derby, która miała miejsce w 1 lipca. Nowa inicjatywa, jaką jest Gonitwa o Puchar Przyjaźni Westminster, stanowi punkt kulminacyjny współpracy z Torem Służewiec. Organizatorzy liczą też na to, że nie będzie ona jednorazowym wydarzeniem. Decyzja, czy wpisze się ona na stałe w kalendarz imprez, należy jednak do Toru Służewiec.

– Chciałbym podkreślić, że jesteśmy bardzo zadowoleni z profesjonalizmu, jaki wykazuje strona polska. Tor jest doskonale zarządzany, co nas niezmiernie cieszy. Z naszej strony istnieje duża chęć kontynuowania tego wydarzenia – mówi Marian Ziburske.

Właściciel Westminster Group zauważa, że polskie standardy ulegają stałej poprawie, a zarządca toru inwestuje znaczne środki w utrzymanie obiektu i organizację kolejnych imprez. Dzięki takiej strategii możliwe jest zainteresowanie nie tylko publiczności, lecz także największych światowych hodowców, a co za tym idzie – zwiększenie prestiżu gonitw oraz puli nagród.

– To, co widzimy tutaj, ma bardzo profesjonalny charakter i wygląda lepiej niż w innych krajach. Jako główny partner Toru Służewiec angażujemy się w promocję wyścigów konnych w Polsce i poprzez nasze działania staramy się zwiększać ich atrakcyjność, m.in. zapraszając na tor najlepsze konie z całej Europy. Uważam, że warszawski obiekt ma wciąż spory potencjał – mówi Marian Ziburske.

Polskie uczelnie chcą ściągać z zagranicy wybitnych naukowców. Program „Polskie powroty” daje im gwarancję nawet czteroletniego finansowania

Polskie uczelnie chcą ściągać z zagranicy wybitnych naukowców. Program „Polskie powroty” daje im gwarancję nawet czteroletniego finansowania 11

Dziesiątki tysięcy polskich naukowców pracują poza granicami kraju. Tylko w Europie jest ich blisko 10 tysięcy. Pomóc ściągnąć tych najlepszych ma program „Polskie powroty”. W pierwszym naborze złożono 108 wniosków. Naukowcy, którzy zdecydują się na powrót do kraju, mogą liczyć na wynagrodzenie nawet 350 tys. brutto rocznie. Otrzymają też środki, które umożliwią tworzenie własnych zespołów badawczych. Kandydatów oceniamy pod względem jakościowym i mamy od nich dość duże oczekiwania. Rocznie będziemy w stanie przyjąć około 25 osób – zapowiada dr Zofia Sawicka z Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.

– Program „Polskie powroty” ma na celu przyciągnięcie polskich naukowców, którzy minimum 2 lata pracowali naukowo za granicą, do polskich uczelni i instytutów badawczych, aby tutaj kontynuowali swoją karierę akademicką. Powracający naukowcy otrzymują finansowanie na 3–4 lata. To istotne, bo standardem na wielu zachodnich uczelniach są kontrakty roczne czy dwuletnie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Zofia Sawicka, zastępca dyrektora w Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.

Program ma zapewnić naukowcom możliwie jak najlepsze warunki umożliwiające pracę naukową w kraju. Będą oni mogli kontynuować pracę badawczą, dodatkowo dla najlepszych czeka wynagrodzenie sięgające 350 tys. zł brutto rocznie.

– NAWA pokrywa finansowanie powracającego naukowca. Są to wysokie stawki. Dla mniej doświadczonego naukowca jest to około 11 tys. zł netto miesięcznie, a dla bardziej doświadczonego jest to około 16 tys. zł. Wszystkie koszty pracodawcy pokrywa Agencja. Finansujemy też koszty związane z przeprowadzką i przygotowaniem miejsca pracy. Po stronie uczelni jest zapewnienie dostępu do infrastruktury badawczej, stworzenie takich warunków, żeby potencjał powracającego naukowca nie był zmarnowany – mówi dr Zofia Sawicka.

Na finansowanie mogą też liczyć dwie dodatkowe osoby wskazane przez naukowca, np. doktoranci czy pracownicy techniczni. W ten sposób mają zostać stworzone optymalne warunki dla powracających do Polski. Dzięki temu do kraju mogą wrócić te osoby, które do tej pory nie brały pod uwagę powrotu. Takich naukowców poza granicami kraju jest bardzo dużo.

 W skali świata jest to trudne do oszacowania, to dziesiątki tysięcy osób. Nie mówimy tutaj tylko o tych, którzy wyjechali rok, 2 lata czy 10 lat temu, bo ten drenaż mózgów odbywał się przez całe dziesięciolecia. Przez lata Polacy mieli dużo lepsze możliwości rozwoju za granicą i tam byli doceniani. Dopiero od kilku lat powoli w świat idzie sygnał, że my chętnie przyjmiemy ich z powrotem i stworzymy im atrakcyjne warunki – przekonuje zastępca dyrektora w NAWA.

Program „Polskie powroty” został uruchomiony w tym roku. Tylko w pierwszym naborze, zakończonym w czerwcu, wpłynęło 108 wniosków, przede wszystkim od osób związanych z naukami przyrodniczymi (blisko 60), technicznymi i inżynieryjnymi (po kilkanaście). Najmniej, bo zaledwie kilka, wpłynęło od osób związanych z naukami humanistycznymi. W sprawie zatrudnienia polskich badaczy pracujących dotąd w placówkach naukowych rozsianych po całym świecie wnioski złożyły największe krajowe uczelnie i instytuty badawcze, najwięcej – Uniwersytet Warszawski.

 Kandydatów oceniamy pod względem jakościowym i mamy wobec nich dość duże oczekiwania. Zakładamy, że rocznie będziemy w stanie przyjąć około 25 osób, które będą spełniać te wysokie wymagania merytoryczne, tak żeby środki publiczne, które idą na finansowanie, zwracały się w postaci istotnego wkładu w polską naukę – wskazuje dr Zofia Sawicka.

Dla uczelni to szansa na wzmocnienie potencjału naukowego, zatrudnienie najlepszych naukowców bez ponoszenia dodatkowych kosztów. To zaś duża szansa na rozwój polskiej nauki.

– Liczymy, że powracający naukowcy, którzy przejdą naszą surową ocenę merytoryczną, będą publikować na poziomie powyżej przeciętnym. Chcemy, by liczbowe ujęcie ich wyników publikacyjnych dało polskim uczelniom większą rozpoznawalność na świecie – podkreśla dr Zofia Sawicka.

Skorzystać mogą także polskie firmy i innowacyjność polskiej gospodarki. Raport Deloitte „Central European Corporate R&D Report 2018” wskazuje, że to właśnie brak wykwalifikowanych naukowców jest jednym z największych wyzwań dla firm w Europie Środkowej.

IFA 2018: Opracowany przez Polaków inteligentny kabel przedłuży żywotność baterii w smartfonach. Zapobiegnie także przegrzaniu urządzenia

IFA 2018: Opracowany przez Polaków inteligentny kabel przedłuży żywotność baterii w smartfonach. Zapobiegnie także przegrzaniu urządzenia 12

System zasilania to najbardziej zawodny element we współczesnych smartfonach. Wraz ze wzrostem mocy obliczeniowej tych urządzeń, rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną. Tymczasem z roku na rok grubość telefonów jest coraz mniejsza, co naraża sprzęt na przegrzewanie się, a w skrajnych przypadkach nawet eksplozję. Polacy opracowali rozwiązanie, które będzie monitorować proces ładowania urządzeń mobilnych, aby zapobiec uszkodzeniu baterii, a przy tym wydłuży jej działanie i żywotność.

– BatteryPal jest unikalnym rozwiązaniem, pozwalającym oszczędzać baterię w smartfonie, w tablecie. Ma też funkcje zabezpieczające przed przegrzewaniem i wybuchem baterii, o których czasami słyszymy w artykułach prasowych czy telewizji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas targów IFA 2018 w Berlinie Jacek Borowski z BatteryPal.

Inteligentny kabel zastępuje podstawowy kabel ładowarki i podłączany jest bezpośrednio do smartfona. Wyposażony jest w technologię Bluetooth i dedykowaną aplikację, która poprzez automatyzację procesu ładowania w bezpiecznych zakresach zapewnia optymalne ładowanie akumulatora. To zaś wydłuża jego żywotność i chroni przed przegrzaniem. Można zostawić smartfon w ładowarce przez całą noc bez obawy o to, że bateria się przegrzeje bądź wybuchnie.

Z problemem przegrzewających się smartfonów zmagały się zarówno urządzenia z systemem iOS, jak i z Androidem. W wyniku nieprawidłowego wykonania, bateria w modelu Samsung Galaxy Note 7 miała tendencję do przegrzewania się, a nawet stawania w płomieniach. Koreański producent został zmuszony do  wycofania wszystkich urządzeń z rynku.

– Długość baterii zależy w dużym stopniu od stopnia naładowania, tzn. optymalnym poziomem ładowania baterii jest 20-80 proc. BatteryPal podpięty do smartfona i połączony za pomocą Bluetooth, rozpoznaje stan naładowania baterii i kontroluje temperaturę ładowanej baterii. Dzięki temu nie przegrzewamy jej, co ma miejsce przy ładowaniu do 100 proc., i oszczędzamy w dłuższym czasie jej żywotność – przekonuje Jacek Borowski.

BatteryPal trafi na Kickstartera, gdzie będzie można zamówić go za ok. 100-150 zł. Sprzęt ma być uniwersalny i będzie współpracował ze wszystkimi ładowarkami oraz urządzeniami mobilnymi jako dodatkowe urządzenie peryferyjne.

Według analityków Zion Market Research wartość rynku baterii litowo-jonowych wzrośnie do 2022 roku do blisko 68 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 13,7 proc.

IFA 2018: Sterowniki microWiFi ułatwią rozbudowę inteligentnego domu. Mogą także zmniejszyć koszty wdrożenia systemów inteligentnych

IFA 2018: Sterowniki microWiFi ułatwią rozbudowę inteligentnego domu. Mogą także zmniejszyć koszty wdrożenia systemów inteligentnych 13

Klasyczne systemy inteligentnego domu wymagają skonfigurowania już na pierwszym etapie projektowania instalacji elektrycznej. Poszczególne urządzenia należy połączyć za pomocą kabli z jednostką centralną, aby móc nimi sterować, dlatego rozbudowa takiego systemu może być uciążliwa i kosztowna. Rozwiązaniem tego problemu mogą być bezprzewodowe sterowniki microWiFi, które komunikują się z użytkownikiem bezpośrednio za pośrednictwem sieci domowej.

– Technologia microWiFi jest innowacyjnym rozwiązaniem w świecie smart home. Jest to jedyne takie rozwiązanie w tej chwili na świecie, korzystające z sieci WiFi. Dzięki temu pozbywamy się bardzo dużego problemu w postaci jednostki centralnej, która bardzo nas ogranicza. Możemy nasz smart home budować krok po kroku, nie musimy się od razu decydować i wydawać większych pieniędzy na to – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje podczas targów IFA 2018 w Berlinie Agnieszka Nowińska z firmy BleBox.

Zestawy rozwiązań inteligentnego domu takie jak SmartThings od Samsunga czy Smart Home od D-Linka, komunikują się ze sobą bezprzewodowo i są zasilane za pośrednictwem baterii bądź zwykłego gniazdka. Dzięki temu można na bieżąco zmieniać położenie poszczególnych elementów inteligentnego domu i dodawać nowe moduły. Takie rozwiązanie ma jednak spore ograniczenia – możemy korzystać wyłącznie ze sprzętów zaprojektowanych przez twórcę systemu: gniazdek, kamer, czujników ruchu, zalania czy otwarcia i zamknięcia drzwi. Nie zautomatyzujemy przy ich pomocy bardziej nietypowych urządzeń bez sięgania np. po aplikację IFTTT integrującą systemy inteligentne wielu producentów.

Inteligentny dom zbudowany w oparciu o architekturę microWiFi łączy w sobie zalety klasycznych systemów inteligentnych oraz tych modułowych. Pozwala komunikować się z użytkownikiem za pośrednictwem sieci domowej. Aby przejąć kontrolę nad jakimś sprzętem, wystarczy tylko zamontować w nim niewielki sterownik, który zdalnie przekaże instrukcję do otwarcia bramy czy zgaszenia świateł w pomieszczeniu.

– W tej chwili można już sterować wszystko co jest na prąd. Nie wszystkie funkcje są maksymalnie rozbudowane, natomiast cały czas się rozwijamy. Za 2 miesiące pojawią się czujniki wilgoci, wiatru, także będzie można zamknąć okna gdy będzie zbyt zimno i wietrznie oraz automatycznie opuścić rolety – przekonuje Agnieszka Nowińska.

Możliwości rozbudowy systemu inteligentnego przy wykorzystaniu sterowników microWiFi są niemal nieograniczone. Niewielki rozmiar i łatwy montaż sprawiają, że można z nimi dowolnie eksperymentować i na bieżąco zmieniać położenie poszczególnych elementów systemu. Nie wymagają one do działania żadnej jednostki centralnej, dlatego koszt ich instalacji jest zauważalnie niższy niż konkurencyjnych rozwiązań.

– Budując inteligentny dom, w zależności od tego ile mamy punktów – niektórzy lubią bardzo oświetlone mieszkanie, niektórzy mają dużo rolet, a niektórzy mają jedno okno – średnio jest to koszt zaczynający się już od 1 tys. złotych. Czasami sama jednostka centralna kosztuje mniej więcej tyle, więc technologia microWiFi daje naprawdę dużą oszczędność. Jeżeli chodzi o zużycie prądu, również jest to oszczędność w wysokości około 30-40 proc. – twierdzi ekspertka.

Firma Strategy Analytics szacuje, że w 2018 roku wartość rynku urządzeń inteligentnego domu osiągnie 93 mld dol., a przez najbliższe pięć lat będzie rosła w tempie 10 proc., aby w 2023 roku osiągnąć wartość 143 mld dol.

Rozpoznanie kosmetyku naturalnego nie jest łatwe z powodu mylących informacji na opakowaniu. Najlepiej kierować się certyfikatem

Rozpoznanie kosmetyku naturalnego nie jest łatwe z powodu mylących informacji na opakowaniu. Najlepiej kierować się certyfikatem 14

Coraz większa popularność kosmetyków naturalnych, a jednocześnie brak jednoznacznej regulacji prawnej co do ich definicji sprawiają, że niektórzy producenci pozwalają sobie na spore nadużycia. Częstą praktyką jest chociażby umieszczanie na opakowaniu informacji, które sugerują konsumentowi, że ma do czynienia z preparatem naturalnym. Najlepszą gwarancją nie tylko naturalności, lecz także jakości produktu jest więc certyfikat.

Kosmetyki naturalne charakteryzują się tym, że każda substancja, która została użyta do ich stworzenia, jest naturalna, czyli pochodzenia roślinnego, mineralnego, może odzwierzęcego, ale zawsze pozyskanego tak, aby zwierząt nie krzywdzić. Może to być np. wosk pszczeli. Wszystko, co mamy w tym kosmetyku, jest substancją aktywną, nawet substancje emulgujące, czyli te, które łączą olej z wodą – mówi agencji Newseria Magda Hajduk, prezes Naturativ.

Kosmetyki prawdziwie naturalne w tej chwili można już kupić w sieciach szerokiej dystrybucji, najczęściej nie jest to jednak zbyt bogata oferta. Bogatsza jest ofert kosmetyków podszywających się pod kosmetyki naturalne.

Najczęściej jest tak, że na tej samej półce mogą stać kosmetyki naturalne i kosmetyki, które są takie tylko deklaratywnie, czyli ich producent deklaruje, że one są naturalne. W Niemczech detaliści i sieci drogeryjne zaangażowały się w to, żeby zrozumieć, co to jest kosmetyk naturalny, i żeby takich błędów nie popełniać, czyli żeby ustawiać na półkach z kosmetykami naturalnymi wyłącznie takie kosmetyki – mówi Magda Hajduk.

Na opakowaniach wielu produktów można spotykać deklaracje typu: kosmetyk naturalny, kosmetyk organiczny, Bio+Eco, Naturalny 100%, Pro Eco, Certyfikat Natury. Jednak możemy to zweryfikować, gdy zajrzymy do INCI, czyli międzynarodowego słownika składników kosmetyków.

Rozpoznanie kosmetyku naturalnego nie jest łatwe. Trzeba przede wszystkim szukać informacji, jakich składników nie powinno być w kosmetyku naturalnym. Można znaleźć w internecie takie listy i tym się trzeba kierować – mówi Magda Hajduk. – Łatwiej jest, kiedy kupujemy przez internet, bo jednocześnie można sprawdzić te list, jeśli oczywiście skład INCI jest podany na stronie sklepu. Nie jest to prawnie wymagane. Ale są też substancje, których nazwa może być dwuznaczna. Mogą one występować jako substancje syntetyczne i jako naturalne. Ale na pewno warto się zaznajomić z listą składników, których nie powinno być w kosmetykach naturalnych.

Po kosmetyki naturalne najczęściej sięgają osoby, które prowadzą ekologiczny styl życia i dokonują świadomych wyborów. Preparaty te mają jednak coraz szersze zastosowanie. Naturalna pielęgnacja jest również skuteczna przy cerach dojrzałych.

– Jeszcze do niedawna było mniej możliwe, żeby kosmetyk naturalny był bardzo aktywny, czyli żeby działał przeciwstarzeniowo, pozwalał na procesy regeneracyjne w skórze za pomocą substancji bardzo nowoczesnych, biotechnologicznych. W tej chwili kosmetyk naturalny może to robić i może być dla każdego, bo portfolio takich preparatów jest bardzo szerokie. Są wśród nich produkty dla kobiet, mężczyzn, dzieci, produkty anty-aging czy dla osób ze szczególnymi problemami skóry – mówi Magda Hajduk.

Popularność kosmetyków naturalnych rośnie nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Z badań przeprowadzanych na Zachodzie wynika, że jest to jeden z najszybciej rosnących segmentów na rynku kosmetycznym.

– Rynek kosmetyków naturalnych w Niemczech to 10–11 proc., a w Polsce pewnie ok. 2–3 proc. [rynku kosmetyków – red.]. Natomiast bardzo ważne jest to, że konsumenci coraz częściej deklarują stosowanie kosmetyków naturalnych i czytanie etykiet. Widać, że chcą się tego nauczyć – mówi Magda Hajduk.

Wyznacznikiem jakości kosmetyków powinny być więc certyfikaty, które są również niezbędne do wejścia na wymagające rynki zagraniczne. Jeśli zachodni dystrybutor szuka kosmetyku naturalnego, to na pewno zapyta o certyfikat.

Niestety, nie ma jednego certyfikatu unijnego. Były prowadzone nad tym prace, ale nie udało się osiągnąć porozumienia i wypracować takiego certyfikatu. Natomiast są certyfikaty prywatne, stworzone przez bardzo solidne instytucje i one stanowią gwarancję dla konsumenta. My się certyfikujemy i wiem, jak ten proces  wygląda – jesteśmy bardzo intensywnie sprawdzani, poddawani audytom, każdy surowiec, każda receptura – mówi Magda Hajduk.

Certyfikator sprawdza bowiem każdy surowiec użyty do produkcji kosmetyku. Kontroluje też miejsce, gdzie kosmetyk jest produkowany, jak przechowywane są surowce, czy naturalne składniki nie mieszają się z nienaturalnymi, czy nie ma możliwości pomyłki przy pobieraniu surowców.

Nowe zasady wydawania interpretacji podatkowych

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

W kwietniu 2018 r. opublikowano zaproponowany przez Ministerstwo Finansów projekt zmian w przepisach Ordynacji podatkowej dotyczący indywidualnych interpretacji podatkowych. Nowe przepisy mają na celu ograniczenie nadużyć związanych z wykorzystywaniem indywidualnych interpretacji podatkowych przez grupy podatników do osiągania korzyści podatkowych. Nowelizacja wywrze także wpływ na dotychczas wydane interpretacje podatkowe, dotyczące czynności z udziałem podmiotów powiązanych.

Czy zmiana przepisów jest konieczna?

Indywidualna interpretacja daje podatnikowi gwarancję, że nie poniesie on negatywnych konsekwencji, o ile będzie się do niej stosował. W obecnym stanie prawnym, zdaniem MF, ochronna moc indywidualnych interpretacji podatkowych jest bardzo często nadużywana. W uzasadnieniu projektu wskazano, iż – jak wynika z praktyki – podatnicy uczestniczą w różnego rodzaju łańcuchach restrukturyzacyjnych, które mają na celu wyłącznie optymalizację podatkową. Występując z wnioskami indywidualnymi, opisują stan faktyczny jedynie ze swojej perspektywy, pomijając przy tym powiązania z innymi podmiotami takiego łańcucha. W rezultacie otrzymana interpretacja zawiera jedynie indywidualną ocenę rozliczeń podatkowych, bowiem organ nie ma możliwości oceny wszystkich podmiotów uczestniczących w transakcjach.

Obligatoryjny wniosek grupowy

Obecne przepisy o.p., umożliwiają wystąpienie z wnioskiem o wydanie interpretacji podatkowej jednemu podmiotowi w jego indywidualnej sprawie bądź też wystąpienie z wnioskiem przez kilka podmiotów zaangażowanych w daną czynność lub transakcję, z której mogą wyniknąć skutki podatkowe. Zgodnie z nowymi przepisami, dla podmiotów powiązanych, chcących uzyskać interpretację w zakresie transakcji i czynności, w których uczestniczą, złożenie wniosku grupowego ma być obligatoryjne.

Projektowane regulacje szczegółowo wskazują na konieczność wykazania oczekiwanych i uzyskanych korzyści, w tym także korzyści podatkowych, wynikających z dokonanej transakcji lub czynności. Należy także opisać występujące pomiędzy podmiotami powiązania oraz wskazać transakcje planowane bądź będące w toku, od których uzależnione jest pośrednio lub bezpośrednio osiągnięcie korzyści. Ponadto należy wskazać wartość przedsiębiorstwa, jego zorganizowanej części lub prawa majątkowego, gdy ich wartość nominalna lub rynkowa na dzień złożenia wniosku wynosi ponad 10 000 000 zł, a także określić, czy transakcje objęte stanem faktycznym będą zawierane wyłącznie z podmiotem powiązanym, czy także z innymi podmiotami.

Skutkiem nieprawidłowego wskazania uzyskanych i oczekiwanych korzyści (co najmniej 25% różnicy od wartości rzeczywistych) będzie wyłączenie mocy ochronnej wydanej interpretacji indywidualnej. W przypadku złożenia wniosku grupowego, Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej będzie miał aż 6 miesięcy na wydanie interpretacji, a nie 3, jak ma to miejsce w przypadku wniosków indywidualnych. Ministerialny projekt przewiduje również możliwość występowania z wnioskiem o interpretację przez podmioty udzielające różnego rodzaju dofinansowań tj. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości.

Ryzyko wygaśnięcia interpretacji

Zgodnie z projektowanymi założeniami, po upływie 6 miesięcy od wejścia w życie ustawy nowelizującej wygasną wszystkie interpretacje, które zostały wydane przed dniem wejścia w życie zmian. Podmioty zainteresowane utrzymaniem w mocy wydanych interpretacji, będą musiały przekazać Dyrektorowi KIS dodatkowe informacje, wymagane przy składaniu wniosku grupowego.

Co przyniosą nadchodzące zmiany?

Wydłużenie terminu na wydanie interpretacji wskutek wniosku grupowego z 3 do 6 miesięcy może okazać się sporym problemem. Jest to jednak niewielka niedogodność w porównaniu z wygaśnięciem interpretacji indywidualnych, co do których podatnicy nie przekażą fiskusowi dodatkowych, wymaganych informacji. Projektowane zmiany wymuszają na podatnikach obowiązek stałego monitorowania i weryfikowania okoliczności przedstawionych we wnioskach. Trudno więc w takiej sytuacji mówić o jakimkolwiek charakterze ochronnym interpretacji. Sposób działania resortu finansów potęguje wśród przedsiębiorców nie tylko poczucie braku pewności prawa, ale także może zniechęcać do rozwijania działalności i inwestowania.

Negatywne konsekwencje dotkną także uczciwych podatników

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy organy państwa pospiesznie wprowadzają wiele przepisów, mających pomóc w walce z podatkowym bezprawiem. Istnieje jednak obawa, że znowelizowane przepisy będą nadużywane przez organy podatkowe, a uzyskanie pozytywnej – z punktu widzenia przedsiębiorcy – indywidualnej interpretacji będzie niemalże niemożliwe. Co więcej, negatywne konsekwencje dotkną także uczciwych przedsiębiorców, którzy nie stosują agresywnej optymalizacji podatkowej. W świetle nadchodzących zmian warto już dziś zweryfikować dotychczas uzyskane interpretacje indywidualne, aby ocenić, czy występuje ryzyko ich wygaśnięcia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.