Polscy przedsiębiorcy należą do czołówki, jeśli chodzi o obawy związane z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wynikają one m.in. z faktu, że jest to jeden z głównych partnerów handlowych naszego kraju, z czego drugi co do wielkości, jeśli chodzi o eksport, zaraz za Niemcami. Żeby Brexit nie wiązał się z negatywnymi skutkami, trzeba się do niego dobrze przygotować.
Najważniejszym i podstawowym sposobem na ograniczenie ryzyka w przypadku współpracy z zagranicznymi kontrahentami są działania na etapie negocjacji i podpisywania umowy. Biorąc pod uwagę niepewność związaną z ostatecznymi konsekwencjami Brexitu, ważne jest by polscy przedsiębiorcy zabezpieczyli się poprzez jak najlepszą praktykę w zakresie kontraktowania i prowadzenia dokumentacji. Stąd warto skorzystać ze wsparcia profesjonalistów w tym zakresie, gdyż błędy na tym etapie mogą się okazać niewybaczalne.
Często sytuacją jest nie tyle nieznajomość, co niedostateczna uważność dotycząca przepisów prawa – wielokrotnie klienci decydują na zaakceptowanie warunków odbiorcy, nie zważając na ich konsekwencje. Tymczasem zdarza się, że takie umowy są tworzone i podpisywane przez odbiorcę, który w ten sposób zabezpiecza tylko siebie, a nie dostawcę. Ponadto stosunkowo często problemem okazuje się bariera językowa, dlatego tak ważne jest sporządzenie dokumentacji dotyczącej wszystkich ustaleń.
– Systematycznie zwiększa się liczba oszustw, szczególnie w przypadku kontrahentów zagranicznych. Potencjalne niejasności związane z wyjściem Wielkiej Brytanii z UE, chociażby legislacyjne, mogą znacznie zwiększać ryzyko pojawienia się oszustów. – mówi Włodzimierz Szymczak, dyrektor zarządzający Atradius Collections w Polsce.
Częstym procederem jest podszywanie się pod inny podmiot, np. korzystając z podobnych, fałszywych adresów e-mail lub ogólnodostępnych adresów poczty elektronicznej. Warto zwracać uwagę np. na miejsce dostawy i trzeba pamiętać, że zamówienia z dużych firm rzadko są realizowane bez etapu negocjacji. Oprócz tego pojawiają się nowo założone spółki, które znikają po zrealizowaniu dostawy. Firmy te są bardzo często zarejestrowane na adresy prywatnych domów.
Bez wątpienia bardzo ważne, bez względu na etap procedowania umowy, jest bieżące monitorowanie zmian w prawie, które mogą bezpośrednio dotyczyć naszej działalności. Tym samym zwiększanie swojej świadomości dotyczącej aktualnych zmian czy luk w prawie, które umożliwi bieżące dostosowywanie swoich praktyk do zmieniającego się otoczenia legislacyjnego, jak wdrożone w październiku 2017 zmiany dotyczące Pre-Action Protocol, dotyczące pozywania działalności gospodarczych. Pozwala to na zminimalizowanie ewentualnych szkód w przypadku konieczności wystąpienia na drogę sądową oraz zwiększy prawdopodobieństwo przeprowadzenia skutecznej windykacji.
Rząd powinien prowadzić antycykliczną politykę gospodarczą, aby łagodzić wahania koniunktury i ograniczyć marnotrawstwo zasobów i wzrost bezrobocia w czasie spowolnienia. Taka polityka umożliwia w długim okresie najszybszy wzrost. Tymczasem deficyt finansów publicznych w przyszłym roku prawdopodobnie zbliży się do 2% PKB. Przy wzroście gospodarczym rzędu 4% w finansach publicznych powinniśmy mieć nadwyżkę, a nie deficyt. W przeciwnym razie, w czasie pogorszenia koniunktury, osłabienia popytu zagranicznego i krajowego, dojdzie do nadmiernego wzrostu deficytu i kosztu obsługi długu, co wymusi podwyższenie podatków i cięcie wydatków inwestycyjnych.
Jeremi Mordasewicz, Konfederacja Lewiatan
– W przypadku szybkiego wzrostu konsumpcji priorytetem polityki gospodarczej rządu powinien być wzrost inwestycji przedsiębiorstw, które mają decydujący wpływ na wzrost produktywności i dochodów społeczeństwa. Wzrost gospodarczy oparty jedynie na wzroście konsumpcji, z czym mamy obecnie do czynienia, przyczynia się do wzrostu wpływów podatkowych (konsumpcja jest opodatkowana VAT) i zmniejszenia deficytu w perspektywie kilkuletniej, ale jednocześnie osłabia potencjał rozwojowy gospodarki i w dłuższym okresie owocuje wolniejszym wzrostem i zwiększeniem deficytu finansów publicznych – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
Bilans przyszłorocznych zmian nie sprzyja wzrostowi inwestycji, ponieważ wzrost kosztów przedsiębiorstw, m.in. w wyniku ograniczenia podaży pracowników, zniesienia limitu składek emerytalnych i rentowych, mniej korzystnego rozliczania samochodów, będzie większy niż korzyści w wyniku obniżenia składek dla samozatrudnionych o niskich dochodach oraz CIT dla małych przedsiębiorstw.
Przedsiębiorstwa mało inwestują, mimo, że mają rekordowo wysoki stopień wykorzystania mocy produkcyjnych. Inwestorów powstrzymują: wysokie ryzyko związane z wyjątkowo intensywnymi zmianami prawa, malejąca podaż pracowników, wzrost podatków.
Przedsiębiorcy mają świadomość, że szybki wzrost wydatków socjalnych musi być zrównoważony wzrostem podatków, w tej czy innej formie, a perspektywa wzrostu obciążeń podatkowych osłabia motywację do inwestowania.
Łączne nakłady brutto na środki trwałe w całej gospodarce mają stanowić w 2019 roku zaledwie 19,4% PKB mimo, że będzie to rok znacznego napływu środków z UE. Nakłady brutto na środki trwałe sektora prywatnego mają stanowić zaledwie 14,8% PKB, a jak wiadomo to właśnie inwestycje przedsiębiorstw w nowe technologie mają decydujący wpływ na produktywność. To zdecydowanie zbyt mało, aby podtrzymać szybki wzrost gospodarczy w długim czasie.
– Przyjęcie w budżecie niskiego poziomu inwestycji w następnych latach oznacza, że rząd nie przewiduje znaczącej poprawy klimatu inwestycyjnego. Jednocześnie rząd przyznaje, że obecny wzrost gospodarczy zbliżony do 5% PKB znacznie przekracza potencjalny wzrost gospodarczy, który jest szacowany na 3,2%. Jeżeli nie zwiększymy poziomu inwestycji, nie zwiększymy potencjału rozwojowego, a wtedy nasza gospodarka utraci równowagę zewnętrzną i wewnętrzną i czeka nas znaczące wyhamowanie wzrostu – dodaje Jeremi Mordasewicz.
Nie ma wytchnienia dla kierowców, którzy na stacjach pali zdążyli się już przyzwyczaić do cen powyżej 5 zł i wiele wskazuje na to, że w najbliższych czasie sytuacje nie ulegnie zmianie. – Ropa naftowa cały czas jest droga, a w sierpniu jej cena jeszcze wzrosła – mówi w rozmowie z MarketNews24 główny ekonomista XTB dr Przemysław Kwiecień.
– Są czynniki, które przemawiają za tym, ze ropa powinna być nieco tańsza. To m.in. wzrost produkcji surowca w Stanach Zjednoczonych i fakt, że rynek finansowy jest mocno zaangażowany w ropę i można oczekiwać, że w pewnym momencie inwestorzy zaczną realizować zyski. Z drugiej jednak strony są okoliczności, które utrzymują ceny na dość wysokim poziomie i w najbliższym czasie mogą je jeszcze podnieść – prognozuje ekonomista.
Na wysokich cenach surowca zaważą nałożone przez USA sankcje na Iran i dosyć wysoki kurs dolara. – W najbliższych tygodniach raczej nie oczekiwałbym tańszych paliw – zaznacza Kwiecień.
Jak długo mogą utrzymywać się podwyższone ceny na stacjach paliw? Więcej w materiale wideo.
Wzrost gospodarczy w Polsce w drugim kwartale tego roku sięgnął 5,1 proc. – To nadal bardzo wysokie tempo; co prawda odrobinę słabsze niż 5,2 proc. dynamiki rocznej odnotowanej w pierwszym kwartale, ale jednak wciąż możemy mówić o dobrych perspektywach wzrostu gospodarczego – mówi w rozmowie z MarketNews24 główny ekonomista Coface Grzegorz Sielewicz.
Wzrost napędzany jest głównie konsumpcją gospodarstw domowych, niespodzianką jest natomiast wskaźnik nowych inwestycji. – Wzrost inwestycji zwiększył się co prawda o 4,5 proc. r/r , ale należałby oczekiwać boomu inwestycyjnego, patrząc na zastój inwestycyjny w minionych latach – tłumaczy ekonomista.
Sielewicz zauważa, że firmy, których jest najwięcej, czyli małe i średnie, do inwestycji podchodzą dosyć pesymistycznie, co wynika częściowo z sytuacji na rynku pracy i trudności z zapełnieniem wakatów.
– Wzrost gospodarczy w tym roku będzie na zbliżonym poziomie do roku 2017 r., czyli sięgnie 4,6 proc., a może nawet będzie silniejszy. Wszystko zależy od tego, jak firmy będą inwestowały w III i IV kwartale –dodaje.
1 września 2018 r. rolę dyrektora ds. rozwiązań lojalnościowych w polskim oddziale Mastercard Europe objął Marcin Klimkowicz. W swojej nowej roli będzie nadzorował program Priceless Specials w Polsce, odpowiadając za jego strategię rozwoju, rynkową ekspansję i za zapewnienie uczestniczącym w nim konsumentom przyjaznych i efektywnych narzędzi do korzystania z jego funkcji. Na nowym stanowisku Marcin Klimkowicz będzie raportować bezpośrednio do dyrektora generalnego polskiego oddziału firmy, Bartosza Ciołkowskiego.
Marcin Klimkowicz – Mastercard
Klimkowicz dołączył do zespołu Mastercard w 2015 r. jako menedżer ds. współpracy z detalistami-partnerami programu Priceless Specials. Od samego początku był zaangażowany we wprowadzenie programu na polski rynek oraz jego rozwój na dalszych etapach. Wraz z zespołem nawiązał współpracę ze zróżnicowanym gronem sieci detalicznych, które dołączyły do Priceless Specials, w tym z jednymi z najbardziej renomowanych marek na polskim rynku. Z kolei poprzez współpracę z uczestniczącymi w programie bankami – wydawcami kart Mastercard przyczynił się do umocnienia pozycji rynkowej Priceless Specials.
Marcin Klimkowicz ma 14-letnie doświadczenie zawodowe. Przed dołączeniem do Mastercard, pełnił różne funkcje w obszarach sprzedaży, marketingu oraz lojalności klienta. Pracował m.in. dla firm PAYBACK i Groupon, gdzie odpowiadał za rozwój, w tym pozyskiwanie nowych partnerów. Pracował także w British American Tobacco, gdzie po ukończeniu programu menadżerskiego, zajmował kilka stanowisk kierowniczych w działach marketingu, sprzedaży oraz zarządzania produktem. Marcin Klimkowicz ukończył studia magisterskie z ekonomii na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.
„Priceless Specials jest jednym z naszych flagowych produktów, dzięki któremu łączymy siły banków i detalistów, aby konsumenci mogli czerpać dodatkowe korzyści z płacenia kartą. Znajomość rynku konsumenckiego i umiejętność tworzenia ekosystemu, w ramach którego sprawnie i owocnie współpracują różne strony, to kluczowe kompetencje na stanowisku menedżera nadzorującego ten program. Dlatego z pełnym przekonaniem powierzam Marcinowi to zadanie, ponieważ zdążył już pokazać, że to właśnie są jego mocne strony. Ponadto zna on Priceless Specials od podszewki i jestem pewien, że pod jego przewodnictwem nasza oferta lojalnościowa będzie się nadal bardzo dobrze rozwijać” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny polskiego oddziału Mastercard Europe.
Program Priceless Specials jest adresowany do posiadaczy kart Mastercard i Maestro wydanych w Polsce przez uczestniczące w programie banki. Opłacone kartą zakupy u współpracujących detalistów są nagradzane punktami i nagrodami. Użytkownik programu nie musi więc nosić w portfelu osobnych kart lojalnościowych od poszczególnych detalistów – wystarczy, że ma przy sobie swoją kartę płatniczą, której zazwyczaj używa. Cechą wyróżniającą program są oferty specjalne, dopasowane do zwyczajów konkretnego konsumenta. Kolejną zaletą jest szybka gratyfikacja uczestnika. Z programem współpracuje bowiem już ponad 70 marek detalicznych, a dodatkowo 13 banków – wydawców kart Mastercard. Priceless Specials został doceniony przez specjalistów z branży podczas gali Loyalty Awards, otrzymując główną nagrodę w kategorii „Najlepsze działania lojalnościowe w usługach dla konsumentów”.
Niemcy i Francja – to do tych krajów najczęściej jeżdżą ciężarówki z Polski. Tak wynika z najnowszego raportu OCRK. Kolejne miejsca zajmują Belgia oraz Holandia, a dopiero dalej plasuje się Wielka Brytania. To główne kierunki podróży służbowych polskich kierowców. Czy pamiętają o ważnych regulacjach i przepisach obowiązujących za granicą? Podpowiadamy, na co warto zwrócić szczególną uwagę.
Polskie firmy transportowe zdominowały europejski rynek przewozowy. Jak pokazują ostatnie dane Eurostatu, kierowcy ciężarówek z naszego kraju wykonali najwięcej tonokilometrów w ramach transportu międzynarodowego i kabotażowego spośród wszystkich państw Wspólnoty[1]. A w 2017 roku liczba przewozów kabotażowych wzrosła o 17% i rekordy w tym sektorze biją państwa Europy Wschodniej, w tym Polska. Gdzie podróżujemy najczęściej i najchętniej? Nie jest dużym zaskoczeniem, że najwięcej polskich kierowców pojazdów ciężarowych jeździ do Niemiec. Jak wynika z raportu OCRK[2] ponad połowa (52%) przewoźników deleguje swoich kierowców do naszego najbliższego zachodniego sąsiada. Drugim kierunkiem jest Francja (14% delegacji), a na trzecim miejscu uplasowały się Holandia i Belgia (5%).
Opracowanie: OCRK, 2018
Firmy wysyłające swoich pracowników w przewozach międzynarodowych lub kabotażowych powinny pamiętać, że lokalne przepisy dotyczące wyliczania wynagrodzeń minimalnych oraz egzekwowania naruszeń związanych z czasem pracy różnią się od tych obowiązujących w Polsce. Niewiedza w tym zakresie może niestety w znaczący sposób podnieść koszty, a czasami nawet narazić na wysokie kary. Na co więc zwrócić uwagę?
Niemiecka precyzja
Wybierając się do Niemiec trzeba pamiętać, że lokalna służba kontrolująca transport powyżej 3,5 tony (BAG) jest znana ze swojej skrupulatności i częstych kontroli. Bardzo dokładnie sprawdza wskazania tachografów, dzięki którym można stwierdzić czy kierowca prawidłowo wykorzystał dostępny czas pracy oraz wykonał odpowiednią ilość odpoczynków i przerw. Wskazane dane są również podstawą do wyliczenia wynagrodzenia zgodnego z niemiecką płacą minimalną. Na terenie Republiki Federalnej od 2017 roku wynosi ona 8,84 euro za godzinę pracy. Obowiązek ten wiąże się z koniecznością zgłoszenia kierowcy jako pracownika delegowanego oraz rejestrowania momentu przekroczenia granicy. Przedsiębiorca w razie kontroli dotyczącej wypłaty niemieckiej płacy minimalnej musi przedstawić przetłumaczone dokumenty, tj. umowę o pracę, ewidencję czasu pracy, potwierdzenie odbioru wynagrodzenia czy odczyty z tachografów. – Interesujący jest również wymóg komunikatywnej znajomości języka niemieckiego w przypadku transportu ponadnormatywnego, czyli między innymi elementów budowlanych przekraczających długość 20 metrów. Przekonała się o tym w dość niefortunny sposób jedna z litewskich firm transportowych[3], gdy w sporze o powyższy przepis sąd administracyjny Badeni–Wirtembergii podtrzymał opinię na temat wymogu zaawansowanych kompetencji językowych osób przewożących takie materiały. – mówi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.
Smutne wieści czekają też kierowców, którzy korzystają z CB radia. Od 2020 roku wchodzą bowiem w życie przepisy znowelizowanej ustawy o ruchu drogowym, które będą całkowicie zabraniały używania tych urządzeń. „Mobilki” nie stosujące się do tych zaleceń powinny liczyć się z mandatem w wysokości nawet do 200 euro. Warto pamiętać, że jest to rozwinięcie przepisów obowiązujących od 2017 roku, zakazujących kierowcom używania jakichkolwiek urządzeń wymagających od użytkownika odrywania wzroku od drogi. Podobne przepisy obowiązują w Austrii, Irlandii Północnej i Rumunii.
Francuska biurokracja
A jak sprawa wygląda we Francji? Oprócz analogicznego do niemieckiego wymogu wyliczenia i wypłacenia lokalnej płacy minimalnej (od 9,88 do 10,06 euro) trzeba wziąć pod uwagę niesławną francuską biurokrację. W odróżnieniu od Niemiec, wymaga ona od kierowców posiadania przy sobie dokumentów, takich jak przetłumaczone na język francuski zaświadczenie o delegowaniu, umowa o pracę (dla pracowników agencji pracy tymczasowych – kopie umów o pracę tymczasową oraz o udostępnienie pracownika) oraz druk „A1’’ (zaświadczenie o podleganiu pod ZUS w Polsce). Przedsiębiorcy wysyłający swoich kierowców do Francji powinni też pamiętać, że firma musi posiadać przedstawicielstwo na terenie Republiki, by rozwiązywać kwestie związane z wynagrodzeniem kierowców oraz pośrednictwem w kontaktach z lokalnymi służbami kontroli – wyjaśnia Łukasz Włoch. Tirowcy wykonujący przewozy we Francji powinni również wziąć pod uwagę, że obowiązują tam jeszcze bardziej restrykcyjne niż w Niemczech przepisy, dotyczące używania telefonów komórkowych. Z tych urządzeń można tam skorzystać tylko na postoju na parkingu, z wyłączonym silnikiem. Jest to oczywiste i znaczące utrudnienie dla kierowców samochodów ciężarowych, którzy często jeżdżą w niedoczasie, a znalezienie wolnego parkingu, żeby wykonać telefon do miejsca docelowego, graniczy czasem z cudem.
Niderlandy i inni
Polscy kierowcy jeżdżą także do innych krajów Wspólnoty. W każdym z nich można natknąć się na specyficzne przepisy i regulacje, o których należy pamiętać. Na przykład w Holandii również obowiązuje płaca minimalna, jednak wymóg ma jednoznaczne zastosowanie tylko do przewozów kabotażowych. W przypadku transportu międzynarodowego (z wyłączeniem tranzytu) informacja
o zakresie obowiązywania nie została jednoznacznie potwierdzona przez ambasadę holenderską.
– Zalecamy jednak zgodnie z regulacjami dyrektywy o delegowaniu nr 96/71, by uwzględniać międzynarodowe trasy w płacy minimalnej – mówi Łukasz Włoch, OCRK. Inaczej jest w Belgii, gdzie przepisy wyraźnie obejmują wyłącznie kabotaże, a wystawianie świadczeń o delegowaniu powinno odbywać się za pomocą systemu online Limosa. Obecne kontrole dotyczą właśnie poprawności wypełniania tej deklaracji. Należy uważać też na odbieranie regularnego tygodniowego odpoczynku w kabinie w tych krajach. Przedsiębiorcy, za kierowców przyłapanych na gorącym uczynku, zapłacą nawet 1800 euro.
Gdzie jeszcze jeździmy i o czym powinniśmy pamiętać?
Problematyczne dla rodzimych kierowców mogą być regulacje obowiązujące od lipca 2018 r. w Danii i Hiszpanii[4], które borykają się z problemami zatłoczonych parkingów. W rezultacie, te państwa postanowiły wprowadzić zakazy 45-godzinnych postojów odbieranych przez kierowców w pojazdach. W Danii maksymalny czas na niektórych parkingach wynosi obecnie 25 godzin. W razie jego przekroczenia spodziewać się można kar w wysokości nawet do 2000 DDK[5]. Przepisy te jednak budzą podejrzenia Komisji Europejskiej, która w oficjalnym komunikacie z 19 lipca wskazuje, że na mocy rozporządzenia 1072/2009 dyskryminują one przewoźników, którzy nie mają siedziby na terenie Danii[6]. Może się więc okazać, że Duńczycy będą musieli zrezygnować z kontrowersyjnego zapisu.
Warto się też przyjrzeć na przykład Szwajcarii (państwo poza UE), gdzie trzeba uważać zwłaszcza na normy emisji spalin. Lokalni celnicy zwracają bowiem szczególną uwagę na pojazdy używające emulatorów AdBlue, kierując te z niesprawnymi systemami SCR do autoryzowanych warsztatów. Jeśli system jest wadliwy lub udowodniono, że urządzenia emulujące pracę AdBlue były zamontowane, naliczana jest stawka wyrównująca opłaty do poziomu pojazdów nie używających tego specyfiku. Powyższe rozwiązania wchodzą w skład podatku LSVA (stawki od tonokilometra są tam uzależnione głównie od wspomnianych norm emisji spalin, ale również ciężaru pojazdu, jego kategorii oraz długości pobytu) i są elementem realizowanej od kilkunastu lat koncepcji Alpen-Initiative, mającej na celu przeniesienie transportu drogowego na tory[7]. Dalszym i bardziej radykalnym krokiem w tym kierunku jest również pomysł rządu szwajcarskiego, by stworzyć sieć podziemnych tuneli, które do 2045 mają przejąć do 40% przewozów towarowych w tym kraju. Towary transportowane byłyby przy pomocy autonomicznych wózków. Projekt ten ma już zapewnioną część finansowania dla odcinka od Härkingen do Zurychu[8]. Może się więc okazać, że Szwajcaria w niedługiej przyszłości ma szansę zniknąć z mapy drogowej naszych przewoźników.
Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowuje pierwszą połowę roku na regionalnych rynkach biurowych w raporcie „MarketBeat: Rynek biurowy regiony. Podsumowanie I połowy 2018 r.”.
Ponad milion mkw. – całkowite zasoby wrocławskiego rynku biurowego
Ponad 950 000 mkw. – łączna liczba planowanej podaży w 84 projektach biurowych w Polsce do oddania do 2020 r.
70% – udział najemców z branży BSS na rynkach regionalnych
76 000 mkw. – suma pięciu największych transakcji na rynkach regionalnych (sektor bankowy)
W pierwszej połowie 2018 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na głównych rynkach regionalnych (Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Katowicach, Poznaniu, Łodzi, Szczecinie i Lublinie) wyniosły ponad 4,637 mln. mkw. Analitycy międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield wskazują na wysoki poziom absorpcji, spowodowany wzmożoną aktywnością najemców w 2017 roku i zabezpieczeniem umowami przednajmu powierzchni biurowej oddawanej do użytku w roku bieżącym. Dzięki temu, mimo dużego przyrostu nowej podaży, wskaźnik pustostanów obniżył się.
Krzysztof Misiak, Partner, Dyrektor Sekcji Miast Regionalnych w dziale powierzchni biurowych w Cushman & Wakefield.
– Rozwój rynków regionalnych w Polsce nie zwalnia tempa. Mamy już dwa rynki – Kraków i Wrocław, których zasoby biurowe przekraczają milion mkw. Większa skala oznacza mniejszą zależność od popytu zewnętrznego oraz kusi fundusze inwestycyjne, które kupując gotowe i wynajęte budynki motywują deweloperów do realizowania nowych projektów. Polska dzięki rozproszeniu talentów oraz kilkunastu silnych ośrodkach miejskich ma przed sobą jeszcze dużo do osiągnięcia w zakresie rozwoju branży usługowej i co za tym idzie rynku nowoczesnych biurowców. Doceńmy to, że beneficjentami tego procesu nie są i nie będą tylko największe ośrodki miejskie – powiedział Krzysztof Misiak, Partner, Dyrektor Sekcji Miast Regionalnych w dziale powierzchni biurowych w Cushman & Wakefield.
Na ośmiu największych regionalnych rynkach biurowych w Polsce w pierwszej połowie 2018 roku popyt na powierzchnie biurowe wyniósł 261 900 mkw. i był niższy o 19% od analogicznego okresu w rekordowym, pod względem aktywności najemców, roku 2017. Ponad połowa transakcji najmu została przeprowadzona w Krakowie (30% transakcji) i Wrocławiu (22% transakcji). Relatywnie wysoką aktywność najemców odnotowano również w Poznaniu, w Łodzi oraz w Katowicach. W strukturze popytu w pierwszej połowie 2018 roku dominowały nowe umowy (54%), przed renegocjacjami (19%) i ekspansjami (16%). 11% całkowitej aktywności najemców stanowiły powierzchnie zajęte przez właścicieli budynków. Do największych najemców w tej grupie należy zaliczyć BZ WBK, który otworzył swoje biuro we Wrocławiu.
Wskaźnik absorpcji netto na wszystkich regionalnych rynkach osiągnął 258 500 mkw., (wzrost o 20% r/r i jest on wyższy od trzyletniej średniej o blisko 40%), a największy procentowy wzrost tego współczynnika został odnotowany we Wrocławiu oraz w Trójmieście.
Nowa podaż biurowa na rynkach regionalnych w pierwszej połowie 2018 roku wyniosła 256 500 mkw., (wzrost o 40% r/r) przy czym najwięcej powierzchni oddano we Wrocławiu (103 800 mkw.), w Krakowie (59 700 mkw.) oraz w Trójmieście (49 200 mkw.). Największymi oddanymi do użytku projektami były: Olivia Star w Trójmieście (45 700 mkw.), Sagittarius we Wrocławiu (24 900 mkw.), O3 Business Campus III w Krakowie (19 200 mkw.) oraz budynek Spokojna 2 w Lublinie (18 500 mkw.).
Na regionalnych rynkach biurowych w budowie pozostaje 84 budynków o łącznej powierzchni przekraczającej 950 000 mkw. Deweloperzy są najbardziej aktywni w Krakowie (281 700 mkw.), we Wrocławiu (240 000 mkw.) i w Trójmieście (158 000 mkw.).
W analizowanym okresie wskaźnik powierzchni niewynajętej dla całego regionalnego rynku biurowego wyniósł 9,3% (niższy o 0,20 pp. r/r). Najmniej pustostanów odnotowano w Trójmieście 6,7%, a najwięcej w Katowicach 10,8 i w Lublinie 19,7%. Wysoki poziom pustostanów w Lublinie jest wynikiem oddania dwóch projektów biurowych, które powiększyły zasoby tego rynku o ponad 20%.
W pierwszej połowie 2018 roku stawki czynszów utrzymały się na stabilnym poziomie w większości analizowanych lokalizacji i oscylowały między 12 a 14,5 EUR/mkw./miesiąc.
Co roku w Polsce liczba pożarów miejsc składowania lub magazynowania odpadów dramatycznie wzrasta. W 2010 r. straż podejmowała 59 takich interwencji, a w 2018 r. taką liczbę odnotowano już w maju – wynika z danych Państwowej Straży Pożarnej. Wzrasta nie tylko liczba pożarów, ale także ich skala. Akcje gaśnicze w ramach tegorocznych interwencji wymagały każdorazowo udziału kilkudziesięciu jednostek. Teraz ma się to zmienić – wchodzi w życie nowelizacja ustawy o odpadach. Każdy, kto działa w oparciu o pozwolenie na zbieranie i przetwarzanie odpadów będzie musiał zabezpieczyć roszczenia, wynikające z ewentualnego pokrycia kosztów ich usunięcia. Kwoty zabezpieczenia mogą sięgać nawet 150 milionów złotych. Szacuje się, że nowe obowiązki obejmą aż 15 000 firm w Polsce.
Więcej firm i obowiązków
Przepisy nowelizacji ustawy o odpadach zaczną obowiązywać od 5 września 2018 r. Teraz obowiązki wynikające z Ustawy o odpadach z dnia 14 grudnia 2012 r. będą dotyczyły nie tylko zarządców składowisk odpadów, ale także posiadaczy odpadów, działających w oparciu o pozwolenie na zbieranie i przetwarzanie odpadów, a więc np. na firmy produkcyjne, czy paliwowe. Szacuje się, że takich firm jest w Polsce ok. 15 000.
Nie tylko rozszerza się zakres podmiotowy ustawy, ale także zestaw obowiązków. Miejsca magazynowania śmieci i składowiska mają być objęte całodobowym monitoringiem, który będzie trzeba wprowadzić w ciągu sześciu miesięcy od publikacji ustawy. Zmienia się także możliwy czas magazynowania odpadów – od teraz można je składować już nie trzy lata, a tylko rok.
Osoby, zarządzające odpadami muszą także liczyć się z częstszymi inspekcjami – zgodnie z nowymi przepisami kontrolerzy mogą wejść na teren obiektu przez całą dobę, zapowiadając się z odpowiednim wyprzedzeniem tylko przy planowych sprawdzianach. Inspektorzy zyskują także prawo wglądu do wszelkich dokumentów, które mają związek z kontrolą – w tym również finansowych. Co więcej, jeśli wykryją naruszenie warunków korzystania ze środowiska, czyli np. wyciek, emisję czy rozlanie substancji zanieczyszczających kontrolerzy mogą wstrzymać działanie zakładu.
Wymóg zabezpieczenia roszczeń
Znacznie trudniejsze niż dotychczas ma być także uzyskanie zezwolenia na zbieranie czy przetwarzanie odpadów. Nowelizacja przepisów wprowadza nowy wymóg w tym zakresie – uzyskanie takiego zezwolenia będzie niemożliwe bez zabezpieczenia roszczeń wynikających m.in. z ewentualnego pokrycia kosztów usunięcia negatywnych skutków w środowisku lub szkód w środowisku. Takie rozwiązanie ma za zadanie zabezpieczyć samorządy – dzięki nim gminy będą miały odpowiednie środki na podjęcie działań naprawczych i zapobiegawczych.
Ustawodawca podaje wzór na wyliczenie minimalnej wysokości kwoty zabezpieczenia oraz stawki, jakich należy w nim użyć. Stawki różnią się w zależności od rodzaju odpadów – najwyższe dotyczą oczywiście odpadów niebezpiecznych, czyli tych, które mogą spowodować najbardziej kosztowne do naprawy szkody w środowisku.
–Trafiły już do nas pierwsze zgłoszenia od klientów w sprawie zabezpieczenia roszczeń w związku z nową ustawą. Wyliczone przez nich kwoty zabezpieczenia oscylują w przedziale od 0,5 do nawet 150 milionów złotych. To zupełnie inny rząd kwot niż wymagania dotychczasowej ustawy, kiedy to zabezpieczenia roszczeń dla zarządców składowisk rozpoczynały się od 50 tysięcy złotych, a kończyły na maksymalnie kilku milionach złotych – wyjaśnia Łukasz Jastrzębski Starszy specjalista ds. ubezpieczeń środowiskowych w Colonnade Insurance S.A.
Nowe podejście ustawodawcy do kwot zabezpieczeń wynika przede wszystkim z doświadczenia organów ochrony środowiska w sytuacjach, w których trzeba było podjąć działania naprawcze i zapłacić za nie z własnego budżetu. Teraz w kosztach uwzględnia się nie tylko proces odtworzenia środowiska po szkodzie, ale także koszty usunięcia pozostałości po akcji gaśniczej, czy wywiezienia i utylizacji odpadów.
Warianty zabezpieczenia
Ustawa ogranicza wybór form zabezpieczenia firm zbierających lub przetwarzających odpady do czterech wariantów – depozytu, gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej albo po prostu polisy. Z uwagi na fakt, że trzy pierwsze warianty wymagają albo znacznych nakładów finansowych na początku (depozyt) albo już po wystąpieniu roszczenia (gwarancje), firmy najczęściej wybierają umowę ubezpieczenia.
– Dobre ubezpieczenie środowiskowe powinno zapewnić nie tylko spełnienie ustawowych obowiązków, ale chronić firmę wielowymiarowo – także z tytułu odpowiedzialności za wyrządzone szkody w środowisku oraz szkody osobowe i majątkowe. Co więcej, w sytuacji gdy naruszenie związane będzie z emisją substancji drażniących lub zanieczyszczających, ubezpieczenie powinno pokryć koszty przerwy w działalności. Ważne także, aby w ubezpieczeniu były zawarte koszty obrony prawnej. Taki szeroki zakres ochrony przewiduje ubezpieczenie ENVIRONMENTAL PROTECT oferowane przez Colonnade – mówi Łukasz Jastrzębski Starszy specjalista ds. ubezpieczeń środowiskowych w Colonnade Insurance S.A..
Rozwiązania analityczne do niedawna były powszechnie kojarzone z dużymi zbiorami danych, którymi dysponują organizacje o rozbudowanej strukturze. Dzięki dostępnym dziś na rynku narzędziom również mniejsze firmy mogą wykorzystywać potencjał dostępnych informacji do budowania przewagi konkurencyjnej. Wdrożenie analityki w sektorze MŚP będzie tematem przewodnim konferencji Advanced Analytics and Data Science organizowanej przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie we współpracy z SAS Institute i AMA Institute.
(4 września 2018 r.) – Na polskim rynku obserwujemy ostatnio gwałtowny wzrost zainteresowania zaawansowanymi technologiami analitycznymi. Sięgają po nie już nie tylko wielkie firmy operujące na rynku masowym, ale też mniejsi gracze, np. przedsiębiorstwa dystrybucyjne czy produkcyjne. Jednak implementacja analityki w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw nie odbywa się jeszcze na masową skalę.
Głównym celem konferencji Advanced Analytics and Data Science jest zachęcenie do dyskusji na temat wizji i strategii wzrostu sektora małych i średnich przedsiębiorstw z wykorzystaniem zaawansowanych narzędzi analitycznych jako fundamentu rozwoju biznesu w oparciu o dane. Wydarzenie odbędzie się 18 września 2018 roku w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Prelegenci zaprezentują możliwości dostępnych na rynku narzędzi, strategie rozwoju biznesu oraz praktyczne przykłady innowacyjnych wdrożeń analityki w sektorze MŚP.
Nasza konferencja co roku gromadzi wybitnych gości i prelegentów. Jest miejscem wymiany wiedzy i doświadczeń dotyczących potrzeb rynku oraz wyzwań sektora akademickiego i biznesu w zakresie efektywnego wykorzystania zaawansowanej analityki. W tym roku skupimy się na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, który dziś pod względem zastosowań analityki jest może średnio zaawansowany, ale posiada ogromny potencjał i dzięki dostępności nowoczesnych narzędzi może szybko dołączyć do grona analitycznych innowatorów – mówiProfesor Ewa Frątczak, Kierownik Zakładu Analizy Zdarzeń i Analiz Wielopoziomowych, Instytut Statystyki i Demografii, Szkoła Główna Handlowa w Warszawie
Kierunki rozwoju i skala korzyści
W dobie cyfryzacji budowanie sprawnej organizacji i tworzenie konkurencyjnej oferty staje się niemożliwe bez dostępu do danych. Dlatego zwrot w kierunku wykorzystania analityki staje się koniecznym kierunkiem rozwoju małych i średnich firm. Sektor MŚP może korzystać z doświadczeń przedsiębiorstw z dużym kapitałem, które od lat wspierają swoje procesy i budują przewagę konkurencyjną w oparciu o analizę danych.
Zastosowanie narzędzi analitycznych w przedsiębiorstwie umożliwia odnajdywanie nowych szans biznesowych oraz budowanie przewagi rynkowej na bazie innowacyjnej oferty i optymalizacji metod działania. Analityka zapewnia nowy wymiar budowania relacji z klientami, efektywne planowanie sprzedaży, optymalizację łańcucha dostaw w handlu i logistyce, prewencyjne zarządzanie parkiem maszynowym, sieciami energetycznymi lub flotą pojazdów, co pozytywnie wpływa na marżę i przychód przedsiębiorstwa oraz jego pozycję rynkową. W dobie big data jest to również kluczowa metoda, zapewniająca skuteczne przeciwdziałanie nadużyciom i działaniom niepożądanym.
Wyzwania kompetencyjne
Oprócz technologii, wiedza i kompetencje mają ogromne znaczenie dla powodzenia realizacji projektów analitycznych. Wiele firm boryka się z problemami wynikającymi z braku specjalistów na rynku pracy. Dlatego kluczowe znaczenie ma dziś realizacja nowoczesnych programów studiów i kształcenie specjalistów posiadających odpowiednie kompetencje analityczne, informatyczne i biznesowe dostosowane do zmieniających się potrzeb cyfrowej gospodarki. W przypadku sektora MŚP organizacje zatrudniające kilka lub kilkanaście osób często w ogóle nie posiadają w swoich strukturach analityków czy ekspertów data science. Z pomocą przychodzą dziś najnowsze generacje narzędzi analitycznych, które umożliwiają przeprowadzanie zaawansowanych analiz w łatwy i intuicyjny sposób oraz zapewniają prezentację wyników w atrakcyjnej wizualnie i zrozumiałej formie. Nowe narzędzia pozwalają pracownikom nieposiadającym specjalistycznej wiedzy technologicznej samodzielnie wykonywać analizy i efektywnie korzystać z ich wyników.
Konferencja Advanced Analytics and Data Science odbędzie się pod honorowym patronatem JM Rektora SGH, prof. dr hab. Marka Rockiego. Partnerami wydarzenia są SAS Institute oraz AMA Institute. Patronem wydarzenia jest Polski Związek Instytucji Pożyczkowych. Patronat medialny nad konferencją objęły redakcje Harvard Business Review Polska, ITwiz i Wydawnictwo Business Manager Magazine.
Połączenie działalności PKN ORLEN i Grupy Lotos pozwoli zbudować liczącego się gracza na rynku paliw w Europie Środkowej a z czasem, na terytorium całej Unii. Synergie uzyskane w wyniku konsolidacji zwiększą jego potencjał zarówno na rynku produkcji i dystrybucji paliw, jak i w bardzo konkurencyjnym, ale zarazem dochodowym, segmencie petrochemicznym.
W swoich rekomendacjach Warsaw Enterpise Institute zwraca uwagę, że konieczna jest możliwie pełna transparentność procesu i szerokie zaangażowanie wszystkich zainteresowanych stron w wypracowywanie innowacyjnej strategii firmy.
Połączenie ma w pełni ekonomiczne uzasadnienie i wpisuje się w światowy trend konsolidacji i tworzenia się dużych grup przygotowanych do konkurencji międzynarodowej i powinno nieść ze sobą wiele korzyści. Wzmocniony zakupem Lotosu PKN ORLEN będzie mieć możliwość zwiększenia swojej mocy zakupowej i umożliwi mu dalszą ekspansję, a dodatkowo połączony koncern zwiększy bezpieczeństwo energetyczne kraju. Wspólne zakupy pozwolą nie tylko obniżyć ceny sprowadzanego surowca, ale również otworzyć się w większym stopniu na inne regiony świata.
Koncept nie jest ani nowy, ani odkrywczy. Połączenie jest wymogiem rynku i procesów od lat zachodzących na całym świecie. Trudność polega na umiejętnym przeprowadzeniu całej operacji tak, żeby znacząco zdywersyfikować dotychczasową działalność firm i przygotować się do wyzwań epoki post-spalinowej – mówi Tomasz Wróblewski, prezes WEI.
Połączenie obu koncernów może mieć także pozytywny skutek dla Pomorza, przede wszystkim ze względu na zwiększenie potencjału spółki, zwiększenie liczby i skali zamówień, wejście w nowe obszary działalności i rozwijanie tych, w których Grupa Lotos jest już aktywna, np. elektromobilność czy wydobycie. Pozytywne reakcje inwestorów giełdowych na informacje o planowanej fuzji świadczą o tym, że rynek spodziewa się zwiększenia wartości zarówno PKN ORLEN, jak i Lotosu. Nic nie wskazuje na to, by w jakimkolwiek stopniu mogłaby zostać ograniczona działalność związana z CSR gdańskiej spółki. Aby proces zakończył się szybko i sprawnie, eksperci WEI rekomendują pełną transparentność, przeprowadzenie konsultacji ze wszystkimi zainteresowanymi stronami i interesariuszami. WEI rekomenduje także stworzenie zachęt do preferowania lokalnych przedsiębiorców uczestniczących w przetargach – dostawców Grupy Lotos.
1 stycznia 2019 r. ma wejść w życie nowy podatek od zysków hipotetycznych. Przedsiębiorcy, którzy będą chcieli przenieść swoje aktywa, siedzibę lub stały zakład za granicę i tam zrealizować zyski kapitałowe, zapłacą z tego tytułu podatek. Osoby chcące zdążyć ze zmianą rezydencji podatkowej i uniknąć tego obciążenia muszą pamiętać, że pozostało im już niewiele czasu.
Wdrożenie dyrektywy Rady UE 2016/1164 z dnia 12 lipca 2016 r. ustanawiającej przepisy, których celem jest przeciwdziałanie praktykom unikania opodatkowania, mające wpływ na funkcjonowanie rynku wewnętrznego w zakresie opodatkowania niezrealizowanych zysków kapitałowych w przypadku przeniesienia aktywów, rezydencji podatkowej lub stałego zakładu (Dz.U. UE L 193/1), zwanej dyrektywą ATAD z 22 grudnia 2017 r., znalazło się w zestawieniu najważniejszych do zrealizowania zadań Ministra Rozwoju i Finansów na 2018 r. Ministerstwo chce w ten sposób zatrzymać kapitał w kraju, tzn. sprawić, aby jego wyprowadzanie i lokowanie pod inną jurysdykcją, a nawet całkowita zmiana rezydencji podatkowej, przestały być opłacalne.
Zgodnie z art. 5 ust. 1 dyrektywy ATAD opodatkowaniu będą podlegać wartości rynkowe aktywów przenoszonych przez przedsiębiorców:
ze swojej siedziby głównej do stałego zakładu w innym państwie członkowskim lub w państwie trzecim;
ze swojego stałego zakładu w państwie członkowskim do swojej siedziby głównej lub innego stałego zakładu w innym państwie członkowskim lub w państwie trzecim;
przenoszących swoją rezydencję podatkową do innego państwa członkowskiego lub państwa trzeciego, z wyłączeniem aktywów, które pozostają faktycznie powiązane ze stałym zakładem w pierwszym państwie członkowskim;
przenoszących działalność gospodarczą prowadzoną przez swój stały zakład z jednego państwa członkowskiego do innego państwa członkowskiego lub do państwa trzeciego.
Podatek, którego nie było
Przedsiębiorca będzie mógł uzyskać minimum 5-letnie odroczenie płatności podatku od niezrealizowanych zysków kapitałowych na raty, jeśli miejscem docelowym przeniesienia jego aktywów będzie państwo, sygnatariusz Porozumienia o Europejskim Obszarze Gospodarczym (art. 5 ust. 2). Dla przedsiębiorców jest to jednak niewielkie pocieszenie, gdyż w praktyce znów zostaną obarczeni kolejnym ciężarem podatkowym tylko dlatego, że przeniosą np. siedzibę zarządu do innego kraju. A to ani dziś, ani nigdy wcześniej nie wiązało się dla nich z takim obciążeniem.
Naruszenie swobody przedsiębiorczości
Podatek od zysków hipotetycznych stał się narzędziem do szybkiego nabijania budżetów poszczególnych państw kosztem swoich podatników. Dokonują one bowiem poboru podatku od niezrealizowanych zysków kapitałowych już w chwili przeniesienia przez przedsiębiorstwo aktywów za granicę. Nie bierze się przy tym pod uwagę tego kiedy oraz czy w ogóle przedsiębiorcy zrealizują zyski od przeniesionych aktywów i że natychmiastowe obciążenie obowiązkiem podatkowym może negatywnie wpłynąć na kondycję finansową przedsiębiorstwa.
First-tier Tribunal, czyli brytyjska izba podatkowa 3 grudnia 2015 r. zwróciła się do Trybunału Sprawiedliwości UE wprost z pytaniem prejudycjalnym: „Przy założeniu, że tego rodzaju obciążenie z tytułu podatku ogranicza wykonywanie odpowiednich swobód, czy obciążenie to jest uzasadnione w myśl zasady zrównoważonego podziału władztwa podatkowego, a także, czy obciążenie to jest proporcjonalne w sytuacji, gdy ustawodawstwo nie daje powiernikom możliwości odroczenia terminu płatności podatku lub rozłożenia płatności na raty, ani nie bierze pod uwagę jakiegokolwiek spadku wartości aktywów trustu w późniejszym okresie?” (Wniosek o wydanie orzeczenia w trybie prejudycjalnym w sprawie C-646/15 Trustees of the Panayi Accumulation & Maintenance Settlements/Commissioners for Her Majesty’s Revenue and Customs, Dz.U. UE 8.2.2016, C 48/22).
TSUE odpowiedział, że taki sposób opodatkowania bez możliwości odroczenia zapłaty należnego w tych warunkach podatku stoi na przeszkodzie wyrażonej w Traktacie o funkcjonowaniu UE swobodzie przedsiębiorczości (wyrok TSUE z dnia 13 listopada 2017 r., C-646/15 (zob. również: skarga z dnia 26 maja 2011 r., C-261/11 Komisja Europejska przeciwko Królestwu Danii; wyrok TSUE z dnia 12 lipca 2012 r., C-269/09 Komisja Europejska przeciwko Królestwu Hiszpanii; opinia Rzecznika Generalnego UE Juliane Kokott z dnia 13 lipca 2017 r., w sprawie: C‑292/16 A Oy; Komunikat Komisji do Rady, Parlamentu Europejskiego i Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego „Opodatkowanie niezrealizowanych zysków kapitałowych w przypadku zmiany siedziby lub miejsca zamieszkania dla celów podatkowych oraz potrzeba koordynacji polityki podatkowej państw członkowskich” z dnia 19 grudnia 2006 r., KOM(2006) 825 wersja ostateczna).
Jak zmienić rezydencję podatkową?
Od 1 stycznia 2019 r. przedsiębiorcy będą musieli pogodzić się z faktem, iż ewentualna chęć zmiany miejsca prowadzenia działalności gospodarczej lub nawet tylko samej jej siedziby będzie wiązała się z ciężarem w postaci podatku od zysków hipotetycznych. Tym, którzy nie chcą się na to godzić pozostało więc niewiele czasu. Zmiana rezydencji podatkowej jest bowiem procesem złożonym.
Zgodnie z art. 3 ust. 1 i ust. 1a ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350 z późn. zm.) nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu podlega podatnik przebywający na terytorium RP przez okres co najmniej 183 dni w roku podatkowym lub posiada tam centrum interesów osobistych lub gospodarczych. Zmiany rezydencji podatkowej można więc dokonać, przebywając w Polsce krócej niż 183 dni i przenosząc poza jej granice centrum wskazanych interesów. W odniesieniu do osób prawnych, spółek kapitałowych w organizacji, niektórych jednostek organizacyjnych niemających osobowości prawnej i innych, wymienionych w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych, do zmiany rezydencji konieczne będzie również przeniesienie pod reżim innej jurysdykcji podatkowej jej siedziby lub zarządu (art. 3 ust. 1 w zw. z art. 1 i art. 1a ust. 1, Dz.U. 1992 nr 21 poz. 86 z późn. zm.).
Jeżeli całkowite przeniesienie interesów osobistych i gospodarczych przed datą 1 stycznia 2019 r. mogłoby okazać się trudne do przeprowadzenia, to szybszym rozwiązaniem będzie pozyskanie dodatkowej rezydencji podatkowej. W przypadku ewentualnego konfliktu jurysdykcyjnego na podatniku spoczywać będzie obowiązek udowodnienia związania z daną rezydencją. W myśl art. 4 Modelowej konwencji w sprawie podatku od dochodu i majątku Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, w przypadku posiadania miejsca zamieszkania w obu państwach decydujące znaczenie dla określenia rezydencji podatkowej mają „ściślejsze powiązania osobiste i gospodarcze (ośrodek interesów życiowych)”. Z kolei zgodnie z komentarzem OECD do tego artykułu, o tych powiązaniach decydują m.in. miejsce prowadzonej działalności gospodarczej i miejsce, z którego dana osoba zarządza swoim majątkiem.
Niezwykle silnym orężem w udowadnianiu określonej rezydencji jest certyfikat rezydencji podatkowej. Pozyskanie jej przed organem podatkowym jednego kraju służy jako niezbity argument w postępowaniu o ustalenie rezydencji podatkowej przed organem innego kraju. „Certyfikatu rezydencji nie może zastąpić inny dowód. Jak wskazuje liczne orzecznictwo, certyfikat stanowi środek dowodowy (wyłączny) posiadania rezydencji podatkowej w określonym kraju” (interpretacja indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 29.05.2017 r., 0114-KDIP3-3.4011.115.2017.1.JM).
Podatnicy, którzy chcieliby uzyskać inną rezydencję podatkową dla rozliczeń podatkowych za 2018 r., a przebywali dotąd jedynie na terytorium RP, musieliby zdecydować się na to już dziś. 2 lipca upływa bowiem 183 dzień roku.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Po udanym rozpoczęciu tygodnia, nad polskim złotym znów pojawiły się czarne chmury.
Niższa aktywność na rynkach, niewielka presja na waluty EM i siła euro wzmocniły złotego w poniedziałek. Dziś jednak, już w pierwszych godzinach handlu, złoty pozbył się wszystkich ostatnich zysków, tracąc na wyraźnym umocnieniu dolara amerykańskiego. W konsekwencji porannych ruchów na parze EUR/USD, gdzie kurs ponownie spadł poniżej poziomu 1,16, złoty w relacji do euro osłabił się do najniższego poziomu od dwóch tygodni.
Amerykańskiej walucie sprzyjają – a złotemu szkodzą – obawy związane z konfliktem handlowym. W czwartek mija termin konsultacji publicznych w kwestii nowych ceł o na chińskie produkty o wartości ok. 200 mld USD planowanych przez administrację Donalda Trumpa. Po jego zakończeniu Trump będzie mógł kontynuować proces nakładania ceł na Państwo Środka.
W kontekście złotego warto również wspomnieć o wczorajszych danych PMI. Odczyt indeksu mierzącego aktywność w polskim przemyśle mocno rozczarował. Wskaźnik spadł z poziomu 52,9 do 51,4, tym samym był najniższy od końcówki 2016 r. Spadek sugeruje pogorszenie dynamiki ekspansji sektora, co może być związane z wygaszaniem wzrostu aktywności w strefie euro i obawami o perspektywy przemysłu w kontekście wojny handlowej. Do samych danych należy podchodzić ostrożnie, jednak fakt zbieżności odczytów w strefie euro i Polsce oraz inne krajowe dane, które poznaliśmy ostatnio (m.in. rozczarowująca dynamika inwestycji, słabe wyprzedzające dane z rynku pracy) budzą niepokój i mogą sugerować, że czeka nas wygaszanie ekspansji gospodarczej i powolne wyhamowywanie polskiej gospodarki.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wspólna waluta zyskiwała wczoraj w relacji do koszyka walut ważonego handlem. Wzrost był silniejszy od umocnienia dolara amerykańskiego, tym samym kurs EUR/USD zakończył dzień na lekkim plusie. Euro umocniło się również w parze ze słabym funtem brytyjskim.
Wczorajsze dane ze Starego Kontynentu nie przyniosły większych zaskoczeń. Zrewidowany indeks PMI dla przemysłu krajów wspólnego bloku okazał się być w pełni zgodny ze wstępnym szacunkiem. Indeks w sierpniu pokazał odczyt na poziomie 54,6, sugerując, iż ekspansja sektora była najniższa od końcówki 2016 r.
Jedną z istotniejszych kwestii, na których obecnie skupiają się inwestorzy jest włoski budżet w 2019 r. na temat którego obecnie trwają dyskusje. Kluczowym pytaniem pozostaje, na jak duży deficyt w budżecie pozwolą sobie populiści. Im niższy, tym oczywiście lepiej dla euro i włoskich obligacji. Jeśli Włosi zaplanują przekroczenie poziomu 3% lub założą deficyt niebezpiecznie blisko tej granicy (co sprawi, że wzrośnie ryzyko jego faktycznego przekroczenia, np. jeśli spowolni gospodarka, albo wpływy do budżetu okażą się niższe od prognozowanych), może to sprawić, że włoski rząd znajdzie się na kursie kolizyjnym z UE.
Ostatnie komentarze wicepremiera Włoch, Matteo Salviniego, który zobowiązał się przestrzegać “wszelkich reguł” sugerują, że deficyt jednak nie przekroczy granicznego poziomu. Z uwagi na poprawę nastrojów w tej kwestii, zyskują włoskie obligacje. Rentowności 10-letnich papierów dłużnych spadły z poziomu 3,2% notowanego wczoraj do okolic 3,1% obecnie.
GBP
Kurs GBP/PLN w poniedziałek spadł o 0,8%, wahając się w widełkach 4,75-4,80. Wczorajszy dzień przyniósł osłabienie funta w relacji do głównych walut. Wyprzedaży funta nie wywołał słabszy odczyt PMI dla przemysłu Wielkiej Brytanii, tylko obawy związane z Brexitem. Bezpośrednią przyczyną słabości waluty były weekendowe komentarze głównego negocjatora ze strony UE, Michela Barniera, których stwierdził, że zdecydowanie nie zgadza się z wieloma elementami planu Theresy May.
W kontekście brytyjskiej waluty interesujące są również spekulacje dotyczące przyszłości Banku Anglii. Mark Carney zgodnie z obecnymi założeniami przestanie przewodzić BoE w czerwcu przyszłego roku. Jeśli podczas dzisiejszego spotkania prezesa BoE z komitetem skarbowym – podczas którego będzie on omawiał ostatnią podwyżkę stóp procentowych oraz nowy raport o inflacji – padłyby deklaracje o możliwym wydłużeniu jego kadencji, funt może otrzymać wsparcie, którego potrzebuje.
Wracając do samych danych: indeks aktywności w sektorze przemysłowym w sierpniu rozczarował, spadając z poziomu 53,8 (lipcowy odczyt zrewidowano w dół) do 52,8, co sugeruje pogorszenie ekspansji sektora. Dzisiejszy odczyt dla sektora budowlanego rozczarował jeszcze bardziej, spadając z poziomu 55,8 w lipcu do 52,9 w sierpniu. Reakcja rynków była jednak ograniczona, z uwagi na dość niewielkie znaczenie obu sektorów dla gospodarki Wielkiej Brytanii. Dużo istotniejsza od obu odczytów będzie publikacja indeksu dla usług, który poznamy jutro.
USD
Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,69-3,71. Ze względu na święto pracy w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, aktywność w drugiej części dnia była ograniczona, nie poznaliśmy również żadnych istotnych danych makroekonomicznych. Sam dolar amerykański łagodnie zyskiwał w relacji do ważonego koszyka walut, jednak w parze z euro zakończył dzień nieznacznie słabszy.
Dzisiejszy dzień przyniesie nowe dane PMI/ISM opisujące aktywność w amerykańskim przemyśle w sierpniu, późnym popołudniem przemawiać będzie również Charles Evans z FED. Uwaga inwestorów cały czas będzie skupiać się na kwestiach związanych z konfliktem handlowym. Wszelkie istotne informacje dotyczące sporu mają potencjał wpłynięcia na dolara amerykańskiego.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:15 – posiedzenie w kwestii raportów nt. inflacji w Wielkiej Brytanii
W związku z rozpowszechnianiem przez pana Marcina Kuśmierza, prezesa zarządu spółki home.pl S.A., nieprawdziwych i wprowadzających w błąd wiadomości pod adresem spółki nazwa.pl sp. z o.o., naruszających jej dobre imię i w konsekwencji narażających spółkę na utratę zaufania swoich klientów, pełnomocnik nazwa.pl sp. z o.o. złożył w krakowskiej prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przez Marcina Kuśmierza przestępstwa, polegającego na pomówieniu spółki nazwa.pl sp. z o.o., tj. o czyn z art. 212 § 2 kodeksu karnego, zagrożony karą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
Dodatkowo nazwa.pl sp. z o.o. złożyła w sądzie powszechnym pozew przeciwko Marcinowi Kuśmierzowi o naruszenie jej dóbr osobistych.
Spółka nazwa.pl sp. z o.o. z całą stanowczością będzie dochodzić swoich praw i bronić swojego dobrego imienia. We wskazanych powyżej postępowaniach nazwa.pl sp. z o.o. reprezentowana jest przez pełnomocnika, adwokata Jerzego Stachowicza, z Kancelarii
Stachowicz Ptak Adwokaci i Radcowie Prawni SP z siedzibą w Krakowie.
Wszelkie pytania związane z tokiem postępowania należy kierować do Kancelarii Stachowicz Ptak Adwokaci i Radcowie Prawni SP.
W imieniu spółki nazwa.pl sp. z o.o.
Łukasz Matusik
Z najnowszego „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” wynika, że aż 75% Ukraińców w Polsce zarabia powyżej 2,5 tys. złotych netto miesięcznie, a 15% deklaruje kwotę powyżej 3,5 tys. zł miesięcznie. Analizy Personnel Service potwierdzają, że Ukraińcy zarabiają tyle samo lub czasami nawet więcej, niż Polacy na analogicznych stanowiskach. Prawie 9 na 10 z pracujących Ukraińców na swoje miesięczne utrzymanie w Polsce wydaje mniej niż 1000 zł. Na dosyć niskie koszty życia wpływ mają benefity oferowane przez pracodawców.
– Już co piąta firma w Polsce zatrudnia Ukraińców, a 17% planuje poszukiwać ich w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu cały czas rośnie – w porównaniu do I półrocza br. wzrosło aż o 10 p.p. Co więcej, wyniki naszego raportu wskazują, że co siódmy pracodawca w Polsce uważa, że obecnie jest trudniej o ukraińskiego pracownika. Przedsiębiorstwa, by utrzymać dotychczasowy poziom działalności, muszą oferować pracownikom z Ukrainy warunki porównywalne do tych proponowanych Polakom. Oprócz odpowiedniej pensji, liczą się też dodatkowe benefity, najczęściej są to zakwaterowanie, wyżywienie czy internet. Dzięki temu praca w Polsce jest jeszcze bardziej atrakcyjna dla Ukraińców, bo mogą sporo zaoszczędzić – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Nie tylko atrakcyjne zarobki
Wysokie zarobki to drugi, zaraz po bliskości geograficznej, najczęściej wskazywany przez Ukraińców powód wyboru Polski na miejsce imigracji zarobkowej. Tak odpowiedziało 51% respondentów – o 9 p.p. więcej niż w poprzedniej edycji „Barometru Imigracji Zarobkowej”. Co trzecia firma płaci naszym zachodnim sąsiadom od 13,7 do 15 zł brutto za godzinę, 16% od 16 do 20 zł brutto, a co dziesiąty pracodawca oferuje stawkę powyżej 20 zł brutto. Trzeba jednak dodać, że Ukraińcy w Polsce pracują często więcej godzin, niż zwyczajowe osiem.
Głównym czynnikiem imigracji zarobkowej do naszego kraju pozostaje bliskość geograficzna – wskazało na nią 52% Ukraińców. Nasi wschodni sąsiedzi doceniają także niską barierę językową. Ma duże znaczenie dla 41% badanych – o 7 p.p. więcej, niż pół roku temu. Jak przyznają eksperci Personnel Service, nauka języka polskiego nie stanowi problemu dla Ukraińców – średnio już po miesiącu są w stanie mówić po polsku i rozumieć, co mówią do nich Polacy. Warto zauważyć, że aż 12% uznaje stabilną sytuację polityczno-gospodarczą w Polsce za główny powód imigracji (o 5 p.p. więcej, niż w I półroczu 2018 roku).
Ukraińcy nie są rozrzutni, korzystają z benefitów
Na swoje utrzymanie 39% wydaje zaledwie od 200 do 500 zł miesięcznie, a co piąty nawet mniej niż 200 zł. W kwocie od 500 do 1000 zł mieści się 29% imigrantów zarobkowych z Ukrainy. Widać jednak, że wydatki powoli rosną – w pierwszym półroczu 2018 r. mniej niż 500 zł wydawało 66%, obecnie jest to 59%.
Koszty ponoszone na utrzymanie w Polsce ukraińskich pracowników nie są wysokie dzięki benefitom oferowanym przez pracodawców. A te są atrakcyjne. Połowa Ukraińców pracujących w naszym kraju ma zapewnione mieszkanie, a co trzeci wyżywienie. Na trzecim miejscu najczęściej oferowanych benefitów znalazł się transport do pracy – 28% wskazań, podobna liczba pracowników ma darmowy internet – 27%.
– Ze względu na dodatkowe koszty, zatrudnianie kadry ze Wschodu jest często droższe niż znalezienie pracownika na rynku. Nierzadko jest to jednak jedyny sposób, by wypełnić luki kadrowe – podkreśla Krzysztof Inglot z Personnel Service.
18 października 2018 roku wchodzi w życie nowelizacja ustawy Prawo Zamówień Publicznych. Zmiany dotkną wszystkich, którzy biorą udział w przetargach publicznych. Do nowych przepisów przygotowuje się także administracja publiczna. Już 65 jednostek, w tym Kancelaria Prezydenta RP, 12 ministerstw, m.in. Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Zdrowia oraz Urzędy Wojewódzkie, od 31 lipca 2018 roku może przeprowadzać przetargi publiczne drogą elektroniczną.
Nowelizacja ustawy Prawo Zamówień Publicznych (PZP) zmieni dotychczasowy sposób realizacji zamówień publicznych. Wszystkie postępowania powyżej progów unijnych będą musiały być przeprowadzane drogą elektroniczną. Co oznacza, iż w sposób elektroniczny będzie się odbywać komunikacja między zamawiającym a wykonawcami, składanie ofert, wniosków i oświadczeń. Nowe prawo da wykonawcom możliwość wzięcia udziału w przetargu publicznym bez wychodzenia z biura, kserowania i skanowania dokumentów. Będzie szybciej, łatwiej, bezpieczniej.
Rozwiązanie informatyczne, które pozwoli na wprowadzenie nowych przepisów w życie, składa się z rządowej platformy e-Zamówienia oraz zintegrowanych portali e-Usług, z których korzystać będą zamawiający i wykonawcy.
– Całościowa elektronizacja rynku zamówień w Polsce to Platforma e-Zamówienia, której celem jest nadzór nad realizacją zamówień, jako centralne repozytorium danych, oraz portale e-Usług, jakim jest Platforma Marketplanet. W dniu wejścia w życie ustawy to portale e-Usług będą pełnić kluczową rolę w realizacji i obsłudze zamówień, to z ich wykorzystaniem realizowane będą czynności elektroniczne, takie jak składanie ofert, komunikacja elektroniczna w toku postępowania. To dlatego do przeprowadzenia postępowania powyżej progów unijnych konieczne będzie wsparcie portalu e-Usług. Obowiązek posiadania odpowiednich narzędzi ciąży na zamawiających – tłumaczy Grzegorz Filipowski, członek zarządu Marketplanet, firmy, która dostarczyła wspomnianym jednostkom administracji publicznej platformę zakupową zgodną z nowymi przepisami.
Za wdrożenie portali e-Usług, które umożliwiają elektroniczną komunikację między stronami przetargu, odpowiada każdy zamawiający. Z ramienia 65 jednostek administracji publicznej za zakup odpowiedniego narzędzia odpowiedzialne było Centrum Obsługi Administracji Rządowej (COAR). 23 kwietnia tego roku COAR w wyniku przetargu wybrało ofertę firmy Marketplanet. Zaproponowana przez dostawcę platforma zakupowa pozwala na elektroniczną komunikację w zgodzie z wymaganiami ustawy PZP, w tym na komunikację na wszystkich etapach postępowania, obsługę wszystkich trybów postępowań o udzielenie zamówień wymienionych w ustawie, integrację z platformą e-Zamówienia, wsparcie procesu oceny ofert oraz publikację i udostępnianie dokumentów z postępowania.
– Od 31 lipca wszystkie jednostki objęte wdrożeniem mogą przeprowadzać swoje postępowania za pomocą naszej platformy zakupowej. Co ważne, to naprawdę prosty i intuicyjny system, przyspieszający pracę i wspierający realizację zamówień publicznych od rozpoczęcia postępowania przez wybór wykonawcy aż po publikację wyniku oraz elektroniczne zawarcie umowy – dodaje Grzegorz Filipowski.
W ramach dostarczanych usług poszczególne jednostki mogą również podpisywać elektronicznie umowy oraz prowadzić elektroniczny rejestr umów i aneksów.
Rozwiązanie dostępne jest przez przeglądarkę, dzięki czemu nie wymaga zakupu ani instalowania dodatkowego oprogramowania zarówno przez zamawiających, jak i wykonawców. Jedynym wymogiem korzystania jest posiadanie kwalifikowanego podpisu elektronicznego do prowadzenia komunikacji pomiędzy stronami, w tym składania ofert i oświadczeń. W przypadku elektronicznego podpisywania umów obowiązek posiadania kwalifikowanego podpisu dotyczy także zamawiającego.
Projekt był adresowany do podmiotów korzystających z usług Centrum Usług Administracji Rządowej. Należą do nich m.in. jednostki administracji rządowej, Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, Urzędy Wojewódzkie i wiele innych.
Przepisy, które wchodzą w życie 18 października, dotyczą na razie postępowań powyżej progów unijnych. Zmiany nie ominą jednak także pozostałych przetargów.
– W przypadku postępowań poniżej progów unijnych nowe przepisy zaczną obowiązywać w styczniu 2020 roku. Teoretycznie firmy i instytucje organizujące takie postępowania mają jeszcze trochę czasu na przystosowanie się do zmian. Doświadczenie podpowiada mi jednak, że nie warto czekać do ostatniej chwili. Lepiej efektywnie wykorzystać czas, który pozostał, i już dziś realizować wszystkie przetargi w formule elektronicznej – wyjaśnia Grzegorz Filipowski z Marketplanet. – Nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozwiązanie wybrane przez COAR w ramach przetargu zostało zaimplementowane w każdej jednostce czy instytucji zobowiązanej nowelizacją ustawy do wdrożenia narzędzi informatycznych wspierających elektronizację.
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte
Wejście na rynek pracy jest trudnym życiowym doświadczeniem dla młodych – zarówno Polaków, jak i ich europejskich rówieśników. Gospodarki krajów UE oferują coraz mniej miejsc pracy z rutynowymi zadaniami, które były dobrym startem i miejscem na zdobywanie pierwszych doświadczeń zawodowych. Rosnące wymagania ze strony rynku pracy i pojawiających się licznych zmian związanych z Przemysłem 4.0 sprawiają, że młodzi opóźniają rozpoczęcie pracy na rzecz dłuższego kształcenia. Niestety nie dla wszystkich wystarczy odpowiednich miejsc pracy, które umożliwią dalszy rozwój kwalifikacji i dobry początek kariery.
Mniej miejsc pracy w przetwórstwie
Miejsc pracy z rutynowymi obowiązkami ubywa przede wszystkim w europejskim przemyśle przetwórczym. Spadek znaczenia tej branży w tworzonym PKB i zatrudnieniu jest coraz częściej tematem debaty publicznej nie tylko w krajach UE, ale także w USA. Historycznie ten przemysł w rozwiniętych krajach europejskich oraz USA zapewniał wiele relatywnie dobrze płatnych, stabilnych miejsc pracy, nierzadko z szeroką ofertą świadczeń socjalnych. Ich warunki były zabezpieczone układami zbiorowymi na poziomie zakładów lub branż. Począwszy od lat 80. XX wieku, wiele gałęzi zachodnioeuropejskiego przemysłu zaczęło tracić konkurencyjność, m.in. na rzecz krajów Azji Wschodniej oraz Europy Środkowej i Wschodniej. Rozpowszechnianie się automatyzacji również przyczynia się do coraz mniejszego zapotrzebowania na pracowników wykonujących rutynowe obowiązki. W latach 2000–2015 w przetwórstwie przemysłowym w państwach UE (28) ubyło prawie 6 mln miejsc pracy. Oznacza to, że już w 2000 r. zniknął 1 z 6 istniejących etatów. Zmiany te w największym stopniu dotyczą takich branż jak: tekstylna, metalurgiczna, produkcji wyrobów z drewna i papieru, gumy i tworzyw sztucznych oraz urządzeń elektrycznych. W Polsce w ostatnich dwóch dekadach zmiany te nie były widoczne – wręcz przeciwnie, staliśmy się beneficjentem inwestycji przenoszonych z państw starej UE.
Zmiany strukturalne w gospodarkach a zapotrzebowanie na pracę
Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat widać zmiany w strukturze gospodarek i ich odzwierciedlenie w oferowanych oraz tworzonych miejscach pracy w krajach UE.. Rośnie zapotrzebowanie na wysokiej klasy specjalistów, których praca nie może być w łatwy sposób zautomatyzowana (jest to tzw. praca nierutynowa, wymagająca umiejętności poznawczych, analitycznych itp., oferowana najczęściej w sektorze wyspecjalizowanych usług). Równocześnie spada zapotrzebowanie na pracowników ze średnimi kwalifikacjami, których zakres zadań jest powtarzalny i może zostać łatwo zautomatyzowany (tzw. praca rutynowa, na którą największe zapotrzebowanie występuje w przemyśle przetwórczym). Prowadzi to do zjawiska polaryzacji rynku pracy (z jednej strony bardzo wysokie wymagania odnośnie kwalifikacji, z drugiej także rozwój segmentu rynku pracy dla niskich kwalifikacji, np. w branży usług gastronomicznych). Sprzyja mu także większe rozwarstwienie wynagrodzeń oraz znaczne różnice w stabilności zatrudnienia.
Bezrobocie wśród młodych Europejczyków
Polaryzacja jest jednym z wyzwań, jakie napotkają młodzi wchodząc na rynek pracy. Bezrobocie w tej grupie stanowi poważny problem w większości krajów Europy. Choć stopa bezrobocia liczona dla mieszkańców UE poniżej 25 roku życia wróciła w ostatnim czasie do poziomu sprzed kryzysu, to jeszcze w 2015 r. w Europie istniało aż o 1,4 mln mniej miejsc pracy niż w 2007 r[1] . Co więcej, ożywienie na rynku pracy nie było równomierne, co z jednej strony pokazuje przykład Niemiec czy też Holandii, a z drugiej krajów takich jak Grecja i Hiszpania.
Wykres 1. Stopa bezrobocia wśród osób w wieku poniżej 25 lat w wybranych krajach UE: w Niemczech, Holandii, Grecji, Hiszpanii i Polsce (%).
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Eurostat
Sytuacja osób młodych w Polsce była dalece odmienna od tej w prezentowanych krajach. Na początku XXI wieku mieliśmy do czynienia z bardzo wysokim bezrobociem w tej grupie wiekowej, ale trend ożywienia, nieco spowolniony przez kryzys finansowy, pozwolił nam dzisiaj zbliżyć się do krajów z najmniejszymi wyzwaniami w tym obszarze (14,8 proc. w Polsce wobec 8,9 proc. w Holandii i 43,6 proc. w Grecji w 2017 r.).
Przyczyny i skutki bezrobocia wśród osób młodych
Przyczyn wysokiego bezrobocia wśród młodych jest bardzo wiele i są one zwykle strukturalne. Choć ich waga różni się w poszczególnych krajach, wśród najważniejszych można wymienić nieefektywne systemy i programy edukacji w kontekście wspierania przejścia młodych osób z nauki do pracy. Dodatkowo występują restrykcyjne regulacje prawa pracy, połączone z wysokim opodatkowaniem umów o pracę oraz wysoka płaca minimalna na poziomie ogólnokrajowym, co w relacji do produktywności pracowników sprawia, że trudno jest tworzyć atrakcyjne miejsca pracy dla osób młodych, zwłaszcza w niektórych branżach i regionach.
Pierwsze doświadczenia na rynku pracy mogą mieć kluczowe znaczenie dla dalszej ścieżki zawodowej.
Bezrobocie podczas początkowych lat aktywności zawodowej może mieć długotrwałe efekty i negatywnie wpływać na dalszą karierę. To zjawisko jest nazywane w literaturze „scarring effect”, czyli dosłownie „efekt blizny”[1]. Młodzi bezrobotni w następnych kilkunastu latach życia mniej zarabiają, są mniej produktywni i częściej mają problemy ze znalezieniem pracy w porównaniu z ich rówieśnikami, którzy nie mieli przerwy w zatrudnieniu[2] . Badania opublikowane niedawno w International Labour Review wskazują, że każdy dzień bezrobocia przez pierwsze osiem lat na rynku pracy przekłada się na wzrost bezrobocia o połowę dnia przez następne 16 lat, i to przy konserwatywnych oszacowaniach[3]. To oznacza, że skutkiem pozostawania przez rok bez pracy jest jej brak przez następne pół roku w kolejnych 16 latach. To jeden z powodów, dla których warto zająć się diagnozowaniem wyzwań i znajdowaniem rozwiązań, które będą wpływały na ograniczanie bezrobocia wśród osób młodych.
Obszary do poprawy
Spojrzenie na kraje, które dobrze sobie radzą, mimo zmieniających się trendów i pojawiania się nowych wyzwań na rynku pracy, może przynieść szereg podpowiedzi co można zmienić na korzyść młodych stawiających pierwsze kroki na swojej ścieżce zawodowej.
Systemy kształcenia, na czele z dualnym kształceniem, są jednymi z głównych powodów dobrej sytuacji na rynku pracy dla młodych w Niemczech i Austrii. W dualnym systemie kształcenia łączy się naukę i szkolenie w zakresie zdobywania faktycznego doświadczenia w pracy. Dzięki temu nie tylko rosną szanse na otrzymanie zatrudnienia po ukończeniu szkoły, ale także spada prawdopodobieństwo nieukończenia szkoły. To, w połączeniu z mechanizmami szkoleń dla osób niekończących szkół, (których odsetek jest mniejszy w Niemczech i krajach skandynawskich niż w Portugalii czy Hiszpanii[4]), przyczyniło się do niskiego i w miarę stabilnego (nawet w czasach kryzysu) bezrobocia wśród młodych w tych krajach.
Z drugiej strony o rynku pracy decydują instytucje oraz regulacje. Szczególnie negatywny wpływ na bezrobocie wśród młodych mają rygorystyczne przepisy w zakresie zatrudniania i zwalniania pracowników. Wynika to z obaw pracodawców przed zatrudnianiem młodych ludzi, gdyż w razie perturbacji rynkowych, bądź niezadowolenia z pracownika, mogą mieć problem z rozwiązaniem umowy bez narażania się na dodatkowe koszty (m.in. ewentualne odszkodowania czy koszty postępowań sądowych). Restrykcyjność przepisów dotyczących zwalniania i zatrudniania pracowników jest skorelowana ze stopą bezrobocia osób młodych, co można dostrzec na wykresie poniżej. Większa elastyczność rynku pracy ma także przełożenie na mniejszy odsetek młodych zatrudnionych na umowy tymczasowe. Pracodawcy, mając swobodę zatrudnienia i zwalniania osób na standardowych kontraktach, czują mniejszą potrzebę by sięgać po bardziej elastyczne formy zatrudnienia.
Wykres 2. Restrykcyjność przepisów dotyczących zwolnienia i zatrudnienia pracownika a stopa bezrobocia w grupie wiekowej do 25 lat w 2017 roku
Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych Eurostat oraz Global Competitiveness Index 2017/2018
Podsumowując temat warto podkreślić, że młodzi ludzie mieszkający w Polsce są obecnie na ogół w lepszym położeniu, niż osoby w tym samym wieku jeszcze kilka czy też kilkanaście lat temu. To odwrotny trend niż w wielu krajach rozwiniętych, gdzie rośnie ryzyko ubóstwa i wykluczenia wśród młodych osób, a poprawiają się statystyki dla seniorów. Należy jednak pamiętać, że część ogólnoeuropejskich trendów, przekładających się na wyzwania dla młodych, jest obecna także w Polsce. Może to być tymczasowo mniej widoczne wskutek dobrej koniunktury w gospodarce i na rynku pracy. Dlatego warto działać na rzecz poprawy warunków rozpoczynania pracy młodych w Polsce, także ze względu na fakt coraz większego obciążenia ich licznym i starzejącym się pokoleniem, na które będą musieli w znacznym stopniu płacić.
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte
Komentarz branżowy
Anna Stolarek, Dyrektor ds. Korporacyjnych Coca-Cola w Polsce i Krajach Bałtyckich
Do 2050 r. liczba osób w wieku produkcyjnym (18-64 lata) ma spaść
w Polsce o ok. 8 mln w porównaniu z 2015 r. To duże zagrożenie dla gospodarki, to także problem społeczny i polityczny. Przede wszystkim jednak to ogromne wyzwanie dla nas jako pracodawców. Długofalowe inwestycje w kapitał ludzki uważamy za niezwykle ważne, ponieważ to dzięki nim gospodarka może się prężnie rozwijać, a biznes tworzyć warunki do dalszego stabilnego rozwoju. Wiemy, że nie będzie on możliwy bez pracowników, bo to oni stanowią realną podstawę działania każdej firmy – mówi Anna Stolarek, Dyrektor ds. Korporacyjnych Coca-Cola w Polsce i Krajach Bałtyckich.
Anna Stolarek, Dyrektor ds. Korporacyjnych Coca-Cola w Polsce i Krajach Bałtyckich
Rynek e-commerce w Polsce rozwija się w zawrotnym tempie. Przez internet kupujemy niemal wszystko: ubrania, książki, płyty, buty. Okazuje się jednak, że nie w każdej dziedzinie się to sprawdza. Polacy nadal wolą robić zakupy spożywcze w tzw. realu niż w sieci.
Wg badań Nielsena, „Shopper omnichannelowy na rynku FMCG”, ponad połowa polskich konsumentów (56%) nie rozważa w ogóle zakupów żywnościowych w sieci, a mniej niż 1% wszystkich produktów spożywczych jest sprzedawana online. Skąd bierze się ta niechęć Polaków do kupowania jedzenia w internetowych sklepach?
Świeżość przede wszystkim
Dla polskiego konsumenta najważniejsza jest świeżość produktu. Do żywności podchodzi ze specjalną uwagą i nadal jest sceptyczny czy dostarczone mu produkty będą równie dobre jak te, które sam wybierze w sklepie. Czasami zdarza się również, że część dostawców żywności zamiast wybranego przez nas produktu przywozi zamienniki, co nierzadko budzi irytację. Zdarza się też, że czas dostawy produktu jest opóźniany ze względu na brak odpowiedniego towaru.
Innym aspektem zniechęcającym do zakupów internetowych jest to, że marki dostarczające zamówienie do domu koncentrują swoje usługi przede wszystkim w większych miastach, co sprawia, że zasięg usługi jest bardzo ograniczony. Raport „E-grocery w Polsce – zakupy spożywcze online” zrealizowany przez Mobile Institute pokazuje, że 40% kupujących online mieszka w miastach powyżej 100 000 mieszkańców, a na wsiach taki sposób kupowania wybiera tylko 7% badanych.
Z badań Nielsena wynika także, że nawet wśród zwolenników kupowania żywności internetowo, aż 70% respondentów robi to tylko raz w miesiącu albo rzadziej. Wynika to z faktu, że Polacy nie lubią siedzieć w domu i czekać aż dostaną potrzebne produkty. Szczególnie kiedy pod domem mają spory wybór niewielkich sieciowych sklepów, do których mogą zajrzeć o dowolnej godzinie. Badani wśród wad zakupów internetowych żywności wymieniali również dodatkowe opłaty (46%) oraz brak możliwości obejrzenia produktu z bliska (35%).
Osoby kupujące w sieci jako największą zaletę tej formy zakupów wymieniają duży wybór asortymentu, na który wskazało aż 47% badanych. Ankietowani doceniają również oszczędność czasu, brak konieczności dźwigania ciężkich toreb oraz zaoszczędzoną dzięki temu większą ilość czasu dla rodziny. Jakie produkty Polacy najchętniej kupują przez internet? Okazuje się, że dominują napoje (34%), alkohol (26%), pieczywo (26%) oraz warzywa i owoce (25%). Część respondentów ceni sobie również dużą liczbę specjalistycznych wyrobów, m.in. ekologicznych i dietetycznych. Co ciekawe, aż 2/3 osób kupujących w sieci stanowią kobiety, a 1/3 jest w wieku 25-34 lat.
Długa droga przed e-zakupami
Czy w takim razie rynek e-grocery ma szansę na rozwój w Polsce? Okazuje się, że jak najbardziej. – Mimo dość raczkującej pozycji e-commerce w Polsce łatwo można zauważyć, że z każdym rokiem liczba klientów decydujących się na taką formę zakupów stale się powiększa – komentuje Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska. – Daleko nam jeszcze pod tym względem do krajów zachodnich, nie mówiąc o azjatyckich, gdzie nawet 18% handlu na rynku FMCG odbywa się drogą internetową. Myślę, że potrzebujemy jeszcze kilku lat, żeby sklepy internetowe faktycznie zaczęły stanowić konkurencję dla tych stacjonarnych. Póki co większości producentów marek spożywczych bardziej opłaca się rozwijanie tradycyjnych kanałów sprzedaży.
Jakie zmiany powinny wdrożyć sklepy online żeby skłonić Polaków do kupowania bez wychodzenia z domu? Przede wszystkim powinny znieść opłaty za dowóz, gdyż jest to jeden z częściej wymienianych powodów zniechęcających konsumentów do tej formy zakupów. Według badania Nielsena aż 73% polskich konsumentów również przykłada dużą uwagę do informacji o wartościach odżywczych danego produktu, co jest jasnym sygnałem dla sklepów internetowych, aby na stronach szczegółowo opisywać swoje towary. Sklepy również powinny oferować możliwość zwrotu pieniędzy, gdy klient jest niezadowolony z zakupów oraz wymianę produktu jeszcze tego samego dnia. – W Polsce tkwi bardzo duży potencjał na rozwój rynku e-commerce. Pytanie tylko czy sprzedawcy będą w stanie przełamać opór konsumentów – dodaje Stephane Tikhomiroff.
Dopiero dziś tydzień zaczyna się na poważnie (wczoraj było święto w USA) i jak na razie z korzyścią dla dolara. Przy braku innego tematu poza pomrukiwaniem o wojnach handlowych apetyt na ryzyko nie może się rozkręcić, a za to widoczna jest presja na aktywach rynków wschodzących. Dziś rynki mają do przeanalizowania decyzję RBA, a także szeroką gamę wydarzeń z Wielkiej Brytanii.
Bank Rezerwy Australii (RBA) zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę kasową na 1,50 proc., ale to nie przeszkodziło w pozytywnej reakcji AUD. Najważniejszym elementem posiedzenia był komunikat, gdzie zmian względem poprzedniego miesiąca było niewiele. Jeśli już jakieś miały miejsce, to były pozytywne w odniesieniu do niskiej stopy bezrobocia, lekkiego przyspieszenia dynamiki płac oraz podkreślania solidnego wzrostu gospodarczego. Bank zaznaczył też, że w ciągu ostatniego miesiąca aussie osłabił się do dolara, co może być oceniane jako pozytywne zjawisko, choć historycznie przełożenie na inflację z tego tytułu nie jest znaczące. Czego zabrakło, a na co część rynku liczyła, to odniesienia się do zeszłotygodniowej decyzji jednego z czołowych banków komercyjnych o podwyższeniu oprocentowania kredytów hipotecznych. Wyższe stawki rynkowe oznaczają mniejszą presję na bank centralny w zacieśnianiu polityki pieniężnej, ale też mówi trochę o ryzykach, jakich obawia się sektor bankowy (wzrost zadłużenia gospodarstw domowych vs spadające ceny nieruchomości). Na razie jednak RBA woli widzieć szklankę do połowy pełną i skupić na pozytywnych aspektach gospodarki, co jednak nie oznacza, że w przyszłości nie dostrzeże problemów. Jakkolwiek dzisiejszy podskok AUD/USD był podyktowany zamykaniem krótkich pozycji spekulacyjnych przez rozczarowanych inwestorów, perspektywy średnioterminowe pozostają słabe. Problemy rynku nieruchomości i wciąż słaba presja płacowa (i inflacja) będą wiązać ręce bankowi centralnemu. Dodatkowo otoczenie polityczne jest niesprzyjające po tym, jak były (wyrzucony) premier Turnbull złożył mandat, przez co partia rządząca straciła większość w parlamencie. Pozostaje pesymistycznie nastawiony do AUD.
Wtorek w Europie zaczyna się od ostrego umocnienia USD, co wygląda na pewną formę odrabiania strat sprzed tygodnia. EUR/USD wydaje się głównym motorem zmian po tym, jak nieudana próba wyjścia ponad 1,17 pozostawiła niesmak, a inwestorzy znowu mogą czuć się oszukiwani z pozycją po złej stronie rynku. Ponadto brak motywu przewodniego skutkuje zaczepieniu się tego, co jest znane – wojny handlowe i napięcia na rynkach wschodzących. To blokuje rozkręcanie apetytu na ryzyko, za to pcha kapitał w stronę USD. Wyższe poziomy USD/JPY przemawiają za tym, że bardziej jest to ruch z dolara niż klasyczny risk-off.
Prasa wokół GBP ponownie jest nieprzychylna. Choć jeszcze w ubiegłym tygodniu od strony unijnego negocjatora Barniera płynęły ciepłe słowa zwiększające szanse na łagodną formę Brexitu, po weekendzie z brytyjskiej prasy przebija się krytyka strategii premier May. Dziś po wakacyjnej przerwie do prac wraca parlament brytyjski, więc można liczyć na więcej komentarzy krytyki ze strony twardych Brexitowców. Po południu przed Komisją Skarbu przemawiać będzie prezes Banku Anglii Carney w asyście Haldane’a i Tenreyro, a jednym z tematów może być przyszłość prezesa Carneya (chce skrócić swoją kadencję do czerwca 2019 r.). Stabilność składu decydentów w banku centralnym jest kluczowa w dobie brexitowych zawirowań, ale rynek zdaje się nie widzieć potencjału do pozytywnych niespodzianek dla funta i wycofuje zeszłotygodniowy optymizm. Jakkolwiek dalej oczekuję porozumienia na linii Londyn-Bruksela (choć pewnie na ostatnią chwilę), na ten moment moje przekonania są bezwartościowe.
61 proc. dostępnych w Polsce banknotów to 100-złotówki – wynika z analizy BGŻOptima. Można byłoby za nie kupić 400 tys. mieszkań w Warszawie lub wybudować 2,5-3 tys. km autostrad. Choć coraz częściej Polacy wybierają płatności elektroniczne to warto pamiętać o najciekawszych informacjach na temat polskiego złotego.
Polski złoty jakiego dziś znamy to waluta relatywnie młoda. Wysoka inflacja z przełomu lat 80. i 90. doprowadziła do tego, iż Polacy zaczęli gubić się w rosnących cenach. Pojawił się pomysł denominacji, czyli reformy walutowej polegającej na wprowadzeniu nowej waluty. Stare złote przeliczono na nowe w relacji 1 nowy złoty za 10 tys. starych. Złoty otrzymał też nowy kod: PLN. Denominacja stała się faktem 1 stycznia 1995 r. i kosztowała 300 mln zł (nowych). Na rynek trafiły nowe monety i banknoty – w pierwszym rzucie najwyższym nominałem było 50 zł, ale jeszcze w tym samym roku doszły banknoty o wartości 100 i 200 zł. W 2017 r. wprowadzono nominał 500 zł. Stare pieniądze można było wymieniać na nowe do końca 2010 r.
Jak od linijki
Najmniejszy nominał – 10 zł, ma rozmiar 120 × 60 mm. Każdy kolejny banknot jest pochodną tego rozmiaru, gdyż zasada mówi, że krótszy bok kolejnego nominału jest dłuższy od poprzednika o 3 mm. Z kolei bok dłuższy to dokładnie dwukrotność krótszego. Zróżnicowanie rozmiarów banknotów ma ułatwić ich rozróżnianie.
W przypadku monet wygląda to trochę inaczej, różnią się one od siebie z jednej strony rozmiarem, a z drugiej stopem, z którego powstają. Najmniejszą obiegową monetą jest 1-groszówka (15,5 mm), a największą 5-złotówka (24 mm). Pomiędzy nimi kolejność rozmiarów jest już jednak zaburzona i na przykład 5 gr jest większe od 10 i 20 gr, a 1 zł większe od 2 zł.
Oprócz banknotów i monet obiegowych, Narodowy Bank Polski emituje jeszcze pieniądze kolekcjonerskie i okolicznościowe. Są one produkowane w ograniczonym wolumenie, ale warto wiedzieć, że stanowią pełnoprawny środek płatniczy. Jednak mając w portfelu monetę kolekcjonerską, lepiej się zastanowić, czy na pewno warto ją wydawać. 20-złotowa srebrna moneta z wizerunkiem wilka (z serii: zwierzęta świata) jest dziś na rynku numizmatów warta kilkaset złotych. Nie wszystkie monety kolekcjonerskie są jednak tak popularne, rynkowa wartość niektórych tylko nieznacznie przekracza tę nominalną.
EURion zatrzyma skaner lub działanie aplikacji
Odkąd istnieją pieniądze, próbowano je podrabiać. Od tysięcy lat trwa niekończący się pojedynek fałszerzy i emitentów walut, którzy robią wszystko, by tworzenie falsyfikatów było jak najtrudniejsze. Wszyscy wiemy, czym jest znak wodny, znamy działanie efektu kątowego na banknotach i rozpoznajemy elementy wykończone tak, by zmieniały kolor.
Istnieją jednak zabezpieczenia mniej znane. W połowie lat 90-tych stworzono system znacznie utrudniający kopiowanie banknotów EURion. Jest to rozwiązanie informatyczne, które blokuje możliwość skanowania, kopiowania i obrabiania banknotów. EURion to określony układ pięciu okręgów (w kolorze pomarańczowym, zielonym lub żółtym), który jest rozpoznawany przez sprzęt i aplikacje. Wzór może być bardziej lub mniej widoczny, np. na banknocie 20-funtowym jest zaszyty w postaci zapisu nutowego.
173 jednogroszówki na osobę
Ze statystyk Narodowego Banku Polskiego wynika, że najpopularniejszymi monetami w Polsce są te najdrobniejsze. W połowie 2018 r. w obiegu było 6,7 miliarda jednogroszówek. To oznacza, że średnio każdy z nas trzyma w domu 173 takie monety. Jednogroszówki stanowią 37,5 proc. wszystkich monet w obiegu, a popularne „miedziaki”, czyli monety od 1 do 5 gr, to ponad dwie trzecie wszystkich monet obiegowych w Polsce.
Gdyby jednak spojrzeć na wartość monet w obiegu, zdecydowanie przoduje pięciozłotówka. Wprawdzie jest ich „tylko” 330 mln, ale ze względu na nominał, daje to wartość 1,65 mld zł. Dla porównania jednogroszówki to tylko 66,6 mln zł. Łącznie w obiegu jest 17,7 mld monet o sumarycznej wartości 4,6 mld zł.
1,25 mld sztuk stuzłotówek
Jeśli chodzi o banknoty, to najwięcej wcale nie jest tych najdrobniejszych. – Zdecydowanie najpopularniejszym banknotem jest 100 zł z wizerunkiem króla Władysława II Jagiełły. Na rynku jest ich 1,25 mld, co stanowi ponad 61 proc. wszystkich banknotów – mówi Bartosz Kucharczyk, ekspert BGŻOptima. – Wartościowo to 125 mld zł, jest to kwota za którą można byłoby kupić 400 tys. mieszkań w Warszawie lub wybudować 2,5-3 tys. kilometrów autostrad – dodaje.
Najwyższy nominał banknotu obiegowego w Polsce to 500 zł z wizerunkiem króla Jana III Sobieskiego. Wprowadzono go do obiegu zaledwie półtora roku temu, do dziś na rynek trafiło ich zaledwie 10 mln sztuk. Łącznie na rynku jest nieco ponad 2 mld banknotów o wartości 202,8 mld zł, gdy zsumujemy to z monetami, otrzymamy 207,4 mld zł.
Słynna Szkoła Orląt w Dęblinie w tym roku przyjęła na studia wojskowe 110 kandydatów – prawie dwukrotnie więcej niż w poprzednich latach. Liczba zgłoszeń rośnie, a na jedno miejsce przypada kilku chętnych. Kandydaci muszą jednak sprostać wyśrubowanym wymogom. Wstępną kwalifikację lotniczo-medyczną przechodzi zaledwie ok. 15 proc. Ci odbywają najpierw długie i wymagające szkolenie, zanim przesiądą się na śmigłowce czy samoloty bojowe. Dęblińska Szkoła Orląt dysponuje jednymi z najnowocześniejszych samolotów szkoleniowych na świecie – kupionymi niedawno Masterami i śmigłowcami SW-4 Puszczyk.
– Maszyny szkoleniowe mają inne parametry niż te przeznaczone do misji bojowych. Takie maszyny mają innych użytkowników – są przeznaczone dla ludzi, którzy jeszcze nie osiągnęli doskonałości w pilotażu, a więc muszą być m.in bardziej ekonomiczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes spółki Leonardo Helicopters, do której należą zakłady śmigłowcowe PZL-Świdnik.
Kandydaci na pilotów w dęblińskiej Szkole Orląt szkolą się między innymi na produkowanych w Świdniku śmigłowcach SW-4 Puszczyk. To lekki śmigłowiec szkoleniowy, o nowoczesnej konstrukcji i niskich kosztach eksploatacji. Dęblińska Szkoła Orląt ma w sumie 24 takie maszyny, na których przyszli piloci uczą się latać w różnych warunkach. Łącznie w służbie Sił Zbrojnych RP jest w sumie ponad 160 śmigłowców wyprodukowanych w Świdniku – z tamtejszych zakładów pochodzi 80 proc. maszyn, które polska armia kupiła w ciągu ostatnich lat.
Jak podaje MON, obecnie w polskim lotnictwie wojskowym do szkolenia samolotowego i śmigłowcowego wykorzystuje się samoloty DA20 i DA42 oraz śmigłowce Guimbal Cabri G2 z Akademickiego Centrum Szkolenia Lotniczego (ACSL) w Dęblinie. Po pomyślnym zakończeniu szkolenia w ACSL piloci realizują szkolenie w 4. Skrzydle Szkolenia Lotniczego na turbośmigłowych samolotach PZL-130 TC-II Orlik i transportowych M-28B w Radomiu, odrzutowych samolotach TS-11 Iskra i M-346 Master oraz śmigłowcach Mi-2 i SW-4 Puszczyk w Dęblinie.
Na optymalizację szkolenia lotniczego przyszłych pilotów pozwoli kupiony w zeszłym roku Zintegrowany System Szkolenia Zaawansowanego AJT z samolotami M-346 Master. W ramach wartego ponad 1 mld zł kontraktu MON zakupił w sumie osiem takich maszyn (do 2020 roku do Polski trafią jeszcze cztery Bieliki w ramach prawa opcji), pakiet logistyczny i informatyczny oraz siedem symulatorów lotów, procedur awaryjnych i katapultowania.
– M-346 to jedna z naszych pereł w koronie. Zakontraktowaliśmy z polskim Ministerstwem Obrony Narodowej 12 takich samolotów szkolno-treningowych. Zgodnie z umową MON będzie mogło dokupić jeszcze 4 maszyny tego typu. Ich sprzedaż prowadzimy w wielu krajach, jest to bardzo perspektywiczny produkt. Stanowi jeden z głównych elementów naszej działalności. Ostatnio zaoferowaliśmy go także w przetargu na nowoczesne maszyny szkoleniowe dla Amerykańskich Sił Powietrznych. Współpracujemy w tym zakresie [w ramach M-346 – red.] również z PGZ, zwłaszcza w Dęblinie. W ramach tej współpracy dokonamy transferu know-how z Włoch do zakładów w Dęblinie. Dzięki temu na wiele lat powstaną tutaj nowe miejsca pracy – dodaje Marco Lupo, wiceprezes Leonardo na region Bałkanów i Europy Wschodniej.
Na odrzutowcach M-346 będą się szkolić przede wszystkim kandydaci na pilotów samolotów wielozadaniowych F-16 (do tej pory musieli przechodzić takie szkolenie w USA). Dzięki temu Siły Powietrzne RP zyskają samodzielność w procesie ich szkolenia.
– Samolot bądź śmigłowiec szkoleniowy powinien być dużo łatwiejszy od docelowej maszyny bojowej, taktycznej, ale jednocześnie wpajać właściwe nawyki, ukierunkowywać. To znaczy, że powinien mieć podobne rozłożenie przyrządów w kabinie, podobną filozofię obsługi podstawowych urządzeń. To, że samoloty szkolne są nieco prostsze, wcale nie jest przeszkodą. Ktoś, kto od razu wsiadłby do tak skomplikowanej maszyny jak samolot bojowy, absolutnie by sobie nie poradził. Zużyłby mnóstwo paliwa i nic by z tego nie było. Dlatego trzeba zaczynać od podstaw, od rzeczy najprostszych – mówi mjr rez. Michał Fiszer, pilot wojskowy.
Statki powietrzne wykorzystywane do szkolenia lotniczego charakteryzują się prostotą pilotażu, ale coraz częściej spotyka się maszyny wyposażone w awionikę typu Glass Cockpit, która pozwala się oswoić z architekturą awioniki stosowaną w większości nowych samolotów.
– Samoloty wykorzystywane w szkoleniu lotniczym powinny odpowiadać charakterystyką samolotom bojowym, na których piloci będą latać w przyszłości. Im bardziej te samoloty będą do siebie podobne, tym łatwiejsze będzie końcowe szkolenie, czyli przesiadka pilota na docelowy typ bojowy, aż uzyska status bojowy combat ready – mówi Jerzy Gruszczyński, redaktor naczelny pisma „Lotnictwo Aviation International”.
Jak podaje Ministerstwo Obrony Narodowej, co roku Siły Zbrojne RP potrzebują około 100 nowych pilotów. Proces ich szkolenia jest długi, wymaga dużych nakładów sił i środków finansowych. Dodatkowo przed kandydatami na pilotów wojskowych są stawiane wyśrubowane wymagania, dotyczące także stanu zdrowia. Tylko niewielki odsetek spełnia surowe kryteria naboru i kwalifikuje się do wymagającego szkolenia.
– Sercem całego systemu szkoleniowego jest samolot bądź śmigłowiec szkolny. Natomiast pozostałe elementy w postaci symulatorów, trenażerów, pomocy szkoleniowych, wirtualnych podręczników czy wirtualnych narzędzi do egzaminowania i szukania słabych miejsc w wiedzy pilota – to również tworzy i wpływa na efektywność systemu szkolenia pilotów – mówi mjr rez. Michał Fiszer.
W tym roku słynna Szkoła Orląt w Dęblinie przyjęła na studia wojskowe 110 kandydatów, w 2017 roku było ich 122. To dwukrotnie więcej niż w poprzednich latach. Liczba podań od osób, które zgłaszają się do dęblińskiej Szkoły Orląt, wykazuje tendencję wzrostową. Największą popularnością cieszy się kierunek lotnictwo i kosmonautyka oraz prowadzone w ramach niego trzy specjalności: pilot samolotu odrzutowego, transportowego oraz śmigłowca (zaraz potem plasują się kierunki nawigacyjne ze specjalnością kontrolera ruchu lotniczego). Na jedno miejsce przypada tu kilku chętnych.
Z systemu ulg oraz zniżek Karty Dużej Rodziny korzysta obecnie 451,7 tys. rodzin wielodzietnych – wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Stale przybywa zarówno rodzin zainteresowanych dołączeniem do programu, jak i partnerów biznesowych, którzy oferują im zniżki. Od 2019 roku nastąpią zmiany w przyznawaniu Kart. Będą mogli je otrzymać także rodzice, którzy kiedykolwiek w przeszłości mieli na wychowaniu co najmniej trójkę dzieci.
– Uznaliśmy, że jest to w pewien sposób niesprawiedliwe, żeby rodziny, które kiedykolwiek wychowały troje dzieci, były wykluczone z tego projektu. Tym bardziej że Karta Dużej Rodziny przysługuje dożywotnio, czyli nie może zależeć od daty wejścia w życie uprawnienia takiego rodzica. Uznaliśmy, że osoby, które kiedykolwiek miały na wychowaniu co najmniej troje dzieci, nawet jeśli teraz mają powyżej 24 lat, również będą mogli się ubiegać o KDR. To rozwiązanie wchodzi w życie od 1 stycznia 2019 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Marczuk, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej.
Otrzymanie Karty Dużej Rodziny jest niezależne od uzyskiwanych przez rodzinę dochodów. O Kartę mogą się ubiegać rodziny z co najmniej trójką dzieci, które nie przekroczyły 18 roku życia lub 25 roku życia w sytuacji, gdy dziecko kontynuuje naukę np. w szkole wyższej, a także bez ograniczeń wiekowych, gdy dziecko ma orzeczenie o umiarkowanym albo znacznym stopniu niepełnosprawności.
Kartę Dużej Rodziny mogą otrzymać także rodzinne domy dziecka oraz rodziny zastępcze. Prawo do jej posiadania przysługuje członkowi rodziny wielodzietnej, który jest obywatelem polskim, oraz cudzoziemcom mieszkającym na terenie Polski na podstawie zezwolenia na pobyt stały lub zezwolenia na pobyt rezydenta długoterminowego Unii Europejskiej.
– Obecnie jest ponad 20 tysięcy punktów, które udzielają zniżek w ramach Karty Dużej Rodziny. Od firm, które oferują artykuły podstawowej potrzeby, przez firmy oferujące usługi zdrowotne, paliwa, aż po te, które oferują przeloty. Wystarczy w sklepach spojrzeć, czy są wywieszki informujące o honorowaniu karty. Najnowszą ofertą zgłoszoną przez partnera jest oferta 10-proc. zniżki w sklepach Lidl. Można obecnie otrzymać tam upust na cały asortyment szkolny – mówi Bartosz Marczuk.
Od 1 sierpnia do projektu przystąpiło PZU, w maju PGNiG. Wśród partnerów są także LOT, dający 10-proc. zniżki na loty, firmy Lotos i Orlen, dające rabat w wysokości 8 groszy na litrze.
– Nieustannie nadzorujemy proces akwizycji partnerów biznesowych do programu. W ubiegłym roku podjęliiśmy decyzję, by to zadanie powierzyć organizacji pozarządowej, którą rozliczamy za efekty. Od tego momentu mamy o blisko 400 proc. więcej partnerów biznesowych w skali roku – podkreśla wiceminister. – Zainteresowanie partnerów jest duże i to cieszy. Z jednej strony dzięki temu rodziny wielodzietne mają lepiej i łatwiej, a z drugiej strony, to buduje dobry wizerunek biznesu.
Od 2018 roku Karta Dużej Rodziny jest bardziej atrakcyjna. Została dostosowana do najnowszych rozwiązań technologii cyfrowej. Chodzi o wprowadzenie dokumentu w formie aplikacji na urządzeniach mobilnych. Z elektronicznej wersji korzysta blisko 128 tys. osób.
– Nie trzeba już mieć plastikowej karty, by korzystać ze zniżek. Można ją mieć w smartfonie. Dodatkowo jest to pierwszy w Polsce pełny e-dokument, który upoważnia nie tylko do zniżki w sklepie, lecz także można go okazać np. w urzędzie paszportowym, kiedy wyrabiamy dziecku paszport. W samej aplikacji są dwie inne użyteczności. Jest tam geolokalizacja miejsc, które dają zniżki, czyli możemy sprawdzić, czy w danej restauracji, hotelu oraz sklepie dostaniemy zniżkę. Poza tym w aplikacji są powiadomienia o nowej ofercie i nowych partnerach, którzy dołączają do Karty Dużej Rodziny – wymienia Bartosz Marczuk.
Karta Dużej Rodziny działa od 2014 roku. Do tej pory wydano ponad 2 mln kart, w tym 1,19 mln dla dzieci.
Średnio co drugie przedsiębiorstwo zgłasza problemy z terminowym uzyskiwaniem należności od swoich kontrahentów, a skala zatorów płatniczych sięga kwoty 26,6 mld zł – wynika z badania BIG InfoMonitor. W takich sytuacjach pomocny jest faktoring, w którym przedsiębiorca dostaje zaliczkę na poczet finansowanych należności. Z tej usługi korzystają przede wszystkim branże, w których zazwyczaj stosuje się wydłużone terminy płatności, takie jak handel, budownictwo, przemysł lekki czy górnictwo.
Jak wynika z badania BIG InfoMonitor z II kwartału br., problemy z uzyskiwaniem należności w ciągu sześciu minionych miesięcy zgłaszało 52 proc. małych i średnich przedsiębiorstw. To powoduje efekt domina – średnio co czwarta firma deklaruje, że na skutek nieuregulowanych należności ze strony kontrahentów sama zalega z płatnościami. Dane pokazują, że płatności przeterminowanych o minimum 30 dni, na kwotę co najmniej 500 zł jest już obecnie 26,5 mld zł, a zaległości dotyczą 227 350 firm. Na opóźnienia skarżą się zwłaszcza firmy handlowe. Faktoring jest rozwiązaniem finansowym, które zabezpiecza firmę prze utratą płynności i pozwala się uporać z problemem zatorów płatniczych.
– Faktoring cieszy się wśród firm coraz większą popularnością. Wzrosty na tym rynku są dwucyfrowe nieprzerwanie od ostatniej dekady. Natomiast wciąż korzysta z niego stosunkowo niewiele firm – jest to nieduży odsetek wszystkich podmiotów gospodarczych. Faktoring jest dostępny tylko dla firm, które mają kontrahentów biznesowych, bo tam występują faktury z odroczonym terminem płatności, ale nawet w tym segmencie penetracja jest stosunkowo niewielka. Jest więc potencjał do utrzymania tych wzrostów przez kolejne lata – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Ananicz, prezes zarządu Faktoramy. – Coraz większa jest też świadomość, czym jest faktoring – nie jest to windykacja ani usługa dostępna tylko dla największych podmiotów. To było chyba główną barierą wzrostu dla tej usługi wśród mikro- i małych firm.
W okresie pomiędzy wykonaniem zlecenia i wystawieniem faktury a otrzymaniem zapłaty firma musi utrzymać bieżącą płynność finansową, a nie każdą na to stać. Brakuje środków własnych, a dodatkowo małe i średnie przedsiębiorstwa często nie spełniają warunków do ubiegania się o kredyt w banku. W takich przypadkach pomocny jest faktoring. Po wystawieniu i zarejestrowaniu faktury przedsiębiorca dostaje zaliczkę na poczet finansowanych należności (nawet do 90 proc. wartości faktury). Po opłaceniu należności przez kontrahenta jest ona przekazywana na rachunek faktora.
– Są branże, które typowo korzystają z faktoringu. To przede wszystkim handel, budownictwo, przemysł lekki, górnictwo. Ich cechą charakterystyczną są długie terminy płatności. Poza tym także firmy, które potrzebują dużego finansowania, czyli mają duże obroty, ale relatywnie niewielkie marże, i które mają kontrahentów stosujących bardzo długie, np. 90-dniowe, terminy płatności. To jest zmorą np. firm usługowych, które nie mają aktywów trwałych w postaci fabryki i innych zabezpieczeń, żeby dostać klasyczny kredyt – mówi Jakub Ananicz.
Faktoring ma kilka przewag nad innymi formami finansowania. Najczęściej jest porównywany z leasingiem albo kredytem obrotowym. Istotne jest, że nie pogarsza on wskaźników zadłużenia firmy. Pieniądze zamrożone w fakturach z odroczonym terminem płatności wypłaca faktor, czyli instytucja, która finansuje fakturę. Nie jest to ujmowane w księgach jako wzrost zadłużenia, a po prostu szybsza spłata. Faktoring to nie jest pożyczka ani kredyt, co może być istotne dla podmiotów, które mają narzucone pewne wskaźniki zadłużenia.
– Faktor zwraca uwagę nie tylko na podmiot, który sprzedaje fakturę, lecz także na to, kto ją płaci. Jest to więc szansa dla wielu małych albo młodych firm, które same nie mają zdolności kredytowej – za to mają wiarygodnych, dużych odbiorców, narzucających długie terminy płatności. W sytuacji, kiedy mamy do czynienia z dużymi i wiarygodnymi odbiorcami, faktor chętnie da finansowanie, nawet jeśli bank odmówił wcześniej kredytu ze względu na zbyt krótką historię działalności czy brak zabezpieczeń – mówi prezes zarządu Faktoramy.
Propaganda oparta na dezinformacji prowadzona na portalach społecznościowych może sterować opinią publiczną i kreować wydarzenia. To staje się coraz częściej wykorzystywanym orężem w cyberwojnie. Jej celem może być uzyskanie dostępu do kluczowych danych i zablokowanie działalności firmy czy całego państwa. Zidentyfikowanie sprawców jest w praktyce niemożliwe – wykorzystują darknet, anonimowe sieci czy zainfekowane komputery.
– Elementy cyberwojny już mamy, ponieważ czy to za pomocą kampanii dezinformacyjnych, czy za pomocą portali społecznościowych pewnego rodzaju akcje są prowadzone. Najbardziej aktywnymi państwami w tym zakresie są Rosja, USA, Chiny, Izrael, ale też Korea – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Nowodworski, architekt bezpieczeństwa, współwłaściciel Immunity Systems.
Niedawno największe media społecznościowe usunęły setki fałszywych kont mające dezinformować użytkowników za pomocą fake newsów. Facebook znalazł 652 takie konta o zasięgu miliona osób, Twitter usunął ich 284. Wszystkie miały tematykę antyizraelską bądź antysaudyjską, stał za nimi głównie Iran i Rosja. Z kolei Microsoft ogłosił, że kilka stron podszywa się pod strony m.in. amerykańskiego Senatu.
– Mamy dwa cele cyberwojny. Pierwszym, podstawowym, jest pozyskanie dostępów do kluczowych zasobów danego państwa i zabezpieczenie sobie tych dostępów na wypadek eskalacji konfliktu. Drugim jest wojna informacyjna czy dezinformacyjna, gdzie próbujemy sterować opinią publiczną w taki sposób, jaki jest nam potrzebny czy dla nas wygodny – mówi Andrzej Nowodworski. – W kontekście ostatnich wyborów w USA i głośnej sprawy, czy Rosjanie mieli wpływ na wyniki wyborów czy nie, nigdy nie będziemy mieli stuprocentowych dowodów, ponieważ zebranie takich dowodów jest niezwykle trudne, a hakerzy dysponują różnymi technikami ukrywania źródła swojej działalności.
Rosja jest oskarżana o próbę wpływania na wyniki wyborów prezydenckich w USA w 2016 roku – poprzez prowadzenie akcji dezinformacyjnych w mediach społecznościowych. Choć prowadzone konta i fanpage nie zachęcały do głosowania na konkretnych kandydatów, umiejętnie podsycały nieporozumienia między konserwatystami i liberałami.
– Doskonałym przykładem jest Cambridge Analytica, firma, która zajmowała się profilowaniem użytkowników Facebooka, wykorzystując dostępne mechanizmy. Opracowany przez nich algorytm tak dobrze profilował, że dobierał specjalnie przygotowaną pod daną grupę reklamę wyborczą. Było to możliwe poprzez wykorzystanie zaawansowanych metod tzw. machine learning czy sztucznej inteligencji, które na podstawie lajków postów z Facebooka są w stanie określić człowieka lepiej, niż on sam siebie zna – tłumaczy ekspert.
Cyberwojna to nie tylko dezinformacja, lecz także ataki hakerów na osoby prywatne, firmy czy systemy państwa. Hakerzy stale udoskonalają metody ataków: wysyłają zainfekowane informacje, podszywają się pod użytkownika sieci, wyłudzając w ten sposób dane lub pieniądze. Tworzą imitację stron internetowych, blokują sieci i obciążają serwery. W ten sposób mogą całkowicie sparaliżować państwo. Przykładem może być atak malware Stuxnet z 2010 roku, który zainfekował maszyny w ośrodku odpowiedzialnym za irańskie testy nuklearne. W efekcie cały irański proces badań nad technologią rozbijania atomu znacznie spowolnił. Pod koniec czerwca 2017 roku z kolei hakerzy włamali się do komputerów w elektrowniach atomowych w Stanach Zjednoczonych.
– Nawet w Polsce w zeszłym roku mieliśmy głośną sprawę ransomware – wirusy Petya i NotPetya. Najbardziej medialnym przykładem była firma Inter Cars, która straciła na kilka dni możliwość sprzedaży części samochodowych. Kampania była wycelowana w Ukrainę, a ponieważ Inter Cars ma swoje oddziały na Ukrainie, to dotknęło także i ich – wskazuje Andrzej Nowodworski. – Analiza tego ransomware wykazała, że intencją było zniszczenie tych danych, zablokowanie firmom i instytucjom dostępu do nich.
W 2017 roku setki tysięcy komputerów na całym świecie zostały zarażone oprogramowaniem WannaCry. Jeszcze groźniejszy okazał się wirus Petya, który blokował komputer, żądając okupu za przywrócenie dostępu. Choć atak pierwotnie był wymierzony w ukraińskie firmy, uderzył w wiele przedsiębiorstw na całym świecie i przyniósł olbrzymie straty finansowe. Maersk, największy na świecie operator morskiego transportu kontenerowego, poinformował, że atak kosztował go ok. 300 mln dol.
– Znajdowanie sprawców cyberataków jest niezwykle skomplikowane, ponieważ atakujący przeważnie dysponują infrastrukturą, która zaciera ślady. Mamy np. sieć Tor, która daje poczucie anonimowości, mamy botnety i poszczególne komputery z tych botnetów są wynajmowane, by były źródłem ataku. Jest szereg mechanizmów, które ukrywają atakującego. Z drugiej strony dysponujemy coraz większą mocą obliczeniową i jesteśmy w stanie analizować coraz więcej danych w krótkim czasie, więc pewne dowody poszlakowe możemy uzyskać – ocenia Andrzej Nowodworski.
Prawie połowa Polaków robi zakupy rozsądnie, aktywnie szukając i korzystając z różnego rodzaju promocji – wynika z badań AdRetail „Smart Okazje. Zwyczaje zakupowe Polaków”. Coraz popularniejszą alternatywą dla tradycyjnych rabatów czy kart lojalnościowych jest moneyback, czyli zwrot części wartości dokonanych zakupów. Klienci, którzy kupują online, mogą dzięki niemu zaoszczędzić nawet do kilku tysięcy złotych w skali roku.
– Moneyback, czyli zwrot części pieniędzy za zakupy online, to internetowa magia, perpetuum mobile smart shoppingu – mówi agencji Newseria Biznes Jan Sikora, założyciel platformy Planet Plus. – Smart shopping dopiero się u nas zakorzenia i Polacy zaczynają dostrzegać, że podobnie jak w przypadku kodów rabatowych, promocji czy zniżek mogą otrzymać dodatkowy zwrot pieniędzy w postaci moneybacku. Jest naprawdę spora grupa osób, które szukają okazji, aby kupować taniej.
Moneyback to zwrot części wydatków za zakupy w sklepach internetowych. Jest atrakcyjną i coraz popularniejszą alternatywą dla zniżek czy programów lojalnościowych. Kiedy użytkownik zrobi zakupy, część wartości transakcji jest zwracana na jego kartę płatniczą lub konto PayPal. Zazwyczaj jest to od jednego do kilkunastu procent wartości zakupu. Forma płatności nie ma tu znaczenia – zwrot jest realizowany zarówno od płatności kartą, jak i od płatności gotówką przy odbiorze.
– Korzyści jest wiele, zarówno dla e-sklepów, jak i dla użytkowników. Sklep ma gwarancję, że dany produkt z półki bądź z magazynu zostanie sprzedany w odpowiedniej cenie. My odpowiadamy za to, żeby zapewnić tę sprzedaż. Sklep płaci nam za to prowizję, którą dzielimy się z użytkownikami w formie moneybacku. Użytkownik jest zadowolony, że produkt, którego szuka, może kupić taniej i na dodatek z częściowym zwrotem pieniędzy. Jesteśmy w sytuacji potrójnego win-win-win – mówi Jan Sikora.
Planet Plus jest modelem biznesowym dobrze znanym w Europie i popularnym choćby w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, natomiast w Polsce pojawił się stosunkowo niedawno. Platforma, która działa blisko trzy lata, ma już ponad 600 tys. użytkowników i współpracuje z ponad tysiącem sklepów online, wśród których są e-commerce’owi liderzy (m.in. Allegro, Empik, Answear, Frisco.pl, Pyszne.pl, Douglas, MediaMarkt, Grupon, Eobuwie.pl czy AliExpress).
– Jesteśmy w tej chwili największą firmą w Europie Środkowo-Wschodniej, która oferuje moneyback, natomiast widzimy, że pojawiają się inne, które naśladują to, co robimy. To tylko pokazuje, jak bardzo ten rynek jest jeszcze niezagospodarowany. W Wielkiej Brytanii jest pięć takich dużych firm. Dwie największe to Quidco i Top Cashback, które współpracują z ponad 3 tys. retailerów i de facto to one dyktują warunki na rynku moneyback w tym regionie. W Polsce jesteśmy dopiero na początku tej drogi – mówi Jan Sikora.
Hasłem Planet Plus jest „Nagradzanie za kupowanie”. Po bezpłatnej rejestracji i zalogowaniu się na platformie użytkownik musi wyszukać interesujący go sklep online, do którego zostanie przekierowany za pomocą linku. Po zrobieniu zakupów i dokonaniu płatności zwrot części transakcji automatycznie pojawi się na jego koncie w ciągu 24 godzin. Po uzbieraniu minimum 20 zł można je wypłacić na wskazane konto bankowe lub konto PayPal.
Za pośrednictwem platformy można zrobić zakupy m.in. w sklepach z branży odzieżowej, kosmetycznej, AGD i RTV, skorzystać z usług branży ubezpieczeń, bankowości i finansów, a nawet zrobić zakupy spożywcze. Informacje o historii zakupów, ilości zaoszczędzonych pieniędzy, ofertach dnia i specjalnych promocjach, które łączą się z moneybackiem są dobrze widoczne w panelu klienta, po zalogowaniu.
Model biznesowy Planet Plus korzysta na rosnącej popularności zakupów w sieci. Jak wynika z danych Gemiusa, przez internet kupuje już co drugi konsument (56 proc.), a Polska jest jednym z najprężniej rozwijających się rynków e-commerce w Europie.
– Oferujemy moneyback w ponad tysiącu sklepów, z którymi współpracujemy. Są to marki rozpoznawalne, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Najlepszą formą reklamy jest internet i nieinwazyjne reklamy targetowane dla osób, które naprawdę szukają promocji i będą z nich korzystać, a nie zakładać kolejne puste konto. Klienci mają świadomość, jak duża jest wartość procentowa moneybacku, który mogą uzyskać – mówi założyciel Planet Plus.
Smart shopping, czyli sprytne i przemyślane zakupy, to trend, który wśród polskich konsumentów zyskuje dużą popularność. Jak wynika z badania AdRetail „Smart Okazje. Zwyczaje zakupowe Polaków”, już prawie połowa (43 proc.) deklaruje, że regularnie korzysta z różnego rodzaju promocji i aktywnie ich poszukuje. Natomiast 23 proc. korzysta z serwisów i aplikacji z kuponami rabatowymi. Według badań przeprowadzonych przez GfK Polonia smart shopping uprawia blisko 50 proc. Polaków.
Już wkrótce mogą pojawić się w pełni autonomiczne łodzie. Istnieją już jachty, które samodzielnie cumują. Trwają prace nad stworzeniem bezzałogowych łodzi, które mogłyby przewozić ludzi po amsterdamskich kanałach. Pierwsze autonomiczne łodzie mogą powstać w Polsce. Rodzimy przemysł jachtowy należy do najnowocześniejszych na świecie. Zaawansowane są prace nad napędem elektrycznym czy solarnym jachtów. Do produkcji wykorzystywane są superlekkie materiały, dzięki którym łodzie poruszają się znacznie szybciej.
– Polskie firmy są w czołówce światowego przemysłu pod względem prac nad napędem jachtów, zarówno żaglowych, jak i motorowych. Mowa o tradycyjnych napędach, jak również o coraz bardziej popularnych napędach elektrycznych i solarnych. Mamy wszystkie najnowocześniejsze technologie, jak technologia infuzji, worka próżniowego czy stosowanie włókna węglowego. Eksperymenty już mamy za sobą i w najbliższych latach polski przemysł jachtowy będzie chciał zaskoczyć światowy rynek w tym zakresie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michał Bąk, sekretarz generalny Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych.
Polska należy do czołówki pod względem produkcji nowoczesnych i innowacyjnych łodzi. Były one wielokrotnie nominowane i nagradzane w najbardziej prestiżowych konkursach na świecie. Na rynku łodzi pojawiają się jachty motorowe napędzane energią słoneczną, hybrydy, czy jachty o napędzie elektrycznym. Mazurskie testy przeszedł już np. jacht motorowy „Solarny Podróżnik”, czyli Calipso 23, gdzie dach nad kokpitem został pokryty fotowoltaicznymi panelami, a silnik spalinowy został zastąpiony elektrycznym. Takich łodzi będzie przybywać.
– Przede wszystkim nacisk jest kładziony na to, żeby nowoczesne napędy były przyjazne środowisku, dlatego wiele pracy w tej chwili pochłaniają eksperymenty nad różnego rodzaju napędem elektrycznym, również różnego rodzaju hybrydy, które są stosowane na istniejących napędach spalinowych, ale pozwalających przełożyć pracę również na tę część elektryczną – mówi Michał Bąk.
Nowoczesne łodzie są też znacznie bardziej wytrzymałe, a jednocześnie lżejsze niż jeszcze kilka lat temu. Pozwala na to zastosowanie nowych materiałów do produkcji. Choć wciąż jeszcze dominuje laminat, polskie stocznie chętnie eksperymentują.
– Mamy stocznie, które produkują kadłuby z włókna węglowego, a żagle z najnowocześniejszych materiałów, które pozwalają jachtom żaglowym płynąć jeszcze szybciej. Te technologie w dzisiejszym świecie są bardzo mocno związane z ochroną środowiska, także pod względem warunków pracy. Zastosowanie nowych technologii, chociażby infuzji, pozwala zredukować dostęp do szkodliwych substancji wytwarzających się podczas procesu produkcyjnego – wskazuje sekretarz Polboat.
Materiały używane przy produkcji sprawiają, że jachty są coraz lżejsze. Nowe technologie pozwalają też śmielej myśleć o w pełni autonomicznych łodziach. Prace nad ich stworzeniem trwają, w Polsce – według nieoficjalnych wskazań – są już nawet na bardzo zaawansowanym etapie.
– Próbujemy uruchomić program budowy łodzi autonomicznych przy współpracy placówek naukowych, jednostek administracji rządowej i oczywiście polskiego przemysłu jachtowego, który tak naprawdę ma wszystko, żeby te łodzie autonomiczne jako pierwsi na świecie zrobić. Trzymamy kciuki, aby tak się stało – mówi Michał Bąk.
Na świecie pojawiają się już pierwsze jachty, które do niektórych manewrów nie potrzebują nadzoru człowieka. Nowy jacht Volvo ma np. funkcję automatycznego cumowania. Wystarczy aktywować system. Z kolei Amsterdam Institute for Metropolitan Solutions chce sprawdzić możliwości wykorzystania w mieście autonomicznych jednostek pływających. Takie łodzie mogłyby nie tylko przewozić ludzi po miejskich kanałach, lecz na ich bazie można byłoby też tworzyć tymczasową infrastrukturę.
– Idea łodzi autonomicznych łączy się z promocją wodniactwa. Wiele osób, które nigdy nie miały możliwości żeby spróbować swoich sił na wodzie, nie wie czy będzie to dla nich przyjemność, czy będzie to dla nich wyzwanie, któremu nie będą mogły sprostać. Jeżeli chodzi o łodzie autonomiczne, tak jak w samochodach autonomicznych, które już istnieją, ten element ryzyka, że nie damy rady tą łodzią sterować, gdzieś odchodzi na dalszy plan i zostaje już czysta przyjemność z żeglowania – podkreśla ekspert.
Z szacunków Grand View Research wynika, że globalny rynek łodzi rekreacyjnych osiągnie w 2025 roku wartość 51,5 mld dol.
Sztuczna inteligencja coraz szerzej wkracza do internetowego handlu. Sam e-commerce przekształca się już w smart-commerce. Wykorzystanie sztucznej inteligencji oraz stosowanie wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości pozwala na dokładne dopasowanie oferty do potrzeb klienta. Nowe technologie mogą pomóc zbudować przywiązanie do marki, sztuczna inteligencja podpowie produkty, a asystent głosowy pozwoli robić zakupy bez użycia rąk.
– Smart commerce to ewolucja e-commerce, czyli technologii, które pomagają sprzedawać w internecie. Sklepy internetowe wiedzą już, że handel w internecie nie polega już tylko na wystawianiu produktu do sklepu, lecz także na wdrożeniu wielu dodatkowych elementów, które pomagają w tej sprzedaży, czy to poprzez przyciąganie ruchu do tej strony, personalizację informacji na temat produktu na stronie, czy to dostępności sklepu w kanale v-commerce – interakcji z e-sklepem opartym na głosie. To cała otoczka, która sprzyja temu, żeby klient był cały czas w kontakcie ze sklepem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Gibas, prezes Kogifi.
Wykorzystywanie najnowszych narzędzi technologicznych, takich jak sztuczna inteligencja czy rozszerzona i wirtualna rzeczywistość, jeszcze do niedawna było domeną największych graczy na rynku e-commerce. Obecnie jednak zdecydowana większość sklepów online korzysta z rozwiązań nowych technologii. To konieczne, by utrzymać i przyciągnąć klientów.
– Jednym z elementów, które mają zapewnić technologii element inteligencji („smart”), to oczywiście rozszerzenie jej o sztuczną inteligencję opartą na głębokim uczeniu maszynowym po to, żeby informacje, jakie są wyświetlane klientowi, były jak najbardziej dopasowane do jego preferencji i potrzeb. Dodatkowo jej połączenie z elementami internetu rzeczy pozwala na tworzenie interakcji w świecie realnym, np. pomaga odnaleźć drogę w galeriach handlowych, czy już w sklepie doprowadza do interesujących nas produktów. Zastosowań jest mnóstwo – przekonuje Tomasz Gibas.
Uczenie maszynowe czy rozszerzona rzeczywistość to jedne z najważniejszych obszarów w e-handlu. Bazują na algorytmach, pozwalają na rekomendację produktów, dostosowanie wyników wyszukiwania czy prognozowanie cen. Rozwiązania IoT są coraz szerzej wykorzystywane nie tylko w e-commerce. Testowane są już rozwiązania, które śledzą drogę klienta w centrach handlowych i sprawdzają, jakie produkty oglądają najczęściej. Nowe technologie wykorzystywane są też w inteligentnych lustrach – przymierzając ubranie, klientowi wyświetlane są inne produkty, które mogą go zainteresować.
– W smart commerce istotną rolę gra rozszerzona rzeczywistość oraz rzeczywistość wirtualna, która pozwala klientowi dokładnie zapoznać się z oferowanymi produktami. W ten sposób można zobaczyć produkty nie tylko na monitorze, ale bezpośrednio na biurku lub przez telefon komórkowy w rzeczywistości rozszerzonej czy po założenia hełmu – w rzeczywistości wirtualnej – wskazuje ekspert.
Zakupy w internecie stają się coraz szybsze, a obsługa klienta jest tam często znacznie lepsza niż w tradycyjnych sklepach. To możliwe dzięki np. chat botom, które pomagają w zakupach, doradzając np. powiązane produkty. Według Gemiusa ponad połowa Polaków robi już zakupy w internecie, a według badania „Zakupy Polaków w internecie”, przygotowanego na zlecenie Trusted Shops, aż 93 proc. polskich internautów kupuje online. Przy dużej konkurencji e-sklepów wybiorą ten, który w możliwie największy sposób ułatwi im zakupy.
– Produktów są setki, jeżeli nie tysiące, i trudno czasami jest wyszukać konkretny model czy rodzaj produktu, odpowiadający naszym potrzebom. Sztuczna inteligencja jest w stanie po zebraniu kilku informacji na temat poszukiwanej rzeczy podpowiedzieć coś, co będzie nam odpowiadać, robiąc to w mgnieniu oka – tłumaczy prezes Kogifi.
Zakupy można też zrobić poprzez polecenia głosowe. Voice Commerce to stosunkowo młody trend, pozwala na zakupy dokonywane za pomocą głosu. Takie rozwiązanie sprawdza się już na całym świecie, dzięki smart głośnikom Google Home z Asystentem Google czy Amazon Echo dostarczanym przez Amazona, które zawierają rozwiązanie asystenta głosowego Alexa.
–Technologicznych trendów jest mnóstwo, sam e-commerce mocno ewoluuje i ten proces będzie tylko przyspieszał. Do jego tradycyjnych elementów dołączają te związane ze sztuczną inteligencją, internetem rzeczy, rozszerzoną rzeczywistością, ale także z voice commerce, czyli dodatkowym kanałem interakcji opartym na komendach głosowych. Wydaje mi się, że jest to obecnie jeden z najbardziej obiecujących interfejsów do obsługi zakupów, pozwalający na szybki dostęp do e-sklepu i usprawnienie całego procesu sprzedaży, przy okazji pozwalając zachować użytkownikowi wolne ręce – przekonuje Tomasz Gibas.
W Stanach Zjednoczonych już 57 proc. osób mających smart speaker dokonało za jego pośrednictwem transakcji w internecie (dane Edison Research). W Polsce voice commerce jest jeszcze mało popularny, bo brakuje polskich wersji asystentów głosowych.
Według firmy badawczej eMarketer, globalny rynek e-commerce w 2020 roku będzie wart 4 bln dol.
Firmy pożyczkowe działające w sieci wzbudzają szereg przeróżnych emocji. Z pewnością jednak wiele z nich odniosło sukces i pomogło klientom na terenie całej Polski. Dobrze jest więc wiedzieć, co jest faktem, a co mitem na temat szybko rozwijającej się branży pożyczek internetowych.
Świadomość klientów rośnie – fakt
Choć pożyczki internetowe same w sobie wzbudzają dużo emocji, coraz więcej klientów podejmuje swe decyzje na podstawie niezbitych faktów. Z tego powodu rosnącą popularnością cieszą się profesjonalne porównywarki, dzięki którym znacznie szybciej i prościej można podjąć optymalną decyzją.
Dobrym przykładem jest Matchbanker.pl, czyli cyklicznie aktualizowana porównywarka, która zdążyła już osiągnąć spory sukces na polskim rynku. Korzystanie z takich porównywarek jest popularne w wielu europejskich krajach, czego przykładem może być portal Matchbanker.no, który wspiera Norwegów w podejmowaniu decyzji pożyczkowych.
Parabank to synonim firmy pożyczkowej – mit
Wielu ludzi nie odróżnia instytucji pożyczkowych od parabanków, co bywa szkodliwe dla tych pierwszych. Parabanki to podmioty, które imitują banki. Zajmują się między innymi zbieraniem depozytów od klientów, celem ich pomnażania. Ich działalność czasem wzbudza jednak kontrowersje, szczególnie wtedy, gdy klienci tracą zainwestowane pieniądze.
Firmy pożyczkowe online zaś zajmują się wyłącznie pożyczaniem środków. Oznacza to, że nie można korzystać z ich usług celem pomnażania majątku. Nierozważne korzystanie z usług tych firm może jednak powodować kłopoty finansowe, związane z narastającym zadłużeniem. Natomiast jeśli z usług firm pożyczkowych korzysta się odpowiedzialnie, jest to bezpieczne.
Założenie firmy pożyczkowej to gwarancja sukcesu – mit
Wielu przedsiębiorców zastanawia się nad inwestycją w biznes związany z pożyczaniem pieniędzy przez Internet. Rzeczywiście kilka firm osiągnęło wielki sukces w tej branży. Cały czas pojawiają się nowe podmioty, które także chcą wykorzystać rosnący popyt na pożyczki online.
Trzeba jednak pamiętać, że otworzenie firmy pożyczkowej wiąże się ze sporymi kosztami i ryzykiem. Założenie tego biznesu i odpowiednia reklama mogą pochłonąć setki tysięcy, a nawet miliony złotych. Nie ma też żadnej gwarancji, że osiągnie się sukces, ponieważ konkurencja rynkowa jest silna, a w dodatku otoczenie prawne jest dość niestabilne.
Rynek pożyczkowy będzie się rozwijał – fakt
Przewidywanie przyszłości i zachowania rynków bywa trudne. W przypadku branży pożyczek online wiele jest jednak przesłanek, które wskazują na to, że ten rynek będzie daje się rozwijał. W większości przypadków firmy pożyczkowe generują duże zyski, a klienci są zadowoleni z ich usług, ponieważ umożliwiają one pożyczanie pieniędzy znacznie prościej niż banki.
Wielu analityków przewiduje zaś, że najszybciej będzie się rozwijał segment pożyczek społecznościowych, czyli takich, w których zarówno pożyczkodawcą, jak i pożyczkobiorcą są osoby prywatne.
Oprocentowanie pożyczek online jest horrendalne -mit
Przyglądając się RRSO ofert internetowych instytucji pożyczkowych, można się zdziwić, albowiem czasami jest ono ogromne, zaś w innych przypadkach jego wysokość jest równa zeru procentom.
Przepisy regulujące działalność instytucji pożyczkowych są dość restrykcyjne, a duże znaczenie ma np. tzw. ustawa antylichwiarska. Zgodnie z prawem w każdej ofercie musi być podana przykład reprezentatywny z razem z wysokością RRSO. Daje to klientom możliwość dogłębnego zrozumienia kosztów, jakim będą obarczeni po zaciągnięciu danej pożyczki.
W drugim kwartale br. PKB wzrósł o 5,1 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku – podał GUS we wstępnym szacunku.
Gospodarka pracuje na najwyższych obrotach. W drugim kwartale żaden kraj w Unii Europejskiej nie rozwijał się w takim tempie. Ale tak wysokiego tempa wzrostu PKB w kolejnych kwartałach już nie zobaczymy.
Motorem napędowym wzrostu gospodarczego był popyt krajowy, który wzrósł w drugim kwartale o 4,8 proc., ale był niższy niż w pierwszym kwartale br. Szybciej rosło spożycie ogółem. W drugim kwartale zwiększyło się o 4,8 proc. (wobec 4,5 proc. w pierwszym kwartale).
Konsumpcja będzie w tym roku dalej napędzała gospodarkę. Polacy nie boją się utraty pracy, popyt na pracowników ze strony firm jest ogromny. Szybko rosną wynagrodzenia. Gospodarstwa domowe optymistycznie oceniają swoją kondycję finansową, nie boją się wydawać pieniędzy. Konsumpcji sprzyjają transfery socjalne, czyli m.in. program „Rodzina 500 plus”, wyprawka szkolna 300 plus. oraz niskie stopy procentowe, które raczej skłaniają do wydawania pieniędzy a nie oszczędzania.
W drugim kwartale rozczarowały jednak inwestycje. W pierwszym powiększyły się w ujęciu rocznym o 8,1 proc., w drugim, zamiast przyspieszyć, spowolniły do 4,5 proc. Prywatne polskie firmy wręcz zmniejszają nakłady inwestycyjne. Gdyby nie inwestycje publiczne, głównie samorządów, wzrost mógłby być jeszcze niższy.
Na osłabienie skłonności firm do inwestowania mogą wpływać coraz większe problemy z zatrudnianiem nowych pracowników. Niedobór pracowników może hamować rozwój przedsiębiorstw i całych branż, np. budownictwa. Już teraz przyczynia się do przyspieszenia wzrostu płac, ograniczania przez firmy przyjmowania nowych zleceń, rezygnowania przez nie z udziału w przetargach, odkładania na później decyzji o nowych inwestycjach.
Na pewno inwestycjom nie sprzyjają zapowiedzi wprowadzenia kolejnych obciążeń, które zwiększą koszty działalności gospodarczej. Od nowego roku ma być wprowadzony m.in. exit tax, zmienią się zasady rozliczania samochodów zakupionych w leasingu, zniesiony ma być limit odpowiadający 30-krotności średniego wynagrodzenia, powyżej którego najlepiej zarabiający nie płacą składek na ubezpieczenie emerytalno-rentowe, ruszy program pracowniczych planów kapitałowych. Przedsiębiorcy zaczynają żyć w atmosferze niepewności i zagrożenia.
Wydawało się, że negatywny wpływ na tempo wzrostu PKB będzie miało saldo handlu zagranicznego. W pierwszym kwartale, eksport netto pomniejszył PKB o 1,2 pkt proc. Tymczasem w drugim kwartale saldo handlu zagranicznego powiększyło PKB o 0,5 pkt proc. Jeśli w kolejnych miesiącach przyspieszy gospodarka Niemiec, gdzie trafia już prawie 28 proc. naszego eksportu, to eksporterzy na tym zyskają.
W drugiej połowie roku trudno będzie utrzymać 5 proc. wzrostu PKB. Jeszcze w trzecim kwartale tempo wzrostu gospodarczego może zbliżyć się do tego poziomu, ale w czwartym kwartale będzie już wyraźnie niższe.
Autor komentarza: Zbigniew Maciąg, ekspert ekonomiczny Konfederacji Lewiatan
Amica, największy polski producent dużego AGD, ma za sobą kolejny okres sprawozdawczy z rosnącą skalą działalności, która przekłada się na rekordowe 2.774,4 mln PLN skonsolidowanych przychodów za ostatnie cztery kwartały. W samej pierwszej połowie bieżącego roku Grupa Amica zaksięgowała 1.319,3 mln PLN przychodów, co oznacza wzrost o 10% w ujęciu rok do roku.
Wojciech Kocikowski, Wiceprezes Zarządu ds. Finansowych w Amica S.A.
– Jest to efekt konsekwentnej ekspansji geograficznej i produktowej Grupy Amica, które przełożyły się na wzrost sprzedaży we wszystkich regionach, szczególnie w Europie Zachodniej i na południu kontynentu. W szczególności w ujęciu rok do roku pozytywnie na przychody wpłynęło konsolidowanie od II kw. 2017 roku francuskiej spółki dystrybucyjnej Sideme, której przejęcie sfinalizowaliśmy pod koniec marca zeszłego roku – komentuje Wojciech Kocikowski, Wiceprezes Zarządu ds. Finansowych w Amica S.A.
Niestety, marże znalazły się kolejny kwartał pod presją. To efekt m.in. konsolidowania kosztów przejętej spółki Sideme, wzrostu cen nabywanych towarów i kosztów ich transportu, a także wzrostu kosztów produkcji, w tym wynagrodzeń. Co więcej, negatywnie na marże wpłynął również wzrost udziału towarów w miksie produktowym, które z zasady charakteryzują się niższymi marżami. Jednocześnie przed rokiem wsparciem dla wykazanej rentowności było jednorazowe przeszacowanie wartości zapasów produktów. W rezultacie w całym pierwszym półroczu Grupa Amica wypracowała 367,2 mln PLN zysku brutto na sprzedaży (+1% rdr), co oznacza spadek marży na tym poziomie o 2 pkt. proc., do 27,8%. Wynik EBITDA zniżył się o 17% rdr, do 84,0 mln PLN, co oznacza spadek marży na tym poziomie o 2 pkt. proc. do 6,4%. W tym samym tempie zniżyła się marża zysku operacyjnego – do 4,4%, 578 mln PLN. Wypracowany zysk brutto spadł o 18% rdr, do 52,2 mln PLN.
– Cieszą nas efekty oszczędnościowe zautomatyzowanego magazynu wysokiego składowania przy fabryce we Wronkach, jak również pozytywnie oceniamy efekty uruchomionych inicjatyw proefektywnościowych i prowadzonej polityki cenowej. Niemniej, w minionym półroczu przeważyły czynniki o charakterze negatywnym, a wypracowane wyniki znalazły się poniżej naszych oczekiwań – mówi Wiceprezes Wojciech Kocikowski.
Warto zauważyć, że Grupa Amica, realizując ekspansję sprzedażową oraz prowadząc znaczne inwestycje we wzrost mocy produkcyjnych, stabilnie utrzymuje bezpieczne wskaźniki zadłużenia i płynności. Na koniec marca posiadała blisko 45 mln PLN gotówki i jej ekwiwalentów, a wskaźnik zadłużenia netto wobec EBITDA LTM pomimo przejściowego wzrostu długu po przejęciu Sideme i spadku wyniku EBITDA znajduje się na bezpiecznym poziomie – poniżej 1,4x.
Sierpniowy odczyt PMI nie dość, że okazał się niższy o 1,6 pkt. od oczekiwań rynkowych, to wyniósł „zaledwie” 51,4 pkt., tj. najmniej od października 2016 r. Zwracamy jednak uwagę, że odczyt ten nadal wskazuje na wzrost produkcji i wydłuża bieżącą tendencję wzrostową w przemyśle do 47 miesięcy z rzędu.
Na słabszą produkcję wpływ miała m.in. mniejsza liczba nowych zamówień, których tempo wzrostu było najniższe od 22 miesięcy. Uwzględniając wyłącznie nowe zamówienia eksportowe, mamy do czynienia z dynamiką najgorszą od lipca 2014 r.
W sierpniu producenci kontynuowali zwiększanie zatrudnienia, którego tempo było najniższe od 9 miesięcy. Wynikiem gorszych zamówień i wzrostu zatrudnienia było zmniejszenie się zaległości produkcyjnych.
Zdaniem IHS Markit presje cenowe pozostawały dalej silne i przedsiębiorcy nadal zwracali uwagę na wyższe ceny stali.
W raporcie PMI wskazano na „dobre” prognozy na najbliższe 12 miesięcy dla polskiego sektora przemysłowego, co wynika z nowych produktów i inwestycji w maszyny. Niemniej jednak poziom optymizmu był drugim najniższym od 21 miesięcy.
Sierpniowy odczyt PMI wpisuje się w nasze poglądy na polski przemysł. Naszym zdaniem trudno będzie utrzymać silne wzrosty w produkcji, ale z drugiej strony nie oczekujemy gwałtownego załamania.
Piotr Ludwiczak, Zarządzający funduszem, Michael/Ström Dom Maklerski
Zmiana jest coraz mocnej wpisana w życie zawodowe, niezależnie od stanowiska czy obszaru specjalizacji. Model jednej pracy na całe życie raczej należy już do poprzedniej dekady. Nowe pokolenie często i chętnie zmienia stanowiska i firmy.
Długi staż pracy w jednej firmie, a nawet wiązanie się z pracodawcą na całe zawodowe życie kiedyś stanowiło normę, a obecnie coraz częściej traktowane jest jako zagrożenie dla kariery zawodowej. Zmiany pracy pomagają uniknąć rutyny i wypalenia zawodowego. Krótszy czas pracy w jednej firmie jest również konsekwencją rosnącej popularności pracy projektowej i kontraktowej, dzięki której specjaliści są angażowani do pracy przy konkretnym zadaniu.
Pozostawanie przez wiele lat w jednej firmie może ograniczać dostęp do różnorodnych możliwości. Pracownicy przez lata zajmujący to samo stanowisko albo pełniący jedną rolę w organizacji przez dłuższy czas, są również coraz mniej atrakcyjni dla pracodawców. Zwłaszcza w branżach charakteryzujących się wysoką częstotliwością i zakresem zmian, gdzie od kandydatów oczekuje się zdolności adaptacyjnych oraz aktualnej wiedzy specjalistycznej.
– Pracodawcy coraz częściej chętni są, żeby zatrudniać osoby, które niekoniecznie spełniają wszystkie kryteria, ale są gotowe do tego, żeby się wyszkolić. Z kolei osoby młodsze, mniej doświadczone coraz częściej zwracają uwagę na to jakimi projektami mają się zajmować, z jakimi osobami będą pracować, w jakim otoczeniu, w jakim biurze. – mówi Marta Aserigadu, ekspert Hays Poland.
Dla firm, które nie chcą lub nie mogą borykać się z dużą rotacją, niezmienne dobrym sposobem jest zatrudnianie absolwentów i zapewnienie im dalszego rozwoju w strukturze organizacji. Dzięki temu wraz z wydłużeniem stażu pracy oraz nabywaniem nowych kompetencji, zatrudnieni zmieniają stanowiska i zakres swoich obowiązków. Pracownik może poznać firmę i sprawdzić się w różnych obszarach działalności organizacji, dzięki czemu zdobywa różnorodne doświadczenie, umiejętności i kompetencje – cenne również dla pracodawcy. Od firny wymaga to jednak odpowiedniej struktury – dającej możliwości awansu oraz zapewnienia ciągłego rozwoju, wyzwań, a także atrakcyjnego wynagrodzenia i oferty świadczeń dodatkowych. Koniecznością staje się także zapewnienie pracownikom elastycznego i komfortowego środowiska pracy, indywidualnego traktowania oraz dostępu do zaawansowanych technologicznie narzędzi pracy. Warto też wziąć pod uwagę czynniki najważniejsze dla specjalistów rozważających zmianę pracy.
Również sami pracownicy coraz chętniej decydują się na zmianę pracodawcy. Chcą, żeby wykonywana praca miała sens, poczucie wspólnoty oraz przekonanie, że realizowane zadania przyczyniają się do czegoś ważnego. Istotny jest przełożony i zespół, z przynależności do którego możemy być dumni. Na znaczeniu zyskują też świadczenia dodatkowe oraz czynniki wpływające na jakość pracy i życia. Ważna jest równowaga pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym, elastyczność oraz możliwości awansu, kariery oraz szkoleń i rozwoju. Ambitni pracownicy chcą zdobywać wiedzę i doświadczenia, które pozwolą im awansować i pozyskiwać kolejne kompetencje.
Złoty ma pod górkę. Z jednej strony czynniki wewnętrzne, a więc słaby PMI dla przemysłu, z drugiej kumulacja niekorzystnych czynników na rynkach światowych. CHF umacnia się na szerokim rynku w związku z obawami dotyczącymi Włoch. Italia jest bliska spadku ratingu do poziomu śmieciowego w związku z brakiem reform fiskalnych. Wrzesień może należeć do dolara jeśli napięcie na szerokim rynku się utrzyma. Inwestorzy boją się wprowadzenia kolejnych ceł przez USA tym razem na kwotę 200 mld USD. PMI i słowa Barniera dołują funta.
Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 03.08.2017-03.09.2018
Para walutowa
EUR/PLN
CHF/PLN
USD/PLN
GBP/PLN
Minimum
4,2530
3,6770
3,6353
4,6990
Maksimum
4,3340
3,8500
3,8300
4,8580
Kurs euro EUR/PLN
EUR/PLN testował dzisiaj psychologiczny opór na poziomie 4.30. Próba jednak zakończyła się fiaskiem i doszło do korekcyjnego cofnięcia. Słabszy moment krajowej waluty dzisiaj to pokłosie słabych danych PMI. Odczyt dla przemysłu wyniósł zaledwie 51,4 pkt, przy prognozie ponad 53. Wynik był najniższy od prawie 22 miesięcy. Co może martwić? To, że nie jest to jednorazowy spadek, bo również poprzedni wynik mocno rozczarował. Pogłębienie spadku więc powoli zaczyna wyglądać dość niepokojąco. Patrząc szerzej widać, że spowolnienie w strefie euro zaczyna także docierać i do nas. Może to spowodować wyhamowanie wzrostu PKB nawet jeszcze w 2018 roku. Jest to póki co jednak temat na później. Teraz o kształcie złotego decydują czynniki zewnętrzne. Problemy Argentyny czy Turcji powodują napięcie na rynkach i dodają siły dolarowi. Co w efekcie przekłada się na słabszego złotego. Jeśli dołożymy do tego możliwość wprowadzenia ceł przez USA na Chiny w kwocie 200 mld USD to niestety mamy za dużo argumentów przeciwko ewentualnemu odreagowaniu złotego. Stąd możemy oczekiwać rozszerzenia konsolidacji na EUR/PLN gdzieś do przedziału 4,25-4,35.
Kurs franka CHF/PLN
CHF/PLN znajduje się dość wysoko patrząc na ostatnie dni. Dzisiaj został przebity poziom 3,80 i wcale nie powiedziane, że to koniec tego ruchu wzrostowego. W obliczu całej masy zagrożeń na świecie frank szwajcarski jako bezpieczna przystań zyskuje. EUR/CHF znalazł się już dzisiaj w pobliżu 1,1250 więc poziomach niewidzianych od ponad roku. Głównej przyczyny takiej sytuacji należy szukać nie w Turcji czy Argentynie ale na Półwyspie Apenińskim. W weekend Fitch obniżył perspektywę ratingu Włoch do poziomu BBB z dalszym kierunkiem negatywnym to raptem dwa poziomy powyżej poziomu śmieciowego. Do tego dzisiejszy PMI dla Italii wypadł na poziomie 50,1 a więc praktycznie na granicy między wzrostem a recesją w gospodarce. To, że dość egzotyczna koalicja przysporzy kłopotów strefie euro wiedzieli wszyscy i nieco zamiatali to pod dywan. Brak reform fiskalnych i znikomy wzrost gospodarczy spowoduje, że Włochy stają się najsłabszym ogniwem strefy euro. A oczywiście nowy rząd o oszczędzaniu nie chce słyszeć więc w niedalekiej przyszłości konflikt z UE jest niemal pewny. A stąd jak wiemy niedaleka droga do tematu opuszczenia Italii eurozony. I patrząc na kurs EUR/CHF widac ten strach inwestorów. Stąd oczekujemy dalszej presji wzrostowej na parze CHF/PLN i testu ostatnich maksimów.
Kurs dolara USD/PLN
Można powiedzieć, że dolar w najbliższym czasie tańszy już nie będzie. Wydawało się, że ruch korekcyjny w górę na parze EUR/USD potrwa nieco dłużej i pociągnie w dół tym samym USD/PLN, ale czynniki globalne zrobiły swoje. Nieco gołębi Fed tylko na chwilę okazał się wsparciem dla sprzedających dolara. Problemy Turcji i Argentyny, do tego obawa o nowe cła dla Chin w pokaźnej kwocie 200 mld USD zrobiły swoje i pokierowały kurs głównej pary do poziomów bliskich wsparciu a więc 1,15. Można wiele mówić na temat Trumpa ale swoje sukcesy w wojnie handlowej ma. Ostatnio do takich należy choćby korzystniejsze porozumienie z Meksykiem i pewnie niebawem z Kanadą. Turcja również ma o wiele słabsze karty co pokazuje choćby słabnąca nadal lira do dolara. Praktycznie USA tylko z jednym światowym graczem mają problem, a więc Chinami. Wydaje się jednak, że i tutaj azjatycki kraj w końcu ustąpi pola. Efekt polityki to również wzrost nieufności do krajów rozwijających się a więc Argentyny, Brazylii czy RPA. Wrzesień powinien więc należeć do amerykańskiej waluty, inflacja stopniowo rośnie do tego Fed w spokojnym tempie zaostrza politykę monetarną. A Europa ma swoje problemy, które jasno pokazują dzisiejsze kiepskie PMI. Wydaje się więc, że USD/PLN powinien w tym otoczeniu prodolarowym podążać w kierunku maxa z połowy sierpnia.
Kurs funta GBP/PLN
Złotówka osłabiła się do większości głównych walut z wyjątkiem funta. Brytyjska waluta znów pozostaje pod sporą presją spadkową. Zdecydowały dwa tematy. Po pierwsze weekendowe wypowiedzi Michaela Barniera członka Komisji Europejskiej o tym, że nie zgadza się na propozycje Theresy May w kwestii przyszłej polityki handlowej. Do tego widać wewnętrzne tarcia w Wielkiej Brytanii na temat przyszłych stosunków handlowych. Po drugie fatalnie wypadły dzisiejsze dane o PMI dla przemysłu, które są na poziomie najniższym od dwóch lat. Obie wiadomości to oczywiście spory argument za sprzedażą funta. Generalnie można więc powiedzieć, że złoty w relacji do funta ma szansę kontynuować ruch spadkowy. Ale jest jedno ale dla takiego scenariusza. A mianowicie wprowadzenie ceł przez USA na kwotę 200 mld wymierzonych w Chiny spowoduje wzrost napięcia na rynkach i tym samym ucieczkę od kapitału z rynków wschodzących a w tym wypadku złoty straci na całej linii także do funta.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Pojawia się coraz więcej prognoz PKB dla Polski na rok 2019. Mają one w zasadzie jedną wspólną cechę: sugerują, że będzie gorzej niż obecnie. Ale jak bardzo? Poniżej prezentujemy wstępną predykcję z modelu ExMetrix prognozującego na trzy półrocza w przód. Obejmuje ona zatem rok 2019. Z prognozy tej wynika zmniejszenie dynamiki PKB do 3.9%. To scenariusz bardziej optymistyczny nie tylko od przyjętego w założeniach do budżetu na rok 2019 (3.8%), ale i od prognoz generowanych obecnie przez wiele instytucji:
Dynamika PKB w kolejnych trzech półroczach według najnowszego modelu ExMetrix (aktualne dane wejściowe, reestymowane parametry strukturalne) wygląda następująco:
Z odczytów z tego modelu możemy ustalić również spodziewany w tej chwili poziom PKB dla Polski w roku 2018, który jest nieco wyższy niż szacowany i opublikowany przez nas w grudniu 2017 (4.4%) – wynosi 4.65%
Poniżej przypominamy nasze dotychczasowe publikacje oszacowań PKB, także na tle oszacowań publikowanych w tych samych okresach przez inne podmioty.
Prognoza obejmująca pierwsze półrocze 2019. Publikacja – maj 2018.
Prognoza na rok 2018 opublikowana w grudniu 2017 r. Dla porównania – prognozy innych podmiotów publikowane w listopadzie i grudniu 2017 r.
Oczekiwana dynamika PKB z modelu prognozującego na trzy półrocza w przód – publikowana w grudniu 2017 r.
Na koniec porównanie naszych prognoz na lata wcześniejsze z innymi oszacowaniami:
W minionym tygodniu wśród inwestorów ponownie pojawiły się obawy przed rozprzestrzenianiem się kryzysu walutowego. Po dość długim okresie przerwy, tureckie rynki zostały ponownie otwarte, po czym lira znów poszybowała w dół.
W środku tygodnia znacznemu osłabieniu uległo peso argentyńskie. Waluta Argentyny doświadczyła gwałtownych spadków po tym jak kraj zwrócił się do Międzynarodowego Funduszu Walutowego z prośbą o przyspieszenie wypłaty programu pomocowego. Najbardziej sytuację tę odczuły waluty krajów latynoamerykańskich. Wyprzedaży doświadczyła większość z nich. Pewnym wyjątkiem był real brazylijski, który wprawdzie osłabił się, jednak odrobił większość strat po interwencji banku centralnego.
Waluty krajów G10 pozostały względnie stabilne w obliczu rosnącej niepewności. Wyjątkiem były: frank szwajcarski – umocnił się dzięki inwestorom szukającym mniejszego ryzyka, oraz dolar australijski, który osłabił się na wieść o podwyższeniu przez krajowe banki oprocentowania hipotek.
Najbliższy tydzień przyniesie serię istotnych danych makroekonomicznych dla Stanów Zjednoczonych. W piątek opublikowany zostanie raport o rynku pracy, na którym skupi się uwaga większości inwestorów. Istotne będą również nowe dane o deficycie handlowym oraz wskaźnik ISM dla sektora przemysłu. W tym tygodniu zostanie również opublikowany projekt włoskiego budżetu. Pozwoli on oszacować, w jakim stopniu koalicja rządowa będzie skłonna do konfrontacji z instytucjami Unii Europejskiej.
PLN
Ubiegły tydzień przyniósł osłabienie polskiego złotego. Polska waluta największe spadki odnotowała w relacji do franka szwajcarskiego i funta brytyjskiego. Złotemu w minionym tygodniu nie sprzyjał m.in. powrót obaw o sytuację w krajach EM (w szczególności w Argentynie i Turcji), wyprzedaż argentyńskiego peso i liry tureckiej, jak i słabość wspólnej europejskiej waluty. Kurs GBP/PLN istotnie zyskiwał również ze względu na wewnętrzną siłę funta, którego wspierał nieco większy optymizm strony europejskiej związany z informacjami, że Wielkiej Brytanii ostatecznie może udać się osiągnąć porozumienie z UE przed końcem roku.
Ubiegły tydzień przyniósł dane o inflacji w Polsce w sierpniu. Podobnie jak miesiąc wcześniej, dynamika cen wyniosła 2% w ujęciu rocznym i była w pełni zgodna z oczekiwaniami. Ciekawsza od danych o inflacji była rewizja szacunku ekspansji polskiej gospodarki w drugim kwartale br. Nowy szacunek był zbliżony do wstępnych danych, polska gospodarka na przestrzeni trzech miesięcy wzrosła realnie o 5,1% w ujęciu rocznym. Głównym silnikiem polskiej gospodarki pozostaje konsumpcja, której dynamika lekko pozytywnie zaskoczyła, wynosząc 4,9% r/r. Mocno rozczarował natomiast wzrost inwestycji, który wyniósł 4,5% r/r i był o połowę niższy od szacunków konsensusu ekonomistów.
Najważniejszym odczytem z Polski z tego tygodnia jest dzisiejszy indeks PMI dla przemysłu w sierpniu, którego publikacja rozczarowała. Aktywność w polskim przemyśle jest najniższa od końcówki 2016 r. W tym tygodniu warto zwrócić uwagę również na spotkanie Rady Polityki Pieniężnej, które odbędzie się w środę. Ważniejsza od samej decyzji RPP będzie oczywiście konferencja prasowa po spotkaniu.
GBP
W zeszłą środę główny negocjator ws. Brexitu ze strony Unii Europejskiej, Michel Barnier, obiecał Wielkiej Brytanii „niespotykane dotychczas partnerstwo”. Tym samym funt brytyjski otrzymał paliwo do umocnienia, które naszym zdaniem powinno doprowadzić do zamykania krótkich pozycji na brytyjskiej walucie, co docelowo powinno wesprzeć funta. W tym tygodniu brytyjski parlament ponownie rozpocznie dyskusję w kwestii Brexitu. Jakiekolwiek pozytywne wieści o stanie negocjacji w połączeniu z dobrymi odczytami wskaźników aktywności biznesowej (które zostaną opublikowane w pierwszej części tygodnia) mogą wpłynąć na wyraźne umocnienie szterlinga. Obecny poziom kursu waluty sugeruje bowiem, że rynki spodziewają się czegoś zbliżonego do tzw. “twardego” Brexitu.
EUR
Dane ekonomiczne dla strefy euro publikowane w ubiegłym tygodniu były dość mieszane. Ankiety Ifo, przeprowadzane wśród niemieckich inwestorów wskazały na poprawę sentymentu, w rezultacie umacniając wspólną europejską walutę. Niedługo potem jednak publikacja danych o inflacji rozczarowała, nie sprzyjając euro. Jeżeli nie zobaczymy wyraźnego trendu wzrostowego dynamiki cen zmierzającej w kierunku celu inflacyjnego EBC, bank centralny może zwlekać z podwyżkami stóp procentowych.
W oczekiwaniu na wrześniowe spotkanie EBC planujemy przyjrzeć się pierwszej propozycji budżetu włoskiej koalicji rządowej. W momencie pisania tego komentarza, istnieją pewne sygnały sugerujące, że planowany deficyt nie powinien przekroczyć 3-procentowego limitu, wyznaczonego przez UE. Jeśli tak rzeczywiście będzie, może to wesprzeć wspólną europejską walutę.
USD
W obliczu niewielu wieści gospodarczych jak i politycznych, dolar amerykański reagował na rosnącą awersję do ryzyka. Osłabienie liry tureckiej oraz silne spadki peso argentyńskiego skłoniły inwestorów do zakupu walut uznawanych za bezpieczne. Tym samym USD umocnił się względem walut gospodarek wschodzących – natomiast patrząc na waluty G10, dolar amerykański wypadł mniej więcej pośrodku stawki. Najbliższy tydzień powinien zapewnić Rezerwie Federalnej sporo informacji istotnych z perspektywy polityki monetarnej. Szczególnie wartościową publikacją będzie wspomniany wyżej raport o rynku pracy. Konsensus ekonomistów zakłada, że wzrost wynagrodzeń trzeci miesiąc z rzędu wyniesie 2,7% w ujęciu rocznym. Pozytywna niespodzianka w tej kwestii powinna wesprzeć dolara amerykańskiego.
Zamiast szybkiego załatwienia sprawy jest długie oczekiwanie na połączenie z konsultantem. Niejednokrotnie zajmuje ono nawet po 2 godziny i więcej. To scenariusz znany wielu przedsiębiorcom, którzy w ostatnich tygodniach zamierzali skorzystać z telefonicznego Centrum Pomocy Systemów Informatycznych Sądów Powszechnych. Ministerstwo Sprawiedliwości, odpowiedzialne za nadzór, tłumaczy się, że stopień skomplikowania udzielanych porad wydłuża czas rozmów. Średnio trwają ponad 35 minut, co ma wpływ na tworzące się zatory. Problem dostrzegają też pracownicy infolinii, którzy regularnie informują o tym przełożonych. Według ekspertów, nie ma wyjścia, infolinia musi działać sprawniej i mieć więcej pracowników. Zwracają też uwagę na to, że obecnie na jednego pracownika przypada ponad 50 tys. podmiotów. Resort słucha tych opinii i dokonuje zmian. Do obsługi interesantów przydzielił 6 dodatkowych etatów, które obecnie czekają na obsadzenie. Ponadto plany zakładają szerszą centralizację zasobów IT, co powinno skutecznie zniwelować trudności.
Problemy z obsługą
Z myślą o przedsiębiorcach powstało Centrum Wsparcia. Z założenia jego pracownicy mają udzielać pomocy technicznej przy obsłudze portalu S24. Umożliwia on składanie przez Internet wniosków zmianowych dla spółek z o.o., jawnych i komandytowych zarejestrowanych drogą elektroniczną. Ponadto pozwala na złożenie sprawozdań finansowych. Infolinia działa od poniedziałku do piątku w godzinach 7:30-15:30. Liczne przykłady z końcówki lipca oraz pierwszej połowy sierpnia świadczą o tym, że konieczne są zmiany w jej funkcjonowaniu. Dzwoniący wówczas pod numer telefonu (71) 748 96 00 musieli długo oczekiwać na rozmowę z konsultantem, czasem nawet ponad 2 godziny. Kolejka liczyła bowiem kilkanaście, a niekiedy kilkadziesiąt osób.
– Podjęliśmy już działania, aby wyeliminować problemy dotyczące zbyt długiego czasu oczekiwania na połączenie z konsultantem. Do obsługi infolinii przydzielonych zostało 6 dodatkowych etatów. Obecnie trwają nabory na te stanowiska, co powinno znacznie przyspieszyć pozyskiwanie informacji przez interesantów. Zwracamy przy tym uwagę na to, że stopień skomplikowania udzielanych konsultacji powoduje, iż jedna taka rozmowa telefoniczna trwa średnio ponad 35 minut – informuje Jan Kanthak, rzecznik prasowy Ministra Sprawiedliwości.
Z kolei adwokat Jakub Bartosiak podkreśla, że czas przedsiębiorcy jest cenny. Trudno nic nie robić przez godzinę lub dłużej i czekać na połączenie z konsultantem. Oczywiście, można się czymś zająć, ale to mocno dekoncentruje. Ciągle trzeba być w oczekiwaniu i mieć ułożone w głowie, o co zapytać, kiedy nagle rozpocznie się rozmowa. Ekspert zakłada, że pewne informacje są potrzebne tu i teraz, a nie np. za tydzień. Ponadto, jeśli sprawa dotyczy złożenia sprawozdania finansowego, to nikt nie może tego zrobić w imieniu właściciela firmy, nawet wyznaczeni pełnomocnicy. Kiedyś to było możliwe, ale zmieniono przepisy.
– Nie wyobrażam sobie, żebym jako przedsiębiorca czekała na połączenie dłużej niż 10 minut, bo po prostu nie mam na to czasu. Jeżeli znalazłabym się w takiej sytuacji, to z pewnością szukałabym pomocy w firmach doradztwa podatkowego czy kancelariach prawnych. Podobnie postąpiliby moi partnerzy biznesowi. Przy tak długiej kolejce nie nazwałabym infolinii Centrum Wsparcia – mówi dr Grażyna Majcher-Magdziak, jedna z założycielek Business Center Club.
Natomiast Krzysztof Michrowski, wspólnik w Michrowski Bartosiak Family Office, stwierdza, że ten kanał komunikacji nie funkcjonuje sprawnie z kilku powodów. Prawdopodobnie jedną z przyczyn jest bardzo duża liczba interesantów dzwoniących po wsparcie merytoryczne. Infolinia nie służy jednak do tego, żeby uzyskiwać pomoc prawną, tylko zgłaszać sprawy związane z problemami technicznymi. Ekspert zauważa także, że wszyscy interesanci dzwonią pod jeden zbiorczy numer telefonu oczekując w kolejce bez względu na zgłaszany problem. Należałoby więc już na wstępie umożliwić wskazanie tematyki poprzez tonowe wybranie numeru wewnętrznego. W praktyce zdarzało się też, że po długim oczekiwaniu, kiedy przedsiębiorca był już pierwszy lub drugi w kolejce, następowało zerwanie połączenia.
– Przedsiębiorca, który nie mógł uzyskać potrzebnych informacji, powinien sporządzić notatkę urzędową. Należy opisać próbę dodzwonienia się, wskazując datę i godzinę, a także napotkane problemy, np. rozłączenie. Wówczas dana osoba jest w stanie to wyjaśnić w przypadku kontroli czy zastrzeżeń urzędu, dlaczego popełniła wykazany błąd. Ale może też natrafić na bardzo nieprzyjemnego urzędnika, który powie, że trzeba było zająć się sprawą wcześniej i wziąć pod uwagę ewentualność nieprawidłowego działania takiego czy innego centrum pomocy – ostrzega adwokat Bartosiak.
Będzie lepiej?
Resort zapowiada wdrożenie zmian. Potwierdza to Jan Kanthak i jednocześnie zapewnia, że w celu usprawnienia działania infolinii prowadzone są również przygotowania do szerszej centralizacji zasobów IT. Obejmują one świadczenie pomocy telefonicznej. Kroki te, wraz ze zmianą sposobu zarządzania procesem wsparcia, umożliwią dostosowanie jakości, zakresu oraz czasu świadczenia usługi do rzeczywistych potrzeb przedsiębiorców.
– Warto ustalić, z jakiego rodzaju sprawami dzwonią przedsiębiorcy. Jeżeli wiele osób kontaktuje się z tym samym problemem, to można coś czytelniej opisać, zamieścić tutorial np. na YouTube, zmienić formularz czy zmodyfikować jakąś instrukcję postępowania. Resort powinien pomyśleć o prostszym rozwiązaniu, żeby za każdym razem pracownik infolinii nie prowadził rozmowy przez pół godziny, bo często to strata czasu dla obu stron. W 5 czy 10 minut można przedstawić proces działania, co zainteresowany powinien zrobić, ewentualnie jakie dokumenty złożyć w danym przypadku – dodaje Jakub Bartosiak.
Według dr Majcher-Magdziak, nie ma znaczenia, czy resort utworzy 5 razy więcej stanowisk dla konsultantów, czy też wydłuży godziny pracy infolinii. Liczy się efekt końcowy, czyli zapewnienie przedsiębiorcom sprawnej obsługi. Biorąc pod uwagę, że na jednego pracownika infolinii przypada obecnie aż 50 tys. firm, zmiany w organizacji muszą być poważne.
– Obecny rząd stawia na małych i średnich przedsiębiorców. Działanie portalu eKRS jest niewątpliwie ukłonem w ich stronę. Ma przyspieszyć procesy zakładania spółek, składania sprawozdań finansowych i obsługi administracyjnej. Sądzę, że w tym kontekście możemy oczekiwać poprawy funkcjonowania portalu i infolinii wsparcia technicznego, a problemy z jego działaniem zostaną ostatecznie rozwiązane, m.in. ze względu na naciski przedsiębiorców i nagłośnienie sprawy przez media – podsumowuje Krzysztof Michrowski.
Najmniejsze miejskie samochody mają na naszym rynku ustabilizowaną pozycję – przede wszystkim ze względu na swoją cenę, która rzadko przekracza kwotę 40 tys. zł. Co więcej, producenci coraz lepiej wyposażają już podstawowe odmiany tych modeli – na liście akcesoriów niewymagających dopłaty często można znaleźć klimatyzację, system audio czy światła w technologii LED.
Toyota Aygo
Toyota Aygo
Toyota Aygo to najpopularniejszy samochód segmentu A nie tylko w Europie, ale również w
Polsce. Zwinny „japończyk” wyprzedza swoich konkurentów i ma w naszym kraju 30-procentowy udział w rynku małych modeli. Ceny debiutującej w tym roku najnowszej odmiany tego modelu zaczynają się od 36 900 zł. Pod maską znajduje się 1-litrowa jednostka o powiększonej do 72 KM mocy. Współpracuje ona z 5-biegową manualną skrzynią biegów lub ze zautomatyzowaną przekładnią x-shift. Średnie spalanie wynosi od 4,1 litra na 100 km.
Na liście wyposażenia najtańszej odmiany znalazł się między innymi niewymagający dopłaty pakiet Comfort, w skład którego wchodzi manualna klimatyzacja oraz system audio z AUX, USB i 2 głośnikami. Dopłaty nie wymagają również światła do jazdy dziennej i tylne światła pozycyjne LED, a także światła główne w technologii projektorowej.
Suzuki Celerio
Suzuki Celerio
Ceny tego modelu zaczynają się od 39 900 zł. W tym przypadku pod maską samochodu znajduje się silnik o pojemności jednego litra, a napęd przekazywany jest za pomocą 5-biegowej manualnej skrzyni biegów. Zgodnie ze specyfikacją średnie spalanie w cyklu mieszanym to 4,3 litra na 100 km.
Na liście wyposażenia niewymagającego dopłaty znajdują się między innymi światła do jazdy dziennej, wspomaganie ruszania na wzniesieniu, manualna klimatyzacja oraz radio CD z MP3, dwoma głośnikami i Bluetooth.
Citroen C1
Najtańsza odmiana tego modelu kosztuje od 36 650 zł. Samochód ten oferowany jest z silnikiem benzynowym o pojemności 1 litra (72 KM) oraz z manualną skrzynią biegów o 5 przełożeniach. W ofercie występuje również automat. Oficjalne dane mówią o zużyciu paliwa w cyklu mieszanym na poziomie 4,1 l/100 km.
Zgodnie z cennikiem najtańsza odmiana tego modelu wymaga dopłaty na poziomie 800 zł za montaż radia MP3 z 2 głośnikami, a manualna klimatyzacja to koszt 3 200 zł.
Fiat Panda
Włoski maluch startuje od 34 600 zł. Pod maską najtańszej odmiany znajduje się jednostka benzynowa o pojemności 1,2 litra i mocy 69 KM. Napęd przekazywany jest na koła przednie poprzez manualną skrzynię biegów o 5 przełożeniach. W ofercie nie występuje automatyczna skrzynia biegów. Średnie spalanie w cyklu mieszanym to 5,2 l/100 km.
W przypadku bazowej wersji przystosowanie do montażu radia to koszt na poziomie 450 zł, a system audio CD/MP3 kosztuje 1 000 zł. Manualna klimatyzacja z filtrem pyłkowym jest dostępna za 4 000 zł.
Hyundai i10
Hyundai i10
Najmniejszy „koreańczyk” kosztuje zgodnie z cennikiem podstawowym od 40 200 zł. Najtańsza wersja wyposażeniowa tego modelu ma pod maską silnik benzynowy o pojemności 1 litra i mocy 66 KM. Średnie spalanie tej jednostki to 5,1 l/100 km. W ofercie znajduje się manualna skrzynia biegów o 5 przełożeniach oraz 4-biegowy automat.
W podstawowej odmianie nie występuje klimatyzacja ani system audio. Cennik przewiduje jednak pakiet specjalny za 3 900 zł – na jego liście znajduje się manualna klimatyzacja, radio, regulacja wysokości fotela kierowcy oraz lusterka i klamki w kolorze nadwozia.
Kia Picanto
Kia Picanto
Drugi na liście koreański model zaczyna się zgodnie ze standardowym cennikiem od kwoty 39 900 zł. Samochód napędza benzynowa jednostka o pojemności jednego litra i mocy 67 KM. W tym przypadku napęd przekazywany jest za pomocą 5-biegowej manualnej skrzyni biegów. Zgodnie z oficjalnymi danymi średnie spalanie w cyklu mieszanym to 4,9 litra na 100 km.
Standardowe wyposażenie najtańszej odmiany obejmuje między innymi manualną klimatyzację i audio MP3 z 2 głośnikami, a także Bluetooth z zestawem głośnomówiącym do telefonu.
Opel Adam
Opel Adam
Ceny tego modelu zaczynają się od 43 500 zł. Pod maską samochodu znajduje się silnik o pojemności 1 litra i mocy 90 KM. Napęd przekazywany jest poprzez manualną skrzynię biegów o 6 przełożeniach. Średnie spalanie wynosi wg oficjalnych danych 4,3 litra na 100 km.
Na liście wyposażenia podstawowej odmiany znajduje się radio z 4 głośnikami i złączem AUX. Klimatyzacja manualna występuje w wyższej wersji wyposażeniowej – w tym przypadku system audio ma również złącze USB i Bluetooth.
Renault Twingo
Renault Twingo
Samochód startuje zgodnie z cennikiem standardowym od kwoty 36 600 zł. Najtańsza odmiana wyposażona jest w silnik benzynowy o pojemności 1 litra i mocy 70 KM. Średnie spalanie w cyklu mieszanym wynosi 5,5 litra na 100 km. Napęd przekazywany jest za pomocą manualnej skrzyni biegów o 5 przełożeniach.
Producent wyposażył samochód w instalacje do montażu radia, a za 3 000 zł można doposażyć samochód w manualną klimatyzację i radioodtwarzacz z pilotem.
Skoda Citigo
Skoda Citigo
Najtańsza pięciodrzwiowa odmiana tego modelu zaczyna się zgodnie z cennikiem od 38 400 zł. Samochód napędza jednolitrowa jednostka benzynowa o mocy 60 KM, a napęd przekazywany jest za pomocą 5-biegowej skrzyni manualnej. Zgodnie z oficjalnymi danymi średnie spalanie to 4,5 litra na 100 km.
W przypadku tej odmiany dopłaty nie wymaga manualna klimatyzacja, a na liście znalazło się radio CD, MP3 z wejściem USB i 2 głośnikami. Auto zostało również wyposażone w światła do jazdy dziennej LED.
VW up!
VW up!
Najmniejszy niemiecki model zaczyna się zgodnie ze standardowym cennikiem od 39 040 zł. Samochód pod maską ma silnik benzynowy o pojemności 1 litra i mocy 60 KM. Napęd przekazuje 5-biegowa skrzynia przekładniowa.
Samochód został wyposażony między innymi w światła do jazdy dziennej LED. Dopłaty wymaga klimatyzacja i system audio. Ta pierwsza została wyceniona na 1 540 zł, a radio z 2 głośnikami na 1 440 zł.
Jedna z trzech największych agencji ratingowych świata obniża perspektywę kredytową Włoch. Indeks PMI dla Polski niespodziewanie negatywnie zaskoczył rynki.
Spada perspektywa ratingu Włoch
Agencja ratingowa Fitch obniżyła perspektywę kredytową Włoch. Jest to jedna z trzech największych takich organizacji na świecie. Rynki zareagowały na razie dość spokojnie, gdyż była to obniżka perspektywy a nie ratingu. W obecnej sytuacji jednak można się na kolejnym przeglądzie spodziewać obniżki ratingu. Co spowodowało, że agencja patrzy nieprzychylnie na Włochy? Po pierwsze dług publiczny do PKB wynosi 132% i jest jednym z najwyższych wskaźników na świecie, w Europie ustępuje jedynie Grecji. Po drugie nowa koalicja wcale nie daje gwarancji, że nie zwiększy zadłużenia. Co więcej mówi się o zwiększeniu świadczeń socjalnych. Już teraz rating Włoch wg. agencji Fitch jest o dwa poziomy niższy niż Polski. Ważniejsze jest jednak to, że jeżeli spadnie o jeszcze dwa poziomy straci kategorię inwestycyjną. Gdyby do tego doszło można spodziewać się spadków euro a co za tym idzie złotego. Najwięcej w takim scenariuszu powinien tracić do franka szwajcarskiego.
Perspektywy polskiej gospodarki słabną
Indeks PMI dla przemysłu jest najniższy od niemal dwóch lat. Jest to wskaźnik wyznaczany na podstawie badań ankietowych pokazujący poziom optymizmu wśród menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia. Im mniej optymistycznie patrzą w przyszłość tym niższy odczyt. Wynik 51,4 punktu jest na szczęście powyżej kluczowej granicy 50 punktów. To ona rozdziela większość odpowiedzi pozytywnych od negatywnych dzieląc tym samym oczekiwania rozwoju od recesji. Złotówka nie reagowała na te dane, ale należy zwrócić, że polska waluta jest po kilku dniach istotnych spadków. Dane dla Unii Europejskiej okazały się z kolei dokładnie zgodne z oczekiwaniami.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych ważne dane z Europy podawane były rano, z kolei w USA i Kanadzie mamy dzisiaj święto pracy będące dniem wolnym w obydwóch państwach.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Nie ma uniwersalnego przepisu na rozwój innowacyjności dla wszystkich regionów. Głównym czynnikiem rozwoju jest wprawdzie ich potencjał gospodarczy, na który składa się wiele czynników, m.in.: stopień rozwoju przemysłu, dostępność zaplecza edukacyjnego i kapitału ludzkiego czy udział kapitału zagranicznego. Według rankingu „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów”, w czołówce województw o największym potencjale innowacyjności utrzymują się: mazowieckie, małopolskie oraz pomorskie.
– Raport „Index Millenium” przygotowujemy już od trzech lat. Badamy w nim potencjał regionów pod względem innowacyjności w oparciu o sześć zmiennych. Liderami innowacyjności są regiony będące dużym ośrodkiem miejskim i biznesowym. Na pierwszych dwóch miejscach znalazło się województwo mazowieckie oraz małopolskie – mówi Grzegorz Maliszewski, Główny Ekonomista Banku Millennium.
Regiony, w których ulokowanych jest wiele zakładów produkcyjnych, muszą inwestować w innowacyjne rozwiązania, aby utrzymać swoją konkurencyjność. Duża liczba uczelni wyższych oznacza natomiast dostęp do wykwalifikowanych kadr. Aby utrzymać dobrych pracowników region musi z kolei oferować dostęp do atrakcyjnej i dobrze płatnej pracy, dobrą infrastrukturę i zaplecze mieszkaniowe.
Dla rozwoju innowacyjności znaczenie ma również polityka regionalna – dostęp do dotacji, stwarzanie możliwości współpracy biznesu i nauki, finansowanie działalności badawczo-rozwojowej i innowacyjnej oraz ulgi podatkowe dla firm podejmujących taką działalność.
Wiele województw wspiera rozwój tzw. inteligentnych specjalizacji czyli regionalnych sektorów gospodarki, które mają potencjał rozwojowy. Są to w zależności od województwa np. energia zrównoważona, technologie informacyjne, elektrotechnika, ale również turystyka i przemysł maszynowy, a także przemysły kreatywne oraz czasu wolnego.
– Ciekawą informacją z tegorocznej edycji badania jest awans województwa pomorskiego do ścisłej czołówki, zajmuje trzecie miejsce. Uwagę zwraca wyraźnie awans województwa opolskiego, które w zestawieniu awansowało o trzy lokaty oraz województwa łódzkiego, które poprawiło pozycję o dwa oczka – komentuje Grzegorz Maliszewski.
Wiele z czynników wpływających na wzrost innowacyjności regionu to jednak czynniki lokalne. Niektóre regiony mają lepsze położenie geograficzne niż inne (np. z dostępem do dużych dróg lub tras międzynarodowych), na ich terenie znajduje się większa liczba uczelni wyższych, dominuje w nich przemysł albo rolnictwo. Biorąc pod uwagę te uwarunkowania, każde z województw musi opracować „przepis na innowacyjność” samodzielnie – uwzględniając lokalną specyfikę i dostępne środki do rozwoju innowacyjności.
Najniższy potencjał innowacyjności mają województwa warmińsko-mazurskie, lubuskie oraz świętokrzyskie. W dużym stopniu jest to związane z faktem, że są to małe ośrodki akademickie i biznesowe, w związku z tym trudniej jest im ten potencjał budować.
Ministerstwo Sprawiedliwości ujawniło nowy projekt ustawy nakładający na podmioty zbiorowe surowe kary za przestępstwa lub przestępstwa skarbowe. Wykrycie nieprawidłowości w przedsiębiorstwie może wkrótce skutkować nie tylko wysokimi karami finansowymi, ale także jego likwidacją oraz przepadkiem mienia na rzecz Skarbu Państwa – czyli nacjonalizacją.
Celem nowelizacji ustawy z dnia 25 maja 2018 r. o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary i zmianie niektórych ustaw jest – zgodnie z jej uzasadnieniem – zwiększenie skuteczności karania podmiotów zbiorowych, zwłaszcza w zakresie walki z przestępczością gospodarczą i skarbową. Ustawa ma odnosić się przede wszystkim do przedsiębiorców i zastąpić aktualnie obowiązującą ustawę (źródło: Rządowe Centrum Legislacji).
Za mało karania
W uzasadnieniu zmian Ministerstwo Sprawiedliwości argumentuje, że prowadzi się zbyt mało spraw wobec podmiotów zbiorowych. W 2013 r. złożono ich w sądach 26, rok później 31, a w 2015 r. już tylko 14. Według analiz Ministerstwa, o nieefektywności obowiązującej ustawy decyduje również wysokość nakładanych kar.
Wina anonimowa
Na drodze do częstszego karania przedsiębiorstw stoi tzw. prejudykat. Do przypisania odpowiedzialności podmiotowi zbiorowemu za czyn zabroniony konieczne jest najpierw uzyskanie wyroku skazującego za przestępstwo osobę fizyczną, której działanie lub zaniechanie zrodziło odpowiedzialność podmiotu zbiorowego. Ministerstwo chce to zmienić, wprowadzając zasadę winy anonimowej. Zakłada ona, że do przypisania odpowiedzialności podmiotowi zbiorowemu wystarczy wykazanie w toku postępowania, że nastąpiło popełnienie czynu zabronionego, bez wskazywania konkretnego sprawcy, będącego osobą fizyczną.
Wyższe kary
Obowiązująca ustawa z dnia 28 października 2002 r. o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary, wskutek ograniczenia zawartego w art. 7, dopuszcza wymierzenie podmiotowi zbiorowemu kary finansowej w granicach od 1 tys. do 5 mln zł, „nie wyższą jednak niż 3% przychodu osiągniętego w roku obrotowym, w którym popełniono czyn zabroniony będący podstawą odpowiedzialności podmiotu zbiorowego” (Dz.U. z 2002, nr 197, poz. 1661). Właśnie to procentowe ograniczenie, zdaniem pomysłodawców projektu, należy znieść w pierwszej kolejności. Ministerstwo podnosi, że uzależnianie wymiaru kary od wysokości przychodów deprecjonuje jej walor represyjny w sytuacji niewykazania przez podmiot przychodów lub wykazania ich małej wielkości, podczas gdy w rzeczywistości poziom jego aktywów pozostaje wysoki. Nowelizacja ustawy ma zabezpieczyć faktyczne nakładanie wysokich kar nie tylko poprzez zniesienie limitu procentowego przychodów. Projekt zakłada wprost, zmianę dolnej i górnej granicy orzekanych kar finansowych, i to zdecydowanie. Pierwszą podnosi aż 30-krotnie, z 1 tys. do 30 tys. zł, drugą, górną, do kwoty 30 mln zł.
Likwidacja przedsiębiorstwa i jego nacjonalizacja
Kara finansowa od 30 tys. zł do 30 mln zł to tylko jedna z sankcji, jaka ma być orzekana wobec podmiotu zbiorowego. W projektowanym art. 16 ww. ustawy obok kary finansowej znajdują się bowiem jeszcze kary rozwiązania lub likwidacji podmiotu. W art. 17 zawarto katalog środków karnych. Pośród takich represji jak: zakaz promocji lub reklamy prowadzonej działalności, zakaz ubiegania się o zamówienia publiczne czy obowiązek naprawienia szkody lub zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, znajdują się również: zakaz prowadzenia działalności gospodarczej określonego rodzaju, a przede wszystkim przepadek mienia lub korzyści majątkowych albo ich równowartości. Ten ostatni środek karny przypomina w swej konstrukcji sankcje, jakie przewidywała ustawa nacjonalizacyjna, czyli ustawa z dnia 3 stycznia 1946 r. o przejęciu na własność Państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej (Dz.U. 1946, nr 3, poz. 17). Zgodnie z art. 15 projektowanej ustawy sąd, decydując o odpowiedzialności podmiotu zbiorowego, będzie mógł orzec jeden lub więcej wymienionych w art. 17 środków nie łącznie, lecz zamiast kar wymienionych w art. 16.
Zastosowanie ustawy
Nowelizowana ustawa obejmie swoimi regulacjami zarówno podmioty mające siedzibę na terytorium RP, jak i poza nim, ale prowadzące tutaj choć częściowo działalność. W kręgu jej zainteresowań znajdują się przestępstwa podmiotów zbiorowych, w wyniku których uzyskały one korzyść majątkową. Art. 4 projektu przewiduje, że odpowiedzialność ustawowa nie powinna wyłączać odpowiedzialności podmiotu na innej drodze, zwłaszcza cywilnej. Z odpowiedzialności nie zwolni nawet śmierć osoby fizycznej, będącej sprawcą czynu zabronionego. „Najważniejszą przesłankę wyłączającą odpowiedzialność podmiotu zbiorowego wskazuje art. 6 ust. 3. Jest nią należyta staranność w organizacji działalności tego podmiotu oraz w nadzorze nad tą działalnością”.
Pokrzywdzony a Skarb Państwa
Mogą zaistnieć sytuacje, w których popełnienie czynu zabronionego przez podmiot zbiorowy nastąpi z pokrzywdzeniem innych podmiotów. Zgodnie z art. 20 przepadku mienia lub korzyści nie orzeka się wówczas na rzecz Skarbu Państwa, a właśnie na rzecz pokrzywdzonych tym czynem lub w inny sposób do tego uprawnionych. Uzasadnienie projektu ustawy nie precyzuje jednak na kim głównie i w jakim zakresie spoczywać będzie ciężar udowodnienia tego pokrzywdzenia. Przedsiębiorcy mogą wchodzić w skład zarządu podmiotu zbiorowego i dopuścić się czynu zabronionego, ale równie dobrze mogą być tylko inwestorami, nieświadomymi zamiaru popełnienia tego czynu przez zatrudnionego managera czy dyrektora. Chcąc uchronić przed nacjonalizacją cokolwiek z majątku likwidowanego podmiotu, będą musieli nie tylko udowodnić swoje prawa do jego składników, ale m.in. dochować należytej staranności w wyborze osób, które faktycznie dopuściły się przestępstw przy zarządzaniu podmiotem zbiorowym. W tym układzie pokrzywdzony przedsiębiorca ma sporą szansę stania się podejrzanym, tak jak ma to miejsce w przypadku podejrzenia o udział w karuzelach VAT-owskich, podczas starań o zwrot VAT.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Od kilku lat cztery województwa są niezmiennie liderami innowacyjności. Według rankingu „Indeks Millennium 2018 – Potencjał Innowacyjności Regionów” są to: mazowieckie, małopolskie, pomorskie oraz dolnośląskie. Zaskoczeniem są wyniki mniejszych województw. Największy wzrost innowacyjności osiągnęły województwa opolskie (awans aż o 3 pozycje) i łódzkie (2 pozycje w górę). Czy mają specjalny przepis na rozwój innowacyjności?
Pierwsza piątka najbardziej innowacyjnych województw w Polsce pozostaje niezmieniona od trzech lat. To województwa – mazowieckie, małopolskie, pomorskie, dolnośląskie oraz lubelskie. W tegorocznej edycji rankingu przygotowanego przez ekspertów Banku Millennium zaszła jednak zmiana. Na podium najbardziej innowacyjnych województw pojawiło się województwo pomorskie, które w poprzednich trzech latach zajmowało czwartą pozycję.
– Awans pomorskiego to w głównej mierze efekt konsekwentnie rozwijanej aktywności naukowo-badawczej. Widać to we wzroście nakładów na „badania i rozwój” oraz rosnącej zwiększeniu liczby pracowników zajmujących się badaniami, co przekłada się na rosnącą liczbę uzyskanych patentów. W przypadku Mazowsza i Małopolski – województw z dużymi aglomeracjami miejskimi (warszawską i krakowską), rozbudowaną bazą naukową i rozwiniętym biznesem – można mówić o uzyskaniu przez nie efektu synergii. Jest on widoczny w rozwoju innowacyjnych usług i przemysłu, m.in. w sektorze nowoczesnego wsparcia dla biznesu w obszarze IT i działów zakupów, a w branży motoryzacyjnej i biotechnologicznej w obszarze „badań i rozwoju”. Warto dodać, że województwa z czołówki „Indeksu Millennium” są najbardziej atrakcyjne dla inwestorów. Wspieranie rozwoju innowacyjności w mniej rozwiniętych regionach może być więc szansą na przypływ kapitału inwestycyjnego, a tym samym przyśpieszenie ich wzrostu gospodarczego – mówi Grzegorz Maliszewski, Główny Ekonomista Banku Millennium, jeden z autorów raportu.
Zaskoczenia tegorocznego rankingu
W tegorocznej edycji „Indeksu Millennium” zwraca uwagę powiększający się dystans województw do lidera oraz wzrost dysproporcji między regionami. W poprzednich latach większość regionów zbliżała się do czołówki zestawienia, natomiast w tym roku aż dziewięć z nich wykonało ruch w odwrotnym kierunku. Tylko sześć województw zmniejszyło dystans do podium. Wśród nich na wyróżnienie zasługują łódzkie, warmińsko-mazurskie, śląskie oraz opolskie. Największy postęp we wzroście innowacyjności osiągnęło województwo opolskie (awans aż o 3 pozycje) i łódzkie (2 oczka w górę). Oba regiony wyraźnie zwiększyły nakłady na działalność badawczo-rozwojową, a w konsekwencji poprawiły pozycję w kategorii uzyskanych patentów. Dodatkowo województwo łódzkie powróciło na pozycję lidera w kategorii „wartość dodana”, po tym jak w ubiegłorocznym rankingu spadło na jedenaste miejsce.
– Województwo opolskie stale awansuje w kategorii „wydajność pracy”, poprawiając ją głównie w przemyśle. Dodatkowo, w tegorocznej edycji badania, osiągnęło lepsze wyniki pod względem wydatków na „badania i rozwój” oraz liczbę uzyskanych patentów. Jest to o tyle ciekawy przypadek, że, o ile zostanie powielony w kolejnych latach, pokaże, że nawet małe regiony, bez rozbudowanej infrastruktury akademickiej i przemysłowej mogą skutecznie nadrabiać dystans do liderów – komentuje Grzegorz Maliszewski.
Spadki w zestawieniu
Na dole zestawienia znalazły się województwa świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie i lubuskie. Wpłynęło na to relatywnie niskie uprzemysłowienie tych rejonów oraz slaby rozwój sektora usług i infrastruktury edukacyjnej. Znalazło to odbicie w małej aktywności naukowo-badawczej (niskie nakłady na „badania i rozwój” i porównywalnie niska liczba patentów), niewysokiej wydajności pracy i słabej „stopy wartości dodanej” generowanej przez lokalne firmy. Największe spadki w rankingu (o 2 pozycje) zanotowały województwa podkarpackie, podlaskie i zachodniopomorskie. Regiony te osiągnęły gorsze wyniki m.in. w kategoriach „nakłady na badania i rozwój”, „liczba uzyskanych patentów” oraz „wydajność pracy”.
Innowacyjność i atrakcyjność inwestycyjna idą w parze
„Indeks Millennium 2018” pokazał, że innowacyjność regionu powiązana jest z jego atrakcyjnością inwestycyjną. Województwa o dużym potencjale innowacyjnym, znajdujące się od kilku lat w czołówce rankingu (mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie oraz pomorskie), są jednocześnie obszarami o największej atrakcyjności inwestycyjnej. W tym roku najatrakcyjniejszym województwem pod względem przedsięwzięć inwestycyjnych było Mazowsze, ale w czołówce znalazły się również dolnośląskie, śląskie, małopolskie i pomorskie.
– Wynik ten nie zaskakuje – dodaje Grzegorz Maliszewski. – Obecność ośrodków badawczych i jednostek naukowych w regionie jest dla potencjalnego inwestora wartością dodaną. Zwiększa prawdopodobieństwo wdrożenia innowacyjnych wyników badań i stwarza możliwość zatrudnienia wykwalifikowanej kadry. Współpraca z uczelniami daje natomiast możliwość rozwoju firmy pod kątem technologicznym oraz, dzięki wspólnemu uzgodnieniu kierunków kształcenia, jest źródłem absolwentów o najbardziej pożądanych kompetencjach.
Czy istnieje przepis na innowacyjność?
Z przygotowanego raportu wynika, że nie ma uniwersalnego przepisu dla wszystkich regionów. Głównym czynnikiem rozwoju innowacyjności na konkretnych obszarach jest ich potencjał gospodarczy (m.in.: stopień rozwoju przemysłu, dostępność zaplecza edukacyjnego, kapitału ludzkiego czy udział kapitału zagranicznego). Duże znaczenie ma również polityka regionalna – dostęp do dotacji, ułatwianie współpracy biznesu i nauki, finansowanie działalności badawczo-rozwojowej oraz ulgi podatkowe dla firm podejmujących taką działalność. Wiele z czynników stymulujących innowacyjność to jednak czynniki lokalne takie jak położenie geograficzne, dostęp do infrastruktury drogowej czy lokalizacja wyższych uczelni. Biorąc pod uwagę wszystkie uwarunkowania, władze każdego województwa powinny opracować swój własny, indywidualny „przepis na innowacyjność” uwzględniający lokalną specyfikę i dostępne środki. Na pewno warto zwrócić uwagę na:
wspieranie tzw. inteligentnych specjalizacji czyli regionalnych sektorów gospodarki z ponadprzeciętnym potencjałem rozwoju takich jak energia zrównoważona, technologie informacyjne, elektrotechnika, turystyka, przemysły kreatywne i czasu wolnego
dostosowanie profili kształcenia do potrzeb innowacyjnych firm w regionie
dbanie o bazę i jakość szkolnictwa wyższego, które dla pracodawców oferujących atrakcyjną i dobrze płatną pracę oznacza dostęp do wykwalifikowanych kadr
wspieranie przedsiębiorczości i oferowanie zachęt do tworzenia innowacyjnych firm (w tym startupów) takich jak inkubatory przedsiębiorczości, laboratoria badawcze, fundusze inwestycyjne czy fundusze pożyczkowe.
Tegoroczna edycja „Indeksu Millennium” została uzupełniona o komentarze ekspertów, którzy podają „przepis na innowacyjność” dla każdego z województw. Swój przepis na innowacyjność przestawiają m.in. dr Krzysztof Senger – Wiceprezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, Joanna Popiołek – analityk w Google Polska, marszałkowie województw, rektorzy uczelni, eksperci z agencji rozwoju regionalnego i szefowie innowacyjnych firm.
„Indeks Millennium 2018 – Potencjał Innowacyjności Regionów” jest autorskim badaniem opracowanym przez Bank Millennium z wykorzystaniem ostatnich dostępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego i bazy Pont Info. Wyniki rankingu powstały z sumowania wyników w 6 kategoriach, które według ekspertów Banku w największym stopniu wpływają na potencjał innowacyjności regionów. Są to: wydajność pracy, stopa wartości dodanej, wydatki na badania i rozwój (B+R), liczba studentów, liczba pracujących w B+R i liczba wydanych patentów.