Dolar pozostaje silny po mocnym raporcie z rynku pracy. Prezydent USA po raz kolejny grozi Chinom. Niemniej jednak cła w wysokości 200 mld USD nie zostały ogłoszone. Trump nieuchronnie zmierza do oclenia całego importu z Państwa Środka. Punktem kulminacyjnym tego tygodnia posiedzenia EBC i BoE.
Trump grozi ocleniem całego importu z Chin
Cła na Państwo Środka w kwocie 200 mld USD nadal nie zostały wprowadzone. Prezydent USA późnym popołudniem powiedział, że ich wprowadzenie może nastąpić bardzo szybko. Co oznacza, że póki co tego tematu używa tylko jako straszaka i czeka na reakcję Chin. W kolejnych zdaniach mocno jednak zaostrzył ton mówiąc, że pozostały import w kwocie 267 mld USD jest również gotowy do oclenia. Waszyngton cały czas zarzuca Chinom nieuczciwe praktyki handlowe i kradzież amerykańskich technologii.
Chiny absolutnie nie wymiękają
Państwo Środka nie zamierza jednak oddawać pola i również w agresywnym tonie odpowiadają na słowa Trumpa. Wydaje się więc, że cła na 200 mld USD szybko zostaną wprowadzone z tym, że spotkają się z ripostą chińskich władz. Tym bardziej odwagi by odpowiedzieć na kolejne cła dodają twarde dane makro. W sierpniu deficyt w handlu USA z Chinami urósł o kolejne 3 mld USD. W całym roku 2018 mamy już wzrost o 15%. Wydaje się więc, że działania Trumpa na ten moment nie przynoszą spodziewanych efektów. To tylko może rozwścieczyć prezydenta USA i w niedalekiej przyszłości objęty cłami będzie cały import z Chin.
Tydzień pod znakiem EBC i Banku Anglii
W czwartek poznamy decyzje dwóch kluczowych banków centralnych. Decyzja obu instytucji w sprawie parametrów polityki pieniężnej nie powinna przynieść żadnych zmian. Wielka Brytania cały czas ma problemy z płynnym wyjściem z UE. I właśnie problemy z Brexitem BoE uważa za główne zagrożenie. Stąd zarówno stopa procentowa jak i wartość skupu aktywów do momentu zakończenia rozmów z UE powinny pozostać bez zmian. W wypadku EBC istotna może być konferencja Draghiego. Przecena walut krajów wschodzących związana z pogorszeniem parametrów gospodarki musiała zasmucić prezesa. Tym bardziej, że oznaki hamowania ożywienia gospodarczego widać także w lokomotywie strefy euro czyli Niemczech. Stąd można się spodziewać nieco gołębiego tonu szefa EBC, które wpłynie na osłabienie europejskiej waluty.
Dzisiaj w kalendarium mało danych
O 10.30 poznamy PKB z Wielkiej Brytanii. Ostatnio brytyjska waluta ma niezłą passę i dzisiejsze dane mogą w tym kontekście dodatkowo pomóc. Tym bardziej, że oczekiwania analityków są dość niskie i wynoszą zaledwie 0,2% m/m. Dzisiaj dojdzie także do spotkania producentów ropy. Większa zmienność na notowaniach ropy naftowej więc gwarantowana.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Spadł wskaźnik dobrobytu polskiego społeczeństwa. Choć nie jest to duża zmiana, to jednak zaskakująca i najwyższa od dwóch lat.
Wskaźnik dobrobytu, który odzwierciedla ekonomiczną kondycję polskiego społeczeństwa, spadł o 0,8 pkt m/m w sierpniu br., jak podało Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych (BIEC). Do spadku przyczynił się słabszy przyrost zatrudnienia oraz wyższa inflacja w porównaniu do sytuacji sprzed roku.
-Ten wskaźnik systematycznie rośnie od 2012-2013 – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – I osiągnął wysoki poziom, a spadek jest niewielki.
Przez ostatnich 5-6 lat wskaźnik wzrósł do wysokiego poziomu. Obecne korekty są niewielkie, zamożność Polaków nieco zmalała choćby z powodu wzrost cen ropy naftowej na świecie i osłabienie złotego.
-Gdyby miało dojść do dużego osłabienia, to z powodu zmian koniunktury gospodarczej na świecie, bo jak na razie polska gospodarka prezentuje się dobrze – dodaje ekonomista.
Rynkowe konwersacje dalej krążą wokół sporów handlowych, szczególnie gdy prezydent Trump rzuca nowe groźby w stronę Chin. Pozostajemy w stanie podwyższonego napięcia, ale bez silnych reakcji aktywów. Jednak cechy rynku pozostają niezmienne: silny USD, słaby AUD i waluty rynków wschodzących. Nie jest to też dobry czas na wzrost indeksów i złota.
Miniony tydzień był najgorszy dla światowych indeksów od niemal sześciu miesięcy, a kotwicą dla akcji pozostają podtrzymywane spory handlowe. Szczególnie na linii USA-Chiny sprawy idą w złym kierunku, gdyż prezydent Trumpa grozi nałożeniem ceł na towary z Chin warte 267 mld USD. Jest to kolejna pula taryf po 50 mld USD już działających i 200 mld USD póki co rozważanych, co razem obejmie cały eksport Chin do USA. Pekin ostrzegł o gotowości do odwetu, ale strategia oko za oko nie jest możliwa przez nadwyżkę w handlu z USA. Rodzi to obawy, że Chiny zastosują inne środki zaradcze, w tym manipulację kursem juana lub bezpośrednimi sankcjami na amerykańskie firmy działające na terenie Chin. Prezenty Trump zdaje się naciskać coraz bardziej, dopóki Chiny nie ulegną jego warunkom, co jednak prędko się nie stanie. Przepychanki mogą potrwać jeszcze wiele tygodni, a to zła wiadomość dla świata emerging markets, ale też AUD, który w przestrzeni walut G10 jest „ambasadorem” Chin.
USD jest silny przez status waluty pierwszego wyboru w okresach skoku awersji do ryzyka, ale pomaga też fakt, że ma za sobą solidne dane makro. W sierpniu zatrudnienie w sektorze pozarolniczym wzrosło o 201 tys., a płace zwiększyły się o 0,4 proc. m/m, wypychając dynamikę roczną na 2,9 proc. – najwyżej od 9 lat. Tylko stopa bezrobocia nieoczekiwanie pozostała bez zmian na 3,9 proc., choć spodziewano się spadku do 3,8 proc. Mimo że siła rynku pracy nie jest dla nikogo niespodzianką, to razem z lepszymi od oczekiwań odczytami indeksów aktywności ISM dostaliśmy obraz gospodarki, która nie zwalnia tempa. W efekcie uciszone zostały głosy zwątpienia w politykę Fed i spekulacje, że bank centralny wkrótce zrobi sobie przerwę w podwyżkach. Gospodarka USA daje silne zaplecze dla rajdu USD, a dodatkowo ma to miejsce w czasie, kiedy dane z innych gospodarkę G10 są co najwyżej przeciętne. Trudno zrzucić dolara z najwyższego stopnia podium.
Nowy tydzień zaczynamy z lekkim kalendarzem, co pozwoli na spokojnie ocenić wpływ eskalacji wojen handlowych i implikacje raportu NFP. Najważniejszym dniem będzie czwartek z posiedzeniami EBC, Banku Anglii i CPI z USA. EBC przedstawi nowe prognozy, które będą uwzględniać skutki opóźnień w odbiciu ożywienia. Ścieżka PKB powinna nieco się obniżyć, ale prognozy inflacji raczej pozostaną bez zmian. Jeśli mimo tego prezes Draghi podtrzyma optymistyczny język co do perspektyw dla ożywienia, posiedzenie powinno być neutralne. Z Banku Anglii dostaniemy tylko komunikat, a do czasu wykrystalizowania porozumienia z UE polityka monetarna pozostaje na autopilocie. W USA inflacja prawdopodobnie utwierdzi rynek w przekonaniu, że w tym miesiącu Fed dokona podwyżki stóp procentowych.
Przyśpieszenie tempa wzrostu gospodarczego w ostatnich kilku kwartałach jest związane z uruchomieniem projektów inwestycyjnych – finansowanych w dużym stopniu przez Unię Europejską. Jeszcze jakiś czas temu był z tym problem, jednak obecnie inwestycje publiczne znacznie wzrosły.Inwestycje prywatne rosną w bardzo umiarkowanym tempie, a udział wszystkich inwestycji w dochodzie narodowym należy do najniższych w UE. Wynosi obecnie ok. 17,5% PKB – podczas gdy nawet w okresie transformacji było to średnio ok. 20% PKB. Dalej mamy dużą niepewność przyszłości inwestycji. Rząd ma nadzieję, że udział inwestycji w dochodzie narodowym będzie rósł i za 2-3 lata będzie wynosił nawet 20% PKB. Stoi to pod dużym znakiem zapytania – teraz nawet w okresie dobrej koniunktury inwestycje nie są specjalnie wysokie, a zbliżamy się do konfliktu z UE o finansowanie inwestycji unijnych. Zaufanie inwestorów zagranicznych do Polski nie jest specjalnie wysokie.
– Biorąc to wszystko pod uwagę, należy oczekiwać spowolnienia tempa wzrostu z 4,5% do ok. 4%. Sam rząd przewiduje spowolnienie w okolice 4%, a nawet poniżej tego wyniku – powiedziałserwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club – W najbliższych 2-3 latach trzeba będzie spodziewać się obniżki nawet do poziomu 3% – a z czasem niższego. Stanie się tak ze względu niski udział inwestycji w dochodzie narodowym oraz brak siły roboczej. Przedsiębiorcy mierzą się z brakami pracowniczymi i wiele projektów inwestycyjnych jest wycofywanych z tego powodu. Brak pracowników ma wpływ na wykonywanie bieżących umów – 30% kontraktów nie jest realizowanych z uwagi na brak siły roboczej. Połączenie problemu zasobów ludzkich i niedostatecznej liczby inwestycji jest receptą na spowolnienie wzrostu gospodarczego do poziomu 3% lub nawet 2% – stwierdził Gomułka.
W sierpniu Giełdowy Indeks Produkcji wzrósł o kolejne 3.16% do poziomu 983.56 punktów. Dwa miesiące wzrostów wartości GIP60 nie wystarczyło jednak, aby indeks znalazł się powyżej swojej wartości bazowej z początku 2016 roku.
Słaba pierwsza połowa tego roku doprowadziła do tego, że GIP60 zanurkował poniżej wartości bazowej 1000 punktów wyznaczonej w okresie prezentacji Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR). Jednym z działań pozwalających uniknąć licznych pułapek rozwojowych, które zagrażają naszej gospodarce, miała być reindustrializacja polegająca m.in. na silnym wsparciu dla strategicznych działów polskiego przemysłu. Niestety, ponad trzydzieści miesięcy po ogłoszeniu SOR wartość 60 największych polskich producentów notowanych na WGPW jest niższa niż przed jej ogłoszeniem.
– Duża część spadku wartości GIP60 przypada na rok bieżący, który jest wyjątkowo nieprzyjazny dla rynków wschodzących czym można tłumaczyć przynajmniej część spadków wycen polskich producentów – uważa Maciej Zaręba z DSR, firmy wspierającej producentów przemysłowych w informatyzajci.
Na GPW sierpień słabszy od lipca
Wakacyjne miesiące przyniosły polskim producentom chwilę wytchnienia i po 2.85% wzroście w lipcu, indeks GIP60 dołożył kolejne 3.16%, co było jednym z najlepszych wyników na GPW w tym miesiącu. Indeks dwudziestu największych spółek WIG20 zyskał w tym czasie symboliczne 1.6%, a mniejsze spółki poradziły sobie jeszcze słabiej – mWIG40 spadł o -2.6% m/m, a sWIG80 o -3.7% m/m.
Oprócz największych spółek z GPW i polskich producentów, sierpień za udany mogą uznać również spółki z branży mediów (WIG-MEDIA +6,9% m/m), producenci paliw (WIG-PALIWA +6.1% m/m) i spółki farmaceutyczne (WIG-LEKI +5.4% m/m). Zgoła odmienne nastroje w tym czasie panowały w spółkach z branży energetycznej (WIG-ENERGIA -8.2% m/m) i chemicznej (WIG-CHEMIA -6.3% m/m), również górnicy i budowlańcy nie zaliczą tego miesiąca do udanych (WIG-GÓRNICTWO -5.0% m/m, a WIG-BUDOW -3.8% m/m).
KOPEX wraca do łask inwestorów
Sierpniowy ranking GIP60 wygrała spółka KOPEX, która ze wzrostem na poziomie 82.8% m/m ustanowiła najwyższą miesięczną stopę zwrotu w historii badań GIP60. Miejsce drugie dla spółki POLSKA GRUPA ODLEWNICZA za miesięczny wzrost wartości na poziomie 38.9%. Najniższy stopień podium dla ZAKŁADY MAGNETYZOWE ROPCZYCE za miesięczny wzrost o 27.8%.
Analizując przyczyny tak imponującego wzrostu cen akcji spółki KOPEX warto przypomnieć sobie, że w lipcu była to spółka, która zanotowała najgłębszy spadek wartości ze wszystkich spółek GIP60 (50.5%). Inwestorzy bardzo negatywnie ocenili plany sprzedaży pakietu 95,01% akcji Przedsiębiorstwa Budowy Szybów (PBSz) doprowadzając do spadku kursu KOPEXU z 4 zł do 0,75 zł w trzy miesiące. Jednak ogłoszone w połowie lipca warunki zakupu przez JSW spółki PBSz rzuciły nowe światło na tak krytycznie ocenianą umowę i inwestorzy doszli do wniosku, że korekta wartości KOPEXU była przesadzona. Dużą rolę odegrała w tym miejscu również aktywna postawa zarządu katowickiej spółki, który bronił swojej decyzji w mediach.
Miejsce drugie zajęła POLSKA GRUPA ODLEWNICZA, a więc kolejna spółka z siedzibą w Katowicach. Specjalizuje się ona w produkcji odlewów oraz odkuwek i zrzesza cztery zakłady produkcyjne o wieloletnich tradycjach hutniczych. Imponujący wzrost cen akcji w sierpniu pozwolił tej spółce odbudować wartość rynkową z początku roku. Dobre zarządzanie grupą, doskonała koniunktura na rynku odlewniczym oraz bardzo dobry pierwszy kwartał spowodowały, że kurs PGO wzrósł jeszcze przed ogłoszeniem wyników za drugi kwartał.
ZAKŁADY MAGNETYZOWE ROPCZYCE, które mogą pochwalić się trzecim co do wielkości wzrostem cen akcji w minionym miesiącu, produkują materiały ogniotrwałe – zasadowe i glinokrzemianowe – stanowiące podstawowy element wyłożeń pieców i urządzeń cieplnych pracujących w wysokich temperaturach. Jest to także jedyna spółka na podium GIP60, która ma już za sobą publikację finansowego raportu za pierwszą, połowę 2018 roku. Wyniki podkarpackiego producenta w pierwszym półroczy były wyższe od oczekiwań, a na uwagę zasługują przede wszystkim wzrost przychodów do poziomu 182.4 mln zł (+37.57%) oraz wzrost zysku operacyjnego o imponujące 170% do 26.7 mln zł. W takiej sytuacji szybkie upublicznienie raportu nie może dziwić, tak samo jak wysoki wzrost wartości rynkowej spółki.
Fundamenty kruszeją
Mimo wzrostu polskiej produkcji przemysłowej w sierpniu nastąpił kolejny spadek indeksu PMI® dla polskiego przemysłu – z poziomu 52.9 do 51.4 pkt. Mimo, że wartość PMI znajduje się ciągle powyżej granicznej wartości 50 punktów, to jest to wynik, który zaskoczył niemalże wszystkich analityków i sygnalizuje spowolnienie w polskim sektorze przemysłowym. Rozczarowanie jest tym większe, że PMI zacumował na poziomie najniższym od listopada 2016 roku. Innym niepokojącym sygnałem jest spadek zamówień eksportowych do poziomu z lipca 2014 roku.
W tym samym czasie J.P.Morgan Global Manufacturing PMI będący wypadkową nastrojów w globalnym przemyśle spadł z 52.8 do 52.5 pkt., co stanowi najniższą wartość od 21 miesięcy. Podobną tendencję przyjął PMI obliczany dla strefy euro, który spadł z 55.1 w lipcu do 54.6 punktów w sierpniu. Spadki nastrojów zanotowano m.in. w największych gospodarkach Eurostrefy, czyli w Niemczech (55.9) i Francji (53.5), ale mimo korekty wszystkie kraje Eurolandu ciągle utrzymują poziom PMI powyżej 50 pkt, dotyczy to nawet Włoch (50.1 w sierpniu).
PKB Polski za drugi kwartał podtrzymał wysokie tempo wzrostu na poziomie 5.1% r/r, co było najlepszym wynikiem w całej Unii Europejskiej. Jednak struktura tego wzrostu nie jest już tak optymistyczna. Najwyższy wpływ na realny wzrost PKB tradycyjnie miało spożycie w sektorze gospodarstw domowych, które odpowiadało za wzrost PKB 2.9%. Po raz kolejny zawiodły inwestycje, które wzrosły w II kwartale jedynie o 4.5% r/r, co stanowi nieco ponad połowę wzrostu zanotowanego w pierwszym kwartale. Jak obliczyli analitycy mBanku gdyby nie przedwyborcze inwestycje samorządowe (wzrost o blisko 90%) to wzrost inwestycji w drugim kwartale tego roku byłby niemal zerowy. Sumarycznie nakłady brutto na środki trwałe dołożyły do dynamiki PKB w drugim kwartale 0.7%.
– Mieszane nastroje w sektorze przemysłowym i wzrost gospodarczy oparty na konsumpcji mogą negatywnie odbić się na wycenie polskich producentów. Jednak obecnie kursy akcji spółek produkcyjnych odrabiają straty z pierwszej połowy roku i miejmy nadzieję, że to początek dłuższego trendu wzrostowego, a nie tylko korekta tegorocznych spadków – ocenia Maciej Zaręba, pomysłodawca i współtwórca Giełdowego Indeksu Produkcji.
***
Giełdowy Indeks Produkcji to wspólne przedsięwzięcie firmy DSR, serwisu analitycznego „Produkcja.Expert” oraz Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej.
Indeks obejmuje 60 spółek produkcyjnych notowanych na Rynku Podstawowym GPW i pokazuje zmianę nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej. Ze względu na precyzyjną analizę wyników poszczególnych przedsiębiorstw produkcyjnych indeks GIP może stanowić wiarygodny barometr faktycznego stanu sektora produkcyjnego.
Giełdowy Indeks Produkcji jest indeksem typu cenowego, więc przy jego kalkulacji nie uwzględnia się dochodów z tytułu dywidend. Za dzień bazowy (pierwszy dzień publikacji, w którym indeks przyjął wartość 1000) został uznany dzień 1 stycznia 2016 roku.
Prawa do emisji CO2 są najdroższe od siedmiu lat, a to może nie być koniec. Ich wysoka wycena to zła wiadomość dla polskiej energetyki, która opiera produkcję na węglu.
Od początku roku uprawnienia EUA zdrożały nawet o 10 euro. Ostatnia wycena przekraczająca 17 euro za tonę jest ponad trzy razy wyższa niż przed rokiem. Jak to się przekłada na cenę polskiego prądu? Jeżeli przyjmiemy, że na początku roku cena energii elektrycznej ok. 165 zł/MWh, odzwierciedlała realny koszt, to dzisiejsza wycena na poziomie 230 zł/MWh jest według obliczeń portalu WysokieNapiecie.pl dokładnym odzwierciedleniem wzrostu cen dwóch elementów: węgla i CO2. Wzrosty cen węgla (wg indeksu ARP) i uprawnień do emisji CO2 przekładają się na wzrost cen wytwarzania w elektrowniach domykając merit order o 65 zł/MWh. Ale może być jeszcze drożej.
Analitycy spodziewają się ceny 21,88 euro za tonę CO2 w 2021 r., czyli prawie 30 proc. powyżej obecnych notowań EUA. Według Point Carbon w 2030 roku możemy spodziewać się ceny EUA na poziomie ok. 29 euro, co w cenach realnych (uwzględniając inflację) będzie odpowiadało poziomowi 23,5 euro.
-Prawa do emisji drożeją jak bitcoin, podbijając cenę energii – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl.
Szwajcarski bank UBS, spodziewa się, że w przyszłym roku prawa do emisji CO2 będą wyceniane na 15-20 euro. W ciągu następnej dekady widzi możliwość zarówno wzrostu, jak i spadku cen EUA. W czarnym scenariuszu zakładającym, że miks energetyczny nie zmieni się zasadniczo, cena praw do emisji doszłaby do 50-60 euro za tonę.
Czarny scenariusz: niemiecki bank Berenberg nie wyklucza, że cena może dojść do 100 euro za tonę w 2030 r. W przyszłym roku miałoby to być przynajmniej 25 euro, a w 2020 r. nawet 30 euro za tonę. Eksperci obstawiają, że firmy nie zdąża się przystosować do nowych regulacji unijnych. Zażegnują się przy tym, że za obecnymi trendami nie stoi spekulacja.
– Branża motoryzacyjna w Europie Środkowo-Wschodniej korzysta na dobrych perspektywach wzrostu i na wysokiej dynamice sprzedaży samochodów – zauważa główny ekonomista Coface Grzegorz Sielewicz, nawiązując do wniosków z opracowanego przez tę firmę rankingu największych przedsiębiorstw regionu.
W tegorocznym zestawieniu Coface TOP 500 CEE dominują firmy z branży motoryzacyjnej – z całej „pięćsetki” aż 101 przedsiębiorstw działa w tej dziedzinie.
– Jest to branża, która w znacznym stopniu wspiera wzrost gospodarczy w całym regionie – tłumaczy w rozmowie z MarketNews24 Sielewicz.
Wśród najważniejszych inwestycji wymienia fabrykę Jaguar Land Rover na Słowacji, niedawno ogłoszoną inwestycję BMW na Węgrzech oraz planowaną fabrykę jednostek napędowych Mercedesa w naszym kraju.
Sielewicz zwraca uwagę na dużą rolę państwa w budowaniu dobrej kondycji sektora motoryzacyjnego. Wsparcie rządowe oraz zachęty inwestycyjne mocno przyczyniły się do realizacji dużych inwestycji u naszych południowych sąsiadów.
– Mniejsze od nas kraje – Czechy i Słowacja – produkują znacznie więcej samochodów, choć Polska była w tej dziedzinie liderem jeszcze w 2008 r. – przypomina ekonomista.
Ponad 90 proc. polskich przedsiębiorców doświadczyło co najmniej kilkudziesięciu ataków hakerskich w ciągu roku. Zarówno udanych, jak i nieudanych – wynika z raportu firmy Check Point. Według danych Interpolu na świecie wpływy z cyberprzestępczości przekroczyły te z narkobiznesu i szacuje się je na 500 mld dol. rocznie. W wielu krajach koszty ponoszone w wyniku działań cyberprzestępców stanowią 1 proc. PKB. W walce z tym zjawiskiem w Polsce pomóc ma ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która pod koniec sierpnia weszła w życie. Tworzy ona prawne podstawy współpracy przy zwalczaniu cyberzagrożeń. Między innymi o tym dyskutowano podczas tegorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy.
– Ta ustawa tworzy system instytucjonalny w Polsce i dzieli odpowiedzialność za poszczególne sfery pomiędzy ministrów, ale przede wszystkim pomiędzy poszczególne jednostki. Ministerstwo Obrony Narodowej ma kompetencje, żeby odpowiadać za sferę obronności, ABW powinno pilnować krytycznej infrastruktury rządowej, a minister cyfryzacji w tym podziale będzie odpowiadał za coraz ważniejszy obszar cywilny, czyli systemy, które nie są infrastrukturą krytyczną, ale mają wielki wpływ na funkcjonowanie państwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji.
– Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa stanowi systemowe podejście do bezpieczeństwa teleinformatycznego w Polsce. Dokument wprowadza zupełnie nowe instytucje na poziomie krajowym, jak Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa czy Pełnomocnik Rządu ds. Cyberbezpieczeństwa oraz zupełnie nowe mechanizmy, takie jak obowiązek zgłaszania poważnych incydentów, które spowodują, że wiedza o tym, jak jest naprawdę z cyberbezpieczeństwem, będzie skokowo rosła – mówi Krzysztof Silicki, p.o. dyrektora NASK.
Polska ustawa implementująca dyrektywę NIS nakłada na organy właściwe ds. cyberbezpieczeństwa obowiązek utworzenia do 9 listopada listy podmiotów, które zostaną wpisane do rejestru operatorów usług kluczowych. Będą oni wyznaczani w takich sektorach, jak transport, ochrona zdrowia, bankowość, transport kolejowy i lotniczy, energetyka. Ustawa nałożyła na operatorów obowiązki wdrażania szeregu działań nakierowanych na zwiększenie poziomu cyberbezpieczeństwa. Ich działania będą kontrolowane, a w wypadku niewłaściwego postępowania będą mogły być nałożone na nich sankcje. Ustawa nakazuje wyższe starania o bezpieczeństwo i daje instrumenty bardziej skutecznego ich egzekwowania oraz wdrażania działań naprawczych.
– Do tej pory nie było żadnej ustawy dotyczącej cyberbezpieczeństwa. Dzisiaj mamy narzędzia. Powstały odpowiednie instytucje, w sumie trzy CSIRT-y [Computer Security Incident Response Team – red.], czyli centra reagowania, do których muszą być zgłaszane incydenty i które będą na te incydenty reagować. To te instytucje będą podejmować działania chroniące. Jeden CSIRT będzie zlokalizowany w MON, drugi w ABW, a trzecim będzie NASK – mówi Marek Zagórski.
Operatorzy usług kluczowych na mocy ustawy będą zobowiązani do niezwłocznego zgłaszania poważnych naruszeń cyberbezpieczeństwa do jednego z trzech CSIRT-ów, z których każdy ma swój obszar działania.
– Ich rolą jest to, aby przetworzyć tę informację, skorelować z innymi informacjami pozyskiwanymi z najróżniejszych źródeł, ostrzegać inne podmioty w sektorze, z którego przychodzi zgłoszenie, ale też inne sektory w Polsce, a czasem też za granicą – mówi Krzysztof Silicki.
Dzięki współpracy między sobą oraz z organami właściwymi ds. cyberbezpieczeństwa CSIRT-y mają pomóc w budowaniu spójnego obrazu cyberzagrożeń i systemu zarządzania ryzykiem. Umożliwi to nie tylko reagowanie na zaistniałe incydenty, lecz także przeciwdziałanie kolejnym.
– Krajowe CSIRT-y oferują pomoc w tych najpoważniejszych sytuacjach, poradę, koordynację, natomiast to po stronie podmiotu zgłaszającego jest odpowiedzialność za to, żeby się zająć sprawą – wyjaśnia Krzysztof Silicki.
– Czasami się nam wydaje, że mówimy o bardzo abstrakcyjnych rzeczach, ale dzisiaj sterowanie automatyczne powoduje, że np. wodociągi też już są zagrożone atakami. Wtedy ta infrastruktura już jest bardzo krytyczna – mówi minister cyfryzacji. – Dlatego jasne uporządkowanie tej sfery instytucjonalnie, wskazanie odpowiedzialności, utworzenie koordynacji na poziomie rządowym, będzie powołany specjalny pełnomocnik i specjalne Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. To wszystko razem nie zapewnia samo z siebie bezpieczeństwa, ale da podstawę do tego, żeby to bezpieczeństwo budować i wzmacniać.
Bez dobrego brandingu, czyli budowania świadomości marki, w dzisiejszych realiach rynkowych mało która firma jest w stanie osiągnąć sukces. W czasach ogromnej konkurencji w każdej branży ta technika marketingowa nie tylko pomaga wyróżnić się spośród wielu innych marek, ale też sprawia, że produkt czy brand zostają w głowie konsumenta na dłużej, a to już połowa sukcesu. Dlatego branding z powodzeniem stosują zarówno wielkie korporacje, jak i małe firmy, wiedząc, że płynące z niego korzyści są nie do przecenienia.
Czym jest branding?
Wszyscy chętniej sięgamy po produkty firm, które znamy. Rzadko kiedy zdajemy sobie jednak sprawę z tego, skąd znamy daną markę czy produkt i że stoi za tym branding – strategia polegająca na uświadamianiu konsumentom faktu istnienia marki oraz na utrwalaniu jej pozytywnego obrazu. Niezmienne od lat logo czy charakterystyczny kształt opakowania to elementy brandingu, które mają ogromne przełożenie na powodzenie produktu na rynku. A to tylko część składowych tej techniki marketingowej. Oprócz nich branding zakłada choćby dobór odpowiedniej nazwy marki, wymyślenie wpadającego w ucho hasła reklamowego, zaprojektowanie atrakcyjnych ulotek, plakatów i innych materiałów marketingowych. Wszystkie te działania muszą być ze sobą spójne, gdyż od tego zależy, czy marka wystarczająco silnie utrwali się w umysłach klientów.
Jak wybierają klienci?
Konsumenci najczęściej podejmując decyzje zakupowe, nie kierując się długimi przemyśleniami ani szczegółowym porównaniem wielu produktów różnych firm, ale emocjami. I właśnie tu pole do popisu ma branding – to od niego zależy, czy dana marka i jej produkt wywoła w nas pozytywne emocje, czy też nie wzbudzi żadnych. Dlatego tak ważne jest choćby przemyślane logo czy spójna szata graficzna opakowań danej marki – to te elementy klient dostrzega w pierwszej kolejności, kiedy stoi przed półką sklepową. Jeśli spodoba mu się to, co widzi, jest ogromna szansa, że sięgnie po daną rzecz i włoży ją do koszyka. Stąd już tylko krok do wytworzenia przywiązania do marki, które zaowocuje w przyszłości kolejnymi zakupami, a także wybieraniem innych produktów z oferty firmy.
Branding – inwestycja, która się zwróci
Jak w każdą dobrą usługę marketingową, tak i w branding trzeba zainwestować, ale są to koszty, które na pewno się zwrócą. Tym bardziej, że budowanie świadomości marki jest istotnym punktem startowym dla pozostałych działań marketingowych i od niego w dużej mierze zależy ich powodzenie. Skuteczność brandingu zostanie szybko zweryfikowana na uginających się od towarów półkach sklepowych, gdzie zawsze wygrywa ta marka, która zapadła w pamięć i wywołała pozytywne emocje.
Unijna reforma prawa autorskiego, zwana ACTA2, wraca pod obrady na najbliższej sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego 12 września. Europosłowie po licznych apelach, protestach i tysiącach petycji odrzucili pierwszą wersję projektu dyrektywy. Eksperci przestrzegają, że w aktualnym kształcie zagraża ona interesom internautów, biznesu, branży nowych technologii, a nawet samych wydawców. Koalicja polskich przedsiębiorców i organizacji pozarządowych wystosowała do eurodeputowanych list, w którym apeluje o zmiany w projekcie. Jego przyjęcie może oznaczać koniec internetu, jaki znamy.
– Procedowana właśnie przez Parlament Europejski dyrektywa o prawie autorskim ma na celu uregulowanie istotnej kwestii, jaką jest prawo autorskie, funkcjonowanie twórczości, kultury i artystów na cyfrowym rynku, który rządzi się innymi prawami. Trzeba dopasować regulacje prawno-autorskie do tej cyfrowej rzeczywistości. Niestety, w ramach tego projektu pojawiły się trzy zapisy, które wzbudzają bardzo wiele kontrowersji po stronie społeczeństwa, konsumentów oraz biznesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kanownik, prezes zarządu Związku „Cyfrowa Polska”.
Na początku lipca Parlament Europejski odrzucił w głosowaniu dyrektywę o prawach autorskich w obecnym kształcie. Projekt jest w tej chwili przedmiotem dalszej debaty i poprawek. Pod kolejne głosowanie zostanie poddany 12 września, w trakcie kolejnej sesji plenarnej. ACTA2 – zwłaszcza trzy artykuły w projekcie dyrektywy – budzi od początku wiele kontrowersji.
– Artykuł 11. mówi o tzw. podatku od linków. Generalnie chodzi o ograniczenie możliwości swobodnego wykorzystywania linków do artykułów w internecie i licencjonowanie tych treści – wyjaśnia Michał Kanownik.
Jak podkreśla, artykuł 11. dyrektywy jest szczególnie niebezpieczny dla małych, lokalnych wydawców, ponieważ wprowadza preferencyjne traktowanie dla dużych podmiotów. Tym będzie łatwiej funkcjonować na medialnym rynku w kontekście wprowadzanego przez dyrektywę prawa pokrewnego. Podkreśla również, że prawa pokrewne dla wydawców prasowych nie funkcjonują nigdzie indziej na świecie i nawet eksperci Komisji Europejskiej i JURI uważali ten zapis za zbyt daleko idący.
– Mamy na to twarde dowody w postaci doświadczeń hiszpańskiego rynku, który takie regulacje wprowadził w prawie krajowym. W praktyce oznaczało to, że lokalni wydawcy prasowi nie wytrzymywali, ruch internetowy im bardzo szybko spadał, ponieważ konsumenci w pierwszej kolejności mieli dostęp do „bogatszych” tekstów, jeśli chodzi o reklamy i ich pozycjonowanie w internecie – mówi Michał Kanownik.
Dla lokalnych wydawców prasowych przepisy w aktualnym kształcie mogą oznaczać duże problemy z pozyskiwaniem czytelników i rozwijaniem choćby małych, lokalnych portali informacyjnych, które siłą rzeczy nie będą w stanie technologicznie i finansowo sprostać wymogom dotyczącym monitorowania treści w internecie, które wprowadzi unijna dyrektywa.
Jak podkreśla prezes Związku „Cyfrowa Polska”, z polskiego punktu widzenia bardzo ważny jest również artykuł 3. dyrektywy, tzw. text and data mining, który określa możliwości wykorzystywania danych komercyjnie do celów badawczych, naukowych.
– Ma to istotne znaczenie w kontekście centrów badawczo-rozwojowych i dużych korporacji, które działają w Polsce. Jeżeli wyjątek nie zostanie o nie rozszerzony – podobnie jak o instytucje naukowe, to oznacza de facto koniec rozwoju części badawczo-rozwojowych światowego biznesu na terenie UE – mówi Michał Kanownik.
Polska stała się w ostatnich latach atrakcyjną lokalizacją dla centrów badawczo-rozwojowych światowych korporacji. Jeżeli zapis artykuł 3. pozostanie niezmieniony, może to oznaczać, że wiele takich placówek zacznie rozważać ograniczenie lub przeniesienie działalności ze względu na niską opłacalność.
– W dłuższej perspektywie dla Polski może to oznaczać bardzo duże trudności z pozyskiwaniem inwestycji w branży nowych technologii, gdyż rynek UE stanie się mało przyjazny technologiom. To jest wysyłanie bardzo sprzecznego sygnału do inwestorów, ponieważ UE od wielu miesięcy mocno promuje się chociażby sztuczną inteligencję i rozwój robotyki jako jeden z filarów rozwoju europejskiej gospodarki, a z drugiej strony wprowadza się taki zapis w tej dyrektywie, który de facto oznacza zamknięcie możliwości rozwoju. Dla światowego biznesu oznacza to chaos i niezrozumienie sytuacji. Siłą rzeczy inwestor wybierze bardziej stabilne, bezpieczniejsze miejsce pod tym względem, czyli raczej Azję niż Europę – mówi Michał Kanownik.
Prezes Związku „Cyfrowa Polska” zaznacza, że ACTA2 dotyczy nie tylko twórców kultury, dziennikarzy czy wydawców prasowych, a w obecnym kształcie stwarza zagrożenie dla interesów konsumentów, biznesu i branży nowych technologii.
– Artykuł 13. jest najbardziej kontrowersyjny z punktu widzenia konsumentów i użytkowników internetu. Nakłada on obowiązek filtrowania treści w internecie pod kątem ewentualnych naruszeń prawa autorskiego, co w oczywisty sposób budzi skojarzenia z cenzurą. To de facto zakończy etap internetu w takiej formie, jaką obecnie znamy i jakiej używamy – ocenia Michał Kanownik. – Każdy operator będzie musiał najpierw weryfikować, monitorować, co każdy z nas będzie pisać w internecie, czy wolno to opublikować, czy też wzbudza to wątpliwości prawno-autorskie. W ten sposób stwarzamy możliwość wyrzucenia z internetu każdej treści, każdego zdania i komentarza, uzasadniając to kwestiami prawno-autorskimi.
Ze względu na powyższe zagrożenia i wątpliwości koalicja przedsiębiorców, organizacji pozarządowych, studentów i konsumentów wystosowała do eurodeputowanych list, w którym apelują o zmiany w projekcie dyrektywy o prawach autorskich. Podpisały się pod nim m.in. Federacja Konsumentów, Krajowa Izba Gospodarcza, Fundacja Startup Poland i Związek „Cyfrowa Polska”.
– Apelujemy do europosłów, aby powrócili do propozycji kompromisowych, które były zgłaszane w trakcie prac nad tą dyrektywą. W kontekście artykułu 11. proponujemy powrót do tego, co polski rząd bardzo trafnie zaproponował na samym początku prac – mianowicie nie prawa pokrewne, a domniemanie prawa autorskiego dla wydawców prasowych. Jeżeli zgadzamy się, że prawo autorskie jest chronione, ale mamy problemem z dochodzeniem tychże praw, – to stwórzmy narzędzia, żeby to ułatwić. Domniemanie jest takim narzędziem, ale prawo pokrewne jest pójściem już o krok za daleko – podkreśla Michał Kanownik.
A w artykule 13. dyrektywy koalicja proponuje powrót do kompromisu wypracowanego w ramach komisji parlamentarnych. Zaproponowały one wyważony model filtrowania, który nie wprowadzi cenzury i nie będzie ograniczał swobody wypowiedzi ani dostępu do treści i informacji w internecie. Natomiast w artykule 3. – szczególnie istotnym dla polskiej gospodarki – eksperci proponują, aby umożliwić państwom członkowskim wprowadzanie własnych wyjątków w trakcie wdrażania zapisów dyrektywy do prawa krajowego.
700 mln zł – taką kwotę Grupa Kapitałowa Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zamierza przeznaczyć na innowacje do 2022 roku. Plany w tym zakresie obejmują m.in. współpracę ze start-upami na jak najwcześniejszym etapie. Koncern już prowadzi 18 projektów pilotażowych, a będzie ich znacznie więcej – poszukiwania innowacyjnych pomysłów obejmą bowiem również szkoły ponadpodstawowe i uczelnie. PGNiG zależy na nowoczesnych rozwiązaniach praktycznie w każdym aspekcie działalności, a to – w końcowym efekcie – ma się przełożyć na tańsze paliwo dla odbiorców końcowych.
– Nasza aktywność w obszarze innowacji obejmuje między innymi InnVento, Warsztaty Innowacyjnych Pomysłów, współpracę z PARP, ARP, Polskim Funduszem Rozwoju i NCBiR. Wszystko to służy podnoszeniu kwalifikacji, poziomu rozwoju technologicznego całej Grupy Kapitałowej. PGNiG Termika to prąd i ciepło, Polska Spółka Gazownictwa to dystrybucja i ponad 180 tys. km gazociągów, PGNiG Obrót Detaliczny to 7 mln klientów, a centrala odpowiada za obszar poszukiwań i wydobycia. W zasadzie zajmujemy się energetyką od A do Z, stąd mnóstwo aktywności związanych z innowacjami – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu ds. rozwoju PGNiG.
Gigant z branży energetycznej stawia na innowacje w obszarach takich, jak nowe produkty i usługi dla klientów oparte o internet rzeczy, nowe technologie wydobycia gazu ziemnego, innowacje ułatwiające pracę swoich specjalistów czy rozwiązania na rzecz ochrony środowiska. Zapotrzebowanie na nowe technologie dotyczy właściwie każdego z segmentów działalności grupy – od wydobycia po obszar konsumencki. Do wyłuskania i wdrożenia najlepszych rozwiązań ma przyczynić się współpraca ze start-upami i budżet na działalność badawczo-rozwojową, który zakłada, że co roku spółka będzie przeznaczać na B+R+I około 100 mln zł.
Sztandarowy program w ramach innowacyjnej działalności grupy PGNiG to InnVento – pierwszy w Polsce inkubator dla start-upów pracujących nad rozwiązaniami dla sektora naftowego i energetycznego, uruchomiony w czerwcu ubiegłego roku.
– Na dzisiaj mamy ponad 100 zgłoszeń od start-upów. Połowa z nich miała okazję do 2–3-minutowych wystąpień w ramach tzw. pitch days. Wybraliśmy spośród nich 7 start-upów, z którymi współpracujemy na co dzień. To pilotaże dedykowane poszczególnym spółkom w Grupie Kapitałowej PGNiG. Oprócz tego współpracujemy z MIT Enterprise Forum Poland w ramach rządowego programu ScaleUP – Start in Poland, gdzie prowadzimy 11 pilotaży. Łącznie mamy więc 18 projektów pilotażowych ze start-upami w ramach całej grupy na różnym etapie wdrożenia – mówi Łukasz Kroplewski.
PGNiG chce jednak sięgnąć po innowacyjne pomysły jeszcze głębiej.
– Chcemy rozmawiać ze szkołami ponadpodstawowymi i uniwersytetami o pomysłach, które mogą w jakikolwiek sposób przynieść korzyści grupie kapitałowej czy zmniejszyć stronę kosztową. Early-stage startup to będzie nowe przedsięwzięcie, z którym za chwilę ruszamy w ramach naszego centrum start-upowego InnVento – mówi Łukasz Kroplewski.
Jak informował na początku tego roku wiceprezes PGNiG, budżet na działalność innowacyjną do 2022 roku wyniesie blisko 700 mln zł, a uwzględniając finansowanie zewnętrzne – ponad 1 mld zł.
Kolejny projekt, w który zaangażowała się spółka, to rządowy program Poland Prize polegający na akceleracji zagranicznych start-upów w Polsce.
– Za moment będziemy ściągać do naszego kraju pomysły i start-upowców również z zachodniej Europy. Udało się przy tym skorzystać z puli środków, którymi dysponuje PARP i będziemy prowadzić ten program wespół z naszym partnerem Startup Hub Poland – mówi Łukasz Kroplewski.
Są już wyniki pierwszego konkursu INGA, który jest wspólnym przedsięwzięciem PGNiG SA, Gaz-System SA i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju z rekordowym budżetem przekraczającym 400 mln zł. Na granty mogą liczyć nowatorskie projekty z ośmiu obszarów, m.in. wydobycie węglowodorów i produkcja paliw gazowych, pozyskanie metanu z pokładów węgla, sieci gazowe, użytkowanie, obrót i nowe zastosowania LNG i CNG, technologie wodorowe i ochrona środowiska. Celem jest pilotażowe wdrożenie i komercjalizacja zwycięskich innowacyjnych projektów.
– Dedykowane grupie kapitałowej projekty mają spowodować, że będziemy liderem na rynku gazu. To dotyczy CNG, LNG i innych paliw jak wodór i hel, budowy gazociągów z innych tworzyw aniżeli do tej pory, przedeksploatacyjnego wydobycia metanu z pokładów węgla, wykorzystania technologii smartmeteringu czy analizy big data. Spośród 64 projektów konkursowych wybraliśmy 34, a po konsultacjach z naszymi ekspertami – 7. Za chwilę podpisujemy umowy na łączną pulę ponad 60 mln zł, z czego połowa pochodzi z naszej kieszeni, a 30 mln ze strony NCBiR. Liczymy, że dzięki tym przełomowym projektom technologicznym będziemy znacząco wyprzedzać konkurencję, a gaz będzie tańszy – mówi wiceprezes zarządu ds. rozwoju PGNiG.
Do tej pory energetyczny gigant zorganizował również trzy edycje WIP-ów, czyli Warsztatów Innowacyjnych Pomysłów, które stwarzają małym firmom możliwość zaprezentowania swoich pomysłów oraz znalezienie większego partnera. Dzięki warsztatom duże przedsiębiorstwo nie musi budować nowego dużego zespołu B+R, aby znaleźć konkretne innowacyjne rozwiązanie, a mała firma zyskuje szansę na sprzedaż swoich rozwiązań.
– Byliśmy także pierwszą grupą energetyczną, która wykorzystała możliwość, jaką dają doktoraty wdrożeniowe – mówi Łukasz Kroplewski.
PGNiG ma też ambicję, żeby w nadchodzących latach zrewolucjonizować w Polsce rynek tzw. LNG małej skali. W tej chwili jest on ograniczony wyłącznie do tych odbiorców, którzy są w stanie odebrać pełny ładunek cysterny. Inżynierowie z Centralnego Laboratorium Pomiarowo-Badawczego PGNiG SA zaprojektowali mobilne stanowisko SMOK, dzięki któremu z autocysterny przewożącej skroplony gaz ziemny można będzie dokładnie odmierzyć żądaną część ładunku. Urządzenie zaprojektowane przez specjalistów z PGNiG można w każdej chwili przetransportować w dowolne miejsce w kraju, co oznacza, że do grona odbiorców będą mogły dołączyć nawet osiedla domów jednorodzinnych, szkoły, duże gospodarstwa rolne czy małe zakłady produkcyjne.
– Możliwość odmierzania partii LNG z cystern jest tym, czego jeszcze do niedawna nie mogliśmy robić. To przełom w ramach naszej działalności w obszarze LNG małej skali. W tej chwili dostarczamy na ten rynek 60 tys. ton LNG. Z naszych obliczeń wynika, że w ciągu kilku najbliższych lat może to być już 200 tys. ton LNG. Widzimy znaczący wzrost możliwości w tym segmencie – podkreśla Łukasz Kroplewski.
2018 rok może się zakończyć inwestycjami sfinansowanymi leasingiem na poziomie co najmniej 80 mld zł – prognozuje prezes Santander Leasing (wcześniej BZ WBK Leasing) Szymon Kamiński. Dla branży bardzo udane było już minione półrocze, w którym wartość sfinansowanych inwestycji była wyższa o prawie 20 proc. niż w I połowie 2017 roku. Dobrze zapowiadają się również kolejne kwartały. Rynek leasingu korzysta ze wzrostu gospodarczego, ale są obawy o dobrą koniunkturę w budownictwie.
– Na rynku leasingu mamy za sobą kolejny dobry kwartał. Od początku roku obserwujemy właściwie nieprzerwaną, dobrą passę z dużymi wzrostami – nawet wyższymi, niż spodziewała się tego branża. Przewidujemy, że III kwartał będzie co najmniej tak dobry jak poprzedni. Mówimy tu o wzrostach około 20 proc. w zależności od kategorii aktywów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Szymon Kamiński, prezes Santander Leasing.
Według prognoz Narodowego Banku Polskiego wzrost PKB ma wynieść w tym roku 4,6 proc., a nie – jak wcześniej prognozowano – 4,2 proc. Komisja Europejska również podwyższyła prognozę tegorocznego tempa rozwoju gospodarczego, z czym zgadza się większość unijnych analityków. Na dobrej koniunkturze korzysta rynek leasingu – w I półroczu łączna wartość przedmiotów sfinansowanych przez leasingodawców była o 19,7 proc. wyższa niż w analogicznym okresie rok wcześniej.
– Wszystkie prognozy wskazują na to, że ten rok zakończy się dla branży leasingowej wartością sfinansowanych inwestycji na poziomie 80 mld zł, być może nawet nieco powyżej tej kwoty. W zależności od kategorii aktywów, jest to niemal trzykrotny wzrost na przestrzeni ostatnich 10 lat. Branża leasingowa to zdecydowanie jedna z najlepiej, najstabilniej i najszybciej rozwijających się branż w polskiej gospodarce – podkreśla Szymon Kamiński.
Według Związku Polskiego Leasingu (ZPL) w 2008 roku firmy leasingowe sfinansowały środki trwałe o łącznej wartości 33,1 mld złotych, a w 2018 roku szacuje się, że będzie to już ponad 83 mld zł. ZPL podaje również, że w I połowie tego roku największy udział w wartości przedmiotów sfinansowanych leasingiem miały pojazdy. To efekt hossy w branży motoryzacyjnej – w tym okresie z salonów wyjechało ponad 273 tys. nowych samochodów osobowych, czyli o 10,5 proc. więcej niż przed rokiem. Druga kategoria, która wpłynęła na bardzo dobre wyniki branży, to maszyny i urządzenia.
– Obecnie jedyną branżą, co do której mamy pewne wątpliwości, jest budownictwo. Jeżeli realizowane będą programy infrastrukturalne i duże inwestycje, to może oznaczać, że branża ta będzie miała przed sobą kilka bardzo dobrych kwartałów. Ale o tym zapewne przekonamy się niebawem – mówi prezes Santander Leasing
Wyniki Santander Leasing w pierwszej połowie roku były lepsze niż dla całego rynku. Wartość przedmiotów sfinansowanych przez spółkę przekroczyła 2,4 mld zł, co stanowiło ponad 20-proc. wzrost rok do roku. Głównymi czynnikami tego wzrostu były maszyny rolnicze (+24,9 proc. w skali roku) i maszyny budowlane (+55,5 proc.).
Obecnie jeden z rynkowych liderów szykuje się do dużej zmiany. Z początkiem września nazwa spółki BZ WBK Leasing zmieniła się na Santander Leasing, formalnie przejmując nową markę (BZ WBK należał do Grupy Santander od siedmiu lat). To samo dotyczy też innych spółek: BZ WBK F24 oraz BZ WBK Finanse (odpowiednio Santander F24 i Santander Finanse).
– Ujednolicenie wizerunku jest naturalne, zwłaszcza że chodzi o mocną, globalną firmę, jaką jest Grupa Santander. Przez siedem lat firma działała na rynku w ramach lokalnego brandu, teraz będziemy mogli działać spójnie z całą grupą, również w sferze przekazu wizualnego. Dla klientów oznacza to same dobre rzeczy, przy czym nasz sposób działania, transparentność i rzetelność pozostaną bez zmian. W ostatnich miesiącach widzimy na rynku, że klienci przywiązują do tych cech coraz większą wagę. Patrząc na ostatnie dwa, trzy lata, od kiedy ukazują się niezależne porównania i rankingi transparentności zapisów umów leasingu, jesteśmy w nich liderem. Zamierzamy to kontynuować, a proces rebrandingu będzie dodatkową platformą komunikacji z rynkiem – mówi Szymon Kamiński.
Jak podkreśla, zmiana nazwy jest dla spółki szansą na rozwój i skorzystanie z globalnego doświadczenia Grupy Santander. Nie będzie to mieć natomiast żadnego przełożenia na klientów. Niezmienione zostaną też wszystkie dotychczasowe umowy.
– Dla klientów i dla naszych partnerów proces zmiany marki nie wiąże się z potrzebą żadnych dodatkowych działań. Wszystkie umowy, porozumienia i programy będą realizowane bez zmian. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, oczywiście dostarczymy klientom wszelkich informacji. Wierzymy, że w ciągu miesiąca zaobserwujemy pozytywne efekty rebrandingu – mówi Szymon Kamiński.
Od kwietnia ceny złota na światowych rynkach spadają. Zdaniem Doroty Sierakowskiej z Domu Maklerskiego BOŚ wygląda na to, że obecna cena w okolicach 1200 dol. za uncję utrzyma się jednak na dłużej. Surowcowi szkodzi mocny dolar i jastrzębia polityka amerykańskiego banku centralnego oraz stłumiony popyt w Chinach. Zdaniem ekspertów w perspektywie 2–3 lat złoto to jednak wciąż korzystna inwestycja.
– W ostatnim czasie notowania złota dotarły do bardzo ważnego poziomu 1200 dol. za uncję. Jest to psychologiczna bariera, która zatrzymała zniżki, a jednocześnie doprowadziła do konsolidacji i wielu spekulacji, czy jest to dopiero początek większego ruchu spadkowego, czy może ten poziom to już jest próg bólu, za którym ceny zaczną rosnąć z powrotem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Sierakowska, analityk rynków surowcowych DM BOŚ. – Głównym czynnikiem, który wpływa na ceny złota, pozostaje amerykański dolar, a wiele wskazuje na to, że waluta ta jednak pozostanie w miarę mocna, przynajmniej patrząc na jej fundamenty.
Złoto jest najtańsze od przełomu 2016 i 2017 roku, czyli od niemal dwóch lat. Po ubiegłorocznych wzrostach cen w tym roku przez pierwsze miesiące cena trwała na poziomie około 1320–1350 dol. za uncję, by od kwietnia sukcesywnie spadać do obecnych ok. 1200 dol. Tymczasem stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych wzrosły w tym roku dwukrotnie i obecnie pozostają w przedziale 1,75–2 proc. Rynek spodziewa się kolejnych dwóch podwyżek, najbliższej na posiedzeniu, które odbędzie się 25 i 26 września, a kolejnej w grudniu, i to pomimo otwartej krytyki tej polityki ze strony prezydenta Donalda Trumpa.
– Przedstawiciele Fed zapowiadają, że dalsze zacieśnianie polityki monetarnej będzie w USA postępować, natomiast cała reszta istotnych gospodarek światowych jednak prowadzi wciąż łagodną politykę monetarną – zauważa Dorota Sierakowska. – To każe przypuszczać, że dolar raczej znacząco nie osłabi się w najbliższym czasie, a to ma negatywne przełożenie na notowania złota. Mamy też do czynienia z nadwyżką na globalnym rynku złota, czyli tego złota produkowane jest więcej, niż wynosi popyt.
Najważniejszy popyt na złoto fizyczne jest w Azji – Indiach oraz Chinach. Tymczasem ostatnio jest on mniejszy, zwłaszcza w Państwie Środka. Tamtejsi inwestorzy i konsumenci w ostatnich latach wielokrotnie kupowali złoto po okresach bardzo dynamicznych spadków, czyli takich jak obecnie, a mimo to nie prowadziło to do wzrostów cen. W efekcie mogą oni czekać na kolejne doniesienia dotyczące rynku złota, patrzeć, co się wydarzy, i nie reagować zbyt pochopnie, czyli nie kupować złota zbyt prędko.
– Na pytanie, czy złoto pozostaje dobrą inwestycją, trzeba odpowiedzieć: to zależy – ocenia Dorota Sierakowska. – Jeżeli mamy do czynienia z nastawieniem długoterminowym, to z pewnością można liczyć na to, że złoto będzie trzymało swoją wartość. Najbliższe kilka miesięcy może być jednak dla złota trudne, czyli możemy zobaczyć jeszcze kontynuację zniżek. Jednak jeżeli inwestor ma nastawienie na rok, dwa czy nawet kilka lat, to nie powinny go takie krótkoterminowe wahania cenowe obchodzić.
Drony, które potrafią długo latać, potrzebują mało miejsca, bo startują i lądują pionowo i mają szybki dolot do punktu obserwacji to przyszłość rynku. Taki bezzałogowiec może też zawisnąć w czasie lotu, tym samym jest doskonałym sprzętem dla wojska i służb cywilnych. Opracowany przez Polaków Hybrydowy Bezzałogowy Statek Powietrzny DracoX może patrolować nawet rozległy obszar, a dzięki kamerze z 30-krotnym zoomem optycznym pozwoli dokładnie obejrzeć niemal każdy obiekt. Możliwości wykorzystania nowej maszyny są praktycznie nieograniczone.
– Klienci dzisiaj potrzebują rozwiązania, które pozwala latać długo, tzn. 2-3 godziny. Bezzałogowca, który może zawisnąć, startować i lądować pionowo, czyli potrzebuje bardzo mało miejsca. Nie potrzebuje też takiej infrastruktury jak wyrzutnia, spadochron i może lądować bezpiecznie. Mimo wszystko ma połączenie wielowirnikowca, tzn. bezpieczny start, lądowanie, zawis w miejscu, z możliwością szybkiego dolotu do punktu obserwacji, rzędu 80-120 km/h. To jest odpowiedź na rynek, tzn. nie jest to produkt wymyślony na półkę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje mgr inż. pil. Wojciech Lorenc z Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych.
Drony już od lat są wykorzystywane przez liczne służby. Bezzałogowce uczestniczą w akcjach ratowniczych, są niezbędne w monitoringu. Problemem zazwyczaj jest krótka żywotność baterii, która pozwala na loty kilkunastominutowe. Rozwiązanie ITWL, czyli Hybrydowy Bezzałogowy Statek Powietrzny DracoX ma kilkukrotnie dłuższy czas pracy, a dodatkowo posiada nowoczesne funkcje znane z komercyjnych dronów służących do filmowania i fotografowania.
– Bezzałogowiec może startować i lądować pionowo, może zawisnąć w trakcie lotu. Lata do 2,5h w trybie mieszanym, tzn. startujemy pionowo, wykonujemy lot samolotowy i lądujemy z powrotem pionowo. Mamy zainstalowaną głowicę trzyosiową z dalmierzem laserowym, który do 4 km potrafi wskazać współrzędne celu, który obserwujemy z dokładnością do 0,5 m – wskazuje ekspert.
Wyjątkowe właściwości drona wynikają z unikatowej konstrukcji – czterowirnikowego układu napędowego połączonego z górnopłatem ze śmigłem ciągnącym i statecznikiem w układzie „T”. Dzięki temu bezzałogowiec może latać na pułapie 4 tys. metrów z dużą prędkością. Dzięki temu może stanowić przełom w monitorowaniu przestrzeni. Dotychczas drony, które zauważyły dany obiekt, musiały kilkukrotnie zawracać, aby go sfotografować. DracoX zatrzymuje się w powietrzu, a dzięki kamerze z 30-krotnym zoomem szybko przesyła dokładny obraz. Głowice optoelektroniczne są wyposażone m. in. w układy automatycznego śledzenia i stabilizacji obrazu, wskazują też dokładne położenie.
Możliwości zastosowania takiego drona są praktycznie nieograniczone.
– Bezzałogowiec hybrydowy jest głównie przeznaczony do rozpoznania i poszukiwania. Jego zadania to obserwowanie celów wojskowych, wskazywanie współrzędnych i koordynat dla artylerii, natomiast w wykonaniu cywilnym poszukiwanie osób, obserwacja celów, np. obserwacja samochodu z podejrzanym czy obserwacja źródła ciepła w przypadku straży pożarnej, co pozwala zdecydowanie szybciej ugasić pożar. W straży pożarnej można gasić pożar i kilka dni, a wystarczy ugasić źródło ognia i zdecydowanie szybciej wygasza się zewnętrzną część – przekonuje Wojciech Lorenc.
Goldman Sachs szacuje, że światowy rynek dronów będzie do 2020 roku wyceniany na 100 mld dolarów.
Rozwiązania z zakresu internetu rzeczy są już dostępne w wielu dziedzinach, takich jak m. in. medycyna czy transport. Stają się coraz bardziej zaawansowane, dzięki czemu mogą wykonywać coraz bardziej skomplikowane zadania. Urządzenia Internetu rzeczy wykorzystywane są już w inteligentnych fabrykach, systemach zarządzania energią, inteligentnych miastach czy rozwiązaniach dla służby zdrowia. Inteligentne rozwiązania IoT sprawdzają się np. w transporcie, przy sprawdzaniu lokalizacji bagaży. W szpitalach natomiast specjalne czujniki monitorują, czy personel odpowiednio myje ręce.
– Zajmujemy się projektowaniem urządzeń elektronicznych. Jeżeli firma ma ciekawy pomysł, pomagamy jej dobrać odpowiednią technologię, komponenty, zaprogramować to urządzenie, zaprojektować i wdrożyć do produkcji. Ostatnio zaprojektowaliśmy urządzenie dedykowane do szpitali, do monitorowania czy personel szpitala odpowiednio myje ręce – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Otręba z firmy Grinn.
Medycyna jest jednym z najważniejszych odbiorców rozwiązań z zakresu internetu rzeczy. Pozwalają one na nie tylko na skuteczniejsze leczenie i opiekę nad pacjentem, m.in. poprzez spersonalizowane programy terapeutyczne, ale także pozwalają utrzymać higienę w szpitalach. Dzięki specjalnej platformie i czujnikom, możliwe jest kontrolowanie częstości mycia rąk przez personel.
– Urządzenie do monitorowania higieny w szpitalach wyposażone jest w kilka technologii radiowych, wyposażone jest też w czujnik ruchu, który wykrywa aktywność w danej strefie, co uaktywnia komunikację z plakietką z imieniem i nazwiskiem danej osoby. Informacja przetwarzana jest w urządzeniu i w sposób zaszyfrowany trafia do oprogramowania w chmurze – tłumaczy Robert Otręba.
Innym przykładem wykorzystania Internetu rzeczy w medycynie jest lodówka firmy WEKA, służąca do przechowywania szczepionek. Monitoruje ona warunki, w jakich znajdują się szczepionki, ale również pozwala na zdalne zalogowanie się lekarza i zarezerwowanie konkretnej fiolki, która następnie zostanie mu automatycznie wydana. Dzięki temu lodówka otwierana jest znacznie rzadziej, co pozwala utrzymać temperaturę przechowywania.
Medycyna to jednak nie jedyny przykład zastosowania rozwiązań inteligentnych na dużą skalę. W Kielcach inteligentny system wspiera organizację selektywnej zbiórki śmieci. Każda śmieciarka jest wyposażona w czujniki rejestrujące, jaki śmietnik jest na nią założony. Wszystkie pojemniki są zlokalizowane w terenie i przypisane do określonego właściciela nieruchomości. Dzięki temu obsługa wie, który pojemnik i o jakiej godzinie został opróżniony, a nawet to, ile ważyły śmieci. To szczególnie istotne, ponieważ bardzo często pojemniki są przeciążone. Powodem tego jest najczęściej składowana w nich ziemia lub gruz.
Inteligentne rozwiązania sprawdzają się też w transporcie, np. do sprawdzania lokalizacji bagaży.
– W trackerze do walizek również wykorzystaliśmy kilka technologii radiowych, jest tam zarówno GPS do lokalizacji, WiFi i Bluetooth do lokalizacji wewnątrz budynków, ale to co jest unikalne, to odbiornik sygnałów lotniczych. Jeżeli walizka znajdzie się już w samolocie, wiemy konkretnie w jakim samolocie leciała – przekonuje ekspert.
Według analityków firmy Bain, globalny rynek internetu rzeczy ma w 2021 r. osiągnąć wartość 520 mld dol.
Jak wynika z raportu „E-commerce 2018”[1], już blisko 55 proc. polskich internautów, czyli ok. 14 mln osób kupuje w sieci, a wartość rodzimego rynku handlu on-line na koniec tego roku może wynieść nawet 50 mld zł. Zakupy w sklepach internetowych są szybkie i wygodne, dlatego decyduje się na nie coraz więcej konsumentów. Jednocześnie, blisko 4 na 10 kupujących ankietowanych przez Gemius[2] przyznaje, że takie transakcje wiążą się z ryzykiem. Problemy z realizacją zamówienia, np. możliwość otrzymania przesyłki po ustalonym czasie, wadliwy towar lub trafienie na nieuczciwego sprzedawcę, który uchyla się od wysyłki mimo zapłaty, są ciemną stroną zakupów on-line i podobne „przygody” mogą spotkać każdego e-klienta. Warto wiedzieć, jakie prawa przysługują w takich sytuacjach kupującemu, by nie narażać się na straty finansowe i nie płacić za zakupy dwa razy.
Gdy robimy zakupy w sklepie stacjonarnym, możemy dokładnie obejrzeć każdy produkt, a jeżeli mamy wątpliwości co do jakości czy specyfiki oferowanego towaru, możemy od razu skonsultować się ze sprzedawcą. Specyfika zakupów przez Internet sprawia, że nie możemy wykonać wspomnianych kroków, dlatego warto składać zamówienia wyłącznie w tych e- sklepach, które przy każdym artykule zamieszczają jego dokładny opis. Przykładowo, w przypadku sprzętu elektronicznego będą to wszelkie niezbędne parametry techniczne urządzenia, które pozwolą nam ocenić jego funkcjonalność. Z kolei, gdy kupujemy odzież, niezbędne jest podanie informacji o rozmiarze i materiale, z którego zostało wykonane ubranie. Sprzedawca ma również obowiązek poinformować kupującego o warunkach złożenia zamówienia oraz sposobie dostawy zakupionego towaru.
– Szukajmy tych istotnych informacji w regulaminie sklepu internetowego, który sprzedawca powinien zamieścić w serwisie. Każdy przedsiębiorca ma możliwość dowolnej redakcji tego dokumentu, ale jego treść powinna być zgodna z ustawą o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz ustawą o prawach konsumenta. W regulaminie e-sklepu znajdziemy szczegółowe wytyczne dotyczące sposobu składania zamówienia, metod płatności za zakupiony towar, możliwych opcji dostawy, a także informacje o procedurze zgłaszania reklamacji, czy dokonaniu ewentualnego zwrotu. Szczególnie warto zwrócić uwagę na zapisy dotyczące tych ostatnich kwestii. Jeżeli będą one opisane mało starannie i tym samym będą wprowadzać klienta w błąd, powinniśmy zrezygnować z zakupów. W innym przypadku bowiem, z powodu nierzetelności sprzedawcy, możemy nie tylko narazić się na straty finansowe, ale i konieczność dochodzenia swoich praw przed sądem – podpowiada Izabela Kędzierska-Woźniak, ekspert Intrum.
Jak dodaje ekspert, warto również pamiętać, że kupując przez Internet, zawieramy ze sprzedawcą umowę na odległość, a to daje nam prawo do odstąpienia od niej w ciągu 14 dni bez podania przyczyny. Jeżeli sklep nie poinformuje kupującego o takiej możliwości, wspomniany termin wydłuża się do 12 miesięcy. – Każdy klient, który kupuje w e-sklepie, ma prawo się rozmyślić i zwrócić towar lub wycofać się z umowy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Decydując się na taki krok, należy poinformować o tym fakcie sprzedawcę w ciągu 14 dni, licząc od daty zawarcia umowy, najlepiej w formie pisemnego oświadczenia przesłanego poczta tradycyjną, a następnie w ciągu następnych dwóch tygodni odesłać kupiony przedmiot[3]. To, czy w takim przypadku będziemy musieli zapłacić za przesyłkę zwrotną, najczęściej określa regulamin danego sklepu, dlatego szukajmy wiadomości na ten temat na stronie sprzedawcy – mówi Izabela Kędzierska-Woźniak i zaznacza, by uważać na zapisy, które nie zawsze są zgodne z prawem:
– Dla przykładu, jeżeli chcemy zrezygnować z zakupu, sprzedawca nie może odmówić zwrotu nieużywanego towaru, jeżeli nie posiadamy oryginalnego opakowania. Kwestią sporną bywa także zwrot kosztów zakupu, dlatego warto pamiętać o tym, że sklep powinien zwrócić nam środki w ciągu 2 tygodni, licząc od daty poinformowania o odstąpieniu od umowy, ale może również wstrzymać się z tym krokiem do czasu otrzymania zwracanej rzeczy albo dowodu jej wysłania. Co istotne, zwrot nie zostanie uznany, jeśli kupiliśmy przedmiot, który został wykonany specjalnie na nasze zamówienie – zauważa Izabela Kędzierska-Woźniak.
Sposoby na „grzeszki” e-sprzedawców
Z badania zrealizowanego na zlecenie Trusted Shops, analizującego „grzechy” e-sklepów wynika, że aż co piąty kupujący narzeka na niedotrzymywanie terminu dostawy przez internetowych sprzedawców, 11 proc. ankietowanych przyznaje, że otrzymało uszkodzoną przesyłkę, a 7 proc. nigdy nie dostało zakupionych przedmiotów. – Warto wiedzieć co robić w sytuacji, gdy przesyłka nie dociera na czas. Paczka powinna trafić pod nasze drzwi nie później niż w ciągu 30 dni od zakupu, chyba że regulamin sklepu mówi inaczej lub sprzedawca zastrzegł, że potrzebuje więcej czasu na dostawę, bo np. zamawiamy przedmioty z zagranicy. Jeżeli podany termin się wydłuża, klient może w porozumieniu ze sprzedawcą wyznaczyć nową datę, ale kupujący może również odstąpić od umowy – wyjaśnia Izabela Kędzierska-Woźniak, Intrum.
Z takiego „przywileju” możemy także skorzystać, gdy otrzymamy inny przedmiot, niż ten, który zamówiliśmy. Zdarza się bowiem, że sklepy wysyłają towar w tej samej cenie i o podobnych parametrach, gdy zamówionego przez klienta produktu np. zabrakło w magazynie lub przestał być produkowany. – W takiej sytuacji sklep może zaoferować zamiennik, ale sprzedawca powinien jednocześnie poinformować kupującego o tym, że ma prawo zrezygnować z zakupu, co skutkuje zwrotem kwoty wpłaconej za zamówienie. Od umowy możemy odstąpić również wtedy, gdy zastępczy produkt został już do nas wysłany, na co w takim przypadku mamy 10 dni – mówi Izabela Kędzierska-Woźniak.
Kiedy możemy zgłosić reklamację
Kupując w sieci, warto także wiedzieć, co zrobić, gdy zamówiony towar trafia do nas uszkodzony lub niekompletny. W takim przypadku należy zapoznać się z procedurą zgłaszania reklamacji, opisaną w regulaminie sklepu internetowego i sprawdzić czy, i w jakich przypadkach będzie obowiązywać gwarancja. Nie każdy bowiem wie, że reklamacji podlega nie tylko uszkodzony towar posiadający wady, ale także taki, który jest niezgodny ze specyfikacją przedstawioną na stronie sprzedawcy lub nie spełnia funkcji, które obiecywał producent.
Zdarza się, że po złożeniu reklamacji sprzedawca kieruje klienta prosto do producenta, ale warto pamiętać o tym, że kupujący ma prawo reklamować nabyty przedmiot bezpośrednio w sklepie, w którym zrobił zakupy. Przeważnie mamy na to 2 lata, chyba że producent sam określa czas obowiązywania gwarancji. – Reklamację należy złożyć na piśmie i zawrzeć w niej takie informacje jak: datę nabycia towaru i jego otrzymania – i co ważne – szczegółowy opis usterki ze wskazaniem, w jakich okolicznościach dana wada się ujawniła. Reklamując zakup, możemy domagać się naprawienia nabytej rzeczy, otrzymania nowego egzemplarza lub zwrotu pieniędzy. Pamiętajmy jednak, że spełnienie naszych oczekiwań może zależeć od decyzji sklepu, charakteru wady czy polityki producenta – wyjaśnia Kędzierska-Woźniak.
Felerny towar należy odesłać wraz z przygotowanym pismem. Co do zasady, gdy reklamacja jest uzasadniona, za przesyłkę zapłaci sprzedawca, jeśli jednak zostanie ona odrzucona – koszt ponosi kupujący. Po zgłoszeniu sprawy, sklep powinien w ciągu 14 dni udzielić odpowiedzi, czy przyjmuje reklamację, czy też nie. Jeżeli w tym czasie nie wywiąże się ze swojego obowiązku, uznaje się, że wymagania klienta zostają spełnione.
Gdy pojawią się problemy z realizacją zamówienia i wyegzekwowaniem naszych praw, możemy skorzystać z pomocy instytucji, które pomagają konsumentom w takich sytuacjach. W pierwszej kolejności warto zwrócić się do Rzecznika Konsumentów i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Z kolei w przypadku, gdy natrafiliśmy na nieuczciwego sprzedawcę, który mimo zapłaty zwleka z wysyłką towaru i unika z nami kontaktu, warto zgłosić taki fakt na Policję. Pamiętajmy, że będzie nam łatwiej dochodzić swoich praw w ewentualnym sporze z e-sprzedawcą, jeżeli będziemy zachowywać wszelkie dowody dokonywanych transakcji, np. wiadomości mailowe z potwierdzeniem zamówień, poświadczenia wpłat i wszelką korespondencję ze sklepem.
Kontrakty CFD to pochodne instrumenty finansowe wykorzystujące działanie dźwigni finansowej, czyli narzędzia, które pozwala obracać większym kapitałem niż inwestor rzeczywiście posiada. Czy CFD pozwalają na zarabianie tylko na wzrostach, czy również spadkach kursów? Dlaczego warto zainteresować się tym sposobem inwestowania? Jakie ryzyko się z nim wiąże?
Jak działają kontrakty CFD?
Kontrakty CFD (Contract for Difference) to umowy oparte na różnicach kursowych, czyli różnicach wynikających z ceny otwarcia i ceny zamknięcia danej pozycji. CFD działają na zasadzie dźwigni finansowej (zwanej również lewarem, z ang. leverage), co pozwala na inwestowanie środków po wpłaceniu ułamkowej części wartości transakcji. W praktyce oznacza to, że nawet niewielki depozyt może pozwolić na osiągnięcie dużej stopy zwrotu. Wysoka dźwignia finansowa wykorzystywana jest w celu zwiększenia potencjalnego zysku. Jeśli inwestor używa lewara 1:50, oznacza to, że może korzystać z depozytu 50 razy większego niż rzeczywiście posiadane środki. Należy jednak zaznaczyć, że dźwignia finansowa działa w obie strony, a straty mogą przewyższyć wartość depozytu, kontrakty CFD są więc w praktyce ryzykownymi instrumentami finansowymi.
Dzięki CFD możliwe jest inwestowanie na rynkach działających na całym świecie – zarówno giełdach, jak i rynkach pozagiełdowych. Platformy obsługujące kontrakty CFD zapewniają dostęp do konta inwestora przez 24 godziny na dobę.
Zarabiaj na wzrostach i spadkach cen
Dzięki kontraktom różnic kursowych można zarabiać nie tylko na wzrostach, ale także spadkach cen akcji, kursów walutowych (na rynku Forex), towarów, surowców, indeksów, stóp procentowych czy obligacji. Kontrakty CFD umożliwiają osiąganie zysku przy otwarciu krótkich i długich pozycji. Co to oznacza? Krótkie i długie pozycje nie mają nic wspólnego z okresem trwania danej transakcji. W przypadku pozycji krótkiej mamy na myśli sprzedaż instrumentu i osiągnięcie zysku przy jednoczesnym spadku ceny. Przykładowo, inwestor, który oczekuje wzrostu cen, otwiera długą pozycję (kupuje), natomiast pozycję krótką (sprzedaż), gdy oczekuje spadku kursów. Zajęcie krótkiej pozycji umożliwia skompensowanie ewentualnych strat. To jednak nie wszystko – kontrakty różnic kursowych pozwalają również na osiągnięcie wysokiego zwrotu przy niskich spreadach i prowizjach.
Kontrakty CFD a inwestowanie w akcje – podstawowe różnice
Inwestorzy działający w oparciu o kontrakty różnic kursowych nie stają się w rzeczywistości posiadaczami danego instrumentu finansowego, jak jest to w przypadku osób inwestujących np. w akcje. Obie strony umowy – kupujący i sprzedający – spekulują jedynie nad tym, czy akcje odnotują wzrost, czy spadek wartości. Jak wspominaliśmy, unikalność tego rozwiązania polega również na tym, że w przypadku CFD zysk można osiągnąć nie tylko na wzroście, ale też spadku cen – taka sytuacja nie ma miejsca przy inwestowaniu w akcje spółek giełdowych.
Kontrakty różnic kursowych są też bardzo elastycznymi instrumentami finansowymi (pochodnymi), dzięki którym możliwe jest osiągnięcie wysokiego zysku nawet przy niskiej kwocie inwestycji. Decydując się na skorzystanie z kontraktów CFD należy jednak pamiętać o tym, że jak w przypadku każdej inwestycji, także tutaj istnieje ryzyko strat.
Chcesz zacząć inwestować na rynkach giełdowych lub pozagiełdowych w oparciu o CFD? Jeżeli interesują Cię dodatkowe informacje na temat kontraktów różnic kursowych, już teraz wejdź na stronę https://www.cmcmarkets.com/pl-pl/edukacja-cfd/czym-sa-cfd.
Chociaż niepokoje o kondycję gospodarek wschodzących i przyszłość wojen handlowych powinny skraść główną uwagę, to w kolejnych dniach niektóre raporty makro i wydarzenia mogą przebić się na pierwszy plan. Z USA inflacja i sprzedaż detaliczna prawdopodobnie utwierdzą rynek w przekonaniu, że w tym miesiącu Fed dokona podwyżki stóp procentowych. Dla odmiany posiedzenia EBC i Banku Anglii powinny przejść bez fajerwerków. Ponadto pod lupą będą odczyty CPI z Norwegii, Polski i Szwecji, raporty z rynku pracy z Wielkiej Brytanii i Australii oraz dane z Chin.
Przyszły tydzień: CPI/produkcja/sprzedaż z USA, EBC, ZEW, BoE, CPI z Polski, CPI/produkcja/sprzedaż z Chin, rynek pracy z Australii, NAFTA
USA
Sierpniowe raporty o inflacji (czw), sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej (pt) nie zmienią nastawienia Fed i zagrożą przesądzonej podwyżce stóp procentowych 26 września. CPI i inflacja bazowa są powyżej celu 2 proc., a dynamiki produkcji i sprzedaży tylko potwierdzą mocną postawę ożywienia. To nic nowego, by móc rozpędzić rajd USD, ale już negatywne niespodzianki mogą utemperować dobrą passę dolara. Poza tym USD pozostanie walutą pierwszego wyboru, jeśli retoryka wojen handlowych przybierze na znaczeniu. W powietrzu wisi eskalacja sporów z Chinami i Japonią.
Strefa euro
W strefie euro mamy produkcję przemysłową (śr), posiedzenie EBC (czw) i niemiecki ZEW (wt). Największym zainteresowanie będzie się cieszyć decyzją banku centralnego, gdzie jednak nie oczekuje się zmian parametrów polityki. Otrzymamy natomiast nowe prognozy gospodarcze, które będą uwzględniać skutki opóźnień w odbiciu ożywienia. Ścieżka PKB powinna nieco się obniżyć, ale prognozy inflacji raczej pozostaną bez zmian. Jeśli mimo tego prezes Draghi podtrzyma optymistyczny język co do perspektyw dla ożywienia, posiedzenie powinno być neutralne. EUR pozostaje walutą bez argumentów za większym umocnieniem i kontynuuje swój dryf.
Wielka Brytania
W Wielkiej Brytanii odczyty produkcji przemysłowej (pon) i wynagrodzeń (wt) raczej pozostaną w cieniu informacji o postępach negocjacji Brexitu. Posiedzenie Banku Anglii (czw) może przyciągnąć większą uwagę, choć dostaniemy tylko komunikat, a do czasu wykrystalizowania porozumienia z UE polityka monetarna pozostaje na autopilocie. Rynek wciąż jest sceptyczny co do tego, jak sprawnie pójdą dalsze negocjacje umowy rozwodowej z UE, jednak z tego położenia nowe informacje mają większy potencjał do windowania funta.
Polska
Kalendarz w Polsce zawiera odczyt inflacji CPI (czw) i bazowej (pt) i saldo rachunku bieżącego (czw). Nie spodziewamy się, aby odczyty mogły mieć wpływ na złotego. Przy złej prasie wokół emerging markets wyprzedaż nie omija PLN, ale ogólnie jednak nie widać, aby presja była wyjątkowo silna i trwała. Trudno spodziewać się, aby Polska ze swoimi solidnymi fundamentami była wrzucana do tego samego koszyka co np. Turcja, Argentyna, czy RPA, ale trend to trend.
Japonia
Dane z Japonii powinny potwierdzać umiarkowane tempo ożywienia bez silnych implikacji dla polityki monetarnej. Rewizja PKB za II kw. (pon) powinna przynieść korektę w górę na bazie wyższych wydatków inwestycyjnych firm, co uwidoczniły inne raporty. Produkcja przemysłowa za lipiec (pt) może wypaść słabo, czemu winne są jednak wahania sezonowe. JPY w większym stopniu będzie reagował na nastroje rynkowe, gdyż wzmacnia się jego znacznie jako bezpiecznej przystani.
Chiny
W obliczu trwającej dyskusji o rozszerzeniu listy towarów chińskich objętych cłami, dane z Państwa Środka będą w centrum uwagi. Dane z handlu zagranicznego prawdopodobnie wskażą na wzrost dynamik importu i eksportu, co jednak będzie związane z przyspieszeniem realizacji zamówień na wypadek objęcia cłami. Produkcja przemysłowa (pt) może wpaść słabo, co sugerują niskie odczyty PMI. Jeśli do tego dojdzie osłabianie dynamiki inwestycji miejskich, negatywna reakcja chińskiego rynku akcji może nadać ton dla ucieczki od ryzyka na zewnętrznych rynkach.
Australia
W Australii interesującym będzie, jak wypadają nastroje konsumentów (śr) po zapowiedziach podwyższenia oprocentowania kredytów hipotecznych przez trzy czołowe banki w kraju. Negatywna reakcja gospodarstw domowych może rzutować na przyszłą skłonność od konsumpcji i perspektywy wzrostu PKB. Raport z rynku pracy (czw) prawdopodobnie pokaże kontynuowaną poprawę, ale nie powinno to być dla nikogo niespodzianką. Przy podtrzymaniu obecnego klimatu dobre dane będą okazją do sprzedaży AUD po lepszej cenie. Aussie stał się barometrem sentymentu względem azjatyckich emerging markets, a dodatkowo nieprzychylne są fundamenty (pasywny RBA, rynek nieruchomości). Kalendarz z Nowej Zelandii jest pusty, a NZD znalazł się w krzyżowym, gdyż choć presja na azjatyckie rynki wschodzące jest negatywna, to jednak kiwi znajduje przeciwwagę w nasileniu sprzedaży na AUD/NZD.
Kanada
To będzie spokojny tydzień w Kanadzie pod kątem danych, gdyż jedynymi ważniejszymi danymi są rozpoczęte budowy domów (wt). Więcej ekscytacji zapewni finalizacja negocjacji porozumienia NAFTA (o ile do nie dojdzie). Utrzymanie umowy handlowej zdejmie z Kanady istotną premię za ryzyko i otworzy Bankowi Kanady drogę do kolejnej podwyżki stóp procentowych. Rynek już jest dość optymistycznie nastawiony do finału rozmów, więc potencjał aprecjacyjny CAD może być ograniczony. Przeszkodą może być ewentualnie pogorszenie globalnego sentymentu, na co CAD jest wrażliwy.
Grupa Maspex zrealizowała program inwestycyjny – objął on rozbudowę zakładów, automatyzację centrów logistycznych, a także większe przetwórstwo owoców i warzyw – co jest dedykowane otoczeniu rolnemu, firmom i grupom produkcyjnym, z którymi Maspex współpracuje w zakresie dostawy produktów. Małopolska to kolebka Grupy Maspex. Firma powstała w samym jej sercu, czyli Wadowicach. Obecnie znajduje się tu jeden z wiodących zakładów wytwórczych. Drugi zlokalizowany jest w Tymbarku, w powiecie limanowskim. To na nich opiera się większość biznesu grupy. Z nimi też związany jest długi łańcuch kooperacji i cały ekosystem, który działa wokół firmy.
– W ostatnich latach firma zainwestowała gigantyczne pieniądze w rozwój mocy wytwórczych w całej Polsce. To zakończony już program na 500 milionów złotych, który obejmował rozbudowę zakładów w Lublinie, Łowiczu oraz wyposażenie placówek w Tychach i Tymbarku – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Pawiński, prezes Grupy Maspex – To największy program inwestycyjny, jaki został zrealizowany w historii grupy. Teraz będziemy wytwarzać więcej – przy bardzo wydajnej, zdyscyplinowanej logistyce.Jesteśmy obecni na Śląsku, w województwach lubelskim i warmińsko-mazurskim czy łódzkim. Niezależnie jednak od rozrastania się naszego przedsiębiorstwa i biznesu Małopolska ma dla nas szczególnie znaczenie. To miejsce, w którym zaczynaliśmy i tutaj najlepiej się czujemy – dodał Pawiński.
Ostatnich kilka tygodni na rynku walutowym było dość nieprzewidywalnych. Inwestorzy z coraz większym niepokojem patrzą na możliwość nieosiągnięcia przez Wielką Brytanię umowy określającej relację Zjednoczonego Królestwa z Unią Europejską po Brexicie.
Według harmonogramu ustalonego przez rząd Theresy May, Torysi powinni uzgodnić treść porozumienia dotyczącego Brexitu przed październikowym szczytem Unii Europejskiej – w marcu 2019 roku, zgodnie z uruchomionym przez Wielką Brytanię w zeszłym roku artykułem 50, kraj ten ma oficjalnie wystąpić z UE. Czas mija nieubłaganie, a brytyjski rząd jest w coraz większym pośpiechu, aby uzgodnić wszystkie szczegóły z reprezentantami Unii Europejskiej. Kluczowe spotkanie głów państw członkowskich UE odbędzie się bowiem za nieco ponad miesiąc.
Wśród obserwatorów europejskiej sceny politycznej rośnie obawa, że Wielka Brytania nie zdąży osiągnąć porozumienia z UE przed październikowym szczytem Unii Europejskiej. Coraz częściej pojawia się również pytanie – czy takie porozumienie zostanie w ogóle osiągnięte przed wyjściem Królestwa z Unii Europejskiej? Brytyjski rząd zaczął już publikować serię dokumentów opisujących możliwy wpływ tzw. no deal (Brexitu bez porozumienia) na przedsiębiorstwa, jak i osoby prywatne. Główny negocjator ze strony Unii Europejskiej, Michel Barnier, ostrzegał już wcześniej, że porozumienie z Wielką Brytanią może nie zostać osiągnięte przed spotkaniem głów państw członkowskich w październiku. Zdaniem konsensusu członków brytyjskiego parlamentu prawdopodobieństwo braku porozumienia wynosi mniej więcej 50-50. Z kolei bukmacherzy wyceniają w 60% prawdopodobieństwo tego, że przed 1 kwietnia 2019 roku nie zostanie osiągnięte porozumienie między Wielką Brytanią a Unią Europejską. W sierpniu przewodniczący Banku Anglii, Mark Carney, również zwracał uwagę na to, że ryzyko nieosiągnięcia porozumienia jest „niepokojąco wysokie”.
O ile jesteśmy zdania, że skala niepokoju związanego z ryzykiem braku osiągnięcia porozumienia Wielkiej Brytanii z Unią Europejską jest przesadzona, to bez wątpienia niepewność wokół Brexitu zaważyła w ostatnich tygodniach nad kursem funta brytyjskiego. Od połowy kwietnia szterling osłabił się względem dolara amerykańskiego o ponad 9%, ostatnio wyraźnie tracił również w parze ze złotym. Niedawne wypowiedzi Michela Barniera sugerowały bardziej pojednawcze podejście Unii Europejskiej do negocjacji, dzięki czemu GBP rozpoczął umocnienie. Komentarze Barniera wzmocniły również oczekiwania względem łagodnej wersji Brexitu, którą większość analityków zgodnie ocenia jako lepszą alternatywę dla brytyjskiej gospodarki niż tzw. twardy Brexit.
Warto zwrócić uwagę na najważniejsze daty w kalendarzu związanym z Brexitem.
Najważniejszą datą jest bez wątpienia 18 października, czyli początek dwudniowego spotkania Rady Europejskiej. Szczyt ten miał stanowić ostateczny termin na osiągnięcie przez Wielką Brytanię porozumienia o stosunkach Królestwa z Unią Europejską po Brexicie. Data ta wydaje się jednak nieosiągalna, zważywszy na obecny stan negocjacji. Nic nie zostało jeszcze ogłoszone oficjalnie, jednak powszechnie spekuluje się o możliwości przesunięcia ostatecznego terminu na osiągnięcie porozumienia.
Innym potencjalnym terminem na osiągnięcie porozumienia, którego rynki wydają się nie dostrzegać, jest 13 grudnia, czyli początek kolejnego dwudniowego szczytu Rady Europejskiej. Część analityków uważa tę datę za opcję zapasową – jeżeli obie strony negocjacji nie opracują warunków porozumienia przed szczytem w październiku. Istnieje również pewne prawdopodobieństwo ogłoszenia sesji nadzwyczajnej w listopadzie.
Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z założeniami, Wielka Brytania weźmie udział w swoim ostatnim szczycie Unii Europejskim – jako członek – 21 i 22 marca 2019 roku. Tydzień później kraj ten opuści ugrupowanie. Rozpocznie się wtedy trwający 21 miesięcy okres przejściowy. Oficjalnie Zjednoczone Królestwo wyjdzie z Unii Europejskiej 31 grudnia 2020 roku.
Jakie są możliwe wyniki negocjacji ws. Brexitu?
1) Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską bez porozumienia
Prawdopodobieństwo takiego scenariusza wyraźnie wzrosło po tym, jak reprezentanci Unii Europejskiej odrzucili znaczną część założeń umowy, które Theresa May zaprezentowała w lipcu. Przez kilka tygodni dyskusja na temat potencjalnego braku porozumienia określającego relacje handlowe Królestwa oraz UE zdominowała media. W takim wypadku stosunki handlowe Wielkiej Brytanii z Unią Europejską określałyby wytyczne Światowej Organizacji Handlu (WTO). Zabraknie wtedy również okresu przejściowego wyjścia ze Wspólnoty. Wzrosną cła na towary, które dotychczas były bardzo nisko opodatkowane przez Unię; niemalże natychmiast wzrosną ceny żywności, a cały wskaźnik dynamiki cen może poszybować w górę, jeszcze bardziej oddalając się od 2-procentowego celu inflacyjnego banku centralnego. Istnieje również zagrożenie dla aktywności sektora przemysłu – wiele firm może przenieść działalność operacyjną poza granicę Wielkiej Brytanii, aby uniknąć uciążliwości związanej z kontrolami granicznymi. Dalsze stosunki Królestwa z Unią Europejską pozostaną niejasne. Okres niepewności z dużym prawdopodobieństwem wpłynie negatywnie na poziom zaufania przedsiębiorstw i konsumentów, co może doprowadzić do dość gwałtownego spowolnienia aktywności wewnętrznej.
W kontekście wpływu braku porozumienia na rynki finansowe, spodziewalibyśmy się ostrej wyprzedaży funta. Taki scenariusz mógłby wywołać awersję do ryzyka, co powinno sprzyjać dolarowi amerykańskiemu, jenowi japońskiemu oraz frankowi szwajcarskiemu, szkodzić natomiast walutom takim jak polski złoty. Uważamy jednak, że prognozy 10-procentowego osłabienia funta względem USD są dość przesadzone. Nie można bowiem pominąć tego, że obecna wycena funta zawiera w sobie pewne prawdopodobieństwo braku osiągnięcia porozumienia Wielkiej Brytanii z Unią Europejską. Oceniamy, że dużo bardziej prawdopodobny byłoby spadek kursu GBP względem USD o ok. 5%. Z kolei spadek kursu GBP/EUR powinien przypominać skalą ten, który nastąpił zaraz po ogłoszeniu wyników referendum o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, w naszej opinii powinien być jednak o ok. 25% mniej dotkliwy. Spadek w relacji do polskiego złotego powinien być jeszcze mniejszy (ze względu na lekki wzrost kursu EUR/PLN, który może nastąpić w takiej sytuacji).
2) Zostanie zawarte porozumienie w sprawie Brexitu
Prawdopodobieństwo Brexitu bez porozumienia jest w naszym odczuciu znacznie przeszacowane. Jesteśmy zdania, że umowa o przyszłych relacjach Wielkiej Brytanii z Unią Europejską zostanie zawarta przed końcem 2018 roku – niezależnie od tego czy stanie się to w październiku, grudniu (co wydaje się najbardziej prawdopodobne), albo na nadzwyczajnym posiedzeniu w listopadzie. Bez wątpienia obu stronom zależy na tym, żeby umowa została zawarta. Międzynarodowy Fundusz Walutowy sugeruje, że efektem Brexitu bez porozumienia może być odjęcie z PKB krajów Unii Europejskiej 1,5% do 2030 r. Dość rozsądny wydaje się pogląd, który zakłada, że brytyjski rząd stara się poprzez wypowiedzi o akceptacji możliwości wyjścia z UE bez porozumienia wywrzeć presję, która ma raczej zapewnić Wielkiej Brytanii bardziej korzystne porozumienie, niż pogodzić Brytyjczyków z wizją braku porozumienia z Unią Europejską.
Negatywny wpływ Brexitu bez porozumienia na PKB do 2030 r. [%]
Jesteśmy zdania, że zawarcie porozumienia w kwestii Brexitu będzie zdecydowanie pozytywną wiadomością dla brytyjskiej waluty. Powinno przełożyć się na najpewniej długotrwałe wzmocnienie funta brytyjskiego, który w naszej opinii jest obecnie niedowartościowany.
Skala umocnienia szterlinga w długim terminie zależałaby oczywiście od warunków umowy. Łagodny Brexit, zapewniający Wielkiej Brytanii dostęp do jednolitego rynku europejskiego, z pewnością zwiększy potencjalne zyski funta. Waluta Wielkiej Brytanii mogłaby wrócić do poziomów z początku drugiego kwartału bieżącego roku, czyli zanim niepokój związany z ryzykiem nieosiągnięcia porozumienia zaczął mieć tak wyraźny wpływ na kurs szterlinga.
3) Ogłoszone zostaje drugie referendum
Innym scenariuszem jest ogłoszenie przez brytyjski rząd drugiego referendum ws. członkostwa w Unii Europejskiej. Pojawiły się zakłady, które szacują prawdopodobieństwo kolejnego głosowania przed kwietniem 2019 roku na jedną czwartą. Niektórzy analitycy szacują na 15% prawdopodobieństwo tego, że Brexit w ogóle nie nastąpi. Zwołanie drugiego referendum mogłoby być pozytywne dla funta, gdyż oznaczałoby, że szanse na pozostanie w UE rosną do ok. 50%.
Niemniej, jesteśmy zdania, że w rzeczywistości prawdopodobieństwo ogłoszenia kolejnego referendum jest bliższe zeru.
4) Brexit zostaje opóźniony
Naszym zdaniem istnieje również czwarta możliwość, zakładająca opóźnianie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, co pozwoliłoby uzyskać czas na dokończenie negocjacji. Informacje z czerwca sugerują, że UE przygotowywała się na taką ewentualność, jednak wydaje się to obecnie mało prawdopodobne.
W naszej opinii opóźnienie Brexitu mogłoby wywołać krótkoterminowe wzmocnienie funta, jednak o mniejszej skali niż w przypadku osiągnięcia porozumienia.
Co stanie się z funtem brytyjskim?
Tak jak już wspominaliśmy, jesteśmy zdania, że inwestorzy przeceniają prawdopodobieństwo opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej bez porozumienia. Prawdą jest, że negocjacje były dotychczas dość wyboiste, a sytuacji nie sprzyjała rezygnacja kluczowych członków brytyjskiego Gabinetu.
Niemniej, osiągnięcie porozumienia przed marcem 2019 roku, kiedy Wielka Brytania ma opuścić Wspólnotę, leży w interesie obu stron.
Nie zaprzeczamy jednak, że ryzyko braku porozumienia określającego relację Wielkiej Brytanii z Unią Europejską po Brexicie istnieje. Taki wynik negocjacji mógłby naszym zdaniem zdecydowanie osłabić funta, w pewnym stopniu zaszkodzić również euro, a także polskiej walucie. Niemniej, pozostajemy przy opinii, że obu stronom zależy na tym, żeby nie doszło do realizacji tego scenariusza, tym samym naszym zdaniem Zjednoczone Królestwo powinno osiągnąć porozumienie z UE.
Szacowane przez analityków Ebury prawdopodobieństwo wystąpienia danego scenariusza
Rezultat
Szacowane prawdopodobieństwo
Brak porozumienia
25%
Porozumienie
60%
Ponowne referendum
5%
Opóźnienie Brexitu
10%
Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Díaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Informacje zawarte w niniejszym dokumencie służą wyłącznie do celów informacyjnych. Nie stanowią one porady finansowej lub jakiejkolwiek innej porady, mają charakter ogólny i nie są skierowane dla konkretnego adresata. Przed skorzystaniem z informacji w jakichkolwiek celach należy zasięgnąć niezależnej porady. CEO Magazyn Polska / Ebury nie ponoszą odpowiedzialności za konsekwencje działań podjętych na podstawie informacji zawartych w raporcie.
Nowa Ordynacja podatkowa, której wejście w życie przewidziano na 1 stycznia 2020 r., ma być prosta, przejrzysta, a przede wszystkim przyjazna podatnikowi. To właśnie z myślą o nim ustawa podatkowa jest rewolucjonizowana. To jemu, w celu lepszego dialogu z fiskusem, służyć mają nowe regulacje i instytucje, wśród których znalazła się m.in. mediacja.
Instytucja mediacji została przewidziana w projekcie ustawy z 6 października 2017 r., gdzie ujęto ją w art. od 375 do art. 384 nowej Ordynacji podatkowej (www.mf.gov.pl). Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego dostrzegła potrzebę „ochrony prawa podatnika w jego relacjach z organami podatkowymi (…) m.in. poprzez złagodzenie nadmiernego rygoryzmu ordynacji podatkowej w odniesieniu do podatników” (Projekt uzasadnienia ustawy – Ordynacja podatkowa z dnia 6 października 2017 r., www.mf.gov.pl).
Mediacja a umowa podatkowa
Ta niewładcza forma załatwienia sprawy podatkowej ma być dopuszczalna we wszystkich tych przypadkach, gdzie możliwe jest zawarcie umowy podatkowej, której poświęcono w projekcie osobny rozdział (art. 373 i 374). Mediacja może być zawierana pomiędzy podatnikiem a organem podatkowym w większości spornych spraw poza tymi, których przedmiotem jest ustalenie wysokości podatku. Zgodnie z uzasadnieniem projektu mocą umowy podatkowej będzie można np. ustalić wartość nieruchomości, co pozwoli uniknąć związanych z tym kosztów, jak np. powołania biegłego i bez konieczności przeprowadzania czasochłonnego postępowania podatkowego lub sądowego. Zawarcie porozumienia drogą umowy podatkowej ma ograniczyć koszty przy jednoczesnym zwiększeniu efektywności załatwienia sprawy podatkowej.
Jedna sprawa na 3 lata
Przeprowadzenie mediacji może również wywołać skutek odwrotny od zamierzonego. Jak potwierdził WSA w Rzeszowie w wyroku z 9 maja 2017 r.: „…prowadzenie w takiej sytuacji mediacji pomiędzy stronami byłoby bezcelowe i tylko wydłużyłoby prowadzone w sprawie postępowanie…” (II SA/Rz 1177/17). Szybkość załatwienia sprawy, przy jednoczesnym braku zaufania jej uczestników do organów podatkowych czy organów administracji publicznej, jest prawdopodobnie czynnikiem odpowiedzialnym za „śmierć mediacji” w postępowaniu sądowoadministracyjnym (art. 115-118 ustawy – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi, dalej p.p.s.a., Dz.U. 2002, poz. 1270 z późn. zm.).
12 marca 2018 r. Naczelny Sąd Administracyjny zaprezentował „Informację o działalności sądów administracyjnych w 2017 r.” (www.nsa.gov.pl). Według opublikowanych danych w 2017 r. wszczęto zaledwie jedno postępowanie mediacyjne, a liczba załatwionych spraw wyniosła zero. Rok wcześniej na podjętych osiem postępowań mediacyjnych sukcesem nie zakończono ani jednego, a w 2015 r. na osiem takich przypadków skutecznie załatwiono tylko jedną sprawę.
Postępowanie uproszczone zamiast mediacji
To właśnie 2015 r. był dla mediacji w postępowaniu sądowoadministracyjnym decydujący. Ustawą z dnia 9 kwietnia 2015 r. o zmianie ustawy – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (Dz.U. 2015, poz. 658) rozszerzono bowiem katalog spraw, które mogą być rozpatrzone w trybie uproszczonym. Od 15 sierpnia 2015 r., czyli od dnia wejścia w życie nowelizacji, do postępowania uproszczonego mogą trafiać m.in. sprawy dotyczące decyzji lub postanowień organu dotkniętych wadą nieważności, lub też skargi, których przedmiotem jest bezczynność lub przewlekłe prowadzenie postępowania (art. 119 pkt. 1 i 4 p.p.s.a., Dz.U. 2002, poz. 1270 z późn. zm.).
Wspomniane wcześniej dane NSA wskazują, że od 2015 r. odnotowano znaczny wzrost ilości spraw załatwionych przez wojewódzkie sądy administracyjne w postępowaniu uproszczonym. Jeszcze w 2009 r. ich liczba wyniosła zaledwie 36, w 2010 r. – 154, w 2011 r. – 440, w 2012 r. – 413, w 2013 r. – 475, w 2014 r. – 331, ale w 2015 r. już 1738. Podczas gdy wskaźniki efektywności postępowania mediacyjnego na przestrzeni ostatnich 3 lat pikowały do zera, te same wskaźniki postępowania uproszczonego ulegały wielokrotnemu pomnożeniu. W 2016 r. WSA załatwiły w trybie uproszczonym 7440 spraw, a w 2017 r. aż 10281.
Postępowanie mediacyjne w k.p.a.
W celu zatrzymania postępującej co najmniej od 13 lat degradacji znaczenia i funkcjonalności instytucji mediacji w postępowaniu sądowoadministracyjnym, podjęto decyzję o jej wprowadzeniu do Kodeksu postępowania administracyjnego (Ustawą z dnia 7 kwietnia 2017 r. o zmianie ustawy – Kodeks postępowania administracyjnego oraz niektórych innych ustaw, Dz.U. 2017, poz. 935). Jak wówczas argumentowano: „Celem wprowadzenia postępowania mediacyjnego jest zbliżenie administracji do społeczeństwa…” (Uzasadnienie Rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy – Kodeks postępowania administracyjnego oraz niektórych innych ustaw, druk nr 1183).
Pudrowanie trupa
Mimo iż zaprezentowane przez NSA statystyki dotyczące mediacji w postępowaniu sądowoadministracyjnym pokazują dobitnie, że jest to instytucja umierająca, ustawodawca chce w nowej Ordynacji podatkowej „przypudrować trupa”, by udawał żywego w postępowaniu podatkowym. Rosnąca w szybkim tempie liczba spraw rozpatrywanych przez sądy w postępowaniu uproszczonym pokazuje, że podatnicy, a zwłaszcza prowadzący działalność gospodarczą, są coraz bardziej świadomi „zagrożeń”, jakie po ich stronie generuje status przedsiębiorcy w stosunkach z fiskusem. Obrony swoich racji w sporach z organami podatkowymi, zwłaszcza gdy w grę wchodzi ochrona majątku firmy, wolą więc dochodzić przed sądem.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Moment uspokojenia objął waluty rynków wschodzących, ale spadające kolejny dzień indeksy w Azji nie pozwalają zapomnieć, że pozostajemy w trybie ograniczonego apetytu na ryzyko. Spory handlowe nie wygasają, a Trump wspomina nawet o rozpoczęciu batalii z Japonią. W tym klimacie raport z rynku pracy USA traci na znaczeniu.
O czym nam powie kolejny imponujący przyrost zatrudnienia w sektorze pozarolniczym USA? Niewiele. Wszytko między 150 a 250 tys. (prog. 191 tys.) będzie znaczyć tylko tyle, że rynek pracy ma się dobrze i wchłania kolejnych zainteresowanych powiększaniem produktu krajowego brutto. Jeśli będzie więcej – tym lepiej dla gospodarki, jednak rynkowa opinia o solidności ożywienia już dawno jest wyceniona. Czy odczyt może rozczarować? Słaby wynik w raporcie ADP wczoraj (160 tys., prog. 200 tys.) daje ku temu podstawy, ale wahania łatwo zrzucić na karb wakacyjnych czynników sezonowych i jeden odczyt nie odmieni trendu. Zdecydowanie ważniejsza może być dynamika płac (prog. 2,7 proc. r/r), ale tylko gdy rozczaruje, gdyż obudzi wówczas spekulacje odnośnie tego, kiedy i na jak długo Fed zrobi sobie przerwę w cyklu podwyżek, choć dwa kolejne kroki w tym miesiącu i grudniu są przesądzone. Wreszcie stopa bezrobocia powinna spaść o 0,1 pp do 3,8 proc. jako konsekwencja wzrostu miejsc pracy.
Poza przejściowym zamieszaniem tuż po odczycie (podziękujmy za to algorytmom transakcyjnym), nie sądzę, aby raport NFP znaczył wiele dla EUR/USD. Jesteśmy w środku dobrze utrwalonego range’u, gdzie w ostatnich godzinach rynek preferuje podchodzenie pod górne ograniczenie, więc słabsze dane będą tutaj wodą na młyn. Jednak tak jak NFP nie zmieni w postrzeganiu perspektyw USD, tak i nie ma obecnie czynników przemawiających za EUR, więc spodziewałbym się blokowania rajdu przed 1,17. Więcej pola do reakcji może mieć USD/JPY, który już jest najniżej od dwóch tygodni i im więcej pretekstów tym lepiej. W nocy Wall Street Journal zasugerował, że na celowniku Trumpa w kampanii „wyrównywania rachunków” w handlu jest Japonia. Razem z ciągłymi obawami o nową rundę ceł importowych na warte 200 mld USD towary z Chin, nastroje w Azji nie są dobre, co premiuje ucieczkę w stronę JPY, ale też wywiera presję na AUD, który stał się barometrem napięć na rynkach wschodzących tamtego regionu. Jeśli NFP wypadnie dobrze, AUD/USD może reagować najsilniej.
Złotówka łapie niewielki oddech w końcówce tygodnia. Przed weekendem czekają nas jeszcze odczyty z rynków pracy, co może wpłynąć na zwiększoną zmienność na rynkach.
Chwila oddechu
Piątkowy poranek można uznać za dobry dla naszej waluty. Złotówka umacnia się bowiem w stosunku do głównych walut, tym samym choć trochę odreagowując ostatnie jej słabsze dni. Spowodowane one były nasilającymi się ryzykami w gospodarce. Mowa tu między innymi o kontynuacji sporu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami w sprawie wysokości nakładanych ceł. Dlatego też inwestorzy szukali bardziej bezpiecznych inwestycji, co przełożyło się na straty walut z koszyka EM. Tymczasem za euro zapłacimy 4,31 zł. Dolar amerykański wyceniany jest na 3,71 zł. Frank szwajcarski kosztuje 3,84 zł, a funt brytyjski 4,80.
ADP mało satysfakcjonujący
Wczoraj poznaliśmy odczyt raportu ADP ze Stanów Zjednoczonych. Niestety nie sprostał on oczekiwaniom rynków. Przedstawia on szacunkową zmianę zatrudnienia w USA. Jest on również uznawany za prognozę ostatecznych wyników publikacji tzw. “payrollsów”, jednakże jak już historia pokazała nie zawsze oba te odczyty są zgodne. Dane na temat sytuacji na rynku pracy w USA poznamy o godz. 14:30. Prognozy wynoszą 190 tysięcy. Warto zatem uważnie przyjrzeć się notowaniom dolara amerykańskiego w okolicy odczytu.
Nie tylko Stany
Również o godzinie 14:30 poznamy sytuację z rynku pracy w Kanadzie. Nie są to tak istotne dane dla inwestorów jak te z USA, jednak notowania dolara kanadyjskiego zazwyczaj mocno reagują w okolicy odczytów. Zatem warto również obserwować pary walutowe powiązane z kanadyjską walutą.
Zanim jednak poznamy dane zza oceanu czeka nas odczyt ze Strefy Euro. O godzinie 11:00 poznamy dynamikę PKB. Prognozy wynoszą 0,4% w ujęciu kwartalnym, z kolei rok do roku przewidywany jest wzrost na poziomie 2,2%.
Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Transformacja cyfrowa służby zdrowia to lepsza opieka medyczna i większe zadowolenie pacjentów – przekonują eksperci. Większość Polaków ocenia, że system e-zdrowia jest za słabo rozwinięty i nie wykorzystuje potencjału, jaki drzemie w nowoczesnych technologiach. Sytuacja jednak stopniowo się zmienia. Na rynku prywatnym pojawiają się pierwsze przychodnie realizujące wideowizyty. Telekonsultacje pozwalają na wystawienie e-recepty, a już wkrótce – na dostarczenie leku do domu. Resort zdrowia prowadzi intensywne prace nad informatyzacją powszechnej służby zdrowia.
W przyszłym roku ma wystartować Internetowe Konto Pacjenta, które umożliwi pacjentom wgląd online w takie dane, jak wyniki badań, zaplanowane wizyty, historia leczenia czy wystawione zwolnienia lekarskie. Możliwe ma być także wystawianie e-recept. Od 2020 roku mają one być już wystawiane we wszystkich gabinetach lekarskich w Polsce.
– Jesteśmy właściwie na finiszu pilotażu wdrożenia elektronicznej recepty. W połowie października ruszamy z pilotażem elektronicznego skierowania, a w przyszłym roku wdrażamy rozwiązania związane z wymianą dokumentacji medycznej. Pierwsze efekty dla Polaków będą widoczne na początku przyszłego roku, kiedy w każdej aptece w Polsce będzie można zrealizować e-receptę. To będzie pierwszy krok, ale niezwykle istotny, ponieważ kiedy jednostki raz podłączą się do platformy, będą mogły już stale z niej korzystać i znacznie łatwiej będzie im wchodzić w kolejne funkcjonalności – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Cieszyński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.
Z raportu „E-zdrowie oczami Polaków” wynika, że 65 proc. Polaków ocenia współczesny system e-zdrowia jako słabo rozwinięty, który nie wykorzystuje potencjału, jaki drzemie w nowoczesnych technologiach. Rewolucja cyfrowa w medycynie jednak szybko przyspiesza na całym świecie. Z globalnych badań IDC Research wynika, że w 2018 roku z ponad 65 proc. placówek służby zdrowia będzie się można skontaktować poprzez urządzenia mobilne, a więcej niż 70 proc. będzie dysponowało aplikacjami do monitoringu stanu pacjentów.
– Dla pacjentów wyniknie mnóstwo korzyści z transformacji cyfrowej. Podniesiemy dzięki niej wydajność i jakość ochrony zdrowia. Pacjenci będą mogli szybciej dostać się do lekarza, na leczenie czy badania diagnostyczne, bo dzięki innowacyjnym technologiom pacjent będzie mógł znacznie szybciej i sprawniej poruszać się w systemie. Mamy też możliwość udostępniania danych istotnych z punktu widzenia zarządzania zdrowiem przez konkretne osoby, które tego wymagają. Nowe technologie ponadto mogą wspomagać pewne procesy profilaktyczne oraz prewencję, także poprzez budowanie świadomości w zakresie zdrowego stylu życia – wymienia Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare.
Połączenie medycyny ze światem nowych technologii ułatwi również pracę opiece medycznej.
– Ważnymi interesariuszami ekosystemu informatycznego są lekarze, pielęgniarki, technicy medyczni, diagności, a także dyrektorzy, którzy zarządzają podmiotami, w tym również Ministerstwo Zdrowia i instytucje podległe – mówi Michał Kępowicz.
Raport Deloitte „2018 Global Health Care Outlook. The Evolution of Smart Health Care” wskazuje, że szpitale mogą zapewnić bardziej indywidualną opiekę dzięki wykorzystaniu rozwiązań cyfrowych, które ułatwią dostęp do wszystkich kanałów, w tym aplikacji klienckich, portali pacjentów, spersonalizowanych cyfrowych zestawów informacji. Interakcje z pacjentem zwiększą także telemedycyna czy wirtualna i rozszerzona rzeczywistość.
– Prywatne podmioty stosują bardzo zaawansowaną telemedycynę i znacząco wyprzedzają pod tym względem podmioty publiczne. Telemedycyna w znakomity sposób powinna potanić koszty opieki medycznej. To nie jest kwestia pogorszenia jakości, a kwestia zmiany sposobu konsultowania przez lekarza, nie w gabinecie stacjonarnym, bo lekarz może być oddalony o kilkaset kilometrów od pacjenta i przeprowadzić telekonsultację – wskazuje Adam Rozwadowski, prezes zarządu Enel Invest.
Według raportu mHealth Intelligence rynek telemedycyny rozwija się bardzo dynamicznie. Do 2020 roku jego wartość ma osiągnąć 49 mld dol. Pozwala znacznie przyspieszyć diagnostykę, przy okazji zmniejszając kolejki do lekarzy.
– Dzięki telekonsultacjom zmniejszyliśmy liczbę wizyt domowych i wyjazdów do lekarzy stacjonarnie w granicach 18 proc., przy zachowaniu wysokiej jakości usług. To lekarz decyduje, czy może przeprowadzić tę wizytę telemedyczną, czy też zaprasza pacjenta na wizytę stacjonarną – mówi prezes Enel Invest.
Według założeń unijnych w 2020 roku wszystkie unijne placówki szpitalne powinny mieć powszechny dostęp do usług telemedycznych. W Polsce to jednak domena placówek prywatnych. Zdaniem ekspertów potrzebna jest większa świadomość pacjentów i lekarzy, ale też zaangażowanie w teleopiekę NFZ-u.
– Niestety, NFZ finansuje wyłącznie wizytę stacjonarną. Myślę jednak, że Ministerstwo Zdrowia poradzi sobie z tym problemem. Pozostaje też kwestia dowozu leku do domu pacjenta. Wystawiając e-receptę, mamy szansę na to, żeby ten lek z apteki dojechał do pacjenta w miarę szybko. Pacjent chory w ogóle się nie musi się ruszać z domu – tłumaczy Adam Rozwadowski.
– Chcemy dostarczać kompletne, zintegrowane systemy, bo w nich jest przyszłość firm zbrojeniowych – mówi Krzysztof Skrzypiński, dyrektor ds. rozwoju GRUPA WB. TOPAZ, czyli kompletny system dowodzenia i rozpoznania, przeznaczony do wsparcia działań dowódców i żołnierzy na szczeblu taktycznym, oraz nowy system amunicji krążącej WARMATE 2 – to jedne z flagowych produktów grupy zbrojeniowej WB Electronics, które koncern prezentuje na 26. MSPO w Kielcach.
– Skład Grupy WB – oprócz WB Electronics – obejmuje również firmy Radmor, Flytronic, Arex, Mindmade. Portfolio grupy jest duże, produkowane przez nas systemy są kompletne, co oznacza, że nie musimy dostarczać do wojska tylko pojedynczych systemów w postaci oprogramowania czy komputerów. Patrząc na trendy na świecie i ogromne firmy z branży, takie jak Thales, my idziemy w tym samym kierunku. Chcemy dostarczać kompletne, zintegrowane systemy i w nich widzimy przyszłość firm zbrojeniowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Skrzypiński, dyrektor ds. rozwoju z Grupy WB.
Na tegorocznym MSPO GRUPA WB premierowo zaprezentowała System Amunicji Krążącej WARMATE 2, a także funkcjonalności Zintegrowanego Systemu Zarządzania Walką TOPAZ. To kompletny system dowodzenia, kierowania i rozpoznania przeznaczony do wsparcia działań dowódców i żołnierzy na szczeblu taktycznym.
– TOPAZ jest systemem, który został zbudowany około 20 lat temu na potrzeby modernizacji artylerii w Wojsku Polskim, kiedy przechodziliśmy z Układu Warszawskiego do sojuszu NATO. Okazało się, że ma on na tyle dużo możliwości, że z biegiem lat rozwijaliśmy go także w dziedzinach innych niż systemy artyleryjskie. Podstawą był system artyleryjski dla dział Goździk, Dana, następnie Krab, a ostatnio flagowym produktem jest system TOPAZ dla moździerzy samobieżnych 120 mm na podwoziu kołowym KTO Rosomak – mówi Krzysztof Skrzypiński.
TOPAZ jest technologią sprawdzoną w warunkach bojowych i rozwijaną od lat 90., kiedy do wojsk rakietowych i artylerii trafił nowoczesny Zautomatyzowany Zestaw Kierowania Ogniem oparty na cyfrowej platformie łączności FONET. Doświadczenia z wykorzystaniem systemu TOPAZ – w tym również na misji w Afganistanie i w siłach zbrojnych innych państw – doprowadziły do jego rozbudowy. Dodano funkcjonalności związane z obserwacją i rozpoznaniem z wykorzystaniem różnego rodzaju sensorów (radarów, systemów optoelektronicznych, systemów rozpoznania pasywnego), dowodzenia, zabezpieczenia logistycznego oraz kierowania uderzeniami systemów bezzałogowych w postaci amunicji krążącej. System zaprojektowany przez polskich inżynierów może bez problemów współpracować z pozostałymi systemami klasy C4ISR w ramach NATO-wskiego sojuszu.
– Budując te systemy, zwracaliśmy uwagę nie tylko na funkcje artyleryjskie, obliczenia balistyczne i kierowanie ogniem, lecz także na szeroko pojęte zarządzanie polem walki. Ważna jest sytuacja taktyczna i rozpoznanie, czyli zabezpieczenie logistyczne w postaci kierowania dowozem amunicji. W ostatnich latach zbudowaliśmy także dodatkową nitkę do systemu TOPAZ opartą o amunicję krążącą WARMATE. Mamy możliwość budowy całego, zintegrowanego systemu – począwszy od sytuacji taktycznej, rozpoznania, logistyki, uderzenia z ziemi za pomocą środków ogniowych, a skończywszy na uderzeniach z powietrza za pomocą opracowanej przez nas amunicji krążącej WARMATE – mówi Krzysztof Skrzypiński.
Amunicja krążąca WARMATE to jeden z flagowych produktów Grupy WB. Prosty w obsłudze, bojowy bezzałogowy system powietrzny jest pierwszą produkowaną w Europie amunicją krążącą. Poza Polską cieszy się dużym powodzeniem wśród klientów z krajów NATO oraz spoza Sojuszu.
Jego nowa wersja, WARMATE 2, zapewnia siłę uderzenia i precyzyjne trafienie w cel przy użyciu różnego typu głowic: przeciwpiechotnej (zawierającej do 5 kg ładunku wybuchowego, o 100-metrowym polu rażenia), przeciwpancernej (umożliwiającej przebicie 400 mm pancerza RHA) lub treningowej. Start odbywa się z automatycznej wyrzutni, a jego lot sterowany jest z zamontowanej na pojeździe stacji kierowania i kontroli. W nowej wersji projektanci GRUPY WB zwiększyli także wagę głowicy bojowej z 1,4 kg do niemal 5 kg, co stwarza nowe możliwości dla bezzałogowca w sytuacjach bojowych.
– Wykorzystaliśmy w systemie TOPAZ także inne rozwiązania Grupy WB. W dziedzinie rozpoznania, przede wszystkim bezpilotowy środek latający Mini BSP FLYEYE. Od kilku lat znajduje się on na wyposażeniu Wojska Polskiego. Naturalnym krokiem dla sytemu TOPAZ było włączenie linii BSP FLYEYE do systemu artylerii, co pozwala – tak jak w systemach izraelskich i rosyjskich – na rozpoznanie w czasie rzeczywistym, uderzenie, a następnie sprawdzenie, czy cel został zniszczony, i wykonanie korekty ognia, jeżeli jest taka potrzeba – wyjaśnia Krzysztof Skrzypiński.
Jak podkreśla, w działaniach bojowych bardzo ważną kwestią, niedostrzegalną na pierwszy rzut oka, jest również zabezpieczenie logistyczne, remont uzbrojenia, serwisowanie sprzętu, koordynowanie dowozów amunicji. System TOPAZ obejmuje wszystkie te procesy i elementy.
– Przede wszystkim jest to system kompletny. Ma możliwość zarządzania na szczeblu taktycznym, są mapy i znaki taktyczne, systemy rozpoznania, integracja systemów rozpoznania. To jest niezwykle istotne, żeby wojsko uzyskało przewagę informacyjną, jako pierwsze wykryło i zidentyfikowało przeciwnika. Kolejny krok w TOPAZIE to zarządzanie środkami walki – środkami artyleryjskimi czy środkami bezpilotowymi – żeby na podstawie tego rozpoznania wykonać uderzenie w odpowiednim czasie, celnie i przy użyciu minimalnej ilości środków ogniowych. Oszczędzamy zapasy amunicji, która w obecnej chwili jest bardzo droga – podkreśla Krzysztof Skrzypiński.
W 26. Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego, który potrwa do 7 września, bierze udział w sumie 624 wystawców z 31 państw, m.in. z Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Włoch, Australii, Japonii, Kanady, Korei Południowej i Izraela. Wystawa zajmuje ponad 27 tys. mkw. w 7 halach wystawienniczych i tradycyjnie towarzyszą jej konferencje i seminaria poświęcone branży obronnej.
– Warto przejść się po targach i zobaczyć, w ilu produktach oferowanych przez spółki PGZ znajdują się nasze wyroby. Wszystkie wersje Rosomaka, produkowane od początku i później, zawierają nasz sprzęt. Nowością w tym roku jest także wóz dowodzenia, wystawiony na stoisku PGZ, w którym kompletne wyposażenie teleinformatyczne zostało dostarczone przez GRUPĘ WB, w tym pełna integracja radiostacji. Jest to wóz przeznaczony dla dowództwa dywizji wielonarodowej północ-wschód, czyli jest to kolejny raz, kiedy nasze produkty działają w środowisku koalicyjnym, wykorzystywanym przez nasze Siły Zbrojne – podkreśla dyrektor ds. rozwoju z Grupy WB.
Dobra infrastruktura stacji ładowania może przyspieszyć rozwój elektromobilności w Polsce. Grupa PGE poinformowała, że do końca września będzie miała 25 punktów ładowania w miastach średniej wielkości i liczy na to, że do końca roku uda się podwoić tę liczbę. Współpracuje przy tym z lokalnymi samorządami, koncentrując się obecnie na miejscowościach uzdrowiskowych.
Rynek elektromobilności sukcesywnie się rozwija. Według danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodowych w 2017 w Unii Europejskiej sprzedano o blisko 40 proc. więcej samochodów elektrycznych niż rok wcześniej. W sumie sprzedano ponad 216 tys. tego rodzaju aut, przy czym liderami były Niemcy, Wielka Brytania i Francja, których mieszkańcy zakupili blisko 140 tys. samochodów. Polski rynek rozwija się znacznie wolniej, choć w 2017 roku zanotowano rekordowy, bo wynoszący ponad 300 proc., wzrost sprzedaży. W 2017 roku Polacy zarejestrowali ponad 1 tys. samochodów elektrycznych. 500 z nich napędzanych było całkowicie silnikiem elektrycznym, pozostałe były to hybrydy z możliwością doładowania w stacjach ładowania.
– Może się wydawać, że jesteśmy na początku drogi. Ale jeśli spojrzymy na to, ile w Polsce rejestrowanych jest samochodów z napędem hybrydowym, które odzyskują energię podczas jazdy, to w zeszłym roku było ich prawie 18 tys., co oznacza, że 18 tys. nowych właścicieli zdecydowało się wydać więcej pieniędzy, żeby mieć samochód bardziej ekologiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szustak, odpowiedzialny za marketing i komunikację w PGE Nowa Energia.
Zdaniem eksperta ta grupa kierowców to potencjalni nabywcy samochodów w pełni elektrycznych. Do ich zakupu zachęcać będzie przede wszystkim coraz niższa cena samych aut, która dziś w Polsce wciąż stanowi pewną barierę, ale także korzystne warunki ich eksploatacji. Niezbędne są działania na rzecz elektromobilności ze strony samorządów, których celem będzie zredukowanie liczby samochodów spalinowych w centrach miast oraz zachęcanie kierowców do przesiadania się do aut ekologicznych.
– Mowa o zachęcaniu ich np. darmowym parkowaniem, możliwością jazdy buspasem. Takie elementy będą niewątpliwie wspierać elektromobilność, a nie są kosztowne dla włodarzy miast – mówi Paweł Śliwa, wiceprezes PGE ds. innowacji.
Dla elektromobilności kluczową kwestią jest także rozwój infrastruktury stacji ładowania. Obecnie przebiega on dwutorowo: z jednej strony koncentruje się na dużych stacjach przeznaczonych dla autobusów miejskich, z drugiej natomiast na publicznych stacjach dla samochodów osobowych. W rozwój infrastruktury angażują się firmy energetyczne. Grupa PGE ma obecnie 25 publicznych punktów ładowania o łącznej mocy 344 kW, zlokalizowanych m.in. w Łodzi i w Siedlcach – ostatnia z nich została otwarta w Krynicy-Zdroju.
– Najprawdopodobniej do końca roku uda się tę liczbę podwoić, czyli będzie ich 50. Ten rozwój jest bardzo dynamiczny, bo jest zapotrzebowanie rynku na publiczne stacje ładowania – mówi Paweł Śliwa.
Grupa PGE postawiła na współpracę z jednostkami lokalnych samorządów, rozwijając sieć stacji ładowania w miastach średniej wielkości. Obecnie koncentruje się na gminach uzdrowiskach, zobligowanych do spełniania wysokich norm w zakresie ochrony środowiska naturalnego. W poniedziałek Grupa uruchomiła stację ładowania w Krynicy-Zdrój, wkrótce na tej liście pojawi się Lądek Zdrój i kolejne lokalizacje.
– Coraz więcej firm prywatnych zakupuje samochody elektryczne. Nie są to zawsze samochody w pełni elektryczne, ale hybrydy typu plug-in, które również mogą się ładować na takich punktach ładowania. To dla firm jest również ekonomia – mówi Paweł Śliwa.
Ładowanie samochodów elektrycznych staje się coraz łatwiejsze i szybsze. Obecnie za pomocą dostępnych na stacjach ładowarek na prąd stały możliwe jest naładowanie akumulatora do poziomu 80 proc. w mniej niż 30 minut. W przypadku starszych technologii samochód musi być podłączony do ładowarki 2–3 godz.
– Są także urządzenia, które pozwalają przetworzyć energię, którą mamy w domach, na energię potrzebną do naładowania baterii samochodu elektrycznego. To trwa już nawet kilkanaście godzin – mówi Michał Szustak.
W jednym miejscu można samodzielnie zbadać prawidłowe funkcjonowanie narządów zmysłów – do tego służy specjalna kapsuła diagnostyczno-rehabilitacyjna, która przemieszcza się po kraju i staje w ogólnodostępnych miejscach, np. galeriach handlowych. – W ten sposób upowszechniamy badania przesiewowe w formie samoobsługowej – podkreśla prof. Henryk Skarżyński ze Światowego Centrum Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. A to z kolei umożliwi wczesną diagnostykę nie tylko zaburzeń zmysłów, lecz także np. przyszłych chorób mózgu. W przyszłości kapsuła ułatwi także rehabilitację narządów zmysłów.
– Na razie skupiamy się na badaniach diagnostycznych z wykorzystaniem kapsuły. Natomiast to jest narzędzie, które może służyć do prowadzenia długotrwałej rehabilitacji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Henryk Skarżyński, dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. – Nie ma na świecie takiego urządzenia. Systemy do badań słuchu, wzroku czy smaku oczywiście istnieją, natomiast nie ma ich w formie zintegrowanej. Dzisiaj mamy wiele sposobów badania słuchu, i u dziecka, które ma 2 dni, 2 miesiące czy 2 lata, i u 80-latka. Wypełniamy szereg nowych testów w poszczególnych obszarach badania zmysłów, a jednocześnie integrujemy wyniki, które w tej formie mogą dać nam wskazówki, że za kilkanaście lat może się rozwinąć groźna choroba, np. mózgu.
Zespół narzędzi zawarty w kapsule umożliwia diagnostykę wielu narządów zmysłów – słuchu, wzroku, równowagi, powonienia, smaku oraz narządu mowy. Do tej pory, żeby zdiagnozować poszczególne narządy, pacjenci musieli odwiedzić kilka ośrodków specjalistycznych. Umożliwienie im tego w jednym miejscu, przy okazji np. zakupów w centrum handlowym, może wpłynąć na upowszechnienie się badań przesiewowych
– Chcemy oswoić ludzi z badaniami, żeby to nie było coś nadzwyczajnego, wymagającego dużo zachodu. Rodzina idąca na zakupy może wejść i zbadać swoje podstawowe narządy zmysłów. Nawet jeżeli to będzie wersja płytsza badania, ona uwrażliwi, że coś jest nie tak i wymaga to badań klinicznych. To już będzie duży krok i duży postęp w upowszechnianiu wiedzy o badaniach i kształtowaniu tych postaw prozdrowotnych, na których nam bardzo zależy –podkreśla prof. Henryk Skarżyński.
Taki jest też cel całego programu „Po pierwsze zdrowie”, którego trzecia edycja właśnie trwa. To bezpłatne badania słuchu zarówno dzieci, dorosłych, jak i seniorów, w połączeniu z konsultacjami lekarza innej specjalności. Badania programu łączą w sobie diagnostykę słuchu z innymi specjalizacjami: okulistyką, kardiologią, pediatrią, stomatologią, chirurgią szczękową, periodontologią, urologią, psychiatrią, łącznie z kilkunastoma dziedzinami medycyny.
– Wielospecjalistyczne podejście oznacza, że obok jednego specjalisty jest drugi specjalista. Niektórzy z nas w różnych specjalnościach mają bardzo dużo doświadczenia. Mamy za sobą ponad milion dzieci przebadanych pod kątem wczesnego wykrywania wad słuchu – mówi dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. – Jeżeli wszystkie dzieci rozpoczynające edukację szkolną przebadamy pod kątem wczesnego wykrycia wady słuchu, a następnie wzroku, to jednocześnie edukujemy je, że to badanie jest potrzebne, że za 3 lata można zrobić inne badanie, zaprogramować cały cykl badań przesiewowych tak, żeby można się było odnosić się całej populacji i wszystkich tych, którzy nie przejdą przez to sito, kierować na badania specjalistyczne. Dzięki temu będziemy mówili o realnej profilaktyce.
Do tej pory odbywały się latem, ale w 2019 roku mają trwać już przez cały rok. Tegoroczny cykl rozpoczął się na początku czerwca w Warszawie, a zakończy 22 września w Bielsku-Białej. Najbliższe badania odbędą się w nadchodzący weekend (8–9 września) w Łodzi, Warszawie i Gnieźnie. Poza tym ostatni miastem badania słuchu połączone będą z diagnostyką innych wad: w Łodzi periodontolodzy sprawdzą stan przyzębia i błony śluzowej jamy ustnej, a w stolicy porad udzielać będzie onkolog.
– „Po pierwsze zdrowie” to program kierowany do rodzin. Zależy nam, żeby podczas tych spotkań w różnych miejscach w Polsce, przy okazji „Lata z Radiem” czy innych programów, przychodziły całe rodziny, dzieci, młodzież, seniorzy – tłumaczy prof. Henryk Skarżyński. – Bardzo nam zależy na kształtowaniu solidarności pokoleniowej, na podkreślaniu tego, że bez wsparcia rodzinnego dzisiaj nie ma takiego systemu opieki, który by zapewniał nam wszystko, co potrzebne, i umożliwił wykorzystanie najnowszych zdobyczy nauki i medycyny.
Badanie podstawowych zmysłów człowieka jednocześnie umożliwia wykrycie pierwszych symptomów chorób rozwijających się na podłożu neurodegeneracyjnym. Oznacza to np. możliwość przewidzenia rozwoju choroby Alzheimera za kilkanaście lat, a co za tym idzie – wdrożenia zmian nawyków pacjenta i ćwiczeń, które opóźnią wystąpienie schorzenia nawet o kolejnych kilkanaście lat.
– W przyszłym roku chcemy, żeby to było całoroczne przedsięwzięcie. Poza miesiącami letnimi, kiedy łatwiej jest zorganizować w różnych miejscowościach spotkania, chcemy, żeby w innych okresach była możliwość dotarcia do dużych zbiorowości, do uniwersytetów trzeciego wieku – deklaruje dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. – Pracujemy nad nową formułą, żeby te wykłady wiązały się nie tylko z pogadanką, lecz także z możliwością zbadania w danym miejscu kilkuset osób, które przychodzą na takie wykłady.
Zakończyły się trzydniowe obrady 28. Forum Ekonomicznego w Krynicy, które okazało się rekordowe pod względem liczby gości. Jednym z kluczowych zagadnień w dyskusji były wyzwania i przyszłość regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Według ekspertów głównym problemem jest dziś demografia i starzejące się społeczeństwo w Europie.
– Tegoroczne forum było rekordowe pod względem liczby uczestników, mieliśmy prawie 5 tys. gości i dziennikarzy. Przygotowaliśmy ponad 300 propozycji debat, seminariów i wykładów z całym spektrum tematów. Dla tych, którzy przyjechali tutaj, żeby rozmawiać o swoim biznesie, ważna była nadzwyczajna liczba gości, którzy podejmują istotne decyzje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zygmunt Berdychowski, Przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju.
Na liście gości znaleźli się m.in. premier Litwy Saulius Skvernelis – wyróżniony tytułem Człowieka Roku, wicepremier rządu Rumunii Ana Birchall, premier Mateusz Morawiecki, szefowa resortu pracy Elżbieta Rafalska, minister energii Krzysztof Tchórzewski i infrastruktury – Andrzej Adamczyk, szefowa resortu finansów Teresa Czerwińska, Liliana Pavlova – minister odpowiedzialna za przewodnictwo Bułgarii w Radzie UE oraz minister energetyki Litwy Žygimantas Vaičiūnas.
W trakcie trzydniowych obrad odbyło się w sumie sześć sesji plenarnych oraz ponad 180 paneli dyskusyjnych, wykładów, warsztatów i debat dotyczących m.in. gospodarki, ochrony zdrowia, innowacji i start-upów, infrastruktury i mediów.
Tegoroczne Forum odbywało się pod hasłem „Europa wspólnych wartości czy Europa wspólnych interesów?”, dlatego jednym z najważniejszych zagadnień były kluczowe wyzwania stojące przed regionem Europy Środkowo-Wschodniej.
– Dopóki integracja europejska oparta była o gospodarkę, dopóty postępowała bardzo szybko. Pokonywaliśmy kolejne odcinki tej integracji, zbudowaliśmy Unię Europejską, nie zwracając uwagi na różnice, które oficjalnie nas dzieliły. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o wartościach, które powinny być wspólne, to okazało się, że różnic jest wiele i że częściej rozmawiamy o różnicach niż o wspólnym interesie – podkreśla Zygmunt Berdychowski.
Przed państwami europejskimi stoi dziś jednak wiele wspólnych wyzwań. Jednym z nich jest demografia.
– Na pewno jest to wyzwanie największe i najważniejsze. To proces długofalowy, którego świadkami jesteśmy na przestrzeni wielu lat – mówi Zygmunt Berdychowski. – Z drugiej strony wobec tego, co dzieje się wokół nas, musimy dużo inwestować, aby chociażby przygotować infrastrukturę dla ludzi, którzy mają 80 lub więcej lat.
Oficjalną inaugurację Forum w Krynicy poprzedziła w tym roku prezentacja raportu „Wyzwania ekonomiczne dla Europy Środkowo-Wschodniej”, przygotowanego przez warszawską SGH, która analizuje wyzwania ekonomiczne stojące przed Polską i innymi krajami regionu. W ramach dyskusji nad przyszłością tej części Europy, pierwszego dnia Forum odbyła się także sesja plenarna „Europa – wczoraj, dziś, jutro”, w której głos w dyskusji zabrali m.in. europejski komisarz ds. edukacji i kultury Tibor Navracsics, szef łotewskiego MSZ Edgars Rinkēvičs, Virginijus Sinkevičius, minister gospodarki Litwy, Calin Popescu Tăriceanu, marszałek Senatu Rumunii oraz były premier Jan Krzysztof Bielecki. Jednym z omawianych zagadnień była „Europa dwóch prędkości”.
Nieznajomość języków nie stanowi już przeszkody, nawet w kontaktach biznesowych. Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, które mają ułatwić komunikację. Dostępne są także aplikacje, pozwalające błyskawicznie dogadać się z obcokrajowcami. Na targach IFA 2018 w Berlinie debiutuje kieszonkowy tłumacz Pocketalk, który obsługuje aż 74 języki, w tym język polski. Wystarczy ustawić język źródłowy i docelowy, a urządzenie na bieżąco przetłumaczy rozmowę. Mechanizm opiera się na algorytmach sztucznej inteligencji, jest więc znacznie dokładniejszy niż zwykłe aplikacje.
– Pocketalk jest błyskawicznym translatorem obsługującym 74 różne języki. Pozwala ludziom pewnie podróżować po świecie i rozmawiać z osobami, które posługują się innymi językami. Opieramy się na Google Translate i innych tego typu silnikach, więc jesteśmy w stanie wybrać najlepszy silnik dla danej pary językowej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas targów IFA 2018 w Berlinie Jeff Waite, dyrektor marketingu i sprzedaży Pocketalk.
Urządzenie jest przeznaczone do rozmów. Po włączeniu urządzenia, wybraniu języka źródłowego i docelowego, można mówić pełnymi zdaniami, a tłumacz przekaże pełną wypowiedź w innym języku. To już koniec z nerwowym przeglądaniem słownika w poszukiwaniu brakującego słowa, zastanawianiem się jak należy je wymówić. Pocketalk zrobi to za nas.
– Urządzenie jest lepsze niż aplikacja na telefon z tego względu, że udostępnienie swojego telefonu osobie nieznajomej w obcym kraju jest kłopotliwe. Nasze urządzenie jest przeznaczone do jednego celu, z prostym w obsłudze interfejsem użytkownika. Wystarczy ustawić jakikolwiek język źródłowy i docelowy. Są tylko dwa przyciski, więc jest naprawdę łatwo przekazać urządzenie drugiej osobie – twierdzi Jeff Waite.
Mechanizm tłumaczenia opiera się na algorytmach sztucznej inteligencji. To oznacza, że tłumaczenie jest znacznie dokładniejsze niż w dostępnych translatorach. Urządzenie nie tylko tłumaczy, ale potrafi też zbudować poprawne gramatycznie zdanie.
– Urządzenie opiera się na wielu silnikach, więc w porównaniu z aplikacją, gdzie użytkownik korzysta z silnika danej firmy, w naszym urządzeniu możemy wykorzystać najlepszy silnik dla danego języka dla uzyskania optymalnych wyników – przekonuje ekspert.
Pocketalk jest niewielki, można go z łatwością zmieścić w kieszeni i zabrać w każdą podróż. Dodatkowo poprzez urządzenie można rozmawiać siedem godzin – tyle wytrzymuje bateria. Pocketalk opiera się na solidnych silnikach językowych i najnowocześniejszych technologiach chmurowych, aby wykonywać bardzo dokładne tłumaczenia. Dlatego do stosowania urządzenia niezbędne jest połączenie internetowe, przy użyciu Wi-Fi, danych mobilnych lub osobistego hotspotu.
– Jest też wejście na kartę SIM, gdzie możemy umieścić swoją własną kartę. Dostępna jest również wersja z wbudowaną kartą SIM, działającą w ponad stu krajach, z pakietem danych ważnym przez dwa lata. Wyjmujemy urządzenie z pudełka, włączamy i jesteśmy gotowi do podróży. Pocket Talk bez karty SIM kosztuje 249 dolarów, a wersja z dwuletnim pakietem danych – 299 dolarów – mówi Jeff Waite.
Mobilne urządzenia do tłumaczenia w czasie rzeczywistym są coraz popularniejsze. Google Pixel Buds to inteligentne słuchawki, w których do dyspozycji mamy nie tylko Asystenta Google, ale również możliwość tłumaczenia przy pomocy Tłumacza Google. Z kolei słuchawki Dash Pro pomagają porozumiewać się w 40 różnych językach, dzięki zaimplementowaniu tłumacza iTranslate. Poza tym mierzą aktywność fizyczną za pomocą biometrii i współpracują z urządzeniami zarówno z Androidem, Windowsem, jak i iOS-em.
Według Grand View Research, rynek tłumaczeń maszynowych ma osiągnąć wartość 983 mld dol. do 2022 roku.
Osobiste pojazdy elektryczne są przyszłością miejskiego transportu. Na rynku, a co za tym idzie na ulicach większych miast, pojawia się coraz więcej elektrycznych skuterów, deskorolek czy rowerów. Nie brakuje także bardziej wymyślnych elektrycznych urządzeń – elektrycznych deskorolek z jednym kołem, trójkołowców, czy niewielkich, składanych rowerów. Do tej gamy innowacyjnych pojazdów dołączają właśnie elektroniczne łyżwy, wyposażone w opatentowaną technologię samobalansowania, pozwalającą w naturalny sposób nimi sterować.
– Drifty to nowa kategoria urządzeń, którą po raz pierwszy prezentujemy na targach IFA w Berlinie. To elektroniczne łyżwy, które opierają się na takiej samej koncepcji, jak wrotki czy zwykłe łyżwy i są naturalną ewolucją, ich elektroniczną wersją – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas targów IFA 2018 w Berlinie Richard van Santen, wiceprezes ds. marketingu Segway Europe.
Drifty, podobnie jak dwukołowe Segwaye, reagują na pozycję ciała użytkownika. Każda z łyżew wyposażona jest w samopoziomującą się technologię segway. Wystarczy odpowiednio się pochylić, aby elektryczne łyżwy zaczęły jechać do przodu lub do tyłu. Urządzenie pozwala poruszać się z maksymalną prędkością 12 kilometrów na godzinę. Drifty maja służyć przede wszystkim rekreacji, ale mogą być także wykorzystywane do transportu osobowego na krótkich dystansach. Urządzenie ma być dostępne na rynku europejskim już za około miesiąc. W Polsce – za około dwa. Ich cena ma wynieść około 400 euro, czyli około tysiąca siedmiuset złotych.
Elektromobilność to jeden z głównych trendów podczas tegorocznych targów elektroniki użytkowej IFA. Producenci z różnych części świata prezentowali na nich elektryczne skutery miejskie, rowery czy deskorolki.
Polska Manta pokazała elektryczną deskorolkę Viper, reagującą na pozycję ciała użytkownika. Producent twierdzi, że odpowiednie ustawienie umożliwia też obracanie się czy wykonywanie trików. Chiński Walnut Tech. Zaprezentował z kolei wykonaną z włókna węglowego deskorolkę Spectra. Wyposażone w trójwymiarowy system kontroli postawy, wspierany przez algorytmy uczenia maszynowego, urządzenie uczy się i przewiduje ruchy użytkownika. Hamulce deskorolki wyposażone są natomiast w mobilny system ABS.
– W niedalekiej przyszłości transport na krótszych dystansach odbywać się będzie wyłącznie za pomocą pojazdów elektrycznych. Trend zaczyna się od wielkich miast, zważywszy na zanieczyszczenie środowiska, problemy z korkami czy parkowaniem. Coraz więcej pojawia się urządzeń z zakresu elektromobilności. Jest także miejsce dla produktów typowo rekreacyjnych, takich jak drifty – przekonuje Richard van Santen.
Elektryczne urządzenia do transportu osobistego to jedna z najszybciej rozwijających się kategorii elektroniki użytkowej. Na rynku, a co za tym idzie także na ulicach większych miast, pojawia się coraz więcej niewielkich, mobilnych urządzeń.
Elektryczny A-Bike to najlżejszy i najbardziej kompaktowy rower elektryczny na świecie. Można go złożyć, dzięki czemu może zmieścić się nawet w plecaku. Jego waga to niespełna 12 kg, a zasięg to 25 km. Yike Bikes są zdecydowanie większe, ale też bardziej futurystyczne. Ich budowa pozwala rower w kilka chwil zamienić w trójkołowiec. OneWheel z kolei posiada tylko jedno koło i wbudowany silnik elektryczny, który pozwala poruszać się z prędkością nawet 30 km/h. W odróżnieniu od urządzeń Segwaya, użytkownik musi jednak samemu balansować postawą na desce.
Według raportu Future Market Insights, rynek osobistych pojazdów elektrycznych (w tym skuterów, hulajnóg i pojazdów samobalansujących się) osiągnie w 2027 r. wartość ok. 12 mld dol.
Wraz z rozwojem Internetu Rzeczy coraz więcej urządzeń będzie podłączonych na stałe do sieci. I to prawie w każdej branży – od przemysłu, przez logistykę, na służbie zdrowia kończąc. W każdym przypadku urządzenia IoT wymagają jednak odpowiednich zabezpieczeń. Szczególnie, że luki w nich mogą stać się furtką dla hakerów. A stąd już prosta droga do fałszowania np. danych diagnostycznych w szpitalach. Efekt? Nawet śmierć pacjenta.
Według badań przeprowadzonych przez zespół badawczy McAfee’s Advanced Threat Research, medyczne urządzenia diagnostyczne, wykorzystujące technologię IoT, mogą stanowić potencjalny cel ataku hakerów. Wiele z nich posiada bowiem luki w zabezpieczeniach. Umożliwiać mogą one hakerom zmianę odczytów w czasie rzeczywistym m.in. w trakcie monitoringu stanu zdrowia pacjenta. Nawet 5-sekundowy, zmieniony odczyt może wymusić na lekarzu podjęcie, zalecanej w danym momencie, decyzji klinicznej.
Jeśli okaże się ona nieprawidłowa, konsekwencje mogą być bardzo groźne dla pacjenta. Przykładowo, zmiana rytmu serca może skutkować zapisaniem leków na nadciśnienie, a to może negatywnie się odbić na zdrowiu. Wyobraźmy sobie też sytuację, gdy urządzenie medyczne IoT wskazuje, że pacjent spokojnie odpoczywa, podczas gdy w rzeczywistości doszło do zatrzymania akcji serca. – tłumaczy dr Shaun Nordeck, ekspert medyczny zespołu McAfee’s Advanced Threat Research.
Wyniki badań wykazały, że hakerzy nie tylko mogą fałszować wyniki podłączonych do sieci urządzeń medycznych, ale także podłączać do niej własne wirtualne urządzenia, fałszujące dane medyczne.
Pod presją bezpieczeństwa
Mimo tych zagrożeń, technologie IoT to ogromna szansa na rewolucję w medycynie. Umożliwiają one monitorowanie stanu zdrowia pacjentów przez 24 godziny na dobę, zindywidualizowanie leczenia, automatyczne dozowanie lekarstw, a także mobilny telemonitoring urządzeń takich jak kardiostymulatory. Zdaniem Deloitte, technologie cyfrowe zrewolucjonizują sektor opieki medycznej już do 2022 roku. Badania McAfee’s Advanced Threat Research pokazują jednak wyraźnie, że wdrażanie innowacji, np. IoT, to także ogromne wyzwanie pod kątem bezpieczeństwa.
Do tej pory większość ataków na urządzenia IoT odbywało się przy wykorzystaniu podatności routerów sieciowych i polegało na rozprzestrzenianiu złośliwego oprogramowania. Cyberprzestępcy nieustannie jednak szukają nowych metod ataku. Szczególnie, że według raportu Symantec Internet Security Threat Report, tylko w 2017 r. liczba cyberataków na urządzenia IoT wzrosła o 600 proc.
Innowacje wymagają wsparcia
Dane firm analitycznych wskazują wyraźnie, że urządzeń IoT w środowiskach firmowych będzie przybywać. Dużym wyzwaniem będzie zapewnienie bezpieczeństwa tego rozwijającego się ekosystemu, bo rozwiązania rzadko pochodzą od tych samych dostawców. To utrudnia nie tylko zarządzanie nimi, ale także analizowanie wszelkich luk, które mogą wykorzystać cyberprzestępcy. Na rozwiniętych rynkach przedsiębiorcy zaczynają ten problem dostrzegać
i wdrażać rozwiązania zarządzające systemem IoT. W Polsce jesteśmy na początku tej drogi – tłumaczy Stanisław Bochnak, strateg i doradca w VMware Polska.
Dobrze ilustruje to przykład holenderskiej firmy Siza. Placówka oferująca prywatną opiekę zdrowotną i codzienne wsparcie dla osób niepełnosprawnych, wykorzystuje od pewnego czasu rozwiązania IoT do monitoringu stanu zdrowia pacjentów. Zarząd uznał jednak, że bezpieczeństwo przetwarzania danych medycznych jest na tyle istotne, że Siza wdrożyła dodatkowo VMware Pulse IoT Center – system do zarządzania urządzeniami IoT.
Zwykłe, codzienne rzeczy stają się prawdziwym wyzwaniem, gdy zmagasz się z nieuleczalną chorobą lub niepełnosprawnością. Nowe technologie mogą wielu ludziom przezwyciężyć te ograniczenia. Urządzenia IoT pozwalają nam wspierać osoby niepełnosprawne zarówno w naszych placówkach, jak i w domach pacjentów. Potrzebujemy jednak narzędzi, którym możemy zaufać – tłumaczy powód decyzji Jorrit Ebben, dyrektor działu strategii i innowacji w firmie Siza.
Miliardy do zabezpieczenia
Zdaniem analityków z Gartnera do 2020 r. na całym świecie do sieci podłączonych będzie blisko 20 mliardów urządzeń IoT, a wartość rynku (urządzenia, oprogramowanie i usługi) wyniesie ponad 300 mld dolarów. W Polsce dane te przedstawiają się nieco ubożej. Według IDC, w 2018 r. w naszym kraju największą wartość będzie miał rynek monitorowania pojazdów (344 mln dolarów) oraz branża energetyczna inwestująca w inteligentne sieci smart grid (227 mln dolarów).
Polska jest liderem zestawienia 500 największych firm Europy Środkowo-Wschodniej – wynika z raportu Coface TOP 500 CEE. Otwiera go PKN Orlen, a w pierwszej dziesiątce znalazły się także: Eurocash, PGNiG, PGE, Lotos oraz portugalski właściciel sieci „Biedronka” – Jerónimo Martins, który jest zarejestrowany i działa w Polsce.
– Ogółem, w całym rankingu jest175 firm z Polski. Jest to największa liczba, spośród krajów regionu i wynik lepszy od tego z zeszłorocznego raportu, w którym znalazło się ich 168. Widać dużą dywersyfikację – wśród polskich przedsiębiorstw mamy firmy z sektora ropy i gazu, firmy handlowe i motoryzacyjne – wymienia główny ekonomista Coface Grzegorz Sielewicz.
– Przypuszczamy, że w kolejnym rankingu Polska będzie się umacniała na pozycji lidera, mimo pewnego spowolnienia gospodarczego, które prawdopodobnie czeka nas w drugiej połowie tego roku – dodaje.
W ciągu roku funkcjonowania regulacji „Apteka dla aptekarza”, liczba aptek w Polsce spadła o 352 placówki, z czego ponad 100 aptek zamknięto na terenach wiejskich. Oznacza to, że regulacja mocno uderzyła przede wszystkim w mieszkańców wsi i małych miejscowości. Jest to istotne o tyle, że zgodnie z zapowiedziami projektodawców „Apteka dla aptekarza” miała przyczynić się do wzrostu liczby aptek właśnie na terenach wiejskich.
Od lipca 2017 roku do lipca 2018 roku liczba aptek w Polsce spadła z 14 tys. 925 do 14 tys. 573 placówek.
Źródło: IQVIA
Powyższe liczby nie oddają jednak całej prawdy o stanie rynku aptecznego. Spadek liczby aptek został chwilowo zamortyzowany faktem złożenia około 1 tys. wniosków o otwarcie nowej apteki tuż przed zamknięciem rynku aptecznego w Polsce, czyli przed końcem czerwca 2017 roku. Ponieważ po tej dacie aptekę może otworzyć jedynie farmaceuta, przedsiębiorcy – nie farmaceuci, do których należy około 1/3 aptek w Polsce, przyspieszyli decyzje o inwestycjach.
Wnioski te są sukcesywnie realizowane, powodując, że w Polsce wciąż otwiera się około 30 aptek miesięcznie (wobec ponad 100 przed zmianą zasad). Natomiast w okresie od 1 lipca 2017 roku do 30 czerwca 2018 roku wniosków o otwarcie apteki na nowych zasadach złożono zaledwie 48 na terenie całego kraju![1]
źródło: IQVIA
Jeśli dodamy do tego równania utrzymującą się na zwykłym poziomie liczbę zamknięć aptek – około 80 miesięcznie na terenie całego kraju – to okaże się, że po wyczerpaniu zasobu wniosków złożonych przed zabetonowaniem rynku, czeka nas tąpnięcie liczby aptek w Polsce.
Po ponad roku funkcjonowania regulacja „apteka dla aptekarza” nie zrealizowała więc żadnego z celów prezentowanych w uzasadnieniu ustawy. Jednym z nich było zwiększenie liczby aptek na wsiach. Kolejnym – zwalczanie procederu nielegalnego wywozu leków z Polski. Regulacje „AdA” okazały się nie mieć z nielegalnym wywozem leków żadnego związku, o czym świadczy konieczność procedowania w parlamencie rządowych projektów dotyczących monitorowania drogowego przewozu leków czy tzw. „małej nowelizacji” prawa farmaceutycznego.
Ponadto, zwolennicy wprowadzenia „apteki dla aptekarza” od początku powoływali się na zagrożenie całkowitą monopolizacją rynku usług farmaceutycznych i przejęcia go przez duże, międzynarodowe podmioty. Tymczasem jak wskazano w raporcie Fundacji Republikańskiej z września 2016 roku, takie zagrożenie nie istniało:
apteki sieciowe (ok. 400 konkurujących ze sobą i działających niezależnie od siebie sieci posiadających pięć i więcej aptek) stanowiły około 1/3 rynku aptek,
własnością firm z udziałem kapitału zagranicznego było zaledwie pięć podmiotów (w ww. raporcie wskazano, że łącznie do sieci z udziałem kapitału zagranicznego należało 594 spośród 14 780 aptek, czyli 4% polskiego rynku).
Nowelizacja ustawy Prawo farmaceutyczne, która weszła w życie 25 czerwca br. wywróciła za to do góry nogami polski rynek apteczny. Z typowego europejskiego systemu otwartego (wg. raportu UOKiK z 2015 r.) zmieniła go w jeden z najostrzejszych w Europie systemów zamkniętych, w którym łącznie obowiązują restrykcyjne ograniczenia właścicielskie, ilościowe (w tym regulacja „1%”) oraz geograficzne i demograficzne.
Ponad 2,5 mln mkw. powierzchni – tyle w przybliżeniu zajmują centra nowoczesnych usług biznesowych na polskim rynku biurowym, wynika z najnowszych szacunków JLL. Tradycyjnie już, największy udział firm z tej branży w sektorze biur notuje Kraków.
Anna Młyniec, JLL
„Aktualnie centra usług dla biznesu zajmują już ponad 2,5 mln nowoczesnej powierzchni biurowej. Oznacza to 28% udział w zajętej podaży na polskim rynku biurowym. Sądząc po wysokiej aktywności inwestycyjnej firm z tej branży, kolejne miesiące staną pod znakiem dalszego umacniania pozycji sektora usług jako lidera na polskim rynku biurowym. Według ABSL, zatrudnienie w centrach osiągnęło już imponujący wynik blisko 280 000 osób, z perspektywą wzrostu do 340 000 pracowników w ciągu dwóch kolejnych lat. Tak dynamiczny rozwój będzie generować zapotrzebowaie na kolejne powierzchnie. To doskonała wiadomość dla deweloperów działających na polskim rynku”, komentuje Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy w JLL.
Jak pokazują dane JLL, największy udział w zajętej powierzchni biurowej notuje Kraków, gdzie centra zajmują 61% przestrzeni. Drugie miejsce, z 51%, przypadło Łodzi, a trzecie z 49% zajmują ex aequo Wrocław i Katowice. Co ciekawe, w Warszawie udział sektora usług w podaży biurowej osiągnął 11%, co oznacza 2 p.p. wzrostu w stosunku do analogicznego okresu sprzed roku, co przy skali stołecznego rynku jest imponującym wynikiem.
Miasto
Udział sektora usług dla biznesu w zajętej powierzchni
Kraków
61%
Łódź
51%
Wrocław
49%
Katowice
49%
Lublin
44%
Poznań
36%
Trójmiasto
33%
Szczecin
31%
Warszawa
11%
Źródło: JLL, ABSL, www.bazabiur.pl, 2018 r.
„Spodziewamy się, że liczba firm z branży usług dla biznesu inwestujących w Warszawie będzie rosła. Wcześniejsze wejścia do Warszawy takich firm jak JP Morgan, czy Goldman Sachs to ważny sygnał dla międzynarodowych inwestorów, m.in. świadczących zaawansowane usługi finansowe, że naturalnym kierunkiem ekspansji w Polsce jest właśnie stołeczny rynek. Atrakcyjność inwestycyjna polskich miast rośnie, a wysiłki władz lokalnych, zmiany infrastruktury miejskiej i poprawa jakości życia sprzyjają temu procesowi”, tłumaczy Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.
Kiedy brzmienie poszczególnych instrumentów w orkiestrze odpowiednio się przenika, razem tworzą harmonijną melodię. Sukces zależy zarówno od zaangażowania każdego z muzyków, jak i dyrygenta. Podobnie „zgranie” kompetencji i umiejętności pracowników pomaga w efektywnym osiąganiu wspólnych celów. Co menedżer i członkowie zespołu mogą zrobić, aby współpracować „koncertowo”?
Sposób działania, przyswajania wiedzy czy komunikacji poszczególnych pracowników oddziałują na pozostałych. – Najlepsze efekty można osiągnąć, gdy załoga złożona jest z osób prezentujących różne style myślenia i odmienne sposoby realizacji zadań. Kiedy równocześnie wszyscy członkowie są świadomi zalet i wad każdego ze stylów, mogą uczyć się od siebie i pracować nad przezwyciężeniem ewentualnych niedogodności. Zespół to coś więcej niż grupa osób świadomych wspólnego celu. Jego członkowie polegają na wiedzy, umiejętnościach i talentach innych – w ten sposób uzupełniają się wzajemnie – mówi Hanna Malinowska z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Co może im w tym pomóc?
Dostrzeganie w ludziach tego, co najlepsze
Aby zespół „grał” niczym najlepsza orkiestra, ważne jest uwzględnianie i wykorzystywanie indywidualnych cech i predyspozycji jego członków. Znajomość uzdolnień, umiejętności i mocnych stron swoich i współpracowników pomoże w taki sposób dzielić role i funkcje w ramach przydzielonych zadań, by jak najlepiej wykorzystać potencjał każdej osoby. Warto rozważać też wzajemne sugestie oraz pomysły i jak najszybciej wykorzystywać najlepsze sposoby działania wypracowane przez poszczególnych pracowników. Jako menedżer na wstępie upewnij się też, czy każdy zna nie tylko zadania i cele swoje, ale także całej organizacji i podziela je. Akceptacja wspólnych wartości, norm, oczekiwań czy potrzeb pomaga w tworzeniu zgranego zespołu i przyjaznej atmosfery.
Przepływ informacji
Jedną z kluczowych kwestii dla efektywnej współpracy jest komunikacja. W relacji przełożony – podwładny nie obawiaj się zadawać pytań, wspólnie wyciągać wniosków, pamiętaj też o uważnym słuchaniu. Rozmawiaj otwarcie nie tylko na temat pracy, osiąganych wyników, klimatu w firmie, celów i problemów organizacyjnych, ale także o sprawach mniej zawodowych. Sprawny przepływ informacji jest bardzo ważny także pomiędzy współpracownikami. Jeśli więc jesteś członkiem zespołu, słuchaj innych, dawaj im czas na wyrażenie własnego zdania, uwag czy oczekiwań, pozwalaj na przedstawianie pomysłów i poglądów, sam również rób to w sposób jawny i otwarty. Możliwość rozmowy na każdy temat, nawet trudny i nieprzyjemny, pomaga we wzajemnym zrozumieniu. Niezbędna jest jednak chęć porozumiewania się i zaufanie. Nie bój się też zadawać pytań, to znacznie lepsze niż „czytanie w myślach”, które prowadzi czasem do powstawania bezpodstawnych plotek. Jeśli już się pojawią, nigdy nie traktuj ich jako równoważnych z komunikatami oficjalnymi. Dbaj o niezakłócony przepływ informacji nawet jeśli w twoim miejscu pracy jest podział na podgrupy. Uwzględniaj doświadczenia i oczekiwania innych członków zespołu bez wzajemnego zwalczania się i niezdrowej rywalizacji, barier i grup wyłączonych z powszechnego obiegu.
Twórcza wymiana poglądów i opowiadanie dowcipów
Poza wymianą wiedzy, doświadczeń i informacji dla zespołu ważne jest także wsparcie emocjonalne. Bierz więc pod uwagę stan i samopoczucie współpracowników i unikaj działań, które mogą wyrządzić im przykrość lub szkodę. Staraj się za to bez uprzedzeń rozumieć ich aktualną sytuację, problemy, możliwości i potrzeby. – Dobrze wypracować zwyczaj bezpośredniego zwracania się do siebie z prośbą o pomoc i udzielania wsparcia. Niektóre zespoły mają też swoje własne sposoby na wspólne rozładowywanie napięć, chociażby przez opowiadanie dowcipów, ale oczywiście nie kosztem innych osób – mówi Hanna Malinowska z Integra Consulting Poland. Dla niektórych dbałość o dobre relacje w miejscu pracy może niebezpiecznie zbliżać się do tworzenia grupy towarzyskiej, dla innych nadmierna sztywność i wzajemne animozje to krótka droga do zbędnego stresu i rozproszenia w pracy. Nie należy jednak popadać w skrajności – relacje grupowe nie powinny utrudniać koncentracji na zadaniach, a tworzyć klimat twórczej wymiany poglądów i współpracy.
– Kiedy zadbamy o odpowiedni podział zadań, uwzględniający umiejętności i predyspozycje poszczególnych członków, swobodny przepływ informacji, a także wymianę poglądów i wzajemny szacunek, zespół funkcjonuje bardziej harmonijne. Wówczas wykonujący poszczególne zadania tworzą „zgraną orkiestrę”, to znaczy pracują bez niepotrzebnych strat energii i czasu – mówi Hanna Malinowska z Integra Consulting Poland. – Pamiętajmy też o tym, że każdy pracownik w pewnym stopniu ma wpływ na atmosferę i relacje w miejscu pracy. To więc od nas samych zależy, czy damy z siebie tyle, ile wymaga sytuacja lub wspólne dobro, czy pomożemy tym, którzy chwilowo nie są w stanie działać na zadowalającym poziomie, dzięki czemu nie obniży się łączny wynik zespołu – dodaje.
W środę złoty osłabił się w relacji do euro i funta brytyjskiego, natomiast w parze z dolarem amerykańskim zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie.
Polskiej walucie nadal szkodzi niepokój związany z sytuacją innych krajów zaliczanych do grupy rynków wschodzących, jak i obawy o wojnę handlową. Po wczorajszym dojściu w okolice sierpniowego szczytu, kurs EUR/PLN dziś w trakcie europejskiej sesji doznaje stabilizacji, w czym – do pewnego stopnia – mogą pomagać brak istotnych wahań na głównej parze oraz spadek rentowności krajowego długu.
Kluczowe wydarzenie krajowe, które odbyło się wczoraj, czyli posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, nie przyniosło zbyt wielu nowości. RPP pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Prezes Glapiński potwierdził, że nie spodziewa się, żeby koszt pieniądza zmienił się do końca 2019 r. Co istotne, prezes również w dość spokojnym tonie wypowiadał się o globalnych ryzykach – czyli wspomnianej sytuacji w krajach EM i wojnie handlowej – sugerując, że nie mają przełożenia na sytuację w Polsce, ani na nastroje względem krajowych aktywów.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,32-4,34. Wczorajszy dzień przyniósł umocnienie euro w relacji do dolara amerykańskiego i ważonego handlem koszyka. Euro w umocnieniu pomagała m.in. siła funta brytyjskiego.
Wczorajsze dane makroekonomiczne dla strefy euro przeszły bez większego echa. Warto jednak wspomnieć o doniesieniach z Włoch. Zgodnie z nowymi informacjami, partie populistyczne wnoszą o to, aby planowany deficyt w budżecie Włoch na 2019 r. wyniósł ok. 2-2,5% PKB, co jest poziomem względnie wysokim, jednak niższym od granicznych 3%, którego przekroczenie mogłoby narazić Włochy na spór z instytucjami europejskimi, jak i konsekwencje finansowe. Niewykluczone również, że rządzący krajem populiści ostatecznie nieco złagodzą swoje stanowisko i zgodzą się na deficyt poniżej 2% PKB.
GBP
Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,78-4,83. Brytyjska waluta w środę była jedną z najlepiej radzących sobie walut świata, wyraźnie zyskiwała również w relacji do głównych walut.
Funta istotnie nie wsparły nieco lepsze od oczekiwań dane makro. GBP gwałtownym umocnieniem zareagował jednak na informację o tym, że zarówno Niemcy, jak i Wielka Brytania planują porzucenie części swoich żądań związanych z Brexitem, co może przyspieszyć rozmowy. W tym momencie wygląda na to, że obu stronom zależy na tym, żeby „rozwód” jednak odbył się w wyznaczonym terminie, w czym pomoże zawarcie porozumienia do końca roku, o ile oczywiście, uda się je osiągnąć.
USD
Kurs USD/PLN zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,71-3,74. Dolar amerykański we wtorek osłabił się w relacji do euro i ważonego koszyka walut, co w znacznym stopniu związane było z umocnieniem brytyjskiej waluty.
Wczorajszy dzień nie przyniósł zbyt wielu istotnych informacji makro ze Stanów Zjednoczonych, warto wspomnieć jedynie o lipcowym deficycie w handlu USA, który był nieco niższy od oczekiwań i wyniósł 50,1 mld USD. Nie może to być jednak powód do zadowolenia ani dowód na skuteczność polityki Donalda Trumpa – w porównaniu z poprzednim miesiącem deficyt podskoczył niemal o 10% i był to największy miesięczny wzrost od 2015 r. Co więcej, zsumowany deficyt z siedmiu miesięcy br. wyniósł 338 mld USD, rok wcześniej na przestrzeni tego samego okresu deficyt sumował się do 316 mld USD.
W kontekście wczorajszego dnia warto wspomnieć dodatkowo o przemówieniu Jamesa Bullarda z FOMC, który w ostrożnym tonie wypowiadał się w kwestii działań FED: redukcji bilansu banku centralnego i podwyżek stóp procentowych. W swojej wypowiedzi Bullard sugerował, że polityka FED może być zbyt restrykcyjna. Wydźwięk wypowiedzi nie jest zaskakujący, biorąc pod uwagę jego wcześniejsze komentarze, jednak potwierdza rosnące obawy Bullarda, zwracając większą uwagę na działania banku centralnego.
Dziś opublikowany zostanie raport ADP o sytuacji amerykańskiego rynku pracy w sierpniu, poznamy również cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA, dane o produktywności pozarolniczej i jednostkowych kosztach pracy w USA w drugim kwartale br. Dziś opublikowane zostaną również sierpniowe odczyty indeksów PMI/ISM – warto na nie zwrócić szczególną uwagę, w kontekście sporego pozytywnego zaskoczenia, jaki wywołał ostatnio odczyt ISM dla przemysłu, który w sierpniu odnotował najwyższy wzrost od 14 lat i wsparł dolara amerykańskiego.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:15 – zmiana zatrudnienia pozarolniczego ADP dla USA w sierpniu
14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
14:30 – dane o produktywności pozarolniczej i jednostkowych kosztach pracy w USA
144 godzin roboczych, właśnie tyle w pierwszej połowie 2018 r. przepracował tymczasowo młody Polak – poniżej 21 r.ż., o 36 RBH więcej niż w analogicznym okresie 2017 r., gdy na podreperowanie budżetu poświęcał 107 RBH. Z najnowszych danych Grupy Progres wynika, że obecnie udział w rynku pracy obu płci przed 21 r.ż. jest wyrównany – mężczyźni stanowią 53 proc. młodych pracowników, kobiety 47 proc.
Od 1 września tego roku, zgodnie z nowymi przepisami Kodeksu Pracy, obniżono wiek pracowników młodocianych. Pracę mogą podjąć nawet osoby, które skończyły 15 lat. Rynek jest otwarty na ludzi stawiających pierwsze kroki zawodowe, a oni coraz chętniej chcą spróbować swoich sił i zapewnić sobie źródło dochodu. W 2017 Polacy poniżej 21 r.ż. stanowili niemal 20 proc. całej grupy pracowników tymczasowych.
Młodzi zleceniobiorcy
Z danych Grupy Progres podsumowujących rok 2017 i pierwszą połowę 2018 r. wynika, że większość zatrudnionych osób, poniżej 21 r. ż. Pracuje na podstawie umowy cywilno-prawnej (o dzieło lub zlecenie) ta grupa w pierwszej połowie bieżącego roku stanowił 85 proc. młodych pracowników, w całym 2017 r. taka forma umowy dotyczyła 90 proc. wszystkich pracowników, którzy nie przekroczyli 21 lat. Pozostali pracują na podstawie umowy o pracę.
Ponad 400 tys. przepracowanych godzin
Te same dane pokazują, że rośnie liczba godzin poświęcanych na pracę przez osoby, które nie ukończyły 21 lat. W 2017 r. suma RBH osób młodych wyniosła 438 499, pierwsza połowa 2018 r., zapowiada się równie obiecująco, do tej pory młodzi przepracowani 183 065 RBH. Jeśli, podobnie jak w ubiegłym roku, w drugim półroczu, młodzi będą pracowali niemal trzy razy więcej niż w pierwszym, ta liczba może wzrosnąć do ponad 500 000 RBH.
Analizy przeprowadzone przez Grupę Progres pokazują także, że w przypadku młodych mężczyźni pracują o 28 RBH więcej niż kobiety (2017 r.), a na rynku pracowników tymczasowych jest ich o 6 proc. więcej niż kobiet – 53 proc. do 47 proc.
Ta grupa zarabia w wielu branżach. Najczęściej są zatrudniani w budowlance, hotelarstwie, gastronomii, branży produkcyjnej, spożywczej, logistycznej czy branżach związanych z handlem oraz call center.
W informacji wykorzystano dane Grupy Progres za rok 2017 i pierwszą połowę 2018 r. dotyczące w sumie 19 796 polskich pracowników tymczasowych.
Pierwsza połowa 2018 r. na polskim rynku centrów handlowych należała do największych aglomeracji. Do użytku oddano tu ponad 172 tys. mkw. nowej powierzchni, co stanowiło 75% krajowej podaży. Jednocześnie popyt na przestrzenie handlowe był wciąż wysoki, a poziom pustostanów utrzymywał się na bardzo niskim poziomie.
Colliers International opublikował raport, w którym podsumował pierwsze półrocze 2018 na rynku centrów handlowych w największych polskich aglomeracjach. Uwzględniono w nim Warszawę, Wrocław, Kraków, Trójmiasto, Poznań, Szczecin, Łódź i konurbację górnośląską. W sumie działa tam 206 centrów handlowych, których łączna powierzchnia wyniosła 6,5 mln mkw., co stanowi ponad połowę istniejących w Polsce zasobów.
Niezmiennie największymi rynkami pozostawały warszawski i górnośląski – znajduje się tam kolejno 48 (1,6 mln mkw.) i 46 (1,2 mln mkw.) centrów handlowych. Jednak, jak wynika z raportu, to nie one należą do najbardziej nasyconych pod względem powierzchni handlowej. Najwyższe wartości odnotowane zostały we Wrocławiu (905 mkw./1000 mieszkańców) i Poznaniu (863 mkw./1000 mieszkańców). Znaczący wzrost miał miejsce w Trójmieście (774 mkw./1000 mieszkańców), a w ciągu najbliższego roku należy się go spodziewać również w aglomeracji warszawskiej i na Górnym Śląsku, co ma związek z realizowanymi tam obecnie inwestycjami.
Nowe obiekty i rozbudowy
Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International
— Pierwsza połowa 2018 r. na rynkach handlowych aglomeracji to czas bardzo różnorodny – z jednej strony debiuty nowych centrów handlowych, z drugiej modernizacje, remonty i rekomercjalizacje. Największym otwartym obiektem było Forum Gdańsk o powierzchni 62 tys. mkw., drugim co do wielkości – Gemini Park Tychy (36,6 tys. mkw.). Największymi budowanymi obecnie obiektami są Galeria Młociny (75 tys. mkw.) w Warszawie i Galeria Libero (45 tys. mkw.) w Katowicach — mówi Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International.
Deweloperzy i właściciele centrów handlowych koncentrowali się również na rozbudowach i modernizacjach starszych obiektów. Przykładem takiej aktywności jest CH Janki (faza I), które zwiększyło swoją powierzchnię o prawie 10 tys. mkw. Duża skala przebudowy dotyczy również
warszawskich centrów Promenada i Blue City. Wśród rozbudów na uwagę zasługują także inwestycje w Morski PH w Gdańsku, CH Platan w Zabrzu i Atrium Targówek w Warszawie.
Rynek właściciela
W pierwszej połowie 2018 r. w najlepszych centrach handlowych wszystkich omawianych aglomeracji obserwowaliśmy wiele otwarć nowych sklepów, punktów usługowych i gastronomicznych, a dostępność powierzchni na wynajem znacząco zmalała.
— Rynek centrów handlowych w największych aglomeracjach pozostaje tzw. „rynkiem właściciela”, a średni współczynnik pustostanów nie przekracza 3,3%. Najwyższy poziom na koniec czerwca br. odnotowano w Poznaniu (5,1%), a najniższy w Szczecinie (1,5%) – mówi Katarzyna Michnikowska.
Na wielu rynkach współczynniki pustostanów znacząco spadły z uwagi na absorbcje dużych powierzchni zwolnionych po sklepach z artykułami budowlanymi, spożywczymi czy klubach fitness. Jest to pochodna wydarzeń z ostatnich lat, tj. bankructwa popularnych sieci Alma i Praktiker oraz wycofania się z Polski klubów Jatomi Fitness.
Stabilne czynsze, większa elastyczność
Czynsze w największych aglomeracjach pozostają stabilne, z tendencją wzrostową za najlepsze lokale w pierwszorzędnych centrach handlowych. Najwyższe, za lokal o powierzchni 100-150 mkw. z przeznaczeniem na modę, znajdujący się w najlepszym na rynku centrum handlowym, kształtują się średnio na poziomie 100-120 euro za mkw. miesięcznie w Warszawie i 35-50 euro za mkw. miesięcznie w pozostałych aglomeracjach.
— Praktyką rynkową staje się większa elastyczność w warunkach najmu, szczególnie w przypadku obiektów drugorzędnych. Najemcom o strategicznym znaczeniu dla centrum oferowane są pakiety zachęt, takie jak partycypacja w kosztach aranżacji powierzchni, najem oparty jedynie o czynsz od obrotu, krótsze okresy najmu, czasowe obniżki czy zamrażanie kosztów eksploatacyjnych — mówi Katarzyna Michnikowska.
Zmiany w warunkach najmu w najbliższym czasie przynieść mogą nowe regulacje prawne, wprowadzone w Polsce w roku ubiegłym, w tym stopniowo implementowany zakaz niedzielnego
handlu. Eksperci Colliers zwracają uwagę, że przy przedłużaniu umów należy spodziewać się fali renegocjacji kosztów najmu związanej z raportowanym spadkiem obrotów najemców.
Przeciętny mieszkaniec Unii Europejskiej dojeżdża do pracy około 40 minut. W dużych aglomeracjach czas ten wyraźnie wydłuża się. Zwiększająca się liczba samochodów na ulicach, ograniczone możliwości rozwoju infrastruktury drogowej w centrach miast i związane z tym korki, motywują samorządy do inwestowania w komunikację miejską. Jak codzienna droga do pracy wygląda w polskich miastach?
Pod lupą: Warszawa, Wrocław, Trójmiasto
Codzienna droga do pracy dla mieszkańców Wrocławia, Warszawy, czy Trójmiasta wygląda podobnie. Większość z nich, aby na pewno zdążyć na czas, musi wyjść z domu blisko godzinę przed rozpoczęciem swoich zajęć zawodowych. W Polsce średni czas dojazdu do pracy to 41 minut. Jest to rezultat zbliżony do średniej europejskiej, która wynosi 42 minuty.
Według statystyk, dwóch na trzech Polaków korzysta na co dzień z samochodu. Część zmotoryzowanych podróżuje także transportem publicznym, a jego użytkownikami jest w sumie 40 proc. mieszkańców dużych miast. Osoby, które wybierają komunikację publiczną, decydują się na to przede wszystkim ze względu na niskie koszty (60 proc.), a cztery osoby na dziesięć preferuje taki rodzaj transportu, aby uniknąć problemów z parkowaniem. Blisko połowa badanych uważa, że autobusy lub tramwaje to najszybszy sposób dotarcia do pracy. Są jednak i tacy, dla których transport miejski nie jest niczym przyjemnym. Aż 35 proc. Polaków twierdzi, że doświadcza stresu podróżując tramwajami, autobusami czy pociągami – głównie z powodu panującego w nich tłoku.
Warszawa
Według urzędników warszawskiego magistratu, 18 proc. mieszkańców stolicy przemieszcza się po mieście pieszo, 47 proc. korzysta z komunikacji zbiorowej, 32 proc jeździ samochodem, a 3 proc. rowerem. Jedynie 0,5 proc. warszawiaków podróżuje w inny sposób np. motocyklem lub z wykorzystaniem parkingów „P+R”.
Choć na tysiąc warszawiaków przypada aż 727 zarejestrowanych samochodów, wielu z nich stanowczo woli uniknąć stania w korkach i decyduje się na alternatywne środki transportu. Pierwszym wyborem jest zazwyczaj komunikacja miejska – w Warszawie funkcjonuje kilkaset linii komunikacyjnych a cały tabor liczy ponad pół tysiąca pojazdów.
Mieszkańcy stolicy, jako jedyni w Polsce mogą poruszać się po swoim mieście metrem. Całkowita długość trakcji wynosi obecnie 29,2 km, natomiast w budowie jest kolejne 6,6 km. Obie linie metra przewożą dziennie ponad 600 tys. pasażerów. osób. To obecnie najszybszy i najbardziej ceniony sposób poruszania się po mieście. Świadczą o tym choćby wyższe ceny mieszkań zlokalizowanych w pobliżu stacji metra. W sumie Zarząd Transportu Miejskiego w Warszawie realizuje ok. 3 mln 350 tys. małych podróży w ciągu jednego dnia.
Mieszkańcy stolicy, szczególnie dzielnic znajdujących się nieco dalej od centrum, poruszają się również pociągami, zwłaszcza Szybką Koleją Miejską (SKM), którą podróżuje ponad 6 proc. pasażerów transportu publicznego.
Dobrym rozwiązaniem dla tych, którzy nie posiadają samochodu, skutera czy nawet roweru jest ich wynajęcie. W Warszawie można wypożyczyć około tysiąca aut elektrycznych, podobną ilość skuterów o tym samym napędzie oraz 5,3 tys. rowerów dostępnych na blisko 370 stacjach.
Koneserzy miejskich podróży oraz turyści mogą skorzystać także z tramwaju wodnego, którego niewątpliwym atutem jest podziwianie nadwiślanych widoków stolicy.
Wrocław
Wrocław jest 3. w Polsce miastem pod względem rozwoju rynku powierzchni biurowej, jeśli chodzi jednak o komunikację, to wciąż jeszcze ma miano jednego z najbardziej zakorkowanych miast w kraju. Na tysiąc mieszkańców przypada tu blisko 878 zarejestrowanych samochodów (prawie jeden samochód na mieszkańca). Z pewnością ma to wpływ na rosnącą popularność alternatywnych środków transportu.
Tutejsze tramwaje i autobusy przewożą codziennie około 400 tys. osób.. Wrocławianie mogą poruszać się po mieście również pociągami śródmiejskimi, a nawet koleją linową, która łączy dwa brzegi Odry. Do dyspozycji mają również wypożyczalnie samochodów elektrycznych, oraz skuterów z bogatą flotą.
Mieszkańcy stolicy Dolnego Śląska mogą również skorzystać z wypożyczalni rowerów miejskich, którą tworzy sieć 81 stacji.. Władze Wrocławia planują zwiększenie udziału komunikacji rowerowej w ruchu ulicznym do 10 proc. do 2020 roku. W związku z tym miejskie plany rozwoju zakładają wzrost długości ścieżek rowerowych do 600 km, co oznacza, że ich długość zwiększy się 2,5 krotnie.
– Od 2011 roku, kiedy ostatnio przeprowadzono badanie w jakim celu i jakim środkiem transportu podróżują wrocławianie, sytuacja komunikacyjna w mieście bardzo się zmieniła – mówi Monika Kozłowska-Święconek, dyrektor Biura Zrównoważonej Mobilności Departamentu Zrównoważonego Rozwoju Urzędu Miejskiego Wrocławia. – Powstała Autostradowa Obwodnica Wrocławia, oddano kolejne odcinki tras tramwajowych i Obwodnicy Śródmiejskiej. Obecnie prowadzone są kolejne badania, które pokażą jak przemieszczają się mieszkańcy naszego miasta.
– Przy wyborze lokalizacji biura, przedsiębiorcy na pierwszym miejscu stawiają dobre skomunikowanie z innymi częściami miasta – mówi Tomasz Suchak, dyrektor ds. inwestycji Devco i BFF Investments Polska, zarządzających Wrocławskimi Parkami Biznesu. – Ważna jest także bliskość przystanków autobusowych i tramwajowych oraz stacji rowerowych. Ogromne znaczenie ma również dostępność miejsc parkingowych na terenie obiektu. Z naszego doświadczenia wynika, że są to czynniki mające wpływ na postrzeganie firmy jako atrakcyjnego pracodawcy. W czasach, gdy wykwalifikowani pracownicy są na wagę złota, ma to szczególne znaczenie.
Trójmiasto
Niezwykle urozmaicona pod względem środków transportu jest komunikacja w Trójmieście. Po Gdańsku zarówno mieszkańcy, jak i odwiedzający tłumnie to miasto turyści mają blisko 100 regularnych linii komunikacyjnych, uzupełnianych sezonowo. Dużą popularnością również cieszy się, kursujący na dwóch trasach, tramwaj wodny. ,.. Średnia ilość pasażerów, którzy korzystają z komunikacji miejskiej w Gdańsku to rocznie blisko 180 mln.
Natomiast Gdynia, jako jedno z trzech polskich miast oferuje swoim mieszkańcom podróż trolejbusem. Do dyspozycji jest 14 linii, w tym jedna zabytkowa. Po mieście można też sprawnie poruszać się tradycyjnym autobusem (85 linii) oraz tramwajem wodnym.
Sopot korzysta natomiast z komunikacji należącej do Gdyni i Gdańska. Mieszkańcy całego Trójmiasta mogą również wypożyczyć samochód (200) lub skuter (300) elektryczny.
Mimo, że udział rowerów w trójmiejskim ruchu jest tam jednym z największych w Polsce, Gdańsk jest największym polskim miastem bez systemu roweru publicznego. Władze miasta planują wprowadzenie takiego udogodnienia w 2019 roku.
Dobra komunikacja to priorytet
Droga do pracy mieszkańców dużych miast na ogół trwa dłużej niż by tego chcieli. Często przyjazd i powrót zajmuje nawet kilka godzin w ciągu dnia. Z pomocną dłonią wychodzą naprzeciw władze największych aglomeracji i coraz częściej starają się poprawić sytuację komunikacyjną poprzez namawianie mieszkańców do poruszania się po mieście transportem miejskim lub rowerami. W tym celu powstają parkingi Park and Ride, na których można zostawić samochód i wygodnie przesiąść się na tramwaj lub autobus, aby dotrzeć do centrum miasta. Budowanych jest również wiele kilometrów nowych ścieżek rowerowych oraz przybywa stacji rowerów miejskich. Choć na razie nie są to ogromne zmiany, to zauważalnie więcej osób zaczyna doceniać właśnie ten sposób poruszania się po mieście. Być może dzięki temu już wkrótce mieszkańcy miast takich jak Warszawa, Wrocław czy Gdańsk odczują poprawę jakości codziennych dojazdów do pracy.
Źródło wykorzystanych w materiale: opracowanie własne na podstawie danych opublikowanych przez poszczególne miasta i przewoźników
Rada Polityki Pieniężnej nie zaskoczyła rynków. Stopy procentowe w Polsce pozostają bez zmian. Popołudniowy kalendarz makroekonomiczny przepełniony danymi ze Stanów Zjednoczonych.
RPP nie pomaga
Wczoraj poznaliśmy decyzję Rady Polityki Pieniężnej odnośnie stóp procentowych w Polsce. Tak, jak spodziewała się znaczna większość obserwatorów nie doszło do żadnych zmian. Na jakiekolwiek ruchy ze strony polskich władz monetarnych przyjdzie nam prawdopodobnie poczekać co najmniej do przyszłego roku, chyba, że przyszłe odczyty makroekonomiczne będą odbiegały od założeń. Tymczasem w czwartkowy poranek nasza waluta osłabia się. Za franka szwajcarskiego zapłacimy 3,84 zł. Euro kosztuje 4,33 zł. Cena dolara wynosi 3,72 zł, a funta brytyjskiego 4,81 zł.
USA, USA, USA
Dzisiejsza sesja zdominowana jest przez szereg danych z amerykańskiej gospodarki. Serię odczytów zza oceanu rozpocznie nie aż tak istotny dla inwestorów raport Challengera. Będzie to jedynie wstęp do późniejszych wydarzeń. Po godzinie 14:00 poznamy raport ADP, który często wzbudza emocje wśród inwestorów. a będzie tylko i aż zapowiedź jutrzejszych wydarzeń. W dalszej części dnia będzie również ciekawie. Opublikowane zostaną bowiem m.in. dane dotyczące zamówień na dobra, indeks PMI dla usług czy raport ISM również dla sektora usług. Należy zatem w godzinach popołudniowych bacznie przyglądać się notowaniom dolara amerykańskiego. Taka liczba i istotność publikacji z pewnością wprowadzi większą zmienność na rynkach.
Jutro jeszcze ciekawiej
Mimo iż dziś już czwartek, to tydzień zdaje się dopiero nabierać tempa. Na piątek zaplanowano bowiem publikację danych dotyczących sytuacji na rynku pracy w Stanach Zjednoczonych oraz w Kanadzie. Poznamy również odczyt Produktu Krajowego dla Strefy Euro. Zapowiada się zatem emocjonująca końcówka tygodnia. W piątek warto zwrócić uwagę na notowania euro, dolara kanadyjskiego i amerykańskiego.
Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl