Pracodawcy walczą o pracowników

W marcu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było wyższe o 3,7 proc. w ujęciu rocznym, a wynagrodzenie (brutto) wzrosło o 6,7 proc. – podał GUS.

Dane GUS za marzec 2018 roku potwierdzają utrzymywanie się dobrej sytuacji na rynku pracy – rośnie zarówno liczba pracujących, jak i przeciętne wynagrodzenie.

Analizując dane z lat poprzednich, w kolejnych miesiącach, w związku ze wzrostem zapotrzebowania na pracę w sektorze związanym z turystyką i rolnictwem, należy się spodziewać dalszego wzrostu liczby zatrudnionych, choć w wielu przypadkach to zatrudnienie może mieć charakter sezonowy.
Rośnie dynamika wzrostu wynagrodzeń. W stosunku do roku ubiegłego wynagrodzenia wzrosły o 6,7 proc., podczas gdy w porównywalnym okresie rok wcześniej było to 4,5 proc. Te dane pokazują, że pracodawcy próbują zatrzymać dotychczasowych pracowników lub pozyskać nowych oferując im korzystniejsze warunki płacowe.

Potwierdza to powtarzaną od wielu miesięcy tezę, że mamy do czynienia z rynkiem pracownika – z uwagi na skuteczniejsze niż wcześniej negocjowanie warunków pracy i płacy.

Jednocześnie, warto zwrócić uwagę, że w Polsce nadal występuje regionalne zróżnicowanie sytuacji na rynku pracy. Świadczy o tym m.in. różnica pomiędzy wysokością stopy bezrobocia, która w skali województw waha się od 3,6 proc. dla Wielkopolski do 12.2 proc. dla województwa warmińsko – mazurskiego. W skali powiatów to zróżnicowanie jest jeszcze większe.

Mając na uwadze trudności, jakich doświadczają pracodawcy w znalezieniu pracowników na wolne miejsca pracy, koniecznością wydają się skuteczne programy aktywizacji osób pozostających poza otwartym rynkiem pracy. Bez realnego zwiększenia liczby osób pracujących, pozytywne trendy rozwoju przedsiębiorstw mogą zostać zahamowane. Również strumień imigracji zarobkowej, głównie z Ukrainy nie pokrywa w pełni zapotrzebowania na pracę zgłaszanego przez firmy.

Huta Stalowa Wola chce zwiększyć zysk netto r/r do 16 mln zł w tym roku

Warszawa, 18.04.2018 (ISBnews) – Specjalizująca się w produkcji sprzętu artyleryjskiego Huta Stalowa Wola planuje zwiększyć zysk netto do 16 mln zł w tym roku z 14 mln zł w 2017 r., poinformował agencję ISBnews prezes Bernard Cichocki. Poprawę wyników tłumaczy pozyskaniem kontraktów na produkcję sprzętu dla Sił Zbrojnych oraz zmianami w zarządzaniu zakładem produkcyjnym – jeszcze w 2016 r. Huta odnotowała stratę wynoszącą 49 mln zł netto.

„Już w pierwszym kwartale tego roku odnotowaliśmy znaczny zysk netto, podczas gdy w pierwszym kwartale 2017 roku spółka miała kilkadziesiąt milionów straty. Dobre wyniki są przede wszystkim konsekwencją terminowej i efektywnej ekonomicznie realizacji pozyskanych przez Hutę dużych kontraktów na produkcję sprzętu dla Sił Zbrojnych RP. Mam na myśli kompanijne moduły ogniowe moździerzy samobieżnych o kryptonimie 'Rak’ oraz dywizjonowe moduły ogniowe o kryptonimie 'Regina’, w skład których wchodzą armatohaubice samobieżne 'Krab’. Obie umowy zostały podpisane w 2016 roku, a ich łączna wartość to ponad 5,5 mld zł” – powiedział Cichocki w rozmowie z ISBnews.

Ponadto w grudniu ub.r. Huta Stalowa Wola podpisała umowę na produkcję wozów remontu uzbrojenia do obsługi samobieżnych moździerzy „Rak”. Wartość kontraktu zawartego z Inspektoratem Uzbrojenia MON nie została ujawniona, ale wiadomo, że wynosi ona kilkadziesiąt milionów złotych.

„Dobra sytuacja finansowa spółki pozwala na podnoszenie standardów zatrudnienia. Od 2016 r. płace w Hucie Stalowa Wola były kilkukrotnie podnoszone, a obecnie średnia pensja w firmie wynosi ok. 6 tys. brutto. To znacznie więcej niż średnia płaca w województwie podkarpackim” – powiedział także prezes.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), mediana wynagrodzeń w tym regionie w 2017 roku wyniosła 3 943 zł, a w samej Stalowej Woli, gdzie mieści się HSW, 3 600 zł.

„Pracownicy Huty zarabiają godnie. Dobry wynik finansowy pozwolił na zabezpieczenie ciągłości produkcji oraz na podniesienie wynagrodzeń pracowników. Wypracowany przez Hutę zysk dał także możliwość utrzymania poziomu zatrudnienia. Obecnie pracuje u nas ok. 750 osób, podczas gdy w styczniu ub.r. poziom zatrudnienia wynosił 738 osób. Ponadto realizowane przez spółkę projekty powodują, że w zasadzie stale poszukujemy nowych, wykwalifikowanych pracowników” – skomentował Cichocki.

Jak podkreślił, dobry wynik finansowy to efekt również wprowadzonych zmian w zakresie zarządzania spółką. W HSW w ostatnim czasie wprowadzono regulacje wewnętrzne oraz elementy płacowe i pozapłacowe, mające motywować pracowników do efektywniejszej pracy.

„Efekty wprowadzonych zmian są już widoczne przede wszystkim na przykładzie terminowej realizacji dostaw sprzętu dla wojska. A problemy z terminami, jak wiadomo, zawsze były bolączką biznesu zbrojeniowego” – wskazał prezes.

Podkreślił, że Huta Stalowa Wola rozwija biznes w skali międzynarodowej. W ub.r. HSW oraz południowokoreańska spółka Hanwha Land Systems podpisały umowę, inaugurująca transfer technologii produkcji podwozi gąsienicowych do polskiej spółki. Dzięki temu HSW uzyska samodzielną zdolność produkcji tego sprzętu. Spółka regularnie prezentuje swoje produkty na międzynarodowych targach zbrojeniowych, np. w dniach 16-19 kwietnia br. Huta Stalowa Wola prezentuje swoje wyroby – armatohaubice samobieżne „Krab” oraz moździerze samobieżne „Rak” –  na targach w stolicy Malezji.

Grupa kapitałowa HSW będzie też kluczowym polskim partnerem dla strony amerykańskiej w produkcji systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej „Patriot” dla Polski. HSW będzie budować m.in. wyrzutnie do pocisków rakietowych, a większa część podwozi oraz pojazdów towarzyszących niezbędnych do obsługi systemu „Patriot” będzie produkowana przez Jelcz Sp. z o.o. oraz Autosan Sp. z o.o. – obie spółki należą do grupy kapitałowej Huty Stalowa Wola. Wartość zobowiązań dotyczących inwestycji offsetowych amerykańskich firm w Polsce wynosi blisko 950 mln zł.

Huta Stalowa Wola S.A. jest producentem i dostawcą wyrobów dla wojska z najdłuższym w polskiej branży obronnej życiorysem w działalności projektowej, konstrukcyjnej, produkcyjnej i handlowej. Należy do grupy kapitałowej Polskiej Grupy Zbrojeniowej (PGZ). PGZ ma 85,09% akcji HSW. Wśród akcjonariuszy HSW są także: Skarb Państwa (4,15%), PGE Obrót (1,08%), Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG – 0,81%).

Chaos danych utopimy w jeziorach?

  • W prawie połowie globalnie działających przedsiębiorstw 50 proc. danych jest nieustrukturyzowana.
  • Większość danych agregowanych jest nawet na kilkadziesiąt różnych sposobów, na wielu platformach.
  • Rozwiązaniem problemu strukturyzacji danych jest korzystanie z tzw. data lakes – jezior danych.

Analiza danych z roku na rok staje się coraz większym wyzwaniem. W 2025 roku do Internetu będzie podłączonych 80 miliardów urządzeń, co pozwoli wygenerować 180 bilionów gigabajtów nowych danych rocznie, wynika z najnowszego raportu IDC. Taka liczba danych może stanowić dla wielu firm poważny problem – wynika z obserwacji firmy TogetherData.

W większości firm już dziś ilość nieuporządkowanych danych osiąga niespotykany wcześniej poziom. Z badania sporządzonego przez Enterprise Strategy Group (ESG), wynika, że 47 proc. organizacji zadeklarowało, iż nieustrukturyzowane dane stanowią ponad połowę z posiadanych informacji. Co ciekawe aż 46 proc. badanych określiło dynamikę wzrostu liczby nieuporządkowanych danych na 20 proc. rocznie.

Większość organizacji agreguje zbierane przez siebie dane w kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu różnych systemach, platformach, a nawet nośnikach pamięci masowej. To rozproszenie wprowadza niespotykany dotąd chaos. Wyszukiwanie informacji często trwa nie dni, a tygodnie, co oczywiście niesie ze sobą dodatkowe koszty. Z roku na rok liczba danych wzrasta, a problemy się powiększają – mówi Michał Grams, Prezes Zarządu TogetherData.

Z analizy przeprowadzonej przez firmę TogetherData wynika, iż największym problemem polskich firm w przypadku korzystania z dużych zbiorów danych jest brak umiejętności zarządzania, wykorzystywania pełnej wydajności, zabezpieczenia zbiorów oraz monetyzacji danych. Odnotowano, iż ponad połowa firm wciąż wykorzystuje technologię tzw. hurtowni danych, które gromadzą informacje w plikach i folderach, co znacznie wydłuża i komplikuje proces porządkowania danych.

Rozwiązaniem problemu strukturyzacji danych jest korzystanie z tzw. data lakes – jezior danych. Pozwala to na szybką oraz bardzo zaawansowaną analizę danych nie tylko archiwalnych, ale również tych, które generowane są w czasie rzeczywistym. Popyt na technologie jezior danych zaczyna rosnąć, z naszych obserwacji wynika, iż coraz więcej firm zaczyna się interesować tą technologią – dodaje Michał Grams.

Rok 2018 będzie należał do tzw. data lakes. W stosunku do ubiegłego roku aż o 27 proc. więcej firm ankietowanych przez firmę Synscrot uważa integrowanie danych w „jeziora danych” za istotne. Data lakes stanowią swoiste repozytorium, gdzie przechowywana jest ogromna ilość jeszcze nieprzetworzonych danych. W przeciwieństwie do hurtowni danych w „jeziorach” stosuję płaską niezhierarchizowaną strukturę.

Obecnie firmy dysponują zettabajtami danych, które zostały zgromadzone w stosunkowo szybkim tempie. Z szacunków IBM wynika, iż 90 procent z nich zostało wygenerowanych w ciągu ostatnich 3 lat. Opublikowane w tym roku badanie przeprowadzone przez firmę AtScale pokazało, iż pomimo postępów dokonanych w dziedzinie analityki danych, globalne przedsiębiorstwa wciąż nie osiągnęły dostatecznego poziomu dojrzałości w tej kwestii. Jedynie 12 procent spośród ponad 5 tys. firm biorących udział w badaniu osiągnęło wysoki poziom dojrzałości technologicznej w przypadku analizy dużych zbiorów danych.

Platforma crowdfundingu FundedByMe ruszyła w Polsce

FundedByMe, platforma crowdfundingu udziałowego ze Skandynawii, zebrała dotychczas 50 milionów euro dla 470 startupów z 25 krajów. Od teraz działa w Polsce.

FundedByMe
Zespół FundedByMe

Otwarcie biura zostało ogłoszone 17 kwietnia podczas wydarzenia inauguracyjnego w Google Campus w Warszawie. Fundedbyme to pierwszy zagraniczny gracz na polskim rynku crowdfundingu udziałowego. W naszym kraju platforma będzie skupiała się na projektach o globalnym potencjale, pomagając im wejść na rynki międzynarodowe.

Chcemy pokazać najlepiej rokujące firmy z Polski w pierwszym roku działalności. Zależy nam na budowaniu mostu pomiędzy doświadczonym szwedzkim rynkiem inwestycyjnym a polskim rynkiem startupów i inwestorów – mówi Maciej Gajewski, szef polskiej firmy FundedByMe.

FundedByMe celuje w polskie startupy, które generują przychody, poszukują finansowania do miliona euro i są gotowe wejść na rynek globalny. Polska jest piątym rynkiem zagranicznym FundedByMe poza Szwecją, gdzie mają siedzibę. Platforma pokłada duże nadzieje w polskim rynku ze względu na wysoki poziom zdolności technologicznych wśród przedsiębiorców i środowiska przyjaznego startupom.

Wierzymy w inwestycje transgraniczne, które umożliwiają dobrym firmom rozwijanie się poza granicami swoich krajów. Polscy przedsiębiorcy cieszą się dobrą reputacją jako pracowici, skrupulatni i efektywni – wyjaśnia Lovisa Strömsholm, która jest odpowiedzialna za relacje inwestorskie i rozwój międzynarodowy w FundedByMe AB. Do tej pory koordynowała uruchomienie platformy na czterech nowych rynkach w Europie i Azji.

Podczas wydarzenia w Warszawie były obecne polskie startupy, które już zdobyły uznanie międzynarodowe. Po raz pierwszy został zaprezentowany nowy produkt pochodzącego z Warszawy startupu Skriware, który łączy rozwiązania edukacyjne i technologię druku 3D. Jej ostatni wynalazek to nowoczesny ekosystem składający się z platformy e-learningowej i w pełni programowalnego robota edukacyjnego.

Oprócz tego, podczas wydarzenia FundedByMe wystąpił Jakub Olek, który zaprezentował Hyper Poland. Jest to perspektywiczny startup, który w konkursie Elona Muska rozpracowywał nowy, bardzo szybki środek transportu – Hyperloop.

Marcin Maliszewski, współzałożyciel startupu Blinkee.city, opowiedział o tym, jak szybko rozwinęła się ich firma, która już wprowadziła miejskie skutery elektryczne do ponad dziesięciu polskich aglomeracji. Startup ogłosił powstanie najnowocześniejszych stacji do ładowania baterii dla skuterów i sprawdzenia ich poziomu naładowania.

Kolejnym prelegentem był Ronald Domelid, szwedzki przedsiębiorca i współzałożyciel Stonefactory.se, firmy e-commerce, specjalizującej się w branży budowlanej, który również zainwestował w FundedByMe w Szwecji. Natomiast Alicja Domelid, założycielka Ecoliving, przedstawiła historię swojego projektu Naturalbox, który w ramach platformy FundedByMe zebrał ponad 200 tysięcy euro.

Przedstawiciel Izby Handlowej, Business Sweden, Erik Friberg uważa, że Szwecja zajmuje wysokie miejsca w rankingach innowacyjności i przyciąga przedsiębiorców ze względu na łatwość poszukiwania inwestorów oraz możliwości rozwoju dla startupów.

Crowdfunding udziałowy jest modelem, w którym indywidualni inwestorzy finansują startup, stając się właścicielami części biznesu. Kwoty inwestycji w FundedByMe zaczynają się od 2000 złotych, każda zbiórka trwa 45 dni, a możliwość inwestycji posiada ponad 110 tysięcy inwestorów z całego świata.

FundedByMe Poland założono w modelu joint venture z polskimi partnerami. Oprócz Szwecji, lokalni partnerzy funkcjonują także w innych krajach Europy i Azji. FundedByMe zdobył nagrodę w kategorii Alternative Finance w pierwszej rundzie European Fintech Awards 2017. Publiczność i jurorzy wybrali FundedByMe jako jedną z najbardziej obiecujących europejskich firm FinTech.

Czy usługi współdzielone zdominują rynek

Ekonomia współdzielenia sprawdza się na wielu płaszczyznach      

Rosnące znaczenie internetu i urządzeń mobilnych w każdej sferze życia sprawia, że systematycznym zmianom ulega również model prowadzenia biznesu. Jak zauważają eksperci z firmy doradczej Walter Herz, światowe rynki zdobywają obecnie rozwiązania związane z ekonomią współdzielenia (sharing economy). Wprowadzają prawdziwie rewolucyjne zmiany w wielu sektorach gospodarki. O skali rozwoju tej dziedziny, która jest jednym z przejawów powszechnej cyfryzacji, świadczyć mogą szacunkowe dane, które mówią że w ciągu dekady wartość branży na świecie wzrośnie ponad dwudziestokrotnie.

Specjaliści Walter Herz przyznają, że współdzielenie świetnie działa już w transporcie, sektorze hotelarskim, turystyce, czy HR. – Samochody zamawiane na określony czas z poziomu aplikacji, czy mieszkania w dowolnym miejscu na świecie udostępniane do wynajmu on-line to usługi, które podobnie jak typowy e-commerce, stają się częścią powszechnego handlu internetowego – zwracają uwagę doradcy.

Coworking nie tylko dla startupów

Zdaniem ekspertów Walter Herz, koncepcja współdzielenia doskonale sprawdza się również na rynku biurowym. – Znalazła swój wyraz w rozwoju przestrzeni coworkingowych, które powstały z myślą o stworzeniu optymalnego środowiska pracy dla startupów, młodych firm, czy freelancerów. Dzięki synergii, jaką zapewnia tego rodzaju przestrzeń takie podmioty mogły się szybciej rozwijać. Dziś jednak trend związany z rozwojem powierzchni coworkingowych wykorzystują również coraz częściej duże firmy i korporacje, które we współpracy ze startupami widzą ogromną wartość. I nic dziwnego, bo wyceniane są często wyżej od dojrzałych przedsiębiorstw – informują specjaliści.

Rozrastający się coworking odpowiada zapotrzebowaniu obecnego rynku, na którym coraz popularniejsza staje się praca zdalna i kontraktowa oraz wykonawstwo projektowe.

Jak potężnym filarem rynku biurowego stał się już ten segment widać na przykładzie Londynu, gdzie w 2017 roku operatorzy coworkingowi wygenerowali około 40 proc. udziału w ogólnej aktywności najemców.

Za popularnością tego typu rozwiązań stoi wygoda i efektywność najmu, co jest bezpośrednio związane z powszechnym już zjawiskiem smart workingu. Zgodnie z elastyczną koncepcją pracy obowiązki zawodowe wykonywane są w różnych miejscach i godzinach. W opinii ekspertów Walter Herz, coworking jako praktyczne rozwiązanie oparte na formule plug&play (podłącz i używaj) w pełni odpowiada tym potrzebom, bo w przeciwieństwie do oferty klasycznych operatorów powierzchni biurowych, nie wymaga podpisywania długoterminowych umów najmu.

Atmosfera, klimat i networking

Idea współdzielenia odzwierciedla zmiany zachodzące w stylu życia i organizacji pracy. Dla młodych ludzi cyfryzacja i szybki dostęp do różnych usług za pośrednictwem platform internetowych stanowi naturalne środowisko, w którym dorastali.

Poza niewątpliwie zachęcającym aspektem ekonomicznym, wielu przedsiębiorców widzi w coworkingu również możliwość przyciągnięcia do firmy nowych talentów. Atmosfera i klimat coworków i swoistych ekosystemów biznesowych, jakie ze sobą niosą koresponduje z wymaganiami młodego pokolenia, które poszukuje w miejscu pracy także możliwości budowania relacji i przynależności do określonej społeczności.

Jak podkreślają specjaliści, wyjątkowym nośnikiem przestrzeni coworkingowych, które skupiają ludzi pracujących w różnych branżach jest też networking. Daje możliwość wymiany wiedzy i doświadczeń, jak również nawiązywania ciekawych kontaktów. Współdzielenie przestrzeni biurowej wpływa więc nie tylko na wzrost motywacji, ale także pozwala zyskać świeże podejście do biznesu i nawiązać ciekawą współpracę.

Zmiana myślenia o własności

Pierwsze przestrzenie coworkingowe pojawiły się w Polsce ponad pięć lat temu. Teraz powierzchnie do wynajmowania na godziny są już dostępne w kilkuset miejscach, we wszystkich największych miastach w kraju. W Warszawie tworzone są w najlepszych obiektach biurowych, a wraz ze wzrostem popularności wzrasta również ich jakość i walory aranżacyjne.

Na rozwój rozwiązań sharing economy istotny wpływ ma też zmiana sposobu myślenia konsumentów o własności, która nie jest już obecnie elementem budowania statusu społecznego. Młodzi ludzie chcą płacić tylko za dobra, z których realnie korzystają i tylko wtedy kiedy ich rzeczywiście potrzebują. Coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że na stałe nie potrzebują choćby samochodów, skoro rzadko ich używają. Wolą je wypożyczać, by uniknąć kosztów i obowiązków związanych z ich posiadaniem.

Raczkujący car sharing

Użytkowanie aut na minuty, które w Polsce  dopiero zaczyna zyskiwać na popularności, na świecie jest już codziennością. – W naszym kraju takie usługi dostępne są obecnie tylko w pięciu miastach i wykorzystuje je zaledwie kilkadziesiąt tysięcy osób, podczas, gdy w Europie to usługa, z której korzysta kilku milionów osób, informują doradcy Walter Herz. – A na przykład w Niemczech samochody na minuty można wypożyczyć w 600 miastach i jeździ nimi 1,7 mln, a rynek notuje co roku wzrost o jedną trzecią. Przy czym, usługi car sharingu obejmują zarówno transport osobowy, jak i towarowy, a z samochodów korzystają tak osoby prywatne, jak i firmy – dodają.

Usługi i praca z sieci 

Ekonomia współdzielenia przynosi również zmiany w zakresie sposobu poszukiwania pracowników i świadczenia pracy. Podstawą i w tym przypadku jest oczywiście platforma internetowa, której model biznesowy polega na łączeniu zleceniodawców i zleceniobiorców. Ci pierwsi definiują swoje potrzeby, a zleceniobiorcy określają swoją dostępność i możliwości świadczenia usług i pracy w określonym miejscu i czasie.

Poza tym, szybką ewolucję możemy obserwować także w przypadku dostępnych w sieci aplikacji ogólnego użytku. Dzięki nim w ekspresowy sposób można dziś na przykład zamówić opiekunkę do dzieci, prace fachowe, czy usługi porządkowe. Teraz tego typu serwisy rozwijają się w kierunku oferowania usług we wszystkich obszarach życia.

Autor: Walter Herz

Czy Twoje miejsce pracy jest gotowe na millenialsów?

Jak wynika z najnowszego raportu CEE Office Real Estate Compass opublikowanego przez Colliers International oraz międzynarodową kancelarię CMS, jedna trzecia z ankietowanych specjalistów rynku nieruchomości w Europie Środkowej i Wschodniej uważa, że ich miejsce pracy zmieni się w ciągu najbliższych 2-3 lat.

CEE Office Real Estate Compass: Czy Twoje miejsce pracy jest gotowe na millenialsów” to druga edycja raportu przygotowanego przez Colliers International oraz kancelarię CMS, tym razem poświęcona zmieniającemu się środowisku pracy w Europie Środkowej i Wschodniej. W ramach regionu badanie objęło Polskę, Czechy, Słowację, Węgry, Rumunię oraz Bułgarię.

Kluczowe czynniki przy wyborze pracodawcy

Dla ¾ ankietowanych równowaga pomiędzy pracą a życiem prywatnym jest najważniejszym czynnikiem decydującym o wyborze pracodawcy. Wysokość wynagrodzenia, możliwość rozwoju umiejętności przywódczych, otwartość kultury w danej organizacji (po ponad 70% wskazań) oraz lokalizacja miejsca pracy (58%) to kolejne czynniki uwzględniane przy decyzjach dotyczących zmiany pracy. Wystrój biura oraz dostępne w nim udogodnienia odgrywały mniejszą rolę – jedynie 37% respondentów uznało je za bardzo ważne, a jeszcze mniej, bo 18% ankietowanych wskazało na znaczenie zrównoważonego rozwoju oraz ekologii przy wyborach zawodowych.

„Coworking jest popularny wśród respondentów, w szczególności wśród osób pracujących w stolicach. Ponad 65% ankietowanych zadeklarowała, że możliwość pracy w przestrzeni, którą można aranżować w elastyczny sposób jest dla nich w mniejszym lub większym stopniu atrakcyjna. Coworking wydaje się szczególnie atrakcyjny dla pracujących w centrach największych miast (36%), podczas gdy jedynie 4% respondentów nie widzi korzyści z tego rozwiązania” – mówi Mark Robinson, specjalista ds. badań w Europie Środkowej i Wschodniej w Colliers International.

Jak wynika z raportu, coraz więcej osób w regionie Europy Środkowo – Wschodniej pracuje w ramach systemu agile, czyli posiadając swobodę organizacji pracy w ciągu doby. Prawie połowa ankietowanych wskazała, że ma pełną elastyczność zarządzania własnymi zadaniami, chociaż jedynie 4% korzysta z rozwiązań typu agile na stałe. Podobnie ponad połowa respondentów ma możliwość pracy z domu, jednak w tym przypadku już 11% ankietowanych wykorzystuje tę opcję regularnie. Praca w systemie agile jest obecnie bardziej powszechna wśród członków zarządu oraz wyżej kadry kierowniczej, co pokazuje, że z czasem dostępność tego rozwiązania może dotyczyć również millenialsów.

Jak technologia wpłynie na biuro przyszłości?

Na pytanie o możliwość wprowadzenia technologii monitorującej lokalizację pracowników na terenie biura, jedynie 4% respondentów w Europie Środkowej i Wschodniej przyznało, że czułoby się bardzo komfortowo z takim rozwiązaniem, podczas gdy większość (65%) była przeciwnego zdania. Wśród przeciwników rozwiązań monitorujących pracowników, 44% ankietowanych w Europie Środkowo – Wschodniej stwierdziło, że zdecydowanie nie zgadza się na wprowadzenie tego typu technologii w miejscu pracy. Pozostaje to w wyraźniej sprzeczności z opiniami wyrażonymi przez respondentów w Wielkiej Brytanii, gdzie (zgodnie z reportem przygotowanym przez CMS w 2017 roku UK Real Estate Report: Smart. Healthy. Agile), 65% pracowników biurowych czułoby się komfortowo w przypadku zastosowania tego typu rozwiązań.

Z kolei zapytani o sztuczną inteligencję zarówno ankietowani z Europy Środkowej i Wschodniej, jak i z Wielkiej Brytanii nie wyrazili zaniepokojenia wpływem nowych rozwiązań na ich stanowiska pracy (odpowiednio 65% i 55%).

Sylwia Pędzińska, senior partner, dyrektor Działu Workplace Innovation w Colliers International
Sylwia Pędzińska, senior partner, dyrektor Działu Workplace Innovation w Colliers International

„W kolejnych latach coraz więcej firm będzie inwestować w sztuczną inteligencję oraz automatyzację powtarzających się procesów w celu zwiększenia konkurencyjności. Co ważne, praca oparta na relacjach interpersonalnych nadal będzie odgrywać kluczową rolę mimo, że można spodziewać się zmiany modelu pracy zakładającego przypisanie pracownika do jednego, konkretnego biurka. Praca w przyszłości będzie wymagała od pracowników bardziej holistycznego spojrzenia, analizy i wyciągania wniosków, a także tworzenia kreatywnych rozwiązań. Przestrzeń biurowa powinna więc stymulować kreatywną pracę i dzielenie się wiedzą” – komentuje Sylwia Pędzińska, senior partner, dyrektor Działu Workplace Innovation w Colliers International.

Rośnie znaczenie pewności zatrudnienia

Ostatnie wydarzenia geopolityczne oraz kryzysy zmieniły sposób, w jaki millenialsi postrzegają bezpieczeństwo zatrudnienia. Zgodnie z analizą „Pierwsze kroki na rynku pracy” sporządzoną przez Deloitte w 2018 roku, badającą oczekiwania millenialsów w Europie Środkowej i Wschodniej, większość z ankietowanych jest mniej skłonna do zmiany pracy i widzi wyższą wartość w zatrudnieniu na pełny etat. Badanie pokazuje również, że elastyczność dotycząca czasu pracy, ścieżki kariery, systemów oceny oraz zasad dotyczących ubioru w miejscu pracy jest kluczowa dla tej grupy.

Uczestnicy badania prowadzonego przez Colliers International i kancelarię CMS zapytani o biuro przyszłości i elementy, które bardzo chętnie widzieliby w swoim miejscu pracy, wskazali: specjalne rozwiązania do odbioru przesyłek online, klub fitness, sprzęt do rekreacji, prysznice oraz taras.

„Z uzyskanych odpowiedzi widać wyraźnie, że pracownicy, a w szczególności millenialsi, mają nowe oczekiwania dotyczące udogodnień w środowisku biurowym. Pracownicy spodziewają się większej elastyczności, kreatywnych rozwiązań w obszarze coworkingu oraz pracy w środowisku, w którym będą czuć się częścią społeczności. Jest zatem kluczowe, aby zarówno pracodawcy, jak i właściciele nieruchomości uwzględniali nowe oczekiwania w celu pozyskania i utrzymania pracowników”  – podkreśla Wojciech Koczara, partner kierujący praktyką nieruchomościową kancelarii CMS w Polsce i w Europie Środkowo – Wschodniej.

Konsekwencje dla sektora nieruchomości biurowych w Europie Środkowej i Wschodniej

Nowe oczekiwania pracowników mogą stać się impulsem do dalszej transformacji środowiska pracy, a co za tym idzie sektora nieruchomości biurowych w Europie Środkowej i Wschodniej, np. w kierunku stosowania bardziej elastycznych rozwiązań i krótszych okresów najmu czy dzielonych miejsc pracy. Trzeba jednak mieć na uwadze, że w regionie odnotowano ostatnio mniej wolnej powierzchni biurowej, co z kolei może zwiększać siłę przetargową właścicieli i zarządzających nieruchomościami.

Powyższe trendy mogą już teraz zachęcać deweloperów nieruchomości biurowych w Europie Środkowej i Wschodniej do zainteresowania się korzystnie położonymi terenami poprzemysłowymi. „Rozwiązania prawne na poszczególnych rynkach przewidują wiele możliwości pozwalających obniżyć koszty związane z remediacją zanieczyszczonych gruntów, co powoduje, że – często centralnie położne – tereny poprzemysłowe mogą stać się interesującymi obszarami dla nowych inwestycji” – wyjaśnia Agnieszka Skorupińska, lider praktyki prawa ochrony środowiska w kancelarii CMS.

VI edycja Ogólnopolskiego Szczytu Energetycznego – OSE GDAŃSK 2018

W dniach 16-17 kwietnia 2018 r. w Gdańsku w Europejskim Centrum Solidarności odbyła się VI edycja Ogólnopolskiego Szczytu Energetycznego – OSE GDAŃSK 2018, poświęconego wyzwaniom stojącym przed rozwojem polskiej energetyki. Szczyt objęty został Patronatem Honorowym przez Krzysztofa Tchórzewskiego, Ministra Energii, Henryka Kowalczyka, Ministra Środowiska, Andrzeja Adamczyka, Ministra Infrastruktury, Marka Gróbarczyka, Ministra Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Macieja Bando, Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, Alicję Adamczak, Prezesa Urzędu Patentowego RP, Dariusza Drelicha, Wojewodę Pomorskiego, Mieczysława Struka, Marszałka Województwa Pomorskiego, Piotra Całbeckiego, Marszałka Województwa Kujawsko- Pomorskiego, Adama Jarubasa, Marszałka Województwa Świętokrzyskiego, Adama Struzika, Marszałka Województwa Mazowieckiego, Dorotę Arciszewską-Mielewczyk, Przewodniczącą Sejmowej Komisji Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Jacka Jaśkowiaka, Prezydenta Miasta Poznania, Piotra Krzystka, Prezydenta Miasta Szczecin, Janusza Kubickiego, Prezydenta Miasta Zielona Góra, Ryszarda Nowaka, Prezydenta Miasta Nowy Sącz, Wojciecha Szczurka, Prezydenta Miasta Gdynia, Tadeusza Truskolaskiego, Prezydenta Miasta Białystok, Krzysztofa Żuka, Prezydenta Miasta Lublin. Szczyt objęty został także Patronatem Honorowym przez: Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Parlamentarny Zespół ds. Morskiej Energetyki Wiatrowej, Parlamentarny Zespół ds. Energetycznego Pakietu Zimowego, Miasto Gdańsk, Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu, Instytut Kolejnictwa, Główny Instytut Górnictwa, Fundację na Rzecz Energetyki Zrównoważonej, Izbę Gospodarczą Ciepłownictwo Polskie, Krajową Izbę Biopaliw, Krajową Izbę Gospodarczą, Krajową Organizację Innowatorów Przemysłu INNOVO, Narodową Agencję Poszanowania Energii S.A., Polską Izbę Przemysłu Chemicznego, Polską Organizację Przemysłu i Handlu Naftowego, Polskie Towarzystwo Morskiej Energetyki Wiatrowej, Polską Izbę Magazynowania Energii, Polskie Towarzystwo Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej, Pomorskie Dni Energii, Towarzystwo Elektrowni Wodnych, Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych, Związek Miast i Gmin Morskich.

Szczyt oficjalnie zainaugurował Minister Energii Krzysztof Tchórzewski, który zwracając się do uczestników podkreślił, że Polska stoi obecnie przed kluczowymi wyzwaniami w obszarze energetyki, które z jednej strony muszą uwzględniać rosnące potrzeby gospodarki kraju, jeżeli chodzi o zapotrzebowanie na energię, z drugiej istotne jest, aby przyszłe inwestycje uwzględniały politykę ochrony klimatu oraz redukcji emisji realizowaną przez Unię Europejską.

Debatą otwierającą OSE GDAŃSK 2018 była Sesja Plenarna pt. „Polska polityka energetyczna – priorytety unijne vs polskie cele strategiczne”. Moderatorami debaty byli dr Paweł Grzejszczak – Partner, Kancelaria Domański Zakrzewski Palinka oraz dr hab. Filip M. Elżanowski – Radca Prawny, Kancelaria ECh&W, zaś udział w niej wzięli: Henryk Kowalczyk – Minister Środowiska; Jerzy Kwieciński – Minister Inwestycji i Rozwoju; Krzysztof Tchórzewski – Minister Energii; Stefan Gullgren – Ambasador Królestwa Szwecji w Polsce; Hanna Lehtinen – Ambasador Republiki Finlandii w Polsce; Ole Egberg Mikkelsen – Ambasador Królestwa Danii w Polsce; Maciej Bando – Prezes Urzędu Regulacji Energetyki; Kazimierz Kujda – Prezes NFOŚiGW. Początek debaty został zdominowany przez pytanie o strategię bezpieczeństwa energetycznego Polski na tle innych krajów UE. W szczególności zastanawiano się nad najważniejszymi rodzajami źródeł wytwarzania energii, jakimi są atom, gaz i węgiel – zarówno w odniesieniu do polskich możliwości, jak miksów energetycznych krajów sąsiadujących z Polską. Następnie omówiono inicjatywę Trójmorza jako platformę do współpracy w dziedzinie energetyki gazowej, transportu oraz gospodarki. Stanowiło to wstęp do dyskusji nad kierunkami partnerstwa w najbliższych latach; czy Polska powinna bardziej kierować się w stronę Stanów Zjednoczonych, czy raczej Unii Europejskiej. W tym kontekście nie bez znaczenia była także kwestia priorytetów współpracy w basenie Morza Bałtyckiego (ropa, gaz, a może też energia) oraz stopnia zaawansowania projektu Baltic Pipe jako elementu współpracy w ramach basenu Morza Bałtyckiego. Na koniec zaś odniesiono się do  przyszłości OZE wobec zmian ustawodawczych, jak i również wpływu polityki klimatycznej i surowcowej na politykę energetyczną. Z uwagi na obecność gości  zagranicznych ważnym tematem było także stanowisko poszczególnych krajów do Nord Stream 2 szczególnie odniesieniu do wstępnych deklaracji krajów bałtyckich wobec nacisków ze strony rosyjskiej.

Po Sesji Plenarnej odbyła się Gala Wręczenia statuetek „Bursztyn Polskiej Energetyki 2018”. Statuetka „Bursztyn Polskiej Energetyki” jest nagrodą przyznawaną osobom, instytucjom bądź firmom za szczególne działania w zakresie rozwoju i bezpieczeństwa polskiej gospodarki i energetyki w kraju i zagranicą. Laureaci w/w statuetki dzięki tej nagrodzie zostali uhonorowani za determinację oraz konsekwencję w realizacji podjętych zobowiązań lub wyzwań stawianych przed nimi z tytułu pełnionego stanowiska lub przyjętej strategii firmy. W tym roku statuetka została wręczona Ministerstwu Energii za skuteczne i konsekwentne wdrożenie mechanizmu rynku mocy w Polsce, Henrykowi Baranowskiemu, Prezesowi Zarządu PGE Polska Grupa Energetyczna S.A. za skuteczne i konsekwentne działania zwiększające bezpieczeństwo i niezależność energetyczną Polski poprzez przejęcia aktywów ciepłowniczych i kogeneracyjnych oraz  utworzenia spółki dedykowanej PGE Energia Ciepła S.A., Grupie ENEA za skuteczne i konsekwentne wspieranie rozwoju polskiej energetyki poprzez oddanie do eksploatacji najnowocześniejszej konwencjonalnej jednostki wytwórczej w Polsce – bloku energetycznego B11 o mocy 1075 MW w Elektrowni Kozienice, Spółce Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo S.A. za skuteczne i konsekwentne realizowanie polityki dywersyfikacji źródeł oraz kierunków dostaw gazu do Polski, Polskiemu Komitetowi Energii Elektrycznej za konsekwentne i skuteczne reprezentowanie interesów branży energetycznej w zakresie polityki energetycznej i gospodarczej na arenie międzynarodowej, Gminie Pruszcz Gdański za konsekwencję w działaniach w zakresie zrównoważonego rozwoju energetyki na terenie Gminy i poprawę bezpieczeństwa ekologicznego.

Następnie odbyła się ceremonia wręczenia statuetki „Fale Innowacji 2018”, w ramach konkursu „Laboratorium Innowacyjności” przygotowanego w ramach OSE GDAŃSK 2018 z inicjatywy Grupy GPEC. W tym roku statuetkę otrzymała firma ENETECH Sp. z o.o. za projekt zbiornika do magazynowania oraz transportu ciepła.

Po wręczeniu nagród „Bursztyn Polskiej Energetyki 2018” oraz „Fale Innowacji 2018” debaty Szczytu odbywały się w dwóch równolegle trwających częściach. W ramach części pierwszej odbyły się debaty „Strategia rozwoju polskiej energetyki – między polityką, bezpieczeństwem a biznesem”, „Współpraca energetyczna państw basenu Morza Bałtyckiego” oraz „Ciepło, kogeneracja i efektywność energetyczna – Polska bez smogu”. W drugiej zaś części odbyły się debaty „Gospodarka 4.0 – energetyka i przemysł”, „Rynek energii elektrycznej, ropy i gazu – uwarunkowania dalszego rozwoju” oraz panel prezentacyjny „Laboratorium Innowacyjności – prezentacje innowacyjnych rozwiązań w przemyśle”.

Debatę pt. „Strategia rozwoju polskiej energetyki – między polityką, bezpieczeństwem a biznesem” poprowadzili  dr Jerzy Baehr – Partner Zarządzający, Kancelaria WKB Wierciński Kwieciński Baehr oraz Maciej Szambelańczyk – Partner, Kancelaria WKB Wierciński Kwieciński Baehr, zaś w roli prelegentów wystąpili: Mateusz Aleksander Bonca – p.o. Prezesa Zarządu, Grupa LOTOS S.A.; Wojciech Hann – Członek Zarządu, Bank Gospodarstwa Krajowego; Anna Jakób – Członek Zarządu, Grupa GPEC; Paweł Jakubowski – Prezes Zarządu, Polskie LNG S.A.; Jacek Kościelniak – Wiceprezes Zarządu ds. Finansowych, ENERGA S.A.; Mirosław Kowalik – Prezes Zarządu, Enea S.A.; prof. UAM dr hab. Maciej Mataczyński – Partner Zarządzający, Kancelaria SMM Legal; Rafał Miland – Wiceprezes Zarządu, PERN S.A.; Piotr Woźniak – Prezes Zarządu, PGNiG S.A.; Paweł Ostrowski – Wiceprezes Zarządu, Towarowa Giełda Energii S.A. Jeden z kluczowych tematów dyskusji dotyczył gospodarki paliwowej, energetycznej i gazowej jako czynników mobilizujących rozwój. Omawiano także zagadnienia przejęć kapitałowych w strategii bezpieczeństwa energetycznego kraju oraz najważniejszych projektów infrastrukturalnych w Polsce i ich efektów. W dalszej kolejności analizowano, jakie niezbędne inwestycje i źródła finansowania muszą zostać poczynione w obszarze sieci przesyłowych i magazynów gazu. Równie ważne było omówienie docelowego modelu gazu dla Polski w kontekście krajowych zasobów i uwarunkowań ich eksploatacji. Z drugiej strony zaproszeni goście przyjrzeli się sektorowi paliwowemu i jego strategii wobec wyzwań przyszłości, co stanowiło wstęp do rozmów na temat terminala naftowego i gazowego jako elementu strategii bezpieczeństwa energetycznego Państwa.

Debata Oksfordzka pt. „Współpraca energetyczna państw basenu Morza Bałtyckiego” poprowadzona została przez Herberta Leopolda Gabrysia – Przewodniczącego Komitetu ds. Energii i Polityki Klimatycznej, Krajowa Izba Gospodarcza oraz prof. Waldemara Kamrata – Politechnika Gdańska. Do dyskusji zaś zostali zaproszeni: dr. inż. Graham M. Butt – Kierownik referatu ds. energii odnawialnej, Ministerstwo Energetyki, Infrastruktury, Digitalizacji Meklemburgii Pomorza Przedniego; Krzysztof Figel – Konsul Honorowy Republiki Łotewskiej w Gdańsku; Daniel Larsson – Radca Handlowy, Ambasada Szwecji w Polsce; Mieczysław Struk – Marszałek Województwa Pomorskiego; Maciej Stryjecki – Prezes Zarządu, Fundacja na Rzecz Energetyki Zrównoważonej; Marcin Wiśniewski – Starszy Doradca Handlowy ds. Energetyki i Środowiska Ambasada Królestwa Danii w Polsce. Tematy, jakie zostały poruszone w ramach dyskusji to m.in. Alternatywne, sprawdzone modele rozwoju rynków energii, paliw, gazu i OZE w krajach ościennych, a także obszary współpracy pomiędzy krajami basenu Morza Bałtyckiego. Równie ważną kwestią były wspólne projekty i efekty synergii, jak i dyskusja nad projektem Nord Stream 2 z perspektywy interesów Polski i krajów sąsiadujących. Na koniec zaś przyjrzano się perspektywicznym projektom off-shore oraz e-mobility.

Debata „Ciepło, kogeneracja i efektywność energetyczna – Polska bez smogu” moderowana była przez dr Dariusza Gulczyńskiego – Auditing Committee Member, Associate Expert, Światowa Rada Energetyczna. W roli prelegentów wystąpili: Jan Krzysztof Ardanowski – Poseł na Sejm RP, Komisja do Spraw Energii i Skarbu Państwa; Bogusław Białowąs – Prezes Zarządu, Bank Ochrony Środowiska S.A.; Wojciech Dąbrowski – Prezes Zarządu, PGE Energia Ciepła S.A.; Piotr Górnik – Prezes Zarządu, Fortum Power and Heat Polska Sp. z o.o.; Maciej Kazienko – Prezes Zarządu, WFOŚiGW w Gdańsku; Kazimierz Kujda – Prezes NFOŚiGW; Roman Masek – Dyrektor Techniczny, BELSE Sp. z o.o.; Małgorzata Mika-Bryska – Dyrektor ds. Regulacji i Relacji Publicznych, Veolia Energia Polska; Jacek Szymczak – Prezes, Izba Gospodarcza Ciepłownictwo Polskie; Krzysztof Zborowski – Prezes Zarządu, Radomskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej „RADPEC” S.A. Panel rozpoczął się od prezentacji dotyczącej możliwości modernizacyjnych elementów urządzeń ciepłowniczych pod kątem mniejszego zużycia energii, co pozwoliło odnieść się do tematu inwestycji w ciepłownictwie. W dalszej kolejności  zastanawiano się nad kwestią polityki antysmogowej i roli ciepłownictwa w walce z zanieczyszczeniem powietrza. W tym kontekście kluczowe było przeanalizowanie kierunków regulacji i rozwoju ciepła systemowego z punktu widzenia URE i przedsiębiorstw. Kolejna część dyskusji dotyczyła sieci ciepłowniczych, jako elementu ekorozwoju i kogeneracji w Polsce, a także możliwości wsparcia ciepłownictwa ze środków pochodzących z Unii Europejskiej, jak i również środków krajowych. Na koniec zaś odniesiono się do możliwości współpracy ciepłownictwa z samorządami oraz OZE.

Debata „Gospodarka 4.0 – energetyka i przemysł”, poprowadzona została przez Marka Króla – Radcę Prawnego i Partnera w Kancelarii MAGNUSSON, zaś w dyskusji wzięli udział: Daniel Betke – Wiceprezes Zarządu, BSiPE „ENERGOPROJEKT POZNAŃ” S.A.; Sławomir Brzeziński – Wiceprezes Zarządu, Grupa Azoty ZAK S.A.; dr Adam B. Czyżewski – Główny Ekonomista, PKN ORLEN S.A.;  Marcin Lewandowski – Członek Zarządu, Grupa GPEC; dr hab. inż.  Krzysztof Madajewski, Prof. IEn. – Przewodniczący Rady Inteligentnej Specjalizacji Pomorza ISP3, Dyrektor Instytutu Energetyki Oddział Gdańsk; Roman Masek – Dyrektor Techniczny, BELSE Sp. z o.o.; Artur Sadowski – Dyrektor Zarządzający Pionem Ryzyka Kredytowego, Bank Gospodarstwa Krajowego; dr inż. Tomasz Zieliński – Prezes Zarządu, Polska Izba Przemysłu Chemicznego. Dyskusja rozpoczęta została od przybliżenia zgromadzonym na Sali, czym jest Gospodarka 4.0. Następnie starano się odpowiedzieć na pytanie, czy z punktu widzenia przedsiębiorstw lepsze jest radykalne wdrażanie rozwiązań przełomowych czy lepszy jest jednak rozwój poprzez optymalizację. W tym kontekście podjęto także temat inwestycji w bezpieczeństwo. Druga część dyskusji poświęcona była aspektom prawno-regulacyjnym – odniesiono się w niej do rynku mocy, dynamiki otoczenia regulacyjnego w aspekcie bezpieczeństwa projektów inwestycyjnych oraz ogólnej roli Państwa w kreowaniu, wspieraniu i regulowaniu nowych modeli biznesowych. Dzięki wyciągniętym wnioskom możliwe było odniesienie się do rozwoju gospodarki narodowej w czasach globalnej konkurencji, jak i również procesu przeobrażeń polskiego przemysłu na przykładzie przemysłu chemicznego.

Debata „Rynek energii elektrycznej, ropy i gazu – uwarunkowania dalszego rozwoju” odbyła się pod opieką merytoryczną dr Przemysława Zaleskiego – Prezesa Zarządu, InfoEngine S.A. W dyskusji zaś wzięli udział: Adam Burda – Dyrektor Departamentu Klienta Strategicznego – Energetyka, Paliwa i Nowe Technologie, PKO Bank Polski S.A.; Henryk Kaliś – Przewodniczący, Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu; Piotr Kasprzak – Członek Zarządu, Hermes Energy Group S.A.; Kazimierz Rajczyk – Dyrektor Zarządzający Sektorem, Departament Klientów Strategicznych ING Bank Śląski S.A.; Andrzej Sikora – Prezes Zarządu, Instytut Studiów Energetycznych; Grzegorz Żarski – Dyrektor Biura Rozwoju Rynku i Analiz, Towarowa Giełda Energii S.A. Zaproszeni goście w pierwszej kolejności odnieśli się do stanu zawansowania prac nad rynkiem mocy, nie bez znaczenia była także kwestia łącznej sprzedaży energii i gazu. Wnioski pozwoliły prelegentom odnieść się do pytania, czy lepiej radzą sobie przedsiębiorstwa Skarbu Państwa czy prywatni operatorzy. W dalszej kolejności podniesiono temat efektywności energetycznej z perspektywy ponoszonych kosztów. Równie ciekawym zagadnieniem była kwestia kierunków rozwoju rynku energii (koncentracja, czy liberalizacja) z punktu widzenia doświadczeń dostawców oraz rola Towarowej Giełdy Energii w kreowaniu zmian na rynku. Na koniec uczestnicy dyskusji rozważali  tematy tradingu jako największej wartości dodanej i elementu budowania przewagi konkurencyjnej, podjęto także kwestie modeli współpracy prosumentów z grupami energetycznymi.

Laboratorium Innowacyjności – prezentacje innowacyjnych rozwiązań w przemyśle” był panelem prezentacyjnym w ramach którego uczestnicy mogli zapoznać się ze zgłoszonymi projektami do konkursu „Laboratorium Innowacji”, organizowanego z inicjatywy Grupy GPEC. W panelu swoje wystąpienia mieli: Mateusz Lisowski – Enetech Sp. z o.o. (tytuł prezentacji: Zbiornik do magazynowania oraz transportu ciepła); Damian Szewczyk – Gradis (tytuł prezentacji: Zwiększenie zwrotu z inwestycji w oświetlenie dróg i ulic); Aron Michalczyk – SAL MULTIROTOR POWERLINE STRINGING (tytuł prezentacji: Wykorzystanie dronów latających w celu przygotowania prac naciągu przewodów roboczych i światłowodowych podczas budowy linii wysokiego napięcia w trudnym terenie); Paweł Orlof – Veolia Energia Polska (tytuł prezentacji: Ekologiczne Ciepło dla Poznania); Piotr Szymański – Sabur Sp. z o.o. (tytuł prezentacji: System zarządzania i monitoringu zużycia mediów); Tomasz Siudyga – COBANT Sp. z o.o. Sp. K. (tytuł prezentacji: Zagospodarowanie odpadów z przetwórstwa węgla kamiennego zdeponowanych w osadnikach i rekultywacja terenów zdegradowanych). Moderatorem dyskusji był Marek Dawidowski – Kierownik Działu Nowych Biznesów, Grupa GPEC

W drugim dniu Szczytu odbyły się cztery debaty, które rozpoczęły się od panelu „Status inwestycji infrastrukturalnych, energetycznych i pochodnych (z)realizowanych przez samorządy do 2018 r.” – jego moderatorem był Tomasz Balcerowski – Wiceprezes, Pracodawcy Pomorza, zaś w roli prelegentów wystąpili: Michał Glaser – Dyrektor Obszaru Metropolitarnego Gdańsk-Gdynia-Sopot; Piotr Grzelak – Zastępca Prezydenta ds. Polityki Komunalnej, Miasto Gdańsk; Jarosław Jóźwiak – Adwokat w Kancelarii Prof. Marek Wierzbowski i Partnerzy – Adwokaci i Radcowie Prawni; Janusz Kubicki – Prezydent Miasta Zielona Góra; Ryszard Świlski – Członek Zarządu Województwa Pomorskiego; Grzegorz Walczukiewicz – Dyrektor, Związek Miast i Gmin Morskich. Na początku debaty każdy z zaproszonych gości krótko przedstawił kluczowe inwestycje, jakie obecnie trwają lub w najbliższym czasie mają się rozpocząć na terenie ich samorządów. Pozwoliło to odnieść się do pytania o rolę jednostek samorządowych przy realizacji projektów infrastrukturalnych, w tym m.in. o zakres współpracy z OSD przy wyznaczaniu kierunków inwestycji sieciowych. W tym kontekście starano się także przeanalizować kwestie podłączenia OZE do sieci, w kontekście lokalnej konkurencji i bezpieczeństwa systemu. Na koniec odniesiono się do przyszłości projektów dotyczących spalarni odpadów oraz biogazowni.

Debata „Elektromobilność” odbyła się przy wsparciu merytorycznym Jakuba Wiecha – Zastępcy Redaktora Naczelnego, Energetyka24.com, zaś w dyskusji wzięli udział: Rafał Budweil – Prezes Zarządu, Triggo S.A.; Piotr Cieśliński – Poseł na Sejm RP, Przewodniczący Podkomisji stałej do spraw polityki rozwoju inteligentnych miast i elektromobilności; Rafał Czyżewski   – Prezes Zarządu, GreenWay Polska Sp. z o.o.; Anna Jakubowska – Dyrektor Departamentu Środków Zagranicznych, NFOŚiGW; prof. dr hab. inż. Jacek Kijeński – Instytut Chemii Przemysłowej; Sylwia Koch-Kopyszko – Prezes Zarządu, Unia Producentów i Pracodawców Przemysłu Biogazowego, Prezes Zarządu, Polskie Stowarzyszenie Elektromobilności; Krzysztof Kochanowski – Prezes Zarządu PIME; Adam Stępień – Dyrektor Generalny, Krajowa Izba Biopaliw; Robert Zasina – Prezes Zarządu TAURON Dystrybucja, Prezes PTPiREE. Zaproszeni goście na początku dyskusji odnieśli się do problemu rozbudowy infrastruktury ładowania z perspektywy OSD i samorządów, jednocześnie wskazując na kluczowe szanse dla inwestorów w sektorze elektromobilności, w tym także możliwości zysków komercyjnych w tym obszarze. Nie bez znaczenia była także kwestia E-mobility jako elementu koncepcji smart city. W dalszej części dyskusji skoncentrowano się na Ustawie o elektromobilności w kontekście pytania o to, jak spopularyzować samochody elektryczne i utworzyć rynek na inwestycje w infrastrukturę ładowania pojazdów elektrycznych. Na koniec zaś zastanawiano się nad koncepcją polskiego projektu samochodu elektrycznego na tle konkurencji oraz wykorzystania paliw alternatywnych – a w szczególności wodoru i biopaliw – jako możliwych i najbardziej realnych ścieżek rozwoju.

W debacie „Miejsce odnawialnych źródeł energii w nowej Polityce energetycznej Polski” wzięli udział prof. dr hab. inż. Janusz T. Cieśliński –  prof. zw. PG – Prorektor ds. Organizacji Politechniki Gdańskiej; Andrzej Czerwiński – Poseł na Sejm RP, Przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Energetycznego Pakietu Zimowego; Ewa Malicka – Prezes Zarządu, Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych; Magdalena Mitas – Adwokat / Partner, Magnusson, Tokaj i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni Sp.p.; Janusz Steller – Prezes Zarządu, Towarzystwo Elektrowni Wodnych; Mariusz Witoński – Prezes Zarządu, Polskie Towarzystwo Morskiej Energetyki Wiatrowej; Maciej Szambelańczyk – Partner, Kancelaria WKB Wierciński Kwieciński Baehr. Moderatorem panelu był Maciej Stryjecki – Prezes Zarządu, Fundacja na Rzecz Energetyki Zrównoważonej. Dyskusja rozpoczęła się od nakreślenia miejsca odnawialnych źródeł energii w polityce energetycznej Polski, co pozwoliło odnieść się do zagadnienia kierunków rozwoju technologii w obszarze OZE. Następnie przeanalizowano skutki nowelizacji ustawy o OZE dla branży wiatrowej, biogazowej, słonecznej i wodnej, w podsumowaniu debaty zaś zastanawiano się, czy pakiet zimowy UE jest szansą czy zagrożeniem dla polskiej energetyki.

Dyskusja zamykająca tegoroczną edycję Szczytu została zatytułowana „Morska energetyka wiatrowa i przemysł energetyki morskiej – nową polską specjalizacją”. Jej moderatorem był ponownie Maciej Stryjecki – Prezes Zarządu, Fundacja na Rzecz Energetyki Zrównoważonej, zaś w roli prelegentów debaty wystąpili: Andrzej Czech – Prezes Zarządu, Energomontaż-Północ Gdynia S.A; Zbigniew Gryglas – Poseł na Sejm RP, Przewodniczący Zespołu ds. Morskiej Energetyki Wiatrowej; Marcin Horała – Poseł na Sejm RP, Wiceprzewodniczący Zespołu ds. Morskiej Energetyki Wiatrowej; Jacek Kopczyński – Dyrektor ds. Inwestycji i Biznesu Stalowego, MARS Shipyards & Offshore; dr Michał Michalski – Członek Zarządu, Polenergia S.A.; dr Arkadiusz Sekściński – Wiceprezes Zarządu, PGE Energia Odnawialna S.A.; Jakub Wnuczyński – Dyrektor Handlowy, GSG Towers Sp. z o.o. W pierwszej kolejności zaproszeni goście podjęli temat potencjału morskiej energetyki wiatrowej i przemysłu morskiego w Polsce, co stanowiło wstęp do analizy planów inwestycyjnych krajowych liderów w rozwoju morskich farm wiatrowych. Ważnym elementem debaty było omówienie szans, doświadczeń i wyzwań dla polskiego przemysłu energetyki morskiej. W podsumowaniu odniesiono się do Narodowego Programu Rozwoju Morskiej Energetyki Wiatrowej.

Interesująca dyskusja, zarówno pomiędzy uczestnikami paneli, jak i dzięki licznym pytaniom z sali świadczy o dużym zainteresowaniu poruszonymi tematami i stanowi punkt wyjścia do debaty w kolejnej edycji Ogólnopolskiego Szczytu Energetycznego, który odbędzie się już na wiosnę przyszłego roku. Więcej szczegółów można znaleźć na stronie internetowej www.osegdansk.pl.

Ogólnopolski Szczyt Energetyczny był wspierany przez liczne grono firm partnerskich oraz partnerów medialnych, które angażowały się w przygotowania wspomnianego przedsięwzięcia.

Europejskie Centrum Biznesu główny organizator OSE GDAŃSK 2018 pragnie szczególnie podziękować Partnerom Głównym: PGE Polskiej Grupie Energetycznej S.A. oraz Polskiemu Koncernowi Naftowemu ORLEN S.A., Partnerom: Bankowi Gospodarstwa Krajowego, BELSE Sp. z o.o., Fortum Power and Heat Polska Sp. z o.o., Gaz-System S.A., Grupie GPEC, ING Bankowi Śląskiemu S.A., Grupie LOTOS S.A., PERN S.A., Towarowej Giełdzie Energii S.A., VEOLIA Energia Polska S.A., Kancelarii WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr Spółka komandytowa, Gospodarzowi Gali Bursztyn Polskiej Energetyki Miastu Gdańsk, Sponsorom: Polskiemu Górnictwu Naftowemu i Gazownictwu S.A., Energoprojekt Poznań S.A., Bankowi Ochrony Środowiska S.A., Urzędowi Dozoru Technicznego, Kancelarii Magnusson. Pragniemy także podziękować za współpracę Fundacji na Rzecz Energetyki Zrównoważonej, Krajowej Organizacji Innowatorów Przemysłu INNOVO, Pracodawcom Pomorza oraz firmie UpLive.

Podziękowania należą się także Głównemu Patronowi Medialnemu Portalowi Energetyka24.com oraz Patronom Medialnym: Portalowi BiznesAlert, Magazynowi Biomasa, Portalowi CEO.com.pl, Centrum Informacji o Rynku Energii CIRE.PL, Czasopismu Energetyka Wodna, Portalowi Energetykon.pl, Magazynowi Energetyka Cieplna i Zawodowa, Portalom z Grupy Xtech: energetykacieplna.pl. elektroinzynieria.pl, srodowisko.pl, Portalowi EnergiaDirect.pl, Portalowi Ekorynek.com, Magazynowi Energia i Recycling, Portalowi ESCO w Polsce, Magazynowi Express Przemysłowy, Gazecie Polskiej Codziennie, Portalowi Energia Gigawat, Portalowi GlobEnergia, Portalowi Inzynieria.com, Portalowi Investing.com, Magazynowi Law Business Quality, Liderom Innowacyjności, Magazynowi Nowoczesne Technologie w Przemyśle, Portalowi Nuclear.pl, Radiu Gdańsk, Magazynowi Smart Grids Polska, Portalowi Strategie i Biznes, TVP 3 Gdańsk, Portalowi Teraz Środowisko, Warsaw Business Journal, Wiadomościom Naftowym i Gazowniczym, Portalowi WysokieNapiecie.pl.

McAfee: 25% firm doświadczyło kradzieży danych z chmury publicznej

97 procent – aż tyle organizacji z całego świata korzysta dziś z chmury. 83 procent – jak podaje najnowszy raport McAfee – przechowuje w publicznej chmurze poufne informacje. Aż jedna na cztery z nich przyznaje, że straciła te dane, a jedna na pięć doświadczyła zaawansowanego ataku na infrastrukturę tej chmury.

Prawie wszystkie organizacje korzystają w dużym stopniu z usług w chmurze. Przeprowadzone przez McAfee badanie opublikowane w raporcie pt. „Navigating a Cloudy Sky: Practical Guidance and the State of Cloud Security” ujawnia, że 97% specjalistów IT z całego świata używa jakiejś usługi w chmurze, jednocześnie borykając się z problemami dotyczącymi widoczności i kontroli. Rośnie też zaufanie do chmury – ponad 90% ankietowanych ma do niej większe zaufanie niż w zeszłym roku, a 69% uważa, że dane poufne są w chmurze publicznej bezpieczne.

Organizacje traktujące chmurę priorytetowo korzystają z większej liczby takich usług i są w związku z tym dwukrotnie bardziej narażone na złośliwe oprogramowanie pochodzące z aplikacji w chmurze, np. Dropbox lub Office 365, oraz na problemy wynikające z używania infrastruktury jako usługi (IaaS) i oprogramowania jako usługi (SaaS). Jednej na cztery firmy korzystające z IaaS lub SaaS skradziono dane, a jedna na pięć spotkała się z zaawansowanym atakiem na infrastrukturę chmury publicznej. Złośliwe oprogramowanie nadal stanowi problem dla wszystkich organizacji i 56% ankietowanych potwierdziło wystąpienie infekcji pochodzącej z aplikacji w chmurze (w 2016 roku było to 52%).

Arkadiusz Krawczyk, Country Manager McAfee Poland
Arkadiusz Krawczyk, Country Manager McAfee Poland

– Mimo że większość incydentów związanych z bezpieczeństwem ma miejsce w chmurze, coraz więcej firm wybiera te rozwiązania – mówi Arkadiusz Krawczyk, Country Manager McAfee Poland. – Korzystanie z chmury nie musi jednak oznaczać utraty kontroli nad danymi. Przedsiębiorcy, którzy wdrożą odpowiednie zabezpieczenia, mogą spać spokojnie.

Firmy przechowują w chmurze poufne dane

Większość organizacji przechowuje niektóre lub wszystkie dane poufne w chmurze publicznej, a tylko 16% twierdzi, że tego nie robi. Najczęściej, w przypadku 61% organizacji, są to dane osobowe klientów. Około 40% respondentów przechowuje w chmurze również dokumentację wewnętrzną, dane kart płatniczych, dane osobowe personelu lub nadane przez rząd identyfikatory. Wreszcie około 30% gromadzi w chmurze własność intelektualną, kartoteki medyczne, wyniki wywiadu konkurencyjnego i karty dostępu do sieci.

– Słaba widoczność stanowi jedno z największych wyzwań dla korzystania z chmury w każdej organizacji. We wszystkich sektorach gospodarki pamięć masowa i ochrona aktywów migruje do środowiska w chmurze, co utrudnia pracownikom zespołów IT przewidywanie konsekwencji. Ta niepewność i brak widoczności w nowych środowiskach sprawiają, że niektórzy przedsiębiorcy rezygnują z rozwiązań chmurowych. Tymczasem zastosowanie odpowiednich praktyk, takich jak choćby centralne zarządzanie wszystkimi usługami w chmurze i ich dostawcami, zintegrowanie z nimi rozwiązań klasy Data Loss Prevention, w tym wykorzystanie narzędzi typu Cloud Access Security Brokers, obniżają ryzyko związane z przepływem poufnych danych do usług w chmurze i w ich obrębie – wyjaśnia Arkadiusz Krawczyk z McAfee Poland.

Coraz mniejsze braki w zakresie cyberbezpieczeństwa

Niedobór umiejętności w zakresie bezpieczeństwa cybernetycznego i jego wpływ na korzystanie z chmury są coraz mniejsze: żadnych problemów nie ma z nim 24% ankietowanych (15% w zeszłym roku). Spośród organizacji wciąż borykających się z problemami niewystarczających umiejętności tylko 40% zmniejszyło w związku z tym tempo migracji do chmury (49% w ubiegłym roku). Wskaźniki przeniesienia danych do chmury są najwyższe w przypadku organizacji mających największy niedobór umiejętności.

– W związku z wejściem w życie RODO polskie firmy coraz częściej myślą o bezpieczeństwie – wdrażają nowe rozwiązania, które pomagają w spełnieniu i udokumentowaniu wymagań nowych przepisów – m.in. takie jak McAfee SIEM i Threat Intelligence. Troska powinna dotyczyć również danych przechowywanych w chmurze – zaznacza Arkadiusz Krawczyk. – Ważne jest, żeby dostawca technologii nie tylko spełniał wymagania dotyczące postanowień dyrektywy, ale również zapewniał wsparcie na poziomie wprowadzania i utrzymania zgodności z RODO.

Metodologia badania

Firma McAfee przeprowadziła w czwartym kwartale 2017 roku ankietę wśród 1400 specjalistów IT z różnych branż (ze szczególnym uwzględnieniem sektora finansowego i medycznego) oraz małych, średnich i dużych przedsiębiorstw w Australii, Brazylii, Kanadzie, Francji, Niemczech, Indiach, Japonii, Meksyku, Singapurze, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych.

Złoty oddał część ostatnich zysków

Roman Ziruk - Ebury
Roman Ziruk, Ebury Polska

We wtorek złoty zakończył dzień osłabieniem w relacji do dolara amerykańskiego i euro. Złotemu nie sprzyjało osłabienie pary EUR/USD, wczorajszy ruch w dół w parze z głównymi walutami wygląda też na odreagowanie po ostatnich, silnych wzrostach.

W kontekście wczorajszego dnia warto wspomnieć o wypowiedzi jednego z członków Rady Polityki Pieniężnej. Uznawany za jastrzębia, Łukasz Hardt stwierdził, że w 2018 r. nie ma szans na podwyżkę stóp procentowych, co zdaje się ją jednoznacznie wykluczać. Zgodnie z jego słowami w 2019 r. scenariuszem bazowym jest utrzymanie stabilnych stóp procentowych, ale możliwy jest również wzrost kosztów pieniądza.

Dzisiejsze dane z krajowego rynku pracy zaskoczyły na plus. Dynamika płac jedynie nieznacznie spowolniła w porównaniu z poprzednim odczytem, co sugeruje, że sytuacja dla pracowników nadal jest bardzo dobra, jednocześnie potwierdzając, że narastająca różnica w popycie na pracę i podaży tego czynnika ma realne konsekwencje dla polskich firm. Dynamika zatrudnienia utrzymuje się na poziomie 3,7% rocznie.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek umocnił się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,15 – 4,16. Europejska waluta traciła natomiast w parze z dolarem amerykańskim. Wczorajsze indeksy ZEW dla Niemiec mocno rozczarowały, co zdecydowanie nie wspierało euro. Dzisiejsze dane makro również nie są zbyt pozytywne. Rewizja inflacji pokazała, że dynamika cen w marcu wprawdzie wzrosła, jednak nie o 1,4%, jak szacowano wcześniej, a o 1,3% rocznie. Niewielka zmiana in minus w bezpośrednim następstwie publikacji przełożyła się na lekkie osłabienie wspólnej waluty w relacji do dolara amerykańskiego.

GBP

Kurs GBP/PLN  we wtorek osłabił się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,80 – 4,83.  Wczorajszy dzień przyniósł osłabienie brytyjskiej waluty, która traciła nie tylko w parze ze złotym, ale również w relacji do głównych walut. Słabość funta brytyjskiego można powiązać z mieszanymi danymi z brytyjskiej gospodarki, które pokazały (pozytywny i nieoczekiwany) spadek bezrobocia, natomiast jednocześnie – rozczarowującą stagnację wynagrodzeń z uwzględnieniem premii.

Dzisiejsze dane o dynamice cen w Wielkiej Brytanii mogą zadowolić brytyjskich konsumentów, ale rozczarowały analityków. Inflacja bazowa zamiast wzrosnąć spadła – wynosi obecnie 2,3% i znajduje się jedynie nieco powyżej celu inflacyjnego. Inflacja CPI zamiast utrzymywać się na poziomie 2,7% rocznie podążyła za inflacją bazową i również doświadczyła spadku – wynosi obecnie zaledwie 2,5% w ujęciu rocznym. Oba wskaźniki obecnie znajdują się na najniższym poziomie od roku.

Bezpośrednia reakcja GBP na dane była zdecydowana i negatywna. Funt brytyjski osłabił się w relacji do głównych walut i złotego. Z uwagi na brak silnych wahań na przestrzeni ostatnich dni, dzisiejszy spadek kursu GBP/PLN jest wyraźnie widoczny nawet na wykresie miesięcznym. Funt jest obecnie o ok. 0,5% tańszy niż o poranku. GBP traci, gdyż nieoczekiwane informacje o niższej inflacji mogą demotywować BoE w kwestii kolejnych podwyżek stóp procentowych, z których pierwsza zaplanowana jest na maj. Do podwyżki w maju prawdopodobnie dojdzie, jednak spadają szanse na drugi ruch w tym roku.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek umocnił się o 0,3%, wahając się w widełkach 3,35 – 3,37.  Wczorajsze dane makro z USA były pozytywne. Odnotowaliśmy wyraźny wzrost zezwoleń na budowę nieruchomości w marcu. Dynamika produkcji przemysłowej (w ujęciu miesięcznym) również przewyższyła oczekiwania. Ton wczorajszych przemówień członków FOMC był optymistyczny. Wyraźnie widać, że liczą oni, że inflacja trwale powróci do celu inflacyjnego, dobra sytuacja na rynku pracy będzie się utrzymywać, a stopy procentowe rosnąć – w tym kontekście nic się nie zmieniło.

Druga część dnia nie będzie zbyt obfita w istotne informacje z gospodarki USA. W związku z tym w dniu dzisiejszym warto będzie zwrócić uwagę przede wszystkim na kolejne przemówienia członków FOMC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – przemawia William Dudley z FOMC
  • 21:15 – przemawia William Dudley z FOMC
  • 22:15 – przemawia Randal Quarles z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Królowie życia – zamiast oszczędzać, przejadamy wyższe dochody z pracy i nowe świadczenia społeczne

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Szybki wzrost PKB, podwyżki wynagrodzeń i kiełkujące inwestycje wskazują na dobrą kondycję polskiej gospodarki. Jednak deficyt w handlu zagranicznym jest niczym migające na żółto światło ostrzegawcze. Przed czym może ostrzegać? Np. przed tym, że zaczynamy konsumować zbyt dużo importowanych dóbr i przejadać wyższe dochody – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Przez wiele lat deficyt w polskim handlu zagranicznym często przekraczał 1 mld euro w ujęciu miesięcznym. To była prawdziwa pięta achillesowa naszej gospodarki. Sytuacja zaczęła się zmieniać w latach 2012-2014, gdy wartość eksportu zrównała się z importem. Pozytywny trend, chociaż już w mniejszej skali, był także widoczny do połowy 2017 r., gdy udawało się utrzymywać dodatni bilans wymiany towarowej z zagranicą.

Niestety, od kilku miesięcy sytuacja zaczyna się pogarszać. 12-miesięczna średnia bilansu handlowego spadła poniżej zera, chociaż jeszcze w połowie 2016 r. wynosiła miesięcznie ok. 300 mln euro. Warto przeanalizować, co spowodowało odwrócenie pozytywnych trendów z ubiegłych lat?

Eksport złapał przejściową zadyszkę

W ostatnich miesiącach znacznie obniżyło się tempo wzrostu eksportu. Do listopada eksport rósł w tempie niespełna 11 proc. Pierwsze dwa miesiące tego roku to już spadek do ok. 6 proc.

Część obserwatorów zwraca uwagę na ostatnie wzmocnienie się złotego. Należy jednak zauważyć, że jest to tak naprawdę powrót do kursów z 2015 r. Bardziej prawdopodobne rozwiązanie sprowadza się do lekkiej zadyszki naszych partnerów handlowych. Włochy czy Wielka Brytania importują ostatnio mniej polskich towarów.

W innych krajach regionu także widać gorszą kondycję eksportu. Stąd wydaje się, że ten element nie daje podstaw do niepokoju, pozostaje raczej niezależny od krajowych warunków. Negatywna tendencja prawdopodobnie ma charakter przejściowy, biorąc pod uwagę utrzymującą się dobrą koniunkturę na świecie.

Dwa kluczowe rodzaje importu. Jeden dobry, drugi… konsumpcyjny

Skoro eksport na razie nie powinien martwić, to warto skupić się na imporcie. Kupowanie towarów za granicą warto najpierw podzielić na trzy kategorie – inwestycyjne i konsumpcyjne oraz mniej nas w tym momencie interesujące dobra pośrednie. Nabywanie tych pierwszych oznacza zwykle wzrost wydatków na unowocześnienie przedsiębiorstw, co w dłuższym terminie poprawia konkurencyjność rodzimej gospodarki. Z kolei zwiększony popyt na te drugie oznacza przejadanie owoców dobrej koniunktury.

Do połowy 2017 r. import inwestycyjny wyraźnie kulał. W ostatnich miesiącach widać jednak jego zauważalne przyspieszenie. Ostatnie pół roku to tempo wzrostu na poziomie ok. 15 proc. r/r. Jest to więc dobra informacja, która nie powinna spędzać snu z powiek.

Poważnie martwić może natomiast  bardzo wyraźne zwiększenie importu towarów konsumpcyjnych (dane Eurostat BEC). W całym 2017 r. import konsumpcyjny (odzież oraz obuwie, kosmetyki, sprzęt AGD/RTV, żywność; kategoria nie zawiera paliw) zwiększył się o ok. 12 proc., a tylko czwartym kwartale o niespełna 15 proc. r/r. Spektakularnie wyglądają najnowsze dostępne dane. Jeszcze w styczniu 2016 r. sprowadzaliśmy towary konsumpcyjne o wartości 2,86 mld euro, a po dwóch latach jest to już 3,9 mld euro, czyli o 36 proc. więcej

Niepokojący wniosek

Niewielkie pogorszenie kondycji eksportu oraz wzrost importu inwestycyjnego raczej nie powinny budzić poważnych obaw. Zdecydowanie większe zagrożenie wiąże się z utrzymaniem silnego wzrostu konsumpcyjnego importu (kosmetyki, sprzęt RTV/AGD, odzież). To może oznaczać, że Polacy zamiast wykorzystać wyższe dochody z pracy i nowe świadczenia społeczne na budowanie oszczędności po prostu je przejadają.

Najgorsze od kryzysu nastroje w Niemczech przerwały wzrosty euro, na czym stracił też złoty

Ograniczone pole do zmiany polityki monetarnej w Polsce sprzyja stabilizacji notowań obligacji. Najgorsze od kryzysu nastroje w Niemczech (wg ZEW) przerwały wzrosty euro, na czym stracił też złoty. Kurs EURUSD spadł do 1,235 a EURPLN powrócił powyżej 4,16. W środę w centrum uwagi krajowe dane z rynku pracy.

Rynek walutowy i stopy procentowej

We worek kurs EURUSD nadal utrzymywał wysokie poziomy. Początkowo uwagę rynku przyciągały oskarżenia D. Trumpa dot. rzekomej polityki dewaluacyjnej prowadzonej przez Chiny i Rosję wystosowane po tym jak w piątek Departament Skarbu wskazał, że żaden z głównych partnerów handlowych USA nie zasłużył na miano „manipulatora warunkowego”. W efekcie we wtorek z rana euro nasiliło wzrost, testując opór na poziomie 1,241. Najwyraźniej inwestorzy Twitterowy atak odebrali, jako kolejnym sygnał (wcześniej o korzyściach z niższych notowań dolara mówił S. Mnuchin), że administracja amerykańska chce słabszego dolara, zwłaszcza wobec walut głównych partnerów handlowych USA. Wzrosty EURUSD przerwała mocno rozczarowująca publikacja ZEW (w kwietniu spadek do -8,2), która potwierdziła obawy przed negatywnym wpływem protekcjonistycznej polityki USA na zależną od eksportu gospodarkę Niemiec. W rezultacie, kurs EURUSD po porannym wzroście zawrócił, podczas sesji europejskiej schodząc do 1,235.

EURPLN po teście 4,15 wyhamował spadek, wciąż jednak utrzymywał okolice bliskie dwumiesięcznych minimów. Sentyment, jaki panuje obecnie na EM nie należy do najgorszych, a brak eskalacji politycznego konfliktu sprzyja bardziej ryzykownym aktywom. Jednakże, po pięciogroszowym umocnieniu złotego względem euro pokusa realizacji zysków może być duża, szczególnie, że nadal w centrum uwagi pozostaje polityka handlowa USA (w poniedziałek USA nałożyły zakaz sprzedaży przez amerykańskie firmy części dla chińskiego koncernu telekomunikacyjnego ZTE na okres 7 lat). Podczas sesji europejskiej kurs EURPLN wzrósł do 4,164.

W środę GUS opublikuje dane o zatrudnieniu i wynagrodzeniu. Z uwagi na wysokie bazy odniesienia oraz negatywne efekty kalendarzowe oczekuje się niższych dynamik wzrostu, umacniających dotychczasową gołębią linię RPP. Wczoraj na brak pola do podwyżek stóp w 2018r. wskazał Ł. Hardt (uważany za jastrzębiego członka RPP).

Biorąc pod uwagę ostatnie spowolnienie inflacji, dobrą sytuację budżetową oraz niską podaż papierów na rynku pierwotnym, środowisko inwestycyjne dla obligacji wciąż pozostaje pozytywne. Wzrosty rentowności, które pozwoliły wrócić papierom 10-letnim powyżej 3,0% okazały się krótkotrwałe i prawdopodobnie wynikały z realizacji zysków niż zmiany nastawienia inwestorów wobec polskiego rynku dłużnego.

Na globalnych rynkach stopy procentowej wtorkowa sesja również nie przyniosła silnych ruchów, jednak w dalszym stopniu widać odmienne postrzeganie rynków europejskich oraz amerykańskiego. Zdecydowanie gorsze od oczekiwań publikacje, widoczne w mocno ujemnym wyniku indeksu zaskoczeń ekonomicznych, spowodowały dalszy wzrost spreadu amerykańskich obligacji nad niemieckimi, który w sektorze 10-letnim przekracza 230pb, a w 2-letnim zbliża się do 300pb.Środowisko inwestycyjne dla obligacji wciąż pozostaje pozytywne

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / Centrum Analiz PKO Bank Polski

Przełomowe orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości: linie lotnicze w obliczu fali roszczeń o odszkodowania

17 kwietnia br. Europejski Trybunał Sprawiedliwości zadecydował, że linie lotnicze mają obowiązek zrekompensować swoim pasażerom opóźnienia bądź odwołania lotów, które powstały wskutek strajków personelu pokładowego. Przełomowe orzeczenie dotyczy zarówno już zrealizowanych, jak i przyszłych kursów.

Do tej pory wszelkiego rodzaju strajki lotnicze uznawano za nadzwyczajne okoliczności, które zwalniały linie lotnicze z obowiązku wypłaty odszkodowań. Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że nawet nielegalny i nieprzewidziany strajk pracowników linii lotniczej nie stanowi zdarzenia nadzwyczajnego. Przewoźnik musi wypłacić swoim pasażerom odszkodowania w wysokości nawet do 600 euro na osobę. Decyzja ta w znacznym stopniu wzmacnia europejskie prawo pasażerskie, a linie lotnicze będą teraz musiały stawić czoła fali roszczeń, ponieważ orzeczenie dotyczy również wszystkich wcześniejszych wydarzeń. Jedynym ograniczeniem jest tylko przedawnienie sprawy, które wynosi 3 lata – mówi Christian Nielsen, Dyrektor Działu Prawnego w AirHelp.

W związku z tym, w AirHelp ponownie otworzymy tysiące zamkniętych spraw. W ciągu najbliższych dni poinformujemy wszystkich naszych klientów, których ta zmiana dotyczy. Jednakże, radzimy też innym pasażerom, którzy doświadczyli zakłóconego lotu spowodowanego strajkami lotniczymi, ubiegać się o odszkodowanie lotnicze. W AirHelp naszą misją jest walka o prawa pasażerów i pomoc w uzyskaniu rekompensaty, na którą zasługują – dodaje Natalia Gębska, Country Manager w AirHelp.

Prawa pasażerów lotniczych

W przypadku opóźnionego lub odwołanego lotu oraz odmowy przyjęcia na pokład, pasażerowie mogą być uprawnieni do rekompensaty finansowej w wysokości od 250 do 600 euro na osobę. Prawo to obowiązuje jeśli korzystamy z linii lotniczych zarejestrowanych w Unii Europejskiej, bądź rozpoczynamy lot lub kończymy go w jednym z państw unijnych. Warunkiem jest to, że przyczyna zakłóconego kursu powstała wskutek czynników, na które przewoźnik miał wpływ. Tylko nadzwyczajne okoliczności zwalniają linię lotniczą z wypłaty rekompensaty. Są to m.in. złe warunki pogodowe czy nagłe przypadki medyczne.

BPO to łatwy biznes – polskie spółki już „odcinają kupony”

W regionie Europy Środkowo-Wschodniej to Polska może pochwalić się największą liczbą powstających centrów obsługi, a wysokie kompetencje specjalistów przyciągają do nas zagranicznych gigantów. Dostawa zewnętrznych usług IT to łatwy biznes dla technologicznych spółek pod warunkiem, że wiedzą jak „odciąć kupon” – dziś kluczem do sukcesu jest najwyższa certyfikacja bezpieczeństwa i gotowość do podjęcia ryzyka. – Za dobrym klientem trzeba jechać nawet do Malezji – mówi Sebastian Sokołowski, CEO Transition Technologies – Managed Services.

TTMS_BPO to łatwy biznes_InfografikaKlient i dostawca usług w modelu Dedykowanych Centrów Obsługi są jak dobre małżeństwo. Z jednej strony firma IT ponosi naturalne koszty administracyjne, kadrowe oraz organizacyjne, związane ze świadczeniem usług przez zespoły swoich specjalistów. Z kolei klient przenosi obszar działalności na podmiot zewnętrzny, inwestując w transfer wiedzy i zaufania. Jak w każdym związku, rzecz rozchodzi się jednak o wzajemne korzyści – dla klienta będzie to głównie odciążenie od trosk związanych z zarządzaniem dodatkowymi obszarami, tj. od rekrutacji i utrzymania specjalistów czy wyposażenia biura we właściwy sprzęt. W konsekwencji, jak na prawdziwy związek przystało, firma IT zawiązuje długofalową relację na partnerskim poziomie, co przekłada się na jej stabilność biznesową i rozwój.   

Tarcza przed cyberzagrożeniami    

Liczba nowych sposobów na to, jak wykraść newralgiczne dane czy zakłócić pracę kluczowych systemów w przedsiębiorstwie, zwiększa się w tempie błyskawicznym. Już dziś biznes zmaga się z kryzysem tożsamości w handlu elektronicznym czy z wątpliwymi technologiami szyfrowania – wystarczy przypomnieć sobie, jak w 2017 roku międzynarodowa grupa ekspertów w dziedzinie kryptografii przekonała agencję NSA do wycofania dwóch nowych algorytmów szyfrowana.

To technologie rządzą dziś światem, niestety stały się też główną bronią przestępców. Jeśli chcemy pracować z najlepszymi, musimy zapewnić im najwyższy standard bezpieczeństwa. TTMS posiada najbardziej rozpoznawalną i uniwersalną certyfikację ISO 27001, od której możliwe jest rozpoczęcie jakiegokolwiek dialogu z rynkowymi liderami dodaje Sebastian Sokołowski.

Chcesz pić szampana? Zaryzykuj!

Duży, rozwojowy klient to dla firmy IT  bezcenna zdobycz. W ciągu długotrwałej, partnerskiej relacji zdobywa przy nim doświadczenie i pozyskuje dalsze rekomendacje, które  ułatwiają mu dostęp do zdobycia kolejnych rynkowych gigantów. Zadowolony klient będzie chciał kontynuować współpracę z zaufanym dostawcą, a wtedy nie ma czasu na wątpliwości, nawet jeśli w grę wchodzi offshoring na zupełnie nieznany, egzotyczny rynek.

Wejście na zagraniczny rynek bez wątpienia wiąże się ze zwiększonym ryzykiem biznesowym i wydatkami. Same podróże zwiększają koszty offshoringu o jakieś 20-30 proc., a trzeba stawić też czoła zupełnie nowym przepisom prawnym, konkurencji i etykiecie biznesowej – opowiada Sebastian Sokołowski, CEO Transition Technologies – Managed Services – Jednak żeby osiągnąć sukces w branży BPO, za dobrym klientem trzeba jechać nawet do Malezji. Naszą globalną ekspansję przyspieszył rozwój współpracy z jednym z globalnych gigantów branży farmaceutycznej. Dziś poza krajowymi centrami obsługi posiadamy zagraniczne oddziały w Azji, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a wciąż mamy apetyt na więcej.

Sektor BPO to bez wątpienia dobry biznes dla polskich spółek technologicznych, który nie wymaga tak wiele wysiłku, jak doświadczenia. Najwyższe certyfikaty bezpieczeństwa i walka o dobrego klienta to łatwy przepis na sukces.

IV edycja Kongresu Managera już 6-go czerwca w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach

IV edycja Kongresu ManageraMotywowanie managerów do rozwoju i szukania inspiracji, podejmowania kolejnych wyzwań oraz dlaczego warto być wiernym swoim przekonaniom i wartościom. To tematy kolejnej IV edycji Kongresu Managera, którego celem jest spotkanie środowiska managerów   i praktyków zarządzania organizacjami gospodarczymi, a także ekspertów, którzy zajmują się zarządzaniem w przedsiębiorstwach. Kongres odbędzie się 6 czerwca w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach. Rejestracja na Kongres odbywa się na stronie www.kongresman.pl. Wśród prelegentów m. in. Robert Konieczny jeden z najbardziej znanych i nagradzanych polskich architektów na świecie, który opowie o wartości bycia konsekwentnym swoim przekonaniom. W roli prelegenta także Jan Mądry z Training Partners, który opowie o polskiej mapie motywacji, a także Bartosz Rusek wiceprezes Brainstorm Group  z wystąpieniem o przywództwie 360o. Szczegółowy program wraz z wszystkimi prelegentami oraz informacjami organizacyjnymi dostępny jest na www.kongresman.pl

Gdy specjalista staje się szefem…

Awans na stanowisko menedżerskie bywa nagrodą dla wyróżniającego się pracownika, wyrazem docenienia jego zasług i ponadprzeciętnego zaangażowania w sprawy firmy. Niestety, nawet najdoskonalszy specjalista, bez odpowiedniego przygotowania zazwyczaj nie stanie się wybitnym szefem.

Źle zaplanowany awans wewnętrzny może prowadzić do paradoksalnej sytuacji. Osoba będąca bardzo dobrym specjalistą na swoim obecnym stanowisku, zostaje wyznaczona do pełnienia funkcji menedżerskiej, chociaż nie ma pojęcia o zarządzaniu. W efekcie firma traci świetnego specjalistę, a zyskuje słabego, nieprzygotowanego do pełnienia nowej roli menedżera.

– Awans bez przygotowania jest jak rzucenie człowieka na głęboką wodę, by nauczył się pływać. Albo mu się uda, albo utonie – mówi Magdalena Robak, trener w firmie szkoleniowej Effect Group. – W takiej sytuacji największym problemem jest brak pełnej świadomości swojej nowej roli. Taki lider działa reaktywnie, „tu i teraz”, na wyczucie, podczas gdy powinien świadomie kształtować środowisko pracy i zasady współpracy w taki sposób, który najlepiej sprawdzi się w jego zespole i przyniesie korzyści firmie – podkreśla.

Szef jak dobry znajomy

Podstawą, o której często się zapomina, jest doprecyzowanie odpowiedzi na pytania „co?”, „jak?” i „kto?”. Co – czyli jakie cele ma do zrealizowania nowy lider, w kontekście aktualnych potrzeb i oczekiwań firmy. Jak – czyli w jaki sposób powinien dążyć do realizacji celów. Kto – to pytanie do samego lidera, który powinien zastanowić się nad swoim wizerunkiem, nad tym, jakim szefem chce być dla swojego zespołu.

Jeśli nowy menedżer pochodzi z zespołu, którym teraz ma kierować, bardzo często zależy mu na utrzymaniu pozytywnych relacji z ludźmi. Nie chce narazić się tym, którzy dotychczas byli równymi jemu kolegami, boi się, że gdy okaże się zbyt surowy, uznają go za „buca” lub „tyrana”.

– Atmosfera współpracy jest wtedy na pierwszym planie, a kwestie związane z komunikowaniem oczekiwań, wyznaczaniem jednoznacznych celów, monitorowaniem ich realizacji oraz udzielaniem informacji zwrotnych, schodzą na dalsze miejsca. Nie z braku czasu, ale dlatego, że nowi liderzy mają poczucie, iż mogą być albo ludzcy i relacyjni,  albo stanowczy i wymagający. Często po prostu nie wiedzą, jak pogodzić jedno z drugim – zauważa trenerka.

Ustalanie nowych reguł gry

Gdy następuje zmiana lidera, niezależnie od tego, czy przychodzi on z zewnątrz, czy pracował już wcześniej w organizacji, pojawia się potrzeba określenia nowych zasad współpracy. Menedżer najczęściej wybiera jedną z dwóch dróg. Pierwsza polega na odrzuceniu zasad, które dotychczas panowały w zespole i wprowadzeniu własnych. Druga, zachowawcza, opiera się na pozostawieniu wszystkiego „po staremu”.

– Jeśli nie mamy sytuacji ostrego kryzysu, żadne z tych rozwiązań nie jest dobre. Zazwyczaj są rzeczy, które działają dobrze i takie, które warto zmienić. Wyzwaniem jest rozróżnienie ich oraz umiejętne włączenie zespołu w planowanie zmian. Tak, by nie wzbudzić oporu, ale zaangażowanie. Dlatego pierwszymi działaniami nowego lidera powinny być obserwacje i rozmowy z ludźmi – mówi Magdalena Robak.

Wyzwaniem może być również tzw. „nowe otwarcie”, czyli wprowadzenie lidera do zespołu w nowej roli. Często sprowadza się ono do informacji od przełożonych o awansowaniu konkretnej osoby. Ale to za mało. Nowy lider, choćby został nim dobrze znany kolega, to dla zespołu zawsze nowa rzeczywistość.  Menedżer powinien ustalić z pracownikami własne „reguły gry”. Czasem określane są one mianem „expose” a czasem „kontraktem” z zespołem.

W expose przełożony omawia postawy i działania, na których ma opierać się współpraca. To dobry moment, by poznać się w nowych warunkach, wyjaśnić wzajemne oczekiwania i obawy.  Dobrze przygotowany kontrakt pomaga wyznaczyć kierunek, w którym wszyscy wspólnie będą podążać i zasady, które będą obowiązywały we współpracy.

– W ten sposób, tworząc wspólny punkt odniesienia, zwiększamy poczucie bezpieczeństwa ludzi. Jeśli tego zabraknie, podwładni nie będą wiedzieli, w jaki sposób mają funkcjonować, czego się od nich wymaga, a czego nie. To znaczy, że albo będą działać według starych przyzwyczajeń, albo mogą zacząć testować nowego szefa i jego granice. Obie sytuacje mogą rodzić niepotrzebne problemy – ostrzega trenerka Effect Group.

Oczywiście expose nie może zakładać działania w próżni. Udana współpraca pomiędzy pracownikami jednego działu musi uwzględniać również kontakty z pozostałymi działami oraz cele stojące przed całą firmą, a także dobre relacje z klientami. Od początku trzeba myśleć o tym, jak zminimalizować wąskie gardła w przepływie informacji i uniknąć tych problemów, które da się z góry przewidzieć.

Pierwsze dni z nowym szefem

Nawet jeśli menedżer jasno określi cele i zasady, wygłosi expose i będzie próbował pogodzić dotychczasowe zasady współpracy ze swoją nową wizją, nie uniknie wszelkich trudności. Pracownicy mogą próbować na różne sposoby testować nowego lidera, podważać jego kompetencje, odwoływać się do tego, jak w danej sytuacji postąpiłby poprzedni szef lub próbować wykorzystać „zmianę władzy” do pozbycia się części dotychczasowych obowiązków.

– To, na ile takie zachowania będą się pojawiały, zależy m.in. od tego, w jaki sposób lider wejdzie do zespołu i jak spędzi pierwsze dni na swoim stanowisku – mówi Magdalena Robak. – Przyczyn ataku na kompetencje lidera może być tyle, ilu ludzi w zespole. Punktem wyjścia, aby stawić czoła tym trudnościom, jest ustalenie ich przyczyn. To mogą być zawiedzione ambicje, lęk przed zmianą, nieprawidłowy sposób wprowadzenia lidera do zespołu, czy zwykłe „testowanie granic” – dodaje.

Dobre przygotowanie menedżera do objęcia stanowiska może znacznie zmniejszyć ryzyko poważnych problemów, ale lepiej nie zakładać, że da się je całkowicie wyeliminować. Jeśli się pojawią, lider powinien przede wszystkim precyzyjnie zdiagnozować przyczyny, co może zrobić między innymi obserwując pracę poszczególnych pracowników, ale też poznając samych ludzi – ich potrzeby, ambicje, czy niepokoje.

Problemem może być zresztą nie tylko podważanie roli nowego kierownika, ale także, brak inicjatywy ze strony członków zespołu.

– Jeżeli lider oczekuje współudziału w poszukiwaniu rozwiązań czy zgłaszania propozycji, powinien to jasno komunikować od samego początku. Powinien też wyjaśnić, dlaczego zależy mu na takiej aktywności pracowników – mówi trenerka.

Jeśli zespół jest przyzwyczajony do innego sposobu działania, należy dać mu czas na zaadoptowanie się do nowych warunków, a także przemyśleć, jak można zbierać pomysły w sposób, który będzie bezpieczny dla pracowników. Trzeba stworzyć takie warunki, w których zarówno zgłaszanie propozycji, jak i ich analizowanie czy omawianie nie będzie zagrażało pomysłodawcom. Nikt nie zechce dzielić się swoimi pomysłami, jeśli pojawi się choćby cień ryzyka, że mogą one zostać zignorowane lub, co gorsza, nieumiejętnie skrytykowane na forum publicznym.

Sztuka udzielania feedbacku

Jedną z umiejętności, jaką powinien opanować lider, jest właściwe przekazywanie pracownikom informacji zwrotnej, szczególnie tej negatywnej. Dobry menedżer potrafi swoją przemową zmotywować pracowników do większego zaangażowania, ale też pomóc im wypracować konkretne działania, dzięki którym łatwiej im będzie osiągnąć wyznaczone cele.

– Ostatnio w ramach obserwacji pracy nowego lidera miałam okazję słuchać jego feedbacku związanego z brakiem zakładanych wyników finansowych. Informacja zwrotna została przekazana w bardzo przyjaznej formie. Menedżer wskazywał co trzeba zmienić (sposób rozmowy z klientami) i wyjaśniał, dlaczego jest to ważne. Pracownicy naprawdę poczuli się wzmocnieni i mieli świadomość wagi sprawy (ocenili te aspekty na 5 w skali 6-stopniowej). Ale czy dowiedzieli się, co konkretnie mają zrobić, by odnieść sukces następnym razem? Tu ocena była na 2. Czyli wyszli „doenergetyzowani”, wiedząc co mają zmienić i chcąc to zrobić, ale nie mając pojęcia, w jaki sposób mogą to osiągnąć – opowiada Magdalena Robak.

To oczywiste, że nie lubimy słuchać negatywnych uwag pod swoim adresem i informacji o porażkach. Równie oczywiste jest to, że każdy menedżer powinien dawać podwładnym informację zwrotną. Rozwiązaniem tego naturalnego konfliktu jest odpowiednia forma feedbacku.

Sposobów na przekazanie uwag może być wiele, ale niezależnie od wybranej formuły, istotne jest to, by menedżer zachęcał pracownika do wspólnego analizowania i poszukiwania pomysłów. Nie należy zapominać także o kontekście, dzięki któremu pracownik pozna szersze tło tego, jak jego sposób działania wpływa na zespół, firmę i klientów.

– Komunikat zwrotny powinien motywować pracownika do zmiany a jednocześnie być dla niego maksymalnie użyteczny. Podczas takiej rozmowy należy omówić także, w jaki sposób pracownik będzie działał następnym razem oraz kiedy, od kogo i jakie wsparcie może uzyskać – podkreśla trenerka Effect Group.

Adaptacja w roli lidera

Etap pełnej adaptacji lidera w nowej roli zajmuje od 3 do 6 miesięcy. Proces ten może trwać krócej i przebiegać sprawniej, jeśli menedżer zostanie odpowiednio przygotowany (np. poprzez szkolenia dla nowych menedżerów) oraz wprowadzony w nową rolę przez zarząd firmy.

Jednak dopiero po kilkumiesięcznym okresie adaptacji możemy stwierdzić, czy działania menedżera zaczynają przynosić spodziewane efekty. Po czym to możemy poznać?

– Z jednej strony po tym, na ile osiągnął założone cele, z drugiej zaś po tym, co jego podwładni powiedzą na temat tego, jakim jest dla nich liderem. – mówi Magdalena Robak. – Pamiętajmy bowiem, że dobry lider powinien być łącznikiem pomiędzy interesem firmy, a potrzebami pracowników.

Kurs franka poniżej 3,50 zł! Lepsze prognozy wzrostu

Bardzo dobra passa dla kredytobiorców frankowych trwa w najlepsze. Międzynarodowy Fundusz Walutowy poprawia perspektywy wzrostu dla Polski. Kuba powoli kończy epokę Castro.

Frank poniżej 3,50 zł!

Wczoraj stało się to na co wielu kredytobiorców frankowych czekało od dawna. Frank ustabilizował się poniżej kursu 3,50 zł. Po raz pierwszy od stycznia 2015 roku przebił tą barierę w poniedziałkowy wieczór po czym cały dzień kontynuował ruch spadkowy. Dzisiaj rano testowane są okolice 3,4750. Warto natomiast zwrócić uwagę, że ruch ten oprócz silniejszej złotówki ma też drugiego sprzymierzeńca. Jest to osłabianie się franka wobec euro. Do poziomu sprzed wspomnianego stycznia pozostało już ułamki centyma. Wielu analityków zwraca uwagę, że po dotarciu do tego poziomu można spodziewać się korekty na rynku.

Lepsze perspektywy dla Polski

Międzynarodowy Fundusz Walutowy podniósł prognozy wzrostu PKB w Polsce na rok 2018 i 2019. Nasza gospodarka powinna rosnąć odpowiednio o 4,1% i 3,5%. Są to istotne zmiany, gdyż poprzednie symulacje dawały nam 3,3% i 3%. Jako główny powód wskazuje się przyspieszającą konsumpcję krajową. Eksperci spodziewają się inflacji dokładnie w celu inflacyjnym. Fundusz powoli zaczyna wyceniać potencjał trwającej wojny handlowej między USA a Chinami. W obydwóch przypadkach zredukował perspektywy wzrostu gospodarczego.

Zmiany na Kubie

Dzisiaj parlament na Kubie wybierze radę państwa oraz nowego prezydenta. Tym samym zakończy się ponad pół wieku rządów braci Castro na tej wyspie. Czego można oczekiwać po nowym prezydencie? Najprawdopodobniej będzie kontynuował drogę obraną przez Raula Castro w ostatnich latach. Problemy gospodarcze wymusiły otwarcie na zagraniczne inwestycje i możliwość otwierania prywatnych przedsiębiorstw. Są one jednak mocno ograniczone tak by zachować osiągnięcia dekad socjalizmu. Nie zmienia to faktu, że nie należy spodziewać się szybkiego powrotu Kuby na światowe rynki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – Kanada – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Czy lojalność wobec pracodawcy popłaca? – wyniki badania

Polscy pracownicy są podzieleni. Zdaniem 48,6 proc. lojalność przekłada się na finansowe i pozafinansowe korzyści. Pozostali nie mają zdania lub uważają, że nowi pracownicy otrzymują podobne warunki.

Mimo wątpliwości Polacy są lojalni wobec swoich pracodawców. Największa grupa, bo aż 43,4 proc. uważa, że idealny czas pracy w jednej firmie to od 3 do 5 lat – wynika z sondażu PensjoMetr.pl od Monster Polska*, który został przeprowadzony w styczniu i lutym br. W sumie w ramach międzynarodowej edycji przeprowadzono ankiety w dwunastu krajach, obejmując badaniem 57 719 respondentów.

Z sondy na polskim rynku pracy wynika także, że 22,5 proc. uważa, że dobrze jest związać się z firmą na 6-9 lat, 12,5 proc. – za najbardziej odpowiedni okres pracy uznaje 15 lat. Okres od 10 do 15 lat wskazało 11,7 proc. ankietowanych. Stosunkowo niewiele osób odpowiedziało, że warto pracować u jednego pracodawcy krócej niż rok – uznało tak zaledwie 1,7 proc. badanych, a między 1-2 lata – 8,2 proc.

Lojalność wciąż za mało premiowana

Duża część respondentów uważa, że bycie lojalnym wobec pracodawcy owocuje korzyściami finansowymi lub niefinansowymi – odpowiedziało tak adekwatnie 27,9 proc. i 20,7 proc. Polaków. Z drugiej strony 33,1 proc uważa, że nowi pracownicy osiągają podobne korzyści i warunki zatrudnienia. A 18,4 proc. nie ma zdania. Z sondażu wynika, że 68,4 proc. miało od 1 do 3 pracodawców. Z kolei powyżej dziesięciu tylko 1,7 proc.

– Badanie pokazuje, że Polacy starają się zdobywać doświadczenie, ale jednocześnie są konsekwentni w swoich wyborach. Nie są skoczkami, ale też nie wiążą się z jednym pracodawcą na kilkanaście lat. Lojalność oznacza kilka lat pracy. Odpowiedzi ankietowanych wskazują wyraźnie, że firmy mają jeszcze wiele do zrobienia w kwestii doceniania lojalnych pracowników – mówi Aleksandra Pocheć z MonsterPolska.pl.

Najbardziej lojalni są Finowie

Wśród krajów, w których przeprowadzono badanie, najbardziej lojalnymi pracownikami, którzy pracowali dla obecnego pracodawcy przez ponad 5 lat, okazali się Finowie – 72,8 proc. i Słoweńcy – 70,2 proc. Dla porównania w Polsce tacy pracownicy stanowili 46,7 proc. badanych. Najniższy odsetek takich osób jest Serbii i wynosi 34,3 proc.

Co ciekawe Polacy to jedyni pracownicy, którzy nie chcieliby spędzić całego życia u jednego pracodawcy. Z kolei aż 19,2 proc. Chorwatów uważa, że takie zatrudnienie byłoby idealne. Podobnej odpowiedzi udzieliło 11,5 proc. pracowników w Słowenii, 10,4 proc. w Finlandii oraz 9,8 proc. w Serbii.

Czy lojalność się jednak opłaca? Jednym z bardziej interesujących odkryć badania jest fakt, że nowozatrudnieni pracownicy, definiowani jako pracujący dla jednego pracodawcy krócej niż rok, mają najbardziej intensywne odczucie, że lojalność się opłaca. Z drugiej strony, osoby pracujące obecnie dłużej niż pięć lat uważają, że firma nie nagradza ich już w żaden wyjątkowy sposób.

Tym samym badanie potwierdziło trend, że najskuteczniejszą strategią na podwyższenie dochodów jest zmiana pracy lub szukanie możliwości dorobienia poza miejscem pracy. Lojalność na dłuższą metę oznacza finansową stagnację.

* Badanie zostało wykonane w 12 krajach za pośrednictwem lokalnych portali wynagrodzeń. Łącznie wzięło w nim udział 57 719 respondentów.

Kurs franka na zadziwiająco niskim poziomie

Frank szwajcarski zwykle lata poniżej zasięgu radarów, ale gdy tylko daje się zauważyć, robi ogromne wrażenie. W ciągu ostatniej doby EUR/CHF zahaczył o 1,1970, czyli znalazł się o krok od niewidzianego do 15 stycznia 2015 r. poziomu 1,20, kiedy to SNB przestał bronić franka i zapewnił jedno z największych załamań kursu w historii rynku walutowego. Osłabienie ma jednak dość dziwne podstawy.

Po pierwsze ostatnia fala sankcji nałożonych przez USA na rosyjskich oligarchów zmusza ich do wytransferowania kapitału ze Szwajcarii. Upłynnianie udziałów w szwajcarskich spółkach, presja międzynarodowych grup bankowych w obawie przed restrykcjami Białego Domu, czy zwykłe wyciąganie depozytów na ratowanie przecenianych aktywów w Rosji. W grę wchodzą setki milionów CHF, które przechodzą przez zwykle spokojny rynek. Dodatkową presję na franka wywołuje obywatelska inicjatywa wprowadzenia Vollgeld, gdzie chodzi o zabronienie bankom komercyjnym kreacji pieniądza. Referendum w tej sprawie ma się odbyć 10 czerwca, ale już teraz podnoszone są obawy, że zwycięstwo tej inicjatywy będzie poważnym zagrożeniem dla gospodarki (ograniczy podaż kredytu, podniesie koszty usług finansowych). Łącznie obie kwestie w krótkim terminie będą ciążyć na franku i pierwszy raz od ponad trzech lat możemy wrócić powyżej 1,20 za EUR. Jednak z uwagi na to, że powody wzrostów nie są stricte fundamentalne, tymczasem pozycja EUR pogarsza się, EUR/CHF nie powinien zagościć tak wysoko na długo.

Dzisiejszy kalendarz jest bogaty. Przed południem uwagę przyciągną dane o inflacji z Wielkiej Brytanii. Inflacja CPI oddaje wzrosty do 3 proc. r/r, które wynikały z drożyzny importu po przecenie GBP po referendum ws. Brexitu. Mimo to marzec ma szanse przynieść sezonowy skok cen związany z Wielkanocą (m.in. przez wzrost opłat lotniczych) o 0,3 proc. m/m, co pozwoli na utrzymanie dynamiki rocznej na 2,7 proc. Choć efekt ten z dużym prawdopodobieństwem zostanie odwrócony w danych za kwiecień, w międzyczasie może wystarczyć, by w BoE zbudować racjonalizację dla majowej podwyżki, szczególnie jeśli inflacja bazowa utrzyma 2,5 proc. Wczoraj dane o płacach były dobre, ale nie spełniały wygórowanych oczekiwań rynku, co przyniosło cofnięcie GBP. Dziś inwestorzy powinny rozważniej pozycjonować się przed danymi, choć przy GBP/USD wciąż na plusie licząc od początku tygodnia, wrażliwość na słabsze dane będzie większa.

Dane z polskiego rynku pracy przejdą bez echa, a finalny szacunek inflacji z Eurolandu tylko potwierdzi, że inflacja bazowa zatrzymała się w połowie drogi do celu EBC, zatem nie ma tu impulsów dla PLN i EUR.

Po południu decyzję w sprawie stopy procentowej podejmuje Bank Kanady. Nie spodziewamy się podwyżki, ale komunikat może przybrać jastrzębi wydźwięk. Klika negatywnych ryzyk dla gospodarki uległo osłabieniu od czasu poprzedniego posiedzenia. Ostatnia Ankieta Perspektyw Biznesu (Business Outlook Survey) wskazała, że nastroje wśród firm są dobre, a niepewność o przyszłość relacji handlowych z USA jest niska. Wysokie jest przekonanie, że negocjacje porozumienia NAFTA zakończą się pomyślnie. Inflacja pozostaje na 5-letnich szczytach. To wszystko pozwala prezesowi Polozowi odetchnąć z ulgą, jednak jednocześnie rozważnym będzie do niczego się nie zobowiązywać. Mimo to pozostawienie otwartej furtki dla dalszych podwyżek nadal będzie brzmiało bardziej jastrzębio w porównaniu z pełnym obaw komunikatem z marcowego posiedzenia. To powinno podtrzymać siłę CAD w kolejnych tygodniach, nawet jeśli dziś możemy zobaczyć trochę chaotycznej zmienności.

Wieczorem otrzymamy Beżową Księgę Fed, gdzie uwaga będzie na trenach w wynagrodzeniu i inflacji, ale rynek przestał przywiązywać większą uwagę do raportu. W nocy poznamy ważny odczyt kwartalnego CPI z Nowej Zelandii. Słaby wynik (konsensus: 0,4 proc., prog. RBNZ: 0,6 proc.) związany jest z czynnikami jednorazowymi (obniżenie opłat za edukację) i efekty bazy zmiany cen ropy naftowej. Z tego powodu nawet rozczarowujący odczyt nie powinien zmienić neutralnej strategii RBNZ, a przy płaskich oczekiwaniach w odniesieniu do polityki RBNZ do końca roku także rynek nie powinien zbytnio reagować na raport. Cofnięcie NZD w ostatnich dniach sugeruje, że rynek ograniczył ryzyko na wypadek słabego raportu, ale gdy zejdzie ryzyko odczytu, inwestorzy mogą powrócić do kupna. W nocy mamy też raport z rynku pracy Australii, gdzie nikogo nie zdziwi kolejny miesiąc wzrostu zatrudnienia (prog. 20 tys.), ale słabszy wynik może zatrzymać ostatnie wzrosty AUD generowane przez szeroki apetyt na ryzyko. Spadek stopy bezrobocia będzie neutralizował rozczarowanie w zatrudnieniu, ale mimo to ryzyka dla AUD rozkładają się asymetrycznie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wirtualne fabryki to rewolucja w zarządzaniu procesami produkcyjnymi. Korzystają z nich głównie producenci samochodów, ale coraz częściej także mniejsze firmy

Wirtualne fabryki to rewolucja w zarządzaniu procesami produkcyjnymi. Korzystają z nich głównie producenci samochodów, ale coraz częściej także mniejsze firmy 1

Wirtualna rzeczywistość kojarzona jest przede wszystkim z grami i symulatorami. Świetnie może się sprawdzić również w procesach zarządzania produkcją. Można stworzyć wierną kopię swojego zakładu pracy czy fabryki na zasadzie koncepcji cyfrowego brata, w myśl której do wirtualnej rzeczywistości przenoszone są realne dane. Możliwość przetestowania np. ustawień linii produkcyjnej w wirtualnym środowisku testowym, pozwala zoptymalizować procesy zarządzania po dużo niższym koszcie. Na wirtualne fabryki stawiają najczęściej producenci branży automotive, a także producenci samolotów.

– Koncepcja wirtualnej fabryki jest zbieżna z koncepcją digital twin, czyli koncepcją cyfrowego bliźniaka, gdzie w wirtualnej rzeczywistości odzwierciedlamy coś, co realnie istnieje w świecie rzeczywistym. Do tego cyfrowego bliźniaka zaciągamy dane, informacje ze świata realnego, po to żeby je przetestować, sprawdzić, zweryfikować, a następnie te dane wysłać już do realnej fabryki – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wojciech Pander, właściciel firmy 4experience.

Budowanie wirtualnej fabryki może następować na dwa sposoby. Pierwszy z nich to modelowanie przez grafika. Drugi, bardziej zaawansowany technologicznie, ale i mniej pracochłonny to skanowanie 3D z użyciem skanerów laserowych. Są one w stanie zarejestrować nawet milion punktów pomiarowych w ciągu sekundy. Dzięki temu urządzenie tworzy precyzyjny, trójwymiarowy obraz otoczenia. Wbudowany nadajnik GPS określa dokładne położenie skanera przy każdym z pomiarów. Tak zebrane dane są zapisywane na karcie SD i przenoszone do aplikacji w komputerze. Z jej pomocą budowany jest ostateczny kształt wirtualnej fabryki.

Z wirtualnych fabryk najczęściej korzystają firmy branży automotive i duże firmy produkcyjne. Ford do stworzenia wirtualnej fabryki w Hiszpanii wykorzystał cyfrowy zapis wnętrza fabryk za pomocą kamer skanujących. Dzięki temu opracowane zostały realistyczne modele linii montażowych. Z pomocą rzutników i wirtualnych gogli są tam tworzone trójwymiarowe scenariusze produkcyjne. Symulacje pomagają ekspertom w opracowaniu wygodnych pozycji pracowników przy konkretnych czynnościach, a także w optymalizacji produkcji. Korzystanie z takich rozwiązań pozwoliło firmie na redukcję wypadków przy pracy aż o 70 proc.

Wirtualna rzeczywistość pozwala jednak nie tylko na optymalizację w zakresie produkcji. To także znacząca pomoc przy projektowaniu. Dzięki symulacjom inżynierowie mogą w fazie przedprototypowej przeanalizować różne zdarzenia drogowe, a tym samym już na etapie projektowania eliminować ryzyko związane z ich wystąpieniem.

– Wirtualna fabryka jest po to, by optymalizować funkcjonowanie fabryki w czasie rzeczywistym. Mamy możliwość właśnie w czasie rzeczywistym przetestowania pewnych parametrów i danych, których nie przetestowalibyśmy w rzeczywiście funkcjonującej fabryce – czas realizacji pewnych operacji, czy ustawienie stanowisk na linii produkcyjnej – tłumaczy Wojciech Pander.

Według raportu Orbis Research, branża VR rozwija się dynamicznie. Dochody ze sprzętu i oprogramowania do rzeczywistości wirtualnej wzrosną z 3,7 mld dolarów w 2016 roku do ponad 40 mld dolarów w 2020 roku.

Branża produkcyjna bardzo chętnie korzysta również z rozwiązań internetu rzeczy. Zgodnie z prognozami BI Intelligence w 2020 roku przemysł produkcyjny zainwestuje w takie rozwiązania 70 mld dolarów.

Otwarte oprogramowanie przyspieszy rozwój sieci 5G i internetu rzeczy. Wszystko dzięki narzędziom pozwalającym na tworzenie chmur obliczeniowych i aplikacji

Otwarte oprogramowanie przyspieszy rozwój sieci 5G i internetu rzeczy. Wszystko dzięki narzędziom pozwalającym na tworzenie chmur obliczeniowych i aplikacji 2

Platformy kontenerowe i programistyczne, a także narzędzia służące do budowy prywatnych i hybrydowych chmur obliczeniowych to zdaniem specjalistów główne kierunki rozwoju oprogramowania open source. Narzędzia te mogą odegrać kluczową rolę w rozwoju internetu rzeczy i wdrażaniu sieci 5G. W ciągu ostatniej dekady zanotowano siedmiokrotny wzrost wartości branży open source. Badacze rynku przewidują dalszy jej rozwój.

Oprogramowanie typu open source, choć na rynku obecne od około trzech dekad, przeżywa właśnie okres dynamicznego rozwoju. Projekty, takie jak wdrażany przez około 200 firm OpenStack umożliwiające budowanie chmur obliczeniowych mają szansę odegrać kluczową rolę we wdrażaniu internetu nowej generacji – 5G. Z kolei otwarte platformy programistyczne, takie jak Open Shift i usługi kontenerowe znacznie ułatwią i przyspieszą budowanie aplikacji.

– Cały świat widzi dziś jeden wspólny kierunek: przyspieszenie wejścia i rozwoju danej aplikacji w firmie. Zapewnią to właśnie kontenery i Open Shift. Siłą open source jest to, że im więcej deweloperów – a tu mówimy o milionach deweloperów – pracuje nad projektem, ten rozwój następuje tak błyskawicznie. Dzisiaj średnio co roku mamy nową wersję oprogramowania, a w środowisku open source dzieje się to co pół roku. W rozwiązaniach open stack nawet co 3 miesiące. Żadna firma na świecie dzisiaj funkcjonująca, nie jest w stanie nadążyć za takim postępem – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Rocki dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w Red Hat.

Open Shift to otwartoźródłowa platforma programistyczna działająca w modelu PaaS (Platform as a Service). Dzięki niej możliwe jest  szybsze tworzenie oprogramowania, a także znaczne usprawnienie realizacji usług. Dzieje się to między innymi poprzez automatyzację procesów. Sprawne wdrażanie i zarządzanie aplikacjami zapewniają z kolei platformy kontenerowe. Dzięki nim programiści mogą wdrażać aplikacje z poziomu ich ulubionego IDE (zintegrowanego środowiska programistycznego) do dowolnego miejsca docelowego. Mogą to być na przykład laptopy, centra danych lub chmura.

W modelu Infrastructure as a Service (IaaS) działa z kolei Open Stack, otwarte oprogramowanie skupiające się na przetwarzaniu danych. To dziś najpopularniejszy i najszybciej rozwijający się projekt służący do budowy prywatnych i hybrydowych chmur obliczeniowych. Znajduje on zastosowanie między innymi u dużych przedsiębiorstw, które planują wdrożyć u siebie rozproszoną geograficznie hybrydową chmurę.

Cechą wspólną wszystkich tych rozwiązań jest dążenie do maksymalnego skrócenia czasu potrzebnego dla wdrożeń i obniżenia związanych z nimi kosztów. Na to liczą przede wszystkim odbiorcy, zwłaszcza ci biznesowi.

– Dzisiaj firmy konkurują między sobą jedną rzeczą – chcą jak najszybciej odpowiedzieć na zapotrzebowanie klienta. Kiedy mamy olbrzymie przejęcia, czy to na rynku bankowym, czy rynku komercyjnym, to zderzamy się z sytuacją, że firmy które przejmujemy pracują w kompletnie innych środowiskach IT. Pada więc pytanie, jak zrobić standaryzację żeby obniżyć koszty? W odpowiedzi na to oferujemy nasze rozwiązania – przekonuje Krzysztof Rocki.

O popularności i potrzebie rozwoju oprogramowania open source najlepiej świadczy stale rosnąca liczba użytkowników, zwłaszcza tych, które są przedsiębiorstwami. Z danych Black Duck wynika, że 78 proc. firm korzysta z otwartego oprogramowania. Doceniają one przede wszystkim wysoką jakość i bezpieczeństwo, a także elastyczność, konkurencyjność oraz możliwość personalizacji. To także możliwość korzystania z alternatywnego dla komercyjnego oprogramowania, co wpływa na obniżenie kosztów.

– Każdy szef IT w danej firmie patrzy na alternatywę, na to, co dzisiaj jest dostępne w środowisku zamkniętym, licencyjnym, za które muszę płacić tak wiele. Open source oferuje pełen stack produktów, które są do dyspozycji. To na przykład system operacyjny wywodzący się z Fedory, Red Hat Enterprise Linux. Wchodzimy też na rozwiązania serwerów aplikacyjnych, a także do rozwiązań chmurowych – wymienia Krzysztof Rocki.

Poprawiająca się pozycja oprogramowania open source przejawia się też w podejściu do niego najważniejszych graczy branży informatycznej. Swoje kody źródłowe dla niektórych projektów i aplikacji otworzyli między innymi Google czy Facebook. To na przykład RocksDB od Facebooka, będący silnikiem pamięci o wysokiej wydajności czy rozwijany przez Google Flutter, służący do budowania wydajnych i wysokiej jakości aplikacji dla iOS oraz Androida.

Oprogramowanie open source towarzyszy branży informatycznej od około 30 lat. Jego początki sięgają roku 1983 i projektu GNU, którego założeniem był powrót do idei swobodnego posługiwania się i tworzenia oprogramowania. Kamieniem milowym projektu było powstanie fundacji Free Software Foundation, dzięki której staraniom na początku lat 90. ubiegłego wieku mógł powstać system GNU/Linux, czyli pierwszy kompletny i darmowy system operacyjny.

Zgodnie z analizami firmy badawczej Pierre Audoin Consultants, wartość przychodów z oprogramowania open source powinna w 2018 roku wynieść 56 mld euro. Stanowiłoby to dla tego rynku siedmiokrotny wzrost w ciągu minionej dekady.

Inteligentne ubrania wyposażane są w coraz bardziej zaawansowane czujniki. Pozwolą na odległość monitorować stan zdrowia pacjentów, czy pracowników

Inteligentne ubrania wyposażane są w coraz bardziej zaawansowane czujniki. Pozwolą na odległość monitorować stan zdrowia pacjentów, czy pracowników 3

Branża odzieżowa coraz częściej korzysta z nowych technologii. Na rynku pojawiają się ubrania, które ułatwiają wykonywanie ćwiczeń, śledzą promieniowanie UV, umożliwiają wydawanie urządzeniom poleceń, a nawet mogą być wykorzystywane do płatności. Ubrania wyposażone w czujniki biomedyczne pozwalają monitorować stan zdrowia i wszystkie parametry życiowe. To przyszłość świata sportu i telemedycyny. Po odpowiednim przetworzeniu zgromadzonych danych, mogą być wykorzystywane przez firmy, które chcą angażować swojego klienta poprzez aktywność fizyczną.

Na rynku pojawia się coraz więcej inteligentnych ubrań. Spodnie do fitnessu ułatwiają np. ćwiczenia jogi dzięki wbudowanym wibracjom, które pulsują i zachęcają do poruszania lub pogłębienia pozycji. Zaprojektowano też specjalne bikini, które wykryje, jak długo przebywamy na słońcu, czy grozi nam przegrzanie i podpowie, kiedy zastosować dodatkową ochronę przeciwsłoneczną. Pojawiają się też ubrania, dzięki którym można wydawać polecenia podłączonym za pomocą Internetu urządzeniom, albo nawet płacić w sklepie. Coraz więcej jest też koszulek, spodni czy rękawów, które monitorują stan zdrowia, czy parametry życiowe podczas aktywności fizycznej. Zastosowanie inteligentnych ubrań jest praktycznie nieograniczone.

– Widzimy fantastyczne połączenie zastosowania technologii do zaangażowania klienta, do bycia bliżej klienta, żeby klient czuł związek ze swoim bankiem, z ubezpieczycielem czy z firmą, w której kupuje prąd i gaz. Tego typu urządzenia pozwalają monitorować, zbierać na bieżąco dane. Załóżmy, że jestem biegaczem czy kolarzem, moja aktywność fizyczna jest premiowana, dzięki temu otrzymuję dostęp do lepszych, tańszych usług. Bank buduje swego rodzaju więź z klientem – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Ficowicz z Dimension Data Polska.

Koszulki Dimension Data były już wykorzystywane podczas Tour de France. Dzięki czujnikom pozwalały ocenić wydolność zawodników, osiąganą prędkość, tętno, czy nacisk na pedały. Takie dane wzbogacały przekaz medialny. Czujniki na bieżąco zbierają dane, a w związku z tym ich zastosowanie może być znacznie szersze niż tylko w sporcie. Mogą być wykorzystywane do sprawdzania upodobań klientów, czy w dotarciu do klienta i przygotowaniu dla niego lepszej oferty. Ogrom danych zbieranych przez czujniki i przetwarzanie ich w konkretnym celu określa się mianem big data. Korzysta już z tego większość firm, które coraz częściej sięgają po informacje zbierane przez biomedyczne czujniki.

– Takie koszulki znajdą zastosowanie wszędzie tam, gdzie biznes chciałby angażować swojego klienta poprzez sport, aktywność fizyczną i monitorowanie stylu życia. Można je zastosować wewnętrznie, na potrzeby własnych pracowników, zbudować programy lojalnościowe, rozdać pracownikom urządzenia czy też skorzystać z urządzeń, które oni już mają i zbudować jakieś specjalne programy angażujące ludzi, po to żeby byli bliżej firmy, żeby się z nią komunikowali, żeby mieli z tego jakieś specjalne korzyści, podobnie jak firma – przekonuje Grzegorz Ficowicz.

Biomedyczne czujniki to przyszłość medycyny. Na rynku pojawiły się już inteligentne koszulki i staniki sportowe przeznaczone dla sportowców, które monitorują tętno, śledzą treningi czy pozwalają transmitować dane z treningu. Możliwości czujników zaczęto również wykorzystywać do celów medycznych. Na rynek trafiły kompresyjne rękawy, które wykorzystują technologię elektrokardiogramu (EKG) do monitorowania aktywności serca. Dla noworodków zaprojektowano skarpetki, które pozwalają zidentyfikować problemy zdrowotne, a inteligentne czapeczki mierzą temperaturę, częstość oddechów, czy nasycenie tlenem krwi. Można je zsynchronizować z urządzeniem mobilnym, na którym będzie uruchamiane oprogramowanie. Lekarze mogą dzięki temu szybko sprawdzić wszystkie parametry życiowe dzieci, zostaną ostrzeżeni jeśli np. zmiany częstości akcji serca będą powodem do niepokoju. Czujniki znajdą zastosowanie także w telemedycynie.

– Widzimy już dziś zastosowania w branży medycznej, szczególnie w prywatnych placówkach medycznych, które już próbują oferować usługi medyczne online, bez kontaktu z pacjentem. Bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której pacjent w starszym wieku, któremu nie chce się gdziekolwiek udawać w sytuacji potrzeby kontrolowania jego stanu zdrowia, a taka koszulka, opaska na rękę czy jakiekolwiek inne urządzenie dostarcza danych życiowych takiego pacjenta. Po drugiej stronie mamy personal health coach, czyli osobę z wykształceniem medycznym, która potrafi te dane przetwarzać na bieżąco i przekazywać takiemu pacjentowi porady medyczne – tłumaczy ekspert.

Inną dziedziną, w której ubrania z czujnikami biometrycznymi znajdują zastosowanie, jest rynek pracy. Biometryczne koszulki u pracowników fizycznych, czy budowlańców, operujących w trudnych warunkach (np. na wysokości), mogą w porę zasygnalizować, że dany pracownik gorzej się poczuł i musi być zmieniony.

– Można sobie wyobrazić górnika, strażaka, czy pracownika na budowie, który jest narażony na dość niewygodne otoczenie pracy. Wyposażamy takich pracowników w tego rodzaju koszulki, które zbierają ich dane życiowe, potrafią na podstawie rytmu bicia serca i innych zebranych danych, wyliczyć poziom stresu pracownika i spowodować zdjęcie pracownika ze zmiany w sytuacji zagrożenia zdrowia czy życia – podkreśla Grzegorz Ficowicz.

Według Grand View Research do 2025 roku wartość rynku telemedycznego przekroczy 113 mld dol. Global Market Insight szacuje, że do 2024 roku wartość rynku inteligentnych ubrań sięgnie 4 mld dolarów. Z kolei, według Research and Markets, wartość rynku biomedycznych czujników w 2022 roku przekroczy 18 mld dolarów.

Medycyna precyzyjna wyleczy większość chorób genetycznych. W przyszłości pozwoli także zapobiegać niektórym nowotworom

Medycyna precyzyjna wyleczy większość chorób genetycznych. W przyszłości pozwoli także zapobiegać niektórym nowotworom 4

W przyszłości co trzeci Polak zachoruje na raka. W nawet co czwartym przypadku choroba będzie mieć podłoże genetyczne. Przyszłością w leczeniu chorób jest medycyna precyzyjna, oparta na zrozumieniu procesów zachodzących na poziomie molekularnym. Każda, nawet ta sama, choroba u różnych pacjentów przebiega nieco inaczej. W zależności od mutacji nie wszystkie leki zadziałają u chorych tak samo. Dzięki medycynie precyzyjnej można dopasować metody leczenia tak, aby terapia była skuteczna. Obecnie leczone są choroby powodowane przez jeden wadliwy gen. W przyszłości możliwe będzie leczenie chorób, za które odpowiedzialnych jest kilka genów lub ich mutacje.

– Obecnie jesteśmy na etapie łączenia jeden gen – jedna choroba czy pięć genów – jedna choroba, ale przed nami jeszcze sprawdzenie tego, jaka kombinacja różnych genów powoduje pewne choroby, jakie kombinacje różnych genetycznych wad podyktują konkretne metody leczenia. Na razie skupiamy się na chorobach, za które odpowiedzialny jest jeden gen. Następny krok to poznawanie chorób, które są powodowane mutacją czy wadami w kilku genach jednocześnie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Lilianna Solnica-Krężel z Uniwersytetu Waszyngtona w St. Louis.

Biologia molekularna stała się już podstawą skutecznej medycyny. Zrozumienie biologii na najbardziej podstawowym poziomie pozwala odkryć mechanizmy powstawania schorzeń, skutecznie je leczyć, a nawet im zapobiegać. Pozwala także na opracowanie medycyny precyzyjnej, czyli spersonalizowanej, i zastosowanie terapii ukierunkowanej na zablokowanie kluczowego mechanizmu rozwoju danego schorzenia. Szacuje się, że każdy człowiek jest nosicielem 10–20 genów, które mają predyspozycje do poważnych chorób.

– Największym przełomem w dziedzinie biologii molekularnej było sekwencjonowanie ludzkiego genomu. To, że wiemy, jaka jest sekwencja normalnego genomu, pozwala użyć tego jako referencji. Kiedy sekwencjonujemy genomy ludzi, którzy mają wady rozwojowe czy genetyczne choroby, to pozwala nam to odkryć, w jakich genach jest przyczyna danej choroby. To pierwszy klucz do zrozumienia, na czym ta choroba polega na poziomie całego organizmu – jakie cząsteczki w naszym organizmie, jakie białka są zmutowane. To pozwala zaś zrozumieć, które komórki zachowują się anormalnie, które procesy zachodzą nieprawidłowo i dzięki temu szukać metod, żeby łagodzić daną chorobę, a w przyszłości jej zapobiegać – tłumaczy prof. Lilianna Solnica-Krężel.

Mutacje genów są jedną z przyczyn nowotworów. Obecnie nowotwory złośliwe stanowią drugą po chorobach układu krążenia przyczynę zgonów w Polsce. Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia liczba nowych zachorowań na raka w ciągu najbliższych dwóch dekad wzrośnie o ok. 70 proc. Wśród wszystkich chorób nowotworowych 10 proc. ma podłoże genetyczne, w przyszłości jednak nawet co czwarty nowotwór może być spowodowany nieprawidłowościami w genach.

– Sekwencjonując genom raka u różnych pacjentów, nawet jeżeli to jest melanoma czy nawet rak, który wydaje się być jednego rodzaju rakiem, wiemy, że u różnych pacjentów są różne genetyczne podstawy. W zależności od tego, jaka to jest mutacja, pewne leki będą efektywne, a pewne nie, to pozwala sprecyzować kurację. Zamiast podawania pacjentowi dziesięciu różnych leków, z których każdy może mieć skutki uboczne, można będzie w bardziej precyzyjny sposób dopasować plan leczenia do konkretnej choroby pacjenta i uniknąć skutków ubocznych – przekonuje ekspertka.

Według firmy badawczej Euromonitor testy genetyczne należą do dziesięciu najważniejszych trendów konsumenckich na świecie. Prognozy Grand View Research wskazują, że globalny rynek testów genetycznych w 2025 roku ma być wart 4,6 mld dol. To jednak dopiero początek. Europejskie Towarzystwo Onkologii Medycznej zaakceptowało do tej pory dwadzieścia markerów prognostycznych związanych z diagnostyką nowotworów. Wraz z rozwojem biologii molekularnej ich liczba będzie rosnąć.

– Musimy jeszcze lepiej zrozumieć stosunek między środowiskiem i naszym stylem życia a chorobą. Jeżeli dwóch pacjentów ma dokładnie te same wady genetyczne, to ich styl życia także może modyfikować to, w jaki sposób choroba się rozwija i w jaki sposób może być leczona – podsumowuje prof. z Uniwersytetu Waszyngtona w St. Louis.

Dobre wybory na giełdzie

Zgodnie z zasadą Pareto, 20 proc. akcji przynosi zyski swoim właścicielom nawet podczas spadków na giełdach. Wystarczy tylko umiejętnie dobrać spółki do portfela. Co ciekawe, historia uczy, że nie muszą to być nawet podmioty, które aktualnie wypracowują zyski. Często wystarczy ich obietnica i solidne podstawy gwarantujące, iż zostanie ona zrealizowana w przyszłości. Mogą to być na przykład zyski z wdrożenia PSD2 w ramach Cyfrowej Transformacji.

Po świetnym początku roku na warszawskiej giełdzie, gdy indeks WIG po 11 latach poprawił historyczny rekord, rosnąc w styczniu do 67933,05 pkt., przyszedł czas zadyszki, a raczej regularnych spadków. Od styczniowego szczytu do dołka z końca marca indeks ten stracił prawie 10000 pkt., spadając aż o 14,7 proc. Impulsem do przeceny były zarówno czynniki krajowe, jaki i ogólne pogorszenie klimatu inwestycyjnego na globalnych rynkach akcji, co skutkowało mocną realizacją zysków na Wall Street na przełomie stycznia i lutego.

Nie wszystkie spółki z GPW jednak taniały na fali styczniowo-marcowej przeceny, co potwierdza funkcjonowanie wspomnianej zasady Pareto na giełdzie. Zgodnie z nią, nawet podczas bessy akcje około 20 proc. spółek drożeją. I odwrotnie. Podczas hossy jest grupa akcji, które nie przynoszą zysków swoim właścicielom.

Tak też się stało podczas niedawnych spadków na giełdzie przy ulicy Książęcej. Weźmy na przykład bardzo modne wśród inwestorów akcje spółek gamingowych. Podczas gdy od początku roku do połowy kwietnia WIG stracił 6,3 proc. (a WIG20 7,7 proc.), akcje producentów gier przeważnie drożały.

I tak notowania CD Projekt, producenta Wiedźmina, wzrosły o 28 proc., praktycznie wyrównując rekordu z listopada ub.r. Akcje 11bit studios podrożały o 30 proc., wyznaczając nowy historyczny szczyt. W pierwszej połowie miesiąca rekordowo drogie były też walory PlayWay, rosnąc w tym roku o 71 proc. Kurs spółki Vivid Games, znanej z gry Real Boxing, wzrósł od początku roku o 80 proc. Natomiast  The Farm 51, przed realizacją zysków w ostatnich dniach, zanotował  aż 122 proc. stopę zwrotu w tym roku.

Wzrost cen akcji, podczas gdy giełda spada, nie jest uwarunkowany, ani branżą, ani tym bardziej aktualnymi wynikami finansowymi. W przypadku wielu wspomnianych wyżej spółek gamingowych wystarczyła solidna obietnica strumienia zysków w przyszłości. Aczkolwiek poparta wcześniejszymi dokonaniami tych podmiotów. Jednak nawet to nie warunkuje wzrostów. Doskonałym przykładem jest spółka Brand24, która w styczniu zadebiutowała na NewConnect.

Wrocławski Brand24, który swój biznes opiera na monitoringu treści w internecie i social mediach, zwiększył w 2017 roku stratę netto do 700 tys. zł z 403 tys. zł rok wcześniej. Nie przeszkodziło to jednak w tym, żeby akcje tej spółki w kwietniu były ponad 60 proc. droższe od kursu, po którym inwestorzy nabywali je przed giełdowym debiutem (31,76 zł). Ci bowiem uwierzyli zarządowi w świetne perspektywy biznesu prowadzonego przez Brand24, przede wszystkim widząc wzrost przychodów o 49 proc. do 7,48 mln zł.

Wkrótce ścieżką wytyczoną przez Brand24, a wcześniej też przez spółki gamingowe, z których wiele wchodząc na warszawski parkiet było przecież mało znanymi producentami gier, może podążyć e-Xim IT. Ta warszawska firma wdrożeniowa i dostawca innowacyjnych rozwiązań w zakresie Cyfrowej Transformacji, Rozwoju Aplikacji i Zarządzania Usługami, wkrótce zadebiutuje na NewConnect. Wśród swoich klientów ma największe instytucje z sektora bankowego, ubezpieczeniowego oraz przemysłowego. W 2017 roku spółka zarobiła netto 453 tys. zł, przy przychodach 6,19 mln zł. Kolejne lata, zgodnie z planami zarządu, mają przynieść dynamiczny skok wyników.

Co będzie finansowym złotym graalem e-Xim IT? Otóż, strumień pieniędzy popłynie do spółki z sektora finansowego, dla którego ten rok stoi pod pod znakiem dużych zmian prawnych, wymuszonych przez dyrektywy RODO i PSD2 w ramach cyfrowej transformacji. Dla banków będzie to oznaczało konieczność wyasygnowania dużych kwot na dostosowanie swoich systemów informatycznych z pomocą firm tym się zajmujących. Należy również oczekiwać, że przy okazji instytucje finansowe będą wdrażać rozwiązania informatyczne, które w przyszłości pozwolą ograniczyć koszty obsługi klienta, zastępując pracownika w oddziale rozwiązaniami informatycznymi. Ponadto banki, chcąc zachować swoją aktualną pozycję i udziały w rynku, będą musiały jeszcze wyasygnować dodatkowe środki na rozwiązania pozwalające konkurować z coraz prężniej rozwijającymi się fintechami. To wszystko sprawia, że firmy takie jak e-Xim IT z punktu widzenia giełdowych inwestorów wydają się atrakcyjne.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, analityk niezależny

Polska służba zdrowia nie jest jeszcze gotowa na wejście RODO

Ustawa o ochronie danych osobowych i dyrektywa unijna RODO powstały w 2016 roku. Ubiegłe dwa lata był to czas na przygotowanie się do wprowadzenia nowych zapisów zarówno dla instytucji ochrony zdrowia, ale i personelu pielęgniarsko-położniczego. Wprowadzenie zmian wymaga jednak zmiany mentalnej. Legislatorom oraz Ministerstwu Zdrowia można zabraknąć więc czasu, a szkolenie pracowników medycznych odbędzie się zapewne na samym końcu. To ogromne wyzwanie dla szpitali i placówek medycznych. Obecnie nie są one gotowe na zmianę przepisów i wejście RODO.

– Dla pacjenta zmiany oznaczają respektowanie ustawy o prawach pacjenta, prawa do poszanowania prywatności, intymności oraz ochrony danych wrażliwych – historii choroby i dokumentacji medycznej – powiedziała serwisowi eNewsroom Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych – Samo prawo nie jest jednak na razie dostosowane do dyrektywy unijnej. Nowe regulacje będą więc przetestowane w praktyce. Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych wspólnie z Okręgową Izbą Lekarską w Warszawie zorganizowały konferencję obszernie omawiającą kwestie RODO. Od dwóch lat środowisko stara się przygotowywać na wprowadzenie nowych przepisów. Nie wszystko jednak zależy od samorządu oraz samych pielęgniarek i położnych – ocenia Małas.

RODO i public relations – czy rzeczywiście jest się czego bać?

Rozmowa Agnieszki Studzińskiej, redaktor prowadzącej Fundacji internetPR.pl, z dr. Maciejem Kaweckim, koordynatorem prac nad reformą ochrony danych osobowych, dyrektorem Departamentu Zarządzania Danymi w Ministerstwie Cyfryzacji, na temat stosowania przepisów RODO.

Agnieszka Studzińska: Panie doktorze, czy mnie jako dziennikarza po 25 maja będą obowiązywały te same zasady, jeżeli chodzi o kontakt z ekspertami?

Dr Maciej Kawecki: Ekspertami, czyli jak rozumiem, gośćmi wywiadów.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: Tak.

MACIEJ KAWECKI: Jeżeli kontaktujemy się z ekspertem, z gościem, z osobą, z którą chcemy rozmawiać na określony temat, celem stworzenia materiału prasowego, potem wykorzystania w nim danych i udostępnienia ich w szeroko rozumianych mediach – niezależnie od tego, jakim kanałem, czyli o jakim medium mówimy, czy radiu, czy telewizji, czy prasie – to w takim zakresie Rozporządzenie będzie znajdowało bardzo ograniczone zastosowanie. Między innymi nasze przepisy krajowe ograniczają zastosowanie przepisów o obowiązku informacyjnym. Natomiast zawsze będzie konieczny do spełnienia obowiązek zabezpieczenia danych. Czyli jeżeli zgromadzimy dane, wykorzystamy je w wywiadzie i ten wywiad znajdzie się na stronie internetowej, musimy odpowiednio zabezpieczyć serwer, na którym zostanie on umieszczony, tak żeby te dane były bezpieczne, mimo że są bardzo często powszechnie dostępne. Więc trzeba pamiętać o tym, że znaczna część obowiązków w typowej pracy dziennikarskiej nie będzie znajdowała zastosowania ze względu na to, że wolność wypowiedzi, wolność prasy, wolność słowa są wartościami w zasadzie takimi samymi jak ochrona prywatności, natomiast zawsze będzie obowiązek należytego zabezpieczania danych.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: I to obowiązuje zarówno dziennikarza jako jednostkę, jak i redakcję.

MACIEJ KAWECKI: Każdy podmiot, każdą osobę, które tworzą materiały prasowe z punktu widzenia prawa prasowego.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: No dobrze, a czy RODO daje mi większą możliwość obrony przed informacjami prasowymi, które nie dotyczą branży, w której się specjalizuję?

MACIEJ KAWECKI: Rozumiem, że chodzi tutaj o informacje handlowe, o spam bardzo często, czyli po prostu informacje, których nie chcę dostawać. Bardzo często są one wysyłane drogą elektroniczną. Jeżeli dostaję takie informacje, zawsze mam prawo się temu sprzeciwić. Nierespektowanie takiego prawa do sprzeciwu zapewnianego przez RODO będzie zagrożone bardzo wysoką karą. W związku z tym zakładam, że w tym zakresie będzie to szczelniejsze.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: A co jeśli ta informacja pochodzi z adresu, w którym nie ma podanego imienia i nazwiska?

MACIEJ KAWECKI: Czyli „biuro@…”. Musimy pamiętać, że czasami nawet taki adres mailowy jest danymi osobowymi. I jest nimi również to, co daje możliwość zidentyfikowania, nie tylko coś, co identyfikuje. Jeżeli mamy adres, do którego przyporządkowana jest w praktyce bardzo duża liczba osób – czyli jeden adres mailowy obsługuje 20 pracowników, np. „sekretariat@…” czy „skargi@…” – to wtedy nie są to dane osobowe, raczej nie powinniśmy tego za nie uznawać. W związku z tym możemy wykorzystywać je stosunkowo swobodnie. Natomiast jeżeli taki adres przyporządkowany jest określonej osobie fizycznej, bez problemu możemy ją zidentyfikować i wtedy traktujemy to również jako dane osobowe.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: A co jeśli ktoś domniema moją zgodę, a ja nie wyraziłam sprzeciwu?

MACIEJ KAWECKI: Nie ma czegoś takiego jak domniemanie zgody. Zawsze musi być ona wyrażona dobrowolnie, swobodnie. W związku z tym, jeżeli coś było domniemane, to znaczy, że tej zgody nigdy nie było – jest ona obarczona tzw. wadą oświadczenia woli, więc jest nieważna. W przypadku zgody przysługuje mi prawo do jej odwołania, cofnięcia. I to jest coś innego niż prawo do sprzeciwu. Zgoda jest dobrowolna. Jeżeli jej udzielam, zawsze mam prawo ją odwołać. Natomiast prawo do sprzeciwu przysługuje w przypadku, kiedy przetwarzamy dane osobowe na podstawie innej niż zgoda, np. prawnie usprawiedliwiony cel, np. umowa. Wtedy mam prawo wyrazić sprzeciw. Jeżeli przepisy prawa uprawniają dany podmiot do profilowania – przykładowo mamy dzisiaj profilowanie bezrobotnych przez uprawnione organa administracji publicznej – będę miał prawo się mu sprzeciwić.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: A co w sytuacji, kiedy chcę wyrazić zgodę dotyczącą np. jednego punktu, ale nie mam możliwości jego wybrania, tylko wymaga się ode mnie zgody – nazwałabym to – „absolutnej”?

MACIEJ KAWECKI: Czyli rozumiem, że chodzi o sytuację, w której jedną zgodą udzielam pozwolenia na przetwarzanie danych osobowych w bardzo wielu celach.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: Tak.

MS: Zgodnie zarówno z dzisiejszymi przepisami, jak i RODO nie będzie to możliwe. Jedna zgoda – jeden cel. I to musi być dość wyraźnie od siebie odseparowane. W taki sposób, że nie możemy domniemywać zgody. Wyobraźmy sobie, że podmiot A, jakiś przedsiębiorca, przetwarza dane w pięciu celach i ja jako osoba, której dane dotyczą, chcę, żeby przetwarzał te dane w trzech z tych pięciu celów. W jaki sposób miałbym postąpić, jeżeli mógłbym wyrazić albo zgodę na wszystkie, albo nie udzielać jej na żaden? Tutaj mamy pewien problem ze swobodą. Dlatego musimy na to zwracać szczególną uwagę.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: Czyli jeżeli taka sytuacja będzie miała miejsce, to – rozumiem, że – mogę to zgłosić właściwym organom.

MACIEJ KAWECKI: Tak, to jest naruszenie przepisów – bardzo często przetwarzanie danych osobowych bez podstawy prawnej. To jedno z najpoważniejszych naruszeń w przepisach Rozporządzenia.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: Rozumiem. Chciałabym też wiedzieć, czy Pana zdaniem RODO wpłynie na działalność mediów społecznościowych. I jeśli tak, to w jaki sposób?

MACIEJ KAWECKI: Oczywiście wpłynie. Po pierwsze ze względu na obowiązki informacyjne, które są dużo bardziej rozbudowane. Po drugie media społecznościowe i wyszukiwarki internetowe są jednym z tych obszarów, co do których prawo do bycia zapomnianym znajdzie dość szerokie zastosowanie – w ich przypadku bardzo często jest się trudno powołać na tzw. prawnie uzasadniony cel w dalszym gromadzeniu danych osobowych. I wreszcie po raz pierwszy na poziomie unijnym regulowane są zasady profilowania. A media społecznościowe bardzo często wykorzystują nasze dane w celach budowania naszych profili i dostosowywania reklam, promowanych treści do nas samych, do naszych preferencji. I tutaj bardzo wyraźnie Rozporządzenie mówi, że tworzenie, wykorzystywanie takich danych będzie możliwe, jeżeli albo przepis prawa na to wskazuje – w przypadku mediów społecznościowych w polskim porządku prawnym takiego przepisu nie będzie – albo jest to konieczne dla wykonania umowy, albo jest na to zgoda. W odniesieniu do mediów społecznościowych musiałaby być to każdorazowo zgoda osoby, której dane dotyczą, czyli użytkownika medium społecznościowego. Mało tego, takie medium, jeżeli chce wykorzystywać dane w celu budowania profili, powinno poinformować o prawie do sprzeciwu (o tym już rozmawialiśmy) – prawie do sprzeciwienia się takiemu profilowaniu.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: Wydaje się to żmudnym procesem.

MACIEJ KAWECKI: Samo wdrożenie RODO jest żmudnym procesem, bo to jest też zmiana sposobu myślenia o ochronie prywatności. Więc zdecydowanie tak.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: Powiedział Pan, że będzie wymagana zgoda tak naprawdę w każdym punkcie, na każdym poziomie. Zastanawiam się, czy to oznacza, że reklamy profilowane znikną, np. z Facebooka.

MACIEJ KAWECKI: Ale proszę zwrócić uwagę, że Facebook w styczniu tego roku – bodajże 12 stycznia, nie pamiętam dokładnej daty – zapowiedział zmiany w zakresie promowania komercyjnych stron internetowych i narzucania użytkownikom treści promowanych na naszej tablicy. Ma być to podejmowane w dużo mniejszym wymiarze, tzn. nasza tablica ma zawierać treści dotyczące naszych znajomych. Czyli wracamy do typowego medium społecznościowego, stworzenia pewnej społeczności. Te zmiany były podyktowane m.in. – nie tylko, bo są również wymuszone pewną krytyką, która jest kierowana wobec Facebooka coraz częściej – właśnie reformą ochrony danych osobowych, ograniczeniem budowania profili użytkowników. Więc zakładam, że działalność mediów społecznościowych na pewno się zmieni. Poza tym musimy pamiętać o tym, że dzięki RODO – ponieważ wszystkie państwa Unii Europejskiej wybrzmiały takim samym głosem – jesteśmy w stanie dużo silniej rozmawiać z takimi kolosami jak np. Facebook, bo Unia Europejska to jest jeden z najważniejszych rynków zbytu. Pojedyncze państwo nie ma aż tak silnego głosu w dyskusji z takimi ogromnymi podmiotami, jak w sytuacji, w której wszyscy brzmimy jednakowo.

AGNIESZKA STUDZIŃSKA: Rozumiem. Bardzo dziękuję.

MACIEJ KAWECKI: Dziękuję bardzo.

Tylko nieco ponad miesiąc został do wejścia w życie przepisów o ochronie danych osobowych. Nie wszystkie firmy zdążyły się przygotować

Tylko nieco ponad miesiąc został do wejścia w życie przepisów o ochronie danych osobowych. Nie wszystkie firmy zdążyły się przygotować 5

Do wejścia w życie RODO, przepisów o ochronie danych osobowych, został już nieco ponad miesiąc. Dla firm nie będzie już okresu przejściowego na dostosowanie się do wymagań rozporządzenia – od 25 maja nowe przepisy mają być w pełni respektowane. Wciąż budzą one jednak sporo wątpliwości. Nie określają minimalnych standardów technicznych, które mają na celu zabezpieczenie danych. To administratorzy danych muszą dobrać odpowiednie środki i procedury. Na nich też będzie spoczywał obowiązek wykazania, że przy przetwarzaniu danych osobowych firma spełnia wymagania RODO.

 Zbliżamy się wielkimi krokami do godziny zero. 25 maja przenosimy się do nowego systemu ochrony danych osobowych i to, co jest najważniejsze w nowym systemie, to administrator danych z jego obowiązkami oraz prawa osób, których dane dotyczą – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Edyta Bielak-Jomaa, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

Nowe prawo dotyczące ochrony danych osobowych oznacza nowe obowiązki dla wszystkich firm i podmiotów, które gromadzą i przetwarzają dane o klientach. Te będą musiały m.in. wdrożyć odpowiednie rozwiązania informatyczne i organizacyjne, które zagwarantują maksymalny poziom takich informacji, przeszkolić pod tym kątem pracowników oraz wyznaczyć wewnętrznego inspektora ochrony danych osobowych. Nowe przepisy szczegółowo precyzują, jakie informacje dotyczące sposobu i celu przetwarzania danych osobowych muszą zostać przekazane klientom.

– To, co najważniejsze na teraz, a co powinno być zrobione znacznie wcześniej, to dokonanie przeglądu procesów związanych z przetwarzaniem danych w swojej organizacji. Należałoby przeanalizować, jakie dane przetwarzamy, po co, jaki cel chcemy osiągnąć, sprawdzić, czy te dane są adekwatne do celu, na jakiej podstawie te dane są przetwarzane, czy zgoda na ich przetwarzanie spełnia warunki, o których mowa w ogólnym rozporządzeniu. Trzeba też sprawdzić zabezpieczenia techniczne, które są stosowane przy przetwarzaniu danych osobowych, bo to one są niezbędnym elementem prawidłowości w tym procesie – wymienia Edyta Bielak-Jomaa.

Choć RODO precyzyjnie określa role poszczególnych osób w procesie przetwarzania danych, to część nowych przepisów może być dla przedsiębiorców niejasna. Regulacja nie określa m.in. minimalnych standardów technicznych służących bezpieczeństwu danych osobowych, brakuje też przykładów najlepszych rozwiązań. To administratorzy danych muszą dobrać odpowiednie środki tak, by zapewnić bezpieczeństwo danych. Muszą też oszacować istniejące ryzyka związane z przetwarzaniem tych danych.

– Zasada rozliczalności polega na tym, że administrator powinien nie tylko w sposób prawidłowy i zgodny z rozporządzeniem przetwarzać dane osobowe, lecz także powinien móc wykazać, że robi to zgodnie z przepisami i oczekiwaniami GIODO – podkreśla Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. – Administrator powinien po analizie tego, jakie dane przetwarza, określić ryzyka z tym związane i dostosować do nich odpowiednie zabezpieczenia organizacyjne i techniczne. To nie tylko odpowiedni system informatyczny, lecz także zbudowanie zaplecza technicznego czy przeszkolenie pracowników.

Choć nie wszyscy przedsiębiorcy są gotowi do zmian (zwłaszcza ci mniejsi), Polska na tle innych europejskich krajów nie wygląda źle. Wskazują na to badania firmy W8 Data, według których blisko połowa firm w naszym kraju (48 proc.) jest przygotowana do wejścia w życie nowych regulacji. Lepiej wygląda sytuacja tylko w Wielkiej Brytanii (blisko 70 proc. firm jest przygotowanych) i Niemczech (52 proc.).

 Nie będzie żadnego okresu przejściowego. Dwa lata powtarzamy, że to jest czas, w którym powinniśmy się wszyscy przygotować do stosowania ogólnego rozporządzenia. Od 25 maja organ nadzorczy zaczyna stosować nowe przepisy, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych i ustawę o ochronie danych, która będzie już obowiązywać, i korzystać ze wszystkich uprawnień przy wykonywaniu obowiązków spoczywających na organie – mówi Edyta Bielak-Jomaa.

Za naruszenie zasad dotyczących przetwarzania danych osobowych firmom grożą poważne konsekwencje – 20 mln euro lub do 4 proc. wartości rocznego światowego obrotu przedsiębiorstwa.

Jak przypomina Generalny Inspektor, RODO oznacza także szereg przywilejów dla konsumentów, którzy będą mogli sprawować większą kontrolę nad swoimi danymi osobowymi. Nowością w przepisach jest prawo do bycia zapomnianym, na jego podstawie klient może zażądać wykasowania z systemu wszystkich informacji o sobie, prawo do żądania przeniesienia danych oraz wzmocnienie prawa dostępu konsumenta do wglądu w swoje własne dane osobowe. Z tytułu nieprawidłowego przetwarzania danych osobowych będzie zaś można dochodzić odszkodowania.

 Każdy z nas będzie miał uprawnienie dochodzenia takiego odszkodowania bezpośrednio od administratora, więc nie tylko organ nadzorczy, który będzie stał na straży prawidłowego przetwarzania danych osobowych, powinien nakłonić administratorów do tego, żeby w sposób prawidłowy przetwarzali dane – mówi Edyta Bielak-Jomaa.

Niska inflacja to dobra wiadomość dla gospodarki i konsumentów. Może oznaczać kolejne dwa lata bez podwyżek stóp procentowych

Niska inflacja to dobra wiadomość dla gospodarki i konsumentów. Może oznaczać kolejne dwa lata bez podwyżek stóp procentowych 6

W marcu inflacja wyniosła jedynie 1,3 proc. w ujęciu rocznym i było to najwolniejsze tempo od grudnia 2016 roku – pierwszego miesiąca ze wzrostem cen po 2,5 roku deflacji. Według Piotra Kuczyńskiego, głównego analityka Domu Inwestycyjnego Xelion, ten niski odczyt jest tak zastanawiający, że może być nawet błędny. Powrót deflacji jednak nam nie grozi. Utrzymujący się niewielki wzrost cen oznacza, że podwyżki stóp procentowych odsuwają się w czasie.

– Niewątpliwie obecny poziom 1,3–1,4 procent inflacji jest korzystny, dlatego że to nie odbiera ludziom pieniędzy, które dostają, w związku z tym mają większe możliwości nabywania różnych produktów. Z kolei popyt wewnętrzny podnosi nam wzrost gospodarczy, więc niewątpliwie jest to umiarkowanie korzystna inflacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Coraz wyższe płace, program Rodzina 500 plus oraz niska stopa bezrobocia powodują, że siła nabywcza Polaków rośnie. W dodatku pomimo powrotu przed ponad rokiem inflacji wydaje się być trzymana w ryzach; tylko raz w listopadzie 2017 roku dotknęła celu inflacyjnego Rady Polityki Pieniężnej na poziomie 2,5 proc., by potem znów wyhamować. Dlatego najprawdopodobniej stopy procentowe długo jeszcze pozostaną na obecnym rekordowo niskim poziomie.

– Deflacja na pewno nam w tej chwili nie grozi, rynek pracy jest zbyt napięty – zbyt mało jest pracowników, zbyt niska stopa bezrobocia, zbyt wysoka w tej chwili cena ropy, żeby nam groziła deflacja. Raczej można powiedzieć, że zadziwiająco niska jest inflacja i nie wiem, czy nie jest to nawet jakiś błąd GUS – zastanawia się Piotr Kuczyński. – Prezes NBP Adam Glapiński po posiedzeniu RPP 11 kwietnia powiedział, że przez dwa lata nie oczekuje podwyżek stóp procentowych, co było niezwykle odważnym stwierdzeniem. Myślę, że w tej chwili nikt z analityków nie byłby w stanie prognozować, co się będzie działo za 2 lata, jaki będzie poziom złotego, poziom cen ropy itd. Na pewno w tym roku stopy nie wzrosną – to możemy powiedzieć.

Stopy procentowe od ponad trzech lat, tzn. od marca 2015 roku, pozostają na rekordowo niskich poziomach i na razie nie zanosi się na ich podwyżki. To dobra wiadomość dla wszystkich, którzy zaciągnęli w złotym kredyty o zmiennym oprocentowaniu, gorsza dla tych, którzy chcieliby zarabiać na lokatach oraz dla samych banków. W 2017 roku sektor bankowy według danych KNF zarobił na czysto niespełna 13,6 mld zł. To o ponad 300 mln mniej niż rok wcześniej, jednak i tak dużo więcej niż w 2015 roku, gdy zysk netto banków nie sięgnął nawet 11,2 mld zł. Jednak akcje banków dołują. Od 22 stycznia indeks sektorowy WIG-banki stracił 13,5 proc.

– Dla banków niska inflacja i niskie stopy procentowe to bardzo zła informacja, dlatego że mniej mogą sobie liczyć za kredyty, z kolei dla kredytobiorców jest to bardzo dobra informacja – ocenia Piotr Kuczyński. – Również jest to zła informacja dla tych, którzy mają lokaty, ponieważ banki mniej biorą za kredyty, w związku z tym bardzo zaniżają oprocentowanie lokat.

Co jednak dziwne, niskie stopy procentowe nie szkodzą złotemu. Wprawdzie między połową lutego a połową marca polska waluta nieco się do euro osłabiła, jednak i tak – nie licząc szczytu z początku 2018 roku – jest najmocniejsza od niemal trzech lat. Wobec dolara złoty jest najsilniejszy od końca 2014 roku, a frank szwajcarski niemal wrócił do poziomów sprzed uwolnienia w połowie stycznia 2015 roku od euro. Zatem również posiadacze kredytów frankowych mają powody do zadowolenia.

– Teoretycznie im niższa inflacja, tym słabsza powinna być waluta – im wyższa, tym waluta powinna być silniejsza z oczywistych powodów – napływ pieniędzy na obligacje, które mają wtedy wyższą rentowność, jeżeli wyższa jest inflacja, ale w naszym przypadku to się niekoniecznie zgadza – mówi główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Po wstępnych danych o słabej inflacji złoty trochę osłabł, ale niewiele, potem się już umacniał. Wygląda na to, że to bardziej przepływy na rynkach globalnych, a nie poziom inflacji, decydują w tej chwili o sile złotego.

Tylko 16 proc. małych firm oferuje swoim pracownikom prywatną opiekę medyczną. Pozostałe tracą szansę w wyścigu o najlepszych pracowników

Tylko 16 proc. małych firm oferuje swoim pracownikom prywatną opiekę medyczną. Pozostałe tracą szansę w wyścigu o najlepszych pracowników 7

Nawet 60 proc. małych i średnich przedsiębiorstw ma problemy z rekrutacją. Przy dużej konkurencji na rynku czynnikami, które mogą przyciągnąć najlepszych kandydatów, są pozapłacowe benefity, przede wszystkim prywatna opieka medyczne. Obecnie zaledwie 16 proc. małych przedsiębiorstw w Polsce zapewnia taki benefit swoim pracownikom, a 6 proc. rozważa taką opcję – wynika z badań ARC Rynek i Opinia. Firmy zwykle wiążą pakiet prywatnej opieki medycznej z dużym wydatkiem. Na rynku pojawia się jednak coraz więcej ofert szytych na miarę mniejszych przedsiębiorstw.

– Prywatna opieka medyczna jest dziś najbardziej popularnym benefitem pozapłacowym. Widać to zwłaszcza teraz, kiedy mamy do czynienia z rynkiem pracownika i o tego pracownika trzeba bardzo zabiegać. W niektórych branżach zdarza się, że podczas spotkania rekrutacyjnego kandydat pyta się pracodawcy nie o to, czy jest opieka medyczna, ale jak szeroki jest jej zakres i czy pracodawca sponsoruje również opiekę dla członków rodziny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Kapczyński, członek zarządu ds. sprzedaży i obsługi klienta w Grupie Lux Med.

Z raportu Hays „Raport płacowy 2018. Trendy na rynku pracy” wynika, że choć zdecydowana większość firm oferuje dodatkowe pozapłacowe benefity, nie zawsze idą one w parze z oczekiwaniami pracowników. Dla tych zaś liczy się przede wszystkim prywatna opieka medyczna w rozszerzonym zakresie (wskazana przez 65 proc. badanych). To najważniejszy czynnik dla niemal każdej grupy pracowników – od młodszych specjalistów po dyrektorów i członków zarządu.

– Na początku były to benefity przede wszystkim dla kadry menadżerskiej, później także dla białych kołnierzyków, branży finansowej i usługowej. Obecnie największe ożywienie obserwujemy w takich sektorach jak produkcja i handel detaliczny. Trudno znaleźć branżę, w której pracodawcy nie inwestowaliby w ten sposób w swoich pracowników. W niektórych, jak IT, shared service czy firmy doradcze, gdzie o pracowników jest naprawdę bardzo trudno, trwa istny wyścig zbrojeń w poszukiwaniu możliwie dobrego benefitu – ocenia Kapczyński.

Z danych Hays wynika, że sami pracodawcy postrzegają prywatne ubezpieczenie medyczne jako jeden z czynników, który pomaga firmie pozyskać pracownika (73 proc. wskazuje na podstawowy pakiet opieki medycznej i 21 proc. na rozszerzony). Po dodatkowe benefity sięgają przede wszystkim duże przedsiębiorstwa. Im mniejsza firma, tym odsetek spada. Obecnie zaledwie 16 proc. małych i mikroprzedsiębiorstw zapewnia pracownikom prywatną opiekę medyczną, przy czym wśród firm zatrudniających do 9 osób wskaźnik ten wynosi 8 proc., w nieco większych (do 50 pracowników) – już 20 proc. – wynika z badania ARC Rynek i Opinia „Prywatna opieka medyczna w małych przedsiębiorstwach”.

 Część mniejszych firm nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, że benefit w postaci prywatnej opieki medycznej jest warunkiem koniecznym w rywalizacji o dobrego pracownika. Poza tym – co duże firmy już dawno sobie policzyły – zdrowy pracownik to efektywny pracownik i posiadanie opieki medycznej po prostu się opłaca. Być może małe i średnie firmy nie wiedzą też, że na rynku jest atrakcyjna oferta, przystępna cenowo dla takich przedsiębiorstw – tłumaczy przedstawiciel Lux Med.

Ze statystyk ZUS wynika, że tylko w 2016 roku Polacy spędzili na zwolnieniu lekarskim łącznie 276 mln dni. Statystycznie każdy pracownik przebywał na chorobowym średnio kilkanaście dni w roku. Części zwolnień można by uniknąć, gdyby chorzy pracownicy mieli możliwość dostać się szybko do lekarza i w ten sposób nie zarażali innych.

Mniejsi pracodawcy obawiają się kosztów związanych z wykupieniem opieki medycznej dla pracowników, choć te mogą nie być wcale wyższe niż te, które wiążą się z absencją pracowników. Zapewnienie dostępu do profilaktyki i opieki lekarskiej pomaga zmniejszyć skalę nieobecności chorobowych i związanych z nimi kosztów. To istotne dla mniejszych firm, gdzie nieobecność pracowników, zwłaszcza w okresie wzmożonych zachorowań, jest zagrożeniem dla funkcjonowania przedsiębiorstwa.

– Lux Med przygotował kilka produktów, które można dopasować zarówno do budżetu danego pracodawcy, jak i do tego, o jakich pracowników zabiega na rynku pracy. W niektórych branżach duże firmy dają bardzo szerokie pakiety opieki medycznej, w innych nieco mniejsze. Oferta opieki medycznej Grupy Lux Med pomaga małym i średnim firmom dołączyć do rywalizacji o dobrych pracowników – przekonuje Bartosz Kapczyński.

Sieci sklepów liderami wydatków reklamowych w marcu. To efekt wprowadzenia ograniczeń w handlu w niedziele

Sieci sklepów liderami wydatków reklamowych w marcu. To efekt wprowadzenia ograniczeń w handlu w niedziele 8

Ograniczenie handlu w niedzielę znacząco przełożyło się na rynek reklamowy. To właśnie branża handlowa wygenerowała w marcu – pierwszym miesiącu obowiązywania nowych przepisów – największe wydatki na promocję w mediach. Wzrosły one w ciągu miesiąca o 100 mln zł – wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów. Niemal 30 proc. zmonitorowanych reklam dotyczyło sklepów dyskontowych. Środki przeznaczano nie tylko na reklamę produktów, lecz także na informacje o dłuższym otwarciu sklepów oraz specjalnych promocjach na sobotę.

W marcu sklepy po raz pierwszy zostały zamknięte w niedzielę w związku z wprowadzeniem w życie ustawy dotyczącej zakazu handlu. Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź ze strony reklamodawców, szczególnie w branży handlowej. Potwierdzają to dane IMM z monitoringu reklam – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Z danych IMM wynika, że wydatki reklamowe firm z branży handlowej wzrosły w ciągu miesiąca o 100 mln zł – na promocję w prasie, radio i telewizji trafiło 362 mln zł.

Tym sposobem branża handlowa wyprzedziła branżę farmaceutyczną, która zazwyczaj zajmowała pierwsze miejsce w tym zestawieniu – wskazuje Pawłowska.

Handel odpowiadał za 35 proc. wydatków reklamowych, przy 32 proc. farmacji. Po 11 proc. generowały motoryzacja, finanse i telekomunikacja. Wszystkie badane branże przeznaczyły na reklamę telewizyjną ponad połowę swoich budżetów na promocję w mediach tradycyjnych (w przypadku telekomunikacji stanowiły one nawet 90 proc. budżetów, a w przypadku finansów – 80 proc.). Branża handlowa także większość wydatków na reklamę przeznaczyła na telewizję, ale ok. 40 proc. trafiło na reklamy radiowe.

Na pierwszym miejscu pod względem wydatków na reklamę znalazł się Lidl z wynikiem 58 mln zł. Ten budżet został przeznaczony na reklamy związane ze świętami wielkanocnymi, spoty informujące o wcześniejszym otwarciu sklepów oraz promocję akcji tanie soboty w Lidlu. Kolejne miejsca w tym rankingu zajęły sklepy Media Expert, Biedronka, Euro RTV AGD oraz Kaufland – wymienia ekspertka IMM.

Pod względem wydatków na reklamy Lidl był w marcu niekwestionowanym liderem. Drugi Media Expert wydał na ten cel nieco ponad 30 mln zł, a Biedronka – ok. 25 mln zł. Euro RTV i AGD oraz Kaufland – po ok. 20 mln zł. Tym samym sieć Kaufland po raz pierwszy w takim zestawieniu znalazła się w czołówce.

W handlu blisko co trzecia zmonitorowana reklama (29 proc.) dotyczyła sklepów dyskontowych, przy 22 proc. sklepów z elektroniką. Hipermarkety i sieci budowlane stanowiły odpowiednio 8 i 7 proc. reklam branży handlowej.

Te budżety zostały przeznaczone m.in. na informacje o dłuższym otwarciu sklepów oraz o dodatkowych, specjalnych promocjach na soboty – ocenia Magdalena Pawłowska.

Standardy leczenia szpiczaka plazmocytowego w Polsce odbiegają od europejskich. W najgorszej sytuacji są pacjenci z zaawansowaną postacią choroby

Standardy leczenia szpiczaka plazmocytowego w Polsce odbiegają od europejskich. W najgorszej sytuacji są pacjenci z zaawansowaną postacią choroby 9

Szpiczak plazmocytowy powoli staje się chorobą przewlekłą. Szansę na znacznie dłuższe życie, wolne od skutków ubocznych i powikłań, mają nawet pacjenci z nawrotową postacią choroby. W Polsce brakuje jednak dostępu do innowacyjnych leków stosowanych na świecie od III linii leczenia. Mimo zapowiedzi Ministerstwa Zdrowia do programów lekowych nie trafił pomalidomid, stanowiący podstawę leczenia nawrotowego szpiczaka.

Zachorowalność na szpiczaka plazmocytowego rośnie na całym świecie, dzięki postępowi medycyny zwiększają się jednak równocześnie możliwości terapeutyczne. Wprowadzone w ciągu ostatnich kilkunastu lat innowacyjne leki sprawiły, że nowotwór ten powoli staje się chorobą przewlekłą, a chorzy mogą żyć nawet pięciokrotnie dłużej niż jeszcze 20 lat temu. Dotyczy to zarówno I linii leczenia, jak i nawrotowych postaci choroby.

Szpiczaka plazmocytowego w Europie leczy się coraz lepiej, również w Polsce, aczkolwiek nasza dostępność do nowoczesnych leków jest ograniczona. Szpiczak staje się chorobą coraz bardziej przewlekłą i ten sukces polegający na wydłużeniu przeżycia zależy od wprowadzenia nowych terapii, na co na razie w Polsce nie możemy liczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Wiesław Jędrzejczak, konsultant krajowy w dziedzinie hematologii.

Obecnie onkolodzy mają do dyspozycji sześć nowoczesnych leków z grupy leków immunomodulujących, inhibitorów proteasomów oraz przeciwciał monoklonalnych, które dają bardzo dobre rezultaty w terapii nawrotowego szpiczaka plazmocytowego.

 Wachlarz terapeutyczny to są z jednej strony nowe analogi leków wykorzystujących ten mechanizm działania, który wykorzystywały wcześniej stosowane leki, ale które wykazują większą aktywność, a z drugiej strony leki wykorzystujące nowy mechanizm działania, który nie był do tej pory wykorzystywany w terapii szpiczaka – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Światowy standard nie dotyczy jednak polskich chorych. O ile mieszkańcy większości krajów europejskich, nawet tych o PKB mniejszym niż polski, mają pełny dostęp do wachlarza terapeutycznego, o tyle Polacy napotykają poważne trudności w tym zakresie. O odpowiedniej jakości leczenia można mówić wyłącznie w przypadku chorych w I linii leczenia, refundacji podlegają bowiem wszystkie leki rekomendowane przez European Society for Medical Oncology, czyli talidomid, bortezomib oraz lenalidomid. Dla pacjentów w III linii leczenia i kolejnych, a więc tych, którzy wyczerpali możliwość stosowania wymienionych preparatów, nie ma już nowoczesnych opcji terapeutycznych.

Dysponujemy lekami, które możemy stosować w I linii – myślę tutaj o talidomidzie czy bortezomibie, a w obwodzie pozostają leki, które są rekomendowane z tzw. starszej grupy leków. One niespecjalnie dają korzystny efekt, ale innymi instrumentami w Polsce nie dysponujemy – mówi dr Grzegorz Charliński, ordynator Oddziału Hematologii Specjalistycznego Szpitala Miejskiego w Toruniu. – Trudno powiedzieć choremu, że nie mamy żadnej opcji terapeutycznej. Nasza bezradność, a w zasadzie frustracja, są jeszcze większe, kiedy kontaktujemy się z kolegami z innych krajów europejskich, którzy mają dostęp do nowoczesnych terapii. Obserwujemy wyniki badań opartych na nowoczesnych lekach, które są bardzo zachęcające.

Od 2013 roku w Europie i USA zatwierdzonych zostało sześć nowych leków o potwierdzonej skuteczności w leczeniu nawrotowego szpiczaka plazmocytowego. Są to pomalidomid, panobinostat, karfilzomib, daratumumab, elotuzumab oraz iksazomib. Preparaty te stosowane są samodzielnie lub w skojarzeniu – jednym z podstawowych standardów leczenia jest stosowanie pomalidomidu w połączeniu z deksametazonem. Innowacyjne cząsteczki hamują rozwój nowotworu, przedłużając życie pacjentów nawet o kilka lat, przy minimalnych działaniach niepożądanych. Żadna z sześciu cząsteczek nie jest jednak dostępna dla polskiego pacjenta.

– Nie chodzi o to, żeby był dostęp do wszystkich cząsteczek i dla wszystkich pacjentów. Zdajemy sobie sprawę z tego, że to może nie być łatwe, ale chociażby dla tych pacjentów, którzy wyczerpali już wszystkie inne możliwości terapii. Szpiczak przy konwencjonalnych metodach leczenia jest chorobą nieuleczalną, więc każdy pacjent, jeżeli nie ma innych poważnych problemów zdrowotnych, dojdzie do takiego etapu, kiedy będzie tych nowych leków potrzebować – mówi prof. Iwona Hus, kierownik Samodzielnej Pracowni Transplantologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Polscy lekarze od II linii leczenia najczęściej stosują lenalidomid w skojarzeniu z deksametazonem. Na świecie od 5 lat dostępna jest jednak nowsza generacja tego leku – pomalidomid, który ma silniejsze działanie, a przy tym jest mało toksyczny i daje lepsze efekty terapeutyczne. Lekarze nie mają wątpliwości, że brak nowoczesnych leków sprawia, że leczenie chorych z nawrotową postacią szpiczaka plazmocytowego odbiega od światowych standardów. Obecnie w procesie refundacyjnym znajdują się trzy z sześciu wymienionych leków: pomalidomid, karfilzomib oraz daratumumab.

 Każdy z tych sześciu leków chciałbym mieć. Jeśli będę miał te trzy, które są w procesie refundacyjnym, nawet przy planowanych ograniczeniach, bo programy terapeutyczne są ograniczeniem wskazań do terapii, tobym się z tego powodu cieszył – mówi dr Dominik Dytfeld, prezes Polskiego Konsorcjum Szpiczakowego.

Największe szanse na refundację ze względu na zaawansowany proces administracyjny ma obecnie pomalidomid. Resort zdrowia już jesienią zapowiadał włączenie go do programów lekowych. Miało to nastąpić na początku 2018 roku, lek jednak jeszcze nie znalazł się na liście refundacyjnej, a kolejni pacjenci odchodzą.

Artykuł powstał w ramach kampanii edukacyjnej „Wczesna diagnostyka szpiczaka mnogiego”, przy okazji spotkania prasowego pt. „Wyzwania terapeutyczne w leczeniu szpiczaka plazmocytowego w Polsce”, Więcej informacji na temat kampanii na stronach: www.zdiagnozuj-szpiczaka.pl oraz www.hematoonkologia.pl.

Wśród właścicieli mikro i małych firm w województwie opolskim po raz pierwszy od ośmiu lat prym wiodą optymiści

Wśród właścicieli mikro i małych firm po raz pierwszy od ośmiu lat prym wiodą optymiści – takie są wyniki badań zawartych w raporcie przygotowywanym przez Bank Pekao S.A. Wyniki badań w województwie opolskim nie odbiegają od tego trendu. Wyzwaniem dla firm pozostaje zwiększenie nakładów na innowacyjne rozwiązania.

Ósmy rok z rzędu, Bank Pekao S.A. przygotował raport o sytuacji mikro (zatrudniających do 9 osób) i małych firm (zatrudniających nie więcej niż 49 osób). Według autorów „Raportu o sytuacji mikro i małych firm w roku 2017” właściciele małego biznesu w Polsce od lat nie byli takim optymistami, zarówno jeśli chodzi o ich biznes i perspektywy jego rozwoju, jak i sytuację gospodarczą w kraju.

Mikro i małe przedsiębiorstwa stanowią ważny motor napędowy polskiej gospodarki. Jest ich aż 1,9 mln, stanowią 99% ogółu wszystkich aktywnych firm, odpowiadają za zatrudnienie ponad połowy (52%) czyli 4,9 mln pracowników, generują 1,5 biliona złotych czyli 36% wszystkich przychodów przedsiębiorstw oraz odpowiadają za 25% wszystkich inwestycji (49 mld zł).

W ramach prowadzonych badan przeprowadzono wywiady telefoniczne z właścicielami 6901 mikro i małych przedsiębiorstw z całej Polski. Ankietowanych poproszono o odpowiedzi na 71 pytań, które dotyczyły sytuacji gospodarczej, sytuacji finansowej firmy, zatrudnienia, inwestycji, czy innowacyjności – łącznie osiem zagadnień tematycznych. W ramach prowadzonych badań przeprowadzano rozmowy z 209 przedstawicielami mikro i małych przedsiębiorstw w województwie opolskim. Na potrzeby badań województwo opolskie podzielono na dwa podregiony: nyski i opolski.

Nastroje gospodarcze opolskich przedsiębiorców uległy znacznej poprawie w stosunku do ubiegłych lat, choć są nieco chłodniejsze niż średnia krajowa.  Zmniejszył się też odsetek firm eksportujących. Wyzwaniem pozostaje kwestia innowacji w mikro i małych firmach. Odsetek opolskich innowacyjnych firm oraz nakłady na innowacje są poniżej średniej krajowej – – powiedziała Agnieszka Michalik z Banku Pekao SA, współautorka Raportu.

W skali całego kraju, średnia wartość Ogólnego Wskaźnika Koniunktury (głównego miernika nastroju przedsiębiorców będącego wynikiem raportu) w roku 2017 wyniosła 100,8punktu. Po raz pierwszy w historii badań wskaźnik ten przekroczył barierę 100 punktów, czyli poziomu neutralnego, czyli statystycznie po raz pierwszy dominowali w badaniu optymiści. Wskaźnik w tym badaniu był wyższy od najlepszego dotąd roku badawczego 2015 o 2,5 punktu i wyższy od najsłabszego 2012 aż o 11,3 punktu. Pod względem Ogólnego Wskaźnika Koniunktury województwo opolskie zajmuje 10 miejsce w kraju: wskaźnik wyniósł 100,3 pkt. i był wyższy o 4 pkt. niż w roku ubiegłym.

Na poziomie kraju, wzrost zadowolenia odnotowano we wszystkich badanych obszarach nastrojów. W stosunku do poprzedniego roku najbardziej poprawiła się ocena ogólnej sytuacji gospodarczej kraju (aż 10,4 punktów w skali), sytuacji branży (+6,5 pkt) oraz ocena sytuacji firmy oraz jej przychodów (odpowiednio + 4,5 i 4,3 pkt).  Trendy w nastrojach przedstawione w badaniu pokrywają się z wynikami indeksów nastrojów GUS dla całej gospodarki i poszczególnych sektorów.

Dobrze oceniana jest zarówno sytuacja firmy i perspektywy biznesu, jak i sytuacja gospodarcza. W tegorocznym badaniu ocena gospodarki była obszarem, który najbardziej zyskał w ocenie właścicieli firm w stosunku do poprzedniego badania. Różnica rok do roku wyniosła aż 10,5 punktu. Nie sprawdziły się zatem pesymistyczne oceny perspektyw z ubiegłorocznego badania.

Znacząca poprawa nastrojów opolskich przedsiębiorców nastąpiła we wszystkich ośmiu badanych obszarach tematycznych. Dużo lepiej niż rok temu opolscy przedsiębiorcy ocenili ogólną sytuację gospodarczą ( wzrost o 5,7 pkt. do poziomu 95,8 pkt), sytuację branży ( +6,7 pkt do 97,9 pkt.), wyniki finansowe firmy (+5,7 pkt. do poziomu 102,9 pkt czyli nieco powyżej średniej oceny krajowej: 102,1 pkt.), oraz przychody firmy (+5 pkt. 103,2 pk.t również wyżej niż średnia w wysokości 102,1 pkt).

Z drugiej strony, z 23% w 2016 roku, do 16% w roku ubiegłym, zmniejszył się odsetek opolskich mikro i małych firm deklarujących działalność eksportową w ostatnich 12 miesiącach. Niewiele więcej tych firm przewiduje działalność eksportową w najbliższych 12 miesiącach (17%). Więcej firm z podregionu nyskiego (19%) planuje w tym okresie eksport, niż firm z podregionu opolskiego (15)%.  Również odsetek firm innowacyjnych firm jest poniżej średniej krajowej. 20% opolskich przedsiębiorców deklarowało inwestycje w innowacje produktowe, a 12% w inowacje produktowe. Na poziomie krajowym wskaźniki wynosiły odpowiednio 26% i 17%. Na poziomie województwa opolskiego, nakłady na innowacje są niższe niż średnia krajowa.

Raport o sytuacji mikro i małych firm w Polsce” jest publikowany corocznie przez Bank Pekao w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami 7 tysięcy firm zatrudniających poniżej 50 osób (99% wszystkich aktywnych firm w Polsce). Reprezentatywne wyniki badania są prezentowane na poziomie krajowym, regionalnym (16 województw) oraz sub-regionalnym (66 grup powiatów), w podziale na sektory (produkcja, usługi, handel i budownictwo) oraz wielkość firm (mikro i małe firmy). Raport porusza między innymi kwestie sytuacji firm, zatrudnienia, inwestycji, eksportu, innowacji, finansowania zewnętrznego, otoczenia biznesowego oraz barier rozwojowych. Każdego roku wybierany jest temat specjalny raportu. Tematem specjalnym były już fundusze unijne, e-gospodarka, eksport, innowacje oraz firmy rozpoczynające działalność gospodarczą. W raporcie prezentowane są także oficjalne dane statystyczne dotyczące mikro i małych firm, jak również perspektywy makroekonomiczne dla polskiej gospodarki.

Co jest lepsze dla małej firmy – kredyt czy faktoring?

  • Oprocentowanie kredytu dla firmy teoretycznie może wynosić poniżej 5%, ale zwykle to bliżej 10%, koszt faktoringu zaczyna się od 0,05% dziennie
  • Choć obydwa produkty służą finansowaniu przedsiębiorstw, mają różne założenia, zastosowania i przeznaczenie
  • Wadą kredytu jest niska dostępność dla młodych firm i skomplikowane, często zmieniające się w trakcie umowy warunki np. oprocentowanie

Małe i średnie firmy to przeszło 99 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Odpowiadają za trzy czwarte miejsc pracy i ponad dwie trzecie PKB. Te dane pokazują, jak ważna jest dostępność środków na inwestycje w tym sektorze, a zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne jest ogromne. Przyczyną są po pierwsze zatory płatnicze, które firmy muszą niwelować, a także chęć rozwoju i inwestowania, na co potrzebny jest kapitał. Najpopularniejsze sposoby pozyskiwania środków, to – oprócz własnych pieniędzy – kredyt i zyskujący na znaczeniu faktoring. Obydwa modele finansowania mocno się różnią, przede wszystkim inny jest ich horyzont czasowy.

Kredyt – najpopularniejszy, ale trudno dostępny i powoli tracący na znaczeniu

Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła na ostatnim posiedzeniu stóp procentowych. Większych zmian w tym zakresie eksperci nie spodziewają się też w dalszej części roku. To przemawia za utrzymaniem na niezmienionym poziomie kosztów kredytów bankowych, takich jak kredyt na rachunku bieżącym służący do finansowania kapitału obrotowego czy kredyt ratalny.

Wadą kredytu jest skomplikowana umowa, z dużą liczbą przypisów i gwiazdek, zmieniające się opłaty, ogromna ilość informacji, nie zawsze łatwo dostępnych. Cenniki opłat dodatkowych bywają rozbudowane i wciąż są za trudne dla klientów, w tym małych firm.

Warto też zwrócić uwagę, że uzyskanie pieniędzy w ten sposób wcale nie jest łatwe dla firmy MSP. Przedsiębiorca musi spełnić trudne wymagania banku, aby otrzymać kredyt. Jednym z nich, jest praktycznie nieosiągalna dla młodych podmiotów, zdolność kredytowa. Większość początkujących przedsiębiorców nie dysponuje żadnymi zabezpieczeniami i nie ma długiej historii w banku.

Przykładowa symulacja podstawowych kosztów kredytu dla małej firmy.

  50 000 PLN

 

  100 000 PLN  
  Całkowity koszt kredytu Miesięczna rata Całkowity koszt kredytu Miesięczna rata
Oprocentowanie 4.70%

 

56 202,23 PLN 936,70 PLN 112 404,59 PLN 1 873,41 PLN
Oprocentowanie 9.90 % 63 593,64 PLN 1 059,89 PLN

 

   

Popularność tej formy finansowania systematycznie spada. Obecnie o bankowe kredyty stara się dziś dwa razy mniej firm niż np. w 2006 roku, i to mimo najniższego w historii oprocentowania.

Faktoring – zyskujący na znaczeniu, łatwiej dostępny

Faktoring jest korzystny dla firm myślących o krótkoterminowym finansowaniu. Jeśli przedsiębiorca czeka na zapłatę za wykonane usługi czy sprzedany towar, a odbiorca oczekuje wielomiesięcznych terminów na uregulowanie faktury, z pewnością w takiej sytuacji faktoring będzie godny rozważenia.

Koszty faktoringu są coraz bardziej konkurencyjne, całkowity koszt może się zamknąć nawet oprocentowaniem 0,05% dziennie, czyli od faktury na 10 000 zł będzie to 50 zł. Ile wyniesie cały koszt zależy od momentu, w którym kontrahent firmy zgłaszającej się po finansowanie ureguluje płatność. Czasem jest to miesiąc, czasem dwa, a czasem kilka dni – mówi Bartosz Widomski – Dyrektor Sprzedaży eFaktor S.A.

Zaletą faktoringu jest jego prostota. Faktor weryfikuje wniosek i kontrahentów faktoranta, a po pozytywnym zaopiniowaniu podpisuje umowę i wypłaca pieniądze. W tym przypadku warunki czy opłata dla faktora nie zmieniają się w trakcie umowy. Lista ewentualnych opłat dodatkowych jest bardzo krótka. Taki system oceny czy przedsiębiorca zasługuje na finansowanie i czy jego wsparcie nie niesie ryzyka, najwyraźniej odpowiada firmom, bo coraz więcej korzysta z tej formy finansowania. Obecnie to już ponad 10% wszystkich, a wzrost obrotów branży faktoringowej osiąga dwucyfrowe wskaźniki. W 2017 roku branża faktoringowa zarządzała wierzytelnościami przedsiębiorców o łącznej wartości 185 mld zł. To wzrost o 16,7% w stosunku do 2016 roku.

Z faktoringu skorzystało w ubiegłym roku o 12,6% więcej podmiotów w stosunku do 2016 roku. Faktorzy sfinansowali blisko 10 mln faktur (dane Polski Związek Faktorów – PZF).

W przypadku finansowania za pomocą faktoringu wypłacane są środki, które przedsiębiorca już zarobił i wystawił na nie niekwestionowaną przez odbiorcę fakturę, jednak zmuszony jest długo czekać na przelew. Są to jednak jego już zarobione pieniądze, faktoring zmniejsza czas oczekiwania na nie, nawet do kilkudziesięciu godzin – mówi Bartosz Widomski z eFaktor.

Instrumenty pozwalające na zamianę należności na gotówkę są dostępne na rynku, ale mały i średni biznes wpada czasem w spiralę zadłużenia z powodu braku wiedzy na temat reagowania na potencjalne zatory i finansowania inwestycji. Przedsiębiorca skupiony na zasadniczej części swojego biznesu nie zawsze ma czas i energię, żeby przeanalizować możliwości finansowania. Najważniejsza jest właściwa ocena instrumentu finansowego pod względem zyskowności planowanych inwestycji lub możliwości spłaty rat w późniejszym terminie.

Płace idą w górę, ale czy stać nas na więcej?

Polska gospodarka ma się dobrze, pensje idą w górę, a optymizm Polaków rośnie. Mimo to, kiedy przyjrzeć się bliżej naszej sytuacji budżetowej, większości wystarcza tylko na podstawowe wydatki – mówi Jolanta Mróz z Kredyt Inkaso SA.

Statystyczny Polak w styczniu, według GUS-u otrzymywał na rękę 3260 zł, czyli 4 588 zł brutto. Oznacza to, że rok do roku jego pensja wzrosła o 7,3 proc. Co więcej, według prognoz NBP na najbliższy rok płace mają ponownie skoczyć w górę, tym razem o 4 proc. Statystyczny Polak będzie miał więc powód do zadowolenia.

Płace zależne od płci, zawodu i województwa 

Czy jednak wielu z nas czuje się statystycznym Polakiem? Odpowiedzi udziela GUS w badaniu, które wykonuje raz na dwa lata. Otóż na początku tego roku urząd opublikował „Strukturę wynagrodzeń według zawodów”, czyli dane o średnich zarobkach 8,2 mln osób. Okazało się, że rozstrzał między zarobkami kobiet i mężczyzn wynosi aż 734 zł. Średnie płace Polek wyniosły 3971 zł brutto, a Polaka 4706 zł brutto. Jeszcze większa dysproporcja jest między zarobkami w podziale na zawody. Z danych wynika, że władze publiczne, wyżsi urzędnicy i kierownicy zarabiali (wszystkie kwoty podane są brutto) – 8791 zł, specjaliści – 5343 zł, technicy i średni personel – 4411 zł, pracownicy biurowi – 3526 zł, operatorzy maszyn i urządzeń – 3519 zł, robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy – 3427 zł, rolnicy, ogrodnicy, leśnicy i rybacy – 2960 zł, sprzedawcy i pracownicy sektora usług – 2699 zł, pracownicy prac prostych – 2603 zł. Płace różniły się także ze względu na województwa. Naturalną konsekwencją jest więc fakt, że inaczej każdego z nas dotykają – nawet niewielkie – podwyżki. A tych w trwającym roku nie brakuje. Według analityka Bartosza Turka z Open Finance stale rosną koszty utrzymania, Na mieszkanie przeciętna para wydaje średnio w miesiącu już 572 złote. Wzrosły także koszty ogrzewania, nośników energii, a także mebli, AGD i remontów. Z powodu w różnicy w zarobkach inaczej oceniamy czy stać nas na więcej.

Większość deklaruje życie na średnim poziomie 

Mimo faktu, że płace są nierówne i wzrostu kosztów życia, gospodarka i poziom zatrudnienia ma się dobrze. To sprawia, że 53 proc. Polaków uważa, że żyje im się średnio – oznacza to, że mają na codzienne wydatki, a większe zakupy wymagają już oszczędzania – wynika z najnowszych danych CBOS. Dalej 26 proc. ocenia, że żyje im się dobrze lub bardzo dobrze. A 2 proc. opływa wręcz w luksusach.

Z drugiej strony 17 proc. żyje skromnie i bardzo oszczędza, a 2 proc. żyje w biedzie. Najtrudniej żyje się osobom starszym, z niskim wykształceniem, ale i osobom żyjącym na wsiach, gdzie nie ma szans na lepsze płace. Badacze podkreślają jednak, że w dwudziestopięcioletniej perspektywie, widać bardzo wyraźną poprawę ocen sytuacji finansowej Polaków. W analizie CBOS czytamy: „Wyraźną poprawę rejestrowaliśmy po wejściu naszego kraju do Unii Europejskiej – w latach 2005 – 2008, a także od roku 2014 notujemy systematyczną poprawę sytuacji finansowej ankietowanych. Od dwóch lat więcej badanych żyje na przynajmniej dobrym poziomie, niż sytuuje się poniżej średniej. Od tego czasu przewaga ta jeszcze się pogłębiła – obecnie odsetek badanych deklarujących, że żyje im się dobrze lub bardzo dobrze, jest najwyższy z dotychczasowych”.
Znika też obawa o najbliższą finansową przyszłość. Z badań wynika, że 78 proc. Polaków nie obawia się biedy (w tym 41 proc. – ma obawy, że ich sytuacja może się pogorszyć, a 37 proc. uważa, że poradzi sobie finansowo). Biedy obawia się 21 proc. (w tym 17 proc. uważa, że jakoś sobie poradzi, a 4 proc. odczuwa bezradność).

Na postrzeganie sytuacji finansowej jako dobrej mają wpływ płace czynniki, zamieszkania i wieku.

Choć z badań wynika, że jest jeszcze jeden czynnik, który pozwala patrzeć na świat przez różowe, finansowe okulary. Otóż z badań wynika, że poczucie całkowitego bezpieczeństwa materialnego ponadprzeciętnie często deklarują najmłodsi respondenci, badani z wykształceniem średnim lub wyższym i wysokich dochodach w gospodarstwie domowym. To ta grupa z całą pewnością ocenia, że stać ich na więcej.

Czy RODO wpłynie na informacje przechowywane w chmurze?

Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) oficjalnie wejdzie w życie 25 maja 2018 r. Nie oznacza to jednak, że usługodawcy działający na terenie Unii Europejskiej dopiero po upływie tej daty zaczną wprowadzać odpowiednie zmiany w zakresie zarządzania danymi osobowymi. Wprawdzie zdaniem Gartnera dopiero do roku 2019 30 proc. dostawców chmurowych przyjmie założenia kodeksu, jednak branża IT już od dwóch lat wdraża kodeksy określające wymogi przechowywania danych.                                                            

Rozporządzenie RODO zostanie wprowadzone w celu ujednolicenia wytycznych na poziomie europejskim, ustanawiając jasne, szczegółowe zasady dotyczące przechowywania danych i opieki nad nimi, a nawet przewiduje utworzenie nowej pozycji korporacyjnej – inspektora ochrony danych – w ramach której zadania te będą specjalnie zarządzane. Różne stowarzyszenia i organizacje dostawców usług starają się wdrażać przepisy w zakresie ochrony i bezpieczeństwa danych. Zdaniem Gartnera do 2019 roku 30 proc. dostawców usług w chmurze działających w Europie zwróci się ku aktywnemu przyjęciu jednego lub więcej kodeksów postępowania. Nie oznacza to jednak, że branża IT czeka bezczynnie na zmiany. Od 2016 roku na terenie Europy działa stowarzyszenie dostawców usług infrastruktury chmury – CISPE, które obejmuje obecnie ponad 20 największych dostawców infrastruktury chmury obliczeniowej działających w 15 krajach UE. Jednym z jej członków oraz założycieli jest Aruba Cloud.

Wyprzedzając wejście w życia regulacji RODO, CISPE opracowało kodeks postępowania, dostosowany do jego wymogów i mający ten sam główny cel – przywrócenie kontroli obywateli nad ich własnymi danymi osobowymi, ustalenie, gdzie te dane te są przechowywane, oraz uproszczenie kontekstu legislacyjnego handlu międzynarodowego poprzez ujednolicenie przepisów w ramach UE. Zgodnie z kodeksem postępowania CISPE dostawcy infrastruktury chmurowej nie mogą prowadzić eksploracji danych ani śledzić profili danych klientów do celów marketingowych, reklamowych lub podobnych działań, a także sprzedawać ich osobom trzecim.

W przypadku CISPE usługi w chmurze deklarowane jako zgodne z Kodeksem postępowania CISPE są oznaczone specjalnym znakiem zgodności, dającym klientom usług noszących ten znak pewność, że dane przechowywane przez ich infrastruktury znajdują się w centrach danych w Unii Europejskiej i że spełniają już konkretne wymogi w zakresie ochrony i bezpieczeństwa danych. Oznacza to, że w przypadku usługodawców zrzeszonych w CISPE nie trzeba czekać do 25 maja 2018 roku, aby mieć pewność co do bezpieczeństwa przechowywanych informacji.

Marcin Zmaczyński – Szef polskiego oddziału firmy Aruba Cloud
Marcin Zmaczyński, Country Manager Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej

„Ważne jest, abyśmy byli przygotowani, a nie tylko czekali na datę wejścia RODO w życie. Termin 25 maja br. należy postrzegać bardziej jako szansę na poprawę bezpieczeństwa informacji i na rozwój przedsiębiorstw poprzez tworzenie nowych miejsc pracy. Celem jest  czerpanie korzyści z rynku cyfrowego Europy, porównywalnego z rynkami Stanów Zjednoczonych czy Chin” – mówi Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud. „Rozporządzenie RODO koncentruje się na osobach fizycznych i uznaje ich prawo do przenoszenia danych, dostępu do danych i przejrzystości w odniesieniu do przetwarzania ich informacji. Stanowi to nie tylko najważniejszy krok w rozwoju prawodawstwa UE od czasu wprowadzenia dyrektywy o ochronie danych w Unii Europejskiej, ale również zmianę świadomości, dzięki której „ochrona danych” będzie teraz polegała na ochronie osób fizycznych i ich tożsamości” – dodaje Marcin Zmaczyński.

Inną kwestią międzynarodową, którą należy brać pod uwagę w kwestii usług w chmurze, jest tak zwana „blokada danych”, czyli problem, który może pojawić się, gdy użytkownik zdecyduje się przenieść swoje dane od jednego dostawcy usługi w chmurze do innego. OCF (Open Cloud Foundation) jest stowarzyszeniem firm technologicznych utworzonym w celu stworzenia ram, które zapewniają otwartość chmury, skupiając wokół tego samego celu dostawców technologii i usług, dostawców chmury, klientów biznesowych, firmy badawcze i organy „regulacyjne”. Chodzi o utrzymanie i zagwarantowanie klientom korporacyjnym swobody wyboru przy planowaniu działalności gospodarczej oraz o uniknięcie niebezpieczeństwa uzależnienia się od innych, które może narzucić mniej przejrzysty usługodawca.

Na dynamicznie rozwijającym się rynku chmury każdy poziom technologiczny rozwiązań ICT jest często oferowany jako usługa. Oznacza to, że klienci korporacyjni mogą polegać na znacznie większej liczbie usług outsourcingu i usług dodanych świadczonych za pośrednictwem chmury. W związku z tym konieczne będzie z jednej strony unikanie powstawania nowych systemów silosowych, a z drugiej strony dopilnowanie, aby najwybitniejsi operatorzy chmury nie narzucali rynkowi „standardów”, które nieuchronnie stałyby się zamknięte, ograniczając w ten sposób dynamikę rynku.

Aby zapewnić stabilny rozwój każdej firmy, zarówno teraz, jak i w przyszłości, ważna będzie ochrona koncepcji chmury otwartej: umożliwienie klientom łatwej zmiany dostawcy i ułatwienie im dostępu do niejednorodnych stosów chmury będzie podtrzymywać zdrową konkurencję i zmusi operatorów do rozwijania i oferowania innowacyjnych rozwiązań. Dzięki inicjatywom – takim jak CISPE i OCF – możliwe jest zidentyfikowanie dostawców, którzy już wdrażają plany, w oczekiwaniu na zmianę przepisów, za pomocą szeregu działań, które zagwarantują system bardziej skoncentrowany na bezpieczeństwie
i przejrzystości usług w chmurze.

Komunikator, z którego korzystają politycy w „inwigilowanej’ Polsce

Coraz więcej mówi się o aplikacjach szyfrujących korespondencję. Nie chodzi już nawet o zwykłe szyfrowanie maili, ale o szyfrowanie SMS-ów, czatów, a nawet bieżących rozmów telefonicznych. Obserwując polityków, którzy bez pardonu wciskają nos w każde, nawet bardzo osobiste sprawy obywateli, trudno się tej tendencji do szyfrowania wszystkiego dziwić. A ponieważ każda akcja wywołuje reakcję, warto wiedzieć, jakich metod użyć, by zachować choćby minimum poufności.

Skoncentrujmy się na dwóch programach: Whatsapp oraz Signal. Dlaczego akurat na nich? Dlatego że – zdaniem autora tekstu – pierwszy jest najbardziej popularnym, a drugi najlepszym spośród komunikatorów komórkowych oferujących szyfrowane połączenia. Oczywiście wiele osób wskaże inne aplikacje równie lub nawet bardziej popularne, które oferują szyfrowanie korespondencji. Mamy więc Skype, SnapChat czy Messenger. Każdy z wymienionych produktów szyfruje dane, a ich autorzy czasem nawet podają do publicznej wiadomości informacje na temat niezależnych audytów, jakim poddane zostało ich oprogramowanie. Tyle tylko, że na tym kończy się wszystko dobre, co można o nich powiedzieć, jeśli chodzi o zachowanie poufności korespondencji przesyłanej za ich pomocą.

Czego zatem należy wymagać od aplikacji, której ambicją jest zapewnienie, że przekazywane za jej pośrednictwem informacje nie trafią w niepowołane ręce? Wymogów takich jest kilka i dopiero kiedy zebrane zostaną razem, stanowią o kompletności i spójności danego rozwiązania. Oprogramowanie takie powinno oferować szyfrowanie w czasie rzeczywistym, obejmujące cały zakres korespondencji od nadawcy do odbiorcy (tzw. end to end) i uniemożliwiający jej odszyfrowanie dostawcy usługi. Innymi słowy, po opuszczeniu urządzenia nadawcy informacja jest zaszyfrowana w taki sposób, że nawet twórca aplikacji nie może jej odszyfrować. Ważne jest także to, czy usługodawca stosuje szyfrowanie efemeryczne, które, w dużym skrócie, uniemożliwia odszyfrowanie wiadomości nawet komuś, komu udało się wykraść część klucza szyfrowego.  Wreszcie istotne jest, czy kod usługi ma charakter open source, a zatem czy jest publicznie dostępny. To wiąże się z faktyczną możliwością zweryfikowania jego zawartości i wykluczenia ukrytych funkcji.

Wszystkimi tymi cechami od początku powstania odznacza się Signal. Po zeszłorocznych zmianach, którymi chwali się Whatsapp, przejęty przez Fb usługodawca znacząco podniósł standardy bezpieczeństwa komunikacji. Z dumą ogłoszono, że aplikacja korzysta już z pełnego szyfrowania na całej długości procesu komunikacji. Z pewnymi wyjątkami (w obiegu ciągle dostępne są starsze wersje oprogramowania, które z pełnego szyfrowania nie korzystają) tak rzeczywiście jest.

Problem pojawia się w innym miejscu. Otóż w przypadku Whatsapp korespondencja rzeczywiście pozostaje zaszyfrowana, i to na poziomie porównywalnym z Signal. W żaden jednak sposób nie zostają zaszyfrowane informacje o tym, kiedy i z kim się kontaktowaliśmy, jak długo to trwało i jak duże pliki przesłaliśmy za pośrednictwem Whatsapp. Do czego Fb tego typu informacje, możemy się jedynie domyślać. Firma Zuckerberga zarabia krocie na reklamodawcach, a metadane użytkowników to kopalnia wiedzy. Nie ma jednak wątpliwości, że są one przechowywane na serwerach, do których dostęp mają nie tylko marketingowcy z Fb.

Pod tym względem o wiele bardziej przejrzysty jest właśnie Signal, choć i on wymaga od nas pozwolenia na dostęp do listy kontaktów oraz podania numeru telefonu. Teoretycznie wynika to z faktu, że twórcy komunikatora chcieli wyjść naprzeciw potrzebom użytkowników i ułatwić im korzystanie z aplikacji. Podanie numeru telefonu zastępuje nam więc login, a automatyczne przeszukanie listy kontaktów daje możliwość zobaczenia, kto z naszych znajomych również korzysta z Signal. Teoretycznie. Choć niezależne audyty, którym poddano aplikację, nie znalazły niczego, co zdawałoby się przeczyć tej informacji, to jest to ta przysłowiowa łyżka dziegciu, na którą należy, ze względu na zasadę ograniczonego zaufania, zwrócić uwagę.

Pamiętajmy również o tym, że zeszłoroczne zmiany, które znacząco podniosły poziom bezpieczeństwa komunikacji w Whatsappie, są wynikiem współpracy Fb z Open Whisper Systems, a zatem twórcą Signala. Czy wynikają one jedynie ze strategii marketingowej? Czy też są elementem nacisku ze strony rządu USA, który w obawie przed tym, że ludzie coraz częściej sięgają po trudne do inwigilacji oprogramowanie open source, zlecił zaprzyjaźnionemu Fb nawiązanie współpracy, by choć trochę spowolnić ten proces? Trudno powiedzieć.

Warto w tym miejscu przypomnieć słowa Edwarda Snowdena, który powiedział, że oprogramowaniu od OWS można w stu procentach zaufać, a agencje rządowe, mimo ogromnych wysiłków, jak na razie nie złamały oferowanego przez firmę produktu. Można więc, puszczając oko do wyznawców teorii spiskowych, przyjąć, że gdy nie można było złamać stosowanego w Signal szyfrowania, postanowiono skorzystać z pomocy Fb. Wypromowano za pomocą ich machiny marketingowej konkurencyjny komunikator. Zastosowano w nim rozwiązania użyte przez chwalonego przez Snowdena producenta oprogramowania. Następnie dodano coś, czego w oryginalnym Signalu nie ma, i rozreklamowano ulepszony komunikator internetowy jako najpopularniejszy, najbezpieczniejszy i w dodatku powiązany z Fb. Szach i mat.

Na koniec trochę wiedzy z polskiego podwórka. Zgodnie z wiarygodnymi informacjami nawet nasi rodzimi politycy korzystają z Signal. I to nie tylko ci, którzy są w opozycji. A nasze dzielne służby spod znaku wszystkich literek alfabetu łamią sobie na nim zęby już od paru lat.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Spada zatrudnienie tymczasowe, rośnie etatowe

Polskie Forum HR, członek Konfederacji Lewiatan, podsumowało wyniki branży agencji zatrudnienia w 2017 roku. Upłynął on pod znakiem spadku liczby pracowników tymczasowych oraz rosnącego zainteresowania pracodawców usługami rekrutacji stałych.

Ubiegły rok był pełen wyzwań. Nowelizacja ustawy o zatrudnieniu pracowników tymczasowych to tylko jeden z czynników, który wpływa na funkcjonowanie agencji zatrudnienia w Polsce, mimo że jego najbardziej znaczące skutki, czyli bardziej restrykcyjne ograniczenie długości zatrudnienia pracowników tymczasowych, odczujemy dopiero pod koniec tego roku.

Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR
Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR

W opinii Anny Wicha, Prezes Polskiego Forum HR: „Brak odpowiednich kandydatów do pracy wskazywany jest przez pracodawców jako główny hamulec rozwoju polskich przedsiębiorstw. Dlatego też z jednej strony wiele firm coraz częściej zatrudnia pracowników tymczasowych na stałe, a z drugiej pozyskanie nowych, przy tak niskim bezrobociu, staje się coraz większym wyzwaniem. W przypadku rekrutacji stałych, najczęściej wykorzystywanych przy pozyskiwaniu pracowników na stanowiska specjalistyczne i menadżerskie, agencje mają coraz więcej zleceń. Pracodawcy częściej powierzają ten proces wyspecjalizowanej firmie, dysponującej profesjonalistami w tym zakresie oraz szeroką gamą narzędzi pozwalającej na zakończenie procesu z sukcesem.”

Spada liczba pracowników tymczasowych

Liczba pracowników tymczasowych zatrudnianych przez firmy członkowskie Polskiego Forum HR (PFHR) w 2017 roku wyniosła 256 tys. i była o 3% niższa niż w poprzednim okresie. Szacowana liczba pracowników tymczasowych w całej Polsce to 772 tys. osób. O 5% spadła również liczba godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych w przeliczeniu na pełne etaty: z 66 tys. w 2016 roku do 63 tys. w 2017.

Wojciech Ratajczyk, wiceprezes ds. pracy tymczasowej w Polskim Forum HR
Wojciech Ratajczyk, wiceprezes ds. pracy tymczasowej w Polskim Forum HR

„Po raz pierwszy od 2010 roku odnotowujemy zmniejszenie liczby zatrudnionych pracowników tymczasowych. O ile spadki odnotowywane 10 lat temu zapowiadały nadchodzący kryzys, tym razem przyczyn należy upatrywać gdzie indziej. Niskie bezrobocie, niedopasowanie kompetencyjne oraz transfery społeczne powodują, że znalezienie odpowiednich kandydatów staje się coraz trudniejsze. W tych nowych okolicznościach pracodawcy użytkownicy częściej traktują pracę tymczasową jako element procesu rekrutacyjnego i dużo chętniej zatrudniają pracowników bezpośrednio w swoich strukturach. W ubiegłym roku około 15% pracowników tymczasowych znalazło w ten sposób stałą pracę” – komentuje Wojciech Ratajczyk, wiceprezes ds. pracy tymczasowej w Polskim Forum HR.

Odsetek umów o pracę zawieranych przez firmy członkowskie PFHR utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, który w 2017 roku wyniósł 90%. Niestety nie ma to odzwierciedlenia w odsetku umów o pracę stosowanych generalnie na polskim rynku (w 2016 roku wyniósł on jedynie 50% ), co więcej, biorąc pod uwagę zmiany w ustawie o zatrudnianiu pracowników tymczasowych, które weszły w życie 1 czerwca 2017 roku należy się spodziewać ich spadku.

Wartość rynku agencji zatrudnienia

Firmy członkowskie PFHR wypracowały w ubiegłym roku obroty w wysokości ponad 4 mld PLN, z czego 90% w ramach usługi pracy tymczasowej. Szacowana wartość całego rynku w Polsce to 7,3 mld PLN.

W porównaniu do ubiegłego roku mamy do czynienia z 7% wzrostem. Szczególnie dynamicznie rozwija się usługa rekrutacyjna na rzecz polskich pracodawców, wzrost obrotów w tym zakresie w ubiegłym roku wyniósł 11%.

Piotr Dziedzic, Członek Zarządu Polskiego Forum HR
Piotr Dziedzic, Członek Zarządu Polskiego Forum HR

„Z naszych obserwacji wynika, że w minionym roku najwięcej procesów rekrutacyjnych realizowano w obszarach takich jak księgowość, IT, produkcja i łańcuch dostaw, obsługa klienta, sprzedaż w FMCG oraz B2B. Zauważalny był również zwiększony popyt na specjalistów ds. digital marketingu i nowych technologii, a także kandydatów na stanowiska średniego i wyższego szczebla managerskiego oraz executive” – podsumowuje Piotr Dziedzic, Członek Zarządu Polskiego Forum HR.

Nieustannie rośnie liczba agencji w Polsce

W 2017 roku na rynku działało aż 8361 agencji zatrudnienia (dane KRAZ na dzień 1 stycznia 2018 roku). To o 12% więcej niż w roku poprzednim. Od 2011 roku liczba agencji zatrudnienia nieprzerwanie rośnie, czemu towarzyszy wysoki poziom fluktuacji podmiotów na rynku: w 2017 roku powstało 2624 agencji podczas gdy 1226 zostało wykreślonych z KRAZ.liczba agencji zatrudnienia w Polsce

Rok 2017 należał do regionów – Colliers International opublikował raport o rynku biurowym

W 2017 roku najwięcej nowych biur powstało w miastach regionalnych – oddano tam do użytku 2/3 spośród 736 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Zmniejszył się poziom pustostanów i na dziewięciu największych rynkach Polski spadł z 12,7% do 10,8% – wynika z najnowszego raportu biurowego Colliers International podsumowującego rynek biur w Warszawie i 6 miastach regionalnych. W publikacji znalazły się także informacje na temat wynagrodzeń pracowników w sektorze biurowym opracowane przez firmę manaHR.

Stolica nadal na prowadzeniu

Warszawa, z blisko 5,2 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, pozostaje największym rynkiem biurowym w Polsce. W 2017 roku oddano tu do użytku 275 tys. mkw. (27 projektów), głównie w dzielnicy Mokotów, okolicach ulicy Żwirki i Wigury oraz w Centrum, gdzie podpisano najwięcej umów najmu (208 tys. mkw.).

Paweł Skałba, senior partner w Colliers International, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych
Paweł Skałba, senior partner w Colliers International, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych

 Całkowity wolumen transakcji najmu w aglomeracji warszawskiej zwiększył się o 9% w stosunku do 2016 roku i wyniósł prawie 821 tys. mkw. Dużą aktywność najemców widać w zakresie podpisywania nowych umów najmu – nowe kontrakty stanowiły aż 63%, a renegocjacje 26%. Ekspansje zajęły pozostałe 11%. Największą transakcją na rynku warszawskim była nowa umowa najmu i ekspansja Citi Service Center Poland w Generation Park X –  mówi Paweł Skałba, senior partner w Colliers International, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych.

Współczynnik pustostanów w Warszawie zmalał o 2,5 p.p w stosunku do poprzedniego roku i wyniósł 11,7%. Powodem był wysoki popyt na biura oraz zdecydowanie niższa niż w 2016 r. nowa podaż. Stawki najmu za powierzchnie biurowe w stolicy pozostały najwyższe na polskim rynku i utrzymywały się na stabilnym poziomie. Niewielki wzrost czynszów było widać w najlepiej zlokalizowanych nowych projektach. Stawki w strefach centralnych wynosiły od 17 do 23 euro za mkw. miesięcznie.

Rynek małopolski wciąż rośnie

Wśród rynków regionalnych najlepsze wyniki odnotował Kraków – największy w Polsce ośrodek nowoczesnych usług dla biznesu. Cieszące się dużym zainteresowaniem firm z sektora IT oraz start-upów miasto stale powiększa zasoby powierzchni biurowej, które przekroczyły już 1 mln mkw. To drugie centrum biurowe Polski, które bardzo dynamicznie się rozwija – budynki ukończone w ciągu ostatnich 5 lat stanowią 50% istniejącej podaży. W 2017 roku oddano do użytku ponad 190 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej (21 projektów). To najlepszy wynik w historii krakowskiego rynku i wśród miast regionalnych.

Poprzedni rok przyniósł także rekord pod względem popytu, który osiągnął ponad 200 tys. mkw. Podobnie jak w Warszawie, najwięcej było nowych umów najmu (48%). Renegocjacje stanowiły 28%, a ekspansje i transakcje na użytek właściciela wyniosły odpowiednio 14% i 10%. Podpisane kontrakty nie pokryły jednak wysokiej podaży, wynikiem czego współczynnik powierzchni niewynajętej systematycznie rośnie – na koniec 2017 r. wyniósł on 9,8%. Kraków to jednak chłonny rynek, dlatego popyt w minionym roku praktycznie zrównał się z nową podażą. W 2018 r. przewidywany jest dalszy umiarkowany wzrost pustostanów.

Miasta regionalne nie zwalniają

Robert Z. Karniewski, Senior Partner, Dyrektor Rynków Regionalnych w Colliers International
Robert Z. Karniewski, Senior Partner, Dyrektor Rynków Regionalnych w Colliers International

 Ubiegły rok na rynku powierzchni biurowych w miastach regionalnych był bardzo udany. Nie włączając stolicy, na rynek trafiło aż 455 tys. mkw. Poza Krakowem, gdzie odnotowano historyczny wynik w ilości mkw. nowoczesnych biur, rekordy zostały pobite także w innych regionach. To niesłabnące zainteresowanie ze strony najemców jest wynikiem dobrej kondycji gospodarki i sytuacji na rynku pracy –  mówi Robert Z. Karniewski, Senior Partner, Dyrektor Rynków Regionalnych w Colliers International.

Na trzecim miejscu pod względem nowej podaży uplasowała się Łódź, która pozostaje szóstym największym biurowym rynkiem regionalnym w Polsce. W minionym roku do użytku oddano tam rekordowe 74 tys. mkw. powierzchni biurowych. Na rynek trafiło aż dziewięć projektów, dzięki czemu łódzkie zasoby wyniosły 438 tys. mkw., zbliżając się do poziomu Katowic (460 tys. mkw.) czy Poznania (455 tys. mkw.). Najniższą podaż odnotowano w Katowicach – na tamtejszy rynek trafiło jedynie 17,5 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej.

Po Warszawie (821 tys. mkw.) i Krakowie największy popyt odnotowano we Wrocławiu, gdzie wynajęto prawie 170 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Dalej uplasowały się Trójmiasto z 113 tys. mkw. wynajętej powierzchni biurowej, Poznań (78 tys. mkw., wzrost o 22%) i Łódź (58,5 tys. mkw.). Warto zaznaczyć, że dla stolicy wielkopolski ubiegłoroczny wynik jest rekordem. Najmniej umów najmu podpisano w Katowicach – 31 tys. mkw., gdzie na spadek wolumenu najmu miał wpływ m.in. ograniczony wybór powierzchni dostępnej na etapie budowy.

O wciąż bardzo dużym popycie na nowoczesne powierzchnie biurowe świadczy zmniejszenie wskaźnika pustostanów w większości miast regionalnych. W Poznaniu różnica wyniosła aż 5 p.p., spadki odnotowano też we Wrocławiu i Katowicach. Drugim, obok Krakowa, rynkiem, na którym odnotowano niewielki wzrost niewynajętej powierzchni jest Łódź. W głównej mierze jest to jednak wynikiem relokacji mBanku z istniejącego budynku Red Tower do nowej siedziby – Przystanku mBank. Poziom pustostanów w nowoczesnych projektach klasy A nadal kształtuje się na poziomie około 5%.

Stabilne czynsze

­­–  Koniec 2017 roku potwierdził stabilność stawek czynszów. We wszystkich regionach kształtowały się one na zbliżonym poziomie. Za powierzchnię biurową klasy A najemcy muszą zapłacić średnio od 12 euro za mkw. miesięcznie w Łodzi i Trójmieście, do 15,5 euro za mkw. miesięcznie w Krakowie. Zainteresowanie najemców nie maleje, widoczny jest trend przenoszenia biur do nowoczesnych lokalizacji, a stolica i miasta regionalne przyciągają nowe firmy –  mówi Robert Z. Karniewski, Senior Partner, Dyrektor Rynków Regionalnych w Colliers International.

Eksperci Colliers prognozują, że nadchodzące kwartały nie przyniosą większych zmian w wysokości czynszów. Jedynie w Łodzi, ze względu na wysoką aktywność deweloperów, można spodziewać się spadku stawek.

Doskonałe prognozy ekspertów

Rok 2018 będzie bardzo dobry dla rynku biurowego w Polsce – łącznie planowanych do oddania jest 1,8 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Choć Warszawa jest w tej chwili największym placem budowy w Europie (w realizacji jest 880 tys. mkw. biur), w 2018 roku większość inwestycji (70%) zostanie ukończona w miastach regionalnych. Eksperci przewidują, że w bieżącym roku zainteresowanie najemców powierzchnią biurową będzie utrzymywało się na wysokim poziomie. Polska gospodarka przyciąga nowe firmy gotowe do wynajmu biur, natomiast obecni najemcy renegocjują kontrakty, często dokonując ekspansji powierzchni.

Rynek pracy dyktuje warunki

Przy obecnej sytuacji na rynku pracy, firmy coraz częściej muszą ze sobą konkurować o pracowników. Dla młodych ludzi jednymi z najczęściej wskazywanych czynników skłaniających do podjęcia lub odrzucenia oferty, obok wysokości wynagrodzenia, są benefity pozapłacowe i nowoczesne biuro.

Firma ManaHR przeanalizowała rynek pracy pod względem wynagrodzeń. Najwyższe pensje utrzymują się od kilku lat w branży IT. Ciągły rozwój technologii i postępująca automatyzacja procesów sprawiają, że z roku na rok wzrasta zapotrzebowanie na pracowników w tej dziedzinie.  Co ciekawe, wysokie zarobki zaczynają się już na najniższym szczeblu – w Małopolsce, gdzie zarabia się najwięcej w tej branży, młodszy specjalista IT może liczyć na wynagrodzenie rzędu od 4 500 do 5 900 zł. Pracując w finansach, najwyższe wypłaty można otrzymać w województwie mazowieckim, małopolskim i pomorskim. Wynika to z dynamicznego rozwoju sektora SSC/BPO w tych regionach. Najniższe zarobki spośród badanych branż występują w customer service oraz HR. To również obszary biznesu, w których rotacja jest największa.

Dachser publikuje wyniki za 2017 r.

W 2017 r. Dachser po raz pierwszy osiągnął przychód przekraczający 6 mld euro. Globalny operator logistyczny zwiększył swoje skonsolidowane przychody brutto o 7,2% do poziomu 6,12 mld euro. Dachser ustanowił także nowy rekord spółki, przewożąc łącznie 81,7 mln przesyłek (wzrost o 2,1%), których łączny tonaż sięgnął 39,8 mln ton (wzrost o 4,3%). Na całym świecie Dachser stworzył w 2017 r. 1 648 nowych miejsc pracy.

– Systematycznie realizowaliśmy naszą skuteczną strategię eksportową dla przewozów drogowych w Europie i wykorzystaliśmy mocny wiatr w plecy pod postacią ożywienia w globalnym handlu – wyjaśnia Bernhard Simon, CEO Dachser. – Znaczący wzrost przychodów osiągnęliśmy przede wszystkim dzięki wzrostowi stawek w transporcie lotniczym i morskim.

Rozwój biznesowy w poszczególnych obszarach

W 2017 roku w ramach obszaru biznesowego Road Logistics, na który składają się przewóz i magazynowanie towarów przemysłowych (European Logistics) oraz żywności (Food Logistics) — Dachser osiągnął przychód brutto w wysokości 4,44 mld euro (+3,1%). Liczba przesyłek i ich tonaż zwiększyły się odpowiednio o 2,1% i 3,6%. W obszarze biznesowym European Logistics (EL) nieustanne skupienie na eksporcie w Europie w ramach sieci EL kolejny raz przyniosło mocny wzrost. Trend ten dotyczy przede wszystkim jednostki European Logistics w Europie Północno-Środkowej, która zaraportowała imponujący wzrost o 7,4%, ale także we Francji i Maghrebie oraz na Półwyspie Iberyjskim odnotowano dynamiczny wzrost logistyki kontraktowej.

Niemcy pozostają trzonem naszej działalności, ale Francja jest na dobrej drodze, aby również nadawać tempo w dziedzinie transgranicznego transportu drogowego. W ostatnich latach konsekwentnie rozwijaliśmy tę strategiczną oś logistyczną – wyjaśnia Bernhard Simon.

W obszarze Food Logistics operator po raz kolejny osiągnął wzrost powyżej przeciętnej, co  zawdzięczał głównie rynkowi niemieckiemu oraz kilku nowym klientom obsługiwanym w zakresie transportu transgranicznego. – Pięć lat po powstaniu Europejskiej Sieci Produktów Spożywczych możemy zrobić bilans: decyzja o powołaniu silnej sieci partnerów pod naszym systemowym przywództwem była dobra – mówi CEO Dachser.

W obszarze Air & Sea Logistics (ASL) w 2017 r. prężny rozwój biznesu w połączeniu ze wzrostem stawek przewozowych – zwłaszcza w transporcie lotniczym – wygenerował wzrost przychodów o 15,7% do poziomu 1,79 mld euro. Wszystkie trzy regionalne jednostki ASL zanotowały dwucyfrową dynamikę wzrostu przychodów. Jednostka azjatycka osiągnęła największy wzrost – przekraczający 20%. Łączna liczba obsłużonych przesyłek wzrosła o 6,7%, podczas gdy TEU i tonaż zwiększyły się odpowiednio o 8,5% i 23,3%.

– Transport lotniczy i morski to zmienny biznes, w którym obroty często wahają się między skrajnościami. Jednakże, staramy się skupić na zapewnieniu trwałego rentownego wzrostu. Dlatego też coraz bardziej dopasowujemy nasze dwa obszary biznesowe i dążymy do dalszej integracji naszego systemu – mówi Bernhard Simon.

Przyszłe inwestycje w sieć i personel

Mimo korzystnej koniunktury, która utrzymywała się także w pierwszym kwartale 2018 r., Bernhard Simon zauważa wyzwania, które potencjalnie mogą ograniczać przyszły rozwój. To zmienny stopień dostępności przestrzeni ładunkowej i coraz większy brak kierowców. – W związku z tym szkolenia są naszym największym priorytetem – deklaruje CEO Dachser.

W 2017 r. 22 pierwszych kierowców ciężarówek ukończyło swoje szkolenia w spółce-córce,  Dachser Service und Ausbildungs GmbH w Niemczech. W tym samym roku 106 kierowców rozpoczęło szkolenie w 35 oddziałach w Niemczech. – Chcemy co roku zwiększać liczbę kursantów i wdrożyć nasz program jakości również w innych krajach – zapowiada Bernhard Simon.

Inwestycje Dachser w oddziały sieci, flotę, technologię i systemy IT zwiększyły się w 2017 r. o 5% – do 136 mln euro.  – W ubiegłym roku bardzo rozwinęliśmy naszą infrastrukturę w Niemczech, zwłaszcza jej część związaną z obsługą biznesu spożywczego – mówi Bernhard Simon. Dachser ogłosił, że przeznacza kolejne 188 mln euro na inwestycje w 2018 r., tym razem skupiając się na towarach przemysłowych.

Przychody brutto:

Przychody w EUR (mld) 2017

Brutto (uwzględnia cła i podatki przewozowe)

2016

Brutto (uwzględnia cła i podatki przewozowe)

Zmiana

 

Road Logistics 4,441 4,307 + 3,1 %
European Logistics 3,570 3,495 + 2,1 %
Food Logistics 871 812 + 7,3 %
Air & Sea Logistics 1,785 1,542 + 15,7 %
Konsolidacja
(nie uwzględnia spółek holdingowych, w których Dachser posiada 50% lub mniej)
– 108 – 143  
Przychody skonsolidowane 6,118 5,706 + 7,2 %

 

Złoty jest wyraźnie silniejszy, ale perspektywa dalszego umocnienia jest ograniczona

Roman Ziruk - Ebury
Roman Ziruk, Ebury Polska

W poniedziałek złoty zyskiwał w relacji do głównych walut, kontynuując trend wzrostowy. Polskiej walucie sprzyjają ostatnio przede wszystkim słabość dolara amerykańskiego i idące za tym umocnienie pary EUR/USD, jak i poprawa sentymentu w relacji do walut wschodzących.

Rynki nie obawiają się już nadto eskalacji konfliktu w Syrii. Ostatnie, amerykańskie naloty są interpretowane jako jednorazowe. Dodatkowo, Biały Dom poinformował, że kolejnych, oczekiwanych sankcji względem Rosji w tym momencie może już nie być. Obie informacje sprawiają, że spadła perspektywa zaognienia konfliktu na linii USA-Rosja. Ostatnimi czasy nieco uspokaja się również sytuacja na froncie handlowym. Wygląda na to, iż ostatnie, pojednawcze przemówienie Xi Jinpinga przyniosło zamierzony skutek, a Stany Zjednoczone i Chiny będą w stanie (przynajmniej do pewnego stopnia) porozumieć się w kwestii przyszłych relacji handlowych.

Wracając do PLN: w poniedziałek polską walutę mogła wspierać również informacja o podniesieniu perspektywy ratingu Polski z “neutralnej” do “pozytywnej”, której dokonała agencja S&P pod koniec zeszłego tygodnia. Decyzja, analityków agencji, którzy zwrócili uwagę na lepsze perspektywy polskiej gospodarki i poprawę sytuacji fiskalnej oznacza, że agencja, która obecnie ocenia Polskę najsurowiej ze wszystkich agencji tzw. “Wielkiej Trójki” na przestrzeni kolejnych 2 lat może podnieść ocenę wiarygodności kredytowej naszego kraju.

W poniedziałek nie zaskoczyły krajowe dane makro. Bazowa dynamika cen w marcu zgodnie z oczekiwaniami spadła w porównaniu z poprzednim miesiącem i wyniosła 0,7%.

Polski złoty znajduje się obecnie w trendzie wzrostowym. Istotnym poziomem, który warto obserwować w tym momencie są – w przypadku pary EUR/PLN – okolice 4,135, które były bezskutecznie testowane zarówno w styczniu, jak i lutym. Przebicie tego poziomu przy braku silnych impulsów (i solidnych argumentów przeciwko dalszemu umacnianiu złotego) wydaje się jednak stosunkowo mało prawdopodobne. Sytuacja byłaby zgoła inna, gdybyśmy mieli do czynienia z odmiennym otoczeniem inflacyjnym i innym nastawieniem banku centralnego do zmian kosztów kredytu. Bierność ze strony RPP w kontekście danych, które tę bierność zdają się uzasadniać, powinna być w naszej opinii głównym czynnikiem hamującym dalszą aprecjację PLN na przestrzeni kolejnych kilku kwartałów.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,4%, wahając się w widełkach 4,15 – 4,17. W poniedziałek euro wyraźnie umocniło się natomiast w relacji do słabszego dolara amerykańskiego. Mimo tego, ważony indeks EUR zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie.

Dzisiejsze dane ze Starego Kontynentu mocno rozczarowały. Indeksy ZEW opisujące zarówno bieżące nastroje ekonomiczne, jak i oczekiwania co do przyszłości gospodarki Niemiec ponownie spadły. Pierwszy indeks obniżył się z poziomu 90,7 w marcu do 88,0 w kwietniu. Znalazł się jednak tylko minimalnie poniżej oczekiwań (87,9). Drugi natomiast – ten odnoszący się do przyszłości – zanotował dużo ostrzejszy i bardziej nieoczekiwany spadek – z poziomu 5,1 do -8,2 wobec oczekiwań -0,8. Jest to trzeci z rzędu spadek indeksu, w konsekwencji którego wskaźnik obniżył się do najniższego poziomu od listopada 2012 r. Podobnie jak miesiąc temu i tym razem inwestorzy wyrażali niepokój w kwestii tego, jak konflikt handlowy na linii USA-Chiny odbije się na sytuacji gospodarczej strefy euro.

To już kolejne – po ostatnich, rozczarowujących indeksach nastrojów i słabszych wskazaniach PMI – odczyty, które mogą budzić obawy o perspektywy utrzymania wysokiego tempa ekspansji gospodarczej w strefie euro. Reakcja euro na informacje w tym momencie jest jednak dość ograniczona – kurs EUR/USD wprawdzie spadł poniżej poziomów na których rozpoczynał dzień, jednak w momencie pisania znajduje się jedynie 0,1% poniżej notowanego rano.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,80 – 4,82. Mimo, iż w parze ze złotym doświadczył lekkiego osłabienia, funt brytyjski wczoraj zakończył dzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Tutaj istotną rolę odegrała jednak przede wszystkim wspomniana wyżej siła PLN. Brytyjska waluta w relacji do głównych walut w ostatnich dniach zyskiwała z uwagi na poprawę sentymentu w kwestii negocjacji dotyczących Brexitu oraz w związku z nadchodzącą podwyżką stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, do której ma dojść już w następnym miesiącu.

Dzisiejszy dzień przyniósł istotne dane z brytyjskiego rynku pracy. Odczyty były dość mieszane. Z jednej strony, stopa bezrobocia nieoczekiwanie spadła w lutym do poziomu 4,2% i znalazła się na najniższym poziomie od 1975 r. Z drugiej strony, dane o zarobkach nieco rozczarowały. Wprawdzie zgodnie z oczekiwaniami dynamika płac w marcu wzrosła z poziomu 2,6 do 2,8% rocznie, analogiczny, istotniejszy wskaźnik uwzględniający premie ani drgnął, a na to drgnięcie (wzrost o 0,2 p.p.) liczył konsensus. Reakcja funta brytyjskiego na dane była negatywna, jednak dość ograniczona. Kurs GBP/EUR & ważony indeks GBP straciły ok. 0,1%. Kurs GBP/PLN obecnie znajduje się nieco wyżej niż wczoraj, głównie z uwagi na lekkie poranne osłabienie polskiej waluty po jej ostatnim rajdzie na północ.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,7%, wahając się w widełkach 3,35 – 3,38.  Dolar amerykański wczoraj zakończył dzień osłabieniem w relacji do euro i  polskiego złotego. Ważony indeks USD również zakończył dzień na minusie

Wczorajsza publikacja dotycząca dynamiki sprzedaży detalicznej nie wpłynęła istotnie na kurs USD. Amerykańska waluta osłabiała się z uwagi na „powrót do ryzyka”, który nastąpił po tym, jak opinia publiczna utwierdziła się w przekonaniu, że amerykańskie naloty w Syrii to jednorazowa operacja, a nie zapowiedź eskalacji konfliktu.

W dniu dzisiejszym poznamy dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w marcu (14:30) i dane o produkcji przemysłowej w USA w marcu (15:15). Inwestorzy jednak prawdopodobnie większą uwagę będą przykładać do przemówień członków FOMC, które będą miały miejsce w drugiej części dnia oraz informacji politycznych.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane z amerykańskiego rynku pracy w marcu
  • 15:15 – przemawia John Williams z FOMC
  • 15:15 – dane o produkcji przemysłowej w USA w marcu
  • 16:00 – przemawia Randal Quarles z FOMC
  • 17:00 – przemawia Patrick Harker z FOMC
  • 19:10 – przemawia Charles Evans z FED
  • 23:40 – przemawia Raphael Bostic z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Porozumiewające się samochody Toyoty same unikną wypadku

Toyota Motor Corporation rozpocznie w 2021 roku w USA sprzedaż samochodów zdolnych do automatycznej wymiany informacji między sobą oraz z urządzeniami infrastruktury drogowej, aby zapobiegać wypadkom. System DSRC będzie wykorzystywał fale krótkiego zasięgu. Dzięki upowszechnieniu tego rozwiązania samochody będą automatycznie zapobiegały tysiącom wypadków rocznie.

Przyszłość należy do komunikujących się samochodów

toyota_20151222_02_04_2Toyota dąży do tego, żeby samochody porozumiewały się między sobą oraz z otoczeniem, by zapewnić bezpieczeństwo kierowcom i pasażerom oraz innym uczestnikom ruchu. Począwszy od 2021 roku japoński koncern rozpocznie stopniowe wprowadzanie do kolejnych modeli z gamy Toyoty i Lexusa w Stanach Zjednoczonych systemu Dedicated Short-Range Communications (DSRC). Do połowy lat 20. rozwiązanie to będzie dostępne dla większości modeli obu marek. Toyota ma nadzieję, że inni producenci pójdą w jej ślady, gdyż im więcej samochodów będzie się porozumiewało w tym samym systemie, tym będzie on skuteczniejszy.

Technologia chmury dla bezpieczeństwa

toyota___20151222_02_03_2System DSRC wykorzystuje i rozwija technologie łączenia pojazdów w chmurze oraz zautomatyzowanego prowadzenia. DSRC umożliwia automatyczną wymianę danych między samochodami (V2V) oraz między samochodami a infrastrukturą drogową (V2I). DSRC stanowi platformę wymiany zanonimizowanych danych o położeniu, prędkości i przyspieszeniu wiele razy na sekundę. Dane te będą wykorzystywane na bieżąco przez inne pojazdy oraz urządzenia infrastruktury drogowej podłączone do systemu DSRC, aby pomóc w zapobieganiu kolizjom. Dzięki temu na przykład samochód będzie wiedział o zbliżającym się innym pojeździe, zanim kierowca będzie miał szansę go dostrzec, i zapobiegnie kolizji za pośrednictwem automatycznego hamowania awaryjnego.

Tania i łatwo dostępna technologia

toyota_20151222_02_02_2DSRC korzysta z 7 kanałów w zakresie 5.9 GHz, które zostały przeznaczone w USA na Inteligentny System Transportu (ITS). Jest to o tyle ważne dla użytkowników, że DSRC nie wymaga połączenia w sieci komórkowej, co wyklucza jakiekolwiek opłaty za korzystanie z sieci przesyłowej. DSRC jest oparty na standardach przemysłowych, dzięki czemu samochody Toyoty będą należały do wspólnej sieci z pojazdami innych producentów, zwielokrotniając korzyści w kwestii bezpieczeństwa na drodze.

Komunikacja V2V i V2I będzie stanowić źródło cennych informacji dla kierowców, m.in. o potencjalnych zagrożeniach, pojazdach jadących bardzo wolno bądź zatrzymanych na drodze, a także o sygnalizacji świetlnej, znakach drogowych oraz innych warunkach na drodze. Technologia ta była kompleksowo testowana w ramach międzynarodowej współpracy przedsiębiorstw i władz publicznych i już została zainstalowana na niektórych obszarach USA.

„Dzięki temu, że inteligentne systemy w samochodach szeroko i efektywnie ze sobą współpracują za pośrednictwem DSRC, będziemy pomagać kierowcom w wyeliminowaniu groźnych wypadków, poprawie płynności ruchu i zmniejszeniu tłoku na drogach” – powiedział Jim Lentz, CEO Toyota Motor North America. – „Trzy lata temu zobowiązaliśmy się, że do 2017 roku wyposażymy niemal wszystkie nowe samochody w system automatycznego hamowania awaryjnego AEB. Dziś 92 procent nowych samochodów Toyoty i Lexusa sprzedawanych w Stanach Zjednoczonych ma pakiet Toyota Safety Sense lub Lexus Safety System + z AEB w standardzie. Udało nam się to osiągnąć na kilka lat przed 2022 rokiem, na kiedy przemysł motoryzacyjny wyznaczył sobie termin popularyzacji AEB. Na tej samej zasadzie, uważamy, że szerokie zastosowanie systemu DSRC przez wszystkich producentów nie tylko pomoże kierowcom w bezpieczniejszej jeździe, ale pozwoli położyć fundamenty pod przyszłe systemy autonomicznej jazdy oraz automatycznej wymiany informacji między samochodami w chmurze”.

Japonia była pierwsza

Ameryka nie będzie pierwszym miejscem, w którym zacznie działać DSRC. W 2015 roku w Japonii Toyota jako pierwszy producent na świecie rozpoczęła sprzedaż samochodów wyposażonych w system DSRC, występujący tam pod nazwą ITS Connect. Samochody zostały wyposażone w urządzenia, które współpracują z podobnymi nadajnikami w innych samochodach oraz z systemem sygnalizacji świetlnej. W marcu 2018 roku po drogach Japonii poruszało się już ponad 100 000 samochodów Toyoty i Lexusa wyposażonych w ITS Connect.

Integracja różnych technologii zwiększy skuteczność

W przyszłości technologie oparte na wymianie danych takie jak DSRC mogą przynieść jeszcze więcej korzyści kierowcom i producentom samochodów dzięki wyposażeniu samochodów w kolejne czujniki, radary i kamery. Współpraca technologii wymiany danych oraz systemów bezpieczeństwa czynnego, takich jak Toyota Safety Sense, zwiększy skuteczność i niezawodność systemów zautomatyzowanej jazdy.

Toyota liderem zmian

prius__mar__04_2_2Toyota współpracuje z innymi producentami, podmiotami zarządzającymi infrastrukturą oraz amerykańskim Departamentem Transportu od 13 lat, aby opracować system DSRC. Teraz firma zachęca innych producentów i partnerów do szybszego wdrażania tej technologii w Stanach Zjednoczonych. Resort Transportu podejmie niedługo decyzję, czy wprowadzić regulacje nakładające na producentów obowiązek wyposażania nowych samochodów w ten system.