Co przyniesie 2018 rok dla branży e-commerce w Polsce?

E-commerce to dynamicznie rozwijająca się branża polskiej gospodarki, której wartość do 2020 roku ma wzrosnąć do 63 mld zł[1]. Dziś niemal każdy może bardzo niskim kosztem stworzyć własny sklep internetowy i samodzielnie prowadzić skuteczne kampanie marketingowe, aby dotrzeć do klientów. Aby utrzymać tendencję wzrostową w 2018 roku polscy e-sprzedawcy powinni obserwować rozwój najnowszych technologii, przygotować się na zmiany regulacyjne oraz dostosować swoją ofertę do coraz bardziej wymagających klientów.

  1. Zakaz handlu w niedziele i nowe przepisy unijne

Z naszych badań wynika, że 83% polskich internautów wybiera zakupy online głównie ze względu na możliwość ich zrobienia o dowolnej porze oraz brak kolejek. Ustawa zakazująca handlu w niedzielę, która wejdzie w życie już w marcu, otwiera dla branży e-commerce nowe możliwości rozwoju. E-sklepy zyskają idealną okazję, by przyciągnąć dotychczasowych klientów galerii handlowych, którzy na zakupy wybierają się najczęściej weekendy. Z drugiej strony, dla sklepów tradycyjnych, dotychczas nieobecnych w internecie, zmiany w prawie mogą okazać się dodatkową motywacją do rozważenia uruchomienia nowego kanału sprzedaży. Jakkolwiek sprawy się potoczą, skutki zawsze będą pozytywne dla wzrostu handlu elektronicznego w Polsce.

W 2018 roku polskie e-sklepy będą musiały także dostosować się do nowych przepisów unijnych. Chodzi przede wszystkim o RODO, czyli rozporządzenie UE o ochronie danych osobowych, które zacznie obowiązywać w Polsce od 25 maja 2018 r. Na firmy zostanie nałożone m.in. zobowiązanie do prowadzenia rejestru czynności przetwarzania danych osobowych, informowania klientów o profilowaniu danych oraz w jakim celu dane te są przetwarzane. W związku z tym wszystkie e-sklepy czeka modyfikacja ich regulaminów.

  1. E-commerce bez granic

W 2018 roku polski e-handel będzie podążał za globalnym trendem, jakim jest rozwój handlu transgranicznego. Polacy będą coraz częściej kupować w zagranicznych sklepach internetowych, w których szukają tańszych towarów, jak również unikalnych lub trudno dostępnych produktów. Ważnym  kierunkiem zakupowym są dla internautów Chiny, o czym świadczy m.in. popularność platformy AliExpress w naszym kraju. Według nieoficjalnych danych co miesiąc odwiedzą ją nawet kilka milionów osób. Warto jednak pamiętać, że oferta polskich e-sprzedawców jest również atrakcyjna dla zagranicznych klientów, przede wszystkim ze względu na wysoką jakość produktów oraz korzystne ceny. Dlatego polskie sklepy internetowe powinny w jak największym stopniu otworzyć się na obcokrajowców. Duże znaczenie ma w tym przypadku wybór zaufanego dostawcy płatności, który będzie wspierać sprzedaż zarówno na poziomie lokalnym, jak i międzynarodowym.

  1. Sztuczna inteligencja nie tylko dla wielkich graczy

Wykorzystanie najnowszych narzędzi technologicznych, takich jak AI (sztuczna inteligencja), AR (rozszerzona rzeczywistość) czy VR (wirtualna rzeczywistość) dotychczas należało głównie do największych graczy e-commerce, w szczególności z obszaru FMCG. Na przykład Ikea stworzyła aplikację opartą na AR, pozwalającą na urządzenie własnego mieszkania wirtualnymi meblami, a Sephora uruchomiła chatbota udzielającego indywidualnych porad urodowych. Zastosowanie tego typu rozwiązań pozwala także na większą personalizację oferty e-sklepu, dostarcza zupełnie nowych doświadczeń zakupowych użytkownikom oraz pozwala na analizowanie zachowań konsumentów. Chatboty, wirtualne przymierzalnie czy testery wykorzystujące rozszerzoną rzeczywistość wkrótce mogą stać się standardem w e-handlu. Dlatego podmioty, które chcą być konkurencyjne na rynku powinny w 2018 roku zwrócić szczególną uwagę na działania marketingowe oparte na tych nowoczesnych technologiach.

  1. Mobile wciąż rośnie

Jeśli w 2017 roku e-sklep nie posiadał aplikacji mobilnej lub  strony internetowej dostosowanej do urządzeń mobilnych, to 2018 rok jest ostatnim momentem, by to zrobić. Tablety i smartfony odpowiadają już za połowę ruchu w internecie, a za ich pośrednictwem, przynajmniej częściowo, dokonuje się już 40% zakupów internetowych. To fakt, którego sprzedawcy nie powinni ignorować. Warto pamiętać nie tylko o wprowadzeniu funkcjonalności stron przyjaznej dla urządzeń mobilnych,  ale również o wygodnych dla użytkowników opcjach płatności, takich jak kartowe portfele elektroniczne czy przelewy typu one-click..

  1. Social media w nowej roli

W 2017 roku platformy społecznościowe przestały pełnić wyłącznie funkcje wizerunkowe czy komunikacyjne i odkryły potencjał e-handlu, umożliwiając sprzedaż za pośrednictwem swoich kanałów. Dostrzeżono, że droga konsumenta od zobaczenia oferty do finalizacji transakcji powinna być jak najkrótsza, a media społecznościowe, takie jak Instagram czy Facebook, są do tego idealnym narzędziem. W październiku ubiegłego roku Facebook uruchomił dla polskich użytkowników własną platformę zakupową, umożliwiającą im bezpośrednią sprzedaż swoich produktów. Można się spodziewać, że marketplace Marka Zuckenberga będzie w 2018 roku rósł w siłę, przejmując nowych sprzedawców z platform gromadzących oferty sprzedaży.

  1. Nowe formy płatności szyte na miarę

Płatności bezgotówkowe  rozwijają się w Polsce bardzo dynamicznie, a konsumenci oczekują nowych możliwości zapłaty za zakupy w internecie. Z  naszych badań wynika, że 42% polskich e-konsumentów było w sytuacji, gdy brak wystarczających środków na koncie uniemożliwił im pilny zakup. Dane te wskazują na dużą potrzebę stworzenia rozwiązania dedykowanego właśnie dla tej grupy konsumentów. Naszą odpowiedzią dla nich jest nowy sposób finansowania zakupów, jakim jest usługa PayU Płacę później, dzięki której można odłożyć płatność nawet do 30 dni od momentu zakupu.

Autorem komentarza jest Joanna Pieńkowska-Olczak, Country Manager PayU w Polsce.

[1] Sociomantic Lab, Barometr E-commerce 2016.

Raport: Jak będzie wyglądać bank przyszłości?

Chatboty, Data Science, OCR, NLP czy tzw. robo-inwestowanie zmieniają instytucje finansowe nie do poznania.

Instytucje finansowe starają się coraz silniej dopasować do prywatnych upodobań klientów. Głównym źródłem tego procesu jest analiza danych z różnych platform, które układają się w jedną całość – portret klienta. W jaki sposób może to zmienić oblicze współczesnej bankowości? Analiza przeprowadzona przez firmę analityczną TogetherData, wskazuje iż głównymi filarami „banku przyszłości” stały się chatboty, Data Science, OCR, NLP czy tzw. robo-inwestowanie.

Przyszłość dzieje się już teraz. Widzimy pierwsze jej przejawy, na przykład w postaci aplikacji mobilnych banków czy coraz bardziej spersonalizowanych usług finansowych skierowanych do klienta. Instytucje finansowe, które nie będą nadążały za zmianami technologicznymi, będą traciły na tym wiele, nie tylko pod względem środków pieniężnych, ale także i reputacji, dlatego też warto inwestować w takie rozwiązania, których dodatkowym atutem są relatywnie niskie koszty – komentuje Paweł Brach, współzałożyciel i wiceprezes TogetherData.

Chatboty

Coraz więcej przedsiębiorstw stara się podejść do każdego klienta w osobisty sposób. Mobilne aplikacje do wysyłania wiadomości miały już 1,82 mld użytkowników do końca 2017 roku, wynika z raportu eMarketer*. Dostępność dla użytkowników przez całą dobę, przy w zasadzie dowolnej konfiguracji, dostosowanej do świadczonych usług, to ich największe zalety. Doskonale sprawdzają się również w sektorze bankowym, co udowodnił m. in. singapurski bank OCBC. Chatbot Emma rozpoczęła swoją pracę 17 stycznia br. i jest w stanie odpowiedzieć na pytania o kredyty hipoteczne oraz na cele remontowe przy pomocy kalkulatora, który wskaże ogólne koszty zaciągnięcia pożyczki. Według statystyk OCBC, ponad 10 proc. rozmów z Emmą poskutkowało skorzystaniem z usług singapurskiego banku. Natomiast konwersacja z robotem umożliwia zaoszczędzenie ponad 4 minut w porównaniu do tradycyjnej rozmowy z pracownikiem infolinii. Do 2022 roku chatboty mają być odpowiedzialne za roczne oszczędności aż do 8 mld dolarów, wynika z danych firmy badawczej Juniper Research*.

Data Science

Odpowiednie użycie danych umożliwia rozwiązywanie problemów w najbardziej optymalny sposób, zarówno dla banku, jak i dla klienta. Dlatego instytucje finansowe będą coraz częściej sięgały po analitykę danych w celu zminimalizowania strat lub zmaksymalizowania zysków. Działający w Indiach HDFC Bank, podzielił klientów na segmenty pod względem etapów życiowych, na których się znajdują, a następnie zaczął wysyłać do nich spersonalizowane pod tym kątem wiadomości i przygotowywać promocje na ważne dni (np. urodziny). W rezultacie zwiększono liczbę sprzedanych kart kredytowych, redukując koszty pozyskania każdego klienta.

OCR i NLP

W latach 50-tych Bank of America używał oprogramowania OCR do odczytywania cyfr wydrukowanych na czekach. Współcześnie ta technologia może wspomóc odczytywanie dokumentów przeskanowanych przez klienta czy też sprawdzić podpis na czeku. NLP (programowanie neurolingwistyczne) oraz głębokie uczenie pozwoli z kolei na inteligentne zautomatyzowanie procesów i zarazem przyśpieszenie procedur bankowych. Analizowanie oszustw czy zarządzanie ryzykiem – odpowiednia maszyna pomoże we wszystkich aspektach funkcjonowania banku. JP Morgan Chase niedawno wprowadził na rynek platformę Contract Intelligence, której zadaniem jest analiza dokumentów prawnych i wyciąganie z nich zasadniczych informacji oraz klauzul. Ręczne przejrzenie 12 tysięcy umów zawieranych co roku to koszt 360 tysięcy godzin. Korzyści z głębokiego uczenia i sztucznej inteligencji są zatem oczywiste. A 78 proc. amerykańskich bankowców badanych przez VMWare wierzy, że w ciągu najbliższych pięciu lat SI oraz systemy głosowe zmienią oblicze branży.

Robo-inwestowanie

Roboty mogą generować nawet do 80 proc. dziennych wolumenów, realizując transakcje w ciągu zaledwie paru mikrosekund. Zindywidualizowany i zróżnicowany portfel inwestycyjny, optymalizacja podatkowa i dostęp do certyfikowanego doradcy – to wszystko wchodzi w skład niedrogiej oferty robo-inwestorów.

Uwierzytelnianie tożsamości klientów

Bank przyszłości to bank bezpieczny. Klienta można zidentyfikować na coraz więcej sposobów – już nie tylko hasło, ale i głos czy kształt twarzy podpowiedzą systemowi bankowemu, czy na pewno ma do czynienia z daną osobą. W ten sposób uwierzytelnienie stanie się nie tylko łatwiejsze, ale i rzetelniejsze – łatwo można poznać czyjeś hasło, ale ciężko zmienić kształt twarzy lub inne cechy charakterystyczne w sekundę. Technologie biometryczne, które umożliwiają rozpoznanie kogoś po odciskach linii papilarnych, są już w użyciu w jednym z banków w Los Angeles.

Neobanking

W świecie, gdy coraz więcej przedsiębiorstw przenosi się z działaniem do sieci, a coraz więcej zakupów jest robionych online, nic dziwnego, że powstają instytucje finansowe, działające praktycznie tylko w sieci. Neobanking to trend, który będzie się wzmacniał w przyszłości, a przykładów nie trzeba szukać daleko. Już dzisiaj większość spraw w banku można załatwić dzięki kurierom lub aplikacjom mobilnym. A w Indiach powstał OPEN – bank czysto cyfrowy i obsługujący przedsiębiorstwa, nieposiadający żadnej placówki stacjonarnej.

Bank intuicyjny

Bank intuicyjny to kombinacja wielu czynników, które skracają czas trwania procedur bankowych i pozwalają na skorzystanie z jego usług na całym świecie. Analiza danych połączona z geolokalizacją pozwala systemowi na zgadnięcie, czego może wymagać klient – od wymiany waluty po założenie nowego konta – i szybkie podsunięcie rozwiązania. Procedury zostaną uproszczone do minimum, a wszelkie formalności już nie będą łączyć się z wypełnianiem wielostronicowych formularzy mało zrozumiałych dla osób nieobeznanych z ekonomią. Obecnie banki już podejmują kroki, aby wydawać aplikacje na smartfony, za pośrednictwem których można rozwiązać wiele problemów w prosty sposób. Praktycznie każdy polski bank dysponuje takim oprogramowaniem, które można pobrać na większość telefonów.

Technologie umożliwiające powstanie banku przyszłości mogą z powodzeniem działać dzięki analityce danych. Dlatego też coraz więcej banków zatrudnia specjalistów ds. Data Science i wdraża technologie mające na celu opanowanie potężnych zbiorów danych dostarczanych przez klientów – dodaje Paweł Brach. Bank przyszłości już powstał, teraz pozostaje go tylko udoskonalić.

Uwaga na kolejne fałszywe aplikacje w Google Play

Google Play to największy sklep z aplikacjami na urządzenia wyposażone w system Android. Jest w nim dostępnych około 3,5 miliona aplikacji, a każdego miesiąca jest dodawanych kolejne kilkadziesiąt tysięcy. Niestety nie wszystkie z nich tworzone są z myślą o korzyściach dla użytkowników. Na Google Play można natknąć się na wiele potencjalnie szkodliwych aplikacji, które podszywają się pod najbardziej popularne programy.

By zwieść użytkowników, twórcy fałszywych aplikacji wykorzystują podobieństwo ikon i nazw, podszywając się pod takie programy jak Messenger, Facebook czy WhatsApp.

Co prawda według zasad Google tego typu aplikacje nie są dozwolone w sklepie, jednak, jak się okazuje, wiele z nich jest dostępnych przez krótki czas (od kilku dni do kilku tygodni). Niektóre z nich potrafią osiągać nawet do kilkuset tysięcy pobrań.

Przykłady aplikacji podszywających się pod WhatsAppPrzykłady aplikacji podszywających się pod WhatsApp

Inną sztuczką stosowaną przez nieuczciwych twórców jest generowanie bądź kupowanie pozytywnych ocen aplikacji. Wysoka ocena podnosi wiarygodność aplikacji w oczach potencjalnego użytkownika.

Jak działają fałszywe aplikacje na Androida?

Analitycy z firmy Fortinet sprawdzili trzy aplikacje podszywające się pod komunikator WhatsApp.

Pierwsza z nich miała przeźroczystą ikonę, przez co nie można było jej zobaczyć na liście aplikacji w smartfonie. Użytkownik mógł nawet nie mieć świadomości, że jest ona zainstalowana na jego urządzeniu. Program pozoruje pobieranie aktualizacji dla oficjalnej aplikacji WhatsApp. Aplikacja wykorzystuje bibliotekę o nazwie startapp.android.publish, by wyświetlać reklamy przy zmianie ekranu i ostatecznie nie pobiera żadnych danych. Twórca aplikacji najwyraźniej czerpie korzyści za każdą emisję reklamy.

Aplikacje po sortowaniu

Dopiero po sortowaniu aplikacji według daty instalacji widać, że jedna z nich ma przeźroczystą ikonę

Druga analizowana przez specjalistów Fortinet aplikacja działała w podobny sposób, wyświetlając natrętne reklamy oraz ekrany z linkami, za którymi mogło się kryć dużo groźniejsze oprogramowanie – np. potajemnie wykonujące zrzuty ekranu czy przechwytujące komunikację SMS.

Trzeci program różnił się od poprzednich tym, że rzeczywiście pobierał dane do pamięci urządzenia. Była to zmodyfikowana wersja WhatsAppa oferująca, przynajmniej według opisu, dodatkowe funkcje niedostępne w oficjalnej wersji aplikacji. Użytkownik otrzymywał nawet instrukcję instalacji aplikacji z innych źródeł niż Google Play. Sama aplikacja nie wykazywała groźnego działania, ale również wyświetlała reklamy.

Na co uważać przy instalowaniu aplikacji?

Użytkownicy systemu Android muszą zachować czujność podczas pobierania aplikacji nawet z oficjalnych źródeł takich jak Google Play. Należy sprawdzać, czy nazwa i ikona aplikacji są dokładnie takie, jak należy. Nawet najmniejsze odstępstwo od oficjalnej identyfikacji powinno wzbudzić podejrzenie.

Warto zwrócić uwagę na liczbę instalacji oraz przejrzeć więcej niż kilka opinii użytkowników – nawet jeżeli większość ocen fałszywej aplikacji jest wygenerowanych, to często ci, którzy dali się nabrać, ostrzegają przed tym pozostałych.

Po zainstalowaniu aplikacji trzeba zawsze przyjrzeć się wymaganym przez nią uprawnieniom oraz być szczególnie ostrożnym wobec programów chcących pobierać pliki z nieznanych źródeł – radzi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.

Przeciętny majątek netto gospodarstwa domowego w 2016 r. wyniósł 264 tysiące złotych

Przeciętny majątek netto gospodarstwa domowego w 2016 r. wyniósł 263,6 tys. zł. O jego wartości netto decydowały przede wszystkim aktywa rzeczowe, w przeważającej mierze wartość głównego miejsca zamieszkania (przeciętnie 265,4 tys. zł), innej nieruchomości (119,8 tys. zł) oraz zasobu majątku wynikającego z prowadzenia działalności gospodarczej (144,9 tys. zł). Zdecydowana większość gospodarstw domowych była właścicielem głównego miejsca zamieszkania (79,2 proc.) oraz pojazdów samochodowych (65,8 proc.), znacznie rzadziej innych nieruchomości (24,3 proc.) czy majątku związanego z prowadzeniem działalności gospodarczej (20,4 proc.).

Aktywa finansowe miały dużo mniejsze znaczenie dla wartości netto majątku gospodarstwa domowego (przeciętnie 15,3 tys. zł). Wśród nich najbardziej popularną formą gromadzenia środków finansowych były depozyty bankowe, będące w posiadaniu 84,9 proc. gospodarstw domowych, z przeciętną wartością na poziomie 12,0 tys. zł.

Majątek netto jest nierównomiernie rozłożony w populacji gospodarstw domowych,a jego silną koncentrację obserwujemy w zbiorowości gospodarstw najbardziej majętnych. W posiadaniu 10 proc. najbardziej zasobnych gospodarstw domowych znajduje się 41 proc. całkowitego majątku netto, podczas gdy majątek (netto) 20 proc. najmniej zasobnych gospodarstw stanowi jedynie niewielką część (1,0 proc.) całego majątku gospodarstw domowych. Zróżnicowanie majątku jest w Polsce większe niż w przypadku dochodów, o czym świadczy wyższa wartość współczynnika Giniego dla majątku netto (57 proc.) niż dla dochodu (32 proc.). Większe zróżnicowanie majątku niż dochodu jest zjawiskiem powszechnym na świecie. Nierówności majątkowe w Polsce są relatywnie niskie na tle innych krajów rozwiniętych.

Całkowity majątek netto gospodarstw domowych wzrósł w latach 2014 – 2016 o 4,1 proc. (w cenach stałych). Złożył się na to niewielki przyrost wolumenu aktywów rzeczowych (o 0,8 proc.), znaczne zwiększenie stanu posiadania aktywów finansowych (o ok. 94 proc.) i wyraźny wzrost skali zadłużenia (o ok. 23 proc.). W efekcie, udział aktywów rzeczowych w majątku brutto zmniejszył się o ok. 4 punkty procentowe i odpowiednio zwiększył się udział aktywów finansowych.

Dług gospodarstw domowych, na który składają się różne formy zadłużenia, obejmuje 40,5 proc. gospodarstw domowych i stanowi w przypadku przeciętnego gospodarstwa domowego relatywnie niewielkie obciążenie jego majątku (10,0 tys. zł). Poziom zadłużenia według poszczególnych rodzajów zobowiązań jest silnie zróżnicowany. Główny składnik długu to zobowiązania z tytułu zabezpieczonych kredytów mieszkaniowych (hipotecznych). Dotyczą one jedynie 13,9 proc. gospodarstw domowych, ale stanowią dla nich dość wysokie obciążenie (przeciętnie 114,8 tys. zł). Natomiast kredyty o innym charakterze, przede wszystkim konsumpcyjne, są bardziej popularne (32,9 proc. gospodarstw domowych), ale ich przeciętna wartość jest o wiele niższa (ok. 3 tys. zł).

Gospodarstwa domowe w Polsce należą do umiarkowanie majętnych na tle krajów strefy euro. Dysponują przeciętnie majątkiem netto (60,6 tys. euro) stanowiącym ok. 58 proc. mediany majątku netto przeciętnego gospodarstwa domowego w strefie euro (104,1 tys. euro). Najwyższym zasobem majątku netto w strefie euro, przypadającym na gospodarstwo domowe, wyróżniają się Luksemburg (437,5 tys. euro) oraz Belgia (217,9 tys. euro), najniższym – Łotwa (14,2 tys. euro) i Węgry (26,2 tys. euro). Polskie gospodarstwa domowe znacznie częściej są właścicielami głównego miejsca zamieszkania (79,3 proc.) w porównaniu z przeciętną dla strefy euro (61,2 proc.). To sprawia, że poziom majątku gospodarstw domowych w Polsce w relacji do niektórych krajów strefy euro, gdzie gospodarstwa domowe bardziej preferują wynajem zamieszkiwanych nieruchomości niż ich zakup, jest korzystniejszy niż wynika to z porównania PKB na głowę mieszkańca w tych krajach (głównie dotyczy to Austrii i Niemiec, gdzie posiadaczami głównego miejsca zamieszkania jest mniej niż 50 proc. gospodarstw domowych). Gospodarstwa domowe w Polsce wyróżnia też relatywnie wysoki odsetek respondentów deklarujących posiadanie majątku z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej (20,4 proc. wobec 11,0 proc. w strefie euro) oraz wyższa niż w strefie euro przeciętna wartość tego składnika majątku (33,3 tys. euro wobec 30,0 tys. euro w strefie euro).

Aktywa finansowe mają w przypadku polskich gospodarstw domowych (mediana 3,5 tys. euro) mniejsze znaczeniejako składnik ich całkowitego majątku niż ma to miejsce w strefie euro (mediana 10,6 tys. euro), stanowiąc 8,4 proc. łącznej wartości aktywów, wobec 17,8 proc. dla strefy euro. Depozyty stanowią znacznie większy udział w strukturze aktywów finansowych gospodarstw domowych w Polsce (74,1 proc.) w porównaniu do strefy euro (44,2 proc.), gdzie gospodarstwa domowe więcej inwestują w aktywa o wyższym ryzyku (akcje, obligacje, fundusze inwestycyjne itp.).

Gospodarstwa domowe w Polsce są znacznie mniej zadłużone niż to ma miejsce w strefie euro. W Polsce przeciętne gospodarstwo domowe jest zadłużone w wysokości 2,4 tys. euro (nieco ponad 3 proc. w relacji do majątku brutto), podczas gdy w strefie euro przeciętne zadłużenie wynosi 21,5 tys. euro, co stanowi ok. 15 proc. aktywów łącznie.

Na tle krajów strefy euro Polska jest krajem o niskich nierównościach majątkowych, o czym świadczy wyraźnie niższy współczynnik Giniego dla majątku netto (57,8 proc. wobec 68,5 proc. przeciętnie w strefie euro). Najsilniejsza koncentracja majątku, mierzona współczynnikiem Giniego, występuje na Łotwie (78,5 proc.), w Niemczech (76,2 proc.) i w Irlandii (75,2 proc.), zaś krajami o stosunkowo niewielkich nierównościach majątkowych, podobnie jak Polska, są Hiszpania (59,9 proc.), Belgia (58,9 proc.) i Słowacja (49,2 proc.).

Raport prezentuje wyniki badania ankietowego przeprowadzonego przez Narodowy Bank Polski we współpracy z Głównym Urzędem Statystycznym w 2016 r. na próbie 12 tys. gospodarstw domowych z całego kraju. Publikacja została przygotowana w Departamencie Analiz Ekonomicznych oraz Departamencie Stabilności Finansowej.

Cyberzagrożenia w 2018 roku według eksperta F-Secure

Leszek Tasiemski – lider centrum cyberbezpieczeństwa F-Secure w Poznaniu
Leszek Tasiemski – lider centrum cyberbezpieczeństwa F-Secure w Poznaniu

W 2018 roku należy spodziewać się dalszej popularyzacji osobistych asystentów (takich jak Siri czy Alexa). Wraz ze wzrostem zainteresowania użytkowników z pewnością pojawią się też ataki na tego typu systemy. Początkowo będą to żarty czy akty wandalizmu – mieliśmy już przykłady aktywacji asystentów przez reklamy telewizyjne czy ultradźwięki. Przyszły rok może przenieść nowe kategorie ataków w tym zakresie, być może już o komercyjnym charakterze.

Warto również uważać na urządzenia z kategorii Internetu rzeczy (IoT). Z pewnością wielu dorosłych otrzymało pod choinkę gadżety codziennego użytku podłączone do internetu, a dzieci – zabawki tego typu. Należy pamiętać, że w oczach hakera takie urządzenie to po prostu niewielki komputer podłączony do sieci, który może być wykorzystany do nielegalnych celów. W tym przypadku szczególnie ważny jest odpowiedni dobór producentów urządzeń oraz właściwe zabezpieczenie domowej sieci, do której taki gadżet podłączamy. Na celowniku hakerów będą w dalszym ciągu telewizory (smart TV), a także… samochody. Są już pierwsze przypadki skutecznej kradzieży pojazdów z użyciem narzędzi hakerskich. Otwieranie samochodu smartfonem na co dzień to kusząca możliwość, ale warto zachować ostrożność.

Coraz poważniejszym zagadnieniem jest też cybermanipulacja i rozpowszechnianie tzw. postprawdy (fake news), a w efekcie próby wpływania na opinię publiczną. Przykłady są liczne – od wyborów prezydenckich w USA i Francji po niedawny pucz w Zimbabwe. Coraz trudniej będzie nam, jak również mediom, odróżnić prawdę od fałszu.

W 2018 roku usłyszymy jeszcze niejednokrotnie o tradycyjnych zagrożeniach takich jak ransomware, phishing, adware czy SPAM. Spekulacyjny rollercoaster Bitcoina może powodować nietypową aktywność cyberprzestępców, zwłaszcza w sferze ransomware, gdzie Bitcoin jest główną walutą. Ze względu na rosnącą wartość Bitcoina (i jej zmienność), z pewnością atrakcyjnym celem będą bitcoinowe portfele, mieszarki oraz kantory. Za przykład może posłużyć niedawny atak na słoweński NiceHash.

Zaskakująca decyzja Banku Japonii

Japoński jen sporo zyskuje do innych walut światowych, w tym do amerykańskiego dolara i euro, po tym, jak Bank Japonii zdecydował się na obniżenie wartości kupowanych obligacji długoterminowych. Ta decyzja to zaskoczenie dla rynku i jest ona odpowiedzią na komentarze o negatywnych skutkach przedłużającego się luzowania ilościowego banku centralnego.

Nie licząc jena, dolar wzrasta do innych walut, także względem złotówki, która trzeci dzień z rzędu traci na wartości. Nie jest to związane ze zmianami rządowymi w Polsce ani polską gospodarką (Bank Światowy podniósł prognozy wzrostu polskiego PKB na 2018 r. z 3,6% do 4%), a z sytuacją na szerokim rynku, czyli właśnie zyskującym na wartości dolarem.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-0,82%), a zyskuje do euro (+0,21%), brytyjskiego funta (+0,24%), dolara kanadyjskiego (+0,47%) oraz dolara australijskiego (+0,36%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,194, GBP/USD – 1,352, USD/CAD – 1,246, AUD/USD – 0,783 i USD/JPY – 111,9. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-1,04%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,883. Złotówka traci do głównych walut światowych. W środę rano dolar kosztuje 3,51 zł, euro – 4,19 zł, funt – ponad 4,74 zł, a frank szwajcarski – 3,57 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. We wtorek w Europie londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,45%, frankfurcki indeks DAX – 0,13%, a paryski indeks CAC 40 – 0,67%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł 0,13%, meksykański indeks Bolsa stracił 0,59%, a brazylijski indeks Bovespa obniżył się o 0,65%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 0,26%, indeks Shanghai Composite zyskał 0,23%, a hongkoński indeks Hang Seng podniósł się o 0,11%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej nadal rosną. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 68,82 USD (+1,51%), a ropy WTI – 62,96 USD (+1,95%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 2 USD do 72 USD. Z kolei cena złota idzie w dół. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1311 USD. To 7 USD mniej (-0,53%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 2:30 – Chiny – Inflacja CPI (r/r), grudzień – 1,8% (prognoza 1,9%)
  • 2:30 – Chiny – Inflacja PPI (r/r), grudzień – 4,9% (prognoza 4,8%)
  • 9:00 – Czechy – PKB (r/r), III kw. – 5% (prognoza 5%)
  • 9:00 – Czechy – Inflacja CPI (r/r), grudzień – 2,4% (prognoza 2,4%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Produkcja przemysłowa (r/r), listopad (prognoza 1,8%)
  • 13:00 – USA – Wnioski o kredyt hipoteczny, tydzień (poprzednio 0,7%)
  • 15:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Chicago
  • 15:10 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Dallas
  • 16:00 – Polska – Komunikat po posiedzeniu RPP (decyzja ws. stóp procentowych, oczekiwania: bez zmian)
  • 16:00 – USA – Zapasy hurtowników (m/m), listopad (prognoza 0,7%)
  • 19:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z St. Louis

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Jaki był rok 2017 dla komunikacji mobilnej? Co nas czeka w kolejnym?

Za nami bardzo ciekawy rok w branży komunikacji mobilnej. Wydarzeniem ostatnich 12 miesięcy w Polsce było z pewnością wprowadzenie ustawy antyterrorystycznej, której regulacje spowodowały konieczność aktualizacji wielu baz danych. W 2017 roku marki wprowadziły czatboty do komunikacji z klientami w mediach społecznościowych. Po raz kolejny raporty UKE i GUS odnotowywały spadek wysyłanych SMS-ów oraz wzrost liczby kart SIM Machine2Machine, mających ogromne znaczenie dla rozwoju m.in. branży e-commerce czy IoT, czyli Internetu Rzeczy.

Początek 2017 roku był gorącym okresem zwłaszcza dla użytkowników kart przedpłaconych, którzy w myśl wprowadzonej w lipcu 2016 roku ustawy antyterrorystycznej do 1 lutego 2017 r. musieli dokonać obowiązkowej rejestracji kart pre-paid. Nie wszyscy jednak skorzystali z tej procedury i niezarejestrowane numery zostały zdezaktywowane. Taka sytuacja sprawiła, że instytucje finansowe, agencje marketingowe, centra obsługi telefonicznej, biura obsługi klienta i wiele innych instytucji stanęły przed problemem aktualizacji swoich baz danych.

Efektem wprowadzenia obowiązku rejestracji kart pre-paid był spadek liczby aktywnych kart SIM. Na rynku było ich 55,5mln, czyli o 2 procent mniej niż rok wcześniej. Pociągnęło to za sobą także spadek liczby wysłanych SMS-ów, zresztą kolejny rok z rzędu. Duży wpływ na taki stan rzeczy z pewnością miało wprowadzenie na szerszą niż dotychczas skalę czatbotów. Potencjał komunikatora Messenger zauważyły firmy i marki szukające nowych kanałów, którymi mogą docierać z informacjami bezpośrednio do partnerów handlowych w ramach komunikacji B2B. – W 2017 roku firmy zaczęły traktować taką formę komunikacji całkiem serio. Zaletami, które dostrzegli marketingowcy są nie tylko gwarancja dotarcia do swoich odbiorców kanałami, w których są oni obecni na co dzień, ale przede wszystkim możliwość nawiązania z nimi interakcji oraz spersonalizowania przekazu. – mówi Kamila Górna, Business Development Manager w firmie Infobip.

Właśnie personalizacja wiadomości była w 2017 roku trendem, który coraz więcej polskich firm brało pod uwagę planując komunikację ze swoimi klientami. – Kierowanie ogólnych wiadomości na firmowe skrzynki mailowe i smartfony już od dawna nie przynosi żadnych efektów – mówi Kamila Górna. – Teraz liczy się komunikacja skrojona na potrzeby odbiorców. Właśnie dlatego marki powinny starać się możliwie jak najlepiej poznać swoich klientów, a następnie dostarczać im spersonalizowane komunikaty. Widzimy, że coraz więcej polskich firm wdraża taką strategię i sięga po narzędzia takie jak wiadomości głosowe i SMS, aby pozostawać w stałym kontakcie ze swoją grupą docelową – dodaje.

W roku ubiegłym w dalszym ciągu obserwowaliśmy zwiększenie ruchu wiadomości SMS w modelu A2P (Application2Person) wykorzystywanych m.in. w branży e-commerce, przez systemy bankowe oraz systemy zakupowe. Do tego ruchu zaliczyć możemy całą komunikację marketingową oraz powiadomienia wysyłane przede wszystkim przez samorządy oraz instytucje.

Co czeka branżę komunikacji mobilnej w 2018 roku?

Z pewnością dalszy, bardzo dynamiczny rozwój rynku mobilnego. Eksperci Infobip przewidują, że będzie rosnąć zainteresowanie bankowością mobilną, w dalszym ciągu wzrastać będzie liczba płatności mobilnych, z których sporą część, tak jak w 2017 roku generować będzie branża e-commerce. Rozwój tego sektora biznesu przełoży się na wzrost wysyłanych wiadomości SMS/MMS a także powiadomień PUSH, które należą do najbardziej efektywnych narzędzi do kontaktu z klientami. Według Infobip możemy spodziewać się wzrostu ruchu wysyłanych wiadomości na poziomie 10-15% w porównaniu z ubiegłym rokiem. – Branża komunikacji mobilnej w Polsce rośnie szybko, ale jednocześnie ewoluuje. Zmienia się jej krajobraz ze względu na zmiany przepisów jak w przypadku ustawy antyterrorystycznej oraz potrzeby klientów. Coraz więcej firm stawia na wielokanałowość w komunikacji, dlatego na rynku najmocniejsi są gracze, którzy w swoim portfolio posiadają platformę, która umożliwia prowadzenie rozbudowanych kampanii mobilnych. – tłumaczy Kamila Górna z Infobip.

Jeśli chodzi o nowinki techniczne to eksperci przewidują, że w dalszym ciągu rozwijać się będą czatboty. W 2017 roku udowodniły swój duży potencjał w komunikacji, pokazały także, jak bardzo są jeszcze niedoskonałym narzędziem.

W 2018 roku raczej nie powinien zmienić się spadkowy trend w liczbie wysyłanych SMS-ów, ale wciąż rosnąć będzie liczba kart SIM M2M. Szacuje się, że na polskim rynku już teraz aktywnych jest ok. 2,5 mln kart Machine2Machine. Eksperci oceniają, że jego wartość będzie zwiększać się każdego roku o 20-25%. Najczęstsze zastosowania M2M obejmują usługi związane z bezpieczeństwem fizycznym, medycyną bądź ratownictwem medycznym, a także sterowaniem procesami przemysłowymi lub biznesowymi. Technologie telekomunikacyjne są stosowane między innymi w pojazdach – samochodach osobowych czy pojazdach komunikacji miejskiej, gdzie mechanizm M2M pozwala identyfikować pojazdy wzajemnie unikając kolizji. Karty SIM zapewniają także transfer danych pomiędzy terminalami płatniczymi czy urządzeniami medycznymi.

500 plus skłania do bierności? Podatek nawet 85 proc.

Program Rodzina 500 plus jednak skłania do mniejszej aktywności zawodowej? W porównaniu do danych sprzed roku spada zatrudnienie wśród młodych kobiet, i to mimo bardzo dobrej koniunktury w krajowej gospodarce. Czy to efekt pułapki bierności, która zniechęca do podejmowania płatnego zajęcia? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Na pierwszy rzut oka polski rynek pracy kwitnie. W trzecim kwartale 2017 r., według najnowszych danych Eurostatu, nadal spadało bezrobocie oraz rosło zatrudnienie, i to zarówno w odniesieniu do poprzedniego kwartału, jak i publikacji sprzed roku.

Istnieje jednak grupa, której statystyki wyraźnie się pogorszyły. I może to się wiązać z programem Rodzina 500 plus. W przypadku niektórych gospodarstw domowych ów program sprawia, że praktycznie nie uzyskujemy dodatkowego dochodu, jeżeli współmałżonek podejmuje zatrudnienie.

Rośnie bierność zawodowa wśród młodych kobiet

Stopa bezrobocia dla kobiet w wieku 25-49 lat cały czas spada. W porównaniu do danych sprzed roku jest ona niższa o 1,2 pkt proc. (ponad 60 tys. osób) i wynosi 4,5 proc. (229 tys.). Niestety, w tym samym czasie zamiast wzrostu obniżył się wskaźnik zatrudnienia. Wynosi on obecnie 74,9 proc. To o 0,3 pkt proc. (ok. 12 tys.) poniżej wartości sprzed roku.

Oznacza to, że młode kobiety zamiast przejść z grupy bezrobotnych do zatrudnionych zasiliły szeregi biernych zawodowo, czyli tych osób, które ani nie mają posady, ani jej nie szukają. Dodatkowo część badanych z zatrudnienia przeszła w stan nieaktywności zawodowej.

Potwierdzają to również inne dane Eurostatu. Wynika z nich, że odsetek kobiet niemających oraz nieszukających płatnego zajęcia wzrósł z poziomu 20,4 proc. w III kw. 2016 r. do wartości 21,6 proc. rok później.

Liczba biernych zawodowo kobiet w wieku 25-49 lat powiększyła się o 78 tys. w ciągu roku i osiągnęła wartość niespełna 1,4 mln. Warto także podkreślić, że ten proces następuje w momencie silnego wzrostu gospodarczego.

Pogorszenie się parametrów rynku pracy dla opisywanej grupy osób może wynikać ze zbyt wysokiego opodatkowania dodatkowego dochodu dla tych, którzy bierność zawodową chcieliby zamienić na zatrudnienie.

Praca nie popłaca? Podatek 84,84 proc.

Szukając przyczyn spadku aktywności zawodowej, warto zwrócić uwagę przede wszystkim na kwestię pułapki bierności, czyli braku zachęty finansowej do znalezienia pracy. Jest ona szczególnie dotkliwa, gdy podjęcie zatrudnienia nie przekłada się na zauważalny wzrost dochodu do dyspozycji w rodzinie, gdyż powoduje utratę świadczeń społecznych oraz zwiększenie obciążeń podatkowych.

Właśnie z tym problemem możemy mieć do czynienia w Polsce. Dane Komisji Europejskiej  pokazują, że w przypadku rodziny z dwójką dzieci, gdzie jeden z współmałżonków zarabia dwie trzecie średniej krajowej (ponad 30 proc. społeczeństwa uzyskuje takie lub mniejsze wynagrodzenie) pójście do pracy przez drugą dorosłą osobę, która otrzyma 40 proc. średniej krajowej (np. praca na część etatu) oznacza faktyczne opodatkowanie dodatkowego dochodu stawką aż 84,84 proc.

Krańcowa efektywna stopa podatkowa (METR – marginal effective tax rate) w okolicach 85 proc. dla badanego przypadku jest najwyższa w całej Unii. Średnia we Wspólnocie wynosi  32 proc. Dodatkowo w porównaniu z 2015 r. wzrosła ona o ponad 30 pkt proc., co należy przede wszystkim wiązać z wprowadzeniem programu Rodzina 500 plus.

METR jest także bardzo wysoki w przypadku innych kombinacji dochodu w gospodarstwie domowym. Przy zarobkach jednego współmałżonka na poziomie dwóch trzecich średniej krajowej i uzyskania zatrudnienia przez drugiego także na poziomie dwóch trzecich przeciętnego wynagrodzenia METR wynosi 63 proc. dla czteroosobowej rodziny z dwójką dzieci. Opodatkowanie dodatkowego dochodu wynosi również ponad 60 proc., gdy w gospodarstwie domowym (2+2) jeden z dorosłych zarabia średnią krajową, a drugi wraca do pracy i uzyskuje 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia (np. część etatu).

Szereg negatywnych konsekwencji

Systemowa dezaktywizacja zawodowa niesie za sobą wiele niepożądanych skutków. Wypychanie z rynku pracy części społeczeństwa przekłada się na znacznie trudniejszy powrót do zatrudnienia w przyszłości i powolną erozję kwalifikacji. Brak dochodów z pracy to również ubytek w podatkach czy składkach społecznych oraz niższe późniejsze świadczenie emerytalne.

Rozwiązaniem tego problemu może być stopniowa redukcja świadczenia Rodzina 500 plus na pierwsze dziecko w przypadku przekroczenia kryterium dochodowego, a nie jak obecnie jego całkowita utrata. Wzrośnie wtedy zachęta, żeby podejmować zatrudnienie bez obawy o utratę 500 plus.

Innym podejściem może być taka konstrukcja kwoty wolnej od podatku czy ulgi na dzieci, która osobom tracącym 500 plus w znacznym stopniu zrekompensuje utratę świadczenia. Chociaż każda z tych operacji prawdopodobnie wygeneruje dodatkowe obciążenia budżetowe, to jednak w dłuższym terminie okażą się one znacznie mniej dotkliwe niż systemowe wypychanie coraz większej liczby osób do grupy biernych zawodowo.

Odkle-JEN-ie od fundamentów

Jen złamał międzyrynkowe korelacje, ignorując sygnały z rynku długu i akcji. Choć umocnienie waluty opiera się na mylnych założeniach, trzeba dać rynkowi się wyszumieć. Dla euro włoskie ryzyko polityczne wyparowało, zanim ktokolwiek zaczął się nim przejmować. W Polsce mamy finał dwudniowego posiedzenia RPP, którego rynek złotego może nawet nie zauważyć.

Mijająca noc przynosi dwie fale nagłej aprecjacji jena bez wyraźnego uzasadnienia w informacjach, choć pękające poziomy techniczne i ucieczka inwestorów niewiedzących co się dzieje robi swoje. Jak jeszcze wczorajszy zjazd USD/JPY można byłoby reakcją na zmniejszenie wolumenu skupowanych przez Bank Japonii obligacji skarbowych z rynku wtórnego, dziś ruch wziął się z niczego. Jednocześnie podtrzymuję moje zdanie z wczoraj, że dywagacje teraz odnośnie szybszego zacieśniania polityki monetarnej w Japonii są przedwczesne. Inflacja jest dużo poniżej celu (0,6 proc. vs 2 proc.), a jeśli już szukać kluczowych elementów ekspansji monetarnej BoJ, to nie w wielkości cyklicznych przetargów skupu obligacji, ale w polityce stabilizowania rentowności 10-letnich obligacji skarbowych blisko 0 proc. Jeśli BoJ jest w stanie osiągać ten cel mniejszym kosztem – dobrze dla niego. Co więcej, w przeszłości BoJ pokazał, że jak tylko rentowności miałyby uciekać ponad 0,1 proc., bank decyduje się na nielimitowany skup obligacji. Na razie jednak rynek walutowy podąża swoją dziwaczną ścieżką, gdyż międzyrynkowe zależności nie wspierają spadków USD/JPY. Rentowności 10-letnich obligacji USA w ciągu ostatnich 24 godzin skoczyły 9 pb do 2,57 proc.; indeks tokijskiej giełdy Nikkei 225 jest najwyżej od 1991 r.! Takie rozdźwięki w relacjach aktywów nie utrzymują się długo, ale na razie trzeba dać się rynkowi wyszumieć.

EUR/USD walczy o utrzymanie ponad 1,19, a po rynku nie widać reaktywacji popytu pod realizację topowej strategii na 2018 rok. Wczoraj rynek obiegła informacja, że włoska partia Ruch 5 Gwiazd rezygnuje z postulatu wyjścia ze strefy euro. Wcześniej liderzy anty-establishmentowej stawiali zarzuty przeciw sojuszowi Niemiec i Francji oraz mieli obiekcje wobec surowej polityki fiskalnej nakazujące cięcia budżetowe zadłużonym krajom. Porzucenie postulatu Italexitu wyraźnie umniejsza ryzyko nerwowej reakcji rynków na wybory we Włoszech na wiosnę. Dla euro jest to neutralna informacja, ponieważ rynek jeszcze nie zdążył przenieść uwagi na temat wyborów.

W Polsce Rada Polityki Pieniężnej podejmuje decyzję, ale nikt nie ma złudzeń, że stopy procentowe ulegną zmianie. Spadek inflacji CPI z grudniu do 2 proc. z 2,5 proc. w listopadzie przemawia za argumentacją gołębi, że inflacja nie ucieka spod kontroli banku centralnego. Poza tym inflacja bazowa wciąż pozostaje nisko (ok. 1 proc.), i dopóki tutaj nie dojdzie do przyspieszenia, nie ma co liczyć na zwrot w polityce pieniężnej. EUR/PLN odbił do 4,19 pod wpływem ostygnięcia apetytu na rynki wschodzące. Okrągły poziom 4,20 jest w zasięgu, ale do dalszych wzrostów potrzeba by było pogorszenia sentymentu na rynkach zewnętrznych, czego obecnie nie widzę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

A1, Zakopianka i obwodnica Marek – trwają prace na polskich drogach

Wielokrotne przekładanie terminów otwarcia ofert, kiedy mięliśmy poznać warunki cenowe budowy kolejnych odcinków dróg nie podobało się i kierowcom i firmom budowlanym. Było tak w przypadku autostrady A1, czyli ostatniego brakującego fragmentu na Śląsku – między Częstochową a Łodzią. Pięciokrotnie przekładano otwarcie ofert, w końcu nastąpiło to w grudniu.

– Wszystko wskazuje na to, że jeżeli oferty po sprawdzeniu będą mogły przejść do fazy podpisania umów z wykonawcami, nastąpi to w pierwszej połowie 2018 roku. Można szacować, że za trzy lata cała autostrada A1, druga w naszym kraju, będzie w pełni przejezdna dla kierowców, od południowej granicy aż do Trójmiasta – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski wiceprezes ZDG TOR – Trwają także prace na Zakopiance. Choć wielu drogowców chciałoby przejechać trasą dwupasmową do samego Zakopanego, jest to oczywiście niemożliwe. Nie można rozszerzyć miasta i wpuścić tam dróg ekspresowych. Istnieją jednak inne rozwiązania, które mogą usprawnić tamtejszy ruch samochodowy. Są to realizowane obecnie inwestycje za kilka miliardów złotych, jak budowa skomplikowanych tuneli. Rząd powinien jednak intensywniej pracować nad poprawą połączenia kolejowego. Trwają już prace, które mają doprowadzić do budowy łącznic na tej linii. Oznacza to już skrócenie czasu przejazdu nawet do kilkudziesięciu minut. Usprawnienie komunikacji kolejowej jest niewątpliwie ratunkiem dla Zakopanego. W 2017 roku było kilka terminów otwarcia innego, kluczowego fragmentu – obwodnicy Marek. W grudniu została ona zgłoszona do Inspektora Budowlanego, aby sprawdził czy mogą na nią wjechać kierowcy. Dla mieszkańców miejscowości to olbrzymie odciążenie, ponieważ w ciągu doby przejeżdża tam 70 tys. pojazdów. Kolejna trasa wyprowadzająca ruch z Warszawy będzie bardzo przydatna. Należy mieć nadzieje, że nie ma ona żadnych wad i na przełomie roku trafi na listę inwestycji zakończonych – wskazał Furgalski.

Cyfrowy dowód rejestracyjny pojazdu jeszcze w tym roku

Na III kwartał 2018 roku Ministerstwo Cyfryzacji zapowiada wdrożenie do aplikacji mDokumenty dowodu rejestracyjnego, polisy OC i prawa jazdy. Oznacza to, że wszystkie te dokumenty będzie można okazywać za pomocą smartfona. Już teraz można poprzez portal historiapojazdu.gov.pl sprawdzić szczegółową historię auta, również sprzed jego sprowadzenia do kraju. Ministerstwo Cyfryzacji zapowiada, że niebawem zostaną uruchomione kolejne usługi i ułatwienia dla zmotoryzowanych.

Aplikacja mDokumenty ma sprawić, że jej użytkownicy nie będą musieli nosić przy sobie niektórych dokumentów, tylko w razie potrzeby wyświetlą je na ekranie telefonu. Od maja 2017 roku w Łodzi, Ełku, Koszalinie i Nowym Wiśniczu trwa pilotaż tej usługi dla dowodów osobistych. Zgodnie z harmonogramem opublikowanym przez Ministerstwo Cyfryzacji, jeszcze w I kwartale 2018 roku usługa ma być dostępna w całym kraju. Na III kwartał zaplanowano natomiast zdigitalizowanie dokumentów dotyczących samochodu, czyli dowodu rejestracyjnego, polisy OC oraz prawa jazdy.

– Na przełomie stycznia i lutego planujemy uruchomić usługę „Mój pojazd”, która pozwoli wyświetlić kompletną informację o posiadanym samochodzie. Będzie można wydrukować raport, który udostępnimy jako potencjalni sprzedawcy przyszłemu nabywcy. Dane dostępne w portalu historiapojazdu.gov.pl są w pewnym stopniu ograniczone. Te, które będzie można wygenerować w usłudze „Mój pojazd”, będą kompletne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Okoński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Już teraz można korzystać z udogodnień pozwalających na sprawdzenie dokładnej historii kupowanego samochodu. Osoby zainteresowane zakupem mogły dotychczas sprawdzić na portalu historiapojazdu.gov.pl szczegółową historię aut pochodzących z Polski oraz tych, które były sprowadzone i zostały już zarejestrowane w kraju. Od początku 2018 roku kupujący mają możliwość sprawdzenia tam również tego, co działo się z samochodem przed jego pojawieniem się w Polsce.

– Oprócz tego, co widzieliśmy do tej pory, czyli historii badań technicznych, podstawowych informacji o historii zmian właściciela, zyskujemy dodatkowe informacje o przeszłości auta sprzed jego sprowadzenia do kraju. To dane o czynnikach ryzyka, czyli alertach, które mają potencjalnego nabywcę poinformować o tym, czy auto było na przykład złomowane, użytkowane jako taksówka lub uczestniczyło w wypadku, po którym stwierdzono szkodę całkowitą – wyjaśnia Karol Okoński.

Raport jest dostępny zarówno dla kupujących, jak i sprzedających. Aby uzyskać dostęp do danych sprzed sprowadzenia auta z zagranicy, trzeba jednak posłużyć się profilem zaufanym. Jak wyjaśnia podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, dzieje się tak dlatego, że dane udostępnia komercyjna firma Carfax. Jednym z warunków współpracy było to, że informacja ma być dostępna tylko dla obywateli polskich. Należało więc uniknąć sytuacji, w której ktoś z zagranicy, dowiadując się, że jest w Polsce taka usługa, zacznie wykorzystywać ją do swoich potrzeb.

– Założenie profilu zaufanego w tym momencie jest możliwe również zdalnie, bez wychodzenia z domu, korzystając z możliwości potwierdzania przez bankowość internetową już w wielu bankach, więc zakładamy, że nie będzie to przeszkoda, żeby tej usługi użyć, natomiast jest ona adresowana do osób fizycznych, nie do firm – wyjaśnia wiceminister.

Z informacji dostępnych w Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców wynika, że w Polsce rocznie rejestruje się od 1,5 do niemal 2 mln samochodów. Większość z nich to auta używane, często sprowadzane z zagranicy.

Ile kosztuje wyszkolenie drugiego Lewandowskiego? Całkiem sporo, bo aż pół miliona złotych

Szacuje się, że koszty profesjonalnego przygotowania dziecka od 3. do 16. roku życia do zawodowej gry w piłkę nożną to wartość nawet 3-4 pokojowego nowego mieszkania w dużym mieście. Z obserwacji części ekspertów wynika, że wielu rodziców inwestuje tak poważne środki, w pełni wierząc, że zwrócą się one z nawiązką. Szkolenie traktowane jest wówczas jak swego rodzaju prestiżowe studia wyższe. Rodzice chcą w ten sposób zapewnić swoim dzieciom jak najlepszy życiowy start. Dlatego nie przejmują się bieżącymi wydatkami, choć nie ze wszystkich zdają sobie sprawę, bo rzadko aż tak skrupulatnie je podsumowują. W całym tym procesie nie mogą jednak liczyć na wsparcie sponsorów, bo ci nie chcą finansować młodych sportowców o bardzo niepewnej przyszłości. Tymczasem bez tego, niewielu z tych młodych piłkarzy ma szansę na prawdziwą karierę w znanym klubie.

Małe dziecko – małe koszty

Z przeprowadzonej analizy wynika, że w okresie od 3. do 7. roku życia miesięczne koszty związane ze szkoleniem dziecka na profesjonalnego piłkarza kształtują się od 800 zł do niemal 2 tys. zł. Jest wśród nich uwzględniony m.in. dojazd na trening z rodzicem, sprzęt, jak również cena pojedynczych zajęć. Zatem rocznie wszystko daje od blisko 10 tys. zł do nawet 24 tys. zł. Przez 5 lat może uzbierać się więc suma w przedziale od ponad 50 tys. zł do prawie 120 tys. zł.

– Z moich obserwacji wynika, że wiele polskich rodzin, szczególnie w dużych i średnich miastach, jest gotowych ponosić tego rzędu wydatki. Trudności występują oczywiście w mniejszych miejscowościach i na terenach o dużym współczynniku bezrobocia, gdzie możliwości zarabiania pieniędzy są ograniczone. Natomiast obserwuję, że bez względu na miejsce zamieszkania czy też status finansowy rodzice poszukują środków na profesjonalne, piłkarskie szkolenie dla swoich dzieci. Czasem odbywa się to kosztem pewnych wyrzeczeń, z myślą o przyszłości i ewentualnym zwrocie dokonywanych nakładów – zauważa Konrad Adamczyk, dyrektor ds. szkolenia i metodyki z warszawskiej Akademii Piłkarskiej EsKadra.

Koszt 12 treningów miesięcznie, czyli 3 tygodniowo, w prywatnych akademiach dla tego przedziału wiekowego w małych miastach wynosi od 70 zł do 120 zł, w średnich – od 80 do 120 zł, a w dużych aglomeracjach – od 120 zł do nawet 250 zł. W skali roku rodzice mogą wydać prawie półtora tys. zł, o ile mieszkają w mniejszej miejscowości. W stolicy województwa to może wynosić nawet dwa razy tyle, czyli 3 tys. zł. Niektórzy wykupują również  treningi doszkalające. Pojedyncze zajęcia kosztują od 75 zł do 180 zł. Jeśli dziecko uczęszcza na nie raz w  tygodniu, to przez cały rok potrafi uzbierać się kwota od blisko 4 tys. zł do prawie 9 tys. zł.

– Absolutnie nie popieram, panującego wśród rodziców, trendu wydawania dziesiątek tysięcy złotych na profesjonalne szkolenie dzieci w wieku od 3 do 7 lat. Według mnie, w tym okresie należy umiejętnie zaciekawić malca sportem i uważać na to, żeby go czasem nie zniechęcić zbyt dużą ilością zajęć. W mojej opinii, nie jest on jeszcze gotowy na to, aby uczestniczyć w większej liczbie treningów, niż 3 tygodniowo. Zatem te koszty mogą zostać znacznie zredukowane – zaznacza Roman Kosecki, były kapitan reprezentacji Polski, a w latach 2012-2016 wiceprezes zarządu PZPN ds. szkolenia.

Młodego piłkarza trzeba też dowieźć na zajęcia i przywieźć do domu. W analizie założono, że średnio 3 razy w tygodniu rodzice i dziecko mają do przebycia w dwie strony ok. 2-5 km. Korzystając przez rok tylko z publicznej komunikacji, trzeba zapłacić od 900 zł do niemal 1,2 tys. zł. W przypadku własnego pojazdu wyjdzie od blisko 1,4 tys. zł do przeszło 1,7 tys. zł. A to dopiero początek wydatków. Na każdy sezon dziecko potrzebuje minimum jednego dresu, koszulki i spodenek. W okresie jesienno-zimowym musi mieć jeszcze kurtkę, getry, ubrania termiczne, rękawiczki, czapkę i opaskę na głowę. Rocznie to może być koszt ponad tysiąca zł. Natomiast halówki, korki i lanki, które też są niezbędne dla kilkulatka, potrafią wynieść łącznie 700 zł na rok. Jak wiadomo, dziecko szybko ze wszystkiego wyrasta, szczególnie w tym wieku. Ponadto młodemu zawodnikowi trzeba także kupić ochraniacze na nogi, plecak na trening oraz piłkę. Łącznie 3 takie rzeczy mogą wynieść ponad 400 zł.

– Kiedyś najlepsze lekcje gry w piłkę dawało podwórko, ale te czasy mocno się zmieniły. Dziś przyszły piłkarz powinien od najmłodszych lat trenować w profesjonalnej akademii, założonej przy dużym klubie. Wtedy naturalnie zdobywa kontakty, które mogą zaważyć na jego dalszej karierze. I co ważne, rozwija się pod opieką wysoko wykwalifikowanych trenerów, a tych w Polsce wciąż brakuje, ze względu na trudną drogę do zdobywania uprawnień. Nawet w Czechach jest ich więcej, niż u nas. To oczywiście wpływa na ceny treningów i sumę kosztów, które muszą ponosić rodzice – komentuje Radosław Majdan, były bramkarz reprezentacji Polski, obecnie działacz piłkarski i trener.

Z wiekiem rosną wydatki

W przedziale od 8. do 15. roku życia wszystkie koszty za okres 8 lat mogą wynieść od 180 tys. zł do nawet 400 tys. zł. Składają się na nie średnie miesięczne wydatki, od blisko 2 tys. zł do ponad 4 tys. zł, a następnie roczne – od przeszło 22 tys. zł do kwoty powyżej 51 tys. zł. Analogicznie do młodszej grupy wiekowej, uwzględniono w nich m.in. opłaty za poszczególne zajęcia, biorąc pod uwagę potrzeby starszych dzieci. Największe nakłady finansowe, również w przypadku tych starszych zawodników, generują treningi doszkalające. Jeśli odbywają tylko raz w tygodniu, to rocznie mogą przynieść sumę od 4 tys. zł do nawet blisko 10 tys. zł, w zależności od wielkości miasta. Jednak dla rozwoju piłkarza w tym okresie bardzo ważne są także wyjazdy na turnieje lokalne, czasem ligowe lub międzynarodowe rozgrywki. Rocznie mogą one pochłaniać przeszło 7 tys. zł. Dodatkowo tygodniowy letni obóz sportowy, który raczej też jest koniecznością dla młodego adepta piłki nożnej, wynosi od 1 tys. zł do 1,5  tys. zł, 10-dniowy – do 2 tys. zł, a zimowy – to nawet wydatek 1,6 tys. zł w przypadku tygodnia i ponad 2 tys. zł dla 10 dni.

– Przeprowadzona analiza jednoznacznie wykazała, że najmniejsze znaczenie dla całości wydatków ma sprzęt piłkarza. Niemniej jednak, ubrania oraz buty w tej grupie wiekowej kosztują więcej, niż dla młodszych dzieci. Przykładowo, komplet na 1 rok, zawierający żwirówki, halówki, lanki i wkręty, może wynieść ponad 2 tys. zł, tj. o półtora tys. więcej, niż w przypadku specjalistycznego obuwia dla kilkulatka. Podstawowe treningi też czasem są droższe. W dużych miastach miesięczna opłata za zajęcia odbywające się 3 razy w tygodniu, może sięgać nawet 300 zł, co daje koszt ok. 3,6 tys. zł rocznie – dodaje Konrad Adamczyk.

Na Zachodzie w tej grupie wiekowej, oprócz inwestowania w treningi, wyjazdy i sprzęt, modne jest też wysyłanie dziecka do psychologa, np. w celu budowania jego motywacji. Jak wynika z analizy, w Polsce, tzw. trening mentalny, czyli stała opieka, może polegać na 2 wizytach w miesiącu. Każda z  nich to koszt od 100 zł do 200 zł. Tego rodzaju wsparcie w dużym mieście wynosi więc rocznie aż 4,8 tys. zł. Jednak zdaniem ekspertów, u nas mało którą rodzinę stać na tego typu dodatkowe wydatki, oprócz już wyżej wskazanych. Z drugiej strony, nie każdy rodzic zdaje sobie sprawę z tego, że taka opieka bywa niekiedy bardzo potrzebna.

– W dzisiejszych czasach prawie każdy młody piłkarz żyje pod dużą presją. Odczuwa ją nie tylko podczas rozgrywek i treningów, ale też w szkole, na innych zajęciach pozalekcyjnych i często w domu lub będąc wśród rówieśników na podwórku. Zdarza się, że chłopcy zwyczajnie sobie dokuczają, np. złośliwe komentują wyniki lub bieżące osiągnięcia, co negatywnie wpływa na psychikę tak młodych  osób. Szczere rozmowy sam na sam z terapeutą mogą rozwiązać tego typu problemy i lepiej nastawić do rywalizacji na boisku – podkreśla Konrad Adamczyk.

Kolejnym dodatkowym wydatkiem mogą być konsultacje z dietetykiem. Moda na tego rodzaju pomoc również dociera do nas z Europy Zachodniej. Cena każdego indywidualnego spotkania, odbywającego się raz w miesiącu, mieści się w przedziale od 80 zł do 150 zł. Wówczas roczny koszt waha się od bisko 1 tys. zł do 1,8 tys. zł. Zadaniem specjalisty jest wyjaśnienie dziecku oraz jego rodzicom, co należy jeść, o jakich porach i przy jakim wysiłku fizycznym, aby to idealnie współgrało z uprawianym sportem, a także było dla niego bezpieczne. Brak tego rodzaju wiedzy w niektórych przypadkach może prowadzić np. do anemii lub innych poważnych chorób. Wszak wiadomo, że organizm młodego piłkarza jest mocno eksploatowany, na co rodzice powinni odpowiednio reagować.

– W dużych akademiach co pewien czas odbywają się tzw. pogadanki z psychologiem i z dietetykiem, które mieszczą się comiesięcznych opłatach. Takie spotkania są też często organizowane na obozach letnich i zimowych. Według mnie, wielu zawodnikom to wystarcza. Ale oczywiście zdarza się, że młodzi piłkarze tracą kondycję i zapał do sportu, bo zwyczajnie są zagubieni pod wpływem przerośniętych ambicji rodziców. Buntują się. Wówczas trudno jest im osiągać jakiekolwiek sukcesy – ocenia Roman Kosecki.

Wszystko na barkach rodziców?

Jak wynika z analizy, suma wszystkich wydatków ponoszonych przez całe 13 lat może sięgać od 220 tys. do ponad 500 tys. zł. W opinii Konrada Adamczyka, wyliczone kwoty robią ogromne wrażenie. Przecież za pół miliona złotych można kupić mieszkanie 3-4 pokojowe w dużym mieście, które w przyszłości też będzie swego rodzaju zabezpieczaniem dla dziecka. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie wydatki związane z profesjonalnym trenowaniem, przedstawiona suma jest jak najbardziej realna. Dyrektor z warszawskiej Akademii Piłkarskiej EsKadra dodaje również, że w większości rodzice nie zdają sobie z tego sprawy, jak duże sumy finalnie inwestują w dziecko, ponieważ na bieżąco nie liczą ponoszonych wydatków. I często przez to tracą rachubę.

– Wydawanie fortuny na szkolenie piłkarskie dzieci jest wyłącznie kwestią wyboru rodziców. Wiele akademii na terenie Polski to prywatne biznesy i bywa, że te podmioty działają poza piłkarskimi strukturami i nie są zrzeszone w żadnym – wojewódzkim czy regionalnym – związku piłki nożnej. Ustalają wysokie opłaty, choć nie zawsze oferują najwyższą jakość usług. Tymczasem Akademia Młodych Orłów PZPN-u zapewnia całkowicie bezpłatne treningi w 3 kategoriach wiekowych: Skrzaty – 6-7 lat, Żaki – 8-9 lat i Orliki – 10-11 lat. Do tego każdy adept zostaje wyposażony w profesjonalny sprzęt sportowy – informuje Jakub Kwiatkowski, rzecznik prasowy Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Innego zdania jest ojciec 11-letniego zawodnika jednej z warszawskich szkółek piłkarskich, który chce pozostać anonimowy. Uważa on, że tego typu inicjatywa nie przygotuje jego syna do kariery tak dobrze, jak prywatna akademia. W przypadku AMO lokalizacji jest bardzo mało na terenie kraju. Dla przykładu, w samej Warszawie nie ma zajęć, a najbliższe są ok. 30 km od niej. Finalnie sam koszt dowożenia dziecka w tak odległe miejsce, nie licząc czasu rodzica, może więc być kompletnie nieopłacalny. Chcąc dać chłopcu szansę na życiowy sukces, ojciec sam wszystko finansuje. Jego syn jest jeszcze zbyt młody, żeby mógł uzyskać wsparcie sponsora. Producenci, zwłaszcza alkoholu czy innych produktów dla dorosłych, są zainteresowani wyłącznie pełnoletnimi i ukształtowanymi już graczami.

– Nikt nie będzie sponsorował cudzego dziecka, dopóki nie wykaże się ono szczególnym potencjałem na boisku. Zdarza się natomiast, że łowcy talentów z obcych krajów przyjeżdżają do Polski i proponują przeprowadzkę za granicę całej rodzinie młodego, uzdolnionego zawodnika. Tam znajdują rodzicom pracę, a dzieci trenują na swoich narodowych mistrzów – wyjaśnia Jakub Kwiatkowski z PZPN-u.

Jednak sponsoring to nie jedyne rozwiązanie. Zgodnie z realiami rynkowymi, młody piłkarz ma szansę zacząć zawodową karierę wcześniej, korzystając np. z usług profesjonalnych firm doradczych. Ich atutem są m.in. dobre kontakty z największymi zagranicznymi i krajowymi klubami. Natomiast dziecko powinno mieć przynajmniej 15-16 lat i wykazywać się obiecującymi zdolnościami, żeby nawiązać z nimi współpracę. Specjalista ocenia jego możliwości np. na podstawie obejrzanych 3 meczy. Wtedy też decyduje, czy ma ono odpowiedni potencjał. Jeśli postanowi wziąć go pod swoją opiekę, to może podpisać kontrakt z rodzicami niepełnoletniego zawodnika. Później, gdy dochodzi już do transferu, czyli do zmiany klubu, taka firma pobiera swoją prowizję, np. 10% od sumy odstępnego bądź tyle samo od wynagrodzenia zawodnika. Nie dotyczy to zwykle symbolicznych kwot, tj. skromnego stypendium.

– Nie ulega wątpliwości, że wyszkolenie młodego piłkarza sporo kosztuje. Ale mało który rodzic zraża się wydatkami, zresztą nie każdy zdaje sobie z nich sprawę, bo ich regularnie nie sumuje. W większości te osoby mocno wierzą, że ich dziecko w przyszłości będzie zawodowo grało w piłkę, jak np. Robert Lewandowski, a wtedy zwrócą się wszystkie poniesione koszty. Wystarczy posłuchać rozmów tych, którzy czekają na swoje pociechy podczas treningów. To jest podobne myślenie do tego, że trzeba wysłać dziecko na porządne studia, żeby miało odpowiedni start w życiu, a potem dobrze zarabiało – wyjaśnia ojciec 11-letniego zawodnika.

Jak podsumowuje Radosław Majdan, warto pamiętać o tym, że piłka nożna wywodzi się z tzw. nizin społecznych. Dała szansę na lepsze życie wielu biednym chłopcom z różnych krajów świata. Ci, którzy dobrze ją wykorzystali, w wielu przypadkach są dziś niesamowicie zamożnymi ludźmi i często sami pomagają finansowo innym. Tym bardziej PZPN powinien aktywniej wspierać utalentowanych adeptów. Inaczej rodzice, których obecnie nie stać na ponoszenie wysokich kosztów, będą wręcz zniechęcać swoje dzieci do tej drogi zawodowej. A to byłaby wielka strata dla polskiego sportu i wszystkich miłośników futbolu.

Analizę przeprowadził Instytut Badawczy ABR SESTA we współpracy z warszawską Akademią Piłkarską EsKadra. W badaniu zostały wzięte pod uwagę wszystkie koszty, które rodzice mogą ponosić w zakresie profesjonalnego przygotowania młodego piłkarza do ewentualnej kariery zawodowej.

Ponad 80 proc. Polaków skarży się na ból kręgosłupa. Wielu bagatelizuje problem, co może mieć poważne skutki dla zdrowia

Ponad 80 proc. Polaków skarży się na ból kręgosłupa. Wielu bagatelizuje problem, co może mieć poważne skutki dla zdrowia 1

84 proc. Polaków przyznaje, że mieli do czynienia z bólem kręgosłupa. Siedmiu na dziesięciu badanych cierpi na przewlekły, nawracający ból, ale połowa bagatelizuje problem i nie podejmuje żadnego leczenia – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Carolina Medical Center. W większości przypadków drobne bóle kręgosłupa są kojarzone z przepracowaniem, przedźwiganiem czy stresem, ale to może być oznaka poważnego schorzenia, jakim jest dyskopatia. Nieleczona może prowadzić do przewlekłej choroby zwyrodnieniowej kręgosłupa, a nawet do niedowładu.

Dyskopatia to schorzenie krążka międzykręgowego – potocznie zwanego dyskiem, znajdującego się w odcinku szyjnym bądź lędźwiowym (w rzadkich przypadkach również piersiowym). Są to najbardziej ruchome fragmenty kręgosłupa, które narażone są na duże przeciążenia.

Najczęstszą przyczyną bólu kręgosłupa jest choroba zwyrodnieniowa dolnego odcinka kręgosłupa, czyli dyskopatia. Ból powoduje najczęściej zwyrodnienie krążków międzykręgowych w odcinku lędźwiowym i te dolegliwości mają swój charakterystyczny przebieg. Najczęściej jest to jeden lub kilka powtarzających się ostrych ataków bólu w dolnym odcinku kręgosłupa, ale ból jest łagodniejszy wraz z upływem czasu. Jeżeli pacjent włącza fizykoterapię, zaczyna ćwiczyć, dba o sylwetkę, to te dolegliwości z reguły ustępują – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Jurij Kseniuk, neurochirurg Carolina Medical Center w Warszawie.

Powody do niepokoju pojawiają się wtedy, gdy ból jest bardzo silny, trwa dłużej niż kilka lub kilkanaście dni, często nawraca lub kiedy promieniuje do kończyn dolnych i towarzyszy mu kłopot z utrzymaniem moczu. Te objawy powinny skłonić pacjenta do jak najszybszego kontaktu z lekarzem.

Wiele osób jednak bagatelizuje problemy z kręgosłupem. Ponad 64 proc. osób podkreśla, że ból nie był aż tak silny, aby wymagał specjalistycznej terapii. Co trzeci badany nie decyduje się na leczenie ze względu na brak czasu.

Przyczyna, dla której pacjenci nie podejmują leczenia, leży w naturze tej choroby, ponieważ jej przebieg jest usypiający. Gdy po kilku dniach po ostrym ataku ból ustąpi, pacjent nie zwraca już na to uwagi. Jeżeli objawy nie nasilają się, ból nie promieniuje do nogi, to z reguły pacjent zaniechuje ćwiczeń i dalszego leczenia, natomiast przebieg z częstymi nawrotami jak najbardziej skłania pacjenta ku temu, by zwrócić się do lekarza – podkreśla dr Jurij Kseniuk.

Lekarze podkreślają, że bagatelizowanie problemu może mieć poważne konsekwencje. Im dłużej pacjent zwleka z podjęciem leczenia, tym bardziej skomplikowane terapie go czekają.

Jeżeli pacjent ponad dwa lata cierpi na przewlekłe dolegliwości bólowe, to ma już zapuszczone pewne mechanizmy, kiedy układ nerwowy zaczyna generować impulsy bólowe sam. Dlatego tak ważne jest wyleczenie pacjenta przed końcem pierwszego roku choroby – wtedy wyniki są najlepsze. Po ponad dwuletnim nieskutecznym leczeniu mamy do czynienia z chorobą bólową, która wymaga oddzielnego leczenia. Taki pacjent jest zdecydowanie trudniejszym przypadkiem i wyeliminowanie u niego dolegliwości w całości często nie jest możliwe – wyjaśnia dr Jurij Kseniuk.

Brak odpowiednich działań może nawet prowadzić do niedowładu. Tymczasem – jak podkreślają eksperci – współczesna medycyna szybko umie sobie poradzić z takimi dolegliwościami. Dyskopatię można dziś wyleczyć jednym zastrzykiem, którym wprowadza się żelową protezę do uszkodzonego dysku.

Jeżeli dyskopatia jest niepowikłana, taki pacjent jest edukowany, jak ma się zachować, i kierowany jest na fizykoterapię. U większości pacjentów jest to wystarczające postępowanie. Ważne jest, aby nie przeoczyć chorób, które można wyłapać na wcześniejszych etapach. W większości przypadków da się jak najbardziej kontrolować sytuację. Dyskopatia ma korzystny przebieg naturalny dla pacjentów. Większość osób, które dbają o sylwetkę, stan mięśni, regularnie ćwiczą czy współpracują z rehabilitantem dobrze się czuje. Trzeba pamiętać, że jest to choroba przewlekła – nie da się cofnąć zmian, natomiast da się z nimi żyć i współistnieć – tłumaczy dr Jurij Kseniuk.

U osób, u których przepuklina dyskowa jest duża, najlepiej sprawdzi się operacja przy wykorzystaniu minimalnej inwazji. Współczesne techniki neurochirurgicznie nie naruszają mięśni i więzadeł przykręgosłupowych, dzięki czemu rekonwalescencja jest szybsza.

W przypadku choroby zwyrodnieniowej dolnego odcinka kręgosłupa ważna jest także profilaktyka.

Wszystko to, co korzystnie wpływa na stan mięśni, jest dobrą inwestycją w stan krążka: niepozostawanie w jednej, niewygodnej pozycji przez wiele godzin, przerwy na ćwiczenia i rozgrzanie mięśni, dopasowanie stanowiska pracy do naszych potrzeb. Wdrożenie kompleksu ćwiczeń w przypadku, jeżeli mamy już dolegliwości, z reguły pomaga. Te działania często pomagają nam nie dopuścić do dalszego rozwoju choroby – dodaje dr Jurij Kseniuk.

Sklepy elektroniczne i dyskonty liderami wydatków na przedświąteczną reklamę. Ich łączny budżet wyniósł 400 mln zł

Sklepy elektroniczne i dyskonty liderami wydatków na przedświąteczną reklamę. Ich łączny budżet wyniósł 400 mln zł 2

W tygodniach przedświątecznych firmy prześcigały się w pomysłach reklamowych. Wśród badanych przez IMM branż pod względem wydatków przodowały handel i farmacja. Marki handlowe wydały na reklamę w sumie 400 mln zł, a najczęściej reklamowane były sklepy z elektroniką i dyskonty. Z kolei wśród firm farmaceutycznych widoczny był wzrost kosztów promocji preparatów na rzucanie palenia. Tradycyjnie najwięcej zarobiła w tym okresie telewizja – tu trafiło 80 proc. budżetu reklamowego.

 Instytut Monitorowania Mediów po raz kolejny przeprowadził badanie wydatków reklamowych w prasie, radiu i telewizji. Analiza branży farmaceutycznej, finansowej, handlowej, motoryzacyjnej i telekomunikacyjnej pokazała, że reklamodawcy dostosowali rodzaj promowanych produktów do okresu przedświątecznego oraz postanowień noworocznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Liderem wydatków okazała się branża handlowa, która zagospodarowała ponad 40 proc. przestrzeni reklamowej badanej przez IMM. Najwięcej zainwestowały w promocję marki Media Expert (54,5 mln zł), Lidl (39,7 mln zł) oraz Media Markt (27,2 mln zł).

 Według oficjalnych cenników marki z branży handlowej wygenerowały łącznie ponad 400 mln zł na reklamy w grudniu. Ta kwota została przede wszystkim przeznaczona na promowanie sklepów z elektroniką, dyskontów i hipermarketów – mówi Magdalena Pawłowska. – Przedświąteczny okres sprzyja także wymianie sprzętu elektronicznego oraz modernizacji wnętrz, co  jak wynika z naszych badań  zostało zauważone przez reklamodawców.

W listopadzie to firmy farmaceutyczne wydały więcej na reklamę. Z danych IMM wynika, że zagospodarowały 38 proc. czasu reklamowego. W okresie przedświątecznym było to 33 proc. Firmy z tego sektora największe środki przeznaczają na promowanie produktów zwalczających objawy grypy i przeziębienia (13 proc.) oraz tych na katar (6 proc.) i kaszel (7 proc.). Wysoko są również reklamy suplementów diety i tabletek przeciwbólowych. Jednak liderem wydatków reklamowych w grudniu okazała się marka spoza wymienionych kategorii.

– Na pierwszym miejscu znalazł się tutaj Desmoxan, który wydał na promocję niemal 8 mln zł. To preparat, który pomaga w rzuceniu palenia, czyli wyzwaniu, które pewnie znalazło się na niejednej liście noworocznych postanowień – tłumaczy Magdalena Pawłowska.

Trzecią branżą generującą największe budżety reklamowe jest sektor finansowy. W grudniu w pierwszej piątce firm kupujących najwięcej czasu reklamowego nastąpiła zaskakująca zmiana.

– W grudniu Visa zainwestowała niemal 8 mln zł w promocję kampanii, w której do wygrania jest wyjazd na zimowe igrzyska olimpijskie – podkreśla  Magdalena Pawłowska.

Za firmą Visa znalazły się: mBank (7,1 mln zł), Provident (7,1 mln zł), ING (6,5 mln zł) i Millennium Bank (4,7 mln zł). Wśród najczęściej reklamowanych kategorii znalazły się pożyczki gotówkowe (37 proc.), inne usług bankowe (15 proc.), karty płatnicze (11 proc.) i konta osobiste (9 proc.).

Czwartym największym reklamodawcą były w grudniu firmy telekomunikacyjne. W tej kategorii liderem było Orange (29,1 mln zł), a na kolejnych miejscach znalazły się Plus (18,4 mln zł) i T-Mobile (11,1 mln zł). Piąta pozycja w rankingu reklamodawców przypadła branży motoryzacyjnej, w której przodowały Skoda (9,2 mln zł), Volkswagen (7,5 mln zł) oraz Citroen (6,2 mln zł).

Kredyty podrożeją, ale nieprędko i nieznacznie. Analitycy spodziewają się pierwszej podwyżki stóp procentowych najwcześniej za kilka miesięcy

Kredyty podrożeją, ale nieprędko i nieznacznie. Analitycy spodziewają się pierwszej podwyżki stóp procentowych najwcześniej za kilka miesięcy 3

Trzeci lub czwarty kwartał 2018 roku, a nawet dopiero 2019 rok, to spodziewany przez analityków termin pierwszej prawdopodobnej podwyżki stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. To przyniesie wprawdzie zwyżki rat kredytów złotowych o zmiennym oprocentowaniu, czyli głównie hipotecznych, oraz wzrost oprocentowania lokat, ale nie będą to znaczące zmiany, bo spodziewana podwyżka ma wynieść 25 punktów bazowych – ocenia analityk Marcin Kiepas.

 Oczekuję podwyżek stóp procentowych dopiero pod koniec 2018 roku, w IV kwartale. Będzie to jedna podwyżka o 25 punktów bazowych – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kiepas, niezależny analityk finansowy.

Jak podkreśla, gdyby miał rozważać zmiany w swojej prognozie, to raczej obstawiałby przesuniecie podwyżki na kolejny rok niż jej przyspieszenie, oraz związane z tym lekkie osłabienie złotego (podwyżka stóp, a nawet jej zapowiedź, zwykle umacnia walutę).

– W 2018 roku może dojść do paradoksalnej sytuacji, że w połowie roku amerykańskie stopy procentowe będą wyższe niż stopy w Polsce. Jest to związane z faktem, że amerykański Fed już od dłuższego czasu podnosi stopy, natomiast RPP pomimo rosnącej inflacji jest raczej wstrzemięźliwa i z tą decyzją będzie zwlekać do ostatniego momentu – uważa Marcin Kiepas

Średnie ceny dóbr i usług konsumpcyjnych zaczęły rosnąć w grudniu 2016 roku. W ciągu 2017 roku były wyższe od analogicznych z poprzedniego roku o od 1,5 proc. (w czerwcu) do 2,5 proc. (w listopadzie). Są to jednak przedziały uważane przez ekonomistów za zdrowe dla gospodarki. Dlatego nie spodziewają się oni szybkich podwyżek stóp procentowych. Ostatnia miała miejsce w maju 2012 roku, po niej nastąpiło jeszcze dziesięć obniżek. Od marca 2015 roku stopy pozostają na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie  – referencyjna wynosi 1,5 proc.

Według Marcina Kiepasa najbliższa podwyżka będzie jednak niewielka i nie zmieni wiele w finansowej rzeczywistości Polaków.

– Wzrost stóp procentowych o 25 punktów bazowych [0,25 proc., czyli do 1,75 proc. – red.] podniesie nam odrobinę raty kredytu, zwiększy atrakcyjność inwestowania, natomiast będzie to na tyle niewielka podwyżka, że konsument w szczególny sposób nie powinien tego odczuć –  uspokaja Kiepas.

Dodaje także, że jego zdaniem presja na wzrost cen będzie kontynuowana, przy czym nie będzie już – tak jak w 2017 roku – wynikała ze wzrostu cen energii oraz żywności, lecz m.in. z wyższych cen dóbr i usług.

Oczekuję, że średnioroczna inflacja w 2018 roku ukształtuje się na poziomie 2,3–2,4 proc., więc wciąż będzie poniżej celu inflacyjnego RPP. Poziom 2,5 proc. może zostać przekroczony dopiero w 2019 roku, przy czym inflacja nie będzie się kształtowała liniowo – przewiduje Kiepas. – Początek roku, co już pokazują dane, przyniesie nam spadek inflacji może nawet do poziomu 1,7 proc., a dopiero od kwietnia czy maja inflacja ponownie powinna wzrastać.

Polscy naukowcy odgrywają ważną rolę w rewolucji grafenowej. Pracują nad udoskonaleniem metody uzyskiwania grafenu płatkowego

Polscy naukowcy odgrywają ważną rolę w rewolucji grafenowej. Pracują nad udoskonaleniem metody uzyskiwania grafenu płatkowego 4

Grafen to wciąż młody materiał, który znajduje zastosowanie w kolejnych branżach. Jest wytrzymały, doskonale przewodzący ciepło i elektryczność, a przy tym bardzo elastyczny. W rewolucji grafenowej poważną rolę odgrywają Polacy. Naszym naukowcom udało się opracować metodę pozyskiwania grafenu płatkowego na skalę przemysłową, który w przeciwieństwie do tzw. odmiany epitaksjalnej jest materiałem mającym objętość, dzięki czemu można uformować z niego elementy przestrzenne. Już teraz znajduje zastosowanie m.in. w sporcie wyczynowym.

– Grafen płatkowy to odmiana dwuwymiarowego kryształu węgla, czyli grafenu, który jest otrzymywany z grafitu. W odróżnieniu od grafenu epitaksjalnego jest to materiał objętościowy, czyli możemy uzyskać cały pojemnik takiego grafenu, w przeciwieństwie do warstwy, którą jest grafen epitaksjalny – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Woluntarski, kierownik Pracowni Grafenu Chemicznego w Instytucie Technologii Materiałów Elektronicznych.

Grafen to dwuwymiarowy kryształ węgla, przypominający kartkę papieru – ma długość i szerokość, ale nie ma grubości. Jego siatka atomowa przypomina plaster miodu. Z niezwykłej budowy wynikają pewne właściwości. Jest to materiał wytrzymały, doskonale przewodzący ciepło i elektryczność, a przy tym bardzo elastyczny. Pojedyncza warstwa grafenu jest praktycznie przezroczysta, zatrzymuje około 2 proc. światła.

– Jeśli zrobilibyśmy płachtę z grafenu o rozmiarach makroskopowych, centymetrowych, ona by się nam bardzo łatwo przerwała. Makroskopowo ten materiał nie jest tak wytrzymały, jak wszyscy mówią, ale grafen płatkowy można zastosować jako wzmacniacz dzięki temu, że jego płatki są mikrometryczne lub nanometryczne. Te właściwości, które są w skali nano, zostają w tej skali, a płatki rozsiane w całym materiale wzmacniają go lub zmieniają inne jego cechy – tłumaczy ekspert.

Nowy materiał już znajduje zastosowanie, choć na razie w węższej skali. Chodzi przede wszystkim o głównie hobbystyczne, wysoko wyspecjalizowane dziedziny, jak np. sport wyczynowy czy ekstremalny. Kaski lub ramy rowerowe z dodatkiem grafenu są dużo lżejsze a jednocześnie równie wytrzymałe, jak konkurencyjne produkty. Grafen płatkowy wytwarzany przez zespół dr inż. Ludwiki Lipińskiej jest także stosowany jako dodatek do polimerów, m.in. filamentów do druku 3D.

Firmy takie jak Samsung czy Huawei wprowadzają już prototypowe akumulatory oparte na różnych technologiach grafenowych. Tak zmodyfikowane magazyny energii mogą pracować przy wyższej temperaturze, będą się szybciej ładować lub mogą mieć większą pojemność.

– Przyszłość maluje się obiecująco. Tych zastosowań jest parę na horyzoncie, nie wiemy, które z nich będzie kołem zamachowym. Być może będą to ogniwa słoneczne, być może będzie to właśnie wzmacnianie materiałów, a być może będą to zastosowania w medycynie, gdzie grafen będzie używany do transportu leków albo terapii antynowotworowej – mówi Michał Woluntarski.

Choć grafen cieszy się coraz większą popularnością, to w ciągu najbliższych 10–15 lat nie zastąpi choćby np. krzemu w elektronice. Jak zauważa ekspert są jednak dziedziny, w których technologie bazujące na grafenie stopniowo wypierają dotychczasowe rozwiązania.

Polscy specjaliści z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych mają już duże osiągnięcia zarówno w pracach nad innowacyjnymi technologiami otrzymywania grafenu o określonych właściwościach, jak i jego wykorzystaniem w konkretnych przypadkach. Dzięki dużemu doświadczeniu pracownicy instytutu są otwarci m.in. na współpracę z przedsiębiorcami i przedstawicielami przemysłu.

– Znajdujemy takie miejsca, w których wspólnie z polskim przemysłem moglibyśmy zrobić jakąś innowację, która byłaby zauważalna w Europie. Taką niszą będą np. ogniwa fotowoltaiczne, tutaj współpracujemy z firmą FreeVolt. Rozwiązania, które ta firma proponuje, są naprawdę innowacyjne, nie tylko na skalę polską, europejską, lecz także światową – zauważa kierownik Pracowni Grafenu Chemicznego w Instytucie Technologii Materiałów Elektronicznych.

Nadchodzą rewolucyjne zmiany w Kodeksie pracy. Dla firm mogą oznaczać wzrost kosztów zatrudnienia, dla pracowników – dłuższe urlopy i likwidację śmieciówek

Nadchodzą rewolucyjne zmiany w Kodeksie pracy. Dla firm mogą oznaczać wzrost kosztów zatrudnienia, dla pracowników – dłuższe urlopy i likwidację śmieciówek 5

Wyrównanie urlopów do 26 dni dla wszystkich pracowników niezależnie od stażu oraz likwidacja umów cywilnoprawnych, które zastąpi całkiem nowa forma zatrudnienia – to najważniejsze założenia proponowanych zmian w Kodeksie pracy. Projekt ma być gotowy w marcu i powiela rozwiązania stosowane w wielu innych krajach Europy. Nowe przepisy mają szansę wejść w życie jeszcze w tym roku. To dobra wiadomość zwłaszcza dla osób zatrudnionych na śmieciówkach.

Najbardziej istotne zmiany w Kodeksie pracy, planowane do wprowadzenia w przyszłym roku, dotyczą po pierwsze urlopów, a po drugie całkowitej likwidacji zatrudnienia na podstawie umów cywilnoprawnych – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Bagieńska-Petryka, radca prawny.

Nad zmianami, które mają się znaleźć w nowym Kodeksie pracy, od ponad roku pracuje komisja kodyfikacyjna. Projekt ma być gotowy w marcu. Jedno z głównych założeń to 26 dni urlopu w roku dla wszystkich pracowników, niezależnie od stażu pracy. W tej chwili taka liczba wolnych dni przysługuje wyłącznie osobom, które mają przepracowane co najmniej 10 lat (poniżej 10 lat stażu pracy przysługuje 20 dni urlopu w roku). Na tej zmianie skorzystają głównie osoby, którym okres wypracowany na umowie-zlecenie lub o dzieło nie wlicza się do stażu pracy lub osoby, które prowadziły dotychczas własną firmę.

– Idea, która przyświeca autorom projektu, to zrównanie praw osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych i prowadzących działalność gospodarczą, bo oni również nie mają doświadczenia, które wlicza się do stażu pracy. Kolejna istotną zmianą ma być to, aby urlop został wykorzystany w roku, w którym pracownik nabył do niego prawo. Teraz ograniczają nas wyłącznie przepisy dotyczące przedawnienia, czyli mamy 3 lata na wykorzystanie urlopu wypoczynkowego. Natomiast idea jest taka, aby urlop z danego roku został wykorzystany do końca I kwartału kolejnego roku – mówi Agnieszka Bagieńska-Petryka.

Według nowego Kodeksu pracy niewykorzystanego urlopu w danym roku kalendarzowym nie będzie można wziąć w kolejnym, a wolne dni przepadną.

Ta propozycja jest absolutną nowością na gruncie polskiego prawa. Jednak nie jest to rozwiązanie nieznane w Europie. Tak dzieje się na przykład we Francji, gdzie niewykorzystany urlop wypoczynkowy z danego roku przepada. Co więcej, we Francji istnieje rozwiązanie, wedle którego 12 dni urlopu wypoczynkowego trzeba wykorzystać między majem a październikiem. Z tego punktu widzenia polskie rozwiązania w zakresie urlopów są bardzo korzystne dla pracowników – ocenia Agnieszka Bagieńska-Petryka.

Kolejną nowością w Kodeksie pracy ma być całkowita likwidacja umów cywilnoprawnych. W ich miejsce pojawi się zupełnie nowa forma zatrudnienia – odpowiednik rozwiązania stosowanego w Wielkiej Brytanii.

– Ustawodawca proponuje nam wyłącznie zatrudnienie na podstawie umowy o pracę, czyli mamy albo zatrudnienie etatowe, które odpowiada dotychczasowym umowom o pracę, albo zatrudnienie nieetatowe, które jest odpowiednikiem kontraktu zero godzin w Wielkiej Brytanii. Przykładowo, młody pracownik, który dopiero zaczyna pracę i nie chce pracować regularnie 40 godzin w tygodniu, podpisuje kontrakt zero godzin, na podstawie którego może pracować maksymalnie 16 godzin w tygodniu – wyjaśnia Agnieszka Bagieńska-Petryka.

Zatrudnienie nieetatowe ma zapewnić elastyczność obu stronom. Pracownik może podjąć pracę w niepełnym wymiarze, zyskując przy tym wszystkie świadczenia, takie jak chronione wynagrodzenie, składki i prawo do urlopu. Nie musi się też stawiać do pracy na wezwanie, chyba że wcześniej się na to zgodzi. Z kolei pracodawca nie ma obowiązku zapewniania mu tej pracy. Jest to bardziej liberalna forma zatrudnienia, która ma zastąpić umowy cywilnoprawne.

– Pojawią się też obwarowania związane z działalnością gospodarczą. Intencją ustawodawców jest to, żeby działalność była wykonywana przez osoby, które świadczą usługi lub pracę na rzecz wielu podmiotów. Niedopuszczalna będzie sytuacja, w której pracownik – zamiast być zatrudnionym na podstawie umowy o pracę – zakłada działalność gospodarczą i świadczy usługi na rzecz jednego zleceniodawcy. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca – mówi Agnieszka Bagieńska-Petryka.

Radca prawny zauważa, że takie rozwiązanie również jest popularne w krajach europejskich. Nie budzi ono jednak entuzjazmu wśród pracodawców, ponieważ dla nich wiąże się ze znaczącym wzrostem kosztów zatrudnienia.

Najnowsze technologie wkraczają do myjni samochodowych. BP wprowadza na polski rynek patenty sprawdzone w Niemczech

Najnowsze technologie wkraczają do myjni samochodowych. BP wprowadza na polski rynek patenty sprawdzone w Niemczech 6

Prawo zabrania mycia samochodu na przydomowej posesji ze względu na ochronę środowiska. Za nieprzestrzeganie tego zakazu grozi wysoka grzywna. Popyt na tego typu profesjonalne usługi jest więc duży. Samochodowe myjnie w coraz większym stopniu korzystają z technologii, przekształcając się w pełni skomputeryzowane, zdalnie sterowane obiekty. Paliwowy koncern BP, który od kilku lat rozwija ofertę pozapaliwową, chce przegonić konkurencję w tym segmencie i wprowadza do Polski rozwiązania i  innowacyjne technologie przetestowane na rynku niemieckim.

 Obserwujemy zmieniające się na rynku trendy – klienci oczekują wygody i szybkości obsługi. Samochody stają się częścią naszego codziennego życia, wzrasta ich liczba i dostępność. Wychodzimy naprzeciw tym trendom i zmieniamy się zgodnie z nimi. Myjnie to element naszej oferty pozapaliwowej, BP jest specjalistą w dziedzinie mycia samochodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marzena Maurek, kierownik ds. produktu BP w Polsce.

Paliwowy koncern – który zarządza siecią ponad pół tysiąca stacji benzynowych na terenie całej Polski – od kilku lat systematycznie rozwija ofertę pozapaliwową. Jako pierwszy wszedł na rynek z gastronomiczno-kawiarnianym brandem Wild Bean Café, który oferuje restauracyjne menu i świeżo mieloną kawę. W połowie tego roku – we współpracy z siecią supermarketów Piotr i Paweł – stworzył nowy format sklepów typu convenience dla osób w drodze, które chcą szybko zrobić codzienne zakupy przy okazji tankowania samochodu. Przystacyjne sklepy mają promocje i asortyment porównywalne z ofertą sklepów osiedlowych, a nawet części dyskontów. W odpowiedzi na trendy konsumenckie na półki trafiły niedawno produkty fit, wyroby regionalne oraz żywność bezglutenowa i dla diabetyków.

Poza ofertą produktową BP rozwija też gamę dodatkowych usług, z których można skorzystać na stacjach paliw, jak wypłata pieniędzy w bankomacie, odbiór przesyłki w paczkomacie InPost czy kupno świeżych kwiatów, które są dostępne na stacjach przez całą dobę. W gamie takich usług jest też myjnia samochodowa, bazująca na rozwiązaniach wykorzystywanych przez  koncern  na innych rynkach, szczególnie korzysta z doświadczeń  rynku niemieckiego. BP chce stworzyć na swoich stacjach wygodne punkty, w których można kompleksowo zadbać o samochód.

 Na rynku  polskim rozpoczęliśmy montaż maszyn z unikatową funkcją chemicznego mycia felg – są to maszyny, które BP obecnie wykorzystuje na rynku niemieckim. Technologie dostępne na naszych myjniach to efekt długoletnich doświadczeń i badań prowadzonych w naszym centrum technologii w Niemczech. Używamy sprawdzonych, dobrych jakościowo środków, a wszystkie myjnie automatyczne są wyposażone w delikatne, obrotowe gąbki, które nie tylko są bezpieczne dla lakieru, lecz także pomagają go chronić. Tradycyjne szczotki w myjniach samochodowych to już historia – mówi Marzena Maurek.

Po serii testów i badań prowadzonych w laboratoriach w Niemczech BP wprowadza na rynek nowej generacji profesjonalne myjnie samochodowe, jako kolejny element oferty pozapaliwowej. Kierowcy mogą wybrać pomiędzy myjnią ręczną a automatyczną – w zależności od swojej wygody, upodobań czy kwoty, jaką  chcą przeznaczyć na mycie auta.

 Programy w myjniach automatycznych zostały opracowane w taki sposób, aby efektywnie myć samochód i jednocześnie zabezpieczać jego lakier. Jako BP rekomendujemy specjalny program ochrony lakieru premium max, który wykorzystuje technologię Sonax Molecular – mówi Marzena Maurek.

– Najważniejszą innowacją Sonax jest zupełnie nowe podejście do zabezpieczenia samochodu. Twarde zabezpieczenia aplikowane w myjniach automatycznych mają tendencję do tworzenia warstw, czyli nie zawsze dokładnie umyty samochód był przykrywany kolejną warstwą zabezpieczenia. W naszej technologii sięgamy do podstaw, za każdym razem auto jest bardzo dokładnie umyte i na nowo aplikowana jest praktycznie od zera molekularna warstwa zabezpieczająca – wyjaśnia Marcin Górski, kierownik Działu Chemii Profesjonalnej w firmie Parys, która jest przedstawicielem produktów Sonax w Polsce.

Jak podkreśla, przygotowania do wdrożenia tej usługi trwały prawie półtora roku. Jej uruchomienie poprzedzone było setkami godzin testów.

 Mamy nadzieję, że tego typu innowacje będą stałym trendem. Dzisiaj laboratoria i firmy produkujące produkty chemiczne są w stanie sprostać najwyższym oczekiwaniom klienta, a wszystko to dodatkowo jest robione w zgodzie z dobrą praktyką związaną z ochroną karoserii samochodu i środowiska naturalnego – mówi Marcin Górski.

Przepisy nie pozwalają myć samochodu na przydomowej posesji (ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach z 2013 r.), ponieważ zanieczyszczenia – które w ten sposób powstają – są szkodliwe dla środowiska. Wiele samorządów wprowadza wysokie grzywny za nieprzestrzeganie zakazu, dlatego popyt na tego typu profesjonalne usługi jest duży.

W przypadku tej usługi coraz istotniejsze są technologie. Myjnie powoli przekształcają się w pełni skomputeryzowane, zdalnie sterowane obiekty, którymi można zdalnie zarządzać za pomocą smartfona i internetu, a kierowca ma bieżący podgląd i może sterować całym procesem.

Specjaliści przypominają, że regularne mycie auta to nie tylko kwestia dbałości o wizerunek, lecz także inwestycja. Zadbany lakier ochroni przed korozją i  daje szanse  na uzyskanie wyższej ceny przy odsprzedaży samochodu. W sezonie jesienno-zimowym czysty samochód oznacza lepszą widoczność  i bezpieczeństwo na drodze.

 W sezonie jesiennym zabrudzenia mają olbrzymie właściwości higroskopijne, kumulują duże ilości wody, która jest niebezpieczna dla podzespołów i samego auta. W sezonie zimowym mamy do czynienia z dużą ilością soli, która w drastyczny sposób może oddziaływać na elementy samochodu – podkreśla Marcin Górski.

Złoty (jeszcze) politycznie obojętny

Odważne przetasowania w gabinecie Mateusza Morawieckiego nie zrobiły wrażenia na polskim złotym (-0,8 proc.), który zdawał się być poniekąd przygotowanym na objęcie teki ministra finansów przez Teresę Czerwińską. Pod presją sprzedających znalazły się akcje notowane przy Książęcej. Wtorkową przecenę indeksu WIG 20 (-0,8 proc.) usilnie próbowały ograniczyć walory Asseco Poland (2,6 proc.) okrywające cieniem zdecydowanie skromniejszą przecenę PZU (0,8 proc.). Wraz z końcem sesji ubezpieczeniowy gigant poinformował o ambitnej rewizji strategicznych założeń spółki, zgodnie z którymi należy się spodziewać podniesienia zyskowności kapitałów powyżej poziomu 22 proc.

Gwiazdą wtorkowej sesji na rynku walutowym okazał się być japoński jen (0,5 proc.), który jako jedyny wśród komponentów koszyka G10 sprzeciwił się sile dolara wspieranej przetasowaniami na rynku długu. Wraz z końcem dnia rentowność obligacji dziesięcioletnich plasuje się na poziomie 2,5330 proc., tj. ponad pięć punktów bazowych wyżej względem wczorajszego zamknięcia. Powyższe zestawienie zamyka szwajcarski frank (-0,6 proc.), który obecnie próbuje ustabilizować notowania EUR/CHF w okolicach szczytów z 2 stycznia (1,1728). Chwilową siłę euro (-0,4 proc.) zdołały podbudować listopadowe szacunki niemieckiego bilansu handlowego. Świeżo zaprezentowane odczyty rzuciły światło na zdecydowanie wyższą dynamikę eksportu (4,1 proc. m/m) niż wynikało to z mediany rynkowych oczekiwań (konsensus: 1,2 proc. m/m). Powyższy fakt napawa optymizmem przed publikacją uproszczonych rachunków narodowych dla Niemiec za ostatnie trzy miesiące minionego roku.

W gronie walut Emerging Markets wtorkowej dominacji dolara przeciwstawiły się argentyńskie peso (0,6 proc.) oraz południowoafrykański rand (0,3 proc.). Na koniec dnia blisko punktu wyjścia znajduje się rosyjski rubel (0,0 proc.), który pozostawia w grze perspektywę rychłego powrotu przez USD/RUB w okolicę poziomu 56,9600. Dzisiejszą przecenę rodzimej waluty lekko przebija turecka lira (-0,8 proc.). Obecnie siły popytowe USD/TRY próbują wybić kurs z kanału spadkowego, w którym notowania poruszają się od końca listopada.

Na szczycie frankfurckiej giełdy znalazły się walory Continental, których 5,4 proc. zwyżkę należy traktować przez pryzmat planowanych zmian w strukturze organizacyjnej spółki. Spodziewamy się, że jeden z wiodących producentów opon zdominuje także środowe notowania – tuż po zakończeniu notowań władze spółki zdecydowały się na publikację satysfakcjonujących wyników oraz rewizję prognoz na nadchodzące kwartały. W czołówce indeksu DAX (0,1 proc.) znalazło się między innymi Linde, które wypracowało 2,8 proc. zwyżkę na stosunkowo pokaźnym wolumenie. Skuteczną przeciwwagę dla obserwowanych wzrostów zapewnił E.ON (-2,1 proc.) za sprawą napływających doniesień związanych z porozumieniem pomiędzy spółkami Fortrum oraz Uniper. Dość nisko znalazł się również Adidas. Do jego 2,1 proc. przeceny przyczyniła się niezbyt przychylna nota analityczna Susquehanny, gdzie zwrócono uwagę na możliwość wypracowania wyraźnej przewagi konkurencyjnej przez Reeboka.

W Londynie uwagę inwestorów skutecznie zwracały spółki z sektora wydobywczego, wśród których najsilniej wyróżniał się Anglo American (3,1 proc.). Podobną skalę zwyżki odnotowało Sainsbury (3,1 proc.) oczekujące na publikację wyników za miniony kwartał. Dzisiejsze wzrosty indeksu FTSE 100 (0,5 proc.) częściowo ograniczyły akcje United Utilities (-3,7 proc.) będące pod presją masowo ustawionych zleceń sprzedaży. Istotny technicznie sygnał zdołał wygenerować Severn Trent (-3,2 proc.), który wraz z końcem notowań uplasował się poniżej średniej z ostatnich 50 notowań.

Baczni obserwatorzy rynków surowcowych nie mogą narzekać na brak wrażeń. Niewątpliwie w centrum uwagi znajduje się ropa WTI (2,2 proc.), która z impetem wybiła się nad maksima z maja 2015 roku. Zestawienie surowców energetycznych obecnie otwierają lutowe kontrakty na gaz ziemny ze zwyżką na poziomie 3,3 proc. Wśród płodów rolnych uwagę zwraca odczuwalna przecena marcowych kontraktów na sok pomarańczowy, które pod koniec dnia notują 2,0 proc. ruch w stronę południa. W przypadku metali szlachetnych należy mówić o zdecydowanie spokojniejszym przebiegu sesji. Obecnie uncja złota (-0,4 proc.) wraca w okolicę poziomu 1 315 USD, a srebro (-0,6 proc.) próbuje uplasować się poniżej 17,02 USD za uncję. Zniżkowym nastrojom opiera się pallad, który na przestrzeni dnia wypracował zwyżkę na poziomie 0,1 proc.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Ochrona danych kontra przedsiębiorca

Czasu jeszcze trochę zostało, ale już coraz mniej. W maju 2018 r. wchodzi w życie ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych. Przedsiębiorcy muszą się spieszyć z implementacją nowych przepisów. Rząd pracuje już nad nowym projektem ustawy o ochronie danych osobowych.

Rejestr

Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) to akt prawny, który wywołuje strach wśród podmiotów przetwarzających dane osobowe. Nie tylko ze względu na drakońskie kary pieniężne (nawet do 20 mln euro lub 4% rocznego światowego obrotu za poprzedni rok obrotowy), ale także z uwagi na konieczność dostosowania się do zupełnie nowych regulacji prawnych. Poniżej zostanie przedstawiona tylko część nowych obowiązków nałożonych na przedsiębiorców.

Jedną z nowości jest bez wątpienia obowiązek prowadzenia rejestru czynności przetwarzania danych osobowych. Z obowiązku prowadzenia tego rejestru zwolnieni są przedsiębiorcy zatrudniający mniej niż 250 osób, chyba że przetwarzanie przez nich danych może powodować ryzyko naruszenia praw lub wolności osób, których dane dotyczą, nie ma ono charakteru sporadycznego lub gdy chodzi o przetwarzanie danych wrażliwych lub danych osobowych dotyczących wyroków skazujących i naruszeń prawa. Rejestr może być prowadzony w formie pisemnej, w tym w formie elektronicznej. Szczegółowy zakres informacji, jakie powinny znaleźć się w rejestrze czynności przetwarzania danych osobowych, określa art. 30 ust. 1 i 2 RODO.

Notyfikacja

RODO wprowadza także obowiązek zgłaszania do organu nadzoru przypadków naruszenia ochrony danych osobowych. Administrator na dokonanie takiego zgłoszenia ma 72 godziny, licząc od chwili jego stwierdzenia, a w razie przekroczenia tego terminu powinien dołączyć wyjaśnienia przyczyn opóźnienia. Rozporządzenie wprowadza pewną furtkę dla administratora danych osobowych – jest on zwolniony z obowiązku wspomnianej notyfikacji, jeśli jest mało prawdopodobne, by naruszenie ochrony danych osobowych niosło ze sobą ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych.

Administrator ma obowiązek dokumentować wszelkie przypadki naruszenia ochrony danych osobowych w taki sposób, aby dokumentacja ta pozwalała organowi nadzorczemu na weryfikację przestrzegania przez administratora obowiązku notyfikacji i obowiązków z tym związanych. Dodatkowo, jeśli naruszenie ochrony danych osobowych może powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych, administrator bez zbędnej zwłoki zawiadamia o naruszeniu osobę, której dane dotyczą. W tym przypadku administrator również może nie realizować obowiązku notyfikacji, m.in. jeśli poinformowanie wspomnianej osoby wymagałoby niewspółmiernie dużo wysiłku lub jeśli administrator zastosował następnie środki eliminujące prawdopodobieństwo wysokiego ryzyka naruszenia praw lub wolności osób, których dane dotyczą.

RODO wprowadza definicję „naruszenia ochrony danych osobowych”, precyzując, iż chodzi tu o naruszenie bezpieczeństwa prowadzące do przypadkowego lub niezgodnego z prawem zniszczenia, utracenia, zmodyfikowania, nieuprawnionego ujawnienia lub nieuprawnionego dostępu do danych osobowych przesyłanych, przechowywanych lub w inny sposób przetwarzanych.

Obowiązek informacyjny

W porównaniu do dotychczasowych krajowych przepisów ustawy o ochronie danych osobowych RODO dosyć istotnie poszerza zakres obowiązku informacyjnego. Administrator powinien m.in. wskazywać osobie, której dane dotyczą, okres, przez który dane osobowe będą przechowywane, a gdy nie jest to możliwe, kryteria ustalania tego okresu, informację, czy podanie danych osobowych jest wymogiem ustawowym lub umownym, lub warunkiem zawarcia umowy oraz czy osoba, której dane dotyczą, jest zobowiązana do ich podania i jakie są ewentualne konsekwencje niepodania danych. Powinien też wskazywać osobie, której dane dotyczą, informacje o zautomatyzowanym podejmowaniu decyzji, w tym o profilowaniu.

IOD

W świetle nowego rozporządzenia nie będzie już administratorów bezpieczeństwa informacji. Zastąpią ich inspektorzy ochrony danych (IOD). Zasadniczo powołanie IOD jest fakultatywne. Jednak IOD musi zostać wyznaczony w trzech sytuacjach – jeśli: a) przetwarzania dokonują organ lub podmiot publiczny, z wyjątkiem sądów w zakresie sprawowania przez nie wymiaru sprawiedliwości; b) główna działalność administratora lub podmiotu przetwarzającego polega na operacjach przetwarzania, które ze względu na swój charakter, zakres lub cele wymagają regularnego i systematycznego monitorowania osób, których dane dotyczą, na dużą skalę; lub c) główna działalność administratora lub podmiotu przetwarzającego polega na przetwarzaniu na dużą skalę szczególnych kategorii danych osobowych, o których mowa w art. 9 ust. 1 rozporządzenia, oraz danych osobowych dotyczących wyroków skazujących i naruszeń prawa.

Nowa ustawa o ochronie danych osobowych

W związku z bliskim terminem wejścia w życie ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych polski ustawodawca pracuje nad projektem nowej ustawy o ochronie danych osobowych. Jako że kwestie merytoryczne są w większości uregulowane w unijnym rozporządzeniu, nowa ustawa o ochronie danych osobowych koncentrować się będzie na kwestiach proceduralnych. Będzie określała procedury związane z akredytacją i certyfikacją, czyli możliwością uzyskania „licencji” na udzielanie certyfikatów, oraz certyfikowaniem podmiotów prywatnych, a więc potwierdzaniem, iż dane przedsiębiorstwo spełnia należycie wymogi RODO. Ustawa będzie także normowała postępowanie w sprawie naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych i postępowanie kontrolne. Wprowadza m.in. regulację, zgodnie z którą Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (który zastąpi GIODO) może poprzestać na upomnieniu, jeżeli stwierdzi naruszenie przez przedsiębiorcę przepisów o ochronie danych osobowych w stopniu znikomym i jeżeli strona zaprzestała naruszeń. Zmieniły się także przepisy dotyczące kontroli. W projektowanej ustawie jest m.in. przewidziane uprawnienie kontrolującego do skorzystania z pomocy funkcjonariuszy innych organów kontroli państwowej lub policji. Wydaje się, iż posługiwanie się policją przy kontroli dotyczącej danych osobowych jest środkiem zbyt represyjnym.

Warto też zwrócić uwagę, iż w projektowanej ustawie o ochronie danych osobowych administracyjne kary pieniężne wobec podmiotów publicznych nie mogą być wyższe niż 100 tys. zł. Możliwość odrębnego uregulowania kwestii kar pieniężnych w stosunku do podmiotów z sektora publicznego została przewidziana w RODO. Nie zmienia to faktu, iż jeżeli przedsiębiorca naruszy przepisy o ochronie danych osobowych, to grozi mu kara do 20 mln euro, tymczasem w przypadku takiego samego lub znacznie bardziej dotkliwego naruszania przepisów o ochronie danych osobowych przez podmiot publiczny kara jest znacząco niższa.

Czas przygotowań

Mając na uwadze całą masę nowych obowiązków wynikających z przedmiotowego rozporządzenia, każdy przedsiębiorca winien jak najszybciej podjąć stosowne czynności. Zwłaszcza że przepisy RODO są w dużej mierze niejasne, cechuje je też wysoki stopień ogólności i zwrotów „miękkich”. Jasne jest jednak, że wszyscy przedsiębiorcy powinni dokonać gruntownej rewizji dokumentacji ochrony danych osobowych oraz zastanowić się, jak wdrożyć poszczególne wymogi z RODO.

Autorzy: radca prawny Tomasz Brolski, radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Jak będzie wyglądała reklama online w 2018?

Mariusz Maksymiuk
Mariusz Maksymiuk, CEO agencji interaktywnej Adexon 360

Każdego roku branża zadaje sobie pytanie, jak wpłynąć na efektywność reklam i sprawić, aby generowały więcej zysków i reakcji. Marketing staje się coraz bardziej futurystyczny i zaawansowany technologicznie. Marketerzy idąc z duchem czasu, wykorzystują coraz to nowsze technologie, chcąc dotrzeć do swoich konsumentów. Jakimi śladami warto podążać w 2018? Co najbardziej poruszy branżę? O tym, w artykule Mariusza Maksymiuka – CEO Adexon.

Reklama wideo

Popyt na wideo cały czas rośnie, ponieważ ten rodzaj treści generuje najlepsze ROI. W 2018 roku reklama wideo będzie przynosiła markom i firmom większe niż kiedykolwiek zyski, ponieważ skutecznie przyciąga uwagę nie tylko najmłodszych odbiorców, ale również i tych starszych. Treści te oglądane są także na wielu urządzeniach, dlatego niezwykle ważne jest, aby były one responsywne. Według badań przeprowadzonych przez Cisco, do 2019 roku wideo będzie stanowiło 80 % całego ruchu internetowego.

Personalizacja

Spersonalizowane usługi online będą miały kluczowe znaczenie, ponieważ konsumenci, chcąc uniknąć natłoku reklam, chętniej wybierają produkty i usługi, które są skrojone na miarę ich potrzeb. Wykorzystywanie danych o odbiorcach jest obecnie powszechne we wszystkich gałęziach reklamy cyfrowej. W połączeniu z personalizacją reklam, nowe interaktywne formaty, takie jak reklama wideo czy chatboty, będą miały na celu wygenerowanie jeszcze większego zaangażowania użytkowników. Te drugie, początkowo mało popularne, zaczynają być coraz bardziej dostrzegane i częściej wykorzystywane w przypadku sprzedaży produktów i usług.

Chatboty

Niewątpliwie będą one miały kluczowe znaczenie dla sukcesu w marketingu B2B. Według Business Insider, 80% firm chce włączyć chatboty do swojej strategii do 2020 roku. Działanie chatbotów oparte jest na sztucznej inteligencji. Cały czas są również ulepszane, poprzez tworzenie nowych algorytmów tak, aby mogły zaspokajać jeszcze więcej wymagań konsumentów. Chatboty są bardzo dobrym rozwiązaniem choćby z uwagi na fakt, że żyjemy w czasach, w których szybkość reakcji ma ogromne znaczenie. Konsumenci szukający informacji chcą uzyskiwać je niezwłocznie i nierzadko nie otrzymując ich odpowiednio szybko, szukają rozwiązania u konkurencji. Dlatego też, chcąc być w stałym kontakcie z odbiorcą, warto wprowadzić w swoją strategię chatboty.

RODO

Mówiąc o trendach w reklamie internetowej w 2018 roku, nie można pominąć ważnej kwestii, jaką jest RODO – ustawa dotycząca danych osobowych, która zacznie obowiązywać od maja 2018 roku. Oznacza to, że będzie trzeba uzyskać konkretną, jednoznaczną zgodę na wykorzystanie danych osobowych, w tym plików cookie, adresów IP oraz identyfikatorów urządzeń. Dzięki tej ustawie konsument zyska większą kontrolę nad przekazywaniem swoich danych osobowych. Zapewne zmiana ta poruszy całą branżę marketingową, która będzie musiała zbudować procesy odpowiadającym zasadom, które wnosi to rozporządzenie.

Wyzwania, nowości, ciągły wzrost znaczenia technologii, tak rysuje się 2018 rok dla Marketerów. Przed branżą zarówno bardzo pracowity, jak i ciekawy rok. Jedno jest pewne – na pewno nie będzie on nudnyJ

2018 rok w transporcie – jakie szykują się zmiany?

Opłaty za przejazd niemieckimi drogami, wyższe koszty jazdy w Estonii czy kontrole na ukraińskich granicach – nowy rok przynosi istotne zmiany dla kierowców samochodów ciężarowych poruszających się po Europie. Zapoznanie się z nowinkami może znacznie ułatwić pracę oraz przyczynić się do uniknięcia przykrych niespodzianek.

Rewolucje za sąsiednimi granicami

Od stycznia 2018 roku Ukraina planuje kontrolę danych biometrycznych dla cudzoziemców wjeżdżających na teren kraju. W związku z tym na granicy będą sprawdzane odciski palców czy wizerunek twarzy. Takie rozwiązanie ma ograniczyć przestępczość i przemyt towarów.

Istotne zmiany dla przewoźników przygotowali również nasi zachodni sąsiedzi, Niemcy. Planują rozszerzenie opłat drogowych dla samochodów poruszających się po wszystkich drogach federalnych w kraju. Zebrane środki mają zasilić fundusz modernizacji dróg oraz tworzenia infrastruktury. Kierowcy tirów będą musieli przygotować się na nowe opłaty od 1 lipca 2018 roku. – Sieć płatnych odcinków tras zwiększy się z obecnych 15 000 km do około 40 000 km. O ile z prawnego punktu widzenia zmiany są spore, w praktyce nie zaważą mocno na płynności ruchu pojazdów, ponieważ urządzenia pokładowe będą automatycznie aktualizowane do pobierania opłat na drogach federalnych – wyjaśnia Paweł Wloczek, Dyrektor Zarządzający WebEye Polska.

Rusza system DarsGo

Na Słowenii premierę w tym roku ma system DarsGo, poprzez który od 1 kwietnia kierowcy samochodów ciężarowych będą uiszczać opłaty drogowe. Prawo do przejazdu siecią słoweńskich autostrad będą miały pojazdy wyposażone w urządzenie DarsGo i zarejestrowane w systemie. W momencie, kiedy samochód przekroczy bramki przejazdu, czujniki wychwycą jego obecność w systemie i tym samym zdobędą wgląd do liczby przejechanych kilometrów autostrady, wyznaczając kwotę opłaty.

Wyższe koszty przejazdu w Estonii

Opłaty za przejazd drogowy nie ominą również Estonii. Od 1 stycznia będą obowiązywać właścicieli wszystkich pojazdów o masie przekraczającej 3,5 tony. Wysokość kosztów jest uzależniona od liczby osi pojazdu oraz jego masy, a także klasy emisji oraz okresu przebywania na terenie Estonii.

Przewóz odpadów

24 stycznia 2018 r. wchodzi w życie rozporządzenie Ministra Środowiska dotyczące wymagań dla transportu odpadów. Nowe zasady są określone bardzo szczegółowo, m.in. mówią o braku możliwości rozprzestrzeniania odpadów poza pojazd czy obowiązku mocowania pojemników z odpadami. W rozporządzeniu można również znaleźć wymaganą podczas transportu dokumentację oraz metody odpowiedniego znakowania pojazdów.

Co jeszcze czeka nas w tym roku?

W maju ur. roku Komisja Europejska przedstawiła tzw. pakiet mobilności, czyli propozycje zmiany kształtu przepisów związanych z transportem drogowym na terenie Unii Europejskiej. W 2018 mamy dowiedzieć się więcej na temat dalszych zmian w europejskich przepisach transportowych. – Wprowadzenie w życie pakietu będzie wiązało się z rewolucyjnymi zmianami dla przewoźników dotyczącymi m.in. odpoczynku podczas jazdy czy płacy minimalnej dla kierowców z zagranicy. Może to mieć ogromny wpływ na polski transport – dodaje Paweł Wloczek z WebEye Polska.

Zasada konstrukcji i działania agregatu wody lodowej

Energia elektryczna i wszelkiego rodzaju surowce pochodzenia naturalnego drożeją z roku na rok. Ich ceny są coraz wyższe i nic nie wskazuje na to, by trend miał się odwrócić. W takich warunkach naturalnym zjawiskiem jest poszukiwanie alternatywnych, ekologicznych i tańszych w eksploatacji technologii. Taki nurt widoczny jest także w sferze systemów klimatyzacji. Przejawem zainteresowania tymi nowocześniejszymi rozwiązaniami jest także rosnąca popularność klimatyzacji opartych o wodę lodową . Okazują się one relatywnie tanią i równie wydajną opcją, co popularne instalacje freonowe.

Czym charakteryzuje się instalacja wody lodowej?

Ze względu na swoją budowę i konstrukcję, instalacja wody lodowej może przypominać powszechnie stosowane systemy ogrzewania. Jednakże różnią się one od siebie tym, że instalacja wody lodowej oparta jest na zimnej, a nie gorącej wodzie. Podobnie jak system grzewczy, tak i dystrybucja wody lodowej do kolejnych odbiorników przekazywana jest poprzez system rur. Natomiast źródłem samej wody o niskich temperaturach jest najczęściej tzw. wytwornica wody lodowej. Tego typu urządzenia, oraz opis ich działania jak rówież zakres wykorzystania można znaleźć na stronie: www.energycool.pl

Woda lodowaCo to takiego wytwornica wody lodowej?

W powszechnym słownictwie różnie określa się wytwornice wody lodowej. Używa się takich zwrotów jak np.:

• Chillery
• Agretaty ziębnicze
• Agregaty chłodnicze
• Agregaty wody lodowej

Bez względu na nazwę, idea urządzenia jest taka sama. Jego działanie polega na produkcji zimna dzięki energii cieplnej. Wprawdzie w wytwornicach wykorzystywany jest również freon (tak, jak w klasycznych klimatyzatorach), lecz w tym przypadku służy on jedynie do wymiany ciepła między powietrzem a wodą. Do wody lodowej dodaje się również takie substancje jak glikol etylenowy i propylenowy, w celu zniwelowania zjawiska zamarzania wody.

W tego rodzaju systemach odbiornikami są na ogół tzw. klimakonwektory, będące w istocie pompami ciepła powietrze woda (ewentualnie grunt woda). Skuteczność i ekologiczność tego systemu polega na tym, że korzystając z wytwornicy wody lodowej produkuje się zimno z dotychczas niewykorzystanej energii cieplnej.

Miejsca, w których można stosować chillery

Dotychczas wytwornice wody lodowej instalowano głównie przy wielkogabarytowych urządzeniach i maszynerii mieszczących się w dużych obiektach przemysłowych. Aktualnie produkuje się coraz bardziej kompaktowe systemy, które z powodzeniem mogą być montowane w mniejszych budynkach i domach. Pozwalają na to np. wytwornice, które dodatkowo można ze sobą łączyć w sposób kaskadowy i dostosowywać ich moc do konkretnego zapotrzebowania.

Sposoby zasilania wytwornic wody lodowej

Do zasilania agregatów wody lodowej potrzebne jest ciepło. Co do zasady, może ono być obojętnego pochodzenia. Wykorzystać można ciepło zarówno z kolektorów słonecznych, ze spalania gazu, czy nawet z miejskiej sieci ciepłowniczej. Np. niektóre przedsiębiorstwa oferują instalacje zasilane gazem ziemnym lub gazem LPG. W tego rodzaju instalacjach ciepło pochodzi wprost z agregatu wody lodowej.

Dużą zaletą wytwornic wody lodowej jest niewielka ilość energii elektrycznej potrzebnej do ich funkcjonowania. Zasadniczo prąd zasila tutaj jedynie pracę pomp i systemy sterowania. Jednak w kontekście efektywności całego mechanizmu zużywalna energia jest bardzo niewielka, a wręcz minimalna.

Odpowiednio zainstalowany system klimatyzacyjny, wykorzystujący wytwornicę wody lodowej, to rozwiązanie równie skuteczne jak klasyczna klimatyzacja oparta na freonie. Jej atutem jest natomiast zdecydowanie niższy koszt eksploatacji i większa ekologiczność.

Warto zastanowić się nad jej montażem, stanowi bowiem niezwykle ciekawą alternatywą dla popularnych do tej pory rozwiązań.

Co nas czeka w 2018 roku? Prognoza dla rynku nieruchomości

Początek roku to okres, w którym warto przyjrzeć się zmianom w branży nieruchomości i dokonać prognozy tego, co będzie miało miejsce w najbliższych miesiącach. Na rynek nieruchomości bardzo duży wpływ mają perspektywy życiowe społeczeństwa. Rekordowo niska stopa bezrobocia, wzrastające wynagrodzenia oraz niskie stopy procentowe powodują, że nabywcy nie obawiają się zaciągania długoterminowych zobowiązań jakim na pewno jest kredyt hipoteczny. Ponadto, gdy dodamy do to tego fakt, że na rynek spływają środki z niskooprocentowanych lokat bankowych, to nikogo nie dziwi rekordowa liczba sprzedanych mieszkań w ubiegłym roku. Coraz więcej osób może pozwolić sobie na własny lokal zarówno w celach mieszkalnych, jak i inwestycyjnych.

Z drugiej strony, poza kupnem mieszkań jest coraz większy popyt na ich wynajem. Wpływa na to coraz większa mobilność młodych pokoleń, duża liczba studentów oraz rosnąca liczba migrantów zarobkowych, m.in. Ukraińców, Białorusinów, czy Rosjan. Zmieniają się również oczekiwania najemców co do lokali. Obecnie ludzie coraz częściej stawiają na komfort i niezależność, dzięki czemu coraz więcej osób decyduje się na samodzielne mieszkanie.

Co najważniejsze, pamiętajmy, że polski rynek nieruchomości dalej będzie się zmieniał. Dane Eurostatu ciągle pokazują, że liczba osób przypadających na jedno mieszkanie w Polsce przewyższa średnią z krajów Europy Zachodniej. Pokazuje to, że Polska ciągle boryka się z brakami lokalowymi i choć obecny rok może nie będzie tak imponujący jak poprzedni, to nie powinniśmy spodziewać się znaczących spadków popytu. Biorąc pod uwagę wymienione czynniki, czego możemy spodziewać się w 2018 roku?

Stopy procentowe

Niskie stopy procentowe z jednej strony zachęcają do zaciągania zobowiązań kredytowych, a z drugiej zniechęcają do utrzymywania środków na niskooprocentowanych lokatach bankowych. Z obu tych powodów nabywcy kierują się w stronę rynku nieruchomości, aby kupić „własne M” lub aby zainwestować wolne środki.

Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe na niezmienionym poziomie i przewiduje zachowanie tego poziomu do końca 2018 r., choć niektórzy analitycy prognozują, że mogą one nieznacznie wzrosnąć już wcześniej… czyli już w II półroczu 2018 r.

Koniec z dopłatami

Program „Mieszkanie dla Młodych” wspierał zakup „własnego M”, głównie przez ludzi młodych, korzystających na ten cel z kredytu hipotecznego. Program funkcjonujący od 2014 r. cieszył się ogromnym powodzeniem.  W  pierwszym dniu składania wniosków na 2018 r. rozdysponowano całe pozostające na ten rok 381 mln zł i na tym program się zakończył. Kolejny wprowadzony przez rząd program wsparcia dotyczyć będzie mieszkań na wynajem, a możliwość skorzystania z dotacji na zakup własnego lokalu przejdzie do historii.

Na fali programu „Mieszkanie dla Młodych” powstało wiele nowych inwestycji mieszkaniowych. Deweloperzy, widząc tak duże zainteresowanie oraz możliwości rynkowe, znacząco zwiększyli zakres swojej działalności i zaczęli budować coraz więcej.

W związku z zakończeniem tego programu można się spodziewać ograniczenia popytu na tańsze mieszkania budowane na obrzeżach miast. Sytuacja ta jednak nie powinna wpłynąć na sprzedaż mieszkań w centralnych dzielnicach. W wielu aglomeracjach znacząca część mieszkań dostępnych na rynku nie spełniała kryteriów cenowych programu, dlatego w tych obszarach zakończenie programu nie będzie mieć wpływu na rynek mieszkań.

Nowy program rządowy – Mieszkanie Plus

Program “Mieszkanie Plus”, wspierający budownictwo pod wynajem, przy niższych niż rynkowe stawkach czynszu może w dłuższej perspektywie (kilku lat) spowodować widoczne obniżenie kosztów najmu, dzięki czemu mieszkania na wynajem staną się bardziej dostępne. Konieczność redukcji czynszów będzie oznaczać dla inwestorów niższe zyski. Z drugiej zaś strony inwestorzy zarabiają nie tylko na bieżących wpływach z najmu, ale też na różnicy w cenie przy sprzedaży. Dlatego dobrze wybrana inwestycja będzie wciąż opłacalna.

Ceny

Od jakiegoś czasu obserwujemy trend wzrostowy w cenach mieszkań. Oczywiście zmiany cen są różne, w różnych regionach. Największe wzrosty mogliśmy obserwować w Trójmieście, Krakowie czy w Warszawie. Ten trend może być w 2018 r. kontynuowany ze względu na duży popyt, ale i redukcję podaży. W tych miastach jest coraz mniej dostępnych terenów, które można zabudować budynkami wielorodzinnymi. Oznacza to, że w przyszłości deweloperzy będą dostarczać na rynek mniejszą niż obecnie liczbę nowych lokali.

Kodeks urbanistyczno-budowlany

W 2018 r. mają się zmienić przepisy budowlane. Przygotowywany Kodeks urbanistyczno-budowlany ma przede wszystkim ograniczyć biurokrację, a także skrócić i ułatwić procedury związane z budową. Najwięcej skorzystają na tym osoby planujące budowę typowego domu jednorodzinnego (do 250 mkw.). Więcej szczegółów na temat nowego Kodeksu powinniśmy poznać w pierwszym kwartale 2018 r.

Podatek od nieruchomości

W 2018 r. wyższe będą maksymalne stawki podatkowe dotyczące nieruchomości. Oczywiście, ostateczną decyzję co do kwoty podatku ustalają gminy, jednak nie mogą one być wyższe, niż wskazane przez Ministra Finansów. A te wzrosły, przykładowo dla lokalu lub budynku mieszkalnego z 75 gr / mkw. na 77 gr / mkw., a w przypadku lokalu lub budynku związanego z prowadzeniem działalności gospodarczej z 22,66 zł / mkw. na 23,10 zł / mkw.

Podsumowując, w 2018 r. nie można spodziewać się rekordowej liczby sprzedanych mieszkań, jak to miało miejsce w roku ubiegłym. Jednakże fakt, że Polska jest krajem rozwijającym się powoduje, że na rynku ciągle będzie zapotrzebowanie na lokale. Co prawda zakończenie rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych” może spowodować lekkie spowolnienie, jednakże rynek szybko powinien dostosować się do tej sytuacji.

Autor: Agata Stradomska – ekspert RE/MAX Polska, części globalnej sieci biur nieruchomości RE/MAX

Startuje nabór do 4. edycji programu MIT Enterprise Forum Poland

8 stycznia br. rozpoczął się nabór do 4. edycji jednego z największych w Polsce programów akceleracyjnych – MIT Enterprise Forum Poland. Celem projektu jest przyspieszenie rozwoju młodych, innowacyjnych firm technologicznych poprzez połączenie ich potencjału z wiedzą, doświadczeniem oraz zasobami wiodących polskich i międzynarodowych przedsiębiorstw, w tym spółek Skarbu Państwa. Do programu można aplikować do końca lutego za pośrednictwem strony internetowej mitefpoland.org.

MIT Enterprise Forum Poland przewiduje akcelerację w ścieżce ogólnej oraz w czterech wyspecjalizowanych ścieżkach branżowych. Ścieżka Let’s Fintech with PKO Bank Polski! organizowana jest we współpracy z partnerem głównym programu – PKO Bankiem Polskim. Partnerem ścieżki akceleracyjnej Energia jest Grupa PGNiG. Ścieżkę Zdrowie współtworzy Grupa Adamed, natomiast pojawiającą się po raz pierwszy w programie ścieżkę Agri-tech wspiera fundusz AgriTech Hub. Nowością w akceleratorze jest również ścieżka Industry 4.0 dedykowana startupom technologicznym zainteresowanym współpracą z partnerami z regionu Dolnego Śląska. Jej realizacja będzie wspierana zarówno przez partnerów technologicznych, jak i merytorycznych, takich jak Balluff, FANUC Polska, fundusz ValueTech, Wrocławski Park Technologiczny, Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, Wrocławskie Centrum Badań EIT+ oraz Stowarzyszenie Top 500 Innovators.

Startup technologiczny potrzebuje akceleracji szytej na miarę

Akcelerację w ramach 4. edycji programu przejdzie około 25 startupów technologicznych. Początkujący przedsiębiorcy przez 3 miesiące będą współpracować z polskimi i międzynarodowymi ekspertami oraz mentorami nad weryfikacją i   dopracowaniem modeli biznesowych swoich przedsięwzięć. Wszystko po to, aby potrafili poradzić sobie w rynkowej rzeczywistości, skutecznie skomercjalizować swoje rozwiązania, jak również efektywnie pozyskać finansowanie na dalszy rozwój działalności.

Magdalena Jabłońska, Fundacja Przedsiębiorczości Technologicznej, Dyrektor operacyjna
Magdalena Jabłońska, dyrektor operacyjna Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej, organizatora programu MIT Enterprise Forum w Polsce

– Przed startupami na wczesnym etapie rozwoju, nawet tymi dysponującymi unikalnymi technologiami, stoi wiele wyzwań na drodze do zaistnienia tych rozwiązań na rynku. Problemem jest często brak wiedzy, doświadczenia i zaplecza finansowego. Rolą akceleratora jest wspieranie startupów w pokonywaniu tych barier – mówi Magdalena Jabłońska, dyrektor operacyjna Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej, organizatora programu MIT Enterprise Forum w Polsce. – W ramach akceleracji przekazujemy zespołom wiedzę biznesową, zapewniamy wsparcie merytoryczne i pomoc z pozyskaniu funduszy na dalszy rozwój – dodaje.

Jak twierdzi Magdalena Jabłońska, w przypadku startupów technologicznych trudno mówić o jednym uniwersalnym modelu akceleracji. Młode firmy, które opracowały innowacyjne rozwiązania potrzebują wsparcia ekspertów i mentorów doskonale znających realia branży i rynku, na którym startup chce się rozwijać. Stąd też w program MIT Enterprise Forum Poland zaangażowanych jest ponad 100  specjalistów, delegowanych m.in. przez partnerów przemysłowych akceleratora, jak również wywodzących się z grona mentorów MIT Enterprise Forum.

– Każdy startup jest inny i aby mógł się dynamicznie rozwijać, potrzebuje rozwiązań i wskazówek szytych na miarę. Stąd tak ważne na wczesnym etapie funkcjonowania firmy jest zaangażowanie ekspertów, którzy potrafią wskazać, w jakim kierunku startup powinien się rozwijać i jak ewentualnie zmodyfikować biznes, aby dopasować go do wymagań rynku – dodaje Jabłońska.

Wsparcie polskich i międzynarodowych przedsiębiorstw

Do tej pory akcelerację w ramach programu MIT Enterprise Forum Poland przeszło ponad 70 startupów technologicznych. Partnerzy programu udostępniają nie tylko zasoby eksperckie w trakcie trwania akceleracji, ale także otwierają drzwi do laboratoriów i placówek, dając zaplecze techniczne i technologiczne. Dzięki temu początkujący przedsiębiorcy mają unikalną szansę sprawdzenia swoich projektów przed oficjalną komercjalizacją.

– Każdy z partnerów akceleracji przygotował unikalną propozycję wsparcia dla startupów. To firmy i organizacje, które nie tylko angażują się w pomoc młodym firmom technologicznym, ale są również realnie zainteresowane implementacją innowacyjnych rozwiązań w swoich własnych strukturach. Dzięki temu startupy biorące udział w programie zyskują unikalną szansę nawiązania bliskiej współpracy na zasadach komercyjnych z czołowymi polskimi i międzynarodowymi przedsiębiorstwami – dodaje Magdalena Jabłońska.

Partnerami wspierającymi program są Visa, Nokia oraz Campus Warsaw. W obrębie ścieżki Industry 4.0 na terenie Dolnego Śląska prawne i podatkowe wsparcie startupom zapewni firma doradcza Olesiński i Wspólnicy. Treningi sprzedażowe dla startupów przeprowadzą eksperci z Autoryzowanego Centrum Szkoleniowego Sandler Training. Organizacjami wspierającymi program są Fundacja PKO Banku Polskiego, Weil, Gotshal & Manges LLP, Fundacja na rzecz Nauki Polskiej oraz Stowarzyszenie Organizatorów Ośrodków Innowacji i Przedsiębiorczości w Polsce (SOOIPP).

 

„Realizacja dedykowanej ścieżki akceleracyjnej „Let’s fintech with PKO Bank Polski” jest elementem cyfrowej strategii PKO Banku Polskiego w zakresie wspierania innowacji oraz budowy ekosystemu dla wsparcia polskich start-upów. Akcelerator ułatwia nam weryfikację i testowanie nowych interesujących rozwiązań, które mają potencjał na wykorzystanie przez bank. Dzięki rozszerzeniu projektu o nowych partnerów i kolejne ścieżki program akceleracyjny będzie działał na jeszcze szerszą skalę.”

Grzegorz Pawlicki, dyrektor Biura Innowacji i Doświadczeń Klienta w PKO Banku Polskim

„Grupa PGNiG otworzyła się na współpracę ze startupami. Dokonaliśmy zmian strukturalnych, które zwiększyły naszą skuteczność w pozyskiwaniu i wdrażaniu innowacji. Jedną z nich było utworzenie inkubatora startupowego InnVento oraz udział w programie akceleracyjnym MITEF Poland. To był strzał w dziesiątkę. Dzisiaj InnVento jest już prawdziwym centrum startupowym, w którym testujemy innowacyjne rozwiązania, gdzie na co dzień funkcjonują startupy, odbywają się szkolenia i warsztaty. MITEF pomógł nam się rozwinąć i w następnej edycji liczymy na rewolucyjne pomysły dla ścieżki Energia.”

Łukasz Kroplewski, wiceprezes PGNiG SA ds. rozwoju

„Innowacyjne rozwiązania mikro i małych firm to ogromna szansa na rozwój medycznej gałęzi polskiej gospodarki. Często pomoc merytoryczna na etapie rozwoju jest dla nich równie istotna jak wsparcie finansowe. Korzystając z doświadczenia i zasobów dużych organizacji, takich jak Grupa Adamed, firmy wchodzące na rynek mogą pozyskać unikalną wiedzę i doświadczenie, a także zweryfikować trafność własnych założeń biznesowych czy naukowych. W ramach Grupy Adamed stale współpracujemy ze startupami, których innowacyjne rozwiązania pozwalają nam lepiej odpowiadać na wyzwania współczesnej medycyny

Marcin Szczeciński, kierownik ds. inwestycji kapitałowych Grupy Adamed

„Wspieramy lokalne firmy technologiczne, widząc w tym skuteczny sposób rozwoju ekosystemu firm partnerskich, w którym sieć Visa pełni rolę katalizatora innowacyjności w handlu. Współpracując z przedsiębiorstwami przełamującymi stereotypy i wprowadzającymi na rynki innowacyjne produkty i usługi pomagamy im w rozwoju oraz międzynarodowej ekspansji, co przynosi korzyści konsumentom, instytucjom finansowym oraz detalistom”.

Jakub Kiwior, dyrektor ds. rozwoju biznesu i marketingu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w Visa

5 najważniejszych trendów w IT w 2018 roku

Choć w ujęciu ogólnym zawód specjalisty ds. IT uznawany jest za zawód przyszłości, nie oznacza to, że tak będzie zawsze. Przyszłość mają ci, którzy potrafią odpowiednio szybko identyfikować pojawiające się trendy i rozwijać się w tych kierunkach. Jedno jest pewne – dynamika zmian wymusza na pracownikach branży IT intensywne dokształcanie się i specjalizację. Na jakie obszary IT należy zwrócić szczególną uwagę w 2018 roku?

O tym, jak dynamicznie rozwijającą się gałęzią gospodarki jest branża IT świadczyć może fakt, że to właśnie tu powstają nowe, dotychczas nieznane stanowiska pracy, jak User Experience Designer oraz Cloud Computing Services Specialist. To zjawisko będzie postępować – większość naszych dzieci będzie pracować w zawodach, które obecnie nie istnieją. Z pewnością przyczyni się do tego ekspansja zjawiska IoT (Internet of Things), które w znaczący sposób wpływa na naszą codzienność, dostarczając niewyobrażalnej ilości danych o naszych preferencjach, potrzebach, zachowaniach (wszystko to w czasie rzeczywistym). Według szacunków, na które powołuje się Business Insider[1], już za 2 lata na świecie będą funkcjonować 24 miliardy urządzeń przekazujących dane do Internetu Rzeczy. To średnio 4 urządzenia elektroniczne na osobę. W jaki sposób powyższe zjawiska wpłyną na branżę IT? Eksperci Quercus, firmy zajmującej się wdrożeniami SAP, wyłonili pięć, ich zdaniem, najważniejszych trendów, które w istotny sposób będą oddziaływać na branżę IT, ale również na funkcjonowanie biznesu.

#1 Platformy chmurowe

Rozwiązania chmurowe, z racji swojej wszechstronności, wygody użytkowania i łatwego dostępu do zasobów oraz do upgrade’ów będą zyskiwać na popularności. Ich zaletą jest to, że nie wymagają kosztownych konfiguracji, zakupu drogiego sprzętu, dodatkowej powierzchni w biurze oraz obsługi specjalistów na miejscu. Jest to po prostu wirtualne środowisko pracy, oferujące dostęp do niezbędnych zasobów i narzędzi. Klient opłaca i korzysta tylko z tych, które są mu potrzebne. Przykładem platformy chmurowej jest SAP Cloud Platform, która w sposób innowacyjny pomaga przedsiębiorstwom w kompleksowej aranżacji aplikacji w bardzo krótkim czasie.

#2 Technologie in-memory

Ilość danych, które pozyskujemy, sprawia, że znaczenia nabiera zaawansowana analityka. Jednak nie chodzi tylko o zakres analizy, ale przede wszystkim o jej wydajność. Dzięki zastosowaniu rozwiązań opartych na technologii in-memory (przetwarzania danych w pamięci operacyjnej), np. SAP HANA, można zwiększyć szybkość takich analiz o kilka rzędów wielkości[2]. „Z biznesowego punktu widzenia technologie in-memory mogą stać się podstawowym narzędziem budowania przewagi konkurencyjnej, zapewniają bowiem znaczący wzrost wydajności operacji analitycznych, a więc szybsze uzyskanie wniosków pozwalających na reagowanie na zmiany w otoczeniu czy potrzeby pracowników, klientów, kontrahentów” – podkreśla Małgorzata Marchwant, Dyrektor Działu BI (SAP Business Intelligence) w Quercus.

#3 Self-services

Wiele nowych trendów w obszarze IT wynika bezpośrednio z wcześniejszych, jak np. automatyzacja niektórych procesów w celu odciążenia działów IT. Doskonałym przykładem są self-services, czyli pakiety aplikacji, które wspierają użytkowników końcowych, zapewniając im dostęp do określonego poziomu informacji, a także umożliwiając samodzielne konfigurowanie niektórych procesów bez konieczności angażowania działów IT. „Takie aplikacje sprawdzą się wszędzie tam, gdzie część prac można zautomatyzować (dzięki powtarzalności zdarzeń). Przykładem mogą być narzędzia analityczne, pozwalające na tworzenie sprecyzowanych raportów bezpośrednio przez użytkownika końcowego, np. SAP Lumira” – wyjaśnia ekspertka Quercus.

#4 Uczenie maszynowe

Sztuczna inteligencja od dawna nie jest tylko pojęciem rodem z science fiction, lecz realnym zjawiskiem, coraz częściej znajdującym zastosowanie w biznesie. Elementem sztucznej inteligencji, pozwalającym na doskonalenie systemów IT dzięki zgromadzonemu doświadczeniu, jest machine learning, czyli uczenie maszynowe. „W skrócie polega to na tworzeniu automatycznego systemu, który potrafi – na podstawie zgromadzonych danych – zdobywać doświadczenie, a więc uczyć się. Jest to możliwe dzięki zaawansowanym algorytmom, czerpiącym informacje z ogromnej ilości zgromadzonych danych. W efekcie wiele procesów wykonywanych jest automatycznie, co ułatwia nam pracę. Przykładem takiego samouczącego się systemu może być słownik w telefonie, system GPS, albo samokierujący się pojazd” – podpowiada przedstawicielka Quercus.

#5 Predykcja

Szczególnie na początku roku, kiedy planujemy najbliższe 12 miesięcy, warto wymienić jeszcze jeden trend – predykcję, czyli prognozowanie pewnych zjawisk na podstawie analizy zgromadzonych danych. Wykorzystanie tych informacji w algorytmach predykcyjnych nie zawsze musi dotyczyć przyszłych trendów, ale również analizy stanu obecnego, co pozwala na zidentyfikowanie potencjalnych zagrożeń i odpowiednio szybkie przeciwdziałanie im. Predykcja znakomicie sprawdza się w zarządzaniu relacjami z klientami – pozwala na zidentyfikowanie klientów, którzy potencjalnie mogą zrezygnować z usług albo takich, którzy z jakichś powodów są nieaktywni. „Możliwości wykorzystania predykcji są nieograniczone. Możemy prognozować przyszłe zmiany w wydatkach, zarządzać zapasami, a nawet przewidywać kierunek rozwoju miast” – podsumowuje Małgorzata Marchwant.

[1] http://www.businessinsider.com/what-is-the-internet-of-things-definition-2016-8?IR=T

[2] https://news.sap.com/poland/2014/10/20/sap-przybywa-firm-ktore-wykorzystuja-technologie-in-memory-do-zarzadzania-wielkimi-zbiorami-danych/

ZPC Brześć: W 2018 roku rynek słodyczy czeka ożywienie, choć nie zabraknie i wyzwań

Arkadiusz Drążek, ZPC Brześć
Arkadiusz Drążek, ZPC Brześć

Po ostatnich latach lekkiej stagnacji, spowodowanej nasilającą się konkurencją wewnętrzną i wyzwaniami związanymi m.in. ze współpracą z sieciami handlowymi, rynek słodyczy czeka lekkie ożywienie. Wynika to przede wszystkim z dobrej koniunktury, ewoluującej oferty dostosowanej do zmieniających się trendów konsumenckich, jak również z rozwoju polskiego eksportu. Z drugiej strony, producenci muszą zmierzyć się z rosnącymi cenami jaj, jak również ze zwiększającymi się wydatkami na logistykę czy marketing.

Zgodnie z prognozami ekspertów, polski rynek słodyczy ma wzrosnąć w 2018 roku do 4,4 mld dolarów[1]. O tym, w jakim kierunku zmierzają rodzimi producenci słodkich wyrobów oraz jak zmieniają się preferencje konsumentów mówi Arkadiusz Drążek, dyrektor handlowy w firmie Brześć, produkującej słodycze i przekąski.

Rewolucja smaków i wzrost segmentu „premium”

W dobie dynamicznie rosnącej świadomości, ale i zamożności konsumenckiej, producenci słodyczy stawiają coraz mocniej na jakość i różnorodność składników. Po pierwsze popularnością cieszą się produkty wzbogacone zdrowymi składnikami z kategorii tzw. superfoods, np. nasionami i orzechami. Jednocześnie ograniczana jest ilość sztucznych barwników, konserwantów i dodatków. W ostatnich miesiącach mogliśmy też zaobserwować mocny rozwój słodyczy z segmentu „premium” – jest to widoczne zwłaszcza pod markami własnymi dużych sieci handlowych. Marki własne „de luxe” kuszą klientów sklepów eleganckimi opakowaniami oraz oryginalnymi smakami. Kolejne miesiące przyniosą dalszy rozwój „luksusowych” słodyczy, limitowanych, sezonowych serii łakoci, wyrobów rzemieślniczych opartych na tradycyjnych recepturach oraz słodkich produktów inspirowanych smakami z różnych stron świata. To następstwo rewolucji kulinarnej i podróżniczej, która jest widoczna w naszym kraju w ciągu ostatnich kilku lat.

Przede wszystkim transparentność

Rosnąca świadomość klientów wymusi też na producentach słodyczy większą transparentność w komunikacji składu produktów. Konsumenci dokładnie studiują nabywane produkty pod kątem składu, jakości czy pochodzenia poszczególnych składników. Popularne staje się też tzw. „free form”, czyli poszukiwanie wyrobów pozbawionych określonego składnika, np. glutenu czy składników pochodzenia zwierzęcego. Podążając za trendami zachodnimi, polscy producenci już teraz wyróżniają skład swoich wyrobów, eksponując kluczowe składniki bądź ich wspomniany brak. Czasy, gdzie skład produktu jest zamieszczony w najmniej widocznym miejscu opakowania drobnym druczkiem i niezrozumiałym językiem, odchodzą więc powoli w zapomnienie.

2018 rokiem innowacji

Zmieniające się trendy i oczekiwania konsumentów względem słodyczy i przekąsek, jak również rosnąca konsumpcja łakoci, oznaczają dla producentów konieczność inwestycji w innowacje i nowoczesną infrastrukturę. Przystosowanie linii produkcyjnych do potrzeb rynku pozwoli firmom na rozwój, zwiększenie wydajności i – tym samym – budowanie przewagi konkurencyjnej. Inwestycjom w modernizację zakładów i wyposażenia sprzyja zresztą poprawiająca się koniunktura i dobre wyniki finansowe. Już teraz słyszymy o rozwoju innowacji wśród największych producentów słodyczy. Aby nadążyć za trendami, w kolejnym roku tropem gigantów branżowych podążą więc także małe i średnie przedsiębiorstwa.

Wzrosty i spadki na rynku surowców

Ostatnie lata upływały na polskim rynku słodyczy pod znakiem lekkiej stagnacji, wynikającej głównie z silnej, wewnętrznej konkurencji oraz rozdrobnienia rynku. Sporym problemem, z którymi musieli mierzyć się producenci łakoci była też nasilająca się konkurencja z Ukrainy – słodycze ze Wschodu „wyróżniały się” niską jakością i bardzo konkurencyjnymi cenami, wynikającymi z dostępu naszych sąsiadów do niższych cen cukru. Miało to negatywny wpływ zwłaszcza na polskie firmy z sektora MSP. Światełko w tunelu przyniosło uwolnienie cen cukru, które weszło w życie 1 października 2017. Zgodnie z szacunkami DnB Bank Polska zmiana dotychczasowych, unijnych regulacji pozwoli europejskim firmom obniżyć koszty produkcji słodyczy o ok. 0,5 mld dolarów[2]. Z drugiej strony, obniżce cen cukru towarzyszy od kilku miesięcy wzrost cen jaj, wynikający m.in. z rosnącego popytu na ich eksport, co przekłada się na topniejące zapasy jaj na rynku wewnętrznym. Ograniczeniu kosztów produkcji nie sprzyjają także rosnące ceny opakowań, ponadto zwiększają się też wydatki przeznaczane m.in. na wynagrodzenia pracowników, transport, jak i na marketing oraz promocję. Oznacza to, że realne konkurencja z ukraińskimi producentami oraz odzyskanie części udziałów w rynku nadal będzie stanowiło dla polskich producentów słodyczy spore wyzwanie.

Eksport będzie miał się dobrze

Sprzedaż wyrobów cukierniczych na rynki zagraniczne od kilku lat stanowi remedium na konkurencję wewnętrzną oraz presję cenową ze strony sieci handlowych. Nic nie wskazuje na to, by w roku 2018 ekspansja zagraniczna miała ulec ograniczeniu. Zwłaszcza, że mamy już „przetarte” szlaki biznesowe praktycznie na wszystkich kontynentach, m.in. przez to, że polskie firmy regularnie goszczą na najważniejszych, międzynarodowych imprezach branżowych poświęconych rynkowi FMCG czy stricte rynkowi słodyczy. Mimo popularności polskich wyrobów wśród zagranicznych konsumentów, nadal daleko nam do zbudowania silnej, międzynarodowej marki rodzimych słodyczy. W tym kontekście, w kolejnych miesiącach polskich producentów słodyczy czeka dalsza praca nad promocją wyrobów „made in Poland”.

[1] https://www.dnb.pl/pl/komentarze-ekspertow/art64,slodycze-na-fali-wzrostowej-pomimo-nowych-wyzwan.html

[2] http://handelextra.pl/artykuly/199308,rynek-slodyczy-zyska-na-uwolnieniu-cen-cukru

Pierwsza e-składka ZUS dla osób fizycznych do 10 stycznia. O czym należy pamiętać?

Koniec z opłacaniem ubezpieczeń społecznych na cztery różne konta. Od 1 stycznia 2018 roku przedsiębiorcy opłacają je w ramach e-składki na jedno konto. Rozdzieleniem przelanych środków zajmie się już samodzielnie Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Dotkliwe mogą okazać się też skutki opóźnień w opłacaniu składki.

Nowe rozwiązanie to udogodnienie dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Trzeba jednak pamiętać, że wraz z końcem 2017 roku ważność straciły dotychczasowe numery kont, na które przelewane były środki przeznaczone na ubezpieczenie społeczne, ubezpieczenie zdrowotne, Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych oraz na Fundusz Emerytur Pomostowych. Jeśli przez nieuwagę ktoś będzie chciał dokonał płatności na dotychczasowe konta ZUS, to bank nie zezwoli na taką płatność, gdyż te rachunki obecnie nie istnieją.

Skąd wziąć numer konta do zapłaty e-składki?

Od października 2017 roku ZUS rozsyłał listy do przedsiębiorców, w których zawarty był dla każdego z nich indywidualny numer konta (NRS), na który należy kierować płatności. Jeśli z jakiegoś powodu list nie dotarł bądź nie został przeczytany, informacje o nowym numerze konta można otrzymać w każdej placówce ZUS lub na infolinii czy w serwisie PUE ZUS. Numer rachunku powinien natomiast zawierać stały dla wszystkich numer identyfikacyjny 60000002 i być skonstruowany według schematu, w którym pierwsze dwie cyfry to liczba kontrolna, a ostatnie 10 cyfr to NIP płatnika.

Niestety, ale pojawili się oszuści, którzy podszywając się pod ZUS rozsyłali listy z fałszywymi numerami kont. Dlatego bardzo ważne jest, aby dokładnie sprawdzić NRS – musi on zawierać numer NIP przedsiębiorcy opłacającego składki. Dodatkowo warto go jeszcze potwierdzić we własnym zakresie na stronie ZUS, korzystając z wyszukiwarki (e-skladka.pl).

Wygodna płatność

Eksperci z inFakt, firmy oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe, wskazują, że nowe rozwiązanie znacznie ułatwia sam proces wysyłania przelewu. Od teraz wystarczy bowiem podać dane odbiorcy i nadawcy – jak w każdym innym przelewie. Nie będą wymagane NIP, ani REGON. – Przedsiębiorcy korzystający z aplikacji księgowych powinni sprawdzić, czy ich oprogramowanie pozwala na wygodne wysłanie e-składki – zwraca uwagę Wiktor Sarota, prezes inFakt. – W inFakt mamy możliwość przesłania jej bezpośrednio z aplikacji za pomocą kilku klików. Taka funkcjonalność jest dużym udogodnieniem i dzięki niej w prosty sposób można szybko opłacić składkę za wybrany okres.

Dla prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, opłacających składki wyłącznie za siebie, termin opłacenia pierwszej e-składki, za grudzień 2017 roku mija 10 stycznia. Eksperci inFakt wskazują na kilka spraw, o których należy przy tej okazji pamiętać: 

Rozliczanie składek

Jeśli w przypadku danego przedsiębiorcy nie zmieniły się rodzaje składek oraz ich podział, to księgowanie również pozostaje bez zmian:

  • składki społeczne księgowane są do kosztów lub odliczane od dochodu
  • składki na FGŚP i FP są księgowane do kosztów
  • 7,75% podstawy wymiaru składki zdrowotnej jest odejmowane od podatku

Dotkliwe skutki płacenia e-składki po terminie

W przypadku spóźnionej płatności e-składki płatnik musi liczyć się z tym, e mogą wystąpić odsetki do zapłaty. Mogą wystąpić także inne konsekwencje czyli wyłączenie płatnika z ubezpieczenia chorobowego lub zasiłku macierzyńskiego. Jeśli to nastąpi, należy złożyć wniosek o przywrócenie terminu płatności. – Miejmy też na uwadze, że po otrzymaniu środków na konto ZUS będzie uznawał najpierw najstarsze zobowiązania – mówi Aneta Socha, ekspert kadrowo-podatkowy z firmy inFakt. – W ten sposób przelewy będą w pierwszej kolejności pokrywały najstarsze zadłużenie z odsetkami.

ZUS nie informuje o stanie konta

Warto mieć na uwadze, że ZUS nie będzie informował o przypadkach zaległości w opłacaniu e-składki. Przedsiębiorcy powinni kontrolować swoje płatności we własnym zakresie.

EY: Prezesi dużych firm mają mylne wyobrażenie o oczekiwaniach inwestorów

67% ankietowanych przez EY inwestorów instytucjonalnych uważa, że przedsiębiorstwa powinny realizować projekty generujące przełomowe innowacje, nawet, jeśli przedsięwzięcia te są ryzykowne. Tymczasem 50% prezesów wskazuje, że nie jest dobrze przygotowanych, żeby wykorzystać szanse, jakie niosą ze sobą przełomowe zmiany. Zaledwie 27% szefów mówi, że priorytety ich firm są skoncentrowane na tworzeniu nowych źródeł przychodów – wynika z raportu firmy doradczej EY „Jak możesz być równocześnie – twórcą i tworzywem zmian?”.

W badaniu EY wzięło udział 101 prezesów z 5000 największych globalnych firm i 100 międzynarodowych inwestorów instytucjonalnych zarządzających aktywami powyżej 1 mld USD, którzy angażują się w innowacyjne przedsięwzięcia.

Perspektywa inwestora i prezesa

Według ankietowanych prezesów, inwestorzy instytucjonalni mają awersję do wszystkich projektów, które mogą odwrócić uwagę firmy od natychmiastowych zysków. Tymczasem 55% inwestorów instytucjonalnych uważa, że firmy powinny przeznaczać środki na poznawanie przełomowych modeli biznesowych, a 67%, że powinny angażować się w innowacyjne projekty, nawet, jeśli nie przynoszą one krótkoterminowych zysków. Trzech z czterech badanych inwestorów uważa, że gotowość do przełomowych innowacji będzie zdecydowanie bardziej istotnym czynnikiem decyzyjnym w kolejnych pięciu latach.

Międzynarodowe korporacje muszą skupiać się na swojej podstawowej działalności i równocześnie tworzyć innowacyjne modele biznesowe. – Dziś, jak nigdy wcześniej, nowe technologie pojawiają się i rozprzestrzeniają na globalnym rynku zmieniając oblicza całych branż. Coraz trudniej jest również wskazać, gdzie dana branża się kończy. Przenikają się one bowiem obecnie tak skutecznie, że wielokrotnie wyzwaniem staje się zdefiniowanie kompletnej listy konkurentów a nawet produktów czy usług, które mogą być traktowane jako substytuty. W takim otoczeniu innowacje i sama kultura innowacyjności stają sie trzonem strategii każdej firmy nastawionej na wzrost w przewidywalnej przyszłości – uważa Bartosz Niedźwiedzki, Dyrektor w Grupie Zarządzania Innowacjami EY.

Zaledwie połowa prezesów wskazuje, że są oni dobrze przygotowani do wykorzystania przełomowego rozwiązania. 52% ankietowanych jest zdania, że ich priorytety firmowe koncentrują się na przychodach pochodzących z aktualnych modeli biznesowych, podczas gdy 27% skupia się na przyszłych źródłach zysku. Równocześnie 64% ankietowanych deklaruje, że spędza 25% lub mniej czasu na kwestiach związanych z innowacyjnością.

Zarówno inwestorzy jak i prezesi zgadzają się co do tego, że nowe technologie to numer jeden jeśli chodzi o źródło przełomowych innowacji. Na drugim miejscu inwestorzy stawiają nowe modele biznesowe, podczas gdy prezesi wyżej oceniają zmieniające się zachowania klientów. Na dalszym miejscu znalazły się także zmiany regulacyjne.

Trzy grupy przedsiębiorstw

W połączonym świecie gospodarki cyfrowej przedsiębiorstwa muszą równolegle koncentrować się na bieżącej działalności i inwestować w przyszłe innowacje. Tempo i skala zmian, jakie generują innowacje, stwarzają niewiarygodne szanse. Szybko reagujące, zorientowane cyfrowo firmy szybko rosną i zyskują przewagę nad dużymi, nieco „ociężałymi” przedsiębiorstwami. Odnosi się to nie tylko do start-upów. Te duże podmioty także mogą zrewolucjonizować swoje branże.

– Wśród naszych klientów widzimy bardzo wyraźną potrzebę, by tworzyć kulturę innowacji i łączyć elastyczność działania, myślenie poza utartymi schematami i innowacyjność startupów z siłą, zasięgiem i możliwościami, jakie dają międzynarodowe firmy czy polskie czempiony – mówi Krzysztof Witkowski, odpowiedzialny za programy skierowane do startupów z ramienia EY. – Co więcej, tę wartość dodaną obserwujemy też bardzo wyraźnie u nas w firmie. Dzięki licznym spotkaniom, warsztatom, networkingowi ze społecznością startupową także w naszych ludziach, naszych pracownikach, budzi się potrzeba innowacji i otwierają się coraz chętniej na nowe technologie i poszerzają swoje horyzonty – dodaje.

Na podstawie wywiadów z prezesami największych światowych spółek, firma EY wyodrębniła trzy podejścia dużych firm do przełomowych innowacji:

  • gąsienice – (60 ankietowanych, czyli większość firm), idą dotychczasowym torem i koncentrują się na bieżących działaniach i sukcesach
  • poczwarki – (mniejsza grupa – 23 badanych), firmy, które są na etapie wdrażania zmian – rozwiązań cyfrowych i rozwoju kultury innowacji
  • motyle – (najmniejsza grupa – 18 firm), to podmioty, które przeszły transformację, a innowacyjność mają wpisaną w swoją kulturę i tworzą nowe kompetencje w cyfrowych obszarach.

Innowacyjne „kłody”

Organizacje wskazują w badaniu EY na wiele czynników, które utrudniają im wprowadzenie rewolucyjnych zmian:

  • sprawcze kierownictwo – tylko 54% prezesów twierdzi, że zarządza agendą innowacji w swojej firmie.
  • kultura korporacyjna – jedynie 43% prezesów ocenia swoją firmę „dobrze” lub „bardzo dobrze” za inwestowanie w poszukiwania projektów przynoszących zwrot z inwestycji w dłuższym okresie, które mogą nie być rentowne w krótkiej perspektywie.
  • innowacyjne praktyki i zasoby – dostępność kapitału i tworzenie własnych jednostek innowacyjnych w ramach firmy to obszary, które dobrze oceniło w swojej firmie 39% badanych prezesów.
  • zewnętrzna współpraca – zaledwie co trzeci ankietowany przyznał swojej organizacji „dobrą” lub „lepszą” ocenę za inwestowanie w start-upy, żeby zyskać wiedzę na temat nowych technologii i modeli biznesowych.

Aby firmy mogły przygotować się do wdrożenia przełomowych rozwiązań, powinny podjąć 10 działań, które mogą otworzyć organizację na zmiany. Po pierwsze, powinny zaszczepić poczucie istotności innowacji w firmie. Po drugie, agenda innowacyjna powinna być umocowana na poziomie zarządu. Po trzecie, zarząd powinien mieć wspólny cel w obszarze innowacji. Kolejnym krokiem powinno być zaangażowanie kluczowych inwestorów oraz wskazanie ambasadorów zmian w firmie i danie im możliwość działania. Istotne jest także stworzenie ekosystemu wewnątrz oraz na zewnątrz organizacji, który pozwala na przenikanie pomysłów, a także na wdrożenie zmian w ramach całego łańcucha wartości. Należy przy tym unikać działań „pozorowanych”. I wreszcie strategię tę trzeba często weryfikować, podobnie jak regularnie sprawdzać zasadność funkcjonowania tych części biznesu, które w praktyce przestały mieć rację bytu.

O badaniu:

„Jak możesz być równocześnie – twórcą i tworzywem zmian?” to badanie przeprowadzone na grupie prezesów spośród największych, globalnych 5000 przedsiębiorstw według przychodów z 2016 roku. Reprezentatywna grupa 101 respondentów pochodziła z 26 krajów i 16 sektorów. Zbadano także 100 inwestorów instytucjonalnych spośród zarządzających aktywami, przedstawicieli firm ubezpieczeniowych, funduszy emerytalnych etc. z aktywami na poziomie minimum 1 mld USD.

Co najmniej trzy podwyżki stóp

Poniedziałek to kolejny dzień, w którym amerykański dolar zyskiwał na wartości wobec większości swoich rywali i był na najwyższym poziomie w 2018 r. Kurs EUR/USD zszedł do poniżej 1,2. To efekt wypowiedzi dwóch członków Rezerwy Federalnej, którzy stwierdzili, że w tym roku dojdzie do co najmniej trzech podwyżek stóp procentowych w USA. Loretta Mester, szefowa Fedu z Cleveland, powiedziała, że silna amerykańska gospodarka i niskie bezrobocie dają asumpt do aż czterech podwyżek stóp w 2018 r. Z kolei John Williams, szef Fedu z San Francisco, wezwał do trzech podwyżek stóp w tym roku, argumentując, że już teraz silna gospodarka USA urośnie jeszcze bardziej dzięki republikańskiej reformie podatkowej.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do euro (+0,35%), a traci do brytyjskiego funta (-0,14%), dolara kanadyjskiego (-0,01%), dolara australijskiego (-0,15%) oraz japońskiego jena (-0,42%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,197, GBP/USD – 1,356, USD/CAD – 1,241, AUD/USD – 0,785 i USD/JPY – 112,8. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,75%) i kurs EUR/JPY wynosi 135, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,882. Drugi dzień z rzędu złotówka traci do głównych walut światowych. We wtorek rano dolar kosztuje ponad 3,48 zł, euro – 4,17 zł, funt – prawie 4,73 zł, a frank szwajcarski – ponad 3,56 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach kolejną sesję przewaga koloru zielonego. W poniedziałek w Europie londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,36%, frankfurcki indeks DAX wzrósł o 0,36%, a paryski indeks CAC 40 podniósł się o 0,3%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,17%, meksykański indeks Bolsa – 0,22%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,39%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei urósł o 0,57%, indeks Shanghai Composite – o 0,13%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 0,46%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach we wtorek rano ceny ropy naftowej rosną. Baryłka ropy Brent kosztuje 67,57 USD (+0,27%), a ropy WTI – 62,08 USD (+0,39%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 70 USD. Z kolei cena złota po wahaniach w górę i w dół kosztuje tyle samo, co dobę wcześniej. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1318 USD.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 7:45 – Szwajcaria – Stopa bezrobocia, grudzień – 3% (prognoza 3%)
  • 8:00 – Niemcy – Produkcja przemysłowa (r/r), listopad – 5,6% (prognoza 3,9%)
  • 8:00 – Niemcy – Bilans handlu zagranicznego, listopad – 22,3 mld EUR (prognoza 21 mld EUR)
  • 9:00 – Czechy – Stopa bezrobocia, grudzień – 3,8% (prognoza 3,7%)
  • 11:00 – Strefa euro – Stopa bezrobocia, listopad (prognoza 8,7%)
  • 16:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Polski przemysł kwitnie. Giełdowy Indeks Produkcji poszybował zamykając grudzień „na zielono”

Giełdowy Indeks Produkcji zamykał listopad z wynikiem 1088.50 pkt. notując jeden z poważniejszych spadków w całym 2017 roku, ale w grudniu udało się powrócić na tor wzrostu wartości i zamknąć rok na poziomie 1135.96 pkt. Tradycyjnie, wzrosty nie dotyczyły wszystkich spółek, lecz raptem połowy, podtrzymując panującą się od dłuższego czasu opinię o dojrzałości rynku, na którym dane fundamentalne i perspektywy rozwoju spółek podlegają surowej ocenie.

Wzrost wartości o 4.36% m/m to dla indeksu zrzeszającego 60 największych polskich spółek produkcyjnych to jeden z najlepszych wyników od momentu jego powstania. Co więcej, wynik GIP60 okazał się o wiele lepszy od wyników najważniejszych benchmarków GPW, na której największy wzrost zanotował indeks sWIG80 (+2.99% m/m), spółki notowane w ramach WIG20 wzrosły o 2.18 proc. m/m, a cały rynek osiągnął zwrot na poziomie 2.09%. O doskonałej kondycji polskiego rynku produkcji świadczy również fakt, że spośród wszystkich indeksów WIG jedynie 5 subindeksów branżowych osiągnęło w grudniu wyższe stopy zwrotu niż GIP60, a mianowicie: WIG-ODZIEŻ (+12.25% m/m), WIG-LEKI (+11.68% m/m), WIG-MOTO (+7.04% m/m), WIG-NIERUCHOMOŚCI (+6.36% m/m) i WIG-GÓRNICTWO (+4.68% m/m).

Analizując stopy zwrotu spółek z GIP60 w kontekście branżowym, najwyższych wyników można doszukać się wśród spółek odzieżowych zajmujących się projektowaniem i dystrybucją swoich produktów. Średnia stopa zwrotu wśród projektantów – tak określamy tę grupę spółek z GIP60 – w ostatnim miesiącu 2017 roku wyniosła 13.09%, za co odpowiada przede wszystkim spektakularny wzrost wartości spółki CCC. Bardzo wysokie średnie stopy zwrotu w grudniu osiągnęły również spółki z branży farmaceutycznej (+6.50% m/m) oraz producenci żywności (+5,01% m/m).

Solidne wzrosty w czołówce GIP60

Również w grudniu w grupie GIP znalazły się firmy, których wyniki znacznie przewyższyły średnią rynkową osiągając dwucyfrowe stopy wzrostu wartości. Najwyższą stopę zwrotu i zwycięstwo w grudniowym rankingu GIP60 wypracowała POZBUD T&R S.A. (+22% m/m) – producent okien i drzwi drewnianych i aluminiowych. Spółka działa na całym rynku europejskim, od kilku lat eksportuje również drzwi do USA. Na początku grudnia POZBUD poinformował o uzyskaniu dofinansowania z PARP dla spółki zależnej na ponad 19 mln zł, co przy rocznych przychodach grupy na poziomie 170 mln (2016) zostało pozytywnie, jak widać ze skokowej zmiany wyceny kursu akcji, ocenione dla perspektywy rozwoju i wyników spółki w 2018r.

Drugie miejsce na podium przypadło spółce CCC S.A. (+18.8% m/m), największemu producentowi obuwia w Europie, który zasypała w grudniu giełdę pozytywnymi komunikatami o swojej kondycji, najpierw o przychodach w listopadzie wyższymi rdr o 27%, a potem o planach ekspansji w Rumunii, Kazachstanie i Gruzji. W momencie powstania tego komentarza znane są już wyniki spółki za grudzień i zapewne wzrost przychodu rdr o prawie 42% będzie napędzało dalszy wzrost i zainteresowanie akcjami spółki.

W grudniu najniższy stopień podium przypadł BIOMED-LUBLIN W. SUROWIC I SZCZEPIONEK S.A. (+17.7% m/m). Taki stan rzeczy można tłumaczyć m.in. tym, że fundusz Value FIZ zwiększył swój udział w spółce z 0,24% kapitału do 7,37%. — Trudno rozstrzygnąć, czy większy wpływ na jej wynik wywarło pozyskanie akcjonariusza czy przedstawiona w połowie grudnia przez Zarząd wizja rozwoju.

 Poinformował on, że po sprzedaży w listopadzie do Polpharmy praw marki Lakcid, realizowana będzie ścisła kooperacja z Polpharmą w roku 2018 r. — ocenia Paweł Daszkiewicz z DSR SA.   Zarząd przedstawił również koncepcję budowy nowego zakładu w Lublinie oraz plany ekspansji w eksporcie. — Wydaje się, że wcześniej opublikowane dobre wyniki za III kwartał mocno uwiarygodniły ten przekaz, a wejście nowego inwestora zachęciły, by docenić akcje tej spółki — dodaje Daszkiewicz.

Zdaniem Macieja Zaręby, współtwórcy giełdowego indeksu produkcji, spojrzenie na trójkę zwycięzców grudniowych notowań w rankingu GIP60 ze strony branż, które reprezentują, daje ciekawe odniesienie do zachowań branżowych spółek w całym roku 2017r. Z jednej strony reprezentowane przez nie branże: tzw. projektantów (CCC) ze wzrostem średnim 41,5% rdr, farmaceutyczna (BIOMED-LUBLIN) ze wzrostem 31% rdr oraz materiałów budowlanych (POZBUD T&R) ze wzrostem średnim 19,2% rdr zanotowały największe średnie wzrosty roczne, ale nie były to zachowania spójne dla wszystkich spółek reprezentujących te branże. Wystarczy wskazać, że w branży tzw. projektantów, czyli spółek, które skupiają się głównie na projektowaniu i dystrybuowaniu własnych produktów, rozrzut zmian wartości akcji mieścił się między 57% (LPP S.A) a 27,3% (Vistula S.A); dla producentów materiałów budowlanych między 53,3% (LIBET S.A.) a – 12,1% (SELENA FM S.A.); w końcu dla branży farmaceutycznej nawet między 100,8% (SELVITA S.A) a -57,3% (BIOTON S.A). — Trudno więc jednoznacznie podsumowywać, że przynależność spółki do danej branży, dawała gwarancję wzrostu kursu jej akcji, to tylko jedna z przesłanek do oceny wyników danego przedsiębiorstwa —kwituje Zaręba.

Rok 2017 na plusie

Zwycięzcą rankingu GIP60 za cały rok 2017 została spółka SELVITA S.A. (firma biotechnologiczna). Wręcz oszałamiający wzrost wyceny wartości spółki o ponad 100% był przede wszystkim konsekwencją marcowego wzrostu po podpisaniu umowy partneringowej na cząsteczkę SEL24 z firmą Berlin-Chemie Menarini i pozyskaniem dofinansowania z NCBiR. Co prawda akcjonariusze przeżyli chwilę niepewności w październiku, gdy spółka została zmuszona do zawieszenia badań klinicznych w ramach projektu SEL24, ale w grudniu FDA pozwoliła Selvicie je wznowić i wszystko wskazuje na to, że akcjonariusze, którzy zaufali zapewnieniom zarządu spółki, że to krótkoterminowe perturbacje, nie powinni się zawieść na tej inwestycji również w przyszłym roku.

Generalnie dla Giełdowego Indeksu Produkcji miniony rok okazał się całkiem przyzwoitym czasem, w którym zanotowano ponad 86 punktowy wzrost wartości, co pozwoliło uzyskać roczną stopę zwrotu na poziomie 8.21%. Jednak nie był to okres stabilnego wzrostu, gdyż serie pozytywnych odczytów były przeplatane miesiącami ze znacznymi spadkami wartości — wskazuje Zaręba. W 2017 roku najlepszym miesiącem był styczeń ze stopą zwrotu na poziomie 6.55% m/m, a największy spadek GIP60 zaobserwowano w listopadzie (-4.92% m/m).  W ujęciu kwartalnym najlepszy był pierwszy kwartał, w którym indeks zanotował trzy kolejne dodatnie miesięczne stopy zwrotu, co dało 10.7% wzrost wartości. W drugim kwartale GIP60 stracił 3.6% wartości, w trzecim zyskał 3.5% by w ostatnim kwartale spaść o 2.1%.

Przyszłość wygląda optymistycznie

W porównaniu z dwucyfrowymi wzrostami jakie zapanowały w zeszłym roku na większości indeksów rynkowych WIG, wynik GIP nie robi aż takiego wrażenia, ale pespektywa roku 2018r wydaje się generalnie pozytywna. Przykładowo wskaźnik PMI za grudzień ze wskazaniem 55% okazał się najlepszy od marca 2015r. Wg IHS Markit firmy uzasadniały dobre nastroje pozytywną sytuacją w polskiej gospodarce, inwestycjami w bardziej wydajny sprzęt oraz wprowadzaniem nowych produktów. Są to czynniki, które pozwalają z optymizmem oczekiwać wyników polskich producentów w 2018r.

Wzrost sprzedaży, w tym zwiększający się udział eksportu w przychodach producentów, to kolejny pozytywny sygnał dla całej branży. Biorąc pod uwagę bardzo dobrą koniunkturę u naszych największych partnerów gospodarczych, eksport może okazać się szczególnie silnym bodźcem wzrostowym dla polskich producentów. Oczywiście postępująca aprecjacja złotego, która osłabia konkurencyjność naszych eksporterów, może zredukować wysoką dynamikę wzrostu eksportu jednak musiałoby to wiązać się z drugim z rzędu rewelacyjnym rokiem dla złotówki, na co jest już niższe prawdopodobieństwo.

Warto również odnotować, że w 2017 roku ponad 1/3 nowych miejsc pracy powstało w przemyśle, w tym przede wszystkim w branżach nastawionych na eksport takich jak branża motoryzacyjna, metalurgiczna, tworzyw sztucznych i meblarska. A było to rekordowy rok pod względem nowopowstałych miejsc pracy.

Polski przemysł ma się dobrze i większość czynników przemawia za dalszym rozwojem tego sektora naszej rodzimej gospodarki. W zeszłym roku po początkowych silnych wzrostach, wśród inwestorów zapanowała niepewność, która odbiła się na kursie polskich producentów. Wyniki grudniowe dają jednak nadzieję na realizację korzystniejszego scenariusza w 2018 roku — podsumowuje Paweł Daszkiewicz.

Pracownik z polecenia – tak. Premia za pomoc w rekrutacji – niekoniecznie

System poleceń osób do pracy, według wszelkich danych, ma się w Polsce świetnie. Okazuje się jednak, że polecamy innych za darmo. Programy referencyjne w firmach, które wiążą się z wypłaceniem premii za znalezienie odpowiedniego pracownika, ma zaledwie 3,6 proc. pracodawców – wynika z badania serwisu Pensjometr.pl od Monster Polska.

Na polskim rynku premie za polecenie osoby do pracy najczęściej stosują przedsiębiorstwa z obszaru technologii – 14,6 proc., elektryczności, gazu, zaopatrzenia w wodę i gospodarki odpadami – 8,3 proc. oraz z obszaru finansów i ubezpieczeń – 6,5 proc. Premie za rekomendacje są domeną raczej dużych, zagranicznych korporacji – 11,38 proc. z nich ma systemy płatnych poleceń. W porównaniu tylko 1,88 proc. prywatnych przedsiębiorstw z polskim kapitałem jest gotowych płacić za rekomendacje.

Im trudniejsza rekrutacja, tym większa chęć zatrudnienia z polecenia

„Pracowników, którzy pomagają łowić talenty, szczególnie docenią firmy poszukujące specjalistów. Są to pracodawcy, którzy mierzą się z dużą konkurencją, problemami podczas zatrudniania, a tym samym kosztownymi i wielomiesięcznymi rekrutacjami” – komentuje Joanna Żukowska, ekspertka serwisu pracy MonsterPolska.pl. „Dla nich opcja zatrudniania z polecenia jest gwarantem sukcesu. Wiedza, że specjalista działający lata w branży ubezpieczeniowej szuka pracy, dotrze szybciej do doskonałego, lokalnego handlowca, niż do HR-owca, który rekrutuje na różne stanowiska np. w międzynarodowej strukturze” – dodaje.

Mając przekonanie, że system poleceń jest skuteczny, pracodawcy są skłonni płacić premie pracownikom za ściągnięcie do firmy pożądanego eksperta. Czasem firmy robią zastrzeżenia, że premia zostanie wypłacona, jeśli nowy pracownik pozostanie w organizacji dłużej np. rok.

Takie finansowe i pozafinansowe nagrody popularne są szczególnie w Czechach, gdzie stosuje je 11,8 proc. wszystkich firm. Równie często premie wypłacają pracodawcy ze Słowacji – 10,4 proc. Nieco rzadziej są one realizowane na Węgrzech, gdzie taką opcję wykorzystuje 5,1 proc. szefów, w Serbii – 4,7 proc., Estonii – 4,4 proc. oraz na Litwie – 3,7 proc.


W Polsce z możliwości wypłacania jednorazowej premii lub innych bonusów korzysta 3,6 proc. pracodawców. Jest to więcej niż m.in. w Finlandii – 3 proc., Chorwacji – 2,7 proc. czy Słowenii oraz Bośni i Hercegowinie po – 1,4 proc.

Systemy poleceń są bardziej popularne w dużych miastach – np. w Bratysławie – aż 14 proc., a w Pradze 13 proc. firm premiuje swoich pracowników za skuteczne rekomendacje.

W innych krajach, podobnie jak w Polsce, programy referencyjne są domeną zagranicznych korporacji. Na Słowacji 21 proc. a w Czechach aż 24 proc. firm międzynarodowych posiada jasno określone zasady poleceń.

Pracownicy z polecenia to osoby, za które inni ręczą

„Świadomość, że pracodawca oferuje program referencyjny dla pracowników, sprawia, że wielu z nich chętnie angażuje się w proces rekrutacyjny. Uruchamiają prywatne kontakty, biznesowe relacje i Facebookowe znajomości. Starają się polecić osobę kompetentną i godną zaufania. Tylko za takiego kandydata mogą i chcą ręczyć. System zatrudniania z polecenia, który uwzględnia nagrodę dla pracownika-rekrutera, nieustannie się popularyzuje” – mówi Żukowska z MonsterPolska.pl.

Gra w rekrutera jest warta świeczki, bo w niektórych firmach premia za polecenie jest wielokrotnością pensji. Kwota zależy od tego, jak bardzo dane stanowisko jest trudne do obsadzenia. Zdarza się także, że za rekomendację pracownicy otrzymują dodatkowe dni wolne, bony lub vouchery na wybrane usługi i produkty. Niestety z badań wynika, że równie często nagrodą jest jedynie dobre słowo szefa i profesjonalny współpracownik w dziale.

Dane pochodzą z serwisu Pensjometr.pl od Monster Polska. Zebrane zostały w okresie 12 miesięcy – od listopada 2016 do listopada 2017 roku. W badaniu wzięło udział ponad 397 tys. ankietowanych z 12 krajów: Bośni i Hercegowiny, Chorwacji, Czech, Estonii, Finlandii, Litwy, Łotwy, Polski, Serbii, Słowacji, Słowenii i Węgier.

Jesteśmy już gotowi na przyjęcie euro, tylko czy chcemy?

Przed wstąpieniem do Unii Europejskiej Polska zobowiązała się do przyjęcia unijnej waluty. Obecnie spełniamy wszystkie kryteria umożliwiające wejście do strefy euro z wyjątkiem kryterium związanego z kursem walutowym. Zarówno rządzący, jak i społeczeństwo nie chcą jednak rezygnować ze złotego. Czy słusznie?

Wśród argumentów za przyjęciem euro wymienia się m.in. zagrożenie, że jeśli w najbliższych latach tego nie zrobimy, znaczenie naszego kraju zostanie pomniejszone. Poza tym podnosi się, że trzymanie się złotego nie sprzyja integracji europejskiej. Jeśli chodzi zaś o aspekty stricte ekonomiczne, warto zauważyć, że gdybyśmy posługiwali się unijną walutą, nasi przedsiębiorcy zapewne funkcjonowaliby na europejskim rynku lepiej – zostałoby wyeliminowane ryzyko kursowe.

Z drugiej strony „kryzys, który obserwowaliśmy od lat 2007–2008, pokazał nam, że posiadanie własnej waluty w takich sytuacjach to duża korzyść. Dzięki temu, że mieliśmy własną walutę, nasza gospodarka mogła w płynniejszy sposób przejść przez te trudne lata” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl ekonomista Paweł Majtkowski. Nie należy też zapominać, że wprowadzenie euro wymagałoby zmiany konstytucji.

BIK: Polacy o swojej kondycji kredytowej

Jakość udzielanych kredytów we wszystkich segmentach produktowych potwierdza BIK Indeks Jakości Portfeli Kredytów, który w listopadzie 2017 r. odnotował poprawę we wszystkich produktach kredytowych w stosunku do roku 2016. Przy czym najwyższa o 0,57 p.p. dotyczy kredytów konsumpcyjnych. Również sami kredytobiorcy dobrze oceniają swoją kondycję kredytową, co potwierdziło aż 73% osób biorących w badaniu zleconym przez BIK, w odniesieniu do obecnie spłacanych zobowiązań. Jednak Polacy zapytani o swoje możliwości zaciągania i spłacania rat kolejnych kredytów, w przyszłości, są już podzieleni i mniej zgodni – w nowy rok wchodzimy z umiarkowanym optymizmem.

O dobrej jakości kredytów można mówić wówczas, gdy zobowiązanie kredytowe spłacane jest w terminie. Wówczas buduje się pozytywna historia kredytowa. Banki oraz BIK posiadają informację zarówno o terminowo realizowanych płatnościach, ale również o opóźnionych płatnościach lub ich braku. Każde opóźnienie, choćby o jeden dzień, odnotowane jest w instytucjach udzielających kredytów. Stosowane w analizach dotyczących portfeli kredytowych określenia kredytów opóźnionych lub „zepsutej jakości” nazywane są w szczególności takie, które przyjęły status opóźnienia pow. 90 dni, tzn. spłata raty kredytowej nie została odnotowana w banku przez 3 miesiące.

Pomyślne obserwacje BIK

BIK na bieżąco monitoruje zjawisko jakości kredytów w Polsce. Analizując jakość kredytów konsumpcyjnych, najliczniejszych pod względem liczby  udzielanych kredytów, oraz kredytów mieszkaniowych – o najwyższej wartości, udzielonych w ciągu ostatnich kilku lat, są na dobrym i bardzo dobrym poziomie. Przeciętnie o ok. 2%. kredytów konsumpcyjnych udzielonych w latach 2012 – 2016 po roku od ich udzielenia „psuje się”, czyli przechodzi w status pow. 90 dni opóźnienia, W przypadku z kolei kredytów mieszkaniowych do grupy opóźnionych po roku od udzielenia przechodzi przeciętnie ok. 0,27% z nich. Oba te wyniki należy interpretować jako zjawisko stabilne, pozytywne.*

Kondycja kredytowa Polaków według BIK

BIK co miesiąc publikuje prognozę szkodowości portfela kredytowego, opartą o wyliczenia relacji liczby kredytów w całym portfelu, wchodzących w danym miesiącu do statusu opóźnionych pow. 90 dni w stosunku do liczby czynnych kredytów w niższych statusach.

– W porównaniu do sytuacji z 2016 roku w portfelach kredytowych wszystkich czterech produktów kredytowych nastąpiła poprawa jakości. Najwyższą poprawę w 2017 r. odnotował indeks jakości portfela kredytów konsumpcyjnych (pozytywna zmiana o 0,57) – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej. – Wszystkie cztery indeksy nadal pokazują, przy rosnącej sprzedaży, niski, bezpieczny a nawet obniżający się poziom ryzyka portfela kredytowego gospodarstw domowych.W każdym z czterech produktów wartość indeksu spadła przynajmniej o 0,2 – dodaje główny analityk BIK. Poprawie jakości udzielanych kredytów sprzyja kilka czynników. M.in. rekordowo niskie stopy procentowe, wzrost wynagrodzeń a tym samym dochodów gospodarstw domowych, dobra koniunktura w gospodarce przekładająca się na optymistyczne postrzeganie przyszłości przez kredytobiorców. Dzięki działaniom edukacyjnym prowadzonym m.in. przez BIK rośnie wśród Polek i Polaków świadomość roli i znaczenia posiadania dobrej, pozytywnej historii kredytowej, która świadczy o wysokiej wiarygodności kredytowej.

Ocena historii kredytowej

O swojej historii kredytowej Polacy, posiadający kredyty, wypowiadają się w większości pozytywnie, co potwierdziło zgodnie ok. 77% osób w badaniu opinii, przeprowadzonym w listopadzie 2017 r. przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIK.**

Respondenci, którzy oceniają swoją historię kredytową dobrze lub bardzo dobrze, są częściej mieszkańcami Polski południowej (64%), rzadziej są to osoby z regionu północno-zachodniego (47%).

Warto zaznaczyć, że odsetek ocen bardzo dobrych w zakresie oceny swojej historii kredytowej utrzymuje się na stabilnym poziomie, a nawet nieco wzrósł w stosunku do pomiaru z roku 2016 r., gdy zgodna opinia w tej kwestii dotyczyła ok 76% osób.

Kondycja kredytowa według Polaków

Niemal ¾ badanych uważa, że ich obecna kondycja kredytowa jest bardzo dobra i dobra, co motywowali tym, że są w stanie bez większego problemu spłacać obecne zobowiązania kredytowe.

Jednak, gdy w grę wchodziłyby kolejne kredyty, to optymizm znacząco spada. Możliwość zaciągnięcia kolejnej pożyczki i jej regularnej spłaty ostrożnie szacuje 33% osób, a  kolejne 28% potwierdziło, że wręcz nie byłoby w stanie poradzić sobie z nowym zobowiązaniem.

Patrząc na mapę Polski opinie bardziej optymistycznie wyrażają mieszkańcy największych miast i południa kraju.

Mieszkańcy regionu południowego częściej niż mieszkańcy pozostałych regionów podkreślają rolę oszczędzania, deklarują również, że kredyty biorą tylko wtedy, gdy mają pewność, że je spłacą (i częściej nie wyobrażają sobie sytuacji, że kredytu nie spłacą), a wobec dłużników są bardziej bezkompromisowi niż mieszkańcy pozostałych regionów. Na ich stosunek do kredytów i zobowiązań może wpływać zarówno wychowanie i wartości wyniesione z domu rodzinnego, zasady etyczne jak i możliwość polegania na rodzinie w trudnych sytuacjach (podkreślają te elementy częściej niż inni badani).

Samoocena czy samokontrola

Porównując odpowiedzi respondentów ankiety o kondycji kredytowej Polaków w zestawieniu z obserwacjami BIK, wyraźnie widać zbieżność opinii samych kredytobiorców z wynikami analitycznymi.

Z danych BIK wynika, że aż 90% Polaków terminowo spłaca swoje zobowiązania kredytowe. Jednak nie oznacza to, że tak liczna grupa osób kontroluje stan swoich kredytów.

Przed skorzystaniem z kredytu respondenci badania opinii stwierdzili, że samodzielnie szacują swoją zdolność kredytową i porównują oferty banków. Jedynie niewielka grupa osób, jedynie 5%, zadeklarowała, że przed skorzystaniem z kredytu pozyskuje raport z BIK. Tymczasem należy regularnie sprawdzać swoją historię kredytową, niezależnie od tego czy planujemy wnioskować o nową pożyczkę.

– Często nasza samoocena może być błędna, tymczasem w raporcie BIK wychwycimy ewentualne nieprawidłowości, np. niespłacone karty kredytowe, opóźnienia w spłacie rat kredytu poręczonego czy nieświadomie zaciągnięty kredyt ratalny w supermarkecie – mówi Alina Stahl, rzecznik BIK.  – Co więcej, jeśli ktoś nie posiada ochrony w postaci Alertu BIK, to raport wykaże, czy nie ciąży na nim cudzy kredyt – dodaje Alina Stahl.

  • * Źródło: Raport BIK: Kredyt Trendy, 1 półrocze 2017 r.
  • ** Polacy na rynku kredytowym, ARC Rynek i Opinia dla BIK S.A.,  listopad 2017 r., 18-65 lat, N=1000.

Ochrona danych osobowych – co nas czeka w 2018 roku?

Nie ulega wątpliwości, iż rok 2018 zapisze się w naszej pamięci jako rewolucyjny w odniesieniu do systemu ochrony danych osobowych. Już za niecałe pięć miesięcy zrewolucjonizuje się on w Polsce, i we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Zmiany odczują wszystkie branże, a w szczególności sektor IT, który przez swoje obszerne systemy i ciągłą styczność z Internetem będzie musiał odpowiednio się na nie przygotować.

RODO zmieni wszystko

Krzysztof Kiewicz, ODO 24
Krzysztof Kiewicz, ODO 24

Z dniem 25 maja 2018 r. obligatoryjne stanie się stosowanie ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO), co będzie wiązało się ze swoistą rewolucją w tym obszarze. Administratorzy danych będą zobligowani do realizowania nowych obowiązków, a właścicielom danych nadane zostaną dodatkowe uprawnienia. – mówi Krzysztof Kiewicz, ODO 24. W efekcie powstanie konieczność wprowadzenia szeregu modyfikacji zarówno w obszarze organizacyjnym, jak i technicznym, czego skutkiem będzie  m.in. konieczność dostosowania eksploatowanych dotychczas systemów teleinformatycznych – dodaje

Dane osobowe jako „gorący towar”

Rok 2018 zapisze się zapewne jako ten, w którym rozpoczął się pierwszy w Polsce proces sądowy związany z poważnym wyciekiem danych osobowych. W grudniu ubiegłego roku cały kraj obiegły informacje o wycieku prawie miliona danych z kancelarii Komornika Sądowego.

Niestety zjawisko to doskonale obrazuje, jak bardzo pożądanym na rynku „towarem” są dane osobowe. Dotychczasowy handel listami mailingowymi nie jest już wystarczający, a przestępcy zaczynają sięgać po znacznie szersze obszary naszego życia, uzyskując nasze numery PESEL, adresy zamieszkania czy nawet informacje o stanie naszego zdrowia – wskazuje ekspert. RODO być może zniweluje to zjawisko poprzez wysokie kary finansowe nakładane na podmioty i osoby stosujące niewłaściwe praktyki w zakresie ochrony danych osobowych – mówi Krzysztof Kiewicz, ODO 24.

Nowe obszary zainteresowań hackerów

Eksperci prognozują, że w nowym roku będą rozwijały się ataki typu ransomware. W ostatnim czasie stale rejestrowany jest ich wzrost i nic nie zapowiada, aby tendencja ta miała ulec zmianie. Coraz większy natłok spraw do zrealizowania i duża liczba maili wpływających na nasze skrzynki pocztowe sprawiają, że ransomware stanie się jednym z głównych zagrożeń.

Niestety uwadze hackerów nie umknie również obszar tzw. Internetu Rzeczy (IoT – Internet of Things), który w ostatnim czasie już na dobre zagościł w naszych domach i samochodach. Kamery wideo i mikrofony zainstalowane np. w telewizorach stają się głównym źródłem zainteresowań nie tylko cyberprzestępców, ale jak podał portal WikiLeaks – również agencji rządowych – wskazuje Krzysztof Kiewicz, ODO 24.

Coraz częściej spotykamy „inteligentne” systemy np. w naszych urządzeniach domowych, samochodach czy smartwatch. Ta nowa funkcjonalność – oprócz oczywistych korzyści dla użytkownika – generuje szereg niebezpieczeństw. Producenci niestety często nie przykładają należytej uwagi do ich odpowiedniego zabezpieczenia. W efekcie należy spodziewać się ataków na takie urządzenia. Przede wszystkim w celu pozyskania danych o preferencjach, nawykach użytkowników czy o naszym trybie życia, zdrowiu, sposobie odżywiania.

Kryptowaluty – zagrożenie, jakiego jeszcze nie było

Powstanie i upowszechnienie się kryptowalut typu bitcoin, ethereum czy litecoin. Spowodowało niemałe zamieszanie nie tylko w wirtualnym świecie, ale i na międzynarodowych rynkach walutowych. Obecnie kurs bitcoina osiągnął już prawie 50 tysięcy złotych i wartość ta może jeszcze wzrosnąć.

O kryptowalutach większość z użytkowników Internetu ma jeszcze niestety niewielkie pojęcie. Jeżeli już, to najczęściej myślimy, że to po prostu wirtualne pieniądze, które nie mają wpływu na nasze realne życie. Jednak tego typu środek płatniczy stał się doskonałym narzędziem do realizowania często nielegalnych transakcji w tzw. darknecie (Internecie wykorzystywanym przykładowo do sprzedawania nielegalnie pozyskanych danych, takich jak numery kart kredytowych itp.) – wskazuje Krzysztof Kiewicz, ODO24.

Pod koniec 2017 roku Narodowy Bank Polski i Komisja Nadzoru Finansowego wydały ostrzeżenia o zagrożeniu, jakie niosą ze sobą te waluty, a Krajowa Administracja Sądowa rekwiruje „koparki” do ich odnajdywania w sieci.

Niestety ich nabywanie stwarza zagrożenie dla każdego z nas, gdyż przestępcy w celu ich pozyskania będą tworzyli z pozoru niewinnie wyglądające oprogramowania (komunikatory, aplikacje do testowania wydajności sprzętu itp.), w rzeczywistości bez naszej wiedzy wykorzystujące zdobyte zasoby sprzętowe do kopania kryptowalut podsumowuje Krzysztof Kiewicz, ODO 24. Należy pamiętać, że ewoluuje nie tylko technologia – zmieniają się również techniki ataków i kradzieży za pośrednictwem sprzętu komputerowego i Internetu. Coraz bardziej „wyrafinowane” metody pozyskiwania nie tylko naszych danych, ale i pieniędzy stają się zagrożeniem, z którym musimy liczyć się każdego dnia – dodaje.

Klątwa silnych przekonań

Blask euro przygasł, choć dane z Niemiec dziś rano przypominają o silnych fundamentach. Uleciała też para z walut rynków wschodzących, co uderza w złotego. Nagły spadek USD/JPY dziś w nocy wziął się ze spekulacji, które wydają się nieuzasadnione.

Mocne euro było powszechnym typem na 2018 r. i retoryka o „zmuszeniu” EBC do szybszego wychodzenia z programu QE rządziła w ubiegłym tygodniu, jednak po weekendzie inwestorów dopadają wątpliwości. Brak przyspieszenia w danych o inflacji z Eurolandu i brak katalizatora do wyłamania 1,21 na EUR/USD (bo raport z rynku pracy USA nie był wcale zły) zachwiały pewnością siebie. Rynek dosięga klątwa tzw. „conviction trade” – jeśli rynek jest mocno o czymś przekonany, z czasem zaczyna brakować siły, by na świeżo pociągnąć rynek w danym kierunku i przychodzi korekta. Ale jak pokazały dzisiaj rano bardzo dobre dane z Niemiec (produkcja przemysłowa w listopadzie wzrosła o 3,4 proc. m/m, prog. 1,8 proc.), fundamenty w dalszym ciągu stoją za euro. Może w ubiegłym tygodniu inwestorzy zbyt gorączkowo i po „złych” poziomach kupowali euro, ale teraz mają okazję zbudować ekspozycję na nieco lepszych warunkach. Póki EUR/USD broni się ponad 1,19, wzrostowy scenariusz jest aktualny.

Zachwianie przekonania dotyka też złotego, gdyż osłabł zapał na pompowanie walut rynków wschodzących. Tutaj jednak więcej jest znamion technicznej korekty niż fali ucieczki kapitału. Przede wszystkim rynek akcji na świecie pozostaje „zielony”, więc apetyt na ryzyko ma się dobrze. Unikałbym tłumaczenia, że zapowiedź rekonstrukcji rządu podsycała wyprzedaż złotego (PLN był wczoraj najsłabszy w segmencie emerging markets). Jeśli w poprzedzającym okresie zyskujesz najmocniej, przy korekcie tracisz najwięcej. Prosta zasada, a złoty pod koniec 2017 r. zyskał dużo, jeśli nie za dużo. Rynek zdyskontował już imponujące tempo wzrostu PKB, ale też upiera się przy wycenie pierwszej podwyżki stóp procentowych przed końcem roku, mimo że RPP wysyła jasne sygnały, że się jej nie spieszy. Jutro prezes NBP na konferencji po posiedzeniu zapewne przypomni, jak bardzo gołębie są jego poglądy. Złotego czeka rewizja oczekiwań dotyczących krajowej polityki monetarnej. Może jeszcze nie jutro, ale EUR/PLN bliżej 4,25-4,30 wydaje mi się bardziej uzasadniony.

Żonglowanie oczekiwaniami dotyczącymi polityki pieniężnej dotyka więcej walut. Dziś w nocy doświadczył tego jen japoński, kiedy rynek „wystraszył” się informacji, że na cyklicznej aukcji Bank Japonii zgłasza popyt na mniej obligacji, niż ostatnio. Przetarg na papiery długoterminowe opiewał „tylko” na 270 mld JPY zamiast 290 mld JPY, co rynek uznał jako przygotowywanie strategii odejścia od ultra-luźnej polityki. Nie bardzo rozumiem reakcję rynku. Po pierwsze, popyt skurczył się zaledwie o 20 mld JPY. Po drugie, należy pamiętać, że BoJ wielokrotnie podkreślał, że nie przejdzie do normalizacji dopóki inflacja nie sięgnie celu 2 proc. (teraz jest 0,6 proc.). Sądzę, że rynek przereagował a globalny apetyt na ryzyko oraz przebijanie 2,50 przez rentowności obligacji skarbowych USA „wygrają” w walce o kierunek dla USD/JPY (góra).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wzmocnienie dolara ochłodziło nastroje względem złotego

Kolejny kraj w regionie decyduje się na podwyżkę stóp procentowych. Silniejszy dolar przyczynił się do osłabienia złotego. Nominalnie kurs EURPLN powrócił powyżej 4,17 zaś USDPLN przełamał opór na 3,49 przy spadku EURUSD chwilowo do 1,195.

Rynek stopy procentowej

W poniedziałek zmienność na rynku stopy procentowej pozostała niska, na co wpływała ograniczona istotność publikowanych danych. Największą uwagę przyciągał odczyt danych o zamówieniach w niemieckim przemyśle, które spadły w listopadzie 2017 roku o 0,4% m/m wobec oczekiwań na wzrost o 0,5% (poprzednio: 0,7%). Dane te jednak nie powinny sugerować spowolnienia wzrostu w strefie euro, gdyż grudniowy wskaźnik nastrojów ekonomicznych wzrósł do 116,0 pkt z 114,6 w listopadzie (konsensus: 114,8). Na początku tygodnia rentowności europejskich obligacji nieznacznie spadały, na co wpływ mógł mieć spadek oczekiwań inflacyjnych konsumentów. Dodatkowo publikacja minutes z ostatniego posiedzenia Europejskie Banku Centralnego, nie powinna przynieść bardziej jastrzębiego tonu płynącego ze strony władz monetarnych, które nadal nie są przekonane, że inflacja trwale zmierza w stronę celu.

Po spadkach rentowności z początku roku, polski rynek pozostawał spokojny na początku bieżącego tygodnia. Głównym wydarzeniem dla uczestników rynku długu będzie rozpoczynające się dzisiaj dwudniowe spotkanie Rady Polityki Pieniężnej. Rada prawdopodobnie utrzyma swoje gołębie nastawienie, prezentowane podczas poprzednich konferencji prasowej. Zbieżne z takim stanowiskiem są ostatnie dane inflacyjne, które według szybkiego szacunku GUS pokazały spowolnienie wzrostu cen do 2,0% r/r w grudniu wobec 2,5% w listopadzie.

W odróżnieniu od RPP, która zakłada możliwość utrzymania stóp procentowych bez zmian nawet do końca tego roku, na podwyżkę kosztu pieniądza zdecydowały się władze monetarne w Rumunii. Narodowy Bank Rumunii podniósł w poniedziałek główną stopę procentową o 25pb z 1,75% do 2%, argumentując ten krok oczekiwanym wzrostem inflacji powyżej celu inflacyjnego w pierwszej połowie 2018 roku. Rumuńskie władz monetarne są drugimi, po Narodowym Banku Czech, z grupy krajów Europy Środkowo-Wschodniej, które zdecydowały się w ostatnim czasie na podwyżkę stóp procentowych. Wciąż na najbardziej gołębim stanowisku stoi Narodowy Bank Węgier, który kontynuuje stosowanie niestandardowych metod łagodzenia polityki pieniężnej.  stopy procentoweAutor: Arkadiusz Trzciołek, PKO Bank Polski

Rynek walutowy

Poniedziałkowa sesja na rynku walutowym przyniosła spadek kursu EURUSD chwilowo nawet do 1,195 co sprowokowało wzrost notowań pary EURPLN do ponad 4,174 a USDPLN momentami powyżej 3,49. Już z rana impuls do zmian dała publikacja zaskakująco słabych danych z Niemiec. Zamiast prognozowanego wzrostu o 0,7% m/m w listopadzie niemieckie zamówienia spadły o 0,4%. Wówczas inwestorzy dodatkowo mieli jeszcze w pamięci weekendowe wypowiedzi prezesa oddziału Fed w San Francisco Johna Williamsa (głosującego członka FOMC), w ocenie którego Rezerwa Federalna powinna podwyższyć stopy trzykrotnie w 2018 roku, biorąc pod uwagę, że gospodarka, która już jest w dobrej kondycji, otrzyma dodatkowe wsparcie za sprawą obniżki podatków. Co więcej, pomimo braku presji inflacyjnej, Loretta Mester z Cleveland (głosujący w tym roku w FOMC jastrząb) dała do zrozumienia, że poparłaby nawet scenariusz czterech podwyżek stóp.

Chwilowo przecenę euro do dolara powstrzymały pozytywne doniesienia polityczne z Niemiec i ekonomiczne ze strefy euro. Ostatnie rozmowy optymistycznie nastawionej kanclerz Angeli Merkel z członkami partii SPD, którzy wyrażają gotowość do ponownego zawiązania „wielkiej koalicji” podbudowały szanse na polityczną stabilność kluczowego członka strefy euro. Perspektywa utrzymania ciągłości rządów w Niemczech wyraźnie zmniejsza bowiem szanse na konieczność rozpisania nowych wyborów, a co za tym idzie wspiera euro. Na korzyść wspólnej waluty przemawiały też raporty gospodarcze wskazujące, że pod koniec 2017 roku gospodarka wspólnoty nabrała jeszcze większego rozpędu, choć oczekiwania inflacyjne pozostały niskie. Wskaźnik nastrojów ekonomicznych w całej gospodarce wzrósł z 114,6 do 116,0, co znacznie przewyższało prognozę rynkową na poziomie 114,8 i postawiło wskaźnik ESI na najwyższym poziomie od października 2000 roku. Pomimo oznak silnego wzrostu w strefie euro, 12-miesięczne oczekiwania inflacyjne konsumentów spadły w grudniu do poziomu najniższego od czterech miesięcy i wskazują na możliwy, jedynie nieco ponad 1% wzrost inflacji bazowej. Choć dane sugerują wyraźny wzrost PKB strefy euro w tym roku, nie wydaje się, aby skłoniły EBC do zmiany gołębiego stanowiska, chociażby ze względu na utrzymujący się brak wyraźnej presji inflacyjnej w gospodarce.

Protokół z grudniowego posiedzenia EBC opublikowany zostanie w czwartek. Miesiąc temu Rada banku centralnego strefy euro m.in. utrzymała zapis forward guidance dot. długiego okresu stabilizacji stóp procentowych, podtrzymała możliwość dalszego wydłużenia programu skupu aktywów oraz utrzymała asymetryczny bilans ryzyka dla perspektyw programu QE podczas jego trwania. Jednocześnie wyraźnie podwyższona została ścieżka wzrostu gospodarczego, przy jedynie niewielkiej korekcie w górę prognoz dla inflacji. Wówczas, wynik grudniowego posiedzenia EBC euro przyjęło dość neutralnie, nie zwierał on bowiem żadnych, nowych wskazówek dot. polityki monetarnej strefy euro.

W poniedziałek, w ciągu dnia przecena euro do dolara powróciła, co jeszcze bardziej negatywnie odbiło się na wycenia złotego. Najwyraźniej inwestorzy postanowili dalej realizować zyski po ostatnich zwyżkach wspólnej waluty, pomimo że nadal pozostają optymistyczni odnośnie kondycji gospodarki strefy euro. Z przeprowadzonego wczoraj sondażu wynika bowiem, że gospodarka strefy euro zamknęła 2017 rok najsilniejszym wzrostem od prawie siedmiu lat, napędzanym przyspieszeniem w usługach i działalności produkcyjnej we wszystkich głównych gospodarkach wspólnoty.

Dzisiaj rozpoczyna się dwudniowe posiedzenie decyzje RPP. Nie oczekuje się żadnych istotnych zmian w komunikacie po posiedzeniu. Jest mocno prawdopodobne, że Rada podtrzyma ocenę, że „obecny poziom stóp procentowych sprzyja utrzymaniu polskiej gospodarki na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz pozwala zachować równowagę makroekonomiczną”. Jak już wcześniej wspominaliśmy w naszych raportach utrzymaniu gołębiej postawy Rady sprzyja grudniowy spadek inflacji CPI do 2,0% z 2,5% zanotowanego miesiąc wcześniej. Cały pierwszy 1Q2018 będzie najprawdopodobniej z inflacją poniżej celu NBP, co powinno wspierać osłabienie złotego wobec euro w kolejnych miesiącach bieżącego kwartału.Rynek walutowyAutor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Bitcoin traci na rzecz Ripple

W ostatnim czasie doszło do kolejnego zamieszania na rynku kryptowalut, kapitalizacja Bitcoina w stosunku do całego rynku spadła na historyczne minima. Jeszcze na początku 2017 roku Bitcoin odpowiadał za 87 procent kapitalizacji rynku, teraz jest to niespełna 33 procent. Jedna z najpopularniejszych kryptowalut zaczęła być wypychana z rynku przez inne, ale kapitalizacja odpowiadająca za 1/3 rynku jest dalej zbyt wygórowaną wartością.

kapitalizacja BTC

Źródło: Coinmarketcap

W ostatnim czasie doszło do mocnej deprecjacji kursu Bitcoina na rzecz innych kryptowalut, tendencja ta prawdopodobnie się utrzyma. Za każdym razem pionier tworzy nowy rynek, ale w długim terminie nie jest to równoważne z utrzymaniem miejsca leadera. Od czasu boomu na kryptowaluty specjaliści opracowali lepszą technologię, która zapewnia tańszy oraz szybszy przekaz płatności, wystarczy spojrzeć na Ether.

Czy ostatnia wyprzedaż Bitcoina będzie kontynuowana? Z pomocą przychodzą kontrakty terminowe oraz komisja CFTC, która prezentuje aktualne pozycjonowanie się poszczególnych graczy na rynku. Z danych zebranych na drugiego stycznia wynika, że fundusze lewarowane utrzymują większą pozycję krótką na niż długą. Oprócz tego najwięksi Traderzy posiadają kilkukrotnie większą pozycję krótką niż długą. Z kolei mali Traderzy mają w swoim portfelu olbrzymią długą pozycje. Zatem kto ma racje w długim terminie?

Bitcoin traci na rzecz Ripple 7

Bitcoin – analiza techniczna

Analiza techniczna rynku kryptowalut przysparza problemy, aczkolwiek notowania historyczne pokazały, że utrzymanie BTC/USD powyżej 55 okresowej średniej kroczącej EMA daje większe prawdopodobieństwo wzrostów niż spadków. Aktualnie średnia krocząca znajduje się blisko minimum z ostatniej wyprzedaży w okolicy 11 000 USD. Jeżeli dojdzie do jeszcze mocniejszej korekty, to prawdopodobnie tam się zatrzyma.

Notowania BTC/USD, interwał dzienny

Notowania BTC/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Wracając do pierwszej grafiki, w głównej mierze Bitcoin traci na rzecz Ripple, czyli kolejnej kryptowaluty. Przez niespełna 26 dni notowania Ripple wzrosły o 1000 procent, co odbiło się szerokim echem wśród Traderów na rynku kryptowalut. Tak mocne wzrosty zostały zakończone korektą, która również może znieść XRPUSD w okolicę 55-okresowej średniej kroczącej EMA.

Notowania XRPUSD, interwał dzienny

Notowania XRPUSD, interwał dzienny

Źródło: AdmiralMarkets

Dział Analiz Admiral Markets

Kolejne negocjacje w sprawie postania nowego rządu Merkel

Do czwartku powinny zakończyć się wstępne rozmowy o utworzeniu koalicji rządowej pomiędzy chadeckimi partiami CDU/CSU, którym przewodzi Angela Merkel, a socjaldemokratami (SPD) Martina Schulza.

Jeśli władze wszystkich trzech partii ocenią je pozytywnie, możliwe będą właściwe rozmowy koalicyjne, które miałyby potrwać do końca stycznia.

Po najgorszym w historii RFN wyniku wyborczym we wrześniu ub.r. przywódcy SPD byli początkowo przeciwko trzeciej „wielkiej koalicji” pod kierownictwem kanclerz Merkel. Zmienili jednak zdanie po fiasku rozmów w sprawie utworzenia tzw. koalicji jamajskiej, które chadecy prowadzili z liberałami i Zielonymi.

Nie jest jednak przesądzone, że negocjacje CDU/CSU z SPD zakończą się sukcesem. Partie mają bowiem różne propozycje w kilku dziedzinach. W przeciwieństwie do chadeków politycy SPD chcą głębszej integracji w ramach UE i większych wydatków socjalnych oraz sprzeciwiają się wyższym nakładom na obronność i zmianom dotychczasowej polityki migracyjnej.

Z kolei ograniczenia migracji do Niemiec domaga się bawarska CSU. Jesienią w Bawarii odbędą się wybory regionalne, w których chadecy mogą stracić dużą część głosów na rzecz antyimigranckiej Alternatywy dla Niemiec (AfD).

Wyzwaniem jest również decyzja liderów SPD, by ewentualną umowę koalicyjną poddać pod głosowanie, w którym będą mogli wziąć udział wszyscy członkowie partii (jest ich ponad 430 tys.). Oznacza to, że czwarty rząd Angeli Merkel mógłby powstać najwcześniej w marcu.

Pracujesz i dalej chcesz się uczyć? Należy Ci się płatny urlop, ale musisz to ustalić na piśmie

Pracownik, który zwiększa swoje kompetencje, może skorzystać z urlopu szkoleniowego. Jest on przewidziany w wymiarze od 6 do 21 dni roboczych, w zależności od rodzaju nauki. Dla przykładu, 6 dni przysługuje osobom przystępującym do egzaminów eksternistycznych, maturalnych oraz potwierdzających kwalifikacje zawodowe. Z kolei, 21 dni wolnych od pracy jest przewidzianych na ostatnim roku studiów. Korzystając z tego prawa, zatrudniony nie traci urlopu wypoczynkowego. Pomiędzy jednym i drugim nie ma zależności.

Reguły dotyczące urlopu szkoleniowego zostały określone w art. 103(1)-103(6) kodeksu pracy. Są stosowane, gdy zatrudniony podejmuje nieobowiązkowe na jego stanowisku kursy, szkolenia lub też studia. Wszelkie ustalenia pracodawcy z pracownikiem na temat czasu wolnego od pracy, potrzebnego na naukę, muszą być zawarte w umowie szkoleniowej albo w porozumieniu. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy firma nie zamierza zobowiązywać danej osoby do pozostawania w zatrudnieniu po ukończeniu podnoszenia kwalifikacji zawodowych. Wówczas, zdaniem adwokat Joanny Jasiewicz z międzynarodowej kancelarii Gide Loyrette Nouel, nie ma konieczności podpisywania tego typu dokumentów.

– W przypadku nieobowiązkowego szkolenia, pracodawca musi wyliczyć ilość wolnych dni, należnych zatrudnionemu, w ramach urlopu, z zachowaniem prawa do wynagrodzenia. Najwięcej, bo 21 dni, jest przewidzianych na ostatnim roku studiów. Wówczas pracownik otrzymuje czas na napisanie pracy dyplomowej i przygotowanie się do egzaminu. Urlopu szkoleniowego udziela się na dni pracujące dla danej osoby, zgodnie z obowiązującym ją rozkładem czasu pracy – wyjaśnia mecenas Jasiewicz.

Zatrudniony, zdobywający lub uzupełniający wiedzę i umiejętności, może też zostać zwolniony z całości lub z części dnia pracy, bez zachowania prawa do wynagrodzenia, albo otrzymać urlop bezpłatny. W obu przypadkach ilość dni jest ustalana w porozumieniu, zawieranym między pracodawcą i pracownikiem. Wówczas podstawą jest art. 103(6) kodeksu pracy. Oznacza to, że pracownik podnosi swoje kwalifikacje na zasadach innych, niż opisane w art. 103(1)-103(5).

– Jeżeli pracownik odbywa np. roczne studia za granicą, z dala od zakładu pracy, to w tym okresie stosunek pracy ulega zawieszeniu. Przekracza to bowiem limit 21 dni urlopu szkoleniowego. To  rozwiązanie jest ustalane na mocy porozumienia stron. W tym czasie osoba taka nie świadczy pracy na rzecz pracodawcy, w ramach zawartej umowy o pracę. Nie otrzymuje wynagrodzenia. I nie powinna też zawierać dodatkowej umowy cywilnoprawnej z pracodawcą, by w tym czasie świadczyć dla niego usługi, które zakresem obejmowałyby dotychczasowe czynności – zwraca uwagę Joanna Jasiewicz.

Pojawia się również pytanie, czy można podejmować dodatkowe zatrudnienie w czasie urlopu bezpłatnego. Jak wyjaśnia ekspert, w Polsce obowiązuje konstytucyjna zasada wolności zatrudnienia. Zatem, jeżeli dane działanie nie zostało zabronione w umowie o pracę, to legalnie można je wykonywać. Jednak, dla bezpieczeństwa, warto spisać zasady ewentualnej współpracy z inną firmą. Chodzi o uniknięcie sytuacji, w której zatrudniony byłby posądzony o prowadzenie działalności konkurencyjnej wobec pracodawcy. W umowie szkoleniowej strony wyrażają, czy pracownik może zarabiać dodatkowe pieniądze u innego przedsiębiorcy, bez wskazania konkretnego podmiotu.

– Jeśli firma udziela bezpłatnego urlopu i opłaca naukę, a nawet zakwaterowanie w obcym mieście, to pracownik nie powinien wykonywać żadnych usług na rzecz innego podmiotu, bez zgody swojego szefa. Tego wymaga zachowanie lojalności wobec pracodawcy i dbałości o jego dobro. Mówi o tym art. 100 kodeksu pracy – dodaje adwokat Jasiewicz.

W niektórych przypadkach, przewidzianych np. w art. 174(1) kodeksu pracy, pracodawca może dać pracownikowi bezpłatny urlop w celu wykonywania pracy w innej firmie. Warunkiem tego jest pisemna zgoda zatrudnionego. Ponadto, pracodawcy muszą między sobą zawrzeć porozumienie na piśmie i ustalić jego zakres czasowy. Wtedy urlop bezpłatny wlicza się do okresu pracy, od którego zależą uprawnienia pracownicze u dotychczasowego pracodawcy. Innymi słowy, firma może zawrzeć z zatrudnionym i jego tymczasowym pracodawcą tzw. umowę wykonywania pracy na rzecz podmiotu trzeciego. To oczywiście wykracza poza umowę szkoleniową.

– Dosyć często pracodawcy proponują swoim pracownikom kursy językowe, organizowane przed pracą lub w przerwach na lunch. Wówczas nie przysługuje im redukcja godzin pracy, ani ich refundacja. Korzyść dla uczestnika może wiązać się z tym, że pracodawca opłaca jego lektora, podręczniki i oferuje miejsce do nauki, np. w sali konferencyjnej – podsumowuje ekspert z kancelarii Gide Loyrette Nouel.