Nowoczesna technologia rewolucjonizuje kardiologię dziecięcą w Polsce. Operacje są skuteczniejsze, precyzyjniejsze i bezpieczniejsze

Nowoczesna technologia rewolucjonizuje kardiologię dziecięcą w Polsce. Operacje są skuteczniejsze, precyzyjniejsze i bezpieczniejsze 1

Większa skuteczność i bezpieczeństwo zabiegów w kardiologii dziecięcej dzięki nowoczesnej technologii w leczeniu takich wad serca jak arytmia pozwalają ograniczyć dawkę promieniowania rentgenowskiego nawet o 80 proc. Angiografy najnowszej generacji umożliwiają ponadto precyzyjne mapowanie źródeł zaburzeń rytmu serca i zmniejszenie liczby podawanych podczas zabiegu leków, co minimalizuje ryzyko powikłań.

W Polsce co roku rodzi się ponad 3,5 tys. dzieci z wadami serca. Do najbardziej powszechnych wrodzonych schorzeń kardiologicznych należą m.in. ubytek w przegrodzie międzykomorowej, zwężenie cieśni aorty i przetrwały przewód tętniczy. Wady wrodzone serca powstają już w pierwszym okresie życia płodowego i stanowią jedną z najczęstszych przyczyn zgonów niemowląt w Polsce. Dostęp do inwazyjnego leczenia zaburzeń rytmu serca nadal jest ograniczony, a czas oczekiwania na zabieg bardzo długi. Występują też problemy z wczesną diagnostyką. W ciągu ostatnich lat przeżywalność dzieci z wadami serca uległa jednak znacznej poprawie. Lekarze są już w stanie pomóc nawet noworodkom z bardzo złożonymi wadami serca.

Nasze pracownie są na poziomie światowym. Możemy przeprowadzać zabiegi u coraz mniejszych dzieci. Jakość sprzętu i jego nowoczesność połączona z olbrzymim doświadczeniem kadry medycznej, jaka u nas pracuje, powoduje, że zabiegi są coraz bardziej bezpieczne, dzieci coraz krócej leżą w szpitalu i mamy coraz lepsze wyniki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Krawczyk, dyrektor Samodzielnego Publicznego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie.

Od kilku lat w Polsce intensywnie rozwija się dziecięca kardiologia interwencyjna. Pojawia się coraz więcej szpitali i oddziałów stosujących najnowocześniejsze, wysokospecjalistyczne metody leczenia, w tym zabiegi hybrydowe, podczas których kardiolog wykonuje zabieg przeznaczyniowy równocześnie z przeprowadzającym operację kardiochirurgiem. Nowoczesne technologie, bazujące na sprzęcie angiograficznym, pozwalają przede wszystkim na uzyskanie obrazów o najwyższej jakości, zwiększając jednocześnie bezpieczeństwo zabiegu. Redukują bowiem dawkę promieniowania, co ma znaczenie zarówno dla chorych, jak i personelu medycznego.

Naszym celem jest to, aby czas wykonywania badania skrócić do minimum, ponieważ jest ono wykonywane z wykorzystaniem promieniowania rentgenowskiego. Im mniejsze promieniowanie, tym lepiej dla pacjenta. Opracowaliśmy technologię Clarity, która sprawia, że dawka promieniowania jest obniżona nawet o 80 proc. w stosunku do aparatów oferowanych na rynku – mówi Wiesław Klatt, dyrektor linii biznesowej Philips w Polsce i w krajach bałtyckich.

Nowoczesna aparatura pozwala również na znaczne zmniejszenie ilości środka kontrastującego stosowanego podczas badań i zabiegów leczniczych, które mogą mieć niekorzystny wpływ na zdrowie pacjentów. Funkcjonalność tego urządzenia – poprzez ergonomię pracy i możliwość współpracy z innymi aparatami diagnostycznymi, takimi jak echokardiograf i tomograf komputerowy – umożliwia wykorzystywanie w czasie zabiegów wcześniej wykonanych badań, co zwiększa precyzyjność interwencji. W Klinice Kardiologii Wieku Dziecięcego i Pediatrii Ogólnej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego można w ten sposób wykonać zarówno zabiegi diagnostyczne, jak i interwencyjne.

Stosujemy ten sprzęt zawsze tam, gdzie typowe metody obrazowania są nieskuteczne bądź kiedy tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny czy badanie echokardiograficzne nie dają wszystkich istotnych informacji potrzebnych do tego, aby podjąć prawidłową decyzję terapeutyczną – mówi dr n. med. Tomasz Floriańczyk, pediatra, kardiolog dziecięcy. – Poza tym wykonujemy tutaj również zabiegi lecznicze: zamykanie ubytków przegrody międzyprzedsionkowej, plastyki balonowe zastawek, plastyki balonowe naczyń – zarówno naczyń płucnych, jak i aorty, oraz implantację stentów do tych naczyń.

W klinice powstała ponadto najnowocześniejsza w Polsce Pracownia Elektrofizjologii, w której wykonywane są zabiegi ablacji. Jest to badanie i metoda leczenia zaburzeń rytmu serca u dzieci polegająca na mapowaniu impulsów elektrycznych w sercu, które pozwalają dokładnie zlokalizować źródło arytmii. Miejsce arytmii jest następnie niszczone za pomocą prądu o częstotliwości radiowej. Do kontrolowania przebiegu zabiegu wykorzystywana jest aparatura RTG. Nowoczesna technologia umożliwia jednak maksymalnie bezpieczne wykonanie operacji, głównie poprzez ograniczenie promieniowania jonizującego do minimalnych dawek.

Pozwala również bardzo precyzyjnie znajdować to miejsce za pomocą mapowania elektroanatomicznego i niszczyć bardzo precyzyjnie źródło arytmii, ograniczając uszkodzenie tkanki do absolutnego minimum, co wpływa na bezpieczeństwo i zmniejszenie liczby powikłań, a także na skuteczność – mówi dr n. med. Radosław Pietrzak, kardiolog.

Klinika mieści się obecnie w najnowocześniejszym w Polsce szpitalu pediatrycznym. Dysponuje 54-łóżkowym oddziałem i pracowniami: echokardiografii, EKG, badań holterowskich, prób wysiłkowych, w tym ergospirometrii, prób pionizacyjnych, hybrydową pracownią hemodynamiczną i pracownią elektrofizjologii i ablacji. W ciągu niecałego roku obecności w nowym szpitalu zespół kliniki wykonał 189 inwazyjnych badań diagnostycznych oraz 159 zabiegów kardiologii interwencyjnej.

W pierwszej połowie czerwca w Centrum Dydaktycznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego miała miejsce 16. Ogólnopolska Konferencja Sekcji Kardiologii Dziecięcej Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Jej uczestnicy mogli wziąć również udział w praktycznych warsztatach zorganizowanych we współpracy z marką Philips. Odbyły się one w Szpitalu Pediatrycznym WUM, a ich tematyka dotyczyła zastosowania EKG w komorowych zaburzeniach rytmu serca, kardiologii płodowej i nowych metod oceny funkcji komór serca. Elementem warsztatów były interaktywne zajęcia z nowoczesnych metod leczenia inwazyjnego połączone z transmisją na żywo zabiegów interwencyjnego i ablacji.

Coraz bliżej rewolucji w systemie emerytalnym. Od 2018 roku firmy będą musiały się włączyć w system emerytalny na nowych zasadach

Coraz bliżej rewolucji w systemie emerytalnym. Od 2018 roku firmy będą musiały się włączyć w system emerytalny na nowych zasadach 2

Planowana w najbliższych miesiącach reforma emerytalna może spowodować, że wielu pracodawców zdecyduje się utworzyć pracownicze programy emerytalne na starych zasadach. Na zarejestrowanie PPE w Komisji Nadzoru Finansowego zostało tylko kilka miesięcy. Najprawdopodobniej już od nowego roku każda firma będzie musiała się włączyć w III filar. Obecnie obowiązek odprowadzania składek spoczywa na pracodawcy, ale środkami zgromadzonymi w PPE powinni się zainteresować również pracownicy. Zwłaszcza przy zmianie miejsca zatrudnienia.

– Kiedy zmieniamy pracodawcę, środki zgromadzone na dotychczasowym PPE nie przechodzą automatycznie razem z nami. Warto się zainteresować i dokonać tzw. wypłaty transferowej. Możemy przenieść nasze oszczędności do nowego miejsca pracy, jeżeli nowy pracodawca umożliwia taką sytuację, lub skorzystać z indywidualnego konta emerytalnego (IKE) i tam przenieść swoje oszczędności. Możemy to zrobić bez względu na to, kiedy zakończyliśmy współpracę z poprzednim pracodawcą – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Drybała, ekspert ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.

Pracownicze programy emerytalne (PPE) stanowią część dobrowolnego III filaru emerytalnego. Tworzą je pracodawcy, którzy finansują składkę podstawową. Wraz ze składką dodatkową zadeklarowaną przez pracownika środki trafiają do wybranej instytucji finansowej, która zarządza nimi do czasu wypłaty (może to być np. fundusz inwestycyjny, zakład ubezpieczeń albo specjalnie utworzony pracowniczy fundusz emerytalny).

Ta forma grupowego oszczędzania na emeryturę nie odbija się na kieszeni pracowników. Jest też korzystna dla firmy, która sama ustala wysokość składki podstawowej (procentową lub kwotową) i może ją wliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Dlatego duża część przedsiębiorstw traktuje PPE jako formę podwyżki albo dodatkowy benefit.

Odprowadzanie całości składek na PPE jest obowiązkiem spoczywającym na pracodawcy. Przy zmianie miejsca zatrudnienia pracownik może łatwo zapomnieć o zgromadzonych tam środkach. Co istotne, po zakończeniu pracy w danej firmie, choć składki wciąż pracują, to nie trafiają tam nowe środki. Jeśli pracownik zapomni o przeniesieniu oszczędności, zgodnie z ustawą odzyska pieniądze dopiero w momencie, w którym ukończy 70 lat. Wpłyną one na konto podane w momencie przystąpienia do programu.

Oszczędności można również automatycznie odzyskać w momencie likwidacji PPE przez pracodawcę. Dla pracownika nie jest to jednak korzystne rozwiązanie.

– Dużo się wówczas traci. Naliczany jest 19-procentowy podatek od zysków kapitałowych, a dodatkowo należy zwrócić na rachunek ZUS-u 30 proc. składek podstawowych. Warto więc wcześniej się tym zainteresować i podjąć decyzję o przeniesieniu naszych oszczędności do innego PPE lub na IKE – przekonuje Grzegorz Drybała.

Ekspert Union Investment TFI wskazuje też, że można przy tym skorzystać z pomocy specjalistów, którzy pomogą odzyskać zgromadzone w PPE środki.

Jak wynika z ostatnich raportów KNF, obecnie prowadzonych jest około 1040 programów, w których oszczędza około 400 tys. pracowników. Pracodawcy mogą zakładać je od 1999 roku. Według Ministerstwa Rozwoju w ciągu 18 lat funkcjonowania aktywa zgromadzone w PPE sięgnęły ponad 13 mld zł. Chociaż to znacznie więcej niż na IKE i IKZE łącznie (ok. 7 mld zł), pracownicze plany emerytalne nie są powszechnym produktem.

– Z benefitem w postaci pracowniczych programów emerytalnych można się zazwyczaj spotkać w większych firmach, ale nie jest to regułą. Biorąc pod uwagę nasz rynek pracy, widzimy, że wciąż stosunkowo niewielu pracodawców umożliwia swoim pracownikom oszczędzanie na dodatkową emeryturę w formie PPE – ocenia Grzegorz Drybała z Union Investment TFI.

Zachętą dla Polaków do długoterminowego oszczędzania i odciążenia systemu emerytalnego ma być opracowany przez resort wicepremiera Mateusza Morawieckiego Program Budowy Kapitału (to jeden z filarów Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju). W lutym dokument został przyjęty przez rząd. Część jego zapisów, która dotyczy tworzenia programów emerytalnych przez pracodawców, wejdzie w życie w 2018 roku.

Z zapowiedzi Ministerstwa Rozwoju wynika, że obok PPE w systemie emerytalnym będą funkcjonować pracownicze plany kapitałowe (PPK). Do ich utworzenia będą zobowiązane wszystkie przedsiębiorstwa, docelowo nawet kilkuosobowe. Z kolei pracownicy będą przypisywani do planów kapitałowych automatycznie. Szczegółowy projekt ustawy dotyczący nowych planów kapitałowych ma się pojawić w czerwcu.

Nowych PPK nie będą musiały zakładać firmy, które prowadzą już PPE. To oznacza, że przedsiębiorcom zostało już tylko kilka miesięcy na zarejestrowanie pracowniczego programu emerytalnego na starych zasadach (proces rejestracji w wykazie KNF trwa nawet kilka miesięcy). Obecnie firma może założyć PPE w dowolnie wybranej instytucji finansowej. Po zmianach pieniędzmi na dodatkowe emerytury przez pierwsze dwa lata ma zarządzać państwowy fundusz.

Polska jednym z liderów rynku materiałów termoizolacyjnych w Europie. Utrzymanie tej pozycji wymaga ciągłego rozwoju i innowacyjności

Polska jednym z liderów rynku materiałów termoizolacyjnych w Europie. Utrzymanie tej pozycji wymaga ciągłego rozwoju i innowacyjności 3

40 mln metrów kwadratowych – tyle wyniosła sprzedaż na polskim rynku produktów do ociepleń w 2016 roku. Oznacza to, że Polska jest jednym z największych graczy w Europie, jeśli chodzi o produkcję i zapotrzebowanie na materiały termoizolacyjne. Pod tym względem wyprzedzają nasz kraj tylko Niemcy.

Producenci materiałów izolacyjnych dokładają starań, by produkty, którymi ociepla się domy, były jeszcze bardziej innowacyjne. W ostatnich latach segment ten nie doczekał się jednak żadnych rewolucji, choć można zaobserwować nieustanny rozwój w obszarze metod produkcji materiałów. Ogólnie jednak nadal na rynku ociepleń toczy się rywalizacja między styropianem a wełną mineralną.

– Nie ma jakichś spektakularnych zmian, ale ponieważ cena pracy człowieka jest coraz wyższa, producenci starają się tę pracę uczynić bardziej efektywną, dużo uwagi przykładają do materiałów, a wszystko po to, by pracowało się łatwiej i wydajniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Michalak, Prezes Stowarzyszenia na rzecz Systemów Ociepleń.

Na uwagę zasługują również materiały ceramiczne imitujące cegłę. Pierwszy budynek, który został wykonany przy ich użyciu, powstał w Berlinie w 1957 roku. Mimo upływu lat technologia ta nadal cieszy się nie lada powodzeniem.

– Mówimy też o zmieniających się modach i oczekiwaniach, jest więcej tynku typu kornik. Jest też więcej elementów, które pojawiają się na ścianie ocieplonych budynków, które czynią tę elewację bardziej atrakcyjną. Są to na przykład tynki strukturalne odciskane z deski, pewnego rodzaju wybarwienia lub inne materiały imitujące – wylicza Jacek Michalak.

Choć nowe rozwiązania termoizolacyjne pojawiają się rzadko i wolno zdobywają popularność, to sprzedaż tego typu materiałów ma się zaskakująco dobrze. Okazuje się, że w samym 2016 roku sprzedano w Polsce blisko 40 mln metrów kwadratowych produktów do ocieplenia, co oznacza, że pod tym względem jesteśmy w ścisłej europejskiej czołówce, ustępując miejsca jedynie Niemcom.

– Wszyscy pracujemy nad tym, aby wyprzedzić rywali. Powiedziałem wszyscy, choć reprezentuję tutaj Stowarzyszenie. Polski rynek jest bardzo ważny, bowiem staliśmy się niezwykle istotnym graczem na rynku europejskim. Nasze rozwiązania sprawdzają się w wielu innych krajach. Mówiąc o poziomie technicznym ociepleń oraz kwestii badań i normalizacji w tym zakresie, trzeba powiedzieć, że polski rynek jest rynkiem spełniającym Unijne wymagania i obok rynku niemieckiego jest jednym z wiodących rynków europejskich – podsumowuje Jacek Michalak.

Przygotuj się na przyszły tydzień 23.06.2017

W przyszłym tygodniu fajerwerków nie będzie. W kalendarzu makroekonomicznym nie mamy zaplanowanych konferencji banków centralnych, a tym bardziej zmiany kosztu pieniądza. Niemniej jednak warto obserwować kilka zmiennych. W poniedziałek poznamy amerykańskie zamówienia na dobra trwałe, co jest bardzo ważnym wskaźnikiem wskazującym na aktualną koniunkturą w gospodarce. W ten sam dzień poznamy niemieckie nastroje biznesowe według IFO. We wtorek czeka na nas publikacja optymizmu wśród brytyjskich konsumentów. W środę w kalendarzu pustka, poznamy jedynie najnowszy odczyt amerykańskich zapasów ropy naftowej. Za to czwartek oraz piątek będzie o wiele ciekawszy niż poprzednie dni tygodnia, poznamy najnowszy amerykański oraz brytyjski odczyt PKB, a także zostanie opublikowana inflacja R/R z kilku państw rozwiniętych.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone – dane miękkie oraz twarde

Ostatnie publikacje danych makroekonomicznych z amerykańskiej gospodarki dają wiele do życzenia. Euforia wskaźników wyprzedających (Soft Data) została zakończona. Na domiar złego „twarde” dane również zaskakują na minus. Dokładając do tego kolejną podwyżkę stóp procentowych powinniśmy widzieć kontynuację złych odczytów makroekonomicznych z gospodarki amerykańskiej.

Przygotuj się na przyszły tydzień 23.06.2017 4

Źródło: Bloomberg

W przypadku Stanów Zjednoczonych należy obserwować spread 10-letnich i 2-letnich rentowności. W ostatnim czasie doszło do pokonania ostatniego minimum. Spadek poniżej 0 będzie oznaczał, że długoterminowy dług jest oprocentowany niżej niż krótkoterminowy. Zgodnie z tym inwestorzy będą spodziewali się ponownego spadku stóp procentowych, jest to także predykator kłopotów gospodarczych oraz nadchodzącej recesji.

Spread 10-letnich i 2-letnich obligacji amerykańskich

Spread 10-letnich i 2-letnich obligacji amerykańskich

Źródło: Bloomberg

Niemcy – inflacja

Najważniejsza gospodarka w Strefie Euro opublikuje dane inflacyjne za czerwiec. Podczas publikacji inflacji z tego kraju nie powinniśmy zobaczyć dużej zmienności na EUR/USD. Niemniej jednak dane są ważne same w sobie, ponieważ pokazują trend. Proszę zauważyć, że w połowie 2016 roku inflacja przyspieszyła po to aby od kilku miesięcy spowolnić. Dalsze spowolnienie inflacji w długim terminie byłoby negatywne dla euro.

Inflacja CPI w Niemczech

Inflacja CPI w Niemczech

Źródło: Bloomberg

Instrumenty do obserwacji

Dolar australijski – waluta, która w przeciągu dwóch miesięcy została mocno przeceniona w stosunku do dolara nowozelandzkiego. Czy słusznie? Tak, ponieważ główny produkt eksportowy Australii – ruda żelaza również został przeceniony. Niemniej jednak spoglądając na spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich powinniśmy czekać na mocniejsze odreagowanie, a nawet powrót kursu walutowego AUD/NZD w okolicę 1.090.

AUD/NZD, spread 10-letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich

AUD/NZD, spread 10-letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich

Źródło: Bloomberg

Notowania na wykresie tygodniowym po raz kolejny spadły w okolicę tygodniowego wsparcia, które na dzień dzisiejszy powinno zostać obronione. Według rynku obligacji para walutowa powinna zawrócić w okolicę poziomu 1.09-1.10. Ewentualna korekta na głównym produkcie eksportowym Australii powinna przyczynić się do mocniejszego impulsu wzrostowego.

AUD/NZD, interwał tygodniowy

AUD/NZD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Współczesna produkcja okien to innowacje i patenty. Polska firma liderem nowoczesnych rozwiązań

Współczesna produkcja okien to innowacje i patenty. Polska firma liderem nowoczesnych rozwiązań 5

Rynek producentów okien może być miejscem intensywnych badań i przełomowych, rewolucyjnych innowacji. Wystarczy wspomnieć, że firma Oknoplast, producent okien z PCV, w ciągu blisko 23 lat wprowadziła 40 innowacyjnych rozwiązań technologicznych w branży stolarki otworowej i na same badania potrafi przeznaczyć w ciągu roku kilkanaście milionów złotych. Okno termoizolacyjne, niewidoczne zawiasy ukryte w ramie czy produkty Prolux i Pixel, zapewniające 22 proc. więcej światła niż tradycyjne okna, zapoczątkowały nowy trend w Europie.

– Firma od początku swojej działalności stawia przede wszystkim na innowacje. Zawsze inwestowaliśmy w dział R&D, staraliśmy się współpracować z innymi podmiotami badawczymi na rynku drzwi i okien w Europie w zakresie innowacji. Przez 23 lata funkcjonowania wprowadziliśmy ponad 40 innowacji w branży stolarki otworowej jako pierwsi, kreując ten trend na rynku europejskim – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mikołaj Placek, prezes zarządu Grupy Oknoplast.

W zależności od roku i wprowadzanych innowacji na badania i rozwój firma przeznacza nawet kilkanaście milionów złotych.

– Dział R&D Oknoplast składa się z kilkunastu osób, które cały czas pracują nad nowymi rozwiązaniami, ale oprócz tego współpracujemy także z instytutami naukowymi, z naukowcami, ze start-upami, również z uniwersytetami czy politechnikami, nie tylko w Polsce, lecz także za granicą – wymienia Mikołaj Placek.

Przez lata swojej działalności Oknoplast wprowadził wiele innowacji, począwszy od aspektów związanych z funkcjonalnością poprzez ergonomię, design skończywszy na technologii, wyprzedzając branżę nawet o kilka lat.

– Dwa lata temu postawiliśmy na design, na większą ilość światła, które powinno być dostarczane do wewnątrz pomieszczeń. Zmieniają się trendy architektoniczne, architekci stawiają na większe przeszklenia. Jako pierwsi w Europie stworzyliśmy okno, które dzięki specjalnej konstrukcji ramy i skrzydła okiennego dostarcza ponad 22 proc. więcej światła w porównaniu z tego typu rozwiązaniami naszych konkurentów. To kolejny trend, który wykreowaliśmy w Europie i w tym kierunku idzie większość producentów – przekonuje prezes Grupy Oknoplast.

Klienci coraz częściej przykładają wagę do designu okien, dopasowują je do bryły domu, zwracają uwagę na ich wielkość, funkcję i rozmieszczenie. Przekłada się to na wydatki. Za dobrej jakości okna jesteśmy w stanie zapłacić więcej. Budownictwo idzie w kierunku energooszczędności. Duże przeszklenia pomagają utrzymać wyższą temperaturę, zapewniają oświetlenie przez większą część doby. Co więcej, dzienne światło może zostać przekształcone w energię elektryczną. Taki trend powinien się utrzymywać.

– Cały czas szukamy nowych pomysłów, a nasz dział R&D pracuje nad nowymi rozwiązaniami. Tym, co wpisuje się w trendy rozwoju jeżeli chodzi o całą branżę budowlaną, to zagadnienie smart home. Zajmujemy się nimi od kilku lat, unowocześniamy je i staramy się, aby było coraz lepsze – tłumaczy Placek.

Z początkiem kwietnia 2017 roku Oknoplast ruszył z nowym projektem Oknoplast LAB. Na platformie pojawił się cykl filmów poradnikowych, gdzie eksperci krok po kroku doradzają przy wyborze okien, na co zwrócić uwagę, czy jakie są różnice między poszczególnymi modelami. Wszystko zaś podane w przystępny sposób, bez użycia trudnych, technicznych terminów.

– Stawiamy na innowacyjny sposób komunikacji z rynkiem. Jako pierwsza firma w branży budowlanej stworzyliśmy format poradnikowy Oknoplast LAB. Komunikujemy się z naszym klientem poprzez filmy wideo. Pokazujemy w nich produkty w lekki i przystępny sposób, tak aby klient otrzymał prosty przekaz i żeby bez problemu zrozumiał zagadnienia, które wiążą się z wyborem stolarki otworowej. Nie komunikujemy tego w techniczny sposób, ale w przystępny i zrozumiały – podkreśla Mikołaj Placek.

Julia Patorska przewodniczącą Towarzystwa Ekonomistów Polskich

Julia Patorska - Deloitte Julia Patorska, ekonomistka, starszy menedżer w firmie doradczej Deloitte, kilka dni temu została przewodniczącą Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

– Gratuluję Julii objęcia tego stanowiska. Cieszę się, że nasza koleżanka stanęła na czele tak zacnego gremium, jakim jest Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Julia jest ekonomistką młodego pokolenia, charakteryzującą się nowatorskim spojrzeniem na wiele zagadnień ekonomicznych. Tym bardziej cieszy, że jej wiedza i doświadczenie będą mogły zostać wykorzystane na rzecz dobra wspólnego – mówi Marek Metrycki, Partner Zarządzający Deloitte w Polsce.

Julia Patorska posiada trzynastoletnie doświadczenie zawodowe. Z wykształcenia jest ekonomistką. Ukończyła Szkołę Główną Handlową, Universidad de Seville w Hiszpanii. Ma za sobą również studia doktoranckie na SGH.

Nowa przewodnicząca TEP od dziewięciu lat pracuje w konsultingu, z czego od dwóch lat w Deloitte. Realizowała projekty z różnych sektorów, wspierając zarówno podmioty publiczne, jak i prywatne. Od kilku lat rozwija usługi doradcze w obszarze analiz ekonomicznych w zespole Sustainability Consulting Central Europe Deloitte, gdzie zajmuje stanowisko Starszego Menedżera. Jej specjalizacją jest znalezienie związku pomiędzy zrównoważonym rozwojem i ekonomią. Od ponad roku intensywnie zajmuje się zagadnieniami gospodarki o obiegu zamkniętym.

Julia Patorska, która przed objęciem stanowiska przewodniczącego TEP, była członkiem jego Rady, jest również ekspertem zewnętrznym Centrum Badań i Analiz Pracodawców RP. Na stanowisku przewodniczącego Towarzystwa Ekonomistów Polskich zastąpiła dr hab. Andrzeja Rzońcę, który zrezygnował ze stanowiska.

Głównym zadaniem TEP jest popularyzowanie wiedzy ekonomicznej, wyjaśnianie zjawisk gospodarczych i społecznych współczesnego świata, dyskusja nad kształtowaniem się ładu gospodarczego w Polsce i świecie oraz wspieranie rozwoju ekonomistów młodego pokolenia.

BioMaxima S.A. otrzymała 2,97 mln zł dotacji. Ma już łącznie 5,23 mln zł dotacji na inwestycje

BioMaxima S.A., notowana na NewConnect firma działająca na rynku diagnostyki laboratoryjnej, polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, poinformowała o przyznaniu jej dotacji z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w wysokości ponad 2,97 mln zł.

Spółka otrzyma dofinansowanie na realizację projektu „Wprowadzenie innowacji poprzez wdrożenie rekomendacji wynikających ze strategii wzorniczej BioMaxima S.A.”. Został on wybrany do dofinansowania w ramach Etapu II Działania 1.4 „Wzór na konkurencję”. Całkowite wydatki kwalifikowane w tym projekcie wynoszą 4.994.000 zł. Natomiast kwota przyznanej dotacji sięga 2.973.400 zł. Dofinansowanie zostanie przeznaczone na zakup maszyn związanych z produkcją mikrobiologiczną oraz usług związanych z wprowadzeniem w Spółce systemu ERP, nową stroną internetową, logo oraz szatą graficzną materiałów reklamowych. Otrzymana dotacja w istotny sposób wpłynie na unowocześnienie produkcji, poprawy wydajności, poprawy procesów zarządzania oraz poprawy komunikacji z klientami. Zarząd BioMaxima S.A. z dużym optymizmem przyjął decyzję o przyznaniu dofinansowania i upatruje wielu szans dla dalszego dynamicznego rozwoju Spółki dzięki wykorzystaniu tych środków.

„W okresie najbliższych kilkunastu miesięcy będziemy intensywnie inwestować w rozbudowę naszej infrastruktury w Lublinie. Dotacja, którą otrzymaliśmy w ramach II Etapu Działania „Wzór na Konkurencję”, wpisuje się w plan inwestycyjny BioMaxima S.A. opiewający łącznie na prawie 15 milionów złotych. W ramach tego zadania będziemy kupowali sprzęt służący do produkcji mikrobiologicznej, a także systemy usprawniające zarządzanie i obsługę klienta. Dzięki jego realizacji skokowo zwiększymy efektywność naszych procesów, wydajność produkcji, a także poszerzymy ofertę produktową.” – podkreśla Łukasz Urban, Prezes Zarządu BioMaxima S.A.

W październiku 2016 r. BioMaxima S.A. informowała o otrzymaniu dotacji, w ramach Działania 2.1 „Wsparcie inwestycji w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw” w wysokości 2.294.000 zł. Dotacja jest przeznaczona na budowę Centrum Badawczo-Rozwojowego. Całkowity koszt projektu netto wynosi 3.840.000 zł.

W kwietniu BioMaxima S.A. uzyskała nowe pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej EURO-PARK Mielec w Lublinie. Warunki nowego zezwolenia przewidują, iż Spółka poniesie koszty kwalifikowane w wysokości co najmniej 14,27 mln zł w terminie do końca 2018 r. oraz zatrudni w tym terminie minimum 15 pracowników i utrzyma to zatrudnienie co najmniej do końca 2019 r., a także zakończy inwestycję do końca 2018 r. Spełniając powyższe kryteria Emitent uzyska możliwość korzystania ze zwolnienia podatkowego z tytułu kosztów nowej inwestycji oraz tworzenia nowych miejsc pracy. BioMaxima S.A. występowała o zezwolenie w związku z budową nowego Centrum Badawczo-Rozwojowego oraz nowego zakładu produkcyjnego w SSE EURO-PARK Mielec w Lublinie, który zlokalizowany będzie na tej samej działce, na której obecnie znajduje się siedziba Spółki.

Podczas najbliższego Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, które odbędzie się w dniu 26.06.2017 r., podejmą oni decyzję w zakresie podziału zysku za 2016 r. Zarząd BioMaxima S.A. zarekomendował wypłatę dywidendy w kwocie 0,05 zł na akcję. Proponowanym dniem dywidendy jest 31.08.2017 r., a jej wypłata ma nastąpić w dniu 18.09.2017 r. Emitent chce kontynuować w ten sposób dotychczasową politykę dywidendową i dzielić się wypracowanym zyskiem z Akcjonariuszami, pomimo iż realizuje obecnie bardzo kapitałochłonne projekty inwestycyjne związane z nowymi przedsięwzięciami biznesowymi. W 2016 r. Spółka wypłaciła dywidendę w wysokości 0,20 zł na akcję, a w 2015 r. w kwocie 0,10 zł na akcję.

BioMaxima S.A. wypracowała w minionym roku 1.228 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 28.746 tys. zł. Emitent zrealizował z sukcesem proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., co pozwoliło na umocnienie jego pozycji rynkowej w segmencie mikrobiologii oraz na zwiększenie przychodów z działalności eksportowej. Spółka w 2016 r. przeprowadziła także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W 2017 r. mają się one połączyć się z należącą do Emitenta spółką Roco Sistem i stworzyć nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl. Pozwoli to Spółce umocnić jej pozycję na rynku rumuńskim i osiągać na nim wzrost sprzedaży we wszystkich kategoriach produktowych.

Firmy chwalą się szybkim tempem rozwoju, a rekrutują z żółwią prędkością. Ile przez to tracą?

Rynek kandydata sprawia, że specjalista lub menedżer gotowy zmienić pracę, może znaleźć nowe zatrudnienie w ciągu kilku dni. Tymczasem pracodawcy, choć jak jeden mąż deklarują: „rozwijamy się dynamicznie”, zdają się nie dostrzegać tej sytuacji i prowadzą procesy rekrutacyjne, które toczą się czasem aż i trzy miesiące. Eksperci Antal badają, jak wpływa to na koszty ponoszone przez firmy oraz ich reputację.

Choć z perspektywy pracodawcy proces rekrutacyjny jest nieprzerwanym ciągiem aktywności, od wymyślenia „pracownika marzeń”, przez spotkania z kandydatami, aż po podpisanie umowy, perspektywa pracownika bywa zdecydowanie mniej porywająca. Poszczególne etapy – przesłanie dokumentów, wywiad telefoniczny, jedno lub więcej spotkań – poprzetykane są nieznośnie długimi okresami… czekania. Coraz częściej pojawiają się więc sytuacje, w których przedstawiciel firmy dzwoni do wybranego, najlepszego z kandydatów, aby zaproponować mu współpracę i ze zdziwieniem słyszy, że ta osoba właśnie podpisała umowę z inną organizacją. Konkurencja była lepsza? Nie, była po prostu szybsza.

Oczekiwania kandydatów? Czyny, nie słowa

Pracodawcy często usprawiedliwiają żmudne tempo procesów rekrutacyjnych chęcią możliwie najbardziej starannego dopasowania pracownika do stanowiska. Intencja sama w sobie jest chlubna, jednak mało która firma potrafi ją sprawnie zrealizować na rynku pracownika. Główną przyczyną jest niewystarczające przygotowanie się do rekrutacji jeszcze przed jej rozpoczęciem: ustalenie precyzyjnych, ale i realistycznych oczekiwań od kandydata, wstępne zdiagnozowanie puli kandydatów, którzy mogą wkomponować się w te założenia, dopełnienie formalności związanych z rozpoczęciem rekrutacji i rozpisanie procesu w czasie.

Kandydaci czują, czy proces, w który są zaangażowani, jest prowadzony w sposób przemyślany. Motywami przewodnimi takiej rekrutacji są transparentność i spójność, co w praktyce przekłada się na realizację procesu w zgodzie ze znanym kandydatom harmonogramem i zamysłem. Firmy, które są w tym konsekwentne, mogą zrekrutować pracownika w ciągu 4 tygodni, a kluczowe procesy zamknąć nawet w 2 tygodnie” – wyjaśnia Artur Skiba, prezes Antal – „Tymczasem wielu pracodawców daje sobie przyzwolenie na wielomiesięczne poszukiwania nieistniejącego ideału, zmuszając solidnych i zainteresowanych współpracą kandydatów do długiego oczekiwania na decyzje o kolejnych etapach procesu. Często, co gorsza, nie informując ich o zawieszeniu czy przedłużeniu pierwotnego planu. Czy jest to spójne z deklaracją szybkiego i dynamicznego rozwoju, którą niemal każda firma zamieszcza w ofercie pracy? Nie”.

Dodając do tego, że poszukiwania zmotywowanego ideału z kilkuletnim doświadczeniem na analogicznym stanowisku są w swojej naturze z góry skazane na porażkę, efektem tak prowadzonej rekrutacji jest zatrudnienie nie najlepszego z dostępnych kandydatów, a takiego, który nie otrzymał wcześniej innej oferty pracy lub nie szuka pracy aktywnie.

Udział w rekrutacji to nierzadko jedyny okres bezpośredniej styczności pracownika z daną firmą” – tłumaczy Anna Piotrowska – Banasiak, dyrektor rozwoju w Antal. „Całość tych wrażeń tworzy tzw. candidate experience, czyli doświadczenie kandydata. Ma to realne przełożenie na ogólną opinię o organizacji. Opieszałość w trakcie procesu rekrutacyjnego bywa utożsamiania z brakiem decyzyjności i mało »rynkowym« podejściem do biznesu”, co przekłada się na atrakcyjność firmy w oczach potencjalnych pracowników, a tym samym warunki, a nawet możliwość ich zrekrutowania i zatrudnienia.

Koszty rekrutacji – jak je optymalizować?

Wspominając o przewadze konkurencyjnej, warto przyjrzeć się także kosztom, jakie pochłania każdy dzień trwania rekrutacji. „Mierzenie efektów oraz kosztów procesów HR i ich optymalizacja nie są jeszcze powszechne w polskich firmach, a przecież i tutaj należy kierować się maksymą czas to pieniądz” – zauważa Artur Skiba. „Oszacowanie tzw. cost-per-hire, czyli kosztu zatrudnienia jednego pracownika i wyliczenie jego dziennego poziomu to kubeł zimnej wody i jednocześnie mobilizator dla pracodawców, którzy orientują się, ile środków można byłoby wykorzystać na inne cele, gdyby np. spotkania z kandydatami skondensować w dwóch dniach roboczych, a nie rozciągać na cały tydzień”.

Do czynników, które wpływają na koszt rekrutacji, zaliczają się:

  1. Dzienne wynagrodzenie osób zaangażowanych w prowadzenie procesu rekrutacji (rekruter wewnętrzny, potencjalny przełożony nowo zatrudnionego pracownika, dedykowany konsultant z agencji rekrutacyjnej).
  2. Dzienny koszt wykorzystania narzędzi rekrutacyjnych (ekspozycja oferty na portalach rekrutacyjnych, koszt utrzymania bazy kandydatów, pakiet premium w sieci biznesowej, koszty testów).
  3. Niewykorzystane szanse biznesowe wynikające z istniejącego wakatu (np. niesprzedane produkty i usługi, wydłużony czas obsługi klienta, niższy poziom realizacji standardowych zadań przez obecnych pracowników ze względu na konieczność realizacji dodatkowych obowiązków, przewidzianych dla rekrutowanego pracownika).
  4. Koszty logistyczne (zwrot kosztów dojazdu do siedziby firmy przez kandydatów, wykorzystanie narzędzi telekomunikacyjnych, ograniczona dostępność pokoi spotkań w siedzibie firmy).

Abstrahując od kosztów samej rekrutacji, niebagatelny udział w miernikach, do których optymalizacji należy dążyć, ma także analiza przewagi kompetencyjnej, którą zdobywa konkurencja, docierając szybciej i pozyskując interesującego firmę kandydata.

Na rynku pracownika nie wystarczy wpisać w ofercie pracy, że organizacja działa prężnie i dynamicznie. Konieczne jest przełożenie tej deklaracji na czyny” – podsumowuje Anna Piotrowska – Banasiak. „Rekrutacja to moment, w którym możemy zaprezentować się nie tylko jako atrakcyjne miejsce pracy, ale także jako organizacja troszcząca się o jakość kontaktu ze wszystkimi partnerami biznesowymi, bo tak należy postrzegać potencjalnych pracowników”.

Polska drugim największym płatnikiem piwnej akcyzy w Unii Europejskiej

Ponad 3,6 mld zł (840 mln Euro) rocznie wpływa do budżetu państwa z tytułu podatku akcyzowego od piwa płaconego przez polskie browary. To drugi – po Wielkiej Brytanii (4 449 mln Euro), a przed Francją (830 mln Euro) i Niemcami (619 Euro) – najwyższy wynik w Unii Europejskiej. Kwota, jaką w formie akcyzy odprowadza do skarbu państwa branża piwowarska wystarczyłaby na pokrycie kosztów rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”.

Na piwowarskiej mapie Europy Polska zajmuje miejsce jeśli nie na podium, to zwykle w bezpośrednim jego sąsiedztwie. Z roczną produkcja na poziomie nieco ponad 40 mln hl nasz kraj jest trzecim największym producentem chmielowego trunku na Starym Kontynencie oraz trzecim największym – po Niemczech i Wielkiej Brytanii – jego konsumentem. Aż 98 proc. piwa, które trafiła do koszyków Polaków pochodzi z polskich browarów. Nic dziwnego, skoro wg przeprowadzonego w ubiegłym roku badania „Piwna Polska pod lupą” większość rodzimych konsumentów to zadeklarowani piwni patrioci.

Preferencje piwoszy to silny impuls do rozwoju branży, która dziś jest największym pracodawcą w krajowym sektorze alkoholowym, generującym 200 tys. etatów oraz wpływy do skarbu państwa rzędu 10 mld zł rocznie.

Browary warzą, budżet zarabia

Szacunkowo co trzecia złotówka zasilająca budżet państwa z tytułu podatku akcyzowego od alkoholu pochodzi z produkcji i sprzedaży piwa.  Z opublikowanego przez The Brewers of Europe raportu „The Contribution made by Beer to the European Economy” wynika, że kwota, jaką w formie akcyzy odprowadza do budżetu branża piwowarska w Polsce (3,6 mld zł; 840 mln Euro) czyni nasz kraj drugim największym płatnikiem podatku akcyzowego od piwa w Europie. Pierwsze miejsce należy do Wielkiej Brytanii (4 449 mln Euro). Niemcy, które są największym europejskim producentem piwa, plasują się dopiero na czwartej pozycji (676 mln Euro). – Polski rynek piwa jest mniej więcej o połowę mniejszy niż rynek niemiecki, jednak polscy piwowarzy z tytułu akcyzy odprowadzają do skarbu państwa kwotę o blisko jedną czwartą wyższą niż ich koledzy zza Odry. Wynika to z różnicy w wysokości obowiązujących w obu krajach stawek podatku akcyzowego na piwo. W Polsce w porównaniu nie tylko z Niemcami, ale również pozostałymi krajami regionu o silnych rynkach piwnych, jak Czechy czy Słowacja, są one wysokie – mówi Danuta Gut, Dyrektor Biura Zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Akcyza stanowi tylko jedną trzecią wpływów budżetowych, jakie generuje polskie piwo. Z wspomnianego raportu „The Contribution made by Beer to the European Economy” wynika, że budżet państwa zyskuje dzięki piwu łącznie blisko 10 mld złotych rocznie.

Procenty w dół, przychody w górę

Od kilku lat w Polsce spożycie piwa per capita utrzymuje się na stabilnym poziomie, oscylując w granicach 96-98 litrów. Wyraźnie zmieniają się jednak preferencje konsumentów, którzy sięgając po piwo zwracają uwagę przede wszystkim na jego walory smakowe, a nie na „procenty”. Sprawia to, że w ostatnich latach ze sklepowych półek najszybciej znikają piwa o niskiej zawartości alkoholu oraz piwne specjalności o pełnym, intensywnym smaku. Na wzroście ich popularności zyskuje budżet państwa. Dzieje się tak dlatego, że akcyza w piwie naliczana jest od zawartości ekstraktu, a nie – jak ma to miejsce w przypadku innych trunków procentowych – zawartości alkoholu. W 2016 r. akcyza od piwa przyniosła budżetowi państwa 3,6 mld zł. W ciągu ostatniej dekady wpływy budżetowe z tego tytułu wzrosły o blisko jedną piątą.

Sfinks podjął decyzję o przyjęciu oferty zakupu Piwiarni Warki

Sfinks Polska, zarządzająca sieciami restauracji Sphinx, Chłopskie Jadło i WOOK, zdecydowała o przyjęciu oferty Grupy Żywiec i podpisaniu umów dotyczących zakupu sieci franczyzowej Piwiarnia Warki, liczącej 67 lokali oraz współpracy z Grupą Żywiec. Wartość transakcji to 12 mln zł, które Sfinks ma zapłacić w ciągu 6 lat.

Porozumienie między spółkami przewiduje, że Grupa Żywiec przez najbliższych 20 lat będze wyłącznym dostawcą piwa i cydru do lokali Piwiarnia Warki. Sfinks zaś zobowiązuje się do prowadzenia i rozwoju sieci w tym okresie oraz realizacji określonych w Umowie minimalnych poziomów sprzedaży produktów Grupy Żywiec. W zamian otrzyma wynagrodzenie szacowane na 45 mln zł. Jednocześnie przejmie prawa do sieci franczyzowej, w tym umów z franczyzobiorcami, znaku towarowego Piwiarnia oraz majątku trwałego. Wejście umowy w życie uzależnione będzie od stanowiska UOKiK.

– Zgodnie ze strategią, długofalowy rozwój Sfinksa postrzegamy przez pryzmat stworzenia szerokiej oferty gastronomicznej, która będzie odpowiadała na różnorodne potrzeby klientów związane z rodzajem kuchni, porą dnia czy okolicznościami, które przywiodły daną osobę do lokalu. Aby to osiągnąć, niezbędne jest wyjście poza nasze dotychczasowe koncepty. Gastro-puby to segment, którym interesowaliśmy się już od pewnego czasu, a Piwiarnia Warki jest dużą siecią z marką o ugruntowanej renomie, grupą stałych klientów i potencjałem rozwoju. Wszystkie te elementy stanowią solidny fundament, na którym możemy dalej budować zasięg i siłę sprzedażową tej sieci, wykorzystując naszą wiedzę oraz doświadczenie w branży gastronomicznej. Jestem przekonany, że planowana transakcja w sposób istotny przyczyni się budowy wzrostu wartości spółki dla akcjonariuszy, jak zakłada nasza strategia – mówi Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.

W ramach sieci Piwiarnia Warki działa 67 pubów. Klienci tych lokali mogą liczyć na bogaty wybór piw, ofertę kulinarną oraz możliwość śledzenia wydarzeń sportowych dzięki telewizyjnym transmisjom. Wystrój Piwiarni Warki jest inspirowany wnętrzami tradycyjnych pubów z Wysp Brytyjskich. Sfinks ma doświadczenie nie tylko w prowadzeniu sieci restauracyjnych, od 2016 r. zarządza także kultowym pubem w Warszawie – Bolkiem.

Letni spokój

Rynek walutowy przespał sesję azjatycką, indeksy giełdowe stoją w miejscu, a ropa naftowa nie wykazuje siły do kontynuacji czwartkowego odbicia. Ten ostatni element pomógł opanować nerwowość, która w tym tygodniu zaczynała kiełkować i co było szczególnie widać wśród walut rynków wschodzących. Dziś w kalendarzu odczyty PMI z Eurolandu i USA oraz inflacja z Kanady.

Pozbawieni innych impulsów do handlu inwestorzy dalej zerkają na rynek ropy naftowej, gdzie czwartek przyniósł przerwanie ponurej serii spadków. WTI zdołała wybronić się przed złamaniem 42 USD/b, choć skala czwartkowych wzrostów pozostawia wiele do życzenia i dziś rano cena jest trochę poniżej 43 USD/b. Ożywienie handlu przyniosły doniesienia Wall Street Journal, według których Arabia Saudyjska podtrzymuje strategiczny cel na 60 USD/b. Jednak Saudyjczycy pozostają niechętni wpływać na ceny, jeśli pozostali członkowie OPEC także nie wykażą zaangażowania, więc ogólnie dostaliśmy tylko więcej szumu informacyjnego. Potrzeba odwagi, by budować świeże pozycje na wzrosty cen ropy i wątpliwe, aby taka pojawiła się tuż przed weekendem.

Mimo to uspokojenie na rynku surowców pomogło opanować emocje wśród walut ryzykownych, a szczególnie pozwoliło NOK i CAD skupić na innych czynnikach. Norges Bank zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę depozytową bez zmian na 0,5 proc., ale dodatkowo porzucił gołębie nastawienie poprzez usunięcie z prognozowanej ścieżki stopy procentowej wycenę cięcia o 10 pb. Mówienie już o gotowości do podwyżki to byłoby nadużycie, ale ruch banku centralnego pokazuje, że sprawy w Norwegii mają się dobrze i o ile zachowanie cen ropy naftowej nie zaszkodzi, NOK ma do uwzględnienia w wycenie lepsze perspektywy makro-monetarne.

Sprzedaż detaliczna z Kanady za kwiecień zaskoczyła wzrostem prawie trzykrotnie wyższym od oczekiwań, dokładając kamyczka do jastrzębiej zmiany w nastawieniu Banku Kanady. Ważniejszym argumentem, który może nawet pchnąć BoC do podwyżki stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu w lipcu, będzie dzisiejszy odczyt inflacji CPI. Konsensus przewiduje osłabienie majowej inflacji do 1,5 proc. r/r z 1,6 proc. w kwietniu, więc nawet utrzymanie kwietniowego odczytu powinno wystarczyć, by wesprzeć wzrost oczekiwań na podwyżkę, a tym samym napędzać CAD.

Na rynku głównych walut niewiele się dzieje po stronie wydarzeń. USD stanął w miejscu przy braku kluczowych danych, a członkowie Fed w swoich wypowiedziach trzymają się swoich „szufladek”. Wczoraj gołębi Bullard przestrzegał przed zbyt agresywną polityką stóp procentowych, ale jednocześnie twierdzi, że normalizacja sumy bilansowej Fed powinna rozpocząć się „wcześniej niż później”. Jego nie wnosi nic nowego do dyskusji utrzymując w miejscu oczekiwania względem polityki Fed. Dzisiejsze wstępne odczyty PMI z USA maja nikłe szanse skupić na sobie uwagę. W strefie euro wstępne szacunki PMI będą miały większe znaczenie, jeśli nagle przerwą dynamiczne wzrosty z ostatnich miesięcy. Sądzimy, że po ostatnim schłodzeniu optymizmu przez ECB, długie pozycje w EUR nie czują się już tak pewnie, jak miesiąc temu i stoją przed ryzykiem kapitulacji pod byle pretekstem. A takim może być rozczarowanie w dzisiejszych odczytach.

Polski złoty w czwartek korzystał na ociepleniu sentymentu wokół aktywów ryzykownych i scenariusz głębszej przeceny pozostał odroczony. Dziś tryb konsolidacji powinien zamknąć EUR/PLN w przedziale 4,22-4,25, ale tak samo jak odbicie cen ropy naftowej wygląda nieprzekonująco, tak i nie porzucamy naszych oczekiwań podejścia EUR/PLN w stronę 4,28-4,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polski przemysł szuka innowacyjnych rozwiązań. Potrzebuje jednak pomocy prawnej i większej promocji za granicą

Polski przemysł szuka innowacyjnych rozwiązań. Potrzebuje jednak pomocy prawnej i większej promocji za granicą 6

W ramach programu Horyzont 2020 większość projektów realizowana jest w międzynarodowych konsorcjach przemysłowo-naukowych. Choć udział polskich firm w zgłoszonych i realizowanych projektach znacząco wzrósł w ostatniej edycji, wciąż jeszcze brakuje im wizerunku wartościowych partnerów w projektach badawczo-rozwojowych poza Polską. Przeszkadzają też obawy co do praw własności do wspólnie wypracowanych prototypów.

– Współpraca nauki z biznesem w kontekście Horyzontu 2020 jest koniecznością. Mamy oczywiście instrumenty MŚP, gdzie pojedyncze przedsiębiorstwo aplikuje, ale większość projektów i wniosków projektowych, które są składane, realizowane są w konsorcjach naukowo-przemysłowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Walczyk-Matuszyk, zastępca dyrektora w Krajowym Punkcie Kontaktowym Projektów Badawczych Unii Europejskiej. – W kontekście projektów, które dedykowane są zaawansowanym technologiom, czyli nie tylko przygotowaniu prototypu, lecz także testowaniu tego prototypu w warunkach rzeczywistych, ta współpraca nauki z przemysłem jest nieodzowna i rzeczywiście w polskich warunkach współpraca polskiego przemysłu znacznie wzrosła.

W ramach programu Horyzont 2020 na innowacyjne projekty przeznaczono 77 mld euro. Po trzech latach siedmioletniego programu wykorzystano niecałe 24 mld euro. Firmą, która pozyskała rekordowe dofinansowanie, był Funding Box Accelerator, do którego trafiło 7 mln euro z 235 mln euro pozyskanych w ramach tej edycji programu przez Polskę.

– W porównaniu z poprzednią edycją programu ramowego, siódmym programem ramowym, gdzie ten udział przemysłu był znacząco niższy, w tym momencie na ponad 420 polskich uczestników programu Horyzont 2020 dwieście to firmy – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk. – Pozostałe to instytuty badawcze, PAN-owskie, uniwersytety, także NGO-sy, administracja publiczna i samorządowa, widzimy, że przemysł urasta nam tutaj do jednego z głównych graczy.

Po 323 konkursach 199 polskich firm przemysłowych uzyskało łącznie 56,8 mln euro na 262 uczestnictwa w 220 projektach. Z kwoty tej ponad połowa przypadła na małe i średnie firmy – 122 podmioty pozyskały 30,1 mln euro. Poza Funding Box Accelerator największymi beneficjentami zostały Selena Labs (ponad 4 mln euro) i Synektik (3,7 mln euro) oraz Crist Offshore (2,4 mln euro). Pieniądze pozyskane przez polskie podmioty to jednak tylko 1 proc. całej wykorzystanej przez członków Unii kwoty, będącej mniej niż jedną trzecią środków przeznaczonych na cały program.

– Bariery są znane. Chodzi o wspólnotę interesów, o kwestię praw własności intelektualnej, później praw dostępu do komercjalizowanych technologii – mówi Walczyk-Matuszyk. – W zakresie Horyzontu 2020 istnieje szereg możliwości pozyskania wsparcia w tym obszarze, ponieważ jest to program o charakterze ponadnarodowym, wymogiem są tutaj konsorcja międzynarodowe. Bardzo dużą barierą, z którą się borykamy, zwłaszcza dotyczy to naszej części Europy, także Polski, jest niskie umiędzynarodowienie zarówno nauki, jak i przemysłu. Polskie firmy za granicą, zarówno te małe, jak i te duże, nie są kojarzone w kontekście B+R, a na tym nam szczególnie zależy.

Dlatego Krajowy Punkt Kontaktowy Projektów Badawczych UE stara się mobilizować firmy do aktywności na poziomie międzynarodowym poprzez uczestnictwo w spotkaniach brokerskich, w ramach których mogą nawiązać współpracę ze swoimi naukowymi czy przemysłowymi odpowiednikami za granicą, jak również poprzez prezentowanie swojej marki – jako firmy zainteresowanej pracami badawczo-rozwojowymi – za granicą. Zdaniem Katarzyny Walczyk-Matuszyk ten brak umiędzynarodowienia jest jedną z głównych barier polskiego uczestnictwa.

– Mamy nadzieję, że zobaczymy pozytywne efekty współpracy nauki z przemysłem. Proszę pamiętać, że te projekty, które toczą się w Horyzoncie, to są z reguły projekty długoletnie, dlatego że wypracowanie innowacji i praca w ramach projektów badawczych wymaga zaangażowania czasowego, ale mamy wiele projektów i liczymy, że niedługo będziemy mogli poznać ich efekty – ocenia zastępca dyrektora w Krajowym Punkcie Kontaktowym Projektów Badawczych Unii Europejskiej.

Przybywa obcokrajowców kupujących w Polsce mieszkania. Nad Bałtykiem nawet 40 proc. apartamentów kupują zagraniczni turyści

Przybywa obcokrajowców kupujących w Polsce mieszkania. Nad Bałtykiem nawet 40 proc. apartamentów kupują zagraniczni turyści 7

Turyści z Europy Zachodniej i Ukraińcy coraz częściej inwestują w nieruchomości w Polsce. W 2016 roku sprzedaż mieszkań obcokrajowcom sięgnęła 6,4 tys. Nad Bałtykiem nawet 40 proc. apartamentów kupują zagraniczni turyści. Ze względu na imigrację, coraz więcej mieszkań kupują Ukraińcy. Szacuje się, że już wkrótce 20 proc. mieszkań dostępnych na rynku trafi właśnie do nich. Większość obcokrajowców celuje w droższe mieszkania. Eksperci oceniają, że rynek będzie rosnąć. Spodziewają się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów.

– Coraz więcej nieruchomości jest kupowanych przez obcokrajowców. Wedle oficjalnych danych za 2016 rok ponad 6,4 tys. mieszkań i lokali użytkowych zostało sprzedanych obcokrajowcom. Największą grupę stanowią Ukraińcy, następnie Niemcy i Brytyjczycy. Trend jest rosnący i w kategorii mieszkań na stały pobyt, do zamieszkania w związku z miejscem pracy w dużych miastach, Ukraińcy będą niedługo kupowali co piąte mieszkanie dostępne na rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Puchała, prezes zarządu firmy Prestige.

Według danych GUS deweloperzy w Polsce oddali w 2016 roku do użytkowania ponad 79 tys. mieszkań. Już blisko 7 proc. kupują obcokrajowcy. Dane firmy Prestige wskazują, że cudzoziemcy kupili w ubiegłym roku w Polsce blisko 6,4 tys. mieszkań i apartamentów. Dane MSWiA wskazują, że to o 24 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej, ze względu na coraz większą emigrację, kupują Ukraińcy, przede wszystkim w większych miastach (łącznie blisko 64 tys. mkw. powierzchni).

– Dużym powodzeniem cieszą się obecnie mieszkania wakacyjne nad morzem kupowane głównie przez Niemców, Skandynawów i obywateli Wielkiej Brytanii. Jest to związane z korzystną relacją kosztów do uzyskiwanych przychodów, a także niedrogim pobytem wakacyjnym w Polsce. Wynika to również z sytuacji geopolitycznej – przyjazd do Polski jest rekomendowany jako bezpieczny przez większość ministerstw spraw zagranicznych krajów UE – ocenia ekspert.

Niemcy i Brytyjczycy kupili łącznie ok. 70 tys. mkw. powierzchni (odpowiednio 43 i 18 tys. mkw.). W przypadku Ukraińców większy zakup mieszkań to efekt wzrostu migracji do naszego kraju (przede wszystkim zarobkowej). Przedstawiciele pozostałych krajów należą zaś do tych najchętniej odwiedzających polskie wybrzeże. W Międzyzdrojach nawet 40 proc. osób kupujących apartamenty to cudzoziemcy, choć część z nich ma polskie korzenie lub powiązania z naszym krajem. Obcokrajowców do polskich kurortów przyciąga bezpieczeństwo, niskie ceny oraz dynamicznie rozwijająca się infrastruktura wypoczynkowa.

– Obcokrajowcy celują w zakup stosunkowo drogich mieszkań, gdzie kwoty za metr kwadratowy zaczynają się od 10 tys. zł w przypadku powierzchni wykończonej do wynajmu, ale też są to ceny nawet do 30 tys. zł za specjalnie wykończone apartamenty. Gros z nich trafia później na rynek poprzez lokalnych pośredników lub firmy zawodowo zajmujące się zarządzaniem tymi nieruchomościami, a dochody z tego trafiają na konto inwestorów – tłumaczy prezes firmy Prestige.

Z danych MSWiA wynika, że najwięcej lokali mieszkalnych i użytkowych cudzoziemcy nabyli na terenie województw: mazowieckiego (blisko 294 tys. mkw.), małopolskiego (99,2 tys. mkw.) oraz dolnośląskiego (57,2 tys. mkw.). Największy popyt jest na mieszkania w największych aglomeracjach, prym wiedzie Warszawa i Kraków.

Zdaniem Piotra Puchały coraz popularniejszy trend zakupu mieszkań w Polsce przez obcokrajowców będzie się utrzymywał.

– Obecnie mieszkańcami 82 proc. mieszkań w Polsce są właściciele tych mieszkań. Dla porównania w Szwajcarii tylko 37 proc, w Niemczech – 50 proc. Wynika to z zamożności pewnej grupy społecznej, która kupuje apartament specjalnie pod wynajem. Ten trend będzie się upowszechniał w Polsce. W 2007 roku mieliśmy bardzo duże zakupy obywateli Wielkiej Brytanii, Irlandii, teraz spodziewam się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów – prognozuje Piotr Puchała.

Uber planuje dalszy rozwój w Polsce mimo rządowych zapowiedzi regulacji rynku

Uber planuje dalszy rozwój w Polsce mimo rządowych zapowiedzi regulacji rynku 8

Blokowanie aplikacji mobilnych przez Urząd Komunikacji Elektronicznej, licencje dla kierowców, odprowadzanie podatków w Polsce – to tylko niektóre pomysły na wprowadzenie regulacji na rynku przewozów osobowych. Mimo protestów taksówkarzy skierowanych głównie przeciw Uberowi, rząd dopiero pracuje nad wypracowaniem złotego środka, który godziłby nowoczesne technologie i ekonomię współdzielenia z zasadą równego traktowania podmiotów. Tymczasem Uber planuje dalszy rozwój nad Wisłą.

– Coraz więcej krajów decyduje się na reformy prawa skierowane na pojawiające się nowe technologie. Świetnym przykładem jest Finlandia, przyjęła ona niedawno regulacje, które wprowadzają łatwą do uzyskania licencję dla kierowców. Jest ona skierowana dla tych, którzy nie chcą pracować jako kierowcy w pełnym wymiarze godzin, a tylko traktować to jako działalność dodatkową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kacper Winiarczyk, dyrektor generalny Uber Polska. – Pojawiły się też takie zapisy, że taksometrem nie musi być fizyczne urządzenie, a może nim być aplikacja w telefonie, która przez to, że jest spięta z systemem GPS, jest po prostu superdokładna.

W poniedziałek 5 czerwca taksówkarze z dziewięciu miast Polski, w których działa aplikacja Ubera, protestowali, blokując ulice, przeciwko nierównym ich zdaniem warunkom prowadzenia biznesu, jakie mają przewoźnicy mobilni i licencjonowani taksówkarze. Podnosili kwestię konieczności zdobycia licencji, zainstalowania kasy fiskalnej i odprowadzenia podatków. Kierowcy Ubera natomiast takich wymogów nie mają, przez co mogą proponować niższe ceny – argumentowali protestujący.

Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa przygotowało projekt ustawy, która ma według słów szefa resortu Andrzeja Adamczyka tworzyć równe warunki konkurencyjne dla wszystkich przewoźników na tym rynku. Fundacja Panoptykon opublikowała zapis, który zezwalałby natomiast na blokowanie aplikacji przez UKE tym firmom, które działałyby bez odpowiednich zezwoleń. Zwolennikiem kategorycznych rozwiązań nie jest jednak wicepremierzy Mateusz Morawiecki i Jarosław Gowin. Minister finansów i rozwoju przyznał wprawdzie, że przewoźnicy tacy jak Uber powinni płacić podatki w Polsce, ale zapowiada poszukiwanie złotego środka między propozycją MIB a zmieniającym się rynkiem usług.

– Obecnie nie mamy sygnałów które świadczyłyby o tym, że nowe regulacje mogłyby ograniczyć lub zmienić formułę naszej działalności w Polsce – mówi dyrektor generalny Ubera w Polsce. – Widzimy, że w Polsce jest niezwykłe zainteresowanie naszymi usługami ze strony użytkowników. W maju ogłosiliśmy, że mamy ponad milion zarejestrowanych użytkowników, którym zależy na tym, aby otrzymywać przejazdy wygodne, bezpiecznie i przejrzyste cenowo. Z drugiej strony widzimy zainteresowanie ze strony przedsiębiorców, którzy chcą podjąć z nami współpracę i w ten sposób poprawiać status finansowy swoich rodzin. 

Przekonuje, że system, w jakim działa Uber, ma pozytywny wpływ na zmniejszenie liczby prywatnych aut jeżdżących po miastach i w nich parkujących oraz że blisko współpracuje z systemem transportu miejskiego. Przykładowo podaje, że w Warszawie 30 proc. kursów zaczyna się lub kończy w promieniu czterystu metrów od stacji metra, z czego można wnioskować, że pasażerowie przesiadają się następnie w podziemną kolejkę.

– W Polsce obecnie będziemy się skupiać na rozwoju naszej istniejącej oferty – zapowiada Winiarczyk. – Widzimy też zainteresowanie z innych stron, z jednej strony jest to nasz produkt dla biznesu, obsługa korporacji, małych i średnich przedsiębiorstw. To zainteresowanie jest olbrzymie ze względu na to, że firmy mogą dzięki nam znacząco ograniczyć koszty transportu. Z drugiej strony jest to rozwój usługi UberEATS. Jest to usługa, która łączy restauratorów, kurierów i głodnych użytkowników, obecnie działa w Warszawie i cieszy się olbrzymim zainteresowaniem zarówno ze strony restauratorów, jak i użytkowników, więc myślę, że jest to dobry kierunek rozwoju.

UberEATS działa na razie w Warszawie od lutego, a stolica Polski jest pierwszym miastem w Europie Środkowo-Wschodniej, w którym została uruchomiona. Polega na dowożeniu posiłków z restauracji do klientów w ciągu 30 minut. Firma informuje na swojej stronie, że współpracuje z ponad setką restauracji. W czerwcu do grona partnerów UberEATS dołączył McDonald’s.

– Trzecie rzecz to kwestia rozwoju produktów z zakresu elektromobilności czy głębszego zacieśniania współpracy z systemami transportu miejskiego, szczególnie jeśli chodzi o komunikację zbiorową – wylicza szef polskiego Ubera. – Będziemy chcieli, aby mniej osób przyjeżdżało z przedmieść do centrów miast, w których funkcjonujemy, swoimi własnymi samochodami. Będziemy namawiać, aby korzystali więcej z komunikacji miejskiej i więcej z Ubera, a mniej właśnie z prywatnych samochodów.

Coraz więcej firm angażuje się w wolontariat pracowniczy. Projekty społeczne równie ważne jak działania biznesowe

Coraz więcej firm angażuje się w wolontariat pracowniczy. Projekty społeczne równie ważne jak działania biznesowe 9

Działalność CSR przestaje być postrzegana przez przedsiębiorstwa jako tańszy zamiennik marketingu. Jedną z form prospołecznych działań staje się firmowy wolontariat. W Orange Polska, gdzie taki projekt jest prowadzony od przeszło 10 lat, co roku w wolontariacie działa ok. 3,5 tys. pracowników, których czas i zaangażowanie są wyceniane na około milion złotych. Dla firmy to nie tylko wizerunkowa korzyść, lecz także realna inwestycja w zasoby ludzkie.

– Nowoczesna firma funkcjonuje jak normalna społeczność, nastawiona nie tylko na cele biznesowe, lecz także mająca swoje drugie życie w różnych wewnętrznych społecznościach, na przykład społeczności project managerów, którzy lubią dzielić się między sobą wiedzą, albo społeczności ludzi, którzy działają jako wolontariusze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kowalski, członek zarządu ds. zasobów ludzkich w Orange Polska.

Nowoczesne firmy skupiają się na prowadzeniu przedsiębiorstwa i celach biznesowych. Równie ważnym elementem strategii stają się działania wynikające ze społecznej odpowiedzialności biznesu. Jak na razie CSR jest przede wszystkim domeną dużych firm, działających na międzynarodowych rynkach.

Trudno o dane pokazujące skalę zaangażowania polskich firm w działania CSR-owe. Jednak ostatni raport Forum Odpowiedzialnego Biznesu pokazuje, że z roku na rok jest ono coraz większe. Ubiegłoroczna edycja zgromadziła 180 firm i 880 projektów realizowanych w obszarze społecznego zaangażowania biznesu.

Przedsiębiorstwa angażują się najczęściej w projekty dotyczące edukacji, ochrony środowiska, wspierania lokalnych społeczności czy rozwoju swoich pracowników. Jedną z form CSR-u jest wolontariat pracowniczy.

– Wolontariusze to społeczność licząca 3,5 tysiąca osób, skupiona wokół Fundacji. Działania wolontariackie w różnych wymiarach, niekoniecznie związane z pracą którą się wykonuje, to specjalność Orange. Nasi wolontariusze prowadzą lekcje z bezpiecznego internetu. Prowadzimy mnóstwo innych aktywności, na przykład wspieramy kluby sportowe, gdzie nasi pracownicy również spisują się w roli wspomagających trenerów albo organizatorów środowiskowych –mówi Jacek Kowalski.

W środowisku biznesowym największy w Polsce telekom słynie z prospołecznych działań. Jak wynika z ostatniego raportu CSR-owego Orange Polska za 2016 rok, zaangażowanie pracowników to jeden z głównych obszarów działalności prospołecznej w Fundacji Orange. Co roku w firmowy wolontariat angażuje się około 3,5 tys. pracowników grupy. Rok temu ich czas poświęcony na działania w ramach wolontariatu został wyceniony na ponad milion złotych.

– Prowadzimy między innymi dużą akcję o kodowaniu i programowaniu, o zawodach przyszłości, która skierowana jest do blisko 1200 szkół oraz 20 tysięcy uczniów i nauczycieli – mówi Jacek Kowalski.

W ramach wolontariatu pracownicy Orange mogą się angażować w wybrane przez siebie inicjatywy w całej Polsce. Firma udostępnia im specjalną aplikację, przez którą mogą na bieżąco śledzić i wybierać akcje, w które chcą się włączyć.

– W tej chwili w dobrze rozwiniętych firmach standardem jest, że nie ograniczamy się wyłącznie do wymiaru zawodowego. Firma musi sprzyjać, a bardzo często też bezpośrednio wspomagać tego typu działania, ale gros to dobrze dobrany zespół ludzi, którzy pojawiają się naturalnie, którzy mają ochotę zarażania pomaganiem innych i zostają trendsetterami napędzającymi aktywność. To są ludzie, którzy taką potrzebę czerpią z wewnątrz – mówi Jacek Kowalski.

Jak podaje Fundacja Orange, do końca ubiegłego roku jej wolontariusze przeszkolili ponad 40 tys. dzieci w całej Polsce z zasad bezpieczeństwa w sieci, a w szpitalach pomogli stworzyć 130 Bajkowych Kącików, czyli kolorowych świetlic dla chorych dzieci.

Jacek Kowalski, członek zarządu ds. zasobów ludzkich w Orange Polska, wskazuje, że biznesową działalność firmy i zaangażowanie prospołeczne jej pracowników można bez problemu pogodzić, o ile znajdzie się właściwych ludzi. Dlatego w procesie rekrutacji nowych pracowników firma stawia na ludzi z pasją, szukających nowych wyzwań, dążących do sukcesu nie tylko w pracy, lecz także na innych polach aktywności.

– Mamy mnóstwo takich przykładów – ludzi zarówno rozwijających swoją pasję, jak i działających w wolontariacie, którzy zarażają pasją innych. To trwa już około 10 lat, Fundacja Orange jest aktywna w wielu wymiarach. Sama realizuje programy, ale też finansuje i pomaga środowiskom dookoła nas – mówi Jacek Kowalski.

Dobre wieści dla frankowiczów. Szwajcarska waluta ustabilizuje się poniżej 4 zł, a ustawa spreadowa powinna powstać jeszcze w tym roku

Dobre wieści dla frankowiczów. Szwajcarska waluta ustabilizuje się poniżej 4 zł, a ustawa spreadowa powinna powstać jeszcze w tym roku 10

Jeszcze pół roku temu za franka szwajcarskiego trzeba było zapłacić 30 gr więcej niż obecnie. Od niemal dwóch i pół roku, czyli od czasu uwolnienia kursu franka do euro, oscylował on wokół 4 zł. W tej chwili jest na minimach przedziału, w którym poruszał się w tym czasie. Zdaniem Adama Koreckiego z TMS Brokers jest duża szansa na to, że na tych poziomach pozostanie. To dobre wieści dla posiadaczy kredytów w tej walucie.

– Dla posiadaczy kredytów denominowanym we frankach szwajcarskich najbliższe tygodnie powinny przebiegać pod znakiem dobrych informacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Korecki, makler papierów wartościowych TMS Brokers. – Od kilku tygodni obserwujemy stabilizację notowań złotego, a w przypadku złotego do franka szwajcarskiego obserwujemy pewne umocnienie, czyli spadek kursu franka. W związku z tym widzimy, że koszty zakupu franka i spłata rat kredytowych są korzystniejsze dla frankowiczów.

Jeszcze na przełomie listopada i grudnia 2016 roku za franka szwajcarskiego trzeba było zapłacić powyżej 4,16 zł i była to wartość najwyższa od stycznia 2015 roku, gdy po uwolnieniu kursu szwajcarskiej waluty przez Szwajcarski Bank Narodowy wystrzeliła ona w górę. Był to też – poza tym incydentem – najwyższy poziom w historii. Gdy duża część Polaków brała kredyty mieszkaniowe we frankach w 2008 roku, był on dla odmiany najtańszy w czasach gospodarki rynkowej i kosztował tylko ok. 2 zł.

Zmiany kursu spowodowały, że zadłużenie we franku pogłębiło się znacznie powyżej poziomu wartości nieruchomości. Stąd kwestia przewalutowania kredytów frankowych, które na zasadach rynkowych byłoby nieopłacalne, stała się jednym z tematów kampanii wyborczej prezydenta Andrzeja Dudy. Obecnie pod rozwagę brane są trzy projekty, w tym prezydencki, który został przez KNF wyceniony jako najtańszy z zaproponowanych. Jego koszt to jednak wciąż ponad 9 mld zł.

– Wielką niewiadomą pozostaje to, co zrobią politycy. W trakcie kampanii wyborczej padały liczne obietnice. Dziś wiadomo, że większość z nich nie będzie spełniona, natomiast pewien ruch prokliencki w kierunku posiadaczy kredytów we frankach szwajcarskich będzie musiał zostać zrobiony – uważa makler papierów wartościowych TMS Brokers. – Obstawiam, że będzie to ustawa spreadowa rekompensująca częściowo koszty ponoszone w związku z szerokimi spreadami, które banki naliczały posiadaczom kredytów frankowych. Myślę, że w sprawie tej regulacji politycy w końcu dojdą do konsensusu i zostanie ona przegłosowana. Moim zdaniem odbędzie się to jeszcze przed wyborami samorządowymi i w 2017 roku posiadacze kredytów we frankach szwajcarskich będą pozytywnie zaskoczeni.

Prezydencki projekt zakłada zwrot przez banki różnicy miedzy dopuszczalnym spreadem – czyli różnicą w kursie kupna i sprzedaży – a tym, który został w istocie naliczony. Dotyczyłoby to umów kredytowych zawartych między 1 lipca 2000 roku a 26 sierpnia 2011 roku. Frankowicze najmocniej popierają projekt klubu Kukiz’15 zakładający taki zwrot kosztów, jak gdyby kredyty we frankach od początku były spłacane w złotym, jednak ta propozycja jest ponadpięciokrotnie droższa od prezydenckiej.

Na razie bez względu na propozycje polityków frankowicze mogą liczyć na nieco ulgi. Szwajcarska waluta nie powinna się w najbliższym czasie umacniać.

– W dłuższym okresie należy oczekiwać ustabilizowania się kursu franka w stosunku do złotego poniżej 4 zł – przewiduje Korecki. – Jest to poziom, który na wydaje się być punktem równowagi dla kursu frank-złoty. Jeżeli gospodarka Polski będzie się rozwijała tak jak w ostatnich miesiącach, czyli będą spływać dobre dane makroekonomiczne, w średnim i długim terminie można się spodziewać dalszego powolnego, ale jednak umacniania złotego, zarówno w stosunku do franka, jak i innych walut, co będzie systematycznie pozytywnie wpływało na koszty przewalutowania i koszty spłat kredytów we frankach szwajcarskich.

Coraz więcej obcokrajowców kupuje w Polsce mieszkania. Nad Bałtykiem nawet 40 proc. apartamentów kupują zagraniczni turyści

Coraz więcej obcokrajowców kupuje w Polsce mieszkania. Nad Bałtykiem nawet 40 proc. apartamentów kupują zagraniczni turyści 11

Turyści z Europy Zachodniej i Ukraińcy coraz częściej inwestują w nieruchomości w Polsce. W 2016 roku sprzedaż mieszkań obcokrajowcom sięgnęła 6,4 tys. Nad Bałtykiem nawet 40 proc. apartamentów kupują zagraniczni turyści. Ze względu na imigrację, coraz więcej mieszkań kupują Ukraińcy. Szacuje się, że już wkrótce 20 proc. mieszkań dostępnych na rynku trafi właśnie do nich. Większość obcokrajowców celuje w droższe mieszkania. Eksperci oceniają, że rynek będzie rosnąć. Spodziewają się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów.

– Coraz więcej nieruchomości jest kupowanych przez obcokrajowców. Wedle oficjalnych danych za 2016 rok ponad 6,4 tys. mieszkań i lokali użytkowych zostało sprzedanych obcokrajowcom. Największą grupę stanowią Ukraińcy, następnie Niemcy i Brytyjczycy. Trend jest rosnący i w kategorii mieszkań na stały pobyt, do zamieszkania w związku z miejscem pracy w dużych miastach, Ukraińcy będą niedługo kupowali co piąte mieszkanie dostępne na rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Puchała, prezes zarządu firmy Prestige.

Według danych GUS deweloperzy w Polsce oddali w 2016 roku do użytkowania ponad 79 tys. mieszkań. Już blisko 7 proc. kupują obcokrajowcy. Dane firmy Prestige wskazują, że cudzoziemcy kupili w ubiegłym roku w Polsce blisko 6,4 tys. mieszkań i apartamentów. Dane MSWiA wskazują, że to o 24 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej, ze względu na coraz większą emigrację, kupują Ukraińcy, przede wszystkim w większych miastach (łącznie blisko 64 tys. mkw. powierzchni).

– Dużym powodzeniem cieszą się obecnie mieszkania wakacyjne nad morzem kupowane głównie przez Niemców, Skandynawów i obywateli Wielkiej Brytanii. Jest to związane z korzystną relacją kosztów do uzyskiwanych przychodów, a także niedrogim pobytem wakacyjnym w Polsce. Wynika to również z sytuacji geopolitycznej – przyjazd do Polski jest rekomendowany jako bezpieczny przez większość ministerstw spraw zagranicznych krajów UE – ocenia ekspert.

Niemcy i Brytyjczycy kupili łącznie ok. 70 tys. mkw. powierzchni (odpowiednio 43 i 18 tys. mkw.). W przypadku Ukraińców większy zakup mieszkań to efekt wzrostu migracji do naszego kraju (przede wszystkim zarobkowej). Przedstawiciele pozostałych krajów należą zaś do tych najchętniej odwiedzających polskie wybrzeże. W Międzyzdrojach nawet 40 proc. osób kupujących apartamenty to cudzoziemcy, choć część z nich ma polskie korzenie lub powiązania z naszym krajem. Obcokrajowców do polskich kurortów przyciąga bezpieczeństwo, niskie ceny oraz dynamicznie rozwijająca się infrastruktura wypoczynkowa.

– Obcokrajowcy celują w zakup stosunkowo drogich mieszkań, gdzie kwoty za metr kwadratowy zaczynają się od 10 tys. zł w przypadku powierzchni wykończonej do wynajmu, ale też są to ceny nawet do 30 tys. zł za specjalnie wykończone apartamenty. Gros z nich trafia później na rynek poprzez lokalnych pośredników lub firmy zawodowo zajmujące się zarządzaniem tymi nieruchomościami, a dochody z tego trafiają na konto inwestorów – tłumaczy prezes firmy Prestige.

Z danych MSWiA wynika, że najwięcej lokali mieszkalnych i użytkowych cudzoziemcy nabyli na terenie województw: mazowieckiego (blisko 294 tys. mkw.), małopolskiego (99,2 tys. mkw.) oraz dolnośląskiego (57,2 tys. mkw.). Największy popyt jest na mieszkania w największych aglomeracjach, prym wiedzie Warszawa i Kraków.

Zdaniem Piotra Puchały coraz popularniejszy trend zakupu mieszkań w Polsce przez obcokrajowców będzie się utrzymywał.

– Obecnie mieszkańcami 82 proc. mieszkań w Polsce są właściciele tych mieszkań. Dla porównania w Szwajcarii tylko 37 proc, w Niemczech – 50 proc. Wynika to z zamożności pewnej grupy społecznej, która kupuje apartament specjalnie pod wynajem. Ten trend będzie się upowszechniał w Polsce. W 2007 roku mieliśmy bardzo duże zakupy obywateli Wielkiej Brytanii, Irlandii, teraz spodziewam się dużych zakupów ze strony Niemców, Austriaków, Szwajcarów oraz Francuzów – prognozuje Piotr Puchała.

Promocyjna cena i specjalista znany z mediów nie są gwarancją bezpieczeństwa zabiegu medycyny estetycznej

Promocyjna cena i specjalista znany z mediów nie są gwarancją bezpieczeństwa zabiegu medycyny estetycznej 12

Specjaliści podkreślają, że przed podjęciem decyzji o wykonaniu konkretnego zabiegu, pacjent powinien przede wszystkim sprawdzić, czy ma do czynienia z dyplomowanym lekarzem medycyny estetycznej. Bezpieczeństwo zabiegów jest na pierwszym miejscu, dlatego przy wyborze danego gabinetu nie należy się kierować ceną. Wręcz przeciwnie, promocyjna oferta powinna nasunąć podejrzenie, że może preparat, który będzie stosowany, nie jest najwyższej jakości.

– Zabiegi medycyny estetycznej powinni wykonywać tylko lekarze, a nie osoby niemedyczne, gdyż nie mają do tego odpowiednich kwalifikacji. Nikt z lekarzy nie uczy się na studiach medycyny estetycznej, jest to nowa dziedzina medycyny, której uczymy się po studiach. Zdobywamy  taką wiedzę na odpowiednich studiach i kursach właśnie z medycyny estetycznej. I tylko taka usystematyzowana wiedza pozwala nam na bezpieczeństwo – mówi agencji Newseria dr n. med. Piotr Niedziałkowski, specjalista chorób wewnętrznych i alergologii, dyplomowany lekarz medycyny estetycznej, prezes Polskiego Towarzystwa Lekarzy Medycyny Estetycznej „POLME”.

W trakcie pierwszej rozmowy z pacjentką lub z pacjentem lekarz powinien zapytać, jakie dana osoba ma oczekiwania, co chciałaby zmienić w swoim wyglądzie, co poprawić i dopiero na podstawie wstępnego wywiadu można razem ustalić plan zabiegów i oszacować, jakich granic nie przekraczać, żeby nie osiągnąć karykaturalnego efektu. Na początku nie powinno się wykonywać zbyt dużo inwazyjnych zabiegów na raz. Warto, aby obie strony nabrały do siebie zaufania.

– Lekarz, który na co dzień zajmuje się zabiegami medycyny estetycznej, musi mieć szeroką wiedzę medyczną i patrzeć bardzo holistycznie na pacjenta. Bycie lekarzem medycyny estetycznej to dobry zalążek, aby być wspaniałym lekarzem profilaktyki chorób przewlekłych, w tym starzenia się – mówi dr n. med. Piotr Niedziałkowski.

Również wygląd i czystość samego gabinetu mają ogromne znaczenie. Trzeba zwrócić uwagę na to, czy lekarz przestrzega podstawowych zasad antyseptyki – mycie, dezynfekcja rąk, sterylne rękawiczki i narzędzia itp. Ważny jest wywiad lekarski przed zabiegiem, wypytanie o leki, choroby itp. Dzięki dużej liczba gabinetów medycyny estetycznej pacjenci mogą do woli wybierać wśród specjalistów. Nie jest to jednak takie proste. W gąszczu promocyjnych ofert czasem trudno się oprzeć pokusie skorzystania z wyjątkowej okazji. Co więcej, zainteresowani czasem zapominają o tym, aby pytać lekarza o właściwe kwalifikacje, a kierują się na przykład jego popularnością w mediach.

– Każdy zdobywa pacjentów jak potrafi. Dla mnie honorem jest, kiedy pacjenci przychodzą do mnie dlatego, że dobrze leczę przeciwstarzeniowo, a nie dlatego, że pokazuję się medialnie. To przesłanie chciałbym skierować do lekarzy, żeby odpowiednio podchodzili do pacjentów, a do pacjentów, żeby odpowiednio dobierali lekarzy – podkreśla dr n. med. Piotr Niedziałkowski.

Dlatego Polskie Towarzystwo Lekarzy Medycyny Estetycznej „POLME” jako pierwsze ze Stowarzyszeń Lekarzy Medycyny Estetycznej postanowiło poświęcić część III Konferencji Naukowej POLME właśnie pacjentom.

– Postanowiliśmy się otworzyć na pacjentów i razem z nimi uczyć się, jak powinna wyglądać medycyna przeciwstarzeniowa, w tym estetyczna. Tylko pacjent, który wymaga, jest w stanie zmienić poziom współczesnej medycyny estetycznej w Polsce. Musimy się nawzajem poznać, pacjenci muszą wiedzieć, czym my się zajmujemy, a lekarze – jak odpowiednio traktować pacjentów, więc jest to wzajemna nauka – mówi dr n. med. Piotr Niedziałkowski.

Lekarze zajmujący się medycyną estetyczną i przeciwstarzeniową zwracali uwagę na to, że skóra jest integralną częścią organizmu i tylko harmonia terapeutyczna zapewnia spektakularne i długotrwałe efekty w gabinecie lekarza medycyny estetycznej. Słowo „holistyczny” powinno dotyczyć nie tylko skóry, lecz także do całego organizmu. Samo wykonywanie zabiegów medycyny estetycznej to tylko niewielka część całego procesu przeciwstarzeniowego.

Traci ropa, dolar broni się

Dolar amerykański tracił w środę na wartości względem większości głównych walut. Mieszane nastroje miały miejsce na parkietach giełdowych – szczególnie w USA. Bardziej zdecydowani byli inwestorzy na rynku ropy.


Nie kończy się czarna seria na rynku surowców energetycznych. Ceny ropy ponownie wczoraj spadały, kończąc dzień około 2% niżej niż we wtorek. Tym samym osiągnięto 10 miesięczne minimum. Wygląda na to, że porozumienie OPEC o ograniczeniu wydobycia tego surowca nie przynosi pozytywnych rezultatów. Rosnąca produkcja ropy w USA ciągle jest opłacalna, pomimo niskiego kursu. Również i spowolnienie gospodarcze w Chinach nie napawa inwestorów optymizmem, co do przyszłego zapotrzebowania rynku na ropę.

W dniu wczorajszym miało miejsce posiedzenie RBNZ, czyli banku centralnego Nowej Zelandii. Zgodnie z oczekiwaniami główna stopa procentowa pozostała na niezmienionym poziomie 1.75%. Decyzja ta nie wywołała znaczących skutków na rynku walutowym dla NZD. Dziś poznamy protokół z ostatniego posiedzenia RPP oraz dane o wnioskach o zasiłki dla bezrobotnych w USA. Oczekuje się wyniku na poziomie 240 000.

Traci ropa, dolar broni się 13

Tymczasem rynek USD/PLN walczy o utrzymanie się nad poziomem 3.75, próbując tym samym wrócić do wewnątrz górnego kanału spadkowego. Wskaźnik RSI przełamał linię spadkową i pokonał poziom 50, dając posiadaczom dolara cień nadziei na lepsze dni. Przeszkodą będą już jednak okolice 3.85. Dopiero pokonanie bariery 4.0 odwróciłoby negatywny trend. Wsparcia należy szukać przy 3.75-3.70. Poniżej jest już przepaść.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Najbiedniejsi konsumenci rzadko kupują w promocji. Zwykle z takich okazji korzystają lepiej sytuowane osoby

Z obniżek najczęściej korzystają internauci, których miesięczny dochód na osobę jest na poziomie 3-7 tys. zł. W przedziale 7-10 tys. zł aż 34% ankietowanych kupuje produkty w cenach rabatowych. Wśród jeszcze zamożniejszych klientów praktykuje to 23%. Takie są wyniki raportu „Smart Okazje – zwyczaje zakupowe Polaków 2017”. Jak wyjaśniają eksperci, wskazane grupy potrafią sprawnie zarządzać swoimi finansami i nie ograniczają się do nabywania niezbędnych artykułów.

W badaniu, przeprowadzonym na zlecenie Grupy AdRetail, na pytanie, czy dokonując zakupów, korzystasz z promocji, przecząco odpowiedziało aż 38% internautów, których dochód rozporządzalny na osobę jest niższy, niż 1000 zł. 20% ankietowanych, reprezentujących ten status finansowy, stwierdziło, że raczej nie kupuje towarów po obniżonych cenach. Z reguły nabywa je 31% najuboższych konsumentów. A tylko 11% z nich przyznało, że wykorzystuje dostępne w sklepach rabaty. Natomiast, wśród tych, których dochód rozporządzalny na osobę mieści się już w przedziale 1001-2000 zł, 21% nie korzysta z promocji, 35% – raczej tego nie robi, 20% – zwykle kupuje towary po obniżkach. W końcu 24% badanych osób, deklarujących ten poziom finansów, przyznaje, że wykorzystuje okazje zakupowe.

– Wyniki badania potwierdziły to, że osoby najmniej majętne niezwykle rzadko korzystają z promocji. Kupują przeważnie najtańsze artykuły, które wcale nie są obejmowane akcjami rabatowymi. Co więcej, promocyjne produkty mogą być droższe od tych, jakie zwykle wybierają klienci, deklarujący najniższe dochody. Warto zwrócić uwagę na to, że bardzo dużo obniżek dotyczy towarów średniej i wyższej jakości. Dlatego, moim zdaniem, głównie mogą nabywać je konsumenci z zasobniejszymi portfelami – wyjaśnia Michał Rosiak z Grupy AdRetail.

Jak zauważa dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego, najmniej majętne osoby nie mają nawyku poszerzonego kupowania. Z reguły nabywają tylko to, co jest dla nich niezbędne, w dolnym przedziale cenowym. Promocje lub ich brak niewiele zmieniają. Natomiast, obniżone ceny zwykle budzą podejrzliwość najuboższych konsumentów. Obawiają się, że kryje się za tym podstęp – ukryta wada lub najgorsza jakość, na którą szkoda wydawać pieniędzy. Szczególnie dotyczy to przedmiotów trwałego użytku, np. butów lub odzieży. Ponadto, ludzie niezamożni raczej nie są czytelnikami gazet konsumenckich i nie analizują komunikatów marketingowych. Nie rozumieją ich albo nie ufają im, a najczęściej – jedno i drugie.

Prawie zamożni

– Fakt aktywnego poszukiwania na co dzień okazji zakupowych potwierdziło 47% ankietowanych, których dochód rozporządzalny na osobę mieści się w granicach 3001-5000 zł, a także 37% deklarujących 5001-7000 zł. To znaczna przewaga, odpowiednio o 21 p.p. i 11 p.p. wobec wskazań uzyskanych dla badanych ogółem. Warto też zauważyć, że osoby w powyższych przedziałach zarobkowych wykazują także największą aktywność, jeśli chodzi o konkursy organizowane przez marki. Bierze w nich udział odpowiednio 26% i 37%, w porównaniu do 19% średnio wśród ankietowanych – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzająca Mobile Institute.

W opinii Michała Rosiaka, dzięki obniżkom cen klienci, dysponujący wystarczającym budżetem, mogą nabywać więcej artykułów z tzw. wyższej półki cenowej. Ponadto, zasobniejszy portfel nie zachęca do rozrzutności. Wręcz przeciwnie, jak wynika z obserwacji eksperta, zamożniejsi konsumenci zazwyczaj są świadomi szerokich możliwości oszczędzania swoich pieniędzy. I właśnie te osoby często należą do grona użytkowników mobilnych. 78% ankietowanych o dochodach w przedziale 3000-7000 zł deklaruje bowiem posiadanie smartfona lub tabletu. Za pomocą tych narzędzi konsumenci szukają informacji o ofertach promocyjnych. Oczywiście, niektóre decyzje podejmują pod wpływem emocji, np. gdy buty ich ulubionej marki są objęte zniżką, przy łącznej sumie zakupów powyżej 500 zł.

– Osoby, które określa się jako prawie bogate, z reguły cechują się silną motywacją do podnoszenia swojego stanu posiadania i bycia za to docenianym przez otoczenie. Posiadane środki mogą oszczędzać albo zamieniać je na towary i usługi. Jeśli wybierają drugą opcję, często są przekonane o tym, że społeczne postrzeganie ich statusu jest dużo lepsze. Nie wypada przecież chwalić się stanem konta bankowego. Natomiast, posiadanie ekskluzywnych przedmiotów jest jak najbardziej widoczne. Z takim nastawieniem, szczególnie łatwo korzystać z okazji promocyjnych – stwierdza dr Maria Andrzej Faliński.

Promocje bez znaczenia

Według Katarzyny Czuchaj-Łagód, w przypadku konsumentów, których dochód rozporządzalny na osobę jest na poziomie 7001-10000 zł, 50% deklaruje, że w ogóle nie korzysta z promocji, 14% raczej tego nie robi, 34% natomiast potwierdza dokonywanie zakupów po rabatach. Skłonności do kupowania produktów po obniżonych cenach nie wykazuje z kolei aż 59% ankietowanych, deklarujących dochód rozporządzalny na osobę w wysokości ponad 10 tys. zł. 13% z nich raczej nie korzysta z promocji, 23% z reguły kupuje przecenione artykuły i tylko 5% zdecydowanie przyznaje się do nabywania towarów w promocji.

– To dość oczywiste, że po osiągnięciu wysokiego pułapu finansowego, różnica pomiędzy zakupami w kwocie 200 i 400 zł przestaje mieć znaczenie. Pieniądze, które można zaoszczędzić dzięki rabatom są niewielkie, z perspektywy tych osób. Natomiast, należy pamiętać o tym, że szukanie i śledzenie promocji to często spora inwestycja czasu. Ten zasób jest znacznie cenniejszy, bo bardziej ograniczony dla ludzi majętnych i często mocno zapracowanych. Ilość wydanych pieniędzy stanowi zdecydowanie ważniejszą kwestię dla konsumentów ze średnim zarobkami, którzy chętnie poświęcą nawet kilka godzin po to, żeby zyskał na tym ich portfel – analizuje Michał Rosiak.

Jak podsumowuje dr Maria Andrzej Faliński, wydatek rzędu kilkuset złotych staje się niewielki wobec możliwości finansowych konsumentów, których dochód rozporządzalny na osobę zbliża się już do 10 tys. zł. Tym bardziej jest to widoczne w przypadku jeszcze zamożniejszych klientów. Wówczas włącza się myślenie, które może brzmieć, „nie muszę już polować na okazję, bo przecież stać mnie na dużo więcej” albo „w końcu to tylko parę złotych w tę lub tamtą stronę”.

Badanie zostało przeprowadzone przez Mobile Institute na zlecanie Grupy AdRetail. Partnerem przedsięwzięcia był Polski Standard Płatności, operator systemu BLIK. Dane zostały zebrane metodą CAWI, czyli za pomocą elektronicznych, responsywnych ankiet emitowanych w Internecie, w dniach 23-29 maja br. W badaniu wzięło udział ponad 2800 osób w wieku powyżej 15 roku życia, w tym 40% kobiet i 60% mężczyzn.

Nowoczesne narzędzia informatyczne coraz częściej wykorzystywane w obszarze zakupów w przedsiębiorstwach. Polska firma wdraża innowacyjne rozwiązania IT dla biznesu

Nowoczesne narzędzia informatyczne coraz częściej wykorzystywane w obszarze zakupów w przedsiębiorstwach. Polska firma wdraża innowacyjne rozwiązania IT dla biznesu 14

Narzędzia informatyczne i wiedza consultingowa w obszarze zakupowym istnieją niemal od dwudziestu lat. Jednak dopiero od niedawna przedsiębiorstwa szerzej zaczęły je wykorzystywać. Polska firma OptiBuy wdraża innowacyjne rozwiązania IT do potrzeb biznesowych – aplikacje Nextbuy i Ivalua skierowane są do średnich i dużych przedsiębiorstw oraz największych koncernów międzynarodowych.

– Zakupy to ok. 50–70 proc. przychodów w przedsiębiorstwach, więc jest to dosyć istotna część zarządzania przedsiębiorstwem, ale w głównej mierze innowacyjność wynika ze styku współpracy dostawcy i klienta. Często najciekawsze rozwiązania, które firmy starają się wdrożyć, są to pomysły ich dostawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Borowiecki, prezes zarządu firmy OptiBuy.

Optymalizacja kosztów jest najbezpieczniejszym rozwiązaniem dla przedsiębiorstwa. Dlatego zadaniem firmy OptiBuy jest kontrolowanie wydatków poprzez skrupulatny monitoring zakupionych przez przedsiębiorstwo produktów, a także sprawdzenie, czy w danym momencie zakup był faktycznie niezbędny. W tym celu polska firma stworzyła zaawansowane aplikacje Nextbuy oraz Ivalua.

– W czasie projektów wykorzystujemy zarówno wiedzę consultingową, jak i narzędzia informatyczne. Jesteśmy producentem oprogramowania Nextbuy, które jest skierowane do średnich i dużych przedsiębiorstw, oraz Ivalua, które jest skierowane do największych koncernów międzynarodowych. Te narzędzia obejmują całość procesów zakupowych w przedsiębiorstwie, zarówno zakupy strategiczne – od momentu badania bazy dostawców, poprzez wybór dostawcy, negocjacje, negocjacje online w postaci aukcji, aż po kontraktowanie i zarządzanie umowami jak i zakupy operacyjne – wyjaśnia Mateusz Borowiecki.

Narzędzia informatyczne istnieją od dziesiątków lat, lecz dopiero ostatnio ich rola w sektorze zakupowym znacząco się zwiększyła. Postęp technologiczny sprawił, że proste rozwiązania zmieniły się w potężne narzędzia, które mogą znacząco ułatwić życie przedsiębiorstwom.

– Wraz z profesjonalizacją zakupów w przedsiębiorstwach, coraz więcej rzeczy jest automatyzowanych i upraszczanych. W konsekwencji narzędzia informatyczne mogą być coraz szerzej wykorzystywane, a pracownicy w obszarze zakupów są coraz lepiej wyedukowani i mają większe oczekiwania co do narzędzi, z którymi pracują. Naturalną koleją rzeczy jest opracowywanie coraz doskonalszych rozwiązań IT, które wspierają nas w codziennej pracy – twierdzi Mateusz Borowiecki.

OptiBuy łączy technologię z doświadczeniem zakupowym. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie kadra pracowników, która dzieli się własnymi doświadczeniami.

– Zespół naszej firmy składa się w połowie z osób działających w obszarze IT, a w drugiej połowie z konsultantów, którzy wywodzą się z biznesu – byli kupcy, menadżerowie czy dyrektorzy zakupów w przedsiębiorstwach. To, co nas wyróżnia na tle konkurencji, to przede wszystkim dopasowanie narzędzi IT do nowoczesnych potrzeb biznesowych – przekonuje Mateusz Borowiecki.

OptiBuy nie skupia swojej uwagi na automatyzacji procesów, które dane przedsiębiorstwo zdołało wypracować przez lata, a poszukuje innowacyjnych rozwiązań, które gwarantują oszczędność i maksymalizację zysku.

– W naszych projektach nie skupiamy się na automatyzacji obecnych procesów, które u naszych klientów są często wypadkową historycznego sposobu działania. Jesteśmy w stanie zaproponować nowe metody działania i oprzyrządować je od strony informatycznej. To jest ten obszar, który doceniają nasi klienci – podsumowuje Mateusz Borowiecki.

Co dziesiąty chory na nowotwór krwi ma szpiczaka. Zwykle wykrywany jest on zbyt późno

Co dziesiąty chory na nowotwór krwi ma szpiczaka. Zwykle wykrywany jest on zbyt późno 15

Szpiczak plazmocytowy stanowi ok. 10–15 proc. nowotworów krwi. Przez brak typowych objawów często wykrywany jest zbyt późno. Ważną rolę w tym momencie odgrywają skuteczne terapie. Nowoczesne formy leczenia są w stanie przedłużyć życie pacjentów nawet o 10 lat i znacznie poprawić ich jakość, dzięki czemu szpiczak staje się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. Eksperci podkreślają, że najlepsze efekty daje leczenie skojarzone, przy zastosowaniu wielu leków, jednak większość z nich nie jest dostępna w Polsce w procesie refundacyjnym.

Szpiczak plazmocytowy to rzadki nowotwór krwi powstający na skutek nadmiernego  rozrostu  tzw. komórek plazmatycznych znajdujących się  w szpiku kostnym. Schorzenie to występuje głównie o osób powyżej 65 roku życia. Objawy szpiczaka plazmocytowego to m.in. bóle kostne, częste złamania, nawrotowe infekcje i zakażenia, osłabienie, a niekiedy również zaburzenia rytmu serca. Ze względu na nieswoiste symptomy diagnoza następuje często w momencie, gdy choroba wkracza w zaawansowane stadium. Podejrzenie szpiczaka nasunąć mogą odchylenia w takich badaniach, jak morfologia krwi z rozmazem, OB i badanie ogólne moczu.

– W szpiczaku wczesna diagnoza jest istotna o tyle, że umożliwia leczenie zanim rozwiną się powikłania, którymi mogą być patologiczne złamania kości, kręgosłupa, kości długich albo niewydolność nerek – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Wiesław Jędrzejczak, konsultant krajowy w dziedzinie hematologii, kierownik Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych WUM.

Wczesna bezobjawowa postać szpiczaka plazmocytowego nie zawsze wymaga terapii. W pozostałych przypadkach wybór metody leczenia uzależniony jest m.in. od stopnia zaawansowania choroby oraz wieku pacjenta. Standardem jest dożylna lub doustna chemioterapia, która u blisko 70 proc. pacjentów prowadzi do remisji choroby.

Chorzy zazwyczaj preferują leki doustne, mogą je bowiem przyjmować samodzielnie w warunkach domowych. Ta forma terapii redukuje ponadto możliwość wystąpienia powikłań takich jak zmiany zakrzepowe, stany zapalne lub infekcje. Szpiczak jest chorobą nieuleczalną – nowoczesne leki mogą jednak sprawić, że przyjmie formę przewlekłą, a chorzy będą mogli prowadzić niemal normalny tryb życia.

– Z jednej strony mamy leki, które są klasycznie stosowane, zaczynając od kortykosteroidów, poprzez leki alkilujące i inne leki cytostatyczne, przechodzimy do leków tzw. immunomodulujących, których pierwszym przedstawicielem jest talidomid, a drugim, który jest dostępny dla naszych chorych, jest lenalidomid. Nie jest na razie dostępny pomalidomid, poza możliwością uczestniczenia w badaniach klinicznych, w których ten lek jest finansowany – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Kolejne grupy leków to tzw. inhibitory proteasomu, m.in. bortezomib, carfilzomib i ixazomib, oraz przeciwciała monokolonalne takie jak daratumumab i elotuzumab. Mogą one znacząco wydłużyć życie pacjentów. W leczeniu szpiczaka plazmocytowego pozytywne efekty daje skojarzenie kilku leków o zróżnicowanych mechanizmach działania Szczególnie skuteczne jest łączenie leków immunomodulujących z inhibitorami proteasomu, przeciwciałami monoklonalnymi oraz kortykosteroidami. Nie wszystkie formy takich terapii są jednak dostępne dla polskich pacjentów.

– Nie mamy dostępu do  najnowszych leków, do nowych generacji inhibitorów proteasomu w  doustnej postaci. Podobnie nie mamy dostępu do nowszych immunomodulatorów czy przeciwciał monoklonalnych. Nasi pacjenci mają dostęp do nich jedynie w badaniach klinicznych. Mimo to sytuacja nie jest dramatyczna, ponieważ możemy skonstruować całkiem skuteczny triplet oparty o dostępne immunomodulatory i inhibitory proteasomu – mówi Agnieszka Druzd-Sitek, onkolog z Kliniki Nowotworów Układu Chłonnego  Centrum Onkologii – Instytutu im. M. Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

Uznaną metodą leczenia szpiczaka u młodszych chorych bez istotnych schorzeń współistniejących jest chemioterapia połączona z przeszczepieniem komórek krwiotwórczych (chorzy często w skrócie mówią o przeszczepie szpiku). Jednak pacjenci ze szpiczakiem to zazwyczaj osoby po 60, a nawet 70 roku życia, często cierpiący z powodu innych chorób, co znacznie podnosi ryzyko powikłań procedury przeszczepowej. Współczesna medycyna, poza klasycznymi cytostatykami, przewiduje dla nich terapię lekami immunomodulującymi lub inhibitorami proteasomu. W przypadku tej drugiej formy leczenia istnieją jednak pewne ograniczenia w możliwości zastosowania nawet, jeśli lek jest dostępny.

– Obecne leczenie szpiczaka w większości związane jest z częstym pobytem lub częstymi wizytami w ośrodkach leczniczych ze względu na iniekcyjne formy podania leków. Musimy pamiętać, że nie każdy pacjent jest w stanie regularnie dojeżdżać czasem kilkaset czy nawet kilkadziesiąt kilometrów na podanie leku i wtedy z konieczności musimy zamieniać takie leczenie na leczenie doustne, które jest najwygodniejsze  – mówi Agnieszka Druzd-Sitek.

W przypadku nawrotu choroby wykorzystywane są leki, których wcześniej nie stosowano w procesie terapeutycznym i które cechują się odmiennym mechanizmem działania na komórki szpiczaka. Gdy szpiczak plazmocytowy staje się oporny na terapię, lekarze mają do dyspozycji leczenie objawowe, łagodzące wywoływane przez chorobę symptomy, ewentualnie kwalifikację pacjenta do badania klinicznego, w ramach którego pacjent ma szansę otrzymać lek o spodziewanej istotnej aktywności w szpiczaku.

Słuchawki do gier komputerowych coraz bardziej zaawansowane. Wyposażone w technologie dźwiękowe dotychczas wykorzystywane w kinach domowych

Słuchawki do gier komputerowych coraz bardziej zaawansowane. Wyposażone w technologie dźwiękowe dotychczas wykorzystywane w kinach domowych 16

Rośnie popularność słuchawek gamingowych. Dobranie odpowiedniego modelu jest trudne. Poszczególni producenci oferują kolejne nowości wyposażone w innowacyjne technologie, takie jak dźwięk w technologii Dolby Surround 7.1. Dotychczas system ten wykorzystywany był przede wszystkim w zestawach kina domowego, ale podczas gry świetnie sprawdza się w sytuacji, w której trzeba precyzyjnie określić miejsce przeciwnika. Dlatego słuchawki tego typu sprawdzą się przede wszystkim w strzelankach typu FPS.

HyperX Cloud Revolver S to słuchawki, które zostały wyposażone w unikalną technologię Plug N Play Virtual Dolby Surround 7.1, dzięki czemu pozwalają usłyszeć przeciwnika znacznie wcześniej niż w innych modelach słuchawek.

– Dodatkowo słuchawka, która oferuje dźwięk przestrzenny, karta zewnętrzna, cały system dźwięku przestrzennego stworzony przez firmę Dolby Laboratories, pozwala bardzo precyzyjnie ulokować przeciwnika w polu gry. Wiemy, czy on nadchodzi z prawej, z lewej, od tyłu, nieco wyżej, nieco niżej. Jest to dźwięk przestrzenny porównywalny z systemem 5.1 znanym z systemów z kina domowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Forbert z firmy HyperX.

Przetworniki kierunkowe o średnicy 50 mm precyzyjnie odtwarzają dźwięki, co przekłada się na dokładne odwzorowanie odległości i głębi. W konsekwencji gracz wykorzystujący dobre słuchawki gamingowe zyskuje przewagę nad rywalami.

– Słuchawka ma dwa głośniki, natomiast dzięki współpracy z firmą Dolby Laboratories, która stworzyła nam wirtualny dźwięk przestrzenny, jesteśmy w stanie oszukać ucho. Karta dźwiękowa pozwala nam poprzez różne natężenie dźwięku, lewa, prawa, nieco głośniej, nieco ciszej, mieć wrażenie przestrzenności dźwięku. To nie tylko lewa i prawa jak w tradycyjnym stereo, lecz także przód, tył, nieco wyżej, nieco niżej. Gracze z najlepszych teamów na świecie, z którymi współpracujemy, są tym systemem zachwyceni i mocno go rekomendują – przekonuje Marcin Forbert.

Zamknięta konstrukcja słuchawek oraz pasmo przenoszenia na poziomie 12 ~ 28000 HZ, czułość 100 dB, a także symulacja 7 głośników – te parametry zapewniają skuteczne pozycjonowanie dźwięku w wirtualnym świecie gry, dzięki czemu gracz może zadbać o dogodne ustawienie swojej postaci.

– Istotna jest też waga i nacisk, jaki słuchawki wywierają na okolice uszu. Gracze spędzają w nich często kilka lub kilkanaście godzin ciągiem, w związku z tym zbyt ciężka słuchawka powoduje dyskomfort tak samo jak zbyt duży nacisk okolic ucha. Całość powinny uzupełniać cyfrowa karta dźwiękowa USB oraz wbudowany mikrofon z funkcją redukcji szumów otoczenia.

– W tych słuchawkach możemy łatwiej spozycjonować przeciwnika, szczególnie w grach typu strzelanki, gdzie musimy wiedzieć, skąd przeciwnik nadchodzi, aby zająć dobrą pozycję do wyeliminowania go. Słyszymy go wcześniej i o wiele precyzyjniej, dzięki czemu łatwiej go namierzyć – wyjaśnia Marcin Forbert.

Ważne, aby słuchawki dla gracza były kompatybilne zarówno z komputerami osobistymi, jak i konsolami. W przypadku słuchawek HyperX złącze USB minijack 3,5 mm jest zgodne z gniazdami stereo: Xbox One, Xbox One S, komputerów Mac i PC oraz konsol PS4 i PS4 Pro.

– Każdy gracz zwraca uwagę no to, aby słuchawki były wykonane w oparciu o stalową, metalową ramę, dzięki której wytrzymają o wiele dłużej. Pałąk nie ulega zniekształceniu, nie łamie się – mówi Marcin Forbert

Informatycy poszukiwani na rynku pracy. Z polskiej aplikacji umożliwiającej ich rekrutację korzystać chcą nawet firmy zza oceanu

Informatycy poszukiwani na rynku pracy. Z polskiej aplikacji umożliwiającej ich rekrutację korzystać chcą nawet firmy zza oceanu 17

Ponad 40 tysięcy specjalistów z branży IT liczy już polska aplikacja mobilna Filttr, która ułatwia rekrutację firmom i pracownikom z tej dziedziny. Co tydzień liczba ta rośnie o blisko 100 osób. Dla firm, które cierpią na niedobór informatyków, to sposób na szybsze i tańsze znalezienie odpowiedniego kandydata.

– Aktualnie zauważamy na rynku pracy rynek pracownika, a nie pracodawcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Lemieszek, współtwórca i osoba odpowiedzialna za rozwój aplikacji mobilnej Filttr. – Coraz częściej w takich branżach jak IT, finanse, e-commerce, a nawet logistyka to pracownik dyktuje warunki, a nie pracodawca i zauważamy również, że to poszukiwanie pracy odbywa się za pomocą narzędzi cyfrowych, za pomocą portali społecznościowych, sieci społecznościowych, a co potwierdzają badania i raporty, w przypadku branży IT ponad 70 proc. kandydatów deklaruje, że jest gotowa do zmiany pracy, jeśli taką propozycję otrzyma.

Rynek pracy w Polsce zmienia się dynamicznie, a bezrobocie spada systematycznie od początku 2014 roku. Stopa bezrobocia rejestrowanego zmniejszyła się w kwietniu 2017 roku do 7,7 proc., co jest poziomem najniższym od 26 lat. Jednocześnie zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło w pierwszych czterech miesiącach roku o 4,5 proc. względem notowanego rok wcześniej, podobnie jak przeciętne wynagrodzenie. Stąd coraz trudniej o pracownika, zwłaszcza o wysokich kwalifikacjach.

– To potwierdza, że kandydaci nie szukają aktywnie pracy, a czekają na lepszą propozycję. Takie rozwiązania jak Filttr przede wszystkim oszczędzają czas zarówno pracodawcy, jak i kandydata, ponieważ cały proces związany z wyszukaniem odpowiedniego kandydata, a także z jego weryfikacją, prowadzony jest za pomocą technologii, maszyny, która trafia do odpowiednich kandydatów, i przedstawia tylko tych, którzy wyrazili chęć wzięcia udziału w tym procesie, klikając w aplikacji przycisk „aplikuj” – informuje Lemieszek. – Ułatwia to przede wszystkim proces z punktu widzenia oszczędności kosztów, które spadają, ponieważ jest szybciej i efektywniej.

Z danych portalu Wynagrodzenia.pl wynika, że w firmach IT nawet młodszy specjalista może liczyć na 4 tys. zł pensji, jeśli pracuje w firmie polskiej i ponad 4,8 tys. zł w zagranicznej. Specjalista z doświadczeniem zarobi od 5,5 tys. zł do 7 tys. zł, ale już starszy specjalista może oczekiwać nawet 10 tys. zł miesięcznie. Wynagrodzenie kierownika projektu IT to 913 tys. zł, a programisty 5,89,4 tys. zł. Informatycy potrzebni są jednak nie tylko w firmach z sektora IT.

– Absolutnie każda branża, która ma taką potrzebę, może korzystać z Filttra. Czy to w działach IT, programistów, administratorów, analityków – wszędzie tam gdzie jest potrzebny specjalista IT, tam pojawia się Filttr i to jest definiowane wyłącznie potrzebą, a także aktualnymi potrzebami projektowymi – mówi współtwórca aplikacji.

Jak podkreśla, obecnie społeczność Filttr liczy ponad 40 tysięcy specjalistów IT, w tym programistów, administratorów, analityków i testerów. Z tygodnia na tydzień ta liczba rośnie o ponad 100 kandydatów. Z aplikacji korzystają głównie firmy z rynku polskiego, jednak można znaleźć zainteresowanych nie tylko spoza granic kraju, lecz także ze Stanów Zjednoczonych.

– Aktualnie aplikacja działa na rynku polskim, bo ta społeczność, którą zbudowaliśmy i cały czas rośnie, dotyczy polskich specjalistów, ale coraz częściej pukają do nas pracodawcy z zagranicy, z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, po to, aby współpracować z naszymi programistami, którzy dostarczają dobrej jakości kod, znają języki, a także są zaangażowani i wychodzą z inicjatywą w trakcie trwania projektu – dodaje.

Jak podaje firma Adecco, eksperci Światowego Forum Gospodarczego przewidują, że rynek pracy na świecie w nadchodzących latach będzie się dynamicznie zmieniał. W ciągu pięciu lat dzielących 2015 i 2020 rok zniknie m.in. 4,75 mln miejsc pracy związanych z administracją i obsługą biurową oraz 1,6 mln miejsc pracy w przemyśle. Natomiast specjaliści w dziedzinie komputerów i nauk matematycznych nie powinni mieć problemów ze znalezieniem pracy – liczba stanowisk do obsadzenia wzrośnie o 405 tys.

Nowoczesna medycyna odkrywa tajemnice skrywane przez sieci ludzkiego mózgu. Może być wielką nadzieją dla chorych na schizofrenię i Alzheimera

Nowoczesna medycyna odkrywa tajemnice skrywane przez sieci ludzkiego mózgu. Może być wielką nadzieją dla chorych na schizofrenię i Alzheimera 18

Konektomika to jedna z najmłodszych i najbardziej innowacyjnych gałęzi medycyny, zajmująca się badaniem i odwzorowywaniem kompletnej mapy połączeń neuronowych ludzkiego mózgu. W przyszłości pozwoli poznać i zrozumieć przyczyny różnych zaburzeń, takich jak schizofrenia czy choroba Alzheimera.

– Konektomika jest stosunkowo nową dziedziną, która powstała około 10 lat temu. Jej zadaniem jest stworzenie kompletnej mapy połączeń w mózgu zarówno ludzkim, jak i zwierząt – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karolina Finc, asystent naukowy z Interdyscyplinarnego Centrum Nowoczesnych Technologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu – Jeżeli chodzi o ludzki mózg, to stworzenie dokładnej mapy połączeń na poziomie poszczególnych neuronów jest bardzo trudne, właściwie niemożliwe, więc posługujemy się w badaniach narzędziem takim jak funkcjonalny rezonans magnetyczny. 

Rezonans pozwala zmapować struktury mózgu i przebieg włókien nerwowych u osoby badanej, a także umożliwia obserwowanie aktywności w czasie rzeczywistym, np. podczas uczenia się lub słuchania muzyki. W konsekwencji naukowcy mają szansę zrozumieć przyczyny różnych zaburzeń oraz chorób.

– Jeśli chodzi o badania ludzkiego konektomu z wykorzystaniem badań funkcjonalnych mózgu, to możemy odtworzyć mapę połączeń funkcjonalnych na podstawie zsynchronizowanej aktywności pomiędzy różnymi obszarami mózgu. Co ciekawe, takie połączenia funkcjonalne w ludzkim mózgu są bardzo dynamiczne, zmieniają się niezwykle szybko, w trakcie wykonywania zadań poznawczych, dlatego badania funkcjonalnej sieci ludzkiego mózgu mają ogromny potencjał w odkrywaniu procesów poznawczych człowieka – twierdzi Karolina Finc.

Podobnie jak połączenia neuronowe, również media społecznościowe mogą być zaprezentowane w formie sieci. Nic dziwnego, że naukowcy przełożyli ten model funkcjonowania na odwzorowanie pracy ludzkiego mózgu, dowodząc, że zarówno w nim, jak i społecznościach istnieje wiele różnorakich powiązań i zależności.

– Możemy wyróżnić pewne grupy obszarów w mózgu, które są ze sobą lepiej skomunikowane i wręcz kluczowe dla komunikacji w taki sam sposób, jak możemy to zaobserwować wśród grupy ludzi, którzy należą do jakiejś zorganizowanej społeczności – tłumaczy Karolina Finc.

Jak twierdzi asystent naukowy z Interdyscyplinarnego Centrum Nowoczesnych Technologii UMK, przyszłość konektomiki przedstawia się niezwykle obiecująco ze względu na rozwijające się technologie oraz nowe metody obrazowania.

– Wciąż wynajdywane są nowe metody obrazowania ludzkiego mózgu, a obecne metody są usprawniane i ulepszane, co pozwala na obrazowanie mózgu z lepszą rozdzielczością. Wciąż rozwijane są również nowe algorytmy do analizowania sieci mózgu, tutaj też ten rozwój idzie w parze z tym, co dzieje się w analizie mediów społecznościowych – uważa Karolina Finc.

Dlatego być może już w niedalekiej przyszłości konektomika poprawi efektywność diagnoz lekarskich, a także pozwoli rozpoznać nieznane dotąd przyczyny takich zaburzeń jak schizofrenia czy choroba Alzheimer.

– Konektomika umożliwi wczesne wykrywanie zaburzeń, a tym samym pozwoli na ich wcześniejszą terapię. Z punktu widzenia moich badań najbardziej interesujące jest to, jak ludzki mózg zmienia się w trakcie uczenia się, a także jak te zmiany mogą przewidywać nasz sukces w uczeniu się – podsumowuje Karolina Finc.

30 proc. Polaków doświadczyło w pracy nieetycznych zachowań. Coraz popularniejsze stają się polisy od ochrony prawnej

30 proc. Polaków doświadczyło w pracy nieetycznych zachowań. Coraz popularniejsze stają się polisy od ochrony prawnej 19

Co trzeci Polak doświadczył w pracy nieetycznych zachowań, a średnio co czwarty spotkał się z dyskryminacją. Statystyki Państwowej Inspekcji Pracy pokazują, że kultura i prawo pracy są w Polsce często naruszane. Mimo to pracownicy rzadko decydują się na sądowy spór z pracodawcą. W ubiegłym roku toczyło się zaledwie około 1,5 tys. takich spraw. Może się to jednak zmienić, bo w Polsce powoli coraz bardziej popularne stają się ubezpieczenia ochrony prawnej, które są standardem w Niemczech. Polisa pokrywa nie tylko koszty postępowania i honorarium adwokata, lecz także nawet wydatki związane z podróżą do sądu.

– Często słyszymy o takich kwestiach jak dyskryminacja, złe traktowanie w pracy, mobbing. Jak wynika z badań, średnio co czwarta osoba doświadczyła bądź była świadkiem takich zdarzeń. Częstym zjawiskiem jest zmuszanie do rozwiązania umowy o pracę, wysyłanie na niechciany urlop wypoczynkowy. Wszystkie zdarzenia objęte Kodeksem pracy mogą zostać objęte w ramach ubezpieczenia ochrony prawnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Wiejski, ekspert od współpracy z multiagencjami w D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej SA.

Jak wynika z badania, które we wrześniu ubiegłego roku przeprowadził instytut ARC Rynek i Opinia, niemal co trzeci Polak (31 proc.) zetknął się w pracy albo bezpośrednio doświadczył nieetycznych zachowań wymierzonych w jego pozycję zawodową. Niewiele mniej (28 proc.) doświadczyło upokorzenia i poniżania, a co czwarty (24 proc.) miał do czynienia z dyskryminacją. Średnio co piąty pracownik zetknął się albo bezpośrednio doświadczył w pracy zastraszania lub molestowania seksualnego.

Mimo że w Polsce ukształtował się rynek pracownika, a bezrobocie od miesięcy znajduje się na historycznie niskim poziomie (7,7 proc. na koniec kwietnia wg GUS), pracodawcy nadal często naruszają przepisy, a kultura pracy wciąż pozostawia wiele do życzenia. Potwierdza to przedstawione w ubiegłym tygodniu sprawozdanie z działalności Państwowej Inspekcji Pracy za 2016 rok. Inspektorzy przeprowadzili w tym czasie ponad 82 tys. kontroli u blisko 68 tys. pracodawców, wykazując znaczącą skalę nieprawidłowości. Efektem było zlikwidowanie bezpośrednich zagrożeń dla życia i zdrowia ponad 70 tys. pracowników, doprowadzenie do zawarcia umów o pracę dla 9 tys. osób oraz wyegzekwowanie ponad 184 mln zł zaległych wynagrodzeń dla 102 tys. zatrudnionych.

– Tematyka ochrony pracownika jest coraz bardziej popularna. W przypadku pracodawcy często jednak stoi za nim rzesza prawników. Natomiast pracownik nie jest chroniony, często dlatego że boi się konsekwencji. Jeżeli poszedłby na konflikt z pracodawcą, mógłby przez to stracić pracę – wskazuje Rafał Wiejski.

Z danych wymiaru sprawiedliwości wynika, że w 2016 r. w sądach rejonowych toczyło się zaledwie 1369 spraw o odszkodowania i zadośćuczynienia w związku z wybranymi formami dyskryminacji, natomiast w sądach okręgowych było ich 221. To pokazuje, że pomimo niewłaściwego traktowania lub łamania Kodeksu pracy, Polacy rzadko decydują się na sądowy spór z pracodawcą. Pierwszą przyczyną jest obawa przed utratą zatrudnienia. Drugą – obawa przed długością i uciążliwością postępowania procesowego oraz kosztami procesu i opłacenia adwokata. Zwłaszcza że Polska należy do grona państw europejskich, w których opłaty sądowe i prawne są jednymi z najwyższych.

Rosnąca świadomość pracowników i coraz większa popularność ubezpieczeń ochrony prawnej mogą się jednak przyczynić do tego, że takich postępowań będzie w sądach więcej. Rynek ubezpieczeń prawnych w Polsce dopiero się rozwija, podczas gdy na przykład w Niemczech korzysta z nich około 80 proc. obywateli.

– Dzięki ochronie prawnej pracownik może dociekać swoich praw, nie ponosząc przy tym kosztów związanych z ich dochodzeniem w sądzie. Ma przy tym wsparcie i merytoryczną poradę profesjonalistów, jak może się zachować w trudnej dla siebie sytuacji takiej jak mobbing czy zwolnienie z pracy – mówi Rafał Wiejski.

Ubezpieczenie ochrony prawnej można w uproszczeniu określić jako abonament za prawnika. W ramach odprowadzonej co miesiąc składki gwarantuje ono pokrycie kosztów postępowania, wynagrodzenia adwokata, podróży do sądu czy porad prawnych w sporze z pracodawcą.

Ubezpieczony pracownik korzysta z usług adwokata w ramach polisy i nie musi sam opłacać jego honorarium. Zwykle ma też zapewniony stały dostęp telefoniczny do porad prawnych, dzięki czemu dochodzenie roszczeń w sprawach takich jak mobbing, niewypłacanie wynagrodzenia albo nieprawidłowe rozwiązanie stosunku pracy jest znacznie prostsze.

Ubezpieczenia ochrony prawnej popularyzują się szczególnie w środowisku lekarskim i wśród pielęgniarek. Te grupy zawodowe są mocno narażone na pozwy sądowe i skargi pacjentów, związane z błędami czy wypadkami medycznymi. Polisa zapewnia im pokrycie kosztów związanych z wykonywaniem zawodu lekarza lub pielęgniarki.

Drugą grupą, szczególnie narażoną na odpowiedzialność prawną, są osoby, które wykonują wolne zawody i prowadzą działalność gospodarczą. Przedsiębiorca – poza świadczeniem usług – jest odpowiedzialny za swoją działalność we wszystkich aspektach prawnych i formalnych. Według badań przeprowadzonych na zlecenie Deutsche Banku ponad 41 proc. osób wykonujących wolne zawody postrzega odpowiedzialność prawną za poważne wyzwanie. Mimo to ze względu na wciąż niską świadomość z ochrony ubezpieczeniowej korzysta niewielki odsetek. Działania popularyzujące ubezpieczenia ochrony prawnej od kilku lat prowadzą w Polsce między innymi Naczelna Rada Adwokacka, PZU SA i Polska Izba Ubezpieczeń.

Co roku na świecie sprzedaje się 1,5 mld smartfonów. Technologie dostępne w najdroższych modelach telefonów komórkowych będą tanieć i się upowszechniać

Co roku na świecie sprzedaje się 1,5 mld smartfonów. Technologie dostępne w najdroższych modelach telefonów komórkowych będą tanieć i się upowszechniać 20

Globalny rynek smartfonów to obecnie ok. 1,5 mld sztuk sprzedanych w ciągu roku, przy utrzymującym się stabilnym wzroście. Znacznie szybciej rośnie konkurencja między producentami o każdą część tego rynku. Każdy z nich ma swoją unikalną strategię, aby się wyróżnić i przyciągnąć uwagę coraz bardziej wymagających klientów. Alcatel chce podbić gusta użytkowników pod sztandarem demokratyzacji technologii. Oznacza to, że najnowsze technologie dostępne dotychczas wyłącznie w drogich modelach telefonów będą dostępne dla większej grupy odbiorców, za przystępną cenę.

– Ubiegły rok skończyliśmy na 10. pozycji wśród producentów smartfonów, natomiast IV kwartał ubiegłego roku to była 7. pozycja, także trend zwyżkowy jest widoczny. Staramy się wyróżnić w grupie największych producentów i robimy to trochę w inny sposób niż nasza konkurencja – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Bialic, PR Manager Alcatel Mobile Polska. – Skupiamy się na niskiej i średniej półce. jeżeli chodzi o koszty zakupu smartfona. Natomiast demokratyzujemy te półki, demokratyzujemy technologię, która znajdzie się w urządzeniach z tych półek. 

Firma badawcza IDC podaje, że przez cały 2016 rok producenci sprzedali globalnie niemal 1,5 mld smartfonów, co oznacza wzrost o 2,3 proc. IDC prognozuje kolejny wzrost w tym roku, a na rynek ma trafić o 3 proc. więcej smartfonów niż w ubiegłym roku. Jednocześnie IDC szacuje, że w 2016 roku sprzedano w Polsce prawie 8 mln sztuk smartfonów, co oznacza ponad 5-proc. wzrost. Firma prognozuje, że w 2017 roku sprzedaż smartfonów osiągnie w naszym kraju ponad 8,4 mln szt. Urządzenia z technologią LTE mają stanowić 90 proc. sprzedanych smartfonów.

– Najnowsze technologie, które trafiają do najdroższych urządzeń, chcemy wprowadzać dla szerszego odbiorcy. Chcemy, aby osoby, których nie stać na to, aby wydawać duże pieniądze na najmocniejsze urządzenia na rynku, miały dostęp do tego, aby skorzystać z wirtualnej rzeczywistości, aby cieszyć się rozwiązaniami, za które normalnie trzeba zapłacić dużo więcej – wskazuje Adam Bialic.

Jako przykład podaje, że Alcatel w 2013 roku jako pierwszy wprowadził do najniższej półki cenowej model POP S3, czyli smartfon obsługujący LTE.

– Następnie jako pierwsi udostępniliśmy użytkownikom smartfon ze średniej półki, w okolicach tysiąca złotych, którego obudowa była wykonana w większości z metalu i nawiązywała już do urządzeń premium. Konkurencja wprowadzała podobne rozwiązania w kolejnych miesiącach – stwierdza przedstawiciel Alcatela. – Skupiliśmy się na rozwiązaniach muzycznych. Nasz model IDOL 3 prezentował bardzo fajny jakościowo dźwięk, zarówno na słuchawkach, które były dołączone do zestawu, jak i na głośnikach, które były współtworzone z firmą JBL. Następnie model IDOL 4, który jest sztandarowym przykładem demokratyzacji technologii, gdzie mieliśmy świetne wykonanie i świetną muzykę. Najmocniejsze głośniki na rynku niezależnie od półki cenowej i przede wszystkim VR, który był w zestawie.

W ubiegłym roku Alcatel wprowadził na masowy rynek wirtualną rzeczywistość – w zestawie za początkową cenę 1200 zł, z goglami i z oprogramowaniem do wykorzystania VR. Co ciekawe, Gogle VR Alcatela pełniły rolę pudełka dla modeli smartfonów Idol 4S, jak i tańszego Idol 4.

– Dotychczas za gogle VR trzeba było dopłacić kilkaset złotych i działały tylko z najmocniejszymi urządzeniami na rynku, które kosztowały kilka tysięcy złotych. My planujemy kontynuować ideę demokratyzacji technologii. Tę drogę chcemy kontynuować w przyszłości, aby nasi użytkownicy dostawali coś więcej, niż to, co znajdą u konkurencji – zapowiada Adam Bialic.

Koncern TCL Communication – producent smartfonów Alcatel – podawał podczas premiery modeli Idol, że liczy na sprzedaż w 2016 roku 270–290 tys. smartfonów w Polsce, wobec ok. 250 tys. sztuk w 2015 roku. Co ciekawe, już razem z innymi urządzeniami jak modemy, zwykłe telefony czy urządzenia typu wearables w 2015 r. koncern sprzedał w Polsce aż 750 tys. sztuk swoich urządzeń.

Alcatel intensywnie inwestuje w innowacje w dziewięciu centrach R&D na świecie, w większości w Shenzhen w Chinach, ponadto we Francji i Stanach Zjednoczonych.

– Głównie skupiamy się na rozwoju technologii 5G. Przygotowujemy się na następną dekadę, chcemy mieć swój wkład w rozwój tych technologii. Mamy sporo patentów z obszaru technologii łączności – wskazuje przedstawiciel koncernu. – Centra R&D pracują również nad rozwiązaniami, które pojawiają się w kolejnych smartfonach, klienci mają do nich dostęp w momencie, gdy prezentujemy kolejne urządzenia. Praca naszych centrów R&D jest widoczna i doceniana przez naszych odbiorców.

Polskie firmy muszą zmieniać swój model działania na cyfrowy. Bez tego nie mają szans w starciu z konkurentami

Polskie firmy muszą zmieniać swój model działania na cyfrowy. Bez tego nie mają szans w starciu z konkurentami 21

Technologie cyfrowe stanowią podstawę strategii biznesowej dla 60 proc. firm na świecie. W Polsce tylko co czwarta planuje ich wdrożenie na szeroką skalę. Transformacja cyfrowa to kosztowny i długi proces, jednak dający znaczące korzyści dla firmy. Eksperci zaznaczają, że te przedsiębiorstwa, które nie będą się zmieniać, nie mają szans w starciu z tymi, które czerpią korzyści z nowych technologii.

– Możliwości, jakie daje technologia, wskazują, że warto zweryfikować model biznesowy, procesy i procedury w organizacji. Tradycyjne firmy, które narodziły się jeszcze przed erą internetu i rozwiniętych technologii, mają trudności w konkurowaniu z firmami korzystającymi z technologii, które sprawiają, że jest szybciej, taniej i że mniej ludzi jest potrzebnych do pracy, bo część stanowisk jest zautomatyzowanych. W każdym sektorze biznesu istnieje potrzeba przejścia transformacji cyfrowej w jakimś aspekcie pracy organizacji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jowita Michalska, prezes Digital University.

Nowe technologie pozwalają zreorganizować pracę całego przedsiębiorstwa, m.in. w zakresie obsługi klienta czy przechowywania i analizy gromadzonych danych. Tym samym zwiększają efektywność biznesową. W Polsce transformacja cyfrowa rozpoczęła się jednak stosunkowo niedawno. Z badania IDC Polska, przeprowadzonego w 2016 roku, wynika, że ok. 25 proc. polskich firm zakłada w najbliższym czasie wdrażanie nowych technologii. Na świecie robi to ponad 65 proc.

– Z jednej strony istnieją w Polsce niesamowite organizacje start-upowe, które przygotowują lub wymyślają produkty i koncepcje, adaptowalne następnie na rynki całego świata. Z drugiej strony są też firmy bardzo tradycyjne, np. firmy rodzinne, które rodziny budowały od zera, a dziś to są ogromne organizacje. Trudno z dnia na dzień zdać sobie sprawę z tego, że należy przejść jakiś proces – tłumaczy Michalska.

Raport KPMG „Barometr firm rodzinnych” wskazuje, że priorytetem dla firm rodzinnych jest zwiększenie zyskowności i przychodów czy wejście na nowe rynki. Plany inwestycyjne ma 59 proc. z nich. Firmom rodzinnym trudniej się jednak zdecydować na zasadnicze zmiany w pracy całej organizacji. Do nowinek technologicznych podchodzą ostrożnie i powoli je wprowadzają. Jak podkreśla Michalska, często o transformacji decydują dopiero słabe wyniki, utrata klientów czy inne kryzysowe wydarzenie.

– Transformacja cyfrowa jest też procesem bardzo trudnym. W większości przypadków jeszcze nie mamy konkretnych wdrożeń, studiów przypadku, na których moglibyśmy się wzorować. To wciąż młoda dziedzina, w Polsce jest jeszcze bardzo mało firm wdrożyło takie procesy, na palcach jednej ręki można policzyć takie organizacje oraz te, które chcą podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem – zaznacza prezes Digital University.

Wdrożenie nowych technologii to proces, który przynosi realne korzyści biznesowe. Badanie IDC wskazuje bezpośredni związek między cyfrową transformacją a większymi przychodami.

– Na początku jednak są to koszty. Po drugie jest to rewolucja w organizacji. Nazywam to operacją serca na pacjencie, który biegnie w tym czasie w maratonie i jednocześnie musi zająć jedno z trzech pierwszych miejsc. Zdecydowanie łatwiej jest wymyślić coś od zera w dzisiejszej rzeczywistości i po prostu to stworzyć – przyznaje Jowita Michalska.

Transformacja cyfrowa to długotrwały proces. Jak przekonuje Michalska, tzw. twardy obszar, czyli wybór i zakup konkretnej technologii, to tylko pierwszy etap. Równie istotna jest zmiana kultury organizacji. To często trudne zadanie, zwłaszcza że wymaga ono od pracowników nowego podejścia do obowiązków, które od wielu lat wykonywali w określony sposób.

– Organizacje, które tylko kupują nowinki technologiczne, a nie zmieniają się jako kultura i nie wdrażają tych technologii głęboko w DNA organizacji, to tzw. digital fashionistas. Kupują modne nowinki, natomiast nie wpływa to na zmianę modelu pracy organizacji. Tych obszarów jest sporo i trzeba spiąć w jeden organizm – tłumaczy Michalska. – Dlatego na zajęciach Digital University staramy się pokazywać modele wdrożeń w Polsce. Zapraszamy osoby zarządzające takimi przetransformowanymi organizacjami, żeby pokazały swój przykład, od jakiego momentu wyszli, do jakiego doszli i jakie to dało efekty.

Celem fundacji Digital University jest edukacja w zakresie rozwoju firm przez innowacje i zapoznanie z tematyką nowych technologii. Organizowane konferencje i szkolenia mają pomóc w rozwijaniu zdolności innowacyjnych w organizacjach i pokazać możliwe ścieżki rozwoju ich biznesu.

Powstała platforma do analizy i gromadzenia informacji nt. zachowań klientów w sklepie. Dzięki niej sprzedawcy mogą personalizować swoje przekazy i zwiększać sprzedaż

Powstała platforma do analizy i gromadzenia informacji nt. zachowań klientów w sklepie. Dzięki niej sprzedawcy mogą personalizować swoje przekazy i zwiększać sprzedaż 22

Jeszcze kilka lat temu targetowanie reklam kojarzyło się wyłącznie ze światem wirtualnym i opierało się na badaniach aktywności potencjalnych klientów w internecie. Obecnie wiele firm korzysta również z narzędzi, które umożliwiają kierowanie spersonalizowanych przekazów marketingowych opartych na aktywności konsumentów w sklepach stacjonarnych. Jednym z nich jest platforma Cluify, która dociera do potencjalnych klientów za pomocą bezprzewodowego internetu, Bluetooth i aplikacji mobilnych.

Coraz częściej w galeriach handlowych instalowane są beacony lub nadajniki Wi-Fi, wraz ze zintegrowanym z nimi systemem do analizy danych, zazwyczaj w formie aplikacji mobilnej. Ich zadaniem jest gromadzenie informacji o zachowaniach klientów w celu spersonalizowania przekazu marketingowego. W konsekwencji dany sklep może między innymi lepiej dotrzeć do potencjalnych konsumentów, którzy będą bardziej zainteresowani zakupami w konkretnym miejscu.

– Platforma Cluify to dwie płaszczyzny. Pierwsza z nich opiera się na aplikacjach mobilnych: zarówno naszych, jak i naszych partnerów, z których pobieramy zdeanonimizowaną informację o tym, jakie sieci widzi dany telefon. Na podstawie pierwszej płaszczyzny tworzymy drugą warstwę bazodanową, dzięki której jesteśmy w stanie wyciągać konkretne przypadki potrzebne naszym klientom, np. osoby przechodzące wokół jakiegoś punktu. To jest marketing przeniesiony do świata rzeczywistego, tzn. umożliwiamy dotarcie do nowych klientów, jak i dotarcie do konsumentów, którzy odwiedzili już daną placówkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Edward Mężyk, Prezes Zarządu firmy Datarino.

Raport Deloitte „Consumer review digital predictions 2015” wskazuje, że ponad 30 proc. użytkowników smartfonów deklaruje wpływ spersonalizowanej komunikacji marketingowej na ich decyzje zakupowe. Oznacza to, że co trzecia osoba, która dostaje dopasowaną ofertę na swój telefon, bierze ją pod uwagę przed dokonaniem zakupu. Jak podkreśla specjalista, wykorzystanie najnowszych zdobyczy technologii pozwoli dotrzeć do dużo większej grupy odbiorców.

– Najważniejsza innowacyjność leży w połączeniu Wi-Fi, Bluetooth i aplikacji mobilnych, tzn. docieramy do dziesięciokrotnie większego rynku, niż dociera internet. To najważniejsza cecha Cluify. Do tego robimy to w sposób bardzo łatwy dla rynku retailowego, tak więc nikt nie musi się znać na tych technologiach, nie ma żadnego wdrożenia. Wystarczy się zalogować do panelu – twierdzi Edward Mężyk.

Jak wynika z badań ShopperTrak National Index Poland, Polacy coraz mniej czasu spędzają w centrach handlowych. W 2016 roku frekwencja spadła prawie o 5 proc. Mimo to w 2017 roku zostanie oddanych do użytku aż 400 tys. mkw. nowych powierzchni galerii handlowych. To oznacza, że rynek nie składa broni i przechodzi do kontrataku. Dlatego właśnie jednym z zadań platformy Cluify jest zwiększenie frekwencji osób odwiedzających galerie.

– Dane są przedstawione w bardzo łatwy do zrozumienia sposób. W panelu Cluify pojawia się mapa, na której zaznaczamy punkty, na których mogą być nasi klienci. To jest jedyne graficzne przedstawienie wyników działania platformy. Oczywiście, widzimy prostą konwersję, ilu tych klientów, do których wyemitowaliśmy kampanię, wraca do nas. Czyli pokazujemy zarówno konwersję do wewnątrz, jak i liczbę klientów, którzy odwiedzili naszą placówkę, ale też liczbę klientów, który koło naszej placówki przeszli, tak żebyśmy mogli zobaczyć efekt wszystkich działań marketingowych – wyjaśnia Edward Mężyk.

Cluify zmierzy pomiar ruchu użytkowników offline i zgromadzi dane statystyczne na temat ich zachowań. Platforma pozwoli poznać i przeanalizować potrzeby: klientów konkurencyjnych sklepów stacjonarnych, mieszkańców określonego osiedla, pracowników pobliskiego parku biznesowego i wszelkich innych miejsc, których odwiedzający mogą stać się potencjalnymi klientami.

– Najważniejsza zaleta Cluify to przyniesienie nowego klienta do naszej placówki sprzedażowej, do naszego sklepu e-commerce&HASH39;owego. Dzięki Cluify możemy też zobaczyć, czy faktycznie ten klient do nas przyszedł. Mamy takie dwie płaszczyzny, pozyskanie klienta i weryfikacja, czy rzeczywiście ten klient jest pozyskany – podsumowuje Edward Mężyk.

Polskie miasta po raz kolejny rywalizują o tytuł Eco-Miasta. Startuje jedna z największych w kraju inicjatyw ekologicznych

Polskie miasta po raz kolejny rywalizują o tytuł Eco-Miasta. Startuje jedna z największych w kraju inicjatyw ekologicznych 23

Nie mamy planu B ani planety B – mówi Pierre Lévy, ambasador Francji w Polsce. Zmiany klimatyczne, smog, zrównoważony transport, wzrost zapotrzebowania na wodę i energię oraz gospodarka odpadami to tylko początek długiej listy wyzwań, z którymi muszą poradzić sobie samorządy. Przykłady najlepszych, proekologicznych działań wyłoni piąta edycja konkursu Eco-Miasto, organizowanego przez Ambasadę Francji i Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

– Władze samorządowe mają na co dzień styczność z mieszkańcami, dobrze zdają sobie sprawę z ich oczekiwań. Ludzie chcą lepszego życia w mieście, z czystszym powietrzem, w przyjemnym otoczeniu, chcą zużywać mniej energii. Obecnie wszystkie miasta bez względu na ich wielkość, wszędzie na świecie, odgrywają naprawdę wielką rolę. Mobilizacja na szczeblu lokalnym kształtuje rzeczywistość i przyczynia się do dynamiki na rzecz postępu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pierre Lévy, ambasador Francji w Polsce.

Zmiany klimatyczne, konieczność ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, rosnące zapotrzebowanie na wodę i energię elektryczną, które w globalnej skali przed 2050 rokiem wzrośnie dwukrotnie, to tylko niektóre z wyzwań, przed którymi stają miasta i samorządy. Jednym z problemów jest również skokowy przyrost liczby mieszkańców, według szacunków ONZ w połowie tego stulecia dwie trzecie światowej populacji będzie zamieszkiwać małe i duże miasta.

Samorządy muszą wdrażać nowoczesne i przyjazne środowisku rozwiązania, aby sprostać tym wyzwaniom. Przykłady najlepszych praktyk ma wyłonić rozpoczynająca się właśnie piąta edycja konkursu Eco-Miasto. To jedna z największych w Polsce inicjatyw popularyzująca ideę zrównoważonego rozwoju miast i lokalnych samorządów.

– Chcemy docenić wszystkie inicjatywy, które polskie gminy i miasta podejmują na szczeblu lokalnym na rzecz zrównoważonego rozwoju i lepszej jakości życia. Chodzi o tematy takie jak poprawa jakości powietrza, efektywność energetyczna budynków i sprzyjanie mobilności, w szczególności pojazdy elektryczne. Pomysł polega na tym, by docenić wszystko to, co udaje się wdrożyć lokalnie i pokazać konkretnie działania, które mają bardzo duży wpływ na codzienne życie mieszkańców – mówi ambasador Pierre Lévy.

Celem projektu Eco-Miasto jest wymiana doświadczeń pomiędzy samorządami oraz nagrodzenie tych, które najlepiej realizują politykę zrównoważonego rozwoju w sześciu kategoriach konkursowych: mobilność zrównoważona, gospodarka wodna, gospodarka odpadami, efektywność energetyczna budynków, systemy energetyczne, zieleń a powietrze.

– W tym roku wprowadziliśmy dwie ciekawe zmiany. Do poszczególnych obszarów, w których przyznawane będą wyróżnienia, dodaliśmy kategorię zieleń a powietrze, w której nagrodzimy osobno miasta liczące powyżej oraz poniżej stu tysięcy mieszkańców. Oprócz tego zamiast seminariów tematycznych organizujemy ogólnopolską konferencję, która odbędzie się w listopadzie w Warszawie – mówi Pierre Lévy, ambasador Francji w Polsce.

– Wszyscy chcemy żyć w zdrowych miastach, oddychać świeżym powietrzem, patrzeć na błękitne niebo, pić czystą wodę, mieć jak najlepsze warunki życia, jakość życia, chodzić do pięknie urządzonych parków i cieszyć się życiem w mieście. Z naszego punktu widzenia szczególnie ważne jest akcentowanie kwestii środowiskowych. Zdrowe środowisko to zdrowi ludzie, jest to prosta zależność, m.in. z tego względu propagujemy i wspieramy ideę zrównoważonego rozwoju w miastach – podsumowuje Maria Andrzejewska, dyrektor centrum UNEP/GRID-Warszawa.

– Konkurs Eco-Miasto jest formą rozmowy z samorządami lokalnymi, w której poszukujemy najciekawszych przykładów rozwiązań dobrych dla środowiska i klimatu. Dzięki niemu udało się spopularyzować wiele dobrych praktyk. Widzimy potencjał dalszego inwestowania i dalszych zmian związanych z ochroną środowiska i klimatu w polskich miastach – dodaje Leszek Drogosz, dyrektor Biura Infrastruktury w Urzędzie m.st. Warszawy i przedstawiciel Partnerstwa dla Klimatu w projekcie Eco-Miasto.

W ramach tegorocznej, piątej edycji Eco-Miasta odbędzie się konkurs dla polskich miast i samorządów (wystartuje 10 lipca i potrwa do 16 października br.). W każdej z sześciu kategorii konkursowych zostaną przyznane dwie nagrody: dla ośrodków liczących powyżej oraz poniżej 100 tys. mieszkańców.

Zwycięzcy zostaną ogłoszeni podczas ogólnopolskiej konferencji, która w listopadzie odbędzie się w Warszawie – organizowanej w tym roku po raz pierwszy. Wydarzenie ma być przede wszystkim platformą do wymiany doświadczeń pomiędzy władzami polskich miast.

Tegorocznej edycji Eco-Miasta po raz drugi towarzyszyć będzie też projekt edukacyjny „Zakręceni w przestrzeni” organizowany przez Wspólnie – Fundację LafargeHolcim. Jego celem jest zaangażowanie dzieci i młodzieży do udziału w projektowaniu i tworzeniu przyjaznych miejsc, w których funkcjonują na co dzień takich jak szkoła, biblioteka czy dom kultury. Projekt skierowany jest do dzieci i młodzieży ze szkół podstawowych i ponadpodstawowych. Ma pokazać im, że mają wpływ na przestrzeń publiczną.

W dotychczasowych edycjach konkursu Eco-Miasto wzięła udział prawie setka polskich samorządów. W 2016 roku laureatami zostały Kobyłka, Lublin, Ostrów Wielkopolski, Słupsk, Wrocław i Zabrze.

Projekt jest realizowany przez Ambasadę Francji we współpracy z Renault Polska, SAUR Polska, Saint-Gobain, SUEZ Polska, ENGIE oraz Grupą EDF Polska, DK Energy i TIRU, Fundacją LafargeHolcim. W tym roku do grona organizatorów dołączyło Centrum UNEP/GRID-Warszawa, które realizuje w Polsce misję Programu Narodów Zjednoczonych do spraw Środowiska.

Trzy nowe programy Google’a wspierają innowacyjne firmy na każdym etapie rozwoju. Wszystko w ramach inicjatywy Campus Warsaw

Trzy nowe programy Google'a wspierają innowacyjne firmy na każdym etapie rozwoju. Wszystko w ramach inicjatywy Campus Warsaw 24

Choć Campus Warsaw, który powstał z inicjatywy firmy Google&HASH39;a, działa już od listopada 2015 roku, to niedawno zaszły w nim ważne zmiany. Jedną z nich są trzy nowe programy wsparcia dla start-upów na różnych etapach rozwoju: Campus Residency, Launchpad Start i Launchpad Accelerator.

Pierwszy z programów – Campus Residency – skierowany jest głównie do start-upów w fazie wzrostu. Program trwa 6 miesięcy i oferuje dostęp do specjalistycznej wiedzy mentorów i ekspertów Campusu, a także udostępnia darmową przestrzeń pracy. Jednym z projektów, którym udało się zakwalifikować do tego programu, jest polski start-up yestersen – platforma sprzedaży przedmiotów w stylu vintage.

– Yestersen to projekt, który podejmuje bardzo duże zagadnienie podróży w czasie poprzez design, czyli przedmioty użytkowe z XX w., które oferujemy na naszej platformie. Jesteśmy platformą typu marketplace, zrzeszamy z jednej strony sprzedawców takich przedmiotów jak meble, oświetlenie, dodatki, a z drugiej strony kupujących: zarówno indywidualnych, jak i profesjonalnych, takich jak biura projektowe – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Misztal z yestersen.

Innym programem, które został zainicjowany niedawno na Campus Warsaw, jest Launchpad Start − tygodniowy, intensywny projekt szkoleniowy dla start-upów we wczesnej fazie rozwoju. Na przeciwnym biegunie znajduje się natomiast międzynarodowy program Launchpad Accelerator, trwający 6 miesięcy i przeznaczony dla zaawansowanych start-upów, które szybko się rozwijają. Inicjatorem programu jest Google Developers. Co istotne, w tym roku program ten po raz pierwszy objął firmy z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, a wśród zakwalifikowanych znalazł się również projekt z Polski: Dr Omnibus. Ta firma tworzy niezwykłe, specjalne narzędzia multimedialne przeznaczone do terapii dzieci z autyzmem.

Jak podkreśla specjalista z yestersen, kluczem do osiągnięcia sukcesu przez start-up jest wdrożenie innowacji, która znacząco może ułatwić życie przedsiębiorcom. Właśnie takie start-upy kwalifikują się do programów inicjowanych przez Google.

– Nasza innowacja polega na tym, że umożliwiamy szereg narzędzi, dzięki którym sprzedawcom o wiele łatwiej jest handlować tymi przedmiotami w sieci i promować swoją markę, narzędzia do fakturowania, do sprzedaży poprzez sieci społecznościowe takie jak Facebook czy Instagram. Ponadto narzędzia, które pozwalają bardzo szybko edytować oferty, moderować je, umieszczać w ładny i porównywalny sposób – wylicza Karol Misztal.

Rynek elektrycznych pojazdów w Polsce nabiera rozpędu. Trwają prace nad jego uregulowaniem

Rynek elektrycznych pojazdów w Polsce nabiera rozpędu. Trwają prace nad jego uregulowaniem 25

W resortach energii i rozwoju trwają wspólne prace nad ustawą o elektromobilności, która ma uregulować cały rynek. Samorządy w całej Polsce już prowadzą pilotażowe projekty rozwijające elektromobilność. Wprowadzają elektrobusy do sieci publicznego transportu, budują stacje ładowania. Kilka miast ogłosiło także rozpoczęcie projektów współdzielenia miejskich samochodów, czyli tzw. carsharingu. Eksperci są zgodni, że pojazdy elektryczne mogą się w Polsce upowszechnić, jeżeli zostaną ku temu stworzone warunki. Potrzebna jest infrastruktura do ładowania i zachęty podatkowe dla nabywców zeroemisyjnych aut.  

O wyzwaniach i szansach dla samorządów oraz całej gospodarki związanych z elektromobilnością eksperci rozmawiali podczas niedawnego Kongresu Regionów we Wrocławiu.

– Dla miast elektromobilność oznacza dużo większy komfort życia, brak hałasu i ograniczenie emisji związanej z produkcją energii. Elektromobilność to systemowe wsparcie gospodarki. Gdybyśmy umieli przestawić połowę transportu kołowego na transport elektryczny, to wzrost polskiego PKB byłby około 1 proc. wyższy. To jest skala rewolucji, w której uczestniczymy, łączenia się dwóch największych globalnych przemysłów światowych: samochodowego i energetycznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Korolec, prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Elektromobilność jest jednym z filarów przyjętej w lutym Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która powstała w resorcie kierowanym przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Plan zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć nawet milion pojazdów elektrycznych, które będą w sumie zużywać około 4 TWh energii rocznie. Drugi cel resortu to upowszechnienie w polskich miastach transportu opartego o elektryczne autobusy, infrastrukturę ładowania i inne środki transportu zbiorowego wykorzystujące napęd elektryczny.

– Elektryczny transport miejski to symbol nowoczesności. Prawdopodobnie wokół tego obszaru odbędzie się szereg dyskusji przy okazji wyborów samorządowych. Dyskusja o elektryfikacji transportu miejskiego będzie powiązana z tematem z jakości powietrza, jakości życia i hałasem w mieście – prognozuje Marcin Korolec.

Na początku tego roku Państwowy Fundusz Rozwoju, dwa resorty i 41 samorządów podpisały wspólnie listy intencyjne dotyczące rozwoju elektromobilności. W ramach pilotażu gminy podjęły się rozwijać program transportu elektrycznego i zobowiązały się, że zakupią łącznie 780 nowoczesnych elektrobusów. Współpraca z samorządami ma objąć także inne obszary współpracy dotyczącej rozwoju elektromobilności w Polsce.

– Wszystkie miasta na świecie są zainteresowane zrównoważonym transportem, w tym również elektrycznym. Dzięki temu nasze miasta będą czyste i nie będziemy mieć problemów ze smogiem, choć zawsze pojawia się problem z finansowaniem takich przedsięwzięć – zauważa Robert Dederko, zastępca prezydenta Bytomia.

– W tej chwili produkowane są dla nas 23 autobusy elektryczne. W ciągu dwóch, trzech lat chcielibyśmy mieć 80 proc. floty autobusowej w pełni zelektryfikowanej. W dalszej perspektywie chcemy też, aby pozostałe 20 proc. stanowiły autobusy hybrydowe – zapowiada burmistrz Jaworzna Paweł Silbert – Elektromobilność to korzyści ekonomiczne i środowiskowe. Ekonomiczne, ponieważ zasilanie pojazdów elektrycznych kosztuje znacznie mniej niż zasilanie tradycyjnym paliwem dieslowskim. Środowiskowe są oczywiste, ponieważ autobusy elektryczne są zeroemisyjne – dodaje.

Po ulicach pięciu polskich miast (Warszawa, Kraków, Innowrocław, Jaworzno i Lublin) jeździ obecnie 31 elektrobusów, które obsługują zaledwie 0,3 proc. wszystkich autobusów w komunikacji publicznej (dane na koniec 2016 roku).

Rządowy programu „Elektromobilność”, który opracowały resorty rozwoju i energii, zakłada, że do 2021 roku po polskich drogach będzie jeździć tysiąc eklektycznych autobusów. W przeciągu kolejnej dekady ponad 50 proc. taboru autobusowego ma być zasilana napędem elektrycznym. Będzie to wymagało odpowiedniej infrastruktury ładowania.

– Ona jest dopiero na początkowym etapie rozwoju. Wiele podmiotów myśli o rozwoju infrastruktury ładowania samochodów elektrycznych. Istotną rolę odegrają w tym miasta. Przygotowywana jest ustawa o elektromobilności, która nakłada na nie obowiązek organizowania przetargów na lokowanie publicznie dostępnych miejsc ładowania samochodów elektrycznych. Wraz z rozwojem transportu elektrycznego taka infrastruktura będzie budowana i rola miast będzie w tym bardzo istotna – ocenia Rafał Czyżewski, prezes zarządu firmy Greenway Infrastructure Poland, która dostarcza infrastrukturę do ładowania pojazdów elektrycznych.

Resorty rozwoju i energii pracują wspólnie nad projektem ustawy o elektromobilności, która ma uregulować cały rynek.

Według szacunków w Polsce jest obecnie 305 punktów ładowania. Najwięcej znajduje się w Warszawie. Zgodnie z planem do 2020 r. ma powstać już 400 szybkich punktów ładowania samochodów elektrycznych i 6 tys. publicznych punktów ładowania o normalnej mocy. Brak odpowiedniej infrastruktury obok wysokich kosztów jest w tej chwili jednym z kluczowych elementów, które hamują popularność samochodów elektrycznych.

– Punkty szybkiego ładowania pojazdów elektrycznych są zlokalizowane w dużych miastach, w szczególności są to centra handlowe. Ta infrastruktura jest natomiast niedostępna przy głównych drogach, na autostradach i drogach szybkiego ruchu. Chcąc stworzyć możliwość przemieszczania się samochodem elektrycznym na dłuższy dystans, niezbędne jest postawienie stacji szybkiego ładowania przy głównych drogach w Polsce – mówi Rafał Czyżewski, prezes Greenway Infrastructure Poland – Szybkie ładowanie oznacza możliwość naładowania standardowego samochodu w ciągu kilkudziesięciu minut, w zależności od wielkości baterii. Jest to jednak wierzchołek piramidy, ponieważ niezbędne jest też tworzenie infrastruktury szybkiego i wolnego ładowania, żeby użytkownicy mogli ładować te pojazdy w nocy – dodaje.

Coraz większą popularność zyskuje trend carsharingu, czyli współużytkowania samochodów. Pierwsze projekty zostały uruchomione przez prywatne firmy w Warszawie, Krakowie czy Trójmieście. Wrocław, który gościł tegoroczny Kongres Regionów, w lutym tego roku zapowiedział uruchomienie pierwszego miejskiego systemu carsharingu w pełni opartego o samochody elektryczne, który ma ruszyć już wiosną 2018 roku. Na ulice stolicy Dolnego Śląska wyjedzie minimum 200 samochodów elektrycznych, a auta będą mogły korzystać z 60 stacji ładowania. W mieście ma być ok 400–500 miejsc parkingowych przeznaczonych specjalnie do parkowania tego typu pojazdów.

Rozwój rynku pojazdów elektrycznych w Polsce mógłby przebiegać sprawniej. Zastępca prezydenta Bytomia Robert Dederko zwraca też uwagę na wciąż relatywnie wysokie ceny samochodów elektrycznych i brak odgórnych zachęt dla potencjalnych nabywców. Problemem może się też okazać kwestia lokalizacji infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych.

– Bez udziału gmin to się nie uda. Muszą być zwolnienia z podatku od nieruchomości i musi być wyraźnie określone na jakiej powierzchni można korzystać z tych zwolnień, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której duży obiekt w jednym miejscu lokuje ładowarkę i hektar ziemi jest nieopodatkowany. Te sprawy na pewno trzeba doregulować – zaznacza Robert Dederko – Aby bardziej powszechne były zakupy samochodów elektrycznych, konieczny jest system zachęt dla ludzi, na przykład zwolnienie z VAT lub podwyższone stawki amortyzacyjne. Dzisiaj samochód o tradycyjnym napędzie spalinowym jest znacznie tańszy od samochodu z napędem elektrycznym i nie dziwi, że na razie ludzie wybierają takie rozwiązania – dodaje wiceburmistrz.

Szacunkowo przejechanie 100 kilometrów samochodem elektrycznym to koszt około 10 zł. Według ostatnich deklaracji ministra Krzysztofa Tchórzewskiego, ładowanie w nocy samochodów elektrycznych ma być w przyszłości tańsze o 30 procent.

Marcin Korolec z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych ocenia, że w projekcie ustawy dotyczącym elektromobilności rząd słusznie położył nacisk na infrastrukturę. Ta rozwija się bardzo wolno. Nowe regulacje powinny ten proces przyspieszyć. Planowane wsparcie nabywców samochodów elektrycznych jest natomiast umiarkowane, a obok zwolnienia z akcyzy rząd powinien też rozważyć zwolnienie z podatku VAT.

– Myślę, że będziemy namawiać rząd do zwolnienia nabywców samochodów elektrycznych z obowiązku płacenia VAT – zapowiada Marcin Korolec, prezes FPPE.

W ocenie resortu energii elektromobilność to najszybszy sposób na walkę ze smogiem w polskich miastach. Poza czystszym powietrzem rozwój elektromobilności mógłby się również przyczynić do powstania kilku tysięcy nowych miejsc pracy i pobudzenia gospodarki.

Szczyt Ubezpieczeniowy jesienią

Już we wrześniu odbędzie się pierwsza w Polsce internetowa konferencja skierowana do sektora ubezpieczeniowego. Nazwiska prelegentów mają zagwarantować, że będzie to wydarzenie najwyższych standardów.

Konferencja, skierowana do profesjonalistów i praktyków branży asekuracyjnej, będzie miała niespotykany przebieg. Jeszcze nigdy w historii tej branży w Polsce tego typu wydarzenie nie miało wyłącznie internetowego charakteru. Podczas dwóch wieczorów Szczytu Ubezpieczeniowego, w sieci pojawi się trzydzieści 20-minutowych wideo wystąpień zaproszonych gości.

Tematyka wydarzenia będzie obejmowała wiele aspektów, z którymi spotykają się na co dzień przedstawiciele sektora ubezpieczeniowego. Podczas Szczytu Ubezpieczeniowego będzie sporo o marketingu internetowym (SEO, social media) oraz sprzedaży (sposoby budowania relacji z klientami, kobiety jako grupa docelowa). Nie zabraknie także wątków dotyczących sfery HR (rekrutacja personelu), jak i aspektów prawnych.

Swoją wiedzą w tym zakresie podzielą się m.in. przedstawiciele takich firm jak: Midea (Paweł Tkaczyk), Brand24 (Mikołaj Winkiel), Enterso (Wojciech Kłodziński) oraz Berg System (Marcin Konopka).

– Organizując Szczyt Ubezpieczeniowy, najbardziej zależało mi na tym, aby ta konferencja spełniała dwa wymagania: była łatwo dostępna, a jej treść – wiedza zaproszonych gości – była z najwyższej półki, w postaci rekomendacji do wdrożenia “od zaraz” – dodaje Marcin Kowalik, organizator Szczytu Ubezpieczeniowego.

Organizatorzy przewidują, iż w tym wydarzeniu weźmie udział 1-3 tys. rodzimych przedstawicieli sektora ubezpieczeniowego: agenci, brokerzy oraz reprezentanci multiagencji.

Udział w Szczycie Ubezpieczeniowym jest darmowy.

http://szczytubezpieczeniowy.pl/

Kiedy pomysłodawcy start-upów tracą zapał do pracy?

Zderzenie się z szarą rzeczywistością w momencie wyjścia na rynek z produktem i próbą sprzedaży jest zawsze momentem otrzeźwienia i ostudzenia entuzjazmu start-upów do wchodzenia w biznes za pomocą zewnętrznych środków. Pomysłodawcy i twórcy projektów najczęściej tracą zapał, gdy zderzają się z trudnościami.

– Dzisiaj jesteśmy zaangażowani w ponad dwadzieścia start-upów – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Girek, prezes Data Techno Park oraz Cube.ITG – W grupie kapitałowej wydzieliliśmy specjalny fundusz, nazywany przez nas DTP Venture, który dysponuje środkami w wysokości ponad 10 milinów złotych. Przeznaczony jest na inwestycje w start-upy. Dysponujemy kwotą w wysokości 500-800 tysięcy złotych na każdy projekt. Jest to wysycenie naszego potencjału i chęci do zarządzania portfelem inwestycyjnym. Nasz fundusz jest dziś na etapie weryfikacji pomysłów, które do nas spłynęły i zainwestowaliśmy w nie około półtora roku temu. Przyglądamy się realizacji biznes planów naszych start-upów z pierwszego i drugiego rozdania. Obserwujemy te, które nie wyszły, bo takie także są. Nimi również należy się chwalić, co potwierdza każdy start-upowiec. Spotykamy się z pomysłodawcami, którzy przyszli z pomysłem, a ten ostatecznie się nie udał. W takich sytuacjach ich zaangażowanie bardzo mocno spadło.– dodał Girek.

KIG: Czy Uber wygra ze względu na wygodę oraz cenę?

Blokady zorganizowanie przez korporacje taksówkarskie sparaliżowały ostatnio wiele polskich miast – z Warszawą na czele. Są to protesty przeciwko konkurencji Ubera.

Nie wnikając w rozstrzyganie tego sporu, na sprawę można spojrzeć jako na walkę ze strony tradycyjnych struktur gospodarczych – takimi są korporacje taksówkowe – oraz światowej firmy, która posługuje się nowoczesnymi środkami komunikacji, rozliczeń oraz marketingu w stosunku do klienta.

Nie ma żadnych wątpliwości, że Uber wygra ten wyścig. W wielu krajach zostały wprowadzone duże ograniczenia względem Ubera – niektóre państwa nawet zakazały działalności. Historia zna wiele przypadków takich jak niszczenie maszyn parowych, które zastępowały rękodzielników w fabrykach oraz zastąpienie tradycyjnego listu e-mailem. Widać, że postęp wchodzi bardzo szybko do naszego życia – często bardzo brutalnie, pozostawiając ludzi bez pracy co jest nieuniknione.

– W tego typu pojedynkach zwycięża zawsze nowa technologia ze względu na wygodę dla ludzi – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Ponadto nowa technologia wiąże się z tańszymi, szybszymi usługami, za które możemy zapłacić w sieci. Dzięki nowej technologii koszty w przewozach międzymiastowych zostały zredukowane kilkukrotnie. Aplikacja BlaBlaCar oferuje możliwość dołączenia się do podróżującego kierowcy i przejechania z miasta do miasta za 30-40 zł. Te argumenty zadecydują o wygranej nowej technologii, bo klient wybierze wygodniejsze i tańsze rozwiązanie. Taka jest logika rozwoju gospodarczego świata – podsumował Arendarski.

Zatrudnienie w sektorze BPO do końca 2017 r. przekroczy 250 tysięcy osób

Międzynarodowe korporacje chcą polskich pracowników. Według najnowszych danych ABSL w ciągu dwunastu miesięcy liczba osób pracujących w sektorze nowoczesnych usług biznesowych wzrośnie o około 40 tysięcy osób, i tym samym przekroczy próg 285 tys zatrudnionych. Polska jest postrzegana na świecie jako jeden z najbardziej istotnych ośrodków rozwoju centrów usług wspólnych. Korporacje chcą inwestować w naszym kraju, bo doceniają umiejętności i elastyczność Polaków. Dynamiczny rozwój sektora przekłada się na rosnący popyt na pracowników.

– Ostatnie lata były przełomowe dla wizerunku centrów usług wspólnych – niejako wyszliśmy z cienia i doszliśmy do momentu, gdy jako branża jesteśmy jednym z punktów wyróżniających Polskę na globalnej mapie. To dobry czas, żeby podsumować dotychczasowe osiągnięcia, ale i na nowo określić priorytety – mówi newsrm.tv Iwona Dudzińska, szefowa Citi Service Center w Polsce.

Tempo wzrostu zatrudnienia w sektorze usług biznesowych utrzymuje się na dwucyfrowym poziomie. Wiele firm zamierza rozwinąć dotychczas prowadzoną działalność, np. Citi Service Center Poland, jeden z największych pracodawców na tym rynku z ponad 4000 pracowników już zapowiedziało, że zwiększy zatrudnienie. 300 nowych miejsc pracy powstanie w Warszawie i Olsztynie. To niejedyny inwestor zagraniczny zainteresowany polskim rynkiem, co działa na korzyść pracowników, którzy dzięki konkurencji rekruterów mogą liczyć na więcej.

– Rozwój naszych pracowników, stwarzanie komfortowych warunków dla budowania różnych ścieżek kariery w ramach organizacji to jeden z naszych priorytetów. Staramy się ich angażować w aktywny udział w programach i projektach najbardziej zbliżonych do modelu życia. Nasz zespół świadczy usługi w 29 językach dla klientów w ponad 90 krajach świata. W tym roku przechodzimy na system Citi Works, lepiej dopasowany do potrzeb nowego pokolenia pracowników, którzy chcą pracować niekoniecznie przy biurku, ale w nowoczesnych przestrzeniach wielofunkcyjnych umożliwiających kolaborację, a także system pracy zdalnej. Już dziś 24,3 proc. naszego zespołu pracuje z domu, a 38 proc. korzysta z elastycznych form pracy – wyjaśnia Iwona Dudzińska.

Rynek centrów usług wspólnych poza zwiększonym popytem na pracowników i powiązana z nim rotacją wysoką rotacją mierzy się także z zachodzącą wymianą pokoleniową. Dla przykładu w Citi Service Center Poland ponad 80% zatrudnianych stanowią millenialsi, co znacząco wpływa na modyfikację oferty pracodawcy jeżeli chodzi o szkolenia, benefity i system pracy.

Raport ZPP: Polski system podatkowy zagraża funkcjonowaniu i rozwojowi uczciwych firm

Nowa, prosta i przejrzysta ustawa o podatku od towarów i usług, procedura weryfikacji rzetelności kontrahenta na poziomie ustawowym, premiowanie pracowników organów podatkowych za solidność i rzetelność podatników oraz obowiązek wydania decyzji w ciągu 3 miesięcy od wstrzymania zwrotu podatku VAT – to niektóre propozycje uzdrowienia polskiego systemu podatkowego, zaprezentowane przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego w Sejmie RP.

Nie można dłużej pozwalać, by uczciwi przedsiębiorcy odpowiadali za przekręty organizowane przez przestępców, dlatego należy szybko wprowadzić cały szereg zmian w systemie podatkowym – argumentowali eksperci ZPP podczas prezentacji raportu „VAT-kluczowy problem polskiego systemu podatkowego”. W przedstawionym w środę 21 czerwca 2017 roku opracowaniu, wskazane zostały realne przeszkody uniemożliwiające prawidłowe funkcjonowanie wielu polskim firmom. W ocenie ZPP pokonanie problemów związanych z systemem podatkowym leży w interesie każdego uczestnika rynku, gdyż przełoży się na możliwości zatrudniania większej liczby pracowników, produkowania lepszej jakości wyrobów czy też – w rezultacie zmniejszenia obciążeń administracyjnych – oferowania produktów i usług taniej.

System podatkowy w Polsce jest dalece niedoskonały i co do tej diagnozy panuje powszechna zgoda. Można wyróżnić dwa newralgiczne obszary – pierwszy to model funkcjonowania administracji skarbowej, ze szczególnym uwzględnieniem panującego wewnątrz niej systemu motywacyjnego. Drugim są problematyczne praktyki, stosowane na podstawie obowiązujących przepisów. Polegają one przede wszystkim na wstrzymywaniu zwrotów podatku VAT czy przerzucaniu odpowiedzialności za oszustwa podatkowe na uczciwych przedsiębiorców – mówił podczas posiedzenia adwokat Jacek Cieplak, Dyrektor Biura Legislacji ZPP.

W ocenie ekspertów ZPP stosowany w Polsce system oceny efektywności pracowników kontroli skarbowej, premiujący wysokość dokonanych przez nich ustaleń, jest wysoce nieskuteczny. W 2014 roku wykryto nieprawidłowości powodujące uszczuplenia podatkowe w kwocie 10 602,3 mln zł, jednak złożone w efekcie korekty deklaracje podatkowe zwiększyły wpływy do budżetu jedynie o niewiele ponad 410 mln zł. Dlatego Związek Przedsiębiorców i Pracodawców proponuje premiowanie za terminowość dopełniania obowiązków rejestracyjnych oraz terminowość i rzetelność rozliczeń dokonywanych przez podatników. Ponadto, w celu zwiększenia efektywności działań pracowników aparatu skarbowego, powinny należeć się im premie, jeżeli udałoby się im uzyskać dodatkowe środki z tytułu korekty deklaracji w związku z wykazanymi w toku postępowania nieprawidłowościami. Warunkiem uzyskania jakiejkolwiek premii musiałoby być jednak uprawomocnienie się decyzji wydanej w przedmiotowej sprawie.

Na łamach raportu omówione zostały cztery konkretne przypadki innego problemu polskiego systemu podatkowego, jakim jest masowe i długotrwałe wstrzymywanie przez organy podatkowe zwrotów podatku VAT. ZPP proponuje wprowadzenie konieczności wydania decyzji po trzech miesiącach od wstrzymania zwrotu podatku od towarów i usług, która następnie podlegałaby zaskarżeniu do sądu, również z trzymiesięcznym terminem na rozpatrzenie sprawy. W przypadku nie wywiązania się przez organ podatkowy, jak i sąd z zaproponowanego obowiązku – przedstawienia decyzji/ zawyrokowania w sprawie – w terminie, przyjmowałoby się domniemanie, iż została wydana decyzja o zwrocie podatku VAT.

Organy podatkowe nie radzą sobie ze ściganiem przestępców, w związku z tym odpowiedzialność za oszustwa ponoszą uczciwi przedsiębiorcy. Mechanizm przerzucania tego ciężaru na uczciwe firmy jest oparty na solidarnej odpowiedzialności za zobowiązania podatkowe. W rezultacie mamy do czynienia z sytuacją, w której przedsiębiorcy działają w ciągłej niepewności, ponieważ potencjalnie w każdym segmencie gospodarki przestępcy mogą rozpocząć „karuzelę podatkową”, wciągając w nią – jako „bufory” – legalnie działające firmy – powiedział ekspert ZPP z zakresu prawa podatkowego Maciej Letkiewicz. – Problemem jest także stosowanie przez organy skarbowe zabezpieczenia na majątku przedsiębiorcy, obejmującego przeważnie blokadę środków na rachunku bankowym, a to prowadzi do utraty płynności finansowej – dodał.

W ocenie ekspertów ZPP, zaprezentowanej podczas posiedzenia, podstawowym postulatem, który doprowadziłby do ukrócenia odpowiedzialności uczciwych podatników za przestępstwa podatkowe innych podmiotów, byłoby wypracowanie przez polskiego ustawodawcę odpowiednich procedur, po których spełnieniu podatnik miałby w świetle prawa pewność, że zawiera transakcję z uczciwym kontrahentem. Odpowiedzią na drugi problem jest ustanowienie instytucji kuratora zabezpieczonego majątku. Instytucja ta miałaby funkcjonować w ten sposób, że w wydanej decyzji zabezpieczającej wskazany byłby kurator, która sprawowałby nadzór nad wydatkowaniem środków przez przedsiębiorcę umożliwiając mu dalsze funkcjonowanie.

Należy korzystać z dostępnych wzorców zagranicznych – polski aparat skarbowy powinien być wyspecjalizowany i przyjazny podatnikowi, tak jak kanadyjski, i powinien, jak w Wielkiej Brytanii, dysponować nowoczesnymi narzędziami analitycznymi, by móc skuteczniej typować podmioty do kontroli – rekomenduje Maciej Letkiewicz z ZPP.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców postuluje również rozpoczęcie prac nad nową ustawą o podatku od towarów i usług. Zdaniem ZPP aktualnie obowiązujące przepisy są na tyle skomplikowane, że stały się – z punktu widzenia podstawowego ich adresata, czyli przeciętnego podatnika – niemal niemożliwe do zrozumienia i prawidłowego zastosowania.

Sektor BPO nakręca polski rynek biurowy

Większość powstającej powierzchni biurowej w Polsce kontraktowana jest przez sektor nowoczesnych usług dla biznesu, w którym w ciągu roku zatrudnienie wzrosło o 15 proc.

W Polsce popyt na powierzchnię biurową znacznie przewyższa obecnie nową podaż rynkową. W ubiegłym roku na największych rynkach biurowych w kraju wynajęte zostało około 1,35 mln mkw. biur, a do użytku oddano niespełna 900 tys. mkw. powierzchni, podają analitycy Walter Herz. W 2015 roku zapotrzebowanie na powierzchnię biurową przekroczyło rekordowe 1,5 mln mkw. W porównaniu ze średnią chłonnością rynku w poprzednich latach to duży skok, bo w 2014 roku w wiodących aglomeracjach popyt zamknął się w 1 mln mkw.

Głównym najemcą biur pozostaje sektor usług dla biznesu, który w ciągu roku (między I kw. 2016 roku i I kw. br.) wygenerował łącznie prawie 60 proc. całkowitego wolumenu najmu zarejestrowanego na regionalnych rynkach biurowych poza Warszawą. Według danych zawartych w najnowszym raporcie ABSL, w większości głównych miast z wyjątkiem Poznania i Szczecina, udział tej branży przekroczył 50 proc. W Krakowie firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu odpowiadają za prawie 70 procent wolumenu najmu powierzchni biurowej.

92 nowe centra usług

W okresie minionych 12 miesięcy, do końca pierwszego kwartału tego roku w Polsce rozpoczęły działalność 92 nowe centra usług. Obecnie w naszym kraju funkcjonuje łącznie 1078 centrów usług biznesowych, z których 748 należy do zagranicznych firm. Najwięcej ośrodków znajduje się w Warszawie (167 centrów). Wśród 724 firm, które posiadają u nas swoje ośrodki jest 80 inwestorów z listy Fortune Global 500 (2016). Spośród otwartych w ostatnim roku centrów najwięcej jest inwestycji z USA.

W ubiegłym roku zatrudnienie w branży wzrosło o 32 tys. osób, tj. o 15 proc. Aż  ¾ nowych miejsc pracy wygenerowały centra zagraniczne, które skupiają 198 tys. osób. W sektorze obecnie zatrudnionych jest ogółem 244 tys. osób, a prognozy ABSL mówią, że w 2020 roku przekroczy w Polsce 300 tys. osób.

39 ośrodków BPO/SSC/IT w całym kraju

Zdecydowanym liderem w sektorze pozostaje Kraków, w którym w centrach usług pracuje już 55,8 tys. osób, to prawie jedna czwarta wszystkich zatrudnionych w branży. Poza tym, największymi ośrodkami usług dla biznesu jest Warszawa, Wrocław, Trójmiasto, Aglomeracja Katowicka, Łódź i Poznań. Wymienione siedem aglomeracji skupia łącznie 85 proc. ogółu pracowników. W kolejnych dziewięciu ośrodkach centra usług zatrudniają od 1 tys. do 10 tys. osób. Miejsca pracy w tym segmencie rynku generowane są aż w 39 lokalizacjach w Polsce.

Najwięcej nowych miejsc pracy powstało w badanym okresie w Warszawie (5,9 tys.), we Wrocławiu (5,7 tys.) i w Krakowie (5,5 tys.). Te trzy miasta odpowiadają łącznie za ponad połowę nowopowstałych stanowisk.

Wśród najnowszych dominują centra IT

Prawie połowa nowych inwestycji to centra IT (48 proc.), jedna czwarta to centra usług wspólnych (27 proc.), a kilkunastoprocentowy udział mają centra R&D (14 proc.) oraz centra BPO (11 proc.).

Na dziewięciu rynkach biurowych w kraju (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Szczecin, Lublin) dostępnych jest ponad 9,13 mln mkw. biur, w tym 5,12 mln mkw. w samej Warszawie, podają analitycy Walter Herz. – To wciąż mało, bo popyt na biura rośnie, nie tylko w największych aglomeracjach, ale także w mniejszych miastach, jak Rzeszów, Bydgoszcz, Szczecin, czy Radom. Świadczą o tym ostatnio zawierane na tych rynkach transakcje najmu – zauważają specjaliści. Wśród mniejszych ośrodków usług biznesowych, które w czasie ostatniego roku przeżywały największy rozwój eksperci Walter Herz wymieniają m.in. Rzeszów i Lublin.

W ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku tylko na rynku warszawskim wynajęte zostało niemal 200 tys. mkw. biur, a oddane do użytkowania około 85 tys. mkw., obliczają analitycy Walter Herz. Oferta biurowa jednak szybko rośnie, niektóre firmy wprowadzają nawet kilka dużych inwestycji jednocześnie. W największych aglomeracjach w kraju, jak szacują specjaliści, w budowie pozostaje prawie 1,7 mln mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych.

Brexit szansą na nowych najemców

Deweloperzy stawiają na nowe inwestycje, licząc że Polska wykorzysta szansę, jaką niesie Brexit i zapotrzebowanie na nowoczesną powierzchnię biurową w najbliższym czasie jeszcze się zwiększy. Rozpoznanie możliwości polskiego rynku robią przede wszystkim ulokowane na Wyspach firmy z sektora bankowego i finansowego.

Inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu zachęca szeroki dostęp do wysoko wykształconej kadry, napływającej nie tylko z polskich ośrodków akademickich, ale i z innych krajów, przede wszystkim Ukrainy, Hiszpanii i Włoch. Dla firm ważne są niższe koszty najmu powierzchni biurowych względem innych europejskich stolic. Dopinguje je też dobra koniunktura gospodarcza naszego kraju.

Najlepiej rokującym rynkiem biurowym w Polsce jest Warszawa, która cieszy się najwyższą oceną wiarygodności kredytowej Financial Times i jest uznawana za czwarte w Europie najbardziej przyjazne miasto dla biznesu. Nie mniej największym ośrodkiem dla branży nowoczesnych usług dla biznesu w naszym kraju wciąż pozostaje Kraków.

Autor: Walter Herz

Paczka z niespodzianką. Cyberprzestępcy sięgają po spoofing

Wraz ze spadkiem popularności eksploitów, czyli złośliwych programów wykorzystujących luki w zabezpieczeniach, spam przeżywa renesans popularności. Jedną z technik wykorzystywanych przez spamerów do oszukania odbiorców wiadomości e-mail jest tzw. spoofing, czyli podszywanie się pod istniejącą firmę. F-Secure Labs przedstawia listę największych firm, pod które w pierwszej połowie 2017 r. podszywali się spamerzy.

Obecność na liście gigantów takich jak Apple, Amazon i Microsoft pokazuje, że im większa organizacja, tym bardziej atrakcyjna jest jej marka do wykorzystania jako przynęta w spamie. – Bardzo wielu ludzi ma kontakty z tymi firmami, co sprawia, że najłatwiej można się pod nie podszyć – mówi Sean Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa w firmie F-Secure.

Oprócz dużych firm technologicznych cyberprzestępcy najczęściej podszywają się pod przedsiębiorstwa z branży randek internetowych (match.com) i sektora finansowego (PayPal). Wysoko na liście plasują się także firmy kurierskie, takie jak USPS (United States Postal Service) i FedEx – w ich przypadku za przynętę służą informacje o przesyłkach.

Jeśli chodzi o spam, techniki inżynierii społecznej są prostsze niż w przeszłości – mówi Sullivan.  – Handel elektroniczny stał się na tyle powszechny, że wystarczy zdanie ‘Twoje zamówienie nie zostało dostarczone’. Nic więcej nie trzeba robić. Ilość spamu krążącego w Internecie sprawia, że jest duża szansa, że jego część trafi do osób, które rzeczywiście czekają na przesyłkę. A taka zbieżność jest w stanie zwieść nawet najbardziej świadomych odbiorców”.

W Niemczech cyberprzestępcy chętnie podszywają się pod marki Giropay i Ebay, a w krajach skandynawskich pod Nordea Bank i IKEA.

Fałszywe wiadomości e-mail zawierają w załącznikach ransomware i inne szkodliwe oprogramowanie jak np. trojany bankowe czy też keyloggery. Programy te pozornie oferują sprzedaż autentycznych produktów, jednak w rzeczywistości ich celem jest gromadzenie danych kart kredytowych i danych osobowych. Mogą one przybierać formę fałszywych wiadomości e-mail zaprojektowanych z myślą o kradzieży danych uwierzytelniających do kont bankowych.

W przeszłości najpopularniejsze narzędzie ataków stanowiły zestawy eksploitów wykorzystujące luki w zabezpieczeniach przeglądarek i systemów użytkowników. Jednak poprawki i łaty do oprogramowania zaczęły się pojawiać bardziej regularnie, a ataki typu zero-day stały się rzadkością.

Cyberprzestępcy dostosowali się więc do nowych warunków, przez co wzrosła liczba wiadomości e-mail ze szkodliwym oprogramowaniem.

Zdaniem Seana Sullivana ilość spamu wykorzystywanego do dokonywania ataków nie zmniejsza się. W związku z tym zaleca administratorom systemów informatycznych następujące sposoby zapobiegania infekcjom z użyciem spamu:

  • Warto rozważyć zablokowanie plików zip na bramie sieciowej albo zastosowanie polityki grupowej i oznaczenie takich plików jako niebezpiecznych. Dzięki usługom przetwarzania w  chmurze użytkownicy mogą bezpiecznie pobierać duże dokumenty.
  • Uniemożliwienie skryptom JScript wykonywania czegokolwiek na komputerze użytkownika.
  • Wyłączenie skryptów makro w plikach Office otrzymywanych pocztą elektroniczną.

Lista firm, pod które najczęściej podszywali się cyberprzestępcy w pierwszym półroczu 2017 roku

  1. USPS
  2. Amazon
  3. FedEx
  4. Apple
  5. PayPal
  6. Walgreens
  7. Microsoft
  8. Eharmony
  9. Lyft
  10. Facebook
  11. Bank of America
  12. com

Złoty koryguje wtorkową przecenę, perspektywy wciąż słabe

W środę złoty skorygował swoją wtorkową przecenę, gdy główne waluty podrożały po 3-4 grosze. Perspektywy wciąż jednak pozostają słabe. Dlatego początek wakacji powinien upłynąć pod znakiem droższego euro, dolara i szwajcarskiego franka.

Środa na krajowym rynku walutowym upłynęła pod znakiem niewielkiego umocnienia złotego. Było to odreagowanie jego wczorajszej wyprzedaży, gdy główne waluty podrożały o 3-4 grosze, w efekcie czego kursy euro i szwajcarskiego franka były najwyższe od kwietnia, a notowania dolara wróciły do poziomów z pierwszej połowy maja. Za tym odreagowaniem stała poprawa nastrojów na rynkach globalnych, po tym jak dzień wcześniej realizacja zysków na Wall Street, najniższe od 7. miesięcy ceny ropy, spadek notowań EUR/USD, a także obawy o przyszłe konsekwencje trwającego procesu zaostrzania polityki monetarnej w USA, stały się impulsem do wyprzedaży złotego i innych walut regionu (m.in. węgierskiego forinta).

Dziś o godzinie 16:51 za euro trzeba było zapłacić 4,2440 zł, za franka 3,9070 zł, a za dolara 3,8085 zł. Od dołków, które w 2. pierwszych przypadkach wypadły jeszcze w maju, a w ostatnim na początku czerwca, euro podrożało o 9 groszy, a frank i dolar o 11 groszy. We wszystkich 3. przypadkach potencjał korekcyjny jeszcze nie został wyczerpany, a realizacja zysków może przedłużyć się na okres wakacji.

Płynąca z wykresów sugestia kontynuacji osłabienia złotego w kolejnych tygodniach znajduje też uzasadnienie na gruncie analizy fundamentalnej. Już od pewnego czasu wszystkie pozytywne wieści, zarówno te z polskiej gospodarki, jak i z rynków globalnych, są już zawarte w cenach. Jednocześnie brakuje nowego paliwa do aprecjacji złotego, a na horyzoncie ujawniają się ryzyka wspierające decyzje o jego wyprzedaży (polityka Fed, zachowanie surowców, niepokojące sygnały z chińskiej gospodarki). Stąd też kontynuacja wzrostów wydaje się oczywista. Pierwszym celem dla euro jest poziom 4,25 zł. Jednak dopiero okolice 4,28 zł stanowią silny opór. Frank może podrożeć do 3,93-3,95 zł. Notowania dolara zaś powinny przetestować okolice 3,84 zł, z możliwością późniejszego ataku na poziom 3,90 zł.

W czwartek złoty pozostanie pod głównym wpływem rynków globalnych, reagując przede wszystkim na zmieniające się nastroje na światowych giełdach oraz zachowanie dolara. Drugoplanową rolę będą ogrywać publikowane tego dnia dane makroekonomiczne z USA (zasiłki dla bezrobotnych, indeks LEI, indeks FHFA). Całkowicie zaś zostaną zignorowane dane o koniunkturze konsumenckiej w Polsce oraz protokół z czerwcowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej. Ten ostatni bowiem niczego nowego nie wniesie, stąd też aktualne pozostaną rynkowe oczekiwania na pierwszą podwyżkę stop procentowych w Polsce w III kwartale 2018 roku, z możliwością przesunięcia tych oczekiwań na początek 2019 roku.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs