Startup z Warszawy stworzył system ostrzegający przed zawaleniem dachu. Wynalazek ma szansę podbić zagraniczne rynki

Startup z Warszawy stworzył system ostrzegający przed zawaleniem dachu. Wynalazek ma szansę podbić zagraniczne rynki 1

Firma Sense stworzyła sieć bezprzewodowych sensorów S-One, która jest w stanie zadbać o bezpieczeństwo niemal każdej konstrukcji dachowej. System informuje o potrzebie sprawdzenia, odśnieżenia dachu lub innym zagrożeniu dla konstrukcji obiektu dzięki stałej, zautomatyzowanej obserwacji konstrukcji. Patent stał się  już obiektem zainteresowania wielu inwestorów z zagranicy. 

Dość niedawno, bo jesienią 2016 roku, zawalił się salon samochodowy w Lublinie, przy czym problemem okazał się nie śnieg, ale spiętrzona na dachu woda. Choć w naszym kraju nadal najmocniej pamięta się katastrofę w Katowicach z 2006 roku, kiedy wskutek zawalenia się hali zginęło aż 65 osób, a 170 zostało rannych, to właśnie lubelskie wydarzenie jest przykładem jednego z zaskakująco wielu tego typu incydentów, które zdarzyły się w Polsce i na świecie w ostatnim czasie. Statystyki katastrof budowlanych wskazują, że najwięcej budynków ulega zniszczeniu właśnie podczas niewłaściwej eksploatacji. Czy w XXI wieku można zapobiegać siłom natury?

– Oczywiście, można  przeciwdziałać na różne sposoby, na przykład instalując specjalne sensory w budynku lub na zewnątrz: tensometry, specjalne maty na dachu mierzące wagę śniegu lub inne rozwiązania oparte na laserach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Przemysław Gałązka, współzałożyciel firmy Sense.

Według eksperta nie tylko starsze budowle są zagrożone, lecz także całkiem nowe budynki ulegają zniszczeniu z prozaicznych powodów: zatkany wpust na dachu, nasiąknięta warstwa izolacji czy zalegający zlodowaciały śnieg. Instalacja odpowiedniego systemu jest inwestycją na wagę złota – ochroni nie tylko konstrukcję budynku, towar lub linie technologiczne, lecz także ludzkie życie. I właśnie w takim przypadku dobrze się sprawdzi opatentowany system bezpieczeństwa firmy Sense.

– Zaletą naszego rozwiązania jest sieć rozproszonych sensorów, które na bieżąco analizują stan konstrukcji, zapewniając jej należyte bezpieczeństwo. Sensory mierzą ugięcia dachu od różnego rodzaju obciążeń – od śniegu, od gradu, od wody, a nawet od piasku. Nasze rozwiązanie przede wszystkim odpowiada na pytanie: co się dzieje z konstrukcją? – wyjaśnia Przemysław Gałązka.

Zaletami systemu opracowanego przez polską firmę są łatwa instalacja i wygoda użytkowania, niezależnie od wieku konstrukcji czy rodzaju budowli, w jakiej jest wykorzystywany.

– Wynikiem kilkuletniej pracy zespołu inżynierów z branży konstrukcyjnej, geodezyjnej oraz IT jest unikalna na skalę światową metoda pomiaru ugięć pionowych. Opatentowany układ pomiarowy pracuje wysoko w płaszczyźnie dachu, dzięki czemu nie ma możliwości jej przerwania np. przez ruch ludzi w budynku. Wyniki pomiarów są przesyłane bezprzewodowo i analizowane w chmurze, użytkownik natomiast otrzymuje czytelną aplikację webową do inteligentnego zarządzania budynkiem. System automatycznie powiadamia o zagrożeniach drogą e-mail lub SMS, co pozwala znacznie ograniczyć wydatki na utrzymanie – mówi Przemysław Gałązka.

Firma Sense ubiega się obecnie o uzyskanie międzynarodowego patentu chroniącego jej rozwiązanie. Po analizie stanu techniki na całym świecie przeprowadzonej przez Urząd Patentowy okazało się, że nie ma na świecie wynalazków, które mają podobne cechy. Dlatego droga do uzyskania patentu wydaje się otwarta. Tym samym twórcy start-upu myślą już poważnie o wejściu na globalny rynek, bo – jak się okazuje – potencjał ku temu jest duży.

– Dla nas właśnie ten patent jest kluczowy, dlatego że ze zwykłej firmy, która chciała rozwiązać problem w zakresie bezpieczeństwa konstrukcji, staliśmy się ciekawym start-upem o potencjale globalnym. Zaczęliśmy rozmawiać z różnymi ludźmi, z inwestorami, z innymi start-upami, dostrzegliśmy potencjał nie tylko w Polsce, lecz także za granicą. Bardzo intensywnie myślimy o rynkach wschodnich, już znaleźliśmy tam poważnych partnerów branżowych. Oczywiście naszym nadrzędnym celem są Stany Zjednoczone – podsumowuje Przemysław Gałązka.

Rośnie popularność e-sportu. Rozgrywkami coraz częściej interesują się największe globalne koncerny, które napędzają wzrost branży

Rośnie popularność e-sportu. Rozgrywkami coraz częściej interesują się największe globalne koncerny, które napędzają wzrost branży 2

Rynek gier komputerowych dynamicznie rośnie. Tylko w Polsce jego wartość szacuje się na 40 mln zł, a tempo wzrostu sięga 20 proc. Do 2020 roku globalna wartość e-sportu, na którą składają się prawa do transmisji, wpływy z biletów i sponsoring, może przekroczyć 1,5 mld dol. Rosnąca popularność rozgrywek sprawia, że interesują się nimi największe koncerny, nie tylko te związane z branżą gier. To będzie jeszcze bardziej napędzać rozwój rynku.

 Obecnie szacuje się, że rynek e-sportowy w Polsce wart jest 40 mln zł. Na świecie do 2020 roku będzie to już 1,5 mld dol. Na to składają się wpływy ze sprzedaży biletów, pula nagród, kontrakty na transmisje telewizyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Kostrzębski, PR manager w ESL Polska, platformie dla sportów elektronicznych.

Z danych PayPal i SuperData wynika, że w tym roku przychody z e-sportu w Polsce mogą wzrosnąć do 12 mln dol., a w 2018 – do 13,5 mln dol. Zawodowe rozgrywki przyciągają ok. 550 tys. widzów, ale do 2018 roku liczba ta ma się podwoić. Mistrzostwa w grach komputerowych ogląda blisko 256 mln osób na całym świecie, a w Europie e-sport zapewnia rozrywkę 23 mln widzów.

– Według naszych wskazań rynek rośnie średnio o 20 proc. rocznie. Niewątpliwie rozwój e-sportu nie jest zagrożony – ocenia ekspert.

E-sport może stać się w ciągu kilku lat konkurencją dla najpopularniejszych tradycyjnych sportów. Coraz częściej zawody transmitują telewizje. Pod koniec ubiegłego roku BAMTech kupiła prawa do e-sportowych transmisji League of Legends do 2023 roku, a wartość transakcji wyniosła co najmniej 300 mln dol. W lutym tego roku transmisję e-sportowej wersji meczu piłki nożnej po raz pierwszy pokazała też Telewizja Polska. Spotkanie obejrzało ok. 50 tys. osób. Jeszcze kilka lat temu rynek praktycznie nie istniał, dziś jego wartość globalną ocenia się na blisko 500 mln dol,

– Na wartość rynku składa się kilka elementów – przede wszystkim prawa do transmisji, wpływy z biletów, sponsoring i finansowanie typu joint venture – mówi Kostrzębski.

Rosnące zainteresowanie ze strony graczy i widzów sprawia, że w stronę e-sportu zwracają się także coraz częściej największe koncerny, niekoniecznie związane z sektorem gier czy elektroniką.

– Widać coraz większe zainteresowanie olbrzymich graczy na rynku, to np. Coca-Cola, MasterCard, Red Bull, a jest to dopiero początek – przekonuje Kostrzębski. – Zainteresowanie tych największych firm i koncernów mediowych sprawia, że rynek będzie rósł.

Zarząd Energi zarekomendował wypłatę dywidendy

Zarząd Energa SA zarekomendował Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 0,19 zł za akcję, czyli 10 proc. zysku netto za 2016 rok.

Propozycja wypłaty dywidendy jest wynikiem analizy sytuacji finansowej Energi, obserwacji zmieniającego się otoczenia rynkowo-regulacyjnego oraz uwzględnia bieżące i planowane inwestycje Grupy. W ocenie Energi, jej realizacja nie wpłynie negatywnie na sytuację finansowo-płynnościową Grupy, ani na możliwość realizacji jej bieżących planów inwestycyjnych oraz strategii rozwoju.

Zysk netto Energi za 2016 rok wyniósł 783 542 643,96 zł. Zarząd Energa SA rekomenduje, aby na wypłatę dywidendy dla akcjonariuszy przeznaczyć 10 proc. zysku, czyli 78 672 751,66 zł, natomiast pozostałe 90 proc. zysku, czyli 704 869 892,30 zł przeznaczyć na kapitał zapasowy.

Energa, zgodnie z art. 396 § 1 Kodeksu spółek handlowych, jest zobowiązana do tworzenia kapitału zapasowego i przeznaczenia na niego co najmniej 8% zysku za dany rok obrotowy, dopóki nie osiągnie on jednej trzeciej kapitału zakładowego (w przypadku Energi jest to kwota 1 507 204 294,96 zł). Według stanu na dzień 31 grudnia 2016 roku, wynosi on 728 047 318,80 zł, tj. 16,1% kapitału zakładowego, zaś po uwzględnieniu proponowanego podziału zysku, osiągnie poziom 1 432 917 211,10 zł, tj. 31,7% kapitału zakładowego (tj. 95,1% wymaganej kwoty).

Polska firma wprowadziła „szczepionkę” chroniącą przed atakami cybernetycznymi typu ransomware. Hakerzy wyłudzili już ponad miliard dolarów w zamian za odblokowanie komputerów i dostępu do danych

Polska firma wprowadziła „szczepionkę” chroniącą przed atakami cybernetycznymi typu ransomware. Hakerzy wyłudzili już ponad miliard dolarów w zamian za odblokowanie komputerów i dostępu do danych 3

Blisko 70 proc. menadżerów największych firm ocenia, że wykorzystywane w ich firmach środki bezpieczeństwa nie są odpowiednie. Jednocześnie rośnie liczba ataków hakerskich, które wykorzystują oprogramowanie typu ransomware – w 2016 roku aż o 748 proc. Firma Connect Distribution wprowadziła jednak „szczepionkę” – nowe rozwiązanie skutecznie zwiększające ochronę przed tego typu zagrożeniami.

Coraz większą część wydatków w firmach stanowi ochrona przed cyberatakami, choć jak udowadniają to wyniki GE Global Innovation Barometer 2016, główną motywacją do inwestowania w infrastrukturę IT pozostaje nadal potrzeba przeprowadzania wydajnych analiz big data i budowy biznesu napędzanego danymi. Jednak to właśnie rosnąca lawinowo liczba różnorodnych zagrożeń sieciowych skupia teraz na sobie uwagę przedsiębiorstw, tym bardziej że ataki mają zróżnicowane formy.

– Jako pierwsza firma w Polsce i w regionie wprowadzamy oprogramowanie antyphishingowe, które stawia na naukę użytkowników, aby sami potrafili się bronić przed tego typu atakami – opowiada w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Sławomir Karpiński, wiceprezes zarządu Connect Distribution.

Oprogramowanie PhishMe Simulator stawia na edukację, zamiast polegać wyłącznie na technicznych metodach blokujących przenikanie do sieci e-maili z niebezpieczną treścią.

W rekordowym tempie narasta też, niestety, liczba ataków typu ransomware, czego przykładem był słynny WannaCry, który w maju 2017 roku zaatakował ok. 200 tys. urządzeń w 150 krajach. Tylko w 2016 roku liczba nowych rodzajów ataków z wykorzystaniem oprogramowania ransomware, które blokuje dostęp do danych i umożliwia hakerom żądanie okupu w zamian za przywrócenie do nich dostępu, wzrosła o 748 proc. Przestępcy wyłudzili w ten sposób ponad 1 mld dol.

– W kwietniu nasz dostawca, firma SonicWall, wprowadził nowatorską technologię przeciwko działaniom ransomware, podczas których atakowane są zasoby firmowe, szyfrowane są dyski, a hakerzy żądają horrendalnych opłat za ich odszyfrowanie. Mamy już potwierdzenie, że szczepionka SonicWall ustrzegła klientów przed atakiem WannaCry, jaki miał miejsce w ostatnim tygodniu. Tego typu innowacje są na porządku dziennym, staramy się być wspólnie z naszymi dostawcami na bieżąco z trendami, które pojawiają się na rynku – podkreśla Sławomir Karpiński.

Nie tylko dzięki innowacjom związanym z bezpieczeństwem polski rynek IT może w tym roku osiągnąć wartość blisko 36 mld zł, przy czym jego wartość rośnie co roku o kilka procent. W dużej mierze to efekt ewolucji potrzeb rynkowych, a coraz więcej polskich firm skupia się na eksporcie technologii, usług i produktów. Jak wskazuje ekspert, jeszcze kilka lat temu rodzime przedsiębiorstwa stawiały na mniejsze systemy, ale obecnie to się zmienia.

– Widzimy rozwój aplikacji mobilnych, aplikacji do zarządzania systemami, ale również aplikacji z dziedzin bezpieczeństwa. Istnieją firmy, które produkują już najwyższej klasy oprogramowanie dla dużych korporacji, czego wcześniej nie było. Polski rynek bardzo mocno się rozwinął w ostatnich latach. Widzimy duży przyrost firm informatycznych stricte polskich i rozwiązań tworzonych w Polsce. Działamy w segmencie firm zagranicznych, ale widzimy coraz więcej polskich firm, które oferują rozwiązania oprogramowania najwyższej klasy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Sławomir Karpiński, wiceprezes zarządu Connect Distribution.

Firmy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, jak istotne są rozwiązania IT, rosną więc wydatki na tego typu inwestycje. Ponad połowa ma konkretną wizję tego, w jaki sposób transformacja cyfrowa powinna zostać przeprowadzona, a 28 proc. z nich opracowaną strategię jej wdrożenia. Firmy inwestują w narzędzia umożliwiające zarządzanie dużymi zbiorami danych i ich analizę, chmurę obliczeniową oraz rozwiązania mobilne, które pozwalają poprawić model biznesowy. To potencjalni klienci Connect Distribution.

– Zajmujemy się dystrybucją oprogramowania niszowego, innowacyjnego, również na potrzeby polskich klientów. Wyróżnia nas to, że oferujemy naszym partnerom wsparcie techniczne, szkolenia, możliwość zapoznania się z rozwiązaniami, przeprowadzenie próbnych instalacji, tzw. proof of concept, tak by mogli się przekonać, że kupują to, czego rzeczywiście potrzebują – wskazuje Karpiński.

Zdaniem eksperta głównym kierunkiem rozwoju oprogramowania w najbliższych latach będą rozwiązania chmurowe. Obecnie 16 proc. z sektora IT przedsiębiorstw trafia na aplikacje i usługi świadczone w chmurze. Badania Bain & Company wskazują, że choć jeszcze w 2011 roku ostrożni klienci mieli w chmurze mniej niż 1 proc. swojego oprogramowania, to w 2015 roku było to już 16 proc. Do 2018 roku może to być już 30 proc.

– Coraz częściej wdrażane są rozwiązania chmurowe oparte na data center oddalonym od siedziby firmy. Głównym kierunkiem rozwoju są chmura, urządzenia mobilne, aplikacje mobilne oparte na chmurowych w data center oddalonym od centrum – wymienia ekspert.

Connect Distribution otwiera się na rynki poza Polską, przede wszystkim w Europie Środkowo-Wschodniej. Niedawno zostało uruchomione pierwsze przedstawicielstwo w Słowenii, następne mają być Węgry, Czechy oraz Słowacja.

– Dotychczas rozwijaliśmy się organicznie, niemniej rozważamy też różne inne ścieżki rozwoju firmy: od aliansu z jednym z dużych dostawców informatycznych jako inwestorem strategicznym po możliwość debiutu na parkiecie alternatywnym typu NewConnect. Niemniej jest to kwestia przyszłości, a dalsze decyzje uzależnimy od sytuacji firmy i perspektyw rynku IT w Polsce i naszym regionie – zapowiada Sławomir Karpiński.

Chiński biznes coraz sprawniej rozpoznaje polski rynek. Nasi przedsiębiorcy powinni wykorzystać ten moment

Chińczycy wydają się dość trudnymi partnerami w interesach. Polacy narzekają, że rozmowy z nimi przebiegają zbyt wolno. Dużo szybciej realizują projekty z Japończykami czy Koreańczykami. Ale ten ogromny kapitał może przynieść nieporównywalnie większe zyski tym, którzy zgłębią oczekiwania inwestorów z Państwa Środka.

Jak podkreśla Mariusz Sperczyński, szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai, Chińczycy zaledwie kilka lat temu dostali pozwolenie od swoich władz na prowadzenie zagranicznych inwestycji. W związku z tym, ekspansja gospodarcza na obce rynki jest dla nich zupełnie nowym doświadczeniem. Polskie firmy muszą pamiętać o tym, że pokazują im, jak wygląda w praktyce prowadzenie interesów w Europie. Podczas swoich pierwszych wizyt gospodarczych na Starym Kontynencie przedsiębiorcy Państwa Środka potrzebują od nas wsparcia. Zdaniem eksperta, jeśli to odpowiednio zrozumiemy, będziemy mogli odnieść duże korzyści we współpracy z nimi.

– Polacy bardzo często narzekają na to, że negocjacje z biznesmenami z Państwa Środka są dla nich trudne. Wynika to oczywiście z różnic kulturowych, ale także z braku przygotowania obu stron do spotkań i rozmów. Propozycje naszych przedsiębiorców często są niedostosowane do chińskiego rynku. Stanowią kopię rozwiązań zastosowanych wcześniej w Europie. Jednak podstawą rozpoczęcia współpracy z Chińczykami jest przygotowanie dla nich dobrej oferty, tzn. dostosowanej do ich gustów i potrzeb. Oni zaś nie zawsze wiedzą, co dokładnie ma do zaoferowania nasz biznes – mówi Bartosz Michalak, prezes Polsko-Chińskiego Forum Współpracy.

Ekspert z Inicjatywy 51GoShanghai wyjaśnia, że Chińczycy, podczas swoich krótkich wizyt na Starym Kontynencie, bardzo dużo się uczą oraz obserwują. Na początku trudno im zrozumieć różnice pomiędzy gospodarką europejską a chińską. Nie do końca orientują się w tym, co nasze przedsiębiorstwa mają im do zaoferowania. Na swoim terenie Polacy powinni im wszystko spokojnie, krok po kroku, dokładnie wyjaśnić. W momencie, gdy ogólna interpretacja biznesu stanie się zrozumiała dla Chińczyków, rozmowy z nimi staną się znacznie łatwiejsze.

– Chińczycy do tej pory inwestowali głównie w firmy z Europy Zachodniej, tzn. niemieckie, francuskie, brytyjskie czy włoskie. Zeszłoroczna wizyta prezydenta Chin, Xi Jinpinga, w Polsce była znakiem tego, że przedsiębiorcy z Państwa Środka chcą z nami aktywnie współpracować. Postrzegają nasz kraj jako lidera Europy Środkowo-Wschodniej. Na razie rzeczywiście nie ma jeszcze wielu wymiernych i zauważalnych korzyści biznesowych wynikających bezpośrednio z tamtej wizyty. Jednak, Polacy zdecydowanie powinni wykorzystać ten moment na poszukiwanie partnerów po stronie chińskiej – przekonuje Bartosz Michalak.

Natomiast, Mariusz Sperczyński zwraca uwagę na to, że Chińczycy są bardzo zdolnym i nastawionym na sukces narodem. Ponadto, zostali zobligowani przez swój rząd do przejmowania perspektywicznych przedsiębiorstw w Europie. W Azji Środkowej i w Afryce czynią to systematycznie już od kilku lat. Celem tych działań jest zapewnienie kanału wzrostu chińskiej dominacji gospodarczej w świecie. Dlatego, ekspert przewiduje, że maksymalnie w ciągu 10 lat obywatele Państwa Środka staną się równie atrakcyjnymi partnerami w biznesie, co obecne pokolenie koreańskich czy japońskich przedsiębiorców. Będą już mieli bagaż własnych doświadczeń. Zaczną podejmować szybkie i konkretne decyzje. Dorównają intensywnością i skutecznością inwestycji innym krajom z Azji.

– W zeszłym roku Chińczycy kupili polską firmę, zajmującą się segregacją odpadów. Była to jedna z największych azjatyckich inwestycji w naszym kraju. Niedawno rozpoczęła się też u nas budowa chińskiego zakładu produkującego oświetlenie LED. To pokazuje, że przedsiębiorcy z Chin są coraz bardziej zainteresowani naszym krajem. Wspomniane projekty stanowią pewną referencję. To znaczy, dzięki nim w Państwie Środka mówi się o zaletach Polski jako kraju najlepiej rozwijającego się w Unii Europejskiej. Chińczycy uważają, że można u nas dobrze zarobić. Widzą bowiem, iż nasza gospodarka rośnie z roku na rok. To nas wyróżnia na tle innych krajów UE – zauważa Bartosz Michalak.

Tymczasem Mariusz Sperczyński przypomina, że polscy przedsiębiorcy muszą stale i dokładnie badać chiński rynek. Prowadzenie tam swoich interesów wymaga nie tylko działań organizacyjnych, związanych z wysyłaniem produktów, ale także budowania relacji z miejscową społecznością. Europejczycy często o tym zapominają. Jednak, myśląc o rozwoju własnej działalności w Państwie Środka, należy zatrudnić tam lokalnych specjalistów, mających szerokie znajomości w swojej branży. Warto rekrutować ich we współpracy z zaufanymi partnerami HR, którzy świadczą swoje usługi na miejscu. Z kolei, w poszukiwaniu sprawdzonych agencji doradztwa personalnego mogą nam pomóc Zagraniczne Biura Handlowe, które działają w Chinach.

– Rozważając ekspansję na rynek chiński, polskie firmy powinny przede wszystkim zbadać potrzeby wybranych prowincji lub obszarów autonomicznych. Każdy z tych regionów charakteryzuje się odmienną specyfiką. Wynika ona z danej lokalizacji, przyzwyczajeń klientów, a także sposobów prowadzenia biznesu. Najpierw należy sprawdzić, czy nasz produkt jest odpowiedni na wybranym obszarze. Ewentualnie, można go zmodyfikować, na postawie przeprowadzonej analizy. Ta inwestycja pozwoli nam zaoszczędzić wielu kłopotów i rozczarowań. A trzeba podkreślić, że dotykają one wiele firm, wchodzących na rynek bez odpowiedniego przygotowania. Kolejny etap obejmuje już certyfikację i znalezienie lokalnego partnera, odpowiedzialnego za dystrybucję i marketing – podsumowuje Bartosz Michalak.

Cyberataki terrorystyczne to tylko kwestia czasu. Narażone są szczególnie sektor energetyczny, finansowy i administracja

Cyberataki terrorystyczne to tylko kwestia czasu. Narażone są szczególnie sektor energetyczny, finansowy i administracja 4

Rośnie ryzyko cyberataków terrorystycznych. Eksperci przestrzegają, że ich wystąpienie to tylko kwestia czasu. Mimo że infrastruktura krytyczna w Polsce jest solidnie zabezpieczona, to skutki ewentualnego ataku mogą być bardzo dotkliwe. Szczególnie narażone są sektor finansowy, administracja publiczna, sieci energetyczne oraz firmy wysokiej technologii.

– Cyberterroryzm dotyczy Polski w takim samym stopniu jak innych krajów. To realne ryzyko, które jeszcze się nie zmaterializowało, ale musimy się z tym liczyć. Dotyczy to także polskiej infrastruktury krytycznej, na szczęście jest ona jednak dobrze zabezpieczona. Cyberterroryzm, jeśli się zmaterializuje, będzie naprawdę dotkliwy. Będzie to też precedens, ponieważ cyberataków terrorystycznych dotychczas nie było, ale jest to jedynie kwestia czasu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Tasiemski, wiceprezes Rapid Detection Center w F-Secure.

Na celowniku cyberterrorystów mogą się znaleźć takie obiekty jak lotniska czy duże elektrownie. Według ekspertów cyberzagrożenia będą się stawały stopniowo bardziej groźne niż terroryzm w tradycyjnym rozumieniu tego słowa.

Ostatnie miesiące pokazały, że cyberprzestępcy atakują coraz śmielej nie tylko firmy, lecz także rządy i jednostki administracji. Wykorzystują do tego luki w zabezpieczeniach, nieostrożność pracowników i inne środki, dzięki którym złośliwe oprogramowanie w klasycznym wydaniu odchodzi do lamusa.

– Narażeni są wszyscy, ale przede wszystkim sektor finansowy, administracja publiczna, bo to one przechowują bardzo ważne dane, oraz firmy wysokich technologii, które mają własności intelektualne i projekty, które są wartościowe dla złodziei – mówi Tasiemski.

Badania przeprowadzane przez firmę F-Secure między październikiem 2016 a marcem 2017 roku wskazują, że dziennie dochodzi w Polsce do około 100 tysięcy cyberataków. Najczęstsze ataki to reckon (skanowanie urządzeń i wykrywanie niezabezpieczonych urządzeń), tworzenie botnetów (grupa komputerów zainfekowanych przez szkodliwe programy, które umożliwiają zdalne kontrolowanie komputera) oraz próby infekcji złośliwym oprogramowaniem, przede wszystkim ransomware i adware.

– Z jednej strony możemy się zabezpieczyć poprzez testy penetracyjne, czyli zanim nastąpi atak, zasymulować go i zobaczyć, w jaki sposób organizacja jest przygotowana. Jeśli atak już nastąpi, potrzebna jest pomoc przy analizie powłamaniowej i tzw. incident response, czyli pomoc w zarządzaniu tą sytuacją. Profesjonaliści pomogą klientowi wrócić do stanu operacyjnego, wyczyszczą system z resztek włamania i upewnią się, że używając tego samego wektora, nie dojdzie do ponownego włamania – tłumaczy Tasiemski.

Z wyliczeń Deloitte wynika, że w jednej organizacji jest ok. 150–200 potencjalnych miejsc, które mogą zostać wykorzystane do ataku. Cyberwłamania do firmowych serwerów mogą się okazać bardzo kosztowne. Według badania „Cost of Data Breach Study” z 2016 roku w Stanach Zjednoczonych, na które powołuje się Check Point, pojedynczy koszt wycieku danych z sieci korporacyjnej wynosi 4 mln dol. (wzrost o 5 proc. w stosunku do 2015 roku). Badanie Ponemon Institute dowiodło zaś, że koszt jednorazowego ataku typu malware na jedno urządzenie mobile kosztuje średnio 9,5 tys. dol. Jak jednak przekonuje ekspert, części ataków firmy mogą skutecznie zapobiegać we własnym zakresie. Źródłem cyberataków bardzo często są sami pracownicy.

– Cyberbezpieczeństwo powinno wrosnąć w kulturę organizacyjną, od recepcji po zarząd. To nie tylko domena IT. Powinny być także wdrożone działania mające zachować higienę internetową i zachęcające ludzi do aktywnego raportowania podejrzanych sytuacji. Dość często widzimy, że pracownicy zdają sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, ale obawiają się, że to była ich wina i boją się konsekwencji. Dochodzi więc do incydentu, który przez dłuższy okres pozostaje niezauważony i następuje jego eskalacja – podkreśla Leszek Tasiemski.

Przybędzie kolejny milion drzew. Każdy może posadzić drzewo przez internet lub osobiście odebrać sadzonkę

Przybędzie kolejny milion drzew. Każdy może posadzić drzewo przez internet lub osobiście odebrać sadzonkę 5

Rośnie świadomość Polaków dotycząca ochrony środowiska i zaangażowania w proekologiczne akcje społeczne. W tegorocznej, dziewiątej edycji programu „Po stronie natury” posadzony zostanie milion drzew, by z myślą o obecnych i przyszłych pokoleniach chronić naturalne zasoby wodne. Do działań na rzecz natury zachęca ambasadorka programu Martyna Wojciechowska i dzieci, dla których te działania mają szczególne znaczenie.  

– Natura nie jest nam dana raz na zawsze, musimy o nią dbać, bo to od nas zależy, jaki świat zostawimy naszym dzieciom. To właśnie one motywują nas do tego, by działać na rzecz ochrony naturalnych zasobów wody. Dlatego od 9 lat realizujemy program „Po stronie natury”. Pragniemy zapewnić im świat przyrody co najmniej tak bogaty jak ten, w jakim szczęście mamy żyć my. Troska o zdrowie naszych dzieci i przyszłych pokoleń jest motywacją dla nas, dorosłych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Inga Songin, dyrektor marketingu i PR Żywiec Zdrój.

Zainicjowany przez markę program  „Po stronie natury” odbywa się w tym roku po raz dziewiąty. Celem ogólnopolskiej akcji jest nie tylko kształtowanie świadomości społecznej, dotyczącej ochrony środowiska naturalnego, lecz także wspieranie inicjatyw proekologicznych i sadzenie drzew, które przyczyniają się do ochrony zasobów wodnych. Dotychczas w ramach akcji posadzonych zostało ponad 5 mln w Beskidach.

– W tym roku mamy ambitny cel i planujemy zasadzić kolejny milion drzew. Odnowiliśmy też ponad tysiąc kilometrów górskich szlaków, żeby turyści mogli z nich odpowiedzialnie i bezpiecznie korzystać. Ponadto wspieramy inicjatywy społeczne i zachęcamy ludzi, żeby realizowali własne projekty wspierające środowisko naturalne. Do tej pory sfinansowaliśmy 115 takich inicjatyw – mówi Inga Songin.

Program realizowany jest przez Żywiec Zdrój wspólnie z Lasami Państwowymi, Towarzystwem Turystyczno-Krajoznawczym oraz Fundacją Arka. Jego ambasadorką jest Martyna Wojciechowska, znana podróżniczka, dziennikarka i pisarka. Organizatorzy zaznaczają, że ważnym elementem kampanii jest edukowanie Polaków i wskazywanie roli, jaką drzewa spełniają w przyrodzie oraz ochronie zasobów wodnych.

– Chcemy budować w społeczeństwie świadomość tego, że każde drzewo jest ważne dla czystości powietrza i zasobów wodnych, bo to właśnie one umożliwiają magazynowanie wody w glebie, która następnie jest naturalnie filtrowana. Poprzez zakup butelki wody można się włączyć do akcji i wspólnie z nami sadzić drzewa – mówi Inga Songin.

Program „Po stronie natury” odniósł duży sukces społeczny już w ubiegłych latach, a liczba Polaków zaangażowanych w akcję stale rośnie.

– Liczba uczestników rośnie ze względu na dwa czynniki. Po pierwsze, poświęcamy tej akcji coraz więcej uwagi i środków, starając się dotrzeć z nią do możliwie szerokiego grona. Po drugie, świadomość ekologiczna rośnie i coraz więcej ludzi chce się angażować w takie działania – mówi Inga Songin.

Dyrektor marketingu i PR marki Żywiec Zdrój zauważa, że poza aspektem społecznym działania na rzecz środowiska budują też pozytywny wizerunek i reputację marki, co przekłada się na działalność biznesową. Ponadto prowadzona od dziewięciu lat kampania mocno wpisuje się w strategię i misję marki Żywiec Zdrój.

– Ta misja opiera się na naszym dążeniu do tego, aby Polacy pili zdrowiej, dbając o naturę, bo to z niej przecież czerpiemy wodę. Jej zasoby nie są wieczne, dlatego trzeba podejmować takie działania, żeby przyszłe pokolenia również mogły z nich korzystać. Program „Po stronie natury” jest wpisany w działania i misję naszej marki już od dawna – podkreśla Inga Songin.

Każdy może zdecydować o posadzeniu drzewa, wpisując na stronie kampanii kod z etykiety wody Żywiec Zdrój, a w naszym imieniu to drzewo posadzą leśnicy w Beskidach. W ten sposób można się włączyć do ogólnopolskiej akcji sadzenia drzew i zadedykować drzewo bliskiej osobie. W całej Polsce w maju i czerwcu odbywają się wydarzenia specjalnie dotyczące ekologii, a milionowe drzewo zostanie zasadzone podczas wielkiego finału 11 czerwca w Warszawie.

Polscy pacjenci z cukrzycą typu 2 bardziej niż w innych krajach narażeni na groźne powikłania. Problemem jest ograniczony dostęp do nowoczesnych leków

Polscy pacjenci z cukrzycą typu 2 bardziej niż w innych krajach narażeni na groźne powikłania. Problemem jest ograniczony dostęp do nowoczesnych leków 6

W Polsce co roku wykonuje się blisko 15 tys. amputacji kończyny z powodu stopy cukrzycowej, 3,5 tysiąca diabetyków jest dializowanych z powodu niewydolności nerek. Powikłania te można ograniczyć poprzez stosowanie analogów insulin długo działających, do których polscy pacjenci z cukrzycą typu 2 mają ograniczony dostęp. Aby z nich skorzystać, muszą bowiem stosować insuliny NPH przez 6 miesięcy i przejść epizody groźnego dla zdrowia niedocukrzenia.

Cukrzyca to przewlekła choroba, której przyczyną jest upośledzenie wydzielania hormonu zwanego insuliną przez trzustkę. Prowadzi to do zaburzenia gospodarki węglowodanowej w organizmie, a w efekcie do niewydolności wielu narządów, m.in. oczu, nerek oraz układu sercowo-naczyniowego. Zachorowalność na cukrzycę rośnie z roku na rok. Według szacunków w Polsce choruje blisko 3 mln osób.

Około 550 tys. Polaków nie wie o chorobie. Co gorsze, kilka milionów Polaków ma tzw. zespół prediabetes, czyli wartości glikemii na czczo nie są jeszcze diagnozowane jako cukrzyca, ale są już powyżej normy. Te kilka milionów Polaków w ciągu roku może w 10 proc. przejść w jawną cukrzycę typu 2 – mówi dr Michał Sutkowski, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Wcześnie wykryta i prawidłowo leczona cukrzyca daje szansę na uniknięcie powikłań i prowadzenie niemalże normalnego życia. W Polsce powikłania cukrzycowe występują jednak niezwykle często – tylko z powodu niewydolności nerek rocznie dializowanych jest ponad 3,5 tys. chorych na cukrzycę.

– Jest dla nich mniej elementów refundowanych niż dla osób z cukrzycą typu 1 i są to rzeczy mniej zaawansowane technologiczne. Przede wszystkim nie mają dostępu, takiego jak powinien być, do długo działających analogów insulin oraz do leków inkretynowych czy flozyn – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Śliwińska, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Cukrzyca ilościowo to przede wszystkim typ 2. Na skutek działania pewnych czynników (m.in. otyłości czy małej aktywności fizycznej) w komórkach organizmu wytwarza się insulinooporność, co sprawia, że organizm potrzebuje jej znacznie więcej, by prowadzić prawidłową gospodarkę węglowodanową. W leczeniu cukrzycy typu 2 Polskie Towarzystwo Diabetologiczne zaleca stosowanie insulinoterapii w modelu skojarzonym z doustnymi lekami przeciwcukrzycowymi. Szczególne znaczenie w terapii mają analogii insulin długo działających, które imitują stałe wydzielanie insuliny przez trzustkę, co przyczynia się do utrzymania jej stężenia na odpowiednim poziomie przez wiele godzin. Polscy pacjenci mają jednak ograniczony dostęp do nowoczesnych terapii  insulinowych.

– Jest dostęp do insulin długo działających, ale pacjent musi przez pół roku walczyć z czymś takim jak niedocukrzenie nocne. Sytuacja, w której insulinę glargine możemy podać pacjentom dopiero po 6-miesięcznych mordęgach z niedocukrzeniem, wydaje mi się absurdalna i świetna do kabaretu, ale kiepska w życiu – mówi dr Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny, prezes Fundacji „Razem w Chorobie”.

Hipoglikemia, czyli niedocukrzenie, to stan, w którym poziom glukozy obniża się do mniej niż 70 mg/dl. Przez wiele lat w medycynie istniało przekonanie, że hipoglikemia jest nieodzownym elementem terapii insuliną. Liczne badania przeprowadzone na przestrzeni ostatnich 10 lat pokazały jednak, że nawet łagodne niedocukrzenie, często nieodczuwane, może mieć negatywne skutki, takie jak uszkodzenia układu krążenia i mózgu oraz przyspieszenie powstawania typowych powikłań cukrzycowych. Celem działania lekarzy jest więc obecnie niedopuszczenie do hipoglikemii, nawet kosztem wyższego poziomu cukru.

– Zasada refundacji analogów długo działających została wprowadzona kilka lat temu, wtedy, kiedy nie myśleliśmy tak krytycznie o niedocukrzeniach. Był pomysł, by spróbować tradycyjnych insulin, dopiero jak one nie działają, wtedy sięgnijmy po nowsze insuliny. Powoli ten sposób myślenia staje się przestarzały i rzeczywiście nie powinno być tak, że chory ma mieć niedocukrzenie po to, żeby dostał lepszy wariant leczenia – mówi Leszek Czupryniak, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Samodzielnego Publicznego Centralnego Szpitala Klinicznego w Warszawie.

Od kilku lat  dostępny jest  biopodobny analog insuliny długo działającej, który jest tańszy od oryginatora. Insulina glargine, zwana bezszczytową, utrzymuje stały poziom we krwi, nie dopuszcza więc do jego gwałtownego spadku tak jak powszechnie stosowane preparaty. W Polsce dostęp do insuliny glargine jest jednak mocno ograniczony, odwrotnie niż w większości krajów Unii Europejskiej.

– Bierze się to z prostego rachunku, tam nikt nic nie robi z serca, a prostego rachunku: mniej wydamy na optymalną opiekę nad chorym pacjentem na cukrzycę niż na leczenie konsekwencji powikłań – mówi dr Leszek Borkowski.

Pozytywnym aspektem leczenia cukrzycy w Polsce jest  podpisane w listopadzie 2016 roku porozumienie między Polskim Towarzystwem Diabetologicznym a Stowarzyszeniem Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce. Jego celem jest zacieśnienie współpracy między diabetologami a lekarzami rodzinnymi w zakresie profilaktyki i leczenia cukrzycy. Zdaniem ekspertów to lekarz rodzinny powinien być lekarzem prowadzącym dla większości pacjentów cierpiących na cukrzycę. Lekarz ten powinien sprawować kontrolę nad przebiegiem leczenia, a także inicjować i nadzorować insulinoterapię odpowiednio wcześniej, aby zapobiec powikłaniom.

Cukrzyca to jedyna choroba niezakaźna, którą ONZ uznało za epidemię XXI wieku. Według szacunków Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej liczba chorych rośnie tak szybko, że w 2035 roku może osiągnąć wynik ponad 590 mln. Nieprawidłowo leczeni chorzy generują duże straty ekonomiczne, do których zalicza się przede wszystkim koszty pośrednie wynikające z absencji w pracy i pobierania świadczeń zdrowotnych. Istotne znaczenie mają także koszty związane z leczeniem powikłań.

Rośnie znaczenie Dubaju na turystycznej i biznesowej mapie świata. To napędza rozwój połączeń lotniczych

Rośnie znaczenie Dubaju na turystycznej i biznesowej mapie świata. To napędza rozwój połączeń lotniczych 7

15 mln turystów odwiedziło w ubiegłym roku Dubaj. To jeden z najpopularniejszych kierunków podróży na świecie. Zyskuje na znaczeniu także pod względem biznesowym. To powoduje, że linie lotnicze Emirates stale rozwijają sieć połączeń z i do tego miasta. Na kolejne miesiące zapowiedziały m.in. uruchomienie lotów do Kambodży i Zagrzebia. Coraz większy ruch lotniczy skłania przewoźnika do rozbudowy floty maszyn.

– Obecnie operujemy do 155 kierunków na całym świecie na 6 kontynentach. To nie jest nasze ostatnie słowo. Na pewno będziemy się rozwijać. Uruchamiamy już kolejne połączenia, m.in. do europejskiego miasta Zagrzebia. Innym ciekawym miejscem jest Phnom Penh w Kambodży – powiedział agencji Newseria Biznes Maciej Pyrka, country manager Emirates Polska podczas debaty „Polacy na podbój światowych rynków” zorganizowanej przez Executive Club.

W 2016 roku linie Emirates uruchomiły 7 nowych rejsów pasażerskich, przede wszystkim do Azji. Zamierzają rozwijać połączenia także do miast europejskich. W połowie marca uruchomiono loty między Dubajem a Atenami, a w czerwcu zostanie wprowadzone codzienne połączenia z Dubaju do Zagrzebia w Chorwacji. Od lipca samolotami Emirates będzie można polecieć do Phnom Penh przez Rangun. Ze względu na rosnące zapotrzebowanie na 2 lipca linie zapowiadają uruchomienie drugiego codziennego połączenia na indonezyjską wyspę Bali.

 W nasze DNA wpisane jest łączenia ludzi na całym świecie, nie tylko między kluczowymi aglomeracjami, lecz także między mniejszymi miastami. Latamy do miejsc, do których lata niewielu przewoźników, a które z naszego punktu widzenia mają bardzo ciekawy potencjał. Takim było połączenie pomiędzy Warszawą i Dubajem, które okazało się wielkim sukcesem. Nie zdradzę naszych strategicznych planów dotyczących otwierania nowych połączeń, ale na pewno pojawią się kolejne ciekawe destynacje – zapowiada Maciej Pyrka.

Przewoźnik rozbudowuje też flotę pasażerską, która obecnie składa się z 257 airbusów A380 i boeingów 777. Zamierza ją powiększyć o ponad 200 kolejnych maszyn.

– Globalny rozwój gospodarki wpływa na bogacenie się i na to, że ludzie przemieszczają się nie tylko w celach służbowych i bezpośrednio związanych z gospodarczym rozwojem, lecz także w celach prywatnych. Jesteśmy świadkami dosyć sporych migracji, co sprzyja rozwojowi połączeń lotniczych – tłumaczy Maciej Pyrka.

Na rozwój Emirates wpływ ma także sam Dubaj, miasto, które określane jest mianem centrum Bliskiego Wschodu, jedno z ważniejszych w regionie. Łącznie Dubaj odwiedza rocznie ok. 15 mln turystów. Wedle zestawienia MasterCard Global Destination Cities Index jest czwartym najpopularniejszym miastem na świecie i liderem w regionie Bliskiego Wschodu i Afryki. Szacuje się, że w 2015 roku podróżni zostawili w Dubaju blisko 12 mld dol.

 Dubaj powoli staje się także centrum rozwoju globalnego. To tam właśnie powstają i są wdrażane najnowsze rozwiązania technologiczne. Dubaj będzie gospodarzem światowego Expo w 2020 roku i spodziewa się ponad 20 mln odwiedzających – podkreśla Maciej Pyrka.

Polskie firmy podbijają zagraniczne rynki. W ekspansji mogą liczyć nie tylko na dyplomację ekonomiczną, lecz także wsparcie finansowe

Polskie firmy podbijają zagraniczne rynki. W ekspansji mogą liczyć nie tylko na dyplomację ekonomiczną, lecz także wsparcie finansowe 8

Polski eksport, który szacuje się obecnie na ok. 200 mld dol., rośnie w tempie ok. 6 proc. rocznie, a jego dynamika w kolejnych będzie rosła. Rodzime firmy coraz częściej wchodzą na zagraniczne rynki, dlatego rośnie zapotrzebowanie na wsparcie, także finansowe, w ekspansji zagranicznej. Tylko w 2016 roku Bank Gospodarstwa Krajowego zwiększył wartość finansowania eksportu i ekspansji zagranicznej polskich firm do poziomu 1,7 mld zł. 

– Dla polskich eksporterów największymi ryzykami, które ograniczają ich ekspansję zagraniczną, są te związane z barierą wejścia na rynek, z systemem prawnym innej jurysdykcji, barierą kulturową i te związane z dostępnością finansowania. Te ryzyka mogą być zarządzane, często mogą być zmniejszane, ale na ogół nie mogą być nigdy wyeliminowane – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Hann, członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Polski rząd podkreśla, że budowanie konkurencyjności polskich przedsiębiorców na międzynarodowych rynkach jest jednym z priorytetów. Zapowiada zwiększanie powiązań z rynkami międzynarodowymi poprzez poszerzanie liczby podmiotów uczestniczących w wymianie międzynarodowej oraz rozwijanie bardziej zaawansowanych form współpracy z zagranicą. Jak jednak przekonuje Hann, choć dyplomacja ekonomiczna jest nie do przecenienia, nie jest jednak wystarczająca.

– Dyplomacja ekonomiczna może wspomóc polskiego przedsiębiorcę w podejmowaniu decyzji o ekspansji czy wejściu na inny rynek. Trudniej jest, gdy mówimy o ograniczaniu strat albo minimalizowaniu rozmiarów porażki – tłumaczy ekspert.

Blisko jedna trzecia (28,7 proc.) rodzimych przedsiębiorstw z sektora MŚP prowadzi działalność na zagranicznych rynkach – większość w krajach Europy Zachodniej (75 proc.). Natomiast 33,3 proc. operuje na rynkach poza Unią Europejską (badanie „Smart Industry Polska 2017”). Raport „Poland, Go Global!” wskazuje, że trzykrotnie więcej polskich firm eksportuje, niż importuje. Ekspansja polskich firm nabiera coraz większej dynamiki, w dużej mierze dzięki wsparciu rządowych instytucji.

– Jesteśmy jedną z instytucji ważnych systemowo dla strategii odpowiedzialnego rozwoju. Wspólnie z PFR, PAIH, ARP, KUKE czy PARP, jesteśmy w stanie przygotować pakiety rozwiązań dla polskich eksporterów. Dyplomacja ekonomiczna i koledzy z PAIH-u wspólnie z ekspertami z lokalnych przedstawicielstw dyplomatycznych Rzeczpospolitej i z Ministerstwem Spraw Zagranicznych są w stanie udzielić wsparcia. Można stwierdzić, że polscy eksporterzy w coraz większym stopniu będą z tego typu instrumentów korzystać – wymienia Hann.

W ubiegłym roku polski eksport przekroczył 203 mld dol., co oznacza 6-proc. wzrost. Choć naszymi największymi partnerami są kraje Unii Europejskiej, rośnie sprzedaż na wschodzących rynkach, także w Azji czy Afryce. Nieodzowne jest przy tym wsparcie finansowe. Na finansowanie strategicznych sektorów polskiej gospodarki oraz eksportu i ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorstw nakierowane są działania BGK. Saldo kredytów brutto na koniec 2016 roku wyniosło 27,4 mld zł i zwiększyło się o 4,9 mld zł (o 22 proc.). Największy wzrost (o 5,4 mld zł, czyli o 34,5 proc.) nastąpił w kredytach dla podmiotów gospodarczych.

– W przypadku ekspansji związanej z prostym eksportem, możemy myśleć o akredytywach z opcją późniejszej zapłaty. W przypadku nabycia przez polską firmę aktywów za granicą możemy mówić o finansowaniu akwizycyjnym. Przy budowie np. hotelu przez polskiego generalnego wykonawcę będzie to projektowanie finansowe. Lubimy myśleć o sobie jako o banku, który oferuje finansowanie na miarę potrzeb polskich inwestorów – wskazuje członek zarządu BGK.

W ubiegłym roku BGK zwiększył wartość finansowania eksportu i ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorstw do poziomu 1,7 mld zł. Tworzył też nowe możliwości dla eksporterów i inwestorów, ustanowił limity m.in. na Chorwację, Portugalię, Brazylię, Tajwan, Arabię Saudyjską czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Bank zapowiada, że będzie kontynuował wsparcie projektów inwestycyjnych polskich firm, motorem rozwoju działalności kredytowej ma być finansowanie eksportu i ekspansji zagranicznej.

– Jesteśmy obecni na 41 rynkach międzynarodowych. Dlatego w każdym wypadku jesteśmy w stanie dopasować profil spłaty i charakterystykę instrumentu finansowego do potrzeb konkretnego przedsiębiorcy i konkretnego biznesplanu – podkreśla ekspert.

Ekspansję zagraniczną polskich firm wspiera też Fundusz Ekspansji Zagranicznej, który inwestuje bezpośrednio w zagraniczne spółki zależne należące do polskich firm i dzieli z polskimi partnerami ryzyko inwestycji.

– Nie zabezpieczy on przed stratami, ale zmniejszy ekspozycję i może być postrzegany jako przyjazny inwestor czy współinwestor w przypadku programów akwizycyjnych. Dlatego polecamy uwadze wszystkich eksporterów opcje wykorzystania usług i produktów związanych z finansowaniem equity poprzez fundusz – dodaje Wojciech Hann.

Złoty ciągle bardzo mocny

Złoty korzysta ciągle na osłabieniu dolara, jednak siła naszej waluty ma swoje odzwierciedlenie w fundamentach. Zdaniem dr Przemysława Kwietnia, głównego ekonomisty XTB, złoty ciągle jest niedowartościowany. Mocny złoty to niższe obciążenie zadłużonych w walutach obcych, mocny złoty sprzyja też importowi. Jednak złoty jest uzależniony od koniunktury na rynkach europejskich. Więcej w materiale wideo.

Młodzi pasjonaci technologii z pomysłami na rozwój Płocka

32 godziny programowania non-stop, ponad 30 uczestników i jedno zadanie – stworzyć aplikację, która podniesie komfort życia mieszkańców Płocka. W niedzielę, 21 maja zakończył się pierwszy, organizowany w Płocku przez tamtejszy Urząd Miasta, maraton programistyczny dla pasjonatów technologii – Hackathon City Coders Płock.

Uczestnicy wydarzenia w majowy weekend 20-21 maja, intensywnie pracowali, wykorzystując udostępnione przez Urząd Miasta otwarte bazy danych, by od zera zaprogramować aplikację przeznaczoną dla mieszkańców Płocka. W zmaganiach z technologią wspierali ich mentorzy z firmy Qumak i SAP. Pasjonaci programowania postawili na promowanie aktywnego trybu życia i wykorzystanie kulturalnych atutów miasta.

Zwycięski zespół stworzył aplikację, umożliwiającą zebranie grupy osób uprawiających tę samą dziedzinę sportu, aby móc wspólnie trenować. Poprzez aplikację można wybierać obiekty do ćwiczeń na terenie miasta oraz profil kolegów, z którymi chcemy uprawiać sport – tak, aby np. ich umiejętności były dostosowane do naszych.

Drugie miejsce na podium zajęła aplikacja aktywizująca osoby pracujące, które mają niewiele czasu w ciągu tygodnia na spędzanie wolnego z rodziną. Po ustawieniu odpowiednich filtrów, rozwiązanie podpowiada jaką aktywność można podjąć w bardzo krótkim czasie np. mamie z synem. Proponuje najbliższe obiekty kulturalne, np. teatr, a gdy zaznaczymy, że jednocześnie potrzebujemy opiekunki do dziecka, wskaże nieodległe od teatru miejsce, gdzie znajdziemy nianię.

Podium zamknęła aplikacją wykorzystująca możliwości rozszerzonej rzeczywistości do wygodnego zwiedzania miasta. Funkcjonująca stale w tle, nie wymaga od odbiorców żadnego zaangażowania, a gdy zbliżymy się np. do ważnego zabytku, głosowo poinformuje nas, co to za historyczne miejsce.

Jury przyznało również wyróżnienia – za pomysł na aplikację, wykorzystującą dane, które są w posiadaniu urzędów, ale nie były do tej pory wykorzystywane. Przykładem mogą być informacje o terenach, na których aktualnie koszona jest trawa. To informacja dla alergików, by wiedzieli, których części miasta w danym okresie lepiej unikać. Ponadto za rozwiązanie, umożliwiające sprawdzanie kolejki interesantów w różnych wydziałach Urzędu Miasta oraz możliwość pobrania zdalnie wirtualnego numerka. Jedna aplikacja została też wyróżniona za wyjątkowo dojrzały design i przejrzystość interfejsu.

Wykorzystanie danych gromadzonych przez miasta i udostępnianie ich mieszkańcom okazuje się być genialnym sposobem na tworzenie rozwiązań polepszających życie w miastach. Doskonale pokazali to uczestnicy Płockiego hackathonu, na podstawie tych danych stworzyli bardzo użyteczne aplikacje. Jestem przekonany, że w przyszłości powstaną kolejne rozwiązania – mówi Tomasz Turczynowicz, Dyrektor Sprzedaży w spółce Qumak S.A., która była partnerem wydarzenia oraz zapewniła mentorów.

Jak wskazali uczestnicy niektóre dane mogą być również monetyzowane. Zbiory te posiadają istotne informacje dla firm czy instytucji działających w różnych obszarach, jak zdrowie, rozrywka, bezpieczeństwo czy usługi komunalne – mówi Jacek Terebus, zastępca prezydenta miasta Płocka ds. rozwoju i inwestycji . Udostępnianie danych pokazuje również, że tzw. koncepcja Smart Cities jest możliwa do realizacji przy dużym udziale mieszkańców, którzy są w stanie tworzyć potrzebne im narzędzia. Dodatkowo organizacja hackathonu pomaga nam poszukiwać i rozwijać lokalne talenty. Z tego względu rozważamy organizację kolejnej edycji Hackathon City Coders Płock dodaje Jacek Terebus.

Ważnym aspektem było zabezpieczenie prawne wydarzenia. Krzysztof Siewicz z kancelarii BWHS podkreśla, iż czuwał nad procesem wykorzystywania danych, udostępnionych przez Urząd Miasta, co dawało komfort pracy uczestnikom.

W Hackathon City Coders Płock udział wzięło 11 drużyn. Większość z nich w ciągu niespełna dwóch dni stworzyła aplikację a zwycięska drużyna zaprezentowała w pełni gotowe rozwiązanie. Pierwsze trzy drużyny zostały nagrodzone sprzętem elektronicznym, a główną nagrodą były laptopy HP OMEN, zaprojektowane specjalnie dla graczy. Organizatorami pierwszego płockiego hackathonu byli: Urząd Miasta Płocka (organizator główny) przy współpracy z Przetwornią, United Nations Institute for Training and Research (Unitar) i Cifal. Partnerami wydarzenia zostali m.in.: Qumak (partner główny), Star ITS, Plus, SAP Polska, kancelaria BWHS, Płocki Park Przemysłowo-Technologiczny oraz ChallengeRocket.com.

Rynek biurowy w Polsce w dobrej formie

Firma doradcza JLL podsumowała I kwartał 2017 r. na rynku biurowym w Polsce.[1]

W pierwszych trzech miesiącach 2017 r. firmy podpisały umowy najmu na 371 700 mkw., w tym 177 700 mkw. poza Warszawą.

„W pierwszym kwartale tego roku rynek najmu osiągnął bardzo dobre wyniki – w samej Warszawie popyt był o 36% wyższy niż w trakcie pierwszych trzech miesięcy roku ubiegłego. Poza stolicą wynajęto o prawie dwie trzecie więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. To szczególnie dobry prognostyk na resztę roku, jako że zwykle w I kwartale rynek biurowy rozwija się w spokojniejszym tempie”, komentuje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Największe umowy najmu w Polsce w I kwartale 2017 r.

Miasto Budynek Najemca Powierzchnia (mkw.)
Trójmiasto Olivia Business Centre Energa Group 15 100
Kraków Orange Office Park III Den Hague Brown Brothers Harriman 14 700
Warszawa Postępu 14 Astra Zeneca 13 200
Wrocław Business Garden I Capgemini 13 100
Wrocław Sagittarius Business House EY 10 500
Warszawa West Station II Diebold Nixdorf 9 800
Wrocław West Link Nokia 7 450
Warszawa JM Tower ZTM Warszawa 7 300
Warszawa G9 Firma z sektora publicznego 7 200

Źródło: JLL, PORF, www.bazabiur.pl, 2017 r.

„Poza Warszawą lwią część popytu podzieliły między siebie Wrocław i Kraków. Popyt w tych miastach sięgnął odpowiednio 58 900 mkw. i 52 500 mkw., co łącznie stanowi 63% regionalnego zapotrzebowania na powierzchnie biurowe. Po raz pierwszy Wrocław zarejestrował wyższy popyt niż Kraków”, wymienia Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL.

Duże umowy najmu zawarły tradycyjnie już firmy z sektora usług dla biznesu.

„Jednym z motorów wzrostu rynku biurowego, odpowiedzialnym za tak dobre wyniki w obszarze popytu jest tradycyjnie już sektor nowoczesnych usług dla biznesu, którego udział w całkowitym popycie na rynkach poza Warszawą wyniósł 57%. We Wrocławiu i Krakowie było to odpowiednio 74% i 69%”, dodaje Karol Patynowski.

Podaż

W I kw. bieżącego roku polski rynek biurowy urósł o ponad 151 400 mkw., w tym 67 200 mkw. przypadło na główne aglomeracje poza stolicą. W tej kategorii rynki regionalne zdominował Kraków.

Z analiz JLL wynika, że w 2017 r. polski rynek biurowy może urosnąć łącznie o ok. 800 000 mkw., z czego ponad 500 000 mkw. przypadnie na miasta regionalne. Jeśli plany deweloperów zostaną zrealizowane w terminie będzie to największa roczna nowa podaż poza Warszawą.

„W Polsce powstaje obecnie 1,66 mln mkw., z czego aż 965 000 mkw. poza Warszawą. Nigdy dotąd tak wiele nie budowało się na rynkach regionalnych. Największą aktywnością deweloperów charakteryzuje się nadal Warszawa, gdzie buduje się 700 000 mkw. Poza stolicą liderem pozostaje Kraków z realizowanymi projektami o łącznej powierzchni aż 268 200 mkw. Wysokim poziomem powierzchni znajdującej się w budowie cechują się także Wrocław – 208 100 mkw. oraz Trójmiasto – 150 000 mkw. Biorąc pod uwagę skalę powierzchni w budowie spodziewamy się, że stolica Małopolski przekroczy poziom 1 mln mkw. jeszcze w tym roku, a stolica Dolnego Śląska w 2018 r.”, wylicza Mateusz Polkowski.

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

Łódź utrzymuje się na pierwszej pozycji jeśli chodzi o najniższy poziom pustostanów (5,8%), przed Krakowem (6,8%). Z kolei najwyższy wskaźnik powierzchni niewynajętej jest w Katowicach (14,6%), Warszawie (14%) i Szczecinie (13,9%).

W I kw. 2017 r. najwyższe czynsze transakcyjne w Warszawie utrzymywały się na poziomie od 20,5 do 23,5 euro za mkw. w Centrum i w przedziale 11-16 euro za mkw. poza nim. Najwyższe stawki transakcyjne poza Warszawą wynoszą 13,9-14,5 euro za mkw. miesięcznie we Wrocławiu i 13,5-14,5 euro za mkw. miesięcznie w Krakowie.

[1] Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Szczecin i Lublin

Hossa na warszawskim rynku biurowym trwa

Siła influencera w afiliacji

Influencer to określenie odmieniane obecnie przez wszystkie przypadki. Wciąż pojawiają się nowe osoby, uznawane powszechnie za liderów opinii. Stale poszerza się też grono fanów aktywnie śledzących ich poczynania w sieci i nie tylko. Nie dziwi zatem fakt, że stali się oni atrakcyjnym elementem działań promocyjnych marki. Jak wygląda taka współpraca? I co znaczy, że influencer jest popularny?

Influencerami są wpływowe jednostki, często autorzy blogów, którzy aktywnie przedstawiają swoje opinie poprzez kanały social media, takie jak Twitter, Facebook, LinkedIn czy YouTube, budując przy tym wierne grono fanów. W zależności od dziedziny, w której działają, stają się liderami opinii, którzy mogą wpływać na sposób myślenia i zachowania nawet tysięcy osób, codziennie śledzących ich kanały. Ich popularność rośnie, ponieważ zapewniają ciekawy i angażujący content. Na blogach, poza interesującymi wpisami, konsumenci znajdą także cenne rekomendacje. W tym przypadku nie jest to anonimowa opinia kogoś na forum, ale zdanie znanego i lubianego blogera czy youtubera, które cenimy na równi z poglądami osób, które rzeczywiście znamy.

Ten potencjał aktywnie wykorzystują reklamodawcy, na stałe wpisując influencer marketing w swoje kampanie promocyjne. Na przestrzeni ostatnich lat zyskał on silnie na znaczeniu także w ramach afiliacji. Wymagało to jednak przekonania jednej i drugiej strony do takiego kanału promocji.

Jeszcze 3 lata temu liczba blogerów w naszej sieci była znikoma. Głównie wynikało to z faktu, że nie byli oni świadomi istnienia takiej opcji, jak programy afiliacyjne i nie znali efektywnościowego modelu rozliczeń. Z kolei reklamodawcy przychylniej patrzyli na tradycyjne formy reklamy, nie doceniając jeszcze roli contentu – komentuje Patrycja Ścisłowska, Head of Business Development w Awin. Od tego czasu nastąpił jednak niesamowity postęp, a obie strony coraz częściej nawiązują współpracę. Blogerzy chętnie wchodzą w rolę wydawców. Obecnie w Awin działa ponad 200 blogerów. Bardzo dobrze radzą sobie z tego typu działaniami, przede wszystkim umiejętnie selekcjonują programy i wybierają te, do których warto dołączyć. Trzeba bowiem pamiętać, że bloger w swoich rekomendacjach musi być wiarygodny, a więc powinien promować tylko to, co rzeczywiście pasuje do jego osoby i bieżącej działalności – dodaje.

Content zyskuje na znaczeniu

Obecnie odbiorcy, coraz bardziej zmęczeni natłokiem reklam, szukają atrakcyjnych i angażujących treści, czyli contentu, który zapewni im wiedzę, rozrywkę i idealnie wpisze się w ich oczekiwania i preferencje. Właśnie influencerzy są przykładem, jak wiele różnorodnych treści może być tworzonych, a co za tym idzie, jak łatwo z punktu widzenia odbiorcy odnaleźć w sieci interesujące materiały. Nie jest ważne, czy interesuje nas moda, gry komputerowe czy zdrowe odżywianie – bez problemu znajdziemy wiele blogów odpowiadających na nasze potrzeby.

Influencerzy są też przykładem, jak szeroki content może być wykorzystywany w afiliacji.

Dla wielu produktów korzystanie ze wsparcia wydawców contentowych, a takimi są blogerzy, jest najlepszym rozwiązaniem. Trzeba jednak umiejętnie nawiązywać tę współpracę, pamiętając, że bloger powinien być dobrym reprezentantem grupy docelowej. Jeśli zależy nam na dotarciu do młodych rodziców, powinniśmy skierować się do blogerów parentingowych, a jeśli naszym produktem jest nowy gamingowy sprzęt, najlepiej, aby mówił o nim youtuber na stałe zajmujący się grami – wyjaśnia Patrycja Ścisłowska. Tworzenie contentu w ramach afiliacji w zasadzie nie powinno różnić się od bieżącej działalności blogera. Powinien on wybierać produkty, które może polecić w ramach bieżących wpisów, które planuje, a nie na odwrót. Wtedy jego działania będą nienachalne i przyniosą lepsze efekty – dodaje.

Liczy się wiarygodność

W ramach współpracy z influencerami najważniejszy jest odpowiedni ich dobór do kampanii. To ważne dla obu stron. Promując dany produkt lub usługę, stają się ich ambasadorami. Z drugiej strony współpraca z blogerami pozwala precyzyjnie dotrzeć do grupy docelowej. Wystarczy tylko, aby odbiorcy produktu byli tożsami z osobami śledzącymi danego bloga.

Dopasowanie promowanego produktu do grupy docelowej istotne jest także z punktu widzenia influencera, ponieważ tylko takie działanie pozwala im na zachowanie wiarygodności. Po prostu jeśli na co dzień na blogu pojawiają się jedynie wpisy dotyczące mody, a nagle autor zacznie aktywnie promować żywność, nie będzie to odebrane jako autentyczne.

Jakość, a nie ilość

Oceniając siłę i popularność influencera, często patrzy się na jego zasięgi – ile odsłon i unikalnych użytkowników odnotowuje jego blog, ilu ma fanów na Facebooku i ile osób obserwuje go na Instagramie. To bardzo ważne, ale okazuje się, że nie najważniejsze.

Oceniając blogera trzeba patrzeć całościowo na jego fanów. Przede wszystkim ważne jest, czy dany blog ma wierną publiczność. Może się bowiem okazać, że za imponującymi liczbami kryją się osoby, które tak naprawdę nie śledzą aktywnie działań influencera. Tymczasem dla reklamodawcy najważniejsze jest, aby ta publiczność aktywnie poszukiwała produktów dla siebie, chętnie poznawała rekomendacje blogera, a co ważniejsze ufała im i w efekcie samodzielnie testowała, a więc kupowała produkt, który jest jej polecany. Takiego efektu na pewno nie osiągnie bloger, który nie potrafił zbudować zaangażowanej publiczności, która powraca na jego kanały – wyjaśnia Patrycja Ścisłowska.

Ważna jest konwersja

W przypadku działań reklamowych w ramach sieci afiliacyjnej, wciąż najważniejsza pozostaje konwersja. Firmom zależy na tym, aby poniesione koszty przełożyły się na określone działania klientów, czyli najczęściej po prostu na zakup danego produktu lub skorzystanie z usługi. Właśnie skupienie się wyłącznie na wskaźnikach ROI jest częstą przyczyną rezygnacji ze współpracy z blogerami. Sprzedaż, jaką generują, pozostaje na niskim poziomie w porównaniu do wyników osiąganych np. przez incentive sites, czyli tych wydawców, którzy oferują bezpośrednie korzyści dla konsumentów za sfinalizowanie transakcji za pośrednictwem ich strony.

Influencerzy są przykładem wydawcy, odgrywającego ważną rolę na ścieżce zakupowej klienta, ale zwykle nie generującego sprzedaży bezpośrednio. Wydawcy contentowi, a takimi są blogerzy, wnoszą wiele korzyści dla promocji marki. Budują świadomość brandu, dostarczają wiedzy na temat produktu, a przede wszystkim, przyciągają określony rodzaj klientów – lojalnych i dokonujących transakcji kilkukrotnie. Krótko mówiąc, blogi kreują sklepom klientów, którzy mają potencjał, dlatego reklamodawcy powinni zrozumieć, że każdy kontakt klienta z ich produktem jest ważny, nie tylko ten, który kończy się zakupem komentuje Patrycja Ścisłowska.

 

 

TOP5 według Awin

Sieć Awin współpracuje także z wydawcami contentowymi, w tym influencerami. Zdecydowanie w czołówce są blogi modowe, co po części wynika z faktu, iż prowadzimy wiele programów związanych z modą. W sieci działają także autorzy blogów o urodzie, poradnikowych, lifestyle’owych, a także parentingowych i o typowo „męskiej” tematyce – mówi Patrycja Ścisłowska.

Na podstawie własnych doświadczeń Awin wskazuje TOP5 blogerów modowych:

  1. MakeLifeEasier
  2. Mr Vintage
  3. Jestem Kasia
  4. Fashionelka
  5. Fashionmugging

Opieszałość we wdrażaniu przemysłowego Internetu rzeczy odbije się czkawką? Eksperci ostrzegają przed konsekwencjami

Firma badawcza IndustryARC prognozuje, że do roku 2021 szacunkowa wartość globalnego rynku IIoT, czyli przemysłowego Internetu Rzeczy, sięgnie prawie 124 mld USD. Teoretycznie, już od kilku lat znajduje się on na liście najważniejszych technologii dla firm produkcyjnych, jednak mimo wielkiego optymizmu, jedynie garstka przedsiębiorstw posiada kompleksową strategię wdrożenia go w swoich fabrykach. Zdaniem Erica Schaeffera z Accenture, firmy dla których IIoT pozostanie wyłącznie w strefie marzeń, mogą nie przetrwać cyfrowego trzęsienia ziemi, które nadchodzi wielkimi krokami.

Według firmy analitycznej IndustryARC, wartość globalnego rynku przemysłowego Internetu rzeczy ma w 2021 r. sięgnąć 123.8 mld dolarów. Najwięcej inwestował będzie w IIoT sektor wytwórczy, który do roku 2021 będzie zwiększał inwestycje o 60 proc. rdr. Analitycy z IndustryARC zapowiadają rosnący popyt na IIoT nie tylko w produkcji, ale także transporcie, energetyce i opiece zdrowotnej, gdzie wskaźnik CAGR (skumulowany roczny wskaźnik wzrostu) ma wynieść 59.8 proc. W przypadku energetyki, do rosnącej popularności tej technologii przyczyni się rozwój sieci energetycznych Smart Grid. Wskaźnik CAGR dla tego sektora do roku 2021 ma utrzymać się na poziomie 39.7 proc.

IIoT coraz mocniejszy w Polsce

O tym, jak duży potencjał drzemie w przemysłowym Internecie Rzeczy świadczy np. ostatnia inwestycja funduszu Intel Capital, poszukującego spółek z potencjałem, które mogą w krótkim czasie zrewolucjonizować poszczególne gałęzie przemysłu. Kierowany przez Marcina Hejkę fundusz postawił na krakowską firmę Elmodis, działającą w segmencie analizy i diagnozowania stanu technicznego silników elektrycznych oraz całych maszyn. Posiada ona własną technologię opartą o IIoT i rynek odbiorców w postaci 300 mln maszyn. Wyceniony na 60 mln zł startup otrzymał dofinansowanie od Intel Capital w wysokości 4,9 mln USD. Wcześniej w Elmodis kapitał zainwestowały również fundusze SET Ventures oraz  Innovation Nest Piotra Wilama.

Czyny, nie słowa

Mimo, że branża produkcyjna wyraża się o przemysłowym Internecie Rzeczy w samych superlatywach, to szybkość adaptacji tej technologii przypomina póki co średnią prędkość podróży tanimi liniami kolejowymi z Krakowa do Kołobrzegu. Według badania przeprowadzonego przez Accenture dla Światowego Forum Ekonomicznego, 73 proc. przedstawicieli kadry zarządzającej na poziomie C jest przekonanych, że Internet Rzeczy w fundamentalny sposób zmieni ich branżę. Jednak tylko 20 proc. z nich posiada przemyślaną strategię wdrożenia go w swojej firmie. Eric Schaeffer, starszy dyrektor zarządzający z Accenture jest zdania, że taki stan rzeczy może doprowadzić do sporych problemów w firmach, które z obojętnością spoglądają na cyfrową transformację zachodniej gospodarki. Tymczasem zegar tyka, a czas na wdrożenie nowych technologii ucieka bezpowrotne. – Przedsiębiorstwa pragnące odnieść sukces w przyszłości, muszą rozpocząć cyfrową podróż, która zmieni ich model organizacyjny nie do poznania. W przeciwnym razie czeka je katastrofalna utrata udziału w rynku i spadek zyskowności biznesu – napisał Schaeffer w jednym ze swoich artykułów.

IoT w praktyce

O tym, jakie korzyści płyną z implementacji IIoT przeczytać można m.in. w raporcie Smart Manufacturing Report 2017. Wynika z niego, że firmy które się na wdrożenie tej technologii zdecydowały, zaobserwowały średni wzrost produktywności na poziomie od 7 do nawet 50 proc. Na uwagę zasługują również oszczędności wygenerowane przez przedsiębiorstwa dzięki IIoT. W przypadku kosztów energii zmniejszono je średnio o 5 proc. Koszty bezpośrednie z kolei zmalały nawet o 20 proc. Zmniejszyły się także wydatki na oprzyrządowanie i części zamienne – średnio o 3 proc.

–  IIoT to doskonałe narzędzie do uzupełniające rozwiązania dla produkcji,  jednak efekty wdrożeń  przemysłowego Internetu Rzeczy są uzależnione od poziomu informatyzacji przedsiębiorstw. Wiadomo że systemy ERP to dzisiaj za mało, by skutecznie konkurować.  Niezbędne jest wdrożenie takich rozwiązań  jak APS czy SFC kóre mogą zostać uzupełnione sferą IIoT. Dopiero wówczas mamy dostęp do pełnej i bieżącej informacji o stanie produkcji – wyjaśnia Piotr Rojek z DSR, firmy dostarczającej rozwiązania informatyczne dla firm produkcyjnych.

Efekty wdrożenia Internetu Rzeczy dobrze ilustruje przykład Siemensa, który wprowadził cyfrową automatyzację na poziomie 75 proc. Zaowocowało to redukcją wad produkcyjnych do mniej niż 12 na milion produktów. Dzięki inwestycji w nowe technologie Siemens aż 8.5 razy zwiększył wydajność zakładu produkcyjnego, przy minimalnych zmianach w zatrudnieniu. – To doskonały przykład tego, jak wiele można uzyskać z inwestycji w IIoT i oprogramowanie, jeśli tylko podejdzie się do tematu na poważnie i całościowo  ­– mówi Piotr Rojek.

Kurs Bitcoina gna w górę

Bitcoin dalej gorącym tematem

Jeszcze niedawno informowaliśmy o przekroczeniu 1800 dolarów. W piątek przebity został poziom 1900 dolarów a dzisiaj od rana trwa rajd w górę. W weekend ruch trwał dalej przekraczając psychologiczną barierę 2000 dolarów za jednostkę kryptowaluty. Dzisiaj od rana dalej drożeje i przekracza już 2150 dolarów. Co powoduje tak duży wzrost wartości kryptowaluty? Zdaniem specjalistów nie ma obecnie podstaw do tak gwałtownej zmiany cen. Jest jednak odruch standy. Wielu inwestorów chce się załapać na wzrosty zatem kupują w rezultacie dalej pchają cenę w górę. Najprawdopodobniej pierwszy duży sprzedający uczestnik rynku spowoduje na nim istotną korektę.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Komisja Europejska chce wspólnej waluty w całej Unii do 2025 r.

Komisja Europejska chce do 2025 roku wprowadzić wszystkie państwa UE do strefy euro.

Zgodnie z informacjami od Frankfurter Allgemeine Zeitung pojawił się w Komisji Europejskiej pomysł wprowadzenia euro w całej Unii Europejskiej. Temat zahacza również o wspominany już wcześniej pomysł legalizacji Europy dwóch prędkości. Mowa o osobnym budżecie dla państw strefy euro. Biorąc pod uwagę bogactwo państw pozostających poza strefą euro jest spora szansa, że jako Polska stracilibyśmy na tej zmianie. Wbrew pozorom największym problemem we wprowadzeniu euro nie są kraje naszego regionu tylko Dania i Szwecja, które w dokumentach akcesyjnych mają wynegocjowane nie wprowadzanie wspólnej waluty.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Afera Malta Files

Wyciekły dokumenty ponad 50 000 firm wykorzystujących Maltę w celach optymalizacji podatkowej.

Na rynek trafia właśnie seria dokumentów mających być lokalnym odpowiednikiem Panama Papers. Ma z nich wynikać coś co wiedzą wszyscy, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o tym co się dzieje na świecie. Malta wykorzystywana jest do optymalizacji podatkowej na szeroką skalę. W temat zamieszanych jest jak nietrudno przewidzieć wiele z największych europejskich firm. Podstawowym problemem jest przepis umożliwiający spółkom działającym poza wyspą zwrot podatku CIT. Powoduje on obniżkę stawki z 35% do zaledwie 5%. Na razie nie ma większych ruchów na rynkach, ale podobnie jak w przypadku podobnego takiego wydarzenia nie można wykluczyć rozwoju wypadków.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

4 trendy i technologie, które zmienią przemysł i gospodarkę

Jacek Łukaszewski, Prezes Clastra Polska, Słowacja, Czechy w Schneider Electric
Jacek Łukaszewski, Prezes Clastra Polska, Słowacja, Czechy w Schneider Electric

Technologie i trendy to główne tematy, które przyświecały targom Hannover Messe, których partnerem w tym roku była Polska. Tylko kilka z nich będzie mieć szczególny wpływ na zrewolucjonizowanie produkcji, a w konsekwencji całej gospodarki – komentuje Jacek Łukaszewski, Prezes Clastra Polska, Słowacja, Czechy w Schneider Electric.

Współczesna gospodarka mierzy się z wieloma wyzwaniami. Kiedyś odpowiedzią na te problemy były działania rządów. Dziś większy wpływ na ich rozwiązanie mają technologie, bo to one realnie rozwiązują wiele naszych problemów, mimo, że jako obywatele często nie jesteśmy tego świadomi. Technologie, które zmienią naszą gospodarkę w najbliższym ćwierćwieczu to:

Automatyzacja

Mimo, że jest obecna w naszym świecie od kilkunastu lat, to poziom jej wdrożenia nie jest jeszcze tak wysoki. W Polsce w pełni zautomatyzowanych jest zaledwie 15%[1] fabryk, mimo iż automatyzacja to podstawa we wdrożeniu nowoczesnych zmian w przemyśle. Automatyzacja poszła jednak dalej i w połączeniu z Internetem rzeczy umożliwi jeszcze szybsze wytwarzanie produktów i dostarczanie ich do klientów.

Internet rzeczy, jako narzędzie łączące wiele obszarów

Technologia ta stała się podstawą całej rewolucji przemysłowej i gospodarczej, którą nazywamy Przemysłem 4.0. Dziś wszystkie projektowane technologie przemysłowe, i nie tylko, oparte są o Internet rzeczy. Dzięki niej możliwe jest połączenie takich obszarów jak rozwiązania mobilne, przetwarzanie w chmurze, czujniki, analityka i cyberbezpieczeństwo. W ten sposób dane jak i inne procesy są wymieniane pomiędzy tymi obszarami, dzięki czemu powstają kompatybilne platformy technologiczne. Jest to szczególnie przydatne w przemyśle, gdzie często funkcjonuje kilka odrębnych systemów.

Połączenie aplikacje, oprogramowanie, Big Data i przetwarzania w chmurze

Przemysł 4.0 to nie tylko urządzenia. To cały ecosystem, który musi ze sobą współgrać. Samo wprowadzenie sensorów, które będą zbierały dane, albo zakup maszyny gromadzącej informacje o przebiegu produkcji to jeszcze za mało, jeżeli nie będziemy wykorzystywać tych zbieranych danych do faktycznego usprawnienia procesów. Dlatego potrzebne jest wprowadzenie komunikacji pomiędzy urządzeniami, a następnie przy użyciu aplikacji i analizy przetworzenie danych w odpowiedni sposób i dostarczenie konkretnych informacji, co zrobić, aby usprawnić produkcję danego produktu czy działanie fabryki. Takie działanie wymaga jednak odpowiednich mocy obliczeniowych, dlatego włączenie do tego systemu przetwarzania w chmurze pozwala zapewnić sprawność całego procesu. Nie jest to jednak przyszłość, a teraźniejszość. Taki system – EcoStruxure – stworzył już Schneider Electric. Dzięki niemu zarządca fabryki czy innego przedsiębiorstwa może otrzymywać czytelne informacje o koniecznych zmianach np. na urządzeniu mobilnym. Trzeba mieć świadomość, że jest to finalny wynik procesu, który dzieje się poza naszym wzrokiem, a który wykonują właśnie urządzenia, aplikacje i chmura.

Take rozwiązanie technologiczne będzie potrzebne nie tylko w przemyśle, ale również w budownictwie, centrach przetwarzania danych, sieciach energetycznych czy chociażby w naszych domach.

Sztuczna inteligencja

Maszyny, które dotychczas sterowane i programowane były przez inżynierów, dzięki SI będą mogły teraz rozumieć, wykrywać ruchy, uczyć się, wspomagając pracę ludzi. Największą rewolucją będzie fakt, że maszyny wyposażone w SI będą mogły same rozpoznawać wiele wzorów, czyli danych, których dziś człowiek nie jest w stanie przetworzyć. Na tej podstawie będą się też uczyć i udoskonalać, aby móc proponować operatorom nowe rozwiązania. Podobnie SI będzie działać w innych branżach, gdzie zacznie „myśleć”, aby rozwiązać najtrudniejsze dla człowieka procesy i przyśpieszyć dostarczenie zupełnie nowych produktów na rynek.

[1] Astor, raport “Przemysł 4.0 w polskich fabrykach, oraz Badanie stopnia automatyzacji firm w Polsce, ASTOR, 2016

Startupy, ostatnia szansa na współpracę z rynkowymi gigantami w ramach programu MITEF Poland!

25 maja o północy kończy się nabór startupów technologicznych do 3. edycji programu akceleracyjnego MIT Enterprise Forum Poland. Celem projektu jest połączenie potencjału początkujących, kreatywnych przedsiębiorców z infrastrukturą, doświadczeniem oraz zasobami dużych korporacji, w tym spółek Skarbu Państwa. W ramach programu wsparcia startupom udzielą m.in. PKO Bank Polski, Grupa PGNiG, KGHM CUPRUM, Grupa Adamed, Intel, Visa oraz Hewlett Packard Enterprise Polska. Pięć najlepszych zespołów wyjedzie do Bostonu, gdzie zaprezentują swoje technologie przed inwestorami z USA.

Startupy, które zakwalifikują się do programu, nie tylko otrzymają możliwość współpracy z rynkowymi gigantami i przejście akceleracji zgodnie z modelem Massachusetts Institute of Technology. Najlepsze z akcelerowanych firm, dzięki grantowi uzyskanemu przez MITEF Poland w pilotażowym programie ScaleUp, zdobędą również szansę na dofinansowanie działalności w kwocie nawet do 200 tysięcy złotych. Innowacyjne mikro i małe przedsiębiorstwa mogą składać dokumenty aplikacyjne za pośrednictwem strony mitefpoland.org do północy 25 maja.

Na rynku pojawia się coraz więcej inwestorów, którzy gotowi są na finansowanie innowacyjnych technologii. Często zdarza się  jednak tak, że startupy, które są jeszcze na zbyt wczesnym etapie rozwoju, nie mogą ich przyjąć. Celem programu MIT Enterprise Forum Poland jest wspieranie krajowych startupów naukowo-technologicznych w komercjalizacji  proponowanych przez nie rozwiązań – mówi Magdalena Jabłońska, dyrektor operacyjna MIT Enterprise Forum Poland. – W ramach akceleratora przewidzieliśmy dla startupów cztery ścieżki branżowe, a także ścieżkę ogólną, dedykowaną startupom rozwijającym technologie w ramach Krajowych Inteligentnych Specjalizacji – dodaje.

Startupy z branży finansowej, które dołączą do ścieżki Let’s Fintech with PKO Bank Polski!, będą miały szansę przetestować swoje rozwiązania w środowisku klienckim w Oddziałach Laboratoryjnych PKO Banku Polskiego. Bank będzie pomagał również poprzez dostosowanie swojej infrastruktury IT na potrzeby startupów. Z kolei PGNiG, będący partnerem strategicznym ścieżki Energia, zaoferuje początkującym przedsiębiorcom m.in. swoje laboratoria, dostęp do baz danych, a także infrastrukturę produkcyjną. Na pomoc będą mogły też liczyć startupy rozwijające technologie związane z ochroną zdrowia. Grupa Adamed, będąca partnerem strategicznym ścieżki Zdrowie, zapewni m.in. wsparcie merytoryczne specjalistów dziedzinowych Grupy Adamed oraz Silvermedia (rozwiązania dla telemedycyny), profesjonalne oceny możliwości wdrożenia rynkowego czy wsparcie komercjalizacji. Czwartej ścieżce, surowcowej (która nie ogranicza się jednak tyko do surowców, ale obejmuje przemysłowy potencjał Grupy KGHM), patronuje KGHM CUPRUM Centrum Badawczo-Rozwojowe. Wybranym startupom Spółka proponuje m.in. potencjał swoich 13 zespołów badawczych i 3 akredytowanych laboratoriów, szybką ścieżkę współpracy, a także możliwość wdrożenia innowacyjnych technologii w spółkach Grupy KGHM.

Startupy, które wezmą udział w programie, dowiedzą się, jak przygotować podstawy dobrze zorganizowanej firmy, która wygeneruje produkt gotowy do wejścia na rynek – tłumaczy Magdalena Jabłońska. – Projekt realizowany jest z udziałem mentorów z całego świata, skupionych wokół ekosystemu MIT. To ludzie z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w biznesie, którzy dają wskazówki, w jakim kierunku można daną technologię rozwinąć i na jakich rynkach może ona odnieść sukces. Ponadto, przedsiębiorcy biorący udział w programie mogą liczyć na merytoryczne wsparcie ekspertów z kancelarii JWP Rzecznicy Patentowi oraz Wardyński i Wspólnicy. To ogromna wartość dla startupów, które chcą rozwijać swój  biznes – dodaje Jabłońska.

Partnerami programu MIT Enterprise Forum Poland są również Campus Warsaw, Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, Stowarzyszenie Organizatorów Ośrodków Innowacji i Przedsiębiorczości w Polsce (SOOIPP) oraz Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Analiza pozycji dużych graczy 22.05.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 22.05.2017 9– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 22.05.2017 10-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportu COT powinniśmy zainteresować się dolarem kanadyjskim oraz euro.

Dolar kanadyjski

Fundusze lewarowane w dalszym ciągu są nastawieni sceptycznie do dolara kanadyjskiego. Przez ostatnie dwa tygodnie w gronie fundusze lewarowanych nie ma byków, wśród tej grupy znajduje się najwięcej krótkich pozycji w historii. Z doświadczenia wiemy, że takie jednostronne nastawienie nigdy nie kończy się dobrze.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Pozycje krótkie obrazują żółte bary. Z kolei pozycje netto (długie – krótkie) zostały zaznaczone zieloną linią. Pozycje netto zbliżyły się do poziomów z 2013.04 oraz 2014.01 roku. Przy tak jednostronnym pozycjonowaniu się największych graczy dochodziło przeważnie do korekty głównego ruchu o 300 pipsów. Czy tym razem będzie tak samo?

Notowania USD/CAD, interwał dzienny

Notowania USD/CAD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

W minionym tygodniu notowania pary walutowej USD/CAD zawróciły pod ostatni opór 1.35920. Dzięki temu niedźwiedzie mają otwartą drogę do spadku notowań w okolicę strefy popytu 1.3320. Podczas większej wyprzedaży fundusze lewarowane będą musiały pozbyć się swoich krótkich pozycji, co może skończyć się bardzo mocnym ruchem w kierunku południowym.

Euro

Euro, każdy widzi krótkoterminowy trend wzrostowy, ale czy przemieni się w długoterminowy? Wszystko zależy od polityki banków centralnych. Z drugiej strony patrząc na pozycje netto funduszy lewarowanych powinniśmy czekać na mocniejszą korektę. W poprzednim tygodniu podmioty te otworzyły 5 tysięcy długich pozycji względem 12 tysięcy zamkniętych.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: Cme Group

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda w porządku, trend wzrostowy powinien być kontynuowany. Niemniej jednak pozycje netto znalazły się w okolicy szczytów z 2015.06 oraz 2016.05 roku. Sezonowość jest dość dobrze widoczna, czy po raz kolejny osiągniemy szczyt na przełomie czerwca lub lipca? Pamiętajmy także, że w trakcie wakacji zmienność na rynku maleje, a tym samym fundusze będą mogły zacząć zamykać część swoich pozycji.

Notowania EUR/USD, interwał tygodniowy

Notowania EUR/USD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Spoglądając na wykres tygodniowy mocniejszy opór, z którym niedźwiedzie mogą mieć problem z pokonaniem znajduje się dopiero w okolicy 1.1320, następny dopiero w okolicy 1.14-1.15. Czy zdążymy tam przed wakacjami? Ostatni ruch wzrostowy był dosyć wymagający, ale na chwile obecną kontynuacja północnego kierunku jest jak najbardziej prawdopodobna.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

„12345” albo „qwerty” – to hasła do stron internetowych Polaków, którzy zmienią je bardzo rzadko lub w ogóle

W przeciwieństwie do internautów z innych krajów Europy, aż 75% Polaków nie obawia się korzystania z internetu. Jednocześnie 1/3 Polaków nie zmienia swoich haseł i danych uwierzytelniających lub robi to rzadko, a 1/4 osób w ogóle nie ma antywirusa na swoich urządzeniach – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Grupy Europ Assistance.

W marcu 2017 r. na zlecenie Grupy Europ Assistance przeprowadzone zostało badanie „Internauci w cyberprzestrzeni”, dotyczące działań podejmowanych online, obaw związanych z korzystaniem z internetu i bezpieczeństwa w sieci. W badaniu udział wzięli internauci z sześciu europejskich krajów: Francji, Hiszpanii, Włoch, Belgii, Niemiec i Polski. Jak wypadli Polacy na tle Europy?

Obawy i lęki w sieci

Europejczycy są bardzo interaktywni, chętnie korzystają z sieci, przeglądają strony internetowe, wysyłają maile, korzystają z portali społeczności i komunikatorów. Okazuje się jednak, że tylko 42% z nich obawia się zagrożeń, jakie mogą czyhać w sieci. Największą świadomość zagrożeń mają Hiszpanie, aż 65% z nich przyznaje, że odczuwa takie obawy. W dalszej kolejności znajdują się Włosi (47%) i Francuzi (45%). Niepokój związany z bezpieczeństwem w sieci rzadziej odczuwają Niemcy (39%) i Belgowie (31%). Ciekawie na tym tle wypadają Polacy. Tylko 1/4 respondentów przyznaje, że obawia się korzystać z interentu. Polscy internauci w porównaniu z osobami z innych europejskich krajów czują się w sieci bezpiecznie (75%).

Jakich zagrożeń najbardziej obawiają się internauci? W pierwszej kolejności są to zagrożenia związane z bezpieczeństwem dzieci i młodzieży w sieci m.in. zagrożenia ze strony środowisk pedofilskich, rozpowszechnianie zdjęć na stronach pornograficznych, zniesławienia, czy cyberprzemoc. Europejczycy obawiają się również zagrożeń związanych z kradzieżą tożsamości, takich jak: kradzież danych finansowych, haseł i danych uwierzytelniających, czy wykorzystania danych osobowych do działań nielegalnych. W dalszej kolejności obawy te odnoszą się do pozostawienia w sieci danych osobowych lub danych konta bankowego/ karty, a także braku możliwości kontrolowania informacji umieszczanych w internecie oraz ataku wirusa. Wyniki dla poszczególnych krajów nie odbiegają od średniej europejskiej.

Zdecydowanie więcej osób obawia się jednak fizycznej utraty danych w związku z kradzieżą dokumentów. Dotyczy to 64% Europejczyków, z czego najwięcej Hiszpanów (83%), Włochów (74%) i Polaków (61%).

Wyniki te pokazują, że pomimo rozwoju internetu i coraz większej digitalizacji usług, świadomość zagrożeń, jakie mogą pojawić się w wirtualnym świecie jest ciągle niewystarczająca. Większość osób ma mylne przekonanie, że w sieci jest bezpieczna, a problem cyberzagrożeń jej nie dotyczy – mówi Marcin Zieliński, Dyrektor Departamentu Sprzedaży w Europ Assistance Polska.

Jak internauci zabezpieczają swoje dane?

Podstawą bezpiecznego korzystania z sieci jest używanie oprogramowania antywirusowego i stosowanie silnych i skutecznych haseł zabezpieczających. Tymczasem, jak pokazują wyniki badania, aż 22% internautów nie ma na swoich urządzeniach oprogramowania antywirusowego. Jego brak deklaruje 28% internautów z Belgii, 25% Włochów, 24% Niemców, 18% Hiszpanów i 17% Francuzów. Jeżeli chodzi o Polaków, to antywirusa nie posiada aż 1/4 polskich internautów. Okazuje się, że jeżeli już instalujemy oprogramowanie antywirusowe, najczęściej mamy je na komputerze (92%), rzadziej  na tablecie (62%) i smartfonie (58%).

Tylko połowa Europejczyków (51%) używa innego hasła dla każdej strony internetowej, reszta osób (49%) używa kilku, tych samych haseł dla różnych stron. Wyjątkowo dobrze na tym tle wypadają polscy internauci, aż 63% z nich deklaruje, że ma inne hasło dla każdej strony. Nieco gorzej sytuacja wygląda jeżeli chodzi o skłonność do zmiany hasła. 31% Europejczyków rzadko lub nigdy nie zmienia swoich haseł. Najgorzej w zestawieniu wypadają Włosi (42% z nich nie zmienia haseł) i Polacy (33%). Najlepszy wynik mają Belgowie – haseł nie zmienia tylko 21% internautów.

Ochrona przed cyberzagrożeniami

Ponad połowa Europejczyków (54%) jest zainteresowana takimi usługami, a chęć ich zakupu deklaruje 30% osób. Najbardziej zainteresowani zakupem są Włosi (43%), Hiszpanie (40%) i Polacy – ponad 1/3 respondentów byłaby zainteresowana nabyciem produktu, który zapewniałby ochronę przed cyberzagrożeniami. Jak pokazują wyniki badania, najbardziej wiarygodnymi instytucjami oferującymi takie usługi są banki (69%), towarzystwa ubezpieczeniowe (66%) i firmy oferujące oprogramowanie (66%), przy czym w banku taki produkt najchętniej nabyliby Polacy (78%) i Francuzi (77%).

Konsekwencje wynikające z zagrożeń cybernetycznych, w tym nieuczciwego lub szkodliwego wykorzystania danych osobowych, czy finansowych mogą mieć nieoczekiwany skutek, zarówno materialny, jak i niematerialny. Dlatego większość osób deklaruje potrzebę ochrony na taką okoliczność – dodaje Zieliński.

Badanie zostało zrealizowane w marcu 2017 roku przez firmę badawczą Lexis Research na zlecenie Grupy Europ Assistance. Reprezentatywna próba badawcza wyniosła 4822 osób (800 ankiet w każdym kraju), które udzieliły swoich odpowiedzi w ramach ankiety internetowej.

Polska w ogonie Europy pod względem bezpieczeństwa sieciowego

Polska ulokowała się na 35 miejscu w Europie w rankingu bezpieczeństwa sieciowego, podaje firma Check Point. To najgorszy wynik naszego kraju w historii! Tymczasem eksperci od bezpieczeństwa informują, że rośnie popularność tzw. exploit kits, narzędzi hakerskich do wykrywania i wykorzystywania luk w zabezpieczeniach. Niestety, nic nie wskazuje by trendy miały ulec zmianie.

Check Point Software Technologies poinformowała podczas konferencji CPX Milan, że wykryła rosnącą liczbę ataków z wykorzystaniem tzw. exploit kits, narzędzi stworzonych w celu wykrywania i wykorzystywania luk w zabezpieczeniach sieciowych, a następnie pobierania i uruchamiania kolejnych złośliwych wirusów. Najpowszechniejszym tego typu narzędziem jest obecnie Rig EK, który po raz pierwszy został zidentyfikowany w 2014 roku.

Według Check Point codziennie doświadczamy ponad 26 tys. ataków na świecie. Jak wynika z badań PwC w Polsce 96% firm doświadczyło co najmniej 50 ataków w ciągu roku, jednocześnie wzrosły koszty wynikające z cyberataków. Średni koszt jednorazowego ataku na polską firmę sięga 1,5 mln złotych!

Check Point przedstawił analizy, które są niepokojące dla polskich przedsiębiorstw oraz użytkowników Internetu – nasz kraj uplasował się dopiero na 35 miejscu w Europie pod względem bezpieczeństwa (spadek o 12 pozycji w stosunku do poprzedniego zestawienia)!

Jedynymi krajami, które są bardziej zagrożone są Albania, Rosja, Włochy i Rumunia. Do najbezpieczniejszych należą sieci w Lichtensteinie (który odnotował ponad 3,5-krotnie mniej incydentów niż w Polsce) w Mołdawii i Czarnogórze. Jak wskazują dane z  ThreatCloud Live Threat Map, w ostatnim miesiącu najwięcej ataków na Polskę pochodziło z holenderskich IP.

W zeszłym miesiącu zauważyliśmy nagłe wzrosty ataków z wykorzystaniem exploit kits, co potwierdza fakt, że stare, ale skuteczne cyberataki nie znikają. Często pojawiają się ponownie, z poprawkami i aktualizacjami czyniącymi je znów niebezpiecznymi. Fakt, że robak Slammer dołączył do czołówki malware, podkreśla to jeszcze dosadniej – mówi Nathan Shuchami, wiceprezydent ds. wdrożenia produktów w Check Point. – Cyberkryminaliści, o ile to możliwe, wybierają adaptację dostępnych narzędzi, a niżeli tworzenie nowych, z powodu natychmiastowej gotowości do działania oraz większej opłacalności. Organizacje w wielu sektorach muszą zachować szczególną czujność oraz wdrażać zaawansowane systemy zabezpieczeń, które chronią przed różnego rodzaju atakami.

Check Point ujawnił również nagły wzrost wykorzystywania robaka Slammer, który po długiej przerwie wskoczył na trzecie miejsce najczęściej wykorzystywanych programów typu malware. Pierwszy robak Slammer został wykryty w 2003 roku i rozrósł się w nadzwyczajnym tempie. Został on opracowany w celu namierzania oprogramowania Microsoft SQL 2000 i rozpowszechniony tak szybko, że powodował „blokadę usług” (DoS) w przypadku części serwerów. To już drugi przypadek w którym robak wkroczył na listę 10 najpopularniejszych malware w rankingu (Global Threat Impact Index) firmy Check Point, pokazując, że nawet „starszy” malware może być wykorzystywany z powodzeniem.

Lista 3 najbardziej złośliwych oprogramowani ujawnia szeroki zakres kierunków i celów ataków, które mają wpływ na każdy etap łańcucha infekcji. Najczęściej spotykanymi wirusami były Rig EK oraz HackerDefender, które atakowały, odpowiednio, 5% i 4,5% organizacji na świecie. Zaraz za ich plecami ulokował się Slammer, wykrywany w 4% organizacji.

Top 3 najpopularniejszego malware – kwiecień 2017:

*strzałki wskazują wzrost lub spadek względem poprzednich miesięcy.

  1. ↑ Rig EK – Exploit Kit, który ukazał się w 2014 roku. Rig eksploity do Flasha, Javy, Silverlighta oraz Internet Explorera. Łańcuch infekcyjny rozpoczyna się od przekierowania na stronę docelową zawierającą JavaScript, który sprawdza luki w plug-inach oraz udostępnia eksploit.
  2. ↓ HackerDefender – Rootkit dla Windowsa, który może być używany do ukrywania plików, procesów i kluczy rejestru. Pozwala również na implementację backdoora oraz przekierowania portu, który działa przez porty TCP otwierane przez istniejące usługi. Oznacza to, że nie można odnaleźć backdoora za pośrednictwem tradycyjnych środków.
  3. ↑ Slammer – robak, który atakował Microsoft SQL 2000. Dzięki szybkiemu rozmnażaniu robak może powodować odmowę usługi na zagrożonych obiektach.

Top 3 najpopularniejszego mobilnego malware:

  1. Hiddad – malware na system Android, którego główną funkcją jest wyświetlanie reklam, ale również jest w stanie uzyskać dostęp do kluczowych elementów zabezpieczeń wbudowanych w system operacyjny, umożliwiając osobie atakującej uzyskanie poufnych danych użytkownika.
  2. Hummingbad – malware ustanawiający trwały rootkit w urządzeniu; instaluje fałszywe aplikacje i ma niewielkie modyfikacje umożliwiające dodatkowe złośliwe działanie, takie jak instalowanie key-loggera, kradzież poświadczeń i omijanie zaszyfrowanych kont e-maili używanych przez przedsiębiorstwa.
  3. Lotoor – Narzędzie hakerskie, które wykorzystuje luki w zabezpieczeniach systemu operacyjnego Android w celu uzyskania uprawnień administratora na zagrożonych urządzeniach przenośnych.

 

Aktualna sytuacja oraz prognozy ekspertów dotyczące kluczowych sektorów nieruchomości komercyjnych

Polska, licząca 38 milionów mieszkańców, jest największym pod względem ludności krajem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Jak wynika z raportu przygotowanego przez ekspertów CBRE, nasz kraj jest jedną z najbardziej stabilnych i dynamicznych gospodarek w regionie CEE. Raport „Poland Outlook 2017” przedstawia obecną sytuację oraz prognozy ekspertów CBRE dotyczące kluczowych sektorów nieruchomości komercyjnych: biurowego w Warszawie i miastach regionalnych, handlowego, przemysłowo-logistycznego oraz inwestycyjnego.

Dobre perspektywy dla polskiego rynku nieruchomości wynikają ze stabilnej sytuacji gospodarczej kraju, wysokiego poziomu konsumpcji wspieranego przez dobre warunki na rynku pracy i niskie ceny ropy. Spadek dotacji z UE i niższa przewidywalność sytuacji politycznej w ramach obecnego rządu  wpływają niestety niekorzystnie na zaufanie inwestorów i wydłużają proces decyzyjny, co przełożyło się na spadek ​​wzrostu PKB z 3,9% w 2015 r. do 2,9% w 2016 r. Wskaźnik CPI natomiast powrócił na poziom dodatni i będzie prawdopodobnie rósł w najbliższych miesiącach, aby osiągnąć średnią 1,8% na przestrzeni roku. Rynek pracy nadal się rozwija, bezrobocie spadło do rekordowego poziomu 7,7%, podczas gdy dochód realny wzrósł o około 3% w ostatnim roku.

Polska pozostaje solidnym celem inwestycyjnym i praktycznie nie odczuła zmian politycznych zachodzących w Unii Europejskiej oraz Stanach Zjednoczonych (Brexit czy kwestie imigracyjne). Sytuacja w kraju w znacznej mierze jest napędzana przez wewnętrzną ekonomię, która przyciąga wielu zagranicznych inwestorów. Dobrą kondycję polskiej gospodarki doceniła agencja ratingowa Moody’s, która podniosła dotychczasową ocenę ratingową wskazując, iż perspektywy dla wzrostu PKB są solidne i wciąż mamy wszystkie atuty do przyciągania inwestycji.

Warszawski rynek biurowy

Warszawa jest w stanie ciągłego rozwoju zarówno pod względem liczby ludności, jak i infrastruktury. Ma dużo do zaoferowania dla nowych inwestorów, jak również dla obecnych na rynku graczy. W tym momencie rynek biurowy w Warszawie jest bardzo aktywny, duża konkurencyjność pomiędzy deweloperami generuje układ sił korzystny dla najemców.

Całkowity zasób nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie przekroczył 5 mln mkw., a apetyt deweloperów nie słabnie – w budowie znajduje się kolejne 840 tys. mkw. Od początku 2017r. oddano do użytkowania ponad 84 tys. mkw. w 9 budynkach, a do końca 2017 r. planowane jest ukończenie kolejnych 283 tys. mkw. Szacujemy, iż do końca tego roku zasób powierzchni biurowej w Warszawie wzrośnie o około 7,3%.

„Zmiany polityczne w Polsce, krajach Unii Europejskiej oraz Stanach Zjednoczonych nie wpłynęły i nie oczekuje się, że wpłyną na rynek nowoczesnej powierzchni biurowej w stolicy w takim stopniu jak to było w przypadku kryzysu finansowego w 2008 roku. Wysokiej aktywności deweloperów towarzyszy stabilny popyt napędzany m.in. przez rosnącą liczbę firm decydujących się na otwarcie w Warszawie własnego centrum usług wspólnych. Skala zawartych umów najmu w Warszawie pokazuje, że aktywność najemców utrzymuje się na wysokim poziomie. Mimo tak wysokiej aktywności najemców poziom pustostanów, wobec znacznej realizacji projektów spekulacyjnych, osiągnął dość wysoką wartość – 14%. Szacujemy, że ta tendencja wzrostowa powinna się utrzymać do połowy 2018 r., aczkolwiek nie przekroczy ok. 15,5%” komentuje Łukasz Kałędkiewicz Starszy Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE.

Poszerzający się wachlarz dostępnych opcji najmu powierzchni oraz wzmacniająca się pozycja najemców w procesie negocjacyjnym przełożyły się na spadek czynszów w ostatnich latach. Poziom czynszów za najbardziej atrakcyjne powierzchnie biurowe jest stabilny od końca Q2 2016 i wynosi aktualnie 23,00 EUR/mkw./m-c. Pomimo wysokiego poziomu pustostanów i przewagi rynkowej po stronie najemców nie prognozujemy dalszych spadków czynszu.

Regionalne rynki biurowe

Łącznie w miastach regionalnych znajduje się obecnie prawie 4 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, z czego 45% stanowią biurowce klasy A. Poza Warszawą liderami pozostają Kraków ( 942 tys. mkw.), Wrocław (867 tys. mkw.) oraz Trójmiasto (646 tys. mkw.). Inne miasta takie jak Łódź, Poznań i Katowice cieszą się coraz większym zainteresowaniem ze strony zarówno najemców jak i deweloperów, a w kolejce ustawiają się kolejne rynki z dużym potencjałem takie jak Lublin i Szczecin. Rok 2016 był jednym z najbardziej pomyślnych okresów w historii rozwoju rynków regionalnych, a wyniki z I kwartału potwierdzają dobre perspektywy na przyszłość.

W I kwartale 2017r. prawie 70 600 mkw. oddano do użytku w 12 obiektach, a w budowie znajduje się kolejne 827 tys. mkw. w 66 projektach zaplanowanych do ukończenia w przeciągu najbliższych dwóch lat. Obecnie największe projekty w budowie to Alchemia III oraz Olivia Star w Trójmieście (łącznie 39 tys. mkw.), Tischnera Office w Krakowie (32 tys. mkw.), Ogrodowa Office w Łodzi (28 tys. mkw.) oraz Sagittarius Business House we Wrocławiu (28 tys. mkw.). Aktywność deweloperów jest odpowiedzią na rosnące potrzeby najemców, w I kw. 2017 wynajęto prawie 175 tys. mkw. co stanowi 60% wzrost w stosunku do analogicznego okresu w 2016r.

 „Aktywność deweloperów w regionach jest kreowana przez silny popyt na nowoczesną powierzchnię biurową w tych miastach. W najbliższych dwóch latach zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej będą dalej rosły, a największej aktywności spodziewamy się w Krakowie (ponad 300 tys. mkw. w budowie). Ze względu na coraz wyższy poziom powierzchni niewynajętej, deweloperzy mogą się spodziewać wzrostu oczekiwań najemców oraz konieczności zwiększenia pakietu zachęt. W wielu miastach podaż prześcignie popyt niemniej jednak niesłabnące zainteresowanie ze strony najemców zwłaszcza z sektora BPO/SCC/IT pozwala prognozować, iż nowo wybudowana powierzchnia będzie stopniowo wchłaniana przez rynek. Ważnym podkreślenia wymaga jednak fakt, iż w pierwszej kolejności, bez znaczenia o jakim rynku regionalnym mówimy, wynajmą się projekty już realizowane, najlepiej zlokalizowane w ramach miasta, oferujące najlepszą możliwą przestrzeń pracy dla Najemcy oraz wspomniane wyżej pakiety zachęt”  komentuje Kamil Tyszkiewicz Dyrektor, Advisory and Transaction Services, Dział Powierzchni Biurowych, CBRE.

Silna aktywność deweloperów nieznacznie wpłynęła na średnią stopę pustostanów, która spadła do 10,4%, z wartościami wahającymi się w poszczególnych rynkach od 6,8% w Krakowie do 15,9% w Szczecinie. Różnica we wskaźnikach powierzchni niewynajętej jest zależna od dynamiki rozwoju poszczególnych rynków. Stawki czynszów w największych miastach regionalnych pozostały stabilne i wynosiły 10,5 -15 EUR/mkw./m-c w zależności od lokalizacji. Najwyższe czynsze wywoławcze są rejestrowane w Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście.

Rynek przemysłowy i logistyczny

Całkowite zasoby nowoczesnych powierzchni przemysłowych i logistycznych w Polsce wyniosły prawie 11,6 mln mkw. pod koniec I kwartału 2017r. Rynek przeżywa prawdziwy boom budowniczy z kolejnym (po strefie Warszawa II) regionem – Górnym Śląskiem, którego podaż przekroczyła 2 mln mkw. powierzchni magazynowej klasy A. Następne w kolejce do bicia rekordów ustawiają się Poznań, Centralna Polska oraz Wrocław. Pięć największych polskich regionów przemysłowo-logistycznych w sumie skupia ponad 80% całkowitej podaży w Polsce.

Rok 2016 był historycznie najlepszym okresem na rynku powierzchni magazynowych, nie tylko pod względem popytu, ale również i podaży – łączna podaż powierzchni magazynowej klasy A dostarczonej na rynek w całym 2016 osiągnęła rekordowy poziom 1,12 miliona mkw. Rok 2017 nie zwalnia tempa. Doskonałą kondycję rynku potwierdzają wyniki I kwartału kiedy to do użytku oddano prawie 570 tys. mkw., a w budowie znajduje się kolejne 1,3 mln mkw. Dobra sytuacja na rynku sprzyja rozwojowi w dobrze znanych lokalizacjach w głównych polskich regionach, ale również powstawaniu obiektów w zupełnie nowych miejscach tj.: Zielona Góra, Opole, Kielce, Kalisz i wiele innych.

 „Na rynek powierzchni logistycznych coraz silniej oddziałuje handel internetowy. Dynamiczny wzrost branży e-commerce przekłada się na silny popyt na powierzchnie magazynowe, zarówno dla wielkopowierzchniowych regionalnych centrów dystrybucji – często zajmowanych przez czołowych międzynarodowych graczy rynku e-commerce, jak i miejskie centra logistyczne realizujące ostatni etap dystrybucji w ramach łańcucha dostaw (tzw. last mile)” komentuje Aleksander Kuźniewski, Zastępca Dyrektora, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Przemysłowo – Logistycznych, CBRE.

Pomimo dużej aktywności deweloperów, wskaźniki pustostanów utrzymują niski poziom. Nowopowstała powierzchnia jest szybko wchłaniana przez firmy, które dynamicznie się rozwijają i poszukują dodatkowych lokalizacji. Najniższe wskaźniki powierzchni niewynajętej występują w regionie Polski Centralnej (2%) i Górnego Śląska (4%). Umowne stawki czynszowe są stabilne i utrzymują się na poziomie 2,40 – 3,90 EUR/mkw./m-c. w głównych polskich regionach przemysłowo-logistycznych. Zauważalna jest znaczna różnica między stawkami czynszów umownych i efektywnych.

Rynek handlowy

Polska dysponuje obecnie ponad 11 mln mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Początek roku nie przyniósł żadnych nowych obiektów handlowych. Do użytku oddano jedynie rozbudowaną część Auchan Hetmańska w Białymstoku (5800 m. kw. nowej powierzchni handlowej). Mimo, iż I kwartał 2017r. był dość spokojny, można spodziewać się, że w tym roku do użytku trafi jeszcze ponad pół miliona mkw. nowej powierzchni handlowej. Swoje podwoje otworzą takie projekty jak Wroclavia we Wrocławiu, Galeria Północna w Warszawie, Ikea w Lublinie czy Serenada w Krakowie.

„W wyniku coraz większej konkurencji ze strony nowoczesnych, proponujących innowacyjne rozwiązania projektów, wiele starszych obiektów znalazło się w obliczu przeprowadzenia koniecznych zmian. W Polsce aż 50% istniejących centrów handlowych jest obecnych na rynku od 10 lat lub dłużej. Deweloperzy powinni obecnie planować nie tylko nowe realizacje,  ale również  modernizacje i przebudowy już istniejących centrów. Odświeżanie obiektów, przearanżowanie przestrzeni, weryfikacja oferty handlowej oraz wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych to trend, który będzie się utrzymywał w najbliższych latach” komentuje Magdalena Frątczak, Starszy Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Handlowych CBRE.

Mimo, iż z rynku wycofał się Marks&Spencer oraz TopShop, wiele znanych marek zagranicznych takich jak np. Hamleys, Victoria’s Secret oraz marki z grupy Iconix Brand przyglądają się Polsce i zapowiadają tutaj swój rozwój. Ponadto, firmy już obecne na polskim rynku rozwijają swoje sieci wprowadzając nowe koncepty i formaty, co pozytywnie wpływa na różnorodność oferty handlowej.

Średni wskaźnik powierzchni niewynajętej w 8 największych polskich aglomeracjach wyniósł
3,3 % na koniec 2016 roku i był nieznacznie wyższy niż na koniec pierwszej połowy 2016. Stawki czynszów i długość negocjacji w najlepszych centrach handlowych nie zmieniły się znacząco w przeciągu ostatnich kilku lat. Najbardziej prestiżowe projekty takie jak Arkadia, Galeria Mokotów, Złote Tarasy w Warszawie, Galeria Krakowska w Krakowie, Silesia City Centre w Katowicach czy Stary Browar w Poznaniu pozostają wciąż na szczycie listy marzeń wielu najemców i są obiektami, w których osiąga się najwyższe czynsze w kraju. W nowych obiektach w słabszych lokalizacjach wydłużył się proces negocjacji. Najemcy oczekują wzrostu zachęt kapitałowych, tj.: pokrycie kosztów wykończenia lokalu, okresy zwolnień z płatności czynszu, stawek czynszowych płaconych od obrotu zamiast stałego czynszu.

Polscy konsumenci przestali obawiać się zakupów internetowych, a  sprzedawcy w sklepach tradycyjnych są coraz bardziej świadomi potrzeby integracji rynku internetowego z tradycyjnym handlem. Rosnący udział sprzedaży internetowej w całkowitym poziomie sprzedaży detalicznej wymusza poszukiwanie innowacyjnych rozwiązań, które przyciągną klientów do sklepów stacjonarnych. Konieczność skonsolidowania handlu tradycyjnego z sektorami m-commerce
i e-commerce stała się jednym z najistotniejszych wyzwań dla wszystkich podmiotów na rynku.
W celu wypracowania przewagi konkurencyjnej zarządcy i właściciele wykorzystują nowoczesne technologie, które skutecznie implementują do centrów handlowych. Przykładami innowacyjnych rozwiązań są aplikacje mobilne wskazujące drogę do szukanego sklepu wewnątrz centrum handlowego, lub pozwalające na otrzymywanie spersonalizowanej oferty na podstawie poprzednich decyzji zakupowych klienta.

Rynek inwestycyjny

Początek roku był okresem jak zwykle dość spokojnym na rynku inwestycyjnym, w I kwartale 2017 r. całkowity wolumen inwestycyjny w Polsce wyniósł 485 mln euro, co oznaczało 5% spadek w stosunku do tego samego okresu w roku 2016. Polska jednakże jest wciąż w centrum zainteresowania – solidny wolumen transakcji w przygotowaniu oraz wzrastająca liczba inwestorów interesujących się polskim rynkiem nieruchomości wskazują, że całkowity wolumen transakcji w 2017 roku powinien osiągnąć podobny poziom do tego z lat 2015-2016.

„Rynek inwestycyjny w Polsce w I kwartale 2017 roku został zdominowany przez sektor hotelowy, który dzięki transakcji nabycia trzech 5-gwiazdkowych hoteli stanowił 45% udziału w rynku. W ramach transakcji nowego właściciela zyskał Hotel Sheraton w Krakowie, oraz dwa hotele w Warszawie: Hotel Radisson Blu Centrum oraz Hotel Westin. Ponadto zainteresowaniem inwestorów cieszą się niezmiennie sektory handlowy oraz biurowy, które zdobyły odpowiednio 33% oraz 20% udziałów w całkowitym wolumenie transakcji inwestycyjnych. Rok 2017 zapowiada się bardzo optymistycznie z uwagi na fakt, iż toczy się obecnie wiele transakcji na naszym rynku” komentuje Przemysław Felicki, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, CBRE.

Aktywność inwestorów od kilku lat nie skupia się już wyłącznie na największych projektach w Warszawie, ale przeniosła się także na mniejsze projekty i inne miasta Polski. Przewidujemy, iż trend ten utrzyma się w nadchodzących 3 kwartałach 2017, a inwestorzy o różnym profilu inwestycyjnym będą poszukiwać atrakcyjnych okazji rynkowych, nie tylko na terenie Warszawy, ale również w innych miastach regionalnych.

Wartości stóp kapitalizacji nie uległy większym zmianom od końca 2016 roku. Wciąż widoczna jest kompresja stóp kapitalizacji aczkolwiek ulega stopniowemu spowolnieniu.

Ronson planuje wypłatę końcowej dywidendy w wysokości 0,10 zł na akcję

Rada Nadzorcza Ronson Development pozytywnie zaopiniowała wniosek zarządu Spółki dotyczący zarekomendowania Walnemu Zgromadzeniu wypłaty końcowej dywidendy za 2016 r. w wysokości 0,10 na akcję. Biorąc pod uwagę zaliczkową dywidendę w wysokości 0,09 zł na akcję, wypłaconą przez Spółkę w marcu, łączna wypłata dla akcjonariuszy z ubiegłorocznego zysku sięgnie 0,19 zł na akcję. Uchwałę w tej sprawie Walne Zgromadzenie podejmie 30 czerwca.

Zgodnie z rekomendacją zarządu i rady nadzorczej dotyczącą podziału zysku netto wypracowanego w 2016 r., który sięgnął 64,5 mln zł, na dywidendę dla akcjonariuszy ma trafić łącznie 31,2 mln zł, czyli 0,19 zł na akcję. Ronson wypłacił już w marcu br. zaliczkową dywidendę w łącznej wysokości blisko 14,8 mln zł (0,09 zł na akcję). Dodatkowa wypłata sięgnie zatem 16,4 mln zł, czyli 0,10 zł na akcję.

– Na wypłatę dywidendy na takim poziomie pozwala nam bardzo dobra sytuacja płynnościowa Spółki i rekordowo wysokie zyski wypracowane w ubiegłym roku. Przypomnę, że jest to m.in. efekt bardzo zyskownej transakcji sprzedaży projektu Nova Królikarnia na rzecz Global City Holdings, którą zrealizowaliśmy pod koniec ubiegłego roku. Projekt został sprzedany za ponad 175 mln zł. z czego kwota prawie 141 mln zł została rozliczona w ramach transakcji odkupu przez Spółkę akcji własnych od GCH, a ponad 34 mln zł to łączna płatność, jaką Ronson otrzymał w gotówce. Zysk brutto ze sprzedaży tego projektu przekroczył 57 mln zł, co daje marżę brutto na poziomie niemal 33% – powiedział Tomasz Łapiński, p.o. prezesa zarządu Ronson Europe.

Walne Zgromadzenie, które zdecyduje o podziale zysku za 2016 rok, zostało zwołane na 30 czerwca br. Zarząd Ronson Europe proponuje ustalenie dnia dywidendy na 3 sierpnia, a dzień wypłaty dywidendy na 10 sierpnia br.

Czerwcowe Walne Zgromadzenie ma także oficjalnie zatwierdzić zmiany w zarządzie Spółki, będące następstwem rezygnacji złożonej pod koniec kwietnia przez dotychczasowego prezesa Shragę Weismana. Rada Nadzorcza zaproponowała Walnemu Zgromadzeniu mianowanie na prezesa zarządu Tomasza Łapińskiego, który od 2008 r. sprawował funkcję członka zarządu i dyrektora finansowego Spółki. Zaproponowała ponadto powołanie do Zarządu i powierzenie funkcji dyrektora finansowego Rami Gerisowi, dotychczasowemu kontrolerowi finansowemu, związanemu ze Spółką od 2007 r. Zgodnie z decyzją Zarządu, Tomasz Łapiński i Rami Geris pełnią nowe obowiązki już od 28 kwietnia br.

Koszty związane z delegowaniem pracowników, opłaty drogowe, rosnąca cena ropy wywindują ceny polskich firm transportowych

Transport na drogach Europy staje się coraz droższy dla polskich firm przewozowych. Oprócz konieczności respektowania przez przewoźników stawek płac minimalnych krajów do których kierowcy są delegowani, zazwyczaj dochodzą dodatkowe koszty z tytułu podróży służbowych. W dalszej perspektywie może to oznacza nawet podwyższenie cen importowanych produktów.

Największe kwoty miesięcznej dopłaty dla kierowców zawodowych wypłacane są za podróże do Francji. Średnio, suma ta wynosi około 406 zł. W dalszej kolejności jest Austria z dopłatą na poziomie 241 zł oraz Niemcy z dodatkiem 129 zł.

Brak kierowców zawodowych, rosnące ceny paliw i kosztów opłat drogowych to tylko część problemów polskich firm transportowych. Według raportu, koszty generują nie tylko przepisy o płacy minimalnej, ale także dodatkowe obciążenia wprowadzane przez poszczególne kraje UE. Francuska ustawa z lipca 2016 roku, wprowadziła na przykład szereg innych przepisów dotyczących pracowników podróżujących do pracy na terenie Francji. Poza stawką minimalną, wynoszącą od 9,68 do 10,00 € za godzinę pracy, narzuca się dodatkowe warunki wynagrodzenia w postaci różnego rodzaju dodatków: stażowego, z tytułu pracy w porze nocnej, a także za pracę w niedziele i święta oraz z tytułu godzin nadliczbowych. Szereg dodatkowych regulacji prawnych przyczynił się do tego, że Francja stała się najdroższym kierunkiem delegowania kierowców zawodowych, a jednocześnie jej geograficzne położenie sprawia, że przewoźnicy nie mogą wykluczyć tego państwa z planowanych tras.

Badanie „Transport na drogach Europy” dotyczyło pierwszego kwartału 2017 roku i uwzględniało wyniki z ponad 800 firm transportowych i ponad 7000 kierowców.

Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców

Laser-Med S.A. ma list intencyjny ws. połączenia z One More Level S.A.

Laser-Med S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2012 r., podpisała list intencyjny w sprawie połączenia z podmiotem z branży gier komputerowych – One More Level S.A. Spółki będą obecnie realizowały proces due diligence i przygotowywały Term Sheet, którego podpisanie ma nastąpić do końca maja br.

Laser-Med S.A. oraz One More Level S.A. dostrzegają korzyści płynące z zacieśnienia współpracy i zamierzają wykorzystać efekty synergii, płynące z posiadanego doświadczenia oraz potencjału obu podmiotów. W związku z tym Spółki podjęły decyzję o rozpoczęciu negocjacji w sprawie połączenia obu Spółek i podpisały list intencyjny w tym zakresie. Planowane połączenie ma nastąpić poprzez przeniesienie całego majątku spółki One More Level S.A. (spółka przejmowana) na spółkę Laser-Med S.A. (spółka przejmująca) w zamian za wydanie dotychczasowym akcjonariuszom spółki One More Level S.A. akcji Laser-Med S.A. Obecnie Spółki będą prowadziły proces due diligence oraz pracowały nad przygotowaniem Term Sheet, którego podpisanie zostało przewidziane do dnia 31.05.2017 r. Połączenie Spółek nastąpi po ustaleniu parytetu wymiany akcji oraz pod warunkiem wyrażenia zgody przez Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy obu Spółek.

„Podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu procesu połączenia obu spółek, bowiem jesteśmy przekonani, że może ono przynieść istotne korzyści. Naszym celem jest to, aby po połączeniu powstał podmiot o mocnej pozycji konkurencyjnej w branży gier komputerowych, który skutecznie wykorzysta efekty synergii wynikające z uzupełnienia wzajemnego potencjału rozwoju, zwiększenia skali działalności oraz redukcji kosztów funkcjonowania. Rozpoczynamy teraz proces badania obu spółek i przygotowujemy porozumienie w sprawie podstawowych warunków transakcji.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki Laser-Med S.A.

Emitent w ramach realizacji nowych kierunków rozwoju w oparciu o zmieniony profil działalności – działalność inwestycyjną w obszarze produkcji gier komputerowych oraz mobilnych, nawiązał w maju 2017 r. współpracę z One More Level S.A. w zakresie wymiany doświadczeń w obszarze planowania sprzedaży i budżetowania projektów, prowadzenia projektów i zarządzania ryzykiem projektowym, pozyskiwania finansowania, projektowania gier i aktualnych technologii (silniki gier) oraz procedur certyfikacji gier na poszczególnych platformach: PC, Microsoft, Sony.

One More Level S.A. to studio game developerskie, które powstało w 2014 roku i wydało takie gry jak: Warlocks vs Shadows, Deadlings, Race to Mars. Producent ten jest także certyfikowanym wydawcą na platformy Xbox One, PS4, PSVITA, Nintendo oraz Steam. One More Level S.A. pracuje obecnie nad swoją najnowszą produkcją, będącą największym tytułem w historii Spółki, która trafi do dystrybucji na przełomie 2017/2018 roku nakładem jednego z największych światowych wydawców na platformy PC i konsole (PS4, Xbox One). W 2017 roku One More Level S.A. chce także wystąpić o dofinansowanie z NCBiR (Program GameINN) na rozwój innowacyjnych technologii związanych z nową produkcją.

„Nasza dotychczasowa współpraca z One More Level S.A. przebiega bardzo dobrze. Widzimy spore perspektywy rozwoju tej Spółki związane przede wszystkim z jej najnowszą grą, która ukaże się na przełomie 2017/2018 roku nakładem jednego z największych światowych wydawców. Rynek ten rośnie w Polsce co roku w bardzo dynamicznym tempie, co utwierdza nas w przekonaniu, że przyjęty kierunek rozwoju Spółki jest właściwy.” – zakończył Prezes Ciszewski.

Laser-Med S.A. osiągnęła w 1 kwartale 2017 roku zysk netto w kwocie 262 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 252 tys. zł. Wypracowanie bardzo dobrych wyników finansowych było możliwe dzięki skutecznej realizacji działań restrukturyzacyjnych, m.in. redukcji zobowiązań w łącznej wysokości ponad 161 tys. zł oraz zbyciu aktywów (środków trwałych) związanych z dotychczasowym przedmiotem działalności za kwotę ponad 159 tys. zł.

Konrad Białas: Czas na ocenę sytuacji

Po pozytywnym starcie tygodnia w Azji widać, że „Trumpulencje” słabną, choć przy ryzyku politycznym nigdy nie wiadomo, kiedy ponownie uderzy. Rynek walutowy jest spokojny, a na rynku ropy widać wysokie oczekiwania przed czwartkowym spotkaniem OPEC. Dziś jednak może być sennie.

W kalendarzu na poniedziałek danych jest jak na lekarstwo, więc tutaj niema co szukać impulsów do handlu. Skandal w Waszyngtonie dotyczące Trumpa oraz jego ludzi i ich kontaktów z Rosjanami pozostaje głównym tematem, ale weekend nie przyniósł nowych rewelacji. Już powołana specjalna komisja do zbadania sprawy może ochłodzić nastroje, a do dalszego szumu medialnego inwestorzy wkrótce się przyzwyczają. Zbyt wcześnie, by zobaczyć wysokie szanse na impeachment Trumpa, ale mleko się rozlało, więc krótkoterminowa słabość USD jest uzasadniona. Nie pomaga, że wycena czerwcowej podwyżki Fed wróciła do niemal pewnej (99 proc.), gdyż dla dolara ważniejsze, czy Fed znajdzie odwagę i argumenty, by dokonać kolejnej w drugiej połowie roku? Na razie rynek widzi raptem 40 proc. szans na to. Dzisiejsze wystąpienia Harkera i Kashkariego raczej wiele tutaj nie zmienią. Pierwszy otwarcie mówi o dwóch podwyżkach do końca roku (i trzeciej nie dołoży), z kolei Kashkari ma gołębie poglądy. Dalej w tygodniu otrzymamy minutki z majowego posiedzenia FOMC, które przy obecnym biegu wypadków wydają się już przestarzałe i nie powinny mieć większego wpływu.

EUR/USD przystanął przy 1,12, ale wciąż ma pole do dalszych wzrostów. Poza problemami dolara, pozycja euro jest dobra, o ile jutrzejsze odczyty PMI nie wskażą na hamowanie ożywienia. Osobiście sądzę, że rynek zapędził się w oczekiwaniach tempa normalizacji polityki ECB i na posiedzeniu za trzy tygodnie dostanie mniej niż teraz liczy, ale na razie lepiej nie stać na drodze rajdu EUR. Dziś na spotkaniu Eurogrupy będzie omawiany temat Grecji, ale po osiągniętym w ubiegłym tygodniu porozumieniu odnośnie reform, latem raczej nie grozi nam świeża odsłona greckiej tragedii. Ministrowie finansów UE mogą też pochylić się and tematem Brexitu, choć oficjalne rozmowy mają wystartować dopiero 19 czerwca. W weekend prasa brytyjska cytowała minister ds. wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE D. Davis, który zagroził odejściem Londynu od negocjacji, jeśli Bruksela nie porzuci żądań zapłaty przez Wielką Brytanię 100 mld EUR. GBP/USD nie jest w stanie utrzymać popytu ponad 1,30 i takie doniesienia na pewno w tym nie pomagają.

Na czwartek zaplanowane jest spotkanie OPEC, gdzie stawką będzie przedłużenie wygasających w czerwcu cięć wydobycia. Po zeszłotygodniowych deklaracjach wiemy, że głowni gracze, Arabia Saudyjska i Rosja, są za wydłużeniem porozumienia do końca marca 2018 r. Jeśli cięcia zostaną podtrzymane (na co rynek bardzo liczy), ropa naftowa WTI wróci do handlu w range’u z początku roku, ale każde zgrzyty lub sprzeciwy niektórych członków będą negatywnie odebrane przez rynek. CAD, NOK i RUB w szczególności będą wrażliwe na informacje ze spotkania.

Silny start tygodnia w wykonaniu azjatyckich giełd i dobra postawa walut tamtejszych rynków wschodzących sugeruje, że Trumpulencje na razie przynoszą więcej szkody dla USD niż dla aktywów ryzykownych. Z drugiej strony obraz techniczny zaczyna podkreślać wyprzedanie par złotowych. Widzimy rosnące ryzyko, że każde zejście pod 4,20 będzie wykorzystywane na sprzedaż złotego. Strefa 4,2250-4,23 jest na razie sufitem, ale może nie przetrwać kolejnego testu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zasiedzenie to pierwotny sposób nabycia prawa własności nieruchomości

Sąd Najwyższy w uchwale składu 7 sędziów Sądu Najwyższego Izby Cywilnej z dnia 9 grudnia 2016 roku jednoznacznie przesądził, że dopuszczalne jest nabycie prawa własności nieruchomości przez posiadacza samoistnego w drodze zasiedzenia, nawet jeżeli nieruchomość ta pozostaje w użytkowaniu wieczystym ustanowionym na rzecz innego podmiotu. Dzieje się tak najczęściej wówczas, gdy z nieruchomości – tej która jest użytkowana wieczyście – korzysta inna niż użytkownik wieczysty – osoba posiadająca tytuł prawny do działki sąsiedniej. Jej korzystanie ma charakter posiadania samoistnego, czyli zachowanie tego posiadacza samoistnego jest takie, jakby był jej właścicielem – chociaż z prawnego punktu widzenia jeszcze nim nie jest. Do sytuacji takiej dochodzi zazwyczaj z powodu braku wiedzy o miejscu przebiegu granicy pomiędzy działkami, niedopilnowania przez właściciela – czyli gminę – przestrzegania granic nieruchomości w momencie przekazania jej użytkownikowi wieczystemu, jak również z powodu braku kontroli granic przez gminę w czasie trwania użytkowania wieczystego.

– Nabycie prawa własności nieruchomości przez zasiedzenie wymaga samoistnego posiadania przez 20 lal w dobrej wierze lub 30 lat w złej wierze – powiedziała serwisowi eNewsroom.pl mec. Anna Maksymiuk z Kancelarii Gardocki i Partnerzy – Zasiedzenie to pierwotny sposób nabycia prawa własności nieruchomości, które następuje z upływem oznaczonego terminu wykonywania posiadania w sposób przewidziany w kodeksie cywilnym. Posiadanie prowadzące do zasiedzenia musi mieć charakter samoistny – posiadacz musi zachowywać się jakby był właścicielem nieruchomości, choć w rzeczywistości jeszcze nim nie jest. W takiej sytuacji bierna postawa właściciela nieruchomości oraz brak kontroli przez gminę granic nieruchomości będących w użytkowaniu wieczystym – de facto nie reagowanie przez gminę na samoistne posiadanie nieruchomości przez podmiot nieuprawniony – musi skutkować rozstrzygnięciem o zasiedzeniu. Gmina ma wystarczająco dużo czasu, aby dostrzec potencjalne zagrożenie zasiedzenia swojej nieruchomości i podjąć odpowiednie kroki prawne – nawet jeżeli nieruchomość jest już w użytkowaniu wieczystym. Takie są obowiązki właściciela nieruchomości. Sąd Najwyższy w cytowanej uchwale stwierdził, że nie istnieje podstawa prawna wyłączająca posiadanie prowadzące do zasiedzenia w stosunku do posiadania nieruchomości będącej w użytkowaniu wieczystym. Skutkiem podjętej uchwały będzie rozstrzygane podobnych spraw na korzyść posiadaczy samoistnych i tym samym utrata własności przez Skarb Państwa lub jednostkę samorządu terytorialnego. Uchwałę należy przyjąć z zadowoleniem, albowiem ujednolici ono orzecznictwo, które w tym zakresie było różne – przyznać należy, że przeważający był nurt dopuszczający zasiedzenie w takiej sytuacji – dodała Maksymiuk.

Mailingi – potencjał do analityki big data

Mail to kluczowe narzędzie łączące CRMy klientów z ekosystem reklamy digitalowej. Analityka danych w oparciu o mail przynosi największe korzyści dla biznesu. Jednocześnie masowe mailingi umierają gwałtowną śmiercią – młodzież z pokolenia Z i Y prawie w ogóle z nich nie korzysta.

W dyskusjach marketerów można usłyszeć zdania, że „maile nie sprzedają”. I słusznie – tradycyjne newslettery niedługo wymrą. Tylko co dziesiąty nastolatek korzysta z newsletterów do szukania informacji o produktach i usługach.

w1

Jednocześnie marketerzy rzadko zdają sobie sprawę z możliwości analitycznych, jakie daje email. Na polskim rynku rzadko wykorzystuje się pełen potencjał danych z emaili do analityki sprzedażowej, optymalizacji kampanii czy strategii tworzenia nowych produktów. Obecnie najczęściej – jeśli w ogóle – dane z komunikacji email są integrowane albo z odsłonowymi kampaniami remarketingowymi, albo z CRM – aby dostarczyć informację o scoringu dla sprzedawców pracujących na pojedynczych leadach.

W Polsce jednocześnie rozwija się już trend na tworzenie własnych cyfrowych CRMów przez klientów końcowych. I tam klienci są identyfikowani najczęściej poprzez adresy email. I tam jest największa przestrzeń do analityki big-data; przed rynkiem jednak jeszcze długa droga. Docelowo dane powinny uwzględniać:

kolko

Modelowanie danych może się odbyć na różne sposoby. Różne rodzaje danych umożliwiają różne modele i różne korzyści biznesowe. Kilka przykładowych modeli danych:

  • Współpraca strony WWW i komunikacji mailowej w służbie sprzedaży – Czy warto inwestować w rozwój bazy mailowej i strony WWW, aby zwiększyć sprzedaż? W co lepiej zainwestować?
  • Predykcja sprzedaży w oparciu o plan marketingowy – Jaka będzie sprzedaż w zależności od różnych planów marketingowych?
  • Identyfikacja ścieżek zachowań klientów na WWW i w mailach dla różnych kategorii klientów – Zaprojektowanie różnych scenariuszy ścieżek klientów – i w ogólnym Customer Journey i w ramach własnych touchpointów.
  • Opracowanie optymalnego contentu do zwiększania sprzedaży wśród różnych rodzajów klientów – Wiedza o tym, co promować – jakie produkty i jaki content

Jak to zrobić? Oczywiście najlepiej jest stworzyć własną bazę integrującą dane z różnych źródeł – to najlepsze podejście, jeżeli chce się obejść problem tzw. walled gardens i jeżeli nie chce się powierzać danych z własnego CRM do zewnętrznych firm. Pozwala również tworzenie własnych procesów analitycznych i reklamowych. Ta baza musi zawierać zarówno informacje o poszczególnych osobach, ale i zintegrowane dane o ich zachowaniu wśród wszystkich touch pointów. Ale można też skorzystać z różnych usługodawców – Google, CRMy zintegrowane z chmurą (Salesforce) i ekosystemy danych, takie jak Microsoft Azure, IBM Watson czy Amazon.

Jeżeli zainteresowała Cię ta tematyka, pobierz pogłębiony materiał o potencjale analityki opartej o email i możliwych integracjach, zawierający charakterystykę świadomych użytkowników komercyjnych mailingów.

Albert Hupa, IRCenter.com.

LS Tech-Homes S.A. po 1 kw. 2017 r. z zyskiem netto w wysokości blisko 3,3 mln zł

LS Tech-Homes S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, chce osiągnąć w najbliższych latach wysokie tempo rozwoju dzięki stałemu wzrostowi portfela zamówień. Spółka postawiła na innowacyjność i stała się polskim liderem budownictwa w technologii modułowej.

LS Tech-Homes S.A. zakończyła 1 kw. 2017 r. zyskiem netto w wysokości blisko 3,3 mln zł, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły poziom 10,1 mln zł, co było najlepszym kwartalnym wynikiem finansowym w historii Emitenta. Osiągnięcie wysokiej progresji wyników finansowych było rezultatem efektywnego wykorzystania potencjału produkcyjnego własnych zakładów oraz prowadzenia intensywnych działań marketingowo-sprzedażowych. Spółka realizowała również przyjęty plan rozbudowy zasobów kadrowych w pionie produkcyjnym, technicznym oraz sprzedażowym.

Swój sukces LS Tech-Homes S.A. zawdzięcza podążaniu za najnowszymi światowymi trendami rozwoju budownictwa, które stawiają trudne dotychczas do spełnienia wymagania: krótkiego czasu realizacji oraz wysokiej jakości wykonania inwestycji.  Spółka chcąc sprawować pełną kontrolę nad jakością swojej produkcji już w pierwszej fazie działalności skupiła się na wypracowaniu technologicznego know-how, dzięki bliskiej współpracy swoich specjalistów z działu R&D (Research and Development) z Instytutem Techniki Budowlanej z Warszawy oraz Akademią Techniczno-Humanistyczną w Bielsku-Białej. Zdobyte dzięki tej kooperacji doświadczenie oraz będąca jej efektem nowatorska technologia wytwarzania płyt kompozytowych do produkcji prefabrykatów zaowocowały  przyznaniem LS Tech-Homes S.A. w marcu br. prestiżowego tytułu Rynkowego Lidera Innowacji – „Lider 5-lecia 2012-2017”. Z kolei Prezes Zarządu Spółki – Mirosław Pasieka, został dodatkowo wyróżniony Złotym Laurem Umiejętności i Kompetencji, przyznanym przez Regionalną Izbę Gospodarczą.

Głównym celem LS Tech-Homes S.A. jest dostarczanie modułowych rozwiązań pod klucz obejmujących również instalacje sanitarne i elektryczne, a także zdefiniowane przez inwestora umeblowanie. Tego typu technologia wzbudza niezwykle wysokie zainteresowanie sieci franczyzowych, co wynika z wysokiej powtarzalności standardu wykonania, niedostępnej dla technik konwencjonalnych szybkości montażu, a także symbolu nowoczesności oraz postępu. Równie duże zainteresowanie oferowaną przez Spółkę technologią zgłaszają wyższe uczelnie (miasteczka akademickie) oraz branża hotelarska (rozwój sieci oraz zagospodarowanie trudnodostępnych terenów).

Nowatorskie rozwiązania dla budownictwa bardzo szybko znalazły zainteresowanie na rynku niemieckim, gdzie od drugiego kwartału br. realizowana jest przez Spółkę inwestycja o wartości blisko 80 mln zł, która obejmuje budowę obiektów w Berlinie i zostanie zakończona w 4 kw. 2017 r. Niedostępna  dotychczas szybkość i jakość realizacji w innowacyjnej technologii doprowadziła do podpisania listu intencyjnego z kolejnym niemieckim partnerem na budowę blisko 100 tys. m2 powierzchni mieszkalnych z opcjami lokali komercyjnych. Wartość tego kontraktu szacowana jest na blisko 650 mln zł, a jego realizacja zaplanowana została na lata 2019-2021. Dynamiczny rozwój LS Tech-Homes S.A. jest wspierany przez zaplecze produkcyjne w czterech zakładach należących do Spółki w: Czechowicach-Dziedzicach, Studzienicach oraz dwóch fabrykach w Koniecwałdzie. Prowadzone obecnie rozmowy z kolejnymi inwestorami nie tylko z rynku niemieckiego, ale również holenderskiego, są sygnałem do uwzględnienia dalszych planów rozwojowych w postaci budowy kolejnych zakładów produkcyjnych w Polsce, jak i poza jej granicami.

„Jesteśmy przygotowani od strony techniczno-technologicznej do zapełnienia naszych hal produkcyjnych podpisanymi kontraktami. Proces inwestycyjny naszej Spółki był bardzo złożony, co wynikało z faktu, że w pierwszej kolejności musieliśmy pracować nad technologią i przeprowadzać kosztowne oraz czasochłonne badania rozwojowe produktów, budując jednocześnie nasze fabryki, które umożliwią nam realizację nowych kontraktów. W międzyczasie rozszerzyliśmy nasze portfolio produktowe o dodatkową paletę produktów, nad którymi intensywnie pracowaliśmy przez ostatni rok. Podpisane przez Spółkę kontrakty z pewnością potwierdzają naszą wiarygodność jako partnera biznesowego, a ich realizacja wpłynie bardzo pozytywnie na nasz dalszy rozwój.” – komentuje Mirosław Pasieka, Prezes Zarządu Spółki LS Tech-Homes S.A.

„Cały czas pracujemy nad pozyskaniem kolejnych kontraktów i myślę, że wkrótce uda nam się zdobyć co najmniej jedno duże zamówienie o równie wysokiej wartości co poprzednie. Chciałbym tutaj podkreślić, że nowe kontrakty będą realizowane na bazie technologii Modułowej. Spółka pracowała w ostatnim czasie nad prefabrykacją gotowych ścian, stropów, stropodachów oraz gotowych Domów Modułowych i właśnie do tego zostały dostosowane nasze dwa zakłady produkcyjne na północy Polski w Koniecwałdzie. To właśnie tam będą powstawać gotowe Moduły.” – zakończył Prezes Pasieka.

Spółka zakończyła w kwietniu br. z sukcesem emisję obligacji serii A i pozyskała z niej środki w wysokości 7 mln zł. W ramach emisji obligacji serii A Emitent dokonał przydziału 7.000 szt. obligacji o wartości nominalnej 1.000 zł każda, a więc o łącznej wartości 7 mln zł. Środki pozyskane z emisji zostaną przeznaczone na realizację zagranicznych kontraktów LS Tech-Homes S.A.

Trans Polonia wypracowała w kwietniu 16,9 mln zł przychodów ze sprzedaży

Spółka Trans Polonia wypracowała w kwietniu 16,9 mln zł przychodów ze sprzedaży (+7 proc.), co oznacza wzrost zarówno w segmencie paliwowym (+8 proc.)., jak i segmencie produktów chemicznych, spożywczych i mas bitumicznych (+5 proc.). Pozytywna dynamika konsumpcji krajowej paliw płynnych i LPG, ożywienie w inwestycjach drogowych i dalsze sukcesywne umacnianie pozycji rynkowej w przewozach płynnej chemii w relacjach międzynarodowych to czynniki decydujące o dobrych odczytach minionego miesiąca.

Narastająco w okresie styczeń-kwiecień 2017 r., orientacyjne przychody ze sprzedaży wyniosły 65,7 mln zł (wobec 38,8 mln zł w analogicznym okresie sprzed roku). Na uwagę zasługuje głównie silny wzrost (+24%) sprzedaży segmentu transportu chemii, asfaltów i produktów spożywczych, który wygenerował 22,3 mln zł sprzedaży.

–Wstępne kwietniowe dane sprzedaży pokazują, że nie bazujemy tylko na dotychczasowej skali działalności OTP, ale potrafimy wygenerować organiczny wzrost w tym segmencie.  Ważną składową wyższych przychodów jest utrzymująca się od kilku kwartałów, korzystna dynamika w segmencie przewozów płynnych ładunków chemicznych na trasach międzynarodowych. Z kolei na rynku logistyki mas bitumicznych, widzimy ewidentne oznaki ożywienia i to także obszar, który w kolejnych miesiącach może odznaczać się pozytywnie – powiedział Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia S.A.

Trans Polonia 16 marca 2017 r. zaprezentowała założenia Planu Inwestycyjnego na lata 2018-2020. Wzrost floty własnych ciągników i naczep-cystern o ponad 140 jednostek umożliwi Spółce odpowiedzieć na coraz wyższy popyt na oferowane usługi. Realizacja Programu rozpocznie się w II połowie 2017 r., a jego efekty będą widoczne w wynikach finansowych począwszy od kolejnego roku obrotowego. Grupa zakłada nabycie 56 cystern chemicznych, 40 cystern paliwowych i LPG oraz 10 cystern bitumicznych, a także 40 ciągników siodłowych o łącznej wartości ok. 55,8 mln zł. Program obejmuje także przeznaczenie części środków (ok. 6,2 mln zł) na wzrost kapitału obrotowego.

Polscy przedsiębiorcy: Pieniądze nie są wyznacznikiem sukcesu

Tylko dla niespełna 30 proc. polskich przedsiębiorców  z sektora MMŚP wyznacznikiem sukcesu są uzyskiwane przez nich dochody. Co jest dużo ważniejsze? Niezależność. Właściciele firm są zadowoleni ze swoich dokonań. Aż 67 proc. z nich uważa, że osiągnęło sukces lub dokona tego w ciągu dwóch lat – wynika z badania „Polski przedsiębiorca. Portret własny”, przeprowadzonego przez firmę home.pl.

W powszechnej opinii wielu Polaków osiągnięcie sukcesu utożsamiane jest z uzyskiwaniem dużych dochodów. W przypadku polskich przedsiębiorców, których firmy zaliczają się do sektora MMŚP (-mikro, -małe i średnie firmy) – niekoniecznie.  Dowodem na to jest badanie przeprowadzone w maju 2017 roku przez home.pl, na grupie 1 tys. klientów.

Przedsiębiorcy optymistycznie patrzą w przyszłość

Okazuje się bowiem, że aż dla 65 proc. z nich sukces utożsamia z niezależnością. Z kolei 48 proc. przedsiębiorców wskazało na rozpoznawalność marki na rynku, 34 proc. – stworzenie jej od początku, 23 proc. – na tworzenie miejsc pracy. Tylko 28 proc. właścicieli firm utożsamia sukces z uzyskiwaniem miesięcznie konkretnych dochodów (od 10 do 100 tys. zł netto).

Polscy przedsiębiorcy są zadowoleni ze swoich dokonań. Aż 36 proc. badanych uważa, że osiągnęło sukces. Kolejne 31 proc. jest pewne, że dokona tego w ciągu najbliższych dwóch lat. Tylko 6 proc. właścicieli przedsiębiorstw z sektora MMŚP nie czuje, że osiągnęło sukces, 28 proc. nigdy o tym nie myślało. Przeważająca większość z nich jest optymistami, jeśli chodzi o rozwój swoich firm. Odpowiedziało tak 93 proc. ankietowanych. Za pesymistów uważa się tylko 7 proc. badanych.

Wykorzystuj internet, inaczej nie osiągniesz sukcesu

A co, zdaniem przedsiębiorców, pomaga w osiągnięciu sukcesu? Nowe technologie wykorzystujące Internet. Uważa tak 69 proc. badanych, odmiennego zdania jest 17 proc. z nich, 14 proc. nie ma na ten temat opinii. A jakie? Reklama internetowa (71 proc. tych, którzy odpowiedzieli na poprzednie pytanie twierdząco), media społecznościowe (62 proc.), sklep internetowy (35 proc.), portale aukcyjne (17 proc.), porównywarki cenowe (16 proc.).

– Żeby osiągnąć sukces, współczesny przedsiębiorca powinien być gotowy na zmiany – komentuje   Marta Puczyńska, dyrektor działu sprzedaży i marketingu w home.pl . – A nowe technologie wpływają na sposób, w jaki się komunikujemy, spędzamy czas, jak i co kupujemy. Trzeba umieć je wykorzystywać. Bo nawet dysponując niewielkim budżetem reklamowym można dotrzeć do ściśle określonej grupy klientów. Internet daje możliwość prowadzenia skutecznych akcji promocyjnych. Zarówno w Warszawie, jak i Sydney.

Co się liczy? Pracowitość i kreatywność

Zdecydowana większość badanych przedsiębiorców, którzy prowadzą firmy z sektora MMŚP, twierdzi, że cechą pomagającą osiągnąć sukces jest pracowitość. Uważa tak 77 proc. ankietowanych. Z kolei 73 proc. wskazało na kreatywność, 59 proc. – zdolność adaptacji do zmian, 56 – determinację , 55 proc. – zdolność do podejmowania ryzyka, 45 proc. – zdolność zarządzania czasem, 43 proc. – szybkość podejmowania decyzji.

Ankietowani zostali także zapytani o przyszłe działania, które muszą podjąć, żeby rozwinąć  swój biznes. Okazuje się, że 43 proc. z nich zamierza zatrudnić pracowników, 34 proc. – zwiększyć nakłady na reklamę internetową, 33 proc. – zbudować stronę www. Dużo mniejsza liczba badanych planuje założyć swój sklep internetowy, wystawiać się na imprezach targowych (po 14 proc.).

Badanie „Polski przedsiębiorca. Portret własny” zostało przeprowadzone w maju 2017 roku z okazji 20. urodzin home.pl. Wzięło w nim udział tysiąc klientów firmy home.pl, zaliczających się do sektora MMŚP (-mikro, -małe i średnie firmy).

W kwietniu opublikowano informacje o 67 niewypłacalnych przedsiębiorstwach

W kwietniu opublikowano informacje o niewypłacalności 67 polskich przedsiębiorstw, wobec 66 w kwietniu 2016 roku (niewypłacalność – czyli niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkująca upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego). Od początku roku opublikowano informacje o niewypłacalności 291 polskich przedsiębiorstw (wobec 239 takich przypadków w okresie I-IV ubiegłego roku, czyli mamy do czynienia z 22% wzrostem).

 

  • Firmy są niewypłacalne ze względu na niską rentowność (sprzedaży – pierwsza marża), wysokie zadłużenie i małe zasoby finansowe. Z tego względu nie są w stanie przetrwać do kolejnego okresu, w którym będą mogły coś więcej zarobić
  • Budownictwo – początek nowych zleceń, ale firmy nie chcą/nie są w stanie inwestować w nowy sprzęt, co tłumaczy popularność jego wypożyczania/leasingowania
  • Budownictwo szerzej – nie tylko jako firmy wykonawcze, ale razem z producentami materiałów budowlanych i firmami usługowymi (np. inżynierskimi) to nadal 40% niewypłacalności
  • Pozostałe (poza materiałami budowlanymi) firmy produkcyjne: lepsza kondycja producentów maszyn, części i wyrobów metalowych, z drugiej strony – widoczne niewypłacalności firm spożywczych i zajmujących się recyclingiem
  • Wzrost liczby niewypłacalności w województwach Polski północno-zachodniej
niewypłacalne firmy kwiecień 2017
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Ponieważ w kolejnych miesiącach ubiegłego roku tak jak w kwietniu liczba niewypłacalności była już wyższa niż w pierwszym kwartale 2016, dlatego baza odniesienia jest też większa i w związku z tym nie będziemy już obserwować tak dużego jak w I kwartale procentowego wzrostu liczby niewypłacalności polskich przedsiębiorstw. Z drugiej strony trwały i szeroki problem z rentownością wielu polskich firm nie pozwala oczekiwać jej spadku – będzie to raczej kontynuacja trendu liczby niewypłacalności, spłaszczenie różnicy rok do roku ale jeszcze nie jej spadek. Wynika to także z wiodącej przyczyny niewypłacalności polskich firm, a jest nią ich niska rentowność.

Oprócz kryzysów charakterystycznych dla poszczególnych branż wspólny dla wielu firm jest problem finansowy – niska rentowność

Nawet bieżące obroty i płynność na niezłym poziomie nie gwarantują obecnie wielu przedsiębiorcom odporności na jakiekolwiek incydentalne zdarzenia. Wynika to z bardzo niskiej rentowności wielu przedsiębiorstw, niezależnie od sektora działalności jest ona często w okolicach 1-1,5% od obrotu!

Przy niskiej rentowności, a co za tym idzie – ograniczonych możliwościach generowania gotówki z podstawowej działalności, nawet tym na bieżąco radzącym sobie firmom nie udaje się zgromadzić kapitału, tej swoistej „poduszki finansowej” pomagającej przetrwać jakiś trudniejszy okres w biznesiemówi Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Tak długo, jak takie firmy otrzymują zapłatę w terminie, towar/usługi rotują, firmy te same regulują zobowiązania w terminie.

W tej sytuacji mamy do czynienia raczej z trwaniem, a nie rozwijaniem biznesu. Firmy, które „przesuwają z lewa na prawo” i niewiele na tym zarabiają, czyli mają bardzo niską marżę, nie generują wartości dodanej a jednocześnie mają stosunkowo wysokie zadłużenie, też mieć mogą problem w przyszłości, gdy np. załamie się rynek ich odbiorców. Warto to uwzględnić w swojej strategii biznesowej – zarówno jak podnieść swoją rentowność – gromadzenie kapitału, jak i w jaki sposób zabezpieczyć się w chwili obecnej przed niespodziankami, jakie niesie rynek, potencjalnie niewypłacalni odbiorcy.

Obecnie obracamy się w środowisku historycznie najniższych stóp procentowych, należy spodziewać się, że koszty pieniądza prędzej czy później wzrosną. Jeśli teraz, przy tak niskich stopach procentowych jest tak wiele firm – co miesiąc kilkadziesiąt, które tak kiepsko zarabiają że nie radzą sobie z obsługą swojego długu, kosztu pieniądza, to co będzie, gdy stopy procentowe wzrosną o punkt czy dwa – dodaje Tomasz Starus.

niewypłacalne firmy kwiecień 2017 r
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Budownictwo – mniej niewypłacalności, ale fundamenty nadal chwiejne

Większość firm budowlanych musi podchodzić do każdego przetargu i starać się o nie nawet bez względu na zysk – liczą się tylko przepływy bieżące. To w budownictwie mieliśmy do czynienia z największa niewypłacalnością opublikowaną w kwietniu. Firma ta miała wcześniej nawet 80 milionów obrotu, ostatnio 60 a nawet 50 mln… Obrót spadł a koszty pozostały – zadłużenie pozostało na podobnym poziomie albo nawet wzrosło. Takich firm w budownictwie i jego otoczeniu było więcej – nie były to zazwyczaj przypadki firm bez perspektyw, bez pomysłu na biznes czy jakoś źle zarządzanych. Przestawały płacić po sezonie – na początku IV kwartału. W zeszłym roku rzeczywiście mniej było inwestycji, co można wskazać jako przyczynę, a ponadto… Wiele z tych firm budowlanych nie przeżyło jeszcze takiej sytuacji – od początku lat 90-ych z reguły radziły sobie dobrze na lokalnych rynkach, które miały dobrze spenetrowane i mogły być pewne zleceń samorządowych, ze spółdzielni mieszkaniowych etc.

Jak na razie mówi się o boomie na sprzęt budowlany, ale głównie leasingowany a nawet wypożyczany. Sądzić można, iż gdyby firmy przewidywały, iż koniunktura w budownictwie potrwa odpowiednio długo i będzie na tym wystarczająco duża marża, to by zainwestowały w kupno sprzętu. Dużych przetargów na same prace budowlane (bez poprzedzającej je – i odwlekającej dopływ środków fazy projektowej) jest wciąż mało – więc wszyscy o nie walczą cały czas ceną.

niewypłacalne firmy kwiecień 2017 rok
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Producenci i firmy usługowe – cały czas ich problemem jest budownictwo, ciągnie ono w dół wyniki dostawców

Na mniejszy jeszcze do niedawna popyt na wiele wyrobów inwestycyjnych, w tym m.in. betonowych, stalowych, tarcicę budowlaną nakłada się zdecydowana nadprodukcja wyrobów budowlanych. Zbyt wiele mamy zbrojowni i innych tego typu zakładów – przedsiębiorcy przeinwestowali, i to jeszcze przed poprzednią perspektywa budżetową. Każda betoniarnia poszerzała asortyment i podejmowała się produkcji wyrobów gotowych itd. Ta produkcja, detaliczna w swojej skali nie może być wysokomarżowa – brak jest w niej oszczędności wynikających z dużej skali produkcji i w efekcie przy wahaniach koniunktury lub kondycji finansowej odbiorców (co sprowadza się do jednego – braku bieżących wpływów) ich producenci nie są w stanie zamortyzować tego faktu zgromadzonymi środkami – gdyż ich nie mają.

Gdybyśmy potraktowali budownictwo nie jako czysto usługi i prace budowlane, ale szerzej – włączając do niego wszystkie firmy kooperujące, czyli tez dostarczające materiały budowlane i świadczące na jego rzecz usługi (projektowe, nadzór inżynierski, przygotowanie inwestycji etc.), to można powiedzieć, że tak rozumiane budownictwo wygenerowało w kwietniu aż 40% przypadków niewypłacalności polskich firm (26 spośród 67 przypadków niewypłacalności w tym miesiącu). Zobaczymy po drugim kwartale, czy lepsza obecnie koniunktura w budownictwie poprawi także wyniki branż kooperujących – najpewniej ten efekt da się zauważyć mnie więcej za pół roku (spaść wtedy może liczba ich niewypłacalności). Okazać się tez może, iż ta poprawa nie będzie miała podobnej jak w budownictwie skali – ponieważ część niewypłacalności producentów mat. budowlanych to efekt postępującej konsolidacji, wspomnianej już nadprodukcji niektórych obszarach. Budownictwo wciąż więc wywiera negatywny efekt – co prawda bezpośrednio w ograniczonym zakresie, ale wciąż na dużą skalę pośrednio – poprzez branże współpracujące…

Problemy producentów art. spożywczych, firm zajmujących się recyklingiem – a z drugiej strony poprawa kondycji producentów maszyn, części i wyrobów metalowych

W grupie firm produkcyjnych, których niewypłacalność ogłaszają sądy a następnie publikują oficjalne źródła w kwietniu znalazły się też firmy produkcji spożywczej. Tak jest już od kilku miesięcy – nie jest to efekt popytu, ale niskiej rentowności, zwłaszcza lokalnych producentów, zmuszonych z jednej strony konkurować cenowo o dostęp do półek w sklepach sieciowych, a z drugiej strony tracących swoich lokalnych, dotychczasowych odbiorców – regionalne hurtownie i małe tradycyjne sklepy.

Jeszcze do niedawna w grupie niewypłacalnych firm produkcyjnych co miesiąc obecne były firmy zajmujące się produkowaniem, instalowaniem i serwisowaniem różnego rodzaju maszyn, ciągów technologicznych etc. Było to widoczne potwierdzenie spadku inwestycji samych przedsiębiorstw w roku ubiegłym. Obecnie w ich miejsce od pewnego czasu, także w kwietniu widać grupę firm (w kwietniu 3 przypadki) zajmujących się segregacją i obróbką odpadów. Wiązać się to może ze zmianami, pozwalającym m.in. samorządom na zlecanie obsługi w tym zakresie swoim spółkom celowym, z pominięciem przetargów, zamykając tym samym dostęp do rynku wielu prywatnym podmiotom. Recykling metali jest tez w pewnym stopniu „wrażliwy” od strony podatkowej – urzędy skarbowe dosyć często kwestionują kwestię rozliczeń VAT w tym segmencie.

Inną grupa firm, która miała problemy z niewypłacalnością i pojawiała się w tym zestawieniu przez ostatni rok były firmy produkujące wyroby metalowo-maszynowe, różnego rodzaju konstrukcje i części, zarówno na rynek krajowy (głównie budowlany) jak i eksportowy (głównie niemiecki). Jakiś czas temu wykazaliśmy związek pomiędzy koniunkturą w niemieckim eksporcie, a liczbą niewypłacalności w kooperującym z niemieckim przemysłem polskim sektorze metalowo-maszynowym. Także obecnie znajduje to potwierdzenie – niemiecki eksport ma się dobrze, więc niewypłacalności w polskim sektorze metalowo-maszynowym są dużo rzadsze, można rzec – sporadyczne.

Duża skala postępowań restrukturyzacyjnych – niekiedy planowanych, nieraz to efekt domina

W kwietniu opublikowano informacje o 25 postępowaniach naprawczych, stanowiących 37% ogółu niewypłacalności. Wiele firm bez względu na stan rynku prowadziło działalność bez zmian – inwestowała m.in. w sprzęt czy grunty, przez co ich koszty nie były dostosowane do bieżących, znacznie niższych wpływów. Nie zawsze był to efekt nieświadomie popełnianych błędów w zarządzaniu, zbyt późne reagowanie, ale czasami efekt świadomego działania – inwestowania w podmioty powiązane, wyprowadzania w ten sposób pieniędzy ze spółki matki w celu świadomego skorzystania z restrukturyzacji odbywającej się na koszt wierzycieli. Nie ma przed tym ochrony – tzn. wykazanie złej woli, świadomego działania na szkodę wierzycieli, zaskarżenie decyzji o postępowaniu naprawczym jest trudne. Praktyczną formą obrony i sankcjonowania takich zachowań jest śledzenie powiązań osobowych, właścicielskich i na tej podstawie wyciąganie wniosków – komu jako dostawcy towarów czy usług powierzamy pieniądze swojej firmy.

niewypłacalne firmy kwiecień 2017 roku
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Województwa – wzrost liczby niewypłacalności w Polsce północno-zachodniej

Nie są to bezwzględnie liczby duże, ale zauważalne na tle innych województw, gdzie liczba niewypłacalności nie zmieniła się lub zmniejszyła w kwietniu w porównaniu do sytuacji sprzed roku. Wiele z tych przypadków (blisko połowa) związane było z budownictwem. Liczbowo nadal najwięcej niewypłacalności było na Mazowszu – ale tutaj wzrost ich liczby miał miejsce w I kwartale, w kwietniu ich liczba była nawet o jedną niższa niż przed rokiem. Podobna sytuacja – koniec wzrostu liczby upadłości widocznego w I kwartale miał miejsce na Śląsku i w Małopolsce.

niewypłacalne firmy kwiecień 2017 roku I
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
niewypłacalne firmy kwiecień 2017 roku II
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
niewypłacalne firmy kwiecień 2017 roku III
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
niewypłacalne firmy kwiecień 2017 roku IIII
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
niewypłacalne firmy kwiecień 2017 roku IIIII
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
niewypłacalne firmy kwiecień 2017 roku IIIIII
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Wyniki finansowe Grupy Work Service za I kwartał 2017 roku

Grupa Kapitałowa Work Service w pierwszych miesiącach 2017 roku odnotowała wyraźną poprawę wyników. Przychody wzrosły o 11% wobec ubiegłego roku i wyniosły ponad 655 milionów złotych. Zysk operacyjny przekroczył 25 mln złotych, co oznacza wykonanie po pierwszych trzech miesiącach ponad 29% prognozowanego wyniku na koniec roku. Grupa w ostatnim czasie skupiła się na poprawie efektywności i wprowadzaniu zmian, umożliwiających pełne wykorzystanie bardzo dobrej koniunktury na rynku usług personalnych.

W pierwszym kwartale 2017 roku przychody Grupy Work Service wzrosły o niemal 11% do poziomu ponad 655 mln zł.  Zgodnie z realizowaną strategią firmy głównym motorem rozwoju jest wzrost organiczny i postawienie na wzmocnienie istniejących już linii biznesowych i terytorialnych. Już 44,7% przychodów pochodziło z działalności międzynarodowej, a pod względem wartościowym był to wynik lepszy od ubiegłorocznego o ponad 25 mln złotych.

Mamy za sobą bardzo dobry kwartał, którego wyniki pokazują zarówno rozwój naszego biznesu, jak i wyraźną poprawę rentowności. Umiejętnie wykorzystujemy dobrą koniunkturę na rynku pracy w Europie Środkowo-Wschodniej, dzięki czemu odnotowaliśmy solidny wzrost organiczny na poziomie 9% r/r. Jednocześnie cały czas wprowadzamy zmiany w grupie, które mają poprawiać naszą efektywność. Pierwsze efekty tych działań zaczynają być widoczne, czego dowodem jest osiągnięcie najwyższego w naszej historii poziomu EBTIDA, który został odnotowany w pierwszym kwartale roku – mówi Maciej Witucki Prezes Work Service S.A.

Po pierwszych trzech miesiącach wynik operacyjny Grupy Work Service powiększony o amortyzację wyniósł 29,3 mln złotych, co stanowiło wzrost o 43% w porównaniu z analogicznym okresem 2016 roku. W tym samym czasie Grupa odnotowała poprawę zysku ze sprzedaży, który wzrósł z poziomu 15 mln zł do ponad 26 mln zł.  Poprawa efektywności jest widoczna również na poziomie zysku netto, który wyniósł 12,4 mln złotych, co stanowiło niemal trzykrotnie lepszy wynik niż przed rokiem.

Stawiamy na zrównoważony rozwój, który budowany jest na solidnych fundamentach. Z jednej strony wdrażamy nowe narzędzia rekrutacyjne, aby w obecnych warunkach rynkowych, mieć dostęp do jak największej bazy kandydatów. Z drugiej zaś skupiamy się zarówno na poprawie efektywności struktury finansowania i jak i prowadzonego biznesu. W rezultacie podejmowanych przez nas działań, po 3 miesiącach przekroczyliśmy poziom 25 mln złotych zysku operacyjnego. W ten sposób osiągnęliśmy już 29% prognozowanego przez nas poziomu na koniec roku – dodaje Maciej Witucki.

Podstawowe dane finansowe Grupy Kapitałowej Work Service za okres od 1 stycznia 2017 roku do 31 marca 2017 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego:

 Dane skonsolidowane (w tys. zł) 2017  2016  Zmiana r./r.
Przychody 655 062 591 248 +10,79%
EBTIDA 29 337 20 387 +43,90%
Zysk ze sprzedaży 26 226 15 087 +73,83%
Zysk EBIT 25 218 16 677 +51,21%
Zysk netto 12 395 4 240 +192,4%

 

W 2020 r. na świecie będzie brakowało 1 mln programistów. Bootcampy to innowacyjny i ultraszybki sposób na rozpoczęcie pracy w branży

W 2020 r. na świecie będzie brakowało 1 mln programistów. Bootcampy to innowacyjny i ultraszybki sposób na rozpoczęcie pracy w branży 11

Z badania przeprowadzonego przez specjalistów z infoShare Academy wynika, że w 2020 roku na całym świecie będzie brakowało ok. 1 mln programistów. Zapotrzebowanie na pracowników z branży IT jest tak duże, że od paru lat można zaobserwować dynamiczny rozwój bootcampów, czyli szkół, w których prowadzi się szybkie, skondensowane kursy programowania.

– W nauce programowania jest kilka różnych dróg zdobycia potrzebnej wiedzy. Z jednej strony to jest taka tradycyjna edukacja na politechnikach, ale to zajmuje zwykle kilka lat. Dlatego od paru lat obserwujemy bardzo dynamiczny rozwój bootcampów, czyli bardzo intensywnych kursów programowania, które pozwalają poznać podstawy i dają od razu możliwość wejścia do zawodu i rozwijania swoich umiejętności już w miejscu pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Leszek Wolany, Marketing Manager szkoły programowania Coders Lab.

Szkoły w modelu Boot Camp to innowacyjna forma dokształcania nastawiona na maksymalizację praktycznej wiedzy, odpowiadającej rynkowemu zapotrzebowaniu, w stosunkowo krótkim czasie.

– Na bootcampach, które organizujemy, uczymy przede wszystkich uczymy praktycznych umiejętności. 80 proc. to są zajęcia ćwiczenia i rozwiązywanie zadań z programowania, a nie tylko sucha teoria – przekonuje Leszek Wolany. Po czym dodaje – Zajęcia trwają cały dzień od 9 do 17. W bardzo krótkim czasie mieścimy dużo materiału, ale to pozwala szybko zacząć pierwsza pracę w zawodzie i dosyć szybko wejść w to nowe środowisko.

W 2016 roku w Polsce zanotowano deficyt niemal 50 tys. programistów, co oznacza, że fachowcy z branży IT mogą przebierać w ofertach. Według ekspertów aktualnie programiści otrzymują ok. 36 ofert rocznie, a więc średnio 3 oferty pracy miesięcznie.

Braki specjalistów w środowisku IT to przede wszystkim konsekwencja tego, jak rozwija się technologia. Smartfony mamy w kieszeni od 8-10 lat, tak naprawdę każdy ma średnio więcej niż jeden telefon, coraz więcej urządzeń ma różne interaktywne funkcje, czasem łącznie z lodówkami. Natomiast ilość ludzi kształcących się na politechnikach w tym czasie praktycznie się nie zwiększyła – wyjaśnia Leszek Wolany.

Komisja Europejska donosi, że ponad 90 proc. zawodów wymaga wiedzy z zakresu technologii informacyjnych i komunikacyjnych, a to oznacza, że liczba absolwentów informatyki nie nadąża za rosnącym zapotrzebowaniem na specjalistów. Dlatego właśnie powstają Bootcampy, które w krótkim czasie szkolą kandydatów na programistów, umożliwiając im szybkie  rozpoczęcie pracy w zawodzie.

– Bootcamp to zwykle bardzo intensywny kilkutygodniowy kurs. Najczęściej stacjonarny, więc od rana do wieczora uczymy się podstaw programowania z mentorem. Dajemy szanse na zmianę zawodu, ale też umożliwiamy zdobycie kompetencji w bardzo krótkim czasie, dużo krótszym niż w tradycyjnych formach edukacji – twierdzi Leszek Wolany i dodaje – W przypadku tradycyjnej edukacji, studia na politechnice to zwykle 5 lat, pewnie możemy szukać 3 letnich studiów licencjackich. Natomiast bootcamp to 2-3 miesiące.

Jak twierdzi Marketing Manager szkoły programowania Coders Lab, absolwenci kończący bootcamp są przygotowani do podjęcia pierwszej pracy, w której mogą zebrać cenne doświadczenie, pomagające na dalszym etapie kariery.

Absolwent po bootcampie zwykle zaczyna od stażu albo od stanowiska młodszego programisty w technologiach webowych. Większość osób jest w stanie zacząć pracę w ciągu 2-3 miesięcy po ukończeniu bootcampu – mówi Leszek Wolany. Ponadto dodaje, że osoba kończąca przyspieszony kurs już na samym starcie może nieźle zarobić – W tej chwili mamy ponad 100 osób uczących się równolegle na kursach w 8 miastach w Polsce, w ciągu roku będzie to ponad tysiąc absolwentów bootcampów programistycznych. Jeśli chodzi o zarobki, młodszy programista webowy w Warszawie to jest pensja rzędu 2-4 tysięcy złotych netto.

Unijny program rozwoju szkolnictwa zawodowego zakłada, że w całej Polsce w ciągu najbliższych lat ma zostać zainwestowanych kilkaset milionów złotych na kształcenie zawodowe młodzieży i dorosłych, co znacząco podniesienie innowacyjność i jakość kształcenia zawodowego.

Rynek szkolnictwa, jeśli chodzi o rynek programowania, rozwija się bardzo szybko. W Coders Lab zaczynaliśmy 3,5 roku temu, byliśmy jedną z pierwszych takich szkół, w tej chwili jest ich już kilkadziesiąt. Jest kilka dużych wiodących i cały czas jest miejsce na rynku dla absolwentów tych szkół uczących w dobry sposób, wypuszczających absolwentów o ugruntowanej wiedzy – podsumowuje Leszek Wolany.

Powstała polska platforma sprzedażowa dla producentów mleczarskich. Dzięki niej ze swoimi produktami mają szansę dotrzeć do klientów na całym świecie

Powstała polska platforma sprzedażowa dla producentów mleczarskich. Dzięki niej ze swoimi produktami mają szansę dotrzeć do klientów na całym świecie 12

Na rynku działa nowa, innowacyjna platforma dystrybucji dostępna dla polskich producentów z branży mleczarskiej. Polish Dairy umożliwia zawieranie transakcji na Global Dairy Trade i zapewnia efektywny pod względem kosztów dostęp do szerokiej gamy produktów masowych dla ponad 600 klientów z całego świata. Obecnie platforma współpracuje z ok. 200 mleczarniami. Formuła internetowej giełda jest przejrzysta, zapewnia możliwość zapoznania się z cenami referencyjnymi danego produktu, jest znacznie łatwiejsza w użyciu i obniża koszty transakcyjne.

– Nasza innowacyjność polega na tym, że współpracujemy z mleczarniami, które produkują produkty o charakterze masowym. Są to proszki mleczne, proszki serwatkowe, tłuszcze mleczne, sery. Dzięki współpracy z tymi mleczarniami jesteśmy w stanie pozyskiwać duże wolumeny produktów o ujednoliconej strukturze, składzie i wprowadzać je na światowe rynki – podkreśla w rozmowie z agencja Newseria Innowacje Mirosław Szczepański, prezes zarządu Polish Dairy.

Polish Dairy to pierwsza platforma obrotu produktami mleczarskimi w Polsce. Umożliwia rodzimym producentom zawierania globalnych transakcji dzięki dostępowi do Global Dairy Trade, platformy działającej na całym świecie.

– Obecnie na tej giełdzie działa ponad 600 kupujących zainteresowanych m.in. produktami z Polski. To kupujący z całego świata – wskazuje Mirosław Szczepański.

Polish Dairy współpracuje z ok. 200 mleczarniami w Polsce, z których każda nie tylko powiększa asortyment produktów, lecz także uatrakcyjnia ofertę. Jak jednak wskazuje prezes platformy, mleczarnie stawiają przede wszystkim na produkty masowe.

– To produkty, które można w łatwy sposób ustandaryzować. Przy produktach masowych możemy określić standard specyfikacji, jaki musi spełniać dany produkt. Produktów markowych nie da się już tak łatwo ustandaryzować, bo każdy producent ma swój własny, unikalny produkt – mówi ekspert.

Produkty masowe na różnych rynkach wyglądają podobnie, to np. proszki mleczne, odtłuszczone mleko w proszku, pełnotłuste mleko w proszku, słodka serwatka, maślanka w proszku.

– Korzyści są ogromne, szczególnie dla mleczarni. W chwili obecnej mamy do czynienia z rynkiem bardzo nieprzejrzystym, gdzie nie wiadomo, w jaki sposób kształtuje się cena. Charakteryzuje się on dość dużymi kosztami transakcyjnymi związanymi są z koniecznością poszukiwania odbiorcy, ustalania ceny, która będzie atrakcyjna, porównywania oferty. Jeżeli zostaje to skoncentrowane na giełdzie, która jest przejrzysta, która zapewnia możliwość zapoznania się z cenami referencyjnymi danego produktu, to jest to znacznie łatwiejsze i obniża koszty transakcyjne – tłumaczy Mirosław Szczepański.

W ten sposób Polish Dairy może być nowym kanałem dystrybucji dla polskich producentów, tym bardziej że Polska to jeden z największych eksporterów produktów mleczarskich. Tylko w 2016 roku wartość wyeksportowanych produktów mleczarskich z Polski wyniosła 1,47 mld euro (spadek o 5 proc., a w porównaniu do rekordowego 2014 roku o ponad 29 proc.). Niestety, zmniejszyła się wartość eksportu do krajów trzecich (o 16 proc. do 375 mln euro), lecz dzięki platformie polscy producenci mogą odwrócić ten niekorzystny trend.

– Otwiera się nowy kanał dystrybucji produktów dla polskich producentów, nowy kanał eksportowy. Biorąc pod uwagę to, że Polska jest jednym z największych producentów produktów mleczarskich na świecie, a w centralnej Europie jest największym producentem, kolejny kanał eksportowy jest zawsze mile widziany – przekonuje Mirosław Szczepański.

Rośnie liczba Polaków chorych na nowotwory krwi. Część z nich można uratować za pomocą nowoczesnych leków, ale w Polsce nie wszystkie są refundowane

Rośnie liczba Polaków chorych na nowotwory krwi. Część z nich można uratować za pomocą nowoczesnych leków, ale w Polsce nie wszystkie są refundowane 13

W ciągu kilkunastu lat liczba Polaków chorych na nowotwory krwi wzrosła dwukrotnie. Problemem w ich leczeniu jest utrudniony dostęp do nowoczesnych terapii. Pacjenci z przewlekłą białaczką szpikową i ostrą białaczką limfoblastyczną, którzy nie odpowiadają na dostępne leczenie (np. z powodu mutacji T315I) za pomocą inhibitorów kinazy tyrozynowej (TKI) lub u których terapia przestała być skuteczna na skutek lekooporności, mogliby skorzystać z terapii ratującej życie za pomocą ponatynibu, niestety na skutek nieporozumienia niedostępnej w Polsce. Lek mógłby zahamować postęp choroby, dzięki czemu pacjenci mogliby wrócić do aktywności życiowej i zawodowej lub doczekać do zabiegu przeszczepienia szpiku.

– Nowoczesne terapie celowane, które działają w określonych mutacjach, tam, gdzie inne terapie już nie mają zastosowania, w zaostrzonej chorobie nowotworowej pozwalają pomóc pacjentom onkologicznym za pomocą leków. Pacjent zamiast leżeć w szpitalu i przyjmować chemioterapię, może normalnie funkcjonować – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Gugulski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Przewlekłą Białaczkę Szpikową, przedstawiciel Konsylium Pacjentów z Nowotworami Krwi.

Z raportu Instytutu Ochrony Zdrowia wynika, że w ciągu ostatnich 25 lat liczba Polaków chorych na nowotwory krwi wzrosła dwukrotnie. W 1990 roku na choroby te cierpiało 9 osób na 100 tys. mieszkańców, dziś liczba ta zwiększyła się do blisko 17. Rocznie diagnozę słyszy ok. 2 tys. osób. Wśród nich są osoby cierpiące na choroby rzadkie, dużą grupę stanowią też chorzy na przewlekłą białaczką szpikową i ostrą białaczką limfoblastyczną.

– Od pewnego czasu walczymy o dostęp do leczenia dla bardzo wyselekcjonowanej grupy pacjentów, dla których zastosowanie ponatynibu jest jedyną opcją wydłużającą życie. Pacjenci otrzymujący w tej chwili chemioterapię albo hydroksymocznik, który jedynie łagodzi objawy, mogliby przyjmować 2 tabletki dziennie, a ich życie wyglądałoby zupełnie inaczej. To tak, jakby jechać furmanką, mając do dyspozycji mercedesa. Mówimy tu o chorych z przewlekłą białaczką szpikową i ostrą białaczką limfoblastyczną, którzy posiadają mutację T315I. Nie chodzi nam o wszystkich chorych z PBSz czy OBL, a jedynie o niewielką grupę, nie więcej niż 100 osób, które są precyzyjnie molekularnie zdefiniowane – powiedział prof. dr hab. n. med. Wiesław Jędrzejczak, krajowy konsultant w dziedzinie hematologii.

W przewlekłej białaczce szpikowej wadliwe białka BCR-ABL odpowiedzialne za wytwarzanie nieprawidłowych białych krwinek w szpiku kostnym hamuje wprowadzenie inhibitorów kinazy tyrozynowej (TKI). U części pacjentów pojawia się jednak lekoodporność, podobnie jak u pacjentów z ostrą białaczką limfoblastyczną (OBL). U 20 proc. chorych na OBL występuje genetyczna mutacja chromosomu Philadelphia. Część pacjentów posiada mutację T315I, która sprawia, że są oporni na leczenie standardowymi lekami.

– Dla tych osób potrzebujemy leczenia, które zredukuje chorobę do poziomu, który ostatecznie możemy wyleczyć przeszczepieniem komórek krwiotwórczych – tłumaczy Jędrzejczak.

Dostępne obecnie leki pozwalają poprawić jakość życia, jednak zazwyczaj wystarczają na stosunkowo krótki czas. Fazy ostre choroby sprawiają, że bez odpowiedniego leczenia część chorych w ciągu kilku tygodni umiera. Niedawno został opracowany lek, który zmniejsza zdolność zmutowanych komórek do namnażania i zatrzymuje postęp choroby. Pan-inhibitor kinazy tyrozynowej – ponatynib blokuje aktywne połączenia w komórkach nowotworowych, a w przypadku osób z mutacją T315I – ratuje życie.

 Lek działa w ten sposób, że choroba cofa się z fazy ostrej do przewlekłej, a wtedy można zrobić przeszczep i jest on skuteczny, ale trzeba to zrobić szybko. W Polsce pacjenci zbierają środki na lek, a to sprawia, że umierają, ponieważ zbyt późno dostają ten lek – wskazuje Jacek Gugulski.

Lek został zarejestrowany w całej Unii Europejskiej, także w Polsce. W naszym kraju ponatynib wciąż nie jest jednak refundowany.

Jak wskazuje konsultant krajowy w dziedzinie hematologii dotychczas stosowany u chorych hydroksykarbamid spełniał raczej funkcje paliatywne. Ponatynib może zaś nie tylko przedłużyć życie, lecz także umożliwić przygotowanie pacjenta do przeszczepu.

– Dostęp do tej terapii mógłby pomóc ok. 100 pacjentom w skali roku w Polsce. To jest dla nich najważniejsze, bo dzisiaj nie ma dla nich kolejnych terapii – podkreśla Jacek Gugulski.

Sony rozszerza listę akcesoriów do PlayStation. Nowy karabin VR Aim ma zrewolucjonizować świat gier zręcznościowych

Sony rozszerza listę akcesoriów do PlayStation. Nowy karabin VR Aim ma zrewolucjonizować świat gier zręcznościowych 14

Nowy karabin, czyli kontroler celowniczy PlayStation VR Aim, pozwala coraz dalej przesunąć granicę rozrywki. Doświadczenia są znacznie bardziej intensywne – podkreśla Monika Paplińska z Sony Interactive Entertainment Polska. Nowy kontroler wirtualnej rzeczywistości jest przydatny przede wszystkim w typowych strzelankach, przy czym obecnie nie jest dostępny jako osobny produkt, ale w zestawie z grą „Farpoint”. W najbliższej przyszłości ma być jednak wykorzystywany znacznie szerzej, m.in. w grach „ROM: Extraction” i „The Brookhaven Experiment”.

– Niecałe pół roku temu, gdy wprowadzaliśmy PlayStation VR, czyli nasze gogle wirtualnej rzeczywistości, mówiliśmy o tym, że to urządzenie przekracza granice rozrywki, pozwala wejść do innego świata. PlayStation VR Aim, nowy kontroler celowniczy, pozwala te granice jeszcze dalej przesunąć, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się niemożliwe. Mamy dużo bardziej intensywne doświadczenia z rozgrywki – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Monika Paplińska, communication manager w Sony Interactive Entertainment Polska.

Nowy karabin, precyzyjniej określony jako kontroler celowniczy, ma zrewolucjonizować świat gier zręcznościowych, zaś prace nad nim trwały przez kilka ostatnich lat. Aim Controller jest kompatybilny z PlayStation 4 oraz PlayStation VR i przeznaczony do gier FPS (first-person shooter), czyli tzw. strzelanek.

– PlayStation VR Aim jest idealnym rozwiązaniem do wszelkiego rodzaju strzelanek. Farpoint jest pierwszą grą, która jest kompatybilna z PlayStation VR Aim, ale oczywiście nie zamierzamy na tym poprzestać. Została ona stworzona przez tych samych twórców, ale w drodze są także kolejne produkcja – zapowiada Paplińska.

Kontroler swoim kształtem przypomina karabin i trzyma się go w obu dłoniach. Jedna ręka kontroluje joystick, dzięki któremu gracz porusza się w wirtualnym świecie, druga ręka trzymana jest na spuście. Twórcy przekonują, że urządzenie zapewnia wysoką precyzję celowania. Karabin do VR emituje też wibracje, naśladujące zachowanie prawdziwej broni podczas oddawania strzałów.

– Jest bardzo podobny, jeśli chodzi o ułożenie klawiszy, do Dualshock 4, natomiast ma bardzo dobrze odwzorowujące rozrywkę i emocje sensory ruchu. Także spust, który umożliwia nam strzelanie do wroga – ocenia ekspertka Sony Interactive Entertainment Polska.

Aim Controller w rzeczywistości nie wygląda co prawda jak typowa broń, jednak w grze jego wygląd można zmieniać, odpowiednio do typu używanej w danym momencie broni. Sam kontroler to tylko narzędzie, które pozwala sczytać wykonywany ruch.

– Kontroler jest zaprojektowany w ten sposób, aby odwzorowywać wszystkie niezbędne bodźce, które napotkamy w grze. Jego kształt może budzić różnego rodzaju emocje. Uważamy, że jest on najbardziej ergonomiczny i najbardziej pasujący do tego, aby było nam wygodnie grać. W samej rozgrywce widzimy naszą broń inaczej – tłumaczy ekspertka.

PlayStation VR Aim trafił do sprzedaży 17 maja, wraz z grą „Farpoint”. W zestawie kosztują 335 zł, na razie nie można kupić kontrolera osobno. W najbliższej przyszłości urządzenie będzie mogło być również wykorzystane w grach „The Brookhaven Experiment", „Arizona Sunhine” (w połowie 2017 roku) oraz „ROM: Extraction”.