Mateusz Grzesiak: Większość fałszywych newsów służy reklamie albo polityce. Walczyć z dezinformacją powinny media społecznościowe i sami internauci

Od czasu wyborów prezydenckich w USA postprawda i fake newsy stały się medialnie głośnym tematem, ale i narastającym problemem. Spreparowane informacje, rozpowszechniane głównie w mediach społecznościowych, służą zwykle zwiększeniu wpływów z reklam albo celom politycznym. Za walkę z dezinformacją odpowiedzialne są w równym stopniu media, jak i sami internauci. 

– Fake news i postprawda to formy określonego przekazu komunikacyjnego, który jest w odpowiedni sposób zmanipulowany, tak aby odbiorca miał określonego rodzaju przekonanie i w odpowiedni sposób rozumiał daną informację – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mateusz Grzesiak, doradca biznesowy i psycholog.

Fake newsy, czyli fałszywe informacje, rozprzestrzeniają się głównie dzięki mediom społecznościowym i są narastającym w internecie problemem. Ich autorzy rozpowszechniają je zwykle w celach zarobkowych (na przykład chcąc zwiększyć zyski z reklam) albo propagandowych, nastawionych na konkretny cel. Nieprawdziwe informacje często tworzą i podają dalej także internetowi hejterzy i trolle.

– Fake newsy umieszczane są w internecie przez dwa rodzaje źródeł. Z jednej strony mamy do czynienia z osobami, które celowo manipulują przekazem, bo chcą dzięki temu coś zyskać, na przykład namówić wyborców do głosowania na określoną partię. Tak samo hejter może budować zasięgi na swoim serwisie dzięki fałszywej informacji, budując je niejako na popularności znanej osoby. Drugim źródłem są osoby nieświadome, które po prostu przekazują dalej informację, bo dobrze się klika – mówi Mateusz Grzesiak.

Według badań amerykańskiego serwisu BuzzFeed dezinformacja ma większy zasięg i grono odbiorców niż prawdziwe newsy, a w większości przypadków jej celem jest osiągnięcie zysków finansowych albo korzyści politycznych.

– Fake newsy umieszczone w mediach społecznościowych, dotyczące zarówno osób, jak i całych organizacji, mają kolosalne znaczenie. Dzisiaj za pomocą postprawdy czy fake newsa można zniszczyć komuś reputację albo wręcz przeciwnie zbudować ją. Jak podaje serwis PolitiFact, Donald Trump w oparciu o postprawdę prawdopodobnie wygrał wybory, bo w 70 proc. jego przekazy w trakcie kampanii mijały się z prawdą – zaznacza Mateusz Grzesiak.

Problem rozprzestrzeniania fałszywych i spreparowanych informacji okazał się na tyle poważny, że największy z serwisów społecznościowych Facebook zdecydował się walczyć z tym zjawiskiem. Od marca tego roku przy niewiarygodnych wiadomościach pojawia się ostrzegający, czerwony trójkąt z wykrzyknieniem, który sygnalizuje, że news nie jest zgodny z prawdą. Ponieważ nieprawdziwe informacje rozprzestrzeniają się głównie przez media społecznościowe, to na nich leży gros odpowiedzialności za walkę z tym problemem.

– Media społecznościowe i internet mają do odegrania ogromną rolę w walce z fake newsami oraz postprawdą, dlatego że to głównie one generują zniekształcone przekazy. Wcześniej służyły one przekazywaniu rzeczywistości. Jeżeli określona wiadomość jest przekazywana przez kolejne źródła, to za każdym razem, niczym w dziecięcej zabawie w głuchy telefon, przekaz się zmienia i na samym końcu jest już zupełnie inny niż oryginał. To jest relatywizacja prawdy – zauważa Mateusz Grzesiak.

Walkę z internetową propagandą i zalewem fake newsów zapowiedział już Donald Trump. Po wybuchu konfliktu na Ukrainie działania wymierzone w rosyjską propagandę i postprawdę podjęło wiele europejskich rządów. Jak podkreśla Mateusz Grzesiak, podstawą walki z tym zjawiskiem jest jednak obiektywizm i zdrowy rozsądek internautów.

– Polacy muszą się jeszcze dużo nauczyć, jak odróżniać fake newsy od informacji prawdziwych. Potwierdzają to badania. Holendrzy uważają, że 80 proc. informacji umieszczanych w social media nie do końca należy ufać. W przypadku Polaków 53 proc. badanych, głównie z pokolenia millenialsów, uważa, że takie informacje są warte zaufania w przeciwieństwie do mediów tradycyjnych, którym nie wierzy 60 proc. Z całą pewnością powinniśmy mieć większy dystans do tego, co czytamy w internecie, racjonalnie podchodzić do informacji i weryfikować ją, zamiast od razu oceniać – mówi Mateusz Grzesiak.

Studenci z Polski wezmą udział w finale konkursu organizowanego przez NASA. AGH Space Systems rozpoczęło zbiórkę pięniędzy na wyjazd do USA

Studenci z Polski wezmą udział w finale konkursu organizowanego przez NASA. AGH Space Systems rozpoczęło zbiórkę pięniędzy na wyjazd do USA 1

Studenci Akademii Górniczo-Hutniczej należący do koła naukowego AGH Space Systems przeszli do finału konkursu organizowanego przez NASA – CanSat Competition 2017. By wziąć w nim udział, muszą zebrać co najmniej 22 tys. zł. CanSat Competition to prestiżowy konkurs organizowany przez NASA poświęcony zagadnieniom związanym z eksploracją kosmosu.

W tym roku zadaniem zespołów, które zjawią się w Teksasie, będzie zbudowanie odpowiednich urządzeń, a następnie przeprowadzenie pełnej misji lądownika planetarnego, mającej symulować misję badania atmosfery Wenus. W eliminacjach do CanSat 2017 studenci z AGH zdobyli 96 proc. punktów od jury, co pozwoli im na wzięcie udziału w finale konkursu.

Zadaniem lądownika zaprojektowanego przez członków AGH Space Systems będzie opuszczenie rakiety, a następnie uwolnienie się od ochronnego kontenera (na odpowiednim pułapie). Nastąpi wtedy rozłożenie skrzydeł urządzenia i etap poruszania się lotem ślizgowym z zadaną prędkością po okręgu. W tym czasie zrealizowane zostanie próbkowanie atmosfery, sprawdzanie parametrów lotu oraz orientacji, a także zbieranie i przesyłanie danych do stacji naziemnej w czasie rzeczywistym oraz robienie zdjęć planety z możliwie najwyższą częstotliwością. Całość zasilana będzie z wykorzystaniem paneli słonecznych, zaś cała próba powinna się zakończyć bezpiecznym lądowaniem, po którym dzięki trybowi odzyskiwania będzie możliwe zlokalizowanie i ponowne użycie urządzenia.

Impreza potrwa od 9 do 11 czerwca 2017 r. ale pojawił się problem z środkami potrzebnymi na realizację wyprawy do Stanów Zjednoczonych. Dlatego koło naukowe AGH Space Systems stara się sfinansować swój wyjazd za pośrednictwem platformy crowdfundingowej.

– Aby wyjechać na konkurs CanSat Competition, potrzebujemy wysłać tam co najmniej 4 osoby. Dlatego rozpoczęliśmy kampanię crowdfouningową na PolakPotrafi.pl. Potrzebujemy zebrać co najmniej 22 tys. zł właśnie w celu wysłania tych 4 osób. Każde kolejne 5 tys. złotych to kolejna osoba, która zwiększa szanse na powodzenie misji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Przemysław Drożdż z Koła Naukowego AGH Space Systems.

Jak podkreśla Weronika Mrozińska z Koła Naukowego AGH Space Systems, to nie pierwszy projekt i zawody, w których z powodzeniem startują studenci z Krakowa. Przypomina, że mają już za sobą zwycięstwo w zawodach CanSat Competition 2015, a także 5. miejsce zajęte w edycji 2016. Ponadto zdobyli 1. miejsce w Global Space Balloon Challenge, a także wygrali w trzech z dziewięciu kategorii wchodzących w skład European Rover Challenge. Co istotne, krakowscy studenci nie osiadają na laurach i pracują nad kolejnymi projektami.

– Aktualnie realizujemy trzy główne projekty w naszym kole, jest to projekt rakietowy, projekt łazika marsjańskiego i projekt lądownika planetarnego. Jeżeli chodzi o sekcję rakietową, to pracuje w niej ponad 30 młodych inżynierów podzielonych na podzespoły elektroniki, struktury, napędu oraz paliwa i oprogramowania – wyjaśnia Weronika Mrozińska.

Ekipa AGH Space Systems zrzesza już niemal 70 członków. Jako interdyscyplinarny zespół konstrukcyjny, specjalizuje się w rozwijaniu technologii przemysłu kosmicznego. Warto zaznaczyć, że rok temu koło zorganizowało konferencję lądownika CanSat 2016. Ponadto sukcesywnie może liczyć na wsparcie nie tylko rodzimej uczelni, lecz także ministerstwa.

– Mamy bardzo duże wsparcie ze strony uczelni, która nas finansuje, daje nam pomieszczenia, w których możemy pracować. Uzyskujemy również wiele grantów z ministerstwa, dzięki którym nasze koło może egzystować. Dzięki tym grantom wyjeżdżamy na różne wyjazdy, do różnych ośrodków naukowych tak jak np. CERN czy chociażby inne jednostki naukowe w Europie – podsumowuje Przemysław Drożdż.

Po spadkach na giełdzie sytuacja na jakiś czas się poprawi. W dłuższym okresie czeka nas pogorszenie sytuacji na rynkach finansowych

Po spadkach na giełdzie sytuacja na jakiś czas się poprawi. W dłuższym okresie czeka nas pogorszenie sytuacji na rynkach finansowych 2

Zarówno w krótkim, jak i w długim terminie perspektywy dla rynków finansowych są niekorzystne, choć prawdopodobnie szczyty obecnej hossy są jeszcze przed nami. Lata 2018–2019 mogą się okazać okresem bessy – ocenia ocenia Adam Łaganowski, dyrektor sprzedaży w Opoka TFI. Najmniej ryzykowne może się okazać inwestowanie w złoto i gotówka. Ekspert podkreśla, że długoterminowe kupowanie akcji na niektórych międzynarodowych rynkach, zwłaszcza w USA, jest obecnie nieracjonalne i ryzykowne.

– O ile uważamy, że jesteśmy w jakimś przedłużonym okresie hossy na globalnych rynkach, tradycyjnie okres od połowy maja do połowy czerwca jest słabszy dla rynków finansowych i prawdopodobnie w tym roku może być podobnie. Przede wszystkim kandydatami do takiego słabszego zachowania są Stany Zjednoczone, ale też niewykluczone, że Polska – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Łaganowski, dyrektor sprzedaży Opoka TFI.

Analizy Opoka TFI wskazują, że w tym roku słabszy okres dla rynków finansowych przypada od połowy maja do połowy czerwca. Wiosna to jednak tradycyjnie gorszy czas na inwestycje. Co roku przypominana jest sentencja „sell in may and go away”, wedle której należy sprzedać akcje w maju i odkupić je z powrotem w listopadzie, bo w tym okresie rynki przeżywają zazwyczaj spadki.

– Często jest tak, że są na rynkach pewne zależności, które statystycznie występują i nie wiemy dlaczego. Hasło „sell in may and go away”, oznacza klasycznie, by sprzedać akcje w maju i odkupić dopiero w listopadzie. Statystycznie to się jednak zupełnie nie sprawdza. Co więcej, jeśli popatrzymy na wieloletnie statystyki, to w tym roku okres od maja do końca października powinien być dobry dla rynków – przekonuje dyrektor sprzedaży Opoka TFI.

Statystyki Dana Lyons’a wskazują, że jeśli stopa zwrotu amerykańskiego indeksu Dow Jones Industrial za 6 miesięcy poprzedzających maj mieści się w przedziale 15–20 proc. – tak jak obecnie, to średnia stopa za okres od maja do listopada w większości przypadków była dodatnia i wyniosła przeciętnie 9,64 proc., czyli najwięcej ze wszystkich możliwych wyników na nowojorskiej giełdzie w ostatnich 116 latach. W tym roku może być podobnie, analitycy Opoki sceptycznie oceniają jednak najbliższe tygodnie.

– Z punktu widzenia inwestora na pewno trzeba wziąć pod uwagę to, że akcje są obecnie bardzo drogie, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, gdzie wyceny należą do jednych z najdroższych w historii. Kupowanie tam akcji długoterminowo jest ryzykowne – tłumaczy Łaganowski.

Z analiz Opoka TFI wynika, że długoterminowe perspektywy rynków akcji na świecie, w szczególności w Stanach Zjednoczonych, nie są najlepsze. W latach 2018–2019 może się pojawić cykliczna bessa w Stanach Zjednoczonych, przekraczająca 30–40 proc. od szczytu. Dużo wskazuje jednak na to, że poprawia się sytuacja w Europie, gdzie nastąpiło przełamanie 17-letniego trendu spadkowego na indeksie największych europejskich spółek.

– Europa wyraźnie się w ostatnim czasie wybija, przede wszystkim relatywnie na tle innych rynków. Jako zarządzający w formule absolutnej stopy zwrotu możemy zarabiać na tym, że jedne rynki są silniejsze od innych. Nawet przy globalnej bessie są rynki silniejsze, a my mamy możliwość to wykorzystać –przekonuje ekspert.

Pogarszają się natomiast krótkoterminowe warunki do inwestowania w Polsce, gdzie utrzymuje się słabość małych spółek.

– Ich słabość jest niepokojąca, bo powinny najmocniej zyskiwać na dynamice rosnącego PKB. Rosną najbardziej duże spółki, które nie są największymi beneficjentami wzrostu gospodarczego. W WIG20 mamy wielu monopolistów, spółki, które niezależnie od tego, czy PKB rośnie o 1 czy 4 proc., to sprzedają rzeczy, które i tak ludzie kupują, czyli prąd, paliwa. Małe spółki, jeśli chodzi o zyski, powinny przede wszystkim być beneficjentami obecnego cyklu gospodarczego w Polsce – wskazuje Łaganowski.

Słabsze perspektywy dla rynków finansowych oznaczają, że inwestorzy muszą poszukać alternatywnych aktywów.

– Kupowanie czegokolwiek drogo jest ryzykowne, a drogie są obecnie akcje, obligacje i nieruchomości. Zapewne przy następnym kryzysie prawdziwym dywersyfikatorem ryzyka będzie złoto, dlatego warto mieć pewien udział złota w portfelu. Klasycznie w momentach stresu na rynkach królową jest gotówka –podkreśla Adam Łaganowski.

Wraca kultowa Nokia 3310. Odświeżona wersja telefonu od dziś w sklepach

Wraca kultowa Nokia 3310. Odświeżona wersja telefonu od dziś w sklepach 3

Po prawie dwóch dekadach wraca na rynek kultowa Nokia 3310, która zasłynęła wytrzymałością, trwałością baterii i legendarną grą w węże. Nowa, odświeżona wersja telefonu jest bardziej smukła, lżejsza i w przeciwieństwie do poprzedniczki wyposażona w aparat fotograficzny. Ma trafić zwłaszcza do tych, którzy zmęczeni wszechobecną technologią i social mediami, szukają użytecznego i prostego sprzętu. Od dziś nową-starą Nokię 3310 można przetestować w sieci Saturn i Media Markt, które przez dwa kolejne tygodnie mają ją na wyłączność.

– To bardzo dobry jakościowo i wytrzymały produkt. Bateria w stanie spoczynku może wytrzymać nawet 30 dni. Nowa wersja została wyposażona w aparat fotograficzny, którego nie miał poprzednik. Jest też kultowa gra, która dla wielu była takim pierwszym, multimedialnym przeżyciem. Nowa Nokia 3310 na pewno jest bardzo podobna, chociaż trochę odświeżona, mniejsza i smuklejsza. Tak jak poprzednik ma również kalendarz, radio i odtwarzacz MP3. Występuje w czterech kolorach, więc każdy może znaleźć dla siebie odpowiedni – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Chróścik, kierownik działu zakupów Foto Telefon w sklepach Media Markt i Saturn.

Dziś w sklepach tej sieci debiutuje kultowa Nokia 3310, która zyskała już status ikony i cieszyła się wielką popularnością blisko 20 lat temu, we wczesnej fazie rozwoju telefonii komórkowej. Pierwsza wersja, doceniana za niezawodność i legendarną wytrwałość, nie miała aparatu fotograficznego ani żadnych udogodnień, w które są wyposażone współczesne smartfony. Jej funkcjonalność ograniczała się do kalendarza i kalkulatora, za to można było w niej skomponować własny dzwonek i zagrać w węże, czyli kultową grę Snake.

Równo po 17 latach od premiery Nokia 3310 wraca na rynek w nowej, odświeżonej wersji, wywołując zarówno zachwyt fanów technologii, jak i sentyment posiadaczy jej poprzedniczki. Nowy model jest smuklejszy i lżejszy, wyposażony w nieco bardziej zaokrąglony ekran o przekątnej 2,4 cala i kolorowy wyświetlacz (w pierwszej wersji był jednokolorowy). Od poniedziałku przez kolejne dwa tygodnie nową-starą Nokię 3310 można obejrzeć na żywo w sklepach sieci Saturn i Media Markt, które dystrybuują ją na wyłączność.

Ekspert marki Dariusz Chruścik ocenia, że telefon będzie się cieszył popularnością wśród osób, które chcą odpocząć od zaawansowanych technologicznie sprzętów, odciąć się od social mediów albo po prostu mieć przy sobie awaryjny sprzęt telefoniczny o dużej wytrzymałości i trwałej baterii, która nie wymaga codziennego ładowania.

Ponadto, rośnie grupa klientów, którzy chcą w prosty sposób korzystać z użytecznych produktów. Nie satysfakcjonuje ich zaawansowany technologicznie smartfon, ponieważ wolą łatwy w obsłudze, prostszy sprzęt.

– Nokia 3310 to oferta uzupełniająca. Oprócz smartfona, z którego na co dzień korzystamy, można używać jej, wyjeżdżając na urlop, kiedy chcemy mieć kontakt ze znajomymi, rodziną, z pracą, ale bez dostępu do poczty, Facebooka czy social mediów. Naładowany telefon można też nosić w torebce albo trzymać w samochodzie, co umożliwi kontakt nawet wtedy, kiedy padnie inne źródło zasilania – mówi Dariusz Chróścik.

Ograniczona liczba funkcji w odświeżonej Nokii 3310 paradoksalnie ma się okazać jej zaletą, zwłaszcza dla osób nieco zmęczonych technologią. W telefonie nie zabrakło jednak kultowego Snake, podstawowych narzędzi znanych z poprzedniego modelu oraz radia i odtwarzacza plików mp3.

– Naszym celem jest dostarczenie produktów dla wszystkich klientów. Obok zaawansowanych technologicznie produktów staramy się też uzupełniać naszą ofertę dla tych, którzy niekoniecznie chcą najnowszy smartfon – mówi Dariusz Chróścik, kierownik działu zakupów Foto Telefon w sklepach Media Markt i Saturn.

Należące do holdingu Media Saturn Holding Polska marki są jednym z liderów krajowego rynku w segmencie RTV/AGD. Nie tylko pod względem sprzedaży, lecz także premier, które odbywają się w salonach obu sieci. Nową Nokię 3310, która przez dwa tygodnie będzie dostępna w Saturnie i Media Markt na wyłączność, będzie można obejrzeć i przetestować w salonach.

– Jesteśmy liderem pod względem premier. W naszych sklepach zawsze są nowe produkty i dbamy o dostęp do nich w pierwszej kolejności. W najbliższym czasie pojawią się między innymi również smartfony firmy Nokia. W naszych sklepach można je zabezpieczyć folią lub szybą ochronną albo wykupić dodatkowe ubezpieczenie – mówi Dariusz Chróścik.

Unia kończy z roamingiem, ale Polacy wciąż będą za niego płacić. Regulatorzy rynku grożą operatorom karami finansowymi

Unia kończy z roamingiem, ale Polacy wciąż będą za niego płacić. Regulatorzy rynku grożą operatorom karami finansowymi 4

Zgodnie z unijnymi przepisami od połowy czerwca we wszystkich krajach Wspólnoty zostaną zniesione opłaty roamingowe za SMS-y i połączenia wykonywane z zagranicy. Na razie nie dotyczy to jednak Polski, ponieważ większość telekomów nie zgadza się na zlikwidowanie dodatkowych opłat. Jedyną siecią, która zastosowała się do unijnych wytycznych, jest Orange. Pozostali najwięksi operatorzy – Play, Plus i T-Mobile – zdaniem regulatorów nie zaproponowali cenników zgodnych z zasadą „roaming jak w kraju”. Sprawie uważnie przygląda się Komisja Europejska, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Urząd Komunikacji Elektronicznej, które grożą operatorom karami finansowymi.

– Operatorzy komórkowi w całej Unii Europejskiej dostosowali się do nowych zasad dotyczących zniesienia opłat za roaming. Wiele osób dostało powiadomienia SMS-em, że od teraz podróżując, będą płacili za granicą takie same stawki. Niestety, w Polsce część operatorów jeszcze nie dostosowała się do nowych przepisów i dają takie sygnały, jakby wcale nie zamierzali tego robić. Przedstawiają cenniki wyjęte nie wiadomo skąd. Według mojej wiedzy Polska jest jedynym krajem w UE, w którym nie wszyscy operatorzy dostosowali się do nowego prawa europejskiego – mówi agencji informacyjnej Róża Thun, eurodeputowana do Parlamentu Europejskiego.

Decyzją Unii Europejskiej od 15 czerwca we wszystkich państwach członkowskich zostaną zniesione dodatkowe opłaty za rozmowy i SMS-y naliczane podczas pobytu za granicą. Koszty połączeń będą naliczane według krajowego cennika operatora. Użytkownicy ofert no-limit zyskają możliwość korzystania z nich także za granicą. Dzięki unijnej zasadzie „Roam Like at Home” obniżone zostaną też koszy połączeń z internetem i komórkowego transferu danych.

Przyjęta w lutym regulacja była efektem długich negocjacji przedstawicieli państw członkowskich, unijnych negocjatorów i operatorów telefonii komórkowej, którzy dotychczas czerpali z roamingu sporą część swoich przychodów.

– Mieszkańcy całej Unii zyskają dużo na zniesieniu dodatkowych opłat i nie będą „karani” za przemieszczanie się. Promujemy mobilność, możliwość podróżowania, studiowania i pracowania za granicą, ale do tej pory każdy wyjazd za granicę był odczuwalny w kieszeni. Od teraz mieszkańcy UE będą ponosić takie same opłaty, jak u siebie w kraju – mówi Róża Thun.

Chociaż nowe prawo obowiązuje już niemal we wszystkich krajach Wspólnoty, wciąż nie dostosowali się do niego polscy operatorzy telefonii komórkowej. Jedyną siecią, która zniosła w praktyce opłaty za roaming, jest Orange Polska, która zapewnia je w cenie zwykłego abonamentu.

Pozostali operatorzy, czyli Play, T-Mobile i Plus, przedstawili cenniki, z których wynika, że SMS-y i połączenia zagraniczne nadal będą płatne. Operatorzy argumentują, że usługi telefonii komórkowej w Polsce są już teraz dużo tańsze niż w pozostałych krajach UE, a zlikwidowanie opłat za roaming spowoduje, że będą ponosić straty i dopłacać do klientów. Innego zdania jest jednak Komisja Europejska.

– Operatorzy muszą się dostosować do nowego prawa europejskiego, które obowiązuje we wszystkich krajach. Wszędzie zostało już wdrożone, tylko nie w Polsce. Operatorzy muszą je przyjąć i traktować klientów, którzy przebywają za granicą, tak, jakby cały czas byli w kraju – podkreśla europosłanka Róża Thun – Jak na razie tylko Orange dostosował się do nowych zasad bez żadnych dyskusji. Widzę, że Polkomtel wykonuje pozytywne ruchy i z tego, co rozumiem, też zamierza się dostosować. Liczę, że pozostali pod naciskiem opinii publicznej, ministerstw i UKE również zrobią to, co do nich należy. Nie można łamać europejskiego prawa – dodaje.

Zarówno UOKiK , jak i UKE zapowiadają, że jeżeli operatorzy do 15 czerwca bieżącego roku nie zniosą opłat za roaming zgodnie z unijnymi wytycznymi, grożą im duże kary finansowe.

Zdaniem eurodeputowanej Róży Thun klienci telekomów, którzy uchylają się od nowych przepisów, mają pełne prawo czuć się oszukani. Jeżeli stawki proponowane im przez operatorów od połowy czerwca będą wyższe niż obowiązujące w kraju, mogą zgłaszać reklamacje do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który powinien rozpatrzyć każdą taką skargę.

– Myślę, że UOKiK może się zdecydować na pozew zbiorowy i zażąda od operatorów, żeby dostosowali się do tych stawek, które zostały przyjęte na poziomie unijnym. Wiem, że w Sejmie także posłowie podejmują kroki, które mają dopilnować przestrzegania prawa. Nie ma powodu, dla którego operatorzy mieliby traktować polskich obywateli gorzej niż pozostałych mieszkańców UE – ocenia Róża Thun.

Sklepy przyszłości bez kas. Za 2–3 lata konsumenci będą samodzielnie skanować produkty telefonami w sklepowych alejkach

Sklepy przyszłości bez kas. Za 2–3 lata konsumenci będą samodzielnie skanować produkty telefonami w sklepowych alejkach 5

Kolejki do sklepowych kas są zmorą większości konsumentów. 61 proc. z nich uważa, że można je skrócić dzięki szybkim płatnościom zbliżeniowym i tyle samo respondentów oczekuje, aby można było płacić kartą w każdym sklepie, bez wyjątku. Dzięki otwartości konsumentów na nowe rozwiązania w handlu i płatnościach, już niedługo Polacy będą też sami skanować produkty w sklepowych alejkach, żeby uniknąć tej czynności przy kasie.

Firma MasterCard sprawdziła, jak Polacy podchodzą do nowych technologii, które mają ułatwić i przyspieszyć zakupy w sklepach stacjonarnych. Badanie pt. „Czy Polacy są gotowi na sklepy bez kas?” przeprowadziła agencja badawcza Maison & Partners. Wyniki pokazują, że zdecydowana większość konsumentów jest niezadowolona z kolejek do sklepowych kas. Dla blisko połowy (47 proc.) to najbardziej frustrujący element codziennych zakupów, zwłaszcza że średnio zabiera im to aż 18 minut.

Zdaniem Polaków z największymi kolejkami do kas trzeba się liczyć w dyskontach (64 proc.) i hipermarketach (50 proc.). Co piąty wskazuje na delikatesy i supermarkety, a tylko 12 proc. na niewielkie sklepy osiedlowe. Niezależnie od miejsca zakupów kolejka do kasy wywołuje negatywne emocje. Blisko połowie badanych (46 proc.) zdarzyło się w ogóle zrezygnować z zakupów, ponieważ kolejka była zbyt długa.

– Frustracja z powodu sklepowych kolejek jest bardzo duża. Minęły już czasy, kiedy kolejki były traktowane jako element życia towarzyskiego. Są uciążliwe i zabierają sporo czasu, szczególnie przy codziennych zakupach. Sklepy, w których będziemy mogli sami skanować produkty, zmienią zakupy diametralnie. Jeżeli pojawi się technologia, która skróci sklepowe kolejki, pozwoli zaoszczędzić czas i będzie sprawnie działać, to Polacy przyjmą ją entuzjastycznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Eksperci podkreślają, że dobre perspektywy może mieć pomysł samodzielnego skanowania produktów przez konsumentów już przy zdejmowaniu ich ze sklepowej półki. Takie rozwiązanie oferują już w wybranych sklepach w Polsce sieci Piotr i Paweł, a także Tesco. Jego wprowadzenie zapowiedział też Carrefour. Do skanowania produktów może służyć skaner, który konsument otrzymuje w chwili wejścia do sklepu. Produkty można też skanować własnym smartfonem z aplikacją mobilną sklepu. Zaletą jest możliwość uniknięcia kolejki, ponieważ kasjer w takim przypadku nie skanuje już produktów, a kupujący nie musi przy kasie pakować zakupów (zrobił to już wcześniej).

– Konsumenci są już gotowi na zakupową rewolucję. Deklarują, że chcą samodzielnie skanować towary, żeby móc szybciej opuścić sklep. 38 proc. z nich chciałoby robić to za pomocą sklepowego skanera, a jedna piąta woli korzystać z własnego smartfona – mówi Kamila Kaliszyk, dyrektor ds. rozwoju rynku w polskim oddziale MasterCard Europe.

Jak zauważa ekspertka, Polacy są otwarci na technologie, które mogą usprawnić zakupy. Dlatego coraz częściej wolą sami zająć się skanowaniem produktów. W efekcie już w ciągu kilku lat ich skanowanie za pomocą własnego smartfona może być na porządku dziennym.

Już dziś Polacy chętnie korzystają z telefonów w czasie zakupów. Deklaruje to już jedna trzecia badanych.

– Najczęściej przez telefon weryfikujemy informacje o produkcie, jego skład albo charakterystykę techniczną, jeśli to jest sprzęt elektroniczny. Często też porównujemy ceny w różnych sklepach. Konsumenci, którzy wchodzą do sklepu obejrzeć produkt, a kupują go w innym miejscu przez telefon, są wręcz zmorą niektórych sieci – mówi  Aleksander Naganowski, dyrektor ds. rozwoju nowego biznesu w MasterCard.

Coraz częściej płacimy też telefonem, co jest możliwe dzięki bezpiecznemu zapisaniu w nim cyfrowego odpowiednika karty płatniczej. Telefonem, podobnie jak kartą, można zapłacić, zbliżając go do terminala, jeśli mamy zainstalowaną odpowiednią aplikację mobilną banku lub portfel cyfrowy typu Android Pay. Połączenie w telefonie funkcji skanowania produktów i płacenia sprawi, że będzie to bardzo wygodne, a wręcz jedyne potrzebne narzędzie w czasie zakupów.

Już dziś Polacy chętnie korzystają z rozwiązań, które pozwalają skracać kolejki. Jednym z nich są płatności zbliżeniowe. Większości konsumentów (69 proc.) zdarzyło się nie raz, że sprzedawca nie miał drobnych albo odmówił wydania reszty (51 proc.). Dwie trzecie ankietowanych w badaniu MasterCard uważa, że płatności bezgotówkowe pozwalają uniknąć takich sytuacji i przyspieszyć zakupy. Niemal tyle samo chce mieć możliwość płacenia kartą w każdym sklepie, a także na targach i bazarkach.

– Polacy kochają płatności zbliżeniowe, bo aż dwie trzecie wszystkich transakcji kartami MasterCard jest realizowanych właśnie w taki sposób. Pod względem liczby płatności zbliżeniowych od kilku lat jesteśmy w Europie liderem. Kolejnym krokiem będzie skanowanie produktów i płacenie za zakupy w aplikacji mobilnej na smartfonie – prognozuje Kamila Kaliszyk.

Innowacyjnym rozwiązaniem mogą się okazać również całkowicie automatyczne sklepy bez kas. Za granicą trwają już testy prototypowych czujników, które automatycznie wykrywają, jakie towary zostały włożone do koszyka. Połowa polskich konsumentów uważa koncepcję automatycznych sklepów bez kas i kolejek za dobry pomysł i byłaby skłonna korzystać z takiego rozwiązania. Jest ono postrzegane również jako nowatorskie i wygodne, ale jego najbardziej docenianą zaletą jest oszczędność czasu.

– Sklepy przyszłości mogą wyglądać tak, że konsument będzie brał towar z półki i wychodził, a system będzie wiedział, co wziął, ile powinien zapłacić i w dodatku sam przeprowadzi tę transakcję płatniczą. Być może tak jak na Piątej Alei w Nowym Jorku sklepy przerodzą się w wystawy, na których będzie można obejrzeć i zapoznać się z produktem, a dostarczenie zakupów do domu będzie odbywało się osobno, tak jak dziś przy zakupach online – prognozuje Aleksander Naganowski.

Płatność również może się odbywać w pełni automatycznie, jeśli jest realizowana bezgotówkowo. Wymaga to upoważnienia zaufanego sprzedawcy do pobierania odpowiedniej kwoty za zakupy, bez każdorazowego potwierdzenia. Jest to już możliwe, m.in. dzięki wykorzystaniu technologii tokenizacji, czyli cyfrowych odpowiedników kart płatniczych powiązanych z aplikacją w telefonie. Taki sposób płaceni pozwoli jeszcze szybciej, bezpieczniej i wygodniej robić zakupy. Jednocześnie da konsumentowi poczucie kontroli nad wydatkami, dzięki możliwości definiowania różnych parametrów, takich jak np. lista zaufanych sprzedawców, limity wartości zakupów czy wybór tych transakcji, które będą wymagały dodatkowego potwierdzenia.

MLP Group zwiększy w tym roku powierzchnie magazynów o blisko 40%

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za I kwartał 2017 rok. W tym okresie Grupa osiągnęła 23,2 mln zł przychodów, czyli o 1% więcej niż rok wcześniej. Pomijając wpływ różnic kursowych wynik operacyjny (EBIT) wyniósł 11,6 mln zł i był na zbliżonym poziomie w ujęciu rok do roku. Grupa realizuje obecnie budowę obiektów o powierzchni około 115 tys. mkw. To duży potencjał poprawy wyników w kolejnych okresach.

MLP Group, deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, w I kwartale 2017 roku uzyskał 23,2 mln zł przychodów. Oznacza to wzrost o 1% w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku, pomimo znacznego umocnienia złotówki (wszystkie czynsze są wyrażone w euro). Grupa zanotowała 15,9 mln zł straty netto w porównaniu do 3,9 mln zł zysku netto w tym samym okresie poprzedniego roku. Odnotowana strata wynikała przede wszystkim z aprecjacji złotówki do euro.. MLP Group na koniec marca 2017 r. posiadało aktywa o wartości 1,16 mld zł, a suma aktywów netto (kapitałów własnych) wyniosła 661,2 mln zł. To wartości zbliżone do wykazanych na koniec minionego roku.

Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes MLP Group S.A.
Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes MLP Group S.A.

„Nasza działalność rozwija się bardzo dobrze. Na wynik netto decydujący wpływ miało natomiast osłabienie o blisko 5% kursu euro do polskiej złotówki z 4,42 na 4,22, co przy wartości naszego portfela na poziomie 960 mln zł  spowodowało ujemny wpływ aktualizacji wyceny nieruchomości inwestycyjnych w wysokości 38,6 mln zł, z czego 44,5 mln zł to ujemne różnice kursowe wynikające ze zmiany kursu. Związane jest to z tym, że wyceny wartości nieruchomości sporządzane są w Euro, natomiast na potrzeby sprawozdawczości finansowej są przeliczane na złotówki. Nie ma to jednak żadnego wpływu na kondycję naszego biznesu. Wartość nieruchomości inwestycyjnych liczona w euro wzrosła natomiast w pierwszym kwartale br. o 3% do 225,1 mln euro. W celu uniknięcia wpływu wahań kursowych Grupa rozważy przejście na raportowanie w EUR, gdyż całość operacji dokonywana jest w tej walucie” – podkreślił Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

Grupa do końca 2017 roku zakończy budowę obiektów o powierzchni około 115 tys. mkw. „Ukończenie tych obiektów przełoży się na wzrost wybudowanej przez nas powierzchni o blisko 40%. To bardzo duży potencjał poprawy wyników w kolejnych okresach. W przygotowaniu mamy również inne inwestycje, które zapewnią nam dalszy systematyczny wzrost wartości Grupy” – stwierdził Radosław T. Krochta

Grupa prowadzi obecnie osiem operacyjnych parków logistycznych zlokalizowanych w Polsce: MLP Pruszków I, MLP Pruszków II, MLP Poznań, MLP Lublin, MLP Teresin, MLP Wrocław, MLP Czeladź oraz MLP Gliwice. Na podstawie umowy deweloperskiej Grupa jest odpowiedzialna także za komercjalizację parku logistycznego MLP Bieruń, który został sprzedany w 2015 roku. Ponadto, Grupa posiada umowy rezerwacyjne na zakup nowych gruntów pod planowane parki logistyczne. Powoduje to, że w skład aktualnego i potencjalnego portfela zarządzanych nieruchomości przez MLP Group wchodzi łącznie jedenaście operacyjnych parków logistycznych zlokalizowanych w Polsce.

MLP planuje również realizację pierwszego parku logistycznego na rynku niemieckim, w pobliżu Dortmundu w miejscowości Unna. W przygotowaniu jest również budowa parku logistycznego w Rumunii w pobliżu Bukaresztu.

Ogromna wyprzedaż akcji w Brazylii

Sentyment do bezpiecznego schronienia na rynkach jest obecnie wyraźny. Inwestorzy z całego świata wytężają wzrok na swoje portfele indywidualne, ponieważ obawiają się politycznego chaosu. Fajerwerki pojawiły się wczorajszego ranka w Brazylii. Państwo, którym wstrząsają polityczne skandale, uderzyło wczoraj w rynki w wielkim stylu. Notowania indeksu Ibovespa spadły o 10% na otwarciu a brazylijski real spadł o 8,5% w stosunku do dolara amerykańskiego.

Centrum zainteresowań rynkowych skupi się dzisiaj na Bliskim Wschodzie. W Iranie odbywają się wybory. Piastujący do tej pory urząd prezydent Rouhani posiada niewielką przewagę nad swoim rywalem. Ponieważ Irańczycy idą dzisiaj do urn, tematem rozważań będzie wybór pomiędzy Wschodem a Zachodem. Rouhani chce zbliżyć się do Europy i Ameryki. Jego przeciwnik jest bardziej islamistycznym idealistą. Jako były sędzia, osobiście skazał setki osób na karę śmierci i bardzo prawdopodobnym jest, że nie byłby dobrym sprzymierzeńcem Zachodu. Walka wyborcza może doprowadzić do drugiej tury, która rozstrzygnie się pomiędzy tymi dwoma faworytami.

W międzyczasie na Bliskim Wchodzie. Donald Trump rozpoczyna swoją podróż do Arabii Saudyjskiej, przez Izrael, Rzym aż do Belgii. Prawdopodobnie będzie pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych w historii, który wyrusza odwiedzić Bliski Wschód, aby uniknąć politycznego zamieszania. Amerykańskiemu rynkowi udało się zamknąć wczorajszą sesję na plusie po Trumpowych zawirowaniach ze środy. Wielkim sprawdzianem będzie, co się stanie dzisiaj. Czy inwestorzy stchórzą czy nie ustąpią? Dowiemy się wkrótce. Przez ostatnie dwa tygodnie, bezpieczna przystań handlu znajdowała się pewnie na swoim miejscu. Złoto poszło w górę razem z japońskim jenem, a amerykańskie obligacje skarbowe wzrosły gwałtownie.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

UI TFI: polskie obligacje dały zarobić. Czy dobra koniunktura się utrzyma?

  • Polskie obligacje skarbowe cieszą się dużym popytem ze strony inwestorów zagranicznych, dzięki czemu ich ceny rosną.
  • Obligacjom sprzyja wzrost gospodarczy, stabilna inflacja oraz dobra sytuacja budżetowa Polski.
  • Pomimo globalnych ryzyk, w nadchodzących miesiącach aktywnie zarządzane fundusze obligacyjne będą w stanie wypracowywać zyski, wykorzystując do tego okresy lepszej koniunktury.
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI

W cieniu dynamicznych wzrostów na warszawskiej giełdzie, od przełomu lutego i marca trwa ożywienie na rynku polskich obligacji skarbowych. W krótkim czasie rentowność papierów 10-letnich spadła z 3,9 do ok. 3,4%. Pozwoliło to funduszom obligacji wypracować całkiem niezłe zyski.

Tak znaczny spadek rentowności polskich obligacji był spowodowany dużym popytem
z zagranicy. W pierwszym kwartale tego roku inwestorzy zagraniczni kupili obligacje Skarbu Państwa o wartości 12 mld zł, przy czym aż 9 mld zł w samym w marcu.

Stabilizacja inflacji i dobre wieści z gospodarki

Duże zainteresowanie inwestorów Polską to efekt kilku czynników. Obligacjom sprzyja stabilizacja inflacji. Po dynamicznym wzroście cen w lutym – w marcu i kwietniu inflacja w Polsce zatrzymała się na poziomie 2%. Rada Polityki Pieniężnej nie ma więc powodu, by myśleć o podwyżce stóp procentowych.

Dla zagranicznych inwestorów istotne jest również bardzo dobre wykonanie budżetu
w pierwszym kwartale 2017 roku. Pozwala ono prognozować, że na koniec tego roku deficyt budżetowy w Polsce będzie niższy, niż pierwotnie oczekiwał rząd. W realizacji takiego scenariusza niewątpliwie pomoże dynamiczny wzrost PKB. Z danych GUS wynika, że w okresie od stycznia do marca polska gospodarka urosła o 4% w porównaniu do tego samego okresu 2016 roku. To znacznie szybciej niż prognozowali ekonomiści.

Wyższe PKB i wpływy z podatków wesprą budżet

Wyższy wzrost PKB zwiększy wpływy do budżetu z podatków od osób fizycznych i prawnych. Finansom państwa pomoże także dalsza redukcja luki podatkowej, czyli zmniejszenie różnicy pomiędzy tym, co podatnik powinien wpłacić do budżetu państwa, a tym, co faktycznie wpłaca. Dzięki lepszej ściągalności podatku VAT, rząd będzie mógł sfinansować więcej wydatków budżetowych bez konieczności zadłużania się.

Jeśli w dalszej części roku sytuacja budżetu państwa pozostanie dobra, to Ministerstwo Finansów będzie stopniowo ograniczało skalę emisji obligacji. Może sobie na to pozwolić, ponieważ do końca kwietnia zrealizowało już 60% potrzeb pożyczkowych budżetu na ten rok. To komfortowa sytuacja nie tylko dla polskiego rządu, ale także dla uczestników funduszy obligacyjnych. Mniejsza liczba emisji oznacza bowiem stabilizację cen już wyemitowanych papierów.

Globalny znak zapytania

Lokalne otoczenie jest dla rynku obligacji wyjątkowo sprzyjające. Patrząc globalnie, na horyzoncie wciąż jest jednak kilka czynników ryzyka. Do najistotniejszych należy kolejna podwyżka stóp procentowych w USA, która nastąpi zapewne już w czerwcu. Negatywne dla obligacji jest także zapowiedziane na koniec grudnia zakończenie programu stymulacyjnego, poprzez który Europejski Bank Centralny wspierał gospodarkę strefy euro. Jednak nawet w takim otoczeniu aktywnie zarządzane fundusze obligacyjne będą w stanie wypracowywać zyski, wykorzystując do tego okresy lepszej koniunktury.

Zarząd WDX rekomenduje dywidendę za 2016 rok w wys. ponad 4 mln zł

WDX S.A., notowana na GPW Spółka oferująca kompleksowe rozwiązania z zakresu wyposażenia magazynów, planuje wysoki podział zysku z Akcjonariuszami. Zarząd Spółki rekomenduje wypłatę 0,44 zł na akcję co tym samym oznacza stopę dywidendy rzędu 5,2 proc. wg kursu zamknięcia z 18 maja. To 51 proc. osiągniętego zysku netto, zgodnie
z przyjętą polityką dywidendową WDX.

Zarząd WDX S.A. podjął decyzję, iż podczas WZA będzie rekomendował wypłatę dywidendy w wysokości 4 063 276,36  zł, co w przeliczeniu na  9 234 719 akcji, oznacza kwotę 0,44 zł na akcję (przy kursie zamknięcia z 18 maja stopa dywidendy wynosi 5,17 proc.). Zarząd Spółki proponuje ustalić dzień dywidendy na 27 czerwca 2017 r., a termin jej wypłaty – na dzień 18 lipca 2017 r.

Naszym zamiarem jest bycie spółką trwale dywidendową. Wypełniając założenia przyjętej polityki, to już kolejny rok, w którym rekomendujemy dzielenie się zyskiem z naszymi Akcjonariuszami, w wysokości przekraczającej 50 proc. zysku netto. Pozwalają nam na to dobre wyniki finansowe i stabilna sytuacja Spółki. Chcemy, aby nasi Akcjonariusze osiągali korzyści nie tylko wynikające ze wzrostu wartości WDX, ale także korzystali z prawa do dywidend – powiedział Marek Skrzeczyński, Prezes Zarządu WDX S.A.

Grupa Kapitałowa WDX w 2016 roku wypracowała 136,3 mln zł przychodów ze sprzedaży (podobny poziom wobec 2015 r.). Zysk EBITDA za ubiegły rok wyniósł 21,6 mln zł (+35,7%), a zysk netto 8 mln zł (w zaokrągleniu do 7,998 mln zł). Zgodnie z intencją Zarządu, pozostała część zysku  zostanie przeznaczona na wzrost kapitału zapasowego. Na koniec 2016 r. kapitały własne WDX wynosiły 51,5 mln zł.

Proponowana wysokość wypłaty zysku spełnia założenia polityki dywidendowej Spółki. 25 czerwca 2015 r. Zarząd WDX S.A. przyjmując Plan Rozwoju na lata 2016-2018, założył rekomendowanie wypłaty dywidendy w wysokości ok. 50 proc. zysku netto osiągniętego w danych roku obrotowym. Spółka z zysku za 2015 rok wypłaciła 0,30 zł na akcję (2,8 mln zł), a z zysku dotyczącego 2014 r. – 0,40 zł (3,6 mln zł). Łącznie od debiutu na GPW w 2000 r. Spółka (łącznie z dywidendą za 2016 r.) ustanowiła dywidendy przekraczające 20 mln zł.

Kolejna afera korupcyjna w Brazylii. Wybory w Iranie

W Brazylii kolejna afera korupcyjna ma szansę w ciągu niecałego roku zmienić już drugi raz prezydenta. W weekend wybory prezydenckie w Iraku. Ropa naftowa w górę w nadziei na redukcję wydobycia.

Problemy w Brazylii 

Brazylijska polityka w ostatnich latach nie jest wolna od oskarżeń korupcyjnych. Najlepszym dowodem tego jest fakt, że ponad połowa deputowanych podejrzanych jest o branie łapówek w aferze Petrobrasu. Niecały rok temu poprzedni prezydent pożegnał się z urzędem w wyniku skandalu korupcyjnego. Jego następca Michel Temer jest podejrzewany o przekupienie świadka zeznającego w procesie korupcyjnym. Sąd Najwyższy zaaprobował otwarcie śledztwa. Prezydent nie chce sam ustąpić, ale samo ryzyko odwołania spowodowało, że był to bardzo nerwowy dzień dla tamtejszych rynków finansowych. Główny indeks giełdowy zanurkował w szczytowym momencie o 10% kończąc dzień niemal 9% spadkiem. Rano za dolara płacono około 3,1 brazylijskiego reala. Wieczorem za amerykańską walutę trzeba było dać już prawie 3,4. Skandale to nie jedyny problem Brazylii. Gdyby gospodarka nie miała od 2014 roku zaledwie jednego kwartału wzrostowego panika na rynku byłaby prawdopodobnie mniejsza.

Wybory prezydenckie w Iranie

W wyborach zdaniem analityków najbardziej liczy się ubiegający się o reelekcję Hasan Rowhani i uchodzący za ultrakonserwatywnego duchowego Ebrahim Raisi. Obecny prezydent uchodzi za skutecznego pragmatyka. Dowodem sukcesów w polityce międzynarodowej jest chociażby powrót Iranu na rynek ropy naftowej. Z drugiej strony jest krytykowany za brak reform gospodarczych oraz uznawany za winnego wysokiego bezrobocia wśród młodych (sięga w tej grupie 27%). Raisi z kolei jest religijnym populistom. Odwołuje się w retoryce do potrzeb najbiedniejszych i obiecuje utworzenie milionów miejsc pracy. Gdyby w pierwszej turze nie doszło do rozstrzygnięcia druga tura odbędzie się już za tydzień.

Co z ropą naftową?

Czarne złoto powoli znów zmierza do bariery 50 USD za baryłkę. Powodem wzrostów są zapowiedzi, że OPEC przedłuży w czerwcu redukcję wydobycia o przynajmniej pół roku. Zdaniem ministra energii Algierii większość państw popiera to rozwiązanie. Odbicie na ropie pomogło rublowi zyskać na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – wskaźnika zamówień wg. CBI,
  • 14:00 – Polska – sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa,
  • 14:30 – Kanada sprzedaż detaliczna.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Raport: Rynek magazynowy w I kwartale 2017 r.

Drugi rok z rzędu rekordowe otwarcie na rynku powierzchni magazynowych. W okresie od stycznia do końca marca br. wynajętych zostało łącznie 970 000 mkw., o 42% więcej niż w I kw. 2016 r. Deweloperzy oddali do użytku 475 000 mkw., a ponad 1,4 mln mkw. pozostaje w budowie. Rezultaty za pierwszy kwartał 2017 pozwalają stawiać optymistyczne prognozy na kolejne miesiące, jak wynika z raportu AXI IMMO podsumowującego pierwszy kwartał 2017 r.

Popyt pod znakiem dużych transakcji

W okresie od stycznia do końca marca 2017 popyt brutto wyniósł 970 000 mkw., z czego nowe umowy i ekspansje stanowiły 70%. Ubiegłoroczny rekord otwarcia roku został pobity o 42%. Jest to najwyższy kwartalny wynik w historii nowoczesnego rynku magazynowego w Polsce.

Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO
Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO

Tak wysoki wolumen wynajętej powierzchni w pierwszych miesiącach roku jest efektem finalizacji kilku dużych transakcji, które znacząco wpłynęły na ostateczny rezultat po stronie popytu. Wskaźniki produkcji i eksportu są dobre, co pozytywnie nastraja najemców do inwestycji w nowe fabryki i centra logistyczne – komentuje Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO.

Najwięcej powierzchni magazynowo-produkcyjnych zostało wynajętych w regionie Górnego Śląska, gdzie o wyniku zadecydowała transakcja na 135 000 mkw. firmy Amazon w Sosnowcu. Łącznie w regionie popyt brutto wyniósł 330 000 mkw. Wysoka aktywność najemców miała miejsce również w regionie Warszawy (198 000 mkw.) i Wrocławia (140 000 mkw.). Po wyłączeniu dużych transakcji powyżej 40 000 mkw., średnia wielkość wynajmowanego modułu w Polsce w I kw. 2017 roku wyniosła ok. 4500 mkw.

W strukturze popytu niezmiennie dominują operatorzy logistyczni i sieci handlowe, których udział w całości popytu wyniósł 63%.

Wysoki przyrost nowej podaży nie tylko na głównych rynkach

Intensywna druga połowa ubiegłego roku zaowocowała wysokim wynikiem po stronie podaży w 2017.Całkowite zasoby powierzchni magazynowej w Polsce na koniec marca br. wyniosły 11,7 mln. Blisko 500 000 mkw. zostało oddanych do użytku, o 65 000 mkw. więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

W pierwszym kwartale br. największy przyrost nowej podaży miał miejsce w regionie Poznania, Górnego Śląska i Bydgoszczy. W każdej z wymienionych lokalizacji oddanych zostało po ok. 100 000 mkw. Wśród deweloperów najwięcej nowej powierzchni dostarczyła firma Panattoni w ramach 14 projektów o łącznej powierzchni ponad 300 000 mkw. Wysoki, przekraczający 50% udział w nowej podaży, miały inwestycje typu BTS.

Konsekwencją dobrej koniunktury i wysokiej aktywności najemców jest 1,4 mln mkw. w budowie na koniec marca br. Najwięcej nowej powierzchni powstaje w okolicach Warszawy (350 000 mkw.) i Szczecinie (291 000 mkw.).

Na pięciu głównych rynkach w budowie jest prawie 1 mln mkw. powierzchni magazynowo-produkcyjnej. Poza Szczecinem, aktywność deweloperska w mniejszych regionach została ograniczona. Udział projektów spekulacyjnych utrzymuje się na stabilnym poziome 30%. Pod względem liczby realizacji inwestycji bez zabezpieczonych umów najmu wyróżniają się deweloperzy Panattoni i Hillwood – dodaje Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO.

Minimalny wzrost pustostanów dzięki wysokiej absorpcji nowych powierzchni

W porównaniu do ostatniego kwartału współczynnik powierzchni niewynajętej wzrósł minimalnie z 6% do 6,1%. Poziom pustostanów jest stabilny, pomimo intensywnych działań deweloperskich, gdyż towarzyszy im wysoki wolumen transakcji. Najniższy poziom pustostanów występuje w Polsce Centralnej i wynosi 1,5%, przy czym w samej Łodzi brak wolnych modułów do wynajęcia. Najwyższy wzrost współczynnika powierzchni niewynajętej odnotowany został w Szczecinie – z 2,9% do 8,8% i Wrocławiu – z 6,5% d 8,5%.

Stawki czynszów – wzrosty we Wrocławiu i na Górnym Śląsku

Czynsze bazowe w większości regionów w pierwszych miesiącach roku pozostały na stabilnym poziomie, z tendencją wzrostową w regionie Wrocławia i wybranych lokalizacjach Górnego Śląska. Najniższe czynsze efektywne oferują deweloperzy w okolicach Warszawy, w Poznaniu oraz na Śląsku. Przy dużych powierzchniach możliwe są do uzyskania stawki poniżej 2,0 euro za mkw. W odróżnieniu  do poprzedniego roku, przy transakcjach średniej wielkości deweloperzy nie są skłonni do dużych ustępstw.

Pozytywne prognozy dla rynków z dostępem do pracowników 

Pierwsze miesiące roku pozwalają stawiać optymistyczne prognozy na kolejne miesiące na rynku magazynowym. Wielkość nowego popytu budują przede wszystkim duże transakcje firm, które rozpatrują oferty w skali całego kraju biorąc pod uwagę nie tylko lokalizację, ale też dostępność pracowników, odległość od głównych producentów czy otoczenie biznesowe.

Ponadto, pomimo dużej aktywności deweloperów, projekty w rozwijających się lokalizacjach magazynowych  to przede wszystkich inwestycje typu BTS lub pre-let. Relatywnie niski potencjał lokalnych firm sprawia, że deweloperzy nie uruchamiają projektów typowo spekulacyjnych.

Zaangażowanie deweloperów w budowę nowych obiektów na głównych rynkach utrzyma się na stabilnym, wysokim poziomie. Jednak w wybranych lokalizacjach jak okolice Warszawy, Poznań czy Wrocław liczba nowych inwestycji będzie wykazywała tendencję spadkową, ze względu na perspektywę uwolnienia dużych modułów związaną z relokacją klientów.

Kobieta w Biznesie – projekt dla przedsiębiorczych Pań – po raz pierwszy nad morzem!

Kobieta w Biznesie to cykl spotkań edukacyjno-networkingowych skierowany do kobiet, które chcą lub prowadzą własny biznes. Pierwsze spotkanie w północnej części Polski odbędzie się w Gdyni. Goście oraz uczestniczki porozmawiają o sposobach na skuteczną sprzedaż.

Przedsiębiorcze kobiety z wielu miast w Polsce na stałe wpisały w swoje kalendarz wydarzenie „Kobieta w Biznesie”, organizowane przez Anetę Wątor. W spotkaniach każdorazowo uczestniczy średnio ponad 100 kobiet, które prowadzą swój biznes i chcą go rozwijać lub szukają swojej ścieżki kariery. – Nasze spotkania są przeznaczone dla właścicielek firm, menadżerek, które szukają nowych kontaktów, kobiet, które poszukują pomysłu na siebie oraz dla tych, którzy chcą poznać nowe, ambitne osoby i zainspirować się nimi – mówi Aneta Wątor, pomysłodawczyni projektu Kobieta w Biznesie.

Podejmowane tematy to przede wszystkim motywacja, budowanie marki osobistej, asertywność czy marketing. Tematem przewodnik spotkania w Trójmieście będzie sprzedaż, negocjacje i Kaizen. – O tym, co znaczy sprzedaż nieagresywna, czyli jak podejść do sprzedaży i negocjacji w biznesie możliwie najskuteczniej opowie nam gość specjalny – Marcin Sebastian Rogowski – mówi organizatorka. Rogowski jest jednym z czołowych ekspertów zarządzania, sprzedaży i negocjacji w Polsce, coachem prowokatywny, trenerem i konsultantem. To również praktyk biznesu, na co dzień mieszkający w Gdańsku.

Jako wartość dodaną uczestniczki spotkania będą mogły wysłuchać wykładu na temat metody Kaizen oraz poznać historie kobiet, które dzięki niej budują swój sukces – w życiu i biznesie. Organizatorzy „Kobieta w Biznesie” kładą zdecydowany nacisk na networking, dlatego oprócz klasycznej przerwy, w czasie której można wymienić się wizytówkami, wprowadzono również możliwość zaprezentowania własnego biznesu na forum. Dzięki temu wszyscy uczestnicy mogą poznać się nawzajem.

Najbliższe spotkanie odbędzie się 24 maja w Quadrille Conference & Spa w Gdyni o godz. 17.30. Obowiązuje rejestracja. Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej projektu: www.kobietawbiznesie.pl.

Partnerem strategicznym spotkania jest agencja ContentHouse.

Gospodarka USA ma się dobrze. USD ma wszelkie powody, by być silniejszy

Rynki w piątek są spokojniejsze, ale powody do niepokoju nie zniknęły na dobre. Inwestorzy siedzą jak na szpilkach obawiając się kolejnych taśm, zapisków, tweetów i stenogramów z Waszyngtonu. W międzyczasie gospodarka USA przypomina, że ma się dobrze. Złoty wraca na stare śmieci.

Jeden dzień bez przełomowych informacji dotyczących Białego Domu, Rosji, wyborów itd. i inwestorzy zdołali złapać oddech. Prezydent Trump zaprzecza, jakoby miał nakłaniać byłego szefa FBI Comeya do odpuszczenia śledztwa, albo jego sztab utrzymywał kontakty z Rosjanami w trakcie kampanii wyborczej. Nic nie jest do końca jasne i rynki będą wrażliwe na nowe doniesienia. Ale straty zostały już poniesione i zmąciły sielankę z poprzednich tygodni. Wall Street tąpnęło najmocniej od ośmiu miesięcy, rentowności 10-letnich obligacji USA znalazły się znowu pod 2,20 proc., a aktywa rynków wschodzących zaczęły przeszkadzać w portfelach zarządzających. Jeśli sprawa wokół Trumpa przycichnie, apetyt na ryzyko może się szybko odbudować. Mam jednak obawy, że od teraz odporność na nowe szoki (niekoniecznie polityczne) jest mocno osłabiona i będzie łatwiej złamać zaufanie inwestorów.

Spokój jest ratunkiem dla USD, gdyż pozwala przypomnieć, że są jeszcze inne czynniki niż polityczne, które determinują siłę waluty. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych znalazła się najniżej od trzech miesięcy i jest to drugi najniższy wynik od trzech dekad. Indeks wskaźników wyprzedzających przyspieszył w kwietniu, wskazując na odbicie tempa PKB po słabszym pierwszym kwartale. Wreszcie indeks Fed z Filadelfii pokazał, że aktywność biznesu w tamtym regionie pozostaje silna. Wczoraj Loretta Mester z Fed zwróciła uwagę na dobre dane z gospodarki i dodała, że „krótkotrwałe zawirowania polityczne nie mają wpływu na Fed”. To razem pokazuje, że wykluczając ryzyko polityczne, USD ma wszelkie powody, by być silniejszy. Tylko że nie da się ot tak wykluczyć ryzyka politycznego i dopóki sprawa Trump/Rosja/Comey nie przycichnie, możemy obserwować „przetrącony” rynek.

Przebieg handlu w nocy był bardzo spokojny, jakby inwestorzy byli już zmęczeni wydarzeniami tego tygodnia. EUR/USD utknął przy 1,11, a USD/JPY trzyma się 111. Patrząc w kalendarz nie ma zbyt wiele punktów zaczepienia. W Europie śledzone będą komentarze Praeta i Constancio z ECB. Po południu uwaga skupi się na danych o CPI i sprzedaży detalicznej z Kanady, gdzie kolejny rozczarowujący odczyt ożywi spekulacje, że kolejnym krokiem BoC będzie luzowanie zamiast podwyżki. Nie ma dziś danych z USA, ale przemawiać będą Bullard i Williams z Fed.

Dane z polskiego przemysłu i handlu prawdopodobnie będą obciążone wahaniami sezonowymi (przesunięcia Wielkanocy), więc ich słabość nie powinna niepokoić. EUR/PLN wraca na stare śmieci, tj. 4,1850-4,2250. Brak mocniejszego wyjścia dołem, zamieszanie na rynkach zewnętrznych – to może skłaniać do zamykania pozycji długich w PLN. Widzę rosnące ryzyko, że każde zanurzenie się pod 4,20 będzie wykorzystywane na kupowanie. Strefa 4,2250-4,23 jest na razie sufitem, ale może nie przetrwać kolejnego testu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przygotuj się na przyszły tydzień 19.05.2017

W przyszłym tygodniu czeka nas sporo informacji, pierwsza przyjdzie zza oceanu, informacja o sprzedaży nowych domów. W środę poznamy stopy procentowe w Kanadzie oraz protokół z posiedzenia FOMC, który trochę się już zdezaktualizował. Poznamy również wstępny odczyt wzrostu gospodarczego w Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone – Sprzedaż nowych domów oraz protokół z posiedzenia FOMC

Po wzroście stóp procentowych sprzedaż domów w Stanach Zjednoczonych powinna wyhamować. Rynek nieruchomości uzależniony jest od dostępu do taniego kredytu. Widać to chociażby po spadku wniosków o kredyt hipoteczny.

Wnioski o kredyt hipoteczny

Wnioski o kredyt hipoteczny

 

Źródło: Admiral Markets

Spowolnienie na rynku nieruchomości powinno zatrzymać w czasie kolejne podwyżki stóp procentowych. Sprzedaż nowych domów w USA zostanie opublikowana we wtorek o godzinie 16:00. Pamiętajmy również, że podwyżki stóp procentowych negatywnie oddziałują na cenę nieruchomości, ponieważ zawęża grono potencjalnych klientów. Niemniej jednak Rezerwa Federalna zaplanowała kolejną podwyżkę kosztu pieniądza.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Niemniej jednak Rezerwa Federalna zaplanowała kolejną podwyżkę stóp procentowych.

Źródło: Bloomberg

Kolejna podwyżka kosztu pieniądza o 25 punktów bazowych została zaplanowana na 14 czerwca, rynek wycenia takie posunięcie z 90 procentowym prawdopodobieństwem. Z kolei protokół z ostatniego posiedzenia FOMC zostanie opublikowany 24 maja o godzinie 20:00. Czy jest się czego obawiać? Rynek już zdyskontował przyszłą podwyżkę stóp procentowych, jedynie bardziej gołębi protokół mógłby doprowadzić do dużego ruchu na dolarze amerykańskim.

Dolar Kanadyjski – decyzja w sprawie stóp procentowych

W środę 24 maja o godzinie 16:00 poznamy koszt pieniądza w Kanadzie. Na dzień dzisiejszy rynek nie widzi miejsca na ich obniżenie czy też podwyższenie.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Kanadzie

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Kanadzie

Źródło: Admiral Markets

Dolar kanadyjski będzie uzależniony od działania banku centralnego w sprawie ograniczenia wzrostu cen nieruchomości, o czym pisaliśmy tydzień temu.

Instrumenty do obserwacji

W nadchodzących miesiącach warto obserwować cenę 10-letnich obligacji amerykańskich. Wzrost ceny obligacji powoduje spadek jej rentowności. Teoretycznie, podwyżki krótkoterminowych stóp procentowych przez FED powinno oddziaływać na długoterminowe, czyli także powinny rosnąć. Jeżeli nie zachodzi takie zjawisko, to dolar amerykański nie powinien się dalej umacniać. Jest to poniekąd wytłumaczenie ostatniej wyprzedaży dolara amerykańskiego. Reasumując, przyszłe podwyżki stóp procentowych nie muszą być zapowiedzią silniejszego dolara amerykańskiego.

Notowania 10-letnich obligacji amerykańskich, interwał dzienny

Notowania 10-letnich obligacji amerykańskich, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym cena obligacji 10-letniej odbiła się od strefy wsparcia 124.80-125.20. Ruch wzrostowy został zatrzymany w okolicy ostatniego szczytu. Jego przebicie byłoby jednoznaczne z dalszą wyprzedażą dolara amerykańskiego na szerokim rynku.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Arendarski: Niedobór na rynku pracy dużym problemem gospodarki

Główny Urząd Statystyczny podał ostatnio dane dotyczące poziomu zatrudnienia. Bezrobocie wynosi 8,1%, jednak w całej Polsce jest nierównomierne. W województwach północno-wschodnich, czyli głównie w warmińsko-mazurskim to ponad 14%, a w Wielkopolsce poniżej 5%.

– Jeżeli przyjmiemy, że nadal mamy tendencję zniżkową bezrobocia – czyli ludzie będą zarówno rezygnować z zatrudnienia, jak i będą powstawały nowe miejsca pracy, zdecydowanie umocni się rynek pracownika – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Ma to swoje konsekwencje w postaci presji na płace, czyli wyższych wynagrodzeń. W większych firmach pracownik może starać się o otrzymywanie bonusów pozapłacowych, np. szkoleń. Zapotrzebowanie na rynku pracy nie będzie zaspokajane w ciągu najbliższych lat. Będzie ubywało ludzi. Dużo zrobił tu program 500+, który spowodował, że wiele kobiet porzuciło pracę i zajęło się wyłącznie wychowywaniem dzieci. Kolejnym czynnikiem jest obniżenie wieku emerytalnego, co pozbawi rynek nawet kilkuset tysięcy osób zatrudnionych. Nie ma też motywacji, aby aktywizować zawodowo nasze społeczeństwo. W porównaniu z Europą Zachodnią, gdzie pracuje się do późnego wieku, do czego istnieją też zachęty, braki na rynku pracy są u nas mocniej odczuwalne. W wielu dziedzinach, gdyby nie imigracja – głównie z Ukrainy – zaistniałyby fundamentalne problemy zagrażające ich funkcjonowaniu. Dotyczy to głównie handlu, czy przemysłu przetwórczego. Sprawę imigracji należy uregulować, biorąc pod uwagę, że w Polsce nie będzie przybywało rąk do pracy, a w miarę rozwoju zapotrzebowanie siłę roboczą będzie rosło. Jeżeli Unia Europejska zniesie wizy dla Ukraińców, część osób, także pracujących obecnie w Polsce, pojedzie dalej na Zachód, gdzie będzie mogło zarobić więcej. Chociaż ruch bezwizowy nie jest jednoznaczny z pozwoleniem na pracę, to na pewno nie zahamuje tego procederu. Sporo osób będzie wyjeżdżać, nawet jeśli nie będą mogli pracować legalnie. Problemy z pracownikami w Polsce będą rosły. Nie należy czekać, aż przyjdzie kryzys, tylko pomyśleć już teraz o odpowiednich rozwiązaniach. Mają one zachęcać Polaków do bardziej intensywnej i dłuższej pracy, a pracowników z zagranicy do uzupełniania niedoborów na rynku – podsumował Arendarski.

A. Sadowski: Gdyby składki emerytalne nie były czystym podatkiem, to podlegałyby kapitalizacji i dziedziczeniu

Według prezydenta Centrum im. Adama Smitha, ZUS przestał być instytucją ubezpieczeniową na początku PRL-u. Politycy zaś wprowadzają obywateli w błąd, co do wysokości emerytur, które od 2 dekad są obniżane. Najwyższa Izba Kontroli już kilka lat temu uprzedzała, że w przyszłości może zabraknąć środków na świadczenia.

Jak zauważa Andrzej Sadowski, pieniądze, które pracodawca musi oddawać co miesiąc do ZUS-u, nie trafiają na konto pracownika, tylko są natychmiast wydawane na bieżące zobowiązania emerytalne. W Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych jest jedynie wirtualny zapis tego, co ewentualnie należałoby się danej osobie, gdyby jej środki były gromadzone tak jak np. w banku. Przyszłe świadczenia nie będą więc wynikały z wysokości pobieranego aktualnie podatku pod nazwą składki. Ich wartość będzie zależeć od wielkości środków, dostarczonych rządowi przez następne pokolenia pracujących Polaków i tego co będzie wówczas do podziału.

– Emerytury za 20 czy 30 lat nie będą miały żadnego związku z ilością pieniędzy, które zabiera nam dziś ZUS. Gdyby te pieniądze szły na opłacanie prawdziwej, a nie fikcyjnej składki emerytalnej, to odsetki od niej byłyby kapitalizowane tak, jak na przykład dzieje się to na kontach w prywatnych towarzystwach ubezpieczeniowych. Jeżeli ZUS jest taką samą ubezpieczalnią jak inne, to zgromadzone przez nas środki powinny podlegać dziedziczeniu po naszej śmierci. Jednak, jak wiadomo, rządowa instytucja nam tego nie oferuje, bo jest tylko poborcą podatku – podkreśla stanowczo Andrzej Sadowski.

Członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP, przypomina również, że w II RP (1918-1939) Zakład Ubezpieczeń Społecznych inwestował składki ubezpieczeniowe m.in. w nieruchomości, które wynajmował. Celem tego było pomnażanie dochodów na pokrycie przyszłych zobowiązań wobec obywateli. Natomiast, gdy zaczął istnieć PRL, czyli w pierwszej połowie lat 50. XX wieku, według eksperta, ZUS przestał być instytucją ubezpieczeniową. Stał się wówczas elementem finansów publicznych państwa oraz poborcą podatku. Postanowień władz Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej żaden kolejny rząd już nie zmienił.

– Głównym celem kapitałowej reformy emerytalnej rządu Jerzego Buzka było zmniejszenie wypłacanych emerytur, a nie ich zwiększenie. Już wtedy było wiadomo, że nie ma wystarczających pieniędzy na świadczenia, na dotychczasowym poziomie. Politycy nie mówią Polakom prawdy o ich prawdziwych przyszłych emeryturach, ponieważ obietnice tzw. godnych emerytur mają przyciągać w kampaniach wyborczych głosy, wprowadzanych w błąd w tej sprawie, wyborców – twierdzi ekspert.

Tymczasem, w ocenie prezydenta Centrum im. Adama Smitha, przeciętny obywatel nie wie, że w naszym kraju prawie od dwóch dekad świadczenia emerytalne są sukcesywnie pomniejszane. Jak twierdzi Andrzej Sadowski, taki właśnie był główny i jawny cel wielkiej kapitałowej reformy emerytalnej, która została wprowadzona w styczniu 1999 roku. Wtedy zaczął obowiązywać system oparty na tzw. trzech filarach.

– Najwyższa Izba Kontroli już kilka lat temu wykazała zbliżający się brak wystarczających środków w ZUS-u, spowodowany dotychczasową masową emigracją obywateli. Odpowiedzialne myślenie rządu o systemie emerytalnym zacznie się dopiero wtedy, gdy uczciwie przyzna przed obywatelami, że nie ma wystarczających pieniędzy na przyszłe świadczenia na dotychczasowym poziomie. Gdyby to ogłosił, przestałby skazywać miliony Polaków na życie złudzeniami o godnych emeryturach, które będą skromne. Nie byłoby już wątpliwości, że każdy musi sam zadbać o siebie – przekonuje ekspert.

W opinii Andrzeja Sadowskiego, nie ma możliwości wypłat wyższych emerytur w Polsce przy bilionowym, w dodatku cały czas rosnącym, długu. Tymczasem, Polacy mieliby czas na zmianę myślenia i działania w zadbaniu o swój przyszły byt. Jak zaznacza ekspert, nie można wmawiać młodym ludziom, że za np. 40 lat dostaną godziwą emeryturę, z tytułu oskładkowanej, czyli opodatkowanej dziś umowy. Jednocześnie Członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP przyznaje, że obecnie przeciętnie zarabiającym Polakom, przy tym obciążeniu fiskalnym pracy i konsumpcji, w naszym kraju bardzo trudno jest spłacić kredyt na mieszkanie, utrzymać dzieci i jeszcze odłożyć pieniądze na własną starość.

– Łączne opodatkowanie pracy na etacie ZUS-em, składkami oraz innymi podatkami jest podobne do akcyzy od wódki i papierosów. Bez obniżenia wysokości daniny od pracy w Polsce, oszczędzanie jest możliwe tylko dla osób, które osiągają wysoką pozycję zawodową i finansową. Mogą one myśleć np. o zakupie kolejnej nieruchomości, jako o lokacie kapitału. Natomiast trudno wymagać od młodych ludzi, którzy powinni inwestować w swój rozwój, aby odkładali teraz każdą złotówkę na przyszłą emeryturę. Jednak jak będą świadomi, że powinni liczyć przede wszystkim na siebie, a nie na rząd, to z pewnością sobie poradzą – podsumowuje ekspert.

Z powodu rekordowo niskiego bezrobocia firmy w Polsce walczą o pracowników. W grze o największe talenty coraz ważniejsza staje się atrakcyjna lokalizacja biura

Z powodu rekordowo niskiego bezrobocia firmy w Polsce walczą o pracowników. W grze o największe talenty coraz ważniejsza staje się atrakcyjna lokalizacja biura 6

Najniższe od 26 lat bezrobocie, które w największych miastach jest na poziomie błędu statystycznego, powoduje, że pracodawcy coraz bardziej muszą zabiegać o wykształconych i wysoko wykwalifikowanych pracowników. Rywalizują o nich nie tylko wysokością pensji, lecz także innymi udogodnieniami. Komfortowe biuro z łatwym dojazdem to jeden z coraz istotniejszych czynników przy wyborze pracodawcy.

– Obecnie na polskim rynku mamy ponad 9 mln mkw. powierzchni biurowej. Na rynkach lokalnych jest ok. 44 proc. powierzchni, reszta znajduje się w Warszawie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Pilch, dyrektor Działu Reprezentacji Najemców Biurowych w firmie doradczej Savills. – Do końca 2017 roku na rynku warszawskim przybędzie prawie 240 tys. mkw. powierzchni biurowej, a na rynkach lokalnych – 480 tys. mkw.

Stosunkowo duża ilość nowoczesnej powierzchni w budynkach biurowych pozostaje niewynajęta – średni poziom wolnej przestrzeni w stolicy to 14,0 proc., a w tzw. CBD, czyli centralnym obszarze biznesu w mieście, nawet 14,8 proc., który jest najwyższym wskaźnikiem w Europie. Zarówno to, jak i relatywnie niskie czynsze i koszty utrzymania pracowników sprawiają, że Warszawa jest atrakcyjnym miejscem dla międzynarodowych korporacji, które szukają nowych lokalizacji. Według danych firmy, po brexicie do samej tylko Warszawy przeniesionych może zostać nawet 4 tys. miejsc pracy

– W kontekście brexitu rynek warszawski jest bardzo perspektywiczny. W tej chwili ma bardzo dużą dostępność powierzchni biurowej. Wakat jest na poziomie 14 proc., a w niektórych dzielnicach wynosi nawet ok. 26 proc. Bardzo prężnie rozwijają się także Wrocław i Kraków – mówi Pilch.

Wrocław jest według analiz firmy Savills drugim największym rynkiem regionalnym pod względem powierzchni biurowej. Łącznie dysponuje niemal 866 tys. mkw., z czego większość to nowoczesna przestrzeń klasy A. Tylko w tym roku stolica Dolnego Śląska ma się wzbogacić o blisko 78 tys. mkw. nowej powierzchni, w przyszłym roku zaś o kolejne 87 tys. mkw. Na wynajęcie czeka obecnie 9,5 proc. powierzchni. Z kolei Kraków ma jeden z najniższych wskaźników niewynajętej powierzchni biurowej na poziomie 6,8 proc. Ogółem dysponuje niemal 941 mkw. biur, a do końca 2019 roku ma tu przybyć nawet 450 tys. mkw. nowej przestrzeni.

– Cały czas najważniejszą cechą obiektu biurowego jest lokalizacja, a najwyżej cenione są dobrze skomunikowane budynki w miejscach dobrze dostępnych dla wszystkich pracowników – informuje dyrektor Działu Reprezentacji Najemców Biurowych Savills. – Aktualny trend pokazuje, że w procesach decyzyjnych coraz większy udział ma dział HR. Pracodawcy przeprowadzają badania, żeby lepiej zrozumieć to, czego pracownikom brakuje w powierzchni biurowej i żeby móc przełożyć potem te potrzeby na nową lokalizację.

Rynek pracy w Polsce znów staje się rynkiem pracownika. Zwłaszcza w przypadku osób o wysokich kwalifikacjach i poszukiwanych umiejętnościach. Bezrobocie w skali kraju w kwietniu spadło do 7,7 proc., co jest wynikiem najniższym od kwietnia 1991 roku. W dużych miastach jest jednak na znacznie niższym poziomie: w Warszawie i Wrocławiu kształtuje się poniżej 3 proc., w Poznaniu – poniżej 2 proc. Prognozy przewidują dalszy spadek stopy bezrobocia. To sprawia, że pracodawcy szukają pozapłacowych zachęt, by przyciągnąć kadrę. Komfortowe biuro z łatwym dojazdem staje się coraz istotniejszym czynnikiem.

– Na pewno będziemy obserwować jeszcze większy wzrost znaczenia odpowiadania na potrzeby pracowników. Pracodawcy obecnie muszą konkurować o talenty również przestrzenią biurową. Nie tylko aranżacją, lecz także samą lokalizacją. Obserwujemy, że firmy niekiedy przechodzą na lokalizacje centralne, lepiej skomunikowane, by się wyróżnić i zwiększyć swoje szanse na zatrudnienie i zatrzymanie najlepszych pracowników – podsumowuje Jarosław Pilch.

Rośnie konkurencja na rynku hoteli. Przetrwają obiekty oryginalne i oferujące gościom dodatkowe atrakcje

Rośnie konkurencja na rynku hoteli. Przetrwają obiekty oryginalne i oferujące gościom dodatkowe atrakcje 7

Rynek hotelowy w Polsce rośnie w siłę. W kraju działa ponad 2,6 tys. hoteli, co roku powstaje przynajmniej kilkadziesiąt nowych. Duża konkurencja sprawia, że przetrwają te hotele, które będą potrafiły zaskoczyć klientów, zaproponować coś unikalnego. Grupa Arche stawia na hotele w obiektach zabytkowych. Obecnie działa osiem hoteli, w tym roku mają być gotowe inwestycje w Łochowie i Lublinie. Nowe życie otrzymają także Cukrownia w Żninie, Dwór Uphagena w Gdańsku i wrocławski klasztor.

– Rynek hotelowy od kilku lat mocno się rozwija. Co roku pojawia się ponad 100 porządnych hoteli. Wyniki rosną, pojedyncze hotele, które sobie nie poradzą, zostają z tyłu. Codziennie dostaje propozycje zakupu istniejących obiektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Władysław Grochowski, prezes zarządu firmy Arche.

Raport Colliers International wskazuje, że na koniec 2016 roku na rynku w Polsce działało ponad 2,6 tys. hoteli dysponujących 128 tys. pokoi i 255 tys. miejsc noclegowych. Dane firmy STR Global wskazują, że wskaźnik RevPAR, czyli przychód na każdy dostępny pokój, wzrósł o 11 proc. i był to jeden z najlepszych wyników w Europie. Na wysokim poziomie, ponad 71 proc., utrzymuje się też średnioroczne obłożenie pokoi hotelowych.

– Sukces mogą odnieść ciekawe obiekty, w których gość dostaje coś, co go zaskoczy: wnętrze czy obsługę. Obecnie klienci wymagają i szukają dodatkowych wrażeń, przeżyć, wyjątkowych doświadczeń. Hotele, które proponują dodatkowe emocje, atrakcje, mają szanse wygrać – ocenia Grochowski.

Aby wyróżnić się na tle konkurencji, hotele stawiają na indywidualne rozwiązania. Prezes firmy Arche wskazuje, że hotele należące do sieci wyróżniają się oryginalnością, a inwestycje obejmują rewitalizację obiektów zabytkowych i historycznych.

– Firma Arche mocno wchodzi w hotele, szczególnie zabytkowe. W tej chwili mamy osiem działających hoteli, pięć w budowie, kilka w przygotowaniu. Każdy hotel jest inny, autorski. To zawsze wyzwanie. Chcemy być największą siecią polską, a przynajmniej najciekawszą i najbardziej oryginalną – zapowiada Władysław Grochowski.

Obecnie hotele grupy Arche działają w Pałacu Łochów, Pałacu Sieniawa (koło Rzeszowa), w Łodzi (Hotel Tobaco), Zamku Biskupim w Janowie Podlaskim, Warszawie (Hotel Puławska Residence), Siedlcach i Częstochowie (Arche Hotele) oraz apartamenty hotelowe w Konstancinie-Jeziornie.

– Blisko połowa naszych hoteli jest położona w obiektach zabytkowych – przyznaje prezes Arche.

Plany inwestycyjne grupy obejmują największe miasta, nowe obiekty powstaną także w Żninie, Pile, Drohiczynie czy Górze Kalwarii. W II półroczu 2017 roku powinna się zakończyć budowa hotelu w Lublinie. Nowe życie otrzyma także cukrownia w Żninie, gdzie powstanie centrum konferencyjno-wypoczynkowe, a koszt inwestycji sięgnie 200 mln zł.

– Byliśmy chyba jedyną firmą gotową podjąć się tej realizacji, bo to projekt na kilkaset pokoi wbudowanych w budynku po cukrowni z XIX wieku. Wprowadzamy tam nowoczesność, ale tak, żeby tego nie popsuć. Lubimy łączenie starego, oryginalnego z zupełnie nowoczesnym – przyznaje Grochowski.

Także Dwór Uphagena w Gdańsku zostanie przekształcony w obiekt hotelowy. Za grunt wraz z dawnym szpitalem i dworem firma zapłaciła 4,5 mln zł, w obiekcie znajdzie się ok. 200 pokoi w standardzie trzy- i czterogwiazdkowym.

– To rewir, który ma swój klimat. Kiedy kupowaliśmy ten obiekt, nawet nie wiedzieliśmy, że to tak przyszłościowe miejsce. Teraz widzimy jego potencjał – nastąpiła tam rewitalizacja, są nowe ulice, zieleń, ławeczki. Ma swój klimat, podobnie jak warszawska Praga, a ludzie tego właśnie szukają – ocenia ekspert.

Ponad 100 pokoi i apartamentów będzie oferował wrocławski klasztor z końca XIX wieku. Inwestycja powinna zostać oddana do użytku w 2019 roku.

– W jednym skrzydle mieszka 9 sióstr. Teren obejmuje 4 ha parku ze starodrzewem. To zupełnie inny rodzaj hotelu, gdzie można dłużej pobyć w przestrzeni, blisko natury, a to prawie centrum miasta – przekonuje Grochowski.

W Warszawie, niedaleko Lotniska Chopina, mają powstać dwa obiekty w systemie condo.

Grupa Arche inwestuje jednak nie tylko w hotele, lecz także gastronomię. Zaścianek – Kuchnia za Ścianą stawia na domową, polską kuchnię, bez chemicznych ulepszaczy smaku i z produktami od lokalnych dostawców.

– To jedzenie na wagę, ze świeżego produktu, co dziennie gotowane, świeże, bez półproduktów. Cieszy się dużym powodzeniem, codziennie jest wydawanych kilkaset posiłków. Obecnie mamy 12 punktów, ale potencjał jest znacznie większy, na kilkaset takich restauracji – przekonuje Władysław Grochowski.

Trzy czwarte Polaków wierzy w mity dotyczące pszczół i twierdzi, że masowo wymierają. Tymczasem od dwóch dekad tych owadów stale przybywa

Trzy czwarte Polaków wierzy w mity dotyczące pszczół i twierdzi, że masowo wymierają. Tymczasem od dwóch dekad tych owadów stale przybywa 8

71 proc. Polaków jest przekonanych, że pszczoły masowo wymierają i jest ich zbyt mało. Tymczasem od lat 90. stale przybywa rodzin pszczelich. Obecnie w naszym kraju żyje ponad 60 miliardów pszczół, co daje 1,5 mln rodzin pszczelich, w których mieszka obecnie około 60 mld owadów. Jak wynika z badań, większość z nas nie wie, jaką rolę odgrywają pszczoły w środowisku i posługuje się zasłyszanymi stereotypami na ten temat. Z okazji uchwalenia przez ONZ Światowego Dnia Pszczół startuje kampania informacyjna na ich temat.

– Na podstawie przeprowadzonych badań możemy powiedzieć, że rzetelna wiedza na temat pszczół wśród Polaków jest dość nikła. W rzeczywistości mało wiemy o tajemnicach życia pszczół i o tym, jaką rolę odgrywają w środowisku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Grzegorz Pruszyński z Instytut Ochrony Roślin w Poznaniu.

Potwierdzają to wyniki ogólnopolskiego badania przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin. Jego celem było sprawdzenie wiedzy Polaków na temat pszczół. Badanie pokazało, że jest ona niewielka, a wiele osób nie zna podstawowych faktów bądź posługuje się niesprawdzonymi, zasłyszanymi informacjami, które nie są prawdziwe.

Dwie trzecie Polaków (64 proc.) wie, że pszczoły miodne nie są jedynymi owadami zapylającymi. Jednak nie mają świadomości, że udział w tym procesie biorą też inne gatunki pszczół dziko żyjących, a także inne owady (m.in. motyle, chrząszcze, muchówki). Tylko co czwarty wie, że w sezonie wiosenno-letnim w ulu mieszka od 30 do 70 tys. pszczół. Nie więcej niż 15 proc. Polaków ma też świadomość, że robotnica pszczoły miodnej żyje tylko ok. 42 dni, a pożytek zbiera zaledwie w ciągu 21 dni swojego życia.

– Polacy wiedzą, co to jest pszczoła miodna. Wiedzą, że dzięki niej pozyskujemy miód. Niektórzy wymieniają jeszcze wosk i pyłek, a także propolis. Jednak mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że pszczoła miodna to tylko jeden gatunek spośród ponad 450 występujących w Polsce. Na świecie tych pożytecznych owadów jest prawie 25 tys. gatunków. Co ważne, zapominamy też o tym, że to nie miód pozyskiwany od pszczół jest największym dobrem, ale zapylanie roślin. Prawie 80 proc. wszystkich gatunków roślin na naszym globie potrzebuje zapylenia do prawidłowego rozmnażania, a w tym procesie biorą udział pszczoły – mówi dr Grzegorz Pruszyński.

Ekspert poznańskiego Instytut Ochrony Roślin zauważa, że wśród Polaków krąży bardzo wiele mitów dotyczących pszczół. Ponad trzy czwarte (77 proc.) uważa, że w Polsce brakuje pszczół, a 71 proc. jest przekonanych, że pszczoły masowo giną. Zdaniem zdecydowanej większości odpowiada za to stosowanie środków ochrony roślin.

– Wśród wielu mitów dotyczących pszczół możemy wymienić te, które dotyczą upadków rodzin pszczelich i bardzo złej sytuacji w gospodarce pasiecznej, związanej z ich masowym wymieraniem. Często mity te mówią, że głównym czynnikiem odpowiedzialnym za złą sytuację jest ochrona roślin. Tymczasem sytuacja nie jest taka zła, a ochrona roślin na pewno nie jest głównym czynnikiem, który zagraża dzisiaj pszczołom – mówi dr Grzegorz Pruszyński.

Statystyki pokazują, że począwszy od lat 90., liczba rodzin pszczelich w Polsce rośnie o ok. 3–4 proc. w skali roku. Obecnie na terenie kraju w 1,5 mln rodzin pszczelich żyje łącznie około 60 mld tych owadów.

– Od wielu lat obserwujemy stabilny wzrost przyrostu rodzin pszczoły miodnej w naszym kraju. W ubiegłym roku szacowano, że jest ich około 1,5 mln. Głównymi problemami, które występują w pasiekach i powodują upadki rodzin pszczelich, są na pewno choroby oraz pasożyty, które nękają pszczołę miodną. Również wiele innych czynników może być stresogennych i powodować wymieranie lub osłabianie pszczół, a co za tym idzie – większą ich podatność na inne czynniki stresogenne. Wśród nich możemy wymienić m.in. nieodpowiednie  zarządzanie pasieką, podawanie leków w nieodpowiedni sposób, ale również długość korzystania z pszczół, czyli intensyfikację produkcji – wyjaśnia dr Grzegorz Pruszyński.

Z danych wynika, że jedną z najczęstszych przyczyn wymierania pszczół nie są środki ochrony roślin, ale pasożyty (głównie roztocza warrozy) i choroby wirusowe, bakterie i choroby układu pokarmowego pszczół, niewystarczająca ilość pożywienia w okresie zimowym, zmiany meteorologiczne albo nieprawidłowe praktyki pszczelarskie. Upadki rodzin pszczelich wywołane błędami w stosowaniu środków ochrony roślin stanowią ok. 0,5 proc. ogólnej liczby upadków rodzin pszczoły miodnej w ciągu roku.

– Upadki spowodowane nieprawidłową ochroną roślin nie przekraczają pół procenta ogólnej liczby takich zdarzeń w skali roku. Należałoby tutaj przytoczyć liczby podane przez Główny Inspektorat Ochrony Roślin i Nasiennictwa, według którego w 2015 i 2016 roku potwierdzono odpowiednio 7 i 20 przypadków zatruć pszczół nieprawidłowo stosowanymi środkami ochrony roślin na ponad 60 tys. pasiek w Polsce – mówi dr Grzegorz Pruszyński z Instytut Ochrony Roślin w Poznaniu.

Badanie zostało przeprowadzone z okazji uchwalenia przez ONZ Światowego Dnia Pszczół, który będzie od 2018 r. obchodzony corocznie 20 maja.

KGHM w ciągu najbliższych pięciu lat chce się skupić na podnoszeniu wartości posiadanych aktywów. Nie planuje nowych przejęć

KGHM w ciągu najbliższych pięciu lat chce się skupić na podnoszeniu wartości posiadanych aktywów. Nie planuje nowych przejęć 9

Kontrowersyjna inwestycja w chilijską kopalnię Sierra Gorda, która nie spełniła pokładanych w niej nadziei, stopniowo poprawia wyniki. Dlatego KGHM Polska Miedź chce się skupić na uzyskaniu maksymalnej możliwej wartości z już posiadanych złóż, zanim zdecyduje się na kolejne inwestycje.

– W najbliższej pięciolatce KGHM na pewno koncentrować się będzie na tym, żeby wygenerować jak największą wartość z posiadanych aktywów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Jezioro, wiceprezes ds. rozwoju KGHM Polska Miedź. – Mamy dziś aktywa na trzech kontynentach. Wszystkie musimy optymalizować i one będą punktem wyjścia do dalszej ekspansji, dalszej strategii powiększania bazy zasobowej. Dzisiaj tę bazę zasobową będziemy starali się utrzymać mniej więcej na tym samym poziomie.

KGHM realizuje za granicą trzy projekty: projekt Victoria w Kanadzie (100 proc. własności), projekt Ajax w Kolumbii Brytyjskiej i Kanadzie (80 proc.) oraz 55 proc. słynnej chilijskiej Sierra Gorda, która została zakupiona za 4 mld dol. w 2012 roku jako największa polska inwestycja zagraniczna. Choć dotarcie do złóż, na które liczono, okazało się trudniejsze, niż zakładano, w I kwartale 2017 roku projekt ten zmniejszył stratę do 143 mln zł z 244 mln zł przed rokiem, a na poziomie wyniku operacyjnego przyniósł zysk. Do KGHM należy też kopalnia Robinson na terenie Stanów Zjednoczonych.

– Nie przewidujemy w tym momencie zakupu czy akwizycji nowych aktywów, ponieważ mamy dużo terenów eksploracyjnych przynależnych do nas zarówno w Polsce, jak i za granicą –  informuje Jezioro. – Najpierw musimy zeksplorować te tereny, które już mamy, bo być może są projekty, które możemy na nich wybudować czy zrealizować, a dopiero w sytuacji, kiedy uznamy, że to nie jest ekonomiczne lub nie ma tam odpowiednich rezerw, wtedy możemy myśleć o zakupach, przejęciach czy poszukiwaniu typu greenfield czy brownfield.

Ministerstwo Rozwoju stara się zachęcić polskich przedsiębiorców do nawiązywania kontaktów biznesowych w krajach bardziej odległych niż europejskie, m.in. w Afryce. Wiceprezes ds. rozwoju KGHM-u radzi przy podejmowaniu decyzji wziąć pod uwagę nie tylko czynniki ekonomiczne, lecz także kulturowe.

– Na bazie doświadczeń KGHM podpowiedziałbym, że trzeba być dobrze przygotowanym do każdego ruchu. Trzeba sprawdzać każdy ruch inwestycyjny i eksportowy pod kątem prawnym i kulturowym, realizacji danego projektu pod kątem ekonomicznym, czyli zarówno finansowym, jak i możliwości zwrotu z kapitału zainwestowanego w danym projekcie. To są rzeczy bazowe, które zapewne każdy wie i bada, ale nie każdy przywiązuje odpowiednią wagę do poszczególnych elementów – mówi Michał Jezioro. – Osobiście doradzam sprawdzenie elementu kulturowego, jeżeli wchodzimy w inwestycję, która ma być długofalowa i jeśli ma być organizowana i zarządzana w odległym miejscu. To jest rzecz równie ważna jak element ekonomiczny.

Wymiana zagraniczna polskich przedsiębiorców wciąż zdominowana jest przez kontakty z krajami Europy, a zwłaszcza Unii Europejskiej. W I kwartale 2017 roku trafiło tam 79,5 proc. polskiego eksportu wartego 212 mld zł. To 8,9 proc. więcej niż rok wcześniej. Import wyniósł 210 mld zł i był wyższy niż rok wcześniej o 12 proc. Jest też bardziej zróżnicowany: z UE przywieziono 59,2 proc. jego wartości.

– Aby dobrze prowadzić politykę eksportową, trzeba wiedzieć, jakie produkty chcemy sprzedawać za granicą, w jaki sposób oraz na których rynkach mogą one być skutecznie sprzedane – radzi wiceprezes KGHM ds. rozwoju. – Jeśli chodzi o surowce, to sytuacja jest nieco prostsza niż przy produktach bardziej przetworzonych, ponieważ bardzo łatwo jest zlokalizować odpowiednie rynki: w naszej sytuacji jest to rynek wewnętrzny, kiedy produkt jest przerobiony w procesie do katody i walcówki. Natomiast kiedy produkt jest w formie katody, czyli płyt czystego metalu, bardzo dużym rynkiem są Chiny, które konsumują prawie połowę światowej konsumpcji. Problem rozwiązuje się sam przy wyborze odpowiedniego rynku.

Powstają pierwsze, pilotażowe klastry energetyczne. Resort pracuje nad uregulowaniem zasad ich funkcjonowania

Powstają pierwsze, pilotażowe klastry energetyczne. Resort pracuje nad uregulowaniem zasad ich funkcjonowania 10

Ministerstwo energii gromadzi uwagi i pomysły dotyczące funkcjonowania klastrów energetycznych, które lokalne społeczności będą tworzyć w celu produkcji i obrotu zieloną energią na własne potrzeby. Powstają już pierwsze pilotażowe przedsięwzięcia. Klastry energetyczne to koncepcja unikalna w skali całej Europy, dlatego największym wyzwaniem będzie wypracowanie zasad współpracy pomiędzy poszczególnymi podmiotami, które będą je tworzyć. Resort pracuje również nad przepisami, które szczegółowo uregulują działalność takich podmiotów.

– Problem klastrów energetycznych dotyczy tego, w jaki sposób budować lokalne, zintegrowane rynki energii elektrycznej i cieplnej, tak aby uniknąć monopolu, który istnieje w tej chwili na rynkach dystrybucji energii – mówi Olgierd Dziekoński, były sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Ministerstwo energii opublikowało niedawno ekspertyzę dotyczącą powstania i zasad funkcjonowania klastrów energetycznych. Dokument ma być punktem wyjścia do dyskusji z rynkiem i niezależnymi ekspertami. Ma ona służyć wypracowaniu wspólnej koncepcji klastrów energetycznych.

Klastry energetyczne to pomysł pionierski, nie tylko w polskiej skali. To przedsięwzięcie nie ma swojego odpowiednika w Europie. Jego zadaniem jest pobudzenie lokalnych społeczności do współdziałania i wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych na własne potrzeby.

Według wstępnych założeń klaster ma współtworzyć kilka podmiotów na określonym terenie (nieprzekraczającym granic jednego powiatu), które będą wspólnie wytwarzać i gospodarować energią elektryczną. W skład klastra mogliby wchodzić mieszkańcy, przedsiębiorcy, samorząd, jednostki naukowe czy organizacje pozarządowe. Każdy z klastrów reprezentowałby koordynator. Tą funkcję może pełnić fundacja, spółdzielnia albo wybrany do tego celu członek klastra.

Jak wynika z przedstawionej przez resort ekspertyzy, klastry mają się przyczynić do zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego lokalnym społecznościom niezależnie od zewnętrznych dostaw surowców oraz do pobudzenia energetyki prokonsumenckiej. Mają się przełożyć też na obniżenie kosztów energii dla odbiorców końcowych.

Na słabo rozwiniętych obszarach klastry energetyczne mogą natomiast podnieć konkurencyjność gospodarki lokalnej i przyczynić się do restrukturyzacji obszarów wiejskich. Nie bez znaczenia jest też aspekt ochrony środowiska.

Zdaniem byłego prezydenckiego ministra Olgierda Dziekońskiego wyzwaniem wciąż pozostaje jednak zbilansowanie potrzeb odbiorców i możliwości producentów energii elektrycznej.

– Najważniejszą rzeczą dla tego bilansu jest dostęp do informacji pomiarowych, czyli wyposażenie odbiorców w takie liczniki, które pozwolą w czasie rzeczywistym zbierać informacje dotyczące zużycia energii elektrycznej i cieplnej oraz gromadzić, udostępniać i przesyłać te pomiary na obszarze klastra energetycznego – mówi Olgierd Dziekoński.

Jak zauważa resort energii, istotne jest wypracowanie takiej koncepcji i modelu biznesowego, który umożliwi klastrom energetycznym efektywne funkcjonowanie na rynku w długiej perspektywie i bez wsparcia finansowego. Dla całości przedsięwzięcia ważne będzie też wypracowanie zasad współpracy pomiędzy wytwórcami energii elektrycznej a dystrybutorami sieci.

– Idea klastrów energetycznych to możliwość i zdolność do współpracy odbiorców energii elektrycznej, lokalnych samorządów, które administrują danym obszarem i sporządzają plany zaopatrzenia w energię, oraz podmiotów, które energię elektryczną produkują, jak również tych, które dysponują siecią średniego i wysokiego napięcia – wylicza Olgierd Dziekoński.

Pierwsze pilotażowe klastry energii prowadzą już działania służące wykorzystaniu lokalnych zasobów energetycznych. W połowie ubiegłego roku powstał klaster Zielone Podhale, w skład którego weszły podhalańskie samorządy, powiat tatrzański i krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza, która została wyznaczona na koordynatora. W planach jednostki jest pozyskanie unijnych funduszy. Na początku marca podobne przedsięwzięcie zawiązał samorząd w Zgorzelcu.

– Działa już kilka pilotażowych przedsięwzięć, takich jak klaster Zielone Podhale czy klaster dolnośląski, ale są to dopiero pierwsze próby, które próbują znaleźć sobie miejsce – zaznacza jednak Olgierd Dziekoński.

Klastry energetyczne to koncepcja, która została przyjęta w ubiegłorocznej nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii. Unijne regulacje nakazują, aby do końca tej dekady jedna piąta produkowanej w Polsce energii pochodziła z OZE. Ministerstwo energii, które prowadzi obecnie konsultacje dotyczące klastrów energetycznych, zakłada doprecyzowanie regulacji prawnych dla takich podmiotów, które najprawdopodobniej zostaną ujęte w osobnej ustawie.

Polska firma stworzyła pierwszą biodegradowalną urnę z celulozy. Może służyć także do pogrzebów na morzu

Polska firma stworzyła pierwszą biodegradowalną urnę z celulozy. Może służyć także do pogrzebów na morzu 11

Śmierć to jeden z tych tematów, o których w dzisiejszych czasach mówi się mało albo wcale. A jednak na rynku nie brakuje projektantów, którzy starają się wprowadzić pewne innowacje również w tej sferze, dotyczącej przecież każdego człowieka. Firma Nurn stworzyła pierwszą biodegradowalną urnę z papieru i celulozy, która na dodatek nadaje się do pogrzebów w morzu.

– Postanowiłam zająć się designem funeralnym, ponieważ wydał mi się takim tematem, którego wszyscy projektanci się strasznie boją lub omijają go szerokim łukiem. Chciałam stworzyć coś, co nawiązuje do idei pochówku nomadycznego, czyli dla wszystkich ludzi w społeczeństwach ruchomych, gdzie wszyscy się przemieszczamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Joanna Jurga, współzałożycielka i projektantka z firmy Nurn. – Coraz więcej ludzi chce być kremowanych, a tradycyjne formy pochówku stają się archaiczne. Stąd zrodziła się idea, aby stworzyć ekologiczną urnę, inną od wszystkich, bo forma kremacji jako formy pochówku jest bardziej przyszłościowa niż forma normalnych pochówków ziemnych.

Zarówno sanepid, jak i polskie prawo dość restrykcyjnie podchodzą do przepisów związanych z grzebaniem zmarłych, zabraniając chociażby rozsypywania prochów w jakimś lesie, parku czy nawet przydomowym ogródku. Jedyne, na co pozwala prawo, to powierzenie prochów skremowanej osoby morzu (przynajmniej 3 mile morskie od brzegu). I tylko morzu – pogrzeby w wodzie nie dotyczą jezior, nie wolno też puścić urny z prochami z nurtem rzeki.

– Chwyciłam się tego przepisu bardzo kurczowo i stworzyłam urnę, która pozwalałaby na pochówek na wodzie. Tak powstała seria urn papierowych Kami. Są one wykonane z celulozy, mają bawełniany stelaż i tekturowe obręcze. Po zatrzaśnięciu są trochę większe niż tradycyjne urny, ponieważ muszą mieć wyporność, tak aby po złożeniu na wodzie, utrzymywały się na niej ok 15–20 minut. Jest to na tyle daleko od brzegu, że wiadomo, że w tym czasie nic się z urną nie stanie. Zaprojektowaliśmy ją z pełnym szacunkiem do ceremoniału i ludzkich prochów – opowiada Joanna Jurga.

Urna ma służyć przede wszystkim do pochówków morskich, ale można ją złożyć również w ziemi – oczywiście na przeznaczonym do tego terenie cmentarza. W zależności od wilgotności gruntu rozłoży się w przeciągu od 6 do 8 miesięcy.

Jak przekonują twórcy, kosztująca około 800 zł urna jest unikalna na skalę światową. Kupują ją za pośrednictwem strony internetowej osoby z całego świata.

– W Polsce nie mamy żadnej konkurencji, a na świecie są podobne urny do pochówku na wodzie, lecz o wiele mniej funkcjonalne. Np. jest jedna, która przypomina łódkę, zrobiona z włókna kokosowego. Obecnie sprzedawana w Stanach Zjednoczonych, w Europie jest praktycznie niedostępna. Poza tym Chińczycy zrobili takie kule z piasku i żelatyny, one mają ten problem, że po uderzeniu o wodę, rozpadają się. W Europie w ogóle ideowo by to nie przeszło – wyjaśnia Joanna Jurga.

Współzałożycielka firmy Nurn podkreśla, że zapotrzebowanie na biodegradowalne urny jest coraz większe, szczególnie na zachodzie Europy, gdzie na naturalną konstrukcję zwraca się coraz większą uwagę.

 – Właśnie dlatego urny mają taką bimorficzną formę. Nie chciałam się skupiać na żadnej konkretnej grupie religijnej czy etnicznej, bo tych zwyczajów pogrzebowych na świecie jest bardzo dużo, raczej tworzyłam to dla takich współczesnych nomadów, czyli ludzi, którzy są bardzo otwarci i szukają nowych rozwiązań. Wykonana jest z papieru, z celulozy. Robi się ją trochę tak jak papier czerpany. Jest robiona na naturalnym kleju skrobiowym, nakładamy masę na takie siatki i za pomocą bawełnianej siatki przekładamy to na formę. To schnie wszystko na formie, a potem jest klejone z obręczą. Zatrzaski są robione z buczyny, żeby było bezpiecznie – tłumaczy Joanna Jurga.

Profile Zaufane można zakładać za pośrednictwem banków. Dzięki nim można załatwiać sprawy urzędowe i sprawdzać punkty karne przez internet

Profile Zaufane można zakładać za pośrednictwem banków. Dzięki nim można załatwiać sprawy urzędowe i sprawdzać punkty karne przez internet 12

Kolejny polski bank umożliwił założenie Profilu Zaufanego za pośrednictwem swojego systemu transakcyjnego. Taką możliwość uzyskali właśnie klienci Banku Pekao SA. Profil Zaufany pozwala w e-urzędach składać wnioski i załatwiać sprawy przez internet. Kierowcy mogą również sprawdzać online liczbę punktów karnych.

– Profil Zaufany to rodzaj bezpłatnego cyfrowego podpisu, którym użytkownik może potwierdzić swoją tożsamość i zatwierdzać urzędowe wnioski elektroniczne. Cały proces przebiega w pełni online, bez konieczności osobistej wizyty w urzędzie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Sypka, kierownik zespołu w Departamencie Bankowości Elektronicznej Banku Pekao SA.

Profil Zaufany umożliwia załatwienie wielu urzędowych spraw przez internet. Za jego pośrednictwem można się logować do e-urzędów i składać podpis elektroniczny. To sztandarowy projekt na drodze do cyfryzacji administracji publicznej i upowszechniania e-usług. Dotychczas utworzenie Profilu Zaufanego w ePUAP (Elektroniczna Platforma Usług Administracji Publicznej) wiązało się z koniecznością osobistej wizyty i potwierdzenia swojej tożsamości w urzędzie, ZUS-ie, urzędzie skarbowym, w oddziale Poczty Polskiej albo innym wyznaczonym do tego celu punkcie.

Pod koniec ubiegłego roku Ministerstwo Cyfryzacji umożliwiło jednak zakładanie Profilu Zaufanego w prostszy i szybszy sposób: poprzez bankowość elektroniczną. Taką usługę zaoferowały PKO BP, Inteligo i Bank Millennium. W tym tygodniu dołączył do nich Bank Pekao SA, który otrzymał właśnie zgodę na wprowadzenie usługi zakładania Profilu Zaufanego.

 Dzięki Profilowi Zaufanemu w bankowości Pekao24 nie trzeba chodzić do urzędu i potwierdzać swojej tożsamości. Cały proces można załatwić online, bez wychodzenia z domu. Profil Zaufany działa w bardzo prosty sposób – można porównać go do płatności w sklepie internetowym. Wybieramy na stronie administracji publicznej interesującą nas sprawę, a następnie potwierdzamy swoją tożsamość, logując się do Profilu Zaufanego przez Pekao24 i wracamy na stronę urzędu w celu dokończenia sprawy – tłumaczy Paweł Sypka.

Założenie Profilu Zaufanego jest całkowicie bezpłatne. Na liście spraw urzędowych, które można już teraz załatwić za pośrednictwem Profilu Zaufanego, jest m.in.: podpisywanie deklaracji podatkowych, złożenie wniosku o wydanie dowodu osobistego, odpisu aktu urodzenia czy małżeństwa, karty EKUZ, poinformowanie urzędu gminy o sprzedaży samochodu czy złożenie wniosku o zaświadczenie o niekaralności.

Kierowcy mogą również za pośrednictwem Profilu Zaufanego sprawdzić liczbę punktów karnych za wykroczenia drogowe bez konieczności wizyty na komendzie policji. Usługa wprowadzona przez Ministerstwo Cyfryzacji jest dostępna na portalu obywatel.gov.pl. w zakładce „Kierowcy i pojazdy”. Kierowca znajdzie tam informację o zebranych punktach karnych i o pojeździe, datę i miejsce popełnienia wykroczenia.

Ekspert Banku Pekao SA wyjaśnia, że założenie Profilu Zaufanego w systemie transakcyjnym Pekao24 jest bardzo proste i trwa kilka minut. Bank nie ma dostępu do wniosków składanych drogą elektroniczną, jednocześnie żadne dane bankowe nie są przekazywane do urzędu. Wniosek o utworzenie Profilu Zaufanego jest już wypełniony automatycznie danymi klienta, wystarczy się zapoznać z oświadczeniami i zatwierdzić jego złożenie tak samo jak przelew.

 – Klient Pekao24 loguje się do usługi, wybiera zakładkę e-urząd, następnie wybiera opcję „utwórz Profil Zaufany”. Wyświetla się krótki i intuicyjny wniosek, w którym wszystkie dane są już automatycznie wypełnione. Klient jedynie nadaje swój indywidualny identyfikator i zapoznaje się z oświadczeniami. Następnie cały formularz akceptuje wybraną metodą autoryzacji. Profil jest już założony, a potwierdzenie jest przekazywane na adres mailowy podany w formularzu. Od tego momentu klient może w prosty i bezpieczny sposób autoryzować wszelkie sprawy urzędowe za pomocą Profilu Zaufanego. Jest to tak proste, jak płatność za zakupy w sklepie internetowym – wyjaśnia Paweł Sypka.

Nad wdrożeniem Profilu Zaufanego pracuje obecnie jeszcze kilkanaście instytucji. Są wśród nich nie tylko banki, lecz także operatorzy telekomunikacyjni.

Domy przyszłości chronione i sterowane smartfonem. Polska firma tworzy inteligentne zamki i alarmy

Domy przyszłości chronione i sterowane smartfonem. Polska firma tworzy inteligentne zamki i alarmy 13

Koncepcja smart home obejmuje nie tylko urządzenia, które dbają o nasz komfort, lecz także bardzo istotne rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa, takie jak inteligentne zamki, kamery czy alarmy. Polska firma Assa Abloy tworzy zaawansowane systemy ochrony domu, którymi można zarządzać z poziomu smartfona.

– W skład inteligentnego domu wchodzą również urządzenia odpowiadające za jego zabezpieczenie, a my specjalizujemy się właśnie w tej dziedzinie. Dostarczamy inteligentne zabezpieczenia: zamki drzwiowe, alarmy, kamerki, które pozwalają monitorować przestrzeń w domu i jego okolicach. Wszystko po to, by zapewnić użytkownikom należyte bezpieczeństwo – mówi agencji informacyjnej Piotr Palewicz z firmy Assa Abloy.

Raport „Internet Rzeczy w Polsce” stworzony przez IAB Polska we wrześniu 2015 roku wskazuje, że rynek smart home odnotowuje w ostatnich latach największy wzrost liczby potencjalnych użytkowników. Ma to się przełożyć na penetrację tego typu rozwiązań wśród polskich internautów na poziomie przekraczającym 50 proc.

– Rynek smart home bardzo się rozwija, ponieważ mamy coraz więcej producentów, którzy tworzą różne rozwiązania techniczne. Nasza firma wyróżnia się na tym tle, bowiem dostarczamy rozwiązania dla użytkownika końcowego, który jest je w stanie sam zainstalować. Te rozwiązania mogą kosztować od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Oczywiście, wszystko zależy od zakresu bezpieczeństwa, jakim chcemy objąć nimi nasz dom – wyjaśnia Piotr Palewicz. Po czym dodaje, że: – Dla przykładu cena zamka wynosi od 2 do 3 tysięcy złotych w zależności od wyposażenia. Systemy alarmowe to koszt około tysiąca złotych wzwyż, bo można je rozbudowywać w bardzo szerokim zakresie. Kamery internetowe to koszt rzędu kilkuset złotych.

ENTR to flagowy produkt, a równocześnie znak rozpoznawczy firmy Assa Abloy. Ten inteligentny zamek daje sobą sterować z poziomu smartfona, dzięki czemu tradycyjny mechaniczny klucz potrzebny jest tylko w sytuacjach awaryjnych. Warto jednak dodać, że w przypadku samych zamków elektronicznych nie stosuje się certyfikatów ani atestów, natomiast takich atestów wymagają wkładki, i wkładka w zamku ENTR też taki certyfikat posiada.

– ENTR to przede wszystkim brak konieczności noszenia ze sobą klucza. Dodatkowo zamek pozwala nam nie myśleć o tym, że drzwi należy za sobą zamknąć. Można go tak skonfigurować, że sam zamknie się po zatrzaśnięciu drzwi. Inną funkcją jest możliwość ustawienia go w taki sposób, aby osoba, która odwiedza nas regularnie, ale o określonej godzinie, miała dostęp tylko w tym konkretnym czasie – tłumaczy Piotr Palewicz i dodaje – W przypadku, gdyby zdarzyła się taka sytuacja, że zepsuje się nam telefon bądź go zgubimy, mamy dodatkowe zabezpieczenia przed użyciem niepowołanym, tzn. dodatkowo zabezpieczamy aplikację kodem użytkownika.

Wspomniane badanie „Internet Rzeczy w Polsce” sugeruje, że aż 44 proc. respondentów za jedną z najważniejszych korzyści urządzeń typu smart home uważa oszczędność zużycia energii. Niemniej specjalista z firmy Assa Abloy podkreśla, że tego typu produkty przyczynią się także do podniesienia poziomu komfortu.

– Wygoda to przede wszystkim brak konieczności pamiętania o noszeniu klucza do domu. Natomiast w przypadku, gdyby zdarzyła się taka sytuacja, że telefon się zepsuje się lub go zgubimy, mamy dodatkowe zabezpieczenie w aplikacji. Ponadto w sytuacjach awaryjnych jest załączony klucz mechaniczny do zamka, o którym w trakcie codziennego użytkowania możemy po prostu zapomnieć – podkreśla Piotr Palewicz.

Jak przekonuje specjalista Assa Bloy, zamek ENTR to rozwiązanie łatwe w instalacji i kompatybilne z większością rodzajów drzwi. Urządzenie wyposażono w zasilanie bateryjne, niezależne od standardowego zasilania sieciowego. Zamek zastępuje klasyczny cylinder, a jego montaż jest niezwykle prosty. Inteligentne zabezpieczenia tego typu pojawiały się już wcześniej w dużych firmach i przedsiębiorstwach, jednak dopiero ostatnio zdecydowano się przenieść te innowacyjne rozwiązania na rynek konsumentów indywidualnych.

– Takie zabezpieczenia pojawiły się na rynku dużo wcześniej, natomiast były stosowane w przedsiębiorstwach, firmach, w kontroli dostępu instytucji, banków i urzędów. Natomiast dziś przenosimy wygodę i bezpieczeństwo na grunt użytkownika domowego i to jest ta innowacja, która wprowadza pewien postęp, a dla klienta oznacza przede wszystkim wygodę i poczucie bezpieczeństwa na najwyższym poziomie – podsumowuje Piotr Palewicz.

Andrzej Lachowski nowym Partnerem Zarządzającym Działu Konsultingu Deloitte

Nowym Partnerem Zarządzającym w Dziale Konsultingu Deloitte w Polsce jest Andrzej Lachowski. Przez ostatnie lata był on Partnerem w tym samym dziale, nadzorującym obszar usług technologicznych.

Andrzej Lachowski - Deloitte
Andrzej Lachowski – Deloitte

Andrzej Lachowski rozpoczął karierę w konsultingu w 1998 roku, a od 14 lat związany jest z firmą Deloitte. Przez ostatnie lata pełnił rolę lidera usług doradztwa biznesowego dla sektora finansowego w Polsce oraz lidera usług technologicznych w Polsce i w Europie Środkowej. „Wieloletnie doświadczenie Andrzeja, jego wiedza ekspercka, międzynarodowa sieć kontaktów oraz rozumienie wyzwań stojących przed zespołem konsultingu gwarantują realizację strategii Deloitte, która zakłada osiągnięcie przez nas pozycji niekwestionowanego lidera w branży doradczej” – mówi Marek Metrycki, Partner Zarządzający Deloitte w Polsce.

Główne wyzwania, które stoją przed nowym Partnerem Zarządzającym to wypracowanie i wdrożenie zintegrowanego modelu zarządzania funkcją konsultingu. Andrzej Lachowski będzie koncentrować się na budowie trwałych struktur, które umożliwią dalszy dynamiczny rozwój i będą opierać się na współpracy wszystkich linii serwisowych.

Marcin Kiepas: Trump przecenił złotego i akcje na GPW

Sytuacja polityczna w USA niepokoi inwestorów. Prezydent Trump ponownie stał się tematem numer jeden na rynkach. Cierpi na tym złoty i warszawska giełda.

Czwartek upływa pod znakiem wyprzedaży złotego i akcji na giełdzie w Warszawie, co wpisuje się w tendencje globalne i ma swe źródła we wzroście obaw związanych z prezydentem Trumpem. Główne waluty drożeją dziś po 4-8 groszy w relacji do złotego. Spadki kontynuuje też giełda. Od poniedziałku indeks WIG20 stracił 4,8 proc., nie tylko zaprzepaszczając szansę na kontynuację zapoczątkowanych w listopadzie wzrostów, ale też jest najniżej od miesiąca.

O godzinie 14:17 za euro trzeba było zapłacić 4,2275 zł (+4,1 gr), dolar kosztował 3,7980 zł (+4,9 gr), szwajcarski frank 3,8860 zł (+5,4 gr), a brytyjski funt 4,9490 zł (+8,3 gr). Tej ostatniej walucie dodatkowo pomagają świetne dane o sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii.

W tym czasie indeks WIG20, grupujące największe spółki, miał wartość 2271,4 pkt., tracąc 1,3 proc. Jeszcze gorzej spisywał się reprezentujący średnie spółki indeks mWIG40, który spadał o 1,7 proc. i notował 5. kolejna spadkową sesję.

Przecena złotego i wyprzedaż akcji wpisuje się w tendencję globalnej ucieczki do ryzyka (czemu towarzyszą wzrosty „bezpiecznego” złota, japońskiego jena i szwajcarskiego franka), co związane jest z amerykańską polityką. Dokładnie z prezydentem Donaldem Trumpem. Tym razem stał się on na rynkach zdecydowanie negatywnym bohaterem. Kierowane wobec niego oskarżenia o ingerowanie w śledztwo FBI ws. wpływu Moskwy na wyniki wyborów prezydenckich w USA, a także o ujawnienie Rosjanom tajnych informacji wywiadowczych sprawiły, że pojawiły się głosy ws. impeachmentu. To w tej chwili raczej mało prawdopodobny scenariusz, ale jeszcze kilka podobnych wpadek i może dojść do uruchomienia takiej procedury.

Z punktu widzenia rynków finansowych, trwające zamieszanie polityczne wokół Trumpa, nie tylko zwiększa niepewność, ale przede wszystkim oddala perspektywę wdrożenia zapowiadanych w kampanii reform gospodarczych. Uderza więc w podstawy rajdu w górę, jakiego doświadczył globalne giełdy, tuż po listopadowych wyborach w USA. Nie dziwi więc, że inwestorzy uciekają od ryzyka. Szczególnie, że giełdy były na rekordowo wysokich poziomach, więc jest z czego realizować zyski.

Aktualnie polityka rozdaje karty na rynkach. Na drugim miejscu znalazł się Fed i kwestia stóp procentowych w USA. Aczkolwiek to wciąż kluczowy element tej rynkowej układanki. Ostatnie gorsze dane makroekonomiczne, mogące podważać tezę o tylko „przejściowym” spowolnieniu w USA w pierwszym kwartale roku, a także  opisane zamieszanie polityczne, wpłynęły na zmniejszenie oceny prawdopodobieństwa czerwcowej podwyżki stóp procentowych przez Fed. Obecnie kształtuje się ono na poziomie około 60 proc., podczas gdy sięgało już 90 proc. Emocji już natomiast nie budzą wyniki kwartalne spółek.

W przyszłym tygodniu powyższa układanka ulegnie pewnemu przetasowaniu. W dalszym ciągu dominować będzie polityka, ale równocześnie mocno obserwowany będzie szczyt OPEC w Wiedniu i publikacje majowych indeksów PMI. Na fali globalnego odwrotu od ryzyka inwestorzy mogą też zacząć bliżej przyglądać się kondycji chińskiej gospodarki, co musiałoby prowadzić do niepokojących wniosków i uderzyłoby w rynek surowcowy.

Podsumowując, kontrowersje wokół prezydenta Trumpa prawdopodobnie nie zakończą się próbą usunięcia go z urzędu. Nie mniej jednak obecna sytuacja wyraźnie pokazuje, że jego prezydentura to dla rynków poważne ryzyko. Stąd też obserwowane spadki na giełdach, wobec braku nowego paliwa do wzrostów, są początkiem dłuższej i głębszej realizacji zysków (co pośrednio uderzy też w złotego). Tym samym kolejny raz sprawdzi się stare powiedzenie z Wall Street: sell in may and go away.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Rekordowy kwartał na rynku powierzchni przemysłowych i magazynowych w Polsce

Pomiędzy styczniem a marcem najwięcej nowej powierzchni pojawiło się w okolicach Poznania, 104 tys. m kw. W czołówce znalazły się również regiony wokół Bydgoszczy i Torunia, w których łącznie oddano do użytku ponad 103 tys. m kw.. Największe projekty, ukończone w pierwszym kwartale to Panattoni BTS Kaufland o powierzchni 45,650 m kw. i Prologis Park Piotrków II – 42,200 m kw.

Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

,,Magazynowa hossa trwa. Kwartalny rekord w kategorii: nowa powierzchnia na rynku, nie przeszkodził deweloperom w rozpoczęciu kolejnych projektów, których łączny wolumen szacowany jest na poziomie 316 tys. m kw. Bardzo wysoka aktywność najemców, inwestorów i deweloperów to sygnał, że rok 2017 z bardzo wielkim prawdopodobieństwem będzie rekordowy w wielu kategoriach,, – Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych I Przemysłowych, Europa Środkowo – Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Wśród nowych trendów obserwujemy zwiększone zainteresowanie najemców i deweloperów rozwiązaniami energooszczędnymi i przyjaznymi środowisku, a co za tym idzie: dostarczaniem obiektów o wysokim standardzie technicznym

Autorzy raportu podkreślają, że już same nazwy nowo budowanych obiektów wskazują, że fundamentem rozwoju rynku magazynowego są i będą firmy z sektora e-commerce. Wśród 1,275 mln m kw. magazynów w budowie znajdują się m.in. szczecińskie projekty Panattoni BTS Amazon Szczecin (161 tys. m kw.) i Goodman BTS Zalando Szczecin (130 tys. m kw.). Dodatkowo, w 2017 roku na Śląsku rozpoczęto prace nad kolejnym projektem typu BTS, Panattoni BTS Amazon Sosnowiec o powierzchni 135 tys. m kw.

Na koniec pierwszego kwartału stopa pustostanów wyniosła 6,3 proc. i była wyższa o 0,2 p.p. od poziomu odnotowanego na koniec ubiegłego roku. Za mało znaczącym wzrostem wskaźnika niewynajętej powierzchni, przy jednocześnie wyraźnie większej ilości nowych projektów, które pojawiły się na rynku w trzech pierwszych miesiącach, stoją podpisane umowy typu pre-let i duża popularność projektów BTS. Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland szacują, że około 80 proc. wszystkich obecnie realizowanych projektów ma już swoich najemców. W praktyce oznacza to, że magazyny w momencie uruchomienia są w większości wynajęte.

W pierwszym kwartale bazowe stawki czynszów utrzymywały się na poziomie z końca ubiegłego roku. Spowodowane to było wysokim popytem, wyrażonym finalizacją znaczącej ilości transakcji w nowopowstających obiektach. Niezmiennie, najdroższe projekty zlokalizowane są w granicach Warszawy, natomiast najniższe czynsze odnotowuje się w regionie Polski Centralnej, w którym dominują duże parki logistyczne. Zgodnie z raportem, rozpiętość stawek czynszów w pierwszym kwartale wynosiła pomiędzy 2 EUR / m kw. a 5 EUR / m kw.

Anna Staniszewska
Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo – Wschodnia

,,Poza głównymi klastrami o ugruntowanej pozycji, rynek powierzchni przemysłowych i magazynowych rozwija się również na obszarach, które jeszcze kilka lat temu nie były brane pod uwagę. Rozwój infrastruktury drogowej na północny wschód i na wschód od Warszawy (S8, S19) powoduje wzrost znaczenia tych terenów, jako potencjalnych lokalizacji obiektów magazynowych. Oprócz tego, wielu najemców powierzchni przemysłowych i magazynowych poszukuje miejsc z odpowiednią dostępnością pracowników, co również skłania do rozważania alternatywnych lokalizacji” – Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych I Doradztwa, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

,,Wpływ na inwestycje magazynowe ma również obecny cykl gospodarki, relatywnie ułatwiający pozyskanie finansowania i podejmowanie decyzji najemców dotyczących rozwoju i nowych lokalizacji”

Ponad połowa polskich firm chce zmian w zarządzaniu podróżami służbowymi – wyniki badania

Firma Amadeus ogłosiła wyniki badania „Organizacja i zarządzanie podróżami służbowymi w średnich i dużych firmach Europy Środkowo-Wschodniej”. Z najnowszej edycji raportu wynika, że polskie przedsiębiorstwa mają jeszcze sporo do zrobienia, jeśli chodzi o ten obszar działalności operacyjnej. Aż 40% firm w Polsce nie posiada polityki podróży, która ułatwia organizację delegacji. Co więcej, polskie firmy najrzadziej wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej, korzystają z nowoczesnych technologii do rezerwacji podróży (28% vs średnio 43% w krajach regionu). Niechętnie też zlecają organizację wyjazdów służbowych wyspecjalizowanym agencjom. Czy pracownicy w polskich firmach nadal będą musieli organizować delegacje na własną rękę? Okazuje się, że 53% przebadanych przedsiębiorstw dostrzega konieczność zmian w tym obszarze, co stanowi pozytywny trend.

Badanie „Organizacja i zarządzanie podróżami służbowymi” przeprowadzone zostało wśród średnich i dużych firm w drugiej połowie 2016 r. w sześciu krajach Europy Środkowo-Wschodniej: w Polsce, Czechach, na Litwie, Łotwie, Słowacji i Węgrzech.

Jak na tle innych krajów regionu plasuje się Polska? Wydaje się, że podróże służbowe nadal stanowią niedoceniany aspekt działalności operacyjnej polskich firm. Przedsiębiorstwa często postrzegają podróże służbowe jedynie jako konieczny do poniesienia koszt, a nie inwestycję. Być może z tego powodu zarządzanie tym obszarem jest często nieuporządkowane, a pracownicy pozostawieni samym sobie, jeśli chodzi o organizowanie wyjazdu.

Najważniejsze wyniki badania w liczbach

  • Polityka podróży, czyli zestaw reguł dotyczących zamawiania usług związanych z delegacjami, obowiązuje w 57% polskich firm i w 62% firm w Europie Środkowo-Wschodniej. Politykę podróży wprowadzają przede wszystkim największe firmy oraz te, w których wyjazdy służbowe stanowią ważny aspekt działalności.
  • Polskie firmy najrzadziej z całej Europy Środkowo-Wschodniej korzystają z rozwiązań IT do rezerwacji podróży służbowych (28% vs. średnio 43% w krajach regionu).
  • W Polskich firmach istnieją rozbieżności w stosowanych i preferowanych formach płatności za podróże służbowe. W porównaniu z innymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej, w Polsce o wiele częściej niż w innych krajach (25% vs. 9%), to pracownicy płacą za podróż własną kartą, a potem rozliczają się z firmą, co jest czasochłonne; preferowana forma płatności to przede wszystkim przelew.
  • W związku z tym, że wiele polskich firm nie ma procedur organizacji wyjazdów pracowników, obowiązki z tym związane spoczywają na różnych działach firmy: od pracowników administracyjnych, przez dział personalny, finanse aż po wyższą kadrę kierowniczą, która musi zaakceptować poszczególne etapy i koszty.

Dążenie do zmian

Tego rodzaju rozproszenie procesu organizacji i zarządzania podróżami służbowymi, brak ram, w których mogliby poruszać się pracownicy planując podróż, sprawia, że w wielu polskich firmach jest to zadanie żmudne i nieefektywne czasowo. Co więcej, firmy takie nie wykorzystują okazji do zaoszczędzenia środków finansowych, jakie stwarza np. związanie się umową z jedną, określoną siecią hoteli czy linią lotniczą. W wyniku takiej współpracy, bowiem, przedsiębiorstwa najczęściej korzystają ze zniżek i kupują usługi po tzw. stawkach korporacyjnych. Jednak wydaje się, że firmy zaczynają dostrzegać tę konieczność optymalizacji procesu zarządzania podróżami służbowymi.

53% przebadanych przedsiębiorstw oczekuje zmian w tym obszarze, przede wszystkim w zakresie zwiększenia przestrzegania przez pracowników zasad polityki podróży oraz zmniejszenia obciążenia formalnościami. Okazuje się, że tam, gdzie zmiany zostały wprowadzone (określono politykę podróży i wdrożono dedykowane narzędzia IT) poziom satysfakcji z zarządzania i organizacji podróży służbowych jest najwyższy.

Polskie firmy chcą oszczędzać

Polskie firmy, o wiele częściej niż przedsiębiorstwa w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej (42% vs. 28%), oczekują oszczędności w obszarze podróży służbowych w 2017 r. W co trzeciej firmie wyniosą one ponad 10%. Większość badanych organizacji i instytucji jest też otwarta na wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych i/lub outsourcing obszaru organizacji i zarządzania podróżami służbowymi. Aż 72% z nich jest np. skłonnych do współpracy z zewnętrznym usługodawcą w tej dziedzinie, jeśli niosłoby to za sobą wymierne korzyści. To bardzo istotna, pozytywna zmiana w sposobie myślenia o zarządzaniu tym obszarem.

„Mimo postępu technologicznego, który obejmuje także sferę kontaktów służbowych, podróże biznesowe, dające możliwość bezpośrednich spotkań i zacieśniania relacji z partnerami, nadal stanowią istotny aspekt działalności firm i osiągania przez nie sukcesów. Jak jednak pokazują wyniki badania przeprowadzonego przez firmę Amadeus, w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, wciąż jeszcze jest wiele przedsiębiorstw, w których obszar podróży służbowych nie ma sformalizowanego charakteru. Brak takich rozwiązań, jak polityka podróży i dedykowane narzędzia IT oznacza, że obowiązki związane z organizacją wyjazdów biznesowych spoczywają przede wszystkim na wyjeżdżających pracownikach. Taki system organizacji podróży służbowych jest nieefektywny czasowo i finansowo. Jednak firmy zaczynają to zauważać i dążyć do wprowadzenia innowacyjnych rozwiązań, które unormowałyby i jednocześnie uprościły ten proces” – podsumował Paweł Rek, Dyrektor generalny Amadeus Polska, dyrektor regionalny Amadeus na Europę Środkową.

Metodologia badania

Badanie decydentów na zlecenie firmy Amadeus zostało zrealizowane w drugiej połowie 2016 roku przez agencją badawczą KANTAR TNS. Badanie telefoniczne (CATI) zostało przeprowadzone w firmach z krajów Europy Środkowo-Wschodniej: Polski, Czech, Rumunii, Węgier, Litwy i Łotwy. Próba objęła 1000 firm i instytucji zatrudniających powyżej 50 pracowników, wydających min. 50 000 euro na delegacje lub realizujących min. 250 podróży służbowych rocznie. Respondentami byli pracownicy firm odpowiedzialni za organizację i zarządzanie podróżami służbowymi lub osoby, które w danej firmie zostały wskazane jako najlepiej zorientowane w tym temacie. Ankieta została przeprowadzona wśród takich sektorów jak: produkcja (42%), usługi (24%), administracja (21%) i handel (13%). 61% ankietowanych stanowili pracownicy firm zatrudniających od 50 do 249 pracowników, 31% firm zatrudniających od 250 do 999 pracowników, natomiast 8% badanych instytucji zatrudnia powyżej 1000 osób.

Na co Polacy wydają zarobione pieniądze? Wyniki najnowszego raportu

Po zrealizowaniu podstawowych potrzeb większość z nas przeznacza swoje nadwyżki finansowe na zakup odzieży, a największe sumy w ciągu miesiąca – na wydatki związane z samochodem – takie wnioski płyną z raportu „Sytuacja materialna Polaków”[1], zrealizowanego na zlecenie Lindorff SA. Na co jeszcze Polacy wydają swoje pieniądze oraz jak wysokie sumy przeznaczają na konkretne kategorie produktowe?

Gdzie zostawiamy nasze pieniądze?

wykres1W badaniu ankietowani zostali zapytani na co wydają swoje pieniądze – poza jedzeniem i rachunkami. Największą popularnością cieszyła się odpowiedź wskazująca na odzież – wybrało ją aż 88% ankietowanych. Na drugim miejscu znalazły się kosmetyki z 74% odpowiedzi. Zaraz za nimi uplasowały się wydatki związane z samochodem – na nie swoje fundusze przeznacza 68% respondentów.

Ponad połowa ankietowanych wskazała także na wydatki związane z podróżami i wyjazdami (51%), niemal co drugi Polak przyznał się do wydawania pieniędzy na wyjścia związane z kulturą (45%). 35% badanych stać również na finansowanie swojego hobby.

Na dalszych pozycjach znalazły się takie odpowiedzi jak: edukacja (30%), zajęcia sportowe (22%), zabiegi kosmetyczne (20%) i biżuteria (19%).

Jak wygląda statystyka, jeśli podzielimy odpowiedzi na damskie i męskie? „Podium” wśród damskich wskazań zajęły te same odpowiedzi, które triumfowały w uogólnionych wynikach, ze wskazaniem odpowiedzi na poziomie: 93% to zakup odzieży; kosmetyki – 82%; samochód/wydatki związane z samochodem są źródłem wydatków dla 2/3 kobiet. „Męska trójka” najpopularniejszych odpowiedzi również zawiera podobne wyniki, jednak w innym ułożeniu: odzież kupuje 83% panów; samochód jest źródłem wydatków dla 7 na 10 z nich, a kosmetyki kupuje 2/3 ankietowanych.

Największe dysproporcje między damskimi i męskimi wskazaniami widać na przykładzie odpowiedzi „kosmetyki” – różnica wyniosła tu aż 15 p. p.

Podstawowym wydatkiem Polaków, po jedzeniu i rachunkach, jest odzież. Można wnioskować, iż ma to związek z postępującą rolą indywidualizacji własnego wizerunku. Druga kategoria produktów, na które najczęściej przeznaczamy pieniądze, kosmetyki, również może świadczyć o rozwoju świadomości konsumenckiej. Chcemy o siebie dbać i przykładamy do tego dużą wagę. Nie zaskakują wydatki związane z samochodem, gdyż te często piastują wysokie pozycje w rankingach wydatków Polaków. Koszty związane z samochodem były również głównym powodem zaciągania przez Polaków zobowiązań w minionym 2016 roku – to aż 29% wszystkich ubiegłorocznych kredytobiorców. Na drugim miejscu tego zestawienia znalazły się bieżące wydatki związane z konsumpcją (20%) – w tę grupę można wliczyć odzież oraz kosmetyki. Na trzecim miejscu wśród powodów zaciągania zobowiązań znajdują się podróże, w tym samochodowe (17%) – zatem deklaracje miesięcznych wydatków pokrywają się z deklarowanymi powodami zaciągania zobowiązań w minionym roku.

Można by wnioskować, iż często bez względu na wysokość naszego miesięcznego wynagrodzenia niechętnie rezygnujemy z naszego stylu życia, a w przypadku problemów finansowych, jesteśmy w stanie korzystać z pożyczek, aby realizować nasze potrzeby (w tym również za pomocą zakupów na raty – to była najpopularniejsza forma kredytowa w 2016 roku, przyznało się do niej 24% ankietowanych). Jednakże ankietowani zapytani o reakcję w sytuacji problemów finansowych w 54% stwierdzili, iż ograniczają wtedy swoje bieżące wydatki. Sytuację zatem można interpretować w mniej pozytywny sposób – wysokość wynagrodzeń Polaków nie pozwala na najbardziej naglące potrzeby bez wykorzystania dodatkowych środków bankowych.

Ile wydajemy?

Ile wydajemy?Respondenci zostali również poproszeni o wskazanie, jakie sumy przeznaczają miesięcznie na konkretne kategorie produktowe. Po raz kolejny pierwsze miejsce zajął samochód oraz wydatki z nim związane. Ankietowani na ten cel przeznaczają średnio 346 zł miesięcznie. Drugim w kolejności wydatkiem, który zabiera nam najwięcej funduszy są wyjazdy i podróże – miesięcznie na ten cel respondenci byli w stanie wydać średnio 265,5 zł. W „top 3” naszych największych wydatków znalazły się także ubrania, gdyż na nie miesięcznie przeznaczamy niespełna 180 zł. Powyżej 100 zł miesięcznie przeznaczamy także na edukację, hobby, zabiegi kosmetyczne oraz biżuterię.

Zarówno mężczyźni, jak i kobiety pozycjonują najważniejsze wydatki w tej samej kolejności. Możemy jednak dostrzec różnice w kwotach przeznaczanych na te cele przez obie płcie. „Na samochód” mężczyźni średnio w miesiącu wydają 371,5 zł, gdy kobiety wydają na ten cel nieco mniej – około 318 zł. Dużą dysproporcję widać w kwotach przeznaczanych na wyjazdy i podróże. Kobiece odpowiedzi wskazały kwotę około 207 zł, a mężczyźni na ten cel wydają aż 324,5 zł. Na odzież zarówno kobiety, jak i mężczyźni wydają podobne sumy.

Odzież jest w tym zestawieniu bardzo ciekawą grupą produktów – najwięcej badanych deklaruje przeznaczanie pieniędzy właśnie na nią, a w rankingu kategorii, na które wydajemy największe sumy w ciągu miesiąca, piastuje trzecie miejsce. Jest jednocześnie drugą najliczniej wymienianą odpowiedzią ankietowanych (28%) na pytanie: co sprzedają, aby poprawić swoją sytuację finansową? Można wnioskować, iż Polacy traktują odzież jako swego rodzaju łatwo zbywalne dobro. Co ciekawe, dla 37% badanych odzież i dodatki światowych marek kojarzona jest z luksusem.

[1] Raport zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA – badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii. Realizacja badania: 20.01.2017 – 24.01.2017 r, N=551.

Czy już zaczyna działać strach przed więzieniem? Raport – Dłużnik alimentacyjny (maj 2017)

Prawie 10,5 mld zł wyniosły na koniec kwietnia długi alimentacyjne Polaków zgłoszonych do BIG InfoMonitor. Kwota przyrasta obecnie o ok. 100 mln zł miesięcznie, a w rejestrze widnieje już blisko 302 tys. osób niepłacących na dzieci.

W najnowszym raporcie po raz pierwszy pokazujemy liczbę dłużników nie tylko w podziale na województwa, ale również miasta. Z zestawienia wynika, że największa liczba niepłacących na dzieci zamieszkuje Warszawę, Łódź oraz Kraków i nie są to wyłącznie stolice województw z największą liczbą dłużników alimentacyjnych, bo w tej kategorii czołówka to: śląskie, mazowieckie oraz dolnośląskie. – Na podstawie naszych statystyk z 18 stolic województw, gdzie zaległości przekraczające 1,7 mld zł wobec dzieci ma 48,5 tys. osób, można śmiało stwierdzić, że niepłacenie alimentów to statystycznie przewinienie ponad dwukrotnie częściej spotykane wśród mieszkańców dużych miast niż w pozostałych rejonach kraju – zauważa Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.

W ciągu trzech miesięcy, od publikacji ostatniego raportu na temat dłużników alimentacyjnych, czyli od końca stycznia do końca kwietnia, lista rodziców unikających łożenia na własne dzieci wydłużyła się o ponad 2,6 tys. osób. Nie jest to jednak ogólnopolska norma, bo po raz pierwszy pojawiły się dane z województw informujące, że dłużników alimentacyjnych ubyło.

Nieznacznie zmniejszyła się ich liczba na Mazowszu – z 31 147 do 31 119. Wyraźny ubytek – o ponad 2,5 tys. widać na Dolnym Śląsku. W efekcie w woj. dolnośląskim istotnie spadła również łączna kwota zadłużenia – o ponad 92 mln zł. – Niewykluczone, że zaczyna już działać strach przed karą więzienia za niezapłacone alimenty, jaka po nowelizacji kodeksu karnego w większym stopniu niż wcześniej grozi osobom nie utrzymującym swoich dzieci – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand. Stosowne zmiany zamieszczone w ustawie „Kodeks karny oraz ustawy o pomocy osobom uprawnionym do alimentów” wejdą w życie 31 maja. Według zmienionych regulacji już po niezapłaceniu dziecku alimentów za co najmniej trzy miesiące niesolidny rodzic może zostać ukarany grzywną, albo ograniczeniem lub pozbawieniem wolności. Zapis o braku płatności trzech świadczeń okresowych zastąpił dotychczasowy, trudny do interpretacji zapis o uporczywym uchylaniu się od płacenia alimentów.

Jak można wnioskować z uzasadnienia do zmiany ustawy, Ministerstwo Sprawiedliwości nie zakłada jednak, że nowe regulacje spowodują zaludnienie więzień dłużnikami alimentacyjnymi. Autorzy zmian w nowych warunkach prawnych spodziewają się, że w pierwszym roku obowiązywania liczba skazanych na karę więzienia zwiększy się o 10 proc. w a kolejnych latach odpowiednio o 15 i 20 proc. Dotychczasowe statystyki mówią, że średniorocznie na karę bezwzględnego pozbawienia wolności z art. 209 skazywano ok. 1350 osób i było to 10 proc. osób, które stawały przed sądem z powodu niepłacenia alimentów.

– Rodzice niewspieranych dzieci liczą, że po zmianie prawa spora liczba dłużników alimentacyjnych zamiast trafiać do więzień będzie odbywała karę pozbawienia wolności w systemie dozoru elektronicznego – mówi Katarzyna Tatar, wiceprezes Stowarzyszenia Alimenty To Nie Prezenty. O systemie dozoru elektronicznego mowa jest w art. 43 l a. § 1 Kodeksu karnego wykonawczego. Polega on na kontroli przebywania przez skazanego w określonych dniach tygodnia i godzinach we wskazanym przez sąd miejscu (dozór stacjonarny). – Taki sposób wykonywania kary pozbawienia wolności pozwoli skazanemu na podjęcie zatrudnienia lub innej działalności zarobkowej, co w rezultacie umożliwi mu wywiązywanie się z obowiązku alimentacyjnego. Pozwoli też ujawnić, że dłużnik, który latami miał się świetnie mimo braku zatrudniania, tak naprawdę pracuje, ale na czarno – dodaje Katarzyna Tatar.

– W przeprowadzonych przez nas, przed rokiem badaniach na temat stosunku Polaków do dłużników alimentacyjnych widać, że dozór elektroniczny dłużników alimentacyjnych to jeden z chętniej wskazywanych przez ankietowanych, sposób na zwiększenie skuteczności egzekucji alimentów przez państwo, na drugiej pozycji po pracach publicznych w których, zdaniem badanych niechętni płaceniu rodzice mogliby odpracować swój dług. Spora część ankietowanych była również za koniecznością wprowadzenia bardziej dotkliwych kar za nieutrzymywanie własnych dzieci co właśnie obserwujemy w zmianie legislacji – mówi Mariusz Hildebrand.

Trump osiągnął swój cel. Złotówka nieco traci

Kontrowersji ciąg dalszych wokół nowego prezydenta USA. Sentyment na rynkach nieco się popsuł. Drożeją waluty uznawane za bezpieczne czyli jen i frank. W cenie również złoto. Droga do usunięcia Trumpa od władzy jednak dość odległa. Prezes EBC “musi” nieco schłodzić apetyt inwestorów na kupno euro.

Nieco gorzej

Nastroje na rynkach uległy pogorszeniu. Wszystko przez skandal wokół nowego prezydenta USA. Wszystko to oczywiście kładzie się cieniem na te szumne plany m.in. reformy podatkowej a tym samym wzmocnienia ożywienia gospodarczego. Patrząc z perspektywy rynku walutowego to oberwało się znacznie dolarowi. Rośnie za to popyt na bezpieczne aktywa a więc złoto, jena japońskiego i franka szwajcarskiego. Całkiem mocne pozostaje euro w relacji do dolara gdzie kurs przebił 1,11.

Czy to już moment, by kupować dolara?

Pytanie które z pewnością trapi inwestorów czy to już moment na kupno waluty amerykańskiej tak sporo ostatnio przecenionej. Z pewnością media nie odpuszczą Trumpowi i informacji w kontekście tej afery będzie co niemiara. Śledztwo w tej sprawie może jednak potrwać kilka miesięcy więc z czasem presja na sprzedaż dolara powinna słabnąć. Patrząc z perspektywy Trumpa to zagrał to po mistrzowsku. Czyż nie na osłabieniu dolara mu najbardziej zależało. Sam przyznał, że waluta USA jest za mocna i to jego wina. Prawda jest taka, że ten cały szum wokół afery jest chwytliwy dla mediów ale usunięcie Trumpa ze stanowiska jest praktycznie nie realne. Gdyż potrzeba ⅔ głosów senatu.

EUR/USD niekoniecznie w górę

Patrząc jednak na EUR/USD potencjał do wzrostów jest już ograniczony. Owszem pojawiają się głosy, że teraz otwarta droga do 1,16-1,18 ale jeszcze niedawno podobne źródła wskazywały na parytet na głównej parze walutowej świata. Trzeba pamiętać, że również Mario Draghi nie jest zainteresowany mocną walutą euro. Tym bardziej teraz gdy gospodarki europejskie notują ożywienie. Stąd dzisiejsze wystąpienie prezesa EBC i minutki z ostatniego spotkania powinny zahamować nieco zapędy do ruchu w górę na EUR/USD.

Tanieją surowce m.in. ropa

Niemniej jednak klimat inwestycyjny nieco się na rynkach popsuł. Inwestorzy pozbywają się ryzykownych aktywów. Ten najpoważniejszy kryzys podczas prezydentury Trumpa może spowodować, że te wszystkie plany rozruszania gospodarki okażą się fiaskiem. Stąd spadki np. cen surowców.

Złotówka nieznacznie traci

Traci również złotówka. Raz za sprawą wzrostu awersji do ryzyka a dwa to efekt gołębiego wczorajszego posiedzenia RPP. Prezes podtrzymał stanowisko, że cały 2018 rok może być pod znakiem utrzymywania obecnych poziomów stóp. Również odniósł się do kwotowań złotego i jego ostatniego umocnienia. Zwracając uwagę, że niski koszt zakupu CHF daje ulgę kredytobiorcom. Nadal jednak uważamy, że to tylko korekta na polskiej walucie.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Inspekcja pracy to nie sąd

Pomysł posłów PiS, aby inspektorzy pracy mieli wydawać nakaz zmiany umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę to naruszenie kompetencji sądów – bardzo wątpliwe pod względem prawnym. Właśnie z tego powodu identyczna propozycja została odrzucona w poprzedniej kadencji Sejmu.

Z fikcyjnymi umowami cywilnoprawnymi należy walczyć i powinna się tym zajmować inspekcja pracy. Jednak kwestie sporne muszą być rozstrzygane przez sądy, a nie przez samych inspektorów. Dlatego obowiązująca regulacja, zgodnie z którą inspektor ma prawo wytoczyć powództwo o ustalenie istnienia stosunku pracy, jest prawidłowym rozwiązaniem, odpowiednio zabezpieczającym interesy pracowników. Z jednej strony daje ono pracownikowi możliwości – poprzez organy inspekcji pracy – obrony swoich praw, a z drugiej – ostateczne rozstrzygnięcie pozostawia niezależnym i profesjonalnym sądom pracy.

PIP nie jest uprawniona do kreowania stosunku prawnego, a jedynie do kontroli i nadzoru zastanego stanu rzeczy. Inspektorzy pracy nie muszą być też prawnikami, stąd przyznanie im tak daleko idącego uprawnienia w postaci prawa do zastąpienia umowy cywilnoprawnej umową o pracę rodzi spore ryzyko. Można też podejrzewać, że inspektor pracy nie będzie w stanie obiektywnie ocenić, jaka w istocie była wola stron, ponieważ często jego interwencja jest skutkiem skargi pracownika. Obiektywną ocenę może zapewnić jedynie niezależny sąd powszechny – sąd pracy. W naszym systemie prawnym jedynie sądy mają prawo ustalenia istnienia danego stosunku prawnego. Tylko sądy są w stanie skutecznie i sprawiedliwie rozstrzygać spory prawne obywateli. Przestawiona przez posłów propozycja dotycząca rozszerzenia uprawnień inspektorów pracy byłaby niezgodna z naszym porządkiem prawnym oraz naruszałby właściwość sądów powszechnych.

Warto przypomnieć, że taka propozycja była już zgłaszana w poprzedniej kadencji Sejmu. Jednak w 2014 r. została odrzucona przez posłów ze względu na zastrzeżenia co do zgodności tego rozwiązania z naszym systemem prawnym. Czy tym razem parlamentarzyści przymkną oko na wątpliwości prawne i mimo wszystko uchwalą taką regulację? Oby nie, ponieważ konsekwencje stanowienia złego i nieprzemyślanego prawa poniosą jego adresaci, w szczególności pracodawcy i osoby pracujące.

Wioletta Żukowska-Czaplicka, Ekspert Pracodawców RP

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Polityczne ryzyko tym razem po drugiej stronie Atlantyku

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Miesiąc maj rozpoczął się optymistycznie na globalnych rynkach finansowych, czego głównym powodem było oczekiwanie na zwycięstwo Emmanuela Macrona we francuskich wyborach prezydenckich. Jednakże od powyborczego poniedziałku inwestorzy de facto stwierdzili, że krótkoterminowe pozytywne efekty zwycięstwa centrysty zostały już uwzględnione w cenach, a brakować zaczęło kolejnego przekonywującego impulsu, który nadałby rynkom akcyjnym nowy kierunek. W konsekwencji nastał okres niewielkiej zmienności i oczekiwania na sygnał do działania. Komentatorzy czujnie zauważyli, że popularny indeks strachu VIX zniżkował do najniższego poziomu od grudnia 1993 roku, czyli tego samego roku, w którym powstał. Niejako w międzyczasie rynek walutowy, osłabiając dolara i umacniając euro, zaczął dostrzegać odwrócenie postrzegania politycznego ryzyka po obu stronach Atlantyku. Dotychczas bowiem to strefa euro uważana była za jedno z istotnych źródeł niestabilności, a czasami nawet typowana była jako największe zagrożenie tego typu na globie. Po wyborach we Francji, ale także wcześniejszym wyniku w Holandii, czy dobrej passy Angeli Merkel w regionalnych wyborach, Europa już nie okazuje się głównym źródłem niestabilności. Na arenie politycznej to USA z nieprzewidywalnym Trumpem stały się istotnym źródłem politycznego ryzyka, czego symbolem w tym tygodniu są pojawiąjące się już praktycznie każdego dnia nowe kryzysy. W konsekwencji na horyzoncie pojawiła się nawet możliwość impechmentu. Przykładowo wczoraj głośno zrobiło się o rosnącym prawdopodobieństwie niedotrwania przez Donalda Trumpa na swym stanowisku do końca 2018 roku. Według platformy PredictIt szansa utrzymania przez Trumpa prezydentury spadła z 75% do 56%. To spory ruch na przestrzeni niewiele większej od tygodnia. Konsekwencje tego są bardzo poważne, gdyż gospodarcza agenda nowego prezydenta, która już wcześniej stała pod dużym znakiem zapytania, teraz powoli staje się wręcz niemożliwa do realizacji w obliczu coraz to nowych przeszkód. Bardzo interesujące będzie obserwowanie, jak zareagują na to dane oparte na ankietach przedsiębiorców, które po wyborach wystrzeliły na północ. Obawiać się można ich spadku. W tym kontekście zastanawiający jest fakt, że w najnowszej ankiecie zarządzających przeprowadzonej przez BoA Merrill Lynch na największe potencjalnie źródło zagrożenia typowane są Chiny. Czyżby więc po spokojniejszym początku miesiąca szykuje się nam nerwowe jego zakończenie? Nasz rynek już we wtorek pokazał się od słabszej strony i WIG20 przełamał poziom 2350 pkt., co jest zaproszeniem do korekty.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

OptAd360 osiągnął 2 mld żądań reklamowych

OptAd360 działa na rynku sprzedaży powierzchni reklamowej w modelu programmatic. Pierwszy rok działalności zamknęli z 7 milionami zł przychodu a obecnie docierają do 25 mln internautów z 231 krajów. Co jest imponującym wynikiem, zwłaszcza, że firma powstała na początku 2016 r.

Na początku swojej działalności obsługiwali 82 klientów. W tej chwili liczba ta powiększyła się do ponad 500 serwisów. Dynamiczny rozwój najlepiej potwierdzają liczby. Porównując analogicznie pierwsze miesiące 2017 i 2016, osiągnęli wzrost przychodu o 218%! Założyciele, Jakub Szczepankowski oraz Jarosław Wisłocki osiągają kolejne sukcesy, a liczby naprawdę imponują.

Na podium

Rozwój firmy wiąże się nierozerwalnie z gwałtownym wzrostem zainteresowania modelem programmatic na świecie. W Europie w tym roku (2017), w segmencie reklamy display, wydatki na reklamę w modelu programmatic wyniosą już 58% budżetów reklamowych (Dane Zenith). To wzrost o 7% w stosunku do poprzedniego roku. Ma to odzwierciedlenie w działalności OptAd360, który na samym początku funkcjonowania notował 450 mln żądań reklamowych. Obecnie osiągnął ponad 2 mld i dociera do ponad 25 milionów internautów, co stawia go na pierwszym miejscu z największym zasięgiem w Polsce (dane maj 2017 – DoubleClick Ad Exchange).

Wzmocnienie działań na rynku krajowym i powiększenie zespołu do 21 pracowników pozwoliło na intensywną ekspansję na rynki zagraniczne. W tym celu zostali zatrudnieni zagraniczni eksperci z Rosji, Ukrainy, Brazylii, Turcji i Indii. W planie są zatrudnienia kolejnych osób. Już dzisiaj możemy mówić o wielkim sukcesie.

Skąd pomysł na biznes?

Gdy pojawił się programmatic stwierdziliśmy, że to jest produkt na którym się znamy i wiemy, że monetyzujemy serwisy internetowe najlepiej. Jednocześnie usługa ma potencjał globalny, dlatego porzuciliśmy bezpieczny etat, bo jesteśmy przekonani, że możemy zbudować wielką firmę o globalnym zasięgu” – komentuje Jakub Szczepankowski. „Do tej pory, wraz z zespołem, realizujemy nasze cele z zawrotną skutecznością. Wg. planów, pierwsze półrocze 2017 r. powinno się zamknąć z przychodem w wysokości około 6,5 mln złotych, powiększeniem zespołu do 28 osób i obsługą ponad 600 serwisów”. – dodaje.

OptAd360 pomaga wydawcom stron internetowych w monetyzacji ich serwisów. Aktywnie wspiera również promocję rynku i jego rozwój, a także edukację wydawców w zakresie modelu programmatic. Dzięki OptAd360 mali i średni wydawcy mogą zarabiać na reklamach zarezerwowanych do tej pory tylko dla największych grup mediowych.

Wyniki Kupiec S.A. po I kw. 2017 r.

Spółka Kupiec S.A., zanotowała 184 tys. zł zysku netto w 1 kw. 2017 r. przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 10.121 tys. zł. Rozwój segmentu spedycji w oparciu o dwa nowe obszary biznesowe pozwolił Spółce wyraźnie poprawić jej wyniki finansowe.

W 1 kw. 2016 r. Emitent osiągnął 21 tys. zł zysku netto, a jego przychody netto ze sprzedaży wynosiły 6.940 tys. zł. Równie wysoka progresja wyników finansowych została zanotowana przez Kupiec S.A. na poziomie zysku z działalności operacyjnej. W 1 kw. 2017 r. sięgnął on o 297 tys. zł wobec 57 tys. zł rok wcześniej, co było efektem stabilizacji obrotów z działalności spedycyjnej na poziomach znacznie przekraczających 3 mln zł miesięcznie. Spółka kontynuowała prace wdrożeniowe w zakresie uruchamiania dwóch nowych obszarów działalności: transportu krajowego i międzynarodowego małymi samochodami do 3,5 tony jako uzupełnienia spedycji ładunków 24 tonowych oraz obrotu ładunkami całopaletowymi we współpracy z dużym, europejskim operatorem logistycznym. Bardzo dobre wyniki finansowe Kupiec S.A. oraz dynamiczny rozwój  segmentu spedycji i jego bardzo dobre perspektywy skłoniły Zarząd Spółki do czasowego wstrzymania realizacji projektu wydzielenia z niej działalności operacyjnej w sektorze TSL.

„W marcu tego roku zanotowaliśmy obroty przekraczające 4 mln zł i mamy nadzieję utrzymać ten poziom w przyszłych miesiącach. Stąd już niedaleko do naszego celu strategicznego, czyli 50 mln zł obrotów rocznych. A takie poziomy pozwalają Spółce stabilnie się rozwijać i z optymizmem patrzeć w przyszłość.” – komentuje Leszek Wróblewski, Prezes Zarządu Spółki Kupiec S.A.

Zarząd Spółki w dalszym ciągu bardzo dobrze ocenia perspektywy rozwoju spółki BVT S.A. Prowadzi ona konsekwentnie działania rozwojowe w zakresie swojej podstawowej działalności oraz w obszarze restrukturyzacji i zakupów wierzytelności z sektora bankowego. Kupiec S.A. realizuje także proces optymalizacji struktury wynajmu powierzchni biurowych w nabytym w 2016 r. biurowcu w Tarnowie. Obecnie prawie 94% dostępnej powierzchni jest wynajęte dwóm podmiotom oraz stanowi siedzibę Emitenta. Zarząd Spółki jest zadowolony z rezultatów prowadzonych działań i jest przekonany, że pozwolą one na generowanie coraz wyższego zysku z wynajmu powierzchni biurowej.

„Inwestycje w nieruchomości to bardzo stabilna działalność z długofalową perspektywą. Moje dotychczasowe, ponad roczne doświadczenia z tą branżą nastrajają bardzo optymistycznie. Nie wykluczam, że po ustabilizowaniu się tej inwestycji będziemy rozważali kolejną, bowiem nie brakuje nam ciekawych propozycji.” – dodaje Prezes Wróblewski.

Kupiec S.A. jest głównym akcjonariuszem notowanej na rynku NewConnect Spółki BVT S.A. i posiada akcje stanowiące 42,90% udziału w jej kapitale zakładowym oraz 44,37% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA. Emitent należy do segmentu rynku NewConnect – NC Focus.

EFL: Sektor MŚP już dawno nie był w tak dobrej kondycji

Najnowszy „Barometr EFL”[1] na II kwartał 2017 roku pokazuje, że zdecydowanie został zatrzymany trend spadkowy z ubiegłego roku i możemy mówić o dynamice rozwoju MŚP w Polsce. Po bardzo wysokim dla I kwartału br. wskaźniku na poziomie 57,1 pkt., odczyt na II kwartał wyniósł aż 63 pkt.! To najlepszy wynik w historii badania „Barometr EFL”. Po raz kolejny, za wzrost wartości indeksu odpowiadają bardzo optymistyczne prognozy dotyczące inwestycji. Aż 41% przedstawicieli sektora MŚP (najwięcej od IV kwartału 2015 roku) uważa, że będzie więcej inwestować.

– Obraz, jaki wynika z najnowszego pomiaru „Barometr EFL”, jest odzwierciedleniem pozytywnych trendów gospodarczych, które obserwowaliśmy w pierwszych miesiącach tego roku. W I kwartale br. produkcja sprzedana przemysłu, zgodnie z danymi GUS, wzrosła o 7,3% rok do roku, a sprzedaż detaliczna w marcu o blisko 10%. Warto również spojrzeć na wyniki firm leasingowych, które z uwagi na rodzaj prowadzonej działalności, są niezwykle wrażliwe na zmiany koniunktury gospodarczej. Otóż z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. branża leasingowa sfinansowała inwestycje o łącznej wartości 15 mld zł, co oznacza wzrost rynku na poziomie 12,7% r/r. Dane te w parze z wynikami najnowszego Barometru potwierdzają, że firmy w Polsce, w tym przede wszystkim z sektora MŚP, są w coraz lepszej kondycji, kupują i inwestują, tym samym napędzając polską gospodarkę powiedział Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Rekordowy odczyt Barometru EFL

Wynik „Barometru EFL” za II kwartał 2017 roku po raz drugi w historii pomiarów przekroczył próg 60 pkt. (pierwszy raz w III kwartale 2015 roku) i wyniósł 63 pkt. Jednocześnie jest to najwyższa wartość od początku realizacji badania, czyli od I kwartału 2015 roku. W porównaniu do I kwartału br. wartość wskaźnika jest aż o 5,9 pkt. wyższa, natomiast do sytuacji sprzed roku o 5,2 pkt. Tym samym powtórzyła się sytuacja z ubiegłego roku, gdy pomiędzy I i II kwartałem 2016 roku odczyt Barometru wzrósł.

Coraz więcej inwestycyjnych optymistów

Na wzrost wartości „Barometru EFL” w II kwartale tego roku, zapracowały wszystkie cztery kategorie, jednak podobnie jak na początku roku, decydujący wpływ miała istotna poprawa nastrojów pod względem planowanych inwestycji. Odsetek osób, które spodziewają się więcej inwestować w II kwartale br. wzrósł o 8,9 pp. w porównaniu do I kwartału 2017 roku (z 31,9 proc. do 40,8 proc.) oraz aż o 17,9 pp. w porównaniu do II kwartału 2016 roku. Odsetek inwestycyjnych optymistów w sektorze MŚP w II kwartale br. był najwyższy od IV kwartału 2015 roku. Wówczas wyniósł on 45,3 proc.

Również stosunkowo wysoki odsetek przedsiębiorców (27,2 proc.) wskazał, że oczekuje wzrostu sprzedaży. Jest to wynik lepszy o 8,9 pp. w porównaniu do I kwartału br., jednak o 14,6 pp. niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W przypadku płynności finansowej odsetek optymistów wzrósł aż 10,8 pp. kwartał do kwartału (24,3 proc.), a większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne zgłosiła co piąta firma (+ 4 pp.).

Prognoza na kolejny kwartał

– Jeśli miałbym prognozować odczyt następnego Barometru na podstawie danych z ubiegłego roku, kiedy pomiędzy II kw. a IV kw. wartość wskaźnika stopniowo spadała, wskazałbym na niewielki spadek nastrojów. Jednak obecnie mamy do czynienia z inną sytuacją rynkową niż rok temu. W związku z napływającymi optymistycznymi danymi makroekonomicznymi, jak również bardzo dobrymi wynikami firm leasingowych, spodziewamy się ożywienia polskiej gospodarki w dalszej części tego roku. Głównymi determinantami takiej sytuacji będą rosnące wydatki konsumpcyjne, stabilny wzrost gospodarczy w strefie euro i odbicie inwestycji, przede wszystkim z udziałem unijnego wsparcia, na przełomie II i III kwartału – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

[1] Barometr EFL” jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 4-10 maja 2017 r.

Firmy rodzinne powinny otworzyć się na menedżerów z zewnątrz

Najstarsze firmy rodzinne istnieją w Japonii, ich historia sięga ponad 1400 lat. Jeden z japońskich hoteli ma udokumentowaną sukcesję 46 pokoleń. Firmy rodzinne w Polsce nie mogą się pochwalić tak długą historią. Ale mimo krótkiego stażu, są dziś filarem polskiej gospodarki i stanowią około 36 procent małych i średnich przedsiębiorstw, a po uwzględnieniu jednoosobowej działalności gospodarczej może ich być blisko 80 proc. Wiele z nich znajduje się obecnie w momencie przekazywania sterów w ręce drugiego pokolenia właścicieli. Jak w najbardziej płynny sposób, a przede wszystkim bez szkody dla przedsiębiorstwa rodzinnego przeprowadzić proces sukcesji oraz jego specyfice opowie Peter Leach, autor książki „Firmy rodzinne. Wszystko co istotne”, który na zaproszenie firmy Deloitte i Wydawnictwa Studio Emka przyjechał do Polski.

Książka Petera Leacha w sposób kompleksowy opisuje problemy i wyzwania stojące przed firmami rodzinnymi. Jednym z nich jest ustalenie zasad, według których będzie ona prowadzona i zarządzana. „Wartości są tym, za czym opowiada się rodzina i jej firma; wizja to wspólne poczucie tego, dokąd zmierzają krewni i ich przedsiębiorstwo. Wizja i wartości stanowią źródło siły i prężności firm rodzinnych i w zasadniczy sposób przyczyniają się też do długotrwałych sukcesów owych przedsiębiorstw” – pisze autor. Jego zdaniem właściciele firmy rodzinnej powinni skupić się na sformułowaniu i wprowadzaniu zasad, które zapewnią równowagę między celami biznesowymi a pomyślnością rodziny. Następnie należy obmyślić i stworzyć skuteczne struktury utrzymywania ładu, które pomogą rodzinie w wypracowaniu spójnego podejścia do przedsiębiorstwa, a do tego będą wspierały odpowiedzialność i koncentrację na działaniach firmy. Problem ten może być szczególnie widoczny, gdy firma przygotowuje się do sukcesji. Jak wynika bowiem z badania Deloitte wśród polskich firm rodzinnych aż 57 proc. następców zamierza wprowadzić nową strukturę zarządzania przedsiębiorstwami, a 56 proc. chce zmienić strategię po przejęciu rodzinnych przedsięwzięć. Ośmiu na dziesięciu sukcesorów w firmach rodzinnych deklaruje, że ich styl przywództwa będzie inny niż poprzedników.

Zdaniem Petera Leacha przed nieudaną sukcesją uchronić może stworzenie konstytucji rodzinnej, w której zostaną opisane relacje rodzinne, biznesowe i prawa własności aktywów. Może ona regulować także zarządzanie majątkiem, zasady zarządzania firmą, sposoby rozwiązywania konfliktów, zasady sukcesji majątkowej (przekazania aktywów, dziedziczenia) oraz przekazania funkcji zarządczych. „Spisanie konstytucji sprawia, że rodziny będą podchodzić do swoich przedsiębiorstw z zaangażowaniem i zajmować wspólne stanowisko, zamiast zachowywać się jak grupa osób, połączonych zupełnie przypadkowo więzami krwi” – mówi Seweryn Dąbrowski, Partner, lider zespołu Deloitte Private w dziale doradztwa podatkowego.

W miarę jak firma staje się większa, należy tworzyć podwaliny bardziej uporządkowanej i mniej scentralizowanej organizacji. To zadanie jest zdecydowanie trudniejsze w przypadku firmy rodzinnej, gdyż w wielu takich przedsiębiorstwach pojawia się pokusa, by polegać jedynie na wewnętrznym doświadczeniu i osądach. Tę skłonność do zamykania się można przełamać, wykorzystując uzdolnienia osób z zewnątrz: menedżerów, a także doradców i konsultantów. W wielu przypadkach takie posunięcie jest ważnym krokiem, który zapewnia firmie większą otwartość na wpływy z zewnątrz i pomaga zadbać o jej przyszłość. Dlatego firmy rodzinne powinny dokładać starań, by przyciągać wykwalifikowanych pracowników niespokrewnionych z rodziną. Kluczowe jest ich przekonanie, że będą traktowani tak samo jak jej członkowie, jeśli chodzi o możliwość robienia kariery, a także nagradzanie wysiłków i ponoszenie odpowiedzialności.

Peter Leach w swojej książce opisuje trzy stadia rozwoju firm rodzinnych. Biznes jest najpierw zarządzany przez właściciela, potem staje się spółką kierowaną przez rodzeństwo, by w końcu zamienić się w konsorcjum kontrolowane przez kuzynów. Na trzecim etapie przedsiębiorstwem rządzi trzecie lub czwarte pokolenie krewnych, rodzinny biznes ma już długą tradycję, a losami firmy mogą być zainteresowane dziesiątki skoligaconych z sobą osób. Polskie firmy rodzinne znajdują się w pierwszej lub drugiej fazie rozwoju. Z ich punktu widzenia najważniejsze jest więc zaplanowanie sukcesji. „Tymczasem z naszego badania wynika, że 64 proc. respondentów przejmie kierownictwo firmy bez formalnego planu sukcesji. Spisana polityka i plan sukcesji są w przedsiębiorstwach rodzinnych zjawiskiem dość rzadkim. Tylko 16 proc. respondentów stwierdziło, że w firmie istnieje taki plan, a bliska jedna piąta ankietowanych zadeklarowała, że został on opracowany, ale nie jest zredagowany w formie oficjalnego dokumentu” – mówi Adam Chróścielewski, Partner, lider zespołu Deloitte Private w Polsce, zrzeszającego ekspertów ds. firm rodzinnych w Deloitte. Tymczasem gotowość właścicieli do zaplanowania sukcesji jest często decydującym czynnikiem, od którego będzie zależało czy przedsiębiorstwo przetrwa.

O specyfice sukcesji między pierwszym a drugim pokoleniem decyduje przede wszystkim charakter założyciela firmy. „Wszystkie wyzwania stają się bardziej skomplikowane ze względu na to, że właściciel występuje w podwójnej roli rodzica i pracodawcy. Do tego dochodzi jeszcze ambiwalentny stosunek do rezygnacji z władzy, a także opór przed zaakceptowaniem upływu czasu i pogodzeniem się z własną śmiertelnością” – pisze Peter Leach. Jego zdaniem sukcesja nie jest jednorazowym wydarzeniem – to cały proces. Warto zacząć przygotowywanie planów z dużym wyprzedzeniem, żeby w pełni wykorzystać jedną z zalet firm rodzinnych: możliwość rozwiązywania przewidywalnych problemów, z którymi przedsiębiorstwo zetknie się w przyszłości. Jeśli członkowie młodego pokolenia chcą się przyłączyć do firmy, warto ich zachęcić do tego, żeby najpierw zdobyli doświadczenie zawodowe w innym przedsiębiorstwie. Potem należy zapewnić im sensowny program szkoleniowy, związany z ich przyszłymi karierami. Zdaniem polskich przedsiębiorców najważniejszą cechą braną pod uwagę przy wyborze członka rodziny, który będzie jako następny kierował firmą, jest jego zainteresowanie tą rolą (24 proc.). Inne pożądane czynniki to zwykle doświadczenie zawodowe w przedsiębiorstwie rodzinnym (23 proc.), a następnie doświadczenie zdobyte poza firmą (20 proc.).

Autor przytacza przykłady firm, w których właściciele wzbraniali się przed myślą o oddaniu władzy, a sprawa sukcesji stała się jest jednym z głównych powodów podziałów i napięć, które odbiły się negatywnie na życiu rodzinnym i na wynikach firmy. W swojej książce opisuje cztery typy stylu odejścia założycieli z rodzinnych firm, dzieląc ich na „monarchów”, „generałów”, „ambasadorów” i „zarządców”. W firmach zarządzanych przez osoby reprezentujące dwa pierwsze typy, które dominują w przedsiębiorstwach rodzinnych, do przejęcia sterów dochodzi na skutek śmierci właściciela lub, jak nazywa to Leach, „przewrotu pałacowego”.

Peter Leach jest partnerem Deloitte w Wielkiej Brytanii, od ponad 30 lat doradza firmom rodzinnym z całego świata w prowadzeniu ich biznesu i pokonywaniu barier towarzyszących ich rozwojowi. Pełni funkcję przewodniczącego rady doradczej brytyjskiej organizacji Institute for Family Business i zasiada w innych podobnych gremiach w Wielkiej Brytanii oraz w Indiach. Jest profesorem Imperial College w Londynie; specjalizuje się w zagadnieniach dotyczących działalności firm rodzinnych i jest powszechnie uznawany za pioniera tej problematyki, twórcę systemu myślenia o rodzinnych przedsiębiorstwach. Peter Leach jest autorem kilku publikacji poświęconych tej tematyce.

121 proc. na rocznym depozycie

Są kraje, gdzie oprocentowanie depozytów jest dwucyfrowe. Największe odsetki na świecie płacą banki w Argentynie. Jednak deponenci wcale nie mają się z czego cieszyć. Cena drogich depozytów jest bowiem wysoka.

Do niedawna najwyższe odsetki od depozytów płaciły banki w Zimbabwe. Jak podaje Bank Światowy, w 2016 r. oprocentowanie przekraczało 120 proc. w skali roku. Na drugim miejscu w tym rankingu jest Argentyna, gdzie przychód z lokaty po roku od wpłaty do banku wynosi obecnie ponad 20 proc. Dalej na liście jest Madagaskar z 15-procentowym oprocentowaniem. Wysoko kwotują też banki w Indonezji, Iranie i Uzbekistanie – w granicach 14 proc. W krajach geograficznie nam bliższych drogie są depozyty na Ukrainie. Stopa procentowa w bankach przekracza tam 14 proc. W Turcji, czasem porównywanej z Polską, odłożone pieniądze po roku oszczędzania dają 9,9 proc. zwrotu. Nieco mniej płacą banki w Rosji – 8,7 proc.

Inflacja zjada zyski

Liczby te robią wrażenie na klientach polskich banków, którzy mogą liczyć średnio na 1,7-2 proc. odsetek w skali roku. Nie ma jednak czego zazdrościć deponentom w innych krajach. Wysokie oprocentowanie świadczy o tym, że w gospodarce danego państwa nie dzieje się najlepiej, banki dużo płacą za oszczędności, bo koszt pieniądza jest wysoki, a to zazwyczaj jest pochodną bardzo wysokiej inflacji. Skrajnym przykładem jest Zimbabwe, gdzie horrendalnie wysokie odsetki są oznaką faktycznego rozkładu państwa. Od ubiegłego roku rząd w Harare wprowadził górny limit oprocentowania depozytów i kredytów bankowych.

W liberalnych gospodarkach, takich jak Argentyna, wysokie oprocentowanie nie jest w stanie nadążyć za wzrostem cen. Władze kraju od lat próbują zdusić inflację, która w ubiegłym roku wyniosła aż 40 proc. Efektywna stopa procentowa, po uwzględnieniu inflacji, wynosi w Argentynie aż -20 proc. Niekorzystna jest również sytuacja osób oszczędzających w funcie egipskim. Przy nominalnie wysokich stawkach depozytowych, wynoszących 10 proc. dla lokat 12-miesięcznych, wysoka inflacja – 23 proc. w styczniu – zjada nie tylko zysk, ale i kapitał początkowy.

Na granicy zyskowności są lokaty w Brazylii. Średnia cena depozytu jest wysoka i wynosi 12 proc., a inflacja w lutym spadła poniżej 5 proc. Teoretycznie można wypracować niemały zysk. Pytanie tylko, dlaczego banki tak wysoko kwotują, skoro ceny spadają? Sporo o sytuacji na lokalnym rynku mówi stopa procentowa w banku centralnym, która od 2006 r. utrzymywana jest na bardzo wysokim poziomie 14 proc. ze względu na stały problem z utrafieniem w cel inflacyjny, który i tak jest zawieszony wysoko, bo wynosi ponad 6 proc.

Na lokatach nie są też w stanie zarobić Turcy, gdyż stopa inflacji o 2 punkty procentowe przewyższa najlepsze oferty depozytowe banków, oprocentowane w granicach 10 proc.

W innych krajach, jak Rosja, Gruzja, czy Ukraina, oprocentowanie lokat jest wyższe od inflacji. Świadczy to o tym, że banki licytują bardzo wysoko, żeby skłonić mieszkańców do lokowania oszczędności w lokalnej walucie.

Ryzykowna gra

W Polsce mamy i niską inflację – poziom cen ustabilizował się w lutym – i niewielkie zyski z depozytów – na średnim poziomie 1,5 proc. Aktualne oprocentowanie nie satysfakcjonuje deponentów, szczególnie, że świeżo mają w pamięci czasy, gdy na rocznej lokacie można było dostać 6 proc.

Klienci banków w Polsce nie są jednak tymi, którzy zyskują najmniej. Nie trzeba daleko szukać państw z jeszcze niższym oprocentowaniem. W sąsiednich krajach, będących członkami strefy euro, gdzie obowiązują stopy EBC (obecnie na ujemnym poziomie), ceny depozytów są symboliczne. W Estonii na lokacie terminowej można dostać 0,05 proc. Nieco lepiej jest na Słowacji, gdzie oprocentowanie dochodzi do 0,5 proc. Natomiast średnia dla całej strefy euro wynosi 0 proc.

Wyższe oprocentowanie na dalekich rynkach zachęca Polaków do lokowania pieniędzy za granicą, co w czasach wolnego przepływu kapitałów, nie jest trudne. Depozyty w obowiązującej w danym kraju walucie można zakładać poprzez specjalistyczne platformy pośredniczące między bankami i klientami detalicznymi, albo kupując certyfikaty depozytowe banków.

Pokusa jest spora, jednak trzeba pamiętać o ryzykach związanych z taką inwestycją. O ile lokując pieniądze w Unii Europejskiej możemy liczyć na ochronę oszczędności do limitu 100 tys. EUR, to w innych krajach zdajemy się całkowicie na warunki panujące na lokalnym rynku. Koszty związane z tego rodzaju inwestycją w egzotyczne waluty mogą nie przynieść spodziewanych zysków. Warto też pamiętać o ryzyku związanym z możliwością wahań kursu walut – mówi Piotr Marciniak, Dyrektor Zarządzający BGŻOptima.

Zdaniem ekspertów w najbliższym czasie klienci nie powinni spodziewać się wzrostu oprocentowania depozytów. Osoby, które szukają możliwości pomnażania swojego kapitału mają szeroki wachlarz narzędzi inwestycyjnych, które mogą przynieść im oczekiwany, bardziej atrakcyjny zysk. Decydując się na rozpoczęcie inwestowania nie warto jednak kierować się jedynie poszukiwaniem jak najwyższego zwrotu. Ten bowiem może wiązać się też z podwyższonym poziomem potencjalnego ryzyka. Kluczowe, szczególnie dla osób początkujących, jest dobranie produktu do poziomu swojej wiedzy na temat rynku kapitałowego oraz akceptowalnego ryzyka.

Urząd Publikacji Unii Europejskiej tworzy infrastrukturę do obsługi publikowanych ogłoszeń

Urząd Publikacji Unii Europejskiej od maja 2017 roku rozpoczyna wdrażanie infrastruktury do obsługi ogłoszeń publikowanych w Suplemencie do Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej, który jest dostępny również w polskiej wersji językowej w zakładce http://publications.europa.eu/pl/home. Suplement jest bardzo istotnym narzędziem Urzędu, ponieważ obejmuje informacje o publicznych przetargach prowadzonych we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Za realizację tego projektu odpowiadać będzie konsorcjum firm Jouve i Skrivanek.

Codziennie w Suplemencie do Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej ukazują się – zgodnie ze ścisłym harmonogramem publikacji – ogłoszenia o publicznych przetargach prowadzonych w krajach Unii Europejskiej. Projekt ma dla Urzędu znaczenie strategiczne ze względu na wagę przetwarzanych informacji.

Urząd zdecydował się na powierzenie tego projektu konsorcjum firm Skrivanek i Jouve. Oferta tych dostawców zawierała najbardziej kompleksowe rozwiązanie, obejmujące przetwarzanie i tłumaczenie ogłoszeń we wszystkich językach krajów Unii Europejskiej. W związku z przetargiem obaj partnerzy utworzyli konsorcjum, w ramach którego na potrzeby zarządzania projektem powołano zespół liczący około stu dedykowanych pracowników. W ramach realizacji projektu Jouve i Skrivanek stworzą platformę o wysokiej dostępności, umożliwiającą monitorowanie w czasie rzeczywistym ogłoszeń publikowanych codziennie w Suplemencie do Dziennika Urzędowego.

Jouve odpowiadać będzie za odczytywanie, analizowanie i monitorowanie ponad 500 000 ogłoszeń rocznie (w tym m.in. ogłoszeń o zamówieniu i ogłoszeń o udzieleniu zamówienia). Projekt będzie realizowany w systemie „dokładnie na czas” zgodnie z prawnie obowiązującymi terminami publikacji przewidzianymi w dokumentach UE (od 5 do 12 dni). Skrivanek natomiast zadba o tłumaczenie wszystkich ogłoszeń wymagających przekładu w całości lub w części. Co do zasady, zlecenia dotyczyć będą tłumaczenia ogłoszeń instytucji, organów i agencji UE. Skrivanek obsługiwać będzie tłumaczenia w obu kierunkach obejmujące wszystkie języki urzędowe UE.

„Bardzo cieszymy się z zaufania jakim po raz kolejny obdarzyła nas Unia Europejska i jak przy każdym realizowanym projekcie dołożymy wszelkich starań, aby dostarczyć usługi najwyższej jakości. W tym przetargu na pewno dużą wagę odegrało nasze dotychczasowe doświadczenie we współpracy przy unijnych projektach, jak również szerokie spektrum oferowanych tłumaczeń i języków.” – powiedział Vasilijs Ragacevics Dyrektor Zarządzający w agencji tłumaczeń i szkole językowej Skrivanek.

Wybierając ofertę Skrivanek i Jouve, Urząd Publikacji Unii Europejskiej polega na uzupełniającym się doświadczeniu obu partnerów mogących poszczycić się praktycznym doświadczeniem w zarządzaniu złożonymi projektami obejmującymi obieg wielojęzycznych dokumentów.