Dolar ucieka na północ

Środa była dniem kontynuacji spadków na dolarze. Pogorszyła się też sytuacja na amerykańskich parkietach akcyjnych, gdzie spadki sięgnęły kilku procent. Wtorkowe straty odrobił rynek ropy.

Wczorajszy handel toczył się wokół spraw amerykańskich. W centrum zainteresowania był prezydent Trump i kłopoty w jakich znalazł się po doniesieniach byłego szefa FBI. Informacje o rzekomym wywieraniu nacisku na niego przestraszyły inwestorów. Ci obawiają się, że prezydent USA nie będzie miał wsparcia politycznego w procesie realizowania ambitnych planów reform, na które liczono od początku jego kadencji.

Indeks SP500 stracił 1.8% na zamknięciu i były to największe spadki od września 2016. Natomiast indeks NASDAQ zakończył dzień na poziomie 2.5% niższym niż dzień wcześniej. Spadki obecne były też na rynku polski, gdzie indeks WIG20 stracił 1.6%, walcząc o utrzymanie się nad barierą 2300 pkt. Natomiast dziś w nocy poznaliśmy dane z Japonii gdzie PKB wzrósł o 2.2% – czyli lepiej od prognoz. O godzinie 14:30 poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy.

eurusd18052017r

Osłabienie dolara wyraźnie zmieniło sytuacją na wykresie EUR/USD. Rynek doszedł do oporu na wysokości 1.1150. Teraz praktycznie cały obszar aż do 1.1300 jest strefą oporu. Wskaźnik RSI znajduje się w trendzie wzrostowym i dopóki nie zejdzie poniżej widocznej na wykresie swojej linii wzrostowej, to nadzieje byków będą wciąż żywe. Czysto teoretycznie rynek mógłby spróbować wejść nawet na 1.1400. Wsparcia należy szukać przy 1.0975.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

J.W. Construction Holding S.A. po I kwartale 2017 r.

W I kwartale 2017 roku sprzedaż lokali we wszystkich inwestycjach J.W. Construction utrzymała się na stabilnym i zgodnym z założeniami poziomie. Spółka znalazła nabywców na 401 lokali. To o 17% więcej niż w analogicznym okresie roku 2016, kiedy deweloper sprzedał 343 lokale. Przychody netto Grupy w analizowanym okresie były równe 74 mln zł, przy marży brutto ze sprzedaży na poziomie prawie 25%. Natomiast zysk netto wyniósł 2,1 mln zł.

Małgorzata Szwarc-Sroka, Członek Rady Nadzorczej J.W. Construction Holding S.A.
Małgorzata Szwarc-Sroka, Członek Rady Nadzorczej J.W. Construction Holding S.A.
Małgorzata Szwarc-Sroka, Członek Rady Nadzorczej J.W. Construction Holding S.A. nadzorujący Pion Ekonomiczny i Biuro Relacji Inwestorskich ocenia wyniki Spółki:

Wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2017 roku są odzwierciedleniem przekazanych mieszkań z inwestycji Bernadowo Park w Gdyni, zakończonej w IV kwartale 2016 roku. W sumie w I kwartale przekazano 146 lokali. W następnych miesiącach będzie dużo więcej przekazań, głównie z kończonych w bieżącym roku inwestycji warszawskich (Bliska Wola, Zielona Dolina II) i Nowego Tysiąclecia w Katowicach, które łącznie obejmują prawie 1 500 jednostek. Oczywiście, będzie to miało znaczące przełożenie na przyszłe wyniki Spółki.

W I kwartale Grupa prowadziła budowę dużej liczby projektów na ponad 4 400 lokali. Ta pula tylko z realizowanych już budów stanowi potencjał do przekazań i tym samym możliwości rozpoznania ich w wyniku na najbliższe 3-4 lata. Niezależnie, na bazie posiadanego banku gruntów, Spółka planuje uruchomić nowe inwestycje na blisko 3 200 lokali.

Wykorzystujemy utrzymującą się dobrą koniunkturę na rynku nieruchomości oraz dostosowujemy naszą ofertę do potrzeb klientów i inwestorów. Na posiadanym atrakcyjnym banku gruntów intensywnie przygotowujemy kolejne inwestycje – jeszcze w 2017 roku planujemy rozpoczęcie realizacji projektów na około 2 000 lokali. Ponadto rozszerzamy naszą ofertę obiektów aparthotelowo-komercyjnych. Oprócz realizowanych już kolejnych etapów Woli Invest przy ul. Kasprzaka i zrealizowanego aparthotelu w Alejach Jerozolimskich, w planach są dwa następne projekty: przy ul. Pileckiego na warszawskim Ursynowie oraz przy ul. Spokojnej w Gdyni.

Jako Spółka znajdujemy się obecnie w bardzo dobrym momencie, co jest wynikiem przyjętej strategii. W trakcie budowy jest wiele inwestycji, poziom sprzedaży wszystkich projektów jest w naszej ocenie bardzo dobry i zgodny z naszymi planami, co ma przełożenie na bardzo zadawalające przepływy finansowe.

Istotnym wydarzeniem dla Spółki w I kwartale 2017 roku było pozyskanie finansowania i start budowy apartamentowca Hanza Tower w Szczecinie, nowoczesnego kompleksu ekskluzywnych apartamentów, powierzchni biurowych i komercyjnych. Posiadający 31 kondygnacji wieżowiec będzie najwyższym budynkiem w Szczecinie. Znajdzie się w nim prawie 500 apartamentów i penthouse’ów.

W I kwartale 2017 roku ruszyła także budowa ostatniego etapu osiedla Nowe Tysiąclecie w Katowicach, składającego się z trzech wież na prawie 350 mieszkań. To kontynuacja atrakcyjnego projektu, który otrzymał tytuł Inwestycji na medal w kategorii: Osiedle Przyjazne Rodzinie i tym samym został uznany za najlepszą inwestycję mieszkaniową zrealizowaną w ciągu ostatnich dwóch lat na Śląsku.

Ponadto Spółka rozpoczęła realizację kolejnego etapu osiedla domów jednorodzinnych Villa Campina koło Ożarowa Mazowieckiego. Znajdzie się tam 21 domów w zabudowie szeregowej.

Rozwój segmentu aparthotelowego

Realizacja projektów aparthotelowo-komercyjnych jest jednym z elementów przyjętej przez Spółkę strategii rozwoju. Obecnie J.W. Construction realizuje projekty aparthotelowe w dwóch warszawskich lokalizacjach. Są to Apartamenty Varsovia Jerozolimskie oraz Wola Invest przy ul. Kasprzaka. Dodatkowo w planach na 2017 rok jest realizacja kolejnego etapu przy ul. Kasprzaka, który obejmuje aż 17 000 m2 powierzchni aparthotelowo-usługowej.

Spółka oczekuje na pozwolenie na budowę dwóch kolejnych projektów: aparthotelu przy ul. Pileckiego w Warszawie oraz przy ul. Spokojnej w Gdyni.

Wyprzedaż na Wall Street. Co dalej z kursem dolara?

Prawie dwuprocentowe spadki na Wall Street w środę dają do myślenia posiadaczom ryzykownych aktywów, choć najmniej kochanym na rynku pozostaje USD. Bezpieczne przystnie są w cenie, a wskaźniki zmienności odbijają od minimów. Handel w czwartek wydaje się spokojny, ale to tylko do czasu kolejnej rewelacji z Waszyngtonu.

Skandal polityczny wokół prezydenta USA D. Trumpa dalej trwa, kładąc się cieniem na perspektywach skutecznego prowadzenia polityki gospodarczej, reformy podatkowej i wzmocnienia ożywienia. Optymizm trzymający wysoko indeksy giełdowe zaczyna się sypać niczym domek z kart. USD pozostaje nisko, rośnie popyt na bezpieczne złoto, obligacje, JPY, CHF, a nawet EUR. Według ostatnich doniesień powołano specjalną komisję, która przyjrzy się zarzutom dotyczącym rzekomego wpływu Rosji na przebieg wyborów w 2016 r. W przyszłym tygodniu ma też być przesłuchany były szef FBI J. Comey w sprawie nacisków na niego ze strony D. Trumpa. W całym tym zamieszaniu pytaniem jest, jak duże może być jeszcze dalsze osłabienie dolara? Można spokojnie założyć, że polityczny skandal wokół Trumpa nie zostanie szybko odpuszczony przez media. Jednocześnie bardzo możliwe, że inwestorzy z czasem przejdą nad ta sprawą do porządku dziennego, w rezultacie negatywna presja wokół USD osłabnie. Zawiązanie specjalnej komisji oznacza wielomiesięczne śledztwo, które w większości będzie się toczyć bez udziału fleszy. Z drugiej strony każdy dzień może przynieść nowe sensacje, które będą zwiększać prawdopodobieństwo impeachmentu. Sytuacja jest dynamiczna i jeden dzień bez nowych informacji póki co daje tylko podstawę do korekty. Nic więcej.

Dziś wiele będzie zależeć od tego, czy parkiety w Europie podchwycą wyprzedaż z Wall Street, czy zdobędą się na samodzielność? Rynki działają jak naczynia połączone i wyprzedaż na rynku akcji wysyła jasny sygnał dla innych klas aktywów, więc ostatnie rajdy surowców, albo walut rynków wschodzących mogą zostać brutalnie zakończone. Indeks strachu VIX (wskaźnik implikowanej zmienności S&P500) w jedną dobę wymazał całe uspokojenie (spadki), jaki przyszło po wygranej E. Macrona w pierwszej turze wyborów prezydenckich Francji. Nie licząc napięć związanych z Koreą Północną w połowie kwietnia, inwestorzy nie byli tak „niespokojni” od listopada. To może dać pretekst do głębszego schłodzenia nastrojów, szczególnie, że S&P500 od marca nie może poradzić sobie z poprawa szczytów. Jeśli coś nie chce iść w górę…

Z publikowanych danych za nami już solidne dane z rynku pracy Australii, które mogą przynieść oddech ulgi dla RBA, choć inne dane z gospodarki wciąż sugerują słabość popytu wewnętrznego. Wysoki wzrost zatrudnienia na niepełny etat sugerują niską presję płacową, co nie pomoże przyspieszeniu inflacji, a w konsekwencji AUD może wiele nie wynieść z raportu. Sprzedaż detaliczna w Wielkiej Brytanii ma wzrosnąć w kwietniu o 1,1 proc. m/m, ale niech to nie zwiedzie nikogo, że dane są dobre. Efekty sezonowe oraz fatalny wynik sprzedaży w marcu (-1,8 proc.) odpowiadają za odbicie. Konsumpcja prywatna słabnie, a Brytyjczycy odczuwają skutki słabego funta i wyższej inflacji. Po południu z Polski dostaniemy dane z rynku pracy, które powinny przejść bez echa. Wczoraj RPP potwierdził, że nie spieszy się do zmiany nastawienia i złoty podlega większemu wpływowi sytuacji globalnej z ryzykiem powrotu EUR/PLN pod 4,2250. W USA oczekiwany spadek indeksu Fed z Filadelfii raczej nie pomoże USD. Dziś mamy też sporo wystąpień przedstawicieli ECB z prezesem Draghim na czele oraz minutki z ostatniego posiedzenia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kolejny wyrok przeciwko Bankowi Millennium w sprawie kredytu CHF

Ogłoszono kolejny wyrok przeciwko Bankowi Millennium, w którym sąd stwierdził, że umowa jest nieważna od początku jej zawarcia. Uznał też, że to umowa w złotówkach, a element indeksacji powoduje, że jest to swego rodzaju hybryda, która posiada cechy swoiste dla kredytu walutowego. Uznano, że taka umowa nie odpowiada konstrukcji art. 61 ust. 1 prawa bankowego i w konsekwencji zasądzono roszczenia dla powódki.

– Klauzule banku Millennium są wpisane do rejestru UOKiK, w tym wypadku nie należało więc badać już ich abuzywności – powiedziała agencji eNewsroom.pl Barbara Garlacz, radca prawny – Jest to kwestia przesądzona, a wyrok z UOKiKu ma charakter pro iudicato dla tej sprawy.

Kolejną rzeczą wspomnianą przez sąd jest brak wpływu ustawy antyspreadowej na roszczenia powoda. Może ona regulować sposoby rozliczania tego typu kredytów tylko w przyszłości, nie dotyczy jednak okresu przeszłego.

Sąd podzielił argumenty w kwestii klauzuli indeksacyjnej, która wystawiała powoda na nieograniczone ryzyko – zwłaszcza w kontekście swoistych elementów istotnych dla kredytu walutowego. Zasądzono roszczenie wobec banku zarówno w złotówkach, jak i we frankach szwajcarskich. Powód część kredytu spłacał bowiem w jednej, a część w drugiej walucie.

Sąd kierował się zatem zasadą, według której roszczenie powinno być zasądzone w walucie takiej, w jakiej kredyt był spłacany. Tego typu roszczenia mają charakter roszczeń o świadczenie nienależne i przedawniają się z upływem 10 lat od ich uiszczenia.

Wyrok póki co jest nieprawomocny, jednak powódka zaprzestała już spłaty kredytu. W konsekwencji jeżeli wyrok ten zostanie utrzymany oznacza to, że nie musi ona spłacać dalszej jego części. Kwestie ewentualnych wzajemnych rozliczeń z uwzględnieniem zarzutu przedawnienia lub potrącenia, będą zapewne uregulowane w sposób ugodowy z bankiem albo staną się przedmiotem kolejnej sprawy. Sąd nie zajmował się zasadnością powyższych zarzutów, ponieważ nie stanowiły one elementów, co do których wymiar sprawiedliwości musiałby orzekać w tej sprawie – dodała Garlacz.

Edycja: 14:16  18.05.2017

Pani Iwona Jarzębska, Rzecznik Prasowy Banku Millennium komentuje:

Jest to wyrok nieprawomocny i odosobniony. Bank złoży w tej sprawie apelację. W ocenie Banku umowy kredytowe, podobnie jak klauzula indeksacyjna, są ważne i obowiązują zarówno Bank jak i kredytobiorców. Orzeczenia wydane do tej pory przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej i zdecydowana większość orzeczeń wydanych przez polskie sądy potwierdziły ważność umów dotyczących kredytów walutowych indeksowanych oraz denominowanych w CHF, jak również istnienia i skuteczność należności wobec banków wynikających z tych kredytów.

Bank oferując kredyty indeksowane do walut obcych przestrzegał przepisów prawa oraz rekomendacji organów nadzoru w tym Rekomendacji  S. Jednocześnie zwracamy uwagę, że dotychczas nie zapadł przeciwko Bankowi Millennium żaden prawomocny wyrok, w którym zakwestionowano by ważność umów kredytów walutowych indeksowanych zawieranych przez Bank z klientami. Bank nie został również prawomocnie zobowiązany do zwrotu rat kredytu poddanych indeksacji w jakiejkolwiek części.

Przesyłam również  informację o jedynym prawomocnym wyroku, który zapadł dotychczas w kwestii frankowej. I jest on na korzyść banku.

Pozytywne dla Banku Millennium, prawomocne rozstrzygnięcie Sądu Rejonowego w Warszawie w sprawie kredytu hipotecznego indeksowanego do franka szwajcarskiego.

W dniu 3 marca 2017 roku Sąd Rejonowy w Warszawie nadał klauzulę wykonalności prawomocnemu wyrokowi wydanemu przez ten sąd w sprawie o sygn. akt I C 3561/15.

Przypomnijmy, w dniu 27.09.2016 Sąd Rejonowy w Warszawie oddalił powództwo kredytobiorcy Banku Millennium domagającego się rozliczenia kredytu hipotecznego indeksowanego do franka szwajcarskiego według kursu średniego Narodowego Banku Polskiego. Wyrok jest prawomocny.

W pisemnym uzasadnieniu wyroku Sąd stwierdził, że klauzula indeksacyjna jest wiążąca dla stron umowy kredytu. Uznana za abuzywną przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów jest jedynie klauzula umowna pozwalająca bankowi określać kurs franka szwajcarskiego. Zdaniem Sądu nie prowadzi to jednak w sposób automatyczny do uznania, że klauzula ta jest niedozwolona w konkretnej umowie z konsumentem. Sąd uznał, że kluczowe znaczenie miało wejście w życie tzw. ustawy antyspreadowej w 2011 roku, na mocy której kredytobiorca miał prawo do dokonywania spłaty rat we frankach szwajcarskich, które mógł kupić na wolnym rynku. Równocześnie Sąd stwierdził, że przed wejściem w życie tzw. ustawy antyspreadowej kursy franka szwajcarskiego stosowane przez bank były rynkowe, a odchylenie kursu banku od kursu NBP nieznaczne. W konsekwencji Sąd uznał, że nie doszło do naruszenia dobrych obyczajów, a co za tym idzie również interesów kredytobiorcy.

Co dalej z kursem złotego?

Inwestorzy zadają sobie pytanie, czy to już koniec mocnego złotego, czy też będziemy widzieli kolejne dołki? Wspominaliśmy już wielokrotnie, że kurs złotego jest zależny od kursu EURUSD i to w sumie dalsze losy wyceny złotówki zależą od tego, czy inwestorzy w dalszym ciągu będą osłabiać dolara i wierzyć w moc wspólnej waluty.

Obecnie jest wiele czynników gospodarczych i politycznych przemawiających za mocną wspólną walutą, tylko czy aby na pewno dolar będzie w najbliższym czasie taki słaby? Specjaliści prześcigają się w wycenie EURUSD na koniec roku, wskazując poziomy 1,15 – 1,18, tylko że Ci sami specjaliści jeszcze 4 miesiące temu przekonywali wszystkich, że dojdzie do parytetu na EURUSD.

Zatem czy nie jesteśmy świadkami sytuacji momentu, gdzie zewsząd słyszymy o mocnym ruchu na północ, a w rzeczywistości większość tego ruchu mamy już za sobą? Naszym zdaniem należy traktować zapowiedzi o silnym EUR z dużym spokojem i należytą ostrożnością, gdyż niedowartościowanie dolara na szerokim rynku jest już dosyć spore.

Jeśli chodzi o EURPLN, to jesteśmy w bardzo ciekawy miejscu. Naszą analizę oparliśmy na wykresie tygodniowym, gdzie jesteśmy przy dolnym ograniczeniu kanału wzrostowego. Dodatkowo w tym miejscu wypada mierzenie 61,8% Fibo impulsu wzrostowego mierzonego od kwietnia 2015 do stycznia 2016 roku. Poziom ten został już wybity cieniem obecnej świecy i niezmiernie istotne jest zamknięcie świecy tygodniowej.

Jeśli zamknięcie nastąpi poniżej poziomu Fibo, jest duża szansa do wybicia się ceny z kanału dołem i test poziomu 4,09, gdzie wypada kolejne głębsze mierzenie Fibo. Taki scenariusz jest możliwy i z punktu widzenia graczy na rynku forex nawet bardzo pożądany. Na dolnym ograniczeniu kanału zlokalizowane są transakcje oczekujące, a także stop lossy graczy oczekujących na zwyżki od 2-3 tygodni.

Już zauważyliśmy pierwszą reakcję popytu w momencie testu linii kanału, a dynamika powrotu na północ była dość duża, co świadczy o powadze tego poziomu. W przypadku gdy świeca tygodniowa zamknie się powyżej poziomu 61.8% Fibo, będzie to sygnał dla kupujących, iż impuls spadkowy mógł dobiec końca, a na rynek wkroczyły byki. W takim przypadku już w najbliższych tygodniach może nastąpić duża reakcja popytowa.

Kurs Euro do złotegoW krótszej perspektywie, na wykresie H4 jest szansa na kolejną realizację formacji 1 do 1 tj. równości korekt w trendzie spadkowym. Górne ograniczenie formacji wypada przy 4,2115. Po jego zaksięgowaniu powinno dojść do lokalnej korekty i decyzji rynku co dalej. Wsparciem dla ceny będzie poziom mierzenia 61,8% Fibo (4,1870), a następnie linia kanału trendowego (poniżej 4,18). W przypadku ruchu w górę oporem będzie linia trendu spadkowego (niebieska linia), a następnie poziom mierzenia 50% Fibo (4,2535). Dalsze losy pary EURPLN powinny się rozstrzygnąć na poziomie 4,1870. W przypadku kiedy popytowi uda się wybronić to wsparcie, jest szansa do sporego ruchu w górę.

Kurs złotego do euroKomentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Europa Środkowa i Wschodnia: silna dynamika rozwoju

Dobra dynamika wzrostu PKB Polski w I kwartale br. nie jest zjawiskiem odosobnionym w naszym regionie – towarzyszy i sprzyja jej szybszy wzrost PKB w tym czasie również w innych krajach naszego regionu. Eksperci Euler Hermes przewidują, że w związku z tym tempo wzrostu PKB naszego regionu w całym 2017 wzrośnie do 3,2% (z 2,9% w 2016 roku).

  • Wysoka dynamika rozwoju w grupie 11 krajów członkowskich UE z Europy Środkowej i Wschodniej: po I kwartale wyniosła ona +3,9% w ujęciu rocznym (wobec +2,8% po IV kwartale 2016)
  • W przypadku kraju o najwyższym aktualnie wzroście PKB w omawianej grupie krajów – Rumunii (+5,6%) dużą rolę odgrywa silny popyt wewnętrzny wsparty zachętami fiskalnymi
  • W przypadku Polski, Litwy Łotwy i Węgier dużą rolę we wzroście PKB
    w I kwartale odegrały dobre wyniki sektorów produkcyjnego i usługowego, a ponadto w przypadku Polski i Łotwy – także budownictwa

Pierwsze szacunki wskazują, że realna stopa wzrostu PKB w grupie 11 krajów członkowskich UE regionu Europy Środkowej i Wschodniej odzyskała w 1-szym kwartale roku silną dynamikę rozwoju, wzrastając do mniej więcej +3,9% w ujęciu rocznym (z +2,8% w 4-tym kwartale roku 2016). Kluczowy czynnik tego rozwoju stanowi raz jeszcze Rumunia, w której przypadku stopa wzrostu PKB wyniosła w 1-szym kwartale +5,6% w ujęciu rocznym (+5% w 4-tym kwartale), dzięki wciąż wysokiej dynamice wzrostu popytu na rynku krajowym, wspartej zachętami fiskalnymi. Stopa inflacji zasadniczej pozostaje niska (0,6% w ujęciu rocznym w kwietniu) dzięki kolejnym obniżkom stawek podatku VAT, jakie miały miejsce w okresie ostatnich 2 lat. Niemniej jednak, konieczne jest monitorowanie ryzyka przegrzania krajowej gospodarki.

Jeśli chodzi o pozostałe kraje, skorygowana o czynniki sezonowe realna stopa wzrostu PKB wyniosła +4,1% w ujęciu rocznym zarówno w Polsce, jak i na Litwie, a także +3,9% w ujęciu rocznym na Łotwie i +3,7% w ujęciu rocznym na Węgrzech, przede wszystkim dzięki dobrym wynikom w sektorze przemysłowym oraz usługowym, jak również – w przypadku Polski i Łotwy – w branży budownictwa. Silny popyt zewnętrzny, w połączeniu ze wzrostem wydatków gospodarstw domowych, miał kluczowe znaczenie dla osiągnięcia przez Republikę Czeską wzrostu PKB o +2,9% w ujęciu rocznym. W 1-szym kwartale roku, także wzrost PKB Słowacji (+3,1% w ujęciu rocznym) i Bułgarii (+3,4% w ujęciu rocznym) pozostawał solidny, a dane te praktycznie nie uległy zmianie w porównaniu z kwartałem poprzednim. Przewidujemy, że średnia stopa wzrostu PKB w ujęciu całorocznym 11 krajów członkowskich UE regionu Europy Środkowej i Wschodniej wzrośnie w roku 2017 do +3,2% (w porównaniu z +2,9% w roku 2016).

Obligacje korporacyjne biją „spółki dywidendowe”

Część inwestorów kupuje akcje spółek giełdowych, ponieważ spółki te w przeszłości wypłacały dywidendę i deklarują, że będą to robiły w przyszłości. Niektóre z nich z czasem przestają jednak wypłacać dywidendę, co z reguły wiąże się ze sporym spadkiem cen akcji. Czy zamiast inwestować w akcje spółek dywidendowych nie lepiej jest inwestować w obligacje korporacyjne, które regularnie wypłacają kupon? W tym artykule odpowiem ile można było zarobić na spółkach dywidendowych i jakie oprocentowanie oferują obligacje korporacyjne.

Klasycznym przykładem spółki, która była kojarzona jako „dywidendowa”, a która przestała się dzielić zyskami z akcjonariuszami jest Orange Polska. Spółka od ponad 10 lat wypłacała akcjonariuszom dywidendę, ale nie zrobi tego w 2017 r. Poziom dywidendy za 2015 r. nie rozpieszczał inwestorów, ale trudno było się spodziewać, aby rok później akcjonariusze nie otrzymali w ogóle dywidendy. Konsekwencją braku wypłaty dywidendy był znaczący spadek kursu akcji. Przypadków podobnych do Orange jest więcej. Podobny los podzielili akcjonariusze takich spółek jak np. PKO BP, Tauron, Enea czy też LW Bogdanka.

Istnieje indeks giełdowy (WIGdiv) w skład którego wchodzą spółki dywidendowe. Problem w tym, że spółka „dywidendowa” może z niego wypaść, jeśli przestanie płacić dywidendę. I tak pod koniec kwietnia 2017 r. Giełda Papierów Wartościowych poinformowała, że indeks WIGdiv opuści Orange. Warto zaznaczyć, że jest to indeks dochodowy, a więc uwzględnia wypłaty dywidend. Datą bazową indeksu był ostatni dzień 2010 r. Na przestrzeni 6 lat i jednego kwartału (tj. w okresie 2011 – 1Q17) indeks ten urósł o 12,8 proc., co daje średnioroczny zysk rzędu 1,9 proc.

Przyjrzyjmy się jakiego oprocentowania można oczekiwać na giełdowym rynku obligacji korporacyjnych. Na koniec kwietnia 2017 r. najniższe bieżące oprocentowanie – dla komercyjnej spółki, której wartość nominalna jednej obligacji wynosiła nie więcej niż 1 000 zł – było równe 2,76 proc. w skali roku. Takie oprocentowanie oferowały papiery dłużne serii GPW0122 o łącznej wartości 120 mln zł wyemitowane przez Giełdę Papierów Wartościowych. Kolejną taką serią były obligacje ORB0620 wyemitowane przez Orbis (wartość nominalna 300 mln zł). Z kolei np. obligacje serii PK11117 wyemitowane przez PKN Orlen na kwotę 100 mln zł miały bieżące oprocentowanie równe 3,1 proc. Były to przykładowe emisje o jednych z najniższych marżach na rynku, a mimo tego i tak przewyższały średnioroczny zysk indeksu WIGdiv. Co istotne, bieżące oprocentowania ww. serii oparte są o stawkę WIBOR 6M, która obecnie wynosi 1,8 proc. Gdyby prześledzić jak zachowywała się ta stawka w okresie istnienia indeksu WIGdiv, to się okazuje, że średnia wartość WIBOR 6M w tym okresie wynosiła 3,1 proc. Dokładając do tego marżę z powyższych serii rzędu 1-1,3 proc., obligatariusz mógł zarobić ok. 4-4,4 proc. Warto jeszcze wspomnieć, że kilka lat temu emitenci oferowali wyższe niż obecnie marże, a więc zarobek mógł być jeszcze wyższy (np. obligacje GPW wyemitowane w styczniu 2017 r. miały marżę o ponad 0,2 pkt. proc. niższą niż obligacje tego emitenta wyemitowane w 2012 r.).

Oczywiście, nie oznacza to, że spółki które wypłacają dywidendę nie mogą dawać lepszego zarobku niż obligacje. Najlepszym tego przykładem jest PCC Rokita, która na giełdzie ma notowane zarówno akcje, jak i obligacje. Bieżące oprocentowanie notowanych obligacji tej spółki waha się od 5 do 6,8 proc. Akcje spółki zadebiutowały na giełdzie w czerwcu 2014 r., a więc ok. 3 lata temu. Cena emisyjna wynosiła 33 zł, a pod koniec kwietnia 2017 r. cena akcji wynosiła ok. 85 zł. Warto wspomnieć, że w międzyczasie trzykrotnie była „odcinana” dywidenda od kursu. Sumaryczna wartość nominalna dywidend wypłaconych przez spółkę za ostatnie 3 lata była równa 15,5 zł. W przypadku tej spółki dotychczas zdecydowanie lepszą okazała się inwestycja w akcje, a nie obligacje tej spółki.

Niektórzy inwestorzy kupują akcje spółek tylko dlatego, że wypłacały one dywidendę. Warto zmienić to podejście, ponieważ część spółek, które w przeszłości to robiły, przestaje wypłacać w przyszłości, co przekłada się na znaczące straty na inwestycji. Powyższe wyliczenia pokazują, że bieżące oprocentowania obligacji korporacyjnych oferują wyższe oprocentowanie niż wynosi średnioroczna stopa zwrotu z indeksu WIGdiv, a gdyby uwzględnić historyczne warunki na rynku długu, to różnice byłyby jeszcze większe. Dodatkowo, obligacje korporacyjne posiadają jeszcze jedną cenną cechę z punktu widzenia niektórych inwestorów. Ceny obligacji z reguły nie ulegają istotnym wahaniom.

Piotr Ludwiczak, Head of Research, Dom Maklerski Michael/Ström

Co Polacy wiedzą o pszczołach – wyniki badania

Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin przeprowadziło ogólnopolskie badanie, którego celem było sprawdzenie wiedzy Polaków na temat pszczół[i]. Z ankiety wynika, że ogólny poziom świadomości polskiego społeczeństwa na temat pszczół jest bardzo niski. Polacy posługują się niesprawdzonymi informacjami, a wiele osób przyznaje, że nie zna podstawowych faktów dotyczących pszczół – przy tym większość ankietowanych ma mylne poczucie, że w Polsce jest ich niedostatecznie dużo.

Najpowszechniejsze mity o pszczołach

Większość Polaków (64%) ma świadomość, że pszczoły miodne nie są jedynymi owadami zapylającymi. Niekoniecznie jednak są świadomi, że oprócz pszczoły miodnej w zapylaniu uczestniczą również tzw. dzikie zapylacze (m. in. gatunki pszczół dziko żyjących, ale również motyle, chrząszcze czy muchówki), których na świecie żyje setki tysięcy gatunków. Samych owadów pszczołowatych żyje na świecie około 25 000 gatunków, a w Polsce ponad 460 gatunków.

Jedynie 25% osób wie, że w sezonie wiosenno-letnim w ulu mieszka aż 30 000 – 70 000 pszczół. Jeszcze mniej Polaków (14%) ma świadomość, że pojedyncza pszczoła żyje jedynie około 42 dni. Podobnie niewielu (15%) respondentów wie, że pszczoła zbiera pożytek jedynie w ciągu 21 dni swojego życia.

Polacy są przekonani o tym, że w kraju istnieje „problem pszczół” – 77% osób uważa, że w Polsce brakuje pszczół, a 71% jest zdania, że pszczoły masowo giną. Tymczasem w Polsce od lat 90. odnotowuje się stały przyrost liczby rodzin pszczelich o ok. 3-4% w skali roku. Obecnie w naszym kraju żyje ponad 60 miliardów pszczół, w 1,5 mln rodzinach pszczelich[ii].

Aż 75% Polaków uważa, że pszczoły giną z uwagi na niewłaściwe stosowanie środków ochrony roślin. Prawda jest dla większości Polaków mocno zaskakująca. Jedną z najczęstszych przyczyn upadku rodzin pszczelich są wirusy i pasożyty: przede wszystkim roztocza warrozy. Do grona licznych czynników zagrażających pszczołom zaliczamy również: bakterie i choroby układu pokarmowego pszczół, niewystarczającą ilość pożywienia w okresie zimowym, zmiany meteorologiczne i stosowanie nieprawidłowych praktyk pszczelarskich. Upadki rodzin pszczelich spowodowane niewłaściwym stosowaniem środków ochrony roślin stanowią około 0,5% zdarzeń w skali roku[iii].

Często niewłaściwie rozumianym przez statystycznego Polaka zjawiskiem są upadki rodzin pszczelich, do których dochodzi zimą i wczesną wiosną. Są to tzw. straty zimowe pszczół i jest to zjawisko zupełnie naturalne, ale też potęgowane przez obecność pasożytów i chorób pszczół w ulu. Straty zimowe zależą od temperatur w zimie i warunków klimatycznych panujących wczesną wiosną. Mogą również wynikać również z nieodpowiedniego zakarmienia i przygotowania pszczół na zimę. Istotne są też gwałtowne zmiany pogodowe i przedłużająca się zimna wiosna: gdy roje się już obudziły, a nie mają możliwości oblotu z uwagi na niską temperaturę otoczenia, mogą nie mieć w ulu pokarmu i wymrzeć z głodu. W zeszłym roku średnie straty rodzin pszczelich wynikające z zimowania wyniosły w Polsce średnio blisko 13%. W niektórych województwach (warmińsko-mazurskie, zachodniopomorskie, lubelskie, śląskie) wskaźnik ten dochodził do 35%.

Badanie zostało przygotowane w związku z inicjatywą ustanowienia Światowego Dnia Pszczół, który będzie obchodzony corocznie 20 maja. Pierwsze oficjalne obchody (po zatwierdzeniu terminu podczas lipcowej, 40. sesji konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa) będą mieć miejsce w 2018 roku.

[i]Badanie zostało przeprowadzone przez pracownię badawczą Maison & Partners na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków w listopadzie 2016 roku.

[ii] Źródło danych: http://www.inhort.pl/files/program_wieloletni/PW_2015_2020_IO/spr_2016/4.3_2016_Sektor_pszczelarski_w_Polsce.pdf

[iii] Źródło danych: http://www.inhort.pl/files/program_wieloletni/PW_2015_2020_IO/spr_2016/4.3_2016_Sektor_pszczelarski_w_Polsce.pdf

Instytut Staszica: Polskie górnictwo należy związać z energetyką i postawić na czyste technologie węglowe. Konieczne długoterminowe zmiany w infrastrukturze energetycznej

Instytut Staszica: Polskie górnictwo należy związać z energetyką i postawić na czyste technologie węglowe. Konieczne długoterminowe zmiany w infrastrukturze energetycznej 1

Kluczem do sukcesu jest spojrzenie na polską energetykę jako na jeden organizm połączony ze sobą siecią wzajemnych zależności. Jeśli damy górnictwu szerokie możliwości dla wykorzystania innowacyjnych, a przede wszystkim, czystych technologii węglowych, to w perspektywie 2020 roku będzie można mówić o dużej szansie rozwojowej dla całego sektora energetycznego – ocenia Jerzy Kurella, ekspert Instytutu Staszica. Łącznie na modernizację i nowe inwestycje w polskiej energetyce potrzeba ponad 200 mld zł. Zdaniem eksperta konieczne jest jednak długoterminowe i całościowe podejście do polskiej energetyki.

– Moim zdaniem nie można mówić o rentowności kopalń i o sanacji polskiego górnictwa bez mocnego związania całego sektora z energetyką. Nie jest tak, że kopalnie funkcjonują w oderwaniu od gospodarki. Zdecydowana większość obecnie funkcjonującej energetyki zawodowej jest oparta na węglu kamiennym lub na węglu brunatnym, jak ma to miejsce w przypadku Polskiej Grupy Energetycznej. W związku z tym nie można rozdzielać problemów, które występują w obszarze górnictwa, od kwestii rozwoju energetyki, ponieważ zagrożenia dla jednej branży siłą rzeczy przenoszą się na drugą – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Kurella, ekspert Instytutu Staszica.

W Polsce udział węgla w produkcji energii elektrycznej wynosi ok. 87 proc., z czego znacząca część wytwarzana jest z węgla kamiennego. Niskie ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla powodują, że poważnie rozważa się budowę kolejnych bloków węglowych. Prognozy Krajowej Agencji Poszanowania Energii przygotowane na zamówienie Ministerstwa Gospodarki z 2015 roku wskazują, że w 2050 roku udział węgla kamiennego w produkcji energii elektrycznej spadnie do 33 proc., a węgla brunatnego do 5 proc.

– Szansa rozwojową dla polskiego sektora górniczego jest jego trwałe połączenie z energetyką. Warunkiem koniecznym jest oczywiście właściwe zbilansowanie obszaru wytwarzania z obszarem wydobycia w ramach pionowo skonsolidowanych przedsiębiorstw. Żeby tego dokonać, trzeba zmienić paradygmat myślenia o górnictwie, odchodząc od prostego spalania węgla do modelu, którego istotą jest wykorzystanie węgla, w tym przede wszystkim węgla niskiej jakości i odpadów węglowych, do procesu jego zgazowania. Jeśli potraktujemy górnictwo jako szansę dla rozwoju nowych technologii, to poprzez wykorzystanie technologii zgazowania czy z czystej obróbki mamy możliwość w perspektywie 2020 roku stwierdzić, że mówimy nie o problemie górnictwa, tylko o wielkiej szansie, przed którą stanie cały sektor energetyczny – tłumaczy Kurella.

Obecnie w Polsce niemal wszystkie grupy energetyczne pracują nad technologią zgazowania węgla, plany jej wdrożenia przemysłowego ma także resort energii. Technologia ma pozwolić na efektywne wykorzystanie węgla kamiennego i jego ekologiczne spalanie. Zdaniem ekspertów choć zgazowanie węgla pochłania więcej energii i jest droższe niż spalanie węgla w zwykłych instalacjach, to mniej oddziałuje na środowisko ze względu na niższą emisję dwutlenku węgla i innych szkodliwych dla środowiska substancji, takich jak rakotwórczy benzo(a)piren.

Jak podkreśla ekspert Instytutu Staszica, polskie górnictwo potrzebuje gruntownych zmian w zakresie technologii.

– Wykorzystanie transferu innowacyjnych technologii pozwoli na znacznie sprawniejszą restrukturyzację górnictwa. Zagospodarowanie odpadów węglowych, zmniejszy negatywny wpływ działalności górniczej na środowisko naturalne, a zastosowanie paliw syntetycznych, poprawi efektywność ekonomiczną zakładów górniczych. Instalacje zgazowania winny się charakteryzować niskimi nakładami inwestycyjnymi i wysoką wydajnością przy niewielkim technologicznym zużyciu tlenu i wody do obróbki materiałów węglowych o charakterze odpadowy. Bardzo ważnym elementem zmiany systemowej w polskim górnictwie jest rozpoczęcie traktowania węgla o niskiej kaloryczności i jego odpadów jako cennego surowca, na bazie którego może powstać nowa gałąź przemysłu związana z produkcją paliw płynnych oraz produktów i półproduktów chemicznych. Jest bardzo dużo oczekiwanie całego sektora na politykę energetyczną Polski w perspektywie do roku 2050, jeśli poważnie podejść do kwestii energetyki jądrowej w Polsce – przekonuje Kurella.

Łącznie na modernizację polskiej energetyki potrzeba blisko 200 mld zł. Powinno to obejmować nie tylko poprawę efektywności i innowacyjności energetyki, lecz także unowocześnienie bazy wytwórczej i obniżenie emisji gazów cieplarnianych.

– Polityka energetyczna powinna być uzgodniona ponad podziałami politycznymi, nie można tego zrzucić wyłącznie na ekipę, która akurat w danym czasie rządzi w Polsce. To nie problem 2–3 lat, ale nierozwiązane kwestie od przynajmniej kilkunastu lat. Jest bardzo duże oczekiwanie, żeby osoby odpowiedzialne za energetykę poddały pod debatę publiczną, w tym przede wszystkim wśród ekspertów, pomysł na energetykę Polski do roku 2050. To też wielka szansa, aby Polska stała się liderem w wykorzystaniu czystych technologii węglowych i wniosła istotny, pozytywny wkład w politykę klimatyczną Unii Europejskiej – analizuje Jerzy Kurella.

Banki coraz częściej wykorzystują rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość. Służy im do promocji produktów i sztuki

Banki coraz częściej wykorzystują rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość. Służy im do promocji produktów i sztuki 2

Nowe technologie sprzyjają rozwojowi nowych usług i produktów w bankowości. Takie rozwiązania jak biometria czy sztuczna inteligencja stają się już standardem. Banki coraz chętniej sięgają też po wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość (VR i AR), m.in. do promocji swoich produktów.

 – Jednym z naszych celów strategicznych jest to, aby bank był na bardzo wysokim poziomie pod względem rozwoju technologii. Takie są oczekiwania naszych klientów, którzy dzisiaj korzystają z bankowości poprzez internet i urządzenia mobilne. 2/3 z nich korzysta z bankowości internetowej. Dlatego rozwój technologiczny i wykorzystanie takich rozwiązań jak biometria, sztuczna inteligencja czy rzeczywistość wirtualna są dla nas szalenie istotne –tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Jarzębska, dyrektor Departamentu Public Relations w Banku Millennium.

Bank Millennium wprowadza innowacyjne rozwiązania, zwłaszcza w bankowości elektronicznej. Jako jedyny bank oferuje w aplikacji mobilnej możliwość zakupu ubezpieczenia komunikacyjnego z użyciem kodu Aztec. Klienci coraz częściej korzystają też z nowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez instytucje finansowe. W 2016 roku liczba aktywnych klientów bankowości mobilnej i online Millennium przekroczyła milion (wzrost o 16 proc. rdr.), a liczba klientów aktywnie korzystających z aplikacji mobilnych i mobilnego internetu sięgnęła 600 tys. (wzrost o 38 proc. rdr.).

– Finanse przyszłości są oparte na technologiach. Dlatego Bank Millennium stawia na rozwój i wykorzystanie takich technologii, które sprawiają, że bankowanie dla klienta jest coraz przyjemniejsze i prostsze. Wykorzystujemy biometrię, sztuczną inteligencję, a także rozszerzoną rzeczywistość. Jako pierwszy bank w Polsce wykorzystaliśmy rozszerzoną rzeczywistość do promocji swojego produktu, co spotkało się z dużym zainteresowaniem klientów. Technologia to coś, co jest jednym ze wspólnych mianowników między bankiem a Festiwalem Millennium Docs Against Gravity – podkreśla Iwona Jarzębska.

W tym roku podczas Festiwalu Millennium Docs Against Gravity po raz pierwszy odbędzie się pokaz filmów zarejestrowanych w technologii wirtualnej rzeczywistości. W ciągu czterech dni w Warszawie, Gdyni i Wrocławiu będzie można obejrzeć siedem ważnych społecznie filmów.

– Virtual Reality jest technologią, która pomaga nam doświadczać historii, nie tylko ją oglądać. To olbrzymi krok do przodu w rozwoju sztuki filmowej. Wybraliśmy filmy, które pomagają doświadczać historii, czyjegoś losu, a nie zapraszamy widzów po prostu do pięknych spacerów po dnie oceanów. Są to zarówno pełnometrażowe filmy, jak i wersje krótsze – zapowiada Artur Liebhart, dyrektor festiwalu Millennium Docs Against Gravity.

– Uważamy, że powinniśmy wspierać społeczności lokalne, w których prowadzimy działalność komercyjną. Od początku istnienia banku wspieramy inicjatywy kulturalne, które wydają nam się ważne z punktu widzenia rozwoju społeczeństwa i rozwoju przyszłych pokoleń. Jedną z nich jest Millennium Docs Against Gravity, festiwal filmów dokumentalnych, którego partnerem jesteśmy od 12 lat – podkreśla Iwona Jarzębska.

Jak przekonuje Iwona Jarzębska, realizację działań odpowiedzialnego społecznie biznesu potwierdza obecność w Respect Index, indeksie giełdowym spółek odpowiedzialnych społecznie notowanych na GPW w Warszawie.

– Wierzymy, że tylko trwałe finansowanie przedsięwzięć kulturalnych pozwala na ich rozwój. Z przyjemnością patrzymy na to, jak Millennium Docs Against Gravity rozwinął się przez ostatnie 12 lat. Dzisiaj to uznane wydarzenie kulturalne o ogólnopolskim zasięgu, ze świetnym repertuarem i społecznością, która powstała wokół festiwalu – wskazuje przedstawicielka Banku Millennium.

Bank Millennium angażuje się kulturalnie od ponad 25 lat. Od 2006 roku jest zaś mecenasem festiwalu i sponsorem Nagrody Głównej Millennium, od 2016 roku jest jego mecenasem tytularnym.

– Istotne są dla nas wartości, jakie festiwal reprezentuje: otwartość, odwaga i stawianie na dyskusje o tematach, które są ważne dla społeczeństwa obecnie, ale też dla przyszłych pokoleń – tłumaczy Iwona Jarzębska.

14. Festiwal Filmowy Millennium Docs Against Gravity odbędzie się 12–21 maja w Warszawie i Wrocławiu, w Lublinie 11–14 maja, a w Gdyni 17–26 maja. Lokalna edycja festiwalu odbędzie się także w Bydgoszczy w dniach 16–21 maja.

Przetargi realizowane przez MON szansą dla polskich firm na wzmocnienie ich potencjału i pozycji na świecie. MON przeznaczy do 2022 r. 78 mld zł na ten cel

Przetargi realizowane przez MON szansą dla polskich firm na wzmocnienie ich potencjału i pozycji na świecie. MON przeznaczy do 2022 r. 78 mld zł na ten cel 3

– Niezwykle ważne jest, żeby polskie firmy przemysłu obronnego były zaangażowane w modernizację polskiej armii. To powinien być priorytet na równi z samą modernizacją – przekonuje Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters. Krajowy przemysł ma potencjał, by dostarczyć większość wyposażenia i uzbrojenia, które zamierza kupić wojsko. Do 2022 r. z puli 130 mld zł przeznaczonych na modernizację armii pozostaje do wykorzystania 78 mld zł. To pieniądze, które jeśli zostaną zainwestowane w Polsce, przyczynią się do rozwoju technologicznego przemysłu obronnego i zwiększą jego potencjał eksportowy.

– Zaktualizowany program modernizacji polskiej armii zakłada na ten cel 78 mld zł. To, czy uda się zrealizować ten plan, zależy od nas wszystkich. W dużej mierze od resortu obrony, w jaki sposób będzie organizował zamówienia, przetargi i jak bardzo realistyczne będzie miał oczekiwania i wymagania wobec sprzętu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Jednym z priorytetów zamówień MON są dziś śmigłowce. Resort obrony chce zakupić 16 śmigłowców: osiem maszyn dla prowadzonych przez Wojska Specjalne misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz osiem przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych i prowadzenia misji ratowniczych na morzu. Poprzedni przetarg, unieważniony przez obecny rząd, zawierał wiele nieprawidłowości, w tym uznany za nieracjonalny przez ekspertów pomysł zakupu tzw. jednej platformy, czyli maszyn do wszystkiego.

– To ważne, żeby obecny przetarg został zrealizowany szybko i żeby nie kosztował ogromnych pieniędzy. W naszym przekonaniu nie można sobie pozwolić tym razem na żadne eksperymenty – mówi Krystowski. – Dlatego oferujemy śmigłowiec AW-101, który jest konstrukcją sprawdzoną, ma wersję do zwalczania okrętów podwodnych w odróżnieniu od naszego konkurenta (Airbus Helicopters – red.), oferującego śmigłowiec.

Podobnie wygląda sytuacja, jeśli chodzi o przetarg na śmigłowce dla wojsk specjalnych. Oferowane przez zakład PZL-Świdnik śmigłowce AW-101 sprawdziły się m.in. w armii włoskiej i brytyjskiej, gdzie znane są pod nazwą „Merlin”.

Nowy przetarg ogłoszony przez MON zakłada, że w pierwszej kolejności maszyny trafią do sił specjalnych, następne zaś do marynarki wojennej. Gdyby zamówienie trafiło do firm, które mają w Polsce własne fabryki, byłby to ważny krok wzmacniający polski przemysł zbrojeniowy.

– Niezwykle ważne jest to, żeby polskie firmy przemysłu obronnego były zaangażowane w modernizację polskiej armii. To powinien być priorytet na równi z samą modernizacją. Nieprzypadkowo wszystkie potężne armie świata są wspierane przez równie potężne przemysły obronne. Przewaga na polu walki to nie jest tylko przewaga polegająca na wyćwiczeniu żołnierza na posługiwaniu się sprzętem, lecz także przewaga polegająca na stosowaniu techniki, technologii, jaka jest dla przeciwnika niedostępna. Dlatego ważne jest, żeby kontrolować właśnie ten obszar i żeby go rozwijać, bo w dłuższym okresie, to właśnie decyduje  o zwycięstwie – mówi Krystowski.

Polska Grupa Zbrojeniowa jest głównym partnerem MON w realizacji Planu Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP. To PGZ odpowiada za większość wojskowych zamówień, m.in. na produkcję dywizjonowych modułów ogniowych, produkcję systemu obrony przeciwlotniczej czy przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych. PGZ buduje też współpracę z zagranicznymi koncernami, które dysponują nowoczesnymi technologiami.

Największe polskie firmy, również te będące częścią międzynarodowych koncernów, są związane z PGZ umowami, dzięki którym mogą się dzielić technologią, wiedzą i zamówieniami z partnerami grupy.

– Potencjał eksportowy polskiego przemysłu zbrojeniowego jest ciągle niedoceniany. Mamy dużo produktów, które jesteśmy w stanie z powodzeniem oferować dla odbiorców zagranicznych – tłumaczy Krystowski. – W Świdniku jesteśmy w stanie wyprodukować dowolny śmigłowiec, który jest w ofercie grupy Leonardo, jeżeli skala zamówienia uzasadniałaby tego typu rozwiązanie. Gdyby Polska postanowiła zakupić u nas 16 śmigłowców AW-101, to te śmigłowce będziemy produkowali w Świdniku. 

AW-101, w armii brytyjskiej znany jako „Merlin”, to wielozadaniowy śmigłowiec, który pozwala na realizację najtrudniejszych misji typu CSAR, SAR oraz zwalczanie okrętów podwodnych i nawodnych. W zależności od konfiguracji maszyny mogą przewozić ponad 30 osób, 20 żołnierzy z pełnym wyposażeniem lub 8 żołnierzy sił specjalnych. Ten model może zostać uzbrojony w trzy karabiny maszynowe kalibru 7,62 mm.

Duże polskie miasta usprawnią ruch na drogach dzięki nowym technologiom. Wzorce wyznaczają zachodnioeuropejskie metropolie

Duże polskie miasta usprawnią ruch na drogach dzięki nowym technologiom. Wzorce wyznaczają zachodnioeuropejskie metropolie 4

Z inteligentnych systemów transportowych, które pozwalają usprawnić komunikację i zarządzać nią, korzysta już większość zachodnioeuropejskich metropolii. Takie projekty coraz częściej wdrażają również duże polskie miasta jak Warszawa czy Poznań. Korzyścią jest nie tylko ekologia, lecz także poprawa bezpieczeństwa i płynności ruchu drogowego. Wyzwaniem pozostaje integracja różnych inteligentnych systemów w skali całego miasta, tak aby usprawnić zarządzanie nim i zapewnić mieszkańcom dostęp do przydatnych informacji.

– Polskie miasta dobrze radzą sobie z wdrażaniem inteligentnych systemów transportowych. Można wręcz powiedzieć, że bardzo dobrze, zważywszy, że w porównaniu do krajów Europy Zachodniej systemy ITS są w Polsce nowością – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Litwin, członek zarządu Stowarzyszenia Inteligentne Systemy Transportowe ITS Polska.

Zadaniem Inteligentnych Systemów Transportowych (ITS) jest rozwiązanie problemów, które stwarza narastający ruch drogowy, za pomocą nowoczesnych technologii. Przykładowo, dzięki nim kierowcy mogą w czasie rzeczywistym sprawdzić, w którym punkcie miasta są korki, a pasażerowie transportu publicznego – dowiedzieć się, za ile czasu przyjedzie tramwaj lub autobus.

Duże doświadczenie we wdrażaniu systemów ITS mają zachodnioeuropejskie metropolie takie jak Amsterdam, Paryż czy Londyn. Technologie coraz częściej zarządzają i usprawniają komunikację również w polskich miastach.

– Mówimy tutaj o technologiach, które służą upłynnieniu ruchu, ale również o innowacjach związanych na przykład ze zużyciem energii. Są to zmodernizowane sterowniki i lampy sygnalizacyjne, czyli podstawowe elementy techniczne, które pozwalają miastom oszczędzić energię – mówi Krzysztof Witoń, kierownik produktu z pionu ITS, branży Mobility w Siemens sp. z o.o.

Zdaniem Marka Litwina ze Stowarzyszenia ITS wdrażanie inteligentnych systemów transportowych w polskich miastach okazało się sukcesem. Jednak polskie projekty i rozwiązania charakteryzuje duża złożoność.

– Mamy swój sposób wdrażania systemów ITS. Jest on unikalny, dlatego że budowaliśmy go praktycznie od podstaw. Specyfika polskich wdrożeń polega na tym, że lawinowo powstały systemy o bardzo dużym stopniu złożoności, co pokazuje przykład Poznania, Krakowa czy Białegostoku. Można wymienić również Zarząd Dróg Wojewódzkich w Bydgoszczy z systemem ewidencjonowania i zarządzania ruchem na drogach czy karty miejskie, które zostały wdrożone jako część dużych projektów związanych z zarządzaniem transportem publicznym – mówi Marek Litwin.

Dariusz Obcowski, dyrektor pionu ITS branży Mobility w Siemens sp. z o.o., zwraca uwagę na to, że w kontekście technologii usprawniających transport również istotne są te, które wpływają na przepływ informacji i ich bezpieczeństwo. Największym wyzwaniem natomiast jest obecnie konieczność ich zintegrowania, tak aby mogły się uzupełniać nawzajem, usprawniać ruch drogowy i aby mogli szeroko korzystać z nich pasażerowie i kierowcy.

– Wydaje się, że niezmiernie istotnym elementem jest kwestia integracji wszystkich tych rozwiązań. Do tej pory w Polsce robiliśmy to zespołowo, definiując pewne sprecyzowane obszary. Dzisiaj wyzwaniem jest to, żeby te technologie były integrowane i nie służyły tylko jednemu użytkownikowi, żeby można było korzystać z informacji w sposób kompleksowy i zintegrowany – podkreśla Dariusz Obcowski.

Główne korzyści, jakie przynosi dużym miastom zastosowanie inteligentnych systemów zarządzania ruchem, to poprawa bezpieczeństwa, zwiększona mobilność i usprawniona komunikacja. Nie bez znaczenia jest również ekologia i aspekt ochrony środowiska, szczególnie ważny w miastach, które borykają się z problemem smogu lub dużymi korkami.

– Z jednej strony porządkujemy ruch, a mieszkańcy przestają błądzić po mieście. Z drugiej strony ograniczamy zbędny ruch, a tam, gdzie jest taka potrzeba – usprawniamy go. Ma to ogromy wpływ na to, ile substancji szkodliwych generujemy do środowiska i niezaprzeczalnie zwiększa bezpieczeństwo ruchu – zaznacza Dariusz Obcowski.

Dyrektor pionu ITS branży Mobility w Siemens sp z.o.o. zauważa, że inteligentne systemy transportowe wpisują się w trend smart cities, czyli inteligentnych miast, które z pomocą technologii usprawniają ich funkcjonowanie i odpowiadają na potrzeby mieszkańców.

– Kluczem do efektywnego zarządzania jest połączenie różnych rozwiązań i inteligentnych systemów w skali całego miasta. Wciąż jednak dużym wyzwaniem jest integracja i możliwość wykorzystywania dobrodziejstw płynących z rozwiązań ITS-owych i smart city adresowanych do różnych użytkowników. W tym momencie nie wykorzystujemy informacji zbieranych przez systemy w 100 proc. W tym obszarze jest jeszcze spore pole do wykorzystania – mówi Dariusz Obcowski.

Technologiczny koncern, który był jednym z prekursorów rozwiązań dedykowanych dla smart cities, stworzył niedawno sygnalizatory, które redukują zużycie energii o 80 proc. w stosunku do typowych sygnalizatorów ledowych. Przy zachowaniu odpowiedniego bezpieczeństwa pozwalają one na zużycie zaledwie 1 wata (W) energii.

Unijne pieniądze z pożyczek dla regionów i biznesu będzie można wykorzystać ponownie po 2020 r. Środki będą wracać do regionalnej kasy

Unijne pieniądze z pożyczek dla regionów i biznesu będzie można wykorzystać ponownie po 2020 r. Środki będą wracać do regionalnej kasy 5

Po wygaśnięciu unijnej siedmiolatki w 2020 roku, fundusze przeznaczone na instrumenty zwrotne dla samorządów i biznesu będzie można wykorzystać ponownie. W miarę jak kredytobiorcy będą spłacać pożyczki zaciągnięte z unijnych środków, pieniądze będą wracać do regionalnej kasy. Według rządowych pomysłów zarządzać nimi mogłyby regionalne Fundusze Rozwoju, które będą finansować kolejne programy pomocowe dla województw.  

– W obecnej perspektywie finansowej na lata 2014–2020 przyjmujemy różne role w zależności od programów. Najczęstszą jest rola menadżera funduszu funduszy w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych, które realizujemy z samorządami województw. W sumie podpiszemy umowy z piętnastką samorządów, obecnie jest ich dwanaście. Będziemy realizowali programy, których celem jest między innymi wsparcie instrumentami zwrotnymi małych i średnich przedsiębiorstw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Cieszyński, członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Celem Regionalnych Programów Operacyjnych jest wsparcie gospodarczego, społecznego i infrastrukturalnego rozwoju poszczególnych województw. Programy są źródłem środków unijnych, które finansują projekty i inwestycje w tych trzech kluczowych obszarach.

Beneficjentami tych środków mogą być między innymi jednostki samorządowe, służby publiczne, instytucje kulturalne i ochrona zdrowia. Część funduszy w porozumieniu z samorządem trafia też do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, pod warunkiem że ich działalność wpisuje się w branże i sektory gospodarki kluczowe dla danego województwa.

Poza przedsiębiorczością na finansowanie unijnymi pieniędzmi z RPO mogą liczyć projekty związane z budową i modernizacją nowych dróg, koleją i transportem, cyfryzacją, bezpieczeństwem energetycznym, nauką i poprawą sytuacji na rynku pracy. Projekty do finansowania w ramach RPO są wyłaniane na podstawie ustawy wdrożeniowej, której nowelizacja jest aktualnie procedowana w Sejmie.

Projekt zakłada między innymi większą rolę wojewodów we wdrażaniu funduszy unijnych zarządzanych przez marszałków. Ma to zwiększyć efektywność i szybkość wydatkowania unijnych środków, w tym również przez firmy. Na mocy nowych regulacji zostaną ograniczone formalności, a przedsiębiorcy będą szybciej uzyskiwać informacje o przyznaniu dotacji.

Jak podkreśla członek zarządu BGK Przemysław Cieszyński, dysponowanie środkami z Regionalnych Programów Operacyjnych jest ważnym zadaniem krajowego banku rozwoju.

– Będziemy wspierać rynek pracy, konkretnie chodzi o pomoc bezrobotnym w zakładaniu małych firm, oraz projekty związane z rewitalizacją miast i termomodernizacją budynków, gdzie beneficjentami są między innymi spółdzielnie mieszkaniowe, TBS-y i  urzędy gminne – mówi Przemysław Cieszyński.

Łączna kwota wsparcia instrumentami zwrotnymi w obecnej siedmiolatce wynosi 11 mld zł. W poprzedniej perspektywie Bank Gospodarstwa Krajowego dysponował 2,7 mld zł, co oznacza, że znacząco wzrosła skala wydatkowanych środków i wachlarz instrumentów finansowych.

– Jeśli chodzi o podział środków, to w piętnastu programach regionalnych zapisana jest kwota 6,8 mld zł. Mamy też krajowy program operacyjny Polska Cyfrowa, którego wartość sięga 1 mld zł. Ponadto jest również kilka innych, między innymi program wsparcia dla Polski Wschodniej w zakresie drobnych inwestycji z obszaru turystyki – mówi Przemysław Cieszyński.

Pod koniec kwietnia BGK rozpisał przetarg, w którym chce wyłonić pośredników w rozdysponowaniu 480 mln zł pochodzących z programu Polska Cyfrowa, na instrumenty zwrotne dla operatorów i podmiotów zapewniających dostęp do szybkiego internetu. Te mogą liczyć na dofinansowania sięgające maksymalnie 10 mln zł.

Zdaniem członka zarządu BGK po 2020 roku, czyli po wygaśnięciu obecnej, unijnej siedmiolatki, możliwe będzie uruchomienie kolejnych programów finansowanych ze środków spłacanych w ramach instrumentów zwrotnych. Jeden z możliwych scenariuszy zakłada, że pieniądze będą do dyspozycji nowo utworzonych tzw. Regionalnych Funduszy Rozwoju, które będą wydatkować je na konkretne projekty, w zależności od potrzeb regionu.

– Kiedy beneficjenci spłacają instrumenty zwrotne, czyli kredyty i pożyczki, powstają fundusze, na podstawie których można tworzyć nowe programy. Te nie będą już ograniczone reżimem narzuconym przez Komisję Europejską. Mogą być dowolnie wydatkowane na cele publiczne, w zależności od potrzeb danego regionu. Mówi się o instytucjach nazywanych Regionalnymi Funduszami Rozwoju, które będą zasilane tymi właśnie środkami. Największą zaletą instrumentów zwrotnych w tej perspektywie jest właśnie to, że ich wykorzystanie może być wielokrotne – mówi Przemysław Cieszyński, członek zarządu banku Gospodarstwa Krajowego.

W obecnej perspektywie finansowej na lata 2014–2020 dla samorządów przeznaczonych jest łącznie około 32,3 mld euro, co stanowi 40 proc. całości funduszy unijnych.

Do końca kwietnia Bank Gospodarstwa Krajowego zrealizował z bieżącej perspektywy finansowej płatności na łączną kwotę 21,4 mld zł.

Największa w historii fala ataków hakerskich ominęła Polskę. W tym roku trzeba się spodziewać jednak kolejnych zagrożeń

Największa w historii fala ataków hakerskich ominęła Polskę. W tym roku trzeba się spodziewać jednak kolejnych zagrożeń 6

Ponad 200 tys. komputerów, 150 państw, 50 tys. dol. okupu, paraliż międzynarodowych korporacji, szpitali, instytucji rządowych i transportu – to bilans największej w dotychczasowej historii fali cyberataków, które hakerzy przeprowadzili w ubiegłym tygodniu za pomocą oprogramowania WannaCry. Eksperci nie mają wątpliwości, że w tym roku należy się spodziewać kolejnych tego typu zdarzeń.

– W ostatnich dniach doszło do kilku głośnych medialnie ataków hakerskich. Można powiedzieć, że jesteśmy na wojnie. W dzisiejszym świecie cyberataki są narzędziem takim jak maczeta czy pistolet, służącym do zadania ciosu, a wszystko sprowadza się do pieniędzy. Wojny raczej nie wygramy, ale możemy starać się o wygranie kolejnej bitwy, albo raczej – o poniesienie możliwie najmniejszych strat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Ślaski, główny konsultant do spraw sieci w Atende.

Piątkowy globalny cyberatak w ciągu niecałej doby objął swoim zasięgiem ponad 150 państw i 200 tys. komputerów z systemem operacyjnym Windows. Jego ofiarami padli nie tylko indywidualni użytkownicy, lecz także korporacje oraz instytucje publiczne. Ucierpiały m.in. niemieckie linie kolejowe Deutsche Bahn, Nissan, FedEx, Telefonica, rosyjskie banki i urzędy, indyjskie linie lotnicze Shaheen Airlines oraz włoskie uniwersytety. Francuski koncern motoryzacyjny Renault musiał zawiesić produkcję.

Z ogromnymi problemami borykała się też brytyjska służba zdrowia. Cyberatak dotknął między innymi największe londyńskie szpitale, a lekarze stracili dostęp do służbowych komputerów. Część planowanych wizyt i zabiegów odwołano, a pacjenci zostali rozwiezieni karetkami do innych placówek. Eksperci ocenili, że ubiegłotygodniowy atak hakerski był największym w dotychczasowej historii.

– Ekrany z informacją o tym, że pliki zostały zaszyfrowane i należy wpłacić okup w bitcoinach pojawił się wszędzie: na ekranach komputerów na dworcach kolejowych, gdzie zwykle wyświetlane są informacje o rozkładzie jazdy, w salach szkoleniowych, w miejscach publicznych. Ten atak sam się sprzedał, wszystkie media go podchwyciły. Z drugiej strony dobrze się stało, bo ludzie zdadzą sobie sprawę z tego, że takie ataki grożą każdemu, mogą zaatakować cenne elementy infrastruktury, szpitale czy elektrownie – mówi Robert Ślaski.

Atak został przeprowadzony za pomocą WannaCry – złośliwego i bardzo skutecznego oprogramowania typu ransomware (które blokuje dostęp do danych i żąda okupu w zamian za przywrócenie dostępu) oraz Eternal Blue – exploita (narzędzie do wykorzystywania błędów w oprogramowaniu) stworzonego przez amerykańską Narodową Agencję Bezpieczeństwa. Jak podaje zespół CERT Polska, exploit został już wcześniej wykradziony i publicznie udostępniony przez grupę hakerską Shadow Brokers.

Do przeprowadzenia piątkowego globalnego cyberataku hakerzy wykorzystali lukę w systemie operacyjnym Windows. Ta została wykryta już na przełomie lutego i marca, a Microsoft wydał aktualizację oprogramowania. Zarażone komputery najprawdopodobniej nie zostały wcześniej zaktualizowane.

Ekspert Atende Robert Ślaski podkreśla, że podstawą zapobiegania podobnym zagrożeniom jest korzystanie z wiedzy eksperckiej celem przeprowadzenia cyklicznych audytów bezpieczeństwa. Ważna jest także edukacja i wzrost świadomości użytkowników sieci w zakresie cyberbezpieczeństwa.

– Wbrew pozorom większość zagrożeń związanych z bezpieczeństwem powoduje czynnik ludzki. Nie dotyczy to personelu technicznego, który jest dość dobrze wyedukowany, ale raczej zwykłych użytkowników. Dlatego należy prowadzić cykliczne, zmasowane kampanie informacyjne i szkolenia dotyczące cyberbezpieczeństwa czy kierować chociażby na stronę CERT Polska, gdzie są publikowane comiesięczne biuletyny, a w krótkim, dwustronicowym formacie opisano, czym jest wirus, jak się  zachować w przypadku ataku, co grozi w przypadku otwierania plików niewiadomego pochodzenia etc. Trzeba być czujnym, pilnować tego, co dzieje się w cyberświecie – przestrzega Robert Ślaski.

W momencie, gdy atak mamy już za sobą, warto do współpracy zaangażować zewnętrznych ekspertów, którzy pomogą w przeprowadzeniu dokładnej analizy po włamaniowej i dostarczą wskazówek dotyczących zabezpieczeń na przyszłość.

Oprogramowanie WannaCry rozprzestrzeniało się za pomocą zainfekowanych e-maili. Następnie szyfrowało pliki i blokowało ekran komputera, żądając okupu w bitcoinach w wysokości od 300 do 600 dol. Europol podał, że wykrycie hakerów, którzy stoją za WannaCry będzie bardzo trudne (na razie wyklucza się możliwość, że stał za nim rząd któregoś z państw). Komercyjny sukces ataku był jednak relatywnie niewielki, zważywszy na jego skalę: na wpłacenie okupu zdecydowało się tylko ok. 200 osób, a całkowita kwota wpłat wyniosła ok. 50 tys. dol. – poinformował CERT Polska.

Ubiegłotygodniowy, największy jak dotychczas cyberatak tylko w ograniczonym stopniu dotyczył polskich internautów i instytucji. Jak poinformował zespół CERT Polska, w całym kraju doszło do 1235 infekcji WannaCry (co stanowi 0,65 proc. w globalnej skali). Wciąż niewyjaśniona pozostaje sprawa ataku na rządowe Centrum Projektów Cyfrowa Polska, o którym informował branżowy „Niebezpiecznik”. Śledztwo w sprawie próby wyłudzenia pieniędzy prowadzi policja i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

– Nie wiemy na razie zbyt wiele o ataku na polską instytucję publiczną. W tej sprawie padło bardzo dużo pytań i mało odpowiedzi. Z tego, co wiem, pani minister Streżyńska musiała zainterweniować, żeby w ogóle wyjawiono tę informację – mówi Robert Ślaski.

Ekspert grupy Atende zaznacza, że ubiegłotygodniowy globalny atak powinien być przestrogą dla firm i przedsiębiorstw, żeby w większym zakresie zadbały o cyfrowe bezpieczeństwo. Atak hakerski wiąże się bowiem z realnymi stratami finansowymi i koniecznością wstrzymania całej działalności.

– W każdej organizacji powinna być osoba odpowiedzialna za ten obszar. Bez tego firmy może nie być. Jeżeli pliki zostaną zaszyfrowane, wszystko stanie, co w tym przypadku potwierdza przykład szpitali czy zakładów produkcyjnych. Taka przerwa w działaniu dla firmy jest jak pożar – mówi Robert Ślaski.

Globalny atak WannaCry zatrzymał 22-letni bloger i badacz ds. cyberbezpieczeństwa Mark Hutchins, który odkrył, że halerzy stojący za atakiem pozostawili niezarejestrowaną domenę w charakterze „wyłącznika bezpieczeństwa”. Za 10 dol. wykupił domenę i powstrzymał dalsze rozprzestrzenianie się złośliwego oprogramowania. Eksperci są jednak zgodni, że oprogramowanie będzie modyfikowane i ze 100-procentową pewnością można się spodziewać podobnych ataków.

– Rozwiązania firm i instytucji nigdy nie będą wystarczające. Zawsze powtarzam, że jesteśmy na wojnie. Tej wojny nie widać, rakiety nie latają, ludzie nie biegają z karabinami, ona się rozgrywa w cyberprzestrzeni, w internecie głównie, aczkolwiek również na terytorium firm – mówi Robert Ślaski.

Specjalizująca się w cyberzabezpieczeniach globalna firma Fortinet przestrzegała niedawno, że ubiegłoroczna fala ataków ransomware była tylko początkiem. W 2017 roku należy się spodziewać wzmożonych ataków i kradzieży lub blokady dostępu do danych w celu wymuszeń i szantażu. Koszty okupów w przypadku takich ataków będą coraz wyższe. Przed nasilonymi atakami ransomware ostrzega też Marsh Polska w swoim raporcie „Cyber Risks 2017”.

Maszyny już zastępują prawników i lekarzy. Nauka pamięciowa i matematyka przestaną być potrzebne?

Za kilka lat sztuczna inteligencja zdemokratyzuje dostęp do analizy danych. Dlatego, należy zmienić system edukacji. Według S. Starzyńskiego, odpowiadał on potrzebom rynku 200 lat temu. Teraz trzeba uczyć dzieci innowacyjnego rozwiązywania problemów, z którymi komputery nie będą radzić sobie jeszcze przez 20-40 lat. 

Jak przewiduje prezes instytutu badawczego ABR SESTA, w Polsce proces zastępowania pracowników przez roboty i SI (sztuczną inteligencję) będzie znacznie wolniejszy, niż w Europie Zachodniej. W naszym kraju wynagrodzenia dla pracowników są jeszcze stosunkowo niskie, dlatego wciąż nie opłaca się inwestować w tak nowoczesne systemy. Ale za kilka lat to się zmieni, gdyż koszty robotyzacji już maleją, a wydatki firm, związane z zatrudnianiem personelu, zwiększają się. Świadczy o tym np. wprowadzenie wyższej stawki minimalnej. Zdaniem eksperta, będzie podobnie jak w Chinach. Gdy wzrosły tam koszty pracy, na wschodnim wybrzeżu zaczęły powstawać fabryki, w których obecnie pracują prawie same maszyny.

– W niektórych branżach zastępowanie ludzi robotami i SI nastąpi bardzo szybko, w innych – nieco później. Jednak zmiany te są nieuniknione. Dlatego, już teraz należy zrewolucjonizować system edukacji, aby przygotować młodzież do życia w zupełnie nowej rzeczywistości. Nauka powinna być nastawiona na rozwój kreatywnego myślenia i empatii, gdyż póki co, maszyny nie posiadają takich umiejętności. Każdy zawód, który polega na powtarzaniu tych samych czynności i nie wymaga pomysłowości, zostanie wcześniej czy później wyparty z rynku – mówi Sebastian Starzyński.

Prezes instytutu badawczego ABR SESTA zauważa, że obecnie większość samolotów na świecie lata głównie na autopilotach. Mogą one startować i lądować bez pomocy człowieka. Piloci siedzą w kokpitach ze względu na wciąż obowiązujące prawodawstwo, w celu zwiększenia poczucia bezpieczeństwa pasażerów, a także na wypadek nieprzewidzianych trudności. Podobna robotyzacja czeka inne środki transportu. Według Sebastiana Starzyńskiego, za kilka lat w naszym kraju kierowcy taksówek i ciężarówek masowo będą zastępowani przez roboty. Przepisy ruchu drogowego mogą spowolnić ten proces, ale na pewno go nie zatrzymają.

– W Polsce potrzeba jeszcze ok. 7 lat na udoskonalenie technologii i zmianę legislacji, aby roboty mogły w pełni zastąpić zawodowych kierowców. Wówczas zatrudnianie osób do obsługi aut stanie się oczywistą stratą pieniędzy. Człowiek, jak wiadomo, wymaga odpoczynku od pracy. Natomiast, ciężarówki autonomiczne będą jeździły przez 24 godziny na dobę. Ponadto, jazda samochodami, sterowanymi przez maszyny, stanie się dużo bezpieczniejsza, niż prowadzonymi przez ludzi. Według dostępnych statystyk, ich wypadkowość jest wielokrotnie niższa w zestawieniu z pojazdami prowadzonymi przez ludzi – podkreśla Sebastian Starzyński.

Ekspert zaznacza, że wielbiciele „jazdy za kółkiem” będą kontrolowani przez system autonomiczny, obowiązkowo zainstalowany w każdym pojeździe. Nie pozwoli on już jechać kierowcy np. 150 km na godzinę po terenie zabudowanym. Oznacza to, że w przyszłości mogą zniknąć mandaty za zbyt szybką prędkość na drodze. Jednak, przede wszystkim tzw. piraci drogowi przestaną narażać życie niewinnych osób dla własnej zabawy. Jak stwierdza Sebastian Starzyński, z samochodami na własność będzie tak, jak obecnie z końmi. Staną się rozrywką dla pasjonatów. Stopniowo będzie maleć liczba osób prowadzących tradycyjne pojazdy. Na rynku zaczną dominować autonomiczne kapsuły, pozbawione kierownicy, za to wyposażone np. w stolik dla pasażerów.

– Obecnie w USA, Japonii, Chinach, a także w Europie Zachodniej są już wdrażane systemy, które znacznie lepiej radzą sobie z odtwarzaniem i stosowaniem przepisów. Przykładem jest IBM Watson, ale pojawiają się też nowe rozwiązania, które ułatwiają przeglądanie spraw sądowych. Optymalizują pracę prawników w Stanach Zjednoczonych, gdzie istnieje prawo precedensowe. Trzeba wiedzieć, że aż ok. 70% pracy amerykańskich prawników polega na czytaniu dokumentów i zaznaczaniu fragmentów do dalszej analizy. Superkomputer robi to szybciej i dokładniej – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Jak dodaje ekspert, IBM, Microsoft i Google tworzą obecnie sprzęty do oceniania zdjęć RTG i USG. To jest typowy „machine learning”, czyli sztuczna inteligencja o wąskiej specjalizacji. Maszyny, wyprodukowane w celu analizy obrazów, wykonują to znacznie szybciej i dokładniej, niż lekarze z wieloletnim stażem pracy. Zdarzają się przypadki, że nawet profesorowie medycyny nie pamiętają objawów niezwykle rzadkich chorób, o których czytali jedynie na studiach. SI nie zapomina o niczym, jeśli dobrze działa. W przyszłości sztuczna inteligencja będzie przeprowadzała wywiad z pacjentem, nie tylko zadając mu pytania, jak obecnie czyni to lekarz. W trakcie rozmowy zbada krew, tętno, ale też mimikę, ton głosu, ruch gałek ocznych i wiele innych informacji, zapisanych w ludzkim ciele.

– W porównaniu z SI, lekarz nie będzie miał szans na tak dokładne i szybkie zbadanie chorego. Sztuczna inteligencja będzie zbierała i kumulowała dane o stanie fizycznym i psychicznym człowieka. To znacznie więcej, niż obecnie mogą zrobić ludzie. Przechowywanie w pamięci wiedzy na temat milionów badanych pacjentów jest nieosiągalne dla człowieka, podobnie jak ukończenie wszystkich specjalizacji medycznych i zdobycie w nich doświadczenia. Tymczasem, jedno urządzenie ma mieć zapisane informacje z każdej specjalności, wyniki badań i studia wcześniejszych przypadków – zapewnia Sebastian Starzyński.

Jednak w pracy lekarza ważna jest nie tylko profesjonalna wiedza, ale również empatia. Maszyna jeszcze długo nie zastąpi potrzebnej rozmowy z pacjentem, np. po przeżytej traumie. Komputery mogą czytać emocje i naśladować je, ale to ludzie mają prawdziwe uczucia. Są nam one potrzebne do tego, aby oceniać, czego potrzebują inni, m.in. klienci, w zmieniającym się świecie. Według eksperta, maszyny szybko tego nie zrozumieją, bo raczej będą działać, zgodnie z wyznaczonymi wcześniej schematami.  Dlatego właśnie dzieci w szkole powinny rozwijać w sobie te zdolności.

– W mojej opinii, zdolności matematyczne i analityczne przestaną być cenione, ponieważ komputery liczą o wiele sprawniej i szybciej od ludzi. Podobnie jest z zapamiętywaniem szeregu informacji, czego wciąż oczekuje się od dzieci i młodzieży w szkołach. Generalnie maszyny lepiej wykonują wszelkie czynności, które wymagają analizy dużej ilości danych, liczb i procesów myślowych. Przykładem tego jest gra w szachy, którą arcymistrz Garri Kasparow przegrał z Deep Blue w 1996 roku. Rosjanin przewidywał wówczas 3 operacje na sekundę, tymczasem komputer – 3 miliony – przypomina Sebastian Starzyński.

Jak przewiduje ekspert, dostęp do sztucznej inteligencji będzie bardzo demokratyczny, podobnie jak dziś powszechne używanie smartfonów. Zaczną pojawiać się aplikacje typu osobisty asystent SI. Będą wspierać ludzi w codziennych czynnościach i decyzjach, np. dotyczących ubioru. Tego typu systemy będą właściwie działać, jeśli nauczymy ich swoich przyzwyczajeń, planów, gustów oraz zdobytej przez nas wiedzy o świecie. Bardzo ważna stanie się umiejętność uczenia sztucznej inteligencji, aby pracowała na naszą korzyść. Osoby, które jako pierwsze oswoją i wprowadzą ją do swojego życia, staną się najbardziej produktywne i zdobędą ogromną przewagę nad pozostałą częścią społeczeństwa.

– Moim zdaniem, za 5 lat osobisty asystent SI będzie już zupełnie powszechnym produktem na rynku, a za 7 lat stanie się tak popularny, jak obecnie większość aplikacji na smartformy. Duży wybór tego typu systemów sprawi, że konsumenci nie będą w stanie używać wszystkich rodzajów „podręcznej” sztucznej inteligencji. Z czasem pojawią się również pomocnicy SI, wspierający nas w zarządzaniu innymi asystentami aplikacjami – podsumowuje Sebastian Starzyński.

Między Polską a Ukrainą rodzi się nowa wymiana gospodarcza

Sytuacja polityczna Ukrainy od lat ewoluuje w kierunku standardów zachodnich. Całe mnóstwo działań, które czyni Polska i Unia Europejska, dają naszym sąsiadom perspektywę zbliżenia z Europą. Polsce zależy na tym, aby relacje gospodarcze z Ukrainą były czytelne, bezpieczne i zrozumiałe dla naszych przedsiębiorców. Dzięki temu inwestować mogliby przedstawiciele małego i średniego biznesu. Te relacje budują trwałą strukturę stosunków gospodarczych pomiędzy sąsiadami.

– Przedsiębiorcy zachodni zainwestowali na Ukrainie w zeszłym roku ponad 4,4 mld dolarów. Rodzi się jednak pytanie – czy to inwestycje portfelowe, ogromnych grup kapitałowych, które potrafią doskonale ubezpieczać się nawet na niepewnym rynku – powiedział serwisowi eNewsroom Jacek Kolibski, prezes Europejskiego Instytutu Nieruchomości – Pamiętajmy, że jesteśmy predystynowani do tego, aby właśnie polski biznes rozwijał się na Ukrainie. Na Ukrainie, zarówno w kręgach uniwersyteckich, jaki i klasycznego ukraińskiego biznesu oraz samorządów miast – widać, że wschodni partnerzy widzą w nas sojusznika w drodze do Unii Europejskiej. Jednolita od lat polityka w tym względzie doprowadziła w końcu do tego, że od 1 lipca Ukraińcy będą mogli podróżować po UE bez wiz. Było to ogromne wyzwanie dla Europy, ale także dla Ukrainy – aby przygotować struktury wewnętrzne tak, żeby paszporty biometryczne, będące postawą do ruchu bezwizowego, były dostępne dla mieszkańców Ukrainy. Dziś różne statystyki pokazują, że w zależności od regionu, gotowość do odwiedzania innych okręgów lub krajów jest niewielka. Wschodnia Ukraina na ogół nie podróżuje, a jej zachodnia część z racji związków z Polską robi to znacznie częściej. Są to dłuższe wyjazdy, także do pracy. Nie można zapominać, że w naszym kraju, według statystyk, pracuje na stałe około miliona osób zza wschodniej granicy. Nie są to już tylko pracownicy rolni, wspomagający mazowieckich hodowców warzyw i owoców. To także wykwalifikowani specjaliści w branży budowlanej, czy informatycznej. Zaczyna się więc normalna wymiana gospodarcza pomiędzy przedsiębiorcami polskimi i ukraińskimi. Już nie tylko polski biznes, ale także firmy zagraniczne, które od lat posiadają w naszym kraju przedstawicielstwa i spółki, patrzą z ogromnym zainteresowaniem na rynek ukraiński. Być może staniemy się realną drogą dla inwestowania tam kapitału europejskiego – ocenia Kolibski.

Wsparcie, jakiego przedsiębiorcy nie potrzebują

Posłowie Nowoczesnej chcą wliczać okres prowadzenia działalności gospodarczej do stażu pracy. Ich pomysł ma wyrównać szanse w dostępie do stanowisk w administracji publicznej – tyle, że przedsiębiorcom taka pomoc nie jest zwyczajnie potrzebna.

Projekt Nowoczesnej to odrębna ustawa „o wliczaniu okresów prowadzenia działalności gospodarczej do pracowniczego stażu pracy oraz do stażu wymaganego od kandydatów na określone stanowiska”. Doprowadziłaby ona w rzeczywistości do zrównania umów o pracę z innymi formami zarobkowania. Czas prowadzenia własnej firmy, ale też wykonywania np. umowy zlecenia byłby wliczany do stażu pracy. Odpowiednia jego długość stanowi gwarancję nabycia m.in. dłuższego wymiaru urlopu oraz dłuższego okres wypowiedzenia umowy.

Zrównywanie umów o pracę z umowami prawa cywilnego jest jednak niebezpieczne, ponieważ prowadzi do zacierania różnic pomiędzy nimi. Tym samym stosowanie umów cywilnoprawnych i omijanie Kodeksu Pracy zostałoby wręcz usankcjonowane – a dąży się przecież do czegoś wręcz przeciwnego. Skutki projektu Nowoczesnej byłyby więc daleko idące i dlatego nie zgadzamy się na wprowadzenie takiego rozwiązania.

Projekt, jak wynika z uzasadnienia, zmierza także do wyrównania szans osób prowadzących własną działalność w dostępie do stanowisk w administracji publicznej. Wymagają one bowiem posiadania określonego pracowniczego stażu pracy. Czyli celem projektu jest de facto ułatwienie przedsiębiorcom podejmowania pracy w administracji.

Ten cel jest kuriozalny bo przecież należy promować przedsiębiorczość, a nie wzrost zatrudnienia w administracji. Czy posłowie chcą odciągać biznes od prowadzenia firm i zamieniać ich w urzędników? Tak widzą rolę przedsiębiorców w naszym kraju? Z takim myśleniem trudno jest nam się zgodzić.

Problem, który posłowie chcą rozwiązać z punktu widzenia przedsiębiorców, nie należy do najbardziej palących. Ponadto zgłoszona przez nich propozycja nie jest proprzedsiębiorcza, nie stanowi wsparcia jakie faktycznie jest potrzebne. To czego trzeba jak najszybciej to: przyjazne otoczenie prawne dla prowadzenia działalności, uproszczenie procedur zakładania firmy (która przez ostatnie zmiany prawne uległa wydłużeniu), ograniczenie barier administracyjnych oraz niższe składki i podatki. Oczekujemy działań, które uwolnią potencjał polskich firm i ułatwią ich rozwój. Dlatego popieramy rozwiązania ujęte w Konstytucji Biznesu, która przewiduje tzw. wakacje od opłacania składek ubezpieczeniowych, ale też inne przedstawiane propozycje w tym koncepcję „mała firma, mały ZUS”. Wymagają one pewnych modyfikacji, niemniej jednak ich kierunek jest słuszny. Tym kierunkiem powinni podążać posłowie zgłaszając swoje pomysły legislacyjne – zamiast proponować rozwiązania, które są nieprzemyślane i nie stanowią odpowiedzi na realne problemy.

Arkadiusz Pączka, Zastępca Dyrektora Generlanego, Dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji, Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej

Microsoft i Silvermedia S.A. będą wspólnie rozwijać europejską telemedycynę

Porozumienie o współpracy na rzecz rozwoju i tworzenia usług telemedycznych dla pacjentów zostało podpisane w trakcie odbywającej się w Zabrzu konferencji MedTrends 2017. Firmę Microsoft reprezentował Sławomir Połukord, dyrektor ds. rozwoju biznesu w Microsoft, natomiast z ramienia Silvermedia dokument podpisał Ireneusz Wochlik, Prezes Silvermedia. Na jego mocy rozwiązania na rzecz telemedycyny dostarczane przez spółkę Silvermedia będą wspierane przez technologie chmury obliczeniowej Microsoft.

Transformacja rynku usług medycznych to proces stałej ewolucji, który zatacza coraz szersze kręgi także w Polsce. Konsultacje kardiologiczne przez komunikatory, zastosowanie aplikacji monitorujących poszczególne parametry ciała, zaawansowane algorytmy wspierające monitoring stanu zdrowia pacjentów stają się elementem codzienności w polskiej medycynie. Co więcej, aktywne wykorzystywanie technologii informatycznych wyznacza także Europejska Agenda Cyfrowa, na mocy której jednym z fundamentalnych działań powinny być inicjatywy dążące do poprawy sytuacji gospodarczej i dążenie do zrównoważonego rozwoju społeczeństwa w cyfrowej przyszłości.

„Telemedycyna to nie tylko oszczędność czasu spędzonego w kolejkach. To przede wszystkim oszczędność czasu potrzebnego do uratowania ludzkiego życia, odpowiednio wczesnego wykrycia potencjalnego zagrożenia czy postawienia właściwej diagnozy w momencie, kiedy pacjent nie ma możliwości spotkania z lekarzem” – powiedział Wojciech Życzyński, członek zarządu Microsoft. „Proces tworzenia odpowiednich narzędzi to nie jednorazowe działanie, ale systematyczne prace R&D zmierzające do optymalizacji działania systemów, wzbogacania ich o nowe funkcjonalności, które jeszcze lepiej pomogą pacjentom. To dla nas bardzo ważne, że algorytmy i usługi telemedyczne projektowane przez Silvermedia będą pomagały pacjentom wykorzystując również możliwości chmury Microsoft” – dodał Wojciech Życzyński.

Wśród rozwiązań telemedycznych dostarczanych przez Silvermedia są autorskie algorytmy analizujące sygnały biomedyczne. Pomagają one w zdalnej diagnostyce schorzeń poprzez definiowanie normalnych stanów funkcjonowania organizmu pacjenta, a następnie ocenę powstających anomalii. Są one stosowane m.in. w kardiologii (analizują zapis EKG i pomagają diagnozować choroby serca), audiologii (umożliwiają zdalne prowadzenia badań słuchu u dzieci), alergologii (wspierają diagnozę alergii i astmy), diabetologii, psychiatrii oraz wielu innych obszarach medycyny.

„Chmura obliczeniowa Microsoft to świetne miejsce do prac R&D z obszaru telemedycyny i możliwość szybkiego skalowania ich wyników. Te cechy skłoniły nas do stworzenia wspólnego przedsięwzięcia w postaci otwartego laboratorium telemedycznego, do którego chcemy zaprosić startup’y zainteresowane tą tematyką. Przygotowane środowiska będą pozwalały na testowanie swoich pomysłów i produktów z pomocą ekspertów dziedzinowych. Najlepsze rozwiązania będą mogły liczyć również na wsparcie przy komercjalizacji” – powiedział Ireneusz Wochlik z Silvermedia.

Obustronne porozumienie dotyczy m.in. wymiany wiedzy i doświadczeń związanych z wdrażaniem usług informatycznych na rynku medycznym, rozwoju i możliwości jakie niesie chmura obliczeniowa oraz bezpieczeństwa przechowywanych w tym modelu danych, ich analizy i zarządzania. Dodatkowo technologie chmury dostarczane przez Microsoft będą sukcesywnie wprowadzane w produktach telemedycznych Silvermedia.

Polacy coraz rzadziej myślą o emigracji

W ciągu roku odsetek potencjalnych emigrantów zmniejszył się o ponad 5 p.p. i dziś chęć wyjazdu z kraju deklaruje niespełna 14% Polaków – wynika z raportu „Migracje zarobkowe Polaków VI” przygotowanego przez Work Service. Wśród osób rozważających opuszczenie Polski 1 na 5 badanych wybiera się do Wielkiej Brytanii, która znów jest najpopularniejszym kierunkiem. Niepokojące jest, że grupą wiekową najbardziej skłonną do wyjazdu są osoby młode między 18 a 24 rokiem życia. Niezmiennie głównym powodem emigracji są wyższe zarobki, a Polacy najchętniej wyjadą na ok. 3 miesiące, co wiąże się z pracą sezonową.

Z szóstej edycji raportu „Migracje zarobkowe Polaków” wynika, że 13,7% Polaków rozważa wyjazd z kraju – to 9% dorosłej populacji Polski czyli ponad 2,8 mln osób. Najwięcej naszych rodaków chce opuścić kraj na ok. 3 miesiące – taką deklarację złożyło 29% spośród tych, którzy myślą o emigracji.

Przed nami okres wzmożonej pracy sezonowej, która co roku cieszy się dużą popularnością wśród Polaków. Wyjazd za granicę w okresie wakacyjnym pozwala w krótkim czasie uzyskać dochody kilkakrotnie wyższe niż w analogicznym czasie w Polsce. Stąd też wzrost zainteresowania wyjazdem z kraju w porównaniu z badaniem przeprowadzonym pół roku temu, emigrację deklarowało wtedy 12% Polaków. Ważniejszy jest jednak spadek, który nastąpił w ciągu 12 miesięcy, aż o 5 p.p. Jest on w dużej mierze efektem coraz lepszej sytuacji na polskim rynku pracy – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.Polacy coraz rzadziej myślą o emigracji

Kto myśli o emigracji?

Najbardziej skłonne do wyjazdu są osoby młode, między 18 a 24 rokiem życia. Stanowią oni 40% wszystkich planujących emigrację. W porównaniu z badaniem sprzed roku to wzrost o 10 p.p. O wyjeździe myślą przede wszystkim ci, którzy nie mają wyższego wykształcenia (84%). Wśród nich najwięcej jest Polaków po szkole średniej –  37%. Do emigracji przekonane są głównie osoby żyjące na wsi oraz w miejscowościach do 100 tysięcy mieszkańców – stanowią 60% wszystkich deklarujących chęć wyjazdu z kraju. Z kolei 59% potencjalnych emigrantów to osoby posiadające zatrudnienie, co dodatkowo uderzy w rynek pracy, który już teraz cierpi na niedobory pracowników. Najwięcej Polaków myślących o opuszczeniu kraju mieszka w północnej jego części.

Co może szczególnie niepokoić to fakt, że dominującą grupą wiekową, która rozważa emigrację są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia. Czy ich deklaracje zapowiadają ucieczkę przed perspektywą niskich płac, skutkami gorszego wykształcenia czy przed niskim poziomem urbanizacji regionów kraju z których pochodzą? Czy też odzwierciedlają inne, mniej tradycyjne powody decyzji migracyjnych? To ważne pytania jeśli pod uwagę brać będziemy miejsce zamieszkania, wykształcenie i deklarowane dochody potencjalnych emigrantów. Aż 53% z nich zarabia poniżej 2000 zł netto miesięcznie – komentuje Krzysztof Blusz, Wiceprezes Zarządu WiseEuropa.Kto myśli o emigracji

Powody i bariery emigracji bez zmian

Wciąż najważniejszym czynnikiem skłaniającym Polaków do emigracji są wyższe zarobki, deklaruje to 70% badanych. Na drugim miejscu jest natomiast wyższy standard życia (40%), który odnotował największy wzrost, aż o 18 p.p. Co ciekawe, jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki sprzed pół roku, to Polacy coraz większą uwagę przywiązują do korzystniejszego systemu podatkowego (26%) i bezpieczniejszego położenia geograficznego (15%). Niezmiennie najważniejszym powodem zniechęcającym do wyjazdu z kraju jest przywiązanie do rodziny i przyjaciół w Polsce (72%). Warto zwrócić uwagę, że aż 35% nie decyduje się na emigrację z powodu atrakcyjnej pracy. Dla 1 na 5 osób istotną barierą jest natomiast nieznajomość języków obcych.

***Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach raportu Migracje Zarobkowe Polaków zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut badawczy Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane w okresie 27 marca-2 kwietnia 2017 r.

Badanie zrealizowano na próbie N=662 osób pracujących, bezrobotnych, uczących się oraz przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (zgodnej ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Wykluczono z niej: emerytów, rencistów oraz osoby zajmujące się domem. Wyniki poddano procedurze ważenia na podstawie struktury zmiennych rekrutacyjnych wg. danych GUS. Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=662 to +/-3,88%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach projektu CATIBUS .

 

Grupa Ergis po I kw. 2017 r.

Grupa ERGIS, lider przetwórstwa tworzyw sztucznych w Europie Środkowo–Wschodniej, zanotowała w I kwartale 2017 roku przychody ze sprzedaży sięgające 183,4 mln zł (wzrost o 6,3%). Wynik operacyjny w tym okresie wyniósł 11,2 mln zł (wzrost o 8,3%), EBITDA 17 mln zł (wzrost
o 2,8 %) a wynik netto sięgnął 8,4 mln zł (wzrost o 22,2%).

Na uwagę zasługuje wyraźna poprawa, o 9,5%, wartości marży brutto na sprzedaży – sięgnęła ona 29,8 mln w I kwartale 2017 wobec 27,2 mln zł rok wcześniej. Jest to efekt przeprowadzonej restrukturyzacji w spółkach niemieckich oraz znaczącej poprawy rentowności recyklingu w wyniku przeprowadzonej na początku 2016 roku inwestycji. W rezultacie w I kwartale 2017 roku EBITDA Grupy wzrósł do 17,0 mln w porównaniu do 16,5 mln w analogicznym okresie 2016 roku.

Zgodnie z zapowiedziami, Grupa prowadzi budowę kolejnej linii do ekstruzji folii nanoErgis® w zakładzie w Oławie, której uruchomienie jest planowane przed terminem – są szanse na rozpoczęcie produkcji już w lipcu. Grupa podjęła także decyzję o inwestycji w nową linię do produkcji folii i laminatów z PET w MKF-ERGIS GmbH w Berlinie.

Rada Nadzorcza poparła rekomendację Zarządu dla Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy w sprawie wypłaty dywidendy za 2016 rok w wysokości 0,20 zł na akcję, czyli rekordowej w historii Spółki.

WYNIKI FINANSOWE – SZCZEGÓŁY

Wyniki finansowe Grupy ERGIS w I kwartale 2017 roku przedstawia poniższa tabela:

w tys. PLN  I kw. 2017 I kw. 2016 Dynamika
Przychody ze sprzedaży 183 400 172 579 +6,3%
Zysk operacyjny 11 171 10 315 +8,3%
Zysk brutto 10 539 8 812 +19,6%
EBITDA 17 034 16 569 +2,8%
Zysk netto 8 431 6 902 +22,2%

W I kwartale 2017 roku ceny surowców strategicznych były wyższe niż w IV kwartale 2016 (od 2,5% do 18%). Również w porównaniu z I kwartałem 2016 roku ceny większości surowców, z wyjątkiem LLDPE oraz płatków PET (gdzie odnotowano niewielkie spadki), były o kilkanaście procent wyższe. Przychody ze sprzedaży Grupy w I kwartale 2017 były wyższe o 6,3% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku, przy średnim kursie PLN/EUR niższym o 1,5%.

Rentowność brutto sprzedaży za I kwartał 2017 roku była w Grupie Ergis nieznacznie wyższa niż w analogicznym okresie roku 2016 i wyniosła 16,3% (wobec 15,8%), a wartość marży wyraźnie przekroczyła ubiegłoroczną (29,8 mln zł w I kwartale 2017 wobec 27,2 mln zł w analogicznym okresie 2016). Jest to efekt restrukturyzacji przeprowadzonej w Dywizji Folii Twardych oraz znaczącej poprawy rentowności recyklingu w wyniku przeprowadzonej na początku 2016 roku inwestycji.

W rezultacie w I kwartale 2017 roku EBITDA Grupy wzrósł do 17,0 mln zł w porównaniu do
16,5 mln zł w analogicznym okresie 2016 roku.

Wyniki za I kwartał 2017 roku rok oceniam jako dobre. Konsekwentne wdrażanie nowych produktów i technologii (nanoErgis®) oraz skuteczna restrukturyzacja pozwoliły zrealizować w I kwartale 2017 roku wynik netto lepszy niż w I kwartale 2016 roku, mimo znacznego wzrostu cen surowców, ograniczającego marże na sprzedaży wielu produktów – powiedział Tadeusz Nowicki, Prezes Zarządu ERGIS SA.

Pozytywnie oceniając obecną sytuację Spółki, Zarząd zdecydował o zarekomendowaniu WZA wypłaty dywidendy w wysokości 0,20 zł na akcję, czyli rekordowej w historii firmy – dodał Tadeusz Nowicki.

Polscy przedsiębiorcy za zmianami w systemie podatkowym

Dla większości badanej grupy przedsiębiorców obecny system podatkowy jest nieodpowiedni, a 92% z nich uważa, że system powinien zostać uproszczony – tak wynika z badania przeprowadzonego przez prof. Dominikę Maison z Wydziału Psychologii UW na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. W ocenie badanej grupy przedsiębiorców lepszym rozwiązaniem byłby podatek wyliczany jako procent od sprzedaży firm lub wprowadzenie stałej wartości procentowej podatku od funduszu płac.

Badanie „Przedsiębiorcy o podatkach” przeprowadzone przez firmę Maison&Partners pokazuje, że zdecydowana większość badanej grupy (aż 92%) jest za uproszczeniem dotychczasowego systemu podatkowego, który postrzegany jest jako nieprzyjazny, niesprawiedliwy, skomplikowany i niezrozumiały. Blisko połowa badanej grupy przedsiębiorców (41%), głównie najdłużej funkcjonujących na rynku oraz z sektora usług, opowiada się za liniowym systemem podatkowym. Podatek progresywny popiera ponad dwukrotnie mniej osób (17%), są to najczęściej przedsiębiorcy z sektora produkcji.
Ocena istniejącego systemu podatkowego przez przedsiębiorców jest bardziej negatywna od oceny tego samego systemu przez Polaków. Przedsiębiorcy znacznie częściej niż ogół społeczeństwa wiedzą, jaki system podatkowy preferują, a co zapewne za tym idzie, mają większą wiedzę na temat systemu podatkowego w Polsce – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Badana grupa przedsiębiorców została również zapytana o ocenę propozycji nowych rozwiązań systemów podatkowych. Pierwsza z nich dotyczyła wprowadzenia nowego systemu podatkowego wyliczanego jako procent od sprzedaży firm. Spotkała się ona z bardzo dużą aprobatą – blisko 90% badanej grupy uważa, że taki system byłby lepszy od obecnego, a w przypadku wprowadzenia takiego systemu w Polsce, aż 80% deklaruje poparcie dla takiej decyzji. Są to przedsiębiorcy z każdego sektora rynku, jednak istotnie częściej przedsiębiorcy działający w usługach (86%) i produkcji (76%). Najmniej przedsiębiorców z sektora handlu deklaruje poparcie dla tej propozycji, ale cały czas jest to blisko 70%.

Opinie przedsiębiorców na temat obecnie panującego systemu podatkowego są zbliżone do tego, co sądzą o nim zwykli obywatele. Jest to przede wszystkim system zbyt skomplikowany, często niesprawiedliwy i dlatego wymagający zmian. Przedstawione propozycje nowych rozwiązań systemu podatkowego w Polsce są przez obie grupy, zarówno przedsiębiorców, jak i wszystkich Polaków, postrzegane jako zdecydowanie lepsze od dotychczasowych, a przede wszystkim jako takie, które przyniosą korzyść wszystkim: każdemu obywatelowi, państwu i samym przedsiębiorcom – mówi prof. Dominika Maison z Wydziału Psychologii UW, autorka badania.

Druga oceniona przez badaną grupę przedsiębiorców propozycja dotyczyła wprowadzenia takiego systemu podatkowego, który byłby wyliczany jako stała wartość procentowa podatku od funduszu płac (w wysokości 25%). Ta propozycja spotkała się z równie dużym poparciem – aż 89% badanej grupy wyraziło opinię, że taki system powinien zostać wprowadzony w Polsce. Popierany jest on w badanej grupie przedsiębiorców niezależnie od sektora, w jakim działa firma i stażu na rynku pracy. Obie propozycje nowych systemów podatkowych (procent od sprzedaży firm oraz 25% z funduszu płac) są postrzegane jako przynoszące korzyści wszystkim: państwu, przedsiębiorcom i obywatelom (ponad 50% badanej grupy przedsiębiorców ma taką opinię w przypadku obu systemów). Systemy te są również podobnie oceniane jako przynoszące korzyści dla samego Państwa (12% w przypadku procentu od sprzedaży firm i 13% w przypadku 25% z funduszu płac). Natomiast różnicę w postrzeganiu obu systemów można dostrzec we wskazaniu korzyści dla samych obywateli i przedsiębiorców. System podatkowy oparty na procencie od sprzedaży firm wydaje się badanym przedsiębiorcom nieco bardziej korzystny dla samych obywateli (24% vs. 12%), natomiast oparty na 25% od funduszu płac jako bardziej korzystny dla nich samych, niż dla obywateli (17% vs. 8%).

Warto zwrócić uwagę, że w badaniu opinii ogółu Polaków, przeprowadzonym w lutym 2017 r. na zlecenie ZPP, zdecydowana większość, bo aż 70%, chciałaby by ich podatki były rozliczane przez pracodawcę. Opinia ta pojawia się nawet w grupie osób, które rozliczają się samodzielnie – ponad połowa z nich chętnie przerzuciłaby ten obowiązek na swoich pracodawców. Tymczasem jak pokazuje najnowsze badanie, opinie przedsiębiorców na temat rozliczania podatków swoich pracowników są podzielone – blisko połowa (45%) badanej grupy zgadza się, aby ten obowiązek leżał po ich stronie, jednak dość duża grupa (55%) nie chciałaby, aby taka zmiana została wprowadzona.

Badanie przedsiębiorców dopełniło nam obraz postrzegania obecnego systemu podatkowego, który zarówno przez ogół Polaków, jak i osoby prowadzące działalność w sektorze MSP jest oceniany zdecydowanie negatywnie jako zbyt skomplikowany i nieprzyjazny. Wydaje się, że nowy system oparty o procent od sprzedaży firm byłby w opinii zarówno przedsiębiorców, jak i ogółu Polaków, zdecydowanie lepszy od dotychczasowych rozwiązań – uważa Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.

Badanie zostało zrealizowane przez firmę Maison&Partners na przełomie marca i kwietnia 2017 roku na próbie 464 przedsiębiorców. Jego celem było poznanie opinii przedsiębiorców na temat obecnego systemu podatkowego oraz postrzeganie propozycji nowych rozwiązań. Niektóre wyniki badania zostały porównane z wynikami analogicznego badania wśród ogółu Polaków, przeprowadzonego tą samą metodą na Ogólnopolskim Panelu badawczym Ariadna w lutym 2017 r. na ogólnopolskiej próbie N=1063, reprezentatywnej dla ogółu Polaków ze względu na płeć, wiek i wielkość miejsca zamieszkania.

Średni dług seniora to 12,3 tys. zł

Z danych KRD wynika, że polscy seniorzy toną w długach. Tylko w ciągu roku ich zadłużenie wzrosło o 40 proc. a sam dług sięga blisko 3 mld zł.[1] Powodem są nie tylko pożyczki zaciągane na spłatę bieżących zobowiązań oraz pomoc rodzinie i wnukom, ale również jedne z najniższych emerytur w Europie. Równie ważny jest brak regularnych wpływów, które – poza emeryturą lub rentą – mogłyby wzmacniać domowy budżet. Przykłady? Możliwość dorabiania, wynajmowanie mieszkania, renta dożywotnia. To ważne, zwłaszcza, że 73 proc. emerytów żyje samotnie, a 36 proc. nie może liczyć na wsparcie bliskich[2].

Z Krajowego Rejestru Długów wynika, że najbardziej zadłużone są kobiety – 0aż 62 proc. seniorek boryka się z problemami finansowymi. Wiele z nich to wdowy, które musiały przejąć długi współmałżonków. Według statystyk GUS mężczyźni żyją średnio 74 lata, podczas gdy kobiety dożywają 82 lat. Przejęte długi to dużo mniejszy problem niż zaciąganie pożyczek i kredytów, zwłaszcza na bieżące potrzeby lub pomoc dzieciom i wnukom. Z danych KRD wynika, że średni dług osoby starszej to 12,3 tys. zł. Tymczasem według GUS przeciętna emerytura to 2082,47 zł brutto, czyli ok. 1727 netto. Ile emerytur musiałby oddać przeciętny senior, by spłacić zobowiązania?

Na co brakuje pieniędzy?

Aż 21 proc. długów senioralnych stanowią zobowiązania wobec banków i innych instytucji pożyczkowych. Blisko 20 proc. to niezapłacone rachunki za czynsz, wodę, prąd i gaz. Z kolei 13 proc. to płatności za abonament telewizyjny, Internet, czy telefon. Emeryci często nie regulują też długów alimentacyjnych (5 proc.) i nie płacą mandatów za jazdę komunikacją miejską bez ważnego biletu (2 proc.). – Trzeba przyznać, że polscy seniorzy nie mają pieniędzy nie tylko na czynsz i leki, ale również na podstawowe potrzeby, nie wspominając o przyjemnościach, wakacjach, remoncie mieszkania – przyznaje Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM. – Z najnowszego badania opinii, które zrealizowaliśmy na początku 2017 roku wynika, że  ponad 60 proc. emerytów zainteresowało się ofertą renty dożywotniej właśnie z powodu złej sytuacji finansowej. Na drugim miejscu (52 proc.) znalazła się sytuacja rodzinna: brak spadkobierców, złe relacje w rodzinne, samotność. Ponad 73 proc. osób starszych przyznało, że czuje się samotna, a 36 proc. z nich nie może liczyć na niczyją pomoc[3] – dodaje. Samotność, wykluczenie społeczne i problemy finansowe są codziennością osób starszych, do tego dochodzi niewiedza na temat dodatkowych źródeł dochodu, które mogłyby wzmocnić domowy budżet np. gotówki zamrożonej w nieruchomości.

Dodatkowe finansowanie

– Z naszego badania wynika że dzięki rencie dożywotniej co trzeci senior mógł spłacić swoje zobowiązania finansowe. W moim odczuciu problemem nie jest brak dostępnych rozwiązań, ale brak wiedzy wśród osób starszych, brak profesjonalnego doradztwa ze strony państwa, a czasem odpowiednich przepisów – mówi Robert Majkowski, Prezes Zarządu Funduszu Hipotecznego DOM. Przykładem może być renta dożywotnia, czyli usługa dzięki której osoby starsze posiadające nieruchomość mogą otrzymać dodatkowe, dożywotnie świadczenie. W zamian za przekazanie prawa własności do domu lub mieszkania, mogą one otrzymywać comiesięczną rentę  i mieszkać w swoim lokum, co gwarantuje im służebność osobista mieszkania wpisana do księgi wieczystej. Szacowana wartość aktywów, które można uruchomić dzięki rencie dożywotniej przekracza w Polsce 1 bilion złotych. Taka jest wartość nieruchomości, które można dzięki tej usłudze „zamienić” na rentę dożywotnią. Tymczasem liczba emerytów, którzy zdecydowali się na to rozwiązanie wciąż jest niewielka. Z danych KPF wynika, że dotychczas z usług funduszy hipotecznych skorzystało około pół tysiąca osób, a fundusze wypłaciły seniorom blisko 10 mln świadczeń. Patrząc na bardziej rozwinięte rynki, chociażby Wielką Brytanię, to wciąż mało.

Doradztwo ze strony Państwa

– Jednym z najważniejszych elementów poprawy sytuacji finansowej seniorów powinno być doradcze wsparcie ze strony Państwa, do czego już kilka lat temu nawoływał Rzecznik Praw Obywatelskich – podkreśla Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM. Takie doradztwo działa z powodzeniem w wielu krajach m.in. w Wielkiej Brytanii. W Brytanii, w 2014 roku wprowadzono zmiany w sposobie dostępu seniorów do ich emerytur. Przed ogłoszeniem zmian ¾ osób, które osiągnęły wiek emerytalny wybierało opcję wypłaty emerytury w określonej wysokości, co dawało im gwarancję dochodów do końca życia. Wprowadzenie reformy dało emerytom niespotykany dotąd wachlarz możliwości dostępu do swoich oszczędności, a jednocześnie umożliwiło ludziom podejmowanie decyzji finansowych, które mogłyby skutkować w przyszłości niższym dochodem w późniejszym okresie życia. Okazało się bowiem, że zaraz po przejściu na emeryturę ludzie niedoszacowują długości swojego życia przez co ryzykują, że przed śmiercią skończą im się pieniądze. To właśnie dlatego brytyjski rząd wprowadził usługę Pension Wise, która oferuje darmowy dostęp do bezstronnych porad na temat możliwości finansowych dla seniorów, którzy osiągnęli wiek emerytalny. Brytyjski Rząd uruchomił też projekt pod nazwą Financial Advice Market Review (Przegląd Rynku Doradztwa Finansowego) mający wypełnić lukę w doradztwie dla osób, które nie posiadają wystarczających środków finansowych. Projekt uzupełniający usługę Pension Wise będzie dawać seniorom możliwość m.in. analizy wysokości środków, jakie można otrzymać poprzez upłynnienie kapitału zamrożonego w nieruchomości. W tym zakresie analizowane będą scenariusze sprzedaży, wynajęcia lub zamiany nieruchomości oraz skorzystania z hipoteki odwróconej. Podobne doradztwo, w dopasowanej do naszego kraju i demografii formie, warto byłoby wprowadzić również w Polsce.

[1] Badanie „Seniorzy toną w długach” przeprowadzone przez KRD, opublikowane w styczniu 2017 r.
https://krd.pl/Centrum-prasowe/Informacje-prasowe/2017/Zadluzone-jest-zycie-staruszka—emeryci-tona-w-dlugach

[2] Badanie opinii przeprowadzone w lutym 2017 roku wśród Klientów Funduszu Hipotecznego DOM. Liczba badanych: 134 os.

[3] Badanie opinii przeprowadzone w lutym 2017 roku wśród Klientów Funduszu Hipotecznego DOM. Liczba badanych: 134 os.

Deloitte: Polscy CFO opowiadają się za pogłębioną integracją Unii Europejskiej

Wśród dyrektorów finansowych (CFO) w Polsce rośnie poczucie niepewności. Aż siedmiu na dziesięciu badanych uważa, że mamy obecnie do czynienia z wysokim poziomem niepewności ekonomicznej. W Europie Zachodniej taką opinię wyraża aż 61 proc. CFO. Z kolei 72 proc. polskich CFO prognozuje, że wzrost gospodarczy nie przekroczy w 2017 roku 2,5 proc. PKB. Jak wynika z kolejnej edycji międzynarodowego badania dyrektorów finansowych „CFO Survey”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, po Brexicie wielu menedżerów obawia się dezintegracji Unii Europejskiej. W odróżnieniu jednak od zachodnich kolegów, polscy CFO nie zgadzają się z opinią, że ratunkiem dla UE jest Europa „dwóch prędkości”.

Poprzednie edycje badania pokazały, że dyrektorzy finansowi wiarygodnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich wcześniejsze prognozy wzrostu PKB dla Polski na rok 2013 (około 1,5 proc PKB), rok 2014 (około 3 proc.) i rok 2015 (około 3 proc.) sprawdziły się. Tempo wzrostu w roku 2016 nie osiągnęło poziomu planowanego w budżecie (3,6 proc.) ale okazało się zgodne z prognozami dyrektorów finansowych (ok. 3 proc.).

Obecna edycja, która była przeprowadzona od lutego do marca tego roku, pokazała, że optymizm netto polskich dyrektorów finansowych systematycznie spada od drugiej połowy 2015 roku i jest najniższy od 2013 roku, niższy niż w czasach kryzysu ukraińskiego. Optymizm netto, rozumiany jako odsetek osób wskazujących, że perspektywy finansowe ich firm są optymistyczne pomniejszony o odsetek wskazujących na pogorszenie sytuacji, spadł do poziomu 17proc. (21 proc. rok temu).

Odnosząc sytuację Polski do pozostałych krajów w Europie widać wyraźnie, że poziom optymizmu w naszym kraju okazuje się niższy niż w wielu krajach Europy. Optymizm netto ważony skalą PKB poszczególnych krajów wynosi 25 procent dla badanych państw i 25 proc. dla krajów unijnych.  „Skoro nastroje polskich CFO w roku 2017 nadal się obniżają, to można się spodziewać utrzymania wzrostu PKB na obecnym poziomie około 3 proc., zamiast prognozowanych w Budżecie Państwa 3,6 proc.” – mówi Krzysztof Pniewski, Partner, Lider Programu CFO w Polsce.

Aż 72 proc. CFO prognozuje, że wzrost gospodarczy nie przekroczy 2,5 proc. PKB. Największa grupa (69 proc.) wskazuje jednak na wzrost w przedziale 1,6- 3,5 proc. Z kolei 54 proc. CFO oczekuje inflacji poniżej 2 proc. Dyrektorzy finansowi zakładają więc istotny impuls inflacyjny, który mógłby być efektem programu 500+, podniesienia płacy minimalnej lub wdrożenia innych obietnic obecnego rządu.

Zdaniem 28 proc. dyrektorów bezrobocie utrzyma się na dotychczasowym poziomie. Jednak aż 48 proc. badanych uważa, że będzie się ono dalej obniżać, co jest zgodne z prognozą rządu. Prognozy kursu euro wskazują na to, że wartość złotówki będzie utrzymywać się na wysokim poziomie. Aż 78 proc. dyrektorów uważa, że będzie on się kształtował w przedziale 4,20-4,50 zł.

Poziom niepewności ekonomicznej w Polsce wciąż rośnie. Aż siedmiu na dziesięciu badanych (71 proc.) uważa, że mamy do czynienia z wysokim poziomem niepewności. Pół roku wcześniej było to 64 proc. Zaledwie 11 proc. uważa poziom niepewności za standardowy, podczas gdy w poprzedniej fali badania było to aż 28 proc. Również CFO z Europy Zachodniej odczuwają wysoki poziom niepewności – tam zdecydowana większość (61 proc.) dyrektorów odpowiedzialnych za finanse uważa, że obecnie niepewność jest wyższa niż przeciętnie – jest to spowodowane Brexitem i innymi wyzwaniami geopolitycznymi. „Polska należy do grupy krajów, które charakteryzują się wysokim poziomem niepewności. Wśród krajów, gdzie ten wynik jest jeszcze wyższy są Wielka Brytania, Niemcy, Grecja, Turcja i Irlandia. Z kolei na drugim biegunie znalazły się państwa skandynawskie, w tym szczególnie Norwegia, gdzie na wysoki poziom niepewności wskazywało jedynie 19 proc. dyrektorów finansowych” – mówi Robert Nowak, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte. Nie zmienia się jednak liczba CFO w Polsce, którzy uważają, że obecnie panuje dobry czas na podejmowanie ryzyka (28 proc.). To tyle samo co pół roku wcześniej i jest to poziom normalny. We wszystkich badanych krajach jedna trzecia badanych uznała, że to jest dobry moment na podejmowanie ryzyka, a w krajach strefy euro było to jeden punkt procentowy więcej.

Wśród największych ryzyk dla prowadzeniu biznesu w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy (źródeł niepewności gospodarczej) ankietowani z Polski wskazali niestabilne prawo gospodarcze i podatkowe (53 proc.), rosnące koszty operacyjne (48 proc.), a na trzecim wzrost regulacji związanych z prowadzeniem biznesu (39 proc.). Polscy CFO obawiają się również presji cenowej i braku wykwalifikowanych pracowników. W ośmiu z dziewiętnastu krajów jako najważniejsze ryzyko respondenci wskazywali niepewność geopolityczną lub ekonomiczną.

Maleje nieznacznie liczba przedsiębiorstw, które planują wzrost przychodów w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy (76 proc. w porównaniu do 83 proc. w poprzedniej fali badania). Wciąż jednak to jest lepszy wynik niż średnia dla wszystkich badanych krajów, która wynosi 69 proc. Połowa firm w kraju uważa, że poprawią się również jej wyniki rentowności operacyjnej. Do poziomu 53 proc. z 50 proc. pół roku temu wzrósł odsetek ankietowanych, które w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy planują wzrost inwestycji. Aż 51 proc. badanych CFO w Polsce uważa, że w tym samym czasie zwiększy się liczba pracowników w ich firmach. Jedynie 12 proc. dyrektorów finansowych jest przeciwnego zdania.

Po pół roku przerwy na szczyt priorytetów polskich CFO powrócił wzrost przychodów na obecnych i nowych rynkach (odpowiednio 63 i 59 proc. wskazań). Redukcja kosztów bezpośrednich niezmiennie znajduje się na trzecim miejscu.

Kredyt bankowy jest nadal zdecydowanie najatrakcyjniejszym źródłem finansowania. Aż 67 proc. badanych oceniło tę formę jako atrakcyjną (pół roku wcześniej 66 proc.). Średnia dla wszystkich badanych krajów wyniosła 50 proc. Utrzymuje się ocena dostępności kredytów. Aż 90 proc. dyrektorów finansowych w Polsce uważa, że są one normalnie lub łatwo dostępne. „Zjawiska związane z szeregiem zmian dotyczących sektora bankowego takich, jak podatek bankowy, przewalutowanie kredytów frankowych oraz upadłości banków spółdzielczych nie wpłynęły więc bardzo istotnie na dostępność kredytów i zacieśnienie polityki kredytowej banków” – ocenia Piotr Świętochowski, Dyrektor w dziale Audit & Assurance, Deloitte.

Połowa badanych dyrektorów finansowych prognozuje wzrost poziomu transakcji M&A w Polsce. Charakter prognozy pozostaje stabilny od dłuższego czasu. Niemniej rośnie liczba CFO spodziewających się znacznego wzrostu aktywności rynku M&A (13 proc.).

29 proc. CFO w Polsce uważa, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że po Wielkiej Brytanii następni członkowie opuszczą Unię Europejską w ciągu kolejnych pięciu lat. Najwyżej to prawdopodobieństwo oceniono we Włoszech (62 proc. badanych). Zdaniem wielu CFO, Brexit wprowadzi bariery taryfowe i pozataryfowe, które zwiększą koszty obrotu gospodarczego, wydłużą czasy dostaw i wpłyną na zmniejszenie konkurencyjności towarów z Polski. Z kolei 23 proc. jest zdania, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE wprowadzi również utrudnienia wynikające z innych wymogów obrotu handlowego.

Zdaniem CFO z badanych krajów europejskich, Unia Europejskiej osiągnie największy sukces poprzez stworzenie Europy dwóch prędkości. Taką opcję wskazało aż 47 proc. menedżerów we wszystkich badanych krajach. CFO w Polsce uważają, że sukces Unii Europejskiej będzie zależał od dalszej ekonomicznej i politycznej integracji (58 proc.). Zdaniem 15 proc. CFO w Polsce bardziej korzystna byłaby droga tzw. różnych prędkości. Zaledwie 38 proc. Badanych CFO w Europie wybrało dalszą integrację UE jako strategię przyszłego sukcesu UE.

„Wahnięcia nastrojów i rosnący poziom niepewności ekonomicznej wśród polskich CFO wiążą się z niewiadomą, która pojawiła się po Brexicie i innych wydarzeniach politycznych w Europie, ale także z zapowiedziami zmian w polskim prawie gospodarczym i podatkowym. Nadal jednak, co bardzo ważne, dyrektorzy finansowi wierzą w potencjał i sukces swoich firm, co pokazuje, że nauczyli się funkcjonować w każdych warunkach gospodarczych” – podsumowuje Krzysztof Pniewski.

Ryzyko warte oszacowania

Identyfikacja ryzyka,  jakie niesie za sobą przetwarzanie danych osobowych przez firmę, nie jest prosta, składa się z kilku etapów. Przedsiębiorcy powinni jednak ją regularnie przeprowadzać, by móc wdrażać odpowiednie narzędzia zabezpieczajace. Gdy zacznie obowiązywać europejskie rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) wyniki przeprowadzonych analiz ryzyka staną się podstawą do określania, jakie zabezpieczenia będą adekwatne do istniejących zagrożeń i pozwolą uniknać niezgodności z prawem prowadzonych przez firmę procesów.

Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych ODO 24
Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych ODO 24

Ryzykiem określane jest takie działanie przedsiębiorcy (administratora danych), które wraz z upływem czasu może doprowadzić do jego niezgodności z przepisami prawa. Potencjalnym ryzykiem może być obarczony proces, który sam w sobie jeszcze nie stanowi naruszenia przepisów prawa ochrony danych osobowych, jednak w wyniku braku postępowania z tym ryzykiem może on być przyczyną powstania niezgodności. Przykładowo pozyskiwanie danych osobowych potencjalnych klientów bez wymaganej zgody na prowadzenie marketingu bezpośredniego drogą elektroniczną (np. mailing) samo w sobie nie jest jeszcze niezgodnością. Należy jednak zauważyć, że kolejnym krokiem w tym procesie będzie wysyłka niezamówionych informacji handlowych drogą elektroniczną, co już stanowi dużą niezgodnością – wyjaśnia Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych osobowych, ODO 24.

Identyfikacja potencjalnych ryzyk wymaga czujności i umiejętności przewidywania kolejnych zdarzeń przez ABI (Administratora Bezpieczeństwa Informacji), a po wejściu w życie RODO – IOD (Inspektora Ochrony Danych), który odpowiada za ochronę danych osobowych w danym podmiocie. Wielu początkujących ABI nie sięga do takich narzędzi pracy jak klasyfikacja ryzyka ze względu na to, że postrzega je jako skomplikowane. Wpływa to negatywnie na firmy, które nie są odpowiednio przygotowane na potencjalne niebezpieczeństwa.

Jak wskazuje ekspert ODO 24 przy przeprowadzaniu pierwszego szacowania ryzyka ochrony danych osobowych warto rozważyć zastosowanie metody składającej się z czterech etapów. Szacowanie należy przede wszystkim rozpocząć od identyfikacji kategorii danych i ich wartości (określenia czy dane, które przetwarza firma są tzw. zwykłe czy wrażliwe). Kolejnym krokiem jest zidentyfikowanie istniejących zagrożeń, by ją odpowiednio wykonać musimy wiedzieć, gdzie znajdują się dane i w jakiej formie się one przechowywane – elektronicznej czy papierowej. Trzecim etapem jest określenie następstw zdiagnozowanych niebezpieczeństw – ocena jak utrata określonej kategorii danych w konkretnym procesie wpłynie na całą organizację, np. zatrzymane zostaną krytyczne dla firmy procesy, dojdzie do zerwania umów przez klientów lub kontroli GIODO i konsekwencji z niej wynikających. Warto zaznaczyć, że należy dokonać klasyfikacji zidentyfikowanych ryzyk – czyli określić wysokość ryzyk w stosunku do poszczególnych procesów. Wynikiem całego procesu jest określenie jakie działania wobec ryzyk powinny zostać podjęte przez organizacje, np. jakie zabezpieczenia muszą być zastosowane, by uniknąć negatywnych konsekwencji w stosunku do konkretnej kategorii danych, która znajduje się w określonej lokalizacji – mówi  Konrad Gałaj-Emiliańczyk z ODO 24.

25 maja 2018 r. wraz z rozpoczęciem obowiązywania przepisów RODO każdy przedsiębiorca będzie musiał przeprowadzać ocenę skutków przetwarzania danych osobowych jeszcze przed rozpoczęciem tego procesu. Dlatego warto już teraz  zdobywać doświadczenie w identyfikacji ryzyk przetwarzania danych osobowych, mimo że obecnie obowiązujące przepisy nie nakładają obowiązku szacowania ryzyka.

Wyniki Grupy Impel po I kwartale 2017 r.

Grupa Impel – osiągnęła w pierwszym kwartale 2017 r. przychody ze sprzedaży na poziomie 545,9 mln zł, co oznacza wzrost w stosunku do ubiegłego roku o 74,5 mln zł tj. 15,8%. Grupa wypracowała zysk operacyjny w wysokości 9 mln zł, zysk netto osiągnął natomiast poziom 2,5 mln zł. 

Wzrost przychodów ze sprzedaży odnotowano we wszystkich głównych obszarach działalności Grupy Impel. W I kwartale 2017r. wzrosły one w segmencie Facility Management o  51 mln zł w stosunku do I kwartału 2016 r. i wyniosły 409,9 mln zł. Industrial Services osiągnął poziom 47,6 mln zł, zwiększając przychody o 13 mln, natomiast Digital Services & BPO osiągnęły 88,5 mln zł, zwiększając sprzedaż o 10 mln zł.

Grzegorz Dzik, prezes Impel S.A.
Grzegorz Dzik, prezes Impel S.A.

Szczególnie pozytywnie oceniamy wyniki segmentu FM w linii Bezpieczeństwo, który osiągnął najwyższy udział nowej sprzedaży we wzroście przychodów. Rozpoczęliśmy  współpracę z Grupą Volkswagen w zakresie obsługi fabryk VW Motor Poland, Sitech Polska oraz VW Poznań, fabryk zlokalizowanych w Poznaniu oraz we Wrześni. Zawarliśmy kontrakty również z Grupą Ciech oraz Leonardo – PZL Świdnik. Wszystkie kontrakty łącznie zwiększają przychody Grupy Impel o ponad 22 mln złotych rocznie i mają charakter długoterminowy. Potwierdza się strategia koncentracji na wybranych segmentach, która  umocniła naszą pozycję w przemyśle. Równie priorytetowo traktujemy wzmocnienie obecności w branżach: finansowej, spożywczej, budowlanej, a także w sektorach: wojskowym, rynku nieruchomości oraz handlu. Skupiamy się na selektywnej sprzedaży, która w kalkulacji musi osiągać zakładane parametry rentowności w oparciu o prawidłową wycenę kosztów pracy uwzględniających podwyżki wynikające ze zmiany przepisów prawa. Zwracamy również uwagę, iż z dniem 1 stycznia br. wydzielony został jako samodzielny segment Industrial Services, co oznacza realizację naszych planów w zakresie rozwoju usług na rzecz klienta przemysłowego. Ten segment bazuje na wysokospecjalistycznych technologiach i pracy w specyficznym reżimie na bardzo wymagającym rynku. Fakt wydzielenia i usamodzielnienia tej działalności w ramach segmentu, przyniosło poprawę wyniku już w pierwszym kwartale i budzi nasze nadzieje na dalszy wzrost znaczenia tych usług w portfolio Grupy. ” – mówi Grzegorz Dzik, prezes zarządu Impel SA.

W dniu 28 marca br. Rada Nadzorcza powołała z dniem 1 kwietnia w skład zarządu Impel SA Pana Mirosława Grebera, powierzając mu nadzór nad całością działań handlowych oraz marketingowych.

Głównym celem w pionie handlowym, wynikającym z nowej strategii jest zintegrowanie wszystkich procesów, zarówno w dotarciu do strategicznych klientów jak i zarządzaniu opieką posprzedażową we wszystkich segmentach rynku, w których działa Grupa Impel. Docieramy tam z wysokospecjalistyczną ofertą, uwzględniającą charakterystykę klienta z dogłębną analizą posprzedażową w zakresie logiki produktowo–cenowej. Zwiększamy wykorzystanie nowoczesnych narzędzi, takich jak: efektywne bazy klientów, contact center, efektywne przekazywanie i monitorowanie szans sprzedażowych, zamykając proces jednolitym systemem pomiaru. Pan Mirosław Greber odpowiedzialny jest również za rozwój sprzedaży zintegrowanej. Obserwujemy skłonność rynku do kupowania pakietów usług, ponieważ zwiększa się zaangażowanie i wzmacnia relacja klient-usługodawca. Dzięki takiemu podejściu budujemy przewagi konkurencyjne w naszym biznesie, ale równocześnie dajmy wymierne korzyści usługobiorcom. Konsekwentna koncentracja naszej uwagi na produkcie i obszarze handlowym prowadzi do celu, jakim jest efektywność ekonomiczna całej Grupy i ograniczone konkurowania niską ceną”  – dodaje Grzegorz Dzik.

Istotne znaczenie dla wyników pierwszego kwartału mają wprowadzone od 1 stycznia 2017 roku nowe przepisy wprowadzające minimalną stawę godzinową na umowę zlecenie.

Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel SA
Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel SA

 „Przez cały okres trwających już trzeci rok zmian przepisów, czyli „ozusowania” do wysokości minimalnego wynagrodzenia umów-zleceń, wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej na umowach zleceniach,  wprowadzenia do przetargów wymogu umów o pracę oraz likwidację jedynego kryterium – najniższej ceny, prowadzimy aktywną kampanię informacyjną wobec rynku i klientów. Uświadamiamy, że zawieranie umów na nasze usługi musi uwzględniać uchwalone przez ustawodawcę zmiany, a przetargi oparte wyłącznie na kryterium „najniższa cena” są negatywne dla obydwu stron. Kalkulacje, które opierają się na zaniżonej cenie i braku godziwego wynagrodzenia dla pracowników świadczących usługi są zmorą współczesnej rzeczywistości gospodarczej w Polsce. Jednakże, w pierwszym kwartale obserwujemy już pozytywne rezultaty naszych działań, ponieważ plany waloryzacji wszystkich kontraktów na dzień 31 marca 2017 r. zostały zrealizowane w 99 procentach. W sytuacji rosnących kosztów pracy, nasz zysk operacyjny wyniósł 9 mln zł, a mimo to rentowność realizowanych usług obniżyła się. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nasza branża najtrudniejszy okres ma już za sobą i na przestrzeni następnych okresów będziemy obserwować sukcesywną stabilizację rentowności – wyjaśnia Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel SA.

Grupa Impel wciąż poszukuje możliwości rozwoju swojej działalności, dlatego wzmacnia rolę procesów biznesowych i IT w strukturze oferowanych usług. Powołany w roku 2016 obszar działalności Digital Services & Business Process Outsourcing skupia w sobie wszystkie usługi specjalistyczne, bazujące na wysokiej rentowności i uniezależnione od zmiany przepisów związanych z kosztem pracy.

Wyniki obszaru Digital Services & Business Process Outsourcing budzą satysfakcję w linii Informatyka. Promujemy sprzedaż rozwiązań e-commerce, które usprawniają komunikację z klientem, rozpoznają jego potrzeby. Dzięki zastosowaniu systemu Hybris, klient w jednym miejscu odnajdzie wszystkie potrzebne dane. Dzięki temu osiąga zwielokrotnianą sprzedaż swoich produktów. Opieka nad klientem, śledzenie jego potrzeb, egzekucja realizacji usługi którą zakupił, szukanie potencjału do dalszej sprzedaży, odbywają się za pośrednictwem narzędzi informatycznych. Analiza gromadzonych danych o klientach i jego potrzebach to przyszłość każdego biznesu. Dzięki posiadaniu własnych zasobów informatycznych, w tym możliwości rozwoju aplikacji czy centrum kompetencyjnego SAP, chcemy być prekursorem rozwiązań wdrażanych dla klientów w obszarze Facility Management czy Industrial Services” – przekonuje Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel SA.

Branża zmienia się, ale w dalszym ciągu sytuacja walki cenowej pomiędzy konkurentami przy rosnących z jednej strony oczekiwaniach płacowych pracowników, z drugiej zmiany przepisów jest widoczna. Odstąpiliśmy od realizacji wielu umów, które przestały być opłacalne. Nowa sprzedaż w linii, która najbardziej doświadczyła zmian przepisów, czyli usług porządkowo-czystościowych, jest również obiecująca (pozyskane kontrakty Bank PKO BP, Getin Noble Bank, Open Finance), co stanowi dobry prognostyk. Grupa zdecydowała o uprządkowaniu procesów wewnętrznych, które wzmocnią działania zewnętrze i przyczynią się do trwałego wzrostu biznesu.

Wzmocnienie obszaru handlowego musi być poparte wewnętrznymi zmianami. Jedną z nich jest efektywne zarządzanie kapitałem. Nasze działania koncentrują się wokół zwiększania efektywności poprzez podpisywanie kontraktów z krótszym terminem płatności oraz bardzo dobrze działającej windykacji należności. Przyglądamy się każdej wydanej złotówce, a dotychczasowe oraz nowe kontrakty podlegają szczególnej ocenie efektywności ekonomicznej i ocenie płynności finansowej. Tylko spójne działania zewnętrzne i wewnętrzne pozwolą Grupie Impel rozwijać się i kreować nowe oblicze usług w Polsce” – podkreśla Grzegorz Dzik, prezes zarządu Impel SA.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 17.05.2017

Ostatni miesiąc nie był zbyt łaskawy dla notowań srebra, które znalazło się pod presją sprzedających. Od początku tygodnia na rynek przyszła korekta, która zatrzymała się w okolicy oporu 16.850-16.980. Co więcej, oscylator stochastyczny wskazuje na wykupienie rynku i zaczyna powoli zawracać. Analiza techniczna wskazuje jeden kierunek, czyli kontynuację trendu spadkowego, ale czy tak się stanie?

Notowania srebra, interwał dzienny

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 17.05.2017 7

Źródło: Admiral Markets

Tego dowiemy się dopiero po kilku dniach, ale spoglądając na wyższy interwał czasowy możemy wysnuć inną analizę, czyli kierunek południowy. Na interwale tygodniowym po raz kolejny odbiliśmy się od mocnego wsparcia 15.80-16.20. Analizując oscylator stochastyczny możemy dojść do innego wniosku, rynek jest wyprzedany, czas na większe odbicie.

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Na chwile obecną notowania srebra mogą powrócić w okolicę linii trendu spadkowego, ale na samym początku muszą przerwać wcześniej wspomniany opór na interwale dziennym. Analiza fundamentalna w dalszym ciągu wspiera północny kierunek, który widzimy na wykresie tygodniowym.

Od paru miesięcy globalna produkcja srebra spada, co możemy zawdzięczać bardzo niskim cenom. Od stycznia do marca, czwarty producent srebra na świecie – Chile zmniejszyło swoją produkcję o 26 procent rok do roku.

Produkcja srebra w Chile

Produkcja srebra w Chile

Źródło: SRSrocco Report

Wydobycie srebra spadło z 383.8 ton do 283.4 ton w 2017 roku. Chile nie jest wyjątkiem, bowiem jest to trend światowy.

Co dalej z PLN?

Ostatnie umocnienie złotego zawdzięczamy zarówno czynnikom lokalnym, jak i globalnym. Polski złoty podąża śladami walut z naszego regionu, napędzany jest także poprzez dobre dane makroekonomiczne z polskiej gospodarki. Wczorajsza publikacja danych PKB za I kw. 2017 roku (4 proc. R/R) potwierdza dobrą kondycje naszej gospodarki. Niemniej jednak na horyzoncie czają się problemy, które na chwile obecną są ignorowane przez inwestorów. Niepokojące sygnały z chińskiej gospodarki oraz kolejna podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych (pomimo gorszych danych z gospodarki) może na giełdy sprowadzić korektę. W ostateczności przełoży się to na wzrost awersji do ryzyka, czyli odpływ kapitału z bardziej ryzykownych aktywów, do których należy PLN. Reasumując, dalsze długoterminowe umocnienie złotego stoi pod znakiem zapytania.

Notowania USD/PLN, interwał tygodniowy

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 17.05.2017 8

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym notowania USD/PLN dotarły w okolicę strefy popytu 3.70-3.77. Po tak mocnym i długim rajdzie umacniającym polskiego złotego w stosunku do dolara amerykańskiego przydałoby się odreagowanie. Warto również zauważyć, że została pokonana linia trendu wzrostowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

W 2016 roku obroty Grupy Muszkieterów w Polsce przekroczyły 6,5 mld zł

W 2016 roku Grupa Muszkieterów w Polsce osiągnęła 6 miliardów 523 miliony  zł  obrotów, odnotowując tym samym wzrost w tym zakresie o 11,3 proc. rok do roku. W tym czasie Muszkieterowie otworzyli 11 supermarketów Intermarché i 13 Bricomarché. Obecnie Grupa Muszkieterów tworzona jest przez 298 polskich przedsiębiorców,  zarządzających łącznie  374 sklepami.

Najlepszy rok w historii Bricomarché w Polsce

Wchodząca w skład Grupy Muszkieterów sieć supermarketów typu „dom i ogród” Bricomarché, wypracowała w 2016 roku obroty w wysokości 1,83 mld zł, osiągając tym samym ponad 25 proc. wzrost rok do roku. Jednocześnie Bricomarché zanotowało blisko 22 proc. wzrost liczby klientów, co oznacza, że był to najlepszy rok w historii sieci w Polsce.

Poprzez otwarcie  sklepu Bricomarché w poznańskiej Galerii Pestka na koniec kwietnia br., sieć rozpoczęła realizowanie strategii wchodzenia do dużych miast. Poznański Bricomarché powstał w miejsce dawnego Praktikera. Nie jest to jednak pierwsza lokalizacja należąca wcześniej do konkurencji, w której pojawiły się supermarkety Bricomarché. W 2016 roku sieć przejęła 4 lokalizacje po sieci NOMI. Dzięki tej strategii Bricomarché oferuje klientom asortyment na powierzchniach sprzedaży wynoszących kilka tysięcy m2.

Bricomarché zakłada przekroczenie do końca 2017 roku 2 mld zł obrotów. Ponadto zaplanowano w tym czasie co najmniej 15 otwarć nowych sklepów, tak aby na zakończenie  IV kwartału 2017 roku działało łącznie minimum 149 marketów sieci w Polsce.

Swój udział w rynku DIY na koniec 2016 roku, Bricomarché szacuje na ok. 11 proc. Wzmacniając swoją pozycję czwartego gracza w Polsce.

Grupa Muszkieterów działa w Polsce już od 20 lat. Wypracowała sobie w tym czasie pozycję solidnego partnera biznesowego i pracodawcy. Tutejszy rynek, mimo, że jest ukształtowany, charakteryzuje się dużą dynamiką  i  potencjałem wzrostu, dlatego mamy bardzo ambitne plany, nie tylko na najbliższy rok, ale również w perspektywie długoterminowej komentuje David de Bosschère Prezes Grupy Muszkieterów w PolsceW przypadku Bricomarché nasze plany zakładają rozwój organiczny oraz poprzez przejęcia, tak by docelowo zająć pozycję w pierwszej trójce sieci DIY w Polsce – dodaje David de Bosschère.

Dobry rok dla Intermarché

Sieć supermarketów Intermarché wraz z przymarketowymi stacjami paliw wygenerowała blisko 4,7 mld zł obrotów, odnotowując tym samym wzrost w tym zakresie o 6,7 proc. rok do roku. W 2016 roku Intermarché otworzyło 11 nowych sklepów, co oznacza, że na koniec roku działało ich łącznie 232.

Intermarché w trosce o wygodę klientów stale rozszerza również sieć przysklepowych stacji paliw. Intermarché jest liderem w tym segmencie, bowiem obecnie obok marketów operują aż 62 stacje. Sieć stawia sobie za cel, by w przyszłości, tam gdzie będzie to możliwe, działały one  przy każdym istniejącym supermarkecie Intermarché.

Od 2015 roku klienci wybranych supermarketów Intermarché mają możliwość zamawiania towarów przez Internet i odbierania zapakowanych produktów w sklepie w specjalnie przygotowanej do tego strefie odbioru – to usługa o nazwie Drive Light.

W październiku 2016 roku Intermarché rozpoczęło natomiast testy Drive Accueil. W tym przypadku po odbiór produktów zamówionych online, klient zgłasza się do punktu obsługi klienta w sklepie. Usługa Drive w tej wersji jest oferowana przez Intermarché w Katowicach, przy ul. Armii Krajowej 188.

Głównymi atutami Drive są dla klienta przede wszystkim wygoda i oszczędność czasu – może on bowiem zrobić zakupy przez Internet i szybko je odebrać np. w drodze z pracy do domu.

Mamy świadomość tego, że konsumenci podejmują decyzje zakupowe z coraz większą rozwagą, dlatego Intermarché na bieżąco udoskonala ofertę oraz koncepty swoich sklepów. Oczekiwania w stosunku do tradycyjnych sklepów nieustannie rosną, ale staramy się im sprostać, dostrzegając potencjał również branży spożywczej mówi David de Bosschère, Prezes Grupy Muszkieterów w Polsce.

Huawei coraz bliżej strategicznej współpracy z HAWE Telekom. Umowa ma pomóc w restrukturyzacji polskiej spółki

Huawei coraz bliżej strategicznej współpracy z HAWE Telekom. Umowa ma pomóc w restrukturyzacji polskiej spółki 9

Dobra sytuacja na rynku telekomunikacyjnym i współpraca technologiczna z Huawei pozwolą HAWE Telekom zwiększyć przychody i zaspokoić wierzycieli. Operatorzy komórkowi przechodzą na mobilne sieci nowej generacji 5G, rozwijają się też usługi machine to machine oraz internet rzeczy. Będzie to sprzyjać HAWE Telekom, podobnie jak współpraca technologiczna i finansowa z Huawei. Umowa powinna zostać podpisana do końca maja.

Liczymy bardzo na współpracę z Huawei, które jest liderem w rozwiązaniach technologicznych. Obecnie to na technologii budowany jest świat. Przed nami zmiana systemu z 4G na 5G, współpraca machine to machine, wszędzie otacza nas internet, technologie liczą się coraz bardziej. Jako spółka, korzystając z zaplecza badawczo-rozwojowego i rozwiązań technologicznych, możemy zaoferować naszym kontrahentom wysoko specjalistyczne usługi, które tym samym zwiększą nasze przychody – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Paweł Paluchowski, prezes zarządu HAWE Telekom w restrukturyzacji oraz prezes zarządu HAWE SA w restrukturyzacji.

Szacuje się, że wartość rynku telekomunikacji w Polsce łącznie z segmentami telefonii komórkowej, stacjonarnej, dostępu do internetu i usług płatnej telewizji przekroczyła 42 mld zł (dane PMR). Od 2020 roku ma się rozpocząć era zastosowań technologii 5G, zamiast dotychczas stosowanej 4G. Ma to umożliwić nie tylko wyższą prędkość transmisji danych, lecz także obsługę większej liczby urządzeń o różnych wymaganiach pod względem przepustowości sieci. Rozwijają się też usługi M2M (machine to machine). Na koniec I połowy 2016 roku w modelu M2M aktywnych było 2,23 mln kart SIM. Rozwijający się rynek sprzyja HAWE Telekom, które świadczy tego typu usługi telekomunikacyjne. Korzystna jest także współpraca z Huawei.

Potencjał HAWE Telekom jest bardzo duży. Taki partner jak Huawei, lider na rynku światowym, szuka firm z bardzo dużym potencjałem. Cieszymy się, że właśnie taki partner dołączył do nas i będziemy mogli z nim ten biznes rozwijać. Liczymy, że potencjał zauważą również nasi wierzyciele i dzięki temu będziemy mogli wypracować odpowiednie propozycje układowe, które pozwolą ostatecznie spłacić wierzycieli i dalej rozwijać nasz biznes – mówi Paluchowski.

W marcu został podpisany list intencyjny, zgodnie z którym Huawei Polska ma pomóc w znalezieniu partnerów, którzy byliby zainteresowani finansowaniem projektów i samej Grupy HAWE. Współpraca technologiczna zakłada m.in. certyfikację i szkolenie personelu HAWE Telekom w zakresie serwisowania i wdrażania technologii Huawei i wspólną realizację projektów w ramach ogłaszanych przetargów w branży. Umowa dotycząca współpracy technologicznej, handlowej oraz finansowej ma zostać podpisana z końcem maja tego roku.

Zaczęliśmy od współpracy technologicznej. Nasza sieć otrzymała nowy system DWDM – przypomina prezes HAWE Telekom.

HAWE Telekom za pomocą techniki DWDM (Dense Wavelength Division Multiplexing) modernizuje sieć światłowodową, aby uzyskać połączenia o przepływności nawet 8 Tb/s. Inwestycja łącznie ma obejmować 4 tys. km sieci, na której będzie instalowany system Huawei OSN 8800.

Teraz wchodzimy w nowy etap współpracy handlowej, gdzie liczymy, że będziemy partnerem sprzedażowym dla Huawei. Wchodzimy w obszar współpracy technologicznej, gdzie będziemy się wymieniali doświadczeniami. Liczymy na doświadczenie Huawei w najbardziej zaawansowanych i nowoczesnych rozwiązaniach technologicznych i współpracy w zakresie finansowania działalności operacyjnej – przyznaje Paluchowski.

Jak mówi prezes HAWE Telekom, firma znajduje się obecnie w procesie restrukturyzacji, zgodnie z decyzją sądu z początku kwietnia tego roku. Zakup od Huawei systemu DWDM daje możliwość świadczenia niemal wszystkich oferowanych przez telekomy usług dla operatorów telekomunikacyjnych. Pozwala także na pozyskanie nowych klientów i tym samym stanowi pierwszy krok do poprawy sytuacji firmy i zaspokojenia wierzycieli.

Liczymy na to, że podpisany list intencyjny będzie przyczynkiem tego, aby szybciej zrealizować propozycje układowe, które złożyliśmy na ręce rady wierzycieli i sądu. To wstępne propozycje układowe, które mają rozpocząć dyskusję i negocjacje między spółką a wierzycielami i pomóc wypracować ostateczne propozycje, które będą złożone do sądu, aby przeprowadzić zgromadzenie wierzycieli i żeby układ został pozytywnie zakończony – podkreśla Paweł Paluchowski.

Polacy zbudują kapsułę Hyperloop. Środek transportu będzie mógł przewozić ludzi w tempie 1000 km/h

Polacy zbudują kapsułę Hyperloop. Środek transportu będzie mógł przewozić ludzi w tempie 1000 km/h 10

Polski zespół Hyper Poland University Team jako jeden z 24 ekip z całego świata zakwalifikował się do finału drugiej edycji konkursu SpaceX, polegającego na stworzeniu projektu kapsuły Hyperloop. Finał odbędzie się latem, natomiast już wcześniej pojawił się inny sukces – dzięki zakończonej w piątek zbiórce udało się zebrać odpowiednią ilość funduszy do budowy pełnowymiarowego prototypu.

Hyperloop to projekt nowego, niezwykle szybkiego środka transportu, który ma duże szanse na to, by okazać się przełomem komunikacyjnym. Kapsuła z pasażerami będzie się poruszać w specjalnym tunelu, w którym zostanie obniżone ciśnienie. W warunkach podobnych do tych, które panują około 10 km nad poziomem morza, zmniejszy się opór powietrza, co pozwoli na jazdę z prędkością nawet 1000 km/h przy zachowaniu relatywnie niskich kosztów transportu.

Hyperloop jest koncepcją nowego środka transportu, który ma w przyszłości zrewolucjonizować sposób, w jaki będziemy się poruszać. Można powiedzieć, że jest to połączenie trochę samolotu, trochę pociągu. Z tego względu samolotu, że chcemy poruszać się bardzo szybko. Mamy tu na myśli prędkość do 1000 kilometrów na godzinę, czyli znacząco szybciej niż przeciętny samolot. A kolej pociągu dlatego, że chcemy się poruszać pomiędzy centrami miast, czyli na przykład z Warszawy do Wrocławia, unikając problemów, jakie mamy na lotniskach, takich jak dojazd czy trwające długo odprawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Radziszewski, członek zespołu Hyper Poland University Team, student Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa na Politechnice Warszawskiej.

Docelowa kapsuła ma mieć kilkanaście metrów długości i pomieści do 30 osób. Będzie poruszała się w tunelu o średnicy ponad 3 metrów, osiągając prędkość zbliżoną do 1000 km/h

Obecnie w zespole uniwersyteckim zajmujemy się mniejszą kapsułą testową, o długości 4 metrów i wysokości około 1 metra, która jest platformą testową docelowych rozwiązań. Ona ma wziąć udział w konkursie, w którym zadaniem będzie osiągnięcie jak największej prędkości – wyjaśnia Paweł Radziszewski.

Członek zespołu Hyper Poland twierdzi, że infrastruktura powiązana z tą technologią ma przypominać tradycyjną sieć kolejową.

Co więcej można powiedzieć, że Hyperloop byłby czymś w rodzaju metra międzymiejskiego. Mam tu na myśli rurę, w której będą puszczane wagoniki, kapsuły co kilka minut. Dzięki temu każdy pasażer będzie mógł wyruszyć w trasę wtedy, kiedy będzie sobie życzył – podkreśla Paweł Radziszewski.

Koszt wyprodukowania prototypu kapsuły to kwota rzędu kilkuset tysięcy złotych. Gra jest jednak warta świeczki, bowiem technologia znacząco skróci czas podróży.

Hyperloop jest też czymś w rodzaju kolejki magnetycznej, przy czym różnica jest taka, że po pierwsze nie mamy torów, tylko będziemy lewitować nad powierzchnią toru, a drugą istotną różnicą jest to, że poruszamy się w rurze. Czyli mamy bardzo niskie ciśnienie, prawie próżnię – dodaje Paweł Radziszewski.

Najważniejsze jest jednak to, że polski zespół młodych inżynierów ma spore szanse na zwycięstwo w wielkim finale.

Stawialiśmy na najprostsze rozwiązania skomplikowanych problemów. Cały dobór materiału przebiegał w bardzo skomplikowany sposób, ponieważ dobrać optymalne współczynniki właściwości materiałów było bardzo trudno przy założeniu, że będzie się to łączyło także z niską ceną – opowiada Paweł Sobczak, członek zespołu Hyper Poland.

W ostatnich dniach zespół Hyper Poland osiągnął za to inny sukces – zbiórka funduszy na budowę pełnowymiarowego prototypu w skali 1:1 okazała się bardziej niż udana.

– Zorganizowaliśmy kampanię crowdfundingową, na której udało się zebrać ponad 180 tysięcy złotych na przygotowanie tego pojazdu i wysłanie go do Stanów. Ta kwota będzie wykorzystana przez studentów na zakup części, materiałów do wybudowania tego pojazdu, wysłania go do Stanów i przetestowania na zawodach –  podsumowuje Krzysztof Tabiszewski, koordynator zespołu Hyper Poland.

Producenci oprogramowania dla grafików komputerowych postawili na sztuczną inteligencję. W czasie rzeczywistym analizuje ruch ręki artysty i przewiduje kształty, które mają powstać

Producenci oprogramowania dla grafików komputerowych postawili na sztuczną inteligencję. W czasie rzeczywistym analizuje ruch ręki artysty i przewiduje kształty, które mają powstać 11

Twórcy programów graficznych takich jak CorelDRAW Graphics Suite 2017 czy platforma Adobe Sensei coraz częściej wykorzystują sztuczną inteligencję oraz elementy uczenia maszynowego. Najnowocześniejsze programy wykorzystywane do przerabiania zdjęć oraz tworzenia grafiki potrafią gromadzić wiedzę o naszych nawykach, rozpoznawać zamierzenia oraz lepiej zinterpretować ruchy cyfrowego pióra czy pędzla.

Niedawno na rynku pojawił się nowy pakiet programów graficznych CorelDRAW Graphics Suite w wersji 2017. Jedną z najciekawszych innowacji w nowej wersji aplikacji jest narzędzie LiveSketch, które na bieżąco analizuje ruchy grafika i wspiera go w pracy, na bieżąco poprawiając jego ruchy i domyślając się, jaki kształt rysunku będzie oczekiwany. Na dodatek inteligenty asystent jest wyjątkowo przyjazny, naturalny w użyciu, a swoim charakterem przypomina tradycyjne szkicowanie.

Poza zmianą nazewnictwa najważniejszą rzeczą jest zastosowanie nowych technologii: zarówno sieci neuronowych, jak i sztucznej inteligencji w świeżym narzędziu LiveSketch, które nawiązuje do takiego prawdziwego szkicowania. Program ma za zadanie skrócić odległość pomiędzy kartką, ołówkiem a naszym mózgiem, w którym rodzi się cały pomysł – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Aleksy Pawluczuk z Wydziału Form Przemysłowych ASP w Krakowie.

Pakiet CorelDRAW Graphics Suite 2017 został stworzony specjalnie na potrzeby systemu Windows, co oznacza, że zawiera szereg innowacji, które mają poprawić komfort pracy w tym systemie. Program pozwala korzystać z zaawansowanych urządzeń obsługiwanych rysikiem i dotykiem, w tym z produktów z serii Microsoft Surface oraz monitorów Ultra HD 5K.

Cześć z tych rzeczy to po prostu nowe technologie, które zostały ukryte wewnątrz aplikacji. Znajdziemy tam również takie rzeczy, jak możliwość pracy na wielu ekranach, obsługa bardzo wysokiej rozdzielczości, rzędu 5K i wyżej, możliwość przebudowy całego interfejsu pod kątem rozdzielczości, a także nowe rzeczy w postaci np. zmian ikonek, zarówno wielkości, jak i kolorów, zmian węzłów kontrolnych itd. Plus oczywiście dodatkowy kontent, który możemy sobie bezpośrednio z aplikacji wrzucić, czyli to będą rozszerzenia, dodatkowe programy i tak dalej, dostępne od razu po włączeniu programu – tłumaczy Aleksy Pawluczuk.

Narzędzie LiveSketch w czasie rzeczywistym analizuje ruchy osoby używającej pióra lub myszki i pomaga opracowywać grafiki wektorowe w sposób odzwierciedlający rysowanie na papierze, co  znacząco ułatwia pracę użytkownikowi.

Jest to analiza ruchów za pomocą narzędzi takich jak pióro Wacoma czy paru innych producentów, które następnie są scalane zależnie od parametrów, które sobie ustawimy. Program uczy się, rozpoznaje nasze zamierzenia i następnie tworzy z kilku kresek jedną czy jakieś inne jeszcze, które sobie stworzymy, zależnie od ustawionych parametrów przetwarzania takich kresek – mówi Aleksy Pawluczuk.

Jak twierdzi ekspert, pakiet CorelDRAW jest na tyle wszechstronny, że może być używany niemal w każdej dziedzinie związanej z tworzeniem i obróbką grafiki. Najnowsza wersja programu przyczynia się do zwiększenia wydajności, dzięki usprawnieniom toku pracy wprowadzonym na życzenie klientów.

Jeżeli popatrzymy sobie, gdzie stosuje się CorelDRAW, to tak naprawdę nie ma żadnej dziedziny życia zawodowego, w której nie byłby stosowany. Natomiast zastosowanie sztucznej inteligencji na pewno ułatwi niesamowicie pracę w wielu przypadkach, szczególnie początek procesu projektowania, tam gdzie szkicujemy, poprawiamy pewne rzeczy  – twierdzi Aleksy Pawluczuk.

CorelDRAW to nie jedyny program na rynku, który wykorzystuje sztuczną inteligencję i elementy uczenia maszynowego. Warto zwrócić również uwagę choćby na Adobe Sensei ­– platformę, która naśladuje inne istniejące zdjęcia, tworząc unikalną perspektywę i modyfikacje na przykład dla naszego zdjęcia typu selfie. Program ten przenosi mobilną fotografię na zupełnie inny poziom. Specjalista prognozuje, że w przyszłości coraz więcej programów graficznych będzie dążyło do ułatwienia nam pracy.

Podobne narzędzie znajdziemy jeszcze w Ilustratorze, nie dokładnie takie samo, bo nie działa z użyciem sztucznej inteligencji i sieci neuronowych, ale znajdziemy coś takiego. Oprócz tego pojawiło się kilka mniej znanych narzędzi, programów, które w podobny sposób funkcjonują, np. rysujemy sobie trójkącik, dwa kółeczka, on z tego robi sobie wycinek pizzy. To jest właśnie też zastosowanie tego typu technologii. Myślę, że większość programów będzie dążyła w tę stronę, chodzi o ułatwianie pracy z programem graficznym – przekonuje Aleksy Pawluczuk.

Zaawansowane programy graficzne typu CorelDRAW to rozwiązania nie tylko dla zawodowych grafików, lecz także dla wszystkich osób, które chcą zmaksymalizować wykorzystywanie potencjału twórczego.

Myślę, że CorelDRAW idealnie nadaje się zarówno dla zawodowych grafików, osób, które pracują konceptualnie, jak i tych, którzy wykorzystują program do produkcji reklamy czy druku. Ponadto program znajdzie uznanie wśród projektantów, wszelkiego rodzaju designerów od samochodów, do wszelkich produktów, które na początku szkicuje się na papierze, zanim to przeobrazi się w postać np. projektów 3D – wylicza Aleksy Pawluczuk.

Pakiet CorelDRAW Graphics Suite 2017 jest dostępny w m.in. w polskiej wersji językowej. Cena pełnej wersji programu wynosi 2699 zł. Co istotne, Corel zdecydował się przejść na roczny cykl życia produktu, co oznacza, że każdego roku doczekamy się obszernej aktualizacji.

Zmiana nazwy produktu związana jest z tym, że wprowadzamy nowy, roczny cykl życia produktu, czyli przechodzimy po prostu na roczny, a nie dwuletni cykl, jak to było w poprzednich przypadkach – podsumowuje Sylwia Tomalska, sales manager na Europę Wschodnią w Corel Corporation.

Polski start-up wspiera proces badań klinicznych i redukuje miliardowe koszty wprowadzania nowych leków na rynek

Polski start-up wspiera proces badań klinicznych i redukuje miliardowe koszty wprowadzania nowych leków na rynek 12

Głównym celem projektu Monitor jest obniżenie wysokich kosztów wprowadzania nowych leków na rynek. Będzie to możliwe dzięki zdalnemu dostępowi do danych pacjentów, którzy są zaangażowani w badania kliniczne. Przy okazji jednak to także wymowny dowód na to, że inwestowanie w start-upy coraz bardziej się opłaca.

Wprowadzenie nowego leku na rynek może kosztować blisko 500–600 mln dol., a więc w przeliczeniu na złotówki daje to miliardowe kwoty. Jest to między innymi związane z koniecznością zaangażowania wielu specjalistów prowadzących badania kliniczne, a także dodatkowe osoby, które im w tym pomagają i nadzorują cały proces. Dużo środków i czasu pochłania również prowadzenie szczegółowej dokumentacji badań, więc w sumie już etap badań klinicznych stanowić może do 40 proc. wszystkich kosztów wdrożenia leku. Dodatkowo jest on też często odpowiedzialny za opóźnienie, wydłużenie całego procesu.

Polski start-up Monitor CR chce szukać oszczędności właśnie na etapie badań klinicznych leku. Ma to być możliwe dzięki zastosowaniu specjalnie opracowanego oprogramowania, które w znacznym stopniu zautomatyzuje kwestię nadzoru nad ośrodkami badawczymi zajmującymi się nowym lekiem.

Projekt Monitor wchodzi w proces przygotowywania nowych leków do wprowadzenia na rynek jeszcze na etapie badań klinicznych. To one stanowią nawet 40 proc. całkowitych kosztów wdrożenia leku, a na dodatek często opóźniają cały proces. Powód jest prosty – zajmujący się nimi eksperci to lekarze, obarczeni na co dzień wieloma innymi obowiązkami i zadaniami, którzy z trudem znajdują czas na dodatkowe działania.

Dzięki uproszczeniu procedur i zdalnemu dostępowi do danych pacjentów redukuje miliardowe koszty wprowadzania nowych leków na rynek. Innowacyjny system ma się sprawdzić zarówno w Polsce, jak i całej Europie.

— Chodzi o bardzo istotny i kosztowny element w działaniach, na który przeznaczane są setki milionów dolarów. Mam na myśli proces wprowadzania nowego leku na rynek. Koszt takiego przedsięwzięcia to ponad miliard dolarów. Około 70 proc. tej wartości zajmują badania kliniczne nad lekiem, które są prowadzone w szeregu ośrodków, często rozlokowanych w różnych krajach. Z kolei koszty monitorowania badań klinicznych stanowią ok. 40 proc.

Wcześniej tego typu projekt pomimo potencjału nie miał szans powodzenia, bowiem problem stanowiły zarówno przepisy prawne, jak i kiepska organizacja służby zdrowia.

– Zmiany legislacyjne, postępująca cyfryzacja czy digitalizacja szpitali, także w Polsce, umożliwiły wprowadzanie na rynek produktu, którego biznesowa sensowność była potencjalnie identyfikowana znacznie wcześniej. Niestety, z różnych powodów prawnych oraz trwającego do dzisiaj tradycyjnego analogowego prowadzenia dokumentacji przez szpitale tego typu projekt po prostu nie mógł się udać – twierdzi Piotr Koral.

Wciąż obowiązujący stary model polega na delegowaniu osób fizycznych, tzw. monitorów, którzy kursują z różnego rodzaju dokumentacją pomiędzy szpitalem, w którym są prowadzone badania kliniczne, a zleceniodawcą badania lub sponsorem, u którego składają raport. Aby to zmienić, na zlecenie spółki Monitor CR zostało opracowane oprogramowanie, które w połączeniu z aplikacjami wykorzystywanymi w szpitalu umożliwi zdalny dostęp do danych pacjentów zaangażowanych w badania kliniczne.

– Wszystko jest oczywiście anonimowe, stąd wszelkie kwestie prawne zostały zachowane. Krótko mówiąc, całkowita eliminacja monitorów nie jest możliwa, natomiast znaczące ograniczenie jak najbardziej. Co równie istotne, oprogramowanie znacząco przyspieszy te wszystkie mozolne procesy, a tym samym pozwoli oszczędzić bardzo dużo pieniędzy — mówi Piotr Koral.

Projekt Monitor już na starcie został dostrzeżony i doceniony. Finalny produkt ma szansę trafić do największych potentatów na rynku.

– Stopniowo zaczynamy wchodzić na rynek z gotowym produktem, zyskując zainteresowanie wielu poważnych graczy. Nie jest kwestią przypadku, że spółka Monitor CR w ubiegłym roku otrzymała dofinansowanie z programu Horyzont 2020, została zidentyfikowana jako jeden z najbardziej interesujących startupowych projektów w Europie – podsumowuje Piotr Koral.

Aby projekt dobrnął do końcowego etapu, musiał przejść długą i krętą drogę. Dopiero teraz, po niespełna trzech latach, produkt jest w pełni gotowy do tego, by zaprezentować go potencjalnym nabywcom.

– Projekt Monitor z formalnego punktu widzenia obejmuje dwie spółki: Monitor CR i Monitor SM. Projekt, którego inwestor zgłosił się do Investin pięć lat temu, startował na poziomie surowego pomysłu. Obecnie jesteśmy na dobrej drodze do gotowego produktu i prowadzimy już rozmowy z pierwszymi poważnymi klientami zainteresowanymi jego odbiorem – podsumowuje Piotr Koral.

79% kandydatów do pracy ma wrażenie, że nikt nie zapoznał się z ich aplikacją

Kandydaci do pracy czują się ignorowani przez rekruterów. Aż 8 na 10 ma poczucie, że nikt nie przejrzał ich aplikacji, a tylko co piąty otrzymał informację o przyczynach niezatrudnienia. Tak wynika z badania „Candidate Experience 2017” zrealizowanego przez eRecruiter i Koalicję na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Eksperci zwracają uwagę, że pracodawcy nie budują relacji z niezatrudnionymi kandydatami. Najczęściej zachowują ich CV w bazie (78%) oraz zapraszają do śledzenia zakładki „Kariera” (54%).

– Kandydaci, którzy w odpowiedzi na ofertę pracy wysyłają swoją aplikację, najczęściej nie otrzymują żadnej informacji zwrotnej ze strony pracodawcy. To jeden z najsmutniejszych wniosków tegorocznej edycji badania „Candidate Experience”. Z doświadczeń uczestników rekrutacji wynika również, że spora część pracodawców nie stosuje dobrych praktyk w zakresie informowania o zakończeniu procesu naboru lub przyczynach niezatrudnienia. Aby zminimalizować te negatywne doświadczenia i oszczędzić czas, rekrutujący mają do dyspozycji technologię i specjalne platformy do zarządzania rekrutacjami. Usprawniają one komunikację z kandydatami, umożliwiając wysyłkę wiadomości ze statusem procesu do wielu uczestników jednocześnie. Nie zajmuje to dużo czasu, a kandydat nie czuje się lekceważony – zwraca uwagę Julia Urbańska, marketing manager w eRecruiter oraz koordynatorka Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji.

Kandydaci oczekują odpowiedzi

Większość przedstawicieli działów HR zgadza się, że warto dbać o kandydatów w procesie rekrutacji. Niestety, praktyka wygląda inaczej. Po pierwsze, aż 8 na 10 ubiegających się o pracę ma wrażenie, że nikt nie przejrzał wysłanej przez nich aplikacji. Po drugie, widać rozbieżności między elementami, które zdaniem kandydatów powinny być standardem podczas rekrutacji, oraz tymi faktycznie stosowanymi przez pracodawców. Dla 86% aplikujących standardem powinno być informowanie o zakończeniu procesu rekrutacyjnego. Z takim działaniem spotkało się zaledwie 39% kandydatów. Ponadto, 8 na 10 specjalistów oczekuje od pracodawców informacji o przyczynach niezatrudnienia. Taki zwyczaj ma zaledwie co piąta firma.

Pracodawcy zapominają o niezatrudnionych kandydatach

Podtrzymywanie relacji z wartościowymi kandydatami, którzy z określonych przyczyn nie zostali zatrudnieni, to ważny element candidate experience. Jednak wyniki badania eRecruiter wskazują, że firmy ograniczają się w tym obszarze do biernych działań. Najczęściej pracodawcy zachowują CV kandydatów w bazie (78%), ale tylko 42% zagląda do zgromadzonych CV przy okazji każdej rekrutacji. Najczęściej wtedy, gdy otrzyma zbyt mało zgłoszeń na opublikowane ogłoszenie o pracę.

Paweł Bechciński, Dyrektor ds. Rekrutacji i Rozwoju Zasobów Ludzkich, SUEZ Polska, podkreśla, że firmy wciąż nie wykorzystują w odpowiednim zakresie baz danych i zasobów, które już posiadają. – Obecnie nie możemy pozwolić sobie na stratę żadnego wartościowego kandydata, nie tylko przyszłego, ale też tego, który już do nas zaaplikował i wykazał się inicjatywą oraz chęcią pracy w organizacji. W naszej firmie zbieramy większość życiorysów w ramach tzw. rekrutacji ogólnej, w której kandydaci sami spontanicznie przesyłają nam aplikacje. Dziennie otrzymujemy ok. 20 życiorysów, co w skali roku daje kilka tysięcy potencjalnych kandydatów do pracy. Warto zwrócić uwagę, jaki to jest kapitał dla firmy. Przy wybranych procesach rekrutacyjnych, nie musimy publikować nowego ogłoszenia o pracę i czekać na spływające CV. Dzięki eRecruiter, możemy skorzystać z zasobów, które już mamy, co zdecydowanie ogranicza koszty i czas rekrutacji – mówi Paweł Bechciński z SUEZ Polska.

Wśród innych sposobów podtrzymywania relacji z niezatrudnionymi kandydatami, rekruterzy wskazali zachęcanie do śledzenia zakładki „Kariera” (54%) oraz informowanie o bieżących rekrutacjach (26%). Niestety, niewielki odsetek firm – zaledwie 19% – decyduje się pytać kandydatów o ich wrażenia i opinie na temat procesu rekrutacyjnego, w którym wzięli udział.

– Troska o dobre relacje z kandydatami to bardzo istotny element rekrutacyjny, który przekłada się na wizerunek firmy. Jednak często zapomina się, że dotyczy to również dbania o kandydatów, którzy nie zostali zatrudnieni. Takie osoby mogą zostać ponownie zaproszone do kolejnych rekrutacji, co w konsekwencji skróci czas prowadzonych procesów i znacząco ułatwi pracę działu HR. Pracodawcy, jeśli nie chcą, aby odrzucony kandydat był ich piętą Achillesa, powinni optymalizować projekty rekrutacyjne poprzez odpowiednie narzędzia HR i praktyki, na które wskazują sami kandydaci – mówi Julia Urbańska z eRecruiter.

***

Metodologia badania

  1. edycja badania „Candidate Experience” składa się z dwóch części. Opinie kandydatów na temat rekrutacji zostały zebrane na zlecenie eRecruiter i przeprowadzone na użytkownikach portalu Pracuj.pl  zajmujących stanowiska specjalistyczne, menedżerskie i wyższe, posiadających co najmniej 2-letnie doświadczenie zawodowe. Badanie zostało zrealizowane w dniach 11-26.01.2017. Ankietę wypełniło łącznie 1961 osób, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy brały udział w procesie rekrutacyjnym. Opinie pracodawców zostały zebrane w ramach badania „Candidate Experience”, przeprowadzonego przez eRecruiter, wśród osób zajmujących się procesami rekrutacyjnymi w firmach. Badanie zostało zrealizowane metodą ankiety online w dniach 19.01-7.02.2017. Ankietę wypełniło łącznie 536 osób.

Badanie „Candidate Experience” zostało przeprowadzone z inicjatywy eRecruiter oraz Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Partnerem badania jest Great Digital. Koalicja istnieje od kwietnia 2013 r. i liczy ponad 300 firm, które chcą promować dobre praktyki w rekrutacji.

Polska firma stworzyła testy medyczne oparte o biosensory. Pozwolą one zdiagnozować bez kontaktu z lekarzem obecność wirusów i bakterii i nowotworów

Polska firma stworzyła testy medyczne oparte o biosensory. Pozwolą one zdiagnozować bez kontaktu z lekarzem obecność wirusów i bakterii i nowotworów 13

SensDX opracowuje i wdraża testy oparte o biosensory, które w kilka minut pomogą zdiagnozować choroby górnych dróg oddechowych albo dróg rodnych. To innowacyjne rozwiązanie nie tylko usprawni działanie służby zdrowia, lecz także pozwoli zaoszczędzić czas pacjenta i oszczędzi chorej osobie konieczności wychodzenia z domu. Pierwsze testy pojawią się na rynku już w 2018 roku. 

Postawienie odpowiedniej diagnozy w możliwie najkrótszym czasie to klucz do skutecznej terapii i szybkiego wyleczenia pacjenta. Właśnie dlatego start-up SensDX pracuje nad rozwiązaniami diagnostycznymi, które będą czułe, szybkie, proste w użyciu, w przystępnej cenie i przed wszystkim szeroko dostępne tak, aby każdy miał możliwość przebadania się w zaciszu własnego domu.

Firma SensDX zajmuje się opracowywaniem i wdrażaniem nowych testów w  oparciu o biosensory, czyli urządzenia, które wykorzystują zarówno biologiczne elementy, jak i części elektroniczne, służące do odczytywania wyników – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Dawid Nidzworski, pomysłodawca i współzałożyciel firmy, po czym dodaje – Tego typu rozwiązanie produkujemy w tym momencie już w naszej firmie – jest to płytka, która jest obudowywana elementami biologicznymi, przeciwciałami, które wykrywają konkretne antygeny w celu wykrycia np. wirusa grypy lub bakterii.

Firma SensDX pracuje nad rozwiązaniami, które wykryją nie tylko choroby dróg oddechowych, lecz także dróg rodnych. Ta sama platforma ma wykryć również m.in. markery nowotworowe.

Testy górnych dróg oddechowych, dróg rodnych czy testy onkologiczne, różnią się w zależności od tego, co chcemy wykryć. Wszystkie testy charakteryzuje ta sama podstawa, to znaczy urządzenie, które będzie takie samo dla wszystkich opracowywanych testów. Dzięki temu mamy uniwersalną platformę do różnych testów – komentuje Dawid Nidzworski.

Twórcy zaznaczają, że testy będą przygotowywane w dwóch wariantach: dla indywidualnego pacjenta oraz do stosowania w gabinetach lekarskich, szpitalach, przychodniach, laboratoriach, a nawet aptekach. Wszystkie informacje o stanie zdrowia pacjenta będzie można odczytać za pomocą aplikacji mobilnej.

Zastosowanie nowoczesnych miniaturowych technologii pozwala na opracowanie testów, które każdy przeciętny polski domownik będzie mógł zrobić u siebie. Chcemy nie tyle ograniczyć dostęp do lekarza, co usprawnić proces leczenia, proces diagnostyki tak, aby przeciętny Kowalski mógł bez problemu zdiagnozować się w domu, wysłać wynik do lekarza i w przypadku lekkich infekcji czy małych problemów otrzymać poradę natychmiast przez internet – wyjaśnia Dawid Nidzworski.

Współzałożyciel firmy SensDX podkreśla, że rozwiązanie zostało docenione przez Komisję Europejską, Narodowe Centrum Badań, Mazowiecką Jednostkę Wdrażania Programów Unijnych, jak i dużego zewnętrznego inwestora. To wsparcie finansowe pozwoliło na sfinansowanie badań i rozwoju firmy.

Finansujemy badania z kilku źródeł, jesteśmy laureatami czterech różnych projektów, grantów badawczych, rozmawiamy i kończymy rozmowy z inwestorem branżowym oraz finansujemy badania ze środków własnych – wylicza Dawid Nidzworski.

Pierwszym testem, który firma zamierza wprowadzić na rynek jest, Flu SensDX. Sensor potwierdzi obecność wirusa grypy w wymazach z gardła pacjenta.

Pierwsze testy pojawią się w połowie przyszłego roku. Na początku wprowadzimy Flu SensDX, który pozwoli wykryć wirusa grupy w wymazie górnych dróg oddechowych. To rozwiązanie będzie naszym pierwszym flagowym produktem, ale już w tym momencie pracujemy nad kolejnym rozwiązaniami, które mamy nadzieję, w kolejnych latach będą sukcesywnie przez nas wprowadzane – prognozuje Dawid Nidzworski.

Inna wersja tzw. „Trump trade”

Rynki przeszły od trybu kupowania ryzyka w stronę porzucania USD, gdyż przybywa skandali wokół prezydenta Trumpa. USD jest niżej, korzystają JPY, EUR i złoto. Awersja do ryzyka zaczyna przedzierać się przez rynek akcji, ale też waluty ryzykowne. Rajd złotego zaczyna hamować.

Ciąg przyczyno-skutkowy popularyzowany od początku roku zakładał, że prezydent Donald Trump przeforsowuje ambitny program gospodarczy, który przyspieszy ożywienie w USA, co przełoży się na wzrost presji inflacyjnej i zachęci Fed do większej liczby podwyżek stóp procentowych. Jednak jeśli wyrzucimy pierwszy element łańcucha, cały projekt się rozpada. I to jest teraz główny problem dla dolara. Po tym, jak wczoraj świat obiegły informacje, że Trump zdradził rosyjskiemu ministrowi spraw wewnętrznych tajne informacje dotyczące Państwa Islamskiego, dziś media donoszą, że w lutym prezydent USA prosił ówczesnego szefa FBI Comeya, aby zakończyć śledztwo w sprawie kontaktów byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Flynna z Rosjanami (kontakty okazały się prawdą, a Flynn skłamał w tej sprawie wiceprezydentowi Pence’owi). Choć Biały Dom dementuje prasowe rewelacje, niepewność na rynku pozostaje. I nie chodzi już o zwykłe porzucanie tzw. „Trump trade”, który od listopada stał za dolarem. Jeśli prasowe doniesienia okażą się szukaniem sensacji, reformy administracji Trumpa zostaną tylko trochę opóźnione. Jednak na ten moment realnym staje się ryzyko impeachmentu, co straszy rynki i czyni dolara wyjątkowo nielubianym. Według firmy bukmacherskiej PredictWise szanse na to, że Trumpa nie utrzyma prezydentury do końca 2017 r., wzrosły do 28 proc.

Doniesienia uderzają mocno w USD. Rentowności 10-letnich obligacji spadają, co daje jasny sygnał dla zniżek USD/JPY w poszukiwaniu „bezpiecznej przystani”. Ale dolar traci też mocno względem euro. Zagrożenia impeachmentem potrzebują ostatnie nadzieje tych, którzy trzymali krótkie pozycje w EUR/USD od listopada i zwycięstwa Trumpa w wyborach. Jeśli dorzucimy do tego wygraną Macrona w wyborach we Francji i umacnianie siły partii kanclerz Merkel w lokalnych wyborach w ostatni weekend oraz dobre dane z Eurolandu, otrzymujemy wszystkie argumenty, by nie pozostawać na krótkiej pozycji. Przekroczenie 1,11 może być dopiero początkiem ruchu, jeśli prasowe rewelacje mają umocowanie w dowodach. W dniu wyborów w USA szczyt EUR/USD był na 1,13. Nic poza tym się teraz nie liczy.

Dla złotego i walut rynków wschodzących sytuacja się komplikuje. Jeśli program gospodarczy Trumpa zostanie wstrzymany, rynkom wschodzących przestaje grozić wizja zacieśniania monetarnego Fed. Ale jeśli obawy o impeachment wystraszą inwestorów na Wall Street, a za tym ruszy globalna wyprzedaż aktywów ryzykownych, wówczas złoty ma więcej do stracenia niż zyskania. Nocny pobyt EUR/PLN poniżej 4,18 okazał się krótkotrwały, ale jeśli rynki światowe pozostaną spokojne, apetyt na złotego nie zniknie. Dziś poznamy decyzję RPP, gdzie stopy powinny pozostać bez zmian. Inflacja pozostaje poniżej celu NBP, a wzrost gospodarczy odbija po ubiegłorocznym spowolnieniu. Taki obraz gospodarczy jest spójny z dotychczas wyrażanymi przez członków RPP poglądami. Pozwala to teraz na kontynuację polityki „wait-and-see”, zezwalając na dalsze przyspieszanie ożywienia. W drugiej połowie roku widzimy nasilenie pozytywnych ryzyk dla ścieżki inflacji, które wpłyną na zaostrzenie retoryki RPP, a finalnie przyniosą pierwszą podwyżkę w listopadzie, ale na razie przekaz z Rady pozostanie neutralny.

Z innych danych uwagę przykuwa raport z rynku pracy Wielkiej Brytanii. Spowolnienie dynamiki wynagrodzeń przy rosnącej inflacji implikuje drenaż realnych dochodów gospodarstw domowych, co będzie ciążyć na sile ożywienia gospodarczego w kolejnych kwartałach. Dynamika zatrudnienia już jest o połowę niższa niż przed referendum w sprawie Brexitu. Naszym zdaniem nie ma tu miejsca na podwyżki stóp procentowych BoE, a dla GBP oznacza więcej powodów do obaw i przeceny. Słabe dane posłużą jako potwierdzenie tej tezy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Frank najtańszy od dwóch lat. Czy kurs spadnie poniżej 3,5 zł?

Stabilniejsza sytuacja polityczna i gospodarcza w strefie euro wpływa na spadek kursu franka do najniższego poziomu od dwóch lat. Czy można liczyć na prawdziwy przełom, trwałe osłabienie szwajcarskiej waluty i wycenę poniżej granicy 3,5 zł? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Gdy na rynkach panują burzliwe nastroje, inwestorzy od lat lgną do franka (CHF) niczym do bezpiecznej przystani. Szwajcarska waluta wyraźnie zyskiwała np. podczas światowego kryzysu na przełomie lat 2008 i 2009 oraz w 2011 r., kiedy w posadach chwiała się strefa euro.

Ważnym momentem dla franka było również uwolnienie kursu przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) na początku 2015 r. Od tego czasu średnia wycena CHF była blisko granicy 4 zł. Warto także zauważyć, że po każdym z wymienionych wydarzeń notowania franka korygowały się, ale nie wracały do poprzednich poziomów. Czy w związku z lepszą sytuacją gospodarczą na świecie oraz stabilizacją w strefie euro można liczyć na długoterminowe osłabienie się szwajcarskiej waluty?

Jest silnie przewartościowany

Praktycznie podczas każdego oficjalnego wystąpienia przedstawiciele SNB podkreślają, że szwajcarska waluta jest zbyt mocna. – Frank pozostaje silnie przewartościowany – mówił Thomas Jordan, prezes SNB, 11 maja br. w Zurychu. W podobnym tonie wypowiadała się również pod koniec marca Andrea Maechler, członkini Rady Gubernatorów.

Każdy komunikat po posiedzeniu władz monetarnych także podkreśla fakt silnego przewartościowania franka, konieczność kontynuacji polityki ujemnych stóp procentowych oraz interwencji rynkowych, które mają na celu przeciwdziałanie umocnieniu szwajcarskiej waluty.

Jaka jest skala przewartościowania franka? Według opublikowanego w grudniu 2016 r. raportu Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) na temat Szwajcarii, średni kurs w 2015 r. był przewartościowany o 16-23 proc. (model EBA REER). Ponieważ dziś frank jest o ok. 5 proc. słabszy w relacji do koszyka walut krajów wchodzących w skład wymiany handlowej ze Szwajcarią, to aktualne przewartościowanie można szacować na ok. 15 proc.

Coraz więcej argumentów za osłabieniem CHF

Informacja o fundamentalnym przewartościowaniu wcale nie musi oznaczać, że wartość franka szybko wróci do równowagi. Istnieje jednak coraz więcej powodów, by siła szwajcarskiej waluty zaczęła powoli ustępować.

Przede wszystkim mamy do czynienia ze stabilizacją sytuacji politycznej oraz gospodarczej w strefie euro. Biorąc pod uwagę wynik wyborów we Francji oraz w Holandii, a także sondaże w Niemczech, ryzyko rozpadu obszaru wspólnej waluty zauważalnie się zmniejszyło. Kupowanie franka w celu zabezpieczenia się przed negatywnym rozwojem sytuacji w Europie wydaje się coraz mniej uzasadnione.

Warto także zwrócić uwagę, że przetrzymywanie kapitału w bezpiecznych szwajcarskich aktywach może narażać na straty, jeżeli frank nie będzie zyskiwał na wartości. Stopy procentowe są na ujemnym poziomie, a obligacje skarbowe aż do 10-letniego terminu zapadalności mają negatywne rentowności.

Najprawdopodobniej również SNB nadal będzie stosował bardzo łagodną politykę pieniężną połączoną z interwencjami walutowymi. Wycofanie się z niej w najbliższych latach jest bardzo mało prawdopodobne. To powinien być kolejny argument, by napływ kapitału do Szwajcarii zakładający wzmocnienie się franka został ograniczony.

Idealny moment na przełom?

Zmniejszenie się ryzyk w globalnej gospodarce i stabilizacja w strefie euro, połączone z ujemnymi stopami procentowymi w Szwajcarii oraz interwencjami SNB w celu osłabienia franka, to idealny scenariusz na osłabienie się franka.

W najbliższych miesiącach, jeżeli sytuacja nie ulegnie znacznemu pogorszeniu w strefie euro, powinniśmy obserwować powolny spadek wartości szwajcarskiej waluty. Realnym scenariuszem jest obniżenie się CHF o ok. 5 proc. do końca roku, czyli spadek do przedziału 3,65-3,7 zł.

W bardzo optymistycznym rozwoju sytuacji, czyli zredukowaniu większości przewartościowania franka, można nawet oczekiwać obniżenia się kursu poniżej granicy 3,5 zł. Ten scenariusz wymagałby jednak przynajmniej kilku kwartałów stabilnej sytuacji globalnej i praktycznie całkowitego zanegowania ryzyka rozpadu strefy euro. Na razie jest jeszcze zbyt wcześnie, by liczyć na tak fundamentalny przełom.

Złoty ciągle umacnia się

Słabość dolara była dominującym wczoraj motywem na rynkach. Niewiele pozostało też ze wzrostów na rynku ropy, obserwowanych w poniedziałek. Słabo wypadł też warszawski parkiet giełdowy.

Indeks WIG20 tracił na wczorajszym zamknięciu 1.55%. Spadki nabrały tempa dokładnie o godzinie 10:00, kiedy to opublikowano zaskakująco dobre dane z polskiej gospodarki. W pierwszym kwartale rozwijała się w tempie 4%. Optymistyczne prognozy zakładały wynik na poziomie 3.9%. Lepsze dane posłużyły zatem za pretekst do realizacji zysków, ze wzrostów jakie obserwowaliśmy ostatnio. Natomiast polski złoty wyraźnie wczoraj umacniał się – zarówno względem dolara jak i euro.

Tymczasem oddział Fed z Atlanty podwyższył we wtorek swoje prognozy dotyczące tempa wzrostu PKB w USA. W drugim kwartale gospodarka amerykańska ma rozwijać się w tempie 4.1%. Dziś natomiast kończy się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Rynek nie oczekuje żadnych zmian w wysokości stóp procentowych. Nieco wcześniej z Wielkiej Brytanii napłyną natomiast dane z tamtejszego rynku pracy. Prognozowana stopa bezrobocia to 4.7%.

eurpln17052017r

Polski złoty od początku roku znajduje się w trendzie wzrostowym. Rynek EUR/PLN pokonał niedawno wsparcie na 4.25. Jeśli szybko nie nastąpi powrót ponad tę barierę, droga do kolejnych spadków będzie otwarta. Logicznym celem wydaje się poziom 4.10. Tam też krzyżują się kolejne linie wsparcia. Wskaźnik RSI wspiera niedźwiedzi i dopóki nie pokona poziomu 50 punktów nie ma szans na zmianę nastrojów.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna dobrze rozpoczęła drugi kwartał 2017r.

Dobrze rozpoczęty drugi kwartał – pięć pozwoleń związanych z nakładami inwestycyjnymi o wartości ponad 650 mln złotych, wydanych w minionych tygodniach – pozwala liczyć Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej S.A. (KSSE S.A.) na zamknięcie roku z jednym z najlepszych wyników w jej historii.

Plany KSSE S.A. na 2017 rok zakładają pozyskanie 25 nowych projektów inwestycyjnych o wartości przekraczającej miliard złotych, związanych z utworzeniem ponad tysiąca nowych miejsc pracy. Parametry dwunastu zezwoleń, dotychczas udzielonych przez KSSE S.A. w 2017 roku, w tym czterech wydanych przedstawicielom sektora MŚP, pozwoliły największej polskiej specjalnej strefie ekonomicznej w znacznym stopniu zrealizować roczny plan dotyczący wartości inwestycji (łącznie od początku roku zadeklarowano nie mniej niż 930 mln złotych nakładów inwestycyjnych) oraz ponad 50 proc. założeń co do liczby nowych miejsc pracy (łącznie zadeklarowano blisko 550 nowych miejsc pracy).

– Komentując plany KSSE na rozpoczynający się rok podkreślałem, że mimo nieprzewidywalności biznesu jesteśmy optymistami jeśli chodzi o efekty naszej pracy. Muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się osiągnięcia tak pozytywnych rezultatów już w połowie maja. Oczywiście nie wpływa to na intensywność naszych starań w pozyskiwaniu kolejnych inwestorów, a przed nami stoją nowe wyzwania. Nasz bardzo dobry wynik w pierwszych miesiącach 2017 roku potwierdza również, że SSE rzetelnie wypełniają postawione przed nimi zadania, o czym wspominał niedawno prezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu,  pan Tomasz Pisula – mówi Piotr Wojaczek, prezes zarządu KSSE S.A.

Pięć udzielonych w minionych tygodniach zezwoleń dotyczy projektów, które w KSSE będą realizować amerykański Guradian w Częstochowie, włoski Sest-Luve i niemiecki Hirschvogel Components w Gliwicach, polski przedstawiciel sektora MŚP firma Extral w Żorach – które rozwijają działalność w Strefie oraz nowy inwestor, polska firma Ekoprobud która rozpocznie działalność w Krapkowicach.

Swoje zakłady w Częstochowie będzie rozbudowywał Guardian, amerykański producent szkła. W związku z projektem, którego celem jest zwiększenie produkcji szkła płaskiego wysokiej jakości, spółka zadeklarowała nie mniej. Pod względem wartości inwestycji to dotychczas największy z tegorocznych projektów w KSSE.

Na zwiększenie inwestycji w Gliwicach zdecydowała się Sest-Luve, włoska firma z branży maszynowej. Celem projektu, o wartości 132 mln złotych związanego z zatrudnieniem 50 nowych pracowników, jest budowa nowej hali produkcyjnej i zwiększenie mocy produkcyjnych wymienników ciepła w urządzeniach chłodniczych.

O rozbudowie zakładu w Gliwicach zdecydował również Hirschvogel Components. Nakłady deklarowane przez niemiecką firmę, w związku z realizacją projektu, obejmują ponad 85 mln złotych wydatków inwestycyjnych oraz stworzenie 50 nowych miejsc pracy. Inwestycja reprezentanta branży motoryzacyjnej obejmie wyposażenie fabryki w nowe maszyny i linie technologiczne, niezbędne do zwiększenia zakresu produkcji podzespołów silników samochodowych, skrzyń biegów oraz układów przeniesienia napędu.

W Żorach zakres swojej działalności poszerzy polska firma Extral. Reprezentujący sektor MŚP oraz branżę metalową wytwórca profili aluminiowych, zrealizuje projekt o wartości 50 mln złotych, związany z utworzeniem 25 nowych miejsc pracy.

Nowym inwestorem w KSSE będzie reprezentująca branżę chemiczną, polska firma Ekoprobud. Celem jej projektu o wartości 3,7 mln złotych, będzie budowa innowacyjnej wytwórni mas bitumicznych, wykorzystywanych do budowy dróg. Reprezentujący sektor MŚP Ekoprobud, zatrudni ośmiu nowych pracowników.

Od początku 2017 roku Katowicka SSE S.A., obok przyznanych w ostatnich tygodniach, udzieliła jeszcze siedmiu zezwoleń. Nowymi inwestorami zostały Bito Technika Magazynowa w Ujeździe, Pomarez w Bytomiu, dwaj przedstawiciele sektora MŚP z Częstochowy: PMS4i i Promatek Media Julia Pogorzelska, a także niemiecki Hengst w Gogolinie, który rozpoczął już budowę swojego zakładu oraz realizujący w Dąbrowie Górniczej kolejny swój projekt w KSSE, włoski przedstawiciel sektora motoryzacyjnego, firma Brembo. Ustalono również warunki projektu inwestycyjnego Rockwell Automation, który realizowany będzie w Katowicach, na gruntach włączonych w ramach przeprowadzonego z końcem grudnia 2016 roku poszerzenia KSSE o nowe tereny.

W kolejnych tygodniach spodziewane jest rozstrzygnięcie kolejnych ośmiu postępowań dotyczących udzielenia zezwolenia na działalność w KSSE.

Wzrost PKB w krajach UE, w tym w Polsce, przyspieszył

PKB w krajach UE28 wzrósł r/r w 1.kwartale 2017 r. o 2 proc. (wyrównany sezonowo) – podał Eurostat. W Polsce PKB wzrósł o 4,1 proc. r/r (wyrównany sezonowo)- poinformował GUS we wstępnym szacunku.

W krajach UE w 1. kwartale 2017 r. część gospodarek wyraźnie zaczęła rosnąć. Wśród 21 krajów UE28 (7 jeszcze nie podało danych dotyczących PKB), 11 wykazało znacznie silniejsze wzrosty PKB niż w ostatnich 4 kwartałach. W grupie tej jest, i to na 2. miejscu, polska gospodarka ze wzrostem na poziomie 4,1 proc. (r/r wyrównany sezonowo, a niewyrównany sezonowy – na poziomie 4,0 proc.).

Do gospodarek, które wyraźnie przyspieszyły należą przede wszystkich kraje nowej UE – Rumunia (5,6 proc.), Polska, Litwa (tak jak Polska 4,1 proc.), Łotwa (3,9 proc.), Węgry (3,7 proc.) oraz Czechy (2,9 proc.). Ale szybciej rosną także niektóre gospodarki „starej” UE, m.in. Portugalia, Cypr, Finlandia, W. Brytania. Ciągle bardzo dobrą dynamikę PKB wykazuje Hiszpania, Holandia, Bułgaria. W efekcie gospodarka unijna wzrosła w 1. kwartale o 2 proc.

Może powoli zaczynamy rozwiązywać nasze europejskie problemy, tak polityczne, jak i gospodarcze. Oby.

Polska na tym tle wygląda bardzo dobrze. Wskazywały na znacznie silniejszy wzrost gospodarczy niż w 2016 r. spływające co miesiąc dane z przemysłu, budownictwa, a przede wszystkim te dotyczące skłonności Polaków do konsumpcji.

Produkcja sprzedana przemysłu rosła w 1. kwartale br. prawie dwa razy szybciej niż w 2016 r., a produkcja budowlano-montażowa wyraźnie odbiła od dna i urosła o prawie 4 proc.

Miejmy nadzieję, że silniej rósł nie tylko przemysł i budownictwo, ale i pozostałe sektory polskiej gospodarki.

Gospodarstwa domowe w dalszym ciągu zwiększały swoją skłonność do konsumpcji – sprzedaż detaliczna wzrosła w 1. kwartale br. o ponad 7 proc. (w cenach stałych), o prawie ¼ szybciej niż w 2016 r.

Eksporterzy także znakomicie sobie radzili, bo ich sprzedaż na rynki zagraniczne wzrosła w ciągu 3. pierwszych miesięcy 2017 r. o prawie 9 proc. (w PLN). Jednak nie mogli dać oni wkładu we wzrost polskiego PKB ze względu na silny wzrost importu (o 12 proc.). To efekt „szału” konsumentów.

Niewiadomą pozostają jedynie inwestycje. Trudno zakładać, że wzrosły one tak silnie jak pozostałe składniki PKB. A tak naprawdę to od nich zależy wzrost polskiej gospodarki w średnim i długim okresie. Miejmy nadzieję, że jeśli nie w 1. kwartale, to w kolejnych uporamy się z zamówieniami publicznymi i zdecydowanie ruszą inwestycje finansowane z funduszy unijnych, inwestycje publiczne. Przedsiębiorcy natomiast uznają, że nie mogą marnować coraz większej liczby szans, które pojawiają się na rynku polskim i rynkach zagranicznych, i zaczną inwestować na znacznie większą skalę mimo ryzyk politycznych i regulacyjnych. A politycy jednak dojrzeją do minimalizowania, a nie zwiększania tych ryzyk.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Wyniki finansowe FAST FINANCE w I kwartale 2017 roku

FAST FINANCE spółka notowana na GPW, specjalizująca się w obsłudze wierzytelności detalicznych – wypracowała w I kwartale 2017 roku skonsolidowany zysk netto na poziomie zbliżonym do analogicznego okresu roku poprzedniego w wysokości 2,0 mln zł (-3,7%). Spółka podwyższyła swój kapitał własny o 12,1% r/r do wysokości 72,1 mln zł oraz obniżyła wskaźnik zadłużenia finansowego, do poziomu 0,43.

W I kwartale 2017 roku FAST FINANCE wypracowała skonsolidowane przychody ze sprzedaży w wysokości 6,5 mln zł (-51,8% r/r). Spółka w tym okresie znacząco zmniejszyła sprzedaż pakietów wierzytelności (-97,8% r/r), natomiast przychody z kluczowej działalności Spółki, czyli spłat wierzytelności, ukształtowały się na poziomie 5,9 mln zł – spadek o 8,9% r/r.

Zysk operacyjny był na poziomie zbliżonym do I kwartału roku poprzedniego: 3,0 mln zł (-5,8%), a zysk netto wyniósł 2,0 mln zł (-3,7%). To tylko nieznaczne obniżenie poziomu zysku netto, przy zmniejszeniu w I kwartale 2017 roku przychodów ze sprzedaży, to zasługa obniżenia kosztów ogólnego zarządu (z 3,4 mln zł do 2,7 mln zł). Z racji ograniczenia sprzedaży wierzytelności oraz zmniejszenia kosztów poprawie uległy wskaźniki rentowności: marża EBIT wyniosła 46,4% (+22,6 p.p. r/r), a marża zysku netto ukształtowała się na poziomie 31,2% (poprawa o 15,6 p.p. r/r).

Spółka podwyższyła swój kapitał własny o 12,1% r/r do wysokości 72,1 mln zł, obniżyła zobowiązania krótkoterminowe o 55,5% przy minimalnym wzroście zobowiązań długoterminowych o 8,4%.

FAST FINANCE konsekwentnie obniża zadłużenie finansowe – na koniec marca 2017 roku wartość wskaźnika długu netto do kapitału własnego FAST FINANCE spadła o 38,6% r/r i wyniosła 0,43.

W bieżącym roku kontynuujemy nasze założenia z roku poprzedniego – obniżanie zadłużenia finansowego oraz kosztów działalności. Na początku 2017 roku uporządkowaliśmy kwestie dotyczące zobowiązań z obligacji i rozpoczęliśmy kolejne negocjacje z zagranicznym inwestorem. Nasza współpraca ma doprowadzić do zapewnienia FAST FINANCE dodatkowych źródeł finansowania oraz zwiększenia bezpieczeństwa działalności – komentuje Jacek Daroszewski, Prezes Zarządu FAST FINANCE S.A.

W I kwartale 2017 r. Spółka dokonała wykupu 466 szt. obligacji serii M oraz wszystkich obligacji serii F i G. Źródłem finansowania transakcji była emisja prywatna obligacji serii P w wysokości 9,5 mln zł oraz umowa zbycia certyfikatów funduszu „FAST FINANCE NSFIZ” za łączną kwotę ponad 15 mln zł (FAST FINANCE nadal pozostaje w roli zarządzającego funduszem). Umowa została podpisana z partnerem zagranicznym, specjalizującym się w venture financing.

W skonsolidowanym sprawozdaniu finansowym za I kwartał 2017 roku dokonano zmian zasad rachunkowości, które mają istotny wpływ na wielkość danych finansowych prezentowanych za porównywalne okresy (przekształcone zostały także dane finansowe za okres porównywalny, tj. na dzień 31 marca 2016 r).

Columbus Energy S.A. notuje ponad 1 mln zł zysku netto w 1 kw. 2017 r.

Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, wypracowała w 1 kw. 2017 r. ponad 1 mln zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 6,37 mln zł. Spółka rozwija sprzedaż instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego i dynamicznie rozbudowuje portfel klientów.

Osiągnięte przez Emitenta wyniki finansowe wykazują wyraźną poprawę, bowiem w 1 kw. 2016 r. wartość jego przychodów netto ze sprzedaży wynosiła 374 tys. zł, a strata netto sięgnęła 66 tys. zł. Taka progresja wynikowa jest rezultatem rozwijania innowacyjnego produktu Columbus Energy S.A. – „Abonamentu na Słońce”, który pozwala Spółce budować przewagę konkurencyjną i umacniać pozycję lidera na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce. W 1 kw. br., czyli zimowym okresie sprzedażowym, Emitent zamontował ponad 270 instalacji fotowoltaicznych, co jest zgodne z przyjętym planem sprzedażowym, a zakontraktował 500 nowych umów. Columbus Energy S.A. prowadzi obecnie działania rozwojowe w obszarze działu handlowego oraz kontynuuje negocjacje ze swoimi kontrahentami w zakresie realizacji finansowania planowanych projektów, co powinno pozwolić na utrzymanie wysokiego tempa rozwoju Spółki.

„Na świecie są tylko dwie wygrywające technologie w branży energetycznej. To fotowoltaika i magazyny energii. Columbus Energy idealnie wpisuje się w tą logikę i kontynuuje swój rozwój właśnie na tym rynku. Stajemy się powoli dojrzałą organizacją, co będziemy sukcesywnie pokazywać w kolejnych raportach. Rynek fotowoltaiki w Polsce rośnie szybciej niż firmy, które na nim powstają. Zauważyliśmy ostatnio, że nawet tacy giganci jak Innogy czy IKEA zaczynają podążać naszymi śladami, co pokazuje, że wybraliśmy odpowiednią branżę i dobrą drogę rozwoju. Innowacja produktowa zawarta w abonamentowej formule finansowania instalacji fotowoltaicznych dla właścicieli domów staje się coraz bardziej popularna i zrozumiała dla klientów. Jeśli instalacja ma się sama spłacić z oszczędności, to kto by nie chciał jej mieć?” – wyjaśnia Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

W 1 kw. 2017 r. Spółka przeprowadziła z sukcesem dwie emisje obligacji, z których pozyskała środki finansowe w łącznej wysokości 5,45 mln zł. Zostaną one przeznaczone na montaż instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego. W marcu tego roku Columbus Energy S.A. podpisała również umowę współpracy z Nest Bank S.A., dzięki czemu zapewnione zostało finansowanie dla jej klientów. Nest Bank S.A. zobowiązał się do przekazywania na rachunek Spółki środków finansowych wynikających z umów zawartych z jej klientami. Zawarta umowa umożliwi Emitentowi realizowanie jeszcze większej liczby instalacji.

Głównym celem Columbus Energy S.A. na 2017 r. jest zamontowanie min. 2.500 instalacji fotowoltaicznych oraz zakontraktowanie 4.000 klientów na zakup instalacji, z czego 80% w przypadku obu celów sprzedażowych ma stanowić program abonamentowy. Spółka chce również rozpocząć realizację zakontraktowanych zleceń w sektorze sakralnym i Jednostek Samorządu Terytorialnego oraz wdrożyć do sprzedaży nowy produkt – „termomodernizacja domów” w abonamencie.

„Emisje obligacji niewątpliwie poprawiły nasz cash flow i dały nam swobodę w rozbudowie sieci sprzedaży. Dzisiaj kontraktujemy już ponad 200 klientów miesięcznie, a ten trend powinien się jeszcze mocno poprawić. Liczymy na to, że 3 kw.2017 r. będzie przełomowy i uda nam się w tym roku przeprowadzić realizację jeszcze 2.500 instalacji. W dalszym ciągu pracujemy nad uruchomieniem programu termomodernizacji domów jednorodzinnych, co szerzej postaramy się opisać i przedstawić w raporcie za 2 kw. 2017 r. Fakt jest natomiast jeden – rozwijamy się w bardzo wysokim tempie, rynek odpowiada fantastycznie, a grono naszych klientów szybko się powiększa. To oznacza, że przyszłość naszej firmy będzie bardzo ciekawa i pozytywna.” – podsumowuje Prezes Zieliński.

 

W 2016 r. Spółka zanotowała zysk netto na poziomie jednostkowym w kwocie ponad 160 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 8.419 tys. zł.