Czy Polska tak samo skorzysta na Nowym Jedwabnym Szlaku, jak inne kraje UE?

Niemieccy przedsiębiorcy entuzjastycznie reagują na koncepcję nowej sieci transportowej, łączącej Europę z Chinami. Rosjanie już tworzą z Azjatami wspólne węzły szybkich kolei. U nas brakuje jednoznacznego stanowiska rządu i publicznej debaty na temat współpracy z Państwem Środka w celu rozwoju polskiej gospodarki.

Od kilku lat Chiny wyraźnie stawiają na kolej w obsłudze ruchu handlowego z Europą, choć ten środek lokomocji jest droższy, niż transport morski. Jednak przewóz pociągiem zajmuje obecnie zaledwie dwa tygodnie, a statkiem – około miesiąca. Systematycznie rośnie liczba kursów torami, łączącymi Państwo Środka ze Starym Kontynentem. Kolejne kraje europejskie przyjmują składy towarowe z Chin, osiągając najdłuższe w historii, regularne trasy do 13 tys. kilometrów. To o 40% więcej, w porównaniu z legendarną Koleją Transsyberyjską.

Towary wyruszają z okolic Szanghaju. Jadą przez Kazachstan, Rosję, Białoruś, Polskę, Niemcy, Francję i docierają do Hiszpanii. W 2016 roku tą drogą miało przybyć do Europy w sumie 400 składów. Na 2017 rok przewiduje się ich aż 1000. Najszybsza i najczęściej używana do przewozu towarów trasa kolejowa z Chin do Europy łączy Chengdu z Łodzią. Według Chen Zhongwei, dyrektora Biura Portu i Logistyki w Chengdu, podróż w jedną stronę na tym odcinku trwa ok. 10 dni. Do pokonania jest blisko dziesięć tysięcy kilometrów. Tę drogę wykorzystują przede wszystkim przedsiębiorcy z Europy Zachodniej, ponieważ pociągi z Polski jadą do kolejnych krajów europejskich. Natomiast, Chińczycy od 2016 roku intensyfikują w promocję Nowego Jedwabnego Szlaku. Stawiają sobie za cel transport kolejowy, trwający w przyszłości, według ich planów, zaledwie 2 dni.

(Nie)jednoznaczne stanowisko

Nasz rząd oficjalnie wyraża entuzjazm wobec rozwoju szlaków transportowych, łączących Polskę z Państwem Środka. Podczas ostatniego spotkania z prezydentem Chin, Xi Jinpingiem, Beata Szydło wyraziła, że liczy, iż partnerstwo strategiczne z Chinami przyniesie „korzystne dla obu stron i wymierne efekty w relacjach gospodarczych”. Jednak, jak dotąd w praktyce rząd podchodził z dużą rezerwą do tej koncepcji. Może świadczyć o tym fakt, że nie wsparł on chińskiej oferty budowy w Łodzi wielkiego terminalu. Miał tam bowiem powstać kolejowy dworzec przeładunkowy w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Obecnie ruch ten wykorzystuje istniejącą, przestarzałą infrastrukturę kolejową w naszym kraju. Natomiast, Agencja Mienia Wojskowego odwołała przetarg na sprzedaż, spełniającej wszelkie wymogi, gotowej architektonicznie od kilku lat, działki w Łodzi dla polsko-chińskiej spółki. Prawdopodobnie wskutek tej decyzji Chińczycy odwołali całkowicie swoje plany, dotyczące inwestycji w Łodzi.

Wymiana towarów i usług, stymulowana i kontrolowana przez nową światową potęgę, wkracza ryzykownie w obszar autonomiczności interesów państw, których dotyczy. Warto zadać sobie pytanie, czy zamiast bać się tego rozwiązania, warto jednak współpracować w tym zakresie z Chińczykami. Oczywiście oferta Pekinu może przynieść Polsce zarówno korzyści w rozwoju infrastruktury handlu międzynarodowego, jak i potencjalne uzależnienie od stanu gospodarki Państwa Środka. W sensie strategicznym, pojawia się więc ryzyko, które wymaga uważnej analizy naszego Ministerstwa Rozwoju.

Rząd powinien przedstawić jednoznaczne stanowisko wobec Nowego Jedwabnego Szlaku i w przypadku akceptacji, rozpocząć jego promocję w Polsce. Obecnie tego nie doświadczamy. Dlatego, polski biznes nie potrafi jeszcze dokładnie określić inwestycji, które stanowiłyby realną odpowiedź na propozycję Państwa Środka. Ale, nawet bez decyzji władz, sektory infrastruktury krytycznej w naszym kraju mogą zostać szybko włączone do tego projektu. Nastąpi to w wyniku spodziewanych przejęć przedsiębiorstw przez kapitał płynący z Pekinu. Dla polskich firm to atrakcyjna i niepowtarzalna szansa na szybki rozwój. Stałyby się one globalnymi graczami rynkowymi oraz bramą ekspansji chińskiego biznesu w UE.

Miliardowe korzyści

Podobnie, jak w przypadku historycznej drogi, Nowy Jedwabny Szlak ma być wielkim, rozgałęzionym labiryntem dróg, linii kolejowych i rurociągów. Kluczowy odcinek będzie prowadził przez Azję Środkową, pozostałe przez Iran i Turcję. Stambuł ma być miejscem skrzyżowania kilku tras, w tym lądowych z morskimi. Kolejny ważny węzeł komunikacyjny połączy chińską sieć kolei dużych prędkości z Moskwą. Po jego zakończeniu, czas podróży między Pekinem i stolicą Rosji spadnie z obecnych 6,5 dnia do zaledwie 33 godzin. W przyszłości podobne zespoły stacji i posterunków, jako nowe węzły ruchu kolejowego, mają być zlokalizowane w Rotterdamie, Duisburgu oraz Berlinie. Warto dodać, że po wizytach chińskiego premiera Li Keqiang w Duisburgu, pozytywne stanowisko lokalnego rządu wywołuje duży entuzjazm niemieckich firm.

Od listopada ubiegłego roku, co tydzień wyjeżdża pociąg z Chengdu, stolicy prowincji Sichuan, do Rotterdamu, na bazie obecnej, przestarzałej infrastruktury kolejowej. Według Chen Jie, zastępcy dyrektora generalnego firmy Chengdu International Railway Service Ltd, która zarządza eksploatacją kolei ekspresowej, ładunek obejmuje głównie maszyny i elektronikę, artykuły produkowane w Syczuanie. W drodze powrotnej transportowane są m.in. komponenty elektroniczne, mleko w proszku dla niemowląt, wino i piwo. Polska jak na razie wydaje się jedynie ważnym elementem tej trasy transportowej.

Europa jeszcze nie uruchomiła konstrukcji swoich nowych węzłów kolejowych w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Ostatnio Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Jyrki Katainen, powiedział, że kraje członkowskie UE nie podpiszą deklaracji szczytu Pasa i Szlaku. Dodał też, że KE nie dostała możliwości negocjowania tekstu. Ale w Azji Środkowej trwa wielka budowa. Chińscy przedsiębiorcy zaplanowali zawarcie kontraktów w licznych krajach, wzdłuż planowanych dróg. Można zatem przewidywać, że nie zrezygnują z tego projektu. Po trzech dekadach wewnętrznego rozwoju, Państwo Środka ulokowało ogromny kapitał w projekty zagraniczne. Dla przykładu, już teraz Chiny zainwestowały wiele miliardów dolarów w umowach w Kazachstanie, a 15 miliardów w Uzbekistanie. Kolejne 8 miliardów dolarów pożyczek udzielono Turkmenistanowi, a miliard więcej otrzymał Tadżykistan. Zaangażowanie Chin w tych państwach, według tamtejszych dokumentów rządowych, osiągnęło „poziom strategiczny”.

Chiny są już największym partnerem handlowym dla wszystkich byłych, azjatyckich republik socjalistycznych Związku Radzieckiego, z wyjątkiem Uzbekistanu. Państwo Środka inwestuje w modernizacje infrastruktury krytycznej tych krajów. Zaczynając od rurociągów gazowych, tworzy własny zespół państw, nazywanych w świecie wspólnie jako Pipelineistan. Chiny dążą do uniezależnienia postsowieckich krajów azjatyckich od rosyjskiej infrastruktury energetycznej. Ponadto, modernizują siatkę transportową, zgodnie z celami Nowego Jedwabnego Szlaku.

Autorem publikacji jest Mariusz Sperczyński, Szef zespołu Inicjatywa 51GoShanghai

Digital Single Market – prawdziwe urzeczywistnienie idei Wspólnot Europejskich?

Od początku procesu integracji europejskiej głównym jej filarem było znoszenie barier w wymianie ekonomicznej i wiązanie ze sobą gospodarek państw członkowskich. Zaczęło się od węgla i stali, lecz Wspólnoty szybko poszerzyły zakres współpracy. Współcześnie rynek wewnętrzny UE opiera o się cztery zasady swobodnego przepływu: towarów, osób, usług i kapitału. Wraz ze znacznym postępem i wzrostem znaczenia digitalizacji, Komisja Europejska planuje stworzenie ram integracji również w tym obszarze, z gwarancją poszanowania dla czterech swobód. Tym samym Digital Single Market (DSM) w swoim założeniu ma być realizacją podstawowej idei UE.

Digital Single Market – początek

O strategii DSM zaczęło się mówić pod koniec 2014 roku. Według pomysłodawców, jest to krok konieczny i poniekąd przenoszący integrację europejską do sieci. W maju 2015 r. opublikowany został plan strategii opartej o trzy główne założenia i cele: zwiększenie dostępności do cyfrowych dóbr i usług na obszarze UE, polepszanie warunków do rozwoju i innowacji w usługach oferowanych przez sieć, wzrost europejskiej e-gospodarki. Przy czym również kilka głównych przyczyn mówiących o potrzebie wdrożenia DSM.

Przy tym Komisja Europejska wskazuje na kilka interesujących faktów mówiących o konieczności pogłębiania integracji w cyfrowym świecie. Aktualnie, z różnych przyczyn, aż ponad połowa transakcji transgranicznych jest blokowana (tzw. geobloking) i nie może dojść do skutku, co jest jawną i istotną barierą w cyfrowej integracji gospodarek państw UE. Ponadto, dzięki ujednoliceniu porządku prawnego, firmy mogłyby zaoszczędzić na usługach kancelarii prawnych i tłumaczeniach, dzięki harmonizacji prawa i regulacji na poszczególnych rynkach. Zakupy przez Internet to również oszczędność. Szacunki także pokazują, że dzięki e-commerce konsumenci w UE na zakupy wydają mniej aż o 11 mld Euro niż by wydawali robiąc te same zakupy wyłącznie w sklepach tradycyjnych. Dlatego też inwestowanie w rozwój handlu internetowego stał się jednym ze strategicznych celów gospodarczych Unii.

Dodatkowo, co bardzo istotne, aktualnie tylko 59% Europejczyków ma dostęp do sieci G4, a w najbliższej przyszłości przewiduje się, że aż 90% miejsc pracy będzie wymagało posiadania umiejętności poruszania się po cyfrowym świecie. Stąd tworzenie DSM ma przysłużyć się również przyśpieszeniu edukacji i cyfryzacji społeczeństwa, oraz eliminacji zjawiska wykluczenia cyfrowego.

Oczywiście DSM nie polega wyłącznie na znoszeniu istniejących barier – zakłada również szereg inwestycji w rozwój technologii i infrastruktury. Sama Komisja Europejska ogłosiła, że realizację DSM będzie chciała wesprzeć potężną kwotą 50 mld Euro.

Pierwsze szacunki mówią, że dzięki wdrożeniu DSM europejska gospodarka całościowo może zyskać nawet 415 miliardów Euro. Do tego oczywiście większe możliwości rozwoju będą miały firmy operujące dotychczas wyłącznie na rynkach poszczególnych państw członkowskich. Finalnie zyskać mają konsumenci – poprzez zwiększenie konkurencyjności w Internecie, dostępności dóbr, poprawę infrastruktury technologicznej, ujednolicenie prawa, nowe miejsca pracy.

Główne zmiany

Digital Single Market to potężny, wielowarstwowy projekt dotyczący różnych powiązanych ze sobą elementów. Jednym z kroków na drodze do jego realizacji ma być zakończenie nieuprawnionego geoblokowania, które zdaniem Komisji Europejskiej jest formą dyskryminacji ze względu na kraj zamieszkiwania. W praktyce oznaczałoby to zniesienie ograniczeń w dostępie do cyfrowych treści oraz ofert dostępnych dla mieszkańców innego kraju członkowskiego (np. swobodny dostęp mieszkańca Polski do oferty platformy filmowej działającej na terenie Szwecji). W efekcie zostałaby skasowana możliwość segmentacji i ograniczania oferty danego dostawcy cyfrowych produktów i usług, zależnie od kraju.

Ponadto w planach znajduje się położenie większego nacisku na respektowanie praw konsumenckich. Chodzi tu szczególnie o doprecyzowanie czym są nieuczciwe praktyki w przypadku handlu przez Internet (w tym zapisy w regulaminie, prawo zwrotu, informacje o przedsiębiorcy, promocje, prawo reklamowe etc.). W tym celu powstaje również specjalny dokument mający za zadanie ułatwić krajom współpracę i doprowadzić do ujednolicenia panujących zasad. Jest to także jeden z elementów ułatwiania transgranicznego e-handlu w ogóle.

Poza ochroną prawną konsumenta, wdrożenie DSM wpłynie korzystnie również na ceny towarów i usług sprzedawanych online. Będzie to spowodowane zwiększeniem liczby podmiotów konkurujących na rynku, ale również poszerzeniem zasięgu działania takich firm, jak SOFORT, która dostarcza sklepom internetowym tanie i bezpieczne rozwiązanie dla płatności online. Ma ona w wielu wypadkach bezpośrednie przełożenie na obniżenie cen oferowanych klientom e-sklepów. Dzięki idei DSM, SOFORT współpracuje obecnie z 36 000 sklepami, dając tym samym dostęp do swoich płatności 180 mln potencjalnym klientom.

Oprócz kwestii praw konsumenckich, istotnym elementem tworzącym DSM są nowe ramy dla praw autorskich (np. odnoście muzyki czy filmów). To konieczne, jeśli projekt DSM zakłada uwolnienie dostępu do różnych treści cyfrowych z poszczególnych rynków dla obywateli innych państw UE. Kolejna sprawa to planowane partnerstwo z branżą technologiczną i inwestycje w celu zapewnienia większego poziomu bezpieczeństwa przepływu i przechowywania danych.

W przypadku integracji gospodarczej istotne jest stworzenie przepisów antymonopolowych, chroniących rynek i gwarantujących wolną konkurencję. Stąd naturalnie podobne regulacje mają być wprowadzone dla europejskiego e-commerce i prace nad nimi są już w toku. Z tym także powiązane są plany zmian w obszarze VAT dla transgranicznego e-handlu. W związku z różnymi stawkami tego podatku na poszczególnych rynkach, planowane jest upowszechnienie jednego wspólnego mechanizmu rejestracji transakcji i płatności, upraszczających procedury, a także ulepszenia procesu kontroli podatkowej w przypadku transakcji transgranicznych, czy nawet zwolnienie z VAT w przypadku zakupów za niewielkie kwoty.

W ramach tworzenia jednolitego rynku cyfrowego w Unii Europejskiej planowane także inwestycje w infrastrukturę. Przede wszystkim chodzi tu o wspieranie wdrażania sieci 5G oraz darmowego dostępu do Wi-Fi w miejscach publicznych. Istotnym elementem jest także dążenie do standaryzacji, aby wszystkie urządzenia były w stanie połączyć się i udostępniać dane między sobą – niezależnie od producenta czy systemu operacyjnego.

Dynamiczne tempo zmian

Przedstawione pokrótce projekty zmian, które zresztą w dużej mierze są już wdrażane, pokazują jak wiele nas czeka w najbliższym czasie. Szczególnie, że wszystkie główne założenia Digital Single Market zgodnie z planem mają być wprowadzone do 2020 roku. To bardzo wyraźny znak, który pokazuje jak dla Unii Europejskiej istotny jest rozwój gospodarki elektronicznej oraz stworzenie ram prawnych ją wspierającą. Nie ma się co dziwić – jeśli w 2015 r. udział e-commerce w PKB Unii Europejskiej szacowany był na 2,59%, to w 2020 roku wartość ta ma być nawet dwa razy większa[1]. Wydaje się również, że podobna dynamika przyrostu znaczenia e-commerce będzie się utrzymywać także w latach następnych. Chyba żadna gałąź gospodarki nie rozwija się tak dynamicznie. Co dodatkowo ważne, przez to że jest to relatywnie nowy obszar działalności gospodarczej, który ciągle się zmienia, stwarza to konieczność wypracowania odpowiedniego ładu prawnego dla tego wycinka naszej rzeczywistości. Oczywiście patrząc jak cyfrowy świat się zmienia, niebawem może się okazać, że będą konieczne kolejne zmiany, a założenia przyjęte w ramach strategii Digital Single Market będą wymagały rewizji i dalszego rozszerzenia.

Hans Hoffmann, Director International Sales, SOFORT GmbH

[1] Ecommerce Europe “European B2C E-commerce Report 2016”

Wystartowały zapisy do największej w Europie imprezy kolarskiej dla dzieci i młodzieży. Młodzi zawodnicy pojadą na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne

Wystartowały zapisy do największej w Europie imprezy kolarskiej dla dzieci i młodzieży. Młodzi zawodnicy pojadą na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne 1

Nutella Mini Tour de Pologne to największa w Europie impreza kolarska dla dzieci i młodzieży, podczas której swoje kariery zaczynali Katarzyna Niewiadoma i Michał Kwiatkowski, którzy dziś wliczają się do światowej czołówki. Jubileuszowa, dziesiąta edycja wyścigu będzie gościć w sześciu głównych miastach Polski, a młodzi zawodnicy wystartują na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne, który pokonują najlepsi kolarze na świecie. Zapisy potrwają do 24 lipca. 

– Dzisiaj nie jest ważne to, ilu z tych młodych ludzi zostanie sportowcami wyczynowymi. Ważne, żeby zarazić ich pasją, miłością do sportu, a na pewno w przyszłości pojawi się kilku zawodników na najwyższym, światowym poziomie. Poprzez takie imprezy i kontakt ze sportowcami dzieci mają okazję poznać tą dyscyplinę. Warto ją upowszechniać, łącząc to z promocją i zachęcaniem młodych ludzi do trenowania – mówi agencji informacyjnej Newseria minister sportu Witold Bańka.

We wtorek 16 maja wystartowały zapisy do Nutella Mini Tour de Pologne, największej imprezy kolarskiej dla dzieci i młodzieży w Europie organizowanej po raz dziesiąty. Tegoroczna edycja będzie gościć łącznie w sześciu miastach Polski (w Krakowie, Katowicach, Szczyrku, Zabrzu, Rzeszowie, Zakopanem). Dotychczas w Nutella Mini Tour de Pologne wzięło już udział ponad 12 tys. młodych miłośników dwóch kółek, a część z nich została profesjonalnymi sportowcami.

– Na tej imprezie pierwsze kroki stawiali między innymi Michał Kwiatkowski, aktualny mistrz świata zawodowców, Rafał Majka i Kasia Niewiadoma. Mini Tour de Pologne odkrywa nowe talenty. W każdej edycji przewija się około 3,5–4 tys. dzieciaków. Startują w tej samej atmosferze i w tej samej oprawie, w której jadą później zawodowcy. Jest takie samo zainteresowanie mediów, takie samo podium do dekoracji zwycięzców. Dla tych dzieci to naprawdę wielka frajda –mówi Czesław Lang,

Wicemistrz olimpijski oraz dwukrotny medalista mistrzostw świata zaznacza, że celem imprezy jest nie tylko promocja kolarstwa, lecz także wychowanie poprzez sport. Podczas Nutella Mini Tour de Pologne młodzi zawodnicy mogą przez chwilę poczuć się jak wyczynowi sportowcy, ponieważ wyścigi odbywają się na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne UCI WorldTour, który pokonują najlepsi kolarze na świecie. Natomiast zwycięzcy są dekorowani na tym samym podium, na którym stają triumfatorzy Tour de Pologne.

Największej w Europie imprezie kolarskiej dla młodzieży od wielu lat patronuje Michał Kwiatkowski – obecnie zawodnik profesjonalnej drużyny kolarskiej Team SKY i mistrz świata w wyścigu ze startu wspólnego z 2014 roku, który pierwsze kroki w tej dyscyplinie stawiał właśnie podczas Nutella Mini Tour de Pologne.

– W zawodach mogą brać udział dzieci od 8 do 14 roku życia, w trzech kategoriach wiekowych, z podziałem na chłopców i na dziewczęta. Aby się zgłosić, wystarczy wejść na stronę Mini Tour de Pologne. Tam, w specjalnej zakładce, można zgłosić każdego uczestnika, który spełnia wymagania wyścigu. Każdy z uczestników, który weźmie w nim udział, otrzyma bezpłatny pakiet startowy, kask, bidon i profesjonalną koszulkę kolarską – mówi Sebastian Tołwiński z  Ferrero Polska, sponsora zawodów Nutella Mini Tour de Pologne.

Udział w kolarskim wyścigu jest bezpłatny, a zapisy na stronie www.minitourdepologne.pl potrwają do 24 lipca lub do wyczerpania miejsc (decyduje kolejność zapisów, a liczba miejsc jest ograniczona ze względów bezpieczeństwa). Rodzice lub opiekunowie mogą zgłaszać dzieci poprzez stronę internetową wydarzenia. Tam zostaną również podane wyniki wszystkich sześciu etapów, które w lipcu i sierpniu odbędą się w głównych miastach Polski.

Młodzi zawodnicy wystartują w nich z podziałem na płeć i trzy kategorie wiekowe: 8–10 lat, 11–12 lat oraz 13–14 lat. Trzecia grupa jest zamknięta i przeznaczona wyłącznie dla młodzieży z licencją kolarską. Natomiast w dwóch młodszych grupach wiekowych każde dziecko może spróbować swoich sił na wyznaczonej trasie. Jak podkreśla Czesław Lang, pierwszy polski zawodowy kolarz i wieloletni dyrektor generalny Tour de Pologne UCI World Tour, dla wielu z nich może to być początek nowej pasji.

– Kolarstwo jest takim sportem, który trzeba pokochać i złapać bakcyla. Jeżeli ktoś przyjedzie, zobaczy tą atmosferę, kolory i tysiące kibiców na trasie, to zakocha się w tej dyscyplinie – mówi Czesław Lang, srebrny medalista igrzysk olimpijskich w Moskwie – W Polsce kolarstwo cieszy się dużą popularnością, bo ma przepiękną historię. Mamy mistrzów świata, mistrzów i wicemistrzów olimpijskich. Był moment załamania, ale teraz rower przeżywa renesans, dzięki takim zawodnikom jak Majka, Kwiatkowski, Kaśka Niewiadoma, Wiśniowski czy Bodnar. Tour de Pologne, które się obywa w ciągu tygodnia, w ciągu tygodnia gromadzi na żywo 3,5 mln ludzi, którzy przychodzą oglądać kolarzy. To mówi samo za siebie – dodaje.

– Objęliśmy patronat nad imprezą, ponieważ takie projekty, których zadaniem jest rozpowszechnianie sportu wśród dzieci i młodzieży, są nam niezwykle przyjazne. Cieszę się też, że kolarstwo, jedna z najpopularniejszych w Polsce dyscyplin sportu, domyka piramidę szkoleniową. Powstały szkółki kolarskie: w 2016 roku było 148 szkółek, w których regularnie trenowało ponad 2 tys. dzieci. Teraz będzie ich zdecydowanie więcej. Polski Związek Kolarski uruchamia wojewódzkie ośrodki szkoleniowe, do tego dochodzi szkolenie kadr narodowych. To pełna piramida szkoleniowa, której zadaniem jest przygotowanie młodych ludzi do sportu wyczynowego na najwyższym poziomie. Jestem przekonany, że przed tą dyscypliną sportu naprawdę świetna przyszłość – mówi minister sportu Witold Bańka.

Dobre perspektywy przed producentami betonu. Materiał ten wraca do łask w budownictwie mieszkaniowym i architekturze wnętrz

Dobre perspektywy przed producentami betonu. Materiał ten wraca do łask w budownictwie mieszkaniowym i architekturze wnętrz 2

Dobra sytuacja branży betonowej w Polsce. Na koniec 2016 roku wielkość produkcji betonu towarowego przekroczyła 20 mln metrów sześciennych. W dużej mierze to efekt natężenia prac w segmencie budownictwa mieszkaniowego, gdzie produkcja urosła o 6 proc., a w 2016 roku oddano o 10 proc. więcej mieszkań niż rok wcześniej. Ze względu na dużą dostępność i niewysoką cenę beton jako budulec jest trudny do zastąpienia. Coraz częściej materiał ten znajduje zastosowanie w architekturze wnętrz.

– Branża betonu towarowego znajduje się w dobrej sytuacji, a przemysł betonowy jest doinwestowany. Standard wytwórni jest bardzo wysoki, po części wymuszony procesem inwestycyjnym. Duży jest także potencjał branży. Mamy ok. 955 wytwórni betonu towarowego w Polsce. Jeżeli przyjąć, że nowoczesna wytwórnia jest w stanie wyprodukować w ciągu roku kilkadziesiąt tysięcy metrów sześciennych betonu, to potencjał sięga 50 mln metrów –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Marciniak, prezes Stowarzyszenia Producentów Betonu Towarowego w Polsce.

Dane SPBT wskazują, że w 2016 roku wielkość produkcji betonu towarowego wyniosła 20,3 mln metrów sześciennych, nieco więcej niż w 2015 roku. Brak znaczącego wzrostu zapotrzebowania to skutek przesunięć przetargowych inwestycji infrastrukturalnych finansowanych ze środków Unii Europejskiej na lata 2014–2020 i spadek wartości produkcji budowlano-montażowej (ponad 14 proc. rdr.). Duże natężenie prac wystąpiło natomiast w segmencie budownictwa mieszkaniowego (wzrost produkcji o 6 proc.). W tym roku na rynku budowlanym można się spodziewać ożywienia, co w połączeniu z coraz większą liczbą wytwórni sprawia, że sytuacja branży betonu będzie się poprawiać.

 Rynek jest konkurencyjny. Dla wykonawców to argument za tym, żeby beton był materiałem pierwszego wyboru. Można go uzyskać bez problemu, betoniarnie są usytuowane w całej Polsce. Do tego dochodzi wielki postęp technologiczny. Norma polska mówi, że beton należy zabudować w określonym czasie kilkudziesięciu minut od pierwszego kontaktu cementu z wodą. Obecnie poprzez chemię budowlaną ten czas znacząco się wydłuża – tłumaczy Marciniak.

Jak przekonuje Marciniak, beton jest niezbędny w budownictwie, zwłaszcza na etapie konstrukcji. Lepszy sprzęt, jakim dysponują producenci, pozwala na podanie betonu na wyższą wysokość, a obecnie pompy do betonu na podwoziach samochodowych mają zdolność do pompowania betonu na wysokość ponad 70 metrów.

– Ponadto pomieszczenia czy budynki jedno- i wielorodzinne wykonane w technologii betonowej mają bardzo dużą rozpiętość, a więc aranżacja tego wnętrza nawet przy kondygnacjach powtarzalnych może być zupełnie różna. Wyzwaniem jest, żebyśmy potrafili materiał konstrukcyjny, jakim jest beton, stosować jako materiał wykończeniowy. Do niedawana płyty z betonu architektonicznego do wnętrz były bardzo drogie, importowane. Obecnie produkuje się je w Polsce i są firmy, które potrafią beton architektoniczny czy widokowy zastosować jako element wnętrza lub elewacji – podkreśla Maciej Marciniak.

Jak przekonuje Marciniak, produkcja betonu powinna rosnąć. Dobry poziom usprzętowienia polskich producentów betonu towarowego w połączeniu z coraz lepszą sytuacją w budownictwie sprawiają, że najbliższe lata mogą być dla producentów bardzo udane. Konieczna jest jednak zmiana nastawienia do betonu wynikająca czasem z niewiedzy, a czasem ze złych doświadczeń z przeszłości.

– Mamy bardzo dużo do zrobienia, żeby przez architektów, a potem przez praktykę zmienić przekonanie, że beton jest zimny. Bo on naprawdę potrafi być piękny – wskazuje prezes SPBT.

W Polsce działa 530 producentów betonu towarowego, którzy dysponują ponad 900 instalacjami produkcyjnymi, 2,9 tys. betonowozami i 650 pompami do betonu. Jak wskazuje prezes SPBT, struktura branży jest zrównoważona.

– Ponad 40 proc. stanowią firmy wywodzące się z koncernów cementowych. Podobną liczbę stanowią polskie firmy rodzime, niezależne od przemysłu cementowego, ten segment się bardzo prężnie rozwija. Kilka procent to firmy zagraniczne, niepowiązane z cementem, które inwestują na terenie Polski. Myślę, że jest to bardzo zdrowa struktura i konkurencyjna dla klienta – ocenia ekspert.

Tylko co czwarty Polak ma indywidualną polisę na życie. Podejście do planowania przyszłości zmienia się po narodzinach dzieci

Tylko co czwarty Polak ma indywidualną polisę na życie. Podejście do planowania przyszłości zmienia się po narodzinach dzieci 3

Prawie połowa Polaków regularnie i długoterminowo odkłada pieniądze. Jednak tylko 25 proc. jest objętych indywidualnym ubezpieczeniem na życie, a większość korzysta z produktów finansowych, które są obowiązkowe albo dodawane przy okazji. Podejście Polaków do oszczędzania i planowania przyszłości znacząco się zmienia, kiedy pojawiają się dzieci. Zmienia się również postawa pokolenia obecnych 20 i 30-latków, którzy wykazują coraz większą dojrzałość finansową.

– Już prawie połowa Polaków deklaruje, że oszczędza długoterminowo na cele emerytalne. W grupie wiekowej 45–50 lat ten odsetek jest jeszcze wyższy i sięga dwóch trzecich, co zrozumiałe. Jednak optymistycznym prognostykiem na przyszłość jest to, że w grupie młodych ludzi, w wieku 25–30 lat, długoterminowe oszczędzanie na emeryturę deklaruje jedna trzecia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Nestorowicz, dyrektor ds. badań i analiz rynkowych w Nationale-Nederlanden.

Jak wynika z raportu „Dojrzałość finansowa Polaków”, który Nationale-Nederlanden przygotowało wspólnie z firmą badawczą Gfk, pieniądze na emeryturę odkłada 43 proc. Polaków, a ten odsetek rośnie wraz z wiekiem. Dla blisko połowy osób (42 proc.), które długoterminowo i regularnie odkładają pieniądze, najważniejszą cechą produktu oszczędnościowego jest ochrona zgromadzonego kapitału.

– Najważniejszą cechą produktu oszczędnościowego jest ochrona kapitału, co oznacza, że taki produkt musi gwarantować, że tyle pieniędzy, ile włożyliśmy, tyle wyjmiemy i na pewno na nim nie stracimy. Taką ochronę kapitału powinna gwarantować instytucja finansowa lub firma ubezpieczeniowa. Polacy nie chcą sami ponosić takiego ryzyka. Drugą najistotniejszą cechą produktu oszczędnościowego powinna być możliwość regularnego odkładania nawet niewielkich kwot, na co wskazuje 37 proc. badanych – mówi Michał Nestorowicz.

Tylko co czwarty (25 proc.) Polak jest objęty indywidualną polisą na życie, którą wykupił samodzielnie. Zdecydowana większość korzysta z produktów, które dostaje niejako przy okazji – przykładem jest ubezpieczenie grupowe w miejscu pracy. Większość ma również obowiązkowe ubezpieczenie komunikacyjne OC i polisę mieszkania lub domu.

Jak wynika z badania „Dojrzałość finansowa Polaków”, podejście do oszczędzania i planowania na przyszłość zmienia się, kiedy pojawiają się dzieci. W grupie rodziców odsetek osób objętych indywidualną polisą na życie sięga 30 proc., podczas gdy wśród osób, które nie mają dzieci, takie ubezpieczenie ma zaledwie co piąty Polak (18 proc.).

– Dzieci to najważniejszy impuls, żeby myśleć o przyszłości. Kiedy jesteśmy sami, a nawet w związku, ta przyszłość finansowa nie jest tak ważna. Natomiast kiedy pojawia się dziecko, widać bardzo wyraźny wzrost zainteresowania finansami i zabezpieczeniem przyszłości dziecka. Psychologowie i socjologowie uważają, że dojrzałość osiągamy dopiero wtedy, kiedy jesteśmy w stanie brać odpowiedzialność za innych i zawierać długoterminowe zobowiązania. Ta granica wyznacza też dojrzałość finansową, ponieważ kiedy zakładamy rodzinę, pojawiają się dzieci, to bardzo zmienia się podejście do finansów – mówi dr Tomasz Sobierajski.

Socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego zauważa, że podejście do oszczędzania i przyszłości w dużej mierze zależy również od związku. Osoby w związkach partnerskich bardziej odpowiedzialnie podchodzą do planowania finansów i indywidualnego zabezpieczenia swojej przyszłości, w przeciwieństwie do małżeństw, w których odpowiedzialność niejako rozkłada się na dwoje.

– Bardzo interesującym wnioskiem z badań jest to, że osoby pozostające w związkach partnerskich i nieformalnych bardziej przykładają uwagę do zabezpieczenia swojej przyszłości. Natomiast współmałżonkom wydaje się, że jeżeli została złożona przysięga i pozostają w małżeństwie, to w razie problemów druga osoba o nich zadba, choć wcale niekoniecznie musi tak być  – mówi dr Tomasz Sobierajski.

Optymistycznym wnioskiem płynącym z badań jest to, że prawie połowa nieubezpieczonych Polaków planuje wykupić indywidualną polisę w ciągu najbliższych 2 lat. Najczęściej taki zamiar deklarują 20 i 30-latkowie oraz osoby, które mają dzieci.

– Najwięcej osób, które chcą wykupić indywidualne ubezpieczenie, jest oczywiście w grupie tych, którzy mają dzieci. Bardzo ciekawym jest, że największa intencjonalność zakupu takiego produktu jest wśród dwudziestolatków i trzydziestolatków, co oznacza, że powoli zmieniamy się w społeczeństwo dojrzałe i odpowiedzialne finansowo. To dobry znak na przyszłość – mówi Michał Nestorowicz.

Socjolog dr Tomasz Sobierajski z Uniwersytetu Warszawskiego zauważa, że mimo to znajomość instrumentów finansowych i ubezpieczeniowych wciąż jest wśród Polaków relatywnie niska.

– Mam wrażenie, że Polacy chcą myśleć, że ta przyszłość finansowa jest dla nich ważna, nie są jednak jeszcze do końca świadomi narzędzi i instrumentów, które mają. Nie wykorzystują w pełni narzędzi, na przykład internetu, do tego, żeby tę przyszłość zaplanować. Bardziej ma to miejsce w ich głowach niż w realnych działaniach – mówi dr Tomasz Sobierajski.

Delegowanie pracowników może przestać być opłacalne dla polskich pracodawców. W EU trwają prace nad zmianami w prawie

Delegowanie pracowników może przestać być opłacalne dla polskich pracodawców. W EU trwają prace nad zmianami w prawie 4

Zmiany w przepisach o delegowaniu pracowników proponowane przez Komisję Europejską, choć z założenia mają poprawić warunki pracy takich osób, w praktyce mogą sprawić, że ich miejsca pracy będą zagrożone. Wysyłanie pracowników za granicę stanie się bowiem nieopłacalne dla ich pracodawców – uważa prezes Inicjatywy Mobilności Pracy. W ten sposób firmy z zamożnych krajów unijnych po cichu pozbędą się konkurencji z Europy Środkowo-Wschodniej.

Komisja Europejska chce zmienić dokładnie trzy zasady. Pierwszą Komisja promuje pod hasłem równej konkurencji, walki z nieuczciwą konkurencją – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy. – Tymczasem ta zasada będzie się opierała na tym, że polski pracodawca, który wyśle pracownika za granicę, będzie musiał ponieść wszystkie koszty z tym związane, dokładnie na tych samych zasadach, jakie obowiązują firmy lokalnie, a dodatkowo zapewnić zakwaterowanie, wyżywienie, transport oraz ponieść dodatkowe opłaty administracyjne. Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie wycenił te dodatkowe obciążenia na prawie 30 proc. całkowitych kosztów pracy.

Obecnie obowiązująca od 1996 roku dyrektywa 96/71/WE nakłada na pracodawcę obowiązek zapewnienia pracownikowi wysyłanemu do pracy za granicę wynagrodzenia co najmniej równego płacy minimalnej obowiązującej w kraju przyjmującym. Jeśli forsowane przez bogate kraje Unii nowe zasady wejdą w życie, delegowany pracownik będzie musiał otrzymywać wszystkie składowe wynagrodzenia oraz dodatki i premie wynikające z lokalnych regulacji, w tym układów zbiorowych. Będzie to wymagało dużego zaangażowania czasu na dokładne poznanie miejscowych przepisów. Zwiększy to znacznie ryzyko i koszty działalności. Państwom przyjmującym i lokalnym związkom da natomiast możliwość manipulowania tymi zasadami tak, żeby praca zagranicznych pracowników przestała być opłacalna.

 Drugi obszar, zupełnie niezależny, to wysuwane przez Komisję Europejską hasło równej płacy. Ale jeżeli spojrzymy na propozycję tego przepisu, to zauważymy, że nie chodzi o to samo wynagrodzenie, tylko o te same zasady wynagradzania. Oznacza to w praktyce, że pracownicy, którzy zarabiają więcej niż płacę minimalną, będą zarabiać dokładnie tyle samo, co dziś – ocenia Stefan Schwarz. – Natomiast uciążliwości dla ich pracodawców, związane z wyliczeniem tych wynagrodzeń w krajach, gdzie składa się na nie kilkadziesiąt różnych elementów, będą ogromne. Powstaje więc pytanie, czy to jest z myślą o pracowniku, czy przeciwko jego pracodawcy.

Wątpliwości Inicjatywy Mobilności Pracy budzi także kwestia ograniczenia maksymalnego czasu delegowania. Komisja Europejska chce, by mogło ono trwać najwyżej dwa lata, a w niektórych przypadkach zaledwie do 6 miesięcy. Po tym czasie pracownik zostałby w całości objęty miejscowym kodeksem pracy, a w konsekwencji stracił ochronę z tytułu polskich przepisów.

 Abstrahując od tego, czy w ogóle jest to zgodne z traktatem unijnym, to znowu nie jest dokładnie tak jak Komisja mówi. W przepisie nie chodzi o skrócenie czasu delegowania jednego pracownika, ale o ograniczenie tego czasu w odniesieniu również do danego miejsca pracy – tłumaczy ekspert.

Możliwa byłaby więc jego zdaniem sytuacja, w której polska firma nie mogłaby się podjąć wykonania prac na przykład na placu budowy, na którym wcześniej podobne prace były wykonywane już przez pracowników delegowanych, nawet jeśli byli zatrudnieni u innego pracodawcy i pochodzili z innego kraju.

– W niektórych przypadkach polski pracownik, który przyjechał do danego kraju na kilka dni, byłby traktowany jak ktoś, kto tam wykonuje pracę na stałe. Jeżeli np. popadnie w konflikt ze swoim pracodawcą, będzie musiał go pozwać w tym kraju według lokalnych zasad i w obcym języku. I znowu pytanie, czy to jest dla pracownika, czy to jest przeciwko pracodawcy – mówi Stefan Schwarz.

Przeciwko wprowadzeniu nowych zasad najgłośniej protestuje Polska, która w ubiegłym roku wysłała do innych krajów UE ponad 500 tys. pracowników. Z efektów świadczonych przez nich fachowych usług korzysta nie tylko polska gospodarka, lecz także zagraniczni kontrahenci polskich firm i ich klienci. Polski sprzeciw popierają także inne państwa: Bułgaria, Czechy, Dania, Estonia, Chorwacja, Węgry, Łotwa, Litwa, Rumunia i Słowacja. Został on formalnie wyrażony w formie skierowanej do Komisji tzw. żółtej kartki, która została jednak przez Komisję w całości odrzucona. Był to pierwszy przypadek w historii wspólnoty odrzucenia przez Komisję Europejską w całości postulatów państw korzystających z tej procedury.

Europa w tym momencie jest podzielona na pół. Jedna połowa twierdzi, że te przepisy są dla pracowników, żeby było bardziej równo i sprawiedliwie. Natomiast druga połowa mówi, że zmiany są wymierzone przeciwko pracodawcom  właśnie po to, żeby nie było równo – mówi Stefan Schwarz. – Sytuacja polityczna w Europie jest coraz bardziej napięta, a duża aktywność i sukcesy polskich firm za granicą zaczynają być widoczne, coraz częściej denerwują opinię publiczną w bogatych państwach UE. Przynajmniej tak sądzi połowa posłów w Parlamencie Europejskim. Zdaniem ekspertów natomiast nowe zasady mają nie tyle polepszyć warunki pracy pracowników delegowanych, ile ograniczyć ich liczbę, czyli po prostu odesłać ich do domu.

Uchwalenie ustawy o funduszach nieruchomościowych będzie sprzyjać rozwojowi rynku budowlanego i polskiej giełdy. Zachęci Polaków do inwestowania

Uchwalenie ustawy o funduszach nieruchomościowych będzie sprzyjać rozwojowi rynku budowlanego i polskiej giełdy. Zachęci Polaków do inwestowania 5

Zgodnie z deklaracją rządu już w maju ma się pojawić nowy projekt ustawy o REIT-ach, czyli funduszach nieruchomościowych, w które inwestować można nawet niewielkie kwoty, partycypując w ogromnych inwestycjach. Zdaniem szefowej Griffin Premium RE, spółki, która już działa w tej formule, uregulowanie prawne działalności REIT-ów zwiększy zainteresowanie obywateli inwestowaniem na rynku nieruchomości. Zwłaszcza że będzie ich na nie stać.

– Dzisiaj toczy się debata społeczna na temat wprowadzenia REIT-u w Polsce, trwają też prace związane z legislacją REIT-ową. My już dzisiaj działamy w formule REIT-owej, więc mocno kibicujemy tej ustawie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Wysokińska-Kuzdra, prezes zarządu spółki Griffin Premium RE. – Jeśli ona będzie wprowadzona w kształcie odpowiednim dla naszego biznesu i korzystnym dla naszych akcjonariuszy, to na pewno zechcemy się przekształcić w spółkę prawa polskiego REIT-owego. Niemniej już dzisiaj działamy jak REIT, czyli zarządzamy nieruchomościami tak, żeby przynosiły długoletni dochód i wszystkie środki wypracowane będziemy wypłacać w formie dywidendy.

REIT to skrót od angielskiego „real estate investment trust”. To rodzaj funduszu nieruchomości inwestującego w duże projekty takie jak centra handlowe czy biurowce, a także w nieruchomości mieszkaniowe. Przeważnie są notowane na giełdach. Raz w roku wypłacają swoim udziałowcom dywidendę i przeznaczają na nią zdecydowaną większość wypracowanych środków. Dopiero w momencie wypłaty podlega ona opodatkowaniu. Żeby kupić swoją „cegiełkę” w takim funduszu, wystarczą niewielkie środki, a nie jak zazwyczaj na rynku nieruchomości kwoty idące w setki tysięcy czy miliony złotych.

– Kibicujemy rozwojowi legislacji REIT-owej, bo uważamy, że to będzie bardzo duży bodziec do dalszego rozwoju rynku nieruchomości w Polsce, a także rynku kapitałowego w Polsce i myślę, że zwiększy też świadomość społeczną związaną z oszczędzaniem i długoletnim inwestowaniem nastawionym na stabilne, ale przewidywalne zyski – prognozuje Wysokińska-Kuzdra.

Pierwszy projekt ustawy Ministerstwo Finansów przedstawiło jesienią. Zgodnie z jego założeniami kapitał zakładowy funduszu musiałby wynosić co najmniej 60 mln zł, a 90 proc. zysków miałoby być wypłacane tytułem dywidendy. Po krytycznych uwagach środowiska postanowiło jednak go zrewidować, a nowy projekt zapowiadany jest jeszcze na maj. Wiadomo np., że ma dopuszczać inwestowanie w mieszkania na wynajem.

– Rynek nieruchomości komercyjnych to jest rynek dużych liczb, wartość przeciętnej nieruchomości to są dziesiątki, setki nawet milionów euro, co jest z definicji wyzwaniem dla inwestora indywidualnego, ale niekiedy nawet dla inwestora instytucjonalnego – mówi prezes Griffin Premium RE, kwietniowego debiutanta na warszawskim parkiecie. – Żeby zainwestować w akcje Griffin Premium RE w ramach ofert publicznych, wystarczyło 130 zł, więc mając 130 zł, można było się stać w jakimś kawałku właścicielem którejś z naszych nieruchomości – Hali Koszyki, Centrum Biurowego Lubicz, Green Horizon w Łodzi czy dowolnej innej. Oczywiście teraz po debiucie to pewnie wystarczy nawet jedną akcję kupić, więc ta bariera wejścia w ogóle jest zniwelowana.

Griffin Premium RE ma 9 nieruchomości biurowych w pięciu miastach Polski, których wartość przekracza 2,2 mld zł. Wśród nich są cztery biurowce w Warszawie oraz niedawno oddana do użytku Hala Koszyki o funkcji handlowej i biurowej, biurowce w Łodzi i Krakowie oraz obiekty biurowo-handlowe we Wrocławiu i Katowicach.

Z emisji nowych spółka akcji pozyskała 28 mln euro netto na powiększenie portfela nieruchomości. W planach na najbliższe 1,5 roku – 2 lata jest zakup budynku biurowego West Link we Wrocławiu za 18 mln euro oraz 25 proc. trzech inwestycji w Warszawie (dwa etapy Beethovena Business Park na Mokotowie oraz mieszkaniowa inwestycja na bliskiej Woli – Browary Warszawskie) z opcją pierwokupu pozostałych udziałów po wybudowaniu obiektów. Na ten cel przeznaczone zostanie pozostałe 10 mln euro pozyskane z emisji.

– West Link będziemy finalizować na początku przyszłego roku, wtedy będzie wybudowany, te trzy projekty warszawskie są teraz na początku budowy, więc będą gotowe na koniec 2018 roku lub w połowie 2019 roku. Tymi środkami z emisji zapewniamy rozwój portfela o dodatkowe 171 mln euro – tłumaczy Wysokińska-Kuzdra. – Pierwsza dywidenda za trzy kwartały 2017 roku będzie wypłacona w 2018 roku, natomiast kolejne dywidendy będą już wypłacane w 2019 roku za 2018 rok itd.

Jak zapewnia, roczna stopa zwrotu dla inwestorów powinna wynieść około 6,5 proc., co jest wynikiem znacząco lepszym od np. lokaty bankowej.

Dziś Krajowa Izba Odwoławcza rozpatruje odwołania w przetargu na viaTOLL. Termin wyłonienia nowego operatora może stanąć pod znakiem zapytania

Dziś Krajowa Izba Odwoławcza rozpatruje odwołania w przetargu na viaTOLL. Termin wyłonienia nowego operatora może stanąć pod znakiem zapytania 6

Kapsch Telematic Services, dotychczasowy operator elektronicznego systemu poboru opłat viaTOLL, oraz konsorcjum Skyways odwołały się od decyzji Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, która zaprosiła wszystkie 9 zainteresowanych konsorcjów do udziału w kolejnym etapie postępowania. Do końca roku GDDKiA chce wyłonić w nim nowego zarządcę sytemu poboru opłat od kierowców. Zarówno Kapsch, jak i Skyways dowodzą, że pozostałe firmy nie spełniają wszystkich wymaganych warunków. Krajowa Izba Odwoławcza na dziś wyznaczyła termin rozpatrzenia zażaleń. 

– W maju zostały złożone dwa odwołania w postępowaniu dotyczącym viaTOLL, które obecnie czekają na rozstrzygnięcie w Krajowej Izbie Odwoławczej. Spodziewamy się ich w najbliższym czasie, w ciągu 2–3 tygodni. Jeśli będą dla nas korzystne, to będziemy kontynuowali postępowanie, żeby we wrześniu móc opracować nową specyfikację warunków zamówienia i aby wykonawcy mogli złożyć oferty. Chcemy na przełomie 2017–2018 roku rozstrzygnąć przetarg i podpisać umowę z nowym operatorem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kondraciuk, Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad.

Odwołania od decyzji GDDKiA, która dopuściła do udziału w postępowaniu na nowego operatora systemu poboru opłat viaTOLL wszystkie zainteresowane podmioty złożyły 2 maja br. Kapsch Telematic Services oraz konsorcjum Skyways. Podmioty wskazują, że pozostałe firmy nie spełniają ich zdaniem warunków wymaganych do udziału w kolejnym etapie.

Zarówno GDDKiA, jak i pozostali uczestnicy nie zgadzają się z treścią odwołań Kapsch i Skyways. Krajowa Izba Odwoławcza nie wyznaczyła jeszcze terminu rozprawy, jednak GDDKiA wspólnie z grupą doradców prawnych i technicznych jest w trakcie opracowywania odpowiedzi na poszczególne zarzuty.

Po konsultacji z resortem infrastruktury GDDKiA zdecydowała się pomimo odwołań finalizować prace nad materiałami oraz obszarami do dialogu, które zostaną przekazane uczestnikom w II etapie postępowania na nowego operatora viaTOLL.

Jak poinformował rzecznik GDDKiA Jan Krynicki, z uwagi na możliwość wykorzystania środków ochrony prawnej przez poszczególnych uczestników postępowania, trudno jest przewidzieć termin zakończenia konkursu i podpisania umowy z nowym operatorem viaTOLL.

Obecny harmonogram zakłada, że w lipcu zakończy się dialog konkurencyjny z zainteresowanymi firmami, a we wrześniu GDDKiA przekaże finalną specyfikację zamówienia. Nowy kontrakt miałby zostać zawarty na przełomie obecnego i 2018 roku. Te terminy są jednak uzależnione od wyniku rozpatrzenia odwołań i decyzji Krajowej Izby Odwoławczej.

Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad Krzysztof Kondraciuk zauważa, że celem będzie w przyszłości zwiększenie wpływów, które elektroniczny system poboru opłat od kierowców przynosi do budżetu.

– Od początku funkcjonowania viaTOLL  zebrał kwotę prawie 7,7 mld zł. Daje to mniej więcej około  5 mln dziennie, aczkolwiek zawsze jest jakiś niedosyt. Ta kwota mogłaby być wyższa, ale wszystko przed nami. Oczywiście będziemy się starali objąć systemem viaTOLL jeszcze kilkaset kilometrów dróg i zwiększyć te dochody. Ostateczną decyzję podejmie jednak resort infrastruktury – mówi Krzysztof Kondraciuk.

System viaTOLL od początku swojego istnienia zwiększył przychody o 80 proc. (do 7,8 mld zł), podczas gdy koszty obsługi systemu wzrosły jedynie o 20 proc. (z 228 mln zł w 2012 roku do 255 mln zł w 2016 roku). Rentowność systemu dla Skarbu Państwa mogłaby być jeszcze wyższa, jeśli obejmie on zakładaną pierwotnie sieć dróg. Każde kolejne rozszerzenie istotnie zwiększa przychody, nie mając przy tym znaczącego wpływu na koszty obsługi systemu. Pozyskanie dodatkowych 100 mln zł przychodu to 1,7 mln kosztów. Koszty całej inwestycji budowy systemu viaTOLL zwróciły się już po 17 miesiącach jego funkcjonowania. System jest prawie całkowicie szczelny, co oznacza, że niemal każdy, kto ma płacić za przejazd, robi to.

GDDKiA, wyłaniając operatora w przetargu, zadecyduje o tym, jak będzie wyglądał nowy viaTOLL. Kapsch, dotychczasowy zarządca systemu chce rozwijać obecny system radiowy wsparty siecią bramownic. Część podmiotów z kolei oparła swoje pomysły na technologii satelitarnej. Wyłoniony w przetargu nowy operator viaTOLL będzie nie tylko odpowiadał za miliardowe przychody do budżetu państwa, lecz także będzie zarządzał bazą wrażliwych danych milionów kierowców i bazą kompletnych informacji o ruchu drogowym w całym kraju.

– Szukamy innowacji, nowych rozwiązań. Nic nie zostało rozstrzygnięte, ponieważ jest to dialog konkurencyjny, wykonawcy proponują na razie pewne rozwiązania. Postaramy się wybrać te najbardziej optymalne i nowoczesne – zapowiada Krzysztof Kondraciuk.

Elektroniczny system poboru opłat za przejazdy wybranymi odcinkami dróg krajowych viaTOLL został wprowadzony w lipcu 2011 roku i zastąpił karty opłaty drogowej (winiety). Z viaTOLL obowiązkowo muszą korzystać kierowcy autobusów i pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 t. Utrzymaniem systemu na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad zajmuje się spółka Kapsch Telematic Services, której kontrakt wygasa w 2018 roku.

W grudniu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad ogłosiła postępowanie, w którym ma zostać wyłoniony nowy operator viaTOLL. Wnioski o dopuszczenie do udziału w postępowaniu złożyło dziewięć podmiotów. Na liście oferentów są: słowacki SkyToll, konsorcjum, w skład którego wchodzą Comarch i Orange Polska, austriacki Kapsch (dotychczasowy zarządca), konsorcjum powołane przez T-Systems i Strabag, i-CELL (narodowy operator podobnego systemu na Węgrzech), niemiecki Vitronic, francuska Grupa Egis w konsorcjum z TK Telekom, włoski AutostradeTech oraz Neurosoft i ID Block Systems – oba pochodzące z Polski.

W kwietniu odbyły się trzy rundy pytań oraz wyjaśnień i uzupełnień wniosków. Po rozpatrzeniu zgłoszeń GDDKiA orzekła, że wszystkie podmioty spełniają wymagane warunki i zostaną zaproszone do dalszego udziału w postępowaniu. GDDKiA chce zawrzeć umowę z nowym operatorem krajowego systemu poboru opłat drogowych viaTOLL na sześć lat (od 3 listopada 2018 r. do 2 listopada 2024 r). Obecnie operatorem viaTOLL jest Kapsch Telematic Services, z którym umowa wygasa w listopadzie przyszłego roku.

Filip Grzegorczyk nowym prezesem Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska

Promowanie polskich firm i technologii, inicjowanie projektów i regulacji na rynku energetycznym, aktywne wspieranie innowacji to tylko niektóre z priorytetów działalności Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska, której nowym prezesem został 16 maja Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia.

Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia
23.01.2017 Warszawa,
n/z Filip Grzegorczyk prezes Tauron SA
fot. Piotr Waniorek

– Izba Gospodarcza Energetyki i Ochrony Środowiskaspełnia kluczową rolę w tworzeniu pozytywnego obrazu polskiej energetyki i efektywnie moderuje dyskusję o przyszłości i promocji osiągnięć branży energetycznej. Przewodnicząc Izbie będę się starał, aby była ona inicjatorem i wsparciem dla projektów ministerialnych, ponieważ IGEiOŚ posiada wszelkie kompetencje do generowania trendów w polskiej energetyce, zarówno pod kątem projektów jak i regulacji – mówi  Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia.

Zadania Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska realizowane są poprzez różnego rodzaju działania, z których ważniejsze to: współpraca z organami administracji państwowej, organizacjami społecznymi i gospodarczymi, organizowanie szkoleń, doradztwa ekonomicznego technicznego i organizacyjnego, współpraca i wymiana doświadczeń z krajowymi i zagranicznymi izbami przemysłowo-handlowymi, a także organizacjami samorządowymi, tworzenie banku informacji gospodarczych, finansowych i innych, niezbędnych w działalności gospodarczej członków Izby.

Wyniki Polnord S.A. po I kwartale 2017r.

W I kwartale 2017 r., według danych ważonych udziałami Polnord S.A., Spółka odnotowała 21 proc. wzrost sprzedaży mieszkań, osiągając tym samym rekordowy wynik w historii firmy. Grupa Polnord wypracowała 12,9 mln skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży w porównaniu do 69,4 mln zł rok wcześniej. Zysk brutto ze sprzedaży wyniósł w tym okresie 3,2 mln zł. Grupa odnotowała 5,5 mln zł straty w porównaniu do 183 tys. zł zysku w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Wyniki finansowe są zgodne z naszymi przewidywaniami. Wpływ na poziom osiągniętych przychodów miało przekazanie klientom 47 lokali, co wynika z dwuletniego cyklu realizacji inwestycji. W kolejnych okresach spodziewamy się znacznego wzrostu liczby podpisanych aktów własnościowych, co pozytywnie może wpłynąć na nasze wyniki już w II kwartale – mówi Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord SA. –  Konsekwentnie realizujemy strategię przyjętą na lata 2016-2019, reorganizując pracę Spółki i przystosowując ją do nowych wyzwań. Działania te znalazły już swe odzwierciedlenie w rekordowej liczbie 336 sprzedanych lokali w I kwartale. Warto też zauważyć, że w analizowanym okresie osiągnęliśmy marże brutto ze sprzedaży na poziomie 25 %, co daje wzrost o 7 punktów procentowych w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego a poziom rentowności był wyższy niż zakładał konsensus rynkowy.

Dzięki uruchamianiu średnio jednej nowej inwestycji w miesiącu, Polnord zmierza do zabudowy całego posiadanego banku ziemi, który pozwala zrealizować ok. 1 mln mkw. powierzchni mieszkalnej i użytkowej. Zgodnie z przyjętą strategią, Spółka koncentruje się na najbardziej perspektywicznych rynkach, jakimi są Warszawa i Trójmiasto. W I kwartale br. Spółka uruchomiła realizację dwóch projektów: Chabrowe Wzgórze w Kowalach koło Gdańska (44 lokale) z terminem realizacji na koniec 2017 r. oraz Fotoplastykon w Gdańsku (153 lokale), który zostanie oddany do użytkowania w II połowie 2018 r. Spółka w  2017 r. planuje wprowadzić do oferty około 1450 mieszkań i osiągnąć sprzedaż na poziomie ok. 1250 lokali. Według przyjętej strategii najpóźniej w 2019 roku Spółka zamierza osiągnąć roczną sprzedaż na poziomie 1500 lokali przy przychodach wynoszących 500 mln zł.

Co może dać firmie informacja zwrotna od… kandydata?

Nowy trend HR i Employer Brandingu to analiza tzw. candidate experience, czyli doświadczeń wyniesionych przez kandydatów z procesu rekrutacyjnego. Dotyczy to wszystkich, łącznie z tymi, którzy odpadli z procesu na dowolnym etapie. Idea zdobyła branżę szturmem, jednak realia pokazują, że od słów do czynów droga daleka.

Zjawisko rynku pracownika odcisnęło piętno na wielu procesach rekrutacji, przyczyniając się do drastycznego zmniejszenia liczby pozyskanych aplikacji, rezygnacji kandydatów na różnych etapach procesu rekrutacji, odrzucania przez nich ofert pracy lub rezygnacji z zatrudnienia krótko przez ustalonym terminem rozpoczęcia pracy. Remedium na takie sytuacje może być analiza doświadczenia kandydatów, czyli candidate experience. Przeprowadzone przez Antal, Profit House oraz ROC Polska wśród dyrektorów HR badanie sprawdza, jak organizacje podeszły do kwestii wdrożenia tej koncepcji we własnych strategiach.

Prawie 40% firm nie pyta kandydata o wrażenia

Jakie działania z zakresu candidate experience są stosowane w Państwa firmie
HR Business Class Trendy 2017. Badanie Antal, ROC Polska i Profit House

36% respondentów deklaruje projektowanie procesu rekrutacji na podstawie maksymalizacji satysfakcji kandydatów, 17% pracodawców prowadzi regularny monitoring satysfakcji kandydatów, a 19% korzysta z rozwiązań technologicznych w tym zakresie. Co należy to takich rozwiązań? „Przykładem mogą być coraz bardziej popularne systemy ATS, czyli Aplicant Tracking Systems, ułatwiające udzielanie informacji zwrotnej kandydatom uczestniczącym w procesie. Ważne są także przyjazne i projektowane z dbałością o potencjalnych kandydatów firmowe zakładki kariera i formularze aplikacyjne” – wyjaśnia Anna Piotrowska – Banasiak, dyrektor rozwoju w Antal.

Jednak aż 39% respondentów nie analizuje doświadczeń kandydatów w ogóle. „To niepokojący wynik dla całej branży, a dla poszczególnych firm – utrata unikalnej wiedzy, umożliwiającej spożytkowanie rekrutacji do budowy silnej marki pracodawcy” – dodaje Anna Piotrowska – Banasiak i podkreśla, że w długofalowym ujęciu taka analiza pozwoliłaby także na zdefiniowanie i wyeliminowanie tych elementów procesów, które przekładają się na stratę kandydatów.

Pracowników o doświadczenia pytamy chętniej

Nieco lepiej wypadają w polskich organizacjach analizy doświadczenia pracowników, które regularnie realizowane są w połowie badanych firm.

Jakie działania z zakresu employee experience są stosowane w Państwa firmie
HR Business Class Trendy 2017. Badanie Antal, ROC Polska i Profit House

Dobrze przeprowadzone badanie satysfakcji i zaangażowania wskazuje strony, które warto wzmocnić w komunikacji, i najważniejsze obszary wymagające pilnej interwencji. Tak zidentyfikowane przewagi konkurencyjne i ryzyka powinny być przyczynkiem do działań z obszaru budowania wizerunku pracodawcy” – wyjaśnia Małgorzata Pukropek, HR Consulting Manager w Antal.

Co trzecia badana firma stara się kształtować doświadczenia pracowników, mając na celu maksymalizację ich satysfakcji, a 20% organizacji inwestuje w tym celu w nowoczesne rozwiązania technologiczne. Jednak aż 26% respondentów deklaruje, że ich firma nie analizuje employee experience.

Wyniki badania budują zatem niepokojący obraz polskich firm, które w sposób mniej lub bardziej świadomy pozwalają uciec sporym zasobom informacji, mogących polepszyć ich wizerunek jako pracodawców, ograniczyć rotację i przyciągnąć dobrze dopasowanych kandydatów. Wiele sposobów badania doświadczeń i kandydatów, i pracowników, jest relatywnie niskonakładowych w wymiarze budżetowym, można więc stwierdzić, że to najwyższa pora, aby przestać ten temat poruszać w rozmowach, a zacząć – w działaniach.

Dominacja Bitcoina słabnie

Rynki się dzisiaj ruszyły i wygląda na to, że pozory zbywalnej zmienności w końcu powróciły.Indeks FTSE 100 jest obecnie notowany w Wielkiej Brytanii na wysokim poziomie, po kilku cierpkich inflacyjnych informacjach. Większa niż oczekiwano inflacja na wyspach jest powodem spadku funta, dzięki czemu akcje osiągają niebotyczny poziom. Wczoraj na CAC i DAX pojawiły się nowe rekordy. Bardzo prawdopodobne, iż pod wpływem nowej tętniącej życiem Europy Merkel i Macrona.

Dominacja_kapitalizacji_rynkowejCeny ropy się telepią, idąc dalej w kierunku poziomu 50 dolarów. Raport IEA, który właśnie został wydany, wydaje się być bardzo pozytywny. Wielu analityków zaczyna odczuwać, że rynkowi można przywrócić równowagę. Ilość zapasów ropy naftowej z USA, które zostaną ujawnione jutro, da nam na to potwierdzenie lub nie.

Wydaje się, że nowe waluty cyfrowe pojawiają się na prawo i lewo, ale dwie z nich naprawdę dokonały przełomu. Ripple i Ethereum rosną tak szybko, że obecnie zagrażają dominacji Bitcoina. Tego ranka, po raz pierwszy w historii, miernik dominacji Bitcoina spadł poniżej 50%. Oznacza to, iż w całkowitej wartości obecnie rozprowadzanej ilości wszystkich blockchainów, Bitcoin posiada mniej niż połowę.

GBPUSD_UK100_16_05_2017Problem skalowalności Bitcoina wydaje się niezmienny. Chociaż „górnikom” udało się wczoraj wyczyścić kolejkę, liczba niepotwierdzonych transakcji ponownie przekroczyła 120 000 dziś rano. Na platformie inwestycyjnej eToro, giełdowi spekulanci przeszli z długoterminowego inwestowania w Bitcoina do krótkoterminowej pozycji. Trend wciąż wydaje się iść w górę, ale przedział jest na tyle szeroki, że można spróbować wyłapać niewielkie ruchy w dół na krótkiej pozycji.  Z drugiej strony Ethereum wciąż kupuje 99% sentymentalistów na platformie i wielu użytkowników wierzy, że kolejne ogromne popchnięcie jest już tuż za rogiem.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

***

Zastrzeżenie: Ta informacja służy jedynie celom informacyjnym i edukacyjnym. Nie powinna być traktowana jako porada albo rekomendacja inwestycyjna. Przeszłe wyniki nie dają gwarancji osiągnięcia rezultatów w przyszłości. Trading wiąże się z ryzykiem. Ryzykuj tylko kapitał, na którego stratę jesteś przygotowany. Wszystkie dane, liczby i wykresy są aktualne na dzień 12 maja 2017.

Polska będzie konkurować z Europą Zachodnią o pracowników z Ukrainy?

Głównym problemem na rynku pracy jest podaż, czyli dostępność pracowników, która systematycznie spada. To efekt czynników demograficznych, ale są one też wspierane przez emigrację Polaków do pracy za granicą. To powoduje, że dostępność kandydatów na rynku jest bardzo mocno ograniczona.

– Jednym z rozwiązań tej sytuacji jest poprawa bilansu migracyjnego przez przyciąganie pracowników z zagranicy, m.in. z Ukrainy – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Ważne jest też, aby przeciwdziałać temu, co może wydarzyć się w najbliższej przyszłości wśród tych wschodnich sąsiadów, którzy są już w Polsce. Wszystko wskazuje na to, że od czerwca Ukraińcy będą mieli możliwość podróżowania bez konieczności posiadania wiz po całej Europie. To otwiera nowy rozdział konkurencji o pracowników z Ukrainy między polskim legalnym rynkiem zatrudnienia, a szarą strefą w krajach Europy Zachodniej. Istnieje duże niebezpieczeństwo, że bez wprowadzenia regulacji na kształt Zielonej Karty, które będą zapewniały legalną pracę i elastyczne możliwości przyjazdu do Polski nie tylko na okres sześciu miesięcy, ale na rok lub dwa lata, wielu Ukraińców będzie decydowało się na wyjazd do krajów zachodnioeuropejskich. Tam są w stanie zarobić trzy- czy czterokrotnie więcej niż w Polsce, a to przede wszystkim kwestie płacowe przyciągają tych pracowników do krajów naszego regionu – dodał Kubisiak.

Wyniki finansowe GK RAFAMET w I kwartale 2017 r.

Przychody ze sprzedaży Grupy Kapitałowej RAFAMET w I kwartale 2017 roku wynosiły 24,1 mln zł i były wyższe o 15,4%  od przychodów uzyskanych za I kwartał 2016 roku.

Grupa Kapitałowa RAFAMET w I kwartale 2017 roku osiągnęła jednak stratę netto w wysokości 943 tys. zł. W porównywalnym okresie minionego roku osiągnięty zysk netto wynosił 507 tys. zł.

Czynnikiem, który miał istotny wpływ na osiągnięte wyniki finansowe było umocnienie się w pierwszym kwartale 2017 r. waluty krajowej w stosunku do walut rozliczeniowych kontraktów długoterminowych – wyjaśnia E. Longin Wons, Prezes Zarządu Fabryki Obrabiarek RAFAMET S.A. – Pierwszy kwartał każdego roku rozliczeniowego jest zawsze dla nas trudny; wynika to z kolei z faktu, że ostatni kwartał zawsze jest najlepszy. Już obecnie wiemy, że i w tym roku największy wysiłek produkcyjno-sprzedażowy nastąpi w ostatnim kwartale br. Znacząca poprawa wyników firmy nastąpi więc w tym okresie – dodaje Prezes.

Większą część swoich przychodów, bo ponad 82%, GK RAFAMET zrealizowała na rynku zagranicznym. Główne kierunki sprzedaży w pierwszym kwartale br. to: Australia, Iran, Chiny, Tajlandia, Niemcy, Belgia, Włochy, Katar, Turcja, Węgry i Arabia Saudyjska.

Wynajem długoterminowy aut w Polsce urósł w I kw. 2017 r. o 13,2% r/r – tempo wzrostu 1,5-krotnie większe niż rok temu

Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), w pierwszym kwartale 2017 r. rynek wynajmu długoterminowego aut w Polsce urósł o 13,2% r/r. Tempo wzrostu rynku było tym samym aż 1,5-krotnie wyższe niż rok wcześniej. Dynamika wzrostu branży wynajmu długoterminowego samochodów zwiększa się już czwarty kwartał z rzędu. Bardzo dobre wyniki, wskazujące jednoznacznie na wciąż rosnącą w Polsce popularność wynajmu długoterminowego aut wśród przedsiębiorców, potwierdza także liczba nowych samochodów osobowych zakupionych przez branżę w pierwszym kwartale 2017 r. Była ona aż o 52% większa niż rok temu, co oznacza, że wynajem długoterminowym rozwijał się w pierwszym kwartale ponad 2,5 razy szybciej od pozostałych form finansowania aut służbowych tzn. zakupu ze środków własnych, kredytu i klasycznego leasingu finansowego. Wysoką dynamikę rozwoju w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku odnotowała również branża Rent a Car, w przypadku której wzrost osiągnął poziom 19,5% r/r.

W pierwszych trzech miesiącach roku 2017, zgodnie z danymi IBRM Samar, łączna liczba nowych aut osobowych sprzedanych do firm w Polsce była większa o 24,6% niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Pierwszy kwartał bieżącego roku był więc bardzo udany dla całego rynku flotowego w naszym kraju.

Jednakże, wynajem długoterminowy samochodów był w tym okresie tą formą finansowania floty, której popularność rosła wśród firm i przedsiębiorców w Polsce zdecydowanie najbardziej dynamicznie – aż ponad 2,5 – krotnie szybciej od pozostałych form finansowania samochodów osobowych, tj. zakupu ze środków własnych, kredytu oraz klasycznego leasingu finansowego łącznie. Liczba nowych aut osobowych zakupionych przez branżę wynajmu długoterminowego w pierwszym kwartale 2017 r. wyniosła bowiem 14,8 tys. pojazdów, co oznacza, że była większa niż w tym samym okresie rok temu aż o 52%. Dla porównania, w pozostałych formach finansowania floty (zakup ze środków własnych, kredyt i klasyczny leasing finansowy łącznie) w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku zakupionych zostało o 19,7% samochodów osobowych więcej, niż rok wcześniej.
W pierwszym kwartale 2017 roku blisko co piąte nowe auto osobowe (18,3%) nabywane przez firmy w Polsce znalazło się w wynajmie długoterminowym.   Wynajem długoterminowy samochodów ciągle przyśpiesza

Wynajem długoterminowy samochodów ciągle przyśpiesza – dynamika wzrostu rynku rośnie już czwarty kwartał z rzędu

Tempo wzrostu branży wynajmu długoterminowego samochodów w pierwszym kwartale osiągnęło poziom aż 13,2% r/r, co oznacza, że w kluczowej z usług CFM, czyli Full Serwis Leasingu (FSL), znajdowało się na koniec marca 2017 r. ponad 14,1 tys. aut więcej, niż rok wcześniej. Co więcej, dynamika wzrostu branży zwiększa się już czwarty kwartał z kolei – rok temu, na koniec pierwszego kwartału wynosiła 8,9% r/r.Dane dotyczące rozwoju branży wynajmu długoterminowego

Dane dotyczące rozwoju branży wynajmu długoterminowego po I kwartale 2017 r. po raz kolejny potwierdzają, że rynek ten w Polsce ma wciąż ogromny potencjał, a wysoka do tej pory popularność tej formy finansowania floty, nadal rośnie – mówi Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Polska. – Tempo wzrostu rynku rośnie bowiem już czwarty kwartał z rzędu i obecnie jest 1,5-krotnie wyższe niż rok temu. Na dodatek,
w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku imponujący wręcz był 52-procentowy wzrost liczby zakupionych przez branżę wynajmu długoterminowego nowych samochodów osobowych, w stosunku do pierwszego kwartału ubiegłego roku. Porównując go do wzrostu liczby aut nabywanych przez firmy w pozostałych formach finansowania, który był ponad
2,5 – krotnie niższy, widać doskonale, że wynajem długoterminowy w pierwszym kwartale bieżącego roku rozwijał się zdecydowanie szybciej od zakupu samochodów służbowych ze środków własnych, na kredyt czy też w klasycznym leasingu finansowym. Duża popularność wynajmu długoterminowego aut wynika przede wszystkim z coraz bardziej chętnego wykorzystywania tej formy finansowania floty już nie tylko przez duże korporacje, ale również przez mniejsze firmy z sektora MŚP.   

Na koniec pierwszego kwartału 2017 r. firmy wynajmu długoterminowego należące do PZWLP dysponowały łączną flotą nieco ponad 137 tys. samochodów (137.024 aut). Zdecydowana większość z nich, bo ponad 88% (88,4%), znajdowała się w Full Serwis Leasingu (FSL), czyli w najbardziej rozbudowanej i kompleksowej formie wynajmu długoterminowego, zapewniającej klientowi zewnętrzne finansowanie aut wraz z ich pełną obsługą administracyjną i serwisową. Pozostała część (11,6%) aut w łącznej flocie firm PZWLP w wynajmie długoterminowym była objęta usługą Leasingu
z Serwisem (LS).

Udział Diesla w wynajmie długoterminowym aut zauważalnie spada, rośnie liczba samochodów ekologicznych

W liczącej 137 tys. flocie samochodów firm PZWLP w wynajmie długoterminowym, na koniec pierwszego kwartału bieżącego roku auta z silnikami Diesla stanowiły 70,1% wszystkich pojazdów. Oznacza to, że udział samochodów z napędami wysokoprężnymi zmniejszył się w ciągu ostatniego roku (w porównaniu do stanu z końca marca 2016 r.) o 2,4%, kosztem wzrostu udziału aut z silnikami benzynowymi, które na koniec pierwszego kwartału 2017 r. stanowiły 29,6% ogółu floty. Samochody z napędami ekologicznymi, a więc hybrydowymi i elektrycznymi, to nadal znikoma część parku pojazdów w wynajmie długoterminowym firm PZWLP – auta tego typu mają udział na poziomie 0,3% łącznej floty (dokładnie 442 samochody: 416 hybrydowych oraz 26 elektrycznych). Pomimo, że auta napędzane silnikami ekologicznymi stanowią wciąż marginalną część w łącznej flocie w wynajmie długoterminowym, to na uwagę zasługuje fakt bardzo dużego wzrostu ich liczby w ciągu ostatniego roku – o 51%.

We flotach samochodów w wynajmie długoterminowym zaczyna być widoczny trend, obserwowany już od pewnego czasu w Polsce oraz niemalże całej Europie na rynku sprzedaży nowych samochodów do klientów indywidualnych– mówi Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska Fleet Management. – Mowa o zmniejszającej się liczbie aut z silnikami dieslowskimi i jednoczesnym wzroście samochodów wyposażonych w benzynowe jednostki napędowe. Tendencja ta jest wynikiem dużego postępu technologicznego w ostatnich latach w zakresie silników benzynowych, który pozwolił na znaczące obniżenie wielkości spalania aut z napędami benzynowymi, a przez to obniżenie kosztów ich eksploatacji.  

Branża Rent a Car w Polsce urosła o 19,5% r/r

Pierwszy kwartał 2017 roku okazał się być bardzo udany również dla branży Rent a Car w Polsce, czyli wynajmu krótkoterminowego (do 30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) samochodów. Branża ta, na podstawie danych dotyczących wielkości floty aut 6 na 7 firm Rent a Car skupionych aktualnie w PZWLP (bez Avis Budget / Jupol – Car Sp. z o.o.) dysponowała na koniec marca 2017 r. łączną flotą prawie 12 tys. aut (11.865), co oznacza, że odnotowała wzrost na poziomie 19,5% r/r.

Członkowie PZWLP generują w Polsce sprzedaż ponad 1/3 nowych aut osobowych do firm

Biorąc pod uwagę całokształt działalności 21 firm należących do Polskiego Związku Wynajmu
i Leasingu Pojazdów (PZWLP) na koniec pierwszego kwartału 2017 r., a więc przede wszystkim usługi wynajmu krótko-, średnio- i długoterminowego samochodów, ale również klasyczny leasing finansowy aut, firmy PZWLP zakupiły w okresie styczeń – marzec bieżącego roku łącznie ponad 27,5 tys. nowych samochodów osobowych (a więc więcej o 38,4% niż w porównywalnym okresie rok temu). Oznacza to, że ponad 1/3 (34,1%) nowych aut osobowych kupowanych w pierwszym kwartale 2017 roku przez przedsiębiorców w polskich salonach zostało nabyte przez firmy należące do PZWLP*

*– Firmy PKO Leasing, Volkswagen Leasing, mLeasing i Raiffeisen Leasing Polska  były w pierwszym kwartale 2017 r. również członkami ZPL (Związku Polskiego Leasingu).

Nowe badania Capgemini ujawniają przełomowy wpływ płatnych przejazdów wspólnych i indywidualnych na sprzedaż samochodów i modele ich posiadania.

Zgodnie z nowym badaniem przeprowadzonym przez Capgemini, światowego lidera w dziedzinie konsultingu, technologii i outsourcingu, w którym udział wzięło ponad 8 tys. klientów z ośmiu kluczowych rynków[1], ponad jedna trzecia osób kupujących samochód (34%) uważa płatne wspólne podróżowanie i  usługi przejazdów na zamówienie za dobrą alternatywę dla posiadania pojazdu. Podczas gdy sprzedaż nowych samochodów wciąż rośnie w szybkim tempie[2], dane zebrane przez Capgemini pokazują zmianę strategii wiodących producentów samochodowych, którzy zaczęli już inwestować w usługi związane ze wspólnymi przejazdami samochodowymi poprzez opracowanie i nabywanie rozwiązań w tym zakresie lub rozpoczynanie współpracy partnerskiej, by dopasować się do zmieniających się postaw konsumenckich. 17 raport „Cars Online” opracowany przez Capgemini, „Beyond the car”, zawiera ponadto dobre wiadomości dotyczące tradycyjnych modeli sprzedaży samochodów osobowych wobec intensywnego rozwoju branży usług płatnych przejazdów wspólnych i indywidualnych. Ponad połowa respondentów (56%) uważa, że usługi, takie jak Uber, Didi czy BlaBlaCar uzupełniają model oparty na posiadaniu samochodu na własność.

Co więcej, odsetek ten jest jeszcze wyższy w grupie młodych nabywców samochodów w wieku od 18 do 34 lat (64%) oraz klientów obecnych na rynkach wschodzących — chińskim (77%) i indyjskim (63%). Znaczenie inwestycji największych producentów samochodów w programy związane z tego typu usługami transportowymi podkreśla fakt, że dwie trzecie klientów (66%) uważa, że marki samochodowe są istotnym czynnikiem wpływającym na ich decyzję dotyczącą wyboru programu płatnych przejazdów wspólnych lub indywidualnych. Tego oferta tego typu może stać się ważną częścią nowego cyklu sprzedaży samochodów.

Kai Grambow, Global Head of Automotive w Capgemini komentuje: „Na rynku sprzedaży samochodów mamy obecnie do czynienia ze złotym wiekiem, ale wiadomo już, że ta sytuacja nie będzie trwać bez końca w obecnej formie. Producenci samochodowi zdają sobie sprawę, że muszą zareagować na zmianę zwyczajów konsumenckich, jeśli chcą zachować obecne tempo wzrostu. Przejmowanie pozycji lidera branży płatnych przejazdów wspólnych i indywidualnych stanie się nie tylko nowym źródłem przychodów dla producentów aut, ale także pozwoli im wzbudzić świadomość opinii publicznej oraz wypracować nowy rodzaj relacji z klientami”.

Raport pokazał ponadto wpływ szybkiego wzrostu kompetencji technologicznych klientów i świadomości zwyczajów konsumenckich na zwyczaje zakupowe:

  • Rozwiązania wspierające automatyczne prowadzenie pojazdu mają dla klientów duże znaczenie. Funkcje służące automatyzacji procesu prowadzenia pojazdu stają się standardem w przypadku wielu popularnych modeli samochodów osobowych, prowadzone są nowe testy samochodów autonomicznych, a 81% badanych utrzymuje, że jest w stanie dopłacić za tę funkcjonalność.
  • Cyberbezpieczeństwo staje się kluczowym czynnikiem branym pod uwagę przy kupnie samochodu. W 2015 roku jedna trzecia badanych zwracała uwagę na kwestie dotyczące cyberbezpieczeństwa. Po kolejnych szeroko komentowanych skutecznych próbach włamania na platformy motoryzacyjne, klienci chcą od producentów zapewnienia, że obecne rozwiązania są bezpieczne, a ponad dwie trzecie badanych (68%) twierdzi, że odporność na cyberataki może wpłynąć na ich decyzję o kupnie samochodu.
  • Wzrasta zainteresowanie klientów samochodami produkowanymi przez marki technologiczne, choć wciąż są one w fazie koncepcyjnej. Doniesienia o tym, że takie marki, jak Google czy Apple zamierzają wypuścić na rynek samochody pojawiające się od kilkunastu miesięcy, powodują wzrost zainteresowania konsumentów tym tematem — w 2015 roku 49% klientów deklarowało gotowość na zakup samochodu wyprodukowanego przez taką firmę technologiczną, jak Apple czy Google. W najnowszym badaniu odsetek ten wynosi 57%.
  • Zaufanie konsumentów do samochodów autonomicznych jest podzielone pomiędzy marki o ustabilizowanej pozycji oraz nowych graczy na rynku. Firmy technologiczne odpowiadały za przeprowadzenie wielu publicznych testów samochodów autonomicznych. W tej sytuacji na znaczeniu zyskuje informacja, że ponad połowa konsumentów (51%) obdarzyłaby większym zaufaniem pojazd autonomiczny wyprodukowany przez producenta samochodowego niż przez firmę technologiczną.
  • Maleją obawy o ochronę danych osobowych w związku z coraz częstszym wykorzystywaniem przez klientów funkcji łączenia samochodu z siecią. Obycie z urządzeniami działającymi w sieci, zamiana udostępniania danych na wyższy stopień personalizacji oraz poprawa jakości usług zmieniają nastawienie konsumentów do samochodów, które można połączyć z internetem. Większość klientów byłaby skłonna udostępnić dane samochodu (89%) oraz kierowcy (79%), kiedy samochód jest podłączony. Dla porównania, w badaniu z 2015 roku 80% respondentów udzieliło odpowiedzi, że byłoby gotowe udostępnić swoje dane bez ograniczeń (lub z niewielkimi ograniczeniami). Podkreśla to rosnącą skłonność klientów do dzielenia się danymi.
  • Zainteresowanie cyfrowymi showroomami staje się wyzwaniem dla tradycyjnego systemu sprzedaży. Klienci poszukują alternatywnych metod uzyskiwania informacji za pośrednictwem dealerów i OEM (producentów oryginalnego wyposażenia), wśród których wymieniane są prezentacje modeli samochodów z użyciem technologii wirtualnej rzeczywistości (62%), czaty internetowe live (43%) oraz videoblogi prowadzone przez innych klientów (36%). Bez wątpienia ma na to wpływ rosnące zainteresowanie nowatorskimi rozwiązaniami technologicznymi i wirtualnymi showroomami, z których korzysta już kilku z głównych producentów samochodów.

Pełny raport dostępny jest w tym miejscu.

Metodologia badań Capgemini Cars Online

Cars Online 2017 jest corocznym badaniem prowadzonym przez Capgemini, które analizuje zachowania i oczekiwania konsumentów, uwzględniając cały proces nabywania samochodu przez klienta (włączając w to poszukiwanie informacji na temat ofert, samą transakcję, okres posiadania samochodu na własność oraz jego sprzedaż). Badania obejmują także poglądy klientów na innowacje: systemy umożliwiające podłączanie samochodów do internetu, systemy automatycznego prowadzenia pojazdów i alternatywne do podróży własnym samochodem sposoby przemieszczania się. W tegorocznej edycji badania wzięło udział 8 tys. respondentów. Wszyscy badani aktywnie rozważają nabycie samochodu na własność lub w ramach leasingu w ciągu roku. Wśród państw, z których pochodzą respondenci, znajdują się Brazylia, Chiny, Francja, Niemcy, Włochy, Indie, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. W celu przeprowadzenia badania Capgemini podjęło współpracę z FreshMinds, firmą zajmującą się consultingiem w zakresie innowacji. Analiza i interpretacja danych została przeprowadzona przez Capgemini. Badanie odbyło się w styczniu 2017r.

[1] Brazylia, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Włochy, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone

[2] Sprzedaż wzrosła o 4,8% od 2015 roku do poziomu 88,1 mln samochodów sprzedanych na całym świecie w 2016r.
https://www.macquarieresearch.com/ideas/api/static/file/publications/7311246/CommoditiesComment160117xe263029.pdf

Wyniki finansowe URSUS S.A. za I kwartał 2017 r.

Grupa URSUS, największy polski producent ciągników z marką o ponad 120-letniej tradycji mechanizacji polskiego rolnictwa, odnotowała w I kwartale 2017 roku przychody ze sprzedaży na poziomie 72,28 mln zł. Zysk brutto wyniósł 4,98 mln zł, a zysk netto 3,84 mln zł. Grupa, poprzez spółkę dominującą URSUS S.A., skupia się na konsekwentnej rozbudowie swojej oferty ciągników, aktywnie działa w zakresie handlu zagranicznego oraz efektywnie pozyskuje nowych odbiorców.

W I kwartale tego roku cała Grupa osiągnęła 72,28 mln zł przychodów ze sprzedaży, z czego aż 33,21 mln zł stanowiła sprzedaż krajowa (wzrost r/r o 6,1%). Natomiast sprzedaż eksportowa wyniosła 39 mln zł. Zysk brutto na sprzedaży został wypracowany do wartości 17,72 mln zł, wzrastając w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego aż o 20,5%. Marża na poziomie zysku brutto ze sprzedaży wyniosła w raportowanym okresie 25%. Dla porównania, w I kwartale 2016 r. była niższa o 5%.

Pozytywny wpływ na osiągnięty zysk na działalności operacyjnej Grupy miało obniżenie kosztów sprzedaży (o 26% r/r), natomiast negatywne oddziaływanie miało zwiększenie kosztów ogólnego zarządu Grupy (o 37% r/r) spowodowane wzrostem tej pozycji w spółkach zależnych Grupy URSUS.

W raportowanym okresie zysk brutto Grupy wyniósł 4,98 mln zł, osiągając wzrost r/r o 8,5%. Z kolei zysk netto osiągnął wartość 3,84 mln zł, wobec 4,65 mln zł osiągniętych w I kwartale zeszłego roku.

Wzrost przychodów spółki dominującej

Po raz kolejny wzrost przychodów ze sprzedaży osiągnęła spółka URSUS S.A. W I kwartale tego roku wyniosły one 77,1 mln zł i były  wyższe od uzyskanych w analogicznym okresie roku ubiegłego o 3,0%. Sprzedaż krajowa wyniosła 38,1 mln zł, co stanowiło wzrost r/r o 19,7%. Duża w tym zasługa Dywizji w Lublinie, która w raportowanym okresie zwiększyła przychody ze sprzedaży ciągników marki URSUS, w konsekwencji czego Spółka odnotowała również wzrost udziału rejestracji ciągników URSUS w ogólnej liczbie rejestracji z 6% w I kwartale 2016 roku do 7,8% w I kwartale 2017 roku  (dane według CEPiK – Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców). Na wzrost przychodów ze sprzedaży krajowej miało wpływ również zwiększenie przychodów ze sprzedaży maszyn rolniczych produkowanych w Dywizji Dobre Miasto – o 58% w stosunku do I kwartału 2016 roku.

Sprzedaż eksportowa Spółki osiągnęła poziom 39 mln zł zł i tym samym obniżyła się o 9,4% w stosunku do I kwartału 2016 roku. Na uzyskany wynik wpłynęło uwzględnienie w I kwartale zeszłego roku przychodów z realizacji umowy z etiopską spółką The Federal Democratic Republic of Ethiopia (FDRE) SUGAR CORPORATION (ESC- Ethiopian Sugar Corporation) o łącznej wartości 37,18 mln zł, podczas gdy w I kwartale tego roku w sprzedaży eksportowej uwzględniono wartość realizacji umowy z tanzańską spółką National Development Corporation (NDC) w kwocie 23, 63 mln zł (efekt wysokiej bazy). Warto przy tym zaznaczyć, że pomimo trudnej sytuacji w branży rolniczej na rynku krajowym i rynkach zagranicznych.

– Aktywnie działamy w zakresie handlu zagranicznego i efektywnie pozyskujemy nowych odbiorców. Strategia URSUS S.A. zakłada m.in. odbudowę kontaktów i relacji z partnerami handlowymi URSUS, a także pozyskanie nowych odbiorców. Istotnym partnerem są firmy działające na rynkach Europy Zachodniej i Środkowej oraz rynkach wschodnich. Spółka podejmuje także działania zmierzające do odbudowy pozycji marki URSUS na rynkach pozaeuropejskich – mówi Karol Zarajczyk, prezes zarządu URSUS S.A.

Spółka URSUS S.A. w I kwartale 2017 roku wykazała zysk brutto w wysokości 5,76 mln zł, wobec 5,02 mln zł osiągniętych rok wcześniej (wzrost o 14,8% r/r). Jego poprawa to efekt obniżenia kosztów sprzedaży oraz kosztów ogólnego zarządu, w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego. Natomiast zysk netto w raportowanym okresie wyniósł 4, 58 mln. zł., Dla  porównania w I kwartale 2016 r. osiągnął on wartość 5 019 tys. zł, co stanowi spadek o 8,8% r/r.

Inne spółki również zyskowne

Spośród innych podmiotów zależnych największy udział w uzyskanych wynikach finansowych miała Spółka URSUS Wschód, której przychody w I kwartale 2017 roku wyniosły 10 mln zł. Zysk na działalności operacyjnej osiągnął wartość 1,07 mln zł,   a zysk netto 316 tys. zł. Niewiele gorszymi wynikami może pochwalić się spółka URSUS Zachód, która wypracowała 8,64 mln zł przychodów ze sprzedaży. Zysk na działalności operacyjnej został wypracowany do wartości  902 tys. zł, a zysk netto osiągnął 254 tys. zł.

Podpisane umowy

W raportowanym okresie spółka Ursus zawarła kilka umów. W dniu 21 lutego br. Spółka podpisała porozumienie o współpracy z irańską spółką Iran Tractor Manufacturing Company. W ramach współpracy spółki będą dążyć do wprowadzenia wspólnie wyprodukowanych ciągników o małej, średniej i dużej mocy na rynki, na których obie obecnie funkcjonują. Ponadto, obie spółki przeprowadzą badania możliwości wprowadzenia na rynek irański maszyn rolniczych i autobusów miejskich znajdujących się w ofercie Emitenta.

W dniu 17 marca br. została zawarta z algierską spółką KARMAG INDUSTRIE umowa o współpracy przemysłowo-handlowej prowadzącej do ustanowienia polsko-algierskiej spółki joint-venture z siedzibą w Algierii, której przedmiotem działalności będzie montaż, sprzedaż, dystrybucja i serwis ciągników i maszyn rolniczych na rynku algierskim. W tym samym dniu zostało podpisane porozumienie ze spółką DOBRE HOLDINGS (Republika Namibii) o współpracy handlowo-przemysłowej, zakładające podjęcie długoterminowej współpracy w zakresie produkcji i montażu ciągników, maszyn rolniczych i ich oprzyrządowania oraz autobusów i pojazdów specjalnych pod marką URSUS.

Z kolei w dniu 23 marca br. URSUS S.A. podpisał umowę ze spółką Industrial Development Corporation Limited (IDC) z siedzibą w Lusace (Zambia) na dostawę ciągników, maszyn rolniczych, oprzyrządowania i części zamiennych, a także usług powiązanych. Łączna wartość tej umowy w momencie jej zawarcia wynosi 100 mln USD. W ramach kontraktu Emitent dostarczy 2694 ciągniki rolnicze w przedziale mocy 47-180 KM wraz z oprzyrządowaniem i częściami zamiennymi, oraz 2506 maszyny rolnicze, m.in. przyczepy, rozrzutniki obornika, prasy zwijające do słomy i siana. Ponadto Spółka we współpracy        z IDC utworzy w Lusace fabrykę montażu ciągników i maszyn rolniczych URSUS oraz 10 autoryzowanych centrów serwisowych na terenie Zambii.

Plany produkcyjne

W roku 2017 URSUS S.A. ma zamiar wprowadzić do swojej swojej oferty ciągniki wyposażone w nowoczesny układ przeniesienia napędu z funkcjami Power Shift i Power Shuttle oraz w silnik spełniający wymagania normy emisji spalin Euro IIIB. Spółka ma również zamiar wprowadzić do produkcji seryjnej kolejny model ciągnika URSUS o mocy 150 KM oraz serię nowych ciągników spełniających normy emisji spalin Euro IV, a także ciągniki wyposażone w nowoczesną skrzynię biegów z funkcją Hi-Lo.

Działalność produkcyjna URSUS nie ogranicza się jedynie do ciągników. W II półroczu 2017 r. Spółka ma zamiar uruchomić produkcję kolejnej serii przyczep – serię wywrotek tandemowych „D7” oraz serię wywrotek skorupowych „D8”. Nowe modele wywrotek zastąpią modele znajdujące się w aktualnej ofercie Spółki. Dzięki temu URSUS S.A. unowocześni oraz zwiększy konkurencyjności swojej oferty produktowej. Wprowadzenie nowych serii przyczep zwiększy gamę oferowanych produktów o przyczepy o zróżnicowanej ładowności oraz przyczyni się do zmniejszenia kosztów i poprawy wydajności procesów produkcyjnych.

– W tym roku Spółka wprowadziła już do oferty zmodernizowaną gamę rozrzutników obornika wyposażonych w system deflektorów oraz zmodyfikowany układ elementów roboczych, rozszerzając jednocześnie możliwość ich zastosowań, a także wzbogacając ofertę Spółki o kolejne wyroby – dodaje Karol Zarajczyk.

Niezależnie trwają prace badawczo-rozwojowe nad konstrukcjami nowych ciągników o mocach od 50 do 110 KM, wyposażonych w układy przeniesienia napędu produkowanych w URSUS S.A., przeznaczonych na rynki pozaeuropejskie. Wraz z początkiem roku 2018 Spółka ma zamiar wprowadzić do produkcji seryjnej kolejne modele ciągnika URSUS w przedziale mocy 110-160 KM. Ciągniki będą wyposażone w nowoczesny układ przeniesienia napędu – VIGUS. Spółka planuje, iż innowacyjna transmisja wykorzystywana będzie zarówno przy budowie własnych ciągników rolniczych, jak i będzie dystrybuowana do innych światowych producentów.

Apteki tylko dla farmaceutów – Prezydent podpisał kontrowersyjną ustawę

Prezydent Andrzej Duda właśnie podpisał dzisiaj nowelizację ustawy o prawie farmaceutycznym, zgodnie z którą apteki będą mogli prowadzić tylko farmaceuci, a ekspansja sieci aptekarskich zostanie znacznie ograniczona. Prawnicy podkreślają, że ustawa może być niekonstytucyjna, a najwięcej stracą na niej pacjenci.

Ustawa zacznie obowiązywać w ciągu 30 dni od jej ogłoszenia. Prezydent miał czas na jej podpisanie do wtorku 16 maja. W piątek w Kancelarii Prezydenta RP odbyło się spotkanie z przedstawicielami samorządu aptekarskiego, popierającego rozwiązania przewidziane w nowych przepisach. Jednak jeszcze kilka dni temu opozycja apelowała do Andrzeja Dudy o zawetowanie tej nowelizacji. Posłowie Nowoczesnej podkreślali, że ustawa nosi znamiona lobbingowej, może ograniczyć dostępność leków, bo aptek będzie mniej, a także sprawi, że medykamenty będą droższe. Sieci farmaceutyczne, których rozwój zostanie zahamowany, są w stanie wynegocjować z hurtowniami niższe marże, dzięki czemu leki OTC można w nich kupić taniej nawet o kilkanaście czy kilkadziesiąt procent.

– Zmiany, które wprowadza nowelizacja prawa farmaceutycznego, uderzą w apteki, które nie są prowadzone przez farmaceutów, bo spowodują ich stopniową likwidację. Stracą na tym również firmy aptekarskie, które mają więcej niż cztery placówki, bo nie będą się mogły rozwijać. Większość z nich podjęła duże zobowiązania finansowe na stworzenie swoich sieci. To może spowodować ich niewypłacalność i bankructwo – uważa Małgorzata Anismowicz, prezes kancelarii PMR Restrukturyzacje SA.

Dolar wciąż w odwrocie, kurs spadł poniżej 3,80 zł!

Dobre dane z pierwszego kwartału pokazała zarówno Polska jak i Rumunia. Dolar wciąż w odwrocie, spadł poniżej 3,80 zł! Badania eurobarometru pokazują, że wiele państw nie chce do strefy euro.

Wzrost gospodarczy w Polsce

Wynik za pierwszym kwartał 2017 pozytywnie zaskoczył rynki. Odczyt na poziomie 4% przekroczył oczekiwania zaledwie o 0,1% co świadczy o pozytywnym nastawieniu wobec polskiej gospodarki. Są to wstępne dane a pełny raport wraz ze składowymi odpowiedzialnymi za wzrost poznamy pod koniec maja. Inwestorzy już wcześniej zakładali dobre dane stąd złoty umacniał się już przed danymi.

Rumuńska gospodarka rośnie jak na drożdżach

Odczyty z Rumunii coraz bardziej przypominają chińskie dane niż kraje europejskie. Tamtejsza gospodarka w pierwszym kwartale urosła o 5,7%. To 1,3% powyżej oczekiwań analityków. Nie może zatem dziwić że rumuński lej się umacnia. Podobnie jak polskiemu złotemu pomaga mu stabilizacja sytuacji w Europie po wyborach we Francji.

Dolar wciąż słabnie

Dzisiaj rano byliśmy świadkami przebicia ważnego poziomu na rynkach walutowych. Za jedno euro trzeba zapłacić więcej niż 1,1 dolara. Co więcej wydarzyło się to pomimo znów rosnących szans na podwyżkę stóp procentowych w USA w czerwcu. Jak na to zareagowała złotówka? Od rana oglądaliśmy dolara, który spadł poniżej granicy 3,80 zł. To znacząca różnica biorąc pod uwagę, że jeszcze w grudniu kosztował 4,25 zł.

Kto nie chce euro

Najnowszy sondaż pokazuje, że 62% obywateli Szwecji nie są zainteresowani zmianą swojej waluty na europejską. W Unii jest tylko jeden bardziej sceptyczny naród. To nasi południowi sąsiedzi – Czesi. Tam wskaźnik ten sięga imponujących 70%. Dla porównania w Polsce przeciwników jest “zaledwie 55%”. Co ciekawe w przypadku Polski 37% respondentów wierzy, że i tak w ciągu 10 lat nasz kraj wejdzie do strefy euro.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs złotego do euro, dolara, funta 16.05.2017

W piątek agencja Moody’s podniosła perspektywę naszego ratingu z negatywnej na stabilną, co było już częściowo wyceniane przez rynek. Komunikat agencji z pewnością przekonał inwestorów, że polska gospodarka ma się lepiej i zagrożenia polityczne nie mają takiego znaczenia na kurs waluty, jak było to zakładane. Należy zwrócić uwagę, że złotówka jest zależna od kursu eurodolara i to od tego, w którą stronę rynek się skieruje, zależy w dużej mierze siła naszej waluty.

W tym tygodniu poznamy ważne dane z polskiej gospodarki:

  • wstępny odczyt PKB – wtorek,
  • dane o wynagrodzeniach – czwartek,
  • sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa – piątek.

Kurs złotego do dolara USDPLN

Kurs złotego do dolara USDPLNKurs dolara obecnie cechuje duża korelacja do EURUSD. Na kurs dolara poprawa ratingu praktycznie nie miała znaczenia. Im wyżej wyceniany będzie eurodolar (niebieska linia), tym mocniejsza będzie złotówka (czerwona linia). Na obu parach jesteśmy w bardzo ważnych miejscach. EURUSD próbuje sforsować poziom 1,10, a złotówka po raz kolejny jest blisko 3,80. Pokonanie tego wsparcia na trwałe jest możliwe, ale w przypadku wybicia się eurodolara ponad 1,10, a nawet 1,1020.

Kurs USDPLN będzie zależny od sytuacji dolara na szerokim rynku. Po słabych piątkowych danych ze Stanów Zjednoczonych inwestorzy wyraźnie osłabili dolara na szerokim rynku, jednakże rosnące prawdopodobieństwo czerwcowej podwyżki stóp procentowych w USA w krótkim terminie powinno umocnić dolara. Cena kolejny raz testując poziom dolnego ograniczenia kanału na 3,82, podkreśla jego wagę i o ile na szerokim rynku nie dojdzie do załamania się cen dolara, kanał ten nie powinien być wybity dołem. Naszym zdaniem w dłuższym terminie dolar będzie mocniejszy i obecne poziomy to dobra okazja do zakupów amerykańskiej waluty.

Kurs złotego do dolara USDPLN

Kurs złotego do euro EURPLN

Kurs złotego do euro EURPLNDobre dane z polskiej gospodarki i poprawa polskiego ratingu przez agencję Moody’s doprowadziły do umocnienia się złotówki w stosunku do EUR pomimo umocnienia się EUR do USD. Niemniej jednak wiele tych pozytywnych danych i perspektyw dla polskiej gospodarki już jest w cenach, co pozwala sądzić, iż złotówka w najbliższym czasie będzie się osłabiać, by skorygować ostatnie spadki.

Cena po raz kolejny może przetestować poziom 4,1850, po czym powinno dojść do sporej korekty. W przypadku wzrostów pierwszym oporem będzie poziom 4,21.

Kurs złotego do funta GBPPLN

Kurs złotego do funta GBPPLNGołębi wydźwięk komunikatu Banku Anglii, który jeszcze przez dłuższy czas może prowadzić łagodną politykę monetarną, zdecydowanie osłabił funta. Po wybiciu poziomu 5 złotych doszło do sporej korekty i obecnie jest szansa na test dolnego ograniczenia trójkąta zwyżkowego w okolicach 4,90. W przypadku wzrostów oporem pozostaje okrągły poziom 5 złotych.

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Raport „Dojrzałość finansowa Polaków 2017”

Ponad 80 proc. Polaków uważa się za dojrzałych i odpowiedzialnych. Takie poczucie rośnie wśród osób, które zakładają rodzinę. Jednak jak wynika z raportu Nationale-Nederlanden „Dojrzałość finansowa Polaków 2017” przygotowanego na podstawie badania GfK, dojrzałość Polaków jest raczej deklaratywna i opiera się bardziej na emocjach niż racjonalności. Co piąta osoba, która uważa się za dojrzałą, nie pomyślała jeszcze o oszczędnościach na przyszłość. Dwie trzecie ankietowanych Polaków deklaruje, że pod wpływem impulsu wydało pieniądze na coś, czego nie potrzebuje. Oszczędzać z myślą o przyszłości i ubezpieczać się zaczynamy dopiero, gdy w rodzinie pojawiają się dzieci.

Chcemy być dojrzali i nie rezygnować z marzeń

Dojrzałość dla Polaków ma przede wszystkim charakter emocjonalny. Dla 84 proc. oznacza troskę o swoich bliskich, a dla 71 proc. planowanie najbliższej przyszłości. Z kolei ponad dwie trzecie Polaków uważa, że ich odpowiedzialność łączy się nie tylko z troską o najbliższych, ale i kontrolą wydatków. Mniej niż jedna trzecia badanych jest zdania, że zabezpieczenie finansowe na wypadek ciężkiej choroby czy z myślą o emeryturze to przejaw odpowiedzialności. Dla 65 proc. respondentów planowanie wydatków świadczy o tym, że jest się odpowiedzialnym finansowo. Ponad połowa (55 proc.) twierdzi, że jest odpowiedzialna finansowo, ponieważ ich bieżące wydatki nie przekraczają pensji. Co ciekawe, Polacy nie łączą dojrzałości z posiadaniem wiedzy o finansach osobistych (50 proc. wskazań).

Dojrzałość idzie w parze z rodzicielstwem. Odpowiedzialność za drugiego człowieka wzmacnia to poczucie. Częściej swoją dojrzałość deklarowali rodzice, wśród których ten odsetek wyniósł aż 86 proc. – mówi Michał Nestorowicz, dyrektor ds. Badań i Analiz w Nationale-Nederlanden. – Co pozytywne, odpowiedzialność za bliskich według badanych nie wymaga wyrzeczeń. Aż 88 proc. z nich zgadza się ze stwierdzeniem, że można ją połączyć z realizacją swoich pasji oraz marzeń – dodaje.

Wiek ma znaczenie w postrzeganiu siebie jako osoby dojrzałej. Wyraźnie widać różnicę wśród najmłodszej i najstarszej grupy badanych. Za dojrzałych uważa się trzy czwarte dwudziestolatków i dziewięciu na dziesięciu czterdziestolatków (75 proc. vs. 89 proc.). – Nie ma jednego identycznego dla wszystkich ludzi momentu, w którym możemy powiedzieć o sobie, że jesteśmy dojrzali. Dla każdego z nas ten okres jest inny. Mogą mu towarzyszyć przykre zdarzenia, na przykład śmierć lub choroba bliskiej osoby, albo radosne takie jak urodzenie dziecka – mówi dr Tomasz Sobierajski z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Młodzi często bardziej dalekowzroczni

Badanie Nationale-Nederlanden pokazuje, że Polacy powoli uczą się oszczędzać na emeryturę. Na ten cel pieniądze odkłada 43 proc. respondentów. Wraz ze zbliżaniem się do wieku emerytalnego ich liczba rośnie. Aż dwie trzecie osób w wieku 45-50 lat deklaruje, że oszczędza na emeryturę. Co ciekawe także jedna trzecia osób w grupie wiekowej 25-29 lat również odkłada na ten cel. – To naturalne, że w miarę zbliżania się do emerytury, coraz bardziej zaczynamy troszczyć się o jej wysokość. Jednocześnie to mniej efektywne niż rozpoczęcie odkładania nawet małych kwot już za młodu. Dlatego to, że aż jedna trzecia młodych oszczędza na ten cel trzeba uznać za bardzo pozytywny objaw. To przeczy powszechnym narzekaniom na życie chwilą i beztroskość millenialsów – podkreśla Michał Nestorowicz.

Polacy nie lubią rozmawiać o swoich finansach z najbliższymi. Tylko połowa badanych wskazała, że konsultuje z rodziną planowanie wydatków. Jeszcze mniej popularne jest rozmawianie z rodziną o ubezpieczaniu się na życie (27 proc.) i oszczędzaniu na emeryturę (20 proc.). Młodzi chętniej konsultują z najbliższymi swoje decyzje finansowe (w grupie 20-29 lat odsetek ten wynosi aż 58 proc.). Im jesteśmy starsi, tym stajemy się bardziej skryci w zakresie dzielenia się informacjami na temat zarobków, oszczędności czy ubezpieczania się.

Wiara w mity barierą przed dbaniem o bezpieczeństwo

Jednym z przejawów dojrzałości finansowej jest dbanie o przyszłość, w tym zabezpieczenie siebie i swoich najbliższych. Najczęstszą formą ubezpieczenia, z którego korzystają Polacy, jest ubezpieczenie grupowe, które posiada 48 proc. badanych. Indywidualną polisę na życie ma 26 proc. osób w wieku między 20 a 50 rokiem życia. – Posiadanie rodziny wiąże się często z podjęciem decyzji o wykupieniu ubezpieczenia. Wśród osób, które nie mają dzieci, jedynie 18 proc. zakupiło indywidualne ubezpieczenie na życie, podczas gdy wśród rodziców jest to już ponad jedna trzecia badanych – wyjaśnia Michał Nestorowicz.

Trzy najbardziej popularne ubezpieczenia wśród osób, które uważają się za dojrzałe to ubezpieczenie grupowe, składki wpłacane do OFE oraz OC auta. Indywidualne ubezpieczenie na życie znalazło się na piątym miejscu, posiada je 28 proc. osób w tej grupie. – Należy zaznaczyć, że posiadanie trzech najpopularniejszych typów ubezpieczeń nie wynika z inicjatywy samego ubezpieczonego. Jest proponowane przez pracodawcę bądź narzucone przez obowiązujący system prawny. Polacy wciąż nie wykazują inicjatywy i potrzeby ubezpieczania się – wyjaśnia Michał Nestorowicz.

Myśląc o ubezpieczeniach Polacy niestety kierują się mitami. Jako główne powody braku indywidualnego ubezpieczenia na życie wymieniane są: zbyt duże koszty (24 proc.), posiadanie ubezpieczenia grupowego (23 proc.) oraz brak takiej potrzeby (21 proc.). Może to wynikać z braku dostatecznej wiedzy oraz zainteresowania produktami ubezpieczeniowymi. Jednak blisko połowa osób, które nie mają indywidualnego ubezpieczenia na życie, rozważa zakup takiej polisy w ciągu dwóch lat. Jej zakup częściej planują osoby młodsze: 51 proc. 20-latków oraz 50 proc. 30-latków. Wśród grupy wiekowej 40-50 lat taki zakup planuje, bądź rozważa 38 proc. ankietowanych.

Aż 54 proc. osób, które posiadają ubezpieczenie na życie, uważa, że największą korzyścią takiej polisy jest zapewnienie poczucia bezpieczeństwa. Dla 46 proc. jest to zabezpieczenie rodziny na wypadek śmierci.

Wolimy mniej zarobić, ale nie stracić

Polacy chcą mieć kontrolę nad swoimi oszczędnościami. Dlatego jako najważniejszą cechę produktu, który umożliwia oszczędzanie pieniędzy, wskazują gwarancję zwrotu 100 proc. wpłaconego kapitału (42 proc. odpowiedzi). Regularne wpłacanie niewielkich sum (37 proc.) i stały dostęp do środków (28 proc.) to kolejne istotne elementy produktu finansowego.

Blisko dwie trzecie Polaków deklaruje, że posiada jakiekolwiek oszczędności. Ale już tylko 48 proc. rodziców potwierdza, że odkłada pieniądze na przyszłość swoich dzieci. Wśród barier w oszczędzaniu na przyszłość 40 proc. badanych wskazuje niskie zarobki – codzienne wydatki pochłaniają ich całe dochody. Blisko 20 proc. badanych przyznaje, że nie myśli jeszcze o oszczędzaniu, a kolejne 15 proc. woli wydać pieniądze na przyjemności niż odkładać.

Ci, którzy odkładają z myślą o przyszłości dzieci zazwyczaj rozpoczynają to robić już od momentu ich urodzenia (57 proc. wskazań). Prawie 40 proc. rodziców, którzy dotąd nie oszczędzali na ten cel, deklaruje, że w ciągu najbliższego roku zaczną to robić.

Co cieszy, blisko 80 proc. osób uważa, że o finansach warto rozmawiać z dziećmi od najmłodszych lat. Mamy nadzieję, że dzięki temu za kilkanaście lat będziemy mogli powiedzieć, że Polacy osiągnęli pełną dojrzałość, nie tylko jako społeczeństwo, ale również w sferze finansów osobistych. Nasze badanie pokazuje jednak, że jesteśmy dopiero na początku tej drogi – podsumowuje Michał Nestorowicz.

Check Point ostrzega przez nowym zagrożeniem – DiamondFox malware

Analitycy Check Point oraz TerbiumLabs (firmy działającej w sektorze Dark Web Data Intelligence) odkryli nowe zagrożenie, pojawiające się o ostatnim czasie w cyberprzestrzeni – usługę malware (malware-as-a-service) zwaną DiamondFox. Oferta hakerów skierowana jest zarówno do firm, jak i użytkowników indywidualnych i pozwala na przygotowanie ataku hakerskiego na dowolny obiekt czy sieć. diamondfox4-1024×265 diamondfox3

Według danych Check Point dziennie doświadczamy 26.000 ataków na świecie, w Polsce 96% firm doświadczyło co najmniej 50 ataków w ciągu roku ( PwC 2017). Jednocześnie wzrosły koszty wynikające z cyberataków. Koszt jednorazowego ataku to ponad 1,5 mln zł.

Istotnym problemem nowego zjawiska jest powszechna dostępność takich narzędzi i brak wymaganej wiedzy technicznej przez potencjalnych użytkowników usługi, nazwanej przez Check Point – DiamondFox Malware. DiamondFox to rodzaj bonetu oferowanego na forach internetowych, gdzie użytkownik otrzymuje dostęp do palety kodów dostępu, pozwalających na zaplanowanie np. działań szpiegowskich, kradzieży danych,  ataku na instytucje finansowe drogą kradzieży kodów bankowych  lub skutecznego ataku typu DDoS.

Śledztwo Check Point i TerbiumLabs dowiodło, że procedura sprzedaży, wykorzystania nowej usługi jest coraz bardziej powszechna w świecie cyberprzestrzeni. DiamondFox to bardzo łatwy w obsłudze malware, który pozwala na kierunkowy atak na wybraną instytucję w dowolnym czasie. Co więcej, oferta cyberprzestępców handlujących usługa na ”czarnym rynku” zawiera opcję stałego monitorowania atakowanych jednostek wraz ze skalą skuteczności ataku i danymi statystycznymi! Największym zagrożeniem usługi – zdaniem analityków Check Point – jest szereg dostępnych plug-inów, umożliwiających dostosowanie ataku do ofiary oraz możliwość samorozprzestrzeniania się złośliwego oprogramowania za pośrednictwem urządzeń mobilnych oraz social mediów.

Analitycy Check Point i TerbiumLabs uważają, że dystrybucją usługi w sieci jest Edbitss ([email protected].) – dostawca, który regularnie aktualizuje dane oferowane klientom w ramach produktu DiamondFox. Według odstępnych informacji Edbitss może znajdować się w Rosji. Z pewnością biegle posługuje się językiem rosyjskim, choć dane rejestracyjne świadczą o prowadzeniu działalności również na terenie Meksyku.

Autorzy raportu uważają, że użytkownicy systemów firmowych oraz prywatnych mogą zabezpieczyć się przed atakami DiamondFox Malware stosując następujące oprogramowanie: Antivirus Software Blade oraz Anti-Bot Software Blade – wykrywające i blokujące komunikację z wirusem DiamondFox.

Świat zaatakowany przez WannaCry. Jak można się bronić przed atakami ransomware?

Ransomware to najszybciej rozwijający się rodzaj szkodliwego oprogramowania. Analizy pokazują, że od 1 stycznia 2016 roku codziennie dochodzi do ponad 4 tysięcy ataków przeprowadzanych tą metodą. Ostatni globalny atak za pomocą ransomware WannaCry jest największym w historii.

Jest to wysoce złośliwy szczep autoreplikującego ransomware określanego na wiele sposobów, m.in. jako WCry, WannaCry, WannaCrypt0r, WannaCrypt lub WannaDecrypt04, który rozprzestrzeniał się za pomocą exploitu nazwanego ETERNALBLUE. Co interesujące: exploit został wykradziony w zeszłym miesiącu z amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) przez grupę cyberprzestępczą znaną jako The Shadow Brokers.

Ofiarami ataku padły m.in. rosyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, uniwersytety w Chinach, węgierscy i hiszpańscy operatorzy telekomunikacyjni, a także szpitale prowadzone przez British National Health Services. Warto przy tym zwrócić uwagę na to, że informacje o wymaganym okupie pojawiły się w przynajmniej dwunastu wersjach językowych.

Użyty do ataku exploit ETERNALBLUE wykorzystuje lukę w protokole Microsoft Server Message Block 1.0 (SMBv1). Problem dotyczy następujących produktów firmy Microsoft: Windows Vista, Windows Server 2008, Windows 7, Windows Server 2008 R2, Windows 8.1, Windows Server 2012 i Windows Server 2012 R2, Windows RT 8.1, Windows 10, Windows Server 2016, Windows Server Core installation option.

Microsoft wydał w marcu krytyczne poprawki tej luki w biuletynie Microsoft Security Bulletin MS17-010. W tym samym miesiącu firma Fortinet wydała sygnaturę IPS w celu wykrycia i zablokowania tej luki w zabezpieczeniach, a 12 maja – nowe sygnatury AV, aby wykryć i zatrzymać ten atak. Testy przeprowadzone przez osoby trzecie potwierdzają również, że oprogramowanie Fortinet Anti-Virus i FortiSandbox skutecznie blokują to złośliwe oprogramowanie.

W związku z atakiem eksperci Fortinet zalecają działania zapobiegawcze, które powinny podjąć zarówno organizacje, jak i użytkownicy prywatni:

  • regularne aktualizowanie oprogramowania oraz patchów na wszystkich urządzeniach podłączonych do sieci;
  • w przypadku organizacji z dużą liczbą urządzeń należy rozważyć wprowadzenie scentralizowanego systemu zarządzania aktualizacjami i patchami;
  • korzystanie z technologii AV, IPS oraz filtrowania sieci i ich bieżące aktualizowanie;
  • tworzenie kopii zapasowych danych, sprawdzanie ich integralności, szyfrowanie i testowanie procesu przywracania, aby upewnić się, że działa poprawnie;
  • skanowanie wszystkich przychodzących i wychodzących wiadomości e-mail w celu wykrywania zagrożeń i filtrowania plików wykonywalnych przed dotarciem do użytkowników końcowych;
  • regularne skanowanie antywirusowe i anty-malware na wszystkich urządzeniach;
  • wyłączanie makr w plikach przesyłanych pocztą elektroniczną; do otwierania załączonych plików pakietu MS Office zalecane jest używanie narzędzia Office Viewer, a nie pakietu biurowego Office;
  • ustanowienie strategii działania i reagowania na incydenty oraz przeprowadzanie regularnych ocen narażenia na atak.

Jeśli natomiast organizacja padła już ofiarą ransomware, należy niezwłocznie wyizolować zainfekowane urządzenia, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się ransomware do sieci lub na dyski. Jeśli zainfekowana została sieć, należy natychmiast odłączyć od niej wszystkie urządzenia. Wyłączenie zasilania zaatakowanych urządzeń może zapewnić czas na czyszczenie i odzyskanie danych.

Kopia zapasowa danych powinna być przechowywana w trybie offline. Po wykryciu infekcji należy przeskanować także kopie zapasowe, aby upewnić się, że są wolne od złośliwego oprogramowania.

IV Dyrektywa AML zwiększy znaczenie analityki w zwalczaniu prania pieniędzy i terroryzmu

Pranie pieniędzy nie jest domeną tylko i wyłącznie organizacji przestępczych. Przestępstw finansowych dokonują również terroryści, którzy w ten sposób finansują swoją działalność. UNODC (United Nations Office of Drugs and Crime) szacuje, że roczna wartość nielegalnych transakcji jest równa od 2 do aż 5% światowego PKB, czyli nawet 2 bilionom USD. Zaawansowana analityka oraz takie technologie jak machine learning i text mining pozwalają na optymalizację wykrywania przypadków prania pieniędzy oraz umożliwiają identyfikację komórek terrorystycznych.

Narodowy Bank Polski definiuje pranie brudnych pieniędzy jako działanie zmierzające do wprowadzenia do legalnego obrotu pieniędzy lub innych wartości majątkowych uzyskanych z nielegalnych źródeł, bądź służących do finansowania nielegalnej działalności. Według danych GIIF (Głównego Inspektoratu Informacji Finansowej) z roku na rok zjawisko prania pieniędzy w Polsce narasta. Każdego roku odnotowywany jest wzrost liczby raportowanych transakcji oraz zawiadomień do prokuratury.[1] Od pewnego czasu Unia Europejska wprowadza nowe regulacje mające na celu zwiększenie skuteczności przeciwdziałania tego typu przestępstwom, a także nakładające na instytucje finansowe określone obowiązki dotyczące monitoringu klientów i transakcji. Celem nowych regulacji jest podniesienie poziomu bezpieczeństwa europejskiego systemu finansowego w obszarze prania pieniędzy i przeciwdziałania terroryzmowi oraz dostosowanie metod działania do zmieniającego się otoczenia. IV Dyrektywa AML (Anti-Money Laundering), która po przełożeniu na lokalne regulacje prawne, niedługo zacznie obowiązywać również w Polsce, zwiększa znaczenie analizy danych w ocenie ryzyka związanego z praniem pieniędzy.

Niedopełnienie zobowiązań, zarówno wewnętrznych jak i międzynarodowych, może skutkować dotkliwymi karami. Przekonały się o tym m.in. banki HSBC, BNP Paribas czy JP Morgan, płacąc rządowi amerykańskiemu w ciągu ostatnich pięciu lat niemal 13 miliardów dolarów grzywny.

Jak systemy AML wspierają walkę z praniem pieniędzy

Instytucje finansowe, kontrolne oraz organy ścigania dysponują systemami AML, które wspierają walkę z praniem pieniędzy. Identyfikacja podejrzanych transakcji odbywa się w oparciu o szereg różnych przesłanek, takich jak częstotliwość transakcji, wielkość konkretnych kwot czy kraj z lub do którego przekazywane są środki finansowe. Dodatkowo analizowane są także listy sankcyjne, na których znajdują się osoby, które w przeszłości dokonywały przestępstw finansowych.

Scenariusze, według których postępują przestępcy są bardzo zróżnicowane, a ich wykryciu służą określone reguły zachowań. Większość obecnie wykorzystywanych systemów to rozwiązania statyczne, które generują znaczne ilości fałszywych powiadomień. Dodatkowo tego typu rozwiązania są mało skuteczne w wykrywaniu operacji wykonywanych przez zorganizowane grupy przestępcze oraz organizacje terrorystyczne. Ich przedstawiciele doskonale znają schematy działania systemów AML i sposoby, aby je obejść.

Analityka pozwala podjąć optymalną decyzję w ciągu milisekund

Największe wyzwanie wiąże się z potrzebą ciągłego dostosowywania systemów AML do zmieniających się schematów działania przestępców. Z pomocą przychodzą zaawansowane metody analityczne.

Większość systemów, które funkcjonują obecnie w bankach i instytucjach finansowych wykorzystuje jedynie statyczne profile działające w oparciu o historię transakcji, co w obecnych czasach nie jest wystarczającą metodą przeciwdziałania praniu pieniędzy i generuje znaczny odsetek fałszywych alarmów. Najnowsze rozwiązania wykorzystują metody hybrydowe, w których scenariusze budowane są przy wsparciu zaawansowanej analityki. Co więcej dzięki technologii in-memory analizy i symulacje na dużych wolumenach danych mogą być wykonywane w ciągu minut a nie, jak to miało miejsce wcześniej, godzin czy dni – tłumaczy Marcin Nadolny, Lider Zespołu Fraud Intelligence w SAS Polska.

Dzięki wykorzystaniu systemów analitycznych i technologii machine learning instytucje finansowe są w stanie precyzyjnie określać, które transakcje mają znamiona prania pieniędzy i kwalifikują się do zaraportowania do GIIF. Pozwala to ograniczać tzw. fałszywe alarmy (false positives), co z kolei przekłada się na redukcję kosztów związanych z nakładem pracy potrzebnym do ich zweryfikowania. W przypadku monitoringu transakcji pod kątem sankcji, kluczowe są dokładność i czas oceny. Musi ona nastąpić zanim dojdzie do transferu środków pieniężnych, dlatego niezbędne jest zastosowanie technologii, która z wykorzystaniem fuzzy-matchingu i analityki pozwoli jak najprecyzyjniej (znacznie ograniczając ryzyko false positives) ocenić daną transakcję w czasie rzeczywistym, czyli w ciągu milisekund od jej zlecenia.

Identyfikacja działań terrorystów w oparciu o analizę danych finansowych

SAS stawia na innowacje i poza rozwiązaniami do przeciwdziałania praniu pieniędzy, w ramach współpracy z byłymi oficerami Scotland Yardu, stworzył rozwiązanie do wykrywania komórek terrorystycznych w oparciu o analizę danych finansowych.

Poprzez analizę danych gromadzonych przez instytucje finansowe są one w stanie wykryć niepokojące zdarzenia, powiązać je ze sobą i wygenerować odpowiednie powiadomienia. Dzięki umiejętnemu zastosowaniu technik analitycznych możliwe jest odpowiednio wczesne przerwanie działań nieuchronnie prowadzących do organizacji ataku terrorystycznego dodaje Marcin Nadolny.

Najnowsze trendy i rozwiązania oraz praktyczne wskazówki w zakresie wdrożenia IV Dyrektywy AML będą prezentowane podczas konferencji Przeciwdziałanie praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu (AML/CTF)”, która odbędzie się 7 czerwca 2017 roku w SAS Innovation Hub w Warszawie.

[1] Sprawozdanie Generalnego Inspektora Informacji Finansowej z realizacji ustawy z dnia 16 listopada 2000 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu w 2016 roku

Rosną koszty delegacji kierowców za granicę – Wyniki raportu „Transport na drogach Europy”

Jak wynika z raportu „Transport na drogach Europy”[1], opublikowanego przez Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców, polscy kierowcy najczęściej delegowani są do: Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii (47% wszystkich delegacji). Jak pokazuje badanie, wyjazdy służbowe wykonywane na terenie Europy są nawet do 6 razy droższe, w porównaniu do delegacji krajowych.

Badanie „Transport na drogach Europy” dotyczyło pierwszego kwartału 2017 roku i uwzględniało wyniki z ponad 800 firm transportowych i ponad 7000 kierowców. Okazuje się, że poza wyjazdami krajowymi, prawie 1/3 przewoźników deleguje kierowców do Niemiec, następne w kolejności kierunki stanowią Francja (14%) oraz Wielka Brytania (5%). Oznacza to, że pomimo konieczności stosowania przez przewoźników stawek płac minimalnych kraju, do którego kierowcy są delegowani, polskie firmy transportowe nadal chętnie przewożą towary po terenie Starej Unii Europejskiej. Nawet uchwalone pod koniec 2016 roku przez niemiecki parlament wyższe stawki płac z 8,50€  za godzinę do 8,84€, nie odstraszyły polskich przewoźników od wyjazdów zagranicznych.

Najczęstsze kierunki delegowania kierowców
Najczęstsze kierunki delegowania kierowców

Największe kwoty miesięcznej dopłaty dla kierowców zawodowych wypłacane są za podróże do Francji. Średnio, suma ta wynosi około 406 zł. W dalszej kolejności jest Austria z dopłatą na poziomie 241 zł oraz Niemcy z dodatkiem 129 zł.

Średnie należności z tytułu podróży służbowych wypłacanych kierowcy na dzień
Średnie należności z tytułu podróży służbowych wypłacanych kierowcy na dzień
Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Należności z tytułu podróży służbowych oraz wypłacania stawek płac minimalnych  dla kierowców to ogromne koszty, które muszą ponosić firmy transportowe. Dodatkowym utrudnieniem jest konieczność przewożenia dużej liczby dokumentów płacowych bezpośrednio w pojeździe i obowiązek udostępniania ich podczas kontroli oraz wydatki ponoszone na opłacenie przedstawiciela firmy w krajach, w których jest to wymagane” – komentuje Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Brak kierowców zawodowych, rosnące ceny paliw i kosztów opłat drogowych to tylko część problemów polskich firm transportowych. Według raportu, koszty generują nie tylko przepisy o płacy minimalnej, ale także dodatkowe obciążenia wprowadzane przez poszczególne kraje UE. Francuska ustawa z lipca 2016 roku, wprowadziła na przykład szereg innych przepisów dotyczących pracowników podróżujących do pracy na terenie Francji. Poza stawką minimalną, wynoszącą od 9,68 do 10,00 € za godzinę pracy, narzuca się dodatkowe warunki wynagrodzenia w postaci różnego rodzaju dodatków: stażowego, z tytułu pracy w porze nocnej, a także za pracę w niedziele i święta oraz z tytułu godzin nadliczbowych. Szereg dodatkowych regulacji prawnych przyczynił się do tego, że Francja stała się najdroższym kierunkiem delegowania kierowców zawodowych, a jednocześnie jej geograficzne położenie sprawia, że przewoźnicy nie mogą wykluczyć tego państwa z planowanych tras.

„Według przepisów francuskich, pracowników delegowanych oprócz pensji minimalnej dotyczą również inne składniki wynagrodzenia oraz dodatki określone w krajowym układzie zbiorowym. Zastosowanie się do tych regulacji pomimo faktu, iż sprzeczne są z aktualnymi przepisami prawa unijnego, podlega weryfikacji podczas kontroli francuskiej Państwowej Inspekcji Pracy. Wynika to z praktyki francuskich służb kontrolnych, które już niejednokrotnie udowodniły, że pomimo sprzeciwu organów unijnych wymagają honorowania przepisów krajowych, tak jak miało to miejsce w przypadku konieczności odbierania przez kierowców 45 minutowych przerw w czasie prowadzenia pojazdu w załodze” – dodaje Kamil Wolański, ekspert OCRK.

[1]  Raport pt. „Transport na drogach Europy”. Badanie zostało przeprowadzone na próbie 800 firm oraz 7239 kierowców w I kwartale 2017 roku. Dane liczbowe zawarte w raporcie pochodzą z wewnętrznej ewidencji OCRK.

 

INDOS SA – odnotował rekordowo dobre wyniki za IQ2017

INDOS SA, której akcje są notowane rynku na NewConnect, rozpoczyna rok 2017 doskonałymi wynikami. Przychody INDOS SA w IQ2017 wzrosły o 41% w stosunku do IQ2016, a zysk ze sprzedaży zwiększył się o ponad 161%. Po znaczącym zwiększeniu przychodów w zeszłym roku Zarząd INDOS SA kontynuuje pozytywny trend w pierwszym kwartale roku bieżącego i stawia na rozwój innowacyjnego produktu pożyczkowego. Nowa linia produktów będzie przeznaczona dla leasingobiorców, a wartość rynku dla „Pożyczki w Leasingu” Zarząd ocenia na setki milionów złotych. Spółka rozważa również przeniesienie notowań na rynek główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

W zeszłym kwartale Spółka koncentrowała się nad zwiększeniem sprzedaży. Udało się osiągnąć sukces, wypracowano przychody na poziomie 3.384,18 tys zł, co jest wynikiem o 41% lepszym w porównaniu do IQ2016. Zysk ze sprzedaży jaki udało się wypracować w IQ2017 na poziomie 1.6458,72 tys zł jest lepszy o ponad 161% od pierwszego kwartału roku ubiegłego. Zysk netto był ponad 102% wyższy i wyniósł 982,66 tys zł. W opinii Zarządu zwiększenie przychodów i zysku netto w pierwszym kwartale jest dowodem na zdolność Spółki do bardzo dynamicznego rozwoju. Ten trend powinien się utrzymywać w kolejnych okresach. Mając na uwadze plany znacznego zwiększenia skali działalności, warto zwrócić uwagę na fakt, iż Spółka posiada już bardzo nowoczesne systemy informatyczne, dzięki którym korespondencja i obieg dokumentów z klientem odbywa się elektronicznie. Między innymi dzięki temu, że INDOS SA jednym z nowocześniejszych podmiotów w swojej branży, Zarząd znacząco mógł zmniejszyć koszty wynagrodzeń w ubiegłym kwartale, co również miało bardzo pozytywny wpływ na osiągnięty wynik. Tak wysoki zysk netto udało się wypracować przy ponad sześciokrotnym wzroście kosztów finansowych, co pokazuje ogromny potencjał Spółki po dokapitalizowaniu kwotą 8,5 miliona złotych. W pierwszym kwartale również poza zwiększeniem przychodów i zysku netto udało się Zarządowi kontynuować prace nad rozwojem nowego produktu – pożyczek dla leasingobiorców, aby w bieżącym kwartale wprowadzić produkt do sieci sprzedażowych. Zarząd Spółki jest przekonany, że „Pożyczka w Leasingu” będzie produktem, który znacząco wpłynie na wyniki Spółki.

„O trwających pracach nad nowymi produktami sygnalizowaliśmy w lutym – przy okazji publikacji raportu za IVQ2016r. Indos słynie w branży z tego, że jest wyjątkowo innowacyjną spółką i bodaj jedną z najlepiej zinformatyzowanych firm w branży – przynajmniej w swojej skali. Informatyzacja procesu obsługi klienta, znacząco skraca czas pracy, ułatwia komunikację poszczególnych działów, pozwala na prace na odległość z partnerami, a co najważniejsze pozwala na zwiększenie skali skali biznesu. Obecnie nowy produkt jest już dostępny, mówimy tutaj o pożyczce w leasingu. Jak twierdzi Prezes, Ireneusz Glensczyk „Pożyczka w Leasingu” to produkt idealnie dopasowany do potrzeb leasingobiorców w Polsce i leasingodawców. Spółka pracuje nad tym, aby Pożyczka w leasingu została flagowym produktem w ofercie INDOS SA. Obecnie produkt jest wprowadzany do sieci sprzedaży leasingowej głównych firm leasingowych w Polsce. Oferta produktowa jest obecna na stronie internetowej Emitenta. Zaletą produktu jest, że można go stosować na każdym etapie trwania umowy leasingowej, a co najważniejsze dzięki wdrożeniu produktu do sprzedaży, firmy leasingowe będą mogły zwiększyć swoją sprzedaż i zmniejszyć liczbę wypowiadanych umów. Efekty wdrożenia nowego produktu już niebawem będziemy mogli pokazać akcjonariuszom i inwestorom. II kwartał br. będzie już uwzględniał przychody z nowego produktu. Sukces tego produktu może być również przesłanką do przeniesienia notowań akcji na rynek główny GPW. Dla tego intensyfikujemy prace nad jego wdrożeniem i pozyskaniem sieci sprzedaży.

INDOS SA w branży windykacyjnej ma najdłuższą tradycję i jako jedna z niewielu firm w Polsce łączy w swojej ofercie zarówno produkty z obszaru finansowania, jak i zarządzania wierzytelnościami. W swojej długoletniej historii Spółka uzyskała status rzetelnej firmy z licznymi wyróżnieniami. Od ponad pięciu lat Spółka jest wzorowym uczestnikiem rynku kapitałowego. Obligacje serii A zadebiutowały na Catalyst 30 marca 2012 roku, a wszystkie serie obligacji INDOS SA zostały wykupione. 18 kwietnia br. obligacje Spółki o nominale 8,5 mln zł zostały wprowadzone do obrotu pod serią J. Spółka ponosi coraz niższe koszty finansowania biznesu. Dla Spółki w bieżącym okresie odsetkowym to dla serii obligacji J – 6,33%. INDOS SA zadebiutował na rynku NewConnect 16 lutego 2016. Do obrotu trafiło 454.060 akcji serii B. Imienne akcje założycielskie pozostają do dziś w rękach założycieli. Spółka znacząco zwiększyła w 2016 roku wartość portfela wierzytelności. Różnica do wartości nominalnej portfela na koniec 2016 roku wynosiła 60,76 mln zł, a w roku 2015 była to wartość 29,44 mln zł. Spółka odnotowała wzrost wartości aktywów finansowych na koniec roku 2016 w porównaniu do roku 2015 o ponad 39,8 mln zł, do wartości aż 147,71 mln zł. Zobowiązania finansowe INDOS SA są mniejsze na koniec 2016 roku o 7,18 mln zł wobec roku 2015. W pierwszym kwartale 2017 roku Spółka osiągnęła zysk netto 928,66 tys zł przy przychodach 3.384,18 tys zł – co jest wynikiem lepszym odpowiednio o 102% oraz o 41% od pierwszego kwartału 2016 roku. Z zysku za rok 2016 INDOS SA planuje wypłatę dywidendy – 7 groszy na akcję.

PayPal: 5 wskazówek dla start-upów

Jak małe przedsiębiorstwa mogą osiągnąć duże zyski w nadchodzącym sezonie.

W stale rozwijającym się sezonie zakupowym, oczekiwania i wymagania konsumentów również rosną i ulegają zmianie. Niezależnie więc od wielkości twojej firmy, klienci oczekują, że ich doświadczenie zakupowe będzie tak dobre, jak w przypadku najpopularniejszych e-sklepów.

Jak więc sprawić, żeby twój start-up działał jak giganci e-commerce podczas nadchodzącego sezonu? Zasada jest prosta – żeby być jednym z gigantów, musisz zachowywać się jak oni. Na szczęście, istnieje wiele trików, które twoja firma może wykorzystać, aby konkurować z największymi graczami w trakcie nowego sezonu.

Oto kilka kluczowych obszarów, które zrobią z ciebie giganta e-handlu:

  1. Twoja obecność w sieci – jeśli sprzedajesz online, twoja strona WWW musi wyglądać tak dobrze, jak u największych graczy – lub przynajmniej – jakby nie była uruchomiona wczoraj. W dzisiejszych czasach masz niemal nieograniczone możliwości stworzenia nowoczesnej i profesjonalnej strony internetowej, która połączy szybkość, design i mobilność. Wszystko to za ułamek budżetu, który kilka lat poświęciłbyś na działania online. Wiosenne wyprzedaże to idealny czas na odświeżenie UX, dodanie lżejszego interfejsu czy kolorowych akcentów na stronie – konsumenci to pokochają!

Wskazówka #1: Tworzenie efektywnego e-sklepu może być trudne, zwłaszcza na początku drogi. Nie bój się zapytać o radę doświadczonych freelancerów, których z łatwością znajdziesz online na dedykowanych im platformach.

  1. Zainwestuj w branding – jeśli przyjrzysz się którejkolwiek z dużych firm, ich wygląd i flow kreacji – zarówno tych online, jak i offline – są spójne. To jedna z rzeczy, która wyróżnia duże marki i która jest obowiązkowym punktem dla wszystkich małych firm, która chcą z nimi konkurować. Jeśli nie masz jeszcze logo – najwyższy czas, aby je stworzyć. Zatrudnij doradcę marketingowego, grafika ze strony dla freelancerów lub podejmij współpracę z firmą, która oferuje kompleksowe działania brandingowe.

Wskazówka #2: Interesujący design nie zawsze wiąże się z zaangażowaniem tony ekspertów. W internecie możesz znaleźć wiele kreatywnych i niedrogich opcji.

  1. Wybierz rozwiązanie oferowane przez zaufanego partnera płatniczego, które możesz skalować – rozwijając swoją stronę pamiętaj, żeby wdrożyć bezpieczne i właściwie rozwiązania płatnicze, które odpowiednio szybko przeprocesują transakcje i nie zakłócą procesu zakupowego klienta. Zaufanie, elastyczność i skalowalność to istotne elementy, które umożliwiają rozwój małej firmy.

Wskazówka #3: 44% kupujących chętniej kupiłoby produkt w zagranicznym e-sklepie mając możliwość użycia bezpiecznej metody płatności[1].

  1. SEO – daj się znaleźć online – Duże firmy inwestują ogromne środki, aby zapewnić, że ich firma jest łatwa do wyszukania online. Dedykowany budżet dla SEO (optymalizacja dla wyszukiwarek internetowych) i Google AdWords to ważny element, jeżeli sprzedajesz online za pośrednictwem własnej strony internetowej. Zacznij od małych kwot i skup się na rozwiązaniach, które dają ci najwięcej kliknięć. W czasie sezonu letniego możesz wykorzystać wiele fraz, które dodatkowa pomogą ci spozycjonować e-sklep: letnie wyprzedaże, odświeżenie garderoby lub letnie trendy. Powoli zwiększaj swój budżet i zawsze sprawdzaj koszt konwersji (czyli liczbę leadów uzyskanych w ramach niego).

Wskazówka #4: 61% konsumentów czyta recenzje online zanim podejmie decyzje zakupową.

  1. Na koniec, najważniejsza jest obsługa klienta – żeby konkurować z największymi graczami, obsługa klienta musi być na najwyższym poziomie. To niezwykle ważne, aby stale inwestować w tym kluczowym obszarze – oczywiście z odpowiednim wyprzedzeniem do gorącego, letniego sezonu zakupowego. Możesz pomyśleć nad utworzeniem bezpłatnego, telefonicznego centrum obsługi klienta, które pozwoli na automatyczne kierowanie zapytań konsumentów do odpowiedniej osoby.

Wskazówka #5: 8 na 10 globalnych konsumentów, docenia kiedy serwis jest personalizowany i dostosowany do ich potrzeb, to o 52% więcej w porównaniu z poprzednim rokiem[2].

I pamiętaj – nawet niewielkie firmy mogą osiągnąć wielkie rezultaty!

[1] PayPal/Ipsos report 2016.

[2] http://www.verint.com/digital-tipping-point/

Strategiczne zarządzanie ryzykiem – nieodkryty potencjał dla biznesu

Przetasowania polityczne, nowe rewolucyjne technologie i wciąż zmieniające się modele biznesowe przyczyniają się do narastania niespotykanej wcześniej na taką skalę zmienności i niepewności. Jeżeli liderzy biznesowi chcą przetrwać i nadal się rozwijać, powinni jak najszybciej na nie zareagować. O tym dyskutowały autorytety branży finansowej i reprezentanci kadry kierowniczej wyższego szczebla reprezentujący międzynarodowe organizacje podczas konferencji Business in Extraordinary Times.

W Warszawie o wyzwaniach globalnego rynku

Wpływ aktualnych zmian na arenie międzynarodowej na konkurencyjność przedsiębiorstw to główny temat spotkania, które odbyło się w Warszawie. Organizatorem konferencji „Business in Extraordinary Times” było Association of International Certified Professional Accountants (Międzynarodowe Stowarzyszenie Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości). To największa na świecie organizacja zrzeszająca ekspertów z dziedziny finansów, rachunkowości zarządczej oraz strategii biznesowych. Na wydarzeniu spotkali się liderzy sektora finansów oraz kadra kierownicza wyższego szczebla reprezentująca globalne organizacje. Uczestnicy dyskutowali o tym, jak postępować w obliczu dużej nieprzewidywalności współczesnej gospodarki.

– To międzynarodowe wydarzenie odbyło się w Polsce nie bez przyczyny. Nasz kraj jest postrzegany jako lider regionu pod względem kreowania przyjaznego klimatu inwestycyjnego. Dotyczy to szczególnie zaawansowanych projektów biznesowych w obliczu wielu wyzwań dla inwestorów na całym świecie, takich jak choćby Brexit. Na konferencji gościliśmy m.in. Marka Belkę, byłego premiera RP i prezesa Narodowego Banku Polskiego. Oprócz niego pojawili się tacy eksperci, jak Andrew Harding – dyrektor generalny Stowarzyszenia, Berry Melancon – prezes Stowarzyszenia, Jolanta Jaworska – wiceprezydent organizacji ABSL oraz Tomasz Kacprzak – dyrektor finansowy Deloitte. To grono gwarantowało ciekawą dyskusję i wiele punktów widzenia na sytuację, którą obserwujemy na globalnym rynku – mówi Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo–Wschodniej.

Biznes nieświadomy zagrożeń

Zmieniające się warunki biznesowe wymagają od specjalistów ciągłej gotowości do poszerzania swoich kompetencji. To szczególnie ważne w przypadku specjalistów ds. rachunkowości zarządczej, którzy zajmują się przewidywaniem potencjalnych zdarzeń. Nie tylko z pola finansowego, ale również społecznego czy politycznego. W ten sposób obniżane jest ryzyko, wpływające na operacyjność i wynik finansowy organizacji. Dodatkowo z danych CIMA wynika, że zaledwie 1/3 europejskich firm wdrożyło zaawansowany model zintegrowanego zarządzania ryzykiem (ERM), nad którym pieczę sprawują komitety audytu lub specjalnie powoływane komitety ryzyka. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez Instytut CIMA, który jednocześnie zwraca uwagę, że zarządzanie ryzykiem powinno stać się jednym z priorytetów każdej organizacji działającej we współczesnej gospodarce.

Otoczenie biznesowe, ze względu na aktualne wyzwania gospodarcze, wymusza na firmach niespotykaną dotąd dynamikę działań. Przedsiębiorstwa muszą elastycznie dopasowywać się do warunków panujących na rynku, wdrażając zmiany w krótkim czasie. Wynika to między innymi z intensywnego postępu technologicznego i rewolucji cyfrowej, która naraża nieprzygotowane na nią firmy na poważne konsekwencje biznesowe. To nie jedyna grupa ryzyk, z którą muszą zmierzyć się przedsiębiorstwa. Nowe technologie przynoszą ze sobą nowe modele biznesowe dla firm. Co ważne, na ich skuteczność w zglobalizowanej gospodarce nie wpływa wyłącznie sprawne samodzielne działania instytucji, ale także liczne czynniki geopolityczne. W tej sytuacji kluczowa staje się nie tylko zdolność identyfikacji zagrożeń, lecz także oceny ich wagi dla firm i instytucji w określonym czasie oraz rzetelnej analizy możliwych konsekwencji. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez Instytut CIMA.

– Aż 60% organizacji reprezentujących różne branże mierzy się z coraz trudniejszymi wyzwaniami, które w sposób znaczący mogą wpłynąć na strategiczny sukces ich przedsięwzięć. Efektywne wdrożenie modeli identyfikacji zagrożeń spowalnia w ich wypadku przede wszystkim konieczność ustalenia priorytetów. 2 na 5 reprezentantów badanych firm uważa, że nie posiada odpowiednich zasobów, by zoptymalizować nadzór nad ryzykiem. Raport CIMA pokazuje, że niemal drugie tyle specjalistów odczuwa konieczność przeznaczenia budżetu na inne, bardziej pilne i znaczące wydatki. Z jednej strony mamy więc sytuację, w której na organizacje wpływa coraz więcej zewnętrznych czynników, trudnych do zrozumienia i uwzględnienia w strategii. Jednocześnie jednak osoby odpowiedzialne za zarządzanie przedsiębiorstwami wydają się jeszcze nie doceniać powagi tych zmian. A ta sytuacja będzie się w najbliższych latach tylko pogłębiać – tłumaczy Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo–Wschodniej.

Big Data na fali. 157% wzrost przychodów Cloud Technologies

Cloud Technologies, notowana na NewConnect spółka specjalizująca się w analizowaniu i dostarczaniu danych o zainteresowaniach internautów oraz data consultingu, ma duże powody do zadowolenia. Po I kwartale br., jej przychody ze sprzedaży wzrosły do 17,03 mln zł, a EBITDA osiągnęła poziom 6,30 mln zł.  To najlepsze wyniki w sześcioletniej historii firmy.

Firmy analityczne mają rację: Big Data, czyli analizowanie dużych zbiorów informacji to bynajmniej nie puste hasło, ale rzeczywista potrzeba. Do takich wniosków można dojść analizując najnowsze wyniki Cloud Technologies, założonej w 2011 r. przez Piotra Prajsnara spółki zajmującej się monetyzacją danych, jakie zostawiają internauci w sieci i jednej z najszybciej rozwijających się firm technologicznych.

157% wzrost przychodów

W I kwartale br. spółka znacząco zwiększyła zarówno przychody, jak i EBITDA. W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, przychody wzrosły aż o 157% (z 6,62 mln zł w I kwartale 2016 r. do 17,03 mln zł w I kwartale 2017 r.). W sumie wyniosły niemal tyle, ile w całym 2014 r. (wówczas sięgnęły 17,5 mln zł).

O 42%, do poziomu 6,30 mln zł, wzrosła także EBITDA. Zysk netto, który wyniósł 2,64 mln zł, był wprawdzie niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, ale saldo obniżyły ujemne różnice kursowe w wysokości 2,44 mln zł. Jak wyjaśnia spółka w raporcie, na koniec okresu wartość posiadanych środków pieniężnych wyniosła 46,82 mln zł, jednak przeważającą walutą jest EUR (w sumie 10,76 mln EUR).Rekordowe wyniki Cloud Technologies

To kolejny bardzo dobry kwartał Cloud Technologies. IV kwartał 2016 r. spółka zakończyła wzrostem przychodów o 64,7%, a zysk netto wzrósł w tym czasie o 78%. Również ubiegły rok można zaliczyć do udanych. Przychody Cloud Technologies wzrosły wówczas do 48,1 mln zł (z 32,8 mln zł w 2015 r.). Spółka wypracowała także znaczący zysk netto w wysokości 20,3 mln zł – to o niemal 5,5 mln zł więcej niż rok wcześniej.Rekordowe wyniki Cloud Technologies 2017

Rośnie apetyt na dane

Bardzo dobre wyniki finansowe Cloud Technologies to przede wszystkim efekt większego popytu na dane o zainteresowaniach internautów, które spółka już od kilku lat sukcesywnie gromadzi i analizuje. W tej chwili OnAudience.com, czyli autorska platforma DMP warszawskiej spółki przetwarza już ponad 3 mld anonimowych profili internautów ze 187 krajów, analizując ich aktywność, geolokalizację, zainteresowania, intencje i decyzje zakupowe oraz kilka tysięcy innych zmiennych. W sumie to ponad 5 tys. anonimowych cech, dzięki którym firmy mogą lepiej poznać swoich obecnych i potencjalnych klientów.

Popyt na dane rośnie, bo rynek stopniowo dojrzewa, a firmy mają coraz większą świadomość tego jak potężnym narzędziem są informacje, które internauci zostawiają w Sieci. Do wykorzystania danych, choćby w kampaniach reklamowych online, zachęca je także coraz więcej pozytywnych sygnałów płynących z rynku. Doświadczenia pokazują, że dostarczając dobrze sprofilowany komunikat, zamiast realizowania masowych działań „na chybił trafił”, można zwiększyć skuteczność kampanii nawet kilkunastokrotnie. Dlatego po dane sięgają już nie tylko agencje interaktywne czy domy mediowe, ale także banki czy firmy ubezpieczeniowe, które wzbogacają swoje systemy CRM o informacje, które generują internauci – zwraca uwagę Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Kierunek: doradztwo

Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies S.A.
Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies S.A.

Na wyższe przychody spółki wpłynęła też sprzedaż UnBlocka – autorskiego systemu emisji reklamy, która pozwala wyświetlić spersonalizowaną reklamę pomimo zainstalowanych przez internautę wtyczek blokujących – oraz usług w zakresie data consultingu. To najmłodszy a jednocześnie bardzo perspektywiczny obszar działań Cloud Technologies. W I kwartale br., należąca do grupy agencja Audience Network, która specjalizuje się w realizacji kampanii performance marketingowych rozszerzyła swoje portfolio i rozpoczęła świadczenie usług w zakresie data consultingu.–. Data consulting to na pewno obszar, w którym widzimy duży potencjał i będziemy go rozwijać w najbliższym czasie. Dziś w naszej działalności wyraźnie widać trzy główne obszary, które zgodnie z konsekwentnie realizowaną przez nas strategią sukcesywnie rozwijamy, są to: marketing efektywnościowy, data consulting oraz mobile. To co łączy każdy z nich to dane i analityka Big Data– zwraca uwagę Piotr Prajsnar.

Jak wynika z analiz IDC, rynek Big Data rośnie dziś w tempie sześciokrotnie szybszym niż cała branża IT. Do 2018 roku jego wartość osiągnie poziom 114 mld USD. Co ciekawe, w ciągu dwóch lat aż 7 na 10 przedsiębiorstw zamierza zwiększyć wydatki na analizę dużych zbiorów danych. Te prognozy znalazły odzwierciedlenie w wynikach warszawskiej spółki.

Plan? Zagranica

Mimo bardzo dobrych wyników, zarząd Cloud Technologies ma apetyt na więcej. Firma chce w tym roku mocniej postawić na analizę i sprzedaż danych internautów z urządzeń mobilnych. – Badania pokazują, że reklama internetowa będzie niebawem zdominowana przez rozwiązania mobilne. Dlatego już dziś inwestujemy w te technologie, które nie tylko są przyszłościowe, lecz także dają nam dostęp do rynków globalnych – przekonuje Piotr Prajsnar.

Rozwój sprzedaży usług za granicą to jeden z najważniejszych filarów strategii Cloud Technologies. W realizacji planów może pomóc przejęcie działającej w 36 krajach agencji Imagine The Future. – Cloud Technologies rozwija się bardzo dynamicznie na rynkach zagranicznych, co potwierdzają wyniki finansowe. Podstawowym czynnikiem wzrostu pozostaje jednak rozwój organiczny i dlatego przejęcie Imagine The Future nie jest niezbędne do realizacji strategii spółki – zwraca uwagę Piotr Prajsnar.

Cloud Technologies zapowiada także wejście na główny parkiet warszawskiej giełdy. – Przejście na rynek główny będzie miało charakter czysto techniczny i nie wiąże się z żadną ofertą akcji – tłumaczy Piotr Prajsnar.

Dziś sporo danych, w tym PKB z Polski

Ropa pozostaje wysoko i dyktuje sentyment dla całego rynku. W takim klimacie waluty surowcowe i rynków wschodzących mają się dobrze. EUR/USD atakuje 1,10, gdyż rynek więcej jasnych punktów w tle makroekonomicznych Eurolandy niż USA. Dziś sporo danych, w tym PKB z Polski.

Rok 2017 miał być emocjonujący i pełen wydarzeń, które będą targać rynkami finansowymi, ale jak na razie wszystko przypomina przeciętny film z rozdmuchaną akcją marketingową – nie dostajemy tych atrakcji i emocji, które nam obiecano. Indeksy oczekiwanej zmienności dla rynku akcji (konkretnie S&P500 – VIX) i walutowego (CVIX) spadły do poziomów niewidzianych nawet do 1993 r. Indeksy te kalkulowane są z wyceny opcji kupna i sprzedaży i mają za zadanie określić bezpieczeństwo inwestycji w niedalekiej przyszłości (do 30 dni), stąd są określane jako „wskaźniki strachu”. Im niżej wskaźnik, tym mniejszy „strach”, więc ostatnie spadki wyraźnie pokazują, że inwestorzy nie boją się jutra. Bardziej niż ryzyka geopolityczne liczą się przyspieszający wzrost gospodarczy i opieszałość banków centralnych w zacieśnianiu monetarnym.

Spadek zmienności ma jednak swoje wady. Jeśli instrumenty finansowe wykonują mniejsze ruchy, trzeba większych pozycji i większego zaangażowania kapitału, by osiągnąć upragniony nominalny zysk. A skoro rynek wyzbył się nagłych i silnych zwrotów, inwestorzy są bardziej skłonni podejmować większe ryzyko. Ta lekkomyślność może się zemścić, kiedy ryzyka faktycznie uderzą w rynki finansowe. W pierwszej połowie maja było widać, jak nagle może rozkręcić się spirala przeceny surowców przemysłowych. Wprawdzie ropa naftowa już odbija (na nadziejach wokół OPEC) i ciągnie za sobą resztę ryzykownych aktywów, to jednak niech to będzie przestrogą, że rynki nigdy nie poruszają się prostą i spokojną drogą. Gdy strach się przebudzi, będzie trudniej zamknąć te ogromne pozycje, co tylko nasili efekt kuli śnieżnej. Tańczmy, póki muzyka trwa, ale trzymajmy się blisko wyjścia ewakuacyjnego.

Po wczorajszej pustce, wtorkowy kalendarz jest przepakowany danymi, które mogą przynieść ożywienie zmienności. Z ważniejszych pozycji, od szybkiego szacunku PKB z Polski za I kw. rynek oczekuje przyspieszenia wzrostu do 3,9 proc. r/r z 2,7 proc. w IV kw. Naszym zdaniem tempo może być nieco słabsze (3,7 proc.), gdyż widzimy silniejszy negatywny wpływ eksportu netto. Sądzimy, że tylko wyraźne odchylenia odczytu od prognoz (poniżej 3,5 proc., powyżej 4 proc.) mogą przynieść reakcję złotego, stąd nie widzimy szans na przerwanie konsolidacji na EUR/PLN 4,18-4,23.

W Wielkiej Brytanii inflacja CPI powinna przyspieszyć w kwietniu do 2,6 proc. r/r z 2,3 proc., głównie pod wpływem wyższych cen z importu. Choć na pierwszy rzut oka wygląda to na jastrzębi impuls dla BoE, jednocześnie oznacza osłabienie siły nabywczej konsumentów, co z resztą widać już w rozczarowujących odczytach sprzedaży detalicznej (o tym, czy słabość przeszła na dane kwietniowe, dowiemy się w czwartek). Po gołębim wydźwięku Raportu Inflacyjnego Banku Anglii z zeszłego tygodnia inwestorzy będą teraz bardziej skłonni sprzedawać GBP w reakcji na słabszej dane.

W Eurolandzie drugie odczyty wzrostu gospodarczego rzadko przynoszą znaczne rewizje (0,5 proc. k/k), szczególnie że opublikowane w piątek dane z Niemiec były zgodne z oczekiwaniami. Po indeksie ZEW z Niemiec oczekuje się trzeciego miesiąca z rzędu poprawy, w zgodzie z innymi sygnałami z niemieckiej, ale też i całej europejskiej gospodarki. Dobre dane potwierdzą pozytywną otoczkę wokół sytuacji makro w bloku i będą wspierać EUR.

W USA produkcja przemysłowa za kwiecień ma wykazać wzrost to 0,4 proc. m/m po 0,5 proc. w marcu z solidnym udziałem produkcji wytwórczej i wzmocnieniu sektora wydobywczego. W danych z rynku budowlanego rozpoczęte budowy domów mają odreagować marcowe spadki. Nie sądzimy, aby dobre dane były w stanie wyraźnie pokrzepić USD, gdyż rozczarowanie po danych o sprzedaży i CPI z piątku ma na razie mocniejsze oddziaływanie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Podlegają dodatkowym regulacjom prawnym, wymagają szczególnej dbałości, są cennym materiałem – co przedsiębiorcy powinni wiedzieć o odpadach niebezpiecznych?

Odpady niebezpieczne mają właściwości m.in. łatwopalne, toksyczne, szkodliwe. Przedostanie się ich do środowiska może stanowić potencjalne zagrożenie dla zdrowa i życia ludzi, zwierząt oraz dla samego środowiska. Dlatego też, tak ważne jest odpowiedzialne postępowanie z tym rodzajem odpadów. Jak podaje GUS, w 2014 r. wytworzono w Polsce ok. 1,7 mln ton odpadów niebezpiecznych.  Co warto o nich wiedzieć?

  1. Odpady niebezpieczne to cenny materiał

Podobnie jak metale, tworzywa sztuczne czy makulatura odpady niebezpieczne są wartościowym materiałem. To, które odpady niebezpieczne i w jaki sposób mogą zostać poddane odzyskowi zależy od ich właściwości. Ponownie wykorzystać możemy m.in. substancje nieorganiczne, zużyte oleje i rozpuszczalniki, farby czy kleje. Dla przykładu w 2014 r. w Polsce spośród 6 tys. ton zużytych rozpuszczalników 4,5 tys. ton poddano recyklingowi, 1,4 tys. ton spalono, a 150 ton posłużyło do odzyskania energii – podaje GUS.

  1. Jak klasyfikować odpady niebezpieczne?

– Klasyfikacja „odpady niebezpieczne” wskazuje na potrzebę szczególnej staranności w gospodarowaniu tym rodzajem odpadów, a przepisy prawne określające sposoby postępowania z nimi mają zapewnić bezpieczeństwo firmie, pracownikom i środowisku – wskazuje Monika Mąkowska, Dyrektor Biznesu Odpadów Niebezpiecznych i Innych w Stena Recycling.

Odpady niebezpieczne klasyfikuje się poprzez zaliczenie ich do odpowiedniej grupy (określającej źródło pochodzenia odpadu), podgrupy i rodzaju. To jak należy je przyporządkować określa Rozporządzenie Ministra Środowiska z dnia 9 grudnia 2014 r. w sprawie katalogu odpadów.

  1. Zmiana klasyfikacji odpadów niebezpiecznych

Przepisy zakazują zmiany klasyfikacji odpadów niebezpiecznych na inne niż niebezpieczne poprzez ich rozcieńczanie, mieszanie ze sobą lub z innymi substancjami, w celu obniżenia stężenia substancji do poziomu niższego niż poziom określony dla odpadów niebezpiecznych.

Można dokonać zmiany klasyfikacji odpadów niebezpiecznych pod warunkiem wykazania, że nie posiadają one właściwości określonych dla tego rodzaju odpadów. Wymaga to jednak badań oraz zgody marszałka województwa.

  1. Jakie są obowiązki firmy, która wytwarza odpady niebezpieczne?

Przedsiębiorstwo, w którym powstają odpady niebezpieczne, zobowiązane jest do posiadania pozwolenia na ich wytwarzanie. Zobligowane jest także do odpowiedniego postępowania z nimi, klasyfikowania, prowadzenia ewidencji i sprawozdawczości, oraz prawidłowego magazynowania. Odpady niebezpieczne można przekazać wyłącznie odbiorcy posiadającemu odpowiednie uprawnienia.

– Przedsiębiorca powinien zachować szczególną staranność przy wyborze firm i osób, które realizować będą proces gospodarowania odpadami niebezpiecznymi. Ma obowiązek sprawdzić czy jednostki, którym powierza to zadanie posiadają kompetencje oraz wymagane uprawnienia – mówi Anna Wójcik-Przybył, Kierownik ds. środowiska i ADR w Stena Recycling.

  1. Co to jest ADR?

ADR to europejska umowa regulująca kwestie transportu towarów niebezpiecznych. Określa ona że, jeśli na terenie firmy, znajdują się towary niebezpieczne, w tym odpady niebezpieczne, lub wykonywane są czynności związane z ich transportem drogowym (np. nadawanie i pakowanie) przedsiębiorstwo powinno wyznaczyć doradcę ADR. Do jego zadań należy nadzorowanie operacji związanych z przeładunkiem towarów niebezpiecznych, a także z klasyfikacją czy doborem właściwych opakowań do przewozu odpadów niebezpiecznych.

Przedsiębiorstwo może korzystać z zewnętrznego doradcy ds. ADR, na przykład z firmy, która zapewnia kompleksowe usługi gospodarowania odpadami lub przeszkolić osobę zatrudnioną w przedsiębiorstwie.

Odbicie na ropie i złocie

Początek tygodnia nie przynosi większych zmian na rynku walutowym. Wczoraj nadal tracił na sile dolar amerykański. Indeks WIG20 wybronił się na koniec dnia, a ceny ropy rosły w siłę.

W ubiegłym tygodniu Irak oraz Algieria wyraziły opinię, że wszyscy członkowie OPEC poprą rozszerzenie cięcie wydobycia. Tyle chyba wystarczyło wtedy do utrzymania optymistycznego nastroju na rynku. W poniedziałek dowiedzieliśmy się, że Arabia Saudyjska i Rosja, dwaj najwięksi eksporterzy ropy, porozumieli się w sprawie przedłużenia ograniczenia jej wydobycia o 9 miesięcy, do marca 2018. Zarówno WTI jak i BRENT zyskiwały na koniec dnia blisko 2%. Natomiast w kraju, po całej niemal sesji spadków, indeks WIG20 wyszedł w końcówce na plus.

Czy wyciągnięcie indeksu mogło mieć związek z dzisiejszymi publikacjami? O godzinie 10:00 poznamy tempo wzrostu PKB w pierwszym kwartale tego roku. Według Ministerstwa Rozwoju wzrost powinien przekroczyć 3.5%. Nie jest tajemnicą, iż rynek oczekuje większej niespodzianki. Pojawiają się nawet oczekiwania rzędu 4%. Wczorajsze lepsze dane o wzroście dochodów z podatku VAT jedynie wzmocniły apetyty inwestorów. Wynik niższy niż 3.6% będzie zapewne rozczarowaniem.

gold16052017r

Czarny scenariusz stoi przed rynkiem złota. Ostatnie sesje to lekkie odbicie – jednak już na 1250-1260 czeka obszar oporu. Wskaźnik RSI jest w przedziale negatywnym i zbliża się do poziomu 50 pkt, czyli potencjalnego oporu. Dopóki nie przebije tego pułapu, a cena nie wzrośnie powyżej 1280, sytuację należy uznać za przerwę w większych spadkach.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Finanse behawioralne – źródło nieracjonalności inwestorów

Finanse behawioralne są jednym z najszybciej rozwijających się nurtów współczesnej ekonomii i finansów. Badania te łączą wiedzę z ekonomii, finansów i psychologii. Ekonomia behawioralna odrzuca racjonalność inwestorów, co już niejednokrotnie mogliśmy zaobserwować na rynku.

Współczesna teoria ekonomii zakłada, że człowiek jest racjonalny, każdy ma dostęp do takich samych informacji i ostatecznie – nikt w długim terminie nie pobije rynku. W mojej opinii wszystkie założenia można z łatwością obalić, ale w bieżącym artykule skupimy się na zjawiskach występujących w ramach teorii finansów behawioralnych.

Czy podążasz za tłumem?

Długoterminowy trend składa się z trzech faz. W pierwszej fazie mamy do czynienia z niedowartościowanymi aktywami, w tym czasie profesjonalni inwestorzy budują portfel inwestycyjny na kilka najbliższych lat. Druga faza związana jest z mocniejszymi wzrostami, analitycy techniczni podłączają się pod trend wzrostowy. Trzecia faza jest pro-wzrostowa, osoby niezajmujące się inwestycjami zaczynają zakładać rachunek maklerski i dokonują zakupu instrumentów finansowych.

W trakcie tej fazy na rynku zaczynają się dziać ciekawe rzeczy. Media oraz gazety, które wcześniej nie zwracały uwagi na giełdy zaczynają to robić. Każdy mówi o nowych szczytach, które akcje kupić itp. To właśnie w tym momencie profesjonalni inwestorzy wyskakują z tonącego statku.

Trzy fazy hoss

Trzy fazy hoss

W trzeciej fazie może dojść do rozwarstwienia akcji renomowanych firm i spekulacyjnych. Te pierwsze poruszają się w trendzie horyzontalnym, natomiast te drugie – w trendzie wzrostowym. Gdy zbraknie kapitału niedoświadczonych osób zaczyna się panika, która na rynku akcji doprowadza do ponad 20 procentowych spadków. Jest to tożsame z korektą, małe odbicie daje nadzieje, ale na rynek przychodzi trend spadkowy i rozczarowanie.

Powyższe zjawisko dotyczy każdego rynku, który jest „gorący” i bardzo „atrakcyjny”. W 2007 roku były to akcje, w 2011 na okładce było złoto.

Warto również zauważyć, że „bańka spekulacyjna” przeskakuje z rynku na rynek. W 2000 roku mieliśmy do czynienia z pęknięciem bańki internetowej.

Nasdaq 100

Nasdaq 100

Źródło: Bloomberg

Po pęknięciu bańki internetowej indeks Nasdaq 100 w dwa lata stracił na wartości 81 procent. W kolejnym rynku byka wzrosty były znikome, 168 proc. w 5 lat, po czym nastąpiła bessa 50 procentowa. Po pęknięciu bańki w 2000 roku inwestorzy oraz „tłum” zapamiętał ból emocjonalny z tym związany, ale po 10 latach wszystko zostało zapomniane. Na rynek może zawitać kolejna bańka i prawdopodobnie zawitała na rynek spółek technologicznych, który od 2009 roku do dnia dzisiejszego wzrósł o ponad 400 procent.

Przechodząc do końca, po długoterminowych wzrostach wchodzących na rynek ludzi zaślepia chciwość. W takim momencie analiza finansowa oraz fundamentalna schodzi na drugi plan, liczą się tylko przyszłe zyski.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Coraz mniej czasu na rejestrację dla zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi

4 czerwca 2016 roku weszła w życie zmiana ustawy o funduszach inwestycyjnych i zarządzaniu alternatywnymi funduszami inwestycyjnymi („Ustawa”). Głównym celem wprowadzonych zmian było dostosowanie polskiego systemu prawnego do postanowień Dyrektyw AIFMD i UCITS V. W wyniku minionego kryzysu finansowego unijny regulator postanowił ograniczyć ryzyko inwestycyjne związane z brakiem odpowiedniego nadzoru, a przy okazji ujednolicić przepisy obowiązujące w poszczególnych krajach Wspólnoty. Stąd nowe obostrzenia i obowiązki, które będą musiały spełnić również polskie instytucje kapitałowe. 

ASI: stara forma, nowa nazwa…

Znowelizowana ustawa wprowadziła do polskiego systemu zupełnie nowe pojęcie, tj. Alternatywną Spółkę Inwestycyjną („ASI”). Jednak podmioty wykonujące działalność tożsamą z ASI istnieją na naszym rynku od wielu lat. Co więcej, działają bardzo skutecznie i z korzyścią zarówno dla inwestorów jak i dla podmiotów i projektów, w które zainwestowały pozyskane środki.

Zacznijmy jednak od krótkiego wyjaśnienia, czym w zasadzie są ASI, dla kogo wprowadzone zmiany mogą mieć duże znaczenie i wreszcie, dlaczego zmiany wprowadzone znowelizowaną Ustawą są tak istotne.

Zgodnie z Ustawą oraz Stanowiskiem Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie zasad ubiegania się o wpis do rejestru zarządzających ASI (…) z 26 kwietnia 2017 roku („Stanowsko UKNF”), ASI jest alternatywnym funduszem inwestycyjnym, innym niż tworzone i funkcjonujące na podstawie ustawy specjalistyczne fundusze inwestycyjne otwarte i fundusze inwestycyjne zamknięte. Ustawa wprost wskazuje więc, że ASI nie jest funduszem inwestycyjnym w jej rozumieniu. Wyłącznym przedmiotem działalności ASI, z zastrzeżeniem wyjątków wprost wskazanych w Ustawie, jest zbieranie i lokowanie aktywów od wielu inwestorów w ich interesie, według określonej polityki inwestycyjnej. Działalność tę ASI prowadzić może zarówno w formie spółki kapitałowej (w tym spółki europejskiej) lub spółki komandytowej lub spółki komandytowo-akcyjnej, w których jedynym komplementariuszem jest spółka kapitałowa.

Tyle wynika z ogólnych przepisów dotyczących ASI. Spróbujmy jednak odnieść się do praktyki. Pomijamy zupełnie nowotworzone ASI, które powstały już po wejściu w życie zapisów Ustawy i co do których nie ma wątpliwości, jaki jest cel ich działalności i że podlegają wymogom przewidzianym w Ustawie. Warto dodać, że nie ma ich zbyt wielu, bo do 10 maja tego roku na rynku pojawiła się tylko jedna spółka utworzona według nowych zasad.

Niewykluczone, że wspólnicy i zarządy podmiotów, które dotychczas nie musiały spełniać żadnych szczególnych obowiązków (nie licząc tych wynikających z prowadzenia działalności w formie spółki kapitałowej, komandytowej lub komandytowo-akcyjnej przewidzianych w kodeksie spółek handlowych, podatkowych czy wynikających z ustawy o rachunkowości) nie mają świadomości kończącego się czasu na dostosowanie do nowej sytuacji. Zgodnie z Ustawą mogą to uczynić tylko do 4 czerwca tego roku.

W praktyce nowe przepisy będą dotyczyć spółek akcyjnych, spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, spółki europejskiej, spółki komandytowej lub komandytowo-akcyjnej, które w dniu 4 czerwca 2016 roku prowadziły działalność polegającą na zbieraniu aktywów od wielu inwestorów w celu ich lokowania w interesie tych inwestorów, a w szczególności funduszy typu private equity/venture capital.  Zgodnie z nowymi przepisami podmioty, które wykonują opisaną działalność w formie innej niż fundusz inwestycyjny lub ASI mogą czynić to na dotychczasowych zasadach jedynie do 4 czerwca 2017 r. Chęć pozostania na rynku wiąże się z koniecznością dostosowania formy wykonywanej działalności.

… i nowe obowiązki

Wspomniana zmiana formy to nie tylko czysta formalność – będzie się ona wiązać również ze spełnieniem szczegółowo określonych wymogów.

W zależności od wielkości aktywów, jakimi będą dysponować przekształcone podmioty, obowiązkiem będzie wpisanie do rejestru prowadzonego przez KNF albo w ogóle uzyskanie zezwolenia od Komisji na prowadzenie działalności.

Obowiązek wpisu będzie dotyczył podmiotów, które zarządzają aktywami o równowartości nie przekraczającej 100 mln euro w złotówkach, bądź zarządzają innymi spółkami, których łączne aktywa wynoszą nie więcej niż 500 mln euro, przy uwzględnieniu określonych, dalszych warunków. Zalicza się do nich m.in. brak stosowania dźwigni  finansowej Alternatywnych Funduszy Inwestycyjnych tj. ogólnie ujmując zwiększania kwoty zaangażowania funduszu poprzez pożyczanie środków finansowych lub papierów finansowych lub inwestowanie w instrumenty pochodne.

Natomiast obowiązek uzyskania zezwolenia będzie dotyczył tych podmiotów, które przekraczają podane wyżej limity. Dodatkowo w grę może także wchodzić dostosowanie struktury kapitałowej. Zgodnie z nowymi regulacjami komplementariuszem takiej alternatywnej spółki inwestycyjnej musi być bezpośrednio spółka kapitałowa, co może się wiązać z koniecznością spłaszczenia struktury, obejmującej często wiele spółek. Nowością dla niektórych podmiotów będzie obowiązek wyznaczenia depozytariusza, który będzie przechowywał aktywa ASI. Będzie on także zobowiązany do zatrudnienia doradcy inwestycyjnego, o ile prawa uczestnictwa ASI będą wprowadzone do obrotu detalicznego. Ponadto zarządzający ASI będzie musiał dokonywać okresowej wyceny wszystkich posiadanych aktywów i prowadzić odpowiednie polityki wewnętrzne (systemy zarządzania ryzykiem, audyty wewnętrzne, polityka przeciwdziałania konfliktom interesów), które dotychczas były domeną instytucji finansowych takich jak domy maklerskie.

Kara może być dotkliwa

Jakie sankcje przewidziano za niedopełnienie wymienionych wcześniej obowiązków? Można wskazać przed wszystkim trzy główne rodzaje kar. Jeśli TFI prowadzi działalność, która rażąco narusza nowe przepisy, może spodziewać się kary w maksymalnej wysokości prawie 21 mln zł lub alternatywnie o równowartości 10% całkowitego rocznego przychodu. W sytuacji, gdy ukarany podmiot jest jednostką dominującą albo jednostką zależną, podstawą do wyliczenia kary jest całkowity przychód jednostki dominującej, konsolidującej przychody całej grupy kapitałowej. W przypadku, gdy TFI naruszą przepisy dotyczące alternatywnych funduszy inwestycyjnych, czyli, w polskich realiach, funduszy specjalistycznych otwartych oraz funduszy inwestycyjnych zamkniętych, KNF będzie mogła nałożyć karę do wysokości 5 mln zł. W grę wchodzi też odpowiedzialność administracyjna wobec osób zarządzających TFI – jeśli TFI rażąco narusza przepisy, Komisja może nałożyć karę do wysokości blisko 21 mln zł.  Przy czym,  jeśli naruszenie dotyczy tylko i wyłącznie przepisów w zakresie funduszy alternatywnych, KNF nie będzie mógł nakładać sankcji na członków organów towarzystwa.

Warto zaznaczyć, że Komisja nie zawsze stosuje kary w najwyższym wymiarze, bo sama też musi przestrzegać pewnych wymogów przy ich nakładaniu. Przy orzekaniu o wymiarze kary musi uwzględnić określony katalog okoliczności i zdarzeń, rozmiar czynów oraz jak długo przepisy były naruszane a także czy wcześniej dany podmiot już dokonywał naruszeń. Dodatkowo większość instytucji podlegających nadzorowi KNF ma świadomość, że od decyzji Komisji przysługuje wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy, a w dalszych krokach ewentualne skierowanie sprawy do sądu administracyjnego. Warto w tym miejscu wskazać również na stanowisko Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego, którego nadzorowi podlegać będzie działalność ASI.

Dotychczas pojawiło się wyłącznie jedno formalne stanowisko dotyczące zasad ubiegania się o wpis do rejestru zarządzających ASI. Wątpliwości ze strony zainteresowanych podmiotów jest znacznie więcej, Ustawa bowiem pozostawia wiele wątpliwości interpretacyjnych jeśli chodzi o obowiązek składania wniosków o wpis do rejestru zarządzających ASI lub o uzyskanie zezwolenia KNF. Wiele podmiotów ma wątpliwości, czy takiemu obowiązkowi faktycznie podlegają a dotychczasowe konsultacje i spotkania przedstawicieli rynku z KNF nie dają jasnych i jednoznacznych odpowiedzi.

Zważywszy jednak na sankcje przewidziane za niedostosowanie prowadzonej działalności do przepisów Ustawy do dnia 4 czerwca 2017 roku, zarówno prawnicy jak i KNF zaleca ostrożnościowe podejście, tj. występowanie przez zarządzających potencjalnymi ASI o wpis do rejestru lub, w zależności od sytuacji, wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności.

Mając na uwadze powyższe i spoglądając w kalendarz, nasuwa się jeden wniosek – mimo przedłużającej się zimy, zapowiada się naprawdę gorący czerwiec wśród funduszy typu private equity/venture capital i w Departamencie Funduszy Inwestycyjnych Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego.

Autorzy: Barbara Łągiewka, Emanuel Kośka z kancelarii JSLegal

Obrzeża polskich miast rozrastają się zbyt szybko i z dużą szkodą dla społeczeństwa oraz środowiska

Zdaniem ekspertów, trudno jest zahamować proces suburbanizacji. Deweloperzy budują tam, gdzie jest dostępna i tania ziemia, czyli na przedmieściach. Dopiero potem powstaje na nowych osiedlach potrzebna infrastruktura. Taka kolejność zwiększa zarówno podatki na rzecz gmin, utrudnienia komunikacyjne, jak również smog.

Jak zauważa Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości z Home Broker, od dziesięcioleci na całym świecie zachodzi tzw. proces suburbanizacji. Oznacza to, że duże miasta rozlewają się poza swoje granice administracyjne i następuje ekspansja ludności na tereny podmiejskie. Powołując się na dane GUS-u, ekspert podkreśla, że w największych polskich aglomeracjach rośnie odsetek osób żyjących poza głównym miastem. Ekspert podaje, że w 1995 roku mieszkańcy Krakowa stanowili 69,4% ludności aglomeracji, a w 2014 roku – 66,2%. W 2050 roku ma być ich poniżej 60%.

– Suburbanizacja przyspiesza w czasach dobrej koniunktury i zwiększonej konsumpcji. W ostatnich latach mieliśmy wysoką sprzedaż mieszkań na peryferiach polskich miast. Dla przykładu, na obrzeżach Warszawy mieszka obecnie tylko nieco ponad 20% ludności stolicy. Natomiast tam powstaje ok. 50% nowych nieruchomości. W centrum deweloperzy oferują najmniej lokali. Przedmieścia rosną głównie dzięki osobom przyjezdnym. Rodowici mieszkańcy często posiadają lokale po rodzicach lub dziadkach. Oni też przeżyli większość życia w mieście i mniej chętnie wyprowadzają się na ich krańce – zaznacza Łukasz Sęktas, prezes zarządu z TIARA Development.

Natomiast Marcin Krasoń przypomina, że w śródmieściach nie ma już działek do budowy nowych nieruchomości. Ponadto, na peryferiach deweloperzy są w stanie kupić ziemię niedrogo i zaoferować klientom dużo tańsze mieszkania, niż w centrum. Zdaniem eksperta, nie ma żadnej granicy, na której przedmieścia mogłyby się skończyć. Jednak koniecznie trzeba to zmienić i uporządkować bałagan, panujący w planach zagospodarowania przestrzennego. Obecnie deweloperzy stawiają nowe budynki w kompletnym nieładzie tam, gdzie im się to tylko opłaca.

– Uważam, że rozwój obrzeży miast, szczególnie dużych, jest już zbyt dynamiczny. Z punktu widzenia społecznego to niekorzystne zjawisko, ponieważ infrastruktura na przedmieściach jest słabo rozwinięta. W związku z tym, koszty budowania czy rozszerzenia sieci wodociągowej i kanalizacyjnej są dość wysokie w stosunku do korzyści mieszkańców danego terenu. Świadczą o tym np. płacone przez nich podatki na rzecz gminy. Kolejnym problemem jest strata czasu na przemieszczanie się między peryferiami a centrum miasta, np. w drodze do pracy. To oczywiście też przekłada się na wydatki na paliwo czy bilety komunikacji miejskiej, a także zwiększa stężenie smogu – mówi Łukasz Sęktas.

Ekspert z Home Broker stanowczo stwierdza, że proces suburbanizacji należy wyhamować. Granice zasięgu aglomeracji są już zbyt dalekie od centrum miast. Warto zacząć budować osiedla według konkretnych założeń urbanizacyjnych po to, żeby ułatwić życie ich mieszkańcom. Powinno być tak, że w pierwszej kolejności powstają drogi i infrastruktura, a dopiero potem mieszkania. Niestety, w Polsce jest odwrotnie. Najpierw stawiane są nieruchomości, dlatego że gdzieś jest tanio. Później ludzie martwią się o to, gdzie posłać dzieci do przedszkola czy szkoły. Brakuje też komunikacji miejskiej.

– Trudno jest zatrzymać rozlewanie się miast w sposób sztuczny. Jeżeli nawet dana lokalizacja znajduje się daleko od centrum, ale jest atrakcyjna, to przyciąga nowych mieszkańców. Może to wynikać np. z bliskości akwenów wodnych i lasów. Przedmieścia, na których żyje się komfortowo, nadal będą się mocno rozrastały. Takie miejsca charakteryzuje szybki dojazd do szkół, przedszkoli czy firm. Natomiast tam, gdzie brakuje udogodnień, rozwój peryferyjnych dzielnic może zostać całkowicie wyhamowany. Na pewno nie zabraknie nam gruntów do budowy mieszkań, ze względów demograficznych. Jesteśmy bowiem starzejącym się społeczeństwem – stwierdza ekspert z TIARA Development.

Jak przewiduje Marcin Krasoń, w przyszłości projekty deweloperskie będą dalej szły w tym kierunku, co obecnie. To znaczy, osiedla nadal będą powstawały tam, gdzie jest dostępna i niedroga ziemia, czyli najczęściej na peryferiach, czy wręcz poza ich miastami. Zaludnienie coraz bardziej będzie odsuwało się od śródmieścia. Rozwiną się miejscowości znajdujące się przy dużych ośrodkach miejskich, takie jak Skawina lub Wieliczka pod Krakowem czy też Legionowo, Pruszków i Piaseczno pod Warszawą.

– W przyszłości teoretycznie istniałaby możliwość zahamowania procesu suburbanizacji, poprzez budowę mieszkań tylko w centrach miast. Jednak w praktyce to byłoby nierealne, bo każdej gminie zależy na podnoszeniu liczby ludności, chociażby ze względu na większe wpływy z podatków. Można by było też wprowadzić specjalne opłaty dla osób dojeżdżających z przedmieść, ale to również mało prawdopodobny scenariusz, z uwagi na zbyt duży sprzeciw społeczny. Trzeba również pamiętać o tym, że za rozwojem obrzeży miast stoją przede wszystkim preferencje nabywców. Niektórzy cenią sobie spokój i zieleń. Nie zniechęcą ich nawet długie i kosztowne dojazdy – podsumowuje Łukasz Sęktas.

Czy to koniec kas fiskalnych?

Zmiany w regulacjach fiskalnych oraz innowacyjne produkty FinTech mogą w najbliższych latach zmienić oblicze polskiego handlu.

Przedsiębiorcy prowadzący małe sklepy detaliczne lub punkty usługowe działają na trudnym rynku – z jednej strony muszą mierzyć się z ogromną konkurencją w postaci sklepów wielkopowierzchniowych i sieci dyskontowych, a z drugiej z rosnącymi wymaganiami klientów. Podobnie jak w innych sektorach, nowe technologie wpływają na rozwój branży handlowej usprawniając zarządzanie firmami oraz pomagając im w kreowaniu wizerunku nowoczesnych i innowacyjnych przedsiębiorstw nakierowanych na wygodę klienta. Niestety – o ile duże sklepy chętnie decydują się na wdrażanie nowoczesnych rozwiązań, o tyle małe firmy i punkty usługowe często nie dysponują odpowiednim budżetem umożliwiającym inwestycję w innowacyjne technologie.

Trudów działalności nie zmniejsza również sprzęt, w oparciu o który mali przedsiębiorcy dokonują sprzedaży. Jednym z wielu wymogów prawnych związanych z prowadzeniem działalności sprzedażowej jest posiadanie urządzenia fiskalnego, które zanim zostanie dopuszczone do sprzedaży, musi uzyskać homologację wydawaną przez Główny Urząd Miar. Po uzyskaniu homologacji w urządzeniu fiskalnym nie można dokonywać żadnych zmian. Detaliści od lat korzystają w głównej mierze z kas fiskalnych, które charakteryzują się zamkniętym, nieelastycznym oprogramowaniem. Kasy fiskalne nie umożliwiają łatwego dostosowania funkcjonalności do potrzeb rozwijającego się biznesu – jakakolwiek zmiana wiąże się bowiem z potrzebą załatwienia szeregu formalności w urzędach i skutkuje wymianą urządzenia na nowe. Podczas rozmów przedsiębiorcy często zwracają uwagę na ograniczenia kas fiskalnych – ich funkcjonalności nie są w stanie sprostać realnym, zmieniającym się wymaganiom sprzedających towary lub usługi. Nie jest to jednak jedyny problem, z którym muszą mierzyć się detaliści oraz osoby prowadzące punkty usługowe. Kasy fiskalne, w swojej podstawowej wersji, nie zapewniają opcji płatności kartami. Płatności bezgotówkowe stanowią średnio 40 proc. obrotów – sprzedawcy, którzy nie zapewniają takiej możliwości zapłaty skazują się na znaczne ograniczenie zysku. Obecnie bardzo ważna w prowadzeniu przedsiębiorstwa jest także możliwość gromadzenia i analizowania danych oraz wyciągania na ich podstawie wniosków. Uzyskana w ten sposób wiedza nie tylko ułatwia prowadzenie punktu detalicznego, ale wpływa też na rozwój biznesu. Ponadto dla przedsiębiorcy, który codziennie musi mierzyć się z natłokiem zajęć, cenna jest możliwość zarządzania biznesem zdalnie, niezależnie od miejsca, w którym przebywa. Tymczasem kasy fiskalne to urządzenia nieskomplikowane, które nie posiadają narzędzi pozwalających ani na analizowanie danych ani na zdalne zarządzanie biznesem.

Zapewnienie takich funkcjonalności wiąże się z koniecznością ponoszenia dużych dodatkowych kosztów. Mali sprzedawcy detaliczni, którzy uważnie przyglądają się każdej złotówce, często nie decydują się na taki wydatek, ponieważ przekracza on ich możliwości budżetowe. Tym samym zamyka się przed nimi możliwość bardziej wygodnego prowadzenia biznesu oraz sprostania wymaganiom klientów w zakresie płatności bezgotówkowych.
Tymczasem rewolucja w obszarach rozwiązań fiskalnych i terminali płatniczych zaczyna przychodzić między innymi od strony nowych przepisów prawnych. Trwające prace legislacyjne nad fiskalizacją on-line czy rozpowszechnieniem terminali płatniczych będą stymulować wykorzystywanie nowych technologii w małych sklepach. Nadchodzące zmiany oznaczają nie tylko postęp w obszarze prowadzenia działalności przez detalistów, ale również większą wygodę klientów dzięki np. bardziej powszechnej możliwości dokonania płatności kartą w coraz mniejszych sklepach lub punktach usługowych.

Ponadto od roku zaczynają pojawiać się na rynku nowoczesne rozwiązania fiskalne – przedsiębiorcy nie są już skazani na urządzenia, które tylko i wyłącznie umożliwiają im sprzedaż towarów czy usług. Mają możliwość zakupu rozwiązań, tworzonych z myślą o ich realnych potrzebach, które wspierają ich w prowadzeniu działalności oraz zapewniają ciągły rozwój biznesu. Co istotne, ich cena jest porównywalna z ceną standardowej kasy fiskalnej. Przewagą tego typu rozwiązań nad kasami fiskalnymi jest przede wszystkim ich ogromna elastyczność. Sklepy, które korzystają z nowoczesnych rozwiązań, tzw. kasoterminali (składających się z drukarki fiskalnej oraz terminala płatniczego), od momentu uruchomienia mogą je swobodnie aktualizować o nowe funkcjonalności.

Urządzenia te przyczyniają się do podniesienia konkurencyjności sklepu. Dzięki nim przedsiębiorcy są w stanie zapewnić płatność nie tylko gotówką, ale i kartą – nie muszą jednak tym samym decydować się na dzierżawę terminala czy podpisywanie związanej z nią długoterminowej umowy. Dodatkowo, co szczególnie istotne w kontekście biznesu sezonowego, mogą uruchomić oraz wyłączyć tę funkcjonalność w dowolnym momencie. Jest to zupełnie nowatorskie podejście do płatności bezgotówkowych – przedsiębiorca ponosi koszt jedynie wtedy, gdy faktycznie z danej usługi korzysta. Nowe rozwiązania jako standard zapewniają również sklepom wgląd do gromadzonych danych o działalności sklepu w czasie rzeczywistym. Sprzedający muszą jedynie za pomocą przeglądarki internetowej zalogować się do systemu, który w nowoczesny sposób przedstawia im takie informacje, jak m.in. wyniki sprzedaży, obroty, najczęściej kupowane produkty, najlepiej obsługujący sprzedawcy, brakujący asortyment czy analiza klientów powracających. Dzięki temu mali detaliści w zasięgu ręki mają funkcjonalności, za które wcześniej musieliby ponosić dodatkowe, często duże koszty.

Obserwując rynek nowoczesnych rozwiązań fiskalnych łatwo zauważyć, że nowe urządzenia tworzone są z myślą o potrzebach mniejszych przedsiębiorców, którzy przywiązują dużą wagę do optymalizacji kosztów. Trend ten jest silny – wielu producentów wprowadza obecnie rozwiązania, które wykorzystują drukarki fiskalne, a nie kasy. Takie podejście umożliwia ominięcie ograniczeń kas fiskalnych, na które od lat narzekały osoby prowadzące małe sklepy i punktu usługowe. Kończy się era nielubianych kas fiskalnych, a zaczyna czas innowacyjnych rozwiązań opartych o kasoterminale, które wspierają sprzedających w prowadzeniu biznesu.

Michał Pawłowski, menedżer ds. sprzedaży i produktu, iPOS

Użytkownicy mają coraz większy wpływ na kształt nowych mediów. Oczekują wygody i spersonalizowanej treści

Użytkownicy mają coraz większy wpływ na kształt nowych mediów. Oczekują wygody i spersonalizowanej treści 7

Cyfrowa rewolucja spowodowała, że użytkownicy mają coraz większy wpływ na kształt nowych mediów. Te muszą się dostosować do oczekiwań swoich odbiorców, jeśli chcą przetrwać na zmieniającym się rynku medialnym. W ocenie ekspertów media powinny się skupić na tworzeniu wartościowych i przydatnych treści oraz rozwijać kanały cyfrowe, aby zapewniać czytelnikom dostęp do nich z każdego miejsca i o każdej porze. 

– Użytkownicy mediów coraz częściej odchodzą od modelu push, w ramach którego sięgali po niezróżnicowane treści, gdy kupując gazety w kiosku albo oglądając telewizję ich możliwość selekcji ograniczała się do wyboru tytułu lub kanału – do modelu „pull”, w którym chcą decydować co, gdzie i kiedy oglądać lub czytać. Chcą konsumować treści, spacerując czy jadąc metrem. Chcą słuchać muzyki, czytać e-booki i czasopisma w dowolnym momencie – mówi agencji informacyjnej Newseria Francesco Rainini, konsultant do spraw innowacji w SAS.

Jak podkreśla, Francesco Rainini różnica w konsumpcji treści jest więc kolosalna.

– W dotychczasowym  modelu push,  informacje „wypychano” do odbiorców, którzy w znacznej mierze pozostawali anonimowi, a twórcy treści otrzymywali jedynie ograniczone informacje zwrotne o czynnikach kształtujących popyt. Dziś mamy model pull, w którym to odbiorca decyduje i w znacznie bardziej przejrzysty sposób wyznacza popyt – podkreśla ekspert SAS.

Na zmiany w zachowaniu i preferencjach odbiorców muszą szybko reagować współczesne media i dostawcy treści. Jeżeli chcą się utrzymać na rynku, muszą w coraz większym stopniu wykorzystywać nowe technologie i kanały cyfrowe, żeby tworzyć wartościowy i lepiej sprofilowany content. Cyfryzacja i konkurencja na rynku medialnym sprawiają, że na kształt współczesnych mediów znaczący wpływ mają ich odbiorcy.

– W zależności od tego, czego oczekują odbiorcy, media mogą poświęcać więcej miejsca na konkretne tematy. Myślę, że powinny bardziej skoncentrować się przy tym na jakości niż na ilości. W istocie mamy dziś za dużo mediów pod względem ilości. Mnóstwo informacji spływa ze wszystkich kanałów cyfrowych. Nie potrzebujemy więcej informacji, tylko lepszej jakości, czyli więcej contentu istotnego dla każdego z nas – dodaje Francesco Rainini.

Ekspert zaznacza, że media powinny stawiać na jakość, a nie ilość wytwarzanych treści. W zalewie informacyjnym muszą zadbać o wartościowy i przydatny content, żeby zaangażować czytelników.

– Przekaz nie powinien być skomplikowany, ale prawdziwy. Powinien budzić emocje, przekazywać coś istotnego dla użytkowników. Na tym polega jakość. Media powinny obserwować moje zachowanie, wiedzieć, czego szukam i próbować udzielać mi odpowiedzi w tematach, które mnie interesują – uważa Francesco Rainini.

Jego zdaniem coraz częściej fakty i informacje mieszają się z rozrywką. Nowe technologie pozwolą użytkownikom swobodnie wybierać między tymi dwoma segmentami i decydować, które treści najlepiej odpowiadają ich potrzebom.

– Nowe technologie cyfrowe, które przekazują dwukierunkowo – od nadawcy do odbiory i od odbiorcy do nadawcy – ogromne ilości danych, mogą zostać wykorzystane do lepszego zrozumienia tego, co jest istotne dla każdego z nas, i tworzenia lepiej przystosowanych formatów. Mogę sobie wyobrazić, że czytam swoją ulubioną książkę na telefonie komórkowym, a jednocześnie muzyka dostosowuje się do tego, co czytam. To miks rozrywki z kulturą, ale obie spełniają różne role – mówi ekspert SAS.

„What’s the Future of Media & Entertainment”, czyli jaka przyszłość czeka sektor rozrywki i mediów, to główny temat organizowanej przez Digital University konferencji, która przyciągnęła do Warszawy gości i prelegentów z Polski i z zagranicy. O standardach współczesnych mediów, zachowaniach czytelników, nieprawdziwych newsach i medialnej rewolucji rozmawiali przedstawiciele mediów, biznesu i start-upów zarówno z Polski, jak i z Europy.

Jest szansa dla pacjentów z przewlekłą białaczką limfocytową. Najczęstszy nowotwór krwi jednym z priorytetów służby zdrowia

Jest szansa dla pacjentów z przewlekłą białaczką limfocytową. Najczęstszy nowotwór krwi jednym z priorytetów służby zdrowia 8

Wraz ze starzejącym się społeczeństwem będzie rosła liczba zachorowań na przewlekłą białaczkę limfocytową. Ten najczęstszy nowotwór krwi zwykle dotyka ludzi starszych – 70 proc. zachorowań dotyczy osób powyżej 65 roku życia. Z tego względu walka z tą chorobą powinna być priorytetem dla systemu ochrony zdrowia – podkreślają autorzy raportu „Biała Księga – przewlekła białaczka limfocytowa”. Polscy hematoonkolodzy apelują również o jak najszybszą poprawę standardów leczenia tej choroby. Z nowych terapii mogą już korzystać pacjenci w innych europejskich krajach.

Przewlekła białaczka limfocytowa (PBL) jest jednym z najczęściej diagnozowanych w Polsce nowotworów krwi. Choruje na nią około 17 tys. pacjentów. Nowotwór ten na ogół diagnozuje się przypadkowo, na podstawie nieprawidłowości w obrazie krwi, ponieważ u 30 proc. pacjentów choroba nie daje żadnych objawów. Średni czas przeżycia chorych na przewlekłą białaczką limfocytową wynosi około 7 lat, jednak w przypadku agresywnej, odpornej na standardowe leczenie postaci PBL rokowania są gorsze i nie przekraczają 3–4 lat.

Jak wskazują eksperci, obecnie to właśnie leczenie chorych z agresywną postacią PBL jest największym wyzwaniem terapeutycznym.

– W agresywnych postaciach przewlekłej białaczki limfocytowej nie działają standardowe leki, które są dziś dostępne. Chorzy, pod warunkiem że są młodzi i nie mają innych schorzeń towarzyszących, mogą być leczeni jedynie przeszczepieniem szpiku. Natomiast osoby starsze nie mogą być poddane tym zabiegom ze względu na ich toksyczność, dlatego wymagają innego leczenia. Potrzebne są leki celowane, które hamują poszczególne enzymy istotne dla rozwoju białaczki – mówi agencji Newseria Biznes prof. Wiesław Jędrzejczak, konsultant krajowy w dziedzinie hematologii.

Jeszcze ponad 3 lata temu medycyna była bezsilna i nie miała żadnej propozycji dla pacjentów z agresywną postacią przewlekłej białaczki limfocytowej, zarejestrowane cztery lata temu innowacyjne terapie – drobnocząsteczkowe leki celowane i przeciwciała monoklonalne – okazały się przełomowe w leczeniu tej grupy chorych.

– Postęp w dziedzinie leczenia nowotworów krwi dotyczy przede wszystkim wprowadzania coraz to nowych leków celowanych. Pochodzą one z dwóch grup technologicznych. Z jednej strony są to przeciwciała monoklonalne, a z drugiej strony leki drobnocząsteczkowe, syntetyczne, będące swoistymi inhibitorami genów, które odpowiadają za nowotworowe zachowania komórek – wyjaśnia prof. Wiesław Jędrzejczak.

Jak wskazują autorzy Białej Księgi Polska jest obecnie jedynym w Europie Środkowo-Wschodniej państwem, które nie oferuje żadnej skutecznej terapii chorym z agresywną postacią PBL.

– Ci chorzy mają „zgaszone światło”. Nie mają dostępu do nowoczesnych terapii, bo w Polsce nie są one refundowane. Nie dość, że pacjent i cała jego rodzina cierpią psychicznie, to nie mają jeszcze możliwości leczenia, które jest dostępne choćby w Czechach i na Węgrzech. To jest bardzo dramatyczna sytuacja i będziemy walczyć o to, by pacjenci dostali właściwe leczenie – mówi Jacek Gugulski.

– Dzięki dostępowi do nowoczesnych terapii nowotwory krwi stają się chorobami przewlekłymi. Po wyczerpaniu pierwszej i drugiej linii leczenia pacjent chce dalej żyć, a jeśli choroba nawraca, potrzebujemy leków o innym mechanizmie działania. Leków, które będą działały również u chorych, którzy są oporni na dotychczasowe leczenie – dodaje prof. Wiesław Jędrzejczak.

Jak wynika z „Białej Księgi – przewlekłej białaczki limfocytowej”, w Polsce ograniczony jest również dostęp do specjalistów i badań cytogenetycznych, które są niezbędne do tego, by właściwie dobrać efektywną terapię. Odsetek pacjentów, u których przeprowadza się to badanie, nie przekracza 20 proc. Co ważne, w Polsce brakuje również lekarzy hematologów. Obecnie na 100 tys. osób przypada 1,3 tys. lekarzy hematologów, co jest jednym z najgorszych wskaźników w całej Europie. Efektem są długie kolejki i wydłużone terminy oczekiwania na konsultacje lekarskie.

Specjaliści hematoonkolodzy podkreślają, że standardy leczenia przewlekłej białaczki limfocytowej w Polsce powinny się poprawić, ponieważ wraz ze starzeniem się społeczeństwa liczba zachorowań będzie wzrastać. Według szacunków demograficznych do 2030 roku liczba osób po 65 roku życia w społeczeństwie wzrośnie dwukrotnie. Dlatego obok refundacji nowoczesnych terapii niezbędne jest zwiększenie liczby hematologów, finansowanie nowych oddziałów i poradni oraz szerszy dostęp do specjalistycznych badań cytogenetycznych.

Resort zdrowia zapewnia jednak, że już pracuje nad priorytetami w hematoonkologii.

– Ostatni raport dotyczący dostępności terapii onkologicznych w Polsce [Raport Fundacji Alivia – red.] pokazuje, że mamy spore zapóźnienia w tym temacie. Staramy się, jak najszybciej rozwiązać problem dostępu do leków hematoonkologicznych, ale musi to być wyważone, czyli skuteczność terapii i odpowiednie warunki ich finansowania powinny iść w parze. Jesteśmy w dialogu ze specjalistami z zakresu onkologii i hematoonkologii, mamy ustalone priorytety. Wiemy, które z terapii są najbardziej potrzebne i skuteczne. Wierzę, że uda nam się szczęśliwie zakończyć proces refundacji nowych leków – ocenia wiceminister zdrowia Marek Tombarkiewicz.

Więcej informacji o przewlekłej białaczce limfocytowej w raporcie „Biała Księga – przewlekła białaczka limfocytowa”.

Wiosną i latem większe zagrożenie kradzieżami i zdarzeniami pogodowymi. Rośnie zainteresowanie ubezpieczeniami mieszkań i domów

Wiosną i latem większe zagrożenie kradzieżami i zdarzeniami pogodowymi. Rośnie zainteresowanie ubezpieczeniami mieszkań i domów 9

Wyjazdy weekendowe i wakacyjne to okazja dla złodziei. Miesiące wiosenne i letnie to także okres, kiedy rośnie ryzyko szkód spowodowanych anomaliami pogodowymi. Choć zdarzeniom losowym nie zawsze można zapobiec, to ubezpieczenia pozwalają uzyskać środki na pokrycie strat. Ubezpieczenia domów i mieszkań są mniej popularne niż na Zachodzie, ocenia się jednak, że średnio ponad 70 proc. nieruchomości w Polsce jest objętych ubezpieczeniem.

 Ubezpieczenia domów i mieszkań nie są jeszcze tak popularne jak w krajach Europy Zachodniej, gdzie wskaźnik ubezpieczenia nieruchomości sięga 90 proc. Z badań przeprowadzonych przez UNIQA wynika, że w  Polsce 70 proc. nieruchomości jest ubezpieczonych, podczas gdy dwa lata wcześniej było to niewiele ponad 50 proc. Zdecydowanie częściej ubezpieczają się właściciele domów aniżeli mieszkań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Ruman, dyrektor Departamentu Rozwoju Produktów w UNIQA.

Z kolei z badania ARC Rynek i Opinia przeprowadzonego na zlecenie UNIQA Polska w 2016 roku wynika, że 76 proc. mieszkańców domów i 66 proc. lokatorów mieszkań deklaruje posiadanie ubezpieczenia nieruchomości. Dane Komisji Nadzoru Finansowego pokazują, że liczba czynnych polis mieszkań i domków letniskowych wyniosła 10,8 mln na koniec 2016 roku. Ubezpieczyciele zebrali 1,23 mld zł składki przypisanej, o prawie 6 proc. więcej niż przed rokiem.

Choć ubezpieczenie nie pomoże uniknąć wypadków losowych, takich jak np. pożar czy zalanie, czy ustrzec przed włamaniem, to złagodzi konsekwencje finansowe nieprzyjemnych zdarzeń.

– W ramach ubezpieczenia mieszkań i domów pokrywane są skutki przede wszystkim zdarzeń losowych, całkowicie niezależnych od nas. Najczęstsze szkody to te związane z deszczem nawalnym, huraganem, a raz na kilkanaście lat są to również szkody powstałe w wyniku powodzi – wymienia ekspertka UNIQA.

Wśród najczęstszych szkód, do których dochodzi w mieszkaniach i domach, eksperci UNIQA wymieniają zalanie, uderzenie pioruna i przepięcia w sieciach elektrycznych, które prowadzą m.in. do uszkodzenia sprzętu elektronicznego.

Drugi istotny zakres ryzyka to kradzieże. Przed nami wyjazdy weekendowe i sezon urlopowy, który często bywa gratką dla złodziei. Ubezpieczyciele notują wówczas znacznie więcej tego typu zgłoszeń.

Ubezpieczyciel ponosi skutki finansowe szkód powstałych w wyniku kradzieży, dewastacji związanej z kradzieżą albo całkowicie niezależnej. Często to tylko kradzież usiłowana – złodziej nie dostaje się do domu, ale niszczy okiennice, drzwi czy instalacje alarmowe. To realne koszty, które trzeba ponieść na naprawę wszystkich usterek – mówi Katarzyna Ruman.

Jak przekonuje Ruman, części zdarzeń można uniknąć, np. zabezpieczając okna, prosząc sąsiadów o zwrócenie uwagi na mieszkanie czy stosując zabezpieczenia elektroniczne.

– Finalnie jednak do kradzieży może dojść niezależnie od tego, co zrobimy. Stąd nieocenioną rolę pełnią ubezpieczenia. W sytuacji, kiedy to zdarzenie będzie miało miejsce, pozwalają one uzyskać środki na pokrycie strat – wskazuje ekspertka UNIQA.

Na polskim rynku dominują ubezpieczenia w formie pakietów – są to różne ubezpieczenia powiązane z posiadanym majątkiem. Zwykle obejmują ryzyko kradzieży, rabunku, wystąpienia zdarzeń losowych. Usługi assistance w ramach ubezpieczenia nieruchomości przewidują wizytę fachowca, który naprawi szkody. Przydatne mogą się okazać polisy odpowiedzialności cywilnej zazwyczaj kojarzone z ubezpieczeniem komunikacyjnym.

– Odpowiedzialność cywilna to również nasza odpowiedzialność w życiu codziennym i prywatnym. Tutaj też może dojść do szeregu zdarzeń, które zobowiążą nas do pokrycia szkody. Właśnie tutaj na scenę wchodzi ubezpieczenie OC w życiu prywatnym, np. kiedy zalejemy sąsiada albo kiedy szkody wyrządzą nasze dzieci czy zwierzęta – przekonuje Ruman.

Wysokość składki ubezpieczeniowej zależy m.in. od wartości, na jaką ubezpiecza się mienie. Dużo też zależy od miejsca, gdzie znajduje się nieruchomość. Koszty ubezpieczenia w zależności od zakresu nie przekraczają kilkuset złotych w ciągu roku.

– W UNIQA średnia cena za ubezpieczenie mieszkania czy domu to niewiele ponad 200 zł w skali roku. Droższe są polisy dla domów, nieco tańsze są te dla mieszkań. Za ubezpieczenie domu ich właściciele płacą w UNIQA średnio pomiędzy 200 a 500 zł w skali roku – wskazuje Katarzyna Ruman.

Polska w ogonie Europy pod względem liczby pielęgniarek i położnych. Problem będzie się nasilać

Polska w ogonie Europy pod względem liczby pielęgniarek i położnych. Problem będzie się nasilać 10

Pielęgniarkom i położnym ufa blisko 80 proc. społeczeństwa. Choć to jeden z bardziej cenionych zawodów, na pracę w zawodzie decyduje się zaledwie połowa absolwentów. W dużej mierze z powodu przeciążenia pracą – w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada mniej niż 6 pielęgniarek. Jednym z największych problemów jest brak zastępowalności kadr. Co piąta pielęgniarka jest w wieku emerytalnym, zaledwie 5 proc. to osoby młode. Nad rozwiązaniem problemów polskiego pielęgniarstwa będzie pracować powołany przez resort zdrowia zespół. Pierwsze spotkanie zaplanowano na dzisiaj.

– Wyzwań dla pielęgniarstwa jest bardzo dużo. Cały ubiegły rok pracowaliśmy nad tym, by skupić się na problemach pielęgniarstwa, a przede wszystkim na luce pokoleniowej. Tego się obawialiśmy i ta luka już nadeszła. Po części zbiegło się to z wcześniejszym przejściem na emeryturę, mamy ogromną grupę pielęgniarek i położnych, których to świadczenie będzie dotyczyło. Zależy nam na tym, żeby jak najmniejsza liczba pielęgniarek mających świadczenie, przestała być czynna zawodowo, ponieważ szkoda pacjentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

Szacuje się, że co piąta pielęgniarka w Polsce jest w wieku emerytalnym (ma więcej niż 61 lat). Dla porównania młodych osób (21–30 lat) jest zaledwie nieco ponad 5 proc, a średnia wieku przekracza 50 lat. Jedną z największych bolączek polskiego pielęgniarstwa jest właśnie brak zastępowalności kadr.

– Naszym problemem jest zbyt mała liczbą pielęgniarek i położnych w systemie, potrzebna jest dyskusja, co zrobić, żeby nie 40–50 proc., ale wszyscy absolwenci mający dyplom pielęgniarki, położnej, pielęgniarza podejmowało pracę w wyuczonym zawodzie. Na pewno trzeba zwiększyć liczbę miejsc na wydziałach pielęgniarskich. Nie potrzebna nam jest zmiana systemu kształcenia, tylko większa liczba młodych pielęgniarek, położnych, pielęgniarzy – ocenia Małas.

Polskie uczelnie medyczne co roku opuszcza ok. 5 tys. absolwentów pielęgniarstwa i położnictwa, do pracy w zawodzie trafia tylko część z nich. Raport NRPiP „Zabezpieczenie społeczeństwa polskiego w świadczenia pielęgniarek i położnych” wskazuje, że w 2016 roku na ponad 3,3 tys. osób uzyskujących prawo do wykonywania zawodu, liczba zatrudnionych nieco tylko przekroczyła 1 tys.

– Pieniądze na pewno są ważne, bo stanowią determinantę w podejmowaniu decyzji przez młodych ludzi. Ale ważne są też warunki pracy. Jeżeli młodzi ludzie rozpoczną pracę i zobaczą, że liczba obowiązków ich przerasta, to szybko się zniechęcą. Potrzeba nam więcej rąk do pracy w systemie. Być może to jest moment na wejście do systemu personelu pomocniczego, który będzie wykonywał proste czynności, a pielęgniarki i położne skupią się na tych bardziej skomplikowanych – analizuje prezes NRPiP.

Dane GUS wskazują, że przeciętne miesięczne zarobki pielęgniarek i położnych to nieco ponad 80 proc. średniej pensji w gospodarce (ok. 3 tys. zł brutto), przy czym nieco więcej płaci publiczna służba zdrowia. Obecnie prawo do wykonywania zawodów w całym kraju ma ponad 325 tys. osób (z czego ponad 280 tys. to pielęgniarki). Na tysiąc mieszkańców przypada 5,6 pielęgniarek, a położnych 1,34. To jeden z najgorszych wskaźników w Europie, a z biegiem lat może być jeszcze gorzej. W 2030 roku wskaźniki mogą wynieść odpowiednio 3,8 oraz 1,1 (dane NRPiP). Często na jednym dyżurze pielęgniarka ma pod opieką 30–60 pacjentów, żeby opieka była efektywna, powinno być ich kilkukrotnie mniej.

– Potrzebne nam jest także wytyczenie ścieżki awansu zawodowo-finansowego. Wiemy, jakie są realia, młody człowiek nie dostanie od razu dużych pieniędzy. Jeżeli jednak będzie wiedział, że w ciągu kilku lat będzie mógł awansować zawodowo i finansowo, że będzie perspektywa awansu w pielęgniarstwie, to zostanie w tym zawodzie. Na tym nam bardzo zależy – podkreśla ekspertka.

W lutym i marcu NRPiP współorganizowała cykl konferencji i spotkań, podczas których dyskutowano o najważniejszych kwestiach związanych z przyszłością polskiego pielęgniarstwa i położnictwa. Pod koniec marca zorganizowano konferencją, której efektem było powołanie przez Ministra Zdrowia zespołu ds. opracowania strategii na rzecz rozwoju pielęgniarstwa i położnictwa w Polsce (na jej czele stanie wiceminister Józefa Szczurek-Żelazko). Pierwsze spotkanie zespołu zaplanowano na 16 maja.

– Maj jest naszym miesiącem – 8 maja świętujemy Dzień Położnej, 12 maja Międzynarodowy Dzień Pielęgniarki i Położnej – to piękne zawody. Świętujemy w różny sposób w całej Polsce i to też jest okazja do tego, żeby rozmawiać o tym, jak rozwiązać problemy, które nawarstwiały się od lat. Nie chodziło tylko o pieniądze. Od dawna mówiliśmy, że przyjdzie luka pokoleniowa, że będzie brak zastępowalności i to się już stało – przekonuje Zofia Małas.