Budowa nowej nitki Gazociągu Północnego według większości analiz jest inwestycją nierentowną. Projekt jest nierentowny, bo dziś tylko połowa mocy przesyłowych jest wykorzystywana, po co zatem zwiększać możliwość sieci, która w pełni nie jest eksploatowana? – To jest decyzja polityczna – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Sawicki z BiznesAlert.
A czy dziś Polska ma możliwość blokowania inwestycji? Możemy wykorzystać narzędzie, które dała nam Unia Europejska. – Polsce udało się stworzyć koalicję 9 państw, które sprzeciwiają się budowie gazociągu – mówi Sawicki i dodaje: – Kluczowe decyzje zapadną w tym roku . Więcej w materiale wideo.
Polacy jedzą mniej jaj niż sąsiedzi
Przeciętny polski konsument zjada około 160 sztuk jaj rocznie pod różnymi postaciami, a mieszkaniec krajów Europy Zachodniej blisko 240 sztuk. W Polsce rocznie produkuje się ponad 9 mld sztuk jaj konsumpcyjnych, z czego ok. 40 proc. trafia na rynki zagraniczne, głównie do Niemiec, Holandii, Włoch i Czech.
W Danii czy Austrii spożycie jaj wynosi około 240 sztuk rocznie, a w Niemczech i Francji blisko 220 sztuk. Podobnie jest za wschodnią granicą, gdzie konsumpcja jest znaczenie większa niż w Polsce. W 2013 r. spożycie jaj na Ukrainie wyniosło ponad 310 sztuk na mieszkańca rocznie, na Białorusi ponad 260 sztuk, a w Rosji 220.
Poziom konsumpcji jaj w Polsce prawdopodobnie jest związany z ich cenami, które w porównaniu do cen w Europie Zachodniej są relatywnie wysokie, gdyż wciąż dochody zachodnich sąsiadów są wyższe. Z kolei u wschodnich sąsiadów wymogi dotyczące warunków utrzymania kur niosek są mniej restrykcyjne niż w Polsce, co przekłada się na ich niskie ceny. W tych krajach przypuszczalnie udział jaj pochodzących z produkcji we własnych gospodarstwach jest również na wyższym poziomie niż w Polsce.
Ciekawe wnioski płyną też z analizy danych pochodzących z budżetów gospodarstw domowych, które dotyczą konsumpcji jaj w gospodarstwach domowych.
– W 2014 r. najwyższym poziomem konsumpcji charakteryzowały się gospodarstwa emerytów i rencistów, gdzie przeciętne miesięczne spożycie jaj na jedną osobę wyniosło ponad 15,5 sztuki i było aż o 29 proc. wyższe od przeciętnej w gospodarstwach domowych. Znacznie więcej jaj, aż o 21 proc. konsumowały też osoby w gospodarstwach domowych rolników, które w większości pozyskują je z własnego gospodarstwa – powiedział Paweł Wyrzykowski, ekspert rynków rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas. – Wyższe spożycie jaj wśród emerytów i rencistów oraz rolników jest prawdopodobnie wynikiem większego ich wykorzystania do wypieków ciast i innych produktów zbożowych. Za to najniższym poziomem spożycia (o 15 proc. od średniej krajowej) charakteryzowały się osoby, które prowadzą własną działalność – dodał P. Wyrzykowski.
Nie ma znaczącej różnicy w poziomie spożycia jaj na wsi i w mieście. Osoba żyjąca w gospodarstwie domowym na wsi spożywa miesięcznie przeciętnie zaledwie niecałe jajo więcej od osoby w gospodarstwie domowym w mieście.
Konsumpcja jaj w gospodarstwach domowych jest natomiast zróżnicowana regionalnie. W gospodarstwach domowych z woj. łódzkiego, świętokrzyskiego, lubelskiego, podkarpackiego spożycie jaj jest o kilkanaście (13-17) procent większe od średniej w kraju. Należy zauważyć, że w większości tych województw znacznie wyższe są również zakupy mąki. Zatem osoby je zamieszkujące w większym stopniu przygotowują posiłki z jaj i mąki samodzielnie w domu, a w mniejszym stopniu konsumują produkty gotowe zakupione w sklepach czy cukierniach.
Kobiety napędzają branżę turystyczną? Globalna akcja #HeForShe również na terenie Polski
W Grupie Orbis, 40% dyrektorów hoteli to kobiety
Poprzez uczestnictwo w kampanii #HeForShe, Orbis i AccorHotels zobowiązują się, wraz z 9 innymi przedsiębiorstwami, 10 uniwersytetami i rządami 10 państw – wybranymi przez agendę Organizacji Narodów Zjednoczonych UN Women, do osiągnięcia celów wyznaczonych na 2017 rok.
– Różnorodne zespoły osiągają po prostu lepsze wyniki i dostarczają więcej innowacji i kreatywności. I w tym właśnie tkwi siła różnorodności. W związku z tym, jestem przeświadczony, iż wspieranie kobiet w realizacji kariery zawodowej jest również obowiązkiem każdego mężczyzny. Dlatego też jestem #HeForShe ! Oczekuję od Was nie tylko dołączenia do kampanii #HeForShe, ale chcę, aby każdy promował różnorodność, zaczynając od zrozumienia sytuacji kobiet” – oświadczył Gilles Clavie, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny Orbis S.A.
#HeforShe
8 marca, w Dniu Kobiet, Grupa Hotelowa Orbis opublikowała spot w ramach kampanii #HeForShe (link: https://www.youtube.com/watch?v=Bz-jkfHHuVk ) przedstawiający wartości, jakimi kieruje się 5 mężczyzn pracujących w Grupie Orbis na różnych stanowiskach i w różnych krajach. Dodatkowo spółka przygotowała serię wywiadów z wybranymi pracownicami Grupy, które sukcesywnie będą pojawiać się na stronie firmowej.
Cele Grupy Hotelowej Orbis na koniec 2017 roku :
Zrozumienie i zapewnienie zaangażowania pracowników płci męskiej w kampanię #HeForShe :
– Cel : 2 000 pracowników płci męskiej zaangażowanych w kampanię #HeForShe
– Zaproszenie mężczyzn do korporacyjnej sieci kobiet Women At AccorHotels Generation (WAAG) i osiągnięcie wskaźnika 35% mężczyzn wśród członków sieci WAAG na koniec 2017 roku.
Dążenie do parytetu wynagrodzeń i reprezentacji kobiet :
– Utrzymanie wskaźnika 40% dyrektorów hoteli reprezentowanych przez kobiety ;
– Utrzymanie wysokiego udziału kobiet w kadrze menadżerskiej Orbis S.A. (aktualnie, 60% menadżerów w siedzibie Orbis S.A. to kobiety) ;
– Dążenie do większego udziału kobiet w kadrze zarządzającej spółki Orbis S.A.
Pogłębianie naszej wiedzy o ewolucji ,,ideału pracownika” oraz zmieniającej się branży hotelarskiej.
– Udział kobiet wśród gości grupy AccorHotels wzrósł znacząco z 26% w 2000 roku do ponad 34% na koniec 2013 i stał się prawdziwym wyzwaniem, gdyż branża hotelarska była dotychczas w głównej mierze zarządzana przez mężczyzn.
Grupa Orbis wspiera kobiety
Skuteczne działania poprzez sieć Women At AccorHotels Generation (WAAG)
Sieć WAAG zrzesza kobiety pracujące w Grupie Orbis i AccorHotels w Polsce i w całym regionie Orbisu. W Grupie Orbis, 40% dyrektorów hoteli to kobiety, co stanowi najwyższy wskaźnik w całej, ogólnoświatowej społeczności AccorHotels. « Celem sieci WAAG jest zwiększenie kompetencji przywódczych, zbudowanie większego komfortu pracy oraz wzajemna inspiracja. » – wyjaśnia Katarzyna Nowak, liderka WAAG Polska i Europa Wschodnia w Grupie Hotelowej Orbis. Wokół tych celów została zbudowana propozycja warsztatów, spotkań i programu mentoringowego w Grupie Orbis – dodaje Nowak.
Przemysł 4.0? Niemcy na to stawiają
Lektura dokumentu może budzić uczucia mieszane. Z jednej strony łatwo dostrzec, dlaczego w odniesieniu do koncepcji Przemysłu 4.0 używa się określenia rewolucja, z drugiej trudno nie dostrzec przy tej okazji ryzyka wynikającego ze złożoności postulowanych przez DIN zmian. Jest i „trzecia” strona, należy bowiem zastanowić się nad tym, jak Niemców dogonić? Bo to, że trzeba doganiać, nie ulega dyskusji. Nie warto także dyskutować nad tym, czy Przemysł 4.0 jest chwilową modą czy początkiem nowej epoki w produkcji przemysłowej. Zważywszy, że w Niemczech nad pracami zaangażowane są w projekt Platformy Przemysłu 4.0 aż dwa Bundesministerstwa, Fraunhofer, DIN i dziesiątki niemieckich instytucji, pracujących na rzecz firm produkcyjnych, odpowiedź na zadane pytanie jest oczywista.
Systemowe podejście do Przemysłu 4.0 w ujęciu DIN obejmuje nie tylko kwestie wymiany danych, zakresu częstotliwości radiowych dla urządzeń produkcyjnych, standardy interfejsów z użytkownikami, ale także zasady włączenia drukarek 3D w łańcuch produkcyjny oraz ciągłe doskonalenie produktów. W obecnej postaci Mapa Drogowa definiuje obszary, w których powinny powstać normy, ewentualnie zostać zainicjowane prace, pozwalające na dokładniejsze przeanalizowanie i opisanie współzależności takich obszarów.
Jest pewne, że nadejście Przemysłu 4.0 jest nieuchronne, tak jak nieuchronne było nadejście systemu Elektronicznej Wymiany Danych EDI. Wysoki stopień zaawansowania prac nad Przemysłem 4.0 w Niemczech oraz wpływ jaki mają niemiecki DIN i DKE na europejską oraz międzynarodową standaryzację oznacza, że standardy zza Odry bardzo szybko staną się obowiązującymi także w Polsce. Analizując tempo i efekty prac normalizacyjnych, można postawić tezę, iż pierwsze normy DIN opublikuje w ciągu najbliższych dwóch lat, a w następnych będzie je uzupełniał o kolejne zasady. Niemiecka instytucja standaryzacyjna współpracuje ze swoimi odpowiednikami („w szczególności w Chinach, USA, Korei i Japonii” – jak to zostało przedstawione w Mapie Drogowej). Warto więc już teraz w planowaniu rozwoju informatyki i automatyzacji przedsiębiorstwa uwzględnić najlepsze dostępne praktyki. Z doświadczeń proALPHA, od samego początku uczestniczącej w pracach nad tym projektem wynika, że niemieckie doświadczenia w realizowaniu założeń Przemysłu 4.0 są już do dyspozycji polskich przedsiębiorców. Wystarczy chcieć i nie trzeba wywarzać otwartych drzwi.
Dariusz Śliwowski, prezes proALPHA Polska.
Pełna treść komunikatu w załączeniu.
L. Balcerowicz: jeśli rząd dalej będzie psuł prawo, to inwestorzy znajdą inne kraje do inwestowania

Inwestorzy przestaną lokować kapitał na polskim rynku finansowym i przekierują go do innych krajów, jeśli rząd nie rozwiąże problemu Trybunału Konstytucyjnego – uważa Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju. I ostrzega, że jeżeli władze nie zaprzestaną manipulowania przy Trybunale Konstytucyjnym, to można się spodziewać obniżki ratingu przez agencję Moody’s. Podobnie jak w styczniu uczynił to Standard & Poor’s, który wbrew zapowiedziom rządzących nie wycofał się ze swojej decyzji.
– Obecnie rządzący nie mogą powiedzieć, że nie dostają sygnałów ostrzegawczych. Wielu ekonomistów w Polsce przekazują informacje, w tym ostrzeżenia. Ponadto są ośrodki zewnętrzne, włącznie z agencjami ratingowymi. Kolejna z nich sygnalizuje, że jeżeli utrzyma się w Polsce atak na rządy prawa, to grozi nam obniżka ratingu, bo rządy prawa są bardzo istotne dla gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Forum Obywatelskiego Rozwoju – Odchodzenie od rządów prawa na czele z atakiem konstytucyjnym powodują, że nie wiadomo, co się będzie działo. Może nastąpić pogorszenie prawnych warunków inwestowania, a w takim kraju się nie inwestuje, tylko raczej szuka się innych krajów.
Inwestorzy przyglądają się wskazaniom agencji ratingowych. Nie znając naszego kraju, słuchają ocen niezależnych organów i zastanawiają się, gdzie ulokować swoje pieniądze. Ostatnich kilka miesięcy nie było dla Polski korzystne. W styczniu agencja Standard & Poor’s obcięła rating Polski do BBB+ z A-, co było krokiem dość niespodziewanym, gdyż perspektywa ratingu była wcześniej pozytywna. Teraz Moody’s już po raz trzeci od listopada ostrzegł Polskę przed możliwą obniżką oceny, podkreślając jednocześnie, że chodzi o kwestie prawne, nie makroekonomiczne.
– Mamy 200 krajów świata i zawsze można znaleźć taki, w którym władze nie psują warunków do rozwoju gospodarki. Nawet bogatsze kraje od nas, takie jak Stany Zjednoczone, zabiegają o to, żeby przyciągać kapitał zagraniczny, bo to są nowe miejsca pracy i nowe technologie. Poważny rząd traktuje odpowiedzialnie ostrzeżenia i stara się zrobić wszystko, żeby uspokoić rynek, ale nie przez słowa, tylko przez czyny. Natomiast nieodpowiedzialne rządy atakują posłańców, którzy przynoszą złe wieści. To nie jest skuteczna metoda rządzenia krajem na dorobku – przekonuje Balcerowicz.
Były wicepremier i szef banku centralnego przestrzega przed przesadną ingerencją władz w sprawy biznesu. 13 maja jedna z trzech największych agencji ratingowych Moody’s dokona ponownej oceny wiarygodności Polski. Na razie jej rating dla naszego kraju wynosi A2 (od 2003 r.) i jest to najwyższa ocena z wszystkich agencji.
– Na gospodarkę i jej perspektywy wpływa coś, co ludziom się nie kojarzy z gospodarką. Na przykład to, że im więcej jest arbitralnej władzy politycznej czy szkodliwej legislacji, którą się uchwala z dnia na dzień, im większe jest ryzyko, że prokuratorzy będą ścigać ludzi bez uzasadnienia, tym mniej jest inwestycji. Są bardzo silne związki między stanem systemu politycznego, sposobem sprawowania władzy przez rządzących polityków a stanem gospodarki na nieco dłuższą metę – przekonuje.
Zdaniem Balcerowicza inwestorzy będą stronić od Polski, nie mogąc mieć pewności, czy ich pieniądze są bezpieczne. Podatek od aktywów bankowych, podatek od sprzedaży detalicznej, groźba przewalutowania kredytów walutowych – wszystko to jego zdaniem podnosi ryzyko inwestycyjne w naszym kraju.
– Jeżeli inwestorzy czytają wszystkie najbardziej wpływowe światowe czasopisma, jak „The Financial Times”, „The Wall Street Journal” czy „The Economist”, to z całą pewnością zastanawiają się nad innymi krajami. Należy pamiętać także o tym, że inwestorzy mają do wyboru wiele krajów, również takie, w których władze rozumieją, że to w interesie społeczeństwa i ich samych leży poprawa warunków do inwestowania zarówno dla krajowych, jak i dla zagranicznych spółek – podsumowuje.
Dolar wciąż najlepszą walutą inwestycyjną

Mimo niejednoznacznych komunikatów ze strony Fedu dolar wciąż pozostaje najpewniejszą walutą inwestycyjną – uważa Daniel Piekarek, analityk Banku BPS. Do końca roku amerykańska waluta będzie zmierzać w stronę 1,05–1,10 do euro i 3,85 do złotego.
– Pomimo znacznych wahań na rynku walutowym wydaje się, że nadal ze względu na utrzymujące się ryzyka w otoczeniu zewnętrznym, czyli przede wszystkim spowolnienie gospodarcze w Chinach, recesję w Rosji i Brazylii, a także dosyć powolny wzrost w strefie euro, preferowaną walutą będzie amerykański dolar – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Daniel Piekarek, analityk z Banku BPS.
Jak podkreśla, zagrożeniem może być niepewność komunikatów ze strony Fed. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku, gdy Rezerwa Federalna podniosła po raz pierwszy od dekady stopy procentowe, sugerowano, że w 2016 roku zobaczymy 4 podwyżki. Dziś już wiadomo, że będą najwyżej dwie.
– Komunikacja ze strony banku centralnego w USA nie jest jednoznaczna. Natomiast sądzę, że w warunkach utrzymujących się ryzyk warto jednak postawić na dolara. W tym przypadku nawet, jeśli miałyby być dwie podwyżki lub tylko jedna do końca roku, jak sugeruje część uczestników rynku, to mimo wszystko nadal preferowałbym walutę amerykańską.
Jak podkreśla, przy parze walutowej euro–dolar relacje powinny zmierzać w kierunku 1,10–1,05 do końca roku. Natomiast w przypadku złotego kurs dolara będzie wypadkową tego, jak się będzie zachowywała nasza waluta w relacji do euro. Tutaj kurs może zmierzać w stronę 3,83–3,85 zł. To oznacza umocnienie dolara względem złotego.
– Spośród głównych banków centralnych trudno jest wskazać taki, który jednoznacznie zapowiadałby czy zaostrzyłby swój komunikat w ostatnich miesiącach. Jedynym bankiem, który deklaruje, że w tym roku może zaostrzyć swoją politykę, jest Fed. Natomiast komunikat marcowy był zdecydowanie łagodny, ponieważ jeszcze w grudniu deklarowano cztery podwyżki stóp w 2016 roku, natomiast w marcu już tylko dwie. Zarówno strefa euro, jak i Szwajcaria oraz Japonia nie widzą przeszkód do dalszego łagodzenia polityki pieniężnej.
Główne banki centralne, z wyjątkiem Fedu, zapowiadają prowadzenie łagodnej polityki monetarnej. Nie wykluczył jej ostatnio Narodowy Bank Szwajcarii, mimo już niskiego poziomu -0,75 proc. Jak podkreśla Piekarek to dobra wiadomość dla zadłużonych we franku.
– Ostatni komunikat ze strony Szwajcarskiego Banku Narodowego jest pozytywną wiadomością dla osób, które mają w Polsce kredyty we franku szwajcarskim. Taka wyraźna deklaracja, którą można uznać za pewną słowną interwencję, jest ważnym sygnałem, że nie będzie raczej dramatycznego wzrostu kursu franka wobec złotego. To jest zdecydowanie pozytywna wiadomość i najbliższe miesiące będą absolutnie spokojne pod tym względem dla posiadaczy kredytów walutowych.
Od lipca fiskus będzie kontrolować firmy przez Jednolity Plik Kontrolny. Ich obawy budzi brak możliwości sprawdzenia poprawności danych

Po 1 lipca urzędy skarbowe będą przeprowadzać kontrole skarbowe elektronicznie, z wykorzystaniem Jednolitego Pliku Kontrolnego (JPK). Zmiany te wymagają od firm dostosowania swoich systemów informatycznych, które od tego momentu będą musiały generować taki dokument. To jednak tylko połowa sukcesu, bo kluczowe jest to, żeby JPK nie zawierał błędów. Przedsiębiorcom potrzebne są więc narzędzia, które pozwolą im sprawdzić dokument przed wysłaniem do urzędu skarbowego.
Nowa metoda kontroli polegać ma m.in. na zobowiązaniu podatników do przekazywania danych z ksiąg podatkowych na żądanie organu podatkowego w ujednoliconej, elektronicznej formie. Wprowadzenie JPK wymaga przede wszystkim zmian w systemach informatycznych, a także przemodelowania pewnych procesów wewnątrz firmy.
– Zostało bardzo mało czasu. Przygotowanie może trwać od 3 do 6 miesięcy. Zatem jeżeli przedsiębiorcy nie zaczęli tego procesu jakiś czas temu, to mogą mieć kłopoty, żeby zdążyć z wprowadzeniem JPK w swoim przedsiębiorstwie – mówi Piotr Ciski, dyrektor zarządzający firmy Sage w Polsce.
– Należy przede wszystkim jak najszybciej zacząć analizować swoje systemy i to, czy mamy wszystkie dane, aby ten obowiązek wypełnić. To jest prawie 400 obiektów danych, które musimy mieć w swoich systemach. Musimy przygotować rozwiązanie, które będzie pozwalało na generowanie takich struktur ] zgodnie z wymaganiami Ministerstwa Finansów, a także na przetestowanie ich zarówno od strony informatycznej, jak i przede wszystkim od strony merytorycznej – wyjaśnia Marcin Sidelnik, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC.
Samo wygenerowanie JPK jest połową sukcesu. Ważna jest także możliwość przejrzenia i zweryfikowania informacji przed ich wysłaniem do kontroli. To tym trudniejsze, że w siedmiu generowanych plikach jest niemal 400 pól do wypełnienia. Dla porównania deklaracja VAT to ok. 40 pól.
Badani przez Sage przedsiębiorcy podkreślają, że chcą mieć możliwość przejrzenia i sprawdzenia pod kątem merytorycznym dokumentów przed ich wysłaniem. Wprawdzie resort finansów zapowiadał udostępnienie platformy testowej, ale będzie ona dawała możliwość jedynie sprawdzenia poprawności samego pliku JPK, a nie zawartych w nim danych.
Jak podkreślają przedstawiciele Sage, weryfikacja taka nie jest możliwa bez odpowiedniego narzędzia. Dlatego spółka uruchamia platformę Sage e-Audytor, która łączy funkcję przetwarzania wygenerowanego pliku JPK w postaci .xml z usługą weryfikowania poprawności danych, jakie plik zawiera. Sage odpowiada za część technologiczną, a PwC za poprawność merytoryczną testowanych informacji.
Dzięki temu rozwiązaniu przedsiębiorcy zminimalizują ryzyko popełnienia błędów i narażenia się na kary. Błędny dokument może się wiązać bowiem z odpowiedzialnością karno-skarbową, podobnie jak brak możliwości wygenerowania JPK na żądanie urzędu skarbowego.
– Konsekwencje wynikają z przepisów o kontroli podatkowej i kodeksu karno-skarbowego. Mogą to być, począwszy od tych najmniejszych, mandaty rzędu 2,8 tys. zł, po poważne sankcje, jeżeli urząd uzna, że to jest notoryczne unikanie i utrudnianie kontroli podatkowej. Wtedy maksymalne kary sięgają nawet 17 mln zł – mówi Sidelnik.
Jak wynika z badania Sage, wiedza przedsiębiorców na temat JPK na trzy miesiące przed jego wdrożeniem wciąż jest niewielka.
– Prawie połowa przedsiębiorstw twierdzi, że nie jest gotowa na zmiany i że zostało bardzo mało czasu na przygotowanie. 30 proc. badanych w ogóle nie słyszało o JPK – podkreśla Piotr Ciski.
Od 1 lipca obowiązek przedstawiania do kontroli danych w formacie JPK będzie dotyczył dużych firm, zatrudniających więcej niż 250 pracowników lub wypracowujących powyżej 50 mln euro obrotu rocznie. Mali i średni przedsiębiorcy będą mieli taki obowiązek od 1 lipca 2018 r., choć mogą wprowadzić to rozwiązanie do swojej firmy wcześniej.
– Każdy nowy obowiązek jest dla firmy swego dodatkowym obciążeniem. Dobrze wprowadzony JPK, zarówno po stronie podatników, jak i administracji podatkowej, może być jednak pewnym ułatwieniem dla podatników. Dzięki temu kontrola podatkowa będzie zajmowała znacznie mniej czasu, bo podatnik prześle przygotowane struktury i dzięki temu spełni swój obowiązek – wyjaśnia Marcin Sidelnik.
W zależności od wielkości przedsiębiorstwa w sektorze MŚP przygotowanie firmy może kosztować od 1 tys. do 10 tys. zł. Koszt tego procesu zależy też od konieczności ujednolicenia systemów działających w poszczególnych sektorach danej firmy. Eksperci Sage podkreślają, że na etapie wyboru dostawcy JPK trzeba zwrócić uwagę na to, czy zakupione oprogramowanie będzie aktualizowane wraz z wprowadzanymi przez Ministerstwo Finansów ewentualnymi zmianami.
Jednolity Plik Kontrolny – zgodnie z założeniami resortu finansów – ma uszczelnić system podatkowy, szczególnie w zakresie VAT. W Portugalii system ten spowodował w pierwszym roku 13-proc. wzrost wpływów z podatku od towarów i usług. Szacunki resortu zakładają, że z wprowadzenia JPK w pierwszym roku wpłynąć do budżetu ma ok. 200 mln zł, a w kolejnym – ok. 300 mln zł. Wpływy z realizacji całego pakietu działań uszczelniających system zaplanowanych przez MF po trzech latach szacowane są w wariancie optymistycznym na 17,4 mld zł.
ZUS i Uniwersytet Warszawski planują nowy kierunek studiów dotyczący ubezpieczeń społecznych. Urząd zaoferuje studentom staże i praktyki, a absolwentom pracę

Zakład Ubezpieczeń Społecznych i Uniwersytet Warszawski rozpoczynają współpracę. W jej ramach instytucje będą mogły dzielić się wiedzą między sobą. Uczelnia uruchomi kursy i studia podyplomowe dla pracowników ZUS. Planowane jest też uruchomienie kierunku studiów praktycznych dotyczącego ubezpieczeń społecznych. Z kolei studenci UW zyskają możliwość odbycia staży i praktyk w placówkach urzędu. To pierwsze porozumienie zawarte przez ZUS z uczelnią wyższą.
Celem podpisanego w czwartek porozumienia jest wzbogacenie programów nauczania o tematykę ubezpieczeń społecznych. Obie strony zapowiadają, że będą podejmować wspólne działania dydaktyczne, rozwojowe i naukowe.
– Porozumienie oznacza początek dobrej współpracy w kilku obszarach. Z punktu widzenia Uniwersytetu to przede wszystkim możliwość prowadzenia badań naukowych nad dorobkiem, który ma Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Myślę, że wyniki działalności w stosowaniu prawa ubezpieczeń społecznych Zakładu są bardzo zachęcające do tego, żeby prowadzić takie analizy i formułować wnioski dotyczące zmian stanu prawnego w tym zakresie – mówi prof. Gertruda Uścińska, prezes ZUS i profesor nadzwyczajny UW.
Przedstawiciele ZUS będą prowadzili wykłady na uniwersytecie, uczestniczyli w konferencjach i seminariach. Zakład będzie także organizował szkolenia z zakresu ubezpieczeń społecznych dla wykładowców i pracowników administracji uczelni.
– Pamiętajmy także, że uniwersytety to zazwyczaj również bardzo duzi pracodawcy, którzy potrzebują wiedzy praktycznej o funkcjonowaniu ubezpieczeń społecznych – podkreśla prof. Marcin Pałys, rektor Uniwersytetu Warszawskiego.
Z kolei pracownicy ZUS będą mogli uczestniczyć w szkoleniach, studiach i studiach podyplomowych organizowanych przez UW.
Współpraca będzie też obejmowała współpracę na poziomie studenckim.
– Ubezpieczenia społeczne zasługują na to, żeby myśleć o osobnym kierunku z tym związanym. Jest też konkretny pomysł na to, żeby zarówno przygotować studia podyplomowe dla pracowników Zakładu, jaki i włączyć ich w budowanie kierunków o charakterze praktycznym z wykorzystaniem doświadczeń stosowania ubezpieczeń społecznych – mówi prof. Gertruda Uścińska.
Studenci UW zyskają możliwość odbywania staży i praktyk w urzędzie.
– Myślę, że jeszcze w tym roku akademickim przyjmiemy studentów na staże i praktyki. Sądzę również, że niedługo absolwenci różnych kierunków, nie tylko prawa, polityki społecznej czy ekonomii zarządzania, lecz także np. informatyki przyjdą do nas i rozpoczną karierę. Liczę na bardzo konkretne rezultaty – zapewnia prof. Uścińska.
– Bardzo zależało nam na tym, aby w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych nasi studenci mogli odbywać staże zawodowe. Chcielibyśmy, aby powstawały prace dyplomowe, które będą się odnosiły do konkretnych zagadnień, z którymi musi sobie radzić Zakład Ubezpieczeń Społecznych – podkreśla rektor UW.
Uniwersytet Warszawski jest pierwszą uczelnią, która nawiązuje stałą współpracę z ZUS. Obie strony zapewniają, że katalog obszarów wspólnych działań nie jest zamknięty, a porozumienie przyniesie szereg korzyści zarówno uczelni, pracownikom i studentom, jak i Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych.
Rozpoczęły się testy inteligentnego systemu na warszawskim Nowym Świecie. Czujniki wykryją, czy dany samochód ma zezwolenie na wjazd

Specjalne czujniki w kamerach automatycznie kontrolują samochody wjeżdżające na Trakt Królewski w Warszawie. Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem mogą się bowiem poruszać tylko pojazdy z odpowiednim zezwoleniem Zarządu Dróg Miejskich, ale jest to zasada często łamana przez kierowców. Przez najbliższe pół roku system będzie testowany. – Monitoring uprawnień to tylko jedna z jego wielu funkcji – podkreślają przedstawiciele operatora, firmy Kapsch Telematic Services.
– Jest to system, który ma służyć Zarządowi Dróg Miejskich jako narzędzie w dwóch głównych modułach. Pierwszy to moduł automatycznej rejestracji samochodów i automatycznego nadawania uprawnień do wjazdu do stref ograniczonego ruchu. Drugi moduł to monitorowanie naruszeń w przypadku wjazdu samochodu, który nie ma tego rodzaju uprawnień – wyjaśnia dr Ewa Wolniewicz-Warska z Kapsch Telematic Services.
Działanie monitoringu opiera się o dane pozyskiwane z tzw. wirtualnych bram. Specjalne kamery odczytują tablice rejestracyjne pojazdów i porównują je z bazą zezwoleń ZDM. Dane są przesyłane za pomocą sieci komórkowej. Urządzenia zostały zainstalowane na słupach oświetleniowych i – jak podkreślają przedstawiciele KTS – ich wygląd został dostosowany do architektury Traktu Królewskiego.
System został zainstalowany na początku kwietnia. Na razie obejmuje odcinek Nowego Światu między ul. Smolną a Świętokrzyską. W fazie testowej zbierane dane posłużą do tego, by określić skalę naruszeń. W przyszłości będą mogły jednak być wykorzystywane do nakładania mandatów na kierowców, którzy łamią przepisy. Ekspertka z firmy Kapsch Telematic Services zaznacza, że możliwości ich wykorzystania jest znacznie więcej.
– Można ten system wykorzystać do automatycznego karania tych, którzy naruszają zakaz ruchu bądź zakaz wjazdu, do automatycznego nadzoru ruchu na buspasach, a także tych, którzy łamią zakaz wjazdu dla pojazdów o określonym tonażu. Jest to dużą bolączką Warszawy – mówi dr Ewa Wolniewicz-Warska. – Docelowo system taki może służyć do naliczania opłat za wjazd do stref płatnych, jeżeli kiedyś zostaną one wprowadzone.
System będzie testowany przez pół roku. Po tym czasie będziemy mogli ocenić przydatności tego typu rozwiązań, ponieważ w Polsce nie są one jeszcze stosowane.
– W Europie te rozwiązania są bardzo powszechne. Stosuje je już bez mała 300 miast zarówno po to, by ograniczyć ruch, jak i po to, by naliczyć opłat za wjazd. W Polsce do tej pory tego rodzaju rozwiązania nie były stosowane. Gdy w całej Europie takie wdrożenia startowały, w Polsce istniały różne ograniczenia prawne w tym zakresie – podkreśla Wolniewicz-Warska.
W ten sposób ruch monitorują m.in. Londyn, a także włoskie miasta, m.in. Rzym, Neapol i Mediolan. Przeprowadzone tam badania wskazują, że po wprowadzeniu ograniczeń w ruchu miastom udało się ograniczyć korki oraz obniżyć emisje spalin i zanieczyszczeń, a to przełożyło się na kondycję zdrowotną mieszkańców.
– Jeżeli mówimy o zmianach prawnych, które byłyby pożądane, aby w pełni móc korzystać z automatycznego systemu wspomagania kontroli ruchu, to warto byłoby pomyśleć o nadaniu większych uprawnień straży miejskiej. W tej chwili nie może one korzystać z żadnych urządzeń rejestrujących, co jest ogromnym krokiem wstecz, jeżeli chodzi o możliwości zastosowania technologii. Jedynie policja jest uprawniona do korzystania z takich rozwiązań – mówi przedstawicielka Kapsch Telematic Services.
Po drugie, prawo nie daje samorządom miejskim możliwości ustanawiania stref płatnego wjazdu. Takie kompetencje miały do 2003 roku.
Testy wjeżdżających na Trakt Królewski pojazdów odbywają się w ramach inicjatywy Klastra Inteligentnych Systemów Transportowych przy współudziale KTS i Politechniki Warszawskiej.
Instytut Jagielloński: Należy zrezygnować z rządowych podręczników. Książki powinny być wybierane przez nauczycieli, a państwo powinno dofinansować ich zakup

Instytut Jagielloński apeluje do MEN o rozpoczęcie debaty w sprawie rządowych podręczników szkolnych oraz wysokości dotacji na ćwiczenia. Reforma podręcznikowa sprawiła, że nauczyciele najmłodszych klas stracili wpływ na kreowanie programu. Większość pedagogów źle ocenia rządowy podręcznik i podkreśla, że może się on negatywnie odbić na jakości kształcenia. – Ministerstwo nie powinno pisać podręczników, bo od tego są eksperci i profesjonalne wydawnictwa edukacyjne, natomiast sumy przeznaczane na dotacje na podręczniki powinny być wyższe – przekonuje prezes Instytutu Jagiellońskiego.
– W wyniku reformy podręcznikowej z 2014 roku ministerstwo wzięło na siebie obowiązek pisania podręczników. Zamiast sfinansować zakup podręczników do klas pierwszych, żeby zdjąć ten wydatek z rodziców, państwo stwierdziło, że samo napisze te podręczniki i je przekaże rodzicom. To spowodowało, że nauczyciele stracili wpływ na kreowanie programu nauczania i nie mogą wybrać podręcznika odpowiedniego dla poziomu swoich uczniów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego.
Jak wskazuje Roszkowski, największym problemem przy wprowadzaniu reformy podręcznikowej było zerwanie dialogu z rodzicami i nauczycielami. Samo wprowadzenie dofinansowania zakupu podręcznika jest dobrym pomysłem, który z powodzeniem działa w części krajów europejskich. Obowiązek przygotowania podręcznika do klas pierwszych, który wzięło na siebie ministerstwo, nie jest jednak optymalnym rozwiązaniem. Nauczyciele i rodzice stracili wpływ na wybór książek i w ten sposób na edukację dzieci. Podobny system funkcjonuje w Europie wyłącznie na Węgrzech, Grecji, Rosji i na Ukrainie.
Zdaniem Roszkowskiego nie przemyślano również decyzji o dotowaniu ćwiczeń dla starszych uczniów, dotacje są za niskie. W klasach 4–6 szkoły podstawowej i 1–3 gimnazjum wprowadzono państwowe dotacje na podręczniki i ćwiczenia, a nauczycielom dano wolną wolę w sprawie wyboru podręczników. Przedstawiciele Instytutu podkreślają, że takie rozwiązanie mogłoby się też sprawdzić w młodszych klasach szkoły podstawowej.
– Dla wyższych klas ministerstwo wprowadziło bardzo niskie limity na zakup ćwiczeń. Problemem są również podręczniki wieloletnie do języków obcych, w których dzieci nie mogą robić notatek. Były bardzo huczne deklaracje, że zrobimy tak jak w Europie i będziemy dawać pieniądze na książki, natomiast okazało się, że tak naprawdę nie dajemy dzieciom książek, tylko je pożyczamy. To ogranicza rolę nauczycieli, a ministerstwo kontroluje treści, co też jest sprzeczne ze swobodą nauczania – przekonuje prezes Instytutu Jagiellońskiego.
Zbyt niska jest również zaproponowana wysokość dotacji na ćwiczenia. Kwota 25 zł powinna wystarczyć uczniom na wszystkie zeszyty ćwiczeń w danym roku szkolnym. Roszkowski ocenia, że to kalkulacja, która zupełnie nie przystaje do realiów, bo jeden zeszyt ćwiczeń powinien wtedy kosztować ok. 5 zł. Przez to ćwiczenia, np. do nauczania języków obcych, zostały znacznie okrojone. Taka sytuacja powoduje, że zyskują szkoły językowe, na które stać jednak tylko dzieci bogatszych rodziców.
Roszkowski tłumaczy, że po kilkunastu miesiącach od wprowadzenia reformy widać, że nie spełnia ona swojej funkcji.
– Po pierwsze, sumy wydane na podręczniki powinny być wyższe. Po drugie, ministerstwo nie powinno pisać samo podręczników, od tego są specjaliści. Podręczniki nie powinny też być wieloletnie, tak żeby można było zrobić notatkę na marginesie i nie ponosić z tego tytułu konsekwencji. Ten system był w zamyśle bardzo słuszny, natomiast wykonanie, niestety, wyszło w Polsce słabo, dlatego czas na zmianę – przekonuje ekspert.
Nauczyciele i rodzice już na samym początku negatywnie ocenili wprowadzony elementarz dla najmłodszych. Z badania zleconego w ubiegłym roku przez dziennik „Rzeczpospolita” wynika, że 90 proc. nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej zadeklarowało chęć powrotu do sytuacji, kiedy to nauczyciel miał prawo do wyboru podręcznika, a nie musiał korzystać z tego odgórnie narzuconego. Większość pedagogów podkreśla też, że ograniczenie możliwości wyboru podręcznika będzie miało negatywne skutki dla jakości kształcenia. Wskazują też, że podręczniki szybko się niszczą, choć cykl ich życia przewidziano na 3 lata.
Od tego roku zniknie też obowiązek szkolny dla sześciolatków. Naukę rozpoczynać będą starsze dzieci, a to oznacza, że to należy do nich dostosować materiały dydaktyczne.
W tym roku na polski rynek trafi 8 tys. hybrydowych toyot. Popularność tego napędu wśród kierowców dynamicznie rośnie

W 2015 roku sprzedaż samochodów z napędem hybrydowym w Polsce wzrosła o blisko 40 proc. Toyota, która jest liderem rynku, sprzedała blisko 4 tys. takich aut. Japoński producent w tym roku chce podwoić sprzedaż, również dzięki rozszerzeniu oferty hybryd. Mowa o modelu RAV4 oraz najnowszej generacji Priusa. Do końca roku w ofercie pojawi się również crossover C-HR z napędem hybrydowym.
– W kwestii popularyzacji i sprzedaży samochodów z napędem hybrydowym cały czas gonimy Europę. Zeszły rok zakończyliśmy wartością 3820 hybrydowych toyot sprzedanych polskim kierowcom. To jest wartość o 50 proc. wyższa niż w 2014 roku – mówi agencji Newseria Robert Mularczyk, dyrektor ds. PR w Toyota Motor Poland.
Według danych Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar w 2015 roku zarejestrowano w Polsce ponad 5,5 tys. hybryd. Rok wcześniej było to niespełna 4 tys. pojazdów, co oznacza wzrost o ponad 39 proc. Zdecydowanym liderem sprzedaży były auta hybrydowe Toyoty, do której należało niemal 70 proc. rynku. Przez pierwsze dwa miesiące tego roku Polacy kupili 1,1 tys. hybryd japońskiej marki, a od momentu rozpoczęcia sprzedaży hybryd w kraju na polskie drogi wyjechało 10 tys. toyot z takim napędem. Ich roczna sprzedaż w ciągu pięciu lat wzrosła 20-krotnie.
– Z roku na rok w sprzedaży hybryd notujemy kolejne rekordy. W tym roku zamierzamy sprzedać ponad 8 tys. tych samochodów, co oznacza ponadstuprocentowy wzrost względem 2015 roku – informuje Mularczyk.
Najpopularniejszą hybrydą jest Toyota Auris Hybrid. Zakupiło ją ponad 6,1 tys. osób, a w styczniu i w lutym tego roku – 814. Na Toyotę Yaris Hybrid zdecydowało się 3 tys. kierowców.
W tym roku oferta hybrydowych toyot poszerzy się do ośmiu modeli. Jeszcze w kwietniu do salonów trafią dwa kolejne model aut wyposażonych w napęd hybrydowy. Będą to RAV4 – zaliczany do segmentu SUV-ów, oraz nowa generacja modelu Prius.
– Prius czwartej generacji oferuje nam coś, czego do tej pory w hybrydach nie było. Dzięki nowej płycie podłogowej mamy niżej położony środek ciężkości, sztywniejsze nadwozie i nową, czwartą generację napędu hybrydowego pod maską – wymienia Mularczyk.
Zaletą nowego modelu będzie także niższe zużycie paliwa wynoszące zaledwie 3,3 litra benzyny na 100 km.
Do końca roku w sprzedaży ma się pojawić także nowy crossover o nazwie C-HR z napędem hybrydowym.
W skali całego świata liczba kierowców jeżdżących hybrydami japońskiego producenta przekracza już 8 mln. W ofercie Toyoty w 90 krajach jest 31 modeli hybrydowych.
Koncerny piwowarskie czekają na piłkarskie mistrzostwa Europy. Będą one napędzać konsumpcje piwa

Krajowy rynek piwa jest nasycony i mocno konkurencyjny, ale browary wciąż widzą potencjał jego rozwoju. W tym roku pozytywny wpływ na spożycie będą mieć kibice piłki nożnej i Euro 2016. Kompania Piwowarska szacuje, że rynek wzrośnie o 0,7 proc.
– W tym roku spodziewamy się nieznacznego wzrostu rynku, o ok. 0,7 proc. – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrew Highcock, prezes Kompanii Piwowarskiej. – Prognozowany wzrost to przede wszystkim efekt piłkarskich mistrzostw Europy, Euro 2016. Doświadczenia z poprzednich lat pokazują, że takie wydarzenia sportowe zwykle dają impuls do wzrostu sprzedaży piwa.
Według danych Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie w ubiegłym roku browary sprzedały 39,8 mln hektolitrów piwa (łącznie z eksportem), czyli o niecały 1 proc. więcej niż w 2014 r. Jak podkreśla Highcock, krajowy rynek złocistego trunku jest dojrzały i nasycony, ale jest jeszcze potencjał do wzrostu. To m.in. rosnąca dynamicznie kategoria piwnych specjalności (wzrost o ponad 15 proc. rdr.), czyli piw pszenicznych, smakowych, niepasteryzowanych czy niskoalkoholowych radlerów (dane firmy Nielsen, na które powołuje się ZPPP). Browary Polskie oceniają, że ten trend pomoże ustabilizować poziom konsumpcji w obliczu prognozowanego w długofalowej perspektywie spadku wielkości rynku.
– Nasza strategia polega na tym, aby wykorzystać te okazje, kiedy konsumenci już wybierają piwo, a także znaleźć i wskazać im nowe okazje do konsumpcji piwa – podkreśla prezes Kompanii Piwowarskiej. – Klasyczna sytuacja, w której Polacy najczęściej piją piwo, to męskie spotkanie, najlepiej w pubie lub w domu przed telewizorem. W tym obszarze chcemy odświeżyć w kampaniach reklamowych wizerunki naszych głównych marek Tyskie i Żubr.
Największą kategorią piw na rynku są lagery, które są wybierane przez 82 proc. piwoszy. W ubiegłym roku segment ten zanotował tylko nieznaczne spadki wolumenu i wartości sprzedaży. Zdecydowanie większe spadki odnotował segment piw mocnych – wolumen zmniejszył się o 3,5 proc., a wartość sprzedaży – o 5,4 proc.
– Kolejną grupą, do której chcemy kierować nasz przekaz są mężczyźni w wieku 50 plus, którzy konsumują mniej piwa, za to szukają lepszych gatunków. Chcemy im zaproponować piwa wyższej klasy – mówi Highcock.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Instytut GfK, statystyczny polski piwosz staje się konsumentem świadomym i wyedukowanym, otwartym na nowości, poszukującym różnorodnych smaków i doznań. Choć w strukturze sprzedaży wciąż króluje popularne jasne pełne, na drugim miejscu plasują się piwa smakowe, zaś miejsce trzecie należy ex aequo do piw pszenicznych, niepasteryzowanych oraz niskoalkoholowych radlerów. Szczególnie smak młodszych konsumentów, jak zauważa Andrew Highcock, ukształtowany został w nieco inny sposób. To grupa przyzwyczajona do znacznie słodszych smaków niż starsze pokolenia. Wśród takich osób powodzeniem cieszą się trunki lżejsze, również smakowe, takie jak Redd’s.
– Kolejnym trendem, który obserwujemy szczególnie w dużych miastach, to wspólne konsumowanie piwa przez mężczyzn i kobiety. Spotykając się w większym gronie, konsumenci chcą różnorodnej oferty wielu piw, żeby każdy mógł wybrać coś dla siebie, również panie – zamiast wina czy drinków – wskazuje Andrew Highcock.
Piątym najważniejszym filarem strategii Kompanii Piwowarskiej jest promowanie konsumpcji piwa do jedzenia.
Jak wynika z badań prawie połowa (48 proc.) respondentów pija piwo przede wszystkim ze względu na smak. Tego rodzaju walory są nie tylko głównym kryterium decydującym o wyborze, lecz także najczęściej wskazywanym powodem sięgania po trunek. Tylko 11 proc. konsumentów deklaruje, że w przypadku piwa ważna jest zawartość alkoholu. To kryterium znalazło się na dość odległej, dziewiątej pozycji, ustępując miejsca walorom smakowym, jakości oraz marce.
Kompania Piwowarska jest jednym z głównych graczy na polskim rynku piwa. Do koncernu należą Tyskie Browary Książęce, Dojlidy w Białymstoku i poznański Lech Browary Wielkopolski oraz znane takie marki jak Tyskie, Lech, Żubr czy Książęce.
Koniec MdM? Bank Gospodarstwa Krajowego ogłosił wstrzymanie przyjmowania wniosków
Bank Gospodarstwa Krajowego ogłosił wstrzymanie przyjmowania wniosków z limitu 2016 r. w ramach rządowego programu „Mieszkanie dla młodych” dot. finansowego wsparcia zakupu pierwszego mieszkania przez młodych ludzi.
Realizację rządowego programu „Mieszkanie dla młodych” przewidziano na pięć lat – od 2014 do 2018 roku. Ustawa budżetowa przewiduje w każdym roku inny limit środków na wypłatę bezzwrotnego wsparcia. Tegoroczny limit wynosił 730 mln zł z czego zarezerwowane jest już 95 proc. Zgodnie z zasadami ustawowymi programu (art. 37 ust. 1 ustawy o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania przez młodych ludzi), pozostałe 5 proc. środków zaplanowanych w budżecie zostanie wykorzystane na zapewnienie finansowania wniosków złożonych w dniu ogłoszenia informacji o wstrzymaniu przyjmowania nowych wniosków oraz na realizację dodatkowego finansowego wsparcia w formie spłaty części kredytu przeznaczonego dla beneficjentów programu, którym urodziło się lub zostało przysposobione trzecie lub kolejne dziecko.
Bez względu na stan wykorzystania limitu 2016 r. w dalszym ciągu nabywcy mogą składać wnioski, dla których wypłata dofinansowania nastąpi w 2017 lub 2018 r. Na pozostałe kolejne lata programu, limit środków wynosi odpowiednio 746 mln zł na 2017 r. i 762 mln zł na 2018 r.
Bank Gospodarstwa Krajowego to państwowy bank rozwoju, który inicjuje i realizuje programy służące wzrostowi ekonomicznemu Polski. Stanowi centrum kompetencyjne w finansowaniu projektów infrastrukturalnych, eksportu, spółek komunalnych i samorządów. Rozwija systemy poręczeń i gwarancji mające na celu pobudzanie przedsiębiorczości. Angażuje się w programy służące poprawie sytuacji na rynku mieszkaniowym i dostępu Polaków do mieszkań. Zarządza programami europejskimi i dystrybuuje środki unijne w skali krajowej i regionalnej. Jest instytucją wiodąca w procesie konsolidacji finansów publicznych.
„Mieszkanie dla młodych” to prorodzinny program rządowy, który wspiera młodych Polaków w zakupie pierwszego mieszkania. Obsługą finansową programu „Mieszkanie dla młodych” zajmuje się Bank Gospodarstwa Krajowego, którego rolą jest wspieranie społecznego i gospodarczego rozwoju kraju. Wcześniej BGK zapewniał profesjonalną obsługę programu „Rodzina na swoim”, który pomógł ponad 190 tysiącom Polaków nabyć mieszkanie na własność.
Kraków – europejska stolica outsourcingu?
W największym stopniu przyczyniły się do tego firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, które podpisały umowy na ponad połowę powierzchni wynajętej w 2015 roku w największych miastach, poza Warszawą. Stanowią one zdecydowanie najliczniej reprezentowaną grupę najemców biur na rynkach regionalnych. Jak podają specjaliści firmy doradczej Walter Herz, w 2015 roku firmy sektorowe wynajęły niemal 400 tys. m kw. biur w głównych aglomeracjach, poza stolicą.
70 proc. biur dla firm BPO/SSC
Sektor BPO/CSS najprężniej rozwija swoją działalność w Krakowie i we Wrocławiu. W tych miastach firmy świadczące nowoczesne usługi dla biznesu były odbiorcą ok. 70 proc. ubiegłorocznej puli najmu. Branża rośnie w naszym kraju o około 15 proc. rocznie, a jej ekspansja pociąga za sobą rozwój regionalnych rynków biurowych. Poza Krakowem i Wrocławiem, wzrost tej gałęzi gospodarki stanowi motor dla rozwoju inwestycji biurowych w Trójmieście, Poznaniu, Aglomeracji Katowickiej, czy Łodzi.
Branża wyrasta na wiodącego pracodawcę w Polsce. Jak podaje Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych, obecnie w tym segmencie rynku zatrudnionych jest ponad 170 tys. osób. Prognozy wskazują, że w tym roku zatrudnienie w branży wzrośnie o ok. 20 tys.
Kraków europejskim liderem outsourcingu
Największym ośrodkiem outsourcingu, nie tylko w Polsce, ale i w Europie jest Kraków. Stolica Małopolski jest zarówno polskim, jak i światowym liderem, jeśli chodzi o liczbę nowych podmiotów i rozwój firm z sektora BPO/SSC. W szczególnie szybkim tempie w mieście rozwija się outsourcing IT i usługi związane z rozwojem.
Miasto zapewnia inwestorom wsparcie, świetny dostęp do wykwalifikowanej kadry, przy niższych w porównaniu z Warszawą kosztach pracy i stawkach czynszowych za wynajem powierzchni biurowej. Zachętą do inwestowania jest też turystyczna pozycja miasta, które jest jednym z najpopularniejszych miejsc wycieczkowych w Europie.
Zatrudnienie w sektorze osiągnie 58 tys. osób
Specjaliści Walter Herz, na podstawie najnowszych analiz organizacji ASPIRE , podają że styczniu 2016 roku w międzynarodowych firmach działających w Krakowie w sektorze zatrudnionych było około 48 tys. osób. W ciągu ostatniego roku wzrosło o 9750 osób (26 proc.). Doradcy informują, że według raportu ASPIRE do stycznia 2017 roku branża wzbogaci się o kolejne 10 000 pracowników (20 proc.), a zatrudnienie zwiększy się do 58 tys. osób.
Eksperci Walter Herz podkreślają jednocześnie, że w ciągu ostatnich lat nastąpiła wyraźna ewolucja usług świadczonych przez centra BPO, które od obsługi prostych procesów biznesowych przeszły do zaawansowanych operacji, wymagających specjalistycznej wiedzy i umiejętności. Ośrodki outsourcingowe zlokalizowane w mieście świetnie sobie radzą m.in. w takich obszarach, jak rachunkowość zarządcza, czy obsługa zaawansowanych procesów IT.
W Krakowie ulokowało swoje oddziały wiele światowych firm, należą do nich m.in.: Capgemini, Cisco, Eletrolux, Shell, UBS, State Street, AMS, ALK-Abello, Google, FedEx, Capita, Getinge Group, HSBC, Grid Dynamics, IBM, IAG Dassault Systems, Lufthansa, Lundbeck, Architech, Red Stack Tech, Solar Winds, Amway, Symphony. Obecne na krakowskim rynku firmy rozwijają obszar swojej działalności. Przykładem może być informatyczna firma Comarch, która na przestrzeni ostatniego roku zwiększyła zatrudnienie o ok. 800 osób, czy centrum biznesowe koncernu Shell, które zatrudniło 400 nowych pracowników.
Kraków zbliża się do 1 mln m kw. biur
Wraz z rozwojem ośrodków BPO i centrów SSC w Krakowie rozwija się rynek biurowy. W 2015 roku popyt na powierzchnie biurowe w mieście przekroczył 200 tys. m kw., obliczają eksperci Walter Herz. Do użytku oddane zostało niespełna 80 tys. m kw. biur. W tym roku oddane może zostać ponad 100 tys. m kw. powierzchni biurowej, z wynajmem której nie będzie problemu, bo najemcy już na nią czekają. Współczynnik powierzchni niewynajętej w mieście oscyluje bowiem w okolicy 4-5 proc. Obecnie biura można wynająć np. w nowym budynku kompleksu Bonarka Business Park i Quattro Business Park, biurowcu Opolska Business Park, Equal Business Park, czy Aleja Pokoju 5.
Eksperci Walter Herz oceniają, że w ciągu najbliższych dwóch lat całkowita podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w Krakowie osiągnie poziom 1 mln metrów kw. Obecnie Kraków dysponuje niespełna 800 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Wśród nowych budynków powstających w mieście znajduje się biurowiec Axis i realizowane są kolejne etapy inwestycji DOT Office oraz Enterprise Park.
Wrocław i Trójmiasto gonią Kraków
Krakowowi depcze po piętach Wrocław i Trójmiasto. W tych aglomeracjach firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu również poszukują biur, tym samym stanowiąc konkurencję dla stolicy Małopolski. Specjaliści Walter Herz podają przykład amerykańskiego koncernu State Street, świadczącego usługi finansowe dla globalnych inwestorów instytucjonalnych, który od kilku lat działa w Krakowie i zatrudnia 2500 osób, a niedawno wynajął biura w gdańskiej Alchemii, gdzie ma pracować 1100 osób.
Kraków nadal pozostaje jednak liderem, jeśli chodzi o wynajem biur przez firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. W 2015 roku podpisały one umowy na wynajem ponad 150 tys. mkw. krakowskich biur. We Wrocławiu firmy outsourcingowe wynajęły w minionym roku ponad 90 tys. m kw. powierzchni biurowej. W ubiegłym roku Wrocław i Trójmiasto wyprzedziły jednak Kraków pod względem ilości biur oddanych do użytkowania i to właśnie one zapewniają firmom obsługującym procesy biznesowe większą dostępność nowoczesnej powierzchni biurowej.
Kiedy dobry moment na rozstanie się z bankiem?
Jednym z powodów, dla których Polacy decydują się na zmianę konta są rosnące opłaty za ich prowadzenie. Klientom może być trudno pogodzić się z koniecznością płacenia za prowadzenie rachunku, który wcześniej nic ich nie kosztował. Zmierzyć się z takim obowiązkiem takiej sytuacji mogła znaleźć się spora część klientów polskich instytucji finansowych, dla których początek roku nie był zbyt pomyślny. Wprowadzenie podatku bankowego czy obniżenie stawki interchange spowodowały, że większość z instytucji postanowiła poszukać oszczędności w kieszeniach swoich klientów i podwyższyła opłaty za oferowane usługi.
Bez konta bankowego ani rusz
Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie bez rachunku bankowego. Dlatego zanim zdecydujemy się zamknąć konto w swoim banku, powinniśmy poszukać konkurencyjnej oferty i założyć nowy ROR. Pozwoli to nam na zapobiegnięcie kłopotliwym sytuacjom, jak np. pozbawienia się możliwości wykonania przelewu internetowego czy otrzymania wynagrodzenia na konto. Dlatego naszym pierwszym krokiem powinno być otwarcie nowego konta i powiadomienie o jego numerze zarówno pracodawcę, jak i stosowne instytucje, m.in. ZUS. – Dobrą wiadomością dla klientów przenoszących swoje konto jest możliwość ograniczenia formalności do minimum, w tym celu można skorzystać z pomocy banku, do którego chcemy się przenieść. Banki bardzo zabiegając o nowych klientów, dlatego decydują się na załatwienie wszelkich formalności w imieniu klienta – wyjaśnia Sławomir Rykalski, ekspert ZFDF, FinPack. – Wystarczy wypełnić stosowny formularz, a pracownik sam dopełni wszystkich procedur, w tym poinformuje urzędy o tej zmianie.
Trudne rozstanie
Zwykle pierwszą wątpliwością osób zainteresowanych zmianą banku jest pytanie o konieczność osobistego pojawienia się w placówce. – Procedura zamknięcia konta różni się w poszczególnych instytucjach, są jednak pewne cechy wspólne. Najczęściej wypowiedzenie rachunku wiąże się z koniecznością złożenia pisemnej zgody wnioskodawcy. Można ją dostarczyć bezpośrednio w oddziale bądź przesłać tradycyjną drogą pocztową. Znacznie rzadziej akceptowane są wnioski przesyłane online – zauważa Michał Krajkowski, ekspert ZFDF, Notus Doradcy Finansowi. – To, o czym należy pamiętać, to wymóg złożenia podpisu dokładnie takiego jak we wzorze, który składaliśmy otwierając konto. Jeżeli zdaniem instytucji nie będzie między nimi zgodności, wówczas dyspozycja nie zostanie przyjęta – dodaje.
Z czystym kontem
To nie jedyny problem, jaki może napotkać klient. – Procedura przeniesienia konta będzie nieco bardziej złożona w sytuacji, gdy osoba korzysta z wielu usług finansowych banku. W cierpliwość powinny uzbroić się klienci spłacający raty kredytu hipotecznego bądź ci, którzy wskazali dany rachunek do przelania środków po zakończeniu lokaty – mówi Sławomir Rykalski, ekspert ZFDF, FinPack. – Jednak powinniśmy pamiętać, że konto nie jest zamykane z dnia na dzień. Zwykle obowiązuje nas okres wypowiedzenia. Może on wynosić 30 czy 14 dni. Dopiero po upływie tego czasu ROR zostaje zlikwidowany.
Kropka nad i
Bardzo ważną czynnością jest monitorowanie statusu konta. – Po zakończeniu okresu wypowiedzenia dobrze jest upewnić się, czy aby na pewno rachunek, o którego zamknięcie wnioskowaliśmy, jest nieaktywny – radzi Michał Krajkowski, ekspert ZFDF, Notus Doradcy Finansowi. – Można to sprawdzić w bardzo prosty sposób. Wystarczy spróbować zalogować się do serwisu transakcyjnego. Jeżeli nasze próby zakończą się niepowodzeniem, możemy być pewni, że konto nie istnieje. Inną metodą jest wykonaniu przelewu na drobną sumę z nowego rachunku. W przypadku transferu środków na nieistniejące konto, powinny one do nas wrócić – wyjaśnia ekspert.
Jeśli jednak rachunek nadal będzie funkcjonował , a my nie będziemy z niego korzystać, może dojść do sytuacji, kiedy bank naliczy opłaty za jego prowadzenie. Wówczas klient będzie miał obowiązek uregulować powstałe zadłużenie.
Przyszłość rynku pracy to seniorzy i … pokolenie y
Według danych Eurostatu w Polsce w 2014 r. pracę miało 42,5% seniorów. Najwyższy wskaźnik zatrudnienia seniorów notowany jest w Szwecji – 74%, w Niemczech – 65,6%, w Estonii – 64,0% oraz w Danii – 63,2%. Najmniej seniorów pracuje w Grecji – 34,0%, w Słowenii – 35,4%, w Chorwacji – 36,2% oraz na Malcie – 37,7%. OECD natomiast podaje, że wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 55-64 lat wynosi w Polsce 41%, podczas gdy średnia dla krajów OECD to 55%.
Firmy doceniają starszych pracowników, a szczególnie ich duże doświadczenie zawodowe, odpowiedzialność, dyspozycyjność czy zaangażowanie w realizację powierzonych zadań. Jednak dostrzeganie zalet seniorów nie powoduje wzrostu zatrudnienia osób z tej grupy wiekowej. Aby polska gospodarka mogła się dalej rozwijać, pracodawcy powinni przełamać stereotypy i realnie postawić na rekrutowanie pracowników w wieku 50+. W dobie coraz większych wyzwań demograficznych, tylko wykwalifikowane kadry, dobrze opłacani specjaliści i wzajemne uzupełnianie się wiedzy oraz kompetencji seniorów i millenialsów będą w stanie zapewnić rozwój polskim firmom – mówi Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.
Aktywizowanie i zatrudnianie seniorów się opłaca
Z danych Work Service wynika, że aż 76% pracodawców nie posiada programów rozwoju dostosowanych do osób w wieku 50+. Dane są tym bardziej zaskakujące, że pracodawcy mogą liczyć na dofinansowanie 80 % kosztów szkoleń, na które wyślą pracowników po 45 roku życia. Pracodawcy, którzy zadeklarowali posiadanie w firmie programów pracowniczych dla seniorów, najczęściej wymieniali dofinansowanie do opieki medycznej (30%), dostęp do kursów i zajęć doszkalających (23%), elastyczny czas pracy i możliwość pracy w niepełnym wymiarze godzin (15%), a także zajęcia z młodszymi pracownikami czy pracę w charakterze mentora młodszych i nowych pracowników.
Wiedza, własne know how i zasoby ludzkie to zaraz po nowoczesnych technologiach istotne czynniki, który w przyszłości będą miały wpływ na wartość i pozycję rynkową przedsiębiorstw. Odpowiednio przeszkoleni pracownicy 50+ stanowią znaczącą wartość dodaną i mogą uzupełniać niedobory kadrowe spowodowane niżem demograficznym czy emigracją zarobkową. Firmy, które jako pierwsze dostrzegą ten fakt i wykorzystają potencjał seniorów będą w stanie osiągać sukces na konkurencyjnym rynku – mówi Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.
Pracodawcy zatrudniający seniorów ponoszą niższe koszty pracy i mogą liczyć na specjalne ulgi oferowane przez państwo. Firma zatrudniająca osoby starsze nie musi płacić składek na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych za mężczyzn, którzy ukończyli 60 lat i za kobiety w wieku powyżej 55 lat. Zatrudnianie seniorów to także niższe koszty absencji chorobowych, gdyż za zwolnienie lekarskie pracowników 50+ pracodawca płaci tylko przez 14 dni. Przy osobach młodszych ZUS przejmuje wypłatę świadczeń dopiero po 33 dniach nieobecności pracownika. Firmy, które angażują seniorów do prac interwencyjnych mogą liczyć na zwrot kosztów wynagrodzenia i składek na ubezpieczenie społeczne nawet przez dwa lata. Dodatkowo wzrost liczby żłobków i przedszkoli pozwoli pozostać na rynku pracy babciom i dziadkom.
Behawioryzm zwiększy bezpieczeństwo w pracy?
Najczęstszym błędem popełnianym przez kadrę zarządzającą jest identyfikacja niebezpiecznych warunków pracy, a następnie po prostu próba ich zmiany poprzez wyznaczenie kolejnych mierników. Tymczasem sytuacje zagrażające bezpieczeństwu nie dzieją się same, lecz za sprawą ludzi.
BLP w BHP
– Znalezienie błędu i szybka jego korekta to scenariusz do zrealizowania jedynie w przypadku maszyn i sterującego ich pracą oprogramowania. Wystarczy, że programista zidentyfikuje błąd w kodzie i wprowadzi poprawkę. Ludzie zaś to nie maszyny. Ich funkcjonowanie jest ściśle powiązane z kwestiami środowiskowymi, których nie można ignorować – podkreśla Grzegorz Brylonek, trener z Akademii EcoMS, prowadzącej m.in. warsztaty dla menedżerów z behawioralnego podejścia do przywództwa.
Koncepcja ta, zgodnie ze znaczeniem angielskiego słowa behaviour, kładzie nacisk na obserwacje ludzkich zachowań. Są one kluczem do skutecznej zmiany na lepsze w kwestii bezpieczeństwa. Po zidentyfikowaniu niebezpiecznych warunków pracy niezbędna jest obserwacja związanych z nimi zachowań pracowników. Należy podjąć próbę ich zmiany, co znacznie zwiększy szansę na zredukowanie liczby wypadków i groźnych sytuacji.
To spore wyzwanie dla menedżerów. Zamiast wskazywać kolejne mierniki, muszą poznać mechanizmy działań podwładnych i nauczyć się zmieniać złe nawyki, stosując cały system wzmocnień – zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. By to osiągnąć, warto wdrożyć w przedsiębiorstwie program BLP – przywództwa behawioralnego (Behavioural Leadership Programme).
Zrozumiały cel – szansa na zmianę
Program warsztatów z BLP jest zawsze dostosowywany do specyfiki i potrzeb danego przedsiębiorstwa. Dlatego przed przeprowadzeniem zajęć dla kadry zarządzającej specjaliści z Akademii EcoMS odwiedzają firmę, aby bezpośrednio poznać funkcjonującą w niej kulturę bezpieczeństwa oraz cele w zakresie BHP.
Jedną z ważniejszych umiejętności, które nabywają uczestnicy warsztatów z BLP, jest zdolność do swobodnego obchodu zakładu pracy, obserwacji zachowań pracowników i rozmowy z nimi na ten temat.
– Jeśli ludzie zrozumieją, dlaczego są oceniani, do czego mają prowadzić zmiany, to bardziej świadomie będą wykonywać swoją pracę. A więc lepiej i bezpieczniej – zauważa Grzegorz Brylonek.
W przeciwnym razie nie unikniemy kolejnych niepowodzeń w poprawie poziomu BHP. Jeśli ich konsekwencją będą kolejne kary, łatwo może dojść do wytworzenia się kultury karania, która z kolei może prowadzić do unikania wykonania. Wszakże jeśli nic nie będziemy robić, nie popełnimy też błędu, a zatem nie dotknie nas kara.
Tymczasem prawidłowo zakomunikowane i wyjaśnione cele, a także wiążące się z nimi mierniki, powinny służyć do poprawy sytuacji w firmie. Najlepiej jeśli liderzy wyznaczają cele, delegując na poszczególnych kierowników możliwość określenia mierników i sposobów ich osiągania.
Stres to też problem BHP
Cele do realizacji, wywiązywanie się z terminów, świadomość nadzoru to nieodłączne i stresogenne elementy każdej pracy. Każda firma powinna stworzyć własny model zarządzania stresem, uwzględniający sposoby zapobiegania stresorom oraz kształtowania tzw. stresu pozytywnego, który korzystnie wpływa na efektywność i rozwój – zarówno pracownika, jak i organizacji. Przygotowując ten model, także warto skorzystać z podejścia behawioralnego.
– A to oznacza postawienie na bezpośredni kontakt z ludźmi i dobrą, otwartą komunikację. Pozwoli to nam z jednej strony dostrzec w zachowaniach pracowników symptomy szkodliwego działania stresu, zaś z drugiej – poinformować te osoby o przyczynach, konsekwencjach czy strategiach radzenia sobie z nim – mówi Grzegorz Brylonek z Akademii EcoMS, która prowadzi także szkolenia z zarządzania stresem w miejscu pracy, oczywiście z wykorzystaniem podejścia behawioralnego.
Bezpieczeństwo pracy to zarówno zapobieganie sytuacjom niebezpiecznym podczas wykonywania czynności służbowych, jak i przeciążeniu stresem, który bardzo negatywnie może odbić się na funkcjonowaniu pojedynczego pracownika oraz całego zespołu. Stojąc w obliczu takich wyzwań, warto postawić na podejście behawioralne – postawę proaktywną, czerpiącą z analizy ludzkich zachowań.
Pracodawcy biorą odpowiedzialność za kwalifikacje absolwentów?
Dane płynące z rynku są więcej niż pozytywne. Aż 77 proc. firm potwierdza, że działalność biznesowa zgodna z koncepcją CSR ma korzystny wpływ na wyniki finansowe przedsiębiorstwa, a ponad połowa (52 proc.) zauważa efekty w postaci poprawy wizerunku. Co trzeci przedsiębiorca deklaruje też, że stosowanie zasad odpowiedzialnego biznesu wywołuje wzrost akceptacji organizacji ze strony otoczenia.
Społecznie odpowiedzialni za kwalifikacje absolwentów
Mimo że nadal najczęstszymi aktywnościami, podejmowanymi przez polskie firmy w ramach działań CSR, są inicjatywy na rzecz ochrony środowiska, rozwoju lokalnych społeczności oraz edukacji w zakresie konsumpcji, coraz częściej słychać także o wolontariacie kompetencji. To narzędzie uznawane przez 75 proc. firm za jedno z najlepszych do dzielenia się wiedzą (badanie Engage przeprowadzone wśród firm z 11 krajów).
Nie bez powodu wolontariat kompetencji zajmuje coraz mocniejszą pozycję wśród działań CRS. Będąc skutecznym sposobem na zwiększanie jakości nauczania, stanowi konkretną odpowiedź na rosnące potrzeby pokolenia X i Y. To ważne, bo jak wynika z sondażu CBOS, tylko 38 proc. studentów uważa, że dyplom uczelni ma dużą wartość dla pracodawcy. Dodatkowe inicjatywy na rzecz wzrostu kompetencji praktycznych uczniów i studentów są więc niezwykle istotne.
– Studenci oraz uczniowie techników od lat zgłaszają nam już nie tylko chęci, ale i potrzebę udziału w bezpłatnych akcjach, pozwalających poznać narzędzia wykorzystywane w biznesie od strony praktycznej – mówi Anna Dyl z Fundacji Rozwoju Talentów. Jak dodaje: – Dziś to wolontariat kompetencji staje się ważnym obszarem społecznej odpowiedzialności biznesu. Stąd pomysł na program „Akademia Talentów”, polegający na bezpłatnym dzieleniu się wiedzą z uczniami oraz studentami.
Taka akcja to korzyści nie tylko dla uczniów. Pamiętajmy, że dzięki działaniom CSR i ich odpowiedniej promocji, przedsiębiorstwo buduje swój odpowiedzialny i zaangażowany społecznie wizerunek. Wzmacnia przewagę konkurencyjną, będąc lepiej postrzeganym przez otoczenie i klientów. Przyciąga do pracy lepszych kandydatów.
Na działaniach CSR korzystają także pracownicy/wykładowcy. Z jednej strony integruje się ich do realizacji wspólnych celów, z drugiej – daje narzędzia do podnoszenia motywacji i budowania przywiązania do firmy. Przyszli wykładowcy przechodzą bowiem odpowiednie szkolenia, ucząc się przygotowywania programów szkoleń i metod ich prawidłowej realizacji. Zdobywają też wiedzę pozwalającą rozpoznawać i określać potrzeby rozwojowe uczestników warsztatów oraz nawiązywać z nimi pozytywne relacje, co w dłuższej perspektywie korzystnie wpływa na przywiązanie młodych ludzi do danej organizacji.
Dla kogo wolontariat kompetencji?
W ramach wolontariatu kompetencji menedżerowie mogą dzielić się wiedzą z dowolnych obszarów. Dla przykładu pracownicy działów rekrutacji i HR prowadzą zajęcia, które pozwalają przyszłym specjalistom ds. personalnych poznać narzędzia selekcyjne, testy osobowości, prowadzić sesje Assessment/Development Center i wykorzystywać inne, praktyczne instrumenty potrzebne w tym zawodzie. Z kolei dział PR i marketingu może dzielić się wiedzą dotyczącą kluczowych obszarów z dziedziny promocji i reklamy. Wyszkolić przyszłych marketingowców i PR-owców z zakresu np. mediów społecznościowych, pozycjonowania, wideo marketingu, content marketingu, systemów reklamowych w sieci, marketing mobile czy analityki internetowej. Innym przykładem może być dział IT, którego pracownicy dzielą się wiedzą na temat języków programowania, przygotowując przyszłą kadrę programistów.
Oni są społecznie odpowiedzialni
W akcje CRS-owe angażuje się m.in. Imperial Tobacco Polska SA. Jak mówi Marta Laskowska, specjalista ds. zarządzania wiedzą: – W ramach „Akademii Talentów” nasi koordynatorzy z działu utrzymania ruchu, wcześniej uczestniczący w szkoleniu Train The Trainer, będą bezpłatnie dzielić się wiedzą techniczną z wybranymi uczniami poznańskich i podpoznańskich szkół ponadgimnazjalnych o profilu technik-mechanik, technik-mechatronik i technik-elektronik oraz studentami z Politechniki Poznańskiej. W efekcie przygotujemy do wejścia na rynek pracy kilkadziesiąt osób, które po ukończeniu warsztatów będą mogły ubiegać się o posady na konkretnych stanowiskach, takich jak operator maszyn, operator mechanik, młodszy elektronik czy technik utrzymania ruchu. Po 30-godzinnych warsztatach uczestnicy będą posiadali nie tylko odpowiednią wiedzę merytoryczną, ale przede wszystkim nabędą umiejętności praktyczne, najbardziej wartościowe z punktu widzenia przyszłego pracodawcy.
Społecznie odpowiedzialny biznes prowadzi również Amica Wronki SA. Przedsiębiorstwo znalazło się na 12. miejscu rankingu firm najwięcej wydających na działalność społeczną, opracowanym przez stowarzyszenie Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Jak mówi Jolanta Tupaj, menedżer HR Amica Wronki SA: – Od wielu lat współpracujemy z uczelniami i szkołami ponadgimnazjalnymi, chociaż zdarza się, że odwiedzają nas również uczniowie szkół gimnazjalnych, a nawet przedszkolaki. Wolontariat kompetencji odbywa się więc na wielu poziomach, zaczynając od praktyk uczących zawodu, przez warsztaty i szkolenia prowadzone przez naszych pracowników, po konkretną współpracę z uczelniami przy projektach biznesowych. Z jednej strony pokazujemy uczniom i studentom praktyczne wykorzystanie wiedzy zdobywanej w szkole i na uczelni, z drugiej uświadamiamy jak ważne w miejscu pracy jest połączenie teorii z umiejętnym posługiwaniem się kompetencjami miękkimi.
Jak widać, programy wolontariatu kompetencji to akcje skierowane do firm o wysokim poczuciu odpowiedzialności społecznej. Rozumiejących, że niezbędne jest połączenie teorii z praktyką. To inicjatywy dla tych przedsiębiorców, którzy mają świadomość roli, jaką na rynku pracy odgrywa proces dzielenia się wiedzą. Z kolei dla samych uczestniczących to niepowtarzalna szansa na uzupełnienie informacji teoretycznych o praktyczne umiejętności. Za darmo.
Nowy rekord w MdM. Program nadal działa?
Informacje o kończących się pieniądzach na dopłaty z tegorocznej puli spowodowały, że wiele osób przyspieszyło swoje plany związane z zakupem mieszkania. Zainteresowanie było tak duże, że pobity został rekord z grudnia ubiegłego roku. Wtedy łączna kwota zarezerwowanych dopłat wynosiła 142,7 mln zł, a w marcu 2016 r. było to aż 202,2 mln zł. W rezultacie już 18 marca skończyły się pieniądze na tegoroczne dopłaty. To jednak nie oznacza, że program się skończył.
Nadal dostępne są środki na dopłaty wypłacane w kolejnych latach: 2017 r. i 2018 r. Z wnioskiem o te pieniądze nie musimy czekać do przyszłego roku. Już teraz mogą sięgnąć po nie osoby, które kupują nowe mieszkania. Deweloperzy często godzą się bowiem otrzymać część zapłaty w przyszłym roku. Najważniejsze jest dla nich utrzymanie wysokiej sprzedaży. Koniec tegorocznych dopłat jest więc problemem przede wszystkim dla osób, które chcą kupić mieszkanie z rynku wtórnego. Aby skorzystać z MdM muszą oni muszą zaczekać do przyszłego roku lub chociaż do grudnia br. Sprzedawcy lokali używanych zwykle nie zgadzają się bowiem na otrzymanie części zapłaty za kilka miesięcy.
Już teraz widać, że osoby zainteresowane nowymi mieszkaniami zaczęły aktywnie korzystać z przyszłorocznej puli. W marcu wykorzystanie środków na 2017 r. wyniosło 36,6 mln. To bardzo dużo biorąc pod uwagę, że do końca roku pozostało jeszcze 9 miesięcy. Dla porównania, w zeszłym roku wyższy poziom wykorzystania tegorocznej puli pojawił się dopiero w listopadzie, czyli w czasie, gdy do końca roku było już bardzo blisko.
Z puli dopłat na 2017 r. wynoszącej 746 mln zł wciąż jest dostępne 656 mln zł. Trzeba jednak dodać, że w tym roku można wykorzystać maksymalnie połowę tej kwoty. W rezultacie, jeśli w tym roku suma rezerwacji osiągnie poziom 373 mln zł, wnioski zostaną wstrzymane. Biorąc pod uwagę ostatnią popularność programu i to, że zainteresowanie przyszłoroczna pulą będzie zapewne rosło w kolejnych miesiącach, można przypuszczać, że taka blokada zostanie wprowadzona w drugiej połowie roku. Trzeba jednak dodać, że będzie ona obowiązywała tylko do stycznia. Wtedy bowiem stanie się dostępna druga połowa pieniędzy z puli na 2017 r.
Jarosław Sadowski
Główny analityk firmy Expander
www.expander.pl
Branża przemysłu stalowego szuka pracowników
Polska gospodarka od ubiegłego roku znajduje się na fali wnoszącej, a analitycy przewidują, że w 2016 r. odnotuje ona skok na poziomie 3,5%. Dynamika dobrych zmian obejmie także rynek pracy – szacuje się, że stopa bezrobocia zmaleje do ok. 9%, zwiększy się ilość rekrutacji nowych pracowników oraz wzrośnie poziom wynagrodzeń (przynajmniej o 4%). Od 2016 r. zatrudnionych czekają również istotne modyfikacje w Kodeksie Pracy, dotyczące m.in. zasad ozusowania umów – zleceń, okresów wypowiedzeń, wprowadzenia trzech rodzajów umów o pracę (na czas próbny, na czas określony i nieokreślony) czy zwolnień pracownika z obowiązku świadczenia pracy.
Pracownik na stalowym rynku
Satysfakcjonujący wskaźnik produkcji polskiej stali, plasujący się w 2015 r. na poziomie 9,2 mln ton to najlepszy od 8 lat wynik krajowego sektora. Dynamika rozwoju powinna stworzyć więc korzystne perspektywy dla potencjalnych zainteresowanych karierą w branży. Zarówno więksi gracze, jak i firmy pretendujące do miana liderów rynku, stale zgłaszają zapotrzebowanie na konkretnych specjalistów, a rekrutacje prowadzą m.in. przedsiębiorstwa zajmujące się dystrybucją wyrobów stalowych i produkcją prefabrykatów.
„Od 2012 r. odnotowaliśmy stale rosnący popyt na zbrojenia budowlane, które dostarczamy pod konkretne inwestycje. By sprostać więc zapotrzebowaniu odbiorców na zwiększone dostawy, sukcesywnie powiększamy nasz zespół specjalistów. Obecnie zatrudniamy blisko 250 osób, których liczba wzrosła o 38% w porównaniu do 2013 r. W planach na obecny rok mamy natomiast zrekrutowanie 60 nowych pracowników, głównie do naszych dwóch zakładów prefabrykacji.” – tłumaczy Mariusz Burski, Członek Zarządu i ekspert VIMEX S.A.
Spółka prowadzi nabór na stanowiska produkcyjne, w tym operatorów maszyn numerycznych, kierowników zakładu czy z racji rozwiniętej sieci dystrybucji – kierowców samochodów ciężarowych. Poszukuje również specjalistów ds. sprzedaży, obsługi Klienta oraz zajmujących się handlem zagranicznym, głównie z rynkiem niemieckim.
Potencjalna szansa
Popyt na stal rośnie głównie dzięki przemysłowi konstrukcyjnemu, inwestycjom w budownictwo mieszkaniowe, przemysłowe czy drogownictwo. W ubiegłym roku oddano do użytkowania blisko 148 tys. mieszkań, czyli o ponad 3% więcej niż w 2014 r., zaś liczba rozpoczętych inwestycji deweloperskich wzrosła o prawie 14%. Jeśli dynamika nie ulegnie niespodziewanej zmianie, aktywność deweloperów w 2016 r. powinna przełożyć się na kolejne rekordy w liczbie rozpoczętych prac budowlanych, a co za tym idzie – nie spadnie zapotrzebowanie na zamówienia zbrojeń stalowych. To zapewni miejsca pracy tysiącom chętnych.
*Raport Pracuj.pl – Rynek Pracy Specjalistów w lutym 2016 r.
Rynek złota: słabszy koniec najlepszego kwartału od 30 lat
Podczas gdy wielu inwestorów z całego świata korzystało z wolnego poniedziałku, rynek złota bez opóźnień powrócił do handlu. Mimo wyraźnego braku płynności, w handlu wyraźnie odczuwalne było echo najnowszego wyniku amerykańskiego PKB. Rosnące obawy o przyszłość amerykańskiej gospodarki pozwoliły na subtelny wzrost ceny kruszcu do ok 1223 USD (ok. 4556 PLN) za uncję.
Najciekawszym dniem notowań był bez wątpienia wtorek. Do takiego stanu rzeczy przyczyniła się niezwykła aktywność inwestorów, powracających na rynek po minionych świętach, a przede wszystkim reakcja rynku na wieczorne wystąpienie szefowej amerykańskiego Fed-u. Po początkowym spadku ceny, druga część sesji wyraźnie wskazywała na to, że inwestorzy grają przeciwko amerykańskiej gospodarce, intensywnie kupując żółty metal.
Wystąpienie Janet Yellen zaskoczyło wielu inwestorów nadzwyczaj gołębim nastawieniem. Amerykańskie władze monetarne poważnie obawiają się zewnętrznych czynników gospodarczych, takich jak cena ropy czy zawirowania rynków wschodzących, a przez to będą niezwykle ostrożne przy decyzji o kolejnej podwyżce stóp procentowych. Taka informacja wywołała niemal natychmiast lawinowe zakupy złota, dzięki czemu jego cena jeszcze przed zamknięciem sesji osiągnęła 1245 USD (ok. 4638 PLN) za uncję.
Gwałtowny wzrost ceny złota nie mógł przejść bez odzewu ze strony graczy krótkoterminowych, którym już w trakcie kolejnej sesji udało się sprowadzić cenę kruszcu do ok. 1225 USD (ok. 4564 PLN) za uncję, niwelując prawie cały wypracowany wcześniej zysk. Do sprzedaży zachęcała także publikacja wskaźnika ADP, który sugerował poprawę sytuacji na amerykańskim rynku pracy. Na dane federalne inwestorzy zmuszeni byli poczekać aż do piątku.
Czwartkowa sesja nie przyniosła żadnych znaczących zmian dla dalszych losów ceny żółtego metalu. Po wyraźnym pobudzeniu kupujących na początku sesji i wzroście ceny do ok. 1240 USD (ok. 4619 PLN) za uncję, apetyty bulionowych byków okazały się ograniczone, a do głosu doszła strona podażowa. Po fali sprzedaży, cena kruszcu ustabilizowała się w okolicach 1234 USD (ok. 4597 PLN) za uncję.
Najbardziej bolesnym dniem dla bulionowych inwestorów okazał się piątek – pierwszy dzień nowego kwartału. Inwestorzy wyraźnie oczekiwali na publikację najnowszej stopy bezrobocia w Stanach Zjednoczonych, przez co handel w pierwszej części sesji odbywał się przy bardzo małym wolumenie. Publikacja miała tylko z pozoru mieszany charakter, ponieważ wprawni i doświadczeni inwestorzy dostrzegli w niej silne sygnały poprawy na rynku pracy. Mimo wzrostu ogólnej stopy bezrobocia do 5 proc., amerykańska gospodarka stworzyła więcej miejsc pracy niż oczekiwano. Dla inwestorów oraz bankierów centralnych kluczowy był jednak wyższy od prognozowanego wzrost wynagrodzeń. Na fali tych informacji, cena złota załamała się osiągając nawet 1214 USD (ok. 4523 PLN)za uncję. Końcówka sesji znów należała jednak do kupujących, zachęconych bolesną przeceną kruszcu. Dzięki nim, tydzień zakończyliśmy wynikiem ok. 1224 USD (ok. 4560 PLN).
Po ostatnim wyraźnym spadku notowań złota początek kolejnego tygodnia powinien przynieść nam odpowiedź, czy miało to związek wyłącznie z ostatnimi danymi i ma charakter chwilowy, czy może to początek kolejnego kwartału zachęcił inwestorów do większej wyprzedaży. W nadchodzących dniach kluczowe będą najnowsze wskaźniki ISM dla amerykańskiej gospodarki oraz publikacja „minut” FOMC.
Paweł Żuk
Główny analityk
Inwestycje Alternatywne Profit S.A.
Międzynarodowe startupy nabierają rozpędu w Warszawie
Podczas programu uczestnicy będą mogli pracować m.in. z Markiem Borzestowskim (współtwórcą Wirtualnej Polski), Lidią Adamską, wieloletnią CFO warszawskiej giełdy, czy prof. Tomaszem Ciachem, naukowcem i startupowcem. Do programu mogą przystąpić nie tylko startupy, ale także zespoły projektowe i samotne wilki bez własnej firmy. Jedynym warunkiem jest przedstawienie rewolucyjnego rozwiązania, nadającej się do komercjalizacji technologii lub unikalnego formatu biznesowego.
Najlepsze uczelnie techniczne w kraju, dogodne położenie pomiędzy Wschodem a Zachodem, 2 lotniska obsługujące połowę ruchu lotniczego w kraju, wspaniałe i rozpoznawalne na świecie środowisko startupowe, sugerują że miejsca starczy dla liderów z całej Europy. Zapraszamy do Warszawy – mówi Michał Olszewski, wiceprezydent m.st. Warszawa.
Tegoroczny program – Startup Hub Warsaw – odpowiada na zjawisko umiędzynarodowienia się innowacji i zaprasza do miasta zespoły z całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej i świata. Czeka na nich autorski program merytoryczny, praca z czołowymi ekspertami i 30.000 zł nagrody.
Program akceleracyjny na zlecenie miasta st. Warszawa realizuje Fundacja Startup Hub Poland. Fundacja od 4 lat przyciąga do kraju polskich wynalazców z emigracji oraz największych talentów inżynieryjnych ze świata. Startup Hub widoczny jest we wszystkich krajach regionu. Tylko w ostatnim roku do Hubu trafiło ponad 600 projektów high-tech. Międzynarodowy team inwestycyjny z warszawskiego Mokotowa wsparł w ramach pilotażowego inkubatora Bridge Alfa 8 najlepszych zespołów tworząc z nimi startupy z finansowaniem na poziomie 1,5 mln złotych.
Zapisy oraz pytania, na jakie trzeba będzie odpowiedzieć w drodze po pieniądze i spełnienie biznesowych ambicji, można znaleźć już teraz na stronie startuphub.pl/WARSAW
Deweloperzy budują niepotrzebnie?
Oprócz świetnych danych za cały zeszły rok, dobre wieści z rynku deweloperskiego płyną również ze statystyk z początku 2016 r. W ciągu dwóch pierwszych miesięcy br. o 9,7% r/r wzrosła liczba lokali, których budowę rozpoczęto, a o 16,8% r/r wyższy wynik zanotowano dla liczby pozwoleń na budowę i zgłoszeń z projektem. Te dane są zgodne z prognozami Emmerson Evaluation mówiącymi o tym, że w 2016 r. rynek pierwotny pozostanie mocno rozgrzany.
Jestem z pokolenia wyżu, większe mieszkanie poproszę!
W swoim raporcie eksperci Emmerson Evaluation zawracają jednak uwagę, że choć aktywność deweloperów jest i będzie duża, to problemem w najbliższych latach może być niedostosowanie oferty mieszkań do potrzeb kupujących. W ofercie deweloperów dominują bowiem mieszkania dość małe (30-50 mkw.), które kupowane są najczęściej jako inwestycje lub przez osoby dopiero wchodzące na rynek pracy. Tymczasem, jak zauważają eksperci Emmerson Evaluation, główna grupa potencjalnie chętna na nowe mieszkania, to pokolenie wyżu demograficznego. Są to zwykle osoby o stabilnej sytuacji finansowej, posiadające już rodzinę. – Główna grupa docelowa dla deweloperów, nie znajduje na rynku wystarczającej oferty. Podaż mieszkań przynajmniej 3-4 pokojowych jest znikoma. Dostrzeżenie faktu zmiany pokoleniowej wśród największej grupy nabywców mieszkań i reakcja na te zmiany wydają się koniecznością – mówi Dariusz Książak, Prezes Emmerson Evaluation.
W dalszej perspektywie więcej wymagań klientów
Dariusz Książak zwraca jednocześnie uwagę, że w dłuższej, kilkuletniej perspektywie należy spodziewać się ochłodzenia rynku mieszkaniowego i spadku cen mieszkań w większości lokalizacji. Dopasowanie oferty do oczekiwań rynku będzie jednym z ważnych czynników sukcesu. – Rynek nie będzie funkcjonował na tak wysokich obrotach przez cały czas. Biorąc pod uwagę dużą konkurencję, deweloperzy będą musieli skoncentrować się na dopasowaniu swojej oferty do oczekiwań rynku lub znaleźć niszę, którą będą mogli zagospodarować. Sukces inwestycji mieszkaniowej będzie wymagał pełnego profesjonalizmu, poczynając od funkcjonalnego i atrakcyjnego projektu po odpowiednio dobraną i obliczoną na bardzo wysoką efektywność kampanię marketingową – mówi Prezes Emmerson Evaluation.
Wg prognoz raportu E-VALUER INDEX 2016 w najbliższych miesiącach ceny nowych mieszkań mogą jeszcze lekko wzrosnąć w takich lokalizacjach jak Warszawa, Kraków, Sopot, Katowice i Aglomeracja Śląska oraz Szczecin. Spadki (już w tym roku) mogą mieć miejsce na rynku pierwotnym w Lublinie, Kielcach i Gorzowie Wielkopolskim. W pozostałych miastach wojewódzkich ceny powinny utrzymać się w obecnym roku na dotychczasowym poziomie. Więcej informacji i szczegółowych prognoz dla rynku pierwotnego i wtórnego w miastach wojewódzkich można znaleźć w pełnej wersji raportu EVALUER INDEX 2016.
Biznes na miękko
Umiejętności miękkie są niemierzalne i często trudne do zdiagnozowania przy pierwszym kontakcie. Być może dlatego w procesie rekrutacji ustępują niekiedy kompetencjom twardym, które łatwo udokumentować w CV dyplomami czy certyfikatami. Tymczasem, według badań Fundacji Pro Progressio, to właśnie umiejętności miękkie mogą decydować o zdobyciu posady w branży nowoczesnych usług dla biznesu w większym stopniu niż poziom czy kierunek wykształcenia.
Obecnie praktycznie w każdym ogłoszeniu o pracę, oprócz wymogów formalnych, znajdziemy również oczekiwania dotyczące różnego rodzaju umiejętności społecznych czy cech psychofizycznych. W jakim stopniu jednak decydują one o wyborze kandydata na dane stanowisko? Z badań przeprowadzonych na członkach Klubu Outsourcingu, (zrzeszającego podmioty z branży outsourcingowej oraz jej otoczenia) wynika, że w znacznym. Wszyscy ankietowani odpowiedzieli, że kompetencje miękkie są „raczej” (19%) lub „zdecydowanie” (81%) istotne podczas rekrutacji nowych pracowników. Ważne jest również doświadczenie kandydata. Jest ono „zdecydowanie istotne” aż dla 69% firm, a 23% określiło ten warunek jako „raczej istotny”. Wykształcenie przyszłego pracownika nie jest oczywiście przez rekruterów pomijane, jednak większość firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu uznaje je tylko za „raczej istotne”. Kierunek skończonych studiów jest nieistotny dla blisko 1/3 ankietowanych, a stopień naukowy aż dla 39%.
Najczęściej poszukiwanymi kompetencjami miękkimi są: otwartość i komunikatywność, umiejętność pracy w zespole, kreatywność, dobra organizacja pracy, nastawienie na rozwój, orientacja na klienta oraz na efekt. W branży nowoczesnych usług dla biznesu ogromną rolę odgrywa także elastyczność. Sektor outsourcingu jest niezwykle różnorodny i wciąż się zmienia, a co za tym idzie, charakter pracy również ewoluuje. W branży nowoczesnych usług dla biznesu pracuje się wciąż na nowych projektach, awansuje się zarówno poziomo jak i pionowo, wewnątrz jednego podmiotu, w grupie firm lub między organizacjami. Wymaga to umiejętności szybkiej adaptacji, uczenia się i otwartości na zmiany – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio – Zdobywanie doświadczenia w tym sektorze sprzyja szybkiemu nabywaniu wielu umiejętności, które mogą być przydatne również w innych miejscach pracy.
Co ciekawe, kompetencje miękkie, którymi kandydaci chwalą się w CV niekoniecznie ujawniają się po podjęciu pracy. Aż 62% firm przyznało, że deklaratywne umiejętności potencjalnych pracowników niekiedy nie pokrywają się z rzeczywistością.
Innowacyjne podpory już w Polsce
Podstawowe funkcje, jakie spełniają elementy podporowe to przeniesienie dużych obciążeń bezpośrednio na podłoże oraz zagwarantowanie odpowiedniej sztywności konstrukcji. Z tego powodu wykorzystuje się je jako rozwiązanie tymczasowe do podtrzymania elementów żelbetowych, aż do momentu związania betonu, jak również jako wsparcie belek czy stropów. Producenci systemów podporowych szukają rozwiązań elastycznych i kompatybilnych, by móc dostosowywać je do wykorzystywanych rusztowań. Dla przedsiębiorców dużym wyzwaniem okazują się inwestycje realizowane na wysokości, z którymi postanowili zmierzyć się eksperci firmy Layher. W wyniku długotrwałego procesu projektowania, testowania i produkcji powstała innowacyjna konstrukcja podporowa TG 60.
Istotną zaletą podpory TG 60 jest jej kompatybilność z całym systemem rusztowań Allround. Dzięki temu prawie każde zapotrzebowanie może być zrealizowane w niedługim czasie. Konstrukcja składa się jedynie z trzech elementów: ramy nośnej, stężenia oraz rygla i stosowana jest zarówno jako pojedyncza kolumna podporowa, jak również jako wieża. Warto zaznaczyć, że elementy łączące są bezśrubowe, co znacznie przyspiesza montaż i demontaż konstrukcji – podsumowuje Grzegorz Dziewulski, prezes Layher Sp. z o.o.
Wydajność konstrukcji podporowej TG 60 docenili już niemieccy przedsiębiorcy, pracujący przy budowie nowej linii ciągnienia stali w hucie w Dillinger. Firma Rende, odpowiedzialna za ten projekt, stanęła przed niełatwym zadaniem przeniesienia obciążenia z wysokości czterdziestu metrów oraz zniwelowania dwudziestometrowej różnicy wynikającej z krzywizny podłoża. Ważną rolę odegrał również termin realizacji – w przeciągu zaledwie dwunastu dni, dziesięciu montażystów miało wznieść konstrukcję o łącznej masie 110 ton. Zważywszy na wielkość inwestycji oraz jej koszt, ponad 300 mln euro, terminowość wykonania projektu była istotnym wymogiem. Dzięki prefabrykowanym ramom o wadze nieprzekraczającej 18 kg oraz ich kompatybilności ze standardowymi elementami rusztowań, przedsiębiorstwu udało się dopasować konstrukcję TG 60 do tak dużego obciążenia oraz panujących warunków geometrycznych. Jak podkreśla Sando Rende – kierownik budowy, wybór był nieprzypadkowy, gdyż konstrukcja pozwoliła nie tylko utrzymać ciężar ponad 100 ton, ale także znacznie zoptymalizowała zużycie materiału.
Ze względu na możliwość dostosowania podpór do skomplikowanych warunków geometrycznych, konstrukcję TG 60 cechuje wyjątkowa wydajność oraz ekonomiczność. Potwierdza to na przykład wykorzystanie konstrukcji przy budowie pylonu na most podwieszony w Raunheim. Do zbudowania pylonu o wysokości 55 metrów potrzebne było zarówno rusztowanie podporowe do przeniesienia obciążenia, jak również rusztowanie przestrzenne dopasowane do kształtu litery A, zapewniające stały dostęp do szalunków. Okazało się, że tylko jeden system może być rozwiązaniem spełniającym wszystkie wymogi – Allround firmy Layher.
Podstawę projektu stanowiło rusztowanie przestrzenne, które wraz z postępem prac musiało być dopasowywane do zwężającej się konstrukcji. Dzięki zastosowaniu systemu Allround, w którym wszystkie elementy są ze sobą kompatybilne i mogą być szybko połączone za pomocą głowic i rozet, czasochłonne pomiary oraz zastosowanie rur i łączników nie było konieczne – powiedział Andreas Beck, kierownik projektu z firmy Postweiler.
Oszczędność czasu i kosztów dzięki zastosowaniu podpór TG 60 docenili również polscy przedsiębiorcy, pracujący przy budowie nowego bloku w Elektrowni Kozienice. Jest to jedna z największych inwestycji w kraju, która pochłonie ponad 6 mld złotych. Pod względem technicznym budowa jest o tyle wyjątkowa, że na jej terenie stanęło najwyższe jak do tej pory rusztowanie podporowe, sięgające 100 metrów wysokości. Firma Layher spodziewa się, że w niedługim czasie tego typu projekty nie będą w Polsce wyjątkami, a staną się integralną częścią prac budowlanych.
Rynek pracy: podział na Polskę A i B nadal aktualny?
– Polski rynek pracy wykazuje duże zróżnicowanie terytorialne. Każde województwo ma swoją specyfikę, która jak na razie jest nadal zgodna z historycznym podziałem na Polskę A i B. Jednak w tegorocznych wynikach widać, że granice tego podziału zaczynają się zacierać – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A. – Na wschodzie pracownicy nie obawiają się o zatrudnienie, mają też wysokie wymagania dotyczące wysokości wynagrodzenia. Jednak nadal wskaźniki makroekonomiczne wypadają w tym regionie gorzej. Na wschodnich terenach, średnie bezrobocie jest wyższe niż w całej Polsce. W lutym, w województwach lubelskim, podkarpackim, świętokrzyskim oraz podlaskim wynosiło średnio 12,4%, podczas gdy ogólnopolski odsetek to 10,3%. Dodatkowo, pracodawcy wykazują tam mniejszą aktywność inwestycyjną i tym samym mniejszą skłonność do zwiększania miejsc pracy. Jednak dobre nastroje pracowników to pierwszy sygnał, że sytuacja staje się lepsza – dodaje Maciej Witucki.
Na wschodzie wyjątkowo pozytywne nastroje
W województwach lubelskim, podkarpackim, świętokrzyskim oraz podlaskim prawie 90% mieszkańców jest spokojnych o obecne miejsce pracy. Równie optymistycznie wyniki prezentują się w regionie Centralnym, obejmującym Mazowsze i Łódź, gdzie tylko 14,6% pracowników nie jest pewnych swojego zatrudnienia, podczas gdy ogólnopolski odsetek wynosi 18,6%. Dodatkowo, mieszkańcy wschodniej Polski najrzadziej myślą o zmianie pracy – 15,4%, podczas gdy wśród wszystkich Polaków odsetek ten wynosi 22,2%.
Na południu najwięcej rekrutacji
Dobre nastroje pracowników, nie korelują jednak z postawami pracodawców. Otóż największe zapotrzebowanie na pracowników będzie w południowej części Polski. W województwach małopolskim i śląskim aż 31,1% firm planuje rekrutacje w najbliższych miesiącach. Spore zapotrzebowanie na kadrę będzie również w południowo-zachodniej (26,5%), centralnej (25,9%) i północnej (25%) Polsce. Najmniej rekrutacji planowanych jest na wschodzie w województwach świętokrzyskim, podkarpackim, lubelskim i podlaskim – jedynie co siódma firma w regionie (14,6%).
W regionach, w których zapotrzebowanie na pracowników będzie największe, pracodawcy mają również najwięcej obaw dotyczących możliwości znalezienia wykwalifikowanej kadry. Na południu aż 41,7% pracodawców spodziewa się problemów ze znalezieniem pracowników. Z podobnymi trudnościami będą się zmagali pracodawcy w północno-zachodniej (40,9%) oraz południowo-zachodniej (39,8%) Polsce.
Regionalny optymizm w kwestii podwyżek
Właściwie nie ma regionu Polski, w którym duża część zapytanych pracowników spodziewa się obniżenia swojego wynagrodzenia. Najwięcej pracujących optymistów mieszka w województwach małopolskim i śląskim. To tam 62,4% pracowników liczy na wzrost płacy. Spokojni o swoje zatrudnienie mieszkańcy wschodniej Polski, są również optymistami w kwestii wynagrodzeń. Aż 61,8% oczekuje wzrostu płac. To o 6 p.p. więcej niż średnia ogólnopolska, która wynosi 55,8%. Najbardziej sceptyczni są natomiast mieszkańcy województw: warmińsko-mazurskiego, kujawsko-pomorskiego i pomorskiego. Tam tylko 46,2% pracowników oczekuje podwyżki.
– Silna presja płacowa jest obecna na terenie całego kraju. Co istotne najwyższe oczekiwania wzrostów wynagrodzeń obserwowane są w tych województwach gdzie notowane są największe trudności z pozyskaniem odpowiednich kadr. Tu przykładem jest Śląsk i Małopolska, gdzie 41,7% firm zgłasza niedobory kadrowe a 62,5% pracowników liczy na podwyżki. To najlepszy dowód na to, że w tych regionach widać już znamiona umacniającego się rynku kandydata – podsumowuje Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.
***
Metodologia badania:
Dane prezentowane w ramach Barometru Rynku Pracy V zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zostało podzielone na dwie kategorie:
- Pracowników – Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=517) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w styczniu 2016 roku.
- Pracodawców – Badanie zrealizowano na próbie pracodawców (N=300) dobranych w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby to +/- 4,2%, a dla wyróżnionych trzech klas wielkości zatrudnienia +/- 10,2%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w styczniu 2016 roku.
Perspektywy dla cen surowców
Podłoże wzrostów na światowych giełdach w ostatnich tygodniach oraz perspektywy dla cen surowców analizuje Robert Ślepaczuk, szef inwestycji ilościowych w Union Investment TFI.
W ciągu ostatnich tygodni duża część rynków akcji zwyżkowała. Giełdy w krajach wschodzących wypracowały nawet kilkanaście procent. Obecnie, na przełomie marca i kwietnia, obserwujemy pewne uspokojenie. Jak odczytywać sytuację na światowych giełdach?
Trudno określić, czy lepsza koniunktura na rynkach akcji w ostatnich tygodniach to początek silniejszego trendu wzrostowego. Systemy ilościowe w dalszym ciągu definiują te wzrosty jako odbicie po gorszym okresie. Dla przypomnienia, od początku roku inwestorzy na całym świecie zmagali się ze złymi wiadomościami dla rynków akcji: gorszymi prognozami makroekonomicznymi i danymi ze spółek, ryzykiem twardego lądowania w Chinach oraz groźbą Brexitu. W rezultacie akcje uległy silnej przecenie w pierwszych dwóch miesiącach tego roku. Niepokoić może to, że od połowy lutego, gdy na giełdach rozpoczęła się odwilż, inwestorzy nagle zapomnieli o wszystkich czynnikach ryzyka – jakby wrzucili je do ogromnej szafy i zamknęli na klucz. Problem w tym, że te zagrożenia wcale nie zniknęły. W tej całej układance szczególną uwagę należy zwrócić na Chiny.
Dlaczego?
Choćby dlatego, że Chiny były głównym katalizatorem gwałtownych spadków na początku 2016 r., a gdy reszta światowych giełd odrabiała straty, chiński rynek akcji stał w miejscu. Jako ciekawostkę warto przytoczyć, że w ostatnich dniach jeden z większych chińskich banków inwestycyjnych (Guosen Securities) otarł się o techniczny default. Informacja ta przeszła bez echa, co potwierdza, że na rynkach przeważa optymizm. Jednak tak jak wspomniałem: to, że inwestorzy chwilowo zapomnieli o czynnikach ryzyka, nie oznacza, że te zagrożenia zostały zażegnane.
Jakie aktywa, według wskazań systemów ilościowych, są obecnie najbardziej atrakcyjne?
Wedle różnych odczytów generowanych przez nasze systemy ilościowe wciąż pozytywnie na tle akcji prezentują się obligacje długoterminowe krajów rozwiniętych denominowane w twardej walucie (euro, dolarach, frankach szwajcarskich itp.). Pomimo że rentowności papierów emitowanych przez wiele krajów europejskich znajdują się na historycznie niskich poziomach, a część z nich jest ujemna, inwestorzy patrzą na tę klasę aktywów jako na bezpieczną lokatę w świecie pełnym ryzyka. Co ciekawe, powoli poprawiają się odczyty dla surowców: złota, surowców rolnych, a także niektórych metali. Takie odczyty dla surowców sugerują, że po spadkach trwających od 2010 r. i konsolidacji trwającej od połowy 2015 r. znajdujemy się już w okolicach dołka w długoterminowym cyklu cen towarów. Ostatnio tak niskie poziomy cen surowców obserwowaliśmy w okolicach 2008–2009 r.
BioMaxima S.A. notuje udany początek 2016 r.
BioMaxima S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2010 r., działającą w obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej, zakończyła 1 kw. 2016 r. przychodami ze sprzedaży sięgającymi 5.848 tys. zł. Emitent kontynuuje działania mające na celu dalsze umacnianie jego pozycji rynkowej.
Spółka w 1 kw. 2015 r. wypracowała 5.257 tys. zł przychodów ze sprzedaży, więc tegoroczny wynik wykazuje ponad 11% wzrost w ujęciu rdr. Co ważne, BioMaxima S.A. zanotowała zwiększenie sprzedaży praktycznie we wszystkich grupach produktowych. Emitent rozwija działalność eksportową i prowadzi zaawansowane rozmowy z kontrahentami, z którymi nawiązane zostały relacje biznesowe w trakcie styczniowych targów Arab Health w Dubaju. Spółka realizuje dostawy w ramach zamówień otrzymanych od nowych dystrybutorów z Palestyny oraz Ukrainy. BioMaxima S.A. jest także coraz bliżej wprowadzenia swoich produktów na rynek w Kazachstanie oraz Nigerii. Otrzymała z kolei nowe zamówienia od kontrahenta w Somalii. Istotne znacznie dla wzrostu osiąganych przez Emitenta przychodów ze sprzedaży ma również dalsze zwiększanie wartości wygrywanych przez niego przetargów, które w 1 kw. 2016 r. wyniosło ponad 19% w ujęciu rdr.
„Spółka od początku ubiegłego roku systematycznie zwiększa przychody. Cieszy nas podtrzymanie tej tendencji w pierwszym kwartale bieżącego roku. Liczymy również na lepszy od ubiegłego rok w eksporcie. Podjęte działania na rynku krajowym pozwoliły na zahamowanie obserwowanego w latach 2013-2014 spadku przychodów i wkroczenie na ścieżkę wzrostu. Krajowa sprzedaż jest bardzo ważna, jednak w dalszym ciągu priorytetem pozostaje dla nas intensyfikacja działań na rynkach eksportowych.” – stwierdza Henryk Lewczuk, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.
Spółka zamierza realizować założenia przyjętej strategii rozwoju w zakresie planowanych akwizycji na rynku polskim oraz rumuńskim. Prowadzone rozmowy z potencjalnymi podmiotami mogą zakończyć się pozytywną finalizacją w kolejnych miesiącach. Przeprowadzenie akwizycji powinno umożliwić Emitentowi dalszy wzrost osiąganych przychodów oraz utrzymanie wysokich rentowności. W marcu br. BioMaxima S.A. podpisała list intencyjny z Politechniką Wrocławską odnośnie współpracy w zakresie opracowania i walidacji szybkich testów do wykrywania nowych i klinicznie istotnych biomarkerów z wykorzystaniem przeciwciał IgY, która w celu realizacji tego projektu wystąpiła o dofinansowanie w ramach Programu TEAM-TECH. Dodatkowo, Emitent przygotowuje wniosek o dotację unijną w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój Działanie 2.1 „Wsparcie Inwestycji w Infrastrukturę B+R Przedsiębiorstw”, który ma zostać złożony w kwietniu tego roku.
„Zapowiadaliśmy pewną ofensywę w zakresie ewentualnego pozyskania funduszy unijnych. Przypomnę tylko, że Spółka złożyła już wnioski w ramach Działania „Wzór na konkurencję” oraz Działania 1.2 i zamierza realizować projekt związany z testami do oznaczania lekooporności. Chcemy w oparciu o fundusze unijne dokonywać dalszego dynamicznego rozwoju Spółki. Natomiast rozmowy w zakresie akwizycji nie są łatwe i nie chcemy ich dokonywać za wszelką cenę, dlatego też nie jest to szybki proces. Akwizycje muszą się doskonale wpisywać w mądrze budowaną strategię Spółki oraz podnosić poziom przychodów i zysku netto.” – dodaje Prezes Lewczuk.
BioMaxima S.A. zakończyła 2015 r. zyskiem netto w kwocie 1.469 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży sięgających 21.965 tys. zł. Rok wcześniej zysk netto Spółki wyniósł 455 tys. zł, a jej przychody ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 20.441 tys. zł.
Mniejsze firmy farmaceutyczne radzą sobie lepiej z działalnością R&D niż rynkowi liderzy
Sektor farmaceutyczny uchodzi za jeden z najbardziej innowacyjnych obszarów, w którym na działalność B+R przeznacza się duże środki finansowe. Jak się jednak okazuje, zwrot z tej inwestycji jest coraz mniejszy. Według raportu „Measuring the return from pharmaceutical innovation 2015. Transforming R&D returns in uncertain times”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, w 2015 roku wyniósł on zaledwie 4,2 proc., podczas gdy pięć lat wcześniej było to 10,1 proc. Dużo lepiej niż rynkowi liderzy radzą sobie średnie firmy, w których średni zwrot z inwestycji w B+R w latach 2013-2015 wyniósł aż 17 proc. W branży farmaceutycznej widać wyraźny trend, polegający na przekazywaniu wypracowanych zysków na dywidendy dla akcjonariuszy zamiast inwestowania ich w działalność badawczo-rozwojową.
Raport Deloitte analizuje sytuację grupy dwunastu koncernów farmaceutycznych, które przeznaczają najwięcej środków na badania i rozwój i są w tym obszarze rynkowymi liderami (Amgen, AstraZeneca, Bristol-Myers Squibb, Eli Lilly, GlaxoSmithKline, Johnson & Johnson, Merck&Co, Novartis, Pfizer, Roche, Sanofi, Takeda). Dodatkowo w tym roku – dla porównania – wzięto również pod uwagę cztery średnie firmy z tego sektora, które w ostatnich latach wyróżniały się sukcesami na polu B+R.
Od 2010 roku grupa analizowanych dwunastu firm wypuściła 186 preparatów na rynek, które łącznie mają przynieść przychody na poziomie 1,25 mld dolarów. Jednocześnie 306 preparatów jest w fazie późnych badań klinicznych i działań rejestracyjnych. Prognozy przychodów z ich sprzedaży wynoszą 1,4 mld dolarów. Zwrot z inwestycji w B+R w sektorze farmaceutycznym zmalał z 10,1 proc. w 2010 roku do 4,2 proc. w 2015. Jeszcze w 2014 roku było to 5,5 proc.
Eksperci Deloitte przywołując przykłady średnich firm z branży farmaceutycznej udowadniają, że z inwestycjami w działalność badawczo-rozwojową radzą sobie one znacznie lepiej niż rynkowi giganci. „W latach 2013-2015 zwroty z inwestycji w B+R wyniosły w analizowanych czterech firmach 17 proc., podczas gdy u tych największych było to zaledwie 5 proc. W tym samym czasie koszty wytworzenia i rozwoju pojedynczego preparatu w tej pierwszej grupie były o jedną czwartą mniejsze niż u rynkowych liderów. To pokazuje, że rynek farmaceutycznych innowacji dynamicznie się zmienia. Tzw. big pharma traci swoją przewagę, jeśli chodzi o opłacalność prowadzonych przez siebie prac R&D na rzecz mniejszych podmiotów, łatwiej dostosowujących się do potrzeb rynku” – mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner Zarządzająca zespołami Innovation Consulting oraz R&D and Government Incentives, Deloitte.
W grupie największych firm średnie roczne koszty wprowadzenia jednego produktu na rynek wzrosły od 2010 roku o jedną trzecią do sumy 1,57 mld dolarów, a roczna sprzedaż produktu zmalała o prawie 50 proc. W latach 2013-2015 średnia sprzedaż przypadająca na jeden produkt wynosiła w grupie liderów 451 mln dolarów, podczas gdy w grupie średnich firm było to 1,03 mld dolarów. Zdaniem ekspertów Deloitte przepaść ta może się pogłębiać. Z kolei różnica pomiędzy średnimi kosztami opracowania i rozwoju produktu wynosi pomiędzy obiema grupami 360 mln dolarów na korzyść mniejszych spółek.
Coraz wyraźniej rysująca się przewaga mniejszych firm wynika m.in. również z tego, że koncentrują się one na wybranych specjalizacjach, co powoduje, że uzyskują wyższy zwrot z inwestycji w B+R. Taką strategię przyjmują również niektóre polskie firmy z tej branży jak Adamed, który inwestuje w innowacyjne terapie onkologiczne i neuropsychiatryczne. Start-up’y technologiczne specjalizujące się w wąskich branżach (np. Orcoarendi) i koncentrujące swoje prace badawcze na nowych celach biologicznych w terapiach przeciwzapalnych oraz immunoterapiach przeciwnowotworowych, znajdują się także w obszarze zainteresowań większych graczy rynkowych, w tym przypadku Michała Sołowowa.
Mniejsze spółki w dużo większym stopniu niż rynkowi liderzy stawiają na zewnętrzne źródła innowacji, czyli licencje oraz aktywność na rynku M&A. Wartość zewnętrznych innowacji w wypuszczanych przez nich preparatach wynosi aż 79 proc., podczas gdy dla dwunastu największych firm odsetek ten jest mniejszy o 25 pp. Oczywiście wśród liderów znajdują się takie spółki, w których wartość zewnętrznych innowacji sięga 90-95 proc., ale są również takie, gdzie jest to poniżej 30 proc. „Wzrost średnich firm, które znalazły się w raporcie jest niewątpliwie w dużej mierze napędzany przez innowacje zewnętrzne, w tym akwizycje i zakup licencji. Wiele z nich przez ostatnie lata, dzięki mniejszemu rozmiarowi, mogło sobie pozwolić na elastyczność działania i koncentrację na jednej lub dwóch specjalizacjach. Ich wyniki pokazują, że taka strategia przynosi oczekiwane efekty” – mówi Magdalena Burnat-Mikosz.
Eksperci Deloitte doszli również do wniosku, że firmy farmaceutyczne są coraz częściej skłonne do przekazywania zysków na dywidendy dla swoich akcjonariuszy niż przeznaczanie ich na działalność badawczo-rozwojową. „W ostatnich latach obserwujemy bezwzględny nacisk na optymalizację kosztową, a ofiarą takiej strategii pada m.in. działalność badawczo-rozwojowa. Takie podejście jest również dowodem na brak zaufania ze strony inwestorów i zarządów firm farmaceutycznych co do potencjalnych zwrotów z działalności R&D” – podsumowuje Magdalena Burnat-Mikosz.
Zmienny EUR/USD, słaby USD/JPY, spokojny PLN
Czwartkowy poranek przynosi zwrot na EUR/USD, spadek USD/JPY do najniższego poziomu od października 2014 roku i spokojne wahania polskich par. Na wszystkich tych rynkach nastroje dziś będą kształtować przede wszystkim doniesienia z ECB i Fed.
Dzisiejszy poranek przyniósł wzrost notowań EUR/USD do 1,1453 dolara, co jest najwyższym poziomem od października 2015 roku. Wzrost ten został jednak szybko skontrowany przez podaż. Euro cofnęło się poniżej poziomu 1,14 i o godzinie 10:15 trzeba było za nie zapłacić 1,1387 dolara. W kolejnych godzinach nastroje wokół tej pary będą budować przede wszystkim doniesienia płynące z Europejskiego Banku Centralnego i amerykańskiej Rezerwy Federalnej. W mniejszym stopniu natomiast publikowane o godzinie 14:30 cotygodniowe dane nt. liczby wniosków o zasiłki dla bezrobotnych złożonych w USA.
Kurs EUR/USD jeszcze w końcówce marca dotarł w okolice 1,14 dolara. Od tego czasu trwają przepychanki o to, czy para ta ma rosnąć dalej, czy jednak ten impuls wzrostowy już się zakończył. Na gruncie analizy technicznej podażowym sygnałem będzie dopiero spadek poniżej 1,1320 dolara, czyli wybicie dołem z ponad miesięcznego kanału wzrostowego. Do tego czasu utrzymuje się większe prawdopodobieństwo wzrostów niż spadków. Cel zaś stanowią kolejne opory. Pierwszy znajduje się na 1,1495, a drugi w okolicy na 1,1570 dolara.
W ostatnim czasie jedną z najciekawszych par walutowych jest USD/JPY. Dziś jej notowania spadły do 108,51 z 109,78 jenów i wobec 113,80 testowanych w ostatnich dniach marca. Dolar jest więc najtańszy do jena od października 2014 roku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt w jakim otoczeniu rynkowym te spadki mają miejsce. Otóż, Bank Japonii robi wszystko, żeby jena osłabić. Ostatnim dodatkiem do prowadzonej przez lata ultraluźnej polityki monetarnej były ujemne stopy procentowe oraz lutowo-marcowe interwencje na USD/JPY w okolicach 111 jenów. Tyle tylko, że ani polityka monetarna, ani interwencje nie powstrzymały przeceny USD/JPY. Na gruncie analizy wykresu tej pary można postawić tezę, że obecnie ma ona otwartą drogę do 105,19 jenów, czyli do minimum z października 2014 roku. Na drodze do realizacji tego scenariusza mógłby, i prawdopodobnie stanie, interweniujący ponownie na rynku walutowym Bank Japonii. Tyle tylko, że dopóki nie zmieni się globalny sentyment do dolara (bo do jena raczej się nie zmieni), to taka interwencja jedynie opóźni osiągnięcie wspomnianego celu, a nie doprowadzi do zmiany układu sił.
Na drugim biegunie wobec USD/JPY, ale też i EUR/USD, są dziś polskie pary walutowe. Handel na nich jest dość ospały. O godzinie 10:09 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2660 zł, USD/PLN 3,7460 zł, a CHF/PLN 3,92 zł. We wszystkich trzech przypadkach są to poziomy zbliżone do tych z wczorajszego zamknięcia. Analizując sytuację na ich wykresach można postawić tezę, że trwający od drugiej połowy stycznia trend aprecjacyjny na złotym powoli dobiega końca. Głównie dlatego, że kończy się paliwo do umocnienia złotego. Brakuje nowego. Co więcej. Na horyzoncie zaczynają się pojawiać czarne chmury, które mogą przynieść pogorszenie sentymentu do polskiej waluty. Taką chmurką jest chociażby prawdopodobne majowe cięcie ratingu przez agencję Moody’s.
Komentarz przygotował:
Marcin Kiepas
Główny Analityk
Admiral Markets AS Oddział w Polsce
NIK o przeciwdziałaniu wyłudzaniu VAT

Najwyższa Izba Kontroli negatywnie oceniła skuteczność działań Ministra Finansów i podległych mu organów w zwalczaniu oszustw podatkowych polegających na wprowadzaniu do obrotu faktur dokumentujących czynności fikcyjne w celu wyłudzenia podatku VAT ponieważ:
- rozwiązania systemowe były i są nadal niewystarczające dla skutecznego zwalczania oszustw podatkowych związanych z wykorzystywaniem faktur fikcyjnych;
- Minister Finansów nie zaproponował w kolejnych już modyfikacjach prawa podatkowego wystarczających regulacji i mechanizmów, które uszczelniłyby obowiązujący system;
- działania organów skarbowych, aczkolwiek rzetelne i trafne, w wykrywaniu oszustw były nieskuteczne i spóźnione bowiem nie ustalały faktycznych organizatorów oszustw podatkowych i nie wyegzekwowały wymierzonych podatków;
- nastąpił gwałtowny wzrost zaległości w VAT, będący konsekwencją: z jednej strony wzrostu kwot w wykrytych fakturach fikcyjnych, a z drugiej – niskiej skuteczności odzyskiwania wymierzonych podatków; zaległości te na przestrzeni 1,5 roku wzrosły prawie trzykrotnie z około 5 do ponad 14 mld złotych;
- możliwości odzyskania wymierzonych należności z VAT z fikcyjnych faktur są nadal niewielkie, sięgają jedynie ok. 1,3 proc. wymierzonych kwot; jest to konsekwencją zupełnie nieskutecznej egzekucji, spowodowanej brakiem jakiegokolwiek majątku osób i firm wykorzystywanych do tych oszustw oraz konsekwencją trudności z ustaleniem faktycznych ich organizatorów.
W okresie objętym badaniami NIK (2014 r. – I półrocze 2015 r.) Minister Finansów podejmował szereg działań i inicjatyw mających na celu poprawę skuteczności podległych służb w zwalczaniu oszustw w podatku od towarów i usług, w tym ograniczenie wyłudzeń podatku VAT oraz unikania zapłaty zobowiązań podatkowych. W ocenie NIK zastosowane rozwiązania systemowe (mechanizm odwrotnego obciążenia oraz instytucja odpowiedzialności solidarnej nabywcy) i organizacyjne okazały się niewystarczające dla poprawy skuteczności zwalczania oszustw popełnianych z wykorzystaniem faktur nieodzwierciedlających rzeczywistych transakcji oraz ograniczenia zagrożeń dla gromadzenia dochodów budżetu państwa.
Zaproponowane przez Ministra Finansów mechanizmy uszczelniające (zmiana ustawy o podatku od towarów i usług od 1 lipca 2015 r.) skierowane zostały, podobnie jak przy poprzedniej modyfikacji (zmiana ustawy od 1 października 2013 r.), na obszary działalności gospodarczej, w których zidentyfikowano istotne nieprawidłowości. Nie umożliwiały one natomiast ograniczenia oszustw w sposób systemowy, to znaczy niezależny od towarów wykorzystywanych w przestępczym procederze.
Działania organów kontroli skarbowej, aczkolwiek rzetelne, były przeważnie nieskuteczne. Badane urzędy kontroli skarbowej, zgodnie z zaleceniami Ministra Finansów, koncentrowały swoje działania na zwalczaniu nieprawidłowości w podatku od towarów i usług. Do kontroli typowano – z niezwykle dużą, co NIK podkreśla bardzo wyraźnie, często nawet 90 proc. trafnością, – podmioty o wysokim ryzyku wystąpienia nieprawidłowości, a kontrole kończyły się ustaleniami nieprawidłowości. Kontrolowane urzędy skarbowe prowadziły postępowania zabezpieczające oraz egzekucyjne rzetelnie, zgodnie z obowiązującą procedurą. Jednak od podmiotów uczestniczących w oszukańczym procederze, głównie firm „słupów”, nie wyegzekwowano wymierzonych w wyniku działań kontrolnych podatków. W większości badanych przypadków organom kontroli skarbowej nie udało się także ustalić faktycznych organizatorów oszustw podatkowych.
Wyraźnie wzrastała, liczona przede wszystkim kwotowo, wielkość wykrytych przez organy kontroli skarbowej czynności fikcyjnych, co skutkowało również wzrostem kwot wymierzonego podatku. W 2013 r. organy kontroli skarbowej wykryły fikcyjne faktury na kwotę 19,7 mld zł, w 2014 r. na kwotę 33,7 mld zł, a w 2015 r. już na kwotę 81,9 mld zł. W związku z ustaleniami (na podstawie art. 108 ustawy o podatku od towarów i usług) wymierzyły odpowiednio 2,3 mld zł w 2013 r., 5,2 mld zł w 2014 r. oraz 4,9 mld zł w I półroczu 2015 r. należnych podatków. Jednak wpłaty do budżetu państwa z tego tytułu w latach 2013-2014 i w I półroczu 2015 r. wyniosły zaledwie 162,3 mln zł, czyli 1,3 proc. kwot należnych, wymierzonych przez organy kontroli skarbowej. Niska skuteczność odzyskiwania należnego podatku spowodowała gwałtowny wzrost zaległości w VAT: z 5,1 mld zł na koniec 2013 r. do 14,1 mld zł na koniec czerwca 2015 r. W ocenie Najwyższej Izby Kontroli możliwości odzyskania tych kwot są niewielkie.
Badanie 90 postępowań kontrolnych, w wyniku których organy kontroli skarbowej wymierzyły należny podatek na kwotę 1,9 mld zł, wykazało, że rzeczywiste wpłaty podatków były znacząco niższe. Część podmiotów, których dotyczyły postępowania zakładana była na krótki okres – w celu wystawiania fikcyjnych faktur, a nie prowadzenia działalności gospodarczej. Były to podmioty podejmujące szereg oszukańczych zabiegów, niewyposażone w majątek rzeczowy, z którymi kontakt był niemożliwy już na etapie postępowania kontrolnego. Dla ustalenia stanu faktycznego konieczne było więc prowadzenie postępowań kontrolnych w kilku podmiotach.
Średni czas wszczęcia postępowania kontrolnego – od momentu pozyskania informacji wskazujących na duże ryzyko udziału podmiotu w oszustwie podatkowym – wynosił w przypadku kontroli doraźnych (57 proc. badanych spraw) 73, a planowych 189 dni. W ocenie NIK niezwykle istotne jest skrócenie czasu reakcji organów kontroli skarbowej w przypadkach podejrzeń o poważne oszustwa podatkowe. Postępowania kontrolne w takich sprawach powinny być wszczynane niezwłocznie.
Istotnym problemem było zwiększenie skuteczności zwalczania grup przestępczych, wykorzystujących mechanizmy podatkowe do wyłudzania podatku od towarów i usług, grup podejmujących fikcyjne działania, skierowane na uszczuplenie należności podatkowych. Oszustwa takie wykrywane były przeważnie z opóźnieniem, kiedy oszuści zniknęli, czasem tylko udawało się odnaleźć osoby podstawione, działające jako tzw. „słupy”. W takich sprawach organy kontroli skarbowej miały trudności zarówno z ustaleniem sprawców oszustw, jak i z odzyskaniem uszczuplonych kwot podatku VAT.
W latach 2013-2015 na szeroką skalę występowało zjawisko wprowadzania do obiegu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne, stanowiące poważne zagrożenie dla dochodów budżetu państwa. Nastąpiło pogorszenie skuteczności organów podatkowych w poborze podatków. Obniżała się relacja dochodów podatkowych do PKB: przez trzy kolejne lata kształtowała się poniżej 15 proc.
Rozmiar luki w podatku od towarów i usług utrzymywał się na poziomie wyższym niż średnia wielkość tego zjawiska w krajach Unii Europejskiej. Według raportów Komisji Europejskiej w latach 2010-2013 luka ta wzrosła z 18 proc. do 27 proc. możliwych do osiągnięcia dochodów z VAT. W kolejnych latach nie udało się istotnie ograniczyć tego zjawiska. Utrzymująca się znacznych rozmiarów luka podatkowa świadczy o niewystarczającej efektywności polskiego systemu podatkowego i potrzebie wprowadzenia nowych rozwiązań, mających na celu ograniczenie oszustw podatkowych.
Dotychczasowe działania oraz regulacje prawne okazały się niewystarczające i nie pozwalają na skuteczne zabezpieczenie interesów Skarbu Państwa przed oszustwami z wykorzystaniem fikcyjnych faktur. Od dłuższego czasu eksperci, także w Ministerstwie Finansów, wskazują, że dotychczasowe rozwiązania mają jedynie ograniczoną efektywność w zwalczaniu oszustw lub też są całkowicie nieefektywne. Dlatego w ocenie NIK potrzebne jest szybkie wdrożenie rozwiązań mających na celu poprawę skuteczności w zwalczaniu oszustw podatkowych popełnianych z wykorzystaniem faktur dokumentujących czynności fikcyjne. Potrzebne są kolejne rozwiązania, pozwalające na realne zmniejszenie skali negatywnych zjawisk, umożliwiające zarówno skuteczne reagowanie na zagrożenia, jak i karanie sprawców oszustw.
W ocenie Najwyższej Izby Kontroli Minister Finansów powinien przeprowadzić gruntowną analizę rozwiązań proponowanych przez gremia eksperckie, specjalistów resortu finansów, a także mechanizmów stosowanych w innych krajach i podjąć niezwłoczne decyzje, które z rozwiązań mogą być wprowadzone i mają szansę okazać się skutecznymi w przeciwdziałaniu oszustwom w VAT w Polsce. Konieczne jest również zintensyfikowanie współpracy między służbami podległymi Ministrowi Finansów oraz z prokuraturą i Policją, a także przyśpieszenie reakcji służb skarbowych na rozpoznane zagrożenia i skoncentrowanie działań na wykrywaniu organizatorów procederu wyłudzania podatku zamiast na firmach „słupach”.
Skala zagrożeń uzasadnia zdaniem NIK potrzebę przeanalizowania możliwościwprowadzenia w Polsce takich rozwiązań jak: obowiązek wystawiania faktur VAT za pośrednictwem serwera Ministerstwa Finansów (centralny rejestr faktur); publiczny rejestr rachunków bankowych podatników; ograniczenie możliwości rozliczeń kwartalnych w VAT; powszechna standaryzacja ewidencji danych (dotyczących dokumentów, księgowań, płatności); dodanie kolejnych przesłanek warunkujących wykreślenie podatnika z rejestru podatników VAT. Warte rozważenia są także fakultatywny split payment (dzielona płatność) lub możliwość stosowania rozwiązania dzielonej płatności jako przesłanki zwalniającej od odpowiedzialności solidarnej oraz rozszerzenie zakresu odpowiedzialności solidarnej w ten sposób, że będzie miała zastosowanie zawsze w przypadku dokonywania płatności z tytułu transakcji na konto inne niż uwidocznione w bazie on-line podatników jako konto właściwe do rozliczeń VAT. Efektywne może okazać się także ograniczenie płatności gotówkowych.
Jednocześnie NIK podkreśla, że jedynie zastosowanie kompleksowych rozwiązań, wykorzystujących użyteczność kilku różnych narzędzi jednocześnie, pozwoli na istotną poprawę w ograniczeniu strat wynikających z nadużyć w podatku od towarów i usług. Potrzebne są zarówno nowe środki usprawniające pobór i egzekucję podatków, zmiany w organizacji służb zwalczających najpoważniejsze oszustwa podatkowe, jak i zmiany na płaszczyźnie regulacji karnych, zmierzające do zapewnienia realnej możliwości karania sprawców oszustw podatkowych.
Rozważyć należy także wyodrębnienie pionu lub służby wyspecjalizowanej do zwalczania oszustw podatkowych na wielką skalę z wykorzystaniem fikcyjnych faktur, służby wyposażonej w procedury kontroli i uprawnienia adekwatne do wagi przestępstw popełnianych przez grupy zorganizowane.
Kontrola Przeciwdziałanie wprowadzaniu do obrotu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne była przeprowadzona w Ministerstwie Finansów, urzędach kontroli skarbowej oraz urzędach skarbowych na terenie pięciu województw. Badaniami objęto działania Ministra Finansów oraz organów kontroli skarbowej mające na celu zwalczanie procederu wystawiania i posługiwania się fakturami dokumentujących czynności fikcyjne oraz egzekwowanie przez naczelników urzędów skarbowych kwot podatku wymierzonych po kontrolach organów kontroli skarbowej oraz organów podatkowych.
Tomasz Habigier nowym Managerem Działu Operacji Agito.pl
Firma Agito.pl, wchodząca w skład grupy eMAG, powołała do życia Dział Operacji, łącząc dotychczasowe Biuro Obsługi Klientów oraz Centrum Dystrybucji. Szefem nowo powstałej jednostki został Tomasz Habigier, który dołączył do zespołu w ostatnich tygodniach. Dzięki połączeniu działów, firma będzie w stanie szybciej reagować na potrzeby klientów oraz partnerów, budując fundament do długoterminowego rozwoju.

„Usprawnienie procesów operacyjnych, w tym obsługi klientów i zarządzania dostawami to obecnie nasz priorytet w myśl zasady ‘No customer left behind’. Bardzo cieszę się, że zajmie się tym tak doświadczony manager, jak Tomasz Habigier. Jego podstawową misją jest zbudowanie jeszcze bardziej pozytywnych doświadczeń klientów, związanych z całym procesem zakupowym, w tym także obsługą posprzedażową” – powiedział Remigiusz Chrzanowski, Dyrektor Zarządzający Agito.pl.
Do głównych zadań nowego Managera Działu Operacji należy przygotowanie skalowalnej struktury organizacyjnej, dzięki której możliwe będzie zapewnienie serwisu i obsługi klientów na najwyższym światowym poziomie, nawet przy zwielokrotnieniu skali biznesu. Habigier zajmie się również optymalizacją i uproszczeniem procesów zachodzących w firmie, w tym także polepszenie współpracy z partnerami oraz pomiędzy poszczególnymi jednostkami organizacyjnymi Agito.
Tomasz Habigier posiada wieloletnie doświadczenie w firmach takich jak Dell, Unisource Global Solutions czy Veritiv, gdzie rozwijał kluczowe kompetencje w obszarze organizacji i zarządzania procesami produkcyjnymi, magazynowymi oraz logistycznymi. Jest także licencjonowanym trenerem stowarzyszenia REFA. W trakcie dotychczasowej kariery miał okazję zarządzać dużymi, ponad stuosobowymi zespołami, prowadził także projekty międzynarodowe oraz szkolenia optymalizacji procesów biznesowych.
Stopy procentowe znów w centrum uwagi
Oddalają się perspektywy podwyżek stóp procentowych w USA. Kolejne ankiety potwierdzają, że Brexit mocno ograniczy rolę londyńskiego City na rynkach finansowych. RPP nie zmieniła stóp procentowych.
Poznaliśmy stenogramy z marcowego posiedzenia rezerwy federalnej. Za podwyżką stóp procentowych w zeszłym miesiącu opowiadało się zaledwie dwóch członków Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Dodatkowo pojawił się pogląd, że podwyżka stóp procentowych już w kwietniu mogłaby wywołać uczucie pośpiechu. Jak to się ma do dotychczasowej wiedzy na ten temat? W grudniu zeszłego roku pierwszy raz od niemal dekady wzrosły stopy procentowe w USA. Podwyżka ta łączyła się z zapowiedzią rozpoczęcia cyklu wzrostowego i 4 kolejnych podwyżek w 2016 roku. Obecnie liczba planowanych podwyżek w 2016 roku wciąż spada. W chwili obecnej mówi się raczej o dwóch. Liczba ta nie jest pewna, a coraz więcej analityków skłania się raczej ku jednej. Skąd ta zmiana? Winne są dane makroekonomiczne pokazujące, że USA nie rozwijają się jednak tak szybko, jak sądzono. Dodatkowym ciosem dla podwyżek jest sytuacja w Europie. Sądzono, że podwyżki w USA rozpoczną globalną normalizację polityki pieniężnej. Tak się jednak nie stało. EBC na razie nie myśli o podwyżkach, a ostatnie sygnały chociażby ze Szwajcarii, mówią wręcz o luzowaniu. Jak reagują na to rynki walutowe? Sam komunikat został przyjęty w miarę neutralnie. W dłuższej perspektywie widać jednak przenoszenie uwagi z dolara na euro. Inwestorzy liczyli na wzrost stóp, co umocniłoby dolara i dodatkowo zwiększyło stopę zwrotu inwestycji wolnych od ryzyka.
Poznaliśmy wyniki ankiety przeprowadzonej pośród członków Stowarzyszenia Rynków Finansowych ACI. Dotyczyła ona wpływu Brexitu na status Londynu na rynkach finansowych. Przez stolicę Wielkiej Brytanii przepływa obecnie trochę mniej niż połowa globalnych transakcji walutowych. Gdyby doszło do opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię z pewnością zyskałyby na tym inne centra finansowe. Głównie Frankfurt nad Menem, Paryż czy Dublin. Na decentralizacji zyskałyby również nieeuropejskie ośrodki, jak chociażby Nowy Jork. 23 czerwca zakończy się referendum, aczkolwiek strach przed wynikiem doskonale widać na brytyjskim funcie, który spadł już poniżej 5,30 zł.
Rada Polityki Pieniężnej zgodnie z oczekiwaniami nie zmieniła stóp procentowych w Polsce. Było to pierwsze posiedzenie w nowym pełnym składzie. Na konferencji nie dowiedzieliśmy się nic szczególnie nowego. Potwierdzono, że obecny poziom jest na ten moment odpowiedni, pomimo utrzymującej się deflacji. Zdaniem Marka Belki ze względu na spadki cen surowców na rynkach globalnych w poprzednich miesiącach w dalszym ciągu będziemy mieć deflację. Jednak pomimo spadku cen, wzrost gospodarczy będzie stabilny.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Od początku lipca Fiskus zacznie przeprowadzać elektroniczne kontrole

Wypowiedź: Piotr Ciski, dyrektor zarządzający polskim oddziałem Sage.
Od początku lipca urzędy skarbowe zaczną przeprowadzać elektroniczne kontrole skarbowe z wykorzystaniem Jednolitego Pliku Kontrolnego. W przypadku nieprzekazania do kontroli pliku w formacie JPK lub przekazania pliku zawierającego błędy przedsiębiorcom grozi odpowiedzialność karno-skarbowa.
– Informacje, które należy przesłać są bardzo szczegółowe. Dotyczą transakcji na kontach bankowych, poszczególnych elementów zawartych na fakturze VAT, czy nawet stanów magazynowych. W tej chwili ustawodawca mówi, iż te dane będą przesyłane na żądanie kontroli skarbowej. Natomiast jeżeli podatnik tego nie zrobi będzie mu groziła kara skarbowa – mówi newsrm.tv Piotr Ciski, dyrektor zarządzający polskim oddziałem Sage.
Na 3 miesiące przed wejściem w życie elektronicznych kontroli podatkowych 1/3 przedsiębiorców z nich deklaruje, że w ogóle nie słyszała o JPK – wynika z sondażu przeprowadzonego przez Sage wśród klientów.
Samo wygenerowanie JPK jest zaledwie połową sukcesu. Jak podkreśla ekspert informacje w postaci pliku .xml są nieodczytywalne nawet dla programistów, a co dopiero dla przedsiębiorcy lub księgowej – 33 proc. badanych obawia się braku wpływu na ilość i jakość kontrolowanych przez fiskusa danych. Przedsiębiorcy chcą mieć możliwość przejrzenia i zwalidowania informacji przed ich wysłaniem do kontroli. Jak zatem sprawdzić, czy dane, które mają być za moment przekazane urzędowi skarbowemu, są poprawne i nie zawierają błędów merytorycznych? Bez odpowiedniego narzędzia jest to niemożliwe. Ministerstwo Finansów wprawdzie ma w planach udostępnienie platformy testowej, ale będzie ona dawać jedynie możliwość sprawdzenia poprawności samego pliku JPK, a nie zawartych w nim informacji.
Jak opanować plagę kradzieży ciągników?
Wielu rolników i właścicieli sprzętu rolniczego z obawą patrzy na pojazdy w swoich gospodarstwach. Często bowiem dochodzi do kradzieży, szczególnie, gdy maszyny nie tylko nie są zabezpieczone technologicznie, ale także zewnętrznie, stojąc np. na podwórku. Niekiedy zdarza się, że za pomocą jednego kluczyka można odpalić pojazdy tej samej marki. – Szczególnie na Zachodzie, gdy właściciele maszyn mają spore floty, takie rozwiązanie jest praktykowane, bo z jednego pojazdu w ciągu dnia może korzystać kilku operatorów – wyjaśnia Piotr Dziamski z John Deere Polska.
Jednym z rozwiązań, które z pewnością utrudni kradzież ciągnika, są immobilizery. Producenci montują je zarówno fabrycznie, jak i w formie dodatkowych zestawów spersonalizowanych kluczy. Immobilizer poprzez układ elektryczny zapobiega uruchomieniu silnika przez inny kluczyk. Producenci oferują także spersonalizowane zamki do korka wlewu paliwa, drzwi czy maski silnika.
Innym rozwiązaniem są systemy telematyczne, które umożliwiają zdalne zarządzanie sprzętem i monitorowanie pracy maszyn. Dane z maszyny są przesyłane do komputera właściciela, a ten na bieżąco może nadzorować, m.in. miejsce, w którym znajduje się ciągnik. – Dla przykładu system JD Link montujemy jako element podstawowy. System będzie funkcjonował także w maszynach innych producentów – mówi Piotr Dziamski. – Właściwie z dowolnego miejsca na ziemi, dzięki połączeniu internetowemu, mogą całą dobę zarządzać swoją flotą. Lokalizację zapewnia komunikacja satelitarna – dodaje. Dla przykładu, tego typu system, informuje właściciela o przekroczeniu granic obszaru, na jakim dana maszyna pracuje, a także o przekroczeniu czasu pracy.
Producenci oferują także systemy znaczników cyfrowych, które ułatwiają znalezienie skradzionych maszyn. Dla przykładu w ramach systemu CESAR ukrywa się w pojeździe cyfrowe znaczniki, w tym chipy RFID. Po zeskanowaniu policja otrzymuje informację na temat tożsamości prawowitego właściciela. Dane z systemu dostępne są w 187 krajach na świecie. John Deere planuje akcję informacyjną, organizując drzwi otwarte w kwietniu i maju u dealerów marki, podczas której będzie przestawiać rozwiązania zabezpieczające ciągniki przed kradzieżą.
Wielkie spotkanie w Nowym Jorku
„Kiedy Rezerwa Fedrealna mówi, świat słucha”. Tak International House w Nowym Jorku reklamuje swoją dzisiejszą historyczną debatę. Obsada jest gwiazdorska: główną postacią będzie oczywiście Jenet Yellen, ale obok niej wystąpią poprzedni szefowie Fed – Ben Bernanke, Alan Greenspan i Paul Volcker. Dyskusje poprowadzi Fareed Zakaria z CNN. Spotkanie zacznie się późno, bo po 23.00 polskiego czasu, ale to nic nie szkodzi, bo przecież rynki nigdy nie śpią. Choć uczestnikiem będzie głównie młodzież, bo w orbicie zainteresowań International House znajdują się przede wszystkim studenci z wielu krajów, to z pewnością z dużym zainteresowaniem event obejrzą liczni inwestorzy, niezależnie od wieku.
Rynki będą słuchały przede wszystkim tego, co powie Jenet Yellen, choć po wczorajszej publikacji minutes z ostatniego posiedzenia FOMC i wypowiedzi szefowej Fed z zeszłego tygodnia obraz sytuacji jest w miarę jasny. Oczywiście, kwestią dyskusyjną jest termin podwyżek, i rynki będą próbowały wyciągnąć jakieś wnioski z dzisiejszego eventu. Czy im się uda, nie wiadomo, choć temperatura dyskusji może skłonić Jenet Yellen do wyrażenia bardziej jednoznacznych opinii.
O ile wieczór, noc i wczesne popołudnie należy dziś do USA (o 14.30 zostaną opublikowane dane o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych), to reszta dnia przypadnie Europie, głównie za sprawą EBC. Wystąpienia publiczne ma dziś kilku członków banku, pojawi się też protokół z marcowego posiedzenia EBC. Po południu wystąpi Mario Draghi, z tezami na temat kondycji finansowej Europy. Europejski Bank Centralny ma bardzo aktywny dzień, więc dzisiaj euro może być bardziej ruchliwe niż zwykle.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Popołudniowy komentarz walutowy z 07.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 07.04.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Postępowanie sanacyjne kołem ratunkowych dla firm z kłopotami
Po zmianach prawnych dotyczących upadłości przedsiębiorstw popularne powinno stać się postępowanie sanacyjne. Na zmianach zyskują wierzyciele, ale też zmniejsza się zagrożenie bankructwem.
Postępowanie sanacyjne to sposób na rozwiązanie problemów firmy, które zwiększa rolę wierzycieli. Jednak, aby zakończyło się sukcesem, wymaga zwiększenia zaufania pomiędzy wierzycielami.
-Poziom zaufania wzajemnego w gospodarce nie jest wysoki – mówi o tym w rozmowie z MarketNews24 Maciej Fornalczyk z Comper Fornalczyk i Partnerzy Spółka Jawna – to dobrze, że ustawa je wzmacnia.
Ziemi rolnej już tak łatwo nie kupisz… ani nie sprzedasz
Ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego ma w założeniu ograniczyć nabywanie polskiej ziemi rolnej przez cudzoziemców. Okazuje się jednak, że daleko idące reglamentacje będą obowiązywać też Polaków. Zasadniczo oprócz rolników indywidualnych ziemię rolną będą mogły nabywać tylko Kościoły i związki wyznaniowe. Wiele wskazuje na to, że obrót nieruchomościami rolnymi zostanie w znacznym stopniu zahamowany.
„Reżimowi ustawy będzie podlegać obrót wszystkimi nieruchomościami, które w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego nie zostały przeznaczone na inne cele niż rolne. Wiąże się to z tym, że zasadniczo nabywcą tych nieruchomości będzie mógł być rolnik indywidualny” – mówi serwisowi infoWire.pl Mariusz Zając z Kancelarii Zając Zarębski i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni. Problem między innymi w tym, że grunty rolne znajdują się także w miastach. W niektórych – odsetek tych gruntów sięga nawet kilkudziesięciu procent.
Jak zauważa ekspert: „Ustawowe ograniczenia dotkną również obrót domami położonymi na terenach wiejskich lub w miastach, ale na terenach rolniczych. Działkę wraz z domem będziemy mogli sprzedać po uzyskaniu zgody Agencji Nieruchomości Rolnych [ANR] i co do zasady rolnikowi indywidualnemu”.
Z dużymi utrudnieniami muszą liczyć się też firmy z branży deweloperskiej posiadające – choćby w niewielkiej ilości – nieruchomości rolne. Zbycie udziałów albo akcji przez te firmy – z wyjątkiem obrotu publicznego – także będzie wymagało zgody ANR.
Oprócz tego „przez najbliższe pięć lat ma być wstrzymana – z pewnymi wyjątkami – sprzedaż nieruchomości wchodzących w skład Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Problem jest taki, że ma to dotyczyć również nieruchomości położonych w granicach administracyjnych miast. Skutkiem może być zmniejszenie podaży gruntów przewidzianych na inwestycje, zarówno o charakterze mieszkaniowym, jak i usługowym oraz przemysłowym” – stwierdza rozmówca.

