Analiza wydatków reklamowych branży finansowej – spadek w pierwszym kwartale 2015 roku

W pierwszym kwartale 2015 roku wydatki sektora finansów na reklamę wyniosły ponad 104 miliony złotych. To o ponad 50 milionów mniej niż w ostatnim kwartle 2014 roku i o prawie 11 w stosunku do okresu styczeń – marzec 2014 – wynika z analiz największego niezależnego domu mediowego Codemedia.

W pierwszym kwartale największym reklamodawcą w tej kategorii były banki, które wydały na reklamę swoich produktów ponad 65 milionów (63% całego budżetu). Za nimi uplasowały się instytucje finansowe przeznaczając na promocję ponad 24 miliony złotych (23%). Firmy ubezpieczeniowe poniosły z kolei wydatki na poziomie 13 milionów złotych (13%).

Kwota jaką banki przeznaczyły w ciągu trzech pierwszych miesięcy 2015 roku jest o prawie 23% niższa w stosunku do ostatniego kwartału 2014 roku, ale tylko o 2% mniejsza niż w okresie styczeń – marzec 2014. Banki najchętniej reklamowały konta, przeznaczając na ich promocję ponad 25 milionów złotych.

Instytucje finansowe również zmniejszyły swoje nakłady na reklamę o prawie 25% w stosunku do ostatniego kwartału 2015 roku i o 9% w stosunku do pierwszych trzech miesięcy 2014 roku. Podmioty te najczęściej inwestowały w reklamę produktów leasingowych i kredytowych przeznaczając na ten cel ponad 14 milionów złotych.

Wydatki sektora ubezpieczeń również spadły o 56% w stosunku do okresu październik-grudzień 2014 roku i o 31% w zestawieniu z pierwszym kwartałem 2014 roku. Firmy ubezpieczeniowe w 2015 roku intensywnie promowały ubezpieczenia komunikacyjne przeznaczając na ten cel prawie 6 milionów złotych.

Firmy z rynku finansowego najchętniej reklamują swoje usługi i produkty w telewizji, inwestując 53% swojego budżetu marketingowego – 55 milionów zł (dane I – III 2015 r, Codemedia) – właśnie w tym kanale. Kampanie reklamowe były głównie emitowane w takich stacjach jak Polsat, TVN, TVP1 i TVP2. W pierwszej szóstce znalazły się również TVN24 i Discovery Channel.

Wydatki na telewizję spadły o 36% w stosunku do ostatniego kwartału 2014, a w stosunku do okresu styczeń – marzec 2014 o 2%. 18% nakładów – ponad 18 milionów złotych – kosztowała sektor reklama on-line. Ich suma spadła o 19% w stosunku do IV kwartału 2014 roku i o 40% w stosunku do I kwartału ubiegłego roku. Najwięcej budżetów firmy lokowały w reklamę na Wp.pl, Onet.pl i Interia.pl. Jeśli chodzi o portale finansowe to pierwszą trójkę tworzą Money.pl, Biztok.pl i Bankier.pl.

Z naszego doświadczenia w realizacji kampanii dla klientów z sektora finansowego oraz pro sprzedażowego charakteru większości działań marketingowych realizowanych przez banki, instytucje finansowe i firmy ubezpieczeniowe szacujemy, że udział telewizji i Internetu będzie systematycznie rósł w tej kategorii. Są to bowiem media najlepiej wspierające charakterystyczne dla tej branży kampanie realizowane w modelu direct response – podsumowuje Piotr Bieńko, Prezes Zarządu Codemedia.

Na trzecim miejscu uplasowały się wydatki na reklamę kinową, które wyniosły ponad 7 milionów złotych (7%). Po 6% budżetów marketingowych firmy przeznaczyły na reklamę w magazynach, radiu oraz na outdoor (odpowiednio ponad 6 milionów na każdy obszar). Tylko 3% wydatków pochłonęła reklama w gazetach codziennych.

NieBezpieczne płatności internetowe

W ostatnich tygodniach coraz częściej słyszymy o atakach hackerów na instytucje finansowe, polegających na dokonaniu zmiany zdefiniowanych numerów kont bankowych do przelewu. Okazuje się, że takie sytuacje mogą się przydarzyć każdemu z nas. Istnieją jednak rozwiązania, które pozwalają chronić klientów przed konsekwencjami takich ataków.

Banki mogą nie uznać Twojej reklamacji

Warto podkreślić, że taka forma cyberataków sprawia, że zupełnie nieświadomi użytkownicy bankowości internetowej realizują swoje płatności, a w efekcie sami przelewają pieniądze na zmodyfikowane konta. Bardzo często banki nie uznają reklamacji klientów, gdyż ci posługując się smsami lub kodami jednorazowymi sami autoryzowali dyspozycje wysłania przelewów.

Trzeba przyznać, że rzadko kiedy sprawdzamy raz już zdefiniowany numer odbiorcy. Przeważnie realizując przelew klikamy odruchowo i akceptujemy odbiorcę. W końcu przecież to już kolejny przelew, który wychodzi na dany numer konta. Okazuje się, że banki nie ponoszą odpowiedzialności za sprawdzanie autoryzowanych przez klienta numerów kont. Bank nie musi też sprawdzać, czy dany numer powiązany jest z odbiorcą. Okradziony klient odchodzi więc z kwitkiem i z informacją, że nie przestrzega zasad bezpiecznego korzystania z bankowości internetowej lub ma zawirusowany komputer.

Jak się uchronić przed cyberatakami?

Większość zachowań konsumentów przenosi się do sieci. Począwszy od zakupów, rozmów z doradcami finansowymi, korzystania z bankowości internetowej. Nie sposób więc oczekiwać, że społeczeństwo zarzuci te praktyki i powróci do starych metod wypłacania i przelewania pieniędzy w przysłowiowym „okienku”. Chcąc bezpiecznie korzystać z bankowości internetowej należy przestrzegać kilku podstawowych zasad. Jeżeli dojdzie już do ewentualnego ataku hackerskiego, po pierwsze należy jak najszybciej zmienić hasła do swoich kont bankowych. Jeśli tego samego hasła używamy również do innych zasobów np. poczty mailowej, tam również należ je zmienić. Kolejnym krokiem powinna być dokładna weryfikacja transakcji bankowych dokonanych z naszego konta w danym roku kalendarzowym. Wszystkie podejrzane lub nieznane nam przelewy należy zgłosić do banku i wyjaśnić. Należy również pamiętać, aby rozsądnie i ostrożnie budować swoją tożsamość internetową tak, by nie ujawniała ona zbyt wielu informacji i nie kierowała cyberprzestępców wprost do naszego portfela.

Na rynku dostępne są rozwiązania, które niektóre banki dodają do swoich produktów. Mowa tu o ubezpieczeniu „Bezpieczne Płatności” od Europ Assistance Polska, które dotyczy płatności mobilnych i zbliżeniowych, a także gwarantuje szeroki zakres przydatnych usług. Dzięki takiemu rozwiązaniu klienci banków mogą liczyć na zwrot kosztów nieuprawnionych transakcji zbliżeniowych z wykorzystaniem skradzionej karty, zwrot kosztów nieuprawnionych transakcji w sieci, pomoc w zablokowaniu skradzionej karty, czy dostęp do całodobowego Centrum Alarmowego.

Bankowość internetowa to niezwykle przydatne rozwiązanie. Niestety dokonywanie płatności i transakcji za pomocą Internetu naraża nas na ryzyko ujawnienia danych osobowych, albo co gorsza utraty środków finansowych z naszego konta. Ubezpieczenie Bezpieczne Płatności powstało właśnie po to aby chronić klientów bankowych od takich sytuacji.” –mówi Joanna Nadzikiewicz, Dyrektor Handlowy Europ Assistance Polska.

Coraz częściej dochodzi do cyberataków

Według danych Norton by Symantec, dwie trzecie dorosłych na świecie padło ofiarą cyberprzestępstwa,. Każdego dnia dane 1,5 miliona osób są wykorzystywane bez ich zgody a roczny globalny koszt cyberprzestępczości sięga 445 mld dolarów. Jak wynika z raportu, co trzeci użytkownik Internetu w ogóle nie myśli o cyberprzestępczości i nie podejrzewa, że może stać się jej ofiarą. Co gorsza, cyberprzestępczość przenika również do urządzeń mobilnych.

Z kolei z raportu z Security Report 2015 przygotowanego przez Check Point Software Technologies wynika, że z roku na rok liczba ataków hackerskich rośnie. Dla przykładu w ciągu każdej godziny dochodzi do 106 różnego rodzaju działań o charakterze cyberprzestępczym. W stosunku do 2013 roku ich liczba wzrosła 48-krotnie.

Grupa Europ Assistance

Ytong: dom i rodzina 1995-2015 – raport i badanie społeczne

Badań dotyczących warunków mieszkaniowych, czy sytuacji rodzin w Polsce jest wiele, ale nikt nie pokusił się dotychczas o kompleksowe zbadanie więzi rodzinnych, tradycji, jak i emocji związanych z domem. Badanie społeczne i raport na ten temat zrealizowała marka Ytong, z okazji 20-lecia swojej obecności na polskim rynku.

„Ytong: dom i rodzina 1995-2015” to badanie społeczne sporządzone przez TNS oraz raport opracowany przez socjolog Magdalenę Łukasiuk z Uniwersytetu Warszawskiego. Zostały zamówione w kwietniu 2015 roku przez markę Ytong. To pierwsze tak duże opracowanie na temat domu rodzinnego w kontekście towarzyszących mu emocji, wartości oraz tradycji. Na warsztat wzięto ostatnie dwie dekady, dzięki czemu można w dużej perspektywie czasowej przyjrzeć się bliżej temu, jak zmieniało się postrzeganie domu rodzinnego.

Dom rodzinny jest w centrum naszych zainteresowań, dlatego 20-lecie marki Ytong w Polsce postanowiliśmy uświetnić poświęconym mu raportem i badaniem społecznym – tłumaczy Monika Mychlewicz, Dyrektor ds. marketingu i zarządzania procesami sprzedaży w Xella Polska, firmy produkujące bloczki Ytong. – Interesowało nas szczególnie, jak przez 20 lat zmieniała się definicja domu rodzinnego, związane z nim emocje, czy wpisane weń tradycje – dodaje Mychlewicz.

Dla socjolog ważne było połączenie w raporcie dwóch komplementarnych dziedzin: kondycji rodziny oraz przemian zamieszkiwania w Polsce w ostatnich dwóch dekadach.

Współczesne nauki społeczne włączają aspekty materialne – jak zabudowa, przedmioty czy przyroda – na równych prawach do swoich analiz. Stąd też raport ten w swoich założeniach odpowiada aktualnym tendencjom badawczym, umieszczając mieszkańców w ich przestrzeniach życiowych. Zmiany w jednym obszarze wywołują odpowiedzi w drugim. Dlatego współbieżne śledzenie obu tych obszarów badawczych daje głębszy wgląd w procesy, z którymi mieliśmy do czynienia w potransformacyjnej Polsce i które rozgrywają sie także dziś na naszych oczach – mówi Magdalena Łukasiuk.

Zamożność sprzyja rodzinie

Co trzeci respondent w kwietniowym badaniu zleconym przez markę Ytong twierdzi, że więzi rodzinne uległy w ciągu ostatnich 20 lat osłabieniu. Szczególnie wyczulone są na ten aspekt osoby starsze, powyżej 49 lat. Zauważalny jest również trend, że osoby z najuboższy gospodarstw domowych częściej deklarują osłabienie więzi. Z kolei respondenci z najzamożniejszych gospodarstw najczęściej wskazują na wzmocnienie więzi rodzinnych. Trudności finansowe, niestabilna sytuacja materialna niekorzystnie odbijają się na życiu rodzinnym milionów Polaków.

Według socjolog wyniki badań ilościowych podważają stereotypowy pogląd, iż do rodziny i tradycji najbardziej przywiązane są najniższe warstwy społeczne. – Jak się okazuje, respondenci z warstw wyższych, lepiej uposażeni i wykształceni, zajmujący wyższe pozycje w strukturze zawodowej, są mocno zaangażowani w pielęgnowanie więzi rodzinnych i kultywowanie wszystkich lub wybranych tradycji domowych. Jest to po części powiązane z posiadaniem odpowiednich warunków mieszkaniowych umożliwiających praktykowanie gościnności w kręgu rodziny, krewnych i przyjaciół – wyjaśnia Łukasiuk.

Statystyki pokazują również spadek stabilności i dezinstytucjonalizację rodziny w ostatnich dwóch dekadach. Jeszcze w 1998 roku małżeństwa z dziećmi stanowiły 61,8 % gospodarstw, w 2011 roku już tylko 49,7%. Więcej jest gospodarstw jedno- i dwuosobowych. Do tego dochodzą niekorzystne zjawiska demograficzne – spadek dzietności, tendencja do opóźnienia wieku urodzenia pierwszego dziecka, czy widoczny od ponad 20 lat brak zastępowalności pokoleń.

Tradycje, a nowe wzorce

Polacy słyną z zamiłowania do licznych tradycji i świąt obchodzonych w gronie rodziny. Ponad 80% badanych zadeklarowała kultywowanie wszystkich lub wybranych tradycji wyniesionych z domu. Ale 12% respondentów nie jest do nich w ogóle przywiązanych. Istotnie więcej kobiet niż mężczyzn uważa tradycje rodzinne za ważne. Tradycjom najwierniejsze są osoby starsze, w grupie powyżej 60 lat odsetek ten jest najwyższy. Najmłodsze grupy wiekowe częściej prezentowały postawę wybiórczą.

Raport odnosi się także do nowych trendów związanych z zamieszkiwaniem nierodzinnym. – Jakkolwiek statystycznie niewielkie, to jednak kulturowo istotne są tendencje do zamieszkiwania w formacjach innych niż tradycyjna rodzina dwupokoleniowa. W opracowaniu wspomina się o wzroście liczby nierodzinnych gospodarstw domowych, których mieszkańcy mogą być spokrewnieni (np. rodzeństwo, dziadek z wnukiem) lub niespokrewnieni, jak w przypadku wspólnego zamieszkiwania seniorów czy też niedomów użytkowanych przez migrantów – opisuje socjolog.

Dom, czyli rodzinność

Dom czy mieszkanie jawi się Polakom przede wszystkim jako miejsce realizacji funkcji rodzinnych. Dla 63% badanych rodzinność jest podstawowym skojarzeniem z pojęciem domu. W nieco większym stopniu dotyczy to mieszkańców wsi, a nieco mniejszym – mieszkańców największych miast. Wraz z wykształceniem i dochodem rośnie także skłonność do kojarzenia domu z oazą prywatności i intymności. Wśród badanych z miast powyżej 200 000 mieszkańców częściej pojawiały się wskazania na dom jako azyl od zewnętrznego świata, charakteryzujący się komfortem i stanowiący składnik kapitału. Wśród kategorii zawodowych największy nacisk na prywatność i azyl kładli urzędnicy, zaś menadżerowie myśląc o domu nieco częściej wskazywali na aspekt majątkowy i prestiżowy, ale także – co ciekawe – na możliwość samorealizacji.

Po pierwsze funkcjonalność

Preferencje Polaków w wyborze własnego lokum są natury pragmatycznej. Większość kieruje się na pierwszym miejscu ceną, poza tym funkcjonalnością i zapewnieniem przestrzeni dla każdego domownika. Respondenci, którzy zaobserwowali w ostatnich 20 latach zacieśnienie więzi rodzinnych, stosunkowo częściej wskazywali na walor wspólnej przestrzeni integrującej wszystkich mieszkańców. W ostatnich dwóch dekadach najwyraźniej poprawę swoich warunków mieszkaniowych odnotowali 30-, 40-latkowie, menadżerowie i urzędnicy.

W badaniu respondenci, których warunki mieszkaniowe się polepszyły, deklarują równocześnie intensyfikację relacji z rodziną. Wskazuje to na powiązanie obu tych kwestii oraz na niezbywalny walor domu jako miejsca, w którym więzi z rodziną są podtrzymywane, pielęgnowane i praktykowane – tłumaczy Łukasiuk.

###

Informacje o raporcie „Ytong: dom i rodzina 1995-2015”

Metodologia przygotowania raportu autorstwa socjolog Magdaleny Łukasiuk zakłada wykorzystanie trzech typów źródeł, traktowanych komplementarnie. Pierwszą z technik jest desk research, a więc analiza istniejących danych, materiałów, raportów i opracowań związanych z tematyką badania. Drugim źródłem są wyniki ogólnopolskiego badania społecznego wykonanego przez TNS na zlecenie marki Ytong. Trzecim źródłem wykorzystywanym w analizach są publikacje naukowe, głównie socjologiczne i demograficzne, traktujące o tematyce rodzinnej i problematyce zamieszkiwania w różnych kontekstach. Dzięki wykorzystaniu wymienionych trzech typów źródeł analizy są pełniejsze i bardziej zniuansowane, a przy tym spełniony zostaje metodologiczny postulat triangulacji.

Badanie społeczne zostało przeprowadzono przez TNS w dniach 27 marca– 1 kwietnia 2015 r. w oparciu o technikę CAPI, w trakcie wywiadu osobistego (face-to-face), w domach respondentów. Omnibus przeprowadzony został na reprezentatywnej, ogólnopolskiej próbie 1000 osób w wieku 15+. Próba ma charakter losowo-kwotowy.

Zarządzanie nieruchomościami z punktu widzenia właścicieli i deweloperów

Każdy specjalista mający doświadczenie w zarządzaniu nieruchomościami w imieniu dewelopera wie, że podjęcie wszelkich decyzji, zarówno operacyjnych i technicznych, jak i tych związanych z najmem czy marketingiem, wymagają głębokiego namysłu i indywidualnego podejścia. 

Christopher Rasiewicz, dyrektor Zespołu Zarządzania Nieruchomościami w firmie DTZ
Christopher Rasiewicz, dyrektor Zespołu Zarządzania Nieruchomościami w firmie DTZ

— Kiedy klient powierza swoją nieruchomość — czy to nowo wybudowaną, czy istniejący już obiekt — zewnętrznej firmie zarządzającej, chce mieć pewność, że zarządca zapewni taki sam poziom zaangażowania i nastawienia na wyniki, jakiego zlecający wymaga od swojego personelu. Jeśli firma zarządzająca potrafi rzetelnie spełnić wymagania dotyczące sprawozdawczości, a jednocześnie odpowiednio zinterpretować rezultaty i dostosowywać do nich działania najlepiej wykwalifikowanych, przedsiębiorczych pracowników, to spełni oczekiwania nawet najbardziej wymagających właścicieli nieruchomości i deweloperów  mówi Christopher Rasiewicz, dyrektor Zespołu Zarządzania Nieruchomościami w firmie DTZ.

— Zarówno klient, jak i zarządca mogą odnieść wymierne korzyści ze współpracy. Duże fundusze nieruchomości komercyjnych oszczędzają czas i unikają przestojów w pracy zarządców, wynikających np. z konieczności naprawy błędów czy poszukiwania i precyzowania brakujących lub niejasnych informacji zawartych w raportach. Dodatkową korzyścią może być też wdrożenie kreatywnych rozwiązań, które stanowią wartość dodaną. Z kolei zarządca buduje swoją reputację i może liczyć na kolejne zlecenia  dodaje Rasiewicz.

— To wszystko jest możliwe tylko w firmie o dobrze zorganizowanej strukturze, gdzie zwierzchnicy przekazują pracownikom swoje cenne doświadczenia, wspierając ich przy tym i zachęcając do kreatywności. Ważną rolę odgrywają również systemy informatyczne. Na międzynarodowym rynku zarządzania nieruchomościami skuteczna kontrola danych i prawidłowe raportowanie przy obsłudze dużych portfeli jest możliwe tylko przy użyciu sprawdzonych, najbardziej wydajnych systemów podsumowuje Rasiewicz.

 

Czerwiec najlepszym miesiącem dla szukających mieszkania

Poszukiwanie lokalu do wynajęcia to prawdziwa udręka. A to za brzydki, a to za drogi, a to za bardzo oddalony od miejsca pracy lub uczelni. Jeśli chcemy trafić na mieszkanie, które spełni wszystkie nasze oczekiwania, powinniśmy zacząć szukać go już teraz.

„Czerwiec jest najlepszym miesiącem na znalezienie lokalu. Duży wolumen mieszkań się zwalnia. Do obrotu, na rynek wchodzi ich znaczna liczba, więc właściciele próbują rywalizować między sobą ceną” – mówi serwisowi infoWire.pl ekspert ds. spraw nieruchomości Maciej Górka z serwisu Domiporta.pl. Jednym słowem mamy duży wybór i czas, żeby znaleźć dogodną lokalizację oraz wynegocjować zadowalający nas czynsz.

Najczęściej ofert mieszkaniowych szukamy, oczywiście, w internecie, głównie na serwisach ogłoszeniowych. Nie warto ograniczać się tylko do jednego z nich. Odwiedźmy co najmniej klika, aby mieć z czego wybierać. Bardzo pomocne w znalezieniu dobrego lokalu mogą okazać się także portale społecznościowe.

Podczas poszukiwań mieszkania powinniśmy zachować szczególną ostrożność, aby nie dać się oszukać. Gdy już znajdziemy atrakcyjne ogłoszenie, należy sprawdzić, czy jego nadawca faktycznie jest właścicielem lokalu. Następnie trzeba udać się na miejsce i zobaczyć mieszkanie na własne oczy.

Po sprawdzeniu wszystkiego możemy przejść do podpisania umowy. Jest to bardzo ważne, ponieważ nadaje ona najemcy pewne uprawnienia, zapewnia egzekwowanie praw od właściciela lokalu i reguluje kwestię rozliczeń między obiema stronami. Na pewno nie warto ryzykować i wynajmować na czarno.

Raport o wypadkach drogowych w polskich miastach w 2014 roku

Łódź najniebezpieczniejsza, Warszawa najbardziej „zabójcza”

Jak wynika z najnowszego raportu porównywarki ubezpieczeń mfind, w 2014 roku w Łodzi doszło do największej liczby wypadków. Kolizje kończyły się jednak najtragiczniej w stolicy Polski.

Łódź znowu najbardziej niebezpieczna

Zespół porównywarki ubezpieczeń mfind już po raz drugi przygotował raport o wypadkach drogowych w polskich miastach wojewódzkich. Podobnie jak w zeszłym roku, w zestawieniu najgorzej wypadła Łódź. W tym mieście doszło do największej liczby wypadków (1790) oraz odnotowano najwięcej nietrzeźwych sprawców kolizji (42). Z kolei Warszawie po raz kolejny przypadł niechlubny tytuł najbardziej „zabójczego” miasta w Polsce. W stolicy w wypadkach zginęły 62 osoby. Należy jednak zaznaczyć, że w 2013 roku ofiar śmiertelnych było jeszcze więcej – aż 72.

W Toruniu na drodze możesz być spokojny

W raporcie najlepiej wypadł Toruń, w którym odnotowano 65 wypadków, a na 10 tys. mieszkańców przypadają zaledwie trzy kolizje. W 2014 r. najmniej osób zginęło w Kielcach oraz Zielonej Górze (po trzy ofiary śmiertelne). Pamiętajmy jednak, że rok wcześniej, w tym ostatnim mieście, żaden wypadek nie skończył się tak tragicznie.

Gorzów Wielkopolski coraz bezpieczniejszy

W porównaniu z 2013 rokiem, sytuacja na drogach najbardziej poprawiła się w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie odnotowano aż o 26% mniej wypadków. Co ciekawe, pod tym względem najgorzej wypadł… najbezpieczniejszy Toruń. Jednak wzrost liczby wypadków aż o 51% był tam związany z wyjątkowo dobrym 2013 rokiem (tylko 43 kolizje).

Polacy nie lubią ustępować pierwszeństwa

Po raz kolejny najczęstszą przyczyną wypadków było nieudzielenie pierwszeństwa przejazdu (aż 8 miast), a drugą w kolejności – nieprawidłowe zachowanie wobec pieszego. Co ciekawe, nadmierna prędkość była główną przyczyną kolizji tylko w Katowicach.

– Statystyki policyjne są optymistyczne – od roku 2011 wypadków na terenie Polski jest coraz mniej. Zmniejszenie liczby wypadków oraz ofiar śmiertelnych wynika ze znacznej poprawy jakości polskich dróg. Miasta zyskują obwodnice i bezkolizyjne skrzyżowania. Polacy jeżdżą też coraz lepszymi, a więc bezpieczniejszymi samochodami, co sprawia, że nawet gdy dochodzi do wypadków, nie są one tak tragiczne w skutkach jak jeszcze kilka lat temu. Na mapie naszego kraju są niestety w dalszym ciągu takie miasta jak Łódź, która musi nadrobić wieloletnie zaniedbania w zakresie infrastruktury drogowej, aby jazda po tym mieście była bezpieczna. Akademia ubezpieczeń mfind co roku będzie sprawdzać, jak zmieniają się polskie miasta pod względem bezpieczeństwa ruchu drogowego – zapowiada Dominika Grabek, redaktor naczelna serwisu.

GIODO przeprowadzi kontrolę w PlusBanku

Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych przeprowadzi, w najszybszym możliwym terminie, kontrolę w PlusBanku. To pokłosie zeszłotygodniowych doniesień o wycieku danych klientów instytucji.

Ustawa o ochronie danych osobowych zobowiązuje podmioty podlegające jej rygorom do dbałości o wrażliwe informacje w taki sposób, aby podmioty nieuprawnione nie miały do nich dostępu. „Za nieprzestrzeganie zasad ochrony danych osobowych ustawa o ochronie danych osobowych przewiduje odpowiedzialność karną (art. 49 – art. 54). Przykładowo, za niewłaściwe zabezpieczenie danych osobowych, czego konsekwencją jest ich zabranie przez osobę nieuprawnioną lub ich uszkodzenie czy zniszczenie, grozi grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2” wskazuje w przesłanym do redakcji oświadczeniu rzecznik GIODO. Jednocześnie informuje, że każda sprawa wycieku danych wymaga indywidualnej oceny, a incydent może być np. wynikiem kradzieży.

W zeszłym tygodniu serwis „Zaufana Trzecia Strona” ujawnił, że w PlusBanku doszło prawdopodobnie do włamania do systemu informatycznego. Haker miał dostęp do serwera obsługującego bankowość internetową i zdołał pobrać dane dotyczące produktów i transakcji pewnej grupy klientów. Włamywacz zażądał okupu, grożąc ujawnieniem w sieci zdobytych informacji. Swoją groźbę spełnił w piątek 3 umieszczając na forum w sieci Tor paczkę danych dotyczącą klientów biznesowych banku.

Rzecznik GIODO wskazuje, że działania włamywacza są bezprawne. „ Zgodnie bowiem z art. 49 ust. 1 ustawy o ochronie danych osobowych, każdy ‘kto przetwarza w zbiorze dane osobowe, choć ich przetwarzanie nie jest dopuszczalne albo do których przetwarzania nie jest uprawniony, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2’. Przy czym odpowiedzialności tej podlega nie tylko osoba, która dane wykradła, ale również i ta, która wykorzystując możliwość dostępu do nich w jakikolwiek sposób je przetwarza, np. podaje dalej do publicznej wiadomości” czytamy w przesłanym redakcji stanowisku.

autor: Michał Kisiel

Paweł Dawidek: o e-skoku na polski bank: włamywacz zagroził sprzedażą danych klientów

Przerwa w pracy i podczas realizacji codziennych obowiązków istotnie wpływa na nasze dobre samopoczucie

Padł rekord zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw

GUS poinformował, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w maju 4002,16 zł (2854 zł) i było o 3,2% wyższe niż przed rokiem. Zatrudnienie w firmach zatrudniających ponad 9 osób ustanowiło nowy rekord .

– W maju przeciętne zatrudnienie wyniosło 5.577,2 tys., co było wynikiem o 2,1 tys. wyższym niż w kwietniu i 1,1% wyższym niż przed rokiem. To najwyższy stan zatrudnienia w sięgającej roku 2005 historii tych danych, choć tempo przyrostu nowych miejsc pracy pozostaje zdecydowanie niższe niż w czasach boomu z lat 2005-08 – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

W ciągu roku przeciętna płaca wzrosła o 124 zł brutto (93 zł netto), a zatrudnienie o 61 tysięcy. Wzrost przeciętnego wynagrodzenia oraz zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw ekonomiści tłumaczą stosunkowo dobrą koniunkturą w gospodarce. Przewidywany wzrost PKB w 2016 roku wyniesie ponad 3,5%. Równocześnie odnotowujemy systematyczny spadek bezrobocia, które w kwietniu spadło już poniżej 11%. Na ten moment największym zagrożeniem dla polskiej gospodarki jest sytuacja na rynkach światowych, zwłaszcza ciągła niepewność w sprawie przyszłości Grecji w strefie euro.

– Przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw rośnie, ale wciąż oscyluje w granicach 1 tys. euro miesięcznie. Zwłaszcza, że o średniej płacy może pomarzyć ok. 2/3 pracujących. 4 tys. zł brutto to mało na tle innych państw Europy Zachodniej. Niskie koszty pracy były jedną z przyczyn łagodnego przebiegu kryzysu w Polsce, ale zarówno sytuacja polityczna jak i ekonomiczna nie pozwala nam dłużej tolerować znacznej rozbieżności między stosunkowo dobrą wydajnością pracy, a bardzo niskimi w stosunku do niej pensjami. Dlatego większość planowanych reform powinna skupiać się na zwiększeniu dochodów Polaków – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

 

Andrzej Targosz: Jak przekonać inwestora w USA do polskiego start-upu?

O tym, dlaczego lecąc do Stanów Zjednoczonych ze swoim pomysłem na biznes trzeba przygotować kilka wersji prezentacji oraz jak nie stracić uwagi inwestora już w pierwszych minutach spotkania rozmawiamy z Andrzejem Targoszem, prezesem Proidea sp. z o.o. oraz CEO Eventory – aplikacji, którą przedstawiał w ostatnich tygodniach amerykańskim przedsiębiorcom

Web.gov.pl: W Stanach byłeś wiele razy, a ostatnio wybrałeś się tam jako przedsiębiorca z własnym start-upem. Czy zauważyłeś różnice w podejściu do prowadzenia biznesu tam w porównaniu do naszego rynku?

Andrzej Targosz: Moim głównym wnioskiem z licznych pobytów w Stanach jest to, że ludzie są tam bardzo otwarci na wymianę opinii, poglądów i konstruktywną krytykę. To element, który odróżnia tamtejszych start-upowców od naszych – w Polsce wciąż boimy się krytyki oraz stronimy od otwartego przyznania się do błędu. Inną cechą odróżniającą rynek USA od naszego jest tempo rozwoju, które determinuje zachowania. Możliwości rozwijania biznesu w Stanach są ogromne, ale i konkurencja jest większa, dlatego każdy inwestor boi się, że sprzed nosa ucieknie mu okazja czy prawdziwa perełka – przecież mało kto wierzył na początku, że Facebook może stać się tak potężnym biznesem. Do tego dodałbym jeszcze jeden wniosek – ludzie starają się być skromni – nigdy nie wiesz, czy znajomi z konferencji nie okażą się kolejnymi Markami Zuckerbergami i czy nie zrazimy ich do siebie. Do czasu, aż nie będziemy guru, to cnota pokory (nie mylić z brakiem pewności i umiejętności autoprezentacji) będzie zaletą.

Czy w obrębie samych Stanów różnice kulturowe w podejściu do biznesu są zauważalne?

Tak, niejednokrotnie trzeba mieć przygotowane odrębne prezentacje, które pokazują dane z innego punktu widzenia – w różnych częściach USA różną wagę przywiązuje się do modelu biznesowego, do planów marketingowych, planu akwizycji użytkowników etc. Sam tego na początku nie wiedziałem i w trakcie mojego pobytu w USA zmieniałem przygotowaną wcześniej prezentację. Ogólnie rzecz biorąc zachodnie wybrzeże to kolebka wizjonerów technologicznych i ludzie bardziej skupiają się na zespole i wizji – trzeba mówić przekonująco, nakreślać wizję, opowiadać o swoim start-upowym teamie. Na wschodnim wybrzeżu (NY) z kolei zwraca się uwagę na cyfry i wskaźniki biznesowe, jak np. skalowalność i tempo osiągnięcia ROI (ang.return on investment – zwrot z inwestycji). Jest to podział kulturowy, który z czasem się pewnie zatrze, ale póki co jeszcze funkcjonuje.

W Polsce jesteś inwestorem i mentorem, który znany jest w ścisłym gronie osób obeznanych z polską sceną start-upową. Niemniej ostatnio sam miałeś okazję postawić się w roli polskiego start-upowca i stanąć przed amerykańskimi inwestorami. Jak wygadało twoje pitchowanie Eventory (aplikacji usprawniającej proces organizacji i promocji eventów)? Miałeś umówione wcześniej spotkania? Od czego zacząłeś, gdzie się udałeś?

Pitchowanie Eventory podzieliłem na dwa etapy. Pierwszym z nich było zbieranie feedbacku od doświadczonych przedsiębiorców. Próbowałem zrozumieć, na co amerykański biznes zwraca uwagę. Oczywiście przed wyjazdem włożyłem dużo pracy w research, po którym nastąpiły próby umówienia się na spotkania. Po potwierdzeniu spotkań pojechałem z gotową, przećwiczoną prezentacją – którą potem edytowałem, jak wspominałem wcześniej. Spotykałem się średnio z trzema inwestorami dziennie. Zacząłem od NYC, a skończyłem w Silicon Valley, gdzie dodatkowo umawiałem spotkania będąc już na miejscu – otwartość Amerykanów na współpracę przy dojrzałych, gotowych biznesach jest bardzo duża i chętnie zgadzali się na spotkania ze mną.

Czy spotkani przez ciebie inwestorzy dawali jasną odpowiedź zwrotną? Jak oceniałeś, czy udało się ich zainteresować?

To, czy się spodobałeś czy nie, widać po chemii, jaka nawiązuje się między rozmówcami. Niesamowite jest wyjście ze stref ukrycia i sekretów do pełnej otwartości i rozmów w kawiarni czy na meczu NBA o poważnych biznesach. Podczas takich rozmów najważniejsze jest to, aby founder miał jasny cel i przekaz, z jakim chce trafić do rozmówcy. Jeśli będziemy mówić niejednoznacznie, to zabieramy cenny czas i powodujemy zniechęcenie drugiej strony.

Jak w takim razie zacząć rozmowę z inwestorem, by nie stracić jego uwagi już na początku?

Trzeba przede wszystkim mówić otwarcie i szczerze, ale też odrobinę, w granicach rozsądku, PR-owo koloryzować. Na pewno trzeba być pewnym swojej wizji i atutów oraz tego, co wyróżnia nasz produkt od innych. Nie bójmy się też rozmów o modelu biznesowym i nie ukrywajmy zagrożeń. Każdy biznes to ryzyko i inwestorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę – bardziej docenią naszą szczerość i znajomość rynku, niż bezpodstawne superlatywy. To trochę tak, jak z zakładem mechaniki samochodowej. Czy jak naprawiamy swoje ulubione auto, to idziemy to mechanika, który musi doczytać instrukcję, czy też bardziej ufamy osobie, która zna nasz model samochodu, zna historię modeli i wie dokładnie, co w duszy gra? Tak patrzą inwestorzy – muszą wierzyć, że jesteśmy mechanikiem z pasją.

Czy każdy może liczyć na rozmowę w kawiarni czy podczas meczu? Trzeba być przygotowanym na takie towarzyskie spotkania?

Tak, moim zdaniem tak. Poważne rozmowy w luźnej atmosferze to standard i lecąc do Stanów, start-upowiec nie powinien się dziwić takim propozycjom, ani tym bardziej im odmawiać. W USA jest mnóstwo nieformalnych spotkań. Jeśli tylko mamy odwagę i przełamiemy wstyd, to drzwi do sukcesu stoją otworem.

Autor Tekstu: Sylwia Wojtas
Źródło: web.gov.pl

 

Google Campus: dlaczego Warszawa?

W maju 2015 roku Google potwierdził, że Warszawa stanie się wkrótce czwartym po Londynie, Tel Awiwie i Seulu miastem, w którym powstanie Google Campus. Przygotowania do otwarcia już trwają. Co to wszystko oznacza dla warszawskiej i polskiej sceny start-upowej? By dowiedzieć się więcej, przyjrzeliśmy się bliżej kampusom w Londynie i Tel Awiwie

Google definiuje swoje kampusy jako „przestrzeń, która pozwala przedsiębiorcom zdobywać wiedzę i kontakty do budowania przedsięwzięć zdolnych zmieniać świat”. W Google Campusach założyciele start-upów, z pomocą ekspertów z Google i nie tylko, zamieniają swoje pomysły w konkretne modele biznesowe – takie, które pozwalają myśleć o skalowaniu firmy poza granice kraju czy regionu. Każdy może zostać członkiem kampusu i bezpłatnie korzystać z kafejek internetowych oraz brać udział w większości spotkań i szkoleń. Konieczne jest jedynie wypełnienie formularza na stronie, po którym automatycznie stajesz się członkiem kampusu.

Dzięki kampusom, lokalne społeczności zyskują dostęp do bogatej i wciąż rozrastającej się sieci kontaktów pod batutą Google. Składa się ona z trzech istniejących kampusów (kolejne trzy w fazie planowania – Sao Paulo, Madryt, Warszawa), 25 mniejszych hubów i licznych biur Google na całym świecie. .

Gdy oficjalnie potwierdzono zamiar budowy warszawskiego kampusu, prezes wykonawczy Google Eric Schmidt powiedział:

– Google powstał, jak wiele innych start-upów, „w garażu”. Wspieranie start-upów jest więc w naszym DNA. Mamy nadzieję, że warszawski kampus dostarczy przedsiębiorcom solidnej dawki energii, wzmocni ekosystem start-upowy i zachęci do innowacji.

Aby przekonać się , co te słowa oznaczają w praktyce, zobaczmy, jak mają się podobne kampusy w Londynie i Tel Awiwie.

Londyn: pierwszy poza Kalifornią Google Campus

Nasze poszukiwania zacznijmy od pierwszego kampusu, jaki powstał poza obrębem siedziby głównej Google w Mountain View, w Kalifornii. Był to kampus w Londynie, który zainaugurował swoją aktywność w 2012 roku. 12 miesięcy później mógł się już pochwalić setką start-upów ,które skorzystały z możliwości coworkingu w murach kampusu. Co roku organizuje się tam też liczne wydarzenia stanowiące platformę do networkingu – w 2013 roku było ich ok. 850, od wspólnych sesji jogi do warsztatów marketingu, programowania czy przedsiębiorczości dla start-upowców.

Google Campus w Londynie zwraca uwagę przestronnością. Na jego siedmiu piętrach można znaleźć kawiarnię, pomieszczenia konferencyjne, coworkingowe i edukacyjne, laboratoria, akceleratory oraz, rzecz jasna, darmowe Wifi.

Nikogo, kto zna kalifornijską siedzibę główną Google, nie zdziwi, że w kampusach jest miejsce i na pracę, i na rozrywkę. Znajdziemy tam stoły bilardowe i konsole do gier.

Google Canpus oferuje start-upowcom i każdemu zainteresowanemu przedsiębiorczością o wiele więcej niż funkcję akceleratora oraz inkubatora. Organizowane są w nim również wykłady ekspertów Google i innych firm lub organizacji o szeroko pojętej tematyce technologicznej i biznesowej, konkursy pitchingowe, kursy, warsztaty i sesje networkingowe. Tylko część tych wydarzeń organizowana jest przez Google – reszta to inicjatywa lokalnych społeczności.

Google Campus w Izraelu ogranicza przestrzeń biurową

Londyn, jako ośrodek znany z silnej społeczności technologicznej, był naturalnym kandydatem na Google Campus. Ale dlaczego Tel Awiw? Sukcesy tego miasta na polu nowych technologii są niepodważalne. Przykładem jest Mamram – komputerowe centrum treningowe, które jest szkołą dla start-upów na obrzeżach miasta. Najlepsi maja możliwość pracować dla armii izraelskiej. Google otworzyło biuro w Tel Awiwie na długo przed podjęciem decyzji o lokalizacji tam kolejnego kampusu.

W przeciwieństwie do Londynu, przypadek kampusu w Tel Awiwie, znanego też jako Campus TLV, daje jednak potencjalnie zainteresowanym przedsiębiorcom kilka powodów do niepokoju. Ledwie nieco ponad rok po otwarciu, w lipcu 2014 roku, kampus został przeniesiony do nowej, mniejszej lokalizacji, na inne piętro budynku, na którym mieści się także wspomniane biuro Google. Została tem przeniesiona część programów edukacyjnych i mentorskich, skierowana zwłaszcza do kobiet i młodych ludzi. Powodem tej niedalekiej przeprowadzki była, jak można było przeczytać w poście na oficjalnym kanale kampusu w Google+, chęć „zmniejszenia powierzchni i przeniesienia części zasobów do innych programów w związku z obserwacją, że nie wszystkie są wykorzystywane efektywnie.”. Kampus wciąż może się pochwalić bardzo aktywną społecznością entuzjastów IT i nowych technologii (hackspace). Redukcja przestrzeni oznaczała jednak dla wielu start-upów pożegnanie się z kampusem.

Google Campus: dlaczego Warszawa?

Wiele osób zastanawiało się, dlaczego to właśnie Polskę Google wybrało na lokalizację czwartego kampusu. Z kolei w Krakowie zastanawiano się, dlaczego to właśnie Warszawie przypadł ten zaszczyt. W końcu to w Krakowie Google już w 2006 roku założyło Google for Entrepreneurs, popularne miejsce spotkań start-upowców. Ale już w marcu 2015 Google poleciło swoim pracownikom przeprowadzkę do Warszawy i innych placówek na terenie Polski.

Koneser Centrum Praskie

Co dla Krakowa jest stratą, dla Warszawy oznacza dużą szansę. Jak wyglądać będzie więc warszawski Google Campus? Tego na razie nie wiadomo. Wiadomo za to, że znajdzie się w Centrum Koneser na warszawskiej Pradze, gdzie funkcjonowała wytwórnia wódek. Warto zwrócić uwagę na wybór Pragi – części Warszawy, która przez wiele lat znajdowała się na kulturalnym i ekonomicznym uboczu, a która obecnie przeżywa renesans, m.in. dzięki uruchomieniu w 2015 roku drugiej linii metra. Obecność Google to szansa, że budynki dawnych fabryk i warsztatów już wkrótce zamienią się w biura i przestrzeń konferencyjną dla licznych start-upów. Poza tym miasto przeprowadza rewitalizację przestrzeni postindustrialnych na Pradze (m.in. dwie lokalizacje przy ul. Targowej), które mają służyć m.in. start-upom jako biura i warsztaty do pracy.

Już wkrótce dowiemy się więcej co do szczegółów funkcjonowania warszawskiego Google Campusu. Na razie muszą nam wystarczyć słowa Genny McKeel z Google for Entrepreneurship, która przed kilkoma miesiącami gościła w warszawskim Reaktorze:

– Google nie chce być akceleratorem. Google nie chce rywalizować z istniejącym ekosystemem start-upowym. Nie interesuje nas także funkcjonowanie jako przestrzeń coworkingowa. Chcemy współpracować z już istniejącymi organizacjami i instytucjami. Razem z nimi zbudujemy kampus na miarę potrzeb Warszawy.

Tekst został pierwotnie opublikowany na portalu http://www.web.gov.pl/

autor: Anna Spysz

 

Statystyki pokazują, że Paweł Kukiz pozostaje w grze

Przegrana w wyborach prezydenckich nie osłabiła znacząco medialności Pawła Kukiza – podsumował „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”. Analiza obecności polityka w mediach pokazuje, że nadal jest liczącym się zawodnikiem na polskiej arenie politycznej.

Kukiz nie zniknął z mediów ani po przegranej w I turze, ani nawet po II etapie wyborów. Udało mu się pozyskać poparcie sporej części społeczeństwa, co obecnie konsekwentnie wykorzystuje, przygotowując się do startu w wyborach parlamentarnych. W okresie od 11 do 24 maja odnotowano na jego temat ponad 22,1 tys. publikacji. Z kolei od 25 maja do 7 czerwca – 5,7 tys. informacji, czyli 25 proc. przekazu sprzed II tury.

W tym samym czasie polityk pojawił się na 23 jedynkach w prasie i został wymieniony w aż 86 publikacjach na stronie drugiej, a na trzeciej i czwartej odnotował po ponad 50 materiałów.

Wykres 1 Rozkład liczby publikacji na temat Pawła Kukiza w czasie
Wykres 1 Rozkład liczby publikacji na temat Pawła Kukiza w czasie

Największy udział w doniesieniach na temat Kukiza po zakończonej kampanii miały źródła internetowe – 42 proc. i social media – 37 proc. Znacznie rzadziej pojawiał się w mediach tradycyjnych – prasie i telewizji (po 9 proc.) oraz radiu (3 proc.). Analiza rozkładu publikacji w czasie pokazuje, że po 25 maja, kiedy Kukiz został wymieniony w aż 911 doniesieniach serwisów internetowych, drastycznie spadła jego obecność na portalach na rzecz wzmocnienia pozycji w mediach społecznościowych.

Po zakończeniu kampanii prezydenckiej Kukiz nadal budzi skrajne emocje. Z jednej strony krytykowany jest za niedouczenie i agresję, z drugiej podziwiany za pasję i konsekwencję w działaniu. 14 proc. analizowanych doniesień miało wydźwięk pozytywny, 1 proc. negatywny, a 85 proc. neutralny. Najprzychylniej pisano o Kukizie w internecie – 13 proc. przekazu w sieci stawiało go w korzystnym świetle.
Najwięcej pozytywnych komentarzy Kukiz zebrał 29 maja, kiedy m.in. ogłoszono wyniki sondażu poparcia dla tzw. Listy Kukiza oraz zaufania do jego osoby. Tego dnia informacje zajmowały także największą powierzchnię – aż 83 stanowiły artykuły, a wskaźnik dotarcia osiągnął poziom ponad 308 mln kontaktów odbiorców z tymi materiałami. Ekwiwalent reklamowy doniesień na temat Kukiza od 25 maja do 7 czerwca wyniósł ponad 6 mln zł. Największy udział w tym wyniku miały stacje telewizyjne – 43 proc.

Wykres 2 Ekwiwalent reklamowy publikacji na temat Pawła Kukiza z uwzględnieniem wydźwięku
Wykres 2 Ekwiwalent reklamowy publikacji na temat Pawła Kukiza z uwzględnieniem wydźwięku

Zdecydowana większość przekazu na temat Kukiza należała do mediów ogólnopolskich – 76 proc. Spośród mediów regionalnych polityk budził największe zainteresowanie w województwach dolnośląskim – 167 publikacji, mazowieckim – 140 i małopolskim – 124. Najmniej interesowały się nim media ze świętokrzyskiego – 17, podlaskiego – 41, zachodniopomorskiego – 44 i lubuskiego – 46.

Mapa 1 Udział publikacji o wydźwięku pozytywnym, neutralnym i negatywnym w mediach regionalnych
Mapa 1 Udział publikacji o wydźwięku pozytywnym, neutralnym i negatywnym w mediach regionalnych

Analiza nacechowania publikacji z mediów regionalnych prowadzi do wniosku, że najprzychylniejsze Kukizowi były media województwa opolskiego – 15 proc. oraz mazowieckiego – 14 proc. Najczęściej krytykowany był w województwie pomorskim – 4 proc.

 

Najnowszy eksperyment GE w dziedzinie energetyki wiatrowej ma szansę odmienić oblicze zrównoważonej produkcji energii elektrycznej

Do piasty turbiny znajdującej się w kalifornijskiej miejscowości Tehachapi inżynierowie GE przymocowali dużą metaliczną kopułę o nazwie ECOROTR (ang. Energy Capture Optimization Revolutionary Onboard Turbine Reshape).

Zasadę działania ECOROTR łatwo zrozumie każdy, kto próbował zakręcić płytą na adapterze albo wprawić w ruch karuzelę na placu zabaw. Okrągłemu przedmiotowi łatwiej nadać rotację, jeśli przyłoży się siłę bliżej jego krawędzi. Wiatr jest mniej efektywny w wytwarzaniu energii elektrycznej, gdy trafia we fragment łopaty znajdujący się bliżej piasty. Kopuła ECOROTR wypycha wiatr na krańce łopat, gdzie może być wykorzystany z większym pożytkiem. Eksperymenty i symulacje poczynione we wstępnej fazie projektu wykazały, że rozwiązanie to pozwoli zwiększyć ilość produkowanej energii o 3%. Projekt pilotażowy pozwoli skonfrontować te oczekiwania z rzeczywistością, jednak już dziś ECOROTR zmienia sposób, w jaki GE myśli o projektowaniu turbin.

„Opracowaliśmy już rozwiązania, dzięki którym łopaty będą w stanie w większym stopniu wykorzystywać możliwości związane z zainstalowaniem kopuły na piastach. Myślimy także o ulepszeniu konstrukcji samej kopuły” – mówi Mike Bowman, naukowiec pracujący w GE Global Research Center i dyrektor programu rozwoju zrównoważonych technologii energetycznych.

Większe i lepsze turbiny

Im większa turbina, tym większą ilość energii elektrycznej może wyprodukować. Jednak budowanie większych turbin niesie ze sobą znaczne wyzwania – duże łopaty trudniej w bezpieczny sposób przytwierdzić do piasty. To właśnie tu z pomocą przychodzi ECOROTR. Kopuła jest swoistym powiększeniem konstrukcji piasty, dzięki czemu może ona utrzymać znacznie większe łopaty. Rozwiązanie to pozwoli GE tworzyć turbiny, których średnica wirnika będzie do 30 metrów większa niż ma to miejsce dzisiaj.

Widząc ECOROTR po raz pierwszy ludzie mogą się zastanawiać, co też nam chodziło po głowach. Tymczasem ECOROTR to coś więcej niż kolejny etap ewolucji turbin, to prawdziwa rewolucja w energetyce wiatrowej” — powiedział Mike Bowman z GE Global Research Center.

Prace nad ECOROTR prowadzone są przez międzynarodowy zespół ekspertów. Symulacje komputerowe szybko przeszły w fazę eksperymentów z małoskalowymi modelami, a w kwietniu na kalifornijskiej pustyni rozpoczął się czteromiesięczny projekt pilotażowy testujący kopułę naturalnej wielkości. Prace toczą się w ramach inicjatywy GE Ecomagination, której celem jest budowa oszczędnych i przyjaznych środowisku urządzeń. Od 2005 roku w badania i rozwój projektów Ecomagination zainwestowano już 15 miliardów dolarów, zaś do roku 2020 na ten cel przeznaczonych zostanie w sumie 25 miliardów dolarów.

Za trzy lata globalny rynek mZdrowia będzie wart 21,5 mld dolarów

Liczba aplikacji związanych z ochroną zdrowia w systemach Android i iOS podwoiła się w ciągu 2,5 roku i sięgnęła ponad 100 tys. Globalny rynek mZdrowia w 2013 roku był wart 2,4 mld dolarów, a za trzy lata będzie to już 21,5 mld dolarów, co oznacza wzrost średnio blisko o 55 proc. rocznie. Zdaniem autorów raportu „Connected health. How digital technology is transforming health and social care”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, model świadczeń ochrony zdrowia z użyciem technologii cyfrowych (w tym telemedycyna, teleopieka, telezdrowie) pomoże w zmniejszeniu luki pomiędzy rosnącymi potrzebami pacjentów a dostępnością usług medycznych i opieki nad osobami chorymi oraz starszymi.

Technologie cyfrowe rozwijają się w szybkim tempie, a ich koszty gwałtownie spadają. Z drugiej strony na całym świecie rosną nakłady na ochronę zdrowia, napędzane zmianami demograficznymi (starzenie się społeczeństw, spadek przyrostu naturalnego), postępem w świadczeniach medycznych (coraz bardziej zaawansowane leki i procedury) i oczekiwaniami społeczeństw (jakość i dostępność usług). Rosnące oczekiwania ścierają się z ograniczeniami budżetowymi. Dodatkowo, ograniczona dostępność do lekarzy i opieki stała się coraz bardziej większą barierą w sprawnym dotarciu z odpowiednimi usługami do chorych i potrzebujących. „Dlatego model świadczeń ochrony zdrowia z wykorzystaniem technologii (TEC – technology enabled care), w tym technologii mobilnych, stał się koniecznością w radzeniu sobie z postępującą luką pomiędzy potrzebami a dostępnością usług medycznych i opieki nad osobami chorymi, niepełnosprawnymi lub niedołężnymi. Lekarzom i pacjentom z pomocą przychodzi telemedycyna, posługująca się wieloma skutecznie funkcjonującymi modelami świadczeń, monitoringu chorych i prewencji zdarzeń, opierająca się przede wszystkim na technologiach informatycznych i cyfrowych” – wyjaśnia Krzysztof Jakubowski, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Biznesowego i Technologicznego, ekspert ds. Sektora Farmaceutycznego i Opieki Zdrowotnej, Deloitte.

W związku z rosnącym upowszechnieniem smartfonów i tabletów oraz technologii mobilnych jednym z najdynamiczniej rozwijających się segmentów telemedycyny jest rynek mZdrowia. Według ekspertów Deloitte jego globalna wartość w 2018 roku będzie wynosić 21,5 mld dolarów, podczas gdy w 2013 roku było to 2,4 mld dolarów, a to oznacza, że średni wzrost na tym rynku wynosi 54,9 proc. rocznie. Za trzy lata najsilniejszym rynkiem w segmencie mZdrowia będzie Europa z udziałem wartym 7,1 mld dolarów i średnim rocznym wzrostem w wysokości 61,6 proc.

Moc i zasięg technologii mobilnych mogą przezwyciężyć odległości geograficzne oraz ograniczenia w bezpośrednim dostępie do służby zdrowia i opieki nad osobami potrzebującymi, zapewniając jednocześnie bardziej wszechstronne i zindywidualizowane podejście. TEC dostarcza potencjał, żeby poprawić dostęp do służby zdrowia i jednocześnie zmniejszyć jej koszty. Jak duży to jest problem najlepiej świadczy fakt, że tylko w Wielkiej Brytanii w latach 2020-21 luka w finansowaniu służby zdrowia sięgnie 30 mld funtów.

Mimo oczywistych korzyści nie należy zapominać o barierach, które stoją na drodze rozwoju mZdrowia. W kwietniu ub.r. Komisja Europejska upubliczniła tzw. Zieloną Księgę na ten temat i wezwała do konsultacji w tej sprawie. Jak się okazuje wśród najczęściej wymienianych przeszkód znalazły się: obawa o brak standardów dotyczących pozyskiwania, przechowywania i wykorzystywania danych na temat zdrowia pacjentów, brak dowodów na opłacalność szerokiego wykorzystywania technologii mobilnych w służbie zdrowia, brak jasnych reguł prawnych i regulacyjnych, a także opory pracowników służby zdrowia. W związku z tymi wątpliwościami zalecono działania zmierzające do zbudowania zaufania społecznego poprzez rozwijanie odpowiednich standardów i mechanizmów bezpieczeństwa i jasne zasady wykorzystania wrażliwych danych medycznych, a także oddanie kontroli nad tym procesem pacjentom, którzy sami będą decydować jakimi danymi chcą się podzielić.

Jednym z przykładów krajów, w którym wdrożono już projekty, mające na celu wykorzystanie technologii mobilnej i telemedycyny w służbie zdrowia jest Wielka Brytania. Tamtejszy system ochrony zdrowia (NHS) posiada niezależne od siebie struktury w Anglii, Walii, Szkocji oraz Irlandii Płn. I tak w ramach NHS w Anglii jesienią ub.r. wprowadzono pięcioletni program, który ma ocenić wpływ cyfrowych innowacji na doświadczenia pacjentów, ale też na opłacalność tamtejszego systemu służby zdrowia. Jego skutkiem ma być objęcie w marcu 2018 roku wszystkich pacjentów dostępem do swoich kart zdrowia, które dziś są w posiadaniu lekarzy i pracowników opieki społecznej. Z kolei władze Szkocji zapowiedziały przeznaczenie 30 mln funtów na rozwój usług pozwalający z pomocą technologii na opiekę nad chorymi w ich domach. W latach 2006-2011 takim pilotażowym systemem było objętych w Szkocji 44 tys. osób, teraz liczba ta ma się powiększyć o kolejne 300 tys. osób. Podobne programy wprowadzono również w Walii i Irlandii Płn. „Jak pokazują przykłady strategii narodowych w Wielkiej Brytanii, scentralizowana polityka, strategia i wdrażanie spójnych rozwiązań na skalę regionalną i krajową może przynieść większe efekty niż w przypadku rozproszonych programów lokalnych” – mówi Krzysztof Jakubowski. „Oczywiście pod warunkiem, że przedmiotem programu jest nie tylko kosztowna „zabawa” w nowoczesne technologie, ale odpowiednie opracowanie modelu świadczeń usług telemedycznych, zmiany w prawie oraz zasadach finansowania, promującego nowe postawy, zachowania i włączenie do dyskusji szerokiego kręgu interesariuszy, zarówno po stronie dostawców technologii, jak i lekarzy, płatników, organizacji pozarządowych oraz samych pacjentów” – dodaje.

„Technologie mobilne przynoszą korzyści pacjentom poprzez większą kontrolę nad własnym zdrowiem i potrzebami socjalnymi przy jednoczesnej redukcji ich uzależnienia od dostępności do lekarzy w zakresie informacji o stanie zdrowia. Jak się okazuje już dziś 75 proc. osób w Wielkiej Brytanii szuka informacji o zdrowiu w Internecie. Istotnym wyzwaniem jest nie tylko wdrażanie nowych technologii, ale zapewnienie do nich równego dostępu tak, aby nie generować kolejnych podziałów społecznych” – wyjaśnia Sylwia Kraus, Starszy Konsultant w Dziale Doradztwa Biznesowego i Technologicznego, ekspert ds. Sektora Farmaceutycznego i Opieki Zdrowotnej, Deloitte.

Zastosowanie technologii cyfrowej jest ważnym czynnikiem zaangażowania pacjenta. Gdy mają oni łatwy dostęp do informacji na temat swojego stanu zdrowia, dokonują lepszych wyborów. Technologie mobilne, umożliwiające monitorowanie zdrowia w czasie rzeczywistym i przesyłanie danych do placówek służby zdrowia, mogą być dużym ułatwieniem nie tylko dla samych chorych, ale także dla ich opiekunów. Z danych brytyjskich wynika, że w tej chwili takich osób jest tam 6,5 mln, z czego 2,3 mln musiało zrezygnować z pracy, by zająć się swoimi bliskimi. Tak prosta rzecz jak np. automatycznie wysyłany SMS przypominający o przyjęciu lekarstw może nie tylko poprawić stan zdrowia pacjentów, ale także przyczynić się do ograniczenia kosztów w dłuższym okresie. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia aż połowa terapii długoterminowych nie jest przez pacjentów w należyty sposób przestrzegana. W krajach rozwijających się ten odsetek może być jeszcze większy. Dla zobrazowania, tylko w Wielkiej Brytanii koszt niewykorzystanych lub źle wykorzystanych leków sięga 100 mln funtów rocznie.

Wzrost ilości aplikacji związanych ze zdrowiem, których liczba w ciągu ostatnich dwóch i pół roku podwoiła się do ponad 100 tys. jest związany głównie z rosnącą popularnością urządzeń mobilnych: smartfonów i tabletów. Ze względu na dynamikę i optymistyczne perspektywy rozwoju mZdrowia do tego sektora przyłączają się nie tylko wyspecjalizowani dostawcy, specjalizujący się w tym sektorze usług, ale także tacy giganci jak Apple czy Google. Świadczą o tym takie programy jak Apple HealthKit, Google Health czy Google Fit.

Kluczowymi dostawcami w systemie mZdrowia są: operatorzy telekomunikacyjni, producenci urządzeń mobilnych, dostawcy treści oraz sama służba zdrowia. Jak zauważają eksperci Deloitte przy tworzeniu aplikacji kluczowe powinny być opinie pracowników tej ostatniej grupy, by wypełnić lukę pomiędzy funkcjonalnością aplikacji a wytycznymi klinicznymi. Z kolei czynniki, które zwiększają wykorzystanie (wzrost popularyzacji) wśród pacjentów aplikacji związanych ze zdrowiem to: zaufanie (69 proc. osób wskazało ten czynnik), łatwość obsługi (66 proc.) oraz gwarancja bezpieczeństwa danych (62 proc.).

Optymalne wykorzystanie TEC wymaga jednak przedefiniowania ról i obowiązków świadczeniodawców, w tym pracowników służby zdrowia. Bez ich akceptacji dla e-wizyt, e-recept i monitorowania stanu zdrowia swoich pacjentów za pomocą technologii cyfrowych nawet najlepiej przygotowany program nie ma szans powodzenia. Owszem, wielu lekarzy, przychodni lekarskich czy ośrodków zdrowia stosuje już technologie, ale raczej w zakresie administracyjnym (umawianie wizyty w Internecie, powiadomienie SMS-em o zbliżającej się wizycie, wyniki badań dostępne na portalu po zalogowaniu), nie mającym wpływu na poprawę samopoczucia i stanu zdrowia pacjentów. Tymczasem implementacja technologii może przynieść dobre rezultaty. Pokazuje to chociażby projekt Airedale NHS Foundation Trust, w ramach którego umożliwiono pacjentom kontakt z pracownikami służby zdrowia za pośrednictwem Internetu przez całą dobę siedem dni w tygodniu. Okazało się, że w tym czasie liczba przyjęć do szpitala spadła o 35 proc., a średnia liczba dni spędzonych w łóżku szpitalnym o 59 proc. Podobnie obiecujące wyniki osiągnięto w programie NHS Ayrshire and Arranprzeznaczonym dla pacjentów z przewlekłą obturacyjną chorobą płuc. Dokonywane pomiary ich stanu zdrowia przesyłane w czasie rzeczywistym do lekarza pozwoliły zaoszczędzić rocznie 100 tys. funtów na grupie 150 pacjentów i zredukować o 70 proc. nagłe przyjęcia do szpitala.

Raport Deloitte przedstawia przykłady, w jaki sposób technologie mobilne mogą wpłynąć na przyszłe modele świadczenia usług opieki i ochrony zdrowia. Każda z tych technologii przechodzi przez określone fazy rozwoju i oczekiwań, jakie stawia przed nią rynek. „Jak pokazuje cykl technologii cyfrowych w ochronie zdrowia, opracowany według schematu prognoz firmy Gartner, choć wiele koncepcji telemedycyny i mZdrowia jest jeszcze w fazie wyłaniania się i budowania oczekiwań, to już niektóre rozwiązania i aplikacje mobilne związane z szeroko pojętym mZdrowiem powoli wchodzą już w ostatnią fazę dojrzałości rynkowej, czyli płaskowyż produktywności” – mówi Krzysztof Jakubowski. „Technologie osiągają ją wtedy, gdy zaadaptuje je ok. 20–30 proc. potencjalnych klientów, a oczekiwania biznesu cechuje realizm w ocenie korzyści i świadomość ewentualnych zagrożeń wynikających z ich zastosowania” – dodaje.

Przykłady ciekawych koncepcji wykorzystywanych w mZdrowiu:

  • Electronic Skin – czujnik noszony na nadgarstku wykorzystywany, m.in. u osób chorych na chorobę Parkinsona lub padaczkę. Czujnik wykrywa ruchy mięśni lub atak padaczkowy i uwalnia lek, znajdujący się w pojemniku pod skórą,
  • HealthPatch – czujnik biometryczny umieszczony na klatce piersiowej, którego zadaniem jest ciągły pomiar pracy serca, temperatury i czynności oddechowych,
  • Proteus- czujnik pozwalający na wykrycie czy pacjent wziął czy nie wziął leku, a także monitorujący podstawowe czynności życiowe,
  • TempTraq24 – czujnik pozwalający na całodobowy monitoring temperatury u dzieci i niemowląt i przesyłający informację na ten temat do rodziców.

Raport “Connected health. How digital technology is transforming health and social care”,został opublikowany w kwietniu br. przez Deloitte w Wielkiej Brytanii.

6 na 10 Polaków na wakacje pojedzie samochodem

Wg badań 60% Polaków wybierających się w tym roku na wakacje, jako środek transportu wybierze własny samochód – jesteśmy pod tym względem wiceliderem Europy. Taki środek transportu to wygoda dla podróżujących i pełne ręce roboty dla ludzi od drogowego assistance.

Własny samochód to wygoda, ale i awarie

Własny samochód to ulubiony wakacyjny środek lokomocji Polaków. Potwierdzają to badania: przed ubiegłym sezonem wakacyjnym aż 72% badanych wskazywało go jako planowany środek lokomocji podczas krajowych wakacji*.  W tym roku podobnie – wg innych badań 60% z nas wyjedzie na urlop własnym autem**. Zajmujemy pod tym względem drugie miejsce w Europie (po Francji). Większość, bo aż 78%, jako główny powód takiej decyzji podaje związaną z tym swobodę i niezależność. Ponad połowa Polaków ceni sobie również możliwość dotarcia w mało popularne miejsca i wygodę związaną z wcześniejszym zrobieniem większych zakupów.

Samochodem jeździmy też na zagraniczne wakacje. Poza wygodą ma to także nieco mniej przyjemne konsekwencje. Latem firmy asystenckie mają pełne ręce roboty.

– W czerwcu notujemy blisko 8% wszystkich wezwań do pomocy zmotoryzowanym polskim turystom za granicą. W lipcu to już blisko 13% wszystkich takich interwencji, a w sierpniu ponad 13%. Cały okres urlopowy od czerwca do września, to w sumie aż 44% interwencjichociaż to tylko 1/3 roku – mówi Piotr Ruszowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Mondial Assistance.

Holowanie, pojazd zastępczy lub naprawa na miejscu

Najczęściej udzielana pomoc polega na naprawie na miejscu lub holowaniu pojazdu (dotyczy to nie tylko zagranicznych serwisów), które ma miejsce w 63% wezwań, udostępnienie samochodu zastępczego to 32% przypadków (wg Mondial Assistance).

– Zdarza nam się też udzielać bardziej nietypowej pomocy polegającej na oddelegowaniu kierowcy zastępczego, pokryciu kosztów biletu lotniczego czy pomocy w… złomowaniu pojazdu – dodaje Piotr Ruszowski.

– Najczęściej pomocy w czerwcu zeszłego roku udzielaliśmy w Niemczech i Francji. W lipcu i sierpniu więcej zgłoszeń mamy z Chorwacji czy Austrii, ale zdarzają się też wezwania z bardziej egzotycznych krajów jak Finlandia Islandia czy Malta – wylicza Piotr Ruszowski.

Chociaż prowadzenie samochodu wszędzie wydaje się tak samo proste, to jednak przepisy w wielu krajach bardzo się różnią, a ich nieznajomość może przysporzyć nam stresu i wydatków.

W Szwecji wolno

Najniższa dopuszczalna prędkość poza obszarem zabudowanym możliwa jest na niektórych drogach w Szwecji (70 km/h). Najszybciej legalnie pojedziemy z kolei w Niemczech i w Austrii – nawet 100 km/h poza obszarem zabudowanym. Na autostradzie w Niemczech (w niektórych miejscach) ciągle nie ma ograniczeń. Po suto zakrapianej kolacji za kółko lepiej następnego dnia nie wsiadać w żadnym kraju, jednak jeśli już musimy to zrobić, to najlepiej w Wlk. Brytanii, Irlandii, Luksemburgu i na Malcie, gdzie dopuszczalna norma alkoholu we krwi to aż 0,8‰. W wielu państwach z surową karą spotkamy się jeśli alkomat wykaże cokolwiek ponad 0,0‰. Będzie tak m.in. w Czechach, na Słowacji, Węgrzech, Rumunii czy Ukrainie. Wielu Polaków liczy na ostrzeżenia wysyłane radiem CB, ale mając taki sprzęt, trzeba pamiętać, że w kilku krajach musimy mieć na niego specjalne pozwolenia – np. w Rosji, Bułgarii, Szwecji, Słowenii, Serbii czy Turcji.

Na Słowacji lepiej mieć prawie wszystko

Istotne różnice dotyczą również obowiązkowego wyposażenia samochodu. Nieubłagani są tutaj Słowacy. Przekraczając Tatry czy Beskidy, powinniśmy mieć w samochodzie: apteczkę, ostrzegawczy trójkąt, zapasowe żarówki i bezpieczniki, kamizelkę odblaskową (we wnętrzu, nie w bagażniku!), klucz do kół i podnośnik oraz linkę holowniczą. We Francji i Słowenii z tej listy odpuszczą nam tylko 3 ostatnie pozycje. W Niemczech, oprócz trójkąta ostrzegawczego, wymagana jest też apteczka z gumowymi rękawiczkami i kamizelka odblaskowa. Przed wyjazdem lepiej sprawdzić takie rzeczy, choćby spędzając kilka minut przy wyszukiwarce Google.

Wprawdzie ratyfikowana także przez Polskę Konwencja wiedeńska zdejmuje z nas obowiązek wyposażania pojazdu w przedmioty, które nie są obowiązkowe w kraju, w którym pojazd jest zarejestrowany, ale żeby uniknąć nieprzyjemności i trudnych negocjacji z miejscowym policjantem w obcym języku lepiej te rzeczy po prostu zabrać ze sobą. Szczególnie, że trudno kwestionować zasadność posiadania w samochodzie np. apteczki, trójkąta czy kamizelki.

Jak przygotować pojazd do wakacyjnej podróży?

  • Sprawdź ważność dokumentów – datę prawa jazdy, ubezpieczenia, zieloną kartę jeśli jest potrzebna, zasięg assistance – zanotuj numer, żeby mieć go pod ręką
  • Oddaj samochód do przeglądu – sprawdzą oświetlenie, wycieraczki, zawieszenie, uzupełnią płyny eksploatacyjne, oczyszczą i napełnią klimatyzację
  • Sprawdź gdzie i jak szybko można jeździć, jakie różnice w przepisach w porównaniu z polskimi są w krajach tranzytowych i docelowych
  • Zaplanuj trasę, zgromadź mapy tradycyjne lub uaktualnij GPS

 

*Badanie „Gdzie, za ile, jak długo – przeciętny Polak na wakacjach” przeprowadzone przez AC Nielsen na zlecenie Mondial Assistance w maju 2014

** „Raport na temat podróży samochodem na wakacje” przygotowany przez Stena Line

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Continental kupił spółkę Elektrobit Automotive

Continental kupił spółkę Elektrobit AutomotiveKoncern Continental współpracuje z Elektrobit Automotive, firmą specjalizującą się w dziedzinie wysoce innowacyjnych rozwiązań w obszarze oprogramowania, od ponad 10 lat. Firma należy do fińskiego przedsiębiorstwa Elektrobit Corporation, notowanego na giełdzie papierów wartościowych w Helsinkach. Zawarta transakcja musi zostać jeszcze zaakceptowana przez władze antymonopolowe i zatwierdzona przez akcjonariuszy spółki Elektrobit. Finalizacja umowy jest planowana na 3. kwartał 2015 r.

Spółka Elektrobit Automotive zatrudnia łącznie około 1900 profesjonalistów, którzy opracowują unikalne rozwiązania pozwalające czołowym producentom samochodów i dostawcom systemów wyposażać pojazdy na przykład w zaawansowane systemy wspomagania kierowcy oraz systemy informacyjne, czy rozrywkowe. Obecnie w Continental rozwojem oprogramowania zajmuje się 11 000 profesjonalistów.

Dzięki tej transakcji Continental zwiększy swój potencjał rozwojowy w obszarze oprogramowania oraz zintensyfikuje działania zmierzające do zapewnienia rozwoju systemów automatycznej jazdy.

 

Gdzie po nową kawalerkę?

Jaki metraż mają najmniejsze lokale w powstających osiedlach?

Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl zebrali informacje, jak w tych samych inwestycjach wyceniony jest metr kwadratowy w najmniejszych mieszkaniach, a ile kosztuje w większych.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp

Małe, kompaktowe mieszkania nadal są pożądane, a ich  liczba w danej inwestycji zależy od jej charakteru i lokalizacji. Dla przykładu, w pierwszym etapie krakowskiego Osiedla Wrocławska, zlokalizowanego w centrum, udział lokali jednopokojowych i małych dwójek przekracza poziom 60 proc. w strukturze wszystkich mieszkań.

Metr kwadratowy w kawalerkach jest z reguły droższy niż w większych mieszkaniach. Różnice dochodzą nawet do 1000 zł / m kw. Niewielki metraż, średnio 25-28 m kw.,  powoduje jednak, że całościowa cena mieszkania jest wciąż bardzo przystępna i nie przekracza 180 – 200 tys. zł. Taki poziom cenowy zachęca do kupna inwestorów oraz osoby młode, które już pracują i chcą się usamodzielnić.

W inwestycjach powstających na obrzeżach miast, skierowanych do rodzin, wyraźnie  przeważają mieszkania o większym metrażu, których cena za mkw. jest niższa i w miarę możliwości dostosowywana do aktualnych stawek programu MdM. Przykładem mogą tu być Osiedle Powstańców 33 w podwarszawskich Ząbkach, Osiedle Słoneczne Miasteczko w Krakowie, czy Osiedle przy Srebrnej w Gdańsku.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Kawalerki zdecydowanie cieszą się stabilnym zainteresowaniem wśród klientów. Projektujemy je w zasadzie we wszystkich naszych inwestycjach. Jednocześnie od dłuższego czasu widzimy wzrost zainteresowania małymi mieszkaniami dwupokojowymi, które powoli stają się podstawową jednostką mieszkaniową.

Wielkość mieszkania jest tylko jednym, wcale nie najważniejszym czynnikiem, który bierzemy pod uwagę ustanawiając cenę metra kwadratowego danego lokalu. Ważne jest także położenie mieszkania w budynku, czy jego rozkład. Generalnie wyceniając lokal bierzemy pod uwagę jego zalety w odniesieniu do widełek cenowych dla danej inwestycji.

Karolina Guzik, koordynator sprzedaży Skanska Residential Development Poland

Na powstającym na pograniczu Bielan i Żoliborza Osiedlu Mickiewicza zaprojektowano lokale o powierzchni od 28 do ponad 100 mkw. o różnych rozkładach, w tym także kawalerki. Co ciekawe, coraz więcej klientów łączy dwa mniejsze, sąsiadujące ze sobą mieszkania w większe i bardziej przestronne lokale. Jest to stosunkowo łatwe, dzięki elastycznej konstrukcji budynku. Te i inne udogodnienia na Osiedlu Mickiewicza będzie potwierdzał przyznawany przez niezależnych ekspertów certyfikat jakości BREEAM. Natomiast w Parku Ostrobramska klienci mają do wyboru 2-,3-,4- oraz 5- pokojowe mieszkania. Nie wykluczamy jednak, że w przyszłych etapach inwestycji pojawią się lokale jednopokojowe. Dziś różnica w cenie za mkw. pomiędzy najmniejszym a trzypokojowym lokalem wynosi około 1,5 – 2 tys. zł.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

W segmencie popularnym minął czas dla mikroofert, o powierzchniach liczących kilkanaście, czy 20 metrów. Takie propozycje są dziś dedykowane głównie rynkom aparthotelowym. Wśród nabywców kupujących lokale dla własnych potrzeb, widzimy trend ku większym powierzchniom. W naszych najnowszych projektach proponujemy więc kawalerki o powierzchniach sięgających prawie 30 m kw.

Na przykład w warszawskim projekcie Wilanów Brzozowy Zakątek (I etap), który w ostatnich tygodniach trafił do sprzedaży, najmniejsze lokale mierzą 29 m kw. W tym osiedlu lokale kosztują średnio niespełna 6800 zł za m kw. brutto. Natomiast w naszej najnowszej, szczecińskiej inwestycji Ku Słońcu, w dzielnicy Gumieńce, najmniejsze mieszkania mają 30 m kw. i kosztują 158,4 tys. zł brutto.

Różnice między ceną metra kawalerki i mieszkań trzypokojowych, zależą od standardu budynku i jego lokalizacji. W niektórych projektach, stawki te mogą być identyczne, podczas gdy w innych ceny za mkw. najmniejszych, jedno lub dwupokojowych ofert, mogą być nawet o 25 i więcej proc. wyższe w porównaniu do lokali trzy, czy czteropokojowych o dużych powierzchniach. Należy też pamiętać, że w segmencie premium stawki za m kw. penthause’ów o powierzchniach przekraczających 150-200 m kw., mogą być najwyższe w danym projekcie, gdyż są to najbardziej luksusowe lokale.

Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży Dolcan

Nasze inwestycje tworzone są z myślą o odrębnych grupach klientów, zaprojektowane dla rodzin, par, singli oraz inwestorów. Jednym z takich skonkretyzowanych produktów jest stołeczne Miasteczko Rubikon, składające się wyłącznie z MiniApartamentów o metrażu ok. 20-25 m kw.  Jest to produkt przygotowany z myślą o młodych ludziach, wkraczających w dorosłość. Nieco większe mieszkania, o powierzchni od 33 m kw. oferujemy w inwestycji Ogrody Ochota II, zlokalizowanej blisko centrum Warszawy.

Cena metra uzależniona jest od rodzaju inwestycji i jej lokalizacji. Najkorzystniejsze cenowo będą mieszkania w takich warszawskich dzielnicach, jak Targówek, czy Białołęka, budowane w formacie bezczynszowym – w projektach Kamyk Zielony i Czerwona Jarzębina II. Ceny w poszczególnych inwestycjach dostosowane są do lokalnego rynku, np. mieszkania w Osiedlu Jordanowskim w Częstochowie można kupić od 3825 zł za m kw.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Kawalerki stanowią ok. 10 proc. oferty w nowych inwestycjach Wawel Service. Takie mieszkania o metrażu 34 m kw. mamy w sprzedaży w inwestycji Zawiła na krakowskich Klinach w cenie 6334 zł za m kw. Projekt zostanie oddany do użytkowania w IV kwartale 2016 roku.

Najmniejsze kawalerki o powierzchni 29 m kw., oferujemy w energooszczędnej inwestycji Halszki 28A na krakowskim Kurdwanowie w cenie 6500 zł / m kw.

Kawalerki cieszą się szczególnym zainteresowaniem osób kupujących mieszkania w celach inwestycyjnych. Średni zwrot z najmu dla kawalerki wynosi ok. 6 – 6,5 proc. rocznie. Kawalerka to również dobry pomysł na pierwsze mieszkanie dla młodych. Należy pamiętać, że choć cena kawalerki nie jest wysoka, to stawka za metr kwadratowy standardowo jest o ok. 10 proc. wyższa niż w przypadku większych lokali.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Kawalerki nadal cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem wśród klientów. Najmniejsze metraże posiadamy w warszawskich osiedlach: na bliskiej Woli przy  ulicy Kasprzaka – od 24 m kw., w Zielonej Dolinie na Białołęce od 22 m kw. i w Villi Campinie, położonej 7 min. od Bemowa – od 36 m kw.

W Łodzi można nabyć kawalerki od 30 m kw. w osiedlu Centrum III oraz od 38 m kw. w osiedlu Centrum II. W Katowicach w ofercie mamy małe lokale z fantastycznym widokiem na osiedlu Nowe Tysiąclecie – o powierzchni od 30 m kw.

Klientów w Trójmieście zapraszamy do inwestycji Bernadowo Park, gdzie posiadamy mieszkania od 33 m kw.

Ceny za m kw. zaczynają się od 4500 zł w osiedlu Villa Campina do 7956 zł na bliskiej Woli. Średnio cena za m kw. małych lokali wynosi nieco ponad 5000 zł.

Mieszkania dwupokojowe stanowią natomiast blisko 60 proc. lokali w naszych inwestycjach. Można je nabyć w promocyjnej cenie od 4700 zł / m kw.

20 czerwca rozpoczynamy  przedsprzedaż w nowej inwestycji – Zielona Dolina II – kontynuacji projektu Zielona Dolina, który zakończył się dużym sukcesem i został uhonorowany nagrodą QI Order za najwyższą jakość inwestycji, w którym małe mieszkanie można nabyć już za 129 tys. zł.

Ceny metra kwadratowego w mieszkaniach dwupokojowych mogą być nieco wyższe niż w trzypokojowych, podobnie jak wyżej wyceniony jest m kw. w kawalerkach niż mieszkaniach dwupokojowych.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

Nasza flagowa inwestycja Central Park Ursynów, powstająca przy ul. Kłobuckiej w Warszawie cieszy się dużym powodzeniem między innymi z uwagi na dopasowanie struktury mieszkań do potrzeb klientów. Do końca tego roku oddamy w niej 440 lokali mieszkalnych, a kolejne 416 w pierwszej połowie 2016 roku. W pięciu budynkach  dostępne są zarówno małe, jednopokojowe mieszkania o powierzchni od 28 m kw.,  jak też dwu, trzy i czteropokojowe.  Najmniejsze mieszkania, spełniające kryteria rządowego programu Mieszkanie dla młodych, można kupić w cenie od 6588 zł za m kw. Ceny metra w małych mieszkaniach nie są wyższe. O cenie decyduje m.in. usytuowanie mieszkania. Droższe są np. mieszkania na wyższych piętrach z atrakcyjnym widokiem.

Magdalena Rurarz, dyrektor działu sprzedaży i marketingu Victoria Dom

W naszych najnowszych  inwestycjach zostały zaprojektowane kawalerki i małe mieszkania dwupokojowe. W Osiedlu Classic II przy ul. Przaśnej w warszawskiej Białołęce jednopokojowe mieszkania o metrażach 23-25 m kw. oferujemy w cenach 5700-6000 zł / m kw., a dwupokojowe o powierzchni 30-35 m kw. kosztują 5700-5900 zł / m kw. Większe metraże można kupić w podobnej cenie. Stawki w tej inwestycji uzależnione są bardziej od usytuowania mieszkania w budynku.
W Osiedlu Przy Parku przy ul. Rembielińskiej na Targówku dwa pokoje o metrażu 30-31 m kw. można kupić w cenach od 6800 do 7400 zł / m kw. w zależności od piętra. Mieszkania o większych metrażach, np. 3-4 pokojowe dostępne są w kwocie od 6400 do 7200 zł / m kw. Różnica w metrażu jest jak widać istotnym kryterium cenowym. Wyższe ceny lokali (od 7000 zł / m kw.) obowiązują na ostatnich kondygnacjach, gdzie mieszkania mają ponadstandardową wysokość  3 m.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

Wielkość mieszkań projektowanych w naszych inwestycjach zależy od charakteru projektu. Mikromieszkania nie sprawdzą się w inwestycji typowo apartamentowej. Kawalerki, czy niewielkie lokale dwupokojowe planujemy w inwestycjach, w których kupujący kierują się głównie ceną. W inwestycji Wolne Miasto w Gdańskim Ujeścisku mamy kawalerki o  metrażu 27 m kw., w cenach od 5200 / m kw. Tego typu lokale poszukiwane są również w inwestycjach, w których klienci traktują ich zakup jako lokatę kapitału, z przeznaczeniem na wynajem. Mniejszy lokal gwarantuje lepszą stopę zwrotu w przypadku wynajmu. W inwestycji Hubertus w warszawskim Służewcu oferujemy lokale od 27 m kw. w cenie od

9 000 / m kw. W tej lokalizacji jest duży popyt na lokale na wynajem z uwagi na bliskość tzw. Służewca biurowego. Najmniejsze mieszkania mają zawsze najwyższą cenę za metr.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Grupy Waryński

Projektując kolejne etapy naszych inwestycji uwzględniamy zawsze kilkanaście mieszkań o mniejszym metrażu, które najczęściej znajdują nabywców już w pierwszych tygodniach po uruchomieniu sprzedaży. Obecnie najmniejsze z oferowanych lokali w naszych, warszawskich inwestycjach Miasto Wola i Stacja Kazimierz liczą 29 i 32 m kw., a ich ceny rozpoczynają się od 7 600 zł za m kw. W tych projektach mamy już ostatnie mieszkania jednopokojowe. Zauważyliśmy, że bardzo dużą popularnością cieszą się mieszkania trzypokojowe o metrażach od ok. 55 m kw. Stąd w ofercie drugiego etapu osiedla Miasto Wola tego typu lokale stanowią ponad połowę oferty. Cena metra niejednokrotnie jest w nich niższa nawet o kilka procent w porównaniu z lokalami jedno lub dwupokojowymi.

Monika Kudełko z firmy Activ Investment

Kawalerki to jedne z najbardziej poszukiwanych mieszkań w naszych inwestycjach. Najmniejsze mieszkania, o powierzchni 19 m kw., które wprowadziliśmy w kwietniu br. do sprzedaży w trzecim etapie inwestycji 4 Wieże w Katowicach znalazły nabywców błyskawicznie. Sprawiła to atrakcyjna cena – 98 tys. zł. W chwili w tym projekcie dostępne są kawalerki o metrażu 35 m kw.

W naszej nowej inwestycji Osiedle Karoliny w Katowicach i projekcie przy ul. Banacha w Krakowie dostępne są kawalerki o powierzchni 25-26 m kw. W inwestycji Skarbowców we Wrocławiu skupiliśmy się bardziej na niedużych mieszkaniach dwupokojowych o wielkości od 33 m kw. Ceny małych mieszkań kształtują się na poziomie 4999 zł / m kw. w katowickich projektach, 5500 zł / mkw. w Krakowie i 5900 / m kw. we Wrocławiu.

Wojciech Stisz, Barc Warszawa

W drugim etapie osiedla Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli w Warszawie zamiast kawalerek zaprojektowane zostały mieszkania dwupokojowe, których metraż jest niewiele większy niż mieszkań jednopokojowych. Klienci zdecydowanie chętniej wybierają trzydziestokilkumetrowe mieszkania z wydzieloną sypialnią oraz salonem z aneksem kuchennym. Niewiele osób interesuje się kawalerkami, szczególnie jeśli ich powierzchnia i cena nie różnią się wyraźnie od znacznie funkcjonalniejszych mieszkań dwupokojowych. Ceny metra różnych typów lokali w tym osiedlu są podobne. Mieszkania kosztują od 5500 zł / m kw. Lokale dwupokojowe w Tarasach Dionizosa są do nabycia w cenie od 200 tys. zł.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

W inwestycjach realizowanych przez Home Invest projektowane są zarówno kawalerki, jak i mniejsze mieszkania dwupokojowe. W projekcie Na Sokratesa na warszawskich Bielanach najmniejsze, jednopokojowe lokale mają metraż 29 m kw., a mieszkania dwupokojowe zaczynają się od 39 m kw. Z kolei w inwestycji Krasińskiego 58 na Żoliborzu najmniejsze mieszkanie jednopokojowe ma powierzchnię 29 m kw., a dwupokojowe 41 m kw.

W naszym najnowszym projekcie Monte Verdi w warszawskich Włochach lokale będą miały metraż od 29 m kw. Cena za metr kwadratowy w małych mieszkaniach jest o kilkaset złotych wyższa niż w większych mieszkaniach.

Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Atlas Estates

W warszawskich inwestycjach mieszkaniowych, planowanych aktualnie przez Atlas Estates, tj. w Apartamentach przy Krasińskiego II oraz w osiedlu przy ul. Nakielskiej, kawalerki i mieszkania dwupokojowe będą stanowić łącznie 45-55 proc. oferty. Sprzedażowym hitem od kilku lat są niezmiennie kompaktowe dwójki o powierzchni 40-45 m kw. Kawalerki cieszą się mniejszym zainteresowaniem i dlatego w osiedlach Atlas Estates stanowią ok. 10 proc. lokali.

Warto pamiętać, że chociaż cena całkowita kawalerki może być o kilkadziesiąt tysięcy złotych niższa niż dwójki, to patrząc przez pryzmat stawki za metr kwadratowy zakup mieszkania dwupokojowego jest o kilka procent bardziej ekonomiczny. Różnica w cenie między kawalerką a dwójką jest przy tym mniejsza, niż między trójką a największym apartamentem. Te ostatnie, czasem nawet 5-pokojowe lokale są często oferowane w podwyższonym standardzie, przez co ich średnia cena za metr jest wyższa nawet o kilkadziesiąt procent.

 

Autor: Kamil Niedźwiedzki

 

Praca handlowca w XXI wieku

To, jak skuteczny będzie handlowiec, zależy w dużym stopniu od jego zdolności negocjacyjnych, umiejętności przekonywania, a także od wiedzy na temat oferowanego produktu i potrzeb klienta. Ale na to, jak sprawnie przebiegać będzie podpisywanie kolejnych umów, niebagatelny wpływ ma także wykorzystywane oprogramowanie.

W ostatnich kilku latach praca handlowców, ale także całych działów handlowych oraz biur obsługi klientów uległa poważnym przeobrażeniom. Niemały wpływ miała na to wykorzystywana technologia. Jeszcze dziesięć lat temu umowy były podpisywane zazwyczaj w biurach, a nawet jeśli zawierano je na odległość, wiązało się to z koniecznością podpisania wydrukowanej umowy.

Umowa na tablecie

Dziś podpisywanie umów na odległość coraz rzadziej wiąże się z przesyłaniem dokumentów tradycyjną pocztą. Aktualnie obowiązujące w Polsce prawo pozwala na skuteczne zawieranie umów w formie elektronicznej, a nawet telefonicznej. Fakty te znacznie usprawniają pracę handlowców i pozwalają im w krótszym czasie obsłużyć większą liczbę klientów.

– Coraz popularniejsze staje się dziś podpisywanie umów poza siedzibą firmy. Handlowiec może przekazać umowę klientowi np. na tablecie lub innym urządzeniu mobilnym, klient może zaś na tym samym urządzeniu umowę podpisać. Możliwe jest również nagranie ustnej zgody klienta na zawieraną umowę – mówi Maciej Blajer, prezes informatycznej firmy Enadis.

Podpisanie umowy nie musi jednak stanowić ostatniego etapu w elektronicznym łańcuchu transakcji. Działający w chmurze, a więc dostępny przez Internet system obiegu dokumentów, pozwoli automatycznie dodać umowę do centralnego systemu przedsiębiorstwa oraz rozpocząć realizację zamówienia. Odpowiednie informacje trafiają wówczas do pracowników uruchamiających usługi oraz do działu księgowości, gdzie zostanie wystawiona faktura (to także można zautomatyzować!).

– Konsultant, który telefonicznie zawiera umowę z klientem, jeszcze podczas tej samej rozmowy może umówić wizytę technika, który podłączy klientowi telewizję kablową, technik zaś natychmiast otrzyma taką informację na swoim urządzeniu mobilnym – wyjaśnia Maciej Blajer.

Prowizja nalicza się sama

Współczesne oprogramowanie pozwala usystematyzować i przez to znacznie usprawnić pracę handlowca. Możliwość przechowywania wszystkich zawartych oraz negocjowanych umów w jednym systemie, przy jednoczesnym przypisaniu każdej z nich do konkretnego sprzedawcy, daje skutki bardzo korzystne z punktu widzenia handlowca. Przede wszystkich w każdej chwili może on w wygodny sposób sprawdzić, jakie umowy zostały podpisane, porównać między sobą zawarte w nich uzgodnienia, ale także przeanalizować te umowy, które są jeszcze na etapie uzgodnień.

Co bardzo istotne, rejestr umów może być powiązany z systemem rozliczania prowizji. Oznacza to, że każda podpisana umowa daje handlowcowi jasną informację co do tego, jaki wpływ na jego przychody w danym okresie rozliczeniowym ma dana transakcja. Bez względu na to, jak skomplikowany będzie algorytm przydzielania prowizji w danej firmie, odpowiedni system szybko pokaże konkretne dane. Taka informacja zwrotna, przekazywana w czasie rzeczywistym, może skutecznie pełnić funkcję motywacyjną (inaczej niż w odniesieniu do danych przekazywanych z dużym opóźnieniem).

Jeśli dostęp do informacji możliwy jest przez Internet, handlowiec może przeanalizować swoje wyniki w dowolnym miejscu i czasie, także po pracy.

– Dzięki informatyzacji tego obszaru działania firmy, handlowiec w dowolnym momencie może sprawdzić jak wyglądała jego sprzedaż i otrzymane prowizje w ubiegłych miesiącach – mówi prezes Enadis. – Poza tym niektóre systemy dają możliwość porównania się z innymi osobami w firmie i sprawdzenia, jak wypada nasza sprzedaż na tle pozostałych handlowców – podkreśla Maciej Blajer.

Sprzedaż pod kontrolą

Oprogramowanie mobilne pozwala również na łatwe umawianie spotkań. Klient może zamówić za pośrednictwem infolinii spotkanie z handlowcem, co natychmiast zostanie odnotowane w terminarzu na urządzeniu sprzedawcy.

Nowoczesne systemy pomagają także w kontrolowaniu pracy handlowców przez ich przełożonych. Dzięki aplikacji GPS menedżer w łatwy sposób sprawdzi, czy  sprzedawca wykonuje powierzone mu czynności, i czy w czasie pracy przebywa w  uzgodnionym miejscu.

Taka kontrola niekoniecznie musi być dla handlowca uciążliwa. Jeśli zostanie zastosowana w sposób odpowiedni, będzie to jeszcze jeden sposób pomocny w rzetelnej ocenie pracy poszczególnych pracowników.

W połączeniu z systemem podpisywania umów i rozliczania prowizji, system taki pozwoli na uczciwe ocenianie handlowców w zależności od osiąganych przez nich wyników oraz wkładu pracy. Im mniej miejsca pozostawimy na subiektywne oceny przełożonych i „ręczne” przyznawanie prowizji lub innych dodatków do wynagrodzenia, tym uczciwszy i bardziej motywujący będzie to system.

 

Michał Olszewski: Warszawa prześcignie Berlin

Michał Olszewski: Warszawa prześcignie Berlin
Michał Olszewski wiceprezydent Warszawy

– Warszawa nie konkuruje z Krakowem czy Wrocławiem. Jako ekosystem start-upowy chcemy prześcignąć Berlin i Wiedeń – mówi wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski w rozmowie z  Web.gov.pl. Wyjaśnia, jak władze miasta mogą wspierać innowacyjnych przedsiębiorców i dlaczego opłaca im się to robić

Web.gov.pl: Panie prezydencie, podczas ICT Summit w grudniu 2014 r. Warszawa otrzymała od PARP tytuł „Miasta Start-upów” – jako jedno z trzech miast w Polsce najmocniej pracujących na rzecz lokalnego ekosystemu start-upowego. Jakich korzyści władze miasta upatrują we wspieraniu start-upów?

Michał Olszewski: Goeffrey West powiedział, że miasta są jak organizmy żywe. Im większe miasto, tym większy potencjał przyciągania kreatywnych osób i podmiotów. Naszą siłą, jak zresztą każdej metropolii, jest to, że działamy jak duży odkurzacz, przyciągamy zasoby z całego kraju. Zasoby do inicjowania przedsiębiorczości start-upowej, a więc innowacyjnej i kreatywnej, są tak potężne, że grzechem byłoby nie dbać, by segment ten rósł w siłę. Fundusze venture capital przyznają w rozmowach z nami, że Warszawa to miasto o najniższym ryzyku inwestycyjnym. Ale z drugiej strony nowoczesna gospodarka jest na tyle dynamiczna, że nie stwarza przeszkód, by firma, która działa w Warszawie, przeniosła się szybko do innego miasta. Jeśli nie chcemy utracić jako miasto dynamiki rozwoju, musimy budować ofertę dla osób, które tutaj przybywają, po to, by zatrzymywać najbardziej wartościowe jednostki. Im lepsze warunki im stworzymy, tym mocniej zwiążemy je z lokalnym rynkiem. Wspieranie start-upów poprzez tworzenie sieci powiązań pomiędzy biznesem, nauką i administracją jest jednym z elementów układanki, na które zwracamy uwagę. Ważna dla Warszawy jest sieć współpracy podmiotów już działających na rynku. Staramy się promować powiązania między nimi.

Czy to prawda, że w Polsce nie ma rozwiniętej kultury współpracy pomiędzy władzą a start-upami? 

Jest brak zrozumienia tego, że współpraca potrafi budować synergię. Panuje przekonanie, że każda współpraca jest grą o sumie zerowej, a jest dokładnie odwrotnie. To właśnie dlatego kiedy środowisko start-upów zaczęło się mocniej organizować, bardzo nam zależało, by brać w tym udział. Ostatnio gościliśmy w naszym Centrum Przedsiębiorczości na Smolnej uroczystość zawarcia porozumienia środowisk wspierających start-upy – Startup Poland, bo to dla nas znak, że rynek dojrzewa i że buduje się również zaufanie.

„Start-up” to bardzo modne słowo, ale statystyka jest bezlitosna – tylko jeden na dziesięć start-upów odnosi sukces,  reszta nie przeżyje trzech lat.  

Jesteśmy inwestorem, którego stać na cierpliwość. Już w pierwszej kadencji pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz w 2007 roku podjęliśmy decyzję, że miasto zacznie się angażować we wspieranie przedsiębiorczości, w tym innowacyjnej. Pierwszą analizę dotyczącą sektora kreatywnego zrobiliśmy w latach 2009-2010.  Rynek przedsiębiorczości start-upowej jest bardzo dynamiczny, nasza polityka wobec niego ewoluuje. Gdy zaczynaliśmy budowę Centrum Przedsiębiorczości Smolna w 2008 roku, jego potrzeby były zupełnie inne niż dziś.
W jaki sposób zmieniły się te potrzeby?

Miał to być w całości inkubator, oferujący firmom przestrzeń do wynajęcia. W momencie, gdy zbliżaliśmy się do zamykania projektu, okazało się, że tego typu prywatnych przedsięwzięć wykiełkowało tyle, że bylibyśmy niezdrową konkurencją dla rynku, a tego nie chcieliśmy. Inkubator musiał powstać, natomiast ograniczyliśmy mocno jego funkcjonalność i zasięg do kilkudziesięciu biurek i kilku pokoi. Mamy program rozwoju dla naszych inkubowiczów, położyliśmy nacisk na rozwijanie programów mentoringowych i coachingowych, razem z partnerami, których zapraszamy do ich realizacji. Tworzymy hub dla innych tego typu działań. Nasza oferta służy temu, by jak najwięcej przedsięwzięć start-upowych w Warszawie było zmapowanych i zsieciowanych.  Szkolenia i mentoring są prowadzone przez ekspertów dostarczanych przez naszych partnerów – np. Aulę Polska, inicjatywę non-profit stworzoną w 2007 roku przez Krzysztofa Kowalczyka i Artura Kurasińskiego. To działania szkoleniowe i sieciujące generują największy ruch na Smolnej. Mamy szereg działań organizowanych choćby przez Fundację Przedsiębiorczości Kobiet czy szkolenia z podatków i księgowości. W 2014 roku łącznie obsłużyliśmy 14 tysięcy osób.

W tym roku do Warszawy przeniosła się z Krakowa BitSpiration, międzynarodowa impreza poświęcona start-upom, venture capital i nowym technologiom. Jak udało się przyciągnąć Bitspiration?

Nie przypisujemy tego tylko sobie, duży wysiłek włożyło warszawskie środowisko start-upowe, z którym współpracowaliśmy. 

Kraków próbuje rywalizować z Warszawą o tytuł start-upowej stolicy Polski, zyskał nawet przydomek polskiej Doliny Krzemowej. Jak by się pan prezydent do tego odniósł?

Każdy ma swój pomysł na rozwój. Nie zamierzamy podejmować rywalizacji z Krakowem czy Wrocławiem, kiedyś wychodziliśmy do tych miast z propozycjami współpracy, ale zostały one chłodno przyjęte. Z mojej obserwacji wynika, że Kraków i Wrocław są mocno skoncentrowane na własnych środowiskach start-upowych o dużej liczbie relacji wewnętrznych, ale mają o wiele mniejszą niż Warszawa skłonność do przyciągania nowych zasobów. Z kolei z Gdańskiem i Poznaniem mamy za to kilka wspólnych projektów. Widzimy, że te miasta myślą podobnie do nas, otwierając się na siebie. Przykładem tego był zorganizowany z naszej inicjatywy, razem z Orange, warszawsko-poznańsko-gdański hackathon, który bardzo fajnie wypalił. Później przyszedł przyznany prze PARP właśnie tym trzem miastom tytuł „miast start-upów”.

W rankingach dotyczących jakości kapitału społecznego, Warszawa jest i będzie liderem, a wracając do Geoffreya Westa, to naturalny efekt bycia większym i nowocześniejszym. Dziś prawie każdy chciałby konkurować z Warszawą. My jednak nie uważamy Krakowa czy Wrocławia za naszą konkurencję, raczej spoglądamy na Berlin, Wiedeń, Budapeszt czy Pragę w wielu aspektach życia gospodarczego już wyprzedziliśmy. Mamy 4,4 miliona metrów kwadratowych powierzchni biurowej, Praga – około 3 milionów, a Kraków – 600 tysięcy.

Jako stolicy zależy nam na sukcesie pozostałych polskich metropolii. Jest wiele ciekawych inicjatyw w Krakowie, które w Warszawie nie mogłyby mieć miejsca. Każdy ma swoją specyfikę.

To jaka jest specyfika Warszawy i jej najmocniejsze strony?

Najlepiej dostępny rynek finansowy, najlepsza oferta finansowania projektów, najlepsza możliwość dotarcia do inwestorów – mówię tu choćby o funduszach venture capital, najlepsza możliwość internacjonalizacji, czego dowodem są takie firmy jak CD Projekt, najlepsze zasoby biurowe, co powoduje, że są z automatu bardzo konkurencyjne i tańsze, a także dostęp do najlepiej wykwalifikowanej kadry. Jesteśmy największym rynkiem edukacyjnym w tej części Europy – mamy 260 tys. studentów, czyli dwukrotnie więcej niż Berlin. Mamy też słabości, np. nie jesteśmy jeszcze marką rozpoznawaną za granicą, mamy małą liczbę studentów zagranicznych i niewykorzystany potencjał projektów postindustrialnych w Warszawie. Nad tymi rzeczami chcemy pracować.

Wartością warszawskiego ekosystemu start-upowego jest różnorodność. W przeciwieństwie do krakowskiego, gdzie wszyscy dobrze się znają i działają razem, jest tu co najmniej kilkanaście środowisk start-upowych. Jedną grupę tworzą Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości, inną  środowiska skupione  przy Reaktorze, czy Noa Cowork, by wymienić tylko niektórych. Te grupy nie są powiązane, raczej ze sobą konkurują, często mają własnych partnerów wśród funduszy Venture Capital. Ostatnio obserwujemy zainteresowanie korporacji projektami start-upowymi. Zachęcił je sukces T-Mobile, którego brand został mocno wypromowany.

A co z międzynarodową konkurencją, jeśli chodzi o ekosystemy start-upowe? Mamy niedościgniony Londyn, Berlin i Wiedeń. Jakie wzorce można przeszczepić z tych ośrodków?  

Berlin jest naszym naturalnym partnerem, z którym prowadzimy kilkanaście projektów dotyczących rozwoju gospodarczego, m.in. w branży fotoniki czy sektorze kreatywnym. Prowadzimy też warszawsko-berlińskie wydarzenie Startup Revolution Days, które łączymy z ekosystemem start-upowym Tel Awiwu. Mamy wiele podobieństw z Berlinem: jesteśmy miastami-patchworkami z bardzo zróżnicowaną strukturą wewnętrzną, która działa na korzyść sektora start-upowego. Nie jest on skoncentrowany w jednym parku technologicznym, stymulowanym przez władze publiczne, tak jak się to odbywa w innych ekosystemach. W Warszawie i Berlinie ekosystemy start-upowe ewoluują niezależnie od wsparcia władz. Oba miasta rozwijały się dopiero w latach 50. i 60. i wciąż mają duże pole do rozwoju, nie ma w nich bowiem rozwiniętej struktury zabytkowej. Nie ogranicza ona rozwoju start-upów w centrum miasta, gdzie działają uniwersytety i politechniki. Nie żałujemy, że nie mamy kampusów, które w Poznaniu i Gdańsku są na peryferiach miasta. Ten model przyjęło wiele polskich miast, nie było bowiem w nich stymulantów właściwych dla Warszawy.

Z kolei nasza rola w kraju jest zupełnie odmienna. Berlin jest czwartym co do wielkości rynkiem finansowym w Niemczech po Frankfurcie, Hamburgu i Monachium, a my jesteśmy pierwsi w Polsce. Wzorce czerpiemy więc z Oslo, Amsterdamu czy Barcelony. No i w przeciwieństwie do Berlina, bardzo rozwijamy centrum. Zrozumieliśmy, że nie trzeba na siłę budować parku technologicznego na oddalonym od miasta terenie. To tylko i wyłącznie projekt przestrzenny, który bez programu jest jałowy. Ważniejsza jest sieć wzajemnych powiązań i kultywowanie tego, co jest w mieście najcenniejsze. Postanowiliśmy dogęszczać centrum nowymi inwestycjami i dzięki temu zapobiegać wyludnianiu się miasta. Szwedzi, Norwegowie i Finowie mają właśnie takie pragmatyczne podejście, staramy się wprowadzać w życie te wzorce, a studzić niepotrzebne zapały. Już dziś widzimy pierwsze pozytywne  efekty tej polityki.

Powiedział pan, że najważniejszą wartością metropolii są sieci łączące administrację, naukę i biznes. Jak pan z tej perspektywy ocenia stan ekosystemu start-upowego Warszawy? 

Te sieci trzeba przez cały czas udoskonalać. Nie mogę powiedzieć, że są szczytem naszych oczekiwań. Często podpisujemy porozumienia o współpracy, po czym nie zawsze korzystamy z tych relacji, które się pojawiają. Wiele z naszych kontaktów owocuje dopiero w momencie, kiedy pojawia się wspólny biznes. Sektor nauki jest w Warszawie bardzo zróżnicowany. W obrębie każdej uczelni są ludzie skłonni do współpracy, ale i tacy, którzy wolą kultywować tradycyjny model dydaktyki, który opiera się na wykorzystaniu tych samych zasobów bez otwierania się na zewnątrz.

Najbardziej pozytywne przykłady współpracy z uczelniami?

Pozytywnym zaskoczeniem pod względem otwartości uczelni na współpracę i liczby inicjatyw, które się pojawiały. Jest Politechnika Warszawska i jej dynamiczny rektor, prof. Jan Szmidt. Wiele zmieniło się w Uniwersytecie Warszawskim, również za sprawą prorektor, prof. Anny Gizy-Poleszczuk. Myślę tu o projektach sieciujących takich jak Digital Economy Lab – uniwersytecki ośrodek naukowy, którego fundatorem jest Google. Wiele działań uczelnianych to coraz częściej inicjatywy młodego pokolenia, które stara się zmieniać środowisko naukowe.

Jakie działania powinna podejmować władza lokalna, a jakie powinny być realizowane na poziomie centralnym, jeśli chodzi o wspieranie przedsiębiorczości, również start-upowej?

Rolą administracji centralnej jest budowanie przejrzystych przepisów i sprzyjającego środowiska w skali ogólnokrajowej. Rolą miast powinno być dostarczanie zasobów, których na danym lokalnym rynku brakuje, a miasto jest w stanie dostarczyć je taniej, lepiej lub bardziej efektywnie. Najbardziej logicznym zasobem są nieruchomości, czyli np. powierzchnie biurowe. Należy to jednak robić rozważnie, bo miasto nie powinno konkurować z kapitałem prywatnym. Im więcej projektów robi się rękami partnerów prywatnych, tym rynek dynamiczniej się zmienia. Obserwując doświadczenia nie tylko polskich, ale również zagranicznych miasta podjęliśmy decyzję, że Centrum Kreatywności przy ul. Targowej, która jest w trakcie realizacji, powierzymy prywatnemu operatorowi. Kiedy kilka miesięcy temu ogłosiliśmy przetarg na kolejne centrum związane ze wspieraniem młodej przedsiębiorczości, przy ul. Oboźnej 1a (my dostarczamy budynek –  partner oferuje program), zgłosiło się siedem podmiotów. To pokazuje, że miasto nie musi, a wręcz nie powinno budować start’upowego środowiska samodzielnie.

Staramy się wykorzystywać projekty dotyczące start’upów wielopłaszczyznowo. Wszystkie nasze projekty na Pradze, przeprowadzane są w zabytkach czy brownfieldach (terenach zdegradowanych – przyp.red.)To wysiłek trzykrotnie większy finansowo od każdego projektu, który powstałby na „zielonej łące” (greenfield). Ale nam się to opłaca, bo przy okazji odbudowujemy tkankę miejską i rewitalizujemy obszar.

Największą wadą każdej administracji, ale także dużego biznesu, jest popadanie w schematy i procedury. To zabija nowoczesną, kreatywną przedsiębiorczość, bo w niej najwięcej zależy od swobody i elastyczności.

Jak ocenia pan współpracę miasta ze środowiskiem start-upowym?

Wciąż się jej uczymy – obydwie strony. Udało nam się zbudować przez ostatnich kilka lat kapitał relacyjny. On jest chyba tu najważniejszy. Choćbyśmy zainwestowali ogromne pieniądze w kampanię marketingową, to nigdy nie osiągniemy takiego efektu, jak przez indywidualne relacje. Wypracowaliśmy sobie zasady współpracy. Każdy, kto zgłosi się do nas z propozycją współdziałania, definiuje swoje oczekiwania, a my staramy się dostarczyć mu dokładnie to, czego  potrzebuje. Stawiamy sobie jednak jasną granicę – pieniądz to ostatnia rzecz, o której rozmawiamy. Najpierw staramy się dostarczyć to, co jako miasto możemy dać taniej – np.  venue. Zasoby własnościowe są w naszym przypadku najważniejsze. Mówimy do partnerów: jeśli chcecie synergii z nami, to nie przychodźcie do nas jak do sponsora. Mamy mnóstwo miejsc na centra konferencyjne i jeśli ktoś chce zrobić event sieciujący, taki jak np. Startup Grind, to możemy mu to umożliwić. Zapłacimy za to naszemu podmiotowi zależnemu mniej niż ktokolwiek z rynku, bo takie są nasze zasady współpracy. Z takich porozumień korzysta Fundacja Przedsiębiorczości Kobiet czy Młodzi Innowacyjni. Jest duże zapotrzebowanie na takie działania. Start-upy zgłaszają się do nas nawet poprzez mój profil na Facebooku.

Niemniej jest wiele inicjatyw, które doskonale radzą sobie na rynku bez miejskiego wsparcia i to nas również cieszy.

Czy stołeczny ratusz angażuje się w nowe inicjatywy start-upowe?

Jak najbardziej. Staramy się, aby Warszawa była ośrodkiem przyjaznym środowisku startupowemu oraz sprzyjała nowatorskim przedsięwzięciom. Wykorzystujemy różne narzędzia, które mają służyć budowie stołecznego ekosystemu startupowego. Wśród nich jest m.in. pomoc w organizacji eventów, promocja firm na rynkach międzynarodowych. Zachęcamy również i angażujemy warszawskich przedsiębiorców – nie tylko startupowców – w promowanie Warszawy. Z resztą stołeczne startupy występują już pod wspólną marką #techwawa – powstała oddolnie, my ją również wspieramy. W Warszawie dzieje się obecnie tak wiele, że nasze Centrum Przedsiębiorczości Smolna – działające niespełna dwa lata – jest już za małe aby zaspokoić wszystkie potrzeby środowiska. Jednym z takich „narzędzi”, o którym chciałbym wspomnieć w kontekście angażowania się ratusza w inicjatywy startupowe, jest organizowany w czerwcu tego roku cykl  Warsaw Innovation Days. Jest to pomysł na który wpadliśmy  gdy dostrzegliśmy, że w Warszawie jest bardzo wiele wydarzeń, z których każde w mniejszym mieście byłoby eventem roku, a u nas znikały w powodzi podobnych wydarzeń.. Dzięki jednej dużej marce Warsaw Innovation Days obejmującej w ciągu 3 tygodni 8 dużych wydarzeń i kilkanaście lub kilkadziesiąt mniejszych, mamy możliwość dotarcia do większej grupy odbiorców i stworzenia pewnego rodzaju ekosystemu instytucji i firm świadomych innowacyjnego potencjału miasta.

To co będzie dalej?

Po pierwsze otwierane będą nowe start’upowe lokalizacje – w przyszłym roku przy ul. Targowej 56 a następnie  przy ul.   Targowej 80 . Wspomniany już projekt przy ul. Oboźnej 1a być może ruszy jeszcze w tym roku. Wkrótce ogłosimy kto będzie operatorem. . Wiadomo, że przy ul. Targowej 56 częściowo będzie to inkubator, częściowo sale udostępniane na spotkania czy networking. Może tam być concept store czy galeria warszawskiego sektora kreatywnego.

Młodą przedsiębiorczość chcemy wspierać i wykorzystać do rewitalizacji Pragi. Chcemy tam wprowadzić nowy sposób zarządzania lokalami użytkowymi, również pod kątem przyciągania młodych firm. Tenant-mix, czyli dobór najemców optymalny do profilu ulicy i potencjalnych klientów – to rzecz, której w Polsce jeszcze nikt nie robił. Chcemy, np. by ulica Mała, jako jeden z niewielu zachowanych w całości przedwojennych układów urbanistycznych, miała pod tym względem jednolity charakter, służący m.in. sieciowania sektora kreatywnego i rzemiosła w jednym miejscu. Będziemy wskazywać podmiotom prywatnym lokale, które mogą oni wykorzystać do swojego rozwoju – dla nas lokowanie miejsc pracy właśnie w tym rejonie miasta jest bardzo ważne. To jeden z naszych pomysłów na Starą i Nową Pragę.

Rozwój start-upów na Pradze uda się dzięki bliskości metra – bardzo pomoże też lokalizacja w praskim Koneserze Google Campusu.

Czego pana zdaniem brakuje jeszcze Warszawie, jeśli chodzi o ekosystem start-upowy? 

Brakuje wkomponowania nowoczesnej przedsiębiorczości w miejską przestrzeń, zrozumienia, że start-up to nie tylko budynek i coworking, ale pomysł na dzielnicę w ogóle. Dlaczego Powiśle stało się modnym miejscem dla start-upów? Bo kiedyś miasto podjęło decyzję, że mają tu być inwestycje w naukę i ludzi młodych. To tu powstał i rozwinął się kampus uniwersytecki oraz Centrum Nauki Kopernik. Młodość, innowacyjność i kreatywność w myśleniu przyciągają się – obok jednych inicjatyw wyrastają następne. W myśleniu miejskim o start-upach brakuje moim zdaniem tematu wkomponowania ich w strukturę miejską na poziomie zarządów dzielnic poprzez oferowanie lokali, które stoją puste i niewykorzystane. Mógłby tam wejść przedsiębiorca, wyremontować lokal i przez jakiś czas nie płacić czynszu. Wciąż za mało jest instrumentów wspomagających kontakt i budowanie relacji młodych przedsiębiorców i urzędników. Obecna jest nadal  pewna doza nieufności i braku komunikacji pomiędzy nimi. Ale nad też już pracujemy.

Czy nowe technologie opracowane przez warszawskie start-upy będą wdrażane w mieście?

Jak najbardziej. Naszym flagowym projektem, w który zainwestujemy ponad 50 mln zł, jest warszawska technologia beaconowa, z kompleksową informacją o miejskiej ofercie komunikacyjnej czy turystycznej, z której będzie można korzystać dzięki aplikacji na smartfony. Start-upem, który ma największy udział w projekcie, jest warszawska firma Ifinity. W latach 2016-17 ma być już gotowa kompleksowa oferta dotycząca większości przestrzeni miejskiej. Na pewno obejmie wszystkie środki komunikacji miejskiej i urzędy. Nasi partnerzy, tacy jak np. Muzeum Narodowe, będą mogli dzięki tej aplikacji tworzyć  treści dla zwiedzających. Technologia będzie otwarta, co daje kolejną przewagę. Nasza oferta to hasło: my dajemy sieć, Wy generujecie pomysły. Pierwszym elementem programu jest instalacja samych beaconów, drugim – aplikacja. Chcemy umożliwić bezpłatne skorzystanie z naszej infrastruktury każdemu chętnemu podmiotowi prywatnemu, np. takiemu, który zaoferuje warszawskim restauracjom aplikację, która pomoże klientom w rezerwacji stolika, a niewidomym w dotarciu do lokalu. Idąc przez miasto z telefonem, dostaniemy informację o ofercie w najbliższym sklepie. Jeśli turysta zaprogramuje w smartfonie ścieżkę zwiedzania, to dowie się więcej niż w przypadku technologii GPS. Finansowanie projektu mamy zagwarantowane. Jest on innowacyjny i wykorzystuje technologie informacyjno-komunikacyjne, a na nich nam w Warszawie bardzo zależy.

autorzy: Ewa Szulc i Rafał Badowski, web.gov.pl

Marta Czartoryska-Żak Dyrektorem Marketingu Roku 2014

Marta Czartoryska-Żak, VP Chief Marketing Officer w Grupie WP zdobyła Grand Prix w konkursie Dyrektor Marketingu Roku 2014 w kategorii zgłoszenie indywidualne firmy.

Celem plebiscytu jest nagradzanie najwybitniejszych polskich zespołów marketingowych oraz szefów marketingu, którzy osiągają ponadprzeciętne wyniki w Polsce, jak również na rynkach międzynarodowych, wyróżniają się skutecznością swoich działań, profesjonalizmem i nieszablonowym sposobem myślenia. Konkurs, organizowany przez właściciela portalu branżowego mediarun.pl, odbył się po raz piąty.

Zwycięzców wyłoniła kapituła konkursu. W jej skład weszło 39 osób reprezentujących branżę marketingową (zarówno teoretycy, jak i praktycy), media oraz laureaci poprzednich edycji konkursu. W tym roku nagrody przyznano w 12 kategoriach, a uroczyste wręczenie statuetek odbyło się 16 czerwca w Arkadach Kubickiego w Warszawie.

Marta Czartoryska-Żak z rynkiem reklamowym związana jest od 1992 roku, natomiast z Grupą Wirtualna Polska od 2014 roku. Nagrodzono ją za całokształt działań prowadzonych w ramach rebrandingu marki WP (wprowadzenie nowego logo, kampania wizerunkowa) oraz ich efekt.

Grand Prix w konkursie Dyrektor Marketingu Roku 2014 roku to kolejne wyróżnienie za zmianę wizerunku marki Wirtualna Polska. Wcześniej Grupa WP zdobyła złoty laur w kategorii „Best rebrand of a digital Property” oraz I wyróżnienie w kategorii ,,Best visual identity from the technology, media & telecommunications sector” w prestiżowym, międzynarodowym konkursie Transform Awards. Rebranding Wirtualnej Polski uznano za najlepszy w rankingu magazynu Press.

 

Czy warto kupić mieszkanie z komorniczej licytacji

Czy warto kupić zadłużone mieszkanie? I czy to w ogóle bezpieczne? Odpowiadamy – oczywiście. W takim wypadku należy jednak dokładnie zbadać historię lokalu oraz jego bieżący stan prawny.

„Zadłużone” nieruchomości znaleźć można dziś wszędzie – w ofertach biur nieruchomości, w serwisach internetowych oraz wśród prywatnych ogłoszeń osób, które z powodu trudnej sytuacji finansowej nie poradziły sobie ze spłatą kredytu mieszkaniowego (na przykład w wyniku nagłej zmiany kursu waluty, w której zaciągnięto kredyt). Przyczyną kłopotów finansowych właściciela nieruchomości może też być egzekucja komornicza z tytułu wysokich zaległości w ZUS czy urzędzie skarbowym (w przypadku działalności gospodarczej), a także – trudna sytuacja rodzinna (śmierć jednego z kredytobiorców).

Co zatem dzieje się z lokalem, którego właściciel nie potrafi utrzymać?

– Nieruchomość taka trafia na sprzedaż lub w ręce komornika, który wszczyna postępowanie egzekucyjne – wyjaśnia Marcin Gaj, doradca finansowy z firmy Alex T. Great. – Cena zadłużonej i wystawionej na sprzedaż nieruchomości jest zwykle znacznie niższa, niż podobne oferty na rynku, różnica może sięgać nawet do 30 proc. Obniżając cenę, dłużnicy starają się odzyskać całość lub choćby większą część środków, dzięki którym będą mogli spłacić swoje długi.

A jak sprawdzić, czy z takim zakupem nie wiąże się żadne ryzyko?

– Najrozsądniej jest udać się do doradcy finansowego, który dokona weryfikacji stanu prawnego takiego lokalu – tłumaczy Marcin Gaj. – Sprawdzamy przede wszystkim wszystkie zapisy księgi wieczystej, by uzyskać w ten sposób komplet informacji o tym, kto jest obecnie właścicielem nieruchomości oraz upewnić się, że wszelkie zapisy w dokumentach zgodne są ze stanem faktycznym lokalu. Mam tu na myśli weryfikację zapisów dotyczących prawa własności, powierzchni użytkowej oraz rzeczywistej ilości pomieszczeń w tej nieruchomości. Najważniejsze zaś jest to, by dokładnie sprawdzić, czy nie istnieją żadne prawa, roszczenia i ograniczenia, które uniemożliwiałyby w przyszłości swobodne dysponowanie tym lokalem przez przyszłego nabywcę. Trzeba też pamiętać o ewentualnych zapisach hipotecznych, które także mogą dotyczyć takiej nieruchomości.

Rolą doradcy finansowego, który reprezentuje przyszłego nabywcę, jest także analiza opłacalności takiego zakupu. – Porównuję cenę zadłużonego lokalu ze średnią cen nieruchomości w tej samej lokalizacji, sprawdzam wiek i stan techniczny budynku, by upewnić się, że zakup takiego mieszkania naprawdę się opłaca. Zawsze w takiej sytuacji dokonuję też oględzin, bo jest to najlepszy sposób, by przekonać się, w jakim stanie jest lokal wystawiony na sprzedaż – zaznacza doradca z Alex T. Great.

Jeśli wszystko się zgadza i zapadnie decyzja o zakupie zadłużonej nieruchomości, doradca finansowy przedstawia listę dokumentów, które pozwolą skutecznie nabyć takie mieszkanie. Jest to m.in. zaświadczenie wydane przez komornika (lub inną insynuację – ZUS, bank, spółdzielnię mieszkaniową) wskazujące stan zaległości. Dokument taki dostarczyć powinien zbywca, a pojawić się w nim musi też numer konta do całkowitej spłaty zobowiązania oraz zgoda na wykreślenie z księgi wieczystej wpisu o wszczęciu egzekucji komorniczej lub hipoteki banku. Dodatkowo, jeśli lokal obciążony jest hipoteką, zadłużony kredytobiorca winien – na prośbę przyszłego nabywcy – dostarczyć zaświadczenie wydane przez kredytujący go bank potwierdzające fakt udzielenia kredytu oraz aktualne saldo zadłużenia do całkowitej spłaty kredytu. Dokument taki powinien zawierać także numer rachunku technicznego (bez dostępu kredytobiorcy) oraz zgodę banku na wykreślenie hipoteki po całkowitej spłacie zaległości wobec banku przez przyszłego nabywcę.

Dodajmy, że mowa tu o zakupie nieruchomości na kredyt. W takiej sytuacji doradca finansowy, oprócz analizy stanu prawnego i technicznego nabywanej nieruchomości, ma także dodatkowe zadanie – pomoc przyszłym właścicielom w pozyskaniu dobrego kredytu mieszkaniowego. – Podobnie, jak ma to miejsce w przypadku lokali nabywanych na rynku pierwotnym czy wtórnym, badam zdolność kredytową moich klientów, starając się znaleźć dla nich możliwie najlepszą, najkorzystniejszą ofertę kredytu mieszkaniowego – wyjaśnia Marcin Gaj z Alexa. – W tak szczególnej sytuacji zwykle aranżuję kilka spotkań z zadłużonym zbywcą, by wyjaśnić mu, jak będzie przebiegał cały proces zakupu-sprzedaży i przekazania lokalu. Takie spotkania dają też możliwość przekazania pełnej informacji o tym, jakie dokumenty niezbędne do zakupu musi nam dostarczyć zbywca.

Gdy cały proces analizy i wnioskowania kredytowego przebiegnie pomyślnie, bank, w którym nowy nabywca zaciąga kredyt, przekazuje (zwykle – w transzach) ustaloną sumę do komornika oraz do banku, w którym zbywca ma hipoteczne zobowiązanie. Nim to nastąpi, analityk bankowy podaje warunki niezbędne do zamknięcia całej transakcji – konieczne jest między innymi dostarczenie przez zbywcę wszystkich aktualnych zaświadczeń, o których mowa była powyżej. Bez nich nie dojdzie do podpisania umowy kredytowej oraz wypłaty kredytu. Dokumenty takie będą też wymagane przez notariusza podczas sporządzania ostatecznego aktu notarialnego sprzedaży nieruchomości.

A jak „technicznie” wygląda uruchomienie i obsługa takiego kredytu?

Pierwsza transza trafia zwykle do komornika lub instytucji, w których zbywca jest hipotecznie zadłużony. A gdy dług wobec powyższych zostanie uregulowany, bank uruchamia pozostałe środki, przekazując je na konto wskazane przez zbywcę (w przypadku niektórych banków wypłata odbywa się jednocześnie – zarówno na konto komornicze, jak i konto zbywcy).

Trzeba zaznaczyć, że bank może nie zechcieć skredytować zakupu zadłużonej nieruchomości. Powodem takiej sytuacji może być, dla przykładu, zły stan techniczny mieszkania. Wiąże się to wówczas z podniesieniem kwoty kredytu o wartość umożliwiającą wykonanie remontu.

Pamiętajmy też, że w przypadku zakupu mieszkania niezbędny jest dokument wskazujący liczbę osób zameldowanych w takim lokalu. A jeśli mieszkanie, które chcemy nabyć, jest mieszkaniem spółdzielczym, zbywca powinien dostarczyć dokument potwierdzający brak zaległości czynszowych wobec spółdzielni. Jeżeli nabywca zdecyduje się spłacić taką zaległość w imieniu dłużnika, suma ta traktowana jest jako wkład własny kredytu mieszkaniowego. I oczywiście zawsze żądajmy od zbywcy zaświadczenia potwierdzającego wymeldowanie wszystkich osób, które mogłyby w przyszłości stanowić przeszkodę w swobodnym dysponowaniu nabywanym przez nas lokalem.

A jeśli to wszystko, o czym piszemy powyżej, wydaje się zbyt skomplikowane, mamy dobrą radę – w przypadku zakupu tańszej, ale zadłużonej nieruchomości, warto poprosić o pomoc doradcę finansowego. Jego doświadczenie i wiedza gwarantuje, że zakup taki będzie rzeczywiście bezpieczny pod względem formalnym i prawnym. A jeśli dobrze wybierzemy doradcę, można liczyć także na to, że i cena lokalu będzie naprawdę atrakcyjna.

Tomasz Kulpa
Alex T. Great Doradcy Finansowi

Mzuri CFI 2 – crowdfundingowa spółka Grupy Mzuri inwestująca w nieruchomości

Specjalizująca się w zarządzaniu najmem mieszkań i inwestowaniu w nieruchomości Grupa Mzuri uruchomiła kolejną spółkę celową – Mzuri CFI 2 – która w oparciu o model inwestowania społecznościowego nabędzie portfel mieszkań na wynajem. Spółka rozpoczęła nabór środków, limit inwestycyjny wynosi minimum 10 tys. zł. Prognozowana stopa zwrotu z inwestycji może osiągnąć nawet  8 proc. w skali roku.

Mzuri CFI 2 to kolejna Spółka Grupy Mzuri uruchomiona w ramach inicjatywy Mzuri Crowdfund Investing (Mzuri CFI) opartej na modelu inwestowania grupowego w branży nieruchomości. Pierwsza ze spółek, Mzuri CFI 1 cieszyła się dużym zainteresowaniem ze strony Inwestorów i pozyskała pod koniec 2014 roku ponad 1,5 mln zł na zakup i remont kamienicy w celu późniejszego sprzedania mieszkań przeznaczonych na wynajem. Udziały w Spółce objęło wówczas 64 inwestorów. Obecnie Mzuri CFI 1 jest już na etapie finalizacji zakupu kamienicy w Łodzi. – Spółka Mzuri CFI 1 spotkała się z dużym odzewem ze strony Inwestorów. Utwierdziło nas to w przekonaniu, że inwestowanie społecznościowe umożliwiające indywidualnym inwestorom lokowanie relatywnie niskich kwot kapitału w nieruchomości, to pożądana alternatywa dla tradycyjnych instrumentów oszczędnościowych – komentuje Artur Kaźmierczak, Prezes Zarządu Mzuri CFI 2 Sp. z o. o. – Spodziewamy się, że Mzuri CFI 2 wzbudzi jeszcze większe zaintersowanie inwestorów – dodaje Kaźmierczak.

Mzuri CFI 2 w swojej działalności wykorzystuje istniejące kompetencje i zdobyte przez lata doświadczenia Grupy Mzuri:
Mzuri CFI 2 w swojej działalności wykorzystuje istniejące kompetencje i zdobyte przez lata doświadczenia Grupy Mzuri.
źródło: http://mzuricfi.pl

Strategia biznesowa Mzuri CFI 2 zakłada, że każdy z Inwestorów po wniesieniu do Spółki deklarowanej kwoty wynoszącej przynajmniej 10 tys. zł obejmie udziały proporcjonalnie do zainwestowanego kapitału. Po zebraniu środków rzędu co najmniej kilku mln zł, Spółka zakupi pakiet mieszkań po atrakcyjnych cenach, przeprowadzi ich remont, a następnie wynajmie je w celu osiągania regularnych korzyści finansowych z czynszu najmu. Wypłaty zysków udziałowcom planowane są co cztery miesiące, począwszy od drugiego roku funkcjonowania Spółki.  Prognozowana stopa zwrotu z inwestycji może docelowo osiągnąć nawet 8 proc. rocznie. Jako że Spółka przyjmuje formę wehikułu otwartego, potencjalni Inwestorzy nie są ograniczeni terminem przystąpienia do Mzuri CFI 2. – Uruchomienie Mzuri CFI 2 jest środkiem do realizacji naszej misji – pomocy jak największej liczbie Polek i Polaków w osiągnięciu wolności finansowej. Również tym osobom, które są na początku swojej drogi i nie dysponują dużymi środkami na zakup nieruchomości – komentuje Sławek Muturi – założyciel Grupy Mzuri i Przewodniczący Rady Nadzorczej Mzuri CFI 2. Mzuri planuje uruchomienie wkrótce kolejnych Spółek w ramach inicjatywy Mzuri CFI.

Obligacje ciągle bardziej atrakcyjne od lokat

Inwestorzy z coraz większym zaufaniem podchodzą do papierów dłużnych emitowanych przez deweloperów. W czasach niskich stóp procentowych obligacje spółek o dobrej kondycji finansowej i wiarygodnym wizerunku to atrakcyjna lokata kapitału

Obligacje wchodzą pod strzechy. Emitentami tego typu papierów wartościowych jest dziś nie tylko Skarb Państwo i samorządy. Coraz częściej po ten instrument sięgają przedsiębiorcy, zarówno notowani na giełdzie, jak i firmy poza rynkiem regulowanym. Do najbardziej aktywnych na tym polu zalicza się deweloperów, którzy chętnie plasują kolejne emisje obligacji, kierowane zarówno do klientów instytucjonalnych, jak i indywidualnych. Niektóre transze już w ubiegłym roku rozchodziły się w błyskawicznym tempie – np. spółka Echo Investment znajdowała chętnych na swoje papiery zaledwie w ciągu kilku dni.

Wraz z poprawą koniunktury w budownictwie mieszkaniowym wzrósł apetyt deweloperów na środki finansowe, dzięki którym mogą oni współfinansować kolejne projekty mieszkaniowe. Z tej przyczyny przedstawiciele branży coraz częściej sięgają po obligacje jako źródło finansowania inwestycji. Ten trend jest zauważalny od dłuższego czasu, ale w I półroczu 2015 r. wyraźnie wzrosła liczba publicznych emisji obligacji, do których dostęp mają indywidualni inwestorzy. Można się spodziewać, że w miarę jak kolejne emisje będą zyskiwały uznanie w oczach inwestorów, kolejni deweloperzy będą sięgali po ten instrument – przekonuje Emil Szweda, założyciel serwisu Obligacje.pl.

O powrocie zaufania do tej branży, mogą też świadczyć marże znacznie niższe niż jeszcze rok temu, oscylujące obecnie na poziomie 3 – 4 proc. ponad WIBOR. Coraz częściej spółki deweloperskie decydują się na papiery niezabezpieczone. –Nie można zapominać, że nieruchomości są podstawowym majątkiem deweloperów, dzięki któremu obligatariusze mogą liczyć na spłatę obligacji nawet wówczas, gdy deweloper znajdzie się w trudnej sytuacji finansowej. Obecna korzystna sytuacja na rynku pozwala jednak na stopniowe odejście od emisji obligacji zabezpieczonych na nieruchomościach– zaznacza Emil Szweda.

Sami inwestorzy stawiają przede wszystkim na jakość emitentów i ich sytuację finansową, a nie na umieszczone w dokumencie emisyjnym zapisy dotyczące zabezpieczeń długu.  Duże znaczenie ma także obecna sytuacja na rynku mieszkaniowym, który wrócił na drogę wzrostów po zapaści sprzed kilku lat – deweloperzy mogą pochwalić się stabilnym, wysokim poziomem kontraktacji lokali albo nawet coraz większymi obrotami.

Największe giełdowe spółki rocznie podpisują tysiące nowych umów. To efekt urealnionych cen mieszkań, niskich stóp procentowych oraz wzrostu zamożności społeczeństwa. Deweloperzy, zachęceni popytem, sukcesywnie wprowadzają nowe inwestycje do sprzedaży. Rynek nowych mieszkań będzie się rozwijać pomyślnie przez co najmniej najbliższe dwa lata. Dobra i stabilna kondycja deweloperów sprawia, że inwestorzy znów nabierają do nich zaufania, postrzegając ich obligacje jako atrakcyjną i bezpieczną formę lokaty kapitału  – tłumaczy Tomasz Sznajder, wiceprezes Polnordu.

Swoje programy emisji obligacji dedykowanych również inwestorom detalicznym już w ubiegłym roku ogłosiły, oprócz Echo Investment, również m.in. Capital Park oraz Ghelamco, a w ostatnich tygodniach – Polnord, który zaproponował trzyletnie papiery o łącznej wartości do 50 mln zł. Wartość nominalna jednej obligacji wynosi 100 zł. Oprocentowanie tej transzy opiera się o trzymiesięczny WIBOR powiększony o 3,5-proc. marżę, czyli w sumie, przy obecnym WIBORZE inwestorzy mogą liczyć na 5,21-proc. stopę zwrotu. Jest to więc zdecydowanie bardziej zyskowna opcja niż tradycyjna lokata bankowa. Oferta jest skierowana zarówno do inwestorów instytucjonalnych, jak i detalicznych. W całym programie emisji obligacji spółka planuje w sumie wyemitować papiery o wartości do 100 mln zł.

Co do zasady, obligacje spółek charakteryzujących się dobrą kondycją finansową to bezpieczna lokata.  W wielu przypadkach, gdy minimalny zapis wynosi zaledwie 100 zł (np. obecna emisja obligacji Polnord S.A.), również dostępna dla wszystkich, nawet tych, którzy mają niewielki kapitał. Średnie, stabilne  oprocentowanie obligacji przekracza poziom lokat oferowanych przez banki. A te papiery, które trafiają na Catalyst, często można z zyskiem sprzedać na rynku wtórnym. Z tej inwestycji można się wycofać nawet przed terminem wykupu papierów, bez utraty należnego oprocentowania. Inwestorzy otrzymują wypłatę odsetek regularnie, zwykle co kwartał, co zapewnia im stałe wpływy. Ponadto posiadacze papierów dłużnych jako wierzyciele są uprzywilejowani pod względem zaspokojenia roszczeń jeśli dojdzie do bankructwa przedsiębiorstwa.

W porównaniu do akcji, obligacje deweloperów – przede wszystkim tych o stabilnej sytuacji finansowej – dają łatwiejszy do prognozowania wynik z inwestycji. Akcje cechują się bowiem znacznie większymi wahaniami notowań, w obie strony. W przypadku obligacji, gdy z góry wiadomo jakie będzie oprocentowanie i jaki jest termin wykupienia obligacji, znacznie łatwiej jest oszacować zysk z inwestycji, a ryzyko wahania notowań obligacji na rynku wtórnym jest bez porównania mniejsze, o ile tylko emitent obligacji jest wypłacalny – opowiada Emil Szweda.

Reasumując, obligacje to ciekawa propozycja dla inwestorów, którzy z jednej strony chcą zdywersyfikować swój portfel inwestycyjny, a z drugiej szukają rozwiązań, które przy zdecydowanie mniejszym ryzyku niż np. inwestycja w akcje, pozwalają osiągać ponadprzeciętne zyski.

Uporządkowanie struktury grup kapitałowych i zwiększenie przejrzystości celem zmian w zarządach MCI i PEManagers

0

Rady Nadzorcze MCI Management S.A. (MCI) i Private Equity Managers S.A. (PEManagers) podjęły uchwały o zmianach w składach zarządów obu spółek. Nowym prezesem zarządu MCI został Tomasz Czechowicz, który jednocześnie zajmie stanowisko wiceprezesa PEManagers. Na czele zarządu PEManagers stanie Cezary Smorszczewski, który złożył rezygnację z funkcji w zarządzie MCI. Zmian dokonano również w zarządach MCI Capital TFI S.A. (MCI TFI) oraz MCI AM s.j. (MCI AM). Celem rekonstrukcji zarządów jest porządkowanie struktur grup kapitałowych i zwiększenie przejrzystości działalności.

Na posiedzeniu w dniu 16 czerwca Rada Nadzorcza MCI powołała Wojciecha Marcińczyka i Tomasza Masiarza w skład zarządu spółki na trzyletnią kadencję, powierzając pierwszemu z nich funkcję wiceprezesa, a drugiemu członka zarządu. Przyjęła również rezygnację Cezarego Smorszczewskiego z funkcji prezesa zarządu, a na jego miejsce powołała Tomasza Czechowicza, dotychczasowego wiceprezesa. Zmiany w składzie zarządu weszły w życie z dniem 16 czerwca br.

W tym samym dniu Rada Nadzorcza PEManagers powołała w skład zarządu na kolejną kadencję: Cezarego Smorszczewskiego (na funkcję prezesa zarządu), Tomasza Czechowicza (na funkcję wiceprezesa zarządu), Ewę Ogryczak (na funkcję wiceprezesa zarządu) oraz Krzysztofa Konopińskiego (na funkcję członka zarządu). Zmiany w zarządzie PEManagers wejdą w życie następnego dnia po zatwierdzeniu przez Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki jednostkowego oraz skonsolidowanego sprawozdania finansowego za rok 2014, zwołanego na dzień 29 czerwca br.

– Ogłoszone dziś zmiany personalne są realizacją zapowiedzi sprzed ponad roku, kiedy dołączałem do Grupy MCI. Mają na celu definitywne rozdzielenie obu grup kapitałowych i zwiększanie przejrzystości ich funkcjonowania. Wraz ze zmianami w składzie osobowym i ułożeniem od nowa relacji pomiędzy spółkami z obu grup kapitałowych, zmieni się również polityka informacyjna obu podmiotów – powiedział Cezary Smorszczewski, ustępujący prezes zarządu MCI Management S.A. – Zmiany te są odpowiedzią na oczekiwania rynku i jestem przekonany, że przyczynią się do wzrostu wartości obu notowanych grup. Mamy nadzieję, że zostaną docenione przez naszych akcjonariuszy.

– Z powodzeniem zakończyliśmy proces rozdzielania PEManagers od MCI. Obie spółki mają teraz swoją tożsamość i pełnią odrębne funkcje. MCI będzie typowym funduszem multistage inwestującym w inne fundusze realizujące inwestycje w spółki segmentu digital na różnych etapach rozwoju, który będzie też odpowiedzialny za zapewnianie finansowania dla funduszy (fundraising). PEManagers natomiast, poprzez MCI TFI, będzie zarządzał aktywami funduszy inwestycyjnych – powiedział Tomasz Czechowicz, nowy prezes zarządu MCI Management S.A.

Zmiany w Zarządach MCI Management SA, Private Equity Managers SA i MCI Capital TFI SA:

Podmiot
Po zmianach
Przed zmianami
MCI Management 1. Tomasz Czechowicz – Prezes Zarządu
2. Ewa Ogryczak – Wiceprezes Zarządu
3. Wojciech Marcińczyk – Wiceprezes Zarządu
4. Tomasz Masiarz – Członek ZarząduZmiany weszły w życie z dniem 16 czerwca br.
1. Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu
2. Tomasz Czechowicz – Wiceprezes Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Członek Zarządu
Private Equity Managers 1. Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu
2. Tomasz Czechowicz – Wiceprezes Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Wiceprezes Zarządu
4. Krzysztof Konopiński – Członek ZarząduZmiany wejdą w życie następnego dnia po zatwierdzeniu przez Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki jednostkowego oraz skonsolidowanego sprawozdania finansowego za rok 2014 zwołanego na dzień 29 czerwca br.
1. Tomasz Czechowicz – Prezes Zarządu
2. Cezary Smorszczewski – Wiceprezes Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Wiceprezes Zarządu
4. Sylwester Janik – Wiceprezes Zarządu
5. Wojciech Marcińczyk – Wiceprezes Zarządu
6. Krzysztof Konopiński – Członek Zarządu
MCI Capital TFI 1. Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu
2. Tomasz Czechowicz – Wiceprezes Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Członek Zarządu
4. Wojciech Marcińczyk – Członek Zarządu
5. Sylwester Janik – Członek Zarządu
6. Tomasz Danis – Członek Zarządu
7. Joanna Rosół – Członek Zarządu
1. Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu
2. Tomasz Czechowicz – Członek Zarządu
3. Ewa Ogryczak – Członek Zarządu
4. Wojciech Marcińczyk – Członek Zarządu
5. Sylwester Janik – Członek Zarządu
6. Joanna Rosół – Członek Zarządu

 

Dzięki zmianom personalnym w każdej ze spółek skupiono kompetencje kluczowe dla ich funkcjonowania: w zakresie inwestowania, zarządzania aktywami i finansami. Nowy rozkład zarządów doprowadził też do wyeliminowania stosunku zależności i dominacji między spółkami z grupy MCI a spółkami z grupy PEManagers.

– Po zmianach PEManagers stało się typową spółka holdingową, która poprzez spółki zależne realizuje swoje najważniejsze cele, czyli zwiększanie wartości aktywów i realizowanie wysokich zwrotów z inwestycji. Jednocześnie dostosowaliśmy skład zarządu MCI Capital TFI, spółki bezpośrednio odpowiedzialnej za zarządzanie aktywami funduszy, w taki sposób, że zasiadają w nim tylko osoby wchodzące w skład komitetu inwestycyjnego MCI TFI. Dzięki temu w jasny sposób zdefiniowaliśmy ich rolę w strukturze grupy PEManagers – dodał Cezary Smorszczewski.

Pracownik rośnie w siłę, czyli nowy świat pracy

Reputacja pracodawców i sukces w procesie rekrutacji najlepszych specjalistów coraz bardziej zależy od wizerunku firmy w mediach społecznościowych

Nowoczesne technologie oraz jednoczesna obecność kilku pokoleń na rynku pracy powodują, że zmienia się on nieustannie. Media społecznościowe stały się kanałem otwartej komunikacji, przez co korporacje są wystawione na widok publiczny, a pozycja pracowników wobec pracodawców umacnia się.  Rosnąca automatyzacja oznacza w niektórych profesjach i branżach zastąpienie ludzi przez roboty. Nie zawsze jednak wiąże się to z redukcją zatrudnienia. Obecnie głównym wyzwaniem dla firm jest budowanie zdrowej kultury organizacyjnej oraz zwiększenie zaangażowania pracowników. Coroczny międzynarodowy raport „Trendy HR 2015 – Nowy świat pracy”, przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, przewiduje najważniejsze trendy, które w ciągu w najbliższych kilkunastu miesięcy, mogą wpłynąć na świat pracy, zarówno globalnie, jak i w Polsce.

Badanie Deloitte przeprowadzono wśród ponad 3,3 tys. liderów biznesu i dyrektorów HR ze 106 krajów świata, w tym również z Polski. Respondenci wskazali na dziesięć trendów, które wpływają i będą wpływać na podejmowanie decyzji biznesowych oraz inicjatyw związanych z zarządzaniem kapitałem ludzkim. Źródłowy raport „Global Human Capital Trends 2015. Leading in the new world of work” został opublikowany przez Deloitte USA.

 „Nagie” firmy

W tym roku największą uwagę na świecie przykuwa kwestia kultury organizacyjnej i zaangażowania pracowników, która zajmuje czołowe miejsce wśród najistotniejszych wyzwań (87 proc. wskazuje to zagadnienie jako „ważne” lub „bardzo ważne”). Po raz pierwszy stanowi ona najwyższy priorytet dla liderów przedsiębiorstw. Również w Polsce trend ten znalazł się na pierwszym miejscu – osiągając skalę ważności na poziomie 81 proc. We współczesnych organizacjach, które borykają się z problemem deficytów kluczowych kompetencji i silną konkurencją o talenty, to właśnie przemyślana strategia kształtowania kultury organizacyjnej oraz wzmacniania zaangażowania jest receptą na przyciągnięcie i utrzymanie najlepszych pracowników.

„Firmy, które w porę zrozumieją i umiejętnie wykorzystają fakt, iż wewnętrzna kultura organizacyjna jest obecnie widoczna również dla potencjalnych kandydatów, głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych, a tym samym odgrywa istotną rolę w budowaniu wizerunku pracodawcy, mają szansę na sukces w pozyskiwaniu talentów i pozostawienie w tyle swoich konkurentów. Wszystko wskazuje na to, że do tego celu prowadzi jednak daleka droga, ponieważ jedynie 12 proc. badanych globalnie i 6 proc. w Polsce uznało, że ich firma świetnie sobie radzi z wdrażaniem pożądanej kultury organizacyjnej” – mówi Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu, Lider zespołu Human Capital, Deloitte.

Firmy funkcjonują obecnie w świecie zdominowanym przez portale społecznościowe, takie jak np. Facebook czy LinkedIn. Wiele z ważnych korporacyjnych decyzji jest natychmiast upubliczniane i otwarcie dyskutowane. Opinie o pracodawcy kształtują jego wizerunek w oczach potencjalnych pracowników i wpływają na proces rekrutacji. Kwestie, które niegdyś były znane niewielu osobom, dziś szybko trafiają do Internetu i każdy może o nich przeczytać. Niezadowolony z atmosfery w pracy lub zwolniony podwładny jest w stanie za pośrednictwem Internetu narazić firmę na ryzyko reputacyjne. Kultura organizacji, którą można zdefiniować jako „sposób w jaki wszystko działa”, staje się w coraz większym stopniu jawna i widoczna dla wszystkich. Wpływa ona na zaangażowanie pracowników, wyniki biznesowe, rekrutację oraz reputację.

„Pracownicy rosną w siłę. Można wręcz powiedzieć, że stali się najważniejszymi klientami swoich firm. Przyjazne środowisko pracy motywuje dziś bardziej niż ambicje zawodowe. Oczywiście zjawisko to narasta powoli, głównie w wielkich korporacjach, ale jego zasięg w najbliższych latach będzie coraz większy” – mówi Natalia Pisarek, Starszy Konsultant w Dziale Konsultingu Deloitte. „Jeszcze kilka lat temu to działy HR sprawdzały profile kandydatów na portalach społecznościowych, teraz to oni sami niejednokrotnie mogą łatwo dowiedzieć się o przyszłym pracodawcy więcej, niż on sam chciałby ujawnić” – dodaje.

Biorąc pod uwagę stosunkowo nowe zjawisko tego rodzaju transparentności w biznesie, kultura organizacyjna może awansować do rangi kluczowej przewagi konkurencyjnej firmy lub w przeciwnym wypadku stać się jej piętą achillesową. Kultura i zaangażowanie to dziś istotne kwestie biznesowe, a nie tylko obszar zainteresowania działów HR. Widać, że następuje pewne ożywienie wśród pracowników, którzy po kryzysie poczuli się pewniej i postanowili zmienić pracę z powodów emocjonalnych. Pracownicy mają dość ciągłej presji na koszty, projektów restrukturyzacyjnych i ciągłego zaciskania pasa – więc idą do firm, w których inwestuje się w ludzi i panuje bardziej przyjazna atmosfera. Czynnik ludzki, taki jak na przykład styl zarządzania szefa czy relacje w zespole, przeważa nad kwestiami finansowymi.

Roboty: konkurencja czy wsparcie?

W świetle rosnących możliwości komputerów i oprogramowania w zakresie wykonywania zadań, organizacje muszą zmienić procesy pracy i zrewidować swoje poglądy na temat wymaganych kompetencji pracowników. Prawie sześciu na dziesięciu badanych ocenia ten trend jako „ważny” lub „bardzo ważny” (68 proc. w Polsce), ale jedynie 5 proc. (3 proc. w Polsce) twierdzi, że świetnie rozumie związane z nim konsekwencje. Dzięki technologiom takim jak rozpoznawanie mowy, widzenie komputerowe czy systemy uczące się można tworzyć maszyny, które potrafią mówić, widzieć, czytać i słuchać.

„Wpływ komputerów na pracę to nic nowego, choć dobrze zdawać sobie sprawę, że wymiar tego zjawiska przybiera na sile. Badanie przeprowadzone przez Uniwersytet w Oksfordzie w zakresie oddziaływania technologii na setki specjalizacji w Stanach Zjednoczonych wykazało, że prawie połowa miejsc pracy w USA w ciągu najbliższych dwóch dekad potencjalnie może ulec zautomatyzowaniu” – mówi Natalia Pisarek.

Już dziś w codziennym życiu można spotkać się z tym zjawiskiem. Wystarczy wspomnieć zautomatyzowane, samoobsługowe kasy w McDonald’s. Roboty pracują już także w przemyśle samochodowym oraz w Google. Czy to oznacza, że na skutek tego zjawiska wielu ludzi zostanie pozbawionych pracy? Tempo innowacji sugeruje, że technologie, które wydają się odległą przyszłością, wejdą w życie dużo szybciej niż się spodziewamy, ale będzie to stosunkowo długi proces i tempo wdrożenia w każdym kraju będzie inne. Ponadto automatyzacji przyświeca zasada, że maszyny to partnerzy w miejscu pracy, a nie konkurencja.

„Niektóre stanowiska pracy będą likwidowane, inne natomiast zmienią się. W nadchodzącej erze współpracy ludzi i maszyn, miejsca pracy, organizacje i zasady zarządzania muszą ulec gruntownym i dobrze zaplanowanym przemianom. Rotacja stanowisk przyspieszy, a okresy przejściowe ulegną skróceniu. Szeregowi pracownicy, podobnie jak ich zwierzchnicy, będą zmuszeni przez całe swoje życie zawodowe zdobywać nowe umiejętności. Rolą pracodawcy jest, aby proces ten przebiegał płynnie i bezboleśnie” – wyjaśnia Magdalena Jończak.

Sekret tkwi w kulturze

Kluczem do zrównoważonego zarządzania firmą w każdym obszarze jest kultura organizacyjna. Pracownicy mają coraz większą świadomość swoich praw, przestają akceptować nerwowe i emocjonalne zachowania liderów takie jak np. podniesiony głos, udzielanie negatywnej informacji zwrotnej w towarzystwie innych, zastraszanie, przekleństwa, wywieranie presji czy mobbing. Należy jednak zwrócić uwagę, że nadal normy etyczne i rozwiązania prawne chroniące pracowników w Polsce są mniej zaawansowane niż w krajach Europy Zachodniej lub Stanach Zjednoczonych.

„Kultura i zaangażowanie są ściśle uzależnione od przywództwa. W firmach, które forsują agresywne plany wzrostu lub przechodzą kryzys finansowy często zaobserwować można radykalne zmiany w kulturze. W większości przypadków korporacje oceniają liderów na podstawie wyników biznesowych, ale ważne jest, aby rozliczać ich także z tego, czy budują silną i trwałą kulturę w firmie, czy są otwarci na informacje zwrotne od pracowników i czy są w stanie zbudować zaangażowanie swoich zespołów i sprawić, że ich członkowie będą na tyle usatysfakcjonowani z pracy, że nie będzie ich interesowała jej zmiana” – podsumowuje Magdalena Jończak.

 

Dziesięć trendów (wraz z rankingiem ważności), które znalazły się w raporcie „Trendy HR 2015”, w podziale na kategorie:

Przywództwo:

  • priorytet nr 2 na świecie (w Polsce nr 6) – Przywództwo: Dlaczego problem powraca? Firmy niezmiennie podejmują wysiłki w celu wykształcenia liderów na wszystkich poziomach organizacji oraz w dalszym ciągu inwestują w nowe modele przywództwa. Deficyt umiejętności w zakresie kreowania prawdziwych liderów jest coraz większy we wszystkich rejonach świata.
  • priorytet nr 3 na świecie (w Polsce nr 5) – Szkolenia i rozwój: W centrum uwagi. Napotykając zwiększające się niedobory umiejętności personelu firmy analizują i testują nowe podejście do szkoleń oraz rozwoju pracowników.

Zaangażowanie:

  • priorytet nr 1 na świecie (w Polsce nr 1) – Kultura i zaangażowanie: Naga organizacja. Firmy zdają sobie sprawę z potrzeby zwiększenia nacisku na kwestie kultury organizacji i w obliczu kryzysu zaangażowania i spadku retencji, starają się znacznie wzmocnić zaangażowanie pracowników.
  • priorytet nr 5 na świecie (w Polsce nr 3) – Pracownicy na żądanie: Czy jesteś gotów? Firmy przyjmują bardziej wysublimowane podejście w zakresie zarządzania wszystkimi aspektami zagadnień pracowniczych, w tym odnośnie pracowników kontraktowych, prowizyjnych czy też pracujących na godziny.
  • priorytet nr 6 na świecie (w Polsce nr 4) – Zarządzanie efektywnością: Sekretne składnik. Firmy zastępują tradycyjne zarządzanie wynikami (sposoby oceny i nagradzania pracowników) bardziej innowacyjnymi modelami zarządzania wydajnością.

Przekształcenie:

  • priorytet nr 4 na świecie (w Polsce nr 2) – Transformacja funkcji HR: Całkowita przemiana. HR przechodzi całkowitą transformację, aby móc silniej oddziaływać na biznes, promować HR i innowacyjność w przedsiębiorczości.
  • priorytet nr 7 na świecie (w Polsce nr 7) – Analityka w obszarze kadr i HR: Ciągle na wolnym biegu. Zbyt mało organizacji aktywnie wykorzystuje możliwości zastosowania analityki w obszarze kadr.
  • priorytet nr 10 na świecie (w Polsce nr 10) – Dane o pracownikach są wszędzie: Sprowadź je do organizacji. Gwałtowny wzrost ilości danych dotyczących pracowników, przechowanych przez strony trzecie (np. w serwisach społecznościowych) sprawił, że wykształca się nowy świat danych pracowniczych gromadzonych poza przedsiębiorstwem. Firmy powinny rozwinąć umiejętność przeglądania, zarządzania i korzystania z takich danych, aby móc bardziej efektywnie pozyskiwać, zatrudniać, utrzymywać pracowników, a także kultywować przywództwo.

Wypracowanie od nowa:

  • priorytet nr 8 na świecie (w Polsce nr 7) – Uproszczenie pracy: Naciągająca rewolucja. Firmy upraszczają środowisko pracy oraz swoje praktyki w odpowiedzi na daleko idący rosnący stopień skomplikowania systemów i organizacji oraz nadmierny przesyt informacyjny.
  • priorytet nr 9 na świecie (w Polsce nr 9) – Maszyny i ludzie: Współpraca zamiast konkurencji. Rosnące możliwości komputerów i oprogramowania w zakresie automatyzacji i zastępowania specjalistów powodują, że firmy muszą na nowo opracować schematy wykonywania pracy i zestawy umiejętności wymagane od pracowników.

Bank Zachodni WBK skręca w branżę motoryzacyjną

W dniach 23-25 czerwca br. w Zawierciu odbędzie się XI Konferencja Przemysłu Motoryzacyjnego AutoEvent 2015, największe spotkanie branży motoryzacyjnej w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Partnerem Finansowym został Bank Zachodni WBK. Według ekspertów Banku, przemysł motoryzacyjny ma bardzo dobre perspektywy wzrostu produkcji na świecie, a polskie firmy będą miały w tym znaczący udział.

Kilkaset fabryk dostawców i poddostawców branży motoryzacyjnej zlokalizowanych na terenie naszego kraju to motor polskiej gospodarki oraz silna pozycja na arenie międzynarodowej. Jakość produktów, efektywność kosztowa, dobra lokalizacja, know-how i wykwalifikowana kadra to wyróżniki, które pozwalają na współpracę z wiodącymi koncernami motoryzacyjnymi na całym świecie. Jako partner wydarzenia wypełniamy rolę nie tylko strony zapewniającej finansowanie inwestycji, ale również partnera, który kompleksowo wspiera proces nawiązywania kontaktów biznesowych, negocjowania kontraktów handlowych, dostarcza narzędzi i rozwiązań zabezpieczających bezpieczeństwo transakcji. I to zarówno u nas w Polsce jak i w ramach ekspansji zagranicznej firm z branży motoryzacyjnej – mówi Robert Antczak, odpowiedzialny za rozwój Biznesu Międzynarodowego w Banku Zachodnim WBK. – Przykłady rozwiązań przygotowanych przez BZ WBK i grupę Santander to m.in. portal SantanderTrade.com, Klub Santander Trade, wirtualne misje handlowe dla branży motoryzacyjnej np. do Meksyku, usługi International Desk czy też cały Program Rozwoju Eksportu wspierający eksport polskich firm w ważnych dla branży motoryzacyjnej kierunkach geograficznych – dodaje Antczak.

Według ekspertów BZ WBK branża motoryzacyjna ma bardzo dobre średnioterminowe perspektywy wzrostu produkcji na świecie (średni wzrost ok. 5% rocznie) jak i w Unii Europejskiej (średni wzrost ok. 3% rocznie). W połączeniu ze stabilnymi warunki współpracy sprawdzonych dostawców części z koncernami samochodowymi, zazwyczaj wysoką rentownością oraz stosunkowo dobrą przewidywalnością poziomu zamówień, zdaniem ekspertów BZ WBK, w kolejnych latach istniejące w Polsce firmy będą rozbudowywać swoje moce produkcyjne oraz będą powstawały nowe fabryki części motoryzacyjnych. – Warto także podkreślić, że przemysł motoryzacyjnym w dużym stopniu przyczynia się do wzrostu polskiego PKB i jest jedną z trzech głównych branż polskiego eksportu – stanowi niemal 10% łącznej wartości eksportu w naszym kraju. Z prognoz wynika, że na koniec br. może być jeszcze lepiej – podkreśla Robert Antczak.

Z danych firmy analitycznej AutomotiveSuppliers.pl bazującej na najnowszych danych Eurostatu wynika, że w lutym br. wartość eksportu przemysłu motoryzacyjnego wyniosła 1,74 mld euro. To wynik o 12,4% lepszy w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku. Jednocześnie jest to drugi najwyższy w historii wynik zagranicznej sprzedaży branży Automotive. W całym 2014 r. wartość eksportu wyniosła 18,6 mld euro, a zgodnie z prognozami przedstawicieli Automotive na koniec tego roku wartość sprzedanych za granicę samochodów i części do nich może po raz pierwszy w historii przekroczyć 20 mld euro.

O polityce gospodarczej prowadzonej w Polsce i Europie wobec motoryzacji, w tym o eksporcie tej branży, porozmawiają uczestnicy tegorocznej konferencji AutoEvent. Podczas spotkania będzie też mowa o innowacjach jako wyzwaniu branży motoryzacyjnej w Polsce oraz perspektywach nowych inwestycji w naszym kraju, o rynku pracy i szkolnictwie zawodowym w segmencie Automotive. AutoEvent, którego organizatorem jest Polska Izba Motoryzacji, odbywa się pod patronatem Ministerstwa Gospodarki, Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Partnerem tegorocznego AutoEvent jest także Urząd Miasta Zawiercia.

Obecność Banku Zachodniego WBK w charakterze partnera finansowego na konferencji AutoEvent podkreśla wagę tego corocznego wydarzenia tym bardziej, że wzrost inwestycji w sektorze Automotive w Polsce jest w minionych dwóch latach bardzo znaczący – mówi Roman Kantorski, Prezes Polskiej Izby Motoryzacji. – Udział BZ WBK w konferencji świadczy również o tym, że w rozwoju sektora motoryzacyjnego swojej szansy upatruje właśnie branża finansowa. Sam AutoEvent to miejsce skupiające w jednym miejscu i czasie osoby decyzyjne z fabryk motoryzacyjnych. Uczestnicy podczas trzech dni uzyskają odpowiedzi na pytania nie tylko z zakresu produkcji, logistyki i innowacji, ale także dotyczące finansów i bankowości, w tym potrzeb inwestycyjnych dla przemysłu motoryzacyjnego – dodaje Kantorski.

XI Konferencja Przemysłu Motoryzacyjnego AutoEvent 2015 odbędzie się w dniach 23-25 czerwca br. w Zawierciu, w Hotelu Villa Verde Congress & Spa. Szczegółowe informacje na temat programu spotkania dostępne są na stronie: www.autoevent.pl.

Grecja i Fed w centrum uwagi

Wokół Grecji narastają kolejne obawy. Po tym jak grecki minister finansów Janis Warufakis stwierdził, że na najbliższym spotkaniu nie zaprezentuje żadnych nowych propozycji reform, inwestorzy spekulują na temat scenariusza wydarzeń podczas szczytu UE w czwartek i piątek.

Tymczasem rosną obawy, że Hellada będzie musiała ograniczyć wypłaty kapitału w swoich bankach, tak jak to było na Cyprze dwa lata temu. Od miesięcy bowiem mieszkańcy regularnie wypłacają coraz więcej środków. To, że banki ciągle mają środki na wypłaty zawdzięczają Europejskiemu Bankowi Centralnemu. W ramach tzw. programu ELA czyli ‘’awaryjnego wsparcia płynności finansowej’’, EBC pożycza środki greckim bankom, które mają problemy z płynnością. Według szefa instytutu badań gospodarki Ifo Hans-Wernera Sinna w razie wyjścia Aten z strefy euro nieuregulowane należności trzeba by umorzyć. Zatem gra na zwłokę oraz przedłużanie niepewności może wbrew pozorom być Atenom na rękę.

Poza sprawami greckimi uwagę inwestorów z pewnością zwróci posiedzenie FOMC z USA, które o godzinie 20:00 opublikuje prognozy ekonomiczne. W tym samym czasie poznamy także decyzje w sprawie stóp procentowych ze Stanów. Analitycy spodziewają się, że stopy pozostaną na niezmienionym poziomie tj. 0,25%. O 20:30 będzie przemawiała prezes Fed Janet Yellen. Inwestorzy spodziewają się, że pani prezes potwierdzi oczekiwany przez rynek termin pierwszych od kilku lat podwyżek stóp procentowych na wrzesień tego roku.

Z kalendarza danych makro mamy dziś o godz. 10:30 z Wielkiej Brytanii stopę bezrobocia za kwiecień oraz wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. O 11:00 opublikowane zostaną dane na temat inflacji z Eurolandu. Analitycy oczekują, że wskaźnik CPI rok do roku za maj wyniesie 0,3%, natomiast miesiąc do miesiąca będzie miał 0,2%.

Jutro decyzja w sprawie stóp procentowych z Szwajcarii. Rynkowy konsensus zakłada, że stopy pozostaną bez zmian tj. na poziomie -0,75%. O 10:30 zobaczymy wskaźniki na temat sprzedaży detalicznej z Wielkiej Brytanii. O 14:30 z USA poznamy dane na temat inflacji, a o godz. 16:00 ukaże się wskaźnik przemysłowy wg Fed z Filadelfii.

Komentarz walutowy 17.06.2015

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 17.03.2015 do 17.06.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,1840. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1210, a następnie poziom 4,1050, zniesienie Fibonnaciego 38,2%.

Komentarz walutowy 17.06.2015

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 17.03.2015 do 17.06.2015

Kurs CHF/PLN jeszcze niedawno poruszał się w trendzie bocznym pomiędzy poziomami 3,8000 a 3,9400, po czym wyskoczył w górę i utworzył trend wzrostowy. Aktualnie przebił linie oporu na poziomie 3,9700. Najbliższym oporem będzie teraz ostatnie maksimum na poziomie 4,0160. Dla ruchu w dół wsparciem jest obecnie minima na 3,9150.

Komentarz walutowy 17.06.2015

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 17.03.2015 do 17.06.2015

Kurs USD/PLN wybił się z średnioterminowego trendu spadkowego. Aktualnie w ujęciu krótkoterminowym kurs przebił linię oporu na poziomie 3,7000 a następnie osiągnął zniesienie Fibonnaciego 38,2%. W przypadku marszu na północ ważnym oporem będzie ostatnie lokalne maksimum na poziomie 3,8210.

Komentarz walutowy 17.06.2015

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 17.03.2015 do 17.06.2015

Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Aktualnie zbliżył się do linii wsparcia, od której skutecznie się odbił. Na drodze przed dalszymi wzrostami stoi poziom 5,7720, a więc zniesienie Fibonnaciego 23,6%. Później istotnym poziomem oporu dla dalszych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,8800. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest minimum kanału wzrostowego na 5,6850.

Krzysztof Furmańczak- analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Gemius: Najchętniej w reklamy online klikają Polacy

Według najnowszego badania autorstwa Gemius internauci z Polski klikają w reklamy online najczęściej spośród mieszkańców 12 państw Europy Środkowo-Wschodniej. Współczynnik klikalności (CTR –  clickthrough rate) w reklamę displayową wynosi u nas 0,68 proc. Drugie miejsce ex aequo zajęli internauci z Bułgarii i Słowenii, z CTR sięgającym 0,49 proc. Trzecie miejsce przypadło Litwie z CTR równym 0,42 proc.

Współczynnik CTR oblicza się dzieląc liczbę kliknięć w reklamę przez liczbę jej wyświetleń (odsłon). W badaniu „Most popular display ads – Gemius Ad Monitor Report, Q3–Q4 2014” okazało się, że to właśnie internauci z Polski klikają w reklamy najchętniej. Dane uwzględnione w badaniu obejmują dwa ostatnie kwartały ubiegłego roku.

Najwyższy współczynnik CTR zanotowały w Polsce reklamy typu interstitial, czyli reklamy całostronicowe. CTR w ich przypadku sięga 4,1 proc. Piotr Prajsnar z Cloud Technologies przestrzega jednak przed zbyt pochopnym wyciąganiem wniosków z badania.

– Znakomita większość kliknięć w inwazyjne formy reklamy, jak np. interstitial, jest dziełem przypadku, a nie intencji internauty. Dlatego CTR zawsze powinien być oceniany wraz ze współczynnikiem konwersji, który mierzy rzeczywiste akcje wykonane przez użytkowników – mówi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies – W raporcie znajdziemy tylko analizę poszczególnych form reklamowych, natomiast kluczowe znaczenie dla skuteczności reklamy ma właściwe targetowanie. Można bombardować internautę niezliczonymi reklamami, ale lepiej dotrzeć do niego raz, za to z interesującym go komunikatem. W tym celu możemy użyć  anonimowych danych o intencjach zakupowych oraz zainteresowaniach użytkowników. Z naszych doświadczeń wynika, że skuteczność reklam wspartych danymi jest przynajmniej kilkakrotnie wyższa w porównaniu z kampaniami bez ich użycia – dodaje Piotr Prajsnar, którego spółka opracowała największą w tej części Europy platformę Big Data, pozwalającą na personalizowanie reklam w Sieci pod konkretne profile internautów oraz eliminowanie kliknięć generowanych przez boty.

Gemius zauważa, że najpopularniejszą formą reklamy displayowej w naszej części świata pozostaje standardowy baner, po który reklamodawcy sięgają zdecydowanie częściej niż w przypadku reklam multimedialnych (tzw. rich media). W większości z analizowanych państw około 80 proc. całego rynku reklamy internetowej wypełniają właśnie banery, zaś reklamy multimedialne wykorzystywane są w 10 – 42 proc. wszystkich kampanii reklamowych online. Jedynym państwem, w którym proporcje przedstawiają się zgoła odwrotne jest Polska. W polskim Internecie reklamy typu rich media wykorzystano aż w 84 proc. kampanii displayowych, zaś po standardowe banery reklamodawcy sięgali w przypadku 41 proc. kampanii. To dobre posunięcie, ponieważ ogólny CTR dla banerów wyniósł w badaniu raptem 0,5 proc.

– Dla rzeczywistej skuteczności reklamy, mierzonej współczynnikiem konwersji, najistotniejsza rolę odgrywa nie tyle formą graficzna reklamy, lecz jej właściwe targetowanie. ComScore wylicza, że miesięcznie jednemu internaucie wyświetlanych jest średnio 1707 masowych bannerów reklamowych. Przeważnie nie zapamiętuje on żadnego, ponieważ reklamodawcy w niewielkim stopniu wykorzystują dane o użytkownikach, czyli nie targetują reklam. Choć Big Data marketing to trend rozwijający się globalnie w imponującym tempie, to jednak na polskim rynku wciąż jest w powijakach. Wielu reklamodawców traktuje internautę jak członka jakiejś bezkształtnej masy, któremu można wyświetlić dowolną reklamę, bez wcześniejszego zorientowania się co do jego preferencji. A to droga donikąd – mówi Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

W badaniu „Most popular display ads – Gemius Ad Monitor Report, Q3–Q4 2014” autorstwa Gemius wzięli udział internauci z 12 państw: Bułgarii, Chorwacji, Czech, Estonii, Litwy, Łotwy, Polski, Rumunii, Serbii, Słowacji, Słowenii oraz Węgier.

Według AdEx oraz IAB Polska polski rynek reklamy online w ubiegłym roku wart był 2,5 mld zł. W tym roku ma sięgnąć około 2,8 mld zł.

Kiedy nie zadziała kredytowa polisa?

Ubezpieczenia kredytów (np. hipotecznych oraz gotówkowych) są już stałym elementem oferty banków. Sprzedaż takich polis w ramach działalności bancassurance zapewnia kredytodawcom spore zyski. Dla klientów banku opłacalność kredytowych polis nie jest jednoznaczną kwestią. W niektórych przypadkach kredytobiorcy muszą wykupić przynajmniej jedno z pakietowych ubezpieczeń. Niezależnie od tego, czy bank traktuje polisę jako obowiązkową, klient powinien dokładnie sprawdzić zasady jej działania.

Ograniczenia kredytowej ochrony są liczne i zróżnicowane …

Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zwraca uwagę, że ubezpieczenie kredytowe to dość skomplikowany produkt finansowy. Jego charakterystyczną cechą jest duża liczba wyłączeń i ograniczeń ochrony (patrz poniższa tabela). Po przeanalizowaniu ubezpieczeń oferowanych przez poszczególne banki można wyróżnić typowe zapisy, które ograniczają lub wyłączają ochronę. Kredytobiorcy po zakupie polisy na życie muszą pamiętać, że ubezpieczyciel nie wypłaci odszkodowania jeśli zgon był skutkiem niezastosowania się do zaleceń lekarza. „Podobne wyłączenia ochrony obowiązują w przypadku, gdy dłużnik popełnił samobójstwo przed upływem pierwszych dwóch lat lub zmarł podczas wykonywania niebezpiecznej pracy” – mówi Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Nina Kuczyńska zaznacza, że ubezpieczenia skutków utraty pracy też nie są wolne od „haczyków”. Warto zwrócić uwagę, że ubezpieczyciel odmówi spłaty rat kredytu (np. przez 6 lub 12 miesięcy) jeśli dłużnik został zwolniony dyscyplinarnie albo grupowo. Ochrona ubezpieczeniowa nie działa również wtedy, gdy bezrobotny kredytobiorca zapomniał o rejestracji w urzędzie pracy. W przypadku polis zabezpieczających przed skutkami utraty pracy może się okazać, że ochrona nie obejmuje m.in. komplikacji związanych z porodem (patrz poniższe zestawienie).

Prezentacja popularnych wyłączeń i ograniczeń ochrony w ubezpieczeniach kredytów oferowanych konsumentom
Rodzaj ubezpieczenia kredytowego Przykładowe okoliczności, które zwalniają ubezpieczyciela z odpowiedzialności

za szkodę

Ubezpieczenie na życie (dla dłużnika banku) ü dłużnik zmarł podczas wykonywania niebezpiecznej pracy (np. w kopalni)

ü dłużnik zmarł na wskutek przewlekłej choroby, którą stwierdzono i leczono już przed podpisaniem umowy ubezpieczenia (np. 24 miesiące wcześniej)

ü zgon dłużnika był efektem jego zaniedbań (np. nieskorzystania z pomocy lekarskiej lub lekceważenia zaleceń lekarza)

ü śmierć dłużnika nastąpiła w trakcie uprawiania jednego z ryzykownych sportów

ü dłużnik zmarł podczas popełnienia przestępstwa (lub próby popełnienia przestępstwa)

ü samobójstwo dłużnika miało miejsce przed upływem okresu podanego w umowie (od 6 m-cy do 24 m-cy)

ü dłużnik zmarł na wskutek wojny, epidemii, katastrofy lotniczej lub aktów terroru

Ubezpieczenie od skutków utraty pracy przez kredytobiorcę ü dłużnik został zwolniony w okresie karencji (np. dwóch miesięcy od podpisania umowy)

ü dłużnik został zwolniony za porozumieniem stron albo w ramach zwolnień grupowych

ü dłużnika zwolniono z przyczyn dyscyplinarnych

ü rozwiązana umowa o pracę z dłużnikiem wcześniej została zawarta na czas określony

ü dłużnik przed upływem wymaganego terminu nie zarejestrował się w urzędzie pracy jako osoba bezrobotna

Ubezpieczenie od skutków utraty zdolności do pracy ü utrata zdolności do pracy przez dłużnika była efektem jego zaniedbań (np. nieskorzystania z pomocy lekarskiej lub lekceważenia zaleceń lekarza)

ü dłużnik dokonał samookaleczenia

ü dłużnik uległ wypadkowi będąc pod wpływem środków odurzających (np. alkoholu lub narkotyków)

ü kalectwo dłużnika jest efektem uprawiania jednego z ryzykownych sportów

ü dłużnik uległ wypadkowi podczas popełnienia przestępstwa (lub próby popełnienia przestępstwa)

ü utrata zdolności do pracy jest następstwem ciąży

Źródło: opracowanie własne na podstawie kart informacyjnych i OWU wybranych ubezpieczeń kredytowych

Prócz wyłączeń i ograniczeń ochrony kredytobiorca powinien zwrócić uwagę na kwestie związane z wypłatą odszkodowania. Przed podpisaniem umowy kredytowego ubezpieczenia trzeba sprawdzić między innymi:

  • sposób pobierania i obliczania składki ubezpieczeniowej
  • tryb zawiadomienia ubezpieczyciela o szkodzie
  • ograniczenia dotyczące maksymalnej wysokości odszkodowania
  • późniejszą odpowiedzialność kredytobiorcy z tytułu regresu
  • zasady związane ze zwrotem składki za niewykorzystany okres ochrony

Informacje na temat wymienionych kwestii powinny znaleźć się w karcie informacyjnej polisy lub dokumencie zatytułowanym jako ogólne warunki ubezpieczenia (OWU).

Rekomendacja U tylko w pewnym stopniu zmieniła sytuację

W kontekście kredytowych ubezpieczeń warto wspomnieć o tym, że zasady ich sprzedaży reguluje Rekomendacja U. „Zgodnie z wymogami Komisji Nadzoru Finansowego, banki musiały wdrożyć wspomnianą rekomendację do 31 marca 2015 r. Jak na razie, efekty nowych zaleceń KNF-u nie do końca odpowiadają pierwotnym założeniom” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Rekomendacja U przewiduje między innymi obowiązek wprowadzenia specjalnej karty informacyjnej dla klienta. Nina Kuczyńska tłumaczy, że wspomniany dokument musi zawierać najważniejsze informacje o polisie. Banki bez zarzutu wywiązują się z obowiązku dotyczącego kart. Od początku kwietnia kredytodawcy musieli również wprowadzić zmiany dotyczące ubezpieczeń grupowych. Po 31 marca b.r. bank nie może zarabiać na sprzedaży wspomnianych polis. Dzięki temu kredytodawca nie występuje w podwójnej roli wobec klienta (jako podmiot ubezpieczający i wynagradzany pośrednik ubezpieczeniowy).

W pierwszych tygodniach obowiązywania nowej rekomendacji KNF-u okazało się, że znacznie trudniejsze będzie wdrożenie zasad pozwalających na swobodny wybór ubezpieczenia przez kredytobiorcę. Niektóre banki skutecznie uchylają się od wprowadzenia takich reguł. „Kredytodawcy osiągają swój cel dzięki sprytnej zmianie w ofercie. Ich klienci, którzy wybiorą ofertę współpracującego ubezpieczyciela mogą liczyć na sporą obniżkę marży lub prowizji przygotowawczej. W ten sposób część zapisów Rekomendacji U po prostu jest omijana. Niewykluczone, że Komisja Nadzoru Finansowego będzie musiała zareagować na kontrowersyjne praktyki banków” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl

Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Nowa ustawa konsumencka okiem klienta i sprzedawcy

1

Choć na obowiązującą od końca zeszłego roku ustawę o prawach konsumenta trzeba było czekać, to jak mówi stare porzekadło – „lepiej późno niż wcale”, bo nowe regulacje to przede wszystkim uporządkowanie i uproszczenie praw przysługujących kupującym. A jakie zmiany nowe przepisy przyniosły przedsiębiorcom? Odpowiada Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.

Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu
Tomasz Kaczorowski, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu

Nową ustawę weszła w życie w konsekwencji wdrożenia dyrektywy wspólnotowej 2011/83/UE, która w Polsce została jednak wprowadzona ze znacznym opóźnieniem w stosunku do innych krajów członkowskich UE. Nowym przepisom podlegają więc wszystkie zawarte po 25 grudnia 2014 r. umowy na linii konsument-przedsiębiorca. Wszyscy, którzy dokonali zakupu przed wskazaną datą, musza dochodzić swoich praw na podstawie obowiązującej ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz zmianie kodeksu cywilnego.

W zgodzie z postępem                                                                                         

Zwraca uwagę fakt, że ustawa podąża za rozwojem technologii i sposobów sprzedaży odpowiednich dla naszych czasów. Jej przepisy tworzą szeroką sferę uprawnień dla coraz szerszej grupy konsumentów zawierających umowy przez internet lub poza lokalem przedsiębiorstwa. Co istotne, odpowiednią ochronę zapewniają również grupie konsumentów tradycyjnych, którzy korzystają  z utrwalonych przez wiele lat form zawierania umów.

Na mocy aktualnych przepisów, klienci sklepów internetowych czy serwisów aukcyjnych muszą być informowani o wszystkich kosztach związanych z zawarciem umowy w sposób pełny i przejrzysty. Ten sam obowiązek informowania dotyczy wszystkich praw konsumenta, w tym regulacji związanych z odstąpieniem od umowy czy reklamacją. Przedsiębiorcy muszą pamiętać, że brak odpowiedniej informacji pociąga za sobą negatywne skutki. Konsumenci powinni natomiast mieć świadomość, że wszystkie udogodnienia i zmiany wynikające z ustawy dotyczą sytuacji, w której klient zawiera umowę z przedsiębiorcą. Nie będą miały jednak zastosowania w przypadku umów pomiędzy osobami nieprowadzącymi działalności gospodarczej.

14 dni na zwrot

Jedną z najistotniejszych zmian jest wydłużenie okresu, w którym konsument może odstąpić od umowy zawartej na odległość (np. przez internet) lub poza lokalem przedsiębiorstwa, bez podawania przyczyny i bez ponoszenia kosztów. Dawniej miał na to 10 dni, dziś 14. Co więcej, jeśli sprzedający nie poinformował konsumenta o tym uprawnieniu – ten ma prawo odstąpić od umowy nawet w ciągu 12 miesięcy od upływu 14–dniowego okresu określonego w ustawie. Wzór oświadczenia o odstąpieniu jest dołączony jako załącznik nr 2 do ustawy. Bez kłopotu można znaleźć go również w Internecie, co znacząco ułatwia podjęcie decyzji o zawarciu umowy oraz ewentualne od niej odstąpienie.

Na korzyść konsumenta zmieniły się również zasady reklamacji w przypadku stwierdzenia wad produktu. Przed wprowadzeniem obecnych przepisów w pierwszej kolejności sprzedawca miał obowiązek naprawy lub wymiany rzeczy, a konsument nie mógł od razu odstąpić od umowy. Nowa ustawa przyznaje uprawnienie do żądania obniżenia ceny lub odstąpienia od umowy. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy sprzedawca niezwłocznie i bez nadmiernych niedogodności dla kupującego wymieni rzecz wadliwą na wolną od uszkodzeń albo tę wadę usunie.

Jak twierdzą eksperci, mimo że nowe przepisy nakładają na przedsiębiorcę szereg obowiązków informacyjnych i tych związanych z reklamacją, a także zwiększają ryzyko odstąpienia od umowy bez podawania przyczyny, to rzetelni przedsiębiorcy nie mają się czego obawiać. Po spełnieniu wszystkich obowiązków informacyjnych, nie ponoszą bowiem negatywnych konsekwencji zmian. Co ważne, prawa przedsiębiorców (sprzedawców) wobec konsumentów nadużywających swoich uprawnień również są chronione.

Obowiązki konsumenta

Obecna ustawa określa jasno nie tylko obowiązki sprzedającego, ale również kupującego. I tak, prawidłowo poinformowany przy sprzedaży konsument, który następnie odstępuje od umowy, poniesie koszty związane z obniżeniem wartości rzeczy sprzedanej, na skutek korzystania z niej w sposób wykraczający poza konieczny do stwierdzenia charakteru, cech i funkcjonowania przedmiotu (tj. oceny czy jest on zgodny z opisem i informacjami przekazanymi przez sprzedawcę). Co prawda, przedsiębiorca zobowiązany jest do zwrotu kosztów dostarczenia towaru od sprzedawcy do konsumenta, ale tylko w wysokości najtańszej opcji transportu. Jeśli kupujący wybrał droższy transport, to różnica będzie obciążać właśnie jego. Na odesłanie rzeczy do sprzedawcy konsument ma natomiast 14 dni od daty odstąpienia od umowy i, co istotne, to on ponosi koszty przesyłki zwrotnej, chyba że sprzedawca zgodził się ponieść je sam.

Umowa tylko na piśmie

Nowe przepisy uniemożliwiły również przeprowadzenie procedury zawierania umów wyłącznie przez telefon. Doświadczenia ostatnich lat pokazały, że był to niemały problem, bowiem zdarzali się nieuczciwi przedsiębiorcy, którzy wykorzystywali naiwność niektórych nieświadomych niczego klientów. Obecne przepisy stanowią, że jeżeli przedsiębiorca proponuje zawarcie umowy przez telefon, to ma obowiązek potwierdzenia jej treści na papierze lub innym trwałym nośniku. Dopiero dokument podpisany przez konsumenta będzie uważany za zawartą umowę. Nie wystarczy już zatem oświadczenie uzyskane przez telefon.

Niewątpliwie nowa ustawa przyznaje liczną grupę uprawnień, które w założeniu mają chronić prawa konsumentów i bezpieczeństwo zawieranych umów. Nie powinny jednak przy tym stanowić żadnych ograniczeń dla uczciwych i rzetelnych przedsiębiorców.

Sektor wellness ma w Polsce świetne perspektywy

Wartość globalnego rynku wellness wynosi już blisko 3,5 biliona dolarów. Również w Polsce ten sektor gospodarki przeżywa gwałtowny rozwój, a najlepsze lata wciąż jeszcze przed nim.

Moda na zdrowy tryb życia coraz mocniej podbija świat. Konsumenci, należący do szybko rosnącej klasy średniej, poświęcają coraz więcej uwagi kwestiom ochrony zdrowia, medycyny estetycznej czy dobrego samopoczucia. W ślad za tym dynamicznie wzrasta wartość globalnego sektora wellness. W raporcie opublikowanym przez niezależną firmę badawczą SRI International w związku z doroczną konferencją Global Spa & Wellness Summit wartość tego rynku w 2013 roku w skali całego świata została oszacowana na kwotę 3,4 biliona dolarów.

Polacy chcą być zdrowsi

Coraz większą wagę do prowadzenia zdrowego trybu życia przykładają również Polacy. Jak wynika z drugiej edycji raportu „The European Health & Fitness Market 2015” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte wspólnie z organizacją EuropeActive, na koniec 2014 roku członkami klubów fitness było 2,73 mln Polaków. Dla porównania rok wcześniej było to 2,48 mln. Suma przychodów polskich klubów fitness w omawianym okresie wyniosła 3,6 mld zł. Co więcej, wśród właścicieli działających w naszym kraju klubów panuje opinia, że polski rynek fitness ma przed sobą świetlaną przyszłość. Aż 45,5 proc. ankietowanych spodziewa się w 2015 roku wzrostu przychodów z prowadzonej działalności, a 36,4 proc. z nich przewiduje, że wspomniane przychody wzrosną w tym roku powyżej 7,5 proc. Rok temu myślało tak jedynie 20 proc. ankietowanych.

Zdaniem ekspertów, którzy opracowali raport, klubom wkrótce przybędzie kolejna istotna grupa klientów. Kluby fitness muszą przygotować ofertę dla klientów po 50. roku życia, gdyż ich liczba oraz wymagania będą rosnąć. Trend ten dotyczy także Polski – mówi Przemysław Zawadzki, Starszy Menedżer w Dziale Audytu, ekspert Sports Business Group Deloitte.

Chęć poprawy aktywności fizycznej przez Polaków wykorzystują również firmy. Coraz częściej zdarza się, że w swoich biurowcach, zamiast miejsca przeznaczonego na palarnie, tworzą sale do ćwiczeń. Takie miejsce zorganizował na przykład w swojej siedzibie w Gdańsku koncern LPP. W urządzenia treningowe obiekt wyposażyła firma ITP, główny dystrybutor włoskiej marki Technogym na rynku polskim. Technogym to czołowa europejska firma dostarczająca najwyższej jakości sprzęt do ćwiczeń. – Na skutki stresu i niezdrowego trybu życia szczególnie narażeni są menedżerowie. Każda ich niedyspozycja powoduje bardzo duże koszty dla firmy – wyjaśnia Dominik Śliwowski, członek zarządu ITP. S.A., dyrektor generalny Technogym Polska. – Rezygnacja z firmowej palarni i stworzenie zamiast niej przestrzeni, w której pracownicy mogą pobiegać na bieżni czy pojeździć na rowerach stacjonarnych, to rozwiązanie, które w dłuższej perspektywie przyniesie firmie wymierne oszczędności – przekonuje Śliwowski.

Hotele wychodzą naprzeciw potrzebom klientów

Innym z dynamicznie rosnących segmentów rynku wellness jest turystyka. Według cytowanego już raportu przygotowanego przez firmę badawczą SRI International jego globalna wartość wyniosła w 2013 roku blisko 0,5 biliona dolarów (wzrost o 12,5 proc. w stosunku do roku 2012). Na tym trendzie korzystają m.in. hotele, które coraz częściej oferują swoim klientom kompleksową ofertę z zakresu SPA i wellness.

Polskie hotele nie odbiegają pod tym względem od zagranicznej konkurencji. Jak wynika z badań prowadzonych przez Europejską Fundację Spa, 70 proc. ankietowanych obiektów posiada już salę relaksu oraz siłownię lub salę fitness. Goście hotelowi najczęściej korzystają z programów wyszczuplających – w swojej ofercie posiada je 75 proc. hoteli Spa. – Polacy są coraz bardziej świadomi tego, jak ważna jest troska o zdrowie i aktywność fizyczną. W ślad za tym idzie również chęć zadbania o urodę. To zapotrzebowanie świetnie rozumieją właściciele hoteli, którzy umożliwiają gościom korzystanie z coraz szerszej oferty zabiegów. Dziś trudno sobie wyobrazić, by czterogwiazdkowy hotel nie posiadał w swoim obiekcie strefy Spa czy wellness. Wraz z powiększaniem się bazy hotelowej ten trend będzie jeszcze mocniej przybierał na sile – przewiduje Dominik Śliwowski.

O bardzo dobrych perspektywach segmentu wellness w Polsce świadczy także fakt, że przeciętne zarobki w naszym kraju wciąż jeszcze pozostają sporo niższe w porównaniu na przykład do państw Europy Zachodniej. Wraz ze zmniejszaniem się tej dysproporcji będzie rosła siła nabywcza Polaków. A w ślad za tym wydatki na usługi związane ze zdrowiem i urodą wzrosną jeszcze bardziej.

W. Karpiński: Terminal LNG gotowy w 98 proc. Trwają próby techniczne

Włodzimierz Karpiński, ustępujący minister skarbu państwa
Włodzimierz Karpiński, ustępujący minister skarbu państwa

Stan zaawansowania prac na terenie budowy terminalu gazu skroplonego LNG w Świnoujściu wynosi już 98 proc. Obecnie trwają próby techniczne i sprawdzanie poszczególnych systemów. Według byłego ministra skarbu państwa obiekt zgodnie z zapowiedziami zostanie oddany do użytku jeszcze w tym roku. Dzięki niemu ma wzrosnąć bezpieczeństwo energetyczne Polski.

Dzisiaj to jest końcowy etap, 98 proc. całkowitego zaawansowania, ale w kwestii zakupów, projektowania czy montażu urządzeń to jest już 100 proc. – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Włodzimierz Karpiński, ustępujący minister skarbu państwa. – Pod tym względem jesteśmy na finiszu.

Obecnie, jak informuje były szef resortu skarbu, trwają próby techniczne i sprawdzanie poszczególnych systemów.

To bardzo skomplikowana i wymagająca wysokiej jakości inwestycja, a jednocześnie dająca perspektywę pracy przez najbliższe dekady – tłumaczy Włodzimierz Karpiński. – Musi więc być realizowana w najwyższym reżimie maksymalnej staranności.

Zgodnie z pierwotnymi założeniami na terenie Świnoujścia miały powstać dwa zbiorniki, które mogłyby przyjmować do 5 mld metrów sześciennych gazu rocznie. Na początku kwietnia br. spółka Polskie LNG zawarła z firmą Tractebel Engineering SA umowę na opracowanie Wielowariantowego Studium Wykonalności w zakresie rozbudowy terminalu o trzeci zbiornik. Dzięki powiększeniu mocy regazyfikacyjnej obiekt mógłby przyjmować do 7,5 mld metrów sześciennych.

Przypomnę tylko, że ta inwestycja miała poważne problemy związane z krachem na rynku budowlanym, ale udało się je pokonać i wyprowadzić wszystko na prostą – wskazuje Karpiński. – Ten rok będzie rokiem uruchomienia gazoportu i tym samym podniesienia bezpieczeństwa energetycznego Polski, które da także impuls do rozwoju gospodarczego tamtej części Polski poprzez stworzenie hubu gazowego w basenie Morza Bałtyckiego.

eRecruiter Innowatorem polskiej branży HR

eRecruiter, platforma do zarządzania procesami rekrutacji i bazą kandydatów, otrzymał nagrodę specjalną w kategorii „Innowator HR” podczas uroczystości 10-lecia Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). Wyróżnienie zostało przyznane za wprowadzenie nowoczesnych narzędzi wspierających rozwój procesów rekrutacyjnych, w szczególności rozwijających umiejętności budowania trwałych i skutecznych relacji z kandydatami na rynku pracy.

– Z roku na rok rola technologii w procesach rekrutacyjnych jest coraz większa. Z nowoczesnych narzędzi rekrutacyjnych korzyści czerpią zarówno pracodawcy, rekruterzy jak i sami poszukujący pracy. Jednym z nich jest eRecruiter, a wyróżnienie tytułem „Innowator HR” stanowi potwierdzenie, że nasza platforma znacząco przyczynia się do sprawnego i kompleksowego zarządzania procesami rekrutacyjnymi w firmie – mówi Marcin Sieńczyk, Business Development Director w eRecruiter. – System wspiera zarówno HR jak i biznes w prowadzeniu wszystkich etapów rekrutacji, od publikacji ogłoszeń, poprzez selekcję i rekrutację, aż po zatrudnienie odpowiednich kandydatów. Warto także podkreślić, że eRecruiter pomaga pracodawcom w efektywnej komunikacji z kandydatami i w budowaniu pozytywnych wrażeń kandydatów wyniesionych z rekrutacji. I cieszymy się, że na ten element w szczególności zwrócili uwagę przedstawiciele Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia – dodaje Marcin Sieńczyk.

W całym 2014 r. liczba projektów rekrutacyjnych przeprowadzonych z wykorzystaniem platformy eRecruiter przekroczyła poziom 63 tys. Jeszcze w 2010 r. było to tylko niecałe 4,5 tys., czyli w ciągu 4 lat liczba rekrutacji z wykorzystaniem nowoczesnych technologii zwiększyła się prawie czternastokrotnie. Rośnie w szybkim tempie także liczba nadsyłanych przez ATS aplikacji. W ubiegłym roku prawie 5 mln CV zostało zweryfikowanych przy pomocy systemu eRecruiter, który umożliwił firmom efektywne wyłowienie najbardziej wartościowych kandydatów.

Nagroda „Innowator HR” została wręczona podczas gali 10-lecia Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, która odbyła się 11 czerwca br. w Business Centre Club w Warszawie. Patronat nad wydarzeniem objęli Minister Pracy i Polityki Społecznej, Pan Władysław Kosiniak-Kamysz, oraz Business Centre Club. Podczas uroczystości przyznano nagrody dla firm i osób, które w sposób szczególny wyróżniły się w ostatniej dekadzie wspierając polską branżę zatrudnienia. Wyróżnienia dotyczyły czterech kategorii: dla członków założycieli SAZ, Nagrody Specjalne dla Osób, Nagrody Specjalne dla Firm oraz Nagrody konkursowe dla przedstawiciela związku pracodawców, osoby z instytucji państwowych
i samorządowych, dla urzędu pracy i Innowatora HR.

Czy biurowce klasy B obronią się na warszawskim rynku

W tym roku w całym kraju do użytku trafić może ponad 800 tys. mkw. powierzchni biurowej. Z tego przeszło 350 mkw. nowych biur oddane zostanie w Warszawie, a w trakcie budowy na stołecznym rynku jest obecnie dwa razy tyle powierzchni biurowej. Analitycy firmy doradczej w sektorze nieruchomości komercyjnych Walter Herz szacują, że tylko na jedną trzecią powierzchni, która zostanie ukończona w tym roku w Warszawie zostały podpisane umowy najmu.

W związku z szybkim rozwojem segmentu biurowego wskaźnik powierzchni niewynajętej w Warszawie jest już dosyć wysoki – wynosi ok. 13 proc. Nie wykazuje jednak na razie wyraźnej tendencji wzrostowej ze względu na duże zapotrzebowanie na nowoczesne biura.

Najwięcej powierzchni jest do wzięcia w wysokiej klasy biurowcach w ścisłym centrum

Najwięcej niewynajętych powierzchni biurowych jest w ścisłym centrum miasta (COB) i na bliskiej Woli, gdzie powstają najbardziej reprezentacyjne budynki o najwyższym standardzie. W innych obszarach biznesowych współczynnik powierzchni niewynajętej jest mniejszy. Pustostanów jest też mniej w budynkach o niższym standardzie, niż w nowych obiektach klasy A.

Starsze budynki, szczególnie te o ustalonej renomie, wciąż radzą sobie na rynku bardzo dobrze. Jednak w wyniku tak szybkiego przyrostu podaży, jak jest obecnie notowany, pustostanów może zacząć przybywać w każdym segmencie warszawskiego rynku biurowego.

Dlatego, zarówno właściciele nowo oddanych kompleksów biurowych, budynków trakcie realizacji, jak i istniejących od lat różnej klasy biurowców będą musieli powalczyć o swoją pozycję na rynku. W tym celu powinni nakreślić długofalową strategię i wyeksponować unikalne cechy, by wyróżnić budynek w coraz bardziej konkurencyjnym środowisku.

W szczególnie trudnej sytuacji są inwestorzy warszawskich obiektów biurowych klasy B.  Zdaniem Mateusza Strzeleckiego, reprezentującego firmę Walter Herz, to właśnie w przypadku tego typu biurowców decydujące będzie odpowiednio szybkie stworzenie wizji rozwoju, uwzględniającej w dłuższej perspektywie plany modernizacji, przebudowy, czy nawet wyburzenia budynku. – Starsze obiekty biurowe wymagają znacznie większego nakładu pracy przygotowawczej i analitycznej przy opracowywaniu perspektywicznego projektu rozwoju. Przy tym, każdy przypadek jest inny. Trudno mówić o jednolitej koncepcji dla wszystkich lokalizacji – podkreśla Mateusz Strzelecki. Analityk Walter Herz przyznaje, że na warszawskim rynku daje się wyraźnie zauważyć zainteresowanie tego typu projektami, także ze strony dużych inwestorów.

Różne opcje rozwiązań dla budynków klasy B  

– Szansą dla budynków biurowych klasy B mogą być różnego rodzaju rozwiązania, w tym modernizacja, przygotowanie atrakcyjnej dla najemców oferty bez szybkiego wprowadzania zmian, czy wyburzenie budynku i zastąpienie go nowym. Można również, tak jak to robią obecnie Brytyjczycy, zmienić przeznaczenie obiektu, nadając mu funkcje mieszkaniowe. W poszczególnych przypadkach najkorzystniejsza opcja będzie inna –  wyjaśnia Mateusz Strzelecki.

Atrakcyjność niektórych budynków biurowych niższej klasy może też wzrosnąć ze względu na czynniki niezależne. Chodzi o zmiany infrastrukturalne wprowadzane w najbliższej okolicy biurowców. W ostatnim czasie w Warszawie najbardziej zyskały dzięki temu budynki położone bezpośrednio przy nowej linii metra m.in. na Powiślu i w okolicy ronda Daszyńskiego. Stacja metra w bezpośrednim sąsiedztwie biurowca skutecznie przyciąga najemców, bez konieczności modernizacji i ponoszenia nakładów inwestycyjnych.

W przypadku większości biurowców starszej generacji najbardziej efektywnym sposobem na utrzymanie przychodów będzie jednak dostosowywanie ich jakości powierzchni do obecnych oczekiwań najemców. Szczególnie, jeśli ich atutem jest świetna lokalizacja.

Starsze budynki kusza niższymi kosztami najmu i lokalizacją

Poza usytuowaniem, jedną z największych zalet biurowców klasy B są też niższe koszty najmu. Mateusz Strzelecki zauważa, że wielu najemców, których reprezentuje firma Walter Herz świadomie rezygnuje z wysokiej klasy powierzchni na rzecz obniżki kosztów i uzyskania lepszych warunków najmu. – Dla niektórych firm niezwykle istotna jest optymalizacja wydatków. Należą do nich często rodzime przedsiębiorstwa, dla których ważna jest wysokość kosztów utrzymania. Poszukujemy wtedy atrakcyjnej powierzchni w budynkach nieco niższej klasy – przyznaje Mateusz Strzelecki. Dodaje, że niebagatelne znaczenie ma przy tym również fakt, że w przypadku starszych budynków stawki na ogół wyrażane są w złotych, zawierają już opłatę eksploatacyjną i rzadko stosowany jest w nich współczynnik powierzchni wspólnych w kalkulacji czynszu.

Niższe opłaty czynszowe to nie jedyny powód dla którego biurowce, które nie mogą zaoferować najnowocześniejszych rozwiązań, wciąż są popularne. Wybór rodzaju budynku zależy także od specyfiki działalności, jaką prowadzi firma. Na przykład banki, czy kancelarie prawne wybiorą lokale znajdujące się w kamienicach usytuowanych przy głównych ulicach, w których powierzchnia biurowa nie jest zazwyczaj najwyżej sklasyfikowana. Firmy, dla których bardziej od nowinek technicznych liczy się oryginalny charakter budynku i ciekawy rozkład powierzchni również nie zdecydują się na wysokiej klasy open space w biurowych wieżach.

Należy zaznaczyć, że nie najnowsze warszawskie biurowce zyskują przede wszystkim dzięki temu, że oferują dobre rozwiązania komunikacyjne. Atrakcyjnie usytuowane budynki biurowe klasy B wciąż cieszą się dużym zainteresowaniem, zwłaszcza te które są sprawnie zarządzanie i mogą pochwalić się ciekawym składem najemców.

Autor: Walter Herz

Relacje handlowe z Wielką Brytanią – jest dobrze, może być jeszcze lepiej

Choć Wielka Brytania w pierwszej 10-tce odbiorców polskich towarów jest od kilku dobrych lat, to eksperci Banku Zachodniego WBK cały czas widzą obszary dla rozwoju polsko-brytyjskich relacji handlowych. I to zarówno w eksporcie, jak i w imporcie.

Wielka Brytania jest po Niemczech drugim co do wielkości odbiorcą naszych towarów; jej udział w całości polskiego eksportu w 2014 r. wyniósł wg GUS 6,36 proc. – Przyrosty eksportu na Wyspy Brytyjskie w ostatnich 10 latach wynosiły od ok. 10 do nawet ponad 20 proc. Wyjątki – z kilkuprocentowymi wartościami – to rok, w którym wybuchł kryzys gospodarczy oraz minione dwa lata. Trzeba jednak pamiętać, że w ostatnim czasie baza jest już na tyle duża, że nawet mały przyrost procentowy oznacza duże wartości bezwzględne – mówi Piotr Dylak, dyrektor ds. finansowania handlu Banku Zachodniego WBK. Wartość polskiego eksportu do Wielkiej Brytanii, zgodnie z informacjami brytyjskiego urzędu skarbowego HM Revenue and Customs (HMRC) wyniosła w 2014 r. 7,605 mld GBP.

Lista towarów, które polskie firmy wysyłają na Wyspy jest długa. – Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że skoro w Wielkiej Brytanii mieszka tak wielu Polaków, to naszym topowym produktem eksportowym na Wyspy powinna być żywność. To oczywiście prawda, że jest jej na brytyjskich półkach sklepowych dużo, ale pierwsze miejsca w zestawieniach hitów eksportowych zajmują zupełnie inne towary – zwraca uwagę Robert Antczak, odpowiedzialny za rozwój biznesu międzynarodowego w Banku Zachodnim WBK. Do Wielkiej Brytanii eksportujemy maszyny i urządzenia, samochody i inne pojazdy nieszynowe oraz ich części, a także bardzo dużo elementów wyposażenia wnętrz – mebli, materacy, stelaży i pościeli czy poduszek. Przykładowo, z informacji podawanych przez Brytyjsko-Polską Izbę Handlową ok. 80 proc. produktów sprzedawanych w IKEA w Wielkiej Brytanii pochodzi z Polski. Eksportujemy również stosunkowo dużo biżuterii, metali szlachetnych (głównie srebra) i wyrobów z nich, jak również kosmetyków. Dopiero za tymi pozycjami w zestawieniu GUS znajdują się mięso, podroby czy czekolada.

Koledzy z Santander UK mówią nam o tym, że o ile jeszcze niedawno eksport polskiej żywności czy kosmetyków trafiał w ręce polskiej emigracji, to coraz powszechniejsza obecność produktów z Polski w brytyjskich sieciach handlowych sprawiła, że coraz więcej Brytyjczyków zaczęło ich próbować i… się do nich przekonywać. A jedno dobre doświadczenie pociąga za sobą otwartość na kolejne polskie produkty. Na tej właśnie zasadzie nasz eksport trafiający w ręce Brytyjczyków będzie rósł – mówi Piotr Dylak. Według Banku Zachodniego WBK na brytyjskim rynku z powodzeniem odnajdą się m.in. polscy eksporterzy ceramiki, stolarki i materiałów budowlanych, chemii gospodarczej, zabawek ale także obuwia i odzieży.

Cały czas będzie popyt na polską żywność – wg badania przeprowadzonego przez firmę Mintel i opublikowanego na łamach Daily Mail, polska kuchnia jest czwartą najpopularniejszą i najchętniej wybieraną kuchnią świata wśród mieszkańców Zjednoczonego Królestwa, którzy próbują etnicznych potraw.

Jeśli chodzi o import, to zgodnie z danymi HMRC w 2014 r. Polska była dla Wielkiej Brytanii 9. największym odbiorcą spośród wszystkich krajów należących do Unii Europejskiej. GUS podaje, że z Wysp sprowadzamy produkty o wysokim stopniu przetworzenia, jak np.: produkty medyczne i farmaceutyczne, pojazdy drogowe, maszyny specjalistyczne dla określonych gałęzi przemysłu, produkty dla rynku paliw i przemysłu chemicznego. Eksperci Banku Zachodniego WBK wskazują, że wolumeny importu z Wielkiej Brytanii powinny rosnąć. – Brytyjczycy mają codzienny kontakt z Polakami, więc kultura i specyfika naszego kraju jest im coraz lepiej znana. To ośmiela do działania w naszym kraju nawet stosunkowo małe brytyjskie firmy – mówi Piotr Dylak.

Potwierdzeniem zainteresowania firm z Wielkiej Brytanii naszym krajem jest spotkanie, które Bank Zachodni WBK wraz z Santander UK organizują w Warszawie 17 czerwca 2015 r. Tego dnia Polskę odwiedzą brytyjscy przedsiębiorcy zainteresowani znalezieniem partnerów handlowych czy odbiorców w naszym kraju. – Blisko współpracując z Santander UK widzimy, że Brytyjczycy są ogromnie ciekawi Polski. Patrzą na potencjał naszego wewnętrznego rynku, ale także postrzegają nas jako kraj, z którego można prowadzić operację w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej – mówi Robert Antczak.

Czy pracodawca może ściągnąć pracownika z urlopu?

Oczekiwania młodych bezrobotnych absolwentów a rzeczywistość

Młodzi Polacy byliby zadowoleni ze swojej pracy pod względem finansowym, gdyby otrzymywali średnio 1 981 PLN netto miesięcznie – wynika z Bilansu Kapitału Ludzkiego (BKL). Oczekiwania płacowe mężczyzn są wyższe, przeciętnie chcieliby zarabiać 2 119 PLN. Wynagrodzenie, które byłoby satysfakcjonujące dla kobiet to średnio 1 816 PLN.

Na nieco wyższe zarobki liczą pozostali bezrobotni, czyli osoby po ukończeniu 30 lat. Tę grupę niezatrudnionych zadowoliłaby przeciętna płaca w wysokości 2 018 PLN netto miesięcznie.

 

Tabela 1. Wysokość satysfakcjonującego wynagrodzenia
w przyszłej pracy deklarowana przez bezrobotnych w poszczególnych
grupach wiekowych (średnia obcięta 5%* w PLN netto)**

średnia obcięta 5%
wielkość próby kobiety mężczyźni ogół
młodzi 2 832 1 816 2 119 1 981
pozostali 5 349 1 831 2 197 2 018

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie BKL Badanie Ludności 2010 – 2015
*średnia obcięta 5% – po 5% obserwacji ze skrajnymi wartościami wyłączono z analizy
**młodzi – osoby do 30. roku życia niekontynuujące edukacji w systemie formalnym,
pozostali – osoby po 30. roku życia
Oczekiwania młodych determinuje nie tylko poziom wykształcenia na jakim zakończyli swoją edukację, ale również jego kierunek. Niezależnie od posiadanego wykształcenia, zdecydowanie wyższe oczekiwania finansowe mają mężczyźni niż kobiety. W grupie pań, najwięcej chcą zarabiać te, które ukończyły studia wyższe na kierunkach inżynierskich, ścisłych lub przyrodniczych. Zadowoliłaby je płaca w wysokości średnio 2 130 PLN netto miesięcznie. Na wynagrodzenie przekraczające 2 000 PLN miesięcznie liczą również kobiety po studiach humanistycznych. Podobnie jak panie, najwięcej chcą zarabiać panowie, którzy są absolwentami studiów inżynierskich, ścisłych bądź też przyrodniczych. Oczekują oni zarobków w wysokości 2 411 PLN netto. Młodzi mężczyźni, którzy mają wykształcenie średnie o profilu technicznym, przeciętnie liczą na płacę w wysokości 2 201 PLN. To o 61 PLN więcej niż wynoszą oczekiwania panów, którzy ukończyli studia wyższe o profilu humanistycznym.

 

Tabela 2. Wysokość satysfakcjonującego wynagrodzenia
w przyszłej pracy deklarowana przez młodych bezrobotnych absolwentów
po różnych kierunkach kształcenia (średnia obcięta 5% w PLN netto)*

średnia obcięta 5%
wielkość próby kobiety mężczyźni
zawodowe usługi 207 1 726 1 975
przemysł/rzemiosło 337 1 772 2 137
średnie

(technikum)

techniczne 421 1 798 2 201
usługi 87 1 689 2 000
wyższe humanistyczne 337 2 005 2 140
inżynierskie/ścisłe/

przyrodnicze

158 2 130 2 411

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie BKL Badanie Ludności 2010 – 2015
*młodzi absolwenci – osoby do 30. r. ż., które ukończyły
dany typ szkoły i nie kontynuują edukacji w systemie formalnym

Miesięczne wynagrodzenia młodych absolwentów, którzy pracują etatowo, są niższe w grupie pań niż wśród panów. Najwyższa luka płacowa, czyli różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn, wynosząca 34%, jest w gronie pracowników z wykształceniem średnim o profilu technicznym. Co więcej, luka płacowa w wynagrodzeniach młodych absolwentów jest wysoka, bez względu na typ ukończonej szkoły i przekracza 20%.

Najwyższe średnie wynagrodzenie otrzymują młodzi pracownicy, którzy ukończyli studia wyższe o profilu inżynierskim, ścisłym lub przyrodniczym, kobiety – 1 862 PLN, mężczyźni — 2 466 PLN netto miesięcznie. Najniższe wynagrodzenie odnotowano w grupie kobiet i mężczyzn, którzy mają wykształcenie zawodowe o profilu usługowym, kolejno otrzymują oni 1 324 PLN i 1 671 PLN.

 

Tabela 3. Wysokość miesięcznego wynagrodzenia młodych, którzy pracują etatowo
w zależności od typu ukończonej szkoły (średnia odcięta 5% netto w PLN netto)

średnia obcięta 5%
wielkość próby kobiety mężczyźni
zawodowe usługi 277 1 324 1 671
przemysł/rzemiosło 525 1 434 1 782
średnie

(technikum)

techniczne 786 1 462 1 959
usługi 111 1 499 1 903
wyższe humanistyczne 760 1 781 2 296
inżynierskie/ścisłe/

przyrodnicze

405 1 862 2 466

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie BKL Badanie Ludności 2010 – 2015
Oczekiwania finansowe młodych bezrobotnych absolwentów nie odzwierciedlają rzeczywistej sytuacji na rynku pracy. Średnie wynagrodzenia młodych, którzy znaleźli zatrudnienie jest znacznie niższe niż pensje, które byłyby satysfakcjonujące dla bezrobotnych. Jedynie w dwóch grupach, średnia kwot, które są w stanie zadowolić niezatrudnionych jest niższa niż wynosi przeciętne wynagrodzenie wśród młodych absolwentów, którzy zakończyli edukację na tym samym poziomie. Sytuacja ta dotyczy mężczyzn, którzy ukończyli studia wyższe humanistyczne i ścisłe. Najbardziej wygórowane oczekiwania mają młode kobiety z wykształceniem zawodowym, o profilu usługowym. Kwotowa różnica pomiędzy ich przeciętnymi oczekiwaniami finansowymi, a średnim wynagrodzeniem, które otrzymują wynosi 402 PLN. Najwyższe rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami a przeciętnymi zarobkami są w grupie osób, które są absolwentami szkół zawodowych.

 

Tabela 4. Różnica kwotowa pomiędzy oczekiwaniami finansowymi
młodych bezrobotnych absolwentów i miesięcznym wynagrodzeniem młodych,
którzy pracują etatowo w zależności od typu ukończonej szkoły (netto w PLN)

różnica kwotowa pomiędzy oczekiwaniami finansowymi a średnimi zarobkami
kobiety mężczyźni
zawodowe usługi 402 304
przemysł/rzemiosło 338 355
średnie

(technikum)

techniczne 336 242
usługi 190 97
wyższe humanistyczne 224 -156
inżynierskie/ścisłe/

przyrodnicze

268 -55

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie BKL Badanie Ludności 2010 – 2015
Młodych bezrobotnych zadowoliłyby stawki płac niższe od średniej krajowej. Zdają sobie sprawę z tego, że osoby niedoświadczone, dopiero wchodzące na rynek pracy, nie mogą spodziewać się takich wynagrodzeń jak doświadczeni pracownicy. Jednak okazuje się, że mimo względnie niskich oczekiwań są one zazwyczaj wygórowane, przez co utrudniają części młodych Polaków znalezienie i podjęcie satysfakcjonującej pracy.

Ewelina Jurczak
Sedlak & Sedlak

Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń 2014