Polskie firmy nie nadążają za nowymi światowymi trendami w sprzedaży

0

CEO Magazyn Polska

Dynamiczny proces sprzedaży, rozwijanie talentów handlowców i trafna ocena szans sprzedażowych – te cechy wyróżniają najlepszych sprzedawców. W Polsce takie rozwiązania stosuje niewielka liczba przedsiębiorstw. Przykładowo formalny coaching obecny jest w mniej niż co piątej firmie. Rodzimym przedsiębiorcom pozostaje więc podpatrywanie najlepszych i wdrażanie najnowszych rozwiązań, które oni stosują.

Stosowana dotychczas metodologia i procesy oraz sposób zarządzania siecią handlową mogą zabijać sprzedaż – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Petryniak, dyrektor programów strategicznych ICAN Institute, wydawcy „Harvard Business Review Polska”. – Na szczęście wiemy, jakie modele stosują najlepsze firmy sprzedażowe na świecie, które konsekwentnie realizują cele sprzedażowe, więc możemy je wykorzystywać – dodaje.

Według badania przeprowadzonego przez CSO Insights wśród ponad 1,2 tys. firm na świecie, tym, co wyróżnia przedsiębiorstwa będące liderami sprzedaży, jest między innymi dynamiczny proces sprzedażowy, uwzględniający np. zmieniającą się koniunkturę czy pojawienie się nowych rywali na rynku.

Najlepsze firmy wyróżnia koncentracja menadżerów sprzedaży na rozwijaniu talentów handlowców, m.in. poprzez systematyczny coaching sprzedażowy – zauważa Magdalena Petryniak. – Istotna jest także efektywność zarządzania procesem sprzedaży i ocena szans na zawarcie korzystnej umowy.

Polskie przedsiębiorstwa nie odstają od światowej średniej. Do globalnej czołówki jednak wciąż im daleko.

– Formalny lub dynamiczny proces sprzedaży stosuje w Polsce mniej niż 40 proc. organizacji – mówi Petryniak. – Jedynie w 17 proc. organizacji wymagany jest formalny proces coachingu sprzedażowego. Z kolei tylko 40 proc. menadżerów sprzedaży celnie identyfikuje plany sprzedażowe. 

Krajowym firmom pozostaje więc uczenie się od najlepszych.

Mają one jeszcze dużo do zrobienia w prowadzeniu formalnego procesu zarządzania sprzedażą czy formalnego coachingu handlowców – zauważa dyrektor programów strategicznych w ICAN Institute. – Warto, by zainteresowały się nowymi metodologiami, takimi jak na przykład insight selling, które wprowadzają duże zmiany w rozmowie handlowej. Albo by powiązały coaching sprzedażowy z procesem sprzedażowym w firmie i procesem zakupowym u klienta. To najnowsze praktyki, które pozwalają zwiększyć efektywność – dodaje. 

Dziś planowanie skutecznej sprzedaży musi odnieść się do dwóch kluczowych zmian. Po pierwsze, do historii powoli przechodzi model, kiedy niezależni sprzedawcy sami kontrolowali własny proces sprzedażowy. Siły sprzedażowe coraz częściej oparte są na podziale pracy i zespołach. W nowym modelu sprzedaży kluczową rolę odgrywają menedżerowie i osoby zarządzające sprzedażą. Drugą zmianą jest pojawienie się dynamicznych procesów opartych na nowym rodzaju rozmowy handlowej (tzw. insight selling), która wykracza poza prezentację oferty, perswazję i konsultację, a proponowane klientowi rozwiązanie coraz częściej jest projektowane wspólnie z nim.

W badaniu CSO Insights „Optymalizacja zarządzania sprzedażą” wzięło udział 1200 firm różnej wielkości z całego świata. Zebrano wówczas mierniki dotyczące 122 wskaźników efektywności zarządzania sprzedażą. Pytania dotyczyły m.in. rotacji na stanowisku handlowca, procesu coachingowego dla handlowców, czasu poświęcanego na szkolenie i trening, a także działalności kierowników sprzedaży.

Sposoby skutecznej sprzedaży na współczesnych rynkach będą jednym z tematów organizowanej dziś przez „Harvard Business Review Polska” konferencji „Przywództwo w sprzedaży”. Gościem specjalnym będzie Linda Richardson, wiodący ekspert sprzedaży na świecie, laureatka Top Sales and Marketing Award i autorka 10 bestsellerów dotyczących tematyki sprzedaży i zarządzania.

Już 7-latki powinny się uczyć programowania. Na Zachodzie to standard, w Polsce jeszcze rzadkość

CEO Magazyn Polska

W Polsce wciąż brakuje nauki programowania w szkołach podstawowych. Na świecie programowanie uważane jest za kluczową nowoczesną kompetencję i uznawane za trzeci język, którego należy uczyć się równolegle z ojczystym i obcym. Dlatego na Zachodzie tego rodzaju zajęcia od lat znajdują się w planie zajęć nawet najmłodszych uczniów.

Również niektóre kraje naszego regionu doceniają wagę tej umiejętności, np. Estonia zajęcia z programowania dla siedmiolatków i ośmiolatków wprowadziła dwa lata temu. Dzieci uczą się tam równolegle czytania i pisania wraz z poznawaniem tajników kodowania. Podobnie w Wielkiej Brytanii, która rok temu wprowadziła ten przedmiot do programu nauki dla najmłodszych.

Należy pamiętać, że nasze dzieci, czyli dzisiejsi kilkulatkowie, będą wykonywały w przyszłości takie zawody, o których dzisiaj wiemy niewiele. Nie wiedząc praktycznie nic na temat zawodów przyszłości, ale mając świadomość, że będą oparte na technologii, staramy się edukować dzieci i młodzież. Chcemy redukować pasywny odbiór technologii i internetu i tworzyć aktywne postawy w technologii – wyjaśnia Blanka Fijołek, CSR & Sponsorship Manager z firmy Samsung, która zainicjowała program „Mistrzowie Kodowania”.

Program polega na wprowadzeniu regularnych zajęć kodowania, opartych na scenariuszach organizatorów. Scenariusze bazują na programie Scratch, na którym dzieci uczą się podstaw programowania. Po kilku modułach lekcyjnych są w stanie tworzyć własne gry. W kolejnym semestrze uczniowie będą w stanie zaprogramować aplikacje. Program ma wykształcić w dzieciach umiejętność analitycznego myślenia oraz pracy zespołowej.

To jest metoda, która angażuje zarówno dzieci, jak i nauczyciela. Stwarza pole do współpracy. Szereg problemów, które pojawiają się w trakcie pracy, zachęca do kooperacji. Wzmaga to system warsztatowy zajęć. Dzieci uczą się równolegle i uzupełniają wiedzę z zakresu matematyki – mówi agencji informacyjnej Newseria Fijołek.

W programie „Mistrzowie Kodowania” uczestniczy obecnie ponad 200 szkół z całej Polski. Nauką objęte są dzieci w wieku od sześciu do dwunastu lat. Inicjatorem programu jest Samsung Electronics Polska. Merytorycznie firmę wspiera Centrum Edukacji Obywatelskiej oraz Ośrodek Edukacji Informatycznej i Zastosowań Komputerów. Projekt ma poparcie Ministerstwa Edukacji Narodowej i Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Patronat nad programem objęła Anna Komorowska.

Branża hotelarska powoli wychodzi z kryzysu. Najlepiej radzą sobie obiekty SPA i wypoczynkowe

0

CEO Magazyn Polska

Hotelarze wciąż odczuwają skutki spowolnienia gospodarczego, szczególnie prowadzący obiekty konferencyjne. W niektórych miastach średnia frekwencja w ubiegłym roku była poniżej 50 proc. Tak było na przykład w Poznaniu, natomiast w Toruniu i Łodzi nie dobiła nawet do 40 proc. Zdecydowanie najlepiej radzą sobie hotele w Warszawie, Szczecinie i Krakowie. Choć w większych miastach coraz poważniejszą konkurencją dla hoteli stają się apartamenty i mieszkania prywatne na krótkoterminowy wynajem.

Ze spowolnieniem gospodarczym najlepiej poradziły sobie hotele typu SPA i obiekty wypoczynkowe, które nawet w czasie największego dołka przyciągały klientów. Gorzej radzą sobie obiekty konferencyjne. Wstępne dane za ubiegły rok wskazują, że średnie obłożenie w największych miastach w Polsce wahało się miedzy 62 a 70 proc.

Liderem jest Warszawa, za nią – Szczecin i Kraków. Ale są też duże miasta, jak Poznań, w których frekwencja wyniosła mniej niż 50 proc. W mniejszych miastach, jak Toruń czy Lublin, średnia frekwencja za ubiegły rok potrafiła nie dojść nawet do 40 proc. Oczywiście są hotele, które mają frekwencję wyższą, ale mówimy o pewnej średniej w danym mieście – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Piasta z Instytutu Hotelarstwa.

Na frekwencję w hotelach wpływa również sezonowość. Dobrze – na tle rynku – radzą sobie obiekty w górach, gdzie sezon trwa praktycznie cały rok. Nieco gorzej mają się obiekty nadmorskie i w okolicach jezior, gdzie turyści przyjeżdżają głównie latem. W stolicy i innych dużych miastach najlepszy okres dla hoteli jest maj i czerwiec oraz wrzesień i październik.

W wakacje lub w niektóre weekendy w pięciogwiazdkowych hotelach w Warszawie można kupić nocleg za 50 euro, podczas gdy w okresie najwyższej frekwencji, w szczytowych dniach sprzedaży, te same pokoje potrafią kosztować ponad 1 tys. euro – wyjaśnia Jacek Piasta.

W dużych miastach hotelarzom przybywa konkurencji. Goście coraz częściej sięgają po ofertę aparthoteli, apartamentów lub mieszkań prywatnych na krótkoterminowy wynajem.

Cena idzie wraz z jakością i bezpieczeństwem. Zwykle oferty aparthoteli czy apartamentów są korzystniejsze cenowo od oferty hotelowej, ale też trzeba mieć świadomość tego, że będąc klientem apartamentu, nie mamy zapewnionego takiego bezpieczeństwa, jak będąc gościem typowego hotelu – przekonuje ekspert z Instytutu Hotelarstwa.

Piasta podkreśla, że kryzys w branży doprowadził do zamknięcia kilku obiektów.

Ostatnie kilka lat spowolnienia gospodarczego wyrzuciło poza rynek obiekty, które powstawały z przymrużeniem oka. Czyli, kiedy ktoś dostał dotację unijną albo kiedy miał taką sposobność, żeby hotel pobudować, zaczynał biznes. W ciągu ostatnich kilku lat rynek brutalnie zweryfikował takie obiekty. Zostały te, które dobrze rzemieślniczo prowadzą swoją pracę, dbają o gościa i jakość, śledzą rynek i dostosowują ceny – wyjaśnia Jacek Piasta.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że liczba hoteli systematycznie rośnie. Na koniec lipca ub. r. było 2107 tego typu obiektów, o 4,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Cztery lata temu na rynku funkcjonowało 1877 hoteli.

Polacy uważają się za odpowiedzialnych kierowców, ale chętnie łamią przepisy

CEO Magazyn Polska

Polacy wysoko oceniają swoje umiejętności prowadzenia samochodu. Z badań przeprowadzonych przez firmę Shell wynika, że ponad 80 procent Polaków uważa, że jest kierowcą bezpiecznym i odpowiedzialnym. Jednocześnie blisko połowa z nas przyznaje się do świadomego łamania przepisów ruchu drogowego.

Badanie „Bitwa pokoleń Shell FuelSave” zostało przeprowadzony w sześciu krajach na całym świecie, w tym w Polsce. Miało ono pokazać, jak różnice wieku wpływają na sposób zachowania się za kierownicą i jakie jest zdanie kierowców o sobie. Badano dwie grupy pokoleniowe: 18-35 lat, oraz 50-65 lat. W obu tych grupach ponad 80 proc. respondentów stwierdziło, że prowadzi samochód w sposób bezpieczny dla innych uczestników ruchu drogowego. 

 
Mamy dosyć spore poczucie własnej wartości, jeżeli chodzi o prowadzenie pojazdu. Co ciekawe ponad 50 proc. młodych kierowców wskazywała na rodziców czy starsze pokolenie jako tych bardziej doświadczonych kierowców niż na siebie samych. Wydawałoby się, że będzie zupełnie odwrotnie, a tu się okazuje, że młode pokolenie było w tym zakresie bardzo skromne – mówi Agata Hinc, rzecznik prasowy Shell Polska, agencji informacyjnej Newseria Lifestyle.

Młodsze pokolenie natomiast dużo częściej przyznaje się do szybkiej jazdy i świadomego łamania przepisów ruchu drogowego. Taki sposób prowadzenia samochodu zadeklarowało aż 50 proc. badanych z młodszej grupy, i tylko 25 proc. ze starszej.

Na to wpływają między innymi kwestie finansowe, bo wiadomo, że jak się już zostanie złapanym na łamaniu przepisów, to wiążą się z tym kary. Młodszych pewnie mniej to przeraża, bardziej starszych. Starsi bardziej dbają również o bezpieczeństwo na drodze. Zwracają uwagę zarówno na ekonomikę jazdy, jak i na bezpieczeństwo – dodaje Agata Hinc.

Badanie pokazało ponadto, że polscy kierowcy chętnie poszerzają swoją wiedzę w zakresie ekonomicznej jazdy. Aż 80 procent ankietowanych chciałoby wiedzieć więcej na temat bardziej oszczędnego prowadzenia samochodu.

Razem w UE, razem na świecie – Polsko-Brytyjskie Forum Gospodarcze

W dniach 21-22 maja 2014 r. w Londynie odbędzie się Polsko-Brytyjskie Forum Gospodarcze – Strengthening business relations within EU and worldwide – Seizing the Opportunity: Partnerships for Growth. Wydarzenie poświęcone będzie polsko-brytyjskiej współpracy gospodarczej w ramach Unii Europejskiej, a także wspólnym inicjatywom realizowanym na rynkach trzecich.

Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej, współpraca gospodarcza pomiędzy Polską a Wielką Brytanią, cechuje się rosnącą dynamiką. Od 2005 r. Polska awansowała w rankingu największych brytyjskich importerów aż o 13 pozycji, wyprzedzając takie państwa, jak Korea Południowa, Indie, Rosja, Kanada czy Japonia. Wielka Brytania jest obecnie 2. największym importerem polskich towarów i usług, a wartość polskiego eksportu na Wyspy w 2013 r. przekroczyła 41,5 mld złotych – co oznacza niemal trzykrotny wzrost w porównaniu do 2004 r. (14,7 mld złotych).

Polskę i Wielką Brytanię łączy również szereg wspólnych przedsięwzięć. Na przykład produkcja systemów napędowychsześciu samochodów ze ścisłej czołówki Rajdu Dakar realizowana jest w zakładach brytyjskiej firmy GKN Driveline w Oleśnicy. Z kolei stale zyskujący w Polsce na popularności przewoźnik Polski Bus należy do brytyjskiego Stagecoach Group.

Również polskie firmy chętnie inwestują na Wyspach – np. krakowski InPost posiada tam sieć ponad 800 paczkomatów, a nowe punkty odbioru zostaną umieszczone już niebawem przy stacjach londyńskiego metra. Według szacunków Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej w Wielkiej Brytanii funkcjonuje już ponad 40 000 firm założonych przez Polaków.

Pomimo coraz intensywniejszej współpracy gospodarczej pomiędzy Polską a Wielką Brytanią, obie strony uważają, że istnieje jeszcze duży potencjał jej dalszego rozwoju, w szczególności w zakresie współdziałania na rynkach trzecich. Perspektywy tej kooperacji oraz nowe możliwości, jakie niesie ze sobą dalsze zacieśnianie dwustronnych relacji gospodarczych, będą głównymi tematami dyskusji podczas Polsko-Brytyjskiego Forum Gospodarczego.

Pierwszy dzień Forum, pod hasłem „Obchody 10-lecia członkostwa Polski w Unii Europejskiej” odbędzie się w Guildhall, City of London. W dyskusjach udział wezmą m.in. Lord Mayor City of London Alderman Fiorna Wolf, minister bez teki Kenneth Clarke, minister Biznesu, Innowacji i Zdolności Vince Cable, prezes NBP prof. Marek Belka, wiceminister spraw zagranicznych Katarzyna Kacperczyk, wiceminister skarbu państwa Paweł Tamborski, dyrektor UK Trade and Investment w Polsce Martin Oxley i inni. Drugiego dnia w Centrum One Great George Street odbędzie się konferencja poświęcona współpracy handlowej i inwestycyjnej. Tego dnia odbędą się również wizyty w wybranych brytyjskich przedsiębiorstwach. Będzie to doskonała okazja dla przedstawicieli polskich i brytyjskich firm do nawiązania interesujących kontaktów i partnerstw o charakterze biznesowym.

Organizatorem Polsko-Brytyjskiego Forum Gospodarczego jest Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP we współpracy z Ambasadą RP w Londynie, Ambasadą Brytyjską w Warszawie, UK Trade and Investment (UKTI), City of London Corporation, Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ S.A.), PwC oraz Headlines Porter Novelli.

Więcej informacji na temat wydarzenia można znaleźć na stronie internetowej: www.polishbritishforum.pl

UOKiK wygrywa w Sądzie: Metrohouse & Partnerzy

0

Zobowiązywanie konsumenta do zapłaty pełnej prowizji, gdy sprzedaż nieruchomości odbywała się bez udziału pośrednika jest niezgodne z prawem. Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgodził się ze stanowiskiem UOKiK

Wyrok sądu dotyczy UOKiK z listopada 2012 r. Urząd stwierdził wówczas, że we wzorcach umownych spółki Metrohouse & Partnerzy, zajmującej się pośrednictwem w sprzedaży nieruchomości, znalazły się postanowienia tożsame z klauzulami niedozwolonymi. Przedsiębiorca m.in. zastrzegał w umowach na wyłączność prawo do obciążenia pełną prowizją konsumenta, który sprzedał mieszkanie na własną rękę. Tymczasem zgodnie z prawem, pośrednikowi nie należy się pełne wynagrodzenie, jeżeli sprzedaż nieruchomości nie nastąpiła w wyniku jego działań.

Sąd podzielił stanowisko UOKiK i utrzymał karę pieniężną w łącznej wysokości 45 447 zł. Wyrok SOKiK w Warszawie z 29 kwietnia 2014 r. (XVII AmA 41/13) nie jest prawomocny, przedsiębiorcy przysługuje apelacja.

K. Marcinkiewicz: powinien powstać polsko-chiński fundusz wspierający wzajemne inwestycje na obu rynkach. Trwają rozmowy

Polskie firmy mają ciekawe pomysły i dobre produkty, ale do zawojowania chińskiego rynku często brakuje kapitału. Dlatego, według byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza, oba kraje powinny dążyć do utworzenia funduszu, który byłby współinwestorem dla takich projektów. Jednocześnie wspierałby chiński kapitał na polskim rynku.

Jak podkreśla Kazimierz Marcinkiewicz, nadwyżki kapitału w Chinach powodują, że Polacy chcą zachęcać Chińczyków do inwestowania na Wisłą. Rozmowy na ten temat trwają, ale jest to proces długotrwały.

Trzeba doprowadzić do tego, aby powstał fundusz chińsko-polski, który byłby podmiotem wprowadzającym chiński kapitał na polski rynek, a jednocześnie byłby współinwestorem dla tych inwestycji. Myślę także, że warto zastanowić się nad tym, czy wzorem Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju nie stworzyć pewnego rodzaju wspólnego banku, który mógłby nie tylko wprowadzać inwestycje chińskie do Polski, lecz także mógłby pomagać polskim inwestorom inwestować w Chinach – przekonuje były premier w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Polskie firmy mają już ofertę odpowiednią dla konsumentów z Chin: to nie tylko ciekawe projekty, lecz także dobre jakościowo produkty. Największym problemem pozostaje brak kapitału.

Firmy nie są w stanie podołać takim obciążeniom finansowym. W związku z tym instytucjonalizacja tej współpracy wydaje się bardzo potrzebna – podkreśla Marcinkiewicz.

Dzięki niej łatwiejsze byłoby również nawiązywanie i utrzymywanie wzajemnych kontaktów między przedsiębiorców wywodzących się z odmiennych kręgów kulturowych.

Rozmowy nad usprawnieniem współpracy cały czas trwają i dotyczą także pewnych kwestii kulturowych. W Polsce jesteśmy np. bardzo przeregulowani, każdy spór właściwie trafia do sądu, a to strasznie wszystko wydłuża. Chińczycy do czegoś takiego nie są przyzwyczajeni. My też chyba musimy brać pod uwagę to, że jak inwestor z innego świata chce włożyć swój kapitał do Polski, to trzeba mu to umożliwić być może trochę bardziej – przekonuje Marcinkiewicz.

Najbardziej perspektywiczne branże dla inwestorów z Państwa Środka to wciąż energetyka i infrastruktura.

Chińczycy, jak wielu innych inwestorów, najchętniej inwestowaliby w energetykę i infrastrukturę. Nie zawsze to jest możliwe, ale pojawiają się nowe ciekawe dziedziny, np. logistyka, turystyka czy przemysł spożywczy – uważa były premier Kazimierz Marcinkiewicz. – Przemysł spożywczy i całe rolnictwo w Polsce się rozbudowuje. Dziś największe firmy z tego sektora osiągnęły rozmiar średnich firm, więc one będą musiały się konsolidować. Kapitał chiński mógłby w to wejść i uczestniczyć w tej konsolidacji.

Tym samym otworzyłby polskim produktom rolno-spożywczym dostęp do ogromnego chińskiego rynku.

Z podanych na początku maja informacji wynika, że Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych obsługuje siedem chińskich projektów o wartości 59,5 mln euro, które w przyszłości mogą stworzyć 1700 miejsc pracy. Skala inwestycji z Państwa Środka nad Wisłą jest wciąż niewielka. Inwestycje Chin w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej wynoszą mniej więcej tyle samo, co chińskie inwestycje w Szwecji.

K. Marcinkiewicz: powinnien powstać polsko-chiński fundusz wspierający wzajemne inwestycje na obu rynkach. Trwają rozmowy

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy mają ciekawe pomysły i dobre produkty, ale do zawojowania chińskiego rynku często brakuje kapitału. Dlatego, według byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza, oba kraje powinny dążyć do utworzenia funduszu, który byłby współinwestorem dla takich projektów. Jednocześnie wspierałby chiński kapitał na polskim rynku.

Jak podkreśla Kazimierz Marcinkiewicz, nadwyżki kapitału w Chinach powodują, że Polacy chcą zachęcać Chińczyków do inwestowania na Wisłą. Rozmowy na ten temat trwają, ale jest to proces długotrwały.

Trzeba doprowadzić do tego, aby powstał fundusz chińsko-polski, który byłby podmiotem wprowadzającym chiński kapitał na polski rynek, a jednocześnie byłby współinwestorem dla tych inwestycji. Myślę także, że warto zastanowić się nad tym, czy wzorem Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju nie stworzyć pewnego rodzaju wspólnego banku, który mógłby nie tylko wprowadzać inwestycje chińskie do Polski, lecz także mógłby pomagać polskim inwestorom inwestować w Chinach – przekonuje były premier w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Polskie firmy mają już ofertę odpowiednią dla konsumentów z Chin: to nie tylko ciekawe projekty, lecz także dobre jakościowo produkty. Największym problemem pozostaje brak kapitału.

Firmy nie są w stanie podołać takim obciążeniom finansowym. W związku z tym instytucjonalizacja tej współpracy wydaje się bardzo potrzebna – podkreśla Marcinkiewicz.

Dzięki niej łatwiejsze byłoby również nawiązywanie i utrzymywanie wzajemnych kontaktów między przedsiębiorców wywodzących się z odmiennych kręgów kulturowych.

Rozmowy nad usprawnieniem współpracy cały czas trwają i dotyczą także pewnych kwestii kulturowych. W Polsce jesteśmy np. bardzo przeregulowani, każdy spór właściwie trafia do sądu, a to strasznie wszystko wydłuża. Chińczycy do czegoś takiego nie są przyzwyczajeni. My też chyba musimy brać pod uwagę to, że jak inwestor z innego świata chce włożyć swój kapitał do Polski, to trzeba mu to umożliwić być może trochę bardziej – przekonuje Marcinkiewicz.

Najbardziej perspektywiczne branże dla inwestorów z Państwa Środka to wciąż energetyka i infrastruktura.

Chińczycy, jak wielu innych inwestorów, najchętniej inwestowaliby w energetykę i infrastrukturę. Nie zawsze to jest możliwe, ale pojawiają się nowe ciekawe dziedziny, np. logistyka, turystyka czy przemysł spożywczy – uważa były premier Kazimierz Marcinkiewicz. – Przemysł spożywczy i całe rolnictwo w Polsce się rozbudowuje. Dziś największe firmy z tego sektora osiągnęły rozmiar średnich firm, więc one będą musiały się konsolidować. Kapitał chiński mógłby w to wejść i uczestniczyć w tej konsolidacji.

Tym samym otworzyłby polskim produktom rolno-spożywczym dostęp do ogromnego chińskiego rynku.

Z podanych na początku maja informacji wynika, że Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych obsługuje siedem chińskich projektów o wartości 59,5 mln euro, które w przyszłości mogą stworzyć 1700 miejsc pracy. Skala inwestycji z Państwa Środka nad Wisłą jest wciąż niewielka. Inwestycje Chin w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej wynoszą mniej więcej tyle samo, co chińskie inwestycje w Szwecji.

 

GPW będzie zachęcać Polaków do inwestowania na giełdzie i budować pozytywny wizerunek rynku kapitałowego

CEO Magazyn Polska

Giełda Papierów Wartościowych ruszyła z kampanią wizerunkową promującą rynek kapitałowy. Celem jest podkreślenie roli, jaką giełda odegrała w procesie budowania wolnego rynku w Polsce, powiązanie 23 lat istnienia warszawskiego parkietu z przypadającymi na ten rok obchodami 25-lecia transformacji ustrojowej oraz zachęcenie Polaków do inwestowania swoich oszczędności na GPW.

Giełda już odgrywa bardzo dużą rolę w rozwoju polskiej przedsiębiorczości, ale ciągle za małą. Dlatego powinna zdecydowanie mocniej otworzyć się na nowych inwestorów – m.in. poprzez takie kampanie, które przypominają o jej podstawowej roli, jaką jest pozyskiwanie kapitału dla polskich firm i skuteczna alokacja oszczędności Polaków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Maciejewski, prezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych.

Główną ideą kampanii jest zwrócenie uwagi na rolę, jaką giełda odegrała w procesie transformacji ustrojowej w Polsce, oraz przekonanie Polaków, że inwestowanie to dobry sposób na pewne i bezpieczne lokowanie swoich oszczędności. GPW chce przypomnieć w kampanii o 23 latach sukcesów warszawskiego parkietu. Jak podkreśla Maciejewski, okazją jest m.in. 25. rocznica transformacji ustrojowej w Polsce.

Doszliśmy do wniosku, że wiosna i 25-lecie wolności polskiej jest dobrym momentem, żeby przypomnieć o sukcesach giełdy i po prostu stworzyć dobrą atmosferę wokół rynku kapitałowego. Te 23 lata to lata praktycznie samych sukcesów polskiego rynku kapitałowego i polskiej giełdy  – przypomina Maciejewski.

Na giełdzie w Warszawie jest obecnie notowanych łącznie niemal 900 spółek – 455 na głównym parkiecie GPW oraz 439 na alternatywnym rynku NewConnect. Zdecydowana większość z nich to spółki z sektora prywatnego, które dzięki środkom ze sprzedaży akcji mogły rozwijać się i inwestować w nowe produkty i usługi, a co za tym idzie – aktywnie wspierały rozwój polskiej gospodarki w ostatnim ćwierćwieczu.

Dzięki takiemu rozwojowi GPW jest dziś największą giełdą w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednak prezes Maciejewski zauważa, że rynek wciąż ma ogromny, niewykorzystany potencjał, a wielu Polaków oraz przedsiębiorstw obawia się inwestować na GPW. Ma się to zmienić m.in. dzięki rozpoczętej dziś kampanii wizerunkowej.

Musimy to zmienić różnymi metodami. Oczywiście robimy to przede wszystkim poprzez działania typowo edukacyjne. Corocznie kształcimy kilkanaście tysięcy osób, które są zainteresowane rynkiem kapitałowym, ale to jest wciąż za mało. Ważne, żeby stworzyć zarówno jasny wizerunek polskiego rynku kapitałowego i polskiej giełdy, jak i wizerunek miasta jako Warsaw Capital City – przekonuje Maciejewski.

Kampania, którą realizuje agencja kreatywna Adbirds, będzie widoczna na ulicach Warszawy, w komunikacji miejskiej, prasie, internecie i telewizji. W ramach kampanii uruchomiona została specjalna edukacyjna podstrona www.gpw.pl/inwestuj, objaśniająca podstawy inwestowania na giełdzie. Partnerem kampanii jest Miasto Stołeczne Warszawa.

Polska gospodarka może przyspieszyć dzięki gazowi łupkowemu i współpracy między Europą a USA

CEO Magazyn Polska

Tani gaz z łupków zwiększył konkurencyjność gospodarki Stanów Zjednoczonych. Może pomóc także polskiej, o ile wydobycie okaże się opłacalne – uważa Howard Chase z koncernu chemicznego Dow Europe.  Kolejnym pozytywnym bodźcem dla Polski i Unii Europejskiej może stać się umowa o wolnym handlu z USA.

Stwierdzenie, że gaz łupkowy jest rewolucją, jest całkowicie prawdziwe. Sprowadza on przemysł z powrotem do Stanów Zjednoczonych, ponieważ mamy duże zasoby taniego surowca, idealnego do wyrobu chemikaliów. Dlatego szybko rosną inwestycje branży chemicznej w USA – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Howard Chase, director of government affairs w Dow Europe.

Jednym z głównych powodów powrotu przemysłu do Stanów Zjednoczonych jest tania energia pozyskiwana właśnie z gazu łupkowego, który w Europie budzi kontrowersje, szczególnie ze względów bezpieczeństwa i jego wpływu na środowisko.

Użycie chemikaliów w wydobywaniu gazu łupkowego musi być bezpieczne. W pełni popieramy regulacje zapewniające pełną przejrzystość tego procesu. Uważamy, że szczelinowanie hydrauliczne nie powoduje problemów, ale musi być uregulowane, nadzorowane przez odpowiednie władze i spełniać standardy bezpieczeństwa – twierdzi Chase.

Podkreśla, że jeśli złoża gazu łupkowego w Polsce okażą się wystarczająco bogate i będą mogły być bezpiecznie eksploatowane, to może to pobudzić rozwój przemysłu także w Polsce.

To dobra informacja dla polskiego i europejskiego przemysłu. Ale wciąż pozostaje „jeśli”. O polskim gazie łupkowym wciąż niewiele wiadomo, jednak warto próbować, testować, rozwijać różne techniki i sprawdzać, co można w tej sprawie zrobić – tłumaczy Howard Chase.

Trzeba też wykazać się cierpliwością – badania i dobór rozwiązań technicznych, zdaniem przedstawiciela Dow Europe, mogą trwać dość długo. Potrzebny jest też program prac związanych z badaniem i wydobyciem gazu łupkowego oraz jego konsekwentna realizacja.

Kolejnym pozytywnym impulsem dla gospodarki może być porozumienie o wolnym handlu między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi – Transatlantic Trade and Investment Partnership (TTIP).

To niejedyny warunek wzrostu konkurencyjności Europy, ale z pewnością może popchnąć europejską gospodarkę do przodu. Gospodarki europejska i amerykańska są w przybliżeniu podobnej wielkości – możemy sprawić, by zaczęły sprawniej współpracować – uważa dyrektor z Dow Europe. – Wielkie międzynarodowe firmy, jak Dow, zyskają na umowie handlowej, ale te korzyści przejdą również na naszych klientów w Europie i  Polsce. Klientów, którzy używają naszych produktów i dzięki którym ich praca jest bardziej wydajna i konkurencyjna – przekonuje.

Dow Europe, europejskie ramię koncernu Dow Chemical Company, z jednej strony jest dostawcą amerykańskich technologii wydobycia gazu łupkowego oraz wykorzystywanych przy wydobyciu specjalistycznych chemikaliów, a z drugiej – konsumentem gazu wykorzystywanego podczas produkcji chemikaliów.

Dziś akcjonariusze Energi zdecydują o wypłacie dywidendy

0

CEO Magazyn Polska

Dywidendę w wysokości złotego za akcję proponuje w tym roku zarząd Energi. Dziś o jej wypłacie zadecyduje Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy. Firma zapowiada, że w przyszłym roku podzieli się zyskami z akcjonariuszami w jeszcze większym stopniu. Koncern realizuje inwestycje w obszarze dystrybucji i energii odnawialnej. Planuje kolejne projekty, ale uzależnia je od nowego prawa o energetyce odnawialnej.

Dziś ZWZA Energi zadecyduje o wypłacie dywidendy za 2013 rok. Spółka w tym czasie zarobiła na czysto prawie 764 mln złotych, co daje 1,86 zł na akcję. Z tego zarząd proponuje wypłacenie 1 złotego na akcję. Rada nadzorcza przyjęła zarekomendowaną przez zarząd wypłatę dywidendy.

O wysokości zadecyduje Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy. Zakładamy, że zgodzi się z naszą rekomendacją – 1 zł na akcję. W przyszłym roku, zgodnie z obietnicą podczas debiutu giełdowego, będziemy rekomendować dywidendę wyższą – nawet o 20 proc. – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Bieliński, prezes koncernu Energa.

Zgodnie w Wieloletnim Planem Inwestycji Strategicznych spółka pracuje nad projektami dwóch farm wiatrowych (Parsówek i Myślino) i dwóch małych źródeł fotowoltaicznych (Czernikowo i Gdańsk).

Obecny poziom inwestycji w OZE wiąże się z naszymi przewidywaniami dotyczącymi wejścia w życie nowego prawa o energetyce odnawialnej. Uważamy, że wejdzie ono w życie na przełomie 2015 i 2016 roku, więc dziś realizujemy te inwestycje, które zostaną zakończone przed wejściem w życie nowego prawa – tłumaczy prezes.

Kolejne inwestycje w OZE zależą właśnie od tego, jaki będzie ostateczny kształt nowych regulacji. Prace nad długo oczekiwaną ustawą trwają. Na początku kwietnia projekt został przyjęty przez rząd.

Jednak kluczowe inwestycje – z punktu widzenia i firmy, i odbiorców – dotyczą dystrybucji. W I kwartale br. ze 195 mln zł nakładów inwestycyjnych Grupy wydatki w tym segmencie wyniosły 154 mln zł. Dotyczą one m.in. modernizacji sieci, w tym także wdrażania elementów sieci inteligentnej smart grid.

Jak podkreśla prezes Energi, to przedsięwzięcia bezpośrednio podnoszące bezpieczeństwo dostaw energii.

Zdecydowanie więcej środków wydajemy w segmencie dystrybucji. Mamy ambicje, by w sensie rzeczowym wykonać ten sam plan, ale przy niższych nakładach finansowych. Widzimy faktycznie zmniejszenie CAPEX [wydatki inwestycyjne – red.], porównując I kw. tego i poprzedniego roku. To efekt harmonogramów prac i wydawania środków – mówi Mirosław Bieliński.

Szacunki firmy mówią o stabilizacji cen energii elektrycznej. Ewentualne zmiany nie będą odczuwalne dla rynku.

Z naszego punktu widzenia i z punktu widzenia naszych klientów istotne jest wprowadzenie obowiązków związanych z żółtymi i czerwonymi certyfikatami. To jest czynnik kosztowy dla regulowanej przez prezesa URE ceny dla odbiorców indywidualnych. Nie wiemy, czy URE podnosząc nam z jednej strony koszty, zgodzi się też na podniesienie cen. Przewidywania branży są pesymistyczne w tym zakresie – podkreśla Mirosław Bieliński.

Jego zdaniem, w dłuższym okresie również więcej dobrych informacji jest dla konsumentów energii niż dla jej wytwórców, a więc ceny powinny utrzymywać się na poziomie uważanym przez wytwórców energii za niski.

Energa w pierwszym kwartale osiągnęła zysk netto ok. 323 mln zł. Rok wcześniej w tym samym okresie wypracowała niecałe 181 mln zł czystego zysku. Wzrosła też rentowność sprzedaży. Mimo poprawy wyników spółka zanotowała spadek przychodów ze sprzedaży o 19 proc. Przychody w wytwarzaniu i dystrybucji wzrosły w I kwartale o odpowiednio  26 proc. i 8 proc. Po 20 czerwca spółka wejdzie w skład indeksu WIG30.

La Mania coraz bardziej rozpoznawalna w Wielkiej Brytanii

CEO Magazyn Polska

Firma La Mania Joanny Przetakiewicz osiągnęła sukces nie tylko w Polsce. Ubrania zaprojektowane przez Przetakiewicz stały się na tyle popularne Wielkiej Brytanii, że projektantka otworzyła własne stoisko w luksusowym domu towarowym Harrods. Butik Przetakiewicz szybko staje się rozpoznawalny, a klienci coraz częściej o niego pytają.

Joanna Przetakiewicz przyznaje, że marka La Mania staje się coraz bardziej rozpoznawalna w Londynie. W ciągu ostatnich dwóch lat sklep znacząco zyskał na popularności.

Robię czasami test, przychodzę do Harrodsa i pytam: „Podobno jest tutaj La Mania, gdzie?”. I zastanawiam się, czy panie, które pracują w tym gigantycznym domu towarowym, gdzie pracuje kilkadziesiąt tysięcy osób, rozpoznają markę. Dwa lata temu jeszcze nikt nie wiedział, gdzie jest La Mania. Dzisiaj wszyscy wiedzą. Właśnie to jest najlepszy dowód na to, że każda publikacja czyni nas bardziej znanym – mówi Joanna Przetakiewicz agencji informacyjnej Newseria Lifestyle.

Zainteresowanie i rozpoznawalność polskiej marki stale rosną. La Mania pojawiła się na głównej bożonarodzeniowej wystawie w Harrodsie w towarzystwie Toma Forda i Christiana Diora.

– Rośnie zainteresowanie marką i jej rozpoznawalność, a to jest najistotniejsze. Ktoś, kto odwiedza Harrodsa, Josefa lub inne miejsca, w których jesteśmy, pyta, jak trafić do naszego stoiska – mówi Przetakiewicz.

La Mania to pierwsza polska marka, która zaistniała w Harrodsie, uznawanym za najbardziej prestiżowy dom towarowy w Londynie.

Partnerstwo publiczno-prywatne dla wielu samorządów jedyną szansą na zrealizowanie drogich inwestycji infrastrukturalnych

CEO Magazyn Polska

Skomplikowana i niejasna sytuacja prawna utrudniają inwestycje w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. Mimo to będzie ono coraz szerzej wykorzystywana, zwłaszcza przez polskie samorządy. Dla nich może być to jedyna szansa na przeprowadzenie kosztownych inwestycji.

Widzimy duże zaangażowanie samorządów. One wierzą w to, że będzie można rozwiązywać swoje problemy i zaspokajać potrzeby, których jest dużo, nie tylko poprzez wykorzystanie środków unijnych i ze swojego budżetu, lecz także poprzez wykorzystanie środków, które przynosi formuła partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP). Jestem głęboko przekonany, że liczba tych projektów będzie znacznie większa, że będziemy je widzieć – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Roman Wieczorek, wiceprezes wykonawczy Skanska AB.

Wieczorek przyznaje, że partnerstwo publiczno-prywatne to bardzo skomplikowana formuła inwestycji. Uczestniczą w niej trzy strony: zamawiająca instytucja publiczna, prywatny wykonawca oraz finansujący przedsięwzięcie bank. By PPP było udane, wszystkie trzy strony muszą na tym zyskać. Wiceprezes Skanska AB podkreśla, że nie ma mowy o tym, by którakolwiek ze stron była stratna.

Dla strony publicznej korzyścią jest przeprowadzenie inwestycji bez uszczerbku dla budżetu. Z kolei strona prywatna zyskuje zwykle po oddaniu inwestycji, np. na opłatach za przejazd, które pobiera na mocy umowy przez wiele lat.

Choć Unia Europejska zachęca do PPP, nadal niejasne są przepisy dotyczące tej formuły. Jak przypomina Wieczorek, nie ma zgody co do tego, czy środki i gwarancje na PPP powinny być wliczane do długu publicznego, czy nie. To dodatkowo utrudnia inwestycje w tej formule, choć Wieczorek jest pewien, że będzie ich przybywać.

My jako Skanska, która ma potężną wiedzę i doświadczenie w realizacji takich projektów, czego przykładem jest chociażby autostrada A1 Toruń – Gdańsk, zbudowana w tej formule, będziemy istotnym graczem na tym rynku – zapewnia Roman Wieczorek.

Skanska była wykonawcą 150-kilometrowego odcinka A1. Spółka wykonała 80 proc. prac trwających od 2004 do 2011, które łącznie były warte 1,25 mld euro. Zgodnie z umową koncesyjną do 2039 r. autostradą będzie zarządzać spółka Gdańsk Transport Company, w której Skanska ma 30 proc. udziałów.

Szwedzki koncern ma specjalne biuro, które zajmuje się projektami PPP. Jego siedziba znajduje się w Londynie.

Polacy coraz częściej szukają pracy przez media społecznościowe. Również firmy przekonują się do tej formy rekrutacji

CEO Magazyn Polska

Bezrobocie powoli spada, ale rynek pracy należy wciąż do pracodawcy. Najbardziej poszukiwani są specjaliści, zarówno fizyczni, jak i umysłowi, informatycy i inżynierowie. Kandydaci coraz częściej szukają pracy przez media społecznościowe. Także firmy powoli wykorzystują ten sposób do rekrutacji pracowników. Jak jednak podkreślają eksperci, w porównaniu z krajami zachodniej Europy czy Stanami Zjednoczonymi wciąż niewiele pracodawców stawia na tę formę rekrutacji.

Blisko 60 proc. Polaków deklaruje, że korzysta z mediów społecznościowych. Większość to ludzie młodzi, którzy coraz częściej wykorzystują je przy poszukiwaniu pracy. Także pracodawcy przekonują się do e-rekrutacji, jednak dzieje się to powoli i dotyczy tylko części rynku.

Na pewno agencje rekrutacyjne, firmy, które zajmują się poszukiwaniem pracowników, zwróciły uwagę na ten sposób rekrutacji. Obecnie 80 proc. naszych działań rekrutacyjnych to właśnie wykorzystanie tych mediów. Jeśli chodzi o firmy docelowe, które same szukają pracowników, to statystyki mówią, że jest dość niski procent firm, które pozyskują kandydatów z tego źródła – mówi agencji Newseria Biznes Hanna Listek, dyrektor zarządzający w Polski HR Doradztwo Personalne.

W Polsce prawie co piąty pracodawca deklaruje, że przy szukaniu kandydatów korzystało z takich mediów, jak Facebook, Twitter czy LinkedIn. Z roku na rok odsetek ten jest coraz większy, ale w porównaniu z innymi krajami – wciąż niewielki (np. w USA odsetek wynosi 89 procent). Zdaniem Hanny Listek ze względu na możliwość bezpośredniego dotarcia do grupy docelowej i na związaną z tym większą skuteczność firmy coraz częściej będą jednak z tych mediów korzystały.

Powoli poprawia się sytuacja na rynku. Bezrobocie w kwietniu spadło do 13 procent (spadek o 0,5 pkt procentowego) i według szacunków ministra pracy w maju zmniejszy się o kolejne 0,5 pkt proc. PKB w I kwartale wzrosło natomiast o 3,3 procent. Zdaniem Listek mimo to rynek wciąż jeszcze będzie korzystny dla pracodawcy, choć istnieją branże, w których trudno o pracownika. 

– Na pewno poszukiwani będą wysoko wykwalifikowani specjaliści, zarówno fizyczni, jak i umysłowi. Poszukiwani także są informatycy. Branżą, która mocno się rozwija, jest zarówno logistyka, jaki i budownictwo, meblarstwo. Także firmy produkcyjne oraz branża automotive będą potrzebowały wysokiej klasy specjalistów. W cenie zawsze są inżynierowie, dlatego nie powinni oni mieć problemów ze znalezieniem dobrze płatnej pracy – wyjaśnia Hanna Listek.

Ruszyły prace sezonowe, więc pojawia się dużo ofert m.in. dla pracownicy obsługujących stanowiska handlowe.

Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji: Europa musi otworzyć się na migrację z południa globu

CEO Magazyn Polska

Europejczycy muszą otworzyć się na imigrantów, dzięki czemu skorzysta cała wspólnota – apeluje Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji. Nieracjonalna obawa przed osobami spoza UE ma podłoże ekonomiczne, tożsamościowe oraz związane z bezpieczeństwem. W Europie żyje już jednak ponad 20 milionów imigrantów spoza wspólnoty, a na całym świecie  miliard imigrantów.

Myślę, że możemy się spodziewać jeszcze większej migracji do Europy, zwłaszcza że mamy starzejące się społeczeństwa, więcej osób umiera, niż się rodzi, i zwyczajnie potrzebujemy więcej rąk do pracy. Potrzebujemy więc planu działania w dużej skali, ale także w skali średniej i na poziomie podstawowym – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes William Lacy Swing, dyrektor generalny Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji.

Zgodnie z danymi Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) na całym świecie jest już nawet miliard imigrantów. 250 milionów spośród nich wyjechało do innego kraju, a reszta przemieszcza się w obrębie jednego państwa. Jak podaje Eurostat, na terenie UE w 2013 r. żyło ponad 20 mln osób z pozaunijnym obywatelstwem. Dane nie uwzględniają migrantów nieudokumentowanych, których, według szacunków przygotowanych dla Komisji Europejskiej, może być nawet ok. 4 mln.

Swing podkreśla, że tak wielkich fal migracji jak obecnie nie notowano jeszcze w historii. To duże wyzwanie, ale i szansa, zwłaszcza dla starzejących się społeczeństw. Choć wiele osób obawia się napływu imigrantów, mogą na tym skorzystać zarówno kraje przyjmujące, jak i kraje, z których oni pochodzą, np. poprzez przesyłane z powrotem do rodziny pieniądze.

Staramy się zachęcić kraje do tego, by stworzyły ramy, które uregulują i ułatwią legalną migrację, które pozwolą zmniejszyć liczbę osób podróżujących bez odpowiednich dokumentów i dadzą pewność, że chronione są prawa człowieka – tłumaczy Swing. – Wiele obaw nie ma żadnych podstaw, a wynikają one z trzech rzeczy. Pierwsza to globalny kryzys finansowy i gospodarczy. Druga to środki bezpieczeństwa, które zostały wprowadzone po zamachach 11 września, zgodnie z którymi każdy jest potencjalnym terrorystą. Trzecia to bardzo nieracjonalny strach przed utratą tożsamości, i swojej własnej, i narodowej.

Swing przyznaje, że choć polityka antymigracyjna jest oparta na strachu i stereotypach, jest ona obecnie bardzo silna. Zarządzanie migracją to duże wyzwanie dla IOM. Swing podkreśla, że społeczeństwa w Europie muszą być uświadamiane, że napływ imigrantów, szczególnie z południa globu, może być korzystny.

Dodaje, że wyzwania związane z migracją istnieją też na poziomie regionalnym. O ile na południu Europy istnieje konieczność rozwiązania sytuacji napływu imigrantów z Afryki, to w Europie Wschodniej i Polsce w szczególności znaczenie ma sytuacja na Ukrainie. Swing nie chce jednak przewidywać, czy kryzys w tym kraju skłoni Ukraińców do wyjazdu.

Sytuacja w tej chwili jest zbyt niestabilna, by wiedzieć to na pewno. Wasze kraje mają długą historię wzajemnego sąsiedztwa, dlatego jeśli przyjedzie do was duża liczba Ukraińców, będziecie chcieli, by czuli się u was komfortowo, dopóki sytuacja w ich kraju się nie wyjaśni. Tworzenie jakichkolwiek prognoz w tej chwili jest niebezpieczne, bo nikt nie jest w stanie przewidzieć rozwoju wydarzeń – podkreśla Swing.

LZMO kończy emisję obligacji na rozwój spółki. Zakłady w Lubsku produkują nowoczesne kominy na eksport

CEO Magazyn Polska

Dziś kończy się emisja 2,5-letnich obligacji spółki LZMO z Lubska. Firma liczy na pozyskanie 8 mln zł, dzięki którym będzie mogła zwiększyć produkcję systemów kominowych w przyszłościowej technologii izostatycznej. W całej Europie jest tylko trzech przedsiębiorców, którzy korzystają z tej technologii. LZMO ma już liczne kontrakty zagraniczne.

LZMO podpisało szereg umów na dostawę systemów kominowych do krajów sąsiednich, przede wszystkim do Czech, na Słowację, do Austrii, ale również do krajów bałkańskich i nadbałtyckich  bardzo dobre kontrakty, oraz do jednego z krajów pozaeuropejskich. Są to kontrakty z dużymi liczącymi się na każdym rynku graczami. One wymagają tego, żeby skutecznie zatowarować dany rynek, potrzeba po prostu większej produkcji dostarczonej w stosunkowo krótkim czasie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Janus, prezes zarządu IndygoTech Minerals, holdingu, który ma 41 proc. udziału w kapitale zakładowym LZMO.

Na początku maja firma rozpoczęła realizację zamówień na rynku litewski, łotewski i estoński. A kilka dni temu rozpoczęła współpracę z partnerem na Bliskim Wschodzie. Władze LZMO zapowiadają, że ten rok ma w dalszym ciągu upływać pod znakiem dynamicznego zwiększania eksportu.

Spółka LZMO powstała na bazie Lubuskich Zakładów Materiałów Ogniotrwałych. Od maja 2011 r. w nowym zakładzie firma specjalizuje się w budowie systemów kominowych. To właśnie na zwiększenie ich produkcji w związku z licznymi kontraktami potrzebne są dodatkowe środki.

2,5-letnie obligacje, których emisja kończy się dzisiaj, mają zapewnić do 8 mln zł, które w całości zostaną przeznaczone na kapitał obrotowy spółki. Obligacje są oprocentowane na 8,75 proc. Ich przydział zaplanowano na 22 maja.

Jak podkreśla Janus, technologia izostatyczna, w której produkuje LZMO, jest bardzo przyszłościowa. Spółka nie musi się obawiać braku zamówień, bo w całej Europie, według Janusa, jest obecnie tylko trzech producentów, którzy stosują tę technologię.

Jest to technologia przyszłości. Obecne kominy są produktem schodzącym, królowały na rynku przez około 40 lat i właśnie jesteśmy świadkami narodzin nowego rodzaju komina. Jest to komin izostatyczny. Zarówno jakość i wymagania technologiczne, jak i efektywność energetyczna tego komina są nieporównywalnie większe – przekonuje Janus.

Kominy produkowane przez LZMO są montowane przede wszystkim w domach jednorodzinnych.

Janus dodaje, że w ramach holdingu IndygoTech Minerals realizowane są też inne projekty. Holding ma 49 proc. udziałów w spółce Baltic Ceramics Investments. Zarządza ona budową pierwszej w UE fabryki proppantów ceramicznych, które są niezbędne w procesie wydobywania węglowodorów, w tym gazu łupkowego. W Lubsku powstaje za 47,3 mln zł fabryka, która ma zapewnić ok. 5 proc. światowego zapotrzebowania na ten produkt.

Holding ma też 63 proc. udziałów w spółce Industry Technologies, która ma zajmować się produkcją izolatorów dla średnich i wysokich napięć.

Helmut Langanger nowym Przewodniczącym Serinus, Sebastian Kulczyk wchodzi do Rady Dyrektorów

Podczas Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy w Calgary, Rada Dyrektorów Serinus Energy powołała na Przewodniczącego Helmuta Langangera, dotychczasowego Dyrektora. Nowym członkiem Rady Dyrektorów został Sebastian Kulczyk.

Helmut Langanger
Helmut Langanger

Helmut Langanger zastąpił na stanowisku Przewodniczącego Rady Dyrektorów Dariusza Mioduskiego, który przestał pełnić tę funkcję wraz z Walnym Zgromadzeniem. H. Langanger posiada ponad 40 lat doświadczenia w branży energetyczno-paliwowej.. Karierę rozpoczął w 1974 roku w OMV – spółce notowanej na wiedeńskiej giełdzie papierów wartościowych, największej spółce działającej w sektorze ropy i gazu w Europie Środkowo-Wschodniej. W trakcie pracy w Austrii, pan Langanger pełnił funkcje m.in. Wiceprezesa, Członka Zarządu oraz Dyrektora Zarządzającego. W latach 2002-2010, gdy był Dyrektorem Zarządzającym OMV, spółka zwiększyła wydobycie z 80.000 do 320.000 baryłek ekwiwalentu ropy naftowej. Z Serinus Energy związany jest od 2011 roku.

Nowym Dyrektorem Spółki został Sebastian Kulczyk – kluczowa osoba w Kulczyk Investments, firmie będącej głównym akcjonariuszem Serinus. Decyzja o wejściu do Rady Dyrektorów świadczy o zaangażowaniu Kulczyk Investments w działalność Serinus Energy i roli Spółki w strategii inwestycyjnej Holdingu. Kulczyk Investments niezmiennie wspiera Serinus Energy jako większościowy akcjonariusz i nadal zamierza aktywnie uczestniczyć w zarządzaniu Spółką. Od stycznia 2014, jako Prezes Zarządu Kulczyk Investments, Sebastian Kulczyk zarządza międzynarodową grupą kapitałową prowadzącą projekty inwestycyjne w ponad 30 państwach na 4 kontynentach. Związany z Kulczyk Investments od 2010 r., gdzie początkowo nadzorował sektor zasobów naturalnych, a następnie od grudnia 2011 do grudnia 2013, jako członek Zarządu odpowiadał za rozwój  grupy. W latach 2008-2010 pracował w Lazard, londyńskiej niezależnej spółce doradztwa inwestycyjnego, a w latach 2006-2008 był Prezesem Zarządu w funduszu inwestycyjnym Phenomind Ventures, wspierającym polskie spółki z branży nowych technologii. W latach 2000-2011 był członkiem zarządu i współwłaścicielem agencji interaktywnej Goldensubmarine. Jest absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na kierunku Zarządzanie i Marketing, studiował również zarządzanie projektami inwestycyjnymi i zasobami ludzkimi na London School of Economics.

 

Wzrost przychodów Serinus o 25% w I kw. 2014 – do niemal 36 mln USD

Serinus Energy zanotował niemal 36 mln USD przychodów brutto w I kwartale 2014 roku. Pomimo niespokojnej sytuacji na Ukrainie, produkcja Spółki na tamtejszych aktywach wynosi 3,504 baryłek ekwiwalentu ropy naftowej dziennie. Na nadchodzące miesiące zaplanowano intensywne prace w Tunezji oraz nowe odwierty i stymulację już istniejących na Ukrainie.

Podsumowanie

Produkcja w I kwartale wyniosła 4,849 boe/d, co oznacza wzrost o 54 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2013 roku.

Średnia produkcja netto dla Serinus na ukraińskich aktywach osiągnęła poziom 3,504 boe/d, czyli o 11 proc. więcej niż rok wcześniej.

• Kwartalne przychody brutto wzrosły o 25 proc. do 35,9 mln USD, z czego 28,8 mln USD to część przypadająca na akcjonariuszy SEN.

Wartość retroaktywna netto (netback) w Tunezji utrzymała wysoki poziom – 65,86 USD za baryłkę. Netback na Ukrainie wyniósł 5,14 USD za tysiąc m sześc. gazu (30,85 USD za baryłkę ekwiwalentu ropy naftowej). Wynik ten jest efektem obniżki cen gazu importowanego z Rosji oraz pogorszenia kursu ukraińskiej hrywny w stosunku do dolara amerykańskiego.

Przepływy środków z działalności operacyjnej wzrosły o 49 proc. w stosunku do I kwartału 2013 oraz 2 proc. w porównaniu do IV kwartału i osiągnęły poziom 14,9 mln USD. Kwota przypadająca na akcjonariuszy Serinus wynosi 11.3 mln USD.

• W I kwartale br. Serinus zanotował stratę netto w wysokości 16,2 mln USD. Czynnikiem, który w istotny sposób wpłynął na wynik jest ujęcie niezrealizowanych ujemnych różnic kursowych w wysokości 18,9 mln USD. W przypadku umocnienia kursu hrywny ta niezrealizowana strata może być częściowo lub w całości odrobiona.

Dochód netto za I kwartał br., przed ujęciem niezrealizowanych różnic kursowych, wyniósł 2,7 mln USD (1,7 mln USD dla akcjonariuszy Serinus).

• W marcu Spółka uruchomiła nową stację przetwórstwa gazu na polu Makiejewskoje. Od tamtego momentu wydobycie, do tej pory ograniczone technologiczne, stopniowo wzrasta.

• Podczas testów strefy S7 na odwiercie M-17, uzyskano przepływ gazu na poziomie ponad 25 tys. m sześc. dziennie. Wcześniej do tej formacji nie były przypisane żadne wielkości rezerw, zatem jest to całkiem nowe odkrycie na terenie pola Makiejewskoje. Nadal odbywają się testy strefy S6. Rejestry wykazały obecność w niej warstwy gazu o grubości 9 metrów, potencjalnie opłacalnego do wydobycia.

Przepływ gazu uzyskano również podczas testów odwiertu O-24. Zostanie on poddany stymulacji w tym roku.

Średnia dzienna produkcja w drugim kwartale na dzień 14 maja 2014 wynosi 4.873 baryłek ekwiwalentu ropy (boe/d).

• Pomimo zawirowań politycznych na terenie Ukrainy, praca na aktywach Serinus odbywa się bezproblemowo, a załoga jest bezpieczna.

„Pierwszy kwartał 2014 roku był dla nas okresem wytężonej pracy oraz śledzenia rozwoju sytuacji na Ukrainie. Nasze prace nie zostały dotychczas zakłócone przez zawirowania polityczne i nadal regularnie zwiększamy wydobycie. Podczas nadchodzących miesięcy zamierzamy kontynuować wzrosty na Ukrainie a także  pracować nad modernizacją istniejących i wykonaniem nowych odwiertów w Tunezji.” – powiedział Jakub Korczak, Wiceprezes ds. Relacji Inwestorskich i Dyrektor Operacji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Perspektywy

• Spółka planuje w tym roku wykonać jeszcze cztery odwierty na ukraińskich aktywach. Trwają prace nad pierwszym z nich – O-11. Operacje Serinus na Ukrainie finansowane są ze środków pozyskanych z bieżącej działalności.

• Przed końcem roku Spółka przeprowadzi program szczelinowania hydraulicznego, który obejmować będzie m.in. odwierty NM-3, O-11, O-15 oraz prawdopodobnie strefę S7 na M-17.

• W kwietniu rozpoczęły się prace modernizacyjne nad odwiertami CS-Sil-1 i CS-Sil-10 w Tunezji. Ciśnienie i poziomy produkcji w pierwszym z nich rosną w miarę oczyszczania otworu.

• W ciągu trzeciego tygodnia maja rozpocznie się modernizacja odwiertów EC 4, ECS-1, CS-11 oraz CS-8bis na terenie pola Ech Chouech w Tunezji. Prace mają na celu zwiększenie lub ponowne uruchomienie produkcji.

• Dwa nowe odwierty zostaną wykonane na terenie pola Sabria w Tunezji. Początek prac przewidziano na pierwszy tydzień czerwca. Na prace nad każdym z tych odwiertów przeznaczone zostanie 14,4 mln USD (6,5 mln USD netto dla Serinus).

• Polska spółka Geofizyka Toruń wykona w maju i czerwcu na zlecenie Serinus badania sejsmiczne 3D na terenie koncesji Sanrhar. Obejmą one teren 203.5 km² i potrwają ok. 6-7 tygodni.

• Na terenie Rumunii, Spółka zaplanowała wykonanie dwóch nowych odwiertów oraz badań sejsmicznych 3D, które obejmą teren o powierzchni 180 km². Przewiduje się, że każdy odwiert kosztować będzie 3 mln USD, a prace nad pierwszym rozpoczną się w listopadzie. Badania sejsmiczne zaplanowano na wrzesień.

Wzrost przychodów Serinus o 25% w I kw. 2014 – do niemal 36 mln USD 1

Powered by WPeMatico

Serinus odkrywa nowe złoże na odwiercie M-17

Podczas testów strefy S7 na odwiercie Makiejewskoje-17 spółka Serinus Energy uzyskała przepływ gazu na poziomie ponad 25 tys. m sześc. dziennie. Wcześniej do tej formacji nie były przypisane żadne wielkości rezerw, zatem jest to całkiem nowe odkrycie na terenie pola Makiejewskoje.

Nowe dane wskazują, że strefa S7 zawiera warstwę gazu opłacalnego do wydobycia, o grubości 5,5 metra. Wcześniej rejestry wskazywały tę formację jako potencjalnie zawierającą węglowodory, ale uznawano, że do rozpoczęcia produkcji niezbędne będzie przeprowadzenie stymulacji. Według obecnych danych, może to nie być konieczne. Spółka zaznacza jednocześnie, że strefa nadal brana jest pod uwagę w planowanym na październik programie stymulacji.

Serinus planuje rozpoczęcie wydobycia z dwóch stref odwiertu M-17: S6 i S7. Stymulacja hydrauliczna wymagana będzie jedynie w przypadku pierwszej z nich. Aby rozpocząć wydobycie ze strefy S7, konieczne będzie zastosowanie urządzenia „snubbing unit”, które obecnie używane jest przy odwiercie Olgowskoje-4. Do czasu przetransportowania sprzętu, na terenie Makiejewskoje-17 odbywać się będą dalsze testy strefy S6. Rejestry wykazały obecność w niej warstwy gazu o grubości 9 metrów, potencjalnie opłacalnego do wydobycia.

„Wyniki testów odwiertu M-17 są dla nas pozytywnym zaskoczeniem. Braliśmy pod uwagę rozpoczęcie wydobycia ze strefy S6, ale mało kto spodziewał się, że S7 zawiera aż tak duże ilości gazu. Gdy tylko dostępne będą odpowiednie urządzenia, ruszymy z kolejnymi pracami przy tej strefie. Cieszymy się z kolejnego sukcesu, szczególnie, że został on osiągnięty  w trudnych warunkach. Należą się za to specjalne podziękowania dla kolegów z KUB-Gasu. Najważniejsze jest jednak to, że nasze prace odbywają się bez jakichkolwiek zakłóceń.” – powiedział Jakub Korczak, Wiceprezes ds. Relacji Inwestorskich i Dyrektor Operacji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Prace nad odwiertem Makiejewskoje-17 rozpoczęły się w listopadzie 2013 roku. Całkowitą głębokość 3 445 metrów osiągnął on w marcu bieżącego roku. Celem prac było zbadanie stref geologicznych i potencjału złóż, z których trwa wydobycie na odwiercie M-16.

Pole Makiejewskoje jest najbardziej produktywną koncesją Serinus na Ukrainie. Wydobycie prowadzone jest z sześciu odwiertów produkcyjnych i wynosi 422 tys. m sześc. gazu dziennie (294 tys. m sześc. dziennie przypadające na 70 proc. udziału Serinus). Pochodzi z niego ok. 48 proc. całkowitej ukraińskiej produkcji Spółki.

Serinus odkrywa nowe złoże na odwiercie M-17 2

Powered by WPeMatico

Jakub Korczak o obecnej sytuacji na Ukrainie: Serinus pracuje bez zmian

W ostatnich dniach odnotowaliśmy znaczący spadek kursu akcji Serinus Energy, który, jak się wydaje, jest wynikiem reakcji inwestorów na trudną sytuację na wschodzie Ukrainy. Kierownictwo Spółki pragnie zapewnić, iż Serinus pracuje bez zakłóceń, a produkcja odbywa się bez przestojów, zaś gaz jest sprzedawany obecnie po wyższych cenach, obowiązujących od 1 kwietnia. Płatności za surowiec realizowane są bez opóźnień.

Na bieżąco otrzymujemy raporty o postępach prac na Ukrainie. Wskazują one, że prace przebiegają bez zakłóceń, zarówno jeśli chodzi o wydobycie, jak i nowe odwierty czy analizy – Serinus pracuje normalnie.

Ceny gazu, zgodnie z zapowiedziami, w drugim kwartale wzrosły. Obecna oficjalna stawka to ok. 430 USD, wobec 285 USD wcześniej. Wzrost wynika z faktu, że cena gazu na rynku lokalnym jest odnoszona do ceny surowca kupowanego od Rosji, a ten istotnie podrożał. Stawka cenowa Serinusa jest, podobnie jak w przeszłości, o 10 proc. niższa od oficjalnej z uwagi na fakt, że Spółka sprzedaje gaz poprzez hurtowników.

Spółka odczuwa natomiast osłabienie hrywny. Serinus realizuje przychody w tamtejszej walucie, ale część kosztów, około 15 proc., generowane jest w innych walutach. Spółka utrzymuje rezerwę gotówkową w hrywnach.

Serinus podtrzymuje cel na ten rok, jakim jest wykonanie na Ukrainie trzech odwiertów i zwiększenie wydobycia do 28 mln stóp sześc. z 22 mln stóp na koniec 2013 r.

Sytuacja na Ukrainie na razie nie wpływa na strategię działania Serinusa w regionie. Kierownictwo Spółki uważnie śledzi sytuację i podejmuje wszelkie kroki dla zapewnienia bezpiecznej i ciągłej produkcji.

 

Nowy odwiert na Ukrainie – Serinus nie zwalnia tempa prac

Serinus Energy rozpoczął prace wiertnicze nad odwiertem O-11, kolejnym na polu Olgowskoje, gdzie już jest prowadzona produkcja z 10 odwiertów – niemal połowa wydobycia na Ukrainie pochodzi z tego pola. Długość docelowa O-11 wynosi 3.200 m. Planowany czas realizacji to 70 dni.

Celem odwiertu, nad którym rozpoczęto właśnie prace, jest dokładniejsze zbadanie dwóch stref podziemnych – z jednej z nich od lipca trwa wydobycie na odwiercie O-15. Nowy otwór znajduje się w odległości ok. 1 km na południowy-wschód od O-15, który uzyskał podczas testów w lipcu 2013 przepływ gazu na poziomie 42,5 tys. metrów sześc. gazu dziennie. Przewiduje się, że obydwie strefy badane przez odwiert O-11 będą wymagały stymulacji, aby można było rozpocząć produkcję na skalę komercyjną.

„Poprzez odwiert O-11 chcemy maksymalnie wykorzystać możliwości produkcyjne odkrytych złóż. Jeśli uda się również dokonać odkrycia, a stymulacja się powiedzie, to nowy odwiert może okazać się jednym z lepszych na polu Olgowskoje.” – powiedział Jakub Korczak, Wiceprezes ds. Relacji Inwestorskich i Dyrektor Operacji w Europie Środkowo-Wschodniej Serinus Energy.

Produkcja z pola Olgowskoje prowadzona jest obecnie z dziesięciu odwiertów i wynosi 382 tys. m sześc. gazu dziennie (269 tys. m sześc. gazu dziennie przypadające na 70 proc. udział Serinus). Pole Olgowskoje odpowiada za 43 proc. całego wydobycia Serinus Energy na Ukrainie.

Nowy odwiert na Ukrainie – Serinus nie zwalnia tempa prac 3

Powered by WPeMatico

Wzrost rezerw ropy i gazu Serinus Energy o 129% – ich wartość to ponad 600 mln USD

Serinus Energy dokonała corocznej oceny rezerw na swoich koncesjach. Zgodnie z raportem niezależnej firmy inżynieryjnej RPS z Kanady, zasoby potwierdzone, prawdopodobne i możliwe (3P) wzrosły o 129 proc. w porównaniu do oszacowania z 2012 r. Ich wartość bieżąca netto (Net Present Value), przy zastosowaniu 10 proc. stopy dyskontowej, wzrosła o 77 proc. i dzisiaj wynosi niemal 666 mln USD.

Ewaluacji dokonano według wytycznych Canadian National Instrument 51-101 – Standards of Disclosure for Oil and Gas Activities. Dotyczą one zasobów należących do udziału Serinus Energy na polach na Ukrainie i w Tunezji.

  • Rezerwy typu 1P (Potwierdzone) wzrosły o 59 proc.,
  • Rezerwy typu 2P (Potwierdzone i Prawdopodobne) wzrosły o 119 proc.,
  • Rezerwy typu 3P (Potwierdzone, Prawdopodobne i Możliwe) wzrosły o 129 proc.,
  • Wskaźnik Żywotności Rezerw (Reserve Life index – RLI), obliczony na podstawie dzielenia rezerw (według stanu na 31 grudnia 2013 r.) przez roczną wielkość produkcji na koniec roku, wyniósł 4,7 lat dla kategorii 1P oraz 11,3 lat dla 2P.

Głównym czynnikiem wzrostów było przejęcie spółki Winstar Resources oraz jej koncesji w Tunezji. Rezerwy typu 1P, 2P i 3P wzrosły dzięki tej transakcji odpowiednio o 3,74, 11,5 oraz 23,9 miliony baryłek ekwiwalentu ropy naftowej. Zmiana ogólnej ilości zasobów na Ukrainie wynika z korekty przypisanych do odwiertu K-7. Są one niższe o 1,95 Bcf w przypadku kategorii 1P i 4,2 Bcf w przypadku kategorii 2P.

Szczegółowe dane dotyczące zasobów przedstawione są w poniższej tabeli:

tabela2 pl.png

RPS Energy Canada Ltd przedstawiła również swoje prognozy dotyczące cen surowców na Ukrainie. Według ich analiz, pomimo możliwych spadków w ciągu najbliższych pięciu lat, w dłuższej perspektywie, ceny będą rosnąć:

tabela5 pl.png

 

„Wyraźne wzrosty we wszystkich kategoriach rezerw są wymiernym dowodem, jak ważnym rokiem był dla Serinus Energy 2013. Teraz zadaniem, nad którym musimy się szczególnie skupić jest wykorzystanie tego wzrastającego potencjału poprzez umiejętne zarządzanie i skuteczne prace wiertnicze. Jak każda doświadczona spółka w sektorze ropy i gazu, zaznaliśmy już zarówno serii sukcesów i istotnych odkryć, jak również trudnych chwil, dzięki czemu łatwiej nam przewidzieć, co może przynieść przyszłość. Programy prac oraz ich miejsca czasami się zmieniają, ale strategia nadal pozostaje niezmieniona – konsekwentny i stabilny wzrost wartości Spółki.” – powiedział Timothy Elliott, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny Dyrektor Generalny.

 

Ekwiwalent ropy naftowej i gazu

Informacja o produkcji jest z reguły podawana w jednostkach takich jak baryłki ekwiwalentu ropy naftowej („boe” lub „Mboe” lub „MMboe”) lub też w jednostkach ekwiwalentu gazu („Mcfe” lub „MMcfe” lub „Bcfe”). Jednakże określenia boe lub Mcfe mogą być mylące, w szczególności gdy używane są w oderwaniu od kontekstu. Współczynnik konwersji na boe, gdzie 6 Mcf = 1 baryłka, lub na Mcfe, gdzie 1 baryłka = 6 Mcf, wynika z metody zakładającej równoważność energetyczną w odniesieniu do danych z pomiarów uzyskanych na końcówce palnika, co nie odnosi się do wartości występujących na głowicy.

 

Podstawowe pojęcia

„Rezerwy” są to zasoby węglowodorów, które oczekuje się, że będą komercyjnie zdatne do wydobycia w wyniku realizacji projektów zagospodarowania ze znanych akumulacji, od określonej daty, pod określonymi warunkami. Rezerwy muszą spełniać cztery kryteria: muszą być odkryte, zdatne do wydobycia, w ilościach zdatnych do komercyjnego wydobycia i obecne w złożu (na dzień oceny) w oparciu o zastosowany projekt zagospodarowania. Rezerwy dzieli się dalej według prawidłowości oszacowania, a następnie według zaawansowania projektu i/lub statusu zagospodarowania i wydobycia.

„Zasoby Potwierdzone” to wielkości wydobycia węglowodorów, które na podstawie analiz geologicznych i danych inżynieryjnych można oszacować z rozsądną pewnością jako komercyjnie zdatne do wydobycia od określonej daty, ze znanych horyzontów złożowych i w określonych warunkach gospodarczych, z wykorzystaniem określonych metod operacyjnych i w oparciu o określone regulacje administracyjne.

„Zasoby Prawdopodobne” to takie dodatkowe Rezerwy, w wypadku których ustalone na podstawie analiz geologicznych i danych inżynieryjnych szanse wydobycia są niższe niż w wypadku Zasobów Potwierdzonych, ale wyższe niż w przypadku Zasobów Możliwych.

„Zasoby Możliwe” to takie dodatkowe Rezerwy, w wypadku których ustalone na podstawie analiz geologicznych i danych inżynieryjnych szanse wydobycia są niższe niż w wypadku Zasobów Prawdopodobnych. Prawdopodobieństwo, że rzeczywiste wydobyte ilości będą równe lub przekroczą sumę Zasobów Potwierdzonych, Prawdopodobnych i Możliwych wynosi 10%.

„Zasoby Warunkowe” to ilości ropy naftowej lub gazu ziemnego, które według szacunków na dany dzień mogą potencjalnie zostać pozyskane ze znanych akumulacji przy zastosowaniu istniejącej technologii lub postępu technicznego, ale wobec których dany projekt czy projekty nie osiągnął jeszcze stopnia zaawansowania pozwalającego na komercyjne zagospodarowanie ze względu na jedno lub więcej uwarunkowań. Uwarunkowania te mogą mieć charakter ekonomiczny, prawny, środowiskowy, polityczny, jak też wypływać z regulacji lub braku rynku. Zasoby Warunkowe dzielą się na kategorie: Low Estimate (1C), Best Estimate (2C) i High Estimate (3C), w relacji do stopnia pewności związanego z szacunkami, a w zależności ekonomicznej opłacalności mogą być dzielone na podkategorie.

 

Wzrost rezerw ropy i gazu Serinus Energy o 129% - ich wartość to ponad 600 mln USD 4

Powered by WPeMatico

Przepis na dobre SEO

Pamiętasz, kiedy po raz ostatni zaglądałeś na drugą stronę wyników wyszukiwania? Odpowiedź jest prosta. Nigdy. Z tego właśnie powodu marketingowcy zrobią wszystko co w ich mocy, aby upewnić się, że ich marka pojawia się jako pierwsza, lub w najgorszym wypadku druga pozycja w wynikach Google.

Najważniejszym elementem w trakcie tworzenia contentu strony www jest analiza zdolnościowych treści do wyszukiwania. Wszak optymalizacja pod kątem wyszukiwarek to główny składnik sukcesywnej kampanii mającej na celu wsparcie lub wzmocnienie widoczności marki w Internecie.

Spójna strategia SEO musi obejmować wszystkie elementy marki: stronę internetową, blog, media społecznościowe oraz funkcjonujące w sieci materiały video – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET – Strona www powinna być jednak pierwszą rzeczą na którą potencjalny użytkownik sieci natknie się podczas wyszukiwania informacji związanych z marką w Internecie- dodaje. To, że strona powinna robić doskonałe pierwsze wrażenie jest oczywiste. Jak sprawić jednak aby klient z łatwością odnalazł nas w sieci?

Tytuł strony. Należy on do najczęściej lekceważonych aspektów SEO. Niesłusznie. Jest to pierwsza informacja odczytywana przez roboty wyszukiwarek, dzięki której określany jest profil strony. Ponadto pełni on kluczową rolę w zachęceniu użytkownika do odwiedzenia strony, którą znajdzie w wynikach wyszukiwania. Zaleca się aby był on nie dłuższy niż 70 znaków ze spacjami, interesujący oraz by zawierał w swojej treści kilka podstawowych słów kluczowych.
Opis strony, czyli meta opis. Jest to tekst, który wyświetla się użytkownikom pod linkiem prowadzącym do strony. Powinien zawierać logiczne i zachęcające zdania . Nie powinien natomiast przekraczać 150 znaków. Pomimo tego, iż nie pomaga on bezpośrednio w osiągnięciu lepszej pozycji, bez wątpienia pozwala efektywnie wykorzystać swoje stanowisko.

Nagłówek H1, podobnie jak tytuł na każdej stronie powinien występować tylko raz oraz zawierać jedno podstawowe słowo kluczowe. Warto ograniczyć jego długość do 70-80 znaków ze spacjami.

Treść/tekst właściwy. Liczy się tu kreatywność, intuicja i świadomość potrzeb potencjalnego użytkownika strony. Treść powinna być przejrzysta, podzielona na akapity, opatrzona nagłówkami. Warto umieszczać w treści więcej niż jedną frazę kluczową. Optymalnym rozwiązaniem jest wstawienie ich na początku, w środku i na końcu tekstu.

Obrazy/zdjęcia. Kolejny z pomijanych atutów SEO. Warto upewnić się, że tytuły dodawane do fotografii są odpowiednio dopasowane do treści umieszczonej pod zdjęciem. Pamiętajmy, że wyszukiwarki nie widzą tekstu osadzonego wewnątrz grafiki, dlatego powinien on zostać umieszczony w formacie HTML.

Linki wewnętrzne. Ważne jest aby układały się w logiczną całość, pełniły rolę przewodnika po stronie www. Maksymalna liczba kliknięć pozwalająca na znalezienie się w dowolnym miejscu na stronie nie powinna przekraczać trzech. W innym wypadku możemy zniechęcić potencjalnego użytkownika.

Linki zewnętrzne. Oprócz linków wewnętrznych na stronie www powinny znaleźć się również łączniki prowadzące do innych witryn.W zależności od rodzaju witryny powinniśmy w ostrożny sposób dobierać sposób linkowania. Podane w zbyt dużej ilości mogą zmniejszać konwersje na stronie poprzez utratę użytkowników w trakcie odwiedzin.
Optymalizacja pod kątem SEO to optymalne wykorzystanie możliwości w celu podniesienia pozycji strony. Podjęcie działań SEO powinno nastąpić równocześnie albo przed promocją nowej witryny i powinno zostać powierzone osobom specjalizującym się w tym zakresie. Dzięki temu możemy mieć pewność, iż zostaną spełnione wszystkie istotne warunki, od analizy treści i struktury strony przez porady techniczne i badanie słów kluczowych po ekspertyzy dotyczące poszczególnych rynków oraz regularne raportowanie potwierdzające skuteczność działań.

Prof. Jan Winiecki z RPP felietonistą Bankier.pl

Profesor Jan Winiecki, członek Rady Polityki Pieniężnej i znany polski ekonomista, został felietonistą portalu Bankier.pl. Dzięki temu Dział Analiz Bankier.pl, portalu giełdowego nr 1, wzbogacił się o autora znanego z licznych publikacji w wydawnictwach międzynarodowych (kilkanaście książek w jęz. angielskim), setek artykułów publikowanych na całym świecie, a także z uprawianej od wielu lat publicystyki i felietonistyki. Znany jest ze swej liberalnej, wolnorynkowej filozofii i jednoznacznych poglądów.

Od maja czytelnicy portalu Bankier.pl mogą znowu czytać najnowsze teksty prof Jana Winieckiego, w tej kadencji członka RPP. Prof. Winiecki współpracował już z Bankier.pl w latach 2002–06, kiedy to obok pracy akademickiej, był także doradcą ekonomicznym jednego z banków.

– Profesor Winiecki znany jest ze swoich wyrazistych poglądów, które bardzo często idą pod prąd nadmiernie uproszczonej wizji ekonomii, szczególnie często prezentowanej w realiach polskiej debaty gospodarczej. Dlatego cieszymy się, że tak nieszablonowa osobowość i autorytet dołączy do grupy autorów publikujących na łamach Bankier.pl – podkreśla dr Bogusław Półtorak, redaktor naczelny Grupy Bankier.pl. Skomplikowane tematy podejmowane są przez niego lekkim językiem, a używane porównania szybko trafiają do wyobraźni czytelników. To sprawia, że zagadnienia z pozoru trudne stają się interesujące i zrozumiałe nawet dla osób nie zainteresowanych tematyką ekonomiczną – dodaje.

Więcej informacji: http://www.bankier.pl/wiadomosc/Winiecki-Taniec-tchorza-nad-gornictwem-3126043.html

Profesor Jan Winiecki – polski ekonomista i felietonista, w tej kadencji członek Rady Polityki Pieniężnej, uprzednio profesor Uniwersytetu Aalborg (Dania) i Uniwersytetu Europejskiego Viadrina we Frankfurcie n. Odrą, współzałożyciel i prezes fundacji Centrum im. A. Smitha; b. członek Rady Nadzorczej EBOiR, współzałożyciel i przez cztery kadencje przewodniczący rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich; laureat Nagrody Kisiela.

Zmiana stanowiska w przedemerytalnym okresie ochronnym?

Zmiany struktury zatrudnienia wymagają niekiedy trudnych decyzji dotyczących zwolnienia części załogi lub modyfikacji zakresu ich obowiązków. Czy można przenieść podlegającego okresowi ochronnemu pracownika na inne stanowisko? Kiedy i na jakich zasadach jest to możliwe? Tłumaczy Izabela Tomasik, aplikant radcowski w TGC Corporate Lawyers.

Zmiana stanowiska i idąca za tym zmiana zakresu obowiązków pracownika jest ingerencją w istotne postanowienia umowy o pracę. Co za tym idzie, aby były one skuteczne, modyfikacje wymagają uzyskania zgody pracownika (zawarcie porozumienia), bądź też wypowiedzenia dotychczasowych warunków zatrudnienia przez pracodawcę.

Artykuł 39 k.p. stanowi, iż pracownikowi znajdującemu się w tzw. okresie ochronnym (tj. takiemu, któremu brakuje nie więcej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego) pracodawca nie może wypowiedzieć umowy o pracę (art. 39 k.p.), jeżeli okres zatrudnienia umożliwia pracownikowi uzyskanie prawa do emerytury z osiągnięciem tego wieku.

Zakaz ten obejmuje także zmianę warunków pracy lub płacy poprzez wypowiedzenie zmieniające. Wyjątkowo jednak pracodawca może wypowiedzieć te warunki pracownikowi w wieku przedemerytalnym. Dzieje się tak w sytuacji, gdy wypowiedzenie stało się konieczne ze względu na:
a) wprowadzenie nowych zasad wynagradzania dotyczących ogółu pracowników zatrudnionych u danego pracodawcy lub tej ich grupy, do której należy pracownik,
b) stwierdzoną orzeczeniem lekarskim utratę zdolności do wykonywania dotychczasowej pracy albo niezawinioną przez pracownika utratę uprawnień koniecznych do jej wykonywania (art. 43).

O ile więc nie zachodzą przesłanki z art. 43 k.p., pracodawca może wprowadzić omawiane zmiany jedynie na mocy obopólnej zgody.

Rozwiązaniem (jednak tylko o charakterze czasowym!) może być przeniesienia pracownika do innej pracy. Warunkiem skutecznego zastosowania tej instytucji jest wystąpienie uzasadnionych potrzeb pracodawcy. Powierzenie pracownikowi innej pracy nie może jednak prowadzić do obniżenia wynagrodzenia i musi odpowiadać kwalifikacjom pracownika. Przepis ten ma więc charakter gwarancyjny. Okres, na który pracodawca powierza pracownikowi inna pracę nie może przekroczyc 3 miesięcy w roku kalendarzowym (art. 42 § 4 k.p.)

950 mln zł – przychody ze składek brutto TUiR „WARTA” S.A.

Majątkowa Warta zebrała w I kwartale 2014 r. ponad 950 mln zł składek. Oznacza to dynamikę na poziomie ponad 102%. Wzrost na bardzo konkurencyjnym rynku wynika z dobrej sprzedaży zarówno ubezpieczeń indywidualnych jak i korporacyjnych. Mocną pozycję spółki podkreśla znakomita ocena ratingowa na poziomie A+ z perspektywą stabilną, przyznana przez Standard & Poor’s.

– Dobre wyniki osiągnięte w I kwartale 2014 r. przez spółkę majątkową są efektem zmian wdrożonych w ostatnich miesiącach w obszarze produktów i sprzedaży. Z początkiem roku wprowadziliśmy zupełnie nową ofertę ubezpieczeń komunikacyjnych. Uwzględnia ona różne potrzeby klientów marek HDI i Warty. Zgodnie z tym założeniem zmodfikowane zostały też ubezpieczenia mieszkaniowe oraz dla małych i średnich firm. Dzięki temu nasza spółka ma ofertę dla każdego Polaka. Równocześnie wszyscy nasi agenci posiadają w swoim portfelu zarówno ubezpieczenia marki HDI, jak i Warty. Szeroka, odpowiednio spozycjonowana oferta pozwoliła osiągnąć świetne wyniki sprzedażowe mimo, że ostra konkurencja cenowa wciąż trwa. Najlepiej widać to w ubezpieczeniach Autocasco, w których dynamika wyniosła prawie 106%. Część agentów sprzedająca dotąd głównie ubezpieczenia OC, po odpowiednim przeszkoleniu i wyposażeniu w nową paletę produktów, wykazuje bardzo dobre wyniki sprzedaży AC. Na przykład w sieci HDI przeciętna dynamika nowej sprzedaży AC sięgnęła w marcu niemal 200%. Rośnie też sprzedaż innych dobrowolnych opcji ubezpieczeń komunikacyjnych. Te wyniki do dobry prognostyk na dalszą część roku – mówi Jarosław Parkot, prezes TUiR „WARTA” S.A. i TUnŻ „WARTA” S.A.

W efekcie majątkowa Warta osiągnęła niemal 102% dynamikę wzrostu przychodów ze składek z ubezpieczeń indywidualnych. W ubezpieczeniach korporacyjnych wyniosła ona prawie 103%. To znakomite wskaźniki, pokazujące równomierny rozwój w kluczowych liniach biznesu. Dzięki odpowiedniej selekcji ryzyka spółka może mieć atrakcyjną ofertę dla klientów i jednocześnie osiągać bardzo dobre wyniki finansowe. Wynik techniczny na poziomie prawie 41 mln zł jest ponad dwukrotnie lepszy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. To właśnie bardzo dobra rentowność z działalności typowo ubezpieczeniowej pozwoliła wykazać spółce ponad 69 mln zł zysku netto.

Spółka życiowa Warty zebrała prawie 221 mln zł składek. Stabilnie rozwijają się ubezpieczenia o strategicznym dla spółki znaczeniu, czyli ze składką regularną (102% dynamiki) oraz ubezpieczenia grupowe (107% dynamiki). Towarzystwo notuje też bardzo dobre wyniki finansowe. Wynik techniczny wyniósł 13 mln zł, a wynik finansowy netto ponad 10 mln zł.

– W ubezpieczeniach na życie mamy zupełnie nową ofertę. Cały czas pracujemy nad rozwojem sieci dystrybucji np. przez zachęcanie agentów majątkowych do sprzedaży ubezpieczeń na życie. W ostatnim czasie ułatwiliśmy im pracę, wprowadzając wszystkie rodzaje ubezpieczeń do jednego systemu sprzedażowego. W obszarze bancassurance spodziewam się, że banki zgodnie z Rekomendacją U będą dokonywały dywersyfikacji w zakresie skali i liczby współpracujących podmiotów. To dla nas szansa na rozwój współpracy z obecnymi partnerami i pozyskanie kolejnych – mówi Jarosław Parkot.

Obie spółki tradycyjnie gwarantują swoim klientom stabilność. Wskaźniki bezpieczeństwa finansowego kształtują się na poziomie wyższym od wymogów ustawowych. W I kwartale 2014 r. wskaźnik pokrycia marginesu wypłacalności środkami własnymi w TUiR WARTA wyniósł 317%, a wskaźnik pokrycia rezerw techniczno-ubezpieczeniowych aktywami 123%. Dla spółki życiowej te wskaźniki wyniosły odpowiednio 244% i 113%. Warto też przypomnieć, że agencja ratingowa Standard & Poor’s przyznała Warcie ocenę na poziomie A+ z perspektywą stabilną. To znakomite potwierdzenie stabilności i siły finansowej ubezpieczyciela.

– Jestem dumny, że agencja podjęła tak rzadko spotykaną decyzję o przyznaniu spółce zarejestrowanej w danym kraju oceny wyższej niż rating państwa, w którym działa. Dodatkowo, Warta jest jedynym z zarejestrowanych w Polsce ubezpieczycieli z oceną na takim poziomie. Dla wszystkich naszych partnerów i kontrahentów to potwierdzenie, że Warta, teraz oceniona jako główna spółka Grupy Talanx, jest firmą stabilną i silną finansowo, o wyjątkowo mocnej pozycji. Dlatego cieszę się, że Talanx wszedł na warszawską Giełdę Papierów Wartościowych. To sygnał, że nasz akcjonariusz bardzo poważnie traktuje swoją obecność w Polsce. Obecnie Polska jest dla Talanx drugim co do wielkości rynkiem, poza rodzimym niemieckim – mówi Jarosław Parkot.

9 na 10 Polaków nie ufa politykom!

Zawód polityka od lat cieszy się − zarówno wśród Polaków, jak i innych Europejczyków − małym zaufaniem. Jak pokazują wyniki najnowszego badania European Trusted Brands przeprowadzonego przez Reader’s Digest, zaledwie 9% ankietowanych mieszkańców starego kontynentu ufa przedstawicielom sceny politycznej.

Niepokojący spadek zaufania do polityków odnotowywany został już kilka lat temu. Tendencja ta szczególnie widoczna jest w Polsce. Jedynie 3% Polaków deklaruje, że ufa przedstawicielom sceny politycznej, podczas gdy aż 93% polskich respondentów przyznaje, że w ogóle nie ma zaufania do polityków. Na liście najmniej zaufanych grup zawodowych znaleźli się także pracownicy call center (ufa im 11% ankietowanych), piłkarze (12%) i agenci nieruchomości (13%).

− Różnica pomiędzy stopniem zaufania Polaków do polityków a deklarowanym zaufaniem do przedstawicieli innych zawodów jest uderzająca. Jeśli pracownikom call center ufamy bardziej niż osobom decydującym o najważniejszych sprawach w kraju, to jest to powód do niepokoju – mówi Piotr Wierzbowski, redaktor naczelny polskiego wydania Reader’s Digest. Obok Polski politycy najmniejszym zaufaniem cieszą się we Francji (nie ufa im 94% ankietowanych) oraz w Rosji (91%).

Podobnie jak przed rokiem, tak i tym razem Polacy wybrali polityków godnych zaufania. Największym zaufaniem rodaków cieszy się prezydent Bronisław Komorowski (14%). Niewiele gorszy wynik uzyskali Ryszard Kalisz (13%) oraz premier Donald Tusk (12%). Na kolejnych miejscach znaleźli się: Jarosław Kaczyński (8%), Janusz Palikot (6%) i Aleksander Kwaśniewski (5%).

Z najnowszego badania European Trusted Brands wynika, że europejscy respondenci nie mają również zaufania do rządu oraz jego polityki. Choć Polacy są większymi optymistami niż pozostali Europejczycy i bardziej pozytywnie postrzegają swoją przyszłą sytuację materialną, to większość polskich ankietowanych (85%) nie wierzy, że to właśnie rząd zmieni te warunki na lepsze. Podobnego zdania są Francuzi (84%) i Słoweńcy (89%), natomiast największe nadzieje związane z poprawą stanu ekonomicznego mają Szwajcarzy. Połowa szwajcarskich respondentów wierzy, że polityka rządu wpłynie na poprawę ich sytuacji finansowej w przyszłości.

Wind Mobile S.A. zwiększy zysk o 228%

Pierwszy kwartał tego roku oraz akwizycja Software Mind stworzyły solidne fundamenty dla prognozowanego rocznego wzrostu zysku netto o 228%, a przedstawiona na konferencji strategia globalnego rozwoju wraz z akwizycją na rynkach MENA jeszcze bardziej obiecująco zapowiadają kolejne lata.

W opublikowanym raporcie na I kwartał 2014, Spółka osiągnęła przychody netto ze sprzedaży w wysokości 2 656 430,64 zł przy rentowności EBITDA na poziomie 918 853,26 zł oraz zysku netto w wysokości 524 553,24 zł. W porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku firma zanotowała wzrosty we wszystkich wymienionych obszarach, z których największy progres osiągnięto na poziomie EBITDA – wzrost o 15,70%.

Realizacja przejęcia Software Mind to zamknięcie jednego z wcześniej zapowiedzianych etapów, który w wynikach Spółki będzie prezentowany od drugiego kwartału 2014. Na podstawie skonsolidowanych wyników Spółka opublikowała prognozę przychodów ze sprzedaży netto w wysokości 61,2 mln zł oraz zysku netto na poziomie 8,9 mln zł.

Dzięki akwizycji poszerzyliśmy nie tylko naszą ofertę o dwa rewelacyjne produkty: iLumio ora Video Branch, ale udało nam się wejść w dwie znaczące branże – Finance i Travel – ze świetnymi referencjami, takimi jak mBank, Raiffeisen, BZ WBK, hotel Arłamów czy hotel Mikołajki. Już teraz adresujemy nasze produkty do odbiorców na rynkach Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki, na których nasza kolejna akwizycja znacznie zwiększy potencjał połączonych spółek. Cieszy mnie również uzyskanie kapitalizacji powyżej 100 milionów złotych, niemniej uważam że mamy potencjał na wielokrotne jej zwiększenie w najbliższych kilku latach. – mówi Rafał Styczeń, Wiceprezes Zarządu Wind Mobile SA.

W związku z ukierunkowaniem na rynki Bliskiego Wschodu, Spółka weszła w kolejny etap finalizacji przejęcia na tym rynku, angażując firmy Baker&McKanzie oraz Grant Thornton, jako agencje realizujące proces prawnego i finansowego due diligence przejmowanej organizacji.

Cieszę się, że rozwój firmy wkracza w okres tak dynamicznych wzrostów, pozwalających prezentować tak optymistyczne prognozy. Dotychczasowi inwestorzy już się przyzwyczaili, że realizujemy nasze obietnice finansowe, więc i tym razem nie może być inaczej. – mówi Tomasz Kiser, Wiceprezes Zarządu Wind Mobile SA.

Rządowe propozycje podatków od wydobycia gazu i ropy mogą spowolnić inwestycje polskich firm

CEO Magazyn Polska

Nawet 40 proc. podatku mogą zapłacić firmy zajmujące się wydobywaniem gazu i ropy w Polsce, w tym – gazu łupkowego. Proponowane przez rządu obciążenia uderzą przede wszystkim w polskie firmy, bo zagraniczne koncerny zmniejszyły swoją obecność w naszym kraju. Wysoki podatek może zaszkodzić dalszym inwestycjom przedsiębiorstw, co z kolei jest sprzeczne z założeniem zwiększania bezpieczeństwa energetycznego kraju. Ekspert Instytutu Sobieskiego apeluje, by w trakcie prac w Sejmie zmniejszyć i uprościć podatki w tym sektorze.

Są trzy flagowe spółki: PGNiG, KGHM i Orlen, są to spółki giełdowe. Jeżeli one będą miały duże obciążenie podatkowe, może to wpłynąć na ich poziom inwestycji, również na poziom wypłacanej dywidendy dla akcjonariuszy. Więc oprócz ryzyka regulacyjno-gospodarczego pojawia się też kwestia rynku kapitałowego, trudno od tego uciec – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego.

W Sejmie trwają obecnie prace nad trzema ustawami, które wpłyną na poziom opodatkowania działalności związanej z wydobyciem gazu i ropy. Jak podkreśla Zajdler, obciążenie dotyczyć będzie zarówno zysku, przychodu, jak i kosztu wydobycia. Całkowity podatek może sięgnąć 40 proc., choć analizy rynkowe wskazują, że może być nawet wyższy.

Zupełnie nowym obciążeniem będzie planowany podatek węglowodorowy. Zgodnie z rządowym projektem ma on być pobierany od 2020 r. i wynieść od 0 do 25 proc. Stawka ma zależeć od relacji przychodów do wydatków. Zajdler zauważa jednak, że do kosztów nie będą wliczane wszystkie pozycje, które normalnie uważa się za koszty kwalifikowane wydobycia. Oznacza to, że przedsiębiorcy nie mogą być pewni tego, jaka dokładnie będzie wysokość tego podatku. Zgodnie z rządową propozycją podatku nie zapłacą spółki, których działalność wydobywcza nie przyniesie zysku lub nie będzie on znaczny (uzyskane przychody nie będą 1,5 raza większe od poniesionych kosztów).

Druga z tych ustaw już wcześniej funkcjonowała i opodatkowywała miedź i srebro. W tym projekcie rozszerzono zakres tej ustawy na gaz ziemny oraz ropę naftową, i tutaj jest opodatkowany przychód. Natomiast trzecia ustawa to jest Prawo geologiczne i górnicze, w której już było opodatkowane wydobycie gazu ziemnego i ropy naftowej – przypomina Zajdler.

Wysokość podatku od kopalin, rozszerzonego na gaz i ropę, będzie zależało od rodzaju złoża. W przypadku gazu konwencjonalnego wyniesie 3 proc. wartości wydobytego surowca, a gazu łupkowego – 1,5 proc. Dla ropy naftowej konwencjonalnej i z łupków stawki mają wynieść odpowiednio 6 proc. i 3 proc. Również, jak zauważa Zajdler, w ramach Prawa geologicznego i górniczego stawki podatków wzrosną półtora raza dla ropy naftowej i nawet czterokrotnie dla gazu.

Rząd zakłada, że w latach 2020–2029 budżet państwa zyska nawet do 16 mld zł dzięki tym podatkom. Zajdler ocenia jednak, że takie obciążenie działalności wydobywczej nie zachęca przedsiębiorstw do poszukiwania i wydobycia ropy i gazu. To działanie jest sprzeczne z celem zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego Polski, bo nie promuje większego udziału krajowych źródeł energii. Zajdler ocenia, że wspieranie wydobycia na terytorium Polski jest równie ważne, jak głośna ostatnio idea unii energetycznej.

Do tego podatki uderzą przede wszystkim w polskie firmy, bo zagraniczne koncerny zmniejszyły swoją obecność w obszarze poszukiwania i wydobycia gazu i ropy z łupków w Polsce.

Z punktu widzenia działania samych spółek to niewątpliwie wpłynie zarówno na ich bilans, dlatego że to jest dodatkowe obciążenie, które wpływa na rentowność. To również wpłynie na pewne pozycjonowanie spółek, bo jeżeli będą miały mniej pieniędzy własnych na inwestycje, to resztę będą musiały pożyczyć na rynku. Te przepisy trochę zniechęcają do tego, żeby taką działalność prowadzić, a zwłaszcza angażować się w działalność, która jest obciążona dużym ryzykiem – ocenia Zajdler.

Zajdler obawia się też, że poprzez swoje działania państwo może zaszkodzić innym, mniejszościowym udziałowcom dużych spółek wydobywczych.

Na pewno to wpłynie na wycenę takiej spółki i jej postrzeganie w oczach inwestorów. Jeżeli ta wycena będzie niższa niż teraz, to będzie wpływało na koszt pozyskania kapitału przez spółkę na dalszy rozwój i inwestycje – przewiduje Zajdler. – Rodzi się wątpliwość, czy to nie jest krzywdzenie mniejszych akcjonariuszy, że państwo trochę wcześniej, zanim zysk w formie dywidendy jest im wypłacony, bierze sobie jakąś większą część.

Dodaje, że brakuje jasności co do sposobów wyliczania niektórych podatków, zwłaszcza związanych z ceną sprzedaży surowca. W jego ocenie niektóre elementy ryzyka można by wykluczyć, regulując opodatkowanie działalności wydobywczej jedną ustawą. Podkreśla, że sama wysokość opodatkowania nie jest takim problemem, jak jego skomplikowanie i rozbicie na trzy ustawy. W Rumunii podobny podatek wynosi 30 proc., ale jest stabilny i przejrzysty.

W ubiegłym roku Polacy wydali 35 mld zł na prywatne leczenie i leki. Brakuje systemu dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych

CEO Magazyn Polska

Z roku na rok rosną w Polsce wydatki na prywatną służbę zdrowia. W ubiegłym roku wydaliśmy na ten cel rekordowe 35 mld zł, w tym 23 mld zł na leki  również te bez recepty  i suplementy diety. Dlatego eksperci podkreślają, że potrzebny jest w Polsce system dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych. Powinien on oferować ubezpieczonym usługi, które odpowiadają ich potrzebom, powinien być masowy, a jednocześnie pozwolić na efektywne finansowanie publicznej opieki zdrowotnej.

Od 15 lat trwa w Polsce dyskusja na temat wprowadzenia dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Jest to bardzo potrzebne nie tylko sektorowi ubezpieczeniowemu, lecz przede wszystkim systemowi opieki zdrowotnej. Polska pod tym względem jest w ogonie Europy, w większości krajów europejskich dodatkowe, prywatne ubezpieczenia zdrowotne rozwinęły się i stanowią dziś efektywny strumień finansowania opieki zdrowotnej obok systemu publicznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

W Polsce obowiązuje publiczny system opieki zdrowotnej, który ma zapewnić wszystkim ubezpieczonym opiekę. To jednak teoria, bo długie kolejki do lekarzy powodują, że często Polacy decydują się na prywatną wizytę. W ubiegłym roku wydaliśmy na leczenie z własnej kieszeni 35 mld zł, ponad 4,5 proc. więcej niż w 2012 roku. W tym tempo może być jeszcze szybsze.

Problem polega na tym, że nie istnieje ucywilizowany strumień prywatnego finansowania opieki zdrowotnej, i z tego względu wydajemy te pieniądze w ponad 90 proc. przypadków w systemie fee-for-service, czyli płacąc za usługę czy za produkt – mówi Dorota M. Fal. – Z tych 35 mld zł ponad 23 mld to wydatki na leki. Najwięcej w Europie i na świecie na suplementy diety i leki OTC, czyli leki dostępne bez recepty (12 mld zł). Leczymy się sami, często ulegając reklamie.

Dlatego według ekspertów potrzebny jest w kraju system dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych. Dziś z dodatkowego ubezpieczenia korzysta 2,5 mln osób. Z tego mniej niż 800 tys. płaci za to z własnej kieszeni, pozostała grupa to ubezpieczeni przez firmy w ramach abonamentów medycznych.

Zdaniem przedstawicielki PIU system powinien spełniać co najmniej trzy warunki. Po pierwsze, powinien oferować to, czego ubezpieczeni potrzebują, i tylko pod takim warunkiem wykupią oni dobrowolne ubezpieczenie.  Po drugie, system musi być masowy, bo im więcej osób będzie z niego korzystać, tym będzie on bardziej dostępny cenowo.

Po trzecie, system powinien stworzyć sytuację win-win, w której wygrywają zarówno pacjenci, jak i świadczeniodawcy. Ten system wleje dodatkowe pieniądze świadczeniodawcom, czyli szpitalom, które się zadłużają, jak i całemu systemowi opieki zdrowotnej – podkreśla Dorota M. Fal. – Bez względu na to, jak będzie wyglądał system prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, każdy z nas, który z nich skorzysta, zrobi miejsce, to znaczy zostawi swoje pieniądze w systemie publicznym, bo obowiązkową składkę zdrowotną tak czy inaczej będziemy płacić, dla kogoś, kogo na prywatne ubezpieczenie nie stać.

Fal przekonuje, że stworzenie sprawnego systemu wymaga porozumienia wszystkich partii politycznych, instytucji, świadczeniodawców i świadczeniobiorców. Dodaje, że taki system od kilku lat obowiązuje w Holandii i przynosi efekty. Pod względem zadowolenia społeczeństwa z opieki zdrowotnej kraj ten nieprzerwanie od 2005 roku plasuje się w pierwszej trójce rankingu (Polska – w trzeciej dziesiątce).

Chińska firma motoryzacyjna zadebiutuje na GPW. Dzisiaj startują zapisy na akcje

CEO Magazyn Polska

Chiński JJ Auto będzie drugą już spółką z Państwa Środka na GPW. Debiut producenta części samochodowych planowany jest na 9 czerwca. Dzięki niemu polscy inwestorzy zyskają szansę zarobienia na chińskim rynku motoryzacyjnym, który jest największy na świecie. GPW pracuje nad przyciągnięciem z Azji kolejnych spółek zainteresowanych debiutem oraz inwestorów. Szansą na to jest rosnąca konkurencja o kapitał w Chinach oraz regulacje, które ograniczają rozwój tamtejszych rynków finansowych. 

Pierwszą chińską spółkę na giełdzie notowaną od kilku miesięcy jest Peixin, producent sprzętu do wyrobu materiałów opatrunkowych, bardzo nowoczesnego, zaopatrującego też polskich klientów. Liczymy oczywiście na większą liczbę spółek z Chin, które chciałyby zainteresować polskich inwestorów i przeprowadzić emisję akcji, być może także obligacji, na naszym parkiecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Graniewski, wiceprezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Warszawska giełda stara się pozyskać nowych emitentów z Chin, ponieważ tamtejszy rynek kapitałowy staje się coraz trudniejszy dla firm – oceniał w styczniu prezes GPW Adam Maciejewski w rozmowie z Newserią Biznes. Powodem są bardziej restrykcyjne regulacje w porównaniu z zachodnimi parkietami oraz słabsza ochrona inwestorów. Chiny – w przeciwieństwie do wielu innych azjatyckich państw – tylko w niewielkim stopniu zliberalizowały swój rynek finansowy i dopiero niedawno rząd zapowiedział szeroki pakiet reform, który ma zwiększyć jego efektywność.

Ponadto rozwój chińskich giełd zwiększył konkurencję między firmami o wolny kapitał, którego nadwyżki nie są już tak wielkie, jak przed światowym kryzysem. Choć udział oszczędności w chińskim PKB pozostaje bardzo wysoki (w okresie 2009–2013 spadł z ok. 53 proc. do 50 proc.), to jednak zmniejsza się ich nadwyżka w stosunku do inwestycji. Ich wielkość w relacji do PKB jest niemal stabilna, na poziomie ok. 48 proc. Tymczasem Polska pozostaje gospodarką, gdzie miejscowe oszczędności nie wystarczają do sfinansowania inwestycji. Według danych MFW wyniosły one w 2013 r. odpowiednio 16,8 proc. PKB i 18,6 proc. PKB.

Każdy kapitał jest mile widziany, dlatego że Polska nie dysponuje wystarczającą ilością kapitału, ażeby rozwijać gospodarkę. W relacjach z chińskimi inwestorami i emitentami liczymy na wzajemność. Z jednej strony zapraszamy i witamy chińskich emitentów, ale z drugiej strony mamy również nadzieję, że będą inwestować na warszawskiej giełdzie także chińscy inwestorzy, zarówno instytucjonalni, jak i indywidualni – mówi Graniewski.

Ekspansji chińskich firm na zagraniczne rynki sprzyja prywatyzacja i liberalizacja miejscowych przepisów, które regulowały wiele branż. Według raportu KPMG z 2011 r. „Inwestowanie w Chinach” własność państwowa stanowi już mniej niż 10 proc. wartości przemysłu. Nie bez znaczenia jest także strategia Chin jako mocarstwa, które wspiera przedsiębiorstwa (także prywatne) w zdobywaniu przyczółków na zagranicznych rynkach. Polska giełda jako największa w regionie Europy Środkowej, wraz z jej otoczeniem w postaci stabilnej i rosnącej gospodarki, może być atrakcyjną lokalizacją. Pewną barierą są jednak różnice kulturowe oraz inne podejście chińskich firm to takich kwestii, jak sprawozdawczość i polityka informacyjna.

Spółki chińskie, chociażby z powodów kulturowych i językowych, nie zawsze są transparentne. Sądzę, że chińscy emitenci nie do końca doceniają znaczenie relacji inwestorskich, jakości oraz liczby udzielanych informacji. Z drugiej strony dla inwestorów ważne jest posiadanie dostępu do raportów zarówno na temat określonych spółek i sektorów, jak i makroekonomicznej sytuacji w samych Chinach. Jest to rynek bardzo odległy, aczkolwiek bardzo ważny i zyskujący coraz bardziej na znaczeniu. Sądzę, że jest to kwestia czasu. Europa musi się przyzwyczaić do spółek chińskich, a chińskie spółki i emitenci muszą lepiej zrozumieć wymagania i standardy, które rynek europejski narzuca – tłumaczy wiceprezes GPW.

Ze względu na dynamiczny rozwój chińskiej gospodarki i strukturalne zmiany, miejscowe statystyki są często poddawane korekcie. Zmienia się również metodologia, co często zaskakuje przedsiębiorstwa i utrudnia porównywanie danych wielkości z różnych okresów – wskazują autorzy raportu KPMG. W przypadku danych makroekonomicznych inwestorzy mają jednak dostęp do wielu źródeł, dlatego ważniejsze jest wypracowanie wspólnych standardów w zakresie wymogów informacyjnych dla giełdowych spółek. To podstawowy warunek zwiększenia zaufania inwestorów – zarówno z Polski, jak i z Chin.

Obecnie Komisja Nadzoru Finansowego z chińskim regulatorem negocjują podpisanie porozumienia o wymianie informacji na temat spółek emitentów – to jest standardowa procedura. Chiński regulator negocjuje tego typu porozumienia także z innymi rynkami europejskimi. Jest to na pewno potrzebne po pierwsze po to, żeby zwiększyć przejrzystość, a po drugie, żeby zachęcić chińskich inwestorów o inwestowania w Polsce – wyjaśnia Paweł Graniewski.

Łódzkie liczy na więcej miejsc pracy dzięki promocji regionalnych serów, przetworów i owoców. Pomóc mogą pieniądze z UE

CEO Magazyn Polska

Dzięki promocji produktów regionalnych w województwie łódzkim może przybyć miejsc pracy. Unijne środki można wykorzystać do rozwoju produkcji m.in. koziego sera, chrzanu, jabłek i chleba. Przedsiębiorcy mogą liczyć m.in. na 50 tys. bezzwrotnej zapomogi z Brukseli. Nowe miejsca pracy związane z produktami regionalnymi mogą ułatwić zatrzymanie młodzieży w regionie.

Bardzo ważne jest, żebyśmy się skoncentrowali na promocji produktów regionalnych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Malarecki, kandydat do Parlamentu Europejskiego z listy PO w Łodzi. – Pieniądze unijne i możliwości, które stwarza wspólny wielki rynek europejski, są na pewno bardzo ważne, niezbędne wręcz, żeby te produkty regionalne stały się czymś, co przyniesie zarówno pracę ludziom w województwie i w regionie, jak i wielkie korzyści finansowe.

Malarecki przypomina, że 75 łódzkich produktów zostało wpisanych na listę produktów tradycyjnych prowadzoną przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. To m.in. kozie i krowie twarogi, kiełbasy wędzone, szynki, przetwory z jabłek, wiśni i warzyw, chleby i słodkie wypieki, dwa rodzaje masła, miody, a także wiele gotowych potraw i napojów. Żaden z nich nie jest jednak wpisany na listę unijnych certyfikatów dla produktów regionalnych i tradycyjnych, na której znajduje się obecnie 35 produktów z Polski.

Według kandydata do Parlamentu Europejskiego bardzo ważne jest, by Łódzkie, korzystając ze wsparcia UE, promowało swoje produkty. Dzięki temu może rozwinąć się gospodarka tego regionu, co zwiększy zatrudnienie i powstrzyma emigrację młodych mieszkańców województwa. Unijne środki mogą zostać przeznaczone na ten właśnie cel.

Unia ma takie możliwości, ponieważ obok funduszy spójnościowych jest jednocześnie wielka gama pomocy finansowej dla młodych przedsiębiorców, do walki z bezrobociem. Projekty z małymi i średnimi przedsiębiorstwami mogą uzyskiwać do 50 tys. zł bezzwrotnej zapomogi, która pozwala startować na rynku, na którym będziemy mogli prezentować właśnie to, co wyprodukujemy – podkreśla Malarecki.

Dodaje, że w tej chwili największą przeszkodą dla producentów są skomplikowane procedury. Popularność polskich jabłek w całej Europie świadczy jednak o tym, że gdy ta bariera zostaje przełamana, rynek staje otworem i stwarza duże możliwości.

W celu wsparcia produktów regionalnych w województwie łódzkim przeprowadzona zostanie akcja tworzenia Mapy Produktów Regionalnych Łódzkiego, wsparta plebiscytem na najlepszy produkt w regionie.

W ocenie Malareckiego wsparcie dla produktów regionalnych to równie ważny obszar wykorzystania środków unijnych, jak inwestycje w infrastrukturę. Pozwoli to na rozwój wszystkim obszarom województwa, nie tylko tym, które mają naturalne przewagi, jak Bełchatów (kopalnia węgla) i Uniejów (źródła termalne).

Zarówno promocja produktów regionalnych, jak i zagadnienie rewitalizacji, którą musimy podjąć, szerokiej rewitalizacji województwa, to są wielkie szanse stworzenia nowych miejsc pracy – uważa Malarecki.

Pod koniec czerwca będzie gotowy pierwszy koncentrat miedzi z kopalni Sierra Gorda

CEO Magazyn Polska

Pierwszy koncentrat miedzi, czyli podstawowy produkt Sierra Gorda, ma zostać wyprodukowany pod koniec czerwca. W tej chwili projekt kopali jest już gotowy w 96 proc. KGHM zakończył budowę wszystkich najważniejszych obiektów i uzyskał dostęp do linii energetycznych. Wodę z Oceanu Spokojnego dostarcza rurociąg o długości 143 km.

Kopalnia może okazać się bardziej opłacalna niż zakładano, dzięki możliwej produkcji z rudy tlenkowej.

Katoda została wyprodukowana z rudy tlenkowej na zasadzie testów przemysłowych w sąsiadującym z nami zakładzie przeróbczym. Wskazuje to na dodatkowy potencjał kopalni Sierry Gorda, a więc możliwość produkcji nie tylko z rudy siarczkowej, lecz także z rudy tlenkowej. To oznacza zwiększenie poziomu produkcji w kolejnych latach w stosunku do tego, co planowaliśmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Romanowski, wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź SA.

KGHM usunął już 190 mln ton nadkładu, czyli warstwy przykrywającej właściwą rudę. Trwa już także składowanie rudy siarczkowej w zakładzie przeróbczym. W tym roku rozruch kopalni ma doprowadzić do ustabilizowania produkcji, aby od początku przyszłego roku osiągnęła docelowe tempo. Będzie to 110 tys. ton przerabianej rudy dziennie.

Dzięki temu roczna produkcja może sięgnąć 110 tys. ton koncentratu miedzi. To tyle samo, ile wyniosła całkowita produkcja koncentratu miedzi KGHM-u w I kwartale tego roku. W pierwszych latach Sierra Gorda będzie też pozyskiwać ponad 20 tys. ton molibdenu – może to być niemal 20 proc. światowej produkcji.  

W tym roku KGHM wypłaci 5 zł na akcję, czyli łącznie miliard złotych. To połowa dywidendy z 2012 r. – wtedy spółka wypłaciła 9,8 zł na akcję.

Myślę, że KGHM będzie konsekwentny w realizacji swojej polityki dywidendowej. Zawsze spółka dzieliła się szczodrze z akcjonariuszami wypracowanym zyskiem i myślę, że taka sytuacja będzie miała również miejsce w kolejnych latach – prognozuje Romanowski. – Zgodnie z rekomendacją zarządu, która została zatwierdzona przez radę nadzorczą, zamierzamy w tym roku wypłacić 1/3 zysku netto, więc 1 mld zł w dwóch transzach, 18 sierpnia i 18 listopada. W każdej transzy po 2,5 zł na akcję.

KGHM zarobił w pierwszym kwartale tego roku ponad 500 mln zł. To o połowę mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Na niższe niż przed rokiem wyniki spółki KGHM Polska Miedź wpłynął szereg czynników, przede wszystkim niższe notowania miedzi i srebra, jak również mocniejszy złoty do dolara. One wpłynęły w 45 proc. na obecne wyniki – zapewnia Jarosław Romanowski.

W tym roku KGHM nie opublikował prognozy zysku. Jarosław Romanowski zapewnia, że za cały rok 2014 wynik będzie zgodny ze średnią oczekiwań analityków.

Kompania Węglowa nie wstrzymuje inwestycji w kopalniach. To część planu restrukturyzacji

CEO Magazyn Polska

Nowy zarząd Kompanii Węglowej pracuje nad modernizacją planu, który ma wyprowadzić spółkę na prostą. Prezes Mirosław Taras zapewnia, że jest to plan rozsądny, który daje nadzieję na sukces. Jego częścią jest kontynuacja inwestycji w spółce. Kompania Węglowa duże nadzieje wiąże z inwestycją w Lubelskim Zagłębiu Węglowym  w złoże Pawłów.

Pieniędzy na tę inwestycję będziemy szukali na rynku finansowym, a nie we własnej kieszeni, bo nas w tej chwili na to nie stać – mówi Mirosław Taras, od niedawna prezes Kompanii Węglowej, a wcześniej przez wiele lat prezes LW Bogdanka. – To znakomity projekt, którego protoplastą jest kopalnia Stefanów, która przynosi w tej chwili ogromne zyski Lubelskiemu Węglowi. Dlaczego nie mielibyśmy zrobić tego samego?

Koncesję na rozpoznanie złóż węgla kamiennego w rejonie Pawłowa spółka uzyskała od resortu środowiska w październiku ub. r. Wyniki prowadzonych badań poszukiwawczych posłużą do stworzenia projektów budowy kopalni Pawłów.

Kompania Węglowa to największa firma górnicza w Europie i lider w wydobyciu węgla kamiennego. Silne spadki cen węgla na świecie i rosnąca konkurencja surowca importowanego przyczyniły się do problemów spółki, która obecnie notuje wielomilionowe straty. Ratunkiem dla Kompanii jest trudna restrukturyzacja, która ma przywrócić jej rentowność i umożliwić dalszy rozwój.

Istniejący plan restrukturyzacji Kompanii nie jest zły. To bardzo rozsądny plan, który wymaga jedynie modyfikacji – zapewnia Mirosław Taras.

Jak podkreśla, z planem restrukturyzacji spółki wiążą się konkretne plany inwestycyjne. Dlatego Kompania nie zamierza ich zaniechać.

Każda z kopalń, która jest w strukturze Kompanii Węglowej, ma swoje plany inwestycyjne. One są różne, od kilku do kilkudziesięciu milionów – mówi prezes KW.

Przyznaje, że w strukturze spółki znajdują się również nierentowne kopalnie. Nie podjęto jednak decyzji o tym, że zostaną one zamknięte lub zlikwidowane.

Trudno w tej chwili powiedzieć, czy i które kopalnie zatrzymamy, na takie decyzje jest jeszcze za wcześnie. Jeżeli zmieni się technologię, obniży koszty poprzez usprawnienie działalności i podniesienie się wydajności, to zamykanie kopalń nie będzie miało sensu – podkreśla Mirosław Taras. – Natomiast jeżeli nadal niektóre kopalnie będą nierentowne, to będziemy starali się wyeksploatować część złoża, która da nam najwyższą rentowność albo najmniejsze straty, i jeżeli w naturalny sposób kopalnie zakończą swoją żywotność, to jest oczywiste, że zostaną wykluczone z eksploatacji. Ale o takich dramatycznych rozwiązaniach absolutnie nie myślimy i takie rzeczy się nie zdarzą – zapewnia.

Zarządzanie dużymi firmami za pomocą smartfona możliwe dzięki nowoczesnym systemom informatycznym

CEO Magazyn Polska

Firmy logistyczne będą inwestować w systemy IT  takie wnioski płyną z poznańskiego Polskiego Kongresu Logistycznego. Coraz popularniejsze stają się otwarte i elastyczne systemy zarządzania przedsiębiorstwami, głównie ze względu na to, że są one tańsze. Dają one firmom szansę szybszej reakcji na zmiany na rynku i umożliwiają pracę z oprogramowaniem zewnętrznym. Dzięki nim nawet dużymi firmami można zarządzać za pomocą smartfona. Tym samym firmy odchodzą od skomplikowanych systemów zamkniętych, których wdrażanie jest długotrwałe i kosztowne, a każdorazowa aktualizacja systemu wymaga zmiany przez dostawcę.

System operacyjny jest odpowiedzialny za organizację pracy w całym przedsiębiorstwie, we wszystkich jego aspektach: relacjach z klientami, w sprzedaży, planowaniu produkcji, magazynowaniu, logistyce, fakturowaniu, rozliczeniach z kontrahentami – wyjaśnia Krzysztof Kędzierski, prezes zarządu Amur, spółki tworzącej rozwiązania IT dla firm logistycznych i transportowych. – Obecne trendy na rynku logistycznym wskazują, że firmy idą w kierunku rozwiązań lekkich, otwartych, tanich w eksploatacji, pozwalających bardzo szybko reagować na zmieniające się warunki na rynku.

Kędzierski wyjaśnia, że istnieją dwa główne typy systemów ERP, czyli systemów zarządzania zasobami przedsiębiorstwa. Pierwsze to systemy zamknięte, których pionierem już w latach 70. ubiegłego wieku była niemiecka firma SAP. Na podobnych zasadach działa Apple. System zamknięty jest dostarczany przez producenta i nie umożliwia wprowadzania swobodnych zmian przez użytkownika. Powoduje to, że koszty jego wdrożenia są duże, a proces może trwać nawet kilka lat.

Systemy zamknięte są też trudne w aktualizacji. Gdy potrzebne są nowe funkcje, niezbędne jest wdrożenie nowego systemu. Nie ma też możliwości szybkiego reagowania na zmiany na rynku i integracji z oprogramowaniem zewnętrznym.

Alternatywą dla nich są systemy otwarte, w których narzuty producenta nie zamykają drogi niezależnym firmom, programistom czy działom IT klienta, który zakupił taki systemu. Specjaliści mogą ingerować w niego bez uszczuplania jego funkcjonalności. W tym przypadku koszty wdrażania i utrzymywania systemu są znacząco niższe, nie przywiązujemy się do jednego dostawcy i możemy bardzo szybko reagować na zmieniające się warunki na rynku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kędzierski.

Jako system otwarty działa m.in. popularne oprogramowanie Android, Google, Linux czy Blackberry. Kędzierski podkreśla, że to właśnie w tym kierunku zmierzają systemów IT dla przedsiębiorstw. Zarządy spółek doceniają nie tylko ich niższy koszt, lecz przede wszystkim elastyczność takich systemów.

Dzięki wdrażaniu systemów ERP coraz łatwiejsze jest też zarządzanie firmą za pomocą osobistych urządzeń przenośnych. Kędzierski ocenia, że zwłaszcza firmy logistyczne będą dużo inwestować nie tylko w systemy IT, lecz także w sprzęty elektroniczne, takie jak smartfony i tablety. Dodaje, że nawet największe przedsiębiorstwa w Polsce, takie jak Orlen, mogą być zarządzane z poziomu urządzeń mobilnych.

Kędzierski przypomina, że ewolucja systemów ERP cały czas trwa, a konkurencja między dostawcami jest bardzo duża.

Na rynku nie ma uniwersalnego rozwiązania i nie może takiego być dla firm z branży logistycznej, wynika to z charakterystyki tego rynku. Firmy, które zaniechają rozwoju swoich systemów informatycznych, bardzo szybko albo zostaną do tego zmuszone, ponosząc duże nakłady inwestycyjne, albo całkowicie znikną z rynku – ocenia Kędzierski.

Wprowadzenie zaawansowanych systemów ERP może dać firmom dużą przewagę konkurencyjną. W logistyce nie ma zapotrzebowania na systemy działające online. Synchronizacja danych w czasie rzeczywistym jest potrzebna w sektorze bankowości i w przypadku sklepów internetowych. Przedsiębiorstwa produkcyjne i logistyczne mogą korzystać z systemów offline. Dla większości wystarczająca jest cogodzinna synchronizacja, ale możliwe jest aktualizowanie danych nawet co 10 sekund.

Do 2020 r. prawie wszystkie gospodarstwa domowe będą podłączone do internetu. Problemem pozostanie odpowiednia prędkość połączeń

CEO Magazyn Polska

Do 2020 r. gospodarstwa domowe niepodłączone do internetu będą stanowić zdecydowaną mniejszość. Głównym problemem pozostanie prędkość internetu i kapitał niezbędny do poprawy jakości połączeń. Paradoksalnie na przeszkodzie może stać presja ze strony konsumentów domagających się jak najniższych cen. – Trzeba stworzyć równowagę między stymulacją biznesu w tej dziedzinie a modelami biznesowymi i nie obciążać nadmiernie firm, które budują nam cyfrową przyszłość – uważa Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji.

Zgodnie z założeniami Europejskiej Agendy Cyfrowej do 2020 roku każdy Europejczyk powinien mieć możliwość korzystania z internetowego łącza nie wolniejszego niż 30 Mb/s, a co najmniej połowa gospodarstw domowych ma mieć dostęp do internetu o prędkości 100 Mb/s.

Problemem nie jest sam dostęp do internetu, tylko jego przepływność, czyli mówiąc potocznie jego prędkość. Dzisiaj, jeśli chcemy szybko przesyłać informacje, duże pliki informacji, jeśli legalnie chcemy ściągnąć film i go obejrzeć, jeśli chcemy zobaczyć zasoby naukowe, edukacyjne, to chcemy mieć i musimy mieć do tego szybki internet, żeby to do nas przyszło w ciągu paru minut, a nie w ciągu paru godzin – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji.

Podkreśla, że w tym zakresie przed całą Europą stoi wiele wyzwań. To przede wszystkim budowa technologii LTE i 4G, która w niektórych krajach jest na początkowym etapie.

W wielu krajach jeszcze nie ma dostępu do 4G, a niektórzy, jak Niemcy czy Anglicy, zaczęli już rozmowy na temat 5G. Te inwestycje muszą być, ale żeby one były, to ci, którzy inwestują, muszą mieć poczucie, że robią to z sensem i że mogą mieć odpowiedni kapitał, także pochodzący z dobrych wyników finansowych. Dlatego trzeba stworzyć taką równowagę między stymulacją biznesu w tej dziedzinie a modelami biznesowymi, by nie obciążać nadmiernie firm, które budują nam cyfrową przyszłość – podkreśla były minister administracji i cyfryzacji.

Pewne obciążenie dla tych firm może wiązać się z presją ze strony konsumentów na coraz niższe ceny usług. Boni podkreśla, że obniżanie cen usług, nawet przy zwiększaniu ich dostępności, powoduje, że czas zwrotu z danej inwestycji znacznie się wydłuża. To zaś powoduje problemy w firmach inwestujących.

Tu potrzebne jest rozsądne myślenie – zarówno o konsumencie, żeby miał jak najlepiej i jak najtaniej, jak i o warunkach dla inwestujących, żeby mieli  pieniądze wypracowywane przez siebie na nowe inwestycje – przekonuje Michał Boni.

W kontekście realizacji założeń Europejskiej Agendy Cyfrowej wciąż istotna jest kwestia cyfrowego wykluczenia. Jedna trzecia całego społeczeństwa nie korzysta z internetu. Odsetek ten rośnie, kiedy weźmiemy pod uwagę tylko mieszkańców wsi (41 proc.) lub osoby starsze. Wśród 13,7 mln osób w wieku 50+ z sieci nie korzysta 67 proc., czyli ponad 9 mln osób. Na wykluczenie cyfrowe narażone są również osoby niepełnosprawne (tylko 38 proc. z nich korzysta z internetu).

Sporo osób, które mają internet i umieją z niego korzystać, nie używają go, bo nie wiedzą, dlaczego i po co. Trzeba więc zwiększać podaż, ofertę dla ludzi. Wtedy będą rozumieli, ze to się do czegoś przydaje – mówi Michał Boni.

Walce z wykluczeniem cyfrowym wśród osób powyżej 50. roku życia służyć mają takie inicjatywy, jak program Latarnicy, w którym wolontariusze uczą osoby starsze tego, jak korzystać z sieci. Według Boniego szansą na zaznajomienie się starszych ludzi z nowymi technologiami może być również wykorzystanie procesu cyfryzacji telewizji.

Będą się pojawiały coraz to nowe odbiorniki, które mają charakter hybrydowy, czyli łączą w sobie funkcje komputera i telewizora. Starsi ludzie są przyzwyczajeni i przyjaźnie nastawieni do ekranu telewizyjnego – mówi były minister. – Jeśli będzie z niego płynęła nauka dotycząca tego, jak obsługiwać internet i co można w nim znaleźć, to może się okazać, że będziemy mieli parę milionów osób więcej z umiejętnościami cyfrowymi. A to oznacza kilka milionów więcej użytkowników sieci, czyli klientów, którzy będą rozwijać popyt na usługi.

To o tyle istotne, że oferta usług cyfrowych, związana z różnymi dziedzinami życia, będzie coraz szybciej rosnąć.

W najbliższym okresie, moim zdaniem, nastąpi duże przyspieszenie. Wiele różnych usług publicznych, także te dotyczące spraw medycznych, zostanie informatyzowanych. I starsi ludzie nie mogą zostać poza ułatwiającymi życie rozwiązaniami – podkreśla Michał Boni.

Saxo Bank: Inwestorzy będą nieufni wobec powstającej Unii Euroazjatyckiej. Głównie z powodu agresywnej polityki Moskwy

Rosja, Kazachstan oraz Białoruś podpiszą 29 maja umowę o utworzeniu Unii Euroazjatyckiej. Ma ona być gospodarczą i polityczną przeciwwagą dla USA, UE oraz Chin. Prezydent Rosji Władimir Putin w jej gronie widzi niemal wszystkie państwa byłego ZSRR, łącznie z Gruzją i Mołdawią, które pod koniec czerwca mają podpisać umowy stowarzyszeniowe z UE. Przymusowa integracja pod dyktando Moskwy zwiększa ryzyko, że kapitał zagraniczny będzie omijał Unię Euroazjatycką szerokim łukiem.

Sama Unia jako związek gospodarczy będzie niosła korzyści dla poszczególnych państw, tak samo jak wprowadzenie Unii Europejskiej oznaczało wzrost, szczególnie dla słabszych regionów. Natomiast dużo istotniejszy od wymiaru ekonomicznego jest wymiar polityczny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Jędrzejak, dyrektor zarządzający Saxo Bank Polska. – Widać, że wydarzenia na Krymie i obecnie wschodniej Ukrainie są elementem większego planu. To gra o ponowne zjednoczenie wokół Rosji państw byłego Związku Radzieckiego.

Polityka sąsiedztwa UE, a zwłaszcza Partnerstwo Wschodnie, są postrzegane przez Kreml w kategoriach geopolitycznej rywalizacji. Moskwa stara się zmienić układ sił w regionie, czemu służyć ma m.in. głęboka integracja w ramach Unii Euroazjatyckiej. Powstanie ona na bazie istniejącej od 2010 r. Unii Celnej pomiędzy Rosją, Kazachstanem i Białorusią, a w przyszłości grono państwa ma się powiększyć o Armenię, Kirgistan i Tadżykistan. Unia Euroazjatycka ma pewne podobieństwa do Unii Europejskiej, bo obok politycznej integracji zakłada także swobodny przepływ osób, kapitału, towarów i usług. Te obszary znajdą się w kompetencji Komisji Euroazjatyckiej. Zachętą do uczestnictwa w Unii jest m.in. dwukrotna obniżka cen gazu oraz preferencyjne kredyty.

29 maja odbędzie się podpisanie umowy pomiędzy Rosją, Kazachstanem a Białorusią, w której budowane są wszelkie podwaliny prawne i  organizacyjne pod nową unię. Jako dobry przykład można wskazać, że będzie Komisja Euroazjatycka na wzór Komisji Europejskiej, tylko z siedzibą nie w Brukseli, lecz w Moskwie. Jest planowana wspólna waluta, która ma działać po 2025 roku, to ledwie po 10 latach, która wyprze na przykład rubla. Więc będzie wspólny bank centralny. Tych elementów uwspólnotowienia będzie bardzo dużo, więc można powiedzieć, że jest to rzeczywiście powrót do Związku Radzieckiego – uważa Jędrzejak.

Proces integracji w ramach Unii Euroazjatyckiej będzie tym różnił od tego w ramach Unii Europejskiej, że w tym drugim przypadku polegał on na oddolnej, demokratycznie wyrażonej woli. Jeżeli integracja wokół Rosji miałaby podobny, pokojowy i dobrowolny charakter, to mogłaby budzić spore zainteresowanie inwestorów zagranicznych – uważa dyrektor zarządzający Saxo Bank Polska. Zajęcie Krymu, destabilizacja wschodniej Ukrainy, pogróżki pod adresem Gruzji i Mołdawii i szereg innych działań Moskwy sprawiają jednak, że obszar przyszłej Unii doświadcza ucieczki kapitału i innych kosztów związanych z niepewnością w gospodarkach.

Widać, że jest tworzona przy użyciu środków nacisku militarnego, zmienia się zupełnie jej wymiar, więc trudno mówić o pozytywnym wpływie na rynki finansowe. Przykład Rosji, czyli odpływ kapitału zagranicznego w ostatnich miesiącach w kwocie ponad 70 mld [euro] i jego dalszy wyciek, to  pierwszy symptom, który sprawia, że to nie jest odbierane pozytywnie. Natomiast w dłuższej perspektywie, do roku 2025 może się jeszcze wiele wydarzyć i na pewno inwestorzy bardzo ostrożnie powinni obserwować sytuację – mówi dyrektor zarządzający w Saxo Bank Polska.

Polityka Rosji stanowi bardzo poważne wyzwanie także dla państw UE, zwłaszcza graniczących z obszarem poradzieckim. Po pierwsze, utrzymywanie się zagrożenia dla bezpieczeństwa niektórych państw będzie niekorzystnie oddziaływać na długoterminowy rozwój gospodarczy. Po drugie, zagrożona jest solidarność i spójność wewnątrz UE. I po trzecie, Rosja może naciskać na zatrzymanie integracji z UE i NATO takich państw, jak Mołdawia i Gruzja, a także przeciwdziałać próbom wzmocnienia militarnej obecności NATO w Polsce czy republikach bałtyckich.

W bezkompromisowy sposób Putin rozgrywa wewnętrzne tarcia w Unii Europejskiej pomiędzy Niemcami, Francją a państwami południa czy państwami, jak Polska, gdzie widać, że poprzez politykę energetyczną można bardzo łatwo złamać slogan dotyczący solidarności Europy. W przypadku zacieśniających się stosunków pomiędzy Mołdawią a Unia Europejską groźba energetycznego zamrożenia państwa powoduje, że mogą nastąpić zmiany w polityce międzynarodowej. Na razie wygląda na to, że Mołdawia nie ma zamiaru zmieniać swojej retoryki i całkowicie jest ukierunkowana na wejście w orbitę państw zachodnich – uważa Maciej Jędrzejak.

Na razie retoryki nie zmienia również Kreml i będące na jego usługach media. Rosja ociera się o recesję, prognozy na najbliższy rok są bardzo pesymistyczne, więc Putin używa polityki zagranicznej także do utrzymania i zwiększania popularności wewnątrz kraju. Według Jędrzejaka, rosyjska ulica entuzjastycznie zareagowała na zajęcie Krymu.

– Od tysięcy lat można zarządzać państwami, korzystając z dwóch recept: daje się albo igrzyska, albo chleb. Ponieważ chleba nie starcza, mamy w Rosji praktycznie recesję, podniesione stopy procentowe spowalniają gospodarkę i doprowadzają do tego, że z tej recesji będzie bardzo trudno wyjść. Osłabiony rubel i odpływ kapitału również nie będą wspierać wyjścia z recesji, biorąc pod uwagę jeszcze dodatkowe sankcje. Więc rozwiązaniem pozostają igrzyska – uważa dyrektor zarządzający w Saxo Bank Polska.

ENEA podpisała z Bankiem Gospodarstwa Krajowego umowę programową dotyczącą emisji obligacji długoterminowych o wartości 1 mld zł

Spółka podpisała z Bankiem Gospodarstwa Krajowego umowę programową dotyczącą emisji obligacji długoterminowych o wartości 1 mld zł. Celem będzie finansowanie bieżącej działalności oraz potrzeb inwestycyjnych Grupy ENEA. Umowę podpisano na placu kluczowego dla ENEA projektu, jakim jest budowa bloku 1075 MW w Kozienicach. W uroczystości wziął udział Minister Skarbu Państwa, Włodzimierz Karpiński.

Program emisji obligacji został zawarty na okres 12 lat i 7 miesięcy i kończy się 15 grudnia 2026 roku. Okres dostępności programu, w ramach którego przeprowadzane będą emisje obligacji, upływa 15 grudnia 2016 roku. Umowę podpisano w miejscu wyjątkowym, na placu kluczowej dla bezpieczeństwa energetycznego milionów Polaków inwestycji. W elektrowni w Kozienicach powstaje najnowocześniejszy na skalę europejską blok węglowy, który będzie spełniał wszystkie, najbardziej restrykcyjne normy ekologiczne. To jednak nie koniec ambitnych planów Grupy. ENEA do 2020 roku zainwestuje aż 20 mld zł.

Krzysztof Zamasz, Prezes Zarządu ENEA S.A.
Krzysztof Zamasz, Prezes Zarządu ENEA S.A.

– Grupa jest gotowa do dalszego rozwoju i inwestowania zarówno w konwencjonalne, kogeneracyjne i odnawialne źródła wytwarzania energii, jak i w obszar dystrybucji, od którego zależy jakość obsługi Klientów. Nasze inwestycje, to nie są decyzje, których skutki będziemy widzieli tylko dziś czy jutro. Ze względu na ich skalę i rozmach myślimy o nich w perspektywie najbliższych dekad – mówi Krzysztof Zamasz, Prezes Zarządu ENEA S.A.

Skuteczne pozyskanie funduszy to jedno z głównych zadań, od których zależy rozwój samej Grupy, ale również powodzenie modernizacji polskiej energetyki i wzmocnienia jej wobec niestabilnej sytuacji międzynarodowej.

– Od wielu miesięcy realizujemy Program Inwestycje Polskie, finansując duże i małe przedsięwzięcia ważne z punktu widzenia naszej gospodarki. Dzisiejsza transakcja doskonale się wpisuje zarówno w ten program, jak i w tradycję naszego banku. Kiedy w latach 20-tych ubiegłego wieku Polska odzyskiwała niepodległość, BGK pomagał budować Centralny Okręg Przemysłowy, miasto i port Gdynia, wspierał polski przemysł i inwestycje infrastrukturalne. Dzisiaj, realizując takie transakcje jak projekty ENEA, wracamy do korzeni – powiedział Dariusz Kacprzyk, prezes zarządu BGK.

W Kozienicach codziennie ponad 500 osób wznosi potężne konstrukcje. Teren elektrowni zmienia się z dnia na dzień. Najbardziej charakterystyczne są dwa ogromne pylony komunikacyjne oraz widoczna już z daleka okrągła chłodnia kominowa, która docelowo osiągnie wysokość 185 metrów przy średnicy 146 metrów. To na jej tle podpisana została dziś umowa.

– Nie ma wątpliwości, że potrzebujemy nowych megawatów, a nasza gospodarka jest w dużej mierze oparta na węglu. To niezaprzeczalne fakty, które tutaj w Kozienicach, ale także w Jaworznie i Opolu są wykorzystywane biznesowo. Dzięki takim projektom modernizujemy i przebudowujemy potencjał krajowej energetyki i zapewniamy sobie bezpieczeństwo dostaw prądu. Do 2020 r. spółki Skarbu Państwa zainwestują w energetykę 60 mld zł. ENEA będzie miała w tych inwestycjach znaczący udział. Plany spółki na najbliższe 6 lat opiewają na 20 mld zł. Podpisane dziś porozumienie z BGK zwiększa możliwości inwestycyjne Grupy – powiedział Włodzimierz Karpiński, minister Skarbu Państwa.

Po ukończeniu budowy w Kozienicach będzie tu powstawało 13 proc. polskiej energii elektrycznej. Co 9 Polak otrzyma prąd z Kozienic. Energia pozyskiwana będzie z węgla kamiennego, co wpisuje się w dyskusję na temat bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju. Nowoczesne technologie zapewnią niespotykaną dotąd wydajność przy zminimalizowanych konsekwencjach dla środowiska naturalnego. W ten sposób ENEA odpowiada na rosnące zapotrzebowanie na energię elektryczną w Polsce i ryzyko jej niedoborów. Co ważne, inwestycja została zaplanowana w sposób gwarantujący jej rentowność.

– Ogromnie się cieszę, że Elektrownia Kozienice – filar polskiej energetyki – rozwija się i unowocześnia. To źródło naszego bezpieczeństwa energetycznego i bardzo ważne miejsce także dla lokalnej społeczności – powiedział Jacek Kozłowski, wojewoda mazowiecki.

Prace w Kozienicach przebiegają zgodnie z harmonogramem. Na koniec pierwszego kwartału budowa osiągnęła prawie 30 proc. zaawansowania, do końca roku będzie to już 65 proc. Łącznie przy realizacji pracę znajdzie ok 2500 osób, a kolejne 200 osób zostanie zatrudnionych do obsługi uruchomionego już bloku. To ważna informacja dla mieszkańców i realna korzyść dla Kozienic i innych okolicznych gmin.

Grupa Kapitałowa ENEA to nowoczesny wytwórca, sprzedawca i dystrybutor energii elektrycznej. Ma prawie 2,4 miliona Klientów i 12,5 % udziału w sprzedaży na rynku detalicznym energii elektrycznej w Polsce. Jej sieć dystrybucyjna pokrywa 1/5 powierzchni kraju, głównie województwa: wielkopolskie, kujawsko-komorskie, lubuskie i zachodniopomorskie. Prawie 8% energii wytwarzanej w kraju pochodzi z elektrowni Grupy. ENEA Wytwarzanie S.A. w Kozienicach to największy w kraju producent prądu z węgla kamiennego.

Media pod presją online

Internet ma olbrzymi wpływ na ewolucję tradycyjnych mediów, nawet jeśli na co dzień tego nie dostrzegamy. Znaczenie sieci oraz zmiany nawyków konsumenckich dostrzegają i zaczynają rozumieć również nadawcy telewizyjni – pisze Michał Włodarczyk, ekspert firmy Gemius.

Kiedy kilka lat temu okazało się, że użytkownicy Internetu wolą oglądać, niż słuchać bądź czytać, stało się jasne, iż wydawcy tradycyjnych mediów muszą się mieć na baczności. Albo raczej, rozpocząć poszukiwania innowacyjnych rozwiązań z myślą o własnej przyszłości. Oczywiście, olbrzymiego przełomu dokonał YouTube, którego nowy właściciel Google, po pierwsze przekształcił w atrakcyjną platformę wideo, po drugie – upowszechniając nowe formaty reklamowe – uczynił dochodowym biznesem. Przykład YouTube nie dotyczy jednak większości wydawców, którzy tworzą różne modele udostępniania swych treści multimedialnych w Internecie. Platforma Google’a uderzyła zaś w przemysł muzyczny „starego typu“. Z czasem wielu muzyków uruchomiło tam oficjalne kanały (równolegle – największe dochody zaczęły im przynosić nie albumy płytowe, lecz platformy udostępniające online pliki audio; nie chodzi już tylko o internetowe sklepy jak iTunes, lecz serwisy w rodzaju szwedzkiego Spotify, obecnego od zeszłego roku również w Polsce).

Któż nie lubi filmów w sieci?

Trwoga miała prawo paść na wydawców tradycyjnej telewizji. Fala nowych trendów z Zachodu szybko dotarła nad Wisłę. Pamiętamy niezwykłą popularność serialu „Klatka B“, który dzięki reklamom mógł na siebie zarabiać. Reklamodawców przyciągały bowiem setki tysięcy odsłon. To tylko jeden z pierwszych, ale obrazowych przykładów, jak nowe rozwiązania w sieci zmieniają gusta użytkowników. Nie musimy już bowiem czekać na ustaloną przez wydawcę TV porę, aby obejrzeć serwis informacyjny albo premierowy odcinek ulubonego serialu. Włączamy treści wideo wtedy, kiedy mamy na to czas i ochotę, jak również – bez względu na to, gdzie się znajdujemy (korzystając z różnych narzędzi zarówno stacjonarnych, jak mobilnych). Co więcej, nowe rozwiązania w sieci umożliwiają komponowanie własnych playlist – prywatnego, osobistego programu. Doskonale zrozumieli to wydawcy radiowi uruchamiając na swoich serwisach www streaming audycji na żywo. Mechanizm był prosty, w studiu najpopularniejszych audycji Radia Zet czy Tok FM umieszczano kamerę i transmitowano online nie tylko fonię, lecz również obraz. Najdalej poszła Czwórka Polskiego Radia, transmitując stale obraz wideo ze studia. W międzyczasie wydawcy prasowi coraz chętniej zaczęli wzbogacać swoje serwisy internetowe o treści wideo. „Rzeczpospolita“ i „Gazeta Wyborcza“ udostępniały komentarze wideo własnych publicystów i dziennikarzy, odnoszące się do publikowanych tekstów, a nawet – dyskusje rejestrowane specjalnie na potrzeby serwisu internetowego. Wszystko po to, aby zaspokoić gusta i potrzeby już nie czytelników, lecz szerzej – odbiorców, konsumentów nowych mediów.

Prawie jak telewizja. Interakcja

Kilka lat temu, kiedy największe portale, jak Onet czy Wirtualna Polska, uruchamiały swoje serwisy TV, w USA rewolucja poszła już dużo dalej. Takie platformy, jak Hulu.com dawały już możliwość tworzenia własnej ramówki z wysokiej jakości treści, często tworzonej wyłącznie na potrzeby własnych kanałów. Ale przełom dotyczył też interakcji. O ile z telewizora może popłynąć do nas komunikat z zachętą wysłania SMS-a, to w sieci interakcja może przebiegać pomiędzy widzami. Parę lat temu Joost.com uruchomił aplikację umożliwiającą widzom tego samego programu wymianę opinii za pomocą komunikatora internetowego. Z czasem do gry włączono media społecznościowe (czego przykładem może być konkurs na najlepszego piłkarza meczu, prowadzony na Facebooku w czasie rzeczywistym, w takcie transmisji).

O rosnącej sile Internetu – wszak od kilku lat istnieją rynki, również w Europie, gdzie wydatki reklamowe na online przewyższają budżety telewizyjne[1] – świadczy również fakt szybkiego rozwoju platform online, wdrażanych przez nadawców „starej“ telewizji. W Polsce prześcigają się Polsat (Ipla), TVN (TVN Player) i TVP. Nadawcy sięgają też po aplikacje mobilne, dające dostęp do treści wideo na urządzeniach mobilnych. TVN transmituje na swoim portalu na żywo główne wydanie „Faktów“, a do korzystania z platform mają zachęcić przedpremierowe odcinki popularnych seriali, produkowanych przez poszczególne stacje.

W kontekście przechodzenia telewizji do świata online – czy też łączenia obu światów – ciekawe wydają się też inne wątki, jak postępująca cyfryzacja telewizji czy trwające w Polsce od kilku lat prace nad telewizją mobilną. W ten projekt swego czasu mocno zaangażowali się główni operatorzy telefonii cyfrowej, którzy swoją drogą – mają istotny wkład w poszerzenie dostępu do szybkich łączy internetowych.

Tamtej TV już nie będzie

Telewizja należy do tych mediów, które mocno się zmieniają – w dużej mierze za sprawą zaangażowania Internetu; już teraz odbiorniki TV spełniają wiele ról (stąd też pojęcia i zjawiska w rodzaju smart TV). Poza tym, telewizja coraz częściej przypomina towarzyszące nam w tle radio.

Dostępne online, telewizje – i ciągle rozwijane usługi w rodzaju VOD – będą dawać nam możliwość indywidualnego układania ramówki. Być może ważnym krokiem w tym kierunku są wspomniane już platformy, jak Ipla czy TVN Player.

Jak to zbadać?

Zmiana podejścia do rozumienia i konsumpcji TV powoduje niemałe wyzwanie. Jak badać telewizję, jej kondycję jako medium, oglądalność, skuteczność dotarcia i efektywność komunikacji marketingowej? Bo jeśli w ankiecie zadamy pytanie: „Czy oglądał Pan telewizję?”, to odpowiedź raczej nie uwzględni oglądania serialu na tablecie czy filmików z YouTube na Xboxie. Tymczasem to też są czynności związane z telewizją, czy może konsumpcją wideo. Owszem, są już wprowadzane systemy do pomiaru oglądalności wykorzystujące kamery w telewizorach (telewizor niejako sprawdza, czy ktoś się przed nim znajduje), ale technologia to budzi wiele kontrowersji, bo użytkownicy nie są przekonani do tego, czy etyczne jest, aby telewizor „ich śledził”.

Trudno już wątpić w tezę, że wydawcy i reklamodawcy powinni skupić się na wdrażaniu nowych rozwiązań dokładnie analizujących konsumpcję treści wideo umieszczonych w sieci. Za chwilę bowiem będzie to jedno z kluczowych narzędzi do planowania mediów, a tym samym – tworzenia strategii biznesowych i monetyzowania produkcji filmowej zupełnie nowego typu.

Minął już czas, również w Polsce, kiedy wydawcy tradycyjnych mediów z wyższością spoglądali na Internet. Teraz każdy z nich poszukuje najbardziej efektywnych i najatrakcyjniejszych modeli udostępniania własnych produkcji. Właśnie w sieci. Kolejny raz przy tej okazji warto sięgnąć po przykład zza oceanu. Jeden z amerykańskich gigantów, Amazon, rozpoczął z wielkim rozmachem produkcję i emisję własnego serialu „Alpha House”, rzucając wyzwanie największym gigantom, jak platforma Netflix (głośny „House of Cards”) z jednej strony i HBO z drugiej, słynący dotąd z produkcji ambitnych serii fabularnych. Za chwilę doświadczymy tego w Polsce.

Rośnie znaczenie zakupów mobilnych

Polscy internauci robią zakupy w sieci już nie tylko na ekranach komputerów. Korzystają z laptopów, tabletów, smartfonów i e-booków. Zaczynają na ekranie telefonu, a kończą na domowym PC. Choć rośnie znaczenie zakupów mobilnych, użyteczność stron www nadal kuleje.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez firmę Gemius dla e-Commerce Polska, co trzeci polski internauta już przynajmniej raz zrobił zakupy w sieci za pomocą smartfona, a co piąty tabletu. Niemal 4 proc. w tym celu wykorzystuje czytnik e-booków. Jednak nadal najczęściej e-klienci dokonują zakupu za pośrednictwem laptopa (86 proc.) i komputera stacjonarnego (69 proc.). Badania pokazują także, że ponad połowa internautów, spośród tych, którzy nabywają produkty w sieci przy pomocy różnych urządzeń, rozpoczyna zakupy na ekranie telefonu, a kończy na komputerze lub tablecie.

– Przejście od pecetów do tabletów i smartfonów zmienia biznes – komentuje Mateusz Gordon, ekspert od e-handlu z firmy Gemius. – Rosnąca liczba urządzeń mobilnych oznacza w praktyce zupełnie inne zachowania ich użytkowników. Odnosi się to do form spędzania czasu wolnego, częstotliwości przeglądania treści w sieci, jak również zakupów. Polacy korzystają z wielu kanałów sprzedaży naraz. Świadomość tego trendu powinna się przekładać na nowy model obecności biznesowej w sieci – tłumaczy Gordon.

Natomiast Grzegorz Wójcik, członek zarządu Izby Gospodarki Elektronicznej, dodaje, że sprzedaż za pośrednictwem urządzeń mobilnych stanowi coraz większe zagrożenie dla dotychczasowych liderów tradycyjnego rynku internetowego. – Dlatego kluczowe jest to, by dostosować formę i treść oferty do wykorzystywanego sprzętu czy oprogramowania przez e-konsumentów – wyjaśnia Wójcik.

Badanych zapytano również o trudności, jakie napotykają podczas robienia zakupów w sieci przy pomocy urządzeń mobilnych. Okazuje się, że na problemy częściej narzekają mężczyźni. Zwracają uwagę na niewygodne formularze (73 proc.), niedostosowanie stron (63 proc.), skomplikowany proces finalizacji transakcji (54 proc.) oraz brak aplikacji mobilnej (45 proc.). Z kolei kobiety wskazują przede wszystkim na zbyt małe litery (51 proc.) i niewygodny sposób płatności (29 proc.).

– Sytuacja na rynku pokazuje, że e-sklepy same sobie utrudniają prowadzenie biznesu – mówi Michał Kot, dyrektor ds. badań w Interaktywnym Instytucie Badań Rynkowych (IIBR). – Pomimo szczerych chęci ze strony e-klientów, zakupy z wykorzystaniem urządzeń mobilnych są trudne, ponieważ strony nie są przystosowane do urządzeń mobilnych. Ta bariera może być kluczowa w procesie zakupowym i nasz potencjalny klient może się zrazić i szybko przejść na witrynę konkurencyjną dostosowaną do takiego urządzenia – dodaje Kot.

Celem badania było poznanie postaw, zwyczajów i motywacji związanych z kupowaniem online. Badanie zostało zrealizowane przy pomocy ankiet CAWI (ang. Computer-Assisted Web Interview) na grupie 1500 internautów powyżej 15 roku życia. Dane zebrano między 26 lutego a 7 marca 2014 roku.

Wyniki pochodzą z raportu „E-commerce w Polsce 2014. Gemius dla e-Commerce Polska”, który już niebawem zostanie opublikowany na stronach: www.gemius.pl i www.ecommercepolska.pl.