Raport Manpower: nastąpi wzrost zatrudnienia w transporcie, logistyce, komunikacji oraz instytucjach sektora publicznego

Transport, logistyka, komunikacja oraz instytucje sektora publicznego – to branże, które według Barometru Manpower będą zatrudniać w III kwartale. Optymizm pracodawców co do planów zatrudnienia w kolejnych miesiącach jest jednak dość ostrożny. Zwiększenie liczby pracujących przewiduje tylko 16 proc. przebadanych firm, 9 proc. zamierza redukować etaty, a 72 proc. nie planuje zmian personalnych.

Widzimy lekkie ożywienie na rynku pracy, ponieważ po raz pierwszy od roku prognozy są pozytywne, czyli firmy będą bardziej nastawione na zwiększanie zatrudnienia. To oznacza, że mamy większą liczbę firm, które będą zwiększać zatrudnienie niż tych, które będą zatrudnienie redukować – tłumaczy Iwona Janas, dyrektor generalna Manpower w Polsce, firmy, która przygotował kolejny raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.

Z badania wynika, że największy optymizm pracodawców widoczny jest w sektorze Transport/ Logistyka/ Komunikacja (+10 proc). Umiarkowanie optymistyczną prognozę odnotowano natomiast dla branż Instytucje sektora publicznego (+6 proc.), Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo (+4 proc.) oraz Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi (+3 proc.).

Jednocześnie prognozy dotyczące zatrudnienia w sektorach Budownictwo, Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi (-5 proc.) oraz Produkcja przemysłowa (-3 proc.), pozostają ujemne już czwarty kwartał z rzędu. Mimo to sytuacja w nich nie pogarsza się i jest stabilna.

– Po Euro 2012 zaczęliśmy obserwować spadki prognoz, wciąż są negatywne. Niestety na trzeci kwartał, który zwykle jest dobrym sezonem dla budownictwa, nie mamy dobrych informacji: firmy budowlane będą cały czas bardziej nastawione na zwalnianie niż zatrudnianie – tłumaczy Janas.

Najgorsze prognozy zatrudnienia odnotowano w sektorze wydobywczym i kopalniach (-15 proc.) – one również są ujemne od czterech kwartałów. Prognoza zatrudnienia dla sektora Handel (detaliczny i hurtowy) wynosi natomiast 0 proc., co oznacza, że w trzecim kwartale nie będzie tam nowych etatów, ale nie będzie też zwolnień.

Tym, co może napawać optymizmem jest fakt, że istnieje wiele zawodów, których nie dotyczą problemy związane z zatrudnieniem. Szanse na rynku pracy mają też osoby bez doświadczenia.

– Obserwując trendy na rynku widzimy, że spośród najbardziej poszukiwanych, a jednocześnie cały czas brakujących zawodów, powtarza się temat wyspecjalizowanych kwalifikacji: specjalistów IT, inżynierów, techników, również kierowców, co z kolei jest dosyć spójne z tym, że logistyka i transport najchętniej zatrudnia w tej chwili na rynku – wymienia Iwona Janas. – Jest też bardzo duże zainteresowanie osobami po studiach i osobami, które nie mają doświadczenia.

W ujęciu kwartalnym prognoza zatrudnienia wzrosła w trzech z sześciu badanych regionach Polski. Najwyższy wzrost optymizmu wobec drugiego kwartału odnotowano w regionie Północnym (o 4 proc.), a następnie w Południowym i Północno-Zachodnim (o 3 proc. dla obu). W regionie Wschodnim prognoza pozostaje na zbliżonym poziomie, natomiast w Centralnym spadła o 5 punktów procentowych. Nie zmieniły się natomiast plany pracodawców z regionu Południowo-Zachodniego.

Zdaniem Iwony Janas, optymizm pracodawców, choć w skali kraju umiarkowany, może sugerować, że coś pozytywnego zaczyna dziać się na rynku pracy.

– Załóżmy, że jest to pierwszy sygnał pewnego trwałego polepszenia – dodaje.

Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. ManpowerGroup jest firmą doradczą na rynku pracy. W Polsce od 2001 r. wspiera firmy i kandydatów do pracy za pośrednictwem 40 agencji pracy w 25 miastach.

Choć rosną ceny produkcji, nie będzie podwyżek cen żywności. Jest bariera popytu.

Konsumenci nie powinni obawiać się wzrostu cen żywności. Ostatnie miesiące pokazują, że nieco idą w górę, jednak nie są to znaczące wzrosty, która wpłyną na domowe budżety. Większe powody do obaw mają rolnicy, ponieważ i w tym roku może zabraknąć im pieniędzy na inwestycje, a nawet odtworzenie produkcji w przyszłym sezonie. Powody do zadowolenia mają tylko producenci drobiu, którego cena rośnie, chociaż nadal jest najtańszym z mięs.

 – Niewielki wzrost cen nie powinien niepokoić konsumentów. Natomiast producenci mają obawy, czy będą mieli środki na odtworzenie czy inwestowanie, bo rosną koszty produkcji. Na przykład ceny warzyw dwa lata temu były katastrofalnie niskie, również w ubiegłym roku nie były wysokie. A bez inwestowania, bez szukania nowinek, innowacji, trudno konkurować na świecie – mówi prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Zgodnie z ostatnimi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, ceny żywności i napojów bezalkoholowych wzrosły w kwietniu o 0,4 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca. Profesor Kowalski wyjaśnia, że tak nieznaczne zmiany wynikają z przedłużającego się spowolnienia gospodarczego w Polsce, a także z globalnego kryzysu, który automatycznie powoduje mniejsze zainteresowanie polskim eksportem.

 – Jest bariera popytu i nawet tam, gdzie byłyby uzasadnione wzrosty cen z uwagi na wyższe koszty produkcji, podwyżki nie następują. Przetwórcy, producenci schodzą z marż bojąc się, że utracą rynek – podkreśla prof. Andrzej Kowalski.

Najbardziej podrożały warzywa (o 2,5 proc.), więcej niż miesiąc wcześniej płacono za mięso (przeciętnie o 0,5 proc., w tym za drób – o 3,6 proc., przy spadku cen mięsa wołowego – o 0,4 proc., a wędlin i mięsa wieprzowego – po 0,2 proc.).

 – Wiele produktów staniało, również tych, których się nie spodziewaliśmy, a część cen wzrosła, bo są to podwyżki sezonowe, np. warzyw. Wiele osób mówi, że są one droższe niż w ubiegłych latach, ale trzeba pamiętać, że dwa lata z rzędu były wyjątkowo niskie ceny. Jeżeli w tej chwili jest odbicie rzędu kilku procent, to od razu jest to zauważalne w budżetach – zwraca uwagę dyrektor IERiGŻ.

Jednak ten wzrost cen rzędu 2-3 proc. w ciągu roku, jaki przewiduje ekspert, jest uznawany za normalny, a nawet konieczny dla rozwoju gospodarki.

Ważnym czynnikiem, który powoduje ograniczenie wzrostu cen żywności, jest stabilna sytuacja w innych, pozasurowcowych kosztach. Są nimi np. ceny energii elektrycznej, które od kilku miesięcy utrzymują się na niskim poziomie.

 – Wielu ekonomistów twierdzi, że od lipca ceny energii nie zmienią się. Płace nie rosną w takim tempie, który powodowałby nacisk na wzrost cen żywności. Z umiarkowanym optymizmem można patrzeć z punktu widzenia konsumentów na to, co się będzie działo – mówi prof. Andrzej Kowalski.

Tym bardziej, że nie sprawdziły się wcześniejsze prognozy dotyczące wzrostu cen mięsa wieprzowego i wołowego. Eksperci z IERGiŻ przewidywali, że może ono podrożeć nawet o ponad 10 proc. w skali roku. Jednak stawki wieprzowiny pozostają bez znaczących zmian.

 – Wołowina i wieprzowina stoi w miejscu, rosną ceny drobiu, ale wpływa na to wysoki i ciągle rosnący eksport. Mimo rosnących cen, drób jest ciągle tańszy w stosunku do innych gatunków mięsa. Występuje więc presja powodująca, że konsumenci przerzucają się na drób – dodaje prof. Andrzej Kowalski.

Rząd rozważa podniesienie płacy minimalnej. Pracodawcy protestują – oznacza to falę zwolnień

Dziś rząd zamierza zająć się wysokością płacy minimalnej w przyszłym roku. Pracodawcy podkreślają, że poziom tego wynagrodzenia w Polsce już jest wyższy niż w podobnych pod względem gospodarczym krajach Europy Środkowo-Wschodniej i nie jest wskazane jego radykalne podnoszenie, bo to oznacza groźbę zwolnień, zwłaszcza w biedniejszych regionach kraju.

Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan

 – Jeżeli podnosilibyśmy płacę minimalną szybciej, to możemy doprowadzić do większego bezrobocia na terenach wschodniej Polski, terenach słabych gospodarczo oraz wśród ludzi o niskich kwalifikacjach – podkreśla Jeremi Mordasewicz, ekspert rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

W praktyce zwiększenie poziomu płacy minimalnej oznacza, że pracownicy powinni pracować bardziej wydajnie, aby zarobić na wyższe płace, albo też ich pracodawcy muszą podnieść ceny swoich towarów czy usług. Jak podkreśla Mordasewicz – dla pracodawców ze wschodnich terenów Polski podniesienie tego wynagrodzenia nawet o minimum ustawowe, czyli 88 zł brutto stanowi problem. Tłumaczą, że nie są w stanie podnieść o tyle swoich cen.

Dodatkowo pracodawcy przypominają, że pracownik musi wytworzyć więcej niż wynosi jego pensja brutto – część jego pracy idzie na poczet przychodów firmy, która z tego musi opłacić inne koszty.

 – Na terenach wschodniej Polski, gdzie jest niska siła nabywcza ludności, gdzie pracuje sporo osób o bardzo niskich kwalifikacjach, nie wypracują one dla swojego pracodawcy ponad 3 tys. zł miesięcznie. A tyle muszą, jeżeli płaca minimalna, jak obecnie, wynosi 1600 zł. Tu trzeba uwzględnić składki na ubezpieczenia społeczne, podatki, ale również urlop czy absencję chorobową – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz.

Dlatego ważne jest dla nich, aby wzrost nie był wyższy niż do 1688 zł brutto – o tyle zgodnie z ustawą pensje muszą wzrosnąć minimalnie. Związki zawodowe chcą, by płaca minimalna wynosiła 1720 zł.

 – Zbyt duże podniesienie płacy minimalnej oznacza, że ci pracodawcy nie są w stanie podnieść o tyle ceny za swoje produkty czy usługi. Trzeba zatem pamiętać, że kiedy płaca minimalna przekracza 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia, ale w danym regionie, a nie w całym kraju, rozpoczyna się zwalnianie pracowników o niskich kwalifikacjach – podkreśla ekspert Lewiatana

Relacje płacy minimalnej i przeciętnego wynagrodzenia są różne w zależności od regionu. Mordasewicz wyjaśnia, że w skali całego kraju wskaźnik ten jest nieco powyżej 40 proc., jednak w poszczególnych powiatach jest jeszcze wyższy.

 – Są powiaty, w których płaca minimalna przekracza 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia, to jest zazwyczaj już poziom nieakceptowalny i albo pracownicy przechodzą do szarej strefy, albo są po prostu zwalniani – mówi Jeremi Mordasewicz.

Ekspert dodaje, że w Polsce płaca minimalna jest wyższa niż u Czechów, Słowaków czy Węgrów. Jego zdaniem, w tym przypadku nie powinniśmy porównywać się do krajów Europy Zachodniej, ale właśnie do sąsiadów.

 – Jeszcze długo płaca minimalna w Polsce nie osiągnie poziomu Europy Zachodniej, ponieważ nie jesteśmy na tym poziomie rozwoju gospodarczego. Możemy się porównywać ze Słowacją i z Czechami, a tam płaca minimalna jest niższa niż w naszym kraju, mimo że wydajność pracy i produktywność jest wyższa. Dochody w Czechach są wyższe, a mimo to nie zdecydowali się na podniesienie płacy minimalnej obawiając się, że osoby o niskich kwalifikacjach nie będą zatrudniane – mówi Mordasewicz.

Coraz poważniejsze problemy związane z systemem finansowania energetyki odnawialnej

Część przedsiębiorców sektora energetycznego wstrzymuje inwestycje. Powodem są powstające już od kilku lat regulacje dotyczące energetyki odnawialnej w Polsce. Brak informacji co do przyszłego systemu finansowania tych projektów staje się coraz poważniejszym problemem. Wsparcia inwestorom w tych niestabilnych warunkach może udzielić Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Wkrótce dofinansuje np. inwestycje Energi.

 – Tworzone są nowe podstawy regulacyjne dla energetyki odnawialnej, w związku z czym jest to sektor o podwyższonym ryzyku – zarówno dla banków komercyjnych, jak i dla inwestorów. Chcemy odegrać istotną rolę jako dostarczyciel i kapitału, i długu – mówi Lucyna Stańczak, dyrektor Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Polsce.

Polski rząd od ponad trzech lat pracuje nad ustawą mającą stworzyć łatwiejsze i stabilniejsze warunki do inwestowania w odnawialne źródła energii (OZE). W grudniu 2010 roku minął termin na implementację unijnej dyrektywy w tym zakresie, w związku z czym Komisja Europejska wnioskuje o ukaranie Polski w wysokości 133228,80 euro za każdy dzień zwłoki.

 – Takie kraje jak Bułgaria czy Rumunia również robią rewolucje w swoich systemach wsparcia. Właściwy sposób skalibrowania tej pomocy jest niezwykle ważny i wymaga czasu. Niestety ma to wpływ na inwestycje, które są realizowane tu i teraz. Jest więcej niewiadomych, związanych z tym, jak będzie kształtował się system wsparcia, jak długo będzie trwał, w jakim będzie rozmiarze. I w związku z tym instytucje finansujące nie chcą tego ryzyka brać na siebie i próbują przenieść je na inwestora – tłumaczy Lucyna Stańczak.

Część przedsiębiorców wycofuje się z inwestycji lub je wstrzymuje widząc, że w ostatecznym rozrachunku zwrot z inwestycji, który pierwotnie planowali, jest mniejszy, jeżeli muszą wziąć na siebie wszystkie te ryzyka dotyczące niepewności regulacyjnej.

 – To może mieć wpływ na to, że inwestycje są spowolnione czy zahamowane. Jeśli inwestor nie widzi możliwości dokapitalizowania takiego projektu, może się to łączyć również z takimi drastycznymi decyzjami. To nie byłoby z pewnością korzystne biorąc pod uwagę, że cele związane z pakietem unijnym stawiają wysoko poprzeczkę co do tego, jaki ma być udział energetyki odnawialnej w polskim systemie energetycznym – dodaje Lucyna Stańczak.

Zgodnie z unijną dyrektywą kraje członkowskie wspólnie do roku 2020 powinny osiągnąć 20 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych w całkowitym zużyciu energii i 10 proc. udziału tej energii w sektorze transportowym. Dla Polski poziom ten wynosi 15 proc. dla OZE oraz 10 proc. w sektorze paliw transportowych. EBOiR może ułatwić osiągnięcie tych celów.

 – Finansujemy te projekty, które pozwalają poprawić polski miks energetyczny, czyli będą zmierzały do większej efektywności energetycznej, lepszego zarządzania systemem dystrybucyjnym. Finansujemy także projekty związane ze smart gridem, jak również te, które przyczyniają się do niskoemisyjności polskiej gospodarki. Tu współpracujemy zarówno z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, z bankami komercyjnymi, funduszami specjalizującymi się w tych projektach mówi dyrektor EBOiR.

Zdaniem ekspertki, tzw. nowa unijna perspektywa, czyli na lata 2014-2020 będzie wymagała od beneficjentów zmiany podejścia i wyższego wkładu własnego.

 – Będzie tak ze względu na duże ograniczenia budżetowe, zarówno na poziomie centralnym i lokalnym. W nowy sposób będzie trzeba spojrzeć na to, jak pozyskać współfinansowanie. Tu jest miejsce dla sektora prywatnego, również dla nas, i innych potencjalnych graczy. Myślę, że program Inwestycje Polskie również powinien odegrać tu istotną rolę i będziemy z nimi współpracować – informuje Lucyna Stańczak.

Wśród projektów, nad którymi pracuje EBOiR w tym roku, są trzy związane z OZE: dwa dotyczące energetyki wiatrowej i biomasy.

 – Może jeszcze przed wakacjami uda nam się podpisać dość duże finansowanie dla Energi – z przeznaczeniem na wspieranie inwestycji smart grid i przyłączenia dla sektora energetyki odnawialnej – wyjaśnia dyrektorka banku.

EBOiR to międzynarodowa instytucja finansowa promująca transformację w kierunku gospodarki rynkowej. Wspiera m.in. projekty zwiększające efektywność energetyczną oraz redukcję emisji CO2. EBOiR finansuje do 35 proc. kosztu projektu, gdzie minimalna inwestycja to 10 milionów euro. Udziela finansowania długoterminowego – w przypadku projektów infrastrukturalnych można otrzymać kredyty nawet powyżej 20 lat. Udziela także gwarancji ułatwiających pożyczkobiorcy dostęp do finansowania.

Komentarz dzienny, 11 czerwca 2013

Inflacja w Czechach okazała się w maju sporo niższa od oczekiwań. Przy konsensusie rynkowym 1,6%, odczyt na poziomie 1,3% to spora niespodzianka (w ujęciu miesięcznym ceny spadły o 0,2% zamiast pozostać bez zmian). Na spadek cen w ujęciu miesięcznym wpłynęły obniżki cen gazu (to z pewnością był element wbudowany w oczekiwania rynkowe) oraz w telekomunikacji (to element zaskoczenia, firmy telekomunikacyjne dostosowały się w maju do kwietniowych obniżek największej firmy na rynku). Odmiennie niż w poprzednich miesiącach do silnego spadku w ujęciu miesięcznym nie przyczyniły się ceny żywności; nie zmienia to jednak faktu, że majowy odczyt był najniższy w historii. Wśród istotnych kategorii żywności (z naszych obserwacji wynika, że tylko niektóre przejawiają podobne tendencje jak w Polsce – dotyczy to jednak w szczególności cen warzyw) po miesiącach zaskoczeń w dół są solidne wzrosty w górę – to właśnie obserwujemy także po stronie polskiej.

Dezinwestycje coraz popularniejszym sposobem na przetrwanie kryzysu ekonomicznego

Kryzys ekonomiczny, a przez to trudniejsze warunki prowadzenia biznesu, nakłaniają wielu przedsiębiorców do reorganizacji prowadzonej działalności i sprzedaży części firmy. Przewiduje się, że wartość tego typu operacji w skali całego świata zwiększy się z blisko 150 mld EUR w 2011 r. do około 290 mld EUR w 2012 r.* Z badania „Dezinwestycje: Czy rozstania są trudne? Wydzielenie części biznesu” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że ponad połowa firm w najbliższych trzech latach sprzeda dwie lub trzy części swojego biznesu. Najczęściej wskazywanymi powodami takich decyzji jest potrzeba uporządkowania struktury organizacyjnej, skupienie się na podstawowej działalności oraz względy finansowe. Aby transakcja przyniosła pożądany efekt, konieczne jest właściwe przygotowanie całego procesu wydzielenia i sprzedaży.

W niepewnej sytuacji ekonomicznej coraz trudniej jest osiągać wysokie zyski oraz oferować dywidendy zadowalające udziałowców. Dlatego zbycie części działalności coraz częściej traktowane jest, jako alternatywny sposób tworzenia wartości firmy i poprawy jej wyników finansowych. „Po latach intensywnej aktywności w obszarze przejęć wiele firm funkcjonuje w oparciu o nieefektywne, rozbudowane struktury organizacyjne, których wartość trudno jest ocenić nawet ich udziałowcom. Pozbycie się części przedsiębiorstwa, (która np. nie pasuje do nowej strategii) pozwala na zwiększenie zyskowności pozostałych segmentów biznesu. Taka decyzja nie jest więc krokiem wstecz, lecz etapem tworzenia wartości i wzmacniania firmy na przyszłość” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Pod młotek w pierwszej kolejności idą te części działalności, które nie są kluczowe dla danej organizacji. Na taką strategię wskazało aż 97 proc. respondentów mających w planach transakcje zmierzające do dezinwestycji. Jednocześnie aż jedna piąta badanych (21 proc.) przyznała, że sprzedaż jest konieczna dla poprawy wyników finansowych ich spółek.

Badanie przeprowadzone w regionie EMEA udowodniło również, że wiele osób zarządzających, zbyt późno orientuje się, że w spółce lub jej części nie wszystko funkcjonuje prawidłowo, co skutkuje późniejszymi trudnościami w jej zbyciu. W ponad połowie firm, co prawda dokonuje się corocznej oceny działalności oraz strategii firmy, ale w prawie, co dziesiątej (8 proc.) dzieje się to już tylko, co dwa lata. Aż 36 proc. respondentów przyznało, że do takiej oceny dochodzi dopiero wtedy, gdy spółki nie osiągają spodziewanych wyników. Zdaniem ekspertów Deloitte takie podejście znacznie utrudnia proces wycofywania się z inwestycji. „Rynek karze przedsiębiorców za zaniedbania. Kto czeka ze sprzedażą firmy do momentu, aż przestanie ona osiągać zadowalające wyniki, ma potem trudności z jej zbyciem. Najlepiej jest dokonywać regularnej oceny, tak jak robi się to w funduszach private equity, po to, aby potencjalna sprzedaż przyniosła jak najwyższy zysk” – ocenia Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Niemal trzy czwarte respondentów ma przygotowany sformalizowany proces wycofywania się z inwestycji, co dowodzi, że takie działania nie są rzadkością. Do tych czynności należą m.in. sporządzenie sprawozdania finansowego oraz szczegółowych prognoz i planów dla wydzielanego segmentu biznesu przed jego sprzedażą. Niespełna dwie trzecie badanych uważa, że przed zbyciem działalności, kluczowe jest utworzenie dedykowanego wewnętrznego zespołu specjalistów, którzy wprowadzą niezbędne procedury. Z doświadczeń Deloitte wynika, że najbardziej udane transakcje odbywały się właśnie przy udziale i we wsparciu takich zespołów, których członkowie nie byli absorbowani innymi obowiązkami.

Przedsiębiorcy, którzy chcą sprzedać swoje firmy lub ich część, najczęściej szukają potencjalnych nabywców wśród inwestorów branżowych, zarówno w kraju, jak i zagranicą. Dzieje się tak w niemal dwóch trzecich przypadków. Nie docenia się za to funduszy private equity, które na co dzień zajmują się taką działalnością. Tylko jedna trzecia respondentów uwzględnia ich oferty przy podejmowaniu decyzji o wyborze inwestora. „Jest to bardzo krótkowzroczne myślenie. Fundusze private equity mają ogromne możliwości finansowe, większą siłę przetargową na tle konkurencji i poszukują najlepszych firm niezależnie od ich lokalizacji. Poza tym zwiększenie liczby potencjalnych nabywców zwykle powoduje podbijanie ceny” – uważa Ewa Grzejszczyk, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Największym rozczarowaniem dla przedsiębiorców w przypadku zbycia części firmy jest wydłużający się czas całego procesu. Połowa takich transakcji trwała dłużej niż zakładał to plan. Jedynie 6 proc. zostało zamkniętych szybciej niż planowano. Najczęstszym powodem takiego stanu rzeczy są: brak doświadczenia w przeprowadzeniu procesu, braki kadrowe oraz pułapki prawno-podatkowe, o których zbywający nie pomyślał wcześniej. Dodatkowo, wydzielenie biznesu wymaga odpowiedniej alokacji pracowników, podziału aktywów między spółką matką a wydzielaną częścią. Dużym wyzwaniem jest opracowanie modelu, w jaki sposób te dwie jednostki mają funkcjonować dalej w obszarach wspólnych oraz jak będą działały procesy wsparcia, takie jak m.in. księgowość, płace, administracja kadrowa, obsługa IT, zakupy, co z aktywami wspólnymi (np. biurowiec, umowa ubezpieczenia, transport, zastawy pod kredyty). Odpowiedzią na niektóre z tych wyzwań jest podpisanie odpowiednich umów pomiędzy spółką matką a jednostką wydzieloną o obsłudze w okresie przejściowym (tzw. TSA – Transitional Service Agreement).

„Badanie udowodniło, że kluczowe w osiągnięciu sukcesu jest właściwe przygotowanie samego procesu sprzedaży, ale też procesu przekazania wydzielonej części nabywcy i zapewnienie jej niezakłóconego funkcjonowania aż do czasu uzyskania względnej samodzielności. Do tego potrzebne jest odpowiednie planowanie od strony finansowej, prawnej i podatkowej oraz operacyjnej” – podsumowuje Joanna Dudek, radca prawny, Partner Associate, kancelaria prawnicza Deloitte Legal.

Znaczącym aspektem wydzielenia części biznesu są tzw. koszty osierocone, czyli pewna część kosztów stałych, która ponoszona była uprzednio w związku z obsługą większej grupy kapitałowej, w skład, której wchodziła jednostka stanowiąca przedmiot zbycia. Koszty osierocone często stanowią problem w przypadku wydzielenia i sprzedaży części biznesu, ponieważ trudno jest je zmniejszyć w krótkim okresie czasu. Koszty te mogą stanowić nawet ponad 7 proc. przychodów. „Dlatego należy jak najszybciej je zidentyfikować i zaplanować sposób ich zredukowania, ponieważ mogą pochłonąć nawet cały zysk ze sprzedaży” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Piotr Haładus nowym dyrektorem Groupon Travel

Piotr Haładus wzbogacił zespół Groupon na stanowisku szefa Groupon Travel na rynki Europy Wschodniej. Do jego obowiązków należy m.in. zarządzanie lokalnymi zespołami turystycznymi oraz rozwojem biznesowym w podległych mu rynkach lokalnych.

– Bardzo się cieszę z dołączenia do zespołu turystycznego Groupon, gdzie będę mógł spożytkować moje wieloletnie doświadczenie i znajomość rynku – powiedział Piotr Haładus. – Praca w strukturach lokalnego i globalnego lidera rynku e-commerce jest nobilitacją, ale także wyzwaniem. Obejmując nowe stanowisko postawiłem sobie za cel przede wszystkim dynamiczny rozwój serwisu oraz pozyskanie nowych partnerów i klientów w regionie.

Piotr Haładus w latach 2008-2013 pracował w TUI Poland, gdzie pełnił m.in. funkcje Dyrektora Marketingu i e-Commerce oraz Dyrektora Marketingu i Sprzedaży.

W latach 2003-2008 był związany z American Institute For Foreign Study, gdzie odpowiadał za sprzedaż i marketing programów wymiany kulturowej między Europą i Stanami Zjednoczonymi na rynkach Europu Środkowej i Wschodniej.

Piotr Haładus studiował ekonomię na Uniwersytecie Opolskim. Pasjonuje się marketingiem i rozwojem technik sprzedażowych. Po pracy stara się spędzać jak najwięcej czasu z rodziną. Ma 34 lata, jest żonaty i ma dwóch synów.

Ruch danych w sieciach komórkowych wzrośnie 12-krotnie pomiędzy rokiem 2012 a 2018

Przeciętny użytkownik komputera mobilnego, posiadającego subskrypcję mobilną, generuje obecnie 2,5 GB transferu danych miesięcznie. W przypadku uzytkownika smartfona, transfer jest 5 razy niższy i sięga średnio 450 MB na miesiąc. Według prognoz firmy Ericsson do roku 2018, mobilne komputery będą generować ok. 11 GB transferu danych miesięcznie, podczas gdy smartfony około 2 GB.

Ruch danych w sieciach komórkowych różni się w zależności od regionu. Najbardziej wyróżniającym się regionem jest Ameryka Północna, gdzie około 70% ruchu generowane jest przez telefony.

Raport Mobility Report firmy Ericsson potwierdza stabilny trend wzrostu ilości transferowanych danych. Z analizy wynika, że ilość przesyłanych danych w sieciach komórkowych podwoiła się w ciągu 12 miesięcy poprzedzających 1 kwartał 2013 roku. W tym samym okresie, transfer związany z połączeniami głosowymi wzrósł tylko o 4%. W samym tylko ostatnim kwartale 2012 roku ilość przesyłanych danych mobilnych wzrosła o 19%.

Zdaniem firmy Ericsson, w trakcie 2013 r. ruch danych w sieciach komórkowych będzie kontynuował trend podwajania wielkości każdego roku. Komputery przenośne dominują w większości regionów, z wyjątkiem Ameryki Północnej. W ostatnich latach prognozy (lata 2016-2018) transmisja danych będzie podzielona równo pomiędzy smartfony, z jednej strony, i tablety oraz komputery przenośne z drugiej. Mimo rosnącej liczby urządzeń mobilnych, w roku 2018 sieci stałe będą nadal dominować nad sieciami komórkowymi pod względem ilości przesyłanych danych.

Ministerstwo Sportu i Turystyki przygotowało się do pomocy klientom bankrutujących biur podróży

– W Ministerstwie Sportu i Turystyki powstał specjalny sekretariat, powołany zarządzeniem pani minister Joanny Muchy, który zajmuje się stałym monitorowaniem rynku, a także udzielaniem wszelkiej możliwej pomocy zarówno urzędom marszałkowskim, podmiotom, które ewentualnie, w imieniu urzędów, będą organizować powrót, jak i też samym klientom – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Katarzyna Sobierajska, wiceminister sportu i turystyki.

Sobierajska podkreśla, że polscy turyści w sezonie 2013 będą bezpieczniejsi dzięki zmianie dwóch rozporządzeń, które weszły w życie w maju. Nowymi przepisami zwiększone zostały m.in. sumy gwarancji i zabezpieczeń, które muszą płacić biura podróży. Około jednej trzeciej wszystkich podmiotów działających na tym rynku jest objętych nowymi zasadami.

Bankructw nie można jednak wykluczyć. W przypadku konieczności pomocy dla turystów znajdujących się poza granicami Polski odpowiedzialni są w pierwszej kolejności organizatorzy wyjazdów. Jeśli nie będą oni w stanie zapewnić powrotu, muszą to zrobić urzędy marszałkowskie, bo to na ich konta wpływają gwarancje od biur podróży.

– Kiedy wyczerpią się środki z gwarancji, które posiadają biura, jeżeli będzie taki partner jak Polska Organizacja Turystyczna, która organizuje ten proces, MSZ może zastosować specjalną procedurę na bazie przepisów konsularnych – dodaje Sobierajska. – Chcę zadeklarować, że w związku z tym nikt z naszych turystów nie zostanie bez opieki poza granicami kraju i wszyscy szczęśliwie wrócą, gdyby okazało się, że ich biuro ogłosiło niewypłacalność.

Zgodnie z prawem urzędy marszałkowskie mogą przekazać organizację powrotu Polskiej Organizacji Turystycznej. POT jest gotowy do działania w sytuacji bankructwa biura podróży. Resort sportu i turystyki we współpracy z urzędami marszałkowskimi, Ministerstwem Spraw Zagranicznych oraz Rządowym Centrum Bezpieczeństwa będzie zajmował się koordynacją procesu.

Polskie miasta myślą o wprowadzeniu płatnego wjazdu do centrum

Miasta coraz częściej wdrażają inteligentne systemy transportowe. Na razie są to przede wszystkim rozwiązania klasyczne, związane z zarządzaniem ruchem i systemami informacji. Choć samorządy interesują się również bardziej zaawansowanymi rozwiązaniami, jak np. wprowadzenie stref płatnego wjazdu lub tzw. ekostref, uniemożliwia im to brak odpowiednich przepisów.

– Świadomość w miastach, co do sensowności takich rozwiązań dość istotnie wzrasta. Jest już kilka takich, które głośno mówią o tym, że jednym ze sposobów likwidacji problemów komunikacyjnych, a przynajmniej ich zmniejszenia, jest wprowadzanie stref ograniczonego dostępu, wspartego bodźcami ekonomicznymi, a nie wyłącznie znakami zakazu – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

Rozwiązania takie opierają się o systemy informatyczne i są praktycznie niewidoczne dla kierowców. Dzięki rozpoznawaniu numerów rejestracyjnych możliwe jest np. łatwe zróżnicowanie opłat w zależności od typu pojazdu czy ilości emitowanych przez niego spalin.

– Przykładem jest Mediolan, gdzie wprowadzenie tzw. Ecopass spowodowało zmniejszenie zanieczyszczenia cząstkami stałymi o 57 proc. w ciągu pierwszego roku – podaje przykład Cywiński.

Na razie polskie miasta rozstrzygają przetargi na bardziej tradycyjne ITS-y, oparte na zarządzaniu ruchem i informacji dla kierowców. Cywiński uważa, że samorządy przekonały się, że dzięki tym rozwiązaniom mogą poprawić komunikację w mieście bez kosztownych inwestycji w infrastrukturę. Przykłady miast, które w ostatnim czasie rozstrzygnęły przetargi to Koszalin, Rzeszów, Poznań i Białystok.

– Liczymy, że w przyszłym horyzoncie czasowym rozwój inteligentnych systemów transportowych w polskich miastach będzie dofinansowany – mówi Andrzej Arendarski, prezesa Krajowej Izby Gospodarczej.

Jego zdaniem, na inteligentnych rozwiązaniach korzystają nie tylko miasta i mieszkańcy, ale i firmy, które będą przy ich wdrażaniu współpracować.

– Taki system ma zapewnić zielone światło na drodze i komuś zostanie powierzone jego wdrożenie, będą więc w to zaangażowane firmy. W Polsce jest dużo firm informatycznych, dla których działania tego typu nie są problemem, mówię o zaprojektowaniu systemu, implementacji, a później utrzymaniu. To jest dla nich pole do popisu – podkreśla prezes KIG. – Z drugiej strony płynność ruchu jest niezbędna, żeby zmniejszyć koszty transportu. Wszystko się ze sobą łączy.

Koszt wdrożenia systemu może wahać się w zależności od skali od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych. Londyn wydał na nowoczesne rozwiązania aż 300 milionów funtów, ale Cywiński podkreśla, że miejskie ITS-y można budować etapami.

– Na tym właśnie polega możliwość budowania „z klocków” rozwiązań dopasowanych do potrzeb poszczególnych samorządów. Interoperacyjność poszczególnych systemów i rozwiązań jest wspierana legislacyjnie zarówno przez prawodawstwo europejskie, jak i polskie. Oznacza to, że miasta mogą budować z tych „klocków” tak długo, jak długo będą one mogły ze sobą w przyszłości współpracować, zarówno na poziomie lokalnym, jak i ogólnokrajowym czy też ponadnarodowym – zaznacza dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

Na razie miasta gromadzą wiedzę. Do wzrostu ich świadomości w dużym stopniu przyczyniła się skuteczność elektronicznego poboru opłat viaTOLL. Według Cywińskiego ten przykład pokazuje, że inteligentne systemy transportowe mogą realnie wpływać na poprawę warunków życia mieszkańców.

Obecnie viaTOLL jest największym ITS-em w Polsce. Kapsch jest europejskim liderem w tym segmencie rynku – dostarczył cztery z sześciu krajowych systemów poboru opłat dla ciężarówek w Europie. Firma ma duże doświadczenie w systemach opartych o technologię radiową i satelitarną. Rynek ITS w miastach jest jednak bardziej zróżnicowany.

– Kapsch bierze udział w przetargach na rozwiązania miejskie. Tu rynek jest znacznie bardziej zdywersyfikowany niż w przypadku systemu elektronicznego poboru opłat. W związku z tym i konkurencja jest większa – mówi Cywiński. – Jednak jest to segment, w którym Kapsch istnieje i na pewno będziemy chcieli rozwijać ten biznes w Polsce.

Według niego kolejnym krokiem w rozwoju systemów ITS w naszym kraju jest wprowadzanie śródmiejskich płatnych stref wjazdu. Kapsch wdrożył już takie rozwiązania w kilkudziesięciu europejskich miastach. W Polsce nie istnieją jeszcze w żadnym mieście. Jak podkreślają przedstawiciele krakowskiego urzędu miasta, jest to rozwiązanie niemożliwe z prawnego punktu widzenia. Przepis umożliwiający taki krok zniknął z ustawy o drogach publicznych w 2003 r. Cywiński podkreśla, że nie zna powodów tej decyzji, ale prawo musi zostać zmienione, by miasta mogły w pełni zarządzać podległą im infrastrukturą, w tym również efektywnie pozyskiwać środki na jej utrzymanie.

Prof. L. Balcerowicz: nie pomoc finansowa, a głębokie reformy mogą uratować państwa UE

Największym zagrożeniem dla stabilności gospodarek Unii Europejskiej jest odkładanie przez rządy niezbędnych reform – uważa profesor Leszek Balcerowicz. Były wicepremier i minister finansów uważa, że UE nie pomoże tworzenie kolejnych programów pomocowych dla bankrutujących krajów. By przyspieszyć wzrost gospodarczy, zdaniem Balcerowicza, Europa powinna dokończyć budowę jednolitego rynku, stworzyć strefę wolnego handlu ze Stanami Zjednoczonymi i zmienić politykę klimatyczną.

Według profesora Balcerowicza, Unia Europejska ma lepsze sposoby na kryzys niż tworzenie funduszy na pomoc finansową dla bankrutujących krajów. Tym bardziej, że pieniądze na fundusz pochodzą z budżetów krajowych, czyli od podatników.

– Żaden mechanizm stabilizacyjny nie wystarczy, żeby rozwiązywać fiskalne problemy, czy Francji, czy to Włoch, a liczenie na taki mechanizm osłabia bodźce do tego, co jest prawdziwym lekarstwem – usuwanie chorób ekonomicznych przez reformy – mówi Leszek Balcerowicz.

Najważniejszą z nich jest dokończenie budowy jednolitego rynku, szczególnie jeśli chodzi o usługi niefinansowe.

– Słynny polski hydraulik powinien móc świadczyć szerzej swoje usługi. Po drugie, trzeba zawrzeć układ o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Wtedy powstałaby wielka strefa wolności gospodarczej – wylicza profesor Balcerowicz.

Wzrost gospodarczy hamuje też restrykcyjne prawo, które ma na celu ochronę klimatu i zapobieganie globalnemu ociepleniu. Polityka klimatyczna nakłada na kraje UE limity emisji CO2, wymuszając kosztowne inwestycje, co wpływa na mniejszą globalną konkurencyjność krajów UE.

Jak podkreśla założyciel Fundacji FOR, przyszłość Unii Europejskiej jest niezagrożona, mimo poważnych problemów niektórych państw członkowskich. Sytuacja w poszczególnych krajach zależy w dużej mierze od tego, w jakim tempie i w jakim zakresie przeprowadzono w nich reformy.

– Niemcy 10 lat temu prowadzili istotne reformy, liberalizowali rynek pracy, wprowadzili większą dyscyplinę budżetową i teraz są najsilniejszym gospodarczo i najzdrowszym krajem Europy spośród dużych krajów – podkreśla Leszek Balcerowicz.

Francja jak dotąd unikała reform. Krytycy zarzucają nawet prezydentowi Francois Hollandowi odwracanie uwagi opinii publicznej od kłopotów gospodarczych na przykład przez rozpoczęcie dyskusji na temat małżeństw homoseksualnych. Zdaniem Balcerowicza to bardzo niebezpieczna strategia.

– Francja prędzej czy później będzie musiała rozpocząć reformy, albowiem rynki finansowe w końcu się zdenerwują. A jak się rynki finansowe zdenerwują, to żądają większych pieniędzy. Wtedy politycy się zabierają do roboty. Lepiej, żeby to robić wcześniej, żeby rynki finansowe się nie denerwowały – tłumaczy przewodniczący Rady Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Takie same zalecenia ma również dla polskich władz.

– Polska w przeciągu ostatnich 20 lat osiągnęła wielki sukces, podwoiła swój dochód narodowy, ale przed sobą ma istotne przeszkody na drodze dalszego wzrostu. Trzeba naciskać na polityków, żeby nie kłócili się w sprawach błahych albo niedotyczących życia milionów ludzi, a skupili się na usuwaniu przeszkód dla dalszego wzrostu gospodarczego w Polsce czyli dla tworzenia miejsc pracy – dodaje Leszek Balcerowicz.

J. Dąbrowski: gwarancje de minimis to za mało. Małe i średnie firmy potrzebują natychmiastowej pomocy

– Małe firmy, by przetrwać na rynku, potrzebują dziś wyraźnego wsparcia – mówi Jarosław Dąbrowski, prezes firmy doradczej Dąbrowski Finance. Kredyty z gwarancją de minimis to krok w dobrym kierunku, ale – według Dąbrowskiego – muszą zwiększyć się wolumeny oraz zmodyfikować zasady ich udzielania. Konieczne są szybkie działania, których efekt przedsiębiorcy odczują od razu, a nie za 3 czy 5 lat.

– Gwarancje de minimis mają usprawnić dostęp do finansowania bankowego dla małych firm, czyli pomóc podjąć bankom pozytywną decyzje kredytową, są krokiem w dobrym kierunku, przy czym w mojej ocenie ze względu na pogarszanie się sytuacji ekonomicznej firm są już niewystarczające – mówi Jarosław Dąbrowski.

Uruchomiony w kwietniu program gwarancji de minimis ma być odpowiedzią rządu na spowolnienie gospodarcze. W ramach programu mikro, mali i średni przedsiębiorcy mogą starać się o uzyskanie 27-miesięcznego kredytu z zabezpieczeniem jego spłaty. Zabezpieczenie to nie może przekroczyć 3,5 mln zł ani 60 proc. kwoty kredytu.

Według Dąbrowskiego polską gospodarkę czeka bardzo trudne, drugie półrocze 2013 roku. Niepewny jest również kolejny rok. Trudne czasy są przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw, które – jak wskazuje na to sytuacja na rynku – będą miały problemy z zachowaniem płynności finansowej oraz grozi im duże pogorszenie rentowności.

– Może być taki efekt, że znaczna część banków przestraszy się tej sytuacji i zamknie możliwość zwiększenia kredytów,, wprowadzi wyższe marże lub zamknie w ogóle dostęp do finansowania – tłumaczy ekspert. – Często tak jest, jak potocznie się mówi że banki rozkładają parasol jak świeci słońce i zwijają go jak zaczyna padać, a my jesteśmy w przededniu poważnych turbulencji na rynku finansowania przedsiębiorstw.

Takim parasolem powinien być, jego zdaniem, szerszy dostęp do kredytów dla małych i średnich przedsiębiorstw z dłuższym niż dziś okresem spłaty. Wprawdzie dla bezpieczeństwa portfela kredytowego powinny one być obwarowane zabezpieczeniami, w pełni monitorowane przez banki. Według Jarosława Dąbrowskiego, by kredyty z gwarancjami de minimis mogły wpisywać się w tę politykę, powinny być zmodyfikowane zasady ich udzielania. Tym bardziej, że gwarancja to nie dotacja, a instrument finansowy, który w takiej sytuacji gospodarczej i budżetowej jest bezpieczniejszy, tańszy i skuteczniejszy.

– W sytuacji pogarszania się płynności i rentowności które w wielu przypadkach spowodowana jest narastającymi zatorami płatniczymi oraz zmniejszeniem obrotów firm powinno się rozważyć gwarancje na poziomie wyższym niż 60 proc., wydłużenie okresu tych gwarancji nawet do 3-4 lat oraz bardzo istotne zwiększenie ich wolumenów. Byłoby to szybkie remedium na główne problemy wielu firm mikro, małych i średnich. W innym przypadku Polsce grozi fala upadłości – mówi J. Dąbrowski

Dziś sektor MŚP to podstawa krajowej gospodarki: odpowiada za mniej więcej połowę polskiego PKB i daje zatrudnienie blisko 75 proc. Polakom.

Zdaniem Dąbrowskiego, musimy zdecydować, czy ważniejsze dla gospodarki jest wsparcie dużych inwestycji infrastrukturalnych i energetycznych, na których efekty przyjdzie nam czekać kilka lub kilkanaście lat, czy też istotne zwiększenie wsparcia, udzielanego małym i średnim przedsiębiorstwom, które dzięki temu będą one mogły przetrwać okres spowolnienia w lepszym stanie finansowym.

– Wybór jest dosyć prosty – uważa ekspert. – Jeśli chcemy utrzymać miejsca pracy oraz stabilizować aktywność gospodarczą tak, aby w ciągu najbliższych kilku kwartałów Polska gospodarka wróciła na ścieżkę wzrostu powinniśmy głębiej i szerzej oddziaływać na małe i średnie firmy, przy pomocy wielu rozwiązań fiskalnych i finansowych. Sektor MSP ma również duży wpływ, pośrednio, na rozwój konsumpcji, która była do tej pory jednym z najważniejszych elementów dźwigających w górę PKB. Dlatego pomoc dla tego segmentu gospodarki jest priorytetowa. Pomagając tym firmom pomagamy klasie średniej, która jest filarem polskiego kapitalizmu.

Dodatkowe 500 mln zł na ekologiczne inwestycje w regionach

Ułatwienia dla przedsiębiorców związane z opłatą środowiskową sprawiły, że wojewódzkim funduszom ochrony środowiska zabraknie pieniędzy na dofinansowywanie ekologicznych inwestycji. Dlatego centralny fundusz zdecydował o uruchomieniu dodatkowych środków dla nich w ramach programu „Region”. W pierwszej kolejności mają trafić do Katowic, Opola i Białegostoku.

– Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w związku z ustawą deregulacyjną mają w tym roku o połowę mniejsze przychody. Stąd, żeby plany finansowe i obietnice dane beneficjentom dotyczące wypłat środków, mogły być zrealizowane, przeznaczyliśmy 500 mln zł na realizację tych projektów w terenie – mówi Małgorzata Skucha, prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Zgodnie z ustawą o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych w gospodarce od tego roku obowiązują zmiany w prawie ochrony środowiska dotyczące opłat środowiskowych. Przedsiębiorcy do tej pory dwukrotnie w ciągu roku ponosili opłaty za korzystanie ze środowiska, teraz – będą płacić raz w roku do 31 marca. Te opłaty w kolejnych latach będą musiały być wyrównane, ale w tym roku spowoduje to zmniejszenie wpływów do wszystkich funduszy – i do NFOŚiGW i do wojewódzkich.

– W pierwszej kolejności pomoc trafi do trzech funduszy, które już otrzymały decyzję. Chcemy przy okazji 20-lecia WFOŚiGW, które obchodzimy 19 czerwca, podpisać umowy z funduszem w Katowicach, Opolu i Białymstoku – informuje Małgorzata Skucha.

Wsparcie to wspomniane 500 mln zł w postaci niskooprocentowanej siedmioletniej pożyczki na poziomie 1 proc. Fundusze będą musiały zwrócić te pieniądze do NFOŚiGW. Spośród 16 wojewódzkich funduszy z tej pomocy skorzysta 11.

– Postawiliśmy warunek, że fundusze, które dysponują swoimi środkami, mają odpowiednie zasoby i nie potrzebują takiej pomocy, nie będą przez nas w tym zakresie wspierane – tłumaczy prezes.

Program „Region – wsparcie działań ochrony środowiska i gospodarki wodnej realizowanych przez WFOŚiGW” został uchwalony w tym roku i ma zapewnić kontynuację wieloletnich projektów.

– Ma pozwolić Wojewódzkim Funduszom Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, bo do nich jest skierowany, na realizację planów finansowych, które mogłyby być zagrożone ze względu na wprowadzoną ustawę deregulacyjną – wyjaśnia Małgorzata Skucha.

Opłaty za korzystanie środowiska dotyczą osób prowadzących działalność gospodarczą lub rolniczą, a także osób wykonujących zawód medyczny w ramach indywidualnej praktyki. Wnoszą je ci, którzy np. posiadają samochody osobowe, ciężarowe, maszyny rolnicze zarejestrowane na firmę, które wprowadzają gazy lub pyły do powietrza w wyniku procesów technologicznych, przeładunku benzyn silnikowych, użytkowania kotłów, chowu lub hodowli drobiu.

Będzie więcej miejsc pracy dla specjalistów i menadżerów. 58 proc. firm planuje wzrost zatrudnienia

Niemal sześć na dziesięć firm działających w Polsce deklaruje chęć zatrudnienia nowych pracowników, a tylko co dziesiąta myśli o zwolnieniach – wynika z badania dynamiki zatrudnienia specjalistów i menedżerów Antal Global Snapshot. Najczęściej poszukiwani będą eksperci z branży e-commerce, social media, BPO i sektora ubezpieczeń. Problem ze znalezieniem pracy mogą mieć osoby związane z rynkiem nieruchomości.

Najnowsza, 14. już edycja badania, przeprowadzonego przez Antal International, daje nadzieje na pozytywne zmiany w polskiej gospodarce. Chodzi przede wszystkim o pohamowanie rosnącego bezrobocia, które dzisiaj wynosi już 14 proc. Ponad połowa (58 proc.) spośród prawie 2 tys. głównie dużych, międzynarodowych korporacji obecnych w naszym kraju, przyznaje, że poważnie myśli o tworzeniu nowych miejsc pracy i prowadzeniu rekrutacji dodatkowych pracowników na stanowiska menadżerów i specjalistów.

– Bez względu na branżę większe szanse na znalezienie pracy mają kandydaci, którzy się wykazują aktywną postawą, kreatywnością, mają pomysł zarówno na siebie, jak i również na to, jak zwiększyć rozwój firmy, do której aplikują – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International. – Pracodawcy są bardziej zachowawczy w zatrudnianiu osób, które wykazują bierną postawę.

Wśród wciąż rozwijających się sektorów, które niezmiennie już od kilku lat zwiększają zatrudnienie, są IT i centra usług wspólnych. Zgodnie z deklaracją, nowych pracowników poszukiwać będą też firmy, operujące w branżach e-commerce i social media. 93 proc. spośród tych, które wzięły udział w badaniu, zadeklarowało zwiększenie odsetka zatrudnionych w III kwartale. W sektorach SSC/BPO (usługi wspólne, czyli wydzielone działy firmy przeniesione zagranicę oraz firmy outsourcingowe, głównie księgowe) i ubezpieczeń taką wolę wyraziło odpowiednio 92 i 72 proc. podmiotów.

Pozytywne zmiany zachodzą w bankowości, gdzie do tej pory słychać było przede wszystkim o zwolnieniach.

– Instytucje finansowe w tym momencie są jednym z liderów, jeśli chodzi o deklaracje zatrudniania w najbliższym kwartale – zwraca uwagę Artur Skiba. – Aż 60 proc. badanych przez nas instytucji ma taki zamiar.

Według dyrektora Antal International, to efekt restrukturyzacji i zmian, które w ostatnich latach miały miejsce w tym sektorze, i które wiązały się często z cięciami i redukcją etatów.

– Banki poszukują aktywnie osób na stanowiska doradców do obsługi średnich i małych przedsiębiorstw, czy też szefów oddziałów, czy ekspertów Forex – dodaje.

Stosunkowo niewielkie szanse na znalezienie pracy w najbliższym czasie mogą mieć osoby związane z branżą nieruchomości. Zgodnie z badaniem to jedyna branża, w której częściej mówi się o zwolnieniach.

– Zaledwie 33 proc. badanych przez nas firm z tego sektora deklaruje zatrudnianie, za to aż 44 proc. zwalnianie – mówi Skiba.

To czterokrotnie więcej niż wynosi średnia z badania. Dla porównania o zwalnianiu pracowników myśli dzisiaj tylko 2-3 proc. zarządzających centrami usług wspólnych.

Wyniki ankiety stawiają Polskę w dobrym świetle na tle Europy. Odsetek przedsiębiorstw noszących się z zamiarem rezygnacji z części zatrudnionych dzisiaj pracowników wszędzie jest porównywalny. Jesteśmy za to w gronie liderów firm chętnych do tworzenia nowych miejsc pracy.

– Nieco lepiej to badanie wyszło w Czechach i w Danii, bo tam ponad 60 proc. firm deklaruje zatrudnianie – mówi Artur Skiba. – Natomiast na drugim biegunie są kraje Europy Południowej, czyli Hiszpania, Włochy, Portugalia, gdzie zaledwie ok. 30 proc. firm mówi o chęci zwiększania zatrudnienia.

Według analityków, wyniki obrazują spodziewany wzrost gospodarczy w drugiej połowie roku.

– Fakt, że w Polsce w większości sektorów firmy dalej zatrudniają i planują dalsze zatrudnianie w najbliższym kwartale, mówi nam zdecydowanie o tym, że nie przygotowują się na słabsze czasy, tylko na odbicie w drugiej połowie tego roku – tłumaczy dyrektor Antal International.

Podobnie jest Niemczech, a nawet w pogrążonej wciąż w kryzysie Hiszpanii. Firmy chcą wykorzystać okres wakacji do starannego przeprowadzenia procesu rekrutacyjnego. Po to, by w czwartym kwartale tego roku wykorzystać spodziewane szanse, które ma dać poprawa koniunktury.

Coraz trudniej polskim firmom legalnie działającym w sieci konkurować z piratami

Zbyt restrykcyjne przepisy na szczeblu krajowym lub unijnym oraz piractwo to największe problemy dla polskich firm w sieci. Amerykańskie prawo jest mniej szczegółowe, co ułatwia funkcjonowanie firmom zza Atlantyku w Europie. Wielu polskich przedsiębiorców online ze względu na mniejszą konkurencyjność i nielegalnie działające firmy może zniknąć z rynku.

– Firmy działające legalnie w biznesie internetowym, które pozyskują treści legalnie, czyli płacą tantiemy producentom, właścicielom praw, są z góry skazane na porażkę z firmami, które są pirackie bądź też wykorzystują luki prawne po to, aby udawać, że robią co innego, a robią co innego – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marcin Pery, prezes zarządu firmy Redefine z Grupy Polsat.

Pery podaje przykład portalu Chomikuj.pl. Serwis internetowy oficjalnie służy do hostingu pliku prywatnych. Pery uważa jednak, że większość użytkowników wykorzystuje go do nielegalnego dzielenia się plikami, np. muzyką lub filmami.

– Zjawisko piractwa czasami jest o tyle trudne, że ludzie, na przykładzie Chomikuj.pl, nawet za to płacą, w tym przypadku płacą za transfer większego pliku, nie mają świadomości tego, że to jest nielegalne prawdopodobnie. Większość tych użytkowników, jeżeli płaci pieniądze za pobranie tego pliku, to myśli, że te pieniądze w jakiś sposób trafiają do twórców, są rozliczane – zauważa Pery.

Przewiduje, że jeśli problem piractwa nie zostanie uregulowany, legalnie działające firmy są skazane na porażkę. Jest to dla nich duża bariera rozwoju, a w perspektywie może nawet doprowadzić do zniknięcia uczciwych przedsiębiorców z rynku.

Piractwo to jednak nie jedyny problem polskich firm działających w sieci. Barierą rozwoju są też restrykcyjne polskie i europejskie przepisy, które szkodzą szczególnie w przypadku konkurencji z firmami z USA. Jak przykład Pery podaje pomysły na zmiany w europejskim prawie dotyczące ochrony danych osobowych. Podkreśla, że już teraz firmy z Europy muszą chronić dane w zdecydowanie większym stopniu niż ich amerykańscy konkurenci, tacy jak Google czy Facebook. Prawodawcy w Brukseli planują jednak jeszcze bardziej zaostrzyć przepisy.

– Dzisiaj definicja danych osobowych jest taka, że są to dane, które umożliwiają identyfikację danego człowieka. Sam numer IP nie jest dzisiaj daną osobową. Są w UE takie pomysły, żeby rozszerzyć tę definicję danych osobowych do danych, które w połączeniu z innymi danymi mogą pomóc zidentyfikować użytkownik – mówił Pery w czasie Forum IAB.

Według niego dalsze regulacje mogą prowadzić do absurdu. Pery uważa, że teoretycznie nie można wykluczyć, że nawet kolor samochodu zostanie uznany za daną osobową umożliwiająca identyfikację. Podkreśla, że unijni prawodawcy chcąc chronić użytkowników internetu tak naprawdę utrudniają im życie. Unijne firmy muszą coraz częściej pytać swoich klientów o zgodę na wykorzystanie pewnych informacji, a w tym samym czasie działający według amerykańskiego prawa konkurenci mogą skupić się na rozwoju.

Ludwik Sobolewski: aniołowie biznesu to przyszłość branży private equity

– Aniołowie biznesu mogą przyczynić się do dalszego rozwoju branży private equity – uważa Ludwik Sobolewski, były prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Rynek liczy również na zmiany prawne, które pozwoliłyby inwestować na nim otwartym funduszom emerytalnym. Choć zdaniem Sobolewskiego, nie oznacza to, że OFE chętnie by z takiej możliwości korzystały. Podkreśla, że fundusze private equity są bardzo ważne dla rozwoju gospodarki. Szczególnie teraz, kiedy firmy mają problemy z pozyskiwaniem środków na realizację własnych projektów.

Private equity to fundusze, które pozyskują środki finansowe od prywatnych inwestorów, by angażować je dalej na niepublicznym rynku kapitałowym. Inwestycje mają charakter średnio- i długoterminowy. W centrum zainteresowania PE znajdują się przede wszystkim projekty innowacyjne, związane z rozwojem nowoczesnych technologii.

– Byłoby dużo lepiej, gdyby w Polsce sektory funduszy private equity czy venture capital były mocniejsze, bo na tym korzystałaby istotna część gospodarki, składająca się z firm wzrostowych – mówi Ludwik Sobolewski, dodając, ze dzisiaj mamy do czynienia z dużą nierównowagą w tym zakresie. – Jest dużo firm, które potrzebują kapitału i jest stosunkowo mało źródeł, które mogą go dostarczać. Można liczyć na inwestorów zagranicznych, ale na nich z kolei działa przekonanie, że jest kryzys, co zwiększa ich ostrożność. Poza tym jest mniejsza moda na rynki wschodzące, zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej.

Skutecznym lekarstwem na dzisiejsze problemy rynku mogłyby być fundusze private equity i ich dalszy rozwój. Na razie polski rynek nie jest pod tym względem rozwinięty.

– Fundusz private equity czy venture capital nie są silnym dostarczycielem kapitału w Polsce, chociaż w tym zakresie sytuacja ulega poprawie – mówi Ludwik Sobolewski. – Wciąż jest bardzo niewielu inwestorów krajowych, którzy chcą inwestować w private equity, które potem transferowałyby te pieniądze do gospodarki.

Niektórzy uczestnicy rynku PE mówią, że w tej sytuacji należałoby pomyśleć o zmianie prawa i – na przykład – umożliwić otwartym funduszom emerytalnym inwestycyjne zaangażowanie w podmioty typu private equity. Były prezes GPW jest jednak sceptyczny co do tego pomysłu.

– Nie jestem przekonany, czy to rzeczywiście byłaby duża zmiana, dlatego że doświadczenie pokazuje, iż nawet jak OFE mogą coś robić, to nie zawsze korzystają z takiej możliwości – mówi Sobolewski.

Jego zdaniem kierunkiem, w jakim zarządzający PE powinni spoglądać w poszukiwaniu gotówki, są aniołowie biznesu, czyli „prywatni przedsiębiorcy, zamożne osoby mogą być ważnym źródłem kapitału dla private equity w Polsce”. W ocenie Sobolewskiego będzie to raczej proces powolny, ale aniołowie biznesu prędzej czy później będą zainteresowani tego typu możliwością pomnażania gotówki.

– Ludzie, którzy dochodzą do jakiegoś poziomu zamożności albo chcą dojść, będą interesować się inwestowaniem nie bezpośrednio w firmy poszukujące kapitału, czyli nie dając pieniędzy bezpośrednio menadżerom tego biznesu, tylko poprzez fundusz private equity – mówi Sobolewski.

W ubiegłym roku największą transakcją z udziałem funduszy PE było zbycie firmy medycznej LuxMed, znajdującej się do tej pory w posiadaniu funduszu Mid Europa Partners brytyjskiej firmie Bupa. Fundusz nabył z kolei sieć laboratoriów chemicznych Alpha Medical. Inny przykład przejęcia dokonanego przez PE to rumuńska firma kurierska Cargus, którą od Deutsche Post kupił fundusz Abris Capital Partners.

Komentarz dzienny, 10 czerwca 2013

W piątek NBP kilkukrotnie interweniował na rynku walutowym, co skutkowało zastopowaniem osłabienia złotego i wsparło rynek długu. Sądząc po komunikacji sprzed jeszcze kilku dni, gdzie szef NBP nie widział nic złego w osłabieniu kursu złotego i nawet werbalnie nie starał się wzmacniać złotego, (konferencja po decyzji RPP) interwencja była raczej wynikiem bieżącej oceny sytuacji, czy też obaw przed dynamiką zmian na rynku walutowym i, a może nawet przede wszystkim, na rynku długu. Złoty co prawda od kilku lat, za sprawą interwencji NBP i aktywności Ministerstwa Finansów (przez BGK) powinien być postrzegany jako waluta o sterowanym kursie, jednak fakt wprowadzenia nowych zasad przeliczania długu w walucie obcej na potrzeby wyliczeń długu do PKB (średni kurs zamiast kursu na koniec roku przy kalkulacji wartości progowych długu) oraz kierunek zmian spójny z cyklem koniunkturalnym minimalizował ryzyko rychłej interwencji.

Apple pokazuje, jak będzie wyglądała przyszłość komputerów klasy profesjonalnej

Firma Apple pokazuje jak będzie wyglądała przyszłość komputerów klasy profesjonalnej i uchyliła rąbka tajemnicy na temat nowej generacji komputera stacjonarnego Mac Pro. Mac Pro, zaprojektowany na bazie rewolucyjnej koncepcji zunifikowanego rdzenia termicznego, otwiera zupełnie nowy rozdział w architekturze komputerów stacjonarnych. Jego konstrukcja została zoptymalizowana zarówno pod względem podzespołów wewnętrznych, jak i obudowy. Kompaktowy Mac Pro mierzy około 25 cm wysokości i kryje w sobie niezwykłą moc. Jego mózgiem są procesory Xeon następnej generacji, współpracujące z dwoma procesorami graficznymi klasy typowej dla stacji roboczych, interfejsem Thunderbolt 2, pamięcią masową flash z magistralą PCIe i ultraszybką pamięcią RAM ECC.

„Mac Pro nowej generacji przynosi najbardziej radykalne zmiany w całej historii tego modelu. Wokół rewolucyjnej koncepcji rdzenia termicznego zbudowaliśmy maszynę oferującą najnowsze procesory Xeon, dwa procesory graficzne FirePro, pamięć RAM ECC, pamięć flash z magistralą PCIe oraz Thunderbolt 2” — powiedział Philip Schiller, wiceprezes Apple ds. marketingu globalnego. „Cały komputer o olbrzymiej wydajności, gotowy na wszechstronną rozbudowę, zajmuje zaledwie jedną ósmą objętości poprzedniego modelu i — co szczególnie warto podkreślić — montowany będzie tutaj, w USA”.

Konstrukcja mechaniczna komputera Mac Pro następnej generacji oparta jest na oryginalnej koncepcji zunifikowanego rdzenia termicznego zapewniającej równomierne i skuteczne chłodzenie wszystkich procesorów. W rezultacie cały stacjonarny komputer klasy profesjonalnej o bezkompromisowej wydajności mieści się w jednej ósmej objętości obecnego modelu Mac Pro. Procesory Intel Xeon E5 nowej generacji w konfiguracjach maksymalnie 12-rdzeniowych oferują dwukrotnie większą wydajność wykonywania operacji zmiennopozycyjnych. Zupełnie nowy Mac Pro, wyposażony w dwa procesory graficzne AMD FirePro klasy typowej dla stacji roboczych, jest do 2,5 raza szybszy niż obecny model Mac Pro i oferuje fantastyczną moc obliczeniową — do 7 teraflopów. Nowy Mac Pro ma także pamięć masową z magistralą PCIe, która jest do 10 razy szybsza od typowych dysków twardych stosowanych w komputerach stacjonarnych, oraz najnowszą czterokanałową pamięć RAM ECC DDR3 z szyną taktowaną zegarem 1866 MHz o przepustowości do 60 GB/s.* Tak potężna moc sprawia, że nowy Mac Pro umożliwiał będzie swobodną edycję materiału wideo w pełnej rozdzielczości 4K oraz jednoczesne renderowanie efektów w tle.

Mac Pro nowej generacji to najbardziej rozszerzalny komputer Mac, jaki kiedykolwiek zaprojektowano. Za sprawą sześciu portów Thunderbolt 2, które umożliwiają komputerowi komunikowanie się z każdym z urządzeń zewnętrznych z przepustowością do 20 Gb/s, Mac Pro jest doskonałą bazą do podłączenia zewnętrznej pamięci masowej, wielu modułów rozszerzeń PCI, rozdzielaczy audio i wideo oraz najnowszych monitorów zewnętrznych, w tym monitorów o rozdzielczości 4K. Do każdego z sześciu portów Thunderbolt 2 można podłączyć maksymalnie sześć połączonych kaskadowo urządzeń, tworząc konfigurację obejmującą nawet 36 wydajnych peryferiów. Interfejs Thunderbolt 2 jest całkowicie zgodny wstecz z istniejącymi urządzeniami peryferyjnymi Thunderbolt i umożliwia jeszcze szybsze i łatwiejsze przesyłanie danych między komputerami Mac.

Mac Pro nowej generacji będzie dostępny jeszcze w tym roku. Więcej informacji na stronie www.apple.com/mac-pro.

*Deklaracje dotyczące wydajności oparte są na danych technicznych przedprodukcyjnej wersji modelu Mac Pro według stanu na czerwiec 2013 r.

Polish Weekly Review, 7 czerwca 2013

In line with expectations, the MPC cut rates by 25 bps to a record low of 2.75%. In the descriptive part of its statement, the Council confirmed that the slowdown is on-going (including a hardly optimistic growth structure) and that both current inflation and expected future inflation are falling. Most puzzling was the end of the statement, radically different from last month’s document. It states: The Council assesses that monetary policy easing conducted since November 2012 supports economic recovery and limits the risk of inflation running below the NBP target in the medium term. That sentence was later interpreted by M. Belka not as one ending the cycle but rather as reaffirming that it is continued.

Europejski rynek piłki nożnej wzrósł pomimo kryzysu, i jest już wart 19,4 mld euro

Piłka nożna to nadal znakomity biznes. W sezonie 2011/2012 przychody europejskiego rynku futbolowego wzrosły o 11 proc. w porównaniu z poprzednim sezonem i wyniosły 19,4 mld euro. Na kondycję piłkarskiego biznesu nie wpływa trudna sytuacja ekonomiczna na starym kontynencie. To olbrzymia zasługa przede wszystkim europejskich lig z „wielkiej piątki” (Bundesliga, La Liga, Ligue 1, Premier League i Serie A) oraz rozgrywanych w ubiegłym roku w Polsce i na Ukrainie Mistrzostw Europy. To główne wnioski 22. edycji raportu „Annual Review of Football Finance 2013” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

„Przychody samych klubów lig „wielkiej piątki” wyniosły w sumie 9,3 mld euro, co jest nadal dowodem atrakcyjności biznesowej i marketingowej najlepszych klubów na starym kontynencie. „Wszystkie ligi „wielkiej piątki” odnotowały w analizowanym okresie rekordowe przychody, które w porównaniu z poprzednim sezonem wzrosły o 8 proc. (685 mln euro). Szacujemy, że suma przychodów osiąganych przez nie w kolejnych dwóch latach może przekroczyć 10 mld euro, czyli będzie to dwukrotność kwoty wygenerowanej w sezonie 2001/2002” – mówi Dan Jones, Partner, Lider Sports Business Group, Deloitte UK.

Po raz kolejny najwyższe przychody na europejskim rynku futbolowym zanotowała angielska Premier League – jej kluby zarobiły 2,9 mld euro (wzrost o 16 proc.). Wzmocnienie funta w stosunku do euro pomogło lidze angielskiej i sprawiło, że przewaga nad drugą w kolejności niemiecką Bundesligą (1,87 mld euro) wyniosła ponad 1 mld euro. Nowa trzyletnia umowa na sprzedaż praw do transmisji, opiewająca na ponad 5,5 mld funtów (która wejdzie w życie w tym roku) zapewni angielskiej pierwszej lidze pozycję niekwestionowanego lidera.

Nie oznacza to jednak, że Bundesliga nie stara się zniwelować tej różnicy i nie walczy o poprawę swojej pozycji. Wzrost przychodów generowanych przez niemieckie kluby wyniósł 126 mln euro (wzrost o 7 proc.). Dzięki temu, w sezonie 2011/2012 liga ta zwiększyła swoją przewagę nad trzecią w rankingu La Ligą z 27 do 107 mln euro. Liga niemiecka osiągnęła największy bezwzględny wzrost w ramach lig „wielkiej piątki” liczony w walucie lokalnej. Ponad trzy czwarte wzrostu przychodów Bundesligi wypracowały dwa największe niemieckie kluby: Bayern Monachium i Borussia Dortmund, które kilka tygodni temu zmierzyły się w finale Ligi Mistrzów. Zdaniem ekspertów Deloitte sprawia to, że niemiecka najwyższa klasa rozgrywek wyrosła na najgroźniejszego rywala ligi angielskiej.

Hiszpańska La Liga osiągnęła natomiast wzrost przychodów w wysokości 46 mln euro (wzrost o 3 proc.) osiągając poziom 1,76 mld euro. Ten wynik to przede wszystkim zasługa Realu Madryt i FC Barcelony. Oba kluby w analizowanym okresie osiągnęły łączny wzrost przychodów na poziomie 65 mln euro (wzrost o 7 proc.), podczas gdy pozostałe 18 klubów hiszpańskiej ekstraklasy zanotowało sumaryczny spadek wpływów o 19 mln euro (spadek o 2 proc.).

Przychody włoskiej Serie A wzrosły w sezonie 2011/2012 o 17 mln euro (wzrost o 1 proc.) do kwoty 1,57 mld euro. Był to najwolniejszy wzrost w całej „wielkiej piątce”. Kluby włoskie nadal są mocno uzależnione od przychodów z transmisji. Przychody większości z nich pochodzące z meczów i reklam znacząco spadły z powodu stosunkowo niskiej jakości infrastruktury, a także dlatego, że kluby nie są właścicielami stadionów, na których grają. Pozytywnym przykładem jest Juventus Turyn, który w 2011 roku przeniósł się na własny stadion i odnotował wzrost przychodów z dnia meczu oraz komercyjnych w wysokości 40 mln euro (61 proc.).

Francuska Ligue 1 odnotowała najwyższy procentowy wzrost liczony w walucie lokalnej – o 9 proc. (96 mln euro) – dzięki czemu suma jej przychodów wyniosła 1,13 mld euro. Wzrost ten wygenerował w całości jeden klub – Paris Saint-Germain.

Z tegorocznego raportu Deloitte wynika, że w sezonie 2011/2012 wynagrodzenia w ligach „wielkiej piątki” wzrosły o 430 mln euro (8 proc.) i przekroczyły poziom 6 mld euro. Podobnie jak w poprzednim najbardziej urosły wynagrodzenia w klubach angielskiej Premier League osiągając poziom 2 mld euro. Wynagrodzenia w klubach hiszpańskiej La Liga (1 mld euro) i niemieckiej Bundesligi (953 mln euro) wzrosły o 3 proc. Procentowy wzrost kosztów wynagrodzeń w Ligue 1 (841 mln euro) był największy spośród lig „wielkiej piątki” i wyniósł aż 8 proc., podczas gdy we włoskiej Serie A wzrost ten wyniósł 2 proc. do sumy 1,18 mld euro.

Niemcy jeszcze raz udowodnili, że potrafią gospodarować pieniędzmi i dlatego w kategorii rentowności operacyjnej pierwsze miejsce zajęła właśnie Bundesliga. W sezonie 2011/2012 jej kluby wygenerowały 190 mln euro zysku operacyjnego, co oznacza 11 proc. wzrostu w porównaniu do poprzedniego sezonu. Zwiększenie zysku operacyjnego odnotowano również w Anglii (40 mln euro czyli 49 proc. wzrostu) oraz we Francji (30 mln euro, 31 proc.). Najgorzej w kategorii rentowności wypada Serie A, której kluby odnotowały stratę operacyjną o łącznej wysokości 11 mln euro (7 proc.).

„Poprawa wyników operacyjnych w Anglii, Francji i Niemczech może oznaczać, że kluby dążą do wypracowania trwałej równowagi między kosztami a przychodami w pierwszym sezonie obowiązywania zasady „progu rentowności” wprowadzonej przez UEFA w ramach wymogu Financial Fair Play. W wielu przypadkach jednak wyniki osiągane przez największe kluby przesłaniają sytuację pozostałych zespołów” – wyjaśnia Adam Bull, Senior Consultant, Sports Business Group, Deloitte UK.

Nadużycia w obszarze sprzedaży i obsługi klienta problemem w sprzedaży detalicznej

Co roku branże związane ze sprzedażą detaliczną odnotowują straty z tytułu nadużyć w obszarze sprzedaży i obsługi klienta. W Polsce z tego powodu cierpi przede wszystkim branża telekomunikacyjna oraz instytucje finansowe, czyli te sektory, które funkcjonują w silnie konkurencyjnym otoczeniu i posiadają rozbudowane kanały sprzedaży i obsługi swoich klientów. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte pt. „Shrinking Retail Shrink”, obecnie stosowane standardowe metody kontroli nie są wystarczające, aby skutecznie przeciwdziałać nadużyciom. Należy więc inwestować w nowoczesne technologie i metody zarządzania pozwalające efektywniej kontrolować narażone na ryzyko obszary działania firmy. A przede wszystkim należy używać analizy danych, która pomoże wyłapać liczne, niewidzialne dla typowych metod kontroli nieprawidłowości.

Jak wynika z raportu Deloitte, w ramach realizowanej sprzedaży detalicznej, coraz silniej uwidacznia się wzrost przypadków kradzieży związanych z działalnością zorganizowanych grup przestępczych, wzrost nadużyć dokonywanych przez klientów, a także, w mniejszym stopniu, odnotowuje się zwiększenie identyfikacji nadużyć dokonywanych przez własnych pracowników.

„Nadużycia są istotnym problemem również w Polsce. Gdzie pojawia się możliwość uzyskania indywidualnej korzyści materialnej w związku z działalnością przedsiębiorstwa, tam organizacja jest narażona na ryzyko nadużyć i nieprawidłowości” – tłumaczy Rafał Turczyn, Lider Zarządzania Ryzykiem Nadużyć i Ekspertyz w Sprawach Spornych, Deloitte.

Możliwość zdobycia ekskluzywnych urządzeń takich jak np. kosztowne smartfony czy tablety, przy niewielkim wkładzie własnym, stanowi pokusę dla nieuczciwych klientów firm telekomunikacyjnych. A pozyskiwanie szybkich pożyczek gotówkowych, czy bieżących wpływów z fikcyjnych zdarzeń (rodzących odpowiedzialność zakładów ubezpieczeń) nie należy obecnie do odosobnionych przypadków w sektorze bankowym i ubezpieczeniowym.

Niektórzy klienci nie mają skrupułów, aby wykorzystać słabość organizacji dla osiągnięcia korzyści finansowych. Nie możemy zapominać o sprzedawcach i partnerach handlowych, którzy są bezpośrednio zainteresowani zwiększaniem sprzedaży „za wszelką cenę”, szczególnie w zakresie produktów i usług klasy premium.

„»My nie mamy problemów, bo mamy efektywne jednostki bezpieczeństwa, jednostki audytu wewnętrznego oraz wdrożone programy compliance« – twierdzą często przedsiębiorstwa. Świadomość potrzeby prewencji wraca natychmiast, kiedy tylko zostanie zidentyfikowane zagrożenie poniesienia strat finansowych o istotnej skali – często szybko rosnące. Należy zwrócić uwagę, że straty z tytułu nadużyć wynikające z nieprawidłowej sprzedaży, w zależności od branży, mogą sięgać kilkunastu milionów złotych w skali roku czy nawet miesiąca, lub stanowią kilka procent złego długu przedsiębiorstwa. Oczywiście każde przedsiębiorstwo może skutecznie tymi kosztami zarządzić” – tłumaczy Rafał Turczyn.

Jak się okazuje standardowe metody zapobiegania nadużyciom oparte na typowych mechanizmach kontroli oraz funkcjonujących programach zgodności, często nie wystarczają, aby skutecznie chronić organizację przed nadużyciami. Nie wykorzystuje się całego potencjału analizy danych, który pozwalałby skutecznie zidentyfikować nieprawidłowości ukryte w dużych wolumenach transakcji. Ponadto przedsiębiorstwa reagują również z opóźnieniem na coraz bardziej wyrafinowane, zorganizowane i innowacyjne metody działania oszustów.

„W obliczu walki o klienta w bardzo konkurencyjnym środowisku, wiele przedsiębiorstw napotyka na trudności w zbudowaniu optymalnego procesu zarzadzania ryzykiem nadużyć. Często zbyt dużą wagę przywiązuje się do zapewnienia strony formalnej procesu w postaci wewnętrznych polityk i procedur. Czasami organizacje prowadzą jedynie reaktywne działania pomijając potrzebę proaktywnej, właściwie ukierunkowanej detekcji. Bagatelizowana jest również potrzeba oceny ryzyka podczas wdrażania nowych produktów i usług, a sama odpowiedzialność za proces zarządzania ryzykiem nadużyć posiada przeważnie w przedsiębiorstwach kilku konkurujących ze sobą właścicieli” – podsumowuje Rafał Turczyn.

Informacje o raporcie:
Raport „Shrinking retail shrink. Using analytics to help detect fraud and grow margins” został opracowany przez zespół Deloitte Forensic Center.

Pełna wersja raportu: www.deloitte.com/pl/raporty

UKE zapowiada poprawę jakości usług telekomunikacyjnych jeszcze w tym roku

Jeszcze w tym roku Urząd Komunikacji Elektronicznej chce opracować metody pomiaru wskaźników jakości usług telekomunikacyjnych. Prezes UKE apeluje do branży o współpracę, by uniknąć arbitralnych decyzji. Dzięki wskaźnikom konsumenci będą mieli więcej informacji na temat kupowanych usług.

Zespoły robocze opracowały już listę dziesięciu wskaźników, które będą kontrolowane w celu określenia jakości usług telekomunikacyjnych. To między innymi czas oczekiwania na połączenie czy prędkość transmisji danych. Urząd chce również kontrolować wskaźnik reklamacji poprawności faktur oraz czas przyłączenia do publicznej sieci telekomunikacyjnej.

– Tych wskaźników jest maksymalnie dziesięć. Przedsiębiorcy ciągle przez bardzo długi czas zgłaszali uwagi i zastanawiali się, czy na pewno ten albo inny wskaźnik, natomiast ten etap został zakończony. Określiłam, że ta liczba wskaźników, które zostały opracowane przez grupy robocze jest ostateczna – zapewnia Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Kolejnym krokiem po opracowaniu listy wskaźników jest ustalenie sposobu ich pomiaru. To może potrwać nawet kilka miesięcy. Magdalena Gaj podkreśla jednak, że chce, by prace nad tym zakończyły się jesienią tego roku. Jeśli do tego czasu nie uda się wypracować porozumienia z branżą, prezes UKE może jednostronnie zadecydować o miernikach.

– Przepisy prawa telekomunikacyjnego umożliwiają to prezesowi UKE, że może po prostu narzucić wskaźniki jakości usług decyzją regulacyjną i to kontrolować, ale myślę, że nie o to wszystkim chodzi i apeluję do wszystkich przedsiębiorców, żeby zwarli szyki, bo nie warto walczyć – apeluje Gaj.

Prowadzone prace to efekt podpisanego w ubiegłym roku memorandum w sprawie jakości usług. Zakłada ono tzw. miękką regulację, czyli współpracę urzędu z uczestnikami rynku w trakcie wprowadzania wskaźników oraz ich mierników. Stronami podpisanego w październiku memorandum są wszyscy najwięksi operatorzy telekomunikacyjni w Polsce, a także izby branżowe oraz środowiska naukowe.

– Myślę, że na naszym rynku telekomunikacyjnym jest czas, by walczyć o konsumenta jakością. Każda poprawa jakości będzie z korzyścią dla konsumenta, a to minimum, które i tak będzie dobre, zostało wypracowane w ramach memorandum – podkreśla prezes Gaj. – Przestaniemy kupować kota w worku, bo przedsiębiorcy będą musieli nam jasno określić przynajmniej te 10 wskaźników.

Obawy o wzrost cen żywności spowodowane powodziami są niepotrzebne.

Opady i podtopienia w poszczególnych regionach kraju nie wpłyną na ceny żywności – uspokaja prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Chociaż rolnicy przez utrzymującą się od kilku dni pogodę narzekają na zniszczone uprawy, to – według eksperta – tegoroczne warunki i tak są lepsze niż przed rokiem. Ceny w porównaniu do poprzedniego roku wzrosły nieznacznie.

Według dyrektora Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, podtopienia i powodzie w niektórych regionach kraju wywołują niepotrzebne obawy o wzrost cen żywności.

 – To jest tragedia dla osób dotkniętych powodzią czy podtopieniem, bo przy powodzi jest to często utrata majątku całego życia. Natomiast z punktu widzenia globalnego cen, ma to niewielkie znaczenie – tłumaczy prof. Andrzej Kowalski. – Warto przypomnieć sobie olbrzymie powodzie i wiele nieszczęść, np. pod koniec lat 90-tych, ale ich wpływ na ceny był niewielki.

Dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wskazuje natomiast na pozostałe, często niedostrzegane negatywne skutki opadów i wilgoci, jak m.in. ryzyko pojawienia się grzybów i szkodników.

 – Rolnicy nie mogą wyjść często w pole z zabiegami pielęgnacyjnymi, „dopieszczającymi” to, co jest na polach – podkreśla ekspert.

Zaznacza jednocześnie, że dla produkcji rolnej nie ma idealnej pogody, bo dla jednych roślin czy dziedzin rolnictwa dana aura jest bardziej korzystna, a dla innych mniej.

Dwa tygodnie przesunięcia

Zdaniem profesora Kowalskiego, trudno dokładnie porównywać tegoroczne ceny z tymi z 2012 roku. Przykładem mogą być truskawki. Jeszcze kilka dni temu konsumenci płacili za kilogram tych owoców znacznie więcej niż przed rokiem, ale nie do końca oznacza to rzeczywisty wzrost cen.

 – Jeżeli porównamy te ceny dzisiejsze i sprzed roku, to one już są identyczne, niewiele się różnią – przekonuje profesor.

Jak wyjaśnia, powód to wyjątkowo długa zima, mamy do czynienia z 2-3 tygodniowym przesunięciem zbiorów wobec ubiegłego roku.

Ekspert twierdzi wręcz, że tegoroczna pogoda jest korzystna dla produkcji rolnej.

 – Przebieg pogody w tym roku jest znacznie lepszy niż w ubiegłym. Rośliny nieźle przezimowały, była duża pokrywa śniegu, nie było tzw. zimnych ogrodników i zimnej Zośki [ochłodzenie, które zgodnie z obserwacjami, przypada na połowę maja – red.]  – ja nie pamiętam takiego roku – mówi prof. Kowalski.

 – W skali całego kraju nie zaobserwowano znaczących strat mrozowych w sadach. Uszkodzenia mrozowe zanotowano jedynie na niektórych niżej położonych plantacjach oraz w młodych nasadzeniach i gatunkach wrażliwych na mróz, takich jak: brzoskwinie, nektaryny, morele i czereśnie. Plantacje truskawek przezimowały w większości dobrze, jedynie na młodszych plantacjach wystąpiły niewielkie uszkodzenia – podał w „Wiosennej ocenie stanu upraw rolnych i ogrodniczych” Główny Urząd Statystyczny.

Prokratura Apelacyjna przystąpiła do systemu OGNIVO. Postępowania karne dotyczące działań bankowych będą szybsze i sprawniejsze

Prokuratura Apelacyjna w Krakowie na zasadzie pilotażu przystąpi do  systemu OGNIVO, który umożliwia elektroniczną wymianę informacji między bankami i innymi podmiotami. Ma to przede wszystkim usprawnić i przyspieszyć prowadzone postępowania, ale i obniżyć koszty działania prokuratury, związane z korespondencją papierową. 

 – W tej chwili dołącza do OGNIVO Prokuratura Apelacyjna w Krakowie, właśnie w formie pilotażu, jako że urzędy administracji państwowej, jak np. prokuratury, po pierwsze, są umocowane prawnie do pozyskiwania informacji od banków – to jest wprost w odpowiednich ustawach napisane. Po drugie, uzyskując te informacje, zakładamy, że będą działać w sposób bardziej sprawny – podkreśla Tomasz Jończyk, dyrektor Linii biznesowej rozliczenia w Krajowej Izbie Rozliczeniowej S.A., która sześć lat temu wdrożyła OGNIVO.

 – Podczas tych trzech miesięcy będziemy testować, czy ten system sprawdzi się w Prokuraturze i w jednostkach jej podległych – mówi Ewelina Wojciechowska, analityk kryminalny w Prokuraturze Apelacyjnej w Krakowie. – Będziemy szukać problemów, które pojawią się na naszej drodze, wyłapywać błędy etc. W ten sposób chcemy doprowadzić do stworzenia idealnego systemu, który pomoże prokuratorom w szybkim czasie pozyskać potrzebne informacje – dodaje.

Do zalet systemu OGNIVO Wojciechowska zalicza dostęp do znacznej ilości pewnych informacji w jednym miejscu (w systemie uczestniczy 90 proc. banków), a także ograniczenie kosztów związanych z tradycyjnymi metodami (np. przesyłkami pocztowymi) oraz zmniejszenie nakładu pracy pracowników sekretariatów i samych prokuratorów.

Krajowa Izba Rozliczeniowa liczy, że do systemu będą dołączać kolejne prokuratury. W planach jest pilotaż w prokuraturach okręgowych w Krakowie, Nowym Sączu, Tarnowie i Kielcach.

Bezpieczne przepływy danych

Zadaniem systemu na początku była wymiana informacji między bankami, zwłaszcza w przypadku reklamacji, np. podwójnego przelewu. Dzięki temu banki odeszły od żmudnych procesów papierowych. Aktualnie w systemie uczestniczą także inne podmioty ze strefy okołobankowej – np. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, który jest częstym odbiorcą przelewów, Poczta Polska, a od niedawna organy egzekucji komorniczej.

Jak podkreśla przedstawiciel Izby, system jest w pełni bezpieczny, bo posiada szereg zabezpieczeń technologicznych. Jednym z nich jest elektroniczny podpis.

 – Dopiero posiadając odpowiednie wyposażenie, który jest np. na bieżąco online weryfikowane, można wejść do systemu i zadać zapytanie. Również ten człowiek po drugiej stronie musi się odpowiednio uwierzytelnić – wyjaśnia Jończyk. – Te systemy są w odpowiedni sposób zabezpieczone i zapewniają pełne bezpieczeństwo informacji.

Nowy oddział IBM w Katowicach będzie nastawiony przede wszystkim na współpracę z uczelniami

0
Ales Bartunek
Ales Bartunek
Funkcja: Dyrektor Generalny IBM Polska i Kraje Bałtyckie

Kilka tysięcy nowych pracowników, szczególnie młodych ludzi, będzie potrzebować IBM w otworzonym właśnie Centrum Dostarczania Usług IT w Katowicach. Dlatego decydując się na ważną dla rozwoju inwestycję, firma równolegle rozpoczęła ścisłą współpracę z najważniejszymi uczelniami regionu, m.in. Politechniką Śląską i Uniwersytetem Śląskim. Chce wspierać szkoły w tworzeniu programów nauczania, a studentom proponuje wspólne projekty.

Firma widzi w Polsce duży potencjał inwestycyjny. Amerykański koncern od 2009 roku otworzył rozbudowuje sieć swoich centrów dostarczania usług (IDC).

 – IDC w Katowicach jest to centrum, które wspiera tysiące naszych klientów, dużych klientów na całym świecie, w dziedzinie usług technologicznych. Wierzymy, że przyczynimy się również do rozwoju Katowic i całego regionu, szczególnie dzięki naszej współpracy z uczelniami wyższymi. Dla nas jest to naturalne źródło nowych utalentowanych pracowników mówi Ales Bartunek, dyrektor generalny IBM Polska i Kraje Bałtyckie. – Już rozpoczęliśmy współpracę ze wszystkimi uczelniami wyższymi w regionie, planując rekrutację kadry do nowego centrum.

W związku z powstaniem katowickiego Centrum Dostarczania Usług, IBM w ciągu kliku lat zamierza zatrudnić kilka tysięcy pracowników. Ales Bartunek tłumaczy, że współpraca z uczelniami ma pomóc studentom poznać firmę i specyfikę pracy w niej.

 –  Myślę, że pozwoli to zbliżyć do siebie świat akademicki, świat nauki i biznesu, a to – moim zdaniem – jest niezwykle ważne – podkreśla dyrektor generalny.

Amerykański koncern będzie współpracować z Politechniką Śląską, Uniwersytetem Śląskim, Uniwersytetem Ekonomicznym i Górnośląską Wyższą Szkołą Handlową w ramach programu praktyk, dając studentom możliwość zdobywania doświadczenia w obszarze najbardziej zaawansowanych problemów informatycznych oraz zapewniając dostęp do najbardziej innowacyjnych technologii.

 – Wierzymy, że będziemy mieć wkład w rozwijanie specjalnych programów nauczania na  uniwersytetach i pomożemy opracować nowe programy, które wzbogacą umiejętności i wiedzę studentów. Pracujemy również nad wieloma programami, tak by gromadzić ludzi z IBM, menedżerów, doświadczonych ludzi i studentów przy okrągłych stołach. Rozważamy rozwój wspólnych projektów, które np. mogłyby skutkować współpracą przy pracach dyplomowych studentów, jak robiliśmy to w innych krajach europejskich – tłumaczy Ales Bartunek.

Nowe centrum IBM rozpocznie działalność operacyjną w sierpniu tego roku. Tym samym dołączy do sieci strategicznych ośrodków IBM świadczących szeroki zakres usług IT, w tym zarządzania systemami operacyjnymi serwerów, ochrony i bezpieczeństwa systemów, usług dla klientów końcowych, w tym utrzymania i monitorowania sprzętu IT oraz systemów oprogramowania.

Mimo kryzysu gospodarczego POHiD przewiduje wzrost zatrudnienień i płac w handlu detalicznym

Mimo gospodarczego spowolnienia szukający pracy w handlu detalicznym nadal mogą liczyć na zatrudnienie. W samej tylko Biedronce, która jest największym prywatnym pracodawcą w Polsce, pracę znajdzie 5 tysięcy osób. Sieci szukają szczególnie pracowników średniego i niższego szczebla, i to zarówno w samych sklepach, jak i w centrach dystrybucyjnych.

Chociaż wzrost handlu jest w tym roku mniejszy niż w roku ubiegłym, to sytuację ratują dwa zjawiska. Po pierwsze większe i silniejsze przedsiębiorstwa przejmują mniejsze firmy, których właściciele obawiają się recesji, a co za tym idzie zwiększają zatrudnienie.

 – Po drugie są formaty handlowe, które rozwijają się świetnie, jak dyskonty czy sklepy mało- i średniopowierzchniowe, które bardzo szybko się integrują, wchodząc do różnego rodzaju sieci, np. franczyzowych – mówi Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – To powoduje, że rośnie zarówno sprzedaż jak i ilość obiektów w niektórych segmentach. Handel staje się kręgosłupem naszej gospodarki – dodaje.

Ten wzrost wiąże się ze zwiększonym zapotrzebowaniem na pracę.

  – Dyskonty rozwijają się w sposób naturalny, zwiększają liczbę swoich obiektów i zaplecze, np. liczbę centrów zakupowo-dystrybucyjnych – mówi Faliński.

Liderem rynku jest Biedronka. W 2012 r.właściciel sieci – Jeronimo Martins Polska zatrudnił w niej 5 tysięcy nowych pracowników, a plany na 2013 r. zakładają dalszy wzrost zatrudnienia aż do poziomu ok. 45 tysięcy pracowników. To idzie w parze ze wzrostem wynagrodzeń. Od kwietnia najniższa płaca w Biedronce wynosi 2000 zł brutto, a więc o 25 proc. więcej niż płaca minimalna.

 – Uważam, że pensje będą rosły, ponieważ firmy będą chciały ograniczyć rotację. W handlu wielkopowierzchniowym średnio na podstawowym stanowisku wynagrodzenie jest w okolicach 1800 zł. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy do końca tego roku lub do połowy przyszłego znaleźli się w okolicach 2000 zł. Dzieje się tak pomimo kryzysu i potrzeby oszczędzania – przekonuje dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Komentarz dzienny, 7 czerwca 2013

Zgodnie z oczekiwaniami, wczorajsze posiedzenie Rady Gubernatorów ECB nie przyniosło przełomu. Utrzymano stopy na dotychczasowym poziomie. Nie zaproponowano i nie zapowiedziano nowych działań niestandardowych (m.in. brak propozycji zakupu tzw. ABSów, czy pomimo dyskusji nad ujemną stopą depozytową brak większości dla tego kontrowersyjnego rozwiązania). Na konferencji M. Draghi potwierdził, że ECB jest obecnie w fazie tzw. ”wait and see”, co oznacza, że może dalej luzować politykę monetarną, ale nie jest to scenariusz bazowy. Pewnym zaskoczeniem była projekcja wzrostu przygotowana przez ekspertów ECB (tym razem punktowa) wskazująca na niewielką korektę w dół wzrostu w 2013 (-0,6%) i jego poprawę w 2014 (1,1%). Taki układ prognoz wskazuje, że ECB spodziewa się odbicia gospodarczego już w drugiej połowie tego roku. Naszym zdaniem scenariusz taki może uprawdopodabniać odejście od polityki dotkliwych cięć fiskalnych na peryferiach oraz wyższa dynamika wzrostu w USA. Lepszy wzrost w II połowie roku w strefie euro powinien również być wsparciem dla wzrostu w Polsce (lepsza druga połowa roku w polskiej gospodarce to nasz scenariusz bazowy).

Rządowe zabezpieczenia kredytów dla firm. Która oferta najlepsza?

Już od ponad dwóch miesięcy przedsiębiorcy mogą korzystać z kredytów przeznaczonych na sfinansowanie bieżącej działalności, na które gwarancji udziela Skarb Państwa. Bankier.pl sprawdził, w którym banku całkowity koszt kredytu jest najmniejszy.

Przyjęliśmy, że o kredyt ubiega się przedsiębiorca, który prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą od 3 lat, interesuje go kredyt z gwarancją de minimis w wysokości 50 tys. zł i chce go spłacić w 24 miesiące. Okazuje się, że różnica w całkowitych kosztach kredytu najlepszej i najmniej korzystnej oferty wynosi ponad 2 tys. zł. Sprawdź, który bank wygrał ranking.

Kredyt z gwarancją rządową nie dla wszystkich

– Przedsiębiorcy od dawna sygnalizują, że otrzymanie kredytu w większości przypadków graniczy z cudem. Nie są w stanie sprostać warunkom stawianym przez banki, zwłaszcza tym związanym z zabezpieczeniem kredytu. Dlatego rząd zaoferował firmom z sektora MŚP rozwiązanie, na które wszyscy czekali: gwarancję spłaty. Jeśli kredytobiorca nie będzie mógł go spłacić z własnych środków, to rząd gwarantuje bankowi spłatę do 60% wartości udzielonego kredytu. Jednak nie jest łatwo o taką pomoc, ponieważ firma musi bezwzględnie posiadać zdolność kredytową. To niestety wielu dyskwalifikuje na starcie – mówi Barbara Sielicka, analityk Bankier.pl.

– Przedsiębiorcy starający się o taki kredyt, oprócz zwracania uwagi na oprocentowanie i prowizje, powinni zainteresować się także innymi dodatkowymi kosztami, np. opłatami za prowadzenie firmowego rachunku. Niemal każdy bank wymaga przy tym kredycie założenia konta, którego koszt może wynieść nawet 1200 zł rocznie. Przy wyliczeniu całkowitego kosztu kredytu opłata za konto może stanowić istotną część spłaty – dodaje.

Wartość najcenniejszej firmy na Pomorzu czterokrotnie przewyższa budżet Gdańska

Raport „Przedsiębiorcy w województwie pomorskim*”, przygotowany przez Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych Lewiatan, to pierwsze tego typu opracowanie w Polsce, prezentujące największe przedsiębiorstwa i ich wpływ na region. Wśród spółek mających największy wpływ na gospodarkę województwa pomorskiego ENERGA zajęła pierwsze miejsce w najważniejszych kategoriach.

Jeremi Mordasewicz, doradca Zarządu PKPP Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, doradca Zarządu PKPP Lewiatan

– Pomorze to zdecydowanie jeden z najdynamiczniej rozwijających się regionów w Polsce, w którym powstaje 5,7% polskiego PKB. To w dużej mierze zasługa przedsiębiorstw prowadzących działalność na tym obszarze. Świetnym przykładem jest Grupa ENERGA, której wartość szacowana przez rynek w 2011 roku na 8,5 mld zł czterokrotnie przewyższała budżet Gdańska, dając firmie pozycję lidera wśród najcenniejszych firm na Pomorzu. Dla przykładu wartość sklasyfikowanego na drugim miejscu Lotosu to 3,5 mld zł – podsumowuje Jeremi Mordasewicz, doradca Zarządu PKPP Lewiatan. – O wysokim tempie wzrostu spółki świadczy również dynamika jej zysku netto, która od 2006 roku wyniosła 303%.

Spółka została sklasyfikowana najwyżej pod względem wysokości zatrudnienia (11 640 etatów), nakładów na inwestycje (1,4 mld zł) oraz wysokości zysków netto (702,6 mln zł).

– Cieszymy się, że na naszym obszarze działają takie przedsiębiorstwa jak ENERGA. Tak znana i nowoczesna marka nie tylko podnosi prestiż naszego województwa, ale przynosi również realne korzyści, dzięki którym możemy realizować kolejne inwestycje. Wpływy do budżetu z tytułu podatku CIT spółek Grupy ENERGA, których siedziby znajdują się w województwie są najwyższe w regionie i wynoszą ponad 180 mln zł – powiedział Mieczysław Struk, marszałek województwa pomorskiego.

Kulczyk Oil Ventures Ukraina produkuje już ponad 560 tys. m sześc. gazu dziennie

Kulczyk Oil Ventures podłączył do urządzeń wydobywczych odwiert Makiejewskoje-16 zwiększając dzienną produkcję gazu do ponad 560 tys. m sześc. To kolejny rekord, jaki Spółka osiągnęła na Ukrainie. Całkowite wydobycie KUB-Gasu, w którym KOV ma 70 proc. udziałów przekracza już 800 tys. m sześc. dziennie.

M-16 został podłączony do urządzeń wydobywczych pod koniec maja, ze średnią produkcją prawie 77 tys. m sześc. dziennie (prawie 54 tys. m sześc. netto dla KOV). Efektem tego podłączenia jest rekordowy poziom całkowitej produkcji, która dzisiaj przekracza już poziom 800 tys. m sześc.

„M-16 jest jednym z bardziej znaczących odkryć KOV na Ukrainie, który nie tylko trafił na komercyjne ilości gazu, ale potwierdził występowanie kilku nowych, niebadanych dotąd stref z tym surowcem i wskazał na trzy kolejne obiecujące lokalizacje dodatkowych wierceń. Cieszymy się z tych rekordowych wyników i zabieramy do pracy nad modernizacją stacji przetwarzania gazu, którą będziemy chcieli przygotować do stale zwiększającej się produkcji na polach Makiejewskoje i Olgowskoje. Czujemy się usatysfakcjonowani, bo projekt ten dowodzi jak wiele osiągnęliśmy na Ukrainie i jak wiele jeszcze zamierzamy osiągnąć” – powiedział Jakub Korczak, Wiceprezes KOV ds. Relacji Inwestorskich i Dyrektor Operacji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Makiejewskoje-16 to najgłębszy jak dotąd odwiert KOV realizowany na Ukrainie. Prace nad ta studnią rozpoczęły się na początku sierpnia 2012 r. Pod koniec listopada odwiert osiągnął planowaną głębokość 4 300 m, po czym został orurowany i przygotowany do testów, które rozpoczęły się w kwietniu br. Podczas testowania M-16 odkrył nowe, niebadane dotąd pokłady gazu uzyskując komercyjny przepływ w wysokości ponad 120 tys. m sześc. dziennie. Dla porównania, średnia produkcja z całego pola Makiejewskoje w pierwszych dniach kwietnia wyniosła ok. 396 tys. m sześc. dziennie.

Po podłączeniu M-16 do produkcji, stacja przetwarzania gazu, który obsługuje zarówno pole Makiejewskoje, jak i Olgowskoje, jest bardzo bliska osiągnięcia końcowej przepustowości 790 tysięcy m sześc. gazu dziennie. Zespół KOV pracuje obecnie nad modernizacją obiektu i podniesieniem poziomu przepustowości do 1,84 mln m sześc. dziennie. Spółka szacuje, że wydatki na projekt nie przekroczą 6 mln USD (4,2 mln USD dla KOV).

Mania kupowania czyli gdzie kupują Polacy

Wybierając się na zakupy spożywcze, najchętniej zaglądamy do Biedronki i Lidla, szukając kosmetyków, najczęściej trafiamy do Rossmanna, a wśród aptek największym zaufaniem darzymy sieć Dbam o Zdrowie. A gdzie kupujemy odzież? Tu prym wiodą dwie marki: H&M oraz Reserved. To wyniki 13. edycji badania European Trusted Brands 2013 przeprowadzonego przez Reader’s Digest.

− O wyborze miejsca zakupów decyduje, nie tylko zresztą w Polsce, odległość sklepu od miejsca zamieszkania, ceny i – dla większości rodaków – także łatwość dojazdu i zaparkowania. Nic dziwnego zatem, że w przypadku zakupów spożywczych wygrywa bezapelacyjnie najgęstsza sieć z „codziennie niskimi cenami” oraz dużą liczbą miejsc parkingowych. Te same kryteria wyróżniają, w przypadku zakupów drogeryjnych, sieć Rossmann, a w przypadku odzieży – H&M i Reserved. Brak wyraźnego lidera na rynku aptek wynika z braku dominujących sieci aptecznych i bardzo wyrównanych cen. – komentuje wyniki prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny.

W opinii Polaków najbardziej godną zaufania marką w kategorii Sklep spożywczy jest Biedronka. Markę tę wybrało 34% respondentów biorących udział w badaniu, dzięki czemu otrzymała ona Złote Godło European Trusted Brands 2013. Nieco rzadziej wskazywane były marki Lidl (10%) oraz Tesco (7%). Kryształowe Godło powędrowało do marki Lidl, którą Polacy cenią w szczególności za stosunek wartości do ceny oraz zrozumienie potrzeb klienta. Marka Biedronka otrzymała najwyższe noty za silny wizerunek.

W kategorii Drogeria podwójnym zwycięzcą została marka Rossmann,która zdobyła 66% głosów, dystansując drugą najczęściej wymienianą markę – Natura (11%), a także markę Sephora (4%). Marka Rossmann została bardzo wysoko oceniona za jakość, wizerunek oraz zrozumienie potrzeb klienta i uzyskała − oprócz Złotego Godła − również Kryształowe Godło European Trusted Brands. Oba wyróżnienia marka Rossmann zdobyła także w 2012 roku.

Respondenci zostali również poproszeni o wybranie marki najbardziej godnej zaufania w kategorii Apteka. 18% Polaków wskazało markę Dbam o Zdrowie i dlatego została ona wyróżniona Złotym Godłem. Poza tym ankietowani pojedynczo wskazywali różne inne marki aptek. Marka Dbam o Zdrowie otrzymała bardzo wysokie oceny za jakość oraz zrozumienie potrzeb klienta i w badaniu European Trusted Brands 2013 zdobyła również Kryształowe Godło.

Złote Godło w kategorii Sklep z odzieżą otrzymała marka H&M, którą wybrało 16% respondentów. Marka ta powtórzyła w ten sposób sukces z ubiegłego roku. Polacy zadeklarowali, że ufają także marce Reserved (7%) oraz C&A (5%). Laureat Złotego Godła został wyróżniony wysoką oceną za wizerunek, natomiast marka Reserved otrzymała najwyższe noty za jakość oraz zrozumienie potrzeb klienta i zdobyła Kryształowe Godło.

ENERGA przejmie duńskie i hiszpańskie farmy wiatrowe

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgodził się na przejęcie przez ENERGA Hydro farm wiatrowych od spółek DONG Energy Wind Power A/S oraz Iberdrola Renovables Energía, S.A.U. Finalizacja obu transakcji powinna nastąpić w najbliższych tygodniach.

Po sfinalizowaniu transakcji ENERGA przejmie trzy działające w północnej Polsce farmy wiatrowe o łącznej mocy zainstalowanej 165 MW oraz pakiet projektów.

Umowa z DONG Energy przewiduje, że ENERGA przejmie pracującą farmę wiatrową w Karcinie w województwie zachodniopomorskim o mocy 51 MW oraz pięć rozpoczętych projektów w północnej Polsce o łącznej planowanej mocy około 220 MW.

Natomiast na mocy porozumienia zawartego z Iberdrola Renovables Energía, ENERGA przejmie dwie działające farmy wiatrowe – Karścino w województwie zachodniopomorskim i Bystra w województwie pomorskim – o łącznej mocy zainstalowanej 114 MW oraz pakiet projektów o mocy około 1190 MW.

Bank Pekao podpisał umowę na organizację emisji obligacji dla miasta Łódź na kwotę ponad 307 mln zł

Emisja obligacji będzie przeprowadzona w 10 seriach do końca bieżącego roku, jej łączna wartość wyniesie 307.650.000 zł. Wykup papierów wartościowych z ostatniej serii nastąpi do końca października 2023 r. Środki pozyskane z emisji obligacji przeznaczone zostaną na pokrycie deficytu budżetowego oraz spłatę wcześniej zaciągniętych zobowiązań z tytułu emisji papierów wartościowych oraz zaciągniętych pożyczek i kredytów.

– To ogromna satysfakcja, że znowu okazaliśmy się bankiem, który mimo rosnącej konkurencji nie ma sobie równych w organizowaniu dużych finansowań dla polskich miast i regionów. Kolejny raz Łódź zaufała nam i dzięki temu otrzyma olbrzymie środki na realizację ambitnych planów, których celem jest poprawa jakości życia mieszkańców. Mamy nadzieję, że wkrótce dołożymy kolejną cegiełkę do rozwoju polskiego rynku kapitałowego plasując dzisiejszą emisję na rynku giełdowym Catalyst, gdzie notowanych jest już kilka organizowanych przez nas programów m.in Warszawy, Krakowa, Elbląga – mówi Rafał Petsch, Dyrektor Zarządzający, Departament Instytucji Finansowych i Sektora Publicznego. Wymogi informacyjne wynikające z notowania obligacji na rynku giełdowym spowodują, że dostępność informacji o mieście będzie powszechniejsza i łatwiejsza do wykorzystania przez profesjonalne podmioty finansowe, co w przyszłości może ułatwić pozyskanie kapitału.

– Każdą złotówkę z tej ogromnej kwoty przeznaczymy na ważne inwestycje z punktu widzenia Łodzi. Warunki finasowania, które zaproponował Bank Pekao, sprawdzony już partner finansowy miasta, potwierdzają dobrą kondycję miejskich finansów i utrwaloną wiarygodność kredytową Łodzi –powiedziała Hanna Zdanowska Prezydent Łodzi.

Bank Pekao SA aktywnie finansuje zarówno inwestycje miejskie, jak i wojewódzkie w aglomeracji łódzkiej. Do tej pory zaangażowany był między innymi w finansowanie Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej, rozbudowę Portu Lotniczego im. Władysława Reymonta. Bank Pekao sfinansował również budowę Centrum Konferencyjno-Wystawienniczego Międzynarodowych Targów Łódzkich. Łącznie zaangażowanie Banku w finansowanie inwestycji komunalnych w aglomeracji łódzkiej wyniosło około 1,3 mld zł.

Morskie farmy wiatrowe mogą dać miliardy polskiej gospodarce

Zakładając, że do 2025 roku uda się w Polsce wybudować morskie elektrownie wiatrowe o łącznej mocy zainstalowanej 6 GW, wartość dodana tych inwestycji dla całej naszej gospodarki może wynieść nawet ponad 73 mld zł – wynika z raportu firmy doradczej Ernst & Young przygotowanego dla Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. Dzięki Morskiej Energetyce Wiatrowej (MEW) w ciągu następnych 12 lat może powstać także ponad 30 tys. miejsc pracy, a wpływy podatkowe wyniosą prawie 15 mld zł.

Raport „Morska energetyka wiatrowa – analiza korzyści dla polskiej gospodarki oraz uwarunkowań rozwoju” to pierwsza tak kompleksowa publikacja na temat MEW w Polsce. Eksperci firmy doradczej Ernst & Young analizowali obecny i przyszły stan rozwoju tej technologii do 2025 roku w 3 scenariuszach ilości mocy zainstalowanej (6 GW, 3,5 GW oraz 1 GW w roku 2025). – Jako scenariusz bazowy przyjęliśmy ścieżkę szybkiego rozwoju – czyli 6 GW mocy zainstalowanej w morskich elektrowniach wiatrowych w roku 2025. Jest to scenariusz ambitny, ponieważ w tej chwili łączna moc zainstalowana w MEW w całej Europie wynosi 5 GW. Jednak biorąc pod uwagę liczbę złożonych u nas wniosków lokalizacyjnych i szacunki branży co do rozwoju MEW w Europie, 6 GW w roku 2025 nie jest scenariuszem nierealnym – komentuje Kamil Baj, Menadżer w Grupie Energetycznej Ernst & Young.

Doradcy Ernst & Young podkreślają w swoim raporcie, że Polska ma bardzo dobre warunki naturalne do rozwoju Morskiej Energetyki Wiatrowej. Morze Bałtyckie, w tym polska morska strefa ekonomiczna to prawdopodobnie bardzo korzystny obszar pod względem warunków wiatrowych. Do tego dochodzą kwestie technologiczne. Eksperci zauważają, że już teraz Polska eksportuje usługi związane z rozwojem morskich farm wiatrowych do innych krajów. Według indeksu uwarunkowań do rozwoju odnawialnych źródeł energii (OZE) stworzonego przez Ernst & Young Polska jest 8 najatrakcyjniejszym rynkiem na świecie dla inwestycji w energetykę wiatrową. – Wykorzystanie tego potencjału wymaga jednak rozwiązania problemów związanych z niestabilnością systemu wsparcia i zwiększonym ryzykiem inwestycyjnym. Wydaje, że z uwagi na długi czas rozwoju projektów morskich farm wiatrowych powinna ona podlegać specyficznym uregulowaniom – zauważa Aleksander Gabryś, Menadżer w Grupie Energetycznej Ernst & Young.

Rozwój MEW w skali umożliwiającej rozwój polskiego przemysłu blokują w tej chwili 2 najbardziej istotne kwestie. Po pierwsze brakuje w naszym kraju odpowiednich aktów prawnych, które sprzyjałyby rozwojowi tej technologii. Inwestycje w tę technologię, przy założeniach wynikających zarówno z obecnego jak i projektowanego systemu wsparcia OZE według projektu ustawy o OZE z października 2012, byłyby nieopłacalne. Po drugie tak znaczące inwestycje będą wymagały dedykowanych rozwiązań dotyczących przyłączenia morskich farm wiatrowych i zarządzania ich produkcją.

O tym, że warto stwarzać dobre warunki do rozwoju MEW eksperci Ernst & Young starają się przekonać liczbami. Do 2025, przy założeniu że do tego czasu powstanie w Polsce 6 GW mocy z MEW, korzyści dla PKB wyniosą 73,8 mld zł. Tyle bowiem wyniesie skumulowana wartość dodana z inwestycji w tę branżę. 14,9 mld wpłynie do budżetu z tytułu podatków z czego 2,2 mld przypadnie budżetom samorządowym, a 12,7 budżetowi państwa. Średnioroczne zatrudnienie w sektorze MEW do 2025 roku wyniesie natomiast 31,8 tys. etatów, licząc również zatrudnienie w sektorach, które wspierać będą inwestycje w MEW. Na rozwoju Morskiej Energetyki Wiatrowej skorzystają głównie branże elektromaszynowa, budowlana oraz transport morski i lądowy (w tym przemysł stoczniowy i portowy). Rozwój morskich farm wiatrowych oznaczać będzie także uniknięcie do 2025 roku emisji CO2 do atmosfery na poziomie 40 mln ton, co przy cenie 10 EUR/tCO2 oznaczać będzie uniknięcie kosztu rzędu 1,5 mld zł rocznie.

– Korzyści szacowane przez Ernst & Young są znacząco większe niż potencjalne koszty wynikające głównie z potrzeby wsparcia tej technologii. Wytworzenie energii elektrycznej przez nową morską farmę wiatrową jest droższe niż, na przykład, przez nową elektrownię węglową. Istnieje jednak spory potencjał spadku kosztu energii elektrycznej z MEW, tym większy im większa będzie skala inwestycji w Polsce – zauważa Aleksander Gabryś.

Według Krajowego Planu Działań w zakresie energii ze źródeł odnawialnych Polska do 2020 roku ma posiadać 0,5 GW mocy zainstalowanej w MEW. Jednak eksperci EY podkreślają, że warto aby plany, w szczególności po 2020 roku, były bardziej ambitne.

– Zakładając, że uda nam się wybudować 6 GW mocy, udział sektora Morskiej Energetyki Wiatrowej w polskiej gospodarce może wynieść 0,6%. To tylko o 0,1pp. mniej niż wynosi w tej chwili udział sektora chemicznego. Krótko mówiąc, ponieważ sektor MEW w tej chwili w Polsce praktycznie nie istnieje, jego rozwój przyczyni się do wzrostu gospodarczego – podsumowuje Kamil Baj.

Dziś najwięcej mocy zainstalowanej w MEW ma Wielka Brytania (ok. 3 GW). Do roku 2020 ma mieć ich już ok. 18 GW. Zgodnie z szacunkami państw UE w 2020 roku w całej wspólnocie będzie prawie 50 GW mocy w MEW. Według szacunków branżowych realny jest nawet poziom 90 GW.

Kraje Europy Środkowej ponownie odnotowują pogorszenie sytuacji gospodarczej

W porównaniu do krajów Europy Zachodniej, wschodnioeuropejskie upadłości nasilają się w dramatycznym tempie. Dane zebrane lokalnie przez Coface świadczą o tym, że po recesji w 2009 r. i w kontekście kryzysu w strefie euro, przedsiębiorstwa z Europy Środkowej stały się bardzo wrażliwe. Prawie we wszystkich krajach tego regionu upadłości nasilają się w znacznie bardziej niepokojącej skali niż w Europie Zachodniej, od +7% w Słowacji do +27% w Czechach, według danych z 2012 r.

Najsilniejsza koncentracja upadłości widoczna jest w budownictwie (30% bankructw) – w wyniku stopniowego spadku produkcji oraz w dystrybucji (23%) – z racji dużej konkurencji i spadku zaufania konsumentów. Chociaż większość upadłości zarówno w Europie Środkowej, jak i Europie Zachodniej dotyczy sektora MSP i mikroprzedsiębiorstw, nie oszczędzają one również wielkich graczy rynkowych. Kryzys w końcu uderza w Polskę – rekordowa liczba ogłoszonych upadłości w 2012 roku. Branże najbardziej narażone na bankructwa to: budownictwo, produkcja, handel detaliczny i hurtowy. . W 2012 r. liczba upadłości wzrosła we wszystkich krajach regionu – z wyjątkiem Łotwy, Estonii i Ukrainy.

Wpływ kryzysu w krajach Europy Środkowej jest dotkliwie odczuwalny. Liczba firm ogłaszających upadłość wzrasta. W 2012 roku w regionie było ich więcej o 3,5%. Odpowiedzialne za sytuację są głównie Bułgaria i Chorwacja, gdzie wykazano dramatyczny wzrost liczby ogłaszanych upadłości. Jedyne kraje, w których następuje rzeczywista poprawa w tym zakresie, to Estonia i Łotwa. W ostatnich latach w Europie Środkowej odnotowuje się wzrost liczby firm ogłaszających upadłość. Porównując do roku 2009 (rok kryzysu po upadku Lehman Brothers), w roku 2012 liczba ta jest wyższa o 38,7%.

W roku 2012 największe kłopoty przeżywało budownictwo. Firmy budowlane ucierpiały m.in. w związku z wprowadzeniem programów oszczędnościowych i brakiem inwestycji w zakresie budownictwa mieszkaniowego. Podobnie jak branża budowlana, dotknięte zostały też sektory produkcji oraz handlu detalicznego i hurtowego. Na problemy w sprzedaży negatywny wpływ ma wysokie bezrobocie i zmniejszające się wydatki gospodarstw domowych.

Najmniej dotknięte kryzysem sektory to IT, telekomunikacja, edukacja i zdrowie. Sektory te miały najniższy wskaźnik firm ogłaszających upadłość w 2012 roku. Należy wspomnieć, że dane dotyczące firm ogłaszających upadłość nie są całkowicie porównywalne, w związku z różnicami proceduralnymi w poszczególnych państwach. Prawo upadłościowe w niektó-
rych krajach np. bałtyckich, przewiduje standardy takie same jak w krajach europejskich, ale procedury w takich krajach jak Bułgaria czy Ukraina nadal wymagają reform.

Kraje, które najbardziej ucierpiały w 2012 roku: Bułgaria, Chorwacja i Słowenia, kryzys dotknął również Polskę

W Bułgarii ogólna liczba przedsiębiorstw, które ogłosiły upadłość w 2012 roku to 1 339, a w roku 2011 było ich zaledwie 390. Oznacza to wzrost o 243%. Główne przyczyny ogłaszania upadłości w Bułgarii w 2012 roku to bardzo wysokie zadłużenie przedsiębiorstw, wysokie koszty finansowe, niestabilne ceny podstawowych surowców oraz niska płynność. Co więcej, Bułgaria wciąż zmaga się z nieskutecznymi procedurami upadłościowymi. Porównując z rokiem 2011 wskaźnik ogłaszanych upadłości potroił się. Przewiduje się, że w latach 2013 i 2014 wskaźnik ten jeszcze wzrośnie.

W Chorwacji liczba ogłoszonych upadłości wzrosła w roku 2012 o blisko 175%, co oznacza, że wskaźnik upadłości potroił się z 0,88% w 2011 roku do 2,43% w 2012 roku. Główne przyczyny bankructw to kłopoty przedsiębiorców z nadążaniem za zmieniającym się środowiskiem biznesowym, brak spójnej strategii rządowej, niewielki rynek własny i niekonkurencyjne ceny produktów dla rynków zagranicznych. Gospodarka Chorwacji pozostaje w recesji, w której znalazła się w 2009 roku. Kryzys w strefie Euro wpłynął na Chorwację w dwojaki sposób, poprzez spadek eksportu i niepewność związaną z wpływami obcych banków w na gospodarkę krajową.

W 2012 roku w Słowenii otwarto postępowanie upadłościowe wobec 980 firm. Porównując do 2011 roku, liczba ta wzrosła o 39,2%, co oznacza, że wskaźnik ogłaszanych upadłości wynosi 0,65%. Główny problem to długotrwałe procedury upadłościowe (proces ogłoszenia bankructwa może zająć 10 lub więcej lat), przy czym dywidendy dla wierzycieli są bardzo niskie, ponieważ aktywa firm są prawie zawsze obciążone hipoteką. Produkt krajowy brutto Słowenii spadł o 2,3%. Główną przyczyną jest stagnacja w eksporcie oraz spadek konsumpcji krajowej.

Polska i jej gospodarka wciąż wyróżniają się stałym wzrostem ważnych wskaźników makroekonomicznych, jednak zwolnienie tempa wzrostu staje się coraz bardziej widoczne. Wskaźnik ogłaszanych upadłości jest najkorzystniejszy spośród krajów Europy Środkowej i Wschodniej (0,04%), ale liczba firm, których bankructwo ogłoszono wzrosła w poprzednim roku o 21,3%. Wynik z 2012 roku jest najgorszy od ośmiu lat i wyższy o 113% niż w 2008 roku. Nawet w roku 2009, w czasie największego kryzysu, bankructwo ogłosiło o 25% firm mniej niż w 2012 roku. Za ten wynik odpowiedzialna jest głównie branża budowlana – 25% wszystkich ogłoszonych bankructw. Drugim sektorem, który ma największy wpływ na liczbę bankrutów jest handel detaliczny.

W 2012 roku w Rumunii procedury upadłościowe rozpoczęto wobec 23 665 firm, co oznacza wzrost o 10% w porównaniu z rokiem 2011. Pod wpływem kryzysu ekonomicznego w ciągu ostatnich trzech lat, równowaga firm ulega stopniowej degradacji z powodu ograniczeń finansowych i pogorszenia się dyscypliny płatniczej w całej gospodarce. Dlatego też firmy są bardziej podatne na wewnętrzne i zewnętrzne zagrożenia, a to powoduje większą presję na płynność. Również w Czechach, w Słowenii i na Litwie znacząco wzrosła liczba firm ogłaszających upadłość. Najlepsze wyniki mają Łotwa, Estonia i Ukraina, natomiast dane Serbii należy uznać za niejednoznaczne. Na Łotwie, która najbardziej w regionie odczuła kryzys, odnotowano bardzo wysoki wzrost ogłaszanych upadłości w 2009 roku. Następnie w 2010 roku sytuacja się ustabilizowała i od tego czasu liczba przypadków wszczęcia procesów upadłościowych niezmiennie spada (w 2012 o 3,6%). Jednocześnie Łotwa wykazała najwyższy w Europie wzrost gospodarczy w 2011 i 2012 roku (5,3 i 5,6%).

W Estonii, liczba firm, które ogłosiły upadłość spadła o 5,6%, utrzymując średni wskaźnik upadłości na poziomie 0,74%. Wynik Ukrainy robi wrażenie – w 2012 roku ogłoszono tam o 30% mniej upadłości niż w 2011 roku, a wskaźnik upadłości utrzymuje się na poziomie 0,08%. Niemniej jednak kraj zmaga się z wysoce nieskutecznymi procedurami upadłościowymi, charakteryzującymi się niskim wskaźnikiem odzyskiwania długu i bardzo długim średnim czasem trwania procesu. W 2012 roku Bank Światowy uplasował Ukrainę na 157 miejscu (158 miejsce w 2011) spośród 185 krajów w zakresie rozstrzygania upadłości – średnio kraje Europy Środkowej i Wschodniej plasują się około 80 pozycji. Postępowanie upadłościowe na Ukrainie jest prawie dwa razy mniej skuteczne porównując do średniej z regionu.

Serbia wykazała spadek ogłaszanych upadłości o 43,8%. Jest to jednak wyłącznie rezultat wstrzymania w 2012 roku ustawy rządowej: wniosek o automatyczne bankructw, która powodowała liczne usunięcia z rejestru jednostek gospodarczych w 2010 i 2011 roku). W rzeczywistości Serbia ma poważny problem w postaci ogromnej ekspansji z okresu przed kryzysem, obecnie powodującej bardzo wysoki wskaźnik upadłości 7,93% w 2012 roku.

Rok 2013 nie będzie oznaczać końca kryzysu przedsiębiorstw wschodnioeuropejskich.

W roku 2013, biorąc pod uwagę przeprowadzone – także na potrzeby niniejszej Panoramy – badania statystyczne, Coface spodziewa się wzrostu upadłości w Europie Środkowej. W Rumunii, wzrost utrzyma się na tym samym poziomie +10%, co w roku 2012, ze względu na zbyt mały wzrostu konsumpcji krajowej (+1,2%). W Polsce, gdzie w 2013 roku światowy kryzys gospodarczy będzie dużo bardziej odczuwalny [słaby wzrost eksportu (+2%) i popytu krajowego (0,9%)], liczba upadłości firm wzrośnie o 25-30%. Na Słowacji, gdzie tempo wzrostu nie wydaje się być trwałe i w Czechach, z racji spadku eksportu, liczba upadłości powinna wzrastać w tym samym tempie, co w 2012 r.

Spółka Wind Mobile zawarła Umowę Partnerską na rozwój Open Ringback z partnerem ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich

Nowy partner Wind Mobile jest liderem w zakresie muzyki cyfrowej z 60%-70% udziałem w rynku, obejmującym kraje Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Umowa została zawarta na 4 lata z możliwością przedłużenia. Umowa obejmuje następujące kraje: Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabię Saudyjską, Egipt, Algierę, Tunezję i Maroko. Potencjał krajów objętych umową to 200 milionów mieszkańców i 240 milionów kart SIM.

„Przekonaliśmy naszego partnera, że Open Ringback to przełomowa koncepcja biznesowa, która pozwoli obu firmom zrobić wielki krok w przód. Wyniki Open Ringback w Polsce dały nam na tyle silną pozycję w rozmowach z partnerem, iż umowa została zawarta na wyłączność. Nasz partner jest aktywny w 22 krajach, ale zdecydowaliśmy się w pierwszej fazie na położenie nacisku na 6 kluczowych rynkach oraz 17 operatorach mobilnych. W krajach objętych umową mieszka łącznie dwieście milionów ludzi, w dużej mierze młodych, którzy są otwarci na innowacyjne usługi dodane. Możliwość dotarcia do pięciokrotnie większej populacji konsumentów w stosunku do Polski oraz otwarte drzwi do współpracy z ponad czterokrotnie większą ilością operatorów mobilnych w stosunku do naszej dzisiejszej pozycji – to unikalna okazja, którą dobrze wykorzystamy.” – mówi Igor Bokun, prezes Wind Mobile.

„Realizację naszej nowej umowy traktujemy jako strategiczną i długofalową inicjatywę Wind Mobile. Jest to na tyle duże przedsięwzięcie, a z drugiej strony tak wielka szansa dla Wind Mobile, że może okazać się koniecznym wzmocnienie zespołu oraz poczynienie większych inwestycji w regionie Bliskiego Wschodu. W pierwszej połowie czerwca organizujemy kilkudniowe warsztaty w Dubaju, podczas których doprecyzujemy z partnerem wspólny plan działań i wymagane zasoby, ustalimy eventy, w których warto wziąć udział oraz inne niezbędne narzędzia marketingu i sprzedaży, by halodzwonki w modelu Open Ringback głośno zagrały na Bliskim Wschodzie.” – mówi Tomasz Kiser, wiceprezes Wind Mobile.

Drugi odczyt PKB potwierdza pogorszenie koniunktury w I kw.

W I kw. PKB wzrósł o 0,5 proc. r/r. Zrewidowano zatem nieznacznie w górę odczyt flash (0,4 proc. r/r). W ujęciu odsezonowanym PKB wzrósł o 0,1 proc. kw/kw wobec stagnacji w IV kw. 2012.

Dane potwierdzają słabość popytu wewnętrznego, w tym konsumpcji. Konsumpcja utrzymała się na poziomie z ubiegłego roku (0,0 proc. r/r), spożycie publiczne kontynuowało spadki (-0,5 proc. r/r), inwestycje odnotowały poprawę w kontekście dynamicznym (-2,0 proc. wobec -4,1 proc. w poprzednim kwartale).

– Wydaje nam się jednak, że jest przedwcześnie, aby odtrąbić punkt przegięcia na cyklu inwestycyjnym, gdyż nie wskazują na niego dane o większej częstotliwości – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. – Przypominamy także, że model skonstruowany na takich danych wskazywał na dynamikę inwestycji rzędu minus 5-6 proc., a rewizja danych inwestycyjnych GUS za IV kwartał zbiegła właśnie do wskazań modelu – dodaje. Zdaniem ekspertów BRE GUS prawdopodobnie przeszacowuje komponent inwestycji prywatnych w maszyny i urządzenia, gdyż poprawa na całym agregacie przy znacznym powiększeniu spadków wartości dodanej w budownictwie wskazuje, że komponent ten zanotował solidne odbicie w I kwartale; patrząc na produkcję dóbr trwałych i inwestycyjnych wydaje nam się to jednak mocno wątpliwe. Kontrybucja zmian zapasów wyniosła -0,3pp., co pozwoliło na powrót dynamiki popytu krajowego do poziomów z III kwartału 2012 roku (-0,9 proc. r/r). Eksport netto dodał do wzrostu 1,4pp., co wydaje nam się wielkością nieco zaniżoną w kontekście opublikowanych danych o bilansie handlowym (problem nie tkwi tym razem w rozbieżności danych GUS i NBP; trudno też winić procesy cenowe, gdyż tam obserwujemy trend, a rozbieżności naszych obliczeń z danymi GUS pojawiają się niejako losowo i w obie strony).

Uważamy, że I kwartał był dnem cyklu koniunkturalnego. Co do perspektyw na kolejne kwartały, w II kwartale oczekujemy nieznacznego przyspieszenia konsumpcji – przewiduje Marcin Mazurek, starszy analityk BRE Banku. Poprawa pozostałych części popytu krajowego odsunięta zostanie na II połowę roku – inwestycje prywatne powinny zareagować (sugerujemy wzięcie poprawki na obecne możliwe przeszacowanie ich wzrostu przez GUS) dopiero na poprawę perspektyw dla konsumpcji i otoczenia zewnętrznego (to drugie powinno nastąpić w znacznej mierze pod wpływem złagodzenia cięć fiskalnych w Eurolandzie). W całym roku, dynamika PKB będzie zbliżona do 1 proc. r/r, jednak trajektoria PKB będzie wznosząca.

Dzisiejsze dane spowodowały zniesienie porannej korekty oczekiwań co do poluzowania monetarnego (FRA i IRSy). Złoty i długi koniec krzywej pozostał pod presją głównie z powodów globalnej wyprzedaży obligacji.

Struktura PKB utwierdza nas w przekonaniu, że jest duża przestrzeń do poluzowania monetarnego (stagnacja w konsumpcji). Co więcej, sądząc po komentarzach z RPP, członkowie Rady zdają się ekstrapolować słabość z I kwartału na dalszą część roku, a nawet lata. W tej sytuacji oczekujemy kontynuacji poluzowania i obniżek stóp na czerwcowym i lipcowym posiedzeniu. Uważamy jednak przy tym, że dogodny okres na obniżki stóp będzie powoli dobiegał końca, gdyż kontekst decyzyjny w drugiej połowie roku istotnie się pogorszy: nastąpi wzrost inflacji, odbicie cyklu koniunkturalnego i nasilenie oczekiwań na zmniejszenie stymulacji ze strony Fed, co relatywnie i tak rozluźni politykę pieniężną w Polsce i może doprowadzić do uelastycznienia reakcji złotego na dysparytet stóp procentowych. W takich warunkach zapał RPP do obniżek stóp spadnie prawdopodobnie do zera.

Liczba biur podróży i agencji turystycznych, które mają problemy finansowe będzie rosnąć

Po serii ubiegłorocznych głośnych upadków biur podróży, ten sezon może przynieść kolejne przykre niespodzianki. Liczba biur i agencji turystycznych, które mają problemy finansowe, rośnie. Dla porównania na koniec ubiegłego roku w bazie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA było ich 427, w połowie kwietnia bieżącego roku już 441, a na koniec maja 454.

Dla branży turystycznej zeszły sezon zakończył się długami i utratą zaufania. Choć po medialnej burzy wywołanej plajtą kilku touroperatorów, liczba dłużników notowanych w KRD zmniejszyła się do 388 – wygląda jednak na to, że nie był to trwały trend. – Podejrzewamy, że ci, którzy nie płacili, choć mieli środki finansowe, chcieli wtedy zniknąć z rejestru, żeby nie tracić klientów. Z kolei ci, którzy mieli faktycznie kłopoty, nadal powiększali swoje zadłużenie – mówi Adam Łącki prezes Zarządu KRD. Aktualnie ich dług odnotowany w naszej bazie to ponad 8,8 miliona złotych.

Zadłużenie może być jeszcze większe, ponieważ wierzyciele zagraniczni, zwłaszcza spoza Unii Europejskiej, nie rejestrują długów polskich biur podróży u nas. Niedawno kilka dużych biur podróży znowu się pojawiło w bazie danych Krajowego Rejestru Długów, choć wciąż dominują średnie i małe agencje turystyczne, które nie dysponując wystarczającym kapitałem, ubezpieczają się na najniższą kwotę. Finansowe „dziury”, ewentualne roszczenia niezadowolonych łatają i pokrywają wpłatami od innych klientów. Działają tak często do momentu, aż na koncie będzie zero, albo znajdą się pod kreską.

Ministerstwo Sportu i Turystyki wprowadziło przepisy, które mają poprawić bezpieczeństwo turystów i uzdrowić tę sytuację. Zapisy dotyczą biur podróży, które działają krócej niż pięć lat. Wzbudzają one wiele kontrowersji, niewykluczone bowiem, że biura w ten sposób zostaną zmuszone do podwyższenia cen usług, co z kolei spowoduje spadek liczby klientów i w końcowym efekcie ich upadek.

Wygląda jednak na to, że Polacy nie obrazili się na biura podróży, po dużym spadku zaufania w ubiegłym roku w zagranicznej turystyce wyjazdowej eksperci spodziewają się wzrostu liczby zagranicznych wakacji na poziomie 3-4 procent. Ten sezon pokaże, czy szacunki się sprawdzą.

Wciąż należy jednak pamiętać, by decyzji o wyborze biura podróży, w którym chcemy wykupić wycieczkę nie podejmować w ostatniej chwili. Warto porównać różne oferty, a także sprawdzić wiarygodność touroperatora.

– Jeśli już zdecydujemy się pojechać w daleką podróż na zasłużony odpoczynek, to zróbmy wszystko, aby był on udany. Sprawdźmy finansowe kondycję i wypłacalność biura podróży. Dowiedzmy się, czy posiada Certyfikat Rzetelności, świadczący o jego transparentności i wiarygodności finansowej. Pamiętajmy, że lepiej korzystać z usług firm, które już długo działają na rynku, bo są doświadczone i bardziej odporne na ewentualne kryzysy – przekonuje Waldemar Sokołowski, prezes Rzetelnej Firmy.

Nie zapominajmy też sprawdzić wysokości sumy gwarancyjnej ubezpieczenia, z której w razie upadku biura podróży pokrywają koszty związane z powrotem turystów do kraju. Dane te znajdziemy pod adresem www.turystyka.gov.pl.

Tegoroczne wakacje będą sprawdzianem dla całej branży, okaże się czy organizatorzy wycieczek nauczyli się lepiej zabezpieczać interesy swoich klientów i czy mają szansę odbudować częściowo utracone zaufanie.

Projektanci mody dyktują nowe trendy w biznesie. Polskie marki zyskują międzynarodową renomę

W Polsce moda przez duże „M” to znikomy fragment rynku, jednak na przestrzeni ostatniego roku polski rynek mody przeżywa prawdziwą rewolucję. Na pokazach jest coraz bardziej światowo, pojawiają się nowe marki i projektanci którzy, bez wahania konkurują ze światowymi dyktatorami mody. Styl i jakość polskich marek coraz częściej doceniają także zagraniczne gwiazdy. W kreacjach od Ewy Minge mogliśmy oglądać Cheryl Cole, Paris Hilton, Kelly Rowland, czy Ivanę Trump. Kelly Rowland jak i słynna tenisistka Serena Williams wybrały torebki luksusowej marki antbag by ania.

Rynek mody to świat, w którym udaje się zaistnieć tylko nielicznym. Trudno jest przebić się do świadomości klientów i na stałe w niej zaistnieć. Jednak dzieki rozwójowi rynku handlu elektronicznego otworzył wiele nowych możliwości.

Przez długi czas sklepy internetowe z tego typu asortymentem w ogóle nie powstawały. Obecnie wraz z ogromną popularnością zakupów on-line oraz wzrostem zaufania do tej formy sprzedaży powstaje ich coraz więcej. Dotyczy to nie tylko typowych sklepów internetowych, ale również coraz powszechniejszej sprzedaży on-line poprzez strony firmowe konkretnych marek.

Zmiany na rynku prasy branżowej są w dużej mierze wynikiem przemian, które mają miejsce w samej branży. Według badań największy wpływ na odsetek zakupów online mają blogerzy. Blogi to coraz poważniejsza instytucja, z którą liczy się świat mody. Blogerki coraz częściej zapraszane są na pokazy mody i do współpracy w dużymi firmami. Często są określani mianem ekspertów, pojawiając się w tej roli w mediach, pisząc felietony i występując w programach telewizyjnych.

Serena Williams i Kim Kardashian torebka antbag by ania
Serena Williams i Kim Kardashian torebka antbag by ania

W 2013 r. rynek farmaceutyczny w Polsce wzrośnie o ponad 4%

W 2012 r. rynek apteczny w Polsce po raz pierwszy od wielu lat odnotował ujemną dynamikę zmian i spadł o 6% w stosunku do roku 2011, do wartości 26,53 mld zł w cenach detalicznych. Miało to głównie związek z wejściem w życie ustawy refundacyjnej. Była ona główną przyczyną spadku wartości sprzedaży w segmencie leków refundowanych w 2012 r., który wyniósł aż 23%. Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR pt. „Rynek farmaceutyczny i ochrony zdrowia w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015” w 2013 r. dynamika rynku będzie znowu dodatnia.

Według prognoz PMR, w 2013 r. dynamika rynku aptecznego będzie dodatnia i wyniesie około 4%. Będzie to związane głównie z efektem niskiej bazy z 2012 r. – przed wejściem w życie ustawy refundacyjnej (w czwartym kwartale 2011 r.) pacjenci kupowali lek na zapas, co przełożyło się to na istotne spadki sprzedaży na początku 2012 r.

W 2013 r. nadal na rynek będą mieć wpływ czynniki, które niekorzystnie wpływały na wartość segmentu w 2012 r., takie jak spadki sprzedaży leków refundowanych w stosunku do okresu w poprzednim roku, częste zmiany na listach leków refundowanych i dalsze obniżki cen. „W latach 2014-2015 przewidujemy dalszą stabilizację sprzedaży aptecznej w Polsce i dynamikę wzrostu na poziomie około 4,5-5,5%. Ogółem, CAGR (średnioroczna stopa wzrostu) dla lat 2013-2015 wyniesie 4,7%, a rynek przekroczy 30 mld zł w 2015 r.” mówi Agnieszka Skonieczna, starszy analityk rynku farmaceutycznego PMR i współautor raportu.

W 2012 r. większość kategorii ATC zanotowała spadki sprzedaży – największe odnotowane zostały w kategoriach leków stosowanych w chorobach krwi i układu krwiotwórczego oraz w przypadku leków przeciwnowotworowych i immunomodulacyjnych. Doszło do tego wskutek zmian na listach leków refundowanych oraz obniżek cen leków wymuszonych przez nowy system. W ostatnich dwóch latach trendy we wszystkich głównych kategoriach terapeutycznych były zbliżone: był to gwałtowny skok sprzedaży w czwartym kwartale 2011 r., spadek sprzedaży w pierwszym kwartale 2012 r. i utrzymanie stosunkowo niskiego poziomu sprzedaży w ciągu całego 2012 r.

Według prognoz PMR, w latach 2013-2015 najszybciej będą rozwijały się najmniejsze pod względem wartości sprzedaży kategorie ATC – leki przeciwpasożytnicze (CAGR 2013-2015: 10%) i leki wpływające na narządy zmysłów (9%).

W latach 2008-2009 r. leki onkologiczne i immunomodulujące były motorem wzrostu aptecznego rynku leków. Główną przyczyną była tu zmiana statusu immunosupresorów z preparatów stosowanych w lecznictwie zamkniętym na leki dostępne w aptekach. W 2012 r. apteczna sprzedaż leków onkologicznych i immunomodulujących spadła jednak najbardziej ze wszystkich kategorii, o blisko jedną czwartą. „Wynikało to przede wszystkim ze znaczących obniżek cen leków onkologicznych po wejściu w życie ustawy refundacyjnej. Według prognoz PMR, pomimo wzrostu zachorowalności na nowotwory (według Centrum Onkologii, do 2025 r., w porównaniu do 2009 r., nastąpi wzrost zachorowań o 43% u mężczyzn i 36% u kobiet ), dynamiki tej kategorii w sprzedaży aptecznej będą niewielkie. W Polsce największym problemem jest bowiem finansowanie najnowszej generacji leków onkologicznych” mówi Agnieszka Skonieczna.

Według Krajowego Rejestru Nowotworów liczba zachorowań na nowotwory wzrasta i w roku 2010 osiągnęła poziom ponad 140 tys. zachorowań. Polska jest w porównaniu do średniej UE krajem o niskiej zachorowalności na nowotwory, lecz o wysokiej śmiertelności.

Najczęściej występującym nowotworem w całej populacji jest nowotwór oskrzela i płuca, chociaż zachorowalność na ten nowotwór spada od 15 lat. Jest on na pierwszym miejscu biorąc pod uwagę zachorowalność wśród mężczyzn i na drugim miejscu wśród kobiet. U kobiet obserwuje się wzrost zachorowalności na ten nowotwór, ponieważ kobiety urodzone w latach 1940-1960, wśród których było lub jest wiele palaczek, wchodzą obecnie w wiek największego zagrożenia chorobą nowotworową.

Ponad połowa nowych zachorowań na nowotwory notowana jest u osób powyżej 60 roku życia. Z roku na rok wzrasta jednak zachorowalność wśród osób w wieku produkcyjnym. Na przykład, w roku 2010 o prawie 10% wzrosła liczba nowych zachorowań wśród mężczyzn w wieku 35-39 lat w porównaniu do roku 2009.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek farmaceutyczny i ochrony zdrowia w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.