Synthos zapowiada kolejne nowości

Synthos S.A.Pierwszy z nowych produktów oferowany pod nazwą Osakryl® AW24 to spoiwo akrylowe przeznaczone do powłok dekoracyjno-ochronych na podłoża drewniane, takich jak bejce, lakierobejce oraz lakiery wodorozcieńczalne. Jest to pierwsza dyspersja w ofercie firmy dedykowana do wyrobów na drewno. Oprócz bardzo dobrej wodoodporności tego spoiwa (niska nasiąkliwość wodą) na uwagę zasługuje również bardzo dobra przyczepność do starych powłok alkilowych.

Kolejnym nowym produktem w ofercie jest Osakryl® OSA H – elastyczne spoiwo styrenowo-akrylowe do dwukomponentowych mas hydroizolacyjnych na bazie cementu oraz do modyfikacji betonu, jak również do folii hydroizolacyjnych nazywanych powszechnie „foliami w płynie”. Zdecydowaną zaletą tego spoiwa jest doskonała kompatybilność z cementem, niska wodochłonność (dająca w wyrobach gotowych bardzo dobrą wodoszczelność) oraz bardzo dobre właściwości mechaniczne wyrobów gotowych.

Dyspersja styrenowo-akrylowa Osakryl® OSA S20 rekomendowana jest jako uniwersalne spoiwo do produkcji wewnętrznych i zewnętrznych farb i tynków dekoracyjno-ochronnych, a także gruntów. Spoiwo to idealnie sprawdza się tam, gdzie jest potrzeba zapewnienia optymalnej równowagi między odpornością mechaniczną powłoki (ścieralność, przyczepność do podłoża) oraz właściwościami dekoracyjnymi, takimi jak zdolność krycia, trwałość barwy czyli długi czas eksploatacji. Produkt zalecany jest także do różnych rodzajów powłok tynkarskich – w tym konwencjonalnych akrylowych, jak również silikonowych lub silikatowych powłok elewacyjnych, gwarantując optymalną przyczepność i wytrzymałość na czynniki zewnętrzne.

Ruszył ogólnokrajowy program „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”

Minister Pracy i Polityki Społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz i Dariusz Daniluk, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego podpisali dzisiaj umowę na wdrożenie programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”, którego celem jest udzielanie niskooprocentowanych pożyczek absolwentom szkół i wyższych uczelni, a także studentom ostatniego roku studiów wyższych oraz bezrobotnym posiadającym pomysł na własny biznes.

Celem programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie” jest rozwój przedsiębiorczości oraz tworzenie warunków dla powstawania nowych miejsc pracy, jako elementów rozwoju rynku pracy, przeciwdziałania bezrobociu i promowania zatrudnienia. Program ma charakter ogólnokrajowy. Realizowany będzie w dwóch etapach – początkowo w jednym z pięciu makroregionów, obejmującym województwa: małopolskie, świętokrzyskie i mazowieckie. Od 2014 roku program obejmie pozostałe regiony.

Na realizację pierwszego etapu Minister Pacy i Polityki Społecznej przeznaczył kwotę 21,5 mln zł. BGK będzie zarządzać programem w całym okresie jego funkcjonowania. Udzielaniem pożyczek będą zajmowali się pośrednicy finansowi (inne banki, fundusze pożyczkowe) wybrani przez BGK. Zadaniem pośredników będzie także obsługa pożyczek w okresie spłaty, monitoring spłat oraz windykacja niespłacanych pożyczek.

BGK odpowiedzialny będzie w szczególności za bieżący monitoring działalności pośredników, analizę operacji realizowanych w ramach Programu, umorzenia pożyczek i sprawozdawczość na rzecz MPiPS.

Jednym z kryteriów wyboru pośredników finansowych będzie ocena założeń współpracy potencjalnego pośrednika z uczelniami wyższymi. Startujący w konkursie powinni przedstawić, w jaki sposób będą współpracować z uczelniami na przykład przy ocenie biznes planów przedsięwzięć, na które absolwenci będą chcieli zdobyć pieniądze. Uczelnie będą w ten sposób włączone w realizację Programu, który stanowić będzie element społecznej odpowiedzialności uczelni w procesie przygotowania młodych ludzi do prowadzenia własnej działalności.

Pożyczki udzielane będą na:

podjęcie działalności gospodarczej przez:
– poszukujących pracy absolwentów szkół i uczelni w okresie 48 miesięcy od dnia otrzymania dyplomu,
– bezrobotnych,
– studentów ostatniego roku studiów wyższych,

utworzenie przez ww. osoby, które otrzymały pożyczkę na podjęcie działalności gospodarczej, stanowiska pracy dla bezrobotnego, w tym dla bezrobotnego skierowanego przez powiatowy urząd pracy.

Pożyczki charakteryzować się będą niskim oprocentowaniem – na poziomie 0,25 stopy redyskonta weksli NBP (aktualnie 0,75 % w skali roku). Udzielane będą jako pomoc de minimis. Okres spłaty nie będzie mógł przekroczyć 84 miesięcy (7 lat). Możliwa będzie karencja w spłacie kapitału pożyczki przez okres 1 roku. Maksymalna kwota pożyczki na rozpoczęcie działalności gospodarczej wynosić będzie do 60 tys. zł. Wypłata środków pożyczki odbywać się będzie po zarejestrowaniu działalności gospodarczej.

Pożyczka na utworzenie stanowiska pracy dla bezrobotnego, w tym bezrobotnego skierowanego przez powiatowy urząd pracy, udzielana będzie nie wcześniej niż po pierwszym roku działalności podjętej przez pożyczkobiorcę i wynosić będzie maksymalnie do 20 tys. zł.

Prawne zabezpieczenie spłaty pożyczki stanowić będzie weksel własny pożyczkobiorcy oraz poręczenie dwóch osób fizycznych. W zależności od wyników oceny zdolności kredytowej i ryzyka kredytowego, przyznanie pożyczki będzie mogło być uzależnione od ustanowienia dodatkowego/innego zabezpieczenia spłaty.

Warunkiem uzyskania pożyczki będzie m.in. złożenie wniosku o pożyczkę wraz z uproszczonym biznes planem przedsięwzięcia, na realizację którego przeznaczona będzie pożyczka.

Pożyczkobiorcy, którym udzielono pożyczki na utworzenie stanowiska pracy dla bezrobotnego skierowanego przez powiatowy urząd pracy, będą mieli możliwość skorzystania z umorzenia pozostałej do spłaty kwoty kapitału pożyczki, o ile spłacać będą pożyczkę zgodnie z harmonogramem spłat, a utworzone stanowisko pracy utrzymane zostanie przez minimum 1 rok.

W celu zapewnienia jednolitego dla wszystkich makroregionów podejścia do zasad przyznawania pożyczek, BGK opracuje jednolity regulamin udzielania pożyczek. Decyzje o przyznaniu pożyczki podejmowane będą na podstawie metodologii opracowanych przez pośredników finansowych, które podlegać będą zatwierdzeniu przez BGK.

Pierwsze pożyczki powinny zostać udzielone już w III kwartale br.

Leszek Balcerowicz: zostawcie OFE, a zlikwidujcie przywileje emerytalne

Prof. Leszek Balcerowicz uważa, że likwidacja OFE i oparcie emerytur tylko o ZUS zaszkodziłoby systemowi emerytalnemu i całej gospodarce. Tłumaczy, że otwarte fundusze emerytalne przyczyniły się do sukcesu naszego rynku kapitałowego, bo zgromadzone w nich oszczędności pracują. Jest również za likwidacją przywilejów poszczególnych grup zawodowych, w tym m.in. rolników, górników i mundurowych. Jego zdaniem szkodzą one gospodarce.

– Tu nie chodzi o OFE jako instytucje, tu chodzi o oszczędności Polaków. Przypominam, że w ZUS ze względu na jego naturę, nie ma żadnych oszczędności, bo to co wchodzi, zaraz wychodzi w postaci wypłat emerytur. Jest wiele badań, które pokazują, że lepiej mieć zdywersyfikowany system emerytalny niż taki tylko, który sprowadza się do rozwiązań ZUS-owskich – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Jak podkreśla, dzięki temu, że oszczędności zgromadzone w OFE pracują, przyczyniły się do sukcesu naszego rynku kapitałowego, czyli pośrednio do sukcesu polskiej gospodarki. Dlatego likwidacja funduszy nie jest dobrym wyjściem, a priorytetem powinna raczej stać się reforma systemu.

– W obliczu różnych napięć budżetowych władza albo będzie próbowała robić skok na oszczędności Polaków, co będzie złe dla rozwoju, albo zrobi więcej reform, które dla rozwoju są bardzo potrzebne. Trzeba więc nacisnąć na władzę, żeby dokonała właściwego wyboru z punktu widzenia naszej przyszłości gospodarczej – podkreśla profesor Balcerowicz.

Jego zdaniem właściwym krokiem byłoby rozliczenie się z przywilejami poszczególnych grup zawodowych, m.in. górników, rolników czy służb mundurowych.

– Najwyższy czas, żeby ta milcząca większość przestała być milczącą większością i powiedziała dosyć, ale nie tylko rządowi, ale tym grupom uprzywilejowanym, które bronią swoich przywilejów – apeluje.

Balcerowicz tłumaczy, że te przywileje – dotyczące emerytur, ale też zasiłków chorobowych – w obecnym kształcie powodują straty dla gospodarki.

– Nie może być świętych krów. Są takie grupy, które dostają 100 proc. płacy w zasiłku, czyli nic nie tracą chorując i przez to mniej pracują. Jest cała masa przywilejów do usunięcia. Owe przywileje są, po pierwsze, niesprawiedliwe, po drugie, pochłaniają pieniądze, które pochodzą od innych ludzi. Przyczyniają się do wysokich podatków i do wzrostu długu publicznego – wymienia przewodniczący Rady Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Sugeruje również, że należałoby rozliczyć się z KRUS i traktować rolników tak samo jak przedsiębiorców.

– Trzeba uznać, że ci, co utrzymują się głównie z rolnictwa tzn., że mają dostatecznie duże gospodarstwo, są przedsiębiorcami. I dobrze, że mamy przedsiębiorców rolnych. Oni powinni być traktowani jak inni obywatele. Jestem przekonany, że wielu rolników przedsiębiorców jest gotowych się na to zgodzić – dodaje.

Wielu ekonomistów uważa, że likwidacja OFE to realny scenariusz. Choć rząd oficjalnie nie ogłosił takich planów, ze strony państwa nie ma też wyraźnych deklaracji, że OFE będą dalej funkcjonować. Resort pracy kończy właśnie prace nad przeglądem prawa dotyczącego systemu emerytalnego. Ma on stanowić przesłankę do oceny OFE i pokazywać skutki zmian systemu emerytalnego w Polsce, począwszy od 1999 r. Wpływ na jego treść ma również Ministerstwo Finansów. Według zapowiedzi raport o OFE ma być gotowy w połowie czerwca.

Za kilka lat Polska jednym z dziesięciu najważniejszych eksporterów żywności

Mimo niekorzystnych opinii na niektórych rynkach zagranicznych polska żywność się obroniła – mówi Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. Polskie produkty cieszą się dużą popularnością wśród konsumentów m.in. w krajach sąsiadujących, co pozwala producentom i eksporterom z nadzieją patrzeć na dalsze kierunki takie, jak kraje Ameryki Południowej i Azji. Zdaniem eksperta, w najbliższych latach Polska ma szansę znaleźć się w czołówce eksporterów żywności.

Według dyrektora generalnego POHiD, najbliższe lata będą kluczowe dla tego kierunku rozwoju. Rodzimi producenci żywności mają szansę walczyć o istotne dla nich rynki, na przykład w Kazachstanie czy krajach rozwijających się, tzw. BRICS – Brazylii, Rosji, Indii, Chin i Republiki Południowej Afryki.

– Sądzę, że w ciągu kilku lat wejdziemy do klubu pierwszych 10 najbardziej liczących się eksporterów żywności z poważnymi markami w ofercie – prognozuje Andrzej Faliński.

Do rozwoju eksportu żywności w dużej mierze przyczyniają się duże międzynarodowe sieci handlowe, które polskie produkty sprzedają w swoich sklepach zagranicą. Coraz częściej występują one pod marką własną, a nie importera, który sprowadza ją do danego kraju.

Jednak do dalszego rozwoju – według Falińskiego – potrzebna jest mądra polityka promocyjna ze strony państwa, które powinno zaangażować się w budowanie silnej pozycji polskich producentów żywności. Jego zdaniem, wiele się o tym mówi, za to gorzej jest z realizacją pomysłów.

– Żywność to jest 1/3 polskiej PKB, bo to nie tylko rolnictwo i przetwórstwo, to także dystrybucja i komunikacja o żywności – uważa dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – Trzymajmy się tego, bo to jest nasza Dolina Krzemowa.

Jego zdaniem, klimat wokół polskiej żywności zagranicą – po problemach z początku roku – zaczyna się poprawiać, a konsumenci przestają ich unikać.

– Sprzedaż żywności w pierwszym kwartale tego roku w porównaniu do pierwszego kwartału roku ubiegłego wzrosła o 13,9 proc. – zauważa Andrzej Faliński. – Bardzo dobre są opinie o polskiej żywności w krajach, w których ona była protekcjonalnie traktowana w sposób bardzo zły.

Reputacji polskiej żywności szkodziły takie wydarzenia jaka afera solna z ubiegłego roku czy skandal związany z obecnością koniny w polskich produktach z wołowiny. W Czechach nawoływano do bojkotu naszych produktów, w tym drobiu i nabiału. Dzisiaj, zdaniem dyrektora Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, sytuacja powoli zaczyna się normalizować.

– Pomysły środowisk biznesowych, jak również rządowych Czech czy Słowacji w tej chwili odeszły w przeszłość – mówi Andrzej Faliński. – Jest pewien konsensus, pomysł na współpracę inspekcji państwowych.

Przybywa przejęć i konsolidacji w sektorze chemicznym. Chińczycy coraz bardziej aktywni

Światowy przemysł chemiczny szuka nowych źródeł surowca i nowych rynków zbytu. Dlatego przedsiębiorstwa skupiają się na przejęciach innych firm. Dotyczy to także rynku polskiego. Na świecie coraz większą rolę odgrywają Chińczycy, szukający dodatkowo możliwości ulokowania kapitału. W Polsce przedsiębiorcy z tego kraju są jednak wciąż mało obecni.

Według raportu „2013 Global Chemical Industry Mergers and Acquisitions Outlook”, sporządzonego przez Deloitte, podmioty prowadzące działalność w branży przemysłu chemicznego są zmuszone szukać nowych rynków – co jest związane z poszukiwaniem tańszych surowców i chęcią produkowania bliżej potencjalnych rynków zbytu. Dlatego na całym świecie mają obecnie miejsce przejęcia i konsolidacje firm z tego sektora.

– Na pewno rynek globalny jest interesujący, ponieważ jest wiele przetasowań, transakcji. Zarówno na Bliskim Wschodzie, w Azji Środkowo-Wschodniej, głównie w Chinach, Indiach, jak i również w Ameryce Łacińskiej. Również polski rynek pokazał, że może być atrakcyjny i też było kilka wręcz spektakularnych transakcji na rynku chemii w Polsce.

Największą firmą chemiczną w Polsce stała się Grupa Azoty, po przejęciu przez Zakłady Azotowe w Tarnowie fabryk w Policach, Puławach i Kędzierzynie-Koźlu. Niemiecki BASF kupił od Ciechu aktywa dotyczące produkcji TDI (cieczy, która służy m.in. do wyrobu klejów czy lakierów). Ciech dąży też do sprzedaży Organiki Sarzyny – zakładów chemicznych produkujących środki ochrony roślin oraz substancje, które służą do ich produkcji.

– Prawdopodobnie będzie sprzedawał niektóre pozostałe aktywa. Celem tego jest restrukturyzacja portfela i polepszenie wyników finansowych Ciechu. To jest główny cel tych działań – mówi ekspertka Deloitte.

Chiński przemysł chemiczny coraz silniejszy

W branży chemicznej dominują firmy z Europy i Stanów Zjednoczonych, a obecnie dołączają do nich firmy chińskie. Te ostatnie poszukują miejsc do zainwestowania swojego coraz większego kapitału, a także szukają know-how, który mogą zdobyć na rynkach w Europie.

– Rynek chiński jest bardzo atrakcyjny, głównie ze względu na historycznie bardzo duże wzrosty – zauważa Sermanowicz-Giza. – Z naszych badań wynika, że w latach 2000-2010 wzrost tego rynku wyniósł około 27 proc. Obecnie tempo wzrostu jest znacznie mniejsze, ale cały czas dosyć wysokie w porównaniu do rynku europejskiego.

W Polsce jednak przedsiębiorcy z Państwa Środka inwestują rzadko.

– Tego typu transakcje w Polsce zdarzały się, ale mimo wszystko wiemy z doświadczenia, że proces transakcyjny w przypadku chińskich partnerów jest dość skomplikowany i bardzo trudny – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Kłopotliwe we współpracy z Chińczykami są m.in. różnice kulturowe i językowe, co w połączeniu z dużą biurokracją staje się czasem barierą nie do pokonania.

– Nie wszyscy w Chinach mówią po angielsku, dlatego potrzebne jest bardzo duże zaangażowanie tłumaczy – mówi ekspertka. – Przeprowadzenie tego typu transakcji do końca to duży wysiłek, znacznie większy niż w przypadku firm europejskich czy amerykańskich.

12 tys. zgłoszeń szkód w ciągu dwóch tygodni to bilans burz i nawałnic, które przeszły nad Polską

Od 28 maja do PZU wpłynęło ponad 12 tysięcy zgłoszeń klientów, którzy ponieśli szkody w wyniku gwałtownych opadów deszczu, burz i nawałnic w całej Polsce. Ubezpieczyciel przyjmuje wnioski kilkoma kanałami, w tym przez internet i telefon. W przypadku licznych miejscowych zniszczeń uruchamia też mobilne biuro, które przyjeżdża do klientów, którzy ponieśli szkody.

Celem PZU w przypadku szkód masowych jest szybki kontakt z klientami i jak największe uproszczenie procesu likwidacji szkody.

– W sytuacji, kiedy w danej części kraju występują szkody masowe, punktowe, gdzie jest wielu poszkodowanych, uruchamiamy nasze mobilne biuro, czyli taki specjalny autobus, który jest przystosowany do obsługi klientów – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Michał Witkowski, rzecznik grupy PZU.

Dziś mobilne biuro PZU wyjedzie w okolice Mielca. W poniedziałek nad miastem przeszła burza i gradobicie. Grad miał wielkość 2-3 centymetrów. Uszkodzone zostały budynki mieszkalne i samochody.

Według PZU trudno w tym momencie porównywać ilość szkód w tym roku do poprzedniego sezonu.

– Badając tak krótkie okresy czasu, trzeba stwierdzić, że są one nieporównywalne, ponieważ te zjawiska atmosferyczne występują na przestrzeni danych pór roku w różnych
miesiącach. I tak w ubiegłym roku szczyt burz i nawałnic występował w lipcu, w tym roku mamy duże opady w czerwcu – mówi Michał Witkowski.

Jak podkreśla, średnio w skali roku do ubezpieczyciela zgłasza się podobna liczba poszkodowanych. Wyjątkiem był rok 2010, kiedy doszło do powodzi na Wiśle.

Przedstawiciel PZU przypomina, że każdy ubezpieczony po zlikwidowaniu szkody musi liczyć się ze zmniejszeniem zniżek za bezszkodowość.

– Jest specjalna tabela obrazująca zniżki, które możemy nabywać. Przesuwamy się o dwa miejsca w tej tabeli, z reguły oznacza to podwyżkę składki w przyszłym roku tak między 5 proc. a 15 proc. – dodaje Witkowski.

Komentarz dzienny, 12 czerwca 2013

Według danych o handlu zagranicznym GUS, kwiecień charakteryzował się niewielką nadwyżką handlową w wysokości 104,7 mln EUR. Nie jednak sama nadwyżka jest dla nas interesująca, co przełożenie opublikowanych wolumenów eksportu i importu na dane NBP o bilansie płatniczym (publikacja w poniedziałek 17 czerwca).

Polskie programy wsparcia działalności badawczo-rozwojowej daleko od biznesu

Aż 75 proc. polskich przedsiębiorców deklaruje, że w ciągu najbliższych pięciu lat podniesie poziom wydatków na badania i rozwój (B+R), lub co najmniej pozostawi je na obecnym poziomie. Aby jednak ich aktywność mogła się rozwijać, firmy potrzebują nie tylko większej liczby zachęt ze strony państwa, ale także zachęt o wyższej wartości. Jak pokazuje badanie „Corporate R&D Report”, przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte w pięciu krajach Europy Środkowej, firmy mają ograniczoną wiedzę na temat dotacji i zachęt podatkowych dotyczących działalności badawczo-rozwojowej. W Polsce jedynie 41proc. przedsiębiorców deklaruje posiadanie wiedzy o tych udogodnieniach, a zaledwie 16 proc. kiedykolwiek z nich korzystało.

Najbardziej konkurencyjne gospodarki na świecie inwestują ogromne środki w działalność badawczo-rozwojową. Pozycja Europy jest w tym obszarze coraz słabsza. Szacuje się, że w 2013 r. wzrost wydatków na B+R na starym kontynencie będzie niższy, niż stopa inflacji (1,5 proc.). Podczas gdy w najszybciej rozwijających się gospodarkach (np. krajach z grupy BRICS: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA) wzrost ten osiągnie od 4 do ponad 11 proc.* „Dlatego Unia Europejska stymuluje państwa członkowskie do zwiększenia wydatków na badania i rozwój do poziomu 3 proc. PKB rocznie w 2020 r. Aby to osiągnąć, należy przyspieszyć proces komercjalizacji wyników B+R poprzez uproszczenie procedur regulacyjnych, a także dążyć do bardziej dynamicznej współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami a środowiskiem naukowym” – wyjaśnia Magdalena Burnat-Mikosz, Partner Zarządzająca zespołem R&D and Government Incentives w Europie Środkowej w Deloitte.

Charakterystyczne dla naszego regionu jest także to, że w przeciwieństwie do gospodarek zachodnich rządy państw Europy Środkowej wydają na badania i rozwój znacznie więcej niż przedsiębiorcy prywatni. Średnia europejska tzw. wskaźnika BERD (ang. Business Expenditures on R&D), wynosi 55,5 proc., podczas gdy w Polsce – 24,7 proc., Słowacji – 33,9 proc., Chorwacji – 38,2 proc., Czechach – 46,9 proc. i na Węgrzech – 47,5 proc.

Zdecydowana większość polskich przedsiębiorców – 88 proc. (wynik zbliżony do średniej w regionie) zadeklarowała, że finansuje B+R ze swoich budżetów. Spośród nich niespełna jedna trzecia przeznacza na ten cel od 1 do 3 proc. obrotów. Najwięcej (ponad 10 proc.) wydaje się w branży TMT oraz energetycznej. Polska była jedynym krajem spośród pięciu przebadanych, w którym żaden z respondentów nie zaznaczył, że jego firma na pewno nie przeznacza na B+R żadnych funduszy. Mieli raczej wątpliwości, czy ich firma w ogóle zajmuje się taką działalnością.

Aż 78 proc. przedsiębiorców z Europy Środkowej deklaruje, że w ciągu najbliższego roku – dwóch lat utrzyma wydatki na B+R na tym samym poziomie lub nawet je zwiększy. W Polsce ten wskaźnik wyniósł 75 proc. Podobny wynik uzyskano w przypadku odpowiedzi na pytanie, ile respondenci zamierzają wydać na ten cel w ciągu kolejnych trzech – pięciu lat. Przedsiębiorcy stawiają jednak warunek: potrzebują zachęt o większej wartości i w większej liczbie, aby rozwijać działalność naukowo-badawczą. „Okazuje się, że w krajach Europy Środkowej firmy preferują nieco inne rodzaje zachęt. Dla Chorwatów, Węgrów i Słowaków przede wszystkim dotacje byłyby czynnikiem decydującym o podjęciu działań B+R, Polacy i Czesi wskazują zaś na ulgi podatkowe. Dostosowanie się do tego trendu, dla polskiego systemu podatkowego, w odróżnieniu od czeskiego, oznaczałoby znaczącą zmianę jakościową, gdyż obecnie w naszym kraju właściwie brak jest znaczących zachęt podatkowych dla przedsiębiorców prowadzących działalność B+R” – wyjaśnia Michał Turczyk, Starszy Menedżer w zespole R&D and Government Incentives w Deloitte.

Jak pokazało badanie, polscy przedsiębiorcy mogą nie mieć wystarczającej wiedzy na temat poszczególnych zachęt. W badaniu wymieniono 15 istniejących w Polsce preferencji i ulg przysługujących firmom prowadzącym działalność naukowo-badawczą. W przypadku 12 z nich mniej niż połowa respondentów przyznała, że kiedykolwiek o nich słyszała. Jeszcze mniej optymistycznie wypadają proporcje dotyczące korzystania ze wspomnianych ulg. Aż w 13 przypadkach skorzystało z nich jedynie 20 proc. ankietowanych przedsiębiorstw. Największą rozpoznawalnością i popularnością cieszą się zachęty finansowane z funduszy unijnych. Znacznie mniej przedsiębiorców wspomaga się zachętami wynikającymi z systemu podatkowego.

Jedna czwarta środkowoeuropejskich przedsiębiorców nie korzysta z ulg podatkowych, ponieważ nie mają pewności, jakie podejście do prezentowanych przez nich wydatków na B+R zastosują organy podatkowe. W Polsce ten wskaźnik był wyższy o 5 proc. „To pokazuje, że firmy albo nie rozumieją obowiązujących definicji związanych z tą sferą działalności lub przepisy są zbyt skomplikowane i niejasne. Jednocześnie znaczny odsetek badanych (29%) nie korzysta z dotacji B+R, pomimo posiadanej wiedzy na ich temat, co wynika to z braku zasobów pozwalających na odpowiednie monitorowanie i definiowanie szans uzyskania dofinansowania” – tłumaczy Michał Turczyk. W Polsce najczęściej firmy rezygnują z ubiegania się o dotacje z przyczyn formalnych (42 proc.) i z obawy przed biurokracją (25 proc.).

Niepokoi również fakt, że niecałe 5 proc. polskich firm jest bardziej zainteresowanych finansowaniem zwrotnym niż dotacjami. Chociaż jest to i tak wynik lepszy niż uzyskany w pozostałych krajach regionu, gdzie żaden z respondentów nie wskazał, iż byłby zainteresowany instrumentami zwrotnymi bardziej niż dotacjami. Należy wziąć to pod uwagę w procesie zatwierdzania zasad wdrażania unijnych funduszy strukturalnych na lata 2014-2020, tym bardziej, że planowane jest zastąpienie dużej części dotacji bezzwrotnych przez instrumenty zwrotne.

Optymistycznym akcentem jest to, że 66 proc. polskich przedsiębiorców twierdzi, iż prowadzi działalność B+R we współpracy z innymi podmiotami. „Ten wynik jest spójny z polityką UE i poszczególnych krajów, których celem jest wspieranie współpracy i wymiany między firmami i sektorem prywatnym a światem nauki. Należy jednak wziąć pod uwagę, iż przedsiębiorcy często za współpracę uznają również na przykład pomoc uczelni w przygotowaniu opinii o innowacyjności, która jest formalnie niezbędna do uzyskania części zachęt. Tego typu współpraca nie jest jednak celem, jaki Polska i Komisja Europejska postawiły w strategii na rok 2020. Nadal jednak jest bardzo dużo do zrobienia w zakresie struktury wydatków na B+R. Gospodarka polska w coraz większym stopniu opiera się na nowoczesnych usługach, w tym wykorzystujących B+R. Dlatego należy rozwijać i tworzyć przepisy umożliwiające przedsiębiorstwom zwiększanie wydatków na działalność naukowo-badawczą, które w porównaniu do środków rządowych przeznaczanych na ten cel są obecnie jednymi z najniższych w regionie”- podsumowuje Magdalena Burnat-Mikosz.

Firma Synthos otrzymała dokumentację Deutschen Instituts für Bautechnik (DIBt)

Synthos S.A.Firma Synthos otrzymała dokumentację Deutschen Instituts für Bautechnik (DIBt), uprawniająca do sprzedaży SYNTHOS XPS oraz SYNTHOS XPS PRIME w Niemczech. Uzyskane certyfikaty potwierdzają , że Synthos XPS to produkt o najlepszych parametrach, spełniający rygorystyczne wymagania rynku niemieckiego.

  • Certyfikat DIBT
  • Certyfikat DIBt – Wärmedämmsystem Perimeterdämmung im drückenden Wasser
  • Certyfikat DIBt – Wärmedämmsystem Umkehrdach – Ausführung mit Begrünung

Pozytywne i negatywne skutki dwuletniego funkcjonowania ustawy o działalności leczniczej

Ustawa o działalności leczniczej w ciągu dwóch lat obowiązywania nie spełniła większości celów, które stawiał przed nią ustawodawca. Bez jej gruntownej nowelizacji (lub uchwalenia dodatkowych ustaw, zwłaszcza o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych) system ochrony zdrowia w Polsce będzie coraz mniej wydolny, co już odczuwają zarówno podmioty lecznicze, jak i pacjenci – ostrzegają eksperci firmy PwC, kancelarii DZP i Uczelni Łazarskiego.

Coraz dłuższe kolejki do lekarzy, pogarszająca się sytuacja finansowa szpitali mimo rosnących nakładów na leczenie, niedostateczna efektywność zarządzania podmiotami leczniczymi itp. – to zjawiska będące utrapieniem publicznego systemu ochrony zdrowia. Lekiem na niektóre z nich miała być ustawa o działalności leczniczej, która weszła w życie w połowie 2011 roku. Z perspektywy dwóch lat okazuje się, że nie do końca spełniła oczekiwania jej autorów, jak również nie odczuli tego pacjenci.

Eksperci firmy PwC, kancelarii DZP i Uczelni Łazarskiego w raporcie „Ustawa o działalności leczniczej – podsumowanie dwóch lat funkcjonowania” wskazują pozytywne i negatywne skutki wprowadzenia ustawy. Ich zdaniem stanowi ona krok w dobrym kierunku w celu rozwiązania ważnych problemów ochrony zdrowia w Polsce. Ustawa poprawiła m.in. jakość otoczenia prawnego, w którym funkcjonują podmioty lecznicze, ułatwiła ich transformację, a ponadto oferuje narzędzia umożliwiające umiarkowane urynkowienie ochrony zdrowia.

Z drugiej jednak strony eksperci wskazują, że w trakcie obowiązywania ustawy ujawniły się jej wady – zarówno techniczne (np. pominięcie przepisu przyznającego SPZOZ-om osobowość prawną), jak i systemowe.

„Największą wadą ustawy nie jest to, co pozostaje w niej nieprecyzyjnie lub błędnie uregulowane, ale to, czego w niej brakuje. Ustawa nie rozwiązuje żadnego z ważnych problemów koordynacyjnych polskiej służby zdrowia – zwłaszcza braku kompleksowości i koordynacji udzielanych świadczeń oraz marnotrawstwa systemowego” – stwierdza Mariusz Ignatowicz, partner w PwC, lider zespołu ds. sektora ochrony zdrowia.

Autorzy raportu wskazują, że ustawa nie zapewnia koordynacji geograficzno-medycznej między podmiotami leczniczymi. W efekcie położone blisko siebie placówki nierzadko oferują bardzo zbliżony zakres świadczeń, przy jednoczesnym braku innych, które byłyby nie mniej potrzebne pacjentom. Do tego dochodzi kwestia braku kompleksowości świadczeń: obecnie brakuje ciągłości świadczeń udzielanych pacjentom na różnych etapach leczenia. Eksperci wskazują także na systemowe marnotrawstwo w ochronie zdrowia. Wynika ono z faktu, że potencjał placówek jest nieoptymalnie wykorzystywany, ponieważ mimo odpowiednich zasobów kadrowych i sprzętowych nie mogą one świadczyć usług finansowanych przez inne podmioty niż NFZ.

Eksperci PwC, kancelarii DZP i Uczelni Łazarskiego przedstawiają rekomendowane kierunki zmian, które poprawiłyby sytuację w systemie ochrony zdrowia w Polsce. Nowelizacja ustawy (lub uchwalenie ustaw towarzyszących) powinna uwzględniać takie elementy jak:

  1. Usunięcie wad ustawy:
    • Doprecyzowanie definicji podmiotu leczniczego i przedsiębiorstwa podmiotu leczniczego
    • Nadanie podmiotom leczniczym w sposób jednoznaczny osobowości prawnej, a także jednolitych praw i obowiązków
  2. Uzupełnienie ustawy:
    • Współdziałanie podmiotów leczniczych funkcjonujących na wspólnym obszarze geograficznym (np. podział zadań, utrzymanie rezerw)
    • Ramowa regulacja kwestii organizacyjnych w podmiotach leczniczych (proces i tryb przyjęcia pacjenta lub odmowy przyjęcia, ciągłość procesu leczenia, w tym skierowanie lub transport do innego świadczeniodawcy itp.)
    • Określenie zasad współpracy podmiotów leczniczych z zakładami ubezpieczeń oferującymi dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne
    • Czytelny podział zadań i odpowiedzialności władz publicznych (administracji rządowej i samorządowej)
  3. Przedefiniowanie koszyka świadczeń gwarantowanych w ramach powszechnego systemu finansowanego ze środków publicznych – poprzez rzetelne wyliczenie, na jaki zakres finansowania wystarczają środki pobierane w ramach obowiązkowej składki zdrowotnej
  4. Uregulowanie niepublicznego rynku świadczeń zdrowotnych – wsparcie rozwoju dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.

Autorzy raportu wskazują, że powyższe zmiany są niezbędnym warunkiem uzdrowienia sytuacji w ochronie zdrowia. W przeciwnym przypadku spowolnienie gospodarcze będzie pogłębiało ujawniający się niedobór pieniędzy w publicznym systemie ochrony zdrowia w Polsce. Może to mieć negatywne konsekwencje dla wszystkich uczestników systemu: począwszy od pacjentów (kolejki i coraz dłuższy czas oczekiwania na świadczenie), poprzez podmioty lecznicze doświadczające pogarszającej się płynności finansowej, aż po podmioty tworzące, zwłaszcza zadłużające się jednostki samorządu terytorialnego.

Barlinek SA rozszerza swoją działalność o rynek niemiecki i rosyjski

Barlinek SA, największy producent podłóg drewnianych w Europie, poszukuje sposobu na zwiększenie sprzedaży w Niemczech, liczy też na znaczący wzrost rynku rosyjskiego. Według prezesa firmy, na polskim rynku na razie nie ma co liczyć na odbicie, ale – jak podkreśla sytuacja spółki w kraju jest stabilna.

 – Mówiąc o Niemczech to nie jesteśmy jeszcze zadowoleni z naszej pozycji rynkowej, chcielibyśmy zmienić ten stan rzeczy – mówi Wojciech Michałowski, prezes Barlinka.

Firma pracuje obecnie nad zwiększeniem swojej sprzedaży u naszych zachodnich sąsiadów, m.in. poprzez wprowadzanie nowych produktów. Obecnie ma tam 3 proc. udziału w rynku.

 – Intensyfikujemy działania sprzedażowe, mamy tam dedykowane siły sprzedaży. Wyprodukowaliśmy produkty, o których wiemy, że jest na nie zapotrzebowanie na rynku niemieckim, czyli produkty olejowe, produkty dwuwarstwowe. Widzimy systematyczny wzrost sprzedaży – tłumaczy prezes firmy.

Inaczej sytuacja wygląda w Rosji. Choć spółka odniosła już sukces na tamtejszym rynku, nadal widzi w nim duży potencjał rozwoju.

 – Uważamy, że rynek rosyjski w dłuższej perspektywie powinien rosnąć. Jest to około 140 mln ludzi i naszym zdaniem potrzeby w zakresie mieszkalnictwa, w zakresie remontów w długiej perspektywie będą tam istotne – deklaruje Michałowski. – Nasze dotychczasowe doświadczenia w Rosji są bardzo pozytywne, jesteśmy tam trzecim graczem z bardzo istotnym 10 proc. udziałem rynkowym. Chcielibyśmy rosnąć wraz z tym rynkiem.

W całej Europie Barlinek ma 10 proc. udziału w rynku. Firma radzi sobie dobrze głównie rynkach skandynawskich oraz na rynku brytyjskim.

Największym rynkiem sprzedaży dla producenta pozostaje Polska – sprzedaje tu kilkanaście procent swojej produkcji. Pozycję spółki w kraju prezes ocenia jako stabilną, ale w najbliższym czasie nie oczekuje jednak istotnych wzrostów sprzedaży. Uważa, że przyjdzie na to czas w dłuższej perspektywie czasowej.

 – Nasze wyniki na rynku polskim są dobre, natomiast mamy świadomość tego, co się dzieje w budowlance. W związku z tym nie spodziewamy się w tej chwili wzrostów – tłumaczy.

Liczy również na to, że w długoletniej perspektywie cała Europa podniesie się z kryzysu i sprzedaż firmy wzrośnie.

 – Myślę, że sytuacja będzie się poprawiać. Na razie jest stabilna, lepiej wygląda w Skandynawii, w Niemczech, w Wielkiej Brytanii niż w Europie Południowej, natomiast tutaj nie mamy dużej ekspozycji sprzedażowej, w związku z tym nie cierpimy za bardzo z tego powodu – dodaje.

Barlinek SA działa w ramach Grupy Kapitałowej Barlinek i jest największym w Europie producentem podłóg drewnianych, listew, peletu i brykietu. Eksport stanowi ponad 80 proc. produkcji i sprzedaży ogółem. Flagowym produktem firmy jest deska podłogowa ze szlachetnych gatunków drewna (zwana deską barlinecką), którą eksportuje do 55 krajów na 5 kontynentach. Oprócz zakładów w Polsce Barlinek ma także fabryki na Ukrainie i w Rumunii.

Raport Manpower: nastąpi wzrost zatrudnienia w transporcie, logistyce, komunikacji oraz instytucjach sektora publicznego

Transport, logistyka, komunikacja oraz instytucje sektora publicznego – to branże, które według Barometru Manpower będą zatrudniać w III kwartale. Optymizm pracodawców co do planów zatrudnienia w kolejnych miesiącach jest jednak dość ostrożny. Zwiększenie liczby pracujących przewiduje tylko 16 proc. przebadanych firm, 9 proc. zamierza redukować etaty, a 72 proc. nie planuje zmian personalnych.

Widzimy lekkie ożywienie na rynku pracy, ponieważ po raz pierwszy od roku prognozy są pozytywne, czyli firmy będą bardziej nastawione na zwiększanie zatrudnienia. To oznacza, że mamy większą liczbę firm, które będą zwiększać zatrudnienie niż tych, które będą zatrudnienie redukować – tłumaczy Iwona Janas, dyrektor generalna Manpower w Polsce, firmy, która przygotował kolejny raport Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia.

Z badania wynika, że największy optymizm pracodawców widoczny jest w sektorze Transport/ Logistyka/ Komunikacja (+10 proc). Umiarkowanie optymistyczną prognozę odnotowano natomiast dla branż Instytucje sektora publicznego (+6 proc.), Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo (+4 proc.) oraz Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi (+3 proc.).

Jednocześnie prognozy dotyczące zatrudnienia w sektorach Budownictwo, Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi (-5 proc.) oraz Produkcja przemysłowa (-3 proc.), pozostają ujemne już czwarty kwartał z rzędu. Mimo to sytuacja w nich nie pogarsza się i jest stabilna.

– Po Euro 2012 zaczęliśmy obserwować spadki prognoz, wciąż są negatywne. Niestety na trzeci kwartał, który zwykle jest dobrym sezonem dla budownictwa, nie mamy dobrych informacji: firmy budowlane będą cały czas bardziej nastawione na zwalnianie niż zatrudnianie – tłumaczy Janas.

Najgorsze prognozy zatrudnienia odnotowano w sektorze wydobywczym i kopalniach (-15 proc.) – one również są ujemne od czterech kwartałów. Prognoza zatrudnienia dla sektora Handel (detaliczny i hurtowy) wynosi natomiast 0 proc., co oznacza, że w trzecim kwartale nie będzie tam nowych etatów, ale nie będzie też zwolnień.

Tym, co może napawać optymizmem jest fakt, że istnieje wiele zawodów, których nie dotyczą problemy związane z zatrudnieniem. Szanse na rynku pracy mają też osoby bez doświadczenia.

– Obserwując trendy na rynku widzimy, że spośród najbardziej poszukiwanych, a jednocześnie cały czas brakujących zawodów, powtarza się temat wyspecjalizowanych kwalifikacji: specjalistów IT, inżynierów, techników, również kierowców, co z kolei jest dosyć spójne z tym, że logistyka i transport najchętniej zatrudnia w tej chwili na rynku – wymienia Iwona Janas. – Jest też bardzo duże zainteresowanie osobami po studiach i osobami, które nie mają doświadczenia.

W ujęciu kwartalnym prognoza zatrudnienia wzrosła w trzech z sześciu badanych regionach Polski. Najwyższy wzrost optymizmu wobec drugiego kwartału odnotowano w regionie Północnym (o 4 proc.), a następnie w Południowym i Północno-Zachodnim (o 3 proc. dla obu). W regionie Wschodnim prognoza pozostaje na zbliżonym poziomie, natomiast w Centralnym spadła o 5 punktów procentowych. Nie zmieniły się natomiast plany pracodawców z regionu Południowo-Zachodniego.

Zdaniem Iwony Janas, optymizm pracodawców, choć w skali kraju umiarkowany, może sugerować, że coś pozytywnego zaczyna dziać się na rynku pracy.

– Załóżmy, że jest to pierwszy sygnał pewnego trwałego polepszenia – dodaje.

Barometr Manpower Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. ManpowerGroup jest firmą doradczą na rynku pracy. W Polsce od 2001 r. wspiera firmy i kandydatów do pracy za pośrednictwem 40 agencji pracy w 25 miastach.

Choć rosną ceny produkcji, nie będzie podwyżek cen żywności. Jest bariera popytu.

Konsumenci nie powinni obawiać się wzrostu cen żywności. Ostatnie miesiące pokazują, że nieco idą w górę, jednak nie są to znaczące wzrosty, która wpłyną na domowe budżety. Większe powody do obaw mają rolnicy, ponieważ i w tym roku może zabraknąć im pieniędzy na inwestycje, a nawet odtworzenie produkcji w przyszłym sezonie. Powody do zadowolenia mają tylko producenci drobiu, którego cena rośnie, chociaż nadal jest najtańszym z mięs.

 – Niewielki wzrost cen nie powinien niepokoić konsumentów. Natomiast producenci mają obawy, czy będą mieli środki na odtworzenie czy inwestowanie, bo rosną koszty produkcji. Na przykład ceny warzyw dwa lata temu były katastrofalnie niskie, również w ubiegłym roku nie były wysokie. A bez inwestowania, bez szukania nowinek, innowacji, trudno konkurować na świecie – mówi prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Zgodnie z ostatnimi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, ceny żywności i napojów bezalkoholowych wzrosły w kwietniu o 0,4 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca. Profesor Kowalski wyjaśnia, że tak nieznaczne zmiany wynikają z przedłużającego się spowolnienia gospodarczego w Polsce, a także z globalnego kryzysu, który automatycznie powoduje mniejsze zainteresowanie polskim eksportem.

 – Jest bariera popytu i nawet tam, gdzie byłyby uzasadnione wzrosty cen z uwagi na wyższe koszty produkcji, podwyżki nie następują. Przetwórcy, producenci schodzą z marż bojąc się, że utracą rynek – podkreśla prof. Andrzej Kowalski.

Najbardziej podrożały warzywa (o 2,5 proc.), więcej niż miesiąc wcześniej płacono za mięso (przeciętnie o 0,5 proc., w tym za drób – o 3,6 proc., przy spadku cen mięsa wołowego – o 0,4 proc., a wędlin i mięsa wieprzowego – po 0,2 proc.).

 – Wiele produktów staniało, również tych, których się nie spodziewaliśmy, a część cen wzrosła, bo są to podwyżki sezonowe, np. warzyw. Wiele osób mówi, że są one droższe niż w ubiegłych latach, ale trzeba pamiętać, że dwa lata z rzędu były wyjątkowo niskie ceny. Jeżeli w tej chwili jest odbicie rzędu kilku procent, to od razu jest to zauważalne w budżetach – zwraca uwagę dyrektor IERiGŻ.

Jednak ten wzrost cen rzędu 2-3 proc. w ciągu roku, jaki przewiduje ekspert, jest uznawany za normalny, a nawet konieczny dla rozwoju gospodarki.

Ważnym czynnikiem, który powoduje ograniczenie wzrostu cen żywności, jest stabilna sytuacja w innych, pozasurowcowych kosztach. Są nimi np. ceny energii elektrycznej, które od kilku miesięcy utrzymują się na niskim poziomie.

 – Wielu ekonomistów twierdzi, że od lipca ceny energii nie zmienią się. Płace nie rosną w takim tempie, który powodowałby nacisk na wzrost cen żywności. Z umiarkowanym optymizmem można patrzeć z punktu widzenia konsumentów na to, co się będzie działo – mówi prof. Andrzej Kowalski.

Tym bardziej, że nie sprawdziły się wcześniejsze prognozy dotyczące wzrostu cen mięsa wieprzowego i wołowego. Eksperci z IERGiŻ przewidywali, że może ono podrożeć nawet o ponad 10 proc. w skali roku. Jednak stawki wieprzowiny pozostają bez znaczących zmian.

 – Wołowina i wieprzowina stoi w miejscu, rosną ceny drobiu, ale wpływa na to wysoki i ciągle rosnący eksport. Mimo rosnących cen, drób jest ciągle tańszy w stosunku do innych gatunków mięsa. Występuje więc presja powodująca, że konsumenci przerzucają się na drób – dodaje prof. Andrzej Kowalski.

Rząd rozważa podniesienie płacy minimalnej. Pracodawcy protestują – oznacza to falę zwolnień

Dziś rząd zamierza zająć się wysokością płacy minimalnej w przyszłym roku. Pracodawcy podkreślają, że poziom tego wynagrodzenia w Polsce już jest wyższy niż w podobnych pod względem gospodarczym krajach Europy Środkowo-Wschodniej i nie jest wskazane jego radykalne podnoszenie, bo to oznacza groźbę zwolnień, zwłaszcza w biedniejszych regionach kraju.

Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan

 – Jeżeli podnosilibyśmy płacę minimalną szybciej, to możemy doprowadzić do większego bezrobocia na terenach wschodniej Polski, terenach słabych gospodarczo oraz wśród ludzi o niskich kwalifikacjach – podkreśla Jeremi Mordasewicz, ekspert rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

W praktyce zwiększenie poziomu płacy minimalnej oznacza, że pracownicy powinni pracować bardziej wydajnie, aby zarobić na wyższe płace, albo też ich pracodawcy muszą podnieść ceny swoich towarów czy usług. Jak podkreśla Mordasewicz – dla pracodawców ze wschodnich terenów Polski podniesienie tego wynagrodzenia nawet o minimum ustawowe, czyli 88 zł brutto stanowi problem. Tłumaczą, że nie są w stanie podnieść o tyle swoich cen.

Dodatkowo pracodawcy przypominają, że pracownik musi wytworzyć więcej niż wynosi jego pensja brutto – część jego pracy idzie na poczet przychodów firmy, która z tego musi opłacić inne koszty.

 – Na terenach wschodniej Polski, gdzie jest niska siła nabywcza ludności, gdzie pracuje sporo osób o bardzo niskich kwalifikacjach, nie wypracują one dla swojego pracodawcy ponad 3 tys. zł miesięcznie. A tyle muszą, jeżeli płaca minimalna, jak obecnie, wynosi 1600 zł. Tu trzeba uwzględnić składki na ubezpieczenia społeczne, podatki, ale również urlop czy absencję chorobową – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz.

Dlatego ważne jest dla nich, aby wzrost nie był wyższy niż do 1688 zł brutto – o tyle zgodnie z ustawą pensje muszą wzrosnąć minimalnie. Związki zawodowe chcą, by płaca minimalna wynosiła 1720 zł.

 – Zbyt duże podniesienie płacy minimalnej oznacza, że ci pracodawcy nie są w stanie podnieść o tyle ceny za swoje produkty czy usługi. Trzeba zatem pamiętać, że kiedy płaca minimalna przekracza 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia, ale w danym regionie, a nie w całym kraju, rozpoczyna się zwalnianie pracowników o niskich kwalifikacjach – podkreśla ekspert Lewiatana

Relacje płacy minimalnej i przeciętnego wynagrodzenia są różne w zależności od regionu. Mordasewicz wyjaśnia, że w skali całego kraju wskaźnik ten jest nieco powyżej 40 proc., jednak w poszczególnych powiatach jest jeszcze wyższy.

 – Są powiaty, w których płaca minimalna przekracza 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia, to jest zazwyczaj już poziom nieakceptowalny i albo pracownicy przechodzą do szarej strefy, albo są po prostu zwalniani – mówi Jeremi Mordasewicz.

Ekspert dodaje, że w Polsce płaca minimalna jest wyższa niż u Czechów, Słowaków czy Węgrów. Jego zdaniem, w tym przypadku nie powinniśmy porównywać się do krajów Europy Zachodniej, ale właśnie do sąsiadów.

 – Jeszcze długo płaca minimalna w Polsce nie osiągnie poziomu Europy Zachodniej, ponieważ nie jesteśmy na tym poziomie rozwoju gospodarczego. Możemy się porównywać ze Słowacją i z Czechami, a tam płaca minimalna jest niższa niż w naszym kraju, mimo że wydajność pracy i produktywność jest wyższa. Dochody w Czechach są wyższe, a mimo to nie zdecydowali się na podniesienie płacy minimalnej obawiając się, że osoby o niskich kwalifikacjach nie będą zatrudniane – mówi Mordasewicz.

Coraz poważniejsze problemy związane z systemem finansowania energetyki odnawialnej

Część przedsiębiorców sektora energetycznego wstrzymuje inwestycje. Powodem są powstające już od kilku lat regulacje dotyczące energetyki odnawialnej w Polsce. Brak informacji co do przyszłego systemu finansowania tych projektów staje się coraz poważniejszym problemem. Wsparcia inwestorom w tych niestabilnych warunkach może udzielić Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Wkrótce dofinansuje np. inwestycje Energi.

 – Tworzone są nowe podstawy regulacyjne dla energetyki odnawialnej, w związku z czym jest to sektor o podwyższonym ryzyku – zarówno dla banków komercyjnych, jak i dla inwestorów. Chcemy odegrać istotną rolę jako dostarczyciel i kapitału, i długu – mówi Lucyna Stańczak, dyrektor Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Polsce.

Polski rząd od ponad trzech lat pracuje nad ustawą mającą stworzyć łatwiejsze i stabilniejsze warunki do inwestowania w odnawialne źródła energii (OZE). W grudniu 2010 roku minął termin na implementację unijnej dyrektywy w tym zakresie, w związku z czym Komisja Europejska wnioskuje o ukaranie Polski w wysokości 133228,80 euro za każdy dzień zwłoki.

 – Takie kraje jak Bułgaria czy Rumunia również robią rewolucje w swoich systemach wsparcia. Właściwy sposób skalibrowania tej pomocy jest niezwykle ważny i wymaga czasu. Niestety ma to wpływ na inwestycje, które są realizowane tu i teraz. Jest więcej niewiadomych, związanych z tym, jak będzie kształtował się system wsparcia, jak długo będzie trwał, w jakim będzie rozmiarze. I w związku z tym instytucje finansujące nie chcą tego ryzyka brać na siebie i próbują przenieść je na inwestora – tłumaczy Lucyna Stańczak.

Część przedsiębiorców wycofuje się z inwestycji lub je wstrzymuje widząc, że w ostatecznym rozrachunku zwrot z inwestycji, który pierwotnie planowali, jest mniejszy, jeżeli muszą wziąć na siebie wszystkie te ryzyka dotyczące niepewności regulacyjnej.

 – To może mieć wpływ na to, że inwestycje są spowolnione czy zahamowane. Jeśli inwestor nie widzi możliwości dokapitalizowania takiego projektu, może się to łączyć również z takimi drastycznymi decyzjami. To nie byłoby z pewnością korzystne biorąc pod uwagę, że cele związane z pakietem unijnym stawiają wysoko poprzeczkę co do tego, jaki ma być udział energetyki odnawialnej w polskim systemie energetycznym – dodaje Lucyna Stańczak.

Zgodnie z unijną dyrektywą kraje członkowskie wspólnie do roku 2020 powinny osiągnąć 20 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych w całkowitym zużyciu energii i 10 proc. udziału tej energii w sektorze transportowym. Dla Polski poziom ten wynosi 15 proc. dla OZE oraz 10 proc. w sektorze paliw transportowych. EBOiR może ułatwić osiągnięcie tych celów.

 – Finansujemy te projekty, które pozwalają poprawić polski miks energetyczny, czyli będą zmierzały do większej efektywności energetycznej, lepszego zarządzania systemem dystrybucyjnym. Finansujemy także projekty związane ze smart gridem, jak również te, które przyczyniają się do niskoemisyjności polskiej gospodarki. Tu współpracujemy zarówno z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, z bankami komercyjnymi, funduszami specjalizującymi się w tych projektach mówi dyrektor EBOiR.

Zdaniem ekspertki, tzw. nowa unijna perspektywa, czyli na lata 2014-2020 będzie wymagała od beneficjentów zmiany podejścia i wyższego wkładu własnego.

 – Będzie tak ze względu na duże ograniczenia budżetowe, zarówno na poziomie centralnym i lokalnym. W nowy sposób będzie trzeba spojrzeć na to, jak pozyskać współfinansowanie. Tu jest miejsce dla sektora prywatnego, również dla nas, i innych potencjalnych graczy. Myślę, że program Inwestycje Polskie również powinien odegrać tu istotną rolę i będziemy z nimi współpracować – informuje Lucyna Stańczak.

Wśród projektów, nad którymi pracuje EBOiR w tym roku, są trzy związane z OZE: dwa dotyczące energetyki wiatrowej i biomasy.

 – Może jeszcze przed wakacjami uda nam się podpisać dość duże finansowanie dla Energi – z przeznaczeniem na wspieranie inwestycji smart grid i przyłączenia dla sektora energetyki odnawialnej – wyjaśnia dyrektorka banku.

EBOiR to międzynarodowa instytucja finansowa promująca transformację w kierunku gospodarki rynkowej. Wspiera m.in. projekty zwiększające efektywność energetyczną oraz redukcję emisji CO2. EBOiR finansuje do 35 proc. kosztu projektu, gdzie minimalna inwestycja to 10 milionów euro. Udziela finansowania długoterminowego – w przypadku projektów infrastrukturalnych można otrzymać kredyty nawet powyżej 20 lat. Udziela także gwarancji ułatwiających pożyczkobiorcy dostęp do finansowania.

Komentarz dzienny, 11 czerwca 2013

Inflacja w Czechach okazała się w maju sporo niższa od oczekiwań. Przy konsensusie rynkowym 1,6%, odczyt na poziomie 1,3% to spora niespodzianka (w ujęciu miesięcznym ceny spadły o 0,2% zamiast pozostać bez zmian). Na spadek cen w ujęciu miesięcznym wpłynęły obniżki cen gazu (to z pewnością był element wbudowany w oczekiwania rynkowe) oraz w telekomunikacji (to element zaskoczenia, firmy telekomunikacyjne dostosowały się w maju do kwietniowych obniżek największej firmy na rynku). Odmiennie niż w poprzednich miesiącach do silnego spadku w ujęciu miesięcznym nie przyczyniły się ceny żywności; nie zmienia to jednak faktu, że majowy odczyt był najniższy w historii. Wśród istotnych kategorii żywności (z naszych obserwacji wynika, że tylko niektóre przejawiają podobne tendencje jak w Polsce – dotyczy to jednak w szczególności cen warzyw) po miesiącach zaskoczeń w dół są solidne wzrosty w górę – to właśnie obserwujemy także po stronie polskiej.

Dezinwestycje coraz popularniejszym sposobem na przetrwanie kryzysu ekonomicznego

Kryzys ekonomiczny, a przez to trudniejsze warunki prowadzenia biznesu, nakłaniają wielu przedsiębiorców do reorganizacji prowadzonej działalności i sprzedaży części firmy. Przewiduje się, że wartość tego typu operacji w skali całego świata zwiększy się z blisko 150 mld EUR w 2011 r. do około 290 mld EUR w 2012 r.* Z badania „Dezinwestycje: Czy rozstania są trudne? Wydzielenie części biznesu” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że ponad połowa firm w najbliższych trzech latach sprzeda dwie lub trzy części swojego biznesu. Najczęściej wskazywanymi powodami takich decyzji jest potrzeba uporządkowania struktury organizacyjnej, skupienie się na podstawowej działalności oraz względy finansowe. Aby transakcja przyniosła pożądany efekt, konieczne jest właściwe przygotowanie całego procesu wydzielenia i sprzedaży.

W niepewnej sytuacji ekonomicznej coraz trudniej jest osiągać wysokie zyski oraz oferować dywidendy zadowalające udziałowców. Dlatego zbycie części działalności coraz częściej traktowane jest, jako alternatywny sposób tworzenia wartości firmy i poprawy jej wyników finansowych. „Po latach intensywnej aktywności w obszarze przejęć wiele firm funkcjonuje w oparciu o nieefektywne, rozbudowane struktury organizacyjne, których wartość trudno jest ocenić nawet ich udziałowcom. Pozbycie się części przedsiębiorstwa, (która np. nie pasuje do nowej strategii) pozwala na zwiększenie zyskowności pozostałych segmentów biznesu. Taka decyzja nie jest więc krokiem wstecz, lecz etapem tworzenia wartości i wzmacniania firmy na przyszłość” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Pod młotek w pierwszej kolejności idą te części działalności, które nie są kluczowe dla danej organizacji. Na taką strategię wskazało aż 97 proc. respondentów mających w planach transakcje zmierzające do dezinwestycji. Jednocześnie aż jedna piąta badanych (21 proc.) przyznała, że sprzedaż jest konieczna dla poprawy wyników finansowych ich spółek.

Badanie przeprowadzone w regionie EMEA udowodniło również, że wiele osób zarządzających, zbyt późno orientuje się, że w spółce lub jej części nie wszystko funkcjonuje prawidłowo, co skutkuje późniejszymi trudnościami w jej zbyciu. W ponad połowie firm, co prawda dokonuje się corocznej oceny działalności oraz strategii firmy, ale w prawie, co dziesiątej (8 proc.) dzieje się to już tylko, co dwa lata. Aż 36 proc. respondentów przyznało, że do takiej oceny dochodzi dopiero wtedy, gdy spółki nie osiągają spodziewanych wyników. Zdaniem ekspertów Deloitte takie podejście znacznie utrudnia proces wycofywania się z inwestycji. „Rynek karze przedsiębiorców za zaniedbania. Kto czeka ze sprzedażą firmy do momentu, aż przestanie ona osiągać zadowalające wyniki, ma potem trudności z jej zbyciem. Najlepiej jest dokonywać regularnej oceny, tak jak robi się to w funduszach private equity, po to, aby potencjalna sprzedaż przyniosła jak najwyższy zysk” – ocenia Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Niemal trzy czwarte respondentów ma przygotowany sformalizowany proces wycofywania się z inwestycji, co dowodzi, że takie działania nie są rzadkością. Do tych czynności należą m.in. sporządzenie sprawozdania finansowego oraz szczegółowych prognoz i planów dla wydzielanego segmentu biznesu przed jego sprzedażą. Niespełna dwie trzecie badanych uważa, że przed zbyciem działalności, kluczowe jest utworzenie dedykowanego wewnętrznego zespołu specjalistów, którzy wprowadzą niezbędne procedury. Z doświadczeń Deloitte wynika, że najbardziej udane transakcje odbywały się właśnie przy udziale i we wsparciu takich zespołów, których członkowie nie byli absorbowani innymi obowiązkami.

Przedsiębiorcy, którzy chcą sprzedać swoje firmy lub ich część, najczęściej szukają potencjalnych nabywców wśród inwestorów branżowych, zarówno w kraju, jak i zagranicą. Dzieje się tak w niemal dwóch trzecich przypadków. Nie docenia się za to funduszy private equity, które na co dzień zajmują się taką działalnością. Tylko jedna trzecia respondentów uwzględnia ich oferty przy podejmowaniu decyzji o wyborze inwestora. „Jest to bardzo krótkowzroczne myślenie. Fundusze private equity mają ogromne możliwości finansowe, większą siłę przetargową na tle konkurencji i poszukują najlepszych firm niezależnie od ich lokalizacji. Poza tym zwiększenie liczby potencjalnych nabywców zwykle powoduje podbijanie ceny” – uważa Ewa Grzejszczyk, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Największym rozczarowaniem dla przedsiębiorców w przypadku zbycia części firmy jest wydłużający się czas całego procesu. Połowa takich transakcji trwała dłużej niż zakładał to plan. Jedynie 6 proc. zostało zamkniętych szybciej niż planowano. Najczęstszym powodem takiego stanu rzeczy są: brak doświadczenia w przeprowadzeniu procesu, braki kadrowe oraz pułapki prawno-podatkowe, o których zbywający nie pomyślał wcześniej. Dodatkowo, wydzielenie biznesu wymaga odpowiedniej alokacji pracowników, podziału aktywów między spółką matką a wydzielaną częścią. Dużym wyzwaniem jest opracowanie modelu, w jaki sposób te dwie jednostki mają funkcjonować dalej w obszarach wspólnych oraz jak będą działały procesy wsparcia, takie jak m.in. księgowość, płace, administracja kadrowa, obsługa IT, zakupy, co z aktywami wspólnymi (np. biurowiec, umowa ubezpieczenia, transport, zastawy pod kredyty). Odpowiedzią na niektóre z tych wyzwań jest podpisanie odpowiednich umów pomiędzy spółką matką a jednostką wydzieloną o obsłudze w okresie przejściowym (tzw. TSA – Transitional Service Agreement).

„Badanie udowodniło, że kluczowe w osiągnięciu sukcesu jest właściwe przygotowanie samego procesu sprzedaży, ale też procesu przekazania wydzielonej części nabywcy i zapewnienie jej niezakłóconego funkcjonowania aż do czasu uzyskania względnej samodzielności. Do tego potrzebne jest odpowiednie planowanie od strony finansowej, prawnej i podatkowej oraz operacyjnej” – podsumowuje Joanna Dudek, radca prawny, Partner Associate, kancelaria prawnicza Deloitte Legal.

Znaczącym aspektem wydzielenia części biznesu są tzw. koszty osierocone, czyli pewna część kosztów stałych, która ponoszona była uprzednio w związku z obsługą większej grupy kapitałowej, w skład, której wchodziła jednostka stanowiąca przedmiot zbycia. Koszty osierocone często stanowią problem w przypadku wydzielenia i sprzedaży części biznesu, ponieważ trudno jest je zmniejszyć w krótkim okresie czasu. Koszty te mogą stanowić nawet ponad 7 proc. przychodów. „Dlatego należy jak najszybciej je zidentyfikować i zaplanować sposób ich zredukowania, ponieważ mogą pochłonąć nawet cały zysk ze sprzedaży” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Piotr Haładus nowym dyrektorem Groupon Travel

Piotr Haładus wzbogacił zespół Groupon na stanowisku szefa Groupon Travel na rynki Europy Wschodniej. Do jego obowiązków należy m.in. zarządzanie lokalnymi zespołami turystycznymi oraz rozwojem biznesowym w podległych mu rynkach lokalnych.

– Bardzo się cieszę z dołączenia do zespołu turystycznego Groupon, gdzie będę mógł spożytkować moje wieloletnie doświadczenie i znajomość rynku – powiedział Piotr Haładus. – Praca w strukturach lokalnego i globalnego lidera rynku e-commerce jest nobilitacją, ale także wyzwaniem. Obejmując nowe stanowisko postawiłem sobie za cel przede wszystkim dynamiczny rozwój serwisu oraz pozyskanie nowych partnerów i klientów w regionie.

Piotr Haładus w latach 2008-2013 pracował w TUI Poland, gdzie pełnił m.in. funkcje Dyrektora Marketingu i e-Commerce oraz Dyrektora Marketingu i Sprzedaży.

W latach 2003-2008 był związany z American Institute For Foreign Study, gdzie odpowiadał za sprzedaż i marketing programów wymiany kulturowej między Europą i Stanami Zjednoczonymi na rynkach Europu Środkowej i Wschodniej.

Piotr Haładus studiował ekonomię na Uniwersytecie Opolskim. Pasjonuje się marketingiem i rozwojem technik sprzedażowych. Po pracy stara się spędzać jak najwięcej czasu z rodziną. Ma 34 lata, jest żonaty i ma dwóch synów.

Ruch danych w sieciach komórkowych wzrośnie 12-krotnie pomiędzy rokiem 2012 a 2018

Przeciętny użytkownik komputera mobilnego, posiadającego subskrypcję mobilną, generuje obecnie 2,5 GB transferu danych miesięcznie. W przypadku uzytkownika smartfona, transfer jest 5 razy niższy i sięga średnio 450 MB na miesiąc. Według prognoz firmy Ericsson do roku 2018, mobilne komputery będą generować ok. 11 GB transferu danych miesięcznie, podczas gdy smartfony około 2 GB.

Ruch danych w sieciach komórkowych różni się w zależności od regionu. Najbardziej wyróżniającym się regionem jest Ameryka Północna, gdzie około 70% ruchu generowane jest przez telefony.

Raport Mobility Report firmy Ericsson potwierdza stabilny trend wzrostu ilości transferowanych danych. Z analizy wynika, że ilość przesyłanych danych w sieciach komórkowych podwoiła się w ciągu 12 miesięcy poprzedzających 1 kwartał 2013 roku. W tym samym okresie, transfer związany z połączeniami głosowymi wzrósł tylko o 4%. W samym tylko ostatnim kwartale 2012 roku ilość przesyłanych danych mobilnych wzrosła o 19%.

Zdaniem firmy Ericsson, w trakcie 2013 r. ruch danych w sieciach komórkowych będzie kontynuował trend podwajania wielkości każdego roku. Komputery przenośne dominują w większości regionów, z wyjątkiem Ameryki Północnej. W ostatnich latach prognozy (lata 2016-2018) transmisja danych będzie podzielona równo pomiędzy smartfony, z jednej strony, i tablety oraz komputery przenośne z drugiej. Mimo rosnącej liczby urządzeń mobilnych, w roku 2018 sieci stałe będą nadal dominować nad sieciami komórkowymi pod względem ilości przesyłanych danych.

Ministerstwo Sportu i Turystyki przygotowało się do pomocy klientom bankrutujących biur podróży

– W Ministerstwie Sportu i Turystyki powstał specjalny sekretariat, powołany zarządzeniem pani minister Joanny Muchy, który zajmuje się stałym monitorowaniem rynku, a także udzielaniem wszelkiej możliwej pomocy zarówno urzędom marszałkowskim, podmiotom, które ewentualnie, w imieniu urzędów, będą organizować powrót, jak i też samym klientom – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Katarzyna Sobierajska, wiceminister sportu i turystyki.

Sobierajska podkreśla, że polscy turyści w sezonie 2013 będą bezpieczniejsi dzięki zmianie dwóch rozporządzeń, które weszły w życie w maju. Nowymi przepisami zwiększone zostały m.in. sumy gwarancji i zabezpieczeń, które muszą płacić biura podróży. Około jednej trzeciej wszystkich podmiotów działających na tym rynku jest objętych nowymi zasadami.

Bankructw nie można jednak wykluczyć. W przypadku konieczności pomocy dla turystów znajdujących się poza granicami Polski odpowiedzialni są w pierwszej kolejności organizatorzy wyjazdów. Jeśli nie będą oni w stanie zapewnić powrotu, muszą to zrobić urzędy marszałkowskie, bo to na ich konta wpływają gwarancje od biur podróży.

– Kiedy wyczerpią się środki z gwarancji, które posiadają biura, jeżeli będzie taki partner jak Polska Organizacja Turystyczna, która organizuje ten proces, MSZ może zastosować specjalną procedurę na bazie przepisów konsularnych – dodaje Sobierajska. – Chcę zadeklarować, że w związku z tym nikt z naszych turystów nie zostanie bez opieki poza granicami kraju i wszyscy szczęśliwie wrócą, gdyby okazało się, że ich biuro ogłosiło niewypłacalność.

Zgodnie z prawem urzędy marszałkowskie mogą przekazać organizację powrotu Polskiej Organizacji Turystycznej. POT jest gotowy do działania w sytuacji bankructwa biura podróży. Resort sportu i turystyki we współpracy z urzędami marszałkowskimi, Ministerstwem Spraw Zagranicznych oraz Rządowym Centrum Bezpieczeństwa będzie zajmował się koordynacją procesu.

Polskie miasta myślą o wprowadzeniu płatnego wjazdu do centrum

Miasta coraz częściej wdrażają inteligentne systemy transportowe. Na razie są to przede wszystkim rozwiązania klasyczne, związane z zarządzaniem ruchem i systemami informacji. Choć samorządy interesują się również bardziej zaawansowanymi rozwiązaniami, jak np. wprowadzenie stref płatnego wjazdu lub tzw. ekostref, uniemożliwia im to brak odpowiednich przepisów.

– Świadomość w miastach, co do sensowności takich rozwiązań dość istotnie wzrasta. Jest już kilka takich, które głośno mówią o tym, że jednym ze sposobów likwidacji problemów komunikacyjnych, a przynajmniej ich zmniejszenia, jest wprowadzanie stref ograniczonego dostępu, wspartego bodźcami ekonomicznymi, a nie wyłącznie znakami zakazu – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

Rozwiązania takie opierają się o systemy informatyczne i są praktycznie niewidoczne dla kierowców. Dzięki rozpoznawaniu numerów rejestracyjnych możliwe jest np. łatwe zróżnicowanie opłat w zależności od typu pojazdu czy ilości emitowanych przez niego spalin.

– Przykładem jest Mediolan, gdzie wprowadzenie tzw. Ecopass spowodowało zmniejszenie zanieczyszczenia cząstkami stałymi o 57 proc. w ciągu pierwszego roku – podaje przykład Cywiński.

Na razie polskie miasta rozstrzygają przetargi na bardziej tradycyjne ITS-y, oparte na zarządzaniu ruchem i informacji dla kierowców. Cywiński uważa, że samorządy przekonały się, że dzięki tym rozwiązaniom mogą poprawić komunikację w mieście bez kosztownych inwestycji w infrastrukturę. Przykłady miast, które w ostatnim czasie rozstrzygnęły przetargi to Koszalin, Rzeszów, Poznań i Białystok.

– Liczymy, że w przyszłym horyzoncie czasowym rozwój inteligentnych systemów transportowych w polskich miastach będzie dofinansowany – mówi Andrzej Arendarski, prezesa Krajowej Izby Gospodarczej.

Jego zdaniem, na inteligentnych rozwiązaniach korzystają nie tylko miasta i mieszkańcy, ale i firmy, które będą przy ich wdrażaniu współpracować.

– Taki system ma zapewnić zielone światło na drodze i komuś zostanie powierzone jego wdrożenie, będą więc w to zaangażowane firmy. W Polsce jest dużo firm informatycznych, dla których działania tego typu nie są problemem, mówię o zaprojektowaniu systemu, implementacji, a później utrzymaniu. To jest dla nich pole do popisu – podkreśla prezes KIG. – Z drugiej strony płynność ruchu jest niezbędna, żeby zmniejszyć koszty transportu. Wszystko się ze sobą łączy.

Koszt wdrożenia systemu może wahać się w zależności od skali od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych. Londyn wydał na nowoczesne rozwiązania aż 300 milionów funtów, ale Cywiński podkreśla, że miejskie ITS-y można budować etapami.

– Na tym właśnie polega możliwość budowania „z klocków” rozwiązań dopasowanych do potrzeb poszczególnych samorządów. Interoperacyjność poszczególnych systemów i rozwiązań jest wspierana legislacyjnie zarówno przez prawodawstwo europejskie, jak i polskie. Oznacza to, że miasta mogą budować z tych „klocków” tak długo, jak długo będą one mogły ze sobą w przyszłości współpracować, zarówno na poziomie lokalnym, jak i ogólnokrajowym czy też ponadnarodowym – zaznacza dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

Na razie miasta gromadzą wiedzę. Do wzrostu ich świadomości w dużym stopniu przyczyniła się skuteczność elektronicznego poboru opłat viaTOLL. Według Cywińskiego ten przykład pokazuje, że inteligentne systemy transportowe mogą realnie wpływać na poprawę warunków życia mieszkańców.

Obecnie viaTOLL jest największym ITS-em w Polsce. Kapsch jest europejskim liderem w tym segmencie rynku – dostarczył cztery z sześciu krajowych systemów poboru opłat dla ciężarówek w Europie. Firma ma duże doświadczenie w systemach opartych o technologię radiową i satelitarną. Rynek ITS w miastach jest jednak bardziej zróżnicowany.

– Kapsch bierze udział w przetargach na rozwiązania miejskie. Tu rynek jest znacznie bardziej zdywersyfikowany niż w przypadku systemu elektronicznego poboru opłat. W związku z tym i konkurencja jest większa – mówi Cywiński. – Jednak jest to segment, w którym Kapsch istnieje i na pewno będziemy chcieli rozwijać ten biznes w Polsce.

Według niego kolejnym krokiem w rozwoju systemów ITS w naszym kraju jest wprowadzanie śródmiejskich płatnych stref wjazdu. Kapsch wdrożył już takie rozwiązania w kilkudziesięciu europejskich miastach. W Polsce nie istnieją jeszcze w żadnym mieście. Jak podkreślają przedstawiciele krakowskiego urzędu miasta, jest to rozwiązanie niemożliwe z prawnego punktu widzenia. Przepis umożliwiający taki krok zniknął z ustawy o drogach publicznych w 2003 r. Cywiński podkreśla, że nie zna powodów tej decyzji, ale prawo musi zostać zmienione, by miasta mogły w pełni zarządzać podległą im infrastrukturą, w tym również efektywnie pozyskiwać środki na jej utrzymanie.

Prof. L. Balcerowicz: nie pomoc finansowa, a głębokie reformy mogą uratować państwa UE

Największym zagrożeniem dla stabilności gospodarek Unii Europejskiej jest odkładanie przez rządy niezbędnych reform – uważa profesor Leszek Balcerowicz. Były wicepremier i minister finansów uważa, że UE nie pomoże tworzenie kolejnych programów pomocowych dla bankrutujących krajów. By przyspieszyć wzrost gospodarczy, zdaniem Balcerowicza, Europa powinna dokończyć budowę jednolitego rynku, stworzyć strefę wolnego handlu ze Stanami Zjednoczonymi i zmienić politykę klimatyczną.

Według profesora Balcerowicza, Unia Europejska ma lepsze sposoby na kryzys niż tworzenie funduszy na pomoc finansową dla bankrutujących krajów. Tym bardziej, że pieniądze na fundusz pochodzą z budżetów krajowych, czyli od podatników.

– Żaden mechanizm stabilizacyjny nie wystarczy, żeby rozwiązywać fiskalne problemy, czy Francji, czy to Włoch, a liczenie na taki mechanizm osłabia bodźce do tego, co jest prawdziwym lekarstwem – usuwanie chorób ekonomicznych przez reformy – mówi Leszek Balcerowicz.

Najważniejszą z nich jest dokończenie budowy jednolitego rynku, szczególnie jeśli chodzi o usługi niefinansowe.

– Słynny polski hydraulik powinien móc świadczyć szerzej swoje usługi. Po drugie, trzeba zawrzeć układ o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Wtedy powstałaby wielka strefa wolności gospodarczej – wylicza profesor Balcerowicz.

Wzrost gospodarczy hamuje też restrykcyjne prawo, które ma na celu ochronę klimatu i zapobieganie globalnemu ociepleniu. Polityka klimatyczna nakłada na kraje UE limity emisji CO2, wymuszając kosztowne inwestycje, co wpływa na mniejszą globalną konkurencyjność krajów UE.

Jak podkreśla założyciel Fundacji FOR, przyszłość Unii Europejskiej jest niezagrożona, mimo poważnych problemów niektórych państw członkowskich. Sytuacja w poszczególnych krajach zależy w dużej mierze od tego, w jakim tempie i w jakim zakresie przeprowadzono w nich reformy.

– Niemcy 10 lat temu prowadzili istotne reformy, liberalizowali rynek pracy, wprowadzili większą dyscyplinę budżetową i teraz są najsilniejszym gospodarczo i najzdrowszym krajem Europy spośród dużych krajów – podkreśla Leszek Balcerowicz.

Francja jak dotąd unikała reform. Krytycy zarzucają nawet prezydentowi Francois Hollandowi odwracanie uwagi opinii publicznej od kłopotów gospodarczych na przykład przez rozpoczęcie dyskusji na temat małżeństw homoseksualnych. Zdaniem Balcerowicza to bardzo niebezpieczna strategia.

– Francja prędzej czy później będzie musiała rozpocząć reformy, albowiem rynki finansowe w końcu się zdenerwują. A jak się rynki finansowe zdenerwują, to żądają większych pieniędzy. Wtedy politycy się zabierają do roboty. Lepiej, żeby to robić wcześniej, żeby rynki finansowe się nie denerwowały – tłumaczy przewodniczący Rady Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Takie same zalecenia ma również dla polskich władz.

– Polska w przeciągu ostatnich 20 lat osiągnęła wielki sukces, podwoiła swój dochód narodowy, ale przed sobą ma istotne przeszkody na drodze dalszego wzrostu. Trzeba naciskać na polityków, żeby nie kłócili się w sprawach błahych albo niedotyczących życia milionów ludzi, a skupili się na usuwaniu przeszkód dla dalszego wzrostu gospodarczego w Polsce czyli dla tworzenia miejsc pracy – dodaje Leszek Balcerowicz.

J. Dąbrowski: gwarancje de minimis to za mało. Małe i średnie firmy potrzebują natychmiastowej pomocy

– Małe firmy, by przetrwać na rynku, potrzebują dziś wyraźnego wsparcia – mówi Jarosław Dąbrowski, prezes firmy doradczej Dąbrowski Finance. Kredyty z gwarancją de minimis to krok w dobrym kierunku, ale – według Dąbrowskiego – muszą zwiększyć się wolumeny oraz zmodyfikować zasady ich udzielania. Konieczne są szybkie działania, których efekt przedsiębiorcy odczują od razu, a nie za 3 czy 5 lat.

– Gwarancje de minimis mają usprawnić dostęp do finansowania bankowego dla małych firm, czyli pomóc podjąć bankom pozytywną decyzje kredytową, są krokiem w dobrym kierunku, przy czym w mojej ocenie ze względu na pogarszanie się sytuacji ekonomicznej firm są już niewystarczające – mówi Jarosław Dąbrowski.

Uruchomiony w kwietniu program gwarancji de minimis ma być odpowiedzią rządu na spowolnienie gospodarcze. W ramach programu mikro, mali i średni przedsiębiorcy mogą starać się o uzyskanie 27-miesięcznego kredytu z zabezpieczeniem jego spłaty. Zabezpieczenie to nie może przekroczyć 3,5 mln zł ani 60 proc. kwoty kredytu.

Według Dąbrowskiego polską gospodarkę czeka bardzo trudne, drugie półrocze 2013 roku. Niepewny jest również kolejny rok. Trudne czasy są przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw, które – jak wskazuje na to sytuacja na rynku – będą miały problemy z zachowaniem płynności finansowej oraz grozi im duże pogorszenie rentowności.

– Może być taki efekt, że znaczna część banków przestraszy się tej sytuacji i zamknie możliwość zwiększenia kredytów,, wprowadzi wyższe marże lub zamknie w ogóle dostęp do finansowania – tłumaczy ekspert. – Często tak jest, jak potocznie się mówi że banki rozkładają parasol jak świeci słońce i zwijają go jak zaczyna padać, a my jesteśmy w przededniu poważnych turbulencji na rynku finansowania przedsiębiorstw.

Takim parasolem powinien być, jego zdaniem, szerszy dostęp do kredytów dla małych i średnich przedsiębiorstw z dłuższym niż dziś okresem spłaty. Wprawdzie dla bezpieczeństwa portfela kredytowego powinny one być obwarowane zabezpieczeniami, w pełni monitorowane przez banki. Według Jarosława Dąbrowskiego, by kredyty z gwarancjami de minimis mogły wpisywać się w tę politykę, powinny być zmodyfikowane zasady ich udzielania. Tym bardziej, że gwarancja to nie dotacja, a instrument finansowy, który w takiej sytuacji gospodarczej i budżetowej jest bezpieczniejszy, tańszy i skuteczniejszy.

– W sytuacji pogarszania się płynności i rentowności które w wielu przypadkach spowodowana jest narastającymi zatorami płatniczymi oraz zmniejszeniem obrotów firm powinno się rozważyć gwarancje na poziomie wyższym niż 60 proc., wydłużenie okresu tych gwarancji nawet do 3-4 lat oraz bardzo istotne zwiększenie ich wolumenów. Byłoby to szybkie remedium na główne problemy wielu firm mikro, małych i średnich. W innym przypadku Polsce grozi fala upadłości – mówi J. Dąbrowski

Dziś sektor MŚP to podstawa krajowej gospodarki: odpowiada za mniej więcej połowę polskiego PKB i daje zatrudnienie blisko 75 proc. Polakom.

Zdaniem Dąbrowskiego, musimy zdecydować, czy ważniejsze dla gospodarki jest wsparcie dużych inwestycji infrastrukturalnych i energetycznych, na których efekty przyjdzie nam czekać kilka lub kilkanaście lat, czy też istotne zwiększenie wsparcia, udzielanego małym i średnim przedsiębiorstwom, które dzięki temu będą one mogły przetrwać okres spowolnienia w lepszym stanie finansowym.

– Wybór jest dosyć prosty – uważa ekspert. – Jeśli chcemy utrzymać miejsca pracy oraz stabilizować aktywność gospodarczą tak, aby w ciągu najbliższych kilku kwartałów Polska gospodarka wróciła na ścieżkę wzrostu powinniśmy głębiej i szerzej oddziaływać na małe i średnie firmy, przy pomocy wielu rozwiązań fiskalnych i finansowych. Sektor MSP ma również duży wpływ, pośrednio, na rozwój konsumpcji, która była do tej pory jednym z najważniejszych elementów dźwigających w górę PKB. Dlatego pomoc dla tego segmentu gospodarki jest priorytetowa. Pomagając tym firmom pomagamy klasie średniej, która jest filarem polskiego kapitalizmu.

Dodatkowe 500 mln zł na ekologiczne inwestycje w regionach

Ułatwienia dla przedsiębiorców związane z opłatą środowiskową sprawiły, że wojewódzkim funduszom ochrony środowiska zabraknie pieniędzy na dofinansowywanie ekologicznych inwestycji. Dlatego centralny fundusz zdecydował o uruchomieniu dodatkowych środków dla nich w ramach programu „Region”. W pierwszej kolejności mają trafić do Katowic, Opola i Białegostoku.

– Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w związku z ustawą deregulacyjną mają w tym roku o połowę mniejsze przychody. Stąd, żeby plany finansowe i obietnice dane beneficjentom dotyczące wypłat środków, mogły być zrealizowane, przeznaczyliśmy 500 mln zł na realizację tych projektów w terenie – mówi Małgorzata Skucha, prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Zgodnie z ustawą o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych w gospodarce od tego roku obowiązują zmiany w prawie ochrony środowiska dotyczące opłat środowiskowych. Przedsiębiorcy do tej pory dwukrotnie w ciągu roku ponosili opłaty za korzystanie ze środowiska, teraz – będą płacić raz w roku do 31 marca. Te opłaty w kolejnych latach będą musiały być wyrównane, ale w tym roku spowoduje to zmniejszenie wpływów do wszystkich funduszy – i do NFOŚiGW i do wojewódzkich.

– W pierwszej kolejności pomoc trafi do trzech funduszy, które już otrzymały decyzję. Chcemy przy okazji 20-lecia WFOŚiGW, które obchodzimy 19 czerwca, podpisać umowy z funduszem w Katowicach, Opolu i Białymstoku – informuje Małgorzata Skucha.

Wsparcie to wspomniane 500 mln zł w postaci niskooprocentowanej siedmioletniej pożyczki na poziomie 1 proc. Fundusze będą musiały zwrócić te pieniądze do NFOŚiGW. Spośród 16 wojewódzkich funduszy z tej pomocy skorzysta 11.

– Postawiliśmy warunek, że fundusze, które dysponują swoimi środkami, mają odpowiednie zasoby i nie potrzebują takiej pomocy, nie będą przez nas w tym zakresie wspierane – tłumaczy prezes.

Program „Region – wsparcie działań ochrony środowiska i gospodarki wodnej realizowanych przez WFOŚiGW” został uchwalony w tym roku i ma zapewnić kontynuację wieloletnich projektów.

– Ma pozwolić Wojewódzkim Funduszom Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, bo do nich jest skierowany, na realizację planów finansowych, które mogłyby być zagrożone ze względu na wprowadzoną ustawę deregulacyjną – wyjaśnia Małgorzata Skucha.

Opłaty za korzystanie środowiska dotyczą osób prowadzących działalność gospodarczą lub rolniczą, a także osób wykonujących zawód medyczny w ramach indywidualnej praktyki. Wnoszą je ci, którzy np. posiadają samochody osobowe, ciężarowe, maszyny rolnicze zarejestrowane na firmę, które wprowadzają gazy lub pyły do powietrza w wyniku procesów technologicznych, przeładunku benzyn silnikowych, użytkowania kotłów, chowu lub hodowli drobiu.

Będzie więcej miejsc pracy dla specjalistów i menadżerów. 58 proc. firm planuje wzrost zatrudnienia

Niemal sześć na dziesięć firm działających w Polsce deklaruje chęć zatrudnienia nowych pracowników, a tylko co dziesiąta myśli o zwolnieniach – wynika z badania dynamiki zatrudnienia specjalistów i menedżerów Antal Global Snapshot. Najczęściej poszukiwani będą eksperci z branży e-commerce, social media, BPO i sektora ubezpieczeń. Problem ze znalezieniem pracy mogą mieć osoby związane z rynkiem nieruchomości.

Najnowsza, 14. już edycja badania, przeprowadzonego przez Antal International, daje nadzieje na pozytywne zmiany w polskiej gospodarce. Chodzi przede wszystkim o pohamowanie rosnącego bezrobocia, które dzisiaj wynosi już 14 proc. Ponad połowa (58 proc.) spośród prawie 2 tys. głównie dużych, międzynarodowych korporacji obecnych w naszym kraju, przyznaje, że poważnie myśli o tworzeniu nowych miejsc pracy i prowadzeniu rekrutacji dodatkowych pracowników na stanowiska menadżerów i specjalistów.

– Bez względu na branżę większe szanse na znalezienie pracy mają kandydaci, którzy się wykazują aktywną postawą, kreatywnością, mają pomysł zarówno na siebie, jak i również na to, jak zwiększyć rozwój firmy, do której aplikują – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International. – Pracodawcy są bardziej zachowawczy w zatrudnianiu osób, które wykazują bierną postawę.

Wśród wciąż rozwijających się sektorów, które niezmiennie już od kilku lat zwiększają zatrudnienie, są IT i centra usług wspólnych. Zgodnie z deklaracją, nowych pracowników poszukiwać będą też firmy, operujące w branżach e-commerce i social media. 93 proc. spośród tych, które wzięły udział w badaniu, zadeklarowało zwiększenie odsetka zatrudnionych w III kwartale. W sektorach SSC/BPO (usługi wspólne, czyli wydzielone działy firmy przeniesione zagranicę oraz firmy outsourcingowe, głównie księgowe) i ubezpieczeń taką wolę wyraziło odpowiednio 92 i 72 proc. podmiotów.

Pozytywne zmiany zachodzą w bankowości, gdzie do tej pory słychać było przede wszystkim o zwolnieniach.

– Instytucje finansowe w tym momencie są jednym z liderów, jeśli chodzi o deklaracje zatrudniania w najbliższym kwartale – zwraca uwagę Artur Skiba. – Aż 60 proc. badanych przez nas instytucji ma taki zamiar.

Według dyrektora Antal International, to efekt restrukturyzacji i zmian, które w ostatnich latach miały miejsce w tym sektorze, i które wiązały się często z cięciami i redukcją etatów.

– Banki poszukują aktywnie osób na stanowiska doradców do obsługi średnich i małych przedsiębiorstw, czy też szefów oddziałów, czy ekspertów Forex – dodaje.

Stosunkowo niewielkie szanse na znalezienie pracy w najbliższym czasie mogą mieć osoby związane z branżą nieruchomości. Zgodnie z badaniem to jedyna branża, w której częściej mówi się o zwolnieniach.

– Zaledwie 33 proc. badanych przez nas firm z tego sektora deklaruje zatrudnianie, za to aż 44 proc. zwalnianie – mówi Skiba.

To czterokrotnie więcej niż wynosi średnia z badania. Dla porównania o zwalnianiu pracowników myśli dzisiaj tylko 2-3 proc. zarządzających centrami usług wspólnych.

Wyniki ankiety stawiają Polskę w dobrym świetle na tle Europy. Odsetek przedsiębiorstw noszących się z zamiarem rezygnacji z części zatrudnionych dzisiaj pracowników wszędzie jest porównywalny. Jesteśmy za to w gronie liderów firm chętnych do tworzenia nowych miejsc pracy.

– Nieco lepiej to badanie wyszło w Czechach i w Danii, bo tam ponad 60 proc. firm deklaruje zatrudnianie – mówi Artur Skiba. – Natomiast na drugim biegunie są kraje Europy Południowej, czyli Hiszpania, Włochy, Portugalia, gdzie zaledwie ok. 30 proc. firm mówi o chęci zwiększania zatrudnienia.

Według analityków, wyniki obrazują spodziewany wzrost gospodarczy w drugiej połowie roku.

– Fakt, że w Polsce w większości sektorów firmy dalej zatrudniają i planują dalsze zatrudnianie w najbliższym kwartale, mówi nam zdecydowanie o tym, że nie przygotowują się na słabsze czasy, tylko na odbicie w drugiej połowie tego roku – tłumaczy dyrektor Antal International.

Podobnie jest Niemczech, a nawet w pogrążonej wciąż w kryzysie Hiszpanii. Firmy chcą wykorzystać okres wakacji do starannego przeprowadzenia procesu rekrutacyjnego. Po to, by w czwartym kwartale tego roku wykorzystać spodziewane szanse, które ma dać poprawa koniunktury.

Coraz trudniej polskim firmom legalnie działającym w sieci konkurować z piratami

Zbyt restrykcyjne przepisy na szczeblu krajowym lub unijnym oraz piractwo to największe problemy dla polskich firm w sieci. Amerykańskie prawo jest mniej szczegółowe, co ułatwia funkcjonowanie firmom zza Atlantyku w Europie. Wielu polskich przedsiębiorców online ze względu na mniejszą konkurencyjność i nielegalnie działające firmy może zniknąć z rynku.

– Firmy działające legalnie w biznesie internetowym, które pozyskują treści legalnie, czyli płacą tantiemy producentom, właścicielom praw, są z góry skazane na porażkę z firmami, które są pirackie bądź też wykorzystują luki prawne po to, aby udawać, że robią co innego, a robią co innego – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marcin Pery, prezes zarządu firmy Redefine z Grupy Polsat.

Pery podaje przykład portalu Chomikuj.pl. Serwis internetowy oficjalnie służy do hostingu pliku prywatnych. Pery uważa jednak, że większość użytkowników wykorzystuje go do nielegalnego dzielenia się plikami, np. muzyką lub filmami.

– Zjawisko piractwa czasami jest o tyle trudne, że ludzie, na przykładzie Chomikuj.pl, nawet za to płacą, w tym przypadku płacą za transfer większego pliku, nie mają świadomości tego, że to jest nielegalne prawdopodobnie. Większość tych użytkowników, jeżeli płaci pieniądze za pobranie tego pliku, to myśli, że te pieniądze w jakiś sposób trafiają do twórców, są rozliczane – zauważa Pery.

Przewiduje, że jeśli problem piractwa nie zostanie uregulowany, legalnie działające firmy są skazane na porażkę. Jest to dla nich duża bariera rozwoju, a w perspektywie może nawet doprowadzić do zniknięcia uczciwych przedsiębiorców z rynku.

Piractwo to jednak nie jedyny problem polskich firm działających w sieci. Barierą rozwoju są też restrykcyjne polskie i europejskie przepisy, które szkodzą szczególnie w przypadku konkurencji z firmami z USA. Jak przykład Pery podaje pomysły na zmiany w europejskim prawie dotyczące ochrony danych osobowych. Podkreśla, że już teraz firmy z Europy muszą chronić dane w zdecydowanie większym stopniu niż ich amerykańscy konkurenci, tacy jak Google czy Facebook. Prawodawcy w Brukseli planują jednak jeszcze bardziej zaostrzyć przepisy.

– Dzisiaj definicja danych osobowych jest taka, że są to dane, które umożliwiają identyfikację danego człowieka. Sam numer IP nie jest dzisiaj daną osobową. Są w UE takie pomysły, żeby rozszerzyć tę definicję danych osobowych do danych, które w połączeniu z innymi danymi mogą pomóc zidentyfikować użytkownik – mówił Pery w czasie Forum IAB.

Według niego dalsze regulacje mogą prowadzić do absurdu. Pery uważa, że teoretycznie nie można wykluczyć, że nawet kolor samochodu zostanie uznany za daną osobową umożliwiająca identyfikację. Podkreśla, że unijni prawodawcy chcąc chronić użytkowników internetu tak naprawdę utrudniają im życie. Unijne firmy muszą coraz częściej pytać swoich klientów o zgodę na wykorzystanie pewnych informacji, a w tym samym czasie działający według amerykańskiego prawa konkurenci mogą skupić się na rozwoju.

Ludwik Sobolewski: aniołowie biznesu to przyszłość branży private equity

– Aniołowie biznesu mogą przyczynić się do dalszego rozwoju branży private equity – uważa Ludwik Sobolewski, były prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Rynek liczy również na zmiany prawne, które pozwoliłyby inwestować na nim otwartym funduszom emerytalnym. Choć zdaniem Sobolewskiego, nie oznacza to, że OFE chętnie by z takiej możliwości korzystały. Podkreśla, że fundusze private equity są bardzo ważne dla rozwoju gospodarki. Szczególnie teraz, kiedy firmy mają problemy z pozyskiwaniem środków na realizację własnych projektów.

Private equity to fundusze, które pozyskują środki finansowe od prywatnych inwestorów, by angażować je dalej na niepublicznym rynku kapitałowym. Inwestycje mają charakter średnio- i długoterminowy. W centrum zainteresowania PE znajdują się przede wszystkim projekty innowacyjne, związane z rozwojem nowoczesnych technologii.

– Byłoby dużo lepiej, gdyby w Polsce sektory funduszy private equity czy venture capital były mocniejsze, bo na tym korzystałaby istotna część gospodarki, składająca się z firm wzrostowych – mówi Ludwik Sobolewski, dodając, ze dzisiaj mamy do czynienia z dużą nierównowagą w tym zakresie. – Jest dużo firm, które potrzebują kapitału i jest stosunkowo mało źródeł, które mogą go dostarczać. Można liczyć na inwestorów zagranicznych, ale na nich z kolei działa przekonanie, że jest kryzys, co zwiększa ich ostrożność. Poza tym jest mniejsza moda na rynki wschodzące, zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej.

Skutecznym lekarstwem na dzisiejsze problemy rynku mogłyby być fundusze private equity i ich dalszy rozwój. Na razie polski rynek nie jest pod tym względem rozwinięty.

– Fundusz private equity czy venture capital nie są silnym dostarczycielem kapitału w Polsce, chociaż w tym zakresie sytuacja ulega poprawie – mówi Ludwik Sobolewski. – Wciąż jest bardzo niewielu inwestorów krajowych, którzy chcą inwestować w private equity, które potem transferowałyby te pieniądze do gospodarki.

Niektórzy uczestnicy rynku PE mówią, że w tej sytuacji należałoby pomyśleć o zmianie prawa i – na przykład – umożliwić otwartym funduszom emerytalnym inwestycyjne zaangażowanie w podmioty typu private equity. Były prezes GPW jest jednak sceptyczny co do tego pomysłu.

– Nie jestem przekonany, czy to rzeczywiście byłaby duża zmiana, dlatego że doświadczenie pokazuje, iż nawet jak OFE mogą coś robić, to nie zawsze korzystają z takiej możliwości – mówi Sobolewski.

Jego zdaniem kierunkiem, w jakim zarządzający PE powinni spoglądać w poszukiwaniu gotówki, są aniołowie biznesu, czyli „prywatni przedsiębiorcy, zamożne osoby mogą być ważnym źródłem kapitału dla private equity w Polsce”. W ocenie Sobolewskiego będzie to raczej proces powolny, ale aniołowie biznesu prędzej czy później będą zainteresowani tego typu możliwością pomnażania gotówki.

– Ludzie, którzy dochodzą do jakiegoś poziomu zamożności albo chcą dojść, będą interesować się inwestowaniem nie bezpośrednio w firmy poszukujące kapitału, czyli nie dając pieniędzy bezpośrednio menadżerom tego biznesu, tylko poprzez fundusz private equity – mówi Sobolewski.

W ubiegłym roku największą transakcją z udziałem funduszy PE było zbycie firmy medycznej LuxMed, znajdującej się do tej pory w posiadaniu funduszu Mid Europa Partners brytyjskiej firmie Bupa. Fundusz nabył z kolei sieć laboratoriów chemicznych Alpha Medical. Inny przykład przejęcia dokonanego przez PE to rumuńska firma kurierska Cargus, którą od Deutsche Post kupił fundusz Abris Capital Partners.

Komentarz dzienny, 10 czerwca 2013

W piątek NBP kilkukrotnie interweniował na rynku walutowym, co skutkowało zastopowaniem osłabienia złotego i wsparło rynek długu. Sądząc po komunikacji sprzed jeszcze kilku dni, gdzie szef NBP nie widział nic złego w osłabieniu kursu złotego i nawet werbalnie nie starał się wzmacniać złotego, (konferencja po decyzji RPP) interwencja była raczej wynikiem bieżącej oceny sytuacji, czy też obaw przed dynamiką zmian na rynku walutowym i, a może nawet przede wszystkim, na rynku długu. Złoty co prawda od kilku lat, za sprawą interwencji NBP i aktywności Ministerstwa Finansów (przez BGK) powinien być postrzegany jako waluta o sterowanym kursie, jednak fakt wprowadzenia nowych zasad przeliczania długu w walucie obcej na potrzeby wyliczeń długu do PKB (średni kurs zamiast kursu na koniec roku przy kalkulacji wartości progowych długu) oraz kierunek zmian spójny z cyklem koniunkturalnym minimalizował ryzyko rychłej interwencji.

Apple pokazuje, jak będzie wyglądała przyszłość komputerów klasy profesjonalnej

Firma Apple pokazuje jak będzie wyglądała przyszłość komputerów klasy profesjonalnej i uchyliła rąbka tajemnicy na temat nowej generacji komputera stacjonarnego Mac Pro. Mac Pro, zaprojektowany na bazie rewolucyjnej koncepcji zunifikowanego rdzenia termicznego, otwiera zupełnie nowy rozdział w architekturze komputerów stacjonarnych. Jego konstrukcja została zoptymalizowana zarówno pod względem podzespołów wewnętrznych, jak i obudowy. Kompaktowy Mac Pro mierzy około 25 cm wysokości i kryje w sobie niezwykłą moc. Jego mózgiem są procesory Xeon następnej generacji, współpracujące z dwoma procesorami graficznymi klasy typowej dla stacji roboczych, interfejsem Thunderbolt 2, pamięcią masową flash z magistralą PCIe i ultraszybką pamięcią RAM ECC.

„Mac Pro nowej generacji przynosi najbardziej radykalne zmiany w całej historii tego modelu. Wokół rewolucyjnej koncepcji rdzenia termicznego zbudowaliśmy maszynę oferującą najnowsze procesory Xeon, dwa procesory graficzne FirePro, pamięć RAM ECC, pamięć flash z magistralą PCIe oraz Thunderbolt 2” — powiedział Philip Schiller, wiceprezes Apple ds. marketingu globalnego. „Cały komputer o olbrzymiej wydajności, gotowy na wszechstronną rozbudowę, zajmuje zaledwie jedną ósmą objętości poprzedniego modelu i — co szczególnie warto podkreślić — montowany będzie tutaj, w USA”.

Konstrukcja mechaniczna komputera Mac Pro następnej generacji oparta jest na oryginalnej koncepcji zunifikowanego rdzenia termicznego zapewniającej równomierne i skuteczne chłodzenie wszystkich procesorów. W rezultacie cały stacjonarny komputer klasy profesjonalnej o bezkompromisowej wydajności mieści się w jednej ósmej objętości obecnego modelu Mac Pro. Procesory Intel Xeon E5 nowej generacji w konfiguracjach maksymalnie 12-rdzeniowych oferują dwukrotnie większą wydajność wykonywania operacji zmiennopozycyjnych. Zupełnie nowy Mac Pro, wyposażony w dwa procesory graficzne AMD FirePro klasy typowej dla stacji roboczych, jest do 2,5 raza szybszy niż obecny model Mac Pro i oferuje fantastyczną moc obliczeniową — do 7 teraflopów. Nowy Mac Pro ma także pamięć masową z magistralą PCIe, która jest do 10 razy szybsza od typowych dysków twardych stosowanych w komputerach stacjonarnych, oraz najnowszą czterokanałową pamięć RAM ECC DDR3 z szyną taktowaną zegarem 1866 MHz o przepustowości do 60 GB/s.* Tak potężna moc sprawia, że nowy Mac Pro umożliwiał będzie swobodną edycję materiału wideo w pełnej rozdzielczości 4K oraz jednoczesne renderowanie efektów w tle.

Mac Pro nowej generacji to najbardziej rozszerzalny komputer Mac, jaki kiedykolwiek zaprojektowano. Za sprawą sześciu portów Thunderbolt 2, które umożliwiają komputerowi komunikowanie się z każdym z urządzeń zewnętrznych z przepustowością do 20 Gb/s, Mac Pro jest doskonałą bazą do podłączenia zewnętrznej pamięci masowej, wielu modułów rozszerzeń PCI, rozdzielaczy audio i wideo oraz najnowszych monitorów zewnętrznych, w tym monitorów o rozdzielczości 4K. Do każdego z sześciu portów Thunderbolt 2 można podłączyć maksymalnie sześć połączonych kaskadowo urządzeń, tworząc konfigurację obejmującą nawet 36 wydajnych peryferiów. Interfejs Thunderbolt 2 jest całkowicie zgodny wstecz z istniejącymi urządzeniami peryferyjnymi Thunderbolt i umożliwia jeszcze szybsze i łatwiejsze przesyłanie danych między komputerami Mac.

Mac Pro nowej generacji będzie dostępny jeszcze w tym roku. Więcej informacji na stronie www.apple.com/mac-pro.

*Deklaracje dotyczące wydajności oparte są na danych technicznych przedprodukcyjnej wersji modelu Mac Pro według stanu na czerwiec 2013 r.

Polish Weekly Review, 7 czerwca 2013

In line with expectations, the MPC cut rates by 25 bps to a record low of 2.75%. In the descriptive part of its statement, the Council confirmed that the slowdown is on-going (including a hardly optimistic growth structure) and that both current inflation and expected future inflation are falling. Most puzzling was the end of the statement, radically different from last month’s document. It states: The Council assesses that monetary policy easing conducted since November 2012 supports economic recovery and limits the risk of inflation running below the NBP target in the medium term. That sentence was later interpreted by M. Belka not as one ending the cycle but rather as reaffirming that it is continued.

Europejski rynek piłki nożnej wzrósł pomimo kryzysu, i jest już wart 19,4 mld euro

Piłka nożna to nadal znakomity biznes. W sezonie 2011/2012 przychody europejskiego rynku futbolowego wzrosły o 11 proc. w porównaniu z poprzednim sezonem i wyniosły 19,4 mld euro. Na kondycję piłkarskiego biznesu nie wpływa trudna sytuacja ekonomiczna na starym kontynencie. To olbrzymia zasługa przede wszystkim europejskich lig z „wielkiej piątki” (Bundesliga, La Liga, Ligue 1, Premier League i Serie A) oraz rozgrywanych w ubiegłym roku w Polsce i na Ukrainie Mistrzostw Europy. To główne wnioski 22. edycji raportu „Annual Review of Football Finance 2013” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

„Przychody samych klubów lig „wielkiej piątki” wyniosły w sumie 9,3 mld euro, co jest nadal dowodem atrakcyjności biznesowej i marketingowej najlepszych klubów na starym kontynencie. „Wszystkie ligi „wielkiej piątki” odnotowały w analizowanym okresie rekordowe przychody, które w porównaniu z poprzednim sezonem wzrosły o 8 proc. (685 mln euro). Szacujemy, że suma przychodów osiąganych przez nie w kolejnych dwóch latach może przekroczyć 10 mld euro, czyli będzie to dwukrotność kwoty wygenerowanej w sezonie 2001/2002” – mówi Dan Jones, Partner, Lider Sports Business Group, Deloitte UK.

Po raz kolejny najwyższe przychody na europejskim rynku futbolowym zanotowała angielska Premier League – jej kluby zarobiły 2,9 mld euro (wzrost o 16 proc.). Wzmocnienie funta w stosunku do euro pomogło lidze angielskiej i sprawiło, że przewaga nad drugą w kolejności niemiecką Bundesligą (1,87 mld euro) wyniosła ponad 1 mld euro. Nowa trzyletnia umowa na sprzedaż praw do transmisji, opiewająca na ponad 5,5 mld funtów (która wejdzie w życie w tym roku) zapewni angielskiej pierwszej lidze pozycję niekwestionowanego lidera.

Nie oznacza to jednak, że Bundesliga nie stara się zniwelować tej różnicy i nie walczy o poprawę swojej pozycji. Wzrost przychodów generowanych przez niemieckie kluby wyniósł 126 mln euro (wzrost o 7 proc.). Dzięki temu, w sezonie 2011/2012 liga ta zwiększyła swoją przewagę nad trzecią w rankingu La Ligą z 27 do 107 mln euro. Liga niemiecka osiągnęła największy bezwzględny wzrost w ramach lig „wielkiej piątki” liczony w walucie lokalnej. Ponad trzy czwarte wzrostu przychodów Bundesligi wypracowały dwa największe niemieckie kluby: Bayern Monachium i Borussia Dortmund, które kilka tygodni temu zmierzyły się w finale Ligi Mistrzów. Zdaniem ekspertów Deloitte sprawia to, że niemiecka najwyższa klasa rozgrywek wyrosła na najgroźniejszego rywala ligi angielskiej.

Hiszpańska La Liga osiągnęła natomiast wzrost przychodów w wysokości 46 mln euro (wzrost o 3 proc.) osiągając poziom 1,76 mld euro. Ten wynik to przede wszystkim zasługa Realu Madryt i FC Barcelony. Oba kluby w analizowanym okresie osiągnęły łączny wzrost przychodów na poziomie 65 mln euro (wzrost o 7 proc.), podczas gdy pozostałe 18 klubów hiszpańskiej ekstraklasy zanotowało sumaryczny spadek wpływów o 19 mln euro (spadek o 2 proc.).

Przychody włoskiej Serie A wzrosły w sezonie 2011/2012 o 17 mln euro (wzrost o 1 proc.) do kwoty 1,57 mld euro. Był to najwolniejszy wzrost w całej „wielkiej piątce”. Kluby włoskie nadal są mocno uzależnione od przychodów z transmisji. Przychody większości z nich pochodzące z meczów i reklam znacząco spadły z powodu stosunkowo niskiej jakości infrastruktury, a także dlatego, że kluby nie są właścicielami stadionów, na których grają. Pozytywnym przykładem jest Juventus Turyn, który w 2011 roku przeniósł się na własny stadion i odnotował wzrost przychodów z dnia meczu oraz komercyjnych w wysokości 40 mln euro (61 proc.).

Francuska Ligue 1 odnotowała najwyższy procentowy wzrost liczony w walucie lokalnej – o 9 proc. (96 mln euro) – dzięki czemu suma jej przychodów wyniosła 1,13 mld euro. Wzrost ten wygenerował w całości jeden klub – Paris Saint-Germain.

Z tegorocznego raportu Deloitte wynika, że w sezonie 2011/2012 wynagrodzenia w ligach „wielkiej piątki” wzrosły o 430 mln euro (8 proc.) i przekroczyły poziom 6 mld euro. Podobnie jak w poprzednim najbardziej urosły wynagrodzenia w klubach angielskiej Premier League osiągając poziom 2 mld euro. Wynagrodzenia w klubach hiszpańskiej La Liga (1 mld euro) i niemieckiej Bundesligi (953 mln euro) wzrosły o 3 proc. Procentowy wzrost kosztów wynagrodzeń w Ligue 1 (841 mln euro) był największy spośród lig „wielkiej piątki” i wyniósł aż 8 proc., podczas gdy we włoskiej Serie A wzrost ten wyniósł 2 proc. do sumy 1,18 mld euro.

Niemcy jeszcze raz udowodnili, że potrafią gospodarować pieniędzmi i dlatego w kategorii rentowności operacyjnej pierwsze miejsce zajęła właśnie Bundesliga. W sezonie 2011/2012 jej kluby wygenerowały 190 mln euro zysku operacyjnego, co oznacza 11 proc. wzrostu w porównaniu do poprzedniego sezonu. Zwiększenie zysku operacyjnego odnotowano również w Anglii (40 mln euro czyli 49 proc. wzrostu) oraz we Francji (30 mln euro, 31 proc.). Najgorzej w kategorii rentowności wypada Serie A, której kluby odnotowały stratę operacyjną o łącznej wysokości 11 mln euro (7 proc.).

„Poprawa wyników operacyjnych w Anglii, Francji i Niemczech może oznaczać, że kluby dążą do wypracowania trwałej równowagi między kosztami a przychodami w pierwszym sezonie obowiązywania zasady „progu rentowności” wprowadzonej przez UEFA w ramach wymogu Financial Fair Play. W wielu przypadkach jednak wyniki osiągane przez największe kluby przesłaniają sytuację pozostałych zespołów” – wyjaśnia Adam Bull, Senior Consultant, Sports Business Group, Deloitte UK.

Nadużycia w obszarze sprzedaży i obsługi klienta problemem w sprzedaży detalicznej

Co roku branże związane ze sprzedażą detaliczną odnotowują straty z tytułu nadużyć w obszarze sprzedaży i obsługi klienta. W Polsce z tego powodu cierpi przede wszystkim branża telekomunikacyjna oraz instytucje finansowe, czyli te sektory, które funkcjonują w silnie konkurencyjnym otoczeniu i posiadają rozbudowane kanały sprzedaży i obsługi swoich klientów. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte pt. „Shrinking Retail Shrink”, obecnie stosowane standardowe metody kontroli nie są wystarczające, aby skutecznie przeciwdziałać nadużyciom. Należy więc inwestować w nowoczesne technologie i metody zarządzania pozwalające efektywniej kontrolować narażone na ryzyko obszary działania firmy. A przede wszystkim należy używać analizy danych, która pomoże wyłapać liczne, niewidzialne dla typowych metod kontroli nieprawidłowości.

Jak wynika z raportu Deloitte, w ramach realizowanej sprzedaży detalicznej, coraz silniej uwidacznia się wzrost przypadków kradzieży związanych z działalnością zorganizowanych grup przestępczych, wzrost nadużyć dokonywanych przez klientów, a także, w mniejszym stopniu, odnotowuje się zwiększenie identyfikacji nadużyć dokonywanych przez własnych pracowników.

„Nadużycia są istotnym problemem również w Polsce. Gdzie pojawia się możliwość uzyskania indywidualnej korzyści materialnej w związku z działalnością przedsiębiorstwa, tam organizacja jest narażona na ryzyko nadużyć i nieprawidłowości” – tłumaczy Rafał Turczyn, Lider Zarządzania Ryzykiem Nadużyć i Ekspertyz w Sprawach Spornych, Deloitte.

Możliwość zdobycia ekskluzywnych urządzeń takich jak np. kosztowne smartfony czy tablety, przy niewielkim wkładzie własnym, stanowi pokusę dla nieuczciwych klientów firm telekomunikacyjnych. A pozyskiwanie szybkich pożyczek gotówkowych, czy bieżących wpływów z fikcyjnych zdarzeń (rodzących odpowiedzialność zakładów ubezpieczeń) nie należy obecnie do odosobnionych przypadków w sektorze bankowym i ubezpieczeniowym.

Niektórzy klienci nie mają skrupułów, aby wykorzystać słabość organizacji dla osiągnięcia korzyści finansowych. Nie możemy zapominać o sprzedawcach i partnerach handlowych, którzy są bezpośrednio zainteresowani zwiększaniem sprzedaży „za wszelką cenę”, szczególnie w zakresie produktów i usług klasy premium.

„»My nie mamy problemów, bo mamy efektywne jednostki bezpieczeństwa, jednostki audytu wewnętrznego oraz wdrożone programy compliance« – twierdzą często przedsiębiorstwa. Świadomość potrzeby prewencji wraca natychmiast, kiedy tylko zostanie zidentyfikowane zagrożenie poniesienia strat finansowych o istotnej skali – często szybko rosnące. Należy zwrócić uwagę, że straty z tytułu nadużyć wynikające z nieprawidłowej sprzedaży, w zależności od branży, mogą sięgać kilkunastu milionów złotych w skali roku czy nawet miesiąca, lub stanowią kilka procent złego długu przedsiębiorstwa. Oczywiście każde przedsiębiorstwo może skutecznie tymi kosztami zarządzić” – tłumaczy Rafał Turczyn.

Jak się okazuje standardowe metody zapobiegania nadużyciom oparte na typowych mechanizmach kontroli oraz funkcjonujących programach zgodności, często nie wystarczają, aby skutecznie chronić organizację przed nadużyciami. Nie wykorzystuje się całego potencjału analizy danych, który pozwalałby skutecznie zidentyfikować nieprawidłowości ukryte w dużych wolumenach transakcji. Ponadto przedsiębiorstwa reagują również z opóźnieniem na coraz bardziej wyrafinowane, zorganizowane i innowacyjne metody działania oszustów.

„W obliczu walki o klienta w bardzo konkurencyjnym środowisku, wiele przedsiębiorstw napotyka na trudności w zbudowaniu optymalnego procesu zarzadzania ryzykiem nadużyć. Często zbyt dużą wagę przywiązuje się do zapewnienia strony formalnej procesu w postaci wewnętrznych polityk i procedur. Czasami organizacje prowadzą jedynie reaktywne działania pomijając potrzebę proaktywnej, właściwie ukierunkowanej detekcji. Bagatelizowana jest również potrzeba oceny ryzyka podczas wdrażania nowych produktów i usług, a sama odpowiedzialność za proces zarządzania ryzykiem nadużyć posiada przeważnie w przedsiębiorstwach kilku konkurujących ze sobą właścicieli” – podsumowuje Rafał Turczyn.

Informacje o raporcie:
Raport „Shrinking retail shrink. Using analytics to help detect fraud and grow margins” został opracowany przez zespół Deloitte Forensic Center.

Pełna wersja raportu: www.deloitte.com/pl/raporty

UKE zapowiada poprawę jakości usług telekomunikacyjnych jeszcze w tym roku

Jeszcze w tym roku Urząd Komunikacji Elektronicznej chce opracować metody pomiaru wskaźników jakości usług telekomunikacyjnych. Prezes UKE apeluje do branży o współpracę, by uniknąć arbitralnych decyzji. Dzięki wskaźnikom konsumenci będą mieli więcej informacji na temat kupowanych usług.

Zespoły robocze opracowały już listę dziesięciu wskaźników, które będą kontrolowane w celu określenia jakości usług telekomunikacyjnych. To między innymi czas oczekiwania na połączenie czy prędkość transmisji danych. Urząd chce również kontrolować wskaźnik reklamacji poprawności faktur oraz czas przyłączenia do publicznej sieci telekomunikacyjnej.

– Tych wskaźników jest maksymalnie dziesięć. Przedsiębiorcy ciągle przez bardzo długi czas zgłaszali uwagi i zastanawiali się, czy na pewno ten albo inny wskaźnik, natomiast ten etap został zakończony. Określiłam, że ta liczba wskaźników, które zostały opracowane przez grupy robocze jest ostateczna – zapewnia Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Kolejnym krokiem po opracowaniu listy wskaźników jest ustalenie sposobu ich pomiaru. To może potrwać nawet kilka miesięcy. Magdalena Gaj podkreśla jednak, że chce, by prace nad tym zakończyły się jesienią tego roku. Jeśli do tego czasu nie uda się wypracować porozumienia z branżą, prezes UKE może jednostronnie zadecydować o miernikach.

– Przepisy prawa telekomunikacyjnego umożliwiają to prezesowi UKE, że może po prostu narzucić wskaźniki jakości usług decyzją regulacyjną i to kontrolować, ale myślę, że nie o to wszystkim chodzi i apeluję do wszystkich przedsiębiorców, żeby zwarli szyki, bo nie warto walczyć – apeluje Gaj.

Prowadzone prace to efekt podpisanego w ubiegłym roku memorandum w sprawie jakości usług. Zakłada ono tzw. miękką regulację, czyli współpracę urzędu z uczestnikami rynku w trakcie wprowadzania wskaźników oraz ich mierników. Stronami podpisanego w październiku memorandum są wszyscy najwięksi operatorzy telekomunikacyjni w Polsce, a także izby branżowe oraz środowiska naukowe.

– Myślę, że na naszym rynku telekomunikacyjnym jest czas, by walczyć o konsumenta jakością. Każda poprawa jakości będzie z korzyścią dla konsumenta, a to minimum, które i tak będzie dobre, zostało wypracowane w ramach memorandum – podkreśla prezes Gaj. – Przestaniemy kupować kota w worku, bo przedsiębiorcy będą musieli nam jasno określić przynajmniej te 10 wskaźników.

Obawy o wzrost cen żywności spowodowane powodziami są niepotrzebne.

Opady i podtopienia w poszczególnych regionach kraju nie wpłyną na ceny żywności – uspokaja prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Chociaż rolnicy przez utrzymującą się od kilku dni pogodę narzekają na zniszczone uprawy, to – według eksperta – tegoroczne warunki i tak są lepsze niż przed rokiem. Ceny w porównaniu do poprzedniego roku wzrosły nieznacznie.

Według dyrektora Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, podtopienia i powodzie w niektórych regionach kraju wywołują niepotrzebne obawy o wzrost cen żywności.

 – To jest tragedia dla osób dotkniętych powodzią czy podtopieniem, bo przy powodzi jest to często utrata majątku całego życia. Natomiast z punktu widzenia globalnego cen, ma to niewielkie znaczenie – tłumaczy prof. Andrzej Kowalski. – Warto przypomnieć sobie olbrzymie powodzie i wiele nieszczęść, np. pod koniec lat 90-tych, ale ich wpływ na ceny był niewielki.

Dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wskazuje natomiast na pozostałe, często niedostrzegane negatywne skutki opadów i wilgoci, jak m.in. ryzyko pojawienia się grzybów i szkodników.

 – Rolnicy nie mogą wyjść często w pole z zabiegami pielęgnacyjnymi, „dopieszczającymi” to, co jest na polach – podkreśla ekspert.

Zaznacza jednocześnie, że dla produkcji rolnej nie ma idealnej pogody, bo dla jednych roślin czy dziedzin rolnictwa dana aura jest bardziej korzystna, a dla innych mniej.

Dwa tygodnie przesunięcia

Zdaniem profesora Kowalskiego, trudno dokładnie porównywać tegoroczne ceny z tymi z 2012 roku. Przykładem mogą być truskawki. Jeszcze kilka dni temu konsumenci płacili za kilogram tych owoców znacznie więcej niż przed rokiem, ale nie do końca oznacza to rzeczywisty wzrost cen.

 – Jeżeli porównamy te ceny dzisiejsze i sprzed roku, to one już są identyczne, niewiele się różnią – przekonuje profesor.

Jak wyjaśnia, powód to wyjątkowo długa zima, mamy do czynienia z 2-3 tygodniowym przesunięciem zbiorów wobec ubiegłego roku.

Ekspert twierdzi wręcz, że tegoroczna pogoda jest korzystna dla produkcji rolnej.

 – Przebieg pogody w tym roku jest znacznie lepszy niż w ubiegłym. Rośliny nieźle przezimowały, była duża pokrywa śniegu, nie było tzw. zimnych ogrodników i zimnej Zośki [ochłodzenie, które zgodnie z obserwacjami, przypada na połowę maja – red.]  – ja nie pamiętam takiego roku – mówi prof. Kowalski.

 – W skali całego kraju nie zaobserwowano znaczących strat mrozowych w sadach. Uszkodzenia mrozowe zanotowano jedynie na niektórych niżej położonych plantacjach oraz w młodych nasadzeniach i gatunkach wrażliwych na mróz, takich jak: brzoskwinie, nektaryny, morele i czereśnie. Plantacje truskawek przezimowały w większości dobrze, jedynie na młodszych plantacjach wystąpiły niewielkie uszkodzenia – podał w „Wiosennej ocenie stanu upraw rolnych i ogrodniczych” Główny Urząd Statystyczny.

Prokratura Apelacyjna przystąpiła do systemu OGNIVO. Postępowania karne dotyczące działań bankowych będą szybsze i sprawniejsze

Prokuratura Apelacyjna w Krakowie na zasadzie pilotażu przystąpi do  systemu OGNIVO, który umożliwia elektroniczną wymianę informacji między bankami i innymi podmiotami. Ma to przede wszystkim usprawnić i przyspieszyć prowadzone postępowania, ale i obniżyć koszty działania prokuratury, związane z korespondencją papierową. 

 – W tej chwili dołącza do OGNIVO Prokuratura Apelacyjna w Krakowie, właśnie w formie pilotażu, jako że urzędy administracji państwowej, jak np. prokuratury, po pierwsze, są umocowane prawnie do pozyskiwania informacji od banków – to jest wprost w odpowiednich ustawach napisane. Po drugie, uzyskując te informacje, zakładamy, że będą działać w sposób bardziej sprawny – podkreśla Tomasz Jończyk, dyrektor Linii biznesowej rozliczenia w Krajowej Izbie Rozliczeniowej S.A., która sześć lat temu wdrożyła OGNIVO.

 – Podczas tych trzech miesięcy będziemy testować, czy ten system sprawdzi się w Prokuraturze i w jednostkach jej podległych – mówi Ewelina Wojciechowska, analityk kryminalny w Prokuraturze Apelacyjnej w Krakowie. – Będziemy szukać problemów, które pojawią się na naszej drodze, wyłapywać błędy etc. W ten sposób chcemy doprowadzić do stworzenia idealnego systemu, który pomoże prokuratorom w szybkim czasie pozyskać potrzebne informacje – dodaje.

Do zalet systemu OGNIVO Wojciechowska zalicza dostęp do znacznej ilości pewnych informacji w jednym miejscu (w systemie uczestniczy 90 proc. banków), a także ograniczenie kosztów związanych z tradycyjnymi metodami (np. przesyłkami pocztowymi) oraz zmniejszenie nakładu pracy pracowników sekretariatów i samych prokuratorów.

Krajowa Izba Rozliczeniowa liczy, że do systemu będą dołączać kolejne prokuratury. W planach jest pilotaż w prokuraturach okręgowych w Krakowie, Nowym Sączu, Tarnowie i Kielcach.

Bezpieczne przepływy danych

Zadaniem systemu na początku była wymiana informacji między bankami, zwłaszcza w przypadku reklamacji, np. podwójnego przelewu. Dzięki temu banki odeszły od żmudnych procesów papierowych. Aktualnie w systemie uczestniczą także inne podmioty ze strefy okołobankowej – np. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, który jest częstym odbiorcą przelewów, Poczta Polska, a od niedawna organy egzekucji komorniczej.

Jak podkreśla przedstawiciel Izby, system jest w pełni bezpieczny, bo posiada szereg zabezpieczeń technologicznych. Jednym z nich jest elektroniczny podpis.

 – Dopiero posiadając odpowiednie wyposażenie, który jest np. na bieżąco online weryfikowane, można wejść do systemu i zadać zapytanie. Również ten człowiek po drugiej stronie musi się odpowiednio uwierzytelnić – wyjaśnia Jończyk. – Te systemy są w odpowiedni sposób zabezpieczone i zapewniają pełne bezpieczeństwo informacji.

Nowy oddział IBM w Katowicach będzie nastawiony przede wszystkim na współpracę z uczelniami

0
Ales Bartunek
Ales Bartunek
Funkcja: Dyrektor Generalny IBM Polska i Kraje Bałtyckie

Kilka tysięcy nowych pracowników, szczególnie młodych ludzi, będzie potrzebować IBM w otworzonym właśnie Centrum Dostarczania Usług IT w Katowicach. Dlatego decydując się na ważną dla rozwoju inwestycję, firma równolegle rozpoczęła ścisłą współpracę z najważniejszymi uczelniami regionu, m.in. Politechniką Śląską i Uniwersytetem Śląskim. Chce wspierać szkoły w tworzeniu programów nauczania, a studentom proponuje wspólne projekty.

Firma widzi w Polsce duży potencjał inwestycyjny. Amerykański koncern od 2009 roku otworzył rozbudowuje sieć swoich centrów dostarczania usług (IDC).

 – IDC w Katowicach jest to centrum, które wspiera tysiące naszych klientów, dużych klientów na całym świecie, w dziedzinie usług technologicznych. Wierzymy, że przyczynimy się również do rozwoju Katowic i całego regionu, szczególnie dzięki naszej współpracy z uczelniami wyższymi. Dla nas jest to naturalne źródło nowych utalentowanych pracowników mówi Ales Bartunek, dyrektor generalny IBM Polska i Kraje Bałtyckie. – Już rozpoczęliśmy współpracę ze wszystkimi uczelniami wyższymi w regionie, planując rekrutację kadry do nowego centrum.

W związku z powstaniem katowickiego Centrum Dostarczania Usług, IBM w ciągu kliku lat zamierza zatrudnić kilka tysięcy pracowników. Ales Bartunek tłumaczy, że współpraca z uczelniami ma pomóc studentom poznać firmę i specyfikę pracy w niej.

 –  Myślę, że pozwoli to zbliżyć do siebie świat akademicki, świat nauki i biznesu, a to – moim zdaniem – jest niezwykle ważne – podkreśla dyrektor generalny.

Amerykański koncern będzie współpracować z Politechniką Śląską, Uniwersytetem Śląskim, Uniwersytetem Ekonomicznym i Górnośląską Wyższą Szkołą Handlową w ramach programu praktyk, dając studentom możliwość zdobywania doświadczenia w obszarze najbardziej zaawansowanych problemów informatycznych oraz zapewniając dostęp do najbardziej innowacyjnych technologii.

 – Wierzymy, że będziemy mieć wkład w rozwijanie specjalnych programów nauczania na  uniwersytetach i pomożemy opracować nowe programy, które wzbogacą umiejętności i wiedzę studentów. Pracujemy również nad wieloma programami, tak by gromadzić ludzi z IBM, menedżerów, doświadczonych ludzi i studentów przy okrągłych stołach. Rozważamy rozwój wspólnych projektów, które np. mogłyby skutkować współpracą przy pracach dyplomowych studentów, jak robiliśmy to w innych krajach europejskich – tłumaczy Ales Bartunek.

Nowe centrum IBM rozpocznie działalność operacyjną w sierpniu tego roku. Tym samym dołączy do sieci strategicznych ośrodków IBM świadczących szeroki zakres usług IT, w tym zarządzania systemami operacyjnymi serwerów, ochrony i bezpieczeństwa systemów, usług dla klientów końcowych, w tym utrzymania i monitorowania sprzętu IT oraz systemów oprogramowania.

Mimo kryzysu gospodarczego POHiD przewiduje wzrost zatrudnienień i płac w handlu detalicznym

Mimo gospodarczego spowolnienia szukający pracy w handlu detalicznym nadal mogą liczyć na zatrudnienie. W samej tylko Biedronce, która jest największym prywatnym pracodawcą w Polsce, pracę znajdzie 5 tysięcy osób. Sieci szukają szczególnie pracowników średniego i niższego szczebla, i to zarówno w samych sklepach, jak i w centrach dystrybucyjnych.

Chociaż wzrost handlu jest w tym roku mniejszy niż w roku ubiegłym, to sytuację ratują dwa zjawiska. Po pierwsze większe i silniejsze przedsiębiorstwa przejmują mniejsze firmy, których właściciele obawiają się recesji, a co za tym idzie zwiększają zatrudnienie.

 – Po drugie są formaty handlowe, które rozwijają się świetnie, jak dyskonty czy sklepy mało- i średniopowierzchniowe, które bardzo szybko się integrują, wchodząc do różnego rodzaju sieci, np. franczyzowych – mówi Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – To powoduje, że rośnie zarówno sprzedaż jak i ilość obiektów w niektórych segmentach. Handel staje się kręgosłupem naszej gospodarki – dodaje.

Ten wzrost wiąże się ze zwiększonym zapotrzebowaniem na pracę.

  – Dyskonty rozwijają się w sposób naturalny, zwiększają liczbę swoich obiektów i zaplecze, np. liczbę centrów zakupowo-dystrybucyjnych – mówi Faliński.

Liderem rynku jest Biedronka. W 2012 r.właściciel sieci – Jeronimo Martins Polska zatrudnił w niej 5 tysięcy nowych pracowników, a plany na 2013 r. zakładają dalszy wzrost zatrudnienia aż do poziomu ok. 45 tysięcy pracowników. To idzie w parze ze wzrostem wynagrodzeń. Od kwietnia najniższa płaca w Biedronce wynosi 2000 zł brutto, a więc o 25 proc. więcej niż płaca minimalna.

 – Uważam, że pensje będą rosły, ponieważ firmy będą chciały ograniczyć rotację. W handlu wielkopowierzchniowym średnio na podstawowym stanowisku wynagrodzenie jest w okolicach 1800 zł. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy do końca tego roku lub do połowy przyszłego znaleźli się w okolicach 2000 zł. Dzieje się tak pomimo kryzysu i potrzeby oszczędzania – przekonuje dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Komentarz dzienny, 7 czerwca 2013

Zgodnie z oczekiwaniami, wczorajsze posiedzenie Rady Gubernatorów ECB nie przyniosło przełomu. Utrzymano stopy na dotychczasowym poziomie. Nie zaproponowano i nie zapowiedziano nowych działań niestandardowych (m.in. brak propozycji zakupu tzw. ABSów, czy pomimo dyskusji nad ujemną stopą depozytową brak większości dla tego kontrowersyjnego rozwiązania). Na konferencji M. Draghi potwierdził, że ECB jest obecnie w fazie tzw. ”wait and see”, co oznacza, że może dalej luzować politykę monetarną, ale nie jest to scenariusz bazowy. Pewnym zaskoczeniem była projekcja wzrostu przygotowana przez ekspertów ECB (tym razem punktowa) wskazująca na niewielką korektę w dół wzrostu w 2013 (-0,6%) i jego poprawę w 2014 (1,1%). Taki układ prognoz wskazuje, że ECB spodziewa się odbicia gospodarczego już w drugiej połowie tego roku. Naszym zdaniem scenariusz taki może uprawdopodabniać odejście od polityki dotkliwych cięć fiskalnych na peryferiach oraz wyższa dynamika wzrostu w USA. Lepszy wzrost w II połowie roku w strefie euro powinien również być wsparciem dla wzrostu w Polsce (lepsza druga połowa roku w polskiej gospodarce to nasz scenariusz bazowy).

Rządowe zabezpieczenia kredytów dla firm. Która oferta najlepsza?

Już od ponad dwóch miesięcy przedsiębiorcy mogą korzystać z kredytów przeznaczonych na sfinansowanie bieżącej działalności, na które gwarancji udziela Skarb Państwa. Bankier.pl sprawdził, w którym banku całkowity koszt kredytu jest najmniejszy.

Przyjęliśmy, że o kredyt ubiega się przedsiębiorca, który prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą od 3 lat, interesuje go kredyt z gwarancją de minimis w wysokości 50 tys. zł i chce go spłacić w 24 miesiące. Okazuje się, że różnica w całkowitych kosztach kredytu najlepszej i najmniej korzystnej oferty wynosi ponad 2 tys. zł. Sprawdź, który bank wygrał ranking.

Kredyt z gwarancją rządową nie dla wszystkich

– Przedsiębiorcy od dawna sygnalizują, że otrzymanie kredytu w większości przypadków graniczy z cudem. Nie są w stanie sprostać warunkom stawianym przez banki, zwłaszcza tym związanym z zabezpieczeniem kredytu. Dlatego rząd zaoferował firmom z sektora MŚP rozwiązanie, na które wszyscy czekali: gwarancję spłaty. Jeśli kredytobiorca nie będzie mógł go spłacić z własnych środków, to rząd gwarantuje bankowi spłatę do 60% wartości udzielonego kredytu. Jednak nie jest łatwo o taką pomoc, ponieważ firma musi bezwzględnie posiadać zdolność kredytową. To niestety wielu dyskwalifikuje na starcie – mówi Barbara Sielicka, analityk Bankier.pl.

– Przedsiębiorcy starający się o taki kredyt, oprócz zwracania uwagi na oprocentowanie i prowizje, powinni zainteresować się także innymi dodatkowymi kosztami, np. opłatami za prowadzenie firmowego rachunku. Niemal każdy bank wymaga przy tym kredycie założenia konta, którego koszt może wynieść nawet 1200 zł rocznie. Przy wyliczeniu całkowitego kosztu kredytu opłata za konto może stanowić istotną część spłaty – dodaje.

Wartość najcenniejszej firmy na Pomorzu czterokrotnie przewyższa budżet Gdańska

Raport „Przedsiębiorcy w województwie pomorskim*”, przygotowany przez Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych Lewiatan, to pierwsze tego typu opracowanie w Polsce, prezentujące największe przedsiębiorstwa i ich wpływ na region. Wśród spółek mających największy wpływ na gospodarkę województwa pomorskiego ENERGA zajęła pierwsze miejsce w najważniejszych kategoriach.

Jeremi Mordasewicz, doradca Zarządu PKPP Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, doradca Zarządu PKPP Lewiatan

– Pomorze to zdecydowanie jeden z najdynamiczniej rozwijających się regionów w Polsce, w którym powstaje 5,7% polskiego PKB. To w dużej mierze zasługa przedsiębiorstw prowadzących działalność na tym obszarze. Świetnym przykładem jest Grupa ENERGA, której wartość szacowana przez rynek w 2011 roku na 8,5 mld zł czterokrotnie przewyższała budżet Gdańska, dając firmie pozycję lidera wśród najcenniejszych firm na Pomorzu. Dla przykładu wartość sklasyfikowanego na drugim miejscu Lotosu to 3,5 mld zł – podsumowuje Jeremi Mordasewicz, doradca Zarządu PKPP Lewiatan. – O wysokim tempie wzrostu spółki świadczy również dynamika jej zysku netto, która od 2006 roku wyniosła 303%.

Spółka została sklasyfikowana najwyżej pod względem wysokości zatrudnienia (11 640 etatów), nakładów na inwestycje (1,4 mld zł) oraz wysokości zysków netto (702,6 mln zł).

– Cieszymy się, że na naszym obszarze działają takie przedsiębiorstwa jak ENERGA. Tak znana i nowoczesna marka nie tylko podnosi prestiż naszego województwa, ale przynosi również realne korzyści, dzięki którym możemy realizować kolejne inwestycje. Wpływy do budżetu z tytułu podatku CIT spółek Grupy ENERGA, których siedziby znajdują się w województwie są najwyższe w regionie i wynoszą ponad 180 mln zł – powiedział Mieczysław Struk, marszałek województwa pomorskiego.