Biznes w świecie miliarda aplikacji, czyli jak nimi zarządzać, by nie wypaść z rynku

W cyfrowych czasach, w jakich przyszło nam żyć, sukces danej firmy uzależniony jest od tego jak szybko potrafi zmodyfikować ona swoje aplikacje, by gwarantowały lepszą jakość usługi dla użytkowników końcowych. Nie wystarczy obecnie dodać kilku nowych funkcjonalności, by pozyskać serca i umysły „cyfrowych tubylców”.

Biznes musi inwestować w rozwój spersonalizowanych doświadczeń, ale aby to osiągnąć, trzeba odważniej wejść do świata Internetu Rzeczy, sztucznej inteligencji czy wirtualnych oraz rozszerzonych rzeczywistości. Oznacza to również zapewnienie wszystkim użytkownikom, zarówno pracownikom, jak i klientom, dostępu do informacji potrzebnych do podejmowania świadomych decyzji, i to w czasie rzeczywistym – tłumaczy Jean Pierre Brulard, wiceprezes VMware w regionie EMEA. Jest to o tyle ważne, że według badań, do 2020 r. doświadczenie zakupowe, będzie mocniej budować lojalność do marki niż cena, a nawet sam produkt – dodaje.

To jedna tylko cześć układanki. Gartner prognozuje, że do końca przyszłego roku 85 proc. relacji między klientami, a firmami będzie całkowicie cyfrowymi. Brytyjski bank Barclays już poszedł tą drogą. Dzięki karcie Barclaycard i aplikacji Grab+Go klienci mogą robić zakupy w dowolnym sklepie bez konieczności stania w kolejce do kasy. Wystarczy, że zeskanują artykuł.

Jeszcze innym ciekawym przykładem jest wykorzystanie technologii VR/AR przez firmę Audi. Ich wirtualny showroom umożliwia klientom dowolne skonfigurowanie samochodu, oferując w pełni immersyjne doświadczenie zakupowe – dodaje Jean Pierre Brulard.

Gra z czasem

Z perspektywy wielu firm wdrażanie nowych aplikacji i usług cyfrowych to czasochłonne i kosztowne zajęcie. Przeciętna organizacja w Europie posiada wiele systemów zastanych (tzw. legacy), jednocześnie wdraża lub wdrożyła ok. ośmiu różnych chmur obliczeniowych, a skomplikowanie krajobrazu IT buduje jeszcze fakt posiadania wielu innych „danogennych” urządzeń. W takiej sytuacji zarządzanie już posiadanymi aplikacji jest nie lada wyzwaniem, a co dopiero tworzenie nowych.

Z roku na rok firmom nie będzie jednak łatwiej. Ani operacyjnie, ani kosztowo. Analitycy Gartnera przewidują, że już w nadchodzącym 2020 r. na każdy dolar zainwestowany w rozwój innowacyjnych rozwiązań IT firmy będą musiały przeznaczyć co najmniej trzy dolary na rozwój i utrzymanie aplikacji zastanych – twierdzi Brulard z VMware. Nadal jest jeszcze kwestia szybkości. Pół roku na zaprojektowanie i wdrożenie nowej aplikacji jest dzisiaj nieakceptowalne. Na szczęście istnieją rozwiązania IT, które mogą szybko i swobodnie poradzić sobie z tymi szybkimi zmianami i potrafią obsługiwać nowe rodzaje aplikacji – dodaje.

Prosta droga do celu

W tym samym czasie jak firmy walczą o skuteczność swoich strategii aplikacyjnych, muszą jednocześnie jednak radzić sobie z bezpieczeństwem. Ogromna ilość aplikacji nie ułatwia tego zadania. Najnowsze badania VMware i Forbes Insight wykazały, że 76 proc. firm w regionie EMEA posiada przestarzałe rozwiązania i strategie cyberbezpieczeństwa. Co więcej, wiele z nich dalej prowadzi działania reaktywne i dokupuje kolejne antywirusy czy firewalle, które tylko komplikują całościowy kształt firmowego IT. Firmy, które zdecydują się budować swój sukces w oparciu o cyfrowe kompetencje muszą więc przede wszystkim uprościć systemy i operacje.

Odejście od tradycyjnych systemów informatycznych na rzecz jednej, dopasowanej cyfrowej platformy, która umożliwia tworzenie, uruchamianie, zarządzanie i ochronę firmowych systemów oraz aplikacji to kierunek przyszłości – przekonuje Brulard. Spójność systemów, operacji wraz z wbudowanymi mechanizmami bezpieczeństwa umożliwia deweloperom szybsze tworzenie aplikacji, bez względu na infrastrukturę na jakiej to robią. Aplikacje mogą dzialać w chmurze prywatnej, publicznej czy hybrydowej. Takie podejście wspiera również rozwój aplikacji kontenerowych. To o tyle istotne, że choć dzisiaj zaledwie 30 proc. aplikacji działa w ten sposób, to do 2022 r. będzie ich ponad dwa razy więcej – dodaje.

Aplikacyjne przeznaczenie

Które branże powinny postawić mocny nacisk na rozwój aplikacji? Wiele wskazuje na to, że to droga dla wszystkich i nie ma przed nią ucieczki. Bez względu czy zarządzamy instytucją finansową, firmą logistyczną, siecią handlową czy producentem samochodów aplikacje są dzisiaj podstawą rynkowego sukcesu.

Firmy ze względu na specyfikę swojej działalności mogą mieć różne cele. Jednej będzie zależeć na relacjach i angażowaniu konsumentów, inna postawi na rozwój doświadczeń swoich pracowników, tak by podnieść ich efektywność. Bez względu na to kto jest celem działań, to i tak aplikacje są głównym narzędziem, by dostarczyć wartość użytkownikowi końcowemu. Nie ma znaczenia kim jest, proces powstania i wdrożenia aplikacji musi być ten sam. Firmy potrzebują innowacyjnych rozwiązań ułatwiających deweloperom tworzenie, rozwój, zarządzanie i zabezpieczenia aplikacji szybko swobodnie i bez względu na gdzie będą finalnie działać. Tylko dzięki temu biznes przyciągnie swoich odbiorców i ogłosi sukces w cyfrowych czasach – konkluduje Jean Pierre Brulard z VMware.

Korzyści dla firm związane z szybszym dostarczaniem aplikacji oraz usług w ręce finalnych użytkowników są liczne: wzrost bazy klientów, większe ROI, zwiększona satysfakcja oraz lojalność klientów, a także sprawniejsze procesy rekrutacyjne i utrzymanie talentów. Forrester podaje, że firmy, które dbają o cyfrowe doświadczenia użytkowników odnotowują nawet 5 razy większe przychody, niż firmy, które zaniedbują te kwestie.

Wielkie zwycięstwo w Wielkiej Brytanii, wielka umowa USA-Chiny

Partia Konserwatywna odniosła ogromne zwycięstwo w wyborach, okres paraliżu politycznego dobiegł końca a droga do brexitu 31 stycznia jest szeroko otwarta. Zwycięstwo torysów jest pozytywnym impulsem dla funta, ale na ten moment już w pełni zdyskontowanym. Dobre wieści z Wielkiej Brytanii zbiegają się z oznaki załagodzenia konfliktu handlowego USA-Chiny. Apetyt na ryzyko rośnie, ale z nim też ryzyko sprzedaż faktów i porządkowania arkuszy zleceń przed końcem roku.

Z danych zebranych z niemal wszystkich okręgów wynika, że Partia Konserwatywna odniosła zdecydowane zwycięstwo zgarniając ponad 360 miejsc w Izbie Gmin, co daje im bezwzględną większość prawie. Jest to najlepszy wynik torysów do 1987 r., deklasując Partię Pracy, dla której te wybory są najgorsze od 1935 r. Wielka Brytania w końcu będzie miała stabilny rząd z silnym mandatem na realizowanie polityki. W najważniejszej kwestii brexitu oznacza to, że umowa Borisa Johnsona będzie szybko ratyfikowana i zaimplementowana do brytyjskiego prawa, a termin wyjścia z UE 31 stycznia 2020 r. nie będzie ponownie odroczony.

Funt silnie skoczył po ogłoszeniu wyników głównie przez wyzerowanie ryzyka bezumownego brexitu, a skala ruchu wzięła się też z tego, że rynek nie do końca chciał wierzyć sondażom, które w ostatnich latach kilkukrotnie zawiodły. Ale teraz, gdyż wynik wyborów jest pewny, rynek mógł w pełni go zdyskontować. Dalej paliwa do wzrostów może chwilowo zabraknąć, gdyż utrzymanie daty brexitu nie oznacza jeszcze, że brexit się w pełni dokonał. Po 31 stycznia 2020 r. Wielka Brytania wejdzie w okres przejściowy, w trakcie którego będzie negocjować z Brukselą przyszłe wzajemne stosunki handlowe. Czasu jest jednak bardzo mało, bo do końca 2020 r. Przedłużenie (nawet o dwa lata) jest opcją, która jednak może nie spodobać się skrajnym brexitowcom w Partii Konserwatywnej. Jednak wysoka wygrana torysów może dawać Johnsonowi pole manewru, by nie być zmuszonym polegać na głosach eurosceptyków i szukać łagodniejszego porozumienia z UE. Taki scenariusz nie jest wykluczony i byłby podstawą dla dalszego umocnienia funta w przyszłości. Ale teraz są to tylko niczym niepotwierdzone spekulacje i szczególnie przed świąteczną przerwą inwestorzy mogą być bardziej zainteresowani zabezpieczeniem zysków z dotychczasowego rajdu.

Efekt ulgi z wyparowania ryzyka bezumownego brexitu jest potęgowany pozytywnymi rozstrzygnięciami w sporze handlowym USA-Chiny. Według (niepotwierdzonych) doniesień prasowych strony planują podpisanie umowy Pierwszej Fazy, która przewiduje niewprowadzanie ceł na chińskie towary planowanych na 15 grudnia i obcięcie nawet o połowę stawek ceł na towary warte 360 mld USD. Dla inwestorów gwarantem wiarygodności porozumienia stal się tłit Trumpa, że USA „są BARDZO blisko WIELKIEJ UMOWY”.

To nie koniec wojny handlowej. Z informacji wynika, że kluczowe kwestie stanowiące pierwotne źródło sporu, nie są załatwione w umowie Pierwszej Fazy, a Druga Faza ma nastąpić dopiero po wyborach prezydenckich w USA na jesieni przyszłego roku. Ale dla rynku istotne jest, że nie dojdzie do eskalacji konfliktu, dzięki temu globalna gospodarka uniknie dalszej deterioracji zaufania. Mimo to mam wątpliwości, na ile euforia z tytułu porozumienia się utrzyma. W końcu zawarcie umowy było wyceniane przez rynki od tygodni przy częstym bagatelizowaniu wszelkich informacji wskazujących problemy w negocjacjach. Stąd dziś może być ostatnia szansa dla rynków, by świętować, za to w ostatnim „normalnym” tygodniu przed świętami czekają nas porządki i sprzedaż faktów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak sklepy internetowe radzą sobie w Google? Raport Senuto „eCommerce w Polsce 2019”

Powstał raport „eCommerce w Polsce 2019. Jak sklepy eCommerce radzą sobie w Internecie?” opracowany przez zespół Senuto. Młoda polska firma rozwija platformę wspomagającą działania SEO i to właśnie na tym aspekcie działań marketingowych e-sklepów skupia się niniejszy raport. Przebadano ponad 54 tysiące serwisów eCommerce działających na polskim rynku. Jakich wniosków dostarczyła analiza?

Ruch organiczny jest kluczowym źródłem wizyt w każdym serwisie eCommerce, a wysokie pozycje w Google to często miara sukcesu sklepu internetowego.

Raport Senuto to niemal 200-stronicowy dokument, który dostarcza wiedzy na temat kondycji sklepów internetowych w polskim Google. Główną część opracowania stanowi Ranking TOP500 najlepiej widocznych serwisów eCommerce w organicznych wynikach wyszukiwania. Ukazano w nim niekwestionowanych liderów branży, którzy potrafią wykorzystać potencjał, jaki niosą za sobą działania SEO. Kto należy do czołówki sklepów internetowych na rynku polskim?

  1. Allegro.pl
  2. Ceneo.pl
  3. Doz.pl
  4. Mediaexpert.pl
  5. Euro.com.pl
  6. Castorama.pl
  7. Domodi.pl
  8. Aptekagemini.pl
  9. Medme.pl
  10. Empik.com

    W opracowaniu znajduje się dodatkowo dokładna analiza 100 najlepiej widocznych serwisów, a także Ranking brandów, w którym przedstawiono marki, które generują najwięcej ruchu z brandowych słów kluczowych*. Które sklepy w Polsce mają najsilniejszy brand?

  11. Ikea.com
  12. Mediaexpert.pl
  13. Reserved.com
  14. Zalando.pl
  15. Lidl.pl
  16. Euro.com.pl
  17. Zara.com
  18. Empik.com
  19. Allegro.pl
  20. Leroymerlin.pl

*Brandowe słowa kluczowe to takie frazy, które zawierają nazwę marki.

Raport zawiera również listę wschodzących gwiazd polskiego eCommerce – serwisów, które w ciągu ubiegłego roku najbardziej zwiększyły swoją widoczność w Google. Poznamy też drugą stronę medalu, a więc te sklepy, które w 2019 zanotowały największe spadki w Google. Czy od jednych, czy od drugich – jest od kogo się uczyć!

Oprócz rankingów sklepów, raport przedstawia także analizy na temat najpopularniejszych technologii wykorzystywanych w serwisach eCommerce w Polsce. Przygotowano osobne zestawienia dla platform eCommerce i pozostałych technologii, które znajdują zastosowanie w tego typu serwisach. Wśród nich można wymienić: narzędzia analityczne, serwery WWW, wtyczki do optymalizacji SEO, narzędzia do komunikacji czy wykorzystanie Google Maps na stronie.

Najpopularniejsze platformy eCommerce:

  1. WooCommerce
  2. PrestaShop
  3. Shoper
  4. Click Shop
  5. IAI Shop

Raport zawiera także analizę czynników algorytmicznych, które wpływają na pozycje osiągane przez sklepy w wynikach organicznych. Na bazie ponad 50 tysięcy sklepów przeanalizowano średni wiek, rozmiar, szybkość ładowania oraz dostosowanie do urządzeń mobilnych sklepów internetowych w Polsce. Oto kilka przykładowych ciekawostek na ten temat, których dostarcza raport Senuto:

  • Średnio sklep internetowy w Polsce ma 8 587 zaindeksowanych podstron w wyszukiwarce.
  • Najstarszy sklep na rynku polskim ma 33 lata (zarejestrowany w 1987 roku) – to com.
  • Średni wynik czasu ładowania na desktop 66,7/100.

Dopełnieniem raportu są wyniki ankiety przeprowadzonej wśród ponad setki specjalistów SEO. Ekspertów zajmujących się na co dzień pozycjonowaniem serwisów eCommerce zapytano m.in. o kwestie związane z kosztami SEO. Wyniki pokazują, że według większości specjalistów minimalny budżet potrzebny na działania SEO dla sklepu internetowego to 1000-3000 zł miesięcznie.

Chcesz więcej takich danych? Pobierz raport Senuto „eCommerce w Polsce 2019” za darmo: http://senu.to/raport2019

Taniej nie będzie. Inflacja i ceny usług i towarów w Polsce rosną zauważalnie już od dwóch lat

Inflacja w Polsce zauważalnie rośnie już od dwóch lat. Oficjalne statystyki GUSu nie są niepokojące, gdyż wzrost cen i usług zachodzi dosyć powoli. Eksperci wskazują jednak na to, że podwyżki cen odczuwalne dla każdego obywatela w życiu codziennym mogą być bardziej dotkliwe niż statystyki. Dzieje się tak, gdyż wzrastają ceny produktów i usług podstawowych – w tym ceny energii, wody i wywozu śmieci. Koszt tych usług ma bardzo duży wpływ na budżety gospodarstw domowych, które również są badane w obliczaniu inflacji. Spodziewamy się, że kwestia wzrostu cen usług i produktów podstawowych, jak i powolny ale zauważalny wzrost wartości inflacji, będzie głównym tematem debaty politycznej przed wyborami prezydenckimi w 2020 roku. Również dlatego, że kwestie pomocy społecznej zeszły na dalszy plan.

– Obywatele nie widzą już kwestii pomocy społecznej jako sprawy priorytetowej. Program 500+ w dużej mierze odpowiedział na potrzeby i uciszył debatę. To, co teraz niepokoi obywateli, to podwyżki cen – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Z inflacją jest podobnie jak z prognozami temperatury. Podaje się dwie temperatury: tę nominalną i tę odczuwalną przez obywateli. Podobnie jest w przypadku inflacji. Ta oficjalnie podawana przez główny urząd statystyczny ciągle wydaje się dosyć niska – chociaż cały czas rośnie i w przyszłym roku bez wątpienia będzie większa. Natomiast ta odczuwalna przez obywateli w codziennych zakupach jest widocznie wyższa. Dokłada się do tego wzrost cen energii, wody, wywozu śmieci i wielu innych usług oraz artykułów. To zdominuje debatę polityczną 2020 roku. Szczególnie, że wszystkie pozytywne efekty związane z redystrybucją przez program 500+ mogą zostać zniweczone poprzez skokowe podwyżki – ostrzega Sadowski.

Do 17 grudnia powinny być znane nowe taryfy za energię na 2020 rok. URE: Punktem odniesienia powinien być rok 2019

Do wtorku 17 grudnia Urząd Regulacji Energetyki powinien wydać decyzję w sprawie taryf za energię elektryczną na 2020 rok. To umożliwi przedsiębiorcom wprowadzenie nowych stawek od 1 stycznia, chyba że dialog ze spółkami obrotu się przeciągnie. Jak podkreśla prezes URE, przy podejmowaniu decyzji urząd bierze pod uwagę zmianę otoczenia gospodarczego i inne czynniki, które mają wpływ na cenę. – Te w ciągu ostatniego roku nie zmieniły się znacząco – podkreśla Rafał Gawin.

– Wnioski przedsiębiorstw energetycznych odnośnie do taryf na przyszły rok zostały złożone do Urzędu Regulacji Energetyki, obecnie jesteśmy w fazie dialogu. Nasze oczekiwania jeszcze są różne, ale mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia. Czasu zostało niewiele. Liczymy, że uda się zakończyć dialog pozytywnie i będziemy mogli zatwierdzić nowe taryfy na początku przyszłego tygodnia – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Gawin, prezes Urząd Regulacji Energetyki.

Każdej jesieni URE prowadzi postępowanie, które ma ustalić wysokość taryf za energię elektryczną na kolejny rok. Spółki obrotu kalkulują koszty energii kupowanej na rynku hurtowym i przekładają je na ceny dla odbiorców końcowych, czyli gospodarstw domowych. Następnie propozycje nowych taryf musi zaakceptować prezes URE. Zadaniem regulatora jest zadbać, żeby miały one racjonalne uzasadnienie w kosztach ponoszonych przez firmy energetyczne i odpowiadały warunkom rynkowym. Po szczegółowej weryfikacji wniosków URE zatwierdza nowe taryfy.

– Przedsiębiorstwa energetyczne kalkulują swoje taryfy, a zadaniem URE jest ocena kosztów, które zostały przyjęte do tych kalkulacji. Bierzemy pod uwagę zmiany otoczenia gospodarczego i czynniki, które mogą wpływać na ceny energii elektrycznej. Obecnie porównujemy 2019 i 2020 rok. W naszej ocenie nie było istotnych zmian na rynku. Na tej ocenie bazują nasze oczekiwania, a przedsiębiorstwa mają własne i trochę inaczej kalkulują swoje koszty i ceny – mówi Rafał Gawin.

Jak podkreśla, biorąc pod uwagę strukturę wytwarzania energii w Polsce, w cenach energii zasadniczym czynnikiem kosztotwórczym są uprawnienia do emisji dwutlenku węgla i koszty paliwa. W ostatnich latach ceny ze energię elektryczną kształtowały się na poziomie od ok. 250 zł/MWh w 2016 roku do ok. 242 zł/MWh w 2018 roku.

W tym roku odbiorcy końcowi nie odczuli podwyżek cen energii, ponieważ stawki zostały ustawowo zamrożone na poziomie z czerwca ubiegłego roku. W konsekwencji – w powszechnym mniemaniu – ceny nie wzrosły. Dotyczy to jednak wyłącznie ich nominalnego poziomu w rozliczeniach z odbiorcami, a nie rynkowych stawek, bo te realnie były wyższe. Różnicę pomiędzy rzeczywistymi, wyższymi kosztami a niezmienionymi cenami dla odbiorców końcowych pokryły rekompensaty dla przedsiębiorstw energetycznych (sprzedawców), które wprowadziła tzw. ustawa prądowa.

– Ustawa prądowa ustaliła ceny quasi regulowane. Przedsiębiorcy w rozliczeniach z odbiorcą końcowym są zobowiązani stosować stawki z 2018 roku, a różnica jest rozliczana właśnie w ramach rekompensat dla przedsiębiorstw energetycznych – mówi Rafał Gawin.

Ustalona zgodnie z rozporządzeniem wykonawczym do ustawy prądowej cena energii dla odbiorców końcowych w gospodarstwach domowych powinna w 2019 roku wynosić średnio od ok. 299 zł/MWh do ok. 313 zł/MWh. W ten sposób w rozporządzeniu ustalono niejako „quasi-taryfę” dla gospodarstw domowych. Można zatem powiedzieć, że gdyby nie tegoroczne dopłaty dla przedsiębiorstw energetycznych, to sprzedawcy, zgodnie z rozporządzeniem, na rachunkach dla odbiorców umieszczaliby ceny na takim właśnie poziomie.

Możemy zatem mówić o 27-procentowym uśrednionym wzroście cen energii w 2019 roku w stosunku do 2018, z czego mniej więcej połowa byłaby odczuwalna w rachunkach klientów.

– Ta zmiana pomiędzy 2018 i 2019 rokiem wynikała głównie ze wzrostu kosztu uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Te wzrosły z poziomu około 5–7 euro za tonę w ubiegłym roku do ok. 25 euro obecnie. Wyższe były również koszty paliwa – mówi Rafał Gawin. – Odnośnie do 2020 roku nie widzimy natomiast takich zasadniczych zmian. W trakcie bieżącego roku ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla nie zmieniły się znacząco, na razie też nie obserwujemy wzrostu kosztów paliwa.

Dialog spółek z URE potrwa tak długo, aż regulator będzie przekonany że ich propozycje odpowiadają aktualnym warunkom rynkowym.

– Dialog z przedsiębiorstwami energetycznymi powinniśmy zakończyć do 17 grudnia, tak abyśmy mogli wydać decyzję tego dnia, bo ten termin umożliwia przedsiębiorstwom wprowadzenie nowych taryf do stosowania od 1 stycznia przyszłego roku. Jeśli przedłużymy ten termin, przedsiębiorstwa będą musiały uwzględnić ten czas i później będą mogły wprowadzić nowe taryfy – mówi Rafał Gawin.

Przeciętne gospodarstwo domowe w Polsce zużywa około 2 MWh energii rocznie. Z danych Eurostatu za listopad br. wynika, że w pierwszym półroczu tego roku polskie gospodarstwa domowe płaciły za energię 0,13 euro za kWh. Tylko w dwóch krajach UE ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych są niższe niż w Polsce.

– Na rynku niemieckim duża część systemu wsparcia jest ponoszona właśnie przez klientów końcowych, czyli gospodarstwa domowe. Natomiast siła nabywcza konsumentów w Polsce i w Niemczech jest różna, więc uwzględniając ten czynnik, ceny dla polskich odbiorców końcowych są odpowiednio wyższe – mówi prezes Urząd Regulacji Energetyki.

W ciągu 6 lat fundusz PGNiG zainwestuje 100 mln zł w start-upy. Szuka odnoszących sukcesy projektów z Polski i zagranicy

Wyzwania środowiskowe w połączeniu z rosnącym popytem na energię i surowce są dziś głównym motorem napędowym dla innowacji w sektorze gazu i paliw – wynika z raportu „W kierunku energii przyszłości” PGNiG i PwC. Projekty, nad którymi pracują duże spółki i start-upy, dotyczą m.in. dekarbonizacji, ograniczania kosztów wydobycia, kreowania nowych usług w obszarze konsumenckim czy wykorzystania wodoru i paliw alternatywnych. PGNiG stawia na ten obszar mocny akcent. Koncern powołał właśnie kolejny projekt – fundusz venture capital z docelowym sześcioletnim budżetem w wysokości 100 mln zł, który będzie inwestować w polskie i zagraniczne start-upy.

PGNiG Ventures to fundusz inwestycyjny typu venture capital, utworzony w ramach Grupy Kapitałowej PGNiG, który będzie finansować innowacyjne projekty energetyczne ze szczególnym naciskiem na rozwiązania typu cleantech.

– Będziemy inwestować w projekty związane z branżą energetyczną i innymi sektorami, w których operuje Grupa Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Jeżeli pojawią się bardzo rentowne dla nas projekty inwestycyjne, bierzemy pod uwagę wyjście poza profil branżowy. Interesują nas projekty, które znajdują się już na etapie rozwoju, mają skalowalny biznes i sprawdzony model biznesowy, ale nie osiągnęły jeszcze dynamicznego wzrostu przychodów. Będziemy inwestować nie tylko w Polsce, lecz także za granicą, bo tam branża energetyczna rozwija się szybko i powstają nowe interesujące technologie, które chcielibyśmy transferować na polski rynek – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Piasecka, prezes PGNiG Ventures.

Na polskim rynku jest już wiele funduszy typu seed i pre-seed, które finansują etapy we wczesnej fazie ich rozwoju. PGNiG Ventures skupi się na inwestycjach w projekty, które mają już pierwszych klientów, osiągają przychody i poszukują dalszego finansowania. Fundusz będzie inwestować w pakiety mniejszościowe, a łączna wartość inwestycji w jeden podmiot może sięgnąć maksymalnie 15 mln zł. Jeszcze w tym roku ma ruszyć program scoutingowy dla start-upów, który ma wyłonić projekty do potencjalnych inwestycji.

– W pierwszych dwóch latach zamierzamy wydać około 30 mln zł i inwestować w cztery projekty rocznie, czyli na początek chcemy zbudować portfel ośmiu takich projektów. Docelowo, w perspektywie sześcioletniej, będziemy już dysponować budżetem w wysokości 100 mln zł. Zakładamy, że zbudowany przez nas portfel pozwoli na osiągnięcie średniej rocznej stopy zwrotu w wysokości 10 proc. w perspektywie średnioterminowej – mówi Małgorzata Piasecka.

Jak podkreśla wiceprezes ds. rozwoju w PGNiG Łukasz Kroplewski, utworzenie funduszu to naturalny krok w zakresie współpracy grupy ze start-upami. Energetyczny koncern stawia mocny akcent na działalność B+R i innowacje. Do 2022 roku zamierza przeznaczyć na nie w sumie blisko 700 mln zł. Od ponad dwóch lat w PGNiG działa InnVento, pierwsze w Polsce centrum inkubacyjne dla start-upów pracujących nad nowymi rozwiązaniami dla sektora naftowego i energetycznego.

– Postawiliśmy na szeroko zakrojoną strategię innowacyjną. Z niej zrodził się projekt InnVento, z którym ruszyliśmy w 2017 roku. Już dwa lata temu wiedzieliśmy, że trzeba będzie przejść z fazy seed i pre-seed do projektów bardziej rozwiniętych, które mają już klientów i przychody, które mają pomysł na siebie. To po prostu inwestycja w coś, co już funkcjonuje przez pryzmat podniesienia wartości takiego start-upu, a następnie wyjścia z projektu po kilku latach poprzez sprzedaż udziałów – mówi Łukasz Kroplewski.

InnVento to sztandarowy projekt PGNiG w zakresie współpracy ze start-upami. Jego dotychczasowe efekty to m.in. wdrożenie szkoleń dla pracowników prowadzonych w wirtualnej rzeczywistości (w oparciu o gogle VR i aplikację stworzoną przez studio 1000 realities) czy wykorzystanie specjalnych dronów do poszukiwania ropy i gazu oraz monitorowania gazociągów (wspólnie ze start-upem BZB UAS).

PGNiG jest też zaangażowane m.in. w rządowy program Poland Prize prowadzony we współpracy z Fundacją Startup Hub Poland. W ramach akceleracji w Polsce rozpoczynają działalność start-upy z zagranicy, które rozwijają innowacje dla energetyki. Kolejny duży projekt to ścieżka akceleracyjna dla start-upów prowadzona wspólnie z MIT Enterprise Forum Poland w ramach innego rządowego programu – ScaleUp.

– Sektor energetyczny jest niezmiernie atrakcyjny dla start-upów. Patrząc przez pryzmat naszej grupy kapitałowej, jest to ponad 35 podmiotów w takich obszarach jak prąd, elektryka, gazyfikacja kraju, dystrybucja, gazownictwo, obrót detaliczny z blisko 7 mln klientów, masa przedsięwzięć dotyczących wodoru i paliw takich jak CNG i LNG oraz najnowocześniejszych materiałów wykorzystanych w budowie gazociągów. To również internet rzeczy, smart metering, inteligentne rozwiązania, efektywność energetyczna – wymienia Łukasz Kroplewski. – Dziś mamy w portfelu ponad 150 projektów i mnóstwo pieniędzy na stole, ale inwestujemy je, licząc na konkrety. To muszą być projekty, które wzmacniają potencjał Grupy Kapitałowej PGNiG.

Niebezpieczne miejsca na drogach w pobliżu szkół będą eliminowane. W ubiegłym roku doszło do blisko 3 tys. wypadków z udziałem najmłodszych

Dzieci coraz częściej poruszają się po drogach zapatrzone w ekrany smartfonów, ze słuchawkami na uszach. Bez względu na to, czy poruszają się pieszo, czy jeżdżą hulajnogami, zwiększa to ryzyko wypadku. Każdego roku na drogach UE ginie około 600 dzieci. W Polsce w ubiegłym roku doszło do blisko 3 tys. wypadków z udziałem najmłodszych. Do poprawy statystyk ma się przyczynić zainicjowany przez Budimex program społeczny Hello ICE. Jego główny cel to zwiększyć świadomość najmłodszych oraz znaleźć i wyeliminować niebezpieczne miejsca na drogach, które znajdują się w pobliżu szkół i przedszkoli. Do tej pory rodzice i nauczyciele zgłosili już blisko 300 takich czarnych punktów.

– Dzieci są często rozproszone i nie zwracają uwagi na to, co dzieje się wokół nich. Wymagają większego skupienia niż dorośli i to jest największe ryzyko związane z ich bezpieczeństwem na drodze. Kolejny ważny aspekt to fakt, że dzisiaj dzieci chodzą zapatrzone w ekrany telefonów komórkowych. Podczas Dni Bezpieczeństwa organizowanych w szkołach w ramach Hello ICE uczymy dzieci nie tylko zasad bezpiecznego zachowania się w ruchu drogowym, lecz także podkreślamy, jak ważne jest właśnie skupienie uwagi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Wójcik, ekspert ds. komunikacji w Budimex.

Według statystyk Policji w ubiegłym roku doszło w Polsce do 2 680 wypadków drogowych z udziałem dzieci przed 14. rokiem życia, w tym aż 57 śmiertelnych. Obrażenia odniosło w nich prawie 3 tys. najmłodszych. W całej Unii Europejskiej, jak podaje Polskie Obserwatorium Ruchu Drogowego, każdego roku ginie na drogach około 600 dzieci w wieku do 14 lat.

Wśród najmłodszych zdecydowaną większość ofiar śmiertelnych i rannych stanowią pasażerowie pojazdów kierowanych przez dorosłych, ale są wśród nich także piesi i rowerzyści. W ubiegłym roku co trzecie dziecko, które zginęło w wypadku, poruszało się pieszo. Dlatego w kontekście ich bezpieczeństwa w ruchu drogowym bardzo istotna jest wczesna edukacja.

– Z edukacją wbrew pozorom nie jest tak źle. Dzieciaki świetnie znają znaki drogowe i podstawowe numery alarmowe, są tego uczone już w przedszkolu. Teoretycznie są przygotowane całkiem nieźle, tylko gorzej u nich ze skupieniem uwagi – mówi Katarzyna Wójcik.

Do poprawy statystyk ma się przyczynić zainicjowany przez Budimex program społeczny Hello ICE, który objęło patronatem Ministerstwo Infrastruktury oraz Ministerstwo Edukacji Narodowej. Program jest skierowany do szkół i samorządów w całej Polsce. Jego główny cel to znaleźć i wyeliminować niebezpieczne miejsca na drogach, które znajdują się w pobliżu szkół i przedszkoli.

Jako firma budowlana, realizująca bardzo dużo kontraktów infrastrukturalnych, wiemy, z jakimi zagrożeniami mamy do czynienia na polskich drogach – mówi Katarzyna Wójcik.

Na stronie programu Hello ICE powstała interaktywna mapa, na której można zaznaczać takie niebezpieczne miejsca w pobliżu placówek edukacyjnych. Budimex liczy na zaangażowanie rodziców i nauczycieli w jej tworzeniu. Mapa pomoże w zlokalizowaniu czarnych punktów, a kolejnym krokiem będzie wypracowanie rozwiązań, które pozwolą wyeliminować najbardziej newralgiczne.

 Wspólnie z samorządami lokalnymi chcemy wypracowywać rozwiązania, żeby punkty te przekształcić w miejsca bezpieczne – mówi Katarzyna Wójcik. – Do dziś zlokalizowaliśmy blisko 300 takich miejsc. Mapa jest cały czas aktywna, ciągle można dodawać nowe punkty.

Oprócz interaktywnej mapy program Hello ICE obejmuje też edukację prowadzoną w szkołach. Budimex opracował scenariusze lekcji o tematyce bezpieczeństwa, z których mogą korzystać nauczyciele nauczania początkowego. Te opierają się na zabawie: ich bohaterem jest sympatyczny tygrys Budi, a w trakcie lekcji dzieci mogą spróbować swoich sił w różnych quizach, zadaniach i zgadywankach.

Jak podkreśla Sebastian Mila, były piłkarz i wielokrotny reprezentant Polski, który został ambasadorem programu, w edukacji dotyczącej bezpieczeństwa w ruchu drogowym ważną rolę odgrywają rodzice, a w przypadku najmłodszych – najlepiej sprawdza się edukowanie poprzez zabawę.

Najlepsza jest nauka wspólnie z rodzicami. Kiedy jedziemy w długą podróż, wystarczy zabawa w rozpoznawanie znaków drogowych po drodze. Pokazywać je dziecku można także w trakcie spaceru z psem albo jazdy na rowerze. Dzieci najlepiej chłoną wiedzę, kiedy ma ona formę zabawy. Wtedy chcą słuchać i najwięcej z tego wynoszą – mówi Sebastian Mila.

W I edycji programu w wybranych szkołach Budimex organizował Dni Bezpieczeństwa, podczas których właśnie poprzez zabawę uczył dzieci zasad ruchu drogowego. Finałem programu było Miasteczko Bezpieczeństwa, które odbyło się w jednej z gdyńskich szkół podstawowych, gdzie gościem specjalnym był ambasador programu Sebastian Mila. Placówki zostały wybrane pod względem zaangażowania w promowanie wśród swoich uczniów zasad bezpieczeństwa.

Jak podkreśla Katarzyna Wójcik, Hello ICE to nowa odsłona prowadzonego już od 9 lat programu Domofon ICE, w ramach którego do tej pory ponad 37 tys. dzieci z klas I–III szkół podstawowych w całej Polsce zostało objętych działaniami edukacyjnymi z zakresu bezpieczeństwa i wyposażonych w odblaskowe karty ICE (In Case of Emergency). W sumie z obu programów społecznych Budimeksu – Domofon ICE i Strefa Rodzica – skorzystało do tej pory ponad pół miliona dzieci w szkołach i w szpitalach.

Postanowiliśmy trochę zmienić formułę, wprowadzić lekcje, które aktywizują dzieci. W poprzedniej było więcej prelekcji, a mniej zabawy. Teraz odwróciliśmy te proporcje, bo dzieci lepiej przyswajają wiedzę poprzez zabawę. W tym roku rozszerzyliśmy program i wyszliśmy z nim również do przedszkoli, bo im wcześniej rozpoczęta edukacja, tym lepiej – mówi Katarzyna Wójcik.

Osoby 50+ cenne dla pracodawców. Są dobrze wykształcone, aktywne w social mediach i znają języki obce

Na rynku pracy wciąż funkcjonują stereotypy dotyczące pokolenia 50+, ale badania pokazują, że wiele z nich to mity. Wbrew powszechnym opiniom silversi to wartościowa grupa pracowników. Wyróżnia ich m.in. duże doświadczenie zawodowe i życiowe oraz dobre wykształcenie. Ponad 30 proc. to absolwenci wyższych uczelni, a 59 proc. z nich ukończyło dodatkowo studia podyplomowe, ma stopień naukowy doktora lub wyższy. Nieobce są im także nowe technologie.

– Osoby 50+ są postrzegane jako nieaktywne w social mediach, sceptycznie nastawione do relokacji, a także nieznające języków obcych – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Wielgomas, prezes zarządu Bigram. – W naszym badaniu okazało się, że 90 proc. silversów ma swoje profile w social mediach, są aktywni i znają języki. Nie zapominajmy, że w latach 90., kiedy dzisiejsi 50-latkowie wchodzili na rynek pracy, były na nim obecne korporacje i kapitalizm, który funkcjonował również w sektorze prywatnym.

Badanie „Pokolenie 50+ w pracy – prawda i stereotypy” zrealizowane przez Bigram oraz Essilor Polonia pokazuje, że dziś pokolenie 50+ stanowi wartościową grupę pracowników i rekruterzy nie powinni o tym zapominać. Tym bardziej w sytuacji, kiedy firmy borykają się z niedoborem rąk do pracy. Eksperci podkreślają, że nie warto pomijać silversów w procesach rekrutacji.

– Są to pracownicy, którzy dysponują potężnymi kompetencjami, wiedzą i doświadczeniem – ocenia prezes Bigram. – Pomijanie tej grupy zawodowej to spora strata dla gospodarki. Są pewne sektory, jak przemysł, produkcja, medycyna, edukacja, w których te osoby są pożądane ze względu na swoje doświadczenie zawodowe i życiowe.

Korzystne dla firm może być również tworzenie relacji mistrz–uczeń, związanych z mentoringiem i wsparciem na poziomie merytorycznym. Tymczasem – jak wynika z badania – rekruterzy nie zawsze dostrzegają potencjał pokolenia silversów. Z jednej strony zakładają, że osoby 50+ nie będą tak chętnie jak młodsi pracownicy uczestniczyć w życiu firmy. Z drugiej strony obawiają się np. okresu ochronnego, który chroni tę grupę przed zwolnieniem.

– Trzeba pamiętać, że pracownicy 50+ to nie są osoby w wieku przedemerytalnym – zauważa Piotr Wielgomas. – Są to ludzie bardzo aktywni zawodowo,  podróżują i są otwarci na zmiany.

54 proc. ankietowanych silversów zadeklarowało, że zna język angielski na poziomie zaawansowanym, a 72 proc. deklaruje bardzo wysoką gotowość do podnoszenia kwalifikacji. Ich pozycja na rynku pracy nie pozostaje jednak niezagrożona.

– Dzisiejsi 50-latkowie są pod pewną presją rynku pracy, również z powodu naporu bardzo wielu specjalistów, którzy dorośli w tym samym okresie, w którym oni swoją karierę już realizowali – mówi Piotr Wielgomas. – W Polsce kariery, które się zaczęły w latach 90., były bardzo szybkie. W ciągu kilku, maksimum kilkunastu lat, absolwenci wyższych uczelni dochodzili do najwyższych stanowisk, często w zarządach spółek, do stanowisk eksperckich i w wieku 40 lat osiągali to, co ich koledzy z Europy Zachodniej w wieku 60 lat.

Specyfika tego zjawiska w Polsce polega na tym, że szybkie kariery powodują osiągnięcie wysokiego statusu zawodowego jeszcze na długo przed emeryturą. Łatwo jednak wypaść z rynku pracy.

– Jeżeli z jakichś przyczyn – konsolidacji czy przyczyn rynkowych – wypadali z tego rynku, trudno było im na niego wrócić, ponieważ bardzo szybko ich miejsca pracy były zajmowane przez osoby awansujące z dołu, wewnątrz organizacji. Myślę, że rozwiązaniem tego problemu jest aktywność osobista. Trzeba pamiętać, że headhunterzy są odpowiedzialni za ok. 20 proc. rynku, pozostałe 80 proc. zależy od własnej aktywności pracowników i nieformalnych relacji, które otwierają różne możliwości – radzi Piotr Wielgomas.

Pokoleniu silversów nie brakuje mobilizacji do działania. Badanie pokazało, że większość przedstawicieli pokolenia 50+ myśli o zmianie pracy (59 proc. respondentów), 62 proc. ankietowanych aktywnie szuka nowej pracy, a 82 proc. zamierza pracować dalej po nabyciu prawa do emerytury.

Zez to nie tylko schorzenie dziecięce. Dorosłym utrudnia wykonywanie i zdobycie pracy oraz wyklucza z życia społecznego

Zez kojarzony jest z dziećmi, równie często występuje jednak też u osób dorosłych. Stanowi problem zarówno estetyczny, jak i zdrowotny. Osoby z zezem mają problem z podwójnym widzeniem, ocenianiem odległości i widzeniem przestrzennym, co naraża je na urazy oraz utrudnia zdobycie i wykonywanie pracy zawodowej. Zez sprawia też, że pacjenci wycofują się z życia towarzyskiego, czując się gorzej od innych. Wada ta u osób dorosłych leczona jest niemal wyłącznie operacyjnie.

– Oczy są najważniejsze. 80 proc. wszystkich wrażeń ze świata człowiek odbiera właśnie poprzez narząd wzroku. Jest on głównym analizatorem procesów poznawczych, zbiera informacje o otoczeniu, ułatwia odnajdywanie się w przestrzeni i czuwa nad naszym bezpieczeństwem. Wzrok znacznie ułatwia też funkcjonowanie w społeczeństwie, oczy odbierają bowiem komunikaty pozawerbalne stanowiące większą część procesu komunikacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Jerzy Szaflik, właściciel Centrum Mikrochirurgii Oka Laser.

Ze względu na niehigieniczny tryb życia, m.in. spędzanie większości czasu w sztucznym oświetleniu i wielogodzinną pracę przy komputerze, współczesny człowiek jest jednak coraz bardziej narażony na wady i schorzenia wzroku. Zgodnie z badaniami firmy BCMM wadę wzroku ma ponad połowa mieszkańców Polski w wieku 18 lat i więcej.

– Rzeczą zasadniczą jest wczesne wykrycie choroby. W okulistyce są schorzenia, których wcale tak łatwo nie rozpoznajemy samodzielnie, dlatego tak ważne, żebyśmy się wcześnie postarali o sprawdzenie, czy wszystko z naszym wzrokiem jest w porządku – mówi prof. Jerzy Szaflik.

Podstawowym elementem dbałości o narząd wzroku powinny być regularne wizyty u lekarza specjalisty oraz wykonywanie profilaktycznych badań przesiewowych. Do podstawowych narzędzi diagnostycznych należy oglądanie oka przez okulistę, badanie w lampie szczelinowej, sprawdzenie ostrości wzroku oraz badanie dna oka. Bezwzględnie powinny je wykonywać osoby chore na jaskrę, zwyrodnienie plamki żółtej, nadciśnienie tętnicze i cukrzycę. Tymczasem, jak pokazują badania przeprowadzone na potrzeby kampanii Wielkiego Badania Wzroku, co szósty Polak nigdy nie był u okulisty lub optometrysty.

 Do lekarza okulisty powinniśmy przychodzić przynajmniej raz na rok, raz na 2 lata, nie rzadziej, zwłaszcza po 45 roku życia. Opóźnione leczenie rozwijających się od dawna procesów chorobowych może powodować duże kłopoty – mówi prof. Jerzy Szaflik.

Jedną z najczęstszych wad wzroku jest zez, czyli nierówne ustawienie gałek ocznych – oczy nie są skierowane w tę samą stronę i nie poruszają się symetrycznie. Jest to zarówno problem estetyczny, jak i zdrowotny, wiąże się bowiem z pogorszeniem ostrości wzroku i upośledzeniem widzenia przestrzennego. Choroba zeza najczęściej ma swój początek w dzieciństwie, może jednak dotyczyć także osób dorosłych.

 Najczęściej u dorosłych występuje przetrwały z dzieciństwa zez rozbieżno-okresowy. U dzieci ten typ zeza stanowi 1 proc. populacji. Nie jest on często leczony prawidłowo w dzieciństwie i trwa aż do dorosłości, stopniowo zwiększając swój zakres – mówi dr hab. n. med. Piotr Loba, lekarz okulista w Centrum Mikrochirurgii Oka Laser.

Istnieje też znaczna grupa pacjentów z tzw. zezem nabytym. W przypadku dorosłych problem może być związany m.in. ze schorzeniami ogólnoustrojowymi, np. tarczycy, lub urazami, może też stanowić powikłanie po zabiegach przeprowadzonych w obrębie gałki ocznej. Zez nabyty często występuje u pacjentów z chorobami ośrodkowego układu nerwowego m.in. obrzękiem lub krwawieniem do mózgu czy stwardnieniem rozsianym, miastenią, nieuregulowanym nadciśnieniem tętniczym lub cukrzycą. Zez znacznie utrudnia codzienne funkcjonowanie, wykluczając pacjentów z wielu dziedzin życia zawodowego.

 Ważną konsekwencją zdrowotną zeza jest obecność objawów zmęczeniowych. Sama obecność zeza może generować problemy z czytaniem, pisaniem, pracą z bliska. Może powodować bóle głowy, prowadzić do dużej niechęci do wykonywania zadań wzrokowych, szczególnie przy komputerze – mówi Piotr Loba.

U dorosłych cierpiących na zeza nabytego często występuje objaw podwójnego widzenia, znacznie upośledzający pracę narządu wzroku. Jeśli przynajmniej jedno oko zezuje, niemożliwe jest obuoczne równoległe widzenie, szwankuje widzenie dwuoczne, pojawia się groźba nieodwracalnego niedowidzenia na słabsze oko. Osoby z zezem mają problemy z widzeniem przestrzennym i wyczuciem odległości, co naraża je na liczne urazy i wyklucza z wielu zawodów m.in. pilota, kierowcy, strażaka, mechanika oraz zawodów artystycznych, wymagających dobrej prezencji. Zez upośledza ponadto życie społeczne.

– Taki pacjent unika wzroku osób, z którymi rozmawia, ustawia wyrównawczo głowę tak, aby zez był niewidoczny. Odbiór takiej osoby jest często negatywny, a rozmowa z nią trudna, przez to taki pacjent ma gorsze samopoczucie, gorzej funkcjonuje w społeczeństwie – mówi Piotr Loba.

W przypadku dzieci leczenie zeza często polega wyłącznie na odpowiedniej korekcji okularowej. Niektóre typy tej choroby poddają się leczeniu ortoptycznemu, polegającym na wykonywaniu specjalnych ćwiczeń wzroku. U dorosłych większość typów zeza leczy się natomiast operacyjnie, co ma związek z występowaniem problemu podwójnego widzenia. Ćwiczenia ortoptyczne nie przynoszą pozytywnych efektów i nie powinny być stosowane w przypadku zeza nabytego lub wynikającego z porażenia nerwów czaszkowych. Operacja wykonywana jest w znieczuleniu ogólnym, a ostateczne jej efekty widoczne są po około dwóch miesiącach.

– Wielu pacjentów po operacji zeza jest zaskoczonych poprawą swojego wizerunku. Poprawia im się samopoczucie, są zadowoleni z życia. Korzyści związane są też z poprawą funkcjonowania pacjenta na co dzień, głównie podczas pracy przy komputerze. Pacjenci ci mają także poczucie, że poszerza się pole widzenia, widzą lepiej i bardziej komfortowo – mówi Piotr Loba.

Kwalifikacji do zabiegu dokonuje lekarz okulista i ortoptysta. Badanie obejmuje m.in. ocenę wady wzroku przy pomocy komputera po wcześniejszym rozszerzeniu źrenic.

Cyberataki coraz bardziej powszechne. Są rozwiązania chroniące infrastrukturę państwową, ale brakuje tych pomagających zwykłym obywatelom

Cyberataki są coraz częstsze i coraz bardziej niebezpieczne. Dotykają firmy, instytucje ważne dla bezpieczeństwa kraju, ale też zwykłych ludzi. Większość krajów, w tym Polska, wdraża systemy cyberbezpieczeństwa. Brakuje jednak narzędzi, które pomogłyby chronić zwykłych obywateli – alarmują eksperci. Tymczasem University of Maryland obliczają, że hakerzy atakują co 39 sekund, średnio 2 244 razy dziennie, a większość osób nie tylko nie wie, jakie kroki podjąć w przypadku naruszenia danych, lecz także jakie stosować zabezpieczenia.

Brakuje nam szeregu rodzaju ustaw, które by pomagały obywatelom w normalnym działaniu w zakresie cyberbezpieczeństwa, bronienia się przed atakującymi, bronienia się przed pewnego rodzaju zagrożeniami, które niesie powszechność dzisiejszego wykorzystania internetu. Policji, prokuratorom i sądom trudno jest gonić cyfrowych przestępców – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Wodziński, prezes ISSA Polska.

Raport CERT Polska podaje, że w 2018 roku doszło do ponad 3,7 tys. incydentów naruszenia cyberbezpieczeństwa. Liczba ataków szybko rośnie, cyberprzestępcy stosują coraz nowsze środki, są coraz bardziej pomysłowi, trudniej też bronić się przed zagrożeniem. University of Maryland oblicza, że hakerzy atakują co 39 sekund, średnio 2 244 razy dziennie. Symantec podaje, że jedno na 36 urządzeń mobilnych ma zainstalowane aplikacje wysokiego ryzyka, a tylko w 2018 roku dziennie blokowano ponad 10,5 tys. złośliwych aplikacji mobilnych.

Jednocześnie, jak podaje Varonis, 64 proc. Amerykanów nigdy nie sprawdzało, czy naruszono ich dane, a 56 proc. nie wie, jakie kroki podjąć w przypadku naruszenia danych. W Polsce nie jest lepiej. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z zagrożeń, nie wiemy też, jak skutecznie się przed nimi bronić. Przyjęta w sierpniu 2018 roku ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa ma zapewnić ochronę na poziomie krajowym. Brakuje jednak rozwiązań dla zwykłych obywateli.

Potrzebujemy dużego wzmocnienia obszaru cyber w naszym życiu społecznym. Uruchomienia programów, które by pomagały uświadamiać obywateli, w jakim stopniu mogą czuć się zagrożeni, Dziś w zasadzie po wyjściu ze szkoły żadnego rodzaju pomocy obywatele nie otrzymują od państwa, często korzystając na co dzień z internetu, portali aukcyjnych, sklepów internetowych, gdzie dotykają ich różnego rodzaju zagrożenia. Być może dobrym pomysłem byłoby przerzucenie na sklepy, na dostawców pewnego rodzaju zobowiązań – ocenia Tomasz Wodziński.

Cyberprzestępcy zazwyczaj używają bezpiecznego oprogramowania w celu zachowania anonimowości, wybierają serwery proxy, które ukrywają lokalizację i kierują komunikację przez wiele krajów. Na atak można się narazić podczas zwykłych e-zakupów. Raport CERT podaje, że w ubiegłym roku było trzykrotnie więcej incydentów związanych z fałszywymi sklepami internetowymi. Podszywanie się pod pośredników płatności było w 2018 roku najpopularniejszym atakiem na użytkowników.

Na obywateli trudno jest nałożyć jakieś wymagania. Na tę chwilę Kodeks karny definiuje przestępstwa cyfrowe, definiuje w różnym stopniu odpowiedzialności atakujących, natomiast policja nie jest w stanie ich pociągnąć do odpowiedzialności. Być może nowelizacja ustawy i prawa telekomunikacyjnego pozwoliłaby w większym stopniu wesprzeć organy rządowe – przekonuje ekspert.

Choć jesteśmy coraz bardziej świadomi, a naruszenia bezpieczeństwa zgłaszamy do odpowiednich służb, dotarcie do sprawców jest często praktycznie niemożliwe. Trudno uzyskać informacje o adresie IP, z którego doszło do ataku, organom ścigania brakuje też odpowiednich narzędzi. Przepisy, które regulują kwestie cyberbezpieczeństwa, dotyczą zaś przede wszystkim instytucji państwa i firm. Nie ma tych, które pomogłyby chronić obywateli.

Konieczne jest wsparcie na innych frontach, być może ONZ, być może kraje zgromadzone we wspólnocie handlowej, tych różnego rodzaju miejsc, w których tak naprawdę można spróbować wykonać jakieś działania prawne, ale one daleko wykraczają poza granice Polski, poza granice możliwości realizowanych przez nasz rząd – mówi Tomasz Wodziński.

W strumieniowe przesyłanie rozrywki wchodzą technologiczni giganci. W wideo online swoją szansę widzą także reklamodawcy

Przeciętny odbiorca na oglądanie wideo online poświęca nieco ponad 80 minut. W 2021 roku będzie to już 100 minut. Choć telewizję codziennie ogląda niemal połowa Polaków, to coraz częściej wybieramy serwisy VoD. Zwłaszcza że tym rodzajem mediów zainteresowali się tacy technologiczni giganci jak Apple. Rozwój wideo w sieci jest szansą zarówno dla marketerów, jak i stacji telewizyjnych – przekonują eksperci. Z szacunków wynika, że globalnie reklamodawcy przeznaczą na reklamę video online ponad 175 mln dol. W 2021 roku wydatki na reklamę wideo online będą warte jedną trzecią rynku reklam telewizyjnych.

– Pomimo tego, że wideo online rośnie i jego konsumpcja w sposób ilościowy i jakościowy rośnie, to w tej chwili jeszcze nie wydaje się być zagrożeniem dla telewizji jako źródła właśnie jakichś treści, które ludzie chętnie oglądają – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karolina Chołuj, dyrektor działu badawczego, Mindshare Polska.

Z badania „Od Netflixa do Fortnite’a – jak Polacy spędzają czas przed ekranem” Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna wynika, że choć telewizja wciąż jest chętnie oglądana – codziennie przez 44 proc. osób, a niemal każdy ogląda ją przynajmniej raz w miesiącu, to na znaczeniu zyskują serwisy VoD. W Polsce już 40 proc. internautów korzysta z usługi wideo na żądanie przynajmniej raz w tygodniu – wynika z danych Mindshare Polska.

– Segment nazywany TV Light i Non Users TV rośnie z roku na rok. To ludzie, którzy w większości oglądają właśnie wideo online. Rośnie też konsumpcja wideo online wśród najbardziej intensywnych użytkowników telewizji, którzy równolegle czerpią treści z obu tych kanałów. Zdecydowanie można powiedzieć, że są to w tej chwili media komplementarne – ocenia Karolina Chołuj.

Choć głosy o końcu telewizji są przesadzone, to wideo na żądanie zyskuje coraz więcej widzów. Co więcej, także Polacy są skłonni za dostęp do materiałów wideo zapłacić – Mindshare podaje, że za dostęp do VoD płaci co trzeci internauta. Już wiadomo, że z popularności wideo na żądanie będzie chciał skorzystać m.in WarnerMedia AT&T, NBCUniversal czy Walt Disney. Technologiczny gigant Apple już uruchomił swoją usługę strumieniowego przesyłania treści Apple TV+.

– Rozwój wideo w sieci i konsumpcji wideo w sieci w Polsce jest szansą zarówno dla marketerów, jak i stacji telewizyjnych, które mogą wykorzystywać ten kanał po to, żeby przyciągać widzów przed telewizor do swojej ramówki np. poprzez promocję tych pozycji programowych w wideo w internecie – wskazuje ekspertka Mindshare Polska.

Sukces modelu Netflix, czyli pobierania miesięcznej opłaty za dużą liczbę programów na żądanie, przesyłanych strumieniowo do dowolnego urządzenia podłączonego do internetu sprawił, że miliony ludzi korzysta z domowej rozrywki online. Jednocześnie branża telekomunikacyjna i technologiczna obserwowała, jak Netflix i Amazon Prime Video zbierają ogromne ilości danych od widzów i zdecydowała, że ​​uruchomienie usługi przesyłania strumieniowego może być sposobem na sprzedaż większej liczby produktów.

Dla marketerów programy z wideo na żądanie mogą być natomiast lepszą platformą reklamową niż tradycyjne media. Pokazują to także najnowsze dane. Raport Zenith „Online Video Forecasts” wskazuje, że na reklamę video online trafi w 2019 roku ponad 175 mln dol., czyli o 58 proc. więcej niż w 2018 roku. Już w 2021 roku wartość rynku reklamy online wideo na świecie osiągnie 1/3 wartości rynku reklamy telewizyjnej.

– Wideo w sieci właściwie już jest w większości stałą pozycją w mediaplanach, w planach komunikacyjnych. W przeciwieństwie do telewizji daje możliwość docierania z komunikatem promocyjnym do bardzo różnych grup odbiorców. W momencie, kiedy te grupy celowe są masowe, wiadomo, że ich potrzeby czy zainteresowania są różne i wtedy właśnie za pomocą wideo online możemy różnicować komunikat i docierać do poszczególnych grup – tłumaczy Karolina Chołuj.

Na święta Polacy chętnie wracają do rodzinnego domu, ale na podróże wydadzą mniej niż na prezenty

  • Ponad 14 milionów Polaków podróżuje do swoich rodzinnych domów na święta
  • Na świąteczne podróże Polacy wydadzą średnio 660 zł, a na zakup prezentów – 775 zł
  • Ci, którzy nie wracają do domu na święta, spędzają je z rodzicami swojej drugiej połówki (26%) lub jadą na zagraniczne wakacje (13%)

Już niebawem ponad 14 milionów Polaków wsiądzie do samochodów, pociągów oraz na pokłady samolotów i ruszy w podróż do rodzinnych domów, aby wspólnie z bliskimi spędzić święta Bożego Narodzenia. W  najnowszym badaniu pt. „Driving home for Christmas” Mastercard zgłębił temat powrotów do domu z okazji świąt oraz związanych z nimi wydatków.

Przeciętny Polak przemierzy średnio dystans 206 kilometrów (co odpowiada odległości między Poznaniem a Łodzią), aby wrócić na święta do rodzinnego domu. W innych europejskich krajach ta średnia jest ponad dwa razy większa (516 km). 13% Polaków jako środek transportu wybierze samolot, 20% pociąg, a ponad 92% przebadanych respondentów czeka przynajmniej jedna podróż samochodem lub autobusem. Z badania wynika, że największe odległości poszczególnymi środkami transportu przebywają: Portugalczycy (891 km samolotem), Irlandczycy (814 km pociągiem) oraz Szwedzi (754 km samochodem).

Koszty podróży Polaków do domu na święta wynoszą średnio 660 zł i są niższe od średniej europejskiej (niemal 1,4 tys. zł). Na ten cel zaczynamy odkładać pieniądze już miesiąc przed Bożym Narodzeniem.

Najwięcej podróżnych wyruszy w drogę w Wigilię – 24 grudnia to najpopularniejszy termin na powrót do domu. Najczęściej Polaków motywuje do tego chęć spotkania się ze swoimi rodzicami, ale także tęsknota za ukochanym zwierzakiem – w tym celu dystans pokonuje niemal co trzeci ankietowany (31%).

Liczy się prezent

Pomimo wysokich kosztów podróży, większość Polaków (76%) jest zdania, że sama ich obecność w domu na święta nie może być traktowana jako prezent dla najbliższych. W związku z tym dodatkowo na same świąteczne upominki wydają średnio 775 zł (średnia europejska to niewiele ponad 1 tys. zł).

14% ankietowanych w badaniu Mastercard rezerwuje bilety na podróż do domu na Boże Narodzenie już z 3-miesięcznym wyprzedzeniem. Niewiele mniejszy odsetek, bo 12% respondentów, ma inne podejście i planuje swoją podróż last minute, zaledwie kilka dni przed Gwiazdką. Uśredniając, przeciętny Polak powrót na święta do domu organizuje już 44 dni wcześniej. Część ankietowanych (13%) decyduje się swoją obecnością zrobić bliskim świąteczną niespodziankę.

„Żyjemy w czasach, w których coraz więcej ludzi pracuje z dala od miejsca, w którym się wychowali, często zagranicą. Nie zmienia to jednak faktu, że święta to czas powrotu do domu rodzinnego. W przedświątecznej gorączce ważna jest wygoda zakupów i płatności. Jeśli te są dla nas mniej kłopotliwe i szybkie, więcej czasu możemy poświęcić na wybór idealnych prezentów i na spotkania z bliskimi, które w okresie świątecznym są prawdziwie bezcenne” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.

Podróże tak, ale niekoniecznie do domu…

Podróżowanie w okresie świąt niekoniecznie musi się wiązać z powrotem do rodzinnego domu. Już 13% Polaków w tym czasie decyduje się na wyjazd turystyczny i jest to niewiele gorszy wynik od średniej europejskiej (19%). Dla niemal co czwartego ankietowanego (24%) jest to mniej stresujące niż święta w domu. 19% respondentów z Polski argumentuje ten wybór chęcią „złapania” odrobiny słońca, zaś 14% preferuję tę opcję, ponieważ woli uniknąć rodzinnych sprzeczek.

Z badania Mastercard wynika także, że 14% Polaków nie jest w stanie wrócić do domu na święta. Najczęstszym powodem (26%) jest spędzanie Bożego Narodzenia z rodzicami partnera/partnerki. Ponad co piąty ankietowany (21%) pracuje w okresie świątecznym, zaś 14% nie może sobie pozwolić na powrót do domu z przyczyn finansowych. Brak fizycznego kontaktu rekompensują takie rozwiązania jak Skype czy FaceTime, z których w Wigilię planuje skorzystać 28% ankietowanych z Polski.

Pallad droższy od złota i platyny, a cena jeszcze wzrośnie

O blisko 40% wzrosła od początku roku cena palladu. Ten metal szlachetny kosztuje przeszło 1700 dolarów, czyli więcej niż złoto. Według znawców tematu, w najbliższych miesiącach trzeba będzie zapłacić za niego jeszcze więcej. Popyt znacznie przewyższa podaż, a przyczynia się do tego sytuacja w branży motoryzacyjnej. Pallad jest często wykorzystywany w produkcji katalizatorów w samochodach benzynowych, których sprzedaż wzrasta po tzw. aferze spalinowej. Małych inwestorów może zainteresować m.in. kupno sztabek czy monet lokacyjnych.

Notowania w górę

Pallad jest najdroższym metalem szlachetnym, trzeba za niego zapłacić więcej niż za złoto, co podkreśla Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC z Domu Maklerskiego TMS Brokers. I zaznacza, że cena od początku roku urosła o ponad 36 proc. Ten wynik uwzględnia już listopadową korektę, która wyniosła ponad 100 dolarów. Obecne ceny palladu plasują się w okolicach 1720 dolarów.

– Niewystarczająca podaż i rosnący popyt z pewnością mogą spowodować wzrost ceny palladu w przyszłym roku, co czyni go atrakcyjnym metalem do inwestycji. Spodziewamy się wzrostu jego notowań w ciągu najbliższych miesięcy. Pallad należy jednak traktować jako uzupełnienie portfela metali szlachetnych – komentuje Daniel Marburger, dyrektor zarządzający CoinInvest.

Z kolei Dorota Sierakowska, analityk surowcowy z Domu Maklerskiego BOŚ, zaznacza, że mowa jest o najmniej popularnej inwestycji spośród znanych i dostępnych dla inwestorów indywidualnych metali szlachetnych. Dopiero obserwowany w ostatnich latach systematyczny wzrost cen zwiększył zainteresowanie palladem wśród potencjalnych nabywców. Trend wzrostowy wciąż się utrzymuje i sprzyja mu sytuacja fundamentalna na rynku palladu. Niemniej, w bieżącym roku spore znaczenie miał popyt spekulacyjny. Zdaniem eksperta, to budzi obawy, że optymizm dotyczący dalszych zwyżek może być już nieco przesadzony.

– Popyt mocno przerasta podaż. Tendencja ta utrzymuje się od 2012 roku, a pogłębiła się 4 lata później. Silny trend wzrostowy rozpoczął się na początku 2016 roku. Od tamtego momentu rynek wykonuje korekty techniczne. Jedną z nich obserwowaliśmy w pierwszej połowie 2018 roku, drugą – w okresie od marca do maja br. Jednak listopadowa przecena w porównaniu do poprzednich okresów spadkowych jest niewielkich rozmiarów – wskazuje Łukasz Zembik.

Do katalizatorów

Jak zaznacza Daniel Marburger, pallad jest produktem deficytowym od ośmiu lat. Prognozy na kolejne lata wskazują, że deficyt metalu na rynku może wzrosnąć ze względu na sytuację w przemyśle motoryzacyjnym. Dorota Sierakowska dodaje, że od tzw. afery spalinowej zapotrzebowanie na samochody z silnikami diesla zaczęło spadać na korzyść tych benzynowych. Ten fakt wsparł popyt na pallad, ponieważ jest on wykorzystywany w produkcji katalizatorów. Z kolei w dieslowskich samochodach używa się głównie platyny.

– Pallad charakteryzuje się wysokim poziomem ciągliwości oraz jest odporny na korozję. Dlatego jest tak często wykorzystywany w produkcji katalizatorów. Chiny zaostrzają przepisy ograniczające zanieczyszczenie pojazdów, przez co coraz więcej zużywa się tego metalu. W Europie przeważa tendencja kupowania pojazdów benzynowych – mówi ekspert rynku OTC z TMS Brokers.

Według dyrektora zarządzającego CoinInvest, nie ma odwrotu dla przemysłu motoryzacyjnego, choć cena platyny jest niższa. Zmiana linii produkcyjnych w konsekwencji byłaby znacznie droższa. Ponadto, innym powodem rosnących notowań palladu jest jego naturalne występowanie. Najczęściej jest wytwarzany jako produkt uboczny z wydobycia platyny i niklu, a największe złoża znajdują się w Rosji i południowej Afryce. Wszelkie informacje o możliwych ograniczeniach znacząco wpływają na wahania cen.

Lokata kapitału

– Sposobów na inwestowanie w pallad jest znacznie mniej niż w przypadku złota czy srebra. Niemniej, nawet mali inwestorzy mogą to zrobić na kilka sposobów. Najbardziej intuicyjnym wyborem jest kupno sztabek lub monet lokacyjnych, np. kanadyjskiego Maple Leaf. To jednak jest opcja dopasowana głównie do długoterminowych inwestorów – informuje mówi analityk surowcowy z DM BOŚ.

Jak dodaje Łukasz Zembik, na pallad jest nałożony 23 proc. podatek, dlatego zakup będzie się dłużej zwracać. Trzeba też mieć pomysł na przechowywanie tego surowca, gdyż potencjalnie trzymanie go w domu narażone jest na kradzież. Natomiast Daniel Marburger zaznacza, że monety i sztabki są dostępne w oparciu o aktualną cenę palladu. Można zdecydować się na inne produkty tzw. papierowe, ale ostatecznie klient posiada tylko certyfikat.

– Jeśli interesuje nas inwestycja średnioterminowa lub krótkoterminowa powinniśmy skupić się na instrumentach finansowych, opartych o cenę palladu. Mowa tu kontraktach futures lub CFD, na których wykorzystywana jest dźwignia finansowa. Przy tego typu inwestycjach powinniśmy pamiętać o odpowiednim zarzadzaniu ryzykiem. Kontrakty CFD są dedykowane inwestorom z mniejszym portfelem, ponieważ umożliwiają one kupno tylko części kontraktu. Pozwalają również na otwieranie krótkich pozycji, czyli zarabianie wówczas, gdy cena metalu spada – wyjaśnia ekspert z TMS Brokers.

Z kolei Dorota Sierakowska zaznacza, że inwestowanie faktycznie jest obarczone większym ryzykiem niż lokowanie kapitału na rynkach złota czy srebra. Niemniej wysoka zmienność oznacza możliwość wypracowania atrakcyjnych stóp zwrotu z takiej inwestycji. W ostatnich latach notowania palladu radziły sobie lepiej niż ceny pozostałych metali szlachetnych.

W tym roku za choinkę zapłacimy średnio od 100 do 200 złotych

Blisko 40% Polaków zamierza w tym roku nabyć choinkę za średnio 150-250 zł, a prawie 20% planuje ją kupić za 100-150 zł. Najmniej popularne są drzewka, które kosztują poniżej 50 zł. Wybierze je co dwudziesta osoba. Połowa ankietowanych chce skorzystać z promocji, ale w gazetkach ubyło ich o ponad 120% od ub. roku. Najwięcej, bo 35%, badanych wybiera się po choinkę do sklepów typu DiY. Dalej są hipermarkety (19%) i dyskonty (15%).

Z badania, przeprowadzonego przez międzynarodową firmę Hiper-Com Poland i Grupę Mobilną Qpony-Blix, wynika, że 39% ankietowanych planuje przeznaczyć w tym roku na zakup choinki od 150 do 250 zł. Z kolei wydatki od 100 do 150 zł zadeklarowało 18% osób, od 200 do 250 zł – 15%, a powyżej 250 zł – 14%. Dalej znalazły się przedziały od 50 do 100 zł – 7%, a także poniżej 50 zł – 5%.

– Uważam, że wydanie około 200 zł na choinkę to bardzo dużo. Te deklaracje ankietowanych wyraźnie świadczą o wzroście dochodów. Ci, którym sytuacja się polepszyła, są gotowi przeznaczyć więcej pieniędzy na takie zakupy. Odpowiedzi badanych wskazują również na dużą siłę tradycji – komentuje dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Według Marcina Lenkiewicza z Grupy Mobilnej Qpony-Blix, Polacy nie oszczędzają znacząco na zakupie tej ozdoby świątecznej. W sklepach średnia cena sztucznego drzewka o wysokości do 2 m często nie przekracza 150-200 zł. Tańsze są choinki żywe. W nadleśnictwie można je kupić zazwyczaj w granicach 50 zł. Z kolei jak zaznacza Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland, widoczna jest tendencja do stawiania na jakość, a nie na rozmiar drzewka. Ponad 60% Polaków mieszka w miastach, a większość z nich – w blokach. Nie mają więc możliwości wstawienia dużej choinki do swojego salonu.

– Globalny obrót żywymi choinkami w Polsce jest szacowany nawet na 6 mln sztuk, a my sprzedajemy co roku kilkadziesiąt tysięcy. W ostatnich dwóch dekadach na polskim rynku pojawiły się firmy, które dysponują areałami gruntów rzędu kilkudziesięciu, a nawet kilkuset hektarów. I to głównie one dostarczają drzewka na rynek. Lokują uprawy w pasie nadmorskim, gdzie klimat sprzyja uprawie, szczególnie jodły kaukaskiej, a to obecnie najchętniej kupowany gatunek – informuje Rafał Zubkowicz z Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych.

50% badanych przyznało, że chce dokonać zakupu w promocji, natomiast 43% – w regularnej cenie. Z kolei 7% ankietowanych nie planuje tego lub trudno im to określić. Według Julity Pryzmont, różnica pomiędzy dwiema największymi grupami nie jest tak znaczna. Ekspert zaznacza, że okres przedświąteczny to czas intensywnych zakupów. Konsumenci będą szukać jak najkorzystniejszych ofert i możliwych oszczędności, ale brak promocji nie przesądzi o rezygnacji z zakupu. Natomiast Marcin Lenkiewicz zaznacza, że sporo osób kupuje choinki na ostatnią chwilę. W przedświątecznym zabieganiu nie mają czasu na wyszukiwanie rabatów. Zapłacenie ceny regularnej nie jest dla nich mocnym obciążeniem domowego budżetu.

– Rynek jest bardzo mocno nasycony. My chcemy konsumować, ale nie wybieramy czegoś najtańszego. Mamy nawyk szukania dobrych cen, tzn. najniższych w określonej kategorii średniej i wyższej. I to widać nie tylko w wydatkach choinkowych, ale we wszystkich związanych ze świętami – podkreśla dr Faliński.

35% ankietowanych zamierza wybrać się na zakupy do sklepów typu DiY (zrób to sam, remontowo-budowlane). Hipermarkety otrzymały 19% wskazań, a dyskonty – 15%. Natomiast 12% badanych planuje dokonać transakcji bezpośrednio od leśników, zaś 11% – na lokalnych targowiskach. Jak podkreśla ekspert z Hiper-Com Poland, wybór sklepów dużego formatu może oznaczać, że nabycie choinki jest łączone również z innymi zakupami świątecznymi.

– Sklepy DiY oferują bardzo szeroki wachlarz ozdób świątecznych. Na dużej powierzchni zapewniają też większy komfort poruszania się podczas zakupów. To dla wielu konsumentów nadal jest ważnym elementem, zwłaszcza przed świętami. Ponadto te sieci przeznaczają bardzo dużo powierzchni promocyjnej w swoich gazetkach na komunikację ofert rabatowych. Nierzadko informacje o choinkach czy ozdobach znajdują się na pierwszych stronach – zaznacza Marcin Lenkiewicz.

W opinii prezesa Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, w sieciach DiY można spodziewać się najkorzystniejszych cen. Te sklepy mają niskie koszty utrzymania. Spora część powierzchni handlowej znajduje się również na zewnątrz. Dla porównania, hipermarkety muszą już aranżować przestrzeń wewnątrz obiektu. Ekspert dodaje, że kiedyś dominowały bazary. Tam można było kupić tanie i dobre produkty. Ale konsumenci stali się wygodni i wymagają pewnego komfortu. Wolą więc podjechać pod sklep, a nie np. krążyć po zabłoconych czy zamarzniętych alejkach na targowisku.

– Niektóre nadleśnictwa oferują samodzielny wybór i wycięcie drzewka. Przychodzą wówczas do nas całe rodziny, użyczamy narzędzi, rozpalamy ognisko, gdzie można porozmawiać z autentycznym leśnikiem, ogrzać się i coś zjeść. W zalewie przedświątecznego blichtru i komercji nasi goście traktują to jako świetną przygodę. Nawet jeśli drzewko, które zabierają ze sobą, nie jest tak kształtne, jak to, które mogliby kupić w sklepie czy na straganie, cieszy ich o wiele bardziej – dodaje Rafał Zubkowicz.

Natomiast eksperci z Hiper-Com Poland dodają, że w sieciach mocno ubyło gazetkowych promocji, bo aż o 123,59%. Spadki odnotowano w sklepach DiY (56,44%), hurtowniach (50%), hipermarketach (19,08%) i supermarketach (5,77%). Sytuacja nie zmieniła się w formacie cash&carry. Wzrosty zanotowano jedynie w dyskontach (7,69%). Porównano dane od 1 listopada do 9 grudnia br. z analogicznym okresem ubiegłego roku.

– Choinki są używane jako produkt, który ma przyciągnąć klientów do sklepu na większe, świąteczne zakupy, więc w ostatnich latach sieci prześcigały się w promocjach. Tak duża redukcja w sklepach DIY może wskazywać, iż ta strategia nie sprawdziła się dla tego kanału, a inne formaty również zaczęły ją weryfikować – analizuje Julita Pryzmont.

Badanie dot. zakupu choinek zostało wykonane przez Hiper-Com Poland i Grupę Mobilną Qpony-Blix. Działania były prowadzone na terenie 34 dużych miast oraz 16 średnich i mniejszych miejscowości. Ankieta była realizowana w okolicach centrów handlowych, małych i średnich sklepów, a także lokalnych bazarów w dniach 25.11-05.12.2019 r. Łącznie przeprowadzono 1001 wywiadów bezpośrednich z konsumentami w wieku od 18. do 65. roku życia. W badaniu wzięły udział tylko te osoby, które na początku rozmowy zadeklarowały, że obchodzą tradycyjne Święta Bożego Narodzenia.

Zakupy świąteczne 2019

Najpopularniejszym miejscem robienia przedświątecznych zakupów są wciąż sklepy stacjonarne, z których skorzysta połowa Polaków. W tym roku zostawimy w nich ponad 1 000 zł. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „Zakupy świąteczne 2019” Polacy chętnie szukają inspiracji prezentowych w internecie. Jedna trzecia klientów obdaruje bliskich upominkami kupionymi w sklepach internetowych, które mają przynajmniej jeden oddział stacjonarny, a 28 proc. skorzysta z platform e-commerce. Szczególnie dotyczy to elektroniki. Do zakupów online najbardziej przekonuje nas dostawa do domu oraz szeroki asortyment. Z kolei za największą zaletę zakupów tradycyjnych uważamy możliwość natychmiastowego odebrania kupionego produktu oraz politykę wymiany i zwrotów.

W międzynarodowym badaniu Deloitte wzięli udział respondenci z ośmiu europejskich krajów, w tym także z Polski. Wśród pytań znalazły się nie tylko kwestie dotyczące świątecznych budżetów, ale również zakupów przedświątecznych robionych w sieci.

Polska rodzina na tegoroczne Boże Narodzenie wyda średnio 1 521 zł, z czego 32 proc., czyli 489 zł trafi do sprzedawców online. Wydatki w sklepach stacjonarnych stanowią wciąż większość świątecznego budżetu Polaków (68 proc.), przy czym wzrosły o12ne o 6,1 proc. w porównaniu do zeszłego roku. Dla porównania średnia dla wszystkich badanych krajów wynosi 2,6 proc. – Z kolei e-commerce rośnie w Polsce wolniej niż w pozostałych badanych krajach. W Polsce jest to 2,7 proc. w porównaniu do 4,8 proc. w Europie. Kanał online, który stanowi 32 proc. wszystkich świątecznych wydatków w ośmiu badanych krajach urósł o  5 pp. w porównaniu do ubiegłego roku – mówi Patrycja Venulet, dyrektor w dziale strategii Deloitte.

Do sieci po elektronikę i gry komputerowe

Połowa polskich respondentów deklaruje, że po prezenty uda się do sklepów stacjonarnych. – W Europie takiej odpowiedzi udzieliło 65 proc. ankietowanych. W tym względzie przodują Hiszpanie, Holendrzy i Portugalczycy. W Polsce z roku na rok widzimy trend spadającej popularności sklepów tradycyjnych, co nie zmienia faktu, że wciąż pozostają one głównym kanałem świątecznej sprzedaży – mówi Agnieszka Szapiel, menedżer w dziale strategii Deloitte

Jedna trzecia klientów obdaruje bliskich prezentami kupionymi w sklepach internetowych, które mają przynajmniej jeden oddział stacjonarny, a 28 proc. skorzysta z platform e-commerce. W reszcie badanych krajów odsetek ten wynosi odpowiednio 40 i 51 proc. W przypadku polskich konsumentów wskaźniki te wyraźnie rosną w przypadku elektroniki, szczególnie tzw. inteligentnej odzieży. W sklepach internetowych zamierza ją kupić 45 proc. respondentów, a na platformach e-commerce 37 proc. Podobnie sytuacja wygląda z grami komputerowymi.

Wyniki tegorocznego badania Deloitte pokazują, że na internetowym rynku wciąż dużo do zrobienia mają sprzedawcy żywności. Tylko 15 proc. ankietowanych deklaruje, że  kupi żywność za pośrednictwem internetu, a 72 proc. preferuje sklepy stacjonarne. W tradycyjny sposób wolimy też kupować kosmetyki i perfumy oraz produkty zdrowotne. Aby nabyć produkty z tej kategorii aż 62 proc. Polaków uda się do sklepów stacjonarnych. Z kolei tak chętnie kupowanych na prezenty książek będziemy szukać także przede wszystkim w tradycyjnych punktach sprzedaży (45 proc.) oraz online, ale w sklepach, które mają oddziały stacjonarne (38 proc.).

Zalety różnych kanałów sprzedaży

Do zakupów online najbardziej przekonuje nas dostawa do domu (62 proc.), szeroki asortyment (58 proc.) oraz to, że nie mamy poczucia straty czasu (58 proc.). Ważna jest także możliwość łatwego porównania ceny (57 proc.). Z kolei za największą zaletę zakupów tradycyjnych uważamy możliwość natychmiastowego odebrania kupionego produktu (77 proc.), politykę wymiany i zwrotów (76 proc.), ochronę danych osobowych (75 proc.) oraz możliwość uzyskania fachowej porady od sprzedawcy (74 proc.).

W sklepach stacjonarnych za zakupy bożonarodzeniowe zamierzamy płacić kartą płatniczą (66 proc.) oraz gotówką (53 proc.). Co ciekawe, karty użyje 70 proc. osób powyżej 55 roku życia. Z kolei w sklepach internetowych najczęściej również wybierzemy kartę oraz cyfrowe portfele (po 40 proc.). Te ostatnie są szczególnie popularne wśród osób w wieku 35-54 lat.

Internet kopalnią pomysłów

Inspiracji prezentowych szukamy przede wszystkim w Internecie (49 proc.), dla porównania w Europie wskaźnik ten wynosi 46 proc.

40 proc. pośród badanych Polaków korzysta również z tak zwanego marketingu szeptanego, którego źródłem jest rodzina, przyjaciele i sąsiedzi, a 38 proc. pomysłów szuka w sklepach tradycyjnych.

Co ciekawe aż 36 proc. badanych wprost pyta najbliższych, co chcieliby otrzymać.

Ponad jedna czwarta (28 proc.) pomysły znajduje w mediach społecznościowych. – Średnia dla pozostałych badanych krajów nie jest aż tak wysoka, bo sięga 21 proc. Jeżeli chodzi o inspiracje czerpane z mediów społecznościowych, to dziś wśród internautów króluje przede wszystkim Instagram, który w ubiegłym roku wprowadził możliwość robienia zakupów bezpośrednio z poziomu aplikacji – mówi Jan Kisielewski, dyrektor w dziale strategii Deloitte.

Ci, dla których Internet jest głównym źródłem pomysłów na prezenty, korzystają przede wszystkim z wyszukiwarek i porównywarek (48 proc.), sklepów internetowych (46 proc.) oraz stron wybranych marek (44 proc.) – dodaje Jan Kisielewski.

Rynek czeka na wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii

Od rana – konkretnie od godziny 8:00 polskiego czasu – Brytyjczycy głosują w chyba najważniejszych wyborach parlamentarnych od kilku dekad. Są one niezwykle istotne, gdyż to od ich wyniku w znacznej mierze będzie zależeć czy, kiedy i na jakich zasadach Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej.

Opierając się na wskazaniach sondaży, rynek w ostatnich miesiącach był coraz bardziej przychylny brytyjskiej walucie. Sondaże wskazują bowiem, że Partia Konserwatywna notuje około 10-procentowe prowadzenie nad swoim głównym konkurentem – Partią Pracy, co powinno pozwolić jej na uzyskanie większości pozwalającej na samodzielne rządy.

Inwestorzy liczą, że uzyskanie przez Partię Konserwatywną większości w Izbie Gmin umożliwi dość płynne przeprowadzenie uporządkowanego Brexitu – na podstawie porozumienia z UE, które wynegocjował Boris Johnson. Jednocześnie zwycięstwo torysów nie grozi istotną zmianą ekonomicznego status quo, z czym niemal na pewno wiązałyby się rządy Partii Pracy.

W związku z rosnącym przekonaniem inwestorów dotyczącym wygranej torysów, kurs GBP/PLN wzrósł we wtorek do poziomu 5,10, osiągając najwyższą wartość od kwietnia 2017 roku. W ostatnich godzinach sytuacja uległa jednak pewnej zmianie. Od wtorkowej nocy kurs GBP/PLN raczej zniżkował, schodząc do okolic 5,06 obecnie. Można to powiązać z kilkoma kwestiami, m.in. lekkim umocnieniem złotego, ostatnimi sondażami, które pokazywały dość zróżnicowane wyniki oraz publikacją kluczowego sondażu YouGov na podstawie modelu MRP.

Co tyczy się wspomnianego sondażu YouGov – który jest uznawany za jeden z najbardziej wiarygodnych – w naszej ostatniej aktualizacji wspominaliśmy, że model MRP wskazywał, że Partia Konserwatywna powinna uzyskać aż 359 miejsc w Izbie Gmin. To wyraźnie więcej niż 317 mandatów, które uzyskała w wyborach z 2017 roku. Finalne wskazanie modelu, które poznaliśmy 10 grudnia pod koniec dnia (dwa tygodnie od poprzedniej publikacji jego rezultatów) sugeruje jednak, że torysi są na drodze do uzyskania 339 miejsc. Taki rezultat oznaczałby, że partia nadal uzyskałaby większość, ale nie rzędu 68, a zaledwie 28 mandatów. Taka zmiana nie pozostała bez wpływu na nastroje rynku.

Dzisiejsze głosowanie potrwa do 23:00 polskiego czasu. W dniu wyborów notujemy dość dużą zmienność na parze GBP/PLN. Wraz z tym, jak docierać będą do nas informacje o wstępnych wynikach, ruchy na parach z funtem mogą być jednak jeszcze silniejsze.

Szykuje nam się ciekawa noc.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Punktualny, dokładny i przewidywalny – takiego dostawcy usług poszukuje Niemiec?

Stereotyp naszego sąsiada zza Odry najczęściej prezentuje go jako osobę skrupulatnie przestrzegającą zasad, wymagającą od siebie i innych dyscypliny i punktualności. Jak pogodzić różnice między Polakami i Niemcami tak, aby relacje handlowe przełożyły się na korzyści obu stron?

W Polsce synonimem jakości jest niemiecki samochód – niezawodna maszyna, która służy przez lata. Jak to natomiast wygląda po drugiej stronie granicy? Niemcy przede wszystkim doceniają polską kreatywność.

– Trochę jak w słowach Napoleona:Jeśli coś jest niemożliwe do wykonania, dajcie to zrobić Polakom”. Tam, gdzie nasi sąsiedzi widzą regulaminy i biurokrację, tam my widzimy po prostu pracę do zrobienia. A nasze zadania potrafimy wykonywać z prawdziwą fantazją – mówi Artur Kasiubowski, założyciel firmy POLANDO.de, pomagającej polskim firmom znaleźć niemieckich klientów.

Zręczne znajdowanie rozwiązań tam, gdzie wydają się one nie istnieć, to zaledwie jedna z cech, które pomagają Polakom zdobyć zaufanie zachodniego klienta.

– Żeby zaistnieć na obcym rynku, trzeba znać specyfikę klientów, do których kierujemy swój towar. Niemieckich konsumentów nie przekonują jedynie niskie ceny, które dla wielu polskich firm na przełomie milenium stanowiły kartę przetargową. Oczekują oni towaru wysokiej jakości, tak samo, jak w przypadku korzystania z usług firm z Francji czy Anglii. Dobry towar obroni się sam, ale dopiero gdy o jego istnieniu dowiedzą się klienci. W Niemczech doskonale sprawdza się poczta pantoflowa – jedna niezawodnie wykonana usługa może okazać się przepustką do kolejnych zleceń – dodaje Artur Kasiubowski.

Warto o tym pamiętać szczególnie w przypadku wysokich cen reklam i ich stosunkowo niewielkiej skuteczności. Nawet niewielkie ogłoszenie w lokalnej niemieckiej gazecie to koszt kilkuset euro, a przecież to zaledwie jedna publikacja o ograniczonym zasięgu. W Niemczech wciąż doskonale sprawdza się rozmowa z sąsiadem, który zadowolony z usługi poleca firmę kolejnym klientom. To dobra wiadomość szczególnie dla polskiej firmy, która nie chce inwestować w reklamę zagranicą. Bez dogłębnej znajomości lokalnego rynku płatny przekaz może nie tylko nie trafić do odpowiedniej grupy odbiorców, narażając firmę na straty finansowe, ale nawet zaszkodzić wizerunkowi przedsiębiorstwa przez treść ogłoszenia odbiegającą od niemieckich przyzwyczajeń. Sprawy nie ułatwia również rzecz tak prozaiczna jak dystans – mimo, że żyjemy w dobie cyfryzacji, nie będąc w stanie poznać reakcji klientów na reklamę ciężko jest zmierzyć jej skuteczność i zaplanować skuteczną kampanię.

Wiemy już, jak znaleźć odbiorców usługi, a jak z perspektywy klienta wygląda sam etap jej realizacji? Każdy przedsiębiorca w którymś momencie mierzy się z przeciwnościami, które mogą przeszkodzić w wykonaniu pracy na takim poziomie, jaki sobie założył – na przykład w przypadku, gdy towar nie dotarł na czas lub sezonowy brak pracowników wymusił przesunięcie prac. Co powinien zrobić usługodawca, któremu zależy na dobrej opinii pomimo napotkanych problemów?

Przede wszystkim powinien uczciwie wyjaśnić sytuację klientowi. Czasami wystarczy jeden telefon i zaproponowanie wyjścia z sytuacji, nowego terminu lub rekompensaty – niemieccy klienci wykazują się dużą cierpliwością i zaufaniem. Jeśli wiedzą, że usługodawca ma plan działań, a okoliczności są tylko przejściową niedogodnością, będą współpracować nad rozwiązaniem problemu. Zdecydowanie nie warto udawać, że wszystko gra i liczyć, że sytuacja sama się rozwiąże. Otwartość i uczciwość zdecydowanie pomogą obu stronom dojść do porozumienia ponad granicami.

Już nic nie zatrzyma brexitu

Dzisiaj ważny dzień dla Brytyjczyków. Przedterminowe wybory mogą być finalnym krokiem w  procesie brexitu. Sondaże wskazują na zwycięstwo Borisa Johnsona i samodzielną większość konserwatystów w parlamencie. Pamiętajmy jednak, że to tylko badania i zaskoczenia są możliwe. Brytyjska waluta zdaje się już świętować sukces, gdyż jej notowania pną się do góry. Mimo jastrzębich “kropek” Fed, dolar traci.

Johnson z szansami na duży triumf

Od godziny 8 rano Brytyjczycy mogą oddawać swoje głosy w przyspieszonych wyborach do parlamentu. Początkowo plan Johnsona, by rozpisać nowe głosowanie, wydawał się szalony, ale im było bliżej do wyborów, tym okazało się, że ma on szansę na sukces. Według większości sondaży konserwatyści uzyskają przewagę co najmniej 5%, a więc będą samodzielnie rządzić i tym samym zakończą proces wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Jest oczywiście jedno “ale”, a więc jednomandatowe okręgi wyborcze, dzięki którym wyniki są mocno niepewne. Jeśli jednak nie będzie dużej pomyłki, to obecny premier powinien mieć więcej o 20-30 posłów. Pierwszym realnym terminem wyjścia byłby 31 stycznia. Co warto wspomnieć, większość obywateli chciałaby pozostania w UE, z tym że opozycja jest na tyle rozbita, iż nie potrafiła sforsować pomysłu nowego referendum. Porażką, szczególnie, jest brak współpracy Partii Pracy z Liberalnymi Demokratami, a system mandatowy w tej kwestii jest nieubłagany i da najprawdopodobniej wygraną Konserwatystom.

Powell osłabia dolara

Wczorajsze posiedzenie Fed spowodowało istotne osłabienie dolara amerykańskiego. Rynki szczególnie wystąpienie Powella odebrały gołębio, mimo że amerykańscy decydenci pozostawili stopy na niezmienionym poziomie i zakończyli tym samym serię trzech obniżek stóp. Decyzja zapadła, uwaga, jednomyślnie. W komunikacie po decyzji również nie zapadły istotne zmiany. Członkowie uważają obecny poziom stóp za odpowiedni. Co kluczowe, wszyscy członkowie w długim okresie widzą stopy procentowe na wyższych poziomach niż teraz. Czterech chce już podwyżek w przyszłym roku, pozostała trzynastka nie widzi potrzeby ich zmian w 2020. Dlaczego więc dolar stracił? Powell, szef Fed, postanowił nie podpadać widocznie prezydentowi Trumpowi i przybrał gołębi ton w wystąpieniu po samej decyzji, niemal wykluczając szybkie podwyżki stóp. Stwierdził, że polityka monetarna nie ma ustalonej ścieżki, a FOMC będzie działał elastycznie. Dodając, że poziom inflacji poniżej 2% jest niezdrowy dla gospodarki. Zasygnalizował również, że w razie problemów na rynku pieniężnym może zacząć skupować nie tylko bony skarbowe, ale także inne, krótkoterminowe papiery wartościowe. Nijak oczywiście ma się to do redukcji bilansu, więc rynki odebrały to jako przejaw luzowania.

Lagarde debiutuje w roli szefowej

Dzisiaj wzrok inwestorów przesunie się na Europę i posiedzenie EBC. Co jest chyba najważniejsze, pierwszą konferencję będzie prowadzić Lagarde, nowa szefowa. Zaprezentowane zostaną nowe projekcje makro. Nie wydaje się, by miały one optymistyczny wymiar, nawet po ostatnio lepszych wskazaniach twardych danych. Rynki najciekawsze są, czy Lagarde uchyli rąbka tajemnicy i powie, w jakim kierunku chce prowadzić politykę. Jeśli powie o kontynuacji pracy Draghiego, to z pewnością będzie to czynnik na niekorzyść euro (luźna polityka). Para EUR/USD odbija się dzisiaj od istotnego oporu w okolicach 1,1160. Technicznie więc wygląda to na powrót do spadków na głównej parze.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Zaległości firm sięgają 31,5 mld zł. Najwyższy wzrost w handlu i budownictwie

Wartość zaległości przedsiębiorstw wobec partnerów biznesowych i banków zbliżyła się na koniec III kw. do 31,5 mld zł. Od lipca do września na kontach firm przybyło ponad 225 mln zł (0,7 proc.) płatności przeterminowanych powyżej 30 dni, na min. 500 zł – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. W ciągu trzeciego kwartału najbardziej powiększyły swoje nieregulowane zobowiązania handel i budownictwo. W handlu jest to już prawie 7,4 mld zł, a w budownictwie ponad 5,1 mld zł. W zestawieniu sektorów z największymi zaległościami między handlem, a budownictwem znajduje się przemysł z kwotą 5,4 mld zł. Udział firm z opóźnionymi płatnościami pozostał na takim samym poziomie jak kwartał wcześniej i wynosi 6,2 proc.Zaległości firm sięgają 31,5 mld zł. Najwyższy wzrost w handlu i budownictwie

Od lipca do końca września w największym stopniu wzrosły zaległości budownictwa (4,2 proc.) i handlu (2,9 proc.). W pierwszym przypadku o 209 mln zł, a w drugim o 211 mln zł. Zmiana do jakiej doszło w budownictwie w trzecim kwartale przewyższyła przyrosty zaległości odnotowane przez ten sektor w całym pierwszym półroczu, kiedy było 171 mln zł. – Wygląda na to, że obserwowane w budownictwie osłabienie koniunktury zaczęło przekładać się już na opóźnienia płatności przez ten sektor. O ile bowiem budowlana hossa powodowała gwałtowny wzrost cen materiałów, surowców, wynagrodzeń pracowników i usług, pogarszając stabilność działania, to jednocześnie wymuszała na zleceniodawcach większą solidność płatniczą wobec podwykonawców. W ostatnich miesiącach spada jednak liczba projektów inwestycyjnych, szczególnie w segmencie infrastruktury drogowej, ale także tych finansowanych przez samorządy – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. W handlu, w trzecim kwartale kwota zaległości powiększyły się akurat w mniejszym stopniu niż we wcześniejszych miesiącach tego roku jednak 9 miesięczny bilans sektora wypada blado. W ciągu trzech kwartałów nieopłacone na czas kredyty i zobowiązania wobec partnerów biznesowych wzrosły o ponad 930 mln zł. To najwyższa suma wśród wszystkich sektorów, wyjątkowo wysoka jest też dynamika przyrostu – 14,4 proc. Jeśli chodzi o duże sektory, to podobną dynamikę zmian w okresie 9 miesięcy ma jeszcze tylko transport 14,6 proc. – Problem zaczyna się w małych sklepach, które nie dają rady w starciu z silną konkurencją sklepów dużych, sieciowych oraz zrzeszonych. W efekcie, mają problemy z regulowaniem swoich zobowiązań hurtowniom, a te z kolei swoim dostawcom czyli producentom towarów i m.in. artykułów spożywczych. Nie pomagają tu także niedziele wolne od handlu. Z przeprowadzonych na nasze zlecenie badań wynika, że część osób wydaje z tego powodu mniej pieniędzy w sklepach, więcej przeznacza natomiast na wyjścia do kina czy do restauracji – wyjaśnia Sławomir Grzelczak.

W trzecim kwartale w części branż zaległości też spadły. W największym stopniu o ponad 9 proc. (blisko 15 mln zł) wśród firm zajmujących się wytwarzaniem i zaopatrywaniem w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę i powietrze do układów klimatyzacyjnych. Prawie 9 proc. zmniejszyły się zaległości firm z sektora Opieka zdrowotna (51 mln zł) i ponad 6 proc. z sektora Informacji i komunikacji (33 mln zł). Nieznacznie spadła suma zaległości transportu. W sektorze tym przybyło jednak firm z problemami finansowymi, i w rezultacie ich odsetek wzrósł z 8,7 proc. do 8,9 proc. Obecnie to wśród firm transportowych istnieje największe ryzyko zawarcia kontraktu z firmą, która nie zapłaci w terminie swoich zobowiązań. Po tym jak do 8,8 proc. z 9,2 proc. zmniejszył się odsetek niesolidnych firm zajmujących się Dostawą wody, gospodarowaniem ściekami i odpadami oraz działalnością związana z rekultywacją, Transport jest sektorem w którym jest najwięcej firm niepłacących na czas. Na trzeciej pozycji znajduje się górnictwo i wydobycie, w którym 8,2 proc. przedsiębiorstw ma zaległości, o 0,3 p.p. mniej niż w poprzednim kwartale. Powyżej średniej dla ogółu przedsiębiorstw wypadają jeszcze firmy z sektora Zakwaterowanie i gastronomia, gdzie udział niesolidnych płatników dochodzi do 6,5 proc. Jednocześnie, mimo przyrostu zaległości spadł udział firm z problemami wśród przedsiębiorstw handlowych i budowlanych. Jest ich obecnie po 5,7 proc. podczas gdy kwartał wcześniej było to 5,8 proc.

Zaprezentowane zestawienie bierze pod uwagę dłużników zgłoszonych do BIG InfoMonitor (firmę można wpisać po 30 dniach od terminu płatności przy zaległości na kwotę min. 500 zł) oraz firmowe kredyty z BIK, przeterminowane o 30 dni, przy opóźnionej kwocie wynoszącej co najmniej 500 zł. Wyliczając udział niesolidnych dłużników w danym sektorze, uwzględnione zostały przedsiębiorstwa działające, zawieszone oraz zamknięte.

Rozwój bankowego ekosystemu od rachunku do zakupu mieszkania

Polski ekosystem bankowy systematycznie się rozwija i zmienia. Jedną z cech takiej ewolucji jest wprowadzanie usług dodatkowych, które często nie kojarzą się z tradycyjną bankowością. Zakup biletów komunikacji miejskiej, skorzystanie z aplikacji filmowej, wybór wymarzonego mieszkania – także takie usługi coraz częściej zaczynają oferować banki. W dobie cywilizacji cyfrowej to jeden ze sposobów na wzrost instytucji finansowych, a z drugiej strony na zaspakajanie rosnących potrzeb klientów, chcących zostać obsłużonych w jednym miejscu w jak najszerszym zakresie.

W jaki sposób banki mogą poszerzyć swoją ofertę produktów niebankowych? Na pewno poprzez zakup wyspecjalizowanych firm lub inwestowanie w startupy, które mogą oferować w przyszłości takie niestandardowe usługi. Inna metoda to skorzystanie z oferty już istniejącej na rynku, poprzez partnerów oferujących wybrany pakiet usług. Dla Banku Pocztowego naturalnie takim podmiotem jest Poczta Polska – największa tego typu instytucja w Polsce. Wspólnie udało nam się zbudować wachlarz ciekawych usług, które są skierowane do klientów Banku Pocztowego.

Nasi klienci bez względu na porę i miejsce z poziomu aplikacji mobilnej Banku mogą zamówić usługę, a następnie uzyskać informację o oczekującej na odbiór korespondencji czy przesyłce, dzięki usłudze e-Awizo. Mogą także zamówić dostarczenie listów poleconych bezpośrednio do ich skrzynki na listy (z wyłączeniem tych, które z uwagi na przepisy prawa wymagają odbioru w placówce). To dzięki zaadaptowaniu usług z oferty Poczty Polskiej do możliwości, jakie daje mobilna platforma Banku Pocztowego. Inna usługa ułatwia zakupy w internecie. Wybierając Pocztę Polską jako dostawcę zakupionych towarów o minimalnej wartości 30 złotych, uzyska się zwrot części kosztów dostawy – nawet 200 złotych w roku. Inne dodatkowe usługi oferowane przez bank ułatwiają prowadzenie firmy lub zarządzanie domowym budżetem. To taka mała księgowość. W naszej bankowości elektronicznej można uruchomić kalendarz, który będzie przypominał mailem lub sms-em o zaplanowanych płatnościach. Wszystkie faktury, rachunki można dodać w postaci skanu, zdjęcia czy mailem. Nasz system przypomni i ułatwi płatność zgodnie z wymaganym terminem. Mamy także ciekawą usługę dla klientów, którzy chcą wspierać osoby znajdujące się w trudnej sytuacji życiowej i oczekujące na pomoc. Wnioskując o kartę Mastercard z logotypem Caritas Polska do rachunku w Banku Pocztowym klienci automatycznie przystępują do programu UratujęCię i zaraz po aktywacji karty, płacąc nią za zakupy, mogą zbierać punkty, które następnie przeliczane są na donacje dla osób potrzebujących.

Oferta usług dodatkowych Banku Pocztowego będzie się dynamicznie rozwijać, w pierwszej kolejności dzięki synergiom z Pocztą Polską, większościowym akcjonariuszem Banku. Nie zamykamy się także na innych partnerów mogących zaoferować usługi, z których Polacy chętnie korzystają dzięki zdobyczom cywilizacji cyfrowej. Banki coraz intensywniej będą się przekształcać w swego rodzaju centra usług
z różnych dziedzin naszego życia. Prawie każdy z nas ma rachunek bankowy, a z drugiej strony chcąc oszczędzać swój czas i pieniądze chcemy korzystać z usług sprawdzonych partnerów – nie ważne czy sprawiamy sobie i bliskim radość kupując coś przez internet, czy wspieramy potrzebujących, angażując się w działalność charytatywną. Dlaczego nie zrobić tego w jednym miejscu przez bezpieczny, zaufany bank?

Przeciętny Polak na własne „M” pracuje o 3 lata krócej

GUS niedawno opublikował dane o medianowym poziomie wynagrodzeń. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak w świetle tych informacji wygląda przeciętny czas pracy na polskie mieszkanie.

Dane o przeciętnym poziomie wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw, które co miesiąc podaje Główny Urząd Statystyczny, wzbudzają zdenerwowanie wielu naszych rodaków. Trudno się dziwić, bo te szacunki poziomu płac są dość mocno zawyżone ze względu na specyfikę średniej jako wskaźnika oraz dobór badanych firm. Bardziej reprezentatywne wydają się wyniki publikowane przez GUS co dwa lata. Mowa o informacjach prezentujących medianowy poziom i strukturę wynagrodzeń w Polsce. Główny Urząd Statystyczny niedawno opublikował takie dane z października 2018 r. Warto sprawdzić, jak w świetle tych statystyk wyglądają dwuletnie zmiany dostępności mieszkań.

Mediana wynagrodzeń urosła najszybciej od dziesięciu lat

Opublikowane niedawno informacje GUS-u o strukturze wynagrodzeń cieszą się sporym zainteresowaniem pomimo pewnej wady. Chodzi o to, że wspomniane statystyki pomijają najmniejsze firmy (zatrudniające do 9 osób włącznie). Warto również pamiętać, że GUS podaje wyniki swoich badań płacowych w formie wynagrodzenia brutto. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl przeliczyli wspomniane wyniki na wartości netto, uwzględniając sytuację typowego „etatowca”. Takie obliczenia wskazują, że mediana wynagrodzenia netto, czyli płaca nie osiągana przez połowę pracowników wynosiła:

  • październik 2006 r. – 1 449 zł
  • październik 2008 r. – 1 887 zł
  • październik 2010 r. – 2 092 zł
  • październik 2012 r. – 2 237 zł
  • październik 2014 r. – 2 360 zł
  • październik 2016 r. – 2 513 zł
  • październik 2018 r. – 2 948 zł

Informacje widoczne powyżej oraz na poniższym wykresie wskazują, że pomiędzy IV kw. 2016 r. oraz IV kw. 2018 r. przeciętne wynagrodzenie rosło najszybciej od 10 lat. To potwierdza doniesienia o dużej presji płacowej. Warto sprawdzić, jak wyglądała relacja rosnących płac oraz średnich cen mieszkań.Mediana płac ceny mieszkań RP wyk.1

Dostępność cenowa mieszkań nadal pozostaje zbyt niska

Wyniki obliczeń RynekPierwotny.pl bazujące na danych z października 2016 r. wskazują, że wówczas przeciętny Polak przez 36 lat musiał pracować na typowe mieszkania o powierzchni 55 mkw. Mowa o osobie otrzymującej medianowe wynagrodzenie netto, która co miesiąc oszczędza 20% dochodów i wpłaca pieniądze na konto oszczędnościowe. Zgodnie z założeniami, taki rachunek ma przeciętne oprocentowanie o 1,00 punkt procentowy wyższe od inflacji.

Analitycy RynekPierwotny.pl niedawno powtórzyli swoje obliczenia opierając się na danych płacowych z października 2018 r. i zaktualizowanych cenach mieszkań. Otrzymane wyniki informują, że względem października 2016 r. skrócił się czas pracy na przeciętne polskie mieszkanie o powierzchni 55 mkw. (zmiana z 36 lat na 33 lata). Pozytywna zmiana dotyczyła również czasu pracy statystycznego Polaka na mieszkanie (55 mkw.) z siedmiu największych rynków (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań, Gdańsk i Gdynia). Względem października 2016 roku, taki czas pracy (45 lat) skrócił się o dwa lata. Podane wyniki (33 lata/45 lat) nadal nie są jednak zadowalające.

W krajowych metropoliach poprawa była mniej widoczna

Poniższa tabela sugeruje, że pozytywne zmiany średniego czasu pracy na mieszkanie dotyczyły również 10% najlepiej i najgorzej wynagradzanych pracowników. Osoby otrzymujące najniższe wynagrodzenia, wciąż nie mogą jednak marzyć o samodzielnym zakupie mieszkania.

Gdy weźmiemy pod uwagę poziom wynagrodzenia netto, którego nie przekracza 10% pracowników (1601 zł w październiku 2018 r.), to czas pracy na mieszkanie o powierzchni 55 mkw. wyniesie odpowiednio 56 lat (cała Polska) oraz 74 lata (siedem największych rynków). Jeżeli chodzi o największe rynki mieszkaniowe, to warto zwrócić uwagę, że dostępność mieszkań na ich terenie przez dwa lata (październik 2016 r. – październik 2018 r.) poprawiła się mniej niż w ujęciu ogólnopolskim.   Mediana płac ceny mieszkań RP tab.1

Zadowoleni z nicnierobienia

Fed dalej uważa, że polityka jest odpowiednia i planuje jej nie zmieniać co najmniej przez rok, choć między wierszami wyjawia się przekaz, że w przyszłości o obniżki stóp procentowych będzie łatwiej niż o podwyżki. Dziś podobną skłonność do nicnierobienia przedstawi EBC. Wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii dopiero krótko przed północą.

Fed wczoraj usilnie starał się przekazać, że polityka monetarna jest odpowiednia i taka pozostanie co najmniej do końca 2020 r. Zgodnie z oczekiwaniami Rezerwa Federalna pozostawiła cel dla stopy rezerw federalnych na 1,50-1,75 proc. W projekcji „dot plot” mediana sugeruje brak zmian poziomu stóp procentowych przez cały 2020 r. z późniejszymi stopniowymi podwyżkami aż do długoterminowego celu 2,50 proc. W komunikacie przestał już straszyć fragment o „niepewności wokół globalnej gospodarki” a zastąpiono go obserwacją „globalnych wydarzeń”. Jednak co Fed traktuje jako neutralne podejście, dla rynku jest zaproszeniem do niedowierzania. A to wrażenie zostało wzmocnione w trakcie konferencji prasowej prezesa Powella, który przyznał, że przed podniesieniem stóp procentowych chce, aby inflacja utrzymywała się na stałym i wysokim poziomie. Zatem nawet jeśli pojawia się warunki ekonomiczne dla wzrostu inflacji, to reakcja Fed nastąpi dużo później. Z kolei wrażliwość na pogorszenie perspektyw pozostaje taka, jaka mogliśmy obserwować przy trzech obniżkach w tym roku. A ponieważ rynek dalej obawia się negatywnych konsekwencji wojen handlowych, powrót obniżek jest traktowany jako bardziej prawdopodobny. Dolar przez to traci, ale niedużo, gdyż presja z tytułu przyszłej polityki monetarnej jest warunkowana przede wszystkim rozwojem relacji handlowych USA-Chiny. A tutaj wciąż czekamy na to, co prezydent Trump zrobi w sprawie ceł szykowanych na 15 grudnia.

Do nicnierobienia szykuje się też Europejski Bank Centralny. Od września, kiedy zakomunikowano nowe narzędzia luzowania monetarnego, sytuacja gospodarcza w strefie euro ustabilizowała się. Prognozy wzrostu PKB i inflacji powinny pozostać bez większych zmian, a Rada Zarządzająca może sobie pozwolić na podtrzymanie trybu wait-and-see i analizować wpływ ogłoszonego we wrześniu pakietu stymulacyjnego. W samej Radzie nie brakuje krytyków ujemnych stóp procentowych i skupu aktywów. To z jednej strony skłania bank do rozpoczęcia przeglądu skuteczności strategii banku, na efekty czego przyjdzie jednak poczekać kilka miesięcy. Z drugiej, buduje na rynku przekonanie, że dalsze obniżki są bardzo mało prawdopodobne – rynek pieniężny dyskontuje zaledwie 3 pb cięcia do końca 2020 r. Stąd dziś przede wszystkim będzie chodzić o inaugurację nowej prezes Christine Lagarde i zaznajomienie się z jej stylem komunikacji, choć powinniśmy oczekiwać podtrzymania dotychczasowego nastawienia banku.

Wielka Brytania idzie do wyborów i do czasu zamknięcia urn i ogłoszenia exit poll (23:00) GBP powinien być stabilny. Później wszystko się może zdarzyć, choć największe szanse są na zwycięstwo Partii Konserwatywnej. Od tego, jak ono będzie duże, zależy siła dalszego rajdu funta. Wygrana torysów oznacza, że Boris Johnson otrzyma narzędzia, by doprowadzić brexit do końca do 31 stycznia 2020 r. Ryzykiem jest tzw. zawieszony parlament – bez większości dla żadnej partii – prowadzący do mniejszościowego rządu konserwatystów. Wówczas utrzyma się status quo sprzed wyborów, paraliż decyzyjny i powrócą obawy o bezumowny rozwód z UE. W efekcie funt będzie musiał oddać całą pozytywną premię związaną z oddaleniem ryzyka bezumownego brexitu, jak również wzmocni się wpływ spekulacyjnych krótkich pozycji. Oddanie władzy Partii Pracy finalnie może oznaczać powtórzone referendum (co może być pozytywne dla GBP bardziej niż uzgodniony brexit), ale po drodze oznacza chaos. Opcji jest kilka, a jak dobrze wiemy, w przypadku brytyjskiej polityki nie można niczego wykluczyć.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Cisco prezentuje strategię „Internetu Przyszłości” oraz architekturę krzemową

  • Cisco prezentuje szczegóły strategii technologicznej „Internetu Przyszłości” opartej na inwestycjach rozwojowych w krzem, światłowód i oprogramowanie.
  • Cisco Silicon OneTM to pierwsza ujednolicona architektura krzemowa, która może być wykorzystywana w każdym elemencie sieci i w dowolnym rozwiązaniu sieciowym.
  • Cisco 8000 to pierwsza platforma stworzona z wykorzystaniem Silicon One oraz nowym systemem operacyjnym IOS XR7.
  • Cisco 8000 umożliwi obniżenie kosztów budowy i obsługi dużych sieci, aby mogły one obsługiwać cyforwe aplikacje i usługi, takie jak 5G, wideo czy chmurę.
  • Nowe opcje elastycznych modeli biznesowych umożliwią klientom wykorzystanie innowacji w sposób który najlepiej odpowie na potrzeby ich biznesu.
  • AT&T, Century Link, Comcast, Facebook, Microsoft i The Walt Disney Studios dzielą się spostrzeżeniami odnośnie wspólnych innowacji oraz potrzeb Interentu.

Cisco przedstawiło szczegóły strategii technologicznej budowy nowego Internetu, zaprojektowanego tak, aby cyfrowe innowacje mogły pokonać bariery związane z wydajnością, kosztami oraz zużyciem energii obecnej infrastruktury. W ciągu najbliższych dzisięcioleci to podejście zmieni sposób, w jaki działa Internet. Strategia Cisco już teraz umożliwia dostarczenie przełomowej technologii, która toruje drogę deweloperom tworzącym aplikacje i usługi, o których dopiero zaczynali marzyć.

Cisco przedstawiło najnowsze innowacje, w tym: Cisco Silicon OneTM, jedyną na rynku krzemową architekturę sieciową tego rodzaju; nową serię Cisco 8000, najpotężniejsze na świecie routery klasy operatorskiej stworzone z wykorzystaniem nowego krzemu; a także nowe możliwości zakupu, które pozwolą klientom na konsumpcję technologii poprzez zdezagregowany model biznesowy.

„Innowacje wymagają skoncentrowanych inwestycji, odpowiedniego zespołu oraz kultury pracy wspierającej wyobraźnię” – mówi Chuck Robbins, CEO Cisco. „Jesteśmy zdeterminowani, aby przekształcić rynek. Chcemy stworzyć nowy Internet na potrzeby ery sieci 5G. Nasze najnowsze rozwiązania wykorzystujące krzem, światłowód i oprogramowanie reprezentują nieprzerwane innowacje, które pozwalają naszym klientom utrzymać się wśród liderów rynku i tworzyć nowe, przełomowe doświadczenia użytkowników w ciągu najbliższych dekad”.

Tworzenie podstaw Internetu przyszłości

W ciągu najbliższej dekady, cyfrowe doświadczenia będą tworzone za pomocą zaawansowanych technologii – wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, streamingu 16K, sztucznej inteligencji, 5G, obliczeń kwantowych, adaptacyjnych i predykcyjnych rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa, inteligentnego Internetu rzeczy oraz innych, które nie zostały jeszcze wynalezione. Kolejna generacja złożonych aplikacji sprawi, że obecna infrastruktura Internetu będzie niewystarczająca.

Przez ostatnie pięć lat, Cisco realizowało strategię technologiczną, tworząc Internet, którego będzie potrzebował biznes do odniesienia sukcesu w zaawansowanym cyfrowo świecie. Jej celem jest rozwiązanie najtrudniejszych problemów, które pojawią się wraz z postępem cyfrowej transformacji i wykorzystaniem obecnej infrastruktury do granic możliwości. Strategia Cisco pozwoli zbudować infrastrukturę internetową nowej generacji, która łączy nową architekturę krzemową z nową generacją światłowodu. Wpłynie to na aspekt ekonomiczny tworzenia sieci, tak aby odpowiadała na przyszłe zapotrzebowanie, wspierała działanie cyfrowych aplikacji oraz umożliwiała klientom prowadzenie działań biznesowych w łatwiejszy i bardziej ekonomiczny sposób.

Strategia Cisco opiera się na rozwoju i inwestycjach w trzech kluczowych obszarach technologii: krzemie, światłowodach i oprogramowaniu.

„Przekraczanie granic innowacji jest kluczowe dla przyszłości. Wierzymy, że krzem, światłowód oraz oprogramowanie stanowią warstwy technologii, które to umożliwią” – tłumaczy David Goeckeler, wiceprezes i dyrektor generalny działu Networking and Security Business w Cisco. „Strategia technologiczna Cisco nie dotyczy jednej kategorii produktów. Poświęciliśmy kilka ostatnich lat na pracy nad wszystkimi kategoriami niezależnych technologii. Wierzymy, że w przyszłości ulegną one połączeniu i w efekcie umożliwią nam rozwiązanie najtrudniejszych problemów, które ograniczają rozwój cyfrowych innowacji. Strategia ta pozowli zrealizować najbardziej ambitny projekt rozwojowy w historii Cisco”.

Cisco Silicon One – Przełomowa, ujednolicona, programowalna architektura krzemowa

Cisco Silicon One będzie stanowiło fundament rozwoju portfolio routerów Cisco. W niedalekiej przyszłości ich wydajność osiągnie 25 Terabitów (Tbps) na sekundę. Jest to pierwszy na rynku czip sieciowy, który można uniwersalnie adaptować na rynku największych dostawców usług internetowych. Zaprojektowany zarówno z myślą o stałych, jak i modułowych platformach, może jak nigdy wcześniej stawić czoła najwyższym wymaganiom. Pierwszy model Cisco Silicon One ‘Q100’ przekroczył próg 10 Tbps przepustowości sieci nie tracąc na programowalności, buforowaniu, efektywności energetycznej, skalowalności czy elastyczności funkcji.

Zwykle, różne rodzaje krzemu, posiadające różne właściwości, są wykorzystywane w ramach sieci czy nawet poszczególnych urządzeń. Rozwój i testy nowych funkcji mogę być długotrwałe i kosztowne. Ujednolicony i programowalny krzem pozwoli operatorm sieci znacznie ograniczyć koszty operacyjne i poprawić stosunek czasu poświęconego na projekty związane z nowymi usługami do osiąganych efektów.

„Z niecierpliwością oczekujemy wejścia Cisco w obszar technologii rozwiazań szybkiego routingu oraz współpracy nad rozwiązaniami spełniającymi wymogi kolejnej generacji sieci, dotyczace wyższych predkości i większej przepustowości” – mówi Amin Vahdat, Wiceprezes Systems Infrastructure, Google Cloud.

„Facebook jest silnym zwolennikiem dezagregacji sieci i otwartych ekosystemów, inicjując kluczowe inicjatywy branżowe, takie jak Open Compute Project i Telecom Infrastructure Project, aby przekształcić przemysł sieciowy” – powiedział Najam Ahmad, wiceprezes ds. Inżynierii sieci w Facebooku. „Nowa architektura Silicon One firmy Cisco jest zgodna z tą wizją i uważamy, że ten model oferuje operatorom sieci różnorodne i elastyczne opcje dzięki zdezagregowanemu podejściu”.

„Cisco zmienia ekonomikę napędzania rozwoju Internetu, wprowadzając innowacje w ramach sprzętu, oprogramowania, światłowodu i krzemu, aby pomóc klientom lepiej zarządzać kosztami operacyjnymi, co umożliwi im działanie na większą skalę w kolejnej fazie rozwoju Internetu” – powiedział Ray Moto, CEO i główny analityk ACG Research. „Jako, że wkraczamy w rok 2020, czas w jakim jesteśmy w stanie zapewnić efektywność operacyjną będzie miał kluczowe znaczenie”.

Platforma z serii Cisco 8000 zasilana Cisco Silicon One – najlepsza wydajność na rynku

Nowa seria Cisco 8000 to pierwsza platforma stworzona z wykorzystaniem Cisco Silicon One Q100. Została zaprojektowana, aby pomóc dostawcom usług i firmom działającym na skalę internetową ograniczyć koszty budowy i zarządzania sieciami masowymi w erze 5G, AI oraz IoT. Główne funkcje obejmują:

  • Optymalizację pod kątem 400 Gbps i większych szybkości przesyłu danych, poczynając od 10.8 Tbps w ramach pojedynczej jednostki rackowej.
  • Nowy, sieciowy system operacyjny Cisco IOS XR7, opracowany, aby uprościć działanie i obniżyć koszty operacyjne.
  • Zaawansowane rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa, ze zintegrowaną technologią zapewniającą informacje w czasie rzeczywistym, gwarantującą niezawodność infrastruktury krytycznej.
  • Dostawcy usług zyskają większą przepustowość oraz programowalność, aby zapewnić prędkości rzędu Tbps nawet w tych miejscach sieci, gdzie przestrzeń i możliwości zasilania są ograniczone.

Globalne wdrożenia i testy u klientów

Cisco pracuje z grupą pierwszych klientów nad wdrożeniem i testami urządzeń z serii Cisco 8000. STC, lider branży telekomunikacyjnej w regionie Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki jest pierwszym klientem, który wdrożył nową technologię. Trwające globalne testy obejmują Comcast, NTTCom i inne.

Światłowód dla prędkości 400G i wyższych

Tworzenie nowego Internetu, który będzie mógł wspierać przyszłe cyfrowe innowacje będzie uzależnione od ciągłego rozwoju technologii krzemowych i światłowodowych. Cisco, jako jedyna na rynku firma posiada najbardziej zaawansowane zasoby intelektualne w obu tych obszarach.

Jako, że szybkość transmisji wzrasta ze 100G do 400G i wyższych, koszt światłowodu stanowi coraz większą część całkowitego kosztu budowy i zarządzania infrastrukturą internetową. Cisco inwestuje w zasoby wewnętrzne, aby zapewnić klientom dostęp do światłowodu gdy obciążenie routerów i przełączników wciąż wzrasta. Umożliwia to firmom sprostanie najbardziej rygorystycznym standardom niezawodności i jakości.

W ramach programu kwalifikacyjnego, Cisco będzie testowało swój światłowód, tak aby był w pełni zgodny ze standardami rynku i działał w każdych warunkach i w ramach każdego hosta, włączając w to maszyny pochodzące od innych producentów niż Cisco. Ten program sprawi, że klienci mogą wykorzystywać światłówód Cisco w aplikacjach, gdzie zostały wdrożone urządzenia innych producentów, mając pewność, że spełni on wymogi odnośnie jakości i niezawodności, których oczekują od rozwiązań Cisco.

Pondato, w ramach rozwoju krzemu i fotoniki krzemowej funkcje, które były zwykle dostarczane w formie osobnych rozwiązań będzie można niebawem podłączyć do innych urządzeń, których konstrukcja na to pozwala (jako tzw. „pluggable form factors”). Ta zmiana niesie ze sobą potencjalnie znaczące korzyści dla operatorów sieciowych w kontekście prostoty operacyjnej. Cisco inwestuje w technologie z zakresu fotoniki krzemowej, aby wpłynąć na zmiany w architekturze sieci centrów danych oraz sieci dostawców usług, co przełoży się na obniżenie kosztów, ograniczy zapotrzebowanie na przestrzeń oraz zasilanie, a także uprości operacje sieciowe.

Zmiana ekonomiki Internetu dzięki elastycznym modelom biznesowym

Cisco ogłosiło także plany dotyczące oferowania elastycznych modeli konsumpcji obejmujących portfolio Cisco Optics, dezagregację oprogramowania Cisco IOS-XR oraz Cisco Silicon One. Ten nowy model jest łatwy w adaptacji i umożliwia klientom budowę sieci w oparciu o wybrane komponenty, white boxy lub zintegrowany system. To podejście stanowi odpowiedź na zmieniający się charakter operatorów wybierających na potrzeby prowadzonych projektów oddzielne lub połączone elementy technologii. Tworzy to nowe realia finansowe dla branży internetowej, aby zapewnić znaczącą wartość biznesową.

Firmy przyszłości to teraźniejszość

Analiza danych i wykorzystanie najnowszych zdobyczy techniki pozwalają przedsiębiorstwom już dziś zmienić się w firmy gotowe na przyszłość. Rozwój Przemysłu 4.0 wspierają inteligentne rozwiązania i urządzenia Internetu Rzeczy.

Przedsiębiorstwa, niezależnie od wielkości, wykorzystują nowoczesne rozwiązania, aby przyspieszyć cyfrową transformację procesów biznesowych. Chcą lepiej zarządzać dostępnymi zasobami, przestrzenią i talentami pracowników. Integrują inteligentne maszyny i systemy, personalizują swoje produkty oraz wprowadzają nowe sposoby pracy. Te wszystkie działania określane są jako Przemysł 4.0, będący nową koncepcją na rewolucję w branży produkcyjnej.

Według raportu PWC[1], jednym z kluczowych wyzwań w transformacji do Przemysłu 4.0 jest zmiana mentalności. Pracownikom dotychczas podejmującym kluczowe decyzje i odpowiadającym za koordynowanie procesu produkcji są przydzielane nowe obowiązki. Zmuszani są do wykształcenia nowych zdolności w zakresie zaprogramowania procesu, zdefiniowania procedur i przekazania całości inicjatywy maszynom, sami zaś pozostają w roli nadzorców całego procesu. Ale takie zmiany wiążą się z trudnościami, wynikającymi z olbrzymich różnic pokoleniowych osób w niej uczestniczących. Zarządy firm muszą znajdować liderów, którzy tę zmianę przeprowadzą i zainspirują przedsiębiorstwo do dalszego rozwoju w nowych obszarach. To wszystko dzieje się w myśl tezy, że zachodzące zmiany, to przede wszystkim ewolucja.

Nowoczesne urządzenia na linii produkcyjnej

Nową generację przemysłu napędza robotyzacja i automatyzacja produkcji, ale również połączone urządzenia Internetu Rzeczy. Rozwiązania te umożliwiają monitorowanie czasu pracy maszyn, dzięki czemu można lepiej zoptymalizować procesy produkcyjne. Przykładem mogą być tutaj stworzone przez Konica Minolta okulary rozszerzonej rzeczywistości AIRe Lens. Pozwalają one na połączenie świata fizycznego z cyfrowym i nakładanie wirtualnych oraz interaktywnych obiektów na realne otoczenie. Urządzenie zostało zaprojektowane dla środowisk produkcyjnych lub konserwacyjnych, gdzie złożone zadania wymagają zaangażowania obu rąk pracownika. Aplikacja zapewnia zdalną pomoc oraz wskazówki i krok po kroku pozwala wykonywać robotnikom określone zadania. Rozwiązanie testowano już w fabrykach ciągników John Deere, a także w firmach Siemens czy Honeywell. Teraz Konica Minolta współpracuje również z Deutsche Telekom, by zaadoptować do nich technologię transmisji w sieciach komórkowych 5G.

Piotr Bettin menadżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo Konica Minolta
Piotr Bettin menadżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo Konica Minolta

– Dzisiejsze inteligentne systemy monitoringu wideo w celu wydobycia dodatkowych informacji łączą dane z czujników wizualnych, termicznych i dźwiękowych. Rozróżniana jest wielkość obiektów i uwzględniana perspektywa. Możliwe jest tworzenie tzw. map cieplnych pomieszczeń o największym zagęszczeniu ruchu. Dzięki temu można zapobiegać wypadkom w procesach produkcyjnych. Urządzenia te są w stanie wykryć np. wzrost temperatury w maszynie na linii produkcyjnej, a w przypadku jej przegrzania się uruchomiony zostanie alarm. Zaawansowany system monitoringu wideo może zliczać nie tylko ludzi, ale też zdefiniowane wcześniej obiekty. To pozwala wykorzystać go w logistyce i dystrybucji. Najważniejsze, z punktu widzenia przedsiębiorstwa, jest to, że w jednym miejscu kamera pełnić może kilka funkcji jednocześnie, np. wykrywać niedozwolone ruchy i czuwać nad procesem produkcji – mówi Piotr Bettin, menedżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo w Konica Minolta.

Liderzy wyścigu będą mieli łatwiej

Choć inwestycje w transformację cyfrową przedsiębiorstwa są kosztowne, to przedstawiciele firm z całego świata są przekonani, że efekty istotnie przewyższą poniesione koszty, a okres zwrotu z inwestycji będzie dość krótki.[2] To jeden z argumentów, dla których prognozuje się, że rynek przemysłowego Internetu Rzeczy (IIoT) na świecie wzrośnie do 2025 roku o 38,1 miliardów USD, przy średnim rocznym wzroście wynoszącym 7,1%.[3] Firmy, które nie wdrożą zmian, narażone będą na pozostanie w tyle za liderami. Nadgonienie najbardziej zaawansowanych technologicznie i organizacyjnie graczy będzie wymagało wówczas kosztownej i zdecydowanej restrukturyzacji.

[1] Raport “Przemysł 4.0 czyli wyzwania współczesnej produkcji” https://www.pwc.pl/pl/pdf/przemysl-4-0-raport.pdf

[2] Raport “Przemysł 4.0 czyli wyzwania współczesnej produkcji” https://www.pwc.pl/pl/pdf/przemysl-4-0-raport.pdf

[3] https://www.prnewswire.com/news-releases/global-industrial-internet-of-things-iiot-market-report-2019-market-is-projected-to-grow-by-us38-1-billion-300909765.html

 

Jak sprawdzić historię pojazdu? 5 najlepszych dekoderów VIN

O tym, jak ważne jest sprawdzenie VIN przed zakupem auta nie trzeba już nikomu przypominać. Problemem może jednak okazać się wybór dekodera. By ułatwić wam zadanie, przygotowaliśmy listę pięciu aplikacji, które na tle konkurencji najbardziej wyróżniają się różnorodnością i wiarygodnością dostarczanych informacji.

carVertical

To chyba dekoder, którego baza została zbudowana z użyciem technologii blockchain. Dzięki temu informacje są odporne na próby fałszerstw, a klienci mogą być pewni co do ich wiarygodności. Wrażenie robi też zawartość raportu, w którym poza standardowymi informacjami o przeszłości auta, znajdziemy też między innymi listę kompletnego wyposażenia fabrycznego dla danej wersji, opis najczęstszych usterek modelu i przybliżoną wycenę auta. Z przykładowym raportem możemy zapoznać się na stronie www.carvertical.com/pl/.

Carfax

Świetne źródło wiedzy na temat przeszłości samochodów pochodzących z Ameryki Północnej. Firma stworzyła swoją zawierającą ponad 14 miliardów rekordów bazę we współpracy z towarzystwami ubezpieczeniowymi, dealerami, warsztatami samochodowymi oraz organami ścigania, a doświadczenie zdobywane przez 30 lat gwarantuje wiarygodność zawartych w raporcie danych. Nic więc dziwnego, że w rankingu bestvindecoder.com aplikacja uplasowała się na drugim miejscu. Niestety, baza Carfax obejmuje jedynie część europejskich krajów, co oznacza, że w przypadku aut niesprowadzanych zza oceanu narzędzie może się nie sprawdzić.

autoDNA

To jeden z najważniejszych graczy na polskim i europejskim rynku dekoderów VIN. autoDNA oferuje kompleksowe sprawdzenie historii auta pochodzącego zarówno ze Starego Kontynentu, jak i Stanów Zjednoczonych oraz Kanady. W bazie wyszukiwarki znajdują się informacje dotyczące pół miliarda samochodów rejestrowanych po obu stronach Atlantyku. Wadą serwisu jest jednak specyficzny sposób przedstawiania danych, polegający na dzieleniu ich na kilka oddzielnych raportów. Jak nietrudno się domyślić, z każdy z nich klient musi osobno zapłacić.

VinAudit.com

To kolejna opcja dla klientów sprowadzających samochód z USA lub Kanady. Aplikacja umożliwia autoryzowany dostęp do National Motor Vehicle Title Information System, w którym znajdują się informacje na temat zdecydowanej większości zarejestrowanych w Stanach samochodów. Firma oferuje wygenerowanie pojedynczego raportu, ale też przygotował opcję specjalnie dla klientów biznesowych, dzięki której można zamawiać wiele raportów w ramach opłacanego co miesiąc abonamentu.

EpicVIN

Stosunkowo tani dekoder VIN, dzięki któremu uzyskamy dostęp do najważniejszych informacji dotyczących historii danego auta, takich jak rocznik, typ silnika, wyposażenie, historia serwisowania oraz obecność w bazach pojazdów kradzionych. EpicVIN również korzysta z National Motor Vehicle Title Information System, co czyni go wiarygodnym narzędziem w sprawdzeniu samochodu ze Stanów Zjednoczonych, jednak nie posiada bazy aut sprowadzanych z europejskich krajów, co mocno ogranicza jego użyteczność dla polskich klientów.

Pracownicy mobilni – trendy na 2020 r.

W branży transportu i logistyki rośnie znaczenie nowoczesnych technik. Przedsiębiorstwa chcą dzięki nim sprostać rosnącej konkurencji. Rozwój sprawi, że zmieni się również podejście do pracowników w 2020 roku i kolejnych.

W najbliższych latach czeka nas ekspansja technik takich jak 5G oraz Internet Rzeczy, które będą miały znaczący wpływ na branżę transportu i logistyki. Rozwój elektrycznych i autonomicznych pojazdów zmieni gruntownie sposób zarządzania flotami pojazdów w firmach. Rosnąca liczba samochodów elektrycznych i autonomicznych będzie prowadziła do sytuacji, w której takie kwestie jak zużycie paliwa czy podnoszenie bezpieczeństwa jazdy staną się dla zarządzających flotą drugorzędne.

Dużo ważniejsze będą tematy dotyczące bezpośrednio mobilnych pracowników – np. tego, ile czasu zajmuje im dojechanie do celu czy wykonanie zlecenia. Zamiast monitorować flotę, zarządcy będą więc monitorowali pracę zespołu i zwiększali jego efektywność. Już obecnie gromadzenie i analiza danych powoli stają się kluczowe. Dzięki nim firmy zyskują szerszy wgląd w informacje o funkcjonowaniu swoich pojazdów. Mogą precyzyjniej mierzyć wydajność i koszty oraz podejmować bardziej świadome decyzje biznesowe.

– Przetwarzanie większej ilości danych ułatwia ludziom zrozumienie sytuacji w przedsiębiorstwie. Informacje i systemy monitorowania flot, bazujące na GPS można potem wykorzystać do automatyzacji pewnych zadań. Takie trendy się nasilą, ponieważ branża już wykorzystuje możliwość gromadzenia bardziej szczegółowych danych i stara się łączyć informacje z różnych źródeł takich jak pojazd, urządzenia mobilne i inne czujniki z dostępem do Internetu. Kluczowe zmiany czekają nas w zakresie sposobu interakcji między pracownikami w terenie a menadżerami flot – uważa Sebastian Bazylak ekspert z firmy Verizon Connect.

Do tej pory mobilni pracownicy często musieli ręcznie wprowadzać dane i potwierdzać status wykonywanych zadań. W przyszłości ta forma będzie zastępowana przez narzędzia automatyzujące oraz asystentów głosowych. Zamiast angażować pracownika, by ręcznie wprowadzał zmianę statusu i potwierdzenie dostawy na jakimkolwiek terminalu, system elektroniczny automatycznie będzie dostarczać takie informacje. Powiadomi zwierzchników o terminowości, a jeśli pojawią się jakieś opóźnienia, to zadba, aby nie ucierpiał łańcuch dostaw. Kolejne zadanie wyznaczy innemu pracownikowi w terenie lub poinformuje odbiorcę o opóźnieniu. W coraz większym stopniu mobilni pracownicy polegać będą również na bezdotykowej obsłudze urządzeń. Już teraz popularność głosowych asystentów w smartfonach wpłynęła na znaczny rozwój techniki. Należy liczyć się z tym, że coraz więcej tego typu rozwiązań pojawi się w zastosowaniach profesjonalnych.

Technika wpływa też na poprawę niezawodności. Już teraz popularność zdobywają urządzenia domowe umożliwiające zdalną diagnostykę w wypadku wystąpienia nieprawidłowości lub awarii. Rozwój czujników wizualnych może być z powodzeniem wykorzystany do diagnostyki pojazdów w trasie. Obecnie można wykryć i przewidzieć sytuacje, w których samochód będzie wymagał interwencji i naprawy u mechanika lub rutynowego przeglądu. W przyszłości konsultacja wideo z biurem, gdy kierowca wykryje jakąś niespodziewaną usterkę, uchroni przed wyłączeniem pojazdu z eksploatacji na wiele dni. Warto też zauważyć, że to wszystko ma miejsce już teraz, choć nie tak dawno koncepcja strumieniowego przesyłania obrazu wysokiej rozdzielczości wydawała się bardzo odległa.

Postępować będzie również integracja flot z innymi systemami – nie tylko telematyką, kartami paliwowymi czy pracą dyspozytorów – ale też firmowymi programami do mobilnego zarządzania personelem czy oprogramowaniem do kompleksowego zarządzania przedsiębiorstwem (ERP). Zarządzanie flotą będzie coraz bardziej dopasowywało się do całego przedsiębiorstwa. Poprawi to codzienne operacje i pozwoli na długoterminowe zwiększanie wyników finansowych.

Stan rozwoju elektromobilności w Polsce AD 2019

Elektromobilność jako zjawisko, z miesiąca na miesiąc zyskuje na znaczeniu. Staje się coraz bardziej popularna w wielu krajach, wkracza coraz mocniej do świadomości konsumentów i zaznacza swoją obecność w kolejnych obszarach biznesu. Polska nie należy jednak obecnie do państw mogących pochwalić się prognozowaną w ostatnich latach dynamiką rozwoju e-mobilności. Przyczyn takiej sytuacji jest wiele i dotyczą one różnych aspektów, na elementarnym wręcz poziomie. Trudno spodziewać się, że sytuacja ta ulegnie radykalnej zmianie już w najbliższym czasie. Liczby nie pozostawiają bowiem złudzeń. Jak wynika z raportu „Elektromobilność w Polsce 2019”, przygotowanego na podstawie danych pochodzących z badania, przeprowadzonego przez firmę szkoleniową Nowe Motywacje, pod patronatem Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych PSPA oraz Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, brak jest przede wszystkim wielu podstawowych elementów przekonujących do nabywania i użytkowania samochód elektrycznych oraz wiedzy i odpowiedniego przeszkolenia na poziomie salonów sprzedaży, a także autoryzowanych stacji obsługi. Z jakimi wyzwaniami trzeba będzie się zmierzyć i co powinni zrobić beneficjenci trendu elektromobilności – szczególnie chcący sprzedawać i serwisować samochody elektryczne w Polsce, by trend e-mobilności zaczął rozwijać się dynamicznie?

Polska rzeczywistość elektromobilna

Jak wynika z danych SAMAR, pod koniec września 2019, z niemal 21 milionów samochodów o dopuszczalnej masie całkowitej do 3,5 tony, poruszających się po polskich drogach, pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły zaledwie 0,02%, czyli ich liczba wynosiła niespełna 4400 sztuk.

Przyczyn, tak małej liczby samochodów elektrycznych w Polsce, jest jednak bardzo dużo. Należą do nich niewątpliwie:

  • ograniczona jeszcze oferta i dostępność pojazdów elektrycznych z różnych segmentów;
  • wysokie ceny zakupu i nieobowiązujące jeszcze, bo niedawno uchwalonego, rozporządzenie dotyczące dofinansowania[1];
  • brak wystarczającej publicznej infrastruktury niezbędnej do szybkiego ładowania na terenie całego kraju – aktualnie dostępnych jest około 900 stacji ładowania[2];
  • brak ogólnokrajowego katalogu zachęt i ograniczone zachęty lokalne;
  • zbyt wolno rosnąca świadomość użytkowników i nabywców, związana z korzyściami płynącymi z użytkowania pojazdów elektrycznych, zarówno dla nich, jak i dla środowiska naturalnego;
  • ograniczony poziom wiedzy doradców handlowych oraz serwisowych, którzy odpowiadać mają za sprzedaż i obsługę aut elektrycznych.
Na rynku polskim notujemy stale rosnącą liczbę rejestrowanych samochodów elektrycznych. Niestety, w stosunku do obecnego parku, liczba ta jest wciąż niewielka. Główną przeszkodą jest nie tylko ograniczona infrastruktura, ale przede wszystkim cena takich pojazdów i brak wsparcia finansowego na odpowiednim poziomie, które na innych rynkach odgrywa istotną rolę. Sytuacja będzie się jednak zmieniać. Polska podda się ogólnym trendom. Zmiany wymuszą nie tylko przepisy tworzone na poziomie europejskim, ale także zmiana struktury oferty producentów oraz zapowiedziana już poprawa w zakresie dostępnej infrastruktury ładowania. W życie wejdą również przepisy umożliwiające wsparcie finansowe dla osób kupujących samochody elektryczne. I chociaż zapowiedziane dopłaty nie obejmą wszystkich zainteresowanych podmiotów oraz wszystkich pojazdów, to jednak ich pozytywny wpływ będzie widoczny.

Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR

Salony i serwisy „bez energii” i wiedzy niezbędnej do sprzedaży oraz napraw elektryków

Warto przyjrzeć się bliżej niezwykle istotnemu obszarowi, ograniczającemu rozwój elektromobilności w Polsce, jakim jest dostęp do rzetelnych informacji oraz wsparcia ze strony kompetentnych doradców sprzedających, serwisujących i naprawiających samochody elektryczne. Jak wynika z danych uzyskanych podczas badania przeprowadzonego przez firmę szkoleniową Nowe Motywacje, potencjalni nabywcy tego typu pojazdów nie mogą liczyć na uzyskanie interesujących ich informacji od większości doradców handlowych, zatrudnionych w salonach sprzedaży oraz serwisach, którzy to powinni być jednymi z najlepiej obecnie „doinformowanych”. Rzeczywistość nie pozostawia jednak złudzeń i po zebraniu oraz przeanalizowaniu informacji, pozyskanych podczas wizyt w 54 wybranych salonach sprzedaży oraz 53 serwisach można stwierdzić, że Polska, również w tym obszarze, nie jest jeszcze gotowa na elektromobilność.

Z informacji zawartych w raporcie „Elektromobilność w Polsce 2019”, przygotowanym na podstawie danych pochodzących z tego badania wynika, że przeciętny Polak planujący nabycie samochodu elektrycznego i udający się do salonu sprzedaży, musi być przygotowany na to, że:

  • większość salonów sprzedaży wprowadzi do swojej oferty modele elektryczne dopiero na początku lub w trakcie 2020 roku, zatem nie da się ich jeszcze obejrzeć w salonie;
  • same salony nie są jeszcze przygotowane na wystawianie samochodów elektrycznych i nie posiadają odpowiedniej infrastruktury np. miejsca na zainstalowanie stacji ładowania;
  • zatrudnieni doradcy mają bardzo zróżnicowany poziom wiedzy oraz umiejętności jej przekazywania, jak również osobistego przekonania co do zalet pojazdów elektrycznych, dlatego nie zawsze są rzetelnym głosem wspomagającym w podjęciu odpowiedniej decyzji;
  • większość doradców jeszcze nie uczestniczyła w programach rozwojowych podnoszących ich wiedzę w obszarze elektromobilności i umiejętności sprzedaży samochodów elektrycznych;
  • bardzo często w salonach i serwisach brak jest katalogów, ulotek, banerów czy reklam dotyczących aut elektrycznych;
  • w przypadku braku aktualnej dostępności pojazdów elektrycznych zaproponowane mogą zostać modele hybrydowe.

Dostępne informacje i liczby uświadamiają nam, że potencjalni nabywcy oraz użytkownicy samochodów napędzanych energią elektryczną w Polsce muszą być prawdziwymi miłośnikami, lubiącymi samodzielnie zdobywać niezbędne informacje, mającymi całkiem zasobne portfele oraz czas, cierpliwość i zmysł sprawnego planowania, a także wewnętrzny „power”, by móc czerpać korzyści z użytkowania pojazdu na baterie. Dzieje się tak niestety z powodu szeregu przeszkód i ograniczeń stojących na drodze do rozwoju elektromobilności w Polsce. Liczby, obrazujące poszczególne zjawiska nie tylko nie napawają optymizmem, ale też nie pozwalają sądzić, że sytuacja zmieni się niebawem diametralnie. Ciężko jest dyskutować z obecną rzeczywistością, choć jak pokazują ostatnie dekady dynamicznego rozwoju technologii, ważne dla gospodarki oraz konsumentów trendy, potrafią nagle nabierać niewyobrażalnego wręcz tempa i w bardzo krótkim czasie zdominować rynek. I na taki scenariusz, dotyczący e-mobilności trzeba być przygotowanym odpowiednio wcześnie – mówi Andrzej Trutkowski, Dyrektor Merytoryczny ds. Jakości, Senior Trener i Konsultant w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie doradcy klienta są odpowiedzialni za skuteczną sprzedaż i to od nich, posiadanej przez nich wiedzy i umiejętności odpowiadania na pytania oraz potrzeby klientów, zależy to czy faktycznie dojdzie do zakupu, czy nabywca rozmyśli się z jakiegoś powodu, niewystarczające ich przygotowanie merytoryczne ma i będzie mieć ogromy wpływ na decyzje zakupowe nabywców. Mówimy bowiem o sprzedaży samochodów, które nie są jeszcze powszechnie znane, posiadają odmienne cechy związane z użytkowaniem i zupełnie inne właściwości jezdne, niż samochody napędzane silnikami spalinowymi.

Salonowa rzeczywistość e-mobilna – liczby mówią same za siebie

W salonach wybranych marek, oferujących samochody elektryczne, które w październiku bieżącego roku odwiedzili „Tajemniczy Klienci” wynika, że zaledwie niespełna 41% doradców posiada wiedzę na temat kryteriów przemawiających za zakupem auta elektrycznego na podstawie przedstawionych im potrzeb nabywcy, a niemal 39% może podzielić się informacjami, dotyczącymi zachęt finansowych dla nabywców elektryków. Tylko trochę ponad 31% sprzedawców może pochwalić się wiedzą na temat regionalnej infrastruktury niezbędnej do ładowania baterii, a ponad 46% zna przywileje, jakie przysługują obecnie posiadaczom i użytkownikom elektryków. Niemal 52% może podzielić się z potencjalnymi klientami informacjami dotyczącymi ekonomicznych aspektów użytkowania samochodów elektrycznych, a ponad 57% byłoby w stanie doradzić nabywcy jak miałby się zachować w przypadku rozładowania baterii lub awarii. Ponad 55% doradców znało ofertę elektryków danej marki/dealera, jednak większość z nich nie mogła zaprezentować konkretnych modeli, ponieważ albo nie są one jeszcze dostępne, albo nie znajdują się w salonie. Zaledwie niespełna 27% wie, jak sprzedawać samochody elektryczne, a niemal 56% jest osobiście przekonana do oferty aut elektrycznych sprzedawanej marki oraz płynących z tego korzyści.

Polacy w coraz większym stopniu są gotowi na elektromobilność, ale czy to samo można powiedzieć o pracownikach salonów samochodowych, mających często bezpośredni kontakt z klientem? To właśnie od doradców handlowych zależy w znacznym stopniu podjęcie decyzji konsumenta o wyborze konkretnego środka transportu. Ma to szczególne znaczenie w przypadku modeli zeroemisyjnych, które dla wielu kierowców stanowią zupełną nowość. Pracownicy polskich salonów oraz serwisów mają zatem wpływ na popularyzację elektromobilności, przekonując obecnych i potencjalnych klientów do zalet zrównoważonego transportu. W tym kontekście, niezwykle ważne jest badanie poziomu ich wiedzy i przeprowadzanie cyklicznych szkoleń w tym zakresie – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

W ASO również nie najlepiej

Według uzyskanych, podczas badania zrealizowanego przez Nowe Motywacje, informacji okazało się, że zaledwie 30% serwisów miało dotychczas okazję dokonywać napraw samochodów elektrycznych, zaś ponad 57% zatrudnionych w nich doradców nie jest nawet przekonana do elektryków, które serwisują. Niewiele ponad 35% doradców serwisowych, z przebadanych 53 autoryzowanych serwisów obsługi, posiada wiedzę na temat zasad dotyczących wykonywania przeglądów i serwisowania aut elektrycznych, zaś niespełna 28% może powiedzieć wiele na temat technicznych aspektów ich użytkowania i awaryjności. Znacznie lepiej jest jednak w przypadku posiadania informacji dotyczących ekonomicznych aspektów serwisowania pojazdów napędzanych energią. Zna je niemal 63% doradców. Niestety dla ponad 57% temat gwarancji, dotyczącej baterii w autach elektrycznych, nadal jest tajemnicą, a zagadnienia związane z ich żywotnością są nieznane ponad 61% doradców. Ich większość, bo aż niemal 54% może podzielić się natomiast wiedzą dotyczącą zasad prawidłowej eksploatacji elektryków. Niemal 41% posiada informacje na temat ładowania baterii, a ponad 57% na temat sposobów, w jakie można to robić. Ponad 42% może udzielić informacji na temat zużycia energii przez elektryki w różnych porach roku, a 48% wytłumaczy również co należy zrobić w przypadku awarii lub rozładowania. Ponad 57% nie wiedziałoby natomiast jak wyglądają kwestie bezpieczeństwa w przypadku użytkowania pojazdów elektrycznych. 48% nie posiada również wiedzy na temat sieci punktów naprawy elektryków danej marki.

Powyższe dane, choć pochodzą zarówno z serwisów i salonów posiadających już w swojej ofercie samochody elektryczne i tych, które dopiero będą je oferować nie są pozytywne i pokazują ogromne uchybienia merytoryczne oraz kompetencyjne. Braki w obszarze rzetelnej i kompleksowej wiedzy, w liczbie przeszkolonych już doradców, a nawet dostępnej oferty powodują, że patrząc na rzeczywistość ciężko jest obecnie odnosić się do prognoz i oczekiwań względem rozwoju elektromobilności w Polsce. Rozwój ten bowiem niesie ze sobą nowe ryzyka, ale i szanse, z których już teraz zdają sobie sprawę np. koncerny samochodowe. Rozumieją one, że tylko odpowiednio wczesne działania mogą doprowadzić je do sukcesu na tym, dopiero „klarującym” się rynku i inwestycja w rozwój technologii oraz kadr będzie mieć w tym obszarze kluczowe znaczenie. Konieczności rozwoju i edukacji zarówno klientów, jak i samych doradców nie dostrzegają jednak dystrybutorzy i sprzedawcy samochodów elektrycznych, którzy w oczekiwaniu na eksplozję trendu, odkładają na później uzupełnianie kluczowych kompetencji pracowników, którzy w największym stopniu mają przysłużyć się jego rozwojowi poprzez skuteczną sprzedaż i przekonywanie klientów do korzyści płynących z posiadania i użytkowania aut napędzanych bateriami dodaje Andrzej Trutkowski, z firmy szkoleniowej Nowe Motywacje.

Treść pełnego raportu „Elektromobilność w Polsce 2019” dostępna jest na stronie: https://nowemotywacje.pl/elektromobilnosc-w-polsce/

Informacje o badaniu:

Badanie zostało zrealizowane przez 15 ankieterów/badaczy, podczas wizyt w 54 salonach dealerskich lub salonach sprzedaży i 53 autoryzowanych serwisach 8 marek (Citroën, Hyundai, Kia, Opel, Peugeot, Renault, Škoda, VW), zlokalizowanych w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Swarzędzu, Gnieźnie, Szczecinie i Zielonej Górze, które deklarują dostępność samochodów elektrycznych w swojej ofercie. Badanie zostało przeprowadzone w październiku 2019 roku w formie Tajemniczego Klienta i polegało na kompleksowej rozmowie z doradcą handlowym oraz doradcą serwisowym, prowadzonej zgodnie ze scenariuszem i dotyczącej możliwości nabycia, użytkowania i serwisowania aut elektrycznych. Pytania były skupione zarówno na aspektach jakościowych jak i na odczuciach rozmówcy, kompleksowości wypowiedzi, płynności przekazu, zachowaniach poszczególnych doradców, źródeł, z których korzystają oraz obserwowanych kompetencjach miękkich. Celem badania było zdiagnozowanie zakresu wiedzy o elektromobilności na poziomie doradców pracujących w salonie i serwisie – ich przygotowanie do obsługi klienta oraz zweryfikowanie dostępnej infrastruktury, a także dostępności materiałów informacyjnych oraz reklam, dotyczących oferowanych samochodów elektrycznych.

[1] https://www.gov.pl/web/energia/rozporzadzenie-w-sprawie-wsparcia-dla-osob-fizycznych-w-ramach-fundusz-niskoemisyjnego-transportu-podpisane

[2] http://pspa.com.pl/

Raport został przygotowany pod patronatem: Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych PSPA

Ekorewolucja w natarciu – czy polska branża gastronomiczna jest na nią gotowa?

Polska branża gastronomiczna staje się coraz bardziej eko. Plastikowe opakowania powoli ustępują miejsca bardziej przyjaznym dla środowiska rozwiązaniom. Rewolucja jest nieunikniona, jednak na powszechne zmiany przyjdzie nam trochę poczekać.

Unia Europejska wypowiada wojnę plastikowi. Już w 2021 r. z obrotu znikną m.in. plastikowe naczynia, sztućce i słomki jednorazowego użytku. Oznacza to zwrot w działalności nie tylko dla producentów tego typu produktów. Nowe przepisy odczują także właściciele lokali gastronomicznych i zwykli konsumenci, których czeka zmiana sposobu myślenia i przyzwyczajeń. A to dopiero początek europejskiej walki z nadprodukcją tworzyw sztucznych, których odpady mają katastrofalne skutki dla środowiska naturalnego.

Opakowania z recyklingu i mikroelektrownie

Na fali proekologicznych postulatów wiele firm na własną rękę zaczyna ograniczać zużycie plastiku. W lokalach ogólnopolskiej sieci spaghetterii Makarun dania można na przykład zjeść z biodegradowalnej miseczki, która na stałe zagościła w restauracjach i cieszy się sporym powodzeniem.

Istnieją także restauracje, dla których ekologia jest siłą napędową wszelkich działań. Należy do nich sieć Mihiderka, serwująca wegańskie potrawy, m.in. roślinne burgery. Już sam fakt pozbycia się z menu mięsa pozwala zmniejszyć emisję CO2, metanu oraz zużycie wody pitnej, wykorzystywanej do hodowli zwierząt. Do tego dochodzą opakowania, boxy do burgerów oraz kubki do napojów na wynos wykonane m.in. z papieru pochodzącego z recyklingu czy PLA – tzw. bioplastiku, wytwarzanego na bazie roślin. W każdym lokalu spotkamy także szklane butelki, czy papierowe torby na wynos. Mihiderka poszła nawet o krok dalej – ich kuchnia centralna jest zasilana prądem z własnej mikroelektrowni fotowoltaicznej o mocy 42 kWp – co w przeliczeniu rocznym oznacza o 24-26 ton mniejszą emisję CO2.

– Staramy się nie marnować zasobów naszej planety bez potrzeby. Oczywiście, że nie jest obecnie możliwe doprowadzenie do sytuacji, w której nasz wpływ na środowisko będzie zerowy, jednak to co robimy, z pewnością przyczynia się do ograniczenia zanieczyszczeń. Niemniej jednak, to od konsumentów zależy najwięcej. Obecnie bowiem produkty proekologiczne są droższe od zwykłych, a to nasi goście swoimi pieniędzmi potwierdzają trafność naszych propozycji. Dlatego ogromnie ważna jest też ogólna edukacja całego społeczeństwa w tym zakresie – zwraca uwagę Marcin Krysiński, współzałożyciel Mihiderki.

Nie takie eko proste

Biodegradowalne opakowania produkowane są najczęściej z pulpy celulozowej, bambusa, trzciny cukrowej czy tzw. bioplastiku uzyskiwanego ze skrobii kukurydzianej. Ich podstawową zaletą jest fakt, że szybko ulegają całkowitemu rozkładowi, a obecna technologia czyni je równie funkcjonalnymi co plastik.

Te rozwiązania, oprócz restauracji, zaczynają stosować także firmy oferujące catering dietetyczny, dla których dobre opakowanie to gwarancja tego, że klient otrzyma swój posiłek w nienaruszonym stanie. Obecnie ok. 20 firm w Polsce daje możliwość zakupu diety w ekologicznych pudełkach. W zdecydowanej większości przypadków klienci za bycie eko muszą jednak dopłacić – od 5 do nawet 10 zł dziennie, co stanowi od 10 do 20% wartości usługi. A do tego polscy konsumenci nie są do końca przekonani.

– Biodegradowalne opakowania są droższe niż plastik, dlatego w rzeczywistości niewiele osób decyduje się na ich zakup. W naszym codziennym życiu dbanie o środowisko często kończy się tam, gdzie zaczynają domowe finanse – zwraca uwagę Łukasz Sot, współwłaściciel Cateromarket.pl, serwisu do zamawiania diet pudełkowych online. – Warto także pochylić się nad drugą istotną sprawą. Fakt, że jakiś materiał jest biodegradowalny nie musi oznaczać, że jest także przyjazny dla środowiska. Weźmy na przykład trzcinę cukrową czy papier, które WWF zalicza do tzw. surowców wrażliwych. Ich produkcja na masową skalę przyczynia się do wylesiania ogromnych terenów ziemi, a co z tym idzie, postępujących zmian klimatycznych.

Specjaliści z branży zwracają więc uwagę, że jeśli chcemy zainwestować w ekologiczne rozwiązania, warto robić to z głową. W tym kontekście ważnymi wyznacznikami są certyfikaty, które gwarantują, że dany materiał został pozyskany z odpowiedzialnego źródła. W przypadku trzciny cukrowej jest to Bonsucro, a drewna – FSC Forests for All Forever. Dobrym rozwiązaniem są także tworzywa pochodzące z recyklingu – np. papier.

Łukasz Sot
Łukasz Sot z Cateromarket.pl

– Jeśli myślimy o przyszłości naszej planety, trzeba brać pod uwagę także skutki, jakie może przynieść masowe przerzucenie się z plastiku na naturalne materiały. Już teraz mówi się o ogromnych wycinkach lasów pod uprawę różnych roślin, w wyniku których niszczone są nie tylko drzewa, ale także wiele gatunków zwierząt. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że plastik powinien zniknąć, jednak warto dołożyć wszelkich starań, aby jeden problem nie został zastąpiony kolejnym – podsumowuje Łukasz Sot z Cateromarket.pl.

Jak nie pogubić się w tym gąszczu przekonań i sprzecznych doniesień? Zdaniem Łukasza Sota wszystkim przydałaby się solidna lekcja ekologii, dzięki której moglibyśmy spojrzeć na problem z perspektywy globalnej. Edukacja powinna dotyczyć także konsumentów, bo tylko oni są w stanie sprawić, by prawdziwie bezpieczne, biodegradowalne opakowania nie były jedynie ciekawostką, a stały się naszą codziennością.

Trendy w zarzadzaniu aplikacjami na 2020

W 2019 r. wdrożenia w środowiskach multi-cloud zaczęły wchodzić do mainstreamu, a metodologie DevOps wywierały coraz większy wpływ na strategie biznesowe. Co dalej?

W 2020 roku więcej organizacji zdecyduje się podjąć rzeczywiste kroki w kierunku cyfryzacji. Coraz więcej managerów biznesowych będzie angażować się w decyzje dotyczące aplikacji, które służą zdobyciu przewagi konkurencyjnej na rynku i zapewnienie wyjątkowego doświadczenia klienta.

Spodziewamy się, że powstanie nowa generacja aplikacji. Będzie wspierała skalowalność i ekspansję nowych, cyfrowych modeli biznesowych. Będzie też wykorzystywała natywną dla chmury infrastrukturę i zapewniała automatyzację dzięki rozwojowi oprogramowania.

Wzrośnie rola sztucznej inteligencji, szczególnie przy wykorzystaniu bardziej zaawansowanych platform aplikacyjnych, telemetrii, analizy danych i technologii maszynowego uczenia. Usługi aplikacyjne będą miały możliwość wysyłania danych telemetrycznych i wykonywania działań na podstawie informacji uzyskanych z analizy opartej na sztucznej inteligencji.

Spodziewamy się, że rozproszone usługi aplikacyjne poprawią wydajność, bezpieczeństwo, operacyjność i zdolność adaptacji bez angażowania znacznych zasobów programistycznych.

Aplikacje stały się dla firm głównym kanałem opracowywania oraz dostarczania dóbr i usług – najważniejszym zasobem nowoczesnych przedsiębiorstw. Dla efektywnego zarządzania kapitałem aplikacji, organizacje coraz częściej będą budować strategie obejmujące sposób budowania aplikacji, ich pozyskiwania, wdrażania, zarządzania nimi, ochrony i usuwania.

Rok 2020 przyniesie rozwój kultury DevOps w organizacjach – nastąpi mariaż teorii z najlepszymi praktykami. Tradycyjne jednofunkcyjne zespoły pozostają w tyle za swoimi nowocześniejszymi, napędzanymi metodologią DevOps odpowiednikami, które znacznie lepiej radzą sobie z pipeline’m automatyzacji. Zespoły współpracujące mogą promować standaryzację w narzędziach, które odpowiadają zarówno za dostawę, jak i wdrożenia (np. Jenkins i GitHub/GitLab), ponieważ metodologia DevOps nie powinna zatrzymywać się jedynie na dostarczaniu. Funkcje wdrażania (zgodne z kompleksowym pipeline’m narzędzi i usług aplikacyjnych) powinny być zautomatyzowane. To się może wydarzyć w organizacjach, które zmienią kulturę na DevOps.

Centra danych w 2020 będą ewoluowały. Na początku 2019 roku, dyrektor IDC powiedział partnerom na konferencji IGEL Disrupt, że ponad 80% firm, które przepytano, przewidywało przesunięcie obciążenia z chmury publicznej. Firmy będą wykorzystywały możliwości związane z przenoszeniem obciążenia, które obejmują poprawę dostępności narzędzi operacyjnych opartych na multi-cloud oraz nacisk na architektury aplikacyjne (oparte z kolei na bardziej przenośnych technologiach, jak kontenery).

Wyzwania ochrony aplikacji

Zgodnie z F5 Labs, język po stronie serwera PHP – używany od 2013 r. przez co najmniej 80% stron internetowych – będzie dostarczał hakerom łatwych celów. Świadomość tych uwarunkowań jest konieczna dla radzenia sobie zarówno z podatnościami, jak zagrożeniami.

Biznes zdaje sobie także sprawę, że aplikacje obejmują więcej niż tylko kod, który wykonują. Trzeba zwracać uwagę na wszystko, co je wprawia w ruch, włącznie z architekturą, konfiguracją, innymi zasobami, które są podłączone oraz użytkownikami.

W 2020 potrzebne będą programy bezpieczeństwa oparte na ryzyku zamiast na pozornie sprawdzonych rozwiązaniach czy na listach kontrolnych. Organizacje będą dostosowywać mechanizmy kontrolne do zagrożeń, z którymi rzeczywiście się stykają. Pierwszym krokiem w każdej ocenie ryzyka będzie merytoryczny (i ciągły) proces inwentaryzacji.

API – interfejsy oprogramowania aplikacji mogą przekształcać modele biznesowe i bezpośrednio generować przychody. Cyberprzestępcy to wiedzą. W 2020, siłą rzeczy organizacje mocniej niż zwykle skupią się na warstwie API, szczególnie jeśli chodzi o zabezpieczania dostępu do funkcji biznesowych, które oferują. Jednym z problemów pozostaną zbyt szerokie uprawnienia, które oznaczają, że ataki poprzez API mogą dać przestępcom wgląd we wszystko w ramach infrastruktury aplikacji. Wywołania API są również podatne na zwykłe sieciowe zapytania-pułapki, a widoczność (świadomość sytuacyjna) API na niskim poziomie – co będzie wymagało poprawy.

Organizacje docenią i będą wspierać się implementowaniem ochrony API bezpośrednio w aplikacji lub (nawet lepiej) w bramce API, która następnie chroni API z jego funkcjami jak limitowanie zapytań (aby zapobiec atakom typu odmowa usługi) i autoryzacji. Dzięki temu funkcja uwierzytelnianie zawęża dostęp do API. Umożliwia dostęp do specyficznych zapytań tylko wybranym klientom, zwykle identyfikowanym przy pomocy tokenów albo kluczy API. Wzrost zainteresowania ochroną na poziomie bramki API będziemy też zawdzięczać temu, że można nią ograniczyć stosowane metody http oraz rejestrować próby logowania służące nadużywaniu innych metod, dzięki czemu rośnie świadomość przypuszczanych ataków.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Kurs funta po wyborach – możliwe scenariusze

Obywatele Królestwa zagłosują w przedterminowych wyborach parlamentarnych, które mają przełamać brexitowy impas. Premier Boris Johnson obiecał, że jeśli wygra jego partia, to brexit nastąpi z końcem przyszłego miesiąca. Wielu obserwatorów nie wierzy jednak w taki scenariusz po przegranej walce premier May. GBP jest mocno wrażliwy na każde doniesienia dotyczące sondaży dotyczących wyników wyborów. Dzieje się tak dlatego, że to właśnie od tego, jak zagłosują Brytyjczycy, w dużej mierze zależy, czy zobaczymy w końcu zakończenie brexitowej sagi.

– Funt jest niżej, gdyż inwestorzy kupujący walutę w ostatnich dniach w nadziei na łatwą wygraną torysów, teraz mają wątpliwości. Nie wszystko jest jednak stracone. Boris Johnson może być nawet zadowolony z sondażu, gdyż może on zapewnić mobilizację wyborców Partii Konserwatywnej, którzy nie zamierzali iść do urn, licząc na pewną wygraną BoJo. Rajd funta może wrócić, dodatkowo wspierany odwijaniem transakcji zabezpieczających, na które od wczoraj pojawił się świeży popyt – tłumaczy Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers.

Funt wrażliwy na doniesienia sondaży

Szterling w relacji do dolara amerykańskiego jest na fali wzrostowej od początku września. Rynek zdołał już mocno zdyskontować wygraną Partii Konserwatywnej, na której czele stoi Boris Johnson. Nie oznacza to jednak, że jeszcze po ogłoszeniu wyników funt nie będzie zyskiwać. Wtorkowy sondaż firmy YouGov pokazał przewagę torysów, która jednak skurczyła się w porównaniu do poprzedniego badania. Ostatnie szacunki wskazują, że Johnson może oczekiwać 28 głosów przewagi. Poprzednio było to aż 68. Nerwowość na rynku jest uzasadniona, bowiem YouGov przyzwyczaił, że dostarcza predykcji o dużym stopniu dokładności. Widać, że na funcie pojawiła się lekka niepewność. Niższe poziomy GBP/USD mogą być jednak wykorzystywane przez inwestorów jako atrakcyjne, czego efektem może być kolejny impuls wzrostowy na parze walutowej.

Co oznacza dla rynku wygrana Borisa Johnsona?

Uzyskanie przez konserwatystów samodzielnej większości (przewaga przynajmniej 7 pkt proc. nad laburzystami) będzie miało kilka następstw. Po pierwsze, Boris Johnson ponownie zostanie premierem na Wyspach. Po drugie – umowa brexitowa zostanie poparta przez wszystkich kandydatów z Partii Konserwatywnej. W ten sposób nowy-stary premier będzie mógł działać sprawniej, co zwiększa szansę na szybszą ratyfikację porozumienia. Wówczas data 31 stycznia 2020 roku przeszłaby do historii jako oficjalny dzień wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wielomiesięczna saga zostałaby teoretycznie zakończona. Efektem tego mógłby być przysłowiowy rajd ulgi na rynku funta, czyli dalsza, dynamiczna aprecjacja waluty.

Okres przejściowy, definiowany jako czas do końca 2020 roku, zostanie prawdopodobnie wydłużony. Bruksela oraz Londyn będą potrzebować więcej czasu, by porozumieć się i ustalić wzajemne relacje. Tego typu negocjacje to proces, który może potrwać nawet kilka lat.

Co jeśli konserwatyści nie uzyskają samodzielnej większości?

Brak zdobycia większości implikuje sprawę fundamentalną: partia Jonsona raczej nie będzie w stanie spełnić obietnicy brexitu. Konserwatyści nie są nawet w stanie stworzyć koalicji z żadnym ugrupowaniem, które uzyska dostęp do Izby Gmin. Możliwe byłoby wówczas, że Partia Pracy dogada się z mniejszymi ugrupowaniami: Szkocką Partią Narodową oraz Liberalnymi Demokratami (LD). W rezultacie szeroka koalicja opozycji mogłaby zacząć rządzić.

Obie mniejsze partie w sprawie brexitu popierają pomysł Corbyna (lidera Partii Pracy), polegający na renegocjowaniu porozumienia oraz rozpisaniu ponownego referendum. Efektem tego byłoby przesunięcie w czasie terminu wyjścia Brytyjczyków z Unii. Taki scenariusz będzie negatywny dla funta w krótkim terminie, ponieważ saga brexitu się wydłuży. W długim horyzoncie funt może jednak zyskiwać, bo nowe referendum to także prawdopodobieństwo, że do wyjścia Wielkiej Brytanii z UE w ogóle nie dojdzie.

Kolejny negatywny scenariusz dla funta

Inny możliwy scenariusz to taki, w którym żadne z ugrupowań nie zdobywa większości 320 głosów, niezbędnych do stworzenia rządu. Partia DUP (północnoirlandzcy unioniści, koalicjanci konserwatystów w poprzedniej kadencji) niechętnie bowiem podchodzi do współpracy z Borisem Johnsonem, nieprzychylnie patrząc na warunki wynegocjowanej przez niego umowy. Partia ta również nie wejdzie w porozumienie z Corbynem, ze względu na to, że lider Partii Pracy powiązany jest z irlandzkimi republikanami.

Ekspert TMS podsumowuje: – Taki przebieg wydarzeń wymusiłby rozpisanie kolejnych wyborów, a w konsekwencji spowodowałby odroczenie terminu brexitu. Rynek z pewnością nie uznałby tych informacji za pozytywne. Odpływ kapitału z GBP i spadek wartości funta byłby tego naturalnym następstwem.

Wzrost globalnego zapotrzebowania na energię zagrożeniem dla porozumienia klimatycznego

Capgemini opublikowało 21. edycję corocznego sprawozdania World Energy Markets Observatory (WEMO), stworzonego we współpracy z De Pardieu Brocas Maffei i Vaasa ETT. Wyniki wskazują, że globalne zapotrzebowanie na energię i emisje gazów cieplarnianych (GHG) wzrosły w 2018 r., zagrażając ustaleniom porozumienia paryskiego.

Pomimo ciągłego wzrostu na rynku odnawialnych źródeł energii, oraz spadku ich kosztów, to jednak nadal węgiel, ropa naftowa i gaz pozostają podstawą rosnącego zużycia energii. Transformacja energetyczna jest również zagrożona napięciami geopolitycznymi i handlowymi oraz spadającym poziomem inwestycji w czystą energię. Patrząc obiektywnie na te zjawiska, prawdopodobnie bez zdecydowanych działań, które wykroczą poza istniejącą politykę transformacji energetycznej, świat najprawdopodobniej nie osiągnie celów porozumienia paryskiego.

Rosnące ilości gazów zagrożeniem dla celów porozumienia klimatycznego

Wysiłki na rzecz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych (Green House Gases) utknęły w 2018 roku, przy wzroście emisji o 2% w porównaniu z 1,6% wzrostem z 2017 roku i brakiem wzrostu w Europie w latach 2014-2016. Emisja gazów cieplarnianych wzrosła w Chinach o 2,3%, w USA o 3,4%, a w Indiach o 6,4%. Wzrost ten był spowodowany rosnącym zużyciem energii, które w 2018 roku wzrosło na całym świecie o 2,3%, czyli prawie dwukrotnie więcej, niż średnia roczna stopa wzrostu od 2010 roku. Prawie 75% tego wzrostu napędzała konsumpcja ropy naftowej, gazu i węgla, najwyższa od 2013 roku. Na całym świecie nastąpił 4% wzrost zużycia węgla, przy znacznym wzroście produkcji energii z wykorzystaniem węgla.

Najszybciej rozwijającym się segmentem pozostają odnawialne źródła energii

Jednocześnie odnawialne źródła energii zachowały swój status najszybciej rozwijającego się źródła energii na świecie – 14,5% w 2018 roku. Odnawialne źródła energii nadal stają się tańsze, przy czym koszt energii elektrycznej wytwarzanej przez energię słoneczną, fotowoltaiczną i lądową energię wiatrową spada o 13%, a koszt energii wytwarzanej przez morską energię wiatrową o 1%.
Jednak inwestycje w czystą energię maleją. W pierwszej połowie 2019 roku wyniosły one 217,6 mld dolarów, czyli o 14% mniej niż w tym samym okresie 2018 roku. Inwestycje w Chinach gwałtownie spadły, o 39%, a w USA (6%) i w Europie (4%) – bardziej umiarkowanie. Natomiast w Indiach wzrósł on o 10% do 5,9 mld dolarów.

Do 2040 roku nie przewiduje się uprzemysłowienia żadnych przełomowych rozwiązań

Koszty energii odnawialnej nadal spadają, ale koszty związane z adaptacją technologii, przerwami w dystrybucji, między innymi związanymi z sezonowością, uniemożliwiają obecnie, aby technologie te były zdecydowanie bardziej popularne niż większość innych źródeł wytwarzania energii elektrycznej.
W perspektywie 2040 roku nie przewiduje się uprzemysłowienia żadnych przełomowych rozwiązań technicznych związanych z energią. Jednak dąży się do poprawy istniejących technologii, a co za tym idzie do obniżenia kosztów energii ze źródeł odnawialnych, baterii elektrycznych, pojazdów elektrycznych i małych modułowych reaktorów jądrowych. Ponadto, rozbudowane zostaną również hybrydowe gospodarstwa rolne, wykorzystujące odnawialne źródła energii.

Europa przewodzi marszowi w kierunku niskiej emisji dwutlenku węgla

Europa okazuje się jak dotąd najbardziej skutecznym regionem w walce ze zmianami klimatycznymi i we wdrażaniu transformacji energetycznej. Wzrost zapotrzebowania na energię w regionie europejskim był znacznie niższy niż w pozostałych częściach świata, a w 2018 roku wzrósł jedynie o 0,2% w porównaniu z globalnym poziomem 2,3%. Niemcy przodują w tej dziedzinie, odnotowując spadek popytu o 2,2%.
Europa jest na dobrej drodze do osiągnięcia dwóch z trzech podstawowych celów klimatycznych wyznaczonych przez UE na 2020 rok, czyli ograniczenia emisji gazów cieplarnianych o 20% w porównaniu z 1990 rokiem oraz zapewnienia udziału energii ze źródeł odnawialnych w zużyciu energii na poziomie co najmniej 20%. Rządy krajowe potwierdziły ostatnio plany redukcji emisji dwutlenku węgla. Francja zobowiązała się, aby do 2022 roku zaprzestać wytwarzania energii elektrycznej z węgla i do 2035 roku wytwarzać 50% energii elektrycznej z energii jądrowej. A Niemcy planują, aby do 2038 roku wyłączyć wszystkie elektrownie węglowe, które w ubiegłym roku stanowiły 37% produkcji energii elektrycznej. Jednak wyzwania na rok 2030 i kolejne lata pozostają trudne do zrealizowania.

Napięcia geopolityczne i problemy energetyczne są coraz bardziej ze sobą powiązane

Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Chiny, wykorzystały swoją rosnącą dominację na rynku energii na swoją korzyść w dziedzinie geopolityki. W przypadku Stanów Zjednoczonych wzrost wydobycia łupków pozwolił im przełamać zależność od Bliskiego Wschodu. Do 2025 roku ma stanowić ponad połowę światowego wzrostu wydobycia ropy naftowej i gazu (odpowiednio 75% i 40%). Chiny produkują 95% surowców i metali ziem rzadkich, które są niezbędne do przyspieszenia transformacji energetycznej, co stanowi o ich strategicznej przewadze.

Chiny i Indie, gigantyczni konsumenci i emitenci CO2, mają bardzo różne pozycje na rynkach energetycznych

Chiny ugruntowały swoją pozycję lidera rynku energetycznego, na którym energia jest dostarczana wszystkim mieszkańcom, z rozwojem elektrowni opalanych węglem, z 70% udziałem w rynku światowym. Chiny są liderem w dostarczaniu większości technologii (takich jak paliwa kopalne, odnawialne źródła energii i magazynowanie energii: 7 z 10 największych światowych dostawców sprzętu to Chińczycy). Choć rozpowszechniają tanie panele słoneczne, w raporcie podkreślono, że wkrótce Chiny mogą również stać się liderem w dziedzinie technologii jądrowej. Chiny są też odpowiedzialne za pokrycie 95% światowego zapotrzebowania na metale ziem rzadkich stosowane w zaawansowanych technologicznie rozwiązaniach.
W Indiach kwestia ta jest bardziej skoncentrowana na dostarczaniu energii elektrycznej dla wszystkich (program „24/7 Power for all”). Oba kraje pozostaną w wysokim stopniu uzależnione od elektrowni węglowych przez co najmniej 2 dekady, aby zaspokoić rosnące krajowe zapotrzebowanie na energię i pozostaną dużymi emitentami CO2.

Czy to wystarczy, aby osiągnąć cele klimatyczne?

W raporcie stwierdzono, że biorąc pod uwagę obecne tendencje konsumpcyjne, to cele założone w ramach porozumienia klimatycznego wyglądają nierealistycznie. Aby wywrzeć znaczący wpływ, rządy musiałyby wprowadzić zmiany. Rekomendacje zawarte w raporcie są następujące:W raporcie stwierdzono, że biorąc pod uwagę obecne tendencje konsumpcyjne, to cele założone w ramach porozumienia klimatycznego wyglądają nierealistycznie. Aby wywrzeć znaczący wpływ, rządy musiałyby wprowadzić zmiany. Rekomendacje zawarte w raporcie są następujące:
  • Podniesienie cen emisji dwutlenku węgla do poziomu, który pobudzi inwestycje bezemisyjne.
  • Zwiększenie wykorzystania i poleganie na energii odnawialnej.
  • Rozwijanie infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych.
  • Zwiększenie finansowania na rzecz wychwytywania, wykorzystywania i składowania dwutlenku węgla.
  • Promowanie czystych technologii spalania węgla w elektrowniach.
  • Przeznaczenie 100% wpływów z podatków na ochronę środowiska na projekty związane z transformacją energetyczną (z obecnego poziomu poniżej 50%).
  • Utorowanie drogi do renowacji budynków, aby uczynić je bardziej energooszczędnymi.
  • Poleganie na uczestnictwie przedsiębiorstw użyteczności publicznej i instytucji finansowych w tych działaniach.
  • Wdrożenie programów w celu osiągnięcia zmian zachowań wszystkich użytkowników indywidualnych.

World Energy Markets Observatory to coroczny raport publikowany przez Capgemini, który monitoruje główne wskaźniki na rynkach energii elektrycznej i gazu w Ameryce Północnej, Europie, Australii, Azji Południowo-Wschodniej, w tym po raz pierwszy w tym roku w Chinach i Indiach, oraz informuje o rozwoju i transformacji w tych sektorach. 21. edycja, która została przygotowana głównie na podstawie danych publicznych w połączeniu z wiedzą fachową Capgemini w sektorze energetycznym, odnosi się do danych z 2018 r. oraz zimy 2018/2019 r. Specjalną wiedzę na temat regulacji i zachowań klientów zapewniły zespoły badawcze w De Pardieu Brocas Maffei i VaasaETT.

Nie spółka cywilna, a jej wspólnicy są podatnikami podatku od nieruchomości

W przypadku wykorzystywania nieruchomości do prowadzenia działalności gospodarczej przez spółkę cywilną w doktrynie i orzecznictwie do niedawna istniały rozbieżności co do tego, czy podatnikiem podatku od nieruchomości może być spółka cywilna, czy wyłącznie tworzący ją wspólnicy. 7 listopada 2019 r. w kwestii opodatkowania należącej do spółki cywilnej nieruchomości wypowiedział się Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach (sygn. akt I SA/Gl 1352/16).

Art. 3 ust. 1 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych (Dz.U. 1991 nr 9 poz. 31, ze zm., dalej: u.p.o.l.) stanowi, że podatnikami podatku od nieruchomości są osoby fizyczne, osoby prawne, jednostki organizacyjne, w tym spółki nieposiadające osobowości prawnej, będące właścicielami, posiadaczami samoistnymi lub użytkownikami wieczystymi nieruchomości, a także posiadaczami określonych nieruchomości lub ich części, należących do Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego.

W przypadku spółki cywilnej, pomimo że wykorzystywana przez nią nieruchomość znajduje się we władaniu jej wspólników, z uwagi na fakt jej wykorzystywania do prowadzonej działalności gospodarczej część doktryny i orzecznictwa to właśnie ją uznawała za podatnika podatku od nieruchomości. Jak wskazał Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach w wyroku z 15 kwietnia 2013 r.: „Podatnikiem podatku od nieruchomości w sytuacji, gdy nieruchomość została nabyta przez wspólników dla celów prowadzenia działalności gospodarczej, jest spółka jako jednostka organizacyjna nieposiadająca osobowości prawnej” (sygn. I SA/Gl 207/13).

Jednakże wspólnicy spółki cywilnej musieli mierzyć się z odmienną linią orzeczniczą. Naczelny Sąd Administracyjny w uchwale 7 sędziów orzekł, że: „Ponieważ w myśl regulacji prawa cywilnego spółka cywilna nie może być właścicielem nieruchomości ani użytkownikiem wieczystym gruntów, ani też – jak w rozpatrywanym przypadku – najemcą lokalu komunalnego, to w świetle postanowień art. 3 ust. 1 u.p.o.l. nie jest podatnikiem podatku od nieruchomości (…) podatnikiem podatku od nieruchomości są wspólnicy spółki cywilnej, a nie spółka” (wyrok z 30 stycznia 2017 r., sygn. akt I FPS 5/16).

Kto jest podmiotem opodatkowania – spółka, czy wspólnicy?

Prezydent miasta ustalił dwóm wspólnikom spółki cywilnej zobowiązanie w podatku od nieruchomości, którego przedmiotem opodatkowania były grunty, budynki i budowle związane z prowadzoną przez spółkę działalnością. W swojej decyzji wskazał, że zawiązując spółkę cywilną, nie tworzy się nowego podmiotu, jednostki organizacyjnej, bo jest to jedynie umowa wspólników zobowiązująca ich wzajemnie do podejmowania działań służących osiągnięciu wspólnego celu gospodarczego. Spółka cywilna nie jest ani jednostką organizacyjną nieposiadającą osobowości prawnej, którą ustawa o podatkach i opłatach lokalnych wymienia w kręgu podmiotów podatku od nieruchomości, ani nawet nie posiada zdolności do czynności prawnych.

Wspólnicy wnieśli odwołanie od tej decyzji do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które przychyliło się do niego. Zdaniem SKO organ pierwszej instancji błędnie uznał za podatników podatku od nieruchomości wspólników, jako osoby fizyczne. Przywołując treść przepisów Kodeksu cywilnego, w tym m.in. art. 861 § 1 oraz 863 § 1 i 2, wskazało, że prawo własności nieruchomości składa się na majątek spółki, będąc majątkiem wspólnym wszystkich wspólników wykorzystywanym we wspólnym celu gospodarczym. I jeśli nawet inne przepisy będą stanowić, że spółka cywilna nie jest przedsiębiorcą, tylko są nimi jej wspólnicy, to nie zmienia to faktu, że dzielność któregokolwiek z nich nie będzie wyodrębnionym od spółki działaniem. Dlatego też SKO uchylił decyzję prezydenta miasta, jako skierowaną do podmiotów niebędących stroną postępowania podatkowego.

Interwencja prokuratora

Działając m.in. na podstawie art. 8 § 1 Ustawy z dnia 30 sierpnia 2002 r. Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (Dz.U. 2002 nr 153 poz. 1270, ze zm.), prokurator zaskarżył w całości takie rozstrzygnięcie organu drugiej instancji. Wskazując, że kwestia wstępowania przez spółkę cywilną w rolę podmiotu podatku od nieruchomości jest kwestią nierozstrzygniętą w literaturze i orzecznictwie, stał jednak na stanowisku, że nie posiadając odrębnego bytu prawnego, nie może ona nabywać praw do nieruchomości, a tym samym nie może być podatnikiem podatku należnego z tytułu posiadania takiej nieruchomości. Podatnikiem takim mogą być jej wspólnicy, bo to oni są podmiotem praw i obowiązków w spółce, a także współwłaścicielami i współposiadaczami nieruchomości.

Decydujące rozstrzygnięcie NSA

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach uznał skargę prokuratora za zasadną. Sąd zgodził się, że możliwość uznania spółki cywilnej za podmiot podatku od nieruchomości jest, a w zasadzie był sprawą sporną w orzecznictwie sądowoadministracyjnym. W uchwale z 13 marca 2017 r. spór ten ostatecznie rozstrzygnął bowiem Naczelny Sąd Administracyjny. NSA w składzie 7 sędziów orzekł, że: „W świetle art. 3 ust. 1 ustawy z dnia 12 stycznia 1991 r. o podatkach i opłatach lokalnych (…) podatnikiem podatku od nieruchomości są wspólnicy spółki cywilnej, a nie spółka cywilna” (sygn. II FPS 5/16). Potwierdza to również wcześniejsza uchwała składu 7 sędziów NSA z 30 stycznia 2017 r. (sygn. I FPS 5/16) stwierdzająca, że spółka cywilna, nie mogąc być właścicielem, użytkownikiem wieczystym ani najemcą nieruchomości, w świetle art. 3 ust. 1 u.p.o.l. nie może też być podatnikiem podatku od nieruchomości. Zobowiązanie to spoczywa solidarnie na wszystkich jej wspólnikach.

WSA w Gliwicach, uchylając zaskarżoną decyzję SKO, orzekł: „Mając na uwadze powołaną uchwałę, zdaniem Sądu, to Wspólnicy w świetle powołanej regulacji art. 3 ust. 1 u.p.o.l. są podatnikami podatku od nieruchomości. Trafnie zatem Prezydent Miasta za podatników podatku od nieruchomości uznał Wspólników jako osoby fizyczne, nie zaś prowadzoną przez nich spółkę cywilną” (sygn. akt I SA/Gl 1352/16).

Odpowiedzialność wspólnika całym swoim majątkiem

Planując wspólne przedsięwzięcie przy wyborze formy jego podjęcia i prowadzenia, przedsiębiorcy powinni dobrze przemyśleć swój wybór. Faktem jest, że spółka cywilna, służąc osiągnięciu wspólnego celu gospodarczego, posiada wiele zalet odróżniających ją od spółek prawa handlowego, jak choćby niskie koszty jej założenia czy łatwość w prowadzeniu jej spraw. Nie wolno jednak zapominać, że w przypadku wystąpienia długów i innych zobowiązań odpowiedzialność za to solidarnie ponoszą wszyscy wspólnicy, bez ograniczeń, całym swoim majątkiem prywatnym. W przypadku spółki cywilnej organy skarbowe mają jednak znacznie ułatwione zadanie w dochodzeniu należności. Tu odpowiedzialność nie ogranicza się do wielkości wniesionych do spółki udziałów czy majątku spółki. Każdy ze wspólników odpowiada za nie bez ograniczeń całym swoim majątkiem. Co więcej, organ skarbowy, dochodząc zobowiązań podatkowych, może dokonać ich pełnego zaspokojenia z majątku tylko jednego ze wspólników np. tego, którego majątek jest wystarczający, lub też tego, którego „znajdzie” szybciej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Soroczyński: Koniec kontraktu jamalskiego to dobra decyzja

PGNiG oficjalnie wypowiedziało długoterminowy kontrakt jamalski, na mocy którego kupujemy gaz od rosyjskiego Gazpromu. Polska strona nie była zadowolona z kontraktu, gdyż zaczęła na nim tracić. Kontrakt z Gazpromem miał bowiem narzuconą przez Rosjan formułę take-or-pay – według której byliśmy zobowiązani kupić rocznie co najmniej 8,7 miliardów m3 gazu. Kupowanie takiej ilości gazu od jednego dostawcy sprawiało, że za gaz od Gazpromu solidnie przepłacaliśmy. Nie pozwalało to także zdywersyfikować dostaw, co pozwoliłoby Polsce na niezależność w zakresie pozyskiwania paliw. Dlatego PGNiG podjął decyzję o wypowiedzeniu umowy z Gazpromem. Nie oznacza to, że szybko przestaniemy używać rosyjskiego gazu – umowa zakończy się dopiero w 2022 roku. Już teraz jednak trwa dyskusja, czy bez rosyjskiego gazu uda nam się zaspokoić potrzeby na to paliwo.

– We wszelkich dyskusjach o tym, czy po wypowiedzeniu długoterminowej umowy z Rosją poradzimy sobie z dostawami odpowiedniej ilości gazu – trzeba podkreślić, że aktualna sytuacja nie wyklucza kupienia gazu od Rosjan, gdybyśmy go potrzebowali – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Wykluczenie przymusowego zakupu gazu i zagwarantowanie sobie możliwości negocjacji dostaw, również z Rosji, jest dla nas w tej chwili dobrym posunięciem. Faktycznie, nie mamy wielu zewnętrznych dostawców. Oprócz Rosji, nasze główne źródło gazu to dostawy morskie, realizowane przez Gazoport w Świnoujściu. One nie są jednak wystarczające dla pokrycia potrzeb całego kraju. Jednak w przyszłości będziemy zapewne korzystać ze źródeł norweskich i kupować gaz od Niemiec. To powinno ustabilizować naszą sytuację gazową. Również dostawy z Rosji będą się odbywać na lepszych warunkach. Bez kontraktu wiszącego nad naszą głową będziemy mieć lepszą możliwość negocjowania cen – podkreśla Soroczyński.

Obecny system gospodarowania odpadami jest kosztowny i nieefektywny. Bez jego reformy konsumenci muszą liczyć się z dalszym wzrostem cen

Koszty gospodarki odpadami będą rosły. – Wynika to m.in. z faktu, że w tej chwili są niedoszacowane, a cały system nieefektywny, co uderza po kieszeni zarówno samorządy, jak i wszystkich konsumentów – mówi Leszek Karski, ekspert prawa ochrony środowiska. Dodatkowym czynnikiem napędzającym podwyżki są też rosnące ceny energii czy paliw, które przekładają się na koszty transportu. Ekspert podkreśla, że w Polsce cały system gospodarki odpadami wymaga reformy, która powinna zacząć się już na etapie edukacji konsumentów. 

– Polityka gospodarowania odpadami powinna zmierzać w kierunku proaktywności wszystkich uczestników tego systemu – zarówno samorządów, konsumentów, przedsiębiorców, jak i państwa. Na dziś mamy bardzo złą sytuację. Nie mamy organizacji odzysku ani instalacji przetwarzania odpadów, a wytwarzamy ich coraz więcej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Leszek Karski, ekspert prawa ochrony środowiska i zrównoważonego rozwoju, wykładowca Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Jak podkreśla, fundamentem systemu gospodarki odpadami są konsumenci. Stąd konieczna jest szeroka edukacja i przekonanie ich do bardziej świadomych wyborów, np. rezygnacji z opakowań plastikowych i takich, których nie można poddać recyklingowi. Konsumenci muszą też zdawać sobie sprawę, że odbiór śmieci wiąże się z kosztami, w których muszą partycypować.

Tymczasem w Polsce – jak pokazało październikowe badanie ARC Rynek i Opinia dla Forum Odpowiedzialnego Biznesu – świadomość społeczna w tym zakresie wciąż jest niska. Tylko 15 proc. Polaków potrafi poprawnie segregować odpady podczas ich wyrzucania i raptem 58 proc. uważa, że ma to jakikolwiek sens. Co więcej, śmieci segreguje tylko 66 proc., co oznacza, że 1/3 Polaków nie robi tego w ogóle.

– Samorządy mogą nas wspierać, rozwiązywać pewne problemy, dostarczać infrastrukturę. Państwo może przygotowywać ustawy, tworzyć pozytywny klimat i model edukacyjny, lecz tak naprawdę to od każdego obywatela zależy efekt końcowy – podkreśla Leszek Karski. – Od Jasia Kowalskiego należy zacząć i uzmysłowić mu, żeby korzystał z jak najmniejszej ilości opakowań jednorazowego użytku, żeby zastanowił się nad tym, jak dokonuje zakupów.

Kolejny po konsumentach element systemu to przedsiębiorcy. Ich większą odpowiedzialność i partycypację w systemie gospodarki odpadami wymusi znowelizowany pakiet dyrektyw Unii Europejskiej (przyjęty w lipcu 2018 roku), który wprowadza tzw. ROP, czyli rozszerzoną odpowiedzialność producentów odpadów opakowaniowych. Według nowych przepisów (które w poszczególnych krajach członkowskich UE mają zostać uchwalone do lipca 2020 roku i wdrożone najpóźniej do 2023 roku) producenci będą zobowiązani do pokrycia kosztu netto (po odjęciu przychodów ze sprzedaży surowców) selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu.

Eksperci podkreślają jednak, że w Polsce zmian wymaga cały model selektywnej zbiórki, recyklingu i finansowania sytemu gospodarowania odpadami komunalnymi.

– Trzeba podjąć inicjatywy zmierzające do uporządkowania systemu gospodarki odpadami i wziąć za to odpowiedzialność. To jest trudne, bo przyzwyczailiśmy się, że koszt gospodarki odpadami jest stosunkowo niski. Tymczasem wynika to z faktu, że cena zagospodarowania tych odpadów nie odzwierciedla faktycznych kosztów. W efekcie na polach i w lasach jest pełno nielegalnie wyrzuconych odpadów. To z kolei powoduje, że jakość życia spada, ludzie zaczynają chorować. W tej chwili mamy w Polsce najwięcej zachorowań na nowotwory jelit na tle Unii Europejskiej. To ma bezpośrednie przełożenie na nasze zdrowie, dlatego tak istotne jest, żeby nowe przepisy były skuteczne, efektywne i prowadziły do poprawy gospodarki odpadami – mówi Leszek Karski.

W tej chwili koszty gospodarowania odpadami są niedoszacowane, przez co system jest nieefektywny. Kolejnym czynnikiem napędzającym podwyżki są również rosnące ceny energii czy paliw.

– Dopóki nie zbudujemy odpowiedniej infrastruktury dopasowanej do strumienia odpadów, organizacji odzysku i kadr, ceny będą rosły, bo one muszą uwzględniać stworzenie na nowo systemu, który jest szczelny, zapewnia nam bezpieczeństwo zdrowotne i ekologiczne, a także spełnia wymogi na poziomie unijnym. Ponieważ nie jesteśmy proaktywni, nic nie robimy w tym obszarze, to de facto się cofamy i to uderza w każdego konsumenta – mówi wykładowca Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Brytyjczycy wybierają nowy parlament. Od tego zależy m.in. scenariusz brexitu i status Szkocji

12 grudnia już drugi raz w ciągu trzech lat obywatele Zjednoczonego Królestwa wezmą udział w przedterminowych wyborach do niższej izby parlamentu. Według sondaży Partia Konserwatywna Borisa Johnsona powinna odzyskać utraconą dwa i pół roku temu większość i doprowadzić do brexitu. Według dra Grzegorza Mathei z Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie najważniejszym zadaniem nowego rządu będzie uchronienie brytyjskiego państwa przed rozpadem.

– W mojej ocenie nie ma żadnych optymistycznych przesłanek, które pozwoliłyby twierdzić, że nowa Izba Gmin będzie bardziej stabilna niż poprzednia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Grzegorz Mathea, prodziekan Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie. – Brytyjczycy wybierają pomiędzy populistą z jednej strony, z drugiej strony anarchizująco-lewicującym socjalistą, czyli liderem opozycyjnej Partii Pracy, który zamierza nacjonalizować całe gałęzie przemysłu w Wielkiej Brytanii. Nie do końca wiemy, jaka jest linia polityczna tej partii. Czasem jest za brexitem, a czasem przeciw. Sami Brytyjczycy nie do końca się orientują, na co tak na dobrą sprawę będą głosować.

Premier Wielkiej Brytanii i lider Partii Konserwatywnej Boris Johnson chciałby opuszczenia wspólnoty przez Wielką Brytanię. Jego najpoważniejszym rywalem jest Jeremy Corbyn z Partii Pracy, ale w wyborach wezmą udział jeszcze trzy mniejsze ugrupowania: antybrexitową partię Liberalnych Demokratów, Szkocką Partię Narodową, która w razie brexitu będzie dążyła do wystąpienia Szkocji z Wielkiej Brytanii i powrotu do UE, oraz skrajną Partię Brexit Nigela Farage’a.

Według ostatniego sondażu Remain United Partia Konserwatywna może liczyć na 42 proc. głosów, ale Partia Pracy nie pozostaje daleko w tyle, z poparciem na poziomie 36 proc. Na trzecim miejscu uplasowali się Liberalni Demokraci, którzy mogą liczyć na 11 proc. głosów. Poparcie dla Brexit Party zadeklarowało 4 proc. badanych, a dla Zielonych – 2 proc. Jeśli takim wynikiem zakończyłyby się wybory, konserwatyści mieliby 10 miejsc przewagi ponad potrzebny do samodzielnego rządzenia limit. Jednak ponieważ w Wielkiej Brytanii, inaczej niż w Polsce, obowiązuje ordynacja większościowa, o wiele trudniej przewidzieć wynik wyborów niż w przypadku ordynacji proporcjonalnej.

Sytuacja premiera Johnsona to przykład, w jaki sposób polityk populistyczny nagle zderza się z rzeczywistością – mówi dr Grzegorz Mathea. – Kiedy był jeszcze w opozycji, serwował Brytyjczykom bardzo proste rozwiązania: wyjdźmy z Unii Europejskiej, porzućmy ją, zacznijmy tworzyć zupełnie nową rzeczywistość gospodarczą. Teraz, kiedy jest premierem, stracił swoją buńczuczność. Przypominam, że zapowiadał, że prędzej umrze w rowie, niż doprowadzi do sytuacji, w której po 31 października 2019 roku Wielka Brytania będzie wciąż w Unii Europejskiej. Jest już daleko po 31 października, a Wielka Brytania wciąż jest członkiem Unii.

Nie był to pierwszy termin opuszczenia Wspólnoty przez Wielką Brytanię. Początkowo datą rozstania miał być 31 marca, czyli dwa lata po złożeniu wniosku o wystąpienie ze wspólnoty, które nastąpiło po referendum z 23 czerwca 2016 roku. Wskutek nieprzyjęcia przez Izbę Gmin ani umowy, ani możliwości opuszczenia UE bez umowy, kraj ten złożył wniosek o odroczenie brexitu do 30 czerwca. Bruksela zgodziła się na 12 kwietnia (bez umowy) lub 22 maja (gdyby udało się wynegocjować umowę), w końcu ustalono 31 października. Kolejną datą jest 31 stycznia 2020 roku i jeżeli konserwatyści uzyskają parlamentarną większość, termin ten ma szansę zostać dotrzymany.

 Brytyjczycy są już bardzo zmęczeni, i politycy, i społeczeństwo, ponieważ nikt nie ma pewności, ani Brytyjczycy, ani 3 mln obywateli Unii Europejskiej, pracujących na Wyspach, a wśród nich milion Polaków, co mają myśleć o swojej przyszłości. Nie wiedzą, na czym stoją, co ich czeka w najbliższych miesiącach i latach – podkreśla dr Grzegorz Mathea. – Myślę, że politycy unijni, którzy negocjują brexit, również chcieliby już sfinalizować te umowy.

W referendum w 2016 roku za brexitem zagłosowało niespełna 52 proc. Brytyjczyków, głównie Anglików i Walijczyków. Jednak Irlandczycy z Irlandii Północnej, a zwłaszcza Szkoci zdecydowanie opowiedzieli się za pozostaniem we wspólnocie. We wrześniu 2014 roku naród ten wziął udział w referendum na temat odłączenia od Zjednoczonego Królestwa i wprawdzie większość opowiedziała się za utrzymaniem status quo, ale w proporcji 44,7 proc. do 55,3 proc. Tymczasem w głosowaniu nad brexitem 62 proc. Szkotów i 56 proc. Irlandczyków głosowało za pozostaniem w UE. Dodatkowo, o czym rzadziej się mówi, przeciw brexitowi było niemal 96 proc. mieszkańców Gibraltaru. Stawia to pod znakiem zapytania jedność Zjednoczonego Królestwa.

– W przypadku Irlandii Północnej sytuacja komplikuje się w związku z granicą, która dzieli Irlandię na dwie części. To powoduje, że jedyna lądowa granica Wielkiej Brytanii z Unią Europejską zostanie przywrócona, co z kolei może spowodować, że konflikt w Irlandii Północnej, który toczył się przez 30 lat, może zostać odnowiony – ocenia prodziekan WSB. – Natomiast większość Szkotów w referendum chciała wciąż być Brytyjczykami, ale po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej te sentymenty mogą się odwrócić. W mojej ocenie w ciągu najbliższych 10 lat jest wielce prawdopodobne, że będziemy mieli nowe państwo w Europie, niepodległą Szkocję.

Współczesny konsument kupuje coś więcej niż sam produkt. Sprzedawcy kreują więc pozytywne emocje z nim związane

Blisko 2/3 klientów przed zakupem czerpie inspirację z mediów społecznościowych – wynika z badań PwC. Współczesny konsument kupuje już nie tylko sam produkt czy usługę, ale również wrażenia i emocje związane z jego zakupem. Dlatego kreowanie pozytywnych doświadczeń konsumenckich, niezależnie od kanału sprzedaży, jest obecnie jednym z największych wyzwań dla marketerów i fundamentem trendu experience economy.

– Experience economy to pewnego rodzaju „zanurzenie w przeżyciu” i w tę stronę będzie zmierzać marketing. Firmy będą marketować tak, żeby sprzedawać klientom nie sam produkt, ale wrażenie, pozytywne doznanie – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Kobylecki, prezes i producent kreatywny w Tengent Studio.

Współczesny konsument jest nie tylko wygodny, ale coraz bardziej wymagający i świadomy swoich wyborów. Szuka coraz lepszych doświadczeń zakupowych, poczynając od wyglądu samego sklepu, a kończąc na profesjonalnej obsłudze. Kupuje już nie tylko produkt czy usługę, ale także wrażenia związane z jej nabywaniem. Stąd trend „experience economy”, który zakłada zapewnienie klientom jak najlepszych doświadczeń zakupowych, zyskuje na znaczeniu. Ma odzwierciedlenie m.in. w tym, jak zmieniają się sklepy wielkopowierzchniowe i tradycyjne salony. Coraz częściej przekształcają się one w showroomy, które są wizytówką firmy i spełniają funkcję marketingową.

– Sklepy w galeriach handlowych zamieniają się w showroomy, gdzie produkt jest z tyłu, a bardziej wyeksponowany i sprzedawany jest np. za pośrednictwem Instagrama, czyli rozchodzi się wizerunkowo nie produkt, a bardziej jego anturaż – mówi Marcin Kobylecki.

Jak wynika z ubiegłorocznych badań firmy doradczej PwC („Polacy na zakupach”), 58 proc. konsumentów przed zakupem szuka inspiracji w mediach społecznościowych. Dla przykładu, Instagram stanowi dla wielu z nich źródło pomysłów na prezent, stylizację lub aranżację wnętrz. W dziewięciu krajach na świecie uruchomiono w tej aplikacji opcję oznaczania przedmiotu ze zdjęcia i dodawania szczegółowych informacji o produkcie i jego cenie wraz z linkiem do strony, gdzie można go kupić. 40 proc. polskich konsumentów odwiedza też strony firmowe sklepów lub marek i szuka na nich inspiracji.

– Widać, jak rozwijają się sieci socialowe, wszyscy chcą tam zaistnieć, w tym również firmy ze swoimi produktami. W natłoku informacji wygrywa ten, kto ma lepszy wizerunek albo ciekawszy pomysł na siebie – mówi Marcin Kobylecki.

Kreowanie pozytywnych doświadczeń konsumenckich – niezależnie od kanału sprzedaży – to obecnie jedno z największych wyzwań dla marketerów.

– Myślę, że experience economy będzie się rozwijać w stronę mixu różnych technik z pogranicza psychologii, neurobiologii, poznania ludzkiego umysłu i wykorzystania ich w celu dotarcia do klienta za pośrednictwem zmysłów – mówi prezes i producent kreatywny w Tengent Studio.

Co istotne, z raportu PwC wynika również, że Polacy coraz bardziej cenią też wydatki na doświadczenia niż przedmioty – 33 proc. przyznało, że zaczęli więcej wydawać na doświadczenia, takie jak podróże, szkolenia, jadanie na mieście czy wydarzenia kulturalne.

Przyszłość rynku akcesoriów do gier to personalizacja. Użytkownicy oczekują produktów unikatowych, dopasowanych do ich fizjonomii

Rynek gadżetów gamingowych rośnie w siłę. Coraz więcej producentów kieruje swoje urządzenia nie tylko do przeciętnego gracza, lecz także do zawodowych e-sportowców. Gracze poszukują podzespołów i peryferiów komputerowych, które będą mogli dostosować do swoich potrzeb i przyzwyczajeń. Na popularności zyskują sprzęty gamingowe z w pełni konfigurowalnym podświetleniem, klawiatury pozwalające dopasować sposób działania przełączników oraz myszki, które zostaną dostosowane do dłoni konkretnego użytkownika.

– W tej chwili obserwujemy bardzo dynamiczny rozwój rynku dla graczy we wszelkich kategoriach produktowych. Jesteśmy znani głównie z produktów komponentowych związanych z technologią pamięci flash i tam także widzimy mocny nacisk na to, żeby produkty były dedykowane graczom. A to znaczy, że mają być wydajne, doskonałej jakości, a także niosące jakąś wartość dodaną, np. podświetlenie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Orłowski z firmy ADATA.

W pełni konfigurowalne systemy podświetlenia RGB stały się znakiem rozpoznawczym urządzeń gamingowych. Producenci sprzętów klasy premium przeznaczonych dla graczy umieszczają je dziś już nie tylko w klawiaturach czy myszkach, paski LED znajdziemy także na kościach pamięci RAM ADATA XPG Spectrix czy na gamingowych płytach głównych od takich firm jak MSI, gdzie służą m.in. w roli narzędzia do kontrolowania temperatury procesora.

Inżynierowie Logitech opracowali nawet głośniki, które rozświetlają ścianę za monitorem i pozwalają dostosować barwę podświetlenia do tego, co dzieje się na ekranie. Po skonfigurowaniu Logitech G560 do współpracy z kompatybilnymi grami podświetlenie może sygnalizować np. stan zdrowia bohatera bądź czas odnowienia się jego umiejętności.

Najwięcej innowacji producenci wprowadzają w urządzeniach peryferyjnych, które mają bezpośredni wpływ na skuteczność gracza. Nacisk kładziony jest przede wszystkim na personalizację tych urządzeń.

– Mamy niezwykle ciekawą myszkę dla graczy, która będzie tworzona pod konkretnego zawodnika. Będzie wykonana w technologii druku 3D z niezwykle wytrzymałych materiałów. Ta myszka będzie dedykowana oczywiście e-sportowcom, bo to jest naturalny wybór dla takich ludzi. Oni nie chcą kupować czegoś, co znajdą w supermarkecie, oni chcą mieć myszkę stworzoną dla nich – przekonuje ekspert.

Myszka XPG Headshot od ADATA wpisuje się w trend daleko idącej personalizacji sprzętu gamingowego. Dzięki wykorzystaniu druku 3D myszka będzie idealnie układać się w dłoni gracza. Co więcej, wykonano ją z elastycznego, termoplastycznego materiału PA12, który pozwala aktywować dodatkowe funkcje ściskając obudowę urządzenia.

W ciekawy sposób do kwestii personalizacji urządzeń peryferyjnych podeszli także projektanci nowej klawiatury od Logitech, modelu Pro X Gaming. Sprzęt ten pozwala na wymianę nie tylko nakładek na przełączniki, lecz także samych przełączników, jeśli te zepsują się, albo ich charakterystyka nie będzie odpowiadała preferencjom gracza. Użytkownik może wymienić je na własną rękę, bez konieczności serwisowania urządzenia.

– Przyszłość akcesoriów dla graczy to według mnie personalizacja, czyli dostosowywanie produktu pod konkretnego zawodnika. Tak jak w zwykłym sporcie możemy dobrać przeróżne elementy sprzętu, tak samo w esporcie. Będziemy w stanie wybrać rodzaj przełącznika, jego wielkość, skok czy szybkości reakcji. Również myszkę, która będzie idealnie dopasowana do dłoni gracza, do jego uścisku, do jego długości palców. To zdecydowanie przeszłość – twierdzi Michał Orłowski.

Według analityków z firmy IMARC wartość globalnego rynku peryferiów gamingowych w 2018 roku wyniosła 2,66 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 4,1 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7 proc.

Min. Rozwoju: Kosmos to źródło dochodów, innowacji i pole do rozwoju polskich firm

W ramach popularyzacji branży kosmicznej polski rząd przeznaczy 250 mln zł na składkę do Europejskiej Agencji Kosmicznej. Kondycję branży poprawić może także wdrożenie programu Horyzont Europa na lata 2021-2027, dzięki któremu polskie przedsiębiorstwa będą odgrywały większą rolę w międzynarodowych projektach badawczych.

– Przystąpiliśmy do Europejskiej Agencji Kosmicznej, która obok naszego członkostwa w Unii Europejskiej jest drugim najważniejszym narzędziem realizacji w praktyce naszych ambicji kosmicznych, które sprowadzają się do tego, żeby wykorzystywać nowoczesne technologie do eksploracji kosmosu, do sięgania po instrumenty obserwacyjne Ziemi i wykorzystywania kosmosu do celów wojskowych. I to wszystko sprawia, że otwiera się duże pole do popisu dla polskich firm – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Ociepa, wiceminister w Ministerstwie Rozwoju.

Dużą szansę na zwiększenie udziału polskich firm oraz naukowców w rozwoju europejskich programów kosmicznych daje unijny program Horyzont Europa na lata 2021-2027. Wprowadzono w nim kryterium geograficzne do wyboru finansowanych projektów, które ułatwi inżynierom z Europy Wschodniej partycypowanie w unijnych projektach kosmicznych.

Widać już pierwsze efekty inwestycji w ten sektor gospodarki. 17 grudnia 2019 roku podczas wystrzelenia satelity OPS-SAT w ramach realizacji misji Europejskiej Agencji Kosmicznej przetestowane zostanie oprogramowanie wykonane przez warszawską firmę GMV Innovating Solutions. Będzie to pierwszy przypadek wykorzystania pełnego oprogramowania pokładowego przez ESA w całości zaprogramowanego przez polską firmę.

– Rośnie świadomość społeczna, że kosmos to nie tylko „Gwiezdne wojny” w wymiarze science fiction, lecz także źródło dochodów, innowacji, zmian technologicznych, że wokół niego można rozwinąć swoje firmy – wskazuje Marcin Ociepa.

Polska delegacja zadeklarowała także na posiedzeniu Rady Ministerialnej ESA wpłacenie 39 mln euro na realizację siedmiu programów kosmicznych, które będą rozwijane w najbliższych latach. Ministerstwo Rozwoju liczy na to, że środki te przyczynią się do rozwoju całego polskiego sektora kosmicznego.

– Chcemy wspierać przedsiębiorców poprzez tworzenie forów do kontaktów B2B, kontaktów międzynarodowych czy do tworzenia klastrów. Poprzez utworzenie i restrukturyzację w następnym kroku Polskiej Agencji Kosmicznej, poprzez naszą ambitną składkę do ESA jesteśmy w stanie te cele realizować na miarę naszych możliwości – przekonuje wiceminister Ociepa.

Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie ona do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.

Połowa pracowników w Polsce ma nieprawidłową wagę, a co piąty – podwyższony cholesterol. Do dbania o zdrowie chcą ich zmotywować pracodawcy

Choć według połowy Polaków sport ma największy wpływ na zdrowie, to blisko 60 proc. nie uprawia żadnej aktywności fizycznej. W efekcie co drugi pracownik biurowy ma nieprawidłowy wskaźnik BMI, czyli problemy z wagą, a co piąty – nieprawidłowy cholesterol – wynika z raportu Medicover Polska. Zauważają to pracodawcy, którzy często wśród pozapłacowych benefitów oferują pakiety sportowe. – Możemy zmniejszyć w ten sposób absencję pracowniczą i poprawić efektywność zakładu pracy – ocenia Artur Białkowski z Medicover Polska.

– Pakiety aktywnościowe, sportowe i kulturalne mają wpływ na to, jak funkcjonujemy. Według badań ponad 82 proc. Polaków nie spełnia kryteriów WHO co do aktywności fizycznej. To oznacza, że mamy dużo do zrobienia. Jako pracodawcy powinniśmy zadbać o to, żeby w naszej ofercie dla pracowników znalazły się aktywności sportowe, które będą wpływały na poprawę ich kondycji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Białkowski, dyrektor zarządzający ds. usług biznesowych w Medicover Polska.

Z raportu Instytutu Kontekstów Pracy „Benefity pozapłacowe: wyjdź poza standard” wynika, że zwykle firmy oferują zatrudnionym średnio ponad pięć świadczeń, a te największe już około siedmiu. Dodatkowe benefity otrzymuje niemal 90 proc. pracowników. Do najpopularniejszych należą prywatna opieka medyczna oraz karnety sportowe i dofinansowanie aktywności fizycznej.

– Jeśli dobrze wdrożymy pakiety benefitowe dla naszych pracowników, na pewno odniesiemy efekt w postaci zmniejszenia absencji pracowniczej. To zdecydowanie poprawia efektywność zakładu pracy – mówi Artur Białkowski.

Polski Instytut Ekonomiczny w raporcie „Polski rynek sportu” wylicza, że regularnie sport uprawia 28 proc. Polaków, przy unijnej średniej na poziomie 40 proc. Ponad połowa w ogóle nie uprawia sportu. Koszty braku aktywności fizycznej Polaków szacuje się na 7 mld zł rocznie.

Raport „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013–2017” przygotowany przez Medicover Polska pokazuje z kolei, że co drugi pracownik biurowy ma nieprawidłowe BMI, a co piąty zmaga się z podwyższonym cholesterolem. Benefity pozapłacowe pomagają to zmienić.

– Byliśmy bardzo ciekawi, jak wygląda aktywność użytkowników OK System, którzy rozpoczęli swoją aktywność w styczniu. Okazało się, że w 2013 roku po dziewięciu miesiącach aktywnych nadal było tylko 30 proc. osób, po trzech miesiącach 50 proc. przestawało uczęszczać. Natomiast w roku 2019 po 9 miesiącach nadal jest aktywnych prawie 50 proc. użytkowników. To pokazuje, że mniej jest słomianego zapału, większa za to wytrwałość do ćwiczeń – ocenia Aleksandra Tokarewicz, prezes zarządu OK System Polska.

Jak podaje CBOS (badanie „Jak zdrowo odżywiają się Polacy”), większość osób zdaje sobie sprawę z korzyści, jakie wynikają z aktywności fizycznej. Prawie połowa społeczeństwa uznaje, że do poprawy zdrowia przyczynia się przede wszystkim sport (48 proc.) i zdrowe odżywianie (47 proc.). Często brakuje jednak motywacji do ćwiczeń.

– Ważne jest to, w jakim miejscu realizujemy trening. Pojawiło się wiele takich miejsc, w których oprócz sprzętu mamy dostęp do bardzo bogatej oferty diagnostycznej, lecz również dietetycznej – ocenia Piotr Szczepanek, dyrektor marketingu Calypso Fitness. – Regularne pomiary dają możliwość kontrolowania, w jaki sposób zmierzamy do celu, który sobie wyznaczamy w treningu. Do tego na każdym kroku, kiedy tracimy motywację, możemy zasięgnąć rady trenerów bądź instruktorów.

Jak podkreślają eksperci, pracodawcy zdają sobie sprawę, jak ważna jest aktywność fizyczna pracowników. Promują ją nie tylko poprzez benefity, lecz także różne inicjatywy organizowane w firmach.

– Jesteśmy przez firmy zapraszani na różne eventy, takie jak dni zdrowia, dni sportu czy active days. To dla nas okazja, żeby zaprosić kluby fitness, spotkać się z pracownikami, zrobić analizy składu ciała, zaprosić na trening wprowadzający czy przygotować plan treningowy. Takich eventów jeszcze kilka lat temu robiliśmy kilka, kilkanaście w roku. W tej chwili to jest kilka, kilkanaście imprez w miesiącu – mówi Aleksandra Tokarewicz.

Kluby fitness mogą być zasilane energią wytwarzaną przez ćwiczących. To pozwala oszczędzić na rachunkach za prąd i ograniczyć emisję CO2

SportsArt, dostawca profesjonalnego sprzętu sportowego w Polsce, wprowadził na rynek linię urządzeń cardio ECO-POWR, w których energia kinetyczna generowana przez ćwiczących jest zamieniana na energię elektryczną. Wytworzona siłą ludzkich mięśni energia może stanowić źródło zasilania dla klimatyzatorów, telewizorów, oświetlenia czy lodówek funkcjonujących w siłowni lub fitness klubie. W skali roku, w zależności od wielkości obiektów​, oszczędność prądu może sięgnąć nawet 7 MWh, co przekłada się na rachunki niższe o 7–9 tys. zł. Wyposażenie wszystkich działających w Polsce fitness klubów i siłowni w ekomaszyny mogłoby zredukować polski deficyt energetyczny o moc, jaką dostarcza rocznie średniej wielkości elektrownia węglowa.

 Ekologia jest coraz bardziej popularna i modna, wiele osób chce chronić środowisko. W klubach fitness wyposażonych w urządzenia z linii ECO-POWR​ dajemy taką możliwość. Każdy klubowicz, który do nas przychodzi, włącza się w akcję proekologiczną. Sam wytwarza energię, przez co emitujemy mniej dwutlenku węgla do atmosfery – mówi agencji Newseria Biznes Arkadiusz Rudnicki, menadżer główny sieci Calypso Fitness.

ECO-POWR to linia zaawansowanych technologicznie urządzeń cardio dla klubów sportowych, siłowni i hoteli, które chcą się włączyć w ochronę środowiska i ograniczanie emisji dwutlenku węgla.

– W linii ECO-POWR​​ mamy do dyspozycji te same urządzenia, które występują w każdym fitness klubie, czyli bieżnię, orbitrek czy rower. Te urządzenia różnią się tylko tym, że wewnątrz posiadają wbudowany mikroinwerter, który zamienia energię kinetyczną każdego z ćwiczących na energię elektryczną, którą wprowadzamy do wewnętrznej instalacji elektrycznej klubu. To działa w ten sam sposób, jak fotowoltaika na dachach domów – mówi Arkadiusz Paszun, prezes firmy IMG SA, dostarczającej sprzęt i akcesoria do klubów sportowych.

Podczas godzinnego treningu na dowolnej maszynie ECO-POWR można wygenerować nawet 150 watów energii elektrycznej. Przy 20 urządzeniach można odzyskać 2030 kWh dziennie.

Przeliczając to na wartości roczne, w jednym klubie fitness można odzyskać nawet 7 MWh energii. Co równie istotne, 7 MWh oznacza także 7 ton mniej CO2 w atmosferze – mówi Arkadiusz Paszun. – ECO-POWR​​ to prawdziwe źródło odnawialnej energii, takiej samej jaką uzyskujemy dzięki słońcu, wodzie czy wiatrowi. Wcześniej czy później będziemy musieli szukać tej odnawialnej energii wszędzie, a siłownie mogą stać się jednym z jej źródeł.

Wytworzenie 20–30 kWh dziennie wystarczy do zasilenia 2 klimatyzatorów (1400 watów), 2 dużych lodówek (400 watów), 4 telewizorów LED 40’ (400 watów) i 40 żarówek (400 watów) przez cały dzień.

– Każdego dnia, wytwarzając energię na tych urządzeniach, możemy zasilić te sprzęty bez poboru prądu i bez emitowania CO2 do atmosfery. Właściciel klubu, który ma tego typu urządzenia, oszczędza rocznie nawet do 9 tys. zł – podkreśla Arkadiusz Rudnicki.

Dzięki dedykowanej aplikacji WATA, z którą połączone są urządzenia ECO-POWR​, zarówno ćwiczący, jak i właściciele czy managerowie klubów mogą śledzić postępy w produkcji energii. Osoby trenujące w klubie mają dodatkową motywację do ćwiczeń, bo dbają o kondycję fizyczną, ale także przyczyniają się do ochrony środowiska.

– Każda osoba, która przychodzi do naszego klubu i współuczestniczy w procesie odzysku energii, jest przez nas nagradzana. Zbiera ekwiwalent wato-godzin w punktach, które są później wymieniane na nagrody. Aplikacja WATA daje takie możliwości i każdy klubowicz, mając ją w swoim smartfonie, może gromadzić punkty. Dodatkowo chcemy motywować klientów poprzez zwiększanie punktacji w różnych okresach, dając im możliwość powiększenia puli nagród – dodaje Arkadiusz Rudnicki.

Siłownia zasilana siłą ludzkich mięśni to zupełnie nowy koncept biznesowy na polskim rynku. Szacunki pokazują, że wyposażenie około 2 tys. istniejących obiektów sportowych w ekomaszyny mogłoby pomniejszyć polski deficyt energetyczny o moc, jaką dostarcza rocznie średniej wielkości elektrownia węglowa.

 W Polsce działa dopiero 6 obiektów, które są wyposażone w tego typu urządzenia: 3 hotele i 3 fitness kluby. Zainteresowanie jest jednak bardzo duże i spodziewamy się, że w przyszłym roku tych obiektów może być zdecydowanie więcej, około 30–40 – mówi Arkadiusz Paszun.

Wykorzystanie ekomaszyn cardio wiąże się nie tylko ze znacznym ograniczeniem kosztów zużycia energii elektrycznej, ale także może stać się ważnym argumentem w walce o coraz bardziej wymagających klientów siłowni czy klubów fitness.