Europejski Urząd ds. Pracy (EUP) będzie kontrolować polskich kierowców w Europie

Europejski Urząd ds. Pracy (EUP)[1] to kolejny mały krok w kierunku egzekwowania nowego prawa dotyczącego pracowników delegowanych, w tym między innymi kierowców zawodowych. O instytucji, która ma ruszyć w tym roku z 50-milionowym budżetem, 140 urzędnikami na pokładzie i wizją osiągnięcia pełnej zdolności operacyjnej do 2023 roku, mówi się niewiele w kontekście transportu drogowego. Dlaczego? Bo celem ogólnym organizacji jest wsparcie obywateli Unii Europejskiej w rozumieniu i przestrzeganiu praw i obowiązków w zakresie mobilności pracowników. Jednak w praktyce szczególnym zainteresowaniem unijnych inspektorów będzie objęty między innymi czas pracy i płaca kierujących ciężarówkami. Według szacunków Komisji Europejskiej codziennie ponad dwa miliony osób przekracza granice państw Wspólnoty w ramach międzynarodowego transportu drogowego. Pasażerów i towary przewożą między innymi polscy kierowcy. Jest zatem kogo kontrolować. A, gdy pakiet mobilności wejdzie w życie, przepisy o pracownikach delegowanych będą numerem jeden na liście wielu inspekcji krajów starej Unii.

16 milionów – aż tyle osób w Europie żyje i pracuje w innym państwie niż rodzime. Ponadto, według szacunków KE, 1,7 miliona osób każdego dnia dojeżdża do pracy poza granicami kraju, w którym przebywa na co dzień. Z najnowszego raportu GUS wynika, że na obczyźnie przebywa obecnie dwa miliony 121 tysięcy Polaków. Gdzie można ich spotkać? Najchętniej wybierane destynacje zarobkowe to Wielka Brytania (około 790 tysięcy osób), Niemcy (ok. 700 tys.), Holandia (120 tys.) oraz Irlandia (110 tys.). Według badania Praca za granicą. Pracuj w Unii, rodacy najczęściej wykonują obowiązki w budownictwie, przy wykańczaniu wnętrz, elektryce czy hydraulice. Są również operatorami maszyn budowlanych. Polska przoduje pod kątem wysyłania swoich pracowników do innych miejsc Wspólnoty, ale w żadnym zestawieniu najczęściej wykonywanych zawodów za granicą nie ma kierowcy.

Dyskusja, czy kierowca może być pracownikiem delegowanym w myśl zapisów międzynarodowego prawa pracy, trwa od dawna. Wydaje się logiczne, że jeśli ktoś wiezie towar codziennie z Polski na przykład do Monachium, następnie wraca do kraju lub przejeżdża przez kolejne państwa, nie powinien być traktowany jako pracownik delegowany w rozumieniu prawa unijnego. Kierowca zawodowy, nawet w czasie najkrótszego okresu rozliczeniowego, może przebywać w różnych miejscach, przekraczając granice kilka razy w ciągu doby. Jednak w tym momencie nie ma to większego znaczenia, gdyż pakiet mobilności jest na ostatniej prostej do zatwierdzenia w Brukseli. Czekamy jedynie na wynik rozmów pomiędzy nowymi przedstawicielami Parlamentu Europejskiego oraz członkami Rady UE i Komisji UE. Ocenią oni, czy obecne propozycje trafią bezpośrednio pod głosowanie w Radzie czy powrócą do prac w komisjach parlamentarnych.– mówi Łukasz Włoch, ekspert główny Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Należy zwrócić uwagę, że do chwili rozstrzygnięcia losów pakietu mobilności, kierowcy podlegają rozliczeniu płacy minimalnej jako pracownicy delegowani. Ale w tym momencie polski przedsiębiorca  ma  możliwość uwzględniania części kosztów, wynikających

z podróży służbowych w rozliczeniu wynagrodzenia minimalnego zagranicą. Taka sytuacja jest korzystna dla obu stron – pracodawcy oraz zatrudnionego. Niemniej jednak, prędzej czy później zostaną uporządkowane i wytyczone zasady rozliczania płacy minimalnej obowiązujące na całym rynku europejskim. To nie kwestia czy będą, ale jak będą one naliczane, chociażby, czy należności

z tytułu delegacji pozostaną ich częścią. Nasuwa się też pytanie, co się zmieni w obecnym scenariuszu, kto będzie to sprawdzał oraz jak skuteczne będą kontrole. Jednym z organów wspierających inspektorów, kontrolujących kierowców i przewoźników, ma być właśnie Europejski Urząd ds. Pracy – dodaje ekspert OCRK.

ELA będzie pilnować prawa

Według sprawozdania europosła Ismaila Ertuga, jeśli kierowca większość czasu spędza w pracy w innym kraju, stosować się powinno wobec niego Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 593/2008 z dnia 17 czerwca 2008 r. w sprawie prawa właściwego dla zobowiązań umownych funkcjonujące jako „Rzym I”. W takim przypadku wskazuje to na konieczność zawarcia kontraktu pomiędzy pracownikiem i pracodawcą na zasadach prawa państwa, na terytorium którego zatrudniony wykonuje największą część swoich obowiązków, czyli np. zgodnie z prawem niemieckim. Czy słusznie? Między innymi takie wątpliwości oraz wszelkie spory dotyczące równania warunków wynagradzania miejscowych z płacą kierowców ma pomóc rozstrzygać powołany w Brukseli EUP.

Urząd zgodnie z założeniami ma realizować w szczególności cele związane ze wspieraniem państw członkowskich w ułatwianiu obywatelom i pracodawcom dostępu do informacji o ich prawach i obowiązkach w zakresie mobilności, zabezpieczenia społecznego. Ma też ułatwiać wspólne kontrole oraz usprawniać wymianę informacji między krajami. Wreszcie będzie odpowiedzialny za mediacje i pomoc w znajdowaniu rozwiązań w przypadku sporów między organami państw członkowskichmówi Mariusz Skurzyński z OCRK. – Taka instytucja winna zapewnić w branży transportowej sprawiedliwy i skuteczny sposób egzekwowania unijnych przepisów. Jak będzie, to się okaże. Jedno jest pewne. Jeśli przepisy pakietu mobilności zostaną zatwierdzone, przewoźnik będzie musiał dostosować się do zasad wynagradzania, obowiązujących we wszystkich krajach, w których kierowca spędził więcej niż trzy dni. Może to doprowadzić do zmiany modelu biznesowego, czyli ograniczania przewozów wyłącznie do jednego kraju i specjalizacji usługi lub znacznego wzrostu przejazdów powrotnych bez załadunku. Pamiętajmy, że za to zapłacą zleceniodawcy, czyli kontrahenci polskich przewoźników, a także konsument, czyli każdy obywatel UEdodaje ekspert.

Unia równości, nie wolności

Fragment dyrektywy unijnej z 28 czerwca 2018 roku, dotyczącej delegowania pracowników w ramach świadczenia usług, brzmi:

Z uwagi na wysoce mobilny charakter pracy w międzynarodowym transporcie drogowym wdrożenie niniejszej dyrektywy w tym sektorze budzi szczególne wątpliwości i trudności prawne, które mają zostać rozwiązane w przepisach szczegółowych dotyczących transportu drogowego, w ramach pakietu mobilności, wzmacniających również zwalczanie oszustw i nadużyć.

Co zdecydują europosłowie w sprawie tak zwanego pakietu mobilności? Tego jeszcze nie wiemy, ale pewne jest, że w 2020 roku ma wejść w życie nowelizacja dyrektywy o pracownikach delegowanych, którą miał uzupełniać pakiet. Jeśli do tej te zapisy nie zostaną zatwierdzone w dyskutowanym obecnie kształcie, to kierowcy nie będą podlegali pod jej nowe regulacje, ale Europejski Urząd ds. Pracy już teraz będzie się rozwijał i umacniał swoją pozycję. Warto śledzić jego działania.

[1] European Labour Authority, w skrócie ELA

Obowiązkowy split payment – co to oznacza w praktyce?

Komisja Europejska wyraziła zgodę na wprowadzenie obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności w VAT (tzw. split payment) w Polsce w niektórych branżach. Tak zwana decyzja derogacyjna KE obowiązuje od 1 marca 2019 r., jednak zezwala ona jedynie na wprowadzenie nowych regulacji. Te zaś, zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Finansów, powinny zostać opracowane w najbliższym czasie i zaczną obowiązywać od stycznia 2020 r.

Czym jest split payment?

Mechanizm podzielonej płatności w VAT obowiązuje w Polsce od 1 lipca 2018 r. Został wówczas wprowadzony jedynie jako opcja dobrowolna. Zakłada on, że w transakcjach pomiędzy przedsiębiorcami będącymi podatnikami podatku VAT dokonywana zapłata jest dzielona między dwa rachunki – kwota netto wpływa na ogólny rachunek przedsiębiorcy, z którego może on korzystać bez ograniczeń, a kwota podatku VAT wynikająca z transakcji wpływa na powiązany z rachunkiem ogólnym rachunek VAT. Rachunek ten jest przy tym tworzony automatycznie, niezależnie od woli jego posiadacza. To nabywca towarów i usług, który dokonuje płatności, ma bowiem decydować, czy dokonując zapłaty, cała kwota brutto ma wpływać na zwykły rachunek sprzedającego, czy też płatność powinna zostać podzielona pomiędzy dwa rachunki.

Środki zgromadzone na rachunku VAT pozostają środkami przedsiębiorcy, jednak korzystanie z nich jest bardzo ograniczone. Ze środków zgromadzonych na tym rachunku można skorzystać na trzy sposoby:

  • zapłacić swojemu dostawcy kwotę podatku VAT związaną z dokonywaną transakcją (i tylko na jego rachunek VAT) – zapłata wartości netto odbywa się wówczas przy wykorzystaniu rachunków zwykłych,
  • wpłacić VAT do urzędu skarbowego zgodnie z kwotą wskazaną w składanej deklaracji VAT,
  • „uwolnić” środki z rachunku VAT po akceptacji wniosku podatnika przez organy podatkowe.

Podzielona płatność obowiązkowa?

Zapowiadane zmiany w przepisach zakładają w znacznej mierze odejście od zasady dobrowolności w stosowaniu podzielonej płatności. Ministerstwo Finansów od początku wdrażania nowych regulacji wskazywało, że ich celem jest ograniczenie tzw. luki w VAT, czyli walka z oszustami podatkowymi, którzy zatrzymują podatek, zamiast dokonać jego wpłaty do budżetu państwa. System oparty na dobrowolności nie może jednak stanowić skutecznego narzędzia walki z tym zjawiskiem, gdyż podmioty świadomie uczestniczące w karuzelach podatkowych wciąż mogą dokonywać zapłaty, nie korzystając z tego mechanizmu. Split payment zdaniem Ministerstwa Finansów może być więc naprawdę skutecznym narzędziem w walce z nadużyciami w VAT dopiero wówczas, gdy będzie mechanizmem obowiązkowym. Do tego jednak konieczna była zgoda Komisji Europejskiej.

Jej uzyskanie otwiera drogę do uchwalenia nowych przepisów, które mogą oznaczać wiele problemów dla przedsiębiorców.

Obowiązek stosowania podzielonej płatności zgodnie z założeniami Ministerstwa Finansów dotyczyć może jedynie niektórych obszarów – tych, które są najbardziej narażone na wyłudzenia podatku. Wśród nich znajdują się m.in. usługi budowlane i przenoszenie uprawnień do emisji gazów cieplarnianych, a także cały szereg towarów – głównie tych o znacznej wartości. Należą do nich m.in. wyroby z metali, w tym metali szlachetnych, elektronika, części do samochodów i biżuteria, a także paliwa, węgiel oraz odpady i złom. Mimo ograniczenia zakres działalności objęty obowiązkiem podzielonej płatności może być więc szeroki.

Co to oznacza w praktyce?

Zdaniem Ministerstwa Finansów, podobnie jak w przypadku wielu innych zmian mających doprowadzić do uszczelnienia poboru podatków, planowane przepisy pozostaną właściwie bez wpływu na sytuację uczciwych podatników, a uderzą jedynie w oszustów dokonujących wyłudzeń VAT. Niestety te zapewnienia mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Praktyka walki z oszustwami podatkowymi pokazuje, że przestępcy skarbowi znajdują cały czas nowe sposoby na obejście przepisów i dokonywanie wyłudzeń. Zawsze tracą natomiast uczciwi przedsiębiorcy, dla których nowe regulacje oznaczają także nowe problemy.

Środki zgromadzone na rachunkach VAT, mimo że formalnie należą do przedsiębiorców, są tak naprawdę dla nich niedostępne. Sposoby ich wykorzystania są bardzo ograniczone, natomiast to, co większość przedsiębiorców interesuje najbardziej, czyli zwolnienie środków z rachunku VAT, bywa problematyczne. Przede wszystkim w celu „uwolnienia” środków konieczne jest wystąpienie ze specjalnym wnioskiem, na rozpatrzenie którego organy podatkowe mają aż 60 dni. Dodatkowo procedura nie gwarantuje sukcesu – organy mogą bowiem odmówić zgody na wypłatę środków. Co więcej, nawet w przypadku zgody, dotyczy ona tylko konkretnego wniosku i określonej kwoty. Zwolnienie dalszych środków wymaga powtórzenia całej procedury.

Brak możliwości swobodnego dysponowania środkami może natomiast ograniczać płynność finansową podatników, hamując tym samym możliwość rozwoju działalności, prowadzenia inwestycji. Nierzadko może to także prowadzić do przynajmniej czasowej niewypłacalności i znacznie poważniejszych problemów.

Do zmian należy się przygotować

Obecnie podzielona płatność wciąż jest mechanizmem dobrowolnym. Jednak prace prowadzone przez Ministerstwo Finansów pozbawiają złudzeń – split payment prawdopodobnie będzie obowiązkowy. Jego szersze stosowanie bez wątpienia nie pozostanie bez wpływu na działalność gospodarczą prowadzoną przez podatników, jednak wielu problemów można uniknąć. W tym calu jeszcze przed wejściem w życie obowiązkowych rozliczeń z wykorzystaniem rachunku VAT należy się odpowiednio przygotować. Warto też mieć na uwadze, że walka o zwolnienie środków z rachunku VAT nie zawsze będzie łatwa. Dlatego też, stosując się do zasad split payment, zawsze warto skorzystać z pomocy profesjonalistów.

Podstawową zasadą podatku VAT jest jego neutralność dla przedsiębiorców, którzy wykazują zarówno podatek należny (w związku z dokonaną przez nich sprzedażą opodatkowaną VAT), jak i podatek naliczony (zapłacony kontrahentom w związku z opodatkowanymi zakupami). Odliczenie podatku naliczonego (ewentualnie jego zwrot) pozwala na faktyczne uniknięcie konieczności jego zapłaty przez przedsiębiorców, jeśli dokonane zakupy służą prowadzonej działalności opodatkowanej. Dzięki temu często rozliczenie podatku następuje głównie w oparciu o zabiegi księgowe oraz składane deklaracje podatkowe, nie zaś faktyczne wpłaty podatku. Środki zgromadzone na rachunku VAT odwracają tę zasadę.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Amerykanie chcą się zbroić przed cyberatakami

Pracownicy administracji państwowej i dyrektorzy wyższego szczebla uważają, że Stany Zjednoczone Ameryki powinny więcej inwestować w zaawansowane cyber-zabezpieczenia – wynika z raportu Oracle.

Obawy amerykańskiego biznesu i administracji nie są pozbawione podstaw. Według badań i analiz Center For Strategic & International Studies, Stany Zjednoczone zdecydowanie przewodzą liście “ofiar” znaczących cyberprzestępstw i hakerskich ataków.

W ogniu cyberwojny

Ostatnie lata przynoszą regularny wzrost liczby ataków zarówno na instytucje państwowe, jak i na prywatne firmy. Potwierdza to goszczący pod koniec maja w Polsce sekretarz generalny Interpolu Juergen Stock. Jego zdaniem „służby od wielu miesięcy dostrzegają wzrost aktywności przestępców nie tylko w dziedzinie terroryzmu i przestępczości zorganizowanej, ale także w obszarze cyberprzestępczości, która jest międzynarodowa z natury”. Interpol ma dziś filie w ponad 190 krajach świata i monitoruje nielegalną aktywność w sieci na wszystkich kontynentach. Tropy zazwyczaj prowadzą do Chin, Rosji, Iranu i Korei Północnej. Rządy tych krajów oczywiście zaprzeczają jakiejkolwiek wrogiej działalności w cyberprzestrzeni wymierzonej głównie wobec USA. Rok temu Izba Reprezentantów i Senat przyjęły w ustawie o zadaniach i wydatkach na obronę narodową w 2019 roku stanowisko o traceniu przez USA dominacji w cyberprzestrzeni. Dokument narzucił na Biały Dom potrzebę opracowania zaktualizowanej cyberstrategii.

„W 2015 roku doszło do gigantycznego ataku, w którym wykradziono dane ponad 21 mln pracowników administracji rządowej oraz ich rodzin. Dzięki przechwyconym informacjom hakerzy zdobyli numery przepustek i uzyskali dostęp do informacji wojskowych, adresów, dat urodzenia, zatrudnienia oraz danych o wynagrodzeniach i ubezpieczeniach. Rok później, gdy według podsumowania Białego Domu, cyberataki i złośliwa aktywność w sieci kosztowały USA od 57 do nawet 109 miliardów dolarów, amerykańskie władze zdały sobie sprawę, że bez poważnych nakładów finansowych nie da się walczyć z cyberzagrożeniami” – zwraca uwagę Krzysztof Grabczak, Software Practice Leader w obszarze Cybersecurity z Oracle Polska.

Ponad połowa badanych wierzy w skuteczność technologii

Te nastroje bardzo dobrze obrazuje raport z badań przeprowadzonych przez Oracle: „Security in the Age of AI” (Bezpieczeństwo w epoce sztucznej inteligencji). Zostały one przeprowadzone na grupie dyrektorów wyższego szczebla, pracowników administracji państwowej oraz zwykłych obywateli w USA. Większość z nich uważa, że inwestowanie w oprogramowanie zabezpieczające, infrastrukturę bezpieczeństwa oraz nowe technologie w tym zakresie ma kluczowe znaczenie dla ochrony amerykańskich danych przed rosnącą liczbą cyberzagrożeń.

Odpowiadając International Studies na pytanie, co uczyniłoby rząd amerykański lepiej przygotowanym do zapewnienia bezpieczeństwa danych, 51% dyrektorów wyższego szczebla i 62% pracowników administracji państwowej wskazało inwestowanie w infrastrukturę informatyczną i infrastrukturę zabezpieczeń, a 59% dyrektorów wyższego szczebla i 60% pracowników administracji państwowej podało inwestowanie w oprogramowanie zabezpieczające. Jeśli chodzi o ich własne inwestycje w bezpieczeństwo w ciągu kolejnych 24 miesięcy, 44% dyrektorów wyższego szczebla i 33% pracowników administracji państwowej planuje nabyć nowe oprogramowanie o rozszerzonych zabezpieczeniach, a odpowiednio 37 i 25% z nich zamierza zainwestować w nową infrastrukturę, która ma zwiększyć bezpieczeństwo.

Inwestycje przede wszystkim w ludzi

Za największe ryzyko w zakresie cyberbezpieczeństwa grożące ich organizacjom, respondenci uznali „błąd ludzki”. Dlatego w ciągu następnych dwóch lat zamierzają więcej zainwestować w ludzi (w formie szkoleń i zatrudniania nowych pracowników) niż w technologię (taką jak nowe rodzaje oprogramowania, infrastruktura oraz technologie sztucznej inteligencji i automatycznego uczenia), która jest niezbędna do zwiększenia bezpieczeństwa i znacznej redukcji błędów ludzkich. W ciągu kolejnych 24 miesięcy zaledwie 38% dyrektorów wyższego szczebla i 26% pracowników administracji państwowej planuje inwestować w technologie AI i ML w celu poprawy bezpieczeństwa.

Zapytani o działania mające na celu zwiększenie bezpieczeństwa, jakie podjęła ich organizacja w ciągu ostatnich pięciu lat, zarówno dyrektorzy wyższego szczebla, jak i pracownicy administracji państwowej podali modernizację dotychczasowego oprogramowania (odpowiednio 60 i 52%) oraz przeszkolenie dotychczasowych pracowników (odpowiednio 57 i 50%). Niewiele ponad połowa (54%) dyrektorów wyższego szczebla oraz 41% pracowników administracji państwowej kupiło nowe oprogramowanie z rozszerzonymi zabezpieczeniami, natomiast 40% dyrektorów wyższego szczebla i 27% pracowników administracji państwowej zainwestowało w nowe rozwiązania w zakresie infrastruktury.

Branża informatyczna stoi przed dużymi zagrożeniami i zobowiązaniami

Zapytani o to, co uważają za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa w branży informatycznej, respondenci na pierwszym miejscu podali ataki wrogich państw (wśród dyrektorów wyższego szczebla uważało tak 30%, a wśród pracowników administracji państwowej 37%). 78% dyrektorów wyższego szczebla, 75% pracowników administracji państwowej i 64% zwykłych obywateli uważa, że branża informatyczna dysponuje wystarczającymi narzędziami do ochrony danych. Ponadto 79% dyrektorów wyższego szczebla i pracowników administracji państwowej oraz 64% zwykłych obywateli wierzy w to, że pod względem bezpieczeństwa danych branża technologiczna będzie postępować odpowiedzialnie i z uwzględnieniem interesów Amerykanów. Co ciekawe, zaledwie jeden na trzech dyrektorów wyższego szczebla (34%) i pracowników administracji państwowej (32%) uważa, że ochrona danych konsumentów stanowi obowiązek rządu, co podkreśla ogromną rolę, jaką ma do odegrania branża IT w dziedzinie ochrony amerykańskich danych.

Sztuczna inteligencja i jej wpływ na bezpieczeństwo

Zaledwie 33% dyrektorów wyższego szczebla i 20% pracowników administracji państwowej wykorzystuje pełny potencjał AI i ML, chociaż mocno wierzą w to, że autonomiczne technologie oparte na AI i ML zwiększą ochronę przed zagrożeniami dla bezpieczeństwa.

„Przez ostatnie kilka lat nasze działania badawczo-rozwojowe koncentrowały się na próbie prześcignięcia najbardziej zaawansowanych zagrożeń, jakie mogliśmy sobie wyobrazić. Dlatego platforma Oracle Cloud Infrastructure została przebudowana pod kątem osobnego przetwarzania aplikacji i zabezpieczeń oraz uruchamiania bazy danych Oracle Autonomous Database. Baza ta wykorzystuje technologie AI i jest pierwszą i jedyną na świecie autonomiczną bazą danych, która sama się naprawia, zabezpiecza i aktualizuje” – powiedział Edward Screven, główny architekt systemów korporacyjnych w firmie Oracle. „Te i inne chmurowe technologie zabezpieczeń Oracle oparte na automatycznym uczeniu mogą stać się filarem strategii przedsiębiorstwa w zakresie cyberbezpieczeństwa”.

Informacje o raporcie

Na jesieni 2018 r. firma Oracle zleciła firmie Paradoxes Inc. prowadzącej badania w sektorze informatycznym przeprowadzenie ukierunkowanego badania, aby poznać opinie dyrektorów wyższego szczebla, pracowników administracji państwowej oraz zwykłych obywateli na temat obecnego stanu amerykańskich cyber-zabezpieczeń. Narzędzie badawcze zostało stworzone przez doświadczony zespół ds. badań technologii i badań politycznych, który zajmuje się tym obszarem od ponad 20 lat. Badana grupa składała się z 775 respondentów zlokalizowanych w USA. Znaleźli się wśród nich dyrektorzy wyższego szczebla, pracownicy administracji państwowej mający wpływ na decyzje polityczne, ale także zwykli obywatele interesujący się informatyką.

Holding Mitsubishi Chemical sprzedaje Verbatim

Mitsubishi Chemical Corporation ogłosiła dziś podpisanie umowy, na mocy której część działalności spółki związana z nośnikami pamięci, w tym dyskami optycznymi i pamięciami USB oraz inne działalności zarządzane globalnie przez firmy z grupy Verbatim powiązane z MCC, a także zasoby należące do MCC zostaną sprzedane firmie CMC Magnetics Corporation.

Założona w 1978 r. firma CMC działa na rynku nośników pamięci i jest największym na świecie producentem dysków optycznych. Przez lata współpracy z MCC opartej na licencjonowaniu technologii produkcji dysków optycznych obu firmom udało się wypracować solidne partnerstwo.

Celem MCC będzie intensyfikacja działań związanych z zarządzaniem portfolio biznesowym Mitsubishi Chemical Holdings Group zgodnie z planem średniookresowym APTSIS 20. Z kolei CMC zamierza rozszerzyć działalność związaną z nośnikami pamięci nie tylko przez stosowanie własnych technologii produkcji, ale także wykorzystanie globalnej sieci sprzedaży grupy MCC oraz jej rozwiązań, aby umowa była korzystna dla obu stron.

Clive Alberts, prezes Verbatim EUMEA:

Clive Alberts, prezes Verbatim EUMEA
Clive Alberts, prezes Verbatim EUMEA

– Zmiana właściciela Verbatim jest uzasadniona biznesowo i dobra dla wszystkich stron. Z perspektywy firmy MCC marka Verbatim była najmniej związana z jej podstawową działalnością B2B w branży chemicznej, a ponadto sprzedaż ta jest zgodna z planami średniookresowymi kierownictwa. Z perspektywy firmy CMC integracja pionowa daje okazję nie tylko do dalszego wzmocnienia pozycji lidera na rynku nośników optycznych, ale także rozszerzenia portfolio o nowe kategorie produktów i wykorzystania kanałów sprzedaży obsługiwanych dotychczas w ramach globalnych operacji sprzedażowych i marketingowych Verbatim. Jako Verbatim zyskujemy nowego, dynamicznego właściciela, który zapewni nam warunki do rozwoju biznesowego, wzmacniając jednocześnie naszą pozycję w branży nośników pamięci i wykorzystując naszą infrastrukturę, a także wiedzę i doświadczenie w zakresie sprzedaży i marketingu, aby wejść w nowe segmenty rynku. Po łacinie nazwa „verbatim” oznacza „dosłownie” i od początku istnienia firmy wyraża ona nasz stosunek do dokładnego i bezbłędnego zapisu danych. Zmiana właściciela nie zmienia nic w kwestii korporacyjnych zasad dotyczących jakości i niezawodności, które zapewniły nam sukces w ostatnim pięćdziesięcioleciu. Nasi klienci mogą być pewni, że nadal kupują rozwiązania technologiczne godne zaufania.

PPK: Jakie zmiany dla pracodawców wprowadzają nowe zapisy ustawy?

Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych jeszcze nie zdążyła wejść w życie, a 10 czerwca w dzienniku ustaw już została opublikowana jej nowelizacja. Jakie zmiany dla pracodawców wprowadzają nowe zapisy ustawy?

Nowelizacja wejdzie w życie razem z zasadniczą ustawą o PPK, czyli już 24 czerwca 2019 roku.  Najważniejszą zmianą dla firm jest zniesienie limitu 30-krotności podstawy wpłat w Pracowniczych Planach Kapitałowych. Zostanie on zastąpiony limitem wpłat i dopłat w wysokości 50 tysięcy dolarów, które uczestnik PPK może dokonać na wszystkie swoje rachunki.

Łukasz Jasiński, Strategy Advisor w Crowe Administration
Łukasz Jasiński, Strategy Advisor w Crowe Administration

Za weryfikację, czy wpłaty nie przekroczyły ustawowego limitu, będzie odpowiedzialny PFR. Wartość limitu będzie przeliczana według średniego kursu NBP na ostatni dzień roboczy przed 31 grudnia danego roku kalendarzowego – mówi Łukasz Jasiński, Strategy Advisor w Crowe Administration.

Ważną zmianą dla pracodawców jest także rozszerzenie katalogu osób zatrudnionych. W nowelizacji ustawy w ramach tej definicji zostały uwzględnione także osoby na urlopie bezpłatnym, wychowawczym i macierzyńskim. Bez zmian jednak pozostaje fakt, że dla osób z tej grupy pracodawca nie będzie opłacać składek na PPK.

Nowa definicja osób zatrudnionych będzie kluczowa przy liczeniu stanu zatrudnienia na dany dzień kalendarzowy. Może to wpłynąć na zmianę terminu wdrożenia PPK lub zmianę warunku do zwolnienia z obowiązku jego wdrożenia. W tym drugim przypadku pracodawca uczestniczy w Pracowniczym Programie Emerytalnym (PPE) i opłaca składki w wysokości 3,5 proc. podstawowego wynagrodzenia dla przynajmniej 25 proc. osób zatrudnionych – dodaje Łukasz Jasiński.

Przed nowelizacją ustawy umowę o prowadzenie PPK można było przekazać tylko w postaci elektronicznej pozwalającej na utrwalenie jej treści na trwałym nośniku. Po wprowadzonych zmianach będzie ją można przekazać także za pomocą systemu teleinformatycznego. Ustawa dopuszcza także formę papierową – na wniosek uczestnika PPK.

Przed nowelizacją w ustawie o Pracowniczych Planach Kapitałowych brakowało zapisu mówiącego o tym, że 25 proc. zatrudnionych powinno uczestniczyć w PPE, także po okresie przejściowym wdrożenia ustawy o PPK. Obecnie  każdy pracodawca jest zobowiązany posiadać w PPE ¼ zatrudnionych. Weryfikacja będzie się odbywała 1 stycznia i 1 lipca każdego roku.

ZWZ Izby Domów Maklerskich podsumowało rok działalności

18 czerwca 2019 roku odbyło się Zwyczajne Walne Zgromadzenie Izby Domów Maklerskich. Podsumowano działalność Izby w 2018 roku oraz zdefiniowano wyzwania, które stoją przed branżą. Działając w interesie swoich członków oraz całego rynku, Izba aktywnie uczestniczyła w konsultacjach ponad 30 aktów prawnych w tym m.in. interwencji produktowej ESMA czy dyrektywy MIFID II. W br. Izba planuje dalej działać na rzecz rozwoju konkurencyjności branży maklerskiej, poprzez aktywne uczestnictwo w konsultacjach rządowego projektu strategii rozwoju rynku kapitałowego.

W 2018 roku Izba aktywnie uczestniczyła w konsultacjach ponad 30 aktów prawnych. W br. kontynuujemy działania na rzecz rozwoju krajowej branży domów maklerskich, która jest kluczowa dla wzrostu produktywności i konkurencyjności polskiej gospodarki. Istotnym aspektem naszej działalności pozostanie również współpraca z regulatorem i nadzorcą w celu zwiększania bezpieczeństwa inwestorów – mówi Waldemar Markiewicz, Prezes Izby Domów Maklerskich.

PODSUMOWANIE DZIAŁALNOŚCI IZBY W 2018 ROKU

W 2018 roku Izba współpracowała z organami administracji państwowej: m.in. Ministerstwem Finansów, Komisją Nadzoru Finansowego, Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz innymi instytucjami rynku m.in. z Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie S.A., Krajowym Depozytem Papierów Wartościowych S.A., Związkiem Banków Polskich. W ramach Izby aktywnie działało 8 grup roboczych, które wypracowały szereg propozycji rozwiązań, w tym m.in.: kodeks postępowania firm inwestycyjnych w zakresie ochrony danych osobowych klientów, uwagi do projektu ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu.

W 2018 roku Izba konsultowała ponad 30 aktów prawnych (projektów ustaw i rozporządzeń), w tym Ustawę o obrocie instrumentami finansowymi implementującą do krajowego porządku prawnego pakiet MiFID II oraz krajowe akty wykonawcze czy wprowadzenie RODO. Izba brała udział w ok. 10 procesach konsultacji publicznych do zmian wprowadzanych do ustaw podatkowych. W drugiej połowie roku równolegle procedowanych było 6 projektów zmieniających przepisy w tych samych aktach prawnych tj. w PIT, CIT i ustawie o ordynacji podatkowej. Jednym z kluczowych tematów aktywności Izby była wprowadzona w sierpniu 2018 roku interwencja produktowa ESMA. Izba wielokrotnie wskazywała jej negatywny wpływ na konkurencyjność polskich domów maklerskich w stosunku do zagranicznych podmiotów.

Tegoroczna konferencja Izby Domów Maklerskich w Bukowinie Tatrzańskiej zgromadziła rekordową liczbę ponad 300 uczestników: przedstawicieli rządu, regulatora i instytucji rynku kapitałowego, domów i biur maklerskich, funduszy inwestycyjnych oraz spółek notowanych na GPW. Po raz kolejny wydarzenie zostało objęte patronatem honorowym Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Pana Andrzeja Dudy. Goście honorowi konferencji to dr Jerzy Kwieciński, Minister Inwestycji i Rozwoju oraz dr hab. Jacek Jastrzębski, prof. UW, Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

Istotnym aspektem działalności Izby jest dbanie o wysoki poziom profesjonalizmu kadry maklerskiej. W 2018 roku Izba zorganizowała 11 szkoleń i warsztatów z zakresu m.in.: MiFID II, AML, MiFIR, RODO, czy zmian w regulacjach podatkowych, w których udział wzięło 400 osób. Do dyspozycji członków są również dostępne szkolenia w zakresie MiFID II i RODO na platformie e-learningowej, z której skorzystało około 2000 pracowników firm inwestycyjnych.

WYZWANIA DLA BRANŻY MAKLERSKIEJ W 2019 ROKU

W br. IDM jest zaangażowana w prace nad strategią rozwoju rynku kapitałowego w Polsce. W planach jest także utworzenie specjalistycznego sądu rynku kapitałowego. Celem IDM jest wypracowanie wspólnie z regulatorem i nadzorcą rozwiązań dobrych dla przyszłości krajowej branży domów i biur maklerskich, które są kluczowe dla zwiększania produktywności i innowacyjności polskiej gospodarki.

Przemysł motoryzacyjny w ciągu najbliższych 20 lat zmieni się bardziej niż zmieniał się przez ostatnie 120 lat

18 czerwca w Sosnowcu, w siedzibie Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej i śląskiego oddziału Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej odbyło się spotkanie zapowiadające trzecią edycję International Automotive Business Meeting. Eksperci dyskutowali na temat światowych trendów, które wpłyną na przyszłość motoryzacji. Jedno jest pewnew krótkim czasie branżę motoryzacyjną czekają intensywne zmiany.

Spotkanie poprowadził ekspert i dziennikarz motoryzacyjny, prezes Stowarzyszenia Kierowca.pl Włodzimierz Zientarski, który podkreślił jak ważny jest dialog i partnerstwo uczestników rynku motoryzacyjnego w obliczu nadchodzących zmian.

Automotive Business MeetingSpotkanie rozpoczęło krótkie przemówienie J.E. Aldo Amati – Ambasadora Włoch, który powiedział kilka słów na temat współpracy włosko-polskiej oraz podkreślił, że International Automotive Business Meeting jest najważniejszym spotkaniem motoryzacyjnych w Polsce.

Piero Cannas, Prezes Włoskiej Izby Handlowo – Przemysłowej w Polsce (CCIIP), powiedział:

– Zbudowaliśmy bardzo silne partnerstwo z Katowicką Specjalną Strefą Ekonomiczną, które owocuje właśnie trzecią edycją International Automotive Business Meeting. Celem wydarzenia jest zbudowanie wizji strategii najważniejszych graczy na rynku motoryzacyjnym w Polsce, Europie i na świecie. Trend  jest jasny, przyszłością jest elektromobilność i systemy ADAS.

Mateusz Rykała – Wiceprezes, Członek Zarządu, Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (KSSE)  dodał:

– Dziś jest wyjątkowy dzień. KSSE obchodzi swoje 23 urodziny, a Izba Włoska otwiera swój oddział w Sosnowcu w budynku naszej siedziby. Witamy naszych przyjaciół i cieszymy się, że po raz trzeci organizujemy wspólnie IABM – wydarzenie, które jest już marką samą w sobie.

W spotkaniu wzięła udział Ewa Fudali-Bondel, Kierownik/Pełnomocnik ds. Specjalnej Strefy Ekonomicznej, przedstawiciel Miasta Dąbrowa Górnicza, które w tym roku będzie gościło International Automotive Business Meeting. Elisabetta Caprino, Sekretarz Generalny Izby Włoskiej opowiedziała o listopadowym wydarzeniu i przedstawiła wideo promujące trzecią edycję IABM.

W tegorocznym International Automotive Business Meeting weźmie udział ponad 300 uczestników, nie tylko z Polski i Europy, ale także z największych światowych rynków motoryzacyjnych takich jak Chiny, Japonia, Indie oraz Stany Zjednoczone. W pierwszym dniu wydarzenia odbędzie się konferencja dotycząca światowych trendów motoryzacyjnych, z uwagą poświęconą szczególnie tematowi elektromobilności, pojazdom autonomicznym oraz zaawansowanym systemom wspomagania kierowcy (ang. ADAS). Wieczorem uczestnicy będą mieli okazję do networkingu podczas Aperitivo Italiano i Gala Party. Drugiego dnia IABM tradycyjnie już, będzie miał miejsce Speed Business Mixer oraz indywidualne spotkania B2B.

Organizatorzy podkreślali, że IABM to nie tylko konferencja, to przede wszystkim spotkania biznesowe, rozmowy, wspólne tworzenie idei, koncepcji i rozwiązań, to dialog pomiędzy uczestnikami tego ewoluującego rynku. Wydarzenie jest platformą, na której spotykają się najwięksi gracze szeroko rozumianej branży automotive.

Przedsmak tego, co będzie szeroko dyskutowane w listopadzie przedstawił Łukasz Górecki, Manager Klastra Silesia Automotive & Advanced Manufacturing w swojej prezentacji na temat wpływu światowych trendów na rynek motoryzacyjny.

– Dziś rozmawiamy o trendach, które mają wpływ na rynek motoryzacyjny, a jest ich bardzo wiele. Są to m.in. trendy społeczne, technologiczne, ekonomiczne, polityczne i ekologiczne. Już dziś determinują one rozwój branży i stawiają wyzwania przed przemysłem motoryzacyjnym, który w ciągu najbliższych 20 lat zmieni się bardziej niż zmieniał się przez ostatnie 120 lat – powiedział Łukasz Górecki.

Spotkanie zakończyło się panelem dyskusyjnym, w którym wzięli udział J.E. Aldo Amati, Mateusz Rykała, Łukasz Górecki, Włodzimierz Zientarski oraz Marcin Korolec, Prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych, który zaznaczył:

– W perspektywie dziesięciu, może piętnastu lat musimy się liczyć z zakazem sprzedaży samochodów spalinowych w Unii Europejskiej. Taki zakaz może być wprowadzony jako jedna z konsekwencji decyzji politycznej o „neutralności klimatycznej” Unii Europejskiej do roku 2050. Temat ten jest obecnie przedmiotem porządku obrad Rady Europejskiej.

Eksperci podkreślali również jak istotne jest międzynarodowe partnerstwo podmiotów działających na rynku europejskim. Ważne są inwestycje w badania i rozwój, nowe technologie, produkty dobre jakościowo i przyjazne środowisku a jednocześnie spełniające oczekiwania konsumentów, żeby nie zostać w tyle w światowym wyścigu, w którym prym wiodą kraje azjatyckie.

Rozmowy prowadzone podczas konferencji prasowej w KSSE były wstępem do tematyki jesiennego programu trzeciej edycji International Automotive Business Meeting, które zaplanowano na
13-14 listopada.

Rejestracja: https://iabm2019.b2match.io/signup

Do 31 lipca, dostępna jest specjalna oferta biletów „Early Birds”.

Organizatorzy: Włoska Izba Handlowo-Przemysłowa w Polsce, Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna (KSSE), Klaster „Silesia Automotive & Advanced Manufacturing”

Walutomat z nagrodą Portfel Wprost dla najlepszego FinTechu

Serwis wymiany walut Walutomat.pl zdobył Portfel Wprost dla najlepszego FinTechu w 2019 roku. To prestiżowa nagroda przyznawana przez Tygodnik Wprost dla wyróżniających się przedsiębiorstw z branży finanse i bankowość.

Walutomat jest pierwszym polskim serwisem, który uruchomił internetową wymianę walut. W tym roku obchodzi swoje 10-lecie. – Serwis wyróżnia się na tle konkurencji przede wszystkim formułą, gdyż jest społecznościową platformą wymiany walut. Wciąż się rozwija i wprowadza innowacje. Jako pierwszy e-kantor udostępnił korzystanie z szybkich wpłat złotówkowych. Walutomat oferuje także wpłaty kartami płatniczymi, tanie przelewy zagraniczne, otwarte API dla biznesu, czy wypłatę euro w gotówce – mówi Magdalena Jasnoch, kierownik Marketingu i PR Walutomatu.

Jury konkursu doceniło serwis za jego rzetelność, wiarygodność oraz rozwój. Z Walutomatu korzysta obecnie ponad 310 000 osób i liczba ta z miesiąca na miesiąc rośnie. Od początku istnienia, wymieniono w nim ponad 55 miliardów złotych, a miesięcznie dokonuje się tu 115 tys. transakcji.

Portfel Wprost to nagrody przyznawane podmiotom wyróżniającym się w świecie finansów i bankowości. Laureaci rankingu zostali wyłonieni spośród zgłoszonych firm, które jury oceniało biorąc pod uwagę: rozpoznawalność marki, dopasowanie oferty do potrzeb rynkowych, przejrzystość oferty dla klienta, opłaty i prowizje, jakość obsługi klienta, polityka lojalnościowa oraz lojalność i zaufanie klientów. To prestiżowe wyróżnienie przyznawane jest instytucjom finansowym, mogącym pochwalić się najbardziej innowacyjnymi, konkurencyjnymi produktami i usługami, które w najlepszy sposób spełniają oczekiwania Klientów.

Jak sieć 5G wpłynie na rozwój autonomicznych samochodów?

Według szacunków firmy Gartner do 2020 roku na drogach poruszać się będzie około 250 mln połączonych z siecią pojazdów. Może nie będą to jeszcze całkowicie samosterujące pojazdy z filmów fantastycznych, ale będą one wyposażone w łącza bezprzewodowe obsługujące część procesów zautomatyzowanego prowadzenia pojazdów, info-rozrywkę i aplikacje zwiększające bezpieczeństwo ruchu.

V2V czy V2X

Chociaż istnieją wątpliwości, czy pojazdy autonomiczne będą obecne w naszej przyszłości, to aktualnie jesteśmy świadkami ożywionej dyskusji na temat sposobu komunikacji pojazdów autonomicznych z otaczającą je infrastrukturą.

Niektórzy producenci samochodów, tacy jak Renault, Toyota i Hyundai, stawiają na model komunikacji „pojazd-pojazd” (V2V). Jest to technologia o niewielkim zasięgu, korzystająca z wyłącznego pasma do komunikacji pomiędzy samochodami. Jej zwolennicy twierdzą, że jest już dostępna, co może zapobiec opóźnieniu premiery pojazdów z sieciowymi funkcjami bezpieczeństwa.

Po drugiej stronie są firmy telekomunikacyjne i producenci samochodów, tacy jak Volkswagen i BMW. Ta grupa wspiera system telefonii mobilnej o dużym zasięgu, w którym samochody współużytkują pasmo z telefonami komórkowymi i innymi urządzeniami.

Firmy telekomunikacyjne są bardziej zainteresowane tym drugim systemem. Inwestycje w powstające dopiero sieci 5G wymagają olbrzymich nakładów inwestycyjnych i dlatego operatorzy muszą opracować strategię zapewniającą odpowiedni zwrot. Jednak zwolennikom wdrożenia sieci komórkowej o dalekim zasięgu nie chodzi jedynie o „zapełnienie sieci”. Aby zrozumieć tę koncepcję, należy zbadać praktyczne zagadnienia funkcjonowania połączonych pojazdów.

V2V umożliwia komunikację pomiędzy pojazdami, co zapewnia zmniejszenie odległości pomiędzy nimi na drodze i synchronizację działań w celu zapobiegania wypadkom. Jednak inni stawiają sobie o wiele ambitniejszy cel: możliwość komunikowania się pojazdów z pobliską infrastrukturą, a nawet pieszymi uczestnikami ruchu. To nowy wymiar automatyzacji, która zmniejszyłaby liczbę poszkodowanych i ofiar śmiertelnych w wypadkach drogowych. Pozwoliłaby również usprawnić płynność ruchu poprzez śledzenie sieci samochodowej i wyznaczanie najmniej zakorkowanych tras.

Taki model komunikacji określa się terminem „pojazd-otoczenie” (V2X). Funkcjonalność, która umożliwiłaby wdrożenie takiego rozwiązania, będzie zależeć od rozwoju mobilnych sieci 5G. Wymiana danych w modelu V2X będzie wolniejsza niż w V2V, ale za to bardziej uniwersalna przy tworzeniu systemu inteligentnych i bezpiecznych dróg.

Wyzwania dla telekomów

Firmy telekomunikacyjne muszą podjąć szybkie i zdecydowane działania, jeżeli chcą skorzystać z szansy, którą są zautomatyzowane pojazdy. Jednak nowe sposoby zastosowania 5G będą widoczne dopiero po wdrożeniu infrastruktury. Stąd istotna rola specjalistów ds. obiektów IT i centrum danych: firmy telekomunikacyjne będą potrzebować pomocy w tworzeniu szkieletu sieci połączonych pojazdów – mówi Bartłomiej Raab, Country Manager Poland & Baltics w Vertiv Poland

Jeśli chodzi o pojazdy połączone systemem V2X, to zarówno wydajność sieci i infrastruktury IT może dosłownie decydować o życiu. Dlatego firmy telekomunikacyjne, które chcą odgrywać rolę w tym ekosystemie, muszą wspierać infrastrukturę krytyczną, która umożliwi funkcjonowanie usług V2X.

Jak wskazują eksperci z firmy Vertiv, menedżerowie obiektów, którzy chcą wspierać tę ewolucje biznesową, powinni wziąć pod uwagę dwa ważne czynniki.

Pierwszy z nich to obniżenie opóźnienia transmisji danych dzięki sieci 5G.

System V2X obiecuje zautomatyzowany proces reagowania na sytuacje zagrożenia, a przez to ograniczenie liczby wypadków, rannych i zabitych. Jednak, jeżeli koordynacja sieci zawiedzie w kluczowym momencie, wtedy systemy te zostaną pozbawione głównej funkcji, a życie ludzkie będzie narażone na niebezpieczeństwo. Małe opóźnienie jest kluczowym argumentem przemawiającym za wdrożeniem sieci 5G. W tym celu firmy telekomunikacyjne muszą przenieść przetwarzanie danych bliżej infrastruktury drogowej. Można to osiągnąć za pomocą centrum danych funkcjonującym na brzegu sieci (edge computing).

Drugi dotyczy bezpieczeństwa połączonych samochodów.

Każdy pojazd tego typu staje się punktem, przez który do sieci mogą przenikać zagrożenia. Dlatego floty połączonych samochodów muszą zostać zabezpieczone przed hakerami i złośliwym oprogramowaniem. W Europie stowarzyszenie European 5G Infrastructure Public Private Partnership zaleciło, aby firmy telekomunikacyjne zainwestowały w standaryzowane technologie bezpieczeństwa, jak podział sieci, mikrosegmentacja i centra nadzoru zwiększające ochronę przed zagrożeniami.

Trzeci obszar dotyczy gromadzenia i analiza danych z połączonych samochodów.

Zdaniem Marka Fieldsa, Dyrektora Generalnego Forda, dzięki tym informacjom producenci będą mogli „zwiększyć zadowolenie klienta i stworzyć nowe usługi”. Natomiast lokalna administracja będzie mogła usprawniać ruch drogowy i podnosić bezpieczeństwo. Centra danych powinny więc zapewnić infrastrukturę, która zaspokoi zwiększone zapotrzebowanie na przetwarzanie i przechowywanie danych generowanych przez połączone samochody. Aby umożliwić prawidłową analizę danych, dokonywaną w większości w czasie rzeczywistym, każdy element centrum danych musi pracować optymalnie i zapewniać odpowiednią wydajność. Połączone pojazdy i sieć 5G stwarzają ogromne możliwości rynkowe dla operatorów telekomunikacyjnych, którzy poszukują nowych źródeł przychodów.

Lech Kaniuk przejmuje kontrolę nad spółką SunRoof

Lech Kaniuk Holding i Kaselyckan Holding – spółka należąca do brata Lecha Kaniuka, realizują kolejną inwestycję w SunRoof, największą firmę tworzącą dachy z paneli słonecznych w Szwecji. Krok ten pozwoli na zwiększenie udziału w SunRoof oraz w coraz szybciej rosnącym rynku fotowoltaiki.

Innowacyjny szwedzki SunRoof, oferujący całe solarne dachy zamiast paneli, zostanie zasilony środkami pieniężnymi od Lecha Kaniuka, znanego polskiego inwestora i start-upowca oraz jego brata Karola Kaniuka. Decyzję o zwiększeniu zaangażowania kapitału w firmę podjął Lech Kaniuk – Prezes Spółki, posiadający dotychczas 25 proc. udziałów oraz Karol Kaniuk – współzałożyciel SunRoof, posiadający również 25 proc. udziałów.

Tym samym Lech Kaniuk Holding i Kaselyckan Holding zwiększyli swoje udziały w spółce do 28,6 proc. każdy. Po transakcji bracia Kaniuk są w posiadaniu 57,2 proc. kapitału firmy, przejmując pakiet kontrolny.

Szwedzki SunRoof rozwija się bardzo dynamicznie i znacznie zwiększa swój udział w rynku fotowoltaiki. W ostatnim roku sprzedaż wzrosła o ponad 500%. Jest to wynik rozbudowania działu sprzedaży i stale zwiększającej się świadomości w zakresie odnawialnych źródeł energii, w tym większego zapotrzebowania na ładowanie hybrydowych i elektrycznych aut we własnych domach.

Dziś w Szwecji mamy sytuację, gdzie nie opłaca się budować konwencjonalnych dachów. W ciągu 8-10 lat zwraca się inwestycja w dachy solarne, a gwarancję dajemy nawet do 30 lat – mówi Lech Kaniuk, CEO SunRoof.

Zarząd SunRoof podjął również decyzję o dalszych inwestycjach. Obecna transza finansowania zostanie przeznaczona na rozwój przez SunRoof działalności związanej z rozwinięciem produktu oraz sprzedaży. W efekcie realizacji tej strategii uda się znacząco wzmocnić pozycję SunRoof, jako lidera rynku.

To nie wszystkie zmiany, do końca 2019 roku SunRoof planuje zrealizować w Szwecji sprzedaż na poziomie 30 milionów złotych oraz otworzyć oddział techniczno-projektowy w Polsce.

20 miast i prawie 2 tys. przedsiębiorców – zakończył się cykl konferencji „Prawo do Przedsiębiorczości”.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wspólnie z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości zrealizowało drugą edycję spotkań dla przedsiębiorców „Prawo do Przedsiębiorczości – małe firmy, wielkie zmiany”. Za nami 20 konferencji w największych miastach w Polsce. Spotkania prawie 2 tys. przedsiębiorców, kilkudziesięciu prelegentów i ekspertów z 14 instytucji państwowych. Setki rozmów oraz tysiące pytań i odpowiedzi podczas prezentacji i indywidualnych konsultacji – wszystko o ułatwieniach dla firm.

Na przełomie maja i czerwca br. w 20 największych miastach Polski odbyły się konferencje na temat probiznesowych zmian w prawie. – Podczas spotkań z przedsiębiorcami rozmawialiśmy o setkach zmian dla firm, które weszły w życie w ostatnim czasie. Zależy nam, żeby przedsiębiorcy z nich korzystali. Spotkania były także dobrą okazją do zapowiedzi kolejnych korzystnych rozwiązań, które znajdują się już na ostatniej legislacyjnej prostej – zaznaczała minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz.

Od pierwszych spotkań, 14 maja w Olsztynie i Poznaniu, po konferencję w Opolu zamykającą cykl 17 czerwca kilkudziesięciu ekspertów pokonało ok. 8 400 km, by informować i dzielić się wiedzą z przedsiębiorcami. A tych tegoroczne „Prawo do przedsiębiorczości” zgromadziło łącznie prawie 2 tys. Rekordowe pod względem frekwencji było spotkanie w Warszawie, w którym wzięło udział ponad 180 przedsiębiorców.

Uczestnicy konferencji mogli się dowiedzieć, jak skorzystać z rozwiązań wprowadzonych przez Konstytucję Biznesu, Pakiet MŚP, Mały ZUS, ustawę o zarządzie sukcesyjnym i wiele innych probiznesowych rozwiązań. Mieli okazję poznać plany Rady Ministrów związane z kolejnymi ułatwieniami w przepisach, które dotyczą osób prowadzących działalność gospodarczą. Duże zainteresowanie budził „Pakiet Przyjazne Prawo”. Projekt przewiduje m.in. ochronę konsumencką, czyli prawo do reklamacji dla przedsiębiorców zarejestrowanych w CEIDG czy ułatwienia dla rzemiosła – umożliwienie zakładania spółek, bez utraty statusu rzemieślnika.

Jadwiga Emilewicz – Minister Przedsiębiorczości i Technologii
Jadwiga Emilewicz – Minister Przedsiębiorczości i Technologii

– „Pakiet Przyjazne Prawo” to przekrojowy zestaw ponad 70 ułatwień dla biznesu. Wśród nich m.in. prawo do błędu przez pierwszy rok działalności dla mikro, małych i średnich przedsiębiorców. W przypadku pomyłki będą ostrzegani, a nie od razu karani – obrazowała kolejne ułatwienia dla przedsiębiorców minister Emilewicz.

Jednym z najważniejszych celów konferencji było umożliwienie właścicielom firm i przyszłym przedsiębiorcom bezpośrednich rozmów z ekspertami przygotowującymi te zapisy w ministerstwach oraz przedstawicielami instytucji rozwoju. Podczas każdej konferencji dostępne były również strefy informacyjne, w których organizatorzy i partnerzy cyklu udzielali indywidualnych konsultacji. Przedsiębiorcy mogli uzyskać odpowiedzi na konkretne pytania i wątpliwości związane z prowadzeniem biznesu.

– Podczas spotkań rozmawiamy o tym, jakie zmiany zostały wprowadzone do tej pory oraz jakie zmiany jeszcze nas czekają. Ale nie chcemy, by słyszany był tylko głos twórców przepisów. Chcemy rozmawiać z przedsiębiorcami – mówiła w Rzeszowie Małgorzata Oleszczuk, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Przedstawiciele PARP odpowiadali na pytania związane z ofertą wsparcia polskich przedsiębiorstw z funduszy unijnych oraz usługami Centrum Rozwoju MŚP. Eksperci skupiali się na przedstawianiu praktycznych aspektów dotychczasowych reform. Przedstawiciele Banku Gospodarstwa Krajowego i Krajowego Punktu Kontaktowego ds. Instrumentów Finansowych Programów UE wyjaśniali, jak efektywnie wykorzystywać rządowe i unijne programy wsparcia finansowego oraz informowali, co nowego oferują one w 2019 r. Eksperci ZUS byli do dyspozycji we wszelkich kwestiach dotyczących ubezpieczeń społecznych. Na wątpliwości przedsiębiorców dotyczące Pracowniczych Planów Kapitałowych odpowiadali przedstawiciele Polskiego Funduszu Rozwoju

Iron Mountain sprawdził potrzeby działów HR: 48% dokumentów pracowniczych nadal w wersji papierowej

Najważniejsze zadania działów HR to zatrudnianie właściwych pracowników, motywowanie oraz zwiększanie kompetencji istniejących tak, aby organizacja mogła rozwijać się efektywnie. Tymczasem  badania pokazują, że czas pracowników tych działów nie zawsze wykorzystywany jest efektywnie. Z końcem 2018 roku, firma Iron Mountain, wraz z ekspertami Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, przeprowadziła badanie, którego celem było ustalenie z jakimi trudnościami borykają się pracownicy działów HR różnych firm i instytucji. Pomysłodawcom badania zależało na zrozumieniu problemów działów personalnych, aby jak najpełniej odpowiedzieć na ich potrzeby w kontekście tworzonych przez Iron Mountain rozwiązań dla biznesu.

Iron Mountain_SGH_infografikaBadanie[1] zrealizowane przez pracowników Instytutu Kapitału Ludzkiego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, na zlecenie Iron Mountain, miało na celu zdiagnozowanie problemów polskiego HR-u. Badani zostali poproszeni o wskazanie trzech najbardziej uciążliwych obowiązków działów HR, które nie wnosząc istotnej wartości dla pracowników lub organizacji, angażują znaczną część ich czasu. Za najbardziej uciążliwe uznane zostały następujące obszary: raportowanie (zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne – ZUS, GUS, US i do innych organów kontroli i administracji publicznej) – wskazało je 33% ankietowanych; realizacja kwestii formalnych (wobec urzędów i instytucji nadzoru, przedkładanie właściwych dokumentów, uzupełnianie informacji i inne) – podziela ją 1/4 badanych oraz ewaluacja pracowników – wskazana przez 21% ankietowanych. To jasno pokazuje, że działy HR cierpią na nadmierną biurokratyzację, która ogranicza możliwość tworzenia wartości dla organizacji.

Co ciekawe wiele osób pracujących w działach HR, wskazuje zaniepokojenie rosnącą liczbą dokumentacji, wynikającą zarówno z rozwoju organizacji, ale też kwestii formalnych. Jako uciążliwość wskazuje też  niekompatybilność różnych systemów informatycznych.

Co istotne, jak wynika z analiz, samo tylko raportowanie pochłania działom personalnym średnio 50 h miesięcznie. Te organizacje, które korzystają w tym obszarze z outsourcingu procesów HR, nie kryły więc swojego zadowolenia.

„W chwili obecnej, gdy powszechnie brakuje kompetentnych kandydatów, występuje konieczność nieustannej troski zarówno o zaangażowanie, jak i rozwój kompetencji. Nie można więc marnować czasu na zbędną „papierologię”, zarówno ze strony pracowników HR, jak i innych pracowników. Przepisy w tym zakresie rzadko wychodzą naprzeciw potrzebom pracodawców. W tym przypadku jest inaczej, więc szkoda nie wykorzystać szansy na jednoczesne ograniczenie wysiłku HR i zwiększenie zadowolenia wszystkich pozostałych pracowników” – podkreśla Prof. SGH dr hab. Tomasz Rostkowski, Kierownik Zakładu Zarządzania Kapitałem Ludzkim, Instytut Kapitału Ludzkiego SGH.

Wirtualny pracownik, czyli e-teczka HR od Iron Mountain

Na szczęście innowacyjne rozwiązania technologiczne i organizacyjne pozwalają przeciwdziałać problemom działów personalnych i usprawniać ich pracę. Mowa tutaj zarówno o outsourcingu wybranych procesów HR-owych (jak np. rekrutacja), jak też o przekazaniu wybranych zadań firmom specjalizującym się w automatyzacji procesów czy digitalizacji. Przykładem firmy oferującej tego typu rozwiązania jest Iron Mountain – lider rynku zarządzania informacją, archiwizacji i digitalizacji dokumentów. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom działów HR, stworzył rozwiązanie, które pozwoli uporządkować ich pracę, skrócić czas poświęcony na raportowanie, kwestie formalne oraz ewaluację, czyli wszystkie te obszary, na których funkcjonowanie skarżą się HR-owcy. Mowa o elektronicznej teczce personalnej.

„E-teczka jest rozwiązaniem, które pozwala działom HR oszczędzić czas, przestrzeń, zredukować infrastrukturę, a jednocześnie daje im nieograniczony dostęp do teczek personalnych pracowników w każdym miejscu i czasie. To także gwarancja bezpieczeństwa oraz zgodności z przepisami RODO. Dział HR zaoszczędza około 30% czasu bezproduktywnie traconego na poszukiwanie oraz uzupełnianie danych pracowników i może reinwestować ten czas na strategiczne zadania służące rozwojowi firmy oraz jej pracowników” – podkreśla Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska.

Digitalizacja – szansą na oszczędności w działach HR

Jak wynika ze wspomnianego badania, obecnie dominującą formą przechowywania dokumentacji pracowniczej jest wersja papierowa – to aż 48% wszystkich akt w przeanalizowanych organizacjach. Rośnie jednak udział dokumentacji prowadzonej częściowo elektronicznie i obecnie wynosi 41%. Co ciekawe, w przedsiębiorstwach korzystających z tej pierwszej formy, w zależności od wielkości organizacji, istnieje konieczność zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin od 2 do 5 osób, zajmujących się obsługą takiej dokumentacji. Podczas gdy forma elektroniczna wymaga przeciętnie jednej osoby w niepełnym wymiarze godzin. Wśród ankietowanych firm aż 82% korzysta przy tym działaniu z pracy własnych pracowników, a przecież właśnie w tym obszarze firmy mogą odnaleźć największy potencjał oszczędnościowy, wynikający z digitalizacji procesów HR. Warto też przypomnieć, że od stycznia 2019 roku przetrzymywanie akt w formie papierowej nie jest to już wymogiem ustawowym.

„Od stycznia 2019 roku pracodawcy uzyskali możliwość przechowywania dokumentacji pracowniczej w formie elektronicznej (bez konieczności dublowania jej w formie papierowej). Dla wielu z nich ta zmiana jest usankcjonowaniem praktyki i umożliwieniem sprawniejszego zarządzania taką dokumentacją. W praktyce obserwujemy łączenie stosowania tradycyjnych form (np. papierowych akt osobowych) z korzystaniem z rozbudowanych narzędzi informatycznych do zarządzania dokumentacją elektroniczną. Uelastycznienie przepisów powinno w przyszłości prowadzić do zwiększenia zakresu prowadzenia dokumentacji w formie elektronicznej” – podkreśla adwokat, Anna Kobylańska, partner w kancelarii Kobylańska & Lewoszewski.

Korzyści z digitalizacji kontra obawy HR-owców

Jak wynika z badania, ankietowane firmy, nawet jeśli dostrzegają korzyść z usług outsourcingu i digitalizacji procesów HR-owych, mają obawy o brak środków finansowych na tego typu rozwiązania, kwestie bezpieczeństwa dotyczące danych osobowych, jak też przekonanie o ograniczonym dostępie do ewentualnych elektronicznych baz. Rozwiązanie Iron Mountain, szyte na miarę każdego przedsiębiorstwa, uwzględnia jego możliwości kosztowe, daje gwarancję bezpieczeństwa, ale też pełen dostęp do zasobów klienta – to firma zarządza danymi, ma w nie stały wgląd w czasie rzeczywistym.

Czy przedsiębiorcy zdecydują się na wdrożenie takiego rozwiązania w swojej organizacji – pokaże najbliższa przyszłość. Z pewnością dostrzegą w końcu korzyści z digitalizacji, która dzięki zmianom w prawie pozwala uporządkować przestrzeń w firmach i zaoszczędzić sporo czasu pracownikom działów HR.

[1] Analizy przeprowadzono na podstawie wywiadów pogłębionych oraz metody design thinking. Do badania zaproszono wąską grupę kilkudziesięciu przedsiębiorstw i organizacji publicznych o zdywersyfikowanych profilach działalności. Dobór próby uwzględniał różnice w wielkości oraz stopień specjalizacji poszczególnych jednostek w ramach organizacji. Uczestnikami badania były osoby na stanowiskach kierowniczych działający w obszarze kadr i płac oraz szeroko definiowanego HRM.

Pracownik j. angielski znać musi. Kierownik już niekoniecznie

Z analizy ofert pracy wynika, że pracodawcy częściej oczekują znajomości języka angielskiego od stażystów i praktykantów niż od specjalistów i kierowników. Fluentbe sprawdza, czy wymagania rosną wraz z poziomem stanowiska.

Według danych Komisji Europejskiej, zaledwie co piąty Polak potrafi mówić po angielsku. Tymczasem – jak wynika z analizy prawie 48 tys. ofert pracy na stronie Pracuj.pl – znajomość angielskiego jest wymagana w ponad 43 proc. ogłoszeń*.

W niektórych branżach (IT, badania i rozwój, zakupy) angielski jest nieodzownym elementem kompetencji. Jest zatem wymagany głównie w obszarach, w których brak jego znajomości uniemożliwia choćby prowadzenie rozmów z klientami, komunikację wewnętrzną w wielonarodowej korporacji czy obsługę oprogramowania. W innych (franczyza, praca fizyczna, ubezpieczenia) – gdzie komunikacja z klientem i wewnątrz firmy najczęściej odbywa się w języku polskim – zwykle jest tzw. dodatkowym atutem.znajomość angielskiego

Panie Kierowniku!

Brak konieczności znajomości języka angielskiego na wielu stanowiskach mających charakter pracy fizycznej nie dziwi. Kolejne wyniki mogą jednak zastanawiać. Największe wymagania stawia się praktykantom i stażystom. Znajomość języka angielskiego jest warunkiem zatrudnienia w ponad 55 proc. przypadków. Im wyżej w hierarchii, tym oczekiwania… maleją. Od asystentów oczekuje się znajomości języka Dickensa w 53 proc. przypadków, w mniej niż połowie przypadków od specjalistów. A kierownicy? Tutaj wystarczy znajomość języka w niespełna 43 proc. wypadków. Jedyny skok możemy zauważyć w przypadku najwyższych stanowisk – warunek pojawi się w połowie ogłoszeń. wykres-nr-2

  • Od osób aplikujących na wyższe stanowiska wymaga się znajomości angielskiego, ale nie pisze się o tym w ofertach. Wydaje się oczywiste, że eksperci, kierownicy, prezesi mówią po angielsku, tak jak umieją obsługiwać maila – komentuje Miłosz Ryniecki z internetowej szkoły językowej z Fluentbe.

HR-owcy sprawdzają

Tego samego zdania są specjaliści od rekrutacji. Fluentbe zapytało ponad 50 przedstawicieli** branży HR o wymagania dotyczące kompetencji językowych w pracy. Mimo że w ogłoszeniach najczęściej oczekuje się znajomości języka angielskiego od stażystów, to – nie licząc pracowników fizycznych – ich umiejętności językowe sprawdzane są najrzadziej. W trakcie rekrutacji najczęściej oceniana jest znajomość języka wśród specjalistów i kierowników.wykres-nr-3

Czy język jest rzeczywiście potrzebny?

Mimo że wymagania dotyczące umiejętności językowych zamieszczone są jedynie w dwóch na pięć ogłoszeń, to zdecydowana większość (69,5 proc.) rekruterów sprawdza znajomość języka angielskiego często lub zawsze. Według nich wymagany język jest rzeczywiście potrzebny (zawsze, często lub od czasu do czasu) do pracy na danym stanowisku. Jedynie 7 proc. ankietowanych uznało, że angielski nie przydaje się w pracy, choć był wymagany w ogłoszeniu.wykres-nr-4

Rekruterzy uważają angielski za potrzebny, ale zdarzają się też przypadki, gdy zweryfikowany język się nie przydaje:

  • Sama miałam kiedyś okazję przejść skomplikowany proces z trudnym sprawdzaniem angielskiego do Wielkiej Czwórki, żeby później użyć języka… raz w ciągu czterech lat. W mojej opinii, zwłaszcza w międzynarodowych korporacjach, angielski bywa sprawdzany na wyrost i nie jest później realnie potrzebny. Bardzo dużo się zmieniło natomiast jeśli chodzi o firmy lokalne i małe. Kiedyś angielski w zasadzie mógł w nich nie istnieć, teraz globalizacja powoduje, że jest coraz częściej przydatny (np. ze względu na pozyskiwanie wiedzy, klientów międzynarodowych, międzynarodowy networking) – odpowiada jedna z ekspertek.

Kompetencja bazowa

Na wpływ globalizacji na oczekiwania związane ze znajomością angielskiego zwracają uwagę również inni pytani eksperci:

Wiele firm, także polskich, stawia na ekspansję zagraniczną i stopniowo wkracza z działalnością na inne rynki. Kontakty międzynarodowe są już codziennością, a komunikacja w języku angielskim staje się kompetencją bazową dla wielu stanowisk pracy – wskazuje Marcin Starzyk, Recruitment Specialist, Jobs Plus. Według ankietowanych znajomość angielskiego najczęściej przydaje się na stanowiskach specjalisty i kierownika (po 88 proc.)

Pracując w globalnej organizacji język angielski jest językiem „urzędowym”. Nie są to kontakty jedynie z klientami i dostawcami, ale przede wszystkim ze współpracownikami pracującymi w innych jednostkach, rozlokowanych często na wszystkich kontynentach. Dlatego ważna jest nie tylko sama znajomość języka, ale również umiejętność zrozumienia i dogadania się z osobami, dla których język angielski nie jest językiem ojczystym i w zależności od narodowości akcent i sposób mówienia mogą być utrudnieniem w komunikacji – zauważa Karolina Bojdys, Cooper Standard.

Gdy w grę wchodzi awans

Specjaliści HR nie mają wątpliwości – brak znajomości angielskiego zawsze lub często może przyczynić się do wyhamowania kariery na kierowniczych stanowiskach. Uważa tak w sumie ponad 81 proc. ankietowanych. Co więcej, jak wskazuje jeden z pytanych – Brak znajomości angielskiego może być powodem wyhamowania kariery na każdym stanowisku; to must-have – dodaje.wykres-nr-5

* Dane zebrano w dn. 6 czerwca 2019 roku.

**Ankieta internetowa na próbie 59 osób (specjaliści z branży HR), przeprowadzona w okresie 14-18 czerwca 2019 roku.

Rynek pożyczek w maju 2019 r.

W maju 2019 r., w porównaniu do maja 2018 r. firmy pożyczkowe odnotowały spadki zarówno w wartości udzielonych pożyczek (-12%), jak i w liczbie (-8,5%). W maju 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły finansowania na kwotę 551 mln zł, udzielając 222,2 tys. pożyczek. Średnia wartość udzielonej w maju pożyczki pozabankowej wyniosła 2 480 zł i była niższa od średniej wartości udzielonej pożyczki w maju 2018 r. o (-4%). Łącznie w okresie styczeń – maj 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły 1 109,9 tys. pożyczek na łączną kwotę 2,846 mld zł. W analizowanym okresie firmy pożyczkowe udzieliły o (-3,2%) mniej pożyczek niż w analogicznym okresie zeszłego roku, a w ujęciu wartościowym spadek wyniósł (-3,3%).

pożyczki maj 2019Analizując rynek pożyczkowy w okresie pierwszych pięciu miesięcy 2019 r. według przedziałów kwotowych, 42% wartości udzielonych pożyczek dotyczyło kwot powyżej 5 tys. zł, które stanowiły 11% sprzedaży. W ujęciu liczbowym omawianego okresu dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 39% liczby udzielonego finansowania. W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 tys. zł miały 9% udział w sprzedaży.

Dodatnia dynamika liczby udzielanych pożyczek w okresie styczeń – maj 2019 r. dotyczyła jedynie pożyczek niskokwotowych (< 1 tys. zł) i wynosiła (+5,1%) oraz wysokokwotowych (> 5 tys. zł), w przypadku których wyniosła ona (+0,7%). Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego 1,5 do 2 tys. zł (-12,0%).

Jak rozliczyć hulajnogę elektryczną w działalności gospodarczej

Czas stracony w korku kosztuje statystycznego mieszkańca dużego miasta w Polsce ponad 3 tysiące złotych rocznie – wynika z danych firmy Deloitte. Nic więc dziwnego, że coraz większą popularnością cieszą się elektryczne hulajnogi, które usprawniają poruszanie się w ruchu miejskim. W związku z „hulajnogowym boomem” przedsiębiorcy zastanawiają się, czy można rozliczać je w kosztach prowadzenia działalności gospodarczej.

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Problemu z tym nie będą miały przedsiębiorstwa handlujące hulajnogami lub wypożyczalnie takiego sprzętu, ponieważ w tych przypadkach istnieje ewidentny związek z prowadzoną działalnością. Inaczej sytuacja będzie wyglądać w przypadku tych przedsiębiorców, którzy zechcą wykorzystać hulajnogę jako środek transportu.

Według przepisów, aby rozliczyć wydatek jako koszt prowadzenia działalności, należy wykazać, że został poniesiony w celu osiągnięcia przychodów, ich zachowania lub zabezpieczenia. Przedsiębiorca może więc wykazać, że hulajnogą dojeżdża do kontrahenta czy do hurtowni, aby złożyć zamówienie. W większych miastach dodatkowo przemawia za tym fakt, że hulajnogą można podróżować sprawniej i szybciej.

W związku z tym, że hulajnoga nie jest pojazdem, nie dotyczy jej ograniczenie rozliczania kosztów pojazdu osobowego do 75% lub 20%, które obowiązuje od 2019 roku.

Warto również pamiętać, że w razie wątpliwości co do rozliczania kosztów można zwrócić się do urzędu skarbowego z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji.

Powell kontra gospodarka, Draghi i Trump

Przed nami bez wątpienia najbardziej wyczekiwana decyzja FOMC w tym roku, a jej istotność została spotęgowana przez wczorajsze komentarze szefa EBC Draghiego oraz prezydenta USA Trumpa. Zakomunikowanie otwartości do cięć stóp procentowych w tym roku jest scenariuszem bazowym, ale wszystko może skomplikować troska o niezależność banku centralnego. Poprzeczka dla gołębiego wydźwięku Fed wisi wysoko.

Zakładamy, że czerwiec jest zbyt wczesnym terminem na obniżkę stóp procentowych i spodziewamy się pierwszego ruchu we wrześniu i potencjalnie kolejnego w grudniu. Cięcie w tym tygodniu przede wszystkim byłoby to niepotrzebnym szokiem dla rynków finansowych, biorąc pod uwagę, że rynek dyskontuje tylko 7 pb cięcia (ok. 28 proc. prawdopodobieństwa). Mimo to gospodarka zaczęła zmierzać w złym kierunku i inflacja odkleiła się od celu 2 proc., a w opinii niektórych członków Fed stopy procentowe są za wysoko i wymagają „asekuracyjnej” korekty w dół. Fed respektuje też rynkowe oczekiwania, które w ostatnim czasie wyraźnie się obniżyły. Obecnie rynek zakłada 28 pb cięcia do posiedzenia w lipcu, 47 pb do września i 68 pb do grudnia. Wątpimy, abyśmy dziś otrzymali jasną deklarację obniżki na kolejnym posiedzeniu w lipcu lub do końca kwartału (we wrześniu). Jednak jest realne, aby komunikat i konferencja posłużyły do nakreślenia otwartości FOMC do obniżek w niedalekiej przyszłości. Fed może usunąć z komunikatu fragment mówiący o tym, że Komitet zamierza być „cierpliwy” w określaniu przyszłych dostosowań stopy procentowej i zastąpić np. zwrotem, że Komitet jest gotowy odpowiedzieć modyfikacją polityki na zmieniające się warunki gospodarcze. Sygnały szybszego zakończenia programu redukcji sumy bilansowej (pierwotnie ma zostać wygaszony we wrześniu) będą sygnalizować bliskie przejście do obniżek stóp procentowych. W projekcji stopy procentowej członkowie Fed raczej powstrzymają się od sygnalizowania nieuchronności obniżek. Zakładamy, że centralna prognoza na koniec 2019 r. zostanie utrzymana bez zmian względem projekcji z marca, tj. na 2,375 proc. Jednocześnie wydaje się naturalną konsekwencją zmiany nastawienia, aby prognoza na lata 2020-21 została obniżona z 2,625 proc. do 2,375 proc., tym samym usuwając sugestię jednej podwyżki w przyszłym roku. Na konferencji prasowej prezes J. Powell powinien podkreślić niepewność wokół perspektyw gospodarczych posiedzeniu i Fed jest gotowy do reakcji na napływające sygnały. Jednocześnie spodziewamy się uspokajającego języka wskazującego na niskie ryzyko wystąpienia recesji, a ewentualna obniżka stóp procentowych powinna być traktowana jako ruch wyprzedzający dla wsparcia ożywienia.

Uważamy, że rynek nie liczy na wyraźną deklarację obniżki w trzecim kwartale i sama gotowość do działania w niedalekiej przyszłości będzie zgodna z rynkowymi oczekiwaniami. Jednocześnie silne spozycjonowanie w krótkich pozycjach w USD rodzi presję po stronie sprzedaży faktów i realizacji zysków, szczególnie na EUR/USD, gdzie w związku z gołębimi sygnałami z EBC (przemówienie prezesa Draghiego w Sintrze we wtorek sugerujące gotowość EBC do dalszych obniżek stóp procentowych i reaktywacji QE) buduje się inicjatywa dla odwrócenia wcześniejszych wzrostów. Nawet jeśli Fed jest coraz bliżej rozpoczęcia cyklu obniżek stóp procentowych, z uwagi na to, ile rynek już zdyskontował, do nasilenia presji osłabienia USD potrzeba silnego sygnału jasno umiejscawiającego termin obniżki. Tego możemy w tym tygodniu nie otrzymać.

Wreszcie dochodzi element sporu między prezydentem Trumpem a Fed. Na podstawie wczorajszej aktywności Trumpa na Twitterze można uznać, że gołębi język Draghiego nie spodobał się prezydentowi, gdyż w jego mniemaniu kontrastuje z upartym powstrzymywaniem się prezesa Fed Powella od obniżek. Zbiegło się to z publikacją niepotwierdzonych informacji, jakoby w lutym prawnicy Białego Domu analizowali legalne ścieżki odwołania szefa Fed Powella, ale nic nie znaleźli. W późniejszym wywiadzie telewizyjnym Trump zapytany o medialne rewelacje, stwierdził tylko: „poczekajmy na to, co [Powell] zrobi”. To nie jest odpowiedź nawet ocierająca się o dementi, co tylko podsyca obawy o niezależność Fed. W kontekście dzisiejszej decyzji niewykluczone jest, że Powell będzie chciał uniknąć zbyt gołębiego wydźwięku, by zgasić spekulacje, że Fed działa pod dyktat Białego Domu. Kolejny powód, by nie spodziewać się słabości dolara po posiedzeniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Skuteczny mentoring w firmie

Skuteczny mentor powinien pomagać swojemu mentee w stawaniu się takim, jakim chciałby się stać – najczęściej w kontekście zawodowym. Mentoring można uznać za uzupełniającą wobec szkoleń formę wspierania procesu doskonalenia, uczenia i rozwoju pracownika w firmie. Ale jak sprawić, by mentoring był skuteczny?

Mentoring to narzędzie wspierające rozwój utalentowanych pracowników i jako takie, sprawdza się w każdej branży. Czy jednak równie dobrze sprawdzi się na każdym poziomie struktury organizacyjnej? Zazwyczaj mentoring skierowany jest do osób będących na początku ścieżki zawodowej, dla których wsparcie ze strony bardziej doświadczonych pracowników jest szczególnie cenne. Z tego powodu mentoring rzadziej dotyczy stanowisk menedżerskich.

– Można sobie wyobrazić, że menedżer przechodzący do rady nadzorczej lub na wyższe stanowiska w hierarchii korporacyjnej, staje się mentorem dla nowo powołanego członka zarządu organizacji. Podobne sytuacje są jednak zdecydowanie rzadsze, niż mentoring młodego pracownika w okresie adaptacji lub na wczesnych etapach rozwoju zawodowego – mówi Hanna Macyra, trenereka w firmie Effect Group, autorka szkolenia „Skuteczny mentor”.

Gotowy, by stać się mentorem

Mentoring to sposób dostarczania efektywnych wzorców działania w złożonej rzeczywistości zawodowej. Mentor powinien aktywnie uczestniczyć w życiu zawodowym mentee, utrzymywać z nim regularne kontakty, udzielać porad, dzielić się̨ doświadczeniem zawodowym, wspierać i wyrażać swoje opinii.

Jednocześnie jednak ważna jest równoprawna rola mentora i osoby, z którą pracuje. Mentor wspiera merytorycznie działania mentee, ale nie rozwiązuje za niego problemów, ani nie wykonuje jego zadań. Można się więc zastanawiać, czy każdy, kto ma odpowiednie doświadczenie zawodowe, nadaje się do tego, aby być dla innych mentorem. Czy nie wymaga to np. odpowiednich predyspozycji osobowościowych?

– Nie jest to kwestia osobowości, jednak z mojego doświadczenie wynika, że na pewno trzeba być gotowym do przyjęcia roli mentora. Tę gotowość możemy znajdować w sobie „od zawsze”, ale może być i tak, że dopiero na pewnym etapie rozwoju kariery, kiedy już zrozumiemy wagę własnego doświadczenia, poczujemy potrzebę, aby się nim podzielić – mówi Hanna Macyra. – Natomiast prawidłowego i efektywnego sposobu pełnienia roli mentora trzeba się nauczyć, podobnie jak trzeba się nauczyć roli menedżera – podkreśla.

Dobrą praktyką w procesie wdrażania mentoringu jest szkolenie kandydatów na mentorów. Szkolenie takie nie tylko pomaga rozwiać obawy co do własnych umiejętności „pedagogicznych”, ale także pozwala zdobyć niezbędną wiedzę i umiejętności mentorskie. Właśnie dzięki szkoleniu łatwiej jest zrozumieć rolę mentora i ukształtować postawę właściwą dla tej roli.

Mentoring jako element kultury firmy

To, w jaki sposób będzie przebiegał mentoring i na ile będzie przynosił efekty zarówno konkretnym osobom, jak i całej firmie, zależy także od samej organizacji i tego, na ile mocno wpisuje ona tego typu wsparcie w swoje zasady i kulturę organizacyjną. Firma, która chce rozwijać swoich pracowników, wykorzystując do tego celu mentoring, powinna stworzyć warunki do bezpiecznego i komfortowego dzielenia się wiedzą i doświadczeniami. Mentor nie powinien mieć powodów do obaw, że mentoring będzie przypominał „wyciskanie” z niego wiedzy, niczym soku z cytryny, po czym przestanie być potrzebny organizacji.

Pewnym elementem zabezpieczającym przed taką obawą może być już sam fakt, że mentoring nie oznacza przekazywania całej wiedzy mentora. Zasadniczo jeden proces mentorski dotyczy rozwiązania ściśle określonych, konkretnych problemów lub realizacji zadań i to mentee musi przygotowywać własne rozwiązania, a mentor być „jedynie” ich recenzentem.

Procesy mentoringowe powinny być traktowane jako jedno z wielu narzędzi rozwoju pracownika. Jeśli więc firma chce je wpisać na stałe w kulturę organizacyjną firmy, powinna przygotować i wdrożyć odpowiednie standardy dotyczące mentoringu.

– Warto także promować mentorów wewnątrz organizacji i budować prestiż tej roli. Nobilitacja mentorów jako bardzo ważnych pracowników, nie tylko zwiększa zainteresowanie pełnieniem takiej roli, czy też zachęca do skorzystania ze wsparcia mentora, ale także buduje kulturę organizacyjną sprzyjającą mentoringowi – wyjaśnia trenerka Effect Group.

Dobrze też, jeśli – poza formalnymi procedurami – atmosfera w firmie oraz sposób pracy zachęcają do wzajemnego uczenia się. Spontanicznemu mentoringowi sprzyja wspólne realizowanie projektów, szczególnie gdy we współpracę zaangażowani są pracownicy z różnych szczebli organizacji i o różnym doświadczeniu. W takiej sytuacji mentoring często pojawia się jako naturalne narzędzie współpracy w zespole projektowym.

 W stronę efektywnego mentoringu

Podstawowym i najważniejszym warunkiem prawidłowego przebiegu mentoringu jest dobre dopasowanie mentee i mentora. Sesja, podczas której uzgadniane jest dopasowanie, w praktyce okazuje się najistotniejszym elementem całego procesu. Co oczywiste, ludzie różnią się między sobą i nie każdy, kto zostanie wyznaczony na mentora, będzie dla danej osoby odpowiedni w tej roli. Ale i przeciwnie – również mentor nie z każdym mentee będzie w stanie uzyskać równie dobre efekty.

Zarówno mentee, jak i mentor zaczynają od tego samego – początkowo obydwoje wiedzą o sobie niewiele. Ich relacja nie jest karana, ale nie jest też nagradzana. Wzajemne zaufanie budowane jest na wymianie spostrzeżeń i opinii, przy czym opinie mentora i podopiecznego są równe. I właśnie to wydaje się podstawą efektywnego mentoringu.

– Z mojego doświadczenia wynika, że błędem najczęściej popełnianym przez mentorów, jest rozwiązywanie problemów lub realizowanie zadań za mentee – mówi Hanna Macyra. – Z samej natury procesu wynika, że mentor „lepiej wie”, „lepiej umie”, ale dlatego właśnie czasami powinien wykazać większą cierpliwość. Nawet jeśli mentee będzie podejmował złe wybory i decyzje, zadaniem mentora nie jest zapobieganie im, ale towarzyszenie mentee w takich sytuacjach – podkreśla trenerka.

Mentor musi pamiętać, że to mentee jest odpowiedzialny za swój rozwój. Aby mógł się udoskonalać, powinien mieć pole do samodzielnego eksperymentowania i dochodzenia do najlepszych rozwiązań. Mentor może prezentować pomysły, wnioski, wskazywać alternatywne rozwiązania, ale nie do niego należy wybór konkretnych działań podejmowanych w poszczególnych sytuacjach.

Ważne też, aby mieć świadomość, że mentoring nie jest procesem ciągłym. Powinien koncentrować się na konkretnej sytuacji biznesowej lub służyć rozwiązaniu określonego problemu, ale w wyznaczonych ramach czasowych. Zazwyczaj początkowy czas trwania mentoringu określa się na 3 miesiące, a w razie potrzeby proces bywa przedłużany do pół roku. W tym czasie ilość sesji mentora i mentee może być uzgadniana dowolnie.

Zakończenie procesu należy jednak zaplanować już na początku. W tym czasie mentee powinien dążyć do jasno zdefiniowanych celów. Na zakończenie mentoringu należy omówić przebieg mentoringu oraz stopień, w jakim udało się zrealizować określony plan. Obie strony procesu mentoringowego muszą mieć świadomość końca współpracy – rozstanie powinno być dokładnie i uważnie przemyślane oraz zorganizowane.

Na skuteczny mentoring składa się wiele elementów – od doświadczeń i przygotowania mentora, przez postawę i zaangażowanie mentee, po kulturę organizacyjną panującą w danej firmie. Ta ostatnia, jeśli jest otwarta, może sprzyjać efektywnemu mentoringowi i wzajemnemu uczeniu się. Jeśli jednak opiera się np. na rywalizacji, skuteczny mentoring będzie w niej znacznie trudniejszy.

Enefit Green wchodzi na polski rynek produkcji energii ze źródeł odnawialnych

Enefit Green, spółka zależna Grupy Eesti Energia, zajmująca się wytwarzaniem energii ze źródeł odnawialnych, właśnie podpisała umowę na zakup 20 farm fotowoltaicznych w Polsce. Całkowita moc elektrowni słonecznych wynosi 19,15 MW.

Polska jest obecnie jedynym rynkiem, na którym prowadzone są na tak dużą skalę aukcje na sprzedaż energii wytwarzanej w elektrowniach słonecznych. Wszystkie z dwudziestu farm fotowoltaicznych nabytych przez Enefit Green uzyskały dotacje w ramach aukcji na sprzedaż energii ze źródeł odnawialnych przeprowadzanych w Polsce w latach 2016 i 2017.

Na ten moment już ukończono budowę dziewięciu farm słonecznych. Pozostałe elektrownie znajdują się na końcowym etapie budowy, przy czym prace nad wszystkimi z nich zostaną zakończone do jesieni br. Wartość inwestycji spółki Enefit Green wynosi 17,3 mln euro.

Aktualnym właścicielem wszystkich farm fotowoltaicznych nabywanych w ramach planowanej transakcji jest spółka Solaque Holding Ltd. Za budowę i eksploatację elektrowni odpowiada GEO Solar Sp. z o.o. Obie firmy są spółkami stowarzyszonymi z Grupą GEO, która inwestuje w rozwój energetyki odnawialnej w Polsce.

Według Aavo Kärmasa, prezesa zarządu Enefit Green, wzrost wytwarzania energii w elektrowniach słonecznych stanowi element strategii i ambitnego planu rozwoju spółki.

Naszym celem jest zwiększenie udziału energii słonecznej w portfelu energii produkowanej ze źródeł odnawialnych, co oznacza realizację inwestycji zarówno w Estonii, jak i na pozostałych rynkach w krajach bałtyckich, na których prowadzimy działalność. Przejęcie farm fotowoltaicznych w Polsce przybliży nas do osiągnięcia tego celu i zwiększy łączną moc elektrowni słonecznych w posiadanym przez Enefit Green portfelu inwestycyjnym do 26 megawatów. Ponadto planowana inwestycja stanowić będzie dla nas podstawę do budowania zdolności operacyjnej w Polsce i dalszej realizacji przyjętej strategiipowiedział Aavo Kärmas.

Prezes zarządu Enefit Green dodał, że transakcja nabycia elektrowni słonecznych przyczyni się również do realizacji celu całej Grupy Eesti Energia, jakim jest wytwarzanie 45% energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych i alternatywnych w perspektywie do 2023 r.

Jesteśmy dumni z tego, że możemy uczestniczyć w wejściu Enefit Green na polski rynek. Wierzę, że przejęcie naszych farm fotowoltaicznych przez największego producenta energii odnawialnej w Estonii oraz jednego z największych w krajach bałtyckich, jakim jest Enefit Green, daje dobre perspektywy zarówno dla obu stron inwestycji, jak i dla całego sektora OZE w Polscemówi Mariusz Klimczak, członek zarządu GEO Solar.

Całość energii elektrycznej wytwarzanej we wszystkich nabywanych farmach fotowoltaicznych jest sprzedawana i wprowadzana do sieci. Za sprzedaż energii na polskim rynku odpowiada spółka Enefit Sp. z o.o. również należąca do Grupy Eesti Energia. W przyszłości możliwa będzie także sprzedaż energii wytwarzanej w nowo pozyskiwanych farmach fotowoltaicznych bezpośrednio na rzecz polskich odbiorców.

Enefit Green jest spółką zależną Eesti Energia. Działa w obszarze energetyki odnawialnej wytwarzając energię elektryczną z wiatru, wody i energii słonecznej. Do produkcji energii elektrycznej i cieplnej stosuje także biomasę oraz zmieszane odpady komunalne. Dzięki przyjętej strategii inwestycyjnej spółka Enefit Green posiada najbardziej zróżnicowany portfel wytwórczy wśród wszystkich producentów energii ze źródeł odnawialnych prowadzących działalność w krajach bałtyckich.

Raport EH: wzrost niewypłacalności w polskim budownictwie i handlu

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W maju 2019 w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 75 niewypłacalnych polskich firmach wobec 70 w kwietniu 2018 roku – wzrost o 7% w porównaniu r/r
  • Od początku roku liczba niewypłacalności wzrosła również o 7% w porównaniu do analogicznego okresu przed rokiem (I-V), co oznacza niewypłacalność w tym czasie 433 polskich firm (informacje opublikowane w oficjalnych źródłach)
  • Ponowny wzrost liczby niewypłacalności w budownictwie – nie tylko infrastrukturalnym, ale także wznoszenia budynków
  • Wciąż wzrost zagrożenia niewypłacalnościami ma miejsce w transporcie (+100% przypadków w skali miesiąca r/r) oraz w handlu (+17%)
  • Pomimo procentowego zmniejszenia liczby niewypłacalności w tych akurat branżach, wciąż najwięcej było ich w sektorze usług (22) i przemysłowym (15)
  • Niewypłacalności w województwach z największym wzrostem ich liczby r/r: pomimo przemysłowego charakteru tych regionów aktualnie opublikowane niewypłacalności w większości przypadków dotyczyły firm handlowych

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Wzrost liczby niewypłacalności w maju br. w stosunku do analogicznego miesiąca ub. roku miał miejsce w sektorach handlu hurtowego, transportowym oraz… budowlanym.wzrost niewypłacalności

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Pomimo iż od początku roku, czyli w ciągu 5 miesięcy 2019r. firm budowlanych mających problemy z niewypłacalnością było mniej niż w tym samym okresie 2018 r. (o -14%), to jest to efekt spadku ich liczby w minionych miesiącach. W maju mieliśmy do czynienia z 8 niewypłacalnościami firm budowlanych wobec tylko 2 w maju ub. roku.

Połowa tych niewypłacalności dotyczyła firm budowlanych związanych z budową dróg i związanymi z tym pracami specjalistycznymi. Ograniczoną rentowność tych prac potwierdza narastające zjawisko zrywania kontraktów przez zleceniodawców (wobec niewystarczającego zaangażowania w ich realizację) lub ich rzeczywistego porzucania przez samych wykonawców.wzrost niewypłacalności 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

Jak mówi Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: Do ewidentnych opóźnień i wzrostu kosztów w efekcie zrywania kontraktów, głównie drogowych, doliczyć tez trzeba straty, jakie poniosą (lub już ponieśli) przede wszystkim podwykonawcy oraz dostawcy dotychczasowych konsorcjów. Nawet, jeśli (w najlepszym przypadku) poniesione koszty zrekompensuje im inwestor. Stracą, bowiem zainwestowali swoje środki finansowe, zatrudnili ludzi i sprzęt oraz zamówili materiały budowlane a nie zrealizują w pełni zakładanych przychodów, zysków…

Tego można się było jednak spodziewać – to nie jest nic zaskakującego w odniesieniu do budownictwa infrastrukturalnego. Zastanawiać jednak musi to, iż druga połowa niewypłacalności w budownictwie dotyczyła firm budownictwa ogólnego – wznoszenia budynków.

Tutaj mamy przecież do czynienia nie tylko z utrzymującym się popytem (m.in. w sektorze budownictwa mieszkaniowego, czy na powierzchnie biurowe, handlowe czy magazynowe), ale też nie było sztywnych reguł zawierania kontraktów, utrudniających indeksację kosztów w trakcie ich realizacji. Mimo tego widoczne są niewypłacalności – i to w teoretycznie najbardziej sprzyjającej części sezonu, gdy nie powinno być problemów z bieżącym finansowaniem prac.

Handel – każdy błąd może być tym ostatnim

Dwie największe niewypłacalności miały miejsce w sektorze handlu hurtowego. Sprzedawały one różny asortyment: jedna odzież, druga wyroby motoryzacyjne (w tym samochody). Obydwie te firmy miały też własne punkty detaliczne, co zwiększało ich marże i zyski, ale sądząc po niewypłacalności – nie wystarczyło to dla zachowania płynności finansowej.

Zróżnicowanie asortymentu jak i grup docelowych niewypłacalnych hurtowników potwierdza tezę, iż przyczyną problemów w hurcie nie jest mechanizm podażowo-popytowy (co potwierdzają też obroty niewypłacalnych firm – bynajmniej nie spadające), ale kwestia rentowności obrotu na mocno konkurencyjnym rynku. W tej sytuacji każda decyzja – nawet nie błędna, ale niekoniecznie optymalna – przynosi negatywne konsekwencje, zazwyczaj (w świetle osiąganej rentowności i nasycenia rynku) już nie do odrobienia – komentuje Tomasz Starus.

wzrost niewypłacalności 3

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Problemy handlu widoczne w regionach

Największy wzrost liczby opublikowanych w maju niewypłacalności miał miejsce w województwach dolnośląskim, śląskim i podkarpackim (w każdym z nich wzrost r/r o 4-5 niewypłacalności). Pomimo wybitnie przemysłowego charakteru, to nie przedsiębiorstwa wytwórcze zdominowały w nich tym razem listę niewypłacalności, ale właśnie firmy handlowe, stanowiące nawet 2/3 niewypłacalności.

Województwem, w którym dotychczas najwięcej było niewypłacalności firm handlowych jest mazowieckie – ale w ostatnich tygodniach sytuacja nieco się odwróciła, ponieważ nie mniej istotna grupą wśród opublikowanych w maju niewypłacalnych firm na Mazowszu były… firmy produkcyjne (aż 6 z 16) czy transportowe i usługowe (łącznie również 6). To kolejny dowód na to, iż natura obecnych problemów firm nie ma charakteru stricte branżowego, gdyż wtedy mapa niewypłacalności pokrywałaby z mapą gospodarczą kraju.wzrost niewypłacalności 4 wzrost niewypłacalności 5

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Europejskie pieniądze na polską sztuczną inteligencję

Samurai Labs, pierwsze w Polsce laboratorium sztucznej inteligencji walczące z cyberprzemocą, otrzymało grant z europejskiego programu Horyzont 2020. Spośród 25 krajów i 2822 złożonych wniosków, dofinansowanie uzyskały jedynie 274 projekty, z czego zaledwie trzy z Polski. Łączna kwota przyznana przez Komisję Europejską na innowacje to 13,7 miliona euro.

Horyzont 2020 to największy unijny program w zakresie badań naukowych i innowacji, w ramach którego w ciągu 7 lat (2014–2020) dostępne są fundusze o wartości prawie 80 mld euro. Projekt Samurai Labs, dotyczący wykrywania i redukcji przemocy w sieci, otrzymał bardzo wysoką ocenę Europejskiej Rady Innowacji, która przyznała mu maksymalne dostępne w tej rundzie dofinansowanie. Środki mają być spożytkowane na potwierdzenie gotowości modelu biznesowego do wejścia na rynek. Realizacja projektu otwiera firmie dostęp do kolejnego grantu o wartości 2,5 mln euro. – Pozytywna ocena Europejskiej Rady Innowacji jest dla nas potwierdzeniem tego, że według niezależnych ekspertów nowa metoda zwalczania cyberprzemocy tworzona przez Samurai Labs ma potencjał do rzeczywistego obniżenia tego zjawiska w przestrzeni internetowej. Cieszy mnie fakt, że międzynarodowa komisja doceniła nasze osiągnięcia i otworzyła przed nami drogę, która pomoże zmienić świat na lepsze i zbudować globalną firmę technologiczną z Polski – z dumą przyznaje Michał Wroczyński, CEO Samurai Labs.

Michał Wroczyński – Samurai Labs
15.02.2019 Gdynia,
n/z założyciele Samurai Labs, Michal Wroczynski, CEO, prezes
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl

Wyjątkowe grono

Wśród beneficjentów programu znalazły się takie projekty jak: satelitarny system monitorowania pożarów, szybki test przesiewowy na raka piersi, oraz system Samurai, którego zadaniem jest wykrywanie i obniżanie przemocy w sieci. – Wniosek Samurai Labs otrzymał dofinansowanie z uwagi na swoją innowacyjność i przełomowe podejście, umożliwiające rozwiązanie realnego i niezwykle istotnego problemu społecznego. Samurai Labs to interdyscyplinarny zespół naukowców i ekspertów, wnoszących wartość dodaną do całego projektu – mówi Magda Zawadzka z firmy CRIDO, doradzającej przy pozyskaniu grantu. Przez 6 lat trwania programu Horyzont 2020, z wykorzystanego dotychczas budżetu (ok. 77 mld zł) Polska otrzymała zaledwie 1% środków. – Te dane pokazują, jak trudno jest otrzymać tego typu wsparcie. Tylko innowacyjne i przełomowe projekty mają na to szansę – dodaje Zawadzka. Warto podkreślić, że z samej tylko Polski do Komisji Europejskiej wpłynęło do tej pory ponad 12,5 tys. wniosków. – Kierunek, jaki obrali eksperci z Brukseli przy ocenie aplikacji, to także drogowskaz dla polskich instytucji, takich jak NCBR, wskazujący, które projekty niosą za sobą realną wartość, zarówno ekonomiczną jak i społeczną – podsumowuje Magda Zawadzka.

Przełomowy projekt

Problem przemocy w sieci jest niezwykle istotny, ponieważ może dotknąć każdego. W szczególności zaś narażone są dzieci i młodzież. – Opracowywany prototyp poddajemy licznym i bardzo rygorystycznym testom, wykorzystując rzeczywiste dane pochodzące z forów internetowych oraz mediów społecznościowych. W ten sposób uczymy się, jaki kształt powinno przybrać docelowe rozwiązanie. Naszym celem jest fundamentalna zmiana w podejściu do ochrony – zatrzymanie przemocy zamiast reagowania po fakcie. Tworzymy pierwszego na świecie internetowego Samuraja, który będzie czuwał nad bezpieczeństwem dzieci – tłumaczy Wroczyński. Proponowana przez Polaków koncepcja jest unikalna w skali światowej. Szef Facebooka, Mark Zuckerberg szacuje, że na skuteczne narzędzie wykrywające przemoc online potrzeba przynajmniej 5-10 lat. Obecnie, substytutem mającym realizować to zadanie jest armia moderatorów zatrudnionych przez technologicznego giganta. – W każdej minucie, na samym tylko Facebooku pojawia się pół miliona komentarzy. To skala daleko wykraczająca poza możliwości ludzkich moderatorów. Tylko rozwiązanie oparte o sztuczną inteligencję będzie mogło poradzić sobie z taką ilość informacji. Nasze rozwiązanie pozwala na natychmiastową i automatyczną reakcję, co jest kluczowe dla obniżenia przemocy – działając od razu, zapobiegamy jej eskalacji – podsumowuje Gniewosz Leliwa, dyrektor ds. badań nad sztuczną inteligencją w Samurai Labs. Rozwiązanie tworzone przez Polaków skutecznie łączy najnowsze osiągnięcia z dziedziny uczenia maszynowego z wnioskowaniem na podstawie wiedzy eksperckiej, co stanowi tzw. trzecią falę sztucznej inteligencji wg klasyfikacji DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency). Dzięki temu innowacyjnemu podejściu, osiągnięcia prototypu Samurai pozostawiają daleko w tyle amerykańskich potentatów pracujących nad podobnymi rozwiązaniami.

Praktycznie zastosowanie

Realizacja projektu Samurai Labs może przynieść wiele korzyści, zarówno dla społeczeństwa, jak i europejskiej gospodarki. Dzieci potrzebują ochrony, szkoły skutecznych narzędzi do monitorowania swoich sieci, a rodzice poczucia, że wdrożone rozwiązania zapobiegną cybernękaniu czy atakom pedofilskim. Wartość rynku aplikacji dla rodziców do 2020 roku wyniesie 3,4 miliarda dolarów, rynek gier przekroczy 140 miliardów, zaś globalny rynek edukacji to już wartość przekraczająca bilion dolarów. Przemoc jest fundamentalnym problemem rynku gier online, w które gra już ponad 2,4 mld ludzi. Aż 30% użytkowników rezygnuje z tych serwisów z powodu przemocy, co przekłada się wymiernie na straty, które Samurai może w znacznym stopniu ograniczyć. Projekt naukowców znad Wisły może przekuć się w komercyjny sukces, czyniąc z Samurai Labs pierwszego polskiego “jednorożca”, czyli firmę o wycenie przekraczającą miliard dolarów.

Europa od lat stara się wrócić na tory lidera innowacyjności. Ma ku temu potencjał w postaci doskonałych naukowców i inżynierów, oraz instrumenty takie jak program Horyzont 2020. Na efekty tych inwestycji przyjdzie jeszcze trochę poczekać, jednak systematyka w działaniu i długofalowa perspektywa może okazać się taktyką, dzięki której stary kontynent wygra wyścig o palmę pierwszeństwa w dziedzinie innowacji. Takie strategia jest szczególnie zasadna w projektach typu Deep Tech, które mimo dłuższego czasu potrzebnego na badania i rozwój, w efekcie przyczyniają się do powstania przełomowych rozwiązań zmieniających życie ludzi na całym świecie.

CEO iTaxi: rośniemy 70% rok do roku i nie zamierzamy zwalniać tempa

Jarosław Grabowski, CEO iTaxi zapowiada, że firma w 2019 roku po raz kolejny odnotuje wzrosty na poziomie kilkudziesięciu procent. Ponadto iTaxi uruchamia m.in. strategiczną współpracę z MB Motors Mercedes-Benz, wprowadza kolejne udogodnienia w aplikacji oraz rozbudowuje ekosystem usług związanych z podróżowaniem. Trwa także intensywna rekrutacja nowych kierowców w największych miastach Polski.

iTaxi to polska platforma technologiczna skupiająca się na dostarczaniu klientom biznesowym rozwiązań ułatwiających obsługę i zarządzanie podróżami firmowymi. Obecnie pracuje przede wszystkim nad rozwojem oferty dla biznesu oraz pozyskaniem partnerów, z którymi stworzy rozbudowany ekosystem usług związanych z podróżowaniem. Trwają również intensywne prace nad dalszym rozwojem aplikacji, jak i wewnętrznych systemów firmy, by zapewnić jeszcze bardziej efektywne zarządzanie przejazdami korporacyjnymi u klientów.

W wyniku prowadzonych działań z ostatniego roku iTaxi znalazło się w czołówce najbardziej obiecujących startupów wyróżnionych w ogólnoeuropejskim konkursie Tech5, a liczba kursów zrealizowanych przez firmę na terenie całej Polski rok do roku wzrosła o blisko 70%, w Warszawie – dwukrotnie, z kolei liczba klientów biznesowych zwiększyła się o 40%.

– W ostatnim czasie iTaxi obrało strategię silnego wzrostu i rozwoju oferty skierowanej do segmentu B2B. Osiągnięte przez nas wyniki w ostatnim roku jasno wskazują, że obraliśmy właściwy kierunek działań. W tym roku, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, prowadzimy rozbudowane działania by stać się dla biznesu wiodącym dostawcą usług związanych z podróżowaniem. Wierzę, że osiągniemy ten cel – komentuje Jarosław Grabowski, CEO iTaxi.

Obecnie iTaxi prowadzi także intensywny nabór kierowców, oferując jednocześnie atrakcyjną ofertę OC/AC, a także rozpoczyna strategiczną współpracę z MB Motors Mercedes-Benz. W jej ramach kierowcy iTaxi mają możliwość najmu najnowszych Mercedesów klasy E i B na preferencyjnych warunkach. Dla klientów – zarówno korzystających z aut klasy premium, jak i popularnych – oznacza to dostęp do wielu nowoczesnych aut. Pierwsze samochody w barwach iTaxi pojawią się już w czerwcu.

To jednak nie koniec nowości – w ostatnim czasie w aplikacji iTaxi pojawiły się istotne zmiany: możliwość podróżowania w oparciu o voucher B2B bez konieczności posiadania konta użytkownika, a także realizacji tzw. kursu na żądanie, polegającego na przypisaniu przejazdu do konta użytkownika w sytuacji, gdy nie był on zamawiany poprzez aplikację czy centralę firmy. Obecnie trwają prace nad dalszym rozwojem aplikacji iTaxi, a wkrótce firma poinformuje o kolejnych nowościach i udogodnieniach.

Wybieramy to, co znane i przystępne cenowo

Włochy, Hiszpania, Bułgaria – to kraje, z których w ubiegłym roku sprowadziliśmy do Polski najwięcej wina. Tak wynika z najnowszych danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej dotyczących importu wyrobów alkoholowych*. Jak tłumaczą dystrybutorzy zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, Polacy doceniają smak tych trunków oraz przyjazne ceny. Nie bez znaczenia jest też fakt, że to popularne kierunki wakacyjne, a znacznie chętniej decydujemy się na coś, czego próbowaliśmy na urlopie.

W imporcie alkoholi dominują wyroby winiarskie, stanowiąc ponad 40% jego wartości. Za nimi plasują się wyroby spirytusowe, alkohol etylowy i piwo.

Import wina gronowego rośnie nieprzerwanie od lat 90. W 2018 r. wyniósł 131,5 mln l, podczas gdy w 2012 r. było to ok. 99 mln l, a jeszcze w 1995 r. –  poniżej 30 mln l.

– Nie obawiamy się jeszcze zjawiska wysycenia rynku winem – komentuje Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. – Nasi zachodni sąsiedzi – Niemcy, liderzy na liście  importerów, sprowadzili do swojego kraju 14,5 mln hl, czyli 11 razy więcej. Polska jest w dalszym ciągu jednym z krajów o najniższej konsumpcji wina w Europie. Przeciętny Polak wypija go ok. 3.5 l rocznie, podczas gdy w winiarskich krajach UE nawet powyżej 40 l.

W minionym roku najwięcej win sprowadzono z Włoch (22,2 mln l)  i Hiszpanii (15,5mln l). Bułgaria (15,3 mln l), która zajmowała przez wiele lat pozycję głównego dostawcy win, spadła w 2018 r. na  trzecią pozycję. Kolejnymi popularnymi kierunkami były Niemcy (14,4 mln l), USA (13,6 mln l),  Francja (11,1 mln l), Chile (6,8 mln l) i Mołdawia (6,1 mln l).

– Popularność win z Włoch i Hiszpanii da się bardzo łatwo wytłumaczyć – mówi Jakub Nowak, Prezes Zarządu Jantoń S.A. Sp.K. – Wynika to głównie z liczby ich wariantów i przyjaznego poziomu cenowego. Dodatkowo kraje te to częste kierunki wyjazdów wakacyjnych, a chętnie sięgamy po wina, których spróbowaliśmy na urlopie. Wina bułgarskie były dostępne w Polsce już w czasach komunizmu i do dziś ich popularność się utrzymuje. Sprzyja temu fakt, że większość z nich stanowią, lubiane przez Polaków, wina półsłodkie. Wina z „Nowego Świata”, bo tak nazywa się wina z krajów takich jak Chile czy Argentyna, wypadają atrakcyjnie, biorąc pod uwagę relację jakości do ceny, dzięki czemu szybko zdobywają światowe rynki.  

Z punktu widzenia importera liczą się też koszty i czas transportu– dodaje Witosław Stępień, Dyrektor Marketingu w firmie Dom Wina.– Dlatego wina z Europy zawsze będą stanowiły większość na rynku.

Istotnie, z raportu wynika, że najwięcej wina sprowadzamy z krajów Unii Europejskiej, w ubiegłym roku było to aż 73,3%.

Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW zwraca uwagę, że warto przyjrzeć się liście głównych światowych  eksporterów wina, żeby zauważyć  pewną polską specyfikę. – U nas  wina z Australii i Południowej Afryki nie należą do najpopularniejszych, tymczasem to jedni z głównych światowych eksporterów. Natomiast Bułgarii i Mołdawii nie ma na liście światowych liderów produkcji i eksportu, a w Polsce ich wina cieszą się dużym zainteresowaniem i stanowią ważny dla importerów kierunek.

Z czego to wynika?

– Wina z Australii, pomimo swojej  znakomitej jakości, to pozycje dość drogie na naszych półkach sklepowych – tłumaczy Grzegorz Bartol, Wiceprezes firmy Bartex. – Niestabilny kurs AUD, koszty transportu i przede wszystkim czas dostawy powodują, że ciężko utrzymać cenę i zapasy na odpowiednim poziomie. Z tego powodu bardzo duży udział rynkowy mają wina rozlewane w UE -głównie w Niemczech i UK. Najbardziej popularne wina z RPA to głównie dwa szczepy winogron występujące w tym regionie – Pinotage oraz Chenin Blanc. Od dwóch lat mamy ograniczone możliwości zakupu wina  z uwagi na  bardzo słabe zbiory winogron. Udziały RPA w handlu winem generalnie spadły – zwyczajnie nie mają co sprzedawać.

Jeżeli chodzi o Mołdawię i Bułgarię, to wina te idealnie wpisują się w gusta i preferencje naszych klientów. W większości to pozycje półsłodkie  dostępne w finezyjnych butelkach z ciekawymi  rozwiązaniami w zakresie etykiet, to marki  zakorzenione u nas jeszcze z czasów  poprzedniej epoki ustrojowej. Wino mołdawskie wypłynęły na naszym rynku  po wprowadzeniu embarga na rynek rosyjski ( na początki 2006 roku). Chcąc sprzedać bardzo duże zapasy wina, mołdawscy producenci zmuszeni byli do poszukania nowych rynków. Polska okazała się dla nich prawdziwym eldorado jeżeli chodzi o zbyt. Po prostu trafili  w gusta naszych klientów we właściwym czasie.

Dane pokazują, że sprowadzamy głównie wino butelkowane. Wino przywożone do kraju w dużych zbiornikach i rozlewane na miejscu stanowiło jedynie 16%, czyli mniej niż w 2017 r. (było 22%). Warto wspomnieć, że w skali globalnej wino eksportowane luzem stanowi aktualnie 35% (dane OIV), a zainteresowanie nim rośnie ze względu na ekologię oraz obniżenie kosztu transportu, korzystnie wpływające na cenę. W Niemczech to aż nawet  57% rynku (OIV)**.

Izabela Dąbrowska z firmy  JF Hillebrand, mającej 175- letnie doświadczenie związane z logistyką alkoholi, opowiada, jak wygląda transport wina z odległych kierunków. – Najdłuższe rejsy drogą morską trwają około 45 dni, jest to estymowany czas, jaki pokonuje statek od momentu załadunku kontenera w porcie nadania, do momentu wyładowania w porcie docelowym. Każdy z transportów tylko z pozoru jest taki sam. Oczywiście zawsze jest kontakt z winnicą, zaaranżowanie miejsca na statku, dopilnowanie poprawności wystawienia dokumentów, czuwanie nad całym procesem… Wszystko zaczyna się tak naprawdę od kontaktu z klientem, wtedy otrzymujemy dokładną informację o tym, czego się od nas oczekuje, jaka ilość towaru i z jakiego miejsca na świecie jest do odebrania. Wielkim atutem naszej firmy jest siatka biur, jaką posiadamy na całym świecie, dzięki temu możemy bezpośrednio czuwać nad zamówieniem. A spotykamy się z prośbami bardzo indywidualnymi, takimi jak jedna butelka czy zaledwie kilka sztuk, zwykle wtedy wykorzystujemy transport lotniczy, aby szybko i bezpiecznie dostarczyć zamówienie do drzwi klienta.

Jakub Nowak, Prezes firmy Jantoń, tak podsumowuje temat: – Przed rokiem ‘89 mieliśmy wina głównie z Bułgarii i Węgier. W połowie lat 90. zaczęły pojawiać się wina z Włoch, Francji, Hiszpanii, a dzisiaj polski rynek oferuje przekrój win z całego świata i to konsument decyduje, jakie wybierze. Każdy, kto zakochał się w winie, łączy je z dobrą kuchnią i podróżami. Z tego względu inspirujące jest poszukiwanie i próbowanie nowych win z mało znanych regionów. To jest bardziej kwestia osobistych doświadczeń. Na szczęście istnieje obecnie tak duży wybór kierunków winiarskich, że poszukiwaniom możemy oddawać się z pasją i mogą one nie mieć  końca.

– W połowie lat ‘90 Polacy mieli znacznie słabszą wiedzę o winach i dużo mniejsze wymagania –dodaje Witosław Stępień z Domu Wina. – Wtedy Nowy Świat był nowością, więc wina z Chile były odkryciem. Oferta była bardziej skrojona pod cenę, niż pod jakość. Dość powiedzieć, że ostatnio ciekawostką jest chociażby moda na wina z Urugwaju. W ubiegłym roku Tannat r.2016 z winnicy Garzon dostał platynowy medal od Decantera. To bardzo ożywiło zainteresowanie tym krajem i wierzę, że czeka go duża przyszłość.

*Raport pt. „Handel zagraniczny produktami rolno-spożywczymi. Stan i perspektywy”, Analizy Rynkowe, pismo nr 49, Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – Państwowy Instytut Badawczy, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi 

**International Organisation of Vine and Wine

Generali sfinalizowało przejęcie Union Investment TFI

Generali i niemiecka grupa Union Asset Management Holding AG sfinalizowały transakcję zakupu Union Investment TFI S.A. w Polsce. Generali otrzymało już w tym celu wszelkie niezbędne zgody od organów regulacyjnych i ds. ochrony konkurencji i konsumentów.

Generali zawarło umowę nabycia 100% akcji w polskiej spółce zarządzającej aktywami Union Investment TFI S.A. już w październiku 2018.

Luciano Cirinà, Austria, CEE & Russia Regional Officer, powiedział: „Nasz region jest postrzegany jako strategiczny rynek zwiększający konkurencyjność i rentowność Grupy Generali. Obiecująca dynamika polskiego rynku zarządzania aktywami, największego w Europie Środkowo-Wschodniej, jest wspierana z jednej strony przez silną ekonomię, z drugiej przez odpowiednie regulacje rynkowe. Ta niezwykle ważna akwizycja pozwoli wzmocnić naszą obecność na polskim rynku zarządzania aktywami i jest działaniem doskonale wpisującym się w założenia określone w strategii Zarządzania Aktywami w regionie.”

Andrea Simoncelli, Prezes Zarządu spółek Generali Polska, skomentował: „Jesteśmy dumni, że wzmacniamy obecność Generali w Polsce, poszerzając naszą działalność o sektor zarządzania aktywami. Jestem przekonany, że łącząc kapitał ludzki, profesjonalizm i doświadczenie zawodowe, zarówno Union Investment, jak i Generali, będziemy mogli oferować naszym klientom szerszy zakres produktów finansowych i jeszcze lepszą obsługę.”

18 czerwca podczas Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Union Investment TFI SA powołano nową Radę Nadzorczą w składzie:

  1. Josef Beneš – Przewodniczący,
  2. Andrea Simoncelli – Wiceprzewodniczący,
  3. Maciej Fedyna,
  4. Marcin Orlicki,
  5. Gregor Pilgram,
  6. Grzegorz Piwowar.

Rada Nadzorcza zdecydowała o poszerzeniu składu zarządu Union Investment o nowego członka zarządu. Jest nim Kazimierz Fedak, który dołączył do Generali CEE Holding w 2018 roku i odpowiada za rozwój biznesu zarządzania aktywami w regionie. Kazimierz posiada prawie 20 lat doświadczenia, które zdobywał w instytucjach finansowych. Ukończył Wojskową Akademię Techniczną, kierunek: fizyka stosowana. Uzyskał również tytuł MBA na Uniwersytecie Illinois w Urbana-Champaign.

Union Investment TFI jest szóstą co do wielkości spółką zarządzającą aktywami w Polsce, z aktywami pod zarządzaniem o wartości 3,3 mld euro. Ma około 135 000 inwestorów indywidualnych i 550 inwestorów instytucjonalnych i oferuje szeroką gamę produktów inwestycyjnych w zakresie funduszy akcji, instrumentów dłużnych, jak i strategii absolutnej stopy zwrotu. Union Investment TFI posiada kompetencje w zakresie tworzenia i zarządzania funduszami inwestycyjnymi, jak również oferuje inne rozwiązania inwestycyjne.

Generali działa w Polsce od 1998 roku i zatrudnia 1600 pracowników. Oferuje ubezpieczenia majątkowe i osobowe klientom indywidualnym oraz korporacyjnym, a także ubezpieczenia na życie, prowadzi także działalność w segmencie funduszy emerytalnych. W listopadzie 2018 roku podpisało porozumienie w celu zakupienia Grupy Concordia, specjalizującej się w ubezpieczeniach z sektora rolniczego. Generali jest jedną z pięciu największych grup ubezpieczeniowych w Polsce, ze składką przypisaną brutto 670 milionów euro i udziałem w rynku na poziomie 5% w 2018 roku.

Podatek katastralny odwołany. Pytanie, czy to faktycznie powód do radości…

Kiedy już mogło się wydawać, że prawdopodobieństwo zastąpienia w Polsce podatku od nieruchomości, wraz z podatkiem rolnym i leśnym podatkiem katastralnym z wolna się materializuje, prezes rządzącej partii nieoczekiwanie, acz dość kategorycznie wykluczył taką możliwość. Co ciekawsze, domyślnie z perspektywą „raz na zawsze”. Pytanie, co to oznacza i czy jest to aby faktycznie najlepsza z możliwych wiadomość dla rodaków.

Likwidacja użytkowania wieczystego, które z początkiem br. zostało przekształcone we własność, wydawało się być niezbędnym elementem uporządkowania i ujednolicenia rynku nieruchomości w celu uproszczenia ewentualnej, przewidywanej w bliższej lub dalszej perspektywie powszechnej taksacji nieruchomości, czyli procesu poprzedzającego wprowadzenie podatku katastralnego. Także obowiązujące od początku roku zmiany w ustawach podatkowych wprowadzające daninę od przychodów z budynków, zdawały się być krokiem w kierunku powszechnej zmiany sposobu opodatkowania nieruchomości. Tymczasem jak się okazuje, do długiego już katalogu obietnic wyborczych została dopisana jeszcze jedna, tym razem wykluczająca jakiekolwiek zmiany opodatkowania nieruchomości w Polsce.

Wartość zamiast powierzchni

Na pierwszy rzut oka niepozorna różnica pomiędzy podatkiem katastralnym, a obowiązującym od lat w Polsce tym tradycyjnym od nieruchomości, polega na sposobie ich naliczania. W pierwszym przypadku, jak zresztą sama nazwa wskazuje, naliczany jest od wartości katastralnej nieruchomości, w drugim na opodatkowaniu powierzchni. Jak tłumaczą jednak eksperci portalu RynekPierwotny.pl różnica jest jednak zasadnicza, jeśli porównać różne warianty stawek obu odmian nieruchomościowej daniny. Wersja katastralna w każdym przypadku wydaje się być zdecydowanie bardziej niekorzystna dla portfeli rodzimych podatników, a dla większości z nich praktycznie nie do przyjęcia.

Sęk w tym, że w przypadku zdecydowanej większości krajów unijnych, nie tylko tych o najbardziej zaawansowanych rozwojowo gospodarkach i rynkach nieruchomości, podatek katastralny jest obowiązującą normą. Pytanie, dlaczego to co jest sprawdzone i z powodzeniem praktykowane za granicą, w żadnym wypadku jest nie do przyjęcia na krajowym podwórku.

W Unii Europejskiej kataster jest standardem

Na dziś dzień w UE standardową formą opodatkowania nieruchomości jest kataster. Przyjęte w poszczególnych krajach rozwiązania nie są oczywiście jednolite, a same sposoby naliczania podatku, połączone nieraz z rozbudowanym systemem ulg i zwolnień, bywają dość skomplikowane.

Różne też bywają same stawki podatkowe od zaledwie 0,18 proc. w Irlandii do średnio licząc prawie 2 proc. w Niemczech. W Wielkiej Brytanii obowiązuje zasada progresji w zależności od wartości domów czy mieszkań, które są kwalifikowane według wyceny do jednej z ośmiu grup podatkowych. Z kolei Francuzi i Belgowie przyjęli jako podstawę wymiaru nieruchomościowej daniny nie samą wartość nieruchomości, ale odpowiedni procent hipotetycznej wysokości dochodu, jaki przedmiotowa nieruchomość mogłaby w ciągu roku wygenerować na rzecz swojego właściciela.

Wbrew pozorom podatek katastralny nie jest wyłącznie domeną państw o najbardziej ugruntowanej pozycji gospodarczej i wysokim stopniu zamożności. Wg portalu RynekPierwotny.pl świadczy o tym przyjęcie tego typu rozwiązań fiskalnych w krajach bałtyckich, a także w Czechach czy na Słowacji, a więc w krajach nieco niżej od Polski notowanych przez Eurostat w poziomie średnich zarobków. Tym sposobem wszystkie kraje unijne graniczące z Polską dość dawno już mają za sobą wprowadzenie podatku katastralnego, czyniąc z naszego kraju swoistą enklawę. Pytanie, czy nie jest to aby enklawa cywilizacyjnego cofnięcia.

Podatek katastralny, chyba jednak dość szczęśliwie dla Polski, nie jest obligatoryjnym wspólnotowym prawem, nie podlega więc procesom dostosowawczym do standardów UE. Jak się jednak okazuje, wiele państw nie tylko w Europie, ale i na całym świecie wybrało właśnie tę formę opodatkowania nieruchomości. Kataster powinien tym samym mieć optymalny charakter połączony z szeregiem zalet i wymiernych korzyści natury gospodarczej. Czy tak jest w istocie?

Kataster najlepszym wyborem?

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl podatek katastralny jest podatkiem lokalnym, istotnie zwiększającym dochody gmin, przez co walnie przyczynia się do przyśpieszenia zagospodarowania ich terenów, budowy infrastruktury i optymalnego rozwoju gospodarki przestrzennej. Poważną zaletą tej formy opodatkowania jest silne stymulowanie obrotu gospodarczego nieruchomościami, przez co dochodzi do przyśpieszenia zagospodarowania często bardzo atrakcyjnych, acz nie wykorzystanych zgodnie z przeznaczeniem terenów.

Kataster poza tym zdecydowanie cywilizuje szeroko pojęty rynek nieruchomości, głównie poprzez uporządkowanie kwestii własnościowych, podniesienie bezpieczeństwa obrotu nieruchomościami, czy wreszcie ograniczenie wolumenu inwestycji spekulacyjnych. Tymczasem pomimo tak wielu zalet wprowadzenie podatku katastralnego w Polsce to w powszechnej opinii perspektywa rodem z katastroficznego filmu, nie tylko z punktu widzenia rodzimej mieszkaniówki, czy całego krajowego rynku nieruchomości, ale wręcz w szeroko pojętym wymiarze społecznym.

Kataster w Polsce niczym Armageddon

Idea opodatkowania właścicieli nieruchomości podatkiem katastralnym pojawiła się w Polsce już w pierwszych latach transformacji ustrojowej, a więc z górą ćwierć wieku temu. Jednak pierwszym poważnym aktem prawnym zawierającym obszerną metodykę taksacji krajowych nieruchomości była ustawa z 21 sierpnia 1997 roku o gospodarce nieruchomościami. Rozdział 2. działu IV tejże ustawy pod wymownym tytułem „Powszechna taksacja nieruchomości” w czternastu artykułach zawiera szczegółową instrukcję powołania w Polsce do życia instytucji katastru nieruchomości. Jak wiadomo przepisy ustawy w tym zakresie po dziś dzień pozostały martwym zapisem. Stało się tak pomimo faktu, że jeśli nie wszyscy, to z pewnością zdecydowana większość ministrów finansów w historii III RP i rodzimych największych autorytetów z dziedziny ekonomii, to zdeklarowani zwolennicy podatku katastralnego.

Mimo wszystko do dnia dzisiejszego, pomimo kilku prób i podejść poprzednich rządów, nie zdecydowano się ostatecznie na powszechną taksację krajowych nieruchomości i zmianę sposobu ich opodatkowania, nawet pomimo szeregu korzyści, jakie stałyby się nie tylko udziałem krajowych samorządów, ale przede wszystkim budżetu centralnego. Przyczyna tego jest oczywista, a wyjaśnia ją już nawet najprostsza symulacja wprowadzenia podatku katastralnego nieruchomości w Polsce. I tak przy 1-procentowej stawce uznanej za europejską normę daniny, obciążenie podatkiem od posiadanej w kraju nieruchomości wzrosłoby średnio 50-krotnie. Tym samym zarabiający średnią krajową Kowalski musiałby poświęcić cały miesiąc pracy tylko na opłacenie podatku od posiadania swoich skromnych dwóch pokoi w bloku. Z kolei właściciel przeciętnego domu musiałby wyłożyć zamiast kilkuset złotych nawet 5-10 tys zł.

Wprowadzenie w Polsce podatku katastralnego w standardowej dla warunków europejskich wysokości 1 proc. wywołałoby więc trudne do przewidzenia skutki natury społeczno-ekonomicznej. Prawdopodobnie zdecydowanej większości właścicieli mieszkań i domów nie byłoby po prostu stać na tego typu obciążenie. Tym bardziej, że w Polsce pozostałe podatki do najniższych nie należą, a realne obciążenie podatkowe jest w sposób drastyczny odwrotnie proporcjonalne do osiąganych dochodów, ponad miarę obciążając słabiej sytuowanych Polaków.

Z kolei rynek nieruchomości mieszkaniowych zareagowałaby prawdopodobnie niekontrolowanymi ruchami cen. W ramach swoistego wywłaszczenia wyprzedawane byłyby atrakcyjne i duże mieszkania w lepszych lokalizacjach, poszukiwane z kolei tanie i byle jakie lokale na miejskich peryferiach. Znacznie spadłyby też ceny domów, wyprzedawanych masowo przez gorzej sytuowanych właścicieli, głównie emerytów. Poważny problem mieliby też spłacający kredyty hipoteczne, z czasem także i deweloperzy, a mieszkaniowi najemcy musieliby się liczyć z ostrym ruchem w górę czynszów najmu. Jednym słowem to perspektywa swoistego Armageddonu na rynku mieszkaniowym.

Czy to na pewno powód do radości?

Problematyka podatku katastralnego jest przede wszystkim dość krępującym świadectwem pewnego, jednak dość istotnego opóźnienia rozwojowego rodzimego rynku nieruchomości. Co gorsza jednak, jest to niestety również najlepszy dowód wciąż bardzo głębokiego niedopasowania średniego poziomu płac i dochodów w Polsce do cen nieruchomości mieszkaniowych, a innymi słowy, zbyt niskiej i za wolno rosnącej dostępności cenowej mieszkań i domów.

W tej sytuacji dla Polaków o wiele lepszą wiadomością od tej absolutnie wykluczającej ewentualność podatku katastralnego, była by zapowiedź jego wprowadzenia w perspektywie np. najbliższej dekady. Z tym jednak zastrzeżeniem, że z jednoczesnym zapewnieniem o osiągnięciu takiego poziomu zamożności mieszkańców kraju w tym okresie, przy którym tego typu danina byłaby mało znaczącym obciążeniem domowego budżetu przeciętnego Kowalskiego.

Tymczasem z samego szczytu władzy niedawno dotarł do społeczeństwa sygnał, że równo 30 lat po transformacji ustrojowej w Polsce nie tylko nie ma społeczno – ekonomicznych warunków do wprowadzenia podatku katastralnego, ale co gorsza nie ma też widoków na zaistnienie takich warunków w jakiejkolwiek przewidywalnej przyszłości. Pytanie, czy w tej sytuacji jest się naprawdę z czego cieszyć.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

500 plus i inne programy socjalne to zwrot odprowadzanych wcześniej podatków

Rozszerzenie programu 500 plus na każde dziecko niezależnie od dochodów rodziny jest największą obniżką opodatkowania w Polsce, jaka miała miejsce od 1989 roku. Konstrukcja ryczałtowego zwrotu podatku na każde dziecko prowadzi właśnie do finalnej obniżki. Bardziej dotkliwy niż 18 proc. podatek dochodowy jest dla rodzin podatek VAT w wysokości 23 proc. Płacą go przez wydatki na swoje dzieci i w ten sposób finansują sobie program 500 plus. Warto dostrzec, że obecnie nie ma on charakteru socjalnego, ale jest planem obniżenia opodatkowania. Rząd nigdy nie daje obywatelom pieniędzy, a jedynie je zwraca w różnych świadczeniach, po drodze finansując rozbudowaną biurokrację – która pochłania część tych środków. Tymczasem polscy przedsiębiorcy ponoszą coraz większe koszty wynikające ze skomplikowanego systemu podatkowego, który dotyka nawet mikrofirmy.

– Póki co należy patrzeć na te transfery nie jak na dobrodziejstwo – ale zwrot tego, co zostało wcześniej obywatelom odebrane – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Jeżeli program jest powszechny i nie ma kryterium dochodowego – czy jest to 500 plus, wyprawka dla dzieci, czy też jednakowa ryczałtowa kwota niezależnie od pobieranej emerytury – oznacza to, że stanowi jedynie zwrot podatku w ustalonej przez rząd wysokości. Dlatego zapłacone wcześniej przez obywateli podatki wróciły w postaci programów socjalnych. Realnie były to więc zwroty odprowadzanych wcześniej świadczeń. Jeżeli nie dojdzie do podobnego działania rządu w stosunku do przedsiębiorców, w pewnych momencie gospodarka nie wygeneruje wystarczająco dużo nadwyżek, aby część z nich inwestować w przyszłość – w tym zwroty opodatkowania. Można finansować je przez zwiększanie zadłużenia, jednak to tylko krótkotrwałe rozwiązanie. Wprowadza element dużej niepewności jeśli chodzi o stan finansów publicznych. Tym samym pojawia się zagrożenie atakami spekulacyjnymi na polskiego złotego – co może doprowadzić do poważnych zaburzeń wewnątrz kraju. Jeśli przedsiębiorcy nie będą mieli takich samych praw do obniżenia opodatkowania, zwłaszcza w kwestii pracy – co jest najbardziej dotkliwe – nie zostanie osiągnięty trwały sukces. Polega on na ryczałtowym zwrocie podatków coraz większym grupom obywateli. Dopisywane są do nich kolejne i staje się to powszechnym zjawiskiem – dodał Sadowski.

Będą zmiany w KKS, czyli kara surowsza i trudniejsza do uniknięcia

Ministerstwo Finansów od kilku lat stale proponuje nowe regulacje, które mają doprowadzić do poprawy ściągalności podatków oraz uszczelnienia systemu. Efekty tych działań są różne, jednak niemal każda reforma systemu przynosi jedno – nowe problemy dla podatników. Teraz o poprawę sytuacji budżetu państwa postanowiło zatroszczyć się także Ministerstwo Sprawiedliwości, proponując zmiany w kodeksie karnym skarbowym. Projektowane regulacje mogą okazać się bardzo bliskie regulacjom stricte podatkowym przyjmowanym w ostatnich latach co najmniej w jednym aspekcie – sprawią, że wzrośnie niepewność prawa oraz powstaną nowe komplikacje dla podatników.

Po co KKS?

Kodeks karny skarbowy wprowadza regulacje karne i związane z nimi sankcje głównie w związku z nieprawidłowościami w zakresie rozliczeń podatkowych. Przestępstwami na jego gruncie mogą być więc m.in. oszustwa podatkowe, ale także np. nieprawidłowości związane z prowadzeniem ksiąg lub składanymi deklaracjami. Za pewną nieformalną ich specyfikę można uznać to, że są bardzo powszechne, a popełniane są zwykle ze względu na nieświadome błędy w rozliczeniach, spowodowane wciąż zmieniającymi się przepisami.

Będzie trudniej uniknąć kary

Plany Ministerstwa Sprawiedliwości przewidują jednak, że kary za takie przestępstwa będą jeszcze surowsze, a ich uniknięcie może być dużo trudniejsze niż dotychczas.

Jedną z planowanych zmian o szczególnym znaczeniu jest ograniczenie stosowania czynnego żalu. Przepisy o czynnym żalu zwłaszcza w KKS mają szczególne znaczenie. Dzięki nim, gdy podatnicy zorientują się, że popełnili błąd stanowiący czyn zabroniony, mogą sami o tym fakcie zawiadomić organy ścigania, jednocześnie naprawiając wcześniejsze uchybienia. Dzięki temu mogą uniknąć kary. W efekcie korzyść odnosi zarówno podatnik (pozostaje bez sankcji), jak i budżet państwa (wobec np. uregulowania należności). Wprowadzenie planowanych zmian sprawi, że nie będzie to już takie proste.

Obecnie zgodnie z art. 16 § 5 pkt 2 KKS czynny żal jest bezskuteczny, gdy podatnik składa zawiadomienie o nieprawidłowościach już po rozpoczęciu przez ograny ścigania czynności służbowej, w szczególności przeszukania, czynności sprawdzającej lub kontroli zmierzającej do ujawnienia przestępstwa lub wykroczenia skarbowego, chyba że czynność ta nie dostarczyła podstawy do wszczęcia postępowania o ten czyn. W myśl tej regulacji czynny żal nie jest więc możliwy od chwili podjęcia wskazanych wyżej czynności przez organy ścigania, którymi są m.in. prokurator czy naczelnik urzędu skarbowego. Wprowadzenie zmian planowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości sprawi, że możliwość złożenia czynnego żalu wstrzyma dokonanie tych czynności przez jakikolwiek organ publiczny, także niepodatkowy. Co więcej, w myśl projektowanych regulacji czynny żal nie będzie skuteczny nawet wówczas, gdy prowadzone będą czynności, o których podatnik jeszcze w ogóle nie będzie wiedział. W efekcie próba przyznania się do błędu może oznaczać, że podatnik z własnej woli przedstawi organom dokonane przez siebie naruszenia i naprawi popełnione błędy, a i tak poniesie karę.

Wielka wartość dużo mniejsza niż wcześniej

Na gruncie projektowanych przepisów niejako łatwiej także popełnić przestępstwo. Wynika to z definicji o istotnych dla penalizacji określonych czynów zachowań. Planowane zmiany zakładają przede wszystkim, że na gruncie kodeksu małą wartością będzie wartość nieprzekraczająca stukrotności minimalnego wynagrodzenia za pracę (obecnie to dwustukrotność), dużą wartością – trzystukrotności (obecnie pięćsetkrotności) i wielką wartością – pięćsetkrotności (obecnie tysiąckrotność). Co to oznacza w praktyce? Choćby to, że w wielu przypadkach podatnik odpowiadać może z przepisu przewidującego surowszą odpowiedzialność niż dotychczas – np. na gruncie art. 54 § 1 i 2 KKS, który penalizuje m.in. uchylanie się od opodatkowania, przewidując jednocześnie znacznie niższą karę (jedynie karę grzywny, a nie pozbawienia wolności), jeżeli kwota podatku narażonego na uszczuplenie jest małej wartości.

Wyższe kary, nowe przestępstwa

To jednak nie są jedyne zmiany. Przyjęcie planowanych przepisów oznaczałoby także m.in. podwyższenie najniższych kar grzywny (z 10 do 20 stawek dziennych), wprowadzenie wyższych sankcji, rozszerzenie katalogu przypadków, kiedy możliwe jest orzeczenie zakazu prowadzenia określonej działalności, wydłużenie okresów przedawnienia karalności, a także wprowadzenie nowych przestępstw (np. udostępnienia nieruchomości do prowadzenia gier losowych czy nieprzechowywania ksiąg po zakończeniu prowadzenia działalności gospodarczej).

Nowe przepisy to nowe problemy

Planowane zmiany potwierdzają podejście fiskusa do działalności przedsiębiorców, traktując ich jak potencjalnych przestępców. Trudno zrozumieć, dlaczego powszechne błędy wynikające często ze zbyt skomplikowanych regulacji prawa podatkowego, a nie złej woli, czynią z wielu podatników lub – w przypadku spółek kapitałowych – ich przedstawicieli, przestępców skarbowych, którym grożą coraz wyższe sankcje karne. Całkowite wyeliminowanie błędów często jest niemożliwe, jednak większości z nich zwykle daje się uniknąć. Jednak aby było to możliwe, często dobrze jest powierzyć swoje sprawy ekspertom.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Najtańsze OC, AC, NNW – Ranking maj 2019 r.

Maj to kolejny miesiąc, w którym porównywarka Ubea.pl sprawdzała ceny polis komunikacyjnych. Informacje dotyczące tego okresu są bardzo ciekawe.

Ubezpieczyciele byli oceniani tak jak kwietniu

Ranking ubezpieczeń komunikacyjnych Ubea.pl już od samego początku wyróżnia się niezmienną metodologią. W maju 2019 r. również nie uległa ona zmianie. Po raz kolejny badano cztery kategorie rankingowe (ubezpieczenia OC, pakiety OC + NNW, pakiety OC + AC oraz pakiety OC + AC + NNW). Majowy ranking po raz kolejny uwzględniał ubezpieczycieli, których dotyczyła odpowiednio duża liczba kalkulacji wykonanych przez użytkowników Ubea.pl (w ciągu wcześniejszych 30 dni). Wszystkie firmy ubezpieczeniowe były oceniane tak samo i mogły uzyskać ocenę punktową wynoszącą od 0,00 punktów do 5,00 punktów. „Najniższy wynik oznacza, że dany ubezpieczyciel we wszystkich pojedynczych porównaniach (uwzględniających tę firmę), niestety ulokował się na ostatniej pozycji. Towarzystwo ubezpieczeń uzyskujące najwyższą liczbę punktów (5,00 pkt.), musiałoby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji z jego udziałem. Ubezpieczyciele zwykle notują wyniki wynoszące od około 2,00 punktów do około 4,00 punktów. Potwierdzeniem tej prawidłowości jest majowy ranking” – tłumaczy Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.Ubea ranking maj Ubea 19 – infografika

Majowe wyniki rankingu są dobre dla Benefii

Analizę wyników rankingowych z maja 2019 roku, podobnie jak poprzednio warto rozpocząć od tych firm ubezpieczeniowych, które zajęły najwyższe pozycje i uzyskały najwięcej punktów. Chodzi o następujących ubezpieczycieli:

  • You Can Drive – 4,11 pkt. w rankingu polis OC
  • Benefia – 4,01 pkt. w rankingu pakietów OC + NNW
  • Link4 – 4,34 pkt. w rankingu pakietów OC + AC
  • Benefia – 4,27 pkt. w rankingu pakietów OC + AC + NNW

Po porównaniu kwietniowego i majowego rankingu Ubea.pl okazuje się, że najnowsza analiza była bardzo pozytywna dla Benefii. Ta marka ubezpieczeniowa zajęła bowiem pierwsze miejsce w kategorii OC + NWW (awans o dwie pozycje) oraz w kategorii OC + AC + NNW (również awans o dwie pozycje). Sytuacja z maja br. oznacza powrót Benefii do ścisłej czołówki pod względem poziomu cen polis komunikacyjnych. Warto przypomnieć, że Benefia przez pewien czas dominowała w rankingach Ubea.pl (zobacz np. I kw. oraz II kw. 2018 r.), a potem musiała ustąpić miejsca konkurentom. „Zobaczymy, czy tej marce ubezpieczeniowej (należącej do Compensy TU VIG) na dłużej uda się utrzymać pierwszą pozycje w dwóch kategoriach rankingu. Warto również odnotować drugie miejsce Benefii w bardzo ważnej kategorii OC, które może być ciężkie do utrzymania” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

 

Jeżeli chodzi o wyniki innych ubezpieczycieli, to maj 2019 r. był gorszy dla firmy Link4, która utraciła prowadzenie w kategorii OC + NNW. Poza tym eksperci Ubea.pl nie odnotowali wielu znaczących zmian. Ewentualne wzrosty lub spadki pozycji zakładów ubezpieczeń ograniczały się do dwóch miejsc „w górę” albo „w dół”. „Warto zwrócić uwagę, że żadnych miesięcznych zmian pozycji nie odnotowano w przypadku rankingu polis OC + AC. Taka sytuacja zdarza się dość rzadko” – dodaje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

W maju mocno potaniało tylko OC z firmy Aviva

W kwietniu br. analitycy Ubea.pl oprócz tradycyjnej analizy pozycji rankingowych zakładów ubezpieczeń, zaprezentowali również miesięczne zmiany średniej składki OC oferowanej przez te firmy. Podobną analizę warto powtórzyć w maju. Jej wyniki zostały zaprezentowane poniżej:

  • Aviva – spadek średniej składki OC (względem kwietnia 2019 r.) o 11,3%
  • Benefia – spadek średniej składki OC (względem kwietnia 2019 r.) o 1,6%
  • Generali – spadek średniej składki OC (względem kwietnia 2019 r.) o 0,6%
  • Gothaer – wzrost średniej składki OC (względem kwietnia 2019 r.) o 0,6%
  • Link4 – spadek średniej składki OC (względem kwietnia 2019 r.) o 0,1%
  • MTU24 – wzrost średniej składki OC (względem kwietnia 2019 r.) o 1,9%
  • Proama – spadek średniej składki OC (względem kwietnia 2019 r.) o 0,8%
  • UNIQA – wzrost średniej składki OC (względem kwietnia 2019 r.) o 1,7%
  • You Can Drive – wzrost średniej składki OC (względem kwietnia 2019 r.) o 0,6%

Informacje zaprezentowane powyżej potwierdzają, że tylko dla jednego zakładu ubezpieczeń odnotowano sporą zmianę średniej majowej składki OC. Mowa o spadku dotyczącym Avivy (aż o 11,3% w skali miesiąca). „Warto podkreślić, że ta obniżka składki nie pozwoliła Avivie na awans w kategorii polis OC. Opisywana sytuacja pokazuje, że w przypadku ubezpieczeń OC różnice cenowe pomiędzy firmami/markami ze środka stawki oraz liderami są spore” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Państwowe instytucje i systemy na celowniku cybeprzestępców. Liczba ataków z roku na rok rośnie

Państwowe instytucje i systemy na celowniku cybeprzestępców. Liczba ataków z roku na rok rośnie 1

Cyberprzestępcy są coraz bardziej kreatywni. Atakują częściej, oprócz tradycyjnych stosują też innowacyjne metody. W 2018 roku CERT Polska zanotował ponad 3,7 tys. incydentów. W ciągu roku trzykrotnie wzrosła liczba fałszywych sklepów internetowych, plagą były też fałszywe witryny usług pośredników płatności. Współpraca firm z kluczowych sektorów gospodarki ze specjalistycznymi ośrodkami zajmującymi się cyberbezpieczeństwem (CSIRT) to nie tylko obowiązek, wynikający z nowej ustawy, lecz także szansa na podniesienie poziomu zabezpieczeń.

Cyberbezpieczeństwo to wyzwanie dla wielu interesariuszy i sektorów. To zarówno kwestia odpowiedniego przygotowania przez przemysł, jak i edukacji użytkowników cyberprzestrzeni. Wszyscy mamy swoją rolę do odegrania i pewien zakres odpowiedzialności – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Silicki, zastępca dyrektora ds. cyberbezpieczeństwa i innowacji w NASK. – Użytkownicy muszą przestrzegać tzw. higieny cyberbezpieczeństwa. Natomiast przedsiębiorcy, którzy są operatorami usług kluczowych, mają pewne zobowiązania wynikające z ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która w ubiegłym roku została przyjęta w Polsce.

Raport CERT Polska podaje, że w 2018 roku doszło do ponad 3,7 tys. incydentów naruszenia cyberbezpieczeństwa. Oznacza to 17,5 proc. wzrost w ciągu roku. Trzy najczęściej występujące typy incydentów to phishing, dystrybucja złośliwego oprogramowania i spam. Odnotowano też prawie trzykrotny wzrost incydentów związanych z fałszywymi sklepami internetowymi. Podszywanie się pod pośredników płatności było zaś najpopularniejszym atakiem na użytkowników bankowości elektronicznej. Rośnie też liczba złośliwych aplikacji dla urządzeń mobilnych. Część z nich, udających legalne aplikacje finansowe, można było pobrać w oficjalnym sklepie.

Narzędzia, które mają zwiększać bezpieczeństwo w instytucjach państwowych, dostarcza ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która została przyjęta w sierpniu 2018 roku. To pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru. Przepisami objęto m.in. sektor telekomunikacyjny, finansowy i administrację publiczną.

– Ustawa wprowadza pojęcie Krajowego Systemu Cyberbezpieczeństwa, czyli pewnej ramy systemowej, w ramach której różni interesariusze powinni ze sobą współpracować. To daje im szansę, żeby skorzystać z wiedzy i informacji, która jest gromadzona w ośrodkach typu CSIRT, w ośrodkach specjalistycznych, które świadczą usługi cyberbezpieczeństwa – przekonuje ekspert NASK.

Wyznaczeni operatorzy usług kluczowych muszą w ciągu 24 godzin od momentu wykrycia zagrożenia zgłosić takie przypadki do właściwego Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego, czyli CSIRT MON, ABW lub NASK. Jednocześnie ustawa nakłada na operatorów usług kluczowych obowiązek wdrażania odpowiednich środków bezpieczeństwa.

Z jednej strony mówimy tu o tym, że przedsiębiorcy w sposób zaplanowany, po przeanalizowaniu ryzyka, przygotowują się technicznie i organizacyjnie do tego, żeby poziom cyberbezpieczeństwa rósł, i dopasowują to do skali prowadzonej przez siebie działalności. Z drugiej strony to też obowiązek, żeby zgłaszać do CSIRT-ów poziomu krajowego poważne incydenty czy zagrożenia – tłumaczy Krzysztof Silicki.

Ministerstwo cyfryzacji planuje jeszcze w tym roku przeprowadzić symulację ataku, prawdopodobnie na sektor energetyczny. Wszystko po to, by sprawdzić poziom zabezpieczenia w polskich firmach z kluczowych dla bezpieczeństwa kraju sektorów. Z danych resortu wynika, że co roku w Polsce odnotowuje się ok. 20 tys. ataków na kluczowe dla bezpieczeństwa systemy.

Wszystko to opiera się na tym, żeby przeanalizować, z czym w danej firmie czy w innej organizacji mamy do czynienia. Tutaj są standardowe metodyki albo większe przedsiębiorstwa mają swoje służby, które potrafią przeprowadzić analizę ryzyka w oparciu o istniejące normy lub też zamówić taką usługę na rynku – mówi Krzysztof Silicki

Raport „Cyberbezpieczeństwo: Trendy 2019” przygotowany przez Xopero Software wskazuje, że ponad 80 proc. przedsiębiorstw planuje w tym roku przeprowadzić szkolenia dla pracowników w zakresie cyberzagrożeń. Firmy zwiększą inwestycje w rozwiązania do backupu i disaster recovery (65 proc.), antywirusy i antyspyware (48 proc.), fizyczne zabezpieczenia (40 proc.) oraz ochronę w chmurze (22 proc.).

Dobrym podejściem jest, żeby analizę ryzyka teleinformatycznego czy cyberbezpieczeństwa prowadzić w ramach analizy ryzyka biznesowego, ponieważ coraz częściej będzie się zdarzało, że jeden czy kilka kolejnych incydentów może spowodować znaczne straty biznesowe – podkreśla Krzysztof Silicki.

Polska oddala się od najbogatszych krajów UE. Przez ostatnie 10 lat zwiększył się dystans między najbogatszymi i najbiedniejszymi krajami Europy

Polska oddala się od najbogatszych krajów UE. Przez ostatnie 10 lat zwiększył się dystans między najbogatszymi i najbiedniejszymi krajami Europy 2

Produkt krajowy brutto na osobę wzrósł we wszystkich krajach z wyjątkiem Grecji, ale wzrost ten dla stu kilkunastu milionów obywateli najbogatszych krajów wspólnoty i kontynentu był nominalnie wyższy niż dla porównywalnych pod względem liczby mieszkańców państw Europy Środkowo-Wschodniej. Według autorów raportu przyczyną jest fakt, że globalne koncerny mają swoje główne siedziby w najbogatszych państwach.

– Dziesięć lat temu te kraje najbogatsze miały PKB trzy razy większe niż kraje najbiedniejsze, a po dziesięciu latach PKB najbogatszych jest o 3,3 razy większe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Florek, prezes i założyciel firmy Fakro, twórca Fundacji „Pomyśl o Przyszłości”. – Liczby te pokazują, że zamiast gonić najbogatszych, to się od nich oddalamy. Oczywiście cieszymy się, jak się porównamy do Grecji, Hiszpanii czy Portugalii, bo do nich się zbliżamy, ale do 115 mln najbogatszych Europejczyków dystans rośnie.

Fundacja „Pomyśl o Przyszłości” przeprowadziła analizę rozwoju gospodarczego poszczególnych krajów z okazji 15-lecia wstąpienia do Unii Europejskiej. Porównała najbiedniejsze i najbogatsze kraje o zbliżonej liczbie 116–117 mln mieszkańców. W jednej grupie znalazły się kraje Europy Środkowo-Wschodniej oraz południa Europy, najbardziej dotkniętego kryzysem sprzed dekady, w drugiej – Luksemburg, Szwecja, Niemcy, Dania i Austria oraz Szwajcaria. Okazało się, że między 2008 a 2017 rokiem PKB na mieszkańca zwiększył się w pierwszej grupie o 1964 euro na osobę (średnia ważona), zaś w drugiej – o 9121 euro. Oznacza to wzrost odpowiednio o 17 proc. i 26 proc.

– Dystans między najbogatszymi, a tymi biedniejszymi rośnie z tego powodu, że kraje bogate mają globalne firmy, które w pewnym sensie kolonizują biedniejsze kraje i to bogactwo przywożą do swojego rodzimego kraju – przekonuje Ryszard Florek. – My oczywiście też się rozwijamy, ale dużo wolniej, niż rozwijalibyśmy się, kiedy mielibyśmy również polskie firmy globalne. Natomiast jest wiele barier, które powodują, że Polska nie ma swoich globalnych firm, które by na zasadach wzajemności ściągały bogactwo z Niemiec, Danii i przywoziły go do Polski, tak jak to robią firmy duńskie czy niemieckie.

Jak podkreśla, żeby kraj miał swoje globalne firmy, to muszą nad tym pracować nie tylko właściciele firm i pracownicy, ale całe społeczeństwo: konsumenci, politycy, urzędnicy, dziennikarze. Jako przykład raport przytacza Koreę Południową, która zaczynając przed 30 laty z podobnego poziomu jak Polska, dążyła do zbudowania dobrobytu w oparciu o prywatne rodzime przedsiębiorstwa, z koreańskim kapitałem. Inwestycje zagraniczne stanowiły poniżej 1 proc. i były wybiórczo dopuszczane tylko w tych branżach, w których do rozwoju firm koreańskich potrzebny był zagraniczny kapitał i know-how. Inaczej stało się w Polsce.

– Dzisiaj w Polsce dużą część gospodarki prowadzą zagraniczne koncerny. Z jednej strony to dobrze, bo tworzą tu miejsca pracy, ale z drugiej strony oni nie przyszli po to, żeby nam pomagać, tylko żeby u nas zarobić – tłumaczy szef firmy Fakro. – Skoro zarabiają, to zyski, dywidendy wyprowadzają do swoich krajów. Dzisiaj z Polski wypływa ponad 100 mld zł. To jest trzy razy więcej, niż wynoszą dotacje unijne, które rocznie do Polski trafiają i jest to około 1/3 polskiego budżetu. Jeśli zostawałoby to w Polsce, to myślę, że wszyscy zarabialibyśmy o co najmniej kilkadziesiąt procent więcej.

Według autorów raportu z tej pułapki średniego rozwoju da się wyjść, ale wymaga to dalszego usuwania barier prawnych uniemożliwiających bogacenie się społeczeństwa. Potrzebne są m.in. reforma prawa podatkowego, budowlanego, zmiany w  prawie dotyczącym ochrony środowiska, służby zdrowia, a także przełom mentalny, edukacja gospodarcza w szkołach i odejście od wprowadzania unijnych przepisów w sposób bardziej restrykcyjny, niż wymaga tego Komisja Europejska.

Fundacja postuluje też stworzenie Rady ds. Konkurencji, w której znalazłyby się autorytety, mogące wspomóc UOKiK w zakresie gospodarki globalnej i prawa konkurencji. Ponadto uzależnienie wzrostu wynagrodzeń pracowników tzw. budżetówki od wzrostu produktu narodowego brutto miałoby sprawić, że zrozumieją oni, skąd biorą się środki na wzrost wynagrodzeń oraz bardziej zaangażują się na rzecz wzrostu produktu narodowego brutto, a więc rozwoju gospodarczego kraju.

– Jestem optymistą i wierzę, że to się stanie, tylko musimy wszyscy dążyć do tego, aby mieć polskie firmy globalne, które to bogactwo z rynku globalnego będą ściągać do Polski, będą sprzedawać licencje i nasze produkty na cały świat – apeluje Ryszard Florek. – Dzisiaj mamy głównie eksport kooperacyjny, realizowany w dużej mierze przez inwestorów zagranicznych. Polskim firmom bardzo trudno jest w Polsce się rozwijać, nie tylko ze względu na brak kapitału, brak efektu skali, ale również na pewne uciążliwości ze strony administracyjnej i małe wsparcie polskich konsumentów i pracowników. Jeżeliby się udało to wszystko zrobić, do tego jeszcze walczyć o zmianę pewnych regulacji w Unii Europejskiej, które dzisiaj są niekorzystne dla naszego rozwoju, to wierzę, że mamy szansę doganiać bogate kraje.

Na wakacje wybiera się ponad 40 proc. Polaków. Średnio na wypoczynek przeznaczymy 3,4 tys. zł

Na wakacje wybiera się ponad 40 proc. Polaków. Średnio na wypoczynek przeznaczymy 3,4 tys. zł 3

Ponad 40 proc. Polaków planuje wakacyjne wyjazdy. Co czwarty z nich wybierze polskie morze, a co trzeci – zagraniczną wycieczkę. Średnio na wypoczynek przeznaczymy 3,4 tys. zł – to o 670 zł więcej niż rok wcześniej – wynika z Barometru Providenta. Ponad połowa Polaków zaczyna oszczędzać na ten cel kilka miesięcy wcześniej, a co trzeci sfinansuje wypoczynek z bieżących dochodów. To właśnie względy finansowe są najczęściej wskazywanym powodem, dla którego 38 proc. rodaków spędzi urlop w domu.

– Średnio na wakacje planujemy wydać około 3,4 tys. zł. Zdecydowanie więcej, bo ponad 4 tys. zł, planują wydać osoby w wieku 40–59 lat. Natomiast najmniej, bo nie przekraczając 2 tys. zł, planują wydać osoby najmłodsze, do 25. roku życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji Provident.

Średnia deklarowana kwota znacząco wzrosła. Jeszcze w 2017 roku było to nieco ponad 2,8 tys. zł, a rok później – ok. 2,7 tys. zł. Wyjazdy wakacyjne to spory wydatek i niemałe obciążenie dla większości budżetów domowych. Dlatego ponad połowa Polaków (57 proc.) zaczyna na ten cel wcześniej oszczędzać, a tylko co trzecia osoba przyznaje, że pokryje koszty z bieżących dochodów bez konieczności odkładania.

– Jedynie 5 proc. będzie się posiłkowało kredytami bądź kartami kredytowymi – podkreśla Karolina Łuczak. – Warto oszczędzać i myśleć o takich większych wydatkach wakacyjnych zdecydowanie wcześniej, a jeżeli posiłkujemy się kredytami bądź pożyczkami, warto sięgać do odpowiedzialnych źródeł i korzystać z odpowiedzialnych firm – radzi.

Wśród wakacyjnych kierunków dominuje polskie morze, które wybiera 37 proc. osób. Zagraniczne wyjazdy wybierze co trzeci Polak. Znacznie mniejszą popularnością cieszą się góry (15 proc.) oraz agroturystyka i Mazury (po 9 proc.).

– Najpopularniejszym środkiem transportu jest zdecydowanie własny samochód. Wskazuje go ponad 60 proc. badanych. Pozostała grupa, 39 proc. po równo wskazuje na samolot, autobus i inne rozwiązania – wymienia ekspertka Providenta.

W czerwcowym badaniu mniej więcej co piąty respondent podkreślił, że nie wie jeszcze, czy w tym roku wyjedzie na urlop, a 38 proc. deklarowało, że lato spędzi w domu. Powodem są przede wszystkim finanse (55 proc.) i problemy zdrowotne (23 proc.). Co piąta osoba, która nigdzie nie wyjeżdża, deklaruje, że najlepiej odpoczywa we własnym domu.

– Bariery finansowe przede wszystkim dotykają seniorów. Jeśli chodzi o osoby młodsze, do 25. roku życia, nie mogą one sobie pozwolić na wakacje ze względu na ograniczone urlopy. Wakacje są też dla nich momentem, kiedy mogą po prostu dorobić na rok akademicki – mówi Karolina Łuczak.

Gwiazdy sportu zachęcają młodzież do aktywności fizycznej. Wykorzystują w tym celu YouTube’a i Instagrama

Gwiazdy sportu zachęcają młodzież do aktywności fizycznej. Wykorzystują w tym celu YouTube’a i Instagrama 4

Konkurencja ze strony komputerów i smartfonów, dni wypełnione po brzegi zajęciami pozalekcyjnymi, brak chęci i motywacji – to główne czynniki, z których wynika coraz niższa aktywność fizyczna dzieci i nastolatków w Polsce. Pomysłodawcy programu Drużyna Energii chcą to zmienić. Wykorzystują popularne wśród młodych media społecznościowe i zaangażowanie znanych sportowców, by zachęcić młodzież do sportu. Druga edycja programu objęła swoim zasięgiem ponad 25 tys. uczniów z 200 szkół w całej Polsce. Jak podkreślają ambasadorzy programu, kluczową rolę w promocji sportu i aktywności wśród dzieci odgrywają jednak przede wszystkim rodzice i nauczyciele.

– Młode pokolenia potrzebują teraz mocniejszych bodźców, silniejszej zachęty, pokazania, że sport jest atrakcyjny. Młodzi szukają nowości, mniej znanych odmian sportu, jak wsady do kosza, czyli inna forma koszykówki. Na pewno sylwetki ambasadorów są dość mocnym argumentem dla młodzieży. Także wykorzystanie portali społecznościowych, YouTube’a czy innych nowoczesnych nośników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Świercz, kapitan polskiej reprezentacji w amp futbolu. – To świetny pomysł, żeby zachęcać młodzież do aktywności fizycznej właśnie poprzez media społecznościowe, czyli sprzedawanie sportu za pośrednictwem tego, co teraz najbardziej przyciąga młodzież.

Kapitan polskiej reprezentacji w amp futbolu (rozgrywanego przez zawodników po amputacjach kończyn) – podobnie jak szóstka sportowych ambasadorów: piłkarz Marek Citko, siatkarz Krzysztof Ignaczak, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik, piłkarski freestyler Krzysztof Golonka, mistrzyni Europy w siatkówce Izabela Bełcik oraz najlepszy „dunker” świata Rafał Lipiński – wspiera program Drużyna Energii, którego celem jest przekonanie młodzieży do większej aktywności fizycznej i zmiany nawyków żywieniowych. Ogólnopolska akcja wykorzystuje w tym celu sylwetki ambasadorów – znanych i lubianych przez młodzież sportowców – oraz social media i nowe kanały komunikacji, jak Facebook, Instagram, YouTube czy TikTok.

Dużym problemem jest konkurencja ze strony elektroniki, czyli komputerów, laptopów i telefonów. Kiedy jest ładna pogoda, mamy alternatywę – albo siedzieć w pokoju i grać na komputerze, albo wyjść na dwór, pobiegać na boisku, zmęczyć się i spocić. Rzeczywiście, to może być dylemat dla młodej osoby – mówi aktor Adam Zdrójkowski, który był gościem specjalnym Wielkiego Finału II edycji Drużyny Energii.

Takie programy jak Drużyna Energii mają pokazać dzieciom, że sport to fajna inicjatywa i można miło i aktywnie spędzać czas. Sam mam dwójkę dzieci, więc wiem, że internet, gry, konsole to są rzeczy, z którymi dzisiaj mamy olbrzymi problem, bo one bardzo absorbują młodych ludzi – dodaje ambasador programu Krzysztof Ignaczak, siatkarz, reprezentant Polski.

Niski poziom aktywności fizycznej wśród dzieci i nastolatków to problem, który odbija się na zdrowiu. Jak wynika z danych Instytutu Matki i Dziecka, już prawie co trzeci (31,2 proc.) ośmiolatek w Polsce ma zbyt dużą masę ciała. W tej grupie 18,5 proc. zmaga się z nadwagą, a 12,7 proc. – z otyłością. Jak podkreśla Przemysław Świercz, obok korzyści zdrowotnych, sport ma też ważny aspekty wychowawczy – uczy uporu, dyscypliny i radzenia sobie z porażkami.

Jego zdaniem aktywizowanie i zachęcanie do ruchu to obowiązek, który spoczywa po części na nauczycielach oraz rodzicach, z których dzieci czerpią wzorce. Swoją cegiełkę dokładają też kampanie edukacyjno-sportowe, takie jak ogólnopolski projekt Drużyna Energii.

Również duże firmy, które wspierają sport, mogą sprawić, że dotrze on szerzej, do większej ilości osób – mówi Przemysław Świercz.

– Przede wszystkim dostarczamy uczniom i szkołom sprzęt, po naszej stronie było także w pewnym sensie podejście do marketingu oraz wspaniali ambasadorzy, którzy w większości są także ambasadorami marki – mówi Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu sportowego New Balance.

Siatkarka, reprezentantka Polski Izabela Bełcik zauważa też, że obecnie dzieci i młodzież mają bardziej zorganizowane życie, wypełnione zajęciami dodatkowymi po lekcjach – stąd dużą rolą rodziców jest zapewnić im przestrzeń i wzorce, dzięki którym same będą chciały uprawiać sport czy po prostu spędzać czas na świeżym powietrzu.

– Dzisiaj dzieci mają zajęcia dodatkowe i mniej czasu na spontaniczne wyjście na boisko, kiedy jest ciepło. Trzeba je do tego zachęcać, począwszy od rodziców, pokazać, że można wyjść na rower z rodzicami czy z przyjaciółmi, poskakać w gumę, pograć w klasy czy piłkę. My ich do tego zachęcamy, bo sami zaczynaliśmy w ten sposób – mówi Izabela Bełcik.

Drużyna Energii jest ogólnopolskim programem sportowo-edukacyjnym, którego mecenasem i inicjatorem jest Grupa Energa. Właśnie zakończyła się jego II edycja, która objęła zasięgiem ponad 25 tys. uczniów podstawówek z klas VI-VIII i 200 szkół w całej Polsce.

Staramy się po prostu rozmawiać z dziećmi, być przy nich i pokazywać, że kiedyś też byliśmy tacy sami i nie wiedzieliśmy, że będziemy występować na arenach międzynarodowych. Pokazujemy, że nie ma znaczenia, czy ktoś pochodzi z dużego lub małego miasta, ważna jest przede wszystkim zabawa i ambicja, chęć do tego, żeby coś robić i się ruszyć – dodaje Izabela Bełcik.

Wioślarstwo cieszy się coraz większą popularnością. To jedna z najbardziej prozdrowotnych dyscyplin sportu

0

Wioślarstwo cieszy się coraz większą popularnością. To jedna z najbardziej prozdrowotnych dyscyplin sportu 5

Wioślarstwo jest dyscypliną, która proporcjonalnie rozwija wszystkie części ciała, kształtuje odpowiednią postawę, przeciwdziała schorzeniom kręgosłupa i wzmacnia układ krwionośny. W ostatnich latach ta dyscyplina cieszy się rosnącą popularnością, do czego przyczyniły się zwłaszcza sukcesy polskich wioślarzy. To sport, w którym swoich sił może spróbować każdy, niezależnie od wieku. Promocji wioślarstwa, jak i szeroko rozumianej profilaktyki zdrowotnej, służył odbywający się w tę sobotę Memoriał Andrzeja Bruskiego – wyścig czwórek wioślarskich na Wiśle.

– Z ostatnich imprez polscy wioślarze przywożą co najmniej dwa medale, corocznie zdobywając mistrzostwa świata – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Bruski, prezes Centrum Słuchu i Mowy Medincus, członek komisji rewizyjnej Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego. – Widzimy też, że jest to dyscyplina znana dzieciom. Jako WTW propagujemy ten sport poprzez Wioślarskiego Tytana Warszawy, jeżdżąc do szkół, zapraszając młodzież, żeby spróbowała powiosłować i tym samym zachęcając ich do włączenia się w regularny trening. Widzimy również, że nowa przystań, która pojawiła się na ul. Wioślarskiej 6, także przyciąga nowych kandydatów do trenowania, ponieważ oferuje najnowocześniejsze możliwości treningu na bardzo wysokim poziomie.

– Wioślarstwo jest ostatnio coraz popularniejszym sportem, choć nadal jest niszowy, nie możemy się porównać do gier zespołowych. Jednak jak najbardziej można się nim zarazić, bo to ciekawa dyscyplina sportu. Jest to sport zespołowy, więc trzeba umieć pracować w grupie – dodaje Joanna Hentka, wioślarka, brązowa medalistka olimpijska.

Jak podkreśla, wioślarstwo jest sportem w zasadzie dla każdego i swoich sił można spróbować niezależnie od wieku. Naukę mogą rozpocząć już 10-latkowie, a nawet i młodsze dzieci.

– Wioślarstwo to sport, w którym pracuje całe ciało, dzięki czemu rozwijamy się równomiernie. Budujemy swoją wytrzymałość, gubimy zbędne kilogramy i to jest największy plus – mówi Joanna Hentka. – Osoby, które chciałyby zacząć swoją przygodę z wioślarstwem, muszą przede wszystkim muszą zacząć od zgłoszenia się do Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego, gdzie mamy sekcję amatorską dla starszych osób i dla dzieci. Tutaj jest wyszkolona kadra, która dalej odpowiednio poprowadzi.

Zarówno promocji wioślarstwa, jak i szeroko rozumianej profilaktyki zdrowotnej służył odbywający się w tę sobotę na Wiśle Memoriał Andrzeja Bruskiego – wyścig czwórek wioślarskich, w którym startowały czwórki podwójne i długie, męskie, żeńskie oraz mieszane, w każdej kategorii wiekowej od juniora starszego.

– Celem Memoriału jest promocja wioślarstwa, ale również zachowań prozdrowotnych. Pokazywanie, że ruch nam służy i jest naszą inwestycją w zdrowie i dobre samopoczucie. Kolejnym celem jest popularyzacja badań przesiewowych. Centrum Słuchu i Mowy Medincus od lat jest zaangażowane w wiele różnorodnych programów badań przesiewowych – głownie badań słuchu. Wczesne zdiagnozowanie problemów daje możliwość wcześniejszej interwencji i uzyskania lepszych efektów leczenia, stwarzając możliwość przywrócenia w miarę normalnego słuchu. Nie tylko zresztą badania słuchu są naszą inwestycją w zdrowe życie, ale również te związane m.in. z nowotworami czy chorobami układu krążenia. Temu ma właśnie służyć memoriał – mówi Łukasz Bruski.

Jak podkreśla, impreza – odbywająca się w tym roku po raz 13. – cieszy się rosnącym zainteresowaniem. Wynika to m.in. z faktu, że w Warszawie powstaje coraz więcej klubów wioślarskich dla amatorów. Po drogie, pojawiają się również nowe osady dzieci, które po pierwszych edycjach zainteresowały się wioślarstwem i w tej chwili są już zawodnikami startującymi w barwach Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego.

 W tym biegu mogą startować nie tylko amatorzy, ale również profesjonaliści. Odbywa się to na bardzo krótkim dystansie tak, aby kibice dostali swoją dawkę emocji, a zawodnicy mieli szansę rywalizować – mówi Łukasz Bruski. – Memoriał Andrzeja Bruskiego powstał po odejściu mojego taty. Ponieważ był moim oddanym kibicem jeżdżącym na regaty wioślarskie, wspierającym mnie, szukającym sponsorów, chciałem w jakiś sposób uhonorować jego pamięć. Szukając formuły, stwierdziłem że najlepszą będą otwarte regaty dla amatorów i zawodników, żeby mogli się spotkać na jednym torze, wspólnie odbyć wyścig, a potem spędzić czas na pikniku rodzinnym, wspominają stare czasy i myśląc o nowych projektach wioślarskich. 

Autonomiczne taksówki powietrzne zrewolucjonizują transport. Pierwsze komercyjne loty już w 2023 roku

Autonomiczne taksówki powietrzne zrewolucjonizują transport. Pierwsze komercyjne loty już w 2023 roku 6

Podróż z przedmieścia Melbourne na lotnisko może w godzinach szczytu trwać nie godzinę, a 10 minut. Niebawem ruszą testy autonomicznych taksówek Ubera. W 2023 roku firma chce uruchomić pierwsze komercyjne kursy. W rozwój autonomicznego transportu powietrznego wkład mogą mieć również Polacy, którzy opracowali układ pozwalający zwiększyć czas pracy autonomicznych dronów na jednym ładowaniu z 45 minut do co najmniej 4 godzin.

– Transport osób z wykorzystaniem systemów bezzałogowych, czyli tzw. dronów, to jest coś, nad czym pracuje już wiele firm na świecie. Chyba najbliżej tego rozwiązania jest firma Uber, która chce zrewolucjonizować transport, wykorzystując te taksówki. Bardzo dużo się mówi o tym, że to będzie rewolucja, która zmieni obraz w ogóle lotnictwa, bo drony dalej są i będą częścią lotnictwa. One nigdy nie były czymś odrębnym – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Krzysztof Śmierciak, prezes zarządu spółki UAVS Poland.

Pierwszym miastem spoza USA, w którym Uber Air przeprowadzi pilotaż, ma być australijskie Melbourne. Loty testowe mają się tam rozpocząć już w przyszłym roku, a komercyjne – w 2023. Usługa będzie działać przy użyciu aplikacji, umożliwiając pasażerom podróżowanie po sieci lądowisk zwanych „Skyports”. Według informacji przekazanych przez biuro prasowe Ubera, dzięki wdrożeniu systemu powietrznych taksówek australijska gospodarka może wypracować oszczędności sięgające nawet 16,5 mld dol. rocznie. Wszystko za sprawą ograniczenia kosztów generowanych w wyniku zatorów komunikacyjnych. Podróż z przedmieścia Melbourne do oddalonego o ponad 23 km tamtejszego lotniska może w godzinach szczytu sięgać nawet godziny. Z wykorzystaniem powietrznej taksówki może się ona skrócić nawet do 10 minut. Oprócz Melbourne pilotażowy program Uber Air ma być prowadzony w Dallas i Los Angeles.

Nad wdrożeniem autonomicznych taksówek pracują też Zjednoczone Emiraty Arabskie. Dubajski Zarząd Dróg i Transportu podpisał w tej sprawie umowę z niemieckim dostawcą autonomicznych statków powietrznych, firmą Volocopter. Choć najbliżej wdrożenia autonomicznych taksówek powietrznych są światowe korporacje i metropolie, to również Polska może się przyczynić do rozwoju technologii z nimi związanych.

– Jest kilka firm w Polsce, które mają w swoim portfolio projekty związane z transportem. My w zeszłym roku oddaliśmy projekt w ramach szybkiej ścieżki Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, w którym z powodzeniem wykorzystaliśmy wodór jako źródło zasilania jednostek bezzałogowych – wskazuje Krzysztof Śmierciak.

W projekcie Hydrogen próbowano zwiększyć czasu lotu wirnikowca, czyli bezzałogowego aparatu latającego (UAV), poprzez zastosowanie hybrydowego źródła energii oraz jego optymalnego sterowania. Obecnie dużą przeszkodą w rozwoju lotów autonomicznych jest krótki czas lotu na jednym ładowaniu. To zaledwie od 15 do 45 minut. Opracowanie zintegrowanego układu baterii oraz ogniwa paliwowego pozwoliło wydłużyć czas lotu do minimum 4 godzin, bez zwiększenia masy układu zasilania.

Choć rozwiązanie powstało z myślą o dronach wykorzystywanych w rolnictwie czy nadzorze nad budynkami, to wdrożenie technologii w większych statkach mogłaby wspomóc rozwój autonomicznego transportu powietrznego. Ten może nabrać dynamiki już w ciągu najbliższych kilku lat.

– Żyjemy już w czasach, w których taksówki zaczynają latać, ale to jest jeszcze faza testów, to nie jest jeszcze użycie komercyjne. Natomiast w ciągu 3 lat już będziemy mogli latać takimi taksówkami na co dzień – twierdzi ekspert.

Taksówki powietrzne będą mogły zabrać od dwóch do czterech pasażerów. Będzie je można zamawiać, podobnie jak standardowe usługi Ubera, za pomocą aplikacji mobilnej. Jak informuje „Investor’s Business Daily”, obserwatorzy rynku szacują, że przychody z usług z wykorzystaniem autonomicznych latających taksówek mogą po uruchomieniu zapowiadanych programów pilotażowych sięgnąć nawet 5 mld dol.

Sztuczna inteligencja przetwarza o nas coraz więcej informacji. Rządy i globalne firmy próbują znaleźć równowagę między prywatnością a wygodą użytkowników

Sztuczna inteligencja przetwarza o nas coraz więcej informacji. Rządy i globalne firmy próbują znaleźć równowagę między prywatnością a wygodą użytkowników 7

Obecnie rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji wykorzystywane są powszechnie niemal we wszystkich nowoczesnych technologiach oraz usługach, z których korzystamy. Algorytmy analizują nasze zachowanie w sieci, preferencje konsumenckie, a nawet e-maile w celu wykrycia niebezpiecznych wiadomości. Inżynierowie i politycy pracują nad rozwiązaniami, które pozwolą uregulować systemy przetwarzania dużych zasobów danych, aby uchronić nas przed atakiem ze strony hakerów oraz wykorzystaniem poufnych informacji bez naszej zgody.

– Dane są wykorzystywane przez sztuczną inteligencję i to jest oczywiście związane z postępującą cyfryzacją świata. Problemem jest oczywiście strach przed tym, w jaki sposób te informacje będą wykorzystywane i czy są wykorzystywane. W jaki sposób ci, którzy stanowią prawo, będą dbać o to, żeby te informacje nie były wykorzystywane w niecnych celach. A ludzie boją się chociażby tego, że ekspedientka w sklepie zapyta o kod pocztowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Kotarbiński, ekonomista i autor bloga Kotarbinski.com.

Po algorytmy uczące się chętnie sięgają zarówno prywatne przedsiębiorstwa, jak i przedstawiciele administracji publicznej. W związku z tym coraz częściej mówi się o konieczności wypracowania takich rozwiązań i norm prawnych, które z jednej strony umożliwią swobodne funkcjonowanie technologii SI na rynku, z drugiej zaś zagwarantują, że te rozwiązania będą działały z poszanowaniem prywatności użytkowników systemów inteligentnych.

– Chcemy wiedzieć, jak dane będą wykorzystywane, do czego oraz w jakim zakresie jesteśmy w stanie je kontrolować. Natomiast w przeciwieństwie do tego strachu jest sytuacja, gdzie sztuczna inteligencja może się uczyć, jak pozyskiwać o nas informacje i analizować te informacje tylko wtedy, kiedy my tych informacji będziemy jej dostarczać – wskazuje Jacek Kotarbiński.

Ważny krok na tej drodze wykonała firma Google, która wprowadziła szereg rozwiązań umożliwiających kontrolowanie tego, co dzieje się z informacjami powiązanymi z naszym kontem mailowym. Koncern pozwala m.in. przejrzeć, jakie dane udostępniamy poszczególnym aplikacjom oraz samemu ekosystemowi Google, i zadecydować, które mają być przetwarzane. Co więcej, firma planuje nieustannie optymalizować algorytmy uczenia maszynowego, aby zminimalizować liczbę poufnych danych wysyłanych do chmury. Te mają być analizowane bezpośrednio w pamięci urządzenia mobilnego.

Google wdroży także mechanizm cyklicznego czyszczenia informacji, dzięki któremu będziemy mogli ustawić datę ważności wszystkich danych, które przesyłamy do serwisu. Dzięki temu system będzie regularnie usuwał dane historyczne, które nie są wykorzystywane w celu zapewnienia bieżącej obsługi konsumenta.

– Dążymy do wygody, żeby nie kupować już biletów papierowych na samolot, tylko żeby powiedzieć: hej, Siri, czy możesz kupić mi bilet lotniczy z tego miejsca do tego miejsca? I uznajemy, że sprawa w zasadzie jest załatwiona, cały proces będzie zautomatyzowany. Ta sytuacja wygody jest dla nas bardzo przyjazna, natomiast problem pojawia się wtedy, kiedy sztuczna inteligencja np. będzie sprawdzać, czy jesteśmy prawym człowiekiem i z tego powodu np. nie wpuści nas do metra. Ale tutaj dochodzimy już do tematu, w jaki sposób rządy państw będą podchodzić do wykorzystywania sztucznej inteligencji i np. rozpoznawania twarzy na ulicach – mówi ekspert.

Chiński system monitoringu miejskiego bazuje na sieci kamer połączonych, które nieustannie skanują twarze wszystkich przechodniów, rejestrują je i porównują z policyjną bazą osób poszukiwanych. W teorii system ma służyć do wyszukiwania w tłumie przestępców. W praktyce może być wykorzystywany do monitoringu. W przypadku chińskich kamer bezpieczeństwa nikt nie pyta obywateli o to, czy zgadzają się na przetwarzanie danych biometrycznych.

Problematyką dynamicznego rozwoju technologii sztucznej inteligencji zainteresowało się m.in. Ministerstwo Cyfryzacji, które prowadzi prace nad Założeniami do strategii sztucznej inteligencji w Polsce. Dokument ma wskazać wyzwania, jakie w najbliższym czasie staną przed tą branżą, oraz strategiczne cele jej rozwoju, także w zakresie edukacji. Równie ważna rola przypadnie zespołowi GovTech Polska działającemu pod skrzydłami kancelarii premiera. Podmioty działające w ramach tego porozumienia mają doprowadzić do wypracowania skutecznego modelu współpracy administracji publicznej oraz podmiotów zajmujących się zagadnieniami SI.

– Dla nas istotne jest prawo do tego, żeby pozostać w określony sposób anonimowymi. Ważne dla nas jest to, żebyśmy wiedzieli, kto wykorzystuje te dane i do czego. Tego rodzaju mechanizmy już się pojawiają. Myślę, że również ważne jest prawo do bycia zapomnianym, czyli do sytuacji, w której w pewnym momencie podejmujemy decyzję, żeby operator tych danych np. był w stanie skutecznie skasować informacje, które o nas się pojawiają. Chcemy mieć kontrolę nad naszą prywatnością, myślę, że to jest ten kierunek – podkreśla Jacek Kotarbiński.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji w 2017 roku przekroczyła 16 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.

Z czego będzie żył emeryt za 20 lat

Z danych ZUS wynika, że stopa zastąpienia, czyli relacja przeciętnej wypłacanej emerytury względem średniej krajowej wyniosła w 2018 roku 56,4 proc. To o ponad 5 pkt proc. mniej niż pięć lat temu. Za 20 lat stopa zastąpienia będzie wynosiła już tylko 38 proc., a to oznacza, że dzisiejsi 40-45 latkowie, którzy zarabiają średnią krajową w wysokości 3550 zł netto, po przejściu na emeryturę, dostaną ok. 1300 zł na rękę. Jeżeli system emerytalny się nie zmieni, nie uratuje ich nawet PPK. Przyszli emeryci będą musieli mieć kilka źródeł finansowania, a świadczenie państwowe będzie tylko jednym z nich. Emerytura przyszłości będzie jak puzzle. Dopiero połączenie kilku elementów stworzy całość. O jakich elementach mowa?

Wyobraźmy sobie przykładowego Kowalskiego, który ma 45 lat, jest zatrudniony na umowę o pracę i zarabia średnią krajową w wysokości 5000 zł brutto (3350 zł netto). Jeśli Kowalski przejdzie na emeryturę w wieku 65 lat to jego świadczenie „od państwa” będzie wynosić ok. 1330 zł na rękę, przy założeniu, że stopa zastąpienia wyniesie 38 proc. (nie bierzemy pod uwagę inflacji, a wyniki są w aktualnych cenach). Jeżeli będzie chciał odkładać w ramach PPK, to dostanie dodatkowo 479 zł na rękę (wg wyliczeń Polskiego Funduszu Rozwoju na stronie www.mojeppk.pl). Czy uda mu się żyć godziwie za 1800 zł, skoro dotychczas zarabiał 3350 zł?

przeciętna emerytura
Źródło: Business Insider Polska
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM fot. Adam Cisowski
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

– Przyjmuje się, że dla utrzymania godziwego poziomu życia, poziom konsumpcji po przejściu na emeryturę nie powinien spaść o więcej niż 30 proc. Oznacza to, że stopa zastąpienia powinna oscylować na poziomie minimum 70 proc. Skoro już dziś stopa zastąpienia w Polsce spadła poniżej 60 proc, za 20 lat będzie wynosiła 38 proc., a za 40 lat tylko 24 proc. to trzeba całkowicie zmienić podejście do emerytur. W mojej opinii emeryci będą musieli, i to w całkiem niedalekiej przyszłości, żyć z różnych źródeł finansowania, ponieważ świadczenia „państwowe” będą coraz niższe – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Emerytura przyszłości

Wróćmy do przykładowego Kowalskiego. Jeżeli na emeryturze będzie miał w portfelu 1800 zł, to do utrzymania godziwego poziomu życia sprzed emerytury będzie mu brakowało 1750 zł. Jeżeli przyjmiemy, że stopa zastąpienia nie powinna spadać poniżej 70 proc. – Kowalskiemu zabraknie „tylko” 700 zł. Skąd weźmie te pieniądze? Możliwe, że z oszczędności. Gdyby miał zaoszczędzone 140 tys. zł to przez 16 lat (wg GUS taka jest oczekiwana długość życia w tym wieku) mógłby sobie „wypłacać” dodatkowe 700 zł miesięcznie. Gdyby miał 330 tys. oszczędności miałby dodatkowe 1750 zł miesięcznie przez wspomniane wyżej 16 lat. Problem w tym, że niewielu Polaków oszczędza z myślą o emeryturze. Blisko 70 proc. rodaków przyznaje, że co prawda ma oszczędności, ale niewielkie. Tylko 19 proc. z nich ma odłożoną kwotę na poziomie rocznej pensji, czyli ok. 42,5 tys. zł (dwunastokrotność pensji netto). Czy to dużo? Niekoniecznie. Z takich oszczędności do emerytury dojdzie tylko 234 zł miesięcznie.

– Moim zdaniem emerytury w przyszłości nie będą opierać się wyłącznie na świadczeniach z systemu państwowego. Dlaczego? Ponieważ te świadczenia będą coraz mniejsze i utrzymanie odpowiedniego poziomu życia, w oparciu o jedno źródło finansowania (ZUS), będzie niemożliwe. Ta sytuacja spowoduje, że na emeryturę trzeba będzie patrzeć jak na strumień, który będzie miał kilka źródeł finansowania i opierał się na minimum 3 filarach – mówi Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Podstawowym filarem wciąż będzie świadczenie państwowe, społeczne (w Polsce z ZUS), po
drugie – świadczenie od pracodawcy, zakładowe (świadczenia kapitałowe, PPK, PPE), po
trzecie – świadczenia z innych, dobrowolnych źródeł, czyli zabezpieczenie finansowe, o które każdy emeryt będzie musiał zadbać indywidualnie (IKE, IKZE, renta dożywotnia z nieruchomości, lokaty i inwestycje dobrowolne).

– Za kilkanaście lat coraz większa liczba osób w średnim wieku będzie miała świadomość, że o własną emeryturę musi zadbać indywidualnie. Jednym ze sposobów będzie regularne oszczędzanie, kolejnym – inwestowanie w nieruchomości, które kiedyś będzie można spieniężyć: wynajmując je, sprzedając lub decydując się na rentę dożywotnią – mówi Robert Majkowski.

Już dziś nieruchomości są dobrym źródłem finansowania życia na emeryturze. Jednym z puzzli, dzięki którym do senioralnego budżetu może wpływać więcej gotówki. Z raportu Eurostatu „Distribution of population by tenure status” wynika, że na koniec 2017 roku w Polsce aż 84 proc. nieruchomości stanowiło własność osób w nich zamieszkujących. To kapitał, który można „uwolnić”, by finansować codzienne życie. Takie „finansowanie” jest potrzebne zarówno dzisiejszym emerytom, jak i tym przyszłym.

Ile kosztuje nieudana rekrutacja

91 896 zł mogą zapłacić organizacje za odejście z pracy nowej osoby po trzymiesięcznym okresie próbnym – wynika z badań Sedlak & Sedlak i PWC. Co więcej, zrekrutowanie i kompleksowe wdrożenie kolejnego kandydata na to samo stanowisko, może zająć nawet 9 miesięcy – wyliczyli eksperci Michael Page.

Ile kosztuje nieudana rekrutacja?

Urata pracownika może firmę słono kosztować, zwłaszcza w przypadku nowych osób, które przepracowały w organizacji tylko kilka miesięcy. Wydatki związane z zatrudnieniem i wdrożeniem pracownika zarabiającego 5 943 zł brutto, który odejdzie z pracy po trzymiesięcznym okresie próbnym, mogą sięgnąć ponad 90 tys. zł. Takie dane, na podstawie raportu Sedlak & Sedlak i PWC, zaprezentowali eksperci Michael Page podczas merytorycznego spotkania z dyrektorami zakładów produkcyjnych, które odbyło się 11 czerwca w Katowicach.

Na koszty związane z nieudaną rekrutacją składają się nie tylko wypłacone wynagrodzenia. Należy doliczyć również wydatki związane z przeprowadzeniem rekrutacji, kosztami administracyjnymi oraz badaniami lekarskimi. W naszej analizie uwzględniliśmy również nakłady finansowe, jakie należy ponieść w związku z organizacją nowego stanowiska pracy, szkoleniami oraz procesem wdrożeniowym. Ponadto, pod uwagę wzięliśmy koszty nadgodzin osób, które będą wprowadzać i wspierać w pracy nowego – jeszcze niesamodzielnego – pracownika. Jedną z najistotniejszych strat jest jednak utrata korzyści biznesowych, która wynika m.in. z braku ciągłości na danym stanowisku – mówi Marcin Fleszar, Executive Manager w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Ilu pracowników odchodzi w pierwszym okresie pracy?

Jak wynika z badań firmy consultingowej Wynhurst Group, w ciągu pierwszych 45 dni z nowej pracy może zrezygnować nawet 22 proc. pracowników.

– Duża rotacja stanowi coraz większy problem dla pracodawców. Możemy oszacować, że w Polsce tylko w takich branżach jak produkcja, łańcuch dostaw, nieruchomości czy budownictwo ok. 17-21 proc. managerów odchodzi w pierwszych trzech miesiącach od podpisania umowy. Jeszcze częściej z pracy rezygnują szeregowi pracownicy. Szacujemy, że od 20 do 30 proc. z nich rozstaje się z firmą przed upływem okresu próbnego. Dane nie są optymistyczne, zwłaszcza jeśli policzymy, ile czasu zajmuje zrekrutowanie i przygotowanie nowej osoby do samodzielnej pracy – dodaje Marcin Fleszar z Michael Page.

Ile czasu potrzeba na wdrożenie pracownika?

Eksperci z Michael Page oszacowali również, ile czasu średnio potrzebują firmy, aby w pełni wdrożyć do pracy nową osobę. Proces ten rozpoczyna się w momencie pojawienia się zapotrzebowania na specjalistę i obejmuje: przygotowanie i opublikowanie oferty pracy, poszukiwanie kandydatów, zorganizowanie spotkań z wybranymi osobami, negocjowanie warunków, oczekiwanie na ich pojawienie się w firmie, co zazwyczaj trwa od 1 do 3 miesięcy. Kolejnym etapem jest wdrożenie pracownika, które średnio zajmuje od 3 do 6 miesięcy. Po upływie 8-9 miesięcy firmy mogą w pełni korzystać z potencjału nowej osoby.

– Udany proces rekrutacyjny nie kończy się wraz z zatrudnieniem nowego pracownika, ale w momencie kiedy decyduje się ona związać z firmą na dłużej. Aby zminimalizować ryzyko rezygnacji, ważne jest, aby w proces rekrutacji zaangażowany był nie tylko dział HR danej firmy, ale również wyższy management i bezpośredni przełożeni. To oni najlepiej znają specyfikę danej pracy i mogą precyzyjnie określić profil poszukiwanej osoby, co wielokrotnie podkreślaliśmy na naszym spotkaniu z dyrektorami w Katowicach – dodaje Marcin Fleszar.

Jak zwiększyć szansę na powodzenie rekrutacji?

Skuteczny proces rekrutacyjny powinien być specjalnie zaprojektowany pod kątem potrzeb danej organizacji i oczekiwań pracodawcy. W powodzeniu rekrutacji nadrzędną rolę odgrywa właściwe dopasowanie kandydata – zarówno pod kątem niezbędnych na danym stanowisku umiejętności technicznych, jak i kompetencji miękkich. Ocena przyszłego pracownika powinna obejmować również niektóre elementy jego osobowości – sprawdzać np., czy pasuje do kultury organizacyjnej i zespołu, w którym będzie pracował, a także czy utożsamia się z wartościami firmy. Ważne jest także przeanalizowanie motywacji kandydata do pracy, aby uzyskać większą pewność, że zwiąże się z firmą na dłużej.

– Kolejnym etapem warunkującym udaną rekrutację jest dobrze przeprowadzony proces wdrożeniowy. Jak szacuje Wynhurst Group, 9 na 10 osób przyjętych do pracy zostaje w niej dłużej, jeśli w pierwszych 3-6 miesiącach są odpowiednio wspierani przez liderów i zespół. Tym, co może skutecznie zatrzymać przed szybkim odejściem z firmy, jest również wyznaczenie jasnej ścieżki awansu dla kandydata oraz zaoferowanie mu realnych możliwości rozwoju – podsumowuje Marcin Fleszar.

Eksperci z obszaru rekrutacji z firmy Michael Page, przedstawiciele Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej oraz dyrektorzy zakładów produkcyjnych z woj. śląskiego i małopolskiego spotkali się 11 czerwca w Browarze Mariackim w Katowicach, aby omówić największe wyzwania współczesnego rynku pracy. Wspólnie próbowali znaleźć odpowiedź na to nurtujące pracodawców pytania, m.in. dotyczące tego, jak zatrzymać pracowników w organizacji i regionie i w jaki sposób wpłynąć na ich zaangażowanie.

Eksperci o dostępności cyfrowej na uczelniach

Czy 200 mln zł z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju wystarczy, by jeszcze lepiej dostosować polskie uczelnie do potrzeb osób niepełnosprawnych? Co zrobić, by strony administracji publicznej osiągnęły tzw. pełną dostępność cyfrową (zgodnie z obowiązującą ustawą)? Różnorodne bariery, które napotykają niepełnosprawni studenci (wskazywane m.in. w raportach NIK[1]), pokazują jak wiele pracy stoi przed instytucjami, firmami, ale też całym społeczeństwem. Warto mówić o dobrych praktykach i wyciągać wnioski z tych inicjatyw, które wymagają jeszcze dopracowania.

W teorii dostępność cyfrowa wydaje się prosta. Jak podkreśla dr Katarzyna Lis, Pełnomocnik Rektora ds. Osób Niepełnosprawnych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, obecnie standard WCAG 2.0 zgodnie z wymaganiami prawnymi powinien być stosowany. Jednak wiele osób pełnosprawnych nie zdaje sobie sprawy z potrzeb osób niepełnosprawnych. Potrzeby te są zindywidualizowane: – W samym tylko „obszarze” osób niedowidzących istnieją różne stopnie i rodzaje niepełnosprawności. Zdarza się, że student nie dostrzega kontrastu podczas, gdy inny widzi lepiej w przyciemnionym świetle. Osoba, która straciła wzrok jako dziecko i przez całe życie uczyła się Braille’a, będzie potrafiła czytać za pomocą tych znaków. Osoba dorosła może mieć z tym większy problem. Rozwiązania, które są tworzone dla osób niepełnosprawnych na uczelniach powinny iść więc w kierunku bardzo dużego zindywidualizowania – podkreśla dr Katarzyna Lis.

Odpowiadać na potrzeby

By w pełni zrozumieć potrzeby osób niepełnosprawnych i tworzyć rozwiązania dostosowane do ich potrzeb, należy zmienić m.in. sposób myślenia. Edyta Alinowska, Pełnomocnik ds. Osób Niepełnosprawnych na Politechnice Lubelskiej zwraca uwagę na fakt, że istnieje wiele rodzajów niepełnosprawności, które nie są dostrzegane na co dzień:

– Do barier, które napotykają niepełnosprawni studenci należą m.in. bariery społeczne, z czym nierozerwalnie wiąże się stosunek ludzi sprawnych do osób niepełnosprawnych. Należy tutaj także zaznaczyć rolę stereotypowego myślenia na temat osób niepełnosprawnych. Niepełnosprawność od zawsze jest kojarzona z ograniczeniami fizycznymi – podkreśla Edyta Alinowska. – Jednak wśród nas jest dużo innych osób niepełnosprawnych, którzy na pierwszy rzut oka wyglądają na zupełnie zdrowych. To osoby po przebytej chorobie nowotworowej, cukrzycy, z wadami narządów wewnętrznych czy np. osoby z problemami psychicznymi, których obecnie jest coraz więcej – dodaje Pełnomocnik ds. Osób Niepełnosprawnych na Politechnice Lubelskiej.

Jak dodaje dr Katarzyna Lis z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu

dr Katarzyna Lis z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu
dr Katarzyna Lis z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu

– celem tworzenia rozwiązań uwzględniających potrzeby osób z różnymi niepełnosprawnościami nie powinno być tworzenie kolejnych barier. Kiedy poznańska uczelnia przygotowywała nowe znaki dla osób niepełnosprawnych, ich rozmieszczeniem zajmował się niepełnosprawny pracownik. Pozwoliło to na niepopełnienie błędu. Biuro ds. Osób Niepełnosprawnych regularnie organizuje też szkolenia dla pracowników naukowych czy administracji uczelni (ostatnio m.in. z metod działania z osobami, które mogą mieć problemy psychiczne). Odpowiednio przygotowani pracownicy biblioteki dysponują z kolei urządzeniem, które „umożliwia” czytanie książek osobom niewidomym.

Warto zauważyć, że 30% środków z konkursu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju „Uczelnia dostępna” należy przeznaczyć na inwestycje, a pozostała część ma finansować tworzenie procedur, nowych przedmiotów i szkoleń. Wszyscy powinniśmy nieustannie się szkolić, by poszerzać swoją wiedzę na temat niepełnosprawności i nowoczesnych rozwiązań wspomagających osoby z niepełnosprawnościami. Nawet, jeżeli coś istnieje i wydaje się „ładne dla oka”, ale nie jest odpowiednio oznaczone i zakomunikowane, ciężko, by zostało to wykorzystane przez niepełnosprawnych studentów – zwraca uwagę Pełnomocnik Rektora ds. Osób Niepełnosprawnych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu.

Pokonać cyfrowe bariery

Żaneta Biedroń, konsultant w firmie Kalasoft
Żaneta Biedroń, konsultant w firmie Kalasoft

Eksperci zalecają, by wspomniane obserwacje i wytyczne uwzględniać przy tworzeniu rozwiązań cyfrowych. Oczekiwania osób z niepełnosprawnościami starają się dostrzegać m.in. twórcy wirtualnych dziekanatów, choć jak podkreślają – nie jest to łatwe: – Tworzenie np. responsywnych wersji e-systemów uczelni, które są zgodne z wymogami WCAG 2.0 to relatywnie czasochłonne zadanie. Testowanie każdego elementu strony w trzech stopniach kontrastu czy możliwości obsługi systemu na komputerze bez myszki (za pomocą tabulatora) zajmuje więcej czasu niż testowanie „tradycyjnych” rozwiązań – podkreśla Żaneta Biedroń, konsultant w firmie Kalasoft.

– Coraz więcej dostawców oprogramowania, aplikacji mobilnych oraz uczelni dostrzega indywidualne potrzeby niepełnosprawnych użytkowników. Jeśli dana uczelnia wdraża innowację, która sprawdza się w praktyce i rzeczywiście ułatwia dostępność cyfrową różnym grupom niepełnosprawnych studentów, za jej przykładem idą kolejne uniwersytety. By tak się działo, dana innowacja musi być jednak dopasowana do indywidualnych potrzeb użytkowników, czyli opierać się na wynikach odpowiednich badań i być na bieżąco modyfikowana – dodaje Żaneta Biedroń.

Przykładów rozwiązań cyfrowych, które już teraz mogą ułatwiać życie niepełnosprawnym studentom jest więcej. Istnieją np. czytniki ekranu, które pomagają osobom niewidomym i słabo widzącym przeglądać strony internetowe czy inne cyfrowe treści. Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu jako pierwsza uczelnia w stolicy Wielkopolski zaistniała np. w systemie „ToTuPoint”. Bezpłatna aplikacja umożliwia studentom mającym problemy ze wzrokiem poruszanie się po budynkach UEP. Z kolei Politechnika Lubelska wraz z wieloma innymi polskimi uczelniami współtworzy System Akademickiej Biblioteki Cyfrowej. Projekt zakłada skanowanie i udostępnianie księgozbioru dla osób niepełnosprawnych, które nie mogą zapoznać się z nim osobiście. Nie brakuje też innych ciekawych inicjatyw, wspierających osoby niepełnosprawne w realnym i wirtualnym świecie. By były one jednak skuteczne, wszyscy powinniśmy patrzeć na problem dostępności cyfrowej szerzej. Konieczne jest zmiana sposobu myślenia o odbiorcach i uwzględnienia w nich potrzeb osób niepełnosprawnych. Inaczej bariery cyfrowe będą niwelowane tylko w niewielkim stopniu albo będą tworzyć nowe problemy.

[1] M.in. raport NIK z 2018r.: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/droga-do-nauki-bez-barier.html

Maksymalizacja dostępności danych za pomocą środowisk wielochmurowych

Sposoby wykorzystywania chmury do zarządzania danymi i maksymalizacji ich wartości w firmach nieustannie się rozwijają. Zapewne minęły już lata, gdy wdrażanie rozwiązań opartych na chmurze wydawało się być pierwszym krokiem w nowy wspaniały świat. Jednak wraz z każdym nowym modelem używania chmury pojawiają się nowe zagadnienia. Środowisko wielochmurowe, czyli aktualny wariant wdrożenia chmury, przykuwa uwagę, narzuca pytania i budzi sceptycyzm wśród przedsiębiorstw.

Andrzej_Niziolek_Veeam
Andrzej Niziołek, starszy menedżer regionalny Veeam Software w północnej i południowej części Europy Wschodniej

Chmura hybrydowa to pojedynczy obiekt, scalający chmurę publiczną ze środowiskami chmur prywatnych, natomiast środowisko wielochmurowe obejmuje po prostu wiele chmur. To model dostosowany do faktu, że firmy coraz częściej korzystają z różnych chmur do różnych celów. We współczesnej gospodarce cyfrowej strategię wielochmurową stosuje 81 proc. przedsiębiorstw.

Branża informatyczna często promuje model, w którym całe środowisko jest dostarczane z jednego źródła i wiąże się niejako z pojedynczym punktem podatności na awarię. Ma to pozwolić uniknąć niskiej wydajności i zamieszania, które może powstać, gdy trzeba utrzymywać relacje z wieloma producentami i dostawcami usług chmurowych. Dane nazywa się dziś paliwem dla gospodarki cyfrowej i najcenniejszymi zasobami przedsiębiorstw, dlatego gdy firmy domagają się infrastruktury maksymalizującej potencjalną wartość danych, od działów informatycznych oczekuje się spełnienia tych wymagań.

Przedsiębiorstwo może na przykład chcieć przechowywać dane ze swojej najszybciej rozwijającej się jednostki biznesowej na platformie Google Cloud, aby wykorzystać jej skalowalność dostępną w stosunkowo niskiej cenie. Jednocześnie może przenieść bazy danych działu badawczo-rozwojowego na platformę AWS, aby korzystać ze wszystkich zalet sztucznej inteligencji i wyszukiwania głosowego. O ile do niedawna w grę wchodził tylko subiektywny wybór chmury dostosowany do najważniejszych potrzeb i ograniczeń budżetowych danej firmy, o tyle dziś najlepszą opcją strategiczną jest model wielochmurowy.

Transformacja w oparciu o dane

Wiele przedsiębiorstw skłania się w stronę większego oparcia swojej działalności na danych, a szefowie firm coraz częściej dostrzegają wagę danych zarówno w ogólnych strategiach biznesowych, jak i w operacyjnych procesach decyzyjnych. Co więcej, konsumenci i pracownicy zaczynają cenić sobie prawdziwą wartość swoich danych, dlatego przedsiębiorstwa muszą zadbać o to, aby ludzie, którzy udostępniają im swoje dane, dostrzegali płynącą z tego wartość w postaci bardziej spersonalizowanych doświadczeń. Użytkownicy chcą wiedzieć, że ich dane są chronione i bezpieczne, chcą też jednak lepiej orientować się w tym, do czego te dane są używane.

Fundamentem dla tworzenia tej opartej na danych kultury jest ciągła transformacja cyfrowa, wykorzystująca najnowsze i największe technologie, które umożliwiają firmom nieustanne zwiększanie wydajności. Jak wynika z przygotowanego przez firmę Gartner raportu „CIO Agenda” na rok 2018, postępy na drodze do przemiany w przedsiębiorstwo cyfrowe należą do kluczowych priorytetów dyrektorów ds. informatycznych, a wzrost popularności środowisk wielochmurowych jest odzwierciedleniem tego trendu.

Mimo to zgodnie z raportem „Veeam Availability Report” dwie trzecie menedżerów ds. informatycznych przyznaje, że transformację cyfrową w ich firmach spowolniły nieplanowane przestoje. Tymczasem efektywność środowiska wielochmurowego zależy od nieprzerwanej dostępności wszystkich aplikacji i danych. Jeśli więc przedsiębiorstwa, które chcą wykorzystać środowiska wielochmurowe, chcą też utrzymać zaufanie klientów i reputację marki, muszą zadbać o ciągłą dostępność swoich aplikacji i danych oraz o pełne wsparcie dla stosowanej kultury podejmowania decyzji w oparciu o dane.

Dostępność w środowisku wielochmurowym

Złożoność zapewniania dostępności w środowisku wielochmurowym tkwi w konieczności zdania się na wielu dostawców usług przetwarzania w chmurze. Choć wszyscy najwięksi producenci i dostawcy usług chmurowych udostępniają swoim klientom rozwiązania do tworzenia kopii zapasowych i usuwania skutków awarii, każdy z nich stosuje odmienne protokoły, umowy SLA i narzędzia. Tymczasem żadna firma nie chce dowiedzieć się w przypadku awarii, że nie jest odpowiednio chroniona lub że odtwarzanie zakończyło się niepowodzeniem. Żadne przedsiębiorstwo, niezależnie od tego, czy korzysta ze środowiska wielochmurowego, czy nie, nie może zagwarantować, że nigdy nie będzie musiało się zmierzyć z nieplanowanym przestojem, lecz każda firma może zadbać o przygotowanie się na taką okoliczność.

Dlatego przedsiębiorstwa stawiające na środowisko wielochmurowe muszą dysponować rozwiązaniem zapewniającym dostępność, które obejmie wszystkie używane przez nie chmury. Ułatwi to ochronę danych w chmurze dzięki kompletnemu procesowi wysyłania danych poza środowisko lokalne. Veeam Availability Platform chroni przedsiębiorstwa korzystające ze środowiska wielochmurowego przed przestojami, zapewniając im nieprzerwaną dostępność danych w przypadku awarii. Oprócz niezawodnego narzędzia do obsługi kopii zapasowych i usuwania skutków awarii, które współpracuje ze wszystkimi popularnymi rozwiązaniami dostawców usług chmurowych, Veeam zapewnia firmom pełną przejrzystość dostępności danych w całej infrastrukturze wielochmurowej.

Dla przedsiębiorstw, które korzystają ze środowisk wielochmurowych na potrzeby transformacji cyfrowej z myślą o wypracowaniu kultury opartej w większym stopniu na danych, dane są jak woda płynąca w kranie — są czymś niezbędnym, od czego wszyscy są uzależnieni i co musi być zawsze dostępne. Firmy korzystające ze środowisk wielochmurowych nie powinny zniechęcać się perspektywą współpracy z wieloma dostawcami, ponieważ oparte na oprogramowaniu platformy, takie jak platforma firmy Veeam, mogą zapewnić im spokój ducha i gotowe rozwiązanie do minimalizacji przestojów.

Autor: Andrzej Niziołek, dyrektor regionalny Veeam Software w północnej i południowej części Europy Wschodniej

163 butelki wódki na przeciętnym polskim weselu

Według raportu Oferteo.pl wódka to niekwestionowana królowa alkoholi na polskich weselach. Decyduje się na nią aż 97% organizatorów. Spośród pozostałych trunków największą popularnością cieszy się wino, obecne na 61% polskich wesel. Piwo jako dodatkowy alkohol najczęściej pije się w warmińsko-mazurskim, a whisky – w Wielkopolsce.

Wódka bezkonkurencyjna na weselach

Jaki alkohol kupują Polacy Wódka pozostaje pierwszym wyborem organizatorów wesel, którzy przeciętnie zamawiają z tej okazji 163 butelki. Zaopatrują się oni także w słabsze alkohole, takie jak wino oraz piwo, jednak  popularność tych dwóch trunków na weselach nie jest zbyt wysoka. Z danych Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących towarów z ich dostawcami, wynika, że wino jest zamawiane przez 61% organizatorów wesel, a piwo – 39%. Z kolei inny mocny alkohol, whisky, poszukiwany był przez 28% badanych. 

Whisky w Wielkopolsce, piwo w warmińsko-mazurskim, najmniej wódki na Podkarpaciu

Popularność alkoholi z podziałem na województwaWyniki raportu Oferteo.pl pozwalają prześledzić popularność różnych alkoholi w poszczególnych województwach. Wódka dominuje w każdym z nich. Piwo najczęściej, bo w 61% przypadków, wybierali mieszkańcy województwa warmińsko-mazurskiego. Zainteresowanie winem na poziomie ok. 60% obserwuje się w całej Polsce za wyjątkiem Podkarpacia, gdzie zamówiło je 46% badanych. W whisky zaopatrywali się najczęściej mieszkańcy Wielkopolski. Byli oni również klientami o najbardziej różnorodnych upodobaniach, ponieważ zainteresowanie każdym z alkoholi było na stosunkowo wysokim poziomie.

Polacy spieszą się z zakupem

Jak szybko klienci chcą zrealizować zamówienieJak długo przed weselem należy zająć się poszukiwaniem dostawcy alkoholu? 35% Polaków robi to z miesięcznym wyprzedzeniem, a 32% chce zrealizować zakup tak szybko, jak to możliwe. Prawie co czwarty zainteresowany (23%) może pozwolić sobie na 3 miesiące oczekiwania na zamówienie, a 10% kupujących, wybierając alkohol, nie ma jeszcze wyznaczonego terminu wesela i nie jest w stanie precyzyjnie określić, na kiedy go potrzebuje. – Alkohol na wesele to zazwyczaj spory wydatek. Aby zaoszczędzić, warto odpowiednio wcześnie zacząć szukać odpowiedniego dostawcy. Mamy wtedy czas na zapoznanie się z ofertami hurtowni i porównanie cen. Odkładając ten wybór na ostatnią chwilę, narażamy się na stres i ryzyko, że będziemy musieli zdecydować się na ofertę, która nie satysfakcjonuje nas w pełni – radzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 7900 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl w 2018 roku przez osoby poszukujące dostawców alkoholu.

W cyfrowej transformacji najważniejszy jest człowiek

PKB Polski może zwiększyć się nawet o 275 mld złotych w ciągu najbliższych sześciu lat, jeśli w pełni wykorzystamy potencjał cyfryzacji[1]. Samo rozwijanie i wdrażanie rozwiązań chmurowych, sztucznej inteligencji, big data czy Internetu rzeczy nie wystarczy jednak firmom do osiągania przewagi konkurencyjnej. Potrzebne jest zrozumienie pracowników, którym te rozwiązania mają służyć i umieszczenie ich w centrum strategii biznesowych.

Ewolucja, nie rewolucja

Według przewidywań do 2021 r. już 70% przedsiębiorstw będzie wspierać produktywność kadry poprzez wdrażanie rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji[2]. Technologie zwiększają innowacyjność i przyciągają młodych pracowników[3], jednak dla rozwoju firmy kluczowe są także umiejętności kadry, które wzmacniają efekty cyfrowego rozwoju. Konieczne staje się dostosowywanie kultury organizacji do ewoluujących potrzeb pracowników.

Nowy wymiar nauki

Pokolenie Y[4] za rok będzie stanowiło już połowę zatrudnionych na świecie[5], co stawia firmy przed wyzwaniem integracji wielopokoleniowej kadry. Zmieniają się także oczekiwania – pracownicy szukają możliwości indywidualnego rozwoju zawodowego i osobistego. Poszerzanie wiedzy powinno stawać się bardziej indywidualne, dopasowane do jednostki, w możliwe dogodnym czasie i trybie, w małych, niemal nieodczuwalnych dawkach w ciągu dnia pracy. Wiele firm, takich jak General Electric, Procter & Gamble, Lufthansa czy Axa, stosuje też tzw. mentoring odwrócony, w którym młodzi uczą starszych kolegów cyfrowych kompetencji, takich jak szybkie pozyskiwanie informacji, korzystanie z aplikacji i mediów społecznościowych czy chmury.

Firmy (nie)gotowe na rozwój

Świadomość znaczenia roli pracowników w procesie cyfrowej transformacji rośnie. Dla 84% firm kluczowa jest poprawa doświadczeń kadry, a ponad 86% jako ważne lub bardzo ważne wskazuje poprawę procesu uczenia się i rozwoju pracowników. Wciąż jednak jedynie 10% przedsiębiorstw uważa się za gotowe do zajęcia się tą kwestią. Aż 23% firm przyznaje również, że nie wie jakie wartości cenią ich pracownicy[6].

Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta
Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta

Wyzwanie dla firm stanowi skuteczne łączenie kultury pracy z rozwojem infrastruktury i technologii. Przedsiębiorstwa muszą nauczyć się rozpoznawania, rozwijania i odpowiedniego wykorzystywania umiejętności kadry oraz angażowania jej do uczenia się nowych kompetencji. Aby budować miejsce pracy przyszłości powinny inwestować przede wszystkim w pracowników przyszłości – wskazuje Mateusz Macierzyński, kierownik ds. produktów ITS w firmie Konica Minolta.

[1] Raport Polska jako Cyfrowy Challenger 2019, https://mckinsey.pl/wp-content/uploads/2018/11/Raport-McKinsey_Polska-jako-Cyfrowy-Challenger.pdf

[2] https://www.gartner.com/en/newsroom/press-releases/2019-01-24-gartner-predicts-70-percent-of-organizations-will-int

[3] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/human-capital/articles/hr-pierwsze-kroki-na-rynku-placy-2018-kadry.html

[4] Osoby urodzone między 1980 a 2000 rokiem.

[5] https://www.pwc.pl/pl/media/2017/2017-11-22-pwc-laczenie-pokolen-w-firmie.html

[6] Raport Deloitte 2019 Global Human Capital Trends. https://www2.deloitte.com/cn/en/pages/about-deloitte/articles/pr-global-human-capital-trends-2019.html