Selena Labs – centrum badawczo-rozwojowe Grupy Selena, jednego ze światowych liderów branży chemii budowlanej i właściciela marki TYTAN – kontynuuje strategię rozwoju innowacyjnych produktów i wdrażania unikatowych rozwiązań. 2 kwietnia 2019 roku w Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej „INVEST-PARK” w Dzierżoniowie spółka uruchomiła główne centrum laboratoryjne. Inwestycja o wartości niemal 8 mln zł i powierzchni użytkowej ponad 4000 m2 znacząco zwiększy możliwości firmy w zakresie opracowywania i wdrażania na światowe rynki rozwiązań chemii budowlanej o unikatowych parametrach.
Laboratorium koordynuje działania działów R&D z Polski, Włoch, Hiszpanii, Turcji oraz Chin. Dzięki temu globalnie zintegrowany zespół ściśle ze sobą współpracuje, wymienia doświadczenia i znajduje rozwiązania dla profesjonalnych użytkowników w ponad 70. krajach na świecie.
„Siłą Seleny są ciągłe poszukiwania nowych, wysokiej jakości rozwiązań zmieniających podejście do budownictwa w oparciu o kreatywność naszych pracowników.Dzisiaj mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją na rynku niż kilkanaście lat temu. Zauważamy znaczny wzrost poziomu wiedzy i umiejętności pracowników budowlanych oraz większą świadomość stosowanych technologii aplikacyjnych. Dlatego tak istotne jest uważne obserwowanie otoczenia, w którym działamy oraz bezpośrednia współpraca z budowniczymi, światem nauki m.in. Politechniką Wrocławską, jak również dostawcami, którzy tworzą nowe surowce. Dział R&D jest pomysłodawcą, wykonawcą i gwarantem tego, że produkty Seleny tworzą nową wartość dla użytkowników np. rozwiązania na bazie polimerów hybrydowych – to szczególnie ważne w dobie zmieniających się uwarunkowań klimatycznych i brakach kadrowych u wykonawców” – mówi Krzysztof Domarecki, prezes zarządu Selena FM SA.
„Jestem dumny, gdy polskie, a zwłaszcza dolnośląskie firmy śmiało wchodzą na globalne rynki i odnoszą na nich sukcesy. Jako samorząd regionu, od lat wspieramy i staramy się ułatwiać rozwój naszych firm na zagranicznych rynkach. To jeden z naszych priorytetów i cieszę się, że widać efekty tych działań” – mówi Marszałek Województwa Dolnośląskiego Cezary Przybylski. „Dwa lata temu miałem okazję odwiedzić fabrykę Seleny w Kazachstanie, jedną z kilkunastu rozmieszczonych na całym świecie. Pamiętam, że byłem pod wrażeniem wizji rozwoju firmy i profesjonalizmu jej działania. Jestem przekonany, że nowe centrum badawczo-rozwojowe da dodatkowy impuls do dalszego rozwoju i pozwoli umocnić rynkową pozycję spółki” – dodaje Marszałek Przybylski.
„Głęboko wierzymy, że nowo powstałe centrum laboratoryjne stanie się istotną częścią Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej „INVEST-PARK”, a działalność Grupy Selena jeszcze mocniej wpisze się w krajobraz gospodarczy i społeczny całego regionu, otwierając przed Seleną nowe rynki i perspektywy” – mówi Maciej Badora, prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej „INVEST-PARK”.
Spółka otrzymała dofinansowanie na wyposażenie laboratorium w wysokości około 800 tys. zł w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka – Poddziałanie 4.5.2. Ministerstwa Gospodarki. Selena Labs uczestniczy również w projektach w ramach programu Horyzont 2020 i jestpierwszą polską firmą będącą liderem projektu prowadzonego w ramach międzynarodowego konsorcjum.Centrum otrzymało grant na opracowanie i wdrożenie systemu pian oraz pianoklejów poliuretanowych o wysokich właściwościach izolacyjnych – w ramach projektu EENSULATE. Jest to część największego w historii Unii Europejskiej programu finansowania badań naukowych i innowacji – Horyzont 2020 – jego budżet to blisko 80 mld euro. Oprócz projektu EENSULATE, Selena Labs uczestniczy w ramach programu Horyzont 2020 także w projekcie BioMotive, który ma na celu przygotowanie gruntu pod produkcję oraz sprzedaż komponentów opartych na surowcach bioodtwarzalnych, pochodzących z roślin.
„Wychodzimy z założenia, że R&D powinno łączyć trzy aspekty działalności: śledzenie najnowszych rozwiązań naukowych, współpraca i obserwacja potrzeb użytkownika – co jest kluczowe dla sformułowania właściwego produktu – oraz zdolność analizy i zarządzania wiedzą, aby ją właściwie wykorzystać w ramach jednego produktu. Otwarcie nowego laboratorium jest dla nas i lokalnej społeczności ważnym przedsięwzięciem. Wnosimy do regionu nowoczesne rozwiązania technologiczne, innowacyjność, nową kulturę pracy, a zarazem dajemy szansę na rozwój małych i średnich przedsiębiorstw. Dzięki tej jednostce badawczej utalentowani naukowcy z Dolnego Śląska będą mieli możliwość rozwijania swoich umiejętności w światowej klasy placówce i to oni będą wpływać na postęp technologiczny w regionie” – dodajeKrzysztof Domarecki, prezes zarządu Selena FM SA.
W wydarzeniu wzięli udział przedstawiciele lokalnych władz, świata nauki i instytucji wspierających biznes m.in.: Michał Bobowiec, Członek Zarządu Województwa Dolnośląskiego, Dariusz Kucharski, Burmistrz Dzierżoniowa, dr inż. Jacek Lamperski, prorektor ds. studenckich Politechniki Wrocławskiej, Maciej Badora, prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, Ewa Kaucz, prezes Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, Jerzy Michalak dyrektor Dolnośląskiej Instytucji Pośredniczącej, dr Zygmunt Krasiński, dyrektor Krajowego Punktu Kontaktowego Programów Badawczych Unii Europejskiej HORYZONT 2020.
„Naszym zadaniem jest tworzenie innowacji, przez którą rozumiemy dodatkową wartość, jaką otrzymuje użytkownik stosujący nasze produkty na budowie np. bezpieczeństwo i szybkość realizacji zadania przy zachowaniu najwyższej jakości.Dzięki wykorzystaniu technologii możemy rozwiązywać problemy i przeszkody, które napotyka nasz budowniczy. Na przykład nowy klej na bazie technologii hybrydowej jest 8 razy szybszy od zwykłych klejów montażowych. Innowacyjność napędza cały świat i nie ma bez niej postępu, ale ma ona służyć ludziom.Dodatkowo, w Selana Labs wdrożyliśmy nowy model opracowywania innowacji. Stosujemy metodologię pozwalającą na skrócenie czasu pracy nad produktem z 2 lat do 6 miesięcy. Skutkuje to szybszym dostarczaniem produktów na rynek oraz ich skuteczną komercjalizacją. Jest to niezwykle istotne. Obecnie okres życia produktu jest bardzo krótki i wynosi około 2 lat. Dzięki szybszej drodze otrzymywania nowoczesnych rozwiązań produktowych odpowiadamy na aktualne potrzeby i skutecznie konkurujemy na arenie międzynarodowej” – mówi Wojciech Komala, prezes Selena Labs.
Obecnie na terenie województwa dolnośląskiego znajdują się trzy zakłady produkcyjne oraz centrala firmy Selena. Spółka posiada też zakłady w Brazylii, Korei Południowej, Chinach, Rumunii, Turcji oraz w Hiszpanii i Kazachstanie. Laboratorium Selena Labs – jako niezbędny element innowacyjnej firmy – uzupełnia ciąg naukowo-produkcyjny spółki i wpisuje się w strategię międzynarodowej ekspansji dzięki przewadze produktowej. Grupa ma pracowników w 30 spółkach na pięciu kontynentach i sprzedaje produkty w 70. krajach świata. W laboratorium Selena Labs w Dzierżoniowie zatrudnionych jest 50 wysokiej klasy chemików.
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Co czwarta organizacja zatrudniająca powyżej 250 pracowników nie podjęła jeszcze żadnych kroków związanych z wdrożeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych – wynika z analizy firmy Deloitte. Te wyniki nie dziwią, biorąc pod uwagę ogrom przygotowań i wyzwań, które niosą dla firm PPK. Tymczasem największym pracodawcom pozostało już niecałe siedem miesięcy, aby przygotować się do wprowadzenia programu.
Nasze doświadczenia wskazują, że wciąż gros przedsiębiorstw nie jest przygotowanych na wdrożenie Pracowniczych Planów Kapitałowych. A tych wyzwań jest naprawdę wiele: operacyjnych, administracyjnych, ale także technologicznych. Firmy muszą też odpowiedzieć sobie na strategiczne pytanie, czy odprowadzać dodatkowe, dobrowolne wpłaty na konta swoich pracowników, czy ograniczyć się do tego, do czego zobowiązał je ustawodawca. To nie są łatwe decyzje. Naszym zdaniem warto, a nawet należy to zrobić. Analiza Deloitte pokazuje zbieżne z naszymi szacunki, że wprowadzenie PPK oznacza dla większości firm niewielki, bo około 1%, wzrost kosztów pracowniczych. Naszym zdaniem jest to koszt, który warto jednak ponieść zwłaszcza na tak zmieniającym się rynku pracy, jak również w obliczu wyzwań demograficznych, z którymi zderzymy się już za 10 lat.
Polska wciąż znacząco odstaje od innych krajów, pod względem stanu oszczędności. Ich poziom, mierzony jako procent dochodu rozporządzalnego, nie przekracza 2,5 proc. Dla porównania w Czechach i na Węgrzech są to poziomy sięgające odpowiednio 12,8 i 7,9 proc. Warto podkreślić, że choć większy udział finansowy w PPK wiąże się z kosztem dla przedsiębiorców, to jednak część z nich zapewne zdecyduje się na wyższe wpłaty dla wybranych pracowników. Dzięki temu pracodawcy, którym zależy na zatrudnianiu i utrzymaniu wartościowych kadr, mogą poszerzyć ofertę benefitów i tym samym zwiększyć swoją konkurencyjność na rynku.
Dla pracowników to bardzo korzystny program. Chociaż wiąże się z comiesięcznym obniżeniem pieniędzy, jakie dostaniemy na nasze konta, to w perspektywie długoterminowej oferuje on znaczące wsparcie finansowe, którego nie gwarantują żadne inne produkty. Dzięki finansowemu zaangażowaniu pracodawcy oraz państwa wpłaty pracownika zostaną niemal podwojone. Warto podkreślić, że rezygnacja z PPK i samodzielne odkładanie pieniędzy, nie przyniesie takich korzyści, jak trójstronne wpłaty w programie.
Poza wsparciem dla pracowników, program PPK może mieć też ważne znaczenie gospodarcze. Będzie tworzył lokalny kapitał i zwiększał potencjał inwestycyjny w gospodarce. To z kolei w perspektywie lat przełoży się na przyspieszenie wzrostu gospodarczego, poprawę międzynarodowej pozycji inwestycyjnej kraju i na wzrost jego niezależności ekonomicznej. Warto i to mieć na uwadze, pamiętając jednak, że jego podstawową rolą jest pomoc przyszłym emerytom w utrzymaniu satysfakcjonującego poziomu życia i budowie spokojnej przyszłości finansowej.
Grzegorz Chłopek, prezes zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Pierwszy raz od dłuższego czasu po raporcie z rynku pracy USA oczekuje się mocnego wpływu na sytuację rynkową. Dolar amerykański utknął w ciasnym zakresie wahań osłabiony zaskakującym zwrotem Fed, ale przy jednoczesnym wsparciu niepewności inwestorów, którzy widzą w nim bezpieczeństwo. Dziś gra będzie się toczyć o wysoką stawkę nie tylko dla USD, ale dla sentymentu na szerokim rynku.
Miesiąc temu raport za luty silnie rozczarował, wskazując na wzrost zatrudnienia w sektorze pozarolniczym o 20 tys. Wartość ta była szokująca i mocno odstająca od 234 tys. średnio w poprzednich 12 miesiącach. Za dużo słabszy wynik odpowiadało wygładzanie trendów zatrudnienia po silnych odczytach z poprzednich miesięcy oraz niekorzystne warunki pogodowe (m.in. dla budownictwa). Normalnym jest, że teraz rynek oczekuje odreagowania, powrotu danych do średniej (prog. 177 tys.) i wymazania wrażenie po lutowym raporcie. Jednak proste myślenie „po słabym przychodzi odbicie” może okazać się zgubne. Przede wszystkim lutowe rozczarowanie trzeba „uśredniać” z imponującym wynikiem za styczeń (311 tys.), a nie z tym, co przyniesie marzec. Sprzyjającej warunki atmosferyczne w styczniu skutkowały szybszym startem naboru do pracy m.in. w turystyce i budownictwie. Atak zimy w lutym zatrzymał ten proces i przynajmniej w odniesieniu do tego odbicie w marcu jest dość prawdopodobne, ale nie ma gwarancji, że będzie na tyle silne, na ile rynek oczekuje. W ostatnich dniach rynek dostał kilka odczytów z USA z mieszanymi rezultatami, ale zawsze starał się szukać pozytywnej strony. ISM dla przemysłu był mocny, a w słabym ISM dla usług wybrano poprawy subindeksu zatrudnienia. Gorszy ADP został zignorowany (bo miesiąc temu kompletnie rozminął się z NFP), a cotygodniowy raport o wnioskach przyniósł rekordowo niską wartość niewidzianą od 1969 r. Wydaje się zatem, że pod kątem ustawienia oczekiwań rynkowych większą niespodzianką będą słabsze wartości, a których ryzyko wystąpienia jest podwyższone.
Dla USD raport NFP będzie lepszy, jeśli będzie gorszy. Słabe dane potwierdza pojawienie się kłopotów na rynku pracy i utwierdza inwestorów w przekonaniu, że cykl podwyżkowy Fed się zakończył na dobre, a dane tylko potwierdzają dyskontowaną już obniżkę o 25 pb w perspektywie 12 miesięcy (zmiana wyceny już bardziej dolarowi nie zaszkodzi). Jednak problemy gospodarki USA to zagrożenie dla globalnego ożywienia i większy cios w budowany w tym tygodniu pozytywny sentyment rynkowy. Dolara uratuje jego status bezpiecznie przystani i przy gorszych danych może ostatecznie zyskać na crossach z walutami ryzykownymi (np. AUD) lub na EUR/USD, który w ostatnim czasie stał się barometrem sentymentu. Wyjątkiem będzie USD/JPY, gdyż złe dane uderzą w S&P500 i zbiją w dół rentowności obligacji skarbowych USA, co będzie silnym sygnałem do sprzedaży USD/JPY.
W drugą stronę, dobre dane niewiele pomogą USD z prostego powodu, że niemożliwe jest, aby po jednym odczycie z rynku pracy Fed zmienił swoje nastawienie o 180 stopni. I tak samo rynek nagle nie porzuci oczekiwań, że kolejny ruch Fed w przyszłości będzie obniżką. Zatem lepsze dane przede wszystkim wzmocnią nadzieje na odbicie globalnego ożywienia, co przy gołębio nastawionych bankach centralnych tworzy warunki dla rajdu ryzyka. Pamiętajmy jednak, że to dopiero pierwsze elementy większej układanki. Do pełni szczęścia potrzeba trwałości odbicia w danych w Chinach i strefie euro, zakończenia sporu handlowego USA-Chiny i rozwiązania kwestii brexitu. Póki te sprawy pozostają rozgrzebane, inwestorzy pozostaną ostrożni.
Szybkość podejmowanych decyzji kluczowa jest nie tylko na odcinkach specjalnych, ale przede wszystkim w diagnozowaniu chorób nowotworowych, zwłaszcza u dzieci. Dlatego Motul HRSMP przez cały sezon będzie wspierać akcję “Wyprzedzamy nowotwór”, a podczas wszystkich rajdów na trasie pojawi się wyjątkowe auto w barwach Fundacji Pomocy Dzieciom z Chorobą Nowotworową.
Motul HRSMP, czyli cykl mistrzostw dla kierowców historycznych rajdówek, w kampanię “Wyprzedzamy nowotwór” angażuje się od zeszłego roku. Inauguracja działań miała miejsce podczas Rajdu Rzeszowskiego. Wtedy na trasie pojawiła się unikalna Toyota Yaris GRMN promująca akcję, która pełniła rolę samochodu “zero”. Tak oklejone auto, jadące przed wszystkimi zawodnikami, miało zwrócić uwagę na problem i pokazać, że odpowiednie działania mogą doprowadzić również do wyprzedzenia nowotworu. Akcja okazała się sukcesem i wróciła na trasy Rajdu Wisły – tym razem do promocji posłużyła Toyota Celica GT. W projekt fundacji ochoczo włączyły się też załogi startujące w Motul HRSMP, naklejając barwy akcji na swoje auta i szerząc jej ideę wśród kibiców.
Nowa rajdowa “broń” fundacji
W sezonie 2019 fundacja będzie jeszcze bliżej współpracować z cyklem Motul HRSMP. “Głównym celem akcji jest zwrócenie uwagi mediów, lekarzy, a także rodziców na fakt, że dzieci również mogą zachorować na nowotwór. Choroby nowotworowe dają podobne objawy do typowych chorób dziecięcych, więc łatwo je przeoczyć. Dlatego też będziemy uświadamiać rodziców, a lekarzy namawiać do specjalistycznych szkoleń” – mówiła Emilia Kotarska, członek zarządu Fundacji Pomocy Dzieciom z Chorobą Nowotworową i pomysłodawczyni akcji, która przez cały cykl będzie pilotem wyjątkowej “zerówki”.
Na trasach Motul HRSMP w sezonie 2019 przejazdy załóg będzie poprzedzał Opel Astra GSI w barwach akcji. Kotarska będzie pilotować Wojciecha Sroczyńskiego, dziennikarza i kierowcę rajdowego. – Cieszę się, że akcja się rozwija, rajdowe środowisko reaguje na nią bardzo pozytywnie, a poprzez naszą jazdę będziemy mogli przybliżyć temat kibicom i mediom w każdym zakątku Polski” – mówił Sroczyński.
“Jestem pod wrażeniem tej akcji. W sportach motorowych ważny jest jak najlepszy czas na mecie. Z profilaktyką i leczeniem chorób nowotworowych jest podobnie. Zależy nam na tym, by czas od pierwszej diagnozy do rozpoczęcia leczenia był jak najkrótszy, zwłaszcza u małych pacjentów” – mówiła patron merytoryczna kampanii prof. nadzw. dr hab. n. med. Anna Raciborska, kierownik Kliniki Onkologii i Chirurgii Onkologicznej w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie.
Zawodnicy Motul HRSMP zaangażowani w akcję
W akcję „Wyprzedzamy nowotwór” z dużym entuzjazmem włączyło się szerokie grono rajdowców. Kampanię wspiera Polski Związek Motorowy, automobilkluby i wszyscy zawodnicy Historycznych Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski.
“Kierowcy tak jak lekarze muszą podejmować mnóstwo decyzji w bardzo szybkim czasie. Zawodnicy Motul HRSMP to grupa szczególna. Nie jeżdżą dla pieniędzy, a po to by utrwalić pamięć najlepszych tradycji tego sportu. Staramy się też robić jak najwięcej dla innych. Entuzjazm załóg, organizatorów rajdów i Polskiego Związku Motorowego do takich działań jest niesamowity” – mówił Mirosław Miernik, Koordynator Rajdów Historycznych PZM.
Sezon Motul HRSMP rozpocznie się od Rajdu Świdnickiego-Krause (26-28 kwietnia), ale historyczne rajdówki będą promowały akcję “Wyprzedzamy nowotwór” wcześniej – podczas III Rajdu Memoriału Janusza Kuliga i Mariana Bublewicza (6-7 kwietnia).
Już 10 kwietnia zapraszamy Was na kolejne spotkanie DIMAQ Voice. Jak zwykle organizatorzy gwarantują potężną dawkę marketingowej wiedzy przekazywanej przez najlepszych ekspertów z branży. Ponownie wydarzenie odbędzie się w Domu Innowacji Społecznych Marzyciele i Rzemieślnicy.
Tym razem zetkniemy się z aktualnymi i stale rozwijającymi się tematami – technologii VR i sztucznej inteligencji.
Agenda najbliższego spotkania:
16:45 Rejestracja
17:00 dla chętnych, prezentacja Czym jest DIMAQ?
Prezentacje:
17:35 – 18:10 VR szansa czy zagrożenie – słów kilka o podróżowaniu bez wychodzenia z domu na podstawie przypadku “Polska 360”.
Technologia VR będzie niewątpliwie odgrywała coraz większą rolę w e-marketingu. W naszej prezentacji wyjaśnimy czym jest VR, co go odróżnia od AR i mixed reality, jakie są perspektywy jego rozwoju, a także pokażemy kilka ciekawych przykładów zastosowania VR w marketingu. Podzielimy się również case’m, który zrealizowałyśmy i postaramy się przybliżyć uczestnikom Dimaq Voice projekt „Polska 360” – innowacyjny nie tylko w kontekście pierwszej tego typu realizacji filmów promocyjnych w Polsce, ale również przez pryzmat wykorzystania w nim storytellingu. Wisienką na torcie będzie możliwość obejrzenia naszych filmów na goglach VR.
Poziom prezentacji dla początkujących.
Magdalena Budkiewicz, Polska Organizacja Turystyczna i Agnieszka Tomczyszyn, TplusT
18:20 – 19:20 My name is AI.
Sztuczna inteligencja to najważniejszy temat dotyczący naszej przyszłości. Dzięki tej prezentacji dowiecie się dlaczego tak jest. Postaram się też poukładać tę wiedzą w spójną kapsułę AI. Czym jest AI i jakie są jej rodzaje? Do czego jest wykorzystywana? Jak to będzie wyglądać w przyszłości?
Konferencja Specjalistów Logistyki, mająca miejsce w połowie marca 2019 r. to pierwsze tego rodzaju wydarzenie w branży, realizowane głównie w oparciu o rzeczywiste case studies. Spotkanie zorganizowane przez Jartom Real Estate okazało się doskonałą inspiracją dla przedstawicieli logistyki, transportu, produkcji, magazynowania. Firma OMV Polska patronowała wydarzeniu w charakterze Diamentowego Sponsora, reprezentując także szerokie spectrum rozwiązań w obszarze bezpieczeństwa w magazynie i hali produkcyjnej.
Konferencja Specjalistów Logistyki skupiła ponad 120 uczestników, przedstawicieli branży związanych z kluczowymi decyzjami logistycznymi. Reprezentanci firm związanych z magazynowaniem i produkcją oraz praktycy, logistycy, służby utrzymania ruchu, ekonomiści, osoby odpowiedzialne za zakupy, jakość i bezpieczeństwo w hali oraz dostawcy rozwiązań z obszaru logistyki wewnątrzmagazynowej mieli okazję podjąć praktyczną dyskusję w obszarze podejmowania kluczowych dezycji logistycznych.
Klaudiusz Ziemniecki, Dyrektor Zarządzający OMV Polska
“Mając na uwadze zmieniającą się rzeczywistość, nie sposób pominąć kluczowych czynników w procesie decyzji zakupowych w magazynie i hali produkcyjnej, jakimi są względy bezpieczeństwa” – zauważa Klaudiusz Ziemniecki, Dyrektor Zarządzający OMV Polska, prelegent na Konferencji Specjalistów Logistyki. “Odpowiadając na rzeczywiste zapotrzebowanie firm w branży, uznaliśmy za istotne zaangażowanie się w wydarzenie, kładące nacisk na logistyczne decyzje zakupowe. Jako firma oferująca rozwiązania w obszarze szeroko rozumianej intralogistyki, czujemy się odpowiedzialni nie tylko za samą flotę urządzeń wewnątrzmagazynowych. Mamy świadomość, że maksymalne bezpieczeństwo a także optymalne funkcjonowanie całej infrastruktury zależą od wielu składowych, na które pragniemy zwracać uwagę decydentów branży.”
OMV Polska zaprezentowała w trakcie wydarzenia rozwiązania z obszaru bezpieczeństwa w magazynie i hali produkcyjnej. Uczestnicy zaintrygowani pytaniem o możliwości stworzenia maksymalnie bezpiecznego magazynu, z zainteresowaniem wysłuchali wykładu przybliżającego główne obszary pozwalające na redukcję potencjalnych zagrożeń i wypadków. Poczynając od podstaw, w ofercie firmy znaleźć można rozwiązania gwarantujące wsparcie technologiczne dla operatorów i zapewniające ochronę wózka lub ładunku. Z dużym zainteresowaniem skupionych na konferencji gości spotkały się rozwiązania z zakresu poprawy widoczności wózka widłowego w obszarach produkcji i magazynu, a szczególnie zaprezentowany przez OMV Polska zbliżeniowy system wczesnego ostrzegania.
„Zbliżeniowy system wczesnego ostrzegania to rozwiązanie opierające się głównie na systemie strefowym oraz wykrywaniu pieszych”, wyjaśnia Klaudiusz Ziemniecki. „System wykorzystujący nowoczesną technologię do precyzyjnego pomiaru odległości między pojazdami i pieszymi, gwarantuje ostrzeganie przed kolizją oraz maksymalny poziom bezpieczeństwa zarówno dla pieszych, jak i pojazdów . Jest on niezwykle prosty w obsłudze oraz niezawodny, co mieliśmy okazję zaprezentować w trakcie konferencji. Możliwość rzeczywistego poznania zasad funkcjonowania jest nieoceniona, dlatego zdecydowaliśmy się przedstawić rozwiązanie uczestnikom zgromadzonym na spotkaniu.”
Poza praktyczną prezentacją w trakcie prelekcji, firma OMV Polska zapewniła uczestnikom stałą możliwość zapoznania się z funkcjonalnościami wózka i systemów bezpieczeństwa. Przez cały okres dwudniowej konferencji, do dyspozycji gości pozostawali przedstawicieli firmy, udzielający informacji na temat portfolio produktów i usług OMV Polska, gotowi również zaprezentować funkcjonalności wózków i systemów bezpieczeństwa. Na stoisku informacyjnym dyżury pełnili również eksperci służący wiedzą w zakresie oferty z obszaru regałów magazynowych, osprzętu, baterii do wózków, czy usług serwisowych urządzeń wewnątrzmagazynowych.
„Wydarzenie, w którym mieliśmy okazję uczestniczyć, potwierdziło nasze wieloletnie doświadczenie w kontekście wyposażenia magazynów i hal produkcyjnych. Uczestnicy konferencji, żywo reagujący na prezentowane rozwiązania stanowią doskonałe potwierdzenie, że zdecydowana większość decydentów w obszarze logistycznych decyzji zakupowych dba o bezpieczeństwo procesów produkcyjnych i magazynowych. To niezwykle optymistyczne dla branży, która opiera swoje funkcjonowanie na tak istotnych obszarach”, podsumowuje Klaudiusz Ziemniecki.
A tak na temat udziału OMV Polska wypowiedział się organizator konferencji Tomasz Branecki – Prezes Zarządu JARTOM Real Estate: „Dziękujemy OMV Polska za merytoryczny udział w Konferencji Specjalistów Logistyki. To właśnie praktyczna prezentacja systemów zabezpieczeń stanowiła niewątpliwą atrakcję wydarzenia. Uczestnicy mogli własnoręcznie przetestować funkcjonalności z zakresu bezpieczeństwa wózka oraz systemów wczesnego ostrzegania. Co odważniejsi zdecydowali się na sprawdzenie niezawodności ostrzegania systemu detekcji uderzeń. Wszyscy z kolei z zainteresowaniem obserwowali prezentację funkcjonalności ostrzegania o potencjalnym zagrożeniu w obrębie wózka widłowego, wraz ze zróżnicowaniem komend w zależności od odległości obiektu.”
Wiemy już, jakie były wyniki finansowe ze sprzedaży OC dla kierowców w 2018 r. Warto sprawdzić, czy te wyniki zapowiadają obniżki składek.
Zysk na OC przez dwa lata z rzędu to zupełna nowość …
Już po trzech kwartałach minionego roku można było przypuszczać, że krajowe zakłady ubezpieczeń osiągną dość pokaźny zysk ze sprzedaży obowiązkowych polis komunikacyjnych. Świadczyły o tym okresowe dane KNF-u. Po podsumowaniu informacji dotyczących całego 2018 r. okazało się, że ubezpieczenia OC dla kierowców przyniosły zysk techniczny na poziomie około 0,46 mld zł. Ten wynik jest wyjątkowy z dwóch względów. „Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, krajowym zakładom ubezpieczeń udało się osiągnąć zysk na obowiązkowym OC przez dwa lata z rzędu. Co więcej, ubiegłoroczny wynik był lepszy od wartości obliczonej dla 2017 r. (zysk techniczny z OC: 0,38 mld zł). Zyski z 2017 r. i 2018 r. nie mogą jednak zrównoważyć ogromnych strat przekraczających 1,00 mld zł, które notowano przez wcześniejsze dwa lata” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Wzrost wypłat dla ofiar wypadków może niepokoić …
Ubiegłoroczny zysk techniczny ze sprzedaży obowiązkowych ubezpieczeń dla kierowców jest na tyle ważny, że warto dokładniej przyjrzeć się czynnikom, które go wykreowały. „Najważniejszymi takimi czynnikami są zmiany wartości zebranych składek OC i wypłaconych odszkodowań oraz zadośćuczynień dla ofiar wypadków drogowych” – wyjaśnia Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Poniższa tabela przedstawia porównanie najbardziej istotnych wartości finansowych, które w 2017 r. oraz 2018 r. wykreowały zysk techniczny ze sprzedaży OC dla kierowców. Jak nietrudno zauważyć, ubezpieczycielom w ujęciu rocznym (2018 r./2017 r.) udało się zebrać składkę OC wyższą aż o 1,47 mld zł. „Wynika to między innymi z faktu, że wielu kierowców musiało ponownie kupić obowiązkowe polisy jeszcze w pierwszej połowie 2018 roku (przed obniżkami składek OC)” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Bardzo znacząca podwyżka łącznej wartości zebranych składek z tytułu OC dla kierowców skutkowałaby o wiele większym zyskiem technicznym, gdyby w 2018 r. nie odnotowano szybkiego wzrostu wypłat dla ofiar wypadków drogowych. Informacje Komisji Nadzoru Finansowego wskazują, że takie świadczenia oraz zadośćuczynienia wypłacane z OC sprawcy wypadku drogowego rocznie wzrosły aż o 1,09 mld zł. Co więcej, krajowi ubezpieczyciele odnotowali spory wzrost kosztów swojej działalności (związanych z oferowaniem obowiązkowego OC i jego obsługą). Wspomniane koszty działalności ubezpieczeniowej w ujęciu rocznym zwiększyły się aż o 0,30 mld zł (zobacz poniższa tabela). „Spory wzrost wartości wypłat dla ofiar wypadków i kosztów działalności ubezpieczycieli tłumaczy, dlaczego zwiększenie zebranej składki z OC aż o 1,47 mld zł przełożyło się na podwyżkę wyniku technicznego o jedyne 0,08 mld zł” – wyjaśnia Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Ubiegłoroczne wzrosty wypłat dla ofiar wypadków oraz kosztów działalności ubezpieczeniowej sugerują, że spadkowy trend z końca 2018 r. i początku 2019 r. dotyczący składek OC, niestety będzie tylko przejściowym zjawiskiem. „Jeżeli zakłady ubezpieczeń zgodnie z sugestiami nadzoru finansowego będą chciały utrzymać zyskowność polis OC dla kierowców przez kolejne kwartały, to podwyżki składek przy takim tempie wzrostu kosztów i odszkodowań staną się nieuniknione” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Źródło: opracowanie własne Ubea.pl na podstawie danych KNF
Generali Real Estate, w imieniu funduszu Generali Europe Investments Holding (GEIH), kupił biurowiec Piękna 2.0. Sprzedającym był fundusz, któremu doradzał Griffin Real Estate.
Zakup tej prestiżowej nieruchomości to dalszy etap rozwoju zarządzanego przez Generali portfela biurowego w Warszawie, który obejmuje ponadto m.in. budynek KróLEWska, Senatorska 18 (Pałac Jabłonowskich) czy Plac Małachowskiego.
Piękna 2.0 to 8-kondygnacyjny budynek oferujący ok. 15 800 mkw. wysokiej jakości powierzchni biurowej oraz punkty handlowe w parterze obiektu. Wybudowana we wczesnych latach 2000-tych Piękna 2.0 przeszła niedawno gruntowną modernizację, a jej głównym najemcą jest Komisja Nadzoru Finansowego. Obiekt położony jest w samym centrum Warszawy przy ulicy Pięknej, obok Placu Konstytucji. Prestiż tej lokalizacji potwierdzają, znajdujące się w sąsiedztwie: budynek Sejmu, liczne obiekty rządowe i ambasady. Zaletą lokalizacji jest również doskonały dostęp do środków komunikacji miejskiej takich jak: metro, linie autobusowe i tramwajowe.
Transakcja jest elementem konsekwentnej realizacji strategii Generali Real Estate, która koncentruje się na głównych miastach europejskich oraz inwestycjach w najwyższej jakości biura oraz obiekty handlowe, zlokalizowane również przy ulicach handlowych. Zakup Pięknej 2.0 podkreśla też szczególną rolę regionu Europy Środkowo – Wschodniej, gdzie Generali Real Estate zarządza obecnie portfelem o wartości ok. 1 mld euro.
Kupującemu doradzali eksperci z firm JLL, White&Case, PWC, Baker McKenzie oraz Gleeds.
„Mieliśmy przyjemność doradzać Generali Real Estate przy transakcji, która potwierdza stałe zainteresowanie globalnych inwestorów obiektami biurowymi klasy „core”, zlokalizowanymi w centrum Warszawy. Doskonałym przykładem takiego obiektu jest Piękna 2.0, jeden z najbardziej charakterystycznych biurowców w stolicy, który teraz, po gruntownej modernizacji w 2018/2019 r., oferuje najwyższej jakości powierzchnię biurową dedykowaną wymagającym najemcom”, komentuje Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL.
W ostatnim czasie odnotować można wzmożoną aktywność organów ścigania w zakresie zwalczania przestępczości gospodarczej oraz skarbowej. Niemalże każdego dnia media informują o kolejnych zatrzymaniach członków zarządu przedsiębiorstw zarówno państwowych, samorządowych jak i prywatnych. W sektorze niepublicznym obserwujemy to w szczególności na rynku finansowym. Dyrektorzy i członkowie organów banków, domów maklerskich lub spółek publicznych otrzymują zarzuty związane z niegospodarnością lub niedopełnieniem obowiązków i pomijając celowe działania przestępcze – uświadamiają sobie dopiero post factum jak wielkie ryzyko brali na siebie przyjmując określone stanowisko.
Wśród doświadczonych compliance officerów słyszy się, że jest to naturalna konsekwencja braku prawidłowej oceny ryzyk prawnych oraz skutecznych, dostosowanych do działalności podmiotu regulacji wewnętrznych. Czy istnieje więc sposób na zwiększenie bezpieczeństwa prawnego członków organów spółek oraz kadry menadżerskiej?
Pierwsza odpowiedź, jaka się nasuwa to zdrowy rozsądek i daleko posunięcia ostrożność. Czasem jednak to nie wystarcza. Sposobem na wyłączenie lub minimalizację ryzyka odpowiedzialności kadry zarządzającej jest wdrożenie w przedsiębiorstwie konkretnych regulacji tworzących system criminal compliance, którego celem jest zapewnienie funkcjonowania przedsiębiorstwa zgodnie z przepisami prawa karnego.
Za co odpowiada zarząd?
System criminal compliance zyskał rozgłos w związku z projektem nowej ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, który wprost obliguje przedsiębiorców do wdrożenia odpowiednich procedur zarządzania ryzykiem braku zgodności. Niezależnie jednak od uchwalania wzmiankowanej ustawy,
w najlepszym interesie kadry zarządzającej jest wdrożenie już teraz mechanizmów prawnych skutkujących wyłączeniem ich indywidualnej odpowiedzialności karnej. Należy bowiem podkreślić, że współcześnie zaciera się granica pomiędzy odpowiedzialnością cywilną i karną, stąd nawet niezamierzone działania, często poparte profesjonalną dokumentacją, rodzą ryzyka prawnokarne.
Celem zobrazowania problemu, warto sięgnąć do konkretnego przykładu z praktyki organów ścigania. Dwa miesiące temu prokuratura dokonała zatrzymania byłego prezesa PKN Orlen, któremu zarzucono popełnienie przestępstwa niegospodarności w wielkich rozmiarach na szkodę spółki. Z komunikatu Prokuratury Krajowej wynika, że Jackowi K. zarzucono, że: „nie dopełnił onciążących na nim obowiązków, w tym nie podjął właściwych działań, nie wdrożył odpowiednich rozwiązań formalnych i organizacyjnych, nie monitorował i nie kontrolował właściwego rozliczenia poszczególnych usług, w tym eventowo – sponsoringowych realizowanych przez firmy zewnętrzne. Brak podjęcia stosowanych działań przez prezesa sprowadził bezpośrednie niebezpieczeństwo wyrządzenia PKN Orlen S.A. znacznej szkody majątkowej. Co więcej zaniechania prezesa doprowadziły do wyrządzenia spółce szkody w kwocie ponad 3 miliony 400 tysięcy złotych w związku z niewłaściwym rozliczeniem jednego z festiwali motoryzacyjnych”.
Prezesowi zarządu, z powyższego przykładu, postawiono zarzuty karne za przestępstwa niegospodarności z art. 296 k.k., bo w ocenie prokuratury (używając terminologii z ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych) nie dochował on należytej (najwyższej) staranności w organizacji zarządzanego przez siebie podmiotu oraz nadzorze nad nim – co zawiera się w znamieniu „niedopełnienia obowiązków”. Zauważmy, że prezes zarządu usłyszał zarzut sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia spółce szkody, bo nie wdrożył odpowiednich rozwiązań formalnych i organizacyjnych. Ponadto zarzut niegospodarności dotyczył braku należytego nadzoru nad rozliczeniem jednego z festiwali motoryzacyjnych, przez co spółka ponieść miała szkodę w wielkich rozmiarach. Warto zwrócić uwagę, że prezes zarządu usłyszał zarzuty m.in. za działania lub zaniechania innych osób działających w ramach spółki, bowiem trudno założyć, że to prezes zarządu osobiście zajmował się rozliczeniem festiwalu motoryzacyjnego. Rozliczeniem tym zajmowała się zapewne inna komórka spółki, inna osoba, jednakże w tym względzie zarzut opiera się na braku wdrożenie przez prezesa właściwych procedur organizacyjnych oraz braku nadzoru nad osobą wykonującą daną czynność.
Przykład ten dobitnie ukazuje, że całość ryzyka poniesienia odpowiedzialności prawnokarnej przypisana jest, co do zasady, do członków zarządu. W tym względzie obarczone dużym ryzykiem, z perspektywy kadry zarządzającej przedsiębiorstwem, byłoby zwlekanie z wprowadzeniem mechanizmów criminal compliance, albowiem każdego dnia wykonując swe obowiązki, narażeni są oni osobiście na surową odpowiedzialność karną.
Sprawnie działający system criminal compliance nie powinien więc być jedynie elementem ochrony przed fraudami, ale naturalną konsekwencją rozwoju przedsiębiorstwa. Delegacja decyzyjności i kompetencji o istotnym znaczeniu poniżej zarządu powinna być starannie zaplanowana i poddana nadzorowi, a działalność całej struktury otoczona parasolem niezależnego systemu nadzoru nad zgodnością działalności z prawem.
Sposoby wyłączenia odpowiedzialności karnej
W zakresie limitowania odpowiedzialności członków kadry zarządzającej (członkowie rad nadzorczych również mogą ponosić odpowiedzialność za przestępstwo z art. 296 k.k.) podstawowe znaczenia ma prawidłowe ustalenie zakresów obowiązków poszczególnych organów, komórek (działów) oraz pracowników. Gdy struktura organizacyjna przedsiębiorstwa jest należycie sformułowana i precyzyjnie wyznacza granice odpowiedzialności poszczególnych osób w przedsiębiorstwie, możliwość uniknięcia odpowiedzialności karnej przez np. członków zarządu niepomiernie wzrasta. W sytuacji, gdy w przedsiębiorstwie nie funkcjonuje sformalizowany podział obowiązków, wówczas, zgodnie z prawem, odpowiedzialność ponoszą członkowie zarządu, np. odpowiedzialność karną związaną z przestępstwami karnoskarbowymi lub z ustawy o rachunkowości, chociaż faktycznie to nie oni prowadzili księgowość przedsiębiorstwa. Mnożyć można przypadki z praktyki, gdzie skazywani byli członkowie zarządu za czyny, które popełniane były faktycznie przez inne osoby w strukturze przedsiębiorstwa, jednakże brak było dokumentu, który by to stwierdzał.
W branży finansowej, dla przykładu, dobrą praktyką jest tworzenie bardzo sformalizowanej struktury organizacyjnej z wyraźnymi liniami raportowania i nadzoru. Każdy z członków takiej struktury ma swój zakres kompetencyjny i opisaną odpowiedzialność. Przełożeni również mają świadomość swojej odpowiedzialności oraz dysponują wsparciem komórek merytorycznych (HR, prawnej) w celu sprawowania efektywnego nadzoru nad podwładnymi lub zapewnienia szkoleń o właściwym charakterze. Tak działająca struktura pozwala wychwycić, na jakim etapie doszło do niedopełnienia obowiązku lub przekroczenia uprawnień, a to z kolei pozwala na szybkie eliminowanie nieprawidłowości i mitygację ryzyka poniesienia odpowiedzialności przez członków organów. Pierwszą fazą wdrożenia powinien być właściwy audyt, którego funkcją jest identyfikacja kluczowych obszarów ryzyka prawnokarnego związanego z działalnością przedsiębiorstwa oraz kadry zarządzającej. Podczas niego, audytorzy będący specjalistami z prawa karnego i branży właściwej dla danego przedsiębiorstwa, znający bieżące problemy prawne, dokonują badania struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa oraz weryfikują obowiązujące w podmiocie procedury oraz regulacje, które mają wpływ na potencjał odpowiedzialności Spółki oraz kadry zarządzającej. Dzięki należycie przeprowadzonemu audytowi powstać może mapa ryzyka wystąpienia w działalności przedsiębiorstwa zidentyfikowanych uprzednio nieprawidłowości (w tym czynów zabronionych). Zmierzenie potencjału ryzyka pozwoli na efektywne opracowanie skonkretyzowanych regulacji (procedur), których rolą będzie przeciwdziałanie realizacji znamion czynu zabronionego.
Regulacje criminal compliance
Raport z audytu wskaże konkretne rekomendacje do wdrożenia wymaganych procedur oraz regulacji. Biorąc pod uwagę pewny wspólny dla przedsiębiorstw z różnych branż pakiet regulacji criminal compliance wyróżnić można następujące: profilaktyka antykorupcyjna (zawierająca regulacje w zakresie upominków, darowizn oraz sponsoringu), regulamin outsourcingowy, procedura weryfikacji kontrahentów, procedura na wypadek kontroli organów ścigania, procedura przeprowadzania wewnętrznych postępowań wyjaśniających, procedura postępowania w razie popełnienia w przedsiębiorstwie lub zagrożenia popełnienia czynów zabronionych; procedura nadzoru zgodności z prawem; system sprawozdawczości wewnętrznej; system informowania o nieprawidłowościach (whistleblowing).
Rolą criminal compliance jest zapewnienie bezpieczeństwa prawnego zarówno przedsiębiorstwu jak również kadrze zarządzającej, albowiem kwestie to są ze sobą bezpośrednio skorelowane. Jeśli przedsiębiorstwo poniesie szkodę, w wyniku działania pracownika lub podmiotu trzeciego (podwykonawcy, kontrahenta), to indywidualna odpowiedzialność karną, właśnie z art. 296 k.k., mogą ponieść członkowie zarządu (ale również rady nadzorczej). Dlatego też, bez względu na wejście w życie nowej ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, rekomendowane jest wdrożenie w przedsiębiorstwie systemu anonimowego informowania o nieprawidłowościach, który w swym założeniu ma chronić Spółkę przed czynami popełnianymi na jej szkodę. Właściwie działający w spółce system whistleblowing, jak wskazują statystyki, pozwala na wykrycie wielu nieprawidłowości i w ostatecznym rozrachunku stanowi dużą korzyść dla przedsiębiorstwa. Wewnętrzne śledztwa inicjowane na podstawie zgłoszenia od sygnalisty, pozwalają na niezwłoczne zweryfikowanie nieprawidłowości i zabezpieczenie dowodów ewentualnego przestępstwa.
W aspekcie limitowania odpowiedzialności członków zarządu istotne znaczenie ma system nadzoru zgodności z prawem. Docelowo w średnich i dużych przedsiębiorstwach rekomendowane jest powołanie komórki compliance, której rolą będzie bieżące monitorowanie i kontrolowanie zgodności działalności przedsiębiorstwa z prawem. Istnienie w spółce komórki compliance z całą pewnością prowadzi do redukcji odpowiedzialności kadry zarządzającej. Compliance officer ma obowiązek raportowania bezpośrednio do zarządu oraz rady nadzorczej (jeśli istnieje).
Członkowie zarządu powinni wdrożyć procedury, które będą wprowadzały realny nadzór nad działalnością przedsiębiorstwa w każdym obszarze jego działalności. Jeśli spółka korzysta w istotnym zakresie z usług podwykonawców, to powinien być wprowadzony regulamin outsourcingowy, który określać będzie wymagania dla podwykonawców, ale także będzie określał właściwy tryb nadzoru.
W zakresie odpowiedzialności karnoskarbowej niezwykle istotnym jest wdrożenie kompleksowej procedury weryfikacji kontrahentów. Aby uniknąć ryzyka nieświadomego włączenia przedsiębiorstwa w karuzelę vatowską, koniecznym jest opracowanie zasad, które muszą być stosowane przy wyborze kontrahentów. Przedsiębiorca powinien wykazać, iż dochował należytej staranności w weryfikacji kontrahenta. Praktyka pokazuje, że istnieje duże ryzyko nieświadomego wciągnięcia spółki w mechanizm przestępstwa karuzelowego – jednakże organy podatkowe oraz prokuratura posługują się domniemaniem świadomego uczestnictwa w obrocie karuzelowym, co oznacza, że Spółka (zarząd) musi udowodnić, że należycie zweryfikował kontrahenta. Zarzuty karne są w takich sprawach stawiane, niejako z urzędu, członkom zarządu spółki – są to zarzuty nie tylko karnoskarbowe, ale również prania brudnych pieniędzy z art. 299 k.k.
Z kolei w przypadku regulacji antykorupcyjnych, nie wystarczy opracowanie kodeksu antykorupcyjnego i dedykowanych polityk. Najważniejsze jest prawidłowe zidentyfikowanie obszarów ryzyka korupcyjnego i wprowadzenie takich rozwiązań, które będą przeciwdziałać korupcji w przedsiębiorstwie. Szczególnie istotnym w tym aspekcie jest zweryfikowanie praktyki lub procedury zakupowej obowiązującej w spółce. Tylko wtedy, gdy prawidłowo zidentyfikuje się ryzyko, można mu skutecznie przeciwdziałać.
Wizyta organów ścigania w spółce – jak się zachować?
W ramach criminal compliance wprowadzana jest w przedsiębiorstwie procedura działania na wypadek czynności organów ściągania. Chodzi tu o czynności procesowe dokonywane przez organy powołane do ścigania przestępstw oraz przestępstw skarbowych, takie jak: przeszukanie pomieszczeń przedsiębiorstwa, zatrzymanie rzeczy, zatrzymanie i tymczasowe aresztowania członków organów.
W każdym czasie w przedsiębiorstwie pojawić mogą się przedstawiciele organów ściągani, którzy będą chcieć dokonać przeszukania siedziby spółki. Jak się wtedy zachować, jakie są prawa i obowiązki przeszukiwanego podmiotu, jak chronić tajemnicę przedsiębiorstwa? Wszystkie te kwestie regulowane są we wzmiankowanej procedurze. Ponadto, nierzadko zdarza się, że o szóstej rano zatrzymywany jest prezes zarządu spółki, który następnie zostaje tymczasowo aresztowany. W sytuacji, gdy bieżąca działalność spółki uzależniona jest wyłącznie od prezesa zarządu, działalność spółki zostaje sparaliżowana. Dlatego też tak ważnym jest, uprzednie, prewencyjne określenie mechanizmów zapewniających ciągłość działania przedsiębiorstwa w razie tymczasowego aresztowania członków zarządu. Działania te nie mają bynajmniej na celu utrudnianie toku postępowania karnego, ale mają gwarantować realizację praw przysługujących przeszukiwanej spółce oraz zatrzymanemu członkowi kadry zarządzającej. Skala postępowań karnych gospodarczych i skarbowych jest tak duża, że nie można nigdy wykluczyć, że dany wycinek działalności spółki, a przez to zarządu, zostanie poddany weryfikacji w toku procesu karnego.
Bardzo istotną funkcja criminal compliance jest należyte dokumentowanie zdarzeń, które są istotne ze względu na profil ryzyka działalności. W tym względzie chodzi o to, że w razie znalezienia się członków kadry zarządzającej w kręgu zainteresowania organów ściągania, będą mogli oni uwolnić się od odpowiedzialności karnej, przedkładając konkretne dowody, np. zakres obowiązków, procedury, raport z wewnętrznego postępowania wyjaśniającego. Bardzo istotnym jest wykształcenie w działalności przedsiębiorstwa nawyku dokumentowania zdarzeń oraz poleceń (decyzji) członów kadry zarządzającej lub nadzorującej. Wszystko to pozwoli członkom kadry zarządzającej, w razie ewentualnego procesu karnego, dowieść swej niewinności.
Przedmiotowe rozważania powinny być punktem wyjścia do rozważań nad porządkiem organizacyjnym w każdym przedsiębiorstwie. Niezależnie od reżimu odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, warto wykorzystać aktualny czas na zrobienie wiosennych porządków, aby uniknąć potencjalnych nieprawidłowości w przyszłości.
PKP CARGO i ORLEN Paliwa zadeklarowały ścisłą współpracę w zakresie wykorzystania potencjału obu firm w obszarze transportu, infrastruktury kolejowej i logistyki paliw.
Spółka ORLEN Paliwa, wchodząca w skład grupy kapitałowej PKN ORLEN, wykorzysta swoje zasoby, wiedzę techniczną oraz możliwości operacyjne dla wsparcia logistycznego PKP CARGO. Projekt będzie dotyczył w szczególności terminowych dostaw paliw płynnych do obsługi lokomotyw spalinowych, optymalnego rozmieszczenia punktów tankowania wzdłuż traktów kolejowych oraz zapewnienia tzw. mobilnych stacji tankowania paliw.
– Podpisany dziś list intencyjny pomiędzy spółkami, które są liderami w swoich obszarach, jest dla nas ważnym krokiem we wzajemnej współpracy. Rozwój strategicznej infrastruktury logistycznej PKP powinien być wspierany nowoczesnymi rozwiązaniami, którymi dysponujemy w ORLEN Paliwa. Jestem przekonany, że nasza współpraca będzie korzystna dla obu stron i przyczyni się do wzmocnienia polskiej gospodarki – powiedział Łukasz Hołubowski, Prezes Zarządu ORLEN Paliwa.
– Około połowa naszych lokomotyw to pojazdy z trakcją spalinową, dlatego zabezpieczenie dostaw paliw jest dla PKP CARGO sprawą o ogromnym znaczeniu. Przygotowanie odpowiedniej infrastruktury zaopatrzenia lokomotyw w olej napędowy jest też częścią szerokiego programu optymalizacji i usprawnienia przewozów w Grupie PKP CARGO dzięki czemu podniesiemy jakość usług dla naszych klientów i zapewnimy lepsze wykorzystanie potencjału kolei w Polsce na rzecz gospodarki narodowej – stwierdził Czesław Warsewicz, Prezes Zarządu PKP CARGO S.A.
Porozumienie pomiędzy spółkami pozwoli na zwiększenie możliwości operacyjnych PKP CARGO, największego operatora kolejowych przewozów towarowych w Polsce. W ramach tej współpracy ORLEN Paliwa zapewni niezawodne zaopatrzenie w najwyższej jakości paliwa oraz wzmocni infrastrukturę PKP CARGO, umożliwiając sprawne i ekonomiczne tankowanie taboru.
Wraz z nową matrycą stawek VAT Ministerstwo planuje wprowadzić instytucję wiążącej informacji stawkowej (WIS). Ma to być instrument dający podatnikom pewność co do prawidłowości zastosowanych stawek podatku VAT. WIS ma wypełnić lukę w zakresie wydawania interpretacji podatkowych, gdyż w chwili obecnej organy podatkowe nie dokonują oceny zastosowanej kwalifikacji, bazując w trakcie wydawania interpretacji na klasyfikacji dokonanej przez podatnika. W efekcie może dojść do sytuacji, że podatnicy w trakcie kontroli zostaną pozbawieni funkcji ochronnej interpretacji indywidualnej z uwagi na niezgodność opisanego stanu faktycznego (zdarzenia przyszłego) z rzeczywistością – błędna kwalifikacja towarów czy usług.
Co to jest WIS?
Projekt ustawy definiuje WIS, jako decyzję wydawaną na potrzeby opodatkowania podatkiem dostawy towarów, importu towarów, wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów albo świadczenia usług, która zawiera opis towaru albo usługi, klasyfikację (towar według Nomenklatury scalonej (CN) albo według Polskiej Klasyfikacji Obiektów Budowlanych; usługa według Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług) oraz stawkę podatku właściwą dla towaru albo usługi. Jest to więc stanowisko organu podatkowego, który w sposób jednoznaczny powinien sklasyfikować towar lub usługę.
Ciężar charakterystyki usługi spoczywa jednak na wnioskodawcy, który powinien w jak najdokładniejszy sposób opisać towar lub usługę. W sytuacji rozbieżności WIS straci walor ochronny dla podatnika. Jest to szczególnie istotne, jeżeli w swojej działalności chcemy wykorzystać WIS uzyskany np. przez producenta towaru, a nie mamy pewności, czy stan faktyczny został opisany prawidłowo. Praktyka pokaże, jak w takich sytuacjach będą zachowywały się urzędy.
Warto jednak zauważyć, że wnioskodawca będzie musiał nie tylko opisać dokładnie towar, ale także w sytuacji, kiedy wymagane będą dodatkowe analizy – ponieść koszt tych analiz. Ponadto to wnioskodawca będzie musiał zaproponować swoją klasyfikację. Jest to mechanizm podobny jak w przypadku Wiążących Informacji Akcyzowych.
Kto może ubiegać się o WIS?
WIS jest wydawana na wniosek podatnika (w tym podatnik zwolniony podmiotowo z VAT), podmiotu zamierzającego dokonać dostawy towarów, importu towarów, wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów albo świadczenia usług oraz zamawiającego w rozumieniu przepisów Prawa zamówień publicznych.
Ograniczeniem jest brak możliwości składania wniosków o WIS w sytuacji, jeżeli przeciwko podatnikowi toczy się postępowanie podatkowe, kontrola podatkowa, kontrola celno-skarbowa. Dodatkowo podatnik będzie musiał oświadczyć, że sprawa nie została rozstrzygnięta co do jej istoty w decyzji lub postanowieniu organu podatkowego. Powyższe oświadczenie składane będzie pod rygorem odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania.
WIS będzie mogła być również wykorzystywana przez podatników na potrzeby inne niż określenie stawki właściwej dla danego towaru albo usługi. W szczególności o WIS będzie mógł wystąpić podatnik nabywający towary w procedurze krajowego mechanizmu odwrotnego obciążenia (towary z załącznika nr 11 do ustawy) czy towary objęte solidarną odpowiedzialnością (wymienione w załączniku nr 13 do ustawy).
Dodatkowo WIS będzie mógł posługiwać się także inny podmiot. Przykładowo, jeżeli producent uzyska WIS na dany produkt x, będzie mógł informować nabywców o rozstrzygnięciu, które to będzie dodatkowo publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej Krajowej Informacji Skarbowej.
Klasyfikacja GUS
Wielu podatników w zakresie prawidłowej klasyfikacji towarów czy usług polegało dotychczas na stanowisku Głównego Urzędu Statystycznego (GUS). W odróżnieniu od opinii GUS, WIS ma mieć ustawowy walor ochronny dla podatnika. Oznacza to, że WIS będzie wiążąca dla organów podatkowych względem podmiotu, dla którego została wydana i w odniesieniu do konkretnego towaru albo usługi. Zatem organ nie będzie mógł w trakcie kontroli kwestionować np. stawki VAT, jeżeli opiera się ona o klasyfikację WIS. WIS będzie mogła zostać uchylona lub zmieniona. W takim przypadku funkcja ochronna będzie realizowana do końca okresu rozliczeniowego następującego po okresie rozliczeniowym, w którym nastąpiła zmiana/uchylenie WIS.
Co zrobić?
Co do zasady organ ma trzy miesiące na wydanie WIS. Biorąc pod uwagę doświadczenie w zakresie wydawania interpretacji indywidualnych, organy nie będą spieszyć się z wydawaniem WIS. WIS będą mogły być wykorzystane (będą w odpowiedni sposób chronić podatników) zasadniczo dopiero w odniesieniu do transakcji dokonywanych po dniu 1 stycznia 2020 r. Wydaje się, że jest to odległy termin, jednak warto, aby przedsiębiorcy już teraz zaczęli przygotowywać się na zmiany, poprzez analizę klasyfikacji towarów i usług oraz identyfikację obszarów, które mogłyby być zabezpieczone przez WIS.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Bez wątpienia jednym z elementów wpływających na satysfakcję konsumenta są pozytywne doświadczenia zakupowe, które w zależności od branży kształtowane są przez różne osoby. Mowa m.in. o farmaceucie podpowiadającym jaki zamiennik leku wybrać, mechaniku doradzającym właściwy olej samochodowy czy sprzedawcy, dzięki któremu wychodzimy ze sklepu z najlepszą farbą do kuchni. To oni dbają o satysfakcję konsumenta i tworzą z nim relację, aby skorzystał z ich usług ponownie, a daną markę rekomendował innym. A jak budować lojalność sił sprzedaży? Jakie są uniwersalne wskazówki, z których mogą skorzystać przedstawiciele różnych branż przymierzający się do budowy programu lojalnościowego?
Wiedza to podstawa
O sukcesie programów lojalnościowych decyduje dobre poznanie grupy, do której są kierowane. Bez takiej wiedzy nawet najbardziej innowacyjny program nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Aby uczestnicy byli aktywni i chętnie podejmowali nowe wyzwania, trzeba właściwie odczytać ich potrzeby. Punktem wyjścia powinno być pozyskanie istotnych informacji – m.in. o ich płci, zainteresowaniach, charakterze pracy czy wielkości organizacji, ale także specyfiki rynku i danej branży.
Justyna Klimuk Incentive & Recognition Product Portfolio Manager w Sodexo Benefits and Rewards Services Polska
„Przede wszystkim należy pamiętać o tym, że aby kogoś motywować należy go najpierw poznać, niezależnie czy mówimy o Partnerze biznesowym czy Pracowniku sprzedaży. Nie da się skutecznie nagrodzić osoby jeśli nie włożyło się wysiłku w jej poznanie i zrozumienie co ją motywuje do działania, czy jakie ma wyzwania w codziennej pracy. Kluczowa jest także znajomość otoczenia, w którym porusza się osoba nagradzana i które wpływa na jej wybory i zachowanie” – mówi Justyna Klimuk Incentive & Recognition Product Portfolio Manager w Sodexo Benefits and Rewards Services Polska.
Element zaskoczenia
Nuda to jeden z największych wrogów programów lojalnościowych. Znudzony uczestnik opuści program, dlatego warto go zaskakiwać. Ludzie mają naturalną skłonność do porównywania się z innymi, a zapisana w genach chęć do rywalizacji świetnie sprawdzi się w zadaniach konkursowych, które mogą być dodatkowo punktowane. Organizator może przyznawać odznaki, publikować rankingi, czy zachęcać do kolejnych inicjatyw.
Siła nagród
Motywacji uczestników nie można przeceniać, stąd tak ważnym elementem są nagrody. Te powinny nie tylko być atrakcyjne dla sprzedawcy, ale także szybko dostępne.
„Jeśli zdobycie nagrody okaże się niemożliwe w stosunkowo krótkim czasie, to zamiast zaangażowania przyjdzie zniechęcenie, a w konsekwencji rezygnacja” – mówi Justyna Klimuk z Sodexo Benefits and Rewards Services Polska. „Organizatorzy programów często nie doceniają faktu, że mogą nagradzać za coś innego niż transakcje zakupowe. Tymczasem dla urozmaicenia działań warto pomyśleć także o regularności transakcji, trwałości współpracy czy edukacji” – dodaje.
Rola komunikacji
Skrupulatne informowanie o wszelkich nowościach, dbałość o aktualizację wyników, bieżące uwzględnianie zmian w punktacji – każde z tych działań pozwoli zbudować zaufanie po stronie uczestników i poczucie, że są traktowani z szacunkiem.
„Organizator powinien zadbać o to, by kluczowe informacje skutecznie i na czas docierały do każdego, kto bierze udział w programie. Jakiekolwiek uchybienia na tym polu mogą rodzić nieporozumienia lub wręcz poczucie lekceważenia po stronie uczestnika. Efektywna komunikacja zawierająca interesujące dla uczestnika informacje zapobiega tym niepożądanym skutkom i jest kluczem do sukcesu w procesie budowania zaangażowania” – zauważa Justyna Klimuk z SodexoBenefits and Rewards Services Polska.
Wielopoziomowe podeście
Musimy pamiętać, że zwiększanie zaangażowania uczestników sił sprzedaży wymaga konsekwentnej, metodycznej pracy i stałej dbałości o realizację ich potrzeb.
„Praktyka pokazuje, że najlepsze efekty przynoszą programy kompleksowe, skierowane nie tylko do konsumentów, ale też kontrahentów i własnych sił sprzedaży. Synergia motywacji w tych trzech grupach zapewnia organizatorowi programu optymalne rezultaty” – wskazuje Justyna Klimuk z Sodexo Benefits and Rewards Services Polska.
Przestrzeganie przez organizatorów programów lojalnościowych powyższych zasad pomoże im zaangażować osoby, które pozostawały dotąd bierne, a już aktywnych jeszcze bardziej zmotywuje do działania.
Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej będące częścią Federacji Przedsiębiorców Polskich opracowało siedem rekomendacji na rzecz stanowienia prawa w Polsce. Obecnie system ten jest ułomny, a zła sytuacja trwa od wielu lat. Ustawy przygotowywane są w pośpiechu, a następnie w bardzo pilnym trybie przepycha się je przez Radę Dialogu Społecznego – choć etap ten jest nawet często pomijany – aż trafiają do Sejmu. Projekty te nie są poddawane walidacji po pewnym okresie działania. W związku z tym powstaje mnóstwo wadliwych przepisów.
– Proponujemy wprowadzenie określonego czasu na przygotowanie prawa, który pozwoli na weryfikację oraz zajęcie odpowiedniego stanowiska przez partnerów społecznych.Chcielibyśmy, aby partnerem wiodącym ze strony rządowej w procesie legislacyjnym projektów dotyczących przedsiębiorców było Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. To ono najlepiej wie, jak rozwijać gospodarkę – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Kolejna rekomendacja zakłada, aby przedstawione projekty po roku lub dwóch latach były powtórnie analizowane i zmieniane tylko wówczas, gdy będzie taka konieczność, bo nie będą spełniały założeń przygotowanych w ocenie skutków realizacji ustawy. Ta z kolei miałaby obejmować przede wszystkim to, czego mogą oczekiwać przedsiębiorcy oraz sposób, w jaki regulacje wpływają na działalność gospodarczą. Takie rozwiązanie poprawi sytuację prawną w Polsce. Przepisy będą bardziej czytelne i zrozumiałe. Przedsiębiorcom pozwoli to lepiej odnaleźć się w stanowionym prawie – wskazał Kowalski.
Rak płuc i piersi to najczęściej występujące nowotwory odpowiednio u mężczyzn i kobiet. Dla skutecznej terapii najważniejsze jest wczesne wykrywanie tych chorób. A gdyby tak w ciągu kilku minut z pomocą łatwego w użyciu aparatu można było sprawdzić, czy u pacjenta występuje stan chorobowy i podjąć decyzję o koniecznej dalszej diagnostyce? Właśnie takie urządzenie konstruowane jest w Instytucie Fizyki Doświadczalnej Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.
Opracowywana aparatura, która w krótkim czasie analizuje wydychane przez człowieka powietrze, może znacząco zwiększyć szanse na przeżycie dziesiątek tysięcy pacjentów, tyle bowiem rocznie umiera na nowotwory złośliwe z powodu zbyt późno postawionej diagnozy. Warunkiem powodzenia projektu jest jednak finansowanie, o które teraz zabiegają naukowcy.
Zespół prof. dr. hab. Tadeusza Stacewicza z Zakładu Optyki w Instytucie Fizyki Doświadczalnej WF UW od wielu lat prowadzi badania polegające na wykorzystaniu laserów do wykrywania biomarkerów (biologiczne wskaźniki stanów chorobowych) w wydychanym powietrzu. Udało się opracować skuteczne metody i urządzenia do detekcji m.in. amoniaku, którego obecność wskazuje na występowanie bakterii Helicobacter pylori, tlenku węgla – przy chorobach płuc, czy metanu – w problemach jelitowych.
W 2017 r. rozpoczął się najnowszy projekt badawczy, który skupia się na identyfikowaniu formaldehydu, etanu i innych lotnych związków organicznych, których nadmierna obecność w wydychanym powietrzu skojarzona jest z nowotworami, przede wszystkim płuc i piersi. Formalne zakończenie projektu planowane jest na połowę 2021 r., jednak pierwsze wyniki pojawią się o wiele wcześniej.
„Bezinwazyjne, proste, skuteczne a zarazem tanie urządzenie do badań przesiewowych mogłoby odwrócić niekorzystne trendy związane z zachorowalnością na nowotwory złośliwe. Dlatego od kilku lat intensyfikowane są prace w kierunku wykorzystania spektroskopii laserowej i innych technik do wykrywania biomarkerów poważnych chorób (w tym raka) w powietrzu wydychanym przez człowieka. Nasze urządzenie pozwoliłoby na detekcję formaldehydu w ciągu kilku minut. Zarazem jego koszt nie powinien przekroczyć kosztu zakupu fotela dentystycznego. Dlatego mogłoby ono stanąć w gabinecie internisty i służyć do prowadzenia badań przesiewowych na masową skalę” – mówi prof. dr hab. Tadeusz Stacewicz.
Prace badawcze nad wykrywaniem formaldehydu i etanu, podobnie jak wcześniejsze prace badawcze w obszarze oznaczania biomarkerów w wydychanym powietrzu, są prowadzone przez zespół prof. dr hab. Tadeusza Stacewicza we współpracy z naukowcami z Zespołu Detekcji Sygnałów Optycznych w Instytucie Optoelektroniki Wojskowej Akademii Technicznej. Na WAT opracowano m.in. układ pobierania próbek, który spełnia standardy medyczne.
Metoda uniwersalna, różne urządzenia
Zestaw laboratoryjny opracowany przez zespół prof. dr hab. Tadeusza Stacewicza umożliwi prowadzenie wstępnych prac badawczych. Jednak do dalszych zaawansowanych testów potrzebne są dodatkowe środki finansowe na poziomie ok. 10 mln zł. Pozwolą one na zbudowanie prototypów urządzenia oraz przeprowadzenie szczegółowych badań przydatności aparatu w zastosowaniach medycznych. Badania zaplanowane w ramach dotychczasowego projektu wciąż mają ograniczony zakres.
Trudności ze znalezieniem finansowania projektu sprawiły, że narodził się pomysł stworzenia spółki typu spin-off, która ułatwiłaby naukowcom pozyskiwanie środków na prowadzenie badań a także powiększenie zespołu o inżynierów, specjalistów od marketingu i pracowników administracyjnych. Działania te wspiera Uniwersytecki Ośrodek Transferu Technologii UW. „Skuteczny detektor formaldehydu miałby zastosowanie nie tylko w medycynie. Potencjalnym obszarem zastosowań jest także przemysł i ochrona środowiska. Formaldehyd wykorzystuje się m.in. przy produkcji mebli a że jest to środek szkodliwy dla zdrowia, Unia Europejska zapowiedziała wprowadzenie norm dla tego związku. Jeśli do tego dojdzie, potrzebne będą mierniki, które zapewnią powtarzalne wyniki i wystarczającą czułość, której nie zapewniają proste mierniki elektroniczne dostępne w handlu” – mówi dr Robert Dwiliński, dyrektor UOTT UW.
Laser: szybszy, tańszy i równie skuteczny
Postęp techniczny w ostatnich latach sprawił, że powstają szybkie i precyzyjne metody analityczne, które mają zastosowania w medycynie. Dużym zainteresowaniem cieszą się zwłaszcza tzw. metody nieinwazyjne, czyli pozwalające wykrywać biomarkery w ślinie czy właśnie w wydychanym powietrzu. W badaniu powietrza wydychanego przez człowieka tkwi ogromny potencjał – substancje wytwarzane w procesach biochemicznych przedostają się do krwi, a następnie przez płuca trafiają do wydychanego powietrza.
Dzięki badaniom nad składem powietrza wydychanego przez osoby chore i porównywaniu go z oddechem ludzi zdrowych, udało się ustalić, że obecność lub zmiany stężeń pewnych substancji można kojarzyć z konkretnymi chorobami. Początkowo wykorzystywana była do tego technika chromatografii gazowej. Pozwala ona oznaczać w wydychanym powietrzu nawet śladowe ilości wielu substancji, które są wytwarzane w procesach metabolicznych. Część z nich może być uznana za biomarkery. Wadą chromatografii gazowej jest jednak stosunkowo długi czas oczekiwania na wyniki. Dodatkowo, metoda ta nie sprawdza się w przypadku formaldehydu. Dlatego rozpoczęły się poszukiwania innych metod – jedną z nich jest spektrometria laserowa.
„Dotychczas wykrywanie formaldehydu było możliwe przy pomocy chromatografii gazowej.Nie jest to jednak optymalny sposób detekcji tego lotnego związku organicznego. Wyniki nie zawsze są jednoznaczne. Poza tym, chociaż chromatografia gazowa jako metoda charakteryzuje się wysoką czułością, to trudno byłoby wykorzystać ją do badań przesiewowych. Pojedyncze badanie trwa około półtorej godziny i wiąże się z wyższymi kosztami, ponieważ potrzebna jest droga aparatura oraz wykształcony laborant. Nasza propozycja będzie wielokrotnie szybsza i tańsza, możliwa do użycia praktycznie w każdym gabinecie lekarskim” – mówi mgr inż. Mateusz Winkowski, doktorant w Zakładzie Optyki w Instytucie Fizyki Doświadczalnej UW, członek zespołu prof. dr hab. Tadeusza Stacewicza.
Uruchomienie projektu skoncentrowanego na wykrywaniu formaldehydu przy pomocy laserów było możliwe dzięki postępowi w optoelektronice. Na rynku pojawiły się lasery na konkretną długość fali, dopasowane do widm wymienionych powyżej związków, w szczególności małe lasery półprzewodnikowe, zasilane w nieskomplikowany sposób. Istotną rolę odegrały także najlepsze na świecie fotodetektory w zakresie bliskiej i średniej podczerwieni, produkowane w Polsce przez firmę VIGO. To wszystko sprawiło, że możliwe stało się zbudowanie względnie taniego i prostego czujnika do wykrywania biomarkerów (m.in. formaldehydu) przy pomocy lasera.
Od pacjenta pobiera się próbkę wydychanego powietrza. Urządzenie dokonuje pomiaru bazując na osłabieniu natężenia światła o określonej długości fali. Ultraczułe metody pomiarowe wykorzystujące lasery pozwalają na wykrycie lotnych związków organicznych oraz ich stężenia. Opracowane rozwiązanie skraca czas badania do kilku minut i obniża koszty badania w porównaniu do chromatografii gazowej. Badanie pacjenta jest oczywiście bezbolesne i bezinwazyjne.
Walka z rakiem: liczy się wczesne wykrycie
Badania przesiewowe to prowadzone na masową skalę testy, które pozwalają skutecznie identyfikować pacjentów chorych lub znajdujących się w grupie tzw. ryzyka. Mają ogromne znaczenie zwłaszcza w przypadku osób niechętnie zgłaszających się do lekarza lub trafiających na leczenie zbyt późno, gdy stadium choroby jest zaawansowane. Jak podaje Krajowy Rejestr Nowotworów zachorowalność na raka w Polsce w ciągu ostatnich 30 lat wzrosła ponad dwukrotnie. Nowotwory złośliwe stanowią drugą przyczynę zgonów w kraju. Rocznie zabijają ponad 100 tys. osób. Rak płuc i rak piersi to najczęściej występujące nowotwory odpowiednio u mężczyzn i kobiet.
Parlament Europejski przyjął tzw. pakiet mobilności. Jest to kolejny, przedostatni już krok w drodze do ostatecznego przyjęcia kluczowych zmian w trzech bardzo istotnych obszarach sektora transportu, czyli zasad delegowania kierowców, czasu jazdy, przerw i odpoczynków, oraz dostępu do rynku przewozów (kabotaż).
Delegowanie. Sprawozdanie przyjęte w stosunku głosów 317 do 302 (14 wstrzymujących się).
Jedna z najważniejszych, przegłosowanych zmian, dotyczy obowiązywania zagranicznej płacy minimalnej dla kierowców. Z obowiązków związanych z delegowaniem został wykluczony tranzyt (przejazd przez terytorium danego kraju bez załadunku oraz rozładunku). Wyłączenie z delegowania ma także dotyczyć tzw. przewozów bilateralnych (obustronnych), czyli „transportu ładunku z państwa siedziby przewoźnika do innego państwa np. z Polski do Hiszpanii oraz przewóz powrotny do państwa siedziby przewoźnika po wykonaniu dostawy w ramach tego przewozu”.
W drodze do kraju docelowego i w podróży powrotnej ma być dozwolony dodatkowy załadunek lub rozładunek w innych państwach na trasie przejazdu (w obu kierunkach), bez podlegania zasadom delegowania. Możliwy jest także inny scenariusz, czyli dwa załadunki lub rozładunki w drodze powrotnej, jeżeli nie miał miejsca załadunek lub rozładunek w trakcie podróży z Polski.
Kamil Wolański
Przegłosowane przepisy po raz kolejny komplikują zakres stosowania płacy minimalnej. Wynika z nich niestety, że większość przewozów wykonywanych przez polskie firmy poza granicami naszego kraju będzie podlegać pod zasady delegowania. Oznacza to wzrost kosztów, obowiązków administracyjnych, biurokracja i konieczność znajomości złożonych zasad rozliczania w różnych krajach Wspólnoty. Dla polskich przewoźników spore wyzwanie i znaczące utrudnienie w funkcjonowaniu przedsiębiorstwa oraz opłacalności kontraktów – tłumaczy Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).
Czas pracy. Sprawozdanie przyjęte w stosunku głosów 395 do 236 (5 wstrzymujących się).
W drugim sprawozdaniu na uwagę zasługuje przegłosowany zapis, iż Przewoźnik będzie musiał organizować pracę kierowców w taki sposób, aby mogli wrócić do domu przynajmniej raz na cztery tygodnie.
Łukasz Włoch, ekspert OCRK
Nadal nie jest wyjaśniony fakt, w jaki sposób pracodawca będzie musiał udowadniać to, że zapewnił kierowcy powrót do Polski, a kierowca, który nie wrócił zrobił to z własnej woli. Przedsiębiorca w takim wypadku nie jest w stanie zmusić osoby, która w trakcie odpoczynku swobodnie dysponuje swoim czasem, aby wróciła do miejsca swojego zamieszkania.To kolejna sytuacja, na którą przewoźnik nie będzie miał wpływu, a może zakończyć się nałożeniem bardzo wysokiej kary –argumentuje Łukasz Włoch, główny ekspert OCRK.
Dostęp do rynku. Sprawozdanie przyjęte w stosunku 371 do 251 (13 wstrzymujących się).
Parlament przyjął również mocno kontrowersyjne, szczególnie w ocenie państw z Europy Wschodniej, stanowisko, w którym ograniczono wykonywanie kabotażu do jedynie trzech dni, przy kolejnej operacji w tym samym kraju dopiero po 60 godzinach i do czasu wykonania nowego przewozu międzynarodowego z państwa członkowskiego, w którym przedsiębiorstwo ma siedzibę.
W praktyce oznacza to koniec działalności firm transportowych, które specjalizują się w tego typu przewozach. Tak drastycznie ograniczenie wykonywania transportów kabotażowych nie ma nic wspólnego z obowiązującą w Unii Europejskiej zasadą swobody przepływu towarów i usług i jest mocnym ciosem wymierzonym we wschodnioeuropejskie, szczególnie polskie przedsiębiorstwa – dodaje Kamil Wolański z OCRK.
Co dalej?
Teraz stanowisko Parlamentu Europejskiego zostanie przekazane do Rady Unii Europejskiej. Jeżeli Rada UE je zaakceptuje, to przy zachowaniu odpowiedniego vacatio legis (okresu przejściowego), regulacje te zaczną obowiązywać.
W pierwszym kwartale 2019 r. Ronson Development zakontraktował sprzedaż 174 lokali wobec 188 w analogicznym okresie 2018 r. Liczba lokali przekazanych klientom, które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za pierwsze trzy miesiące tego roku, wyniosła 142 (304 w pierwszym kwartale 2018 r.).
Andrzej Gutowski, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Ronson Development
– Rok 2019 rozpoczęliśmy z mocno wyprzedaną ofertą, wynoszącą zaledwie 562 lokale. Mimo to osiągnęliśmy bardzo dobrą sprzedaż w pierwszym kwartale na poziomie 174 lokali. Jest to wynik zbliżony do osiągniętego w analogicznym okresie ubiegłego roku i jednocześnie znacznie lepszy niż w ostatnim kwartale 2018 r. Nowe projekty, które uruchomiliśmy pod koniec pierwszego kwartału, obejmujące łącznie ponad 460 lokali, tylko częściowo przyczyniły się do wyników sprzedaży minionego kwartału i będą miały większe przełożenie na sprzedaż w kolejnych kwartałach – powiedział Andrzej Gutowski, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Ronson Development.
Spośród zapowiadanych na ten rok nowych inwestycji obejmujących łącznie ponad 1000 lokali, Ronson Development rozpoczął już realizację trzeciego etapu osiedla Miasto Moje na warszawskiej Białołęce (196 lokali), piątego etapu projektu Panoramika w Szczecinie (115 lokali), a także budowę projektu Wilanów Tulip (150 lokali). W marcu wystartowała ponadto przedsprzedaż pierwszego etapu projektu Ursus Centralny, obejmującego 138 lokali. W związku z tym, że jego budowa jeszcze się nie rozpoczęła, w wynikach sprzedaży pierwszego kwartału nie uwzględniono przedsprzedaży w projekcie Ursus Centralny. Docelowo, w ramach tej inwestycji wybudowanych zostanie około 1 600 mieszkań – będzie to tym samym największy projekt w historii Ronson Development i kolejny realizowany według koncepcji „miasta w mieście”, która z sukcesem została wprowadzona w bestsellerowym projekcie Miasto Moje. Ursus Centralny będzie samowystarczalnym osiedlem, z bogatym wyborem lokali usługowych, wewnętrznym bulwarem z ofertą rekreacyjną, a także kompleksem szkolno-edukacyjnym.
– Liczymy na to, że nowo wprowadzone projekty oraz kolejne inwestycje, które szykujemy na ten rok, pozwolą nam zrealizować cel sprzedaży około 800 lokali w 2019 r. – powiedział Andrzej Gutowski.
Liczba lokali przekazanych klientom, które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za pierwszy kwartał 2019 r., wyniosła 142, co jest związane głównie z harmonogramem realizowanych inwestycji.
– W lutym 2019 r. zakończyliśmy budowę drugiego etapu osiedla Miasto Moje, liczącego łącznie 148 lokali, spośród których do końca marca przekazaliśmy nabywcom około 100 lokali. Znaczący udział w przychodach pierwszego kwartału będzie mieć również Nova Królikarnia, gdzie wydaliśmy klucze do 14 apartamentów o wysokiej średniej cenie jednostkowej. Pod koniec marca uzyskaliśmy ponadto pozwolenie na użytkowanie dla projektu City Link II obejmującego 189 lokali. Wszystkie zostały sprzedane na długo przed zakończeniem budowy i kilka z nich zostało przekazanych klientom jeszcze przed końcem pierwszego kwartału. Zakładamy, że większość pozostałych zostanie przekazana nabywcom w drugim kwartale tego roku – wskazał Rami Geris, wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.
W całym 2019 r. Ronson Development planuje ukończenie inwestycji obejmujących łącznie ponad 1 100 lokali, z czego 382 zostały ukończone w pierwszym kwartale.
Zmniejszenie liczby dokumentów, które będą potrzebne przy składaniu wniosku o pozwolenia na budowę, uproszczenie wymaganego przy tym projektu budowlanego i legalizacja dawnych samowoli budowlanych – to jedne z kluczowych zmian w projekcie dużej nowelizacji Prawa budowlanego, autorstwa MIiR. Resort liczy, że zostanie ona uchwalona jeszcze przed wakacjami. Dzięki zmianom inwestorzy mają zyskać większą pewność, procesy inwestycyjne będą prostsze i szybsze, a urzędy w mniejszym stopniu obciążone pracą.
– Zależy nam na tym, żeby Prawo budowlane było prostsze dla wszystkich, zarówno dla inwestorów, jak i dla administracji, która wydaje pozwolenia na budowę czy na użytkowanie. Polska jest w tej chwili wielkim placem budowy – budujemy infrastrukturę techniczną, wiele nowych mieszkań, i chcielibyśmy, żeby ten proces przebiegał szybciej. Jak pokazują rankingi międzynarodowe, trochę odstajemy jeszcze od światowych standardów, ale zmiany, które wprowadzamy, zostały zarekomendowane zarówno przez branżę budowlaną, jak i specjalny zespół ekspertów, których powołaliśmy ponad rok temu – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.
Wśród najważniejszych zaproponowanych zmian jest m.in. zmniejszenie liczby dokumentów, które będą potrzebne na etapie składania wniosku o pozwolenia na budowę.
– Przy staraniu się o uzyskanie pozwolenia na budowę nie będziemy już wymagali tak wiele dokumentów. W tej chwili taka dokumentacja dla domku jednorodzinnego liczy przeciętnie ok. 100 stron. Zakładamy, że po zmianach ta liczba wymaganych dokumentów zmniejszy się o około połowę – mówi Jerzy Kwieciński.
Projekt budowlany, który trzeba będzie dołączyć do wniosku, zostanie uproszczony i podzielony na dwie części. Pierwsza ma być zatwierdzana przez organ administracji architektoniczno-budowlanej na etapie udzielania decyzji o pozwoleniu na budowę.
– Nie trzeba będzie już składać całego kompletu dokumentacji technicznej na tym etapie. On będzie wymagany dopiero na etapie uzyskiwania pozwolenia na użytkowanie. Wtedy weryfikowana będzie zgodność tego, co zbudował inwestor, z dokumentacją techniczną – mówi Jerzy Kwieciński. – Zakładamy, że to rozwiązanie będzie tańsze i przyspieszy proces decyzyjny. Chcemy również wyłączyć część obiektów, szczególnie tzw. małej architektury, typu ławki, huśtawki, które nie będą wymagać uzyskiwania pozwolenia na budowę ani nawet zgłoszenia.
Projekt zakłada także wprowadzenie przepisów normujących procedurę legalizacji samowoli budowlanych (co najmniej 20-letnich, tzw. dawnych samowoli budowlanych), a także wprowadzenie jasnych reguł w zakresie uzyskiwania warunków przyłączenia do sieci elektroenergetycznej, ciepłowniczej, gazowej i wodociągowo-kanalizacyjnej oraz realizacji przyłączy. Kolejna zmiana – wprowadzenie 5-letniego terminu, po upływie którego nie będzie możliwe stwierdzenie nieważności decyzji pozwolenia na budowę i decyzji o pozwoleniu na użytkowanie – ma natomiast zapewnić stabilność procesów budowlano-inwestycyjnych i stworzyć pewny grunt dla inwestorów.
– Po raz pierwszy w Prawie budowlanym wprowadzamy zasadę żółtej kartki. Polega ona na tym, że w pierwszej kolejności nie stosujemy kary, ale ostrzeżenie. Najpierw zwracamy uwagę, wyznaczamy termin, w którym inwestor ma obowiązek dopełnienia wszystkich formalności. Dopiero po jego upływie możemy nałożyć na inwestora karę. Ona musi być na tyle dotkliwa, aby zachęcała go do zmiany tej sytuacji. Jednak podkreślam, że nie chcemy sankcjonować sytuacji, które są wbrew prawu budowlanemu. Będziemy surowi, ale nie od razu – mówi Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.
Nowelizacja Prawa budowlanego to element pakietu HASHDobrePrawo, który zakłada zmniejszenie biurokracji i wprowadzenie jasnych, przejrzystych zasad.
– Chcielibyśmy, żeby te zmiany weszły w życie jak najszybciej. Dobrze by było, gdyby udało się przeprowadzić je przez całą ścieżkę legislacyjną jeszcze przed wakacjami. Sejm będzie działał nie tylko w czerwcu, ale pewnie i w lipcu, więc byłaby to dla nas bardzo optymistyczna sytuacja – mówi Jerzy Kwieciński. – Te zmiany w Prawie budowlanym dadzą większość pewność inwestorom. Z drugiej strony wpłyną na mniejsze obciążenie pracą urzędów, co przyspieszy proces inwestycyjny.
Pracę urzędów przyspieszyć ma także specjalny system do Prawa budowlanego, który umożliwi cyfryzację procesu inwestycyjnego.
– To nie wymaga zmian w prawie budowlanym, tylko w organizacji całego systemu inwestycyjnego. To są dokumenty o gigantycznych rozmiarach, więc w obecnych systemach one nie będą użyteczne. W tej chwili przygotowujemy ramy nowego systemu, już dziś odchudzamy te oczekiwania wobec dokumentacji i sankcjonujemy to, że ona bardzo często jest cyfrowa. Inwestor już dzisiaj działa na urządzeniach cyfrowych, chciałbym, aby podobnie było w urzędach, nadzorze i organach administracji budowlanej, żeby też przeszły na proces cyfrowy – podkreśla Artur Soboń.
Polacy kochają gotować, ale w codziennym życiu stawiają raczej na odgrzewanie, odsmażanie i szybkie przygotowywanie posiłków – wynika z szeroko zakrojonych badań konsumenckich, które przeprowadziła firma Amica. W odpowiedzi na te potrzeby jeden z największych producentów AGD wprowadził nową linię sprzętów, m.in. automatycznie otwierane piekarniki oraz okapy sterowane gestem. Polscy producenci prześcigają się w ostatnich latach w tworzeniu technologii ułatwiających życie. Inteligentne i intuicyjne sprzęty made in Poland zaczynają królować w domach nie tylko w Polsce, lecz także za granicą.
– Wszystkie nowe technologie, które wprowadzamy na rynek, muszą pozytywnie wpływać na życie ich użytkowników. Tworząc je, wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom użytkowników i klientów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sas, wiceprezes ds. sprzedaży w Amica Handel i Marketing.
Producenci AGD prześcigają się w tworzeniu technologii, które ułatwiają codzienne życie. Tego oczekują sami konsumenci, którzy chcą, żeby domowe sprzęty były inteligentne, intuicyjne w obsłudze, a nawet wyręczały użytkownika. Stąd w polskich kuchniach zaczynają królować coraz bardziej zaawansowane technologicznie urządzenia, które oferują przydatne i użyteczne funkcje.
– Na bazie ubiegłorocznych badań po raz pierwszy dostaliśmy bardzo ciekawe insighty konsumenckie odnośnie trendów, tego, jak i co gotujemy, ile czasu spędzamy w kuchni i co jest w niej potrzebne. O ile wszyscy Polacy lubią gotować, co potwierdza popularność kuchennych show w telewizji, o tyle w codziennym życiu stawiamy raczej na odgrzewanie, odsmażanie oraz szybką obsługę sprzętów, żeby móc szybko przygotować posiłek – mówi Paweł Rydz, dyrektor marketingu w Grupie Amica.
Na podstawie wyników badań konsumenckich powstała nowa linia urządzeń AGD do zabudowy Amica X-type, prezentowana premierowo podczas Międzynarodowej Wystawy Elektroniki Użytkowej i Sprzętu AGD w Berlinie (IFA) w 2018 roku.
– Na podstawie badań doszliśmy do wniosku, że w pierwszej kolejności musimy spełnić podstawową potrzebę, która kryje się za użytkowaniem piekarnika, a zatem jakość wypieku i przygotowanych potraw. W drugiej kolejności skupiliśmy się na cechach funkcjonalnych takich jak OpenUp!, czyli automatyczne otwieranie drzwi, sterowanie dotykowe, funkcja pieczenia na parze. Na to nakłada się element estetyczny, bo piekarnik, lodówka czy okap muszą ładnie wyglądać i wkomponowywać się w charakter kuchni – wymienia Andrzej Sas.
Żeby otworzyć drzwiczki piekarnika, wystarczy delikatnie dotknąć uchwyt, np. łokciem, a piekarnik otworzy się automatycznie. To funkcja przydatna np. w sytuacji, kiedy użytkownik trzyma w rękach ciężką blachę. Nowością jest też BakingPro System, zaprojektowany z myślą o podniesieniu jakości wypieków, oparty na szeregu użytecznych rozwiązań w konstrukcji piekarnika.
Kolejna innowacja to pierwszy na rynku okap sterowany gestem – bez pilota i bez dotyku. Wystarczy ruch dłoni, żeby uruchomić okap, zmienić jego moc czy włączyć światło. Płyty Amica z linii X-type z funkcją Hob&Go wykrywają pole, na którym stawiany jest garnek i same je aktywują. Z kolei w lodówkach marka wprowadziła m.in. innowacyjny system zarządzania przestrzenią, który zapobiega marnotrawstwu żywności.
– Wdrożenie takie jak X-type zdarza się raz na kilka lat. Jednak innowacyjności i przełomowości nowości technologicznych nie da się przewidzieć, więc trudno ocenić, jakie będą kolejne trendy. Możemy przypuszczać, że konsumenci będą oczekiwać obsługi sprzętów w sposób zdalny – mówi Paweł Rydz. – Już dzisiaj pojawiają się rozwiązania, dzięki którym będąc poza domem, jesteśmy w stanie sprawdzić, czego brakuje nam w lodówce. Być może to będzie kierunek za 5 czy 10 lat.
Grupa Amica to największy producent sprzętu gospodarstwa domowego z centralą w Polsce. Ma w ofercie pełną gamę inteligentnych urządzeń dużego i małego AGD, opartych na nowoczesnych technologiach i designie. Poprzez marki Amica, Gram, Hansa i CDA grupa generuje ponad 70 proc. przychodów na blisko 60 rynkach zagranicznych.
– Amica eksportuje od przeszło 20 lat, a zatem wychowaliśmy już na rynkach zagranicznych grupę użytkowników, która kupuje nasz produkt drugi, trzeci czy kolejny raz. Konsumenci w Niemczech, Skandynawii czy Rosji wracają do naszych produktów, a pozytywne doświadczenia z ich użytkowania powodują, że rekomendują nasze urządzenia swoim rodzinom czy przyjaciołom i dzięki temu możemy zwiększać sprzedaż eksportową – mówi Andrzej Sas.
Ja podkreśla, wprowadzając nową linię sprzętów X-type na rynek polski marka liczy na wzmocnienie swojej pozycji jako lidera i zwiększenie udziałów rynkowych.
– Z kolei za granicą, wprowadzając nowy produkt, który jeszcze lepiej odpowiada na oczekiwania konsumentów, liczymy na dalszy rozwoju rynków eksportowych – mówi Andrzej Sas.
Po raz pierwszy w historii na świecie żyje więcej ludzi z nadwagą niż niedowagą – podaje Światowa Organizacja Zdrowia. Już dziś liczba osób otyłych przekroczyła 1 mld, a według szacunków World Obesity Federation do 2025 roku może się zwiększyć do jednej czwartej światowej populacji. Zapobieganie epidemii otyłości powinno bazować na edukacji, zwłaszcza dzieci i młodzieży, wspieranej przez prozdrowotną politykę państw.
Nadwaga i otyłość stały się epidemią XXI wieku. Dotyczy to przede wszystkim społeczeństw z krajów wysokorozwiniętych, z wysokim dochodem na jednego mieszkańca. W Polsce, jak pokazują dane Instytutu Żywności i Żywienia, 58 proc. ludności zmaga się z nadwagą, otyłość dotyka natomiast ok. 28 proc. osób. Na czele niechlubnego rankingu plasują się jednak Stany Zjednoczone Ameryki.
– Zajmujemy pierwsze miejsce na świecie pod względem otyłości. Aż dwie trzecie Amerykanów ma nadwagę, a jedna trzecia zmaga się z otyłością. Stan przedcukrzycowy obserwuje się u jednego na trzech mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a w stanie Kalifornia, z którego pochodzę, sytuacja ta dotyczy już co drugiej osoby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. David Heber, przewodniczący Rady Naukowej Herbalife Nutrition.
Światowa Organizacja Zdrowia uznała otyłość za najgroźniejszą chorobę przewlekłą, która w przypadku braku leczenia może skutkować takimi groźnymi schorzeniami, jak choroby układu krążenia, cukrzyca typu 2 oraz zespół metaboliczny. Nadmiar kilogramów zwiększa ponadto ryzyko zachorowania na niektóre nowotwory. Za większość powikłań otyłości odpowiada tłuszcz trzewny, czyli tkanka tłuszczowa gromadząca się wokół narządów wewnętrznych. Wywiera on nacisk na organy, upośledzając ich funkcjonowanie, uwalnia do organizmu szkodliwe substancje, generuje powstawanie stanu zapalnego, który może prowadzić do rozwoju miażdżycy.
– Pozbycie się go wyłącznie za pomocą diety jest niemożliwe. Należy połączyć ją z aktywnością fizyczną. Przez ćwiczenia rozumiem trening z ciężarami lub taśmami, pilates połączony z treningami aerobowymi lub interwałowymi o wysokiej intensywności. Należy rozpocząć od spacerów i stopniowo rozszerzać aktywność oraz wiedzę na temat sportów i ćwiczeń, łączyć je ze zbilansowaną dietą i zdrowym trybem życia – mówi prof. David Heber.
Eksperci nie mają wątpliwości, że za epidemię nadwagi i otyłości odpowiedzialny jest współczesny siedzący tryb życia oraz niska jakość spożywanych produktów żywieniowych. W diecie współczesnego człowieka dominuje żywność typu fast food, bogata w cukier, sól i niezdrowe tłuszcze, a uboga w substancje odżywcze niezbędne do prawidłowej pracy organizmu.
– Lubimy tłuste i słodkie jedzenie, ale to sprawia, że często zjadamy za dużo, a jednocześnie nie dostarczamy organizmowi dostatecznej ilości białka o odpowiednich porach dnia. Spożywanie pokarmów bogatych w białko zaspokaja głód na wiele godzin. Jeżeli natomiast zjemy wyłącznie węglowodany i cukier, to po godzinie lub dwóch musimy ponownie sięgać po przekąski lub słodycze – mówi prof. David Heber.
Zapobieganie epidemii nadwagi i otyłości powinno zaczynać się od edukacji, zwłaszcza poszerzania świadomości dzieci i młodzieży. Działalność edukacyjna musi być jednak wsparta prozdrowotną polityką państwa. Jej przykładem może być dodatkowe opodatkowanie żywności zawierającej nadmiar soli, cukru oraz nasyconych kwasów tłuszczowych. Rozwiązaniem jest także kontrolowanie reklam artykułów żywnościowych, a tym samym zapobieganie promowania produktów zawierających znaczne ilości tłuszczu i cukrów, w tym napojów słodzonych.
– Również etykiety wymagają zmian. Konsument musi wiedzieć, jak wiele cukru zostało dodane do produktu – mówi prof. David Heber. – Nie musimy całkowicie zrezygnować ze smakołyków. Codzienna dieta musi być jednak zdrowa i zawierać więcej białka. Można na przykład spróbować koktajli zastępujących posiłki, które zawierają bogactwo białka, witamin i minerałów i pomagają kontrolować apetyt.
W codziennej diecie powinno się znajdować mniej czerwonego mięsa i przetworzonych węglowodanów (obecnych np. w białym pieczywie i ciastkach), a więcej warzyw i owoców. Równie istotne jest wprowadzenie do jadłospisu produktów o wysokiej zawartości białka.
– W ośmiu europejskich krajach w ramach badania w dietach połączono wysoką zawartość białka, owoce i warzywa. Po początkowym okresie utraty wagi, uczestnicy badania przechodzili na pięć różnych diet, z których każda zakończyła się powrotem do wcześniejszej masy ciała w ciągu 6 miesięcy. Jedyną dietą, która skutkowała trwałą utratą wagi lub jej utrzymaniem na stałym poziomie, była dieta bogata w białko i produkty o niskim indeksie glikemicznym. To jest przyszłość – mówi prof. David Heber.
Rocznie Polacy kupują około miliarda małych buteleczek wódki. Po „małpki” codziennie sięga 3 mln osób, z czego 600 tys. nawet dwa razy dziennie – wynika z szacunkowych danych firmy badawczej Synergion. Kupują je niemal wszystkie grupy społeczne i o różnych porach dnia i nocy. – Małe butelki bardzo uelastyczniły konsumpcję alkoholu – podkreśla Michał Kociankowski, szef Synergion. Powodują, że Polacy piją alkohol śmielej, częściej, w sytuacjach, w których raczej nie sięgnęliby po inny alkohol. Dodatkowo mała ilość wypijanego alkoholu daje złudne poczucie większej samokontroli.
– Nasze badania pokazują, że konsumpcja „małpek”, czyli małych wódek, to przede wszystkim dzisiaj konsumpcja dosyć masowa, odważna, a nawet kreatywna. Konsumenci lubią ten format, śmiało po niego sięgają, dosyć powszechnie, w bardzo różnych sytuacjach, często w takich, w których nie sięgnęliby po żaden inny produkt alkoholowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kociankowski, dyrektor generalny Synergion.
Statystyczny Polak wypija rocznie blisko 11 litrów czystego spirytusu. Pijemy coraz więcej i coraz częściej, a duży wpływ na rosnącą konsumpcję ma popularność „małpek”, czyli butelek o pojemności 100–200 ml. Z badania Synergion wynika, że codziennie kupuje je 3 miliony osób, a ponad 600 tys. klientów co najmniej dwa razy w ciągu dnia.
– Jeśli przyjmiemy, że nasze szacunki pokazują około 3 mln nabywców czy spożywających dziennie, a rok ma 365 dni, to choć prawdopodobnie nie wszystkie dni są aż tak intensywne pod względem spożycia, to roczna sprzedaż tego formatu alkoholu sięga miliarda butelek – ocenia Michał Kociankowski.
Dynamiczny wzrost sprzedaży małych formatów wódki nie ma wpływu na sprzedaż większych butelek. Te dwie kategorie sprzedają się w różnych sytuacjach.
– „Małpki” to oddzielna kategoria produktu. Nie jest to to samo z punktu widzenia zachowań konsumenckich, zwyczajów, sposobu spożywania. Te małe butelki mają inne sytuacje spożycia, inne motywacje, bardzo często mają inną gamę produktową. Są już dzisiaj systematycznie eksponowane w sklepach w oddzielnych miejscach i kupowane nie razem ani nie wymiennie z dużymi butelkami – tłumaczy dyrektor generalny Synergion.
Małe butelki wódki kupują niemal wszystkie grupy społeczne. Według sprzedawców największą grupą kupujących są osoby mające problem z alkoholem oraz pracownicy fizyczni (ok. miliona). Niewiele mniej liczne są grupy konsumentów małych buteleczek wśród ludzi młodych (20–25 lat), emerytów i młodych kobiet. Małe butelki przełamały tabu, że alkohol dla kobiety jest czymś kulturowo złym. Poręczna butelka z łatwością zmieści się do kieszeni czy damskiej torebki (77 proc. zaraz po zakupie chowa butelkę do torby lub kieszeni).
– Kupują ludzie w drodze do pracy, z pracy, kupują kobiety, ludzie na spacerze z psem, ludzie przychodzący do sklepu z dzieckiem – wymienia Kociankowski. – Jeżeli jednak szukamy jakiejś prawidłowości, to częściej alkohol w małych butelkach kupują mężczyźni ze średniej wielkości miejscowości, ze średnim wykształceniem.
„Małpki” sprzedają się dobrze o każdej porze dnia – 28 proc. rano, 36 proc. popołudniu, zazwyczaj tuż po zakończonej pracy, i tyle samo wieczorem po godz. 18.00. Ponad 90 proc. osób kupuje bez zastanowienia, dokładnie wiedzą, jaką wódkę kupić.
– Małe butelki wpływają na konsumpcję alkoholu w Polsce w ten sposób, że tego alkoholu konsumenci piją być może mniej na raz, ale częściej. Przez to, że tych drobnych sytuacji do spożycia jest dużo, to piją go w sumie więcej – tłumaczy Kociankowski.
Małe butelki dają złudne poczucie pewnej niewinności, bo 100 czy 200 ml nie pozwoli się upić, ale za to pomoże zapomnieć czy przygotować się na trudny dzień w pracy.
– Małe butelki bardzo uelastyczniły konsumpcję alkoholu, oderwały ją trochę od takich sytuacji, w których konsumpcja musi być przygotowana wcześniej, czyli umówieni koledzy, przygotowane zakąski, zorganizowane miejsce, zarezerwowany czas. Małe butelki pozwalają całkowicie spontanicznie, bez miejsca, czasu, organizacji sięgnąć po niewielką ilość alkoholu – ocenia Michał Kociankowski.
Państwa Europy Środkowo-Wschodniej plasują się na znaczącym miejscu światowej mapy fintechów, a Polska jest w czołówce. Na tle państw Zachodu sektor w kraju rozwija się jednak powoli. Tempo rozwoju mogą przyspieszyć nowe regulacje prawne, czyli np. dyrektywa PSD2, a także większe zaufanie klientów. Na to ostatnie mogłoby wpłynąć uregulowanie rynku fintechowego, ale nie jest to proste zadanie. – Różnorodność usług i konceptów fintechowych, które powstają, jest zbyt duża – ocenia Michał Grams, prezes TogetherData.
– Fintech to jeden z najbardziej dynamicznie rosnących obszarów w Polsce. Rozwija się w dwucyfrowym tempie i wydaje się, że to będzie najbliższą przyszłością rynku finansowego – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Grams, prezes TogetherData.
Według danych Fintech Poland Foundation, w Polsce działa 170 fintechów, z czego ponad połowa to fintechy płatnicze. Blisko 60 proc. firm działa na rynku krócej niż 5 lat. Jak wynika z danych Deloitte, w 2016 roku rynek był wart 900 mln dol. Choć w Europie Środkowo-Wschodniej pod względem rozwoju fintechów jesteśmy liderem, jednak wciąż nam daleko do Zachodu.
– Za granicą rynek fintechowy rozwija się bardziej dynamicznie. To wynika z kilku kwestii, przede wszystkim dostępu do kapitału. Niemniej jednak nie musimy się wstydzić tego, co dzieje się na naszym polskim rynku fintechowym, ponieważ dzieje się bardzo wiele. Lokalnie patrząc, możemy być z siebie dumni – podkreśla Michał Grams.
Z danych CB Insights wynika, że łączna kwota pozyskana przez fintechy od inwestorów na całym świecie wyniosła w 2018 roku 100 mld dol., z tego 39,5 mld dol. (wzrost o 120 proc.) stanowiły inwestycje funduszy venture capital. Inwestycji w sektor było ok. 1,7 tys., w efekcie status jednorożca, czyli prywatnej firmy wartej ponad 1 mld dol., osiągnęło 39 fintechów, o 16 więcej niż rok wcześniej.
W Polsce fintechy nie mają tak spektakularnych wyników, ale ich rozwiązania zdążyły już na stałe wejść do świata polskich finansów.
– Koronnym przykładem wykorzystania rozwiązań fintechowych w Polsce są mikropożyczki, obecnie również mikrofaktoringi, które Polacy pokochali. Ostatnio widzimy duży boom na tego rodzaju usługi. Innym rodzajem usług, typowo fintechowych, jest np. wynajem długoterminowy aut, który możemy zrealizować przez internet. Wszyscy sprzedajemy i kupujemy w internecie, korzystamy przy tym chociażby z płatności online, które też są rozwiązaniem fintechowym – wymienia ekspert.
Eksperci oceniają, że na rynku będzie trwać będzie wyścig o klientów banków. Po wdrożeniu dyrektywy PSD2, to właśnie fintechy będą zmieniać dostępne dla klientów usługi i produkty finansowe.
Mimo działania w obszarze finansów, czyli wrażliwym, rynek fintechowy jest niemal zupełnie nieregulowany. Unormowanie w formie regulacji prawnych ich działalności, objęcie ich kontrolą, może zwiększyć zaufanie klientów względem tego typu instytucji.
– Nie jest rynek, który łatwo byłoby uregulować, ponieważ różnorodność usług i konceptów fintechowych, które się rodzą, jest dosyć duża. To nie jest zadanie do zrealizowania dzisiaj. Oczywiście możemy mówić o pewnych usługach parabankowych, gdzie faktycznie mogłyby się pojawić regulacje, choć w mniejszym wymiarze niż w usługach bankowych, jednak w innych usługach to raczej nie jest możliwe – ocenia Michał Grams.
Satelity działające w ramach europejskiego programu Copernicus zapewnią 10 petabajtów danych rocznie. Liczba obrazów satelitarnych rośnie w ogromnym tempie, narzędzia do przetwarzania i analizy danych powoli przestają już wystarczać. Opracowane przez polską firmę innowacyjne narzędzie Deep Flow ułatwi zbieranie informacji ze zdjęć satelitarnych. Oprogramowanie interpretuje satelitarne dane obrazowe i może je wykorzystać np. w rolnictwie czy ochronie zdrowia. Dzięki technologii głębokiego uczenia komputery są w stanie analizować tysiące zdjęć i odkrywać wzorce.
– Deep Flow jest narzędziem, które wspomaga przetwarzanie zdjęć satelitarnych za pomocą algorytmów głębokiego uczenia. Możliwe jest przetwarzanie bardzo dużej liczby zdjęć i znajdowanie tych samych wzorców nawet na tysiącach zdjęć satelitarnych, co znacznie skraca czas i możliwości pozyskiwania informacji – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Katarzyna Lipka, product owner w Deep Flow.
Szacuje się, że satelity należące do europejskiego programu Copernicus będą dostarczać rocznie 10 petabajtów danych, czyli ok. 10 mln GB. Obecnie stosowane programy do analizy zgromadzonych danych przy takiej liczbie spływających informacji stopniowo przestają wystarczać. Opracowane przez polską firmę KPLabs narzędzie pozwoli rozwiązać ten problem. Deep Flow ułatwia zbieranie informacji ze zdjęć satelitarnych, pomaga znaleźć podobne wzorce w tysiącach nowych obrazów. Jeśli obrazy wymagają wstępnego przetwarzania i dalszych transformacji, to przydatne są mechanizmy korekcji obrazu.
– Jest to innowacyjne narzędzie w skali światowej, nie znaleźliśmy dotychczas podobnego. Pozwala zautomatyzować cały proces zbierania i przetwarzania zdjęć satelitarnych. Do tej pory wszystkie te rzeczy były wykonywane ręcznie, natomiast teraz dzięki technologii możliwe jest wykonywanie tego automatycznie – przekonuje Katarzyna Lipka.
Dzięki integracji DeepFlow z programem Copernicus i platformą DIAS, czas potrzebny na uzyskanie informacji jest znacznie krótszy. Uczenie maszynowe pozwoli szybko pozyskać dane ze zdjęć satelitarnych, a obrazy poddać niezbędnej obróbce. Zastosowanie Deep FLow pozwoli skrócić czas reakcji na monitorowane zdarzenia, ale liczba możliwych zastosowań jest praktycznie nieograniczona.
– Za pomocą Deep Flow jesteśmy w stanie w przyszłości określić miejsca zagrożone klęskami żywiołowymi. Już w tym momencie na podstawie danych ze zdjęć radarowych jesteśmy w stanie określić ryzyka związane z bliskością zabudowy. Możemy oszacować, jak duża była skala np. przy powodzi, jakie obszary zostały zniszczone, i głównie w tych aspektach wspieramy teraz właśnie branżę ubezpieczeniową – mówi ekspertka.
Firma KP Labs konstruuje też małego satelitę Intuition-1, wyposażonego w instrument hiperspektralny i oparte na głębokich sieciach neuronowych przetwarzanie danych na pokładzie. To pierwszy na świecie satelita o mocy przetwarzania, która umożliwi segmentację obrazów hiperspektralnych na orbicie. W satelicie zostanie umieszczona kamera o wysokiej rozdzielczości spektralnej, a większa liczba kanałów pozwoli podnieść jakość wykonywanych zdjęć satelitarnych i skrócić czas reakcji na monitorowane zdarzenia. W połączeniu z narzędziem Deep Flow da to nieograniczone możliwości w analizie danych.
W rolnictwie pomoże w prognozie plonów, detekcji chorób roślin czy mapowaniu chwastów. Dzięki dokładnej analizie gleby ustali, które rośliny mają szansę rosnąć w określonym miejscu. System dokładnie przewidzi susze i spustoszenia, jakie mogą przynieść huraganowe wiatry czy powodzie. Dzięki analizie zdjęć satelitarnych będzie można przygotować dokładną mapę emisji zanieczyszczeń, nie tylko powietrza, lecz także wód i gleby.
– Te zdjęcia będą już obrabiane, przetwarzane na orbicie. Natomiast my będziemy mogli dużo szybciej niż dotychczas przetwarzać wszystkie informacje, które są zawarte na zdjęciach satelitarnych – wskazuje Katarzyna Lipka.
Firma P&S Research Market ocenia, że w 2023 roku światowy rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym będzie wart ok. 5,2 mld dol.
W Londynie latarnie i ławki są nie tylko wyposażone w funkcje takie jak czujniki jakości powietrza, lecz także służą jako publiczne hotspoty Wi-Fi i punkty ładowania pojazdów elektrycznych. Singapur prowadzi pilotaż krajowego programu identyfikacji cyfrowej, a także instaluje inteligentne oświetlenie, autonomiczne promy i rozwiązania telemedyczne. Prawdziwie futurystycznym miastem jest zaś Dubaj, który integruje sztuczną inteligencję ze wszystkimi usługami rządowymi. To jednak dopiero początek. Autonomiczne samochody czy inteligentne posterunki policji są coraz bliżej.
– W przyszłości miasto będzie miało jedną wspólną platformę, do której będziemy mogli się podłączyć i uzyskać wszelkie możliwe informacje dotyczące naszego życia codziennego. Będziemy umieli przejechać przez miasto sprawnie, sprawnie w nim zaparkować, będziemy umieli też chociażby odbierać śmieci z naszych bloków w sposób optymalny, co będzie też wpływało na oszczędności kosztowe. Będą autonomiczne samochody w miastach i pewnie to jest coś, co się wydarzy wcześniej niż nam się wydaje – mówi agencji Newseria Innowacje Michał Zajączkowski, prezes Hewlett Packard Enterprise.
Liczba ośrodków miejskich ze strategią inteligentnego miasta niemal się podwoiła od czasu pierwszego indeksu Smart City Index w 2017 roku. Wzrosła z 87 do 153 w tym roku. Choć zdaniem ekspertów większość aglomeracji ma przed sobą jeszcze dużo pracy, istnieją już miasta, o których można powiedzieć, że są niemal w pełni inteligentne. Zakres koncepcji smart city jest bardzo zróżnicowany.
W Londynie latarnie i ławki są wyposażone m.in. w czujniki jakości powietrza i służą jako publiczne hotspoty Wi-Fi oraz punkty ładowania pojazdów elektrycznych. Singapur z kolei prowadzi pilotaż krajowego programu identyfikacji cyfrowej, instaluje inteligentne oświetlenie, autonomiczne promy i rozwiązania telemedyczne.
– W zasadzie każde miasto mówi, że już ma pewnego rodzaju rozwiązania smart city. To jednak jest dopiero początek. To, z czym nie potrafimy sobie w tej chwili poradzić, to to, że miasta czasami zbierają informacje, z których nie mogą skorzystać. Tę kwestię trzeba uregulować prawnie w taki sposób, żeby te informacje były dostępne i dawały większą elastyczność, chociażby w pisaniu aplikacji i uzyskiwaniu rzeczywistych korzyści biznesowych – ocenia Michał Zajączkowski.
Miasta, które mają centralny organ decyzyjny, jak Wiedeń ze swoją Smart City Agency lub Londyn ze swoim Chief Digital Officer, dobrze sobie radzą z wdrażaniem smart city. Wskazują na to rankingi innowacyjnych miast, w którym obie metropolie plasują się na dwóch pierwszych miejscach (ranking Smart City Index). Kluczem do sukcesu strategii smart city są ramy prawne, zwłaszcza w kontekście ochrony danych.
Rządy krajowe muszą wdrożyć odpowiednie przepisy, aby zapewnić miastom pozwolenie na korzystanie z gromadzonych danych. Z drugiej strony niezbędna jest pełna idea smart city i wizja przyszłości, a nie wdrażanie pojedynczych rozwiązań.
– Konieczny jest program, a nie sama technologia, bo ta już istnieje. Jesteśmy w stanie połączyć wszystkich ludzi, budynki, jesteśmy w stanie zbierać wszelkie informacje, które są nam potrzebne. Kluczem jest zbudowanie wspólnej platformy, na której będziemy mogli spokojnie zbudować infrastrukturę umożliwiającą wykorzystanie tych danych w sposób biznesowy. Klucz to dane, nie technologia – przekonuje ekspert.
Przykładem mogą być Singapur czy Dubaj, nazywany najnowocześniejszym miastem świata. Na ulicach Singapuru pojawiły się właśnie pierwsze w pełni autonomiczne autobusy, każdy wyposażony w system kamer, radary i czujniki, a nawigacja satelitarna na bieżąco monitoruje lokalizację. Dodatkowo oprogramowanie nadzorujące autobusy jest odporne na cyberataki.
Z kolei Dubaj oferuje m.in. cyfrowy dostęp do 62 rządowych usług, a aplikacje sztucznej inteligencji wdraża we wszystkich dziedzinach – do 2030 roku ma powstać pierwszy inteligentny posterunek policji (SPS), w którym roboty będą stanowiły 25 proc. pracowników. Ulice Dubaju już są patrolowane przez pierwsze roboty, a przestępstwa można zgłaszać, dotykając monitora na ciele robota.
Rozwój inteligentnych miast to także szansa dla największych firm technologicznych, które prześcigają się we wdrożeniach nowoczesnych technologii.
– Budujemy rozwiązania w oparciu o brzeg sieci, czyli jesteśmy w stanie dostarczyć urządzenia, które potrafią zczytywać dane z wszelkiego rodzaju czujników. Chcemy, żeby IT było dostępne od zaraz, natychmiast, w taki sposób, żeby pojawiały się pomysły na nowe wdrożenia. Jesteśmy w stanie wyprodukować wszelkie urządzenia, które miasta w tej chwili potrzebują do tego, żeby te dane zebrać i z nich skorzystać – mówi Michał Zajączkowski.
Także w Polsce idea inteligentnych miast zaczyna się coraz wyraźniej zaznaczać, pomimo dłuższego procesu decyzyjnego. Coraz więcej miast dysponuje specjalnymi ośrodkami, które pozwalają na testowanie rozwiązań z zakresu smart city.
– U nas nie da się w sposób spójny i jednoznaczny, podejmując jedną decyzję, zbudować wielkiego miasta cyfrowego. Miasta są publiczne i proces przetargów publicznych powoduje pewne utrudnienia, z którymi pewnie sobie poradzimy, natomiast wymaga to dużo więcej czasu. Miasta w Polsce są jednak gotowe, w zasadzie większość z nich ma tzw. IoT-LAB-y, które pokazują, gdzie producenci mogą wypróbować swoje rozwiązania smart city –przekonuje ekspert.
Według analiz Grand View Research, rynek rozwiązań smart city osiągnie do 2025 r. wartość ponad 2,5 bln dol. W najbliższych latach rynek będzie rósł w tempie ponad 18 proc. średniorocznie.
10 kwietnia w Świnoujściu już po raz 11-ty rozpocznie się Baltic Business Forum – coroczne spotkanie przedstawicieli świata biznesu i polityki. Do nadmorskiego kurortu na trzy dni przyjadą wybitni ekonomiści, ministrowie a także przedstawiciele ambasad oraz samorządów, aby wspólnie rozmawiać o współpracy inwestycyjnej, gospodarczej i turystycznej na Pomorzu Zachodnim oraz współpracy w Regionie ABC. Podczas wydarzenia zaprezentowane zostaną wyniki badań na temat profilu społecznego migrantów zarobkowych z Ukrainy.
BBF odbędzie się pod patronatem Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwa Energii oraz Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Jakich tematów i dyskusji możemy się spodziewać w trakcie tego największego w regionie wydarzenia gospodarczego?
O rozwoju regionu i pracownikach z Ukrainy
Pierwszy dzień konferencji upłynie pod hasłem „Energia dla Europy i Regionu ABC” (Adriatyk-Bałtyk-Morze Czarne). Wśród panelistów będą m.in. minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Bogusław Liberadzki, prezydent Świnoujścia Janusz Żmurkiewicz, wiceminister rozwoju regionalnego Ukrainy Taras Tokarski i prof. Witold Orłowski.
10 kwietnia, jeszcze przed inauguracją BBF, odbędzie się spotkanie przedstawicieli samorządów woj. zachodniopomorskiego z grupą 25 radców handlowych z ambasad ustanowionych w Polsce, zarówno z państw członkowskich Unii Europejskiej (Austria, Belgia, Czechy, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Węgry), jak i spoza niej (Chiny, Iran, Malezja, Tajlandia, RPA, Ukraina).
– Tego dnia zaplanowaliśmy trzy debaty z udziałem wyjątkowych gości. Jedna z nich poświęcona będzie przykładowi dobrej współpracy władz samorządowych, państwowych i unijnych jakim jest budowa tunelu pomiędzy wyspami Uznam i Wolin w Świnoujściu. Ta inwestycja w 2022 roku zapewni szybkie i niezawodne połączenie obszarów miasta – mówi Dariusz Szymczycha, wiceprezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Europa-Północ-Wschód, które jest organizatorem Baltic Business Forum. Eksperci podejmą również temat rozbudowy infrastruktury energetycznej i transportowej w Regionie ABC oraz sposobów finansowania tych inwestycji- ze środków Funduszu Trójmorza, budżetów państw, rynków kapitałowych i Unii Europejskiej. Organizatorzy zapowiadają również prezentację specjalnego badania profilu ukraińskich migrantów zarobkowych w Polsce. To element kampanii społecznej „Partnerstwo i zatrudnienie”, zainicjowanej przez Polsko- Ukraińską Izbę Gospodarczą podczas ubiegłorocznego BBF.
Raport o stanie Pomorza Zachodniego
Drugi dzień Baltic Business Forum przyniesie między innymi geopolityczną debatę pod tytułem „Bezpieczeństwo energetyczne w Regionie ABC – biznes czy polityka? Rola Rosji, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych”. Weźmie w niej udział ekspert ukraiński Mykhailo Gonchar oraz Ilya Ponomarev, były deputowany Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej, jedyny, który głosował przeciwko aneksji Krymu, dziś polityk opozycyjny, członek Forum Wolnej Rosji.
Planowanych jest też pięć paneli dyskusyjnych, wśród omawianych tematów: woj. zachodniopomorskie jako regionalny hub energetyczny i transportowy, sposoby przyspieszenia inwestycji mieszkaniowych, nowoczesne rozwiązania w zakresie mobilności mieszkańców miast.
– Z udziałem samorządowców z województwa zachodniopomorskiego będziemy dyskutować o tym, jaki wpływ na rozwój regionu mają samorządy oraz polityka rządu. Powstanie swoisty „raport o stanie regionu”, z rekomendacjami jak harmonizować działania władz publicznych – wyjaśnia Dariusz Szymczycha.
Baltic Business Forum odbędzie się w świnoujskim hotelu Radisson Blu Resort.
1 lipca tego roku w największych firmach w Polsce, zatrudniających ponad 250 osób, zaczną obowiązywać Pracownicze Plany Kapitałowe. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, ich wdrożenie będzie oznaczało wzrost kosztów zatrudnienia ponoszonych przez firmy o około 1 proc. Choć może się to wydawać niewiele, to PPK będą mogły mieć wpływ na dynamikę wzrostu wynagrodzeń, gdyż w średnim i długim okresie koszt wpłat pracodawcy może zostać przerzucony częściowo na pracownika. Z drugiej jednak strony, w krótkim okresie wdrożenie PPK jest dla przedsiębiorstw tańsze niż wdrożenie Pracowniczych Programów Emerytalnych. Popularność tych ostatnich wzrosła znacząco w ostatnich miesiącach.
Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych weszła w życie w styczniu br. Zgodnie z jej przepisami 1 lipca firmy zatrudniające powyżej 250 osób będą objęte obowiązkiem wdrożenia PPK. Jednak realny wpływ nowych przepisów na rynek pracy zacznie być odczuwalny pod koniec tego roku, gdy wpłyną pierwsze wpłaty na konta pracowników w PPK. Od stycznia 2021 roku obowiązek wprowadzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych obejmie co do zasady wszystkich polskich pracodawców. – Jednym z najważniejszych zadań pracodawcy jest wyłonienie instytucji, która w imieniu pracowników będzie zarządzała zgromadzonym kapitałem. Ankieta przeprowadzona przez nas w trakcie webcastu poświęconego tej kwestii pokazała, że wiele firm nie podjęło jeszcze żadnych kroków w zakresie wdrożenia PPK – mówi Anna Skuza, Lider zespołu prawa pracy, Radca Prawny, Deloitte Legal. Najlepiej sytuacja wygląda wśród dużych firm, zatrudniających powyżej 250 pracowników. Wśród nich 25 proc. nie rozpoczęło jeszcze żadnych prac nad wdrożeniem PPK, a 47 proc. przygotowuje się operacyjnie do ich wdrożenia. Z kolei spośród firm zatrudniających od 50 do 250 pracowników, czyli tych, które obowiązek wdrożenia PPK obejmie od 1 stycznia 2020 roku, aż 62 proc. nie rozpoczęło przygotowań w tym zakresie.
PPK nie dla wszystkich
Wszyscy pracodawcy będą stopniowo obejmowani obowiązkiem wprowadzenia Pracowniczego Planu Kapitałowego dla swoich pracowników. Należy jednak podkreślić, że uczestnictwo pracowników następuje na zasadzie dobrowolności. W praktyce oznacza to, że zatrudniający ma obowiązek automatycznego zapisu do wdrożonego u siebie planu wszystkie zatrudnione osoby pomiędzy 18 a 55 rokiem życia, zarówno wykonujące pracę na podstawie umowy o pracę, jak i zatrudnione m.in. na podstawie umowy zlecenia (tj. osoby, w których imieniu odprowadza składki na ubezpieczenia społeczne). – Samozatrudnieni, a takich osób w Polsce jak wiadomo nie brakuje, pozostaną poza systemem PPK. Składki do PPK nie będą odprowadzane również za kobiety przebywające na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Dopiero po powrocie do pracy, zostaną one włączone do PPK – mówi Aldona Szady-Ślaska, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.
Składka dodatkowa mało popularna wśród pracodawców
Uczestnictwo w PPK jest fakultatywne. Każdy pracownik może w dowolnym momencie zrezygnować i ponownie zapisać się do programu. Pieniądze do PPK będą wpłacane na indywidualne konta uczestników przez trzy strony – pracownika, pracodawcę oraz państwo. W ramach wpłat podstawowych od wynagrodzenia pracownika zostanie odprowadzone 2 proc. jego wartości brutto, a pracodawca dopłaci kolejne 1,5 proc. Z Funduszu Pracy natomiast konto zostanie zasilone jednorazową wpłatą powitalną w wysokości 250 zł, a w kolejnych latach stałą roczną dopłatą w wysokości 240 zł. Dodatkowo, zarówno pracodawca, jak i pracownik mogą zwiększyć wysokość wpłaty, każdy do maksymalnie 4 proc. Jak jednak wynika z ankiety przeprowadzonej w trakcie webcastu Deloitte, tylko 8 proc. dużych firm zdecyduje się na opłacanie składki dodatkowej. Co ważne, aż 52 proc. największych przedsiębiorstw nie podjęło jeszcze decyzji, czy będzie odprowadzać dodatkową wpłatę na konto swoich pracowników. Dlaczego firmy nie chcą powiększać stanu oszczędności swoich pracowników? Dla 34 proc. największych graczy powodem są wynikające z tego koszty dla organizacji.
Pracownik może odczuć różnicę
Eksperci Deloitte przeanalizowali koszty, które dla pracowników i pracodawców oznacza wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych. – Składka na PPK będzie obliczana od wynagrodzenia brutto, które stanowi podstawę składek emerytalno-rentowych, przy czym projekt zmian do ustawy o PPK przewiduje dodanie przepisu, że w tym zakresie nie będzie się stosowało ograniczenia do maksymalnej podstawy składek emerytalno-rentowych, tj. 30 – krotności przeciętnego wynagrodzenia. Oznacza to, że pracownik otrzyma „na rękę” wynagrodzenie niższe o około 3,2 proc. niż dotychczas – mówi Aldona Szady-Ślaska. I tak na przykład osoba zarabiająca 4 585 zł brutto miesięcznie (średnia płaca w gospodarce w 2018 r.)1 otrzymuje obecnie netto 3 261 zł. Po przystąpieniu do PPK i opłacaniu wpłaty podstawowej w wysokości 2 proc. wynagrodzenia (oraz opłacaniu przez pracodawcę składki również w wysokości podstawowej tj. 1,5 proc.) wynagrodzenie netto spadnie do 3 157 zł. Na ten efekt składa się zarówno wpłata pracownika w wysokości 92 zł oraz wyższy PIT o 12 zł. Dzieje się tak dlatego, że składka pracodawcy podnosi podstawę opodatkowania PIT. – Potencjalne zmiany w PIT polegające na podwyższeniu kosztów uzyskania przychodu z 1335 zł do 2670 zł i obniżeniu stawki podatku z 18 proc. do 17 proc. są zbyt małe, by zrekompensować ubytek w wynagrodzeniu netto. Im wyższy przeciętny dochód, tym odczuwalna różnica w wysokości wynagrodzenia netto przed PPK i po PPK jest wyższa, gdyż nie zmienia się stawka PIT 32 proc. – mówi Damian Olko, Ekspert w zespole ds. analiz ekonomicznych Deloitte.
PPK czy PPE?
Na potrzeby oszacowania wpływu kosztów PPK na finanse przedsiębiorstw eksperci Deloitte przeprowadzili symulacje dla hipotetycznej firmy zatrudniającej 858 osób (przeciętne zatrudnienie w firmie powyżej 250 osób, oszacowane na podstawie danych GUS o zatrudnieniu i liczbie firm). Założono, że średnia płaca wynosi 4 585 zł brutto, premia 10 proc., a płace brutto rosną w tempie 4 proc. rocznie. Zakładany odsetek uczestnictwa w PPK w tej hipotetycznej firmie wynosi 75 proc. (zgodnie z oceną skutków regulacji do ustawy), a pracodawca płaci 1,5 proc. wpłaty na PPK. – Nasza symulacja pokazała, że w 2020 r. roczny koszt wpłat pracodawcy wyniósłby w takim przypadku 607 tys. zł, z czego 55 tys. zł stanowiłyby składki z tytułu przyznanych premii. W 2024 r. koszt wzrósłby do 710 tys. zł. W tej hipotetycznej firmie wpłaty na PPK zwiększyłyby całkowite koszty zatrudnienia o 0,9 proc. To mniej niż 1,5 proc. wpłaty na PPK, gdyż pracodawca nie płaci od niej składek ZUS. W kontekście całkowitego wpływu należy jeszcze dodać, że koszt PPK obniży płacony CIT – mówi Damian Olko. Z kolei w takiej samej firmie wprowadzenie Pracowniczych Programów Emerytalnych zwiększyłoby całkowite koszty zatrudnienia o 2,2 proc. – Relatywnie mały wzrost kosztów zatrudnienia z powodu PPK czy PPE nie oznacza, że nie wywoła dyskusji w niektórych firmach, zwłaszcza w tych, gdzie wynik netto jest niski w relacji do kosztów lub firma ma problemy z płynnością finansową. Dane GUS wskazują, że mimo dobrej koniunktury w 2018 r. wynik netto w sektorze firm zmniejszył się ze 150 mld zł do 138 mld zł, a rentowność netto spadła z 4,4 do 3,7 proc. To może wskazywać na fakt, że firmy istotnie odczuwają wzrost kosztów pracy w ostatnich kwartałach – dodaje Damian Olko.
Jak zauważają eksperci Deloitte, po wprowadzeniu PPK Pracownicze Programy Emerytalne stały się alternatywą, szczególnie w dużych firmach. Do 2016 r. zainteresowanie PPE wśród firm było relatywnie niewielkie. Jedną z przyczyn z pewnością była dobrowolność tworzenia PPE. W 2017 roku PPE miało 1 053 firm, w marcu 2019 roku było to już 1 372 przedsiębiorstw. – Część pracodawców, chcąc uniknąć wdrażania Pracowniczych Planów Kapitałowych, postawiło właśnie na PPE, które wymagają obowiązkowej składki jedynie po stronie pracodawcy. PPE to również rozwiązanie funkcjonujące od wielu lat na rynku, co pozwala ocenić jego efekty np. wyniki inwestycyjne oferowanych funduszy. Kolejnym istotnym czynnikiem może być dobra koniunktura na rynku pracy, skłaniająca część przedsiębiorstw do oferowania dodatkowych świadczeń pracownikom – mówi Damian Olko.
Koniec ery węgla do 2035 roku to jeden z postulatów Wiosny Roberta Biedronia. Działania mają być stopniowe, a plan zakłada rozwój sektora odnawialnych źródeł energii. Eksperci mówią o populizmie, ale też wymieniają kraje, które postanowiły zamknąć kopalnie. Według znawców tematu, w górnictwie konieczne są zmiany. Bank Światowy wyliczył, że przez gospodarkę opartą na węglu tracimy 150 mld zł rocznie. Należy obniżyć różnego rodzaju wydatki, a także spore koszty, które są generowane przez zarządy spółek i liczne związki zawodowe. Odejściu górników nie musi towarzyszyć program wielkich odpraw. Potrzebne będą ręce do pracy, m.in. w OZE. Nasz węgiel już jest drogi, więc rośnie import. Problemy mogą rozwiązać politycy, ale w ostatnich latach brakowało odważnych decyzji.
Rewolucja czy ewolucja?
Nowa partia na polskiej scenie politycznej chce do 2035 roku zlikwidować wszystkie kopalnie i elektrownie węglowe w naszym kraju. Jednocześnie plan zakłada powstanie 200 tysięcy miejsc pracy w sektorze odnawialnych źródeł energii. Jak przekonuje Dariusz Standerski, dyrektor programowy Wiosny, została już przygotowana pełna strategia odchodzenia od węgla, uwzględniająca rachunek ekonomiczny. To program rozpisany na 15 najbliższych lat. Działania będą stopniowe i zrównoważone, także w sieciach przesyłowych, energetyce i ciepłownictwie.
– Pomysł całkowitej likwidacji górnictwa to zwykły populizm, bo mamy zapotrzebowanie na energię elektryczną. Wiemy, jaki jest ten sektor zarówno ze strony przemysłu, instytucji gospodarczych, jak i gospodarstw domowych. Do tego dostosowujemy produkcję elektrowni, która nie może być magazynowana. Jeśli więc chodzi o nasze tradycyjne górnictwo, to musi być sanacja kopalń – mówi prof. Andrzej Barczak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.
Pomysł Wiosny jest jak najbardziej możliwy do zrealizowania, co podkreśla Łukasz Białek, ekonomista i analityk gospodarczy. W tym roku Irlandia i Hiszpania podjęły decyzję o zamknięciu kopalń, a 2 lata wcześniej uczyniła to Norwegia. Jednak ekspert bardziej postawiłby na ewolucję, a nie rewolucję. Należałoby zrobić to, co zostało wyraźnie zaniedbane w ostatnich latach. Mowa tu o inwestycjach w kopalnie, które można zrestrukturyzować. W przypadku zakładów przynoszących straty najpierw należy się zastanowić, czy możliwe są działania restrukturyzacyjne, w krótkim czasie prowadzące do zyskowności i opłacalności wydobycia. Oprócz tego powinna nastąpić dywersyfikacja źródeł energii. Ponadto, należy przeznaczyć więcej środków na OZE.
Prof. Witold Orłowski, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie
– Nie widzę powodu, żeby likwidować wszystkie kopalnie węgla do 2035 roku, nawet przy ostrym podejściu do spraw ekologii. Koszty tak radykalnej decyzji byłyby za duże. Natomiast sens ma program zamykania licznych kopalń, ale tych trwale nierentownych. Wahałbym się przed powiedzeniem, że powinniśmy w ciągu 15 lat wygasić je wszystkie. To jest oczywiście przesada – zauważa prof. Witold Orłowski, Rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie i główny ekonomista firmy doradczej PwC.
Ograniczyć koszty
Z wyliczeń Banku Światowego wynika, że przez gospodarkę opartą na węglu tracimy 150 mld zł rocznie, o czym informuje Dariusz Standerski. Ekspert podkreśla, że 45 tysięcy ludzi co roku umiera przedwcześnie w Polsce z powodu smogu. To średniej wielkości miasto. Dlatego nie ma już czasu na bezczynność. To sprawa nas wszystkich.
– Od 2015 roku średnio subsydia do górnictwa rosły o 30% rocznie. Głównym problemem tego sektora jest upaństwowienie i wynikające z niego konsekwencje. W takich kopalniach mamy do czynienia z patologiami w postaci ogromnych kosztów zarządu, administracji i związków zawodowych. Samym władzom danego zakładu niekoniecznie zależy na osiągnięciu zysku, do czego powinno dążyć każde logicznie myślące przedsiębiorstwo. W przeniesionej do Polskiej Grupy Górniczej w 2016 roku Kompanii Węglowej działało 161 organizacji związkowych, a poziom uzwiązkowienia wynosił 101,86%. Koszt ich utrzymania przekraczał ponad 25 mln złotych rocznie – stwierdza Łukasz Białek.
W opinii prof. Barczaka, o sanację będzie bardzo trudno, ponieważ ona musi polegać na obniżce różnego rodzaju kosztów. W spisie wydatków znajduje się wiele elementów, z których można zrezygnować. Jednak zmiany trzeba konsultować ze związkami zawodowymi, żeby nie doprowadzić do zawieruchy. Według eksperta, one są gotowe do dyskusji. Wiedzą, że stawianie ultimatum nie przyniesie należytych efektów. Kiedyś, gdy Kompania Węglowa miała zysk, to od razu przyznano podwyżki pracownikom.
– Wszystkie zakłady produkcyjne, obecnie będące w Polskiej Grupie Górniczej, które dawniej działały w ramach Kompanii Węglowej, generowały absurdalne koszty wynoszące przeszło 2 miliardy złotych. Można więc zapytać, czy w ostatnich latach rentowność wzrosła dwukrotnie lub trzykrotnie. Warto też zastanowić się nad tym, czy koszt wydobycia kilkukrotnie spadł w Polsce i nie musimy węgla importować. Ponadto w spółkach Skarbu Państwa dochodzi do częstych rotacji osób na innych eksponowanych stanowiskach, co generuje wypłacanie wysokich odpraw – dodaje Łukasz Białek.
Górnicy do OZE?
Zamykanie kopalń wpłynie na kształt rynku pracy. Jak zaznacza Dariusz Standerski, większość obecnie zatrudnionych górników przejdzie do 2035 roku na emeryturę. Dla młodego pokolenia powstanie oferta 200 tys. bezpiecznych i dobrze płatnych miejsc pracy w odnawialnych źródłach energii. To szansa dla naszej gospodarki na szybszy i stabilny wzrost.
– Górnictwo nie jest już tak wielkim i istotnym sektorem dla naszego przemysłu jak 50 czy nawet 30 lat temu. Liczba górników zmalała, mamy ich poniżej 100 tysięcy. Nie może tak być, że instytucje państwa i 16 mln podatników to de facto zakładnicy jednej grupy zawodowej. W dodatku branża pozostaje nierentowna, ma czasami czterokrotnie większe wynagrodzenia niż reszta społeczeństwa. Do tego dochodzą jeszcze wysokie emerytury. Utrzymywanie tego układu jest niespołeczne i niesprawiedliwe – zwraca uwagę Łukasz Białek.
Natomiast, jak podkreśla prof. Orłowski, na Śląsku mamy do czynienia z nadwyżką popytu na pracę. Znalezienie zatrudnienia nie powinno być problemem, ponieważ ewentualny proces likwidacji kopalń byłby rozłożony w latach. Jego zdaniem, pracownikom sektora, którzy tracą pracę z powodów niezależnych od siebie, należy się pomoc przy zmianie zawodu. Jednak przekwalifikowanie się nie byłoby czymś niewiarygodnie kosztownym. Nie trzeba przy tym realizować nadzwyczajnego programu wielkich odpraw.
– Nie ma innej opcji niż zamykanie nierentownych kopalń. Oczywiście tego typu planom zawsze towarzyszą niepokoje społeczne. Jednak nie wierzę, że wszyscy górnicy odrzucą propozycję przekwalifikowania się. Mówimy o poważnych inwestycjach, a jednocześnie musimy pamiętać o naszym niewielkim doświadczeniu w tym zakresie – komentuje Łukasz Białek.
Ostatni dzwonek
W opinii prof. Orłowskiego, istotna dla losów górnictwa będzie polityka walki z ociepleniem klimatu. Ona spowoduje, że prawdopodobnie węgiel stanie się coraz droższym paliwem w wykorzystaniu. Polska musi więc zmniejszyć uzależnienie od niego, żeby gospodarka nie straciła na konkurencyjności. Z kolei prof. Barczak podkreśla, że fedrujemy coraz głębiej, nawet 1000 metrów pod powierzchnią. To nie tylko zwiększa ryzyko wypadków, ale też przekłada się na rosnące koszty. Nasz węgiel jest już bardzo drogi, stąd rośnie import.
– W 2017 roku w krajach europejskich koszt wydobycia tony węgla kształtował się na poziomie od 5,1 do 20,3 euro. Dla porównania, w 2018 roku do każdej tony węgla wydobytej w KWK Makoszowy dopłacono 272 zł. Suma strat z tego tytułu wyniosła 142 mln zł. Koszty te zostały poniesione przez Skarb Państwa i podatników. I tego typu sytuacje są od wielu dziesiątek lat. Absurdem jest to, że opłaca się sprowadzać towar z Australii, nawet przy kolosalnych wydatkach na transport. To powinno być głównym punktem zwrotnym w głowach osób decyzyjnych, że jednak coś jest nie tak – wskazuje Łukasz Białek.
Jak przekonuje Dariusz Standerski, zmiany w górnictwie trzeba zaplanować z wieloletnim wyprzedzeniem i Wiosna to zrobiła. Nieprzemyślane decyzje zazwyczaj kończą się problemami, co widzieliśmy w przypadku poprzednich rządów. Według dyrektora programowego nowej partii, czas skończyć z politykami działającymi na ostatnią chwilę.
– Zmiany są kwestią decyzji politycznych. Nie licząc reform ministra Steinhoffa, mamy do czynienia z demagogią, nowomową i pseudoreformami. Kolejni rządzący zachowują się tak, jakby bali się tej grupy zawodowej. Możliwe, że ulegają potencjalnej obawie, ponieważ zdają sobie sprawę z tego, że nie mają tak naprawdę nic do zaoferowania. Pojawia się więc obraz, że raptem część górników przyjedzie i będzie protestować. Moim zdaniem, to nie są problemy, których nie można racjonalnie rozwiązać. To bardziej kwestia kompetencji, chęci i zaplanowania konkretnych działań, a także długofalowej konsekwencji – podsumowuje Łukasz Białek.
Karol Piekarski dołączył do międzynarodowej firmy doradczej Colliers International. Objął stanowisko dyrektora regionalnego w Lublinie.
Karol Piekarski posiada wieloletnie doświadczenie w handlu międzynarodowym. Przez ostatnie trzy lata związany był z Urzędem Miasta Lublin, gdzie na stanowisku Investor Relations Manager odpowiadał za obsługę inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, wspierając komercjalizację istniejących budynków biurowych.
Robert Karniewski, senior partner w Colliers International, dyrektor Rynków Regionalnych
— Polskie miasta regionalne niezwykle dynamicznie się rozwijają. Przestają być już tylko satelitami stolicy. Stają się prężnie działającymi ośrodkami biznesowymi przyciągającymi najemców i inwestorów. Zatrudnienie eksperta w Lublinie to część konsekwentnie realizowanej przez nas strategii rozwoju firmy na terenie całego kraju — mówi Robert Karniewski, senior partner, dyrektor Rynków Regionalnych w Colliers International.
Karol Piekarski, dyrektor regionalny Colliers International w Lublinie
— Lublin, mimo że jest największym ośrodkiem akademickim we wschodniej Polsce, wciąż posiada relatywnie niewielki odsetek ludności w wieku produkcyjnym zatrudnionej w sektorze nowoczesnych usług dla biznesu. W porównaniu z innymi miastami podobnej wielkości, w Lublinie presja na lokalnym rynku pracy jest wciąż niewielka, dostrzegamy więc potencjał dalszego wzrostu zatrudnienia, a co za tym idzie zwiększonego popytu na powierzchnię biurową. W związku z poprawą dostępności komunikacyjnej Lublina – otwarciem międzynarodowego portu lotniczego, przebudową dróg krajowych 17 i 19 do standardu dróg szybkiego ruchu oraz modernizacją torów kolejowych w kierunku północ-południe, odnotowujemy również zwiększone zainteresowanie miastem inwestorów z sektorów przemysłowego oraz logistycznego. Wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, w Lublinie oferować będziemy profesjonalny pakiet usług doradczych obejmujący wszystkie obszary związane z obsługą rynku nieruchomości komercyjnych — komentuje Karol Piekarski, dyrektor regionalny Colliers International w Lublinie.
Rynek pożyczki leasingowej rośnie sukcesywnie, osiągając pod koniec 2018 roku wolumen 11 mld PLN. W 2019 roku na zainteresowanie tą formą finansowania auta mogą wpłynąć nowe przepisy podatkowe, które weszły w życie od 1 stycznia br. Według nich przedsiębiorca może zaliczyć do kosztów podatkowych jedynie 75 proc. wydatków na elementy eksploatacyjne, a pojazdy powyżej 150 tys. rozliczane są na nowych zasadach
Eksperci przewidują, że w związku ze zmianami przepisów może wzrosnąć zainteresowanie alternatywnymi produktami leasingowymi. Przedsiębiorcy, chcąc uzyskać finansowanie na samochody firmowe, do tej pory najczęściej brali pod uwagę dwie formy finansowania: kredyt lub leasing. W tym roku może wzrosnąć zainteresowanie pożyczką samochodową, która jest ciekawą alternatywą dla tych produktów. Nadal najczęściej przedsiębiorcy finansują w ten sposób maszyny i urządzenia, ale coraz częściej decydują się w ten sposób finansować również samochody osobowe.
Przewidujemy, że w 2019 roku klienci mogą wykazać większe zainteresowanie produktami alternatywnymi dla leasingu tj. wynajmem długoterminowym oraz pożyczką. To ostatnie rozwiązanie jest skierowane dla klientów, którzy z różnych względów poszukują innej oferty niż leasing samochodów osobowych do 3,5 tony. Chociaż jest to produkt oferowany przez firmy leasingowe, to jest podobny do klasycznego kredytu bankowego. Przedsiębiorca uzyskuje środki pozwalające na zakup dowolnego pojazdu, w zamian spłaca miesięczne raty, zgodnie z ustalonym harmonogramem. Przez cały okres umowy to pożyczkobiorca jest właścicielem samochodu – podkreśla Monika Ostaszewska, kierownik ds. wdrażania produktów w PKO Leasing.
Jak nie leasing to co?
Na decyzję o finansowaniu samochodu poprzez alternatywne produkty finansowe może wpłynąć zmiana w rozliczeniu przepisów podatkowych, która znosi uprzywilejowaną formę rozliczenia, jaką do tej pory był leasing. To może spowodować, że część przedsiębiorców będzie bardziej otwarta na inne formy finansowania np. pożyczkę leasingową. Obecnie stanowi ona niewielki procent w całości struktury branży leasingowej – 13 proc. rynku. Największy udział w tym segmencie mają maszyny i urządzenia, które stanowią 59 proc., jednak w 2018 roku już co czwarta pożyczka była przeznaczona na samochód osobowy.
Lider rynku leasingu również dostrzega potencjał w rozwoju rynku tego typu produktów, dlatego PKO Leasing ma do zaoferowania klientom Pożyczkę dla Przedsiębiorcy. Monika Ostaszewska z PKO Leasing tłumaczy, dlaczego jest to korzystne rozwiązanie dla przedsiębiorcy. To, co nas wyróżnia, to wpłata własna od zera zł i okres finansowania aż do 84 miesięcy. Dodatkowo przewidzieliśmy elastyczny harmonogram spłat, na uwagę zasługują oferty z harmonogramem rocznym w opcji 50/50, 3×33 oraz 4×25. Produkt ten obejmuje możliwość finansowania pojazdów nowych i używanych, a minimalny okras finansowania to 6 miesięcy. Dodatkowo finansujemy VAT w całym okresie trwania umowy.
Z pożyczki leasingowej mogą skorzystać nie tylko istniejące od lat przedsiębiorstwa, ale także nowo powstałe firmy. Mniejsze są również wymagania w porównaniu do klasycznego kredytu samochodowego, a środki przyznawane są w oparciu o uproszczone procedury.
Ewa Dąbrowska stanęła na czele nowo powołanego Pionu Klienta Korporacyjnego w Nationale-Nederlanden. W jego strukturze będą działały departamenty i zespoły odpowiadające za sprzedaż ubezpieczeń grupowych, dystrybucję produktów ubezpieczeniowych poprzez banki, partnerów zewnętrznych i pośredników oraz sprzedaż PPK.
Ewa Dąbrowska stanęła na czele nowo powołanego Pionu Klienta Korporacyjnego w Nationale-Nederlanden
– Cieszymy się, że Ewa dołączyła do naszego zespołu. Jestem przekonany, że dzięki jej cennemu doświadczeniu i ogromnej wiedzy eksperckiej oraz menedżerskiej uda nam się osiągnąć kolejne sukcesy biznesowe – mówi Michał Hucał, Członek Zarządu ds. Marketingu w Nationale-Nederlanden. – Klienci korporacyjni zajmują w naszej strategii istotne miejsce. Ich wymagania, preferencje i potrzeby zmieniają się w dynamicznej rzeczywistości biznesowej. Chcemy być dla nich ubezpieczycielem pierwszego wyboru, stąd nasza decyzja o stworzeniu Pionu Klienta Korporacyjnego – dodaje.
Przed przyjściem do Nationale-Nederlanden Ewa Dąbrowska zajmowała stanowisko Dyrektora Zarządzającego w firmie Aon. Wcześniej w Metlife odpowiadała za rozwój biznesu korporacyjnego na terenie Polski i Europy. Jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej i Uniwersytetu SWPS.
Wysokie pozapłacowe koszty pracy, wysokie podatki oraz nadmiar obowiązków biurokratycznych – to przeszkody uznawane za najbardziej szkodliwe w prowadzeniu firm w Polsce. Takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego przez Maison & Partners na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Należy podkreślić, iż badanie od tego pomiaru realizowane jest na innej bazie przedsiębiorców (wcześniej baza ZPP, obecnie – Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna). Struktura próby pod względem wielkości badanych firm w tym pomiarze i poprzednich nie różni się, ale dużej zmianie uległa struktura demograficzna respondentów. Zmiana ta może być w dużej mierze efektem modyfikacji metodologicznej, a nie faktycznych różnic w percepcji barier na przestrzeni ostatnich lat wśród polskich przedsiębiorców.
Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) po raz kolejny zapytał przedsiębiorców sektora MSP o największe ich zdaniem przeszkody w prowadzeniu działalności gospodarczej w Polsce. W katalogu największych barier znalazły się kolejno:
Maison & Partners dla Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, styczeń 2019, N: 733, badanie przeprowadzone wśród reprezentatywnej po względem ilości zatrudnianych pracowników, próby firm sektora MSP (do 250 zatrudnionych).
Najważniejsze bariery stanowią większy problem dla mikroprzedsiębiorstw niż firm, które zatrudniają więcej pracowników, a także dla przedsiębiorstw z sektora usługowego niż handlu i produkcji.
Przedsiębiorcy, uszeregowali powyższe bariery, wskazując na te, które ich zdaniem sprawiają najwięcej trudności w prowadzeniu firmy. Na liście TOP2 barier kolejno znalazły się: wysokie podatki (57%) oraz koszty pracy (52%).
Zgodnie z zaprezentowanymi danymi, 88% badanych uznaje niejasne przepisy prawne za zdecydowanie istotną barierę dla rozwoju przedsiębiorstw w Polsce. Kolejno, w tym zakresie, za równie szkodliwy czynnik uznaje się wymogi administracyjne (87% badanych) oraz brak środków finansowych (86% badanych).
– Musi martwić, że katalog barier w prowadzeniu działalności, które przedsiębiorcy uznają za najbardziej uciążliwe, w zasadzie nie ulega zmianie – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP. – Cały czas system podatkowy, koszty pracy, biurokracja i skomplikowane, niestabilne otoczenie regulacyjne są czynnikami, które są dla firm najbardziej dokuczliwe. A musimy pamiętać, że mikroprzedsiębiorcy odczuwają te problemy znacznie intensywniej, niż większe podmioty. W każdym z tych tematów opublikowaliśmy już niezliczone raporty i stanowiska – widzimy pewne zmiany w dobrym kierunku, ale to wciąż za mało i za wolno.
64% osób zapytanych o najważniejsze powody niezatrudniania większej liczby pracowników w małych i średnich firmach, wskazało na brak środków finansowych (np. zbyt duże koszty zatrudnienia pracownika).
Zbyt niskie zyski spowodowane brakiem środków finansowych stanowią także główną przeszkodę, aby małe lub średnie firmy inwestowały swój kapitał. Twierdzi tak 48% ankietowanych.
Brak środków finansowych jest również postrzegany jako największa przeszkoda na starcie – niemal połowa przedsiębiorców (47%) uważa, że brak pieniędzy stanowi główną barierę rozpoczęcia własnej działalności przez Polaków.
W związku z tym, że wyżej wymieniony brak środków finansowych uważany jest przez przedsiębiorców za największą przeszkodę przed rozpoczęciem własnej działalności gospodarczej, to właśnie pomoc finansowa ze strony państwa według przedsiębiorców (53%) mogłaby najsilniej zachęcić do założenia własnej firmy. Kolejną istotną zachętą byłby wydłużony okres płatności preferencyjnej składki ZUS. Uważa tak 43% badanych.
– Rekomendowałbym rządowi, by zamiast wymyślać „testy przedsiębiorcy” i ograniczać możliwość rozliczania się podatkiem liniowym samozatrudnionym, przyjrzał się temu badaniu. Polepszenie warunków prowadzenia działalności gospodarczej przysłuży się wszystkim i gwarantuję, że będzie szybko odczuwalne w budżecie państwa. – konkluduje Cezary Kaźmierczak.
Będące w ostatnich dniach w pozytywnym klimacie rynki wzięły dziś na wstrzymanie i jeden dzień przerwy w napakowanym ważnymi danymi tygodniu z pewnością w tym pomoże. Wieści znad procesu brexitu są w miarę pomyślne, gdyż Izba Gmin zablokowała ewentualne dążenie rządu do bezumownego wyjścia z UE. Na krajowym froncie złoty dryfuje w miejscu przy braku niespodzianek ze strony RPP.
Posłowie Izby Gmin przegłosowali jednym głosem wniosek o wymuszenie na premier May zwrócenia się do EU z prośbą wydłużenie procesu brexitu, aby w ten sposób uniknąć scenariusza bezumownego rozstania z Unią. W rezultacie, jeśli do 12 kwietnia nie uda się osiągnąć kompromisu, Wielką Brytanię czeka dłuższe odroczenie brexitu. Brytyjska prasa donosi, że w grę może wchodzić 9 miesięcy. Jakkolwiek rezultat głosowania nie jest dużym zaskoczeniem, to jednak różnica jednego głosu dobitnie ukazuje, jak falują interesy poszczególnych frakcji. Premier May i jej poplecznicy wczoraj nie chcieli poprzeć wniosku, bo teraz tracą kartę przetargową za swoim planem w rozmowach z tymi, którzy nie chcieli ani bezumownego brexitu, ani dłuższych negocjacji, które prawdopodobnie doprowadzą do łagodniejszej formy brexitu. Alternatywą pozostaje sojusz May z liderem opozycyjnej Partii Pracy Corbynem, ale ta droga ma więcej wad niż zalet i już wzbudza kontrowersje po obu stronach sceny politycznej. Wczorajsze rozmowy zostały uznane za „konstruktywne”, choć trudno określić, ile w tym politycznej szopki przed członkami własnych partii, a ile faktycznej oceny dyskusji. Podsumowując, znajdujemy się w sytuacji, gdzie UE wymusi bezumowne wyjście Wielkiej Brytanii 12 kwietnia (jeśli do tego czas nie otrzyma żadnej propozycji porozumienia), May za czwartym podejściem przeforsuje swój plan (o ile marszałek Izby Gmin jej pozwoli) lub parlament przyjmie międzypartyjne rozwiązanie (jeśli takie zostanie uzgodnione). Dużo tego „jeśli”, więc stabilizacja notowań GBP jest zrozumiała i bierze się z czekania inwestorów z boku.
Zakończone wczoraj posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej zgodnie z oczekiwaniami przyniosło pozostawienie stóp procentowych bez zmian. W komunikacie dostrzeżono spowolnienie w głównych gospodarkach, szczególnie w strefie euro i Niemczech, oraz złagodzenie nastawienia EBC i Fed. Jednocześnie bank nie widzi, aby sytuacja zewnętrzna w silnym stopniu odbijała się na krajowej gospodarce, która wpiera silna konsumpcja i poprawa na rynku pracy. Na konferencji prasowej prezes NBP Adam Glapiński był optymistyczny co do perspektyw wzrostu z pomocą zapowiedzianej przez rząd ekspansji fiskalnej. Jego zdaniem inflacja nie oddali się od dolnego ograniczenia celu inflacyjnego, tj. 1,5 proc. Nawet obecny na konferencji najbardziej jastrzębi w Radzie Kamil Zubelewicz nie spodziewa się, aby wpływ programów fiskalnych na inflację był trwały. Ogólny przekaz z RPP pozostaje niezmieniony – stopy procentowe prędko nie ulegną zmianie, o ile wyraźnie nie zmienią się warunki gospodarcze. Wierzymy w to stanowisko, ale pokładamy większy optymizm co do zmiany warunków zewnętrznych (przyspieszenie ożywienia w Eurolandzie, zaostrzenie stanowiska EBC), które w przyszłym roku wymuszą na RPP modyfikację polityki. Rynek z wyprzedzeniem może spekulować w tym temacie, ale prawdopodobnie nie wcześniej, jak na jesieni. Do tego czasu złoty pozostaje skazany na względnie stabilny trend boczny, w którym obecnie w umiarkowany sposób korzysta z poprawy nastrojów rynkowych.
64 proc. Polaków korzystnie ocenia swoją obecną sytuację zawodową i krajowy rynek pracy – wynika z badania Confidence Index przeprowadzonego w I kwartale 2019 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page. Poziom zadowolenia wśród rodaków przewyższa średnią europejską o 7 p.p. i pod tym względem plasuje Polskę na 3. miejscu na Starym Kontynencie. Co oczywiste, silna pozycja kandydatów – wynikająca m.in. z niskiej stopy bezrobocia – zwiększa również ich oczekiwania względem pracodawców. Dotyczy to zarówno kwestii wynagrodzenia, jak i możliwości awansu, na który w ciągu najbliższego roku liczy niemal połowa ankietowanych.
Konkurencyjny polski rynek pracy
Początek 2019 r. dobrze wróży polskiemu rynkowi pracy. Jak pokazuje badanie Michael Page, w I kwartale br. pozytywnie oceniło go 64 proc. badanych – o 1 p.p. więcej niż w analogicznym okresie 2018 r. (63 proc.). Polacy stoją na czele europejskich optymistów. Średni poziom satysfakcji dla Starego Kontynentu na początku bieżącego roku wyniósł 57 proc. i był o 7 p.p. niższy niż oceny wystawione przez naszych rodaków. To oznacza, że pod względem zadowolenia z rynku pracy Polacy zajęli 3. pozycję w Europie, a lepsze noty swojemu państwu przyznali tylko Luksemburczycy (70 proc.) i Niemcy (68 proc.)
– Pozytywne nastroje na polskim rynku pracy są wynikiem m.in. rekordowo niskiego bezrobocia, które zgodnie z danymi GUS na koniec lutego wynosiło 6,1 proc. Eurostat natomiast podaje, że w tym samym czasie liczba bezrobotnych w Polsce oscylowała wokół 3,5 proc, co było jednym z najniższych wskaźników w Unii Europejskiej – mówi Piotr Dziedzic, dyrektor w Michael Page i członek zarządu Polskiego Forum HR.
Rokowania na przyszłość
Polacy optymistycznie patrzą również w przyszłość. Ponad 80 proc. badanych uważa, że w ciągu najbliższych 6 miesięcy kondycja rodzimego rynku pracy jeszcze się poprawi. Wpływ na to będzie mieć m.in. sytuacja ekonomiczna kraju.
Piotr Dziedzic
– Jak wynika z badania Confidence Index, obecną sytuację ekonomiczną w Polsce dobrze ocenia ponad 76 proc. ankietowanych. Co ciekawe aż 7 na 10 respondentów jest zdania, że w ciągu najbliższego półrocza będzie ona jeszcze lepsza. Nastroje polskich pracowników pokrywają się z przewidywaniami ekspertów. Wg Komisji Europejskiej, w 2019 roku PKB naszego kraju wzrośnie o 3,5 proc., a w 2020 roku o 3,2 proc. Jeśli prognozy te się sprawdzą Polska odnotuje jeden z lepszych wskaźników w Unii Europejskiej – dodaje Piotr Dziedzic.
Więcej awansów
Obecna sytuacja na rynku pracy powoduje, że kandydaci czują się na nim dość pewnie. Już 49 proc. przyznało, że jest spokojnych o stabilność swojego zatrudnienia. Nieco mniej, bo 43 proc. jest zadowolonych z wysokości pensji. Niemal co piąty badany (19 proc.) pozytywnie ocenia możliwości awansu w swojej firmie, a blisko połowa (46 proc.) liczy, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy otrzyma wyższe stanowisko.
– Perspektywa awansowania jest niezwykle ważna dla kandydatów. Poziom zadowolenia z tego aspektu wśród polskich pracowników zwiększył się w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, kiedy to pozytywnie oceniło go 15 proc. respondentów. W tym samym czasie 40 proc. badanych, a więc o 6 p.p. mniej niż obecnie było przekonanych, że na przestrzeni 12 miesięcy dostanie wyższe stanowisko. Porównując dane z bieżącego roku, możemy zauważyć poprawę, jednak przedsiębiorcy mają jeszcze sporo do zrobienia, aby pod tym względem w pełni zadowolić swoich pracowników – podsumowuje Piotr Dziedzic.
Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy marcowy odczyt wyniósł + 26,7%, co oznacza, że w marcu 2019 r. w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 26,7% w porównaniu z marcem 2018 r. Marcowy odczyt jest wyższy od lutowego o 9,1 p.p.
W marcu 2019 r., w porównaniu do lutego 2019 r., wartość Indeksu wzrosła o 9,1 p.p., w lutym w relacji do stycznia o 10,7 p.p. Wszystkie trzy tegoroczne odczyty zanegowały negatywną obserwację z grudnia 2018 r., kiedy to wartość Indeksu była najniższym odczytem od września 2012 r.
Łącznie w marcu 2019 r. o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało 45,00 tys. osób w porównaniu do 41,37 tys. rok wcześniej – wzrost o 8,8%. Natomiast średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w marcu 2019 r. wyniosła 271,25 tys. zł, tj. o 11,1% więcej niż rok wcześniej.
Waldemar Rogowski
– Marcowy odczyt Indeksu spowodowany jest wzrostem średniej wartości wnioskowanego kredytu, któremu towarzyszy wzrost liczby wnioskodawców. Wysoka wartość Indeksu wynika więc z połączenia obu tych pozytywnych czynników. W styczniu 2019 r. spadek liczby wnioskodawców został częściowo skompensowany wzrostem średniej kwoty wnioskowanego kredytu, co dało łączny odczyt na poziomie 6,9%. W marcu i lutym wrosła zarówno liczba, jak i średnia kwota wnioskowanego kredytu – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.
– Rok 2019 na rynku kredytów mieszkaniowych będzie niewątpliwie bardzo ciekawy. Czy wystąpią dwie przeciwstawne tendencje, tj. spadek liczby wnioskodawców i wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, jak to miało miejsce w styczniu, czy też będzie rosnąć zarówno liczba wnioskodawców, jak i średnia wartość wnioskowanego kredytu, jak miało to miejsce w marcu i lutym. Zobaczymy w kolejnych miesiącach – puentuje prof. Rogowski.
– Wysokie odczyty Indeksu za luty i marzec br. znajdą odzwierciedlenie w wartości sprzedaży kredytów w marcu i kwietniu, bowiem kredyt mieszkaniowy uruchamiany jest ok. 1 do 2 miesięcy od złożenia wniosku kredytowego (zapytania do BIK) – dodaje Główny Analityk BIK.
1 milion złotych zainwestował fundusz Black Pearls VC w Xopero – firmę tworzącą rozwiązania z dziedziny ochrony danych. Spółka rozwija unikatową technologię odtwarzania awaryjnego i zapewnia firmom ciągłość funkcjonowania systemów informatycznych w przypadku awarii lub ataku hakerów. Pod względem zaawansowania technologicznego i prędkości tworzenia kopii zapasowych, Xopero jest w ścisłej światowej czołówce.
Xopero rozwija własny zestaw narzędzi natychmiastowego przywracania danych. Inżynierowie spółki stworzyli jedno z najszybszych na świecie rozwiązań do tzw. backupu obrazu dysku. Pod kątem technologicznym prześciga ono produkty największych światowych gigantów, osiągając prędkość aż 1241 MB na sekundę w przypadku backupu przyrostowego. Najnowszą ważną aktywnością spółki jest e-Bezpieczna Polska – bezpłatny program edukacji z zakresu cyberbezpieczeństwa dla firm.
Zainteresowanie cyberbezpieczeństwem w przedsiębiorstwach rośnie z roku na rok. Świadczą o tym, m.in. coraz wyższe inwestycje w tym sektorze. Według analiz ośrodka Gartner, w tym roku globalne wydatki na bezpieczeństwo IT wyniosą 124 mld dolarów. Zgodnie z badaniem rynku przeprowadzonym przez Xopero, również w Polsce 48,1% przedsiębiorców zwiększy nakłady w tym zakresie, z czego blisko 65% zainwestuje w rozwiązania do tworzenia kopii zapasowych i odtwarzania awaryjnego.
Łukasz Jesis, Prezes Xopero
Nasze rozwiązanie udostępnia małym i średnim firmom najnowocześniejsze technologie do tworzenia kopii zapasowych, do tej pory zarezerwowane dla dużych korporacji. Zabezpieczamy nie tylko dane, ale i całe środowiska informatyczne naszych klientów – łącznie z wirtualnymi serwerami. W momencie awarii oferujemy szybkie przywrócenie danych, które zapewni firmie ciągłość działania i ograniczy straty związane z przestojem. – Łukasz Jesis, Prezes Xopero
Przerwy w działaniu firmowych systemów informatycznych generują ogromne koszty. Według badań amerykańskiego Uniwersytetu w Oregonie, jedna godzina takiego przestoju spowodowanego awarią lub atakiem hakerskim, kosztuje małe przedsiębiorstwa średnio 8 tysięcy dolarów. W przypadku średnich firm, kwota ta sięga już 74 tysięcy dolarów i nawet 700 tysięcy, gdy mówimy o dużych firmach. Stąd rosnąca popularność rozwiązań Disaster Recovery as a Service (DRaaS), czyli odtwarzania awaryjnego w formie usługi. Według prognoz MarketsandMarkets, rynek tego typu usług rośnie w tempie ponad 50% rocznie, a w 2020 roku osiągnie wartość blisko 12 miliardów dolarów.
Fundusz Black Pearls VC zainwestował w Xopero 1 mln złotych ze wsparciem programu BRIdgeAlfa, transakcję z ramienia funduszu przeprowadzili Maciej Skórkiewicz (Partner) i Aleksander Dobrzyniecki (Investment Manager).
Świadomość konieczności zabezpieczenia się przed awariami lub działaniami cyberprzestępców jest w firmach coraz większa. Prewencja to jednak nie wszystko. Równie istotne jest szybkie postawienie firmy na nogi i ciągłość jej funkcjonowania. Takie podejście jest niezbędne w praktycznie każdej skali działania. Xopero oddaje swe narzędzia w ręce małych i średnich firm w modelu SaaS, co jest strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o potrzeby tego sektora. Maciej Skórkiewicz, Partner w Black Pearls VC
Straty polskich firm budowlanych wynikają przede wszystkim z braku możliwości waloryzacji realizowanych kontraktów. Umowy podpisane w poprzednich latach, zawierane na podstawie cen aktualnych dla lat 2016 lub 2017, przynoszą firmom straty – gdyż ceny produktów wzrosły od tamtego czasu o około 30%. Polskie prawodawstwo pracuje nad tym, by wprowadzić możliwość waloryzacji takich umów. Jednak ustawa będzie dotyczyć tylko kontraktów zawartych po jej wprowadzeniu. Firmy doświadczające dzisiaj strat mogą korzystać tylko z negocjacji zwrotu kosztów drogą kontraktową – gdy doświadczyły przedłużeń w realizacji umowy ze względu na czynniki zewnętrzne, lub na drodze sądowej. Obie te drogi są czasochłonne i zapewniają odzyskanie jedynie części roszczeń. Ma to wpływ na płynność finansową polskich firm budowlanych.
– Rynek budowlany jest bardzo wymagający. Żeby wziąć udział w przetargu, trzeba mieć całe zaplecze instrumentów finansowych– powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Puta, dyrektor Biura Gwarancji Ubezpieczeniowych Euler Hermes – Niezbędnym narzędziem, które musi zapewnić firma, by wziąć udział w przetargu, jest możliwość udzielenia gwarancji na swoje usługi. To kosztowna sprawa – szczególnie, że często gwarancje sięgają nawet dziesięciu lat. Nie każdą firmę na to stać – zwłaszcza gdy inwestuje na rynkach zagranicznych, gdzie ryzyko jest trudniejsze do ocenienia niż przy projektach lokalnych. Taka działalność wymaga więc dużej płynności finansowej i bezpieczeństwa finansowego, które w obecnej sytuacji rynku budowlanego stanowią dla wielu firm duży problem – między innymi ze względu na brak możliwości waloryzacji realizowanych kontraktów – dodał Puta.
Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w kwietniu podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Zgodnie z retoryką prezesa NBP stopy procentowe, które pozostają stabilne od marca 2015 r., powinny pozostać na niezmienionym poziomie również w kolejnych kwartałach.
Inflacja i stopy procentowe w Polsce (2009-2019)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 03/04/19
Podczas konferencji po spotkaniu, odpowiadając na pytania dziennikarzy, członkowie Rady skupili się na kwestii stymulacji fiskalnej rządu, odnosząc się do niej raczej pozytywnie. Przewodniczący Rady stwierdził, że jest dokonywana ona w bezpieczny sposób i we właściwym momencie. Dodał: „nie widzę żadnych zagrożeń, tylko same dobre strony”. Jednocześnie prezes Glapiński łagodził obawy dotyczące potencjalnego wzrostu inflacji z tym związanej.
W kontekście planów rządu, prof. Żyżyński towarzyszący prezesowi Glapińskiemu na konferencji stwierdził, że w obecnej sytuacji nie ma potrzeby, żeby bardziej ekspansywną politykę fiskalną rekompensowała restrykcyjna polityka pieniężna. Fragmenty wypowiedzi prezesa Glapińskiego i prof. Żyżyńskiego nieco kontrował dr Zubelewicz, który jest jednym z największych „jastrzębi” w Radzie. Nawet jego retoryka zdaje się jednak nie sugerować, żeby w najbliższym czasie w RPP miała rozpocząć się dyskusja w kwestii potencjalnego zacieśnienia polityki pieniężnej.
Podsumowując, zdaniem RPP sytuacja w kraju oraz jej perspektywy są dobre, a inflacja powinna pozostawać umiarkowana, nawet pomimo planów ekspansji fiskalnej rządu. Kredytobiorcy cały czas raczej nie mają powodów do obaw. Obecnie wygląda na to, że stopy procentowe pozostaną niezmienione prawdopodobnie przez całość 2019 r., a może i dłużej.
Podczas wczorajszego spotkania Rada Polityki Pieniężnej utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie sugerując, że nie powinny one ulegać zmianom również w kolejnych kwartałach. Z uwagi na tę uzasadnioną, ale jednak bezczynność NBP, obecnie raczej niespecjalnie warto skupiać się na kwestii stóp procentowych w Polsce. Znacznie istotniejsze jest to, co dzieje się na zewnątrz kraju. A dzieje się dużo.
Z dnia na dzień otrzymujemy coraz więcej mieszanych odczytów gospodarczych z praktycznie wszystkich dużych i systemowo istotnych światowych gospodarek. Naprzemiennie: bardzo dobre dane o aktywności w Chinach, fatalne odczyty indeksów PMI dla przemysłu Niemiec i strefy euro, ponownie dobre odczyty sprzedaży detalicznej i aktywności w usługach w strefie euro, a teraz fatalne dane o zamówieniach fabryk w Niemczech. A to dane tylko z tego tygodnia. Dodać należy do tego również bardzo zaskakujące odczyty z Wielkiej Brytanii (też z tego tygodnia), w której aktywność w przemyśle i usługach zmienia się dokładnie odwrotnie niż w strefie euro, a także całkiem niezłe dane o nastrojach (nawet w borykających się z problemami Niemczech).
W obliczu tych wszystkich, mieszanych odczytów warto zastanowić się, czy negatywne kwestie zostaną z nami na dłużej, czy się pogłębią i czy istotnie rozleją się na pozostałe sektory i gospodarki. Inwestorzy się tego boją, co widać chociażby po kursie EUR/USD, któremu niewiele brakuje, żeby spaść do ponad półtorarocznego minimum.
Obecnie nie ma jednak takiej pewności. Problemy gospodarcze zdają się ograniczać w pewnym stopniu do kwestii charakterystycznych dla wybranych krajów (Wielka Brytania i obawy związane z Brexitem, Niemcy i problemy sektora przemysłowego). W danych widać pewną nierówność i pewien opór. Sytuacja konsumentów w globalnej gospodarce cały czas jawi się jako dobra, sprzedaż detaliczna pozostaje dość wysoka. Sektor usług (w większości przypadków) radzi sobie względnie dobrze, w strefie euro ostatnio opierając się bardziej wyraźnemu załamaniu w przemyśle.
To wszystko pozwala również z pewnym optymizmem patrzeć na perspektywy gospodarcze Polski, która prawdopodobnie – w części wsparta również przez ekspansję fiskalną rządu – może w kolejnych dwóch latach notować tempo wzrostu wyraźnie wyższe, niż wydawało się to w końcówce ubiegłego roku.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Po wielu dniach systematycznych spadków euro wczoraj umocniło się w relacji do dolara amerykańskiego. Pomogły w tym m.in. pozytywne dane z Chin, sugerujące, że obawy przed globalną recesją mogą być przesadzone oraz odczyty z samej gospodarki strefy euro. Rewizja indeksu PMI dla usług w marcu przyniosła pozytywne zaskoczenie, mocno in plus zaskoczyła również sprzedaż detaliczna, której dynamika w lutym, w ujęciu rocznym była najwyższa od listopada ubiegłego roku.
Dzisiejsze, poranne informacje nie napawają już takim optymizmem, nie wspierają również euro. W lutym zamówienia niemieckich fabryk spadły o 4,2% w ujęciu miesięcznym, notując najniższą dynamikę od ponad dwóch lat. Kalendarz ekonomiczny cały czas nie daje nam zapomnieć o problemach niemieckiego przemysłu. W kontekście Niemiec warto będzie obserwować jutrzejsze dane o dynamice produkcji przemysłowej w lutym. Kolejne rozczarowanie mogłoby, przynajmniej w krótkim terminie, nieco pogłębić wyprzedaż euro.
Dziś w drugiej części dnia uwaga inwestorów skupi się natomiast na „minutkach” z ostatniego spotkania Europejskiego Banku Centralnego. Będą one nieco istotniejsze z uwagi na to, iż to wspomniane spotkanie zaowocowało ostrą wyprzedażą wspólnej europejskiej waluty.
GBP
Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 5,01-5,05. Funt brytyjski cały czas reaguje przede wszystkim na informacje dotyczące Brexitu. Szef Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker, stwierdził wczoraj, że w przypadku braku akceptacji porozumienia o wyjściu z UE, do Brexitu dojdzie 12 kwietnia. W przypadku akceptacji wspomnianej umowy z kolei okres ten zostanie wydłużony do 22 maja. Akceptacja porozumienia przed wyznaczonym terminem byłaby zdecydowanie pozytywna dla brytyjskiej waluty, trzeba jednak pamiętać, że już trzy razy głosów poparcia dla umowy nie wystarczyło.
USD
Kurs USD/PLN w środę spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,81-3,84. Dolar amerykański wczoraj charakteryzował się słabością również w relacji do głównych walut.
Odczyty makroekonomiczne z amerykańskiej gospodarki, które otrzymaliśmy wczoraj były mieszane. In minus zaskoczyły dane ADP o zatrudnieniu w sektorach pozarolniczych w marcu. Gorszych danych nie zrekompensowała nieznaczna rewizja w górę szacunku za poprzedni miesiąc. W ujęciu ogólnym in plus zaskoczyły dane o aktywności w amerykańskim sektorze usług w marcu. Indeksy PMI i ISM pokazują nieco sprzeczny obraz sytuacji, jednak zaskoczenie in plus indeksu ISM było wyraźnie większe od negatywnego zaskoczenia w przypadku indeksu PMI; pierwszy z indeksów jest uznawany za istotniejszy.
Dziś w drugiej części dnia poznamy cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA, przemawiać będą również Loretta Mester oraz John Williams z FOMC.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
13:30 – „minutki” z ostatniego posiedzenia EBC
14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych
Co czwarty konsument nie interesuje się nieuczciwą komunikacją marketingową do momentu, w którym nie odczuje jej skutków na własnej skórze – wynika z raportu Kantar Polska, zaprezentowanego podczas debaty „Komunikacja wprowadzająca w błąd. Jej wpływ na konsumentów i rynek” zorganizowanej przez Komitet Dialogu Społecznego KIG. Co roku Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydaje kilkadziesiąt decyzji dotyczących wprowadzania konsumentów w błąd, np. podawania nieprawdy czy braku dostatecznej informacji. Klienci powinni przykładać większą wagę do tego, co kupują i podpisują, aby chronić się przed takimi praktykami. Z drugiej strony, mają prawo wierzyć, że rynek jest dla nich bezpieczny i czuwa nad nim regulator – uważa prezes Federacji Konsumentów. Organy państwowe, organizacje konsumenckie i media powinny stanowczo reagować na wszelkie naruszenia.
– Przeciętny użytkownik internetu nie jest świadomy tego, że za komunikacją marketingową może stać farma chatbotów albo „pisarzy”, którzy lajkują i pozytywnie komentują dany produkt lub usługę. Internet czy platformy, na których można się wymienić komentarzem albo zaczerpnąć opinii, są bardzo pożytecznym narzędziem, ale trzeba podchodzić do tego z bardzo dużą dozą krytycyzmu, dlatego że w internecie jest dużo łatwiej anonimowo zamieszczać opinie niż w tradycyjnych kanałach. Apeluję do wszystkich konsumentów: nie wierzcie we wszystko, co czytacie, i sprawdzajcie zanim podpiszecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Jak podkreśla, nie można wymagać od konsumentów, żeby byli klientami na cały etat, tzn. kupując jakiś produkt lub usługę, ciągle sprawdzali, czy nikt nie chce ich oszukać.
– Konsument ma prawo wierzyć, że rynek jest dla niego bezpieczny i on rzeczywiści powinien taki być. Nikt nie może mu powiedzieć: „Jeżeli zaoferowano ci nieuczciwą umowę, a ty nie przeczytałeś jej dokładnie i podpisałeś, to tylko i wyłącznie ty jesteś temu winien”. Tak nie jest. Konsument nie jest jedynym winnym, bo naszym zdaniem usługi i produkty oferowane na rynku powinny być uczciwe – podkreśla Kamil Pluskwa-Dąbrowski.
Konsumenci powinni mieć pewność, że wiedzą, co kupują, a przekaz marketingowy jest prawdziwy i przedsiębiorcy nie wprowadzają ich w błąd. Tymczasem – jak wynika z marcowego raportu „Rzetelność informacji zawartych w materiałach reklamowych” Kantar Polska – co czwarty konsument nie uważa za normalną praktykę tego, że w materiałach reklamowych nie podaje się wszystkich informacji. Tyle samo przyznaje, że nie interesuje się nieuczciwą komunikacją do momentu, w którym nie odczuje jej skutków na własnej skórze.
90 proc. badanych konsumentów uważa także, że działania związane z nierzetelną komunikacją marketingową powinny być nagłaśniane w mediach. Przejrzystość informacji kierowanych do konsumentów to również pole do zaangażowania się urzędów regulacyjnych, organizacji konsumenckich, a także samych firm i organizacji branżowych.
– Na pierwszym froncie są instytucje państwowe, które gwarantują bezpieczeństwo. I to nie tylko w sensie tradycyjnym, żeby przykładowo klient nie zatruł się jedzeniem, które nie powinno być sprzedawane, lecz także o bezpieczeństwie finansowym, naszych danych i całym spektrum różnych zjawisk. Organy państwowe mają na celu usuwanie niepożądanych zjawisk z rynku, ale powinny też pełnić bardzo intensywną rolę prewencyjną. Jeżeli jeden przedsiębiorca dopuszcza się naruszenia, to reakcja ze strony administracji powinna być bardzo jednoznaczna i stanowcza, żeby inni przedsiębiorcy go nie naśladowali –podkreśla Kamil Pluskwa-Dąbrowski.
Do zadań UOKiK należy m.in. prowadzenie postępowań w sprawach praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów oraz w sprawach o uznanie postanowień wzorca umowy za niedozwolone, a także podawanie do publicznej wiadomości ostrzeżeń konsumenckich. Prezes UOKiK co roku wydaje kilkadziesiąt decyzji dotyczących wprowadzania konsumentów w błąd przez podanie nieprawdy czy niepełnej informacji. Interweniuje także wtedy, gdy firma sugeruje w swoich przekazach, że produkt lub usługa ma właściwości, których w rzeczywistości nie ma.
– Konsument, żeby ochronić się przed nierzetelną komunikacją marketingową, powinien przede wszystkim krytycznie podchodzić do wszystkich materiałów marketingowych, z którymi się spotyka. Jeżeli widzi reklamę, powinien zweryfikować – albo przynajmniej podjąć taką próbę – informacje, które są w tej reklamie przekazywane. Powinien też przeczytać regulamin usługi, a jeżeli nadal ma wątpliwości, skontaktować się z przedsiębiorcą. Przede wszystkim nigdy nie powinien podpisywać umowy, jeżeli nie jest pewien, na co tak naprawdę się decyduje, za co płaci i czy to jest na pewno to, co chce od przedsiębiorcy otrzymać – mówi Anna Bogrycewicz z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, naczelnik Wydziału Telekomunikacji i Mediów w Departamencie Ochrony Zbiorowych Interesów Konsumentów.
Kiedy doszło do wprowadzenia konsumenta w błąd, powinien on w pierwszej kolejności złożyć reklamację u przedsiębiorcy. Jeżeli nie zostanie uznana, może się zwrócić o pomoc m.in. do rzeczników konsumentów i organizacji konsumenckich.
– To właśnie tam konsumenci powinni się zgłaszać ze swoimi indywidualnymi problemami. Wtedy jest szansa, że zostaną załatwione naprawdę szybko –mówi Anna Bogrycewicz.
UOKiK nie ma instrumentów pomocy prawnej w indywidualnych, pojedynczych sprawach z przedsiębiorcami. Może natomiast podjąć działania wówczas, kiedy doszło do naruszenia zbiorowych interesów konsumentów.
– W takich przypadkach UOKiK może m.in. doprowadzić do wydania decyzji administracyjnej, która będzie nakazywała przedsiębiorcy zakończenie działań naruszających prawo. Może się to również łączyć z nałożeniem kary pieniężnej, obowiązków publikacyjnych czy rekompensaty na rzecz konsumentów – wylicza Anna Bogrycewicz.
Polski przemysł nie wykorzystuje jeszcze w pełni możliwości, jakie daje cyfryzacja. O ile pod względem e-administracji nie zostajemy w tyle, o tyle na tle europejskiej konkurencji słabo wypadają przedsiębiorstwa. Pomóc to zmienić może Platforma Przemysłu Przyszłości, dzięki której ma powstać ekosystem wspomagania transformacji. – Dla Polski to szansa na zmianę z pozycji tworzenia rozwiązań w oparciu o czyjeś idee na pozycję, w której te rozwiązania wprowadzane są tutaj na rynek – przekonuje Andrzej Soldaty, lider projektu Platforma Przemysłu Przyszłości. Jej działania operacyjne ruszą we wrześniu.
– Projekt Platforma Przemysłu Przyszłości ma służyć integracji i inicjatywom na rzecz transformacji krajowego przemysłu, inicjatyw oddolnych i inicjatyw odgórnych – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Soldaty, lider projektu Platforma Przemysłu Przyszłości w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii. – Platforma ma być łącznikiem pomiędzy tymi, którzy dostarczają rozwiązania, i tymi, którzy je użytkują, między tymi, którzy posiadają środki do wspomagania transformacji, i odbiorcami tych środków.
Włączenie się w cyfrową transformację to dla polskich firm być albo nie być. Fundacja Platforma Przemysłu Przyszłości ma być odpowiedzią na nadchodzącą rewolucję 4.0. Będzie wspierać przedsiębiorców w obszarze transformacji cyfrowej w zakresie procesów, produktów i modeli biznesowych. Sama transformacja ma bazować na wykorzystaniu rozwiązań z obszaru automatyzacji, sztucznej inteligencji i najnowszych technologii. Dziś polskie przedsiębiorstwa w niewielkim stopniu wykorzystują możliwości, jakie daje cyfryzacja.
– Platforma będzie się starała koncentrować na tych wszystkich obszarach, które mają kluczowe znaczenie dla budowania nowej generacji przemysłu: poczynając od budowania świadomości, poprzez ukierunkowywanie przedsiębiorstw na nowej drodze, budowanie kompetencji niezbędnych do tego, żeby zmianę przeprowadzić, jak również na wspomaganiu tworzenia rozwiązań i ich wdrażaniu. Czyli cały cykl od budowania świadomości aż do konkretnego wykorzystania rozwiązań – tłumaczy Andrzej Soldaty.
Jednym z kluczowych działań Platformy będzie wyposażenie przedsiębiorstw w wiedzę z zakresu Przemysłu 4.0. Dlatego jej działania mają się koncentrować na informowaniu, wspieraniu i inicjowaniu działań budujących i rozwijających konkurencyjny przemysł. Fundacja ma też budować kompetencje doradcze i sieci wsparcia dla przedsiębiorców.
– Formalnie platforma rozpocznie działalność już w kwietniu, natomiast organizacyjne przygotowania, przygotowanie zasobów, przygotowanie siedziby umożliwią działanie już operacyjne na rynku od września – wskazuje Soldaty.
Zgodnie z założeniami platforma będzie budować odpowiednie środowiska wokół Przemysłu 4.0, proponować rozwiązania technologiczne, zarządzać wiedzą i innowacjami. Jej zadaniem ma być również tworzenie mechanizmów współdziałania, dzielenia się wiedzą oraz budowania zaufania w relacjach między podmiotami zaangażowanymi w proces transformacji cyfrowej.
Wsparcie ma mieć charakter niefinansowy i obejmować m.in. szkolenia, doradztwo, przedsięwzięcia integrujące przedsiębiorców w obszarze transformacji cyfrowej.
– Ważnym elementem w działalności platformy będzie punkt kontaktowy, gdzie będzie można uzyskać informacje o dostępnych środkach, możliwych działaniach wspomagających. Będzie bardzo mocno rozbudowana sieć doradczo-konsultacyjna, gdzie każdy z przedsiębiorców, nawet najmniejszy, będzie miał możliwość uzyskania informacji o rozwiązaniach przemysłu przyszłości. Jednym słowem – powstanie ekosystem wspomagania transformacji – wymienia Soldaty.
Przemysł 4.0 należy do sześciu kluczowych megatrendów, które w najbliższych latach ukształtują globalną gospodarkę. Tymczasem, jak wynika z raportu „Smart Industry Polska 2018”, przygotowanego przez Siemens we współpracy z Ministerstwem Przedsiębiorczości i Technologii, 60 proc. przedsiębiorstw z sektora MŚP w ogóle nie zna koncepcji Przemysłu 4.0. W swojej strategii uwzględnia ją nieco ponad 15 proc. Im mniejsze firmy, tym słabiej wykorzystują możliwości cyfryzacji. Najważniejsze bariery ograniczające adaptację technologii związane są nie tylko z brakiem środków finansowych na taką działalność (65 proc.), lecz także z brakiem czasu (62 proc.) i wykwalifikowanej kadry (53 proc.). Platforma pomoże zlikwidować część z tych barier.
– Doświadczenia z wdrażania Przemysłu 4.0 wyraźnie wskazują na skokowe wzrosty produktywności, lepsze wykorzystanie możliwości rynkowych. Ale równocześnie stwarza to krajowym przedsiębiorstwom szansę wejścia bardziej aktywnie w rozwiązania Przemysłu 4.0 i z większą ekspansją na rynki światowe – mówi Andrzej Soldaty. – Przed krajowym przemysłem stoi szansa na zmianę w łańcuchu wartości z pozycji tworzenia rozwiązań w oparciu o czyjeś idee na pozycję tych, którzy te rozwiązania wprowadzają na rynek. To są pozycje bardziej rentowne.
Nieswoiste choroby zapalne jelit to nie tylko poważne dolegliwości fizyczne. Większość pacjentów boryka się również z problemami emocjonalnymi wynikającymi ze wstydu i braku zrozumienia ze strony innych ludzi. Ze względu na uciążliwe objawy wycofują się z życia społecznego i zawodowego. Uwrażliwienie Polaków na potrzeby tej grupy chorych było celem projektu In Their Shoes – jego uczestnicy przez 10 godzin mogli się poczuć jak pacjenci cierpiący na jedną z nieswoistych chorób zapalnych jelit.
Nieswoiste choroby zapalne jelit należą do autoimmunologicznych chorób układu pokarmowego o nieznanej przyczynie, rozwijające się u osób o predyspozycjach genetycznych, z zaburzoną odpowiedzią układu odpornościowego w reakcji na czynniki środowiskowe. Do najczęściej występujących schorzeń z tej grupy należy wrzodziejące zapalenie jelita grubego oraz choroba Leśniowskiego-Crohna. Są to choroby przewlekłe, przebiegające z okresami remisji oraz zaostrzeń, często bardzo ciężkich, wymagających intensywnego leczenia farmakologicznego lub chirurgicznego.
– W okresach zaostrzeń objawy są bardzo nieprzyjemne dla pacjentów. To najczęściej biegunka, biegunka z krwią, bóle brzucha, osłabienie, niedokrwistość. Wszystko to prowadzi do złego samopoczucia pacjentów, a co najważniejsze, niekiedy grozi pilną operacją, czasami nawet jest zagrożenie zgonem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Jarosław Reguła, kierownik Kliniki Gastroenterologii, Hepatologii i Onkologii Klinicznej CMKP oraz Kliniki Gastroenterologii Onkologicznej w Centrum Onkologii
Na nieswoiste choroby zapalne jelit w Polsce cierpi ok. 60 tys. osób. Dotykają one pacjentów w każdym wieku, szczyt zachorowań występuje jednak między 15. a 35. rokiem życia. Chorują więc głównie ludzie młodzi, aktywni społecznie i zawodowo. Objawy, zwłaszcza potrzeba częstego wypróżniania, znacznie utrudniają codzienne życie, niekiedy nawet wykluczają z czynnego życia zawodowego lub studenckiego. Pacjenci borykają się nie tylko z dolegliwościami fizycznymi, lecz także z emocjonalnymi, związanymi z brakiem zrozumienia i wstydem.
– Trudno w towarzystwie mówić o objawach jelitowych, o tym, że chory w ciągu doby musi 20 razy biec do toalety, przerywając pracę lub wychodząc z lekcji. Objawy są na tyle krępujące, że chorzy często unikają wyjścia z domu z lęku przed wstydem i upokorzeniem – mówi Jacek Hołub, rzecznik Towarzystwa „J-elita”.
Jakość życia mogą podnieść optymalna farmakoterapia i opieka koordynowana nad pacjentem, które zwiększają szanse na długo trwającą remisję. Nieskuteczne leczenia często oznacza konieczność interwencji chirurgicznych, których skutkiem mogą być poważne powikłania, w tym trwała stomia. W ostatnich latach opieka nad pacjentami z nieswoistymi chorobami zapalnymi jelit uległa w Polsce znacznej poprawie – pojawiły się nowe leki o odmiennym mechanizmie działania, na opinię Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji czekają kolejne. Problemem jest jednak ograniczona dostępność tych terapii w ramach tzw. programów lekowych.
– Druga rzecz to ograniczenia czasowe. Część z tych leków biologicznych możemy stosować tylko przez maksimum 2 lata, a potem musimy odstawić i poczekać z założonymi rękami na to, aż pacjentowi się pogorszy i wtedy dopiero możemy zaczynać od nowa leczenie – mówi prof. Jarosław Reguła.
Istotnym problemem w opiece nad pacjentami z nieswoistymi chorobami zapalnymi jelit jest niska świadomość społeczna. Jej zwiększenie oraz uwrażliwienie Polaków na potrzeby tej grupy pacjentów jest celem projektu In Their Shoes. Jest to symulacja realizowana za pomocą aplikacji mobilnej, dzięki której osoba zdrowa może się poczuć jak pacjent cierpiący na jedną z nieswoistych chorób zapalnych jelit. Doświadczenie trwa 10 godzin. W tym czasie każdy uczestnik otrzymuje wiadomości tekstowe i głosowe symulujące objawy choroby oraz czynności do wykonania, które spotykają chorego w codziennym życiu.
– Projekt polega na tym, że kilkanaścioro osób z czterech ośrodków medycznych w całej Polsce przez jeden dzień wciela się w rolę pacjenta – zmagają się z bólem brzucha, muszą w ciągu kilku minut znaleźć toaletę i odpowiedzieć na krępujące pytania związane z chorobą, na które często odpowiadają pacjenci – mówi Jacek Hołub.
Uczestnicy doświadczenia tak jak chorzy łączą zadania ze swoimi standardowymi obowiązkami zawodowymi i domowymi. Do udziału w projekcie zostały wybrane cztery ośrodki z różnych regionów Polski specjalizujące się w leczeniu NChZJ: Centrum Onkologii w Warszawie, Szpital Kliniczny w Lublinie, Szpital Kliniczny w Łodzi, Szpital Uniwersytecki nr 2 w Bydgoszczy. W każdym z nich w doświadczeniu wzięło udział troje uczestników: lekarz, pielęgniarka oraz farmaceuta.
– Jest to bardzo trudne, dlatego że stale myślę o tym, gdzie jest toaleta, że muszę się czegoś napić, coś zjeść, że mnie boli brzuch. I to myślenie muszę połączyć z pracą – mówi Marlena Wiśniewska, pielęgniarka w warszawskim Centrum Onkologii.
– Dostałam ankietę dotyczącą samopoczucia pacjenta, w którego się wcielam, i jej wyniki mnie zaskoczyły. Ocena samopoczucia, to jak choroba i ból z nią związany wpływają na codzienne funkcjonowanie pacjenta, jego humor przybiły mnie i sprawiły, że poczułam się niekomfortowo w tej sytuacji – dodaje Anna Chaber-Ciopińska, lekarz z Centrum Onkologii.
Projekt In Their Shoes był już przeprowadzany w wielu krajach, m.in. Szwajcarii, Niemczech, Kanadzie, Danii, Singapurze, Czechach, Chorwacji, we Francji oraz we Włoszech. W Polsce 28 marca odbyła się jego druga edycja. W poprzedniej uczestniczyli przedstawiciele Biura Rzecznika Praw Pacjenta, Biura Rzecznika Praw Obywatelskich oraz dziennikarze.