Złoto da zarobić. Prognoza Aforti Exchange na 2019 rok

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Rok 2018 na rynku złota wielokrotnie zaskakiwał inwestorów. Wysokim wycenom złotego kruszcu towarzyszyły równie spektakularne spadki. Bez wątpienia surowiec ten był jednak jedną z najpewniejszych inwestycji 2018 roku. Perspektywy dla złota na 2019 rok są według większości analityków równe pozytywne, o ile geopolityczny scenariusz – z bankami centralnymi czy polityką FED w tle – zrealizuje się zgodnie z rynkowymi oczekiwaniami.

Głównym czynnikiem zagrażającym wzrostom wyceny złota w 2019 roku może być co prawda kurs dolara i polityka monetarna USA. Jednocześnie wyższe stopy procentowe i umacnianie się amerykańskiej waluty stanowią mocny bodziec dla banków centralnych gospodarek wschodzących do zakupu złota, dywersyfikując tym samym ekspozycję na dolara.

Analitycy Aforti Exchange szacują jednocześnie – biorąc pod uwagę m.in. planowaną na 2019 rok politykę FED – duże prawdopodobieństwo tego, że trend wzrostowy USD może ulec w 2019 roku odwróceniu, wspierając tym samym wycenę złota.

Według ekspertów Aforti Exchange, w perspektywie długookresowej złoto może notować wzrosty:

  • w reakcji na niepewność gospodarczą na głównych światowych rynkach, stanowiąc dla inwestorów stabilne aktywo zabezpieczające
  • w odpowiedzi na zakładane osłabienie kursu amerykańskiej waluty, prognozowanej m.in. w oparciu o mniej radykalną politykę FED w odniesieniu do podwyżek stóp procentowych w USA i zwiększanie rezerw złotego kruszcu przez banki centralne

ZŁOTO – analiza długoterminowa

Grudzień 2018 roku zakończył się na rynku złota w wyjątkowo dobrym nastroju, który wpisał się w układ wzrostowy, rozbudowany już od początku 2016 roku.

Zdecydowane wybicie notowań złota powyżej strefy 1195 – 1231 USD oznacza, że mamy
do czynienia ze wstępnym sygnałem do ataku na lokalny opór w cenie 1350 USD, który powinien być osiągnięty w najbliższych miesiącach 2019 roku.

Potwierdzeniem gotowości do tak silnego ruchu będzie utrzymanie się notowań powyżej 50-proc. zniesienia grudniowych spadków, czyli poziomu 1255 USD.

Biorąc pod uwagę wzrostowy układ techniczny formacji oRGR oraz układ fal, notowania złota powinny dążyć do pokonania bariery 1400 USD i zbliżenie się do głównej linii trendu spadkowego, czyli obecnie w rejon okolic 1440 USD. Jeżeli tak się stanie, prawdopodobnie rynek złota czekałoby przyspieszenie wzrostów, chociaż w tym przypadku duże znaczenie będzie mieć również kurs dolara amerykańskiego, w którym kwotowana jest wycena złotego kruszcu.

2019-01-24 Aforti Exchange_notowania złota_wykres kwartalnyŹródło: Aforti Exchange – notowania złota w układzie kwartalnym

Ponad 3 tys. skarg na nieprawidłowe przetwarzanie danych osobowych. Prezes UODO zapowiada pierwsze kary

Ponad 3 tys. skarg na nieprawidłowe przetwarzanie danych osobowych. Prezes UODO zapowiada pierwsze kary 1

Wiedza i świadomość Polaków dotyczące ochrony ich danych osobowych są coraz większe – ocenia prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych dr Edyta Bielak-Jomaa. Widać to po liczbie pytań i skarg kierowanych do urzędu od momentu rozpoczęcia stosowania RODO, czyli ogólnego rozporządzenia o ochronie danych. Konsultanci UODO na specjalnej infolinii odpowiadają na ponad 90 pytań dziennie, a do tej pory wpłynęło już ponad 3 tys. skarg związanych z nieprawidłowym przetwarzaniem danych osobowych. Prezes UODO zapowiada, że wkrótce pojawią się pierwsze kary finansowe.

– Pierwszych siedem miesięcy stosowania RODO pokazuje, że świadomość obywateli związana z ochroną prywatności i danych osobowych znacznie wzrosła. W tym czasie otrzymaliśmy ponad 10 tys. skarg, pytań i zgłoszeń na temat ochrony danych osobowych. Pracownicy naszej infolinii przeprowadzili ponad 13 tys. konsultacji, co daje ponad 90 rozmów dziennie. To znaczy, że obywatele wiedzą coraz więcej na temat ochrony danych osobowych, są coraz bardziej zainteresowani tym tematem. Niestety, świadczy to również o tym, że administratorzy – czyli podmioty, które decydują, jak i w jakim celu przetwarzają dane osobowe – nie do końca jeszcze prawidłowo wdrożyli rozporządzenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Edyta Bielak-Jomaa, prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

W opinii Prezes UODO reforma systemu ochrony danych osobowych wynikająca z rozpoczęcia stosowania RODO to duża szansa na to, by nasze prawo podstawowe, jakim jest prawo do ochrony danych osobowych, było właściwie chronione, w sposób dostosowany do wyzwań XXI wieku. RODO daje bowiem każdemu z nas nowe uprawnienia, z kolei dla administratorów, z jednej strony, oznacza nowe obowiązki i większą odpowiedzialność, ale z drugiej, większą samodzielność i elastyczność w działaniu.

– Największy problem jest związany z koniecznością całkiem nowego spojrzenia na system ochrony danych osobowych. Rozporządzenie nie zawiera gotowych wskazówek ani rozwiązań, które mogłyby być przyjęte u każdego z administratorów. Wymaga natomiast aktywności po stronie administratorów. To powoduje, że mają oni – zwłaszcza ci, którzy dopiero w maju 2018 roku zaczynali myśleć o ochronie danych osobowych – problem z prawidłowym poukładaniem procesów przetwarzania danych – mówi Edyta Bielak-Jomaa.

Prezes UODO podkreśla, że to administrator – jako podmiot, który wie, jakie dane gromadzi, w jakim celu i komu je udostępnia – jest w stanie najlepiej odpowiedzieć na pytanie o potencjalne ryzyka związane z procesem przetwarzania tych danych. Będąc świadomym zagrożeń, powinien wykazać proaktywną postawę i wdrożyć takie środki zabezpieczenia – organizacyjne i techniczne, które zapewnią odpowiedni poziom bezpieczeństwa.

W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy stosowania RODO urząd otrzymał ponad 3 tys. skarg dotyczących nieprawidłowego przetwarzania danych osobowych. Wiele z nich zawiera jednak braki formalne, co powoduje, że UODO, aby móc zacząć rozpatrywać sprawę, musi wzywać osoby je wnoszące do usunięcia tych braków. W niektórych przypadkach skargi okazują się bezzasadne. W wielu sprawach, zwłaszcza tych bardziej skomplikowanych, UODO wciąż prowadzi postępowania i zapowiada, że w zależności od stwierdzonych naruszeń będzie wydawał albo nakazy przywrócenia stanu zgodnego z prawem, albo gdy będzie to uzasadnione, będzie nakładał kary finansowe.

– Prowadzonych jest bardzo wiele postępowań. Kary z pewnością wkrótce się pojawią. Powinny być dotkliwe, jak wymaga tego samo rozporządzenie – mówi dr Edyta Bielak-Jomaa.

Podmiotom, które nie stosują się do nowych przepisów, grożą wysokie kary finansowe, sięgające nawet 20 mln euro albo 4 proc. rocznych globalnych obrotów przedsiębiorstwa. To Prezes UODO – jako organ nadzorczy – będzie decydować o ich wysokości. Co istotne, do UODO firmy i organizacje w ciągu 72 godzin muszą też raportować każdy wyciek, zniszczenie bądź nieautoryzowane naruszenie danych osobowych, które może rodzić ryzyko naruszenia praw i wolności osób fizycznych.

– Mam nadzieję, że nasza aktywność, spotkania i szkolenia, które organizujemy w całej Polsce, przyczynią się do tego, że obywatele zaczną odczuwać pozytywny wpływ obowiązywania RODO. Właściwa realizacja obowiązku informacyjnego przez administratorów danych, prawo żądania usunięcia naszych danych, możliwość ich weryfikacji, prawo do bycia zapomnianym, ale też – co niezwykle istotne – mechanizm spójności i współpracy między organami, możliwość dochodzenia swoich praw w kraju, w którym przebywamy, bez konieczności udawania się do innego państwa, w którym nasze dane były nieprawidłowo przetwarzane, czy kontaktowania się z tamtejszym organem nadzorczym – to jest bardzo istotne z perspektywy globalizacji i szybkiego rozwoju nowych technologii – podkreśla prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Kwestie związane z prawem do prywatności i ochrony danych osobowych w kontekście doświadczeń wynikających ze stosowania RODO będą jednym z głównych tematów podejmowanych podczas Dnia Ochrony Danych Osobowych, który obchodzony jest 28 stycznia. Zostaną omówione na konferencji pt. „System ochrony danych osobowych po wprowadzeniu reformy”, organizowanej tego dnia przez UODO w Warszawie. Jednym z istotnych tematów poruszanych podczas tego wydarzenia będzie też telemarketing, który często bywa prowadzony z naruszeniem przepisów, w tym dotyczących ochrony danych osobowych.

Tradycyjnie z okazji tego święta UODO będzie podejmować też inne działania mające na celu zwrócenie uwagi na potrzebę ochrony prywatności i danych osobowych. Podobnie jak w ubiegłych latach, akcje informacyjne odbędą się m.in. w placówkach oświatowych uczestniczących w programie edukacyjnym UODO „Twoje dane – Twoja sprawa”.

Brexit może uderzyć w polskich producentów drobiu. Na tamtejszy rynek przypada 17 proc. eksportu wartego 1,6 mld zł

0

Brexit może uderzyć w polskich producentów drobiu. Na tamtejszy rynek przypada 17 proc. eksportu wartego 1,6 mld zł 2

Drób jest jednym z naszych hitów eksportowych. Polska jest największym producentem mięsa drobiowego w Unii Europejskiej i czwartym na świecie eksporterem, po Brazylii, USA i Holandii. Dobrej kondycji polskich producentów może jednak zagrozić tzw. twardy brexit, ponieważ na rynek Wielkiej Brytanii przypada 17 proc. całego eksportu polskiego drobiu o wartości 1,6 mld zł. Kolejnym zagrożeniem będzie ustawa paszowa, odroczona do 2021 roku, która może zwiększyć koszty produkcji nawet o 20 proc. To może zaważyć na konkurencyjności polskich producentów na rynku europejskim i światowym.

– W ostatnich 10 latach zrobiliśmy olbrzymi postęp w produkcji i eksporcie drobiu, z 3–4 miejsca w Europie staliśmy się numerem jeden. Dzisiaj polska produkcja oparta jest na polskich producentach. Również spożycie dość dynamicznie rośnie – w 2000 roku spożywaliśmy około 10–12 kg drobiu na osobę, dzisiaj jest to już 30 kg – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso.

W ciągu ostatnich 10 lat wielkość produkcji drobiowej w Polsce podwoiła się. Produkcja żywca drobiowego wzrosła z 1,1 mln ton w 2007 roku do 2,3 mln ton w 2017 roku, co oznacza wzrost o 108 proc. Polska jest największym w UE producentem mięsa drobiowego i czwartym największym na świecie eksporterem, po Brazylii, USA i Holandii.

– Wartość produkcji na przestrzeni ostatnich 10 lat przyrasta o ponad 7 proc. rocznie. Przewidywania mówią, że nastąpi pewne spowolnienie tej dynamiki i do roku 2023 ona może być na poziomie 4–4,5 proc., ale to dalej pokazuje, jak dynamicznie potrafimy wykorzystać sytuację na rynku europejskim, utrzymać, a nawet zwiększać produkcję na rynku światowym – mówi Witold Choiński.

Polski drób jest jednym z hitów eksportowych. Na przestrzeni ostatnich 10 lat nastąpił ponadczterokrotny wzrost wartości eksportu: z 2 mld zł w 2007 roku do 8,8 mld zł w 2017 roku. Głównymi odbiorcami polskiego drobiu na unijnym rynku są Niemcy, Czechy, Wielka Brytania i Francja. Jednak coraz więcej eksportu – w tej chwili już około 20 proc. – trafia na rynki państw trzecich, takich jak Chiny, Bliski Wschód, kraje ASEAN (państwa Azji) i Zatoki Perskiej. Perspektywicznym rynkiem jest również Afryka.

– Podstawą bytu i rozwoju tej branży jest eksport, pozostaje kluczowy od wielu lat i na nim jesteśmy w stanie budować rozwój polskiego drobiarstwa. Musimy zabiegać o nowe rynki zbytu i utrzymanie tych, które już są. Oczywiście, dzisiaj większość eksportu jest kierowana do UE, pojawiają się jednak pewne zagrożenia – może stanowić je brexit. Dzisiaj już coraz głośniej mówimy, że może nastąpić zamknięcie granic, postawienie na granicach lekarzy weterynarii, sprawdzanie każdej przesyłki – mówi Witold Choiński.

Prezes Związku Polskie Mięso podkreśla, że na Wielką Brytanię przypada 17 proc. polskiego eksportu drobiu, wartego 1,6 mld zł. Dlatego tzw. twardy brexit – czyli scenariusz, w którym Brytyjczycy opuszczą UE bez umowy regulującej wzajemne stosunki handlowe – może bardzo dotkliwie uderzyć w polskich producentów i eksporterów.

– Innym, również dużym, zagrożeniem, są ograniczenia w stosowaniu pasz GMO. To budowanie naszej przewagi cały czas następowało poprzez zmniejszanie kosztów produkcji 1 kg brojlera, stąd dzisiaj wygrywamy na rynku UE. Jesteśmy w stanie produkować taniej niż pozostałe kraje. W przypadku wprowadzenia zakazu stosowania pasz GMO ta struktura może zostać nadwyrężona. Koszty produkcji 1 kg mogą wzrosnąć nawet do 20 proc., co może zaważyć na naszej konkurencyjności na rynku europejskim i światowym – podkreśla Witold Choiński.

Tzw. ustawa paszowa budzi duże obawy hodowców i producentów. Nowe przepisy wprowadzą całkowity zakaz stosowania pasz genetycznie modyfikowanych w żywieniu zwierząt. Może to spowodować duży wzrost kosztów po stronie hodowców drobiu, co z kolei przełoży się na wyższe ceny mięsa i jaj, które odczują polscy konsumenci. Dlatego termin wejścia w życie nowych przepisów jest odraczany już od kilku lat. W grudniu prezydent podpisał ustawę o paszach, która zakłada wydłużenie o dwa lata – do 1 stycznia 2021 roku – okresu, w którym można stosować pasze GMO w żywieniu zwierząt.

Operatorzy na potęgę inwestują w telewizję internetową. Sieć 5G i sztuczna inteligencja pozwolą lepiej tworzyć interaktywne treści

Operatorzy na potęgę inwestują w telewizję internetową. Sieć 5G i sztuczna inteligencja pozwolą lepiej tworzyć interaktywne treści 3

Telewizja internetowa zmienia sposób konsumpcji treści i model rozrywki. Dostęp do wideo stał się szybszy i łatwiejszy. Użytkownicy mogą oglądać wybrane materiały na życzenie, coraz częściej mają też dostęp do interaktywnych treści, w których sami mogą wpływać na przebieg akcji. Wszystko to przekłada się na rosnącą popularność telewizji internetowej, którą w najbliższych latach czeka skokowy rozwój, spowodowany m.in. wpływem sieci 5G i sztucznej inteligencji. Technologie umożliwią wprowadzenie platform telewizyjnych nowej generacji, nowych usług interaktywnych oraz lepsze targetowanie i dopasowywanie treści do profilu konkretnych użytkowników.

Telewizja internetowa w Polsce cały czas rośnie w siłę. Nadawcy telewizyjni uruchamiają kolejne serwisy internetowe, które pozwalają na dostęp do ich treści telewizyjnych. Również operatorzy telekomunikacyjni, komórkowi czy kablowi zauważyli potencjał wynikający z telewizji internetowej i uruchamiają takie serwisy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Frasunek, dyrektor Działu Rozwiązań Multimedialnych w Atende Software.

Rozwój telewizji internetowej zmienia sposób konsumpcji i dostępu do treści multimedialnych. Użytkownicy nie tylko konsumują treści i kanały telewizyjne na żywo, w sposób linearny, lecz także mogą świadomie wybierać konkretne materiały, które chcą obejrzeć w danym momencie. Zyskują też dostęp do treści interaktywnych, czego przykładem jest chociażby wypuszczony ostatnio przez Netfliksa serial „Black Mirror: Bandersnatch”, w którym widzowie mają wpływ na przebieg akcji i decyzje głównego bohatera, a ich wybory mogą prowadzić do kilku różnych finałów.

Kolejny ciekawy trend to upowszechnienie platform telewizyjnych nowej generacji. Mam tu na myśli platformy oparte o system Android TV. Jest to system operacyjny stworzony przez Google, który pozwala na bardzo wygodny dostęp do różnych serwisów multimedialnych i telewizji internetowej. Ten system jest już zainstalowany w wielu telewizorach dostępnych na rynku. Wkracza coraz mocniej do oferty operatorów, również komórkowych, którzy będą sprzedawać użytkownikom dekodery wyposażone właśnie w ten system – mówi Przemysław Frasunek.

Ekspert Atende Software podkreśla, że na rozwój internetowej telewizji mocno wpłynie upowszechnienie sieci 5G o przepustowości sięgającej 1 gigabita na sekundę. Taka przepustowość będzie dostępna dla zwykłych użytkowników – co oznacza, że osoby, które są poza zasięgiem sieci światłowodowej, będą mogły korzystać z interaktywnych usług i treści w dokładnie taki sam sposób jak użytkownicy światłowodu.

Dzięki temu upowszechniać się będą dekodery wyposażone w system Android TV i mniejsze znaczenie będą mieć operatorzy tradycyjni, świadczący usługi telewizji kablowej czy satelitarnej. Większe znaczenie będą miały za to właśnie usługi interaktywne – podkreśla Przemysław Frasunek. – Drugi aspekt związany z 5G to upowszechnienie usług interaktywnych, takich jak gry, które w tej chwili są uruchamiane na lokalnym komputerze czy urządzeniu mobilnym. W przyszłości taka gra będzie uruchamiana w chmurze po stronie serwerowej, a my będziemy się bezpośrednio komunikować z tą chmurą i wpływać na przebieg rozgrywki. To będzie całkowita zmiana modelu rozrywki.

Coraz większe przełożenie na telewizję internetową będzie mieć też sztuczna inteligencja, która pozwoli na tworzenie nowych usług i lepsze dopasowywanie treści do profilu konkretnych użytkowników.

– Dzięki sztucznej inteligencji serwery czy dostawcy treści wideo będą mogli automatycznie analizować treść telewizyjną, rozumieć, jakie sceny się pojawiają w danym materiale, jaka jest dynamika i kolorystyka scen, jakie postacie się tam pojawiają. To oznacza, że będą mogli łatwiej i lepiej dostosowywać treści pod indywidualne preferencje użytkownika telewizji internetowej, czyli lepsze rekomendacje, ale także automatyczne targetowanie reklam pod profil użytkownika bądź pod to, co on w danym momencie ogląda – mówi Przemysław Frasunek.

Badanie przeprowadzone w ubiegłym roku przez dom mediowy Mindshare Polska pokazało, że 83 proc. internautów w Polsce ogląda materiały wideo w internecie co najmniej raz w tygodniu, a 40 proc. codziennie lub prawie codziennie. Domeną serwisów VoD są seriale, które przynajmniej raz w tygodniu ogląda 38 proc. użytkowników tych platform (darmowych i płatnych).

Atende Software to polska firma technologiczna dostarczająca oprogramowanie i usługi dla telewizji internetowej od 2007 roku. Jej flagowym rozwiązaniem jest platforma redGalaxy, czyli kompleksowe środowisko umożliwiające publikację treści multimedialnych w internecie. Platforma służy do budowy telewizji internetowej i umożliwia udostępnianie treści o bardzo wysokiej jakości praktycznie nieograniczonej liczbie widzów. Atende Software współpracuje z nadawcami i operatorami telekomunikacyjnymi, jest wiodącym dostawcą oprogramowania dla telewizji internetowych, takich jak Player.pl, Ipla, NC+ czy Play Now.

Połowa trzylatków i 90 proc. nastolatków w Polsce ma próchnicę. Nieleczona może prowadzić do szeregu ciężkich chorób

Połowa trzylatków i 90 proc. nastolatków w Polsce ma próchnicę. Nieleczona może prowadzić do szeregu ciężkich chorób 4

Siedmiu na 10 Polaków ma próchnicę. Wśród nastolatków odsetek ten jest znacznie większy i sięga 90 proc. Sprzyjają temu takie błędy, jak bogata w cukier dieta, podjadanie między posiłkami, niewystarczająca higiena oraz rzadkie wizyty kontrolne u stomatologa. Tymczasem, jak podkreślają eksperci, nieleczone zęby mają wpływ na cały organizm, mogą doprowadzić do cukrzycy, a nawet chorób sercowych czy nowotworowych. Szybko rozpoznaną próchnicę można jednak łatwo wyleczyć.

Najczęstszym stomatologicznym problemem Polaków jest próchnica zębów. Ponad 70 proc. osób w Polsce ma próchnicę, a wśród dzieci już naprawdę bardzo duży odsetek ich choruje. Mimo że świadomość społeczeństwa jest coraz większa, nadal nie potrafimy dobrze dbać o higienę zębów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Witwicka, lekarz stomatolog z Kliniki Den-Med.

Z danych Ogólnopolskiego Monitoringu Zdrowia Jamy Ustnej wynika, że nawet 85 proc. 6-latków ma popsute zęby. Z kolei szacunki resortu zdrowia wskazują, że co drugi trzylatek ma próchnicę, a ponad 90 proc. 18-latków ma ubytki w kilku zębach.

Polacy, mimo coraz większej świadomości własnego zdrowia, nie do końca jeszcze potrafią prawidłowo dbać o higienę jamy ustnej. Często zapominamy, że ząb ma 5 powierzchni, a nie tylko 3, które myjemy. Samo szczotkowanie nie wystarcza, trzeba też czyścić przestrzenie międzyzębowe nicią dentystyczną. Bardzo dużo ludzi albo nie umie jej używać, albo niechętnie po nią sięga. Wszelkiego rodzaju płukanki do jamy ustnej także wspomagają higienę – wskazuje Joanna Witwicka.

Choć większość Polaków wie, jak zapobiegać próchnicy – ograniczyć spożycie cukru, kilka razy dziennie szczotkować zęby, nitkować czy płukać i regularnie odwiedzać dentystę, gorzej jest z praktyką. Dane Ministerstwa Zdrowia wskazują, że tylko 10 proc. Polaków myje zęby częściej niż dwa razy dziennie, a co piąty mieszkaniec dużych miast nie zmienia szczoteczki zgodnie z zaleceniami.

Jak podkreśla stomatolog, próchnica to nie tylko czarne dziurki w zębach, zaniepokoić mogą też inne objawy.

Kiedy pojawia się nadwrażliwość zębów, ból, to wiadomo, że coś niedobrego się dzieje i może być późno na to, żeby uratować ząb. Trzeba będzie go np. leczyć kanałowo. Powinniśmy zwrócić uwagę na nieprzyjemny zapach z ust. Najczęściej jego przyczyną są złogi kamienia nazębnego – wymienia stomatolog.

Problemem jest nie tylko nieprawidłowa higiena jamy ustnej, lecz także dieta bogata w cukier. Jeszcze na początku XX wieku ludzie spożywali 5 kg cukru na osobę w ciągu roku. Wraz z bogaceniem się społeczeństw konsumpcja stale rośnie i dziś wynosi 45 kg rocznie na osobę. Próchnicy mogłyby też zapobiec częstsze wizyty u stomatologa, ale średnio chodzimy tam co 15 miesięcy, zazwyczaj kiedy już pojawia się ból lub krwawienie z dziąseł

Przegląd jamy ustnej u dorosłych powinno się wykonywać raz na pół roku, natomiast u dzieci i młodzieży zalecane jest częstsze pokazywanie się na wizytach u stomatologa, przynajmniej co 4 miesiące. Młode zęby są inaczej zbudowane. Jeżeli próchnica się rozwija, to dzieje się to bardzo szybko. Podczas przeglądu stomatolog bada jamę ustną, a także sprawdza stan zębów. Czasami nie widać próchnicy, a problem jest – podkreśla Joanna Witwicka.

Rynek kredytów konsumenckich i pożyczek szybko rośnie. Rozwój ten niesie ze sobą jednak zagrożenia

0

Rynek kredytów konsumenckich i pożyczek szybko rośnie. Rozwój ten niesie ze sobą jednak zagrożenia 5

Zmienia się profil klienta rynku consumer finance, ewoluuje także sama branża. Rośnie również, i to lawinowo, średnia kwota zadłużenia klientów: tylko w ciągu ostatnich czterech lat zwiększyła się ona trzyipółkrotnie. W obliczu tych zmian banki i firmy pożyczkowe próbują wypracować taki model oceny ryzyka, który uchroni zarówno branżę, jak i klientów przed nadmiernym, trudnym do spłaty zadłużeniem.

Nie mamy pełnych danych na temat sektora pożyczkowego, te dane są jeszcze rozproszone, firmy pożyczkowe raportują do różnych podmiotów, a z kolei KNF, która prowadzi rejestr, nie zbiera tych danych. Widać jednak pewne tendencje. Relacja kredytu konsumenckiego do PKB, która jest bardzo wysoka i która stawia nas w czołówce krajów rozwiniętych, pokazuje, że dosyć chętnie się zadłużamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że na koniec czerwca 2018 roku aktywnych kredytowo było 48,8 proc. dorosłych Polaków. Kredyty konsumpcyjne – zarówno ratalne, jak i gotówkowe – stanowiły 48,6 proc. wszystkich czynnych zobowiązań kredytowych. Było ich 13,81 mln na kwotę do spłaty wynoszącą 163,56 mld zł, co stanowiło 26,9 proc. łącznej wartości kredytów do spłaty.

BIK zwraca przy tym uwagę, że chociaż kredyty mieszkaniowe przeważają w Polsce pod względem wartościowym, to nasycenie tym produktem kredytowym w relacji do PKB wynosi 20,30 proc., co plasuje nas na dalekiej, 21. pozycji na tle innych krajów Unii Europejskiej. Inaczej rzecz się ma z kredytami konsumpcyjnymi (8,9 proc. w relacji do PKB), gdzie wysoka pozycja Polski i czwarte miejsce wśród krajów UE, po Cyprze, Grecji i Bułgarii, oznacza już wysokie nasycenie tego rodzaju kredytami.

– Przeciwdziałanie zjawisku nadmiernego zadłużenia jest złożonym mechanizmem. Z jednej strony na pewno należy wzmacniać ocenę zdolności kredytowej klientów, ale to się również wiąże z pewną transparentnością informacji. Ważne jest, żeby wszystkie firmy pożyczkowe raportowały do baz danych, ponieważ inaczej podmioty nie mają pełnej informacji, czy klient nie ma pożyczek gdzie indziej w sektorze – mówi Agnieszka Wachnicka. – To jest też kwestia pewnych ograniczeń co do liczby i wartości udzielania pożyczek klientom, którzy już te pożyczki mają, jak również ograniczania tempa zadłużania. Klienta, który w krótkim czasie zaciąga wiele pożyczek, również należałoby traktować z pewną ostrożnością.

Podkreśla, że profil klienta consumer finance częściowo ewoluuje. Kilka lat temu klienci dzielili się na typowo bankowych i pożyczkowych, którzy nie uzyskiwali finansowania w bankach. Dzisiaj te dwa sektory się przenikają, sektor pożyczkowy konkuruje z sektorem bankowym i nie finansuje już tylko osób, które próbują spłacać swoje poprzednie długi nowymi, lecz także te, które finansują bieżące potrzeby, np. swoje pasje czy rozwój, zaciągają więc pożyczki na zupełnie inne potrzeby.

Banki próbują wrócić na rynek pożyczek niskokwotowych, które w pewnym momencie stały się domeną firm pożyczkowych, zaś te ostatnie – których może być na rynku nawet około 400 – udzielają kredytów na coraz wyższe kwoty i coraz dłuższy okres. To powoduje jednak, że zarówno liczba, jak i kwota kredytów konsumenckich i pożyczek rośnie, a to stwarza ryzyko przekroczenia progu niewypłacalności przez większą liczbę klientów.

7–8 lat temu to był zupełnie inny rynek. On się profesjonalizuje, firmy podejmują działania w kierunku budowania standardów etycznych, więc można powiedzieć, że ta dojrzałość samoregulacyjna już postępuje – zwraca uwagę prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. – Trzeba pamiętać, że nie wszystkie nieprawidłowości na rynku da się wyeliminować regulacyjnie. Ilekroć będziemy tę dziurę zatykać, tylekroć będą pojawiać się otwory, którymi woda będzie się wylewać i będzie próba obchodzenia regulacji. Dojrzałość i zrozumienie rynku, czym są samoregulacje, dlaczego należy budować długotrwałą relację z klientem, dlaczego należy inwestować w standardy etyczne – to jest podstawa, ale to jest przedmiotem działań samoregulacyjnych.

Zwiększone zapotrzebowanie na kredyty oraz coraz wyższe dochody klientów umożliwiające dostęp do wyższych kwot kredytów sprawiły, że na koniec III kwartału 2018 roku średnie zadłużenie klienta dla kredytów gotówkowych przekraczało 25 tys. zł, a dla pożyczek pozabankowych – 8,5 tys. zł, a to oznacza ponad 3,5-krotny wzrost w ciągu czterech lat. Po finansowanie konsumenckie sięgają zwykle ludzie młodzi, o nieustabilizowanych dochodach, co w razie spadku koniunktury i wzrostu bezrobocia może prowadzić do niemożności spłacania przez nie zobowiązań. Także wejście na rynek pokolenia Z, niepamiętającego świata bez smartfonów, wymusza powstanie nowych modeli obliczających ryzyko, osoby te bowiem oczekują obsługi szybkiej i bezproblemowej, a często nie mają stałych dochodów, o etacie nie wspominając.

DJI: Otwieramy się na bardziej specjalistyczne zastosowania, jak służby specjalne i straż pożarna. Najnowszym trendem są przenośne, składane drony

DJI: Otwieramy się na bardziej specjalistyczne zastosowania, jak służby specjalne i straż pożarna. Najnowszym trendem są przenośne, składane drony 6

Po drony coraz częściej sięgają specjaliści. Policja wykorzystuje je jako narzędzie obserwacyjne, branża filmowa wykorzystuje do kręcenia ujęć z lotu ptaka, a firmy kurierskie prowadzą testy z wykorzystaniem dronów-dostawców. W przyszłości drony mogą się przyczynić także do upowszechnienia internetu na terenach niezurbanizowanych. Na razie najważniejszym trendem na rynku są nieduże, składane drony, które łatwo można przenosić. Według DJI, jednego z największych producentów, technologia rozwija się jednak błyskawicznie.

– Obecnym trendem na rynku dronów jest budowa niewielkich rozmiarów, przenośnych dronów o składanej konstrukcji. Oczywiście wyposażamy te przenośne urządzenia w coraz to nowsze funkcje, ale trudno przewidzieć, jak świat dronów będzie wyglądać za kilka lat – technologia rozwija się w błyskawicznym tempie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Patrick Santucci z DJI.

Drony są coraz mniejsze i coraz bardziej zaawansowane technologicznie. Na ich pokładzie, pomimo coraz mniejszych rozmiarów, znajdują się kamery o coraz wyższej rozdzielczości, ale również specjalne czujniki i wyspecjalizowane kamery, np. termowizyjne. Coraz częściej zatem sięgają po nie użytkownicy profesjonalni. Stały się jednym z podstawowych narzędzi operatorów filmowych, pozwalając niedużym kosztem nagrać ujęcia z lotu ptaka. Sięgają po nie również fotografowie, aby zrobić zdjęcia z nowej, do niedawna niedostępnej perspektywy.

– Widzimy również duże zainteresowanie sektora przedsiębiorstw, straży pożarnej, policji czy inspektorów budowlanych. Takie zastosowania obecnie zyskują na popularności i stanowią dla nas duży rynek zbytu, a osoby działające na nim uświadamiają sobie potencjał drzemiący w dronach – twierdzi Patrick Santucci.

Wkrótce pojazdy te mogą także zostać wykorzystane w roli dostawców – pilotażowe projekty zautomatyzowanych kurierów lotniczych prowadzi m.in. Amazon czy chińska firma z branży e-commerce JD.com. Z kolei Facebook we współpracy z Airbusem planuje stworzyć sieć dronów internetowych Zephyr S, które pozwolą się połączyć z siecią w najbardziej niedostępnych rejonach świata.

Dzięki postępującej miniaturyzacji powstały takie kieszonkowe drony, jak AirSelfie czy mikrodrony FLIR Systems Black Hornet 3 wyposażone w czujniki podczerwieni, które trafiły na wyposażenie francuskiej armii.

– Zawsze staramy się tworzyć produkty, które są coraz lżejsze, bardziej przenośne i bardziej przyjazne dla użytkownika. Wraz z ewolucją i wzrostem popularności tej technologii społeczeństwo się do niej przyzwyczaja i zaznajamia z nią, więc im bardziej jest przyjazna dla użytkownika, tym lepiej – twierdzi Patrick Santucci.

Na przestrzeni ostatnich lat producenci dronów wprowadzali innowacje na dwóch płaszczyznach. W pierwszej kolejności skupiono się na poprawie jakości nagrywanych materiałów wideo, aby quadrocoptery stały się użyteczne w rękach profesjonalistów. Doprowadziło to m.in. do powstania takich konstrukcji jak Mavic 2 Enterprise Dual. To dron wyposażony w dwie kamery rejestrujące obraz w świetle widzialnym oraz podczerwieni.

Największe zmiany zaszły jednak w systemach sterowania. Obok dedykowanych kontrolerów pojawiły się także systemy FPV umożliwiające sterowanie drona z wykorzystaniem gogli VR. Sprzęt ten przechwytuje obraz z kamery i przesyła go bezpośrednio do gogli, umożliwiając precyzyjne sterowanie pojazdem. Firma FatShark postanowiła wykorzystać system FPV do stworzenia symulatora lotu, który oswoi niedoświadczonych pilotów z obsługą drona. Gogle FPV wyposażono w oprogramowanie, które pozwala się przelecieć na wirtualnej maszynie, zanim przejmiemy stery nad prawdziwym dronem.

Z kolei projektanci DJI poszli o krok dalej i zaprojektowali profesjonalny kontroler zintegrowany z dotykowym wyświetlaczem. Sprzęt ten pozwala jednocześnie precyzyjnie sterować pojazdem i widzieć to, co przechwytuje jego kamera, bez konieczności podpinania smartfona do profesjonalnego kontrolera radiowego.

– Wiele osób kupuje specjalny tablet lub telefon, który wykorzystują tylko podczas latania. W tym przypadku mamy pilota zdalnego sterowania z ekranem. Nie potrzeba zatem systemu mocowania i nie musimy podłączać żadnych kabli. To pojedyncze urządzenie z bardzo jasnym ekranem, dzięki czemu możemy latać za dnia i widzieć, gdzie lecimy, a jednocześnie mieć pod kontrolą inne istotne elementy – tłumaczy ekspert DJI.

Firma GoPro z kolei rozpoczęła trend na drony z odczepianym gimbalem. Przenośny stabilizator do kamery można przypiąć do uchwytu w dronie i nagrywać z powietrza ze stabilizacją. Po odczepieniu gimbala, można do niego przymocować kamerę lub smartfona i kręcić płynne filmy także na ziemi. Eksperymentowanie z gimbalami rozpoczęło także DJI.

– Na targach CES 2019 po raz pierwszy prezentujemy ręczną kamerę Osmo Pocket 4K z trójosiowym gimbalem. To wybitnie przenośne urządzenie, które mieści się w kieszeni. Idealne do zabrania ze sobą na wakacje czy nagrania materiału do publikacji w YouTube – przekonuje Patrick Santucci.

Według Market Research Future globalny rynek dronów w najbliższych latach będzie się rozwijał w tempie 20 proc. Szacuje się, że do końca 2023 roku jego wartość wzrośnie do 129 mld dol.

Trwa walka ze szkodliwym promieniowaniem emitowanym przez panele LCD i LED. Na rynku pojawia się coraz więcej nowoczesnych filtrów oraz okularów

Trwa walka ze szkodliwym promieniowaniem emitowanym przez panele LCD i LED. Na rynku pojawia się coraz więcej nowoczesnych filtrów oraz okularów 7

Producenci okularów coraz częściej sięgają po dodatkowe technologie ochrony oczu. Obok powłoki antyrefleksyjnej stosuje się filtry promieniowania UV i niebieskiego światła. Powstały także pierwsze fotochromatyczne szkła kontaktowe, a producenci elektroniki wyposażają urządzenia mobilne w specjalne tryby, które mają redukować zmęczenie oczu podczas długotrwałej pracy z telefonem czy tabletem.

– Technologia UVProtect jest odpowiedzią na zapotrzebowanie, jakie nadal istnieje w zakresie ochrony przed promieniowaniem UV w soczewkach okularowych. Obecnie standardowa ochrona to 380 nm, natomiast UVProtect stosuje ochronę rzędu 400 nm, czyli taką, jakiej faktycznie potrzebujemy. Ochrona jest wbudowana w soczewki okularowe – w materiał, z którego są zbudowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert T. Spirito z Carl Zeiss Vision.

Według Światowej Organizacji Zdrowia skuteczna powłoka powinna odfiltrowywać promieniowanie od długości fali do 400 nm, a do niedawna taki poziom ochrony udało się uzyskać wyłącznie w szkłach przeciwsłonecznych – klasyczne szkła korekcyjne z ochroną 400 nm był zbyt ciemne, aby korzystać z nich na co dzień. Soczewki UVProtect skutecznie rozwiązały ten problem, łącząc w sobie pełną przejrzystość oraz powłokę ochronną zgodną z normami ustalonymi przez WHO.

– Dotychczasowa ochrona pozwalała na przedostawanie się do oczu nawet 40 proc. promieniowania UV. Naszym założeniem było całkowite wyeliminowanie tego problemu i zapewnienie klientom ochrony przed różnymi schorzeniami spowodowanymi długotrwałym narażeniem na działanie promieni UV. Kupując okulary firmy Zeiss, nie trzeba już stosować specjalnych soczewek, nasze produkty standardowo zapewniają taką ochronę – twierdzi Robert T. Spirito.

Najnowszym osiągnięciem w walce ze szkodliwym promieniowaniem ultrafioletowym są szkła kontaktowe Acuvue Oasys, które wyposażono w powłokę fotochromatyczną. Pod wpływem ostrego światła soczewki przyciemniają się, redukując w ten sposób ilość promieniowania UV padających na siatkówkę. Soczewki przeszły co prawda dziesięcioletnie badania kliniczne i zostały dopuszczone do powszechnego użytku, jednak nie zastąpią w pełni okularów przeciwsłonecznych, zapewniających pełną ochronę przed promieniowaniem UV.

IRL Glasses to z kolei okulary przeciwsłoneczne, które dodatkowo odfiltrowują światło emitowane przez panele LCD i LED, przepuszczając jednocześnie większość światła widzialnego. Po ich założeniu w miejscu wyświetlanego obrazu na wyświetlaczu, zobaczymy tylko czarną powierzchnię matrycy. Zamierzeniem twórców jest walka z dużą liczbą reklam, wyświetlanych na telebimach i ekranach LCD np. w galeriach handlowych.

Równie istotnym problemem jest nadmiar światła niebieskiego, jakie przedostaje się do naszych oczu podczas korzystania z cyfrowych wyświetlaczy zbudowanych w oparciu o diody LED. Firma HOYA zaprojektowała soczewki okularowe Blue Control, które odfiltrowują nadmiar niebieskiego światła, redukując tym samym zmęczenie oczu podczas długotrwałej pracy przy komputerze.

Podobne filtry upowszechniły się także w nowoczesnych smartfonach i tabletach – aktywując tryb nocny możemy zmienić temperaturę barwową ekranu, zmniejszając tym samym ekspozycję na niebieskie światło. Powstało nawet zautomatyzowane narzędzie do optymalnego wyświetlania barw na komputerze. Oprogramowanie Iris dobiera temperaturę obrazu do poziomu nasłonecznienia, bazując przy tym na naszej lokalizacji oraz aktualnej godzinie. Pozwala także korzystać z kilku inteligentnych trybów przystosowanych do konkretnych czynności – czytania, programowania czy pracy w środku nocy. 

Firma Zeiss Vision w walce z promieniowaniem poszła o krok dalej i wraz z technologią UVProtect zaprojektowała tablet UV pozwalający na własne oczy przekonać się, jak skuteczną ochronę przed promieniami UV zapewniają okulary.

– Urządzenie wykorzystuje kamerę UV, pozwalając użytkownikom zobaczyć w świetle ultrafioletowym, w jakim stopniu promieniowanie to przenika do ich oczu przez soczewki. Jeśli soczewki wyglądają na ciemne, jak okulary przeciwsłoneczne – wydają się ciemne na ekranie, choć w rzeczywistości są przezroczyste, oznacza to, że ochrona jest prawidłowa. Jeśli soczewki wyglądają na przezroczyste, ochrona jest niewystarczająca – tłumaczy ekspert.

Według analityków Research and Markets wartość globalnego rynku okularów w 2017 roku wyniosła 109 mld dol. Szacuje się, że w 2023 roku wartość branży wyniesie 167 mld dol., a do tego czasu będzie się rozwijać w tempie 7,4 proc. w skali roku.

Jak wygląda zarządzanie zmianą w polskich firmach

Nie da się efektywnie rozwijać przedsiębiorstw, kiedy tylko co piąta wdrażana zmiana w pełni osiąga zakładane cele. Nie można włączyć się w nurt nowoczesnej gospodarki (Przemysł 4.0), kiedy dramatycznie spada poziom wdrażania przedsięwzięć związanych z przeprojektowaniem procesów (spadek z 21% na 10% rok do roku) i wdrożeń technologii (spadek z 53% na 17% r.d.r). Czy przełom nastąpi dzięki częstszemu sięganiu po zwinne zarządzanie (Agile)? Właśnie opublikowano raport z IV Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą. Autorzy przebadali prawie 200 organizacji, w większości dużych firm. To największy tego typu raport w Polsce. Daje też rekomendacje, jak można zwiększyć efektywność wdrażanych przedsięwzięć i innowacji.

Z raportu przygotowanego przez Szkołę Zarządzania Zmianą wynika, że polskie firmy wciąż podejmują wiele ważnych zmian, ale nie osiągają w pełni zakładanych celów (w pełni osiągnięto cele jedynie w 20% przypadków). Z drugiej strony widzimy, że wzrosła liczba przypadków, gdzie korzystano z podejścia lub narzędzi bądź technik zwinnych – mówi Wiesław Grabowski, partner Szkoły Zarządzania Zmianą, trener, coach i konsultant zmian. Moim zdaniem świadczyć to może o tym, że firmy, które zaczęły wprowadzać zwinne podejście, są jeszcze w fazie uczenia i napotkały pewne trudności w przejściu od klasycznych do zwinnych sposobów działania, a te stosujące dotychczasowe metodyki nie poprawiły swoich osiągnięć.

Co firmy zmieniają i dlaczego? Kto kieruje zmianami?

Największa liczba respondentów – niemal 40% – wskazała, że głównym celem zmian była zmiana strategii – ten cel był na najwyższym stopniu podium również w ubiegłym roku. Ponad 1/3 wdrażanych zmian dotyczyło zmiany struktury organizacyjnej i niemal tyle samo miało na celu zmianę kultury organizacyjnej. Co czwarta opisywana zmiana była związana z redukcją kosztów. 75% wszystkich zmian trwało nie dłużej niż 12 miesięcy. Podobnie jak przed rokiem krótsze zmiany (trwające do 6 miesięcy) kończyły się najczęściej sukcesem.

Prawie 2/3 zmian było kierowanych zespołowo – przez koalicję liderów, ale liczba zmian zarządzanych zespołowo zmniejszyła się w porównaniu z rokiem poprzednim o ponad 10%. Zmiany w organizacji były najczęściej kierowane przez zespół projektowy złożony z menedżerów (26%) lub zespół projektowy złożony menedżerów i pracowników (23%). Co niepokojące, pomimo tego, że zespoły złożone z menedżerów i pracowników były wyraźnie skuteczniejsze, nie wzrasta liczba tak kierowanych zmian.

Wykazujmy się odwagą menedżerską i zapraszajmy pracowników liniowych do współpracy. Zwiększy to zaangażowanie pracowników w zmianę oraz pozwoli szybko otrzymywać informacje zwrotne od bezpośrednich odbiorców zmian i stosownie do nich reagować – mówi dr Jarosław Rubin, założyciel Szkoły Zarządzania Zmianą, konsultant procesów zmian w firmach.

Z jakim efektem wdrażano zmiany? Jaka branża radziła sobie najlepiej

Tylko 20% respondentów stwierdziło, że rozpatrywana zmiana osiągnęła w pełni zakładane cele. Inaczej mówiąc 80% zmian wprowadzanych w polskich organizacjach nie osiągnęło celów na poziomie w pełni zadowalającym inicjatorów zmian.

Lepiej od średniej radziła sobie z wdrażaniem zmian branża finansowa (banki, firmy ubezpieczeniowe oraz usługi finansowe), gdzie poziom realizacji celów sięgnął 29%. Na drugim końcu stawki znalazły się branża przemysłowa ze skutecznością 9% i IT – 13%.

Ubiegłoroczny lider efektywności dostał wyraźnej zadyszki – respondenci z branży produkcji przemysłowej surowo ocenili poziom sukcesu zmian w branży (9% w br. vs. 48% przed rokiem). Czy jest to ostrzeżenie w obliczu wyzwań Gospodarki 4.0?

Wyniki badań 2019 można uznać za wyjątkowo zaskakujące – komentuje dr Jarosław Ignacy, adiunkt Katedry Zarządzania Strategicznego UE we Wrocławiu i konsultant. Nastąpiło bowiem wyraźne pogorszenie sytuacji przedsiębiorstw i był to największy spadek w historii badań. Zmiany strategii, choć coraz bardziej potrzebne, stają się coraz trudniejsze. W tym zakresie w latach 2016-2019 następują niekorzystne zmiany. Pełny sukces w zmianie strategii w 2019 deklaruje już tylko 16% firm i odsetek ten systematycznie spada od początku badania (28%).

Pozostaje ucieczka do przodu!

Czasem trzeba zrobić krok do tyłu by potem móc postawić dwa do przodu. Tak chciałoby się myśleć patrząc na tegoroczne wyniki badania –komentuje wyniki Marek Naumiuk, partner Szkoły Zarządzania Zmianą, trener, konsultant, interim manager. Pojawiają się sygnały budzące nadzieję – Metodyki zwinne (Agile, Scrum, Design Thinking) pojawiają się w coraz większej liczbie procesów zmian, ale efekty ich stosowania nie są jeszcze satysfakcjonujące. Zwinne metodyki, uwzględniające, że zmiana składa się z cykli diagnozy, planowania działań, działania i przeglądu efektów, i zakładające posługiwanie się eksperymentem w celu sprawdzania pomysłów w praktyce, przekonują do siebie coraz większą liczbę zarządzających zmianami (około 50%).

Wybierając metodykę warto poznać ją (przeszkolić się), wypróbować ją w praktyce i ewentualnie zmienić w przypadku braku powodzenia (rezultaty badania pokazują, że koncentracja na jednej metodyce nie jest gwarancją sukcesu) – mówi dr Jarosław Rubin.

Jak przed rokiem, najczęściej wykorzystywanym narzędziem komunikacji było spotkanie informacyjne menedżerów liniowych z podwładnymi, ale najskuteczniejszym narzędziem komunikacji okazała się tablica Kanban, wykorzystywana w co piątej organizacji wdrażającej zmianę.

Po raz kolejny najczęściej, bo w 80% przypadków, wykorzystywanym narzędziem budowy zaangażowania jest danie możliwości pracownikom wyrażenia swojej opinii dotyczącej wdrażanej zmiany. To bardzo cieszy, że jest to dostrzegane przez większość liderów zmian – zauważa Wiesław Grabowski. Z drugiej strony, spośród tych, którzy z niego skorzystali tylko 44% respondentów stwierdziło, że odniosło sukces. Istotne jest więc nie tylko zbieranie informacji zwrotnych, ale jej wykorzystanie, czyli podjęcie działań korygujących.

Co ma (może mieć) największy negatywny wpływ na wdrażanie zmiany? Ankietowani najczęściej wskazywali sabotowanie procesu zmian przez niektórych pracowników (ponad 60%).

Jakie czynniki miały najsilniejszy pozytywny wpływ na proces przeprowadzania zmiany? Tu ankietowani wskazywali przede wszystkim na zaangażowanie pracowników w proces zmian (80%) oraz pracę zespołową (79%).

Odpowiedź na pytanie: jak zwiększyć efektywność zarządzania zmianą, nie jest oczywista. Wyniki i wnioski z IV Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą dowodzą, że bez radykalnych zmian w zarządzanie zmianą w Polsce trudno będzie podejmować wyzwania stojące przed firmami.

* Raport powstał na bazie IV Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą, przeprowadzonego w listopadzie i grudniu 2018 r. przez Szkołę Zarządzania Zmianą. W badaniu wzięło udział 180 respondentów. Co czwarty z respondentów należał do kadry zarządzającej organizacją, a niemal 40% kierowało wdrożeniem opisywanej zmiany.

Skycop: europejskie linie lotnicze nie ujawniły w sprawozdaniach finansowych ponad 5 mld euro odszkodowań

Wraz ze zbliżającym się końcem roku podatkowego linie lotnicze, podobnie jak wszystkie przedsiębiorstwa, sporządzają sprawozdania finansowe. Przewoźnicy bardzo chętnie raportują swoje zyski operacyjne, ale liczby często nie pokazują całej prawdy.

Linie lotnicze, jeśli tylko mogą ukryć temat odszkodowań za opóźnione i odwołane loty, zrobią to! Nie inaczej jest w przypadku raportów okresowych. Eksperci Skycop zdali sobie sprawę, że audytorzy nie biorą pod uwagę nieuregulowanych roszczeń, badając sprawozdania finansowe. Skycop apeluje do audytorów, jako autorytetów w zakresie kontroli, aby zapewnili, że linie lotnicze ujawnią pominięte rekompensaty w swoich bilansach.

W sprawozdawczości nieuregulowane roszczenia powinny być uwzględnione w pasywach i wpisane do rezerwy. Analiza wskazuje, że przewoźnicy unikają wykazywania tych elementów w swoich raportach. Taką praktykę stosuje nie tylko rodzimy LOT, ale również rynkowi giganci m.in. Lufthansa czy AirFrnace. Jeśli nie zostaną utworzone rezerwy na odszkodowania dla pasażerów, to ma to ogromny wpływ na zysk netto. Inwestorzy są wówczas narażeni na poważne ryzyko: te nieścisłe informacje finansowe nie przedstawiają pełnego obrazu sytuacji spółki, a tym samym utrudniają dokonanie rzetelnej oceny jej kondycji finansowej.

„Łączna kwota rekompensat ma istotne znaczenie dla sprawozdawczości finansowej i musi być wykazywana w raportach. Niestety ma ona znaczący wpływ na wynik finansowy netto, dlatego jej wykazywanie jest pomocne w identyfikacji i ograniczeniu ryzyka, planowaniu przepływów pieniężnych oraz skutecznym podejmowaniu decyzji, aby zapobiec katastrofalnym załamaniom, takim jak Monarch i Alitalia w 2017 r. lub Primera, Cobalt i Small Planet Airlines w 2018 r.”, skomentował Jurgis Petrosius, współzałożyciel Skycop.

Najwyższy czas, aby linie lotnicze zaczęły rzetelnie raportować roszczenia z tytułu zakłócenia lotu, a także aby audytorzy podnieśli standardy sprawozdawczości finansowej i wymagania dotyczące rachunkowości linii lotniczych. Nie można dłużej chować trupa w szafie – inwestorzy i udziałowcy mają prawo znać przejrzyste i jednoznaczne informacje na temat kondycji spółek.

Przedsiębiorcy prosząc ZUS o rozłożenie składek na raty, muszą się liczyć z absurdalnymi żądaniami

W trudnych sytuacjach przedsiębiorcy mogą ubiegać się o rozłożenie na raty płatności składek. Muszą jednak przedstawić dowody uzasadniające wniosek, jak np. dane o kondycji finansowej. Wszystko to wygląda na proste, jednak schody zaczynają się, gdy urzędnik zażąda niemożliwego, np. bilansu za rok, który jeszcze trwa. Firmy kończące rok obrotowy zazwyczaj 31 grudnia mają obowiązek stworzenia takiego dokumentu do 31 marca następnego roku. Jeśli ubezpieczyciel oczekuje jego przedstawienia przed tym czasem, powinny się bronić, pytając o to, jakich konkretnych danych oczekuje organ. Zwykle są to elementy rocznego podsumowania, jak wyciągi z konta bankowego za ostatnie 3-6 miesięcy, informacje o działaniach komorniczych, posiadanych nieruchomościach czy kredytach. Natomiast odmowa ujawnienia danych może skutkować negatywną decyzją urzędu.

Nieistniejące dokumenty

Przedsiębiorca (sp. z o.o.) jeszcze w ubiegłym roku zwrócił się do ZUS-u o rozłożenie zaległych składek na raty. Urzędnik wówczas poprosił o sprawozdania z przepływów pieniężnych za lata 2015-2017 i bieżących. Jednocześnie oczekiwał bilansu oraz rachunku zysków i strat za rok 2018, czyli dokumentów nieistniejących przed zakończeniem tego okresu. Adwokat Anna Borysewicz przypuszcza, że organ mógł w ten sposób szukać pretekstu, by nie uwzględnić wniosku dłużnika, powołując się na niemożność oceny jego predyspozycji płatniczych koniecznych w świetle ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.

– Każdy wniosek o udzielenie ulgi w spłacie należności rozpatrywany jest indywidualnie, dlatego bez poznania stanu faktycznego tej sprawy nie można ocenić działań oddziału ZUS, także w przypadku dotyczącym tego przedsiębiorcy. Z pewnością jednak, pełniejsza wiedza na temat aktualnego stanu finansowego wnioskodawcy umożliwia lepsze dopasowanie harmonogramu spłaty zadłużenia do konkretnego przypadku – komentuje Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Z kolei Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z kancelarii Ars AEQUI, sądzi, że być może pracownik w tej sprawie nie zapoznał się z regulacją ustawy o rachunkowości, dotyczącej zakresu sporządzanej dokumentacji oraz terminów jej przygotowania. I dodaje, że w sytuacji, kiedy organ będzie oczekiwał nieistniejącego bilansu, żądanie tego rodzaju dokumentu może świadczyć co najmniej o niezapoznaniu się z przedłożonym materiałem. Jest to możliwe szczególnie, jeśli przedstawiono inne dowody obrazujące aktualną sytuację finansową podmiotu. Ekspert podkreśla też, że każdą sprawę należy oceniać indywidualnie.

– Co do zasady, wniosek spółki zobowiązanej do przygotowywania sprawozdań finansowych, zgodnie z ustawą o rachunkowości, powinien zawierać takie dokumenty za trzy ostatnie lata obrotowe. W przypadku złożenia go przed terminem przygotowania raportu za poprzedni rok, np. w styczniu 2019 roku, powinny to być sprawozdania za lata 2015-2017. W celu pełniejszej oceny wniosku oddział może poprosić również o wstępny i niezatwierdzony przez biegłego rewidenta bilans za cały 2018 rok lub za jego pierwsze półrocze – twierdzi Wojciech Andrusiewicz.

Jak wskazuje Marek Niczyporuk, w bilansie wykazuje się stany aktywów i pasywów na dzień kończący bieżący i poprzedni rok obrotowy. Aktualne dane w tym zakresie z pewnością pozwolą pracownikowi organu dokonać analizy możliwości płatniczych dłużnika. Są to np. środki pieniężne w kasie i na rachunkach bankowych, wykaz środków trwałych, należności i zobowiązań czy zapasy magazynowe. Dodatkowo taki raport zawiera informacje zagregowane, co ułatwia przyszłą analizę, bowiem wyklucza konieczność przeglądania szeregu odrębnych dokumentów spółki.

–  ZUS chce ocenić możliwości płatnicze dłużnika, czyli to, czy faktycznie będzie on w stanie terminowo wywiązywać się z ewentualnie zawartego układu ratalnego. A ze sprawozdania finansowego wynika m.in. to, czy posiada on różnego rodzaju zobowiązania oraz jakie są składniki jego majątku. Może być np. właścicielem nieruchomości – wyjaśnia adwokat Borysewicz.

Sposób na kłopoty

Problemy czekają tych przedsiębiorców, którzy nie będą chcieli złożyć przygotowywanych obowiązkowo dokumentów finansowych (ustawa o rachunkowości). Rzecznik ZUS-u podkreśla, że ich wnioski podlegają również badaniu pod kątem przepisów z zakresu pomocy publicznej. W tym kontekście odmowa uniemożliwia ocenę sytuacji spółki przez oddział i może się wiązać się z negatywną decyzją dla przedsiębiorcy.

– Firmy muszą mieć świadomość, że organ nie będzie mógł wydać pozytywnego rozstrzygnięcia, jeśli nie pozna ich aktualnej sytuacji finansowej. Jednocześnie warto, by zdawali sobie sprawę z tego, że żądania ZUS-u muszą być zgodne z prawem. Dlatego organ nie może oczekiwać sporządzenia bilansu, ale wolno mu wymagać przedłożenia dokumentów i przekazania informacji, które zazwyczaj stanowią jego podstawę, jak ewidencja środków trwałych, wyciągi z rachunku bankowego czy informacja o stanie środków w kasie – przekonuje ekspert z kancelarii Ars AEQUI.

Zdaniem mecenas Anny Borysewicz, dłużnicy (spółki z o.o.) w takich sprawach mogą czuć się postawieni pod ścianą. Z jednej strony, skoro zależy im na uwzględnieniu wniosku, to powinni przedłożyć wszystkie żądane przez ZUS dokumenty, aby zwiększyć szanse na jego pozytywne rozpatrzenie, a z drugiej – nie muszą ich posiadać, ponieważ nie upłynął jeszcze ustawowy termin sporządzenia sprawozdania finansowego za ten okres. Trzeba to uzasadnić – jeśli dzień bilansowy wypada 31 grudnia, to spółka ma czas do 31 marca na sporządzenie takiego dokumentu.

– W takiej sytuacji należy prowadzić dialog z urzędem, by poznać rzeczywiste intencje dotyczące informacji, które chce pozyskać. Warto zapytać, jakie konkretnie szczegóły go interesują. Może się okazać, że dla rozstrzygnięcia sprawy potrzebna jest tylko część danych z bilansu. Należy też wnioskować o wskazanie na piśmie wymaganych dokumentów oraz zaproponować pisemną formę składania wyjaśnień i przedkładania dowodów. Formalizm może spowodować, że ZUS z większą uwagą i ostrożnością będzie formułował dalsze swoje żądania – uważa radca prawny i doradca podatkowy Marek Niczyporuk.

Natomiast adwokat Anna Borysewicz proponuje, jako sposób na udowodnienie sytuacji finansowej spółki, przedłożenie dokumentów np. z 2 lat poprzedzających wystąpienie z wnioskiem. Pomocne może być też wykazanie słabszej kondycji w roku 2018 (np. wyciąg z firmowego rachunku bankowego za ostatnie 3-6 miesięcy), przedstawienie umowy kredytu czy informacji od komornika o wszczęciu przeciwko spółce egzekucji. Warto też przedstawić zaległości firmy oraz składniki jej majątku na koniec wcześniejszego roku.

Nowa edycja badań rynku zakupów w sieci – Barometr E-shopper 2018

Badanie DPDgroup Barometr E-shopper 2018, przeprowadzone przez instytut badawczy Kantar TNS na próbie niemal 25 tys. internautów w 21 krajach Europy, potwierdziły dotychczasowe tendencje rynkowe. Zwiększa się odsetek konsumentów, którzy dokonali zakupów w zagranicznych e-sklepach. Na znaczeniu zyskują także smartfony, które stają się coraz popularniejszym narzędziem służącym do zakupów w sieci. W zestawieniu z ubiegłorocznym badaniem podwoił się odsetek zwrotów. Prawie trzy czwarte e-konsumentów chce wiedzieć już w momencie dokonywania zakupów w sieci, która firma kurierska doręczy przesyłkę.

Jean-Claude Sonet, Marketing Director, DPDgroup
Jean-Claude Sonet, Marketing Director, DPDgroup

– Już po raz trzeci prezentujemy raport dotyczący najnowszych trendów na europejskim rynku e-commerce, Barometr E-shopper 2018. Oprócz dalszego wzrostu udziału zakupów międzynarodowych i znaczenia m-commerce zaobserwowaliśmy powstanie kolejnego segmentu wśród konsumentów, jakim są nowi nabywcy, czyli osoby, które rozpoczęły swoją przygodę z zakupami online nie wcześniej niż dwa lata temu. 

Raport pokazuje również zachowania i oczekiwania e-nabywców, takie jak obawy o bezpieczeństwo dokonywanych płatności i ochrony danych. Konsumentom zależy na możliwości dokonywania łatwych zwrotów. Chcą także wiedzieć już w momencie dokonywania zakupów, jaką firmą kurierską zostanie wysłane ich zamówienie  – mówi Jean-Claude Sonet, Dyrektor ds. marketingu, DPDgroup.

Najważniejsze wnioski:

  • Nowi nabywcy są wymagający. 15 proc. e-nabywców zaczęło dokonywać zakupów online nie dalej niż dwa lata temu. Jest to stosunkowo niewielka, lecz dość znacząca grupa. Nowi nabywcy mają wyższe wymagania niż osoby kupujące w sieci od dłuższego czasu, m.in. oczekują łatwego procesu zakupowego. Wykazują również dużą aktywność w mediach społecznościowych, cenią sobie programy lojalnościowe i możliwość prostego zwrotu towarów. Wyrażają oni obawy dotyczące bezpieczeństwa płatności i danych osobowych. Prawie połowa z nich to duzi nabywcy, dlatego z punktu widzenia e-sklepów jest to ważna grupa konsumentów.
  • Częste porzucanie koszyka zakupów oraz rosnący odsetek zwrotów. 90 proc. kupujących w sieci przerywa składanie zamówienia przed sfinalizowaniem transakcji, ale aż 41 proc. powraca do koszyka zakupów, aby je dokończyć. W zestawieniu z ubiegłym rokiem podwoił się również odsetek zwrotów: z 5 do 10 proc.
  • Dalszy rozwój zakupów w zagranicznych sklepach online. Około 58 proc. e-nabywców dokonywało już zakupów na zagranicznych stronach internetowych, co stanowi wzrost o 6 p.p. w porównaniu z 2016 r. Średnio jedne na pięć zakupów w sieci dokonywanych jest w zagranicznym e-sklepie, najczęściej w serwisach z krajów ościennych lub w Chinach. E-nabywcy poszukują w ten sposób marek lub ofert niedostępnych na rodzimym rynku. Jedna trzecia internautów dopiero planuje rozpoczęcie zakupów na zagranicznych stronach internetowych.
  • Stały wzrost m-commerce. 46 proc. e-nabywców kupuje online przy użyciu smartfona, co w porównaniu z 2016 r. stanowi wzrost o 11 p.p. Ze smartfonów coraz częściej korzystają duzi nabywcy i milenialsi, których aktywność w mediach społecznościowych jest najwyższa w historii. Technologia mobilna oferuje e-sklepom niemal nieograniczone możliwości – od tworzenia aplikacji i responsywnych stron internetowych, poprzez kreowanie i podtrzymywanie pozytywnego wizerunku online aż po inwestowanie w kampanie reklamowe w mediach społecznościowych.
  • Podczas e-zakupów ważne okazuje się, kto doręczy przesyłkę. 72% e-nabywców już w momencie składania zamówienia chce wiedzieć, która firma kurierska je dostarczy. Umożliwienie konsumentowi wyboru firmy doręczającej może mieć wpływ na decyzję o sfinalizowaniu zakupu.

W Polsce wyraźnie wzrósł odsetek internautów, którzy dokonali zakupów w zagranicznych e-sklepach, i wynosi obecnie 52 proc. Cały czas jest to liczba nieco niższa od średniej europejskiej, co jest spowodowane pojemnym i dobrze rozwiniętym rynkiem wewnętrznym. Zwiększa się także udział urządzeń mobilnych w e-zakupach. Wynosi on aktualnie 44 proc., co stanowi wzrost w stosunku do 2017 r. o 6 p.p. Aż 38 proc. polskich e-konsumentów deklaruje, że czuje się uspokojonych, wiedząc, która firma kurierska doręczy zamówienia, a 81 proc. chce wiedzieć, z której firmy kurierskiej może skorzystać robiąc zakupy w danym e-sklepie.

***

O badaniu Barometr E-shopper 2018

Tegoroczne badanie Barometr E-shopper DPDgroup przeprowadzila firma Kantar TNS w dniach 30 maja – 12 lipca 2018 r. Badanie  przeprowadzono online na próbie prawie 24,5 tys. internautów z 21 krajów europejskich: Austrii, Belgii, Chorwacji, Czech, Estonii, Francji, Niemiec, Węgier, Irlandii, Łotwy, Włoch, Litwy, Holandii, Polski, Portugalii, Rumunii, Słowacji, Słowenii, Hiszpanii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii.

Badaniem objęto wyłącznie respondentów powyżej 18 roku życia, którzy od stycznia 2018 r. złożyli i otrzymali co najmniej jedno zamówienie online.

91% pracowników biurowych cierpi na syndrom wypalenia zawodowego

Badania opracowane dla firmy Staples są alarmujące. Wskazują wyraźnie, że pracownicy biurowi są bardzo zdeterminowani, aby opuszczać dotychczasowe miejsca pracy, w których nie czują się najlepiej, ale jednocześnie ciągle tkwią w martwym punkcie.

  • 91% zatrudnionych jest sfrustrowanych w pracy
  • 84% chce zmienić pracę, 12% myśli o tym właściwie bez przerwy
  • 44% ucieka przed pracą do… toalet
  • 34% z nich bardzo szybko ponownie odczuwa frustrację, kiedy uda im się w końcu zmienić pracę

Najnowszy raport przygotowany na zlecenie firmy Staples wskazuje, że pracownicy w Europie cierpią na syndrom wypalenia zawodowego. Aż 91% z nich jest sfrustrowanych z powodu otoczenia, w jakim przychodzi im pracować. Czują wielką potrzebę ucieczki ze swojego miejsca pracy. Wśród tych, którzy nie potrafią dłużej przebywać w swoim środowisku pracy, jeden na pięciu przegląda ogłoszenia na LinkedIn, a 44% ukrywa się w toalecie.

Częstotliwość zmiany miejsca pracy rośnie. Badania pokazują, że osoby pomiędzy 18 a 48 rokiem życia będą pracować w średnio 11,7 miejscach pracy w ciągu swojego życia zawodowego. “Trawa po drugiej stronie jest bardziej zielona” – taką zasadą kierują się ci, którzy decydują się na taką zmianę. Kiedy wreszcie im się uda – są zadowoleni, ale zwykle bardzo krótko, bo aż 34% pracowników ponownie czuje frustrację w ciągu pół roku od momentu zatrudnienia w nowym miejscu.

Badania wskazują także ogromną współzależność pomiędzy środowiskiem pracy a pracującymi tam osobami oraz chęcią pozostania w nim lub nie. 73% zatrudnionych w biurze uważa, że dobrze funkcjonujące oraz przyjazne otoczenie w pracy ma duży wpływ na to, czy decydują się oni na długoterminowy związek z firmą.

Znaczna większość, bo aż 84% pracowników, szuka spełniania się w pracy, a dla zdecydowanej większości (76%) jakość otoczenia ma kluczowe znaczenie dla ich poczucia satysfakcji. Badania dowodzą, że w tym poszukiwaniu zmian zbyt wiele jest miejsc pracy, które nie są po prostu w stanie spełnić tych oczekiwań.

Profesor Sir Cary Cooper, ekspert w dziedzinie psychologii pracy przy Alliance Manchester Business School tak komentuje badania – Większość ludzi spędza więcej czasu w pracy, niż w swoim domu, dlatego biuro jest dla nich naprawdę ważne: dla zdrowia, dobrego samopoczucia oraz wydajności. Jak pokazują badania, aż 84% pracowników oczekuje spełnienia w pracy, natomiast otoczenie w firmie skutecznie na to nie pozwala. Na poczucie satysfakcji znaczący wpływ ma to, jak jesteś zarządzany – czy szef Cię chwali i nagradza, czy krytykuje. Rozsądne oraz elastyczne godziny pracy oraz wysoka jakość otoczenia biura również wpływają na poziom zadowolenia. Wystrój biura jest bardzo istotny nie tylko ze względu na to, że może spowodować odczucie spełnienia w pracy, ale także ze względu na przekaz, który pracodawca kieruje do pracownika: “Dbam o Ciebie”.

Piotr Kiszkis, Prezes Zarządu z firmy Staples, która zleciła badanie, komentuje je tak: Wynika z niego jednoznacznie – biuro ma zasadniczy wpływ na to, jak czujemy się w pracy. Stworzenie pozytywnego otoczenia, czyli: odpowiedniej jakości sprzęt, przyjazny układ biura, odpowiednie zaopatrzenie w dłuższej perspektywie mogą zredukować uprzedzenie co do miejsca pracy. Oczywiście nie można powiedzieć wprost, że nowe krzesło będzie receptą na to, by pracownik czuł się spełniony. To byłoby zbyt proste. Jest to jednak dobry początek do uczynienia środowiska znacznie lepszym. Trzymanie starych i niesprawnych rupieci “na dzień dobry” powoduje frustrację u pracownika. Nie ma się więc co dziwić, że ci zaczynają szukać alternatywy.

Komplet wyników badań przeprowadzonych na zlecenie firmy Staples dostępny jest na stronie: www.staples.pl/kiedy-przestrzen-dziala-wszystko-dziala, pod nazwą: “Wypalenie zawodowe – pracownicy biurowi w Europie na skraju wyczerpania”.

Kres dyktatora. Od przewrotu w Wenezueli mogą dzielić nas godziny

Chociaż zaledwie dwa tygodnie temu wenezuelski prezydent Nicolas Maduro został zaprzysiężony na drugą sześcioletnią kadencję, rośnie szansa, że kryzys gospodarczy, presja społeczności międzynarodowej oraz masowe protesty zmuszą go do rezygnacji. Niewykluczone, że ten proces mogą rozpocząć zaplanowane na najbliższe godziny ogólnokrajowe demonstracje – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Każdego dnia kryzys ekonomiczny w Wenezueli się pogłębia. Z powodu spadającego wydobycia ropy naftowej i całkowitego uzależnienia gospodarki od eksportu tego surowca w kraju brakuje dosłownie wszystkiego. Nie ma żywności ani też pieniędzy na jej sprowadzenie z zagranicy, a nacjonalizacja gospodarstw rolnych, przestępczość i korupcja powodują, że podstawowe produkty nie trafiają do konsumentów.

Opieka zdrowotna praktycznie zamarła. Lekarze nie mogą wykonywać zabiegów ze względu na braki w dostawie wody czy elektryczności. Nie są przeprowadzane dializy, a osoby przewlekle chore umierają, tracąc dostęp do leków. Opozycyjni parlamentarzyści szacują, że nawet 11 tys. niemowląt zmarło ze względu na zapaść służby zdrowia.

Tylko przez pierwsze trzy tygodnie 2019 r. lokalna waluta straciła do dolara 75 proc. wartości, a od szumnie wprowadzonej reformy w drugiej połowie sierpnia i powiązania boliwara z kryptowalutą – aż 98 proc. Inflacja w kraju, obliczana na podstawie kursu walutowego to kilkaset tys. proc., a za minimalne miesięczne wynagrodzenie można kupić zaledwie 10 bochenków chleba, gdy ktoś nie załapie się na reglamentowaną i dotowaną żywność od państwa.

Ucieknie jedna czwarta obywateli

Przy braku środków do życia nie jest zaskoczeniem, że Wenezuelczycy masowo emigrują. Według danych ONZ głównie do ościennych krajów, wyjechało ok. 3 mln obywateli, czyli 10 proc. społeczeństwa. To jednak może nie być koniec powszechnej ucieczki upadającej Boliwariańskiej Republiki.

Według analizy znaczącego think-tanku Brookings Institution („How many more migrants and refugees can we expect out of Venezuela”) przy obecnym poziomie cen ropy naftowej i jej rekordowo niskim eksporcie z Wenezueli oraz narzuconych przez władzę ograniczeniach w przekazach pieniężnych i pomocy zagranicznej nawet jedna czwarta obywateli (ok. 8,2 mln) może zostać zmuszona do ucieczki. Tragedia Wenezuelczyków, w ocenie Brookings Institution, mogłaby finalnie przekroczyć rozmiary kryzysu humanitarnego w Syrii.

Szansa dla Wenezueli w rocznicę obalenia wojskowej dyktatury

Rozbita przez aresztowania i ofiary wcześniejszych protestów, a także wewnętrzne spory opozycja w ostatnich dniach dostała szansę na odrodzenie się i obalenie reżimu. Ma ona poparcie ze strony większości latynoamerykańskich krajów (Grupa z Limy), a jej lider Juan Guaido został przewodniczącym nieuznawanego przez ekipę Maduro Kongresu.

Opozycja zaczyna także działać w szeregach wojskowych. Kilka dni temu 27 przedstawicieli Gwardii Narodowej wypowiedziało posłuszeństwo prezydentowi i poparło opozycję. Mimo ich późniejszego aresztowania pokazuje to rosnące niezadowolenie w armii.

Niezwykle ważnym sygnałem dla opozycji i prawdopodobnie realnym wsparciem przy hipotetycznym przejęciu przez nią władzy było wtorkowe wystąpienie wiceprezydenta USA. Mike Pence, który w zeszłym miesiącu rozmawiał przez telefon z Guaido, zaoferował poparcie Stanów Zjednoczonych dla demokratycznie wybranej opozycji.

Dodatkowo Pence w artykule „Venezuela, America Stands With You (Wenezuelo, Ameryka jest z Wami)” opublikowanym na łamach „The Wall Street Journal” zachęcał do „marszu po wolność i demokrację”, przypominając, że ponad 60 lat temu właśnie 23 stycznia Wenezuelczycy obalili wojskową dyktaturę.

Silne wsparcie zewnętrzne i nowy wyrazisty lider opozycji dają nadzieję, że zmiana władzy w Wenezueli nastąpi tak szybko, jak to możliwe i w sposób jak najbardziej pokojowy. Pojawia się niepowtarzalna szansa na zakończenie kryzysu humanitarnego i ekonomicznego, który pochłonął tysiące ofiar, miliony zmusił do emigracji, a praktycznie wszystkich Wenezuelczyków pozbawił środków do życia. Pierwszym krokiem do społecznej i gospodarczej odbudowy kraju jest odsunięcie od władzy prezydenta Maduro, co przy sprzyjających okolicznościach może nastąpić nawet w najbliższych godzinach.

Stanowisko ZPP ws. projektu ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary i zmianie niektórych ustaw z 21 grudnia 2018 rok

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców złożył już w toku konsultacji społecznych stanowisko do pierwotnego tekstu omawianego projektu. Opinia Związku była rzecz jasna negatywna – podobnie, jak w zasadzie wszystkich innych organizacji pracodawców, które zdecydowały się wziąć udział w konsultacjach. W toku dalszych prac projekt był wielokrotnie modyfikowany, co nie powinno dziwić, zważywszy na krytyczne opinie na jego temat, zgłaszane choćby przez Sąd Najwyższy, który zwracał na potencjalną niezgodność z konstytucją niektórych przepisów zawartych we wcześniejszych wersjach projektu. Na końcowym etapie procesu legislacyjnego próbowano dodatkowo włączyć do treści aktu przepisy umożliwiające karanie członków rad nadzorczych i komisji rewizyjnych za niedopełnienie obowiązków służbowych, choćby było to nieumyślne. Ostatecznie z propozycji wycofano się, jednak taki sposób procedowania ustawy zasługuje na zdecydowaną krytykę, szczególnie z punktu widzenia zasady bezpieczeństwa prawnego, jak i swoistego dobra, jakim jest stabilność otoczenia regulacyjnego dla przedsiębiorców w Polsce.

Niezależnie od faktu, że projekt zmieniano w kolejnych wersjach już wielokrotnie, generalna jego ocena pozostaje negatywna. Nie ulega wątpliwości, że cel, jaki postawił sobie projektodawca, tj. skuteczniejsze zwalczanie przestępczości gospodarczej i ściganie nieuczciwych podmiotów, jest ze wszech miar słuszny. Jest to oczywiste nie tylko z punktu widzenia podstawowych interesów państwa (mierzonych nie tylko wielkością wpływów do budżetu, choć stanowią one istotny ich składnik), lecz również z perspektywy funkcjonujących legalnie uczestników rynku, dla których działający bezkarnie przestępcy stanowią nieuczciwą konkurencję. Niestety, najbardziej aktualna wersja projektu przewiduje wprowadzenie do porządku prawnego narzędzi nieproporcjonalnych, których zastosowanie może znacznie wykraczać poza zakres koniecznej walki z nadużyciami gospodarczymi. Podstawową zasadą powinno być bowiem karanie takich podmiotów, które zostały – za zgodą lub wiedzą właścicieli – wykorzystane do przestępstwa, czy też wręcz stworzone bezpośrednio w celu dokonywania przestępstw. Projekt zakłada jednak odpowiedzialność podmiotów zbiorowych w przypadku, w którym czyn zabroniony dokonany zostaje wskutek działania lub zaniechania jej organu – bez przesłanki umyślności (została ona przewidziana tylko w przypadku działań lub zaniechań członków organu).

Co więcej, podmioty zbiorowe, na mocy nowych przepisów, będą na podstawie art. 6 ustawy, odpowiadały również za czyny zabronione popełnione przez szeroki katalog podmiotów innych, niż ich organy i członkowie. Chodzi tu m.in. o osoby fizyczne uprawnione do reprezentowania podmiotu, czy podejmowania w jego imieniu decyzji, podwykonawców oraz pracowników (w ich przypadku warunkiem odpowiedzialności podmiotu jest również uzyskanie z tytułu czynu zabronionego korzyści majątkowej, chociażby pośrednio). W przypadku podwykonawców i pracowników, podmiot zbiorowy poniesie odpowiedzialność za popełnione przez nich czyny zabronione, jeżeli jego organ lub członek organu „wiedział lub przy zachowaniu ostrożności wymaganej w danych okolicznościach mógł się dowiedzieć”, że będą usiłowali oni popełnić czyn zabroniony. Warunkiem zaś odpowiedzialności podmiotu zbiorowego za czyny zabronione popełnione przez którykolwiek z ww. podmiotów, jest wyczerpanie znamion czynu zabronionego w następstwie „co najmniej braku należytej staranności” w wyborze osoby lub nadzorze nad nią ze strony podmiotu zbiorowego, ewentualnie „takiej nieprawidłowości w organizacji działalności podmiotu zbiorowego, która ułatwiła lub umożliwiła popełnienie czynu zabronionego, chociaż inna organizacja działalności mogła zapobiec popełnieniu tego czynu”.

Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że pojęcie „należytej staranności” – szczególnie w tym kontekście – jest wyjątkowo nieostre i trudno jest zaakceptować brak wykazania należytej staranności jako przesłankę odpowiedzialności karnej, zwłaszcza że przewidziane w projekcie sankcje (kara grzywny do 30 mln zł, czy też przymusowe rozwiązanie albo likwidacja spółki) są bardzo surowe. Analogicznie, trudności może budzić określenie, jakiego rodzaju nieprawidłowość w organizacji działalności podmiotu zbiorowego może ułatwiać lub umożliwić popełnienie czynu zabronionego, przy założeniu że inna organizacja mogłaby popełnieniu tegoż czynu zabronionego zapobiec. W tym przypadku jednak projektodawca przyszedł adresatom ustawy z pomocą i sformułował niewyczerpujący (świadczy o tym użycie frazy „w szczególności”) katalog tego rodzaju nieprawidłowości, na który składają się m.in. określenie zasad postępowania na wypadek zagrożenia popełnieniem czynu zabronionego, określenie zakresu odpowiedzialności organów i pracowników podmiotu zbiorowego, czy też określenie osoby lub komórki organizacyjnej nadzorującej przestrzeganie przepisów i zasad regulujących działalność podmiotu (w przypadku co najmniej średnich przedsiębiorców). Nie ulega zatem wątpliwości, że projektodawca wprowadza wymóg wprowadzania zaawansowanych systemów compliance, przy czym ich ostateczna skuteczność w sensie wyłączenia odpowiedzialności podmiotu zbiorowego za czyny zabronione popełnione przez jego pracowników bądź podwykonawców, pozostaje nieokreślona. Wprowadzanie tego rodzaju przepisów budzi poważne wątpliwości z punktu widzenia podstawowych zasad prawa karnego, takich jak choćby zasada legalizmu. Nie sposób nie stwierdzić, że przewidziane w projekcie przesłanki odpowiedzialności karnej podmiotu zbiorowego są bowiem wyjątkowo nieostre, trudno jest sformułować jednoznaczny katalog działań, których podjęcie wystarczyłoby, żeby uznać, iż w wyborze lub nadzorze nad pracownikiem lub podwykonawcą, zachowano należytą staranność. W zasadzie, projektowane przepisy wprowadzają obowiązek sprawowania stałego i bieżącego nadzoru nad wszystkimi pracownikami i podwykonawcami w celu zapobieżenia popełnieniu przez nich czynów zabronionych. Niezależnie od tego, jak skomplikowanych systemów nie wprowadzałyby firmy, osiągnięcie tego skutku jest oczywiście niemożliwe, ponieważ nawet państwo – dysponujące dalece większymi środkami finansowymi i operacyjnymi, niż dowolny przedsiębiorca działający w Polsce – nie jest w stanie przewidzieć zachowań obywateli i nadzorować ich tak, by nie popełniali oni przestępstw i wykroczeń.

Bardzo poważne wątpliwości budzą również przepisy dot. tzw. sygnalistów, czyli osób zgłaszających informacje świadczące m.in. o podejrzeniu przygotowania, usiłowania lub popełnienia czynu zabronionego, czy też nieprawidłowościach w organizacji działalności podmiotu zbiorowego, które mogłyby prowadzić do popełnienia czynu zabronionego. Na podstawie art. 13 projektu, jeżeli w związku ze zgłoszonymi informacjami doszłoby do rozwiązania stosunku pracy z „sygnalistą”, sąd na jego wniosek może orzec przywrócenie go do pracy lub zasądzić odszkodowanie, jeżeli zgłoszone informacje „były zasadne” i mogły doprowadzić do zapobieżenia albo szybszego wykrycia czynu zabronionego. Tak szeroki zakres ochrony „sygnalistów” wydaje się być bardzo problematyczny i stwarza pole do potencjalnych nadużyć, skutkujących swoistym szantażem wobec pracodawców. „Sygnalista” nie jest bowiem poddawany ochronie wówczas, gdy był sprawcą czynu zabronionego, jednak przesłanką negatywną dla wystąpienia tejże ochrony nie jest przyczynienie się do powstania tychże nieprawidłowości, czy też wygenerowania ich. W rezultacie, rozwiązanie stosunku pracy z jakimkolwiek pracownikiem, który zgłosił jakiekolwiek nieprawidłowości w funkcjonowaniu podmiotu (trudno jest bowiem a priori zakładać, jakiego rodzaju nieprawidłowości mogą potencjalnie skutkować dokonaniem czynu zabronionego), będzie wiązało się z ogromnym ryzykiem po stronie pracodawców.

Przedstawiony projekt ustawy oceniamy zatem bardzo krytycznie. Uważamy, że pod pozorem rozwiązywania realnego problemu, wprowadza on rozwiązania, które wykraczają znacznie poza obszar regulacji konieczny do osiągnięcia zakładanego celu. Niejasne przesłanki odpowiedzialności podmiotów zbiorowych określone w projekcie, a także szeroki zakres ochrony „sygnalistów”, stwarzają model, w którym przedsiębiorcy mogą implementować skomplikowane systemy compliance (nie ulega wątpliwości, że po ewentualnym uchwaleniu omawianych przepisów, w szybkim tempie przybędzie kancelarii prawnych oferujących usługi w tym zakresie – analogicznie do sytuacji mającej miejsce bezpośrednio przed wejściem w życie nowych przepisów o ochronie danych osobowych) i przeprowadzać szereg działań mających na celu zapewnienie skutecznego nadzoru nad pracownikami i podwykonawcami, a ze względu na nieprecyzyjnie określone przesłanki odpowiedzialności, ostatecznie i tak ją poniosą. Trzeba podkreślić, że na mocy projektowanych przepisów, podmiot zbiorowy będzie mógł być ukarany nawet wówczas, gdy tożsamość sprawcy czynu zabronionego pozostanie nieustalona. Przytoczone fakty jednoznacznie świadczą o tym, że intencją projektodawcy jest, by podmiot zbiorowy podlegał odpowiedzialności niezależnie od tego, czy został intencjonalnie wykorzystany jako narzędzie do popełnienia czynu zabronionego, a również niezależnie od wiedzy właścicieli firm o popełnionym czynie zabronionym. Jest to sprzeczne z podstawowym założeniem tego rodzaju regulacji, jakim powinno być karanie wyłącznie tych podmiotów zbiorowych, które stanowiły instrument do popełniania czynów zabronionych. Wprowadzenie daleko posuniętej odpowiedzialności firm choćby za to, że „nie dopełniły należytej staranności” w nadzorze nad pracownikiem, który z ww. działalnością podmiotu popełnił czyn zabroniony, z tytułu którego podmiot ten uzyskał – choćby niebezpośrednio – korzyść finansową, wydaje nam się nie do zaakceptowania. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców apeluje o wycofanie się z tych szkodliwych propozycji i ponowne przeanalizowanie – w szerokim gronie partnerów społecznych – różnych możliwości zapewnienia skutecznego przeciwdziałania przestępczości gospodarczej.

Jerzy Dąbrowski – podsumowanie 2018 i plany Bibby Financial Services na rok 2019

Pierwsze trzy kwartały 2018 r. przyniosły firmom faktoringowym – w tym Bibby Financial Services – obroty na poziomie 170 mld złotych. Oznacza to wzrost o 27,6 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Rynek faktoringu dynamicznie się z rozwija – z tego rodzaju finansowania korzysta już 19% przedsiębiorstw (o 9 pp. więcej niż w 2017 r). Czy dobra koniunktura utrzyma się w 2019 r.?

Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services
Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services

– To był dla nas i dla całej branży faktoringowej bardzo dobry rok. Miały na to wpływ trzy istotne czynniki. Po pierwsze, polska gospodarka jest w dobrej kondycji – po III kwartale polski PKB wyniósł 5,1 proc. w ujęciu rocznym. Z danych Eurostatu wynika, że był to najlepszy wynik w całej Europie. Po drugie, banki i instytucje finansowe starają się dywersyfikować swoje portfele kredytowe i tam, gdzie to możliwe zachęcają do korzystania z faktoringu. I wreszcie po trzecie, na przestrzeni roku obserwowaliśmy wzrost kosztów surowców, co przekładało się na wyższe wartości faktur przekazywanych do finansowania – mówi Jerzy Dąbrowski, dyrektor generalny Bibby Financial Services.

Dynamiczny wzrost branży

Z dostępnych danych wynika, że sektor faktoringowy w Polsce notuje dynamiczne wzrosty. – Rośniemy szybciej niż rynek faktoringowy w Europie i na świecie. W 2017 r. globalnie branża urosła o 9 proc., a w Europie – o 7 proc. Tymczasem w Polsce w zeszłym roku zwiększyliśmy obroty o 16,7 proc., a w tym o 27,6 proc. Z usług wszystkich polskich podmiotów świadczących usługę faktoringową w pierwszych trzech kwartałach skorzystało ponad 16 tys. firm. Daje nam to ósme miejsce w Europie – dodaje Jerzy Dąbrowski.

Coraz więcej fintechów

W ubiegłym roku na rynku pojawiło się wiele nowych podmiotów świadczących usługi faktoringowe. – Konkurencja na rynku się zagęszcza. Chodzi przede wszystkim o podmioty, które udzielają finansowania on-line. Ich niewątpliwą zaletą jest szybkość i minimalna liczba formalności. Niemniej, te firmy często uczą się działania na żywym organizmie, co może przekładać się na większą liczbę fraudów. To z kolei oznacza wyższe koszty ryzyka, a te są przerzucane na klientów. Może się więc okazać, że za szybko pozyskane finansowanie przyjdzie słono zapłacić. Druga kwestia to wysokość limitów – to oczywiste, że są one niższe. Dlatego cieszymy się z konkurencji, bo ona zawsze motywuje do działania, ale nie obawiamy się, że zabierze nam biznes. Działamy w zupełnie innym modelu i jesteśmy nastawieni na innego klienta – zapewnia Jerzy Dąbrowski.

Co nas czeka w 2019 r.?

Dyrektor generalny Bibby Financial Services z optymizmem patrzy w przyszłość. – Nie znamy jeszcze dokładnych wskaźników ekonomicznych za ostatni kwartał 2018 r., ale ja jestem spokojny o wyniki branży. Wiele wskazuje na to, że dobra tendencja utrzymała się również w Q4 i rok zakończyliśmy na plusie. Spowolnienie gospodarcze najprawdopodobniej nadejdzie w 2019 r. To na pewno wpłynie i na nasz biznes. Warto jednak pamiętać, że według lipcowego badania Polskiego Związku Faktorów problemy z przeterminowanymi płatnościami ma 67 proc. przedsiębiorców, a aż 58 proc. deklaruje, że ich kontrahenci domagają się wydłużonych terminów płatności. Połączenie tych dwóch czynników – opóźnionej zapłaty i długich terminów – może prowadzić do finansowej zadyszki i zatorów płatniczych, a stąd już tylko krok do poważnych problemów z płynnością. Faktoring jest remedium na te bolączki, dlatego z optymizmem patrzę w przyszłość – przekonuje Jerzy Dąbrowski.

Fakturom należy się wolność

W 2019 r. kontynuowana będzie kampania Polskiego Związku Faktorów „Wolne faktury – bez zakazu cesji”. – To inicjatywa, w którą jestem mocno zaangażowany. Obecne zapisy prawne umożliwiają wpisywanie do umów między stronami zakazu cesji wierzytelności. W praktyce oznacza to, że droga do finansowanie faktoringiem jest dla wierzyciela zamknięta. Jako branża postulujemy zniesienie prawnej możliwości zakazywania cesji i mamy nadzieję, że ustawodawca przychyli się do naszego wniosku i odda fakturom należną im wolność. Więcej o inicjatywie można przeczytać na stronie www.wolnefaktury.faktoring.pl – podsumowuje Jerzy Dąbrowski.

UNICEF Polska podsumowuje działania biznesowe w 2018 roku i ogłasza plany na 2019

Rok 2018 był przełomowy dla UNICEF Polska – polski oddział organizacji otworzył 4 nowe programy dla biznesu, rozpoczął partnerstwa o łącznej wartości 30 milionów złotych, a marka CCC została pierwszym polskim globalnym partnerem UNICEF. Sukcesy mijającego roku zainspirowały UNICEF Polska do stworzenia strategii wykorzystania potencjału polskich przedsiębiorców i innowacyjnego ducha polskich startupów. Dlatego w 2019 roku organizacja powołuje do życia pierwszą na świecie Ambasadę Dobrej Woli UNICEF, czyli regionalny hub innowacyjnej dobroczynności.

UNICEF od ponad 72 lat zapewnia pomoc milionom dzieci na świecie. Finansuje zakup szczepionek, żywności i zapewnia dostęp do edukacji, niesie ratunek w sytuacjach kryzysowych. Systemowe podejście UNICEF do rozwiązywania globalnych problemów przynosi rezultaty. W ostatnich trzech dekadach o 91% wzrósł dostęp do wody pitnej, umieralność dzieci spadła o 53% a o 44% spadł odsetek dzieci pozostających poza systemem edukacji. W tych sukcesach swój duży udział mieli także polscy Darczyńcy.

Dziś, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, dzieci potrzebują naszej pomocy. Dlatego nowa strategia UNICEF zakłada większe zaangażowanie przedstawicieli biznesu w pomoc dzieciom. Do 2021 roku liczba darczyńców korporacyjnych UNICEF wzrośnie z 650 do 2000, a liczba globalnych partnerów z obecnych 50 do 100.

UNICEF Polska wpisując się w globalne plany organizacji prowadzi 4 programy skierowane do polskich przedsiębiorców. W ramach tych programów UNICEF zainicjował współpracę z 42 partnerami, którzy wsparli działania na rzecz dzieci. Wśród nich znalazł się pierwszy globalny partner organizacji z Polski – firma CCC i zespół CCC Team, który będzie nosił logo UNICEF na swoich koszulkach. Ponadto we współpracy z Cisowianką powstał projekt edukacyjny dla polskich szkół „zaWODY dla Afryki”, w ramach którego przekazano środki na zakup pomp wodnych w Afryce. W obszarze edukacji działania UNICEF wsparła również firma Itaka, której zaangażowanie pozwoli na budowę szkoły na Madagaskarze. Natomiast dzięki firmie ABC-Czepczyński i jej zaangażowaniu w program Prezenty bez Pudła, produkty takie jak wyprawki szkolne czy szczepionki, trafiły do najbardziej potrzebujących dzieci. Program ten wsparła również firma Samsung, która razem z UNICEF stworzyła #funkcjędobroczynności. To dzięki niej do dzieci trafiły najpotrzebniejsze artykuły.

Polski wkład w globalne innowacje

Walka z nierównościami możliwa jest tylko dzięki poszukiwaniu innowacyjnych narzędzi do rozwiązywania znanych problemów.  Realizując misję UNICEF i wpisując się w strategię organizacji z zakresu współpracy z biznesem,  UNICEF Polska inauguruje unikatowy na skalę globalną projekt – Ambasadę Dobrej Woli. To platforma współpracy między UNICEF a polskim biznesem, w której działania włączą się również startupy i społeczność akademicka. W ramach Ambasady partnerzy będą pracować na rzecz rozwiązań, które realnie wpłyną na poprawę jakości życia dzieci na całym świecie. Twórcy Ambasady Dobrej Woli wierzą, że kreatywność polskiego biznesu oraz pomysłowość startupów uczyni z Warszawy regionalny hub dobrego pomagania, zaszczepiając w środowisku nowy sposób myślenia o problemach humanitarnych. Inspiracją dla inicjatywy jest UNICEF Innovation Fund, który działa w świecie międzynarodowego biznesu, wyszukując startupy i angażując je w opracowywanie nowych metod pomagania dzieciom na całym świecie. Do tej pory Fundusz zrealizował 72 inwestycje w ponad 42 krajach, a w 2019 roku zaplanował inwestycje w rozwój kolejnych 20 startupów.

Marek Krupiński
Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska

Działania podejmowane w ramach Ambasady Dobrej Woli będą łączyły w sobie wiedzę ekspercką, gromadzoną przez dekady, wiedzę UNICEF z zakresu dobrego, skutecznego i etycznego pomagania z doświadczeniem przedstawicieli biznesu oraz innowacyjnością i świeżością startupów, mówi Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska.

To zupełnie nowy koncept pomagania w globalnej strukturze UNICEF. Wierzymy w to, że Polska może wykorzystać swoją regionalną pozycję centrum technologicznego i biznesowego na rzecz opracowywania przełomowych rozwiązań dla dzieci z całego świata.

Czym jest Ambasada Dobrej Woli UNICEF?

Ambasada Dobrej Woli to platforma angażująca korporacje, startupy i społeczność akademicką do wspólnego działania na rzecz poprawy jakości życia dzieci na całym świecie. W pierwszym kwartale 2019 roku zostanie zaprezentowana strategia wraz z planem działań, oraz tworzonym zespołem partnerów biznesowych. W ramach Ambasady Dobrej Woli odbędą się warsztaty dla firm i liderów biznesu dotyczące efektywnej pomocy dzieciom na całym świecie. Startupy natomiast otrzymają szansę wykorzystania swojej wiedzy podczas międzynarodowych konkursów, które wyłonią te, których rozwiązania mają największy wpływ na życie dzieci. Zorganizowane zostaną również otwarte spotkania dla społeczności akademickiej i mediów, które staną się strefą dialogu o pomocy humanitarnej. Ambasada stanie się nie tylko przestrzenią wymiany pomysłów i doświadczeń, ale przede wszystkim konkretną praca, której efektem ma być zmiana w życiu społecznym. UNICEF Polska zaprasza do współpracy przy tworzeniu Ambasady Dobrej Woli: przedsiębiorców, którzy chcą zaangażować się w międzynarodowy projekt tworzenia realnych rozwiązań pomocy dzieciom; innowacyjne startupy, programistów, którzy chcą aby ich praca i projekty stały się rzeczywistymi rozwiązaniami stosowanymi na całym świecie oraz społeczność akademicką – organizacje i wolontariuszy, którzy będą wspierać wydarzenia Ambasady Dobrej Woli UNICEF.

Raport: Wspólny rynek UE traci blisko 200 mld euro rocznie przez protekcjonizm

W 2016 r. wymiana towarowa między Państwami Członkowskimi wyniosła ponad
3 biliony euro. Chociaż unijne traktaty nie wspominają wprost o protekcjonizmie, jego ograniczenie, a nawet wyeliminowanie jest jednym z podstawowych celów unijnego wspólnego rynku. Gdyby udało się usunąć wszystkie bariery, unijna gospodarka zyskałaby aż 183 miliardy euro – wynika z danych Komisji Europejskiej. Eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego wskazują, że jest to równowartość 1,2% PKB Unii Europejskiej.

Protekcjonizm to polityka „ochrony krajowego przemysłu przed zagraniczną konkurencją” przez cła, subsydia, kontyngenty importowe oraz inne narzędzia. Polski Instytut Ekonomiczny poświęcił swój najnowszy raport protekcjonizmowi gospodarczemu w Unii Europejskiej. 15 lat po dołączeniu do wspólnego rynku unijnego, polskie firmy nadal zmagają się z pozataryfowymi barierami, które tworzą władze lokalne. Wśród przykładów takich działań możemy wymienić m.in. podatek od sprzedaży detalicznej, nowelizację dyrektywy w sprawie delegowania pracowników, regulacje dotyczące środków biobójczych (biocydów) czy duński system RUT. Gdyby udało się uniknąć wszystkich przeszkód w handlu towarami, wówczas unijna gospodarka zyskałaby 183 mld euro, a więc równowartość 1,2% PKB całej wspólnoty – wylicza Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Jednolity rynek jest spoiwem UE. Polska, jak i pozostałe „nowe” państwa członkowskie, odniosły duże korzyści z udziału w nim, ale też znacznie wzmocniły jego potencjał. Jak wskazuje raport, Komisja podejmuje skuteczne działania, jeśli chodzi o kraje pozaunijne. Są jednak problemy wewnątrzunijne, działania protekcjonistyczne, które szkodzą całej Unii jak i gospodarkom poszczególnych krajów. Przykładem jest dyrektywa o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług, która dostała „żółtą kartkę” od 11 parlamentów narodowych. Inicjatywę tę polski rząd zaskarżył do Trybunału  Sprawiedliwości UE. Temu tematowi poświęcony będzie VI Europejski Kongres Mobilności Pracy, współorganizowany przez MPiT, który odbędzie się marcu w Krakowie – mówi wiceminister przedsiębiorczości i technologii Marcin Ociepa.

Obecnie Komisja Europejska prowadzi najwięcej postępowań o naruszenie prawa unijnego przeciwko państwom „starej” Unii, takim jak Hiszpania, Niemcy czy Włochy. Pod względem „systemowych” naruszeń zasad wspólnego rynku najwięcej spraw toczy się przeciwko Niemcom. W sprawach o naruszenie prawa unijnego Komisja stosuje też środki o charakterze „przewlekającym” częściej wobec państw „starej” (szczególnie wobec Niemiec) niż „nowej” Unii.prawo unijne

Niemcy są krajem, wobec którego Komisja postępuje najbardziej „przewlekle”. W ciągu ostatnich 10 lat w sprawach przeciwko Niemcom od wszczęcia przez Komisję postępowania w sprawie naruszenia prawa unijnego do kolejnego etapu postępowania lub zamknięcia postępowania minęło średnio prawie 50 dni więcej niż w sprawach przeciwko Hiszpanii, kolejnemu krajowi w zestawieniu – komentuje Piotr Semeniuk, fellow Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Zdaniem ekspertów PIE Komisja Europejska zdaje się nie traktować Państw Członkowskich w równy sposób przy zwalczaniu niektórych aspektów protekcjonizmu. Szczególnie uprzywilejowane są duże kraje „starej” Unii: Niemcy i Francja. Ponadto z niejasnych przyczyn Komisja korzysta z wyjątkowego instrumentu prawnego, jakim jest nakaz zawieszenia pomocy, tylko wobec krajów „nowej” Unii. Warto zauważyć, że od momentu „dużego” rozszerzenia Unii (licząc od 2005 r.) państwa „starej” Wspólnoty przyznają około dziewięciokrotnie więcej pomocy publicznej (średnio 65 mld euro rocznie) niż kraje „nowej” Unii (7 mld euro).

Polacy wiedzą o smogu coraz więcej i popierają programy wymiany pieców

Trwa kolejna zima w trakcie której Polacy oddychają zanieczyszczonym powietrzem. Od kilku dni kraj znów tonie w smogu, a władze wielu miejscowości apelowały do mieszkańców o niewychodzenie bez potrzeby z domów. Stężenia pyłów PM 2,5 przekroczyły w Rzeszowie 700, a w Swarzędzu 500% normy. Zapowiadana na różnych szczeblach walka ze smogiem nie przynosi na razie zadowalających rezultatów. Tymczasem, według badania serwisu Oferteo.pl, Polacy wiedzą o smogu coraz więcej i mają świadomość, jakie konsekwencje dla zdrowia ze sobą niesie. W większości (66%) popierają również zakaz ogrzewania mieszkań za pomocą paliw stałych. 

Czy wiemy, skąd się bierze smog?

Jaka jest Państwa zdaniem główna przyczyna powstawania smoguWedług specjalistów z Polskiego Alarmu Smogowego za powstawanie zanieczyszczeń powietrza odpowiada przede wszystkim tzw. „niska emisja”, czyli spaliny powstające w wyniku ogrzewania mieszkań za pomocą pieców i kotłów na paliwa stałe. Inne największe źródła to przemysł, transport drogowy, energetyka i rolnictwo.

Jak natomiast problem smogu widzi społeczeństwo? Według ankietowanych przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących produktów i usług z ich dostawcami, za smog odpowiadają głównie zanieczyszczenia przemysłowe oraz zanieczyszczenia z palenisk domowych. Tylko niewielki odsetek respondentów wskazywał na ukształtowanie terenu lub klimat. 

Wymiana pieców – czy samorządy powinny stosować przymus?

Czy Państwa zdaniem samorządy powinny zakazać ogrzewania domów i mieszkań za pomocą paliw stałychCoraz więcej samorządów wprowadza lub planuje wprowadzić zakaz opalania mieszkań i domów za pomocą kotłów na paliwa stałe, takie jak najpopularniejszy w Polsce ekogroszek czy też węgiel kamienny lub drewno. Pogląd, że rezygnacja z takiego sposobu ogrzewania może obniżyć poziom smogu, jest bliski nie tylko samorządowcom, ale i uczestnikom badania. Uważa tak 71% z nich.

Jednak zdania co do tego, czy samorządy mogą zakazać ogrzewania domów i mieszkań paliwami stałymi, są mocno podzielone. Co trzeci badany przez Oferteo.pl zgadza się z takim rozwiązaniem, ale tylko wówczas, kiedy samorząd w całości sfinansuje koszty wymiany pieców. Dla 30% uczestników badania Oferteo.pl samorządy nie powinny mieć takich uprawnień, według 26% koszty wymiany powinny być finansowane choćby częściowo, a 6% badanych uznało, że zakaz powinien być wprowadzony bez żadnych wyjątków.

Jak smog niszczy zdrowie?

Badani przez Oferteo zgadzali się ze stwierdzeniem, że smog negatywnie wpływa na ludzkie zdrowie (95% odpowiedzi). Wśród schorzeń, które zdaniem respondentów są wywoływane m.in. przez smog, wymieniali najczęściej: niewydolność oddechową (73%) a także alergię oraz astmę (60%).

Respondenci byli bardziej sceptyczni wobec zdania, że smog wpływa na rozwój chorób nowotworowych. Zgodziło się z tym stwierdzeniem 41% z nich, na dolegliwości układu krwionośnego i serca wskazało 40%, a na choroby układu odpornościowego – 29%.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z ankiety przeprowadzonej przez serwis Oferteo.pl w 2018 roku wśród 450 osób.

Popyt na chmurę 5-krotnie większy, niż przewidywano jeszcze kilka lat temu

Okazuje się, że prognozy dotyczące cloud computingu sprzed kilku lat były zbyt ostrożne. Jeszcze w 2013 r. szacowano, że na koniec ubiegłego roku wartość globalnego rynku chmury osiągnie poziom 32,5 mld dolarów. Tymczasem była ona aż 5-krotnie wyższa.  

Już co czwarta firma w Unii korzysta z chmury

Z najnowszych badań Eurostatu wynika, że w ciągu ostatnich 4 lat wykorzystanie cloud computingu wśród dużych firm na terenie Unii Europejskiej wzrosło o ponad 20%. Obecnie z chmury obliczeniowej korzysta 26% przedsiębiorstw. Warto zauważyć, że statystycznie im większa firma, tym częściej korzysta z cloud computingu.

Potwierdzają to liczby – największy odsetek korzystania z chmury (56%) występuje właśnie wśród firm największych, które teoretycznie posiadają własne zasoby, a mimo to coraz częściej decydują się na outsourcing. Na chmurę coraz częściej stawia także administracja publiczna. – Wygrywa prosty rachunek zysków i strat. Chmura zawsze będzie tańszym rozwiązaniem od utrzymywania infrastruktury we własnym zakresie, w dodatku administracja zderza się dziś z problemem deficytu specjalistów, którzy wolą pracować w przedsiębiorstwach. Warto też zwrócić uwagę na trend inwestowania w chmurę zagranicznego sektora publicznego – zwraca uwagę Urszula Mielcarz z CloudFerro, firmy, która na zlecenie Europejskiej Agencji Kosmicznej przechowuje w chmurze dane z satelitów programu Copernicus.

Geograficzne różnice

Według badań, w UE istnieją spore różnice pomiędzy poszczególnymi krajami, jeśli chodzi o wykorzystanie cloud computingu. O ile w Polsce odsetek firm korzystających z chmury w 2018 roku sięgał zaledwie 11,5%, to w Finlandii, Szwecji i Danii – odpowiednio 65,3%, 57,2% i 55,6%. W rankingu państw najchętniej wykorzystujących rozwiązania chmurowe, Polska znajduje się na miejscu trzecim od końca, przed Bułgarią i Rumunią. Nic dziwnego – w latach 2014-2016 odsetek polskich firm korzystających z chmury rósł o 1% rocznie. Dla porównania, np. w Finlandii roczne wzrosty w analogicznym okresie wynosiły od 51 do 57%.

– Wykorzystanie chmury obliczeniowej mocno koreluje z zaawansowaniem cyfrowym poszczególnych krajów Unii Europejskiej. W państwach, w których od lat inwestowano w łącza światłowodowe i kompetencje cyfrowe obywateli, wykorzystanie technologii cloud computingu jest najbardziej powszechne – komentuje dane Eurostatu Urszula Mielcarz z CloudFerro.

Na świecie: jest tak, jak mówili, a nawet lepiej

Okazuje się, że przewidywania dotyczące rynku chmury obliczeniowej sprzed blisko dekady nie tylko się spełniają, ale były zbyt nieśmiałe. W 2010 roku amerykańska firma badawcza Pew Research Center przeprowadziła ankietę wśród aktualnych i potencjalnych użytkowników chmury, pytając ich o prognozy związane z jej wykorzystaniem w przyszłości. Aż 71% badanych zaznaczyło odpowiedź „w 2020 roku normą będzie funkcjonowanie w chmurze, a praca będzie odbywała się głównie z wykorzystaniem aplikacji w cyberprzestrzeni, dostępnych za pośrednictwem urządzeń sieciowych”. Można śmiało powiedzieć, że mieli oni dobre przeczucie.

Warto jednak dodać, że prognozy dotyczące wartości rynku chmury obliczeniowej z początku tej dekady były mocno niedoszacowane. Na początku 2013 roku firma analityczna IDC (International Data Corporation) szacowała, że rynek chmury na koniec 2013 roku osiągnie wartość 8,6 mld dolarów, a przez kolejnych 5 lat będzie wzrastał o skumulowaną stopę 24,8%. Łatwo obliczyć, że zgodnie z tą prognozą, wartość rynku chmury w roku 2018 miała wynieść 32,5 mld dolarów. Tymczasem w rzeczywistości było to… ponad 5 razy więcej.

Wzrosty, wzrosty, wzrosty…

Badania Goldman Sachs wskazują, że wydatki firm na chmurę, które obecnie stanowią 8% budżetów IT, do 2021 roku wzrosną do 15%. Czyli wzrost będzie bardzo znaczący. O zwiększonej dynamice wzrostu globalnego rynku chmury obliczeniowej mówi także analityk Dave Bartoletti z Forrester – Coraz bardziej powszechne wdrażanie cloud computingu będzie napędzać transformację cyfrową. Globalny rynek przetwarzania danych w chmurze ma szansę w 2019 roku przekroczyć wartość 200 mld dolarów. Byłby to aż 20-procentowy wzrost w stosunku do roku poprzedniego. To tyle samo ile wynosi wzrost w firmach UE, ale w ciągu czterech lat. Dodatkowo Gartner przewiduje, że w 2025 roku aż 80% przedsiębiorstw będzie już działało w chmurze.

Według analityków Gartnera, w 2021 roku polski rynek cloud computingu może zbliżyć się do kwoty 300 mln dolarów. Jak jednak pokazuje historia tego typu analiz, po latach może okazać się, że były one zbyt ostrożne, a rynek IT napędzany rozwojem technologii może prześcignąć nawet najlepsze prognozy.

Stacje Grupy ORLEN pojawią się na Słowacji

Rynek słowacki jest  kolejnym po polskim, czeskim, niemieckim i litewskim, na którym pojawią się stacje Grupy ORLEN. Sieć na Słowacji będzie funkcjonowała pod marką Benzina, która na tamtejszym rynku działała przez kilka dekad.

Pierwsza stacja rozpocznie działanie pod nowym szyldem na przełomie marca i kwietnia br. w Malackach, nieopodal granicy słowacko-czeskiej. Sieć będzie rozwijana poprzez współpracę franczyzową z mniejszymi operatorami stacji paliw lub przejęcia.  Inwestycja ma charakter długoterminowy. W pierwszym roku działalności marki Benzina na Słowacji możliwe jest dojście do poziomu 10 obiektów, jednak kluczowym wyznacznikiem tempa rozwoju będą przyjęte przez Koncern parametry biznesowe.

Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN

– Na słowacki rynek paliw wchodzimy jako doświadczony, międzynarodowy gracz. Już dziś 20 procent tamtejszej sprzedaży hurtowej to produkty pochodzące z rafinerii Grupy ORLEN. Jest to solidna baza, która pozwala nam na budowanie sprzedaży także w segmencie detalicznym. Postawiliśmy na markę Benzina, cieszącą się rozpoznawalnością wśród 2/3 słowackich kierowców. Jako wieloletni lider rynku czeskiego, posiadający silne i stabilne zaplecze, naszym słowackim klientom możemy zaoferować najwyższej jakości usługi i produkty, zgodne z ich oczekiwaniami. Chcemy wykorzystać naszą wiedzę i doświadczenie zdobyte w kilku krajach by w perspektywie 2-3 lat dołączyć do grona znaczących graczy na słowackim rynku detalicznym – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Na rynku słowackim funkcjonuje obecnie ok. 900 stacji paliw, z których blisko połowa zarządzana jest przez 3 największych operatorów. Na Słowacji Koncern będzie korzystał przede wszystkim z własnych paliw, natomiast w ofercie pozapaliwowej dostępne będą zarówno produkty lokalne, jak i pochodzące z Polski i Czech. Zgodnie z założeniami słowacka cześć sieci Benzina ma odpowiadać standardom oferty i obsługi swojego czeskiego odpowiednika.

– Jesteśmy otwarci na przejęcia większych lub mniejszych sieci, zaś małym operatorom stacji oferujemy korzystną współpracę w oparciu o franczyzę. Naturalnie nasze wejście na Słowację poprzedziły liczne analizy i badania konsumenckie, które wskazują, że oczekiwania i zachowania klientów na Słowacji i w Czechach są dość zbliżone. W ostatnich latach słowaccy kierowcy zdecydowanie kierują się jakością paliw i są zainteresowani szerokim asortymentem sprzedaży dodatkowej, w tym posiłków. Mamy sprawdzone rozwiązania w tym zakresie w ramach naszej czeskiej sieci stacji Benzina i zamierzamy je zaimplementować również na rynku słowackim – mówi Tomasz Wiatrak, Wiceprezes Zarządu odpowiedzialny za działalność detaliczną grupy Unipetrol.

Badania przeprowadzone wśród słowackich kierowców pokazują, że 69% z nich wykazuje zainteresowanie korzystaniem ze stacji pod marką Benzina. Z 66% kierowców, którzy rozpoznają markę, 54% uznaje ją za sieć świadcząca usługi wysokiej jakości. Najważniejsze atrybuty Benziny według respondentów to nowoczesność (51% ankietowanych), dopasowanie oferty do oczekiwań (40%) oraz unikalność oferty (26%).

Benzina wraca na Słowację po ponad 30 latach. Marka powstała w 1953 roku, jeszcze w Czechosłowacji i zastąpiła pierwotne logo z nazwą Benzinol, stosowaną na stacjach paliw od 1949 roku. Marka Benzinol została przywrócona na Słowacji w 1985 roku. Po 1989 roku Benzina, w ramach prywatyzacji, trafiła w prywatne ręce, tymczasowo tracąc prawo do posługiwania się swoją marką na rynku słowackim. Obecnie Benzina wraca na Słowację jako lider rynku czeskiego, na którym prowadzi 406 stacji paliw, z udziałem w sprzedaży paliw na poziomie blisko 25%.

Benzina funkcjonuje w ramach Grupy Unipetrol, prowadząc największą sieć stacji paliw w Republice Czeskiej. To tradycyjna, a zarazem nowoczesna marka, charakteryzująca się wysokiej jakości paliwami i usługami dla klientów. Oprócz paliw EFECTA o właściwościach czyszczących, Benzina oferuje również paliwa premium VERVA, a także szeroki asortyment gastronomiczny w koncepcie STOP CAFE. Od października 2018 r. za paliwo na stacjach Benzina można zapłacić przy dystrybutorze używając aplikacji mobilnej Benzina Payments. Sieć oferuje także możliwość szybkiego ładowania  aut elektrycznych. Z tej usługi mogą korzystać kierowcy zatrzymujący się na stacjach Benziny w Rousínovie przy autostradzie D1, Ostrava-Zábřeh, Pilsen-Borská pole oraz Hradec nad Świtawą koło powstającej autostrady D35.

6 trendów dla rynku inwestycji w nieruchomości komercyjne w Europie

Międzynarodowa firma doradcza Savills przewiduje, że w 2019 roku rynek inwestycji w nieruchomości komercyjne w Europie będzie zdominowany przez sześć głównych trendów. Będą to: wysoki popyt na nieruchomości biurowe w centralnych lokalizacjach, rozwój modelu biura jako usługi, zainteresowanie nowoczesnymi, centro-twórczymi projektami wielofunkcyjnymi, dalszy wzrost popytu na rynku nieruchomości magazynowych, inwestycje w mieszkania na wynajem oraz nadwyżka popytu nad podażą najbardziej atrakcyjnych aktywów.

Zgodnie z analizami firmy Savills, inwestorzy zainteresowani aktywami klasy core będą nadal najchętniej wybierali najlepsze nieruchomości biurowe, zwłaszcza w Niemczech oraz największych ośrodkach Europy Południowej i Środkowo-Wschodniej. Z kolei inwestorzy poszukujący inwestycji w segmencie value-add będą koncentrowali się na aktywach w sektorze magazynowym, w szczególności w Polsce, Czechach i Rumunii. Rozbudowy istniejących obiektów i nowe inwestycje są bowiem główną drogą do wyższych zwrotów.

Michał Stępień, associate w dziale doradztwa inwestycyjnego Savills w Polsce
Michał Stępień, associate w dziale doradztwa inwestycyjnego Savills w Polsce

Michał Stępień, associate w dziale doradztwa inwestycyjnego Savills w Polsce: „Po rekordowym roku na rynku inwestycyjnym w Polsce zakończonym całkowitym wolumenem na poziomie 7,2 mld euro, prognozujemy, że dobry sentyment wśród inwestorów utrzyma się w 2019 roku. Podobnie jak na innych rynkach europejskich, stopy zwrotu dla najlepszych nieruchomości w Polsce są rekordowo niskie. Niemniej jednak, dynamiczny rozwój rynku biurowego i magazynowego oraz duża konkurencja pomiędzy największymi deweloperami ograniczała dotychczas tempo wzrostu czynszów, co przełożyło się na utrzymanie wartości nieruchomości na relatywnie atrakcyjnym poziomie. Wysoki popyt na rynku najmu i coraz wyższe koszty budowy stopniowo wymuszają wzrost stawek czynszów, co daje potencjalnym inwestorom realne szanse na wzrost wartości nieruchomości. Dlatego też, w 2019 roku będziemy nadal obserwować wysoki popyt na nieruchomości biurowe zlokalizowane w centralnych lokalizacjach Warszawy i wiodących miast regionalnych. W szczególności zainteresowaniem cieszyły się będą projekty z doskonałym dostępem do transportu publicznego. Spodziewamy się również silnego popytu na nieruchomości magazynowe. Podobnie jak na innych rynkach w Europie, popyt na nieruchomości handlowe ograniczy się do najlepszych obiektów, zlokalizowanych w centrach dużych miast i dobrze wpisujących się w zmiany demograficzne, a także do nieruchomości z potencjałem wzrostu wartości”.

Według Savills, stopa pustostanów w sektorze biurowym w Europie jest obecnie najniższa w historii, czynsze za najlepsze powierzchnie biurowe rosną, a nowa podaż będzie ledwo co w stanie zaspokoić popyt związany z powstawaniem nowych miejsc pracy.

Eri Mitsostergiou, dyrektor działu badań rynków europejskich w Savills, powiedziała: „Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości biurowych w Europie są rekordowo niskie i w trzecim kwartale 2018 roku wyniosły 3,65%. Jednak w 2019 roku inwestorzy, zwłaszcza ci unikający zbyt dużego ryzyka inwestycyjnego, nadal będą najchętniej wybierali tę kategorię aktywów. Średni wskaźnik powierzchni niewynajętej w Europie także spadł do najniższego poziomu w historii: 5,9%, a w miastach takich jak Berlin (1,4%), Hamburg (4,5%), Monachium (2,5%) i Sztokholm (3%) praktycznie brakuje powierzchni biurowej dostępnej od zaraz. Z tego względu czynsze w najlepszych budynkach biurowych w Europie będą nadal rosły – w tym roku średnio o 3,4%. W Mediolanie mogą wzrosnąć o 9,1%, we Frankfurcie, Barcelonie, londyńskiej dzielnicy West End, Dublinie i Madrycie o ponad 6%, w Hamburgu, Lizbonie, Monachium, Düsseldorfie i Amsterdamie o ok. 4%, a w Kolonii, Warszawie i Kopenhadze o ok. 2%”.

Firma doradcza Savills zauważa, że udział sektora logistycznego w łącznym wolumenie aktywności inwestycyjnej w Europie wynosi już prawie 14% i będzie nadal rósł w kolejnych 12 miesiącach. Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości magazynowych i przemysłowych obniżyły się do średnio 5,3% i są o 148 pb niższe od średniej dziesięcioletniej. Analitycy Savills przewidują, że popyt ze strony najemców i inwestorów utrzyma się na wysokim poziomie ze względu na dalszą ekspansję branży e-commerce we wszystkich krajach europejskich.

Eri Mitsostergiou dodaje: „W bieżącym roku wzrośnie rywalizacja pomiędzy miastami o przyciągnięcie inwestorów międzynarodowych i krajowych. Szansę na wyróżnienie się na tle innych będą miały miasta, w których samorządy i lokalne podmioty współpracują ze sobą na rzecz kreowania nowych obszarów i przebudowy istniejących w celu stworzenia inteligentnych i atrakcyjnych do zamieszkania miejsc. Jednocześnie model gospodarki na żądanie prowadzi do zmian w branży, wskutek czego najemcy oczekują dostępu do usług, elastyczności i zindywidualizowanego podejścia. Pojawiają się nowe metody korzystania z powierzchni i zarządzania nią, a inwestorzy coraz częściej stają się operatorami biur serwisowanych i co-worków w celu maksymalizacji zysku z posiadanych aktywów”.

Marcus Lemli, dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego na Europę w Savills oraz dyrektor generalny Savills w Niemczech, mówi: „W 2019 roku rynek nadal będzie konkurencyjny dla inwestorów. Z powodu niewystarczającej podaży najbardziej atrakcyjnych aktywów inwestorzy będą coraz częściej zwracali uwagę na sektory niszowe, mniejsze miasta i szanse inwestycyjne związane z nowymi projektami. Elastyczne strategie inwestycyjne powinny uwzględniać nie tylko cykle na rynku nieruchomości, lecz także długofalowe zmiany strukturalne. W odpowiedzi na zmiany demograficzne i technologicznie pojawiły i rozwijają się nowe modele korzystania z nieruchomości w Europie, takie jak co-worki, co-living, domy seniora, prywatne akademiki i koncepty wielofunkcyjne. Z perspektywy inwestorów nieruchomości tego rodzaju nie stanowią już tylko alternatywy dla tradycyjnego portfela nieruchomości, ale stają się nowym, pełnoprawnym produktem inwestycyjnym, ponieważ odpowiadają na zmiany strukturalne czynników wpływających na popyt”.

Debata z udziałem Prezydenta podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos

Podczas pierwszego dnia 49. Forum w Davos odbył się zorganizowany przez Bank Pekao S.A. panel „4. Rewolucja przemysłowa na rynkach wschodzących i AI jako akcelerator wzrostu”. W panelu oprócz przedstawicieli światowego biznesu wziął udział Prezydent Andrzej Duda. Debata była jednym z głównych punktów pierwszego dnia 49. Światowego Forum Ekonomicznego w Davos.

panel zorganizowany przez Bank Pekao w DavosGospodarka 4.0 nazywana przez niektórych czwartą rewolucję przemysłową – po epoce maszyn parowych, masowej produkcji oraz automatyzacji oznacza integrację systemów cyfrowych z fizycznymi. Gospodarka 4.0 to  Internet ludzi, rzeczy, usług i danych. To jest przyszłość, która dzieje się na naszych oczach.

Uczestnicy panelu zorganizowanego przez Bank Pekao podkreślali, że Polska jest dobrze przygotowana do wyzwań, które niesie Rewolucja 4.0.

Michał Krupiński, Prezes Banku Pekao S.A. we wstępie do debaty podkreślał, że Polska dzięki swojemu wysokiemu potencjałowi intelektualnemu jest wstanie dokonać przeskoku z tradycyjnego modelu gospodarki do nowoczesnej gospodarki cyfrowej.  Dodał, ze ten przeskok dokonał się już w usługach finansowych, gdyż banki z Polski oferują jedne z najnowocześniejszych rozwiązań mobilnych na świecie.

Prezydent Andrzej Duda w swoim przemówieniu zauważył, że Polacy chętnie korzystają z możliwości jakie niesie ze sobą rozwój nowych technologii. Podkreślił, że polski system bankowy reprezentowany w Davos przez Bank Pekao należy do najbardziej innowacyjnych na świecieMożna powiedzieć, że w Polsce mamy do czynienia z bardzo pozytywnym sprzężeniem pomiędzy twórcami nowych technologicznych rozwiązań, a konsumentami. Mamy potencjał żeby tworzyć innowacje, a także otwartość i gotowość aby z nich korzystać i w ten sposób przyczyniać się do dalszego rozwoju. Myślę, że jest to sytuacja stwarzające unikatowe warunki dla innowacji , której mogą nam z cała pewnością pozazdrościć inne kraje – dodał Prezydent Polski.

W debacie wziął udział, Henrik von Scheel autor określenia „czwarta rewolucja przemysłowa przez Financial Times uznawany za jednego z wiodących autorytetów w zakresie strategii i konkurencyjności. Powiedział on,  że Polska posiada największy potencjał wzrostu w całej Europie.

Profesor ekonomii  Nouriel Roubini, który przewidział kryzys „Subprime” w 2008 roku wskazał, że stoimy przed wyzwaniem, aby ta zglobalizowana, cyfrowa gospodarka była dobra dla wszystkich, a nie wyłącznie dla 20-30 procent populacji. Podkreślił przy tym, że właściwą odpowiedzią nie jest protekcjonizm, więcej barier w handlu, ale zapewnienie ludziom dobrej edukacji i niezbędnych umiejętności.

Union Investmenet podsumował 2018 rok w Polsce i na świecie

  • W 2018 roku Union Investment podpisał i odnowił w Polsce umowy najmu na 63 tys. mkw. Tym samym Polska stała się dla firmy drugim największym rynkiem najmu po Niemczech.
  • Na koniec 2018 roku w polskim portfolio firmy znajdowało się 21 zdywersyfikowanych aktywów o wartości ponad 2 mld euro.
  • Wartość globalnego portfolio zarządzanego przez Union Investment po raz pierwszy w historii przekroczyła 40 mld euro.
  • Współczynnik wynajętych powierzchni ukształtował się na poziomie 96,6% na koniec roku.

Na wynajęte w 2018 roku 63 tys. mkw. złożyły się przede wszystkim nieruchomości biurowe i komercyjne zarządzane przez Union Investment. 14,200 mkw. nowych i przedłużonych umów najmu przypadło na trzy warszawskie biurowce: Zebra Tower, Horizon Plaza oraz Pasaż Lipińskiego, a dodatkowe 29 tys. mkw. dołożyły umowy na powierzchnie w centrach handlowych we Wrocławiu (Magnolia Park), Łodzi (Manufaktura) oraz Gdyni (Riviera). Największe nowe umowy w sektorze centrów handlowych to m.in. sklep sportowy Decathlon w Magnolia Park (1800 mkw.), a także siłownia Saturn (1400 mkw.) i sklep odzieżowy New Yorker (1300 mkw.) w łódzkiej Manufakturze.

Nowe umowy najmu stanowiły aż 44% (28 tys. mkw.) całkowitej powierzchni wynajętej w Polsce w 2018 roku. Dla porównania, ten współczynnik w Niemczech wyniósł jedynie 15%. Umowy te przyczyniły się do zwiększenia współczynnika wynajętej powierzchni w globalnym portfelu nieruchomości Union Investment do 96,6%. Wynajęte w 2018 r. w Polsce 63 tys. mkw. generują dochód netto z najmu w wysokości 14,6 mln euro rocznie. Polski portfel nieruchomości Union Investment zwiększył się w ostatnim roku do 21 aktywów o wartości ponad 2 mld euro.

Union Investment na świecie

W 2018 roku Union Investment kontynuował selektywną politykę zakupową dla otwartych funduszy nieruchomości, skupiając się na stabilności długoterminowych przychodów z najmu. Polityka zakupowa opierała się głównie na projektach w fazie realizacji oraz istniejących aktywach o mniejszej skali.

W skali globalnej Union Investment nabył w ubiegłym roku na rzecz swoich funduszy instytucjonalnych i detalicznych specjalizujących się w nieruchomościach komercyjnych 36 aktywów o wartości ok. 2,3 mld euro, w tym 16 inwestycji we wczesnej bądź zaawansowanej fazie realizacji. Projekty te odpowiadały za ponad 50% wartości aktywów nabytych w ubiegłym roku (1,2 mld euro).

Dr. Reinhard Kutscher - Union Investment
Dr. Reinhard Kutscher – Union Investment

Nabywanie projektów w fazie realizacji jest kluczowym narzędziem budowania ekspozycji na nieruchomości ze stabilnymi perspektywami zysku w obecnej, późnej fazie cyklu rynkowego – stwierdził Dr Reinhard Kutscher, Prezes Zarządu Union Investment Real Estate GmbH.

Jednocześnie Union Investment wyszedł z 18 inwestycji o wartości 770 mln euro. Tym samym wartość transakcji w ubiegłym roku wyniosła ok. 3 mld euro, wobec 2,9 mld euro w 2017 r., a całkowita wartość portfela Union Investment wzrosła po raz pierwszy powyżej 40 mld euro.

Główne trendy z dziedziny technologii, mediów i telekomunikacji

Dziesięć lat temu eksperci zajmujący się technologią ekscytowali się rozwojem sieci bezprzewodowej czwartej generacji. Jak wynika z 18. edycji raportu „Global TMT Predictions” firmy doradczej Deloitte, w tym roku już 25 operatorów telekomunikacyjnych udostępni sieć 5G. Cyfrowy rozwój firm będzie możliwy także dzięki sztucznej inteligencji, której rozwiązania stają się coraz bardziej powszechne i dostępne w chmurze. Co ciekawe, drugą młodość zyskają w tym roku drukarki 3D, a wartość usług z nimi związanych przekroczy 2,7 mld dolarów. Zdaniem ekspertów Deloitte w cyfrowym świecie prawdziwe triumfy święcić będzie radio, które obchodzi właśnie 99 urodziny. Tygodniowo będzie go słuchać prawie 3 miliardy ludzi.

Raport „Global TMT Predictions” prezentuje główne trendy z dziedziny technologii, mediów i telekomunikacji, które mogą wywrzeć istotny wpływ na rynek w perspektywie najbliższych pięciu lat.

Demokratyzacja sztucznej inteligencji

O sztucznej inteligencji i jej wpływie na biznes mówi się od kilku lat. – Algorytmy uczenia maszynowego były od wielu lat rozwijane między innymi przez gigantów technologicznych, którzy dysponują dużymi budżetami, odpowiednią infrastrukturą oraz zasobami kadrowymi . Udostępnienie tych rozwiązań w chmurze oraz popularyzacji wiedzy na ich temat przyczynią się do upowszechnienia zastosowania rozwiązań kognitywnych w biznesie. Staną się one jeszcze bardziej dostępne także dla mniejszych przedsiębiorstw i będą miały istotny wpływ na sposób działania oraz zdobywania przewagi konkurencyjnej na rynku – mówi Paweł Zarudzki, Partner Associate, Robotics & Cognitive Automation Leader w Deloitte.

Rok 2019 przyniesie pogłębienie związków pomiędzy sztuczną inteligencją a rozwiązaniami w chmurze. Aż 70 proc. firm wykorzystujących AI, 70 proc. będzie to robić dzięki oprogramowaniu dla przedsiębiorstw w chmurze. Z kolei 65 proc. stworzy aplikacje AI przy użyciu chmurowych usług programistycznych. Do 2020 r. wskaźniki te wzrosną do odpowiednio 87 i 83 proc. Jak przewidują eksperci Deloitte chmura będzie napędzać większą liczbę pełnowymiarowych implementacji AI, zapewni lepszą efektywność oraz pozwoli na szybszy zwrot z inwestycji. Co ważne, firmy nie będą potrzebowały skomplikowanego oprogramowania i specjalistycznych usług programistycznych. Już jedna aplikacja, umożliwiająca na przykład korzystanie z chatbotów, pozwoli na uruchomienie cyfrowego biznesu.

5G wkracza i zmienia rynek

Dla firm z branży telekomunikacyjnej na świecie ważnym tematem w najbliższych kilkunastu miesiącach będzie uruchomienie sieci 5G. Oczekuje się, że sieci piątej generacji w porównaniu z 4G zapewnią szybsze połączenia dla konsumentów i biznesu, przy niższych opóźnieniach oraz stworzą nowe źródła przychodów dla firm z sektora TMT i nie tylko. Z szacunków Deloitte wynika, że obecnie ponad 70 operatorów testuje 5G w skali globalnej. W tym roku uruchomi ją 25 operatorów, a w 2020 roku liczba ta prawdopodobnie podwoi się. W 2019 roku zostanie sprzedany pierwszy milion telefonów (z 1,5 mld smartfonów sprzedanych ogółem), które umożliwią korzystanie z sieci piątej generacji, a w 2020 roku liczba ta będzie już wielokrotnie wyższa i sięgnie 15-20 mln sztuk. Rok później może zostać przekroczona liczba 100 mln w skali globalnej. Rozwijać się będzie także sprzedaż innych urządzeń dostępowych 5G. Do 2025 roku jedno na siedem połączeń mobilnych dokona się za pomocą sieci 5G (z wyłączeniem internetu rzeczy). – Bogatsi o doświadczenie z wdrożeń sieci 4G, a wcześniej 3G, należy się spodziewać, że popularyzacja 5G wśród użytkowników będzie postępowała i zajmie wiele czasu. Będzie to zależne od wielu czynników, w tym m.in. tempa wdrożenia sieci 5G przez operatorów, popularyzacji urządzeń końcowych wspierających nową technologię, jak również tempa rozwoju i innowacji w zakresie usług oferowanych z wykorzystaniem nowej sieci. Najbardziej zauważalnymi zaletami sieci 5G dla użytkowników powinny być prędkości istotnie wyższe niż oferuje dzisiejsza technologia 4G i sięgające w szczycie gigabitów na sekundę a średnio rzędu setek megabitów na sekundę. – mówi Jakub Wróbel, Ekspert od rynku TMT w Deloitte.

Renesans druku 3D

Możliwości druku 3D, z różnych przyczyn, przede wszystkim kosztowych, nie były w pełni wykorzystywane, mimo początkowych przewidywań. Jednak branża ta, mimo pewnego spowolnienia, rozwijała się. Co więcej, zdaniem ekspertów Deloitte, dzięki rozwojowi technologii ma ona szansę na stały dwucyfrowy wzrost. Wartość sprzedaży drukarek 3D, materiałów i usług z tym związanych przekroczy w tym roku 2,7 mld dolarów i kolejne 3 mld dolarów w 2020. A to oznacza coroczny średni wzrost o 12,5 proc. Lista możliwych materiałów do druku 3D wzrosła ponad dwukrotnie w ciągu ostatnich pięciu lat, co wraz z innymi ulepszeniami doprowadziło do ponownego wzrostu branży.

Chiny nie do pobicia

Deloitte przewiduje, że już w 2019 r. państwem, które będzie posiadać wiodące na świecie sieci telekomunikacyjne, będą Chiny. Nie zmieni się to również w perspektywie średnioterminowej. Infrastruktura komunikacyjna Państwa Środka zapewni podstawy do rozwoju nowych gałęzi przemysłu, które mogą generować dziesiątki miliardów dolarów przychodu rocznie do roku 2023. Z naturalnych powodów demograficznych Chiny mogą się też pochwalić największą na świecie liczbą użytkowników urządzeń i aplikacji cyfrowych, co także napędza rozwój biznesu telekomunikacyjnego w tym kraju. Na początku 2019 roku w Chinach 600 milionów ludzi skorzysta ze swoich telefonów przy płatnościach mobilnych. Około 550 mln Chińczyków będzie używać ich do robienia zakupów w sieci, a około 200 mln do skorzystania z rowerów publicznych.

Niedoceniane radio

Pogłoski o śmierci radia są mocno przesadzone. Eksperci Deloitte przewidują, że ponad 85 proc. dorosłej populacji w krajach rozwiniętych będzie słuchać radia co najmniej raz w tygodniu (tyle samo, co w 2018 r.). W krajach rozwijających się ten zasięg będzie kształtował się na różnym poziomie. Tygodniowo łącznie prawie 3 miliardy ludzi na świecie będzie słuchać radia, średnio przez ok 90 minut dziennie. Co więcej – wśród nich będzie dużo ludzi młodych. W Stanach Zjednoczonych w tym roku ponad 90 proc. osób w wieku od 18 do 34 lat włączy odbiornik radiowy co najmniej raz w tygodniu, a do 2025 roku prawdopodobnie więcej czasu poświęci temu medium niż oglądaniu tradycyjnej telewizji.

Przychody biznesu radiowego w 2019 przekroczą na świecie 40 mld dolarów. W Polsce zasięg radiowy obejmuje 94 proc. populacji, a roczne średnie przychody generowane przez biznes radiowy wynoszą 4 dolary per capita. Dla porównania w Niemczech jest to 46 dolarów, a w USA 67 dolarów. – Radio jest medium powszechnie niedocenianym i niezauważanym, zarówno przez słuchaczy, jak i przez reklamodawców. Na wielu rynkach dane o słuchalności są zbierane za pomocą urządzeń pasywnych. Kiedy prosi się badanych o samodzielne oszacowanie wymiaru czasu, które poświęcili radiu, często podają oni znacznie mniejszy zakres niż wskazują na to czujniki. Wszystko dlatego, że jest to medium nieabsorbujące naszej uwagi. Tymczasem radio żyje i ma się dobrze i przewidujemy, że szybko się to nie zmieni – mówi Jan Michalski, lider sektora TMT oraz Deloitte Digital CE.

Warszawa z najniższym współczynnikiem pustostanów od 2012 roku

Colliers International podsumował ostatni kwartał 2018 roku na rynku biurowym w Warszawie. W tym okresie wynajęto najwięcej powierzchni biurowej w całym roku, co przełożyło się także na najniższy od lat poziom pustostanów.

Zasoby i nowa podaż

W ostatnim kwartale zeszłego roku na rynku warszawskim oddano do użytku 42,7 tys. mkw. powierzchni biurowej. Tym samym całkowita podaż biur w stolicy na koniec 2018 roku wyniosła blisko 5,5 mln mkw. Wśród 6 projektów ukończonych przez deweloperów w czwartym kwartale największe to: pierwszy budynek biurowy w Browarach Warszawskich – Biura przy Bramie (15 tys. mkw.) w strefie Centrum, Neopark B (ponad 12 tys. mkw.) oraz biurowiec Veolia (8,8 tys. mkw.) w strefie Mokotów. W całym 2018 roku w Warszawie deweloperzy oddali do użytku 23 nowoczesne projekty biurowe o łącznej powierzchni 232,7 tys. mkw., czyli o 15,5% mniej niż w 2017 roku. Najwięcej powierzchni oddano w strefie Centrum (32,3%) oraz Mokotów (23,5%). Warszawski rynek nie zwalnia tempa. W budowie znajduje się obecnie ponad 744,2 tys. mkw.

Transakcje

Od początku października do końca grudnia w Warszawie wynajęto niemal 230,8 tys. mkw., co było najlepszym kwartalnym wynikiem w zeszłym roku. Najwięcej powierzchni biurowej wynajęto w strefie Mokotów (36,2%). Do głównych transakcji najmu w Q4 2018 należały: nowa umowa Ringier Axel Springer Polska w Trinity Park III (niemal 11,7 tys. mkw.), nowa umowa WeWork w Browarach Warszawskich   (niemal 10,5 tys. mkw.) oraz wynajęcie przez Veolię 8,8 tys. mkw. we własnym biurowcu. W całym 2018 roku w stolicy wynajęto łącznie ponad 856,6 tys. mkw. czyli o 4,4% więcej niż w 2017 roku.

Pustostany

Poziom pustostanów w Warszawie zmniejszył się w stosunku do poprzedniego kwartału o 1,3 p. p. i na koniec zeszłego roku wyniósł zaledwie 8,7%, co przełożyło się na około 473,4 tys. mkw. dostępnej powierzchni. Jest to najniższy poziom współczynnika pustostanów w Warszawie od trzeciego kwartału 2012 roku (8,1%). Czynsze bazowe w ostatnim kwartale zeszłego roku utrzymywały się na zbliżonym poziomie do całego 2018 r. Miesięczne stawki za powierzchnię biurową w Warszawie wynosiły od 14,0 do 24,0 euro za 1 mkw.

Im dalej Brexit, tym silniejszy funt? Japonia utrzymała stopy procentowe

Brytyjska waluta zyskuje na wartości wraz z oddalaniem się perspektywy opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej. Japonia utrzymała stopy procentowe. Amerykański rynek nieruchomości się kurczy.

Im dalej Brexit, tym silniejszy funt

Brytyjska waluta umacnia się wraz z plotkami o możliwym odwołaniu Brexitu. Zdaniem analityków obecnie pytanie jest nie o to czy termin zostanie przesunięty, bo tego są prawie pewni, ale czy do opuszczenia wspólnoty w ogóle dojdzie. To właśnie dlatego brytyjska waluta umacnia się ostatnio względem innych walut. Dzisiaj rano funt po raz pierwszy od dwóch miesięcy przekroczył wartość 4,90 zł. Swoje dwumiesięczne maksima osiągnął również względem dolara i euro.

Japonia nie zmienia stóp procentowych

Bank Japonii po raz kolejny otrzymał główną stopę procentową na symbolicznym minusie. Patrząc na reakcję jena inwestorzy spodziewali się, że może dojść do podwyżki stóp z poziomu -0,1%. Z tego też powodu jen nieznacznie osłabił się po publikacji decyzji. Konferencja prasowa z komentarzem do decyzji o 7:30 polskiego czasu pozwoliła jednak odrobić te straty

Słabsze dane z USA

W Stanach spada sprzedaż domów na rynku wtórnym. Dane te pozornie nie są tak istotne, ale mają ważne znaczenie symboliczne. To od rynku nieruchomości zaczął się bowiem poprzedni kryzys. Nie może zatem dziwić, że po tym jak liczba sprzedanych domów zamiast oczekiwanych 5,25 miliona wyniosła 4,99 miliona było widać reakcję na dolarze.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych makroekonomicznych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Najwięcej za OC w 2018 r. płacili właściciele BMW i Audi

W 2018 r. średnia cena ubezpieczenia OC wyniosła 741 zł i była o 5% niższa niż przed rokiem. O wiele więcej za obowiązkową polisę musieli  jednak zapłacić właściciele BMW i AUDI oraz samochodów największa pojemnością silnika.

Rok 2018 przyniósł długo wyczekiwaną stabilizację cen OC. W raporcie RanKING – rynek i ceny ubezpieczeń komunikacyjnych porównywarka rankomat.pl analizuje, jak kształtowały się średnie składki obowiązkowych polis w ubiegłym roku ze względu na markę posiadanego samochodu, jego pojemność silnika czy nawet rodzaj tankowanego paliwa.

Duża pojemność silnika to wysoka cena OC

W 2018 roku najwięcej na obowiązkowe ubezpieczenie wydawali właściciele samochodów z największą pojemnością silnika. W przypadku aut z silnikiem powyżej 3,0 l, koszt polisy OC był wyższy o 78,7% niż dla samochodów z silnikiem do 1,0 l.Pojemność silnika a cena OC

– Auta o dużej pojemności silnika mogą rozwijać duże prędkości, co przekłada się na większe ryzyko spowodowania szkody. Rozmiar samej szkody również może być większy, co skutkuje wyższym kosztem jej ewentualnej likwidacji. Właściciele samochodów o pojemności 2,6 l i więcej, jako jedyni musieli w 2018 r. liczyć się z nieznaczną podwyżką cen OC – mówi Urszula Pazio-Hrapkowicz, dyrektor operacyjny rankomat.pl.

Najwyższe ceny OC dla BMW i Audi

Podczas kalkulacji składki OC, ubezpieczyciele biorą pod uwagę także markę ubezpieczanego pojazdu. W 2018 r. najwyższe stawki towarzystwa proponowały właścicielom samochodów marki BMW (952 zł) i Audi (823 zł). W przypadku BMW cena była wyższa o 28,5% od średniej ceny w kraju.Marka samochododu a cena OC

Spośród 11 najczęściej ubezpieczanych marek pojazdów w porównywarce rankomat.pl w ubiegłym, roku największe szanse na zakup taniego OC mieli właściciele samochodów marki Dacia (573 zł) oraz Skoda (668 zł).

Cena OC a rodzaj tankowanego paliwa

Na cenę ubezpieczenia OC wpływ ma nawet rodzaj tankowanego paliwa. Choć w tym przypadku różnice cen nie były już ta drastyczne, to najwięcej za polisę w 2018 r. roku musieli zapłacić właściciel aut napędzanych PB+LPG (724 zł). O 20,2% mniej płacili natomiast za OC posiadacze samochodów elektrycznych.Paliwo a cena OC

Kierowcy ubezpieczający samochody z silnikami benzynowymi wydawali na obowiązkowe ubezpieczenie średnio 724 zł. Koszt polisy był w ich przypadku o 5,9% niższy niż w roku poprzednim.

Czy dostawę przerwaną można uznać za wewnątrzwspólnotową dostawę towarów?

Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że jeżeli odbiorca towarów z Wielkiej Brytanii jest znany, a zasady dostawy zostały określone w umowie, wówczas dostarczenie towaru do magazynu w Belgii, z którego towar jest dostarczany do odbiorcy, stanowi wewnątrzwspólnotową dostawę towarów (WDT).

W sprawie rozpoznanej przez Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 21 września 2018 r., sygn. akt I FSK 1500/16, spółka złożyła wniosek o wydanie wiążącej interpretacji podatkowej. We wniosku spółka podała, że zajmuje się produkcją wafli ryżowych, które wysyła odbiorcom z Wielkiej Brytanii. Magazyn towarów podatnika znajduje się w Belgii, obsługuje go belgijska spółka. Podatnik organizuje transport i ponosi koszty magazynowania towaru, który w Belgii nie jest poddawany żadnej obróbce. Przekazywanie towarów pomiędzy spółką belgijską a odbiorcą z Wielkiej Brytanii odbywa się za pomocą systemu ECOD.

Podatnik chciał wiedzieć, czy transakcje te stanowią wewnątrzwspólnotową dostawę towarów na rzecz odbiorcy z Wielkiej Brytanii, jak również, czy będzie miał prawo do zastosowania stawki 0%, gdy będzie dysponował również oświadczeniem od nabywcy z Wielkiej Brytanii, że zamówione przez niego towary zostały dostarczone w określonej dacie.

Zdaniem podatnika wskazane wyżej transakcje stanowią wewnątrzwspólnotową dostawę towarów (dalej: WDT) i będzie miał prawo do zastosowania 0% stawki podatku, gdy będzie również posiadał oświadczenie nabywcy z Wielkiej Brytanii, że zamówione przez niego towary zostały dostarczone w określonej dacie. W ocenie podatnika obowiązek podatkowy z tytułu WDT powstaje z chwilą wystawienia faktury, nie później niż 15 dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym odbiorca z Wielkiej Brytanii pobrał towary z magazynu spółki belgijskiej.

Minister Finansów uznał ocenę podatnika za nieprawidłową. Zdaniem organu podatkowego opisane transakcje nie stanowią jednej nieprzerwanej WDT na rzecz odbiorcy, ponieważ występują tu dwie odrębne transakcje: jedna od podatnika do magazynu w Belgii, a druga z Belgii do Wielkiej Brytanii. Podatnik nie jest zarejestrowany w Belgii, zatem nie spełnia warunków z art. 42 ust. 1 ustawy o VAT zastosowania 0% stawki VAT dla WDT. Minister Finansów wskazał, że obowiązek podatkowy powstaje 15 dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym spółka dokonała przemieszczenia towarów do magazynu w Belgii.

Sprawa na skutek skargi podatnika trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu, który oddalił skargę, podzielając argumenty Ministra Finansów. Podatnik złożył zatem skargę kasacyjną. NSA uchylił ten wyrok. W uzasadnieniu wyroku podkreślił, że w omawianej sprawie nie można uznać, że nie dochodzi do WDT. Odbiorca usług jest znany już w momencie wywozu towarów z Polski i jest to udokumentowane umową.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kiedy doczekamy się obniżenia stawki podatku VAT?

Czy w Polsce od lat rządzi sekta wyznawców arkuszy kalkulacyjnych?Można tak powiedzieć, bo tylko w kalkulacjach wysokie stawki podatków sprawiają, że w budżecie są wystarczające środki. W tym samym czasie, kiedy w naszym kraju utrzymuje się jedną z najwyższych stawek VAT, rząd Rumunii doprowadził już wcześniej do jej obniżki, redukcji kilkaset tytułów podatkowych. Dzięki temu odnotowuje dwukrotnie wyższy wzrost gospodarczy niż rząd polski. Każdy sposób na zmianę systemu podatkowego powinien odbywać się na zasadzie jego radykalnego uproszczenia.

– Wiara w arkusze kalkulacyjne prowadzi do utrzymywania wysoki stawek. Chociaż doświadczenie – nawet polskie – pokazuje, że obniżka opodatkowania daje większe wpływy, nadal przywrócenie VAT przynajmniej do poprzedniej stawki pozostaje w sferze obietnic wyborczych – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – To potwierdza też, że z wpływami z VAT-u i uszczelnieniem podatku wcale nie jest tak dobrze, jak podaje rząd – jeżeli po trzech latach nie udało się tego dokonać. Dzisiaj w Polsce – zwłaszcza w kwestii VAT-u – system jest jednym z bardziej skomplikowanych, nawet w ramach Unii Europejskiej. Przepisy z aktami wykonawczymi i interpretacjami liczą ok. 1,5 miliona stron. Przy takim stanie rzeczy, nie da się go uszczelnić. Stąd nic dziwnego, że jedyną metodą pozostaje utrzymanie tej wysokiej na tle Europy stawki podatku VAT – podsumował Sadowski.

Czekając na przebłysk optymizmu

Rynki finansowe stanęły w miejscu, a inwestorzy zdają się czekać na rozwój wypadków w kluczowych kwestiach, jak rozmowy handlowe, government shutdown, brexit i inne. Jednak rośnie ryzyko, że jeśli prędko nie zobaczymy przebłysku optymizmu w którejś kwestii, cały entuzjazm z przełomu roku wyparuje na dobre.

Cierpliwość inwestorów się kiedyś kończy. Nawet jeśli uznamy, że wyprzedaż z grudnia była silnym przereagowaniem i co sprytniejszy inwestorzy zakupili przecenione aktywa, to jeśli pozycja przez długi czas nie pracuje, lepiej jest spieniężyć zyski. Government shutdown w USA trwa już 32-gi dzień bez oznak, aby prezydent Trump lub Demokraci gotowi byli na ustępstwa. Wall Street jak dotąd ignorował temat, licząc na międzyokresowe wygładzanie zatorów w wypłatach wynagrodzenia dla pracowników administracji, ale niedługo negatywne skutki dla gospodarki staną się trwałe. Nerwowość nie opuszcza tematu sporu handlowego USA-Chiny. Wczoraj nastroje zepsuły doniesienia prasowe, że administracja Trumpa odrzuciła ofertę przyjazdu delegacji chińskiej na rozmowy przygotowawcze przed przyszłotygodniową wizytą premiera Chin. Później doradca ekonomiczny Białego Domu Kudlow zdementował te pogłoski, ale rysa na sentymencie pozostała. Jeśli mamy liczyć na podtrzymanie proryzykownego klimatu, potrzeba albo mocnego rozstrzygnięcia kluczowych problemów politycznych, albo jasnego przebłysku w danych makro. Cisza panuje w tym pierwszym, a w drugim środowy kalendarz nie oferuje kluczowych publikacji. Ostatnia nadzieja w jutrzejszych odczytach PMI z Eurolandu. O ile pozytywnie zaskoczą.

Bank Japonii nie szykuje się do rychłej zmiany polityki monetarnej, a przynajmniej tak można sądzić po dzisiejszej decyzji. Główna stopa procentowa została na -0,1 proc., a cel dla rentowności obligacji 10-letnich podtrzymano na 0 proc. BoJ ściął prognozy wzrostu PKB na bieżący rok fiskalny 2018/19 do 0,9 proc. z 1,4 proc., a lekko podniósł prognozy na kolejne dwa lata. Obniżono też prognozy inflacji z najdalszym szacunkiem na 1,4 proc. na rok fiskalny 2020/21. Cel inflacyjny 2 proc. jest dalej poza zasięgiem banku centralnego, co by implikowało utrzymanie ultra-łagodnej polityki pieniężnej na lata. Ale czy to w ogóle jest możliwe? Pytanie to szczególnie staje się palące w obliczu oznak globalnego spowolnienia, gdyż BoJ ma teraz mocno ograniczony arsenał narzędzi, by wspierać gospodarkę. Dalsze obniżki stóp procentowych są wykluczone, gdyż zniszczyłyby sektora bankowy. Może dalej skupować obligacje skarbowe, przy czym już posiada połowę z wyemitowanych instrumentów, a do tego w jego rękach jest 75 proc. jednostek funduszy ETF opartych o japońskie indeksy akcji. Jeśli to nie pomogło rozpędzić inflacji w ostatnich latach, małe szanse, że teraz zadziała. BoJ musi porzuć gonienie celu inflacyjnego, co oznacza, że w długim terminie nie ma co oczekiwać napędzanej ekspansją monetarną deprecjacji JPY. Jednak w krótszym horyzoncie jen pozostanie barometrem nastrojów rynkowych, więc przy kolejnej fali apetytu na ryzyko podaż jena będzie się nasilać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek akcji na świecie w 2019 roku nadal pod presją – IPOPEMA TFI

2019 rok przyniesie zmienność na rynkach akcji a koniunktura na polskim rynku będzie determinowana przez czynniki globalne. Oczekiwane spowolnienie gospodarcze z ewentualną recesją w Stanach Zjednoczonych, którą większość analityków przewiduje na drugą połowę 2020 roku może negatywnie wpływać na nastroje polskich inwestorów. Głównym ryzykiem może stać się polityka monetarna FED w świetle wolniej rosnącej gospodarki amerykańskiej, eskalacja wojny handlowej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, a w efekcie dalsze spowolnienie wzrostu gospodarki Państwa Środka, Brexit oraz zmniejszanie globalnej płynności banków centralnych. Polski rynek od kilku miesięcy zaskakuje jednak swoją siłą relatywną w stosunku do rynków emerging markets, a od listopada 2018 – również w stosunku do indeksów rynków rozwiniętych. To może stanowić o potencjale polskich firm.

Ostatni rok nie należał do udanych dla inwestorów na GPW. Podobnie jak na światowych rynkach, WIG spadł – o 9,5%, a małe i średnie spółki dosłownie „zapadły się” pod ciężarem odpływów z TFI (mWIG40 spadł o 19,3%, a sWIG80 o 27,6%). Ponadto, w polski rynek co chwila uderzały liczne afery: upadłość Getback S.A., potem problemy niektórych TFI, a na koniec tzw. afera taśmowa KNF, skutecznie odstraszając inwestorów. Nawet reklasyfikacja polskiego rynku z rynku rozwijającego się do rozwiniętego, przyniosła odwrotny skutek w postaci podaży akcji ze strony inwestorów inwestujących tylko na rynku Emerging Markets (EM).

Jednak pomimo spadku indeksu MSCI EM o 2,9% oraz S&P 500 o 9,2%, WIG20 spadł tylko 0,6%. Przyczyn można upatrywać m.in. wśród atrakcyjnych wskaźników wyceny polskiego rynku. Na zachowania polskich indeksów pozytywny wpływ miała również kompozycja sektorowa (niski udział spółek technologicznych, a wysoki rafinerii i defensywnych spółek energetycznych). Na tle swoich europejskich i amerykańskich odpowiedników, mocne były również polskie banki.

Siłą relatywną nie popisały się natomiast małe i średnie spółki. Pomimo coraz niższych wycen, problemy tego segmentu rynku pozostają albo nierozwiązane (odpływy z funduszy akcji polskich, problemy z przenoszeniem wzrostu kosztów pracy i surowców na klientów) albo wręcz rosną (coraz niższa płynność w tym segmencie). Niemniej, po ostatnich miesiącach spadków, dostrzegamy okazje inwestycyjne w tym segmencie, stąd zmieniamy nastawienie na neutralne do małych i średnich spółek i zamierzamy wykorzystywać ewentualne korekty do selektywnego przeważania tego segmentu rynku.

Rynek akcji na świecie nadal pod presją

Rok 2018 okazał się bardzo trudny dla inwestorów akcyjnych na świecie. Stopy zwrotu na największych światowych indeksach były ujemne (w przypadku amerykańskiej giełdy po raz pierwszy od 2008 roku), przy dużo wyższej zmienności.  O ile w 2017 roku SP500 zanotował jedynie 7 sesji, w których dzienna zmiana przekroczyła 1%, to w 2018 roku takich sesji było 64, z czego 28 w ostatnim kwartale. Ponadto, blisko 90% globalnych klas aktywów przyniosło ujemną stopę zwrotu wyrażoną w dolarze, co jest niespotykane.

Grudzień 2018 okazał się trudny miesiącem dla rynku akcji w USA. Kluczowym momentem miesiąca było posiedzenie FED z 19 grudnia, podczas którego bank centralny USA po raz kolejny w 2018 roku podniósł stopy procentowe, do poziomu 2,25%-2,5%. O ile sama decyzja była zgodna z oczekiwaniami, to liczba prognozowanych podwyżek w 2019 roku (spadła z trzech do dwóch) została odebrana negatywnie. Rynek spodziewał się bardziej gołębiego komunikatu i praktycznie braku podwyżek stóp procentowych w kolejnym roku. Nie pomógł także stanowczy ton wypowiedzi prezesa FED, Jerome Powella, w którym mówił o kontynuacji zmniejszania bilansu banku centralnego w trybie „autopilota”. W efekcie, kilka dni po posiedzeniu, zanotowaliśmy nowe roczne dołki na amerykańskich indeksach, a ostatni miesiąc minionego roku był najgorszym grudniem od 1931 roku.

W nowy rok wkraczamy z bardzo niskim sentymentem wśród zarządzających funduszami i oczekiwaniami rynku na brak podwyżek stóp procentowych (wyraźnie poniżej dwóch, zakładanych przez FED). Od swojego szczytu we wrześniu do dołka w Wigilię, indeks S&P 500 spadł w cenach zamknięcia o 19,78%, technicznie broniąc o 20% barierę spadku. Wiele innych amerykańskich (np. Nasdaq 100) jak i globalnych indeksów (np. DAX, WIG20) w 2018 roku tę barierę przekroczyło.

W 2019 roku najważniejszym zagadnieniem pod kątem rynków akcji będzie ocena sytuacji gospodarczej na świecie w dziesiątym roku ekspansji. Z obserwowanych przez nas na bieżąco „wskaźników bessy”, które w przeszłości z dużą dokładnością potrafiły wyznaczyć koniec ekspansji gospodarczej, żaden nie sygnalizuje nadejścia recesji w Stanach Zjednoczonych w horyzoncie najbliższych 12-15 miesięcy. Niepokojącym sygnałem może być znaczny wzrost rentowności obligacji korporacyjnych amerykańskich przedsiębiorstw (powodowany naszym zdaniem spadkami cen ropy, podobnie jak to miało miejsce w 2016 roku), natomiast w ujęciu absolutnym nie są to jeszcze alarmujące poziomy. Należy zwrócić uwagę, że marże operacyjne po opodatkowaniu, utrzymują się na bardzo wysokich poziomach i dopiero ich znaczne obniżenie może istotnie zwiększyć ryzyko finansowe sektora przedsiębiorstw.

Widząc perspektywy poprawy zysków na amerykańskiej giełdzie w tempie 6-7%, oczekujemy wysokich kilkuprocentowych stóp zwrotu z amerykańskich indeksów. Gospodarka chińska powinna osiągnąć dołek w pierwszym kwartale i (o ile nie dojdzie do dalszej eskalacji wojny handlowej) powinna w drugiej połowie roku zacząć delikatnie przyspieszać. To pozwala mieć nadzieję na lepsze stopy zwrotu z indeksów krajów rozwijających się w porównaniu do 2018 roku. Najsłabiej wygląda sytuacja w Europie, gdzie zarówno inwestycje, jak i zamówienia w przemyśle, pozostają pod presją Brexitu i słabej sytuacji gospodarczej Włoch.

Exit interview, czyli jak „ładnie” pożegnać się z pracownikiem i dlaczego warto

Wraz z dotarciem do Polski rynku pracownika, pracodawcy skupili się na narzędziach employer brandingowych wspierających proces rekrutacji, mających na celu znalezienie i zatrzymanie najlepszych. Firmę tworzą ludzie, którzy w niej pracują – im będą bardziej zadowoleni i zmotywowani, tym lepiej będą wykonywać swoje obowiązki. Tacy również budują wizerunek pracodawcy i są żywą reklamą marki, dla której działają. Przy tym wszystkim zapomina się jednak o pracowniku, który odchodzi z firmy. A to błąd. Jemu też warto poświęcić czas. To przecież źródło informacji o naszej firmie – pozwoli nam ocenić „na chłodno”, jakie są jej plusy i minusy oraz wyciągnąć odpowiednie wnioski. Opuszczając miejsce pracy, pracownik zabiera ze sobą opinię o nim, więc będąc pracodawcą, warto pozostawić po sobie ostatnie, miłe wrażenie.  Exit inteview daje ku temu okazję. 

Już nie tylko za Zachodzie, ale także i w Polsce mamy do czynienia ze znaczną rotacją pracowników. Szczególnie młodsze pokolenia nie mają obaw przed porzucaniem „ciepłych posadek” i nie boją się wyzwań, dlatego często wraz ze zdobyciem nowych kwalifikacji, zmieniają pracę. Inni szukają kolejnego zatrudnienia, które da im lepszą płacę. Współczesne tempo życia i wypalenie zawodowe, które dopada wielu, wymusza również częstą zmianę pracodawcy. Pracodawcy ledwo nadążają za tymi zmianami. Kończąc współpracę z członkiem swojego zespołu, niektórzy ograniczają się tylko do krótkiej rozmowy i wręczenia odpowiedniego dokumentu. Proces związany z „żegnaniem” pracownika jest skrócony do minimum, kiedy pracodawca postanawia nagle rozwiązać umowę o pracę. To sytuacja mało komfortowa dla obu stron, więc nic dziwnego. Gdy pracownik kończy pracę w danej firmie z własnej woli, warto dowiedzieć się, jakie są jego powody, (choć od razu należy zaznaczyć, że nie ma obowiązku nas o tym informować). Może sytuacja w dotychczasowym miejscu pracy zmusiła go do takiej decyzji? W sytuacji, gdy to my postanowiliśmy kogoś zwolnić, wtedy również porozmawiajmy ze zwalnianym pracownikiem. Wbrew pozorom, mogą skorzystać na tym obie strony. W obu przypadkach chodzi o exit interview. Co to takiego?

Czy exit interview jest potrzebne?

Exit Interview to rozmowa -„wywiad”, którą przeprowadza się z pracownikiem odchodzącym z firmy, niezależnie od tego, czy zapadła decyzja o jego zwolnieniu, czy osoba sama postanowiła zakończyć współpracę. Jeżeli zostanie poprowadzona w odpowiedni sposób, staje się efektywnym narzędziem employer brandingowym dla pracodawcy, czy dokładniej – dla działu HR w danej firmie lub osób odpowiedzialnych za zatrudnienie, ale nie tylko dla nich. Dlaczego?

Grupa pracowników to żywy organizm. „Dobry” szef nieustannie powinien dbać nie tylko o właściwe relacje pomiędzy członkami zespołu, a także o te na linii: pracodawca-pracownik. To przekłada się na dobre samopoczucie i zadowolenie pracowników, co jest kluczem do posiadania efektywnego i zgranego teamu. Mimo regularnego wdrażania odpowiednich rozwiązań, począwszy od tych związanych bezpośrednio z organizacją pracy, a kończąc na tych z obszaru HR, (np. wprowadzenie szeregu benefitów pozapłacowych), pracodawca nigdy nie ma zupełnej pewności, czy to działa. Nie może do końca wiedzieć, jak te działania oceniają pracownicy i czy przyniosły zamierzony efekt. Szczególnie jest to trudne w dużych firmach, w których zespół liczy 50, 100 i więcej osób. Prawda jest taka, że pracownicy nie są chętni do zwierzeń. Niepopularna opinia czy otwarta krytyka, przede wszystkim ta konstruktywna, która w tym przypadku jest potrzebna, wcale nie przychodzi nam tak łatwo. Wynika to także z faktu, że pracownicy wolą nie mówić o tym, co ich boli
i ich zdaniem nie działa w firmie, z obawy, że w ten sposób „narażą się” i zamkną sobie drogę do otrzymania premii czy awansu. Ale pracodawca nie jest w tym przypadku na straconej pozycji, bo z pomocą przychodzi mu exit interview
– komentuje Agnieszka Surowiec, Dyrektor ds. HR i Komunikacji w Intrum.

Szczególnie osoba, która pracowała w danej firmie przez wiele lat i przeszła w niej przez kilka szczebli kariery, może być cennym źródłem informacji. Od takiego doświadczonego pracownika dowiemy się np., czy struktura organizacyjna naszej firmy jest przyjazna zespołowi i wspiera jego efektywność, jak oceniane są osoby na stanowiskach kierowniczych, które powinny nie tylko zarządzać wykonywaniem obowiązków, ale również dbać o dobre relacje i komfort pracowników. Przede wszystkim, możemy pozyskać informacje na temat tego, co nie działa i co należy zmienić.  – Z doświadczenia wielu ekspertów HR z różnych firm czy menedżerów odpowiedzialnych za sprawy kadrowe wynika, że podczas takich końcowych wywiadów, pracownicy chętnie dzielą się swoimi przemyśleniami, ponieważ „nie mają już nic do stracenia”. Nie są skrępowani reakcją szefa czy nawet bezpośredniego przełożonego. Przekazują cenne opinie, których pracodawca nie mógłby zdobyć w inny sposób, np. przeprowadzając ankietę pracowniczą – dodaje Agnieszka Surowiec, Intrum.

Istnieje natomiast wątpliwość czy można liczyć na „obiektywny” i wyważony komentarz pracownika, który zostaje zwolniony z pracy i czy w takich okolicznościach przeprowadzanie exit interview w ogóle ma sens? Odpowiedź brzmi: zdecydowanie TAK i to przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to okazja dla dwóch stron do ostatecznego wyjaśnienia sobie wszelkich wątpliwości i „zarzutów”. Warto rozstać się z pracownikiem w dobrych relacjach – to naprawdę jest doceniane. Jego ostatni dzień w pracy nie musi wyglądać, jak w amerykańskich firmach, kiedy to pakuje się swoje rzeczy osobiste w karton i opuszcza się biuro. Dobrze jest zapewnić takiej osobie komfort psychiczny i poświęcić czas na rozmowę. Skupmy się w niej na podkreśleniu zalet rozmówcy – każdy pracownik je ma, nawet ten, który w naszej opinii nie był „pracownikiem miesiąca” i dlatego kończymy z nim współpracę. Przeprowadźmy exit interview, a z dużym prawdopodobieństwem pracownik będzie mimo wszystko miło nas wspominał. Po drugie, od niego również możemy zyskać informację, które np. pomogą nam w usprawnieniu procesów występujących w naszej firmie, zarówno tych, które dotyczą np. obsługi klientów czy rozmów z kontrahentami, jak i samej organizacji pracy zespołu.

Korzyści z organizowania exit interview dla pracodawcy są oczywiste, a co z byłym pracownikiem? – Dla odchodzącego pracownika szansa na uczestniczenie w exit interview to jasny i klarowny sygnał, że efekty jego pracy i zaangażowanie zostały docenione, a zdanie ludzi zatrudnionych w danej firmie jest brane pod uwagę przez bezpośrednich przełożonych oraz kadrę kierowniczą. Pracodawca, który jest otwarty na sugestie i komentarze przedstawione przez osobę kończącą współpracę, na pewno zyska w oczach obecnych, ale i przyszłych pracowników. Wpisanie exit interview na stałe w kulturę organizacyjną danego przedsiębiorstwa sprawia bowiem, że firma zyskuje kolejne narzędzie employer brandingowe, które skutecznie wspiera budowanie marki pracodawcy i pozwala przekonać do siebie kolejnych pracowników. Przy tym wszystkim zawsze działa tzw. poczta pantoflowa. Nie zapominajmy o tym, że za chwilę już były pracownik, mając dobre wspomnienia i ostatnie dobre wrażenie, może polecić naszą firmę, chociażby wśród swoich znajomych. Patrząc również przez pryzmat dynamicznych zmian na dzisiejszym rynku pracy, nie ma potrzeby, by palić mosty i definitywnie zamykać drzwi za byłym pracownikiem. Być może kiedyś pojawi się perspektywa jego powrotu, jako osoby z większym doświadczeniem i nowymi kompetencjami – sugeruje Agnieszka Surowiec, Intrum.

Exit interview: jak się przygotować do rozmowy?

W Polsce organizowanie takich rozmów nie jest jeszcze tak popularne, jak np. na zachodzie Europy, choć coraz więcej firm postanawia wdrażać to rozwiązanie. Warto jednak pamiętać o szeregu zasad, których powinno się przestrzegać, by rozmowa została przeprowadzona w odpowiedni sposób:

Kto powinien przeprowadzić exit interview? 

Prawdopodobnie pierwszy na myśl przychodzi bezpośredni przełożony, co jest błędnym przekonaniem – zwłaszcza, gdy to właśnie przez niego pracownik odchodzi z firmy. Exit interview powinna przeprowadzić osoba z odpowiednimi kompetencjami z obszaru HR, która będzie najlepiej wiedzieć, jak postępować w takiej sytuacji. Jeżeli w firmie nie ma takiej osoby, warto skorzystać z zewnętrznego, profesjonalnego wsparcia, np. korzystając z pomocy eksperta z firmy HR. Natomiast ważne jest, aby dodatkowo podczas exit interview obecna była osoba z kadry zarządzającej, wysoko postawiony menedżer. To jest istotne z dwóch powodów. To właśnie osoby znajdujące się na takich stanowiskach, powinny być zainteresowane tym, co dzieje się w firmie i jakie zdanie mają o niej nawet byli już pracownicy – uważa Agnieszka Surowiec, Intrum. Nie mniej, ważne jest także potraktowanie byłego pracownika z należnym mu szacunkiem – jeżeli pytamy o opinie, o to, co warto zmienić w danej firmie, aby była pozytywnie postrzegana przez obecnych i potencjalnych pracowników, to istotne, aby rozmówca miał pewność, że został wysłuchany przez osobę, która ma moc sprawczą i może dokonać realnych zmian na lepsze w organizacji.

Pytania otwarte czy zamknięte?

Czyli chodzi o pytania, na które pracownik może odpowiedzieć tylko TAK lub NIE. To jest wbrew pozorom ważne zagadnienie, nad którym trzeba się zastanowić. Pytania zamknięte dają odpowiedni, które są w formie łatwiejsze do przeanalizowania, ale mają również wady. Poprzez pytanie w takim przypadku możemy z góry zasugerować rozmówcy odpowiedź. Po drugie, istnieje szereg pytań, na które odpowiedź w stylu TAK, bądź NIE, będzie niewystarczająca, a pytający nie uzyska w ten sposób satysfakcjonujących informacji. Dlatego pytania otwarte dają możliwość zebrania pogłębionych wiadomości. Zdecydowanie zatem lepiej jest podczas exit interview zadawać więcej otwartych pytań niż zamkniętych.

Od czego zacząć rozmowę?

Podczas exit interview dobrze sprawdzi się zasada „od ogółu do szczegółu”. Warto zacząć od pytań dotyczących ogólnych odczuć rozmówcy, jego oceny poszczególnych aspektów związanych z pracą, np.: sposobu organizacji realizacji zadań, zarządzania przełożonych oraz kadry kierowniczej, wynagradzania pracowników, stosunków koleżeńskich, itp. Następnie, możemy skupić się na wybranych tematach. W każdym przypadku pytajmy o to, czy były pracownik dostrzega zarówno pozytywne, jak i negatywne aspekty omawianej kwestii.

Jak rozmawiać o powodach rezygnacji z pracy?

Zawsze jest to najbardziej newralgiczny punkt podczas exit interview, zwłaszcza jeżeli to pracownik podjął decyzję o zakończeniu współpracy. Pracodawca chciałby wiedzieć, czy została ona podjęta z powodów osobistych, np. przeprowadzka do innego miasta lub chęć rozpoczęcia pracy w innej branży, czy też do takiego kroku skłoniła pracownika bezpośrednia sytuacja związana z dotychczasowym miejscem pracy. Tu wymienić można np. negatywną atmosferę w firmie, niesprawiedliwe traktowanie pracowników, itp. Ten drugi przypadek jest jasnym sygnałem dla pracodawcy, że najwyższy czas, aby coś zmienić… Należy jednak pamiętać o tym, że były pracownik nie ma obowiązku nam się zwierzać i nie możemy tym bardziej „ciągnąć naszego rozmówcy za język”. Taki końcowy wywiad wymaga empatii i zrozumienia. Dobrym pomysłem jest zatem uważne słuchanie drugiej strony. Jeżeli były pracownik będzie chciał rozmawiać o kulisach swojej rezygnacji z pracy, dopiero wtedy możemy dopytywać o szczegóły.

Co dalej po rozmowie?

Exit interview, chociaż jest ważnym źródłem informacji dla pracodawcy, to do otrzymanych wiadomości powinno podchodzić się „na chłodno”. Przede wszystkim, każdy negatywny komentarz powinien być dokładnie przeanalizowany, aby sprawdzić, czy ma pokrycie w rzeczywistości. Jest to ważne, jeżeli będziemy chcieli później wyciągnąć konsekwencje
z powodu jakichś „braków”, które dostrzeżemy. Jeżeli taka rozmowa wyłoni jakieś realne problemy czy newralgiczne aspekty w działaniu firmy, następnym krokiem powinno być przejście od słów do czynów i szybkie (jeżeli to możliwe) wdrożenie odpowiednich rozwiązań, które doprowadzą do zmian na lepsze.

10 tygodni do brexitu. Polska mocno odczuje skutki braku umowy

10 tygodni do brexitu. Polska mocno odczuje skutki braku umowy 8

Brytyjczycy maja psychologiczną przewagę, ponieważ są bardziej skłonni do ponoszenia konsekwencji twardego brexitu, ale to Polska będzie jednym z państw, które najmocniej odczują skutki takiego scenariusza – ocenia ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych dr Przemysław Biskup. Zasady, na jakich Wielka Brytania opuści Wspólnotę, będą mieć zasadnicze przełożenie na polski eksport żywności i kondycję firm transportowych.

Negatywne skutki braku porozumienia na linii Wielka Brytania – Unia Europejska bardziej dotkną te kraje, które mają silniejsze więzi z Brytyjczykami. W przypadku Polski są one dość duże – Wielka Brytania jest dla Polski trzecim największym rynkiem eksportowym, mamy kilkanaście miliardów zł nadwyżki w eksporcie towarów i usług.

 Eksportujemy tam zarówno produkty wytwarzane na terenie Polski przez wielkie koncerny międzynarodowe, np. części samochodowe czy AGD, ale też wiele towarów wytwarzanych przez polski kapitał, zwłaszcza żywność. Z kolei w usługach dominuje transport. Podatność eksportu żywności i transportu na zakłócenia graniczne, które byłyby nieuchronnym skutkiem twardego brexitu, jest dosyć znaczna i poważnie wpłynie na koszty operacyjne przedsiębiorstw z tych branż – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Przemysław Biskup, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Podobnie eksponowane są m.in. Niemcy, Holandia i Francja. Państwem, które bezsprzecznie najbardziej dotknie twardy brexit – być może nawet bardziej niż samą Wielką Brytanię – będzie również Republika Irlandii.

 Jednym z istotnych skutków twardego brexitu będzie też zerwanie dotychczasowych ram prawnych i proceduralnych współpracy gospodarczej, co potencjalnie może bardzo drastycznie wpłynąć na koszty transakcyjne. Jeśli nie będzie porozumienia, ustanie np. automatyczna uznawalność towarów, zasad pochodzenia, swobodnego przepływu, etc. – mówi dr Przemysław Biskup.

Do tego dochodzi ewentualna rewizja przez Wielką Brytanię stawek celnych.

– Wówczas podstawą współpracy byłyby zasady WTO, które pozwalają na dosyć wysokie cła na towary rolno-spożywcze, a to jest dosyć znacząca część naszego pakietu eksportowego. Przy tym towary rolno-spożywcze są objęte najbardziej rozbudowanymi kontrolami granicznymi, ponieważ w grę wchodzą również kontrole fitosanitarne ­– wyjaśnia ekspert PISM.

Podkreśla też, że Wielka Brytania ma nadwyżkę w eksporcie usług na rynek europejski, ale Unia Europejska ma zdecydowaną nadwyżkę w zakresie eksportu towarów, rzędu 90 mld euro rocznie. W tej nadwyżce znaczącą część stanowią towary łatwo zamienialne, czyli np. żywność można eksportować do Wielkiej Brytanii nie tylko z UE, ale również z innych państw, które deklarują chęć współpracy.

– Wielka Brytania ma dość długą historię tego typu importu. Do lat 70., kiedy przystąpiła do UE, duża część masła, mleka i baraniny była importowana z Nowej Zelandii – mówi dr Przemysław Biskup – Druga część handlu opiera się na zintegrowanych łańcuchach logistycznych, gdzie w zasadzie nie ma możliwości zakłócenia handlu w sposób, który nie uderzy jednocześnie w drugą stronę. To dotyczy zwłaszcza przemysłu samochodowego czy lotniczego, czego przykładem jest koncern Airbus.

Ważna rzecz, którą należy uwzględnić, to kwestia gotowości społecznej. Po stronie europejskiej nie ma znaczących grup społecznych, które byłyby gotowe ponosić ofiary w imię twardego brexitu, po stronie brytyjskiej to jest – w zależności od sondaży – między 30 a 40 proc. społeczeństwa.

 To daje nieco inną siłę polityczną poszczególnym rządom. Są tu pewne analogie do sankcji nałożonych na Rosję. Każde zachodnie społeczeństwo, gdyby spotkały je takie sankcje, jakie dotknęły Rosję po inwazji na Krym, dosyć szybko zażądałoby rewizji polityki od swoich przywódców po to, żeby znieść te sankcje. W Rosji to nie działa, dlatego że jest wyższa gotowość społeczeństwa rosyjskiego do ponoszenia tego typu ofiar. Wydaje mi się, że w przypadku brexitu ta przewaga – nie materialna, a właśnie psychologiczna – leży raczej po stronie Brytyjczyków – mówi dr Przemysław Biskup.

Ekspert PISM ocenia, że jeśli chodzi o skutki twardego brexitu dla gospodarki i finansów publicznych – podstawową kwestią jest tzw. rachunek rozwodowy. Na mocy wypracowanego porozumienia Wielka Brytania zgodziła się wnieść kwotę rzędu 39 mld funtów, czyli około 50 mld euro, do budżetu unijnego. Jeżeli tego wkładu nie będzie, pozostałe państwa będą musiały zrzucić się na tę kwotę. Drugim rozwiązaniem są cięcia w świadczeniach. W takim scenariuszu Polska, jako największy beneficjent funduszy netto, byłaby jednym z państw najbardziej dotkniętych cięciami. Ewentualnie zostałaby poproszona o dodatkowe kontrybucje do budżetu UE, żeby załatać dziurę.

Wielka Brytania powinna opuścić unijne struktury do 29 marca 2019 roku. Okres przejściowy, w którym mają obowiązywać dotychczasowe zasady współpracy, w tym swoboda przepływu osób, potrwa do końca 2020 roku. Po tym czasie Wielka Brytania stanie się formalnie „państwem trzecim”. Wypracowane porozumienie warunków wyjścia zostało odrzucone przez brytyjski parlament.

J. Kurella: cenami energii na dłuższą metę nie da się sterować ręcznie. Możliwy znaczący wzrost rachunków za prąd w 2020 roku

J. Kurella: cenami energii na dłuższą metę nie da się sterować ręcznie. Możliwy znaczący wzrost rachunków za prąd w 2020 roku 9

Blokowanie wzrostu cen prądu w kolejnych latach jest niemożliwe. Rynek jest zliberalizowany, a wszystkie ruchy mające na celu zamrożenie rachunków za energię to działania wyłącznie doraźne – ocenia Jerzy Kurella, ekspert ds. energetyki z Instytutu Staszica. Ekspert przestrzega, że w 2020 roku podwyżki cen energii mogą być jeszcze dotkliwsze niż w obecnym. Jak podkreśla, wzrost cen to trend nie tylko na rynku polskim, ale i w całej Europie. Do tego, aby energia była tańsza, potrzebna jest zmiana miksu energetycznego, zwrot w kierunku odnawialnym źródłom energii oraz podjęcie decyzji o budowie elektrowni jądrowych.

– Polacy najprawdopodobniej zapłacą więcej za prąd w 2019 roku. Wynika to z co najmniej kilku przyczyn. Najistotniejszą jest fakt, iż ceny energii elektrycznej będą rosnąć. Już dzisiaj można stwierdzić, że w stosunku do początku 2018 roku ceny energii elektrycznej są wyższe o 50–60 proc. dla gospodarstw domowych. Sytuacja jest jeszcze mniej korzystna dla odbiorców przemysłowych, czyli małych, średnich i dużych przedsiębiorstw oraz spółek komunalnych, gdzie wzrost cen energii elektrycznej rok do roku jest szacowany na poziomie 60–70 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kurella, ekspert ds. energetycznych Instytutu Staszica.

Ekspert podkreśla, że skomplikowana jest odpowiedź na pytanie, czy rachunki gospodarstw domowych w 2019 roku będą wyższe. W zmianach do ustawy o podatku akcyzowym i innych ustawach zostały zapisane mechanizmy, które mają zapobiegać wzrostowi rachunków w 2019 roku. Problem polega na tym, że wciąż nie ma rozporządzeń wykonawczych do ustawy, a powołany do ich wypracowania specjalny Zespół, pomimo upływu 3 tygodni od wejścia w życie ustawy, nie wypracował jednolitego stanowiska. Sytuacja ta pokazuje, że bardzo trudno znaleźć rozwiązania prawne i techniczne, które nie generowałyby ponad standardowych ryzyk po stronie spółek energetycznych, budżetu państwa oraz odbiorców energii elektrycznej. Stąd trudno powiedzieć, jak będzie wyglądał mechanizm, który miałby spowodować, że większość gospodarstw domowych rzeczywiście nie zapłaci w tym roku wyższych rachunków.

– W budżecie państwa ma być wyasygnowane prawie 9 mld zł na rekompensaty dla spółek obrotu, które dostarczają energię elektryczną do klientów, głównie gospodarstw domowych, tak aby nie odczuły one podwyżek cen energii w 2019 roku. Większość ekspertów już szacuje, że koszty związane ze wzrostem cen energii będą wynosić co najmniej 13 mld zł. Ta luka wynika z tego, że w 2017 roku zużyto w Polsce ponad 128 TWh energii elektrycznej, a różnica w cenie za MWh między 2017 a 2018 to ponad 100 zł. Z tej prostej analizy widać, że żeby ją zrekompensować potrzeba ok. 13 mld zł – mówi Jerzy Kurella. – Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, bo z dostępnych już danych wynika, że w 2018 roku wszyscy klienci w Polsce zużyli energię elektryczną na poziomie prawie 170 TWh, czyli znacznie więcej niż rok wcześniej. To powoduje, że potencjalna różnica pomiędzy prognozowanymi kosztami rekompensat przewidzianymi w przedłożeniu rządowym a kosztami całkowitego zużycia energii w 2019 roku będzie jeszcze większa.

Z informacji „Dziennika Gazety Prawnej” wynika, że koszty ręcznego sterowania cenami energii w 2019 roku mają kosztować budżet państwa nie 9 mld zł, a 16 mld zł.

– Jeżeli zostaną zastosowane mechanizmy rekompensacyjne, o których obecnie jeszcze nie wiele możemy powiedzieć, możemy ostrożnie założyć, że gospodarstwa domowe nie zapłacą wyższych rachunków. Jednak te rachunki tak czy inaczej ktoś będzie musiał pokryć. Ta różnica zostanie pokryta z budżetu państwa. Pytanie, czy starczy tych środków dla wszystkich zainteresowanych. Jeśli nie, to całą gospodarkę czekają poważne zawirowania – mówi Jerzy Kurella.

Ekspert podkreśla, że wzrostowi cen nie można zapobiec, bo jest to tendencja obserwowana nie tylko na polskim rynku, ale w całej Europie. W Polsce ubiegłoroczny wzrost cen na Towarowej Giełdzie Energii wyniósł ponad 40 proc. rok do roku, natomiast w innych krajach europejskich 50–60 proc., a w Austrii sięgnął nawet 117 proc.

Wynikało to przede wszystkim ze wzrostu cen praw do emisji CO2, które w ciągu roku podrożały z 6 euro do ponad 25 euro w systemie rozliczeniowym. Polska energetyka w ponad 85 proc. jest oparta na węglu kamiennym i brunatnym, co powoduje, że wzrosty cen świadectw związanych z CO2 drastycznie windują ceny energii elektrycznej.

– Dopóki polska energetyka będzie oparta głównie na miksie węgla kamiennego i brunatnego, nie unikniemy takich sytuacji. W perspektywie 20–30 lat Polska musi dążyć do bardzo istotnej zmiany miksu energetycznego, czyli przejścia z energetyki pochodzącej z węgla na odnawialne źródła energii i inne sposoby jej pozyskiwania. Wtedy będziemy mogli mówić o czystszym powietrzu, walce ze smogiem, a z drugiej strony – polska gospodarka i energetyka nie będzie ponosiła coraz większych kosztów pozyskiwania praw do emisji CO2 – podkreśla Jerzy Kurella.

Były prezes Tauronu i PGNiG podkreśla także, że blokowanie wzrostu cen prądu w kolejnych latach jest niemożliwe. Rynek jest zliberalizowany, a wszystkie ruchy mające na celu zamrożenie rachunków za energię to działania wyłącznie doraźne i sprzeczne z podstawowymi zasadami wolnego rynku. Ponadto, takie działania nie wymuszają na sektorze energetycznym działań proefektywnościowych. Co więcej, istnieje duże ryzyko że w 2020 roku ceny energii wzrosną o wiele bardziej, bo nie będzie można skorzystać z nadzwyczajnych form dofinansowania z jakimi będziemy mieli do czynienia w 2019 roku

– Aby temu zapobiec, musimy funkcjonować w ramach zintegrowanego europejskiego rynku energetycznego. Ceny energii za MWh w takich państwach jak Norwegia, Szwecja czy Niemcy są niższe niż w Polsce – mówi Jerzy Kurella. – Przed polską energetyką stoją bardzo duże wyzwania inwestycyjne. Szacuje się, że do 2040 roku na inwestycje w energetyce będzie potrzebna kwota nawet 300 mld zł. Mówimy tu zarówno o budowie nowych bloków energetycznych, jak i poprawie jakości sieci dystrybucyjnej, której stan jest w wielu miejscach bardzo zły. Zaproponowane mechanizmy niewątpliwie utrudnią generowanie środków finansowych na tak niezbędne inwestycje. Jeśli chcemy żyć w zdrowszym środowisku i mieć w dłuższej perspektywie energię elektryczną, która nie jest za droga dla konsumentów, to pytanie brzmi: czy – a jeśli tak, to w jakim terminie – powinniśmy wybudować w Polsce elektrownię jądrową – mówi ekspert ds. energetycznych Instytutu Staszica.

Dramatyczne statystyki pod względem 5-letnich przeżyć chorych na raka jelita grubego. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie

0

Dramatyczne statystyki pod względem 5-letnich przeżyć chorych na raka jelita grubego. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie 10

Wielu Polaków z rakiem jelita grubego diagnozowanych jest w zaawansowanym, przerzutowym, stadium choroby. Przyczyną jest zbyt późne zgłaszanie się do lekarza, wynikające z poczucia wstydu lub obaw przed kolonoskopią – badaniem pozwalającym wykluczyć obecność niepokojących zmian, a w przypadku ich odnalezienia natychmiast je usunąć. Dziś polscy pacjenci mają dostęp do skutecznych terapii  w 1 i 2 linii leczenia. Niestety w momencie, kiedy dojdzie do dalszego rozwoju raka pomimo terapii lekami w 1 i 2 linii, polscy pacjenci nie mogą korzystać z dobrodziejstw postępu medycyny wzorem pacjentów z innych krajów UE.

Rak jelita grubego, zaliczany przez Światową Organizację Zdrowia do chorób cywilizacyjnych, występuje przede wszystkim u mieszkańców Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Według statystyk WHO na całym świecie co roku nowotwór ten zabija 600 tys. osób. W Europie to drugi, po raku płuca, najczęściej diagnozowany nowotwór złośliwy – rokrocznie pojawia się 400 tys. nowych chorych. W Polsce liczba zachorowań wynosi ok. 19 tys. osób rocznie, liczba zgonów natomiast 11 tys., co oznacza, że dziennie z powodu raka jelita grubego umiera 33 Polaków. Co więcej, liczba nowych zachorowań gwałtownie rośnie.

– W 2030 roku ma to być 27 tysięcy nowych zachorowań, czyli porównując do roku 2014, kiedy było 17,7 tysięcy, to na przestrzeni 15 lat mamy wzrost o 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marek Wojtukiewicz, kierownik Kliniki Onkologii w Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku, ordynator Oddziału Onkologii Klinicznej z pododdziałem Chemioterapii Dziennej w Białostockim Centrum Onkologii.

Ryzyko zachorowania na raka jelita grubego zwiększa się wraz z wiekiem – chorobę tę najczęściej diagnozuje się u osób, które przekroczyły 50. rok życia. Do najczęstszych przyczyn powstawania nowotworu zalicza się trwające kilka lat wrzodziejące zapalenie okrężnicy oraz występowanie na ścianie jelita polipów – łagodnych zmian, z których może powstawać guz nowotworowy. Rak jelita grubego rozwija się bardzo wolno – proces zmiany z polipa w nowotwór zajmuje od 7 do 14 lat – oraz przez długi czas bezobjawowo. Chory nie odczuwa bólu, a niepokojące symptomy, takie jak krwawienie z odbytnicy, anemia, utrata wagi i zmiana rytmu wypróżnień, pojawiają się w zaawansowanym stadium nowotworu, gdy jest on trudny do leczenia.

Im wcześniejsza diagnoza, tym większe szanse na skuteczną walkę z chorobą. W tzw. zerowym stadium rozwoju nowotworu terapia daje 100 proc. szans na 5-letnie przeżycie po zakończeniu leczenia. W przypadku I stadium zaawansowania szanse te wynoszą 85–100 proc., w II stadium ok. 60–80 proc., zaś w IV stadium maksymalnie 5 proc. Według danych Concorde-3 Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie, przed Rumunią, Bułgarią, Słowacją i Chorwacją, pod względem pięcioletnich przeżyć chorych na raka jelita grubego. Jedną z podstawowych przyczyn jest brak świadomości znaczenia kolonoskopii i faktu, że badanie wykonane na czas może uratować nasze życie, a co najmniej znacząco je przedłużyć.

 Kolonoskopia służy wczesnemu wykryciu raka jelita grubego. To badanie samo w sobie może nam uratować życie, bo w  trakcie jego usuwane są polipy, które – co okazuje się po badaniu mikroskopowym – miały potencjał do zesłośliwienia. Eliminujemy w ten sposób przyczynę możliwości zachorowania – mówi Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii.

Kolonoskopia to obecnie najbardziej wiarygodna metoda diagnostyki raka jelita grubego, polegająca na badaniu wnętrza odbytnicy i całej okrężnicy. Jednocześnie jest to rodzaj „wstępnej terapii”, daje bowiem możliwość usuwania polipów, tamowania krwawień oraz poszerzania zwężeń jelitowych. Badanie to powinny wykonywać osoby po 50. roku życia, a nawet młodsze, jeśli ktoś w ich rodzinie chorował na raka jelita grubego. W Polsce istnieje program profilaktycznych badań kolonoskopii, którym objęte są wszystkie osoby w wieku 50–65 lat. Rocznie wykonuje się ponad 500 tys. tego typu badań, które obecnie są przeprowadzane tak, aby maksymalnie ograniczyć dyskomfort pacjenta. 

 Nie trzeba bać się tego badania, ponieważ można je wykonywać w krótkiej narkozie. Więc nawet jeśli ktoś nie wytrzymuje nerwowo napięcia związanego z tym badaniem, to będzie ono przeprowadzone w sposób łagodny. Wszystko zależy od świadomości ludzi – rak to nie wyrok. Potrafimy być szybsi od niego, ale trzeba wychwycić zagrożenie jak najszybciej i równie szybko rozpocząć skuteczne leczenie – mówi Janusz Meder.

Chorzy z zaawansowanym nowotworem jelita grubego mogą liczyć na odpowiednie leczenie – w 1 i 2  linii  mając dostęp do dość szerokiego wachlarza leków, w tym do tzw. terapii spersonalizowanych w ramach programu lekowego. Problemy zaczynają się w przypadku pacjentów w 3.  i 4. stopniu zaawansowania choroby, w których możliwości terapeutyczne są mocno ograniczone. Dobre wyniki daje leczenie regorafenibem, który pozwala na wydłużenie kontroli choroby. Lek ten nie został jednak objęty refundacją. W Polsce nie jest również dostępne nowoczesne leczenie połączonymi substancjami czynnymi – triflurydyny z tipiracylem mimo iż terapię tę  rekomenduje Europejskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej (ESMO) dla chorych w 3 i 4  stadium raka.

– W przypadku zastosowania triflurydyny i tipiracylu jest szansa wydłużenia przeżycia o kolejne miesiące. Są to leki  doustne, więc chory może normalnie funkcjonować w rodzinie, społeczeństwie, pracy. Wielu z prowadzonych tak pacjentów jest w dobrym stanie ogólnym,  nie muszą leżeć w szpitalu, mogą prowadzić  terapię w domu i żyć aktywnie – mówi prof. Marek Wojtukiewicz.

Terapia ta daje szansę na wydłużenie życia pacjentom, którzy wyczerpali już wszelkie możliwości leczenia – średnia mediana przeżycia to prawie 10 miesięcy. Są to bardzo często pacjenci w dobrej kondycji fizycznej, którzy mogliby być aktywni zawodowo, gdyby otrzymali kolejny lek. Terapia jest znacznie mniej toksyczna niż inne, jest więc dobrze tolerowana przez pacjentów i rzadko wymaga zmniejszenia dawki.

– Dochodzimy do ważnego momentu w rozważaniach o finansowaniu dostępu do takich leków – nawet jeśli są dziś wydatkiem, to powinniśmy brać  pod uwagę fakt, że większe koszty poniesiemy, jeżeli nie zainwestujemy w dostęp do tych terapii. Samo leczenie łagodzące stadia zaawansowane choroby nowotworowej kosztuje wielokrotnie więcej niż nowe leki – mówi Janusz Meder.

Rynek pracownika sprzyja poszukiwaniom lepszej posady. Powstają nowe, dotąd niespotykane stanowiska

Rynek pracownika sprzyja poszukiwaniom lepszej posady. Powstają nowe, dotąd niespotykane stanowiska 11

Od pięciu lat spada stopa bezrobocia, rośnie zatrudnienie, a pracodawcy narzekają na brak kandydatów do pracy. To szansa na ciekawą pracę nie tylko dla bezrobotnych czy niezadowolonych z obecnej posady, lecz także dla tych, którzy w innych warunkach o takim kroku by nie pomyśleli. Tworzą się bowiem nowe, niespotykane stanowiska, które są okazją do rozwoju zawodowego i wyższego wynagrodzenia.

– Uważam, że warto jest raz na jakiś czas zobaczyć, co słychać w tych ogłoszeniach, jakie kompetencje są poszukiwane, jakich pracowników się szuka. To nam daje obraz tego, co się aktualnie dzieje na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Giryn, country manager w Assessment Systems Polska, firmie doradczej w zarządzaniu zasobami ludzkimi w Europie Środkowo-Wschodniej. – Być może musimy uzupełnić swoją wiedzę w jakimś obszarze, może zafascynuje nas nowe stanowisko, o którym jeszcze 2 lata temu nie mieliśmy pojęcia, że będzie potrzebne.

Żeby znaleźć firmę i stanowisko, na którym będzie się dobrze czuł, przyszły pracownik najpierw powinien poznać swoje dobre i gorsze strony, rozpoznać swoją osobowość, a także sposób, w jaki jest postrzegany przez swoje otoczenie w środowisku pracy, bo może się on różnić od tego, co sam sobie wyobraża na własny temat. Magdalena Giryn radzi, by rozpocząć od zrozumienia, w jakiego typu organizacji dana osoba chciałaby się znaleźć.

– Są ludzie, którzy doskonale pasują do organizacji hierarchicznych, dobrze się czują, kiedy mają procedury i ramy, w których mogą działać. Z drugiej strony są ludzie, którzy są wolnymi duchami i nie będą się dobrze czuli w strukturze hierarchicznej, będą chcieli pracować z dużą dawką wolności, nastawieni na realizację zadań, gdzie będą pracowali w zespołach samoorganizujących się – wyjaśnia country manager w Assessment Systems Polska. – Osoba, która lubi pracować w strukturach zhierarchizowanych, powinna szukać pracy w organizacjach typu bank, ubezpieczalnie, a nie odnajdzie się w start-upie czy w kulturze nowoczesnych technologii.

Kolejnym etapem musi być poznanie swojej osobowości, dziedzin, w których dana osoba jest dobra, oraz predyspozycji wynikających z potencjału do osiągania sukcesu na danym stanowisku. Przykładowo osoby o wysokich ambicjach, stabilne, o dużej wrażliwość osobistej dobrze się spełnią na stanowiskach kierowniczych. Z kolei osoby, które mają w sobie wysoką dociekliwość czy które zwracają uwagę na detale, odnajdą się w zawodach wymagających bardzo dużej precyzji.

– Należy pamiętać, że każdy z nas ma również swoją ciemną stronę osobowości, czyli wszystko to, co przeszkadza mu w osiąganiu sukcesu, utrudnia mu awansowanie w organizacjach. Warto też jest to poznać, żeby wiedzieć, co powoduje wykolejenie kariery. Przykładowo, czy ktokolwiek chciałby pracować z szefem o wysokiej labilności [chwiejności emocjonalnej – red.] – to jest bardzo trudny człowiek, bo on w stresie będzie krzyczał, będzie bardzo nerwowy, trudno z nim się dogadać – tłumaczy Magdalena Giryn. – Charyzma to też jest jeden z „wykolejaczy” kariery, bo to jest inna nazwa dla narcyzmu. Zdarza się, że za bardzo charyzmatyczny szef będzie dbał wyłącznie o interesy własne, a nie będzie zarabiał pieniędzy dla organizacji.

Liczba bezrobotnych w listopadzie 2018 roku wynosiła 973,6 tys. osób. To o milion mniej niż siedem lat wcześniej. Stopa bezrobocia rejestrowanego od sierpnia 2018 roku utrzymuje się poniżej poziomu 6 proc. W końcu III kwartału 2018 roku liczba wolnych miejsc pracy w podmiotach zatrudniających co najmniej 1 osobę wynosiła 157,2 tys. i w porównaniu z końcem III kwartału 2017 roku była większa o 26,0 tys., tj. o 19,8 proc. Średnie wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej wzrosło w I–III kwartałach 2018 roku o 6,9 proc., a jego siła nabywcza – o 5,1 proc. Wszystko to daje dobry punkt wyjścia do starań o ciekawsze i lepiej płatne stanowisko.

– Ważne jest też, abyśmy pamiętali, że umiejętności twarde są również bardzo istotne, ponieważ działamy na bardzo zmiennym rynku, nasze otoczenie biznesowe bardzo często się zmienia, w związku z tym musimy się kształcić, uczyć, uzupełniać wiedzę, tak aby być ekspertem w swojej dziedzinie. To podstawa jeżeli chodzi o myślenie o  rozwoju kariery zawodowej – podsumowuje Magdalena Giryn.

Polscy konsumenci rzadko reklamują produkty spożywcze. Teraz rozwiązywanie takich sporów ma być łatwiejsze

Polscy konsumenci rzadko reklamują produkty spożywcze. Teraz rozwiązywanie takich sporów ma być łatwiejsze 12

Polacy wydają na żywność niemal co czwartą złotówkę ze swojego budżetu domowego. Rzadko jednak decydują się na reklamowanie produktu spożywczego, który nie spełnia ich oczekiwań. Do tej pory w wypadku odrzucenia reklamacji konsument miał już tylko możliwość uznania swojej porażki lub żmudną drogę sądową. Teraz może aplikować o rozstrzygnięcie sporu przez internet – szybko i bezpłatnie. Działalność rozpoczęło pierwsze w Polsce i jedyne w Europie Centrum Polubownego Rozwiązywania Sporów poświęcone wyłącznie żywności.

Pierwszym podstawowym prawem konsumenta jest prawo do złożenia reklamacji. Często konsumenci z tego nie skorzystają, albowiem uważają, że po odrzuceniu takiej reklamacji pójście z takim sporem do sądu jest ekonomicznie nieuzasadnione – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Karczewska, wiceprezes UOKiK. – Jest nowy system pozasądowego rozwiązywania sporów konsumenckich, w którym takie postępowanie poreklamacyjne można toczyć i można dochodzić swoich roszczeń.

Centrum Polubownego Rozwiązywania Sporów dotyczących Żywności (CPRSZ) jest drogą pośrednią między procesem reklamacyjnym a sporem sądowym. Konsument może zareklamować każdy produkt spożywczy, kiedy np. jest on niedoskonały jakościowo czy zawiera niebezpieczne substancje. Czasami też przekaz reklamowy takiego produktu może nie iść w parze z tym, co konsument finalnie otrzymuje.

Jak tłumaczy Andrzej Gantner z Polskiej Federacji Producentów Żywności, przy której działa CPRSZ, do tej pory spory między konsumentami a producentami produktów spożywczych nie zdarzały się zbyt często – poprzez Państwową Inspekcję Handlową bywa ich kilkadziesiąt rocznie, choć zaznacza, że część konsumentów może się zwracać bezpośrednio do producenta.

Spożywamy około tony żywności w ciągu roku. Jeśli to przeliczymy na tysiące transakcji handlowych, jakie zawieramy codziennie, kupując żywność, to pewnie znalazłoby się kilka tysięcy produktów w ciągu roku, które mogłyby być zareklamowane i są reklamowane – szacuje Andrzej Gantner. – Być może część konsumentów powstrzymuje przed reklamowaniem produktów żywnościowych fakt, że większość z nich to produkty o niskich cenach. Jednak zdarzają się sytuacje, kiedy konsument może się czuć wyraźnie pokrzywdzony, kiedy uważa, że jego dobra zostały naruszone, poniósł straty materialne i chce to zareklamować.

Jeśli procedura reklamacyjna, do której rozpoczęcia niezbędny jest paragon, zakończy się nieuznaniem reklamacji, konsument nie tylko może teraz skorzystać z mediacji czy oceny Centrum, ale powinien również zostać poinformowany przez producenta, że po odrzuceniu reklamacji ma taką drogę. Działa to również wizerunkowo na korzyść wytwórcy. Procedura jest bezpłatna, prosta w użyciu i można z niej skorzystać z własnego domu przez internet. W każdej chwili może się też z niego wycofać, gdy np. zrezygnuje ze sporu lub postanowi pójść jednak do sądu.

Wystarczy tylko wpisać swoją skargę na stronę, właściwie ją udokumentować i cała procedura jest rozpatrywana. Jest duża szansa, że faktycznie jakieś rozwiązanie polubowne dla stron zostanie wypracowane, tak że jest to nowa jakość, coś pomiędzy bardzo żmudną ścieżką sądową a sytuacją, kiedy nasza reklamacja nie została rozpatrzona tak, jak byśmy oczekiwali – dodaje wiceprezes Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Inspekcja Handlowa w 2017 roku skontrolowała 125 tys. partii produktów spożywczych, z czego zakwestionowała 23 proc. Głównym niedociągnięciem ze strony producentów było nieprawidłowe oznakowanie, czyli brak na opakowaniu ważnych dla konsumenta informacji, np. o składzie czy pochodzeniu produktu.

– Jeżeli reklamacja zostaje odrzucona, konsument może skorzystać z polubownej formy rozwiązywania sporów przy pomocy podmiotu uprawnionego. Ze sprawozdania z działalności takich podmiotów za rok 2017 wynika, że takich sporów było ponad 18 tys. – tłumaczy Dorota Karczewska. – Teraz konsument ma wybór – jeżeli nie jest zadowolony z żywności, którą zakupił, może korzystać z pomocy Centrum albo nadal z pomocy Inspekcji Handlowej, która jest również podmiotem uprawnionym.

Inteligentnym oświetleniem można już sterować za pomocą głosu. Na rynek trafia też pierwszy, inteligentny zamiennik 100-watowej żarówki

Inteligentnym oświetleniem można już sterować za pomocą głosu. Na rynek trafia też pierwszy, inteligentny zamiennik 100-watowej żarówki 13

Na rynek trafia coraz więcej rodzajów urządzeń wchodzących w skład inteligentnego domu. Smart Home to już nie tylko telewizor, system nagłośnienia czy nawet pralka i lodówka sterowane za pomocą aplikacji mobilnej. Teraz to już także inteligentne oświetlenie, które kontrolować można za pomocą głosu. Na rynek trafi niebawem pierwsza inteligentna żarówka LED o mocy równoważnej 100 watom. Zaprezentowano także inteligentny reflektor, który poprawi bezpieczeństwo domu, chroniąc przed włamywaczami.

– Narzędzia inteligentnego oświetlenia pozwalają na sterowanie za pośrednictwem wielu urządzeń i z wykorzystaniem różnych metod, takich jak głos. Tegoroczną nagrodę CES za innowacyjność otrzymaliśmy za pierwszą na świecie żarówkę o mocy równoważnej 100 watom, dającą jasność 1500 lumenów. Jest ona jednocześnie inteligentną żarówką, którą można sterować za pośrednictwem asystenta Google lub Amazon – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alex Ruan z firmy Sengled.

Do rodziny systemów inteligentnego domu dołączają coraz to nowsze rodzaje urządzeń. Inteligentne oświetlenie to jednak wciąż jedno z najważniejszych punktów smart home, którym można sterować za pomocą głosu. Z drugiej strony trend energooszczędności powoduje, że w sklepach coraz rzadziej można spotkać żarówki o dużej mocy. Na półkach sklepowych znaleźć można zwykle LED-owe żarówki, których jasność ma odpowiadać jasności emitowanej przez żarówki o dużych mocach. W wielu przypadkach jasność jednak nie do końca odpowiada deklarowanej, stąd zapotrzebowanie na żarówki o wyższej mocy.

Żarówka zaproponowana przez amerykańską firmę Sengled cechuje się większą mocą niż dotychczas dostępne na rynku żarówki inteligentne. Te najczęściej cechowały się mocą o równowartości 60 watów.

– Jesteśmy obecnie jedyną firmą, która ma w swojej ofercie takie żarówki. Żarówka 100 W jest również inteligentnym rozwiązaniem, zatem nasi klienci otrzymują żarówkę emitująca najwięcej światła, która również jest żarówką inteligentną z funkcją sterowania głosem – zapewnia Alex Ruan.

Z badania opracowanego na podstawie ankiety konsumenckiej Accenture 2019 wynika, że 93 proc. osób korzystających z asystentów głosowych używa ich do obsługi urządzeń inteligentnego domu. Dlatego producenci decydują się na wprowadzanie na rynek coraz szerszej gamy urządzeń smart home, obsługiwanych za pomocą głosu.

Sengled na targach CES 2019 w Las Vegas zaprezentował również inteligentny reflektor, który ma czuwać nad bezpieczeństwem w domu.

– Reflektory te są urządzeniami zewnętrznymi, wykrywającymi ruch w momencie, gdy w pobliżu znajdują się ludzie, zwierzęta czy samochody. Po wykryciu ruchu, światło zostaje włączone. Lecz automatyczne uruchomienie nie jest jedyną opcją. Można ustawić funkcję „wewnątrz”, która pozwala na włączenie światła również wewnątrz budynku. Jeżeli do naszego domu zbliża się intruz, pomyśli, że ktoś jest wewnątrz – przekonuje ekspert.

Według prognoz MarketsandMarkets rynek inteligentnego oświetlenia w 2023 r. osiągnie wartość 21 mld dol.

Domowe badanie czynności serca dziecka w łonie matki dzięki specjalnej opasce. Na rynku pojawia się coraz więcej inteligentnych urządzeń baby tech

Domowe badanie czynności serca dziecka w łonie matki dzięki specjalnej opasce. Na rynku pojawia się coraz więcej inteligentnych urządzeń baby tech 14

Rynek baby tech, czyli technologii służących głównie dzieciom i ich rodzicom, rozwija się w coraz szybszym tempie. Pojawia się coraz więcej innowacyjnych urządzeń, które wspierają rozwój dziecka już od momentu poczęcia. Inteligentna skarpetka potrafi monitorować tętno i oddech dziecka, a specjalne głośniki sprawiają, że muzyka dotrze jeszcze do płodu. Zaprezentowana na targach CES 2019 inteligentna opaska do monitorowania tętna płodu sprawi, że badanie kardiotokografii będzie można wykonywać w domu.

– Owlet Band to pierwsze urządzenie do monitorowania tętna płodu w domu w oparciu o technologię pasywną. Dotychczas, aby sprawdzić, czy z płodem wszystko jest w porządku, przyszłe mamy musiały liczyć kopnięcia lub udać się na badanie USG do lekarza. Naszym założeniem było stworzenie produktu, który pozwoli mamom pozostającym w domu zachować wewnętrzny spokój. Urządzenie tworzy wykres obrazujący tętno dziecka, skurcze, liczba kopnięć oraz pozycję, w jakiej kobieta śpi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jordan Naylor z Owlet Baby Care.

Urządzenie Owlet Band jest miękką, cienką opaską otaczającą brzuch i dolną część pleców matki. Z przodu znajduje się mały plastikowy czujnik. Działanie urządzenia opiera się na wykorzystaniu technologii pasywnej, która w przeciwieństwie do USG czy badania dopplerowskiego pozwala uniknąć emitowania energii w kierunku płodu.

– Nasza opaska wykorzystuje zapis KTG, który polega na nasłuchiwaniu aktywności dziecka, co jest bezpieczniejsze dla mamy. Wystarczy założyć opaskę – nie trzeba stosować żadnego żelu, jak w przypadku standardowego USG dopplerowskiego. Nie jest także konieczna zmiana położenia czujników. Urządzenie automatycznie uzyskuje optymalny odczyt aktywności dziecka – twierdzi Jordan Naylor.

Taka technologia wykorzystywana jest w szpitalach położniczych. Najnowocześniejsze aparaty KTG dostępne na oddziałach dla przyszłych matek pozwalają na bezprzewodowe monitorowanie funkcji życiowych dziecka. Zakładane na brzuch czujniki są ponadto wodoodporne, dzięki czemu kobieta może również dbać o higienę. W starszych aparatach występowała konieczność podpinania ciężarnej do aparatury przewodowo, co znacznie obniżało komfort badania. Choć sam czujnik KTG jest nieduży i bezprzewodowy, to jego bazę stanowi w szpitalnym sprzęcie aparatura komputerowa wielkości szafki. W Owlet Band jej rolę przejmuje smartfon.

– Dane rejestruje urządzenie w kształcie medalionu w przedniej części opaski, które komunikuje się ze smartfonem za pomocą Bluetooth. Opaska pojawi się w wersji beta latem tego roku, a pod koniec roku będzie dostępna do kupienia w Stanach Zjednoczonych. Cena jeszcze jest ustalana – mówi przedstawiciel Owlet Baby Care.

Tymczasem rynek baby tech i pojawiające się na nim urządzenia są coraz bardziej zaawansowane. Inteligentna skarpetka Owlet Smart Sock śledzi częstość akcji serca, poziom tlenu i parametry snu za pomocą sprawdzonej klinicznie pulsoksymetrii. Zintegrowana stacja bazowa świeci na zielono, aby poinformować rodziców, że z dzieckiem wszystko jest w porządku i powiadamia światłem i dźwiękiem, gdy tętno lub poziom tlenu spadają poniżej bezpiecznej normy.

– Inteligentna skarpetka monitoruje tętno i oddech dziecka, a w ostatnim czasie wypuściliśmy na rynek kamerę, która umożliwia integrację z aplikacją Smart Sock, dzięki czemu mamy podgląd dziecka i jego głównych parametrów życiowych – tłumaczy ekspert.

Firma WavHello z kolei opracowała wyspecjalizowane głośniki BellyBuds przeznaczone do odtwarzania dźwięków, które odbiera płód. Głośniki przylepia się do brzucha matki, a następnie emituje dźwięki, podłączając je do smartfona. Odtwarzaną dziecku muzyką można zarządzać również poprzez specjalną aplikację mobilną VoiceShare.

Według raportu Technavio wartość rynku urządzeń do monitorowania prenatalnego w najbliższych trzech latach wzrośnie do 73 mln dol. Średnioroczne tempo wzrostu w tym okresie wyniesie 7 proc.