Niedobór pracowników nie poprawił sytuacji zawodowej osób niepełnosprawnych

Od trzech lat liczba pracowników z niepełnosprawnością nie przekroczyła 460 tysięcy, a firmy, które decydują się na ich zatrudnienie, to nadal tylko niewielki odsetek na tle polskiego biznesu. 3 grudnia, czyli w Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych przyglądamy się ich sytuacji zawodowej na polskim rynku pracy oraz przypominamy o tym, dlaczego w strategii personalnej firmy warto uwzględnić temat zarządzania niepełnosprawnością.

Wydawałoby się, że narastający w Polsce niedobór pracowników będzie sprzyjał otwartości pracodawców na zatrudnianie osób z niepełnosprawnościami, tymczasem to nadal rzadko spotykana praktyka.

– Na statystyki aktywności osób z niepełnosprawnościami patrzę z przekonaniem, że możemy zrobić więcej. Nie ma diametralnej poprawy sytuacji osób niepełnosprawnych aktywnych zawodowo, choć obserwujemy większą liczbę ofert pracy. Pracodawcy zatrudniający pracowników z niepełnosprawnością w dalszym ciągu stanowią elitarny klub – mówi Łukasz Kubiak z agencji zatrudnienia Manpower, menedżer projektu związanego z zatrudnianiem osób z niepełnosprawnościami. – W Polsce nadal pokutuje strach przed nieznanym i stereotypowe myślenie o możliwościach takich pracowników. Przecież w związku z problemami w wyszukaniu odpowiednich talentów na rynku, w przededniu otwarcia się niemieckiego rynku pracy na pracowników z Ukrainy, naturalnym powinno być zwróceniem się w kierunku osób z niepełnosprawnością – dodaje Łukasz Kubiak.

Praktyka pokazuje, że osoby niepełnosprawne to wartościowi pracownicy, którzy na swoich stanowiskach pracy niejednokrotnie radzą sobie lepiej niż ich pełnosprawni koledzy. Są lojalni, zmotywowani i zaangażowani w wykonywanie swoich obowiązków. To nie wszystkie korzyści płynące z ich zatrudnienia. Obok poprawy wizerunku pracodawcy, możliwości realizacji działań CSR (społecznej odpowiedzialności biznesu) stoją niemałe korzyści finansowe, które doceni każdy biznes.

– Nie wystarczą pojedyncze zrywy, ale polityka nastawiona na promocję zatrudnienia osób z grup defaworyzowanych, nie wykluczając zachęty finansowej. Przyszły rok może być wyzwaniem, gdyż docierają do nas głosy o spowolnieniu gospodarki, a co za tym idzie, mniejszej liczbie nowych miejsc pracy i jeszcze mniejszej liczby miejsc pracy dla osób z niepełnosprawnościami – podsumowuje Łukasz Kubiak.

Bezpieczeństwa w IT nie da się kupić raz. Trzeba nad nim pracować

Najsłabszym ogniwem każdego systemu teleinformatycznego jest jego użytkownik. Dlatego atakujący najczęściej nie wybierają żmudnej drogi pokonywania zabezpieczeń. Skupiają się na ludziach. Przy wystarczająco dużej próbie zawsze znajdzie się ktoś, kto nie będzie przestrzegał procedur bezpieczeństwa i otworzy feralny załącznik.

W firmie dzwoni telefon. Odbiera go recepcjonistka, strażnik, czy inny pracownik, którego numer telefonu jest łatwo dostępny na stronie internetowej organizacji. Jeżeli atakujący ma szczęście, będzie to ktoś nowy, nie zorientowany jeszcze we wszystkich procedurach firmy, nieznający większości współpracowników. Dzwoniący przedstawia się jako pracownik tej samej firmy, podwykonawca, dostawca, partner, zastępca prezesa, administrator IT, czy pracownik helpdesku. Prosi o pewne informacje, albo o wykonanie jakiegoś działania. Jest całkowicie wiarygodny, używa określeń i zwrotów charakterystycznych w danej branży, operuje swobodnie nazwiskami, telefonami. I to właściwie wszystko, co jest niezbędne do wykonania skutecznego ataku socjotechnicznego.

Ludzki odruch, naturalna chęć pomocy może zdecydować. Pracownik otworzy przesłany przez atakującego załącznik poczty e-mail, lub wejdzie na wskazaną podczas rozmowy stronę internetową ze służbowego komputera. W rezultacie firmowy sprzęt zostaje zainfekowany złośliwym oprogramowaniem, które łączy się sesją zdalną z komputerem atakującego, siedzącego wygodnie w zupełnie innym miejscu. Zanim ktokolwiek zdąży zareagować, rozmowa telefoniczna dobiega końca, a pracownik z poczuciem dobrze spełnionego zadania pogrąża się w swojej codziennej rutynie.

Praca u podstaw

Zabezpieczenia zabezpieczeniami, ale to świadomość pracowników oraz egzekwowanie wewnętrznych polityk bezpieczeństwa firmy mają kluczowe znaczenie. Według badań firmy Gemius, w czasie pracy w celach prywatnych korzysta z Internetu prawie 93 proc. pracowników umysłowych w Polsce. 43 proc. deklaruje korzystanie z prywatnej poczty oraz portali społecznościowych (na podstawie badań Cisco z 2015). Niby wszyscy wiedzą, na jakie ryzyko takie podejście wystawia dane firmowe oraz bezpieczeństwo struktury IT organizacji. Mimo to prywatne pamięci przenośnie, ładowanie prywatnego, być może zainfekowanego telefonu przez port USB firmowego komputera, czy inne nośniki danych użytkowane na firmowych stacjach roboczych to nadal codzienność.

Niezwykle rzadko przychodzi refleksja na temat potencjalnej szkodliwości tego typu zachowań. Wiele organizacji zmienia politykę bezpieczeństwa firmy, tak aby umożliwić korzystanie przez swoich pracowników z dobrodziejstwa portów USB, czy to do ładowania sprzętu, czy też wymiany danych pomiędzy komputerem a pamięcią przenośną.

Świadomość ogranicza ryzyko

60 procent internautów otrzymało w ciągu ostatniego roku wiadomość e-mail z próbą wyłudzenia danych – jednocześnie 15 procent ankietowanych nie wie, jak rozpoznać tego typu zagrożenie. Według badań firmy Intel, ponad 90 procent użytkowników komputerów PC typu desktop przyznało, że ich urządzenie było kiedykolwiek zainfekowane złośliwym oprogramowaniem – w przypadku użytkowników notebooków odsetek ten wynosi około 75 procent.

Czynnikiem, który bezwzględnie powinien znaleźć się w polityce bezpieczeństwa każdej firmy, jest zarządzanie hasłami. Jeżeli nie posiadamy systemu, który wymusza na użytkowniku zmianę hasła po upływie danego okresu czasu oraz nie forsuje jego odpowiedniej złożoności (wielkie oraz małe litery, znaki specjalne, cyfry i minimalna ilość znaków), to zalecane jest aby odpowiednie wytyczne znalazły odzwierciedlenie w polityce bezpieczeństwa. Metody profilowania haseł użytkowników, dostępne w sieci tak zwane wordlisty (listy najczęściej używanych haseł) oraz rosnąca moc obliczeniowa komputerów pozwalają na efektywne i relatywnie mało czasochłonne łamanie prostych metod uwierzytelniania. W połączeniu z metodami socjotechnicznymi, daje to atakującemu pełne spektrum możliwości włamania bez potrzeby przełamywania zabezpieczeń, czy szukania luk w oprogramowaniu.

Do dobrych praktyk biznesowych należy również personalizacja kont pracowników (każdy użytkownik systemu posiada własny login oraz hasło, którym nie wolno dzielić się z innymi użytkownikami). Pozwala to nie tylko na łatwą identyfikację odpowiedzialności osoby wykonującej operacje w systemie, ale także znacząco zmniejsza ryzyko wystąpienia incydentu bezpieczeństwa spowodowanego wyciekiem lub złamaniem hasła.

Efektywnym sposobem na zarządzanie kontami jest także tak zwane rozdzielenie obowiązków zalecane między innymi przez ISC2 (wystawcę certyfikatu CISSP – przyp. autor). Technika ta polega na rozbiciu zakresu uprawnień oraz wykonywanych czynności na dwóch lub więcej pracowników, tak aby każda decyzja lub akcja (wykonanie przelewu, lub nadanie uprawnień) musiała być zatwierdzona przez inną osobę.

Regularne testy potrzebne

Na rynku polskim działa obecnie wiele firm zajmujących się testami penetracyjnymi oraz socjotechnicznymi. W bardzo dużym uproszczeniu – taka usługa polega na kontrolowanej próbie włamania do danej firmy lub organizacji celem sprawdzenia jakości i skuteczności zastosowanych zabezpieczeń oraz polityk bezpieczeństwa. Klient po przeprowadzonym teście otrzymuje raport, którego elementem są rekomendacje zmian mające na celu niedopuszczenie do powstania realnego incydentu bezpieczeństwa. Wiele standardów i organizacji zaleca takie okresowe testy (w Polsce między innymi KNF w rekomendacji D – przyp. autor). Praktyka taka niesie za sobą szereg korzyści i pozwala sprawdzić realne bezpieczeństwo naszych systemów IT oraz zweryfikować stopień przestrzegania procedur przez pracowników.

Szyfrowanie danych oraz bezpieczne kanały komunikacji stanowią podstawę bezpiecznego przepływu informacji. Jako standard firmowy powinniśmy przyjąć ograniczenie nieszyfrowanej korespondencji mailowej zawierającej dane wrażliwe do absolutnego minimum. Techniki polegające na bardzo często używanym hasłowaniu przesyłanego pliku załącznika niestety nie spełniają praktycznie żadnej normy ochrony, którą moglibyśmy uznać za zadowalającą.

Dział bezpieczeństwa IT powinien dążyć do eliminacji jak największej ilości czynników błędu ludzkiego, starając się jednocześnie zapewnić jak najszerszy i najefektywniejszy dostęp do zasobów IT firmy dla pracowników. W wielu instytucjach znalezienie takiego „złotego środka” pomiędzy tym co jest niezbędne do prawidłowego działania organizacji, a tym czego kategorycznie zabrania procedura bezpieczeństwa, nie jest łatwe. Należy jednak pamiętać, że bezpieczeństwo to nie jednorazowe działanie, lub usługa, którą można kupić, jest to proces ciągłego samodoskonalenia organizacji poprzez osiąganie coraz lepszych wyników w świadomości pracowników i bezpieczeństwie samych systemów informatycznych.

O autorze

Dominik Lewandowski – specjalista w dziedzinie bezpieczeństwa i testów penetracyjnych, z wieloletnim doświadczeniem w sektorze instytucji finansowych. Członek ISACA Polska, IC2 i OWASP Poland. Praktyk bezpieczeństwa ofensywnego, administrator bezpieczeństwa informacji, Od sześciu lat związany z polskim i europejskim sektorem bankowym. Obecnie koordynator testów penetracyjnych w firmie Soflab Technology. Posiada certyfikaty bezpieczeństwa ofensywnego: OSCP (Offensive Security Certified Professional) oraz CEH (Certified Ethical Hacker).

Ceny energii pójdą w górę? Jak można temu zapobiec?

Cena energii jest elementem składowym każdej kalkulacji przy produkcie czy usługach wykonywanych w Polsce. Jeśli wzrośnie dla odbiorców przemysłowych, to znajdzie to też wyraz w kosztach produktów na półkach sklepowych. Nie ma możliwości, aby taka sytuacja nie dotknęła zwykłego konsumenta. Każdy zauważy zmianę podczas zakupów. Doświadczenie poprzedniego systemu pokazuje, że rekompensaty, które miały złagodzić regularnie wprowadzane przez władzę podwyżki, nie działały.

– Wzrost cen energii dotknie wszystkich, nawet jeżeli rząd zapowiedziałby rekompensatę z tego tytułu dla części odbiorców – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – W czasach Polski Ludowej taka rekompensata dotyczyła niewielu i zazwyczaj starczała na krótki czas, a za chwilę podwyżka dotykała wszystkich. Miała element inflacjotwórczy, o czym bardzo szybko będzie można przekonać się w 2019 roku. Mając na uwadze uniknięcie tego scenariusza przy planach na 2019 rok, polski rząd może zrobić tylko jedno. Należy uwolnić produkcję energii. Jej nadprodukcja to jedyny sposób, aby doprowadzić do spadku cen. Dzisiejsze niedobory będą miały jednokierunkowy wpływ – wyłącznie na podwyżki. Nie są one spowodowane jedynie kwestią zwiększonych cen za certyfikaty, które Polsce każe płacić Unia Europejska – wskazał Sadowski.

Co 5 mieszkaniec Europy pożycza pieniądze, by opłacić rachunki

Wzrost gospodarczy, który utrzymuje się w Europie już od dłuższego czasu i stabilność rynków finansowych na starym kontynencie sprawiły, że wzrosły również oszczędności Europejczyków. Niestety, tak samo szybko rośnie poziom naszego zadłużenia. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Intrum we wrześniu tego roku, coraz więcej osób zmaga się z problemami finansowymi:
co 5 ankietowany przyznał, że pożycza pieniądze, by zapłacić rachunki. Jeszcze trzy lata temu, co 7 badany udzielał takiej odpowiedzi. Największy problem z „przeżyciem do pierwszego” mają rodzice. Aż 1/3 osób w tej grupie korzysta z zewnętrznych źródeł finansowania, by załatać dziury w domowym budżecie. Rodzice również zapożyczają się, by kupić coś dla własnych dzieci.

Przybywa oszczędności na koncie… i długów

Firma Intrum jako globalny ekspert w obszarze zarządzania wierzytelnościami, która pomaga każdego dnia zadłużonym konsumentom wyjść z kłopotów finansowych, dostrzega rosnące dysproporcje, jeżeli chodzi o poziom zamożności mieszkańców Europy i radzenia sobie z zarządzaniem domowym budżetem. Jak wynika z przygotowanego raportu, liczba osób, które są w stanie oszczędzać każdego miesiąca wzrosła z 50 proc. do 59 proc. w ciągu dwóch lat (porównując dane z 2016 i 2018 r.), natomiast grupa, która musi pożyczać pieniądze na pokrycie rachunków, od 2015 roku do dziś wzrosła z 15 proc. do 20 proc.

Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia
Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia

Podczas gdy coraz więcej osób jest w stanie odkładać pieniądze każdego miesiąca, powiększa się również grupa, która musi się zapożyczać, by zapłacić rachunki na czas lub kupić niezbędne rzeczy dla swoich dzieci. Największy odsetek zadłużonych obywateli przypada na Wielką Brytanię – blisko 30 proc. mieszkańców tego kraju biorących udział w badaniu potwierdziło, że w ostatnim czasie pożyczyło pieniądze, aby zapłacić rachunki. Na drugim końcu skali znajdują się Estończycy – „tylko” 12 proc. z nich zadłużyło się na wspomniany cel. Estonia wraz z sąsiadami znad Bałtyku należy do krajów, w których obywatele mają najbardziej pozytywne nastawienie co do planowania i zarządzania budżetem domowym oraz najmniejsze długi – komentuje Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Europejczycy czują się zmuszani, by wydawać coraz więcej

Czynniki, które odpowiadają za wzrost gospodarczy, czyli np. rozwój i duże zyski rynku e-commerce oraz presja mediów, aby kupować coraz więcej, jednocześnie paradoksalnie przyczyniają się do zadłużania się Europejczyków. 1 na 3 respondentów biorących udział w badaniu Intrum uważa, że łatwość zakupów online sprawia, że kupuje jeszcze więcej. Przybywa także osób (42 proc. w 2018 roku), które są zdania, że portale społecznościowe wywierają na nich presję, by kupować więcej niż powinni.

Brak edukacji przyczyną długów?

Wyniki badania wskazują również, że ponad połowa ankietowanych konsumentów, którzy mają długi, chciałaby dowiedzieć się więcej o zarządzaniu budżetem domowym, będąc jeszcze w szkole. Z kolei ponad 7 na 10 rodziców z małoletnimi dziećmi stwierdza, że szkoła powinna przekazywać więcej informacji na temat umiejętności zarządzania własnymi pieniędzmi. – Te dane nie tylko pokazują, jak duża odpowiedzialność leży po stronie szkół, które według badanych już na początku edukacji powinny przekazywać najmłodszym podstawowe pojęcia z zakresu finansów osobistych i uczuć „dobrych” nawyków, jeżeli chodzi o zarządzanie budżetem domowym. Podmioty należące do sektora finansowego także powinny robić więcej, aby wspierać właściwe wybory finansowe konsumentów, organizując chociażby inicjatywy, które np. informowałyby, jakie są konsekwencje nieterminowych płatności i nadmiernego zadłużania się – zauważa Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Liczba wypadków kolejowych najniższa od lat. Większość tego typu zdarzeń to wina kierowców oraz pieszych

Liczba wypadków kolejowych najniższa od lat. Większość tego typu zdarzeń to wina kierowców oraz pieszych 1

Z roku na rok spada liczba wypadków na kolei. W 2018 roku wskaźnik wypadkowości osiągnął rekordowo niski poziom nieco ponad 2,5 proc. Winę za większość niepożądanych zdarzeń ponoszą piesi oraz kierowcy samochodów, nieznający lub lekceważący przepisy ruchu drogowego. Aby zwiększyć świadomość Polaków, zwłaszcza najmłodszych, Urząd Transportu Kolejowego prowadzi Kampanię Kolejowe ABC.

Dane Urzędu Transportu Kolejowego pokazują, że do końca października 2018 roku na kolei doszło do 537 wypadków. Ponad 70 proc. z nich to zdarzenia niezawinione przez system, a więc wypadki na przejazdach, do których doszło na skutek nieprzestrzegania przepisów przez kierowców samochodów, oraz potrącenia osób przechodzących przez tory w miejscach niedozwolonych. Przez pierwsze dziesięć miesięcy roku w wypadkach kolejowych zginęły 172 osoby. Liczba niepożądanych zdarzeń na kolei sukcesywnie jednak spada, osiągając rekordowo niski wynik w 2018 roku – wskaźnik wypadkowości wyniósł niespełna 2,6 proc.

 Ten wskaźnik pokazuje wykonaną pracę przewozowa w zderzeniu z ilością zaistniałych zdarzeń kolejowych. To świadczy o tym, że z roku na rok liczba zdarzeń kolejowych jest na coraz mniejszym poziomie. To jest oczywiście trend bardzo pozytywny – mówi agencji informacyjnej Newseria Ignacy Góra, prezes Urzędu Transportu Kolejowego.

Aby liczba wypadków mogła nadal maleć, niezbędne jest zwiększenie świadomości Polaków, także tych najmłodszych, w zakresie bezpieczeństwa transportu kolejowego. Lukę w edukacji dzieci chce wypełnić Urząd Transportu Kolejowego, prowadząc Kampanię Kolejowe ABC, której nowa odsłona ruszyła pod koniec listopada. Organizator pozyskał na ten cel prawie 23,5 mln zł ze środków Funduszu Spójności w ramach programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Kampania ma przekazywać najmłodszym istotne informacje w przyjemnej dla nich formie.

 Chodzi o to, żeby dzieci wiedziały, na czym polegają te zagrożenia, w jaki sposób powinny się zachowywać, czy to na dworcu, czy w pobliżu torów kolejowych, czy też pokonując przejazd kolejowy – mówi Ignacy Góra.

W ramach kampanii emitowane będą m.in. spoty edukacyjne w stacjach telewizyjnych, w kinach, na portalach internetowych oraz w pociągach i na dworcach kolejowych. Będą one uczyć dzieci prawidłowego zachowania w pobliżu torów, w pociągu i na peronie oraz zasad postępowania w sytuacjach zagrożenia życia i zdrowia. Kampania będzie prowadzona także za pośrednictwem kanałów społecznościowych przy współpracy ze znanymi vlogerami. Edukacji w zakresie bezpieczeństwa dzieci na kolei będzie poświęcony także mural, którego projekt zostanie wyłoniony w konkursie. Po całej Polsce poruszać będzie się lokomotywa oklejona logiem i hasłem kampanii.

– Kampania jest skierowana przede wszystkim do dzieci szkół przedszkolnych i podstawowych, ale nie tylko. Jest adresowana również do rodziców, opiekunów, nauczycieli. Chcemy, żeby całe społeczeństwo miało wiedzę, która z jednej strony jest związana z zagrożeniami, ale z drugiej strony z właściwym postępowaniem – mówi Ignacy Góra.

Na stronie internetowej Kampanii Kolejowe ABC www.kolejoweabc.pl znajdują się materiały multimedialne oraz quizy, a wkrótce dla dzieci dostępna będzie także gra edukacyjna, którą można pobrać na urządzenia mobilne. Nadal prowadzone będą także zajęcia edukacyjne w szkołach i przedszkolach w gminach, w których doszło do niebezpiecznych zdarzeń na przejazdach kolejowo-drogowych. Od kwietnia edukatorzy odwiedzili już ponad 80 szkół i przedszkoli.

PFR: Liczymy, że co najmniej połowa zatrudnionych będzie oszczędzać na emeryturę w pracowniczych planach kapitałowych. Dziś na ten cel odkłada tylko 1,5 proc.

PFR: Liczymy, że co najmniej połowa zatrudnionych będzie oszczędzać na emeryturę w pracowniczych planach kapitałowych. Dziś na ten cel odkłada tylko 1,5 proc. 2

Wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych to najważniejsza zmiana, jaka czeka pracodawców i pracowników w 2019 roku. Z początkiem lipca do programu zostaną włączone duże przedsiębiorstwa, zatrudniające powyżej 250 pracowników. Wtedy też pierwsi pracownicy rozpoczną oszczędzanie w ramach PPK. Uprawnionych jest 13 mln osób, ale dużym sukcesem będzie osiągnięcie już 50 proc. czy 75 proc. poziomu partycypacji. Tego typu rozwiązania funkcjonują z powodzeniem na innych rynkach. To, czy sprawdzą się w Polsce, będzie zależało m.in. od podejścia pracodawców, którzy powinni zaangażować się w edukację pracowników.

– Ustawa o PPK wejdzie w życie 1 stycznia 2019 roku, natomiast od 1 lipca ruszy nabór dużych firm do programu. Od tego momentu firmy zatrudniające powyżej 250 osób muszą podpisywać umowy z instytucjami, które będą zarządzać pieniędzmi ich pracowników. To jest data graniczna. Później kolejno do programu będą dołączać coraz mniejsze firmy i na końcu strefa budżetowa. Ważne jest to, że pracownicy będą automatycznie zapisywani do tego programu, czyli jeżeli nie złożą rezygnacji, to tym samym automatycznie stają się uczestnikami PPK – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Marczuk, wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju.

PPK, czyli pracownicze plany kapitałowe, to program dodatkowego dobrowolnego oszczędzania na emeryturę. Ma on podnieść jakość życia Polaków po zakończeniu zawodowej aktywności. Dziś podobnym instrumentem są pracownicze programy emerytalne (PPE), w których pracodawca pomaga pracownikom oszczędzać na przyszłość. Nie cieszą się one jednak dużą popularnością – należy do nich raptem ok. 1,5 proc. zatrudnionych. Wprowadzenie PPK to najważniejsza zmiana, jaka czeka pracodawców i pracowników w 2019 roku.

– Oszczędzanie na emeryturę to nieodłączny element funkcjonowania w społeczeństwie w Danii, Francji czy Wielkiej Brytanii. Z drugiej strony rozumiemy, że jest to kontrowersyjna kwestia. Jeśli ktoś otrzymuje wynagrodzenie w określonej wysokości i potrzebuje go, żeby zapewnić sobie wygodne życie i zrealizować wszystkie zobowiązania, płacić czynsz i rachunki, czasami może być trudno odłożyć część tych pieniędzy na fundusz, żeby z niego skorzystać za wiele lat – podkreśla David Briggs, prezes zarządu Grupy VELUX.

Kapitał gromadzony w PPK będzie pochodził zarówno od pracowników, jak i pracodawców. Wysokość wpłaty podstawowej została określona na 2 proc. wynagrodzenia pobieranego od pracownika oraz 1,5 proc. od pracodawcy (od podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe). Obie strony mogą też zadeklarować wpłaty dodatkowe (do 2 proc.), co oznacza, że na konto PPK pracownika może wpływać w sumie od 3,5 proc. do maksymalnie 8 proc. jego wynagrodzenia. Państwo dołoży każdemu uczestnikowi 250 zł tzw. „wpłaty powitalnej” na start oraz dodatkowe 240 zł rocznie jako zachętę do systematycznego oszczędzania. Te wpłaty zostaną sfinansowane z Funduszu Pracy i będą uzależnione od spełnienia określonych warunków przewidzianych w ustawie.

Zgromadzone środki będą wypłacane pracownikowi po osiągnięciu przez niego 60 roku życia (25 proc. jednorazowo i reszta w miesięcznych ratach obliczonych na min. 10 lat), aczkolwiek ustawa przewiduje wyjątki, np. w przypadku poważnego zachorowania i trwałej niezdolności do pracy.

Wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju podkreśla, że uprawnionych do włączenia w program PPK jest około 13 mln Polaków. Przy 75-proc. poziomie partycypacji skorzysta z niego ponad 8,5 mln. Jednak satysfakcjonującym poziomem będzie już 50 proc., co daje około 6,5 mln osób.

– Są to pracownicy bądź zleceniobiorcy – ważne, że opłacają składkę na ubezpieczenie społeczne do ZUS. Biorąc pod uwagę, że w tej chwili zaledwie 1,5 proc. zatrudnionych należy do PPE, więc jeżeli 50 proc. Polaków zacznie dodatkowo oszczędzać na swoją jesień życia, będzie to duży przeskok – podkreśla Bartosz Marczuk.

Ostateczne efekty programu PPK będą uzależnione od tego, w jaki sposób będzie przebiegać jego wdrożenie.

– Wspieramy inicjatywę oszczędzania, pamiętając jednak, że należy zostawić pewną swobodę wyboru w tym zakresie. Naszym zadaniem jako pracodawcy jest pomoc w edukowaniu pracowników i uświadamianie im, że warto oszczędzać na przyszłość. Jednak ostatecznie to pracownik powinien decydować, czy może sobie na to pozwolić w danej chwili – mówi David Briggs.

– Bardzo ważne jest właściwe wdrożenie tego programu i wytłumaczenie jego zasad wszystkim potencjalnym beneficjentom. Tutaj duża odpowiedzialność spoczywa zarówno na instytucjach, które go stworzyły – głównie na PFR, lecz również na pracodawcach. Teraz należy skupić się przede wszystkim na dobrej implementacji tego programu. Trzeba mocno wziąć się do pracy – dodaje Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Jak zauważa, doświadczenia innych państw, w których funkcjonują podobne programy, pokazują że z czasem partycypacja jest coraz większa, a liczba rezygnacji ze strony uczestników spada.

– Podejmowanie wyzwań związanych z finansowaniem polskiego systemu emerytalnego czy zwiększaniem obiegu kapitału w gospodarce jest wspólną odpowiedzialnością – nie tylko rządu, pracodawców, ale i każdego obywatela. Ten projekt łączy działania wszystkich tych grup na rzecz wspólnych rozwiązań. Ma wiele zalet – chociażby automatyczne zapisy, jak również cały system zachęt do długofalowego oszczędzania, przy jednoczesnym zachowaniu elastyczności dysponowania tymi środkami – wymienia Jacek Siwiński.

W tworzeniu programu Pracowniczych Planów Kapitałowych ważną rolę ma do odegrania Polski Fundusz Rozwoju, którego zadaniem jest stworzenie elektronicznej ewidencji PPK oraz portalu, na którym uczestnicy programu znajdą informacje m.in. o podmiotach uczestniczących czy wartości zgromadzonych środków.

– Przy okazji tworzenia portalu chcielibyśmy stworzyć też call center do obsługi telefonicznej zarówno pracodawców, jak i pracowników. Chodzi o to, aby osoby, które zastanawiają się nad przystąpieniem do programu, i pracodawcy, którzy nie wiedzą, jak sporządzić umowę, z kim negocjować czy gdzie się odwołać, mieli możliwość dopytania o szczegóły. Kolejna rzecz to cała akcja informacyjno-edukacyjna. Musimy poinformować pracodawców, czym jest ten program, musimy zapewnić im komfort wiedzy. Będziemy też zatrudniać trenerów, żeby informować pracodawców o nowej rzeczywistości – podkreśla Bartosz Marczuk.

Firmy wdrażające cyfrowe technologie rosną o 1/4 szybciej. Polskie przedsiębiorstwa muszą cyfrowo przyspieszyć, jeśli chcą się rozwijać

Firmy wdrażające cyfrowe technologie rosną o 1/4 szybciej. Polskie przedsiębiorstwa muszą cyfrowo przyspieszyć, jeśli chcą się rozwijać 3

Sztuczna inteligencja, wykorzystanie danych czy machine learning będą mieć w przyszłości przełożenie nie tylko na biznes i gospodarkę, lecz także na funkcjonowanie całych społeczeństw. Eksperci podkreślają, że już w tej chwili postęp technologiczny wyprzedza prawo i zmiany zachodzące w społeczeństwie, co grozi pogłębiającymi się nierównościami. Z drugiej strony cyfryzacja to ogromna szansa dla przedsiębiorstw, które mogą tworzyć nowe modele biznesowe, produkty i usługi, oraz całych gospodarek. Zdaniem ekspertów cyfryzacja zwyczajnie się firmom opłaca, ale w Polsce nadal jest domeną głównie dużych firm. 

Mogłoby się wydawać, że w ostatnich latach postęp technologiczny był niezwykle szybki, pojawiało się wiele nowych innowacji. Jednak my jesteśmy dopiero na początku przemian związanych z rozwojem nowych technologii. W najbliższych latach należy się spodziewać tego, że będziemy mieć coraz więcej sensorów, coraz więcej urządzeń, które będą się ze sobą komunikować. Będzie postępowała również integracja technologii z biologią. W coraz większym stopniu rozwój technologiczny będzie dotyczył również organizmu człowieka. To wszystko będzie przekładało się na daleko posunięte zmiany społeczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Dominik Batorski z Uniwersytetu Warszawskiego.

Już 72 proc. organizacji na całym świecie prowadzi projekty z zakresu sztucznej inteligencji – wynika z tegorocznego badania SAS, Accenture Applied Intelligence, Intela i Forbes Insights. Sztuczna inteligencja, wykorzystanie danych, IoT czy machine learning będą mieć w przyszłości przełożenie nie tylko na biznes i gospodarkę, lecz także na funkcjonowanie całych społeczeństw. Zmiany wspiera dynamiczny rozwój sieci teleinformatycznych, coraz powszechniejszy dostęp do światłowodów, a wkrótce – sieci 5G. Pierwsze terenowe testy tej technologii, która pozwoli na lepsze dopasowanie łączności do potrzeb firm i przemysłu, firma Orange Polska przeprowadziła w Gliwicach. Z prognoz Dell Technologies wynika, że do końca przyszłej dekady nowe technologie i roboty będą już obecne niemal w każdej dziedzinie życia, a ludzie będą pełnić rolę cyfrowych dyrygentów, zarządzających pracą maszyn.

Ekspert Uniwersytetu Warszawskiego podkreśla, że w tej chwili postęp technologiczny przebiega znacznie szybciej i nie nadążają za nim ani zmiany społeczne, ani zmiany w prawie. To rodzi szereg wyzwań związanych na przykład z nierównościami społecznymi.

Zagrożenia związane z nierównościami są istotne, ponieważ ci, którzy mają zasoby i kompetencje będą w stanie w znacznie większym stopniu pozwolić sobie na wykorzystanie tych nowych technologii. Różnice pomiędzy osobami, które są w lepszej sytuacji i będą mogły poprawić możliwości swojego ciała i umysłu przy użyciu technologii, sztucznej inteligencji czy robotyki, będą znacznie większe niż wśród osób, których nie będzie na to stać – prognozuje dr Dominik Batorski.

Zmiany i zagrożenia wywoływane postępem technologicznym dobrze widać na przykładzie rynku pracy: World Economic Forum szacuje, że do 2025 roku roboty przejmą ponad połowę obecnych miejsc pracy, a robotyzacja może objąć nawet 75 mln stanowisk (raport „The Future of Jobs 2018”). Do podobnych wniosków doszli naukowcy z Yale i Oxford University, według których mechaniczne, powtarzalne czynności zostaną całkowicie zautomatyzowane w ciągu najbliższych 10 lat. Szef Tesli i SpaceX Elon Musk już od kilku lat podkreśla, że w przyszłości – kiedy automatyzacja wyprze większość siły roboczej z rynku pracy – koniecznością stanie się wprowadzenie przez rządy państw gwarantowanego, podstawowego dochodu, żeby zapobiec nierównościom społecznym.

Technologia cyfrowa dopiero zaczyna zmieniać naszą rzeczywistość, bo na razie odczuwamy tylko to, że mamy nowe produkty, nowe usługi, które adoptowane są do tradycyjnej gospodarki. Tak naprawdę dopiero za chwilę – dzięki danym, które zaczynamy zbierać i analizować, dzięki rozwojowi algorytmów – wejdziemy w zupełnie nowa erę organizacji gospodarki i przedsiębiorstw, produkcji, zarządzania tą produkcją, a także zasobów ludzkich, organizacji państwa, organizacji wszelkich instytucji. To będzie ta faktyczna zmiana, która dopiero nadchodzi. Ona doprowadzi do tego, że zmieni nam się paradygmat produkcji, produktu, państwa, szkolnictwa – wylicza dr hab. Katarzyna Śledziewska, dyrektor zarządzająca DeLab na Uniwersytecie Warszawskim.

Jak podkreśla, krajobraz po transformacji cyfrowej w Polsce będzie zależał głównie od tego, w jaki sposób polskie firmy zaadaptują się do nowych realiów rynkowych i będą wdrażać rozwiązania technologiczne. Konsumenci z całą pewnością mogą się jednak spodziewać nowych produktów i usług spełniających zupełnie inne funkcje niż obecnie.

– Widzimy to teraz na przykładzie telefonów komórkowych, które przestały być wyłącznie telefonem, a stały się platformą, na której mamy wszystkie potrzebne nam usługi. Mamy już nie tylko aparat fotograficzny, lecz także album, którym się dzielimy z innymi członkami rodziny. Podobna transformacja nastąpi jeśli chodzi o budynki czy samochody. Nie wiemy jeszcze dokładnie, w jakim kierunku pójdzie ten rozwój. Nie wiemy również, jaką technologię my, jako ludzie, będziemy teraz najważniejsze jest to, żeby biznes był otwarty na te wyzwania i żeby w jak największym stopniu wdrażał nowości, nie bał się eksperymentować – podkreśla dr hab. Katarzyna Śledziewska.

Z danych przytaczanych w tegorocznym raporcie Manpower Group („From C-Suite do Digital Suite”) wynika, że cyfryzacja zwyczajnie się firmom opłaca – te, które wdrażają transformację cyfrową, odnotowują średnio o 26 proc. większe zyski od konkurencji i osiągają o 12 proc. wyższą wycenę rynkową. Z raportu wynika, że do 2020 roku 30 proc. dochodów w przemyśle będzie pochodzić z nowych modeli biznesowych, a już teraz 89 proc. liderów biznesu planuje, testuje i wdraża cyfrowe rozwiązania.

W Polsce – jak wynika z badania Orange Insights, zrealizowanego na zlecenie Orange Polska – blisko dwie trzecie polskich firm zatrudniających od 100 do 250 pracowników stawia już na cyfryzację jako narzędzie wspierające sprzedaż. Dwie trzecie badanych firm traktuje cyfryzację jako jedną z najważniejszych kompetencji w rozwoju biznesu w ich branży. Choć cyfryzacja jest ważna niezależnie od skali biznesu, to w Polsce duże polskie firmy są dużo bardziej świadome jej znaczenia niż mniejsze przedsiębiorstwa. Badanie przeprowadzone na zlecenie MPiT pokazało, że aż 2/3 małych i średnich firm nie zna jeszcze koncepcji Gospodarki 4.0. Aby nie pozostać w tyle, MŚP również musi zacząć korzystać z cyfrowych narzędzi w większym stopniu. To przełoży się na korzyści dla całej gospodarki, bo – jak wynika z najnowszego raportu McKinsey „Polska jako cyfrowy challenger” – do połowy przyszłej dekady cyfryzacja może przynieść polskiemu PKB dodatkowe 275 mld zł i zastąpić dotychczasowe motory wzrostu gospodarczego, takie jak podaż relatywnie taniej siły roboczej czy napływ unijnych środków.

O zmianach, jakie czekają nas wraz z postępującą cyfryzacją wielu dziedzin życia, rozmawiano podczas konferencji „Przedsiębiorczość, technologie, rozwój: Polsko, 100 lat!”.

Zakazy dotyczące spożywania i sprzedaży alkoholu są nieskuteczne. Eksperci: lepsza byłaby edukacja

0

Zakazy dotyczące spożywania i sprzedaży alkoholu są nieskuteczne. Eksperci: lepsza byłaby edukacja 4

Na wprowadzenie nocnej prohibicji i zakaz sprzedaży alkoholu w godzinach 22.00–6.00  zdecydowało się jak dotąd kilkanaście miast. Sprzedawcy oceniają, że nowe przepisy uderzają głównie w kondycję małych, osiedlowych sklepów. Dlatego eksperci podkreślają, że w miejsce kolejnych zakazów skuteczniejsza byłaby edukacja dotycząca odpowiedzialnego spożywania alkoholu. Takie kampanie powinny być skierowane w zasadzie do każdej grupy społecznej – kierowców, kobiet w ciąży i ich lekarzy, posłów i księży, a także do szkół podstawowych i średnich. 

W marcu br. weszło w życie nowe prawo, które zaostrza obowiązujący już zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych. Zezwala ono samorządom wprowadzać dodatkowy zakaz sprzedaży napojów alkoholowych w godzinach nocnych (22.006.00). Jak dotąd na taki krok zdecydowało się kilkanaście miast, wśród których są m.in. Kraków, Olsztyn, Tarnów i Nowy Sącz. Nowe przepisy wzbudziły obawy przedsiębiorców argumentujących, że uderzą one w małe sklepy, za to nie obejmują np. sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych. Dlatego eksperci podkreślają, że w miejsce kolejnych zakazów skuteczniejsza byłaby edukacja dotycząca odpowiedzialnego spożywania alkoholu.

– Jestem zdecydowanym zwolennikiem edukacji, a nie zakazów czy nakazów, np. w Starym Testamencie rabini wymyślili bardzo dużo różnych zakazów, co w życiu nie znalazło odzwierciedlenia, bo Semici i tak spożywali wino i piwo, czyli trzeba wyraźnie podkreślić sprawę świadomej edukacji, która doprowadziłaby do odpowiedzialnego spożywania alkoholu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ks. dr hab. Kazimierz Pierzchała, profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Zdaniem psychologa klinicznego i specjalisty psychoterapii uzależnień dra Adama Kłodeckiego edukacja dotycząca odpowiedzialnego spożywania alkoholu powinna się zaczynać już na gruncie rodzinnym, ponieważ statystki pokazują, że to na nim najczęściej dochodzi do pierwszej styczności i kształtowania postaw w spożywaniu alkoholu.

– Taką przemyślaną edukację trzeba wprowadzić już w przedszkolu i w szkołach. Problem jest taki, że brakuje edukatorów – tylko 20 proc. szkół jest objętych programami edukacyjnymi. Kolejną grupą, której taka edukacja bardzo by się przydała, są posłowie, senatorzy. Oni zdecydowanie wymagają takiej edukacji na poziomie kontaktu z alkoholem, zagrożenia uzależnieniem i w ogóle profilaktyki, która oddziałuje na młodych ludzi. Z pewnością kolejni powinni być kierowcy, sprzedawcy, kuratorzy z Ośrodków Pomocy Społecznej, sędziowie – czyli wszystkie te grupy ludzi, które mają możliwość czy nawet obowiązek reagowania na sytuacje, w których ten alkohol zaczął już przynosić jakieś szkody. Księża to też bardzo duża grupa osób, które mają wpływ i do których zgłaszają się ludzie mający w rodzinie problemy z nadużywaniem alkoholu. Oni też powinni być wyposażeni w dobrą wiedzę na temat tego, czym jest uzależnienie i co to znaczy picie alkoholu, w ogóle używanie substancji psychoaktywnych – podkreśla dr Adam Kłodecki.

Przewodnicząca komitetu ds. społecznej odpowiedzialności Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy Aneta Jóźwicka zwraca też uwagę na fakt, że w Polsce od ponad 10 lat działania na rzecz edukacji społecznej i kształtowania odpowiedzialnych postaw prowadzi branża alkoholi mocnych. W tym czasie zostało zrealizowanych ponaddwadzieścia programów kierowanych do różnych grup społecznych – od młodzieży po osoby dorosłe.

– Jeden z naszych programów, będący o tym, że każdy alkohol oddziałuje na organizm tak samo, niezależnie od tego, czy znajduje się w alkoholu mocnym, winie czy piwie widziało już ponad 13 mln Polaków. Warto też wspomnieć m.in. o kampanii „Lepszy start dla twojego dziecka”, w ramach której już od 8 lat prowadzimy działania edukacyjne na rzecz kobiet w ciąży. Podkreślamy, że jeżeli kobieta planuje dziecko albo jest w ciąży, nie powinna sięgać po alkohol, ponieważ to niesie za sobą istotne skutki zdrowotne dla dziecka. Z dumą mówimy też, że nasze działania przyniosły zauważalne skutki, bo w tek chwili już o 2/3 mniej kobiet deklaruje spożycie alkoholu w ciąży niż jeszcze osiem lat temu – podkreśla Aneta Jóźwicka.

Działania edukacyjne dotyczące spożywania alkoholu w ciąży są kierowane nie tylko do kobiet, lecz także do środowiska medycznego jako autorytetu, który ma styczność z ciężarnymi kobietami. Kolejna grupa to kierowcy i szerokie grono konsumentów, do których skierowana jest kampania „Alkohol. Zawsze odpowiedzialnie”.

– Podkreślamy w niej, że zawsze, konsumując alkohol, niezależnie od tego, czy mówimy tutaj o alkoholach mocnych, piwie czy o winie, powinniśmy to robić w sposób odpowiedzialny. Edukacja na temat odpowiedzialnego sięgania po alkohol jest kluczowa w każdej grupie wiekowej. Może się zaczynać już w szkole, która powinna uczyć młodych ludzi, czym są produkty alkoholowe, że można po nie sięgać dopiero po osiągnięciu pełnoletności. Powinniśmy także stale mówić o zasadach odpowiedzialnej konsumpcji do wszystkich dorosłych, którzy sięgają po alkohol – mówi Aneta Jóźwicka.

Jak podkreśla, w edukacji na rzecz odpowiedzialnego spożywania alkoholu ważna jest współpraca między wszelkimi uczestnikami szeroko pojętego rynku i instytucjami społecznymi, edukacyjnymi, w tym m.in. szkołami, instytucjami rządowymi, organizacjami pozarządowymi, fundacjami, producentami i detalistami.

Według WHO średnia światowa spożywanego alkoholu w przeliczeniu na osobę wynosi 6,2 litra rocznie. W statystykach przoduje Białoruś, gdzie jedna osoba spożywa średnio 17,5 litra czystego spirytusu rocznie, na kolejnych miejscach plasują się Mołdawia, Litwa i Rosja (ok. 15 litrów). Polska, z rocznym spożyciem na poziomie około 12,5 litra na osobę plasuje się w unijnej średniej, zajmując 13. pozycję.

Światowa Organizacja Zdrowia wyodrębnia dwa rodzaje picia problemowego – ryzykowne i szkodliwe. Picie ryzykowne to spożycie jednorazowo nadmiernej ilości, które nie powoduje jeszcze negatywnych konsekwencji, lecz może się tak stać, o ile model konsumpcji nie zmieni się na bardziej umiarkowany. Natomiast picie szkodliwe powoduje już szkody zdrowotne i psychologiczne.

Bożonarodzeniowe wypieki nie muszą oznaczać żywieniowej katastrofy. Przy spożyciu cukrów prostych warto jednak zachować umiar

Bożonarodzeniowe wypieki nie muszą oznaczać żywieniowej katastrofy. Przy spożyciu cukrów prostych warto jednak zachować umiar 5

Makowce, strucle, keks czy pierniczki – zdecydowana większość Polaków nie wyobraża sobie świąt Bożego Narodzenia bez tradycyjnych wypieków. Choć zawierają one cukier, nie muszą oznaczać żywieniowej katastrofy. Nawet jednym kawałkiem ciasta można zaspokoić potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego, a produkty zawierające cukier mogą być elementem zdrowej diety. Dodanie do spożywanych potraw w ciągu dnia 5–7 łyżeczek cukru, nie wpłynie negatywnie na nasze zdrowie – przekonuje Agnieszka Piskała, specjalistka ds. żywienia, ambasador akcji „Uczymy jak słodzić”.

 Nie wyobrażamy sobie świąt bez słodkich przekąsek. Makowce, serniki, pierniki to ciasta, które pojawiają się praktycznie w każdym domu i nie wyobrażamy sobie, żeby nie dodawać do nich cukru. Pamiętajmy jednak, że trzeci kawałek makowca smakuje tak samo jak pierwszy, a siódmy piernik tak samo jak czwarty. Kluczem do sukcesu jest to, żeby jeść w umiarkowanych ilościach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Piskała, specjalistka ds. żywienia, ambasadorka kampanii „Uczymy jak słodzić”.

Z badania CBOS wynika, że w większości polskich domów ciasta przed Bożym Narodzeniem piecze się samodzielnie. Część osób w obawie przed dodatkowymi kaloriami do wypieków używa sztucznych słodzików, ale to wbrew pozorom nie jest zdrowe rozwiązanie. Lepiej zjeść mały kawałek ciastka z cukrem niż całą blachę upieczonego z dodatkiem słodzików, których wpływ na zdrowie nie jest obojętny. Istotne jednak, zwłaszcza podczas Bożego Narodzenia, jest zachowanie umiaru.

– Potraw świątecznych jest bardzo dużo. Wśród nich są dania wytrawne jak karp po żydowsku, do których również dodajemy cukier – mówi Agnieszka Piskała.

Jak podkreśla ekspertka, wokół cukru narosło sporo mitów. Oskarża się go o problemy z wagą, cukrzycę czy próchnicę. Tymczasem produkty zawierające cukier powinny być częścią zdrowej, zbilansowanej diety.

– Cukier jest ważnym składnikiem codziennej diety, a spożywanie go w umiarkowanych ilościach daje nam energię. Cukry proste, takie jak np. glukoza, to podstawowe paliwo energetyczne do pracy naszego mózgu i mięśni – tłumaczy Agnieszka Piskała.

Glukoza pełni wiele ważnych funkcji w organizmie człowieka. Jest wykorzystywana przez mózg i czerwone ciałka krwi jako jedyne źródło energii. Brak węglowodanów w pożywieniu powoduje wytwarzanie glukozy przez sam organizm, ale zachodzi to kosztem zniszczenia białek wchodzących w skład organizmu. Za mała ilość cukrów przyczynia się do spadku wydolności fizycznej, siły mięśniowej i jest powodem szybkiego zmęczenia.

 Odpowiednie spożycie cukrów prostych w ciągu dnia jest niezwykle ważne, tak aby nie wywołać różnego rodzaju chorób. Ważne jest, żeby uświadomić sobie, że cukry proste wcale nie są takie złe – przekonuje specjalistka ds. żywienia.

Cukier oskarża się o cukrzycę, próchnicę czy nadwagę. Tymczasem statystyki Instytutu Żywności i Żywienia oraz GUS, który publikuje informacje na temat produktów spożywanych przez Polaków, jednoznacznie pokazują, że główną przyczyną nadwagi i otyłości jest nadmierne spożycie tłuszczów. W diecie przeciętnego Polaka powinny one stanowić około 20 proc. energii, w rzeczywistości jest ich jednak dwukrotnie więcej. Dla próchnicy większym zagrożeniem jest nieodpowiednia higiena jamy ustnej, a za cukrzycę winę ponosi przede wszystkim niezdrowy tryb życia i predyspozycje genetyczne. Dlatego nie warto całkowicie rezygnować z cukru.

– Oprócz tych produktów, w których naturalnie występuje cukier, możemy dodawać go do różnych potraw. Wiemy, że ciastka, słodkie przetwory, kawa czy herbata z cukrem smakują lepiej, ale kluczem do sukcesu będzie umiar. Okazuje się, że dodanie do potraw spożywanych w ciągu dnia 5–7 łyżeczek cukru nie wpłynie negatywnie na nasze zdrowie – podkreśla Agnieszka Piskała.

Każdy człowiek potrzebuje codziennie 45–55 proc. energii pochodzącej z węglowodanów, zwłaszcza tych złożonych, ale także cukrów prostych, które naturalnie występują w wielu produktach spożywczych.

– Jako ambasador akcji „Uczymy jak słodzić” staram się wszystkim wytłumaczyć to, że spożywanie raz na jakiś czas słodkiej przekąski, dodanie łyżeczki cukru do herbaty czy kawy, nie spowoduje żywieniowej katastrofy. Ważne jest jednak, żeby zachować umiar, a podstawą naszej diety były węglowodany złożone, które pochodzą z takich produktów jak kasze, makarony, ryż czy pieczywo. Pamiętajmy, że w naszej zbilansowanej diecie jest również miejsce na cukry proste – przekonuje Agnieszka Piskała.

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego: Nie możemy się opierać wyłącznie na technologii bateryjnej. Kompromisem są hybrydy, a przyszłością paliwa wodorowe

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego: Nie możemy się opierać wyłącznie na technologii bateryjnej. Kompromisem są hybrydy, a przyszłością paliwa wodorowe 6

Nie możemy się opierać wyłącznie na jednej technologii, na technologii bateryjnej. Trzeba brać pod uwagę wszystkie dostępne technologie, a nie patrzeć na elektromobilność wyłącznie jako na pojazdy zasilane baterią – ocenia Michał Wekiera, dyrektor wykonawczy PZPM. Łącznikiem na drodze do zeroemisyjności są pojazdy z napędem hybrydowym, a przyszłością mogą się okazać te zasilane paliwem wodorowym. Do rozwoju samochodów elektrycznych niezbędne jest natomiast zbudowanie całej infrastruktury, wraz z siecią ładowarek, której w Polsce wciąż nie ma.

– Dzisiejsza technologia nadal nie pozwala nam na pokonywanie dużych dystansów samochodem elektrycznym, dlatego bardzo ważną kwestią jest infrastruktura. Bez infrastruktury, która na dzisiaj wciąż jest niewystarczająca, elektromobilność może się rozwijać niezbyt szybko. Mamy pojazdy, które są produkowane już w Polsce, natomiast infrastruktura jest ciągle w trakcie budowania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Wekiera, dyrektor wykonawczy Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Brak infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych to jedna z głównych barier dla rozwoju tego rynku. W tej chwili jest w Polsce kilkaset ładowarek do takich aut, głównie w największych miastach. Jednak użytkownicy i potencjalni nabywcy elektryków oczekują większej liczby miejsc do ich ładowania, co pozwoli na swobodne przemieszczanie się i ładowanie pojazdu zarówno w mieście, jak i na trasie. Z badania przeprowadzonego przez ING Bank Śląski w Holandii wynika też, że prawie 75 proc. kierowców oczekuje, że ładowanie baterii będzie trwać maksymalnie 15 minut (raport „Którym pasem zamierzamy jechać”, opracowany przez EY i ING Bank Śląski).

Przyjęta na początku tego roku ustawa o elektromobilności wprowadziła zarówno system zachęt dla nabywców elektryków, jak i plan rozbudowy publicznej infrastruktury do ich ładowania. Zakłada on, że do 2020 roku ma powstać już 400 szybkich ładowarek o mocy ok. 50 kW oraz 6 tys. punktów ładowania o normalnej mocy. W infrastrukturę do ładowania samochodów elektrycznych inwestują też koncerny paliwowe, przedsiębiorstwa energetyczne czy motoryzacyjne. Dla przykładu na początku tego roku Grupa PKN Orlen wystartowała z pilotażowym projektem instalowania szybkich ładowarek do samochodów elektrycznych na swoich stacjach paliw.

– Ładowarki zaczynają się już pojawiać, chociażby w zajezdniach w transporcie miejskim. Natomiast w przypadku autobusów, w których źródłem energii będzie wodór, w tej chwili nie mamy właściwie żadnej stacji ładowania, poza jednym punktem dostępnym w Polsce – mówi Michał Wekiera.

Obok infrastruktury problemem jest też wysoka cena samochodów elektrycznych. Jak wynika z majowego raportu „Którym pasem zamierzamy jechać”, opracowanego przez firmę doradczą EY i ING Bank Śląski – za połowę kosztu zakupu takiego auta odpowiada w tej chwili cena baterii. Jednak zdaniem ekspertów, nowe technologie produkcji baterii litowo-jonowych spowodują spadek cen, a z drugiej strony pozwolą na swobodne przejechanie takim autem nawet 600 km.

Według IEA (International Energy Agency) pojemność akumulatorów do EV w 2030 roku ma wzrosnąć do ok. 70–80 kWh. Natomiast łączna pojemność akumulatorów umieszczonych w elektrycznych samochodach osobowych i hybrydach typu plug-in w 2030 roku ma wynieść już ok. 775–2250 GWh, co w porównaniu z ubiegłym rokiem (68 GWh) oznacza kilkunastokrotny wzrost.

Z danych ICCT (International Council of Clean Transportation), przytaczanych przez specjalistyczny magazyn branżowy Flota, wynika, że czołówkę producentów akumulatorów stanowi obecnie pięciu producentów (Panasonic, LG, Samsung/SDI oraz producenci z Chin – CATL i BYD), którzy łącznie zapewniają 2/3 światowej podaży, przy czym wszyscy producenci z Chin dostarczają jej połowę. Spośród 13 największych producentów akumulatorów na świecie, którzy dostarczają 94 proc. ich całkowitej pojemności, aż siedmiu pochodzi z Chin.

Dlatego dyrektor wykonawczy PZPM Michał Wekiera podkreśla, że – obok samochodów napędzanych energią elektryczną – należy rozwijać też inne technologie, ponieważ rynek baterii do EV jest wciąż słabo rozwinięty i ma pewne ograniczenia.

– Nie możemy się opierać tylko i wyłącznie na jednej technologii, na technologii bateryjnej, ponieważ niestety mamy tylko kilku producentów baterii na świecie, którzy pochodzą z Chin i Japonii. Drugą kwestią jest to, że do produkcji baterii potrzebujemy metali ziem rzadkich, do których Polska nie ma zbyt dużego dostępu, w związku z czym stajemy się zależni. Trzeba więc brać pod uwagę wszystkie możliwe, dostępne technologie, a nie patrzeć na elektromobilność tylko i wyłącznie jako na pojazdy zasilane baterią. Należałoby brać pod uwagę również pojazdy hybrydowe czy wodorowe – ocenia Michał Wekiera.

Jak ocenia, ustawa o elektromobilności koncentruje się niemal wyłącznie na pojazdach elektrycznych, zasilanych bateriami litowo-jonowymi. Błędem jest natomiast pominięcie technologii hybrydowych, które mogą być bardzo dobrym łącznikiem na drodze do zeroemisyjności.

– Pojazdy hybrydowe są zdecydowanie tańsze, zdecydowanie bardziej elastyczne. W momencie, kiedy nie mamy jeszcze wystarczająco rozbudowanej infrastruktury ładowania, taki pojazd może być rozwiązaniem, które pozwoli nam dojść do zerowej emisyjności, o jakiej mówimy w przypadku autobusu elektrycznego czy wodorowego. Natomiast na dziś trudno byłoby stawiać na autobusy elektryczne bez odpowiedniej sieci – podkreśla Michał Wekiera.

Z danych instytutu SAMAR wynika, że w pierwszej połowie 2018 roku Polacy kupili 10,2 tys. samochodów hybrydowych (największa popularnością cieszą się modele Toyoty). Natomiast w całym 2017 roku zarejestrowano 16,9 tys. hybryd (wzrost o 68,1 proc.), a ich udział rynkowy wzrósł do 3,5 proc. Natomiast udział elektryków w polskim rynku nadal oscyluje wokół 0,1 proc.

Na sieci 5G najbardziej skorzystają fintechy. Szybszy niż kiedykolwiek przesył danych wywrze ogromny wpływ na giełdę czy sektor usług bankowych

Na sieci 5G najbardziej skorzystają fintechy. Szybszy niż kiedykolwiek przesył danych wywrze ogromny wpływ na giełdę czy sektor usług bankowych 7

Sieć 5G odmieni branżę technologiczną i sprawi, że będziemy przesyłać dane szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Według raportu opracowanego przez firmę Ericsson do końca 2024 roku 40 proc. populacji będzie miało dostęp do sieci 5G. Nowy standard przesyłania danych przyspieszy wykonywanie transakcji finansowych, ułatwi pobieranie plików o dużym rozmiarze i przyczyni się do dynamicznego rozwoju internetu rzeczy. Już w połowie 2019 r. na rynku ma zadebiutować nowy chip firmy Intel, który do smartfonów może trafić już na początku 2020 r.

– Fintech jest branżą, w której 5G będzie jeśli nie najszybciej, to na pewno w dużej liczbie rozwiązań wykorzystywane. Jest bardzo szeroki wachlarz potencjalnych możliwości: od personalizowania usług, wirtualnych asystentów czy braku opóźnień w transferach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Agnieszka Sygitowicz, wiceprezes Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Firmy technologiczne od kilku lat przygotowują się na debiut nowego standardu przesyłania danych. Operator Orange Polska oraz Huawei przeprowadzili pierwsze pozalaboratoryjne testy łączności 5G w warunkach miejskich we wrześniu tego roku. Gliwicki test był próbą generalną – Orange planuje uruchomić w Polsce komercyjną sieć 5G już w 2019 roku.

Do wdrożenia 5G przygotowują się także producenci telefonów, którzy jako pierwsi upowszechnią tę technologię na szeroką skalę. Motorola jest jedną z pierwszych firm, która dała swoim klientom dostęp do tego rozwiązania. Korporacja zaprojektowała specjalny moduł dla smartfona Moto Z3, dzięki któremu telefon może się łączyć z siecią 5G. Moduł 5G prawdopodobnie będzie również na wyposażeniu limitowanej edycji smartfona OnePlus 6T McLarren, który zadebiutuje 11 grudnia. Z kolei Samsung i LG planują wypuścić pierwsze urządzenia mobilne komunikujące się za pośrednictwem 5G w przyszłym roku.

Firma Intel postanowiła przyspieszyć premierę swojego konsumenckiego modemu wspierającego 5G. Układ XMM 8160 ma zadebiutować pod koniec 2019 r. Urządzenie pozwoli transmitować dane z prędkością 6 gigabitów na sekundę, dzięki czemu produkowane w oparciu o niego smartfony będą przesyłać dane nawet 120-krotnie szybciej od obecnych.

 W sieci 4G opóźnienia sięgają około 50 ms, w 5G będzie to zaledwie 1 ms. Proszę sobie wyobrazić, jaki to będzie miało wpływ na giełdę, jaki to będzie miało wpływ na sektor usług bankowych, jego dywersyfikację i oczywiście to, co jest najbardziej oczywistym wykorzystaniem 5G, czyli internet rzeczy i komunikowanie się maszyn – wymienia Agnieszka Sygitowicz.

W Polsce szeroko zakrojone badania nad potencjałem 5G przeprowadzone zostaną w ramach Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Firma Ericsson powołała we współpracy z Politechniką Łódzką projekt S5, akcelerator technologiczny skupiony wokół rozwiązań wykorzystujących sieć 5G. Akcelerator będzie przede wszystkim poletkiem doświadczalnym dla firm, które chciałyby wdrażać innowacyjne rozwiązania oparte na architekturze 5G. Połączy także inwestorów z inżynierami i będzie pełnić funkcję informacyjną, edukując przedsiębiorców na temat zalet wykorzystania technologii 5G w biznesie.

 Trudno jest odpowiedzieć na pytanie, jakie rozwiązanie konkretne nie może być wdrożone w ramach 5G. Dlatego mamy w ŁSSE zaplanowany akcelerator 5S, czyli akcelerator poszukujący bardzo konkretnych rozwiązań z wykorzystaniem infrastruktury 5G, którą naszym firmom i naszym klientom do pilotażu zamierzamy udostępnić, żeby właśnie te konkretne rozwiązania wymyślić, ale obszary mamy już zidentyfikowane. Pilotaż ruszy już od połowy najbliższego roku – zauważa Agnieszka Sygitowicz.

Producenci smartfonów i tabletów liczą na to, że dzięki łączności 5G będą mogli zapewnić swoim klientom łatwiejszy dostęp do platform VoD. Pozwoli to takim serwisom jak Netflix czy Showmax rywalizować o uwagę widza na równi z klasyczną telewizją. Ale najwięcej na wprowadzeniu i upowszechnieniu 5G mogą skorzystać producenci urządzeń wchodzących w skład internetu rzeczy.

Ericsson szacuje, że do 2024 roku w ramach światowej sieci będzie komunikowało się ze sobą 4,1 mld urządzeń i tylko dynamiczny rozwój szybkiej łączności bezprzewodowej umożliwi im błyskawiczne wymienianie danych między stacją roboczą a użytkownikiem końcowym.

Analitycy MarketsandMarkets szacują, że w 2020 roku rynek 5G będzie wart 2,86 mld dol. i będzie się rozwijał w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie niemal 51 proc., a w 2026 roku osiągnie wartość 22,72 mld dol.

Gwiazdy boksu i muzyki ukarane za promocję kryptowalut

Cena bitcoina wprawdzie odbiła się od dna o ok. 10 proc., ale nie musi to wcale oznaczać końca trendu spadkowego. Napływające na rynek informacje nie są pozytywne – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Ostatnie spadki na rynku kryptowalut zawiodły wiele z nich do ponadrocznych dołków cenowych. Cena bitcoina spadła przed pięcioma dniami w okolice 3,7 tys. dolarów, czyli do najniższego poziomu od 14 miesięcy. Co prawda później obserwowaliśmy odbicie, które doprowadziło do blisko 20-procentowego wzrostu, ale pod koniec tygodnia cena znów cofnęła się w okolicę 4 tys. dolarów.

Potencjalnie złym znakiem dla rynku kryptowalut jest wyjście z obszaru wielomiesięcznej konsolidacji cenowej. Poprzednie dwa miesiące były relatywnie spokojne dla bitcoin i całego rynku. Obecnie jednak notowania kryptowalut znów cechuje duża zmienność, z której były zresztą znane.

Rynek ugiął się pod ciężarem m.in. widma regulacji, ataków hakerskich. Zaszkodziły także nieudane próby wprowadzenia funduszy ETF opartych o bitcoina do obrotu na giełdzie w USA. Problemem dla kryptowalut cały czas pozostaje brak pozytywnych informacji, które mogłyby ten rynek podnieść. Jakie informacje mogłyby okazać się korzystne? W dużym uproszczeniu chodzi o regulacje. Instytucje finansowe nie zwiększą bowiem swojej ekspozycji na kryptowaluty dopóty, dopóki rynek nie będzie w większej mierze uregulowany.

Na tropie dwóch obywateli Iranu

A ostatnie informacje niekoniecznie wspierają poprawę sentymentu, przynajmniej nie w okresie, kiedy rynek kryptowalut znajduje się pod dużą presją. W środę Urząd Kontroli Aktywów Zagranicznych (Office of Foreign Assets Control) w USA po raz pierwszy opublikował adresy (unikalne ciągi cyfr i znaków), które przypisał do konkretnych dwóch osób zamieszkujących w Iranie. Chodzi o transakcje z użyciem bitcoina. W założeniu charakteryzuje je anonimowość, lecz nie są one prywatne (rejestr wszystkich transakcji jest publiczny).

Amerykański urząd nie podał, w jaki sposób zdołał połączyć wspomniane adresy z dwójką obywateli Iranu. Jest jednak jasne, że przeprowadzili oni blisko 7 tys. transakcji wartych miliony dolarów, a duża część procesowanych bitcoinów pochodziła z ponad 200 ataków hakerskich typu ransomware (z wykorzystaniem wirusa SamSam).

W dłuższej perspektywie działania władz, które ukracają taki proceder, są pozytywne. Jednak krótkoterminowo, kiedy mamy do czynienia ze znacznymi spadkami ceny bitcoina i zwiększonym poziomem wahań oraz emocji, tego typu informacja może dodatkowo obniżać popyt na bitcoina. Negatywnie przekłada się to również na cały rynek, biorąc pod uwagę, że sam bitcoin stanowi nieco ponad 50 proc. jego wartości.

Gwiazdy dostały po kieszeni

Rzecz nabiera dodatkowej wagi, gdy amerykańska agencja SEC (odpowiednik polskiego KNF) informuje o karach, jakie znany bokser Floyd Mayweather oraz producent muzyczny DJ Khaled muszą ponieść za nielegalne promowanie ICO, oferty publicznej w świecie kryptowalut. Zgodzili się oni zapłacić odpowiednio 600 tys. i 150 tys. dolarów kary za ekspozycje ICO przede wszystkim na swoich kontach w mediach socjalnych, gdzie mają miliony subskrybentów. Promując ICO, nie umieszczali jednocześnie informacji, że emitenci płacili im każdorazowo za tego typu reklamę. Rozstrzygnięcia najprawdopodobniej zmniejszy nieco entuzjazm innych rozpoznawalnych osób, które także mogły rozważać wspieranie ICO. To z kolei może przekładać się na mniejsze zainteresowanie cyfrową emisją oraz prawdopodobieństwo spadków cen.

Małym światełkiem w tunelu są zamiary szefów amerykańskiej giełdy Nasdaq oraz Intercontinental Exchange Inc., właściciela giełdy w Nowym Jorku (NYSE), którzy zamierzają wprowadzić kontrakty terminowe oparte o cenę bitcoina. W przypadku Nasdaq chodzi o anonimową informację zdobytą przez Bloomberg. W drugim przypadku wieści są już oficjalne, a pierwsze notowanie ma się odbyć 24 stycznia.

Światełko nie bez powodu nie zmienia się w światło. Podobne kontrakty w grudniu ub.r wprowadziły również inne giełdy w USA: CME oraz Cboe (obie z Chicago). Zbiegło się w czasie z gwałtownymi wzrostami cen kryptowalut. Jednak wkrótce po tym zaczął się stopniowy spadek. Obecna sytuacja na rynku jest diametralnie odmienna. W tamtym okresie kontrakty wprowadzane były w silnym trendzie wzrostowym, obecnie obserwujemy spadki. Nie należy więc oczekiwać, żeby kontrakty miały podobny efekt co rok temu. Początkowe zainteresowanie może jednak nieco zwiększyć popyt na bitcoina, co przy sprzyjających okolicznościach może mieć pozytywne przełożenie na cenę największej z kryptowalut, a pośrednio również na inne.

Blockchain: trudne początki zdecentralizowanych aplikacji

Stworzenie samoobsługowej piramidy finansowej jeszcze kilka lat temu byłoby niemożliwe. To tylko podkreśla potencjał nowych technologii.

Charles Ponzi byłby zachwycony – jego pomysł sprzed niemal 90 lat, dzięki rozwojowi technologii, właśnie przeżywa drugą młodość. Chociaż piramidy finansowe oparte o blockchain nie są niczym nowym, to jednak dopiero pojawienie się inteligentnych kontraktów zrewolucjonizowało tę branżę.

Inteligentne kontrakty (ang. smart contracts) to programy komputerowe zapisane i działające w blockchainie. Korzystając z inteligentnych kontraktów można tworzyć zdecentralizowane aplikacje (tzw. dapps). Na pierwszy rzut oka takie aplikacje nie różnią się zupełnie od tradycyjnych. Gdy przyjrzymy im się bliżej, różnice są duże.

Aplikacje tego typu nie działają na prywatnym serwerze tylko w blockchainie. Nie można ich wyłączyć ani ocenzurować. Działają autonomicznie, a ich zasady działania zaszyte w kontrakcie są niezmienialne, a dodatkowo ich kod jest jawny. Społeczność skupiona wokół kryptowalut i technologii blockchain uważa, że te cechy to rewolucja na skalę Internetu i ze zniecierpliwieniem czeka na powstanie aplikacji, która stanie się globalnym hitem – zmieniającej układ sił na rynku i w pełni wykorzystującej zalety, jakie zapewnia rozproszenie. Jej powstanie ma się przyczynić do spopularyzowania tej technologii.

Pieniądze to nie wszystko

Mimo gigantycznych budżetów, jakimi dysponują blockchainowe startupy, do tej pory nie powstała ani jedna zdecentralizowana aplikacja (tzw. dapp), która rozwiązywałaby konkretny biznesowy problem lepiej i taniej niż funkcjonujące na rynku tradycyjne rozwiązania. Tylko w 2017 r. wystartowało około 900 projektów, które rozpoczęły działalność od ICO (Initial Coin Offering) i zebrały ok. 6 mld dolarów. Na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać.

Przykładów jest mnóstwo. Zdecentralizowana globalna platforma prognostyczna Augur, która wystartowała w lipcu tego roku miała zrewolucjonizować rynek prognoz. W założeniach powinna dostarczać rzetelnych, niezmanipulowanych wyników sondażowych i przewidywań finałów dowolnych wydarzeń. Miała to być praktyczna realizacja idei mądrości tłumu, zgodnie z którą skumulowana wiedza wielu osób może dawać lepsze rezultaty przewidywań niż wiedza pojedynczych ekspertów. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Po chwilowym boomie aktualnie z platformy korzysta średnio tylko ok. 40 osób dziennie, więc o jakichkolwiek statystycznie rzetelnych wynikach nie może być mowy.

Nie lepiej radzi sobie platforma Golem (polski projekt), czyli globalny zdecentralizowany superkomputer. Do projektu dołączyć może każdy. Wystarczy mieć sprzęt i zaoferować innym jego moc. System sam, automatycznie będzie nas nagradzał opłatami od klientów, którzy skorzystają z mocy obliczeniowej naszego komputera. Co prawda projekt jest jeszcze we wczesnej fazie rozwoju, ale Golem już oferuje zakup mocy obliczeniowej do renderowania animacji. Chętnych do jej zakupu jednak brakuje.

Kolejny przykład? Projekt Basic Attention Token miał zmienić oblicze branży reklamowej w Internecie. Pomysł polegał na tym, by reklamodawcy bezpośrednio płacili oglądającym ich reklamy, a nie pośrednikom takim jak Google czy Facebook. Podczas ICO projekt Basic Attention Token zebrał 35 mln dolarów w 30 sekund, ale jak na razie pokazał jedynie, że zagrozić pozycji gigantów reklamy internetowej będzie dużo trudniej, niż mogłoby się wydawać.

Podobnie ma się sytuacja w wielu innych projektach szeroko pojętej decentralizacji. Platformy takie jak SingularDTV (zdecentralizowany Netflix), Sia lub StroJ (zdecentralizowany Dropbox), Dtube lub Lbry (zdecentralizowany YouTube) i wiele innych cierpią na chroniczny brak zainteresowania użytkowników. Nie są więc w stanie w żaden sposób zagrozić swoim pierwowzorom.

Decentralizacja napędza piramidy

Możliwe, że na niską popularność wpływa sama specyfika działania blockchaina. W tym najbardziej popularnej platformy inteligentnych kontaktów Ethereum – transakcje są płatne, a sieć działa wolno (kilkanaście transakcji na sekundę, dla porównania Visa ok. 2000 transakcji/s). Taka prędkość to za mało nawet na średnio popularny serwis www.

Jednak nawet w tych niesprzyjających okolicznościach jeden typ zdecentralizowanych aplikacji radzi sobie świetnie i właściwie przeżywa swoisty renesans. Zdecentralizowane aplikacje dzięki swoim cechom rozwiązały podstawowe problemy tradycyjnych piramid finansowych. Zniknęła potrzeba zaufania do organizatora piramidy, ponieważ reguły jej działania są teraz zapisane w postaci programu komputerowego, który jest jawny i nie da się go zmienić, więc nie ma możliwości oszustwa. Z kolei bezpieczeństwo powierzonych środków i transakcji zapewnia sam blockchain. Ryzyko zamknięcia piramidy jest właściwe zerowe, ponieważ kontraktu nie da się wyłączyć albo ocenzurować, oprócz tego może działać w pełni autonomicznie, a autorzy mogą pozostać anonimowi.

UET (Usless Ethereum Token) ICO

UET ICO bardzo dobrze pasuje do modelu piramidy, chociaż sam autor nie określał w ten sposób swojego projektu. Informował natomiast, że sprzedawane przez niego tokeny nie mają żadnej wartości ani funkcji, a zebrane środki przeznaczy na zakup telewizorów. O wartość tokenów w takiej sytuacji miały decydować jedynie naturalne siły rynkowe.

Każdy kolejny inwestor, który dokonywał zakupu tokenów, otrzymywał ich coraz więcej. Były też elementy hazardu, każdy kto zakupił minimum jeden token, miał dużą szansę otrzymać ich dodatkową pulę.

ICO wystartowało ponad rok temu, trwało tydzień i okazało się wielkim hitem. Zebrano 150 tysięcy dolarów, a handel tokenami UET na giełdach kryptowalut trwa do dziś.

PoWH 3D „Proof Of Weak Hands”

POWH 3D to swoista wariacja i kpina z ICO. Twórcy nie kryją się z tym, że są piramidą i na każdym korku o tym przypominają.

Platforma ma swój natywny token P3D i oferuje możliwość jego zakupu bądź sprzedaży. Zakupy realizowane są za kryptowalutę Ether (ETH aktualnie w cenie ok. 1000 PLN).

Za każdym razem, gdy ktoś kupuje lub sprzedaje tokeny P3D, 10 proc. wartości transakcji wędruje automatycznie na konta wszystkich, którzy tokeny P3D już posiadają. Tak więc użytkownicy posiadający P3D zarabiają, niezależnie od tego, czy popularność platformy rośnie, gdy inwestorzy kupują tokeny, czy spada, gdy je sprzedają.

Aplikacja ma również dodatkowe funkcje, które mają zachęcić do wzięcia udziału w grze: linki afiliacyjne, dzięki którym użytkownicy są nagradzani za przyciągnięcie nowych klientów oraz nagrody za posiadanie przez wymagany okres czasu ustalonej liczby tokenów. Wszystko zarządzane jest automatycznie przez inteligentny kontrakt, który prowadzi rozgrywkę według zaprogramowanych reguł, a autorzy nie mają kontroli nad jej przebiegiem.

Platforma ruszyła pod koniec lutego i nadal przyciąga wielu chętnych. Według statystyk ze strony Dappradar ma ona kilkuset użytkowników dziennie, a w szczycie popularności było ich nawet kilka tysięcy.

Na koncie inteligentnego kontraktu, który zarządza platformą, jest ok. 35 tysięcy ETH, co obecnie jest warte ok. 8 milionów USD.

Fomo3D

Fomo3D to kolejny projekt grupy, która stworzyła POW3D. Jak piszą na stronie autorzy – jest to eksperyment społeczny, badający ludzką chciwość.

Tematyka również ironicznie nawiązuje do cyklu życia projektu finansowanego przez ICO. Tam po etapie FOMO (Fear of Missing Out, ang. lęk przed przegapieniem), podczas którego duża grupa inwestorów finansuje projekt, kupując tokeny i snując wizje o jego wspaniałej przyszłości, przychodzi etap stagnacji, kiedy to projekt się nie rozwija. Autorzy stopniowo przestają się udzielać w sieci, a nawet sami inwestorzy o nim zapominają. Wtedy cena tokenów spada na łeb na szyję, a twórca projektu spokojnie zamyka strony internetowe i konta społecznościowe, przelewa całe fundusze na swoje konto i znika.

Fomo3D wystartowało w lipcu i okazało się najpopularniejszą zdecentralizowaną aplikacją w historii (nie licząc zdecentralizowanych giełd kryptowalut).

Fomo3D nawiązuje do „The Button”, eksperymentu przeprowadzanego na portalu Reddit w 2015 roku. „The Button” posiadał przycisk i licznik czasu ustawiony na 60 sekund, który odliczał czas do 0. Jeśli w tym czasie kliknięto przycisk, licznik ustawiał się znowu na 60 sekund, jeśli nie – gra się kończyła.

Fomo3D działa w podobny sposób, ale naciśniecie metaforycznego przycisku, trochę gracza kosztuje. Użytkownicy za ETH kupują tzw. „klucze”, a każdy zakup dodaje 30 sekund do licznika. Każdy kolejny sprzedany klucz jest droższy, a spora część środków z jego zakupu automatycznie wędruje na konta wszystkich, który klucze już posiadają. Mniejsza część dodawana jest do puli, która będzie nagrodą dla zwycięzcy – osoby, która zakupi klucz jako ostania.

Gdy licznik czasu dojedzie do zera, kontrakt automatycznie wypłaci połowę zgromadzonych w puli środków zwycięzcy, a resztę rozdysponuje na konta pozostałych posiadaczy kluczy.

Pierwsza runda rozgrywki trwała ponad miesiąc, a w jej puli zgromadzono prawie 22000 ETH, kupiono prawie 40 milionów kluczy za ponad 6 milionów dolarów. Zwycięzca otrzymał połowę tej kwoty, a jego drużyna podzieliła się resztą.

Podobnych projektów i klonów powyższych są aktualnie setki.

Brak pośredników, brak kontroli

Piramidy finansowe w wielu krajach są nielegalne, więc czy można jakoś z nimi walczyć, gdy są w zdecentralizowanym wydaniu?

Interfejs użytkownika tych aplikacji to zwykła strona internetowa. Więc firma hostingowa mogłaby ewentualnie wypowiedzieć umowę autorom. Ale nie zapominajmy, że cała logika działania gry zaszyta jest w inteligentnym kontrakcie, który jest właściwe niezniszczalny. A strona internetowa to tylko kilka skryptów, które się z nim komunikują. Poza tym nic nie stoi na przeszkodzie, żeby autorzy w takiej sytuacji przenieśli się do zdecentralizowanego hostingu np. IPFS InterPlanetary File System, (ang. „międzyplanetarny system plików”). Bylibyśmy wtedy świadkami powstania pierwszych w 100% zdecentralizowanych aplikacji, które wszystkie swoje elementy przechowują w systemach rozproszonych i nad którymi nikt nie będzie miał kontroli i nie będzie w stanie ich wyłączyć lub ocenzurować.

Inteligentne kontrakty pozwalają na zupełne wyeliminowanie pośredników. Respektowanie umowy zapisanej w tej postaci nadzoruje sam nieomylny (co do reguł w nim zaprogramowanych), bezstronny, nieprzekupny kontrakt, a nie strony trzecie – organy państwowe, urzędnicy czy banki.

Jednak żeby można z nich było korzystać na masową skalę trzeba rozwiązać kilka problemów – niezadowalającą szybkość działania platformy (Ethereum), brak łatwego sposobu dostępu do rzetelnych danych na podstawie których kontrakty będą podejmować decyzje, czy skomplikowany proces tworzenia lub używania. Prace nad rozwiązaniem powyższych problemów są w toku, a wielu uważa, że ta technologia ma świetlaną przyszłość. Przecież samo stworzenie samoobsługowej piramidy finansowej jeszcze kilka lat temu byłoby niemożliwe. To tylko podkreśla potencjał tej technologii.

O autorze:

Krzysztof Rakowski – specjalista w dziedzinie testów bezpieczeństwa z wieloletnim doświadczeniem. Obecnie związany z firmą Soflab Technology, gdzie prowadzi testy penetracyjne dla największych firm sektora ubezpieczeniowego i bankowego Polsce. Posiada liczne certyfikaty w tym CEH (Certified Ethical Hacker). Prywatnie fascynat nowych technologii.

Spada zaufanie w niemiecką gospodarkę

Indeks nastrojów gospodarczych IFO jest uważany za jeden z podstawowych wskaźników wyprzedzających niemieckiej gospodarki. Dlatego też rynek nie jest usatysfakcjonowany faktem, iż w ostatnich miesiącach wartości indeksu spadają. W tym tygodniu zostały opublikowane wyniki indeksu IFO za listopad, które wykazały spadek do poziom 102 pkt. Nie jest to szczególnie negatywny wynik, ale zwiększa obawy, że rozwój niemieckiej gospodarki będzie spowolniał. Może mieć to negatywny wpływ również na rozwój polskiej gospodarki.

Perspektywy niemieckich firm pogorszyły się więc zarówno w kontekście przyszłego rozwoju oraz obecnej sytuacji. Jest to kolejny sygnał ostrzegający o możliwym spowolnieniu gospodarczym, co powoduje wzrost nerwowości na rynkach. W tym tygodniu kilku znaczących przedstawicieli banków centralnych miało swoje wystąpienia. Podczas gdy M. Draghi swoim przemówieniem starał uspokoić sytuację wokoło Brexitu, tak zupełnie inny charakter miało wystąpienie szefa amerykańskiego Fedu, J. Powella. Wskazywał on, że stopy procentowe w USA znajdują się tuż pod poziomem neutralnego pasma. Rynki zinterpretowały, że amerykański Fed w następnym roku nie będzie za szybko podnosił stóp procentowych i że istnieje realna szansa na wolniejszy wzrost stóp.

Złoty w tym tygodniu zanotował umocnienie i w piątek rano jego wartość wynosiła 4,29 EUR/PLN. Kurs eurodolara w tym czasie był na poziomie 1,14 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Na początku grudnia rynki w pierwszej kolejności będą musiały zmierzyć się z następstwami szczytu G20 i rezultatem rozmów przywódców USA i Chin. Ryzyka polityczne nie znikną w obliczu szczytu OPEC w drugiej części tygodnia. Po drodze sentyment będą kształtować indeksy aktywności biznesowej (PMI/ISM), a przekaz z banków centralnych będzie analizowany pod kątem ich reakcji na oznaki spowolnienia gospodarczego. Zwieńczeniem tygodnia będzie raport z rynku pracy USA.

Przyszły tydzień: ISM, NFP z USA, Powell z Fed, PMI z Europy i Chin, debata nad brexitem, RPP, RBA, PKB, sprzedaż detaliczna z Australii, BoC

USA

Dane z USA zaczynają zyskiwać bardziej na znaczeniu po tym, jak przedstawiciele Fed z prezesem Powellem na czele podkreślili przejście do trybu silniejszego uzależnienia swoich decyzji od danych, co ożywiło debatę o skali podwyżek w przyszłym roku. Indeksy ISM (pon, śr) wciąż pozostają powyżej swoich odpowiedników z innych części świata, ale obawy o wojny handlowe i hamowanie globalnego wzrostu mogą w końcu zaciążyć na nastrojach w firmach. Główna uwaga będzie na raporcie z rynku pracy (pt), gdzie wiele będzie zależeć od siły dynamiki wynagrodzeń i jej przełożenia na inflację. Prezes Fed Powell będzie prezentował w Kongresie sytuację gospodarczą (śr) i jego poglądy będą uważnie analizowane. Jeśli będzie chciał sprostować swój komentarz z ostatniej środy tygodnia (odebrany gołębio), będzie to ważny sygnał dla dolara.

Strefa euro

W strefie euro finalne odczyty indeksów PMI (pon, śr) potwierdzą słabą postawę gospodarki w listopadzie. Dane z niemieckiego przemysłu (czw, pt) prawdopodobnie jeszcze nie wskażą na odreagowanie przestojów w sektorze motoryzacyjnym (dostosowanie do nowych regulacji). Euro nie znajdzie impulsu do wzrostów z informacji powiązanych z Eurolandem i EUR/USD pozostanie funkcją dolara i ogólnego sentymentu.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii indeksy PMI (pon-śr) zejdą na drugi plan na rzecz debaty w parlamencie nad projektem porozumienia brexitu. We wtorek rozpocznie się pięciodniowa debata (8 godzin dziennie) nad projektem z możliwością zgłaszania poprawek. Cały proces może skutkować nową wersją porozumienia akceptowalną w oczach brexitowców, ale równie dobrze może uwypuklić silne różnice zdać członków parlamentu i pokazać, że wersja premier May jest jedyną, która uchroni kraj przed chaotycznym rozstaniem z UE. Głosowania nad poprawkami dostarczą zmienności w notowaniach GBP. Uważamy, że w wycenie funta jest już sporo pesymizmu, łącznie z dyskontowaniem odrzucenia porozumienia w pierwszym głosowaniu 11 grudnia, ale na ten moment trudno być przekonanym, że ewentualne odbicie będzie gładkie.

Polska

Indeks PMI dla przemysłu z Polski (pon) balansuje blisko granicy sygnalizującej ekspansję/kurczenie się sektora, więc kolejny słaby odczyt podniesie obawy o tempo ożywienia. Oczekujemy lekkiego wzrostu do 50,7 (z 50,4) z dalszymi ograniczeniami po stronie zamówień eksportowych, co też negatywnie odbija się na subindeksie zatrudnienia. Rada Polityki Pieniężnej pozostaje na autopilocie i po posiedzeniu (wt-śr) nie spodziewamy się niespodzianek. Zaskakująco słaby odczyt inflacji za październik (1,2 proc., prog. 1,6 proc.) wzmacnia stanowisko gołębi i oczekiwania prezesa Glapińskiego dla braku zmian stóp procentowych do 2020 r. Pozostajemy neutralnie nastawieni do złotego, zakładając konsolidację blisko 4,30 do końca roku.

Japonia

Kalendarz z Japonii nie zawiera niczego szczególnego i JPY dalej pozostanie na łańcuchu giełd i rynku długu. Gołębie komentarze szefa Fed zbiły w dół rentowności obligacji USA, co osłabia USD/JPY, ale obrona wzrostów przez rynek akcji stanowi siłę kontrującą. Trudno przewidzieć wynik rozmów Trump/Xi, zatem i kierunki dla USD/JPY pozostają otwarte. Uważnie będziemy też się przyglądać zachowaniu chińskiego rynku akcji, który będzie najbardziej wrażliwy na informacje o perspektywach wojen handlowych. Po danych PMI (pon, śr) można się spodziewać słabszych odczytów odzwierciedlających niepewność krajowych przedsiębiorców.

Australia

Z Australii otrzymamy szacunek PKB za III kw. (śr) oraz kilka istotnych odczytów za październik: pozwolenia na budowę (pon), sprzedaż detaliczna i bilans handlowy (czw). Większa wrażliwość AUD będzie na rozczarowania, szczególnie w przypadku słabnięcia popytu konsumpcyjnego w reakcji na wyższy koszt kredytu i niższe ceny nieruchomości. Decyzja RBA (wt) nie powinna przynieść zmian, choć interesującym będzie, czy nie wzrosną obawy banku o wpływ wojen handlowych. Poza tym AUD będzie barometrem oceny sentymentu po spotkaniu Trump/Xi na szczycie G20. Kalendarz z Nowej Zelandii jest pusty – oczekujemy, że kiwi będzie podlegał pod rynkowe nastroje.

Kanada

Bank Kanady prawdopodobnie utrzyma stopy procentowe bez zmian (śr). Z jednej strony jest dopiero co po październikowej podwyżce. Z drugiej silne spadki cen ropy naftowej będą zmartwieniem dla bankierów centralnych i mogą zachwiać profilem inflacji, która póki co jeszcze trzyma się w środku celu określonego przedziałem 1-3 proc. Zbyt wiele ostrożności w komunikacie i na konferencji prasowej będzie stanowić zagrożenie dla wysokiej wyceny podwyżki na kolejnym posiedzeniu w styczniu (66 proc.) i CAD może ucierpieć od gołębich komentarzy. Uwaga też na korelację z ropą naftową w obliczu szczytu OPEC (czw-pt). Uzgodnienia dotyczące redukcji wydobycia będą pozytywna niespodzianką, choć nie przypisujemy im wysokich szans z uwagi na opór Arabii Saudyjskiej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

5,18 proc. wynosi obecnie przeciętna rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem

To w Gdańsku wynajmowanie mieszkań daje największe zyski. Warszawa wypada gorzej od Łodzi. W Krakowie rentowność najmu jest mniejsza niż w Lublinie czy Białymstoku. Wzrosty cen mieszkań sprawiają, że opłacalność inwestycji w lokal na wynajem spada.

Gdańsk jest jedynym miastem, w którym według obliczeń Domiporta.pl i Home Brokera, oczekiwana stopa zwrotu z inwestycji w mieszkanie na wynajem przekracza 6 proc. netto w skali roku (dane dotyczą października 2018). W kolejnych czterech lokalizacjach (Katowice, Łódź, Warszawa i Wrocław) wskaźnik ten mieści się w zakresie 5-6 proc., a w pozostałych – pomiędzy 4 a 5 proc.

– Jednak nawet minimum rentowności, dotyczące Poznania, dla którego wynosi 4,36 proc., to znacząco więcej niż najlepsze nawet promocyjne lokaty dostępne w bankach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Krasoń, analityk Home Broker. – Niespełna 1,3 proc. wynosi aktualnie średnie oprocentowanie lokat po odliczeniu obowiązkowego podatku od zysków kapitałowych, a są to dane NBP. Przy 2-proc. inflacji oznacza to, że realnie zdeponowane w banku środki tracą na wartości.

Rentowność najmu w Krakowie, co może być niespodzianką, należy do tych niższych, wynosi 4,64 proc. Jest taka sama, jak w Białymstoku, ale też niższa niż w Lublinie, Rzeszowie czy Kielcach.

Oczekiwana rentowność z inwestycji w mieszkanie na wynajem liczona jest na podstawie cen transakcyjnych mieszkań (z transakcji dokonanych przez klientów Home Broker i Open Finance) oraz ofert na wynajem zamieszczonych na stronach portalu Domiporta.pl. Stawki ofertowe najmu zostały do obliczeń obniżone o 5 proc. W analizie uwzględnianych jest 15 miast: Białystok, Bydgoszcz, Gdańsk, Katowice, Kielce, Kraków, Lublin, Łódź, Poznań, Rzeszów, Szczecin, Tychy, Warszawa, Wrocław i Zielona Góra.

Pod uwagę bierzemy medianę, która urealnia dane zmniejszając wagę ofert znacząco odstających od przeciętnych. Rentowność netto uwzględnia 10,5-miesięczny okres wynajmu mieszkania oraz czynsz dla administracji płacony przez właściciela lokalu (4-7 zł za metr kwadratowy mieszkania miesięcznie, zależnie od miasta), a także podatek ryczałtowy od przychodów z wynajmu w wysokości 8,5 proc.

Wzrosty cen nowych mieszkań sprawiają, że opłacalność inwestycji w lokal na wynajem spada. W październiku 2018 r. średnia dla 15 największych miast wynosiła 5,18 proc. netto w skali roku.

Tankujemy drożej niż rok temu – analiza cen paliw

Według Polskiej Izby Paliw Płynnych, w ostatnim roku ceny paliw na stacjach wzrosły o kilkadziesiąt groszy na litrze. Najbardziej poszły w górę LPG i olej napędowy, który dodatkowo stał się droższy od benzyny 95-oktanowej. Nie jest to pierwszy tego typu przypadek na polskim rynku, ale jednak stanowi zaskoczenie dla ekspertów. Dla zwykłego Kowalskiego nie były to też podwyżki, po których musiałby zastanawiać się, czy czasem nie ograniczyć jazdy samochodem. Wahania bardziej odczuła gospodarka, ponieważ w dużej mierze opiera się właśnie na dieslu.

W ciągu roku ceny paliw na stacjach zmieniły się znacząco, co potwierdzają dane PIPP. 29 września 2017 roku detaliści płacili średnio za litr ON 4,40 zł, za Pb 95 – 4,61, a za LPG – 2,12. 5 października br. olej napędowy był już droższy od benzyny. Ostatniego dnia października statystyczne stawki wyniosły odpowiednio 5,24 zł i 5,07 zł. Z kolei na autogaz trzeba było wydać 2,55 zł/l.

– Pewnie wszyscy się spodziewali, że w tym roku będzie trochę drożej niż w ubiegłym, bo sytuacja na rynkach międzynarodowych w zasadzie się ziściła. Mam na myśli relacje amerykańsko-irańskie czy też amerykańsko-chińskie. Jednak liczyliśmy, że to będą wzrosty rzędu 5-6%, a były większe. Po dziesięciu miesiącach tego roku, w stosunku do średnich cen z roku poprzedniego, benzyna 95 podrożała o 7%, a olej napędowy o 10%. To przekłada się na 33 gr/l dla benzyny i 42 gr/l dla ON. Sytuacja jest dynamiczna, do końca roku może się jeszcze zmienić – mówi Krzysztof Romaniuk, dyrektor ds. analiz rynku paliw z Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego.

Z kolei ekonomista Marek Zuber stwierdza, że same podwyżki na stacjach nie są wielkim zaskoczeniem. Ekspert nie spodziewał się natomiast, że za olej napędowy trzeba będzie płacić więcej niż za benzynę. Fakt ten wynika przede wszystkim ze złego oszacowania popytu na ON i mniejszej produkcji tego paliwa. Po prostu na rynku znalazło się za mało diesla. W mniejszym stopniu jest to związane z wydobyciem ropy naftowej.

– Droższy diesel od benzyny nie jest nową sytuacją. Mieliśmy z nią do czynienia już w 2006 roku, a później w latach 2008, 2012, 2013, 2014 i 2015. Możemy mówić więc o pewnej regularnej powtarzalności, choć nigdy do tej pory nie notowano aż tak dużej różnicy cenowej. Na rynku europejskim było to widoczne we wrześniu, a na naszych stacjach nieco później. To, co się stało ostatnio, jest konsekwencją popytu na paliwa, mniejszego po sezonie na benzynę, a silnego na oleje – wyjaśnia Urszula Cieślak, ekspert rynku paliw z BM Reflex.

Jak przekonuje Marek Zuber, wzrost cen w analizowanym okresie nie wywołał  blokady psychologicznej u kierowców. Zdaniem ekonomisty, taką granicą wciąż pozostaje 6 zł. W przeszłości paliwo już kosztowało powyżej tego poziomu i to stanowiło problem. Wówczas w portfelach Polaków znajdowało się mniej pieniędzy niż w ostatnich miesiącach. Środków przybyło nie tylko ze względu na wzrost wynagrodzeń, ale też dzięki różnym programom, w tym 500+.

– Podwyżki cen paliw mają dużo istotniejszy wpływ na gospodarkę niż na decyzje indywidualnych kierowców, acz te ostatnie są zazwyczaj artykułowane bardzo emocjonalnie. Jednak realne zapotrzebowanie rynku dotyczy oleju napędowego – zarówno ze strony konsumentów prywatnych, jak i firm – i jest zdecydowanie większe niż na benzynę. Rosnące ceny diesla wpływają praktycznie na całą gospodarkę, powodując wzrost kosztów przedsiębiorstw, jak i gospodarstw domowych. Dużo mniej istotne są spadki czy wzrosty autogazu – analizuje Zdzisław Pisiński, redaktor naczelny miesięcznika „Paliwa Płynne”.

Z kolei Krzysztof Romaniuk podkreśla, że stawki za autogaz są w zasadzie odnoszone do rynku benzyny. Jeżeli więc jeden produkt drożeje, to drugi też musi się w ten sposób zmienić. Tutaj istotna pozostaje relacja cen między nimi. Przyjmuje się też, że jeżeli odpłatność za litr tego alternatywnego paliwa nie przekracza 60 procent Pb 95, to opłaca się go tankować.

– Cena autogazu, mimo wzrostów, na które ma wpływ sezon zimowy, od lat utrzymuje się w granicach połowy stawki za benzynę. Szczegółowe dane dotyczące kształtowania się rynku LPG, jako paliwa alternatywnego do Pb i oleju napędowego, zawarte są w dorocznych raportach Polskiej Organizacji Gazu Płynnego (POGP) – informuje Zdzisław Pisiński.

Jak zauważa Urszula Cieślak, podwyżki na stacjach nie są związane ze wzrostem wskaźnika inflacji. Paliwo, które trafia na nasz rynek z krajowych rafinerii czy z importu, ma codziennie inną cenę. To jeden z niewielu produktów podlegający tak częstym wahaniom. Niekiedy więc naprzemiennie dochodzi do podwyżek i obniżek, co stabilizuje rynek detaliczny. Jednak w ostatnim czasie wyraźna była tendencja wzrostowa.

– W zasadzie to 2 elementy decydują o cenie na stacjach w naszym kraju, tj. notowania na giełdach międzynarodowych, zarówno ropy, jak i gotowych paliw, a także kurs złotego do dolara. Stawka za baryłkę cały czas rosła. Natomiast pięcioprocentowe umocnienie naszej waluty nie było na tyle silne, żeby przeciwdziałać podwyżkom – dodaje dyrektor ds. analiz rynku paliw z POPiHN.

Natomiast redaktor naczelny miesięcznika „Paliwa Płynne” przekonuje, że ceny paliw są generalnie oderwane od wartości ropy oraz realnych relacji pomiędzy popytem i podażą na rynkach surowcowych, a pozostają pod wpływem spekulacji. Tak było również w analizowanym okresie.

– Wpływ na podwyżki na stacjach ma także wprowadzona kilka miesięcy temu opłata paliwowa, czyli dodatkowe 10 groszy brutto na litrze. Z pewnością jakaś część tej kwoty, może nawet całość, została przerzucona na konsumenta. W ostatnim czasie ropa taniała, a w takiej sytuacji koncernom jest znacznie łatwiej przenosić wszelkie dodatkowe koszty na kupującego. Klient zobaczy spadającą cenę benzyny, ale będzie to np. 20 groszy zamiast 30  – podsumowuje ekonomista Marek Zuber.

Według badania blisko 70% art. chemicznych i kosmetycznych mamy droższych niż Niemcy

Łącznie aż 68% badanych art. chemicznych i kosmetycznych mamy droższych niż nasi zachodni sąsiedzi. Dotyczy to zwłaszcza popularnego żelu pod prysznic – prawie 100% różnicy, balsamu do ciała – ponad 60%, a także chusteczek nawilżanych dla niemowląt – blisko 60%. Za to opłaca nam się kupować znany płyn do mycia naczyń. Jest o niespełna 55% tańszy. Zyskujemy też na uznanej na rynku paście do zębów – przeszło 26%. Jednak eksperci wskazują, że jest co najmniej kilka istotnych powodów takiej polityki cenowej, w tym różny popyt na ten sam asortyment.

Przepłacamy bo…

Jak wyjaśnia Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA, polscy konsumenci mają słabszą siłę zakupową niż Niemcy i w związku z tym częściej wybierają tańsze marki. Z kolei ich mniej interesują produkty o niższych parametrach. Artykuły, które oni postrzegają jako powszechne i nieciekawe, u nas mogą być towarami ze średniej półki cenowej. Te różnice kształtują popyt na konkretny asortyment w danym kraju. Jeżeli w Niemczech np. detergent ma kilkukrotnie większą sprzedaż ilościową, to wtedy można obniżyć jednostkową marżę. I tak staje się on tańszy.

– Płacimy drożej, bo sami jako konsumenci się na to godzimy. Jeśli dany produkt uważamy za dobry, podczas gdy Niemcy uznają go za przeciętny, to wydajemy więcej. Oczywiście towary są postrzegane wedle strategii realizowanych przez dwóch reżyserów sprzedaży, tj. producenta i detalistę. Pierwszy z nich chce, aby artykuł tworzył wizerunek firmy – brandu i budował wolumen sprzedaży. A sprzedawca określa, jak wyrób ma generować wysoką marżę i zwiększać ruch w sklepie. I tak produkty trafiają na określone półki cenowe – mówi Andrzej Wojciechowicz, ekspert Komisji Europejskiej i rynku FMCG.

Zdaniem prezesa Starzyńskiego, różnice, które budzą najwięcej emocji, są w dużej części wynikiem wielu zjawisk niż zaplanowanym działaniem mającym na celu „żerowanie na biednych Polakach”. Większe rozproszenie handlu w naszym kraju oznacza wyższe koszty transportu i magazynowania, a także utrzymania kilkuset działów marketingu, logistyki, sprzedaży i zakupów. Chęć wykorzystania możliwości postrzegania danego produktu w Polsce do podniesienia jego ceny jest dopiero kolejnym z rzędu czynnikiem.

– W przypadku Polski dodatkowe znaczenie może mieć jeszcze to, że przez lata byliśmy w tzw. ogonie Europy pod względem sprzedaży środków czystości. Była ona zdecydowanie niższa niż w większości innych krajów rozwiniętych gospodarczo. Z tego powodu wprowadzono też mniej detergentów na nasz rynek. W Niemczech, gdzie jest ich zdecydowanie więcej, ceny mogą być niższe według relacji popytu i podaży. I to jest zupełnie zrozumiałe – dodaje ekspert Komisji Europejskiej.

Za co płacimy więcej?

Na naszą niekorzyść najbardziej widać różnice w cenach takich produktów, jak Palmolive mleko i oliwka żel pod prysznic 250 ml – 97,3%, Nivea balsam do ciała 400 ml – 64,2%, a także Pampers fresh clean chusteczki nawilżane 64 szt. – 56%. W tych przypadkach jak najbardziej mamy do czynienia z wykorzystaniem siły marek i ich pozycjonowania.

– W Polsce Nivea i Palmolive mają bardzo pozytywne konotacje historyczne. Obie marki wiele lat temu zaczęły ekspansję w naszym kraju i cieszą się dużym zaufaniem konsumentów. W Niemczech klienci nie chcą płacić za ww. produkty więcej niż za inne o takich samych parametrach. W Polsce producenci i sieci zapewne wiedzą o tym, że stały spadek cen nie podniósłby sprzedaży ilościowej. A taka obniżka osłabiłaby wizerunkowo ich marki. Podobnie byłoby z artykułami firmy Pampers – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Dwa kosmetyki tej samej marki – Nivea dry comfort dezodorant roll-on 50 ml i Nivea fresh natural dezodorant spray 150 ml – odnotowały jednakową różnicę – 45,2%. Są więc prawie o połowę droższe w naszym kraju niż za zachodnią granicą. Nivea krem 75 ml też ma u nas wyższą cenę, choć rozbieżność jest dużo mniejsza – 21,4%. Według Andrzeja Wojciechowicza, to również pokazuje siłę tej firmy i jej marki w Polsce, cenionej od pokoleń. W Niemczech środki kosmetyczne Nivea są traktowane jako bardzo powszechne produkty.

– Jest kilka produktów tańszych w Niemczech o ponad 20%. Wśród nich odnotowaliśmy m.in. Persil power żel 1 litr – 28%, a także Persil Universal kapsułki 600 g, 24 sztuki – 20,3%. To z kolei pokazuje pozycję tej marki w naszym kraju. Oba artykuły są tam na średniej półce cenowej, a u nas – na średniej wyższej. W Polsce mają mniejszą sprzedaż niż środki chemiczne uważane za bardziej powszechne, a zatem muszą realizować wyższe marże procentowe – stwierdza ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Droższe o ponad 20% są u nas też tabletki do zmywarki Somat All-in-1 468 g (26 szt.) – 23,7%. Opakowanie w Polsce jest mniejsze, dlatego cena jednostkowa może być nieco wyższa. Jednak ta różnica nie tłumaczy w pełni tego zjawiska. Na niemieckim rynku jest wyższa penetracja zmywarek, a za tym idzie wyższy popyt. Jednocześnie u nas ten produkt jest traktowany jako marka lepszej jakości, więc wykazuje niższą elastyczność cenową niż tańsza konkurencja. Podobnie jest postrzegany płyn do prania Perwoll Renew Advanced 1,5 litra. Dlatego płacimy za ten artykuł o 23,4% więcej. Nie ma natomiast zasadniczych różnic w samym towarze.

Co jest droższe w Niemczech?

– Największą rozbieżność cenową na niekorzyść naszych zachodnich sąsiadów widać w przypadku płynu do mycia naczyń Fairy Lemon 450 ml – 54,5%. Może to wynikać m.in. z różnic w składnikach, które również wykazało badanie. Całkiem możliwe jest to, że konsumenci w obu krajach mają nieco inne oczekiwania wobec tego produktu – analizuje Andrzej Wojciechowicz.

Kolejny tańszy u nas artykuł to Elmex Sensitive pasta do zębów 75 ml – 26,7%. Jak zauważa prezes Starzyński, w Niemczech produkt ma lepsze pozycjonowanie cenowe. Zdobył tam zapewne większą lojalność klientów, a zatem producent może pozwolić sobie na wyższe marże. W Polsce tego typu produkt z wyższej półki ma duży problem z budowaniem sprzedaży ilościowej, bo tutaj pasty o niższych od niego parametrach są rekomendowane w reklamach przez dentystów. A przeciętny konsument opiera swoją wiedzę na podstawie takich przekazów.

– Z badania wynika także, że kilka różnic niekorzystnych dla Niemców oscyluje wokół 20%. Persil color proszek do prania 1,4 kg mają oni o 23,4% droższy. Niewiele niższy wynik odnotował Head&Shoulders citrus fresh szampon do włosów 500 ml – 21,2%. A następny jest Fa coconut 250 ml milk żel pod prysznic – 19,7%. Każdy z tych przykładów trzeba oddzielnie analizować, aby wyjaśnić, z czego dokładnie wynikają podobne rozbieżności. A przede wszystkim należy ustalić to, jaką rolę pełni dany artykuł w swojej grupie towarowej w danym kraju i na jakim tle wyrobów konkurencyjnych się prezentuje – wskazuje ekspert Komisji Europejskiej.

Dane, zebrane w październiku br. przez agentów platformy TakeTask, przeanalizował Instytut Badawczy ABR SESTA. 25 produktów do badania wybrano na podstawie ofert niemieckich e-sklepów. Wzięto pod uwagę te towary, które najszybciej pokazywały się na stronach i jednocześnie były dostępne również w Polsce. Ceny spisano w 4 tamtejszych i 4 naszych placówkach supermarketów oraz hipermarketów. Następnie zostały ze sobą zestawione. W sytuacji różnych gramatur przeliczono je do wielkości polskich towarów. Przyjęto średni kurs euro w NBP z dnia 24 października tego roku.

Skromne płace i wysokie wymagania zniechęcają do pracy w administracji publicznej

Kilkaset wakatów w służbie publicznej nie jest jeszcze dużym problemem, ale sygnalizuje wyraźny spadek zainteresowania pracą w administracji. Z kolei zarobki w sektorze prywatnym są o jedną czwartą wyższe. Z drugiej strony, na najwyższych stanowiskach w państwowych urzędach wzrost wynagrodzeń ogranicza ustawa kominowa. Widać też, że biznes skutecznie zabiega o nowych pracowników, wyprzedzając innych pracodawców. Do aplikowania na stanowiska państwowe zniechęca także niezrozumiały język ogłoszeń. A same etaty nie gwarantują już bezpieczeństwa i spokojnej kariery. O kwestiach kadrowych i posadach urzędników mówi Karolina Korzeniowska, Account Executive Europe z firmy rekrutacyjnej Antal Polska.

Służba cywilna stale potrzebuje pracowników, ale od dłuższego czasu odczuwa braki kadrowe. Czy w tym obszarze nie ma rąk do pracy, jak w całej gospodarce?

Według Biuletynu Informacji Prezesa Rady Ministrów, 7 czerwca tego roku brakowało tylko 642 pracowników. Poszukiwało ich 290 urzędów, w tym 204 w Warszawie i w województwie mazowieckim. Reszta dotyczyła 176 innych miejscowości. To niewiele biorąc pod uwagę, że całkowite zatrudnienie w służbie cywilnej wynosi ok. 119 tys. osób. Sądzę, że mamy do czynienia z normalną rotacją. Nie posiadamy natomiast danych o długości rekrutacji, ale jeśli przekracza ona trzy miesiące, to już oznacza problem.

Kilkaset wakatów w administracji odpowiada ok. 0,5 proc. zatrudnionych. W całej Polsce pracuje w przybliżeniu 16,5 mln ludzi, a na chętnych czeka mniej więcej 130 tys. miejsc pracy, czyli 0,78 proc. Służba publiczna na tym tle ma mniejsze problemy, ale jednak braki kadrowe są odczuwalne. Skąd może wynikać malejące zainteresowanie pracą w tym sektorze?

Wymagania dla potencjalnych urzędników rosną. Dziś oczekuje się od nich znajomości języków obcych i spełnienia kryteriów ustawowych, dotyczących m.in. poziomów i kierunków wykształcenia. Dotyczy to kandydatów do pracy np. w Głównym Urzędzie Skarbowym, w Ministerstwie Finansów czy Instytucie Weterynarii. Kompetencje pożądane w administracji są podobne do wymaganych przez prywatny biznes, ale dodatkowo także posiadają również własne obszary, np. księgowe lub referenckie. Uwzględniając proponowane wynagrodzenia oraz zbieżny zakres obowiązków, takie oferty mogą być nieatrakcyjne dla osób poszukujących pracy. Skoro oczekiwania w obu sektorach są podobne, to oferty komercyjne wypadają zdecydowanie lepiej.

Propozycje zatrudnienia w służbie publicznej często brzmią tajemniczo. Pojęcia referent czy naczelnik niewiele mówią kandydatom. A za nimi przecież idzie szereg poważnych wymagań. Jak to może wpływać na zainteresowanych zdobyciem posady?

Owszem, nazewnictwo jest skomplikowane i często niezrozumiałe, szczególnie dla osób młodych. Uzupełnienie, że chodzi o działania związane z postępowaniem administracyjnym, także nie jest wystarczające. Być może niewielkie zmiany, które w sposób bardziej przyjazny wyjaśnią potencjalnym pracownikom charakter pracy, skłonią więcej obywateli do starania się o stanowiska w sektorze publicznym. Dodatkowy problem dotyczy specjalistów konkretnych branż. Dla przykładu, prawnik lub weterynarz zwykle zarobi więcej, prowadząc prywatną praktykę, niż będąc na państwowej posadzie.

Kto może być zainteresowany takim zajęciem?

Oferta służb publicznych nie jest skierowana dla osób nastawionych na zysk, ale chętnych do działania na rzecz społeczeństwa, chcących pozytywnie wpływać na rzeczywistość, bądź zwyczajnie liczących na karierę polityczną. Sama pracuję z takimi ludźmi. To właśnie oni mają szansę zmienić na lepsze obraz administracji publicznej w Polsce. Procedury oraz przepisy zawsze pozostaną formalne i często restrykcyjne ze względu na obowiązujące prawo. Jednocześnie, uproszczenie komunikacji z obywatelami pozwoli przyciągnąć nowych kandydatów do pracy.

Swego czasu etat w administracji uważano za ostoję bezpieczeństwa. Powodzeniem cieszyła się Krajowa Szkoła Administracji Publicznej, niemal gwarantująca zatrudnienie w korpusie cywilnym. Jak wygląda to dzisiaj?

Przed laty, przy wysokiej stopie bezrobocia, praca w urzędach państwowych uchodziła za bezpieczną. Nawet jeśli nie wiązała się z wysokimi zarobkami, to zapewniała stabilizację i przywileje socjalne. Zdarzało się, że jedno z małżonków szukało zatrudnienia w służbie cywilnej, a drugie rozwijało karierę w prywatnej firmie. Takie rozwiązanie dawało poczucie komfortu, ale sytuacja uległa zmianie. Obecnie, mamy bardzo niskie bezrobocie i wciąż rosnące wynagrodzenia, przy czym płace w biznesie są ogółem wyższe o 25 proc. Podczas gdy KSAP odgrywała dużą rolę w przeszłości, to w dobie cyfryzacji i przy powszechnym dostępie do wiedzy traci na znaczeniu. Postęp techniczny widać także w urzędach. Dzięki niemu znacznie skraca się czas nauki i wdrożenia nowego pracownika. Warto też pamiętać, że transfer z administracji publicznej do biznesu jest bardzo trudny, a w odwrotnym kierunku skomplikowany. Powodem są różne reguły, panujące w obu obszarach, inne przyzwyczajenia czy procedury, a także wzajemny brak zrozumienia. Oczywiście, bariery te można pokonać. Przykładem jest odmiana zawodowa jednej z dyrektorów dużego oddziału banku, która była zmęczona karierą w branży finansowej i zdecydowała się na pracę w służbie cywilnej. I właśnie tam odżyła, z satysfakcją realizując nowe cele zawodowe. Bardzo często zdarza się, że dopiero w dojrzałym wieku poznajemy własne predyspozycje i cele życiowe. Co więcej, nie każdy chce zostać np. menedżerem, a z kolei wielu ludziom odpowiada pozycja specjalistów. To na nich powinny skupić się zespoły HR administracji państwowej, a co za tym idzie – przystosować ogłoszenia o pracę do potrzeb potencjalnych kandydatów. Zamiast podawania suchych komunikatów, warto wskazywać możliwości samorealizacji i dodatkowe benefity.

Wróćmy do spraw bezpieczeństwa. Zawsze uważano, że praca w urzędzie oznacza spokojne życie do emerytury. Czy to się zmieniło?

Ostanie lata pokazały, że ta teza jest już nieaktualna. Po zmianach politycznych, w ostatnich dwóch latach na rynek poszukujących pracy trafiło mnóstwo specjalistów z urzędów państwowych, rozglądających się za nowymi posadami. Często byli to wąsko wyspecjalizowani ludzie o umiejętnościach charakterystycznych dla organów publicznych, ale nie mających zastosowania na rynku komercyjnym.

Niezależnie od powołania czy chęci ograniczenia ryzyka zwolnienia, wciąż do najważniejszych kryteriów wyboru miejsca pracy należy wynagrodzenie. Jak wygląda porównanie stawek w sektorze prywatnym i w administracji publicznej?

Z naszych danych wynika, że płace specjalistów w biznesie wynoszą średnio 5133 zł, a w sektorze publicznym – 3851 zł brutto. Daje nam to różnicę aż 25 proc. Rozdźwięk szczególnie widać na niższych poziomach zatrudnienia. W przedsiębiorstwie osoba zarządzająca zespołem, który liczy 10-15 osób, otrzymuje średnio 8-10 tys. zł brutto, a takich płac może w służbie publicznej oczekiwać naczelnik obarczony znacznie większą odpowiedzialnością. Menedżer, nadzorujący kilku kierowników, zarabia 15-20 tys. zł brutto, a to są zarobki odpowiadające najwyższym stanowiskom w administracji. Prezesi spółek to już pułap powyżej 30 tys. zł, nieosiągalny dla sektora budżetowego ze względu na ustawę kominową.

Te różnice skłaniają do poszukiwania posad w sektorze prywatnym. Są w takim razie jakieś argumenty na rzecz budżetówki?

Wymagania oraz oferowane benefity znacznie się od siebie różnią. Służba cywilna oferuje np. trzynaste pensje czy ekwiwalent za tzw. wczasy pod gruszą oraz wywiera mniejszą presję w kwestiach urlopów macierzyńskich czy chorobowych. Z kolei w prywatnych spółkach mierzy się wydajność, a długa nieobecność w pracy obniża wynik i ocenę przez pracodawcę sprawdzającego opłacalność zatrudniania danego pracownika. Administracja uwzględnia takie zjawiska i jest na nie przygotowana. W sektorze publicznym nie ma również tak dużej presji na rezultaty. Urzędnik pracuje w stałych godzinach, natomiast w biznesie standardem są elastyczne godziny pracy lub tryb zmianowy. Korporacje jednak też zmieniają podejście do pracowników. Obecnie możemy obserwować spółki wprowadzające tzw. trzynastki czy dopłacające do wakacji, obok standardowych propozycji, jak np. karta na zajęcia sportowe czy prywatna opieka zdrowotna. Należy też zwrócić uwagę na różnice w kulturze pracy, języku i atmosferze w obu przypadkach. Pracownicy mają różne preferencje i jednym będzie pasował styl sformalizowany, a drugim – bezpośredni. Nie ma zatem rozwiązań uniwersalnych, dlatego wierzę, że każda praca ma potencjał na swojego człowieka.

Czy to wyjaśnia niedobór chętnych do służby publicznej?

Ale ilu ich potrzeba? Kilkuset, przy braku 120-130 tys. miejsc pracy w całym kraju. Jeśli administracja państwowa i samorządowa chce przyciągnąć nowych pracowników, to powinna prezentować oferty w sposób zrozumiały dla kandydatów i bardziej elastycznie podchodzić do wymagań. W ogłoszeniach często oczekuje się określonego, specjalistycznego wykształcenia. Lepiej jest spojrzeć szerzej, ograniczyć te restrykcje i nastawić się na doskonalenie umiejętności świeżo zatrudnionych. Tak działa biznes, współpracując z uczelniami czy technikami. W urzędach brakuje też określenia ścieżki kariery. Młodzi ludzie nie wiedzą, w jaki sposób mogą rozwinąć swoją karierę i pozycję oraz ile czasu muszą na to poświęcić. W sektorze prywatnym to wręcz priorytet, by wskazać cel, sposób jego osiągnięcia i potrzebny na to czas. Takie rozwiązania zachęcają do podjęcia pracy.

Te zawody wkrótce zanikną – ludzie ustępują miejsca maszynom

Postęp cywilizacyjny sprawia, że również w Polsce zanika część profesji. Pracownicy są stopniowo zmuszani do ustępowania miejsca maszynom, które szybciej i lepiej wykonują powierzone im zadania. Widoczne to jest w różnych branżach, a ten proces jeszcze nabierze tempa. W trudnym położeniu znajdują się rzemieślnicy. Z ich usług korzysta coraz mniej osób, ponieważ np. naprawa butów bywa droższa niż zakup nowej pary. Z drugiej strony, występuje niedobór fachowców. Sporo młodych ludzi łączy swoją przyszłość ze szkołami wyższymi, a nie z zawodowymi. Te ostatnie jeszcze do niedawna były likwidowane. Obecnie są otwierane nowe placówki, ale brakuje w nich kadry nauczycielskiej. Zmiany, związane z kształceniem, są więc nieuniknione. Zdaniem ekspertów, powstaną nowe zawody, bardziej odpowiadające aktualnym potrzebom rynku i klientów. Jednak na wybranych stanowiskach będzie trzeba łączyć kompetencje, które wcześniej mógł reprezentować cały zespół specjalistów.

Zagrożone zawody

Zmiany na rynku pracy zachodzą bardzo dynamicznie, zwłaszcza w ostatnich latach. Widać to także w Polsce, gdzie część pracodawców ma spore problemy z obsadzeniem stanowisk. Potencjalni kandydaci omijają szerokim łukiem wybrane profesje z różnych względów, m.in. finansowych. Jednocześnie przedsiębiorstwa chcą wykorzystywać nowe technologie, co przekłada się na politykę zatrudnienia. Rodzi się więc pytanie, których specjalistów najszybciej zabraknie.

Jeremi Mordasewicz Konfederacja Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, Konfederacja Lewiatan

– Amerykanie zrobili analizy dotyczące zawodów, jakie zanikną w przyszłości. Prognozy sprzed roku czy dwóch lat radykalnie różnią się od przedstawionych kilkanaście lat temu. To oznacza, że nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć, które profesje odejdą w niepamięć. Automatyzacja posuwa się bardzo do przodu, więc ludzie będą zastępowani przez maszyny. Tego się nie da uniknąć, ponieważ robotyzacja skraca wykonywanie prac, a ponadto w wielu przypadkach podnosi jakość produktów. Jednak trudno będzie zautomatyzować czynności, które są rzadko powtarzane przez pracowników – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Z kolei dr hab. Grażyna Spytek-Bandurska z Uniwersytetu Warszawskiego, podkreśla, że rozwój automatyzacji występuje praktycznie we wszystkich dziedzinach. W efekcie wypierane mogą być różne profesje. Jeżeli w sklepie pojawiają się kasy samoobsługowe, to zostanie ograniczona rola kasjerek. Podobne zmiany następują w bankowości, a także w usługach pocztowych czy kurierskich. Według eksperta, na pewno zanikają zawody związane z przestarzałym przemysłem, gdzie jest praktykowana jeszcze ręczna obsługa parku maszynowego. W tym przypadku w sposób naturalny wprowadzane są nowocześniejsze rozwiązania.

– Wkrótce mogą stopniowo zanikać małe warsztaty samochodowe. Konieczne stanie się posiadanie coraz doskonalszych urządzeń do serwisowania. Pracownikowi, który ma duże doświadczenie w wymianie części mechanicznych czy opon, zabraknie wiedzy elektronicznej. Nie będzie miał komputera, bo koszty zakupu przekroczą jego możliwości finansowe lub firma samochodowa nie zechce mu go sprzedać. Jednak o przyszłość autoryzowanych serwisów nie trzeba się martwić – przekonuje Artur Grochowski, ekspert Pracodawców RP ds. kształcenia zawodowego.

W opinii Jeremiego Mordasewicza, transport autonomiczny wyprze część kierowców, ale nastąpi to dopiero w perspektywie kilkunastu lat. Względy bezpieczeństwa spowodują, że ten proces nie będzie przebiegał tak szybko, jak niektórym obserwatorom rynku się wydaje. Być może zostaną przygotowane odpowiednie trasy, jak np. ze Szwecji przez Danię do Niemiec, po których pojedzie jeden kierowca, a za nim 10 autonomicznych ciężarówek.

– Profesje schyłkowe obejmują w znacznej mierze te, w których mamy do czynienia z działalnością rzemieślniczą. Dobrym przykładem jest szewc, ponieważ coraz mniej osób korzysta z jego usług. Naprawianie obuwia stało się zwyczajnie nieopłacalne. W tej grupie można też wskazać zduna. Już nie używamy pieców kaflowych, ponieważ zmieniła się technologia. W takich zawodach pozostały osoby, które od wielu lat dysponują odpowiednimi kwalifikacjami i nie przekwalifikowały się do tej pory. Średnia wieku osób pracujących na tych stanowiskach jest dość wysoka – wyjaśnia Łukasz Arendt, dyrektor Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych.

Edukacja do poprawki

Na sytuację na rynku pracy zdecydowanie wpływa także szkolnictwo, co podkreśla Jeremi Mordasewicz. Ekspert zaznacza też, że np. austriacka gospodarka jest bardziej nowoczesna od polskiej. Można byłoby więc postawić tezę, że bardziej potrzebuje ludzi z wyższym wykształceniem niż nasza. A jednak tam na studia wyższe idzie 25 procent młodzieży, a u nas ten odsetek wynosi prawie 50 procent. W Polsce dominują kierunki społeczne, pedagogiczne oraz humanistyczne. Po nich, pomijając jakość kształcenia, nie ma tak dużego zapotrzebowania na pracowników.

– Niewątpliwie problemem jest niedostosowanie systemu szkolnictwa do potrzeb rynku pracy. Chodzi m.in. o szkoły zawodowe, które zostały polikwidowane. Jest zapotrzebowanie na tradycyjne zawody, ale nie ma odpowiednio wykształconych ludzi. Młodzież chce też zdobywać wyższe wykształcenie, a nie typowo zawodowe, które wydaje się mniej atrakcyjną ścieżką rozwoju. Nie ma też takiej kultury przechodzenia zawodu z ojca na syna. Istnieją biznesy rodzinne, ale młodzi ludzie od razu chcieliby zajmować stanowiska kierownicze – dodaje dr hab. Grażyna Spytek-Bandurska.

Szkoły zawodowe były zamykane, a teraz są stopniowo przywracane. Artur Grochowski podkreśla, że niewiele się dzieje wokół tego tematu, choć sporo osób twierdzi inaczej, wskazując projekty unijne czy zakup sprzętu. Zdaniem eksperta, przede wszystkim brakuje kadry pedagogicznej dla młodego pokolenia. Jeśli nawet pojawią się chętni do nauki danego zawodu, to nie będzie miał kto ich wykształcić. Wielu nauczycieli jest już w wieku emerytalnym, a na ich miejsce nie przychodzą kolejni. Doświadczony hydraulik, tapeciarz czy mechanik zarabia sporo w swoim fachu, więc nie zainteresuje go praca w szkole.

– Od wielu lat widoczne jest umasowienie edukacji na poziomie wyższym. Równocześnie na rynku brakuje osób z wykształceniem średnim, ale też zawodowym. Standardowo tacy pracownicy otrzymują niższe wynagrodzenia w porównaniu z absolwentami uczelni wyższych, zwłaszcza technicznych. Jednak różnica w płacach nie jest zbyt duża, dlatego popyt na tych specjalistów wciąż pozostaje spory. Dochodzi więc do paradoksów. Pracownik po szkole zawodowej może zarobić więcej niż osoba z dyplomem uniwersytetu, ponieważ ma wykształcenie w profesji, na którą jest dużo większe zapotrzebowanie. Najlepszy przykład to branża budowlana – stwierdza dyrektor Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych.

Jak wskazuje Artur Grochowski, na wielu placach budowy w Warszawie słychać przede wszystkim języki ukraiński i białoruski. Ciężko znaleźć np. murarzy wśród Polaków, ale problem dotyczy też innych branż oraz regionów. W Łodzi wykształcono kilku techników mechaników w danym roku, a zapotrzebowanie było na 50-100. Z kolei w Mielcu jeden z dużych zakładów zmagał się z brakiem klasycznych mechaników. Firma podpisała umowę z Centrum Kształcenia Praktycznego i Doskonalenia Nauczycieli. W efekcie uruchomiono dwuletni kurs zawodowy, dzięki któremu utworzona zostanie kadra na miarę potrzeb przedsiębiorstwa.

Nowe perspektywy

– Mamy czwartą rewolucję przemysłową, a w niej olbrzymią rolę odgrywa Internet. Ten kierunek rozwoju, pokazywany chociażby przez premiera Morawieckiego, nie jest zaawansowaną technologią tylko dla dużych zakładów. Zmiany widoczne są też na poziomie naszego codziennego użytkowania. Z różnych szacunków wynika, że 40-60 procent zawodów, które mają mieć znaczenie w przyszłości, jeszcze nie powstało – informuje ekspert Pracodawców RP ds. kształcenia zawodowego.

Natomiast Łukasz Arendt przekonuje, że wdrażane technologie wpływają na nasz styl życia. Gdyby nie było bankomatów i rozwiniętych płatności kartami, to w bankach i obsłudze klientów wypłacających gotówkę pracowałoby więcej osób. Zatem powstające profesje są odpowiedzią na potrzeby rynku. Zarówno te faktyczne, jak i wykreowane przez krajowe firmy czy międzynarodowe korporacje. W ocenie dyrektora IPiSS, część nowych zawodów wymaga łączenia różnych kompetencji, które kiedyś funkcjonowały osobno. Przykładem tego jest mechatronik, a więc pracownik z umiejętnościami informatycznymi, technicznymi oraz inżynierskimi.

– Zmieniają się nasze przyzwyczajenia i zawody. Jeśli poszczególne prace stają się zbyt kosztowne, to spada zapotrzebowanie na nie. Rynek szuka czegoś lepszego i tańszego. Pracodawcy patrzą przede wszystkim przez pryzmat ograniczania kosztów. Wolą zatem człowieka, a niekiedy grupę ludzi, zastąpić maszyną. Do jej obsługi wystarczy jedna osoba. Nie jest potrzebny zespół, który taką pracę wykonuje ręcznie. W wielu przypadkach wynagrodzenia dla pracowników pozostają większym kosztem niż posiadanie profesjonalnego sprzętu – analizuje dr hab. Grażyna Spytek-Bandurska.

W Polsce proces robotyzacji przebiega bardzo wolno, co podkreśla Jeremi Mordasewicz. Wpływ na to ma struktura naszej gospodarki, w tym spory odsetek mikrofirm i małych przedsiębiorstw. Ekspert Lewiatana podsumowuje, że nie powinno zabraknąć usług, bo rynek wszystko koryguje na bieżąco. Z pewnością nowoczesne rozwiązania będą coraz szerzej wykorzystywane, chociażby w autonomicznych pojazdach. Bardziej istotne staną się kwestie zdrowotne ze względu na proces starzenia się społeczeństwa. Jednocześnie widoczna jest niechęć młodych osób do wykonywania czynności uważanych za brudne, niebezpieczne i nieatrakcyjne. Mogą się pojawić zakłócenia z dostępnością konkretnych specjalistów. Dojdzie do tego, jeżeli np. państwo przeznaczy zbyt mało środków na podwyżki dla lekarzy i pielęgniarek.

XI Gala Nagród PZWLP

22 listopada, podczas XI Gali Nagród PZWLP, poznaliśmy tegorocznych laureatów jednych z najbardziej prestiżowych na rynku flotowym w Polsce wyróżnień – Nagród PZWLP. Organizacja już po raz jedenasty wręczyła swoje statuetki firmie najbardziej zaangażowanej w edukację kierowców (Nagroda Bezpieczna Flota), dla przedsiębiorstwa użytkującego flotę samochodów najbardziej przyjazną środowisku (Nagroda Eko Flota), najlepszym serwisom napraw mechanicznych oraz blacharsko – lakierniczych, a także dealerowi samochodów najbardziej przyjaznemu branży flotowej. Do Nagród PZWLP, wraz z obecną edycją konkursu, zgłoszono na przestrzeni jedenastu lat już ponad 900 nominacji.

Nagrody PZWLP są obecnie uznawane za jedne z najbardziej prestiżowych wyróżnień na polskim rynku flotowym. Niezmiennie od 11 lat stanowią je unikalne, ręcznie wykonywane przez artystę rzeźbiarza Dariusza Zielińskiego, rzeźby z brązu. Laureaci Nagród PZWLP są wyłaniani w 2 – etapowych konkursach, na podstawie nominacji firm należących do organizacji oraz ocen przyznawanych według precyzyjnych, co roku aktualizowanych kryteriów. Laureat Nagrody Eko Flota jest wyłaniany przez jury złożone nie tylko z przedstawicieli Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów, ale również Związku Polskiego Leasingu (ZPL) i Stowarzyszenia Kierowników Flot Samochodowych (SKFS). W przypadku Nagrody Bezpieczna Flota, w skład jury, poza przedstawicielami PZWLP, wchodzą również eksperci Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Nagrodę PZWLP „Mobilizator” w kategorii „Najlepszy Serwis Napraw Mechanicznych” otrzymała w tym roku firma Bawaria Motors Sp. z o.o.. W gronie najwyżej ocenionych przez jury konkursu serwisów w tej kategorii, poza laureatem, znalazły się jeszcze firmy Renault Retail Group Warszawa oraz Auto Plaza. Statuetkę „Protektor”, czyli Nagrodę PZWLP w kategorii „Najlepszy Serwis Napraw Blacharsko – Lakierniczych”, otrzymał z kolei serwis Auto Miras Autoryzowany Serwis Samochodowy Sp. z o.o., zlokalizowany w okolicach Gdańska. Wśród najwyżej ocenionych serwisów blacharsko – lakierniczych znalazły się poza tegorocznym zwycięzcą również firmy Car Lux ze Świdnika oraz Lacart z Wrocławia.

Przyznawana w tym roku dopiero po raz drugi Nagroda PZWLP „Kontraktor”, w kategorii „Dealer Samochodów Najbardziej Przyjazny Branży Flotowej”, została wręczona firmie Grupa PGD spółka z ograniczoną odpowiedzialnością s. k., a oprócz niej w gronie najwyżej ocenionych dealerów znalazły się firmy CARSED i Porsche Inter Auto Polska.

Nagroda PZWLP Eko Flota w kategorii „Flota Najbardziej Przyjazna Środowisku”, która jest przyznawana w oparciu o nominacje i oceny aż 3 organizacji branżowych – poza PZWLP także Związku Polskiego Leasingu i Stowarzyszenia Kierowników Flot Samochodowych – została w tym roku wręczona firmie Coca – Cola HBC Polska Sp. z o.o. Wśród najwyżej ocenionych firm w tej kategorii znalazły się poza laureatem firmy Bank BGŻ BNP Paribas i Grupa Eurocash.

Tegorocznym laureatem Nagrody PZWLP Bezpieczna Flota w kategorii „Firma Najbardziej Zaangażowana w Edukację Kierowców”, przyznawanej w drodze nominacji i ocen nie tylko PZWLP, ale również Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego, została firma Kompania Piwowarska SA. W gronie najwyżej ocenionych przez jury konkursowe firm znalazły się ponadto firmy Grupa Phillip Morris w Polsce oraz Carlsberg Polska.

Nagrody PZWLP to dzisiaj nie tylko prestiżowe wyróżnienie w branży, ale i silna marka na rynku flotowym w Polsce – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska. – Nas cieszy jednak najbardziej fakt, że poprzez nasze Nagrody
i stymulowaną poprzez te wyróżnienia konkurencję rynkową, jesteśmy w stanie
w realny i zauważalny sposób przyczyniać się do podnoszenia na polskich drogach poziomu bezpieczeństwa drogowego, rozwoju ekologicznych rozwiązań we flotach,
a także podnoszenia jakości usług w serwisach samochodów w Polsce.

XI Gala Nagród PZWLP została zorganizowana w całkowicie nowym obiekcie na eventowej mapie Warszawy, charakteryzującym się niepowtarzalnym klimatem i scenerią warszawskiej Pragi, czyli Centrum Praskim Koneser. Patronem Honorowym wydarzenia został Wydział Transportu Politechniki Warszawskiej, a imprezę poprowadziła dziennikarka i prezenterka telewizyjna Ula Chincz. Gościem specjalnym Gali był Mahbod Asgari, Członek Zarządu ADAC SE, który zaprezentował uczestnikom wydarzenia trendy oraz kierunki rozwoju motoryzacji i szeroko pojętej mobilności w przyszłości.

W XI Gali Nagród PZWLP wzięli udział nie tylko najważniejsi przedstawiciele 20 firm wynajmu długoterminowego, Rent a Car oraz leasingowych, skupionych aktualnie w PZWLP, ale również goście reprezentujący producentów i importerów samochodów, przedstawiciele koncernów paliwowych, firm ubezpieczeniowych, serwisów i dealerów samochodów. Ponadto, wśród gości Gali znaleźli się także reprezentanci organizacji branżowych rynku paliwowego, motoryzacyjnego, bankowego, leasingowego, związanych z bezpieczeństwem drogowym, czy przedstawiciele instytucji publicznych.

Sponsorem Generalnym XI Gali Nagród PZWLP została firma Starter24, a tytuł Głównego Sponsora Automotive objęła firma Opel Poland. Sponsorami wydarzenia były natomiast firmy: Volvo Car Poland, Skoda Polska, Kia Motors Polska, Renault Polska oraz Inter Cars.

Work-life balance wg. PSL „rozreguluje” organizację pracy w firmach

  • Czas pracy pracownika, będącego rodzicem lub opiekunem dziecka do ukończenia przez nie 15 roku życia, nie będzie mógł przekraczać 7 godzin – zakłada poselski projekt zmian w kodeksie pracy.
  • Pracownik zachowa prawo do wynagrodzenia za czas nieprzepracowany w związku ze zmniejszeniem z tego powodu wymiaru jego czasu pracy.

Projekt ustawy przygotowany przez posłów PSL przewiduje również, że jeżeli oboje rodzice lub opiekunowie dziecka są zatrudnieni, z takiego uprawnienia będzie mogło korzystać jedno z nich. Pracownik będzie składał oświadczenie pracodawcy dotyczące wyboru osoby korzystającej ze skróconego czasu pracy. Propozycja sprowadza się zatem do wprowadzenia sztywnej, dobowej normy czasu pracy – 7 godzin, dla pracownika będącego rodzicem lub opiekunem dziecka do ukończenia przez nie 15 roku życia.

Autorzy nie analizują skutków takiej zmiany dla organizacji pracy oraz innych pracowników (bezdzietnych albo posiadających dzieci starsze niż 15 lat). W ostatnich 10 latach urodziło się ok. 3 mln. 471 tys. dzieci. Współczynnik dzietności wynosi 1,45. Przyjmując wyższy współczynnik dzietności – 1,5 oraz uwzględniając dwójkę rodziców, biorąc pod uwagę tylko okres 10 lat, otrzymujemy grupę ok. 1 mln 157 tys. osób potencjalnie objętych nowym przepisem. W grupie tej duża część osób jest pracownikami.

Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan
Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

– W stosunku do grupy pracowników – rodziców dzieci do 15 roku życia, pracodawcy będą zmuszani do wprowadzenia szczególnych rozkładów czasu pracy. Do tych pracowników nie będzie mógł mieć zastosowania system równoważnego czasu pracy, a praca zmianowa straci sens. Powstaje pytanie jak mają zorganizować pracę pracodawcy, u których praca odbywa się w systemie pracy wielobrygadowej (ośmio i dwunastogodzinny cykl pracy)? W praktyce pracodawcy będą często zmuszeni do organizowania odrębnych zespołów złożonych z pracowników-rodziców dzieci do 15 roku życia – mówi Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy Konfederacji Lewiatan.

Wprowadzenie takiego przepisu doprowadzi do „rozregulowania” organizacji pracy u poszczególnych pracodawców. Rzesza osób korzystających z obniżonej normy czasu pracy, podlegającej ciągłej rotacji, będzie wynosiła kilkaset tysięcy.

Następna kwestia, ale równie ważna, to kto i w jaki sposób będzie weryfikował, iż tylko jeden z rodziców skorzystał z nowego uprawnienia? Nowe rozwiązanie wywołujące szereg dalekosiężnych konsekwencji organizacyjnych i finansowych będzie się opierało na oświadczeniu pracownika.

Warto w tym momencie przypomnieć, iż kolejne nowelizacje Kodeksu pracy z 2013 i 2016 roku znacząco rozszerzyły uprawnienia rodzicielskie. Rodzice mają prawo korzystać z rocznych urlopów (macierzyński i rodzicielski), okres ten może być wydłużony o kolejne 32 tygodnie w przypadku łączenia urlopu rodzicielskiego z pracą, część urlopu rodzicielskiego może być wykorzystana do końca roku kalendarzowego, w którym dziecko kończy 6 lat.

Rozszerzono katalog osób, które w określonych okolicznościach mogą korzystać z uprawnień rodzicielskich – inny najbliższy członek rodziny. Ojcowie mają prawo do 2 tygodniowego urlopu ojcowskiego. Wykorzystanie przez pracownicę, pracownika uprawnień rodzicielskich wraz z urlopem wychowawczym może skutkować nabyciem dodatkowo 104 dni urlopu wypoczynkowego (przy stażu ponad 10 letnim pracy).

Niezależnie od powyższego wzmacnia się infrastrukturę opieki nad dziećmi. Kodeks pracy przewiduje także możliwość zatrudniania w ramach telepracy.

W III kw. realna dynamika inwestycji przedsiębiorstw wyniosła 9,9% r/r

GUS utrzymał swoje szacunki – nieodsezonowana dynamika PKB w trzecim kwartale br. wyniosła 5,1%. Na jej wysokość wpłynął przede wszystkim wyraźny wzrost w inwestycjach – ich wkład do wzrostu wyniósł 1,7 pkt. proc. Takiego wyniku nie widziano w całym szczycie koniunktury, a zbliżone wielkości (1,5-1,6 pkt proc.) zdarzyły się w ostatnich 3 latach ledwie dwukrotnie.

Realna dynamika inwestycji wyniosła 9,9% r/r – ten pułap przekroczono ostatnio na początku 2015 roku. Potwierdza to nasze przypuszczenia, że dalsze odraczanie inwestycji nie było uzasadnione ani czynnikami mikroekonomicznymi (zużyciem środków trwałych, potrzebą zwiększania mocy produkcyjnej), ani makroekonomicznie (niską atrakcyjnością alternatywnych opcji wykorzystania środków zarobionych w okresie dobrej koniunktury). W ten sposób sami przedsiębiorcy piszą scenariusz bardziej łagodnego spowolnienia.

Na to, że mamy do czynienia ze spowolnieniem, wskazują wyższe zapasy (wkład 1,0 pkt proc.), niższy wkład i dynamika konsumpcji prywatnej (odpowiednio: 2,7 pkt. proc. oraz 4,5%), a także negatywne saldo obrotów z zagranicą (-0,9 pkt proc.). W tym ostatnim przypadku wątpliwości rozwiewają dane o handlu zagranicznym. W ich świetle, za różnicę odpowiada relatywnie wysoki popyt na zagraniczne towary konsumpcyjne przy jednoczesnym spadającym zainteresowaniu produktami polskiego przemysłu w spowalniającej Europie (różnica dynamik sięga 2 pkt. proc.).

Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Stan wojenny na Ukrainie bez wpływu na sytuację polskiego rynku pracy

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service

Wprowadzenie stanu wojennego na części terytorium Ukrainy na tę chwilę pozostaje bez wpływu na przepływ pracowników do Polski i nie stanowi zagrożenia dla polskiego rynku pracy. Nie dostrzegamy zmian w podaży pracowników oraz problemów z ich przyjazdem i zatrudnianiem w Polsce. Natomiast nie możemy wykluczyć takich problemów, jeśli dojdzie do eskalacji konfliktu.

Obecna sytuacja nie jest niczym nowym. Konflikt na Ukrainie trwa od dłuższego czasu. Jak wynika z danych ONZ, od początku rozwoju kryzysu na Ukrainie w 2014 r. do dziś zginęło tam  ponad 3 tys. cywilów[1].

Warto zauważyć, że stabilna sytuacja polityczno-gospodarcza jest dla Ukraińców jednym z ważnych powodów wyboru Polski jako miejsca emigracji zarobkowej – wskazuje na to 12,5% naszych wschodnich sąsiadów przyjeżdżających do nas do pracy, zapytanych w ramach „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018”. Z naszych analiz wynika także, że już 21% firm zatrudnia Ukraińców. Pracowników z Ukrainy najczęściej znajdziemy w dużych firmach – 40% z nich deklaruje zatrudnianie kadry ze Wschodu. W średnich przedsiębiorstwach ten odsetek wynosi 29%, a w małych 18%. Poszukiwania Ukraińców w ciągu najbliższych 12 miesięcy planuje 17% przedsiębiorstw – 30% dużych, co piąte średnie i 15% małych. Jeżeli chodzi o branże dominuje produkcja – już co trzecia firma produkcyjna będzie poszukiwała kadry ze Wschodu.

[1] https://news.un.org/en/story/2018/11/1025861

Unia obniża ceny paliw, a Polska podnosi

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Polska jest jedynym państwem w Unii Europejskiej, gdzie cena detaliczna oleju napędowego wzrosła zarówno w odniesieniu do poprzedniego tygodnia, jak i miesiąca. Paliwa w naszym kraju, pomijając podatki, są droższe niż przeciętnie w Unii – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Benzyna na europejskim rynku ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) kosztowała w ostatnim tygodniu ok. 1,42-1,46 zł za litr. To ceny najniższe od kilkunastu miesięcy. Na początku października litr paliwa był droższy o ok. 65-70 gr.

Bardzo podobny trend występuje też w krajowych rafineriach, gdzie popularna 95 kosztuje (bez rabatów) 3,46 zł za litr (razem z akcyzą oraz opłatą paliwową, ale bez podatku VAT i marży detalicznej). Podobnie jak na rynku europejskim, są to najniższe ceny od lipca 2017 r. oraz o ok. 65 gr poniżej tych widzianych w pierwszych dniach października.

Spadają także ceny oleju napędowego. Obniżki rozpoczęły się niecałe dwa miesiące temu, ale mocniejszego tempa nabrały 5 tygodni temu. W tym czasie ceny na rynku ARA zostały zredukowane o ok. 50 gr za litr i obecnie to paliwo kosztuje 1,84 zł.

Diesel wszędzie tanieje, a tylko w Polsce jest droższy

Najnowsze dane Komisji Europejskiej (z 26 listopada br.) pokazują, że w 27 z 28  unijnych krajów obniżyła się cena litra oleju napędowego w ostatnim miesiącu. Średnio było to 3,5 eurocenta, czyli 15 gr. Nie są to spektakularne spadki, ale paliwa w detalu zwykle reagują z opóźnieniem na ruchy cenowe w hurcie. W porównaniu do ubiegłego tygodnia spadek wyniósł 1,7 eurocenta (7,3 gr).

Jedynym wyjątkiem na unijnej liście została Polska. Tylko w naszym kraju w ostatnim miesiącu cena litra diesla podniosła się o 6,3 gr do 5,27 zł. Dodatkowo również w relacji do ubiegłego tygodnia (19 listopada) tylko w Polsce nastąpił wzrost cen. Był on niewielki (0,3 gr), ale biorąc pod uwagę, że cena hurtowa spada od kilku tygodni i we wszystkich unijnych krajach obserwowane są obniżki, może to być niepokojąca wiadomość.

Bez podatków polskie paliwa droższe niż w Unii

Koszt tankowania benzyny dla polskich kierowców się obniża, ale w ślimaczym tempie. W ciągu miesiąca cena spadła zaledwie o 8 gr i wg danych KE wynosi obecnie 5,00 zł za litr. Średnie ceny w Unii obniżyły się o 5,5 eurocenta (23,5 gr). Bardzo silne spadki nastąpiły np. w Bułgarii, gdzie popularna 95 staniała aż o 14 eurocentów (60 gr) i kosztuje ok. 4,50 zł za litr (2,06 lewa). W Belgii, Francji i Danii spadki sięgały 8-10 eurocentów. To akurat w trzech z czterech krajów mieliśmy protesty związane z wysokimi cenami paliw.

Bardzo powolne spadki cen na krajowych stacjach ujawniły także inną przykrą kwestię. Komisja Europejska publikuje ceny detaliczne paliw bez podatków, ale już z marżą detaliczną oraz hurtową.

Litr benzyna bezołowiowej w Polsce kosztuje 55,7 eurocenta (2,40 zł) i jest droższy niż w m.in. w Belgii (50 eurocentów), Estonii (51,6 eurocenta), Francji (52 eurocenty), Luksemburgu (52,5 eurocenta), Portugalii (54,4 eurocenta), Szwecji (52,1 eurocenta) czy na Węgrzech (51 eurocentów), a także w kilku innych krajach. Cena w Polsce jest także bardzo bliska średniej cenie ważonej w całej Unii (56,1 eurocenta).

Diesel w Polsce, pomijając podatki, jest jednym z droższych w całej Unii i kosztuje 65,6 eurocenta za litr (2,82 zł), przy średniej ważonej cenie w Unii na poziomie 64,9. Tylko w 10 z 28 unijnych krajów diesel jest droższy niż w Polsce. Biorąc pod uwagę, że oleju napędowego sprzedaje się 3-4 razy więcej niż benzyny bezołowiowej, średnia cena paliw bez podatków w naszym kraju stała się wyższa niż przeciętna w Unii.

Dane z polskiej gospodarki za III kw. 2018 zaskoczyły

Zarówno wstępny odczyt inflacji, jak i szczegółowy szacunek dynamiki PKB, w trzecim kwartale przynoszą zaskoczenia. Rynki również nie przechodzą nad nimi obojętnie.

Zgodnie ze wstępnym szacunkiem inflacja CPI w Polsce w listopadzie spadła do 1,2% (oczekiwano, że wyniesie 1,5% – miesiąc wcześniej wynosiła 1,8%). Tym samym w ujęciu rocznym była najniższa od grudnia 2016 r. W ujęciu miesięcznym ceny nie rosły, podczas gdy zakładano, że przyspieszą o 0,3%.

Nowe dane przekładają się na to, że perspektywy wzrostu stóp procentowych ze strony RPP stają się jeszcze słabsze niż były ostatnio. Inflacja CPI obecnie znajduje się poniżej dolnego poziomu widełek celu inflacyjnego (1,5-3,5%). W takiej sytuacji, aby realizować cel banku centralnego bardziej niż nad podwyżkami można zastanawiać się nad obniżkami stóp (w kontekście oczekiwanego wyraźnego wzrostu cen w 2019 r., taki scenariusz nie wydaje się być jednak w żadnej mierze realny ani w krótkim, ani średnim terminie).

Zgodnie ze wstępnym szacunkiem wzrost PKB Polski w trzecim kwartale br. wyniósł 5,1% w ujęciu rocznym. Największy wpływ na wzrost miała konsumpcja, której kontrybucja do PKB wyniosła 2,7 p.p. Na plus zaskoczyły inwestycje i zapasy, które dodały odpowiednio 1,7 i 1 p.p. Wydatki publiczne dołożyły 0,6 p.p., natomiast negatywny efekt przewagi importu nad eksportem odjął 0,9 p.p.

Odczyty (zwłaszcza ten o inflacji) wpłynęły na rynki finansowe: po publikacji nieco osłabił się złoty, jak również spadły rentowności krajowych papierów dłużnych. Wspomniane rentowności 10-letnich obligacji Polski na moment spadły poniżej 3%, tym samym schodząc do najniższego poziomu od kwietnia br.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,28-4,30.

Podobnie jak wczorajsze odczyty z Niemiec, tak dzisiejsze wstępne szacunki inflacji dla strefy euro w listopadzie rozczarowały. Inflacja w tym miesiącu wyniosła 2% wobec oczekiwanego poziomu 2,1% rocznie. Negatywnie zaskoczyła również bazowa dynamika cen, która niespodziewanie spadła z poziomu 1,1% do 1%, tym samym prawdopodobnie kontrybuując do nieco głębszego spadku inflacji CPI.

Co to oznacza? Odczyty potwierdzają, że presja inflacyjna we wspólnym bloku pozostaje niska. Perspektywy normalizacji polityki pieniężnej w strefie euro tym samym oddalają się. W obliczu słabnącego wzrostu gospodarczego i uporczywie niskiej inflacji EBC może opóźniać podnoszenie stóp procentowych (możliwe, że do 2020 r.). Nie jest to pozytywna wiadomość dla euro, dla którego zmiany perspektyw działań ze strony EBC w poprzednim roku stanowiły istotne paliwo do wzrostów. Reakcja rynku walutowego na nowe informacje była jednak dość ograniczona – z jednej strony dlatego, że rynek już obecnie ma względnie niskie oczekiwania względem działań banku centralnego, z drugiej natomiast dlatego, że perspektywy analogicznych działań po drugiej stronie Atlantyku również w ostatnim czasie zdają się ulegać pogorszeniu.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,81-4,84. Funt w czwartek był słaby również w relacji do głównych walut. Brytyjskiej walucie cały czas ciążą informacje związane z Brexitem.

Do czasu głosowania w brytyjskim parlamencie nad porozumieniem z UE (11 grudnia) zmienność na parach z GBP powinna pozostać wysoka. O ile do momentu ostatecznego rozstrzygnięcia rynki nie zaczną wyraźnie wyceniać jednego z dwóch scenariuszy (akceptacji lub odrzucenie porozumienia) efekt decyzji prawdopodobnie wywoła znaczącą, skokową reakcję na parach z funtem. Obecnie sondaże sugerują, że porozumienie raczej zostanie odrzucone, jednak przewaga głosów za tym scenariuszem nie jest znacząca. Z naszych szacunków wynika, że rozkład oczekiwań wynosi ok. 60-40 za odrzuceniem. Jeśli taki stan rzeczy utrzyma się, akceptacja porozumienia powinna w pozytywny sposób wpłynąć na europejskie waluty, jego odrzucenie natomiast niemal na pewno doprowadzi do ich (aczkolwiek prawdopodobnie nieco łagodniejszej) wyprzedaży.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 3,76-3,79. Czwartek przyniósł całą masę odczytów z USA. Wśród kluczowych informacji znalazły się dane o amerykańskiej dynamice cen. Podobnie jak niemieckie odczyty inflacji CPI/HICP w listopadzie, tak amerykańskie odczyty bazowej inflacji PCE w październiku rozczarowały o 0,1 p.p. w przypadku indeksu rocznego, jak i miesięcznego. Rozczarowały również dane z rynku pracy. Cotygodniowa liczba zadeklarowanych bezrobotnych dość gwałtownie wzrosła i w ostatnim okresie pomiarów wyniosła 234 tys. wobec oczekiwanego poziomu 221 tys. i 224 tys. notowanego tydzień wcześniej. Na plus zaskoczyły wczoraj z kolei dane o dochodach i wydatkach Amerykanów w październiku, nie przykuły one jednak zbyt dużej uwagi inwestorów. Po raz kolejny rozczarowały dane z rynku nieruchomości – indeks podpisanych umów kupna domów w październiku odnotował dość duży, niespodziewany spadek. W relacji do poprzedniego miesiąca odnotowano spadek umów o 2,6%.

Kluczowymi informacjami z USA nie były jednak dane makro, a „minutki” z ostatniego spotkania FOMC. Zdają się one potwierdzać, że kolejna podwyżka stóp procentowych w USA nastąpi w grudniu (dokument mówi o tym, że większość decydentów spodziewa się, iż nadejdzie ona „relatywnie szybko”). „Minutki” niespecjalnie pomogły jednak amerykańskiej walucie, która traciła niedługo po publikacji. Jest to prawdopodobnie związane z faktem, iż ostatnia komunikacja ze strony FED (włączając w to wczorajsze przemówienie prezesa Rezerwy Federalnej) stawia pod znakiem zapytania utrzymanie wysokiego tempa podwyżek stóp procentowych w 2019 r.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 15:00 – przemawia John Williams z FOMC
  • 15:45 – indeks Chicago PMI w listopadzie

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Multi-Cloud: okazja do zmniejszenia światowej emisji CO2

Digitalizacja gospodarki pożera coraz więcej energii. W 2017 r. najpopularniejszy dostawca przeglądarki internetowej, za sprawą swoich serwerów i ich chłodzenia, zużył 7 mld KW/h, co odpowiada rocznemu zużyciu prądu przez cały amerykański stan Rhode Island – ponad milion ludzi i niemal sto tysięcy firm.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland
Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Konsumenci korzystają z coraz większej liczby aplikacji w różnych chmurach oraz Internetu Rzeczy. Wraz z konsumentami na zwiększenie ruchu wpływają także administracja, przemysł i usługi: zjawisko multi-cloud jest faktem. Liczba serwerowni, centrów danych będzie rosła. Z nią zwiększy się potrzeba ilości energii elektrycznej, a w ślad za tym redukcji emisji CO2.

Sektor ICT się stara: wspomniany dostawca przeglądarki celuje w pozyskiwanie potrzebnej energii ze źródeł odnawialnych, producenci sprzętu stawiają na te coraz energo-oszczędniejsze. Już parę lat temu szacowało się[1], że możemy pomóc w redukcji emisji CO2 o 6-15% do 2030 r. dzięki inteligentnym aplikacjom i digitalizacji / wirtualizacji infrastruktury.

Gdy redukcja emisji ma dotyczyć organizacji i pozostałych sektorów biznesu, warto mieć na uwadze możliwości, jakie niesie w tym względzie zjawisko wielo-chmurowości. Już dziś funkcjonują przemysłowe i miejskie systemy energetyczne, z inteligentnymi czujnikami, oprogramowaniem, które może kierować ruchem, zużyciem, priorytetyzować dostawy, odnajdywać miejsca strat energetycznych w infrastrukturze. Skala wykorzystania multi-cloud i inteligentnych aplikacji nie jest jeszcze w tym obszarze powszechna.

Wydaje się przesądzone, że multi-cloud będzie w procesie redukcji emisji wykorzystywane. Wyobraźmy sobie wiele inteligentnych systemów miejskich, przemysłowych oraz prywatnych połączonych ze sobą i pracujących na rzecz zmniejszenia emisji dzięki Sztucznej Inteligencji i uczeniu maszynowemu.

Niemniej, zaprzęgniecie multi-cloud z SI do redukcji emisji CO2 musi uwzględniać kwestie ochrony infrastruktury oraz aplikacji. Sprawy sektora energetycznego to zawsze kwestie bezpieczeństwa narodowego. Od energii elektrycznej zależy dziś gospodarka oraz życie i zdrowie mieszkańców – czyli funkcjonowanie całych struktur państwowych.

Dlatego uwzględnienie cyberochrony musi być wbudowane w fundamenty rozbudowanych rozwiązań. Multi-cloud będzie efektywnie wspierać podobny cel tylko wtedy, gdy ruch sieciowy będzie sprawdzany pod względem bezpieczeństwa. Niemniej istotne będzie sprawne regulowanie obciążenia. Ponadto niezbędne będzie bezkompromisowe oraz proste uwierzytelnianie wszystkich użytkowników systemów i aplikacji. Najlepiej jednym podpisem, co znacznie zwiększa poziom bezpieczeństwa. Uwzględnienie przez wszystkich graczy wskazanych środków ochrony zapobiegnie potencjalnym wyłudzeniom danych, blokowaniu systemów, czy innym możliwym atakom hakerskim.

[1] Ericsson, Exploring the effect of ICT solutionson GHG emissions in 2030, 2015. R.

Autor: Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland, komentarz do szczytu ONZ COP24, Polska 2-14 XII 2018 r.

Jak rynki finansowe reagują na konflikt Ukrainy z Rosją

Ostatnie dni pokazały nam, że coroczne zaognienie relacji pomiędzy Rosją a Ukrainą w początkach głównego sezonu grzewczego można już wpisać do kalendarzy makroekonomicznych. Wschodnia granica Ukrainy i tamtejsze obwody wciąż mają nieuregulowany status i nie można wykluczyć, że aneksja Krymu nie była ostatnim krokiem Moskwy. W tekście tym skupimy się jednak na skutkach gospodarczych.

Geneza problemu

Tym razem nerwy puściły obu stronom na morzu. Nie będziemy tutaj rozstrzygać kto zawinił. Fakt jest taki, że Rosjanie ostrzelali i zajęli trzy jednostki marynarki Ukraińskiej.
W ramach eskalacji napięć prezydent Ukrainy wprowadził stan wojenny, którego nie należy mylić z wojną. Takiej nie ma i zdaniem większości analityków nie będzie. Będzie natomiast kolejna próba sił. Może się okazać również, że “ochotnicy” podejmą kolejne działania.

Dlaczego to ważne?

Tym razem powodem konfliktu były zajścia w okolicach Cieśniny Kerczeńskiej. Jest to połączenie pomiędzy Morzami Azowskim i Czarnym. Co ważniejsze, był to od zawsze problematyczny region w relacjach tych państw, gdyż leżał między kontynentalną Rosją,
a Krymem. Od czasu gdy Krym stał się de facto rosyjski, nie uregulowano formalnie statusu tego przejścia. Co więcej wybudowano na nim most by połączyć Krym z Rosją bez udziału drogowego Ukrainy. Cieśnina jest jedynym węzłem komunikacyjnym dla transportu morskiego ze Wschodniej uprzemysłowionej części Ukrainy na resztę świata.

Jakie konsekwencje dotychczas ma konflikt?

Ukraina po raz kolejny otrzymuje silny cios w swoją i tak nie najmocniejszą gospodarkę. Dla przypomnienia pierwsze edycja konfliktu z Rosją spowodowała bardzo poważne szkody. PKB spadało o ponad 4%, a zadłużenie państwa względem PKB wzrosło skokowo z 40% do 70%, by w szczycie dalej przekroczyć 80%. W szczytowym momencie inflacja dotarła do poziomu 60%. Efektem tak wysokiej inflacji były podnoszone stopy procentowe, które z kolei gwałtownie podnosiły koszty obsługi zadłużenia społeczeństwa. Problem w tym, że gospodarka Ukrainy jest dzisiaj w gorszej kondycji niż była wtedy.

Jak reaguje hrywna?

Nie bez znaczenia też był spadek wartości waluty. Od czasu odsunięcia od władzy Wiktora Janukowycza ukraińska waluta straciła względem złotego 60% wartości. Z czego większość w ciągu 2014 roku. Minima z tego roku nie zostały jeszcze przebite, ale od pierwszej korekty kurs wciąż pozostaje w trendzie spadkowym. Niewykluczone, że jeżeli problem będzie eskalował, szybko zobaczymy przebicie tych poziomów.

Nie tylko lokalny konflikt

Problemy Ukrainy odbijają się szerszym echem w regionie. Pieniądze lubią spokój,
a tego im konflikt na Wschodzie nie oferuje. Zablokowanie szlaków morskich powoduje, że te same towary do odbiorców będą musiały trafić drożej. Odbije się to z pewnością na eksporcie Ukrainy, a tym samym imporcie państw, które to dotychczas kupowały. Problemy gospodarcze to również spadek siły nabywczej społeczeństwa. Ukraina nie jest na szczęście głównym partnerem handlowym Polski, ale to nadal bardzo duży naród sąsiadujący z nami. Nie przejdzie to zatem bez echa dla złotówki. Mówimy tutaj oczywiście o scenariuszu eskalacji konfliktu. W sytuacji, gdy będziemy mieli prężenie muskułów złotówka powinna być bezpieczna.

Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl

Automatyzacja procesów podatkowych w polskich firmach – raport z badania

Najnowsze technologie stają się jednym z głównych czynników zmian w obszarze podatków. Blisko połowa firm działających w Polsce uważa, że automatyzacja procesów podatkowych będzie miała znaczący wpływ na ich pracę w ciągu najbliższych kilku lat. Aż 91% przedsiębiorstw spodziewa się, że nowe rozwiązania technologiczne pomogą w usprawnieniu procesu raportowania, a zdaniem 87% respondentów przyczynią się do zmniejszenia liczby ludzkich błędów. Większość badanych przedsiębiorstw sygnalizuje, że automatyzację procesów podatkowych utrudniają m.in. wysokie koszty wdrożenia technologii (86%), brak wiedzy o dostępnych rozwiązaniach (74%) i konieczność zmian w systemach księgowych (73%) – wynika z badania firmy doradczej KPMG.

Nowoczesne technologie przyczynią się do usprawnienia pracy działu podatkowego
Zaawansowane technologie podatkowe istotnie wpływają na otoczenie regulacyjne, prowadzą do zwiększenia znaczenia zespołów podatkowych w firmach, a także wymuszają na nich posiadanie zupełnie nowych kompetencji m.in. z zakresu IT oraz analizy dużych zbiorów danych. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez KPMG w Polsce, aż 91% firm twierdzi, że nowe technologie pomogą usprawnić pracę działu podatkowego w wielu obszarach. Podobny odsetek respondentów (87%) oczekuje, że nowe technologie przyczynią się do zmniejszenia liczby błędów ludzkich. Zaawansowane rozwiązania technologiczne pomogą także w zmniejszeniu zaangażowania pracowników w powtarzalne czynności. Przekonanie to jest zdecydowanie bardziej popularne wśród bardzo dużych firm, zatrudniających powyżej 500 osób, niż wśród małych podmiotów.Automatyzacja procesów podatkowych zmniejszy liczbę błędów

Co ciekawe, aż 64% badanych przedsiębiorstw wskazuje na wysoki lub bardzo wysoki poziom zautomatyzowania swoich procesów podatkowych. Jedną z przyczyn takiego wyniku może być ogólnie niski poziom automatyzacji tego obszaru, co powoduje, że już stosowanie standardowego programu księgowego lub bardziej zaawansowanych arkuszy kalkulacyjnych jest uznawane za wysoki poziom automatyzacji.

Koszt wdrożenia zaawansowanych technologii głównym wyzwaniem dla firm

Najczęściej wymienianym utrudnieniem w stosowaniu nowych technologii podatkowych jest koszt ich implementacji, na co wskazuje aż 86% przedsiębiorstw. Najwyższy wskaźnik odnotowano wśród małych firm (91%), co nie powinno zaskakiwać, ponieważ dla małych podmiotów koszt wdrożenia stanowi proporcjonalnie wyższe obciążenie finansowe, niż w przypadku dużych firm. Kolejnym często wskazywanym problemem jest brak wiedzy o dostępnych technologiach (74%), które pozwoliłyby na zaadresowanie istniejących potrzeb w przedsiębiorstwie. Podobny odsetek respondentów wskazuje na konieczność zmian w systemach księgowych (73%), a ponad dwie trzecie firm twierdzi, że konieczność zapewnienia szkoleń pracownikom może stanowić przeszkodę w automatyzacji procesów podatkowych.Automatyzacja procesów podatkowych zmniejszy liczbę błędów 2

Ponad połowa firm planuje wdrożyć nowe technologie związane ze split payment

Jedną z najważniejszych zmian w ostatnich latach z punktu widzenia działów podatkowych w firmach było wprowadzenie Jednolitego Pliku Kontrolnego (JPK). Ponad 1/3 przedsiębiorców planuje zaimplementować w ciągu najbliższych 12 miesięcy zaawansowane rozwiązania technologiczne w tym obszarze, natomiast 14% firm zamierza to zrobić w dalszej perspektywie. Co trzecia firma planuje wdrożyć w ciągu najbliższego roku nowe narzędzia związane z wprowadzeniem listy należytej staranności w VAT, a nieco mniej badanych (28%) zamierza wprowadzić w tym czasie zaawansowane rozwiązania technologiczne w obszarze split payment.

Dla zdecydowanej większości badanych firm, rozliczanie podatków nie stanowi problemu. Stosunkowo największe trudności sprawia podatek VAT (27%), ceny transferowe (17%) oraz podatek CIT (13%).

W odpowiedzi na zmiany w przepisach podatkowych, firmy planują stosować narzędzia informatyczne wspierające wypełnianie obowiązków podatkowych. Jak pokazują wyniki badania, wprowadzenie Jednolitego Pliku Kontrolnego wymusiło na firmach największe zmiany. Respondenci najrzadziej rozważają wprowadzenie w ciągu najbliższego roku stałych narzędzi informatycznych związanych ze zmianami w CIT, polegających na wyodrębnieniu dwóch źródeł przychodów oraz ograniczeń w odliczeniach kosztów finansowania dłużnego usług niematerialnych (9%). Powodem jest relatywnie krótki czas obowiązywania nowych przepisów jak również trudności interpretacyjne. Narzędzia informatyczne wymagają natomiast pewnej stabilności środowiska podatkowego. Innym istotnym powodem, dla którego nawet co trzecie przedsiębiorstwo nie planuje wprowadzać nowych narzędzi informatycznych, jest outsourcing wypełniania części zobowiązań podatkowych na zewnątrz firmy – mówi Anna Sińczuk, partner w dziale doradztwa podatkowego w KPMG w Polsce.Automatyzacja procesów podatkowych zmniejszy liczbę błędów 3

Automatyzacja procesów podatkowych największym wyzwaniem dla przedsiębiorców

45% przedsiębiorstw uważa, że automatyzacja procesów podatkowych będzie miała duży lub bardzo duży wpływ na pracę działów podatkowych w przyszłości. Jedynie 7% wszystkich ankietowanych uważa, że zmiany technologiczne w bardzo niewielkim stopniu wpłyną na sposób pracy w ich firmach.

Rozwiązania informatyczne wspierające biznes cieszą się w ostatnich latach coraz większą popularnością, niemniej proces ich implementacji wymaga czasu. Firmy różnią się pod względem stopnia wdrożenia rozwiązań informatycznych. Najwięcej firm stosuje już od jakiegoś czasu narzędzia IT w obszarze wypełniania dokumentów lub deklaracji (65%) oraz dostępu do danych archiwalnych (52%). Równo połowa ankietowanych przedsiębiorstw zaimplementowała już rozwiązania informatyczne wspierające nadzór nad dotrzymaniem terminu – mówi Leszek Wroński, partner, szef działu usług doradczych w KPMG w Polsce.

O RAPORCIE:
Raport KPMG w Polsce pt. „Gotowi na zmiany. Technologie podatkowe w firmach działających w Polsce” powstał na podstawie badania, którego celem było poznanie poziomu automatyzacji procesów podatkowych w firmach działających w Polsce. Badanie zostało zrealizowane z udziałem firmy badawczej Norstat na grupie 300 przedsiębiorstw, z wyłączeniem sektora publicznego i finansowego. Respondentami były osoby na stanowiskach finansowych i związanych z rozliczaniem podatków: główni księgowi, dyrektorzy finansowi, kierownicy ds. obszaru finansów, członkowie zarządów, dyrektorzy ds. controllingu i inni. Badanie zostało przeprowadzone metodą CATI (ang. Computer Assisted Telephone Interview) w marcu 2018 r.

(R)ewolucja na rynku leasingu pracowniczego

Dziś dobiega końca pierwszy, 18-miesięczny limit, na jaki pracownik tymczasowy mógł być zatrudniony przez agencję pracy w jednej firmie. Nowe zasady wprowadzone 1 czerwca 2017 r. były rewolucyjne i budziły wiele kontrowersji. Czy w ich wyniku zmniejszyła się liczba pracowników tymczasowych, tak jak zakładano? Jak branża ocenia te zmiany z perspektywy czasu i dlaczego krótkookresowa forma zatrudnienia nadal pozostaje w cenie?  

Leasing pracowniczy przez lata swojego istnienia na rynku zyskał dużą popularność wśród polskich pracodawców, którzy źródeł swojej konkurencyjności upatrują w dynamicznym uzupełnianiu braków kadrowych oraz w optymalizacji kosztów i procesu zatrudnienia. Szacuje się, że w całym kraju aż 860 tys. osób zatrudnionych jest właśnie na podstawie tej formy. Tak wielki i chłonny rynek oznacza, że agencje dostarczające pracowników tymczasowych muszą zmierzyć się z nowym wyzwaniem, jakie postawiła przed nimi nowelizacja ustawy o zatrudnianiu pracowników tymczasowych z 1 czerwca 2017 r. Wtedy to zaczął obowiązywać nowy, bardziej restrykcyjny limit kierowania pracownika tymczasowego do pracodawcy użytkownika. Ten sam zatrudniony może wykonywać dla niego zadania przez maksymalnie 18 miesięcy (w okresie 36 miesięcy).

Zeszłoroczna nowelizacja wymusi ewolucyjne zmiany na rynku pracy krótkookresowej i konieczność dostosowania się do nowej rzeczywistość około 9 tys. agencji pracy tymczasowej funkcjonujących w Polsce. Z doświadczenia wiemy jednak, że tymczasowa forma zatrudnienia jest konieczna dla sprawnego funkcjonowania rynku, stając się niemal jego naturalną i nieodzowną częścią. Jak dotąd, nie zauważyliśmy słabnącego popytu na nasze usługi. Wręcz przeciwnie. W ostatnich miesiącach udało nam się rozszerzyć portfolio o kolejnych dużych, międzynarodowych klientów, podnosząc systematycznie wyniki o 5 – 10% z miesiąca na miesiąc. Obecny wzrost to prawie 34% więcej niż w  zeszłym roku. Ekonomiczne korzyści płynące z tej formy zatrudnienia są wciąż niepodważalne  mówi Piotr Modliński, szef Działu Leasingu Pracowniczego ASM Sales Force Agency, spółki zależnej należącej grupy kapitałowej ASM Group, wspierającej  sprzedaż ponad 1500 klientów na 5  europejskich rynkach.

Czy dlatego krótkookresowa forma zatrudnienia nadal pozostanie w cenie? Za klucz do sukcesu eksperci uważają dynamiczny i umiejętny nabór kandydatów do pracy, także zza wschodniej granicy. Wśród największych zalet zatrudnienia tymczasowego wymienia się także  elastyczne  zwiększenie zatrudnienia z powodu intensyfikacji zadań, płynne zastąpienie nieobecnych pracowników, skuteczne zaangażowanie pracowników o odpowiednich kompetencjach oraz optymalizację zatrudnienia. Leasingobiorca, czyli pracodawca-użytkownik, może ponadto liczyć na udogodnienia w kwestii terminu płatności za dostarczoną pracę. Pozostaje on bowiem w gestii ustaleń między nim a agencją i  może zostać odroczony. Dlatego kluczowa jest tu współpraca z podmiotem dużym i  doświadczonym, o  mocnej pozycji finansowej i znaczących zasobach kapitałowych.

W trendzie leasingu pracowniczego nie jesteśmy sami. Z zalet tej dynamicznej formy zatrudnienia zdają sobie też sprawę pracodawcy w całej Europie. Odsetek pełnych etatów wypracowanych przez pracowników tymczasowych do ogółu zatrudnionych np. w Holandii stanowi 3,3 %, podczas gdy w Polsce jest znacznie niższy i wynosi 1,2%. Średnia unijna to z kolei 1,9% – dodaje Piotr Modliński.

Jednocześnie, utrzymująca się od kilku lat w Polsce niska stopa bezrobocia przynosi korektę w strukturze zatrudnionych przez agencje pracy, szczególnie w obrębie personelu zagranicznego. Rotacja i podejmowanie zatrudnienia w dalszych krajach UE powoduje wzrost obecności na rynku personelu z krajów azjatyckich, jak Indie, Pakistan, Kazachstan. Zdaniem ekspertów, umiejętność sprawnego pozyskiwania pracowników z tych regionów świata może już w perspektywie 2019 r. być fundamentalna dla biznesu agencyjnego.

Jaka alternatywa dla leasingu i samochodów firmowych?

Leasing drogich samochodów osobowych staje się mniej opłacalny, a utrzymywanie pojazdów dla pracowników będzie kosztowniejsze ze względów podatkowych. Czy zmiany w prawie spowodują, że firmy zaczną rezygnować z rozbudowanych flot samochodów?

Z pierwszym dniem 2019 roku wejdzie w życie zmieniona ustawa o podatku dochodowym, która może mieć wpływ na rynek leasingu i wynajmu długoterminowego w Polsce. Spowoduje ona, że w przypadku użytkowania samochodów osobowych o wartości przekraczającej 150 tys. zł (dla samochodów elektrycznych limit ten wynosi 225 tys. zł) nie będzie można wliczyć w koszty pełnej wartości rat leasingowych.

W praktyce koszty związane z wyborem auta przewyższającego limit 150 tys. zł, będą w większości sytuacji dużo bardziej niekorzystne w przypadku leasingu niż przy wynajmie długoterminowym. Z wyliczeń przeprowadzonych przez firmę Emotis wynika, że w przypadku umowy na 3 lata, klient poniesie ok. 3 razy większe koszty podatkowe, gdy zdecyduje się na leasing niż wówczas, gdy wybierze wynajem.

Natomiast ograniczenia w zakresie odliczenia kosztów eksploatacyjnych obejmą wszystkie samochody wykorzystywane do  celów mieszanych (służbowych i prywatnych). Od 2019 roku będzie można odliczać 75% takich wydatków. Warto przy tym zauważyć, że wydatki związane z wynajmem bądź leasingiem nie będą objęte limitem 75% za wyjątkiem tej części raty, która dotyczy opłat eksploatacyjnych, np. serwisu czy wymiany opon (gdy takie usługi zostały wliczone).

Eko-mobilność coraz popularniejsza

Zmiany w polskim prawie są zasadniczo zgodne z trendem zauważalnym także w wielu innych krajach. Nie tylko w Polsce ustawodawcy wprowadzają zmiany, które wpływają na wzrost kosztów utrzymywania samochodów firmowych, szczególnie takich, które bywają traktowane niczym bonus dla pracowników.

Na Zachodzie jednak częściej niż w Polsce podobne kroki uzasadnia się ekologią – rosnące obciążenia mają sprawić, że samochody służbowe staną się mniej popularne, a te, które pozostaną, będą miały mniejszą pojemność silników (co oznacza zazwyczaj niższy poziom emisji spalin) bądź napęd elektryczny.

W dużych miastach korki stały się uciążliwą codziennością, a miejsc parkingowych nie wystarcza dla wszystkich samochodów. Do tego rośnie zanieczyszczenie powietrza, coraz częściej doprowadzając do występowania smogu. W związku z tym władze rożnych państw coraz niechętniej patrzą na udostępnianie pracownikom samochodów służbowych do użytku prywatnego, za to gotowe są wspierać takie rozwiązania, które zachęcą pracowników do bardziej ekologicznego i ekonomicznego korzystania z transportu.

Efektem tych trendów jest wprowadzanie w wielu europejskich firmach budżetów na mobilność dla pracowników. Osoby, które w ramach swoich obowiązków muszą dużo podróżować, a szczególnie przemieszczać się w granicach jednego miasta, otrzymują dodatkowe środki, z których mogą finansować swoje przejazdy. Dużym udogodnieniem jest posiadanie specjalnej karty, którą można płacić wyłącznie za transport. Kartą na mobilność można opłacać zarówno taksówki, komunikację miejską, jak i rowery miejskie, pociągi oraz każdy inny środek służący przemieszczaniu się. Zdarza się też, że o ile pracownik zmieści się w przyznanym limicie, z karty może korzystać także podczas podróży prywatnych. Korzyść ta w pewnym stopniu rekompensuje brak samochodu służbowego.

Usługi MaaS (Mobility as a Service) szczególną popularność zdobywają w Belgii, Holandii, a także w krajach Skandynawii. W pierwszym z tych państw wprowadzono przepisy, które dają wyraźne korzyści finansowe pracownikom przesiadającym się z większych do mniejszych samochodów oraz korzystającym z publicznych środków transportu.

– Zmiany w trendach zauważają także twórcy aplikacji integrujących różne formy mobilności. W ramach jednej aplikacji możemy zaplanować podróż z wykorzystaniem wielu dostawców oferujących usługi rent a car, car sharing, wynajem rowerów i hulajnóg oraz transportu miejskiego. W Polsce to wciąż nowość, ale i na nią powinniśmy się przygotować – mówi Ireneusz Tymiński, prezes Emotis, firmy zajmującej się wynajmem samochodów.

Samochody prywatne jako służbowe

Innym trendem jest używanie przez pracowników samochodów prywatnych do celów służbowych w zamian za atrakcyjną finansowo rekompensatę. W Polsce dobrze znamy taką formę rozliczania przejazdów jak „kilometrówka” – pracodawca płaci wówczas za przejazdy zgodnie z ustawową stawką za każdy przejechany kilometr. Inny sposób rozliczania przejazdów to ryczałt samochodowy, obliczany wg stawki ministerialnej (stanowi on przychód pracownika i podlega opodatkowaniu).

Jednak na Zachodzie popularne stają się także inne rozwiązania – np. dodatek do pensji stanowiący rodzaj atrakcyjnej finansowo rekompensaty za rezygnację z samochodu służbowego. W takiej sytuacji pracownik otrzymuje wyższe wynagrodzenie, które może przeznaczyć np. na ratę kredytu bądź leasingu prywatnego samochodu. Takie rozwiązanie sprawia, że z jednej strony firma ogranicza koszty związane z utrzymywaniem rozbudowanej floty, a z drugiej pracownik (chcąc zostawić jak największą część dodatku dla siebie) często wybiera samochody mniejsze, o niższym poziomie emisji spalin, a do tego częściej korzysta z komunikacji miejskiej. Im taniej bowiem podróżuje, tym więcej zostaje mu w kieszeni.

Najbardziej skomplikowane wydają się systemy mieszane, ale i one znajdują coraz więcej zwolenników. Polegają one na tym, że umowa na samochód zawierana jest pomiędzy pracownikiem a firmą wyspecjalizowaną w wynajmie długoterminowym (ew. leasingową), ale za pośrednictwem pracodawcy. Ten, działając jednocześnie na rzecz wielu pracowników, jest w stanie wynegocjować lepsze warunki finansowe wynajmu auta i ubezpieczenia. Dodatkowo, jeśli jest to wynajem długoterminowy, oferta obejmuje pełny serwis i wymianę opon, co zmniejsza obowiązki pracownika. W takim przypadku również pracownik częściej zgadza się na samochody mniejsze, a przez to bardziej ekologiczne, ponieważ zależy mu na niskiej opłacie miesięcznej.

– Taki model wymaga przemyślanych rozwiązań w zakresie gwarancji płatności (jeśli pracownik przestanie płacić lub skorzysta z praw konsumenckich), cesji umów leasingu (gdy chcemy, żeby nowy pracownik przejął umowę po odchodzącym), czy też przyjmowania nowego pracownika z „jego” biegnącą umową. Jeśli jednak taki model wynajmu aut będzie się upowszechniał, na pewno dostosują się do tego zarówno rynkowe standardy, jak i przepisy – uważa Ireneusz Tymiński z Emotis.

Jak obniżyć koszty już teraz?

Polska wydaje się być dopiero na początku drogi prowadzącej w stronę nowoczesnej, bardziej ekologicznej mobilności pracowników. Ale i u nas, dzięki rozwijającym się usługom związanym z różnymi formami wynajmu samochodów, możliwa jest coraz większa elastyczność. Firmy, które będą z niej korzystały, mogą poczynić znaczne oszczędności.

Jedną z opcji może być ograniczenie firmowej floty i umożliwienie pracownikom korzystania ze wspólnych dla wszystkich samochodów wtedy, gdy ich potrzebują. Ma to sens szczególnie w odniesieniu do pracowników, którzy większą część czasu pracują stacjonarnie, a ich wyjazdy są sporadyczne. Gdy taki pracownik potrzebuje auta, korzysta z takiego, które stoi akurat na parkingu (z ang. auto „poolowe”) lub zamawia pojazd w ramach wynajmu krótkoterminowego. Wówczas firma świadcząca usługi rent a car podstawia pojazd pod firmę, a pracodawca płaci tylko za używanie auta w te dni, w które było faktycznie wykorzystywane.

Jeśli pracownik zatrudniany jest na kilkumiesięczny kontrakt (lub na okres próbny), a podróże stanowią ważną część jego pracy, wówczas, zamiast decydować się od razu na zakup lub leasing nowego samochodu, można wziąć pod uwagę wynajem średnioterminowy (na kilka miesięcy). Takie rozwiązanie może się sprawdzić również wówczas, gdy pracownik zostaje oddelegowany na miesiąc lub dwa do innego miasta.

Wreszcie, coraz popularniejszą alternatywą dla leasingu staje się wynajem długoterminowy, który jak wspomnieliśmy wcześniej, może okazać się korzystniejszy od leasingu pod względem podatkowym. Właściwie cała flota samochodów może pochodzić z wynajmu, w ramach którego pracodawca ma zagwarantowane także przeglądy, serwis i wymianę opon. Zdejmuje to z przedsiębiorstwa konieczność zarządzania serwisem i logistyką we własnym zakresie.

Elastyczne rozwiązania w zakresie mobilności dają nam możliwość korzystania z samochodu tylko wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne i tylko wtedy ponosimy związane z tym koszty. Przy wynajmie krótkoterminowym możemy nawet dobrać rozmiar samochodu do potrzeb na konkretny dzień – np. jeśli dziś pracownik jedzie na drugi koniec Polski, przyda mu się większe, komfortowe auto, ale gdy następnego dnia będzie jeździł po centrum miasta, wybierze zwinny i ekonomiczny pojazd klasy miejskiej. A jeśli pozostałe dni tygodnia spędzi w biurze? Wtedy firma nie musi w ogóle płacić za pojazd. W ten sposób ograniczy nie tylko własne koszty, ale i  zanieczyszczenie środowiska.

Chris Brooke oficjalnie zaprzysiężony na prezydenta RICS

RICS wprowadza istotne zmiany na poziomie zarządzania organizacją, aby przygotować zawód dyplomowanych rzeczoznawców na wyzwania i szanse, jakie niesie ze sobą przyszłość.

Chris Brooke FRICS
Chris Brooke FRICS

Chris Brooke został oficjalnie zaprzysiężony na prezydenta RICS podczas tradycyjnej ceremonii w Hongkongu w dniu 27 listopada 2018 r., rozpoczynając tym samym kadencję na lata 2018-2019. Jednocześnie RICS ogłosił wyniki głosowania członków nad unowocześnieniem obchodzącej 150 lat istnienia globalnej organizacji.

Chris Brooke jest dyplomowanym rzeczoznawcą i współzałożycielem Brooke Husband Limited, firmy konsultingowej zajmującej się nieruchomościami z siedzibą w Hongkongu. Objął urząd po Johnie Hughes FRICS, który przewodził RICS w całym jubileuszowym roku. W ramach swojej prezydentury Brooke skupi się na trzech kluczowych obszarach – promowaniu zawodu dyplomowanych rzeczoznawców; zapewnianiu, że wykonujący go profesjonaliści są przygotowani na wyzwania, które niesie ze sobą przyszłość oraz zajmowaniu publicznego stanowiska wobec najważniejszych problemów naszych czasów.

W ramach głosowania nad specjalną rezolucją mającą zmienić Królewską Kartę i regulamin RICS, przedstawiciele zawodu zostali poproszeni o zagłosowanie za zmodernizowanym, przyszłościowym zarządem, na miarę globalnej zawodowej organizacji XXI wieku. Specjalne służby ds. reformy wyborczej (ERS) przeanalizowały i potwierdziły wyniki głosowania, ogłoszone następnie podczas dorocznego walnego zebrania RICS 27 listopada. Frekwencja wyborcza wyniosła 11%, a 86% uczestniczących w głosowaniu oddało głos za nowym zarządem.

Zatwierdzone propozycje zmian w zarządzaniu RICS zostaną teraz przekazane do Tajnej Rady w celu ich formalnego zatwierdzenia. Jest to pozytywny krok naprzód dla RICS, pozwalający na odpowiednie zorganizowanie struktury i dalsze budowanie globalnej organizacji zawodowej mogącej odpowiednio przygotować zawód dyplomowanego rzeczoznawcy do wyzwań i szans przyszłości. Umożliwi to także RICS spełnienie zmieniających się oczekiwań kluczowych interesariuszy, klientów i szerszej publiczności.

Rada zarządzająca RICS podejmie teraz prace nad kolejnym etapem reformy zarządzania, dbając o odpowiednie informowanie członków o postępach realizacji planów. Reformy te będą wymagały kolejnego głosowania przedstawicieli zawodu w 2019 r.

Komentując objęcie przez siebie funkcji nowego prezydenta RICS, Chris Brooke powiedział:

„Jestem dumny z tego, że mogę nazwać siebie dyplomowanym rzeczoznawcą oraz członkiem RICS, możliwość pełnienia funkcji prezydenta tej organizacji to dla mnie wielki zaszczyt i przywilej. To niesamowicie ekscytujący moment by przystąpić do naszego zawodu, w obliczu rozwijającego się i zmieniającego tak szybko świata. Profesjonaliści działający w środowisku naturalnym i budowlanym znajdują się w sercu niektórych wielkich wyzwań naszych czasów, w tym urbanizacji, zmian klimatu i rozwoju nowych technologii.

„Dyplomowani rzeczoznawcy oraz RICS jako ich globalna reprezentacja zawodowa mają do odegrania kluczową rolę w rozwiązywaniu tych problemów. Poprzez ustanawianie i egzekwowanie standardów, umacniających zaufanie do rynków, na których służymy oraz umieszczanie ludzi w centrum naszych działań, będziemy mieć pozytywny wpływ na kierunek rozwoju wszystkich regionów świata, w których działa RICS.

„Reprezentujemy jeden z najbardziej zaufanych zawodów na świecie, ale nie oznacza to, że tak będzie zawsze. Wraz ze zmieniającym się na tak wiele sposobów światem, ważne jest, abyśmy nigdy nie spoczywali na laurach.

„Dlatego podczas mojej kadencji skupię się na trzech kluczowych obszarach – promowaniu i podkreślaniu wartości pracy wykonywanej przez dyplomowanych rzeczoznawców, zapewnieniu, że nasz zawód jest odpowiednio przygotowany na nadchodzącą przyszłość i niesione przez nią wyzwania oraz zajmując publicznie głos na temat kluczowych problemów naszych czasów. Członkowie RICS kształtują świat od 150 lat. Szanse, które przed nami stoją, są ogromne i jestem przekonany, że możemy i będziemy potrafili z nich skorzystać”.

W wykonywaniu swojej kadencji Chris Brooke wspierany będzie przez prezydenta-elekta Tima Neala FRICS oraz starszego wiceprezydenta, Katha Fontany FRICS.

Chris Brooke urodził się w Wielkiej Brytanii i przeprowadził się z rodzicami do Hongkongu w 1979 roku, a lata 2002-2013 spędził pracując w Pekinie. Jest żonaty z Christine i ma dwoje nastoletnich dzieci.

Branża usług dla biznesu przy wspólnym stole

23 listopada odbyła się debata organizowana przez redakcję Business Services Magazine (Business Services Magazine zastąpi dotychczasowy tytuł, jakim był Outsourcing Magazine.). Spotkanie przeznaczone dla przedstawicieli branży nowoczesnych usług dla biznesu, zgromadziło blisko 20 uczestników, szefów globalnych centrów usług wspólnych, przedstawicieli firm konsultingowych oraz firm rekrutacyjnych.

Debata, która odbyła się w galerii sztuki „Tymczasowa” w kompleksie biurowym Business Garden w Warszawie, poświęcono roli polskich liderów w kreowaniu nowoczesnych, globalnych centrów usług wspólnych dla międzynarodowych marek. Bez dwóch zdań dyskusja była pragmatyczna, prowokacyjna i profesjonalna, a na celu miała poruszenie najważniejszych zagadnień związanych z przywództwem i transformacją modeli dostarczania usług, robotyzacją i automatyzacją.

Holendersko – polski duet, tj. Arjen Sader i Maciej Piwowarczyk – merytoryczny partner Business Services Magazine  – doskonale uzupełniali się,  moderując bardzo dynamiczną i momentami burzliwą dyskusję.

Najważniejsze tematy, jakie zostały poruszone podczas dyskusji to przede wszystkim próba znalezienia odpowiedzi na pytania: jaka będzie rola liderów  z Polski  ich wpływ na ewolucję globalnej branży SSC? Jaka będzie przyszłość świata nowoczesnych usług dla biznesu? Uczestnicy zastanawiali się także nad pytaniem czy GBS wpływający i współtworzący strategie firmy to tylko mit czy rzeczywistość?

Nowelizacja dyrektywy o efektywności energetycznej. Nadchodzi era Ekobudynków

Nowelizacja dyrektywy Unii Europejskiej[1] zakłada, że od końca 2020 r. wszystkie nowe budynki powinny być obiektami o niemal zerowym zużyciu energii. Schneider Electric podpowiada, jak zmienić zwykłe projekty w takie, które spełnią wszystkie wymogi.  

Koncepcja eko budynków opiera się na dążeniu do zmniejszania szkodliwego wpływu na środowisko m.in. poprzez zastosowanie inteligentnego sterowania. Zgodnie z nowymi wymogami obiekty będą musiały przejść szereg restrykcyjnych testów, które mają przede wszystkim wykazać, że są gotowe do obsługi właśnie takich sieci.

Ekobudynki to koncepcja, która wymaga, aby projekt budowlany zakładał zachowanie nienaruszonego środowiska naturalnego wokół miejsca realizacji i na każdym etapie budowy i eksploatacji. Najwięcej, bo aż 58 proc. budynków o podwyższonym standardzie ekologicznym to biurowce. Na drugim miejscu plasują się galerie handlowe.[2] Nowelizacja dyrektywy pozwoli rozszerzyć koncepcję eko budynków na szerszą skalę.

Oszczędność w każdym obszarze

Wśród zalet eko budynków można wymienić na przykład kontrolę zużycia wody. Inteligentne systemy zarządzania budynkiem pozwalają dokładnie mierzyć zapotrzebowanie na nią – mówi  Jacek Parys, Wiceprezes Partner Project & Eco Buildings w Schneider Electric.

Dzięki temu zaawansowane rozwiązania zarządzania budynkiem nie tylko monitorują zapotrzebowanie na energię, ale także kontrolują systemy oczyszczania powietrza i wody, jak również korygują współczynnik poboru mocy.

Innowacyjne rozwiązania zastosowane w ekobudynkach gwarantują ogromną oszczędność energii, dbałość o środowisko oraz poprawę komfortu dla użytkowników przestrzeni – mówi Jacek Parys.

Ekologiczne i inteligentne budynki cieszą się coraz większą popularnością zarówno na świecie, jak i w Polsce. Zaawansowana technologia, która gwarantuje większy komfort, a także niższe koszty eksploatacji, zdobywają coraz większą liczbę zwolenników. Nowelizacja dyrektywy z pewnością przyspieszy proces transformacji budownictwa tradycyjnego w ekologiczne.

[1] Dyrektywa 2018/844/UE, zmieniająca dyrektywę 2010/31/UE w sprawie charakterystyki energetycznej budynków (EPBD) I dyrektywę 2012/27/UE w sprawie efektywności energetycznej (EED)

[2] Green Projects, Zielone budynki z ekologicznym certyfikatem

Około 18% wartości sprzedaży w Polsce ma miejsce w galeriach handlowych

  • W sklasyfikowanych przez PRCH 520 centrach i parkach handlowych oraz wyprzedażowych w Polsce zatrudnionych jest ponad 400 000 osób;
  • Polska jest w środku europejskiej stawki pod względem wskaźnika nasycenia powierzchnią centrów handlowych;
  • Około 4,5 mln klientów rocznie odwiedza średniej wielkości centrum handlowe w Polsce, największe ponad 10 mln;

Z raportu Polskiej Rady Centrów Handlowych i EY „Społeczno-ekonomiczne znaczenie rozwoju nieruchomości handlowych w Polsce” wynika, że na koniec na koniec 1 połowy 2018 roku istniało w Polsce 11,9 mln m kw. nowoczesnej powierzchni handlowej w ponad 500 obiektach. W ostatnich 5 latach przybyło około 2,5 mln m kw. powierzchni najmu nieruchomości handlowych Na każde 100 m kw. powierzchni przypada 3,5 miejsca pracy a średnio w każdym centrum w Polsce zatrudnionych jest ok 800 osób.

Radosław Knap
Radosław Knap, Dyrektor Generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych

„Branża nieruchomości handlowych nad Wisłą to od lat stabilny sektor zarówno pod kątem systematycznego rozwoju, zatrudnienia jak i inwestycji. Polska do tej pory cieszyła się najwyższym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej zainteresowaniem ze strony inwestorów jak i sieci handlowych” – komentuje Radosław Knap, Dyrektor Generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Rosnące w ostatnich latach zainteresowanie Polską wśród inwestorów i deweloperów przełożyło się na wzrost średniego nasycenia powierzchnią centrów handlowych różnego typu – w latach 2012-2017 wzrosło z poziomu 239 m kw. GLA na 1 000 mieszkańców do 306 m kw. GLA na 1 000 mieszkańców (wzrost o 28%). Nasycenie powierzchnią handlową w Polsce na koniec 2017 roku było porównywalne do rynku czeskiego (280), słowackiego (264) czy włoskiego (267). Z krajów zachodniej Europy niższym wskaźnikiem nasycenia charakteryzują się jedynie rynek niemiecki (222) oraz belgijski (252), które mają jednak więcej ulic handlowych. Im dalej na północ Europy, tym więcej centrów handlowych w stosunku do liczby mieszkańców, co w dużej mierze tłumaczą względy pogodowe. Również Polacy odwiedzają centra handlowe częściej w miesiącach jesienno-zimowych. W odniesieniu do bardziej dojrzałych oraz porównywalnych demograficznie rynków handlowych takich jak Wielka Brytania (426), Francja (393) czy Hiszpania (311) widać, że nasz rodzimy rynek ma dodatkowy potencjał do rozwoju i daleko mu do poziomów nasycenia w Holandii (383), Szwecji (538) czy Norwegii (945)

Nowe formaty handlowe, nowe lokalizacje

„Porównując strukturę rynku retail w Polsce, okres ostatnich 6 lat to powolny wzrost udziału parków handlowych i centrów wyprzedażowych na tle dominujących do tej pory tradycyjnych galerii handlowo-rozrywkowych. Na przestrzeni ostatnich lat zmienia się coraz bardziej lokalizacja i rodzaj nowych obiektów. Deweloperzy stawiają na miasta poniżej 100 000 mieszkańców. Większe zainteresowanie budową nowych projektów w mniejszych miejscowościach wynika z wysokiego stopnia nasycenia powierzchnią handlową w większych miastach – mówi Anna Zachara Widła, Research & Education Manager, Polska Rada Centrów Handlowych.

W najmniejszych ośrodkach miejskich powstają głównie parki handlowe. W ciągu ostatnich 6 lat udział podaży tych obiektów w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców w stosunku do całego rynku wzrósł z 7% do 22%. Kolejnym trendem obserwowanym na rynku jest rozwój centrów wyprzedażowych poza głównymi aglomeracjami. W 2012 roku centra wyprzedażowe występowały wyłącznie w największym miastach. Na koniec 1 poł. 2018 roku już ¼ takich obiektów znajduje się w mniejszych miastach.

Odpowiedzialność i sprzedaż w centrach handlowych

„Średnioroczny wzrost sprzedaży detalicznej w latach 2012-2017 wyniósł w Polsce 3,2%. Natomiast w czerwcu br. kształtował się na znacznie wyższym poziomie 8,2% r/r. W 2017 roku szacunkowa wartość sprzedaży w centrach handlowych odpowiadała 18,1% wielkości sprzedaży detalicznej w Polsce, podczas gdy udział handlu w polskim PKB wynosi obecnie ponad 20% co jasno pokazuje jak istotnym elementem polskiej gospodarki są galerie handlowe” – wylicza Radosław Knap, Dyrektor Generalny, Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Rynek centrów handlowych doskonale podąża za zmianami preferencji zakupowych Polaków oraz struktury ich wydatków. Powiększające się strefy food court, coraz atrakcyjniejsze propozycje gastronomiczne obecne w nowych oraz przebudowanych centrach handlowych, jak również strefy wypoczynkowe czy szereg eventów odpowiadają na zwiększony udział wydatków na restauracje (zgodnie z danymi GUS udział wydatków gospodarstw domowych na restauracje i hotele wzrósł w latach 2012-2017 o ponad 60%).

„Rosnąca dynamika sprzedaży i wzrost obrotów punktów usługowych doskonale obrazuje zmieniającą się funkcję centrów handlowych w ostatnich latach. Ewoluują potrzeby klientów, którzy oczekują więcej od galerii handlowych, które nie są już tylko miejscem zakupów – podsumowuje Anna Zachara Widła, Research & Education Manager, Polska Rada Centrów Handlowych.

Według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych średniej wielkości centrum handlowe odwiedzała około 4,2 – 4,8 mln klientów rocznie. Największe obiekty mogą liczyć na odwiedziny ponad 10 mln klientów rocznie. Bardzo wyraźna jest natomiast sezonowość odwiedzin klientów w ciągu roku. Tradycyjnie miesiącem z rekordowymi wynikami jest grudzień, kiedy odwiedzalność galerii jest przeciętnie o 26% wyższa niż w pozostałych miesiącach roku.

Wpływ galerii handlowych na rynek pracy

Zgodnie z danymi Międzynarodowej Rady Centrów Handlowych (ICSC), w centrach handlowych w Polsce w 2016 roku zatrudnionych było prawie 410 tys. pracowników co czyni Polskę 6. rynkiem Unii Europejskiej. Dodatkowo w firmach bezpośrednio związanych z obsługą centrów handlowych wg. szacunków ICSC zatrudnienie znajduje ponad 13 tys. pracowników. Mówimy tu m.in. o agencjach ochrony, zarządcach nieruchomości, agencjach reklamowych, firmach zajmujących się organizacją eventów, dostawcach itp. Zgodnie z danymi Eurostat sektor handlu, transportu, zakwaterowania oraz usług gastronomicznych zatrudniał aż 24,7% wszystkich pracowników w UE i był największym z sektorów pod względem zatrudnienia. W Polsce w 2017 roku w sektorze było zatrudnionych 22,8% pracujących i był on drugim po przemyśle sektorem pod względem zatrudnienia. Według GUS, zatrudnienie w sektorze w 2016 roku wynosiło 3,7 mln. Biorąc pod uwagę dane ICSC, centra handlowe generowały ponad 10% miejsc pracy w sektorze.

„Praca w centrach handlowych jest dobrą alternatywą dla studentów chcących dorobić w czasie studiów, dzięki elastycznemu grafikowi młodzi ludzie są w stanie połączyć pracę zawodową ze studiami. Zgodnie z wynikami badań Kantar Millward Brown przeprowadzonymi na zlecenie PRCH, aż 63% pracowników centrów handlowych ma mniej niż 30 lat i aż 1/3 z nich kontynuuje naukę” – podsumowuje Radosław Knap, Dyrektor Generalny, Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Długi odsprzedanego biznesu nie zmniejszą przychodu do opodatkowania

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Bydgoszczy oddalił niedawno skargę podatnika na interpretację w zakresie podatku dochodowego od osób prawnych. Zdaniem składu orzekającego w przychodzie do opodatkowania z tytułu zbycia zorganizowanej części przedsiębiorstwa uwzględnić należy również związane z nią zobowiązania. Ustalenia między stronami transakcji nie mają znaczenia, jeśli wartość długów została już uwzględniona w cenie sprzedaży.

Długi poza podstawą opodatkowania?

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Pewna spółka zwróciła się z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji przepisów o podatku dochodowym od osób prawnych. Uważała bowiem, że do podlegającego opodatkowaniu tym podatkiem przychodu z tytułu sprzedaży swojej zorganizowanej części przedsiębiorstwa (dalej: ZCP) nie należy wliczać wartości jego zobowiązań. Z takim stanowiskiem nie zgodził się jednak Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej, argumentując, że w cenie sprzedaży ZCP uwzględniona została wartość zobowiązań, co oznacza, że kwota do zapłaty przez nabywcę pomniejszona będzie o przejęte przez niego zobowiązania. Jednak zdaniem organu interpretacyjnego nie oznacza to, że cena określona w umowie, stanowiąca zgodnie z art. 14 ust. 1 ustawy o CIT przychód do opodatkowania, może być pomniejszona o tę wartość zobowiązań. Przyjęty sposób działania Wnioskodawcy wynika bowiem jedynie z ustalonych w umowie wzajemnych rozliczeń stron transakcji. Według Dyrektora KIS taka sytuacja na gruncie prawa podatkowego nie może różnić się od sytuacji, w której spółka najpierw dokonuje sprzedaży ZCP, a w dalszej kolejności sama spłaca związane z nią długi.

Sąd przyznał rację fiskusowi

Podatnik zaskarżył otrzymaną interpretację do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, jednak ten w całości podzielił argumentację organu. W wyroku z 11 września 2018 r., sygn. I SA/Bd 470/18, skład orzekający uznał, iż przychód podatkowy nie może ograniczać się do kwoty uiszczanej przez nabywcę. W rozumieniu przepisu ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych przychodem z odpłatnego zbycia ZCP jest cena wynikająca z umowy sprzedaży, która powinna co do zasady odpowiadać wartości rynkowej. Zdaniem Sądu organ słusznie przyjął więc, że jeżeli spółka w cenie sprzedaży ZCP uwzględniła przejęte zobowiązania, to przychód z tego tytułu obejmuje należność od nabywcy, tj. kwotę do zapłaty przez nabywcę pomniejszoną o przejęte przez niego zobowiązania. W rezultacie Sąd, mając na uwadze opisane okoliczności, oddalił skargę podatnika, aczkolwiek wyrok w tej sprawie nie jest jeszcze prawomocny, a sprawa będzie rozpoznawana również przez Naczelny Sąd Administracyjny, który może zająć inne stanowisko.

Podatniku, radź sobie sam

Niejasne i mało precyzyjne przepisy podatkowe to niewątpliwie jeden z czynników utrudniających przedsiębiorcom prowadzenie działalności gospodarczej. Stanowisko zaprezentowane w omawianej sprawie przez fiskusa i sąd administracyjny nie jest bowiem do końca przekonujące, a z przedstawioną argumentacją można polemizować. Kwestia, czy zobowiązania związane ze zbywaną częścią przedsiębiorstwa, jakkolwiek uwzględnione w jego cenie, w istocie należy uwzględnić w przychodzie do opodatkowania z tego tytułu, wydaje się w tym przypadku dyskusyjna, a uzasadnienie wymienionego wyżej wyroku nie dostarcza definitywnej argumentacji na jej poparcie. Niestety w wielu tego rodzaju przypadkach podatnik pozostawiony jest sam sobie, gdyż wbrew ustawowej zasadzie rozstrzygania wątpliwości na jego korzyść, zarówno organy, jak i sądy niechętnie się na tę regułę powołują. Oczywiście nie oznacza to, że nie należy z fiskusem dyskutować. Warto jednak odpowiednio wcześnie „uzbroić” się w argumenty na obronę naszego stanowiska i nie zrażać się nieprzejednaną postawą urzędników. Każda sprawa podatkowa ma indywidualny charakter, dlatego w sporze z organem nie należy zatrzymywać się wpół drogi, lecz skorzystać ze wszystkich dostępnych środków. Orzecznictwo sądów administracyjnych, zarówno wojewódzkich, jak i NSA, zdecydowanie nie należy bowiem do stabilnych i może się okazać, że w naszym konkretnym przypadku sędziowie spojrzą na sprawę z nowej perspektywy, przełamując nieprzychylną linię orzeczniczą. Z tego względu kluczowe jest zaprezentowanie Sądowi mocnych argumentów na poparcie swoich racji, jak również przedstawienie okoliczności przemawiających na korzyść podatnika. Wsparcie doświadczonego pełnomocnika to niewątpliwie dobry środek do osiągnięcia tego celu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Szara strefa na rynku alkoholi to 2 mld złotych straty budżetu rocznie

Uregulowanie kwestii prawnych, podatkowych i akcyzowych dotyczących szeroko rozumianych alkoholi w Polsce jest bardzo pożądane. Uzyskany efekt – na co najmniej kilka lat – stabilizacji polityki w tym zakresie przyczyniłby się do produkcji i eksportu polskich produktów. W Stanach Zjednoczonych to właśnie prohibicja przyczyniła się do powstania słynnej mafii chicagowskiej. Nie ma oczywiście żadnych potwierdzonych danych na temat tego rodzaju działalności, ale szacuje się, że 15-20 proc. rynku wyrobów spirytusowych w Polsce to udział nielegalnej, nieopodatkowanej strefy produkcji i dystrybucji.

–  Rynek polski jest ustabilizowany, należy jednak szukać możliwości zwiększenia potencjału silnych rodzimych firm przez rozwój eksportu towarów na zagraniczne rynki – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Szumowski, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka –  Stabilizacja to także walka z szarą strefą, która wzrasta wraz z wysokością podatków i akcyzy. Dotyczy to przemytu towarów zza wschodniej granicy i wytwarzania bimbru – nielegalnego alkoholu odkażanego ze spirytusu  technicznego. Taka sytuacja powoduje, że rocznie około 2 miliardy złotych nie trafiają do budżetu państwa z tytułu podatku akcyzowego. Dla producentów to utrata części rynku, ale także – w przypadku podrabianego alkoholu – uderzenie w dobre imię marek, często promowanych, o wysokiej renomie, które mogą na tym znacząco tracić – dodał Szumowski.

W centrum uwagi szczyt G20. Dojdzie do handlowego pojednania?

Publikacja inflacji w listopadzie i harmonogramu podaży obligacji w grudniu powinna okazać się wsparciem dla rynku długu. Niepewności dot. wyniku szczytu G20 ogranicza spadki dolara. Kurs EUR/USD zatrzymał się w okolicach 1,14 co pozwala EUR/PLN utrzymywać poziomy poniżej 4,29.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Czwartkowa sesja przyniosła wyhamowanie wzrostu kursu EUR/USD i ostatecznie pozwoliła na utrzymanie notowań EUR/PLN w okolicach 4,285 czemu towarzyszyła jednak bardzo duża zmienność. Po gołębich wypowiedziach J.Powella wyraźnie uderzających w nastroje względem dolara, waluta amerykańska wsparcie znalazła w publikacjach ze strefy euro wskazujących na pogarszanie się sentymentu w gospodarce (spadek indeksu do 109,5 w listopadzie). Dolarowi nadal pomagają też utrzymujące się obawy inwestorów przed rozpoczynającym się w piątek szczytem G20, podczas którego ma dojść do rozmów Trumpa z przywódcą Chin Jinpingiem dot. handlu. Mało prawdopodobne jest, że między Waszyngtonem a Pekinem szybko dojdzie do handlowego pojednania. Przy takim założeniu apetyt na ryzyko pozostaje ograniczony i dolar przynajmniej do końca roku nie powinien istotnie tracić na wartości, pomimo zmiany tonu Fedu.

Jeszcze dwa miesiące temu prezes Fed twierdził, że stopy procentowe znajdują się daleko od neutralnego poziomu, teraz widzi je nieco poniżej tego poziomu. Choć większość inwestorów w dalszym ciągu oczekuje, że w grudniu stopy w USA wzrosną o 25 pb, to jednak zaczynają zakładać ewentualne, szybsze niż dotychczas oczekiwano zakończenie cyklu podwyżek stóp. Na taką możliwość wskazywały też opublikowane minutes FOMC. Jak się okazało w listopadzie poruszano temat przerwy w podwyżkach stóp i zastanawiano się jak przekazać te plany rynkom. W ostatniej projekcji Fed sygnalizował, że w przyszłym roku dokona trzech podwyżek stóp procentowych. Rynek widzi szanse na jedynie 25 pb. Jeśli Fed rzeczywiście zszedłby z obranej dwa lata temu ścieżki, pokazując to w grudniowej projekcji, wówczas dolar mógłby znaleźć się pod presja, przynajmniej z monetarnego punktu widzenia. Obecnie wzrosty EURUSD zatrzymały się w okolicach 1,14. EUR/PLN po porannym zbliżeniu się do 4,297 czwartek zakończył przy 4,285 dodatkowo wspierany rozczarowującymi danymi inflacyjnymi z USA wspierającymi wolniejsze tempo podwyżek stóp przez Fed (bazowy indeks PCE w październiku na poziomie 1,8% wobec 1,9% oczekiwanych).

Na rynku stopy procentowej czwartek przyniósł spadek rentowności obligacji na całej długości krzywej jeszcze przed przetargiem zmiany. Była to reakcja na globalną zmianę nastrojów (dochodowości US Treasuries po wypowiedzi prezesa Fed spadły o 6-7 pb). Ostatecznie na aukcji MF sprzedało obligacje za 6,8 mld PLN (prognoza PKO: 6 mld PLN). Po porannym umocnieniu rynku uzyskano ceny znacznie wyższe niż można było zakładać w środę. Większość papierów uplasowano na środku i dłuższym końcu krzywej. W krótkiej perspektywie rynek może otrzymać wsparcie ze strony wstępnego odczytu inflacji w listopadzie i publikacji kalendarza grudniowych aukcji. Rynek oczekuje wzrostu inflacji o 1,5%-1,6% r/r wobec 1,8% w październiku. Biorąc pod uwagę trendy na rynku paliw, możliwe jest jednak zejście CPI poniżej dolnej granicy odchyleń od celu NBP (1,5%). To z kolei umożliwiłoby w grudniu spadek inflacji w pobliże 1,2-1,3%. Taka zmiana ścieżki inflacyjnej byłaby istotna, ponieważ przyszłoroczny wzrost cen energii nie byłby tak dotkliwy dla gospodarki, jak przewidują prognozy rynkowe. Wówczas nawet przy założeniu przyjęcia przez URE wniosków o podwyżki cen prądu, inflacja w 2019 r. wzrosłaby w okolice celu inflacyjnego, co umożliwi NBP utrzymanie stabilnej polityki pieniężnej.

W piątek poznamy harmonogram grudniowej aukcji. Prawdopodobnie MF zorganizuje aukcję zamiany (14 XII). Chociaż sprzedaż będzie uzależniona od popytu, to może wynieść 7-8 mld PLN. Umiarkowane plany emisyjne MF powinny średnioterminowo wspierać rynek długu.

Wykres dnia: Wartość wyemitowanych obligacji skarbowych na tegorocznych aukcjach zamiany (mld PLN).

Wartość wyemitowanych obligacji skarbowych na tegorocznych aukcjach zamiany
Źródło: Ministerstwo Finansów

Autorzy: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Start szczytu G20. Nadzieje na kompromis USA i Chin

Koniec miesiąca i start szczytu G20 nakładają się na siebie, co może przynieść wszystko i nic w kwestii zmienności rynku. Nadzieje na kompromis w relacjach USA i Chin są wygórowane, a sprzeczne komentarze podnoszą niepewność. Kalendarz makro wygląda na obfity, ale raczej będzie stanowił tylko tło.

Szczyt G20 rzadko przynosi decyzje, które diametralnie odmieniają światową sytuację gospodarczą, więc zwykle ich wpływ na rynki finansowe jest znikomy. Ty razem sporo uwagi przywiązuje się do prywatnego spotkania prezydenta USA Trumpa z prezydentem Chin Xi, gdzie głównym tematem rozmów mają być relacje handlowe. W ostatniej puli prasowej otoczki spotkania, WSJ twierdzi, że strony szukają sposobów, by ostudzić napięcia handlowe. W grę może wchodzić zamrożenie do wiosny przez USA ceł na dobra z Chin, ale w zamian Pekin musi zrewidować swoją politykę gospodarczą. Na ile wydają się to sensowne postulaty, nie znajdują poparcia w aktywności Trumpa na Twitterze, gdzie wczoraj napisał, że cła przynoszą USA miliardy dolarów i jest daleka droga do ich odwołania. Im mniej przekonania będą mieli dziś inwestorzy, by wierzyć w kompromis, tym większe zaskoczenie po weekendzie, jeśli rozmowy przyniosą postęp. Byłby to istotny impuls dla walut rynków wschodzących i rynku akcji, a jednocześnie odbierający USD moc nadana przez napływ kapitału szukającego bezpiecznej przystani. Można by nawet było oczekiwać wyprzedającego budowania spekulacyjnych pozycji na weekend, gdyby prezes Powell swoim gołębim komentarzem ze środy nie zachwiał równowagą rynkową. Teraz porcja cofnięcia USD i umocnienia ryzykownych aktywów jest głębszym ryzykiem, jeśli szczyt G20 nie pójdzie po myśli optymistów. Oczekiwałbym, że rynek weźmie dziś na wstrzymanie i poczeka na fakty. Koniec miesiąca to też pretekst do przetasowań w pozycjach, ale większość decyzji została podjęta w ostatnich dwóch dniach.

Kalendarz publikacji jest bogaty, ale w rzeczywistości mało pierwszorzędnych pozycji, które mogłyby wyraźnie wpłynąć na rynek. Inflacja z Eurolandu jest na pierwszym miejscu, ale po wczorajszym rozczarowaniu w odczytach z Niemiec rynek już jest przygotowany na wynik poniżej konsensusu (2 proc. r/r). EUR/USD nie znajdzie impulsu do wzrostów z informacji powiązanych z Eurolandem i pozostają funkcją dolara i ogólnego sentymentu. W Polsce po raz pierwszy poznamy strukturę wzrostu gospodarczego w III kw., co będzie interesującym poszukiwaniem źródeł utrzymania imponującej dynamiki 5,1 proc. r/r. Silniejsze znaczenie odbicia inwestycji byłoby miłą niespodzianką. Po CPI za listopad spodziewamy się spadku do 1,7 proc. r/r (konsensus: 1,6 proc.), ale przy RPP na autopilocie pewnie aż do 2020 r., dane nie zmienią wiele. Po południu wrześniowy odczyt PKB z Kanady (prog. 2 proc.) będzie ostatnią publikacją z górnej półki przed przyszłotygodniowym posiedzeniem Banku Kanady. Oznaki spowolnienia gospodarczego w ślad za sygnałami ze świata mogą przeważyć na rzecz złagodzenia stanowiska banku centralnego i podać w wątpliwość styczniową podwyżkę stopy procentowej. Poza tym na CAD ciąży załamanie ropy naftowej i zmienność tutaj mogą mieć większe znaczenie dla perspektywy loonie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firma Rodzinna Roku 2018

Rodzinność mają we krwi, społeczną odpowiedzialność w swoim DNA, a zysk jest wynikową ich ciężkiej pracy. Poznaliśmy najbardziej odpowiedzialne społecznie firmy rodzinne w Polsce.

– Prawdziwi liderzy nie patrzą na to, co jest najlepsze dla ich firm. Patrzą na to, co jest najlepsze dla świata. Takich liderów spotykamy wśród uczestników konkursu Firma Rodzinna Roku – podsumowała tegoroczną edycję dr Adrianna Lewandowska, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego. Podczas uroczystej gali 29 listopada 2018 w Poznaniu nagrodzono kilkanaście firm rodzinnych, które swoją postawą udowadniają, że w dzisiejszym świecie da się prowadzić odpowiedzialny społecznie biznes oparty na wartościach – bo rodziny biznesowe nie pozostają obojętne na swoje otoczenie, dobro i rozwój lokalnej społeczności. Tytuł Firmy Rodzinnej Roku 2018 zdobyła firma TDJ.

W konkursie Firma Rodzinna Roku – kreator odpowiedzialności biznesowej i społecznej Instytut Biznesu Rodzinnego wyłania i promuje firmy, które znakomicie potrafią osiągnąć balans pomiędzy biznesową skutecznością a społeczną odpowiedzialnością – są to w większości firmy rodzinne, których działania społeczne są głęboko zakorzenione, a firmy nie zawsze chcą się nimi chwalić, uważając, że to coś naturalnego, to ich DNA. Częstokroć robią dla lokalnych społeczności więcej od szarych, anonimowych korporacji, które CSR wykorzystują do ocieplenia swojego wizerunku. Sekret odpowiedzialnych społecznie firm rodzinnych przejawia się przede wszystkim w zarządzaniu przez wartości – wartości, które przez lata i kolejne pokolenia właścicieli są krzewione i pielęgnowane w rodzinie biznesowej.

Jesteśmy firmą rodzinną aktywną na rynku od ponad 40 lat. Blisko 10 lat temu rozpoczęliśmy transformację TDJ w kierunku firmy inwestycyjnej, prowadzącej zdywersyfikowaną działalność biznesową. Obecnie realizujemy strategię na lata 2018-2022 z intencją dalszego rozwoju w kolejnych projektach i branżach, zarówno tradycyjnych jak i nowych, najbardziej perspektywicznych. Wraz z rozwojem biznesowym firmy, poprzez TDJ Foundation, z jeszcze większym entuzjazmem możemy angażować się w inicjatywy wspierające edukację i rozwój dzieci i młodzieży. Wyróżnienie, które zwraca uwagę nie tylko na efektywność naszej działalności, ale przede wszystkim na wartości, jakimi kierujemy się każdego dnia, ma dla nas wyjątkową wartość – powiedział Tomasz Domogała, właściciel i przewodniczący Rady Nadzorczej TDJ, laureata konkursu Firma Rodzinna Roku 2018.

Wspomniana troska o najbliższe otoczenie firmy częstokroć wpływa na budowę zaufania społecznego do rodzinnej firmy, tak w oczach pracowników, ich rodzin, jak i pozostałych członków lokalnych społeczności. Ma to wpływ również na kontekst planowanych zmian sukcesyjnych.

– Właściciele rodzinnych biznesów zdają sobie sprawę, że chcąc przekazać firmę w ręce następnego pokolenia powinni wypracować i utrzymywać silną reputację wśród klientów, pracowników, partnerów, a także lokalnego środowiska. Często inicjatywy rodzą się jednak w sposób naturalny, jako że firmy te świetnie zdają sobie sprawę z potrzeb swojego otoczenia, utożsamiają się z jego problemami. Pozwala to efektywnie na nie odpowiedzieć. Dzięki temu sukces przedsiębiorstwa rodzinnego nierzadko przekłada się na sukces miejsca, w którym ono działa – komentuje Piotr Michalczyk, Partner w PwC, Lider Praktyki Polskich Firm Prywatnych.

Bardzo zmienia się świadomość tego, czym jest firma rodzinna, również wśród samych właścicieli firm. Jednym z pierwszych właścicieli dużego biznesu w Polsce, który dostrzegł, że jego firma to tak naprawdę rodzinny projekt dla kolejnych pokoleń, jest Marek Piechocki, założyciel gdańskiej firmy odzieżowej LPP, laureat nagrody specjalnej za świadome budowanie marki firmy rodzinnej. Wyróżniona została filozofia zmiany świadomości i perspektywy patrzenia na swój biznes. – Wielu polskich przedsiębiorców, którzy podobnie jak my w LPP rozpoczynali działalność w Polsce na początku okresu transformacji, stoi obecnie przed wyzwaniem zachowania ciągłości swojego biznesu. To historyczny moment, ale i duża odpowiedzialność. Dla mnie gwarancją rozwoju firmy była decyzja o zachowaniu jej rodzinnego charakteru. Chcę zabezpieczyć firmę przed sprzedażą i zapewnić przyszłość jej pracownikom. W LPP wspólnie budujemy silne marki i zamierzamy stać się wizytówką Polski na świecie, udowadniając, że możemy nie tylko stworzyć coś wartościowego, z czego będziemy dumni, ale też przekazać to następnym pokoleniom – mówi Marek Piechocki, Prezes Zarządu LPP.

Nagrodę główną zdobył TDJ, a wśród nagrodzonych i wyróżnionych znalazły się m.in.:

  • Ceramika Paradyż sp. z o. o – nagroda w kategorii Duże Przedsiębiorstwo,
  • Fabryka Mebli Biurowych MARO sp. z o. o. – nagroda w kategorii Średnie Przedsiębiorstwo,
  • Nowatech Sp. z o.o. – nagroda w kategorii Małe Przedsiębiorstwo,
  • Dylczyk Business Art. – nagroda w kategorii Mikro Przedsiębiorstwo,
  • LPP S.A. – wyróżnienie specjalne za świadome budowanie marki firmy rodzinnej,
  • W.P.I.P. Sp. z o.o. Sp. k. – wyróżnienie specjalne za nieustanny rozwój społecznej odpowiedzialności biznesu w drugim pokoleniu.

Pozostali wyróżnieni to: ANDRE ABRASIVE ARTICLES Sp. z o.o. Sp. k., ZPUE S.A., Arche SP. z o.o., Grupa TENSE sp. z o.o. sp.k., Delia Cosmetics sp. z o.o., Elterm M. M. Kaszuba Sp. j., F.B.I. TASBUD S.A., Nexbud S. Kęska, Szkłoland Sp. z o.o., Dogmat Systemy S.A., Energika, M. Szamałek Z. Szamałek Sp. J. oraz Przetwórnia GIL Sp. z o.o.

– Firmy rodzinne swoją społeczną odpowiedzialność mają w swoim DNA, korzeniach i wartościach. To właśnie biznesy rodzinne często wspierają lokalne inicjatywy. I to bez wielkich akcji public relations czy kampanii marketingowych. Mamy nadzieję, że te piękne działania, szczególnie średnich i małych firm, nie zostaną ograniczone przez planowane zmiany związane z wprowadzeniem daniny solidarnościowej – mówi dr Adrianna Lewandowska.

Organizatorem Konkursu jest Instytut Biznesu Rodzinnego, a partnerami tegorocznej edycji są: UBS, PwC, CMT Advisory oraz Funk.

Do tej pory tytułem #FirmaRodzinnaRoku w Polsce zostały nagrodzone następujące przedsiębiorstwa:

Firma Rodzinna Roku 2015 – NOVOL Sp. z o.o., Firma Rodzinna Roku 2016 – Grupa Raben, Firma Rodzinna Roku 2017 – Oknoplast Sp. z o.o., Firma Rodzinna Roku 2018 – TDJ S.A.