Coraz więcej Polaków nie radzi sobie ze spłatą kwoty wyższej niż 10 tys. zł. Skuteczną metodą wyjścia z długów może być odpowiednie planowanie i zbieranie rachunków

Coraz więcej Polaków nie radzi sobie ze spłatą kwoty wyższej niż 10 tys. zł. Skuteczną metodą wyjścia z długów może być odpowiednie planowanie i zbieranie rachunków 1

Polacy mają coraz większe trudności ze spłatą kwoty wyższej niż 10 tys. zł. Na koniec ubiegłego roku taki problem miało około 39 proc. dłużników, z kolei na koniec września było ich już ponad 40 proc. Według ekspertów BIG InfoMonitora odpowiednia dyscyplina, planowanie i zbieranie przez kilka tygodni rachunków, mogą być skuteczną metodą na wyjście z długów.  

– Z długów można wyjść, trzeba próbować. Im mniejsze, tym większa szansa żeby to zrobić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Kochalska, ekspert Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor. – Psycholog, który prowadzi Program Wsparcia Zadłużonych zachęca, aby zdiagnozować się i zrobić sobie test 15 pytań. Jeśli na większość odpowiemy twierdząco, oznacza że powinniśmy się przyjrzeć bliżej finansom, zrobić porządek, zacząć od remanentu tego co mamy, pomyśleć, jakie mamy przyzwyczajenia, które mogą powodować, że te problemy finansowe się pogłębiają. Należy nauczyć się odróżniać potrzeby od zachcianek. Sprzedać zbędne rzeczy, co pomoże uregulować część długów, a także spróbować poszukać dodatkowych źródeł dochodu. 

Zdaniem ekspertki skuteczną metodą na wyjście z długów może być zbieranie przez kilka tygodni rachunków i refleksja, które wydatki są konieczne, a które zbędne. Można też poprosić o pomoc eksperta finansowego lub  fachowców z bezpłatnych punktów pomocy prawnej, lub wsparcia zadłużonych. Ważne jest, by ułożyć realistyczny plan spłat i konsekwentnie się go trzymać. Oczywiście w gorszej sytuacji są osoby, których długi znacząco przekraczają przychody.

– Osoby które mają już długi na ogromną skalę, powinny rozważyć ogłoszenie upadłości konsumenckiej. Takie rozwiązanie jest możliwe, należy się zgłosić do sądu, wypełnić wcześniej odpowiedni wniosek, którego koszt to 30 zł – wyjaśnia Halina Kochalska. – Z prośbą do sądu o upadłość konsumencką mogą się zgłaszać osoby, które w raczej niezawiniony sposób wpadły w tarapaty finansowe. Życie potrafi negatywnie zaskakiwać, wypadki losowe się zdarzają. Upadłość to rozwiązanie dla osób, które nie są już w stanie z bieżących dochodów pokrywać swoich podstawowych potrzeb oraz spłaty zobowiązań które na nich ciążą.

Między czerwcem a wrześniem w Polsce przybyło 33,7 tys. nowych niesolidnych dłużników. Co prawda wzrósł w tej grupie udział osób, które mają do spłacenia 10 tys. złotych i więcej. Jednak na więcej niż co czwartym dłużniku ciąży kwota nieprzekraczająca 2 tys. zł.

– Z naszych danych w rejestrze dłużników BIG InfoMonitor oraz z bazy BIK widać, że większą część tej sumy, bo prawie 40 mld, stanowią zobowiązania pozakredytowe, czyli te, które wydają się często najdrobniejsze: bieżące płatności, rachunki różnego rodzaju, raty pożyczek na niższe sumy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Kochalska, ekspert, Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor. – Tutaj dokładają swoje żądania do rejestru dłużników firmy windykacyjne, które, trzeba zaznaczyć, mogą, owszem, windykować również na rzecz banków, ale nie tylko.

Średnia kwota zadłużenia przypadająca na jednego niesolidnego dłużnika wzrosła w ostatnim kwartale z 26 tys. zł do 26,6 tys. zł. Najgorzej wypada Polska Zachodnia, zwłaszcza województwa zachodniopomorskie, lubuskie i dolnośląskie, gdzie na 1000 osób, które ukończyły 18 lat, odpowiednio 114, 115 i 113 nie daje rady opłacać terminowo swoich zobowiązań. Przeciwieństwo stanowi Polska Wschodnia, gdzie w województwach podlaskim, lubelskim, podkarpackim, małopolskim oraz świętokrzyskim na 1000 osób przypada od 48 do 68 niesolidnych płatników – wynika z danych BIG InfoMonitor oraz BIK.

– Na liście rekordzistów, którzy mają problemy z obsługą bieżących zobowiązań, rat kredytów i pożyczek, jest mężczyzna, mieszkaniec województwa lubelskiego, 62-latek ma do oddania 68,5 mln złotych. Następny to mieszkaniec Podkarpacia, 56-latek ma do zwrotu niemalże 47 mln złotych – wylicza Halina Kochalska. – Kolejny rekordzista to też mężczyzna, mieszkaniec województwa mazowieckiego z długiem w granicach 46 mln złotych, ale warto zaznaczyć, że w pierwszej dziesiątce są też kobiety. Jedna z nich, mieszkanka Mazowsza, ma jedynie 36 lat, a już zgromadziła ponad 37 mln złotych długów. Takich milionowych rekordzistów mamy w bazach około 400.

Polskie wzornictwo przemysłowe zdobywa coraz większe uznanie. Dwa polskie projekty w finale prestiżowego konkursu

Polskie wzornictwo przemysłowe zdobywa coraz większe uznanie. Dwa polskie projekty w finale prestiżowego konkursu 2

Szybki rozwój internetu rzeczy przekłada się na rosnącą popularność rozwiązań typu smart home. Producenci takich urządzeń stawiają silny akcent już nie tylko na ich funkcjonalność, ale także unikalny design. Polskie wzornictwo przemysłowe cieszy się coraz większym uznaniem, co potwierdza fakt, że w finale tegorocznego konkursu DesignEuropa Awards znalazły się dwa polskie projekty. Jury doceniło system do samodzielnej kontroli piersi w domu firmy Braster oraz inteligentny wideodomofon firmy FIBARO, zaprojektowany przez Macieja Fiedlera.

– Internet rzeczy coraz bardziej się rozprzestrzenia, coraz więcej urządzeń pojawia się na rynku, ale też w naszych domach. Dlatego przykładamy szczególną uwagę do takiego projektowania ich, aby nie były widoczne w pomieszczeniach, aby dopasowywały się do otoczenia, tak żeby osoba, która wchodzi do pomieszczenia, na pierwszy rzut oka ich nie zauważała. Z drugiej strony te urządzenia pełnią funkcje bezpieczeństwa, pilnują naszego komfortu i dbają o nasze lepsze życie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Gdyk, design director FIBARO.

Szybki rozwój internetu rzeczy i miniaturyzacja, w połączeniu z zabieganym stylem życia konsumentów, przekładają się na rosnącą popularność rozwiązań z zakresu smart home. Według raportu opracowanego przez Lucintel rynek inteligentnych rozwiązań dla domu będzie rozwijać się w tempie 9,5 proc. rocznie i osiągnie wartość 107,5 mld dolarów do 2023 roku. Producenci urządzeń, które wpisują się w trend smart home, stawiają mocny akcent już nie tylko na ich funkcjonalność, ale także dobry design, dlatego takie sprzęty mogą nierzadko stanowią też ozdobę mieszkania.

– Od początku kładliśmy nacisk na design, od początku tworzenia naszych produktów zwracaliśmy uwagę na detale, ale i funkcjonalności, bo wysoka technologia ma dla nas ogromne znaczenie. Wszystko to łączymy tak, żeby nasze produkty były zaawansowane technologicznie, kompatybilne z innymi urządzeniami w internecie rzeczy, a zarazem pięknie wyglądały – mówi Łukasz Gdyk.

Jak podkreśla, w przypadku firm, dla których liczy się zarówno funkcjonalność, jak i design produktów, bardzo ważna jest ochrona własności intelektualnej i patentowanie swoich wzorów przemysłowych, ponieważ na rynku pojawiają się naśladowcy.

– Inne przedsiębiorstwa z branży zaczynają nas kopiować, podrabiać nasze urządzenia. Klientowi końcowemu może się wydawać, że to nasz produkt. Niestety bardzo często zdarzają się podróbki i to jest bardzo krzywdzące dla naszej marki – zarówno pod względem finansowym, jak i wizerunkowym. Dlatego bardzo ważne jest to, żeby patentować wzory przemysłowe i to właśnie robimy. Obecnie posiadamy ponad 150 patentów – mówi Łukasz Gdyk.

Na światowym rynku design „made in Poland” cieszy się coraz większym uznaniem, co potwierdza fakt, że w finale tegorocznego konkursu DesignEuropa Awards znalazły się dwa polskie wzory przemysłowe. Jury doceniło system do samodzielnej kontroli piersi w domu firmy Braster oraz inteligentny wideodomofon firmy FIBARO, zaprojektowany przez Macieja Fiedlera.

FIBARO Intercom to urządzenie bardzo zaawansowane technologicznie – pierwsze w naszej firmie, które posiada tak dużą ilość technologii. Pozbawiliśmy to urządzenie wszelkich przycisków, został tylko jeden główny. Stworzyliśmy obracającą się tarczę, za pomocą której możemy otworzyć drzwi, furtkę czy bramę garażową. Samo urządzenie potrafi streamować wideo na naszą komórkę, posiada  technologię infrared, dzięki której jest wyposażone w tryb dzienny i nocny, co pozwala zobaczyć najmniejsze szczegóły nawet w środku nocy. Drzwi czy bramę można otworzyć za pomocą obrotowej obręczy poprzez wstukanie PIN-u, ale też poprzez zbliżenie smartfona lub z poziomu aplikacji – mówi Gdyk.

Prestiżowy konkurs DesignEuropa Awards jest zorganizowany przez Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO). Jego celem jest uhonorowanie dobrego wzornictwa oraz zarządzania wzorami przemysłowymi wśród właścicieli zarejestrowanych wzorów przemysłowych ZWW, niezależnie od tego, czy są oni prywatnymi właścicielami praw, małymi firmami czy dużymi przedsiębiorstwami. ZWW jest jednolitym prawem własności intelektualnej, regulowanym przez EUIPO, ważnym we wszystkich 28 państwach członkowskich UE.

Tegoroczna ceremonia wręczenia nagród DesignEuropa Awards odbyła się 27 listopada w Centrum Konferencyjnym POLIN w Warszawie. Nagrodę główną w kategorii dla małych i nowo utworzonych przedsiębiorstw zdobył Air.Go 2.0 – automatyczny system nadawania bagażu zaprojektowany przez firmę Marcus Pedersen ApS. W kategorii przemysł nagrodę zdobyło zrobotyzowane ramię C ARTIS pheno firmy Siemens Healthcare, natomiast nagroda za całokształt osiągnięć trafiła do Hartmuta Esslingera, który jest obecnie jednym z najbardziej wpływowych designerów. Jest znany m.in. ze współpracy ze Stevem Jobsem i firmą Apple, lecz również z Sony, Microsoft, Lufthansą czy Disneyem.

Ponad połowa Polaków chce pomagać w okresie przedświątecznym. Najchętniej wspierają oni chore i potrzebujące dzieci

Ponad połowa Polaków chce pomagać w okresie przedświątecznym. Najchętniej wspierają oni chore i potrzebujące dzieci 3

Święta Bożego Narodzenia to czas, w którym Polakom łatwiej otwierają się serca i portfele. Pomaganie najczęściej jest działaniem spontanicznym – 65 proc. społeczeństwa przyznaje, że pomaga pod wpływem chwili. Najpopularniejszą formą działalności dobroczynnej jest wrzucanie pieniędzy do „puszki” ustawionej przy kasie w sklepie. Polacy najchętniej wspierają pokrzywdzone przez los dzieci. 

Jak pokazuje badanie przeprowadzone przez Maison&Partners na zlecenie sieci SMYK, 51 proc. Polaków deklaruje chęć wspierania potrzebujących w okresie przedświątecznym. Najczęściej jest to działanie spontaniczne – 65 proc. badanych przyznaje, że decyzję o udzieleniu pomocy podejmuje pod wpływem chwili. Tylko 7 proc. ankietowanych stwierdziło, że ich działalność charytatywna jest zaplanowana i systematyczna. Najczęstszą, deklarowaną przez ponad 80 proc. respondentów, formą wspierania potrzebujących jest wrzucenie pieniędzy do „puszki” ustawionej przy kasie w sklepie. Zdaniem ekspertów wzmożona skłonność do działalności charytatywnej wiąże się z charakterem świąt Bożego Narodzenia.

 Te święta łączą się z otwartością na innych, na obcych. Drugi psychologiczny czynnik jest związany z pozytywnymi bodźcami, których ten okres nam dostarcza, chociażby pozytywne emocje związane z tym, że ktoś jest zadowolony, odczuwa wdzięczność, radość z naszego powodu – mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Marchlewska z Maison & Partners.

Zgodnie z badaniem Polacy najchętniej wspierają najmłodszych pokrzywdzonych przez los. 44 proc. respondentów zadeklarowało pomoc dla chorych dzieci, 35 proc. natomiast za swój cel uznało wsparcie dzieci znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej. Zdaniem ekspertów Polacy są szczególnie skłonni do przekazywania pomocy na konkretny cel.

– Jeżeli znamy dokładny cel tej pomocy i możemy później w jakiś sposób doświadczyć wdzięczności tych osób, czy zobaczyć, jak ta pomoc wygląda w rzeczywistości, to jesteśmy bardziej skłonni przeznaczać te środki dla innych – mówi Marta Marchlewska.

W kalendarz przedświątecznych akcji charytatywnych od 11 lat wpisana jest Wielka Zbiórka prowadzona przez Komitet Ochrony Praw Dziecka we współpracy z siecią SMYK. W trakcie jej trwania każdy klient przy okazji zakupów w jednym ze sklepów sieci może wrzucić pieniądze do znajdujących się przy kasach skarbonek. Puszki, oznaczone logiem KOPD, zostały ustawione w ponad 170 placówkach SMYK. Zebrane w ten sposób pieniądze Komitet Ochrony Praw Dziecka przeznaczy na kompleksowe wsparcie dzieciom, które doświadczyły agresji, oraz ich rodzinom.

 Zbieramy pieniądze na to, żeby dzieciom z trudnych, dysfunkcyjnych rodzin albo też z rodzin z problemami, żyło się lepiej, żeby te dzieci wiedziały, że zawsze jest ktoś do kogo się mogą zwrócić – mówi Karolina Malinowska, modelka.

Pomoc udzielana przez KOPD obejmuje opiekę psychologa, terapeuty mediatora, pedagoga, a także prawników i seksuologów. Komitet Ochrony Praw Dziecka istnieje od 1981 roku, zajmując się kompleksową pomocą dla dzieci i ich rodzin, w tym wsparciem psychologicznym i prawnym, organizacją warsztatów dla rodziców oraz grup wsparcia. Organizacja prowadzi również profilaktykę uzależnień i przeciwdziałania przemocy. Co miesiąc do KOPD trafia ok 220 sygnałów z prośbą o pomoc, także z tzw. dobrych rodzin, w których panuje przemoc fizyczna lub emocjonalna.

– Dzieci do nas same nie dzwonią, ale dzwonią nastolatkowie, rodzice, opiekunowie, nauczyciele, pedagodzy. Umawiamy się na konsultacje i potem podejmujemy decyzję, co dalej, czy jest to terapia krótko- czy długoterminowa, czy są to mediacje, czyli konflikty okołorozwodowe, czy wreszcie porada prawna – mówi Magdalena Stachowiak-Alexandrowicz z Komitetu Ochrony Praw Dziecka.

Pomoc udzielana przez Komitet Ochrony Praw Dziecka zawsze jest bezpłatna. Stąd tak ważna jest współpraca z biznesem. Organizacji stale brakuje bowiem środków na zapewnianie jeszcze lepszego wsparcia ze strony ekspertów oraz prowadzenie kampanii edukacyjnych. Marka SMYK jest jednym z najstarszych i strategicznych partnerów Komitetu Ochrony Praw Dziecka, a prowadzona z nią akcja Wielka Zbiórka staje się coraz bardziej rozpoznawalna wśród Polaków.

Tegoroczna, jedenasta już, edycja akcji Wielka Zbiórka została zainaugurowana 28 listopada.

Ponad połowa Polaków chce pomagać w okresie przedświątecznym. Najchętniej wspierają chore i potrzebujące dzieci

Ponad połowa Polaków chce pomagać w okresie przedświątecznym. Najchętniej wspierają chore i potrzebujące dzieci 4

Święta Bożego Narodzenia to czas, w którym Polakom łatwiej otwierają się serca i portfele. Pomaganie najczęściej jest działaniem spontanicznym – 65 proc. społeczeństwa przyznaje, że pomaga pod wpływem chwili. Najpopularniejszą formą działalności dobroczynnej jest wrzucanie pieniędzy do „puszki” ustawionej przy kasie w sklepie. Polacy najchętniej wspierają pokrzywdzone przez los dzieci. 

Jak pokazuje badanie przeprowadzone przez Maison&Partners na zlecenie sieci SMYK, 51 proc. Polaków deklaruje chęć wspierania potrzebujących w okresie przedświątecznym. Najczęściej jest to działanie spontaniczne – 65 proc. badanych przyznaje, że decyzję o udzieleniu pomocy podejmuje pod wpływem chwili. Tylko 7 proc. ankietowanych stwierdziło, że ich działalność charytatywna jest zaplanowana i systematyczna. Najczęstszą, deklarowaną przez ponad 80 proc. respondentów, formą wspierania potrzebujących jest wrzucenie pieniędzy do „puszki” ustawionej przy kasie w sklepie. Zdaniem ekspertów wzmożona skłonność do działalności charytatywnej wiąże się z charakterem świąt Bożego Narodzenia.

 Te święta łączą się z otwartością na innych, na obcych. Drugi psychologiczny czynnik jest związany z pozytywnymi bodźcami, których ten okres nam dostarcza, chociażby pozytywne emocje związane z tym, że ktoś jest zadowolony, odczuwa wdzięczność, radość z naszego powodu – mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Marchlewska z Maison & Partners.

Zgodnie z badaniem Polacy najchętniej wspierają najmłodszych pokrzywdzonych przez los. 44 proc. respondentów zadeklarowało pomoc dla chorych dzieci, 35 proc. natomiast za swój cel uznało wsparcie dzieci znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej. Zdaniem ekspertów Polacy są szczególnie skłonni do przekazywania pomocy na konkretny cel.

– Jeżeli znamy dokładny cel tej pomocy i możemy później w jakiś sposób doświadczyć wdzięczności tych osób, czy zobaczyć, jak ta pomoc wygląda w rzeczywistości, to jesteśmy bardziej skłonni przeznaczać te środki dla innych – mówi Marta Marchlewska.

W kalendarz przedświątecznych akcji charytatywnych od 11 lat wpisana jest Wielka Zbiórka prowadzona przez Komitet Ochrony Praw Dziecka we współpracy z siecią SMYK. W trakcie jej trwania każdy klient przy okazji zakupów w jednym ze sklepów sieci może wrzucić pieniądze do znajdujących się przy kasach skarbonek. Puszki, oznaczone logiem KOPD, zostały ustawione w ponad 170 placówkach SMYK. Zebrane w ten sposób pieniądze Komitet Ochrony Praw Dziecka przeznaczy na kompleksowe wsparcie dzieciom, które doświadczyły agresji, oraz ich rodzinom.

 Zbieramy pieniądze na to, żeby dzieciom z trudnych, dysfunkcyjnych rodzin albo też z rodzin z problemami, żyło się lepiej, żeby te dzieci wiedziały, że zawsze jest ktoś do kogo się mogą zwrócić – mówi Karolina Malinowska, modelka.

Pomoc udzielana przez KOPD obejmuje opiekę psychologa, terapeuty mediatora, pedagoga, a także prawników i seksuologów. Komitet Ochrony Praw Dziecka istnieje od 1981 roku, zajmując się kompleksową pomocą dla dzieci i ich rodzin, w tym wsparciem psychologicznym i prawnym, organizacją warsztatów dla rodziców oraz grup wsparcia. Organizacja prowadzi również profilaktykę uzależnień i przeciwdziałania przemocy. Co miesiąc do KOPD trafia ok 220 sygnałów z prośbą o pomoc, także z tzw. dobrych rodzin, w których panuje przemoc fizyczna lub emocjonalna.

– Dzieci do nas same nie dzwonią, ale dzwonią nastolatkowie, rodzice, opiekunowie, nauczyciele, pedagodzy. Umawiamy się na konsultacje i potem podejmujemy decyzję, co dalej, czy jest to terapia krótko- czy długoterminowa, czy są to mediacje, czyli konflikty okołorozwodowe, czy wreszcie porada prawna – mówi Magdalena Stachowiak-Alexandrowicz z Komitetu Ochrony Praw Dziecka.

Pomoc udzielana przez Komitet Ochrony Praw Dziecka zawsze jest bezpłatna. Stąd tak ważna jest współpraca z biznesem. Organizacji stale brakuje bowiem środków na zapewnianie jeszcze lepszego wsparcia ze strony ekspertów oraz prowadzenie kampanii edukacyjnych. Marka SMYK jest jednym z najstarszych i strategicznych partnerów Komitetu Ochrony Praw Dziecka, a prowadzona z nią akcja Wielka Zbiórka staje się coraz bardziej rozpoznawalna wśród Polaków.

Tegoroczna, jedenasta już, edycja akcji Wielka Zbiórka została zainaugurowana 28 listopada.

Rak prostaty może stać się dominującym nowotworem u mężczyzn w Polsce. Świadomość choroby i jej profilaktyki wciąż jest bardzo niska

Rak prostaty może stać się dominującym nowotworem u mężczyzn w Polsce. Świadomość choroby i jej profilaktyki wciąż jest bardzo niska 5

Nowotwór gruczołu krokowego może być uleczalny, warunkiem sukcesu terapeutycznego jest jednak wczesne wykrycie choroby. Polscy mężczyźni niechętnie zgłaszają się jednak na badania profilaktyczne. Z jednej strony jest to dla nich krępująca kwestia, z drugiej – nie mają wystarczającej wiedzy o objawach i leczeniu tego nowotworu. Jak podkreślają eksperci, szeroka edukacja prozdrowotna jest w Polsce niezbędna na równi z dostępem do nowoczesnych leków i metod terapeutycznych.

Rak prostaty to drugi najczęściej rozpoznawany nowotwór u polskich mężczyzn, rocznie diagnozuje się go u blisko 14 tys. pacjentów. Rosnąca liczba nowych zachorowań sprawia, że wkrótce może on stać się dominującym nowotworem w populacji męskiej, nawet przed rakiem płuca. Choć co roku z powodu raka gruczołu krokowego umiera ok. 4 tys. Polaków, diagnoza nie musi być równoznaczna z wyrokiem śmierci. Badania pokazują, że mediana przeżycia pacjenta z dobrze zaplanowanym leczeniem wynosi nawet 5 lat, co czyni raka prostaty chorobą przewlekłą. Podstawą sukcesu terapeutycznego jest wczesne wykrycie nowotworu, świadomość Polaków w zakresie profilaktyki i diagnostyki nowotworu prostaty jest jednak bardzo niska.

 Jako parlamentarzyści z komisji zdrowia uważamy, że powinien być wprowadzony przedmiot do szkoły podstawowej o profilaktyce zdrowia. W przypadku chorób urologicznych to lekarz rodzinny powinien zwrócić uwagę na zachowania prozdrowotne i badania wczesnodiagnostyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes poseł Marek Hok, przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. onkologii.

Podstawowym badaniem stosowanym w diagnostyce nowotworu prostaty jest badanie per rectum, wykonywane zarówno przez lekarza rodzinnego, jak i urologa. Znacznie lepsze efekty dają jednak badanie USG przez powłoki brzuszne oraz pomiar stężenia antygenu PSA we krwi. Mężczyźni niechętnie poddają się jednak badaniom profilaktycznym, a także lekceważą pierwsze niepokojące oznaki choroby. Stąd tak duża rola lekarza rodzinnego, który powinien przeprowadzać badanie per rectum u mężczyzn po 45. roku życia lub kierować do specjalisty urologa.

 To jest krępujące dla niektórych mężczyzn, ale edukacja i mówienie o tych chorobach może spowodować, że wykrywalność będzie większa, szybsza, jednocześnie koszty będą mniejsze, a przede wszystkim nasza starzejąca się populacja będzie zabezpieczona przed tak dramatyczną chorobą – mówi Marek Hok.

Równie istotny jak szybka diagnostyka jest dostęp do nowoczesnego leczenia. Zgodnie z ustawą o prawach pacjenta Polacy od 10 lat mają prawo do leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną, praktyka pokazuje jednak, że nie zawsze tak właśnie się dzieje.

To prawo nie jest absolutnie przestrzegane, jednocześnie nikt nie monitoruje de facto, czy te standardy są przestrzegane i czy polscy pacjenci mogą żyć odpowiednio długo albo przynajmniej tak samo długo jak pacjenci w Europie Zachodniej – mówi Wojciech Wiśniewski z Fundacji Onkologicznej Alivia.

Problemem  polskiej urologii i uroonkologii jest także współpraca lekarzy specjalistów w zakresie wyboru odpowiedniej terapii oraz dostęp do nowoczesnych leków, co sprawia, że polscy pacjenci nie są leczenie zgodnie z europejskimi i światowymi standardami. Wbrew nadziejom pacjentów na listopadowej liście refundacyjnej nie pojawiły się nowe leki na zaawansowanego raka prostaty. Urolodzy i pacjenci zwracają również uwagę na potrzebę rozszerzenia programu lekowego przed chemioterapią – dziś do dyspozycji chorzy mają tylko jeden lek, który nie u wszystkich jest skuteczny. W tej sprawie pozytywną rekomendację wydała już Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji.

W ostatnim czasie zwiększyła się dostępność leków pierwszej linii, czyli duża grupa pacjentów może skorzystać z tego leczenia, natomiast wiemy, że nie wszystkie leki, które są w standardzie Europejskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej są dostępne w Polsce. Jednocześnie nie znamy informacji na temat tego, kiedy by to miało się zmienić – mówi Wojciech Wiśniewski.

Podstawowymi metodami terapeutycznymi w przypadku raka gruczołu krokowego są: chemioterapia, radioterapia, hormonoterapia oraz leczenie chirurgiczne polegające na całkowitym usunięciu prostaty. Część z tych terapii jest w Polsce dostępna, wciąż istnieją jednak poważne problemy z wdrażaniem najnowszych zdobyczy nauki i medycyny.

 Bardzo istotnym postulatem jest to, aby nasi urolodzy, chirurdzy onkologiczni mogli korzystać z metody robotów medycznych, które dominują w Europie i na świecie w przypadku raka stercza. Około 80 proc. operacji na gruczole krokowym wykonywanych jest za pomocą laparoskopii albo robotów medycznych, my tego nie mamy – podkreśla Marek Hok.

Zdaniem ekspertów zmianie powinna ulec wycena operacji laparoskopowych. Obecnie nie pokrywa ona kosztów leczenia, mimo że tego rodzaju zabiegi przyspieszają powrót pacjenta do zdrowia, tym samym zmniejszając koszty związane z absencją w pracy i zasiłkami chorobowymi, obciążające budżet państwa.

Postęp w dziedzinie leczenia chorób nowotworowych mierzony jest nie tylko rozwojem technologii medycznych, ale także informatycznych, pozwalających porządkować dane dotyczące choroby i optymalizujących leczenie. W Polsce brakuje jednak dobrze funkcjonujących rejestrów medycznych, które wymagają konsolidacji różnych służb w ramach ochrony zdrowia zbierających dane. Istnieje wprawdzie Krajowy Rejestr Nowotworów, jednak zdaniem ekspertów trudno na jego podstawie jednoznacznie określić liczbę chorych z danym nowotworem złośliwym, sposób ich leczenia i efekty prowadzonej terapii. Informacje te potrzebne są nie tylko do poprawiania jakości leczenia, lecz także analizowania jego kosztów.

– Z mojego punku widzenia, jako że urolog odpowiada za rozpoznanie, ocenę stopnia zaawansowania, wybór strategii leczenia chorych na raka gruczołu krokowego, taki rejestr to potrzeba chwili. Bez tego w dalszej perspektywie nie będzie łatwo sterować procesami związanymi z rozwojem leczenia na tym polu – mówi prof. Artur Antoniewicz, konsultant krajowy w dziedzinie urologii.

Kwestie związane z opieką nad pacjentami chorymi na raka gruczołu krokowego były tematem kolejnego posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. onkologii.

Mamy nadzieję, że postulaty, które kierujemy z tych spotkań, związane z wprowadzeniem najnowszych technologii, nowych leków, trafią do ministra zdrowia i zostaną uznane, a pacjenci onkologiczni chorujący na raka stercza będą mogli z tego skorzystać – mówi Marek Hok.

Pracodawcy szukają sposobów na zatrzymanie pracowników tymczasowych. Część z nich przejdzie na etat

Pracodawcy szukają sposobów na zatrzymanie pracowników tymczasowych. Część z nich przejdzie na etat 6

Z końcem listopada upływa 18-miesięczny limit długości zatrudnienia pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy. W wielu firmach, które opierają się w dużej mierze na pracownikach tymczasowych, może to oznaczać zmianę strategii zatrudnienia. 10 proc. tych pracowników prawdopodobnie znajdzie stałe zatrudnienie u danego pracodawcy – szacuje Polskie Forum HR. Problemem branży pozostaje dziś duża rotacja pracowników tymczasowych. Już teraz rynek kandydata powoduje, że utrzymanie pracownika przez 18 miesięcy jest sukcesem. 

– Po upływie 18 miesięcy pracodawca użytkownik będzie musiał zdecydować, czy przejmie pracownika na swój payroll, czy się z nim rozstanie, czy też ewentualnie skorzysta z innej formy usługi, np. outsourcingu pracowniczego. W szczególności w firmach, w których technologie są na tyle skomplikowane, że wdrożenie pracownika pochłania czas i pieniądze, po 18 miesiącach pracodawca musi podjąć trudną decyzję – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, prezes Trenkwalder Polska, wiceprezes Polskiego Forum HR.

W listopadzie kończą się limity 18-miesięcznego zatrudnienia pracowników tymczasowych wprowadzone nowelizacją ustawy z 2017 roku. Limity te dotyczą zatrudnienia jednego pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy użytkownika. Przed wejściem w życie tych przepisów pracownik mógł pracować nie dłużej niż 18 miesięcy dla danej agencji pracy tymczasowej. Teraz, nawet po zmianie agencji, nie może kontynuować pracy u dotychczasowego pracodawcy.

Jak szacuje Polskie Forum HR, na skutek tej regulacji rynek może utracić 10 proc. pracowników tymczasowych, którzy przejdą na stałe zatrudnienie u danego pracodawcy użytkownika. Bardziej drastycznych zmian rynek raczej nie odczuje, bo nie wszyscy pracodawcy chcą zwiększać etaty. Eksperci podkreślają, że 18-miesięczne limity nie są dziś największą bolączką rynku. Poważniejszym problemem jest duża rotacja pracowników.

– Mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Z jednej strony po 18 miesiącach pracownicy muszą się rozstać lub przejść na stałe zatrudnienie u pracodawców, z drugiej strony borykamy się z olbrzymim problemem wielkiej rotacji pracowników tymczasowych, więc jak już osiągniemy sukces, że dany pracownik 18 miesięcy pracował u jednego pracodawcy, to musimy z nim coś zrobić – tłumaczy Wojciech Ratajczyk.

Niskie bezrobocie i brak rąk do pracy sprawiają, że coraz więcej firm decyduje się na zatrudnianie pracowników w sposób bezpośredni. Pokazują to najnowsze dane Polskiego Związku HR – w III kwartale liczba pracowników tymczasowych spadła o 16 proc. rdr. Całkowita liczba pracowników tymczasowych w Polsce wyniosła 335 tys. osób. Jeszcze w połowie 2017 roku było ich ponad 400 tys.

Konsekwencjami kończącego się z końcem listopada 18-miesięcznego limitu długości zatrudnienia u jednego pracodawcy użytkownika, może być dalszy spadek pracowników tymczasowych.

– Mimo wszystko w przyszłym roku może być to dość dobry rynek dla agencji w ogóle, ponieważ będziemy mogli rozwijać nowe usługi, np. wsparcie przy rekrutacjach – mówi prezes Trenkwalder Polska.

Niskie bezrobocie (5,7 proc. w październiku) i coraz większa liczba cudzoziemców pracujących w Polsce (w tym 600 tys. zatrudnionych jest legalnie) sprawiają, że sytuacja agencji pracy jest coraz lepsza.

– Jest jeszcze kilka niewiadomych, np. rynek niemiecki, który być może otworzy się szerzej na pracowników z Ukrainy. Wtedy to nas zaboli rzeczywiście, bo jednak różnice płacowe są dość znaczne – mówi Wojciech Ratajczyk.

W Polsce elastyczne formy zatrudnienia nie są jeszcze tak popularne jak na Zachodzie. Odsetek pełnych etatów wypracowanych przez pracowników tymczasowych do ogółu zatrudnionych w Polsce wynosi 1,2 proc. przy średniej europejskiej na poziomie 1,9 proc. W rekordowej pod tym względem Holandii jest to 3,3 proc.

ESET: Cyberprzestępcy to coraz częściej profesjonaliści. Trudno ich wyśledzić, a nowych metod ataków przybywa z każdym rokiem

ESET: Cyberprzestępcy to coraz częściej profesjonaliści. Trudno ich wyśledzić, a nowych metod ataków przybywa z każdym rokiem 7

W ubiegłym roku prawie 980 mln osób padło ofiarą cyberprzestępców, którzy ukradli i wyłudzili w sumie ponad 172 mld dolarów. Przestępcy w wirtualnym świecie stosują całe spektrum narzędzi: od phishingu i socjotechnik, po oprogramowania typu spyware i ransomware. Cały czas pojawiają się też nowe metody ataków. Walka z cyberprzestępczością jest bardzo trudna, ale jej podstawowym elementem pozostaje edukacja użytkowników sieci, ponieważ w dalszym ciągu to człowiek pozostaje najsłabszym ogniwem każdego systemu zabezpieczeń. 

– W ciągu ostatnich lat nastąpiła zdecydowana profesjonalizacja cyberprzestępczości. Są osoby, które traktują tego rodzaju działalność wręcz jako sposób zarabiania. Podjęcie działalności cyberprzestępczej jest dość łatwe i nadal całkiem bezpieczne. Jeśli ktoś naprawdę wie jak to robić – bardzo trudno jest go złapać i postawić przed sądem, choć oczywiście odnotowano na tym polu pewne sukcesy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Juraj Malcho, dyrektor ds. technologii ESET.

Jak wynika z raportu „Norton Cyber Security Insights Report” – w ubiegłym roku ofiarą cyberprzestępczości padło aż 978 mln osób w 20 krajach świata, a hakerzy ukradli w sumie ponad 172 mld dolarów. Tylko w  Stanach Zjednoczonych cyberprzestępczość dotknęła 143 mln osób – czyli ponad połowę całej dorosłej populacji USA. Z raportu wynika, że 81 proc. konsumentów na całym świecie uważa, że ​​cyberprzestępczość powinna być traktowana tak samo, jak zwyczajne przestępstwa.

Definicja cyberprzestępczości cały czas ewoluuje, ponieważ wciąż pojawiają się nowe metody ataków i wyłudzeń. Przestępcy w wirtualnym świecie stosują całe spektrum narzędzi: od phishingu i socjotechnik, po oprogramowania typu spyware i ransomware. Konsekwencją może być kradzież tożsamości, opróżnienie konta bankowego, blokada danych na komputerze do czasu zapłacenia żądanego okupu, oszustwa i kradzieże danych – nie tylko indywidualnych użytkowników, ale i tajemnic handlowych przedsiębiorstw.

– Prowadzone są kampanie ukierunkowane na eliminację złośliwego oprogramowania, a także ściganie i skazywanie osób stosujących i oferujących tego rodzaju oprogramowanie. Właśnie to powinniśmy robić. Nie wystarczy wyłącznie podejmować próby wykrywania określonego kodu czy podstawowych procedur na urządzeniach. Konieczne jest dotarcie do sedna problemu. Kolejną rzeczą, którą możemy zrobić, jest tworzenie systemów ułatwiających nam znajdowanie śladów, z których nie będzie można korzystać w sposób niepożądany. Jeśli dany system będzie mógł być użytkowany w taki sposób tylko przez nieliczne osoby – ich odnalezienie stanie się łatwiejsze – twierdzi Juraj Malcho.

Jak ocenia ekspert, namierzenie i ukaranie cyberprzestępców jest możliwe, choć niełatwe. Największy problem wynika z faktu, że zwykle znajdują się na terytorium innego państwa, co w dużym stopniu ogranicza możliwości egzekwowania prawa. Nie oznacza to jednak, że cyberprzestępcy pozostają bezkarni, bo każdorazowy incydent czy atak hakerski pozostawia po sobie ślad.

Dyrektor ds. technologii ESET podkreśla też, że podstawowym, niezbędnym elementem jest edukacja użytkowników sieci, ponieważ czynnik ludzki pozostaje najsłabszym ogniwem każdego systemu zabezpieczeń. Z raportu „Norton Cyber Security Insights Report” wynika, że ofiary cyberprzestępczości na całym świecie mają podobny profil – używają np. tego samego hasła na wszystkich kontach internetowych, co znacząco zmniejsza jego poziom bezpieczeństwa.

– Staram się zawsze zachęcać ludzi do myślenia, unikania lenistwa, zachowania zdrowego rozsądku i niewyłączania uwagi. Mam w zwyczaju porównywać cyberbezpieczeństwo do partii szachów. Jeśli ktoś nie zna zasad albo przestanie się skupiać, przeciwnik z łatwością wygra. Tak samo jest w przypadku cyberbezpieczeństwa. Brak uwagi może cię zgubić – podkreśla Juraj Malcho.

Z prognoz marketsandMarkets wynika, że rynek cyberprbezpieczeństwa osiągnie do 2023 r. wartość niemal 250 mld dol.

Aplikacja pozwoli opłacić nawet 500 faktur w 20 minut. Polacy coraz bardziej specjalizują się w rozwiązaniach fintech

Aplikacja pozwoli opłacić nawet 500 faktur w 20 minut. Polacy coraz bardziej specjalizują się w rozwiązaniach fintech 8

Opłacenie należności z 500 faktur w zaledwie 20 minut stanie się możliwe dzięki specjalnej aplikacji mobilnej wykorzystującej algorytmy uczenia maszynowego. Cyfryzacja i elektroniczna komunikacja staje się wśród przedsiębiorców coraz bardziej popularna, o czym może świadczyć błyskawicznie rosnąca ilość wystawianych e-faktur i składanych e-deklaracji. Tymczasem rozwiązania z zakresu fintechu pomagają zarówno w opłacaniu należności, jak i ich skutecznej, choć praktycznie pozbawionej czynnika ludzkiego windykacji.

– Stworzyliśmy aplikację mobilną, która jest czymś w rodzaju aplikacji płatniczej. Dzięki naszej aplikacji użytkownicy mogą opłacać faktury, rachunki bądź inne dokumenty płatnicze wygodnie, jednym kliknięciem na poziomie smartfona. Jesteśmy w stanie przetworzyć dzięki algorytmom sztucznej inteligencji, tzw. machine learning, do 500 faktur wgranych do aplikacji w ciągu 20 minut i później jednym kliknięciem poszczególne faktury opłacić – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Kuna, współwłaściciel Peyt Technologies.

Polskie startupy specjalizują się w rozwiązaniach agregujących faktury. Dzięki aplikacji NicePay otrzymywane na maila faktury po wprowadzeniu są opłacane automatycznie w ostatnim dniu terminu płatności. Faktury można również dodawać do niej fotografując dokument zawierający kod QR. Środki na realizację płatności są pobierane z podpiętej do aplikacji karty płatniczej. Korzystanie z aplikacji wiąże się z ponoszeniem kosztów transakcyjnych – złotówka od każdej faktury. Z kolei Scanye to aplikacja, która automatycznie odczytuje dane z faktur. Dzięki jej pomocy, księgi mogą zaksięgować nawet 400 dokumentów w godzinę.

Aplikacja opracowana przez Peyt Technologies umożliwia jeszcze szybszą obsługę zobowiązań, z każdego miejsca na Ziemi z dostępem do internetu. Aplikacja potrafi sama wprowadzić i opłacić faktury.

– Aplikacja działa w taki sposób, że można w prosty sposób wgrać do niej faktury. Można w niej integrować kilka kont, czyli jeden użytkownik może mieć w aplikacji swoje prywatne konto bądź kilka swoich firmowych kont i podaje dostawcom poszczególne maile, jak np. [email protected] albo [email protected]. W zależności od kogo oczekuje faktury, taki mail podaje i w ten sposób automatycznie faktury się znajdują w aplikacji – wyjaśnia Marek Kuna.

Tymczasem wśród przedsiębiorców obserwowany jest trend polegający dążeniu do prowadzenia biznesu przede wszystkim w formie elektronicznej. Według danych urzędów skarbowych lawinowo rośnie liczba składanych e-deklaracji. W 2008 roku było to nieco ponad 100 tys. egzemplarzy. Już po trzech latach było to 3 miliony, a w ubiegłym roku 68 milionów. Co więcej, rośnie też zainteresowanie przedsiębiorców jednolitym plikiem kontrolnym, czyli popularną e-fakturą.

– Większość przedsiębiorców po raz pierwszy widzi dokumenty płatnicze, takie jak faktury, na telefonie komórkowym, natomiast opłacane one są później z poziomu komputera. My chcemy tę drogę skrócić i dać użytkownikom możliwość, by mogli od razu takie dokumenty wprowadzić do aplikacji i je opłacić – mówi współwłaściciel Peyt Technologies.

Faktury do aplikacji można wprowadzić ręcznie w formie zdjęcia, lub w sposób automatyczny, definiując konkretne adresy mailowe na dedykowanej skrzynce w aplikacji. Wprowadzone faktury poddawane są obróbce z wykorzystaniem algorytmów OCR i AI do szybkiego wyodrębniania odpowiednich danych i przetwarzania faktur oraz innych dokumentów płatniczych. Później możliwe jest opłacenie wielu dokumentów w tym samym czasie za pomocą jednego kliknięcia.

– Aplikacja będzie dostępna w App Store od początku grudnia. W pierwszym okresie będzie darmowa dla naszych użytkowników, w późniejszym okresie chcemy wprowadzić subskrypcję i w zależności od liczby przetwarzanych dokumentów będą dane progi abonamentowe – mówi ekspert.

Za 2 miesiące dostępna będzie także wersja na Androida. Rozwiązania fintechowe z jednej strony pomagają w automatycznym regulowaniu płatności, dzięki czemu można unikać zatorów płatniczych, a z drugiej – pomagają zautomatyzować też proces windykacji. Stworzony przez Polaków windykator AsiaCollect sprawdza się w zautomatyzowanym ściąganiu należności w Wietnamie i Indonezji. Na podobnej zasadzie działa w USA TrueAccord, ściągający w oparciu o algorytmy uczenia maszynowego wierzytelności o wartości około 2 mld dol. od niemal 2 mln dłużników.

Z raportu Fintech in Poland opracowanego przez Flanders Investment & Trade wynika, że Polska jest największym rynkiem fintech w Europie Środkowo-Wschodniej. Jego szacunkowa wartość to 856 mln euro, podczas gdy całościowa wycena dla tej części Europy to 2,2 mld euro.

Grzegorz Szenejko: Białorusini potrzebują szansy i dostają ją w Polsce

Rynek pracownika z jednej strony cieszy każdego z nas, bo daje poczucie komfortu możliwości zmiany pracy i poprawy warunków zatrudnienia, a z drugiej strony przedsiębiorcom spędza sen z powiek, z powodu braku rąk do pracy. W tej sytuacji posiłkowanie się kadrą zza wschodniej granicy jest jednym z kluczowych rozwiązań. O ile możliwości zatrudnienia pracowników z Ukrainy znają już wszyscy, to w przypadku innych krajów np. Białorusi, wielu przedsiębiorców wciąż nie wie, jak się do tego zabrać i jak znaleźć odpowiednich kandydatów, a potem ściągnąć ich legalnie do Polski.

Grzegorz Szenejko, założyciel i właściciel Go Logis
Grzegorz Szenejko, założyciel i właściciel Go Logis

– Na rynku rekrutacyjnym niewiele jest firm profesjonalnie zajmujących się pozyskiwaniem pracowników z Białorusi – mówi Grzegorz Szenejko, prezes Optimum Go Sp. z o.o, agencji pracy tymczasowej specjalizującej się w pozyskiwaniu pracowników ze Wschodu. – Posiadamy swój oddział w Mińsku na Białorusi, gdzie nasi specjaliści znają lokalne prawo i procedury. To pozwala nam prowadzić legalnie działalność rekrutacyjną i pozyskiwać kandydatów do pracy w Polsce – podkreśla Grzegorz Szenejko.

Spółka Optimum Go świadczy usługi przedsiębiorcom, którzy potrzebują pracowników oraz osobom poszukującym pracy. Firma specjalizuje się w rekrutacji osób zarówno na stanowiska wymagające posiadania specjalnych uprawnień np. zawodowych kierowców albo spedytorów, jak i do pracy fizycznej np. pracowników produkcji czy magazynierów.

Ukraina. A co z pracownikami z Białorusi?

Według różnych szacunków, do Polski przybyło już od 1,5 do 2 mln pracowników z Ukrainy i powoli zasoby rąk do pracy z tego kraju kończą się. Wielu obywateli Ukrainy równie chętnie na miejsce zatrudnienia wybiera inne państwa. W świetle ostatnich doniesień z niemieckiego rynku pracy, który za chwilę otworzy się szerzej dla pracowników z Ukrainy, można spodziewać się, że część z nich wyjedzie na Zachód. Wstępne szacunki mówią o odpływie 0,5 mln pracowników z Ukrainy. Trudno jest w tej chwili powiedzieć, czy tak rzeczywiście będzie, z pewnością jednak wyjazd pracowników z Ukrainy na Zachód odczują polscy przedsiębiorcy. W tej sytuacji niezwykle pożądani mogą okazać się pracownicy z Białorusi. Dodatkowym atutem Białorusi jest to, że na tym rynku pracy wciąż jest dużo fachowców z wykształceniem technicznych, których drastycznie brakuje w Polsce i Europie, np. spawaczy, operatorów maszyn CNC czy elektryków. Co więcej, dla Białorusinów Polska pozostaje bardzo atrakcyjnym rynkiem pracy.

– W Grupie Go, do której należy Optimum Go i firma spedycyjna Go Logis, pracuje kilka osób z Białorusi. Są pracowici, komunikatywni, nie boją się nowych wyzwań i tak jak nam, zależy im na stabilizacji życiowej. Potrzebują szansy i dostają ją w Polsce. Cenią sobie nasze podejście do kultury pracy. Świetnie sprawdzają się w polskich zespołach i stanowią cenną wartość dodaną – mówi Grzegorz Szenejko.

– Polska umożliwia mi znalezienie dobrej pracy i adekwatne zarobki, mam tu szansę zarobienia na dom dla rodziny i zapewnienia lepszych warunków życia dla moich dzieci. Tu jest zupełnie inna atmosfera i inny poziom życia niż na Białorusi. Polska jest krajem, w którym można spełnić pragnienia, być szczęśliwym i realizować się. To kraj przyszłości, który się rozwija. I ja też chcę tak samo się rozwijać – mówi Vitalij, spedytor Go Logis. – W Polsce pracuje się bardzo dobrze. Ludzie są bardziej otwarci i komunikatywni, uśmiechają się. Jak poprosisz kogoś o pomoc, to zawsze ktoś jej udzieli. Wiem, że tu mam więcej możliwości niż na Białorusi, więcej „drzwi otwartych”, mogę prowadzić własny biznes – uzupełnia Viki, spedytorka z Białorusi, która też pracuje w Go Logis.

Niezależnie od tego, czy ktoś prowadzi małą czy dużą firmę, może znaleźć odpowiednich kandydatów do pracy na Białorusi. – Prowadzimy rekrutację pracowników z tego kraju, jeszcze na miejscu weryfikując ich umiejętności i uprawnienia. Po zatrudnieniu w Polsce, w przypadku, gdy pracownik nie sprawdzi się na powierzonym mu stanowisku, jak najszybciej proponujemy pracodawcy innych kandydatów – wyjaśnia Grzegorz Szenejko z Optimum Go.

Rekrutację trzeba zacząć już na Białorusi

Dzięki własnemu oddziałowi na Białorusi, Optimum Go może nadzorować od początku do końca cały proces rekrutacji. Z reguły zaproszenie pracownika z Białorusi do Polski zajmuje minimum miesiąc i wiąże się z różnymi formalnościami. Po rekrutacji trzeba dopilnować pozwoleń na pracę, wysłać odpowiednie dokumenty na Białoruś, zarejestrować pracownika w centrach wizowych, a nawet dopilnować, aby pojawił się w odpowiednim terminie i złożył dokumenty potrzebne do otrzymania wizy. Po załatwieniu formalności na Białorusi pracownik może przyjechać do Polski. Tu agencja zapewnia mu badania lekarskie i ogólne szkolenie BHP, pomaga też np. w znalezieniu zakwaterowania. Dzięki sprawnemu załatwieniu formalności, kandydaci od razu zaczynają pracę. Ale agencja nadal pozostaje z nimi w kontakcie. Pracownicy białoruscy mogą liczyć na jej wsparcie w sytuacjach awaryjnych i zadzwonić o każdej porze, dla nich telefon jest czynny 24 godziny na dobę.

– Najczęściej popełnianym błędem ze strony polskich pracodawców jest oczekiwanie, że pracownicy ze Wschodu będą mówić biegle po polsku. Takich osób jest niewiele. Dziś rynek pracy jest rynkiem kandydata, więc to pracodawcy muszą dostosować się do warunków. Podstawową komunikację między pracownikiem a pracodawcą ułatwia to, że języki polski i białoruski są do siebie podobne. Ale nie zawsze to wystarcza. Dlatego, jeśli jest taka potrzeba, Optimum Go zapewnia wsparcie koordynatora – tłumacza, który pomaga białoruskim pracownikom poznać nowe warunki pracy i porozumieć się z polskim pracodawcą – wyjaśnia Grzegorz Szenejko.

Jak wynika z danych Optimum Go, na polskim rynku obecnie można zaobserwować duży wzrost zapotrzebowania na pracowników budowlanych z Białorusi, także tych pracujących przy budowach dróg. Kolejną, najczęściej rekrutowaną grupą są operatorzy maszyn CNC i spawacze. Co ciekawe, podobne są oczekiwania białoruskich pracowników, którzy najchętniej gotowi są podjąć pracę w firmie z branży budowlanej. Jednocześnie dużą grupę Białorusinów poszukujących pracy w Polsce stanowią kierowcy kat. C+E oraz informatycy zainteresowani pracą zdalną. Najszybciej przeprowadzona rekrutacja przez Optimum Go polegała na znalezieniu 10 programistów, gotowych do podjęcia pracy zdalnej. To zlecenie zostało zrealizowane w ciągu dwóch dni.

Co to jest pożyczka odnawialna?

Pożyczka odnawialnaWiększość ludzi niechętnie zaciąga kredyty, obawiając się zadłużenia i potencjalnej niemożności spłaty należnych bankowi pieniędzy. Pomimo tego, nagłe, dodatkowe wsparcie finansowe często okazuje się absolutnie konieczne, szczególnie w dzisiejszym, dynamicznym świecie biznesu.

Co zazwyczaj odstrasza ludzi od pożyczek, to jednak odsetki – świadomość, że w ostateczności i tak będzie trzeba zapłacić więcej potrafi być bardzo zniechęcająca. Całe szczęście, alternatywa, jaką jest pożyczka odnawialna jest swojego rodzaju wyjątkiem od tej reguły. Usługę tą można określić jako dodatkowy fundusz, który oferuje nam bank za prowadzenie konta. W przypadku tego typu oferty odsetki są bardzo niskie albo kompletnie ich nie ma.

Pomimo to, przed podjęciem decyzji koniecznie należy dogłębnie przeanalizować proponowane nam warunki umowy. W zależności od konkretnego banku oraz naszej osobistej zdolności kredytowej, zasady pożyczki odnawialnej mogą się znacznie różnić.

Warte uwagi są:

  • Dostępna kwota
  • Termin spłaty
  • Wysokość odsetek
  • Dodatkowe opłaty

Na jakiej zasadzie działają pożyczki odnawialne?

Pożyczka odnawialna, jak sama nazwa wskazuje, umożliwia cykliczne zaciąganie niewielkich pożyczek. W praktyce jest to pewna rezerwa, którą oferuje nam bank w zamian za korzystanie z jego oferty. Kwota zazwyczaj nie przekracza 3000 złotych, lecz można pobierać ją bez obaw o poważne konsekwencje finansowe. Bardzo ważne jest, aby przystąpić do takiej umowy na dobrych warunkach – stąd duża popularność https://akredo.pl/ oraz innych, podobnych portali pomagających w uzyskiwaniu kredytów.

Komu poleca się pożyczki odnawialne?

Z uwagi na swoją unikalną formę, pożyczka odnawialna jest idealna dla osób bez stałych zarobków, na przykład freelancerów czy ludzi pracujących wyłącznie na zlecenia. Pozwala ona utrzymać stabilność finansową, głównie poprzez wyrównanie różnicy w wynagrodzeniu pomiędzy poszczególnymi miesiącami w roku. Jeśli podczas danego okresu pracy było mniej, można skorzystać z takiej pożyczki, a następnie spłacić ją w bardziej lukratywny miesiąc.

Podsumowanie Targów RetailShow 2018

9 edycja Międzynarodowych Targów Wyposażenia Sklepów RetailShow 2018 zakończyła się wielkim sukcesem. Pełna innowacji oferta wyposażenia, technologii i usług dla handlu zaprezentowana przez ponad 200 wystawców oraz inspirujące prelekcje pozwoliły wyobrazić sobie jak będzie wyglądał handel przyszłości. Tegoroczne wydarzenie odwiedziło 5,5 tys. managerów i specjalistów rynku retail. To dobry prognostyk dla jubileuszowej 10. edycji Targów RetailShow, która odbędzie się 20-21 listopada 2019 roku.

Targi RetailShow to bez wątpienia event, który wskazuje kierunek rozwoju handlu i wyznacza nowe trendy. Poza prezentacją innowacyjnych produktów i częścią merytoryczną bezcenne są spotkania z ekspertami, którzy prognozują zachowania konsumenckie. Na tej podstawie projektowane są rozwiązania spełniające potrzeby klientów i budujące przewagę konkurencyjną.

Wizjonerzy i eksperci

Podczas towarzyszącej targom konferencji Retail Congress Bogdan Łukasik, współzałożyciel Grupy Modern-Expo, zwrócił uwagę na czynniki wpływające na oczekiwania konsumenckie, takie jak procesy urbanizacji, starzenie się społeczeństwa czy zmiana modelu rodziny. Twierdzi on, że zakupy dzielą się na te, które musimy szybko zrobić, te, które chcemy zrobić oraz takie, które mają dostarczyć wrażeń. Detaliści muszą więc szukać sposobów, aby w każdej kategorii zwiększyć koszyk zakupowy, zbudować lojalność klienta, a przede wszystkim spowodować powtarzalność zakupów. Handel przyszłości będzie więc połączeniem świata fizycznego i cyfrowego. Ekspert przewiduje też, że nie zabraknie miejsca dla sklepów stacjonarnych, w których jednak nie tylko wygląd, ale i sposób sprzedaży bazujący na emocjach będą istotne.

O konsekwencjach rozwoju wielokanałowości zakupów mówił także Michał Górski, CEO Schwitzke Górski, który zwrócił uwagę na fakt, że walka o uwagę i zainteresowanie klienta nie toczy się już w obszarze cech produktu czy jego ceny, nie wystarczy również estetyczne i zgodne z trendami „podanie” produktu czy usługi. – Wyzwanie, które stoi przed nami, to kreowanie spójnego i angażującego doświadczenia zakupowego. Dlatego w Schwitzke Górski nie projektujemy sklepów, ale customer experience – podkreślił.

Interesującą prelekcję poprowadził Sasha Stockem, założyciel i CEO firmy Nethansa, która świadczy usługi zwiększające sprzedaż na Amazonie. Przedstawił dane, które potwierdziły wiodącą rolę tej platformy i jej potencjał dla polskiej branży. Jak się okazuje, udział polskich sprzedawców na amazon.de stanowi mniej niż 1%. – Już dziś warto rozpocząć tam sprzedaż. Nadal jest to szansa na tanią reklamę dla małych i średnich firm, aby skutecznie zaistnieć w tym ekosystemie – zachęcał.

Handel przyszłości

Tegoroczna oferta wystawców Targów RetailShow potwierdziła świadomość firm w zakresie konieczności podążania za klientami, którzy chcą kupować produkty w dowolnym miejscu i czasie. Tą filozofię wyraźnie prezentowała firma Zebra Technologies. Na stoisku eksponowała rozwiązania usprawniające zarządzanie procesami w sklepie i obsługę klienta. Ofertę uzupełniała szeroka gama produktów, tj. mobilnych komputerów i drukarek, tabletów, skanerów, kiosków interaktywnych oraz usług lokalizacji i technologii RFID. Jak potwierdziła Dagmara Kotlarska, Senior Field Marketing Team Manager na region EMEA, stoisko firmy odwiedziło wielu klientów. Część z nich była umówiona wcześniej, część zupełnie nowych. – Odwiedziło nas w tym roku także wielu gości z Rosji i Ukrainy. To dla nas interesujące, świadczy także o tym, że renoma RetailShow wykracza daleko poza granice Polski – dodała.

Jedno z największych stoisk na targach miała polska firma IGLOO, której przedstawiciele prezentowali ladę chłodniczą Samos Self Service Ready, unikalną dzięki zastosowaniu systemu prowadnic szyby frontowej. Dzięki temu rozwiązaniu w ciągu zaledwie kilku sekund ekspozycja lady chłodniczej może zostać zmieniona z wariantu tradycyjnego w ladę samoobsługową. – To rozwiązanie sprawia, że urządzenie zyskuje nową funkcjonalność bez konieczności udziału serwisu czy producenta. Co najważniejsze jednak, pozwala właścicielowi sklepu szybko reagować w zależności od aktualnego natężenia ruchu klientów w sklepie – argumentował Bartosz Mazurek, Marketing Manager firmy IGLOO.

Rodzimą myśl inżynierską prezentowała także firma ISS RFID działająca w obszarze inteligentnych systemów z wykorzystaniem technologii RFID. Rozwiązania firmy zapewniają oszczędności na poziomie kosztów inwentaryzacji, zwiększenie dokładności kontroli stanów magazynowych i mniejszy odsetek zagubionych towarów. Adam Silny, prezes zarządu, potwierdził, że branża retail rozwija się bardzo szybko, wymaga więc coraz nowocześniejszych rozwiązań usprawniających procesy w firmach. – Nasz know-how oraz świetne zasoby inżyniersko-diagnostyczne pozwalają coraz śmielej poruszać się po rynku. Już wkrótce będziemy mogli pochwalić się dużym wdrożeniem na rynku polskim – powiedział. Dodał także, że na RetailShow firma jest dopiero po raz drugi i potwierdził, że to dobra impreza wystawiennicza odwiedzana przez potencjalnych klientów firmy.

Zmiany i transformację cyfrową bardzo dobrze wyczuwa także firma Wanzl, która poza nowością produktową, tj. wózkiem sklepowym Salsa 200, zaprezentowała kompletny system zarządzania sklepem wanzl connect® oparty na technologii RFID, który tworzy swego rodzaju pomost pomiędzy właścicielami sklepów a ich klientami. Magdalena Skowrońska, manager ds. marketingu, potwierdziła, że wdrożenie tej nowości odbyło się już w Wielkiej Brytanii oraz Niemczech.

W Modelowym Sklepie panował ciągły ruch. Wyposażony w innowacyjne produkty i nowocześnie zaaranżowany market spożywczy stanowił świetną platformę do rozmów biznesowych. Był przeglądem najciekawszych nowości z oferty wystawców. Oferta RetailShow obejmowała m.in.: meble i wyposażenie sklepów, oświetlenie, kasy fiskalne i wagi, systemy informatyczne do zarządzania sieciami handlowymi, programy lojalnościowe, usługi outsourcingowe i finansowe, systemy zabezpieczeń i ochrony oraz usługi doradcze.

Jakość przyszłości

Jury pod przewodnictwem dra Marka Borowińskiego wyłoniło laureatów branżowych konkursów „Best Shop Concept” oraz „Innowacje Handlu”. Oba potwierdziły, że zarówno myśl architektoniczna i innowacyjna zespołów pracujących na rzecz branży retail sprawia, że jest to niezwykle dynamiczny sektor gospodarki.

Zwycięzcy konkursu „Best Shop Concept 2018”:

Delikatesy CHATA POLSKA

Kategoria: Supermarket

Firma: Ego-Studio

Sklep spożywczy LEWIATAN

Kategoria: Sklep typu convenience
Firma: MAGO PARTNER Wyposażenie Sklepów i Magazynów

Sklep koncepcyjny BYTOM

Kategoria: Sklep odzieżowy
Firma: lsd.studio

Sklep Home&You

Kategoria: Sklep specjalistyczny

Firma: Schwitzke Górski

Cukiernia Maja

Kategoria: Sklep specjalistyczny
Firma: ABM

TUTTI SANTI
Kategoria: Sklep specjalistyczny

Firma: lsd.studio

TUTLO

Kategoria: Punkt sprzedaży usług
Firma: A+D Retail Store Design

Zwycięzcy konkursu „Innowacje Handlu 2018”: 

Produkt: Inteligentna Półka NFC regału sklepowego oraz chłodniczego
Kategoria: Projekty i wyposażenie wnętrz sklepowych
Firma: Surge Cloud

Produkt: Komputer mobilny Zebra MC3300

Kategoria: Systemy i technologie IT

Firma: Zebra Technologies

Produkt: Mobilna drukarka etykiet i paragonów Zebra ZQ600

Kategoria: Drukarki, skanery, kolektory, POS

Firma: Zebra Technologies

Produkt: Asystent zakupowy dla klientów i ekspedientów Zebra PS20

Kategoria: Drukarki, skanery, kolektory, POS

Firma: Zebra Technologies

Produkt: Drukarki kart Zebra seria ZC

Kategoria: Drukarki, skanery, kolektory, POS

Firma: Koncept-L

Produkt: Przenośny terminal danych CipherLab RK25

Kategoria: Drukarki, skanery, kolektory, POS

Firma: Koncept-L

Produkt: Lada chłodnicza Samos Self Service Ready

Kategoria: Projekty i wyposażenie wnętrz sklepowych

Firma: IGLOO

Produkt: Witryna na lody INSÙ

Kategoria: Projekty i wyposażenie wnętrz sklepowych

Firma: ES System K

Produkt: Inteligentna półka Smart shelf

Kategoria: Projekty i wyposażenie wnętrz sklepowych

Firma: Modern-Expo

Produkt: Piec Eikon e2s Merrychef

Kategoria: Urządzenia gastronomiczne

Firma: Koree

Partnerem Strategicznym RetailShow 2018 była firma Modern-Expo, a Sponsorami Głównymi: Koncept-L z Godex; Ingram Micro z Zebra Technologies; Goldenore z Oracle i z Arrow oraz Bosch.

Do 2022 roku liczba internautów na świecie osiągnie 4,8 miliarda

Na Internet składają się tysiące sieci prywatnych i publicznych na całym świecie. Od 1984 roku wysłano za jego pomocą ponad 4,7 zettabajtów danych. Dla porównania, to tak jakby wszystkie wyprodukowane kiedykolwiek filmy były wysyłane w ciągu minuty.

Eksperci Cisco prognozują w najnowszym raporcie Visual Networking Index (VNI), że to dopiero początek. Już do 2022 roku, ruch IP w sieci będzie wyższy niż przez ostatnie 32 lata łącznie. Ten ogromny wzrost będzie pochodną tego, w jaki sposób korzystamy z naszych urządzeń i Internetu. Do 2022 roku, ponad 60% światowej populacji będą stanowili użytkownicy Internetu. Ponad 28 miliardów urządzeń oraz połączeń będzie online. Natomiast treści wideo będą stanowiły 82% całego ruchu IP.

„Rozmiar i złożoność Internetu postępują w taki sposób, jakiego wiele osób nie przewidywało. Od kiedy w 2005 roku opublikowaliśmy pierwszy raport z cyklu Cisco VNI, ruch sieciowy jest 56 razy większy, rosnąc przez ten czas średnio o 36% rocznie. Ma to związek z coraz większą liczbą ludzi, urządzeń i aplikacji połączonych z siecią IP” – mówi Jonathan Davidson, starszy wiceprezes oraz general manager Service Provider Business w Cisco. „Globalni dostawcy usług skupiają się na transformacji sieci, aby lepiej zarządzać kierunkami ruchu sieciowego, jednocześnie zapewniając wyjątkowe doświadczenia w korzystaniu z usług sieciowych. Prowadzone przez nas badania dają nam wyjątkowy wgląd w rynek technologii i pozwalają przewidzieć zmiany w architekturze, które nasi klienci powinni wdrożyć, aby odnieść sukces”.

Kluczowe prognozy na rok 2022

Raport Cisco VNI przedstawia jaki wpływ na globalne sieci IP będą mieli użytkownicy, urządzenia i inne trendy technologiczne kształtujące rynek w latach 2017 – 2022:

  1. Globalny ruch IP będzie ponad 3 razy wyższy
  • Specjaliści Cisco przewidują, że do 2022 roku globalny ruch IP osiągnie 396 eksabajtów miesięcznie i 4,8 zettabajtów rocznie. Dla porównania w 2017 roku wynosił on 122 eksabajtów miesięcznie.
  • Do 2022 roku, w ciągu godziny największej aktywności użytkowników, ruch sieciowy będzie sześć razy większy niż przeciętnie. Wzrośnie on niemal 5-krotnie w okresie 2017 – 2022 (średnio o 37% rocznie) i osiągnie 7,2 petabajtów na sekundę do 2022 roku. Dla porównania, przeciętny ruch internetowy wzrośnie niemal 4-krotnie (średnio o 30% rocznie) w ciągu tego samego okresu i osiągnie 1 petabajt do 2022 roku.
  1. 60% populacji będą stanowili użytkownicy Internetu
  • Do 2022 roku na świecie będzie 4,8 miliarda użytkowników Internetu. W 2017 roku było ich 3,4 miliarda, co stanowiło 45% populacji.
  1. Globalna liczba urządzeń i połączeń sieciowych osiągnie 28,5 miliarda
  • Do 2022 r. na świecie będzie 28,5 miliarda stacjonarnych i mobilnych urządzeń osobistych oraz połączeń, w porównaniu z 18 miliardami w 2017 r. Daje to 3,6 urządzeń / połączeń sieciowych na osobę. W 2017 roku było to 2,4 urządzenia na osobę.
  • Do 2022 roku ponad połowa wszystkich urządzeń i połączeń będzie związana z komunikacją M2M (machine-to-machine) w porównaniu do 34% w 2017 roku. Daje to 14,6 miliarda połączeń pochodzących od inteligentnych głośników, sparowanych urządzeń i innych połączonych sprzętów, w porównaniu do 6,1 miliarda w 2017 roku.
  1. Globalny Internet szerokopasmowy, Wi-Fi i prędkość sieci mobilnych wzrosną co najmniej dwukrotnie
  • Średnie globalne prędkości stacjonarnego Internetu szerokopasmowego ulegną podwojeniu, z 39 Mb/s do 75,4 Mb/s.
  • Średnie globalne prędkości połączeń Wi-Fi wzrosną ponad dwukrotnie, z 24,4 Mb/s do 54 Mb/s.
  • Średnie globalne prędkości połączeń mobilnych wzrosną ponad trzykrotnie, z 8,7 Mb/s do 28,5 Mb/s.
  1. Wideo, gry i multimedia będą stanowiły ponad 85% całkowitego ruchu w sieci
  • Do 2022 roku, ruch IP związany z wideo zwiększy się czterokrotnie. W rezultacie będzie stanowił jeszcze większy odsetek całkowitego ruchu IP niż wcześniej – wzrost z 75% do aż 82%.
  • Ruch sieciowy związany z grami wzrośnie w latach 2017-2022 dziewięciokrotnie. W 2022 roku będzie stanowił 4% całkowitego ruchu IP.
  • Ruch sieciowy wywołany przez wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość będzie gwałtownie wzrastać, ponieważ coraz więcej konsumentów i firm korzysta z tych technologii. Do 2022 r. osiągnie on poziom 4,02 eksabajtów na miesiąc, w porównaniu z 0,33 eksabajta na miesiąc w 2017 r.
  1. Kluczowe dane dotyczące Polski:
  • Do 2022 roku 60% populacji Polski będzie korzystać z Internetu.
  • Od 2017 do 2022 roku ruch IP wzrośnie w Polsce 3-krotnie (średnio o 23% rocznie), osiągając 2,7 eksabajta danych miesięcznie (980 petabajtów w 2017 roku).
  • W roku 2022 przesył danych pochodzących z urządzeń mobilnych będzie 4-razy większy niż w 2017 r. i 2-razy większy niż stały ruch IP w tym samym okresie. Skumulowany roczny wskaźnik wzrostu wyniesie 34%.
  • W 2017 roku przesył danych pochodzących z urządzeń mobilnych stanowił 14% całkowitego ruchu IP, w 2022 r. będzie stanowił 22%.
  • W roku 2022 ruch generowany przez treści wideo wzrośnie 4-krotnie w porównaniu z 2017 r. Skumulowany roczny wskaźnik wzrostu wyniesie 29%.
  • W 2022 roku ruch generowany przez treści wideo (publikowane przez konsumentów, przedstawicieli biznesu i połączony) będzie stanowił 73% całkowitego ruchu, co oznacza wzrost o 18% względem 2017 r. 63,5% będą stanowiły materiały wideo jakości HD, a 12,1% ultra HD.
  • W roku 2022 ruch generowany przez gry wzrośnie 5-krotnie w porównaniu z 2017 r. Skumulowany roczny wskaźnik wzrostu wyniesie 40%.
  • Eksperci Cisco przewidują, że do 2022 roku 31% ruchu IP będzie generowane przez komputery stacjonarne (w 2017 roku było to 58%), 10% przez telewizory, 36% przez smartfony (w 2017 roku było to 21%), 9% przez tablety, 14% przez modułu M2M – komunikajci na linii maszyna – maszyna (w 2017 roku było to 3%).
  • Do 2022 r. w naszym kraju będzie 5,5 urządzeń podłączonych do sieci na mieszkańca, w porównaniu z 3,1 w 2017 r., z czego 40% będą stanowiły urządzenia mobilne.
  • W Polsce moduły M2M będą stanowiły 51% (105,9 mln) wszystkich urządzeń podłączonych do sieci już do 2022 roku. Dla porównania, w 2017 stanowiły jedynie 28%.
  • Średnia prędkość stałego łącza szerokopasmowego wzrośnie 2,2-krotnie w latach 2017-2022, z 30,2 Mb/s do 65,2 Mb/s.
Przemysław Kania, Dyrektor Generalny Cisco w Polsce
Przemysław Kania, Dyrektor Generalny Cisco w Polsce

„Wzrost ruchu sieciowego jest pochodną 4 trendów: rosnącej liczby użytkowników Internetu, postępującej cyfryzacji wszystkich sektorów gospodarki, rozwoju Internetu rzeczy i większej popularności treści wideo, które wymagają odpowiedniej przepustowości. Jeżeli mamy sprostać rosnącym wymaganiom użytkowników musimy inaczej spojrzeć na zagadanienie sieci. Dziś nowoczesne rozwiązania sieciowe to inteligentne systemy, które ciągle się uczą, są w stanie lokalizować i zapobiegać cyberzagrożeniom” – tłumaczy Przemysław Kania, Dyrektor Generalny Cisco w Polsce.

Badanie Cisco Complete VNI Forecast

Raport Cisco Complete VNI™ obejmuje globalne, regionalne i krajowe prognozy oraz trendy związane z sieciami stacjonarnymi i mobilnymi. Pełen raport zawiera dodatkowe informacje i analizy dotyczące Internetu Rzeczy według branży, poziomu przyjęcia IPv6, wzrostu ruchu wygnerowanego przez określone aplikacje, schematów ruchu, implikacji związanych z wdrażaniem sieci bezprzewodowych, hotspotów Wi-Fi, wydajności sieci szerokopasmowej i kwestii dotyczących bezpieczeństwa sieci.

Metodologia badania Cisco VNI

Cisco VNI™ Complete Forecast na lata 2017-2022 opiera się na niezależnych prognozach analityków i rzeczywistych danych dotyczących wykorzystania sieci. Wyniki tych badań zostają uzupełnione o szacunki dotyczące globalnego ruchu IP i poziomu adaptacji poszczególnych usług. Szczegółowy opis metodologii znajduje się w pełnym raporcie. W swojej 13-letniej historii badania Cisco® VNI stały się wysoko cenionymi indeksem wzrostu Internetu. Rządy, regulatorzy sieci, badacze akademiccy, firmy telekomunikacyjne, eksperci ds. technologii, a także prasa branżowa / biznesowa i analitycy polegają na corocznych badaniach, które mają pomóc w planowaniu przyszłości cyfrowej.

Państwa same nie poradzą sobie z cyfrowymi atakami

Brak prądu, połączeń telefonicznych i internetowych, komunikacyjny chaos na drogach i torach, sparaliżowane sklepy, stacje paliw i setki tysięcy ludzi spóźnione do pracy, gdzie i tak nie byłoby, na czym pracować – tak prawdopodobnie wyglądałby poranek przeciętnego obywatela, gdybyśmy padli ofiarą zmasowanego ataku elektronicznego. Bez aktywnej współpracy sektora obronnego z prywatnym taki scenariusz może być całkowicie realny.

W zasadniczej koncepcji prowadzenia wojny cyfrowej istnieją ogromne możliwości wykorzystania firm prywatnych, szczególnie w pierwszym obszarze działań wojskowych. Schemat ten był wielokrotnie używany i testowany w sposób mniej lub bardziej jawny przez federację rosyjską, Chiny oraz agencje rządowe USA. Model jest o tyle ciekawy, że sektor prywatny jest w stanie dostarczyć wysokiej klasy ekspertów oraz oprogramowanie ofensywne w ramach konkretnej operacji, na które armia nie posiada budżetu. Współpraca z zewnętrznymi firmami pozwala na efektywne przesunięcie środków na inne cele związane z obronnością kraju.

Urządzenia można „zbuntować”

Saleh Soltan, szef zespołu badawczego związanego z wydziałem inżynierii elektrycznej na uniwersytecie w Princeton, podkreśla, że infrastruktura energetyczna, w tym elektrownie, jest stabilna tak długo, jak wyrównane jest zapotrzebowanie na energię z możliwościami dostawy. Jego zdaniem niezwykle łatwo można manipulować zapotrzebowaniem na energię, o ile ma się do dyspozycji duży botnet urządzeń Internetu Rzeczy. Wówczas, jak tłumaczy Saleh Soltan, zapotrzebowanie na energię można modyfikować dowolnie, w każdej chwili. Wynikiem takiego działania mogą być przerwy w dostawie energii na terenie całych kompleksów miejskich. Zagrożenie należy traktować jako całkowicie realne, mając na uwadze na przykład skalę i wielkość botnetu stworzonego przez złośliwe oprogramowanie „Mirai” w 2016 r. Według danych firmy McAfee zainfekowanych zostało ponad dwa i pół miliona urządzeń. W samej Polsce w szczytowym okresie było infekowanych ponad czternaście tysięcy urządzeń dziennie.

Armia polska interesuje się tego typu rozwiązaniami co najmniej od 2013 r., kiedy został ogłoszony przetarg na „Projekt 29” (polski wirus wojskowy) oraz projekt MON o kryptonimie „ROTOR”, który jest rozwijany do dziś. W kontekście rynku oprogramowania, pisanego na potrzeby armii, należy także rozpatrywać zagrożenie całkowitego paraliżu płatności elektronicznych oraz sektora bankowego. Właściwie umiejscowione złośliwe oprogramowanie, jak na przykład wspomniany powyżej wirus wojskowy, może prowadzić do przejęcia kontroli nad systemem płatności danego banku lub grupy banków, a co za tym idzie uniemożliwić klientom jakąkolwiek formę płatności powiązaną z systemem bankowym. Osobnym tematem jest wpływ sektora wojskowego na firmy prywatne oraz możliwości, jakie stwarza dla armii takie połączenie.

Firmy ćwiczą z wojskiem od lat

W 2017 międzynarodowym środowiskiem bezpieczeństwa IT wstrząsnęła afera związana z firmą Kaspersky, która za pomocą swojego oprogramowania antywirusowego przekazywała informacje o swoich użytkownikach służbom bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Otwartym pozostaje pytanie, ile takich powiązań mają firmy prywatne na całym świecie i jakie możliwości operacyjne stwarza taka „symbioza” dla sektora wojskowego zainteresowanego kraju.

Problem ochrony cyberprzestrzeni został zauważony na szerszą skalę dopiero po 2007 r., czyli bezpośrednio po najbardziej do tej pory spektakularnym ataku na Estonię. Od 2008 r. zarówno sektor prywatny, jak i państwowy zaczął organizować ćwiczenia obronne dla specjalistów w dziedzinie cyberbezpieczeństwa. Najczęstszym scenariuszem wykorzystywanym podczas takich ćwiczeń, jest podział uczestników na tak zwany Red oraz Blue Team (czyli odpowiednio zespół atakujący i zespół broniący), a następnie realizacja założonego scenariusza ćwiczeń. Mogą one przybierać różne formy, mogą być bardziej techniczne, lub skoncentrowane na realizowaniu właściwych procedur, jak gry decyzyjne czy ćwiczenia sztabowe.

Przełomem w tej dziedzinie było podpisanie w maju 2008 Memorandum o utworzeniu w Tallinie w Estonii Centrum Kompetencyjnego ds. Obrony Teleinformatycznej „The Concept for Cooperative Cyber Defense Centre of Excellence”. W październiku 2008 r. przyznano pełną akredytację dla Centrum jako „The NATO Centre of Excellence” oraz status „The International Military Organization” – IMO. Centrum w Tallinie nie jest jednostką operacyjną i nie podlega strukturom dowodzenia NATO.

Dla polskiego sektora prywatnego i państwowego przełomowy okazał się rok 2012, kiedy to według oficjalnego raportu z działalności ABW, „Cyber Coalition 2012” było pierwszym ćwiczeniem międzynarodowym, w którym wzięli udział Polacy. Od tego czasu nieprzerwanie duże ćwiczenia struktur NATO oraz struktur regionalnych odbywają się co roku. Z najistotniejszych wydarzeń krajowych należy wymienić Cyber-EXE, które odbywa się raz do roku.

Sprzęt do walki elektronicznej już jest

W dziedzinie sprzętu wojskowego dobrym przykładem współpracy sektora prywatnego z sektorem państwowym jest system rozpoznawczo-zakłócających KAKTUS-MO, przeznaczonych do prowadzenia walki elektronicznej w zakresie rozpoznania elektronicznego (ESM) i przeciwdziałania elektronicznego (ECM). System został opracowany przez Instytut Komunikacji Wydziału Elektroniki WAT w kooperacji z Wojskowym Instytutem Łączności oraz firmą KenBIT. Niestety, do dziś zamówione zostały jedyne dwa takie zestawy. To kropla w morzu w zestawieniu z potrzebami nowoczesnego pola walki. Na wyposażeniu armii znajduje się także system WE (walki elektronicznej) „Przebiśnieg”, zaprojektowany przez Wojskową Akademię Techniczną we współpracy z Wojskowymi Zakładami Elektronicznymi w Zielonce. Jedną z możliwości operacyjnych tego systemu jest wykrywanie i lokalizowanie źródła promieniowania radiowego, określanie jego parametrów oraz generowanie zakłóceń selektywnych, zaporowych i dezinformujących.

Obecny sposób prowadzenia wojny, a w szczególności doświadczenia wojny hybrydowej oraz operacji w Syrii, pokazują, jak ważnym elementem stała się walka elektroniczna. Jednym z najnowszych przykładów jest zestrzelenie Rosyjskiego samolotu walki elektronicznej Ił-20 we wrześniu tego roku nad Syrią. Już sama obecność samolotu tego typu w trakcie ataku konwencjonalnego pozwala wyciągnąć wnioski na temat zadań i znaczenia tego typu jednostek na współczesnym polu walki.

Sektor prywatny gotowy do współpracy

Polski przemysł zbrojeniowy oraz firmy sektora prywatnego są w stanie dostarczyć zarówno sprzęt, jak i usługi na dość wysokim poziomie zaawansowania technicznego oraz wiedzy eksperckiej. W 2015 r. wirus Black Energy spowodował długotrwałe braki w dostawach prądu na Ukrainie, w Polsce w 2017 r. mieliśmy znaczne nasilenie kampanii wymierzonych zarówno w firmy prywatne, jak i sektor państwowy pod postacią WannaCry i NotPetya.

Takich ataków będzie coraz więcej, będą one także coraz bardziej skoordynowane, bo liczba urządzeń elektronicznych podłączonych do sieci rośnie w ogromnym tempie. Niezbędna jest więc stała współpraca sektora prywatnego i państwowego celem skuteczniejszego przeciwdziałania tym zagrożeniom. Taka kooperacja jest w praktyce jedyną słuszną drogą rozwoju pozwalającą osiągnąć obopólne korzyści. Rozwój najnowszych technologii oraz procedur bezpieczeństwa jest praktycznie nieosiągalny dla sektora wojskowego na poziomie nakładów finansowych oraz specjalistów, których jedynie sektor prywatny jest w stanie zapewnić. Z drugiej strony zamówienia dla wojska są w stanie zapewnić siłę napędową sektorowi prywatnemu. Ta forma współpracy przynosi efekty widać to wyraźnie choćby na przytoczonym powyżej przykładzie projektu KAKTUS-MO.

O autorze

Dominik Lewandowski – specjalista w dziedzinie bezpieczeństwa i testów penetracyjnych, z wieloletnim doświadczeniem w sektorze instytucji finansowych. Członek ISACA Polska, IC2 i OWASP Poland. Praktyk bezpieczeństwa ofensywnego, administrator bezpieczeństwa informacji, Od sześciu lat związany z polskim i europejskim sektorem bankowym. Obecnie koordynator testów penetracyjnych w firmie Soflab Technology. Posiada certyfikaty bezpieczeństwa ofensywnego: OSCP (Offensive Security Certified Professional) oraz CEH (Certified Ethical Hacker).

W 2019 roku firmy czekają duże wyzwania

Po dwóch latach dynamicznego wzrostu, w 2019 roku gospodarka zwolni. Kilka przyczyn złoży się na spowolnienie. I nie chodzi tu jedynie o pogarszającą się koniunkturę w Unii Europejskiej, szczególnie w Niemczech oraz rosnące tendencje protekcjonistyczne na świecie.

Przedsiębiorcy coraz mocniej będą odczuwać brak pracowników, zwłaszcza wykwalifikowanych, a wzrost cen energii podniesie koszty funkcjonowania firm. W tej sytuacji spodziewane ożywienie w inwestycjach, szczególnie przedsiębiorstw prywatnych, może okazać się dosyć skromne.

Z powodu rosnących wydatków socjalnych i obniżenia wieku emerytalnego grozi nam również pogorszenie relacji deficytu do PKB. W 2019 roku wejdzie w życie wiele nowych regulacji, które zwiększą koszty funkcjonowania przedsiębiorców. (patrz raport).

Przy tak wielkiej niepewności pogarszają się nastroje przedsiębiorców. 95% firm boi się w 2019 roku zmian w podatkach i wysokich kosztów zatrudnienia – wynika z badania zrealizowanego przez Konfederację Lewiatan.

Wśród innych barier, których najbardziej obawiają się przedsiębiorcy, znalazły się także przepisy prawa dotyczące działalności gospodarczej (95 proc.), brak wykwalifikowanych pracowników (90 proc.), niepewność sytuacji gospodarczej (90 proc.), kontrole urzędów (90 proc.) czy pogarszająca się sytuacja rynkowa, słaby popyt (85 proc.).

Warto zauważyć, że aż 100 proc. firm dużych obawia się rosnących kosztów zatrudnienia pracowników, a 97 proc. niejasnych i niespójnych przepisów dotyczących działalności gospodarczej. Odsetek firm wskazujących na te bariery jest najwyższy od 2016 roku.95% przedsiębiorców boi się zmian w podatkach i wysokich kosztów zatrudnienia

Rosnących kosztów zatrudnienia (nasilenia tej bariery) spodziewają się zresztą wszystkie firmy, w tym 81 proc. dużych, 71 proc. średnich i 72 proc. małych. W przypadku innych barier, obawy o ich nasilenie w 2019 roku nie są już tak wysokie.

Badanie zrealizowała firma SMARTSCOPE w listopadzie br., na reprezentatywnej grupie 300 małych, średnich i dużych przedsiębiorców, zatrudniających przynajmniej 10 pracowników. Badanie zrealizowano na zlecenie Konfederacji Lewiatan.

Z 5 do 10 proc. mają wzrosnąć opłaty egzekucyjne

Sposób ustalania opłat egzekucyjnych przedstawiony w projekcie ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji spowoduje ich wzrost z 5 proc. do 10 proc. Maksymalna zaś wysokość opłat egzekucyjnych nie może przekroczyć 40.000,00 zł.

– W proponowanym kształcie sposób ustalania opłat egzekucyjnych oderwany jest od realnych nakładów pracy oraz poniesionych przez organ egzekucyjny kosztów. To wbrew zaleceniom Trybunału Konstytucyjnego, aby koszty egzekucyjne nie stanowiły dodatkowej sankcji, tylko zwrot ponoszonych przez organ egzekucyjny kosztów – mówi Jakub Rolczyński, ekspert Rady Podatkowej z kancelarii KNDP. Taka zmiana premiuje większych dłużników i pogarsza sytuację mniejszych. Grozi także dzieleniem postępowań, by koszty były wyższe. W przypadku dobrowolnej zapłaty, gdy organ nie poniesie większych kosztów niż koszty upomnienia, dłużnik będzie zobowiązany ponieść koszty w wysokości dotychczasowej (5%).

Niebezpieczne jest wprowadzenie regulacji dotyczącej sposobu ponownego wszczęcia postępowania egzekucyjnego, po umorzeniu poprzedniego. To rozwiązanie naganne z punktu widzenia zobowiązanego. Przepis dotyczy możliwości ponownego wszczęcia postępowania egzekucyjnego, w przypadku gdy poprzednie postępowanie egzekucyjne zostało umorzone z powodu braku majątku pozwalającego na zaspokojenie obowiązku. Podstawę wszczęcia kolejnego postępowania egzekucyjnego stanowić będzie poprzedni tytuł wykonawczy, w stosunku do którego zobowiązany nie będzie już uprawniony do zgłoszenia zarzutów w trybie art. 33 ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji. W konsekwencji wierzyciel nie wystawi nowego tytułu wykonawczego, a organ egzekucyjny prowadzić będzie postępowanie na podstawie poprzednio wydanego tytułu wykonawczego zaaktualizowanego wyłącznie w zakresie odsetek od dochodzonej zaległości.

Uchylenie przepisu dotyczącego zaokrąglania należności pieniężnych będzie zbyt daleko idącym utrudnieniem dla przedsiębiorców, którzy niejednokrotnie będąc dłużnikami zajętych wierzytelności będą musieli dokonywać wyliczenia należności pieniężnej „co do grosza”.

Praktyką organów egzekucyjnych jest prowadzenie jednego postępowania administracyjnego na podstawie wielu tytułów egzekucyjnych. Jeden tytuł egzekucyjny stanowić może podstawę prowadzenia wyłącznie jednego postępowania egzekucyjnego. Powinno to być jednoznacznie wskazane, aby nie budziło wątpliwości organów egzekucyjnych oraz wierzyciela publicznoprawnego.

Projekt ustawy zawiera też nieprecyzyjne określenie terminu rozpoczęcia biegu terminu przedawnienia kosztów upomnienia.

– Konsekwencją nowych przepisów będzie o wiele częstsze umarzanie postępowań egzekucyjnych, aby możliwe stało się dochodzenie należności publicznoprawnych od osób ponoszących odpowiedzialność jako osoby trzecie, nawet jeśli dłużnik ma majątek, ale wystarczyłby on tylko na zapłatę części zaległości. Trudno to zrozumieć, najpierw należy ściągnąć od bezpośredniego dłużnika co tylko się da, zanim rozpoczniemy egzekucję osób trzecich, ich odpowiedzialność jest bowiem akcesoryjna – wskazuje Andrzej Nikończyk Przewodniczący Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Dobrym rozwiązaniem jest natomiast wprowadzenie katalogu okoliczności, których wystąpienie może spowodować, iż wierzyciel publicznoprawny, będzie mógł pomimo wymagalności obowiązku odstąpić od wszczęcia postępowania egzekucyjnego.

Proponowana instytucja oparta jest na uznaniu administracyjnym, nie budzi to jednak wątpliwości, że stanowić będzie kolejną możliwość na dobrowolne wykonanie obowiązku publicznoprawnego przez zobowiązanego. Wprowadzenie jako jednej z przesłanek „szczególnie uzasadnionego przypadku” jest zbyt mało precyzyjnym sformułowaniem i powinno zostać doprecyzowane (np. w odniesieniu do sytuacji majątkowej zobowiązanego, faktu realnego prowadzenia działalności itp.).

Danfoss na COP24: Efektywność energetyczna jest koniecznością w zakresie redukcji emisji CO2

Mamy zaledwie 12 lat, aby zredukować globalną emisję dwutlenku węgla o ok. 45% (w porównaniu ze stanem w 2010 roku), a następnie kolejne 20 lat, aby osiągnąć około roku 2050 poziom net zeroemisyjny. Istnieje wiele ugruntowanych rozwiązań i technologii, które istotnie wspomagają ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. Musimy jednak znacząco przyspieszyć proces ich wdrażania.

Głównym celem rozpoczynającego się 2 grudnia szczytu klimatycznego w Katowicach jest przyjęcie zasad wdrażających porozumienie paryskie z 2015 roku, które zakłada ograniczenie wzrostu globalnego ocieplenia do poziomu poniżej 2 st. C. Obecnie, z opublikowanego na początku października raportu specjalnego IPCC (Międzyrządowego Panelu ds. Zmiany Klimatu) wiemy już, że aby zminimalizować zagrożenia związane
z konsekwencjami zmian klimatu należy dołożyć jeszcze większych starań i nie dopuścić do wzrostu średniej globalnej temperatury o więcej niż 1.5 st. C.

Zdając sobie sprawę jak istotne wyzwania stają w najbliższych latach przed globalną społecznością, również firma Danfoss włącza się w dyskusje dotyczące zmian klimatu oraz działań mających na celu zatrzymanie ich pogłębiania się. Ambicją firmy jest zaangażowanie w debatę klimatyczną jak najszerszego grona. Ma temu służyć inicjatywa #ETtalks DRIVE, dzięki której kluczowi eksperci rozmów o klimacie przekażą swoją wiadomość do świata w ramach krótkich wywiadów video podczas COP24. Będziemy mogli usłyszeć m.in. Rachel Kyte, CEO organizacji Sustainable Energy for All i Specjalnego Reprezentanta Sekretarza Generalnego ONZ do spraw SEforALL; Marcene Mitchell, Global Head of Strategy International Finance Corporation; Michała Kurtykę, Sekretarza Stanu w Ministerstwie Środowiska. Dodatkowo, 7 grudnia i 12 grudnia głos zabiorą m.in. Adam Jędrzejczak, prezes Danfoss Poland oraz Anton Koller, Prezydent Segmentu Ciepłownictwa, występując w kilku prelekcjach poświęconych budynkom i problemowi jakości powietrza.

Zdaniem ekspertów Danfoss, jednym z efektywnych ekonomicznie sposobów w zakresie redukcji emisji CO2 jest ograniczenie zużycia energii w budynkach, które obecnie odpowiadają za blisko 40% światowego zużycia energii. Przy gigantycznym wzroście populacji miejskiej na świecie presja na system klimatyczny będzie tylko rosnąć. Europejska Energetyczna Mapa Drogowa dekarbonizacji zakłada, że do roku 2050
w sektorze budownictwa i usług emisje dwutlenku węgla spadną do ok. 90%, a w opublikowanym zaledwie kilka dni temu komunikacie, Komisja Europejska proponuje scenariusze osiągnięcia net zero emisyjności gospodarki unijnej w połowie stulecia.  Czy uda nam się uzyskać takie redukcje?

W budynkach wciąż drzemie istotny nadal niewykorzystany potencjał efektywności energetycznej. Dzięki samej optymalizacji kontroli i sterowania przepływami energii w systemach technicznych budynków (ogrzewanie, chłodzenie, wentylacja i ciepła woda użytkowa) możemy w pełni wykorzystać potencjał postępującej cyfryzacji w budynkach oraz osiągnąć niebagatelną, bo średnio 30% oszczędność zużycia energii. To proste działanie, o okresie zwrotu nieprzekraczającym 2 lat, umożliwi redukcję emisji CO2 o 156 Mt w skali Europy. Aby to osiągnąć, musimy wyraźnie zwiększyć tempo modernizacji istniejących budynków.

Poprawa efektywności energetycznej to również najskuteczniejsze rozwiązanie problemu smogu, a także ubóstwa energetycznego, które wbrew pozorom są nierozerwalnie połączone z tematem zmian klimatu. Ponad 70% polskich domów jednorodzinnych ma niski i bardzo niski standard energetyczny, a tym samym wysokie zapotrzebowanie na ciepło. Ich ogólnokrajowa kompleksowa modernizacja przyczyniłaby się nie tylko do redukcji toksycznego benzo(a)pirenu o 44% i pyłów PM2,5 i PM10 o ok 22-23%, ale również zmniejszyłaby zużycie energii o 57% w całym sektorze domów jednorodzinnych.

„Efektywność energetyczna to warunek niezbędny do skutecznego przeprowadzenia transformacji energetycznej, która, biorąc pod uwagę zobowiązania międzynarodowe i wymogi redukcyjne, jest nieunikniona” – mówi Adam Jędrzejczak, prezes Danfoss Poland, prezydent regionu Europy Wschodniej.

Kolejnym naturalnym krokiem powinna być elektryfikacja, przede wszystkim transportu. Emisje z tego sektora stanowią jedną czwartą globalnych emisji CO2 i systematycznie rosną, znacząco wpływając na pogłębianie się zmian klimatu i przyczyniając się do powstawania smogu, zwłaszcza w dużych miastach. Według Światowej Organizacji Zdrowia około 90% ludzi na całym świecie oddycha powietrzem zawierającym duże ilości zanieczyszczeń, 7 milionów umiera z powodu narażenia na powietrze fatalnej jakości. Jeśli mamy dążyć do ograniczenia globalnego wzrostu temperatury do 1.5 st. C i zmniejszyć wpływ zanieczyszczenia powietrza na zdrowie, musimy zająć się również kwestią transportu miejskiego. Aby to osiągnąć, miasta powinny wyznaczyć nowe ambitne cele, aby szybciej neutralizować emisję dwutlenku węgla i stworzyć zachęty do przejścia na transport elektryczny. Przykładowo, Kopenhaga w Danii ma ambicje stać się pierwszym miastem na świecie, w pełni neutralnym pod względem emisji dwutlenku węgla. Miasto zamierza osiągnąć ten cel poprzez rozwijanie elektrycznego transportu, pozyskiwanie energii z wiatru i biomasy.

Obszarów wymagających działań jest dużo więcej, a czasu na ich podjęcie coraz mniej. Wymaga to kompleksowej strategii, obejmującej wszystkie sektory gospodarki. Mamy jednak ten komfort, że niezbędne technologie są dostępne na rynku i wystarczy je zaimplementować.

Liczba pracowników tymczasowych w II kw. 2018 spadła o 16% r/r

Rynek kandydata sprawił, że pracodawca przestał być tą silniejszą stroną stosunku pracy. Pracownicy częściej zmieniają zatrudnienie, w szczególności pracownicy tymczasowi, którym teraz łatwiej niż kiedykolwiek znaleźć jest stałą pracę. Duża rotacja pracowników tymczasowych sprawia, że okres zatrudnienia jednego pracownika staje się coraz krótszy. Sytuacja rynkowa sama zmniejszyła popyt na tę formę pracy. Duża część pracowników tymczasowych zostaje zatrudniona bezpośrednio przez pracodawcę użytkownika na długo przed osiągnięciem 18-miesięcznej długości zatrudnienia. Sytuacji nie ułatwia zbliżający się koniec limitów 18-miesięcznego zatrudnienia pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy użytkownika. Szacujemy, że to ograniczenie długości zatrudnienia wpłynie na sytuację ok. 10% pracowników. Zatem w zbliżających się miesiącach możemy spodziewać się kolejnych spadków w tym zakresie.pracownicy tymczasowi

W zbliżonym tempie, bo o 13% spadła liczba pełnych etatów wypracowana przez pracowników tymczasowych w 3Q2018, osiągając w Polskim Forum HR poziom 54 tys.

Wartość rynku pracy tymczasowej w 3Q2018 spadła o 2% w stosunku do tego samego okresu poprzedniego roku. Firmy członkowskie PFHR w tym czasie wypracowały obroty na poziomie 907 mln PLN, szacowana wartość całego rynku pracy tymczasowej w Polsce wyniosła w tym czasie 1,65 mld PLN.pracownicy tymczasowi 2Nieco inaczej wygląda popyt na usługę rekrutacyjną. W 3Q 2018 roku firmy członkowskie wypracowały w tym zakresie obroty na poziomie 40,2 mln PLN, z czego 33,8 mln PLN (wzrost rok do roku na poziomie 1%, ale już w porównaniu do poprzedniego kwartału spadek 2%) na rzecz polskich i 6,4 mln PLN na potrzeby zagranicznych pracodawców.pracownicy tymczasowi 3Przygotowała: Agnieszka Zielińska, Kierownik Polskiego Forum HR

Biogazowe statki w trosce o klimat – norweskie działania ekologiczne

Według danych Światowej Organizacji Morskiej gdyby wszystkie jednostki pływające były państwem, zajmowałyby 6. miejsce w niechlubnym rankingu największych emitentów CO² do atmosfery, po Chinach, Stanach Zjednoczonych, Indiach, Rosji i Japonii.1 Z tego powodu redukcja spalin pochodzących z branży morskiej staje się jedną z kluczowych kwestii dla powstrzymania globalnego ocieplenia.

Norweski operator rejsów Hurtigruten planuje wykorzystać martwe ryby do zasilania niektórych swoich statków starając się zmniejszyć ślad ekologiczny i wpływ swoich jednostek na zmiany klimatyczne. Resztki martwych ryb z potężnego w Norwegii sektora rybołówstwa zostaną przetworzone wraz z innymi odpadami organicznymi w celu wytworzenia płynnego biogazu, który zostanie użyty zamiast ciężkiego oleju napędowego.2

– W przededniu konferencji COP24 Norwegia przedstawia kolejną ekologiczną inicjatywę, ugruntowując pozycję jednego z liderów osiągania celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ. W najnowszym raporcie SPCC „NordicInsights – trendy, które kształtują przyszłość biznesu” przedstawiamy szereg ekologicznych koncepcji państw skandynawskich mających na celu
zmniejszenie zanieczyszczenia Ziemi. Norwegia, której ponad 80 proc. populacji mieszka niecałe 20 kilometrów od wybrzeża wykorzystuje potencjał morza w działaniach ekologicznych. Jest na przykład pionierem w dziedzinie akwakultury. Trend Blue Farming, czyli przemysłowa uprawa makroglonów daje możliwości produkcji biomasy, która może
przyczynić się do zwiększenia samowystarczalności Norwegii w zakresie produkcji żywności czy bioenergii – mówi Agnieszka Zielińska, dyrektor zarządzająca Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej (SPCC).

Pierwszy statek biogazowy Hurtigruten będzie gotowy już pod koniec 2019 roku. Celem firmy jest posiadanie 6 (ze swoich 17 statków) zdolnych do użycia kombinacji biogazu, akumulatorów i skroplonego gazu ziemnego (LNG), czyli najczystszego paliwa kopalnego, do 2021 roku. Norwegia ustanawia cel, aby statki wycieczkowe i promy pływających po fiordach wpisanych przez Unesco na listę obiektów światowego dziedzictwa najpóźniej do 2026 roku były zeroemisyjne.

W raporcie SPCC „NordicInsights” najważniejsze trendy kształtujące kierunki rozwoju biznesu zostały oddzielone na trzy grupy tematyczne: Gospodarka i Technologia, Środowisko i Zrównoważony Rozwój oraz Społeczeństwo i Praca.

Kalkulator PPK – optymistyczna symulacja dodatku do emerytury

Wśród wielu istotnych i niepodważalnych zalet Pracowniczych Planów Kapitałowych padł strzał w stopę. Zaprezentowany kalkulator przyszłego świadczenia emerytalnego może być niezwykle mylący. Dlaczego? Według informacji uzyskanych z Polskiego Funduszu Rozwoju nie uwzględnia inflacji oraz opłat za zarządzanie – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Klamka zapadła. Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych wchodzi w życie od 1 stycznia 2019 r., a pierwsze składki popłyną w drugiej połowie przyszłego roku. Chociaż nie brakuje sceptycznych opinii, PPK poprzez miękkie zachęty i kary motywują nas do rezygnacji z bieżącej konsumpcji i zmniejszają ryzyko, że na stare lata nasze świadczenie emerytalne będzie głodowe.

Zagwarantowana w ustawie prywatność środków znacznie redukuje też ewentualność, że w razie problemów finansowych państwa PPK podzielą los OFE. Dysponowanie oszczędnościami w PPK zasadniczo będzie podobne do tego, co obowiązuje w IKE czy w IKZE, oczywiście z uwzględnieniem wszystkich różnic formalnych pomiędzy programami.

Często podnoszoną wadę jest fakt, że symulowane wypłaty są obliczane tylko na okres 10 lat, czyli znacznie mniej niż wynosi średni okres życia na emeryturze. Z drugiej jednak strony może to zachęcać wiele osób, by dłużej pozostawać na rynku pracy i tym samym zwiększać swoje całościowe świadczenie (razem z wypłatą z ZUS). Również wystarczająco długi odkładanie w PPK może finalnie wystarczyć nawet na relatywnie wysokie świadczenie dożywotnie.

PPK to także korzyści dla całego kraju. Poprzez zwiększenie poziomu oszczędności w gospodarce będzie więcej kapitału na inwestycje. Kapitał dodatkowo będzie miał pochodzenie krajowe, co powinno uniezależniać Polskę od dopływu środków na rozwój z zagranicy.

Zagubiona inflacja i opłaty? Dostaniesz blisko połowę wyliczeń kalkulatora

By przyszły świadczeniobiorca oszacował swoją wypłatę z PPK, Polski Fundusz Rozwoju (PFR) uruchomił kalkulator przyszłej wypłaty z PPK. Jest to użyteczne narzędzie pozwalające ocenić wartość naszego dochodu podczas jesieni życia.

30-latek zarabiający 4 tys. zł brutto i wybierający podstawowy wariant programu, czyli składka pracodawcy 1,5 proc. wynagrodzenia, składka własna 2 proc. i dopłata od państwa, po 35 latach oszczędzania na podstawie wyliczeń kalkulatora przez 10 kolejnych lat będzie otrzymywał po 1824 zł miesięcznie.

To dużo, biorąc pod uwagę, że beneficjent PPK rezygnuje z zaledwie 2 proc. (ok. 80 zł) swojego dochodu, a udział pracodawcy i państwa to drugie 80 zł. Można jednak pójść dalej i orzec, że to wręcz zadziwiająco dużo, biorąc pod uwagę fakt, że założenia modelu są dość realistyczne. Roczna stopa zwrotu w okresie oszczędzania w okolicach 3,5 proc. jest możliwa do osiągnięcia. Również roczny wzrost wynagrodzenia na poziomie 2,8 proc. także nie wydaje się przesadzony. Gdzie więc tkwi haczyk?

Model, zgodnie z przekazanymi przez PFR informacjami, nie uwzględnia inflacji oraz opłat za zarządzanie. Naiwne byłoby oczekiwanie, że ceny przez 35 lat w ogóle nie wzrosną. Gdyby jednak ceny rosły każdego roku o ok. 1,5 proc. (to jest nasze ostrożne założenie, biorąc pod uwagę, że cel inflacyjny większości banków centralnych to 2,0 proc, a NBP 2,5 proc.) i uwzględniono opłatę za zarządzanie tymi środkami (ok. 0,5-0,6 proc. rocznie), to ujęte w przykładzie 1824 zł po 35 latach będzie wartę ok. połowę, czyli 966 zł w bieżącej wartości pieniądza.

Symulacja dodatku do emerytury

Po uwzględnieniu inflacji i kosztów zarządzania można także postarać się o symulację wariantu dożywotniego świadczenia w PPK.

Dane Eurostatu pokazują, że 65-letni mężczyzna ma przed sobą jeszcze średnio 16 lat życia. Wprawdzie, gdy zaczną się wpłaty z PPK, statystyczna długość życia jeszcze wzrośnie, ale dla uproszczenia przyjmijmy obecne warunki. Jeżeli chcemy dostawać emeryturę przez 16 lat, to świadczenie na koniec oszczędzania spada do 1232 zł, bez uwzględnienia inflacji i opłat za zarządzanie, oraz do 652 zł z uwzględnieniem tych obu elementów.

W przypadku kobiety ta wypłata będzie jeszcze niższa ze względu na dłuższy okres życia. Uwzględniając scenariusz, że wiek emerytalny dla kobiet wzrośnie do tego czasu do poziomu 65 lat, jej realna wypłata, biorąc pod uwagę inflację i opłaty za zarządzanie, wyniesie ok. 530 zł, a nie 999 zł, jak pokazuje kalkulator.

Błąd, który nie przekreśla PPK

Trochę dziwić może nieodpowiednia budowa kalkulatora. Polski program jest praktycznie kalką brytyjskiego, a szacunki przyszłych świadczeń na Wyspach pokazują wartości z uwzględnieniem inflacji i opłat za zarządzanie. Dodatkowo większość parametrów jest modyfikowalna i obywatel sam może oszacować, w jakim stopniu dane rozwiązanie jest dla niego satysfakcjonujące. U nas natomiast mimo sporego wysiłku związanego z wprowadzeniem programu i akcji promocyjnej tego brakuje.

Poważne niedopatrzenia dotyczącego kalkulatora nie zmieniają faktu, że sam program PPK jest ciekawy i warty uwagi dla większości pracowników. Jeżeli okaże się sukcesem, to powinien przyczynić się do wzrostu oszczędności Polaków i lepszych perspektyw rozwoju dla całego kraju.

FBI zatrzymało hakerów, którzy wyłudzili 30 milionów dolarów na fałszywych reklamach

FBI zatrzymało hakerów, którzy manipulowali ruchem sieciowym, aby generować zyski z reklam w internecie. Cyberprzestępcy wykorzystywali do tego nawet 1,7 mln urządzeń użytkowników – tworzyli z nich tzw. botnety[1], wyłudzając niemal 30 milionów dolarów.

Grupa, którą US-CERT nazwał 3ve[2], rozpowszechniała złośliwe oprogramowanie Kovter oraz Boaxxe za pomocą e-maili oraz odpowiednio spreparowanych stron www. Hakerzy wykorzystywali do tego m.in. swoje data center w Niemczech. Przejmowali kontrolę nad urządzeniami nieświadomych użytkowników i kierowali ruch sieciowy do reklam, pozorując, że jest on organiczny. Wśród kupujących reklamy sprawiało to wrażenie, że ich oferty były oglądane przez ogromną liczbę osób.

Paivi Tynninen, analityk w firmie F-Secure
Paivi Tynninen, analityk w firmie F-Secure

Przestępcy masowo rozsyłali spam, którego nie wykrywały filtry poczty elektronicznej. Po otwarciu załącznika lub kliknięciu w link użytkownicy byli infekowani złośliwym oprogramowaniem. Hakerzy nakłaniali również ofiary do aktualizacji oprogramowania. W rzeczywistości na ich urządzeniach instalowany był Kovter. Następnie uruchamiała się ukryta przeglądarka, która kierowała ruch sieciowy do odpowiednich reklam – mówi Paivi Tynninen, analityk w firmie F-Secure, która wspierała FBI w ujęciu oszustów i udostępniła informacje na temat botnetów oraz złośliwego oprogramowania wykorzystywanego przez hakerów.

Aby przerwać działania hakerów, FBI przeszukało 89 serwerów i 31 domen[3] oraz zajęło konta bankowe powiązane z grupą 3ve. Operacja doprowadziła do postawienia zarzutów ośmiu osobom.

Sean Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa w firmie F-Secure
Sean Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa w firmie F-Secure

Może się wydawać, że oszustwa reklamowe nie są istotnym problemem. Firmy tracą jednak na tych wyłudzeniach ogromne pieniądze, a koszty w końcu i tak ponoszą konsumenci. Botnety są bardzo odporne na próby zakłócenia ich działalności. Wystarczy, że część urządzeń jest wciąż zarażona, a wtedy botnet może się odbudować – dlatego nie można z całkowitą pewnością stwierdzić, czy działania 3ve zostały przerwane. Niezmiernie istotne jest, aby użytkownicy korzystali z rozwiązań ochronnych i na bieżąco monitorowali swoje komputery pod kątem złośliwego oprogramowania – podsumowuje Sean Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa w firmie F-Secure.

Według szacunków do 2025 r. dochody z oszustw reklamowych mogą wynieść od 50 do 150 mld dolarów rocznie[4].

[1] Grupa urządzeń zarażonych złośliwym oprogramowaniem, które pozwala twórcy na ich zdalne kontrolowanie.

[2] https://www.us-cert.gov/ncas/alerts/TA18-331A

[3] Według komunikatu prasowego Departamentu Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych, https://www.justice.gov/usao-edny/pr/two-international-cybercriminal-rings-dismantled-and-eight-defendants-indicted-causing

[4] Raport Światowej Federacji Reklamodawców, https://www.wfanet.org/app/uploads/2017/04/WFA_Compendium_Of_Ad_Fraud_Knowledge.pdf

Sektor produkcyjny inwestuje w pracowników

Ocena perspektyw rozwoju sektora produkcji przemysłowej jest coraz lepsza. Dobrze to świadczy również o ogólnej kondycji gospodarki. Branża uważana za papierek lakmusowy całego rynku od dłuższego czasu zgłasza bardzo wysokie zapotrzebowanie na ręce do pracy. Narastający niedobór pracowników sprawia, że firmy dbają o nich coraz bardziej i sięgają po wyszukane sposoby ich angażowania.

Dynamika rozwoju sektora produkcyjnego w Polsce rośnie. Prognoza zatrudnienia dla produkcji jest jedną z najbardziej optymistycznych wśród rynków regionu EMEA i najlepszą, względem innych sektorów, w Polsce[1]. Umocnienie pozytywnego trendu przekłada się na kształt polityki personalnej przedsiębiorstw. To świetna wiadomość dla osób poszukujących zatrudnienia – firmy mają do zaoferowania nie tylko miejsca pracy, ale też coraz lepsze warunki, w tym systemy motywacyjne.

– Dynamiczny rozwój gospodarczy zwiększa popyt na pracowników, a ich niedobór na rynku skłania firmy do większych starań o pozyskanie kandydatów – mówi Izabela Bąkowska-Jurga, Partner Biznesowy HR w Imperial Tobacco Polska. – Bardzo pozytywnym zjawiskiem jest rosnąca świadomość roli i wartości pracownika. Pracodawcy wprowadzają coraz bardziej rozbudowane systemy motywacyjne, chcąc przyciągnąć nowych, jak i zatrzymać dotychczasowych zatrudnionych. Kluczem do sukcesu są różnorodne metody, jednak pod warunkiem, że wynikają z uważnego wysłuchania potrzeb pracowników. Jak pokazuje nasze doświadczenie, podobne zainteresowanie może wzbudzać darmowy transport do miejsca pracy, jak i np. dopłaty do urlopu dla rodzin pracowników. Istotne jest też samo wynagrodzenie oraz premia, choć równie ważnymi oczekiwaniami naszych kandydatów są stabilność, rozwój zawodowy i dobra atmosfera w pracy – podsumowuje Izabela Bąkowska-Jurga.

Globalny koncern tytoniowy ma w Polsce dwie fabryki – w Radomiu oraz w podpoznańskich Jankowicach. Rozwija się dynamicznie, dlatego do obydwu miejsc poszukuje większej liczby pracowników produkcji o kompetencjach technicznych, jak np. mechaników maszyn, automatyków, operatorów maszyn, pracowników transportowych czy pracowników linii produkcyjnej. Na długiej liście oferowanych im benefitów znajdują się m.in. bezpłatny transport do miejsca pracy z okolicznych miejscowości, świeże owoce w stołówce, dodatki finansowe do wyżywienia, bonusowe dni wolne, premia roczna, bezpłatny dostęp do lekarza w miejscu pracy, a także specjalne programy dla świeżo upieczonych rodziców czy osób po 50. roku życia.

Podobnie o pracowników dba produkujący światłowody Corning Optical Communications. Obok dotychczasowej fabryki pod Łodzią firma otworzyła właśnie drugi zakład, jeden z największych nie tylko w skali regionu, ale i Europy. To wynik szybkiego rozwoju automatyzacji oraz rosnącego popytu na rozwiązania optyczne dla przemysłu telekomunikacyjnego. By sprostać popytowi, Corning nie tylko intensywnie rekrutuje nowych pracowników, ale też poświęca dużo uwagi ofercie dla tych już zatrudnionych.

– Bez sprawdzonych systemów motywacji czy elastyczności w podejściu do potrzeb naszych pracowników nie jest możliwe zachowanie na obecnym rynku pozycji konkurencyjnej komentuje Mariusz Bielawski, Dyrektor Corning Optical Communications. – Zapewnienie benefitów jest oczywistością, ale i wyzwaniem. Zwłaszcza kiedy tak jak u nas, firma zatrudnia na różnych szczeblach, na stanowiskach produkcyjnych i okołoprodukcyjnych, specjalistycznych, inżynieryjnych. Potrzeby i oczekiwania pracowników są więc bardzo zróżnicowane i oferta pozapłacowa musi to odzwierciedlać. Taka inwestycja przynosi jednak efekty i warta jest zachodu. Corning zawsze stawiał na równe traktowanie oraz partnerskie podejście do pracowników. Zależy nam na długofalowej współpracy z nimi, a nasz system motywacyjny jest jednym z elementów, które istotnie się na to przekładają. Benefitami staramy się odpowiadać na faktyczne potrzeby, bo tylko tak możemy skutecznie wspierać zadowolenie i efektywność naszych ludzi dodaje Mariusz Bielawski.

Firma oferuje więc pracownikom dofinansowanie do posiłków w firmowej kantynie, opiekę medyczną i bezpłatny dojazd do pracy. Dofinansowane są karta sportowa i wypoczynek, firma regularnie organizuje też firmowe pikniki i imprezy integracyjne. To jednak nie wszystko. Dużym zainteresowaniem cieszą się oferowane przez Corning możliwości rozwoju, otwierające drogę do awansu, w tym przejścia pomiędzy działami w ramach firmy.

Jak twierdzą eksperci, zbudowanie skutecznego systemu motywacji wymaga czasu i zaangażowania, jednak pozwala na współczesnym rynku skutecznie walczyć o pracownika i rozwijać firmę.

– Poszukiwanie nowych sposobów na przyciągnięcie i związanie z sobą pracowników to w tej chwili konieczność – mówi Anna Mikulska, dyrektor w MJCC, agencji specjalizującej się w doradztwie w obszarze employer brandingu. – Rynek pracy uległ zmianie, a wraz z nim zmieniło się też nastawienie pracowników. Są oni bardziej świadomi własnej wartości, szukając pracodawcy, nie są przecież skazani na pierwszą ofertę. Wybierają więc z większą rozwagą, patrząc na konkrety, które proponują im firmy. Programy motywacyjne odzwierciedlają podejście firmy do pracownika – jeśli są dostosowane do preferencji załogi, dają realną przewagę nad innymi pracodawcami dodaje ekspertka.

[1] Wyniki globalnego raportu Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia.

Nowe biura mają wzięcie. Duży popyt na wynajem powierzchni biurowych

Zarówno w Warszawie, jak i na rynkach regionalnych utrzymuje się wciąż duży popyt na wynajem powierzchni biurowych    

Na głównych rynkach w Polsce powstaje obecnie około 1,74 mln mkw. powierzchni biurowych. Z danych Walter Herz wynika, że tylko w Warszawie w budowie jest około 760 tys. mkw. biur, a w pozostałych ośrodkach biznesowych w kraju w trakcie realizacji pozostaje łącznie około 980 tys. mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych.

Prawie 70 proc. nowych biur, które budowane są w regionach, znajduje się w inwestycjach prowadzonych we Wrocławiu, Krakowie i Trójmieście. I to właśnie te aglomeracje odnotują wkrótce największy wzrost podaży. Niemniej, we wszystkich największych ośrodkach biurowych w Polce widoczna jest duża aktywność firm deweloperskich. Do wzmożonej działalności motywuje inwestorów wciąż ogromny popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe zgłaszany, zarówno przez firmy już obecne na rynku,  jak wchodzące do Polski.

Trzy miasta z ponad milionem mkw. biur

Jak obliczają specjaliści Walter Herz, zasoby polskiego rynku biurowego przekraczają dziś 10,2 mln mkw. powierzchni, w czego 5,42 mln mkw. biur oferuje Warszawa. Na czołowych rynkach regionalnych podaż powierzchni biurowych wynosi łącznie ponad 4,8 mln mkw. Z tego Kraków, w którym w budowie jest teraz ponad 280 tys. mkw. biur  i Wrocław, gdzie powstaje około 240 tys. mkw. powierzchni, mogą się pochwalić zapleczem biurowym przekraczającym 1 mln mkw.

Trójmiasto, w którym realizowane jest prawie 160 tys. mkw. nowoczesnej przestrzeni biurowej, jest coraz bliższe osiągnięcia tego poziomu, choć przekroczy go prawdopodobnie dopiero w 2021 roku. Natomiast konkurujące ze sobą Poznań, Katowice i Łódź niedługo dysponować będą zasobami wysokości 500 tys. mkw. biur.

Mimo dużej ilości nowych biur dostarczanych na główne rynki regionalne w okresie pierwszych dziewięciu miesięcy br. – łącznie około 440 tys. mkw. powierzchni – wskaźnik pustostanów w regionach utrzymuje się na średnim poziomie 9,7 proc. Z danych Walter Herz wynika, że najmniejszy odsetek wolnych biur notuje Poznań i Trójmiasto. Zaledwie około 6,4 – 6,7 proc. powierzchni pozostaje w tych lokalizacjach niewynajęte.

Warszawa z najmniejszą ilością wolnych biur od 5 lat

Dzięki dużej absorpcji notowanej na stołecznym rynku także w Warszawie ilość pustostanów spadła do wartości nieobserwowanej od pięciu lat, tj. poziomu poniżej 10 proc. Najmniej wolnej powierzchni jest w biurowcach zlokalizowanych w centralnej części miasta, gdzie na najemców czeka tylko 6,5 proc. biur.

Warszawa jest najbardziej chłonnym rynkiem biurowym w Polsce i plasuje się pod tym względem także w czołówce europejskiej. Z danych Walter  Herz wynika, że w pierwszych trzech kwartałach 2018 roku w aglomeracji zakontraktowane zostało blisko 630 tys. mkw. powierzchni biurowych.

Napływ nowych, międzynarodowych firm i ekspansja najemców obecnych już na tym rynku, a także coraz większe zainteresowanie wynajmem powierzchni komercyjnych ze strony instytucji państwowych motywuje inwestorów do działania. Na biurowej mapie Warszawy przybywa nowych inwestycji, z których część to projekty spektakularne, jakich w Polsce jeszcze nie było. Obok dużych, widowiskowych obiektów, na rynek wchodzą jednocześnie atrakcyjne cenowo projekty, jak na przykład kompleks Neopark położony w biznesowej części warszawskiego Mokotowa, którego budowa właśnie się zakończyła, czy prowadzona przez firmę Yareal inwestycja związana z realizacją projektu Lixa na stołecznej Woli.

W Polsce będzie najwyższa wieża biurowa w Unii Europejskiej

W Warszawie szczególnie intensywnie rozbudowuje się rejon Ronda Daszyńskiego i obszar wzdłuż ulicy Prostej i Świętokrzyskiej. Powstaje tam nowoczesna dzielnica biznesowa. Wkrótce w biurowy krajobraz miasta wpiszą się realizowane w tym rejonie takie biurowce jak The Warsaw Hub (75 tys. mkw.), Skyliner (44 tys. mkw.), Generation Park Z (20 tys. mkw.) Spark B (16 tys. mkw.), czy Mennica Legacy Tower (60 tys. mkw.). Przy ulicy Świętokrzyskiej do budowy przygotowywany jest też kompleks PHN Tower, który dostarczy około 40 tys. mkw. powierzchni najmu i powstaje Central Point z 18 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Przy rondzie Dmowskiego, obok nowej Rotundy, na miejscu biurowca Universal stanie natomiast Widok Towers. Prawie 95 metrowa wieża, która przyniesie 35 tys. mkw. powierzchni. Największą prowadzoną Warszawie inwestycją jest jednak projekt Varso realizowany w narożniku ulicy Chmielnej i alei Jana Pawła II w stronę Żelaznej. Kompleks zaoferuje 140 tys. mkw. powierzchni najmu.

Jak podają analitycy Walter Herz, całkowita podaż nowej powierzchni biurowej w Warszawie w tym roku zamknie się w granicach 250 tys. mkw. W 2019 roku warszawski rynek wzbogaci się o podobną ilość powierzchni. Dopiero 2020 rok przyniesie miastu potężny zastrzyk nowej powierzchni biurowej, kiedy ukończone zostaną duże, realizowane aktualnie projekty.

ID Logistics uruchamia nowy magazyn w Woli Bykowskiej

Firma ID Logistics uruchamia kolejny magazyn koło Piotrkowa Trybunalskiego i już na początku 2019 roku planuje zatrudnienie ponad 150 osób, które będą odpowiadać za jego kompleksową obsługę. Pracę w nowym centrum dystrybucji ID Logistics znajdą zarówno magazynierzy, pracownicy obsługi klienta jak i managerowie.

Nowy obiekt o powierzchni 13 tys. m² znajduje się w centrum logistycznym P3 Piotrków położonym w Woli Bykowskiej, oddalonej o 6 km od Piotrkowa Trybunalskiego i 40 km od Łodzi. O wyborze tego miejsca zadecydowała m.in. dobra infrastruktura i lokalizacja, w pobliżu autostrady A1 oraz drogi ekspresowej E67. Dodatkowo centrum logistyczne jest bardzo dobrze skomunikowane z Piotrkowem Trybunalskim i Łodzią, co będzie dużym ułatwieniem dla dojeżdżających pracowników. W procesie poszukiwania lokalizacji i przygotowania długoterminowej umowy wynajmu ID Logistics wspierała firma JLL. To już trzecie centrum logistyczne, zarządzane przez operatora, które zostało uruchomione w tym regionie.

Rekrutacja do magazynu w Woli Bykowskiej już trwa

W Woli Bykowskiej praca czeka m.in. na magazynierów, operatorów wózków widłowych, pracowników administracji magazynowej, pracowników biura obsługi klienta i reklamacji a także managerów tj. kierownik zmiany czy manager ds. technicznych i ochrony. Proces rekrutacji właśnie się rozpoczął i jest prowadzony dwutorowo, w ramach rekrutacji wewnętrznej oraz zewnętrznej.  Do nowego zespołu ID Logistics poszukuje pracowników o różnych kompetencjach i doświadczeniu. Odpowiednimi uprawnieniami muszą wykazać się operatorzy wózków widłowych wysokiego składowania, ważna jest umiejętność obsługi komputera, analityczne myślenie oraz doświadczenie i wiedza na temat procesów magazynowych. W przypadku stanowisk związanych z zarządzaniem wymagana jest wiedza z zakresu prawa pracy, umiejętności managerskie i negocjacji.

„Oferujemy ciekawą pracę w dużej, międzynarodowej firmie, która jest liderem dedykowanej logistyki kontraktowej. Jako pracodawca kładziemy nacisk na wspieranie rozwoju zawodowego pracowników. Zapewniamy możliwości awansu w rekrutacjach wewnętrznych. „Od magazyniera do dyrektora” to nie pusty slogan, ale częsta ścieżka kariery w ID Logistics” – mówi Małgorzata Hornig, dyrektor HR, ID Logistics. „Do aplikowania zachęcamy wszystkie osoby, które interesują się logistyką, bez względu na to czy mają już doświadczenie czy dopiero chciałyby spróbować swoich sił w naszej branży”.

ID Logistics zapewnia także swoim pracownikom różne benefity pozapłacowe, m.in.  karty przedpłacone na święta, wyjazdy szkoleniowo – integracyjne, także ubezpieczenie na życie czy kursy języków obcych.

Innowacje wspierają rozwój ID Logistics

ID Logistics, które jest obecnie w Polsce od ponad 10 lat, zarządza 8 centrami logistycznymi o łącznej powierzchni 200 tys. m². Za ich obsługę odpowiada zespół 1600 pracowników. We wszystkich obszarach działalności firma stawia na wykorzystanie nowoczesnych i  innowacyjnych technologii oraz systemów, które zwiększają efektywność procesów zarządzania. Na przykład wsparciem w zarządzaniu zasobami ludzkimi są nowe narzędzia obsługi kadrowej i rejestracji czasu pracy (RCP). W centrach logistycznych, przy wdrażaniu innowacyjnych i zautomatyzowanych rozwiązań, kluczowe znaczenie ma zarówno upraszczanie procesów jak i zwiększanie komfortu oraz bezpieczeństwa pracy. Eksperci ID Logistics nie tylko testują rozwiązania już dostępne na rynku, ale także sami są autorami rozwiązań, które ułatwiają pracę w magazynach, takich jak Auto-Stretch Manager (ASM), czyli prosty w użyciu podajnik do folii, stosowanej w magazynach do owijania palet.

Przy niemieckiej granicy powstanie jedna z największych farm fotowoltaicznych w Polsce

Urząd Regulacji Energetyki podał właśnie wyniki aukcji z 15 listopada br, dotyczącej źródeł fotowoltaicznych i wiatrowych, o mocy do 1 MW. W ramach aukcji URE, członkowie Zgorzeleckiego Klastra Rozwoju Odnawialnych Źródeł Energii i Efektywności Energetycznej złożyli zwycięskie oferty, umożliwiające budowę i efektywną eksploatację źródeł fotowoltaicznych o łącznej mocy aż 46 MW. Co stanowi blisko 10% z wszystkich zwycięskich projektów. ZKlaster dysponuje drugim co do wielkości, obok  kontrolowanego przez Zygmunta Solorza Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin SA (ZE-PAK), kompleksem farm fotowoltaicznych w Polsce. Razem z poprzednimi 18MW daje to możliwość generacji 64MW w klastrze.

Albert Gryszczuk, Prezes Zarządu Zgorzeleckiego Klastra Energii
Albert Gryszczuk, Prezes Zarządu Zgorzeleckiego Klastra Energii

– Podczas, gdy większość polskich klastrów energii jest wciąż w fazie planowania, Zklaster jest pewnego rodzaju ewenementem, ponieważ w ramach naszej struktury skupiliśmy podmioty będące w posiadaniu projektów OZE już w pełni gotowych do realizacji. Potwierdzeniem tego jest zwycięstwo tych podmiotów w aukcji zorganizowanej przez URE w połowie listopada tego roku. 46MW nowych źródeł fotowoltaicznych, skupionych na obszarze jednego powiatu, z gwarancją ceny energii, gotowych do budowy w okresie nie przekraczającym 1 roku, to coś wyjątkowego w skali całego kraju. Zgorzelecki Klaster Energii zdecydowanie przechodzi „od słów do czynów” również w obszarze wytwarzania energii z OZE, co jest przecież osią każdej inicjatywy klastrowej w Polsce – komentuje Prezes Zarządu Zgorzeleckiego Klastra Energii, Albert Gryszczuk.

Zgorzelecki Klaster energii jest szeroką i wielowątkową inicjatywą, ale bez energii wytwarzanej z OZE nie miałby szansy istnieć. Należy pamiętać, że klaster musi być oparty o energię odnawialną, wytworzoną wyłącznie na obszarze funkcjonowania klastra (co najwyżej powiatu), a jednocześnie zaspokajającą co najmniej 30% łącznego zapotrzebowania odbiorców z tego obszaru. Zazwyczaj jest to  poważne wyzwanie z poziomu technicznego, organizacyjnego i finansowego.

– W naszym Zklastrze zdajemy sobie z tego sprawę od początku, czyli od 1,5 roku, gdy nasza inicjatywa wystartowała. Dlatego szukaliśmy synergii w działaniach poszczególnych członków klastra, pomagaliśmy w procesie przygotowania projektów do realizacji oraz do świeżo zakończonej aukcji URE. Podkreślić należy również wyjątkowo sprzyjający klimat dla innowacyjności na obszarze powiatu zgorzeleckiego oraz bardzo dobrą współpracę z władzami samorządowymi. Teraz widzimy tego efekty – dodaje Albert Gryszczuk

Klaster to naturalne środowisko dla przygotowania i realizacji tego typu projektów. Zagregowanie projektów o dużym wolumenie w ramach skupionej na wspólnym celu, skoordynowanej i skutecznie zarządzanej struktury – takiej jak w Zklastrze – pozwala uzyskać pozytywne rezultaty. Duża skala realizowanych jednocześnie projektów sprawia, że klaster staje się partnerem dla wszystkich, poważnych światowych dostawców technologii OZE. Bez klastra energii, żaden pojedynczy inwestor nie miałby na to szansy.

Kolejne duże wyzwanie, jakie stoi przed polskimi klastrami, to zagospodarowanie energii. Należy ją  odebrać od lokalnych producentów, a następnie dostarczyć do odbiorców, jednocześnie skutecznie bilansując popyt i podaż na poziomie lokalnym. W Zklastrze funkcjonuje pierwsza i na dziś jedyna w Polsce „klastrowa spółka dystrybucyjna” z koncesją na obrót i dystrybucję energii elektrycznej na obszarze klastra. Spółka posiada własną sieć dystrybucyjną oraz jest przygotowana do przyłączenia – między innymi – na dzień dzisiejszy źródeł PV o łącznej mocy 55 MW. Dzięki klastrowi energii podmioty, które właśnie wygrały aukcję, będą miały techniczną możliwość sprzedaży wytworzonej energii elektrycznej. Harmonogram realizacji zgorzeleckiej inwestycji zamyka się już w 2020r.

– Oczywiście, w ramach struktury Zklastra, szykujemy kolejne inwestycje z zakresu OZE. Jest to co najmniej 200MW mocy wytwórczej. Sądzę, że inne klastry energii też będą przygotowywać i realizować swoje projekty. Nie wiem, czy uda się uzyskać podobną skalę. Jestem natomiast przekonany, że w każdym dobrze zaplanowanym klastrze energii jest potencjał do budowy nowych źródeł OZE i uzyskania realnych korzyści z ich eksploatacji – kończy Albert Gryszczuk

Polska chmura kosmiczna przetwarza już ponad 10 PB danych z satelitów

Ponad 10 PB cyfrowych informacji z satelitów, czyli równowartość ponad 15 mln płyt CD lub 100 mld zdjęć na Facebooku, jest już przechowywanych na platformie CREODIAS, czyli w „polskiej chmurze kosmicznej”. Projekt realizowany przez konsorcjum firm, m.in. CloudFerro oraz Creotech Instruments we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną ma na celu dostarczanie obywatelom, firmom i instytucjom bezpłatnych informacji satelitarnych. 

Petabajt to 1 milion gigabajtów – taką przestrzeń dyskową zająłby film nagrany w bardzo dobrej jakości, którego długość miałaby mniej więcej 40 lat. To teraz pomnóżmy tę wartość przez 10 i otrzymamy mniej więcej wielkość repozytorium danych satelitarnych jakie zgromadzono do tej pory na platformie CREODIAS, której operatorem jest polska firma CloudFerro. Wykorzystując technologię chmury obliczeniowej, udostępnia ona bezpłatnie internautom dane z 7 satelitów. To największy projekt w historii polskiej branży kosmicznej, warty około 15 mln EUR.

Magiczna granica

Jeszcze do niedawna dane satelitarne były dostępne odpłatnie i dla wąskiego grona odbiorców. Ich źródłem były satelity należące do ogromnych koncernów oraz rządów konkretnych państw, najbardziej zaawansowanych w podboju kosmosu.  Wszystko zmieniło się za sprawą programu Copernicus prowadzonego przez Komisję Europejską i Europejską Agencję Kosmiczną, który zaowocował wystrzeleniem na orbitę Ziemi nowoczesnych satelitów, a następnie uruchomieniem 5 platform udostępniających dane z tych urządzeń. Jedną z nich jest właśnie CREODIAS.

W rok od uruchomienia platformy CREODIAS, zgromadziliśmy na niej ponad 10 PB cyfrowych informacji satelitarnych. To dane, zarówno aktualne jak i historyczne, które znajdują zastosowanie m.in. w monitorowaniu zmian klimatycznych, poziomu zanieczyszczenia powietrza czy w badaniu wilgotności gleby. Wykorzystuje je m.in. branża ubezpieczeniowa do oceny szkód oraz służby ratownicze, ale zdjęcia są również doskonałym źródłem informacji np. dla rolnictwa oraz administracji. Dane pozwalają optymalizować gospodarkę wodną czy rolną a także szacować ryzyko wystąpienia klęsk żywiołowych – tłumaczy prezes CloudFerro, dr Maciej Krzyżanowski.

Od San Francisco po zanieczyszczenie powietrza

Najwięcej, bo ponad 4,7 PB danych, dostarczyły satelity Sentinel-1. To informacje z tych urządzeń pozwoliły m.in. zdiagnozować problem z jakim borykał się wieżowiec Millennium Tower, zlokalizowany w centrum San Francisco. Okazało się, że jest on podtapiany średnio kilkoma centymetrami wody rocznie i systematycznie przechyla się w jedną stronę. Problem zapadania się gruntu zdiagnozowano też m.in. w Bytomiu – tutaj powodem były szkody górnicze.

Łączenie wielu obrazów radarowych z różnych przelotów satelitów Sentinel-1  pozwala na uzyskanie bardzo precyzyjnych danych o przesunięciach terenu czy obiektów na nim, z dokładnością do kilku mm. Mimo, że satelity robią swoje pomiary z wysokości kilkuset kilometrów. Pozwalają one zdiagnozować problemy, których nie widać gołym okiem – tłumaczy Maciej Krzyżanowski.

Duży wkład w szybki rozwój platformy mają też dane z satelitów misji Sentinel-2, obserwujących w kolorze powierzchnię lądu, duże wyspy, zbiorniki śródlądowe i wybrzeża na całym świecie. Każdy satelita Sentinel-2 wyposażony jest w innowacyjną multispektralną kamerę wysokiej rozdzielczości, obserwującą lądy i roślinność w 13 pasmach widma. Połączenie wysokiej rozdzielczości, zdolności widmowych oraz pola widzenia obejmującego 290 km pozwala usprawniać rolnictwo, monitorować lasy, wykrywać zanieczyszczenia jezior i wód przybrzeżnych oraz wspierać zarządzanie kryzysowe. Dane z Sentinel 2 zasiliły do tej pory platformę aż 3,3 PB cyfrowych informacji.

Najmniejszą część repozytorium stanowią dane z satelitów Sentinel-5P (ponad 80 TB) oraz Landsat USGS (ponad 10 TB). Ten pierwszy satelita został wystrzelony w październiku ubiegłego roku i dostarcza danych dotyczących składu i zanieczyszczenia powietrza. Wyposażony w najnowocześniejszy instrument Tropomi może zaobserwować takie związki chemiczne jak dwutlenek węgla, metan, tlenek węgla oraz aerosole (zawiesiny cząstek stałych). Każdy z tych czynników wpływa na jakość powietrza, którym oddychamy oraz na nasz klimat.

Rewolucyjny Copernicus

W tym roku mija 20 lat od podpisania w 1998 roku we włoskim mieście Baveno manifestu, zakładającego utworzenie europejskiego programu Copernicus monitorującego środowisko. Obecnie, dzięki siedmiu satelitom Sentinel umieszczonym na orbicie, Copernicus tworzy największe na świecie repozytorium danych z obserwacji Ziemi. Dane te pomagają firmom i instytucjom państwowym sprostać aktualnym wyzwaniom związanym m.in. z rosnącą urbanizacją, bezpieczeństwem zaopatrzenia w żywność, klęskami żywiołowymi i zmianami klimatycznymi. Niezwykle istotny jest fakt, że wszystkie te dane oferowane są całkowicie bezpłatnie i dla każdego, w tym również przysłowiowego Kowalskiego.

Podejmując blisko rok temu współpracę przy europejskim projekcie Copernicus, rozpoczęliśmy udział w najbardziej ambitnym projekcie obserwacji Ziemi na świecie. Jeszcze do niedawna najwięcej działo się na tym polu za Oceanem, jednak obecnie coraz więcej firm i startupów z Europy rozwija swoje usługi oparte na danych satelitarnych. Poprawa jakości życia ludzi dzięki wykorzystaniu technologii kosmicznych staje się faktem – zauważa Maciej Krzyżanowski.

Według badań nowojorskiej firmy P&S Research Market, w 2023 roku światowy rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym będzie warty już ponad 5,2 miliardów dolarów.

Zmiany klimatyczne wymuszają zmiany na rynku nieruchomości

2 grudnia uwaga międzynarodowej społeczności skupi się na zagadnieniach związanych ze stanem klimatu i z działaniami, które mają zapobiec grożącej nam w perspektywie kilkudziesięciu lat katastrofie ekologicznej. W Katowicach rozpocznie się szczyt klimatyczny COP24. Zgromadzi on ponad 25 tysięcy uczestników, w tym delegacje 196 państw, i potrwa niemal do połowy miesiąca. Sektor nieruchomości komercyjnych w Polsce rozwija się w znacznej mierze w zrównoważony sposób, ale podjęte w trakcie COP24 decyzje niewątpliwie wpłyną na dynamikę i dalszy kierunek tego rozwoju.

Zdecydowane zmiany są koniecznością

Ocieplenie klimatu nie jest w debacie międzynarodowej tematem nowym, ale raport opublikowany na początku października tego roku przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu Narodów Zjednoczonych (IPCC) przyniósł alarmujące wnioski. Z dokumentu wynika, że aby uniknąć katastrofalnych skutków zmian klimatu, takich jak coraz bardziej dotkliwe powodzie, huragany, susze itp., należy podjąć natychmiastowe działania ograniczające dalszy wzrost średniej globalnej temperatury. W praktyce oznacza to zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych o 50% już do 2030 r., a w ciągu kolejnych 20 lat całkowite wyeliminowanie ich emisji do atmosfery. Do 2050 r. energia powinna być więc pozyskiwana wyłącznie ze źródeł innych niż węglowe, co z kolei oznacza konieczność większego wykorzystania zasobów odnawialnych, np. energii słonecznej, oraz większej dbałości o efektywność energetyczną stosowanych technologii.

Andrzej Gutowski, dyrektor w dziale Certyfikacji Zielonych Budynków Colliers International
Andrzej Gutowski, dyrektor w dziale Certyfikacji Zielonych Budynków Colliers International

– Sektor nieruchomości na swój własny sposób przyczynia się do zmian zachodzących w atmosferze. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że 40% energii zużywanej obecnie na terenie Unii jest przeznaczane na eksploatację budynków, zaś użytkowanie nieruchomości generuje emisję dwutlenku węgla na poziomie 36%. Ten stan rzeczy będzie się zmieniał. Zgodnie z unijną dyrektywą dotyczącą charakterystyki energetycznej budynków po 31 grudnia 2020 r. wszystkie nowo powstające w UE obiekty powinny być budynkami o niemal zerowym zużyciu energii – mówi Andrzej Gutowski, dyrektor w dziale Certyfikacji Zielonych Budynków Colliers International.

Deweloperzy działający na rynku nieruchomości komercyjnych już dziś decydują się na certyfikację swoich biurowców, centrów handlowych czy magazynów w wielokryterialnych międzynarodowych systemach oceny budynków– w Polsce najpopularniejszymi są  BREEAM i LEED. Co zyskuje dzięki temu środowisko, użytkownicy i sami inwestorzy?

Nowoczesne znaczy ekologiczne

Najczęściej stosowane u nas systemy certyfikacji mają anglosaski rodowód – BREEAM wywodzi się z Wielkiej Brytanii, LEED ze Stanów Zjednoczonych – i ogólnoświatowy zasięg. Ich zadanie polega na ocenie oddziaływania budynku na środowisko naturalne i użytkowników.

O przyznanie certyfikatu można starać się na różnych etapach życia budynku. W przypadku obiektów nowo powstających możliwe jest uzyskanie certyfikatów typu New Construction, zazwyczaj podzielonego na dwie fazy. W fazie początkowej (Interim) pod lupę bierze się projekt obiektu z punktu widzenia jego późniejszego zapotrzebowania na energię. Dużą rolę odgrywają tu takie czynniki jak zwarta orientacja budynku, projektowane instalacje, materiały budowlane oraz praktyki podczas trwania budowy. Po oddaniu obiektu do użytkowania, można ubiegać się o certyfikat „Final”, który będzie stanowił potwierdzenie właściwego wykonania deklarowanych podczas projektowania rozwiązań. Z kolei budynki już użytkowane podlegają certyfikacji typu „In-Use” oceniającej m.in. parametry ich rzeczywistej eksploatacji, zużycie mediów, jakość środowiska wewnętrznego czy świadomość użytkowników dotyczącą wykorzystania zastosowanych technologii. W odróżnieniu od systemów dedykowanych budynkom nowo powstającym, certyfikaty „In-Use” nie są przyznawane bezterminowo, ale wymagają okresowego odnawiania (BREEAM co 3 lata, LEED co 5 lat) i – potencjalnie – unowocześniania wprowadzanych rozwiązań, co z punktu widzenia właścicieli i zarządców nieruchomości jest bardzo dużym wyzwaniem.

– W ocenie właścicieli, zarządców i najemców nieruchomości komercyjnych certyfikaty świadczące o zrównoważonym charakterze obiektów zawsze miały duże znaczenie prestiżowe i biznesowe. Współcześnie certyfikacja nowo powstających budynków biurowych jest w Polsce właściwie standardem, mimo że oznacza ona konieczność spełnienia znacznie wyższych kryteriów niż wynika to z obowiązujących norm prawnych. Jednak dziś, gdy rządy państw muszą zacząć bardzo szybko reagować na pogarszającą się sytuację klimatyczną – o czym będzie mowa m.in. w tracie szczytu COP24 – wdrożone zawczasu przyjazne dla środowiska rozwiązania dają dużą przewagę zielonym budynkom i ich właścicielom – mówi Andrzej Gutowski. 

Zielone rozwiązania

Czym certyfikowany obiekt różni się od innych? Przede wszystkim cechuje go znacznie większa efektywność energetyczna, przekładająca się m.in. na ograniczenie zużycia energii do ogrzewania, chłodzenia i oświetlania budynku,  a poza tym oszczędne gospodarowanie wodą, większa dbałość o jakość środowiska wewnętrznego, redukcja i ponowne wykorzystanie odpadów. Do realizacji tych celów wykorzystuje się nowoczesne technologie oparte na zautomatyzowanym działaniu i elastycznym dostosowywaniu warunków panujących w pomieszczeniach ściśle do potrzeb, m.in. do liczby przebywających w nich użytkowników. Na etapie projektowania i budowy istotne jest poszukiwanie lokalizacji, która zapewni łatwy dostęp do obiektu środkami transportu publicznego oraz wykorzystanie materiałów cechujących się niskim śladem węglowym, czyli zużyciem energii w trakcie ich wytwarzania,  przewożenia itp. W praktyce starania i nakłady poniesione przez inwestorów i zarządców przekładają się na niższe koszty eksploatacji i większy komfort przebywania w tego typu obiektach. Kompleksowy system ocen pozwala także na oszacowanie realnego wpływu takich budynków na środowisko naturalne.

Polska regionalnym liderem zrównoważonego budownictwa

Zmiany w sektorze nieruchomości z pewnością nastąpią szybciej, niż się spodziewamy, jednak nawet jego obecna sytuacja w Polsce przedstawia się bardzo dobrze na tle regionu. Z danych PLGBC z końca 2017 r. wynika, że na terenie naszego kraju znajduje się aż 48% certyfikowanych obiektów (w systemach BREEAM, LEED, ale także DGNB, HQE oraz WELL) występujących w Europie Środkowo-Wschodniej, co czyni nas regionalnym liderem w dziedzinie zrównoważonego budownictwa. Jeśli przyjrzeć się temu z uwzględnieniem różnorodnego przeznaczenia obiektów, okaże się, że 62% nowoczesnej powierzchni biurowej dostępnej w Polsce pod koniec 2017 roku stanowiła powierzchnia certyfikowana, zaś w odniesieniu do powierzchni handlowej ten współczynnik wynosił 33%.

Banki centralne w centrum uwagi

Ostatnie kwartały obfitowały w globalne zawirowania polityczne. Obecnie jednak uwaga inwestorów ponownie skupia się na kwestii perspektyw działań kluczowych banków centralnych świata, a te w ostatnim czasie ulegają dość istotnym przeobrażeniom.

Jeszcze kilka miesięcy temu inwestorzy wierzyli (albo chcieli wierzyć), że Europejski Bank Centralny podniesie stopy procentowe w drugiej połowie 2019 r. Obecnie jednak, w konsekwencji napływu serii rozczarowujących danych gospodarczych – w tym szczególnie indeksów aktywności, danych o nastrojach biznesowych oraz samych odczytów dynamiki PKB za dwa ostatnie kwartały – wygląda na to, że decyzja Banku o normalizacji polityki pieniężnej nie będzie tak łatwa, jak się wcześniej wydawało i może nastąpić później.

Po drugiej stronie Atlantyku również ciężko być czegokolwiek pewnym. Zaledwie nieco ponad dwa miesiące temu, członkowie FOMC sugerowali, że chcą podnosić stopy procentowe jeszcze raz w bieżącym i trzy razy w przyszłym roku. W ostatnim czasie retoryka decydentów uległa jednak pewnym zmianom, coraz wyraźniej zwracają oni uwagę na zagrożenia związane ze wzrostem stóp oraz na fakt, że dalsze, tak szybkie podwyżki kosztów pieniądza niekoniecznie muszą być potrzebne.

Wczoraj wieczorem szok na rynkach finansowych wywołały słowa prezesa Rezerwy Federalnej, który stwierdził, że polityka monetarna w USA nie jest na „wcześniej wyznaczonej” ścieżce [preset path], dodając jednocześnie, że obecnie poziom stóp procentowych znajduje się „tuż poniżej” poziomu neutralnego – czyli takiego poziomu, który nie przekłada się na przyspieszenie wzrostu gospodarczego, jak również go nie spowalnia. Można to uznać za potwierdzenie, że FED będzie w istotny sposób reagował na zmiany bieżącej sytuacji i perspektyw gospodarczych. Inwestorzy odebrali to jako sugestię, że FED może zbliżać się do końca podwyżek stóp procentowych.

W kontekście wielu niewiadomych, które będą determinowały działania banków centralnych po obu stronach Atlantyku, można powiedzieć jedynie, że z całą pewnością rok 2019 będzie ciekawym okresem.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,28-4,30. Mimo lekkiej słabości w parze ze złotym, wspólna europejska waluta radziła sobie wczoraj nadzwyczaj dobrze w relacji do głównych walut, zyskując przede wszystkim na słabości dolara amerykańskiego.

Wczorajszy dzień nie przyniósł istotnych publikacji danych makro, dziś jednak warto zwrócić uwagę na odczyt inflacji z Niemiec w listopadzie, który poznamy w drugiej części dnia. Będzie on stanowił pewien punkt zaczepienia przed jutrzejszymi, wstępnymi szacunkami dynamiki cen w całym wspólnym bloku. Z tego też powodu, jeśli będzie istotnie różnił się od oczekiwań, może wpływać na kurs europejskiej waluty.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,83-4,87.

W kontekście środy warto wspomnieć o raporcie opublikowanym przez Bank Anglii, w którym ekonomiści nakreślili nowe scenariusze dla Wielkiej Brytanii w konsekwencji opuszczenia UE. Najbardziej niekorzystny zakłada silniejszy wstrząs dla gospodarki niż przyniósł globalny kryzys finansowy z 2008 r. W przypadku „nieuporządkowanego Brexitu” na przestrzeni roku miałoby dojść m.in. do drastycznego spadku cen nieruchomości (dochodzącego do 30%), skokowego wzrostu stopy bezrobocia (do 7,5% z 4,1% obecnie) oraz skurczenia się gospodarki o 8%. Obawy dotyczące najgorszego scenariusze potwierdził wczoraj również prezes Banku Anglii stwierdzając, iż „Wielka Brytania nie jest w pełni gotowa na Brexit bez porozumienia”.

USD

Kurs USD/PLN w środę spadł o 0,8%, wahając się w widełkach 3,76-3,81. Oprócz kluczowej informacji, jaką były wczorajsze słowa Powella, warto wspomnieć o kilku odczytach z amerykańskiej gospodarki. Po pierwsze, wczorajsze dane pokazały, że wzrost dynamiki PKB USA w III kwartale br. roku wyniósł 3,5% w ujęciu zanualizowanym, tak jak wstępnie szacowano. Jest to wynik bardzo przyzwoity. Nie wszystkie informacje płynące z USA są jednak równie dobre. Wczorajsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości rozczarowały, sugerując powolną kontynuację pogarszania się sytuacji w sektorze. Sprzedaż nowych domów w ujęciu miesięcznym spadła o 8,9%, tym samym zaliczając największy miesięczny spadek od ponad 3 lat (niemniej, w tym miejscu warto zaznaczyć, że dane są wyjątkowo zmienne, czymś normalnym są również znaczące rewizje odczytów).

 

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – wstępny szacunek inflacji w Niemczech w listopadzie
  • 14:30 – bazowa inflacja PCE w USA w październiku
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 14:30 – dane o dochodach i wydatkach osobistych w USA w październiku
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w październiku
  • 20:00 – przemawia Charles Evans, prezes FED z Chicago
  • 20:00 – publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Ile w 2019 r. zarobi kierowca ciężarówki?

Od 5 do 8,5 tysiąca PLN na rękę. Tyle może zarobić kierowca ciężarówki w polskim przedsiębiorstwie transportowym. Jak to możliwe, skoro będzie zatrudniony na najniższą krajową, która w 2019 roku wyniesie 2250 PLN brutto miesięcznie? Na wynagrodzenie truckera składa się jeszcze wiele innych elementów wynikających ze specyfiki zawodu. Na co warto zwrócić uwagę, wybierając pracę „za kółkiem” oraz co może przynieść przyszłość, podpowiadają eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

– Analiza zatrudnienia kierowców w polskich firmach transportowych przeprowadzona przez OCRK[1] wskazuje, że osób młodych zatrudnionych na tym stanowisku z roku na rok przybywa. Nadal największy odsetek stanowią doświadczeni czterdziestolatkowie[2], jednak pracowników w przedziale wiekowym 20-29 lat jest coraz więcej. To młodzi adepci zawodu, którzy przemierzają pierwsze kilometry zazwyczaj po kraju, w podwójnej obsadzie. Dopiero poznają tajniki codziennej pracy, warto jednak, by już na początku tej drogi znali swoje prawa i możliwości dotyczące systemu pracy oraz płacy – mówi Bartłomiej Zgudziak, ekspert OCRK.

Co młodych przyciąga i dlaczego?

Według ostrożnych szacunków w Polsce może brakować obecnie aż 100 tysięcy kierowców.
A w ciągu najbliższych siedmiu lat ilość wakatów może zwiększyć się o kolejne 200 tysięcy. Obecnie przedsiębiorcy kuszą szczególnie młodych dofinansowaniem lub finansowaniem w pełni zdobycia uprawnień do prowadzenia pojazdów o DMC powyżej 3,5 tony. Kuszą również zarobki, bo wynagrodzenie niedoświadczonego kierowcy wykonującego trasy międzynarodowe zazwyczaj będzie się składać z niskiej podstawy ale wysokich zwrotów kosztów z tytułu podróży służbowej.

Przedsiębiorca winien wypłacić podstawę najpóźniej do 10 dnia kolejnego miesiąca. Aby dotrzymać terminu tej wypłaty z uwagi na mobilny charakter pracy kierowcy oraz konieczność dokładnych wyliczeń przysługującego wynagrodzenia, pracodawca ustala tzw. ryczałty za pracę w nocy oraz w godzinach nadliczbowych, a także zaliczkę za dyżur. Taka struktura rozliczenia ma na celu późniejsze sprawdzenie, czy stały dodatek pokrył pracę w godzinach nadliczbowych, nocnych i dyżurach oraz wykazanie ewentualnego wyrównania do dodatku do pensji z tytułu pracy za granicą. Na przykład w Niemczech, Francji czy Austrii obowiązują różne stawki płacy minimalnej – wyjaśnia Zgudziak. – Przykładowa struktura wynagrodzenia młodego kierowcy w 2019 roku może wyglądać następująco: 2000 PLN wynagrodzenie zasadnicze, 250 PLN wynagrodzenie za dyżur, 200 PLN ryczałt za pracę w godzinach nadliczbowych, 50 PLN ryczałt za pracę w godzinach nocnych. Łączne miesięczne wynagrodzenie przy takich założeniach to 2500 PLN brutto, kwota na rękę wyniesie zatem około 1800 PLN. Do tego należy doliczyć oczywiście należności z tytułu krajowej lub zagranicznej podróży służbowej. W tej pierwszej kierowcy przysługuje dieta w wysokości 30 PLN oraz ryczałt za nocleg, w wysokości 45 PLN. Przykładowe przeliczenie należności z tzw. krajówki dla kierowcy, który przepracował cały miesiąc i wracał na każdy weekend do bazy, prezentują poniższe dane z programu 4Trans – dodaje ekspert OCRK.

wykres 1

Łącznie z tytułu służbowej podróży krajowej młody kierowca mógłby więc zarobić 1485 PLN, co z podstawą daje nieco ponad 3200 PLN netto.

Za granicą można więcej?

W transporcie międzynarodowym pracodawca może wybrać stawkę diety zagranicznej. Minimalna kwota za dobę w takiej podróży to 30 PLN, a maksymalna określona jest w załączniku do rozporządzenia w sprawie podróży służbowych1. Na przykład w Niemczech maksymalna dieta za dobę wyniesie 49 euro, we Francji 50 euro. Ważny jest też zwrot kosztów z tytułu noclegów, a ten najczęściej wypłacany jest w formie ryczałtu za nocleg. Według niemieckich stawek będzie to równowartość 37,5 euro, we Francji aż 45 euro.

Młode pokolenie kierowców chce zarabiać jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie. Przedsiębiorca, wypłacający diety i ryczałty za nocleg, w całości zwraca koszty z tytułu podróży służbowej swojemu pracownikowi. Należności te są wolne od podatku i składek ZUS do limitów określonych w rozporządzeniu Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 2013 roku[3]. Taka struktura zarobków, tj. niska część opodatkowana i oskładkowana, a wysoka składowa pensji na rękę, jest najbardziej pożądana przez młodych – komentuje Bartłomiej Zgudziak.

Poniżej przedstawiono przykładowy miesiąc pracy kierowcy (czas pobytu w delegacji 18 dni, wyjazd 03.04.2018 – przyjazd 21.04.2018) i różnice w zwrocie kosztów z tytułu podróży służbowej w stosunku do ustalonej diety w przedsiębiorstwie przy stałym ryczałcie

podróż służbowaW zależności od wypłacanej diety zagranicznej w przedsiębiorstwie – łączny zarobek kierowcy mógłby się kształtować w granicach od około 5 do 8,5 tysiąca PLN.

Co może się zmienić z Pakietem Mobilności?

Duże zmiany czekają firmy w transporcie międzynarodowym. Dyskusja na temat zakresu stosowania w sektorze transportu zasady „równej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu” nadal trwa. Ostatnia dyskusja dotyczyła scenariusza, zgodnie z którym transgraniczne przewozy drogowe będą zwolnione od nowych przepisów do 10 dni w miesiącu, a kabotaż i transport kombinowany będzie nimi w całości objęty. Najnowsza propozycja zakłada z kolei objęcie zasadami delegowania kabotażu oraz transportu z załadunkiem i rozładunkiem w krajach trzecich, bez przewozów typowo dwustronnych. Dla przedsiębiorców oznacza to, że nie mają żadnych podstaw do właściwego i opartego na konkretach planowania przyszłych kosztów związanych z wynagrodzeniami kierowców w transporcie międzynarodowym, ponieważ w dalszym ciągu regulacje opierają się na nieszczegółowej „starej” dyrektywie 96/71. Projekty przepisów wróciły ponownie do dalszych prac komisji TRAN. – Nie ma jednak żadnej pewności, że zasady akceptowalne dla PE, a później także Rady UE i KE zostaną szybko wypracowane. Z pewnością każda z zainteresowanych stron będzie chciała znaleźć i zatwierdzić optymalne rozwiązanie przed kolejnymi wyborami w 2019 roku. Jednak już teraz polscy przedsiębiorcy mogą podjąć pewne kroki w celu ograniczenia skutków zmian, np. poprzez modyfikację struktury wynagradzania kierowców, automatyzację pracy przy rejestrowaniu czasu pracy w różnych krajach czy choćby podejmowanie rozmów i negocjacji z kontrahentami w związku ze wzrostem kosztów pracowniczych wynikających z dyrektywy o delegowaniu pracowników – mówi Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Polski dialog?

Na rozwiązanie czeka również rewolucyjny projekt zmian w ustawie o czasie pracy kierowców, zaproponowany przez Ministerstwo Infrastruktury. Sytuacja jest związana nie tylko z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, który to poddał w wątpliwość w ogóle sens istnienia instytucji podróży służbowej w przypadku pracowników stale przemieszczających się (kierowców), ale również z Pakietem Mobilności. Nowelizacja ustawy miała być odpowiedzią na regulacje lobbowane przez kraje zachodnie, które oprócz podwyżki wynagrodzenia minimalnego oraz nakładu obowiązków administracyjnych, planowały należności związane z podróżą służbową wyłączyć z płacy minimalnej, co przy obecnej strukturze wynagrodzenia kierowców wiązałyby się z ogromnym wzrostem kosztów pracowniczych.

W przypadku przyjęcia proponowanych zmian, nowe przepisy podniosą całkowite koszty zatrudnienia kierowcy od 5% do nawet 35% w zależności od przedsiębiorstwa, ale z drugiej strony zabezpieczą firmy przed zachodnią płacą minimalną. Zmienione regulacje nie uproszczą także prawidłowego wyliczania wynagrodzeń, gdyż w celu zastosowania ulg przysługującym pracownikom delegowanym, konieczne będzie określenie tak zwanych wirtualnych diet przysługujących w każdym kraju delegowania. Zgodnie z projektem, obowiązkowa dla wszystkich pracowników będzie też pełna ewidencja czasu pracy. Jest dużo pytań i wątpliwości związanych z tym projektem. Czekamy na rozwój sytuacji. Jest to z pewnością, wraz z Pakietem Mobilności, jeden z najważniejszych tematów dotyczących wynagradzania kierowców w Polsce – komentuje Kamil Wolański, OCRK.

[1] Analiza danych firm transportowych rozliczanych przez Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców w okresie 2013-2018.

[2] Potwierdza to raport „Kim jest polski kierowca ciężarówki”, opracowany przez OCRK, 2018.

[3] Rozporządzenie MPiPS z dnia 29 stycznia 2013 r. w sprawie należności przysługujących pracownikowi zatrudnionemu
w państwowej lub samorządowej jednostce sfery budżetowej z tytułu podróży służbowej.

Niższy podatek CIT w 2019 roku? – fakty i mity

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Ostatnie doniesienia medialne w zakresie nowelizacji podatków dochodowych skupiają się m.in. na obniżce stawek CIT. Do postulatu obniżenia CIT z 15% do 9% należy jednak podchodzić z ostrożnością, gdyż głównym celem fiskusa jest kontynuacja uszczelniania systemu podatkowego. Oznacza to, że większość z wprowadzanych zmian będzie jeszcze mniej korzystna dla przedsiębiorców niż dotychczas.

Z całą pewnością propozycja obniżenia stawki CIT jest wizerunkowym sukcesem fiskusa. Mało kto zwraca jednak uwagę, że obniżeniu CIT od 2019 r. będzie towarzyszyła redukcja katalogu podmiotów uprawnionych do stosowania stawki preferencyjnej. Tym samym projektodawca poprzez obniżenie stawki podatku osiągnie pożądany rezultat społeczny, a jednocześnie tylnymi drzwiami wprowadzi zmiany, które spowodują, że z preferencji niższego opodatkowania skorzysta dużo mniej firm niż ma to miejsce obecnie.

Preferencyjny CIT – komu przysługuje?

Z obniżoną stawką podatku dochodowego od osób prawnych mamy do czynienia począwszy od rozliczeń CIT za 2017 r. To wówczas Ministerstwo Finansów wprowadziło do ustawy CIT pojęcie tzw. małego podatnika uprawnionego do zastosowania w miejsce dotychczasowego 19% CIT obniżonej stawki podatku 15%. Co do zasady preferencją zostały wówczas objęte podmioty, u których wartość przychodu ze sprzedaży – wraz z kwotą należnego podatku od towarów i usług – nie przekroczyła w poprzednim roku podatkowym 1,2 mln EUR, a także firmy, które rozpoczynały działalność gospodarczą w danym roku podatkowym w rozliczeniu za pierwszy rok działalności. Warunki stosowania tej preferencji były dość oczywiste, a co za tym idzie korzystne dla firm.

Zachęta dla niewielu

Tymczasem już na etapie prac legislacyjnych w 2016 r. przedsiębiorcy oraz eksperci zwracali liczne uwagi, że obniżka CIT do 15% dla najmniejszych firm de facto nie zmniejszy istotnie obciążeń podatkowych, gdyż zdecydowana większość tzw. małych podatników w Polsce podlega opodatkowaniu PIT. Jak wynika bowiem z danych statystycznych przygotowanych przez MF, ok. 90% firm w Polsce (w tym jednoosobowych działalności gospodarczych) rozlicza się z fiskusem jako działalność gospodarcza osób fizycznych i są one opodatkowane na zasadach ogólnych (skala podatkowa 18% lub 32%) albo podatkiem liniowym wynoszącym 19% podstawy opodatkowania. W dodatku samych tylko przedsiębiorców opodatkowanych tzw. liniowym PIT było w 2016 r. ok. 530 tys., czyli więcej niż wszystkich podatników CIT razem wziętych, tj. ok. 480 tys. Spośród wszystkich podatników CIT przeciętny przychód wyniósł nieco ponad 11 mln zł, a podatek należny do zapłaty wykazał zaledwie co trzeci podatnik CIT.

Większa obniżka, mniej uprawnionych

Zgodnie z uchwaloną w dniu 23 października 2018 r. nowelizacją ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych preferencyjna stawka, o której mowa w art. 19 ust. 1 pkt 2 ustawy CIT, ulegnie od rozliczenia za 2019 r. zmniejszeniu z 15% do 9% podstawy opodatkowania. Jednocześnie wyraźnie zaznaczono, że obniżka ta będzie dotyczyła wyłącznie przychodów innych niż zyski z kapitałów pieniężnych, a więc wyłącznie przychodów z tzw. działalności operacyjnej przedsiębiorstwa. Nowelizacja przewiduje, że preferencja będzie przysługiwać wyłącznie małym podatnikom oraz podatnikom rozpoczynającym prowadzenie działalności gospodarczej, których przychody osiągnięte w bieżącym roku podatkowym (przed zmianami był to rok poprzedzający rok podatkowy – przyp. aut.) nie przekroczyły wyrażonej w złotych kwoty odpowiadającej równowartości 1,2 mln EUR. Ta drobna z redakcyjnego punktu widzenia zmiana jest szczególnie niekorzystna dla tych przedsiębiorców, którzy osiągnęli przychód poniżej ustawowego limitu w poprzednim roku podatkowym, a jednocześnie odnotowali wyższe od tego pułapu przychody w roku bieżącym.

Niższa stawka, ale za to wyższy podatek

W stanie prawnym obowiązującym do końca 2018 r. mały podatnik mógł korzystać z preferencyjnej stawki podatkowej przez cały bieżący rok podatkowy, bez względu na przekroczenie limitu w trakcie roku. Nowe zasady oznaczają natomiast, że do zastosowania obniżonej stawki CIT w całym roku podatkowym będą uprawnione wyłącznie te podmioty, które nie przekroczyły przychodu ze sprzedaży w kwocie 1,2 mln EUR zarówno w roku poprzedzającym, jak i w bieżącym roku podatkowym. W konsekwencji od 2019 r. z chwilą uzyskania przychodu w kwocie wyższej od ustawowego limitu firma straci prawo do obniżonej stawki i będzie zobowiązana płacić 19% zaliczki CIT już od miesiąca, w którym limit ten został przekroczony. Ponadto uchwalone przepisy znacznie rozszerzą katalog wyłączeń ustawowych uniemożliwiających skorzystanie z niższej stawki CIT, m.in. nie będzie można jej zastosować w stosunku do spółki dzielonej (art. 19 ust. 1c znowelizowanej ustawy CIT).

Powyższe oznacza, że w stosunku do lat 2017-2018 krąg podmiotów uprawnionych do obniżonej stawki CIT zostanie znacząco zredukowany. Paradoksalnie największe korzyści z tytułu obniżki stawki CIT może odnieść sam fiskus, ponieważ ewentualny fiskalny koszt tej obniżki będzie dla Skarbu Państwa jedynie symboliczny. Z kolei rządzący politycy z pewnością nie omieszkają przy każdej nadarzającej się okazji przypominać o tej wątpliwej „obniżce CIT”.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak długo Polacy muszą pracować na świąteczne zakupy?

Statystyczny Polak musi przepracować niecałe 5 dni roboczych, aby zarobić na tegoroczne Święta Bożego Narodzenia. Ponad dwa razy więcej czasu (10 dni) będą musiały spędzić w pracy osoby zarabiające minimalne wynagrodzenie – wynika z analizy Personnel Service. Najszybciej na świąteczne zakupy zarobią pracownicy budowlani, produkcyjni oraz magazynowi – zajmie im to ok. 4,5 dnia. Najwięcej, bo ponad 7 dni, muszą poświęcić nauczyciele.

Krzysztof Inglot - Work Service
Krzysztof Inglot – Work Service

W porównaniu do października zeszłego roku, przeciętne wynagrodzenie netto r/r jest o 242 zł wyższe. Jednak ten wzrost jest wciąż zbyt powolny i nierównomierny, co może być szczególnie odczuwalne przed świętami. Przedstawiciele branż takich jak np. budownictwo czy przemysł, potrzebują aż 3 dni roboczych mniej niż np. nauczyciele czy kelnerzy, żeby zarobić na standardowe świąteczne wydatki. Natomiast osoby otrzymujące najniższą krajową potrzebują na to aż 10 dni. Co ciekawe, branże, które najszybciej gromadzą środki na święta, są jednocześnie tymi, które skarżą się na największe braki kadrowe – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Tydzień zaciskania pasa

Najnowsze dane z cyklicznego Barometru Providenta wskazują, że w tym roku Polak wyda na święta średnio 719 zł. To kwota zbliżona do tych z poprzednich lat – w 2017 r. średnie planowane wydatki wyniosły 721 zł, a w 2016 r. było to o złotówkę więcej. Z kolei z danych GUS wynika, że w październiku br. przeciętne wynagrodzenie w Polsce wyniosło 4921 zł brutto (3495 zł netto). Przyjmując, że w miesiącu pracujemy średnio 22 dni, w trakcie dnia pracy za średnią krajową pensję zarabiamy 159 zł. Statystyczny Polak potrzebuje więc 4,5 dnia roboczego, by zgromadzić środki finansowe na Święta Bożego Narodzenia.

Ponad dwa razy więcej czasu będą musiały spędzić w pracy osoby zarabiające najniższą krajową stawkę (1530 zł netto). By wydać na święta przeciętne 719 zł, powinny pracować 10 dni – ich dzienna stawka przy 22 dniach roboczych w miesiącu to niecałe 70 zł.

Ile Polacy pracują na świąteczne wydatki?

Kategoria zarobków Pensja
(zł, brutto)
Pensja
(zł, netto)
Stawka dzienna

(zł, netto)

Dni pracy
na Święta
Przeciętne wynagrodzenie 4921 3495 159 4,5
Minimalne wynagrodzenie 2100 1530 70 10
Nauczyciel mianowany 2824 2034 92 7,5
Pracownik budowlany 5103 3622 165 4,3
Pracownik HoReCa 3589 2568 116 6,2
Pracownik produkcyjny 4923 3497 159 4,5
Sprzedawca, kasjer 4523 3217 146 4,9
Pracownik magazynu 4794 3406 155 4,6
Pracownik administracji 3501 2506 114 6,3
Źródło: Personnel Service na podstawie danych GUS, MEN, Provident

 

Budowlańcy z pierwszą gwiazdką

Z analizy Personnel Service wynika, że najszybciej na święta w tym roku zarobią pracujący w budownictwie – potrzebują niewiele ponad 4 dni (4,3). Najbliżej statystycznej średniej są osoby zatrudnione w przemyśle (4,5) oraz transporcie i logistyce (4,6). Zajmującym się handlem, np. kasjerom i sprzedawcom zdobycie środków na świąteczne zakupy zajmie 4,9 dnia.

Z kolei wśród grup, które potrzebują najwięcej czasu, są pracownicy hoteli i restauracji oraz administracji – potrzebują odpowiednio 6,2 i 6,3 dnia roboczego. Jednak najwięcej czasu spośród analizowanych zawodów będą musieli przepracować nauczyciele mianowani – aż 7,5 dnia.

Jakie cechy osobowości wpływają na inteligencję emocjonalną managera?

Badania potwierdzają, że inteligencja emocjonalna odgrywa istotną rolę w osobowości człowieka. Przedstawiamy listę cech, które się na nią składają oraz jakie ma to konsekwencje przy zarządzaniu zespołem.

O tym, czy osoba pasuje na dane stanowisko decydują jej sposób rozumowania, posiadana wiedza oraz indywidualne zdolności. Natomiast umiejętne zarządzanie emocjami sprawia,
że na danym stanowisku sprawdzamy się, bądź nie.

Na inteligencję emocjonalną składają się osobiste kompetencje człowieka, dzięki którym potrafimy panować nad swoimi emocjami, kontaktami społecznymi, a także umiejętność podejmowaniem właściwych decyzji. Dzięki niej efektywność naszych działań jest większa. Pozwala również lepiej rozumieć własne emocje i nimi zarządzać. Dzięki inteligencji emocjonalnej jesteśmy również zdolni  do obserwowania i rozumienia uczuć innych osób. – mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Poland.

Jakie cechy składają się na inteligencję emocjonalną?

Inteligencję emocjonalną opisuje model mieszany, na który składa się kilka elementów:

Samoświadomość – umiejętność rozpoznawania swoich emocji, mocnych i słabych stron, zdolność wpływania na innych oraz na ich emocje. To także używanie intuicji. Na skali osobowości HPI odpowiada za nią stabilność, czyli pewność siebie i opanowanie w sytuacjach stresowych.

Samokontrola – rozpoznawanie swoich negatywnych i wyniszczających emocji, kontrolowanie swoich impulsów, posiadanie zdolności do adaptacji w zmiennych warunkach. Za ten element odpowiada skala stabilności i systematyczności (samodyscyplina, odpowiedzialność i sumienność).

Umiejętności społeczne – to zarządzanie relacjami, kierowanie ludźmi w pożądaną stronę i znajdowanie właściwych motywatorów u swoich pracowników, a także komunikowanie o pozytywnych zachowaniach . Składają się na nią ambicja (inicjatywa, współzawodnictwo oraz potencjał twórczy), towarzyskość (ekstrawersja, bogactwo kontaktów oraz dążenie do interakcji społecznych) i wrażliwość interpersonalna (takt, społeczna wnikliwość oraz zdolność do utrzymywania relacji z innymi).

Empatia – to umiejętność identyfikowania się z wyzwaniami innych i rozważanie uczuć
innych przy podejmowaniu decyzji. Odpowiadają za nią stabilność i wrażliwość interpersonalna.

Motywacja –motywowanie siebie z sukcesem, osiąganie celów i poszukiwanie zwycięstwa
dla „samej wygranej”. Za motywację na skali HPI odpowiada ambicja (inicjatywa,
współzawodnictwo oraz potencjał twórczy).

Główne cechy osoby o wysokiej inteligencji emocjonalnej

W latach 2012 – 2017 Assessment Systems Polska przebadała 3542 polskich, czynnych
zawodowo managerów ze średnich i dużych firm o polskim i międzynarodowym kapitale.
Przebadane osoby były bardzo dobrze wykształcone, miały wysokie kwalifikacje zawodowe
i podobne kompetencje. Ponadto, były mocno skupione na karierze zawodowej i obracały się w podobnych kręgach.

Osoby o wysokiej inteligencji emocjonalnej wyróżnia umiejętność panowania nad emocjami. Znają również swoją wartość i wiedzą nad jakimi obszarami swojej osobowości muszą jeszcze pracować. Takie osoby lubią wyzwania, ale mają także wysoki czynnik samokontroli, empatii i asertywności. Osoby posiadające te cechy są doskonałymi przywódcami, potrafią dobrze zarządzać zespołami i osiągać z nim ponadprzeciętne sukcesy.

Różnice w inteligencji emocjonalnej kobiet i mężczyzn

Motywacja jest elementem, w którym widać największe różnice w rozróżnieniu na płeć.
Z uwagi na silniejsze motywatory, mężczyźni mają wyższą inteligencję emocjonalną.

Istotny wpływ na wyniki badania oraz różnice pomiędzy inteligencją emocjonalną kobiet
i mężczyzn mają czynniki motywacyjne, które nami kierują zarówno w życiu osobistym jak
i zawodowym, i są
silnie powiązane z wewnętrznym systemem wartości.  Mediana wyników pokazała tu aż 12 punktów różnicy. Na motywatory wpływ mogą mieć również role społeczne, które narzucane są kobietom. Warto również dodać, że u kobiet silniej rozwinięty jest altruizm, co sprawia, że mają wyższą wrażliwość emocjonalną – mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.

Badanie wykazało, że mężczyźni większą uwagę przywiązują do pieniędzy, władzy
i rozpoznawalności. Panowie na skali finansów są na 64 percentylu, podczas gdy panie jedynie na 46 percentylu. Na skali władzy, która odpowiada za indywidualne osiągnięcia i posiadanie wpływu w otoczeniu zawodowym mężczyźni są na 59 percentylu, a kobiety na 44 percentylu. Natomiast na skali rozpoznawalności, która odpowiada za pragnienie uwagi i pochwał mężczyźni są na 68 percentylu, a kobiet na 59 percentylu.

Kobiety natomiast są wyżej na skali tradycji odpowiadającej za działania zgodne
z obwiązującymi zasadami, czy regulaminami oraz za osobiste przekonania i poczucie
obowiązku (mężczyźni są w ok. 49 percentylu, a kobiety w ok. 55 percentylu).

Kobiety przywiązują także większą uwagę do wyglądu przedmiotów i mają bardziej intuicyjny niż mężczyźni styl podejmowania decyzji, dlatego na skali estetyki plasują się w okolicach 60 percentyla, a mężczyźni w ok 48 percentylu. U kobiet wysoko są również tzw. motywatory społeczne. Panie na skali altruizmu są na poziomie 50 percentyla, a panowie w okolicy 44 percentyla. To oznacza, że kobiety mają wyższą wrażliwość emocjonalną.

Dlaczego podczas rekrutacji na wysokie stanowiska warto zbadać inteligencję
emocjonalną?

Firma przed awansem pracownika, czy zatrudnieniem nowej osoby z zewnątrz powinna wiedzieć, czy dana osoba podoła wyzwaniu i odniesie sukces na nowym stanowisku. Kwestionariusze dr Roberta Hogana, które badają zarówno osobowość jak i inteligencję emocjonalną wypełniło już 6 milionów osób na całym świecie. Są rekomendowane przez Amerykańskie i Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne. Dzięki nim można obiektywnie ocenić poszczególnych kandydatów, ponieważ nie są brane pod uwagę wiek, płeć, uprzedzenia, stereotypy, czy inne kwestie pozamerytoryczne. Przedstawicielem Metody Hogana w Polsce jest Assessment Systems Polska.

*Raport na podstawie badania Assessment Systems Polska przeprowadzonego na grupie 3542 osób w latach 2012-2017.

Elastyczna (r)ewolucja <> Europejski rynek elastycznych powierzchni biurowych rośnie w tempie 30% rocznie

Według najnowszego raportu JLL Disruption or Distraction, sektor flex – elastycznych przestrzeni do pracy[1] w Europie urósł ponad dwukrotnie od 2014 r. i może rozwijać się w tempie nawet 30% rocznie w ciągu najbliższych pięciu lat[2]. Prognozy te – oparte o analizę 20 głównych rynków europejskich – uwzględniają również Warszawę, która dominuje na polskim rynku flex.

Milion elastycznych metrów kwadratowych w rok

Jak pokazują dane JLL, wolumen elastycznej powierzchni biurowej na 20 największych tego typu rynkach zwiększył się w ubiegłym roku o 30%, co stanowiło ok. 1 mln mkw. Co więcej, do 2023 r. Europa wzbogaci się o kolejne 7 milionów mkw. tzw. powierzchni flex.

„Wzrost podaży elastycznych przestrzeni do pracy powoduje jedno z największych przesunięć w sektorze nieruchomości, z jakim kiedykolwiek mieliśmy do czynienia. Zjawisko konsumeryzacji, które do tej pory obserwowaliśmy w branży hotelarsko-gastronomicznej, zmienia zarówno modele biznesowe, jak i strategie inwestycyjne na rynku nieruchomości. Ponieważ dynamiczny wzrost sektora flex nie wykazuje żadnych oznak spowolnienia, najemcy, inwestorzy i deweloperzy muszą być na bieżąco z zachodzącymi zmianami, aby zrozumieć, co to oznacza dla ich konkretnych planów biznesowych”, komentuje Dan Brown, Head of Flex Space, EMEA, JLL.

Elastyczne biura mają się w Polsce dobrze. A będzie jeszcze lepiej
Eksperci JLL szacują, że w ostatnich latach rynek flex w Polsce rósł o ok. 30-40% rocznie, a w ciągu ostatniego roku urósł o 100%. Firmy oferujące elastyczne przestrzenie biurowe mają już w swoich zasobach ponad 220 000 mkw. 75% tej powierzchni jest zlokalizowane w Warszawie.

Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL

„Według naszych danych, tylko w Warszawie do końca III kwartału operatorzy elastycznych przestrzeni biurowych wynajęli aż 91 000 mkw., potwierdzając tym samym, że stają się coraz ważniejszym źródłem popytu na biura. To bardzo dobry wynik, który wraz z rozwojem start-upów, małych i średnich firm czy przemysłu kreatywnego, ale również coraz częściej dużych korporacji, może jeszcze urosnąć. Zwłaszcza, że na rynku wciąż przybywa nowych inwestycji, między innymi Regus, Spaces, WeWork, Business Link, czy CitySpace. Z naszych danych wynika, że co czwarty metr kwadratowy wynajmowanego biura w Centrum Warszawy w tym roku był przestrzenią elastyczną”, komentuje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Pięciu głównych operatorów skupia już 57% całej dostępnej elastycznej powierzchni biurowej w Polsce. Co stoi za rosnącym sukcesem konceptów flex?

Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL
Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL

„Elastyczne przestrzenie do pracy świetnie odpowiadają na zmieniające się potrzeby pracowników i ewolucję lub nawet rewolucję naszego stylu pracy. Dziś coraz częściej poszukujemy kreatywnych przestrzeni dostępnych na godziny, które sprzyjają współpracy, są naturalnym źródłem nowych relacji biznesowych i codziennej inspiracji. A takie oczekiwania spełnia bogata oferta elastycznych biur, która oprócz sal konferencyjnych, przypisanych biurek czy wirtualnych biur uwzględnia również dostęp do rozmaitych wydarzeń organizowanych przez lokalną społeczność”, wyjaśnia Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL.

[1] Do tego sektora zaliczane są biura serwisowane, coworkingowe i hybrydowe.

[2] Na 20 największych rynkach europejskich: w Amsterdamie, Barcelonie, Berlinie, Brukseli, Budapeszcie, Dublinie, Dusseldorfie, Frankfurcie, Hamburgu, Lizbonie, Londynie, Madrycie, Mediolanie, Monachium, Oslo, Paryżu, Pradze, Rzymie, Sztokholmie i Warszawie.

Deloitte: Inwestycje społeczne zyskują coraz większe uznanie

W ciągu ostatnich prawie trzydziestu lat kraje Europy Środkowo-Wschodniej zrobiły ogromny postęp w zakresie rozwoju gospodarczego i społecznego. Gospodarki Polski i innych krajów naszego regionu rozwijają się w tempie szybszym niż kraje Europy Zachodniej. Nie pozostało to jednak bez wpływu na rozwój społeczny, który przebiega bardzo nierównomiernie, a kraje Europy Środkowo-Wschodniej wciąż borykają się z wieloma problemami. Stworzony przez firmę doradczą Deloitte we współpracy z European Venture Philanthropy Association (EVPA) oraz Global Social Entrepreneurship Network (GSEN) wskaźnik Deloitte Social Investment Leveraging Index (DSILI) pokazuje, że inwestycje w rozwój społeczny w regionie Europy Środkowo-Wschodniej mogą nieść ze sobą potencjalny zwrot z inwestycji oraz mieć znaczny wpływ społeczny. O tych kwestiach będzie mowa podczas 14. konferencji EVPA w Warszawie.

Raport „Social Investment Leveraging Index. Investing for Impact in Central and Eastern Europe” wskazuje, że średni budżet funduszy venture philantrophy i inwestycji społecznych wyniósł w 2017 roku 10,7 mln euro, o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Jedynie 7 proc. pieniędzy przeznaczanych na ten cel trafiło do Europy Środkowej i Wschodniej, choć zaznaczyć należy, że jeszcze dwa lata wcześniej było to tylko 2 proc. Wzrost ten j wynikał przede wszystkim z większych nakładów lokalnych inwestorów. Dla porównania 54 proc. środków z wyżej wspomnianych funduszy, mających rozwiązać najbardziej kluczowe problemy społeczne, ulokowano w krajach Europy Zachodniej.

Inwestowanie społeczne zyskuje coraz większe uznanie i to nie bez powodu. Polega na takim lokowaniu środków finansowych, które ma przynieść nie tylko określony zwrot finansowy, ale także określoną korzyść społeczną. Takie podejście pozwala maksymalizować zyski, ale też rozwiązywać najbardziej kluczowe problemy społeczne i środowiskowe – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte. – O ile w krajach Europy Zachodniej jest ono bardzo popularne, w naszym regionie znajduje się w początkowym stadium rozwoju. W raporcie pokazujemy, że zminimalizowanie problemów społecznych w Europie Środkowej i Wschodniej wpłynie na rozwój regionu i dalszą integrację całego kontynentu – dodaje.

Na co przeznaczane są środki przedsiębiorców społecznych? Z danych EVPA wynika, że przede wszystkim na rozwój ekonomiczny i społeczny, ale też niwelowanie różnic gospodarczych i edukację. Beneficjentami tych działań są, m.in.: osoby o niższych dochodach, dzieci i młodzież, osoby niepełnosprawne  czy wykluczone społecznie oraz  migranci i uchodźcy.

Grupa Wyszehradzka na tle regionu

Licząca 169 mln mieszkańców, z łącznym PKB sięgającym biliona dolarów Europa Środkowo-Wschodnia (Rosja i Białoruś nie są brane pod uwagę w raporcie ze względów m.in. na dostępność danych) jest interesującym miejscem dla inwestorów społecznych. W związku z tym, że jest to region bardzo różnorodny, autorzy raportu podzielili go na cztery grupy państw: Grupę Wyszehradzką (Polska, Czechy, Słowacja i Węgry), kraje bałtyckie (Litwa, Łotwa, Estonia), region centralno-południowy Europy Wschodniej (Rumunia, Mołdawia, Ukraina i Bułgaria) oraz Bałkany (Słowenia, Chorwacja, Kosowo, Albania, Czarnogóra, Serbia, Macedonia oraz Bośnia i Hercegowina). Wskaźnik Deloitte Social Investment Leveraging Index pokazuje potencjał inwestycji społecznych w danym regionie. Wskaźnik obejmuje trzy elementy: ekosystem inwestycji społecznych (w tym jakość pomocy świadczonej przez NGO czy pomoc państwa), potrzeby społeczne, a także socjalne oraz ekonomiczne zaplecze (w tym wzrost PKB czy poziom bezrobocia). Ich waga wpływająca na ostateczny poziom wskaźnika, wynosi odpowiednio 60, 30 i 10 proc. Wagi zostały ustalone przez konsultacje z przedsiębiorcami społecznymi i ekspertami w zakresie inwestycji społecznych i „venture philanthropy”.

W 100-punktowej skali wysoki wynik oscyluje powyżej 50 punktów. Obecny wynik Grupy Wyszehradzkiej to 45,1 punktów. ––Liczymy na to, że raport rozpocznie dialog na temat barier i wyzwań naszego regionu i zwróci uwagę na jego duże możliwości. Wyniki indeksu wskazują na duży potencjał zmian społecznych. Dla przykładu, w  Grupie Wyszehradzkiej jedną z najważniejszych kwestii jest zintegrowanie społeczności zmarginalizowanej, w tym m.in. społeczności wiejskich i osób niepełnosprawnych– mówi Rafał Rudzki, Starszy Menedżer w zespole ds. zrównoważonego rozwoju Deloitte. Najwyższy poziom wskaźnika osiągnęły kraje bałtyckie (50,3 punkty). Dla porównania na Bałkanach było to 40,7 punktów, a w grupie, w której znalazły się Rumunia i Ukraina 50,1 punktów.

Dlaczego warto?

Powodzenie inwestycji społecznych w Europie Środkowo-Wschodniej jest ściśle powiązane z położeniem geograficznym regionu, bliskością do rynków unijnych oraz kwalifikacjami i przedsiębiorczością osób zaangażowanych w działania społeczne. Silna infrastruktura sektora społecznego i świadomość istniejących wyzwań gwarantują, że dzięki odpowiedniemu finansowaniu sytuacja i warunki życiowe wrażliwych grup osób, będących beneficjentami działań społecznych, mogą ulec istotnej poprawie. Aby uzyskać niezbędne informacje oraz  wiedzę, społeczni inwestorzy mogą polegać na szeregu funkcjonujących sieci inwestorów, którzy od długiego czasu są obecni w tym sektorze i mogą stać się ich partnerami. – Adresatami raportu są przedstawiciele banków, społecznych funduszy inwestycyjnych (tzw. Impact funds), funduszy private equity i venture capital, filantropi, prywatne fundacje, firmy rodzinne i wiele innych, angażujących się we wspieranie zmiany społecznej w swoich krajach i na świecie – mówi Ewa Konczal, Dyrektor EVPA w Europie Środkowej i Wschodniej.  W raporcie wskazano, że wiele podmiotów aktywnych w obszarze inwestycji społecznych uważa, że kluczowym czynnikiem, który może przyczynić się do urzeczywistnienia się zmian społecznych, jest inwestowanie w zrównoważone organizacje, które mogą realizować projekty na dużą skalę. W krajach Europy Środkowo-Wschodniej istnieje pilna potrzeba alokacji istniejących i nowych zasobów w taki właśnie sposób. Publikacja raportu podczas Corocznej Konferencji EVPA, która po raz pierwszy odbywa się w tym regionie, stanowi krok w kierunku pozyskania wiedzy jak tego można dokonać – dodaje Ewa Konczal.

Wojna handlowa? Nie do końca (lub – jeszcze nie). Raport o światowym handlu w 2019

  • Jutro w Buenos Aires rozpoczyna się szczyt G-20 w atmosferze obaw związanych z amerykańskim protekcjonizmem. Niemniej jednak światowy handel towarami i usługami pozostał w tym roku stosunkowo odporny na te przeciwności.
  • W 2019 r. dynamika rozwoju handlu ma opaść do +3,6% (z +3,8% w 2018 r.), podobnie jak zwalniający globalny wzrost gospodarczy, ze względu na bardziej rygorystyczne warunki finansowania i niepewność wokół handlu.
  • Poza hipotetycznym dalszym wzrostem protekcjonizmu, przedsiębiorstwa powinny przygotować się na wyższe koszty handlu, większą dywersyfikacje jego kierunków i rosnące ryzyko polityczne.

W dniach 30 listopada – 1 grudnia światowi przywódcy ponownie spotkają się, tym razem w Buenos Aires. W oficjalnej agendzie spotkania najważniejsza jest wymiana handlowa, ponieważ rosnące napięcia handlowe pomiędzy dwiema największymi gospodarkami mogą zagrozić globalnemu wzrostowi gospodarczemu.

W 2019 roku dynamika wymiany handlowej ma zmaleć, wraz ze spowolnieniem wzrostu PKB. Nie mniej, nie więcej

Światowy handel towarami i usługami pozostał w tym roku stosunkowo odporny na protekcjonistyczną retorykę USA, w efekcie czego jego wzrost wyniósł +3,8%. Wolumen (wielkość) obrotów towarowych nadal rósł powyżej średniej wyników z lat 2012-2016 w przedziale od 2 do 4%, czemu sprzyjał solidny wzrost światowego popytu.
W 2019 r. tempo wymiany handlowej ma zmaleć wraz ze spowolnieniem wzrostu PKB. Oczekuje się, że tempo wzrostu wolumenu globalnego handlu towarami i usługami zmniejszy się w 2019 r. do poziomu 3,6% (z +3,8% w 2018 r.), a wzrost jej wartości spowolni do +6,3% (z +7,2%). W ujęciu dolarowym (USD) światowa wymiana handlowa wzrośnie w 2019 r. o +1,3 biliona USD (w porównaniu do +1,7 biliona USD w 2018 r.).
Założenia ekonomiczne leżące u podstaw tej prognozy są następujące:

  • W 2019 r. wzrost gospodarczy na świecie nieznacznie wyhamuje (+3,1% z +3,2% w 2018 r.).
  • Oczekuje się, że zacieśnienie polityki pieniężnej w USA doprowadzi do spowolnienia wzrostu inwestycji i spowolnienia rozwoju, zwłaszcza na rynkach wschodzących.
  • Jeśli chodzi o poziom cen wymiany handlowej to spodziewamy się, że w 2019 r. ceny ropy Brent spadną średnio do 69 USD za baryłkę, a odporność (na wahania kursów wymiany) walut i rosnąca inflacja wspierać będą wzrost handlu w ujęciu wartościowym.

Wojna handlowa? Nie do końca…

Do tej pory protekcjonizm miał bardzo ograniczony wpływ, jednak na nastroje wpływ miały zagrożenia pojawiające się w handlu, o czym świadczy spadek indeksów PMI głównych gospodarek.

Nawet jeśli ogłoszone przez prezydenta Trumpa 23 września podwyżki spowodowały wzrost średniej taryfy celnej w USA o +1,7 punktu procentowego do szacowanego poziomu 5,2% (co odpowiada poziomowi taryf z lat 80-tych), protekcjonizm powinien pozostać pod globalną kontrolą.

W rzeczywistości istnieją trzy powody, dla których należy unikać wojny handlowej. Są to: pragmatyzm w Ameryce, chińska “sieć” zabezpieczenia handlu i ogólne zmęczenie protekcjonizmem. Oczekujemy bardziej konstruktywnego podejścia do handlu ze strony Stanów Zjednoczonych, a odwet Chin wobec amerykańskiej rywalizacji nie “łamie” światowego handlu. Z drugiej strony, ułatwienia w handlu i nowe umowy o wolnym handlu częściowo rekompensują spór na linii USA-Chiny.

Jeśli doszłoby do dalszej przepychanki, dalszej eskalacji waśni handlowych (średnie amerykańskie cła powyżej 6%) mogłoby to obniżyć o pół punktu procentowego PKB w USA, podczas gdy wojna handlowa (średnie amerykańskie cła powyżej 12%) kosztowałaby USA zmniejszenie PKB o dwa punkty procentowe i wywołałaby globalną recesję.

Wilfried Verstraete
Wilfried Verstraete, przewodniczący zarządu Euler Hermes

„Reformy w zakresie ułatwień w handlu i nowe umowy o wolnym handlu częściowo rekompensują kłótnię amerykańsko-chińską. Poza Stanami Zjednoczonymi kraje generalnie skłaniają się ku inicjatywom na rzecz wolnego handlu. Ostatnia edycja World Bank Doing Business (Doing Business 2019) wskazuje na pozytywny trend: handel transgraniczny wzrósł w prawie wszystkich głównych gospodarkach, a zwłaszcza na rynkach wschodzących” – powiedział Wilfried Verstraete, przewodniczący zarządu Euler Hermes.

Narastają nowe zagrożenia: koszty handlu, dywersyfikacja handlu i ryzyko polityczne
Oprócz protekcjonizmu, przedsiębiorstwa powinny przygotować się na wyższe koszty handlu, przekierowanie handlu i rosnące ryzyko polityczne wykraczające poza protekcjonizm.

Po pierwsze, luka w finansowaniu handlu (1,5 biliona USD) wzrośnie wraz z zaostrzaniem się warunków monetarnych i finansowych w dolarach, a także ze wzrostem ryzyka walutowego, politycznego i ryzyka braku płatności.

Po drugie, przekierowanie handlu może wykreować zarówno zwycięzców, jak i przegranych: największe korzyści powinny odnieść centra handlu w Azji.

Ponadto – spodziewamy się 400 nowych środków protekcjonistycznych na całym świecie (w porównaniu do 560 w 2017 r.), ale bardziej wyrafinowanych, wzrośnie również ryzyko konfiskaty i wywłaszczenia jako efekty miękkiego, ale jednak “przyziemienia” globalnej gospodarki.Raport o światowym handlu w 2019Raport o światowym handlu w 2019Uwaga dotycząca stwierdzeń wybiegających w przyszłość: Stwierdzenia zawarte w niniejszym dokumencie mogą zawierać stwierdzenia dotyczące przyszłych oczekiwań oraz innego rodzaju stwierdzenia wybiegające w przyszłość, oparte na aktualnych opiniach i założeniach kierownictwa firmy, obejmujących znane i nieznane czynniki ryzyka oraz niepewności, które mogą powodować osiągnięcie rzeczywistych wyników, rezultatów lub zdarzeń mogących istotnie odbiegać od tych wyrażonych lub dorozumianych w takich stwierdzeniach. Obok stwierdzeń wybiegających w przyszłość, co wynika z ich kontekstu, wyrazy „może”, „będzie”, „powinno”, „oczekuje”, „planuje”, „zamierza”, „przewiduje”, „uważa”, „szacuje”, „prognozuje”, „potencjalny” lub „kontynuuje” oraz podobne wyrażenia oznaczają stwierdzenia wybiegające w przyszłość. Rzeczywiste wyniki, rezultaty lub zdarzenia mogą w istotnym zakresie odbiegać od przewidywanych w takich stwierdzeniach

7 rzeczy, które warto wiedzieć o handlu światowym w 2019 r.

  1. W 2019 r. dynamika wymiany handlowej lekko spowolni do +3,6% w 2019 r. (z +3,8% w 2018 r.) analogicznie do stopnia spowolnienia dynamiki globalnego wzrostu – ni mniej, ni więcej.
  2. Protekcjonizm pozostanie pod kontrolą: nie należy spodziewać się wojny handlowej.
  3. Istnieją trzy powody, dla których należy unikać wojny handlowej:
  • Pragmatyzm w Ameryce: oczekujemy od Stanów Zjednoczonych bardziej konstruktywnego podejścia do handlu.
  • Chińska “sieć” zabezpieczenia handlu: odwet Chin wobec amerykańskiego rywala nie załamuje światowej wymiany handlowej.
  • Zmęczenie protekcjonizmem: ułatwienia w handlu i nowe umowy o wolnym handlu częściowo rekompensują kłótnię amerykańsko-chińską.
  1. Pięć głównych rynków dla eksporterów w 2019 r.:
  • USA (+193 mld USD dodatkowego popytu na przywóz)
  • Chiny (+161 mld USD)
  • Niemcy (+67 mld)
  • Indie (+58 mld USD)
  • Japonia (+48 mld)
  • Polska (+25 mld USD)
  1. Mistrzowie eksportu w 2019 r.:
  • Chiny (+146 mld USD)
  • USA (+134 mld USD)
  • Indie (+71 mld USD)
  • Niemcy (+64 mld USD)
  • Niderlandy (+52 mld USD)
  • Polska (+22 mld USD)
  1. Sektory osiągające najlepsze wyniki:
  • Usługi (+365 mld USD zysków z eksportu): ze względu na rosnącą klasę średnią na rynkach wschodzących, obsługę sektora produkcyjnego, przyśpieszenie z powodu cyfryzacji.
  • Produkty elektroniczne i elektryczne (+337 mld USD).
  1. Poza protekcjonizmem przedsiębiorstwa powinny aktualnie przygotować się na:
  • Wyższe koszty handlu: luka w finansowaniu handlu (1,5 biliona USD) wzrośnie wraz z zaostrzaniem się warunków monetarnych i finansowych w dolarach oraz wzrostem ryzyka walutowego, politycznego i ryzyka braku płatności.
  • Przekierowanie handlu, które mogłoby doprowadzić do powstania zwycięzców i przegranych.
  • Rosnące ryzyko polityczne: 400 nowych środków protekcjonistycznych w 2019 r. (z 560 w 2017 r.), ale bardziej wyrafinowanych, rośnie też ryzyko konfiskat i wywłaszczeń.

Dolar zanurkował a Wall Street skoczyło

Dolar zanurkował a Wall Street skoczyło w reakcji na słowa szefa Fed Powella, które zostały odebrane jako gołębie, chociaż reakcja rynku wydaje się przesadzona i więcej mówi o podwyższonej wrażliwości inwestorów na informacje z Fed. Jednak na zagubionym rynku każdy kierunek jest dobry i z błędnej histerii może urodzić się coś dobrego.

Wczoraj rynkiem wstrząsnęły słowa szefa Fed Jerome’a Powella, według którego stopy procentowe są „tuż poniżej” poziomu neutralnego, co błyskawicznie zostało zinterpretowane jako sygnał rychłego końca cyklu podwyżek. Inwestorzy stali się ostatnio bardzo przewrażliwieni na punkcie komentarzy z Fed i analizowali każdy komentarz, który mógłby świadczyć, że globalne spowolnienie i wyhamowanie inflacji (tąpnięcie cen ropy naftowej) będzie skłaniać Fed do przerwania, albo całkowitego zakończenia, cyklu podwyżek. Stąd „tuż poniżej” Powella może oznaczać, że po przesądzonej podwyżce w przyszłym miesiącu przyszły rok może nic już nie przynieść w temacie zacieśniania monetarnego.

Jednak czy na pewno przekaz Powella był tak gołębi? Niekoniecznie. Pełna wypowiedź Powella brzmiała: „stopy procentowe wciąż są historycznie nisko i pozostają tuż poniżej szerokiego przedziału szacunków poziomu, który mógłby zostać uznany za neutralny gospodarki”. Jest ogromna różnica w tym, czy uznajemy poziom neutralny jako 2,5 proc. (i dzieli nas od niego jedna podwyżka), czy gdzieś w przedziale 2,5-3,5 proc. Takie sformułowanie nie powinno być odebrane jako wyraźnie gołębie. To, że Fed coraz intensywniej poszukuje stopy neutralnej i analizuje dane z gospodarki krajowej i światowej wiadomo już od jakiegoś czasu i dla rynku nie powinno być to niespodzianką. Sam Powell wczoraj potwierdził swój ostrożny, ale pozytywny ton w opisie sytuacji gospodarczej. Stąd reakcja dolara i rynku akcji wydaje się przesadzona, ale może też być produktem niepewności, jaka w ostatnich tygodniach panowała na rynkach. Brak kierunku i duży bagaż czynników ryzyka tłamsiły apetyt na ryzyko, zatem perspektywa (nawet mglista) wyhamowania normalizacji polityki Fed jest pretekstem dobrym, jak każdy inny, by nadać kierunek. Jeśli do tego dołożyłyby się pozytywne doniesienia ze spotkania Trump/XI na szczycie G20 w weekend, rynki mogą dostać impuls do realizacji grudniowego rajdu.

Rynek akcji stoi przed szansą, pytanie czy ją wykorzysta? Na FX dolar już dawno przestał być wzmacniany wizją jastrzębiego Fed, ale trzymało go posiadanie statusu waluty pierwszego wyboru przy rosnącej awersji do ryzyka. Przy poprawie klimatu inwestycyjnego ta zaleta przestanie być istotna i dolar może zaliczyć wyjątkowo słabą końcówkę roku. I to prędzej z tego powodu, a nie dlatego, że Powell zapowiedział zwrot w polityce Fed. Warto o tym pamiętać w sytuacji, gdy sentyment rynkowy się jednak nie podniesie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zwyżkujące ceny mieszkań na wynajem spowodują koniec mody na ich zakup?

Czy warto wstrzymywać się z zakupem mieszkania na wynajem w związku z galopującym wzrostem cen nieruchomości? Czy jednak warto rezygnować z zakupu, skoro stawki wynajmu także rosną, w niektórych miastach, np. Łódź, nawet o 30%? Sprawdzamy, jak zmieniła się opłacalność inwestycji w lokal na wynajem dla metra kwadratowego, jak i dla różnej wielkości mieszkań. Wnioski zaskakują.

Ceny zakupu metra kwadratowego nieruchomości na rynku wtórnym wzrosły średnio o 12,49% w ciągu ostatniego roku. Równolegle urosły stawki najmu średnio o 8,57%, choć zdarzają się miasta, w których poszybowały aż o 30%, wynika z analizy blisko 50 tys. ofert sprzedaży i wynajmu lokali. Jednak średnia opłacalność inwestycji (ROI) odnotowała zaledwie delikatny spadek do poziomu 7,45%, choć w przypadku 30-40m2 lokali wzrosła do 8,49%. Nadal więc opłaca się kupować mieszkania na wynajem. Gdzie jest to obecnie najbardziej opłacalne?

Wraz z rosnącymi cenami nieruchomości może wydawać się, że drastycznie spada opłacalność inwestycji (ROI) w lokale na wynajem oraz że przestanie być atrakcyjnym i alternatywnym instrumentem dla osób chcących pomnożyć swój kapitał w większym stopniu, niż to oferują np. lokaty bankowe czy obligacje skarbowe. W przypadku tych pierwszych oprocentowanie najbardziej atrakcyjnych lokat 12-miesięcznych jest aktualnie na poziomie 2,85% brutto. Jeżeli chodzi zaś o obligacje dwu lub trzyletnie to poziom ich oprocentowania oscyluje wokół 2,1-2,2% brutto, w przypadku trzymiesięcznych jest to zaledwie 1,5%. A jak zmieniła się rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem na przestrzeni ostatniego roku?

Jak wynika z analiz przeprowadzonych przez platformę Rentier.io, ceny sprzedaży jednego metra kwadratowego mieszkania, liczone dla 7 miast, tj. Gdańska, Katowic, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Poznania i Warszawy zwiększyły się średnio o 12,49% w ciągu ostatniego roku. Jednak w tym samym czasie stawki najmu urosły średnio o 8,57%, choć zdarzały się także wzrosty na poziomie 13%, np. w Gdańsku. Przełożyło się to na obniżenie opłacalności – rentowności inwestycji w wynajem nieruchomości średnio o jedynie – 0,27%. Choć w analizowanych miastach, w przypadku Łodzi, odnotowano także wzrost ROI na poziomie 0,91%.

Zmiana ROI, stawek najmu oraz różnica w wartości sprzedaży w czasie dla metra kwadratowego.

Miasto Zmiana ROI Zmiana stawki najmu Zmiana wartości sprzedaży dla m2
Gdańsk -0,23% 13% 16,28%
Katowice -0,55% 2% 8,67%
Kraków -0,67% 3% 13,39%
Łódź 0,91% 30% 16,32%
Poznań -1,00% 0% 16,58%
Warszawa -0,28% 7% 10,87%
Wrocław -0,04% 5% 5,34%
Średnia -0,27% 8,57% 12,49%

Źródło: Rentier.io, dane za okres XI 2018 vs XI 2017

Z podobną zmianą trendów, choć w zakresie wartości, mamy do czynienia w przypadku wzrostu cen i stawek najmu dla mieszkań o różnej powierzchni. Średni wzrost cen sprzedaży dla lokali o powierzchni 30-40 metrów kwadratowych, liczonych także do 7 największych miast, zwiększyły się w ciągu ostatniego roku o 8,99%. Jednak w przypadku mniejszych mieszkań, średnie stawki najmu urosły bardziej niż ceny sprzedaży. W tym przypadku bardzo duża dynamika wzrostu cen zakupu lokali została zrównoważona jeszcze wyższym (o 1,72%) wzrostem stawek najmu do poziomu  10,71%. To przełożyło się na wzrost średniego ROI – opłacalności inwestycji – o 0,11% w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Największy wzrost opłacalności inwestycji (2,16%) odnotowano w Łodzi, gdzie w ciągu ostatnich miesięcy nastąpił spadek cen sprzedaży nieruchomości najmniejszych lokali.

Zmiana ROI, stawek najmu oraz różnica w cenach sprzedaży w czasie dla mieszkań o powierzchni 30-40 m2.

Miasto Zmiana ROI Zmiana stawki najmu Zmiana wartości sprzedaży mieszkań o pow. 30-40 m2
Gdańsk 0,85% 22% 11,09%
Katowice -1,32% -2% 13,58%
Kraków -0,32% 7% 10,94%
Łódź 2,16% 27% -1,42%
Poznań -0,09% 4% 5,31%
Warszawa 0,07% 9% 8,20%
Wrocław -0,56% 8% 15,20%
Średnia 0,11% 10,71% 8,99%

 

Źródło: Rentier.io, dane za okres XI 2018 vs XI 2017

W przypadku większych mieszkań o powierzchni 50-60m2, wzrost ceny sprzedaży na przestrzeni ostatniego roku był najniższy – wzrosły jedynie o 6,75%. W przypadku stawek najmu mamy do czynienia z analogiczną sytuacją co w przypadku mniejszych mieszkań, tj. zwiększyły się one bardziej niż ceny sprzedaży i były wyższe o 1,11% od wzrostu cen zakupu. W konsekwencji średnia opłacalności inwestycji nie spadła, lecz wzrosła o 0,08%.

Zmiana ROI, stawek najmu oraz różnica w cenach sprzedaży w czasie dla mieszkań o powierzchni 50-60 m2.

Miasto Zmiana ROI Zmiana stawki najmu Zmiana wartości sprzedaży mieszkań o pow. 50-60 m2
Gdańsk -0,40% 5% 10,33%
Katowice 0,37% 15% 9,43%
Kraków 0,11% 5% 3,47%
Łódź 0,97% 20% 5,46%
Poznań -1,03% -5% 10,77%
Warszawa 0,08% 5% 4,32%
Wrocław 0,46% 10% 3,45%
Średnia 0,08% 7,86% 6,75%

Źródło: Rentier.io, dane za okres XI 2018 vs XI 2017

Aktualny rynek nieruchomości w Polsce w największym stopniu kształtują szybko rosnące ceny nieruchomości, zmiana przyzwyczajeń Polaków – większa otwartość na wynajem, zwiększająca się mobilność siły roboczej, postępujące zmiany demograficzne w społeczeństwie, a także zmiany na rynku pracy.

Millenialsi, którzy w coraz większym stopniu wchodzą na rynek pracy, w przeciwieństwie do osób z pokolenia X lub Baby boomers, są dużo bardziej elastyczni, mniej chętni do posiadania rzeczy i niechętni do ryzyka. Przejawia się to nie tylko w rosnącej mobilności, m.in. na rynku pracy, ale także w dużo większym zainteresowaniu wynajmem mieszkań w dogodnych lokalizacjach, niż ich zakupem i zaciąganiem w tym celu długoterminowych zobowiązań finansowych.

Dodatkowo, jak wynika z danych Eurostatu w Polsce odnotowuje się dotychczas bardzo niski odsetek, zaledwie 15,85%, wynajmu mieszkań i domów. Wypadamy nie tylko słabo na tle zachodnioeuropejskich nacji, np. Niemcy 48,6%, Francja 35,6%, Włochy 27,6%, Hiszpania 22,9%, ale także naszych sąsiadów z regionu, np. Bułgaria 17,1% czy Czechy 21,5%. Widać zatem, że wraz ze zmianą nastawienia, zwłaszcza młodszego pokolenia, Polacy będą coraz chętnie wynajmowali mieszkania.

Konstatując, zarówno strona podażowa, tj. w dalszym ciągu dość wysoka opłacalność inwestycyjna (ROI) mieszkań na wynajem w porównaniu do innych tradycyjnych instrumentów finansowych – lokaty i obligacje skarbowe, jak i strona popytowa tj. zmiana przyzwyczajeń, niski odsetek wynajmujących w naszym kraju – duży potencjał rozwoju tego rynku, a także większa mobilność młodego pokolenia w największym stopniu wpływają na atrakcyjność inwestowania w nieruchomości na wynajem, zarówno teraz, jak i w przyszłości. Zatem inwestorzy, którzy już zainwestowali, jak i Ci którzy dopiero rozważają inwestycje w mieszkania na wynajem mogą robić to ze spokojem inwestycyjnym w dalszym ciągu.

***

Jak liczono ROI, stawki najmu i wartość sprzedaży?

Dane analizowane przez platformę Rentier.io dotyczyły okresu XI 2018 i XI 2017, dla siedmiu polskich miast: Gdańska, Katowic, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Poznania i Warszawy dla próby 19 607 mieszkań w przypadku wyników dotyczących ofert sprzedaży oraz 7594 dla ofert wynajmu dla jednego m2. W przypadku mieszkań 30-40 m2, liczba badanych ofert sprzedaży wyniosła 4638 oraz 2168 dla wynajmu, a dla mieszkań 50-60m2 liczba badanych ofert sprzedaży w polskiej sieci wyniosła 7060 i 3723 dla wynajmu.

Testy e-sądu ULTIMA RATIO – będzie rozstrzygał spory gospodarcze między przedsiębiorcami

Pierwszy w Polsce elektroniczny sąd polubowny ULTIMA RATIO rozpoczął właśnie prowadzenie symulowanych spraw sądowych. Premierę sądu dla przedsiębiorców zaplanowano na kwiecień 2019 r. Wyroki Ultima Ratio ma wydawać dla zasady w ciągu 21 dni, czyli średnio ponad… 20 razy szybciej niż w sądzie tradycyjnym. Twórcami sądu są spółka Causa Finita SA oraz Stowarzyszenie Notariuszy RP. Arbitrami sądu są notariusze wybrani przez Stowarzyszenie.

Ultima Ratio z siedzibą w Warszawie będzie rozstrzygał spory gospodarcze między przedsiębiorcami. Będą one dotyczyć na przykład niezapłaconych w terminie należności z umów sprzedaży czy zlecenia. Każdego roku w Polsce prowadzi się ponad 300 tysięcy podobnych sprawa. Już od samego początku działalności ULTIMA RATIO i jego arbitrzy będą gotowi do rozstrzygania kilku tysięcy spraw miesięcznie. To znakomite rozwiązanie dla firm telekomunikacyjnych, banków, towarzystw ubezpieczeniowych, firm produkcyjnych, hurtowni, firm transportowych i kurierskich czy przedsiębiorstw energetycznych, które współpracują z setkami albo tysiącami klientów bazując na powtarzalnych umowach.

Arbitrami ULTIMA RATIO są wybrani i przeszkoleni notariusze ze Stowarzyszenia Notariuszy RP. Stowarzyszenie sprawuje kompleksowy nadzór nad procesem orzeczniczym. Jest także odpowiedzialne za proces szkolenia arbitrów oraz za zapewnienie panelu eksperckiego do rozpoznawania spraw o szczególnie zawiłym charakterze. Korporacja notarialna liczy ponad 4.000 czynnych zawodowo notariuszy. Bezstronność, wysoka etyka pracy oraz dyscyplina są wpisane w istotę ich zawodu. Niezależnie od powyższego, działalność Sądu będzie monitorowana przez dziesięcioosobową Radę Sądu Polubownego, złożoną z wybitnych przedstawicieli biznesu, nauki i praktyki prawa procesowego w Polsce. Zadaniem Rady będzie monitoring i opiniowanie każdego potencjalnego przypadku mogącego nasuwać jakiekolwiek wątpliwości co do legalności funkcjonowania Ultima Ratio.

„Ultima Ratio” jest polubownym sądem nowej generacji. Jest on wyłącznie internetowy – nie posiada budynku, w którym trzeba się stawić, nie organizuje rozpraw, na które trzeba dojechać a które wcale nie muszą się odbyć ani listów poleconych, które trzeba doręczyć. Nie ma w konsekwencji żadnego powodu, dla którego nawet najbardziej skomplikowana sprawa miałaby trwać dłużej niż 21 dni. Mówiąc o zaletach Ultima Ratio, nie sposób nie wspomnieć o kosztach postępowania. W naszym projekcie jedynym zasadniczo kosztem jest opłata arbitrażowa odpowiadająca mniej więcej standardowemu wpisowi sądowemu w sądzie powszechnym. Ogólne koszty prowadzenia postępowania przed Ultima Ratio są więc sporo niższe niż w sądach powszechnych, nie mówiąc już o innych sądach polubownych.”- komentuje Robert Szczepanek, przewodniczący Rady Nadzorczej ULTIMA RATIO.

Czynności procesowe pełnomocników i stron również zajmują co najmniej kilkanaście razy mniej czasu, nie licząc oszczędności czasu związanego z brakiem konieczności dojazdu i udziału w rozprawach przed sądami powszechnymi czy innymi sądami polubownymi. Zabezpieczenia systemu elektronicznego Ultima Ratio są analogiczne do zabezpieczeń systemów bankowości elektronicznej.

„Sprawy w Ultima Ratio rozpoznawane są w składzie jednoosobowym. Arbitrzy wybierani są przez system w drodze losowania. Arbiter po otrzymaniu informacji o przydzieleniu sprawy ma 24 godziny na to, aby potwierdzić jej przyjęcie. Jeżeli tego nie zrobi na przykład dlatego że wybiera się na urlop albo przebywa na zwolnieniu lekarskim system powtarza losowanie. Właśnie rozpoczęliśmy prowadzenie pierwszych symulowanych spraw w naszym sądzie, żeby dobrze przygotować się do premiery ULTIMA RATIO w kwietniu 2019 roku.” – komentuje Paweł Orłowski, Członek Zarządu Stowarzyszenia Notariuszy RP.

System elektroniczny jest prosty i intuicyjny – działa na zasadzie wirtualnej sali sądowej, przez co czynności procesowych można dokonywać o każdej porze dnia i nocy i w każdym miejscu na świecie, posiadającym oczywiście dostęp do Internetu. Niezwykle wygodne jest prezentowanie materiału dowodowego – w przypadku na przykład roszczeń z rękojmi za wady rzeczy sprzedanej, strona będzie mogła wprost z aplikacji mobilnej Ultima Ratio nakręcić telefonem komórkowym film obrazujący wady oraz jednym kliknięciem umieścić go na profilu danej sprawy. W analogiczny sposób możliwa jest prezentacja zdjęć, skanów pism, linków, nagrań audio, zrzutów ekranu i innych tego typu materiałów. Dzięki umowie z Polskim Stowarzyszeniem Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych, Stowarzyszenie przygotuje dla Ultima Ratio zespół biegłych sądowych. Opinie z zakresu rachunkowości, grafologii, techniki samochodowej, szacowania wartości ruchomości i nieruchomości oraz informatyki będą przygotowywane w terminie 10 dni od daty zlecenia, zaś biegli otrzymają dostęp do profilu sprawy i bezpośrednio na nim przedstawią opinię oraz na czacie odpowiedzą na ewentualne zarzuty stron.

Operatorem sądu jest spółka Causa Finita S.A. W ramach tej spółki funkcjonuje zespół specjalistów z dziedziny informatyki, procesów biznesowych, kreacji, etc. Jest ona powiązana ze znaną kancelarią prawną Causa Finita Commercial Real Estate Law Firm. Kancelaria CAUSA FINITA Commercial Real Estate Law Firm jest miejscem, w którym zrodziła się idea Ultima Ratio. Zrzesza prawników zaangażowanych w prace nad tym projektem i konsultujących rozwiązanie pod względem prawnym.

Powell macha flagą – białą. Trump triumfuje

FOMC już nie takie jastrzębie, ciekawe raporty o PKB, złoty w natarciu.

“Just below”

Słowa te od wczorajszego wieczoru są w centrum uwagi prawie całego rynku. Wypowiedział je Jerome Powell, podczas swojego wystąpienia publicznego, czym wstrząsnął rynkami. Inwestorzy od pewnego już czasu spekulowali, że seria podwyżek stóp procentowych powoli dobiega końca, jednak tak wyraźnej i oficjalnej zapowiedzi jeszcze nie było. Nie może więc dziwić, że rynek podszedł do tych słów z dużym entuzjazmem. Z oczywistych względów traci dolar, wczoraj ponad 0,6% względem euro, dzisiaj zresztą kontynuuje ten ruch. Oddech łapią za to parkiety akcyjne, popadając momentami w hurraoptymizm. Warto zastanowić się co tak naprawdę oznacza zwrot “just below” odnośnie poziomu docelowego stóp procentowych. W tym momencie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem są jeszcze kolejne dwie podwyżki, a potem dłuższa przerwa. Grudniowy ruch mimo zmiany nastawienia wydaje się niezagrożony. Pewne wątpliwości budzi za to marcowa decyzja, rynek jednak skłania się ku opcji, że podwyżka będzie. Warto pamiętać, że jeszcze w wakacje podstawowy scenariusz zakładał trzy podwyżki w 2019 roku, teraz mowa już tylko o jednej.

Trump triumfuje

Zmiana nastawienia nie może być omawiana w oderwaniu od polityki Donalda Trumpa. Prezydent USA od dłuższego czasu negatywnie oceniał tempo podwyżek kosztu pieniądza, ostatnio jednak wyraźnie zintensyfikował swoje działania. Powell z jednej strony był atakowany w mediach, przez coraz ostrzejsze wywiady Trumpa. Z drugiej część inwestorów zauważa zwiększoną aktywność sekretarza skarbu Mnuchina, który bardziej zakulisowo wywierał wpływ na FED. Rosnące zadłużenie wraz ze wzrostem kosztu obsługi długu (stopy procentowe mają realne przełożenie na rentowność obligacji) coraz bardziej uwierały administrację prezydenta. Z globalnego punktu widzenia żal tylko, że kolejny bank centralny wywiesza białą flagę w walce o swoją niezależność.

Sporo odczytów PKB

            Wypowiedź Powella stała trochę w sprzeczności z wczorajszym odczytem PKB dla USA. Dynamika wzrostu gospodarki wyniosła zgodnie ze wstępnym odczytem 3,5%. Jest to, co prawda wynik niższy niż po drugim kwartale, jednak odczyt z lipca był najwyższy od kilku lat. Co ważne wzrost ten ma solidne fundamenty, jego głównym czynnikiem pro wzrostowym jest konsumpcja. Wynik zapewne byłby jeszcze lepszy, gdyby nie wojna handlowa prowadzona przez Trumpa. Handel zagraniczny był głównym hamulcowym i odjął od wyniku prawie 2 punkty procentowe. Dużo mniej powodów do zadowolenia mają Szwajcarzy, którym gospodarka się zmniejszyła podczas ostatniego kwartału. Wynik ten jest sporym zaskoczeniem, analitycy co prawda spodziewali się spowolnienia, ale i tak liczyli na wzrost o 0,4%. W skali roku oznacza to, że dynamika zwolniła do poziomu 2,4% i choć to ciągle całkiem dobry wynik, to jednak takie ostrzeżenie należy potraktować bardzo poważnie. Podobny problem mają Szwedzi, ich gospodarka również w trzecim kwartale 2018 roku zmniejszyła się o 0,2%, przy czym roczna dynamika spadła do zaledwie 1,6%. Warto zauważyć, że zarówno Szwecja, jak i Szwajcaria utrzymują główne stopy procentowe poniżej zera.

Mocny złoty

            Odwrót od dolara dodał skrzydeł naszej walucie. Złoty od momentu wystąpienia Jerome Powella zyskuje względem wszystkich głównych walut. Dolar obecnie kosztuje 3,77 zł, euro 4,28 zł, frank 3,79, a funt brytyjski 4,83 zł.

Krzysztof Adamczak – analityk finansowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kryzysy na tle kulturowym i integracji z obcokrajowcami w polskich firmach

Jak wynika z raportu „Różnorodność kulturowa a wizerunek pracodawcy” opracowanego przez Procontent Communication, co piąty badany polski pracownik wskazuje, że jego firma nie jest gotowa na przyjęcie obcokrajowców. Ponad 17% badanych pracowników firm doświadczyło konfliktu na tle kulturowym w miejscu pracy. Respondenci najbardziej sprzeciwiają się zatrudnianiu pracowników z krajów arabskich i Azji – odpowiednio 45% i 29% badanych jest temu przeciwnych. Najmniej jako współpracowników obawiamy się imigrantów z Unii Europejskiej.

W związku z malejącym bezrobociem i rosnącym zapotrzebowaniem na pracowników coraz więcej firm decyduje się na zatrudnienie obcokrajowców. Czy pracodawcy w naszym kraju są jednocześnie gotowi na wprowadzenie obcej siły roboczej do firm? Jak wynika z badania agencji Procontent Communication, specjalizującej się w komunikacji korporacyjnej i employer branding, niewiele ponad połowa badanych pracowników firm wskazała, że ich zakłady pracy są gotowe na przyjęcie obcokrajowców. Blisko 3/4 respondentów odpowiedziało, że w ich firmach nie są prowadzone działania w zakresie edukacji nt. różnic kulturowych. Jednocześnie Polacy coraz częściej zgłaszają problemy na tle komunikacji z pracownikami innych nacji.  Aż 17% ankietowanych w ciągu ostatnich trzech lat przeżyła nieporozumienie ze swoim współpracownikiem z powodu różnic na tle kulturowym.

Czy firma, w której Pan/i pracuje jest gotowa na przyjęcie do pracy obcokrajowców?Czy firma w której Pan i pracuje jest gotowa na przyjęcie do pracy obcokrajowców

Czy firma, w której Pan(i) pracuje prowadzi działania w zakresie edukacji na temat różnorodności kulturowej i integracji z pracownikami z innych krajów?

Czy firma w której Pan pracuje prowadzi działania w zakresie edukacji na temat różnorodności kulturowej i integracji z pracownikami z innych krajów

„Pilnie potrzebne są działania edukacyjne skierowane do obu stron zarówno polskich pracowników –nastawione na pogłębianie zrozumienia, dialogu i otwartości oraz dla pracowników z zagranicy by mogli łatwiej zasymilować się w nowym miejscu pracy. W takich  procesach komunikacji wewnętrznej pomagają wydarzenia integracyjne, kursy językowe i warsztaty ze zrozumienia różnic kulturowych, ale też projekty, w których obie strony mogą zaprezentować swoją kulturę. W komunikacji dobrym pomysłem może być np. wspólne wydanie książki kucharskiej z okolicznościowymi przepisami z państw, z których pochodzą nasi pracownicy, wieczory podróżnicze, kiedy to możemy pokazać zdjęcia i opowiedzieć o specyfice regionu, z którego pochodzi część załogi, czy też warsztaty z przygotowaniem regionalnych potraw. Dobrym pomysłem dla przyjezdnych jest przygotowanie dla nich materiałów edukacyjnych o tym co zobaczyć w danym mieście czy kraju, jak się zachować w zwykłych sytuacjach dnia codziennego i co jest ogólnie przyjęte w relacjach biznesowych w Polsce. Warto przygotować też prezentacje o firmie (onboarding’owe) w językach, którymi mówią nasi pracownicy, tak by poznali wartości firmy, podstawowe zasady i procesy firmy” – podkreśla Iwona Kubicz, prezes Procontent Communication.

W podjęciu decyzji o wprowadzeniu działań komunikacyjnych może pomóc znajomość opinii Polaków w kwestii zatrudniania obcokrajowców. Największy odsetek (prawie 60% badanych) zgadza się z zatrudnianiem w Polsce obywateli z innych krajów Unii Europejskiej. Przeciwników zatrudnienia pracowników z krajów UE takich jak: Niemcy, Francja, Hiszpania jest mniej niż 10%. Duży odsetek badanych (blisko połowa respondentów) jest przeciwny zatrudnianiu w firmie osób z krajów arabskich. Głosy co do zatrudniania osób z Azji są podzielone – 29% respondentów jest przeciwnych, 32% popiera zatrudnianie imigrantów z tego obszaru. Co czwarty ankietowany jest przeciwny zatrudnianiu obywateli z krajów Europy Wschodniej, ale blisko 40% popiera ich zatrudnienie w Polsce.

Proszę wskazać, jaka jest Pana/i opinia w kwestii zatrudniania pracowników z podanych krajów (w firmie, w której obecnie Pan(i) pracuje). Proszę wskazać jaka jest Pana i opinia w kwestii zatrudniania pracowników z podanych krajów

„Moim zdaniem istnieją silne bariery, stereotypy dotyczące osób odmiennych kulturowo, z innych kręgów kulturowych. Związane są one głównie na niewiedzy, np. pracownicy z za Wschodniej granicy uważani są za „tanią siłę roboczą”, posiadającą niskie kwalifikacje. W związku z tym, jeśli firma planuje zatrudnianie obcokrajowców, osób z odrębnego kręgu kulturowego, powinna pomyśleć o działaniach mających na celu integrację pracowników i możliwość poznania danej kultury, uświadamiając załogę że panujące stereotypy nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. Z doświadczenia mogę stwierdzić, iż jest to proces długotrwały i wymaga ciągłego przypominania o wartościach nadrzędnych, jakimi są współpraca, tworzenie zespołu i praca dla tej samej organizacji.

Należy zaznaczyć, iż naturalnym procesem obronnym jest podświadome odrzucenie „inności” ze względów kulturowych, religijnych czy historycznych. Równocześnie organizując pracę załogi, uwzględniając kompetencje poszczególnych pracowników, można tak dobrać składy osobowe, iż te różnice nie wpływają na przebieg procesów. Osobnym zagadnieniem jest asymilacja pracowników z danym środowiskiem. Występuje ona także przy migracji wewnętrznej, ponieważ różne regiony charakteryzują się specyficznymi cechami kulturowymi.” – komentuje Krzysztof Kosek, Dyrektor Zakładu Mebloform

Badanie zostało zrealizowane w dniach 30.10-31.10.2018 metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel, W ramach badania przeprowadzono 1012 ankiet  z pracownikami firm powyżej 50 pracowników.