Kazimierz Kustra: Kto zyskał, a kto stracił na zakazie handlu w niedziele?

Brexit a unijne prawo o ochronie danych osobowych

Maciej Kawiorski, kancelaria Maruta Wachta
Maciej Kawiorski, Kancelaria Maruta Wachta

25 listopada przyjęto porozumienie ws. Brexit, chociaż możliwość zatwierdzenia takiego kształtu porozumienia przez parlament brytyjski stoi pod znakiem zapytania, w związku z dynamicznym rozwojem sytuacji politycznej w Wielkiej Brytanii. Co więcej, mimo przyjętego porozumienia, w chwili obecnej scenariuszy związanych z Brexit jest wciąż kilka, dlatego warto szerzej spojrzeć na problem przetwarzania danych osobowych w Wielkiej Brytanii w okresie przejściowym oraz po wystąpieniu kraju z Unii Europejskiej.

Jeśli porozumienie ws. Brexit zostanie przyjęte przez parlament brytyjski, 29 marca 2019 r., będzie ostatnim dniem Wielkiej Brytanii w UE. 30 marca 2019 r., z kolei rozpocznie się okres przejściowy (inaczej zwany okresem implementacji), który ma na celu usprawnienie procesu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, zapewniając jednocześnie minimalizację zakłóceń z tym związanych. Okres przejściowy ma potrwać do 31 grudnia 2020 roku (z możliwością ewentualnego przedłużenia na wniosek strony brytyjskiej). Wobec niepewności co do dalszych losów porozumienia ws. Brexit, mamy do czynienia z kilkoma scenariuszami kształtowania się zasad przepływów danych osobowych pomiędzy UE a Wielką Brytanią. Uwagę należy również zwrócić na podpisaną także 25 listopada 2018 r., deklarację polityczną określającą ramy przyszłych stosunków między Unią Europejską a Wielką Brytanią. Jest ona istotna z punktu widzenia ewolucji stanowiska Komisji Europejskiej co do momentu rozpoczęcia oceny standardów ochrony danych osobowych w Wielkiej Brytanii oraz uznania jej za zapewniającą adekwatny stopień ochrony danych wraz z upływem okresu przejściowego Brexit.

Okres przejściowy – czego możemy się spodziewać

Dotychczasowe stanowisko Komisji Europejskiej w zakresie uznania UK za zapewniającą adekwatny stopień ochrony danych osobowych zakładało, że proces ten nie może być rozpoczęty przed uznaniem UK za państwo trzecie w rozumieniu RODO. Tymczasem w deklaracji, o której wspomniano wyżej, widać znaczące  ustępstwo po stronie KE, gdyż ukończenie oceny adekwatności stopnia ochrony danych osobowych w UK przed końcowym terminem okresu przejściowego korzystnie wpłynie na płynność transferu danych osobowych pomiędzy UE a Wielką Brytanią oraz na pewność obrotu gospodarczego (o ile ocena KE będzie pozytywna, chociaż dotychczasowy dorobek Wielkiej Brytanii w zakresie ochrony danych osobowych oraz praktyka brytyjskiego organu nadzorczego nie wskazują na to, by miało być  inaczej).

Jak naprawdę mają się sprawy ze wskazanym okresem przejściowym?

Pierwotnie określony na 21 miesięcy (od 30 marca 2019 do 31 grudnia 2020 roku), może zostać wydłużony – obie strony negocjacji już zadeklarowały prawdopodobieństwo skorzystania z tej możliwości. Bez względu na to czy okres ten potrwa do końca roku 2020, czy też zostanie przedłużony o kolejne miesiące, pewnym jest, że podczas okresu przejściowego w Wielkiej Brytanii nadal obowiązywać będą przepisy RODO oraz pozostałe akty prawne UE dotyczące danych osobowych. To daje poczucie względnego spokoju do czasu upływu okresu przejściowego. Punkt pierwszy może jednak nie mieć zastosowania jeśli porozumienie ws. Brexit ostatecznie nie zostanie przyjęte, a wraz z porozumieniem przepadnie koncepcja okresu przejściowego. Co wtedy? Scenariusze znajdują się poniżej.

Co po okresie przejściowym?

Po zakończeniu okresu przejściowego przewiduje się dwa podejścia znajdujące się w porozumieniu ws. Brexit. Pierwsze przewidziane w art. 71 ust. 1 porozumienia wskazuje, że unijne prawo o ochronie danych osobowych będzie nadal obowiązywało w odniesieniu do osób przebywających poza Wielką Brytanią, których dane osobowe były już przetwarzane w Wielkiej Brytanii przed końcem okresu przejściowego. To samo prawo będzie miało również zastosowanie do przetwarzania danych osobowych podejmowanych po upływie okresu przejściowego, na podstawie przepisów porozumienia o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Podejście drugie zakłada uznanie Wielkiej Brytanii za zapewniającą adekwatny stopień ochrony danych osobowych na mocy decyzji Komisji Europejskiej. Wskutek takiej decyzji transfer danych osobowych do Wielkiej Brytanii jest możliwy bez podejmowania dodatkowych zabiegów, przy czym należy pamiętać, że decyzja o adekwatności stopnia ochrony danych osobowych zawsze określa, zgodnie z art. 45 ust. 3 RODO, terytorialny i sektorowy zakres jej zastosowania. W takim przypadku Wielka Brytania nie będzie już podlegać bezpośrednio przepisom prawa Unii Europejskiej w zakresie ochrony danych, ale może zamiast tego stosować własne prawa (i wprowadzać do nich zmiany), o ile przepisy te nadal będą spełniać wymogi adekwatności.

Swoboda w kształtowaniu przez Wielką Brytanię przepisów prawa z zakresu danych osobowych może być jednakże zdecydowanie ograniczona, o ile dojdzie do przyjęcia porozumienia ws. Brexit przez parlament brytyjski. Wielka Brytania zobowiązuje się bowiem do zapewnienia poziomu ochrony danych osobowych „zasadniczo równoważnego” do tego, z jakim mamy do czynienia w UE. Konsekwencje? Nie dość, że własna inicjatywa ustawodawcza Wielkiej Brytanii będzie zdecydowanie ograniczona, to również koniecznym będzie dotrzymanie kroku zmianom legislacyjnym w UE.

A jeśli do porozumienia ws. Brexit ostatecznie nie dojdzie…?

Z uwagi na dynamiczny rozwój sytuacji politycznej w Wielkiej Brytanii, zatwierdzenie porozumienia ws. Brexit wcale nie jest do końca pewne. Brak osiągnięcia porozumienia oznacza, że Wielka Brytania już za nieco ponad 4 miesiące może zostać uznana za państwo trzecie w rozumieniu przepisów RODO. Jeśli tak się stanie, od tego momentu każdy przepływ danych osobowych do Wielkiej Brytanii będzie podlegał przepisom rozdziału V RODO.

(Awaryjne) plany działania

Niepewny stan prawny kontra ciągłość biznesowa i niezakłócony transfer danych osobowych – któż tego nie doświadczył w dobie transformacji wywołanej uchwaleniem RODO? I gdyby tego było mało,  większą część uwagi pod tym kątem wymagają możliwe warianty wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Podmioty wykorzystujące w swej działalności tzw. „cross-border data processing” pomiędzy UE a Wielką Brytanią, jeśli dotychczas nie wdrożyły odpowiednich planów wobec różnych scenariuszy Brexit, powinny rozważyć opracowanie i stosowanie odpowiednich planów działania czy dalej idąc – planów awaryjnych. Wśród nich powinny znaleźć się również standardowe klauzule umowne jako jeden z mechanizmów legalizujących transfer danych osobowych do państwa trzeciego.

Autor: Maciej Kawiorski, Kancelaria Maruta Wachta

Sztuczna inteligencja – chatboty, voiceboty w obsłudze klienta

Jak informuje ostatnie doniesienie Massachusettts Institute of Technology, aktualnie już 90% firm i organizacji z całego świata wykorzystuje sztuczną inteligencję do poprawy doświadczeń zakupowych klientów oraz maksymalizacji sprzedaży.

Zgodnie z analizą Instytutu, nawet do 50% zgłoszeń klienckich jest już rozpatrywanych oraz rozwiązywanych od początku do końca przez narzędzia SI. IDC przekonuje natomiast, że liczba ma ta dużą szansę na szybki wzrost w najbliższej przyszłości. Z opublikowanego niedawno przez firmę badawczą raportu Worldwide Semiannual Cognitive Artificial Intelligence Systems Spending Guide wynika, że wydatki światowych przedsiębiorstw na narzędzia sztucznej inteligencji oraz tzw. systemy kognitywne potroją się w ciągu 4 lat, rosnąc z poziomu 24 mld $ w 2018 do 77,6 mld $ w 2022 roku. Podział na poszczególne kategorie wydatków nie pozostawia zaś złudzeń, że dominującym segmentem będą wirtualni doradcy, automatyzujący obsługę klienta. „Przejmą oni” ponad 12% ogółu globalnych inwestycji we wspominane rozwiązania SI oraz Cognitive.

Siła wyręczania

Według analityków MIT, implementacja rozwiązań bazujących na sztucznej inteligencji istotnie poprawia szybkość przetwarzania zapytań klientów, zwiększa efektywność obsługi a także przekłada się na wzrost interakcji klientów z firmą. Niemal 90% przedsiębiorstw zwróciło również uwagę na skrócenie procesu obsług reklamacji.

Jednym z nadrzędnych, poza-finasnowych benefitów z automatyzacji procesów obsługi klienta jest zdaniem autorów opracowania wyręczanie pracowników. O czym tutaj mowa? O rozdzielaniu zadań pomiędzy narzędziami SI – takimi jak chatboty, voiceboty czy aplikacje mobilne – a konsultantami. Pierwsze mają za zadanie zatrzymać u siebie zgłoszenia, pytania i kwestie możliwe do rozstrzygnięcia przy użyciu ich „wiedzy”, która dzięki uczeniu maszynowemu cały czas się powiększa. Jeśli zaś rozwiązania automatyzujące obsługę uznają, że nie są w stanie pomóc klientowi, ze względu na zbyt duże skomplikowanie jego sprawy – automatycznie oddelegują interesanta do konsultanta. Praktyka pokazuje, że w tym modelu udaje się zmniejszyć obłożenie pracowników nawet o ponad 70% – co wcale nie oznacza jednak, że zaczynają oni narzekać na brak pracy. Wówczas, trafiają do nich zapytania wymagające największego zaangażowania i doświadczenia – dodaje Maciej Stanusch ze Stanusch Technologies.

Im większa firma oraz liczba klientów nawiązujących interakcje z obsługą klienta, tym większe są możliwości automatyzacyjne. Stąd, największe przedsiębiorstwa, o skali zatrudnienia przekraczającej 30.000 osób, były o ponad 50% bardziej przekonane do dużych wdrożeń rozwiązań sztucznej inteligencji dedykowanych obsłudze klienta, względem mniejszych firm.

Nieco liczb

Autorzy badania, w którym udział wzięło 600 menadżerów z 18 państw, zapytali jego uczestników również o finansowe benefity automatyzacji obsługi klienta przy użyciu SI. Wzrost przychodów, będący jej bezpośrednim efektem zauważyło 70% respondentów. Ponad połowa potwierdziła powiększenie wyników finansowych firmy o 5%, zaś według 30% uczestników badania wzrosły one o ponad 10%. Co ciekawe, niemal 70% ankietowanych dodało, że nie wykorzystuje sztucznej inteligencji jedynie do poprawy doświadczeń klientów z interakcji z obsługą klienta, a nastawia się także na budowanie przy jej użyciu głębszych relacji z konsumentami.

Zdaniem analityków Juniper Research, którzy skupili się z kolei na oszczędnościach z implementacji wirtualnych asystentów w branży bankowej oraz medycznej, wykorzystanie chatbotów do automatyzacji obsługi klientów pozwala zaoszczędzić 4 minuty pracy konsultanta przy każdym zgłoszeniu klienta. Zwrócili oni także uwagę na rosnącą efektywność rozwiązywania spraw konsumentów dzięki wirtualnym doradcom, posiłkując się przykładem branży finansowej. O ile jeszcze przed rokiem, pełnym sukcesem kończyło się zaledwie 20% prowadzonych przez nich rozmów, o tyle w 2022 roku prognozowana efektywność interakcji botów bankowych ma osiągnąć już 93%.

Kurs dolara spada po wystąpieniu prezesa Fed

Po aukcji zamiany nowa podaż może lekko osłabiać dłuższy koniec krzywej. J.Powell osłabił dolara sugerując, że stopy w USA są bliskie poziomu neutralnego. Wzrost kursu EUR/USD do 1,139 USD wywołał spadek notowań EUR/PLN do blisko 4,28.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W środę uwagę przyciągało popołudniowe wystąpienie szefa Fedu, które finalnie przyczyniło się do wzrostu kursu EUR/USD do 1,139 USD i spadku notowań EUR/PLN do blisko 4,28.

Wypowiedź J.Powella uznano za gołębią. Zasugerował on, że Fed jest już blisko neutralnego poziomu stóp procentowych. Jest to istotna zmiana tonu wypowiedzi, po tym jak na początku października mówił, że stopy procentowe są dalekie od poziomu neutralnego. Nasiliło to oczekiwania, że być może amerykański bank centralny w przyszłości nieco ograniczy dynamikę i częstotliwość zacieśniania polityki. Powell zaznaczył, że jest ryzyko, iż działania Fedu mogą być zbyt wolne lub zbyt szybkie, a stopniowe podwyżki mają zapobiec realizacji tych scenariuszy. Zbyt szybkie podwyżki stóp mogłyby bowiem przyczynić się do wyhamowania dynamiki wzrostu PKB w USA, a z kolei utrzymywanie przez zbyt długi okres zbyt niskich stóp procentowych mogłoby doprowadzić do wyższej inflacji bądź destabilizacji równowagi finansowej.

Podczas handlu w Europie, oczekując na wystąpienie prezesa Fedu i nadal widząc wysokie ryzyko związane z weekendowym szczytem G20 oraz dodatkowo mając w pamięci gołębie stanowisko EBC w kwestii perspektyw polityki monetarnej w 2019 roku, kurs EUR/USD spadł do 1,126, co skutkowało podejściem EUR/PLN do 4,30. Wsparciem dla dolara stały się wówczas kolejne wypowiedzi wiceszefa Fed-u, R. Claridy, które brzmiały już znacznie bardziej jastrzębio niż ostatnio. Oczekuje się, że 19 grudnia koszt pieniądza w USA po raz czwarty w br. zostanie podwyższony o 25pb (z obecnych 2,00-2,25%). Z kolei z punktu widzenia przyszłego roku istotne będą czwartkowe minutes z listopadowego posiedzenia FOMC, ale przede wszystkim grudniowa projekcja makroekonomiczna pokazującymi oczekiwania członków FOMC odnośnie perspektyw stóp procentowych.

Na rynku stopy procentowej środa przyniosła wzrost rentowności krótkoterminowych obligacji i niewielki spadek długoterminowych. W przypadku krótkich papierów można mówić o technicznym odreagowaniu wtorkowej zwyżki cen. Warto zwrócić uwagę, że ASW w sektorze 10 lat wzrósł powyżej 40 pb.

Najciekawszym wydarzeniem czwartkowej sesji będzie aukcja zamiany. Ministerstwo Finansów emitować będzie OK0521, PS0424, WZ0524, WS0428 i WZ0528 w zamian za odkupowane WZ0119, OK0419, PS0719 i DS1019. MF powinno wyemitować obligacje za 6 mld PLN. Spodziewać się można, że wartość emisji papierów WZ wyniesie 1,5 mld PLN, a obligacji OK 0,9 mld PLN, PS 1,5 mld PLN i WS 2,1 mld PLN. Popyt na obligacje wspierać będą: perspektywa stabilizacji stóp procentowych w Polsce (w przypadku papierów o stałym kuponie), bardzo dobra sytuacja finansów publicznych i silny krajowy popyt na obligacje skarbowe. Z drugiej strony negatywny wpływ będą miały: niestabilna sytuacja na globalnym rynku finansowym (skutkująca wzrostem premii za ryzyko kredytowe), zaostrzanie polityki pieniężnej w USA i sytuacja wokół Idea Banku i Getin Noble Banku. Rentowności OK0521 mogą wynieść blisko 1,77%, PS0424 2,59% i WS0428 3,18%, z kolei ceny WZ0524 98,99 PLN i WZ0528 96,00 PLN.

Aukcja zmiany nie powinna mieć większego wpływu na rynek długu, który pozostaje od dłuższego czasu w trendzie bocznym. Niemniej, dodatkowa podaż na dłuższym końcu krzywej może wspierać wzrost dochodowości obligacji 10-letnich w kierunku średnioterminowego punktu równowagi blisko 3,20%.

Wykres dnia: Ostatnie tygodnie przyniosły silny wzrost discount margin dla obligacji serii WZ (pb.).

Ostatnie tygodnie przyniosły silny wzrost discount margin dla obligacji serii WZ
Źródło: Bloomberg

Autorzy: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Work Service z przychodami powyżej 1,5 mld zł

Po pierwszych 9 miesiącach tego roku Grupa Kapitałowa Work Service zanotowała niemal 1,57 mld zł przychodów. Głównymi źródłami poprawy wyników była działalność na polskim i węgierskim rynku. W samym trzecim kwartale Work Service wypracował niemal 10,5 mln zł zysku operacyjnego. Wskaźnik EBITDA na koniec września wyniósł ponad 13 mln zł. Jednak odpisy niepieniężne dokonane w pierwszej połowie 2018 roku obciążyły wyniki operacyjne o ponad 26 mln zł. Grupa osiągnęła porównywalne rezultaty z analogicznym okresem roku ubiegłego. Zarząd spółki zapowiada dalsze aktywne działania mające na celu podniesienie rentowności oraz dalszą znaczącą redukcję zadłużenia.

Na koniec trzeciego kwartału 2018 roku przychody Work Service wyniosły 1,568 mld zł. Jest to porównywalny wynik do rezultatu sprzed roku – wówczas w analogicznym okresie było to 1,558 mld zł. Nieznaczny wzrost poziomu przychodów Grupy jest związany z jednej strony z negatywnym wpływem – za sprawą procesu restrukturyzacji biznesowej – wyników na rynku niemieckim oraz w obszarze kontraktów realizowanych przez Grupę Work Express (transgraniczna wymiana pracowników). Z drugiej strony trendy wzrostowe na innych rynkach zapewniły nieznacznie wyższy poziom przychodów całej Grupy. Warto odnotować pozytywny trend wzrostowy na dwóch kluczowych i największych dla Work Service rynkach: polskim (+4%) i węgierskim (+18%).

Działalność na perspektywicznym rynku usług personalnych w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce, gdzie mamy do czynienia z rekordowo niską stopą bezrobocia, bezpośrednio przekłada się na możliwości poprawy wyników finansowych naszej Grupy. W trzecim kwartale tego roku udział przychodów Work Service pochodzących z działalności zagranicznej sięgnął 50,5%, co pokazuje jak duże jest zapotrzebowanie na usługi personalne nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach. Oznacza to, że źródła naszych dochodów z rodzimego rynku i zagranicznej działalności, po raz pierwszy w historii się wyrównały i zapewniły odpowiednią dywersyfikację – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A. – W wyniku rosnącego popytu na transgraniczne wymiany pracowników, odnotowujemy stały wzrost zatrudnienia przez Work Service personelu z Ukrainy na terenie Polski. Od początku roku liczba ich zwiększyła się o 64%. Z kolei w samej Grupie Work Service liczba pracowników przeliczona na pełny etat wzrosła o 8,5% – dodaje.

Wynik EBIT Grupy Work Service na koniec września wyniósł -12,7 mln zł, co w głównej mierze spowodowane było odpisami dokonanymi w pierwszej połowie tego roku, które obniżyły go o 26,6 mln zł. Natomiast bez uwzględnienia tych zdarzeń jednorazowych zysk operacyjny Grupy wyniósłby 13,9 mln zł, z czego niemal 10,5 mln zł zostało wypracowanych w samym trzecim kwartale bieżącego roku. Wynik operacyjny powiększony o amortyzację Work Service w omawianym okresie zwiększył się o nieco ponad 13 mln zł.

Dalsza realizacja strategii „Work Service 2020”

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, Work Service jest w trakcie realizacji strategii rozwoju Grupy, której celem jest podniesienie rentowności oraz dalsza znacząca redukcja zadłużenia. Na początku listopada spółka zawarła umowę sprzedaży 100% udziałów w spółce Exact Systems. Dzięki pozyskanym środkom z tej transakcji, Work Service mógł przeznaczyć ponad 100 mln zł na spłatę niemal połowy zadłużenia bankowego. Jednocześnie spółka otworzyła nowy proces dezinwestycyjny, który polega na zbyciu udziałów w Grupie Prohuman, liderze węgierskiego rynku agencji pracy tymczasowej.

Maciej Witucki
Maciej Witucki

Realizując sukcesywnie zapowiedzianą strategię rozwoju dążymy do nowego modelu biznesowego, który będzie oparty w głównej mierze na niskokosztowej i zrównoważonej działalności w Polsce. W ubiegłym roku z sukcesem zrealizowaliśmy transakcje sprzedaży IT Kontrakt, a na przełomie 2017/2018 roku przeprowadziliśmy dezinwestycję rosyjskich aktywów ProService. Na początku listopada zakończyliśmy proces sprzedaży Exact Systems. Z kolei  planowane zbycie udziałów w węgierskiej Grupie Prohuman chcemy sfinalizować w ciągu najbliższych 18 miesięcy. Środki pozyskane z tej transakcji przeznaczymy na redukcję do minimum zadłużenia i zobowiązań wobec udziałowców mniejszościowych spółek zależnych – zaznacza Maciej Witucki.

OZE zamiast węgla kamiennego? Polska musi przemodelować miks energetyczny

Trwałe opanowanie wzrostu cen energii wymaga przemodelowania polskiego miksu energetycznego. Konieczne jest ułożenie źródeł wedle krańcowego kosztu wytworzenia kolejnej megawatogodziny. Elementy wymagające CO2, paliwa oraz te, które są pracochłonne powinny być na końcu – a nie na początku. Już teraz spółki energetyczne, według tzw. merit order, tak właśnie układają swoją produkcję. Na początku wchodzą takie źródła, jak wiatr na lądzie, potem gaz, a dopiero na końcu – węglowe. Te ostatnie w obecnej sytuacji regulacyjnej stały się niekonkurencyjne do pozostałych i alternatywnych rozwiązań.

– Niestety polski model produkcji energii i ciepła musi ulec zmianie. Pierwsze efekty będą widoczne dopiero po 5-10 latach po tym, jak przemodelujemy sposób wytwarzania energii – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego –  Bardzo mocno staniały odnawialne źródła energii. Wiatr na lądzie to ok. 250 złotych za mWh, bardzo podobnie kształtuje się też fotowoltaika. Cena wiatru na morzu wynosi trochę ponad 260 złotych/mWh, wedle aukcji z Wielkiej Brytanii. Projekcje takich przedsięwzięć, jak np. elektrownia w Ostrołęce – która jeszcze nie powstała – to ceny na poziomie ponad 400 złotych. Projekt ten cały czas ma problemy ze złożeniem finansowania. Warto podkreślić, że w sektorze wydobywczym istnieje pewien dylemat. Z jednej strony jest węgiel brunatny, spalany na miejscu – te elektrownie cały czas funkcjonują. Tam natomiast, gdzie mamy sektor wydobywczy węgla kamiennego, bardzo mocno spada wydobycie i rośnie import surowca do Polski. Dane z pierwszych siedmiu miesięcy 2018 roku pokazują, że zamknie się on na poziomie około 17 milionów ton węgla przywiezionego z zagranicy. To rekordowy poziom, który uniemożliwia modernizację polskiego sektora wydobywczego – ocenił Roszkowski.

Polska zbrojeniówka generuje zbyt mało innowacji. Współpraca międzynarodowa jest szansą na skok technologiczny

Polska zbrojeniówka generuje zbyt mało innowacji. Współpraca międzynarodowa jest szansą na skok technologiczny 1

Przemysł obronny to duża gałąź gospodarki, która znacząco przekłada się na PKB i nowe miejsc pracy. Specyfiką zbrojeniówki jest również to, że powstaje w niej wiele innowacji i technologii, które następnie trafiają do sektora cywilnego. – W Polsce ciągle skala innowacji produkowanych przez rodzimy przemysł obronny jest jednak zbyt mała. Nawet jeżeli się pojawiają, to pozostają ciągle w obszarze militarnym – ocenia Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters. Szansą na rozwój i skok technologiczny jest współpraca międzynarodowa. 

– Wpływ przemysłu zbrojeniowego na rozwój gospodarczy Polski jest ciągle zbyt mały. W wielu innych krajach – zwłaszcza tam, gdzie gospodarka jest wysoce zaawansowana technologicznie – przemysł obronny jest takim źródłem nowych rozwiązań i innowacji, które potem trafiają – mówiąc umownie – do cywila. W Polsce skala innowacji produkowanych przez rodzimy przemysł obronny jest ciągle zbyt mała, a nawet jeżeli one się pojawiają, to pozostają w obszarze militarnym. Na szczęście w śmigłowcach dzieje się nieco inaczej, dlatego że tutaj przenikanie się naszej działalności w obszarze wojskowym i działalności cywilnej jest znacznie większe. Stąd wiele rozwiązań, które wymyśliliśmy lub zaprojektowaliśmy najpierw dla wojska, jest teraz powszechnie używanych w cywilnych śmigłowcach – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Z opublikowanego w połowie br. raportu Polskiej Izby Producentów na rzecz Obronności Kraju, która oceniła zmiany w polskiej zbrojeniówce w latach 2007–2016 wynika, że w ciągu blisko dekady w tym sektorze dokonał się regres. Dotyczy to przede wszystkim spółek należących do Skarbu Państwa, które w dużej mierze utrzymują rentowność dzięki publicznej pomocy finansowej, a ich potencjał eksportowy się obniżył. Z drugiej strony coraz lepiej radzą sobie prywatne polskie firmy z sektora, które w latach 2015–2016 odpowiadały za blisko 80 proc. eksportu, a według ekspertów ich rentowność jest porównywalna z największymi światowymi firmami zbrojeniowymi.

Autorzy raportu wskazali też, że w latach 2007–2016 zmienił się udział firm prywatnych i państwowych w sprzedaży realizowanej przez cały polski przemysł zbrojeniowy. Jeszcze blisko dekadę temu spółki kontrolowane przez Skarb Państwa odpowiadały za 61,5 proc. sprzedaży, natomiast w 2016 roku ich udział spadł do 31,6 proc. W tym samym czasie udział prywatnych podmiotów wzrósł z 36 do 64 proc. Eksperci podkreślili, że – zwłaszcza w państwowym sektorze zbrojeniowym – konieczne są zmiany polegające m.in. na korekcie obecnej polityki czy doborze odpowiednich kadr.

Dobra sytuacja przemysłu obronnego jest o tyle istotna, że ma ona duże przełożenie na krajową gospodarkę. Filip Seredyński, członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP, podkreśla, że zbrojeniówka generalnie jest dość dużym sektorem, który w wielu krajach generuje kilkanaście procent PKB, pociągając za sobą naturalne korzyści takie jak tworzenie nowych miejsc pracy i dochody z podatków. Specyfiką przemysłu obronnego jest również to, że powstaje w nim wiele innowacji i technologii, które trafiają następnie do sektora cywilnego.

– Sektor zbrojeniowy to nie tylko standardowe korzyści dla gospodarki, lecz także innowacje, nowe technologie. Współcześnie stan polskiego przemysłu zbrojeniowego, jeżeli chodzi o generowanie tych nowych technologii, nie jest najlepszy. Przyczyn tego stanu jest wiele, więc dzisiaj tych bezpośrednich transferów do sektora cywilnego nie ma – mówi Filip Seredyński.

– Bardzo ważną kwestią jest także fakt, że przemysł obronny pozostaje istotnym filarem bezpieczeństwa państwa. Nie możemy traktować przemysłu obronnego na równi z każdym innym sektorem, ponieważ ma on jeszcze tę drugą, niezwykle ważną funkcję, jaką jest zapewnianie bezpieczeństwa nas wszystkich. Wobec tego silny przemysł obronny musi współgrać z silną armią i ją wzmacniać. W drugą stronę – silna armia powinna opierać swój rozwój, swoją modernizację o własny, silny, krajowy przemysł obronny – dodaje Krzysztof Krystowski.

Wiceprezes Leonardo Helicopters ocenia, że jednym z głównych wyzwań przed rodzimym przemysłem obronnym jest dzisiaj sprostanie potrzebom polskiego wojska, które jest na etapie modernizacji. Zwiększone wydatki na ten cel to szansa dla zbrojeniówki na tworzenie nowych rozwiązań i technologii.

– Polskie wojsko modernizuje się bardzo szybko, a skala wydatków, z jakimi mamy do czynienia, jest nieporównywalna z latami poprzednimi. To wielka szansa, ale i wielkie wyzwanie dla polskiego przemysłu, dlatego że wojsko chce mieć sprzęt najlepszy, niezawodny, chce, aby ten sprzęt był dostarczany szybko i był serwisowany. To wszystko może zapewnić polski przemysł obronny, ale on boryka się również z wieloma problemami, które narosły przez lata. Jednym z nich jest zapotrzebowanie na nowe technologie. Rozwiązaniem jest tutaj współpraca międzynarodowa – ocenia Krzysztof Krystowski.

Jak podkreśla, włoska Grupa Leonardo, do której należą zakłady lotnicze PZL-Świdnik, chce ściślej współpracować z polskim przemysłem obronnym. Na stole leży m.in. propozycja wspólnej realizacji programu Kruk, który zakłada pozyskanie 32 nowoczesnych śmigłowców bojowych dla polskich Sił Zbrojnych. Koncern zaoferował polskiemu Ministerstwu Obrony Narodowej śmigłowce AW249. Jeśli oferta Leonardo zostanie wybrana przez MON, w produkcji oraz serwisowaniu tych maszyn będą uczestniczyć spółki Grupy PGZ, a polski przemysł zbrojeniowy będzie mógłby się zaangażować w produkcję tych maszyn już od samego początku, czyli od etapu ich projektowania. W połowie lipca br. Leonardo i Polska Grupa Zbrojeniowa podpisały już list intencyjny, który określa zasady współpracy w ramach programu AW249.

– Chcemy robić przedsięwzięcia modernizacyjne dotyczące śmigłowców, ale w przyszłości chcemy razem z PGZ i z polskim przemysłem opracować, a potem produkować i sprzedawać – nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie – najnowszy europejski śmigłowiec bojowy, czyli AW249. Ta oferta leży na stole, czekamy na odzew polskiego rządu, bo to musi być porozumienie międzyrządowe. My, jako przemysł, jesteśmy gotowi do współpracy, ponieważ wszystkie aspekty tej współpracy omówiliśmy już z PGZ – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Udział kobiet w nowych technologiach wciąż za niski. Citi chce podwoić ich liczbę w działach IT w Polsce w ciągu trzech lat

Udział kobiet w nowych technologiach wciąż za niski. Citi chce podwoić ich liczbę w działach IT w Polsce w ciągu trzech lat 2

W Citibank Europe PLC, czyli w warszawskim centrum usług biznesowych Citi, kobiety stanowią 16 proc. z 1200 pracowników działów IT, ale organizacja chce w ciągu najbliższych 3 lat podwoić ten odsetek. Poszukuje kandydatek praktycznie w każdym obszarze – począwszy od analityków, poprzez specjalistów aż po stanowiska menadżerskie w Polsce i Europie. Według raportu „Women in Digital Age” Komisji Europejskiej tylko 13 proc. kobiet, które kończą kierunki informatyczne i technologiczne podejmuje pracę w swojej branży. To 2 pkt proc. mniej niż w 2011 roku. Udział kobiet w  sektorze cyfrowym nie zmienił się znacząco w ciągu ostatnich dekad.

– Udział kobiet w technologii jest według nas wciąż zdecydowanie za niski i chcielibyśmy, żeby w ciągu najbliższych 3 lat liczba kobiet w działach IT Citibank Europe PLC wzrosła dwukrotnie – mówi agencji Newseria Biznes Marek Cendrowicz, Szef Infrastruktury IT na Polskę w Citibank Europe PLC.

Polityka Citi zakłada wspieranie różnorodności i stawia mocny akcent na wspieranie kariery i rozwoju kobiet. Z danych niefinansowych za 2017 rok wynika, że w ubiegłym roku kobiety stanowiły 51 proc. zatrudnionych w procesach rekrutacyjnych. Wśród 7,8 tys. pracowników Citi w Polsce dokładnie 51,75 proc. stanowią kobiety, które zajmują także ponad połowę (50,89 proc.) stanowisk menadżerskich.

 Innowacyjne produkty i najwyższej jakości usługi dostarczają osoby, które mają bardzo szerokie doświadczenia, ale – co ważniejsze – pochodzą z różnych kultur, różnych środowisk i są różnej narodowości. Wierzymy, że to właśnie dzięki tej różnorodności i włączającej kulturze organizacyjnej osiągamy sukces. Dlatego angażujemy się w wiele inicjatyw, poszukujemy nowych możliwości, żeby nieustanie się wzmacniać w tym zakresie – mówi Marek Cendrowicz.

Przykładem takich inicjatyw jest program „IT for SHE”, którego zadaniem jest pomoc utalentowanym studentkom kierunków informatycznych w wejściu na rynek pracy. Składają się na niego m.in. największy w Europie obóz tematyczny dla kobiet w IT (Women in Tech Camp) oraz program mentoringowy w najlepszych firmach technologicznych. Kulminacją programu jest Women in Tech Summit – największe wydarzenie dla kobiet w technologiach w tej części świata. Citi jest jego strategicznym partnerem.

Zachęcamy kobiety, żeby wybierały kierunek studiów w obszarach STEM [Science, Technology, Engineering, Mathematics – red.] i decydowały się na pracę IT. Wspieramy je w tym, dzielimy się swoim doświadczeniem i swoim know-how, żeby mogły szybciej się rozwijać i osiągać sukces. Wewnątrz Citi mamy bardzo prężnie działającą grupę „Women in Technology” w ramach Women’s Network Poland, która organizuje szereg warsztatów i szkoleń. Poprzez Fundację Kronenberga już od kilku lat finansujemy program akcelerujący młodych przedsiębiorców w ramach Sieci Przedsiębiorczych Kobiet, więc działamy w tym zakresie bardzo szeroko – wylicza Marek Cendrowicz.

W  Polsce – jak wynika z raportu „Kobiety w IT 2018” Fundacji Carrots – 53 proc. pań zatrudnionych w IT uważa, że jest im trudniej niż mężczyźnie poradzić sobie w branży nowych technologii. Połowa z nich ocenia też, że zarabiają mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Mimo to aż 72 proc. kobiet zatrudnionych w branży IT jest zadowolonych ze swojej pracy.

W Citi w obszarze technologii kobiety zajmują obecnie różne stanowiska – od ról menadżerskich, w których zarządzają pracą zespołów lokalnych i globalnych, po analityków i stanowiska eksperckie w zespołach technologicznych. Bank szuka kandydatek w każdym z tych obszarów.

– Technologia w centrum usług biznesowych Citi jest bardzo szeroka – pracujemy w ramach globalnych zespołów i obsługujemy 96 różnych państw na świecie. Spektrum funkcji technologicznych jest w zasadzie pełne – począwszy od development, poprzez analizę biznesową, architekturę systemów, wdrażanie i utrzymywanie systemów operacyjnych i baz danych, finanse w działach IT, poprowadzenie projektów. Działamy zarówno w modelu DevOps, jak i w klasycznych modelach. Tam, gdzie mamy taką potrzebę, budujemy wewnętrzne rozwiązania w ramach cloud, poszukujemy rozwiązań hybrid cloud – podkreśla szef infrastruktury IT na Polskę na Polskę w Citibank Europe PLC.

Jak wynika z raportu Citi Research „Women in Economy II”, w ciągu następnej dekady wpływ kobiet na globalną gospodarkę będzie co najmniej tak znaczący, jak wpływ ponadmiliardowych populacji Chin i Indii. Jak szacują analitycy Citi, sprawiedliwy system wynagrodzeń oparty o kompetencje oraz zrównanie warunków finansowych kobiet i mężczyzn może doprowadzić do co najmniej 6-proc. wzrostu PKB w krajach rozwiniętych w ciągu dekady, maksymalnie dwóch. Natomiast Raport „Diversity Matters” McKinsey pokazuje, że firmy zatrudniające zarówno kobiety, jak i mężczyzn notują o 15 proc. większe przychody. Te, w których są zespoły złożone z przedstawicieli różnych narodowości – nawet o 35 proc. wyższe. Warunkiem jest jednak odpowiednie zarządzanie różnorodnością.

Firmy za rzadko biorą pod uwagę potrzeby starszych klientów. Problemem jest przechodzenie na nowoczesne technologie

Firmy za rzadko biorą pod uwagę potrzeby starszych klientów. Problemem jest przechodzenie na nowoczesne technologie 3

Mimo że rośnie odsetek starszych ludzi, którzy chętnie korzystają z komputerów i surfują po internecie, duża grupa seniorów wciąż unika nowych technologii. Przede wszystkim z powodu strachu przed popełnieniem błędów. Eksperci podkreślają, że nowe technologie przyniosły nieograniczone możliwości, dlatego metryka nie powinna być żadnym ograniczeniem i firmy powinny się otwierać na potrzeby ludzi w każdym wieku, dostosowując do nich swoje produkty i usługi.

Młodzi ludzie z pokolenia Z są zaznajomieni z nową technologią i mają stały dostęp do internetu, gdzie natychmiast mogą zweryfikować każdą informację. Doskonale wiedzą, jak się poruszać po sieci, nie mają problemów z komunikacją wirtualną i korespondują z osobami z odległych krańców świata. Kilkulatek potrafi znacznie szybciej opanować obsługę smartfona czy laptopa niż niejedna osoba dorosła.

– Wszyscy próbują znaleźć sposób na to, jak rozmawiać z pokoleniem Z, jakich oni potrzebują produktów, ale zapominamy o reszcie społeczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Martin Zalewski, ekspert w dziedzinie rozwoju cyfryzacji i transformacji firm.

Grupą, o której firmy często zapominają, są seniorzy, którzy mają nieco inną ocenę przydatności technologii, a także wiele obaw związanych z nieumiejętnym wykorzystaniem nowoczesnych urządzeń, programów czy aplikacji. Co więcej, ludzie starsi znacznie częściej deklarują też nieufność wobec bezpieczeństwa aktywności online. Szczególnie niepokój ten ma związek z zarządzaniem finansami, zwłaszcza jeśli chodzi o korzystanie z bankowości internetowej.

– W Polsce osoby powyżej 50 lat mają bardzo mało styczności z technologią i to jest problemem. Często idą do banków, żeby po prostu porozmawiać z kimś innym i to jest bardzo trudno zastąpić. Banki tego nie rozumieją, skupiają się na nowych generacjach, zapominając o osobach starszych, które nie mają dużo styczności z technologią i nie można ich odłączyć od budowania tych projektów, trzeba z nimi to robić – mówi Martin Zalewski.

Eksperci sugerują, aby zagwarantować osobom starszym właściwe wsparcie i przewodnictwo w kontakcie z nowoczesnymi technologiami. Tylko wtedy seniorzy będą w stanie pokonać swoje obawy związane z korzystaniem z komputera i internetu, a zaczną czerpać z tego korzyści.

– Bardzo często nawiązuję do tego, żebyśmy włączyli głos klienta ze starszych generacji, które po prostu mają mniej styczności z technologią. Można zastąpić osobę w banku, w oddziale bankowym przez virtual reality, żeby taki klient miał lepszą styczność z firmą bankową przez technologię – mówi Martin Zalewski.

Rozwój nanotechnologii będzie rewolucją dla medycyny. Skorzystają na niej przede wszystkim pacjenci

Rozwój nanotechnologii będzie rewolucją dla medycyny. Skorzystają na niej przede wszystkim pacjenci 4

Nanodiagnostyka i nanomedycyna to cały czas raczkujące w Polsce technologie, ale w przyszłości ich rozwój może zmienić oblicze medycyny. Za pomocą nanorobotów, mniejszych od bakterii, możliwe będzie m.in. dostarczanie leków bezpośrednio do chorych organów, co poprawi skuteczność i szybkość terapii albo wczesne wykrywanie komórek rakowych. Nanocząsteczki mogą też znaleźć zastosowanie na przykład w implantologii albo leczeniu stomatologicznym. Efektem będzie radykalna poprawa skuteczności, kosztów i bezpieczeństwa leczenia, na czym skorzystają przede wszystkim pacjenci.  

Nanotechnologia może mieć spektakularny wpływ i rewolucyjnie wpłynąć na rozwój medycyny. Przede wszystkim, stosując inteligentne leki, zwiększamy skuteczność i bezpieczeństwo terapii, czy stosując nowe rozwiązania w implantologii, możemy zmieniać kierunek działania leków. Oprócz tego możemy również wpływać w znaczący sposób na bezpieczeństwo pacjentów. Wcześniejsze wykrywanie chorób zmniejszy też liczbę hospitalizacji, co przełoży się na spadek kosztów leczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Renata Pawlak-Morka, dyrektor rozwoju produktów w Gedeon Richter Polska.

Zarówno w Polsce, jak i za granicą prowadzonych jest obecnie szereg projektów związanych z wykorzystaniem nanotechnologii w medycynie. Takie prace prowadzą m.in. Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu, uczelnie wyższe w Poznaniu i Toruniu oraz Politechnika Warszawska. Wszystkie projekty prowadzone w jednostkach naukowych są związane z wczesnym wykrywaniem chorób, diagnostyką, zwiększaniem skuteczności i bezpieczeństwa leków oraz implantologią bądź stomatologią.

Nanotechnologia w medycynie jest wykorzystywana wielokierunkowo. Jest wykorzystywana w modelach diagnostycznych, m.in. do wczesnego wykrywania komórek rakowych, dzięki czemu możemy szybko rozpocząć terapię, a z drugiej strony – zwiększyć prawdopodobieństwo wyleczenia pacjenta. Oprócz diagnostyki możemy wykorzystywać nanotechnologię również w terapii celowanej, możemy wpływać na farmakokinetykę, farmakodynamikę leków, jak również bardziej precyzyjnie określać miejsce ich działania – wymienia Renata Pawlak-Morka.

Wykorzystanie nanotechnologii w farmacji to skuteczniejsze i bezpieczniejsze leki, co jest oczywistą korzyścią dla pacjentów. Z kolei w implantologii pozwoli na przykład pokrywać endoprotezy specjalnymi cząsteczkami, które zminimalizują ryzyko odrzucenia wszczepionego materiału.

– Biorąc pod uwagę wiedzę, którą dysponuję, współpracując z jednostkami naukowymi, mogę powiedzieć, że nanotechnologia w Polsce jest na bardzo wysokim poziomie. Prowadzimy szereg prac badawczych, które mają zarówno publikacje, jak i zgłoszenia patentowe. Nie odbiegamy od norm europejskich, jesteśmy na tym samym poziomie – ocenia dyrektor rozwoju produktów w Gedeon Richter Polska.

Nanotechnologia cały czas się rozwija – w ubiegłym roku po raz pierwszy zastosowano ją do leczenia in vivo. Wykorzystując mikromotory naukowcy skutecznie wyleczyli bakteryjne zapalenie żołądka u myszy, co oznacza, że w przyszłości z dużym prawdopodobieństwem możliwe będzie leczenie ludzi poprzez dostarczanie leku bezpośrednio do chorego organu za pomocą mikroskopijnych robotów, które same ulegną autodestrukcji, nie wywołując działań niepożądanych.

Interaktywne tagi zamieniają wideo w bezpośredni kanał sprzedażowy. Technologię z globalnym potencjałem opracował polski start-up

Interaktywne tagi zamieniają wideo w bezpośredni kanał sprzedażowy. Technologię z globalnym potencjałem opracował polski start-up 5

Klikalne tagi pozwalają internautom kupić wyświetlany na filmie produkt od ręki, bez przekierowania na inne strony i opuszczania oglądanego wideo. Pozwalają także dodawać linki www, obrazy albo pliki .pdf, dzięki czemu użytkownik, klikając w taki tag, pogłębia wiedzę o firmie lub produkcie i – jak wynika z niedawnych badań IAB – lepiej ocenia promującą się w ten sposób markę. Technologia stworzona przez polski start-up Tagmax zmienia pasywne wideo w interaktywną treść, windując wskaźniki interakcji i zaangażowania użytkowników. Otagowany w ten sposób materiał wideo łączy funkcje reklamowe, sprzedażowe i informacyjne, nie kolidując przy tym z innymi kanałami dotarcia do klientów. Twórcy start-upu podkreślają, że potencjał tego rozwiązania jest globalny. 

– Tagowanie wideo jest świetnym narzędziem do wykorzystania pod kątem biznesowym. Tag można dodać do każdego materiału wideo, przekłada się to bezpośrednio na informację i sprzedaż. Wideo można wypuścić w określonym miejscu, czasie, do określonej publiki, można je włączyć w danym zasięgu albo wymienić w nim daną informację – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Sosnowski, członek zarządu Free TiVi i partner zarządzający Tagmax. – Dla przykładu, rok temu zapraszałem do udziału w pewnym kongresie za pomocą filmu. Ten sam film mogę wykorzystać również w tym roku, zapraszając na tegoroczną edycję, jeżeli tylko wymienię tag, który będzie zawierał zupełnie inne przekierowanie.

Platforma stworzona przez Tagmax pozwala dodawać do materiałów wideo klikalne tagi, umożliwiające widzom dokonywanie zakupów albo uzyskiwanie informacji bezpośrednio z poziomu oglądanego materiału. Platforma ma zintegrowaną technologię sprzedaży, własny CMS oraz system płatności i rozliczeń. To autorskie rozwiązanie polskiego start-upu, wykorzystujące m.in. mechanizmy uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji.

– Chcieliśmy stworzyć wideo, które umożliwi bezpośrednią sprzedaż. To rozwiązanie nie koliduje z e-commerce, bo nie jest to sklep z pełną ofertą. Oferuje tylko wybrane rzeczy, skierowane do konkretnej publiki. Nie konkuruje też z marketingiem. Oczywiście, można wykorzystać to narzędzie jako przekaz marketingowy, do promocji danego produktu i pokazania go na rynku. Natomiast jest to głównie kanał sprzedaży – do wideo, które ludzie umieszczają w internecie, możemy dodać warstwę produktową. W ten sposób nie konkurujemy z własnym e-commerce ani przekazem marketingowym, który dotyczy czegoś innego – mówi Radosław Sosnowski.

Interaktywne tagi, dodawane do wideo z poziomu platformy Tagmax, pozwalają widzom kupić wyświetlany na filmie produkt od ręki, bez opuszczania oglądanego materiału. Klikając w wyskakujące okienko, użytkownik może na przykład zasięgnąć dodatkowych informacji albo błyskawicznie i prosto przekazać pieniądze na zbiórkę charytatywną. Z danych start-upu wynika, że wykorzystanie tego rozwiązania zwiększa wskaźnik interakcji o 67 proc. i wskaźnik kliknięć o 16 proc., a także podwaja zaangażowanie użytkowników.

 Ten rynek w Polsce ani nigdzie na świecie jeszcze nie istnieje. Są podejmowane próby stworzenia takich technologii, ale jest pewien logiczny problem. Polega on na tym, że zwykle są to szyte na miarę, jednorazowe akcje marketingowe, reklamowe albo eventowe. Natomiast nikt, może poza YouTube, nie próbował do tej pory stworzyć bardziej kompleksowego rozwiązania. Dopiero wchodzą narzędzia, które umożliwiają rozwinięcie funkcji wideo, natomiast cały czas ten ciąg zdarzeń w pewnym momencie zatrzymuje się na interakcji z widzem polegającej na przekierowaniu do landing page. My tego nie robimy, my umieszczamy wszystko w tym samym filmie – wyjaśnia Radosław Sosnowski.

Analizy, które przeprowadził start-up, pokazują, że Polacy nie muszą się obawiać konkurencji ze strony globalnych gigantów.

– YouTube jest kanałem, który pokazuje filmy, i wprowadzając takie rozwiązanie, de facto musiałby dodatkowo obsługiwać z tyłu cały sklep. To jest poza jego biznesem. Z tego samego powodu nie prowadzi na przykład piekarni. Znowuż Amazon, który jest sklepem e-commerce, nie ma interesu w tym, żeby budować sobie drugiego YouTube’a, bo to się biznesowo nie skleja. Z kolei firma taka jak nasza, która szyje technologię dla innych, pozwala wykorzystywać produkty z Amazona oraz filmy z YouTube, skleić to i wysyłać np. do mediów zasięgowych – tłumaczy Sosnowski.

Technologia stworzona przez start-up została już wykorzystana na dużą skalę m.in. w talent show „Start NaGranie”, organizowanym przez Program 3 Polskiego Radia we współpracy z Tagmax. Zastosowano tam mechanikę głosowania na wykonawców uczestniczących w konkursie bezpośrednio w materiałach wideo z ich nagraniami. Widzowie głosują, kupując piosenki wybranych artystów. W tym celu należy kliknąć na interaktywny tag pojawiający się w wideo z występu. Z podsumowania pierwszej części konkursu wynika, że prawie połowa oglądających nagrania konkursowe weszła w interakcje z materiałami wideo.

Twórcy Tagmax wskazują, że interaktywne tagi mają praktycznie nieograniczone zastosowanie – można dodać je np. do filmów promujących marki, gier, social media video, filmów edukacyjnych albo instruktażowych, webinariów czy slotów viralowych.

Soundbary coraz bardziej zaawansowane technologicznie. Wkrótce z dźwiękiem przestrzennym w jednym urządzeniu, mogącym zastąpić kino domowe

Soundbary coraz bardziej zaawansowane technologicznie. Wkrótce z dźwiękiem przestrzennym w jednym urządzeniu, mogącym zastąpić kino domowe 6

Wraz z upowszechnieniem się ultracienkich telewizorów wzrosło zapotrzebowanie na dobre systemy nagłośnienia. W wąskich ramkach współczesnych telewizorów nie ma miejsca na głośniki, które byłyby w stanie wyprodukować mocny i donośny dźwięk. Coraz częściej zamiast zestawów kina domowego, które nie sprawdzą się w małych mieszkaniach, sięgamy po soundbary, które dysponują już dźwiękiem przestrzennym. Najnowszym trendem w tym segmencie jest dźwięk 3D.

– Soundbary stają się coraz bardziej popularnym produktem na rynku, ponieważ każdy z nas ma telewizor w domu. Użytkownicy, którzy czerpią ogromną przyjemność z rozrywki audiowizualnej, stawiają na dobry telewizor. Kolejnym krokiem jest zdobycie dobrego dźwięku i tutaj wchodzi w grę soundbar, który jest w stanie zapewnić najlepszą możliwą jakość dźwięku w domowych warunkach. Ludzie, którzy kupują drogie telewizory w najnowszej technologii, zyskają tym samym komplet najwyższej jakości kina domowego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Edward Popławski z Sennheiser Polska

Najprostsze soundbary składają się z jednej belki z głośnikami, stawianej bądź wieszanej pod telewizorem. Osobne głośniki zapewniają zwykle lepszy dźwięk od głośników wbudowanych w coraz bardziej płaskich telewizorach, które są zbyt smukłe, aby umieścić w nich głośniki o dużej mocy. Aby pogłębić brzmienie niskich tonów, producenci często sprzedają soundbary w zestawie z subwooferem. Samsung poszedł o krok dalej, projektując zestaw HW-K950 składający się z soundbara, subwoofera i dwóch głośników satelitarnych odbijających dźwięk od sufitu. Takie rozwiązanie ma być kompromisem pomiędzy pełnym zestawem kina domowego a klasycznym kompaktowym soundbarem.

Firma Sennheiser, znana do tej pory głównie z produkcji słuchawek, proponuje zaś jedno urządzenie, wyposażone w symulowany dźwięk przestrzenny 7.1.

– Nasz soundbar Ambeo będzie charakteryzował się tym, że to będzie jedna bryła, w której będzie upakowana technologia, którą teraz inni producenci rozszywają na kilka urządzeń, np. soundbar plus dodatkowy subwoofer. U nas wszystko będzie mieściło w jednej obudowie i dodatkowo będzie to tworzyło efekt dźwięku 7.1 – zapowiada Edward Popławski.

Z symulowaniem dźwięku przestrzennego eksperymentują także inne firmy, które podobnie jak Sennheiser szukają sposobu na stworzenie pojedynczego urządzenia, które będzie w stanie wypełnić pomieszczenie przestrzennym brzmieniem. Projektanci Yamahy zaprojektowali soundbar YAS-108 z dwoma zintegrowanymi subwooferami oraz głośnikami rozmieszczonymi tak, aby symulować brzmienie przestrzenne. Taka konstrukcja sprawia, że dźwięk charakteryzuje się dużą głębią i dochodzi do użytkownika z każdej strony, dlatego nie ma potrzeby instalowania dodatkowych bocznych bądź tylnych głośników.

System LS-T10 od Onkyo z kolei to masywna skrzynka, która może służyć za podstawkę pod telewizor. Zamontowano jednak w niej zestaw głośników pracujących w technologii dźwięku przestrzennego AuraSphere. Sprzęt jest także kompatybilny z technologią Dolby Digital, systemem kodowania dźwięku w formacie 5.1. Coraz bardziej zaawansowane technologicznie soundbary mają szansę wyprzeć zestawy kina domowego z rynku.

– Soundbar Ambeo, który zaprezentujemy w przyszłym roku, będzie porównywalny albo nawet lepszej jakości niż oferowane aktualnie produkty kina domowego. Bardzo efektywnie odtwarza dźwięk 7.1, de facto w jednym produkcie mamy zaawansowany system audio, nie potrzeba dodatkowych elementów systemu kina domowego – zapewnia przedstawiciel Sennheiser Polska.

Według badań przeprowadzonych przez firmę Market Research Future rynek rozwiązań z zakresu kina domowego osiągnie do 2023 roku wartość 31 mld dol. i w najbliższych latach będzie rozwijał się przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19 proc.

Domowy sprzęt medyczny z elementami sztucznej inteligencji może ratować życie. W opracowywaniu mobilnych rozwiązań przodują polskie start-upy

Domowy sprzęt medyczny z elementami sztucznej inteligencji może ratować życie. W opracowywaniu mobilnych rozwiązań przodują polskie start-upy 7

Coraz częściej zaawansowane badania można wykonywać już w domu, a domowy sprzęt medyczny dzięki sztucznej inteligencji jest nieraz bardziej skuteczny od lekarzy internistów przy wykrywaniu chorób. Rewolucyjne urządzenie opracowane przez polski start-up zwiększy skuteczność profilaktyki raka piersi. Badanie przeprowadzone z jego użyciem trwa zaledwie kwadrans i może być przeprowadzane samodzielnie przez kobiety w warunkach domowych w comiesięcznych odstępach, stanowiąc tym samym uzupełnienie badania mammograficznego. Roczna zapadalność na raka piersi w Polsce wynosi około 18 tys. przypadków. Rynek mHealth do 2025 roku ma osiągnąć wycenę na poziomie niemal 112 mld dol. 

– Ocenia się, że w USA 40 proc. wizyt u lekarza można zastąpić analizą domową. W Stanach Zjednoczonych to się już dzieje. 20 mld dol. w telemedycynie w USA, przede wszystkim we wczesnej diagnostyce, zostało przeniesione do domu. Sam fakt, że płatnicy będą naciskali na potanienie kosztu diagnostycznego, będzie powodował, że coraz więcej badań będziemy wykonywali w domu. Duża część badań może być przeniesiona do domu i będzie, bo przede wszystkim jest to tańsze i wygodniejsze dla użytkownika – przewiduje  w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Halicki, prezes zarządu Braster.

Mammografia, czyli nieinwazyjna metoda badania piersi z wykorzystaniem promieniowania rentgenowskiego, jest uważana za bezpieczną i obecnie najskuteczniejszą metodę wykrywania raka piersi. W Polsce wykorzystywana jest jako badanie profilaktyczne w grupie kobiet w wieku od 50 do 69 lat. Jednak aby z niej skorzystać, trzeba się udać do specjalistycznego ośrodka dysponującego zaawansowanym sprzętem. Polska firma opracowała urządzenie, które może stanowić bardzo ważne uzupełnienie dla badania mammograficznego i metodę na jeszcze wcześniejsze wykrywanie potencjalnych zmian nowotworowych w piersiach.

– Braster jest urządzeniem umożliwiającym badanie zarówno samodzielne, jak i poprzez profesjonalistę w kierunku raka piersi – czy to poprzez samą kobietę w domu, czy w gabinecie lekarskim przez lekarza lub pielęgniarkę. Jego działanie opiera się przede wszystkim na wykorzystaniu ciekłych kryształów do robienia zdjęć termograficznych. Rak piersi w zdecydowanej większości przypadków niesie za sobą anomalie termiczne. Szukamy więc takich anomalii termicznych w piersi i na tej podstawie dajemy wstępny sygnał, że coś się niepokojącego dzieje i należy iść na dalsze, pogłębione badania – wyjaśnia Marcin Halicki.

Samo badanie jest bardzo łatwe do przeprowadzenia i trwa zaledwie kwadrans. Kobiety mogą je wykonywać samodzielnie właściwie bez wcześniejszego przeszkolenia. To dużo prostsze niż chociażby w przypadku zalecanego przez lekarzy samobadania piersi. Za rejestrowanie i interpretację sygnałów odbieranych przez urządzenie odpowiada aplikacja mobilna Braster Care, którą instaluje się na smartfonie lub tablecie. Łączy się ona bezprzewodowo z urządzeniem i intuicyjnie prowadzi przez cały proces badania, po czym wysyła zebrane dane do Centrum Telemedycznego Braster w celu sporządzenia analizy.

– Wynik dostajemy już po kilku godzinach, w zależności od tego, co się tam dzieje. Odpowiedzialna jest za to automatyczna interpretacja, która ten wynik generuje. To niezwykle istotne, bo jest to bardzo tanie badanie. Nie potrzebujemy czasu lekarza, żeby taką diagnozę postawić – przekonuje Marcin Halicki.

Koszt zakupu urządzenia to około tysiąc złotych. Cena badania mammograficznego na warunkach komercyjnych to według cennika Świętokrzyskiego Centrum Onkologii 80 zł brutto za jedną lub 90 zł brutto za dwie piersi. Należy do tego doliczyć jeszcze koszt konsultacji, który wynosi 60 zł. Całe badanie kosztuje zatem około 150 zł. Zaleca się je wykonywać profilaktycznie raz na 24 miesiące, a w grupie ryzyka raz na 12 miesięcy. Tymczasem proponowane przez polską firmę urządzenie pozwala na przeprowadzenie comiesięcznej kontroli przesiewowej, dzięki czemu możliwe jest wykrycie guza już na bardzo wczesnym etapie. To z kolei pozwala na szybsze postawienie diagnozy i wdrożenie odpowiedniego leczenia.

– Jeżeli jestem w grupie ryzyka, to dlaczego mam tego nie zrobić? Więcej poświęcam czasu miesięcznie na paznokcie i fryzjera, a nie na taką rzecz, więc oczywiście uważam, że osoby, które jakiś niepokój odczuwają, powinny to mieć. Niekoniecznie wszystkie panie, ale jako że w Polsce notuje się prawie 18 tys. raków piersi rocznie i jest to statystyka rosnąca, to na pewno dobrze byłoby to rozpowszechnić, na początku poprzez lekarzy, ale w przyszłości myślę, że jak najwięcej gospodarstw domowych powinno to mieć – mówi prezes Braster.

Urządzenie do przeprowadzania badania piersi w warunkach domowych jest kolejnym rozwiązaniem, który wpisuje się w ideę diagnostyki domowej i telemedycyny. Bezprzewodowy stetoskop StethoMe – według twórców, czyli polskiego start-upu – cechuje się skuteczniejszą wykrywalnością chorób płuc niż lekarze interniści. Po przyłożeniu stetoskopu do klatki piersiowej pacjenta urządzenie rejestruje dźwięki, które następnie są analizowane przez algorytmy sztucznej inteligencji.

Jeszcze w tym roku do sprzedaży ma trafić zestaw słuchawkowy VitaScale analizujący skład wydychanego powietrza. Na tej podstawie obliczane jest to, ile użytkownik spala tłuszczu i węglowodanów, a dzięki temu może wspomagać na przykład odchudzanie.

Według analityków z SNS Research średnioroczne tempo wzrostu rynku mHealth utrzyma się w najbliższych latach na poziomie 35 proc. Z kolei Grand View Research zakłada, że w 2025 roku wartość tego rynku ma wynieść niemal 112 mld dol.

Najlepsze aplikacje biznesowe na iPhone

Współczesny biznesmen ze względu na ogrom obowiązków, jakich na nim ciąży, ma dość duże oczekiwania względem sprzętu technologicznego. Jednym z narzędzi, które zawsze ma pod ręką, jest smartfon. Urządzenie to jest małe i poręczne, a przy tym technologicznym zaawansowaniem do złudzenia przypomina komputer. Można na niego ściągać ułatwiające pracę aplikacje i korzystać z nich w dowolnym miejscu o dowolnej porze. Które bezpłatne aplikacje warto mieć na swoim smartfonie?

Adobe Acrobat Reader

Jest to absolutne minimum, jakie człowiek biznesu powinien posiadać na telefonie. Pozwala mu onoprzeprowadzać podstawowe czynności, jakie wykonuje się w biurze, bez względu na miejsce, w którym przebywa. Dzięki niemu można otworzyć pliki PDF przesłane w wiadomości e-mail. Dodatkowo umożliwia zaznaczanie ważnych fragmentów tekstu, dodawanie podpisów czy zapisywanie plików. Adobe Acrobat Reader warto mieć na swoim telefonie.

Tripit

Osoby pracujące w biznesie często podróżują, czy to w zagraniczną delegację czy na rozmowę z klientem odbywającą się na drugim końcu kraju. Aplikacja Tripit umożliwia sprawne zaplanowanie biznesowej podróży, by w natłoku terminów żaden nam nie umknął. W końcu trzeba pamiętać o wszystkim – począwszy od rezerwacji lotu, na przebiegu pobytu skończywszy. Dzięki tej aplikacji chaos zamieni się w ład i porządek.

Pocket

Każdy, bez względu na branżę, powinien orientować się w aktualnościach polityczno-ekonomiczno-społecznych. Niektóre zdarzenia mogą mieć bezpośredni wpływ na daną dziedzinę, więc warto o nich wiedzieć zaraz po ich zajściu. W aplikacji Pocket znajdziesz artykuły, video i linki, które możesz zachować w bibliotece i wrócić do nich, gdy czas będzie Ci na to pozwalał. Żadne istotne z punktu widzenia Twojej pracy wydarzenie już nigdy Ci nie umknie.

Bloomberg Business

To jeden z największych serwisów, poświęcony w pełni biznesowi i finansom. Aplikacja jest przejrzysta i intuicyjna, dostarcza najświeższych informacji z 45 branż. Zaletą jest to, że dzięki inteligentnemu oprogramowaniu Bloomberg Business dobiera dla nas tylko ważne dla nas informacje, dzięki czemu możemy skupić się tylko na sprawdzaniu tych newsów, które mają znaczenie dla posiadanego przez nas kapitału.

Aby bezpiecznie korzystać z aplikacji w pracy i w podróży, warto pamiętać o ubezpieczeniu smartfona –cheap iPhone insurance, które ma za zadanie chronić inwestora m.in. przed skutkami nieautoryzowanego użycia telefonu.

Aneta Bińkiewicz nową prezes zarządu AWBUD SA

Z dniem 28 listopada 2018 r. stanowisko prezesa zarządu AWBUD SA objęła Aneta Bińkiewicz, obecnie pełniąca funkcję prezesa zarządu INSTAL LUBLIN Sp. z o.o., jednej z największych firm instalacyjnych w Polsce, należącej do grupy kapitałowej AWBUD.

Aneta Bińkiewicz jest związana z grupą AWBUD od 06 listopada 2014 r., najpierw jako członek zarządu INSTAL LUBLIN Sp. z o.o. i dyrektor techniczny, a od listopada 2017 r. jako prezes zarządu Spółki. Od 01 maja 2016 r. do 28 lutego 2017 r. pełniła także funkcję dyrektora ds. instalacji oraz zakupów centralnych w AWBUD SA., następnie od 01 marca 2017 r. do 31.12.2017 r. zajmowała stanowisko dyrektora ds. instalacji sanitarnych. Wcześniej, w latach 2009 – 2014 zdobywała doświadczenie zawodowe na stanowiskach menedżerskich w firmach Strabag Sp. z o.o., Windpol Sp. z o.o. oraz Bieltom Sp. z o.o. Jest absolwentką Wyższej Szkoły Ekologii i Zarządzania w Warszawie, Wydziału Ekologii na kierunku Ochrona środowiska.

– W ciągu ponad czterech lat pracy na stanowiskach kierowniczych, najpierw w spółce AWBUD, a następnie w zarządzie INSTAL LUBLIN pani Aneta Bińkiewicz doskonale poznała specyfikę całej grupy AWBUD. Już jako prezes zarządu INSTAL LUBLIN w krótkim czasie dokonała bardzo skutecznej reorganizacji tej Spółki i w zdecydowany sposób poprawiła jej wyniki finansowe. Dlatego też, jestem przekonany, że rozszerzona współpraca z panią Anetą Bińkiewicz będzie korzystna dla całej grupy kapitałowej, a jej efekty będą widoczne już niebawem, śladem INSTALU, także w Spółce matce. – mówi Wiesław Cholewa, przewodniczący rady nadzorczej AWBUD SA. – W imieniu całej rady nadzorczej życzę nowej Pani Prezes powodzenia w realizacji niemałych wyzwań oraz zapewniam o otwartości na współpracę oraz pełnym wsparciu całej Grupy Murapol w osiąganiu kolejnych celów biznesowych jakie stoją przed grupą AWBUD – dodaje Wiesław Cholewa.

– Doceniam i dziękuję za zaufanie jakim obdarzono moją osobę powierzając mi funkcję prezesa zarządu firmy z ponad 28 letnim doświadczeniem w branży. Dołożę wszelkich starań aby AWBUD, pomimo niełatwej sytuacji na rynku, osiągał wyniki na miarę swoich możliwości oraz otoczenia, w którym funkcjonuje. – mówi Aneta Bińkiewicz, prezes zarządu INSTAL LUBLIN Sp. z o.o. oraz prezes zarządu AWBUD SA.

Od 2017 r. Grupa AWBUD należy do holdingu Murapol. We wrześniu br. obydwa podmioty podpisały list intencyjny, na mocy którego AWBUD jako generalny wykonawca będzie zaangażowany w budowę ok. 25 proc. powierzchni użytkowej mieszkań powstającej rocznie w projektach inwestycyjnych Murapolu w latach 2019-2021. Z zacieśnionej współpracy z holdingiem grupa AWBUD będzie wypracowywać co najmniej 120 mln zł przychodów rocznie w ww. okresie.

Dane z satelitów coraz popularniejsze: rynek będzie wart niebawem już ponad 5 mld dolarów

Według badań nowojorskiej firmy P&S Research Market, w 2023 roku światowy rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym będzie warty już ponad 5,2 miliardów dolarów. To ogromna szansa dla firm i instytucji z wielu sektorów rynku. Także z Polski.

Satelity krążące nad Ziemią dostarczają ogromną ilość danych geoprzestrzennych i informacji w czasie rzeczywistym. Te dane mogą być wykorzystywane m in. w zarządzaniu zasobami naturalnymi, ochronie granic geograficznych, mapowaniu projektów budowalnych, w sektorze rolniczym czy monitorowaniu środowiska i zmian klimatycznych. Dane satelitarne są także bardzo cenne dla sektora wydobywczego, budowlanego czy usług ubezpieczeniowych.

Rynek rośnie dzięki regionom

Według raportu opublikowanego przez amerykański instytut badawczy P&S Market Research, globalny rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym dynamicznie rośnie i już za 4 lata ma osiągnąć wartość ponad 5,2 mld dolarów. Analitycy zwracają uwagę, że w ubiegłym roku w największym stopniu wykorzystywano dane satelitarne w sektorze obronnym, w najbliższej przyszłości najszybciej rosnącym obszarem będzie jednak zarządzanie klęskami żywiołowymi. Stopa wzrostu w tym przypadku wyniesie 17% rdr. W tym roku zdjęcia satelitarne wykorzystywano m.in. do monitorowania pożarów w Grecji czy w Kalifornii, ale także zjawiska suszy w Polsce.

– Obrazowanie satelitarne ma tę przewagę nad zdjęciami lotniczymi, że pozwala na analizę parametrów, których nie widać gołym okiem, dzięki wykorzystaniu bliskiej podczerwieni czy ultrafioletu. Dane satelitarne umożliwiają np. ocenę stopnia nawilżenia gleby na danym obszarze, która dzięki odpowiednim analizom, również danych historycznych, pomaga w prognozowaniu plonów. To kluczowe dane z punktu widzenia przedsiębiorcy – plantatora, ale także istotne dla firmy ubezpieczeniowej, która podejmując się ubezpieczenia plonów takiego klienta, może sprawnie wyliczyć kwotę ubezpieczenia i szybko zlikwidować szkodę” – wyjaśnia Stanisław Dałek, wiceprezes i CTO firmy CloudFerro, która to jest operatorem platformy CREODIAS.

Według wspomnianego raportu, największym rynkiem technologii opartych na danych satelitarnych są Stany Zjednoczone, a najszybciej rozwijającym się – Indie. Z raportu wynika też, że na rozwój rynku w dużej mierze wpłynie zapotrzebowanie na geo-obrazowanie satelitarne w regionach. Dobrze widać to na przykładzie Europy.

Monitoring Ziemi dostępny dla każdego z UE

Komisja Europejska wraz z Europejską Agencji Kosmiczną uruchomiły jesienią 2017 roku w ramach projektu Copernicus, mającego na celu monitorowanie Ziemi, 4 platformy gromadzące i udostępniające dane satelitarne. Jedną z nich jest polska platforma CREODIAS, stworzona przez konsorcjum Creotech Instruments, CloudFerro, Eversis, Geomatys, Sinergise oraz Wrocławski Instytut Zastosowań Informacji Przestrzennej i Sztucznej Inteligencji. 

Dając powszechny dostęp do zdjęć satelitarnych, unijny program stworzył impuls do rozwoju branży kosmicznej i usług opartych o geo-obrazowanie satelitarne. W tej chwili gromadzimy już ponad 10 PB danych z satelitów Sentinel i Landsat. Dane te mają ogromny potencjał badawczy, nie tylko dla administracji państwowej, ale firm z różnych sektorów rynku, np. ubezpieczeń, naukowców oraz odbiorców indywidualnych. Stwarza to możliwości szerokiego ich wykorzystywania do najróżniejszego rodzaju analiz, granicą pozostaje tutaj jedynie wyobraźnia  – zwraca uwagę Stanisław Dałek.

Jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów

Wykorzystanie zdjęć satelitarnych może służyć celom obronnym państw, monitoringowi i ochronie zasobów naturalnych i infrastruktury, ochronie środowiska czy zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Ze zdjęć korzysta już z powodzeniem np. przemysł wydobywczy w Stanach Zjednoczonych, gdzie kilka miesięcy temu, na podstawie analizy danych satelitarnych ustalono, że na terenie stanu Teksas dochodzi do osunięć znacznych połaci ziemi. Zmiany te były wynikiem intensywnego wydobycia ropy naftowej w tym regionie w XX wieku. To jeden z wielu przykładów dowodzących, że stały monitoring satelitarny obszarów ziemskich może mieć kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa ludzi i infrastruktury.

Technologie obrazowania satelitarnego wykorzystywać może także przemysł budowlany oraz instytucje zajmujące się badaniami infrastruktury. Zdjęcia z satelitów dostarczają informacje dotyczące większych obszarów terenu, a dodatkowa analiza danych w bliskiej podczerwieni, bliskim ultrafiolecie w połączeniu z danymi pochodzącymi z programów obrazujących naprężenia terenu, mogą pomóc prognozować ewentualne zagrożenia. Daje to możliwość oszacowania ryzyka związanego z obecną infrastrukturą czy planowaną inwestycją.

Zastosowanie analizy zdjęć satelitarnych pozwala na ocenę uszkodzeń powstałych w wyniku ruchów sejsmicznych, można ocenić m.in. uszkodzenia mostu, sprawdzić, czy nie osunęła się jego podbudowa. Podobnie w przypadku branży górniczej, przy dodatkowym zastosowaniu programu do pomiaru natężeń można określić, czy np. nie ma istotnych zmian w obiektach po wybuchu górniczym. Niektóre techniki przetwarzania danych pozwalają na wczesne wykrycie nawet subtelnego ruchu powierzchni lub stabilności konstrukcji i infrastruktury, takich jak tamy lub grunty w bliskim sąsiedztwie dróg i kolei – zwraca uwagę Stanisław Dałek.

Zdjęcia satelitarne pomogą rozwinąć się startupom?

Co istotne, według raportu P&S Research Market, firmy oferujące komercyjne produkty i usługi związane z obrazowaniem satelitarnym intensywnie inwestują we własne badania i rozwój w celu poprawy rozdzielczości obrazu i technologii wykrywania. To z pewnością wpłynie na możliwości ich szerszego wykorzystania w przyszłości.

Ważnym impulsem dla rozwoju rynku jest wsparcie państwa. – Na rozwój technologii satelitarnych stawiają dziś poszczególne kraje, mając na względzie nie tylko bezpieczeństwo wewnętrzne, ale również rozwój technologiczny w różnych sektorach gospodarki. Również w u nas, w Polsce, zauważamy pozytywne działania w tym kierunku, chociaż nadal publiczne środki są często ‘przejadanie’ przez państwowe instytucje zamiast wspierać rozwój nowych technologii przez organizowanie przetargów i zakupy konkretnych usług od firm prywatnych – mówi Stanisław Dałek. W styczniu 2017 roku Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii ogłosiło Polską Strategię Kosmiczną, która zakłada stworzenie nowego modelu polskiej gospodarki, opartej w większym stopniu na wiedzy, innowacji i postępie technologicznym niż na niskich kosztach produkcji. Otwartą kwestią pozostaje jednak to, w jaki konkretnie sposób instytucje rządowe będą udzielały wsparcia polskim firmom.

Ogromny potencjał analityczny, jaki oferują zdjęcia satelitarne, może wpłynąć na rozwój nowych firm związanych z branżą kosmiczną – podkreśla Stanisław Dałek.

Według raportu organizacji Startup Poland dotyczącego roku 2018, 83 proc. polskich startupów działa w modelu B2B, czyli sprzedaje swoje technologie i usługi innym firmom, a głównymi obszarami ich działalności są Big Data, analityka oraz IoT. Można się spodziewać, że część z nich może być potencjalnie zainteresowana wykorzystywaniem w swojej działalności także danych satelitarnych.

O platformie CREODIAS

CREODIAS jest częścią przedsięwzięcia Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Kontrakt na budowę i obsługę tej platformy ma wartość 15 mln euro i jest to to największa umowa w historii polskiej branży kosmicznej. Kontrakt udało się pozyskać jesienią 2017 roku przez konsorcjum na czele którego stoi firma Creotech Instruments S.A., a jednym z członków jest firma CloudFerro Sp. z o.o.

O programie Copernicus

Program Copernicus finansowany jest przez Komisję Europejską, zaś operatorem jest Europejska Agencja Kosmiczna (ESA). W jego ramach satelita Sentinel-5P został wyniesiony na orbitę 13 października 2017 roku. Satelity Sentinel regularnie dostarczają różnorodnych danych, które są za darmo udostępniane dla podmiotów operujących w państwach członkowskich Unii Europejskiej. Dotychczas wyniesione zostały już satelity zbierające dane radarowe, wizualne, podczerwone czy służące też do monitoringu oceanów.

Carsharing i automatyzacja zrewolucjonizują przemysł motoryzacyjny

Z raportu przygotowanego przez PwC wynika, że w nadchodzących latach zwiększy się skala współdzielenia pojazdów – do 2030 r. na europejskim rynku udział takich aut wyniesie co najmniej 30%. Producenci samochodów, wykorzystując możliwości transformacji cyfrowej, w znacznej mierze zautomatyzują swoje procesy, co z jednej strony będzie oznaczać zmniejszenie liczby pracowników, z drugiej zaś rosnące zapotrzebowanie na osoby o kompetencjach związanych z nowymi technologiami – przede wszystkim inżynierów danych i inżynierów oprogramowania.

Raport „Transformacja produkcji pojazdów: jak współdzielenie pojazdów i automatyzacja zrewolucjonizują przemysł motoryzacyjny do 2030 r.” (Transforming vehicle production: How shared mobility and automation will revolutionize the auto industry by 2030) skupia się na analizie najważniejszych trendów zachodzących w sektorze motoryzacyjnym, których skutki będą odczuwalne zarówno dla producentów, jak i konsumentów.

Zdaniem autorów opracowania, w kolejnych latach produkcja samochodów podzieli się na rynek masowy, obejmujący samochody współdzielone („na żądanie”), najczęściej z podstawowym wyposażeniem i wynajmowane na pojedyncze przejazdy oraz rynek pojazdów dostosowanych do indywidualnych potrzeb konsumentów dla osób, które będą chciałby mieć samochód na własność. Ten kierunek zmian wymusi na producentach wyposażenia oryginalnego (original equipment manufacturers, OEM) szybki rozwój dwóch odrębnych typów fabryk. Pierwszy z nich będzie koncentrować się na znormalizowanych, połączonych z siecią pojazdach typu „plug and play”, drugi typ — „flex champion” — będzie produkować pojazdy bardziej zaawansowane, zgodne z konkretnym zamówieniem klienta, podobnie jak ma to dziś miejsce w segmencie luksusowych modeli prestiżowych marek.

Z raportu wynika, że do 2030 r. co najmniej 30% wszystkich samochodów w Europie będą stanowiły wystandaryzowane auta współdzielone o podstawowym wyposażeniu. Zgodnie z prognozą ekspertów PwC odsetek tego typu pojazdów może być jeszcze wyższy w Stanach Zjednoczonych i Azji.

W produkcji obu typów pojazdów wymagany będzie wysoki poziom automatyzacji. Szacunki wskazują, że do 2030 r. zatrudnienie w przemyśle motoryzacyjnym spadnie o ok. 50%, a od pracowników, którzy pozostaną w zakładach, będą wymagane nowe, bardzo specjalistyczne kwalifikacje. Producenci, którzy obecnie są po prostu montowniami pojazdów, będą musieli stać się także administratorami danych i dostawcami usług w zakresie mobilności. Dlatego też zapotrzebowanie na inżynierów danych i inżynierów oprogramowania może wzrosnąć nawet o 90%.

Nadchodzące lata dla przemysłu motoryzacyjnego będą czasem intensywnej transformacji, w której zdolność do adaptacji, wykwalifikowana kadra oraz zarządzanie danymi będą miały zasadnicze znaczenie. Właściwe inwestycje w te obszary pozwolą na znalezienie odpowiedzi na rosnącą presję na coraz bardziej efektywne – pod względem czasu i kosztów – procesy oraz zmieniające się zachowania i potrzeby konsumentów. – Piotr Michalczyk, partner w PwC

Zgodnie z prognozami autorów raportu, w przyszłości znacząco skróci się także czas pomiędzy etapem badawczo-rozwojowym a produkcją. Obecnie wynosi on od 3 do 5 lat, docelowo mogą być to zaledwie 2 lata.

Nie ulega wątpliwości, że megatrendy, takie jak cyfryzacja, urbanizacja, czy automatyzacja mają ogromny wpływ na zmiany zachodzące w branży motoryzacyjnej. Tempo tych zmian w poszczególnych regionach czy państwach jest jednak zróżnicowane. Poziom infrastruktury, jakość transportu publicznego, czy też popularyzacja car sharingu w krajach takich jak Japonia, Holandia czy Wielka Brytania, znacząco odbiegają od tego w Polsce. Dlatego też obserwowany w krajach wysoko rozwiniętych spadek popularności samochodów osobowych na własność u nas będzie miał zupełnie inną skalę i dynamikę, a co za tym idzie zmiany na rynku pracy w tym sektorze będą przebiegać również mniej radykalnie.- Michał Zwyrtek, dyrektor w PwC

Mentoring nie coaching

Iwona Wencel, mentor, prezes w firmie doradczej WNCL
Iwona Wencel, mentor, prezes w firmie doradczej WNCL

Mentoring, coaching – zdarza się, że pojęcia te używane są niemal zamiennie. To błąd, ponieważ od mentora wymaga się zupełnie innego przygotowania i przynajmniej częściowo odmiennych predyspozycji niż od coacha.

Coaching bywa ostatnio ostro krytykowany, co wynika z faktu, że udzielaniem tego rodzaju wsparcia zajmują się osoby o bardzo różnych, nie zawsze wystarczających kompetencjach. Tymczasem próg wejścia w mentoring jest ustawiony znacznie wyżej. Aby stać się mentorem dla innych, samemu trzeba mieć duże doświadczenie oraz dokonania, które uzasadniają pełnienie takiej roli.

Różnic jest zresztą znacznie więcej. Podczas pracy coachingowej klient sam powinien dotrzeć do odpowiedzi na nurtujące go pytania. Coach pomaga mu poprzez zadawanie trafnych pytań, ale nie powinien udzielać gotowych odpowiedzi. Takie wsparcie może być bardzo wartościowe, szczególnie gdy dotyczy wyborów o charakterze osobistym, ale zazwyczaj nie wystarcza w sprawach zawodowych.

Nauka poprzez działanie

Mentor także nie powinien bezwzględnie narzucać swoich rozwiązań, jednak relacja z nim ma zupełnie inny charakter. Mentor dzieli się swoją wiedzą, daje wskazówki, wspiera, ale wszystko to robi w oparciu o konkretne doświadczenie, ściśle związane z dziedziną, której dotyczy mentoring. Mentor to także wzór do naśladowania. To osoba, która poznając kulturę danej organizacji, pomaga swojemu mentee postępować w zgodzie z jej wartościami i zasadami.

– Mentoring to relacja, w której mentee uczy się przez działanie, przez doświadczenie. Zadania, z którymi pracownik spotyka się być może po raz pierwszy, mentorowi są już dobrze znane. Wspólnie realizują oni zadania lub cele, które są wyznaczone mentee – mówi Iwona Wencel, mentor, prezes w firmie doradczej WNCL.

W Polsce mentoring dopiero zdobywa popularność. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych ponad 70% firm z listy Fortune 500 korzysta z mentoringu. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że to właśnie sprawnie przeprowadzany transfer wiedzy wyjaśnia sukcesy wielu spośród tych przedsiębiorstw. W USA mentoring bywa także argumentem ułatwiającym pozyskanie najwybitniejszych specjalistów i menedżerów. Kandydat do pracy często decyduje się na ofertę tego pracodawcy, który zaproponuje mu lepszego, bardziej cenionego w danej branży mentora.

Wiedza, relacja i… networking

O ile coach może koncentrować się na indywidualnej relacji ze swoim klientem, o tyle mentor musi w swoich działaniach uwzględniać cały ekostystem, w którym funkcjonuje dany pracownik. Chodzi tu jednak nie tylko o wiedzę na temat tego, jak funkcjonuje przedsiębiorstwo, jaka jest jego struktura organizacyjna czy też jak przedstawiają się formalne i mniej formalne zależności pomiędzy poszczególnymi stanowiskami i osobami. Często zapomina się o tym, że mentor to także osoba, która jest dobrze umocowana w przedsiębiorstwie lub branży czy danej funkcji – ma kontakty i potrafi pomóc mentee w nawiązaniu odpowiednich relacji lub w uzyskaniu potrzebnej pomocy od innych pracowników. Mentor to często ceniony ekspert w swojej dziedzinie, przed którym większość drzwi pozostaje otwartych. A to znacznie więcej niż „tylko” rola dobrego nauczyciela.

Istotne jest również to, że relacja pomiędzy mentee i mentorem nie ma przeważnie charakteru podległości służbowej. Pracownik może więc korzystać z pomocy doświadczonej osoby, zgłaszać jej swoje wątpliwości i problemy, uczyć się od niej, ale bez lęku, że np. z powodu niewystarczającej wiedzy spotkają go konsekwencje służbowe. To z kolei sprzyja szczerości i otwartości. Z drugiej strony – sesje mentoringowe nie mają nic wspólnego z przyjacielskimi pogadankami „o wszystkim i o niczym”.

– Żeby mentoring miał sens, mentee powinien posiadać sprecyzowany cel zawodowy i dążyć do samorozwoju. Ważne, aby był osobą zaangażowaną, gotową do realizowania zadań wypracowanych na sesjach z mentorem – mówi Iwona Wencel. –  Między obiema stronami musi obowiązywać zasada całkowitej poufności, wzajemny szacunek i oczywiście otwartość w dzieleniu się informacjami. Spełnienie tych warunków niemalże gwarantuje sukces – podkreśla mentorka.

Sposób na lojalność i zaangażowanie

Dzięki mentoringowi pracownik może odnieść rozmaite korzyści. Te najbardziej oczywiste to inspiracja i motywacja do tego, by zastanowić się nad własnym rozwojem, wyznaczyć konkretne cele i ustalić sposoby ich osiągania. Mentor powinien zwracać uwagę na to, by zarówno cele, jak i metody ich realizacji były zgodne z wartościami i kulturą organizacyjną firmy.

Dzięki mentorowi pracownik wzmacnia swoje kompetencje, a co za tym idzie, rośnie jego pewność siebie i pozycja w organizacji. Większy zasób wiedzy i umiejętności przekłada się także na poprawę wydajności. Do mniej oczywistych korzyści należy natomiast wzmacnianie więzi pomiędzy pracownikiem a firmą.

Blisko 80% pracowników objętych programami mentoringowymi pozostaje w danej firmie na dłuższy czas i nie szuka dla siebie miejsca poza organizacją. Tymczasem tak rozumiana lojalność pracowników nie objętych mentoringiem szacowana jest na poziomie 35%. Osoby poddane mentoringowi silniej identyfikują się z marką pracodawcy, bardziej angażują się w rozwój własny i firmy, są też bardziej wytrwałe w dążeniu do wyznaczonych celów.

Kiedy mentoring ma największe uzasadnienie?

Choć mentor mógłby bardzo pomóc pracownikom na rozmaitych stanowiskach, to jednak da się wyróżnić takie sytuacje, w których jego wsparcie okazuje się szczególnie uzasadnione. Będzie tak na przykład wtedy, gdy na szefa działu zostaje awansowany menedżer mający doświadczenie jedynie w części obszarów, którymi ma się zajmować na nowym stanowisku. Wówczas doświadczony mentor może pomóc mu uzupełnić niezbędne deficyty, czyniąc z niego znacznie bardziej wszechstronnego menedżera.

Mentor wskazany będzie również wówczas, gdy osoba na stanowisku specjalistycznym ma już wystarczającą wiedzę, by stać się menedżerem, ale nie ma doświadczeń związanych z zarządzaniem ludźmi. Wówczas konieczne jest rozszerzenie jego perspektywy o kwestie personalne i związane z przywództwem.

– Z mentoringu korzysta się głównie wtedy, gdy kandydat jest gotowy w 60-70% do pełnienia nowej funkcji – czy to w wymiarze potencjału, czy też dotychczasowych doświadczeń – podkreśla mentorka z WNCL.

Kolejny przykład sytuacji, w której przedsiębiorstwo powinno zainteresować się wsparciem mentora, to konieczność przeprowadzenia trudnego, wielowymiarowego projektu o strategicznym znaczeniu (np. związanego z fuzją lub zmianami struktury organizacyjnej). Przy dużym stopniu skomplikowania jest bardzo ważne, aby menedżer odpowiedzialny za przeprowadzenie zmian mógł na bieżąco przedyskutować pojawiające się problemy i wyzwania z kompetentnym mentorem.

Zdarza się także, że zarząd chce podwyższyć poziom wiedzy i umiejętności menedżera, uzupełniając jego kompetencje operacyjne, kompetencjami o charakterze strategicznym. Wtedy także wskazany jest mentor z odpowiednim doświadczeniem.

Od awansu do kolejnych sukcesów

Bardzo często na mentorów wyznaczane są osoby pracujące wewnątrz danej organizacji. Plusem takiego rozwiązania jest fakt, że taki pracownik zazwyczaj doskonale zna przedsiębiorstwo i panujące w nim zasady. Ale minusy też są. Mentor wewnętrzny nie zawsze będzie miał odpowiednie predyspozycje do pełnienia takiej funkcji, może też zwyczajnie nie mieć czasu na mentoring, szczególnie gdy nowe obowiązki ma łączyć z dotychczasową pracą w niezmienionym wymiarze.

Dlatego w wielu sytuacjach lepszy może okazać się mentor zewnętrzny, rozliczany z tego, na ile przygotuje konkretnego pracownika do pełnienia określonej roli. Czasem może to być ekspert zatrudniany początkowo na zasadzie outsourcingu. Na przykład w przypadku zarządzania zasobami ludzkimi, mentoring może być powiązany z pracą dyrektora HR na godziny. Dyrektor zatrudniony na zasadzie interim managera może przejąć tymczasowo obszar HR, a jednocześnie prowadzić sesje mentoringowe z pracownikiem, który w przyszłości obejmie funkcję HR Business Partnera. Pozwoli to takiej osobie na miękki start w nowej roli.

– Moje doświadczenia dotyczą prowadzenia mentoringu w obszarze HR. Np. w jednym przypadku pozwolił on rozszerzyć zakres kompetencji HR-menedżera o zagadnienia z poziomu strategicznego. W dwóch innych, osoby o dużym potencjale i „haerowskiej” intuicji uczyły się fachu pod okiem doświadczonego mentora, wspólnie projektując i wdrażając potrzebne danej firmie procesy HR – mówi Iwona Wencel.

Można uznać, że wsparcie mentoringowe szczególnie duże znaczenie będzie miało w tych okresach, w których dane przedsiębiorstwo przechodzi przez proces poważnych zmian. Zazwyczaj wiążę się to także z awansami lub zatrudnianiem nowych osób na kluczowych stanowiskach. Dzięki pomocy doświadczonego mentora, zmiany mogą zostać przeprowadzone mniejszym kosztem, z mniejszą liczbą błędów, a odpowiedzialni za poszczególne procesy pracownicy będą mogli połączyć w jedno rozwój własny oraz rozwój przedsiębiorstwa, dla którego pracują.

Dzięki mentorowi nie pozostają osamotnieni, kiedy muszą zmierzyć się z największymi wyzwaniami w swojej karierze. W chwilach, w których najbardziej potrzebują rady i wsparcia, są niejako prowadzeni przez osobę, której ufają. Pomaga wtedy świadomość, że osoba ta przeszła już kiedyś drogę podobną do tej, która teraz staje się także ich udziałem.

Tauron poszukuje startupów do rozwoju elektromobilności

Nawet 550 tys. zł na rozwinięcie innowacyjnego projektu i możliwość komercyjnego wdrożenia – to korzyści, które czekają na startupy w programie Pilot Maker Elektro ScaleUp, w który zaangażował się TAURON. Zainteresowane startupy zapraszamy na infoday już 29 listopada w Warszawie.

– Celem programu Elektro ScaleUp jest połączenie potencjału start-upów z infrastrukturą, doświadczeniem i zasobami dużych firm. Wiemy, jak ważna dla młodych firm jest możliwość korzystania z doświadczeń większych uczestników rynku. Dla nas z kolei ważne jest wspieranie umiejętności młodych Polaków. Szczególnie istotne jest to w branżach innowacyjnych, a taką z pewnością jest elektromobilność. Wdrożenia, które powstaną dzięki programowi mogą zrewolucjonizować sposób podróżowania i być silnym impulsem rozwojowym polskiej gospodarki – mówi minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz.

– Zależy nam na tym, żeby Elektro ScaleUp przyniósł konkretny efekt dla rozwoju branży, a startupy, które wezmą w nim udział otrzymały pierwsze zlecenia. Dlatego założenia programu wypracowaliśmy we współpracy ze wszystkimi interesariuszami tego sektora, tj. startupami, akceleratorami, średnimi i dużymi przedsiębiorstwami, jednostkami naukowymi oraz jednostkami samorządu terytorialnego odpowiedzialnymi za zakup taboru transportu publicznego. Tworząc ten program czerpaliśmy także z doświadczeń realizowanego przez PARP programu ScaleUp, który skutecznie połączył duże firmy ze startupami – wyjaśnia Mikołaj Różycki, z-ca prezesa PARP.

– Elektryfikacja gospodarki, w szczególności rozwój elektromobilnosci jest jednym z trendów, które będą w przyszłości budował wartość spółek energetycznych. Naszym zdaniem o sukcesie elektromobilnosci zdecyduje siła tworzącego się ekosystemu przemysłowego gromadzącego zarówno firmy oferujące usługi dla klientów jak i firmy technologiczne – mówi Jarosław Broda, wiceprezes ds. zarządzania majątkiem i rozwoju, TAURON Polska Energia. – Platformą dla budowy takiego systemu będzie mam nadzieje program PARP, Elektro ScaleUp. W jego ramach chcemy stworzyć wraz z partnerami rentowne modele biznesowe dla elektromobilnosci. Jest to nasz kolejny krok po testowaniu dostarczonych przez startupy w ramach Pilot Maker nowych typów ładowarek i systemu ich bilansowania – dodaje wiceprezes TAURONA.

Carsharing elektrycznych samochodów, skuterów czy rowerów, rozwój i zarządzanie punktami ich ładowania, alternatywne systemy zasilania pojazdów, a nawet big data, dynamiczna wycena usług czy systemy rozliczeń – to obszary, które znajdą się w centrum zainteresowania Pilot Maker Elektro ScaleUp.

Efektem wcześniejszego zaangażowania TAURON w Pilot Maker jest rozszerzenie współpracy i testowanie technologii w znacznie większej skali. Jeden ze startupów pracuje nad systemem monitorowania odpływu mocy w sieci niskiego napięcia. Pozwoli to na szybszą identyfikację awarii i sprawniejsze jej usunięcie, poprawiając pewność zasilania odbiorców. Podobną i uzupełniającą rolę mają pełnić testowane obecnie drony monitorujące stan sieci w trudnych warunkach terenowych i systemów automatycznej analizy danych. Wdrożenie tego i innych projektów pomoże nam zrealizować cele w zakresie poprawy ciągłości dostaw energii tzw. wskaźnik SAIDI, który uwzględnia regulator przy ocenianiu taryf.

Przystępując do programu Elektro ScaleUp, startupy mogą liczyć na sfinansowanie kosztów prac nad rozwinięciem swojego pomysłu. Grant może sięgnąć nawet 550 tys. zł. Unikatową korzyścią, jakiej dostarcza Pilot Maker Elektro ScaleUp, jest też możliwość zweryfikowania rozwiązań przygotowanych przez startupy w dużej firmie i dostęp do jego baz klientów. W każdym etapie programu startupy mogą też liczyć na pomoc indywidualnych opiekunów oraz ekspertów technologicznych i wdrożeniowych.

Szczegóły Pilot Maker Elektro ScaleUp zostaną przedstawione startupom podczas infoday, który organizowany jest 29 listopada br. w Warszawie. Podczas spotkania będzie można poznać etapy programu oraz jego harmonogram.

Infoday stwarza też szansę bezpośredniej rozmowy z przedstawicielami firm zaangażowanych w program. Zapraszamy 29 listopada br. (czwartek) w godz. 13:00-16:00 do Centrum Konferencyjnego Nimbus (Warszawa, al. Jerozolimskie 98, kompleks biurowców Equator Offic w sąsiedztwie Dworca Warszawa Zachodnia).

Konflikt Rosja-Ukraina bez większego wpływu na kurs złotego

Sytuacja na Ukrainie istotnie nie szkodzi polskim aktywom. Z innych ważnych informacji rynkowych – inwestorzy czekają na głosowanie w brytyjskim parlamencie ws. porozumienia dot. Brexitu.

W poniedziałek na krajowym rynku było nieco nerwowo: polski WIG20 spadał w kontrze do rosnących indeksów akcji wiodących krajów strefy euro i krajów naszego regionu (Czech, Węgier). Lekko osłabił się również polski złoty. Częściowo (przynajmniej w przypadku rynku akcji) można było powiązać to z sytuacją za naszą wschodnią granicą, gdzie tego samego dnia ogłoszono 30-dniowy stan wojenny.

Zarówno wtorek, jak i środa, przynoszą jednak poprawę sytuacji polskich aktywów. Złoty pozostaje względnie stabilny, zyskują krajowe akcje, nieco silniejsze są również papiery dłużne. Rentowności 10-letnich obligacji Polski dziś rano spadły poniżej progu 3,15%, schodząc do najniższego poziomu w tym miesiącu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wtorek był dość mieszany dla euro, waluta zyskiwała w relacji do słabszego funta brytyjskiego, poddała się natomiast sile dolara amerykańskiego.

Włoska batalia z UE trwa. Wygląda na to, że optymizm dotyczący wprowadzenia przez populistów poprawek do budżetu odrzuconego przez KE mógł być przedwczesny – z Rzymu nie napłynęły bowiem żadne konkretne sygnały dotyczące działań zmierzających do ograniczenia potrzeb wydatkowych rządu. Z tego też powodu rentowności obligacji kraju przestały istotnie spadać. Są one jednak wyraźnie niższe od październikowych i listopadowych szczytów i obecnie znajdują się w okolicy poziomu 3,25%. Zgodnie z doniesieniami, UE ma rozpocząć uruchomianie Procedury Nadmiernego Deficytu wobec Włoch przed świętami, pełne wdrożenie potrwa jednak dłużej.

Dzisiejsze dane GfK o klimacie konsumpcyjnym w Niemczech w grudniu były zbliżone do oczekiwań – ostatnie wskaźniki znajdują się nieco niżej od tych notowanych kilka miesięcy temu. Jednak nadal znajdują się na bardzo wysokich poziomach, sugerujących, że konsumpcja może pozostać czynnikiem, przynajmniej w części, chroniącym niemiecką gospodarkę przed niekorzystnymi efektami zamieszania w globalnym handlu (należy jednak pamiętać, że to obosieczne ostrze, może bowiem również sprzyjać importowi, którego kontrybucja do PKB jest negatywna).

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,83-4,86. Funt brytyjski zakończył wczorajszy dzień osłabieniem również w relacji do głównych walut. Brytyjskiej walucie w ostatnim czasie szkodziły informacje dotyczące Brexitu: krytyka ze strony prezydenta USA (który sugerował, że porozumienie handlowe USA-UK może być zagrożone), oraz partii DUP (koalicyjnej partii May), której członkowie wypowiadają się przeciwko porozumieniu z Unią Europejską w jego obecnej formie.

Wynik zaplanowanego na 11 grudnia głosowania w brytyjskim parlamencie nt. porozumienia ws. Brexitu nie jest wcale oczywisty. Obecnie szacuje się, że szanse na zaakceptowanie porozumienia to nieco mniej niż 50%. Rynek instrumentów pochodnych jednak zdaje się wyceniać nieco większe ryzyko odrzucenia porozumienia (ceny miesięcznych opcji pozwalających zarobić na spadkach pary GBPEUR są wyraźnie droższe niż odwrotnych opcji).

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,78-3,81. Dolar amerykański zakończył ubiegły dzień umocnieniem również w parze z głównymi walutami.

Wtorek nie przyniósł zbyt wielu istotnych informacji z USA. Indeks nastrojów konsumentów Conference Board w listopadzie znalazł się w okolicy poziomu oczekiwanego przez konsensus i sugeruje utrzymanie bardzo dobrych nastrojów w konsumpcji. We wczorajszym przemówieniu Richard Clarida z FOMC w większości powtórzył swoją ostatnią wiadomość, sugerując, że Rezerwa Federalna może być bardziej ostrożna przy podejmowaniu decyzji dotyczących stóp procentowych w USA na tym etapie cyklu normalizacji polityki pieniężnej. Ciekawostką w kontekście działań FED są kolejne komentarze prezydenta USA, który zasugerował wczoraj, iż „nie jest on nawet w najmniejszym stopniu zadowolony” z [działań] prezesa Rezerwy Federalnej.

Środa przyniesie rewizję szacunku dynamiki PKB USA w III kwartale br. oraz dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w październiku. Szczególną uwagę warto zwrócić jednak przede wszystkim na wieczorne przemówienie prezesa Rezerwy Federalnej.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – rewizja szacunku dynamiki PKB USA w III kwartale br.
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w październiku
  • 18:00 – przemawia prezes FED, Jerome Powell

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

 

Euro Bank S.A. nawiązał współpracę z Union Investment TFI

Dodatkowe środki finansowe na emeryturę oraz brak podatku od zysków kapitałowych – to korzyści czekające na osoby, które decydują się na oszczędzanie w ramach III filaru. Od dzisiaj taka oferta jest dostępna w placówkach eurobanku.

Euro Bank S.A. nawiązał współpracę z Towarzystwem Funduszy Inwestycyjnych Union Investment. To jedno z największych TFI na polskim rynku – według danych na koniec września 2018 r. zarządzało aktywami o wartości 12,7 mld zł.

Dzięki temu od 28 listopada 2018 r. w placówkach własnych eurobanku klienci mogą rozpocząć oszczędzanie na przyszłą emeryturę w ramach Indywidualnych Kont Emerytalnych (IKE) oraz Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE).

Konta emerytalne prowadzone przez Union Investment TFI zostały uznane w rankingu „Rzeczpospolitej” w 2017 r. za najlepsze tego typu rozwiązania na polskim rynku prowadzone przez TFI.

– Oszczędzanie w celu zgromadzenia dodatkowych środków na przyszłą emeryturę staje się coraz popularniejsze wśród Polaków. W IKE i IKZE zgromadzili już oni około 10 mld zł. Chcieliśmy, by w ofercie eurobanku również znalazł się produkt służący do długoterminowego oszczędzania – mówi Arkadiusz Cempura, dyrektor Departamentu Bankowości Codziennej w eurobanku.

Krzysztof Orlik, zastępca dyrektora ds. sprzedaży detalicznej Union Investment TFI
Krzysztof Orlik, zastępca dyrektora ds. sprzedaży detalicznej Union Investment TFI

– Konta emerytalne, a szczególnie IKZE, są bardzo dobrym rozwiązaniem dla osób pracujących na własny rachunek lub dobrze zarabiających na etacie – pozwalają na stopniowe zbudowanie rezerwy finansowej, którą można przeznaczyć na nagłe wydatki albo zostawić na emeryturę. Dodatkowym atutem są niemałe ulgi podatkowe – w tym roku nawet do 1706 zł. Oprócz tego pieniądze inwestowane na koncie emerytalnym cały czas pracują, a to daje potencjał dodatkowego zysku – mówi Krzysztof Orlik, dyrektor Działu Sprzedaży Detalicznej w Union Investment TFI.

Poniżej prezentujemy podstawowe informacje na temat IKE i IKZE Union Investment TFI, dostępnych w eurobanku:

  • IKE/IKZE są prowadzone na podstawie umowy zawieranej przez klienta z Union Investment TFI na czas nieokreślony. eurobank jest dystrybutorem tych produktów.
  • Umowę może zawrzeć osoba fizyczna, która ukończyła 16 lat.
  • IKE/IKZE nie mogą być prowadzone w ramach rejestrów wspólnych i rejestrów małżeńskich.
  • Pierwszej wpłaty na IKE/ IKZE klient musi dokonać w terminie nie dłuższym niż 30 dni od podpisania umowy. Pierwsza wpłata nie może by niższa niż 1 tys. zł, kolejne wpłaty nie mogą być niższe niż 100 zł.
  • Pieniądze mogą być lokowane w 4 portfelach: bezpiecznym, umiarkowanym, dynamicznym, indywidualnym. Różnią się one rozłożeniem środków pomiędzy subfunduszami w zależności od wieku posiadacza IKE/IKZE i jego poziomu akceptacji ryzyka inwestycyjnego.
  • Posiadacz IKE/IKZE korzysta z możliwości zwolnienia z podatku od zysków kapitałowych. Wpłaty na IKZE wiążą się również z możliwością odpisania wpłat od podstawy opodatkowania w rozliczeniu PIT. Wypłata zgromadzonych środków z zachowaniem korzyści podatkowych następuje po spełnieniu określonych warunków, m.in. tym, że klient wypłaci je najwcześniej po ukończeniu 60. roku życia (IKE) lub 65. roku życia (IKZE).

Rekordowa sprzedaż kredytów hipotecznych

Rekord dziesięciolecia jest już bardzo blisko. Od stycznia do września udzielono 160 983 kredyty mieszkaniowe na kwotę 40,2 mld zł. To bardzo blisko wyniku z 2008 r., gdy ostatni kwartał przyniósł pęknięcie bańki i spadek cen.

– Dotychczasowe wyniki w segmencie kredytów mieszkaniowych wskazują, że banki przekroczą w tym roku poziom 210 tys. kredytów hipotecznych o wartości 52-53 mld zł, a więc na poziomie nie notowanym od 10 lat, czyli od wybuchu kryzysu – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Furga, prezes AMRON SA.

Międzynarodowy kryzys finansowy, który zaczął się od amerykańskiego rynku nieruchomości wywołał spadek cen mieszkań także w Polsce.

Po trzech kwartałach liczba udzielonych kredytów stanowi 84,40 proc. wyniku z całego 2017 r., a kwota kredytów 90,25 proc.

Wydatki z tytułu umowy deweloperskiej uprawniają do ulgi mieszkaniowej

Dochód z odpłatnego zbycia nieruchomości podlega 19% opodatkowaniu. Daniny można uniknąć, przeznaczając uzyskane ze sprzedaży środki na własne cele mieszkaniowe, czyli np. na zakup innej nieruchomości, w terminie dwóch lat od końca roku podatkowego, w którym nastąpiła sprzedaż. Fiskus wymagał jednak, by w terminie tym nastąpiło przeniesienie własności nabywanej na własne cele mieszkaniowe nieruchomości. Jak stwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu w wyroku z 11 października 2018 r.: „…z art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o PDOF nie można wywieść, że dla zastosowania zwolnienia konieczne jest, by w terminie wskazanym w tym przepisie nastąpiło również nabycie prawa własności rzeczy lub prawa, o którym mowa w art. 21 ust. 25 ustawy o PDOF” (sygn. akt I SA/Po 500/18).

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

„Wolne od podatku dochodowego są dochody z odpłatnego zbycia nieruchomości (…) jeżeli począwszy od dnia odpłatnego zbycia, nie później niż w okresie dwóch lat od końca roku podatkowego, w którym nastąpiło odpłatne zbycie, przychód uzyskany ze zbycia tej nieruchomości lub tego prawa majątkowego został wydatkowany na własne cele mieszkaniowe (…)” (art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych; dalej zwana: u.p.d.o.f.). Za wydatki na cele mieszkaniowe zgodnie z art. 21 ust. 25 pkt 1 lit. a) u.p.d.o.f. uważa się „wydatki poniesione na nabycie budynku mieszkalnego, jego części lub udziału w takim budynku lokalu mieszkalnego stanowiącego odrębną nieruchomość lub udziału w takim lokalu…” (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350 ze zm.).

Zapłata przed a przeniesienie własności już po upływie 2-letniego terminu

Podatniczka nabyła dom w zabudowie bliźniaczej, który sprzedała w lipcu 2015 r., tj. jeszcze przed upływem 5 lat od jego nabycia. W grudniu 2016 r. zawarła umowę deweloperską w formie aktu notarialnego na zakup mieszkania. W umowie tej deweloper zobowiązał się do wybudowania budynku i przeniesienia wyodrębnionej w nim własności samodzielnego lokalu mieszkalnego na rzecz podatniczki. Przed upływem 31 grudnia 2017 r. kupująca dokonała na rzecz dewelopera ustalonych płatności. Odbiór lokalu, jak i przeniesienie jego własności miało nastąpić w 2018 r.

Podatniczka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (dalej: KIS) z wnioskiem o wydanie interpretacji podatkowej, czy poniesienie przez nią w 2016 i 2017 r. wydatków na zakup mieszkania od dewelopera uprawnia ją do skorzystania z ulgi mieszkaniowej, jeśli przeniesienie jego własności nastąpi już po upływie 2-letniego terminu określonego w art. 21 ust. 1 pkt 131 u.p.d.o.f.

Fiskus wymagał przeniesienia własności w terminie

Dyrektor KIS stwierdził, że art. 21 ust. 25 pkt 1 u.p.d.o.f., a zwłaszcza użyte w nim sformułowanie: „wydatki poniesione na nabycie” definitywnie przesądza o konieczności osiągnięcia w wymaganym terminie celu w postaci przeniesienia własności, by uznać je za wydatki poniesione na cele mieszkaniowe w rozumieniu tego przepisu. Zatem podatniczka miała czas do 31 grudnia 2017 r. na zawarcie w formie aktu notarialnego umowy przenoszącej własność. Za taką umowę zdaniem organu nie można uznać umowy deweloperskiej, stanowiącej jedynie przejaw wzajemnego zobowiązania stron do zawarcia umowy przenoszącej własność.

Podatnik buduje lokal mieszkalny rękami dewelopera

Ze stanowiskiem organu podatkowego nie zgodził się WSA w Poznaniu. Zdaniem Sądu ustawodawca, ustanawiając ulgę mieszkaniową dla możliwości skorzystania z niej, wymagał od podatnika jedynie celowości działania w kierunku spełnienia jej przesłanek. Jednym z tych wymogów nie jest nabycie przez podatnika określonego prawa, a wydatkowanie określonych środków na cele mieszkaniowe w oznaczonym terminie.

Sąd zwrócił uwagę, że ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych za wydatek poniesiony na cele mieszkaniowe uważa również wydatki poniesione na „budowę, rozbudowę, nadbudowę, przebudowę lub remont własnego budynku mieszkalnego, jego części lub własnego lokalu mieszkalnego” (art. 21 ust. 25 pkt 1 lit. d)). Jako że w rozumieniu prawa budowlanego nie jest możliwe wybudowanie pojedynczego samodzielnego lokalu mieszkalnego, chcący zostać właścicielem takiego lokalu, zlecają jego wybudowanie deweloperowi. Ponoszą z tego tytułu wydatki, których celem jest doprowadzenie do stanu umożliwiającego im zamieszkanie we własnym lokalu.

Wydatki z tytułu umowy deweloperskiej oraz na wykończenie lokalu uprawniają do skorzystania z ulgi

Uchylając zaskarżoną interpretację organu, WSA przywołał najnowsze orzecznictwo Naczelnego Sądu Administracyjnego (z 07.02.2018 r., sygn. akt II FSK 3510/17, oraz z 31.07.2018 r., sygn. akt II FSK 44/18), zgodnie z którym nieuzasadnione jest różnicowanie sytuacji podatników samodzielnie budujących budynki z sytuacją podatników, którzy kupują je od deweloperów. Nie może być o tym zwłaszcza mowy, skoro samo państwo taką możliwość dopuszcza i akceptuje, a nawet ustanawia regulacje prawne chroniące nabywających nieruchomości od deweloperów. Podatnicy budujący samodzielnie dom mogą korzystać z ulgi mieszkaniowej, nawet jeśli w oznaczonym przez ustawodawcę 2-letnim okresie nie zostanie on oddany do użytku.

„Wykładnia językowa i celowościowa prowadzą zatem do wspólnego wniosku, że wpłaty dokonywane przez nabywcę w wykonaniu umowy deweloperskiej i wydatki ponoszone na wykończenie tego lokalu są wydatkami na budowę własnego lokalu mieszkalnego w rozumieniu art. 21 ust. 25 pkt 1 lit.a) i d) ustawy o PDOF” (wyrok WSA w Poznaniu z 11.10.2018 r., sygn. akt I SA/Po 500/18).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Druk 3D, tworzywa kompozytowe i innowacje medyczne – ich potencjał dostrzegł Michał Sołowow

Michał Sołowow, kierujący jedną z największych grup kapitałowych w Europie Środkowo-Wschodniej, w swojej strategii inwestycyjnej postawił m.in. na tworzywa kompozytowe, druk 3D i innowacje w medycynie. Na jakiej podstawie biznesmen wybiera potencjalne projekty? Zwraca uwagę na pomysł, poziom jego zaawansowania oraz pracujący nad nim zespół.

Druk 3D_zdjęcieSołowow, jeden z największych polskich inwestorów giełdowych, od wielu lat współpracuje ze startupami, głównie z branży medycznej, biotechnologicznej i chemicznej. Wciąż szuka jednak firm i technologii, w które mógłby się zaangażować.

– Jestem otwarty na współpracę, można mnie znaleźć bez problemu m.in. na LinkedInie. Właśnie tym kanałem dociera do mnie sporo ciekawych ludzi i projektów. Mam też cały czas otwartego e-maila oraz aktywny zespół, którego zadaniem jest szukanie dobrych pomysłów – mówił Michał Sołowow podczas jednego z wystąpień.

Inwestor w pierwszej kolejności zwraca uwagę na to, czy potrafi zrozumieć przedstawiony mu projekt. Twórcy technologii muszą więc umieć opowiedzieć o niej w taki sposób, aby nawet osoba spoza branży mogła ją przeanalizować i ocenić. Równie ważny jest zespół, który pracuje nad rozwiązaniem.

– Przykład sprzed kilku lat – OncoArendi. Projekt był dla mnie na początku całkiem niezrozumiały. Jednak profesor Gołąb potrafił wszystko tak przystępnie wytłumaczyć, tak opowiedzieć o raku i metodach jego leczenia, że byłem w stanie łatwo sobie to w głowie zmonetyzować i podjąć decyzję o inwestycji. To był zespół doskonały – komentuje Sołowow.

Trzecie kryterium wyboru stanowi potencjał rynku. To jeden z powodów, dla którego Michał Sołowow zainteresował się drukiem 3D i przejął firmę 3DGence. Już dziś ta branża rośnie w tempie 30% rocznie, a specjaliści przewidują, że w przyszłości wzrosty osiągną nawet 50%. Niewiele jest takich rynków, zwłaszcza że zakres zastosowania druku 3D wciąż się rozszerza. Jednym z najbardziej perspektywicznych sposobów wykorzystania drukarek 3D jest aktualnie wsparcie procesów produkcyjnych.

– Żeby park maszynowy mógł dobrze funkcjonować, potrzebna jest ogromna liczba części zamiennych. To sprawia, że kapitał obrotowy firmy jest zamrożony. Wszystkie te części powinny być produkowane “on-demand” i w miejscu, w którym są potrzebne. Tu właśnie jest miejsce na wykorzystanie druku 3D, który również daje fenomenalne możliwości modelowania. Przyszłością druku jest produkcja 24/7, a modelowanie za 2-3 lata w 80-90% będzie odbywać się przy pomocy druku 3D – tłumaczy Michał Sołowow.

Według Sołowowa, nadejdzie taki moment, kiedy duże koncerny uznają, że druk 3D jest najlepszym sposobem na produkowanie części zamiennych, bycie blisko swojego klienta, łamanie barier logistycznych, ale przede wszystkim na uwolnienie kapitału obrotowego, który teraz musi pozostawać w częściach zamiennych.

– Mnie interesuje właśnie ten etap druku 3D. Wierzę głęboko w istotną rolę technologii addytywnych, które zajmą ważne miejsce w produkcji na świecie i zdobędą istotny udział rynkowy – mówi Sołowow. – Jeżeli będzie to nawet 5-10% produkcji światowej, rozmawiamy o ogromnym rynku pod względem technologicznym, ale również produkcyjnym i materiałowym. To jest prawdziwa przyszłość druku 3D, rozumianego jako produkcja 24/7 – podsumowuje.

Michał Sołowow kontroluje jedną z największych grup kapitałowych w regionie CEE, składającą się ze spółek operacyjnych, holdingowych oraz inwestycji portfelowych. Grupa działa w ponad 60 krajach na 6 kontynentach i zatrudnia prawie 15 000 osób na całym świecie. Sołowow od lat inwestuje też w młode firmy technologiczne. W jego portfelu znajdują się m.in.: OncoArendi, New Era Materials (ultranowoczesne kompozyty) i 3DGence (druk 3D). Michał Sołowow w 2018 roku znalazł się na pierwszym miejscu listy najbogatszych Polaków opublikowanej przez „Wprost”.

Kurs dolara zrównał się z frankiem szwajcarskim. Główne waluty solidarnie drożeją

Zaczynają się “gierki” przed weekendowym szczytem G20. Europa nie ma pomysłu na Ukrainę. FED, FOMC, Powell.

Zapraszamy do Buenos Aires

            Wyjątkową symbolikę ma miejsce nadchodzącego szczytu przywódców 20 największych gospodarek globu. Argentyna dla świata finansjery od dawna jest synonimem kolejnych krachów i kryzysów, nadchodzących po sobie z zadziwiającą regularnością. I teraz w stolicy tego kraju możni tego świata mają debatować nad tym, jak uniknąć zbliżającej się wielkimi krokami globalnej recesji. Ktoś przesądny mógłby powiedzieć, że to nie ma prawa się udać. Zresztą ci bardziej pragmatyczni inwestorzy mogą mieć podobne zdanie. Dla sporej części analityków ten szczyt zostanie spłycony do spotkania Trump – Xi, od którego zależy los wojny celnej. Co ciekawe, rynek do tej rozmowy podchodzi z ogromnym pokładem nadziei, co może być o tyle zastanawiające, że ani strona amerykańska, ani chińska nie dają za dużo powodów do optymizmu. Wygląda jednak na to, że inwestorom dobrze się patrzy zza różowych okularów, przez które widać, że agresywny ton jednej i drugiej strony to tylko technika negocjacyjna. Budzi to żywe skojarzenia z ostatnim szczytem ekonomicznym azjatycko-pacyficznym. Nadzieje były ogromne, a wyszło, jak wyszło.

Jak daleko posunie się Rosja?

            W Europie cały czas da się wyczuć nerwowy nastrój związany z weekendowymi wydarzeniami w Cieśninie Kerczeńskiej. Zachodnie media nie mają wątpliwości, że prezydent Putin testuje Europę, sprawdzając, jak daleko może się posunąć. Problem w tym, że na Starym Kontynencie brakuje wspólnego stanowiska wobec Rosji. Pragmatyzm i wewnętrzne interesy (jak choćby Nord Stream 2) biorą górę. Mocnym echem odbija się również milczenie Amerykanów, którzy praktycznie w żaden sposób nie zareagowali na wydarzenia z niedzieli. Budzi to obawy, podnoszone również przez Poroszenkę, że Kreml może szykować się do lądowej ofensywy. Efektem tego jest ogłoszenie stanu wojennego na części terytorium Ukrainy. Eskalacja konfliktu przyniosłaby destabilizację praktycznie w całym regionie, co z pewnością wpłynie także na rynek walutowy. Do tej pory ucierpiały tylko rubel i hrywna, jednak w kolejce czekają już złoty, lej, lew czy forint. Ze względu na kraje bałtyckie euro również może być zagrożone.

Odczyty tylko ze Stanów

            W środę wszystko, co najciekawsze w kalendarzu makro, płynie ze Stanów. Po pierwsze poznamy zrewidowany odczyt PKB. W ostatnim czasie rewizje nie różnią się znacząco od pierwszych odczytów, dlatego rynek trzyma rękę na pulsie, jednak nie nastawia się na mocniejszy handel. Inaczej ma się sytuacja z wystąpieniem Powella. W tym przypadku inwestorzy będą się doszukiwać wskazówek na temat przyszłorocznej ścieżki podwyżek stóp procentowych. O ile grudniowy ruch jest już praktycznie przesądzony, to marcowy stawia coraz więcej znaków zapytania. Sesję zamkniemy protokołem z posiedzenia FOMC, który również powinien wzbudzić spore zainteresowanie.

Złoty pozostaje dzisiaj pod presją podaży. Główne waluty solidarnie drożeją, choć zwyżka nie jest raczej znacząca. Zarówno dolar, jak i frank kosztują obecnie 3,81 zł, euro 4,29 zł, a funt brytyjski 4,85 zł. Większej zmienności możemy spodziewać się dopiero wieczorem, wraz z rozpoczęciem wystąpienia Powella.

Krzysztof Adamczak – analityk finansowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Cyberzagrożenia w świecie inteligentnych miast‎ Smart City

Znamy tę scenę – jest rok 2022, więzień zbiega z policyjnego konwoju, próbuje ukryć się w wąskich uliczkach, ale dostrzega go lokalny patrol. Wbiega więc na główną arterię, schodzi do metra, ale rozpoznany przez ochronę zmienia plan i zmierza do pobliskiego sklepu, a stamtąd, przez zaplecze dociera na parking, kradnie auto i ucieka dalej. Policyjne syreny są co raz głośniejsze, rozpoczyna się szaleńczy pościg i obława.

Obława, którą każdy z nas śledzi na ekranach – wiemy, gdzie nasz antybohater się znajduje, widzimy go dzięki kamerom monitoringu miejskiego (zarówno z kamer wewnętrznych i zewnętrznych), poprzez prywatny stream przechodniów, czy z urządzeń zamontowanych w autach i transporcie publicznym. Więcej, my tę obławę nie tylko obserwujemy, uczestniczymy w jej transmisji, nadajemy, rejestrujemy, udostępniamy dalej. Sieć takiego organicznego monitoringu, złożona z systemów publicznych i prywatnych kamer oraz kompatybilnych sensorów oplata „złego” i pozwala ograniczyć jego pole manewru; dane z detekcji twarzy, sylwetki, ruchu i głosu już docierają do policji, a przy każdej możliwej okazji, z głośników wysyłany jest do zbiega komunikat ostrzegawczy. Finał tej historii możemy dopisać sami.

Ale historia z monitoringiem wizyjnym w roli głównej wcale nie musi kończyć się happy end’em, zwłaszcza jeśli uwzględnimy odwróconą, wcale nie niemożliwą, logikę zdarzeń. Wyobraźmy sobie, że ktoś wykorzystuje sieć dozoru do elektronicznej obserwacji, a może i dyskredytacji, osób prywatnych lub publicznych, o konkretnym statusie zawodowym lub politycznym; albo, że w sposób nielegalny przejmuje kontrolę nad systemem monitoringu na lotnisku, dworcach, bądź w obiektach rządowych, lub nawet wojskowych. Co więcej, wraz z przejęciem tej kontroli – uzyskano też dostęp do baz danych wrażliwych. Niemożliwe? Bynajmniej! Im bardziej będziemy rozwijać świat IoT, tym więcej ryzyka łamania systemów bezpieczeństwa. W Polsce coraz wyraźniej widać popularność idei smart city, w tym temat inteligentnego monitoringu. To cieszy, wydaje się jednak, że ciągle mało w tej rodzimej debacie akcentu na zagrożenia; zwłaszcza hakowanie dozoru wideo nie znalazło w niej jeszcze należnej uwagi, a temat staje się niezmiernie ważny, również z tego względu, że w Europie, także w Polsce, na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań z dalekiej Azji.

Czym jest i dlaczego warto mówić o hakowaniu monitoringu oraz sposobach walki z tym procederem, jak w ogóle w praktyce dbać o cyberbezpieczeństwo systemów dozoru w kontekście smart city? Na te pytania spróbują odpowiedzieć eksperci Axis Communications.

Bezpieczeństwo smart city

Inteligentne miasto to przestrzeń, w której nowoczesne technologie wspierają rozwiązania infrastrukturalne, ale także samą dystrybucję usług publicznych, w takim stopniu, aby ułatwić życie mieszkańcom. Istotą funkcjonalności smart city są przede wszystkim – integracja, komplementarność, automatyzacja i bezpieczeństwo systemów, poprzez które następuje wymiana danych, czy to odnośnie indywidualnych rozliczeń czy zakupów, użytkowania transportu publicznego i prywatnego, mapowania lokalizacji, ułatwień dla niepełnosprawnych, dostępu do informacji publicznej, rozrywki itd. Od strony technicznej, smart city opiera się oczywiście na dostępie do, lub posiadaniu, konkretnych urządzeń (np. telewizor, smartfon, kamera, czujnik) oraz na zaawansowanych systemach informatycznych, m.in. sztucznej inteligencji, rozwiązaniach uczenia maszynowego i analizy big data, wymagających ciągłego doskonalenia i testowania.

Ze względu na wagę rejestrowanych, przetwarzanych i przesyłanych danych smart city – jako swoisty mega-system ICT – jest istotnie wrażliwe na wszelkiego typu ingerencje fizyczne, ale zwłaszcza na cyberataki. Jak wynika z badań (m.in. Wi-Sun Alliance; Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń) – w Szwecji, Danii, Wielkiej Brytanii, USA, czy Polsce – inwestycje w IoT są coraz bardziej popularne, uważane za potrzebne lub niezbędne dla wdrażania rozwiązań inteligentnego miasta. W praktyce wiele z projektów nie może jednak wyjść z fazy opracowywania lub testu z uwagi na brak gwarancji wystarczającego bezpieczeństwa, co wynika bądź to z wad i nieścisłości projektowych (niejednokrotnie wymarzona aplikacja zlecającego zderza się z rzeczywistością ograniczeń infrastrukturalnych), bądź z niedoskonałego środowiska instytucjonalnego, które nie nadąża za technologią (uwarunkowania prawne i administracyjne), lub z kompetencji cyfrowych użytkownika końcowego, czy – wreszcie – z „kreatywności” i zasobów strony atakującej.

Na bezpieczeństwo inteligentnego miasta należy więc patrzeć wielowarstwowo. Jego hakowanie może odbywać się na poziomie czynnika ludzkiego (jednostki operacyjnej i kontrolującej), na poziomie hardware’u oraz software’u. W tej szerokiej perspektywie możemy dopiero wyobrazić sobie rodzaje ryzyk i zagrożeń.

Kontrola nad monitoringiem – dlaczego ma znaczenie?

Jednym z kluczowych obszarów podatnych na cyberzagrożenia są usługi i działania wykorzystujące technologie komunikacji bezprzewodowej, np. kamery sieciowe i wszelkiego typu smart-sensory, oparte m.in. na wiązkach laserowych i IR, stosowane w szeroko pojętym sektorze handlowym, logistycznym, transportowym, ale też przy infrastrukturze krytycznej i w ochronie obwodowej instytucji rządowych, czy należących do służb mundurowych; przy obiektach i obszarach związanych z usługami komunalnymi, przestrzeniach strategicznych z punktu widzenia bezpieczeństwa publicznego: w obrębie obiektów użyteczności publicznej, portów pasażerskich i handlowych, oczyszczalni ścieków, magazynów LNG, czy elektrowni lub ciepłowni.

Systemy dozoru, oparte na zminiaturyzowanych modułach, wyposażone w dodatkowe czujniki, są jak komputery, z tą kluczową różnicą, że ich dodatkową funkcją jest wychwytywanie określonych danych. Ogólnie ujmując, kontrola nad monitoringiem to kontrola nad danymi o nas samych, włączając kluczową daną – czyli nasz wizerunek i konteksty, w jakich się on pojawia. Dane te nie powinny dostać się w niepowołane ręce i firmy oferujące powyższe systemy muszą gwarantować odpowiednie zabezpieczenia. Trzeba podkreślić, że wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z mniej lub bardziej rozbudowanym systemem obserwacji opartym na sieciowych kamerach i czujnikach, istnieje potrzeba magazynowania tych danych w serwerach i chmurach. I one również wymagają specjalnej ochrony. Słabe algorytmy szyfrujące, bądź niewystarczająca świadomość zagrożeń na poziomie administratora mogą być dotkliwie wykorzystane przez hakera, którego ostatecznych intencji możemy nigdy nie poznać. Kamera może posłużyć jako urządzenie szpiegujące. Nie bez przyczyny administracja amerykańska zakazała swoim urzędnikom użytkowania urządzeń niektórych chińskich producentów.

Scenariusze zagrożeń można wreszcie rozbudować o cyberataki na system sterowania ruchem miejskim, detekcji numerów rejestracyjnych aut i poboru opłat, systemu oświetlenia ulic i przystanków; wyobraźmy sobie również manipulację przy systemach dostępu biometrycznego, alarmowania zanieczyszczeń powietrza, czy detekcji temperatury lub deszczu. Dodajmy do tego ataki na kamery multisensoryczne, czy czujniki w ogóle, służące ochronie dziedzictwa przyrodniczego lub kulturowego, bądź wykorzystywane w inteligentnych urządzeniach gospodarstwa domowego. Wszystkie te nielegalne działania mogą wywoływać określoną aktywność, niepokój, bądź po prostu chaos. Niepożądana ingerencja w systemy obserwacji może prowadzić również do intensyfikacji fałszywych alarmów i w konsekwencji paraliżu służb ratunkowych, ale może być też elementem tzw. wojny hybrydowej. Dlatego też, na oba scenariusze – punktową ingerencję, lub skomasowany atak –państwa muszą być przygotowane. Przy czym świadomość tych zagrożeń powinny mieć nie tylko wyspecjalizowane służby, ale też każdy podmiot, zaangażowany w obrót gospodarczy, rejestrację i przetwarzanie danych (nie zapominając
o RODO).

Hakowanie w praktyce

O aktach skutecznego przejęcia kontroli nad monitoringiem miejskim nie pisze się często, bo i nie jest to powód do chwały, tym bardziej, że w niektórych przypadkach – o czym opinia publiczna mogła się dowiedzieć dopiero po dłuższym czasie – cyberataki dotyczyły istotnych obszarów bezpieczeństwa wewnętrznego. Ataki złośliwego oprogramowania powodują z reguły zmiany w ustawieniach obrazowania i kalibracji sceny, w zawartości lub właściwościach danego pliku, a także w ustawieniach karty sieciowej. Niektóre mogą prowadzić do chwilowego zatamowania lub przekierowania jakiegoś kanału informacji, inne w skutkach mogą prowadzić do większych szkód. Oczywiście, są też zaaranżowane crash-testy i hakowanie „służebne”, o których wiemy nieco więcej.

Jednym z ciekawszych przypadków udanego, kontrolowanego hackingu jest właśnie badanie Vasiliosa Hioureasa oraz Thomasa Kinsey’a, które ujawniło, że sieci, które mają chronić przed przestępcami i terrorystami, mogą stać się niebezpiecznym narzędziem. Wykazali oni, że w jednym z monitoringów miejskich nie było stosowane żadne szyfrowanie, mimo tego, że urządzenia posiadały odpowiednie funkcje. W dość prosty sposób stworzyli własną wersję oprogramowania, które umożliwiło pełną kontrolę nad kamerami, dzięki czemu byli w stanie przechwycić obraz z każdego miejsca, manipulować nim, zamieniać rzeczywiste filmy na fałszywe. Mechanika ataku polegała – najogólniej – na wykorzystaniu podatności sieci-siatki (mesh) na takie ataki jak ARP (gdy użytkownik podszywa się pod jeden z węzłów rout’ujących, przesyłając pakiety, następnie zmienia dane wysyłane do i z routera). Takie „okłamywanie” innych węzłów oznacza, że atakujący „mówi” użytkownikowi, że jest routerem, a routerowi, że jest użytkownikiem; w ten sposób atakujący uzyskiwał bezpośrednie pole widzenia np. posterunku policji,
a imitując węzeł sprawiał, że kamery ustawione w pobliżu rzeczywiście zaczęły przesyłać swoje pakiety bezpośrednio do niego. Konfiguracja ta umożliwia tzw. atak man-in-the-middle znany z niektórych gier strategicznych.

W tym scenariuszu możemy wyobrazić sobie jakąś grupę przestępczą, która poprzez zhakowany system najpierw zobrazuje fikcyjne przestępstwo lub zdarzenie wymagające pilnej interwencji, następnie przekona policję i inne służby, że ma ono miejsce w określonym miejscu i spowoduje wysłanie grupy operacyjnej w ten rejon. W tym samym momencie powstaje okazja do popełnienia przestępstwa w innej części miasta, w której faktycznie potrzebna interwencja z konieczności zostanie opóźniona, albo wręcz niedokonana. To scenariusz rodem z Hollywood, ale wcale nie musi być fikcją.

Znane są również inne kontrolowane ataki na systemy monitoringu, przeprowadzane niekiedy przez specjalistów z Polski w ramach audytów bezpieczeństwa. Dzięki przysłowiowej jednej linijce kodu, w 2017 roku zhakowano kamery w stopniu pozwalającym nagrywanie audio i video, a nawet na dostęp do nagrań. Co ciekawe była to dość popularna kamera jednej z japońskich firm, wykorzystywana m.in. w więzieniach, ale także przez nowojorską policję, czy FBI. W przypadku innej kamery, przeznaczonej do miejskiej obserwacji zewnętrznej i wewnętrznej, ale poprzez nieuwierzytelnione zapytanie HTTP udało się np. zrzucić zawartość pamięci i uzyskać dane logowania administratora. Popularny staje się również google hacking, finalnie pozwalający na dostęp do streamu z kamer publicznych lub prywatnych (w przedsiębiorstwach lub w domach) poprzez testowanie domyślnego hasła producenta kamer. W Internecie można znaleźć wiele przykładów takiego prostego łamania zabezpieczeń, bazującego na niedostatecznej wyobraźni użytkownika.

Jeden z poważniejszych aktów hakowania monitoringu, bo o kryminalnej charakterystyce, miał miejsce w Waszyngtonie, gdy dwójka rumuńskich hakerów opanowała większość zewnętrznych kamer obserwacyjnych stołecznej policji. Przejęli oni kontrolę nad 123 z 187 kamer używanych przez MPDC na cztery dni, od 9 do 12 stycznia 2017 r.

Motywem działania tych osób podobno nie było użycie kamer w celach inwigilacji lub aktu terroryzmu. Według śledczych usiłowano jedynie użyć podłączonych do Internetu systemów (komputer plus kamery), aby w sposób masowy rozsiać ransomware, wyłudzający pieniądze.

Pamiętajmy też, że rozwiązania z obszaru inteligentnego monitoringu stosowane są w wielu innych urządzeniach przynależnych do IoT. Jak dowodzą audytorzy, np. podczas pokazów na Def Con, możemy być – jakkolwiek to zabrzmi – szpiegowani przez lodówki, czy odkurzacze. Jeden z ostatnich przykładów przejęcia smart-odkurzacza pewnej koreańskiej firmy uświadamia nam, że mimo rozmaitych zabezpieczeń sprzętowych, softwareowych
i sieciowych ciągle należy je doskonalić. Zwłaszcza, że poprzez jedno usieciowione „smart-coś”, atakujący może dotrzeć do innych urządzeń, w tym ważnych dla użytkownika danych.  Badania pokazują, że w coraz większej liczbie inteligentnych urządzeń RTV-AGD z wbudowanymi kamerami, mikrofonami i czujnikami można znaleźć luki w zabezpieczeniach. Przerażające jest to, że mogą one zostać wykorzystane nie tylko do niewykrywalnych naruszeń prywatności, ale też do nieinwazyjnego szpiegowania, czy niewidocznych przestępstw o charakterze wirtualnym, ale i fizycznym.

Jaką naukę możemy wynieść z tych i innych przypadków? Przede wszystkim otrzymujemy wiedzę o istotnych brakach w konkretnych systemach. Po drugie, zyskujemy dane do opracowania scenariuszy możliwych zdarzeń, bądź co bądź uniwersalnych. W konsekwencji – po trzecie – możemy lepiej projektować, planować i wdrażać środki zapobiegania i obrony.

Jak się bronić?

Nie ma potrzeby przywoływać tu działań leżących w domenie samych producentów i projektantów, security developerów itd. (systematyczne badania nad potencjalnymi i dokonanymi atakami, pod kątem projektowania odpowiednich łat i upgrade’ów to podstawa). Z perspektywy bezpieczeństwa systemów monitoringu wskażmy na kilka ogólnych technik zapobiegania i „profilaktyki”, zarówno na poziomie technologicznym jak i operacyjnym.

Po pierwsze, jedną z podstawowych metod, jakimi należy się posługiwać jest odpowiednie planowanie i rozdzielanie uprawnień w systemie dozoru. Niby rzecz oczywista, ale nie zawsze przywiązuje się do niej właściwą uwagę. Po drugie, jakość urządzenia, oprogramowania i powiązanych zabezpieczeń. Mowa tu przede wszystkim o odpowiednich algorytmach szyfrujących, procedurach logowania i potwierdzania tożsamości, procedurach zmiany haseł i uprawnień; a także o funkcjach kodowania obrazu, które umożliwiają zamazywanie sylwetek i twarzy ludzkich na określonym poziomie dostępu, uwzględniając również potrzeby służb.

Po trzecie – systematyczne aktualizowanie zabezpieczeń, a także stosowanie zaleceń i instruktarzy. Z cyberatakami jest jak z grypą. Ciągle powstają nowe mutacje i żadna szczepionka nie jest w pełni skuteczna. Każdy producent kamer powinien jasno alarmować o podatnościach na ataki cyfrowe, a także informować, co przy danym zagrożeniu zrobić. Axis od lat spełnia tą powinność, ale nie jest to normą u wszystkich dostawców na rynku.

Zauważalny jest jednak problem po stronie użytkownika końcowego – większości ataków można by uniknąć, gdyby na etapie konfiguracji zastosowano dobre praktyki. W tym kontekście warto wspomnieć np. o „Axis Hardening guide”, czyli zasadach i procedurach, które należy zastosować podczas wdrożenia, aby uodpornić system na cyberataki.

Tą krótką analizę warto zakończyć dwoma wnioskami generalnymi. Ograniczanie cyberzagrożeń musi być szczególnie ważne w zarządzaniu bezpieczeństwem w dziedzinach i sektorach strategicznych. Tym bardziej, że domena cyberbezpieczeństwa monitoringu sięga obecnie nawet poziomu geopolityki i geostrategii. Dlatego należy dbać o bezpieczeństwo systemów monitoringu służących nie tylko w obserwacji ruchu drogowego, lub kolejowego; ale też tych składających się na dozór obiektów rządowych, przedsiębiorstw i instytucji strategicznych dla bezpieczeństwa państwa i społeczeństwa.

Wracając do popularyzacji idei i technologii smart-city, trzeba podkreślić, że skoro zależy nam na inteligentnym mieście, nie zapominajmy o inteligencji… własnej. Nic nam po wygodniejszym podróżowaniu i zakupach, wspieraniu energooszczędności, optymalizacji finansów, wspieraniu inicjatyw antysmogowych z użyciem high-smart-tech, jeśli zapomnimy o potencjalnych cyberzagrożeniach i nie wyciągniemy wniosków z tych ataków, które mamy za sobą. Niewiele ostatecznie da nam kolejna „mądra” aplikacja w pracy lub domu, jeśli pozostaniemy na etapie autoryzacji admin-admin.

Materiał przygotowali: Agata Majkucińska, Karol Dominiczak

Inteligentne budynki mogą przynieść w Polsce 4 mld zł oszczędności

  • Przekształcenie nieruchomości komercyjnych i placówek administracji publicznej w inteligentne budynki może zostać sfinansowane z oszczędności wynikających z prowadzonej modernizacji – bez konieczności angażowania dodatkowego kapitału.
  • W Polsce jest potencjał do „samofinansowania” modernizacji budynków komercyjnych i publicznych o wartości 4 mld zł – wynika z badania Siemens Financial Services.
  • Wdrożenie inteligentnych rozwiązań pozwala ograniczyć zużycie energii nawet o 50 proc.

Siemens Financial Services zbadał możliwości przekształcenia nieruchomości komercyjnych w budynki inteligentne, przy wykorzystaniu oszczędności płynących z wdrożonych usprawnień, za to bez konieczności angażowania dodatkowego kapitału. Analiza objęła potencjał do „samofinansowania” konwersji na budynki inteligentne w 13 krajach w sektorach budynków komercyjnych oraz administracji publicznej.

Z obliczeń Siemens Financial Services wynika, że w Polsce potencjał do samofinansowania modernizacji nieruchomości jest duży i tylko w sektorze budynków administracji publicznej i komercyjnych sięga ok. 4 mld zł* (w tym prawie 2,3 mld zł (634 mln USD) dla budynków komercyjnych i 1,7 mld zł (446 mln USD) dla budynków administracji publicznej).

Wydatki na nieruchomości to druga pod względem wielkości pozycja kosztowa dla wielu organizacji. Koszty operacyjne stanowią do 80 proc. wydatków w całym cyklu życia budynku, a połowa z nich wynika ze zużycia energii, które można w zdecydowanym stopniu ograniczyć. Nieefektywne budynki to także nieplanowane konserwacje i wymiany sprzętu oraz odpowiedzialność za słaby stan zdrowia i niską produktywność użytkowników. Dlatego właściciele nieruchomości komercyjnych, a coraz częściej także podmioty publiczne, podejmują kroki zmierzające do transformacji budynków w inteligentne. To globalna tendencja, z rosnącym potencjałem na przestrzeni kolejnych pięciu lat – mówi Marek Trejda, Ekspert ds. finansowania energetyki i przemysłu z Siemens Financial Services.

Dla porównania w Hiszpanii wartość modernizacji budynków komercyjnych wynosi ponad 3,7 mld zł, a dla budynków administracji publicznej – 2,7 mld zł. Według OrbisResearch.com w 2023 r. wartość światowego rynku cyfrowej transformacji budynków sięgnie 57,81 mld dolarów (213,89 mld zł), co oznacza średnioroczny wzrost w tempie ponad 30 proc.

Oszczędności finansowe i nie tylko

Wdrożenie inteligentnych rozwiązań pozwala ograniczyć zużycie energii nawet o 50 proc. Daje również szansę na spełnienie coraz bardziej rygorystycznych wymogów w zakresie jakości powietrza i ochrony środowiska. Jak szacują eksperci, budynki niemieszkalne odpowiadają za 10-15 proc. emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Ich modernizacja zgodnie z koncepcją „Smart Buildings” może zredukować to negatywne zjawisko o 15-25 proc.

– Każdy dzień opóźnienia w implementacji inteligentnych rozwiązań w infrastrukturze budynków oznacza marnowanie cennych zasobów finansowych i środowiskowych. Zignorowanie tego faktu w budynkach użyteczności publicznej, można uznać wręcz za zaniedbanie. Nieefektywne budynki to nieplanowane naprawy, wymiany sprzętu i większe koszty operacyjne związane chociażby z rosnącymi obecnie cenami energii. Jednakże, podstawowa działalność biznesowa i wspomagające ją aktywności konkurują ze sobą o ten sam roczny budżet inwestycyjny. W efekcie, działaniom zwiększającym efektywność budynku przypisuje się niższy priorytet, co zazwyczaj oznacza brak wystarczających środków na wdrożenie. Dlatego tak ważne jest właściwe rozpoznanie potencjału „samofinansowania” konwersji na budynki inteligentne, a jeśli dodatkowo efektywność budynkowa zostanie dostarczona w usłudze, z pisemną gwarancją oszczędności, to umożliwimy przedsiębiorcom osiągnięcie lepszych wyników operacyjnych bez potrzeby angażowania dodatkowego kapitału – mówi Marek Trejda z Siemens Financial Services.

Inteligentne budynki są tańsze w eksploatacji i utrzymaniu, mają dłuższe cykle odświeżania infrastruktury. – Inteligentne rozwiązania w nieruchomościach wykorzystują zaawansowane technologie do poprawy wydajności funkcjonowania, bezpieczeństwa i komfortu użytkowania budynków, dzięki czemu łatwiej spełnić wymagania stawiane przez inwestorów w obszarze funkcjonalności i kosztów utrzymania. Zbierają dane na przykład o temperaturze w pomieszczeniach czy ewentualnych usterkach. Na podstawie tych informacji system może automatycznie zmienić wartości – zmniejszając lub podwyższając temperaturę w pomieszczeniach lub powiadomić służby techniczne o konieczności dokonania naprawy – wyjaśnia Mark Trejda z Siemens Financial Services.

Konwersja na budynki inteligentne może oznaczać duże oszczędności m.in. dla jednostek samorządu terytorialnego – głównie dzięki bardziej efektywnemu zarządzaniu posiadanymi nieruchomościami. Inteligentny system ogranicza zużycie energii poprzez lepsze sterowanie instalacjami grzewczymi, wentylacyjnymi czy oświetleniowymi, a także monitoring, w których miejscach przebywają użytkownicy budynku.

Większy komfort oraz lepsze zdrowie

Odpowiednio zaprojektowane rozwiązania przekształcające zwykły budynek w inteligentny są nie tylko gwarancją bezpośrednich korzyści finansowych, ale uwzględniają również potrzeby wszystkich zaangażowanych stron począwszy od właściciela obiektu, po działy utrzymania, najemców oraz gości. Inteligentne budynki nie tylko pomagają nam osiągać nasze cele i dostosowują się do naszych upodobań, ale dzięki swoim technologiom również angażują użytkowników we współtworzenie otaczającej ich rzeczywistości.

Większości z nas zanieczyszczenie powietrza kojarzy się ze smogiem, który widać na zewnątrz w dni, gdy jest ono szczególnie wysokie. Zwykle jednak nie uzmysławiamy sobie, że tym samym powietrzem oddychamy w budynkach. W pomieszczeniach spędzamy często całe dnie. Zatem powietrze, które się w nich się znajduje ma ogromne znaczenie dla naszego zdrowia. Odpowiednie technologie wsparte zaawansowanym sterowaniem pozwalają zmniejszyć jego zanieczyszczenie i o 11 proc. zwiększyć naszą wydajność pracy przy niższej absencji – mówi Arkadiusz Lehmann, Dyrektor Centrum Zarządzania Energią w firmie Siemens.

Nasz świat jest w trakcie zasadniczych przemian, które zmuszają nas do myślenia w nowy sposób: zmiany demograficzne, digitalizacja, urbanizacja, wzrastająca świadomość potrzeby ochrony środowiska oraz powiększający się niedobór zasobów. Powodują one, że konieczna jest zmiana sposobu myślenia odnośnie tego jak podchodzimy do kwestii zwiększania wydajności pracy ludzi oraz maszyn. Powinno to być naszym priorytetem i to nie tylko w kontekście wykorzystywania energii. Ważne jest również zwiększanie komfortu użytkowników budynków, którzy dzięki temu mogą podnieść jakość swojego życia i lepiej pracować. Dla coraz większej liczby naszych klientów sprostanie tym wyzwaniom jest miarą ich sukcesu – dodaje Arkadiusz Lehmann.

Jakiego wybrać partnera do modernizacji budynku?

Jeżeli firma zdecyduje się na modernizację swojego budynku ważne jest by znalazła dobrego i sprawdzonego partnera, który przeprowadzi ją przez cały proces unowocześniania obiektu. – Takie projekty są bardzo trudne i stawiają przed wykonawcą poważne wyzwania. Jednym z nich jest umiejętne zastosowanie wysokich technologii w celu zwiększenia efektywności energetycznej budynków. Potrafią to tylko firmy z wieloletnim doświadczeniem w tym obszarze. Co więcej, wiele firm zawiera kontrakty ułomne z punktu widzenia klientów, ponieważ zawarta w nich gwarancja poprawienia efektywności energetycznej jest pozorna – mówi Marek Tobiacelli, Szef działu efektywności energetycznej w Siemens.

Dlatego według eksperta warto wybrać firmę, która może pochwalić się doświadczeniem w tym obszarze i dobrymi referencjami. Także dlatego, że inwestycja w infrastrukturę jest długoterminowa, więc wszelkie niedociągnięcia będą oddziaływać na funkcjonowanie budynku przez lata. Dobrze jest też zwrócić uwagę na to, czy firma modernizująca budynek będzie mogła sprawować opiekę nad obiektem, a jeżeli tak, to w jaki sposób. Ponieważ to właśnie od działań podejmowanych już po etapie wdrażania usprawnień zależy w znacznym stopniu skuteczne wykorzystanie dobrodziejstw nowych technologii.

Przykłady modernizacji inteligentnych budynków

W Polsce Siemens posiada obecnie podpisanych kilkadziesiąt umów wieloletnich, w ramach których zdalnie monitoruje i zarządza energią w trzystu budynkach. Za przykład może tu posłużyć duży ośrodek medyczny, gdzie dzięki zastosowanym przez Siemens zaawansowanym technologiom koszty produkcji, dystrybucji i odbioru energii spadły o 50 proc. Ważnym projektem jest również modernizacja obiektów oświatowych dla UM Płocka (PPP). W tym wypadku oszczędności wynoszą dwa miliony złotych rocznie, a koszty nakładu w okresie kontraktu zostają zwrócone całkowicie. Jeżeli chodzi o przykłady zagraniczne, to w zakładzie mleczarskim w Niemczech modernizacja budynków pod względem efektywności energetycznej pozwoliła osiągnąć 800 tys. EUR oszczędności rocznie. Z kolei w hotelach Marriott w Europie zastosowanie nowych technologii doprowadziło do obniżenia kosztów energii o 1 mln EUR rocznie.

Marek Tobiacelli, Szef Działu efektywności energetycznej w Siemens

* Wartość przeliczona na złotówki po kursie 3,7 zł za 1 USD

Dorota Wysokińska-Kuzdra pokieruje działem Corporate Finance CEE w Colliers International

Colliers International rozszerza zakres usług dla inwestorów – będzie się zajmowała doradztwem w zakresie potrzeb finansowych klientów, rozpoczynając od finansowania dłużnego, poprzez finansowanie mezzanine, kończąc na pozyskiwaniu kapitału lub partnerów kapitałowych, a także wsparcie przy procesach nabycia spółek lub wejścia spółek na giełdę. Do firmy dołączyła Dorota Wysokińska-Kuzdra, która stanęła na czele nowego działu Corporate Finance CEE na stanowisku partnera. 

Monika Rajska-Wolińska
Monika Rajska-Wolińska, partner zarządzający Colliers International w Polsce

Nowa linia biznesowa — Zgodnie z przyjętą strategią oferujemy naszym klientom zintegrowaną platformę usług, tak by wspierać ich na każdym etapie decyzji biznesowych. W ramach platformy inwestycyjnej nie mogło zabraknąć doradztwa w zakresie finansowania. Jestem przekonana, że ponad 20-letnie doświadczenie Doroty w obszarze nieruchomości, finansów i bankowości będzie stanowić wartość dodaną dla naszych klientów, a kompetencje zdobyte na stanowiskach kierowniczych pomogą jej poprowadzić nowy zespół — mówi Monika Rajska-Wolińska, partner zarządzający Colliers International w Polsce.

Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor działu Corporate Finance CEE w Colliers International
Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor działu Corporate Finance CEE w Colliers International

— Cieszę się, że dołączam do firmy, która koncentruje się   na udzielaniu klientom zintegrowanego wsparcia, dostosowanego do ich indywidualnych potrzeb. W ramach tych potrzeb są także te natury finansowej, czy to na poziomie długu bankowego, czy też pozyskiwania kapitału. Nasi klienci to firmy globalne, stąd też doradztwo Corporate Finance będzie obejmowało nie tylko Polskę, ale także cały region CEE, który będziemy obsługiwać we współpracy z lokalnymi biurami naszej firmy — mówi Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor działu Corporate Finance CEE w Colliers International.

Z początkiem września Dorota Wysokińska-Kuzdra objęła stanowisko przewodniczącej polskiego oddziału Urban Land Institute – międzynarodowej organizacji non-profit wspierającej odpowiedzialne planowanie i zrównoważony rozwój miast oraz stanowiącej platformę wymiany wiedzy pomiędzy czołowymi ekspertami i uczestnikami rynku nieruchomości w kraju i zagranicą.

Przed dołączeniem do Colliers International, Dorota Wysokińska-Kuzdra pełniła przez 11 lat funkcję starszego partnera w Griffin Real Estate, gdzie odpowiadała za zarządzanie i inwestycje Grupy, a także za pierwszy w Polsce fundusz typu mezzanine. Ostatnio współtworzyła platformę logistyczną, która jest współzarządzana przez Griffin. Wcześniej, jako prezes zarządu Griffin Premium RE, pierwszej spółki typu REIT, z sukcesem wprowadziła ją na GPW w Warszawie.  Była członkiem zespołu odpowiedzialnego za nabycie udziałów w Echo Investment SA, jednej z największych transakcji na polskim rynku nieruchomości, odpowiadając za proces due diligence oraz finansowanie nabycia. Przed dołączeniem do Griffin, przez blisko 10 lat zajmowała stanowiska dyrektorskie w grupie HypoVereinsbank / UniCredit Group, a także w ich spółkach zależnych, nadzorując finansowanie nieruchomości, bankowość inwestycyjną i zarządczą w zakresie nieruchomości. Dorota Wysokińska-Kuzdra jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Uniwersytetu w Kolonii i Uniwersytetu w Duisburgu-Essen w Niemczech.

CBRE: za 10 lat liczba pracowników magazynowych może być nawet o połowę niższa

Zdaniem najliczniejszej grupy przedsiębiorców, nawet 20-29% pracowników magazynów może zostać zastąpionych przez technologię w ciągu najbliższych 10 lat. Uważa tak 28% zapytanych w raporcie CBRE i Panattoni Europe „Confidence Index 2018/2019”. Natomiast co dziesiąty przewiduje, że aż 40-49% prac wykonywanych przez ludzi w magazynach przejmą automaty i roboty. Co piąty przedsiębiorca wierzy w przyszłość technologii big data i narzędzi analitycznych, ale tylko 5% dostrzega potencjał Internetu Rzeczy i autonomicznych samochodów dostawczych.

Beata Hryniewska
Beata Hryniewska

– Nie ulega wątpliwości, że nowe technologie odgrywają ogromną rolą w prowadzeniu działalności w ramach łańcucha dostaw, niezależnie, czy dotyczy to branży logistycznej czy wytwórczej i handlowej. Aż 69% respondentów z naszego badania uważa, że wykorzystanie nowych technologii jest kluczowe w uzyskiwaniu przez ich organizację przewagi konkurencyjnej, a 29% uważa je za „w miarę ważne”. 2% nie przypisuje im żadnego znaczenia – to zaskakujące, ale może wynikać z różnorodnego charakteru usług zapytanych firm – mówi Beata Hryniewska, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki CBRE.

Automaty zamiast ludzi

W perspektywie najbliższych 5 lat liczba pracowników magazynowych może zmniejszyć się maksymalnie o 9% – takiego zdania jest aż 4 na 10 przedsiębiorców. Niemal co trzeci uważa, że będzie to 10-19%. Zapytani o okres 10 lat, właściciele firm są bardziej optymistyczni – 28% przewiduje, że będzie zatrudniać o 20-29% mniej, a co siódmy zakłada przedział 30-39%. Co dziesiąty przewiduje, że nawet 40-49% prac wykonywanych przez ludzi w magazynach przejmą automaty i roboty. Wyniki wskazują, że automatyzacja i robotyzacja pracy w magazynach jest dla firm kusząca, potrzebują jednak czasu, aby przygotować się do zmian i je wdrożyć.

Największe modyfikacje w liczbie pracowników magazynowych w ciągu najbliższych 10 lat przewidują produkcja i handel – co piąty taki przedsiębiorca uważa, że ponad połowa jego obecnych zasobów ludzkich zostanie zastąpiona przez technologie, a 13% prognozuje nawet 60-69%. Wśród firm logistycznych automatyzację połowy czynności wykonywanych obecnie przez pracowników prognozuje 8%. Jeśli chodzi o krótszy horyzont czasowy – najbliższe 5 lat, zastąpienie przez automaty i roboty może dotknąć do 9% pracowników magazynowych – twierdzi tak 4 na 10 przedsiębiorców, niezależnie od branży. Kolejnych 3 na 10 uważa, że będzie to 10-19%.

Pomimo tego, że logistyka prawdopodobnie nie będzie w stanie funkcjonować bez czynnika ludzkiego, technologia – jak chociażby automatyzacja magazynów – niesie za sobą fantastyczne możliwości. W ten sposób potencjalnie umożliwia rozwiązania problemu rosnącego niedoboru zasobów ludzkich w branży logistyki kontraktowej, ale także pozwala zwiększyć wartość usług dla naszych klientów, a także skutecznie dostosować się do wymaganych zmian w łańcuchach dostaw napędzanych przez nowe tryby konsumpcji, jak na przykład e-commerce – mówi Yann Belgy, dyrektor zarządzający w firmie ID Logistics.  

Nowe technologie dają przewagę

Przedsiębiorca, który uważa, że technologia nie ma znaczenia dla rozwoju jego firmy to wyjątek – uważa tak jedynie 2%. Zdaniem ekspertów raportu CBRE i Panattoni, nawet tak niewielka liczba dziwi, ale może wynikać po prostu ze specyfiki usług świadczonych przez odpowiadające tak firmy. Większość – niemal 7 na 10 zapytanych – widzi bardzo duży potencjał wykorzystywania technologii w budowaniu przewagi konkurencyjnej organizacji, a kolejne 29% uważa, że są one „w miarę ważne”.

Każda z zapytanych branż – produkcyjna i handlowa oraz logistyczna oczekuje od technologii przede wszystkim zwiększenia wydajności operacji magazynowych – odpowiednio 32% i 29%. Oprócz tego, produkcyjna i handlowa wiąże szczególne nadzieje z rozwojem transparentności operacyjnej i raportowania – wskazało na to 36% zapytanych. Z kolei w logistyce kolejne największe oczekiwane korzyści to wydajniejsza obsługa procesu dystrybucji, skuteczniejsza współpraca z klientami i konkurencją oraz rozwój oferty usług – na jeden z tych elementów wskazał odpowiednio co szósty przedsiębiorca.

„Futurystyczne” technologie w praktyce

Choć dla wielu przedsiębiorców szerokie zastosowanie niektórych technologii w praktyce to wciąż melodia przyszłości, można wyodrębnić konkretne obszary, które ich zdaniem najbardziej wpłyną na kształt łańcucha dostaw. Niezależnie od branży, co czwarty przedsiębiorca wskazał na aktualizację i wymianę istniejących systemów zarządzania, np. flotą, magazynem, transportem. Niewielu mniej widzi nadzieję w automatyzacji i robotyce (23%), a co piąty w obszarze big data, narzędzi analitycznych, rozwiązań blockchain. Co ciekawe, firmy nie dostrzegają potencjału w tak popularnych ostatnio druku 3D oraz wykorzystywaniu dronów – na te kategorie jako znaczące wskazało jedynie 1% zapytanych.

Raport „Confidence Index 2018/2019” do pobrania na stronie https://confidenceindex.industrialgo.pl/.

Metodologia „Confidence Index 2018/2019”

Druga edycja raportu „Confidence Index 2018/2019. Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce” została opracowana przez CBRE i Panattoni Europe przy wsparciu agencji badawczej Analytiqa. Badanie zostało zrealizowane na grupie 53 respondentów, w tym 27 firm logistycznych oraz 26 firm z branży produkcyjnej i handlowej (firmy korzystające z usług logistyków). Wszyscy respondenci reprezentowali stanowiska dyrektorskie lub kierownicze. Badanie zostało przeprowadzone metodą ankietową w 2018 r.

Wydatki na działalność B+R w Polsce wzrosły o zaledwie 4,7 proc. r/r

Aby spełnić rozwojowe cele Unii Europejskiej, Polska musi prawie dwukrotnie zwiększyć wydatki na działalność badawczo-rozwojową, która jest jednym z priorytetów Komisji Europejskiej i polskich władz na najbliższe lata. Z opublikowanych właśnie danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2017 r. nakłady krajowe brutto na badania i rozwój wzrosły rok do roku o 14,7 proc. i stanowią obecnie 1,3 proc. PKB. Eksperci Deloitte zauważają, że słaby wynik może wynikać m.in. z tego, że przedsiębiorcy nie raportują wydatków lub raportują ich zaniżone wartości. Tymczasem firmy mogą korzystać z coraz większej liczby skutecznych narzędzi wsparcia B+R, w tym debiutującego w styczniu IP Box, które nie tylko pomogą przyspieszyć rozwój innowacji w Polsce, ale również przyniosą realne korzyści podmiotom, które zainwestują w działalność badawczo-rozwojową. Przedsiębiorca, który w ciągu roku zainwestuje w B+R 1 mln zł, tylko korzystając z ulgi podatkowej może zyskać 190 tys. zł.

Unijny przemysł jest oceniany jako innowacyjny, ale pozostaje w tyle za światowymi liderami, takimi jak Korea Południowa czy Japonia. W dobie globalizacji i szybkiego tempa zmian technologicznych innowacje są kluczowe dla rozkwitu gospodarki europejskiej i tym samym zapewnienia dobrobytu obywatelom Unii Europejskiej.

Droga do czołówki wciąż daleka

Polska należy do grona tak zwanych umiarkowanych innowatorów. W tegorocznym Europejskim Rankingu Innowacyjności, publikowanym przez Komisję Europejską, z wynikiem 57 punktów jesteśmy na czwartym miejscu od końca, wyprzedzając tyko Rumunię, Bułgarię i Chorwację. Dla porównania Szwecja, która jest liderem tego zestawienia, osiągnęła wynik 149 punktów. – Na uwagę zasługuje fakt, że od 4 lat wynik Polski w rankingu KE poprawia się o punkt lub dwa w porównaniu z rokiem poprzednim. Nasze mocne strony to edukacja, duża liczba osób z wyższym wykształceniem, środowisko społeczne sprzyjające innowatorom i wynalazkom. Nadrabiamy też zaległości dotyczące wsparcia finansowego dla innowatorów – mówi Adam Wacławczyk, Partner w dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte.

Jak wynika z opublikowanych właśnie danych Głównego Urzędu Statystycznego, liczba podmiotów angażujących się w działania B+R rośnie wolno – w ubiegłym roku prowadzenie lub finansowanie tej działalności zadeklarowało 5102 organizacji (4871 w 2016 r.). Nakłady wewnętrzne na badania i rozwój w 2017 r. w sektorze przedsiębiorstw wyniosły 13,3 mld zł, a ich relacja do nakładów krajowych ogółem stanowiła 64,5 proc. (65,7 proc. w ubiegłym roku). Nakłady krajowe brutto na działalność B+R były wyższe o 14,7 proc. rok do roku i wyniosły 20,6 mld zł. Ich relacja do PKB wyniosła z kolei 1,03 proc. (0,97 proc. w 2016 r.). Dla porównania wydatki na B+R to 3,25 proc. PKB Szwecji, pierwszego kraju w rankingu i 1,68 proc. PKB Czech. Sąsiad Polski ma najmocniejszą pozycję w grupie umiarkowanych innowatorów i osiągnął najlepszy wskaźnik innowacji w naszym regionie Europy.

Relacja nakładów wewnętrznych na B+R w sektorze przedsiębiorstw do nakładów krajowych ogółem od dwóch lat utrzymuje się na zbliżonym poziomie, co może oznaczać, że nadal część przedsiębiorców nie ma świadomości, że taką działalność prowadzi. Tymczasem rozwój innowacyjności na poziomie przedsiębiorstwa to nie tylko wypracowanie nowych produktów, ale także ich nowych cech, zmian w procesie produkcji lub sposobie prowadzenia dotychczasowej działalności – mówi Dominika Alicka, Starszy Menedżer w dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte.

Innowacje priorytetem UE

Stymulowanie gospodarki to najważniejszy obecnie cel Unii Europejskiej. Zgodnie ze strategią „Europa 2020”, której jednym z priorytetów jest intensyfikacja działalności badawczo-rozwojowej, Komisja Europejska chce podnieść poziom inwestycji w badania i rozwój do 3 proc. unijnego PKB do 2020 roku. Każde z państw członkowskich posiada cele, które przyczyniają się do realizacji ogólnych zamierzeń UE. Zgodnie z nimi w ciągu dwóch lat Polska powinna osiągnąć lepszy wynik niż Czechy – do 2020 roku nasz kraj musi mieć poziom nakładów na działalność B+R w wysokości co najmniej 1,7 proc. PKB.
Aby zrealizować te założenia, na poziomie Unii Europejskiej powstały programy dofinansowujące działalność B+R – „Horyzont 2020” i „Horyzont Europa”. W ramach pierwszego na dofinansowanie prac badawczych w latach 2014-2020 dostępnych jest niemal 80 mld euro. Z kolei „Horyzont Europa”, który będzie realizowany w latach 2021-2027 przewiduje na działalność naukowo-badawczą 100 mld euro – mówi Dominika Alicka. W kolejnej perspektywie finansowej zwiększeniu mają ulec również środki alokowane na wsparcie B+R w ramach budżetów poszczególnych krajów.

Unijna pomoc to za mało

Polska ma najbardziej efektywny, mieszany system wsparcia działalności badawczo-rozwojowej, łączący bezzwrotne dotacje z ulgami podatkowymi. Dzięki uldze na działalność badawczo-rozwojową przedsiębiorca może ponownie (poza standardowym kosztem) obniżyć podstawę opodatkowania wydatków poniesionych na B+R. Od tego roku wysokość ulgi wynosi 100 proc. dla wszystkich rodzajów przedsiębiorstw i 150 proc. dla centrów badawczo-rozwojowych. Przykładowo przedsiębiorca, który w ciągu roku zainwestuje w badania i rozwój 1 mln zł, zyska niemal 200 tys. zł. Od września natomiast działa nowy system wspierania inwestycji. Decyzję o wsparciu (DoW) można uzyskać niezależnie od miejsca inwestycji, a nie jak to było wcześniej, tylko w przypadku jej usytuowania w granicach odpowiedniej strefy. – W praktyce to oznacza, że Polska zmienia się w jedną wielką strefę ekonomiczną. Nowe zasady programu pomocowego wydłużają też okres wsparcia do nawet 15 lat i obniżają warunki dotyczące kosztów kwalifikowanych inwestycji. W przypadku inwestycji w zakresie nowoczesnych usług dla biznesu albo prac badawczych i rozwojowych o nawet 95 proc. – mówi Marek Sienkiewicz, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte. Ponadto w fazie konsultacji publicznych jest projekt ustawy wprowadzającej ulgi na produkcję kulturowych gier wideo, których koszty kwalifikowane wynoszą co najmniej 100 000 zł. Według projektu wysokość wsparcia finansowego, przy uwzględnieniu wszystkich źródeł pomocy publicznej, nie może przekroczyć połowy kosztów oraz 50 mln euro rocznie wsparcia dla jednego przedsiębiorcy.

Dochód z praw własności intelektualnej na specjalnych zasadach

Od przyszłego roku przedsiębiorcy będą mogli korzystać z tzw. IP Box (Intellectual Property Box). To rozwiązanie stosowane już w innych krajach ma na celu zwiększenie aktywności polskich przedsiębiorców prowadzących działalność B+R w obszarze ochrony wytworzonych wyników tych prac. IP Box pozwala płacić niższy podatek CIT (5 proc. zamiast 19) przedsiębiorstwom osiągającym przychody z komercjalizacji praw własności intelektualnej, powstałej w wyniku działalności badawczo-rozwojowej. Według ekspertów Deloitte przedsiębiorca, który w ciągu roku wygeneruje 1 mln zł dochodu z tytułu zbycia lub udostępnienia wypracowanego patentu lub innego prawa, zyska 140 tys. zł.

Niestety, mechanizm liczenia podstawy opodatkowania w przypadku sprzedaży lub udostępniania zarejestrowanego prawa na rzecz innych podmiotów jest dość skomplikowany. Będzie wymagał od przedsiębiorców prowadzenia dodatkowej ewidencji oraz monitorowania wydatków ponoszonych w poprzednich latach na działalność B+R – mówi Adam Wacławczyk.

Coraz atrakcyjniejsze zachęty mogą poprawić sytuację innowatorów w Polsce. Co istotne, korzystanie z nich wymaga precyzyjnego raportowania wydatków na cele badawczo-rozwojowe. Z jednej strony może to poprawić statystyki Polski w tym zakresie, z drugiej zbyt restrykcyjne podejście organów skarbowych i skomplikowane regulacje prawne mogą do tego zniechęcić. Kluczowe jest, by władze uważnie obserwowały praktyki wdrażania ulg i były gotowe do ewentualnych modyfikacji.

Najstarszy uniwersytecki ośrodek transferu technologii kończy 20 lat

Dwie dekady działalności Uniwersyteckiego Ośrodka Transferu Technologii Uniwersytetu Warszawskiego (UOTT) stały się okazją do dyskusji o wyzwaniach związanych z komercjalizacją nauki oraz o dalszych kierunkach rozwoju uczelni na polu współpracy z biznesem.

27 listopada 2018 r. w gmachu Starej Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego odbyły się uroczyste obchody dwudziestolecia działalności UOTT UW. Jest to najstarsze w Polsce centrum transferu technologii utworzone przy uniwersytecie. Wydarzenie stało się okazją do spotkania władz uczelni, naukowców i dyrektorów UOTT z przedstawicielami biznesu. W szerokim gronie rozmawiano m.in. o wyzwaniach, przed jakimi stoją dziś polskie uniwersytety chcące pogłębiać współpracę z otoczeniem rynkowym i społecznym. Mówiono o tym, jakie warunki może zapewniać dziś zespołom naukowym i studentom uniwersytet, tak aby pobudzać komercjalizację, a jednocześnie, jak doskonalić działanie centrów transferu technologii pod kątem oczekiwań przedsiębiorstw poszukujących nowych rozwiązań i współpracy ze światem naukowym.

„To, co wyróżnia najlepsze uczelnie, to nie tylko prowadzenie przełomowych badań i jakość kształcenia. To także silne oddziaływanie na otoczenie, m.in. poprzez komercjalizację wyników prac badawczych i wspieranie przedsiębiorczości pracowników, doktorantów i studentów. Na UW rozwijamy wiele inicjatyw idących w tym kierunku. Działa Uniwersytecki Ośrodek Transferu Technologii, spółka celowa UWRC, Inkubator. To miejsca, w których każdy może uzyskać pomoc w realizacji swoich planów. Nasze działania w tym zakresie przynoszą rezultaty. W ostatnich latach powstało na uczelni już kilkanaście spółek spin-off, a oferta inkubatora cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem naszej społeczności” – powiedział dr hab. Marcin Pałys, prof. UW, rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

Trudne początki, dobre praktyki i odważne spojrzenie w przyszłość

Wśród uczestników wydarzenia znaleźli się Jacek Kosiec, jeden z inicjatorów powstania UOTT (obecnie dyrektor zarządzający w technologicznej spółce Creotech) oraz prof. Wojciech Dominik, wieloletni dyrektor UOTT. Obaj panowie podkreślali trudne początki formowania się struktur i kompetencji UOTT – ośrodek powstawał w czasie, gdy w Polsce poza pierwszymi dwoma centrami utworzonymi przy politechnikach nie było jeszcze tego typu organizacji. Prof. Wojciech Dominik wspominał, że od początku była to oddolna inicjatywa realizowana przez grupę kilku pracowników naukowych. „Ponieważ nie było w Polsce wzorców, formowałem zasady działania UOTT w oparciu o dobre praktyki centrów działających przy uniwersytetach w Wielkiej Brytanii. Co ciekawe, przez pierwsze lata działalności UOTT utrzymywał się wyłącznie ze środków zewnętrznych pozyskiwanych we własnym zakresie. Mimo to, w pierwszych latach udało nam się wypracować i wdrożyć na Uniwersytecie Warszawskim regulamin prowadzenia pracy naukowej oraz procedury prowadzenia projektów komercjalizacji. Były to podwaliny do upowszechnienia zasad zapewniania ochrony własności intelektualnej powstającej na uniwersytecie” – wspominał prof. Wojciech Dominik.

Dziś UOTT działa w oparciu o dobre praktyki wypracowane przez ostatnie dwie dekady. „Obecnie ośrodek zatrudnia piętnastu pracowników, którzy wspierają naukowców na kilku polach. Po pierwsze, od strony zapewnienia ochrony własności intelektualnej – w ramach biura ds. patentów. Po drugie, naukowcy mają do dyspozycji kilkuosobowy zespół brokerów technologii, którzy w ich imieniu nawiązują współpracę z przedstawicielami biznesu. Przy UOTT działa spółka celowa UW, UWRC, która obejmuje w imieniu uniwersytetu udziały w spółkach typu spin-off i wspiera ich rozwój w pierwszych latach działalności. UWRC opiekuje się również obiecującymi projektami zgłaszanymi przez studentów i pracowników naukowych, które trafiają do fazy preinkubacji. Od półtora roku w ramach UOTT działa Inkubator UW, z którego oferty skorzystało już około trzech tysięcy osób. Inkubator z jednej strony rozwija w uczestnikach kompetencje przedsiębiorcze, a z drugiej domyka pełen proces transferu technologii na pierwszym etapie jej powstawania. Tu bowiem odbywa się kreacja i selekcja setek pomysłów, które po fazie doskonalenia mogą przemienić się w preinkubowany projekt, spin-off lub wynalazek” – mówił dr Robert Dwiliński, obecny dyrektor UOTT.

Nagradzane dokonania: największa w Polsce komercjalizacja, najlepszy spin-off

W trakcie obchodów wyróżnione zostały założone w ubiegłych latach spółki uniwersyteckie (spin-off) oraz naukowcy – twórcy wynalazków o dużym potencjale komercjalizacyjnym. Nagrody główne przyznano w kategoriach najlepszej spółki spin-off oraz najlepiej komercjalizującego zespołu naukowego. Pierwszą z tych nagród odebrał zespół ze spółki Warsaw Genomics, kierowanej przez dr hab. med. Annę Wójcicką i prof. med. Krystiana Jażdżewskiego. Warsaw Genomics specjalizuje się w wykonywaniu w testów genetycznych – spółka czyta geny, by zdiagnozować aktualnie toczące się choroby, określić ryzyko ich wystąpienia w przyszłości, bądź też dobrać najlepszą dla danego pacjenta terapię. Dzięki temu naukowcy budują w Polsce medycynę XXI wieku, w której opieka nad pacjentem prowadzona jest w sposób dostosowany do jego indywidualnych potrzeb.

Nagrodę dla najlepiej komercjalizującego zespołu odebrało trzech naukowców: dr Joanna Kowalska, prof. Jacek Jemielity i prof. dr hab. Edward Darżynkiewicz. Nagrodzony zespół odkrył metodę uzyskania trwałego i efektywnego mRNA, które dziś jest wykorzystywane przez firmy farmaceutyczne do opracowywania innowacyjnych szczepionek przeciwnowotworowych. Odkrycia te okazały się bezkonkurencyjne w skali światowej, co wywołało zainteresowanie globalnych firm farmaceutycznych, a dokonany na tym polu transfer technologii uznaje się za największy w historii nauki polskiej – dotychczas dwie firmy farmaceutyczne kupiły sublicencje na opracowane przez Polaków trwałe i efektywne mRNA za łączną sumę 670 milionów dolarów.

Wśród gości znaleźli się przedstawiciele przedsiębiorstw mających udział w transferze technologii pochodzącej z Uniwersytetu Warszawskiego – Wiktor Janicki, Dyrektor Generalny Roche Polska, jednej z firm farmaceutycznych, która zainwestowała w polski wynalazek, a także Marek Metrycki, prezes zarządu Deloitte w Polsce, firmy, która wspiera rozwój programu Badamy Geny realizowanego przez Warsaw Genomics.

„Już od kilku lat mamy zaszczyt współpracować z Uniwersyteckim Ośrodkiem Transferu Technologii UW czerpiąc kreatywność i inspiracje do tworzenia innowacyjnych, nieszablonowych rozwiązań, które są tak ważne we współczesnej medycynie, równolegle dzieląc się swoim know-how” – mówił Wiktor Janicki, Dyrektor Generalny Roche Polska. „Mam ogromną nadzieję, że zainicjowane przez nas partnerstwa publiczno-prywatne, które wnoszą nową wartość dla rozwoju ochrony zdrowia oraz polskiej gospodarki, wpłyną na postrzeganie potencjału współpracy nauki i biznesu. Wierzymy, że nasze zaangażowanie otworzy innych partnerów na współpracę z ośrodkami akademickimi” – dodał Wiktor Janicki.

„Jednym z przykładów transferu technologii opracowanej na Uniwersytecie Warszawskim do biznesu może być współpraca Deloitte z uniwersytecką spółką spin-off Warsaw Genomics. Warsaw Genomics przy wykorzystaniu nowatorskiej metody prowadzi w ramach programu Badamy Geny testy genetyczne pod kątem określenia ryzyka zachorowania na nowotwory złośliwe jajnika, piersi i prostaty” – wyjaśniał Marek Metrycki, prezes zarządu Deloitte w Polsce. „Zaangażowaliśmy się w program badań przesiewowych Badamy Geny, ponieważ korzyści dla naszych pracowników wynikające z uniknięcia poważnej choroby lub jej szybszego wykrycia są nieporównywalnie większe od jakiegokolwiek innego świadczenia. Poza pomocą dla naszych pracowników zależało nam również na wspieraniu polskich innowacji. Program jest realizowany przez bardzo młodą, niezwykle innowacyjną firmę, mającą unikatową formułę badania i prewencji, pozwalającą pacjentom przeciwdziałać zagrożeniom wynikającym z choroby nowotworowej niezależnie od programów realizowanych przez publiczną służbę zdrowia” – dodał Marek Metrycki.

Co pomaga naukowcom komercjalizować?

Laureaci nagród w panelu dyskusyjnym powiedzieli, jakie czynniki pomogły im w osiągnięciu sukcesu rynkowego. W obu przypadkach była to udana odpowiedź na potrzeby rynkowe – w przypadku Warsaw Genomics jest to potrzeba społeczna, w przypadku zespołu prof. Jacka Jemielitego – zainteresowanie firm farmaceutycznych. Oba zespoły, poza możliwością wykorzystania potencjału badawczego dostępnego w murach uniwersytetu – laboratoriów, finansowania, dostępnej kadr naukowej – doceniły autonomię i wolność badacza, które pozwalały samodzielnie decydować o kierunkach prowadzenia eksperymentów. Z perspektywy spółki spin-off w pierwszych latach działalności kluczowe było uwiarygodnienie wynikające z możliwości posługiwania się marką i prestiżem Uniwersytetu Warszawskiego. Z kolei prof. Jacek Jemielity zaznaczył, że na pewnym etapie komercjalizacji nieocenione okazały się kompetencje negocjacyjne, które zapewnił zagraniczny partner naukowy, uniwersytet ze Stanów Zjednoczonych.

Co w opinii biznesu pozwoli lepiej komercjalizować polskim naukowcom? „Aby relacje biznesu z innowacyjnymi ośrodkami naukowymi były jeszcze lepiej rozwijane w przyszłości, powinniśmy zdecydowanie większą uwagę przykładać do kształcenia u młodych ludzi kompetencji miękkich, między innymi umiejętności przywódczych, prezentacji, komunikacji, promocji, ale również krytycznego spojrzenia i oceny ryzyka przedsięwzięć biznesowych. Posiadanie takich kompetencji ułatwi młodym naukowcom budowanie własnego zaplecza biznesowego i grona ambasadorów na rynku, którzy będą ich wspierać we wstępnej fazie komercjalizacji projektów” – mówił Marek Metrycki z Deloitte.

Jakie wyzwania na polu komercjalizacji stoją przed uniwersytetami

W trakcie uroczystości nagrodzeni naukowcy wspólnie z szefami dużych firm rozmawiali o wyzwaniach na polu komercjalizacji nauki i współpracy z biznesem. Wspólnie zastanawiano się, jakie rozwiązania należy wdrożyć, aby uczelnie mogły pogłębiać współpracę ze swoim otoczeniem i realizować więcej projektów na miarę Warsaw Genomics czy osiągnięć zespołu prof. Jacka Jemielitego. Zidentyfikowano kilka wyzwań, wśród których podkreślono potrzebę:

  • wzmocnienia kompetencji negocjacyjnych uczelni z doświadczonymi graczami rynkowymi,
  • uregulowania kwestii odpowiedzialności za decyzje podejmowane w zakresie komercjalizacji,
  • wdrożenia dobrych praktyk ograniczających ryzyko szpiegostwa technologicznego,
  • udoskonalenia systemu wynagrodzeń brokerów technologii, tak by wykorzystywał on elementy prowizji od skomercjalizowanych projektów,
  • lepszej organizacji procesu komunikacji w całym obszarze opisywania charakteru i znaczenia osiągnięć naukowych oraz promowania ich na zewnątrz uczelni.

Jak wspólnie zgodzili się uczestnicy panelu, UOTT działający na uniwersytecie, który od lat figuruje na szczycie rankingów najlepszych w Polsce uczelni, jest na dobrej drodze, by z odwagą i śmiałością patrzeć w przyszłość.

Koszty uzyskania przychodu dla początkujących właścicieli firm

Przedsiębiorcy rozpoczynający prowadzenie własnej działalności gospodarczej często zadają pytanie, jakie wydatki mogą ujmować w kosztach firmowych. Nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, do czego mają prawo zgodnie z przepisami i na co zwrócić uwagę przy dokonywaniu zakupów.

Definicja kosztu uzyskania przychodu

Beata Kostrzycka
Beata Kostrzycka, ekspert wFirma.pl

Przede wszystkim trzeba mieć na uwadze ogólną definicję kosztu podatkowego, która wynika z art. 22 ust.1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (dalej: updof):

Kosztami uzyskania przychodów są koszty poniesione w celu osiągnięcia przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów, z wyjątkiem kosztów wymienionych w art. 23.

Zatem pierwszą zasadą jest konieczność powiązania poniesionych kosztów z osiąganiem przychodów. Każdy wydatek powinien mieć swoje uzasadnienie. W samej ustawie próżno szukać informacji, co może być kosztem, natomiast znajdziemy katalog wydatków, które nie mogą nim być. Do najpopularniejszych wyjątków należą koszty reprezentacji, podatek dochodowy, odsetki za zwłokę z tytułu nieterminowych wpłat podatków do urzędu skarbowego lub płaconych z opóźnieniem składek ZUS czy też kwoty udzielonych pożyczek.

Prawidłowe udokumentowanie kosztu

Przedsiębiorcy powinni również zadbać o prawidłowe dokumentowanie kosztów. W przypadku prowadzenia ewidencji księgowej w oparciu o księgę przychodów i rozchodów, rozporządzenie w sprawie KPiR wyjaśnia, jakie typy dokumentów mogą być podstawą zapisu w księdze oraz w jaki sposób dokumentować koszty. Są to m.in.:

  1. faktury, faktury VAT RR, rachunki oraz dokumenty celne,
  2. dokumenty określające zmniejszenie kosztów uzyskania przychodów lub zwiększenie przychodów na podstawie art. 22p updof,
  3. inne dowody, wymienione w § 13 i 14 rozporządzenia w sprawie KPiR, oznaczone numerem, stwierdzające fakt dokonania operacji gospodarczej zgodnie z jej rzeczywistym przebiegiem i zawierające takie dane jak wskazanie stron transakcji, datę wystawienia, przedmiot operacji gospodarczej i podpisy.

Do innych dowodów opisanych w pkt c należą między innymi dowody wewnętrzne dokumentujące takie wydatki jak dowody opłat pocztowych i bankowych czy też koszty diet z tytułu podróży służbowych.

Dokumentem najczęściej występującym w obrocie gospodarczym, będącym podstawą do ujęcia wydatku w kosztach, jest faktura. Ustawa o VAT określa natomiast, jakie elementy powinna zawierać i są to m.in.:

  • dane nabywcy i sprzedawcy wraz z NIP-ami,
  • data wystawienia i sprzedaży,
  • numer dokumentu,
  • nazwa towaru lub usługi,
  • miara i ilość (liczbę) dostarczonych towarów lub zakres wykonanych usług,
  • cena jednostkowa,
  • łączna wartość bez podatku i z podatkiem,
  • kwoty VAT z podziałem na stawki VAT.

Zdarza się, że nowi przedsiębiorcy nie mają wyrobionego nawyku dbania o odpowiednie udokumentowanie kosztów. Do częstych przypadku należą np. opłaty za taksówkę, za które otrzymuje się sam paragon. Nie może on być podstawą do zapisu w KPiR. Kierowcę należy poprosić o wystawienie faktury.

Popularne rodzaje wydatków

Częstym pytaniem, szczególnie wśród nowych przedsiębiorców, jest: co można ująć w kosztach firmowych? W jaki sposób obniżyć podatek dochodowy do zapłaty i to zgodnie z prawem? Wszystko oczywiście zależy od rodzaju prowadzonej działalności i faktycznych potrzeb przedsiębiorców. Natomiast do bardzo popularnych kosztów firmowych należą:

Rozliczenie kosztów związanych ze środkami lokomocji

Pojazdy są jednym z najczęściej pojawiających się wydatków w firmie, a wśród nich wyróżnić można samochody osobowe. Mogą one występować w firmie w różny sposób i tu należy mieć na uwadze, że od 2019 roku następują zmiany w przepisach w zakresie księgowania kosztów z nimi związanych. Ich rozliczenie różni się w zależności od formy używania pojazdu.

Rozliczenie kosztów związanych z samochodami osobowymi w rozróżnieniu na przepisy obowiązujące do końca 2018 roku i od początku 2019 roku

Forma używana pojazdu Ujęcie w kosztach do końca 2018 roku Ujęcie w kosztach od 2019 roku
prywatny przedsiębiorcy używany w firmie – wydatki eksploatacyjne do limitu kilometrówki – wydatki eksploatacyjne w wysokości 20% kwoty z faktury (w tym niepodlegająca odliczeniu część kwoty VAT)
środek trwały – wydatki eksploatacyjne bez limitu

– odpisy amortyzacyjne do limitu 20 000 euro

– wydatki eksploatacyjne w wysokości 75% kwoty z faktury (auto z możliwością użytku prywatnego) lub 100% (auto używane jedynie w działalności, co zostanie potwierdzone szczegółową kilometrówką jak dla VAT)

– odpisy amortyzacyjne do limitu 150 000 zł

leasing operacyjny – wydatki eksploatacyjne bez limitu

– opłaty leasingowe bez limitu

 

*Do umów zawartych do końca 2018 roku będą w dalszym ciągu obowiązywać powyższe zapisy, do momentu zmiany lub odnowienia umowy.

– wydatki eksploatacyjne w wysokości 75% z faktury (auto z możliwością użytku prywatnego) lub 100% (auto używane jedynie w działalności, co zostanie potwierdzone szczegółową kilometrówką jak dla VAT)

 

– opłaty leasingowe do limitu 150 000 zł

najem krótkoterminowy – wydatki eksploatacyjne do limitu kilometrówki

– opłaty za wynajem bez limitu

– wydatki eksploatacyjne w wysokości 75% z faktury (auto z możliwością użytku prywatnego) lub 100% (auto używane jedynie w działalności, co zostanie potwierdzone szczegółową kilometrówką jak dla VAT)

 

– opłaty za najem przy umowie do 6 miesięcy do limitu 150 000 zł

Źródło: opracowanie własne

Należy pamiętać, że w kosztach można ująć również wykorzystywane w codziennej pracy inne środki lokomocji. Popularne są także motocykle, rowery i coraz częściej – hulajnogi elektryczne. Nic nie stoi na przeszkodzie, by w firmie znajdował się samochód oraz rower – używane zamiennie w zależności od okoliczności.

Sprzęt komputerowy, tablet, telefon w firmie

Bardzo częstym wydatkiem niezbędnym w działalności jest komputer lub tablet oraz smartfon. Ich cena najczęściej nie przekracza 10 000 PLN i tym samym sprzęty te będą stanowić jednorazowo księgowany koszt. Telefon jest obecnie niezbędny w każdym rodzaju działalności. Natomiast sprzęty komputerowe są potrzebne nawet w takich zawodach jak tynkarz czy murarz – wystarczy udowodnić potrzebę posiadania komputera, np. do reklamowania swoich usług w Internecie, wysyłania klientom ofert i wycen usług, zamawiania materiałów czy do wystawiania faktur bądź prowadzenia własnej księgowości online.

Majątek prywatny na cele firmowe

Przedsiębiorca ma prawo do ujęcia w kosztach majątku prywatnego przeznaczonego na cele firmowe. Konieczne jest sporządzenie odpowiedniego oświadczenia o przekazaniu sprzętu czy pojazdu do firmy oraz ujęcie go w ewidencji środków trwałych. Sprzęt prywatny nie może być kosztem bezpośrednio, ale poprzez dokonany odpis amortyzacyjny. Dobrze mieć na uwadze, że w przypadku wartości do 10 000 PLN możliwe jest zastosowanie jednorazowej amortyzacji w miesiącu przyjęcia środka trwałego do używania w firmie.

Warto tutaj zaznaczyć, że w przypadku przekazania na cele firmowe telefonu, który związany jest z prywatną umową abonamentową, do kosztów można ująć wydatki związane z rozmowami telefonicznymi przeprowadzonymi w celach firmowych. Takiego podziału dokonuje się na podstawie billingu. Natomiast sama opłata za abonament uznawana jest za wydatek o charakterze prywatnym (musi zostać poniesiona niezależnie od tego, czy telefon używany jest w rozmowach prywatnych, czy firmowych) i tym samym nie może stanowić kosztu podatkowego.

Księgowanie towarów handlowych

Kupowane do dalszej odsprzedaży towary są jednym z wydatków, których nie można pominąć w księgowaniu. Jest to istotne, aby prowadzona księga przychodów i rozchodów nie została uznana za nierzetelną. Zdarza się, że dostawa z towarami dociera do firmy wcześniej niż faktura VAT. W takim wypadku rozporządzenie w sprawie KPiR przewiduje, by sporządzić szczegółowy opis otrzymanego materiału lub towaru, zamieszczając na nim:

  • imię, nazwisko (firmę) i adres dostawcy,
  • ilość i rodzaj materiału lub towaru,
  • cenę jednostkową i łączną wartość,
  • datę zakupu,
  • podpis osoby przyjmującej towar.

Powyższy opis jest podstawą do księgowania w KPiR i musi zostać połączony z nadesłaną następnie fakturą. Ewentualną różnica w stosunku do wartości podanej w fakturze księguje się w dniu otrzymania faktury.

Jak rozliczyć składki społeczne?

Składki społeczne opłacane za przedsiębiorcę mogą być rozliczane w dwojaki sposób:

  • jako odliczenie od dochodu w zaliczce na podatek dochodowy,
  • bezpośrednio jako koszt w KPiR.

Drugie z rozwiązań może być korzystne w przypadku poniesienia straty z działalności. Opłacone składki społeczne powiększą wysokość straty, którą z kolei można odliczyć w 5 kolejnych latach. Natomiast gdyby przy stracie pozostawić składki ZUS jako odliczenie od dochodu, to ponieważ on nie występuje, same składki przepadłyby.

Prowadzenie biura firmy w domu

W przypadku prowadzenia działalności we własnym mieszkaniu czy domu, przy wydzieleniu części lokalu na prowadzenie działalności (np. jednego pokoju), możliwe jest ujęcie w kosztach części opłat eksploatacyjnych (np. ogrzewanie, prąd) oraz czynszu. W tym wypadku wylicza się proporcję metrażu pomieszczenia przeznaczonego na działalność do całości lokalu i według tego klucza wyznacza, jaka część wydatków może zostać ujęta w kosztach firmowych. Przeznaczenie pomieszczenia na działalność należy zgłosić do swojego urzędu gminy i trzeba mieć na uwadze możliwe zwiększenie opłat z tytułu podatku od nieruchomości.

Powyższe przykłady są tylko częścią wydatków, jakie mogą stanowić koszty firmowe. Przedsiębiorcy przy ponoszeniu wydatków za każdym razem powinni kierować się racjonalnością, umieć uzasadnić poniesiony koszt oraz zadbać o jego poprawne udokumentowanie.

Ważny wyrok TSUE dot. odszkodowania z polisy OC

  • Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) uznał, że odszkodowanie z obowiązkowego ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych może zostać wypłacone poszkodowanemu także wtedy, gdy pasażer stojącego pojazdu otwierając drzwi uszkodzi inne auto.
  • Wyrok TSUE jest wskazówką dla działających w Polsce ubezpieczycieli i sądów, które podejmują decyzję o odszkodowaniach za szkody komunikacyjne.
  • W ramach polisy OC ubezpieczyciel przejmuje na siebie odpowiedzialność za wypłatę odszkodowania po wypadkach i kolizjach – w jakich dokładnie sytuacjach działa ochrona?

Opublikowany 15 listopada 2018 r. wyrok TSUE[*] jest odpowiedzią na zapytanie łotewskiego Sądu Najwyższego. Dotyczyło ono następującego dylematu: czy ubezpieczyciel powinien przejąć na siebie odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną nie przez posiadacza czy kierującego samochodem, ale przez pasażera, który wysiadając uderzył drzwiami w stojące obok auto. Zdaniem TSUE tak właśnie powinno się stać, ponieważ wspomniane działanie pasażera należy zaliczyć do czynności związanych z prawidłowym wykorzystaniem samochodu jako środka transportu. W związku z tym drugorzędne znaczenie ma to, czy pojazd był zatrzymany, miał włączony silnik czy drzwi otworzyła inna osoba niż kierujący nim lub jego posiadacz.

Wyrok TSUE jest ważny, ponieważ nie pozostawia wątpliwości, w jaki sposób w świetle prawa na szczeblu europejskim należy interpretować tego rodzaju zdarzenia. Stanowi zatem istotną wskazówkę zarówno dla ubezpieczycieli, jak i dla sądów, które niekiedy także są angażowane w rozstrzyganie sporów o przyznanie odszkodowania i jego wysokość. Nie oznacza to jednak, że do tej pory szkody wyrządzane przez pasażerów były automatycznie wykluczane jako podstawa do wypłaty pieniędzy poszkodowanemu. Każda sprawa jest zawsze rozpatrywana indywidualnie, bo przyczyny szkód są bardzo różne, składa się na nie wiele czynników – mówi Damian Andruszkiewicz, Dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Komunikacyjnych w Compensa TU S.A. Vienna Insurance Group.

W Polsce funkcjonowanie ubezpieczeń OC oparte jest o przepisy ustawy z dnia 22 maja 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Poniżej kilka najważniejszych reguł.

Kilka podstawowych zasad działania OC

Zgodnie z zapisami polskiej ustawy odszkodowanie przysługuje wtedy, gdy w następstwie zdarzenia spowodowanego przez posiadacza lub kierującego autem, osoba lub osoby trzecie poniosły śmierć, doszło do uszkodzenia ich ciała, a także utraty, zniszczenia lub uszkodzenia mienia. W krajowym prawie jest wprost wskazane, że szkodą związaną z ruchem pojazdu są także zdarzenia powstałe przy wsiadaniu do pojazdu i wysiadaniu z niego, w związku z załadowywaniem i rozładowywaniem go, a także podczas zatrzymania, postoju lub garażowania pojazdu.

Warto zwrócić uwagę, że wśród szkód kwalifikujących się do wypłaty odszkodowania nie ma w ustawie wymienionych  zdarzeń spowodowanych przez pasażerów. Często jednak ich zachowanie trudno  traktować jako czynność nie mającą związku z jazdą samochodem i na to zwrócił uwagę TSUE – dodaje Damian Andruszkiewicz z towarzystwa ubezpieczeń Compensa.

Szkody, których polisa OC nie obejmuje

Co ważne, zgodnie z ustawą za niektóre zdarzenia zakłady ubezpieczeń nie odpowiadają. Przede wszystkim są to szkody, które kierujący pojazdem wyrządzi jego posiadaczowi – aby chronić się przed tego rodzaju sytuacją, właściciel może wykupić dobrowolną polisę autocasco (AC).

Ubezpieczeniem nie są też objęte szkody:

  • polegające na zanieczyszczeniu lub skażeniu środowiska (np. powstałe po wypadku z cysterną),
  • polegające na utracie gotówki, biżuterii, papierów wartościowych, wszelkiego rodzaju dokumentów oraz zbiorów filatelistycznych, numizmatycznych itp.,
  • wynikłe w przewożonych za opłatą ładunkach, przesyłkach czy bagażach.

Warto także zauważyć, że w niektórych przypadkach zakład ubezpieczeń wypłaca odszkodowanie z ubezpieczenia OC, ale następnie występuje do sprawcy wypadku o refundację kwoty, która została wypłacona poszkodowanemu. Tak będzie, gdy kierujący wyrządził szkodę umyślnie lub był pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających czy psychotropowych. Podobnie będzie wtedy, gdy wszedł w posiadanie pojazdu nielegalnie lub zbiegł z miejsca zdarzenia lub nie posiadał uprawnień do kierowania samochodem. Od ostatniej reguły jest wyjątek – użytkowanie samochodu w celu ratowania życia lub mienia, a także pościg za osobą, który został podjęty tuż po popełnieniu przez nią przestępstwa.

Źródło: Compensa TU S.A. Vienna Insurance Group

[*] Pełny wyrok TSUE dostępny jest na tej stronie: http://curia.europa.eu/juris/document/document.jsf?text=&docid=207786&pageIndex=0&doclang=pl&mode=req&dir=&occ=first&part=1&cid=4693107.

Krytyka Fed przez Trumpa może odbić się na kursie dolara i rynku akcji

Prezydent USA Trump wykorzystał najnowszy wywiad dla Washington Post do ponowienia ataku na Fed i krytykę restrykcyjnej polityki. Stanowisko prezydenta USA nie jest nowe, stąd nie stanowi zaskoczenia dla rynków, również dlatego, że niezależność Fed traktowana jest jako pewnik. Jednakże sam fakt, że Trump nie rezygnuje ze swojej tyrady, może w końcu odbić się echem po wycenie USD i akcji.

Prezydent Trump nie jest zadowolony z tego, jak prowadzona jest polityka Fed przez prezesa Powella, którego sam mianował i teraz tego żałuje. Ważniejsze wydaje się chyba jednak uzasadnienie jego opinii. Otóż Trump „ma przeczucie”, które czasami mówi mu więcej niż „umysły” innych. Trudno z tym polemizować i lepiej skupić się na formie krytyki Fed i Powella. Tym razem nie mamy do czynienia z frywolną wypowiedzią podczas kolacji dobroczynnej, ale z autoryzowanym wywiadem do krajowej gazety. Słowa są przemyślane i pokazują, jak świadome jest niezadowolenie Trumpa z podwyżek stóp procentowych. W przyszłości prawdopodobnie będziemy słyszeć więcej słów krytyki, które mogą być źródłem turbulencji rynków lub podsycać nerwowość w chwilach pogorszenia sentymentu. Z drugiej strony Trump nie ma władzy do zmiany polityki Fed i odwołania Powella (potrzebna decyzja Kongresu). Ponadto Fed pielęgnuje swoją niezależność, a w decyzjach kultywuje sumienną kalkulację czynników ekonomicznych. Ani ja, ani chyba nikt inny na rynku nie wyobraża sobie, aby Fed był pod presją Trumpa. Jest to ważne w kontekście dzisiejszego wystąpienia prezesa Powella. Powell pozostanie niewzruszony krytyką i powtórzy nastawienie Fed do powolnego tempa podwyżek stóp procentowych. Jego wypowiedź nie powinna wiele odbiegać od wczorajszych słów wiceprezesa Claridy, zdaniem którego tempo podwyżek pozostaje uzależnione do napływających danych, a monitorowanie sytuacji gospodarczej stało się coraz istotniejsze, kiedy Fed zbliża się do neutralnego poziomu stopy procentowej. Grudniowa podwyżka jest przesądzona, a rynek może spekulować czy i kiedy Fed zdecyduje się na pauzę w planie podwyżek co kwartał. Na tą kwestię USD pozostanie najbardziej wrażliwy.

Optymizm związany z oczekiwaniem na spotkanie Trump/Xi w Argentynie na szczycie G20 przygasł, choć nie pozwolono my całkowicie wystygnąć. Poniedziałkowe słowa Trumpa, że wstrzymanie decyzji o podwyżce ceł na chińskie towary jest „wysoce nieprawdopodobne” zostały wczoraj nieco złagodzone przez doradcę ekonomicznego Białego Domu Kudlowa, który porozumienie uznaje za „możliwe”. Możliwe na ile: 10 proc czy 80 proc.? Inwestorzy giełdowi w Azji mają przeczucie, że może to być więcej (wzrosty w Szanghaju i Tokio), ale rynek walut G10 jest bardziej powściągliwy. EUR dodatkowo czuje presję po wczorajszych prasowych spekulacjach, że Waszyngton szykuje cła na import samochodów z Europy. Rynek jeszcze nie wypracował silnego podparcia po ostatnich zawirowaniach i rozgrzebanie konfliktów handlowych nie pomoże nikomu poza USD, który będzie traktowany jako bezpieczna przystań.

Na rynku złotego jest bardzo spokojnie – EUR/PLN dryfuje pod 4,30, a osuwanie się EUR/USD jest problemem dla importerów dolarowych, gdyż USD/PLN wraca ponad 3,80. Ogólnie jednak widać, że złoty jest niewrażliwy na informacje z „wielkiego świata”. Ani na kwestie wojen handlowych, ani na konflikt rosyjsko-ukraiński. Oczekujemy, że tak na razie pozostanie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

FPP i CALPE: Porozumienie KAS ze stroną społeczną to dobry sygnał dla podatników

Szef Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) podpisał porozumienie ze stroną społeczną, którego kierunkowym założeniem jest podjęcie wspólnych działań zmierzających do poprawy warunków pracy oraz wzrostu wynagrodzeń pracowników KAS. Naprawa KAS nie obejdzie się jednak bez realizacji rzeczywistej kontroli nad wykonywanymi zadaniami przez pracowników organów skarbowych.

21 listopada 2018 roku zostało podpisane porozumienie pomiędzy Szefem Krajowej Administracji Skarbowej a stroną społeczną, którego kierunkowym założeniem jest podjęcie wspólnych działań zmierzających do poprawy warunków pracy członków korpusu służby cywilnej, funkcjonariuszy Służby Celno-Skarbowej i pracowników nieobjętych mnożnikowymi systemami wynagrodzeń zatrudnionych w KAS.

Porozumienie przewiduje m. in. powołanie zespołu do opracowania programu modernizacji KAS oraz podwyżki wynagrodzeń i uposażeń dla pracowników oraz funkcjonariuszy KAS od 1 stycznia 2019 r. w miesięcznej wysokości 655 zł brutto dla każdego. Kwoty podwyżek mają zostać wypłacone najpóźniej do końca III kwartału 2019 r., z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 roku.

Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich

„W ocenie przedsiębiorców działania kierownictwa Krajowej Administracji Skarbowej należy ocenić pozytywnie. Przypominamy jednak, że podwyżki wynagrodzeń powinny być jednocześnie powiązane z kompetencjami pracowników administracji. Odpowiednie premiowanie pracowników zaangażowanych i kompetentnych pozwoliłoby również na przyciągnięcie do pracy w administracji osób wysoko wykwalifikowanych. Sumarycznie działania kierownictwa KAS są niezbędne. Szybka reakcja i podpisanie porozumienia z organizacjami związkowymi pozwoliło zapobiec paraliżowi administracji skarbowej. Kierownictwo KAS powinno także zwrócić szczególną uwagę na zapewnienie realnego nadzoru nad wykonywanymi zadaniami przez pracowników organów skarbowych, co pozwoliłoby jednocześnie poprawić funkcjonowanie administracji w obszarze obsługi podatników” – mówi Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Komputronik podsumował sprzedaż w Black Friday 2018

Jak podaje KPMG niemal połowa Polaków wstrzymuje się z zakupami czekając na wyprzedaże i obniżki cenowe. Co więcej, 47% ankietowanych najchętniej skorzystałoby z promocji właśnie na Black Friday. Dane zebrane przez Komputronik z tegorocznej edycji Czarnego Piątku potwierdzają te statystyki. W piątek 23 listopada sklep internetowy marki odwiedziła rekordowa liczba osób i o ponad 20% większa niż tego samego dnia w roku ubiegłym!

Zakupowe szaleństwo pod koniec listopada jest coraz bardziej znanym zwyczajem wśród Polaków. Szczególnie ze względu na fakt zbliżających się świąt i możliwości nabycia prezentów dla najbliższych w niskich cenach. Tak też w piątek 23 listopada było w Komputronik – rabaty przekraczające 80% oraz dedykowane promocje w kanałach online, przyczyniły się do sukcesu marki oraz rekordowych statystyk. Tylko w Czarny Piątek sprzedano 50% więcej produktów niż miało to miejsce tego samego dnia rok temu. – Do akcji Black Friday przygotowywaliśmy się od kilku miesięcy. W teamie projektowym pracowało kilkadziesiąt osób z różnych działów. Był to zarówno marketing, zakupy, sprzedaż, e-commerce, jak i IT oraz wiele innych – mówi Karolina Pietz-Drapińska, Dyrektor Marketingu w Komputronik S.A. – Dzięki wielkiemu zaangażowaniu oraz współpracy między działami odnieśliśmy wielki sukces i odnotowaliśmy imponujące statystyki – w piątek liczba paczek, która wyjechała z naszego magazynu wzrosła o 138% w stosunku do średniego wyniku w tym miesiącu. Jeśli chodzi o palety to wzrost kształtował się na poziomie 87%. Jest to doskonały wynik całej marki, jak i każdego z nas z osoba, bo każdy dołożył cegiełkę do tego wyniku. Rekordy pobiliśmy w każdym z obszarów: od wejść na stronę, poprzez liczbę połączeń z naszą infolinią aż po sumę obsłużonych zamówień.  Jesteśmy rekordowo zmęczeni, ale bardzo usatysfakcjonowani – dodaje Pietz-Drapińska.

Raport KMPG dowodzi, że zakupy przez internet są najwygodniejsze. Tę formę wybrały prawie 2/3 ankietowanych w badaniu. Liczby te mają odzwierciedlenie także w danych zebranych przez Komputronik. Ruch w sklepie internetowym marki wzrósł tego dnia aż o 150%, a internauta spędził tam o 33% więcej czasu niż średnio to robi w inny listopadowy dzień. W dodatku liczba przeglądanych stron przez użytkownika wzrosła o 25% w stosunku do przeciętnego dnia w tym miesiącu. Na www.komputronik.pl klienci najczęściej tego dnia dodawali do koszyka pozycje z kategorii: małe AGD, laptopy, smartfony i komputery PC. Są to właśnie grupy, z których na ogół wybieramy świąteczne podarunki. Poza wynikami online, Komputronik zanotował też tego dnia znaczący wzrost sprzedaży w salonach stacjonarnych.

Black Friday oraz Cyber Monday nie zamyka sezonu obniżek w Komputronik, a wręcz dopiero ją rozpoczyna. Marka szykuje się także do wielkiej świątecznej wyprzedaży, do której przygotowany będzie specjalny landing page. – Rozbudziliśmy apetyty klientów, więc nie zawiedziemy  w najbliższym czasie. Atrakcyjne ceny kupujący spotka u nas także po świętach, podczas wielkiej wyprzedaży, do której już trwają intensywne przygotowania – podkreśla Karolina Pietz-Drapińska, Dyrektor Marketingu w Komputronik S.A.

Rekordowe wyniki osiągnięte przez markę Komputronik to zasługa zarówno atrakcyjnej cenowo i dobrze dobranej oferty dla klientów, ale także rosnącej popularność Black Friday wśród Polaków. Oba czynniki wpłynęły wzrosty procentowe w wielu aspektach sprzedażowych, co marka traktuje jako wielki sukces na zakończenie 2018 roku.

Azimo – nowy fintech na polskim rynku przekazów pieniężnych

Azimo, fintech działający w ponad 27 krajach, oferujący usługi związane z transferem pieniędzy, wchodzi do Polski. Celuje w polski rynek wart 6 mld USD.

Azimo jest spółką portfelową Funduszu MCI.TechVentures.

Azimo, platforma do przelewów pieniężnych online, uruchamia w Polsce usługę dla klientów, którzy chcą wysyłać pieniądze za granicę. Ten ruch ma na celu wejście na wart 6 miliardów dolarów polski rynek przekazów pieniężnych, który od 2013 roku urósł czterokrotnie.

Nowa usługa pozwoli klientom w Polsce korzystać z tego samego produktu, który Azimo oferuje w 27 innych krajach europejskich. Klienci będą mogli wysyłać pieniądze do 190 krajów i terytoriów na całym świecie, korzystając z takich metod dostawy, jak przelew bankowy, odbiór gotówki czy doładowanie telefonów komórkowych.

Polacy mieszkający za granicą wysyłają do ojczyzny równowartość ok. 7 miliardów dolarów rocznie, nic więc dziwnego, że polscy emigranci od dawna są atrakcyjną grupą docelową dla firm zajmujących się przekazami pieniężnymi. Jednak w ostatnich latach niedobór pracowników, spowodowany szybkim wzrostem gospodarczym i emigracją 2 mln Polaków, uczynił z tego kraju czołowy cel wyjazdów dla pracowników z sąsiednich państw, takich jak Ukraina. W 2017 r. wydano Ukraińcom ok. 1,7 mln pozwoleń na pracę w Polsce.

Azimo jest jedną z pierwszych międzynarodowych firm, które dostrzegają potencjał Polski jako rynku dla wychodzących przekazów pieniężnych. Michael Kent, CEO Azimo, stwierdził: „Polska jest w naszym DNA. Mamy siedzibę w Krakowie i ludzi na terenie całego kraju. Stereotyp Polaków emigrujących w poszukiwaniu lepszego życia gdzie indziej jest szybko zastępowany przez emigrantów przybywających tłumnie do Polski, by tutaj mieszkać i pracować.”

Azimo ma nadzieję, że zapewniane przez platformę bezpieczne szyfrowanie danych przyciągnie klientów, którzy nadal decydują się na transport pieniędzy podczas podróży do domu z powodu braku zaufania do instytucji finansowych. Obecnie, nawet do 95% pieniędzy przesyłanych na Ukrainę może być dostarczanych fizycznie w gotówce.

„Wysyłanie pieniędzy za pomocą odpowiednio zabezpieczonej, zaszyfrowanej usługi, takiej jak Azimo, jest znacznie bezpieczniejszą opcją niż transport gotówki do domu samolotem lub autokarem. Pracujemy w branży, gdzie bardzo ważnym czynnikiem jest zaufanie i musimy dotrzeć z tym komunikatem do potencjalnych klientów.” – mówi Kent.

„Azimo już teraz jest jednym z największych dostawców europejskich przekazów pieniężnych w Polsce”, powiedział Dan Martins, Chief Product Officer w Azimo. „Kiedy przeprowadzamy wywiady konsumenckie z naszymi polskimi klientami, rzeczą, o którą najczęściej proszą jest zawsze dodanie Polski jako kraju, z którego można wysyłać pieniądze. Cieszymy się z udostępnienia wszystkich funkcji naszej wielokrotnie nagradzanej strony internetowej i aplikacji mobilnej tak wielu osobom, które już znają naszą markę.”

Azimo powstało w 2012 roku. Spółka jest wspierana przez kilka renomowanych funduszy inwestycyjnych; obok polskiego MCI, także przez azjatyckiego giganta Rakuten, Sillicon Valley Bank, e.ventures, Frog Capital, TA Ventures oraz GR Capital.

Arkusz informacyjny

Wszystkie dane finansowe pochodzą ze strony Banku Światowego (https://databank.worldbank.org). Azimo zostało założone w 2012 roku i ma swoją siedzibę w Krakowie i w Londynie. W 2018 roku Azimo zostało umieszczone na liście Sunday Times Hiscox Tech Track 100 na pozycji numer 34.

SARE podsumowuje wyniki Grupy po III kwartale 2018 roku

Grupa SARE, działająca w branży komunikacji i marketingu w Internecie, w trzech kwartałach 2018 roku wypracowała skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 34 012 tys. zł, co oznacza wzrost w stosunku do analogicznego okresu roku 2017 o 2,7 proc. EBITDA wyniosła 4 007 tys. zł, natomiast zysk netto wyniósł 1 199 tys. zł. Obecnie Grupa koncentruje się na dalszym rozwoju oferowanych narzędzi, procesach akwizycyjnych oraz efektywnym wykorzystaniu wzmożonego sezonu w branży e-commerce.

Grupa SARE konsekwentnie realizuje strategię na lata 2017-2019 powiększając osiągane przychody ze sprzedaży. Do tej pory udało się rozszerzyć i przeorganizować ofertę produktową i sposób obsługi klienta, dostosowując go do czterech głównych modeli biznesowych. Grupa rozwija swoją działalność w obszarze e-commerce, co jest możliwe m.in. dzięki akwizycji i integracji systemu Sales Intelligence.

Dariusz Piekarski, prezes zarządu SARE SA
Dariusz Piekarski, prezes zarządu SARE SA

– „Przed nami gorący okres dla branży marketingu i e-commerce. Jak każdego roku, w IV kwartale spodziewamy się wyraźnego zwiększenia nakładów na kampanie marketingowe. Jesteśmy dobrze przygotowani na intensyfikację działań w tym okresie, co już w tej chwili ma miejsce. Dzięki przejęciu i integracji Sales Intelligence mamy jeszcze szerszą ofertę dla handlu i większą ekspozycję na rosnący rynek e-commerce. Posiadanie danych o 7,4 milionach intencji zakupowych miesięcznie daje nam unikatową pozycję na rynku. Mimo, że cały segment e-mail marketingu w ostatnim czasie odnotował duże spadki, nasze przychody wciąż pokazują tendencję wzrostową.– komentuje Dariusz Piekarski, prezes zarządu SARE.

Grupa SARE, w trzech kwartałach 2018 roku odnotowała wzrost skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży o 2,7 proc. względem analogicznego okresu roku 2017 osiągając kwotę 34 012 tys. zł, natomiast zysk netto wyniósł 1 199 tys. zł i był niższy niż rok temu o 42,7 proc. EBITDA utrzymała się na poziomie 4 007 tys. zł, co oznacza spadek względem trzech kwartałów 2017 roku o 4,4 proc.

„Wypracowane w przeciągu trzech kwartałów 2018 roku wyniki pokazują, że konsekwentnie budujemy pozycję rynkową Grupy SARE i zwiększamy generowane przychody. Duży wpływ na osiągnięte wyniki miał sezon wakacyjny, który w tym roku charakteryzował się większą sezonowością i ograniczeniem nakładów na kampanie marketingowe niż w poprzednich latach. Było to związane przede wszystkim z wejściem w życie RODO i wstrzymaniem niektórych działań marketingowych naszych klientów. Już teraz widzimy jednak, że te budżety zostały przesunięte na wrzesień i październik, co powinno pozytywnie wpłynąć na wyniki IV kwartału.” –  mówi Tomasz Kuciel, członek zarządu SARE.

Niższy wynik EBITDA i zysk netto osiągnięty w okresie trzech kwartałów, względem analogicznego okresu w 2017 roku, wynika przede wszystkim ze zmian na rynku marketingu internetowego a także wzrostu kosztów wynagrodzeń i ubezpieczeń społecznych oraz wzrostu amortyzacji, w związku z zakończeniem prac rozwojowych. Implementacja  rozporządzenia RODO sprawiła, że klienci ostrożniej podchodzą do realizacji kampanii i wstrzymują część swoich działań.

 – „Ostatnie miesiące były trudnym okresem dla branży e-mail marketingu. Wprowadzenie RODO zobligowało nas do dostosowania autorskiej technologii do wymogów rozporządzenia. Zmiany te obejmowały m. in. animizowanie danych, przygotowanie rejestru zmian przetwarzanych danych osobowych czy zmiany w backupach zgodne z zapisami rozporządzenia, przez co ponieśliśmy dodatkowe koszty.” – dodaje Dariusz Piekarski.

W 2018 roku Grupa intensywnie rozwija nowe projekty, dające większą ekspozycję na rynek e-commerce oraz projekty skierowane bezpośrednio do konsumentów (m.in. Zrabatowani.pl oraz RynekFinansowy.info).

W polskich aptekach brakuje ponad 300 leków. Od 2019 roku pacjenci mogą mieć utrudniony dostęp do kilkuset kolejnych

W polskich aptekach brakuje ponad 300 leków. Od 2019 roku pacjenci mogą mieć utrudniony dostęp do kilkuset kolejnych 8

Obecnie na aptecznych półkach brakuje już ponad 300  leków. Wynika to przede wszystkim z ich nasilonego nielegalnego eksportu – należą bowiem do najtańszych w Europie. Leki o ograniczonej obecnie dostępności stosowane są w chorobach przewlekłych, np. nadciśnieniu, cukrzycy i schorzeniach kardiologicznych. Od 1 stycznia w aptekach może zabraknąć nawet 700 kolejnych. Taki może być niezamierzony efekt toczących się obecnie negocjacji między Ministerstwem Zdrowia a firmami farmaceutycznymi ws. dalszego obniżania cen.

Na początku listopada Ministerstwo Zdrowia opublikowało zaktualizowaną listę leków zagrożonych brakiem dostępności. Znajduje się na niej 311 pozycji, a więc o 45 więcej niż na liście z 15 września tego roku. Wśród wymienionych produktów brakuje przede wszystkim leków niezbędnych w chorobach przewlekłych, m.in. przeciwzakrzepowych, kardiologicznych, na nadciśnienie oraz cukrzycę. Wiele z nich to leki ratujące życie. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest ich nielegalny wywóz za granicę, wynikający z ich niskiej ceny na rynku polskim. Leki w Polsce są bowiem dużo tańsze niż ich odpowiedniki za granicą. Nielegalny proceder nasilił się po wprowadzeniu ustawy refundacyjnej w 2011 roku.

Negocjacje cen dotychczas refundowanych leków dawały szansę na finansowanie dla kolejnych, innowacyjnych terapii, dlatego ocenialiśmy je zwykle bardzo pozytywnie. Dzięki poprzednim negocjacjom wiele innowacyjnych leków udało się zrefundować dla różnych grup pacjentów. Zatem środki zwiększały skromny nadal budżet na leki. Natomiast fakt jest taki, że są to czwarte negocjacje cen leków z listy aptecznej. Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że wiele produktów ma już najniższą cenę w Europie, to może się pojawić problem z realizacją dalszych obniżek i uzyskaniem podobnych korzyści jak w przeszłości – mówi Beata Ambroziewicz, prezes zarządu Polskiej Unii Organizacji Pacjentów „Obywatele dla Zdrowia”.

W efekcie hurtownikom bardziej opłaca się sprzedawać leki za granicę, aptekom natomiast odsprzedawać je hurtownikom. Kolejne rządy od kilku lat próbują walczyć z nielegalnym eksportem, wprowadzając nowe regulacje prawne. W czerwcu tego roku wdrożono ustawę zmieniającą zasady monitorowania przewozu produktów leczniczych i wyrobów medycznych zagrożonych brakiem dostępności w Polsce. Złamanie nowych przepisów karane jest od tego czasu grzywną w wysokości min. 20 tys. zł. Zdaniem ekspertów nie wpłynie to jednak znacząco na zahamowanie nielegalnego eksportu.

Żadne administracyjne środki nie ukrócą eksportu, dopóki w Ministerstwie Zdrowia będzie obowiązywać paradygmat jak najniższej ceny urzędowej. Nie musiałoby tak być, ponieważ możliwe jest zastosowanie innych narzędzi negocjacyjnych. Można obniżać wydatki państwa na dane leki, bez obniżania ceny, a więc bez zachęty do eksportu, ale trzeba chcieć – mówi mec. Paulina Kieszkowska-Knapik, adwokat w zakresie prawa farmaceutycznego i refundacyjnego.

Sytuacja chorych może się jeszcze bardziej pogorszyć w 2019 roku, ponieważ część leków może utracić refundację. Komisja Ekonomiczna Ministerstwa Zdrowia negocjuje bowiem nowe warunki dla 2 500 leków, które objęte były pełnym lub częściowym finansowaniem z budżetu. Zgodnie z prawem przy przedłużaniu decyzji refundacyjnej cena leku nie może być wyższa niż dotychczasowa. Komisja Ekonomiczna najczęściej oczekuje jednak od producenta znacznego jej obniżenia, nawet o kilkadziesiąt procent. Nie oznacza to jednak realnych oszczędności dla NFZ, negocjowane są bowiem głównie ceny leków, które nie ustalają limitu ceny w danej grupie leków.

 Trzykrotnie te ceny leków były już obniżane w procesie refundacji. Teraz nasze firmy chciałyby tę cenę zachować, zachowując tym samym możliwość funkcjonowania w Polsce, żadna z nich nie oczekuje podwyżki cen tych leków. Najważniejsze jest to, żeby zachować bezpieczeństwo pacjentów – mówi Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

– Dla organizacji pacjenckich ważne jest to, żeby przy negocjacjach mieć na uwadze przede wszystkim dobro pacjenta, czyli dostępność i bezpieczeństwo leków oraz zapewnienie kontynuacji terapii. Obawiamy się, że w sytuacji dalszych obniżek cen część leków może zniknąć z polskich aptek, zarówno z powodu wywozu leków za granicę, jak i wycofania się z rynku producentów – mówi Beata Ambroziewicz.

Żądania resortu zdrowia sprawiają, że produkcja niektórych leków stanęłaby na granicy opłacalności. Wiele firm nie będzie w stanie sprostać tym oczekiwaniom i nie obniży ceny, co będzie równoznaczne z usunięciem leków z listy refundacyjnej. Zamiast kilku złotych dopłaty pacjenci będą musieli uiścić 100 proc. ceny. Nie będą też mogli zamienić takiego leku na tańszy odpowiednik, bowiem zgodnie z prawem na tańszy odpowiednik można zamienić wyłącznie produkt podlegający refundacji. Może to spowodować problemy z ciągłością terapii, a nawet zagrożenie życia niektórych chorych.

 Jeżeli pacjent jest przyzwyczajony do swojego leku, a lek traci refundację to i dla pacjenta, i dla jego lekarza jest to zła wiadomość. Chory przyzwyczaja się do określonych terapii. Jeśli one pomagają, a przecież zgodnie ze swą najlepszą wiedzą takie zaleca lekarz, to rzeczą oczywistą jest, że musimy dbać o niezaburzony do nich dostęp. Inaczej pacjenci będą czuli się zagubieni. A jeśli leku w ogóle zabraknie, to już jest bardzo źle – mówi dr Michał Sutkowski, rzecznik prasowy Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Efekty leczenia chorób przewlekłych, np. nadciśnienia tętniczego, zazwyczaj osiąga się po długim okresie stabilnej terapii. Utrata dostępu do leków może oznaczać konieczność dodatkowych wizyt, często zmiany terapii, a to może się wiązać z ryzykiem działań niepożądanych, a nawet bezpośrednim zagrożeniem życia. Wpływa to na dodatkowe koszty z budżetu państwa obejmujące kolejne wizyty u lekarza oraz konsultacje u specjalisty w celu znalezienia zamiennika, a także zagraża bezpieczeństwu lekowemu Polaków. Dalsze obniżanie cen może bowiem prowadzić do eskalacji nielegalnego eksportu leków.

– Większość naszych leków jest skierowana do szerokiego grona odbiorców i korzystają z nich także pacjenci 75+, czyli ci, którzy w tej chwili mają leki wydawane bezpłatnie. Jeśli z 2 500 leków, które są w tej chwili negocjowane, zniknie ok. 700, to pacjenci mogą od 1 stycznia mieć poważny problem z dostępnością tych leków – mówi Krzysztof Kopeć.

Branża cyfrowa z państw regionu Trójmorza przeciwna unijnej reformie praw autorskich nazywanej ACTA2. Apeluje do rządów o zablokowanie prac nad nią

Branża cyfrowa z państw regionu Trójmorza przeciwna unijnej reformie praw autorskich nazywanej ACTA2. Apeluje do rządów o zablokowanie prac nad nią 9

Organizacje z sześciu państw regionu Trójmorza, które reprezentują branżę cyfrową, wspólnie zaapelowały do rządów swoich krajów o wspieranie inicjatywy Jednolitego Rynku Cyfrowego i zablokowanie propozycji zawartych w unijnej dyrektywie dotyczącej praw autorskich, nazywanej popularnie ACTA2. W ich ocenie nowe przepisy będą mieć druzgocący wpływ na cyfryzację i rozwój nowych technologii, które są kluczowe dla przyszłości gospodarki UE. – Jeżeli Europa ma być globalnym graczem, musi nadawać rytm i wyznaczać kierunki rozwoju gospodarki światowej, wnosić wartość dodaną – podkreśla Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska.

Dla przyszłości gospodarek UE kluczowe są kwestie innowacyjności, cyfryzacji, sztucznej inteligencji, robotyki. One dotyczą całej Europy, natomiast kraje Trójmorza są w szczególnym stopniu zainteresowane, żeby nadgonić trochę zaszłości względem Europy Zachodniej i potrzebują szczególnego impulsu, pomocy – również regulacyjnej – w tym zakresie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska.

Organizacje z państw grupy Trójmorza, które reprezentują branżę cyfrową, wspólnie zaapelowały do rządów swoich krajów o wspieranie inicjatywy Jednolitego Rynku Cyfrowego i zablokowanie propozycji zawartych w unijnej dyrektywie dotyczącej praw autorskich (nazywanej popularnie ACTA2), które są szkodliwe dla sektora kreatywnego i nowoczesnych technologii. Pod apelem – skierowany również do premiera Mateusza Morawieckiego – podpisały się największe organizacje sektora cyfrowego z Polski, Czech, Słowacji, Estonii, Litwy oraz Rumunii. Z inicjatywą wspólnych działań wyszedł Związek Cyfrowa Polska. Jego prezes podkreśla, że współpraca wzmocni głos branży cyfrowej z krajów Trójmorza w toczącej się dyskusji nad nowymi unijnymi regulacjami.

 Uznaliśmy, że inicjatywa Trójmorza jest doskonałą platformą do współpracy również pomiędzy branżą nowych technologii z uwagi na wspólnotę interesów, podobny poziom rozwoju nowych technologii i innowacyjności gospodarek tych krajów, a jednocześnie ich potencjał. Stąd nasz pomysł, żeby nawiązywać współpracę pomiędzy organizacjami branżowymi krajów Trójmorza i wspólnymi siłami monitorować to, co się dzieje w legislacji europejskiej, oraz wskazywać najlepsze rozwiązania dla regionu – mówi Michał Kanownik.

Sygnatariusze apelu wskazują, że to właśnie nowe technologie i poziom cyfryzacji zadecydują o tym, na ile Europa będzie konkurencyjna wobec reszty świata. Dlatego we wspólnym interesie są takie inicjatywy i uregulowania prawne, które pomogą w rozwoju branży cyfrowej. Zwłaszcza w państwach grupy Trójmorza, dla których innowacyjność jest ważnym impulsem dla rozwoju gospodarek krajowych. W dwunastu państwach wchodzących w skład Trójmorza mieszka w sumie ok. 114 mln obywateli.

Skupiamy uwagę na Jednolitym Rynku Cyfrowym oraz przeciwdziałaniu negatywnemu wpływowi, jaki może mieć dyrektywa o prawie autorskim. Wskazujemy zagrożenia, jakie ten projekt może nieść dla rozwoju Jednolitego Rynku Cyfrowego w całej Europie, ze szczególnym uwzględnieniem rozwoju potencjału cyfrowej gospodarki w naszym regionie – mówi Michał Kanownik.

Jednolity Rynek Cyfrowy ma ułatwić wymianę danych w ramach UE, a w efekcie pobudzić innowacje i unijne PKB, stworzyć setki tysięcy miejsc pracy i nowe możliwości rozwoju biznesu. Znaczenie przepływu danych – jako głównego surowca przyszłości – podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD. Według raportu „Data Utilization Intensity 2017” dostęp, analiza i wykorzystanie danych już w tej chwili wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB UE. Jednolity Rynek Cyfrowy to jeden z głównych punktów unijnej polityki w obszarze transformacji cyfrowej.

Idei JRC mogą zagrozić propozycje zawarte w unijnych rozporządzeniach takich, jak te dotyczące ePrivacy, P2B czy zapobieganiu rozpowszechnianiu treści terrorystycznych online. Ograniczą one powstawanie innowacyjnych produktów i usług oraz obciążą wysokimi kosztami przedsiębiorstwa z branży internetowej – oceniają przedstawiciele sektora.

– Mówimy o sztucznej inteligencji, która będzie przyszłością europejskiej cyfrowej gospodarki na dziesięciolecia wprzód. Nie możemy z jednej strony promować rozwoju sztucznej inteligencji, z drugiej strony – wprowadzać wprost zapisów w dyrektywie o prawie autorskim, które będą ograniczały, a właściwie uniemożliwiały jej rozwój w skali europejskiej – podkreśla Michał Kanownik.

Sygnatariusze apelu zgłaszają zastrzeżenia także do projektu unijnej reformy prawa autorskiego. Ich zdaniem państwa członkowskie powinny mieć prawo do utrzymywania lub rozszerzania możliwości korzystania przez przedsiębiorców z eksploracji tekstu i danych (TDM – text and data mining), do których mają legalny dostęp bez potrzeby uzyskiwania dodatkowych licencji. Tymczasem wprowadzenie projektowanego zapisu w dyrektywie w sprawie praw autorskich utrudni TDM i w konsekwencji również rozwój gospodarki opartej na danych i sztucznej inteligencji w Europie, m.in. zmniejszy zainteresowanie ze strony międzynarodowych koncernów lokowaniem centrów R&D na Starym Kontynencie.

Przegłosowany w połowie września projekt unijnej dyrektywy, nazywanej ACTA2, na nowo reguluje kwestię praw autorskich w internecie i zmienia zasady publikowania treści w sieci. Ma stanowić oręż w walce z takimi gigantami, jak Google czy Facebook, które do tej pory nie płaciły za treści wytwarzane przez artystów i inne media. Unijna dyrektywa o prawach autorskich od początku wzbudza jednak bardzo wiele kontrowersji.

Organizacje, które podpisały się pod listem, ostrzegają, że obecny projekt dyrektywy – o którym przyjęciu zdecyduje głosowanie na Radzie Unii Europejskiej – znacznie ograniczy dostęp do informacji, wiedzy czy dzieł kultury, co w praktyce szybko odczują przede wszystkim konsumenci. W ich ocenie obowiązek filtrowania treści przesyłanych przez użytkowników sieci, który zostanie nałożony na dostawców internetu, zaszkodzi rozwojowi innowacyjnych przedsiębiorstw, rynkowi e-commerce i ograniczy swobodę wypowiedzi.

 Żeby skutecznie konkurować na rynku światowym, gospodarka i społeczeństwo europejskie muszą mieć nieograniczony dostęp do wiedzy, informacji i kultury. Dzisiaj procedujemy projekt dyrektywy, która w sposób jawny stwarza możliwości ograniczania tego dostępu. Ryzykujemy, że społeczeństwo europejskie za lat kilka czy kilkanaście będzie wyraźnie do tyłu z rozwojem własnej wiedzy, doświadczenia na tle innych światowych społeczeństw. Przez to europejska gospodarka nie będzie w stanie konkurować z takimi gigantami, jak Stany Zjednoczone czy Chiny – podkreśla Michał Kanownik.

Prezes Związku Polska Cyfrowa podkreśla, że rozwój branży cyfrowej i nowych technologii to przyszłość europejskiej gospodarki.

– Dzisiaj wartości dodanej danej gospodarki nie buduje się w nowych fabrykach, które będą produkowały traktory czy statki. Kluczem do prawdziwego skoku cywilizacyjnego jest właśnie cyfrowa gospodarka, czyli usługi cyfrowe, cały sektor kreatywnego myślenia o tym, jakie produkty i usługi zaoferować, żeby z jednej strony ułatwiały życie konsumentów, a z drugiej – przyspieszały procesy biznesowe w całej gospodarce – podkreśla Michał Kanownik.

Jak informuje prezes Związku Polska Cyfrowa, branża cyfrowa reprezentująca kraje Trójmorza planuje dalszy monitoring legislacyjny i promowanie najlepszych rozwiązań dla postępu cyfryzacji w europejskiej gospodarce. Podpisany w ubiegłym tygodniu wspólny apel w Polsce został skierowany m.in. do premiera Mateusza Morawieckiego, wicepremierów oraz ministrów cyfryzacji i przedsiębiorczości.

– Chcemy zachęcić polski rząd oraz rządy państw regionu, by bardzo aktywnie włączyły się do tej europejskiej dyskusji i wspólnymi siłami stworzyły silną grupę, która będzie forsowała rozwiązania legislacyjne korzystne dla całej europejskiej gospodarki, ze szczególnym uwzględnieniem naszej części Europy –podkreśla Michał Kanownik.