Nowoczesna platforma informatyczna pomoże osobom niepełnosprawnym wrócić na rynek pracy. Obecnie tylko 1/4 z nich pracuje zawodowo

Nowoczesna platforma informatyczna pomoże osobom niepełnosprawnym wrócić na rynek pracy. Obecnie tylko 1/4 z nich pracuje zawodowo 1

Odsetek aktywnych zawodowo osób z niepełnosprawnościami wynosi w Polsce 28 proc. i jest dużo niższy od unijnej średniej. Barierę stanowią m.in. stereotypy i obawy pracodawców, ale również brak wiedzy po stronie osób niepełnosprawnych, które często nie orientują się, z jakiego rodzaju dofinansowań mogą skorzystać, w jakich programach uczestniczyć i gdzie zgłaszać się po wsparcie, aby aktywizować się zawodowo. Pomocnym narzędziem dla osób z niepełnosprawnościami – które chcą wejść na rynek pracy – jest uruchomiony przez PFRON system SOW (System Obsługi Wsparcia), który dostarcza informacji o rodzajach wsparcia PFRON na platformie (https://portal-sow.pfron.org.pl) i jednocześnie stwarza możliwość aplikowania o dofinansowanie ze środków PFRON w formie elektronicznej (https://sow.pfron.org.pl).

– Myślę, że świadomość pracodawców dotycząca osób z niepełnosprawnościami jest niewielka, przede wszystkim mają oni nieduże doświadczenie we współpracy z takimi osobami. Są także utrwalone stereotypy, że osoby z niepełnosprawnościami są bardzo roszczeniowe, chcą korzystać ze swoich przywilejów, czyli skróconego czasu pracy, dodatkowego urlopu czy możliwości odbycia wizyt lekarskich. Pracodawcy są przekonani, że tych przywilejów będą mocno nadużywać, co oczywiście wcale nie jest zgodne z prawdą – mówi Magdalena Świtajska, trener pracy w Warszawskiej Agencji Zatrudnienia Osób z Niepełnosprawnościami.

Z danych GUS wynika, że zaledwie 28 proc. osób niepełnosprawnych w Polsce jest aktywnych zawodowo – przy średniej unijnej na poziomie 40 proc. Dlatego aktywizacja zawodowa i zmniejszenie bezrobocia w tej grupie (przykładowo wśród osób głuchych i niedosłyszących przekracza ono 70 proc.) jest jednym z najpilniejszych wyzwań. Jedną z barier są obawy pracodawców dotyczące na przykład kosztów dostosowania miejsca pracy do ich potrzeb.

– Panuje takie przekonanie, że to jest proces bardzo długi, trudny, natomiast w praktyce bardzo wiele osób z niepełnosprawnościami kompletnie nie potrzebuje dostosowania tego miejsca pracy. Na pewno barierą jest też fakt, że cukrzyca czy epilepsja są to schorzenia, których pracodawcy po prostu się boją. Są przekonani, że łączy się to z niesamowicie trudnymi sytuacjami, których będą udziałem. Natomiast z naszej wiedzy i doświadczeń wynika, że czasami wystarczy po prostu przygotować pracodawcę, wytłumaczyć, na czym polega dane schorzenie, i okazuje się, że nie taki diabeł straszny i naprawdę zatrudnienie takiej osoby nie jest niczym skomplikowanym – mówi Magdalena Świtajska.

Jak podkreśla, bardzo pomocnym narzędziem dla osób z niepełnosprawnościami, które chcą wrócić na rynek pracy, jest uruchomiony w lipcu system SOW. Narzędzie stworzone przez PFRON ma wyeliminować konieczność osobistej wizyty osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w jednostkach samorządowych, które dystrybuują pomoc. Nowoczesna platforma informatyczna umożliwia tym osobom składanie wniosków w formie elektronicznej i ubieganie się o dofinansowanie ze środków PFRON online. Osoba wnioskująca może złożyć wniosek przez internet i podpisać umowę z użyciem podpisu elektronicznego lub Profilu Zaufanego. Z drugiej strony platforma SOW to źródło informacji o wszystkich dostępnych programach i formach wsparcia, również tych dotyczących aktywizacji zawodowej.

– Do tej pory osoby niepełnosprawne, żeby uzyskać tę pomoc, musiały się wybierać do urzędów powiatowych, stać w kolejkach. Platforma elektroniczna umożliwia złożenie takiego wniosku poprzez internet o dowolnej porze. Osoba niepełnosprawna może to zrobić z domu, bez pomocy pośredników, może dołączyć do wniosku również skany niezbędnych dokumentów. SOW w bardzo istotny sposób zmienia życie beneficjentów. Sama platforma elektroniczna zmienia podejście do wnioskowania, do zawierania umów. Dzięki niej beneficjenci mogą złożyć wniosek w formie elektronicznej, prowadzić korespondencję elektroniczną z daną jednostką samorządu terytorialnego, zawierać umowę na dofinansowanie z tą jednostką, a następnie – w trakcie realizacji tej umowy – także rozliczać dofinansowanie – mówi Dariusz Łazar, kierownik projektu SOW PFRON.

Magdalena Świtajska z Warszawskiej Agencji Zatrudnienia Osób z Niepełnosprawnościami zauważa, że część osób niepełnosprawnych kompletnie nie orientuje się, z jakiego rodzaju dofinansowań mogą skorzystać, w jakich programach uczestniczyć i gdzie zgłaszać się po wsparcie. Dlatego możliwość uzyskania takich informacji online, w jednym miejscu, jest dla nich dużym ułatwieniem.

Będą mogły z niej skorzystać nawet osoby wykluczone cyfrowo, bo PFRON przekaże około 1,5 tysiąca tabletów pracownikom socjalnym w całej Polsce, którzy będą pełnić funkcję mobilnych asystentów i pomagać w korzystaniu z platformy osobom bez dostępu do internetu. Fundusz uruchomił też specjalną infolinię, gdzie osoby z niepełnosprawnością mogą uzyskać wsparcie w wykorzystaniu systemu i pełną informację.

– Infolinia może zdecydowanie ułatwić uzupełnienie tej wiedzy, jeżeli ktoś nie będzie mógł znaleźć informacji na platformie SOW. Może się okazać, że wiele osób z niepełnosprawnościami uzna, że warto się przebranżowić, podnieść swoje kwalifikacje i skorzystać chociażby z dofinansowania na zdobycie wyższego wykształcenia, czego wcześniej nie zrobiły, bo przeraził ich ogrom formalności czy choćby prozaiczna kwestia dotarcia do urzędu. W przypadku osób z dysfunkcjami ruchowymi jest to bardzo trudne i wymaga logistycznych przygotowań – mówi Magdalena Świtajska.

– Dofinansowanie ze środków PFRON pomaga zyskać niezależność, a system SOW jeszcze bardziej ułatwia osobom niepełnosprawnym uzyskanie tego dofinansowania. Po pierwsze, jest to źródło informacji o tym, z jakich narzędzi dana osoba może skorzystać, jakiej pomocy może oczekiwać. Można to wszystko zrobić przez internet, bez wychodzenia z domu, a jeżeli ktoś nie ma komputera – można skorzystać z pomocy urzędników wyposażonych w tablety, którzy pomogą złożyć odpowiedni wniosek. Wiele barier zostało zniwelowanych dzięki SOW i staranie się o tę pomoc jest łatwiejsze – dodaje Tomasz Gańko, doradca zawodowy w Galerii Apteka Sztuki.

Dariusz Łazar, kierownik projektu SOW, podkreśla, że z platformy mogą korzystać zarówno osoby niepełnosprawne, jak i instytucje działające na ich rzecz, a także przedsiębiorcy, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne we własnych zakładach, oraz jednostki samorządu terytorialnego.

– Myślę o około tysiącu instytucji samorządowych, które zajmują się dystrybucją tego wsparcia na poziomie powiatu i województw. Zakres pomocy jest bardzo szeroki, myślimy głównie o aktywizacji społecznej i zawodowej osób niepełnosprawnych. One mogą się starać o dofinansowanie protez kończyn, dofinansowanie prawa jazdy, studiów, a nawet pozyskać środki na dofinansowanie rozpoczęcia własnej działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne, mogą się starać o dofinansowanie stanowiska pracy, przeszkolenie takiej osoby, a nawet zatrudnienie pracownika wspomagającego, który będzie jej pomagał – wylicza Dariusz Łazar, kierownik zespołu SOW PFRON.

Według danych GUS osób niepełnosprawnych jest w Polsce ok. 5 mln (co stanowi ok. 14 proc. ogółu społeczeństwa). Wyższe szacunki podaje Eurostat, według którego na koniec 2014 roku z niepełnosprawnością borykało się 7,7 mln Polaków (badanie EHIS – European Health Interview Survey). Co roku 3 grudnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych, ustanowiony przez ONZ, który jest okazją do tego, aby przybliżyć społeczeństwu problemy osób niepełnosprawnych i włączyć się w działania przeciwdziałające ich wykluczeniu.

Polscy konsumenci nie polegają na znanych markach. Tylko 28 proc. z nich uważa, że to gwarancja jakości

Polscy konsumenci nie polegają na znanych markach. Tylko 28 proc. z nich uważa, że to gwarancja jakości 2

Dla 71 proc. konsumentów jakość produktu jest najważniejszym kryterium zakupowym. Choć niewiele wiedzą o procedurach certyfikacji, to robi na nich wrażenie informacja, że dany produkt został przebadany. Na drugim miejscu jest cena, decydująca dla 61 proc. Polaków. Zaufanie do produktów znanych marek deklaruje jedynie 28 proc. konsumentów, natomiast 32 proc. kupuje towary mniej znanych producentów, bo ich zdaniem są porównywalnej lub nawet lepszej jakości – wynika z nowego badania firmy TÜV Rheinland Polska, która przyjrzała się wyborom konsumenckim Polaków.

– Polacy nie mają zbyt dużej świadomości na temat funkcjonowania jednostek certyfikujących czy procedur badania samych wyrobów, ale intuicyjnie ufają takim badaniom i sloganom. Wierzą, że coś jest przebadane, potwierdzone, poszukują na etykietach takich informacji na rynku. Polacy ufają certyfikatom, ale ich wiedza na ten temat jest niewystarczająca – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Milena Zielińska, kierownik ds. rozwoju certyfikacji wyrobów TÜV Rheinland Polska.

Jak wynika z nowego badania przeprowadzonego na zlecenie TÜV Rheinland Polska przez instytut Kantar Millward Brown, często źródłem wiedzy na temat produktów są certyfikaty jakości, które sprawdza przed dokonaniem zakupu aż trzy czwarte Polaków, a ponad połowa (61 proc.) im ufa. Z drugiej strony tylko 29 proc. badanych wie, w jaki sposób są testowane produkty w laboratorium.

Z roku na rok Polacy są coraz bardziej świadomymi konsumentami. Poszukują informacji na temat certyfikatów i potwierdzonej jakości, natomiast nie do końca rozumieją procedurę certyfikacji. Nie wiedzą, jaki proces muszą przejść te produkty, aby otrzymać znak jakości. Dlatego też są podatni na wszelkiego rodzaju manipulacje, jeśli chodzi o mass media, reklamy. Lubią stwierdzenia, że coś jest potwierdzone, przebadane przez niezależny instytut badawczy. Jest potrzeba edukowania społeczeństwa pod kątem procedur sprawdzania i weryfikowania produktów pojawiających się na rynku – mówi Milena Zielińska.

Wyniki badania pokazują, że Polacy chcą postrzegać siebie jako świadomych konsumentów, którzy kierują się jakością kupowanego towaru i są raczej obojętni na markę produktu oraz nie sugerują się jego reklamą. Tylko 6 proc. Polaków deklaruje, że na ich decyzję zakupową ma wpływ obejrzana reklama.

Konsumenci różnie interpretują pojęcie jakości produktu. Dla większości oznacza to przede wszystkim trwałość (jest zrobiony z dobrego materiału, dobrze złożony) oraz bezpieczeństwo dla życia i zdrowia użytkowników – uważa tak siedmiu na dziesięciu badanych. Ponad połowa (55 proc.) postrzega jakość jako użyteczność (produkt jest wygodny, ergonomiczny), a także jako zgodność z normami i przepisami prawnymi (51 proc.). 45 proc. rozumie jakość produktu jako jego sprawność (np. szybkie działanie).

 Starsi i lepiej wykształceni konsumenci kierują się jakością, natomiast młodsi – wychowani w dobie mass mediów czy internetu – bardziej kierują się reklamą czy marką produktów. Polacy często kupują produkty mniej znanych producentów, ponieważ szukają raczej potwierdzonej jakości aniżeli znanej marki. Marka wcale nie jest synonimem jakości – mówi Milena Zielińska.

Blisko połowa (45 proc.) nie widzi zależności między marką a jakością, przeciwnego zdania jest 39 proc. badanych. Stosunek do marek najlepiej oddają jednak deklaracje zakupowe Polaków – tylko 28 proc. konsumentów twierdzi, że kupuje produkty markowe, bo gwarantują jakość. Natomiast 32 proc. badanych kupuje towary mniej znanych producentów, bo ich zdaniem są porównywalnej lub nawet lepszej jakości.

Autorzy badania podkreślają, że rosnące aspiracje konsumentów w Polsce mogą stanowić wyzwanie dla producentów, co w długim terminie może wymusić na nich inwestowanie przede wszystkim w poprawę jakości produktów dostępnych na polskim rynku.

Lotnisko w Łodzi poprawia wyniki. Stawia na rozbudowę siatki czarterów

Lotnisko w Łodzi poprawia wyniki. Stawia na rozbudowę siatki czarterów 3

Port lotniczy w Łodzi zdecydowanie poprawia wyniki. Ruch pasażerski rośnie kolejny kwartał z rzędu – w sierpniu lotnisko obsłużyło o 35 proc. więcej pasażerów niż rok wcześniej, a we wrześniu wzrost przekroczył 20 proc. To m.in. zasługa pozyskania Lufthansy, uruchomienia nowego połączenia Ryanair do Aten, na którym obłożenie przekracza 90 proc., oraz lotów czarterowych do Burgasu i na Antyle. Wyniki czarterów okazały się tak dobre, że lotnisko nawiązało współpracę z kolejnymi touroperatorami. W kolejnych miesiącach Łódź postawi na dalszą rozbudowę siatki czarterów. Priorytetem jest pozyskanie kolejnych przewoźników i jak najlepsze wykorzystanie obecnej infrastruktury. 

– Dla łódzkiego lotniska ten rok był znakomity. Poczyniliśmy kilka ważnych kroków, możemy też wymienić pewne sukcesy, jak dywersyfikacja przewoźników. Poza Ryanair, który jako jedyny operował u nas do tej pory, udało nam się zaprosić na łódzkie lotnisko Lufthansę i od końca marca tego roku przewoźnik ten operuje pięć razy w tygodniu, latając do Monachium. Dzięki temu mamy coraz większą liczbę pasażerów. Zwiększa się również zapotrzebowanie na ten kierunek – mówi agencji Newseria Biznes Anna Midera, prezes Łódzkiego Portu Lotniczego im. Władysława Reymonta.

Łódzkie lotnisko w ostatnich latach przynosiło głównie straty (głównym udziałowcem jest miasto), a liczba pasażerów spadała. W 2017 roku obsłużyło rekordowo niską liczbę pasażerów – 207 377 osób, co stanowiło 14-proc. spadek względem poprzedniego roku. Łódź-Lublinek był obok Bydgoszczy jednym z dwóch portów lotniczych w Polsce, które zanotowały spadki. Wszystkie pozostałe porty regionalne poprawiły wyniki, a łącznie wszystkie polskie lotniska obsłużyły w 2017 roku blisko 40 mln pasażerów, co stanowiło 18-proc. wzrost.

Statystyki pokazują, że sytuacja się poprawia. Ogólny ruch pasażerski rośnie kolejny kwartał (46,5 tys. w I kwartale, 54,5 tys. w II i 62,8 tys. w III kwartale), podobnie jak liczba operacji. We wrześniu lotnisko obsłużyło o ponad 20 proc. więcej pasażerów niż rok wcześniej, a tendencja wzrostowa utrzymuje się od czerwca, w którym wzrost był 18-proc. W lipcu i sierpniu liczba podróżnych wzrosła kolejno o 28,5 oraz 35 proc.

To m.in. zasługa pozyskania Lufthansy, uruchomienia nowego połączenia Ryanair do Aten (władze portu podają, że samoloty do Aten latają z Łodzi wypełnione w 96 proc.) oraz lotów czarterowych do Burgasu i na Antyle.

Zapotrzebowanie na loty i wypełnienie tych kierunków turystycznych spowodowało, że na przyszły rok rozpoczęliśmy już współpracę z kolejnymi touroperatorami, takimi jak TUI czy Neckermann i wprowadzamy nową ofertę. Widać, że nasze lotnisko okazało się bardzo atrakcyjne dla czarterów, więc być może powinniśmy obrać ten kierunek, biorąc pod uwagę jego położenie – mówi Anna Midera.

Z danych portalu Pasażer.com, który sprawdził, jak zmieniło się oferowanie linii lotniczych w porównaniu do poprzedniego sezonu zimowego, wynika, że w sezonie zima 2018/2019 lotnisko w Łodzi zaoferuje 103 tys. miejsc, czyli o 27 proc. więcej niż w ubiegłym. W przyszłym roku zwiększona zostanie częstotliwość lotów czarterowych na Antyle i do Burgasu, uruchomione mają zostać też loty do Dubrownika i na Zákynthos.

Obecnie z Łodzi pięć razy w tygodniu odbywają się rejsy Lufthansą do Monachium, które jest popularnym hubem przesiadkowym. Ryanair obsługuje z Łodzi cztery trasy – do Aten, Dublina, East Midlands i Londynu.

W tej chwili nie mamy żadnych nowych planów inwestycyjnych. Lotnisko jest przygotowane na przyjęcie około 2 mln pasażerów. Poza pewnymi remontami nie musimy prowadzić nowych inwestycji. Naszym priorytetowym celem jest pozyskanie kolejnych przewoźników, żeby móc wykorzystywać obecną infrastrukturę, bardzo dobrze przygotowaną. Równolegle prowadzimy rozmowy z różnymi firmami, ten proces jest długotrwały, żeby pozyskać nowego przewoźnika potrzeba średnio 2–3 lata – mówi Anna Midera.

Port Lotniczy Łódź im. Władysława Reymonta znajduje się w samym centrum Polski, ok. 6 km od centrum Łodzi i niedaleko skrzyżowania autostrad A1 i A2. Jego roczna przepustowość to od 1,5 do 2 mln podróżnych. W 2012 roku do użytku oddano nowy, czterokondygnacyjny terminal pasażerski o powierzchni 26,5 tys. mkw.

Identyfikacja na podstawie biometrii umożliwi podróżowanie bez dokumentów. Potrzebne są jednak odpowiednie regulacje prawne i ich ujednolicenie

Identyfikacja na podstawie biometrii umożliwi podróżowanie bez dokumentów. Potrzebne są jednak odpowiednie regulacje prawne i ich ujednolicenie 4

Dzięki wykorzystaniu biometrii chodu będziemy się mogli przemieszczać po różnych obszarach, nie mając przy sobie dokumentów. Już dziś dane biometryczne są wykorzystywane na szeroką skalę do zabezpieczania urządzeń czy dostępu do pomieszczeń, a za pomocą linii papilarnych można autoryzować przelewy bankowe. Szersze wykorzystanie biometrii w zastosowaniach komercyjnych w Polsce i Europie wymagać będzie jednak odpowiednich regulacji prawnych. Do 2023 roku światowy rynek systemów biometrycznych ma wzrosnąć niemal 2,5-krotnie.

– Biometria będzie mieć wpływ na sposób, w jaki się przemieszczamy. Aby dostać się na określony obszar, nie będziemy potrzebować dokumentów fizycznych, ponieważ wszystko będzie się odbywać z wykorzystaniem danych biometrycznych. Takie rozwiązanie ułatwi też podmiotom handlowym utworzenie unikalnej bazy danych bez ryzyka powielania danych poszczególnych osób znajdujących się w bazie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Charles Contremoulin z Argus TrueID.

Do szeroko znanych i dość powszechnie stosowanych w użytku prywatnym danych biometrycznych, takich jak linie papilarne czy siatkówka oka, dochodzą kolejne sposoby identyfikacji. Biometria chodu to identyfikowanie człowieka na podstawie sposobu poruszania się. Analizie poddawane są elementy biomechaniki chodu, takie jak długość i szerokość kroku, kąt układania stopy, nacisk przy stawianiu kroku czy ciężar ciała. Do tego dochodzi analiza obrazu ścieżki chodu, czyli ichnogram i wynikające z niego unikatowe cechy, takie jak kierunek i linia chodu, zmiany tempa czy anomalie ruchowe.

Wykorzystanie biometrii chodu może być przydatne np. w udoskonalaniu systemów bezpieczeństwa w budynkach użyteczności publicznej, na lotniskach czy w obiektach takich jak stadiony lub hale koncertowe.

– Rozwiązanie to znajduje się obecnie na etapie wdrażania w Chinach. Wdrażanie w warunkach europejskich będzie jednak zupełnie inne z uwagi na istotne różnice regulacyjne. Konieczne będzie dokładniejsze rozeznanie się i zapoznanie ze wszystkimi wymogami regulacyjnymi, które są różne w Polsce, Czechach, Francji czy Wielkiej Brytanii. Mimo istnienia Unii Europejskiej niektóre kraje wprowadziły własne przepisy dotyczące wykorzystywania rozwiązań biometrycznych i nie można ich w żaden sposób porównać z tymi, które obowiązują w Chinach – tłumaczy Charles Contremoulin.

Już dziś stosowanie biometrii linii papilarnych, siatkówki oka czy układu naczyń krwionośnych pozwala zabezpieczać dostęp do pomieszczeń, tym samym powoli wypierając chociażby karty i czytniki RFID. Biometryczne zabezpieczenie dostępu do schowka zamierza w swoich samochodach wprowadzić Bentley. Po technologię identyfikacji człowieka na podstawie indywidualnych cech ciała sięga też coraz częściej handel detaliczny, by tworzyć unikalną ofertę dla konkretnego klienta, w oparciu m.in. o pomiar emocji i procesu poznawczego. W fińskich i koreańskich sklepach stosowana jest w tym celu technologia rozpoznawania twarzy.

Powszechne stało się już natomiast stosowanie biometrii linii papilarnych czy kształtu twarzy do zabezpieczania urządzeń, takich jak komputery osobiste czy smartfony. Stosowanie biometrii na szerszą skalę wymaga jednak ujednolicenia kwestii prawnych.

– Obecnie kwestia ta nie jest uregulowana prawnie, ponieważ zawiera się w obszarze użytku prywatnego, a ten różni się od komercyjnego czy państwowego. W chwili obecnej odciski palców w większości europejskich krajów należą do państwa i można z nich korzystać wyłącznie na potrzeby badań kryminalistycznych. Nie można ich natomiast wykorzystywać w celach komercyjnych. Jest to obszar budzący obecnie zainteresowanie organów regulacyjnych i z pewnością zajdą w nim pewne zmiany, choć w tej chwili trudno dokładnie określić, kiedy to nastąpi – mówi przedstawiciel Argus TrueID.

Tymczasem biometria znajduje coraz szersze zastosowanie również w systemach bankowości elektronicznej. Na 2019 rok Citi Handlowy planuje wdrożenie nowej aplikacji mobilnej, w której biometria zastąpi tradycyjny sposób logowania. Zaktualizowaną aplikację mobilną oferuje natomiast już teraz Alior Bank. Oprócz funkcji logowania odciskiem palca oferuje ona również możliwość autoryzowania takim sposobem zlecanych przelewów.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek systemów biometrycznych wzrośnie do 2023 roku do poziomu niemal 42 mld dol. Zakładane tempo wzrostu w ciągu pięciu najbliższych lat wyniesie 20 proc. średniorocznie.

Systemy inteligentnych domów stają się coraz bardziej zaawansowane i proste w obsłudze. Do aplikacji smart home wkraczają asystenci głosowi

Systemy inteligentnych domów stają się coraz bardziej zaawansowane i proste w obsłudze. Do aplikacji smart home wkraczają asystenci głosowi 5

Współczesne inteligentne domy nie ograniczają się wyłącznie do systemów zarządzania zasilaniem i oświetleniem. Coraz więcej sprzętów elektronicznych możemy kontrolować za pośrednictwem komend głosowych, a inteligentne rozwiązania znajdziemy nawet w muszlach klozetowych, kamerach czy domowych drukarkach, które same zamówią kartridże z tuszem. Coraz prostsze staje się także instalowanie smart urządzeń w domu. Budowę inteligentnego domu można prowadzić krok po kroku, dodając stopniowo kolejne produkty.

– Dom inteligentny jest łatwy w obsłudze. Wszystkie produkty opracowujemy w taki sposób, aby ich instalacja była prosta dla każdego. Większość z nich wystarczy podłączyć do prądu, aby działały. Następnie trzeba połączyć je z siecią WiFi za pomocą aplikacji, co jest również bardzo proste. Zawsze przy opracowywaniu produktów staram się, by były na tyle proste, żeby moja babcia potrafiła je zainstalować i ich używać – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Florian Deluil z firmy Netatmo.

Na początku systemy inteligentnych domów ograniczały się niemal wyłącznie do zautomatyzowanych gniazdek, włączników światła czy rolet antywłamaniowych. Dziś do internetu rzeczy podpinane są coraz wymyślniejsze urządzenia. Firma Xiaomi wprowadziła do sprzedaży już trzecią generację inteligentnych muszli klozetowych, które można kontrolować za pośrednictwem opaski inteligentnej Xiaomi Mi Band 3.

Potencjał tej branży dostrzegli także projektanci drukarek. Na początku listopada firma HP zaprezentowała urządzenie o nazwie Tango, które doskonale komunikuje się z innymi inteligentnymi urządzeniami. Sprzęt może być kontrolowany za pośrednictwem komend głosowych, wydrukuje dokumenty z chmury a nawet zadba o to, aby tusz nie skończył się w najmniej odpowiednim momencie i automatycznie zamówi nowy kartridż.

Z podobnych rozwiązań korzystają także producenci sprzętów AGD – najnowsze ekspresy do kawy od Siemensa wyposażono w system inteligentny, który może automatycznie rozpoznać usterkę i zgłosić ją za pośrednictwem internetu do licencjonowanego serwisanta. Branżę inteligentnych domów napędza możliwość nieustannego, niemal nieograniczonego rozwoju sieci urządzeń połączonych.

– Nasze okna i gniazda elektryczne, opracowane we współpracy z firmą Velux, mają większy wpływ na infrastrukturę budynku, więc ich zakup powinien być przemyślany. Łączenie poszczególnych urządzeń nie jest bardzo drogie w trakcie budowy domu, ponieważ i tak będziemy potrzebować ekipy montażowej. Połączenie urządzeń znajdujących się w domu może zwiększyć koszty jego budowy o jakieś 10–20 proc., ale korzyści z tego wynikające są bez wątpienia tego warte – przekonuje ekspert.

W inteligentnym domu rośnie rola urządzeń wyposażonych w inteligentnego asystenta. Wraz z popularyzacją Siri, Aleksy oraz Asystenta Google wzrosło zapotrzebowanie na sprzęty sterowane za pośrednictwem komend głosowych. Dziś w ten sposób obsłużymy już nie tylko małe inteligentne głośniki. Asystentów głosowych znajdziemy we wszystkich najpopularniejszych urządzeniach elektronicznych: soundbarach, pudełkach strumieniujących czy inteligentnych telewizorach. Najnowsze OLED-y od LG wykorzystują nawet sztuczną inteligencję, aby uczyć się naszych predyspozycji i lepiej dopasowywać wyniki wyszukiwania do użytkownika. Co więcej, doskonale rozumieją i interpretują komendy w języku polskim.

– Na rynku rozwiązań inteligentnych nastąpiło przesunięcie w kierunku rozwiązań sterowanych głosowo, więc mamy do czynienia z rozwojem takich produktów jak Siri firmy Apple, Google Assistant oraz Alexa firmy Amazon. Rozwiązania te funkcjonują w specjalnych środowiskach, np. Apple Home Kit.  Korzystanie z urządzeń sterowanych głosowo stanowi dobry początek na drodze do ułatwienia sobie życia –  podkreśla Florian Deluil.

W ramach inteligentnego domu bardzo dynamicznie rozwijają się także wszelkie systemy monitoringu. Firma Abode zaprezentowała zintegrowany system bezpieczeństwa Iota. Projektantom tego sprzętu udało się zmieścić w jednym urządzeniu inteligentną kamerę, system wykrywania ruchu oraz jednostkę do zarządzania całym systemem inteligentnym. Z kolei inżynierowie TP-Linka opracowali niewielką, kilkucentymetrową kamerę Kasa Smart Spot, która po wykryciu ruchu w zasięgu obiektywu automatycznie uruchamia nagrywanie i pozwala prowadzić dwustronną komunikację za pośrednictwem aplikacji Kasa.

– Kamery wysyłają powiadamiania na telefon użytkownika, jeśli coś się wydarzy w domu. Weźmy za przykład mój dom w Paryżu – otrzymałem powiadomienie, że pojawiła się w nim moja dziewczyna, dzięki czemu jestem o nią spokojny, ponieważ wiem, że bezpiecznie dotarła do domu. Dzięki naszemu systemowi można również sprawdzić, co dzieje się przed domem. Użytkownik może zobaczyć, co dzieje się w jego ogrodzie, włączyć światła lub włączyć albo wyłączyć telewizor, jeśli ma urządzenie inteligentne –  powiedział Florian Deluil.

Według raportu opracowanego przez Lucintel w ciągu najbliższych pięciu lat globalny rynek urządzeń inteligentnego domu będzie się rozwijał w średniorocznym tempie 9,5 proc. Szacuje się, że w 2023 roku branża osiągnie wartość 107,4 mld dol.

MF przeprowadzi przetarg zamiany zamiast regularnej aukcji obligacji

Na wtorkowej sesji na krajowym rynku długu informacją dnia była decyzja Ministerstwa Finansów o zastąpieniu aukcji regularnej przetargiem zamiany prefinansującym przyszłoroczne potrzeby, co może mieć związek z bardzo dobrym wykonaniem tegorocznego budżetu. Wraz z informacją o aukcji, MF podało też, że po październiku odnotowana została kolejna nadwyżka budżetowa w wysokości 6,5 mld PLN. Mając nadzieje na taką decyzję inwestorzy mogli kupować krótsze papiery tak, aby później móc brać udział w aukcji zamiany (odkupowane będą papiery WZ0119, OK0419, PS0719 i DS1019, a sprzedawane OK0521, PS0424, WZ0524, WS0428 i WZ0528).

Poza wspomnianym oczekiwaniem na komentarz resortu finansów, średnioterminowo popyt na krótkie papiery pobudzać mogły też ostatnie wypowiedzi członków RPP sugerujące utrzymanie stóp procentowych bez zmian w dłuższym okresie, spadające w ostatnim czasie ceny ropy naftowej i pojawiające się na świecie spekulacje nt. możliwości spowolnienia cyklu podwyżek stóp procentowych w USA.

W najbliższych dniach można spodziewać się dalszej stabilizacji rentowności papierów skarbowych w kraju. Niemniej w oczekiwaniu na czwartkową aukcję możliwa jest lekka przecena papierów długoterminowych. Spodziewać się można, że tak jak dotychczas MF będzie preferowało papiery o dłuższych terminach wykupu. To w najbliższych dniach może przynieść lekki wzrost rentowności 10-letnich obligacji w okolice 3,20%, a także rozszerzenie ASW powyżej 40 pb. Przy obecnych uwarunkowaniach globalnych trudno jednak zakładać silniejszą przecenę. Tym bardziej, że na koniec tygodnia MF powinno opublikować harmonogram aukcji w grudniu. W scenariuszu bazowym spodziewać się można, że odbędzie się jedna aukcja zamiany, chociaż jak pokazują komunikaty MF pozytywnych zaskoczeń nie można wykluczyć.

Podczas środowej sesji nie zostały zaplanowane istotniejsze wydarzenia w kraju. Dlatego rynek powinien pozostawać pod wpływem informacji napływających z rynków bazowych. Tu z kolei również trudno spodziewać się silniejszych zmian przed ważnym spotkaniem prezydentów USA i Chin na szczycie G20, który rozpoczyna się 30 listopada. Na środę zaplanowana została publikacja danych nt. PKB w USA za III kw. 2018 r. Będzie to jednak druga publikacja, stąd zapewne wpływ danych na rynek nie będzie istotny. Ponadto z publikowanych dotychczas informacji nie wynika, aby miało dojść do istotnej korekty wskaźnika (ostatni zannualizowany odczyt wyniósł 3,5%).

Wykres dnia: Przed komunikatem Ministerstwa Finansów odnośnie listopadowej aukcji na rynku wtórnym widać było mocny popyt na krótkoterminowe papiery. Częściowo wpływ na to mogły mieć oczekiwania na zastąpienie aukcji regularnej aukcją zamiany.

Przed komunikatem Ministerstwa Finansów odnośnie listopadowej aukcji na rynku wtórnym widać było mocny popyt na krótkoterminowe papiery
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Ceny Mercedesa-AMG A 35 4MATIC na rynku polskim

W polskich salonach Mercedesa można zamawiać już nowego Mercedesa-AMG A 35 4MATIC – bazowy model w świecie sportowych osiągów AMG. Jego sercem jest nowo opracowany 4-cylindrowy silnik turbo o pojemności 2 litrów, rozwijający moc 225 kW (306 KM). Wysoką dynamikę jazdy zapewniają również: dwusprzęgłowa przekładnia AMG SPEEDSHIFT DCT 7G, typowe dla maszyn AMG zawieszenie oraz aktywny napęd na obie osie AMG Performance 4MATIC. Jeszcze większą indywidualność oferuje specjalna wersja Edition 1, z wyrazistym wzornictwem karoserii i wnętrza. Ceny A 35 4MATIC w Polsce startują do 188 500 zł. Wariant Edition 1 kosztuje od 234 971 zł.

Nowy AMG A 35 4MATIC poszerza gamę modeli AMG o atrakcyjny model bazowy. Jego 4-cylindrowy silnik turbo o pojemności 2 litrów generuje moc 225 kW (306 KM) oraz maksymalny moment obrotowy 400 Nm. Przyspieszenie od 0 do 100 km/h trwa 4,7 s, a prędkość maksymalna pojazdu wynosi 250 km/h (ograniczona elektronicznie). Standardowy napęd na obie osie AMG Performance 4MATIC aktywnie steruje rozkładem momentu obrotowego między osiami, od konfiguracji całkowicie przednionapędowej do stosunku 50:50, łącząc najlepszą możliwą trakcję z wyśmienitą przyjemnością z jazdy. Pięć trybów jazdy AMG DYNAMIC SELECT zapewnia szeroką rozpiętość charakterystyki samochodu, od komfortowej do dynamicznej.

Der neue Mercedes-AMG A 35 4MATIC: Neuer Einstieg in die Welt der Driving Performance The new Mercedes-AMG A 35 4MATIC: New entry-level model opens up the world of driving performance
Mercedes-AMG A 35 4MATIC (2018), Sonnengelb;Kraftstoffverbrauch kombiniert: 7,4-7,3 l/100 km, CO2-Emissionen kombiniert: 169-167 g/km*
Mercedes-AMG A 35 4MATIC (2018), Sun yellow;Combined fuel consumption: 7.4-7.3 l/100 km, Combined CO2 emissions: 169-167 g/km*

Przykuwa wzrok – na zewnątrz i wewnątrz

Wzornictwo karoserii A 35 4MATIC – z prowadnicami powietrza w przednim zderzaku, charakterystyczną osłoną chłodnicy AMG, spojlerem zderzaka oraz elementami ozdobnymi w odcieniu srebrnego chromu – reprezentuje charakterystyczny design AMG. Podkreślają go opcjonalnie dostępne 19-calowe obręcze i panele progowe AMG.

W kabinie uwagę zwraca panoramiczny kokpit z zestawem wskaźników i ekranem nowego systemu multimedialnego MBUX, który łączy intuicyjną obsługę z utrzymanym w sportowej stylistyce interfejsem. Szczególnie emocjonująco prezentuje się tryb wyświetlania informacji Supersport, z umieszczonym pośrodku obrotomierzem i paskowymi wskaźnikami z efektem 3D. Nowością jest efektowna konsola środkowa AMG z panele dotykowym i dodatkowymi przełącznikami do obsługi ustawień m.in. ESP, trybu ręcznej zmiany przełożeń oraz adaptacyjnego tłumienia. 

Der neue Mercedes-AMG A 35 4MATIC: Neuer Einstieg in die Welt der Driving Performance The new Mercedes-AMG A 35 4MATIC: New entry-level model opens up the world of driving performance
Mercedes-AMG A 35 4MATIC (2018), Leder Titangrau/schwarz, AMG Performance Sitze;Kraftstoffverbrauch kombiniert: 7,4-7,3 l/100 km, CO2-Emissionen kombiniert: 169-167 g/km*
Mercedes-AMG A 35 4MATIC (2018), Leather Titan grey/black, AMG Performance seats;Combined fuel consumption: 7.4-7.3 l/100 km, Combined CO2 emissions: 169-167 g/km*

Wyposażenie dodatkowe

Opcjonalny pakiet aerodynamiczny AMG (7607 zł), opracowany w tunelu aerodynamicznym, poprawia prowadzenie pojazdu przy wysokich prędkościach. Przedni zderzak z większym spojlerem i dodatkowe prowadnice powietrza z wykończeniem na wysoki połysk w połączeniu z tylnym skrzydłem AMG zwiększają siłę docisku. Czarne, lśniące wykończenie maja także elementy tylnego zderzaka – boczne spojlery przy atrapach wylotów powietrza i listwa dyfuzora.

Na życzenie jest dostępny również pakiet AMG Night (3681 zł), który dzięki lakierowanym na czarno dodatkom podkreśla ekspresyjny design A 35 4MATIC. Efekt ten wzmacniają przyciemniane tylne szyby (za słupkiem B).

Edition 1

Przygotowany z okazji premiery A 35 4MATIC wariant Edition 1 wyróżnia się jeszcze większym ładunkiem ekskluzywności i dynamiki. Jego dostępność będzie ograniczona do 18 miesięcy od chwili debiutu. Specyfikacja pojazdu obejmuje pakiety aerodynamiczny AMG i AMG Night, niebieski lakier denim blue, a także złote akcenty na obudowach lusterek bocznych i w dolnych partiach drzwi. Ten sam odcień mają wypełnienia 19-calowych obręczy Livorno z wykończeniem na wysokim połysk i osłoną piast przypominającą mocowanie centralną śrubą. Sportowy klimat w kabinie podkreślają fotele AMG Performance z szaro-czarna tapicerką ARTICO/DINAMICA, niebieskimi akcentami i szarymi, kontrastowymi przeszyciami, a także kierownica AMG Performance. Uwagę zwracają również aluminiowe elementy ozdobne i emblemat „Edition” na kierownicy. Ponadto standardowe wyposażenie A 35 4MATIC Edition 1 obejmuje podgrzewane fotele oraz nastrojowe oświetlenie.

Dane techniczne w skrócie:

  Mercedes-AMG A 35 4MATIC
Silnik 2.0 R4 turbo
Pojemność skokowa 1991 ccm
Moc maks. 225 kW (306 KM) przy
5800-6100 obr./min
Maksymalny moment obr. 400 Nm przy 3000-4000 obr./min
Układ napędowy napęd na obie osie AMG Performance 4MATIC ze zmiennym rozdziałem siły napędowej
Przekładnia AMG SPEEDSHIFT DCT 7G, dwusprzęgłowa
Średnie zużycie paliwa 7,3-7,4 l/100 km*
Średnie emisje CO2 167-169 g/km*
Klasa efektywności D
Przyspieszenie 0-100 km/h 4,7 s
Prędkość maksymalna 250 km/h**

* Podane wartości określono zgodnie z zalecaną metodą pomiarową – NEDC dla emisji CO2 (zgodnie z art. 2 nr 1 rozporządzenia wykonawczego EU 2017/1153). Dane dotyczące zużycia paliwa obliczono w oparciu o te wartości. ** Ograniczona elektronicznie.

Już 2 marca 2019 odbędzie się premierowa edycja targów Franczyza Expo

Targi Franczyza Expo to międzynarodowe spotkanie przedsiębiorców i osób poszukujących pomysłu na biznes. Podczas wydarzenia franczyzobiorcy będą mogli zaprezentować swoją ofertę i zgłosić swoją franczyzę do konkursu Franchising Awards.Targi Franczyza Expo

Dla potencjalnych franczyzobiorców czeka :

  • Strefa wystawiennicza to 15 sektorów franczyzowych skupionych pod jednym dachem PGE Narodowego. Na wydarzeniu będą inwestorzy z Polski i zagranicy oraz szerokie grono franczyzodawców.
  • Strefa Ekspertów – to miejsce, gdzie eksperci z czołowych firm będą udzielać konsultacji z marketingu, zarządzania franczyzą, sprzedaży, prawa w biznesie i negocjacji
  • Akademia Franczyzy to konferencja, gdzie liderzy franczyzy opowiedzą m.in. jakie są źródła siły i słabości w negocjacjach, jakimi kanałami dotrzeć do klientów, czy jak negocjować warunki umowy.
  • Business Speed Dating, czyli 15 minutowe biznesowe randki między franczyzodawcą a potencjalnym franczyzobiorcom. To innowacyjna forma spotkań połączona z dedykowaną aplikacją mobilną ułatwia nawiązanie współpracy.
  • Networking biznesowy prowadzony przez Grzegorza Turniaka i Akademie Rekomendacji – to okazja do nawiązania nowych kontaktów biznesowych oraz dotarcie do nawet najtrudniejszych klientów.
  • Franchising Awards – prestiżowy konkurs dla franczyzodawców, gdzie jury złożone z branżowych ekspertów wyłoni zwycięzców w 6 kategoriach.
  • Wydarzenie to jest miejscem spotkań dla  aktualnych liderów biznesu i najbardziej obecnych trendów w franczyzie.

Premierowa edycja odbędzie się  2 marca 2019 na PGE Narodowym.

Więcej informacji o programie i biletach na www.FranczyzaExpo.pl

Podsumowując, targi Franczyza Expo to wydarzenie dla osób poszukujących pomysłu na biznes i franczyzodawców, którzy szukają nowych partnerów do współpracy, które mamy przyjemność objąć Patronatem Medialnym.

Polisa na życie dla zawodów medycznych INTER Medyk Life

Ilu pracowników sektora ochrony zdrowia uległo wypadkom w pracy? Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w pierwszym półroczu 2018 roku w sektorze „Opieka zdrowotna i pomoc społeczna” wypadek miało 3 997 osób. Średni czas przebywania na zwolnieniu lekarskim wyniósł  w tym okresie ponad 21 dni. Branża ta jest od lat na trzecim miejscu pod względem liczby wypadków przy pracy. Warto więc, aby przedstawiciele zawodów medycznych rozważyli zakup polisy na życie, która zabezpieczy ich i ich rodziny.

Branże z ryzykiem

Sektory, w których  pracownicy najczęściej ulegają wypadkom przy pracy nie zmieniają się od kilu lat. Pierwsza trójka to nadal: przetwórstwo przemysłowe, handel i naprawa pojazdów samochodowych oraz opieka zdrowotna i pomoc społeczna. Tylko w 2017 roku wypadkom w pracy w branży opieki zdrowotnej i pomocy społecznej uległo 9 337 osób, to o 139 mniej niż w roku 2016. Łączny czas, w którym te osoby nie pracowały to aż 268 709 dni w roku 2017 i 252 424 dni w roku 2016. Średnio daje to w obu przypadkach blisko 27 dni niezdolności do pracy. Pierwsze półrocze roku 2018 to już blisko 4 tys. osób, które miało wypadek w pracy (3 997 osób, średni czas przebywania na zwolnieniu to 21 dni). Niestety zdarzają się też wypadki śmiertelne: Dwie osoby w wyniku wypadku poniosły śmierć w roku 2017. Rok wcześniej w tym samym okresie śmiertelnych wypadków było 6, a w pierwszym półroczu tego roku 1. Właśnie z myślą o osobach pracujących w zwodach medycznych firma INTER przygotowała nową wersję grupowego ubezpieczenia na życie INTER Medyk Life, które zabezpiecza finansowo w przypadku nieprzewidywanych zdarzeń losowych.

Ochrona na życie dla zawodów medycznych i pracowników służby zdrowia

INTER Medyk Life to propozycja w ramach ubezpieczenia na życie. Polisa obejmuje ochroną zarówno ubezpieczonego jak i jego najbliższych w przypadku nieszczęśliwych zdarzeń losowych. Jest to pakiet, który został opracowany z myślą o pracownikach medycznych – lekarzach, lekarzach dentystach, lekarzach weterynarii, pielęgniarkach, ratownikach medycznych, fizjoterapeutach, a także innych osobach wykonujących zawody medyczne lub pracujących w służbie zdrowia. Środki z polisy uruchamiane są m.in. w przypadku śmierci ubezpieczonego lub członka jego rodziny, w sytuacji gdy wykonywanie pracy zawodowej jest niemożliwe z powodu choroby lub wypadku, a także w związku z poddaniem się operacji i pobytem w szpitalu lub rozpoznaniem poważnej choroby czy urodzeniem dziecka (w wybranych wariantach). Do ubezpieczenia można przystąpić indywidualnie lub wraz współmałżonkiem, partnerem oraz pełnoletnimi dziećmi.

Mamy świadomość specyfiki pracy w branży medycznej oraz faktu, że jest to grupa narażona na liczne wypadki w pracy, dlatego przygotowaliśmy program ubezpieczeniowy INTER Medyk Life, który nie tylko uwzględnia potrzeby medyków, ale też zabezpiecza ich rodziny. Oferujemy go w 5 różnych wariantach różniących się wysokością świadczeń, które maksymalnie mogą wynieść nawet 1.000.000 zł. To co wyróżnia to ubezpieczenie to możliwość uzupełnienia ochrony w zakresie ryzyk związanych z wykonywaniem zawodu – lekarza, pielęgniarki lub położnej i innych zawodów medycznych. Chronimy przed tym, co może przydarzyć się w specyficznych warunkach pracy – tj. trwałe uszkodzenie wzroku przez promieniowanie laserowe lub uszkodzenie słuchu przez ultradźwięki, poważne zachorowania związane z zarażeniem się wirusem HIV, czy zapaleniem wątroby wirusem typu C, a także przewlekłe zatrucia lekami, płynami sterylizującymi, gazami anestetycznymi. Ochrona obejmuje również „wtórny zespół stresu pourazowego” i trwały uszczerbek na zdrowiu w wyniku agresji pacjenta, a także urazy kręgosłupa będące następstwem wykonywanej pracy. Wypłacamy też świadczenia pieniężne w przypadku poważnego zachorowania, takiego jak m.in. nowotwór, zawał serca czy udar mózgu.– mówi Teresa Domańska – Dyrektor Biura Ubezpieczeń na Życie, Towarzystwa Ubezpieczeń INTER-Życie Polska S.A.

Pakiet INTER Medyk Life jest dedykowany wszystkim osobom zatrudnionym w branży medycznej, które w dniu złożenia deklaracji przystąpienia, miały ukończone 18 lat i nie ukończyły 65 roku życia. Procedura przystąpienia do umowy jest prosta i nie wymaga wykonywania dodatkowych badań lekarskich, wystarczy tylko wypełnić deklarację zgody oraz skróconą ankietę medyczną.

Nowy wariant ubezpieczenia

Od początku października br oferowany jest nowy wariant ubezpieczenia INTER Medyk Life, który łączy w sobie dwie korzyści: wysokie sumy gwarancyjne w przypadku śmierci oraz bardzo przystępną cenę. Jest to taki wariant „amerykański” – ochrona ubezpieczenia koncentruje się na podstawowych ryzykach utraty życia lub zdrowia. Zakres ubezpieczenia nie obejmuje ryzyk dodatkowych, takich jak np. operacja chirurgiczna czy urodzenie dziecka. W nowym wariancie już za 55 zł miesięcznie INTER oferuje 100 000 zł z tytułu śmierci ubezpieczonego w wyniku nieszczęśliwego wypadku, zawału serca lub udaru mózgu. Maksymalna kwota świadczenia to 200 000 zł, jeśli śmierć ubezpieczonego nastąpiła w wyniku wypadku komunikacyjnego przy pracy. Szczególnie polecamy ten wariant osobom wykonującym zawód np. ratownika medycznego czy pielęgniarki lub fizjoterapeuty, gdzie częste wyjazdy do chorych mogą wiązać się z podwyższonym ryzykiem wypadku komunikacyjnego.

Experty – aplikacja z własnym tokenem dostępna na BitBay

Experty to aplikacja do dzwonienia, która łączy ekspertów z osobami poszukującymi wiedzy oraz umożliwia im natychmiastowe rozliczenia w tokenie EXY. Od teraz EXY jest również wymienialny na PLN, EUR i BTC dzięki listingowi na giełdzie BitBay.net.

Jednym z założycieli Experty jest Kamil Przeorski. Od 2014 razem ze wspólnikiem prowadzą firmę doradczą. W grudniu 2016 roku zgłosił się do nich klient, który chciał stworzyć platformę randkową. Ze współpracy nic nie wyszło, ponieważ klient wybrał innego podwykonawcę.

Kamil Przeorski miał poczucie, że swój czas na wstępny konsulting oddał za darmo. Okazało się, że na rynku nie ma rozwiązania, które pomogłoby spieniężyć jego wiedzę i czas. Wtedy właśnie powstał pomysł, aby stworzyć narzędzie do usług doradczych, ale z natychmiastową płatnością. Prace nad start-upem ruszyły w pełni w maju 2017r.

Zespół Experty wierzy, że wiedza powinna być sprawiedliwie wynagradzana i wykorzystuje do osiągnięcia tego celu blockchain. Płatności i system komunikacji opiera się na w pełni przejrzystej zdecentralizowanej technologii.

Naszą misją jest dostarczenie innowacyjnego rozwiązania związanego z procesem płatności konsultantom, ekspertom i konsumentom online oraz zachęcenie do używania z kryptowalut na skalę globalną poprzez stworzenie intuicyjnej, łatwej w użyciu aplikacji o szerokim zastosowaniu. – mówi Kamil Przeorski.

Wśród ekspertów, którzy już teraz korzystają z Experty i są wynagradzani tokenami znajdziemy ponad 100 przedstawicieli wielu branż. Ich pełna lista jest dostępna tutaj. Nie zabrakło również ekspertów z polski – na aplikacji Experty znajdziemy na przykład Szczepana Bentyna.

Bardzo cieszymy się z faktu, że dwie polskie firmy ze świata kryptowalut mogą tworzyć wspólną przyszłość. Współpraca między BitBay i Experty jest początkiem czegoś większego. Naszą wizją jest stworzenie najlepszego produktu w branży konsultingowej. Kiedy pomyślisz o konsultacjach online, Experty będzie twoim pierwszym skojarzeniem. – dodaje Kamil Przeorski.

Experty ma ogromne ambicje, ale też umiejętności, aby je zrealizować. Bardzo podoba nam się idea aplikacji, dzięki której eksperci są zarówno łatwo osiągalni, jak i doceniani. Miło nam, że to właśnie na BitBay będą mogli obracać zarobionymi tokenami. Mamy nadzieję, że potencjał EXY dostrzegają też nasi użytkownicy – puentuje Justyna Laskowska, CMO w BitBay.

Token Experty to kolejna w tym miesiącu nowość na BitBay – jednej z największych giełd kryptowalut w Europie. W listopadzie na platformie pojawił się token AMLT oraz aplikacja mobilna iOS i Android.

Hakerzy wysoko cenią dane kancelarii prawnych i mają na nie sposoby

  • Kancelarie prawne mają w swoich zasobach dokumenty atrakcyjne dla hakera – np. akta spraw, w tym protokoły rozpraw, strategie obrony, wyroki, uzasadnienia czy wrażliwe dane osobowe.
  • To powinno czynić tę grupę zawodową szczególnie ostrożną i wyczuloną na potencjalne ataki cyberprzestępców – tak jednak nie jest.
  • Powodem jest nie tylko niska świadomość zagrożeń, ale i charakter pracy – niektóre wiadomości, choć wyglądają podejrzanie, muszą zostać odczytane.
  • Receptą na ataki hakerskie jest zaawansowana cyberochrona, która integruje nowoczesne technologie, zabezpiecza przed różnymi rodzajami zagrożeń i pozwala korzystać z nich nawet laikowi.

Szanowny Panie, uprzejmie proszę o ocenę możliwości zajęcia się moją sprawą – szczegóły w załączeniu – tak może wyglądać typowy e-mail od hakera. Otworzenie załącznika powoduje instalację złośliwego oprogramowania przechwytującego hasła lub blokadę zawartości komputera, a w kolejnym kroku żądanie zapłaty okupu.

Wiedza o metodach, jakimi posługują się hakerzy, jest coraz powszechniejsza i duża część przedsiębiorców takiego maila nie „kliknie”, podejrzewając oszustwo. Jest jednak grupa zawodowa, której przedstawiciele bez wahania taką korespondencję otworzą. To prawnicy.

– Nie wynika to jednak z niefrasobliwości czy braku ostrożności. Charakter naszej pracy zmusza nas do czytania takich maili. Tego typu korespondencja to przykład kontaktu potencjalnego klienta, kogoś, kto ma jakiś problem prawny i pisze w tej sprawie. Rzecz jasna jest to dla nas obca osoba, niemożliwa do zweryfikowania po nazwisku czy adresie. Może to być nawet ktoś, kto pisze z zagranicy, z konta w nieznanej domenie, a nawet używając pseudonimu. Przecież osoba chowająca się za pseudonimem np. „kajeczka” czy „tomasz88”, może być Kają Kowalską czy Tomaszem Nowakiem – potencjalnym klientem szukającym pomocy prawnej. W tym kontekście najpoważniejszym zagrożeniem związanym z uzyskaniem przez hakera dostępu do zasobów kancelarii prawnej może być ryzyko naruszenia tajemnicy zawodowej – adwokackiej lub – co gorsza – tajemnicy obrończej, która ma charakter bezwzględny, bo nikt – nawet sąd – nie może adwokata z takiej tajemnicy zwolnić. Zgodnie z § 19 Zbiorem Zasad Etyki Adwokackiej i Godności Zawodu adwokat zobowiązany jest zachować w tajemnicy oraz zabezpieczyć przed ujawnieniem lub niepożądanym wykorzystaniem wszystkiego, o czym dowiedział się w związku z wykonywaniem obowiązków zawodowych. Tajemnicą adwokacką objęte są w szczególności znajdujące się w aktach adwokackich materiały, wszystkie wiadomości, notatki i dokumenty dotyczące sprawy uzyskane od klienta oraz innych osób, niezależnie od miejsca, w którym się znajdują” – wyjaśnia Adwokat Liliana Trzaskoś – Kancelaria Adwokacka w Opolu.

Hakerzy nie poprzestają na fikcyjnych nadawcach, podszywają się też pod znane i renomowane instytucje. Tylko w ciągu ostatniego roku były to Zakład Ubezpieczeń Społecznych, profil zaufany czy Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. Właśnie GIODO zostało wykorzystane do jednego z ataków na kancelarię prawną.

Dla cyberprzestępców kancelarie prawne to łakomy kąsek

Mają w swoich zasobach dokumenty atrakcyjne dla hakera – np. szczegóły spraw, strategie obrony, wrażliwe dane osobowe. Przestępcy coraz częściej to wykorzystują – od kilku lat zauważalne jest ich rosnące zainteresowanie adwokatami. Poważne upublicznione zdarzenie miało miejsce w 2015 roku. Skuteczny okazał się atak wymierzony w jedną z największych kancelarii adwokackich w Polsce. Hakerzy przejęli wrażliwe dane i zażądali pół miliona euro w zamian za ich niepublikowanie. Kancelaria zlekceważyła groźby i zignorowała fakt, że miał miejsce groźny atak. W odpowiedzi hakerzy ujawnili w tzw. Darknecie część skradzionych danych. Straty (nie tylko wizerunkowe) kancelarii adwokackiej były ogromne.

– Kancelarie prawne w szczególny sposób zobowiązane są do zapewniania cyberbezpieczeństwa, nie tyle sobie samym, co przede wszystkim swoim klientom. Upublicznienie informacji o zarzutach karnych i szczegółach spraw może być dla klienta rujnujące, a dla kancelarii oznaczać pozbawienie racji bytu. Możliwa jest nawet utrata prawa do sprawowania patronatu nad aplikantami, a nawet prawa do wykonywania zawodu. Wielkim utrudnieniem jest także postępowanie dyscyplinarne związane z naruszeniem tajemnic powierzonych przez klientów. Przepisy, ale i przyjęte normy społeczne zobowiązują tę grupę zawodową do realizacji usług charakteryzujących się dbałością w stopniu wyższym niż wymagany od innych profesjonalistów. Inną kwestią jest fakt, że małe, kilkuosobowe kancelarie mogą mieć problem ze znalezieniem skutecznej ochrony w rozsądnych kosztach – mówi Wojciech Gołębiowski, dyrektor zarządzający Veronym, firmy zapewniającej najnowocześniejsze i kompleksowe chmurowe cyberbezpieczeństwo w modelu subskrypcji usługi, który jest tańszy oraz skuteczniejszy niż zatrudnianie specjalistów IT.

Nieobecność na rozprawie to przegrana sprawa

Wzrost ryzyka wiąże się z ogólną tendencją przenoszenia kanałów komunikacji między profesjonalnymi pełnomocnikami a sądem do sieci –  od kilku lat sądy na portalach internetowych udostępniają pełnomocnikom stron akta spraw, w tym protokoły rozpraw (także niejawnych czy odbywających się za zamkniętymi drzwiami), wyroki, uzasadnienia itp. Dlatego też obecnie – inaczej niż jeszcze kilka lat wcześniej – adwokaci w swoich zasobach komputerowych przechowują nie tylko własne pisma, lecz także te pobrane pochodzące od sądu. Podobnie popularną praktyką jest skanowanie i przechowywanie na dysku komputera pism pochodzących od przeciwników procesowych. To odchudza papierowe akta sprawy, lecz jednocześnie stwarza dla prawnika nowe zagrożenia.

Potencjał kancelarii prawnych, który może być wykorzystany przez hakerów, to nie tylko dane osobowe, dane wrażliwe czy informacje procesowe i objęte karami umownymi. Coraz więcej kancelarii korzysta już z oprogramowania przypominającego o terminach urzędowych i datach rozpraw sądowych. Haker może uniemożliwić działanie aplikacji, a prawnik przez to nie pojawi się na rozprawie. W takiej sytuacji nie tylko przegra sprawę, może też narazić się na karę, a ogromną stratę wizerunkową poniesie również kancelaria. Sam brak dostępu do aplikacji Lex czy Polskie Kodeksy jest poważnym utrudnieniem i w krytycznym momencie może mieć negatywne konsekwencje dla pracy adwokata.

Jaką cyberochronę powinny mieć kancelarie adwokackie

Niestety kancelarie prawne w większości nie doceniają zagrożenia wynikającego z charakteru ich pracy i zainteresowania hakerów tą grupą zawodową. Chociaż korespondencja elektroniczna jest najpopularniejszą formą kontaktu prawnika z jego klientem, właśnie tu widać niski poziom ochrony. Na przykład poprzez dość częste używanie adresów w domenach @gmail.com, @o2.pl, @wp.pl, które nie gwarantują odpowiedniego zabezpieczenia. Nadal powszechną praktyką jest przesyłanie projektów pism jako całkowicie nieszyfrowanych załączników do wiadomości e-mail, choć nawet ich szyfrowanie z pewnością nie jest wystarczającym zabezpieczeniem w 2018 roku. Protokoły i schematy wiadomości e-mail powstały kilkadziesiąt lat temu i od tego czasu nie zostały zasadniczo zmienione.

– Zasadniczym zajęciem prawnika nie jest zabezpieczanie komputera i nie można oczekiwać, że pracownicy kancelarii będą na tym się znali. Dlatego najlepsze dla tej grupy zawodowej są rozwiązania, które pozwalają im nie martwić się o programy zabezpieczające, inwestowanie w sprzęt czy zatrudnianie drogich informatyków. Wszystkie te kompetencje i dostęp do najlepszych technologii do walki z cyberprzestępczością mogą być dostarczane zewnętrznie, np. w modelu miesięcznego abonamentu. Ważne, aby ochrona była wielowarstwowa, zapewniała nie tylko zaawansowane, nowoczesne zabezpieczenia, ale uwzględniała też możliwe do popełnienia błędy ludzkie. Obecnie wyróżnia się 27 technik włamań, a przestępcy cały czas pracują nad kolejnymi. Najważniejsza jest oczywiście ochrona styku z Internetem i oprogramowanie analizujące znane przypadki ataków oraz te jeszcze nie rozpoznane. Wspomniana już wielowarstwowość zabezpieczeń gwarantuje natomiast, że jeśli atak pokona jedno z nich, np. antywirus, kolejne moduły nie dopuszczą do jego powodzenia. Ochrona powinna też być konfigurowana i optymalizowana w zależności od pojawiających się nowych typów ataków i zagrożeń – ocenia Wojciech Gołębiowski z Veronym.

Na stacjach benzyna tańsza od diesla

Na polskich stacjach olej napędowy ON jest droższy o 24-27 gr/l od benzyny Pb 95. Właściciele diesli są zszokowani, ale istnieje wyjaśnienie dlaczego tak się stało i jak długo stan taki może potrwać.

– Fakt tej anomalii cenowej diesel versus benzyna bezołowiowa wynika z ograniczonej podaży na rynku niemieckim – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Susze, które miały miejsce we wrześniu i październiku, spowodowały, że rzeka Ren, która jest ważnym kanałem przesyłowym dla diesla osiągnęła najniższe poziomy od lat, zapasy oleju napędowego drastycznie spadły, a to się przełożyło na ceny produktu na stacjach benzynowych.

Taka sytuacja potrwa jeszcze prawdopodobnie do roztopów, które zakończą zimę i spowodują podniesienie poziomu wody na Renie. A więc do wiosny.

Niezależnie od dysproporcji między ceną benzyny i ON, paliwo ogólnie powinno w najbliższych tygodniach tanieć, ze względu na niższe ceny ropy naftowej na globalnych giełdach. Notowania ropy Brent spadły z ponad 85 USD za baryłkę na początku października do nieco ponad 60 USD obecnie, a ceny ropy WTI zniżkowały analogicznie, z ok. 75 USD do nieco ponad 50 USD. Średnio w ciągu 2 miesięcy spadki giełdowych notowań ropy sięgnęły więc ok. 30%. Powinno to wkrótce znaleźć odzwierciedlenie w cenach na stacjach benzynowych, w zależności o kursu USD/PLN, polityki OPEC oraz szybkości reakcji koncernów paliwowych. Można jednak oczekiwać spadku cen benzyny w okolice pułapu 5 zł za litr.

Bartosz Turek: 2019 r. będzie najgorszy dla posiadaczy lokat

Jeszcze trzy lata będzie trzeba czekać na to, aby bankowe depozyty dały realnie zarobić. Powód? Inflacja ma przyspieszyć, przekraczając poziom 3%. Rok 2019 będzie najgorszy dla posiadaczy lokat.

Dziś przeciętna roczna lokata jest oprocentowana na 1,68% (dane NBP za wrzesień). Po potrąceniu podatku daje to realny zysk na bardzo skromnym poziomie 1,36%. To po pierwsze oznacza, że powierzony bankowi tysiąc złotych na rok da zaledwie 13,6 zł odsetek. Jakby jednak tego było mało, to po drugie – przy prawie 2-proc. inflacji – oznacza to także, że wzrost cen postępuje szybciej niż doliczanie odsetek do oszczędności przez bank. Realnie na przeciętnej lokacie po prostu tracimy – za rok odbierając powierzone pieniądze wraz z odsetkami będziemy mogli kupić za nie mniej niż dziś.

Przyszłość maluje się w jeszcze czarniejszych barwach. Inflacja ma lada moment przyspieszyć przekraczając poziom 3%. Przy niemal niezmienionym oprocentowaniu lokat bankowych oznacza to, że realne straty na lokatach będą jeszcze większe.

– Już niedługo inflacja będzie pochłaniała wartość oszczędności ponad dwa razy szybciej niż banki dopisywać będą do nich odsetki. Z tak niekorzystną sytuacją nie mieliśmy do czynienia od ponad dekady – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance.

Z szacunków Open Finance wynika, że w przyszłym roku posiadacze lokat będą notowali najwyższe straty od dekady, oczywiście po opodatkowaniu i uwzględnieniu inflacji. Może nawet dojść do sytuacji, w której inflacja będzie pochłaniała wartość oszczędności ponad dwa razy szybciej niż banki dopisywać będą do nich odsetki. Oczywiście wciąż mówimy o sytuacji, w której zakładamy przeciętną roczną lokatę.

Ratunkiem dla deponentów są limitowane i promocyjne produkty bankowe. Aby z nich skorzystać trzeba jednak często spełnić dodatkowe wymagania (aktywnie korzystać z konta, być nowym dla banku klientem lub przynajmniej wpłacić do niego nowe środki). I tak, jeśli uda nam się upolować depozyt oprocentowany na 4% w skali roku, to po potrąceniu podatku oznacza to 3,24% zysku netto. To odrobinę więcej niż przewidywana przez NBP inflacja w 2019 r. (3,2%).

Jeśli faktycznie przyszłość będzie wyglądać tak jak sugerują to dzisiejsze prognozy, to na realne zyski z przeciętnych lokat przyjdzie nam jeszcze poczekać co najmniej trzy lata. W sumie więc niekorzystna dla deponentów sytuacja może trwać minimum 5 lat. W obliczu takiej perspektywy osoby posiadające oszczędności już od dłuższego czasu szukają alternatywy dla swoich pieniędzy. W 2019 r. skłonność Polaków do lokowania pieniędzy poza bankami może jeszcze wzrosnąć.

Póki co spora część inwestorów jest dość zachowawcza omijając najbardziej ryzykowne formy lokowania kapitału. To dlatego bardzo dużą popularnością cieszą się mieszkania kupowane z myślą o wynajmie, obligacje skarbowe czy bezpieczniejsze rodzaje funduszy inwestycyjnych (gotówkowe i rynku pieniężnego).

Od 25 listopada 2018 r. obowiązują nowe przepisy o zarządzie sukcesyjnym

Nie jest tajemnicą, że myśląc o sukcesji polscy przedsiębiorcy korzystają z rozwiązań zagranicznych. Wokół tego narosło dużo mitów. W Polsce nie ma odpowiednich rozwiązań prawnych do umożliwienia sukcesji międzypokoleniowej. Sprawy tej nie rozwiążą – skądinąd bardzo potrzebne – przepisy o zarządzie sukcesyjnym, które weszły w życie 25 listopada 2018 r.

– Wprowadzane zmiany utrudniają dziedziczenie firm – mówi w rozmowie z MarketNews24 doradca podatkowy Anna Turska z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Przedsiębiorcy mogą oczywiście stosować rozwiązania pośrednie, lecz brakuje im narzędzi, które zwiększałyby szansę przetrwania majątku nie przez jedno pokolenie, lecz co najmniej kilka. Takim narzędziem może być fundacja rodzinna. Tego typu fundacje, jako rozwiązania systemowe, istnieją w wielu krajach europejskich. Dla przykładu można wymienić tu Holandię, Szwajcarię, Maltę, Liechtenstein, Austrię, Monako, Niemcy, Irlandię, Belgię czy Cypr.

Najnowsze zmiany dokonywane na gruncie prawa podatkowego od 1 stycznia 2019 r., dodatkowo utrudnią korzystanie z zagranicznych fundacji rodzinnych i spowodują nałożenie dodatkowych podatków na polskich przedsiębiorców korzystających z takich rozwiązań. Pierwszym z nich będzie podatek od nierealizowanych dochodów (tzw. exit tax), który będzie dotyczył między innymi polskich przedsiębiorców, nawet tych nieprowadzących działalności gospodarczej, którzy przeniosą posiadane przez siebie udziały czy akcje w spółkach za granicę. Drugi z podatków wprowadzają przepisy dotyczące zagranicznych spółek kontrolowanych (tzw. CFC), które  obejmą również zagraniczne fundacje rodzinne, w których polski podatnik jest fundatorem lub beneficjentem,  jeśli przysługuje mu prawo do uczestnictwa w zyskach fundacji (w określonej przepisami wysokości), jak również – co wzbudza wśród prawników i przedsiębiorców najwięcej kontrowersji – ekspektatywa do uzyskania tych zysków w przyszłości.

Czym de facto jest fundacja rodzinna? Jej istotą fundacji rodzinnej jest odseparowanie majątku, w tym środków pieniężnych, udziałów czy akcji w spółkach operacyjnych od osoby jej założyciela (fundatora). Aktywa znajdujące się w majątku fundacji stają się odrębnym majątkiem nie wchodzącym w skład masy spadkowej w przypadku śmierci fundatora. Podlegają one dalszemu zarządowi i dystrybucji zgodnie z wolą fundatora wyrażoną w statucie fundacji. W ten sposób firmy należące do fundacji mogą trwać i działać przez pokolenia.

Fundacja rodzinna nie musi być rozwiązaniem, z którego będą chcieli skorzystać wszyscy. O  fundacji powinniśmy myśleć, jeżeli chcemy niewzruszalnej struktury na lata, jeśli jesteśmy przekonani, że między spadkobiercami może dojść do konfliktu – bo się nie lubią albo któryś z nich po prostu poczuje się pokrzywdzony naszą dyspozycją, jeśli chcemy, aby beneficjentem był ktoś spoza rodziny, bądź jeśli posiadamy małoletnie dzieci i chcemy, aby zachowany został dla nich majątek pracujący, a nie jego równowartość w pieniądzu.

– W Polsce potrzebne są przepisy, które na terenie kraju umożliwiałyby tworzenie fundacji w celu zapewnienia sukcesji – ocenia mec. Anna Turska.

Krakowskie lsd.studio wśród zwycięzców tegorocznej edycji Best Shop Concept

Krakowskie lsd.studio znalazło się w gronie zwycięzców tegorocznej edycji konkursu Best Shop Concept, i to aż w 2 kategoriach: Najlepszy Sklep Odzieżowy
i Najlepszy Sklep Specjalistyczny. Jurorzy nagrodzili projekty i realizacje, jakie lsd.studio wykonało dla Sklepu Koncepcyjnego Bytomia w gdańskiej Galerii Handlowej Forum, a także warszawskiego lokalu gastronomicznego Tutti Santi. Best Show Concept to konkurs, który już po raz kolejny przygotowują organizatorzy Retail Show.

Wygrana w dwóch różnych kategoriach konkursu Best Shop Concept Awards to lsd.studio potwierdzenie słuszności przyjętej strategii.

– Wywodzimy się z branży odzieżowej. Postanowiliśmy jednak wypłynąć na inne obszary, stąd wyróżnienie dla projektu, który łączy w sobie handel i gastronomię czyli znajdującego się w Warszawie lokalu Tutti Santi – mówi Samir Tiliouine – jeden z szefów i założycieli lsd.studio.

Wyróżnione w kategorii Najlepszy Sklep Specjalistyczny projekt i realizacja koncepcji wnętrza warszawskiego lokalu Tutti Santi, w którym można zjeść dania kuchni włoskiej, a także kupić oryginalne produkty kulinarne z Italii, opierają się na ciepłych, a przy tym nowoczesnych wnętrzach. Autorzy projektu nawiązali tu do nazwy lokalu i wyposażyli go m.in. w monumentalne freski kojarzące się ze sztuką sakralną czy pop artowe witraże, nad którymi dominuje motyw gotyckich ostrołuków, na surowym i ceglanym tle.

– Wystrój lokalu, będący balansem między światem sacrum i profanum, ciekawie tworzy „duchową” i wizualną otoczkę dla serwowanej tu przepysznej pizzy („jej jakość gwarantuje mistrz Valerio Valle, który osobiście  certyfikuje  pracowników i nadzoruje jakość produktów”), która jest zdecydowanie najważniejszym powodem, dla którego warto odwiedzić to miejsce – zwraca uwagę Agnieszka Gawron – szefowa i założycielka lsd.studio.

Sklep Koncepcyjny Bytom, który wygrał tegoroczną edycję Best Shop Concept w kategorii Najlepszy Sklep Odzieżowy, prezentuje całe spektrum doświadczeń lsd.studio w pracy dla tego typu placówek handlowych. Lsd.studio od dłuższego już czasu współpracuje z firmą Bytom przy tworzeniu ich w najbardziej prestiżowych miejscach w Polsce. Znajdujący się w gdańskiej Galerii Handlowej Forum sklep to przykład, jak zaprojektować obiekt handlowy typu premium, wykorzystując miejscowe otoczenie i tradycję.

– Morze i wiatr – to dwa żywioły, dzięki którym sklep ten zyskał swoją niepowtarzalną tożsamość – opisuje zrealizowany przez lsd.studio projekt Samir Tiliouine.

Sufit z żagli czy podłoga przypominająca piaszczyste wydmy i aluminiowo szklane przegrody dzielące wnętrze na dwie sale, jak również lada kasowa kojarząca się z akwarium, a do tego przymierzalnie łudząco podobne do tych z dawnego uzdrowiska w Sopocie – to główne elementy wystroju nagrodzonego projektu.

Nagrody za gdański sklep Bytomia i za lokal Tutti Santi w Warszawie to już kolejne, jakie w ramach konkursu Best Shop Concept Awards otrzymało lsd.studio. W 2017 roku jurorzy uznali projekt i realizację pracowni dla sklepu firmy Bytom w łódzkiej Galerii Handlowej Manufaktura za najlepszą w kategorii Sklep Odzieżowy.

Dane i analityka – klucze do transformacji cyfrowej

Z raportu „Global State of Enterprise Analytics 2018”, przygotowanego przez firmę MicroStrategy, wynika, że 90 procent ankietowanych analityków oraz profesjonalistów przyznaje, że dane i analityka to ważny albo bardzo ważny czynnik potrzebny do przeprowadzenia cyfrowej transformacji w firmie. Ich skuteczna implementacja pomaga rozwinąć nowe modele biznesowe, zapewnia większą efektywność, a także formułuje na nowo doświadczenia klientów. Droga do sukcesu nie jest jednak łatwa i wymaga wielu zmian w organizacji i to nie tylko technicznych, ale również procesowych.

Raport „Global State of Enterprise Analytics 2018” bazuje na wypowiedziach 500 osób decyzyjnych z całego świata, reprezentujących wiodące na rynku firmy. Został przygotowany przez firmę MicroStrategy, światowego dostawcę w zakresie analityki i mobilnego oprogramowania. Jego celem było zbadanie jak wygląda obecnie wykorzystanie danych w organizacjach.

Poza potrzebą rozwoju analityki w firmach, 63 procent ankietowanych zauważyło, że firma oparta na danych oznacza wzrost produktywności i efektywności, 57 procent wskazało na możliwość podejmowania szybszych i bardziej trafnych decyzji, a 51 procent na uzyskanie lepszych wyników finansowych. Dodatkowe zalety są związane z doświadczeniem klientów, lepszymi możliwościami ich pozyskiwania, identyfikacji, a w konsekwencji pozyskiwania nowych źródeł pozyskiwania dochodów. Na tej podstawie 64 procent decydentów przyznało, że ich organizacje zamierzają zainwestować więcej środków w inicjatywy analityczne w ciągu najbliższego roku. W dłużej perspektywie, pięciu lat, ten wskaźnik wynosi już 71 procent.

W osiągnięciu statusu przedsiębiorstwa opartego na danych, czyli według MicroStrategy – Inteligentnego Przedsiębiorstwa – pomóc może stworzenie jasnej analitycznej strategii, a także rozwój wewnątrz organizacji kultury promującej wykorzystanie dostępnych informacji i ułożenie odpowiedniej architektury technicznej.

Transformacja cyfrowa i zbudowanie organizacji opartej o dane i analitykę jest wyzwaniem. Prawie połowa ankietowanych przyznała, że jedną z barier stojącej na drodze do sukcesu są ochrona i bezpieczeństwo danych. Kolejnymi przeszkodami są ograniczona demokratyzacja danych w obrębie ich organizacji (33%) oraz brak szkoleń na temat jak najlepszego wykorzystania rosnącego napływu danych (29%). Ponadto, 45% organizacji wskazuje, że mniej niż połowa ich danych organizacyjnych podlega lub jest zgodna z jedną wersją prawdy, czyli opiera się o jedno źródło danych.

Respondenci uznali Cloud Computing (24%), Big Data (20%) i AI / uczenie maszynowe (18%) jako trendy o największym wpływie na inicjatywy analityczne w perspektywie najbliższych pięciu lat. Tuż za nimi są Internet Rzeczy (16%), zarządzanie tożsamością cyfrową (12%), Blockchain (7%) i głos / język naturalny (3%).

W konsekwencji, na drodze do transformacji cyfrowej pojawia się konieczność zatrudnienia osób o analitycznych umiejętnościach, które będą przygotowane do zmiany podejścia do funkcjonowania organizacji. Rola Chief Data Officerów staje się, wobec tego, coraz bardziej znacząca i będzie polegała na demokratyzacji danych i analityki w organizacji, tak aby stałe się one w pełni dostępne dla wszystkich osób w niej pracujących. Obecnie, tylko 16 procent badanych organizacji przyznało, że dostęp do danych i analiz ma 1/4 ich pracowników. W kolejnych latach ponad 90 procent organizacji planuje zainwestować więcej albo przynajmniej tyle samo co obecnie, w zatrudnianie talentów z zakresu danych i analityki.

Raport „Global State of Enterprise Analytics 2018” powstał na podstawie wyników ankiety internetowej, którą MicroStrategy przeprowadziło w kwietniu 2018 r., korzystając z usług globalnego doradztwa naukowego Hall & Partners. Odpowiedzi zostały zebrane od 500 analityków korporacyjnych i specjalistów wywiadu biznesowego zlokalizowanych w Brazylii, Niemczech, Japonii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Uczestnicy reprezentowali organizacje zatrudniające od 250 do 20 000 pracowników na całym świecie. W ankiecie nie przeprowadzono świadomej ankiety wśród użytkowników MicroStrategy ani żadnego innego dostawcy rozwiązań analitycznych.

Rozbudowa rynku hotelarskiego w Polsce

Od kilku lat rynkowi hotelarskiemu w Polsce sprzyja dobra koniunktura, dzięki czemu jego potencjał stale rośnie. Ze względu na opóźnienia w realizacji hoteli, w tym roku otworzy się jednak mniej obiektów niż zaplanowano.  

Według danych GUS, w ciągu trzech pierwszych kwartałów bieżącego roku na terenie naszego kraju udzielone zostało ogółem ponad 71 mln noclegów, w tym prawie 39 mln w obiektach hotelowych. Skorzystało z nich 26,4 mln osób, wśród których prawie 5,5 mln było turystów z zagranicy, najwięcej z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Ukrainy i USA. Już od dawna rośnie liczba turystów odwiedzających nasz kraj, czego naturalną konsekwencją są wzrosty statystyk dotyczące przewozów pasażerskich realizowanych przez przewoźników lotniczych i rozbudowa rynku hotelarskiego w Polsce.

Katarzyna Tencza, Associate Director w Dziale Hotelowym Walter Herz
Katarzyna Tencza, Associate Director w Dziale Hotelowym Walter Herz

Katarzyna Tencza, Associate Director w Dziale Hotelowym Walter Herz, przyznaje że największy rozwój segmentu hotelarskiego widoczny jest w Warszawie. – W stolicy od początku bieżącego roku otwartych zostało kilka znaczących obiektów hotelowych i ukończonych inwestycji aparthotelowych, dzięki czemu na warszawskim rynku  przybyło ponad tysiąc pięćset nowych pokojów – informuje.

Warszawa z luksusowymi markami

Warszawskie zasoby hotelowe wzrosły m.in. dzięki otwarciu przy Krakowskim Przedmieściu luksusowego hotelu Raffles Europejski ze 106 pokojami, hotelu Krakowska Residence Grupy Arche z przeszło 350 pokojami, hotelu Renaissance Warsaw Airport z 225 pokojami, hotelu Hampton by Hilton Warsaw Mokotów ze 163 pokojami, czy hotelu ibis Styles Warszawa City przy ulicy Grzybowskiej.

Warto również wspomnieć o nowych inwestycjach aparthotelowych na mapie stolicy – 165- pokojowym obiekcie Platinum Hotel&Residence w Wilanowie, 150-pokojowym obiekcie Grupy Arche – Hotel Poloneza, a także 311-pokojowym Varsovia Apartamenty Kasprzaka.

Na początku przyszłego roku gości powitać ma również hotel Four Points by Sheraton, który zaoferuje 192 pokoje oraz hotel Vienna House ze 164 pokojami.

Najwięcej inwestycji o charakterze hotelowym w mieście realizowanych jest w Śródmieściu, na Mokotowie i Woli, w rejonach gdzie znajdują się największe skupiska biurowe. Nowa oferta noclegowa w Warszawie skierowana jest przede wszystkim do klientów biznesowych.

Pięknieje gdańskie Stare Miasto

Trójmiejski rynek hotelowy zasilony został zaś w tym roku przez gdańskie hotele: Hampton by Hilton Gdańsk Old Town ze 154 pokojami i IBB Hotel Długi Targ z 90 pokojami oraz sopocki Focus Premium, w którym znalazło się 70 pokojów i hotel Testa oferujący kilkanaście pokoi, zlokalizowany również w Sopocie.

Najbardziej optymistyczne prognozy, co do rozwoju bazy hotelowej trójmiasta dotyczą Gdańska. – Na szczególną uwagę zasługuje znajdująca się w pobliżu gdańskiej Starówki Wyspa Spichrzów, której teren od kilku lat jest intensywnie rewitalizowany. Na tym obszarze prowadzone są liczne projekty o różnym charakterze, w tym inwestycje: hotel Radisson w kompleksie Deo Plaza z 350 pokojami, hotel Holiday Inn Gdańsk City Centre z 240 pokojami, hotel Grano w kompleksie Grano Residence ze 136 pokojami w systemie condo, czy condo hotel Grand Hotel z 340 pokojami.

Kraków i Poznań z mniejszym wzrostem

Sporym wzrostem branża pochwalić może się również na Śląsku. A szczególnie w Katowicach i Gliwicach, w których wybór miejsc noclegowych do końca 2020 roku zwiększy się o jedną czwartą.

Krakowski rynek urósł w tym roku o niespełna 500 pokojów. Poza niedawno oddanym hotelem B&B przy ulicy Monte Cassino ze 130 pokojami, do bazy hotelowej w stolicy Małopolski dołączył również hotel Puro Hotel Kraków Kazimierz z 228 pokojami. W Krakowie otworzył się także aparthotel sieci Artery Hotel.

Z danych Walter Herz wynika, że również stolica Wielkopolski wzbogaciła się w tym roku o ponad 350 pokojów hotelowych. Nowe otwarcia to m.in. hotel Altus ze 109 pokojami i hotel Focus z 94 pokojami. Swój jedenasty hotel w Polsce ze 166 pokojami otworzyła też w Poznaniu Grupa Radisson. Wkrótce otwarty zostanie także hotel Hampton by Hilton Poznań.

Nowe Centrum Łodzi z dużymi projektami

W opinii ekspertki Walter Herz, duży potencjał wzrostu, jeśli chodzi o rynek hotelarski ma również Łódź, w której trwa realizacja szeroko zakrojonego projektu Nowe Centrum Łodzi. Dzięki dużym, wielofunkcyjnym inwestycjom, które są planowane i prowadzone w ramach tego przedsięwzięcia za kilka lat miasto dysponowało będzie o około 30 proc. większą bazą hotelową niż obecnie.

Wkrótce, jak podaje Walter Herz, poprawi się również jakość bazy noclegowej w polskich kurortach. W miejscowościach turystycznych pojawi się wiele markowych obiektów, jak Hilton Garden Inn w Kołobrzegu, Hilton w Świnoujściu, hotele Radisson Blu w Zakopanem oraz w Szklarskiej Porębie, Best Western Premier Navy w Świnoujściu, MGallery by Sofitel w Juracie, czy Crowne Plaza w Sopocie. W Wiśle ma powstać zaś pięciogwiazdkowy hotel Crystal Mountain Resort z około 500 pokojami, zapleczem restauracyjnym, centrum konferencyjnym, strefą SPA i aquaparkiem z zewnętrznym basenem.

Plany operatorów

W 2019 roku sieć hotelowa Orbis/Accor otworzy w Krakowie pierwszy obiekt pod marką MGallery by Sofitel w Polsce. Kolejna nowa na polskim rynku marka tej sieci – Adagio, pojawi się w Krakowie w 2021 roku. Kraków będzie również miejscem debiutu w Polsce marki z portfela Hiltona – Curio Collection by Hilton.

Nowością w działalności Grupy Louvre Hotels będzie zaś otwarcie w grudniu br. w Krakowie pierwszego w Europie, czterogwiazdkowego hotelu chińskiej marki Metropolo by Golden Tulip. Obiekt położony przy ulicy Orzechowej zaoferuje 220 nowoczesnych pokojów. Ponadto firma wprowadza też do Polski markę Kyriad, która w przeszłości była już obecna na polskim rynku. Pierwszy obiekt pod tym szyldem ma zostać otwarty w 2021 roku w Katowicach.

W warszawskim kompleksie Varso firmy HB Reavis powstającym przy skrzyżowaniu alei Jana Pawła II i ulicy Chmielnej w 2020 roku rozpocznie również działalność pierwszy w kraju czterogwiazdkowy hotel marki NYX sieci Leonardo Hotels, który wzbogaci stołeczną bazę o 331 pokojów.

o Walter Herz

Bierni zawodowo ruszyli do pośredniaków

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Pierwszy raz od niemal trzech lat wzrosło w Polsce bezrobocie. Coś, co zwykle brzmi złowieszczo, tym razem stanowi dobrą informację, ze względu na rosnący w tym samym czasie poziom zatrudnienia i aktywności zawodowej, które jednocześnie osiągnęły wieloletnie rekordy – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Dane GUS o rynku pracy za trzeci kwartał (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności) pokazały wzrost bezrobocia z poziomu 3,6 do 3,8 proc. Przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do spadków liczby szukających pracę. Dlaczego sytuacja się odwróciła i czy wzrost odsetka bezrobotnych można odebrać pozytywnie?

Jest lepiej mimo wzrostu bezrobocia

O 45 tys. osób wzrosło bezrobocie w III kw. br. w porównaniu do ubiegłego kwartału. To jednak w większości przypadków wcale nie oznacza, że tyle osób utraciło pracę, gdyż w tym samym czasie zatrudnienie wzrosło o 52 tys., do 16,62 miliona osób.

Wzrost zatrudnienia i wzrost bezrobocia musi oznaczać, że zmniejszył się odsetek biernych zawodowo. To te osoby są zwykle największym problemem rynku pracy. Jeżeli ktoś nie szuka zatrudnienia, to bardzo trudno, by znalazł się w gronie pracowników. Niewykluczone jednak, że rosnące wynagrodzenia wreszcie zaczęły „wyciągać” część osób z bierności i zmotywowały je do podjęcia próby znalezienia pracy. Niektórym to udało i otrzymali zatrudnienie, a niektórzy jeszcze nie i trafili do grupy bezrobotnych.

Współczynnik bierności zawodowej (czyli odsetek osób nieszukających zatrudnienia w wieku powyżej 15 lat) spadł do poziomu 43,2 proc. Cały czas jest to bardzo wysoka wartość na tle krajów z najlepszymi parametrami na europejskim rynku pracy (Holandii, Szwecji czy Szwajcarii – przedział od 31 do 35 proc.), ale jednocześnie w Polsce jest to wynik najlepszy od III kw. 2000 r.

Rekordowe zatrudnienie

Rekordowy poziom (przynajmniej od 20 lat) osiągnął także odsetek zatrudnionych do populacji w wieku 15-64 lata, który przez Eurostat jest uznawany za bazowy przy większości analiz związanych z rynkiem pracy. Wynosi on obecnie według danych GUS 68 proc.

Polskie rekordy nie oznaczają jednak, że w tej konkurencji jesteśmy w europejskiej czołówce. Obecnie osiągamy rezultaty blisko unijnej średniej, razem z Bułgarią oraz Irlandią. Liderzy Unii to kraje ze wskaźnikiem zatrudnienia do populacji na 75-80 proc. (Czechy, Niemcy, Estonia, Holandia, Szwecja).

By udało się osiągnąć wyniki tych krajów, polska gospodarka musiałaby wytworzyć 2-2,5 miliona miejsc pracy. Wymagałoby to wprowadzenia szerokich zachęt (np. podatkowych) do zatrudnienia osób względnie młodych (18-24 lata), a także tych, którzy zbliżają się do wieku emerytalnego (55-64 lata). Konieczne byłyby również znaczne poszerzenie oferty instytucjonalnej opieki nad dziećmi i promocja zatrudnienia na część etatu, by kobiety miały możliwości względnie szybkiego i możliwie bezproblemowego powrotu do pracy po urodzeniu dziecka.

RODO, split payment i e-podpis oczami MŚP

Zmiany prawno-podatkowe wprowadzone w 2018 roku spędzają sen z powiek mikro, małym i średnim firmom. Z Barometru EFL wynika, że przedsiębiorcy najbardziej obawiają się podzielonej płatności podatku od towarów i usług, tzw. split payment (14 proc. wskazań). Negatywnie na sytuację firmy w opinii 13 proc. przedstawicieli MŚP mogą wpłynąć zmiany w obszarze ochrony danych osobowych (tzw. RODO[1]). Co dwudziesty zapytany obawia się wymogu dotyczącego podpisu elektronicznego.

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

– Obecnie największym problemem większości firm w Polsce jest dostępność pracowników oraz rosnąca presja płacowa, na co wskazała połowa zapytanych przez nas przedsiębiorców. Jednak nie możemy zapomnieć o szeregu innych czynników, które mogą wpłynąć negatywnie na kondycję i dalszy rozwój przedsiębiorczości w naszym kraju. Mam tutaj na myśli przede wszystkim nowe regulacje prawno-podatkowe, w które obfitowały ostatnie miesiące, takie jak split payment czy RODO. To bardzo istotne zmiany, które rzutują zarówno na ten najmniejszy jak i korporacyjny biznes. O ile jednak w przypadku dużych firm, najczęściej działają wydzielone komórki zajmujące się prawem czy IT, które analizują bieżące zmiany i wprowadzają je w życie firmy, o tyle mikroprzedsiębiorcy w jednych rękach skupiają wiele różnych obowiązków. Tutaj nikt nie ma czasu, żeby codziennie poświęcać czas na lekturę przepisów. Stąd ważne jest, aby zmiany prawa w Polsce odbywały się z uwzględnieniem interesów i możliwości wszystkich stron zainteresowanych – mówi Radosław Kuczyński, Prezes EFLS.A.

Prawna bariera nr 1 – split payment

Wśród czynników prawno-podatkowych, mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa, najwięcej zapytanych przedstawicieli MŚP wskazało na split payment, czyli mechanizm podzielonej płatności – 14 proc. Nowe przepisy obowiązują od 1 lipca 2018 roku i wpływają na sposób płatności za faktury. W praktyce chodzi o to, że sposób płatności za usługi i towary polega na wpłacie kwoty netto na rachunek rozliczeniowy dostawcy, a kwoty podatku od towarów i usług („VAT”) na oddzielny rachunek VAT. Split payment dotyczy mikro, małych, średnich i dużych przedsiębiorstw, jednak na razie obowiązuje zasada dobrowolności (stosowanie przepisów zależy od dokonującego zapłaty, nie jest obowiązkowe).

Najbardziej mechanizmu podzielonej płatności obawiają się mikroprzedsiębiorcy, wśród których aż 20 proc. wskazuje, że nowe regulacje mogą wpłynąć niekorzystnie na kondycję ich firmy. Na drugim biegunie są średnie firmy – 8 proc. wskazań. Biorąc pod uwagę branże, pesymistów jest najwięcej w produkcji i usługach (po 17 proc.), najmniej wśród hotelarzy i restauratorów – 4 proc.

Prawna bariera nr 2 – RODO

Z Barometru EFL[2] wynika, że 13 proc. przedstawicieli sektora MŚP obawia się RODO. Jest to unijne Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych (RODO), które weszło w życie w maju 2016 roku. Jednak przedsiębiorcy otrzymali 2-letni okres przejściowy na dostosowanie swoich struktur i procedur do nowych przepisów, dlatego nowe przepisy są bezpośrednio stosowane dopiero od 25 maja 2018 roku. Obawy firm są uzasadnione, gdyż RODO wprowadza szereg nowych obowiązków w obszarze ochrony danych osobowych klientów, kontrahentów, pracowników czy kandydatów do pracy oraz poważne sankcje finansowe za ich nieprzestrzeganie.

Najbardziej za pan brat z RODO są średnie firmy – wśród nich tylko 4 proc. obawia się nowych regulacji. Za to wśród małych firm ten odsetek jest zdecydowanie wyższy i wynosi ponad 18 proc. Wśród badanych branż RODO może najbardziej negatywnie wpłynąć na kondycję firm usługowych (21 proc. wskazań) oraz HoReCa (18 proc.), najmniej tej regulacji obawia się przemysł (4 proc.).

Prawna bariera nr 3 – e-podpis

Trzecią zmianą prawno-podatkową, której na razie obawia się tylko 5 proc. mikro, małych i średnich firm, jest wymóg podpisu elektronicznego[i]. Podpis elektroniczny to bardzo użyteczne, lecz nadal mało popularne narzędzie. Jest składany za pomocą specjalnej karty procesorowej lub tokena oraz oprogramowania służącego do składania podpisu elektronicznego. Pod względem prawnym kwalifikowany podpis elektroniczny jest równoważny z podpisem własnoręcznym. Można go stosować m.in. do podpisywania umów i dokumentów czy składania deklaracji podatkowych. Jego instalacja wiąże się jednak z kosztem. Być może dlatego, najbardziej e-podpisu obawiają się najmniejsze podmioty zatrudniające do 9 pracowników (7 proc. wskazań), najmniej zaś średnie firmy (2 proc.). Patrząc na branże, ponownie z największym dystansem na ten obowiązek patrzą firmy usługowe (12 proc. ma obawy).

***

[1] Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE

[2] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 20-28 września 2018 r.

[i] Od 1 stycznia 2015 r. zaczęły obowiązywać nowe regulacje dotyczące zasad kontaktu z organami skarbowymi. Przedsiębiorstwa zatrudniające ponad 5 osób oraz wszystkie biura rachunkowe niektóre formularze i rozliczenia muszą teraz obowiązkowo przesyłać drogą elektroniczną, wykorzystując kwalifikowany podpis elektroniczny. Nowy obowiązek dotyczy informacji PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1/IFT-1R, IFT-3/IFT-3R, deklaracji PIT-4R, PIT-8AR i rocznego obliczenia podatku PIT-40. Wysyłanie elektronicznych deklaracji wiąże się bezpośrednio z obowiązkiem korzystania z bezpiecznego podpisu elektronicznego weryfikowanego za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu. Wymóg ten nie dotyczy jedynie najmniejszych firm, gdzie pracuje maksymalnie do 5 osób – podmioty te mogą składać dokumenty nadal w formie papierowej.

Rośnie popyt na chwilówki i pożyczki pozabankowe

Z roku na rok zauważa się dynamiczny wzrost sektora pożyczek pozabankowych. Jak wynika z badań reputacji sektora finansowego przeprowadzonego przez Kantar TNS branży pozabankowej, już ponad 17% polskich konsumentów zaufało firmom udzielającym chwilówek. Rocznie z tego typu usług korzysta prawie milion Polaków. Aż 41% klientów pożycza pieniądze z uwagi na niskie zarobki i brak historii kredytowej, a średnia kwota zobowiązania waha się między 1000, a 4000 złotych.

Maltański odpowiednik Komisji Nadzoru Finansowego

Pożyczka pozabankowa udzielana jest przez tak zwane parabanki. Są to przedsiębiorstwa, które nie podlegają pod Komisję Nadzoru Finansowego i Narodowy Bank Polski  oraz podobnie jak polskie Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe  pod Kasę Krajową. Działają na własny rachunek. Zwykle posiadają licencję w Malta Financial Supervision Authority, czyli polskiego odpowiednika KNF.  Wszystkie jednak tego typu instytucje podlegają w Polsce ustawie antylichwiarskiej.  Nakłada ona odgórnie na banki i na firmy pozabankowe limity, co do wysokości pobieranych opłat i prowizji, czyli resumując, partycypuje w maksymalny limit kosztów ponoszonych przez klientów.

Klienci instytucji pozabankowych

Pożyczka pozabankowa jest zazwyczaj skierowana do osób z niższymi dochodami, bezrobotnych, niemających unormowanej umowy z pracodawcą lub rencistów, którzy nie otrzymali świadczenia na stałe. Dodatkowym plusem produktu finansowego z tzw. parabanku, jest brak sprawdzania historii kredytowej w Biurze Informacji Kredytowej. Osobom, którym  poślizgnęła się noga, nieterminowo spłacali swoje dotychczasowe zobowiązania w banku, posiadają obciążenia komornicze lub nie mogą z innych przyczyn skorzystać z typowej oferty bankowej, chwilówka będzie najlepszą alternatywą.

Jednak oprócz wyżej wymienionych korzyści, pożyczkom pozabankowym  towarzyszy też pakiet minusów. Wysoki koszt w stosunku do wnioskowanej kwoty pożyczki. Należy zwrócić uwagę na zapisy w umowie, zwłaszcza na te zapisane drobnym drukiem. Wierzyciel często narzuca tygodniowe formy spłaty. Korzystając z wygodnej sytuacji, iż klient zgłasza zapotrzebowanie na gotówkę i nie posiada zdolności kredytowej, bazują na szybkiej realizacji transakcji.

Podsumowując, instytucje zwane parabankami nie działają na podstawie prawa bankowego. Ich działanie podlega natomiast prawu cywilnemu. Co prawda naginają prawdę o gwarancji depozytów, jednak w zamian, oferują szybkie i łatwo dostępne chwilówki i pożyczki.

Zmiany, zmiany

W ostatnich latach na rynku pozabankowego kredytu konsumenckiego dostrzec można wyraźne zmiany. Program 500 plus spowodował spadek popytu na pożyczki o najwyższym ryzyku,  a coraz lepsza  sytuacja finansowa i zwiększenie zdolności kredytowej zwiększone zapotrzebowanie na produkty tańsze i mniej ryzykowne.

Ekspansja fintech w branży pozabankowej

Firmy z branży wykorzystują nowoczesną technologię do projektowania usług i wdrażania nowych ogniw w funkcjonowaniu całej organizacji. Fintech stanowi szczególną kategorię w instytucjach pozabankowych. W przypadku braku internetu i cyfryzacji, a z  drugiej strony rosnącego zaufania klientów, świadczenie tego typu usług byłoby niemożliwe. Zaawansowanie oprogramowanie pozwala na sprawną obsługę i dotarcie do nowej bazy klientów.

Zazwyczaj potencjalny klient wykonuje jeden telefon lub składa wniosek przez Internet. Ustala w ten sposób formę spłaty, wysokość pożyczki i umówią się na spotkanie. Najpopularniejszymi instytucjami, które udzielają pożyczki pozabankowej w Polsce jest: Provident, Optima, Bocian pożyczki, Kredito24, Vivus, Wonga, Netcredit.

Porównanie chwilówek i szybkich pożyczek znajdziecie Państwo na stronie: https://chwillowki.pl

Negatywny wpływ wolnych niedziel

Negatywny wpływ na sektor pozabankowego kredytu konsumenckiego ma ograniczenie handlu w niedziele obowiązujący od 1 marca br. Z danych Polskiego Związku Firm Pożyczkowych wynika, że różnica w ilości wniosków pożyczkowych przesłanych w niedziele handlowe i niehandlowe spadła średnio o 15 proc.

Sprzedaż kredytów w październiku 2018 r.

W październiku 2018 r., w porównaniu z październikiem 2017 r. w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę w trzech z czterech grup produktowych. Najwyższy wzrost odnotowano w przypadku kredytów mieszkaniowych (+25,6%). Przyznane limity na kartach kredytowych wzrosły o (+19,7%). Spadła natomiast wartość przyznanych limitów w koncie (-7,7%). Natomiast kwota udzielonych kredytów konsumpcyjnych wzrosła o (+9,3%). W ujęciu liczbowym, w stosunku do października 2017 r. odnotowano wzrost sprzedaży we wszystkich czterech grupach produktowych: kredytów mieszkaniowych (+13,5%), kredytów konsumpcyjnych (+1,4%), przyznano więcej limitów kartowych (5,2%) i kredytowych (+4,6%). Analizując dziesięć miesięcy 2018 r. w porównaniu do analogicznego okresu sprzed roku widzimy, że najwyższe dynamiki zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą kredytów mieszkaniowych odpowiednio: (+9,7%), (+19,8%).

W okresie styczeń – październik 2018 r. kredytobiorcy zaciągnęli więcej kredytów mieszkaniowych oraz kredytów konsumpcyjnych a także na wyższe kwoty niż w tym samym okresie rok temu. Nadal negatywnie w okresie pierwszych dziesięciu miesięcy 2018 r. w porównaniu do tego samego okresu sprzed roku, w obu ujęciach tj. liczbowym i wartościowym, przedstawia się sytuacja w kartach kredytowych. W okresie 01-10.2018/01-10.2017 przyznano o (-3,8%) mniej kart i na (-0,1%) niższą wartość limitów.

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W październiku 2018 r. banki SKOK-i udzieliły łącznie 622,0 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 7,473 mld zł. Stanowi to wzrost o 1,4% w ujęciu liczbowym oraz wzrost o 9,3% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do października 2017 r.

W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i udzieliły w pierwszych 10 miesiącach 2018 r. 6 093,3 tys. kredytów konsumpcyjnych (wzrost o 4,3%) na kwotę 70,321 mld zł, tj. o 7,4% wyższą niż w tym samym okresie 2017 r.

– W pierwszych dziesięciu miesiącach 2018 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły kredytów we wszystkich przedziałach kwotowych. Najniższą dynamikę miały kredyty w przedziale 7 do 20 tys. zł, (+0,9%). Drugą pod względem wartości dodatnią dynamikę (+7,7%) odnotowały kredyty niskokwotowe (w przedziale do 1 tys. zł), a najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł (+10,5%). Nadal więc za wzrosty liczby udzielanych kredytów konsumpcyjnych odpowiadają głównie kredyty nisko i wysokokwotowe. Zjawisko to obserwujemy już od kilku kwartałów. W poprzednich latach banki „odpuszczały” segment kredytów niskokwotowych, który stał się domeną firm pożyczkowych. Obecnie także ten segment jest atrakcyjny dla banków.

Również w ujęciu wartościowym we wszystkich sześciu przedziałach kwotowych w okresie styczeń – październik 2018 r. w porównaniu do okresu styczeń – październik 2017 r. odnotowano wzrosty – najwyższy wśród kredytów > 20 tys. zł (+10,1%) oraz na kwoty z przedziału do 1 tys. zł – (+7,5%). Najniższą dynamiką na poziomie (0,8%) charakteryzowały się kredyty w przedziale 7 – 20 tys. zł.

We wrześniu 2018 r. zaobserwowaliśmy spadek o 7,8% liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych w porównaniu do sierpnia 2018 r. W październiku w porównaniu z wrześniem mamy już jednak 4,4% wzrost wolumenu udzielonych kredytów konsumpcyjnych. Negatywne zjawisko z poprzedniego miesiąca nie miało więc kontynuacji w październiku – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Nadal rosnącej sprzedaży kredytów konsumpcyjnych nie towarzyszy praktycznie wzrost ryzyka kredytowego, a wręcz przeciwnie, w okresie ostatnich 12 miesięcy (październik 2018 r. do października 2017 r.) poziom ryzyka portfela spadł o (-0,31). Jakość portfela kredytowego od kilku lat utrzymuje się na bezpiecznym, stosunkowo niskim poziomie szkodowości, co potwierdzają miesięczne odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący (październikowy) odczyt to 5,6%. Niemniej należy uważnie obserwować i analizować ewentualne zjawiska, które mogą pojawić się w przyszłości i negatywnie odbić się na szkodowości kredytów konsumpcyjnych – dodaje prof. Rogowski.

Kredyty mieszkaniowe

W październiku 2018 r. banki udzieliły łącznie 20,1 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 5,177 mld zł. Stanowi to wzrost o 13,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 25,6% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do października 2017 r. W pierwszych dziesięciu miesiącach 2018 r. banki udzieliły łącznie 193,3 tys. kredytów mieszkaniowych na kwotę 47,4 mld zł. Oznacza to, że w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r., banki udzieliły o 9,7% więcej kredytów mieszkaniowych i na kwotę o 19,8% wyższą.

– Październik 2018 r. to już kolejny rekordowy miesiąc dla kredytów mieszkaniowych. Po bardzo dobrym wrześniu, jeszcze lepszy okazał się październik, w którym wartość udzielonych kredytów wzrosła o 11,8%. Łącznie wartość udzielonych kredytów po pierwszych 10 miesiącach tego roku wynosi już 47,4 mld zł.

Wartość sprzedaży kredytów w tym segmencie w mojej opinii jeszcze przez pewien okres (dwa – trzy kwartały) będzie napędzana wzrostem cen mieszkań. Dwucyfrowa dynamika wzrostu wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych w ujęciu wartościowym (19,8%) została uzyskana przy wzroście cen nieruchomości, lecz na poziomie niższym od dynamiki wzrostu wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych. Ponadto wysokiej dynamice wzrostu wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych towarzyszy o połowę niższa dynamika wzrostu wolumenu udzielanych kredytów mieszkaniowych. Zjawisko to wynika ze struktury udzielanych kredytów mieszkaniowych. 62% wartości udzielonych w okresie styczeń – październik 2018 r. kredytów mieszkaniowych przypada na kredyty powyżej 250 tys. zł. Dynamika udzielanych kredytów mieszkaniowych w poszczególnych przedziałach kwotowych jest ponadto zróżnicowana. W dwóch najniższych przedziałach kwotowych do 100 tys. zł oraz 100 – 150 tys. dynamika dziesięciu pierwszych miesięcy 2018 r. w relacji do dziesięciu miesięcy 2017 r. w ujęciu liczbowym jest ujemna, odpowiednio (-17,5%) oraz (-4,7%). Również w ujęciu wartościowym dynamika w tych przedziałach jest ujemna odpowiednio (-16,2%) oraz (-4,1%). Najwyższa dynamika zarówno wolumenu, jak i wartości dotyczy kredytów z przedziału > 350 tys. aż (39,5%) liczbowo i (38,2%) wartościowo, w porównaniu do dziesięciu pierwszych miesięcy 2017 r. Za wzrost na rynku kredytowym odpowiadają więc w większości kredyty udzielane na kwotę powyżej 350 tys. zł. Wyższe kwoty kredytów mieszkaniowych udzielane są z dwóch powodów – wzrostu cen mieszkań i wzrostu zdolności kredytowej gospodarstw domowych (wzrostu dochodów przy niskich stopach procentowych) – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w październiku 2018 r. wyniósł jedynie (0,78%), co potwierdza wieloletnią już obserwację dotyczącą niskiego ryzyka kredytowego związanego z tymi kredytami. W ostatnich 12 miesiącach (październik 2018 do października 2017) jakość portfela jeszcze się poprawiła, o czym świadczy spadek Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych o (-0,17%). Na razie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby istotnie wpłynąć na wzrost szkodowości tych kredytów a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego. Musimy jednak pamiętać, że kredyty mieszkaniowe udzielane są na wiele lat, a co za tym idzie narażone są na ryzyko związane z cyklem gospodarczym. Wzrost bezrobocia, spadek dochodów gospodarstw i ewentualny wzrost stóp procentowych wpłynie na wzrost wskaźnika DTSI, będącego relacją obciążeń z tytułu obsługi posiadanego zadłużenia do wartości dochodów – uzupełnia prof. Rogowski.

Karty kredytowe

W październiku 2018 r. banki wydały 84,4 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 545 mln zł. Stanowi to wzrost o 5,2% w ujęciu liczbowym i wzrost o 19,7% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do października 2017 r. Jednak analizując okres styczeń – październik 2018 r. roku mamy do czynienia z trendem negatywnym zarówno w aspekcie liczbowym, jak i wartościowym.
W porównaniu do okresu styczeń – październik 2017 r. banki wydały bowiem o 3,8% mniej kart i przyznały o 0,1% niższą wartość limitów kartowych.

– W październiku 2018 r., podobnie jak w styczniu i czerwcu br. odnotowaliśmy poprawę sytuacji na rynku kart kredytowych. W ujęciu wolumenowym w październiku 2018 r. w porównaniu do października 2017 r. banki przyznały o 5,2% więcej kart, a w porównaniu do września 2018 r. aż o 17,3%. Jeszcze lepiej sytuacja w październiku br. wyglądała w ujęciu wartościowym. Banki bowiem przyznały aż o 19,7% wyższą kwotę limitów niż w analogicznym miesiącu poprzedniego roku. W porównaniu do września br. również wzrost wartości przyznanych limitów jest imponujący (+18,9%). Jednak nie można jeszcze wpadać w euforię, bowiem jak uczy historia, czerwiec podobnie jak styczeń br. okazały się tylko epizodami, a nie zapowiedzią poprawy sytuacji na rynku kart kredytowych. Czy również październik będzie tylko kolejną anomalią, dowiemy się w kolejnych miesiącach. Najwyższą ujemną dynamikę liczby przyznawanych limitów na kartach kredytowych, styczeń – październik 2018 r. vs styczeń – październik 2017 r., minus 27,1%, odnotowaliśmy w przypadku kart o limicie od 2 do 3,5 tys. zł. Dodatnia dynamika wydawanych kart, dotyczyła kart z limitami w przedziale do 1 tys. zł (6,3%), 1 – 2 tys. zł (9,9%) oraz 4,5 do 10 tys. zł (+11,9%). Dodatnie dynamiki dotyczyły więc, podobnie jak w przypadku kredytów konsumpcyjnych, nisko i wysokokwotowych limitów. Jednak sprzedaż kart z najwyższymi limitami (ponad 10 tys. zł), również odnotowała ujemną dynamikę (-4,5%) – dodaje prof. Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W październiku 2018 r. banki przyznały łącznie 60,6 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 230 mln zł. Stanowi to wzrost o 4,6% w ujęciu liczbowym i spadek o 7,7% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do października 2017 r. W całym okresie styczeń – październik 2018 r. banki łącznie przyznały 567,8 tys. limitów kredytowych na łączną kwotę 2,398 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku oznacza to wzrost o 5,0% w ujęciu wolumenowym oraz 0,7% w ujęciu wartościowym.

– W październiku 2018 r. zaobserwowaliśmy dodatnią dynamikę liczby przyznanych limitów kredytowych w kontach osobistych (+4,6%) i ujemną wartościową (-7,7%) w porównaniu z październikiem ubiegłego roku. Jednak w okresie styczeń – październik 2018 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. banki przyznały zarówno więcej limitów kredytowych, jak i na wyższe kwoty – odpowiednio: (+5,0%) i (+0,7%). Analizując przyznawane limity w określonych przedziałach kwotowych widzimy, że w okresie styczeń – październik 2018 r. 62,2% wartości przyznanych limitów w kontach osobistych koncentrowało się w przedziale > 7 tys. zł. Limity te miały 17% udział w ogólnej liczbie przyznanych limitów kredytowych. Jednak najwyższą dodatnią dynamikę wzrostu liczby przyznawanych limitów kredytowych odnotowały limity z przedziału kwotowego 500 – 1 tys. zł. (+20,3%). W przypadku limitów w najwyższym przedziale kwotowym > 7 tys. zł. dynamika dziesięciu miesięcy 2018 do dziesięciu miesięcy 2017 wynosiła 3,7% – mówi prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Fakty i mity o firmach windykacyjnych i procesie windykacji

O firmach windykacyjnych pisze i słyszy się najczęściej w kontekście stosowania niedozwolonych praktyk, stanowiących złamanie prawa bądź dobrych obyczajów. Profesjonalne firmy zarządzające wierzytelnościami, zrzeszone w KPF, przyznają, że rynek nie jest całkowicie od nich wolny, ale nie podpisują się pod takimi praktykami. O znaczeniu profesjonalnej windykacji dla gospodarki, budżetu państwa i jakości życia przeciętnego gospodarstwa domowego mówi się wyjątkowo rzadko. Czy firmy windykacyjne działają poza prawem? Czy konsumenci są bezbronni wobec ich działań? Czy przedawnione długi znikają i nikt nie ma prawa ich dochodzić? Oto 6 największych stereotypów dotyczących działalności firm windykacyjnych.

Stereotyp 1

Konsumenci są bezbronni wobec nieuczciwych praktyk firm pseudowindykacyjnych

W każdej branży działają podmioty profesjonalne i takie, które funkcjonują poza prawem. W tym roku Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało zmiany w przepisach prawnych, które będą miały wpływ na działanie nieuczciwych firm windykacyjnych. Resort zaproponował, by za uporczywe nękanie groziło windykatorom do 5 lat więzienia. Nowe zapisy mają pojawić się w Kodeksie karnym. Jednak już dziś, jeśli spotkamy z łamaniem prawa czy dobrych obyczajów przez windykatora, to możemy, a wręcz powinniśmy zgłosić to na policję czy do prokuratury.

Wiarygodność firmy – także windykacyjnej – można zaś sprawdzić m.in. w Krajowym Rejestrze Sądowym, Biurach Informacji Gospodarczej lub na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (o ile akcje takiej firmy są publiczne). W przypadku nadużyć warto pamiętać, że na straży rzetelności działań wszystkich firm z branży finansowej stoi Biuro Rzecznika Finansowego, które przyjmuje skargi i pomaga konsumentom. Można odwołać się także do Federacji Konsumentów. O pomoc w sprawach naruszeń swoich praw, konsumenci mogą zgłaszać się do profesjonalnie działających Rzeczników Praw Konsumenta. W przypadku naruszenia Zasad Dobrych Praktyk przez firmę należącą do KPF, można taki fakt zgłaszać do Komisji Etyki KPF pod adresem: [email protected].

Stereotyp 2

Wszystkie firmy windykacyjne stosują praktyki niedozwolone

Firmy windykacyjne są wierzycielami kilku milionów gospodarstw domowych, a wiele firm, jak banki, instytucje pożyczkowe, spółdzielnie mieszkaniowe, telekomy, dostawcy prądu czy wody, PKP oraz gmin zleca odzyskanie swoich należności firmom windykacyjnym. Dłużnikiem może być więc praktycznie każdy. Na polskim rynku działa wiele profesjonalnych firm windykacyjnych i pseudowindykacyjnych. Te drugie stosują nieuczciwe praktyki i nie przestrzegają norm etycznych. W Polsce funkcjonują jednak firmy windykacyjne, które działają w sposób profesjonalny. Warto podkreślić, że firmy zarządzające wierzytelnościami, zrzeszone w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF) podlegają rygorystycznym Zasadom Dobrych Praktyk Windykacyjnych i co roku poddają się audytowi etycznemu. Zasady Dobrych Praktyk to przepisy samorządowe, które określają, w jaki sposób powinna wyglądać profesjonalna windykacja, czyli m.in. korespondencja z dłużnikiem, rozmowy telefoniczne czy windykacja terenowa. Zasady te dotyczą również ochrony informacji oraz danych osobowych, a także w sposób jasny i klarowny formułują praktyki, które są zakazane i niedozwolone.

Stereotyp 3

Firmy windykacyjne ściągają wyłącznie długi, które nie istnieją

W społeczeństwie panuje przekonanie, że jeśli kontaktuje się z nami firma windykacyjna, to zapewne celem spłaty zadłużenia, które… nie istnieje. Często myślimy bowiem, że zadłużenie, które trafiło do firmy windykacyjnej, może wynikać jedynie zaciągniętego kredytu, pożyczki czy debetu na karcie kredytowej. A takiego przecież nie zaciągaliśmy. Nic bardziej mylnego. Zadłużenie może powstać także w wyniku niezapłaconego mandatu, nieuregulowanego rachunku za prąd, telefon lub innych „drobnych” zobowiązań, o których konsumenci często zapominają. Z danych KPF wynika, że osoby, które zapomniały o terminowej spłacie należności stanowią aż 27 proc. ogółu osób zadłużonych. Praktycznie każdy Polak może się więc znaleźć wśród dłużników, z którymi kontaktuje się firma windykacyjna. Może się to zdarzyć całkowicie przypadkiem, kiedy na przykład ktoś zamieszkał w mieszkaniu, które wcześniej zajmowała osoba z długami, a która nie spełniła obowiązku powiadomienia swoich wierzycieli o zmianie swoich danych teleadresowych. Warto pamiętać, że firma windykacyjna może zadzwonić do nas w sprawie zadłużenia również wtedy, gdy rzeczywiście nie zaciągaliśmy zobowiązań, ale ktoś obcy bez naszej wiedzy użył czy po prostu ukradł nasze dane osobowe, posłużył się nimi w banku bądź instytucji pożyczkowej i w ten sposób wyłudził pieniądze. To dość częste zjawisko, zwłaszcza w XXI wieku, gdy cyberprzestępczość zatacza coraz szersze kręgi. Tylko w takim przypadku można mówić o długu, który nie istnieje.

Stereotyp 4

Windykatorzy odwiedzają konsumentów w domu, a nie mają do tego prawa

Wierzyciel ma prawo oczekiwać spłatę długu, a jeśli nie może skontaktować się z dłużnikiem w prosty sposób, na przykład poprzez wysłanie pisma czy rozmowę telefoniczną, to musi stosować inne sposoby na skomunikowanie się. Takim rozwiązaniem jest tzw. wizyta domowa. Co prawda, jest bardzo czasochłonna i kosztowna dla wierzyciela, jednak ze względu na postawę, zachowanie dłużnika lub brak aktualnych danych do kontaktu telefonicznego, wierzyciel – a w jego imieniu windykator – czasem musi podjąć taką próbę. Nie ma żadnego przepisu, który zabraniałby tzw. windykacji terenowej, która jest formą windykacji polubownej. Warto natomiast podkreślić, że windykacja, również w tej formie, powinna odbywać się zgodnie z zasadami etycznymi i literą prawa. Zasady Dobrych Praktyk Windykacyjnych, wypracowane przez członków KPF, określają w jaki sposób powinna ona wyglądać. Przede wszystkim wizyty windykatorów terenowych powinny być podejmowane w czasie i miejscu, które nie będą uciążliwe dla dłużnika, a wizyty w innych miejscach niż miejsce zamieszkania powinny być prowadzone w sposób zapewniający prawo do prywatności i ochrony danych. Inspektor terenowy powinien zawsze przedstawić się, okazać identyfikator lub upoważnienie do działania wydane przez firmę windykacyjną.

Stereotyp 5

Wierzyciel czy też reprezentujący go windykator nie ma prawa oczekiwać spłaty przedawnionego długu

Zgodnie z nowymi przepisami Ministerstwa Sprawiedliwości, które weszły w życie latem tego roku, zmianom uległy terminy przedawnienia długów. Kiedyś wierzyciel miał 10 lat na dochodzenie zapłaty, dziś 6 lat. Po tym czasie roszczenie ulega przedawnieniu, co oznacza jedynie, że wierzyciel traci ochronę sądową dla swojego prawa dochodzenia długu. Dług, mimo że stał się przedawniony, nie oznacza, że zniknął. Dług przedawniony przechodzi w stan tak zwany naturalny, co znaczy, że istnieje do czasu jego spłaty przez dłużnika. Wierzyciel ma nadal prawo do upominania się o spłatę należności. Może zatem prowadzić polubowną windykację pozasądową, czyli nadal kontaktować się z konsumentem celem spłaty zobowiązania.

Stereotyp 6

Gdy dzwoni, pisze do nas firma windykacyjna, lepiej nie podejmować z nią żadnego kontaktu

Firma windykacyjna zajmuje się zazwyczaj takim długiem, którego wierzyciel (bank, spółdzielnia mieszkaniowa, dostawca prądu czy wody itp.), ze względu na postawę lub sytuację dłużnika, sam nie był w stanie odzyskać w czasie, jaki na to przeznaczył. Należy pamiętać, że skierowanie sprawy do sądu przez wierzyciela, a potem do egzekucji komorniczej, stawia osobę zadłużoną w obliczu konieczności spełnienia zobowiązania niezwłocznie, jak najszybciej. I co również niezwykle istotne – jeśli dług był bezsporny i zapadł wyrok sądowy, wiąże się to nieodwołalnie z dodatkowymi kosztami, w tym: sądowymi, egzekucyjnymi, zastępstwa procesowego, czy w postaci odsetek za opóźnienie. Tymczasem, z firmą windykacyjną możliwe jest polubowne rozwiązanie problemu zaległych zobowiązań i ustalenie takiego harmonogramu, by spłata długu nie rujnowała domowego budżetu i konieczności spłaty bieżących, cyklicznych zobowiązań. Każdy przypadek należy zatem przeanalizować i zastanowić się nad takimi warunkami spłaty, które będą korzystne dla obu stron.

Grupa Saint-Gobain zwiększa swój potencjał produkcyjny w hucie szkła w Dąbrowie Górniczej

Najnowsza inwestycja Grupy Saint-Gobain w Polsce – modernizacja linii produkcji szkła float w hucie w Dąbrowie Górniczej to kolejny dowód na konsekwentne wdrażanie w Grupie innowacyjnych, zaawansowanych technologii, które są odpowiedzią na potrzeby klientów, wyprzedzają obecną rzeczywistość i obowiązujące normy, a także sprzyjają poszanowaniu środowiska. Nowa linia float w Dąbrowie Górniczej wyposażona jest w nowoczesny system redukcji emisji tlenków azotu (NOx), zużywać będzie o 20% mniej energii, a jej wydajność to 900 ton szkła PLANICLEAR dziennie. Linia ta pozwoli produkować szkło o grubości od 1,4 milimetra i szerokości do 4,9 metra. Dzięki tej inwestycji Saint-Gobain w Polsce zwiększa swój potencjał produkcji szkła float zarówno dla sektora budownictwa jak i dla przemysłu motoryzacyjnego o 25%.

Saint-Gobain Dąbrowa Górnicza (2)Saint-Gobain Dąbrowa Górnicza (3)Warto zaznaczyć, że w Dąbrowie Górniczej oprócz dwóch linii produkcji szkła float, Saint-Gobain posiada także linię produkcji luster, oraz linie produkcji szkła powlekanego i szkła laminowanego.

Saint-Gobain Dąbrowa Górnicza (1) „Chciałbym wyrazić dumę, że jestem tu dziś z Wami, aby uczestniczyć w inauguracji tej nadzwyczaj nowoczesnej linii” powiedział François-Xavier Moser Prezes Saint-Gobain w Polsce, Rumunii, Bułgarii i Turcji, podczas uroczystości otwarcia. „Ta inwestycja o wartości 85 milionów Euro pokazuje, że Polska jest ważnym krajem w strategii rozwoju Saint-Gobain. Rozpoczęliśmy tu swoją działalność przemysłową w 1994 roku. Dziś zatrudniamy ponad 7000 pracowników, mamy 25 zakładów produkcyjnych. Można więc śmiało powiedzieć, że nasza pozycja na rynku polskim jest bardzo silna. Produkcja szkła, to działalność, z której Saint-Gobain słynie już od 350 lat! Działalność, która wspaniale wpisuje się w misję naszej Grupy. Tworzymy, produkujemy i dystrybuujemy produkty i rozwiązania podnoszące jakość życia codziennego, wszędzie tam gdzie mieszkamy i przebywamy” podkreśla François-Xavier Moser. W tym kontekście warto wymienić innowacyjne rodzaje szkła i rozwiązań szklanych, które Saint-Gobain ma w swojej ofercie, jak m.in.:  szkło grzewcze EGLAS, szkło zmieniające przezierność PRIVA-LITE, szkło lakierowane PLANILAQUE COLOR-IT, ekologiczne lustra MIRALITE PURE, czy niskoemisyjne szkło ECLAZ, zapewniające maksymalną ilość światła naturalnego we wnętrzach.

RODO w rekrutacji – ruszają konsultacje Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w rekrutacji

Jakie obowiązki związane z rekrutacją pracowników nakłada na rekruterów RODO? Mimo że RODO jest stosowane od pół roku, pracodawcy, agencje zatrudnienia oraz organizacje związane z rekrutacją i bezpieczeństwem danych osobowych mają kłopot z interpretacją niektórych przepisów. Z myślą o nich powstaje Kodeks Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji, a już od 27 listopada 2018 r. startują konsultacje projektu. Kodeks zbiera rekomendacje odnośnie najważniejszych problemów, z jakimi mierzą się współcześni rekruterzy. Zawiera m.in. opis różnych modeli rekrutacji i roli jakie w kontekście przetwarzania danych kandydatów mogą pełnić zaangażowane podmioty (np. pracodawcy i agencje zatrudnienia). Udział w konsultacjach może wziąć każdy. Szczególnie zachęcamy specjalistów, którym zależy na wypracowaniu dobrych praktyk i standardów rynkowych zgodnych z nowymi wymaganiami.

Zabierz głos w dyskusji

Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych stoi na straży prywatności zarówno klientów, jak też pracowników i kandydatów do pracy. RODO zawiera wiele postanowień bardzo ogólnych, stąd w czasie stosowania nowych przepisów powstają wątpliwości i pytania, na które często brakuje jednoznacznych odpowiedzi.

Odczuwają to szczególnie działy HR i eksperci odpowiedzialni za pozyskiwanie talentów. Specjaliści ds. rekrutacji często mierzą się z wątpliwościami, czy ich praktyki w zakresie stosowania RODO (w tym przechowywania i przetwarzania danych kandydatów do pracy) są właściwe. Dlatego inicjatorzy projektu, we współpracy z praktykami i ekspertami z branży rekrutacyjnej, podjęli się próby wskazania najlepszych rozwiązań, aby w kolejnym kroku Kodeks został zatwierdzony przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

W odpowiedzi na wątpliwości rekruterów związane z RODO powstał projekt Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji, będący częścią inicjatywy realizowanej przez eRecruiter, Pracuj.pl i kancelarii GKK Gumularz Kozik Radcowie Prawni. W pracach nad Kodeksem wzięło udział ponad 80 ekspertów wchodzących w skład grupy roboczej. Opracowany przez doświadczonych specjalistów i dopracowany w trakcie konsultacji rynkowych dokument ma na celu upowszechnianie dobrych praktyk związanych ze stosowaniem RODO w rekrutacji – mówi Katarzyna Trzaska, ekspert eRecruiter, systemu do zarządzania rekrutacjami.

Konsultacje dotyczące Kodeksu będą trwały od 27 listopada 2018 r. do 11 stycznia 2019 r. Każdy zainteresowany podmiot, w szczególności osoby prowadzące rekrutacje, prawnicy i przedsiębiorcy mogą pobrać dokument ze strony www.RODOwrekrutacji.pl i zgłaszać swoje uwagi, pytania i sugestie, wysyłając wiadomość e-mail na adres: [email protected]. Finalny dokument wypracowany przez ekspertów i przedstawicieli rynku zostanie przedstawiony Prezesowi Urzędu Ochrony Danych Osobowych (PUODO) do zatwierdzenia. Jego twórcy są przekonani, że dla rekruterów i pracodawców stanie się podstawą działań rekrutacyjnych – bezpiecznych i zgodnych z wymaganiami RODO.

Kodeks wskazuje najważniejsze problemy związane z przetwarzaniem danych na etapie rekrutacji. Uwzględnia nowoczesne metody procesu poszukiwania pracowników oferowane m.in. przez nowe technologie – informuje dr Mirosław Gumularz, radca prawny z GKK Gumularz Kozik Radcowie Prawni, członek Grupy Roboczej ds. ochrony danych osobowych przy Ministerstwie Cyfryzacji.

Modele rekrutacji a odpowiednie procedury rekrutacyjne

W Kodeksie Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji zaadresowano największe problemy rekruterów – opisano różne modele rekrutacji i problemy charakterystyczne dla danego z nich, m.in. rekrutację z udziałem agencji zatrudnienia czy dostawcy usług online (ADP).

Od modelu rekrutacji zależą obowiązki, które w kontekście przetwarzania danych spoczywają na poszczególnych podmiotach zaangażowanych w rekrutację. Kodeks dokładnie definiuje ich role, obowiązki i zagrożenia związane z daną relacją. Ponadto wskazuje podstawy prawne do przetwarzania danych kandydatów w danym modelu. Wszystko po to, by ułatwić rekruterom i przedsiębiorcom działania zgodne z wymaganiami RODO – niezależnie od tego, z jak złożonymi relacjami w procesie rekrutacji będą się na co dzień zmagać w swojej pracy. Liczymy, że dzięki konsultacjom i opinii rynku powstanie Kodeks, który zaakceptowany przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych będzie nieocenionym wsparciem w prowadzeniu procesów rekrutacyjnych wszystkich podmiotów z całej branży – dodaje Agnieszka Witaszek, Inspektor Ochrony Danych w Grupie Pracuj, członek grupy roboczej Kodeksu.

Nad pracami oraz zawartością merytoryczną Kodeksu czuwali prawnicy i eksperci ds. ochrony danych osobowych z Grupy Pracuj, w skład której wchodzi portal Pracuj.pl oraz system eRecruiter, a także przedstawiciele kancelarii GKK Gumularz Kozik Radcowie Prawni. Patronat nad inicjatywą objęli: Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia oraz Związek Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej. W prace włączyli się także przedstawiciele SABI – Stowarzyszenie Inspektorów Ochrony Danych.

Jak sprawdza się nowa inicjatywa KNF – Program Innovation Hub

Od stycznia 2018 r. w Polsce działa program o nazwie Innovation Hub realizowany przez Komisję Nadzoru Finansowego. Jest to rządowy projekt wspierający inicjatywy w obrębie rynku innowacji finansowych (FinTech). Na obecnym etapie do programu zgłosiło się 35 firm. Jak sprawdza się nowa inicjatywa i jakie ma dalsze perspektywy?

Branża FinTech

Na wstępie należałoby wspomnieć, czym właściwie jest branża FinTech. Formalnie rzecz ujmując, jest to połączenie sektora finansów z dziedziną nowych technologii. Statystyki wskazują, że branża FinTech to jeden z najszybciej rozwijających się rynków na świecie. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Deloitte, prawdopodobnie do 2020 r. wzrost inwestycji w firmy z tej branży sięgnie 55 procent. Już teraz wartość branży FinTech w obrębie Europy Środkowo-Wschodniej szacuje się na kwotę 2 miliardów euro. Około 40 procent tej wartości to zasługa polskich podmiotów. Tymczasem mimo tak dynamicznego rozwoju i wysokości osiąganych zysków, wciąż brakuje szczegółowych regulacji w tym zakresie.

Program Innovation Hub

Brak odpowiednich regulacji prawnych doprowadził do stworzenia programu Innovation Hub, którego celem jest udzielanie pomocy przedsiębiorcom działającym w obszarze innowacji finansowych – FinTech. Szeroko rozumiany obszar technologii i innowacyjności od kilku lat znajduje się pod szczególną opieką zarówno instytucji polskich, jak i unijnych. Chodzi o to, aby stworzyć innowatorom bezpieczne i przyjazne środowisko do pracy nad niejednokrotnie rewolucyjnymi projektami, które zostaną docenione nie tylko w Europie, ale i na świecie. Przedsiębiorcy z branży FinTech wielokrotnie podkreślali, że wdrażając swoje pomysły, spotykają się z licznymi barierami w postaci skomplikowanych i jednocześnie niejasnych regulacji prawnych. Polskie prawo nie jest do końca dostosowane do nowej rzeczywistości informatycznej, technicznej i technologicznej. Przykładem tych przeszkód może być chociażby forma rozliczania dochodów z popularnych w ostatnim czasie kryptowalut, o ile proponowane w ramach tego produkty i usługi wpiszą się w schemat Innovation Hub. Komisja Nadzoru Finansowego skierowała zatem swój program do podmiotów planujących rozpoczęcie działalności w tej części rynku finansowego, posiadających innowacyjny produkt lub usługę opartą na nowoczesnych technologiach informatycznych, a także do podmiotów, które w ramach dotychczas prowadzonej działalności planują wdrożyć produkt lub usługę mieszczącą się w zakresie nowoczesnych technologii informatycznych. Kryteriami pozwalającymi na zakwalifikowanie danego podmiotu do programu są: innowacyjny charakter rozwiązania, dokonanie przez firmę wstępnej analizy otoczenia regulacyjno-prawnego, a także realna potrzeba wsparcia (brak innych środków w tym zakresie).

Założenia programu Innovation Hub

W ramach programu Innovation Hub podmiot branży FinTech może uzyskać pomoc w zakresie identyfikacji właściwych przepisów prawa, regulacji i stanowisk nadzorczych, mających zastosowanie do danego podmiotu, modelu biznesowego, oferowanego produktu lub usługi finansowej, a nadto może uzyskać informacje o zasadach działania nadzoru, trybie uzyskania zezwolenia na prowadzenie określonego rodzaju działalności oraz dokumentach i wytycznych, dostępnych na stronie Komisji Nadzoru Finansowego. Nad całym procesem czuwa Urząd Komisji Nadzoru Finansowego. Celem działania tej instytucji jest zwiększenie pewności wśród przedsiębiorców i zachęcenie ich do rozwoju dotychczas prowadzonych badań. Komisja Nadzoru Finansowego ma zatem pełnić rolę doradcy. Trzeba jednak pamiętać, że jej stanowisko nie ma charakteru wiążącego, a zatem nie daje gwarancji, że wskazane rozwiązanie jest słuszne. Nie można się na tę opinię powoływać przed organami administracji państwowej i sądami, ponieważ nie stanowi ona opinii prawnej albo interpretacji przepisów prawa. Niewątpliwie jednak Innovation Hub jest pewnego rodzaju ułatwieniem dla przedsiębiorców z branży FinTech, chociażby w procesie uzyskania stosownych licencji.

Ocena funkcjonowania programu i dalsze perspektywy

W pierwszym półroczu istnienia programu Innovation Hub z oferowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego usług skorzystało 35 różnych podmiotów, poruszających się w obszarze usług płatniczych, crowdfundingu, robo-doradztwa, kryptowalut oraz Initial Coin Offering (ICO). Większość firm pochodzi z Polski, ale nie zabrakło również międzynarodowych „graczy”. W grupie podmiotów korzystających z pomocy KNF znajdują się zarówno start-upy, czyli początkujące firmy, jak i duże podmioty wprowadzające nowy, innowacyjny produkt lub usługę na rynek, na którym już zdążyły zaistnieć jako silne i dobrze prosperujące przedsiębiorstwa.

Pół roku funkcjonowania Innovation Hub ocenić należy bardzo pozytywnie. Coraz częściej słyszy się o podniesieniu rangi tego projektu w przyszłości i zmianie charakteru wydawanych przez Komisję opinii. Obecnie są to wyłącznie opinie o charakterze konsultacyjnym, ale być może w niedalekiej przyszłości będą miały moc wiążącą w różnego rodzaju postępowaniach, chociażby przed organami podatkowymi. Innovation Hub znajduje się pod specjalnym nadzorem Departamentu Innowacji Finansowych FinTech. Tam też dużo uwagi poświęca się stopniowemu rozwojowi projektu. Istnieją nawet plany powołania tak zwanej piaskownicy regulacyjnej, mającej za zadanie ułatwić firmom rozpoczęcie działalności fintechowej – ma to być forma uzyskania stosownej licencji „na próbę”.

Zbyt wolne ustawodawstwo

Podsumowując pół roku działania Innovation Hub należy zdecydowanie pochwalić podjęte do tej pory inicjatywy ze strony Komisji Nadzoru Finansowego. Działania organu mają spójny i rzetelny charakter. Cechuje je uporządkowanie i systematyka działania. W tym kontekście należy jednak zauważyć, że w materii FinTech brakuje kompleksowej regulacji ustawowej. Niezrozumiałe jest tak powolne działanie polskiego rządu w kwestii sformułowania chociażby ogólnych reguł i zasad postępowania wobec kryptowalut i innych dziedzin FinTech.

Autor: Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Co oznaczają zmiany w emisjach obligacji?

Od 1 lipca przyszłego roku ewidencja nowych emisji obligacji prowadzona będzie przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych, a przeprowadzenie każdej emisji będzie wymagało wynajęcia profesjonalnego agenta emisji – wynika z projektu ustawy zatwierdzonego już przez sejmową Komisję Finansów Publicznych.

W teorii zmiany – głównie w ustawie o obligacjach – wzmacniają pozycję inwestorów indywidualnych. Fakt, że wszystkie emisje obligacji – także prywatne – będą przeprowadzane za pośrednictwem licencjonowanej firmy inwestycyjnej (są nimi domy maklerskie lub banki) oznacza, że dokumenty emisyjne zostaną sprawdzone pod kątem ich zgodności z obowiązującym prawem – w innym wypadku emisje nie będą mogły być zarejestrowane w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych.

W KDPW już obecnie rejestrowane są wszystkie emisje będące przedmiotem obrotu na Catalyst, ale emisje prywatne, które nie trafiają na regulowany rynek wtórny mogą być rejestrowane przez firmy inwestycyjne, a nawet kancelarie prawne. Ich ewidencja może być prowadzona także bezpośrednio przez emitentów, a obligacje mogą mieć także postać materialną (dokumentu). Obowiązek rejestracji wszystkich emisji w KDPW spowoduje zarazem, że wszystkie obligacje będą musiały mieć postać zdematerializowaną (zapisu na rachunkach inwestorów) – nie będzie już w Polsce możliwości wydania obligacji w formie papierowej.

Ponadto w KDPW powstanie jawny rejestr wszystkich emitentów obligacji, także tych spoza rynku publicznego. Dzięki temu inwestorzy zawsze będą mogli sprawdzić, jak duże są zobowiązania każdego z emitentów z tytułu wyemitowanego zadłużenia i uzyskać informacje, czy dany emitent obsługuje je prawidłowo. Informacje o wysokości oprocentowania nie będą musiały być ujawniane (w przypadku emisji, które nie trafią do obrotu), choć KDPW będzie je znał.

Z punktu widzenia inwestorów indywidualnych są to zmiany korzystne, sprzyjające większej przejrzystości rynku obligacji korporacyjnych w Polsce i poprawiających jego bezpieczeństwo przez eliminację z rynku pośredników w emisjach obligacji nie posiadających stosownej licencji KNF oraz zmniejszające ryzyko przeprowadzenia emisji wadliwych prawnie.

Z drugiej strony, forsowane zmiany nie rozwiązują wszystkich problemów rodzimego rynku, a być może tworzą nowe. Nie zmieniono np. zapisu zakazującego sprzedaży zdematerializowanych obligacji po dacie ich wygaśnięcia (to z powodu tego zakazu część inwestorów profesjonalnych wolało mieć obligacje w formie papierowej – tymi wolno handlować także po dacie wygaśnięcia obligacji, czyli w razie wystąpienia defaultu można je odsprzedać np. kancelarii prawnej wyspecjalizowanej w dochodzeniu należności korporacyjnych). Ponadto obowiązek rejestracji wszystkich emisji akurat w KDPW może nie odpowiadać niektórym grupom kapitałowym. Np. banki często finansują własne firmy leasingowe emisjami obligacji i konieczność ich rejestracji oznacza dodatkowy koszt bez dodatkowych korzyści. Problemy mogą pojawić się także, jeśli zajdzie konieczność szybkiej zmiany warunków emisji (również one będą musiały być zarejestrowane przez KDPW).

Warto też pamiętać, że zmiany na poziomie ustawy nie są jedynymi, jakie zachodzą na rynku obligacji. Już w maju br. Komisja Nadzoru Finansowego wyraziła niezadowolenie z praktyki banków proaktywnie oferujących obligacje (ale tylko korporacyjne) klientom indywidualnym, którzy nie posiadają w nich aktywów o równowartości co najmniej 100 tys. EUR. Z tego powodu inwestorzy indywidualni posiadający mniejsze aktywa lub bardziej rozproszone (np. ulokowane w nieruchomościach), a którzy chcieliby inwestować w obligacje korporacyjne będą mieli większe szanse na uzyskanie dostępu do emisji prywatnych, jeśli zgłoszą swoje zainteresowanie do niezależnych domów maklerskich wyspecjalizowanych w organizowaniu tego rodzaju emisji. Drobnym inwestorom pozostaje zaś wypatrywanie emisji publicznych, gdzie z reguły nie ustala się minimalnego poziomu inwestycji.

Ponadto nowelizowane przepisy przewidują stworzenie Funduszu Edukacji Finansowej (prowadzonego przez KDPW), którego rolą będzie m.in organizowanie kampanii edukacyjnych i opracowanie strategii edukacji finansowej Polaków.

Emil Szweda dla Michael/Ström Dom Maklerski

Bilans trzeciego kwartału 2018 Pragma Faktoring SA

Pragma Faktoring SA podsumowała wyniki sprzedażowe z trzeciego kwartału 2018 r. Zysk netto Grupy jest wyższy o 86%, przy minimalnym  wzroście zadłużenia w stosunku do ubiegłego roku. Grupa odnotowała też dynamiczny rozwój segmentów fintechowych. Ponadto spadły koszty operacyjne Grupy o 6%, przy jednoczesnym wzroście zysków. 

Grupa utrzymuje dynamiczny rozwój dywizji fintechowej. W ciągu jednego kwartału wpływ tego segmentu na przychody całej Grupy wzrósł o 8%. LeaseLink oraz PragmaGO zbudowały tym samym prawie 100-milionowy portfel należności, a ilość zrealizowanych transakcji poprzez PragmaGO przekroczyła już 10 tysięcy.

LeaseLink Sp. z o.o. utrzymuje pozycję lidera w segmencie online. Spółka w trzech kwartałach 2018 roku uzyskała wynik netto na poziomie 200 tys. zł oraz dwukrotnie zwiększyła swój portfel, w stosunku do 3Q 2017. Wzrost przychodów LeaseLink oraz osiągnięcie rentowności na poziomie zysku netto wynika z dużego zainteresowania usługami Spółki i coraz większej liczby klientów.

Tomasz Boduszek, Prezes Grupy Pragma
Tomasz Boduszek, Prezes Grupy Pragma

Łatwość realizacji założeń biznesowych oraz zwiększania wyników przez LeaseLink od początku utwierdzała nas w przekonaniu co do trafności inwestycji poniesionej przed rokiem. – komentuje Tomasz Boduszek, Prezes Pragma Faktoring SA. Konieczność dopasowywania się do klienta i ułatwiania mu procesów jest dziś niezbędna, aby przetrwać na rynku fintechowym. LeaseLink bezsprzecznie ma świetną intuicję ale i narzędzia do rozpoznawania trendów rynkowych. – potwierdza Tomasz Boduszek.

Konsekwencja w realizacji założonej strategii przynosi Grupie Pragma wysoki poziom skuteczności w kwartalnym podnoszeniu swoich wyników. Licząc od 3Q 2017, Grupa podniosła swoje przychody z segmentów fintechowych o 4,3 mln zł. Bezpośrednim efektem wprowadzenia i rozwoju oferty onlinowych produktów jest poszerzenie grona aktywnych klientów. W ciągu roku przybyło ich przeszło 50%.

Koszty energii elektrycznej straszą Polaków

Polacy boją się rosnących kosztów energii elektrycznej. Aż 86% z nas uważa, że ceny prądu są wysokie, a 82% obawia się, że w ciągu najbliższych 5 lat nadal będą rosły. Przyczyn takiej sytuacji upatrujemy w przestarzałym systemie energetycznym, takiego zdania jest przeszło trzy czwarte Polaków (77%) – wynika z badania przeprowadzonego przez SW Reserach na zlecenie Europejskiego Instytutu Miedzi[1].

Dziurawy system energetyczny

Złą ocenę kondycji rodzimej energetyki przez Polaków potwierdzają dane rynkowe. Aż 70 proc. mocy wytwórczych w naszym kraju pochodzi z bloków starszych niż 30 lat, a prawie jedna czwarta z ponad 40-letnich. W większości są one niskoefektywne i nie spełniają unijnych norm emisji.

Naraża nas to na wymierne konsekwencje. Jak wynika z wyliczeń Biura Bezpieczeństwa Narodowego, z powodu złego stanu linii energetycznych, niskiej gęstości sieci oraz nieefektywnych rozwiązań technologicznych, co roku odnotowujemy ponad 7 proc. strat przesyłowych, o wartości 2 mld PLN.

Rosnące rachunki i obawy

W efekcie ceny energii elektrycznej w Polsce systematycznie rosną. Z prognoz rynkowych wynika, że do 2035 r. średni koszt MWh wyniesie 404,1 zł, co oznacza wzrost o przeszło 77% w stosunku do ceny z 2015 r. (227,9 zł/MWh)[2].

Na wzrost cen energii elektrycznej w Polsce wpływ ma również coraz bardziej ambitna unijna polityka energetyczna. W czerwcu br. cel UE na 2030 r. dotyczący udziału energii ze źródeł odnawialnych (OZE) w miksie energetycznym został zwiększony do 32% przy jednoczesnym wymogu ograniczenia zużycia energii o blisko jedną trzecią. Równocześnie rosną koszty zakupu przez Polskę uprawnień do emisji CO2. W listopadzie br. ceny osiągnęły poziom ok. 20 EUR za tonę, co oznacza wzrost o blisko 200% w ciągu ostatniego roku[3].

Trendy te potwierdzają obawy Polaków. Aż 86% respondentów uważa, że ceny prądu już są wysokie, a 82% jest zdania, że w ciągu najbliższych 5 lat nadal będą rosły.

W kontekście kondycji krajowego systemu energetycznego niepokoi nas również możliwość występowania tak zwanego „blackoutu”, czyli przerw w dostawie prądu na skutek np. przeciążenia sieci, nagłych zjawisk atmosferycznych lub awarii technicznej. Taką możliwość dopuszcza blisko dwie trzecie Polaków (62,1%). Zdaniem analityków Europejskiego Instytut Miedzie obawy te nie są bezpodstawne. Nasza gospodarka jest o 13% bardziej energochłonna niż w przypadku unijnej średniej. Jeżeli obecna sytuacja się utrzyma, do 2035 r. w krajowym systemie energetycznym może zabraknąć nawet 13 GW mocy.

Niezbędne inwestycje

W ocenie analityków Europejskiego Instytutu Miedzi rozwiązaniem problemu rosnących kosztów energii elektrycznej oraz poprawy bezpieczeństwa energetycznego kraju są inwestycje w efektywne, nowoczesne źródła energii. Takie rozwiązania cieszą się również coraz większym poparciem Polaków. Wśród technologii energetycznych, które powinny być rozwijane w naszym kraju, najczęściej wskazywane są: energetyka słoneczna (66,8% odpowiedzi), energetyka wiatrowa, w tym morska offshore (51,5%), elektromobilność (35,6%), energetyka geotermalna (32,6%) oraz energetyka atomowa (25,9%).

– W obliczu wyzwań narastających przed polską energetyką, przyspieszona transformacja systemu jest jedynym rozwiązaniem. Niezbędne wydatki na inwestycje w nowoczesne technologie wytwarzania energii mogą sięgnąć ponad 11 mld EUR. To sporo kwota. Jeżeli jednak nie podejmiemy szybko odpowiednich działań, cena za zaniechanie może być znacznie większa – podsumowuje Michał Ramczykowski, Prezes Europejskiego Instytutu Miedzi.

[1] SW Research – badanie SW Panel, n=1012, październik 2018 r.

[2] Dane Instytutu Energii Odnawialnej http://ieo.pl/pl/aktualnosci/1272-autorski-model-ieo-prognoza-cen-energii-elektrycznej-na-polskim-rynku

[3] Dane CIRE: https://handel-emisjami-co2.cire.pl/st,34,514,me,0,0,0,0,0,ceny-uprawnien-do-emisji-co2.html?startDay=1&startMonth=11&startYear=2017&koniecDay=13&koniecMonth=11&koniecYear=2018&button=poka%BF

„Lost in translation”

Zbliżający się szczyt G20 jest w centrum uwagi rynków do tego stopnia, że dostajemy sprzeczne doniesienia z nim związane. Aktywa ryzykowne starały się podnieść na oczekiwaniach chińsko-amerykańskiego porozumienia, ale szanse na to bledną z każdą godziną.

„Lost in translation” byłby idealnym tytułem dla dzisiejszego komentarza, gdyby – o ironio! – dystrybutorzy tego dobrego filmu Sofii Coppoli nie namieszali z tłumaczeniem („Między słowami”). Dziś rano apetyt na ryzyko podskoczył w reakcji na doniesienia z Chin sugerujące, że prezydenci USA i Chin osiągną „wzajemnie korzystne porozumienie” w czasie spotkania na szczycie G20 pod koniec tygodnia. Informację podał minister spraw zagranicznych Chin, którego jednak w pospiechu nie do końca dobrze przetłumaczono. Minister powiedział, że Trump i XI uzgodnili, że jest potrzeba osiągnięcia wzajemnie korzystnego porozumienia, a rozmowa przywódców miała miejsce 1 listopada. Zatem informacja nie wnosi nic nowego, a na wierzchu pozostają wczorajsze komentarze Trumpa, według którego jest „wysoce nieprawdopodobne”, aby uszanował on prośbę Chin i od 1 stycznia nie podniósł ceł importowych z 10 proc. do 25 proc. na dobra warte 200 mld USD, niezależnie od przebiegu najbliższych rozmów. W efekcie budowane na naiwnych oczekiwaniach umocnienie aktywów ryzykownych kończy się wcześniej niż jeszcze wczoraj się spodziewałem. Karuzela zaskakujących nagłówków raczej nie zatrzyma się aż do piątku, więc można spodziewać się kolejnych szarpnięć notowań. A z Trumpem jako jednym z elementów układanki staram się nie wykluczać niczego. Teoretycznie „wysoce nieprawdopodobne” nie oznacza kategorycznego wykluczenia i zostawia malutką lukę na kompromis. Teoretycznie.

Karuzela nagłówków kręci się dalej w temacie brexitu, kiedy rząd premier May liczy głosy w parlamencie za ratyfikacją projektu porozumienia rozwodowego z UE. Wyniki obliczeń nie wyglądają jednak dobrze, gdyż May może przegrać aż 150 głosami. Prasa donosi, że w akcie desperacji szef gabinetu premier May negocjował z politykami opozycji poparcie projektu implikując, że lepszej propozycji już nie będzie. Rozmowy nie powiodły się i teraz rząd przygotowuje plan awaryjny przegrania pierwszego głosowania jak najmniejszą liczbą głosów, by później na szczycie UE 13 grudnia szukać kosmetycznych zmian w projekcie i zmieniony dokument jeszcze raz poddać pod głosowanie, zanim parlament uda się na świąteczną przerwę (20 grudnia). W żadnym wypadku nie wygląda to na scenariusz, który miałby stworzyć dla GBP warunki do umocnienia, ale z drugiej strony sporo pesymizmu jest już zdyskontowane, nawet z ujęciem porażki May w pierwszym głosowaniu. Przy studzeniu ogólnorynkowego optymizmu GBP/USD ma łatwiejszą drogę ku powolnemu opadaniu, ale jest to rynek sterowany nagłówkami bez wykluczania tych pozytywnych, nawet jeśli skoki będą tylko chwilowe.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rośnie popyt na chwilówki i pożyczki pozabankowe

telefon komputer płatnośćZ roku na rok zauważa się dynamiczny wzrost sektora pożyczek pozabankowych. Jak wynika z badań reputacji sektora finansowego przeprowadzonego przez Kantar TNS branży pozabankowej, już ponad 17% polskich konsumentów zaufało firmom udzielającym chwilówek. Rocznie z tego typu usług korzysta prawie milion Polaków. Aż 41% klientów pożycza pieniądze z uwagi na niskie zarobki i brak historii kredytowej, a średnia kwota zobowiązania waha się między 1000, a 4000 złotych.

Maltański odpowiednik Komisji Nadzoru Finansowego

Pożyczka pozabankowa udzielana jest przez tak zwane parabanki. Są to przedsiębiorstwa, które nie podlegają pod Komisję Nadzoru Finansowego i Narodowy Bank Polski  oraz podobnie jak polskie Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe  pod Kasę Krajową. Działają na własny rachunek. Zwykle posiadają licencję w Malta Financial Supervision Authority, czyli polskiego odpowiednika KNF.  Wszystkie jednak tego typu instytucje podlegają w Polsce ustawie antylichwiarskiej.  Nakłada ona odgórnie na banki i na firmy pozabankowe limity, co do wysokości pobieranych opłat i prowizji, czyli resumując, partycypuje w maksymalny limit kosztów ponoszonych przez klientów.

Klienci instytucji pozabankowych

Pożyczka pozabankowa jest zazwyczaj skierowana do osób z niższymi dochodami, bezrobotnych, niemających unormowanej umowy z pracodawcą lub rencistów, którzy nie otrzymali świadczenia na stałe. Dodatkowym plusem produktu finansowego z tzw. parabanku, jest brak sprawdzania historii kredytowej w Biurze Informacji Kredytowej. Osobom, którym  poślizgnęła się noga, nieterminowo spłacali swoje dotychczasowe zobowiązania w banku, posiadają obciążenia komornicze lub nie mogą z innych przyczyn skorzystać z typowej oferty bankowej, chwilówka będzie najlepszą alternatywą.

Jednak oprócz wyżej wymienionych korzyści, pożyczkom pozabankowym  towarzyszy też pakiet minusów. Wysoki koszt w stosunku do wnioskowanej kwoty pożyczki. Należy zwrócić uwagę na zapisy w umowie, zwłaszcza na te zapisane drobnym drukiem. Wierzyciel często narzuca tygodniowe formy spłaty. Korzystając z wygodnej sytuacji, iż klient zgłasza zapotrzebowanie na gotówkę i nie posiada zdolności kredytowej, bazują na szybkiej realizacji transakcji.

Podsumowując, instytucje zwane parabankami nie działają na podstawie prawa bankowego. Ich działanie podlega natomiast prawu cywilnemu. Co prawda naginają prawdę o gwarancji depozytów, jednak w zamian, oferują szybkie i łatwo dostępne chwilówki i pożyczki.

Zmiany, zmiany

W ostatnich latach na rynku pozabankowego kredytu konsumenckiego dostrzec można wyraźne zmiany. Program 500 plus spowodował spadek popytu na pożyczki o najwyższym ryzyku,  a coraz lepsza  sytuacja finansowa i zwiększenie zdolności kredytowej zwiększone zapotrzebowanie na produkty tańsze i mniej ryzykowne.

Ekspansja fintech w branży pozabankowej

Firmy z branży wykorzystują nowoczesną technologię do projektowania usług i wdrażania nowych ogniw w funkcjonowaniu całej organizacji. Fintech stanowi szczególną kategorię w instytucjach pozabankowych. W przypadku braku internetu i cyfryzacji, a z  drugiej strony rosnącego zaufania klientów, świadczenie tego typu usług byłoby niemożliwe. Zaawansowanie oprogramowanie pozwala na sprawną obsługę i dotarcie do nowej bazy klientów.

Zazwyczaj potencjalny klient wykonuje jeden telefon lub składa wniosek przez Internet. Ustala w ten sposób formę spłaty, wysokość pożyczki i umówią się na spotkanie. Najpopularniejszymi instytucjami, które udzielają pożyczki pozabankowej w Polsce jest: Provident, Optima, Bocian pożyczki, Kredito24, Vivus, Wonga, Netcredit.

Porównanie chwilówek i szybkich pożyczek znajdziecie Państwo na stronie: https://chwillowki.pl

Negatywny wpływ wolnych niedziel

Negatywny wpływ na sektor pozabankowego kredytu konsumenckiego ma ograniczenie handlu w niedziele obowiązujący od 1 marca br. Z danych Polskiego Związku Firm Pożyczkowych wynika, że różnica w ilości wniosków pożyczkowych przesłanych w niedziele handlowe i niehandlowe spadła średnio o 15 proc.

Jak będzie wyglądać system poboru opłat drogowych w Polsce?

Decyzje dotyczące systemu poboru opłat w Polsce od czasu, kiedy rząd postanowił ogłosić przetarg na nowego operatora, były bardzo rozciągnięte w czasie. Założenia nie uwzględniły tego, że firmy będą się odwoływać – chodzi przecież o bardzo duże pieniądze. Przetarg miał też złą formułę – swoistego rodzaju konkurs. Minister nie wykluczał, że być może zrezygnuje się z systemu radiowego – który działał – przechodząc na system satelitarny. Byłby to pierwszy taki przypadek na świecie, a jednocześnie duży problem finansowy. Ciężko zlikwidować infrastrukturę, która powstała kilka lat wcześniej. Założenia, które towarzyszyły zmianie operatora na publicznego, legły jednak w gruzach. Miały być to podmioty polskie. Wśród firm działających na bramkach, czy jako doradcy Generalnego Inspektora, mamy podmioty zagraniczne. Przede wszystkim obiecywano jednak, że będzie taniej. Tymczasem jest znacznie drożej – chociaż nie wszystkie koszty tego systemu są znane.

– Zamieszanie to było niepotrzebne. Dzisiaj system rozsypał się na kilka innych podmiotów. Ostatecznie skończyło się na firmie Kapsch. Dobrze, że podmiot ten działa, razem ze swoimi dotychczasowymi podwykonawcami – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR – Ustawa budżetowa na 2019 roku daje już porównanie. Kiedy Kapsch był operatorem, roczne utrzymanie wymagało 250-280 milionów złotych. Obecnie, kiedy państwo zajęło się tym systemem – to już 800 milionów złotych. Z punktu widzenia kierowców – nadal nie wiadomo, jak system będzie wyglądać. Być może będzie elektroniczny lub też zasiedlone zostaną budki w punktach poboru opłat. Nie wiadomo też, czy obejmie tylko autostrady państwowe, czy również te, gdzie obecny jest koncesjonariusz – jak Stalexport czy Autostrada Wielkopolska. To najważniejsze pytania, na które wciąż nie ma odpowiedzi. Z jednej strony w cyklu wyborczym nikt nie chce objąć płatnościami darmowych odcinków. Z drugiej strony w Inspektoracie Transportu Drogowego nie ma kompetencji do tego, aby taki docelowy system na polskich autostradach wymyślić – podsumował Furgalski.

Poznań strategicznym miastem dla cyfryzacji szkół. Powstanie tu węzeł odpowiedzialny za transmisję do 1/3 placówek w kraju

Poznań strategicznym miastem dla cyfryzacji szkół. Powstanie tu węzeł odpowiedzialny za transmisję do 1/3 placówek w kraju 6

Już nawet dwie trzecie innowacji w Polsce jest związanych z technologiami cyfrowymi. Bez edukacji ich dalszy rozwój będzie niemożliwy, stąd konieczne są inwestycje w cyfryzację szkół. Dzięki umowie podpisanej 21 listopada 2018 roku między NASK a Ineą w Poznaniu powstanie jeden z trzech węzłów centralnych umożliwiający szkołom podłączonym do OSE korzystanie z internetu światłowodowego.

– Ogólnopolska Sieć Edukacyjna jest nie tyle projektem, ile programem rządowym, w ramach którego rząd zobowiązał się do finansowania dostępu do szerokopasmowego internetu w każdej szkole. Będzie to sieć bezpieczna, monitorowana, z odpowiednimi zasobami edukacyjnymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wanda Buk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

OSE to publiczna sieć telekomunikacyjna, a odpowiedzialny za jej wdrożenie, uruchomienie i utrzymanie jest Państwowy Instytut Badawczy NASK. Zapewni on również system bezpieczeństwa oraz możliwość udostępniania treści edukacyjnych dla szkół. Do końca 2020 roku do sieci mają być podłączone wszystkie szkoły – w sumie ponad 30 tys. placówek.

– Docelowo podłączymy do OSE wszystkie placówki edukacyjne w Polsce. Dzisiaj mówimy – na mocy Ustawy – przede wszystkim o szkołach publicznych i o szkołach społecznych, natomiast jeżeli chodzi o pozostałe tego typu placówki, takie jak domy kultury, sky is the limit, pewnie to będzie nasz kolejny krok –zapowiada Wanda Buk.

Budowa szerokopasmowego internetu i podłączenie do niego wszystkich placówek edukacyjnych wymaga ogromnych inwestycji infrastrukturalnych. Dziś zaledwie kilka tysięcy ma dostęp do sieci o przepustowości co najmniej 100 Mbps, a co czwarty uczeń deklaruje, że nie korzysta z internetu nawet na lekcjach informatyki.

– Budowa OSE to wielowymiarowe przedsięwzięcie o bardzo dużej skali. Celem jest dostarczenie szerokopasmowego internetu do wszystkich szkół w Polsce i na bazie tej sieci dostarczenie treści edukacyjnych dla uczniów. Żeby to osiągnąć, trzeba mieć żelazną podstawę, czyli wejść w warstwę telekomunikacyjną, węzłów, obiektów, łączy, urządzeń – podkreśla Krzysztof Silicki, p.o. dyrektor NASK. – Niezmiernie ważny element, na który kładziemy nacisk, to bezpieczeństwo sieci OSE.

W ramach budowy sieci konieczne jest nabycie powierzchni kolokacyjnej wraz z szafami teleinformatycznymi, w której zapewniona będzie niezbędna infrastruktura informatyczna potrzebna do budowy węzłów sieci w ramach projektu OSE. W Wielkopolsce takie usługi dostarczy Inea, z którą NASK właśnie podpisał umowę.

– Inea posiada własne data center, w którym świadczymy m.in. usługę kolokacyjną, która polega na tym, mamy miejsce na wstawianie urządzeń telekomunikacyjnych, urządzeń obsługujących ruch IT, chmurze internetowej, w której to można świadczyć różnorakie usługi telekomunikacyjne. Taką usługę będziemy świadczyć dla NASK w ramach projektu dla szkół – wskazuje Janusz Kosiński, prezes zarządu Inea.

W Poznaniu powstanie jeden z trzech węzłów centralnych umożliwiający szkołom podłączonym do OSE korzystanie z internetu światłowodowego. Umowa wart jest blisko 4,9 mln zł.

– Umowa z Ineą to strategiczna umowa na kolokację, dotyczy bowiem województwa wielkopolskiego, bardzo ważnego regionu, w którym umieszczony będzie jeden z 3 głównych węzłów OSE. Zawieramy umowę na 10 lat, więc przed nami długotrwała i wierzymy, że owocna współpraca. Umowa pozwoli między innymi na zbudowanie węzła w tym regionie, na wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań dostarczanych przez Ineę – tłumaczy Krzysztof Silicki.

W ramach budowy OSE NASK planuje w 2019 roku budowę węzłów w 8 miastach wojewódzkich. Ten w Poznaniu, w pierwszej fazie projektu, odpowiedzialny będzie za transmisję do jednej trzeciej szkół w kraju.

– Dla 1/3 placówek z całej Polski dane będą przechowywane w Poznaniu, w Inea, a dla pozostałych szkół będą przechowywane dane jako rezerwowe, czyli wszystkie dane będą przechowywane w minimum dwóch miejscach w Polsce, w Inea będzie przechowywanych 2/3 danych wszystkich szkół z Polski – mówi Janusz Kosiński.

Projekt budowy światłowodów w Polsce otrzymał nagrodę w tegorocznej edycji organizowanego przez Komisję Europejską konkursu European Broadband Awards w kategorii „spójność terytorialna na obszarach wiejskich i oddalonych”.

– W wyniku działań podjętych w grupie Ministerstwa Cyfryzacji zbudowanych zostanie ponad 100 tys. km infrastruktury telekomunikacyjnej, światłowodowej, czyli tej, która może zapewnić najszybszy internet, o jakim dzisiaj możemy rozmawiać. Projekt budowy szerokopasmowego internetu jest projektem bezprecedensowym w swojej skali. Zaangażował prawie 7 mld zł środków i publicznych, i prywatnych, a także kilkudziesięciu operatorów telekomunikacyjnych – podkreśla Wanda Buk.

Prof. M. Noga: Polska powinna jak najszybciej wejść do strefy euro. W przeciwnym razie sama zepchnie się na margines

Prof. M. Noga: Polska powinna jak najszybciej wejść do strefy euro. W przeciwnym razie sama zepchnie się na margines 7

Polska mogłaby wejść do strefy euro, wprowadzając podobne rozwiązanie jak wcześniej Bułgaria, która zmagała się z hiperinflacją. Tzw. currency board, czyli sztywny kurs złotego do euro, zapobiegłby wahaniom, pozwolił na spokojny okres przejściowy i nie wymagałby zmian w Konstytucji – wskazuje ekonomista prof. Marian Noga. Ekspert ocenia, że argumenty przeciwników wejścia do strefy euro, takie jak radykalny wzrost cen, są nieprawdziwe, a w tym kontekście bardzo ważna jest edukacja i podnoszenie świadomości ekonomicznej Polaków. Podkreśla też, że wejście Polski do strefy euro będzie mieć niemal wyłącznie pozytywne konsekwencje i tej decyzji nie należy dłużej odkładać.

Wchodząc do strefy euro, mielibyśmy przede wszystkim dużo niższe oprocentowanie naszych kredytów i wszelkich pożyczek. Prosty przykład: w Polsce stopa referencyjna, czyli podstawowa stopa NBP, wynosi 1,5 proc., natomiast w EBC jest piętnaście razy niższa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekonomista prof. Marian Noga, były senator i członek Rady Polityki Pieniężnej, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Jak zauważa, mogłoby to stanowić pewien problem dla banków, nieprzyzwyczajonych do operowania na taki niskich stopach procentowych. Banki musiałyby dobrze kalkulować swoje koszty, ponieważ przy tak niskim oprocentowaniu prowadzenie działalności bankowej wiązałoby się z obniżaniem jednostkowego kosztu produktu finansowego.

– Gospodarstwa domowe są z kolei nieprzyzwyczajone do brania dużych i częstych pożyczek. Rzeczywiście, aż taki duży skok obniżenia oprocentowania byłby szokiem dla podmiotów gospodarczych w Polsce, ale z pewnością na korzyść. Zaciągać kredyt oprocentowany przykładowo 12 proc. a 2 proc., to olbrzymia różnica. Mamy w Polsce popyt przynajmniej na milion mieszkań, a kredyty na mieszkania oprocentowane 10-krotnie niżej byłyby w pewnym sensie rozwiązaniem problemu mieszkaniowego, bo wszystkie dotychczasowe programy uważam za niezbyt udane – mówi prof. Marian Noga.

Ekspert ocenia, że nietrafiony jest również argument dotyczący możliwego wzrostu cen po wejściu Polski do strefy euro. Wzrostów, owszem, należy się spodziewać, ale wynoszących maksymalnie ok. 1–1,5 proc.

– To są mity cappuccino, chleba i piwa w Hamburgu. Jeżeli jeden towar zdrożał o ileś procent, a na rynku jest ich 4–5 mln, to patrząc przez pryzmat tego cappuccino, może się wydawać, że jest drożej. Realnie ceny wzrosły o 1–1,5 proc. i o tyle mogą wzrosnąć najwyżej – ocenia prof. Marian Noga. – Opowiadanie o wzroście cen czy utracie polityki monetarnej to bajki. Stracilibyśmy ewentualnie jakieś regulacje EBC, mając niezsynchronizowany cykl koniunkturalny z innymi krajami, bo faktycznie w przypadku spowolnienia gospodarczego czy kryzysu w Polsce by się on pogłębił. Jeżeli jednak mamy zsynchronizowane cykle koniunkturalne, nie ma tego zagrożenia – dodaje.

Akces Polski do strefy euro wiązałby się z rezygnacją z narodowej polityki monetarnej na rzecz polityki Europejskiego Banku Centralnego, dlatego przeciwnicy takiego kroku często argumentują, że pogłębiłoby to kolejny, ewentualny kryzys gospodarczy. Zdaniem ekonomisty to nie do końca prawda. W ubiegłorocznym raporcie Komisji Europejskiej („Polska w UE. Nowe wyzwania”) prof. Marian Noga wskazuje, że w trakcie poprzedniego kryzysu z lat 2007–2014 polskie towary na rynkach zagranicznych taniały. Pociągnęło to za sobą wzrost eksportu i zatrudnienia, dzięki czemu jego skutki w Polsce nie były aż tak dotkliwie odczuwalne. Na tej podstawie część ekspertów i polityków wyciągnęła wniosek, że lepiej pozostać przy własnej walucie. Jednak prof. Marian Noga ocenia, że w długim terminie taki efekt by się nie utrzymał.

Jak podkreśla, w kontekście „Europy dwóch prędkości” Polska sama skazuje się na podążanie wolniejszym kursem i spycha na polityczny margines, nie będąc członkiem strefy euro. Ocenia także, że w tej sprawie nie jest potrzebne kolejne referendum, ponieważ opowiadając się za wejściem do struktur UE w 2003 roku, Polacy w referendum akcesyjnym już raz zgodzili się na przystąpienie do unii walutowej.

Gdyby Grecja nie była w strefie euro, zbankrutowałaby znacznie szybciej. Słowacja jest lepszym przykładem, wszyscy mówili, że nie będziemy na narty jeździć, że będzie drogo. Tymczasem Słowacja rozkwitła, dzięki euro ma naprawdę szybkie tempo wzrostu PKB. Twarde dane pokazują, że wejście do strefy euro daje więcej korzyści niż ewentualnych negatywów. Jeżeli boimy się tak bardzo – powinniśmy zrobić to samo, co Bułgarzy, którzy mają sztywny kurs lewa do euro. Po roku czy półtora można będzie sprawdzić, czy to się opłacało, i wejść do strefy euro już łagodnie, bez hałasów i krzyków. Taka formuła jest do przyjęcia i nie wymaga zmian w Konstytucji. Mówiąc dowcipnie, wystarczyłoby wsadzić Radę Polityki Pieniężnej w samochód, zawieźć na Aleje Ujazdowskie do urzędu Rady Ministrów i to ogłosić – mówi prof. Marian Noga.

Ekonomista podkreśla, że kryzys długu publicznego w Grecji nie był wynikiem wejścia do strefy euro, ale wynikiem m.in. fałszowania statystyk ekonomicznych i nieefektywnego wykorzystania funduszy unijnych, a Grecja w ogóle nie powinna była się znaleźć w strefie euro, ponieważ nie spełniała wymaganych kryteriów wejścia. Natomiast w przypadku Polski dobrym rozwiązaniem mógłby być system sztywnego kursu walutowego (currency board), przyjęty już wcześniej przez Bułgarię, zmagającą się z hiperinflacją. Currency board to jedna z dopuszczalnych ścieżek wejścia do strefy euro. Oznacza sztywny kurs waluty krajowej do określonej waluty, w tym przypadku euro, co eliminuje wahania, to rozwiązanie można wprowadzić tylko na podstawie ustawy bądź rozporządzenia Rady Ministrów, bez konieczności zmian konstytucyjnych.

Ekspert wrocławskiej Wyższej Szkoły Bankowej ocenia, że wejście Polski do strefy euro nie pociągnie ze sobą praktycznie żadnych negatywnych konsekwencji, ale im dłużej będziemy odwlekać tę decyzję, tym ciężej z czasem będzie ją podjąć.

Problem polega na tym, że w tej chwili nie umiemy już poruszać się w sferze niskich stóp procentowych, w sferze blisko deflacji. Obecnie mamy jakiś wzrost, ale wcześniej przez blisko dwa lata żyliśmy w sferze deflacji i niskich cen, co bardzo źle oddziałuje na gospodarkę, na przedsiębiorców. Przeciągając tę sprawę, wpadniemy w stan, w którym nie będziemy już w ogóle umieli funkcjonować przy niskich stopach procentowych i wtedy nie wejdziemy do strefy euro. To może zaprowadzić Polskę na margines Unii Europejskiej, a sceptyczne siły polityczne szybko doprowadzą do tego, że Polska nie będzie w Unii. To byłaby strata ½ budżetu rocznie, tylu pieniędzy by nam zabrakło – podkreśla ekspert Wyższej Szkoły Bankowe we Wrocławiu.

Zdaniem ekonomisty fundamentalne znaczenia ma w tym przypadku także edukacja ekonomiczna i podnoszenie świadomości Polaków, ponieważ z ubiegłorocznego sondażu CBOS wynika, że tylko 24 proc. społeczeństwa opowiada się za przyjęciem wspólnej waluty (zdecydowanie tak lub raczej tak). Ten odsetek radykalnie spadł od 2002 roku, kiedy za wejściem do strefy euro było 64 proc. Polaków.

Do strefy euro należą dzisiaj: Niemcy, Francja, Austria, Hiszpania, Belgia, Finlandia, Grecja, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Włochy, Portugalia, Cypr, Słowenia, Słowacja, Estonia, Malta, Łotwa oraz Litwa, która przystąpiła do niej w 2015 roku. Na mocy podpisanych umów europejską walutę przyjęły też Monako, San Marino i Watykan, które nie są członkami UE. Poza strefą euro pozostają: Polska, Wielka Brytania, Dania, Czechy, Bułgaria, Chorwacja, Rumunia, Szwecja i Węgry.

PepsiCo zapowiada wielomilionowe inwestycje w rozwój swoich zakładów w Polsce. Planuje zwiększenie liczby współpracujących gospodarstw rolnych o 30 proc.

0

PepsiCo zapowiada wielomilionowe inwestycje w rozwój swoich zakładów w Polsce. Planuje zwiększenie liczby współpracujących gospodarstw rolnych o 30 proc. 8

Od 25 lat PepsiCo prowadzi w Polsce program agrarny oparty na współpracy z polskimi producentami ziemniaka, rocznie skupując płody rolne o wartości blisko 120 mln zł. W planach ma zwiększenie liczby współpracujących gospodarstw rolnych o 30 proc. i kolejne, wielomilionowe inwestycje w zakłady działające w Polsce, w tym zakład w Grodzisku Mazowieckim, jeden z największych i najbardziej nowoczesnych ośrodków produkcyjnych PepsiCo w Europie Środkowo-Wschodniej. Firma prowadzi też prace badawcze nad nowymi odmianami ziemniaków i sadzeniaków. W styczniu 2019 planowane jest wypuszczenie na rynek nowych produktów spoza segmentu napojów gazowanych i słonych przekąsek. 

 Małe gospodarstwa rolne przekształciły się w 67 potentatów, którzy dzisiaj ręka w rękę współpracują z nami przy produkcji wysokiej jakości ziemniaków, co z kolei przekłada się na produkcję wysokiej jakości chipsów w naszym zakładzie w Grodzisku. Ta współpraca jest przede wszystkim partnerska. Opiera się na tym, że od początku edukowaliśmy rolników, jak się obchodzić z sadzeniakami, jak uzyskiwać wyższe plony z areałów, dostarczając im pomocy know how, ale również udzielając im pomocy finansowej. Dzisiaj są to nowoczesne zakłady rolne, wyspecjalizowane w ziemniaku przemysłowym pod produkcję chipsów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Jaszczyk, prezes PepsiCo Polska.

PepsiCo jest największym w Polsce odbiorcą ziemniaka chipsowego. Firma od 25 lat prowadzi program agrarny oparty na współpracy z polskimi dostawcami. Na początku były to małe, rozdrobnione gospodarstwa rolne. Firma zaczęła od edukacji rolników w zakresie technologii upraw, pomocy w kredytowaniu produkcji i inwestycji oraz bezpłatnego dostarczania rolnikom materiałów sadzeniakowych. Obecnie współpracuje z 67 dużymi, rozwiniętymi gospodarstwami, zatrudniającymi w sezonie nawet 2,2 tys. pracowników. Suma areałów przeznaczonych na pozyskanie surowca dla PepsiCo wynosi 7 tys. ha (na początku programu agrarnego było to 880 ha), zapewniając łączną produkcję ziemniaków na poziomie około 230 tys. ton rocznie.

Największym osiągnięciem programu agrarnego PepsiCo w Polsce jest to, że trwa nieprzerwanie i z sukcesami od 25 lat. Wierzymy, że ci rolnicy, którzy zaryzykowali z nami 25 lat temu, mają satysfakcję z tej współpracy – mówi Michał Jaszczyk.

– Współpraca przetwórców i producentów rolnych stwarza ogromne szanse. Wspólnie można produkować lepiej. Walory produktu zależą nie tylko od przetwórcy, lecz także od jakości samego surowca. Dlatego rolnicy, jeśli produkują pod konkretnego odbiorcę, pod konkretny zakład przetwórczy – robią to z zastosowaniem technologii, którą często sugeruje przetwórca, a więc tutaj są głównie korzyści w zakresie jakości – podkreśla Czesław Siekierski, przewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego.

Jak podkreśla, do programu wciąż dołączają nowe gospodarstwa rolne. W wyniku zapotrzebowania konsumentów rynek przekąsek ziemniaczanych rośnie, a do 2025 roku firma chce włączyć do programu jeszcze 20 gospodarstw rolnych (co będzie stanowić 30-proc. wzrost) i systematycznie wdrażać Inicjatywę Zrównoważonego Rolnictwa, co przełoży się na bardziej ekologiczne warunki upraw i większą wydajność produkcji.

Inicjatywa Zrównoważonego Rolnictwa to projekt, który PepsiCo od lat wdraża na całym świecie. Zakłada zmniejszanie emisji dwutlenku węgla, optymalizację procesu nawożenia i zastosowanie systemu Crop Track, który pozwala na monitorowanie opadów i odpowiednie dostosowanie dawek nawożenia. Do 2025 roku wszystkie gospodarstwa rolne współpracujące z PepsiCo mają już być w 100 proc. zgodne z wytycznymi Inicjatywy Zrównoważonego Rolnictwa.

W planach firmy są również inwestycje w zakład produkcyjny Frito Lay w podwarszawskim Grodzisku Mazowieckim – jeden z największych i najbardziej nowoczesnych ośrodków produkcyjnych PepsiCo w Europie Środkowo-Wschodniej. Zakład każdego dnia przetwarza 750 ton ziemniaków, a 100 proc. pozyskiwanego do produkcji chipsów surowca pochodzi od polskich rolników. Stale zwiększa zatrudnienie – obecnie pracuje w nim ponad 550 pracowników, z których połowa może się pochwalić stażem ponad 10 lat.

 Efektywnie wykorzystujemy moce produkcyjne. Roczna produkcja to ponad 65 tys. ton, z czego około 50 proc. eksportujemy do 13 różnych krajów w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Plany na kolejne lata zakładają inwestowanie istotnych środków w automatyzację. Mamy również przygotowany business case na instalację dodatkowej linii, czekamy jedynie na decyzję. Zakład PepsiCo w Grodzisku od kilkunastu lat działa zgodnie z globalną polityką. W ramach wdrożonych projektów – zmierzających do ochrony środowiska i naturalnych zasobów – znacząco zmniejszyliśmy zużycie gazu, wody i energii. Przyczyniły się do tego projekty takie jak biogazownia i odzysk. Również 100 proc. naszych odpadów poddawanych jest procesowi recyklingu – podkreśla Krzysztof Dudziński, dyrektor zakładu Frito Lay w Grodzisku Mazowieckim.

Dane przytaczane przez PepsiCo pokazują, że w latach 2013–2017 wartość inwestycji firmy na polskim rynku przekroczyła 500 mln zł. Z kolei wsparcie dla rolników, producentów i detalistów przełożyło się na powstanie ponad 32 tys. miejsc pracy, w tym ponad 10 tysięcy w sektorze rolnictwa.

 Powiązanie rolników z przetwórstwem – gdzie rolnik produkuje pod określone zapotrzebowanie, według określonych standardów, jakie stawia zakład przetwórczy – wpływa na jakość. Jednocześnie rolnik ma stałe miejsce zbytu, wie, komu sprzedaje i po jakiej cenie, wie, jakie musi wypełnić kryteria odnośnie jakości surowca. Te umowy są wieloletnie, a więc dają mu stabilizację dochodową i rynkową. O takie rozwiązania, trwałe powiązanie rolników z przetwórcami, chodzi nam w całym systemie gospodarki żywnościowej. Razem można więcej – mówi Czesław Siekierski.

Jak podaje PepsiCo, firma prowadzi obecnie prace badawcze w zakresie nowych odmian ziemniaków, dążąc do zwiększenia udziału odmian posiadanych na wyłączność z obecnych 40 proc. do 85 proc. w 2025 roku. Rozwija też program sadzeniakowy oparty w 100 proc. na polskim materiale nasiennym.  Prezes PepsiCo Polska Michał Jaszczyk zapowiada także, że w styczniu trafią na rynek nowe produkty spoza segmentu napojów gazowanych i słonych przekąsek.

– Ten rok był dla nas okresem rekordów sprzedażowych i produkcyjnych. W obu kategoriach, w których jesteśmy obecni na rynku – czyli i w napojach i w przekąskach słonych – zaliczamy go do bardzo udanych. Natomiast kolejne lata to wzrost inwestycji w nasze zakłady produkcyjne i bazę logistyczną oraz przede wszystkim w nasze znane marki, które konsumenci doceniają. Firma będzie też koncentrowała się na nowych produktach – nie chcę jeszcze zdradzać, jakie to będą marki, natomiast wyjdziemy trochę poza słone przekąski i napoje gazowane. Nowe produkty będą odpowiedzią na zmieniające się trendy konsumenckie i myślę, że już w styczniu będą dostępne w sieciach sprzedaży – mówi Michał Jaszczyk.

Polska wódka ma się szansę stać flagowym produktem eksportowym. Potrzebne jednak większe wsparcie promocyjne

Polska wódka ma się szansę stać flagowym produktem eksportowym. Potrzebne jednak większe wsparcie promocyjne 9

– Sądzę, że przed polskimi producentami wódki otwierają się ogromne możliwości eksportowe, zarówno w Unii Europejskiej, jak i na całym świecie – ocenia Ulrich Adam, dyrektor generalny Spirits Europe. Rynek napojów alkoholowych w Polsce jest wart ok. 57 mld zł, z czego 40 proc. przypada na rynek wyrobów spirytusowych. Branża podkreśla, że polska wódka to produkt z tradycjami i renomą na całym świecie, o ogromnym potencjale eksportowym. Do jego rozwoju potrzebne jest m.in. wsparcie promocyjne, sprawiedliwe opodatkowanie i zwalczenie szarej strefy.

– Branża spirytusowa to dział gospodarki, który przynosi do budżetu państwa ogromną liczbę pieniędzy w postaci danin publicznych. Dajemy zatrudnienie ponad 100 tys. osób, co jest kolejną wartością dodaną branży spirytusowej dla polskiej gospodarki. Skupujemy także bardzo dużą ilość płodów rolnych, nadwyżek zboża, ziemniaków. Jesteśmy kooperantem dla bardzo wielu polskich firm w zakresie zaopatrzenia i dystrybucji wyrobów spirytusowych – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Włodarczyk, prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

Z danych opracowanych przez ZP PPS wynika, że branża spirytusowa wnosi do budżetu państwa ok. 12,6 mld zł rocznie w postaci danin publicznych. Jedno miejsce pracy w tej gałęzi przemysłu generuje 14 innych w całym łańcuchu dostaw. W sumie, pośrednio i bezpośrednio, branża utrzymuje ok. 100 tys. miejsc pracy. Według statystyk MRiRW, działa w niej 135 przedsiębiorstw, z których 98 proc. stanowią mikro-, małe bądź średnie firmy. Współpracują w przeważającej większości (w 90 proc.) z krajowymi polskimi dostawcami, zużywając rocznie ok. 750 tys. ton zbóż i 50 tys. ton ziemniaków, co ma przełożenie również na polskie rolnictwo. Branża spirytusowa ma również znaczący udział w polskim eksporcie, w ubiegłym roku wartość eksportu napojów spirytusowych za granicę sięgnęła 168 mln euro.

– W zbyt małym stopniu wykorzystujemy znakomity znak rozpoznawczy naszego kraju, jakim jest polska wódka, z ogromną tradycją i z renomą na świecie. Jesteśmy największym producentem wódki w UE i czwartym na świecie, po Rosji, Ukrainie i USA. Wykorzystanie marki, jaką jest polska wódka i wyroby spirytusowa, to ogromny potencjał. Dziś eksportujemy ok. 20 proc. produkcji. To za mało, zwłaszcza biorąc pod uwagę na przykład to, ile whiskey eksportuje Szkocja, Francja koniaku, a Meksyk tequili. U nas do tematu promocji polskiego eksportu wyrobów spirytusowych niektórzy podchodzą z pewną nieśmiałością, jak do tematu wstydliwego, bo to jednak alkohol. Tymczasem Szkot, Francuz czy Meksykanin jest dumny ze swoich wyrobów, a to się przekłada bezpośrednio na bardzo dużą wartość eksportu. Myślę, że w tym obszarze jest ogromny potencjał, abyśmy mogli eksportować znacznie więcej –zauważa Witold Włodarczyk.

Prezes ZP PPS ocenia, że polski rynek jest nasycony. Spożycie utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie, zmienia się raczej kultura picia alkoholu niż jego ilość. Za to eksport stwarza ogromne możliwości rozwoju branży. Do tego potrzebna jest jednak silna, krajowa gospodarka i uczciwe traktowanie – chociażby w kwestii opodatkowania.

– Dzisiejsze przepisy dyskryminują branżę spirytusową. Podatek akcyzowy jest naliczany w taki sposób, że ta branża płaci znacznie więcej niż inne, ku czemu nie ma żadnego powodu. Przepisy obowiązujące w tym zakresie pochodzą jeszcze z początku lat 80., a od tamtego czasu wiele się zmieniło w modelu konsumpcji alkoholu, dystrybucji, w sposobach sprzedaży – podkreśla Witold Włodarczyk.

Wysokie obciążenie podatkiem akcyzowym i specyfika alkoholi mocnych powodują, że ta branża jest szczególnie narażona na występowanie zjawiska szarej strefy. Fundacja Republikańska szacuje, że 80 proc. nielegalnych alkoholi stanowią właśnie napoje spirytusowe.

– Wszystkie branże, które płacą podatki, a szczególnie podatek akcyzowy, są dla nas wrażliwe z punktu widzenia budżetu państwa i dlatego staramy się walczyć z szarą strefą. Jest jeszcze jeden, dodatkowy akcent – nielegalny alkohol to potencjalne niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia konsumentów i dlatego KAS tak mocno stara się ograniczyć szarą strefę w branży alkoholowej. Udało nam się to w paliwach, udało się w wyrobach tytoniowych, również odnosimy duże sukcesy w branży alkoholowej – mówi Piotr Walczak, zastępca szefa Krajowej Administracji Skarbowej.

Jak podkreśla, w Polsce nielegalny alkohol to przede wszystkim alkohol skażony. W innych krajach pochodzi on przeważnie z bimbrownictwa albo przemytu. Natomiast specyfika polskiej szarej strefy jest inna – głównym źródłem nielegalnego alkoholu w Polsce jest alkohol przemysłowy zwolniony z podatku akcyzowego albo produkty przemysłowe na bazie spirytusu (rozpuszczalniki, podpałki do grilla, płyny do spryskiwaczy etc.).

– U nas nielegalny alkohol to przede wszystkim alkohol odkażony. On często udaje przemycany, udaje produkty bimbrownictwa, ale tak naprawdę pochodzi przeważnie z technicznego, skażonego alkoholu, który jest odkażany metodą chałupniczą przy zastosowaniu różnych szkodliwych substancji chemicznych. Dlatego jest po prostu szkodliwy dla potencjalnych odbiorców. Traci na tym budżet państwa, ale należy również patrzeć przez pryzmat bezpieczeństwa konsumentów – mówi Piotr Walczak.

Walka z szarą strefą powinna być priorytetem nie tylko w Polsce, lecz także całej Europie, bo – jak podkreśla dyrektor generalny Spirits Europe Ulrich Adam – sektor spirytusowy ma duże przełożenie na europejską gospodarkę, utrzymując ponad milion miejsc pracy.

– W Europie przyszłość branży rysuje się w jasnych barwach. Nasi producenci koncentrują się teraz na szerszej tendencji zwanej premiumizacją. Z jednej strony w perspektywie długoterminowej konsumpcja w Europie spada, ale konsumenci, którzy kupują alkohole, decydują się na towary z wyższej półki – piją mniej, ale stawiają na trunki lepszej jakości. Europejscy producenci są wyjątkowo dobrze przygotowani, by spełniać te oczekiwania, bo mamy cały szereg znanych i tradycyjnych alkoholi z oznaczeniami geograficznymi – duże marki takie jak koniak, polska wódka, szkocka whiskey, ale też bardzo aktywną scenę alkoholi rzemieślniczych, która odznacza się wysoką innowacyjnością i każdego roku wprowadza na europejskie rynki wiele nowych produktów. To przynosi korzyści – podkreśla Ulrich Adam, dyrektor generalny Spirits Europe.

Budimex szuka inżynierów. Zapłaci do 2 tys. zł każdemu, kto poleci kandydata do pracy

Budimex szuka inżynierów. Zapłaci do 2 tys. zł każdemu, kto poleci kandydata do pracy 10

Coraz mniejsze zasoby kadr na rynku i niewielka popularność szkolnictwa zawodowego składają się na problemy branży budowlanej z pozyskiwaniem fachowców. Budimex jako pierwszy w Polsce wprowadził zewnętrzny program rekomendacji osób do pracy. Do końca 2019 roku firma chce zatrudnić pracowników w całej Polsce, w 50 różnych specjalizacjach, wśród których są m.in. kierownicy budów, inżynierowie robót, majstrzy i inżynierowie robót torowych. Każdy, niezależnie od swojego miejsca pracy, kto skutecznie wskaże kandydata na poszukiwane przez Budimex stanowisko, otrzyma nagrodę finansową do 2 tys. zł. 

 Zapotrzebowanie na pracowników w branży budowlanej jest bardzo duże. Do 2012 roku, czyli do końca pierwszej perspektywy unijnej, w firmach zatrudniających powyżej 9 osób było łącznie ok. 480 tys. pracowników. Teraz mamy ich blisko 80 tys. mniej. Tymczasem wartość środków unijnych wtedy wynosiła 26 mld zł wobec 31 mld euro obecnie. To pokazuje skalę różnicy pomiędzy wartością inwestycji a dostępnością pracowników – mówi agencji Newseria Biznes Cezary Mączka, członek zarządu i dyrektor pionu ds. zarządzania zasobami ludzkimi Budimex.

Polski rynek pracy boryka się z rekordowo niskim bezrobociem. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w październiku stopa bezrobocia wyniosła 5,7 proc. (wobec 6,6 proc. przed rokiem) i był to najniższy wskaźnik od 28 lat. W skali miesiąca liczba osób bez pracy zmniejszyła się o blisko 9 tys. (w skali roku o ponad 130 tys.), a w całej gospodarce jest około 130 tys. wolnych wakatów.

Niska podaż pracy hamuje rozwój przedsiębiorstw, które mają problemy z pozyskaniem kadry, zwłaszcza specjalistów i fachowców w swoich branżach. Przyczynia się do tego również niski poziom szkolnictwa zawodowego i jego niewielka popularność. Z największymi problemami borykają się zwłaszcza branża produkcyjna i budownictwo.

 Branża budowlana najpilniej poszukuje pracowników wykonawczych – cieśli, zbrojarzy, monterów, kanalarzy, brukarzy czy pracowników zajmujących się wykończeniem wnętrz – tynkarzy i posadzkarzy. Ponieważ w tej perspektywie unijnej duży nacisk kładziemy na remont kolei, jest też duże zapotrzebowanie na wszystkie specjalizacje związane z kolejnictwem, czyli na specjalistów od sieci, trakcji, sterowania ruchem kolejowym. Pozyskanie pracowników w tych specjalizacjach jest o tyle trudne, że jest to jedyny obszar w szeroko rozumianej budowlance, w którym po 1989 roku straciliśmy ciągłość kształcenia zawodowego – mówi Cezary Mączka.

Budimex jest największą firmą budowlaną w Polsce, generalnym wykonawcą robót budowlanych w infrastrukturze, przemyśle i energetyce oraz budownictwie ogólnym. W Polsce i za granicą prowadzi obecnie ponad 300 kontraktów budowlanych, a wartość portfela zamówień firmy wzrosła z 4 mld zł w 2014 roku do 10 mld zł w tym roku. W tym samym czasie Grupa Budimex zwiększyła zatrudnienie z 4,5 do ponad 7 tys. osób. Do końca 2019 roku chce zatrudnić 1,1 tys. pracowników w całej Polsce. Poszukuje kadr w ponad 50 różnych specjalizacjach, wśród nich są m.in. kierownicy budów, inżynierowie robót, majstrzy i inżynierowie robót torowych.

 Metody poszukiwań pracowników są coraz bardziej zróżnicowane – wyjaśnia Cezary Mączka. – Firmy używają narzędzi, które do tej pory były charakterystyczne wyłącznie dla funkcji marketingowych, jak chociażby badania jakościowe, ilościowe, sztuczna inteligencja czy analiza big data. Ale Budimex poszedł krok dalej i jako jedyna firma w Polsce wprowadził program poleceń zewnętrznych.

Zewnętrzny program rekomendacji osób do pracy to rozwiązanie, które Budimex wprowadza jako pierwsza w Polsce firma z branży budowlanej. Nowy system pozyskiwania pracowników „Polecam Budimex” ruszył 23 października br. To rozwinięcie systemu rekomendacji wewnętrznych, który działa w firmie od ponad dwóch lat. Każdy, niezależnie od swojego miejsca pracy, kto skutecznie wskaże pracownika na poszukiwane przez Budimex stanowisko, otrzyma nagrodę finansową w wysokości do 2 tys. zł. Dodatkową nagrodę finansową otrzyma osoba, która skutecznie poleci największą liczbę pracowników. Wszystkie ogłoszenia i system do zgłaszania rekomendacji dostępne są na stronie internetowej programu.

 Wchodząc na stronę polecam.budimex.pl, wybieram z listy to stanowisko, na które mogę polecić kandydata. Przesyłam tej osobie link, ona do nas aplikuje, my tę osobę zatrudniamy i po 3-miesięcznym okresie próbnym wypłacamy 2 tys. zł osobie, która rekomendowała tego pracownika. Budżet programu jest bardzo duży, to 2 tys. zł razy tysiąc stanowisk, na które szukamy kandydatów. Ten, kto jest zainteresowany poleceniem nam pracownika, może znacząco podreperować sobie budżet domowy – mówi członek zarządu i dyrektor pionu ds. zarządzania zasobami ludzkimi Budimex.

Przyszłym pracownikom firma oferuje szereg benefitów, m.in. system premiowy, ubezpieczenie na życie, prywatną opiekę medyczną, szkolenia, dzień wolny w urodziny, kursy językowe i wymiany międzynarodowe. Zapewnia też możliwość uczestniczenia w sekcjach sportowych czy wolontariacie pracowniczym.

Rekordowo niska podaż pracy w połączeniu ze wzrostem gospodarczym i rosnącym zapotrzebowaniem na wykwalifikowane kadry to dla polskich firm coraz większy problem. Z ostatniego „Barometru Rynku Pracy”, przygotowanego przez instytut Kantar Millward Brown na zlecenie Work Service, wynika, że problemy z brakiem specjalistów deklaruje już 49,7 proc. polskich firm, a 16,4 proc. pracodawców nie podejmuje nowych inwestycji z powodu deficytów kadrowych. Sytuacja będzie się jeszcze zaostrzać, bo – jak wynika z ostatniej centralnej projekcji ścieżki inflacyjnej – Narodowy Bank Polski prognozuje dalszy spadek bezrobocia, które na koniec roku ma się obniżyć do 3,6 proc. (wobec 4,9 proc. na koniec ubiegłego roku), a w 2019 roku spaść do 3,2 proc. (według metodologii BAEL).

Zmiany w Zarządzie Alior Banku

Rada Nadzorcza Alior Banku zdecydowała o uzupełnieniu obecnego składu Zarządu. Powołano nowych wiceprezesów odpowiedzialnych za obszary ryzyka, bezpieczeństwa oraz bankowość prywatną.

Zarząd Alior Banku pod kierownictwem Krzysztofa Bachty wzmocni się o nowych członków. – To dla mnie bardzo ważne, że dzięki dobrej współpracy z Radą Nadzorczą udało się uzupełnić Zarząd o kompetentnych menedżerów z wieloletnim doświadczeniem w dużych bankach – mówi Krzysztof Bachta, wiceprezes Alior Banku kierujący pracami Zarządu.

Zarząd Alior Banku[1]
27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Zgodnie z decyzją Rady Nadzorczej z dnia 26 listopada 2018 roku do Zarządu Alior Banku został powołany Marek Szcześniak. Jednocześnie Rada Nadzorcza wystąpi do Komisji Nadzoru Finansowego z wnioskiem o zgodę na powierzenie mu funkcji wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za ryzyko.

Marek Szczesniak[1]
Marek Szcześniak 27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Marek Szcześniak to doświadczony specjalista w obszarze ryzyka kredytowego, rynkowego i operacyjnego. Przez ostatnie lata związany był z Grupą PKO BP, gdzie jako wiceprezes nadzorował funkcje zarządzania ryzykiem w Kredobanku, a następnie w PKO Banku Hipotecznym. Karierę zawodową w bankowości rozpoczął w 1998 roku. Od 2002 roku zajmował stanowiska kierownicze w BRE Banku, Banku BPH, DnB Nord Polska, Allianz Bank Polska. Marek Szcześniak jest absolwentem Finansów i Bankowości Uniwersytetu Łódzkiego oraz studiów doktoranckich w Katedrze Zarządzania Finansami Przedsiębiorstwa. Ukończył program menedżerski „Personal Leadership Academy” w ICAN Institute.

Skład Zarządu uzupełni także Seweryn Kowalczyk, dotychczasowy dyrektor zarządzający w pionie bezpieczeństwa w Alior Banku. Kowalczyk zarządzał departamentami odpowiedzialnymi za przeciwdziałanie wyłudzeniom kredytowym, przestępstwom wewnętrznym oraz obszarem przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. Teraz jako członek Zarządu Alior Banku będzie nadzorował, oprócz obszaru bezpieczeństwa, także biuro prawne.

Seweryn Kowalczyk[1]
Seweryn Kowalczyk
27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Seweryn Kowalczyk posiada ponad 12-letnie doświadczenie jako specjalista od prawa bankowego i finansowego. Swoją karierę zawodową rozpoczynał w 2006 roku jako prawnik w największych kancelariach prawniczych w Polsce, gdzie pracował przy projektach związanych m.in. z doradztwem transakcyjnym oraz na rzecz instytucji finansowych. W latach 2008-2018 związany był z Grupą Credit Agricole Polska, gdzie odpowiadał za obszar regulacyjny oraz zgodności działania instytucji finansowych, a także za relacje z regulatorem. Seweryn Kowalczyk jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie specjalizował się w prawie bankowym i finansowym. Jest radcą prawnym.

Dariusz Szwed[1]
Dariusz Szwed
27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Obszar Private Banking zostanie powierzony od 1 stycznia 2019 roku przez Radę Nadzorczą Dariuszowi Szwedowi. To menedżer z ponad 20-letnim doświadczeniem w sektorze bankowym. Bezpośrednio przed powołaniem na członka Zarządu Alior Banku pełnił funkcję dyrektora departamentu Private Banking w Santander Bank Polska, gdzie odpowiadał za nadzór nad kompleksową działalnością biznesową, wliczając w to aspekty związane z ryzykiem operacyjnym, kredytowym i reputacyjnym. Sprawował też nadzór nad detaliczną częścią działalności Domu Maklerskiego Santander Bank Polska. Był członkiem zespołu zarządzającego połączeniem Santander Bank Polska i wydzielonej części Deutsche Banku. W pracach związanych z fuzją nadzorował obszar bankowości prywatnej. Odpowiedzialny był za analizę i wdrażanie docelowych rozwiązań biznesowych w połączonym banku.

Dariusz Szwed z Santander Bank Polska związany był nieprzerwanie od 1995 roku. Ukończył Wydział Bankowości i Finansów w Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu oraz Zarządzanie na Politechnice Częstochowskiej. Posiada również dyplom Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Jednocześnie Filip Gorczyca złożył rezygnację z pełnienia funkcji wiceprezesa Zarządu Alior Banku z dniem 31 stycznia 2019 r. Na jego miejsce Rada Nadzorcza powołała Tomasza Biłousa, który do Zarządu banku dołączy 1 lutego 2019 roku.

Tomasz Biłous[1]
Tomasz Biłous
27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Tomasz Biłous związany był od 2006 roku z ING Bankiem Śląskim, gdzie przez ostatnie cztery lata pełnił funkcję dyrektora odpowiedzialnego za departament kontrolingu. Wcześniej, przez niemal osiem lat, sprawował funkcje kierownicze w obszarze sprawozdawczości i rachunkowości, w tym przez pięć lat jako dyrektor departamentu rachunkowości i główny księgowy banku. W latach 2000-2006 pracował w firmach audytorskich Arthur Andersen i Ernst&Young w dziale audytu instytucji sektora finansowego. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie na kierunku Finanse i Bankowość. Ponadto posiada dyplom biegłego rewidenta oraz jest członkiem ACCA.

Dzięki dzisiejszym powołaniom wzmacniamy Zarząd Alior Banku o profesjonalistów, którzy wywodzą się z dojrzałych organizacji bankowych. Liczę, że w takim składzie będziemy jeszcze skuteczniej realizować wyznaczoną strategię i przynosić większy zysk dla akcjonariuszy – dodaje Krzysztof Bachta.

Inteligentna waga z system operacyjnym Android zastąpi kasjera. Najnowsze technologie wprowadzają rewolucyjne zmiany w handlu

Inteligentna waga z system operacyjnym Android zastąpi kasjera. Najnowsze technologie wprowadzają rewolucyjne zmiany w handlu 11

Sztuczna inteligencja wkrótce odmieni sposób, w jaki robimy zakupy. Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które automatyzują procesy zakupowe. Amazon rozszerza sieć inteligentnych sklepów Go, Wallmart wykorzystuje SI do przewidywania, kiedy należy dotowarować sklep, a inteligentne wagi oraz kasy wyręczają kasjerów.

– Stworzyliśmy inteligentną wagę z systemem operacyjnym Android. Umożliwia ona zarówno sprzedawcom, jak i konsumentom pełną samoobsługę podczas robienia zakupów. System obejmuje terminal POS oraz wagę, dzięki czemu przy zapłacie za wybrane produkty nie ma konieczności angażowania kasjera. Wystarczy podejść, zeskanować lub wybrać produkt, a następnie dokonać wpłaty. Można płacić gotówką, kartą kredytową lub za pomocą technologii biometrycznej, która rozpoznaje twarz klienta i automatycznie obciąża jego rachunek – mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zhang Bin z firmy Sunmi Technology.

Sunmi S2 to pierwsza na świecie inteligentna waga z systemem operacyjnym Google Android. Wystarczy położyć na niej produkt i wybrać go na ekranie dotykowym. Dzięki systemowi Android i wbudowanej kamerze inteligentna waga pozwala na płacenie za pomocą technologii biometrycznej. System zeskanuje twarz i płatność zostanie dokonana automatycznie. W przyszłości dzięki sztucznej inteligencji, wagi same mogą rozpoznawać przedmioty, które są na nich kładzione.

Dzięki wprowadzeniu w sklepie inteligentnych wag, możliwe jest stworzenie całego systemu ułatwiającego klientom robienie zakupów.

– Nasze urządzenie to nie tylko łatwiejsza realizacja płatności, lecz także szereg inteligentnych rozwiązań, takich jak programy lojalnościowe, funkcje płatnicze czy podstawowe funkcje z zakresu zarządzania. Nie jest to więc zwykły terminal, ale cały inteligentny system sklepowy – twierdzi ekspert.

Kasjerzy już wkrótce mogą w ogóle stracić pracę na rzecz sztucznej inteligencji i zautomatyzowanych systemów. Dziś Amazon jest w posiadaniu kilku zautomatyzowanych sklepów Go, a do 2021 roku sieć ma liczyć aż 3 tys. lokali. W tych sklepach całkowicie zrezygnowano z kasjerów – produkty są skanowane po włożeniu ich do koszyka, a zapłata pobierana automatycznie z konta Amazonu podczas wychodzenia z placówki. W ślady amerykańskiej korporacji idą inne firmy, które również chcą zautomatyzować branżę handlową.

Sieć Wallmart stworzy Intelligent Retail Lab, jednostkę badawczą przystosowaną do testowania nowych inteligentnych rozwiązań, które będą ułatwiać wykonywanie niektórych czynności na terenie sklepu. Wallmart sprawdzi, jak sztuczna inteligencja mogłaby automatycznie zatowarowywać sklepy, kiedy zapas jakiegoś produktu się kończy, wykrywać brak wózków przy wejściu do sklepu czy rozpoznawać produkty źle ułożone na półkach.

Firmy technologiczne kładą ogromny nacisk na rozwiązania, które przyspieszają i ułatwiają wykonywanie zakupów. W placówce Sam’s Club Now w Dallas, która w pełni wykorzystuje potencjał urządzeń mobilnych, klienci mogą wykorzystać aplikację do realizacji płatności czy sprawdzania historii zakupów. Z kolei dzięki technologii rozszerzonej rzeczywistości klienci otrzymują dostęp do zaawansowanego systemu nawigacji. Aplikacja analizuje naszą listę zakupów, a następnie wyznacza najbardziej optymalną trasę po alejkach sklepowych. W rzeczywistości rozszerzonej klienci mogą także dogłębniej zapoznać się z konkretnymi produktami oraz ich zastosowaniem.

Nad stworzeniem zintegrowanego systemu obsługi klientów pracuje także Lenovo. Firma chce zastąpić obsługę tabletami wyposażonymi w sztuczną inteligencję, które komunikują się z innymi urządzeniami w sklepie za pośrednictwem internetu rzeczy. Zakupy w Lenovo Lecoo Unmanned Store nie wymagają kontaktu z personelem. Przed wejściem do sklepu kamera skanuje i rozpoznaje twarz klienta, a następnie system rejestruje, co ze sobą zabieramy. Przy wyjściu ze sklepu płatności są automatycznie pobierane za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

Inteligentne technologie w handlu najszybciej trafiają na rynek chiński i amerykański. Już teraz testowane są tam płatności za pomocą rozpoznawania twarzy czy zupełnie bezobsługowe sklepy. W Europie, w tym także w Polsce, tego rodzaju technologie dopiero mają się pojawić.

– W Chinach wdrożyliśmy już to rozwiązanie we współpracy z naszymi partnerami, ale chętnie widzielibyśmy je również tutaj. Nasze plany obejmują więc wdrożenie systemu w Europie, w tym oczywiście również w Polsce – zapowiada Zhang Bin.

Według Global Market Insights rynek rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji dla branży sprzedażowej w 2024 roku osiągnie wartość 8 mld dol. Szacuje się, że w latach 2018–2024 średnioroczne tempo wzrostu w tej branży wyniesie 45 proc.

Wyposażony w sztuczną inteligencję robot pomoże dzieciom w rozwoju. Będzie uczył rozwiązywania zagadek oraz języków obcych

Wyposażony w sztuczną inteligencję robot pomoże dzieciom w rozwoju. Będzie uczył rozwiązywania zagadek oraz języków obcych 12

Sztuczna inteligencja znajduje coraz szersze zastosowanie, także na rynku zabawek dla dzieci. Polska firma opracowała małego robota, który ma wspomagać rozwój kognitywny dzieci w wieku od 4 do 8 lat. Tymczasem dostępne na rynku inteligentne zabawki stają się coraz bardziej dopracowane, a programowanie na dobre wpisało się w podstawę programową szkół. Według analityków do 2024 roku rynek inteligentnych zabawek zbliży się w wycenie do poziomu niemal 5,5 mld dol.

– Postanowiliśmy wykorzystać technologię sztucznej inteligencji i robotyki w dostarczaniu produktów dla domowego użytkownika. Nasz robocik Kodi widzi, słyszy, rozmawia z dzieckiem, bawi się z nim ruchowo, bawi się z nim muzycznie, potrafi rozwiązywać proste zagadki, a także uczyć języków obcych – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Zarzycki, prezes zarządu firmy SmartLife Systems.

Kodi wykorzystuje technologię sztucznej inteligencji. Inteligentna zabawka ma wspierać rozwój kognitywny dzieci w wieku od 4 do 8 lat. Urządzenie wyposażono w kamerę i funkcję rozpoznawania twarzy i obiektów, a także w mikrofon, który pozwala zrozumieć to, co się do niego mówi. Jego funkcje można kontrolować właśnie za pomocą głosu lub smartfona, dzięki łączności WiFi i Bluetooth. Robota wyposażono ponadto w ekran na twarzy, na którym wyświetlane są emocje. Kodi potrafi się także poruszać, a nawet tańczyć.

Na rynku pojawia się coraz więcej inteligentnych zabawek. Aibo – pies robot opracowany przez Sony – potrafi się zachowywać niemal jak prawdziwy pies. Reaguje na dotyk, słyszy komendy i wykonuje polecenia. Widzi, aportuje i szczeka. Dzięki zastosowaniu technologii sztucznej inteligencji robot potrafi się uczyć, rozpoznaje osoby, a nawet rozwija własną osobowość w oparciu o to, jak właściciel się nim opiekuje. Sony nie będzie dystrybuowało psa-robota w Europie, ale wprowadza go właśnie na amerykański rynek.

Z kolei Nybble to kot-robot, który potrafi chodzić i skradać się. Można mu wydawać polecenia lub obserwować zachowanie ustalane przez algorytmy. Firma tworząca ten projekt planuje wysyłkę zamówień na kwiecień 2019 roku. Nybble może zostać samodzielnie złożony przez właściciela. Koszt zabawki to około 200 dol.

– Rynek zabawek kognitywnych jest dość mocny, natomiast my zidentyfikowaliśmy pewną konkretną niszę, bo z jednej strony mamy rozwiązania typu inteligentni asystenci, które nie mają tych wszystkich elementów związanych z emocjami, a też jednym z głównym problemów jest prywatność i bezpieczeństwo, ponieważ większość tych informacji typu przetwarzanie mowy czy detekcja obrazu jest przetwarzana na chmurze, a z drugiej strony mamy proste zabawki kognitywne, które w zasadzie są serią nagranych, gotowych historyjek, które dzieci mogą sobie odtwarzać. Znaleźliśmy niszę pomiędzy tymi dwoma rozwiązaniami, żeby budować inteligentne zabawki, które w interaktywny sposób bawiąc, uczą się razem z dziećmi – przekonuje ekspert.

Finansowanie projektu polskiej firmy będzie możliwe dzięki obecności na platformie crowdfundingowej Indiegogo. SmartLife Systems zakłada, że debiut rynkowy robocika nastąpi za dziewięć miesięcy.

Według analityków MarketsandMarkets rynek robotów przeznaczonych do programowania do 2020 roku przekroczy wartość 2,4 mld dol. Z kolei z analiz Zion Market Research wynika, że światowy rynek inteligentnych zabawek do 2024 r. ma osiągnąć wartość 5,4 mld dol.

Prowadzenie firmy przez cudzoziemca a legalizacja jego pobytu

Coraz więcej cudzoziemców zamieszkujących w Polsce stara się rozpocząć działalność gospodarczą na własny rachunek. Mając na uwadze to, że możliwość prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej przez obywatela spoza UE jest ograniczona, to zdecydowana większość wybiera spółkę z ograniczoną działalnością gospodarczą jako najwłaściwszą dla siebie formę prawną.

Procedura rejestracji spółki z o.o. przez cudzoziemca

Co do zasady, procedura jest niemalże identyczna jak w przypadku obywateli polskich. Wyjątkiem jest sytuacja, w której cudzoziemiec nie posługuje się językiem polskim. W takim wypadku konieczne jest skorzystanie z pomocy tłumacza przysięgłego w trakcie wizyty u notariusza i podpisywania umowy spółki w formie aktu notarialnego.

Alternatywnie może zostać ustanowiony pełnomocnik, który będzie występował w imieniu cudzoziemca, gdy ten przykładowo przebywa za granicą. Należy też dodać, że cudzoziemiec nie musi mieć w Polsce miejsca zamieszkania, a także czasowego lub stałego zezwolenia na pobyt.

Niemniej, konieczne jest przygotowanie umowy spółki i jej podpisanie u notariusza, a następnie przesłanie do sądu rejestrowego wraz z wypełnionymi formularzami rejestrowymi.

Zezwolenie na pobyt a pełnienie funkcji członka zarządu spółki

Częstą sytuacją jest zakładanie spółki z o.o. przez cudzoziemców, a także obejmowanie przez nich funkcji członków zarządu. Samo powołanie do pełnienia funkcji członka zarządu spółki nie powoduje jeszcze konieczności uzyskiwania zezwolenia na pobyt czasowy przez cudzoziemca.

Jednakże, gdy cudzoziemiec zamierza w Polsce przebywać, to konieczne jest zdobycie stosownych zezwoleń. Najwłaściwszym sposobem legalizacji pobytu cudzoziemca będzie uzyskanie zezwolenia na pobyt czasowy w celu prowadzenia działalności gospodarczej. Zezwolenie to jest też adekwatne do sytuacji, w której celem pobytu jest wykonywanie pracy poprzez pełnienie funkcji w zarządzie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, którą utworzył lub której udziały objął. Dodatkowo, zezwolenie takie może zostać wydane, jeśli cudzoziemiec uzasadni swój pobyt w Polsce przez okres dłuższy niż 3 miesiące.

Procedura jest identyczna do tych, gdzie występuje inna podstawa pobytu. Różnica sprowadza się jednak do przedłożenia innych dokumentów. Na potrzeby postępowania administracyjnego w przedmiocie legalizacji pobytu czasowego konieczne może być złożenie m.in.: właściwego wniosku, 4 fotografii, kserokopii dokumentu podróży, polisy ubezpieczeniowej, dokumentu potwierdzającego miejsce zamieszkania, a także dokument potwierdzający wysokość dochodu, np. CIT-8, lub inne dokumenty poświadczające osiągnięcie dochodu nie niższego niż 12-krotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w województwie, w którym przedsiębiorca ma siedzibę lub miejsce zamieszkania, w trzecim kwartale roku poprzedzającego złożenie wniosku, ogłaszanego przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego lub dokumenty poświadczające zatrudnienie na czas nieokreślony i w pełnym wymiarze czasu pracy co najmniej przez okres 1 roku poprzedzającego złożenie wniosku co najmniej 2 pracowników będących obywatelami polskimi lub cudzoziemcami, o których mowa w art. 87 ust. 1 pkt 1–9 ustawy z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy lub dokumenty poświadczające posiadanie środków pozwalających na spełnienie w przyszłości wyżej wymienionych warunków lub prowadzenie działań pozwalających na spełnienie w przyszłości tych warunków, w szczególności przyczyniających się do wzrostu inwestycji, transferu technologii, wprowadzania korzystnych innowacji lub tworzenia miejsc pracy. Konieczne będzie też wykazanie dochodu wyższego niż 634 zł netto miesięcznie (dla osoby samogospodarującej) lub 514 zł netto miesięcznie (dla osoby w rodzinie). Niekiedy konieczne może też być przedłożenie umowy spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Kiedy cudzoziemiec powinien wystąpić o zezwolenie na pracę, jeśli pełni funkcję członka zarządu spółki z o.o.?

Pełnienie funkcji członka zarządu spółki z o.o. wiążę się z koniecznością uzyskania zezwolenia na pracę, jeśli cudzoziemiec w związku z pełnieniem funkcji w zarządzie osoby prawnej wpisanej do rejestru przedsiębiorców lub będącej spółką kapitałową w organizacji przebywa na terytorium Polski przez okres przekraczający łącznie 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy.

Należy też pamiętać, że zezwolenie zostanie wydane, jeśli podmiot, którego członkiem zarządu ma być cudzoziemiec:

  • w roku podatkowym poprzedzającym złożenie wniosku osiągnął dochód nie niższy niż 12-krotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w województwie w trzecim kwartale roku poprzedzającego złożenie wniosku, ogłaszanego przez Prezesa GUS na podstawie art. 90 ust. 7 ustawy oraz zatrudnia na czas nieokreślony i w pełnym wymiarze czasu pracy przez okres co najmniej roku poprzedzającego złożenie wniosku co najmniej dwóch pracowników, którzy nie podlegają obowiązkowi posiadania zezwolenia na pracę lub
  • wykaże posiadanie środków, lub prowadzenie działań pozwalających na spełnienie w przyszłości warunków określonych powyżej, w szczególności przez prowadzenie działalności przyczyniającej się do wzrostu inwestycji, transferu technologii, wprowadzania korzystnych innowacji lub tworzenia miejsc pracy.